HOME

Paolo i Yvonne. Barkarola

 

paolo benklarz rozłożył kram

na moście accademia

między san marco i dorsoduro

rozstawił trzy kubki

wypłaca temu kto odgadnie

pod którym kubkiem skrył się kamień

guarda bene guarda bene

patrz uważnie patrz uważnie

zręczny paolo zręczny żongler

przyjemnie popatrzeć

przyjemnie posłuchać ładnego głosu

yvonne wspólniczka i kochanka

gra kogoś postronnego

obstawia i wygrywa

wtyka banknoty do torebki

potem naiwni jeden po drugim

jeden po drugim przegrywają

najpierw ulatnia się yvonne

potem paolo zwija kram

stać ich na obiad w osterii pod lwem

gdzie nie zachodzą

turyści ani tajniacy

za to kucharz się przykłada

karczochy na maśle palce lizać

przy winie paolo i yvonne

małpują miny gesty nieuważnych

od pokoleń wenecjanie

jej matka i babka

posługują w ospedale civile

jego ojciec jest kościelnym w san zaccaria

na ferma terra wynajmują pokój

gdy skrada się zmrok

gdy cichnie przedmieście

przytulają się spragnieni

światło księżyca srebrzy ich ciała

głęboką nocą yvonne

planuje ucieczkę

rzuci paolo drobnego oszusta

co boi się ukraść sto tysięcy

nawet pięćdziesiąt o zawrót głowy

go przyprawia

wieczorem paolo połknie tabletkę

po której będzie spał jak dziecko

kiedy się zbudzi jej miejsce obok

będzie puste

obejdzie się bez listu

wystarczy jedno zdanie

dasz sobie radę beze mnie

przepowiednia która się nie spełni

wyjdzie po cichu stąpa tak lekko

złapie do padwy ostatni pociąg

prześpi się w noclegowni

brakuje jej trochę na bilet do rzymu

ale to jedyna rzecz jakiej jej brakuje

aby nad tybrem aby nad tybrem

zacząć życie od nowa

 

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

 

 

Śmieszne zdania Thomasa Bernharda

Każdy moment jest dobry, żeby czytać Bernharda. Przypadająca w tym roku dziewięćdziesiąta piąta rocznica urodzin austriackiego pisarza dostarcza dodatkowej okazji do tego, by przyjrzeć się jego biografii. Rzadko udzielający wywiadów, w ostatnich latach życia (zmarł w 1989 roku) dał się namówić dziennikarce Kriście Fleischmann na kilka osobistych rozmów, które zostały ogłoszone w książce Spotkanie. Rozmowy z Kristą Fleischmann (tłum. Sława Lisiecka, Warszawa, PIW, 2010). Bernhard mówi ostro, dobitnie, z wyjątkową ekspresją. Na pytanie dziennikarki, czy jego opinie nie są nazbyt przerysowane, odpowiada: „Wszystko jest przerysowane, ale bez przerysowania nie da się w ogóle nic powiedzieć”.
Ponad połowę książki stanowi zapis rozmów, jakie Fleischmann przeprowadziła z Bernhardem w 1981 roku, przygotowując filmowy portret pisarza z okazji jego pięćdziesiątych urodzin. Zgodnie z życzeniem bohatera zdjęcia kręcono na Majorce. W hotelu w Puerto de Pollensa nad morzem, siedząc pod palmami i popijając kawę, autor Betonu opowiadał: „W gruncie rzeczy piszę wyłącznie dlatego, że wszystko jest bardzo nieprzyjemne. […] Kiedy przeżywa się przyjemne sytuacje, nie można niczego napisać, poza tym człowiek byłby głupi, gdyby pisał o rzeczach przyjemnych, bo rzeczom przyjemnym trzeba się po prostu oddać, prawda? […] Ale ponieważ […], przyjemny nastrój zdarza się tylko przez parę godzin albo tylko przez krótki czas, człowiek ciągle musi siadać do pisania”. Co nie znaczy, że lektura tak powstałych utworów musi wpędzać w przygnębienie. Właściwie Bernharda dziwi, że ludzie nie widzą, iż to, co pisze, jest do śmiechu: „Kiedy jest mi nudno albo kiedy przychodzi w życiu jakiś tragiczny moment, otwieram jedną ze swoich książek, bo to jeszcze najszybciej mnie rozśmiesza. […] Nie chcę powiedzieć, że nie napisałem również poważnych zdań, tak pomiędzy, żeby cementowały te śmieszne zdania”.

 

 

Najwięcej tematów do cementowania śmiesznych zdań dostarczała mu Austria, której nie oszczędza (chyba najbardziej płomienne filipiki przeciw niej wygłaszał w Wymazywaniu). W drugiej rozmowie z Kristą Fleischmann, przeprowadzonej w Wiedniu 1984 roku, pretekstem do wypowiedzenia kilku słów prawdy o ojczyźnie była publikacja powieści Wycinka, która wywołała w Austrii ogromne zamieszanie. Kompozytor Gerhard Lampersberg rozpoznał się wśród jej bohaterów i zażądał sądownego nakazu konfiskaty książki. W chwili rozmowy Bernhard wierzył, że żaden sędzia w Austrii nie posunie się do tego, a jednak wkrótce tak się stało. Ale nie tylko z tego powodu Austria, a zwłaszcza Wiedeń, jawi się pisarzowi jako najgorsze miejsce na ziemi: Wiedeń niszczy artystów, w Wiedniu mieszkają najbardziej złośliwi ludzie na świecie itd., itd. Dostaje się też twórcom, którzy za życiową wygodę sprzedają swoją niezależność, przez co tracą kontakt z rzeczywistością i wytwarzają rzeczy bez wartości, „siedzą gdzieś w jakichś mieszkaniach komunalnych, mają dotacje, i domowe kapcie, […] i robią książki tak, jakby je szyli jak szwaczki”. Państwowe dotacje, szczególnie dla artystów, wywołują w autorze Bratanka Wittgensteina największe rozdrażnienie, jest bowiem przekonany, że prawdziwy artysta zdoła wybić się o własnych siłach: „No, ale Austria jest państwem subwencyjnym, wszystko się tu subwencjonuje, każdy głupi móżdżek zasypuje się subwencjami i bandażuje, a państwo ciągle zasłania takim artystom oczy i zatyka uszy, tak że niczego nie widzą, niczego nie słyszą, a potem nikim nie zostają”.
Ofiarą Bernhardowskiej kpiny padają także politycy, kościół katolicki i kobiety: „Kobietom chyba nikt, no, może poza jakimś wariatem, nie odmówi uczuć, ale rozum można prawie zawsze podważyć, to znaczy fakt, że go mają”. Trochę dziwi to, że Fleischmann cały wywód na temat wątpliwego potencjału umysłowego kobiet przyjmuje bez sprzeciwu. Można jednak tę powściągliwość zinterpretować jako wyraz jej profesjonalizmu – ani na moment nie wychodzi bowiem ze swojej roli słuchacza, to ona trzyma w ręku ster rozmowy i podrzucając pisarzowi kolejne tematy, pozwala mu na niczym nieskrępowaną ekspresję. W efekcie Bernhard wali bez opamiętania na prawo i lewo – zgodnie z programem, który sformułował w trzecim dokumencie, nakręconym wiosną 1986 roku w Madrycie (warunkiem pisarza było zakwaterowanie w hotelu Ritz, honorarium nie chciał). W tej najbardziej swobodnej z trzech rozmów autor Sutereny – tym razem zżymając się na tłumaczy, intelektualistów i kolegów po piórze – powiada, że czego się ludziom nie wbije młotkiem do głowy, tego w ogóle nie dostrzegają. Na uwagę dziennikarki, że ludzie niezbyt lubią, żeby ktoś w nich walił, Bernhard wypala, że na walce zasadza się świat. I dodaje: „Zawsze się cieszę, kiedy ktoś we mnie wali, bo wtedy mogę mu po trzykroć oddać, a to czyni człowieka silnym”.
Gdyby zastanowić się, gdzie bije źródło tego niewyczerpanego jadu, trzeba cofnąć się do dzieciństwa pisarza. W rozmowach z Fleischmann Bernhard dokonuje takiej retrospekcji. Komentując to, że znajomi uciekają na jego widok, opowiada: „Było tak już u mnie w domu. Gdy tylko mnie zobaczyli, od razu wypadali z mieszkania, bo zawsze spodziewali się samych nieprzyjemności, chociaż ja byłem najmilszym dzieckiem, jakie tylko można sobie wyobrazić, naprawdę. Byłem uroczy, miałem duże, długie loki, miło było na mnie patrzeć, miałem też przyjemny głosik, ale człowiekowi nie jest dane żyć w szczęściu. Jeśli pani tak się właśnie zachowuje i rozpościera ręce w stylu «chodźcie wszyscy tutaj», to wtedy nikt nie przychodzi, a gdy się zdarzy, że na pewno nikogo pani sobie nie życzy widzieć, to już kilkoro stoi pod drzwiami!”.
Przyszły pisarz odebrał w dzieciństwie jeszcze jedną ważną lekcję, której sens wyraził w Dawnych mistrzach, gdzie oznajmia, że prawdziwy umysł cechuje się niezdolnością do podziwu: „Podziw zawsze był mi obcy – mówi narrator – i nic nie odpycha mnie tak, jak obserwacja tych, którzy podziwiają, ogarnięci chorobą podziwiania. Idzie pan do kościoła, ludzie podziwiają, idzie pan do muzeum, ludzie podziwiają. Idzie pan na koncert, ludzie podziwiają, to odrażające” (tłum. Marek Kędzierski). Rozmowy Kristy Fleischmann pozwalają zrozumieć, skąd wzięła się ta niechęć do uczucia podziwu, które małemu Thomasowi bynajmniej nie było obce, czemu dał wyraz w chwili narodzin brata. „Wszyscy się niesłychanie śmiali, bo ja naturalnie z zachwytu nad bratem otworzyłem usta, po czym od razu znalazł się w nich strumień sików” – opowiedział rozmówczyni. Czy można się dziwić, że po takim doświadczeniu raz na zawsze oduczył się okazywania zachwytu?

AGNIESZKA PAPIESKA

 

Epistolariusz biblioteczny – listy do Hajduka (VI)

 

Oksford, 10 lutego 2026

Drogi Jacku,

Trudno mi tym razem rozpocząć od „Drogi Jacku, przeczytałem…”, ponieważ nie wiedziałbym, co napisać dalej i to nie dlatego, że nie czytam, tylko dlatego, że czytam bez przerwy. Maniczne czytanie to także czytanie w bibliotece bodlejańskiej i pochłanianie całych stosów w sposób i w tempie, które przeczą wszelkim prawom fizyki i fizjologii. Jest to na pewno stan kliniczny, do którego mam cykliczne nawroty po wejściu do biblioteki, jaką powinniśmy w Krakowie mieć, ale jakiej nie mamy i już mieć nigdy nie będziemy. Nie wyślę Ci nawet listy, tego, co mi się w tym czytaniu tutaj przytrafia, bo ani nie ma kiedy jej sporządzić, ani też zrobić tego nie sposób bez naruszania jakiejś manicznej (nie, nie magicznej, chociaż magicznej pewnie też) intymności tego gargantuicznego rozpasania. Natomiast czarny notatnik z gumką i zakładką, który mi towarzyszy, już teraz uważam za dzieło sztuki, które spokojnie może stanąć kiedyś w szranki z przypisami do najnudniejszej i najbardziej bezużytecznej książki świata, jaką bardzo chciałbym jeszcze napisać.

Pozwól mi więc tym razem na kilka ledwie impresji, żeby nie zaniedbać tego naszego pisania.

Długo już, od szpitalnych czasów w Rabce, zalegam Ci z opowieścią o lekturze książki Piotra Augustyniaka Boga nie ma, jest życie i o samym Piotrze – owo „przeczytałem Augustyniaka” na pewno wkrótce nadejdzie, ale dziś nie o tym, chociaż to, co chcę napisać możesz uznać za swoisty spoiler.

 

 

Nie wiem, czy Piotr Augustyniak zna tekst, który przeczytałem właśnie w Festschrifcie dla profesora Papademetriou (Spyridon Rangos, The Story of a Smile: Dionysus in Homer and Beyond, w: Ἀνατιφίλησις. Studies on Classical, Byzantine and Modern Greek Literatury and Culture in Honour of John-Theophanes A. Papademetriou, eds. E. Karamalengou, E.D. Makrygianni, Stuttgart, Franz Steiner Verlag, 2009), ale wiem na pewno, że by mu się spodobał. I myślę, że Tobie też, tak samo jak wiem, że niejeden z tych poważnych kolegów naszych kręciłby nosem i prychał jak tata Pawła Sczanieckiego przy jedzeniu golonki. Spyridon Rangos najpierw dość szczegółowo i z wdziękiem przywołuje i rozczytuje wszystkie cztery passusy z Homera, w których pojawia się Dionizos, dwa z Iliady i dwa z Odysei – napisano o nich tyle, że strach choćby zacząć wymieniać (nie dałoby się jednak nie wspomnieć o naszym – przypuszczam, że ten też by tu zapewne prychnął – Bartku Bednarku z jego doktoratem o Dionizosie i chyba habilitacyjną monografią o Likurgu). W konkluzjach Spyridon Rangos sumuje cztery obszary dionizyjskiego oddziaływania: 1) wino, 2) zbiorowa ekstaza, 3) teatr i 4) misteria z obietnicą lepszego życia po śmierci. O każdym z nich znowu wiele by pisać – warto zresztą zajrzeć, w jaki sposób on to swoje sumowanie przeprowadza, co jednak ważne, to, że za obecne explicite u Homera uważa pierwsze dwa, co i słuszne, i oczywiste, trzecie za nieobecne, co też oczywiste, natomiast czwarte – za obecne implicite w tym, co nazywa dionizyjskim uśmiechem, czy w innych miejscach nieprzetłumaczalnym leaves-smile. Dowodzi mianowicie, że ukrytą kontynuacją opowieści Homerowej o Dionizosie jest ciąg dalszy mowy Glaukosa, w której pojawia się najdłuższy dionizyjski passus o spotkaniu Likurga z Dionizosem, który jest mainomenos, tak jak gdzie indziej charma brotoisin. Spyridon opowieść dionizyjską widzi w zaiste pięknych heksametrach o ludzkim losie, który jest jak liście na wietrze. Ciebie nie będę długo męczył, a do Piotra Augustyniaka zadzwonię, ale rzecz w tym, że ten metaforyczny obraz ciągnie się przez całą literaturę grecką (rzymską też, jak wiesz lepiej), przez wczesną lirykę, Arystofanesa, Apolloniosa z Rodos, aż po Klemensa z Aleksandrii, który cytuje „orfickiego” Muzajosa. Wszędzie tam w tych spadających liściach Spirydon Rangos widzi „niezniszczalną siłę życia, która tkwi u podstaw każdego indywidualnego istnienia”. Słusznie nam przypomina, że ideę tę zawdzięczamy Rohdemu z jego Psyche, Kerényiemu z jego Dionizosem i w najwyższej mierze Nietzschemu z jego Narodzinami (zwróć proszę uwagę, że nie zrobiłem żadnego przypisu, a nawet że arogancko skracam tytuły). Ta sama myśl jest twórczo, nowocześnie, zajmująco i przejmująco osadzona w intymnie autobiograficznej rozprawie Piotra Augustyniaka z bogiem, który w tytule zawarł to wszystko razem: Boga nie ma, jest życie. Oczywiście, teza, że Homerowi znany był wstęp Kerényiego do jego Dionizosa ze słynnym esejem o różnicy między bios i zoe lub choćby, że w VII wieku p.n.e. poeta już miał jasność co do tego, jaka jest istota Dionizosa i że oznacza ona właśnie ten nieusuwalny ciąg życia, jest całkowicie i uroczo niedowodliwa. Chociaż, z trzeciej strony, nawet wielki Albert Henrichs w haśle „Dionizos” w New Pauly w kielichu na prochy Achillesa wręczonym Tetydzie przez Dionizosa widział już Dionizosa podziemnego, persefonicznego i misteryjnego – innymi słowy, wsparłby on zapewne tezę o czwartym obszarze dionizyjskim implicite obecnym u Homera.

W tym samym tomie, którego wcześniej nie czytałem, znalazłem też i to na pierwszym miejscu również nieznany mi wcześniej tekst Apostolosa Athanassakisa. Czytałem go ze wzruszeniem, ponieważ szybko mijają kolejne miesiące od jego niedawnej, spodziewanej przecież, ale nadal przecież nie do przyjęcia śmierci. Napisał on o żeńskim i męskim świetle w poezji greckiej. To dziwne na pierwszy rzut oka, bo przecież słynne i piękne greckie φῶς jest dokładnie nijakiego rodzaju, jednak w Apostolosowej wrażliwości nie o słowa i nie o gramatyczną gender idzie, tylko o literackie opisy, w których się nurzał jak pszczoła w pyłku i wyprowadzał z nich sensy przez drzwi swego własnego zachwytu. Kobiece jest dla niego światło w epifanii Afrodyty w homeryckim Hymnie do Afrodyty: jej szata błyszczy jaśniej niż ogień, jej delikatne piersi błyszczą jak światło księżyca, który – notuje pilnie Apostolos – jest po grecku żeński. Skoro jest światło żeńskie, musi być i męskie – jak ta greckość w nim głęboko tkwiła, nie sądzisz? „Jeśli było światło żeńskie, to musi być i męskie”, napisał: ἡ μέν… ὁ δέ… Zupełnie jak w naszym podręczniku do greki Goliasa. Męskiego światła – które wyraźnie mniej go interesowało – szuka Apostolos w hymnie do Apollona i oczywiście w Iliadzie i znajduje je jako wypełnione energią i migotliwe (coruscating – znałeś takie słowo?). Znajduje to męskie światło też w Atenie, jest ono ogniste, gwałtowne, słoneczne, takie jest też ono w Zeusie i w jego ogniu staje się też niszczące, jak to zwykle i jak wszystko w mężczyznach. W ostatnim zdaniu Apostolos recenzuje swój artykuł jako „zaproszenie do dyskusji nad fascynującym tematem”, do czego daje przypis z bibliografią do badań nad światłem w Rigwedzie, Biblii, Egipcie, Eddzie poetyckiej i u zoroastrian, Grecji, Rzymie i u Hebrajczyków. No tak. Taki to był Apostolos. Nie wiem tylko, czy jeśli ktoś go nie słyszał i nie widział, jak mówił, to przez te drzwi jego zachwytu znajdzie drogę; bardzo, bardzo bym tego chciał, ale mi też brakuje tych jego przenikliwych oczu, które zatrzymywał uporczywie co rusz na którymś słuchaczu z tym swoim zamyślonym „uhm”. Może po prostu próbujmy.

Co za wspaniała i smutna zarazem książka! Znalazłem w niej też artykuł Davida Konstana. O jego śmierci dowiedziałem się podczas kolacji na konferencji stobajosowej w Cincinnati dwa lata temu, a nieco wcześniej planowaliśmy jego przyjazd do Krakowa na jakieś nasze stobajosowe warsztaty. Rozpisywał się o swoich polskich korzeniach, znajomościach i sentymentach, a w jego książkach nawet najbardziej naukowych jest zawsze to niezwykłe ciepło, jasność i pogoda. Dużo pisał o przyjaźni i w tym tomie też jest tekst o przyjaźni w tragedii, który może służyć za pięciostronicowy przypis do jego książki Friendship in Classical World (1997), chociaż niewiele w niej nowego, jak na pewno niejeden punkciarz by zgrzytnął. A jednak, choćbyś na pamięć znał jego Friendship… – przeczytaj.

Całe tomisko ma 656 stron, ale nic się nie bój – już skończyłem, te trzy teksty wystarczyły, mam nadzieję, żebyś może po nią sięgnął, nawet jeśli nie ma tam ani jednego artykułu o Owidiuszu, zwłaszcza w Chinach. Za co oczywiście bardzo przepraszam. Jedno jest w tej książce okropne: brak indeksów. Mogę na to tylko powiedzieć: brak słów. Powinny być za coś takiego mandaty.

Nie będę też Cię nudził kolejnymi „przeczytałem rękopis z 3 i 4 księgą Stobajosa przechowywany w Bodleian Library pod sygnaturą Canon. Gr. 69”, bo w końcu zupełnie przestaniesz mi odpowiadać, a wcześniej – czytać. Zdarzają się jednak nawet podczas tak nużącej lektury chwile jasne i wesołe. Na przykład na karcie 100. tego rękopisu znalazłem bazgroł ewidentnie zrobiony ręką samego kopisty (którego zresztą znamy z imienia i nazwiska – Demetrios Moscos, pochodził z Peloponezu, pracował głównie w Wenecji), który wygląda jak dłoń zaciśnięta w pięść z wyciągniętym paluchem wskazującym przedłużonym w długą krechę – mi też zdarza się ołówkiem znaczyć na marginesach swoje książki, rysując strzałki wskazujące na określoną linię tekstu.

 

 

 

Tutaj jest to zabawnie intersujące, ponieważ palec wskazuje na wers z Filemona:

 

᾿Εμέθυον· ἱκανὴ πρόφασις εἰς θἀμαρτάνειν,

 

co można by przełożyć jako: „zapiłem… dobra wymówka dla pomyłek”… Zdanie wyżej głosi w

tym samym tonie:

 

῞Απας πονηρὸς οἶνος ὁ πολὺς ἔστ’ ἀεί,

 

co z kolei wyraża generalnie rzecz biorąc myśl, że zbyt dużo wina to zawsze raczej zły pomysł.

Czyż to nie jest wspaniałe? Wyobrażam sobie kopistę, który poprzedniego dnia po pracy zapił z kolegami na mieście i przyszedł do skryptorium na strasznym kacu, pełen obaw, by się nie pomylić. Na moje oko, na tej stronie, na jednej wstecz i jednej dalej, się nie pomylił, ale można podziwiać jego przezorność i pijacką trzeźwość, w której jest przezornie zapisana możliwość błędu. Więcej nawet – może to jest przesłanie do potomnych o stulecia później, do mnie i do Ciebie, i do tych, którzy będą czytać ten rękopis za sto lat (a będą jeszcze? Jak myślisz?), to wołanie o zrozumienie, i to wielkie „przepraszam, zjadłem acutus” do tych, którzy biedzą się przez stulecia, żeby dokopać się do myśli, metody i zamysłu tajemniczego Stobajosa.

Dla mnie nauczka taka, że jeśli siądę kiedyś rankiem do listu do Ciebie, a całe moje ciało będzie mi przypominać o πονηρὸς οἶνος dnia poprzedniego, to Ci o tym natychmiast napiszę, żeby mieć dla Ciebie i dla potomnych swoją sprawdzoną πρόφασις.

Na koniec muszę Ci napisać jeszcze jedno: patronem mojego tym razem pobytu w Oksfordzie w Jesus College jest John Griffiths, nauczyciel Armanda D’Angoura, który jest tutaj moim gospodarzem. Zastanawia mnie estyma, jaką John Griffiths cieszy się tutaj ponad pół wieku po swojej śmierci, chociaż nie jest to ten słynny [Mark] Griffiths, który nawet Martina Westa przekonał, że Prometeusza skowanego nie mógł żadną miarą napisać Ajschylos. Otóż w oficjalnych dokumentach dostępnych na stronach koledżu znalazłem taką oto zdumiewającą notę:

 

Like many classicists of his generation, Griffith published little, preferring to devote his energies to teaching. He did, however, publish several important articles, and in 1988 he brought together three of these, as well as several previously unpublished pieces, into a collection titled „Festinat Senex: Or An Old Man in a Hurry”.

 

W ogóle jest to spis przeciekawych dokumentów, które po nim pozostały – domyślasz się, co może czuć taki chomik jak ja na widok wniosku wizowego do Grecji sprzed kilku dekad. Ale dziś zostawiam je na boku i z rozrzewnieniem spoglądam na tę niezwykłą notę o tym, jak to kiedyś profesura z filologii klasycznej w samym sercu Oksfordu mogła nie być wynikiem zabójczego wyścigu na punkty i ilość publikacji, ale czegoś zupełnie innego, co na punkty zamienić się nie da i co chyba utraciliśmy bezpowrotnie. Miałem tę refleksję także wtedy, kiedy zajmowałem się Erickiem Doddsem – napisałem jego biogram do przekładu książki Poganie i chrześcijaństwo w epoce niepokoju, którą Tyniec-Homini zresztą nadal sprzedaje, ale przezornie pozbawioną tego biogramu (dlaczego właściwie?). I już wtedy z największym zdumieniem odkryłem, jak niewiele napisał i opublikował człowiek, który kilka dekad był Regious Professor of Greek w Oksfordzie przez samą królową namaszczony właściwie na papieża filologii klasycznej w miejsce samego Gilberta Murraya! Devoted to teaching. Ani wtedy, ani teraz nie da się tego zmonetaryzować i zapunktowić. No tak, można przenieść się na „etat dydaktyczny” czy przejść do drugiego sortu – wiesz coś o tym prawda? Ja też wiem, w tym sensie, że wizja jak mnie do tego sortu przenoszą, bo się nie nadaję, lub sam się przenoszę, żeby nie wprawiać ich w konfuzję jest osłodą i wytchnieniem.

Bardzo Cię pozdrawiam i życzę siły, bo widzę, że robisz bokami; z drugiej strony – zmęczenie to na pewno jest źródłem siły, bo książka za książką się sypie, projekt za projektem wyjazd za wyjazdem. Cieszę się. I dziękuję.

 

 

Kraków, 11 lutego

Drogi Krzysztofie,

Robię coś, co jeszcze całkiem niedawno uznałbym, jeśli nie za niedorzeczne, to z pewnością za zupełnie niepotrzebne (i niestosowne prawie, bo świadczące o jakimś nieporządku), mianowicie – odpisuję Ci nie po kolei! Tzn. wcześniej na list z wczoraj niż na ten, który od kilku już tygodni patrzy na mnie z wyrzutem. Wiem, że nie masz mi tego za złe – ja sam sobie mam. Atakując w trudach szczyt Habilitacja, roiłem sobie, że zdobycie go oznaczać będzie początek bezczynnego nieomal (w każdym razie jeśli chodzi o sprawy uczelniane) bujania w obłokach. Owszem, obowiązków dydaktycznych jest mniej, ale o ile więcej wszystkich innych! Nie narzekam, bo sam je w jakimś sensie na siebie ściągam (np. zakładając Pracownię, zresztą za Twoimi podszeptami…). Wspominam o tym tylko dlatego, że gdy już widzę na horyzoncie moment siadania do naszej korespondencji, znikąd wyskakuje COŚ. A to harmonogram, a to promowanie w mediach społecznościowych naszego zasługującego jednak na trwanie i widoczność Instytuciku Filologów Kochanych. No więc jako vir bonus, w poczuciu virtus nie odmawiam, a wręcz – podkręcam!

Twój list przeczytałem z zachwytem. Czułem się, jakbym – siedząc z Tobą pod portretem Lawrence’a z Arabii – słuchał Cię, zatraconego w tematach chyba Ci najbliższych, bo dionizyjskich. Jak niewątpliwie wiesz, Twoja dionizyjska pasja jest wśród studentów absolutnie legendarna, czy – po dzisiejszemu – memiczna (nie mylić z „maniczna” – to, jak wiemy, też).

Rzuciłem się z tą gwałcącą chronologię odpowiedzią przez wzgląd na Oksford, nie Dionizosa (którego, pozwól, niniejszym dyskretnie pozostawiam…). Na tamtejszym uniwersytecie byłem jeden raz, i to krótko, i najszczerzej Ci zazdroszczę tej Twojej tam od lat regularnej bytności. Ale ludzie, jak libelli, mają swoje losy. Mnie zainteresowania i serce od kilku lat prowadzą gdzie indziej, choć nie tak daleko od miejsca, gdzie właśnie z Armandem śpiewacie przy śniadaniu Archilocha. Mam na myśli bibliotekę wspaniałego Warburg Institute (tudzież: wspaniałą bibliotekę Instytutu Warburga).

Bibliotekę założył Aby Warburg, niemiecki badacz antyku i renesansu, jeszcze w Hamburgu, ale przeniósł ją do Londynu, kiedy Hitler doszedł do władzy. I tam, szczęśliwie i jako jednostka Uniwersytetu Londyńskiego, trwa do dziś i jest rajem na ziemi dla takich jak ja tropicieli antyku po antyku.

Ale wracam do Oksfordu i formuły „przeczytałem”. Otóż przeczytałem (po raz pierwszy w dorosłym życiu i nie for the plot) profesora-filologa J. R. R. Tolkiena Władcę Pierścieni. Szczęściem mamy tłumaczenie Marii Skibniewskiej – doskonałe, co zawsze jest pożądane, ale w przypadku – i to tak świadomych języka, w którym powstają – arcydzieł szczególnie. Krótko: jest to największe arcydzieło XX wieku, a jego autor zasłużenie określany jest „pisarzem stulecia”. Stawiam go w linii największych poetów (sic) epickich od Homera przez Owidiusza i Dantego po Chaucera i Miltona. Jeśli sobie zażyczysz, wrócę do tego, sypiąc argumentami nie do podważenia, bo zakorzenionymi w najgłębszym zrozumieniu natury Poezji i Języka.

 

 

Teraz zasygnalizuję tylko dwa wątki: jeden „filologiczny”, drugi „oksfordzki”. Wybitność tej literatury wyrasta z miłości autora do słów. Nim powstała opowieść, Tolkien „zrekonstruował” (tj. stworzył kilka języków), następnie z tych języków wywiódł mitologię i świat. Dopiero potem stworzył swoje opus magnum. Czytam właśnie T. A. Shippey’a Drogę do Śródziemia. Trudną, ale intelektualnie bardzo satysfakcjonującą opowieść filologa o filologu, a nawet bardziej: o filologa filologicznych szaleństwach. Wspaniała rzecz, ale wymaga wcześniejszej znajomości Władcy. Książka ta bardzo, ale to bardzo przypadłaby Ci do gustu – i tu płynnie przechodzę do drugiego wątku – jest też bowiem kroniką zmagań oksfordzkiego profesora z materią – oksfordzką i nieoksfordzką. Więcej nie piszę, nie wiem bowiem, czy łata „fantasy” (jeśli to jest fantastyka, to dokładnie na tych zasadach i w tych ramach co Homer czy Beowulf) nie odstręczyła Cię i nie odstręcza od Tolkiena, a bez Tolkiena nie ma co sięgać po Shippey’a. Tolkien stworzył, ale równolegle odtworzył epikę Północnej (Germańskiej? Anglosaskiej?) Europy, przy czym – podkorowo – mocuje się tam także z dziedzictwem Południa.

Tyle na teraz. Dziękuję Ci i wypatruję jeszcze jakiegoś słówka stamtąd.

Pozdrawiam

Jacek

 

 

Oksford, 12 lutego 2026

Drogi Jacku,

pozwól, że i ja odpowiem szybką glossą na Twój list, w jednej tylko ze spraw, które poruszasz i zawrę w niej jedno wspomnienie i jedno pytanie. Wspomnienie jest takie, że tych prawie 30 lat temu przeczytałem tutaj wszystko, co było o Inklingach i prawie wszystko co było Inklingów. Czytanie Tolkiena czy Lewisa jest zawsze przyjemnością, czytanie ich w Oksfordzie jest tej przyjemności szczególną materializacją, która zmienia i intensyfikuje percepcję. To tak samo jak z czytaniem Platona na agorze w Atenach. Tym, co w Inklingach pociągało mnie najbardziej, to ten przymus ciągłej dyskusji, spotkań, czytania głośno własnych tekstów i dyskusja nad nimi. Nie bez znaczenia, że najbardziej znanym miejscem tych debat był słynny pub „The Eagle and Child” czy w lokalnej gwarze „The Bird and Baby”, co ktoś zgrabnie przełożył: „Pod ptakiem i pędrakiem”. Przecież ten Twój cały Tolkien (no dobrze, mój też) najpierw był głośno czytany w pokoju Lewisa w Magdalen College, potem dyskutowany po kawałku w „Ptaku i pędraku” nad pintą piwa. Ten pokój Lewisa w Magdalen zajmował potem do emerytury Oliver Taplin, a po seminariach z nim do tego samego pubu koniecznie trzeba było chodzić. Jakbyś się wybierał do pubu Inklingów, to będzie zamknięty do marca 2027, jak głosi tablica, i trochę się boję, co będzie potem, bo kamienicę kupił jakiś amerykański milioner i robi tam remontu, a nadeszły czasy, że Amerykanów boję się bardziej niż Hunów. Wracając do wątku i Twojego listu – tak, zgadzam się całkowicie co do Tolkiena i – kończąc – tak, proszę, żebyś, jeśli znajdziesz chwilę, sypnął argumentami one cannot refuse, na ile możliwe bez głowy konia w łóżku.

Ściskam,

K.

 

Do katalogu:

J. R. R. Tolkien, Władca Pierścieni (tłum. M. Skibniewska); T. A. Shippey, Droga do Śródziemia; T. A. Shippey, J. R. R. Tolkien. Pisarz stulecia.

Kilka zdań o kilku projektach Jerzego Jaworowskiego

1. Jerzy Jaworowski projektował przeznaczone do druku plakaty i okładki książek już na pierwszych latach studiów na warszawskiej ASP, czyli długo przed uzyskaniem dyplomu. Najwcześniejszą znaną mi jego realizacją jest, zaprojektowany razem z Janem Młodożeńcem, plakat filmowy do ekranizacji komedii Szekspira Wesołe kumoszki z Windsoru. Zdumiewające, że wydrukowano go w 1951 roku – w apogeum stalinowskiej indoktrynacji we wszystkich dziedzinach kultury. Jego ilustracyjność można tłumaczyć wpływem Jana Marcina Szancera, do którego pracowni uczęszczał w tym czasie Jerzy Jaworowski. Odległą od socrealistycznych kanonów formę, wzorowaną na języku graficznym komercyjnej grafiki reklamowej dwudziestolecia międzywojennego, plakat zawdzięcza prawdopodobnie zachowawczym poglądom wykształconych przed wojną profesorów Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Warszawie – tam właśnie od 1948 roku studiował Jan Młodożeniec [1].

 

 

Można przy tej okazji odnotować nieoczekiwaną prawidłowość: próby realizacji nakazów i zaleceń formułowanych przez partyjnych krytyków i ideologów przyniosły opłakane rezultaty w sztuce wysokiej (na palcach można policzyć prace z pierwszej połowy lat 50. wykonane pod dyktando doktryny, które do dzisiaj się bronią), natomiast te same wytyczne miały dobroczynne skutki w sztuce użytkowej, szczególnie w grafice książkowej i plakacie. Projekty okładek książek z drugiej połowy lat 40. były kontynuacją przedwojennego języka grafiki reklamowej, jako że znaczącą część rynku wydawniczego stanowili edytorzy prywatni, prowadzący działalność jeszcze w II Rzeczypospolitej. Kiedy z końcem lat 40. wszystkie niezależne oficyny zniknęły, zmiecione ręką zwycięskiej PZPR, okładki książek państwowych wydawnictw, przede wszystkim spółdzielni Czytelnik oraz Książka i Wiedza, nabrały nie tylko mocy i ideologicznego wyrazu, lecz także niebagatelnej wartości artystycznej. Większość projektów grafików takich jak Stefan Bernaciński, Stanisław Rozwadowski, Zbigniew Rychlicki czy Stefan Styczyński oraz studentów akademii, wśród których prym wiedli, obok Młodożeńca i Jaworowskiego, Marian Stachurski, Andrzej Heidrich i Jan Lenica, do dziś zaskakuje siłą artystycznej kreacji, ekspresją i dojrzałością języka graficznego mimo mizernych możliwości technicznych, jakie oferowała ówczesna poligrafia.

Zarówno mocne, agresywne plamy budujące malarskie kompozycje Jana Młodożeńca, jak i niespokojna, zadziorna kreska Jerzego Jaworowskiego uformowane zostały przez doświadczenia pierwszej połowy lat 50. Oprócz swoiście pojmowanego realizmu przedstawień ideolodzy socrealizmu domagali się od artystów także ukazywania politycznego zaangażowania i pozytywnych emocji. Na drugiej zachowanej w zbiorach Muzeum Plakatu wspólnej pracy obu twórców – plakacie do inscenizacji Pułkownik Foster przyznaje się do winy [2] (1952), liternictwo nie zmieniło się znacząco w porównaniu z projektem przywołanym wcześniej i jak na dramat wojenny jest stanowczo zbyt dekoracyjne. Jednak motyw graficzny uległ radykalnej ewolucji – miejsce nasyconej detalami ilustracji zajęło narysowane mocną czarną krechą przedstawienie głowy żołnierza amerykańskiego na tle szarej sylwety zrujnowanego budynku. Zadziwiające, jak długą drogę przebyli obaj młodzi projektanci w ciągu roku – drugi plakat wyróżniają: mocna, graficzna, pozbawiona koloru forma, zdecydowany skrót myślowy i wyraziste, jednoznaczne przesłanie moralne.

 

 

2. Dobrymi przykładami pozytywnego wpływu, jaki doktryna socrealistyczna wywarła na polską sztukę książki, są obwoluty pierwszych trzech tomów cyklu Arnolda Zweiga Wielka wojna białych ludzi. Na pierwszej z nich (Młoda kobieta z roku 1914, 1954) centralną pozycję zajmuje dziewczęce popiersie malowane zamaszyście szerokim gestem, a zduszona, mroczna kolorystyka celnie oddaje antywojenne przesłanie powieści. Obwoluta drugiego tomu (Wychowanie pod Verdun, 1954) przedstawia spaloną ziemię – niemal abstrakcyjny pejzaż wojenny ze szkarłatnoczerwoną płaszczyzną nieba pociętą przez groźne chmury pożogi. Kolejna obwoluta (Spór o sierżanta Griszę, 1955) różni się pod względem formy od poprzednich, ponieważ miejsce dramatycznego skrótu wypełnia purystycznie odtworzony fragment okładki akt żołnierskich, na której sporządzone gotykiem urzędowe nadruki zostały uzupełnione odręcznymi adnotacjami zapisanymi czerwonym i niebieskim atramentem. Wszystkie trzy obwoluty stanowią dobry przykład twórczej interpretacji dyrektyw socrealizmu w sztukach plastycznych. Przedstawienia są realistyczne, a zarazem malarski język i dramatyczne kadry nadają im silny emocjonalny wyraz. Obwoluta czwartego tomu cyklu (Umilkły działa, 1958) zdumiewająco różni się od poprzedniczek. Jej kompozycję można uznać za abstrakcyjną wariację na temat wojennego pejzażu z obwoluty tomu Wychowanie pod Verdun. Pełen ekspresji gest, jakim artysta kładzie plamy koloru, przywołuje na myśl raczej bezkompromisowość późniejszych o trzydzieści lat artystów z grupy Neue Wilde niż eksperymenty taszyzmu święcącego triumfy w drugiej połowie lat 50. Cykl wyróżnia się też świetnym liternictwem – umiejętnym zderzeniem stylizowanej oświeceniowej antykwy, którą zapisane zostały imię i nazwisko autora, z brutalnymi bezszeryfowymi wersalikami tytułu cyklu, wypełniającymi tylne strony obwolut. Autorem tego nowoczesnego rozwiązania był student, któremu do ukończenia akademii brakowało jeszcze roku czy dwóch.

 

 

Podobnie zaskakujący jest kontrast między projektowanymi przez Jaworowskiego w tym okresie oprawami książek Poli Gojawiczyńskiej. Wydane w 1956 roku Dziewczęta z NowolipekRajska jabłoń mają na pierwszych stronach okładek subtelne, lecz wyraziste, rysowane pewną ręką portrety kobiece i mogą stanowić wzorowy przykład realizacji zaleceń doktryny socrealistycznej. Projekty obwolut kolejnych utworów pisarki pochodzą niemal z tego samego okresu, ale diametralnie różnią się od poprzedniczek. W pełni abstrakcyjne malarskie kompozycje wypełniające obwoluty tomów Rozmowy z milczeniem (1957) i Stolica (1958) tylko z ogromnym trudem poddałyby się próbie interpretacji jako stylizowane kwiaty [3] . Trudno uwierzyć, że ich autorem jest ten sam projektant i dzieli je  n i e s p e ł n a   r o k. Porównanie tych realizacji jaskrawie unaocznia rewolucyjną zmianę, która nastąpiła w rodzimej sztuce użytkowej, a szerzej – w całej polskiej sztuce i kulturze w dobie odwilży na przełomie 1955 i 1956 roku. Warto przypomnieć, że projektanci o wiele szybciej zrzucili doktrynalne pęta niż malarze i rzeźbiarze – wystarczy rzut oka na obrazy prezentowane na pamiętnej wystawie w Arsenale w 1955 roku [4]. Być może przyczynił się do tego mniejszy nacisk ideologiczny, jaki partia wywierała na przedstawicieli sztuk użytkowych.

 

 

3. Na pierwszej stronie okładki powieści sensacyjnej Zagłada gniazda os Gieorgija Briancewa (w edycji z 1953 roku) znalazła się pełnowymiarowa ilustracja – malarska kompozycja przedstawiająca płonący budynek i leżące przed nim zwłoki niemieckiego żołnierza, wciąż trzymającego w ręku karabin (?), oraz kikuty drzew, na których pniach i konarach migoczą odblaski ognia. Z jej narracyjnością radykalnie kontrastuje późniejsza raptem o rok okładka kolejnego wydania tego propagandowego utworu, zaprojektowana również przez Jerzego Jaworowskiego (w 1954 roku) – ilustrację na niej zastąpiło mocne i zarazem dramatycznie rozedrgane liternictwo. Wzrok przyciąga przede wszystkim wypełniające całą szerokość okładki słowo „zagłada”, a motyw ikonograficzny ograniczony został do fragmentu uproszczonego przedstawienia labiryntu z maciupką swastyką w jego środku. Wcześniejszy projekt opowiada, nie pomijając drugorzędnych szczegółów, podczas gdy drugi posługuje się wyłącznie znakami (litery, labirynt, swastyka). Chociaż naiwna obrazowość pierwszej wersji okładki nieodległa jest od kiczowatej grafiki przedwojennej literatury groszowej, to kontrast łuny pożaru i fioletowoczarnego nieba niezawodnie przyciąga wzrok, a dramatyzm przedstawionej sceny skutecznie zachęca mniej wymagających odbiorców do sięgnięcia po książkę. Druga okładka usiłuje budować napięcie i przekonująco zapowiedzieć ujawnienie knowań faszystów jedynie za pomocą środków graficznych: czarnego tła, kontrastów barwnych, rozdygotanego liternictwa i ciasnego kadru, w jakim przedstawiony został labirynt. Nie wiemy, czy ta zasadnicza zmiana stylistyki podyktowana została wskazówkami redaktorów, czy była suwerennym wyborem artysty. Przypuszczać można, że pierwsza okładka efektywniej zachęcała czytelników do sięgnięcia po książkę. Jednak redaktorzy wydawnictwa Iskry najpewniej uznali, że ważniejsza od wyników sprzedaży (i związanej z nimi skuteczności propagandowej) jest misja estetycznego wychowywania rzesz nowych odbiorców, którzy pojawili się na rynku czytelniczym w wyniku awansu społecznego „klas uciskanych”. Porównanie dwóch wersji okładki powieści Briancewa stanowi kolejny przykład dobroczynnego oddziaływania doktryny na projektowanie graficzne.

 

 

4. Twórczość projektową Jerzego Jaworowskiego po opuszczeniu akademii cechuje imponująca różnorodność nie tylko motywów tematycznych i wątków narracyjnych, lecz także języków graficznych. Jak gdyby artysta zachłysnął się życiem, szczęśliwy, że zostawił za sobą traumę ośmioletniej katorgi i dwuletniej depresji, która dopadła go po powrocie do kraju. Warłam Szałamow w jednym z Opowiadań kołymskich wspominał, że „życie po wyjściu [z obozu] było ciągłym, codziennym, cogodzinnym, nieprzerwanym szczęściem” [5]. Większość realizacji Jaworowskiego z przełomu lat 50. i 60. charakteryzuje młodzieńcza buńczuczność i zadziorność, jednak gdyby nie talent i świetny warsztat graficzny projektanta, ich zaczepność pozostałaby jedynie pozą. A to, że znakomicie opanował sztukę liternictwa i kaligrafii, dobitnie udowodnił już we wczesnym okresie twórczości. Prace z tego czasu, barwne i pełne wigoru, miały niekwestionowaną wartość komercyjną – skutecznie zachęcały do kupna i lektury książek. By unaocznić to tematyczne i formalne zróżnicowanie, wystarczy zestawić ze sobą projekty: Kapitana królewskiego Jana Ziółkowskiego (1961) z nakreślonym pewną ręką i subtelnie stylizowanym na dawne ryciny zawadiackim portretem tytułowego bohatera, oraz na wskroś współczesne wyobrażenie młodocianego żołnierza w budionówce na okładce książki Gieorgija Chołopowa Grenada (1963). Postać chłopca uformowana grubymi, topornymi pociągnięciami pędzla okolona została galerią dramatycznie zdeformowanych wizerunków pozostałych postaci z utworu.

 

 

Z kolei na pierwszej i czwartej stronie obwoluty Niesamowitych opowieści Stefana Grabińskiego (1958) Jaworowski umieścił kolażowe kompozycje, dynamicznie cięte i montowane, budowane z fragmentów XIX-wiecznych rycin, z dyskretnie dodanym kolorem. Utrzymane w surrealnej aurze, nie przedstawiają żadnej sceny, tylko absurdalne rekwizyty uporządkowane według nieczytelnego klucza. Nie znam w dorobku Jaworowskiego drugiej takiej kompozycji jak Kapitan królewski, nie znajduję też podobnej do Niesamowitych opowieści. Tak jakby grafik, zainteresowany coraz to nową techniką bądź formą warsztatową, z dziecięcym entuzjazmem udowadniał sobie i światu, że wspaniale nią włada, tylko po to, by – znudzony – zaraz ją porzucić. Nie było w Polsce twórcy, który mógłby dorównać Jerzemu Jaworowskiemu w tematycznej i formalnej różnorodności projektów, realizowanych zawsze na wysokim poziomie artystycznym.

 

 

5. Jednym z bardziej intrygujących projektów Jaworowskiego jest okładka do Dymów nad Birkenau Seweryny Szmaglewskiej (z 1958 roku). Wnikliwego odbiorcę zdumiewać może nieporadność układu literniczego, jeśli zna on wcześniejszy dorobek Jaworowskiego w tej dziedzinie. Wystarczy przywołać zainicjowaną rok wcześniej serię obwolut do Komedii ludzkiej Honoriusza Balzaca. Na pierwszy rzut oka koncepcja okładki do obozowej relacji Seweryny Szmaglewskiej wydaje się zdecydowanie amatorska. Litery są niekształtne, nierówne, podobnie jak odstępy między nimi, a spacja między literami „D” i „y” w pierwszym słowie tytułu jest nieproporcjonalnie duża. Jednak biorąc pod uwagę kulturę i wrażliwość plastyczną, które znamionują wszystkie prace Jaworowskiego, należy się domyślać, że niezgrabne kształty liter i ich przypadkowe usytuowanie na okładce (elementy tytułu zostały wyśrodkowane, ale cały tytuł przesunął się wyraźnie w prawo względem pionowej osi symetrii opracowania) są reminiscencją szyldów, napisów i ogłoszeń obozowych nieumiejętnie wykonywanych przez więźniów. Zgaszona kolorystyka, brak ilustracji oraz – co najważniejsze – budzące litość, niewprawną ręką stawiane litery budują atmosferę dogłębnego smutku. Dopiero zestawienie projektu okładki tej książki z kompozycjami literniczymi na obwolutach powieści Balzaca ukazuje formalne wyrafinowanie oraz arcymistrzostwo ich autora.

 

 

6. Drogę artystyczną Jerzego Jaworowskiego otworzyły projekty plakatów, ale to nie one dominowały w jego późniejszej twórczości. W odróżnieniu od rówieśników (Jana Lenicy, Jana Młodożeńca, Franciszka Starowieyskiego czy Waldemara Świerzego) Jaworowskiemu pisane było zostać jednym z najwybitniejszych projektantów polskiej sztuki książki. Po 1963 roku grafik stworzył zaledwie kilka plakatów i nie wydaje się dalekie od prawdy przypuszczenie, że wpływ na to miało radykalne ograniczenie kręgu podejmowanych tematów oraz metamorfoza języka graficznego, zaistniała w jego twórczości od drugiej połowy lat 60. Plakaty Jaworowskiego były nierzadko ilustracyjne, tak jakby duży format skłaniał twórcę do rozwijania wielowątkowych opowieści, dominowały w nich „przystępne” motywy ikonograficzne i mocne barwy. Po 1965 roku Jaworowski zawęził gamę kolorów do odcieni szarości (jeżeli używał innych barw, to zazwyczaj były one zgaszone, zduszone), a tematyka opracowywanych książek w znacznym stopniu ograniczyła się do współczesnej poezji i ambitnej prozy. Literatura wysoka pozwalała mu zredukować do minimum narracyjność, a w przypadku tomików poetyckich – zrezygnować z przedstawień i umieszczać na okładkach kompozycje abstrakcyjne (graficzne, jak w serii Iskier, lub barwne, jak w serii PIW-u).

 

 

Ta transformacja zbiegła się z podjęciem przez twórcę intensywnej pracy nad rysunkami prywatnymi. Elżbieta Pałasz w tomie Jerzy Jaworowski. Na papierze pisała: „Artysta miał ustalony rytm dnia: po południu i wieczorem do późna wykonywał zlecenia dla wydawnictw, a rano, kiedy żona i syn wychodzili z domu, rysował dla siebie. Trudno jest te prace zakwalifikować gatunkowo, najbliżej im do rysunków” [6]. Syn artysty, Piotr Jaworowski, nazwał je rysunkami porannymi. Praca w dziedzinie sztuki wysokiej towarzyszyła projektowaniu graficznemu aż do końca życia Jaworowskiego w 1975 roku. Artysta tworzył niezwykłe kompozycje kolorowymi tuszami w wymyślonych przez siebie eksperymentalnych technikach. Te spontaniczne prace powstawały z wewnętrznej potrzeby, bez konieczności podporządkowania się wymaganiom zleceniodawcy. Musiały być dla niego czymś ważnym, może dawały radość nieskrępowanego, bezinteresownego tworzenia? Jednak dominujący w nich mroczny ton i fakty z biografii Jaworowskiego mogą wskazywać na inne wytłumaczenie: stanowiły dla artysty formę autoterapii, gdy po latach powróciły do niego zmory łagrowej przeszłości.

 

 

Opracowanie graficzne dzieł literatury wysokiej pozwalało Jaworowskiemu płynnie łączyć ze sobą te dwa pozornie odległe nurty twórczości. Wśród rysunków porannych można znaleźć kontynuacje poszukiwań rozpoczętych przy projektowaniu okładek książek, jednak wydaje się, że znacznie częściej kolejność był odwrotna: rozległe artystyczne peregrynacje stawały się źródłem inspiracji dla kompozycji książkowych. Szczególnie dobitnym przykładem jest seria Prozy Współczesnej, na której obwoluty trafiały niemal przeniesione z rysunków porannych dramatyczne sceny figuralne i postapokaliptyczne pejzaże.

JANUSZ GÓRSKI

 

[1] Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych, która była kontynuatorką tradycji Miejskiej Szkoły Sztuk Zdobniczych i Malarstwa, została w 1950 roku połączona z reaktywowaną po zakończeniu II wojny światowej Akademią Sztuk Pięknych. Uczelni nadano wówczas nazwę Akademii Sztuk Plastycznych i dopiero w 1957 roku przywrócono jej miano: Akademia Sztuk Pięknych. Jan Młodożeniec w latach 1948–1950 był słuchaczem Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych.

[2] Sztukę komunizującego francuskiego dramatopisarza Rogera Vaillanda przedstawiającą zbrodnie amerykańskiego imperializmu podczas wojny koreańskiej – zakazaną w ojczyźnie autora – wystawił Teatr Kameralny w Warszawie w 1952 roku. W gazecie „Wolność” ze stycznia 1953 roku znalazła się recenzja przedstawienia, zakończona słowami: „Żadne represje nie zdołają ukryć prawdy przed Francją. Naród francuski, który odczuwa dziś na własnej skórze «dobrodziejstwa» okupacji wojsk amerykańskich, coraz powszechniej i głośniej wyraża swą pogardę dla Ameryki Trumana i Eisenhowera”.

[3] Warto zwrócić uwagę, że w tych projektach pole ekspresji grafika stanowi już nie tylko pierwsza strona okładki, lecz cała powierzchnia obwoluty łącznie z grzbietem.

[4] „Ogólnopolska Wystawa Młodej Plastyki Przeciw wojnie – przeciw faszyzmowi”, popularnie nazywana „Arsenałem”.

[5] W. Szałamow, Nie nawrócony [w:] idem, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. III, s. 63.

[6] P. Jaworowski, E. Pałasz, Jerzy Jaworowski. Na papierze, Gdańsk 2025, s. 5.

Pod tlenem – 55 sonetów (XXXVI)

Sonet dziewiąty cyklu drugiego: nowoczesna tortura i Bóg prawdziwej łagodności

 

Gdziekolwiek są – Tacie i Jerzemu

 

Rilke i nowoczesność. Wielki temat. I szalenie trudny, gdyż ten szczególny symbolista, szczególny modernista ma w sobie lęk przed nowoczesnością: pisze, że „wielkie miasta nie są prawdziwe”, maluje osamotnienie i zagubienie Maltego w obcym mu Paryżu, pokazuje wszelkie zagrożenia mechanizacji życia i detabuizacji śmierci w cyklu duinejskim, podpisuje się pod słowami dalekiego mistrza i poprzednika – Friedricha Hölderlina – gdy ten oznajmia, że „poetycko mieszka człowiek na tej ziemi” (odkąd staliśmy się – my, ludzie – rozmową). A jednocześnie, jak Joyce czy Hofmannsthal, nie unika nowoczesnej poetyki epifanii, także tej, która miałaby przerażać. Jedna z najwcześniejszych diagnoz na temat Rilkego, upubliczniona w roku 1912 (gdy Rainer Maria był już autorem pierwszej powieści XX wieku – Zapisków Maltego Lauridsa Brigge, dwu tomów Neue Gedichte, wierszy cechujących się nowoczesną poetyką rzeczy – Dingdichtung, lecz wypatrywał jeszcze twórczo swych dzieł największych: Elegii duinejskich i Sonetów do Orfeusza) – diagnoza Paula Zecha, z jego monografii, wydanej w berlińskiej serii „Der moderne Dichter”, brzmiała: „Verkennen wir nicht, daß Rilke slavischen Bluteneinschlag hat. Er hat chopinsche Süße und orphische Dunkelheit, das Prestissimo von Nietzsche und die Kühle de Moskauschen Kremls” [1] („Nie zaprzeczajmy, że Rilke ma słowiańskie korzenie. Ma w sobie chopinowską słodycz i orficki mrok, prestissimo Nietzschego i chłód moskiewskiego Kremla”).

To osobliwe powiązanie szopenowskiej słodyczy, mroku orfickiego, owego groźnego prestissima i chłodu, równie mocno trwogą napawającego, widać – moim zdaniem – świetnie w sonecie IX drugiej części omawianego tu cyklu. Rilke napisał ów wiersz między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot.

 

 

Najpierw przeczytajmy polskie przekłady:

 

 

Mieczysław Jastrun:

 

Nie chwalcie się sędziowie, że już się tortura nie wwierca,

że nie zaciska szyi kręgiem żelaznym.

Nic nie urosło, niczyje serce – bo zamierzonym spazmem

dobroci delikatnej wynaturzacie serca.

 

Szafot oddaje z powrotem to, co uzyskać mógł

od czasów, podobnie jak dzieci oddają same

zabawki swe z dawnych urodzin. W serce czyste, wysokie, jak w bramę

otwartą, wszedłby inaczej Bóg

 

prawdziwej dobroci, gwałtownie by wpadł,

jak czynią bogowie, promieniejąco.

Więcej niźli dla wielkich, bezpiecznych okrętów wiatr.

 

Nie mniej niż znak potajemny, daleki,

co nas w głębi zyskuje milcząco,

jak cicho bawiące się dziecko z par kojarzonych przez wieki.

 

Bernard Antochewicz:

 

Nie chwalcie się sędziowie, że czas tortury skończony

i że już dłużej szyję nie skręca obręcz żelazna.

Żadne nie urosło serce, żadne –, bo zamierzony

odruch miękkości delikatniej was zniekształca.

 

Co zaś dostał od czasów, szafot oddaje znów

z powrotem, jak dzieci swe stare zabawki

z dawnych urodzin. Czyż w czystą, na oścież otwartą

serca głębię wszedłby inaczej bóg

 

prawdziwej czułości. Gwałtowniej by nadszedł i szarpnął,

chwycił promienniej wokół, jak każe bogów zwyczaj…

Bardziej niż wicher dla wielkich, bezpiecznych statków.

 

Nie mniej niż przyzwolenie ciche i tajne zarazem,

które nas wewnątrz milcząco zdobywa

jak cicho bawiące się dziecko z odwiecznych kojarzeń.

 

Adam Pomorski:

 

Tortur wyrzekłyście się, trybunały, i oków,

karku w żelaznej obroży i innych rzeczy:

jakaż w tym chwała, gdy skurcz dobrotliwych wyroków

gwałtem serca wrażliwe kaleczy.

 

Szafot oddaje stuleciom zabawki swoje

jak o prezenty z dawnych urodzin nie dbałe

dziecko. Inaczej by w serca otwarte i śmiałe,

w serca inaczej by wstąpił podwoje

 

bóg rzeczywistej dobroci. Szerzący promienie

złote, olbrzymi w swej boskiej postawie.

Bardziej niż wiatr dla potężnych, bezpiecznych okrętów.

 

Nie mniej niż skryte milkliwe wewnętrzne widzenie

co pozyskuje nas jak w zabawie

dziecko spokojne z parzących się wciąż elementów.

 

Ryszard Mierzejewski:

 

Nie chwalcie się, sędziowie, że tortury zniesione

i żelazne kajdany ludzkiej szyi już nie zaciskają.

Bo każde z zamierzonych serc wciąż jest ranione

a spazmy łagodności tylko słabiej wykrzywiają.

 

Co dostała epoka, to szafot z powrotem zwrócił

jak dzieci zabawki, które dostały na urodziny.

W ich serca czyste, wzniosłe, bez żadnej winy

inaczej Bóg by wkroczył

 

prawdziwej łagodności. Przybyłby silny i chętny

aby promieniować, jak to bogowie czynią

bardziej niż wiatr, dmąc na duże, stateczne okręty.

 

Nie mniej, niż tajemnicze i ciche granice myśli

które milcząco w środku nas otaczają

jak bawiące się dziecko z nieustannych kopulacji.

 

Andrzej Lam:

 

Nie chwalcie się, sędziowie, że tortur już nie ma

i że dłużej szyi nie ściska żelazo.

Bo żadne serce nie urosło, żadne –, o jak bardzo

spazm łagodności wykrzywia was teraz.

 

Co otrzymał przedtem, to szafot oddaje

z powrotem, jak dzieci ze swoich urodzin

dawnych zabawki. Bo w czyste, otwarte,

gościnne serca inaczej by wkroczył

 

Bóg łagodności prawdziwej. Mocniej, wspanialej

by promieniał; tacy są bogowie.

Więcej niż wiatr, co smaga stateczne okręty.

 

Nie mniej niż ciche widzenie tajemne,

które nas w głębi zyskuje bezmownie

jak bawiące się dziecko z parzystych kojarzeń.

 

Gdyby pisać interpretacyjny telegram na temat przywołanego tu, w kilku polskich przekładach, sonetu, na jaw wyszłyby kwestie następujące: pierwsza strofa to gorzka przestroga dla myślących, że brak tortur fizycznych, kończy przemoc wszelką; strofa druga, ufundowana na naruszających decorum porównaniach, płynnie – przerzutniowo przechodzi w trzecią, a gwałtowne naruszenie, świętej w poetyce sonetu granicy między partią opisową a refleksyjną, ma w sobie coś z gwałtowności epifanii (ta Boska często bywa tremendum, wdziera się w serce człowieka, nawet gdy jest fascinans, a „Bóg / bóg // prawdziwej/rzeczywistej dobroci / łagodności / czułości” okazuje się kimś bardziej wiarygodnym niż sędziowie ludzcy z pierwszej strofy, z ich dobrocią wynaturzającą serca); trzecia strofa to przepyszna, choć zwięzła, charakterystyka Boga promieniejąco i nagle wpadającego do ludzkiego serca – znów podana dzięki porównaniu do wiatru, jaki targa wielkimi okrętami, przewyższającego nawet siłę tego wichru; strofa czwarta dopełnia opowieść o wartości długiego trwania, o arystokracji ducha, o otwartości serc starodawnego rodu.

Żadna to pochwała, czy nawet akceptacja nowoczesności. Raczej sonet, w konstrukcji (z gwałtownym cięciem epifanijnym w połowie tekstu, w punkcie ciężkości wiersza) i w wymowie – zabiegający o prawdę uniwersalną, antyawangardowy. Rilke naprawdę o wiele, wiele częściej bywa poetą, po Rolandowemu pojętej, ariergardy. Nie o jakimkolwiek bogu / Bogu tu też mowa, lecz o Orfeuszu. Nie o człowieku w ogóle, lecz o dziecku.

Czy polscy tłumacze unieśli ciężar tego sonetu? Czy mu sprostali? Jak trzeba być uważnym, by nie naruszyć leksykalnej tkanki tonacji Rilkego, świadczy przekład ostatniego wersu:

Jastrun: „jak cicho bawiące się dziecko z par kojarzonych przez wieki”.

Antochewicz: „jak cicho bawiące się dziecko z odwiecznych kojarzeń”.

Pomorski: „dziecko spokojne z parzących się wciąż elementów”.

Mierzejewski: „jak bawiące się dziecko z nieustannych kopulacji”.

Lam: „jak bawiące się dziecko z parzystych kojarzeń”.

Gdy narusza się, utrzymany w tonacji metafory, rejestr Rilkeańskiego oryginału, jak to uczynił Mierzejewski [2] w swym przekładzie, naprawdę trudno zachować integralność poetyckiego przekazu.

Czy sprostali – powtórzę pytanie? Nie wiem. Chyba nie. Ktoś banalizuje rymy, ktoś inny nie słyszy właściwej tonacji, w jakiej pisze Rilke; ktoś nie zna metody spolszczenia lepszej niż parafraza i amplifikacja, ktoś inny popada w taką dosłowność, że aż kruszy się sens. Najswobodniejszą, najbardziej naturalną polszczyzną przełożył ten sonet Lam. Słyszę tam echa Norwida, np. w wersie „które nas w głębi zyskuje bezmownie” (a o powinowactwie Norwida i Rilkego już zresztą pisano, skądinąd bardzo ciekawie [3] – lecz to temat na osobną opowieść).

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

 

[1] Paul Zech, Rainer Maria Rilke, Berlin, Wilhelm Borngräber Verlag Neues Leben, 1912, s. 53.

[2] Przekładu Pomorskiego także nie nazwałabym – fortunnym.

[3] Anita Jarzyna, Zawczasu utracona. Assunta (Norwida) i Abelone (Rilkego) w strefie mitu, „Topos” 2008 nr 5, s. 43-54; Mieczysław Jastrun, Między słowem a milczeniem, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1960; Jan Zieliński, Grenzen der Übersetzung, tłum. Andreas Lawaty, w: Suche die Meinung, Wiesbaden 1986, s. 85-102; Tomasz Żurawlew, Styl poetycki Cypriana Norwida w przekładzie na język niemiecki. Studium teorii i praktyki translacji wiersza, Kraków, Universitas, 2024.

Hydrografia

Woda to nie jest mój żywioł, wszystkiego kilka śmiesznie płytkowodnych epizodów. Na wakacjach, na jakie jeździło się rok w rok do Czerńca koło Łącka, budowałem w poprzek nurtu Dunajca tamy z rzecznych otoczaków (to była zasadnicza robota w wakacyjne tygodnie, budowla, której żywot był krótki – tama stała tylko do wezbrania wody, po deszczach w górze rzeki). Wybierało się z dna czy przy brzegu rzeki – wygrzebując je, wzdrygałem się, bo pachniały przywodnym rozkładem i zgnilizną – kamienie płaskie jak krowie placki, bo tylko takie, ustawiane w ordynku, na sztorc jeden przy drugim, zostawiały między sobą wąskie a wysokie szczeliny, wodne przepusty, dzięki czemu to wszystko jakoś się nie waliło. Była i druga zabawa, wtedy, gdy woda była spokojna i nie za płytka i gdy nie wysterczało z niej nie za dużo głazów: puszczałem wtedy po wodzie „kaczki” (czasem udawało się tym kamiennym ptaszkom przelecieć aż na drugi brzeg [1]). Kolejne zajęcie nad wodą przyszło po latach, kiedy w Lisznej w Bieszczadach, a właściwie nie w Lisznej, tylko pustym miejscu po tej Bojkowskiej, niedługo po wojnie jak i inne okrutnie zniesionej wsi, z jej cerkwią i cmentarzem (zostały tylko pojedyncze kamienie węgielne, na których sadowiono dolną więźbę chałup, i trochę zdziczałych jabłonek, rudbekii, a w miejscach, gdzie kiedyś wyrzucano podściółkę i gnój z obór – gęstwina pokrzyw i, równie jak one żarłocznych, krzaków czarnego bzu). Tam, nad potokiem spływającym z Roztok, umyśliłem sobie strugać z olszowych gałęzi – górskie strumienie są blankowane kurtynami olszy szarej – sześciopłetwe młynki wodne; to były ćwiczenia z cierpliwości, bo co i rusz musiałem zaczynać od początku, gdy cieniutką już niedoszłą płetewkę niezręcznie ciachnąłem w pół i trzeba było sięgnąć po kolejną gałązkę. Wsparte na widełkowatych podpórkach, te moje liszniańskie młynki kręciły łopatkami, gdy tylko jakoś udało mi się ustawić je w wąskich rynienkach, wypłukanych przez setki lat między twardszymi, piaskowcowymi warstwami karpackiego fliszu. Słuchałem chlupotu i cichego terkotu, gapiąc się w śmigające drewka, a czasem i w olszowe liście, niesione bystro przez wodę, choć na jej płaszczyźnie – nieruchome. Że to były siostry tybetańskich młynków, kręcących bezsłowne modlitwy dzięki wiatrom czy właśnie dzięki nurtowi wody, pomyślałem dopiero znacznie później. I to tyle związków z wodą.

 

 

Myśl o rzecznych żywiołach trafiła się niedawno całkiem niespodziewanie. W moje ręce wpadło jedenaście tomów Encyklopedii Rolniczej, wydawanej na przełomie XIX i XX wieku (szły na zatracenie z likwidowanej części jednej z uczelnianych bibliotek fachowych, wraz z kompletami wyjątkowo cennych, przedrewolucyjnych rosyjskich czasopism i druków – bo cyrylicą, któż to będzie czytał i po co, szkoda publicznego miejsca). Gdy już te tomy miałem w domu i kartkowałem je sobie, coś tam notując i dopisując, natrafiłem na niespodziewane w takiej encyklopedii hasło: „Hydrografia”. Zestawił je Stanisław Rewieński, wcale nie fachowiec, który powinien byłby ten tekst przygotować, no bo Rewieński to był ziemianin, znawca zagadnień odległych od nazw systemów wodnych – hodowli koni i kwestii zootechnicznych, ale, jak wyczytałem sobie o nim, jako sumienny sekretarz redakcji Encyklopedii, poczuwał się nieraz do pisania do niej wielu tekstów spoza własnych zainteresowań; brak odpowiednich, a przy tym chętnych autorów to zwykła bolączka w takich przedsięwzięciach.

W tej „Hydrografii” zachwyciłem się po prostu potoczystymi wyliczankami nazw rzek i jezior – imion niezwykłych, starożytnych, pełnych historii mi nieznanych i do tej pory nie studiowanych, nazw bytów tak pełnych ducha i przecież nie do końca poddających się określaniu, istnień, których skóra jest otwarta dla samej ich istoty, czyli dla wody – czy to przy samym dnie, piaszczystym lub kamienistym, czy od strony powietrznej. Wczytywałem się w nazwy tych wodnych jaszczurów i węży, które potrafią porzucać, odnajdować i znajdować dla siebie nową skórę i nowy bieg, tworzyć sieci anastomoz – nie do rozczesania i nie do rozpatrzenia, czy rozpościerać ogromne tafle rozlewisk jak u nas Biebrza, które wreszcie są obojętne na tok historii i przepadek własnych imion, jak Oxos czy Borystenes, nieczułe też na to, gdy odmienne strefy ich ciał – dolnego, środkowego czy górnego biegu, są innej duszy i odrębnych imion, jak Memel czy Nemunas.

 

 

Te biegnące jedna za drugą nazwy wód z przebrzmiałej encyklopedii to przecież szkielet narracji starej jak świat – kiedyś recytowane, skandowane i wyśpiewywane, a potem już potulnie redagowane i poddawane znakom pisma. Przypomniały o spisach okrętów, wiatrów lub chmur, o dziecięcych wyliczankach – tych wróbelkach-elemelkach i entliczkach-pentliczkach czy wreszcie tak miłych mi Hauptowskich kaskadach nazw. Rewieński wylicza, odnosząc się do stron, których przecież z autopsji nie znam: „Z prawej strony wpadają do Szczary: Myszanka, Łochozwianka, Issa zwana także Kopanicą, Berezyna, Chytra, Jaworka, z lewej: Wiedźma, Grywda, Bereza, Łukonica, Sypa”, wylicza – wynotowuję dla przykładu – dopływy Dźwiny, prawobrzeżne, jak Toropa, Uświata, Obol, Połota, Dryssa, Saryanka, Indra, Krasławka, Ewikszta, Ugra czyli Ogier, Jegel, czy lewobrzeżne, jak Mieża, Kaspla, Luczesa, Uła i zadziwiająca Aa.

 

 

Rewieński przypomniał mi i inne zestawienia nazw wód, z arcyciekawego zbiorku o hydronimach Brasławszczyzny, wydanego przed dziesięciu laty przez moją – nieznaną mi do tej pory, bo dzieli nas ten przeklęty kordon – przyjaciółkę spod Mińska, gdzie falują (pozostanę tylko przy literze „D”) Doublinka, Dryświacica, Dryświata i Dryświatka, Druksza i Drujka, Drujna i Dumbla.

JAKUB DOLATOWSKI

[1] „Puszczanie kaczek”, jedna z archaicznie prostych zabaw dla dzieci i dorosłych, może jest już zapomniana? Słownik Warszawski (tom 2, 1902) notuje „kaczki rzucać”, czyli – „kidać, podbić, zbijać”: to energiczne, zręczne puszczanie niziutkim lotem, stycznym do lustra wody, płaściutkich kamyków, by się, już wyzwolone z ręki miotacza i samodzielne, odbijały i odbijały – w wieloskoku o krokach coraz to słabszych i, w logarytmicznej skali, krótszych.

Duch ojca nie daje spokoju

Jeszcze jeden artykuł ojca z 1937 roku. W redagowanej przez siebie wówczas gazecie PPS, „Dzienniku Ludowym” zamieścił on latem cykl korespondencji „Dwa tygodnie w Paryżu” z Wystawy Światowej Expo 1937. Inne odcinki dotyczą wrażeń z pawilonów: niemieckiego, włoskiego i sowieckiego.

Piotr Mitzner

 

 

Zbigniew Mitzner

Czysta wyborowa

Paryż w sierpniu.

– O, pawilon polski jest ładny, bardzo ładny – powiedział do mnie referent prasowy wystawy, wręczając mi kartę wystawową.

Zachwyt ten zbyłem milczeniem. Sądziłem bowiem, iż słowa te dyktowała Francuzowi przesadna grzeczność, nic poza tym. Omyliłem się. Pawilon polski na wystawie paryskiej, o którym tyle złego naczytałem się i nasłuchałem w Warszawie, obcym na ogół podoba się. Wszystkie dosadne określenia, krążące nad Sekwaną i nad Wisłą, o polskim pisuarze, o mankiecie, o ścianie płaczu – mają swe źródło w paryskiej Polonii, która z pawilonu nie jest zadowolona.

Dlaczego?

W najbardziej reprezentacyjnej części wystawy, na lewym skrzydle Trocadéro, w cieniu niemieckiej wieży, w kępie drzew został ukryty polski pawilon. Jego część główna to okrągła wieża – kaplica, w której stoją posągi: Chrobrego, Jagiełły Kopernika, Mickiewicza, Kościuszki, Szopena i Piłsudskiego. Dalej kilka eksponatów, wykresów, pług i restauracja – oto wszystko.

Francuz wchodzący do polskiej wieży, staje się bardzo smutny.

– To widzisz – mówi do swego syna – ta biedna Polska, która przez tyle lat cierpiała w niewoli.

Mały Jean czy Pierre także się bardzo zasępia, ale wnet ciągnie ojca za marynarkę, by wychodzić i iść do lunaparku lub do pobliskiego akwarium. A mimo to pawilon polski Francuzom podoba się. Odpowiada bowiem ich – a częściowo i innych cudzoziemców – wyobrażeniu o Polsce. Polska jest to wieczny pays des martyrs – kraj męczenników. A więcej? Chyba nic więcej Francuz nie wie.

I dlatego samego pawilon nie podoba się Polakom. Boy pisał kiedyś, jak to go we Francji potraktowano tym męczeństwem, tą martyrologią. Nie wytrzymał wówczas i krzyknął:

– Czy ja naprawdę wyglądam na męczennika?!

Ale Polska z pawilonu wystawowego udrapowana jest w to męczeństwo od stóp do głów. Zwiedzającemu nie podsuwa się myśli, że i w Polsce coś się dzieje, że i Polska tworzy rzeczy piękne i praktyczne. Ale Polak nastrojony wystawowo-patriotycznie daremnie w pawilonie swego kraju będzie szukał eksponatu o Gdyni, na próżno będzie się rozglądał za modelem choćby zwycięskiej RWD [1] (nawet Czesi wystawili samolot), a przypominamy sobie, iż wystawa dotyczy techniki w życiu codziennym. Długo będzie szukał śladów naszego budownictwa, mieszkaniowo-żoliborskiego, gdyńskiego czy łódzkiego.

Polski żywej nie znajdzie.

Oczywiście, jeśli nie mówić o wódce. W polskim pawilonie bowiem sprzedaje się wódkę. Nie chcę być źle zrozumiany, nie myślę o restauracji, myślę o oficjalnej części pawilonu, o stoisku monopolu spirytusowego, w którym każdy może nabyć butelkę wódki. Na kontuarze stoi rodzima ćwiartówka wyborowej z wetkniętą ceną – 12 fr. 50.

Jak widać, idea pawilonu, który ma odpowiadać wszystkim pojęciom Francuza o Polsce została do końca przeprowadzona. Chodziło o to zapewne, by codzienne przysłowie tutejsze, tak nas upokarzające soul comme un Polonais – pijany jak Polak albo boire comme toute la Pologne – pić jak w Polsce, w pawilonie naszym znalazły swe usprawiedliwienie.

Nie oceniam architektury polskiego pawilonu, nie znam się na tym. Może naprawdę jest dobry, piękny i oryginalny. A można także wybaczyć, jeśli się nie udał. Ale dlaczego w polskim pawilonie musi się sprzedawać wódkę? Rozumiem, iż trudno dziś zburzyć wieżę i zbudować na tym miejscu piękny, prosty, szklany dom, taki, jaki każdy Polak chciałby widzieć na lewym skrzydle Trocadéro pod biało-czerwoną flagą. Tego już zrobić nie można. Ale wódki można nie sprzedawać. Wiele cierpi Polak, gdy zwiedza swój pawilon i widzi, jak każą mu wkładać na czoło cierniową koronę męczeństwa, podczas gdy on chce być normalnym, żywym człowiekiem. Ale niech chociaż tę wódkę zabiorą, niech nie każą nam reprezentować kraju pijaków.

Bo być męczennikiem, to ciężka rzecz, ale być jednocześnie męczennikiem i pijakiem – to więcej niż zdrowy człowiek może znieść.

„Dziennik Ludowy” 1937 nr 228

Podał do druku PIOTR MITZNER

[1] Polski lekki samolot sportowy.

Epistolariusz biblioteczny – listy do Hajduka (V)

 

Kraków, 5 I 2026

Drogi Jacku,

przeczytałem książkę, która wyprawiła mnie w kilka równocześnie dalekich podróży. Jest to biografia przedwojennych lat Tadeusza Sczanieckiego, znanego i zapamiętanego – przez wielu – ojcem Pawłem Sczanieckim, benedyktynem z Tyńca. No więc: przeczytałem książkę Juliusza Koli pod tytułem Droga do… Szkice o młodości Tadeusza Sczanieckiego (Toruń, Rideró, 2024).

 

 

Najpewniej Ci mówiłem, ale nie pamiętam, czy pisałem, że myśl o wymienianiu z Tobą listów o literaturze, albo może – mniej zadęcie – po prostu o tym, co czytamy (ponieważ znam przynajmniej kilku potencjalnych czytelników naszej korespondencji, którzy z pewnością mojego czytelniczego śmietnika literaturą nie pozwoliliby nazywać) przyszła do mnie przy małym biureczku w małym pokoiku z widokiem na Poniczankę w Szpitalu Kardiologicznym w Rabce. Mały stolik ledwo mieścił książki tam składowane, kiedy miesiąc złożony z dni identycznych jak krople wody, rozciągniętych między rehabilitacjami, badaniami, posiłkami i spacerkami, pozwalał na rozpasane czytanie i, co więcej, na doświadczanie i dotykanie miejsc oglądanych literaturą (tak, uważam, że można literaturą dotykać miejsc, które oglądamy).

Wiele by o tym pisać, ponieważ właśnie tamto zanurzenie książek w miejsca, to skrzyżowanie liter z topografią, popchnęło mnie do zaproszenia Cię do tej korespondencji; jest więc jeszcze przed nami cały ten stosik ze szpitalnego stoliczka: straszliwa wojenna historia Rabki z przemilczanymi i przemilczywanymi nadal grobami Żydów, o których nikt nie chce pamiętać, historia uzdrowiska wpisana w dzieje polskiej kultury i literatury, historia mojej własnej Rabki i spędzanego tam czasu, dzieje Rabki Ilgnera opisane w szalonej powieści, której lekturę zalecam wszystkim następnym po mnie mieszkańcom kardiologicznego szpitala.

No i jest na tym stosiku książka Juliusza Koli o Tadeuszu Sczanieckim, ponieważ od pierwszego dnia szpitalnych spacerów po Rabce wiedziałem, że chcę znaleźć ślady po benedyktynach, którzy są mi bliscy bo, cóż, sam żyłem w klasztorze na Tyńcu przez cztery pełne lata (nie powiem, że byłem benedyktynem, bo benedyktynem chyba właśnie się raczej jest, a nie bywa, jak mnie się zdarzyło), bo Paweł (Tadeusz) Sczaniecki był i pozostał jednym z najważniejszych ludzi w moim życiu i zawdzięczam mu więcej niż któremukolwiek z moich późniejszych mistrzów, bo to w bibliotece Pawła urodził się we mnie badacz, bo historia benedyktynów w XX wieku jest ważną częścią kultury naszego kraju, bo wreszcie czytałem książkę Pawła o Karolu van Oost jeszcze w rękopisie i godziny całe o nim rozmawiałem, a Rabka w tych rozmowach pobrzmiewała cały czas. Uff, nie wiem, czy nie wystraszyłem Cię przed dalszą lekturą i wyprawą w świat może nazbyt Ci odległy.

Nie wiem, czy wiesz – na pewno wiesz, ale sam sobie przypomnę, że niemal tysiącletnia obecność benedyktynów w Polsce miała swój ważny epizod w Rabce właśnie. Po kolei i telegraficznie to było tak: 8 września 1816 cesarz Franciszek I podpisał dekret o kasacji klasztoru w Tyńcu (jak i innych klasztorów w całym zaborze austriackim) i od tego czasu wszystkie budynki – poza samym kościołem i kawałkiem zabudowań zwanych opatówką – popadały stopniowo w ruinę. Pomysły na powrót zakonników do Tyńca pojawiły się już na początku XX wieku, ale plany pokrzyżowała I wojna światowa. W lipcu 1939 roku, na chwilę przed kolejną wojną, do klasztoru wrócili jednak ostatecznie mnisi. Nie spadli jednak nagle z drzewa, ten powrót był długo szykowany i wymagał determinacji, środków, umów i rozmów. To długa i osobna historia fascynujących życiorysów. W tej chwili ważne jedynie to, że w tym procesie powrotu benedyktynów do Tyńca odegrała swoją rolę Rabka, a także to, że te przedtynieckie losy przecięły się, na jakimś odległym zakręcie, z losami mojej rodziny.

Desant pierwszych mnichów na Polskę – to znaczy ten desant XX-wieczny, nie ten XI-wieczny (też ciekawy i jeszcze bardziej zagadkowy) – zaczął być kompletowany i szykowany w Belgii, w opactwie św. Andrzeja w Zevenkerken koło Brugii, przez Karola van Oosta, który powziął zamysł tynieckiej fundacji i ostatecznie dopiął swego. To tam wstępowali synowie polskich arystokratów, którzy ostatecznie – nie wiem, czy po swojej, czy też cudzej myśli – znaleźli się w polskim klasztorze. Desant ten jednak został rzucony nie od razu na Tyniec, miał swoją fazę przyczajoną – w Rabce właśnie. I to przyciągało moją uwagę – nie ze względu na Tyniec czy benedyktynów samych, bo to wszystko pozostawiłem daleko za sobą (z pełną wzajemnością), ale ze względu na niezwykłą przyjaźń, która ani mnie za sobą nie pozostawiła, ani też ze mnie nigdy wyszła.

Benedyktyni rabczańscy w przedtynieckim przyczajeniu poświęcili się edukacji i prowadzili szkołę z internatem, czy też raczej internat przy szkole, w której zdarzało im się nauczać, oczywiście wszystko po francusku i arystokratycznie. Szkoła ta mieściła się w willi „Jaworzyna”, od lat dwudziestych do dzisiaj jest to siedziba zacnego liceum (w 2024 roku ukazała się książka Poprzez przeszłość ku przyszłości: 100 lat liceum Romera w Rabce). No więc do rzeczy – co to wszystko ma wspólnego z książką, którą przeczytałem, co zakomunikowałem Ci dwie strony wcześniej?

Otóż to, że najpierw adeptem prestiżowej rabczańskiej jednostki edukacyjnej, a potem mniszym członkiem grupy desantowej był Jan Sczaniecki, a nieco później i do szkoły, i do Tyńca wstąpił jego starszy brat Tadeusz. Obydwaj pochodzili z Pomorza, z miejscowości Nawra położonej w połowie drogi między Chełmżą a Unisławiem, a szerzej – Bydgoszczą a Toruniem. Z Unisławia pochodzi moja mama – tam od dawna, lub od zawsze, żyła rodzina jej matki, mojej babci Rut (nie sięgamy w papierach i nagrobkach gdzieś za połowę XIX wieku, ale kto wie) i to tam znalazł w pewnym momencie pracę jej ojciec, mój dziadek, Michał Zakrzewski.

Dziadek pochodził z Kaszub, z okolic Czerska, dokładnie ze wsi Iwiczno. Skończył szkołę rachunkową i pracował w Wolnym Mieście Gdańsku i Starogardzie, skąd przyjechał do Unisławia. O Sczanieckich podobno zawsze opowiadał, mój brat o tym pamięta, ja – nie. Stało się o nich głośno w naszym domu dopiero wtedy, kiedy Maciej wylądował w Tyńcu w połowie maja 1982 roku. Wtedy okazało się (tzn. mi się okazało, bo Maciej wiedział o tym już wcześniej), że w klasztorze rezyduje ojciec Paweł, który w przedwojennych czasach był niesfornym Tadziem z majątku na Nawrze, gdzie z kolei nasz dziadek Michał bywał z ramienia jakiejś rolniczej jednostki nadzorczej, w której pracował. Paweł pamiętał dziadka z przedwojennych czasów, a i dziadek opowiadał o Nawrze jak o ziemiańskim niebie na ziemi (ożeszty, jak to brzmi!), w którym prym wiodła matka Pawła żyjąca za życia i po śmierci w opinii świętości ze względu na troskę, jaką okazywała wszystkim w swoim środowisku z naciskiem na „prosty lud” mieszkający i pracujący wokół zabytkowego pałacyku Sczanieckich. I tak zaczęła się wielka przyjaźń mojego brata, a potem – odważę się powiedzieć – i moja z Tadeuszem-Pawłem, benedyktynem na Tyńcu, historykiem i bibliofilem, świadkiem historii i świata, które bezpowrotnie przepadły, pisarzem i mnichem, który sam siebie ukształtował na wzór najznamienitszych intelektualnych tradycji monastycznych od Kasjodora do Maurynów.

W klasztorze był dziwakiem, reliktem tych intelektualnych tradycji i szlacheckich obyczajów, które z żalem codziennie żegnał w postawach swoich – co za brutalna ironia słów – współbraci, autsajderem tęskniącym za dysputami i literaturą w świecie prostackich klechów, codziennie jednak kultywującym zasady mniszego życia, w które wierzył i które kochał miłością szczerą i niewymuszoną, wstając o 4 rano do lektury i pracy intelektualnej, i spędzając życie przy wielkim, zawalonym papierami biurku.

To biurko to jest coś zasługującego na opis i pamięć. Jego ślady odnajduję z rozrzewnieniem na własnych biurkach, które nieustannie próbuję porządkować z pięknie nieskuteczną konsekwencją, w której tkwi desperackie pragnienie porządku; szczęśliwa chwilowość tego porządku daje nadzieję na szczęśliwe myślenie, wolne, zabałaganione, fantastycznie niekonsekwentne i powracające nieustannie do nieustannie przysypywanych i odkopywanych wątków. Paweł najpierw miał pracownię w starym skrzydle tzw. Opatówki, dawnego pałacu opatów tynieckich, która w odbudowanym klasztorze pełniła funkcję domu gościnnego klasztoru, w części oddzielonej od reszty klauzury bryłą kościoła. Okna jego pracowni wychodziły na drogę prowadzącą do klasztoru dokładnie nad główną bramą, która zagrała w niejednym filmie płaszcza i szpady, a na pewno w Czarnych chmurach. Trudno było o większy certyfikat autsajderstwa i wykluczenia z klasztornych struktur. Po zakończeniu kolejnego etapu odbudowy, który objął zabudowania na południe, czyli na prawo – stojąc przodem do fasady – od kościoła, gdzie dostał i celę, i pracownię przyklejoną bezpośrednio do ściany świątyni, z oknem nad kolejną bramą wejściową do zabudowań klasztornych. W tej pracowni biurko wykonał stolarz i ogrodnik, brat Abraham. Było ogromne, miało wielki blat, wielkie szuflady po obu stronach i jakby ścianę z niezliczonymi półeczkami wyrastającą z tego wielkiego blatu na jego drugim, wobec siedzącego brzegu. To była bardziej maszyna oblężnicza niż biurko, wehikuł czasu i myśli. Na wyrastającej z blatu na wprost oczu siedzącego przy biurku ścianie wisiały rozpisane na kartkach plany aktualnie pisanych książek, a w przepastnych szufladach z trudem mieściły się poupychane na siłę fiszki z notatkami, których pisarz produkował codziennie nowe setki i tysiące, w godzinach pracy przed świtem i jutrznią. Szuflada po prawej stronie biurka – stojącego bokiem do głównego okna nad bramą – była szczególna: po jej wysunięciu można było albo położyć na niej nogi na kształt Johna Wayne’a z wczesnych westernów, albo też usiąść na niej na czas dysputy z Pawłem, opierając prawy łokieć na skrawku zawalonego papierami blatu. Dobrze znają tę szufladę Pawłowi przyjaciele, dla których jest ona tajemnym kodem przynależności do wyjątkowego klubu. Siedzieli na niej profesorowie, ambasadorowie, opaci i przyjaciele z całego świata. Zaproszenie na szufladę stanowiło przywilej i było aktem inicjacyjnym w przystępowaniu do klubu. Pamięć o tym akcie działa nadal, 26 lat po śmierci Pawła, jak tajemny znak wtajemniczonych – ze Staszkiem Obirkiem mogę rozmawiać o czymkolwiek, ale wspomnienie szuflady natychmiast przekierowuje uwagę na Pawłowe tematy, Pawłowe w tym sensie, że podejmowane w trakcie tych rozmów i wyszukane z ciekawością i smakiem w zasobach literatury lub historycznych doświadczeń. No więc szuflada. Ale ciągle: gdzie ta przeczytana książka? Klasztorne lata Tadeusza Sczanieckiego, od wstąpienia w 1943 do śmierci w 1998 czekają na monografistę we wszystkich możliwych kierunkach, z których każdy ciekawszy od poprzedniego – w jego życiu przecinają się niezliczone wątki i krzyżują epoki, a tle wielka historia.

Książka Juliusza Koli jest monografią życia Tadeusza Sczanieckiego od narodzin do wstąpienia do klasztoru w samym środku wojennej zawieruchy. Opisuje miejsca jakoś mi znane i bliskie, jeśli nie z autopsji – jak Nawra, Bydgoszcz, Toruń, Grudziądz czy Rabka – to przynajmniej z opowieści słuchanych na szufladzie.

Nie wiem dokładnie, kim jest pan Juliusz Kola, wymieniłem z nim ledwie kilka zdawkowych wiadomości; wiem, że utrzymuje kontakty z moim bratem, który zresztą pojawia się na kartach książki często jako źródło informacji. Maciej twierdzi, że rodzina pana Juliusza pozostawała w jakimś związku z Nawrą Sczanieckich jeszcze w czasach, kiedy tam mieszkali. Pan Juliusz deklaruje w swoim tekście, że jego książka nie aspiruje bynajmniej do publikacji naukowej, ale przecież jest opracowana z naukową rzetelnością, akrybią i imponującym materiałem źródłowym – niezliczoną ilością cytatów przede wszystkim z niepublikowanych nigdzie listów, świadectw, metryk i innych opracowań, publikowanych lub nie; i rzeczywiście, jeśli czegoś mi w niej brakuje, to – no i tu się znowu żachniesz westchnieniem, które doleci na pewno aż do Chicago – przypisy… Jakiekolwiek i gdziekolwiek, u dołu czy na końcu – autor miał dostęp do rzadkich i niezwykłych źródeł informacji, które przywołuje i cytuje obficie, ale w sposób, który uniemożliwia śledzenie nie tylko myśli, ale też podróży, lektur i spotkań, które złożyły się na misterny kolaż miejsc, dat i postaci. Okazuje się na przykład, że przyszły wielki historyk Paweł Sczaniecki w szkole orłem nie był – przynajmniej, jeśli sądzić po ocenach – a jedyna pociecha w tym, że jeszcze mniej orłem był wielki Piotr Rostworowski, tylko skąd autor zna te oceny, skąd te dane? Skąd ta cudowna szczegółowość w opisie kolejnych lat i dni w kolejnych szkołach, kolejnych studiach, w szkoleniu wojskowym, przebiegu kampanii wrześniowej, pracy w majątkach w czasie wojennych dni? Książka nie jest esejem, autor z delikatnością i powściągliwością komentuje cytowane źródła, nie pozwala sobie na interpretacje i dywagacje, idzie posłusznie, krok za krokiem, za bezcennymi źródłami, jakie z przejmującą trafnością przywołuje. Najczęstszym komentarzem odautorskim są pytania pozostawione bez odpowiedzi, które zmuszają czytelnika do odwrócenia raz jeszcze właśnie przeczytanej strony i ponownej lektury przywołanego listu, by samodzielnie odkryć odpowiedzi.

Książka ma 165 stron i składa się z 10 rozdziałów poprzedzonych wstępem, zakończonych wskazówkami bibliograficznymi i aneksem, który zawiera trzy bezcenne listy Tadeusza-Pawła do jego rodziców i siostry. Jest tego typu biografią, w której format opisywanej postaci pozwala nie tylko spojrzeć na motywy, odczucia i relacje jednej osoby, ale też ujrzeć szeroką panoramę epoki w jej tragicznym nachyleniu ku wojnie i definitywnym końcu świata, z którego postać ta wyrosła.

Autor postawił sobie jasne cele: chciał dociec na stronach swojej książki, „jaki naprawdę był Paweł Sczaniecki? Jaki był jego niepowtarzalny dar? Co przyniósł z sobą do klasztoru, a co dopiero tam się narodziło?”

Moim zdaniem przyniósł ze sobą przede wszystkim wynikające z domowego wychowania wzorce przyjaźni, wspólnoty, szacunku, życzliwości, wykształcenia i rodzinnego życia, których rozpaczliwie szukał i domagał się od klasztornych relacji. Światowe obycie i piękny francuski. Ciekawość świata i miłość literatury, z których wyrastał dar opowiadania. Przyniósł też na pewno szczerą wiarę i pobożność ukształtowaną rodzinnymi rytuałami. Rytuał wstępowania do klasztoru oparty jest na retoryce „porzucania świata”, „świata” z Janowych listów. Mam wrażenie, że dużej części swojego świata Tadeusz nie tylko nie porzucił, ale przyniósł ze sobą, jakby świat poza murami i świat klasztoru wzajemnie się w nim dopełniały. Naturalnie, porzucił i pozostawił za sobą polowania, wojowanie i nieustanne flirty (co do tych ostatnich, nie jestem pewien – z dumą opowiadał, że w Szwajcarii, w czasie kilkugodzinnej operacji nogi w znieczuleniu miejscowym, prawił anastezjolożce komplementy po francusku i ani raz się nie powtórzył). Ale świat rodzinnych rytuałów opartych na kalendarzu liturgicznym i astronomicznych porach roku, świat hierarchii rodzinnej z pełnym miłości i oddania szacunkiem wobec rodziców znalazły swoje naturalne dopełnienie i kontynuację w zakonnej rodzinie – przynajmniej powinny były znaleźć, i jeśli życie Pawła naznaczone było tragizmem, to wynikał on głównie z rozczarowania zakonną rodziną, w której chrześcijańskie wartości zbyt łatwo ulegały wobec prostactwa, głupoty sankcjonowanej teologiczną manipulacją, zazdrości i rywalizacji, którym bliżej było do mafijnych porachunków niż do greckiego agonu i szlachetnego współzawodnictwa.

Także Tyniecka pracownia Pawła – jeden z najbardziej niezwykłych księgozbiorów w Polsce – była jedynie przedłużeniem archiwum i biblioteki w Nawrze. Były one przedmiotem zainteresowania i publikacji już przed wojną (pierwsza taka publikacja jest datowana na rok 1900), a po wojnie ciąg publikacji na ich temat rozpoczyna się w roku 1948 i trwa nieprzerwanie do dzisiaj. Myślę, że na taką samą uwagę zasługiwała także pracownia w Tyńcu – nie wiem, jaki jest jej dzisiejszy status i stan i na ile zmienił się od czasu, kiedy spędzałem w niej długie godziny, dni i noce.

Tadeusz Sczaniecki urodził się 26 maja 1917, a 12 listopada 1943 roku w klasztorze w Tyńcu odbyła się uroczystość jego obłóczyn. W ciągu tych 26 lat zdążył uczyć się w szkołach w Zakopanem, w Warszawie, Rabce i Poznaniu, rozpocząć studia prawnicze, odbyć szkolenie wojskowe i uczestniczyć w kampanii wrześniowej, a następnie wojenne lata przepracować w rodzinnym majątku swojej matki, towarzyszyć swemu młodszemu bratu w drodze do benedyktyńskiego nowicjatu, by w końcu w ślad za nim do klasztoru wstąpić. Wszystko to, całe to bogactwo doświadczenia, którym można by obdzielić kilka życiorysów, w książce Juliusza Koli widać jak na dłoni i odpowiedź na przywołane już wyżej pytania ze wstępu – co przyniósł ze sobą do klasztoru i jaki był jego wyjątkowy dar? – nie da się streścić w jeden akapit, ponieważ odpowiedzią tą jest cała książka i każda jej strona.

Przy okazji tej lektury zastanowiłem się, co ja sam zawdzięczam Pawłowi? Najpewniej w najbardziej ogólnym sensie zawdzięczam mu więcej niż jestem w stanie uchwycić i nazwać, ponieważ jego wpływ był długotrwały i obejmujący wiele płaszczyzn życia. Ale na pewno potrafię uchwycić, że zawdzięczam mu przekonanie, że rozmowa i dyskusja są sztuką taką samą jak malarstwo czy muzyka, które wymagają czasu, wysiłku i wiedzy, by dojrzeć do stanu, w którym ich kultywowanie staje się wszechogarniającą przyjemnością, która podwaja i zwielokrotnia nasze światy. Że snucie opowieści w relacji, która jest przyjaźnią, przyjaźń tę wzmacnia, nawet jeśli niekiedy zarazem wystawia ją na próbę, i że zawsze warto tę próbę podjąć. Że w rozmowie jest różnica między plotkarską ciekawością i wścibstwem, a zainteresowaniem, które jest wyrazem szacunku. Że słuchanie w sztuce dyskusji jest tej sztuki oddechem. Że książki zasługują na miłość. Że czytać trzeba od deski do deski, ponieważ każdemu autorowi należy się szacunek, a każda książka została napisana „po coś”. Że kupować, gromadzić, studiować i znać trzeba przede wszystkim źródła, ponieważ interpretacje zwykle mają krótki żywot poddany chwilowym modom i poszukiwaniu poklasku. Że bywają ludzie, którzy czynią nas gorszymi i że trzeba ich unikać, o ile to możliwe.

 

 

No tak. I tyle tej opowieści. Ani Ty, ani nikt inny książki Juliusza Koli niestety nie kupi, i wielka to przykrość. Nie wiem, jak to działa – książka ukazała się drukiem, ma numer ISBN, copyright i wydawcę z siedzibą w Toruniu, jednak jest to nowoczesny klasyczny samizdat, czyli po nowemu self-publishing, w trybie, który najwyraźniej zamówień u wydawcy nie uwzględnia. Może pan Juliusz jakoś temu zaradzi, gdybyś na przykład Ty zechciał książkę kupić? Już do niego napisałem, zobaczymy. Tak czy inaczej myślę i chciałbym, żebyś tę książkę przeczytał i powiedział mi, co myślisz. Czy jest to tylko książka dla tych, co Pawła znali i kolejny raz ogrzewają się w jego cieple, czy też słuszna jest moja intuicja, że w tym jednostkowym losie jest zapisany obraz poszukiwań, który swoją uniwersalnością wpisuje się w rytm każdej humanistycznej podróży.

Mam jeszcze dwa uzupełnienia – po pierwsze, dzięki pomocy Tadeusza Bartosia zdobyłem nie tylko fragment jego książki o Tomaszu z Akwinu, który zdenerwował zakonnych cenzorów, ale też korespondencję z wyjaśnieniami tego niebezpiecznego heretyka wobec trybunału zakapturzonych o srogich obliczach. Jedno i drugie jest arcyciekawe i z pewnością warto opatrzyć ich zacytowanie i omówienie Focjuszowym „przeczytałem”. Jeśli jesteś ciekaw i nie uznasz tego za pogwałcenie reguł naszej korespondencji, to chętnie teksty te przywołam, żeby nie zginęły. Nie wiem jednak, czy to może być dla Ciebie interesujące – pisz szczerze. Rzecz dotyczy koncepcji „prawa naturalnego” i próżnych wysiłków teologów katolickich, którzy chcieliby dowieść, że jest ono tożsame z postulatami katolickiej etyki, co na żaden sposób się nie da zrobić. Z dzisiejszej i mojej perspektywy wygląda to tak, że efekt argumentu siły stał się tej siły pośmiewiskiem i ostatecznie musiał ulec przed siłą argumentu – niestety poniewczasie, ale tej instytucji rzeczywiście absorbcja najbardziej oczywistych faktów zajmuje zwykle całe wieki, co jest zresztą nadal skutecznie sprzedawane jako wyraz wyjątkowej dojrzałości i rozsądku.

Druga wiadomość jest taka, że po ostatnim moim liście do Ciebie o czytaniu starej mapy odszukałem w piwnicy u mojej mamy karton z archiwum dokumentów moich przodków z obydwu stron. I nie wiem, czy to jest dobra wiadomość – skoro o jednej poszarpanej mapie zdołałem nudzić Cię na kilku stronach, to strach pomyśleć, co się stanie, jak otworzę to pudło z karteluszkami babci z obozu koncentracyjnego, listami deportacyjnymi taty z rodziną z Wilna, czy plikiem litewskich dokumentów, które trzeba najpierw posklejać i przetłumaczyć… Jest tego na oko z 5–7 kilogramów, więc: strach.

No i, dość niegrzecznie – ale taka stała się formuła naszych listów – odpowiedź na Twój ostatni list. Dziękuję za miłe słowa, na które nic więcej poza tym podziękowaniem odpowiedzieć nie potrafię i nie chcę. Natomiast co do Google Notebooka, podkastu i naszych dalszych losów, które już toczą się w przejmującym towarzystwie sztucznej inteligencji – zwolnij mnie, proszę, z odpowiedzi dzisiaj. Audycja, skomponowana przez AI na podstawie mojego tekstu, jaką mi przesłałeś, była dla mnie wstrząsem, na który nie byłem przygotowany i jeszcze nie wiem, co w związku z tym myślę i czuję. W pełni się zgadzam z Twoją diagnozą naszego status quo, w którym rewolucja digitalna już się dokonała. Wiesz dobrze, że ze wszystkich sił usiłuję kategorycznie odmawiać wstąpienia do tej profesorskiej rodziny Adamsów, która pędzi żywot na nieustannym narzekaniu, jak to jest źle i z każdym dniem gorzej, a jak to kiedyś było dobrze i w ogóle jacy to jesteśmy wspaniali na tle tego zidiociałego świata, który na naszych oczach jedynie się stacza, potwierdzając swoim upadkiem wszystko to, czym sami jesteśmy. Obrzydliwość. Jednakże to, co zrobiłeś z moim ostatnim listem we współpracy z AI, naprawdę mnie przejęło i muszę to przemyśleć i przeżyć. Myśl o tym, że moglibyśmy ze sobą korespondować za 500 lat, jest dla mnie jednak nie do przyjęcia. Mój świat skończy się definitywnie wraz ze mną i kategorycznie odmawiam zgody na jakiekolwiek jego przedłużanie czy rewitalizację. Oczywiście, nasi sztuczni czy też naturalni następcy zrobią, co uznają za słuszne, i nic mi do tego. Póki co jednak pozwól mi, proszę, pisać do Ciebie staroświecko i wierzyć, że jest to coś ważnego, z całkowitym lekceważeniem dla Googli, Chatów i botów. Preferuję drezynę. Zdecydowanie.

Co do subiektywizmu, punktacji, ewaluacji etc. – pełna zgoda, przypominam jednak, że Twoje książki były prześladowane w akademii z wielu powodów. Części z nich sztuczna inteligencja zapewne mogłaby zaradzić, np. produkując imponujące przypisy dla takich burków jak ja. Czy zdołałaby jednak odtworzyć Twój osobny styl i Twoją subiektywność? Chwycę się wiary, że jednak nie, i mam nadzieję, że nie dostarczysz mi w następnym liście dowodu, że bardzo się mylę i mój pociąg już jednak daleko odjechał.

Ściskam,

K.

 

Kraków, 11 I 2026/11 II 2026

Drogi Krzysztofie,

Przeczytałem Twój list datowany 5 stycznia, a więc pierwszy w nowym roku 2026. Odnajduję w nim kilka wątków – wszystkie uważam za fascynujące, ale tylko na niektóre odpowiem.

Twoja opowieść podwójna, bo autobiograficzna i biograficzna – o Twoim Mistrzu – jest piękna i nic do niej nie dodam, poza tym, że chciałbym przeczytać więcej. Przesyłaj kolejne odcinki!

Jedno tylko muszę dorzucić, a może „zrzucić” (z serca): przemilczana historia Żydów Rabczańskich, „o których nikt nie chce pamiętać” to inna odsłona przemilczanej historii Żydów Tarnowskich, „o których…”, i historii Krynickich Rusinów, „o których…”, i historii Kaszubów, „o których…”, i historii Polaków wcielanych siłą do wrogich wojsk, „o których…” itd. itd. itd. To jest ta straszna choroba, która trawi ten kraj: że co nie jest TAKIE, JAK MOJE, jest z definicji wrogie i zasługuje na WYMAZYWANIE (nb. przy najbliższej okazji przekażę Ci powieść T. Bernharda pod takim tytułem – jedna z najbardziej wstrząsających, moim zdaniem, proz o XX wieku); że co nie jest zgodne z linią oficjalną (z naszą opowieścią o triumfach), ma być przemilczane na lekcjach z historii i geografii, tj. wymazane z map i z pamięci. No nie! XXI wiek? Naprawdę?! Przez taką postawę historię Imperium Romanum opowiedzieli nam de facto tylko ci, którzy tę historię wytwarzali ku uciesze kolejnych cezarów… Są, oczywiście, w rzymskiej literaturze ślady, „raporty mniejszości”, ale tak nikłe, że tropienie ich sytuuje się na pograniczu epifanii i… spotkania ze ścianą!

Bardzo pomaga doświadczenie w czytaniu literatury polskiej doby cenzury, ale tak wiele nie rozumiemy z tamtych kontekstów i subtekstów, tak bardzo błądzimy (choć ufamy tej garstce zachowanych tekstów jak księgom objawionym), że jedyne, co można uchwycić, to jakieś zabawy ewidentnie antyaugustowskie (u Owidiusza) czy „wrzutki” u Tacyta i Pliniusza przeciwko Domicjanowi. Ale, ogólnie rzecz biorąc, opowiadanie historii Rzymu na podstawie tego, co mamy i wiemy, jest jak opisywanie topografii Księżyca na podstawie tego, co widzimy przez okno.

Piszesz o konsternacji, w jaką wpędziło Cię nagranie, które na podstawie poprzedniego Twego listu przygotował Notebook od Google’a. Zrozumiałe. Taki był mój zamiar: podzielić się nie tyle nowinką, ile głębokim niepokojem.

Temat AI jest nowy i nienowy. Przysłuchuję się różnym głosom – od bicia na alarm, przez zachwyty po rezerwę i zupełne bagatelizowanie. Jedni mówią, że to koniec ludzkości, inni, że AI realnie zmienia świat, jeszcze inni – że ludzie zachłysnęli się nowinką i że to tylko nieco doskonalsze narzędzia, nic ponadto, z dużej chmury mały deszcz. Znam Twoje zdanie i nie wiem jeszcze, na ile je podzielam: może w pełni, może jednak nie.

Co niepokoi mnie naprawdę, to że rewolucja cyfrowa zachodzi równolegle z rewolucją antyliberalną. A to istotnie już jest wielkie zagrożenie, bo – jak to powiedział, zdaje się, Joe Biden – „źli ludzie, gdy się boją, robią złe rzeczy”. A pęd cywilizacyjny budzi w człowieku nade wszystko potworny lęk… Chwilowo nie rozwijam tego wątku… Ale jest to chyba najstraszniejsze WIDMO nadchodzących dekad…

Jedno Twoje zdanie przytoczę, bo o ile nie zostało rzucone w emocjach, stanowi ważną deklarację: „Mój świat skończy się definitywnie wraz ze mną i kategorycznie odmawiam zgody na jakiekolwiek jego przedłużanie czy rewitalizację”. Jeśli dobrze rozumiem, należy je czytać tak, że Twoje inklinacje – trochę osobiste, trochę badawcze – w kierunku jakiejś transcendencji (podkreślę: jak najdalsze od instytucjonalnej religijności) – koniec końców – ustępują (wywieszają białą flagę?) wobec siły ROZUMU, czy siły AI, czy siły… nie wiem… TU i TERAZ?

Czy jesteś gotów ten wątek rozwinąć?

Takim cliffhangerem zakończę – wypatruję kolejnego listu!

Najserdeczniej pozdrawiam

Jacek

 

P.S. Co do „wychynąć”. Myślę tak: stanąć-stawać, wychynąć-*wychywać. Zatem: *wychywa, jeśli już.

P.S.2. Uzupełnienia nr 2 – doskonale wręcz! Kop w tych piwnicach, kop! Wgryzaj się w te sprawy, aż się przegryziesz – jak to Julian Tuwim miał z polszczyzną – na drugą stronę!

P.S.3. Data (podwójna) nie jest błędem. List ten jest trochę palimpsestowy. Sporo napisałem miesiąc temu, ale większość z tego usunąłem; to, co ocalało, uzupełniłem dziś, tj. 11 lutego, płynąc na fali listu Twojego z Oksfordu i na mojej odpowiedzi.

 

Do katalogu:

Thomas Bernhard, Wymazywanie. Rozpad. Tłum. S. Lisiecka, Warszawa 204 i późniejsze; Artur Ilgner, Szlifierz krzywych luster, Warszawa 2023; Juliusz Kola, Droga do… Szkice o młodości Tadeusza Sczanieckiego, Toruń 2024.

 

Odwiedziny. Rozmyślanie wielkopostne

 

śmierć musi być blisko

nocą stąpa cicho

przepatruje kąty uśpionego mieszkania

o tych z którymi będzie miała do czynienia

lubi wiedzieć coś więcej

omiata spojrzeniem grzbiety książek

nazwiska znajome chociaż nie z lektury

kto by nadążył z czytaniem

to tylko papier i farba drukarska

ślęczą nad każdą linijką

jakby miała trwać wiecznie

ale ostatnie z nimi rozmowy

czasami całkiem ciekawe

z lodówki wyjmuje ser i jajo na twardo

kroi dwie kromki żytniego chleba

pożywia się przy kuchennym stole

nie wie czym jest apetyt

ale oni do posiłków przywiązują wagę

z półki nad kaloryferem

obserwuje ją kot mruczek

wyznawca epikura jak jego pobratymcy

dawniej ludzie więcej o niej myśleli

nie odwracali się do niej plecami

nie odgradzali jej od życia

dziś nawet na pogrzebach

nie wymawiają jej imienia

zmarłych odprowadza się na cmentarz

jak turystów na samolot

odlatują daleko i słuch o nich ginie

sporządza notatkę dla zwierzchności

sprząta po sobie

wychodzi z mieszkania przed świtem

kiedyś tu wróci ale jeszcze nie pora

 

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

Muzeum cz. 10 – Strych i ekspozycja etnograficzna. Życie bez prądu

Trudno nam dzisiaj wyobrazić sobie życie w dawnych czasach, na przykład sto lat temu, a tym bardziej jeszcze wcześniej, w „ciemnej epoce” przed epokowymi wynalazkami Edisona czy Łukasiewicza. W muzeum, na obszernym strychu, podzielonym drewnianymi przepierzeniami na trzy części, urządziliśmy ekspozycję związaną z życiem codziennym pod koniec XIX i na początku XX wieku. Tu najczęściej słyszymy westchnienia „jak dobrze, że nie żyjemy w tamtych czasach” czy „jak ciężko było kiedyś”. Wśród eksponatów jest wiele sprzętów lub urządzeń używanych w gospodarstwach domowych, ułatwiających życie codzienne, które… znamy i którymi posługujemy się nadal, choć już w wersji elektrycznej i automatycznej. Zanim opiszę kilka z nich — dygresja.

 

60 lat temu…

Obecnie nawet krótkie, kilkugodzinne awarie, a w konsekwencji brak prądu, wywołują w nas zaniepokojenie. Nie wiemy, co robić. Ale dobrze pamiętam czasy bez prądu i coroczne wakacje w dzieciństwie spędzane u babci, która w 1945 roku w ramach tzw. „repatriacji” została przesiedlona z Podola do wsi koło Pleszewa. Do łóżka chodziliśmy spać, gdy tylko zapadał zmrok, „z kurami”, z lampą naftową, którą, gdy tylko wleźliśmy pod puchowe pierzyny, ktoś ze starszych zabierał. Spaliśmy bowiem na siennikach wypchanych słomą, a ta, jak wiadomo, jest łatwopalna, więc do rana panowała całkowita ciemność. Na kuchni opalanej drewnem babcia czy ciotka gotowały nam proste i smaczne potrawy, niektóre z nich serwujemy w naszej Oberży i cieszą się dużym powodzeniem (choćby zupa z młodej kapusty podkiszanej przez kilka dni, młode ziemniaki duszone w śmietanie z szalotką, czy pierogi z czereśniami). Pamiętam pieczenie chleba w piecu chlebowym, ubijanie masła w drewnianej maślnicy, bo czasami my, dzieci, musieliśmy też to robić, a jeszcze gorsze było odwirowywanie w centryfudze śmietany od mleka. Rzecz jasna, niezbyt nam się to podobało, ale nagrodą była pajda świeżego, pachnącego chleba ze świeżym masłem! Pamiętam pranie na blaszanej tarze, prasowanie żelazkiem z żarzącymi się węgielkami, czy grzanie wody do kąpieli w dużej balii ustawianej w nasłonecznionym miejscu na podwórku (tak wtedy wykorzystano energię słoneczną!). W lecie zapasy spożywcze składano w zawsze zimnej piwnicy, podobno „za Niemca” była to Eiskeller, czyli lodownia. Babcia mieszkała w dużym „poniemieckim” gospodarstwie, w którym pozostały rozmaite udogodnienia jak ręczna pompa do pompowania ze studni źródlanej wody wprost do kuchni (i dalej do obory, do długich koryt do pojenia krów), młockarnia napędzana maszyną parową czy sieczkarnia „napędzana” przez konie w kieracie, który nam służył za karuzelę. Ale pamiętam równie dobrze wielkie poruszenie w domu i we wsi, gdy w latach 60. XX wieku pojawiła się ekipa „drucików” – jak powszechnie nazywano pracowników budujących linię energetyczną. Przyjechali, oglądali, mierzyli i odjechali, ale potem, wzdłuż drogi od strony Pleszewa, wyrósł szpaler drewnianych słupów, na których z czasem zawisła pajęczyna drutów. No i w końcu zaświeciła pierwsza we wsi żarówka. Dom mojej babci był na skraju wsi, więc jako pierwszy został podłączony do linii. Od tego czasu nie spaliśmy już w ciemnościach, których jednak trochę się baliśmy! Ze światłem przyszła nowoczesność – siermiężna, w PRL-owskim wydaniu, a „efektem ubocznym” pracy elektryków była zwiększona kilka miesięcy później ilość urodzeń w okolicy (ale to inna historia, którą wówczas się nie interesowałem…).

 

W 1755 roku szkocki profesor William Cullen przeprowadził eksperymenty sztucznego schładzania, ale nie stworzył maszyny do wykorzystania tego procesu, co nastąpiło w 1834 roku, gdy Amerykanin Jacob Perkins, nazwany też „ojcem lodówki”, opatentował pierwszy działający system chłodzenia sprężarkowego. W 1876 roku niemiecki inżynier Carl von Linde opracował proces skraplania gazów, co pozwoliło na stworzenie wydajnych lodówek wykorzystywanych w browarach. Wcześniej, w XIX i na początku XX wieku popularne były więc lodówki na lód – drewniane (później metalowe) szafki jedno- lub dwudrzwiowe, z dobrze izolowanymi ściankami (drewno, glina) i dwoma komorami wyłożonymi blachą. W większej z nich przechowywano produkty spożywcze chłodzone lodem trzymanym w mniejszej, szczelnej komorze. Wymagały regularnego uzupełniania lodu, który powoli topniał (dlatego w dolnej części lodówki był kranik, do wypuszczania roztopionej wody) dostarczanego z tzw. lodowni (ziemianek) i po I wojnie światowej zostały wyparte przez domowe lodówki elektryczne (Domestic Electric Refrigerator) zaprezentowane po raz pierwszy w 1913 roku przez Freda W. Wolfa.

 

… i znacznie wcześniej, bez wynalazków Łukasiewicza, Edisona i innych

A jak wcześniej, sto czy dwieście lat temu, radzono sobie i jak bez prądu wykonywano prace domowe? Wiele eksponatów zgromadzonych w naszym muzeum – głównie na strychu, a także w części mieszkalnej – sprzęty do produkcji masła i serów, do gotowania, prania i maglowania, kolekcja wag, gofrownic, pozwala snuć opowieści o tym, jak żyło się bez prądu.

 

W spiżarce, na XIX-wiecznej drewnianej lodówce „bez prądu”, stoi krajalnica do chleba z korbką, obok leżą trzy modele ręcznych „mikserów”. To proste, ale przydatne urządzenie wymyślił i pod nazwą Egg Beater opatentował w 1856 roku w Baltimore Ralph Collier, zawodowy kucharz, który chciał sobie i innym ułatwić i przyspieszyć proces ubijania jajek. Wkrótce, bo w 1885 roku, pojawiły się w sprzedaży miksery wyposażone w silniki elektryczne.

 

Dwa wieki temu, gdy budowano chałupę w Warnowie, nikomu nie śniły się ani żarówki elektryczne, ani nawet lampy naftowe, a oświetlenie izby nie było ani wystarczające ani łatwe, bo jedynie za pomocą żywicznego łuczywa lub ognia dającego słabe oświetlenie.

W przeszłości prano zazwyczaj w wodzie bieżącej – rzece, strumieniu, potoku, a u bogatszych gospodarzy w wielkich drewnianych baliach lub kamiennych basenach. Ale w jednym i drugim przypadku prano przy pomocy kijanki, czyli kija (stąd nazwa), wąskiej drewnianej deszczułki lub krótkiej, niekiedy zdobionej, łopatki z krótką rączką. Z czasem kijanki zostały wyparte przez tary do prania, po mazursku zwane rajbeskami (z niem. reiben – trzeć), wykonane z drewna, blachy lub szkła, ale niezależnie od materiału zawsze z falistą powierzchnią. W naszych zbiorach mamy kilkanaście egzemplarzy różnych rodzajów.

 

Na poddaszu eksponujemy m.in. kolekcję sprzętów i urządzeń do prania – kijanek, balii i kotłów do gotowania prania, są tu rozmaite pralki, wyżymaczki, różnego typu maglownice (magle) oraz żelazka – wszystkie, rzecz jasna, bez prądu i elektroniki.

 

Już w XVIII wieku w bogatych domach pojawiły się znacznie bardziej zaawansowane technicznie urządzenia: pralki w kształcie drewnianych, klepkowych kadzi lub balii, z drewnianymi wirnikami poruszanymi za pomocą ręcznego mechanizmu korbowego. W muzeum mamy też takie urządzenie, ale również znacznie bardziej zaawansowaną XIX-wieczną metalową pralkę… bębnową! Jest to Denckamann’s Dampf Wasch Maschine, pralka wykonana z blachy (od wewnątrz bielonej), ustawiana na płycie kuchennej, w której gotowanie oraz pranie odbywały się w wykonanym z metalowej siatki obrotowym bębnie z poziomą osią i zamykaną klapą do wkładania do niego brudów. Konstrukcyjnie i co do zasady działania (grzanie i gotowanie, ruch obrotowy i tarcie) przypomina współczesną „małogabarytową” pralkę automatyczną ładowaną od góry. Założyciel firmy Ferdinand Denckmann Hamburg opatentował w 1878 roku spinki do mankietów, a kilka lat później, 13 kwietnia 1884, wzór parowego, obrotowego „kotła do gotowania i prania” (Waschkochtopf) [1], który w gazetach z 1887 roku jako „wynalazca i jedyny producent”, reklamował jako „niezastąpiony” do prania „za pomocą pary, bez tarcia i dotykania”, co „pracowitej praczce zajmie około trzech godzin niezbyt ciężkiej pracy”.

 

 

XIX-wieczna pralka bębnowa, poprzedniczka pralki automatycznej, choć liczy około 140 lat, jest nadal sprawna i w razie potrzeby gotowa do użycia! Na zdjęciu obok: jej gazetowa reklama z 1887 roku.

 

Dawniej do wygładzania wypranej pościeli używano prostych magielnic ręcznych, zwanych też wałkownicami: składały się z karbowanej deski – szerokiej, grubej i dość ciężkiej (by nacisk był większy), za pomocą której wielokrotnie w tę i we w tę wałkowano pościel nawiniętą na gładki wałek. Czynność ta trwała długo, była powtarzana wielokrotnie, stąd słowo „maglowanie” weszło do języka potocznego jako działanie powtarzane do znudzenia i do uzyskania pożądanego efektu. Później ktoś wpadł na pomysł, aby umieścić dwa drewniane wałki w drewnianym stelażu i obracać je przy pomocy korbowego napędu ręcznego lub nożnego. Z czasem stelaż drewniany zastąpiono żeliwnym, ale wałki nadal były drewniane, z mechanizmem regulującym siłę nacisku, tak jak w stojącej w muzeum magielnicy znanej firmy Miele (założonej w 1899 roku przez Carla Miele i Reinharda Zinkanna, początkowo produkującej centryfugi – wirówki do śmietany, od 1910 roku pralki z silnikiem elektrycznym). Do większych sztuk pościeli czy obrusów używane były duże, ciężkie magle skrzyniowe (obciążone kamieniami, by siła nacisku była większa), poruszane ręcznie lub napędem korbowym. W latach trzydziestych XX wieku pojawiły się magle elektryczne, które z czasem udoskonalano, aż do takich, jakie są używane obecnie, co jednak nie znaczy, że starsze magielnice trafiły od razu do lamusa. W muzeum mamy najprostszą wałkownicę, czyli drewniany wałek i karbowaną deskę, na której wyryto datę: 1955. 30. III.

 

Kolekcja żelazek liczy kilkanaście modeli, różniących się kształtem, ozdobami i sposobem grzania. Na zdjęciu (od lewej): trzy żelazka ogrzewane żarem, dwa z „duszą” – jedna z nich widoczna – to szary kawał metalu, obok niewielkie i masywne żelazko rozgrzewane na płycie kuchennej oraz trzy z „kominkami” – na węgiel drzewny. Są też metalowe podstawki pod żelazka, a poniżej widoczne są cztery rodzaje magli – od lewej: prosta wałkownica ręczna, magle korbowe – drewniany, a obok metalowy firmy Miele oraz widoczny fragment dużego magla skrzyniowego (zamiast kamieni leżą w nim rozmaite wałkownice ręczne).

 

Maglowanie maglowaniem, ale niektóre rzeczy, zwłaszcza części garderoby, trzeba było wyprasować. Do tego już w XVIII wieku używano żelazek wykonanych z żelaza, stąd ich nazwa, z metalowymi lub drewnianymi rączkami, osadzonych często w ozdobnych uchwytach odlanych z metalu, np. w kształcie roślinnych ornamentów czy morskich potworów lub delfinów. Najczęściej żelazka rozgrzewano żarzącymi się węgielkami, dlatego niekiedy miały kominki do odprowadzania dymu, ale były też żelazka z tzw. duszą, czyli masywnym metalowym wkładem, żeliwną sztabką, rozgrzewaną prawie do czerwoności w ogniu, a następnie wyjmowaną pogrzebaczem z żaru i wkładaną do żelazka. Mniejsze od nich były żelazka odlane z pełnego metalu, które rozgrzewano wprost na płycie kuchennej. Pojawiały się też dziwne wynalazki, jak żelazko na gaz lub na naftę (oba były rzadko używane, jako niebezpieczne w użyciu, nie mamy ich w zbiorach). Przełom nastąpił, gdy Henry W. Seeley z Nowego Jorku wymyślił, a następnie 6 czerwca 1882 roku opatentował żelazko podgrzewane spiralą elektryczną, a już dziesięć lat później na rynku pojawiły się żelazka wykorzystujące opór elektryczny do regulacji temperatury, czyli żelazka z termostatem. Doskonale pamiętam, jak żelazkiem rozgrzewanym żarem wyjmowanym z pieca babcia lub ciotka prasowała w soboty ubranie na niedzielne wyjście do kościoła, a my dzieci czasami pilnowaliśmy, żeby węgielki nie wygasły i kręciliśmy nimi w powietrzu, tak jak ministranci rozpalają kadzielnice.

W tamtych czasach nasze ubranka często były szyte przez mamy, a w większości domów stały maszyny do szycia, oczywiście z napędem nożnym, nie elektrycznym. Najbardziej niezawodne i cenione były maszyny Singera, genialny i epokowy wynalazek amerykańskiego przedsiębiorcy i konstruktora Isaaca Merritta Singera (zm. w 1875). Co prawda to nie on pierwszy wymyślił mechaniczną maszynę do szycia, ale jego opatentowana 12 sierpnia 1851 roku maszyna okazała się najbardziej niezawodna, a założona w 1857 roku firma I. M. Singer & Co. produkowała je na masową skalę. Początkowo były to modele przemysłowe, potem do użytku domowego. Szybko okazało się jednak, że maszyna kosztująca sto dolarów za sztukę jest zbyt droga dla przeciętnej rodziny, dlatego Singer… zwiększył produkcję, co pozwoliło na drastyczne obniżenie ceny, a dodatkowo wprowadził sprzedaż ratalną na zasadzie podobnej do dzisiejszego leasingu. Dzięki temu jego wynalazek stał się jednym z pierwszych produktów globalnych, maszyny Singera były produkowane także w Ameryce Południowej, Europie i Azji, co otworzyło drogę do produkcji ubrań na masową skalę. Wszystkie maszyny posiadały innowacyjny na tamte czasy wybity numer seryjny (po 1900 roku z prefiksem literowym), pozwalający na określenie roku i miejsca produkcji, a nawet liczby wyprodukowanych sztuk: w muzeum mamy dwie maszyny Singera: jedna z 1877 roku, wyprodukowana w Elizabethport w New Jersey (USA), druga z 1898 roku powstała w Clydebank w Szkocji.

Do bardzo popularnych dań, a raczej deserów, należą także dzisiaj wafle, z francuskiego zwane goframi, robione w domach lub sprzedawane w wielu miejscach, zwłaszcza popularnych turystycznie. Gofry znane były już w Skandynawii od VII wieku, gdzie wafle uzyskiwano nad ogniem w metalowych formach. Używana obecnie nazwa „gofry” pojawiła się w XII-wiecznej Francji, a tak nazwane wafle szybko stały się popularnym przysmakiem sprzedawanym podczas ulicznych świąt i odpustów. Od tego czasu znane są również metalowe gofrownice, których wewnętrzną stronę ozdabiano w XIV wieku i później cytatami z Biblii, herbami rodowymi, symbolami czy scenkami rodzajowymi, które odbijały się na wypiekanych waflach, choć najpowszechniejsze miały charakterystyczny wzór plastra miodu lub kształt serduszek układających się w kwiatek. W 1869 roku w Stanach Zjednoczonych Cornelius Swartwout opatentował obrotowe „żelazko do gofrów” (Waffle-Irons) ułatwiające pieczenie wafli z obu stron. Urządzenie składało się z połączonych zawiasem dwóch okrągłych form, w których piekło się najpierw jedną stronę, a potem drugą, obracając urządzenie na zamocowanej osi. W 1911 roku firma General Electric opatentowała gofrownice zasilane prądem. Obecnie używa się niewielkich maszynek pokrytych kosmiczną technologią, czyli teflonem. W muzeum mamy kolekcję żeliwnych gofrownic do pieczenia na „żywym” ogniu. Wafle z nich miały charakterystyczną formę kraciastego serduszka z ciasta przygotowanego zgodnie z wytłoczoną na górnej części urządzenia recepturą (chyba dla dużej rodziny) z 1 kg mąki, 2½ l mleka, 6-8 jajek, 375 g masła oraz łyżki drożdży. Gofrownicę rozgrzewano na ogniu do odpowiedniej temperatury, wnętrze formy smarowano kawałkiem słoniny lub olejem, wlewano ciasto i pieczono przez czas odmawiania modlitwy Zdrowaś Mario do słów „błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus”, po czym odwracano formę i do zakończenia modlitwy pieczono drugą stronę. Wafle wypiekane na Warmii zgodnie z tą starą recepturą zostały 17 marca 2017 roku wpisane na listę polskich produktów tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi jako „gofry pruskie”, bo, jak uzasadniano: „wszakże kulinarna tradycja jest zlepkiem tradycji kulinarnych dwóch narodów: Niemców i Polaków”.

 

Część kolekcji „żelazek do gofrów”, czyli gofrownic. Różnią się one wielkością i wzorem. Oprócz „serduszek” jest też urządzenie do wypieku wafli prostokątnych.

 

Jak widać, w życiu codziennym i prowadzeniu gospodarstwa domowego używano już dawniej wielu sprzętów i urządzeń, znanych do dzisiaj. Są to wynalazki pochodzące sprzed stu lub więcej lat, obecnie zostały „tylko” unowocześnione, zelektryfikowane, zautomatyzowane, no i powstają z innych materiałów (nie zawsze trwalszych…)!

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

[1] W Ameryce pierwszą parową pralkę bębnową opatentował w 1851 roku James King. Siedem lat później Hamilton Smith wynalazł pralkę z bębnem obrotowym. W 1899 roku pojawiły się pralki o napędzie elektrycznym, a w 1937 roku z automatami utrzymującymi temperaturę i programatorem. Amerykańskie pralki miały jednak inną konstrukcję i inaczej był w nich mocowany i obracany bęben.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek