Dziennik wojenny

Prowadzenie dziennika Czapski nazywał „kontrolą oddechu dnia”. Codzienny rytuał zapisywania i rysowania był dla niego równie ważny jak kontakt z ludźmi, a rozłąka z dziennikiem równie bolesna jak rozstanie z bliskimi. W dzienniku miały początek wszystkie jego szkice literackie i obrazy. Zeszyty wypełnione rysunkami i niemal hieroglificznymi zapiskami były repozytorium pamięci i inspiracji malarskich.

Wyjątkowe dzieło literackie i bezcenne świadectwo historyczne: zapis wyjścia polskich żołnierzy z ZSRR, z „nieludzkiej ziemi” i ich tułaczki przez Bliski Wschód aż do Włoch. Kronika codzienności i malarskich inspiracji. Sprawozdanie ze szkoły uczuć, z miłości i cierpienia. Opis tworzących się w armii więzi przyjaźni, które doprowadzą do powstania paryskiej „Kultury”. Także niezwykły dziennik lektury – pisarzy francuskich, angielskich i rosyjskich: dowód miłości do literatury i jej znaczenia w radzeniu sobie z wojną i jej okropnościami, z samotnością, wygnaniem i rozpaczą.

Jest to pierwsza edycja dziennika Czapskiego bez cenzury i skrótów, a także pierwsza edycja pośmiertna. Dotychczasowe wydanie dzienników z różnych lat – Wyrwane strony – było zbiorem fragmentów publi­kowanych na łamach paryskiej „Kultury”, „Zeszytów Literackich” i „ResPubliki” przygotowanych przez autora do druku.

Godziny włoskie

Godziny włoskie to godziny błogosławione, spędzone na odkrywaniu Włoch, ich klimatu, krajobrazów, scen rodzajowych. Tytuł książki kojarzy się również z „godzinkami”, i rzeczywiście Henry James odmawia coś w rodzaju modlitwy do tego kraju. Na tom składają się szkice pisane na przestrzeni czterdziestu lat. W tym czasie zmieniły się nie tylko Włochy, ale zmienił się także autor tych wyjątkowych zapisków. Jako młodzieniec galopował po Kampanii, a później zmęczony zamawiał butelkę domowego wina. Trzydzieści lat później, ociężały, w sile wieku, taki, jakim go znamy z płótna Sargenta, oglądał te same okolice przez szybę automobilu i zamiast wina wolał pić herbatę. Pisał: „Przychodząca z wiekiem cierpkość – która wysusza w nas tak wiele uczuć – sprowadziła moją dawną tendresse [czułość] do wspomnienia. A jednak nie – stale mam ją w kieszeni, blisko na tyle, by poczuć, że Włochy nadal są przy mnie”. Henry James jest miłośnikiem tego, co minione, ale jest też uważnym świadkiem współczesności, widzi świat z wyjątkową ostrością, niezależnie od tego czy jest w Turynie, Rzymie, czy Florencji. Układając w 1909 roku Godziny włoskie, zaczyna je w Wenecji, a kończy w Neapolu. W swoich podróżach ceni sobie najwyżej chwile niezakłóconej kontemplacji, nie przestaje marzyć, że „przypłynie dobra myśl, lepsze zdanie, szczęśliwy zwrot fabuły. Że na horyzoncie objawi się dobra plama, którą będzie mógł położyć na swoim płótnie”. Książka Jamesa, klasyczny tom spisany z podróży, ukazuje się po raz pierwszy po polsku w tłumaczeniu Anny Arno, dołączając do bogatej już biblioteki kulturowych wędrówek po Włoszech, do dzieł Muratowa, Goethego, Taine’a i Gregoroviusa.

Moje Zakopane

Kilka wyjazdów w dzieciństwie, chyba rok po roku i już nie potrafię powiedzieć, co się kiedy zdarzyło. Na pewno pierwszy wyjazd był spowodowany tym, że wykryto u mnie gruźlicę. A potem już wszystko pędzi: Zakopane szykuje się do Narciarskich Mistrzostw Świata, stoję przed witryną sklepu, wpatrzony w bajecznie kolorowe pudełko farb akwarelowych (za drogie!), pierwszy pocałunek w toalecie z Wiesią N., patrzę jak spod kościoła na Krupówkach wyjeżdża kawalkada góralskiego wesela i na zakręcie panna młoda wypada z sań. Tydzień po przyjeździe okazuje się, że mam ospę i zostaję z mamą internowany na miesiąc w pokoju w Orliku. Na pocieszenie dostaję blaszane wagoniki kolejki linowej i oplatam sznurkami wszystkie meble. Przyjeżdża babcia i przywozi mi album Iskusstwo Kitaja. Pierwsze spotkanie ze sztuką Wschodu i pierwsze korepetycje z rysunku, których udziela mi babcia malarka, realistka, dla której zgorszeniem był Picasso. Miałem więc rysować góry tak, jak są, a nie do góry nogami.

Zakopane to też spotkania z osobistościami. Bogdan Tomaszewski – słynny komentator sportowy, którego głęboki głos zna cała Polska. To ważne. W Halamie (to dom ZAiKS-u) w przedpokoju stoi telefon. Żeby dodzwonić się gdziekolwiek, trzeba połączyć się z „międzymiastową” i zamówić rozmowę. Dochodzi do niej w ciągu godziny, dwóch – różnie. W zasadzie najlepiej czekać gdzieś w pobliżu. Zupełnie inaczej się sprawy mają, gdy jest akurat Tomaszewski. Kiedy on zamawia rozmowę – skutek jest natychmiastowy. Ale ile razy dziennie można spełniać funkcję telefonisty?

Mam sześć lat. Romans z Wiesią nie rozwinął się chyba dlatego, że przyjechała Irena Dziedzic, moja wielka miłość, w zasadzie jedna z dwóch, ta druga to Kalina Jędrusik. Biegam koło pokoju pani Ireny, wysiaduję w pobliżu na korytarzu, wyciągam na spacery, śpiewam przed snem: „Czy pamiętasz tę noc w Zakopanem…”. Niestety, mam konkurenta, to generał Józef Kuropieska. Pocieszam się tym, że on jest stary. Po odsiadce w latach stalinowskich w celi śmierci, wrócił do wojska. Szarmancki, pełen wigoru i seksapilu. Zaprosił Irenę Dziedzic na eskapadę do Morskiego Oka, w charakterze przyzwoitki wzięli moją mamę. Zbliżał się wieczór. To wtedy wymyśliłem, że napiszę balladę Powrót mamy. Zjawiła się późno w nocy, chyba lekko o mnie zaniepokojona. Co się okazało? Kiedy pod wieczór zbierali się do powrotu, droga do Zakopanego okazała się nieprzejezdna z powodu zagrożenia lawinowego. Generał mógł się wykazać. Ze schroniska zadzwonił do najbliższej jednostki wojskowej i ściągnął lekką artylerię, która odstrzeliła śnieżne nawisy i trójka wędrowców mogła wrócić do Halamy i Orlika.

Szczegóły eskapady opowiadała mi mama, wiele lat później. Oficjalna wersja w liście do ojca była następująca: „Zrobiłyśmy z Ireną bardzo miłą przejażdżkę, bo napatoczył się Kuropieska z samochodem, a on wielbi Irenę, więc nas i jakichś jeszcze znajomych zabrał wieczorem nad Morskie Oko, widok rzeczywiście jedyny w swoim rodzaju. Było bardzo miło”.

Gospodarzami schroniska w Morskim Oku byli i wtedy, i jeszcze długo później Wanda i Czesław Łapińscy. Dostałem od nich kiedyś kartkę z mądrością tybetańską: „Kto idzie w góry, idzie do matki”. Oni też pokazali mi w tajemnicy księgę gości z wpisem oddziału „Ognia”, a może podającego się za takowy.

Uraczył mnie też generał Kuropieska opowieścią o Różańskim. Było to już po jego wyjściu z więzienia. Nad ranem wracał z jakiegoś bankietu, w odświętnym mundurze i przy orderach, gdy na Placu Konstytucji zobaczył idącego do pracy Jacka Różańskiego, oczywiście była to już praca cywilna. Kilka lat wcześniej to on przesłuchiwał generała, to on go torturował. Kuropieska złapał swojego prześladowcę i zaczął tłuc, powtarzając gromadzącym się przechodniom:

– To jest największy skurwysyn w Polsce, jego trzeba zabić.

Patrol milicji nie miał tu nic do roboty, ale wezwał Żandarmerię Wojskową. Żołnierze grzecznie namawiali:

– Panie generale, trzeba wrócić do domu, położyć się spać.

W końcu udało się im namówić go, żeby odpuścił chuderlawemu cywilowi. Pointa opowieści Kuropieski była taka:

– Szkoda, szkoda…

– Żałuje pan, że go stłukł?

– Nie, szkoda, że im nie powiedziałem, kto to taki. Na pewno by pomogli.

Po przygodzie w Morskim Oku Irena Dziedzic wyjechała do Warszawy. Nie wiadomo który z nas był bardziej niepocieszony: generał, czy ja. Chyba ja, a na pocieszenie mama kupiła mi w komisie jakieś eleganckie farby akwarelowe. „Strasznie drogo mnie te amory kosztowały” – informowała ojca.

Zakopane to długi łańcuch spotkań i znajomości. Muzealne: wdowa w mieszkaniu Kornela Makuszyńskiego, na Harendzie – siostra pani Marusi Kasprowiczowej z domu Bunin. Rodzinne: w Zakopanem mieszkały dwie nieco witkacowskie staruszki z rodziny mojego ojca. Odwiedziliśmy je z mamą, już po śmierci taty, w 1969 roku. Wyprosiły mnie z pokoju i szeptem zwierzyły mamie rodzinną tajemnicę – dziadek Emil Mitzner wcale nie zginął na I wojnie światowej, jak uważał jego syn, ale zaraz po przyjściu na świat dziecka uciekł do Moskwy z młodszą siostrą swojej żony. Ta, skruszona wróciła do Warszawy, a dziadek przepadł bez wieści. Jego ślad znalazłem w XXI wieku, ale o tym, kiedy indziej.

Przyjazd do Zakopanego w lipcu 1969 roku należał do najważniejszych. Zebrani w saloniku w Astorii oglądaliśmy w telewizji lądowanie na Księżycu, a kilka dni później słuchałem w zakopiańskim kościele kazania prymasa Wyszyńskiego, który chwalił postęp techniczny i odwagę ludzkiego umysłu.

To wtedy, w Astorii Witold Wirpsza z Józefem Henem kłócili się na kartkach mojego albumu, w którym zbierałem autografy. Wirpsza radził mi: „Naucz się Piotrze pięknej sztuki wyprowadzania dorosłych z równowagi, a połowa wygranej Twoją”. Na to Hen: „Co jak co, ale sztukę wyprowadzania dorosłych z równowagi Witold Wirpsza opanował do perfekcji”. A Maciej Słomczyński z zachwytem opowiadał o genialnej młodej poetce, Baczyńskim naszego czasu. Chodziło o Ewę Lipską.

Poznałem wtedy góralskiego gawędziarza Adama Pacha i wybitnego miejscowego poetę Stanisława Nędzę-Kubińca. To były dwie góralszczyzny: cepeliowska i prawdziwa, szorstka.

Każdy przyjazd do Zakopanego łączył się z wizytą w domu przy ulicy Strążyskiej u miłych, cichych ludzi Marii i Jarosława Dąbrowieckich. On był malarzem, kolegą mojej babci, ona prowadziła kiosk z gazetami na Krupówkach. Było jednak coś niepokojącego w tym domu, gdzie obok jego landszaftów i martwych natur wisiały rysowane przez Witkacego portrety młodziutkiej, pięknej pani Marii. No tak, przecież to jego ostatni romans, to ją „najbardziej kochał”. Pokazała mi kiedyś albumy ze zdjęciami jej, ich obojga, z eksperymentalnymi fotografiami kolorowymi z lat 1937-38. Gdzie się one później podziały?

Oczywiście, jeśli Zakopane, to trudno nie natknąć się na Witkacego. A jak Witkacy to spotkania z uroczą Dunką Micińską na Sobczakówce, która w moim albumie podpisała się: „witkacolog (i nie tylko)”. Witkacy to też temat moich rozmów zakopiańskich z Anną Iwaszkiewiczową.

Pani Anna miała wtedy trochę po siedemdziesiątce, podobnie jak Alicja Sternowa, z którą razem biegały na górskie wycieczki. Iwaszkiewiczowa, o nieco słabszej kondycji zabierała ze sobą rozkładane krzesełko rybackie, by od czasu do czasu przycupnąć na jakiejś turni. W Astorii mówiono na nie: kozice.

Zakopane to spotkania malarskie. Kilka razy byłem u Tadeusza Kulisiewicza, który chętnie otwierał teki ze swoimi rysunkami. Bardziej inspirujące były i są do dziś wędrówki z Erną Rosenstein, której chciało się zabierać mnie, a to do pracowni Tadeusza Brzozowskiego (tam obmacywałem jego obrazy i zostawiłem odcisk palca na żółtej smudze), a to do Władysława Hasiora. Kiedyś wygłosił dla małego kręgu znajomych wykład (z pokazem slajdów), subiektywnie podsumowujący czwartą wystawę „Documenta” w Kassel. Było w nim dużo zabawnych i złośliwych komentarzy, świadczących o dystansie do awangardowej sztuki konkretnej, a w moim albumie napisał: „Piotrze, życzę Ci tak wielkich skrzydeł, żebyś chodzić nie mógł”.

Kiedy zapisuję zakopiańskie spotkania sam się dziwię, że jest ich tak wiele i doświadczenia były tak głębokie – tu też, w domku na samym końcu ulicy Strążyskiej, miały miejsce piękne i ciemne inicjacje erotyczne. I tylko jakoś w tych wspomnieniach mało jest samych gór. No bo też nie jestem zapalonym górołazem, szczyty dla mnie są zbyt statyczne, wolę wpatrywać się w morze. Raz tylko, kiedy wreszcie pojechałem sam do Zakopanego mając lat siedemnaście, w czerwonym swetrze i bardzo pochmurnym nastroju, to, jak na siebie, zapędzałem się dość wysoko. Widocznie to smutek i gniew na świat gnały mnie na szczyty.

PIOTR MITZNER

 

Jerzy Pilch. Śmierć

Prawie trzy miesiące od jego śmierci, a ja nie mogę przestać o nim myśleć. W świecie bez Jerzego Pilcha nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Wiele jest niewiadomych w tym równaniu. Zmarł w Kielcach, dokąd przeprowadził się z żoną w grudniu 2019 roku po bezskutecznych próbach dostosowania drzwi i windy w warszawskiej kamienicy do rozmiarów wózka inwalidzkiego. Po skromnej uroczystości pogrzebowej w kościele ewangelicko-augsburskim prochy złożono na cmentarzu komunalnym w Kielcach. W ten sposób w jego biografię wdarło się miasto doskonale mu obojętne, miasto, któremu, jeśli się nie mylę, nie poświęcił ani linijki prozy, terra incognita, kilka ledwo zamieszkanych pokoi, w których spędził ostatnie miesiące życia, znów zamknięty, tym razem przez globalną pandemię. I już na zawsze trwał będzie ten absurdalny uścisk: Jerzy Pilch i Kielce, Kielce Jerzego Pilcha. Jakby jego duch przed odejściem postanowił jeszcze raz zdradzić, wymknąć się nacierającym schematom. Powinien przecież wrócić do wiślańskiej kolebki, leżeć tam ze swoimi, obok niezliczonych Pilchów i Kubiców, powinien spocząć w Krakowie, mieście młodzieńczych wzlotów, przyjaźni i upadków, albo chociażby wrócić do Warszawy, bliżej ulicy Hożej, z której przez prawie dwie dekady opisywał siebie i świat. Wybrał semantycznie puste Kielce, zatrzymał się poza regionami własnej mitologii. Co to znaczy? Czy to ma prawo coś znaczyć? Czy znaczenia tego typu nie są uroszczeniami żyjących wobec umarłych? Jemu chcesz pomóc, czy sobie? Jednak spróbuję.

Na czwartej półce od dołu stoją jego dzienniki, trzy tomy jak materialny dowód kurczenia się życia. Opasły Dziennik w lepiącej się do palców kremowej obwolucie, niebieski Drugi dziennik chudszy niemal o połowę, stalowoszary Trzeci dziennik, liczący zaledwie 181 stron. Tom pierwszy w porównaniu z pozostałymi jest ekstatyczny, ale zaczyna się żałobnie, zaczyna się na dobre takim pytaniem: „Jak odziać się do trumny? Rzecz jasna najstosowniejszy – jak kto ma taką możliwość – czarny jak węgiel mundur górniczy. Miał taką możliwość Jarosław Iwaszkiewicz, miał i mój ojciec. Pierwszy skorzystał, drugiemu nawet do głowy nie przyszła”. Następnie streszcza Pilch znaną historię pochówku Iwaszkiewicza w mundurze z szamerunkami i rzędami połyskujących guzików, który w 1978 roku podarowali Prezesowi przedstawiciele kopalni „Staszic”. Historię tę wielokrotnie prostowano, według potwierdzonej przez rodzinę wersji kierowca wysłany do Stawiska miał wyciągnąć mundur z szafy przez przypadek, nie przeszkadza to jednak Pilchowi podążać za swoją wizją, w której autor Brzeziny z premedytacją przywdział strój podziemnego bractwa na wieczną wędrówkę po krainie cieni: „Odziany w górniczy mundur Iwaszkiewicz kroczy przez podziemne tunele, zwalista jego postać cień rzuca, lampka górnicza ledwo ledwo krainę zmarłych oświetla…”.

Fot. Kuba Kamiński

Jakkolwiek było, mundur odbił się szerokim echem. Jeszcze podczas pogrzebu w Brwinowie plotka o ostatniej fanaberii zmarłego rozchodziła się między żałobnikami. Na kolejne miesiące, ba, lata, dyskusja o Iwaszkiewiczu utknęła na trumiennym okryciu. Koncepcje wysnuwano rozmaite, od najprostszych, że Prezes najzwyczajniej w świecie oszalał, przez polityczne – gest miał być wyrazem miłości do Gierka i klasy robotniczej, aż po symboliczne zrównywanie trudu pisarzy ryjących w słowie i ryjących w ziemi górników. Proza, poezja i polityczne postawy zeszły na dalszy plan, przysłonił je wywatowany mundur i czako z piórami. Za swego rodzaju zwieńczenie tych dyskusji uznać można obszerny esej Joanny Więckowskiej „Chcąc rozszyfrować przesłanie” – mundur górniczy Iwaszkiewicza na tle jego życia i twórczości (1996), z którego niezbicie wynika, że cała twórczość bohatera w swoich najgłębszych, archetypicznych wymiarach zapowiadała „czarny jak węgiel” mundur, jakikolwiek inny strój byłby nie na miejscu. Trumienna zagadka po szesnastu latach została naukowo rozwiązana.

„Tak czy tak, galowy mundur górniczy starego dalej wisi w wiślańskiej szafie i nie da się nawet powiedzieć, że czeka na okazję – na mnie. Nawet gdybym po śmierci w nie wiadomo jakie chucherko miał się obrócić – zdecydowanie za mały” – kończy Pilch swój zapis pod datą 1 stycznia 2010. A mnie, poza naturalnym pytaniem, mianowicie, co robiłem pierwszego dnia 2010 roku, nurtuje poważna jak esej Joanny Więckowskiej kwestia, czy wybór Kielc (o ile był to wybór) nie był powtórzeniem Iwaszkiewiczowskiego gestu (o ile był to gest). Daleki jestem od stwierdzenia, że środowisko literackie żyje tą sprawą, środowisko literackie od lat nie żyje żadną sprawą. Ale tak na trzeźwo, racjonalnie. Kielce nie pasują do układanki, grób w Kielcach przez swoją niewytłumaczalność miesza szyki autorom wspomnień i krytykom. Nie bardzo wiadomo, jak o tym mówić, co pisać, do jakich odwoływać się znaczeń, dzieło i życie Pilcha nie dostarcza tu żadnych uzasadnień. Można wywijać stylem, mnożyć anegdoty, wygadywać banały, na koniec i tak zostaje to puste i toporne zdanie: zmarł w Kielcach i tam został pochowany.

Taki więc był jego świadomy-nieświadomy zamysł? Pożegnalny gest-nie gest? Na koniec spróbować uciec z pola promieniowania własnej prozy, która stworzyła „Jerzego Pilcha”, pisarza, luteranina, pijaka, kobieciarza? U schyłku życia ten sam problem nie dawał spokoju Gombrowiczowi: „Odrzucić precz Gombrowicza, skompromitować go, zniszczyć, tak, to byłoby ożywiające… ale najtrudniej walczyć z własną skorupą”. Ich ostatnie miesiące niepokojąco równoległe: dużo młodsze żony, poruszanie się na wózku, problemy z mieszkaniem i windą, przeprowadzka, szybka śmierć.

Dojechawszy do tego miejsca, wyszedłem z domu, wsiadłem na rower i po raz pierwszy od kilku tygodni skręciłem z Marszałkowskiej w Hożą. Pedałowałem pod girlandami liści, omijałem tętniące życiem ogródki, z których pachniało śródziemnomorską kuchnią. Jeszcze raz potwierdzała się zasada, że świat niewiele sobie robi z naszych wyobrażeń. Mistrzowska fraza Brodskiego o ulicy „przechowującej wygląd lokatora” była jak zwykle bezużyteczna. Nie zatrzymałem się na dłużej przed zbyt wąskim wejściem, przy którym ktoś powiesił jego zdjęcie, bo nie ma nic głupszego niż wystawanie przed zamkniętymi drzwiami, niż cała ta metafizyka komunii z opuszczonym miejscem. Wyjechał stąd, bo musiał, wyjechał, tak chciał. Zawsze się dokądś wyjeżdża. Jechałem Hożą, wdychałem zapachy, to było pożegnanie. Do Kielc na pewno kiedyś pojadę, ale jeszcze nie teraz. Nie jestem gotowy na ten bezsens, a esej Kielce na tle życia i twórczości Jerzego Pilcha szybko nie powstanie.

MICHAŁ SZYMAŃSKI

Środa Popielcowa z Lebensteinem (w tle)

(…) A to jest jak kiedy przy stole

na naszym przyjęciu studentów i studentek

nagle przestawałem tam być i nas wszystkich,

rozgadanych, śmiejących się,

ogarniałem wzrokiem jakby już tych,

co żyli byli dawno

Czesław Miłosz

 

Z natury religijny, choć pozbawiony łaski wiary, na rzymski kalendarz liturgiczny spoglądam z dystansem, ale i z należytym szacunkiem. Wierzę bowiem w Rytm i sam doświadczam jego zbawiennych skutków: praca, odpoczynek, zabawa i wyciszenie, karnawał i post. Rytm ten ma znaczenie nie tylko religijne – wpisany jest w naturę wszechświata, a zatem i człowieka. I prawdą jest też, że coraz częściej przestajemy się w ten Rytm wsłuchiwać.

„Człowiek jest istotą, która żyje nie tylko w czasie, ale czasowość należy do fundamentalnych wymiarów jego bytu. Rytm-następowanie to dla jego egzystencji wymaganie podstawowe. Rytm ciała, serca, płuc. W każdym rytmie istnieje także jakiś ruch wzlotu i opadania. Mędrzec Pański zauważył: ‘Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem. Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów, czas rzucania kamieni i czas ich zbierania, czas pieszczot cielesnych i czas wstrzymywania się od nich, czas szukania i czas tracenia, czas zachowania i czas wyrzucania, czas rozdzierania i czas zszywania, czas milczenia i czas mówienia, czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju’ (Koh., 3, 1-9). Czy ludzkie pomyłki nie pochodzą najczęściej z pomieszania czasów?” (ks. B. Nadolski, Liturgika).

Wpisany w rytm czasu, Post może być okazją do wyciszenia, do medytacji, do podjęcia wysiłku ćwiczenia duchowego. Nic nie nastraja tak dobrze do medytacji jak poezja, muzyka czy obraz. Czy to przypadek, że duża wystawa gwaszy, rysunków i obrazów Jana Lebensteina zawitała do Lublina właśnie na czas Wielkiego Postu? Tę koincydencję uświadomiłem sobie, gdy szukałem własnych tropów interpretacji dzieła Lebensteina. Forma szkieletu wyłaniająca się z figur osiowych, ludzie-zwierzęta przeniesieni z jednego mitu w drugi, nam współczesny, kobiety „o twarzach często rozdzierająco pięknych”, całe decorum cywilizacji dawno wymarłych, a do dziś inspirujących – wszystko to w sposób nieunikniony nasuwa myśl o owej „pieczęci Erosa i Tanatosa”, którą naznaczony jest nasz los oraz myśl o Niespełnieniu i Przemijaniu. Czyż są lepsze tematy do rozmyślań na czas Postu?

Ciało. Dla jednych worek Zła, zbrukana materia, dla innych emanacja Piękna, źródło radości. Ciało poddane działaniu Czasu zmienia się i wywołuje w nas coraz to nowe skojarzenia. Tym, którzy wierzą, że ten świat istnieje naprawdę, wzrok, słuch, węch, dotyk i smak pozwalają odróżnić Piękno od Brzydoty. Ciało kobiety, ciało mężczyzny… Kiedyś podobno jedno, za radą Zeusa podzielone na pół. Jakże trafna była intuicja Mary McCarthy, która ten mit odniosła kiedyś do „rozdwojonych” figur osiowych Lebensteina.

 

Pisałem w wierszu Nienasycenie:

Ciało

Moje i Twoje

Dwa gorące oceany

możliwości

Jeden kształt

cienkim włosem

rozcięty (…)

W myśleniu o ciele tkwi zatem strzała Erosa. „To nie moja wina, że jesteśmy tak ulepieni, w połowie z bezinteresownej kontemplacji, i w połowie z apetytu” – pisał w jedynym z wierszy Miłosz. Wygląda na to, że to właśnie „wina” Erosa. Kobiety ze Sweet Baru kuszą i są kuszone, są samotne (nawet jeśli siedzi ich po kilka przy tym samym stole), czekają, choć wiedzą, że wszystko już za nimi. W pozie zatrzymanej jak do fotografii krzyczą do nas głodne miłości lub choćby pieszczoty, a może po prostu śmieją się z tych, którzy uwierzyli w swą wyższość nad Czasem. Gdzie są partnerzy tych kobiet? Czy są nimi czający się za plecami Swoi? Czy może przyoblekają postać Faunów i Bottomów z oślimi uszami? „Partner rzeczywiście nie istnieje, jest kreowany, jest zmaterializowaną erotyczną wyobraźnią (…) Jest stwarzany przezz własne seksualne ego. Ale erotyczna wyobraźnia nie stwarza nigdy pełnej sytuacji ani osoby. Erotyczny partner wyobraźni i pożądania stwarzany jest albo dany tylko we fragmentach. Jak potrzaskana rzeźba, której części odnajdujemy czy też oglądamy kolejno. Są to oddzielne przedmioty: tors, ręce, nogi, brzuch” (J. Kott, Mały traktat o erotyce).

Na horyzoncie myślenia o ciele pojawia się nieubłagany Tanatos. W dziele Lebensteina przywdziewa on różne maski, a ściślej biorąc, najbardziej rozpoznawalny jest tam, gdzie wszystkie maski już opadły i zostaje sam szkielet. W cyklu przedstawiającym znieruchomiałe wnętrza Sweet Barów ciała niektórych kobiet zostają „zaoszczędzone”: kuszą, ostrzegają, przypominają… W szkielet zamieniają się mężczyźni i zwierzęta. Eros i Tanatos. Piękno i Brzydota. Jak tu nie myśleć o „koszmarnej dwoistości ludzkiego ciał, którego piękno istnieje tylko dzięki sprawnemu funkcjonowaniu tej fabryki obrzydliwości. Piękno człowieka jest opłacane jego wulgarnością” (R. Przybylski, Baśń zimowa. Esej o starości).

Niektóre gwasze i rysunki Lebensteina przywodzą mi na myśl słowa Ciorana zapisane po wizycie w paryskim Muzeum Paleontologii: „Nie ma ascezy bez dwojakiej medytacji – nad ciałem i szkieletem, nad zatrważającą zniszczalnością pierwszego i niepotrzebną trwałością drugiego. Warto od czasu do czasu, choćby tytułem ćwiczenia, oderwać się od własnej twarzy, od własnej skóry, odsunąć na bok to szalbiercze przebranie i zdjąć z siebie – bodaj na chwilę – tę powłokę tłuszczu przesłaniającą to, co w nas podstawowego. Po takim ćwiczeniu jesteśmy bardziej wolni i samotniejsi, nieomal nieranliwi” (E. Cioran, Zły Demiurg).

Dzieło Lebensteina pobudza moją wyobraźnię, sprzyja „wejrzeniu w siebie”. Jest czas Postu, więc zaglądam, pytam i tropię… Filozofia stoicka, a także wczesnochrześcijańscy pisarze, tacy jak Bazyli Wielki, Atanazy czy Ewagriusz Pontyjski, zwracali uwagę na pojęcie prosoche. „Prosoche” to właśnie wejrzenie w siebie, uwaga skierowana na siebie. „I tak na przykład Ewagriusz Pontyjski zachęca swego ucznia, by wyobraził sobie własną śmierć, rozkład swego ciała, strach i cierpienie duszy w piekle, wieczny ogień i, w kontakcie z nimi, szczęście sprawiedliwych” (P. Hadot, Filozofia jako ćwiczenie duchowe). Wiele, wiele wieków później innymi słowami, inaczej rozkładając akcenty, wyrazi to Heidegger, odkrywając – i nazywając – napięcie pomiędzy Dasein i Sein zum Tode. Pisze Krzysztof Michalski: „Rzadko kiedy stajemy w życiu codziennym oko w oko z własną przyszłą śmiercią. Rzadko kiedy doświadczamy bezpośrednio w życiu trwogi przed nią. Codziennym naszym zachowaniem wobec śmierci jest ucieczka. Odwrócenie się od niej plecami, zwrócenie uwagi ku czemuś innemu. Takie życie codzienne jest byciem-w-stronę-śmierci, jest nieustannym określaniem się wobec niej”.

Zebrane razem i rozłożone na „Etapy” gwasze, rysunki i obrazy Lebensteina czytam więc na swój użytek jako swoisty moralitet. Przymrużone oko artysty każe mi jednocześnie pamiętać, że każdy z nas ma własny Post i własny Karnawał. Bywa, że nasze doświadczenia pokrywają się i wtedy ciemność nas dzielącą rozjaśnia błysk porozumienia.

Z dalekiej Wyspy umarłych Böcklina dochodzą do mych uszu dźwięki Adagietta z czwartej części V Symfonii Mahlera. Mam przed sobą pacierzowy stos osiowych figur, oś dzielącą twarze-maski, wyraźną linię kręgosłupa jednej z pensjonariuszek Madame. Gdyby z tej osi zbudować maszt, dopłynąłbym na Wyspę. Powoli wciąga mnie niekończąca się mahlerowska melodia. Zapatrzony w Piękno, wyśmiewany przez Wulgarność – usuwam się w cień. Daleko, na horyzoncie, pojawiają się czterej jeźdźcy…

JAN MARIA KŁOCZOWSKI

Tekst jest poprawioną wersją tego, który napisałem ponad dwadzieścia lat temu dla lubelskiego miesięcznika kulturalnego „Na przykład” (nr 3/4, 1999). Znalazł się on później w dwutomowym wydaniu esejów, recenzji i wspomnień: Jan Lebenstein i krytyka, wybór i opracowanie Andrzej Wat i Danuta Wróblewska, wstęp Joanna Sosnowska, Warszawa, Wydawnictwo Hotel Sztuki, 2004. Przywołuję go nie tylko z myślą o przypadającej w tym roku dziewięćdziesiątej rocznicy Jana Lebensteina, ale także w przekonaniu, iż czas, który obecnie przeżywamy – a mnie kojarzący się nieodparcie z czasem Pandemicznego Postu – nadał moim rozważaniom nowy wymiar.

Bogdany Wielkie, 15 sierpnia 2020

Kławdia

Kławdia z psem, brzegiem morza idzie do Lubeki.

Kroki są nieskończone, fale ograbione.

Jak wczoraj, kiedy Kławdia obierała kości

wypłukane przez wodę, z wodorostów, roślin,

z iłu i kruchych muszli przez sztorm naniesionych.

Kławdia, zbieraczka kości, pamięta swe życie,

jak na dziecięcym slajdzie, w pstrym kalejdoskopie:

psy biegną, jeden mały, łaciaty, a drugi

jak kajmak. Ciotka mówi: złóż pościel i oblecz

w te wyschnięte na wietrze, kolorowe poszwy.

Jeśli coś się rozpruło weź igłę i obszyj.

Czego nie możesz unieść, musisz z sobą powlec.

Więc Kławdia kruche kości teraz z sobą wlecze,

i skrzypce rudowłosej jak wtedy, w Lubece,

gdy patrzyła na rybny targ za swoim domem,

a dni były niebieskie, mroźne, nieskończone.

Jest wieczór gdy Struck stary siada do kolacji

ze starszym synem. Młodszy zje dziś u swej praczki.

Ludzie w oknach zapalą lampy, jest przed zmierzchem,

ale widać coś niecoś, to, że brzegiem jeszcze,

w swoich łachach, jak zawsze o tej samej porze,

gdy fale przybywają na ten brzeg, przez morze,

Kławdia z psem, jak co wieczór, wraca do Lubeki.

Hel, 24 maja 2020

 

Wierszy nie należy tłumaczyć, bo nawet wytłumaczone i tak żyją swoim własnym, tajemniczym życiem. Tak jak literaccy bohaterowie, którzy potrafią wejść w nasze noce i dni, zmuszając nas do przeżywania ich radości, tragedii czy tylko egzystencjalnych porażek. Gdzieś między stronicami książek oni także żyją czasami naszym życiem i wzajemnie nas i siebie odwiedzają.

Zawsze nad północnym morzem powraca do mnie morze Tomasza Manna. Czasami lodowato przejrzyste, a chwilami ciemne i wzburzone. Raz matowe, pozbawione blasku, a innym razem ze srebrnymi i różowymi prześwitami między szarostalowymi pniami buków. Upadek rodziny Budenbrooków był dla mnie zawsze upadkiem równie wstrząsającym jak zagłada domu Usherów. Lubeka powracała do mnie w snach, choć nigdy tam nie byłam, a w powieści ani razu nie pojawia się nazwa miasta. Rudowłosa Gerda, choć nie jestem pewna czy to ja obdarzyłam ją tycjanowskim kolorem włosów czy Tomasz Mann, wprowadzająca zamęt do kupieckiej rodziny swoimi skrzypcami i miłością do muzyki, a już szczególnie muzyki Wagnera, wydaje mi się rodzoną siostrą  Kławdii Chauchaux. Albo nawet nią samą,  tylko obdarzoną innym losem i innym imieniem. Ale równie tragicznym. I jest we mnie głęboka pewność, że tak jak Gerda po powrocie do Amsterdamu, gdy po śmierci swego niespełna szesnastoletniego syna Hanno porzuci dom Buddenbrooków, to jednak zawsze będzie do niego tęskniła, tak samo Kławdia będzie rozpaczliwie tęskniła do tej chwili, gdy wchodziła do jadalni pewnego uzdrowiska w Davos w kantonie Graubünden, sprawiając, że kierowały się na nią wszystkie spojrzenia. A może najbardziej będzie tęskniła do tej chwili, gdy zegar w jadalni wybijał godzinę drugą, a ona siedząc przy swym „lepszym” rosyjskim stole odwróciła głowę. Wtedy jej oczy na moment spotkały się z oczami Hansa Castorpa. W wąsko wykrojonych oczach Kławdii igrał uśmiech , jak gdyby chciała zapytać: „A więc? Już czas. Czy idziesz? (Bo gdy mówią tylko oczy, rozmowa toczy się przecież na „ty”, nawet wtedy, kiedy usta nie powiedziały jeszcze nawet „pan”).

Tak więc między stronicami powieści Kławdia rozmawia z Gerdą, a w naszym życiu chodzi być może brzegiem bałtyckiego morza, zbieraczka kości, która wiele przeżyła, ale ciągle ma jeszcze dość siły aby iść przed siebie, chociaż musi wlec za sobą jak worek z kośćmi swój ból. Nigdy bowiem nie będziemy do końca wiedzieli kim naprawdę jesteśmy, a jedyną realną rzeczą będą przeżyte chwile szczęścia i bólu, który, jeśli chcemy dalej żyć, musimy z sobą powlec.

ANNA PIWKOWSKA

Władimir Britaniszski

Naturalnie znałem nazwisko Władimira Britaniszskiego zanim się spotkaliśmy, wiedziałem też, kim jest jego żona – poetka Natalia Astafjewa, słyszałem o ojcu Astafjewej, Jerzym Czeszejko-Sochackim, polskim komuniście, który w 1933 roku, parę lat przed Wielką Czystką wyjechał z Polski do Kraju Rad i został  niedługo potem zamordowany, jak tysiące innych polskich komunistów-kominternowców.

Ojciec Britaniszskiego, Lew, był ciekawym malarzem, do petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych Sztiglica dostał się z listem polecającym od samego Ilji Riepina, ale kontrolowane odgórnie radzieckie życie artystyczne, okres wojny i blokada Leningradu przez którą przeszli, wreszcie ewakuacja na Ural spowodowały, że talent malarski ojca nie rozwinął się tak, jak mógłby w świecie wolnym i bezpiecznym.

Znamy Britaniszskiego jako tłumacza literatury polskiej, ale pozostawił po sobie także bogaty dorobek przekładów z angielskiego m.in. Stephena Crane’a, Carla Sandburga, Gwendolyn Brooks, Edwarda Cummingsa. Służył innym poetom, ale sam również był obdarzony talentem poetyckim, widać to było już w jego wczesnym debiucie w roku 1945.

Z prawdziwą siłą talent Britaniszskiego wybuchł w latach Odwilży – wiosna 1954 roku, trzeci rok studiów, żywe życie literackie młodych poetów Leningradu, liczne znajomości literackie z tamtego czasu: z Dmitrijem Bobyszewem, Andriejem Bitowem, Aleksandrem Gorodnickim.

W pierwszym krótkim wspomnieniu o tamtych czasach opublikowanym w roku 1990 w leningradzkim czasopiśmie „Aurora”, Britaniszski pisał: „Jak się niebawem okazało, podłość nie straciła siły, osłabła tylko na chwilę (…). Lata pięćdziesiąte kończyły się wielokrotnie. Po raz pierwszy zaczęły się kończyć u schyłku 1956 roku. I dalej przez całe następne dziesięciolecie”.

A jednak literatura musiała być przez sporą część jego życia jakimś hobby, zaledwie drugorzędnym dodatkiem do prawdziwego zajęcia. Britaniszski skończył leningradzki Instytut Górniczy, był geofizykiem i długie lata spędził w ekspedycjach geologicznych na Dalekim Wschodzie. Mawiał później, że zauralskie, workuckie wyprawy były dla niego formą emigracji. Literaturę mógł uprawiać tylko w czasie wolnym.

Kiedy widywaliśmy się z Władimirem Britaniszskim w Moskwie, pod koniec jego życia zdarzało się to dość często, wyglądał na człowieka starego, chociaż nie miał jeszcze osiemdziesiątki. Był brodaty, chudy i przygarbiony, sprawiał wrażenie proroka. Ale poruszał się szybko, zamaszyście. Lubiłem te spotkania, ale jednocześnie nie lubiłem – nie samych spotkań przecież, ale zawstydzenia, jakie mi przy nich zawsze towarzyszyło. Spotykałem się z niezwykłym poetą, tłumaczem i znawcą literatury, jeszcze silniej czułem, że obcuję z głębokim mędrcem, trochę dziwakiem poruszającym się powoli poza głównym nurtem życia, gdzieś po poboczach codzienności. Nie bardzo wiedziałem, jak reagować na jego naturalną, wyciszoną skromność. Widać ją było w każdym geście, wyczuwało się ją na przykład w sposobie mówienia o Astafjewej – często mówił o jej poezji, uważał ją za wybitną poetkę, a o sobie nie mówił nigdy, a już z pewnością nie nazwałby sam siebie poetą, pisarzem.

W 2010 roku, na chwilę przed stuleciem urodzin Czesława Miłosza Instytut Książki wystąpił z pomysłem zakupu praw autorskich do niektórych przekładów dzieł poety. Pomysł Grzegorza Gaudena był prosty – chodziło o umieszczenie tekstów Miłosza w wolnym dostępie tak, żeby ewentualni zainteresowani nie musieli szukać starych wydań, ani prosić o jednorazowe zgody na publikację. Władimir Britaniszski był autorem przekładu Zniewolonego umysłu, książka miała jedno wydanie w niewielkim nakładzie, odbiła się w Rosji echem tylko w gronie literaturoznawców miłoszologów i nie wyglądało na to, żeby szykowały się kolejne bogate wydania.

Cała operacja była pożyteczna dla przyszłych czytelników Miłosza i wydawała  się formalnością. Prosiliśmy tłumacza o zrzeczenie się praw, które i tak były nominalne, mało kogo poza Instytutem Książki interesowały, byłyby jednak, skoro rosyjski Zniewolony umysł miał trafić do wolnego dostępu, gratyfikowane przyzwoitym honorarium. Cóż, dla pary starych poetów żyjących w centrum Moskwy z mizernych emerytur w cichej, skromnej, zawalonej po sufit tysiącami książek pustelni w bloku z płyty z epoki Chruszczowa, byłaby to wyraźna ulga na jakiś czas.

Poproszony o pośrednictwo w tej sprawie, wyjaśniłem Britaniszskiemu przez telefon, w czym rzecz. Bagatelizował sprawę, mówił, że Zniewolony umysł chyba nikogo dzisiaj nie zainteresuje, przekonywał mnie, że cała sprawa nie jest warta zachodu, ale umówił się ze mną następnego dnia w Instytucie Polskim w polskiej ambasadzie i wtedy streściłem raz jeszcze zasady całej operacji. Wysłuchał wszystkiego w ciszy, po czym zapytał, czy honorarium wypłaci polska instytucja. Tak – potwierdziłem – właśnie Instytut Książki, najpewniejsze źródło, urząd podlegający naszemu ministerstwu kultury, najoficjalniej w świecie, z dotrzymaniem wszelkich umów i obowiązków rachunkowo-podatkowych. Nie spodobała mu się moja odpowiedź o instytucjach z zagranicy, ale ja nie wiedziałem dlaczego. Dodałem, miało go to w moim pojęciu uspokoić, że podatki od umowy zostaną potrącone w Polsce i w rosyjskich urzędach podatkowych, bankach, czy gdzie tam jeszcze, nie będzie śladu tej transakcji. Britaniszski milczał chwilę, po czym palcem wskazującym prawej ręki wskazał na sufit. Po chwili powtórzył gest, a potem położył palec na ustach: – Niech pan nic nie mówi – wyszeptał.

Krótko potem pożegnał się, a ja chciałem go odprowadzić. Wyszliśmy na ulicę, zacząłem znowu – żeby wszystko przemyślał, że nie ma pośpiechu, ale chodzi o to, żeby na miłoszowski jubileusz tchnąć nowe życie w jego teksty, że Zniewolony umysł to najważniejsza bodaj jego rzecz eseistyczna i kto miałby się tym w Rosji zająć, jeśli nie nasze instytucje. „Przecież oni wszystko to słyszą!” – wycedził w końcu. Wyraźnie liczył, że się wcześniej sam domyślę, ale skoro nie, na ulicy powiedział to otwarcie. „Ale jacy oni?” – nie rozumiałem i obawiam się dzisiaj, że chyba mogłem zapytać z lekko lekceważącym uśmieszkiem. – „Naprawę sądzi pan, że nie mają nic lepszego do roboty, tylko zajmować się emigracyjnym esejem Miłosza o Polsce lat czterdziestych i pięćdziesiątych? Na co im te stare alfa, beta, gama, delta! To dobre dla historyków literatury i polonistów, ale nie dla tajniaków kremlowskich. Chodzi tylko o prawa do przekładu, które wykupi polska instytucja zajmująca się literaturą”. Znał oczywiście te stare, nieśmiertelne zbitki o agentach opłacanych przez zagranicę. Popatrzył na mnie, naiwniaka, z wyraźnym politowaniem: – „Uuu – westchnął przeciągle jakby trochę zaskoczony. – Pan nic nie wie. Pan ich w ogóle nie zna”.

W „Aurorze” o Odwilży napisał tak: „nieustanne dokręcanie śrubki i krótkie okresy lekkiego luzowania. Nastroje od euforii, optymizmu, nadziei i wątpliwości po gorycz i rozpacz”.

MAREK RADZIWON

Buszujący w zbożu

Pierwsze spotkanie z Holdenem Caulfieldem? Tak jak należy: w piętnastym roku życia. W ósmej klasie szkoły podstawowej zjawiła się praktykantka z polonistyki. Gdy poprosiła, żeby zwracać się do niej po imieniu — Magda — poczuliśmy, że będzie, jak się wtedy mówiło, fajowo. I było, zwłaszcza po lekcjach. Magda nakłoniła nas — to znaczy paru kumpli ciekawych literatury — do wspólnego czytania współczesnej poezji, z czego urodził się efemeryczny teatrzyk. Pośród poprzewracanych krzeseł — bo mieliśmy jednak swoje nastoletnie wyobrażenie o awangardzie — mówiliśmy wiersze Różewicza, według mojej, że tak powiem, koncepcji. Były też potańcówki. Magda przynosiła zagraniczne płyty, wśród nich muzykę do Ostatniego tanga w Paryżu. Tenorowe brzmienie saksofonu Gato Barbierego czarowało nas i uwodziło. Smakowaliśmy nowe nazwisko: Bertolucci.

Od praktykantki Magdy pożyczyłem Buszującego w zbożu – pierwsze polskie, dość sfatygowane wydanie z 1961 roku. Zakochałem się, rzecz jasna – i wcale nie w Magdzie, lecz w powieści. Cóż zresztą dziwnego: od siedemdziesięciu lat kochają ją kolejne pokolenia czytelników, choć dziś jest, zdaje się, lekturą szkolną, więc pewnie straciła swój anarchiczny i buntowniczy powab. Wtedy, w 1974 roku była moją bodaj pierwszą książką zbójecką.

Uciekałem z Holdenem ze szkoły, włóczyłem się po Nowym Jorku, mieszkałem w hotelu Edmont, spotykałem się z prostytutką, której moje niepowodzenie seksualne (ha! ha!) tłumaczyłem chorobą klawikordu, opiekowałem się siostrzyczką Phoebe, choć w rzeczywistości miałem brata Wojtka. No i całej mojej eskapadzie towarzyszył Gato Barbieri, co było akurat bez sensu, bo u schyłku lat czterdziestych, gdy dzieje się akcja Buszującego w zbożu, Nowy Jork rozbrzmiewał raczej muzyką Stana Kentona czy Colemana Hawkinsa. Ale kto by się tym przejmował – fantazmaty mają swoje prawa.

Praktykantka Magda, jak się zjawiła, tak zniknęła i już nigdy więcej jej nie spotkałem. Ale Salinger ze mną został na zawsze. Przeczytałem jego trzy pozostałe tomy, czyli Franny i Zooey, Wyżej podnieście strop, cieśle; Seymour – Introdukcja i 9 opowiadań. Łaziłem po antykwariatach, żeby zdobyć tomiki na własność, co mi się z czasem udało – z wyjątkiem Buszującego w zbożu. Ten, w tamtej epoce raz tylko wznowiony, był wielką rzadkością. W końcu u takiego niby-bukinisty, który miał budkę z książkami na MDM-ie, wypatrzyłem upragnioną książkę. Ale bukinista był zdzierca i żądał ceny niebotycznej dla licealisty. Zacząłem z nim pertraktować: miałem sporo rozmaitych poszukiwanych książek, więc zaproponowałem mu wymianę. Stanęło na Rozmowach z katem Moczarskiego, właśnie wtedy wydanych i stanowiących dużą sensację, więc także łakomy kąsek. Szczerze mówiąc, sprawa szefa Kedywu oczekującego w stalinowskiej celi śmierci na wykonanie wyroku wraz z katem Warszawy, generałem SS Jürgenem Stroopem, mało mnie wówczas obchodziła, więc niewiele się zastanawiając, zaniosłem książkę bukiniście, który czym prędzej wyrwał mi ją z rąk, dając w zamian Buszującego w zbożu.

Dziś mam na półce i Moczarskiego, i Salingera w paru wydaniach, łącznie z amerykańskim. Przeczytałem też nowy przekład, ale przyznam, że mi nie smakował. Ten pierwszy, Marii Skibniewskiej, był, jak by to powiedzieć, subtelniejszy, a przez to dowcipniejszy, nie tak dosadny. W gruncie rzeczy bliższy oryginalnej wersji.

Parę lat temu jedno z moich wydań Buszującego w zbożu pożyczyłem Stasiowi Zagańczykowi, bo akurat „przerabiał” lekturę w szkole. Właściwie ciekaw byłbym jego wrażeń. Obawiam się, że Buszujący w zbożu jest nie do przerobienia, zwłaszcza obowiązkowego.

JANUSZ MAJCHEREK

Zygmunt Mycielski i muzyka w Izraelu

Jakiś czas temu Marek Zagańczyk zachęcił mnie do przyjrzenia się podczas moich badań nad zapiskami Zygmunta Mycielskiego wątkom dotyczącym Żydów i Izraela. Przyznam, że ani nie jest to temat, w którym czuję się kompetentna, ani nie wydawał mi się on specjalnie w pisarstwie Mycielskiego istotny. A jednak okazuje się, że i w tym punkcie można znaleźć u Mycielskiego sporo cennych myśli i spostrzeżeń.

Na pierwsze miejsce wybija się wizyta, którą Mycielski złożył w Izraelu pod koniec 1959 roku, na zaproszenie izraelskich muzyków. Po powrocie z tej wyprawy, w grudniu 1959 roku, w swoim prywatnym (niepublikowanym dotąd) dzienniku zapisał: „Znowu przez prawie dwa miesiące nie byłem w Polsce. Objechałem Rzym, Neapol, Izrael i wróciłem przez cudowne Ateny. Powrót do kraju sprawia mi zawsze wrażenie cudownej egzotyki. Może dlatego tak lubię Polskę?”.

Przygotował wówczas kilka korespondencji – Listów z Izraela, które w części (bo nie wszystkie, o co zresztą Mycielski toczył z redakcją boje) opublikował na początku 1960 roku „Przegląd Kulturalny”. Zastanawiając się nad tym, co napisać w owych korespondencjach, notował we wspomnianym wyżej dzienniku: „Powiedzieć wszystko co wiem i co myślę o Żydach i Izraelu? Pozostać na pozycjach człowieka, który przez dwa tygodnie pętał się między Tel Awiwem, Jerozolimą, Jeziorem Genezaret i Morzem Czerwonym? Byłem tam zanadto przyjmowany, a za mało wetknąłem nosa pod podszewkę. Zresztą, jak tu dziś wtykać nosa pod podszewkę?”.

Mycielski jechał do Izraela z niekłamanym zaciekawieniem, trochę jak do „niepisanej, polskiej w znacznej mierze kolonii nad Morzem Śródziemnym”. Mieszkało tam przecież wielu polskich muzyków, których znał sprzed wojny, a którzy wyjechali wówczas jeszcze do Palestyny, aby zasilić szeregi utworzonej tam w 1936 roku przez wybitnego polskiego skrzypka Bronisława Hubermana orkiestry symfonicznej. Orkiestry, która wkrótce miała stać się jedną z najlepszych orkiestr świata. Dziś na stronie internetowej Izraelskiej Orkiestry Filharmonicznej można przeczytać nie tylko o tym, że utworzył ją Huberman, ale i że w pierwszej dekadzie jej istnienia dominującymi wśród muzyków językami były niemiecki, polski, węgierski i rosyjski, a tylko muzycy młodszego pokolenia umieli posługiwać się hebrajskim.

Trudno się zatem dziwić, że mieszkający w Izraelu muzycy (niektórzy od 1936, inni dotarli tam po wojnie, zwłaszcza kiedy oficjalnie powstało państwo Izrael) chętnie witali kolegę kompozytora z Warszawy. „Wczoraj odbyło się w Tel Awiwie moje powitanie” – wspominał Mycielski, już w opublikowanym po latach przez Iskry dzienniku. „Przyszło mnóstwo ludzi do sali klubu MILO, muzycy, wszyscy tutejsi kompozytorzy, Ben Chaim, Odeon Partas, Tal z Jerozolimy, Borkowitsh, przedstawiciele towarzystwa Polsko-Izraelskiego, ktoś z naszego poselstwa, oczywiście Karol Klein etc. Coś ponad 50 osób. Mnóstwo hebrajskich przemówień, które mi tłumaczono, mnóstwo Żydów z Polski, którzy się przepychali z pytaniami o [Zbigniewa] Drzewieckiego, [Zygmunta] Grossa, [Jana] Maklakiewicza, o różnych ludzi, których nie znam, o Kraków, Lublin, Łódź. Odpowiadałem, co było tłumaczone na hebrajski dla tych, którzy nie rozumieli”.

Muzyce, z którą sam zetknął się podczas owej izraelskiej wizyty poświęcił ostatni, piąty List z Izraela (którego „Przegląd Kulturalny” nie chciał już opublikować). Zachwyca się tam najpierw pokazanymi mu w jerozolimskim Etnologicznym Instytucie Orientalistyki niezwykle bogatymi zbiorami folkloru „zawleczonego tu ze wszystkich zakątków świata”. „Boże drogi – notuje – czemu ja tam nie mogłem zostać dłużej i przesłuchać tych 4000 taśm, które ta kobieta [niezwykle zasłużona dla badań nad muzyką tego rejonu prof. Edith Gerson-Kiwi], nagrała!”.

Dopiero w drugiej kolejności pisze o sali koncertowej w Tel Awiwie, wyprzedanej na każdy koncert i budującej się wówczas sali koncertowej w Jerozolimie, zapisując z podziwem: „Jak widzimy, Żydzi potrzebują muzyki jak wody, mają jednak więcej muzyki niż wody. Orkiestry jeżdżą po kraju, mnożą się, chórów jest dużo, kompozytorów też, i to bardzo zdolnych i ciekawych”. O założonej przed laty przez Hubermana orkiestrze notuje zaś: „Czułem się tam znowu jak w domu, gdy poszedłem za kulisy. Czternastu członków tej orkiestry pochodzi z naszych orkiestr, przeważnie z dawnej orkiestry warszawskiej Fitelberga [chodzi o założoną w 1935 roku przez Grzegorza Fitelberga w Warszawie Orkiestrę Polskiego Radia, reaktywowaną po wojnie w Katowicach, czyli dzisiejszy NOSPR]. W tym koncertmistrz, Józef Kamiński, który mi kazał pozdrowić najserdeczniej Grażynę Bacewiczównę, bracia Ginsburgowie, z których jeden jest pierwszym wiolonczelistą, a drugi pierwszym perkusistą i wielu innych”. I dodawał z uznaniem: „Muzyków do tej orkiestry dobierał Huberman z całego świata. Mozaika ta dała wspaniały rezultat”.

To tylko fragmenty obszerniejszych zapisków, kreślących obraz muzyki w Izraelu w 1959 roku widziany oczami kompozytora z Polski. I o ile wątków żydowskich jest w pisarstwie Zygmunta Mycielskiego więcej, to nigdy już tak wiele miejsca nie poświęcił on muzyce i muzykom w Izraelu.

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Pięć gwiazdek

Palę (dużo), piję (mało) i klnę. Jak jakiś żul. Sama się sobie dziwię, że się tak z latami rozklęłam. Powodów niby dużo, natury ogólnej i szczególnej, każdy niech sobie dopisze, co mu leży na wątrobie. Wprawdzie nakładam sobie namordnik w eleganckim towarzystwie i hamuję się przy jednej z moich przyjaciółek, która słowa na pięć gwiazdek używa jedynie w sytuacjach ekstremalnych, to jednak nie da się ukryć, że aż bulgoce we mnie na co dzień i od święta. Jakby tego było mi mało, klnę nie tylko w języku Reja i Kochanowskiego, ale Chaucera i Szekspira. Chętnie zaglądam do specjalistycznego słowniczka pod wdzięczną nazwą The F-Word, nieodzownego przy tłumaczeniu współczesnej prozy anglosaskiej. Jakże istotne są towarzyszące mu przyimki! I jak wiele potrafią wyrazić! Samo fuck, wygodne, bo krótkie, zagościło już na dobre w polszczyźnie, choćby w postaci zwrotu frazeologicznego „pokazałem mu fucka”. A może nawet faka? Co by świadczyło, że wrosło na stałe.

Samo fuck ma imponująco bogatą historię, która sięga XIV wieku, i z początku nie miało takiego znaczenia, jakie przypisuje się mu obecnie. Słowo pojawiło się po raz pierwszy w aktach sądowych z 1310 roku w związku z rozprawą przeciwko mężczyźnie o długim nazwisku lub przydomku, zaczynającemu się właśnie od sylaby „fuck”. Teorii związanych z etymologią fucka jest zresztą mnóstwo, jedne śmieszniejsze od drugich. Biedak, ścigany przez cenzurę obyczajową, postawił na swoim w latach 60. ubiegłego wieku, wraz z liberalizacją językową wymuszoną przez hippisów. Używali go i nadużywali wielcy pisarze, choćby Henry Miller czy Norman Mailer. Philip Roth też dołożył swoje, wprowadzając odpowiedniki fucka zapożyczone z jidisz, w rodzaju schmock. Na rodzimym gruncie wyróżniali się elegancją przekleństw Jerzy Pilch i Janusz Głowacki. Lista jest baaardzo długa.

Trzymane w ryzach obyczajności filmy w Ameryce przez długi czas dostawały od komisji nadzorujących ocenę „R”, a nawet „X” za przekleństwa w listach dialogowych, a stacje telewizyjne dodatkowo wprowadzały własną cenzurę. Ale, jak wiadomo, ten mur już dawno runął, także dzięki kablówce, która nie stosuje takich ograniczeń. Gdy któregoś razu zostawiłam w nocy otwarty telewizor na kanale filmowym, obudził mnie stek przekleństw po angielsku, tłumaczony słowo w słowo przez polskiego lektora o aksamitnym głosie i nieskazitelnych manierach. Efekt był zabójczy. W ten sposób podłączyłam się do filmu Zły porucznik z brawurowym Harveyem Keitelem. Chyba w żadnym późniejszym filmie nie wysłuchałam aż tylu cztero-, pięcio- czy sześciogwiazdkowych bluzgów. Na dodatek Keitel, grający rolę nowojorskiego gliniarza na ciągłym haju i bani, w szponach hazardu, latał po mieszkaniu ze zwisającym f…, pardon, przyrodzeniem.

Fot. Renata Gorczyńska

Nieustannie mnie bawi, że we francuskim żeńska część intymna, cul, jest rodzaju męskiego, i na odwrót – członkowi męskiemu przypisano rodzaj żeński. Nie będę odgadywać przyczyn takiego dziwactwa. Natomiast dodam, że mieszkając we Francji w latach osiemdziesiątych, uwielbiałam one man standy genialnego wręcz satyryka Coluche’a, który był chodzącą encyklopedią języka rynsztokowego, jak się ongiś mówiło. Jego diatryby o wyraźnej nucie społecznej i antyestablishmentowej nadawane w jednej z paryskich stacji radiowej sprawiały, że klienci barów zastygali w osłupieniu, a ulice pustoszały, bo przechodnie pędzili do radioodbiorników. Ten trybun ludowy był zresztą człowiekiem gołębiego serca, działającym na rzecz krzywdzonych dzieci. Poruszał się po mieście potężnym motocyklem i gdy zginął w kraksie, zapanowała żałoba narodowa.

Od biedy potrafię zakląć po włosku, rosyjsku i hiszpańsku. Niemniej jednak nie czuję wówczas tej siły. Dopiero zaklnięcie po polsku dowala. Podobnie jak w średniowiecznej angielszczyźnie, polski wzbogacił się o te słowa w zamierzchłej przeszłości. Znakomity mój starszy kolega, profesor Schenker, lingwista z Yale, objawił mi, że jebati (czy jakoś podobnie, cytuję z pamięci), to czasownik pochodzący z sanskrytu. „Zajebisty” jest teraz w powszechnym użyciu, tak, jakby nie było wiadomo, od jakiego rdzenia pochodzi.

Klniemy więc powszechnie – my, wy, oni. Nie będę próbowała dochodzić, dlaczego tak się dzieje. To zadanie dla antropologów kultury i socjologów. Nawet ci, którzy nigdy nie siedzieli pod celą, używają, świadomie lub nie, zwrotów zapożyczonych z kminy. Słowotwórstwo kryminalistów jest nieocenione. Nie są oni jednak zadowoleni, gdy ich tajemny kod przenika do powszechnej świadomości. Podobno autorowi słownika gwary więziennej grozili nawet dintojrą.

W ciągu minionego roku stałam się ofiarą mnóstwa ograniczeń – ruchowych, dietetycznych i co kto chce. Doszłam więc do wniosku, że może należałoby też przykręcić nadużywanie bluzgów, choćby z tego powodu, że dziś używają ich nawet dzieci z podstawówek. No, ale ta skrzecząca rzeczywistość nie daje spokoju. A zatem postanowiłam zastąpić ogólnie znane przekleństwa neologizmami własnego chowu. Oto kilka przykładów:

  • kwara
  • chutas
  • rozdziaba
  • zebać
  • rebul
  • pisić

Zapraszam do zabawy lingwistycznej. Przed nami szczytny cel: odwrócić trend i zaistnieć w Wielkim Słowniku Języka Polskiego.

RENATA GORCZYŃSKA

(sympatyczka Polskiego tanga, choć spokojnie mogłabym być babką Taco Hemingwaya)

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek