Tego dnia jechaliśmy jakie dziewięć czy dziesięć godzin. Kiedy słońce stanęło w zenicie, rozłożyliśmy się obozem przed niewielkim kanem, gdzie biło czyste źródło i wznosił się wielki platan. Później, leżąc płasko na ziemi obok naszych mułów, raz jeszcze piliśmy wodę z jakiegoś strumyka. Z początku droga wiodła wzdłuż zbocza Parnasu, a następnie pradawnym skamieniałym łożyskiem rzeki, potem w zagłębieniu między dwiema stożkowatymi górami, wreszcie pośród pól zielonej pszenicy na wysoko położonej żyznej równinie. Niekiedy biegła przez pustkowie tchnące odludziem tysiącleci; wokół nas nie było nic prócz jaszczurki przesuwającej się z szelestem po ziemi i krogulca krążącego wysoko w niebie; gdzie indziej znów kłębiły się stada owiec. Wtedy psy, podobne do wilków, podbiegały tuż ku naszym mułom i musieliśmy je odpędzać kamieniami. Ociężałe wełniste barany stały stłoczone w cieniu skały i dyszały z wysiłkiem. Dwa czarne kozły nacierały na siebie rogami. Młody śliczny pasterz niósł na ramionach owieczkę. Cień obłoku trwał nieruchomo na płaskiej, kamienistej okolicy. W jakiejś kotlinie o dziwacznym kształcie, gdzie leżały tysiące głazów, wśród których rosły tysiące drobnych, mocno pachnących krzewów, przecinając drogę, wlókł się wielki żółw. Potem, pod wieczór, ujrzeliśmy z daleka jakąś wieś, ale jechaliśmy dalej. Obok drogi stała cysterna z tryskającym w jej głębi źródłem. Przy studni rosły dwa cyprysy. Kobiety zaczerpnęły z niej czystej wody i napoiły nasze zwierzęta. Wieczornym niebem płynęły małe obłoki, po dwa, po trzy. Z bliska i z daleka rozlegały się dzwonki trzód. Muły stąpały żwawiej, wdychając świeże powietrze, które napływało ku nam z doliny. Nad drogą unosił się zapach akacji, poziomek i tymianku. Wyczuwało się, że niebieskawe góry zamykają horyzont i że ta dolina była kresem naszej podróży. Długo jechaliśmy szpalerem dzikich róż. Przed nami polatywał jakiś ptaszek, nie większy niż plamka cienia pod jedną z tych kwitnących róż. Z lewej strony, gdzie ciągnęła się dolina, żywopłot się skończył i można było niby z balkonu spojrzeć w dół i w dal. Niżej, na samym dnie niewielkiej doliny, wygiętej w kształt łuku, aż do połowy zbocza przeciwległej góry na przemian z ciemnymi cyprysami rosły kępy owocowych drzew. Między drzewami kwitły żywopłoty, pośród nich poruszały się stada, na drzewach śpiewały ptaki. Niżej, wzdłuż naszej drogi, biegły inne drogi. Widać było, że je tu wytyczono wedle upodobania, a nie dla wygody podróżnych czy pasterzy. Tworzyły łagodne zakola nad doliną, zawsze na jednakowej wysokości. Pośrodku zbocza rosła pinia, samotne, królewskie drzewo, jedyne naprawdę wielkie w całej dolinie. Była z pewnością bardzo stara, ale wdzięk, z jakim wznosiła ku niebu swoje nieco zakrzywione trzy wierzchołki, miał w sobie jakąś odwieczną młodość. Teraz droga prowadziła między niskimi murami. Za nimi ciągnęły się sady. Na starą oliwkę, jak gdyby chciała się na nią wdrapać, wspinała się przednimi nogami czarna koza. Stary człowiek, z nożem ogrodowym w dłoni, brodził, zanurzony aż po pierś, w kwitnącym szpalerze róż. Klasztor musiał być już całkiem blisko, o jakie sto kroków albo bliżej, i dziwiliśmy się, że go nie widać.

W widniejących w murze z lewej strony niewielkich otwartych drzwiach stał wsparty o nie mnich. W długim czarnym odzieniu, w czarnym wysokim nakryciu głowy, stojąc tak niedbale i spoglądając na przybyszów w tej rajskiej samotności, przypominał jak gdyby czarodzieja. Był młody, nosił długą, jasno- rudawą brodę, podobną swoim kształtem do bród na bizantyjskich obrazach, nos miał orli, oczy niebieskie, patrzące niespokojnie, prawie natarczywie. Pozdrowił nas, pochylając się i rozwierając ramiona gestem, który wydawał się nieco wymuszony. Zsiedliśmy z mułów i ruszyliśmy za nim. Przez całkiem mały, otoczony murami ogród weszliśmy do pokoju, w którym nas zostawił. Były tu tylko najniezbędniejsze sprzęty. Przed bizantyjskim obrazem Matki Bożej płonęła wieczna lampka; naprzeciw wejścia stały otworem drzwi prowadzące na balkon. Gdy znaleźliśmy się na balkonie, okazało się, że znajdujemy się w obrębie klasztoru, który był wbudowany w górę. Nasz pokój, od strony ogrodu położony na równi z jego powierzchnią, od strony dziedzińca znajdował się na drugim piętrze. Stary kościół, na którego tysiącletnich czerwonawych murach i kopułach lśnił blask wieczorny, tworzył jeden z boków dziedzińca, a trzy pozostałe – takie same domy jak nasz, z takimi samymi balkonami jak ten, o którego poręcz staliśmy oparci. Domy, o kształcie nieregularnym, miały barwę rozmaitą, a balkoniki były pomalowane na jasnoniebiesko, żółtawo i bladozielono. Dom narożny łączył się z kościołem jak gdyby loggią podobną do zwodzonego mostu. Jeden z tych domów wydawał się bardzo stary, inny znów sprawiał wrażenie, że nie przekroczył przeciętnego wieku człowieka. Wszystko tu tchnęło spokojem i radością miarkowaną słodyczą zapachów. Z dołu dobiegał szmer fontanny. Dwaj starsi mnisi z brodami czarnymi jak heban siedzieli na ławce. Inny znów, w wieku nieokreślonym, z głową wspartą na dłoni, wychylał się ku nim z balkonu pierwszego piętra. Po niebie płynęły małe obłoki. Dwaj mnisi wstali i ruszyli w stronę kościoła. Dwaj inni zeszli ze schodów. I oni mieli na sobie długie czarne odzienie, ale czarne czapki na ich głowach były nie tak wysokie, a twarze – bezbrode. Szli takim samym krokiem, którego rytm, trudny do określenia, był daleki zarówno od pośpiechu, jak powolności. Znikli jednocześnie w drzwiach kościoła niby żagiel za skałą, niby jakieś wielkie zwierzę, co, niewidoczne zza drzew, bezszelestnie stąpa przez las, inaczej niż ludzie, kiedy wchodzą do domu.

Gdzie stała gwiazda wieczorna, tam za ciemnymi górami niewyraźnie połyskiwał Parnas. Tam, na zboczu góry, leżały Delfy. Gdzie było święte miasto, u stóp świątyni boga, wznosi się dziś tysiącletni las oliwny, a szczątki kolumn poniewierają się między pniami. Te tysiącletnie, prastare drzewa są jednak zbyt młode, nie sięgają tak daleko w przeszłość, już nie widziały ani Delf, ani domu boga. Spoglądamy w ich stulecia z góry, niby w głąb cysterny, gdzie na dnie, we śnie, leży to, co nieosiągalne. Ale tu wszystko jest bliskie. Pod tymi gwiazdami, w tej dolinie, gdzie śpią pasterze i stada, wszystko jest bliskie jak nigdy. Ta sama ziemia, to samo powietrze, to samo życie, ten sam spoczynek. Trwa tu coś nienazwanego, co nie jest ani skryte, ani pozorne, ani uchwytne, a mimo to nie znika: po prostu jest blisko. Tu są Delfy, pola delfickie, miejsca święte i pasterze, tu jest Arkadia tylu snów, a przecież to nie sen. Powoli wracamy do klasztoru. Tuż koło nas warczą wielkie psy. O poręcz balkonu nad bramą opiera się jakaś postać. Zza żywopłotów, stamtąd, gdzie warczą psy, wychodzi jakiś sługa. „Atanazy! – woła mnich z balkonu. – Atanazy!”. Nie woła właściwie, raczej mówi, tonem spokojnego i łagodnego nakazu. „Atanazy, co się tam dzieje?”. „To goście, dwaj cudzoziemcy, którzy wyszli na przechadzkę”. „Dobrze. Uważaj na psy”. Tylko kilka słów. Rozmowa kapłana ze sługą była krótka. Ale jej ton sięgał czasów patriarchalnych. Wszystko to składa się z niewielu elementów. Niczym nienaruszona, pewna siebie władza kapłańska, łagodny ton bezspornej mocy, okazywana w sposób naturalny gościnność, dom, świątynia strzeżone przez liczne psy. A przecież rytm tych kilku nic nieznaczących słów, wypowiedzianych wśród nocy, miał w sobie coś z wieczności. Sięgał czasów, których nie pamiętały wielowiekowe oliwki. Jeszcze nie narodził się Homer, a kapłan i sługa tym właśnie tonem wymieniali z sobą takie słowa. Gdyby z jakiejś dalekiej gwiazdy spadł bodaj najmniejszy, ale żywy twór, cząsteczka jakiegoś kwiatu, ułamek kory jakiegoś drzewa, byłoby to mimo wszystko jakieś poselstwo, które by do nas dotarło. Tak właśnie słuchaliśmy owej rozmowy. Sprawiły to pora, wiatr i miejsce.
HUGO VON HOFMANNSTHAL
Tłum. Paweł Hertz
Fragment szkicu Hugo von Hofmannsthala z tomu: „Księga przyjaciół i szkice wybrane”, Warszawa, Próby, 2023.
Nazajutrz rano zaczęła się trzydniowa podróż. Droga wiodła tam, dokąd z szumem spływała woda z gór. Jej celem była położona w dole kraina lata. Jakiś pagórek odświętniej niż inne zwieńczony bujnymi girlandami winorośli pnących się między jednym i drugim wiązem; jakiś staw, niczym mieniący się purpurą klejnot osadzony w zieleni wzgórza; jakaś warownia, z której brunatnoczerwonych ruin wyrasta szerokolistna figa i cienista oliwka; jakaś gęstwina z lśniącym jak gdyby zza jej pni blaskiem wspaniałego nagiego ciała i jej gałęzie, co jeszcze się chwieją, potrącone w ucieczce przez błyszczące od wilgoci boskie istoty.
Pierwszego dnia droga prowadziła pośród gór. Wzdłuż ich zbocza wykuto białą drogę, w dole z hukiem płynie rwący potok. Wsie zawisły między drogą i niebem, a słowik, co stąd wzlatuje, śpiewa z zawrotnej wysokości; tam, w górze, stoi ktoś może nad grobem swoich rodziców, przechyla się nad niskim murem cmentarnym i widzi pod sobą słowika. A wsie wiszą niżej, między drogą i spienioną rzeką, i pozłacany anioł skrzy się z głębokości na iglicy kościelnej wieży.

Wzdłuż drogi stoją piękne studnie; z jednej z nich, kamiennej kolumny, cztery strugi wody tryskają do pięknej, prastarej kamiennej kadzi; każda struga pozdrawia jeden masyw górski, którego szczyt miesza napój ze słońca i śniegu. Kobiety, stare i młode, powoli schodzą i wchodzą wąskimi, stromymi ścieżkami do swoich wsi, a każda dźwiga na ramionach starodawne koromysło z dwiema brzuchatymi, połyskującymi miedzianymi stągwiami. A kiedy tak napełniają stągwie u studni spływającą w nie z szumem wodą, wtedy znów spotyka się tych dwoje, co spało obok siebie w najciemniejszym łonie gór – woda i metal.
Nisko, w dole, mosty jednym łukiem przeskakują nad spienioną wodą; pradawne, kamienne, o sklepieniach porośniętych ociekającym wilgocią mchem, są dziełem rąk ludzkich, ale przyroda jak gdyby odebrała je człowiekowi; mogłoby się zdawać, że, wyrastając ponad przepaścią ze zbocza góry, ponownie zakorzeniają się w zboczu góry przeciwległej.
Wąwozy wpadają w wąwóz, wody wpływają do wód, dróżka i most łączą z sobą wioski, ścieżki, od szałasu pasterza kóz, gdzie w pobliżu orzeł ma swoje gniazdo, prowadzą w dół, do młyna, co, spowity wilgotną zielenią, stoi pośrodku wiecznie spadającej kaskady, a wiatr z dolin i z wyżyn, z jednej i drugiej strony niesie dźwięk dzwonów; czujesz wtedy, że to więcej niż dolina, że to cały kraj, że jego uroda nie ustępuje piękności tej wielkiej, bliskiej chmury, ciężkiej i ciemnej, a przecież lśniącej, nawet prześwietlonej jakimś wewnętrznym blaskiem i górnym swoim skrajem prawie roztapiającej się w złotej mgle, zaś nazwa tej krainy jest tak piękna jak owa chmura o płynnych konturach i brzmi: Cadore.

[…] Czy nie tu powinien był urodzić się Giorgione? Giorgione, co wchłonął tę dal i tę bliskość, to błogie odbicie, to spoglądanie na góry, ten spoczynek na ostatnim wzgórzu, i stworzył oczarowanie, którego nie sposób nazwać. Giorgione, co na łagodny grzbiet jednego z tych wzgórz kładł cztery lub pięć postaci, które nie robią nic innego, tylko smakują niewypowiedzianą słodycz tego krajobrazu, ssą niby owoc słodką mieszaninę bliskości i dali, mroku i światła, jawy i snu. Kobiety zrzuciły suknie na trawę, ich nagie ciała owiewa dwojakie tchnienie powietrza, co chłodne, zapowiadając cień, chciałoby je zwabić ku górom, a napływając sponad równiny, muska je swoim lubieżnym ciepłem. Ale ich nagie stopy poprzez trawę i kwiaty wyczuwają chłodny, wilgotny grunt, szczęście zakorzenienia w ziemi; i kobiety pochylają się nad kamienną studnią, wyciągają wiadra z wilgotnej głębi, jak gdyby chciały wydobyć jej błogą, mroczną tajemnicę, lecz dobędą z niej tylko czystą wodę; napiją się jej, poczują jej chłód przenikający ciało, jak gdyby coś z doznania rozkoszy nimfy, która tam, na dnie, upaja się chłodem. Ale mężczyźni rozłożyli się obok studni; są odziani, toteż dwojakie tchnienia powietrza, ledwo muskając ich policzki przesłonięte delikatnym cieniem pukli, igrają zdobiącym szmaragdowozielony beret jednego z nich białym piórem, piórem z piersi orła, co tam, za nimi, daleko, daleko, krąży pośród ciemnobłękitnych gór, szybując w cienistej zatoce ogromnej srebrzystej chmury. Ów w pięknym berecie nie odrywa wzroku od piętrzących się niebieskich dali. Ten widok wydaje mu się piękniejszy niż piękne nagie ciała kobiet lekko i lubieżnie siedzących na wilgotnej, chłodnej cembrowinie studni. Smakowanie poczucia owej dali wydaje mu się słodsze, ale jak może doznawać tego poczucia, gdy zarazem widzi się w marzeniu pośród cienistych zatok tej chmury, gdy wyobraża sobie, że wisi tam między skalną krawędzią i przepaścią, gdy wydaje mu się, że jest tym, co na okrwawionych nogach skrada się do orlego gniazda, że okiem tamtego, biednego prostaka, spogląda z błękitnej dali na łagodne wzgórza i na siebie, co leży tu w dostatku i rozkoszy obok marmurowej studni, obok koszyka, z którego toczą się owoce, obok kobiet, co zrzuciły z siebie suknie, leniwy, z puszystym orlim piórem u szmaragdowozielonego beretu. Ów pawilon, zwykła altana wsparta na kolumnach, służy jednej tylko przyjemności, a mianowicie przyjemności patrzenia w ową niebieską dal, na ogromne góry, na chmury, co sycą się ich tchnieniem. Zwykła altana, oko wsparte na kolumnie, którego powieka nigdy się nie zamyka. Na balustradzie altany leży rozpostarta jakaś szkarłatna zasłona. Szczęśliwa okolica! Zasłona, zapomniana, może tu leżeć spokojnie, odzież, porzucona, poniewiera się na trawie; zasłona staje się żaglem, lekko wzdyma ją rozkoszne tchnienie równiny, chłodny powiew z gór przeszukuje jej fałdy. Tak też dzieje się w koronach trzech drzew; błogo igrają ciężarem swoich gałęzi; za czym tęsknią kobiety, po co chciwie opuszczają wiadro w głąb studni, to właśnie posiadają owe drzewa, to właśnie wsysają w siebie korzeniami – ciemne, tajemnicze szczęście ziemi.
HUGO VON HOFMANNSTHAL
Tłum. Paweł Hertz
Fragment szkicu Hugo von Hofmannsthala z tomu: „Księga przyjaciół i szkice wybrane”, Warszawa, Próby, 2023.
Kto zna jedno czy drugie jego dzieło, ten nie zna tego wielkiego autora. Inaczej niż w Fauście czy wierszach Goethego istota poetyckiego żywiołu Balzaka nie zawiera się w jakiejś jednej jego książce. Balzaka należy czytać szeroko i nie wymaga to osobliwego kunsztu. To najzwyklejsza lektura dla ludzi w najogólniejszym znaczeniu tego słowa obytych w świecie, od kancelisty adwokackiego czy subiekta do wielkiego pana. Dla ludzi w świecie obytych (mam tu na myśli mężczyzn wszelkiego stanu, polityków, wojskowych, komiwojażerów, kobiety z wyższej sfery i kobiety proste, duchownych, tych, co nie są ani literatami, ani pięknoduchami, i tych wszystkich, którzy czytają nie po to, aby się kształcić, lecz dla rozrywki) czytanie Goethego za każdym razem stanowi chyba pewien wysiłek, swojego rodzaju wydarzenie. W trudnych, zawiłych chwilach ich żywota Goethe najprawdopodobniej ich zawiedzie; Balzak zawsze okaże się przystępny. Nie mówię tu o stronie literackiej, każdy bowiem wiersz Goethego, na który padłoby ich spojrzenie, zawsze będzie czymś olśniewającym, jakąś muzyką duchów, jakimś czarodziejskim zaklęciem, gdy tymczasem, biorąc do ręki Balzaka, łatwo natkną się na trzy, cztery nudne, męczące kartki i to nie tylko na początku jakiejś opowieści, lecz najpewniej tam, gdzie właśnie otworzyliby książkę. Ale gdy tak będą machinalnie przebiegać wzrokiem te nic nieznaczące i raczej rozwlekłe stronice, zacznie działać na nich coś, czemu zawsze ulega prawdziwy czytelnik, czytelnik ożywiony ludzkim uczuciem, a mianowicie ogromna wyobraźnia autora, niezwykle konkretna, najbardziej twórcza i konkretna od czasów Szekspira. Na którejkolwiek stronicy otworzą książkę, trafiając na jakąś dygresję dotyczącą prawa wekslowego i praktyk lichwiarzy, na jakiś wywód o rządach legitymistycznych czy liberalnych, na opis wnętrza kuchni, sceny małżeńskiej, jakiejś twarzy lub spelunki, wszędzie poczują świat, substancję, tę samą, z której jest ukształtowane ich życie wewnętrzne. Do tych książek mogą przejść prosto ze swojego życia, od własnych trosk i kłopotów, awanturek miłosnych i spraw pieniężnych, interesów i pospolitych ambicji. Znałem finansistę, który po posiedzeniach i konferencjach natychmiast brał do ręki swojego Balzaka z tkwiącą w nim jako zakładka ostatnią cedułą giełdową, a także panią z towarzystwa, która, chcąc znów poczuć się sobą, wieczorem, po powrocie z przyjęcia lub pożegnawszy swoich gości, czytała Stracone złudzenia albo Starą pannę, twierdząc, że to jedyna lektura tak mocna i czysta, że można nią leczyć wyobraźnię z gwałtownej i wyniszczającej gorączki próżności i wszystko, co światowe, sprowadzić do właściwego wymiaru ludzkiego. I zadaję sobie pytanie, czy jakikolwiek inny wielki autor spośród tych, co liczą się w naszym życiu duchowym, choćby nawet Szekspir, mógłby współzawodniczyć z Balzakiem w umiejętności wnikania w życie ludzkie, leczenia podobnego podobnym, pokonywania rzeczywistości wyższą od niej rzeczywistością demoniczną. Nie każdy jednak potrafi tak czytać Szekspira, jak dawne pokolenia czytały starożytnych, czytać go tak, aby wyczytać z niego pełnię życia, czytać go z perspektywy życia, zaspokajając swoją żądzę wiedzy. Nie każdy potrafi tak wysilić swoją wyobraźnię, aby pokonać odległość trzech stuleci, przeniknąć wszystkie zasłony wspaniałej, ale z gruntu obcej epoki i dostrzec za nimi jedynie odwieczny kołowrót ludzkich uczynków i cierpień. Nie każdy, bez pomocy aktora, bez szczególnego daru naśladowczej wyobraźni, potrafi z najbardziej zwartego skrótu, jakiego kiedykolwiek dokonano, ponownie odtworzyć obraz świata tak rozległy, że odnajduje w nim siebie i owe po wielekroć splątane nici istnienia, z którym zetknięcie kształtuje jego własną rzeczywistość.

[…] Tylko niewielu spośród jego niezliczonych czytelników wie coś o jego życiu. Literaci znają kilka o nim anegdotek, które nie byłyby dla nikogo zajmujące, gdyby nie dotyczyły autora Komedii ludzkiej, a jego korespondencja z pewną osobą nie zawiera właściwie nic poza sprawozdaniami z nieustannej gigantycznej pracy, niemającej sobie równej w dziedzinie literatury. To, że owe niekończące się sprawozdania potrafimy czytać z takim samym zainteresowaniem jak jakiś komunikat z kampanii napoleońskiej, w którym mowa o Austerlitz, Wagram czy Jenie, najdobitniej świadczy o przemożnej mocy jego dzieł. Czytelnicy nie znają Balzaka, znają tylko jego dzieła. Mówią: Jaszczur, i przypominają sobie jakiś sen na jawie, jakieś fantastyczne zdarzenie, a nie dzieło poety, myślą o ojcu Goriot i jego córkach i nie pamiętają, jak nazywa się autor. Skoro raz weszli w jego świat, dziewięćdziesięciu na stu będzie tam wciąż wracać po pięciu, dziesięciu czy dwudziestu latach. Walter Scott, którego niegdyś z zachwytem czytali mężczyźni, stał się lekturą dla chłopców. Balzak zawsze (albo przez dłuższy czas, kto bowiem może powiedzieć: zawsze) będzie czytany bez względu na wiek, zarówno przez mężczyzn, jak kobiety. Opowieści o wojnach i przygodach, Szuanie, Czerwona oberża, El Verdugo, zajmą w wyobraźni szesnastolatków to samo miejsce, co historie o Indianach lub przygody kapitana Cooka; przeżycia Lucjana de Rubempré i Rastignaka to lektura młodych mężczyzn; Lilia w dolinie, Savarus, Modesta Mignon – młodych kobiet; mężczyźni i kobiety koło czterdziestki, dojrzali, a jeszcze niedotknięci ubóstwem, zatrzymają się przy tym, co najdojrzalsze, a mianowicie przy Kuzynce Bietce, książce wspaniałej, której, choć mowa w niej niemal tylko o sprawach haniebnych, żałosnych i okropnych, nie sposób nazwać ponurą, tryska bowiem ogniem, życiem i mądrością, przy Starej pannie, gdzie wyższa nad wszelkie pochwały wyrazistość postaci łączy się z najgłębszą mądrością życiową, a wszystko to cechuje zwięzłość, jasność, słodycz i pogoda, książce pod każdym względem niezrównanej i gdyby jej autor nic prócz niej nie napisał, już by nią sobie zasłużył na sławę u wielu następnych pokoleń. Słyszałem, jak pewien starszy pan wychwalał Powiastki ucieszne i jak inny starszy pan mówił z przejęciem o historii Cezara Birotteau, dzielnego człowieka, który z roku na rok, od bilansu do bilansu, od zaszczytu do zaszczytu, nieustannie pnie się ku górze. A jeśli byli tacy, co z Wilhelma Meistra wycinali Wyznania pięknej duszy i resztę rzucali w ogień, musiał też być z pewnością ktoś, kto, szukając książki, w której mógłby znaleźć pocieszenie, z całej Komedii ludzkiej wybrał Serafitę, i był to może ów nieznajomy, co przecisnął się do Balzaka w jednej z wiedeńskich sal koncertowych, aby ucałować dłoń, która napisała Serafitę.

Z całości życia każdy znajdzie tu tyle, ile ma go w sobie. Im bogatsze ma doświadczenie, im śmielszą wyobraźnię, tym bliższe staną mu się te książki. Tu nikt niczego nie musi się wyrzekać. Tu w grę wchodzą wszystkie jego wzruszenia, choćby były nieczyste. Tu każdy znajduje swój własny świat wewnętrzny i zewnętrzny, tyle że bardziej zwarty, niezwykły, rozświetlony od środka. Tu są moce, które nim powodują, i hamulce, które go powstrzymują. Są tu choroby duszy, żądze, niemal absurdalne pragnienia, pożerająca próżność; są tu wszystkie demony, które się w nas kłębią. Przede wszystkim jest tu wielkie miasto, do którego przywykliśmy, albo prowincja z jej szczególnym stosunkiem względem wielkiego miasta. Jest tu pieniądz, przerażająca potęga pieniądza, filozofia pieniądza uosobiona w postaciach, mit pieniądza. Są tu rozmaite warstwy społeczne, ugrupowania polityczne, które mniej lub bardziej są takie same jak nasze dzisiejsze, jest tu gorączka kariery, gorączka zysku, upojenie pracą, samotne tajemnice artysty, wynalazcy, wszystko aż do żałosnych niedoli małomieszczańskiego życia, kłopotów finansowych, zniszczonych ciągłym czyszczeniem rękawiczek i plotek służby.
[…] Oto świat, gdzie roi się od postaci. Nie ma wśród nich ani jednej, która, choć zakrojona na tak wielką miarę i sama w sobie tak doskonała, mogłaby, oddzielona od swojego tła, istnieć sama przez się w nieprzemijającej doskonałości swojego gestu jak Don Kichot, król Lir czy Odyseusz. Materia jest tu bardziej krucha, a wizja nie ma owej promiennej jasności, aby mogły z nich powstać postaci modelowane w na wskroś czystym, mocnym blasku, jak Achilles Homera, Nauzykaja, lub w najsubtelniejszym półcieniu, jak Mignon i Otylia. Wszystko się z sobą łączy, wszystko jest współzależne. Z dzieła Balzaka, podobnie jak z obrazu Rembrandta czy Delacroix, nie sposób wyrwać jakiegoś pojedynczego szczegółu. Tu, jak tam, wspaniałość polega na zdumiewającym bogactwie wartości tonalnych, które ku górze i ku dołowi, infinitis modis, jak sama natura, tworzą pełną ich skalę. Tamte postaci zdają się stąpać swobodnie niczym bogowie: jak mogły się zrodzić, to nieprzenikniona tajemnica; te, tutaj, są pojedynczymi nutami jakiejś tytanicznej symfonii.
HUGO VON HOFMANNSTHAL
Tłum. Paweł Hertz
Fragment szkicu Hugo von Hofmannsthala z tomu: „Księga przyjaciół i szkice wybrane”, Warszawa, Próby, 2023.
Tom „Księga przyjaciół” to klasyczny zbiór szkiców Hugo von Hofmannsthala (1874-1929) w wyborze i tłumaczeniu Pawła Hertza zawierający m.in. eseje o Balzaku, Wildzie, zapis wrażeń z podróży do Grecji i na Sycylię, tekst o ogrodach i kolekcji dzieł sztuki Karola Lanckorońskiego.
„Dla Hofmannsthala obecność w kulturze, wśród ludzi, słów, zdarzeń, jest czymś oczywistym i zdumiewającym. Nie przekreśla on przeszłości, społeczeństwa, języka, lecz stara się uchwycić te trzy zjawiska zarazem elementarne i niepojęte. […] Hofmannsthal pozostaje dziś żywy, nie jako symbol nostalgii, nie w wezwaniach do duchowej restauracji, lecz w tych dziełach, które przedzierają się do nas pokonując pokusę milczenia. Jest pisarzem Europy otwartej, pamiętającej o przeszłości, kwestionującej własny sens, zmagającej się ze sprzecznościami, odważnie patrzącej w przepaść. Zdołał przekazać w artystycznej formie doznania i problemy zasadnicze, ważne na dziś, na jutro” – Wojciech Karpiński.
Dziewczyna na Via Flaminia to przejmująca historia niemożliwej miłości na powojennych zgliszczach. Nie przypadkiem przypomina oscarową Païsę Rosseliniego – Alfred Hayes był współautorem scenariusza. Zima 1944, Rzym pół roku po wyzwoleniu. Lisa jest głodna, Robert samotny. Ona jest Włoszką, on amerykańskim żołnierzem – okupantem i wyzwolicielem. Spotykają się w domu przy Via Flaminia. Ich związek to rodzaj układu. Ale czy taka wymiana może się udać? Miłość, a właściwie jej brak, komplikuje wszystko. W nakręconym na podstawie powieści Hayesa filmie Anatole’a Litvaka Ich wielka miłość (1953) akcja została przeniesiona do Paryża, w głównych rolach wystąpili Kirk Douglas i Dany Robin. Służącą Mimi zagrała osiemnastoletnia Brigitte Bardot.
Książka Piotra Mitznera jest pierwszą tego rodzaju syntezą biografii i pisarstwa Jarosława Iwaszkiewicza. Daje obraz całego jego życia i dotyka wszystkich gatunków uprawianej przez niego twórczości. Pisana jest z osobistej perspektywy wnikliwego czytelnika. Mitzner opowiada o tym, co w Iwaszkiewiczu ceni najbardziej, co budzi jego zdziwienie, co wywołuje zachwyt lub prowokuje do niezgody. Dotyka wielkich tematów i pojedynczych linijek wiersza. Przywołuje wiele prywatnych wspomnień o pisarzu, cytuje teksty odnalezione w archiwum.
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego.

„Była sobie kiedyś” Yael Neeman to opowieść o Pazit, kobiecie, która nie chciała zostawić po sobie śladu. Robiła wszystko, żeby zniknąć. Wymazywała teraźniejszość i przeszłość. Sylwia (Pazit) Fein, była córką polskich Żydów, urodzoną tuż po II wojnie światowej w obozie dla dipisów. Rodzina osiedliła się w Izraelu, gdzie Pazit została cenioną tłumaczką i redaktorką. Opowieść Neeman stanowi wyjątkowy zbiór głosów wzajemnie się dopełniających, to mozaika obrazów, składających się na wyrazisty portret bohaterki, a jednocześnie wizerunek polskich Żydów w Izraelu zaraz po wojnie. W tle tej historii jest bolesna przeszłość, tragedia narodu, która jednych unicestwiła, innym odebrała dotychczasowe życie, jeszcze innym przetrąciła życiorys, zmieniła charakter. Są u Neeman także inni pisarze, w nieoczywistym zestawie, jak Thomas Bernhard, jak Primo Levi, Flannery O’Connor, Hanoch Levin, William Styron czy Vladimir Nabokov. Każde z nich zmagało się z własnym losem, a w książce Neeman fragmenty ich tekstów pomagają w myśleniu o innych, w budowaniu biografii osoby, która nie chciała być wspominana, choć ci, którzy się z nią zetknęli nie mogą jej zapomnieć.
Yael Neeman (ur. 1960) – izraelska pisarka, literaturoznawczyni i redaktorka. Rozgłos zyskała autobiograficzną opowieścią „Byliśmy przyszłością” o dorastaniu w kibucu. Książki Neeman wielokrotnie zyskiwały w Izraelu status bestsellerów, tłumaczono je na angielski, polski i francuski. Autorka była dwukrotnie nominowana do Nagrody Sapira. Za książkę „Była sobie kiedyś” otrzymała Golden Book Awards, nagrodę izraelskich wydawców.