Niedziela, 14 grudnia

W Lesie Młochowskim kolejna wycinka drzew. Zatrzymujemy się przy pięknych, na pierwszy rzut oka zdrowych pniach, ułożonych w sągi. Wdychamy żywiczne zapachy. Na przekroju pnia jakby zarys rakiety. Przypomina mi wiersz Adama Zagajewskiego Jerzyki szturmujące kościół św. Katarzyny, w którym wymienione w tytule ptaki do takiego śladu rakiety zostały porównane: „Jerzyki […] nie umieją / poruszać się po ziemi, znają tylko jedno – lot, / tylko wieczne podniebne szybowanie, / potrzebują obserwatora, który byłby trochę trzeźwy / i trochę szalony, potrzeba im oka i serca; oko musi śledzić trajektorie ciemnych pocisków, / ślad rakiety kosmicznej rozbitej / na małe odłamki czarnej, nerwowej materii, / a serce powinno je wesprzeć tym, czego mu nigdy / nie może zabraknąć, entuzjazmem / i tak wspomożone, jerzyk i serce obserwatora łączą się na krótką chwilę / w nieprawdopodobnym sojuszu, w podziwie / dla świata, który w późnoczerwcowy wieczór postanowił, / zdawałoby się nonszalancko, odsłonić przed nami / jedną ze swoich gorliwie strzeżonych tajemnic […]” (podkr. JZ).
*
Pamiętam z dzieciństwa, że kilka razy w roku liturgicznym pojawiało się czytanie ewangelicznej przypowieści o talentach. Trudny to tekst, wymagający umiejętnej egzegezy. Zwłaszcza w niekapitalistycznej Polsce lat sześćdziesiątych księża musieli uważać, żeby pochwała przedsiębiorczości nie stała się wychwalaniem kapitalizmu (nie mówiąc już o takim grozę budzącym słowie jak lichwa). Dlatego chętnie sięgnąłem po tom, zawierający oryginał oraz komentowany przekład łacińskiej księgi XVI-wiecznego autora, Stanisława Grzepskiego, której polski tytuł brzmi O różnych rodzajach syklów i talentów hebrajskich. Sykl hebrajski był rodzajem monety i jednostką wagi o wartości 2 drachm, talent natomiast odpowiadał trzem tysiącom syklów, czyli 6 000 drachm (podaję tu najprostszy przelicznik, nie wchodząc w subtelności różnych odmian, które omawia Grzepski, żeby pokazać, jak wielką wartość miał ten biblijny talent).
O. Waldemar Linke, pasjonat (w podwójnym tego słowa znaczeniu), przypomina w przedmowie życiorys autora, cytując pochwalne słowa Kochanowskiego („[…] znane jest dzieło jego wybornie ułożone o monecie hebrajskiej. I wiele innych, ważniejszych i doskonalszych, wypracowałby, gdyby go, w połowie zmierzającego do celu, czarna melancholia nie przyprawiła o śmierć przedwczesną” [1]) oraz wskazując na udział ich obu – Grzebskiego i Kochanowskiego – w buncie krakowskich studentów w roku 1549, zakończonym opuszczeniem uczelni i przeniesieniem się do Wrocławia.
Sprawa, przypomnę, zaczęła się od konfliktu rozdokazywanych studentów z krakowskimi kobietami lekkich obyczajów, który to konflikt eskalował i doprowadził do zabicia jednego ze studentów. „Pogrzeb młodzieńca poprzedzony był pochodem uczniów przez miasto ze zwłokami ofiary. […] W dniu następnym uczniowie udali się na dziedziniec Zamku Wawelskiego i chcieli złożyć skargę królowi Zygmuntowi Augustowi […]” [2].
Podejrzewam, że te zdarzenia, w których jedną ze stron sporu był biskup krakowski Samuel Maciejowski (jego nieplanowane wystąpienie „spowodowało gniew studentów i decyzję o porzuceniu Krakowa […]”), mogły być jakby matrycą tego, do czego doszło w tym samym miejscu w roku 1574, ćwierć wieku później, kiedy to Katarzyna z Maciejowskich Wapowska (krewna biskupa) dostarczyła zwłoki swego męża, zamordowanego przez Zborowskiego, na Wawel, przed oblicze króla Henryka Walezego, domagając się sprawiedliwości.
Fascynujący jest sposób łączenia w świecie starotestamentowym poszczególnych miar i wartości. Oparł na nim swój system francuski poprzednik Grzepskiego, Budé, głoszący koncepcję humanizmu chrześcijańskiego. Uważał on filozofię za siostrę religii, przywiązywał dużą wagę do filologii. „Starał się wykazać, że Chrystusa możemy odkryć w postaci Merkurego czy jako bliźniaka Janusa. Zdaje się, że formułą kluczową jest jego stwierdzenie: Christus verus fuit Hercules” [3], pisze O. Linke, co przywodzi na myśl religioznawcze koncepcje Tadeusza Zielińskiego z lat dwudziestych XX wieku (Hellenizm i judaizm). Grzepski natomiast, przejmując najważniejsze ustalenia Budeusa, proponował poszerzenie obszaru porównawczego miar o barbarica, zarówno dawne, jak (sobie) współczesne. W tym duchu wprowadzał przeliczenia na jednostki monetarne, używane na ziemiach polskich, w tym nawet kolokwialne, jak słowo „piorunki”, którym określano półgroszówki. Nawiązywał też do dysput na tematy numizmatyczne, prowadzonych na dworach XVI-wiecznych magnatów (np. Jana Krzysztofa Tarnowskiego, starosty wojnickiego).
Najbardziej oryginalną częścią dzieła Grzepskiego są ponoć rozważania na temat powiązań między dużymi jednostkami objętości (jak corus, czyli korzec) i miarami czasu (rok) wraz z ich podziałem na części/miesiące. W ten sposób powracamy poniekąd do biblijnego rozumienia miar jako pewnego systemu wymiennego. Mówiąc najkrócej: skoro talent z przypowieści odpowiadał określonej (bardzo wysokiej) liczbie dniówek pracy zwykłego robotnika, a zarazem można go było przeliczyć na określoną liczbę jednostek srebra, mierzonych wagą, świat stawał się systemem, w którym wszystko się łączy w harmonijny sposób, a przejście od wartości materialnych do duchowych staje się naturalne. Zwraca w tym systemie uwagę wysoka cena talentu. Przesadziłem? Tylko trochę, gwoli dobitności.
O. Linke w zakończeniu swej przedmowy wskazuje, że Grzepski pokazał, „jak mądrze korzystać z tradycji i być w elicie intelektualnej swoich czasów, nie poświęcać prawdy, by być wśród najbardziej znaczących umysłów swej epoki” [4]. Cytuje też znamienną formułę filozofa Dariusza Karłowicza z jego książki Polska jako Jason Bourne (2017): „Żywa kultura […] to stałe wzywanie umarłych, rozmowa z umarłymi – z naszymi umarłymi. Człowiek kultury to guślarz, pośrednik […], który pośredniczy w tych rozmowach jako tłumacz, podwójny ambasador, a może podwójny agent. Guślarz nie zajmuje się naukowym badaniem duchów […], ale rozmową z duchami – i to rozmową dotyczącą spraw najważniejszych. A po co? Mówiąc najkrócej – by się dowiedzieć, «jak żyć, żeby się zbawić?». Jak żyć, by się nie pogubić? Jak żyć, żeby trafić do domu?” [5]. Z Grzepskim warto rozmawiać.
*
Wzmianka o kompozycji Zygmunta Mycielskiego z roku 1938 do wiersza Rilkego, zawarta w opublikowanym w „Księdze Przyjaciół” wyciągu z programu do płytowego wydania kompletu pieśni tego kompozytora zachęca do dalszych poszukiwań. Przede wszystkim sięgam po nagranie Joanny Freszel, od kilku dni obecne w sieci. (Stimme eines jungen Bruders na sopran i fortepian). Przejmujące. Potem od autorki, Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej, otrzymuję fragment jej biografii Mycielskiego [6]. Oto kilka wyimków:
„W końcu, 11 kwietnia 1938 roku pisał do matki już z Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie wynajął dom. Rok później skomponował tam swoją ostatnią przedwojenną pieśń, Stimme eines jungen Bruders na sopran i fortepian do słów Rainera Marii Rilkego. Pieśń zachowała się w rękopisie. Po latach, 2 grudnia 1954 roku, Mycielski pisał do Jarosława Iwaszkiewicza: «A może przetłumaczysz mi bardzo pięknie ten wiersz Rilkego, który mnie od 25 lat prześladuje: Ich verrinne, ich verrinne / wie Sand, der durch Finger rinnt. / Ich habe auf einmal so viele Sinne, // die alle anders durstig sind. / Ich fühle mich an hundert Stellen / schwellen und schmerzen. / Aber am meisten mitten im Herzen. // Ich möchte sterben. Lass mich allein. / Ich glaube, es wird mir gelingen, / so bange zu sein, / dass mir die Pulse zerspringen. Jaki to tytuł? Z czego to? Stunden-Buch – czy coś takiego? Nie mam Rilkego, tylko to odnalazłem przepisane. Czy dokładnie? W 1938 roku, gdy już wiedziałem – że to leci wszystko «do końca» – napisałem do tego pieśń, źle zrobioną, ale z dobrym rytmem (Larghetto – – «idące»), chciałbym to skończyć – dać może na kwintet, z Twoją Brzeziną»”.
Przekład Iwaszkiewicza w końcu nie powstał, czemu trudno się dziwić, tak wymagający jest od tłumacza ten wiersz o rozpadaniu się, rozsypywaniu, jak piasek, co się między palcami sypie, i o tym, że można mieć naraz mnóstwo zmysłów, z których każdy łaknie czego innego, aż człowiek w stu miejscach naraz puchnie i czuje ból, chciałby umrzeć, sam, i wierzy, że mu się uda tak się przestraszyć, że mu pękną żyły. Nie sposób tego „bardzo pięknie” przełożyć.
*
W ramach powtórek klasyki naszej młodości oglądamy film Easy Rider (1969). Reakcja M.: chyba niewiele się zmieniło społeczeństwo amerykańskie przez te lata, takie wrogie reakcje na odmienność łatwo sobie i dzisiaj wyobrazić. Mnie uderzyło podobieństwo głównej dwójki bohaterów, przemierzających na motocyklach południowo-zachodnią Amerykę, jednego bardziej uduchowionego, myślącego i rozmarzonego, drugiego bardziej przyziemnego, konkretnego i rubasznego do Don Kichota i Sancho Pansy. Oczywiście zaraz się zastrzegłem, że na pewno już ktoś o tym pisał, i rzeczywiście: na przykład David R. Castillo w artykule The Literary Classics in Today’s Classroom: „Don Quixotte” and Road Movies, będącym próbą uzasadnienia potrzeby sięgania w kształceniu do tekstów klasycznych – przez zestawianie ich z żywym utworami kultury współczesnej.
Poniedziałek, 15 grudnia
W południe angiografia oczu z kontrastem.
Wieczorem online w Rzeszowie na dwóch świetnych referatach o krytyce literackiej, Doroty Samborskej-Kukuć (o pierwszych recenzjach Ziemi obiecanej) i Christiana Zehndera (o lakonizmie w krytyce niemieckiej i szwajcarskiej około roku 2000, z pięknym ekskursem na temat Stempowskiego). W dyskusji mówię o bezosobowym traktowaniu krytyki literackiej jako pewnej ponadindywidualnej całości, o lakonizmie w odach Pindara i o pewnym liście Czapskiego do Pawła Hertza z roku 1974, by na koniec podzielić się wspomnieniem: „Przez wiele lat mieszkałem w Bernie. Jeździłem do miasta tramwajem linii 3 (potem 8), ruszałem od pętli Saali i po paru przystankach dojeżdżałem do rogu Thunstrasse i Brunnadernstrasse, gdzie na wysokości przystanku był warsztat stolarstwa artystycznego, którego właściciel co tydzień czy dwa, już nie pamiętam, zmieniał ekspozycję, ale jeden element był stały: krótki komunikat, przeważnie jedno słowo, które było zagadkowe i odnosiło się do bieżącej sytuacji – politycznej, społecznej, obyczajowej. Zawsze się nad tym lakonicznym przesłaniem zastanawiałem w drodze do dworca. Na tym samym przystanku stawał też tramwaj linii 5 (potem 7), którym od strony Ostringu dojeżdżał Christian Zehnder. Ale nie koniec na tym. Ulica Brunnadernstrasse prowadzi od ambasady polskiej, wcześniej poselstwa, w którym w czasie wojny, jak wiadomo, działał Stempowski. Otóż od tego budynku można do tamtego sklepu meblowego dojść ulicą Kalcheggweg, przy której w ostatnich latach życia, do samej śmierci, mieszkał Stempowski. Warto by sprawdzić, czy mógł takie wystawy widzieć”.
Sprawdziliśmy, Stempowski raczej nie. Ale myśmy te reklamy intensywnie kontemplowali. Claudio Caviezel założył swą firmę w roku 1980, przy Thunstrasse 103 istnieje ona od roku 1985 (Stempowski zmarł w 1969). Na stronie firmy jest rozdział, zatytułowany Nasza filozofia i historia, z którego wyjmuję zdanie o stosunku firmy do klienta: „Doradzamy Państwu fachowo, stawiając sobie za zadanie realizację Państwa żądań, nie lękając się przed urzeczywistnianiem najbardziej ekstrawaganckich, niekonwencjonalnych, a nawet nieco szalonych idei”. Takie właśnie były te lakoniczne hasła: ekstrawaganckie, niekonwencjonalne, nawet nieco szalone.
Wtorek, 16 grudnia
W Teatrze Polskim Rękopis znaleziony z Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów wedle Potockiego w reżyserii Grzegorza Jarzyny (premiera 26 września). Wbrew obawom, wywołanym niektórymi recenzjami i generalnej ostrożności wobec scenicznych adaptacji powieści, oglądało się świetnie. Rozmach, swoboda, fantazja. Zręczne wykorzystanie możliwości technicznych tej stosunkowo niewielkiej, ale dobrze wyposażonej sceny. Aktorzy, łącznie z postaciami pierwszoplanowymi, występują na przemian w kilku rolach. Fabuła powieści Potockiego stała się pożywką gry komputerowej, w której bohater musi raz po raz podejmować decyzje, zmieniające jego dalsze losy.
Ja jednak bardziej niż z kawalerem van Wordenem identyfikuję się, zwłaszcza w obecnej sytuacji, z ojcem Hervasem, uczonym, który dokonał swego kompilatorskiego dzieła i teraz jest świadkiem, jak bezceremonialnie traktują je nowi (czy staro-nowi?) barbarzyńcy. Co zostaje po pracy badacza ksiąg? Przypis w kolejnej księdze? Cytat? Nazwisko? Najczęściej nic zgoła.
Uderzył mnie również powracający motyw sypiącego się przez palce piasku, jak w wierszu Rilkego.
Nie zabrakło też u Jarzyny biblijnej przypowieści o talentach; komentarz, że to wykładnia współczesnego kapitalizmu budzi entuzjazm widowni.
Ważny spektakl.
Czwartek, 18 grudnia
Opłatek na UKSW, podczas którego oficjalnie otrzymałem z rąk rektora status profesora emerytowanego. Na sali były dwie moje doctoressy, kilkoro byłych studentów, dawno niewidziani koledzy. Nowy tytuł ma też stronę praktyczną: nie muszę obawiać się utraty dostępu do poczty uniwersyteckiej po zakończeniu grantu, którym kieruję, mam możliwość dalszego korzystania z biblioteki.
A wieczorem w Filharmonii Concerti grossi na Boże Narodzenie, specjalny koncert muzyki dawnej w wykonaniu międzynarodowego (z silną komponentą panslawistyczną) zespołu Il Pomo d’Oro – nazwa zapożyczona od tytułu opery Antonia Cestiego, wykonanej po raz pierwszy w Wiedniu w roku 1668 z okazji siedemnastych urodzin cesarzowej Małgorzaty Teresy. W programie Corelli, Muffat, Avison, Händel, Alessandro Scarlatti, Locatelli i Sammartini. Precyzja, dynamika i radość (profesjonalnego) muzykowania.
Sobota, 20 grudnia 2025
Film Alice Troughton The Lesson (2023). Dobra kameralna obsada (Julie Delpy, Daryl McCormack, Richard E. Grant), mroczna akcja, osnuta wokół pisania, autorstwa, plagiatu. Inspiracje sięgające Henry’ego Jamesa, Philipa Rotha, z naszego podwórka przypomina się Kazimierz Brandys. Główni bohaterowie poboczni: bobry i rododendrony (te ostatnie awansują do tytułu powstającej na naszych oczach powieści). Delpy swym emploi w tej roli (ale nie charakterem bezwzględnej manipulatorki, którą gra) przypomina zmarłą parę dni temu Magdę Umer.
Poniedziałek, 22 grudnia
W południe tomografia komputerowa – angiografia głowy. Opis za 14 dni roboczych, co z powodu rozlicznych świąt przełomu roku przekłada się niestety na 19 stycznia, czyli równo cztery tygodnie. Dopiero wtedy będę mógł pokazać wynik neurologowi.
A wieczorem prywatna konsultacja u renomowanego profesora okulistyki. Wiązałem z nią wielkie nadzieje, tym większe rozczarowanie. Jedyne zalecenie: kapsulotomia, drobny zabieg laserowy, który „może trochę poprawi jakość widzenia”, ale który nie rozwiązuje sprawy tajemniczej niemożności czytania. Ponura perspektywa.
Czwartek, 25 grudnia
Artykułowi w świątecznym „Dwutygodniku” zawdzięczam przyjemność obejrzenia pełnometrażowego filmu – chciałoby się powiedzieć: fabularnego – który powstał przez umieszczenie kamery na froncie pociągu kolei retyckiej, przemierzającego zimą odcinek z Samedan do Chur w moim ulubionym kantonie: Gryzonii. Amatorom sytuacji granicznych polecam zwłaszcza przejazd przez pierwszy, długi a nieoświetlony, tunel alpejski. Ileż tam się dzieje! A jaka ulga dla zmęczonych oczu… Pociąg zatrzymuje się w Filisur, Tiefencasten, Thusis, Reichenau-Tamins, Chur. Cudne nazwy! Największe wrażenie robią: białe kozackie czapy na poprzecznych wysięgnikach słupów trakcyjnych, efekt rozmywania się torów, gdy mokre smugi gromadzą się na szybie, polana w kształcie białego serca za Thusis, pojawiająca się raz po prawej, raz po lewej stronie krętych torów, przejazd przez widmowe Cazis i dalsza jazda we mgle, aż do Rodels-Realta, następnie odcinkiem wzdłuż cudownie turkusowego Tylnego Renu.
*
Pisząc o zwiedzaniu (14 listopada) Muzeum Regionalnego w Łowiczu zapomniałem napisać o jego zbiorach, co niniejszym, przynajmniej częściowo, nadrabiam. Zatrzymałem się przed anonimowym Tryumfem Śmierci z przełomu XVII/XVII wieku, wpisującym się w kontekst ikonograficzny wiersza Karpińskiego, o którym pisałem obszernie w Magicznym Oświeceniu. Bardzo wiele ciekawych eksponatów pochodzi ze zbiorów XIX-wiecznego kolekcjonera Władysława Tarczyńskiego. Na wystawie, poświęconej osobie związanego z ziemią łowicką ministra skarbu i premiera Władysława Grabskiego warto zwrócić uwagę na obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego, projektowane przez Zofię Stryjeńską, z charakterystycznymi dla niej motywami w ornamencie.
Najbardziej jednak zainteresował mnie kącik szwajcarski w jednej z dużych sal ekspozycji stałej. Jest tam na przykład „Goniec Obozowy”, wydawany w szwajcarskim Baden dla internowanych żołnierzy polskich, z jakże pasującym do tego kontekstu świetnym opowiadaniem Pruszyńskiego Człowiek z rokokowego kościoła, które nasuwa skojarzenia z Kornetem Rilkego i opowiadaniem Zygmunta Haupta o kornecie. Jest artykuł o polskiej szopce kukiełkowej, wędrującej po Szwajcarii w roku 1943 (inicjatywa Haliny Kenarowej). Jest kolosalny ołtarz polowy z napisem „Polska – to Wielka Rzecz”, wykonany przez artystę-samouka Józefa Flaka. Jest duży model statku „Batory”. Jest drewniana figura żołnierza, pijącego z menażki. Jest anonimowa karta pocztowa zuryskiego wydawnictwa Orell Füssli z ekspresjonistycznie namalowaną bryłą Muzeum Polskiego, z romantyczną parą, wychodzącą z bocznej bramy zamku.
Tu dygresja. Tydzień później Agnieszka Bielak przysłała mi zdjęcie plakatu, wykorzystującego tę samą grafikę, a pokazanego na wystawie Monachijczycy, otwartej w Muzeum Narodowym w Lublinie. W podpisie: „autor nieznany”. Tymczasem według katalogu szwajcarskich plakatów autorem tej oryginalnej grafiki jest Traugott Willi.
Skąd tyle szwajcarsko-polskich wątków? Otóż w roku 1953 łowickie muzeum otrzymało ponad 1000 obiektów z Rapperswilu (m.in.: „monety, grafiki, malarstwo, archiwalia, eksponaty etnograficzne, pamiątki po internowanych”). Może jest to materiał na osobną wystawę?
Piątek, 26 grudnia
Niestety, wygląda na to, że wzrok się stopniowo pogarsza. Nie mogę czytać podpisów na bardzo dużym ekranie telewizora.
Od rana słucham Buxtehudego. Koi. A wieczorem zaczynam szukać (trochę spod powieki) polskich wykonań wierszy Rilkego na YouTube.
Jest Organek, Rilke. Wiersz z Księgi godzin w przekładzie Hulewicza. A tam słowa: „Zgaś moje oczy”… Mocne. Jest Pieśń Abelone z Maltego, w recytacji Krzysztofa Kamińskiego. Słabe. Jest Sanah i wiersz Jacka Cygana Rozwijając Rilkego, a w nim słowa: „I zachwyt na siatkówce oka, Nietrwały w końcu zapis. Mój hymn dla twego dzieła, Panie”. Jest dawny dwugłos o samotności ze słowami Rilkego i Leśmiana, który w Piwnicy Pod Baranami śpiewali Demarczyk i Miki Obłoński (w sieci nagranie późniejsze, Kaliny Jędrusik). Mocne. Tę samą Samotność w przekładzie Jastruna śpiewa malarka Aneta Chruścińska. Nie wiem. Może? A w przekładzie Janiny Brzostowskiej – Marek Burski. Słabe. Jest Rilke w serii „Męskie Granie” (!) w wykonaniu Voo Voo i Leszka Możdżera. Mocne, ale słowa napisał Wojciech Waglewski. Pewnie coś przeoczyłem. Ale w sumie: mało. Tym bardziej warto słuchać tamtej pieśni Mycielskiego.
Sobota, 27 grudnia
Dziś już nawet wielkie cyfry na kafelkach naszego ulubionego Rumikuba są rozmazane. Coraz częściej przegrywam.
*
Wieczorem Doubt (2008), mądry amerykański film z Meryl Streep i Amy Adams w rolach zakonnic oraz Philipem Seymourem Hoffmanem w roli kapłana. Aktorski pojedynek pierwszej (w roli przełożonej przykościelnej szkoły) i trzeciego przyćmiewa cicha mimika rzekomej naiwności młodziutkiej siostry James. Perełka. Chętnie zobaczyłbym jeszcze raz Big Eyes z tą aktorką w roli malarki, której mąż chce odebrać jej dorobek (była podobna historia w otoczeniu Brunona Schulza, do dziś bodaj ostatecznie niewyjaśniona).
Niedziela, 28 grudnia
Po południu M. czyta mi wiersze z antologii Opowiedz zwierzę [7], ilustrowanej rysunkami zwierząt z albumów Norwida. Pierwszy wiersz – Wół wiosnowaty Leśmiana – o wole, który zemdlał na wiosnę i padł na ziemię – przypomina mi wiersz Jane Hirshfield, ogłoszony w „The New York Review of Books” z 9 października: Cows Lying Down. Wół Leśmana „Nigdy dotąd nie tracił ziemi pod kopytem…”. Krowy Hirshfield leżąc na ziemi budzą zadziwienie, czy uda się przywrócić tak dziwny kształt do pozycji stojącej („A Holstein cow lying down – / it would seem impossible / for such an awkward shape to return to standing”).
Podczas lektury onomatopeicznej Mowy ptaków Tuwima słyszymy jakiś piskliwy głos za oknem: to Tina chce, żeby ją wpuścić. Weszła, wskoczyła na mój fotel i po długich deliberacjach umościła się na mnie. Zdążyłem zapytać, czy nie ma tam jakiegoś wiersza o kocie, kiedy M. przeczytała tytuł skierowanego do Marii Podrazy-Kwiatkowskiej wiersza Miłosza Do Pani Profesor w obronie honoru kota i nie tylko…
Spod powieki usłyszałem w wierszu Pawlikowskiej Najbiedniejsza z matek słowa, skierowane do cielątka: „Wiedz, że gdy pod nożem łzą zapłaczesz krwawą, / że twoja matka o ciężkich powiekach / bezradna była jak / Matka Człowieka…”. A w Żółwiu Miłosza: „Jego oczy przykryte wypukłą powieką / Patrzą tylko ku ziemi albo ku taflom posadzki […]” (podkr. JZ).
Poniedziałek, 29 grudnia
I znów M. czyta mi wiersze o zwierzętach. Spod powieki odnotowuję: „Masz jeszcze oczy – dwa szepty do nikogo” (Erna Rosenstein, Pies łańcuchowy) oraz „Otwierają się spokojne oczy / Coraz bardziej w nich obłoki nieba” (Uśpiłam cię, tejże, dedykowane „Mojej suczce Wronie”). Po kilku wierszach Juliana Kawalca zza szyby odzywa się Tina, żeby ją wpuścić. Siada u mojej nogi i słuchamy następnego wiersza: Krzysztofa Kamila Baczyńskiego Kot…
Wtorek, 30 grudnia
Mózg i palec. Ciekawe, czy diagnoza rozmiękczenia pierwszego, a następnie niezbędne procedury formalne, zdążą się sfinalizować, nim drugi pochopnie naciśnie guzik.
*
Podczas dzisiejszej porcji wierszy o zwierzętach Tina nie raczyła się pojawić na Kocie w pustym mieszkaniu Szymborskiej, jakby nie chciała ćwiczyć się w postępowaniu na wypadek śmierci ulubionego pana.
*
Danise Payne, Elbows in My Ears. Gold River, CA, Authority Publishing, 2022. Kupiłem tę książkę pół roku temu przez Amazon, bo zainteresowała mnie z kilku powodów: autorka jest córką jednego z The Tuskegee Airmen, złożonej z samych Murzynów eskadry pilotów amerykańskich w czasie II wojny (był o nich film Roberta Markowitza), która z potrzeby serca zdobyła wykształcenie jako clown i jeździła po Europie jako pierwsza czarnoskóra rozśmieszaczka cyrkowej widowni; po przejściu na emeryturę osiadła w Las Vegas, które, jak się okazuje, jest ulubionym miastem na jesień życia dla artystów cyrkowych. W czerwcu przeczytałem połowę, odłożyłem, a teraz już pewnie nie wrócę, choć rzecz jest sprawnie napisana i dziwnie wciągająca w prezentowany w niej świat. Chcę jednak, żeby znalazła miejsce w moim dzienniku. Tytuł bierze się z rozmiarów kabiny, jaką każdy cyrkowiec Ringling Bros. and Barnum & Bailey Circus miał do swej dyspozycji w kolejowym wagonie podczas nieustannych podróży. „Musiałam się nauczyć, jak spać z łokciami w uszach”, pisze Payne (s. 57), w innym miejscu podając wymiary kabiny: 3 stopy na 6 na 9 stóp (s. 73), czyli w przybliżeniu 1 metr szerokości na 1.80 wysokości na 2.75 m głębokości. Co chwila w innym mieście, ale zawsze w tej samej klitce. Sam pociąg cyrkowy autorka nazywa „srebrnym pomrowem” (a silver slug, s. 74).
Danise Payne jest pasjonatką cyrku, ale cyrk to nie wszystko. W swej karierze był też na przykład czas, gdy pracowała jako przewodniczka po nowojorskiej siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Umie opowiadać w taki sposób, że czytelnik ma wrażenie, jakby uczestniczył w opisywanych scenach. Sympatyczna książka autobiograficzna.
Środa, 31 grudnia
Wczesnym popołudniem zabieg laserowy prawego oka (kapsulotomia) w centrum medycznym we Włochach. Wracamy w koszmarną pogodę – już w Pruszkowie zdaję sobie sprawę, że mogę przeczytać tablice z nazwami ulic i najdrobniejsze informacje na szyldach i tablicach reklamowych. Podobnie wyraźne stały się znów wiadomości w telefonie. W domu bez trudu czytam teksty drukowane. Co za ulga po sześciu tygodniach męczarni!
*
Pod wieczór M. proponuje, że przeczyta kolejną porcję wierszy. Dalej Szymborska. Spod powieki wyłapuję (odpominam) w moim ulubionym Tarsjuszu, wierszu o kulturze, frazę: „zwierzątko małe, złożone z dwóch źrenic / i tylko bardzo już koniecznej reszty”. A wiersz Widziane z góry, słyszany dzisiaj, brzmi jak komentarz do wywołanej przez Jerzego Bralczyka ogólnonarodowej dyskusji, czy zwierzęta zdychają, czy umierają.
Czwartek, 1 stycznia 2026
W dziękczynnym nastroju wkraczamy w nowy rok. Oby jeszcze świat wokół się opamiętał.
*
Na regale naprzeciw biurka zawisł kalendarz Ośrodka Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską z rysunkami jednego z patronów roku 2026, Józefa Czapskiego. Na styczeń przypadł portret Aleksandra Wata z dedykacją dla Oli Watowej – dla mnie dobry omen. Czapski z właściwą sobie skromnością pisze: „Oli drogiej ta notatka z V 1967, która może jej zrobi przyjemność choć rysunek pośpieszny za mało wyraża Aleksandra – Józef”.
A ja wracam do tłumaczenia i komentowania pisemnych świadectw podróży braci Mniszech po górzystej części kantonu Neuchâtel, czyli do grantu, który powinienem i chciałbym w tym roku zakończyć.
Piątek, 2 stycznia
Trzy noce temu, zdenerwowany przed czekającym mnie zabiegiem, natrafiłem na stronie radia Chillizet na artykuł Julii Piecyk Jest noblistą i mistrzem literackiej psychologii. Niewielu wie, że ma polskie korzenie, a w nim na informację, że J. M. Coetzee „pochodzi z rodziny wieloetnicznej. Jego pradziadek ze strony matki Baltazar (lub Balcer) Dubiel był Polakiem, pochodził ze wsi Czarnylas w województwie wielkopolskim (powiat ostrowski)”. Nie bacząc na nocną porę posłałem artykuł zaprzyjaźnionemu dyrektorowi Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego, Witoldowi Banachowi. Oczywiście wiedział o tej historii, co więcej w swej książce Kroniki literackie prowincji (Wydawnictwo Poznańskie 2016) zamieścił szkic Niespodziewana podróż J. M. Coetzee’go w głąb Czarnegolasu. Jest to barwnie opisana historia krótkiego spotkania z południowoafrykańskim pisarzem podczas jego wizyty w podostrowskim Odolanowie w roku 2006. Znawca dziejów powiatu ostrowskiego Banach wskazał na specyfikę miejscowości Czarnylas, gdzie w XIX wieku przez pewien czas mieszkali obok siebie wyznawcy siedmiu wyznań („ewangelicy, staroluteranie, katolicy, baptyści, metodyści, mormoni i żydzi”) i gdzie do dziś zachowały się cztery świątynie: poewangelicki kościół katolicki, kościół rzymskokatolicki z roku 1925, kościół ewangelicko-augsburski (dawnej staroluterański) i kaplica metodystów, w której dziś jest biblioteka. Banach pisze: „Przodek południowoafrykańskiego pisarza był z pochodzenia Polakiem wyznania ewangelickiego. Urodził się tutaj 1 sierpnia 1844 roku”. Autor Kronik… dotarł też do życiorysu, sporządzonego przez Baltazara Dubiela w roku 1868, w czasie, gdy starał się o przyjęcie do Nadreńskiego Towarzystwa Misyjnego. Cytując, zwraca uwagę na słowa „łaskawy Pan przywiódł mnie do Odolanowa do preparandy, w której musiałem się nauczyć języka niemieckiego”, w czym widzi potwierdzenie, że „Dubiel pochodził z polskiej rodziny”. Co ciekawsze, wysuwa też hipotezę, że wspomniane przez autora podania wypadki maltretowania go przez starszych braci mogły mieć związek z obecnym w prozie Coetzee’ego motywem wkręcania przez starszego brata ręki młodszego do prasy introligatorskiej albo do łuszczarki do kukurydzy.
Warto ponadto zajrzeć do artykułu krakowskiego anglisty i komparatysty Roberta Kuska, który jest brawurową prezentacją rozmaitych związków afrykańskiego pisarza z Polską i Polakami, z polską historią i kulturą, a zwłaszcza poezją. Dla zachęty powiem, że autor w cytacie, znalezionym w jednym z poniechanych rękopisów do autobiograficznej trylogii Scenes from Provincial Life: „Yaksha braksha watlmeyer, yaksha braksha marsh, yaksha braksha meva shonka, sar dou magwash” (są to słowa, które mówi do bohatera jego matka, „polska księżniczka”) rozpoznał tekst XIX-wiecznej polskiej pieśni Jak się macie Bartłomieju („Jak się macie Bartłomieju, / jak się bracie masz? / Jak się bracie miewa żonka, / cały domek wasz?” [8]. Chapeau bas.
*
Od mojej doktoressy (której książka o architekturze pieśni u Norwida ukaże się, mam nadzieję, w tym roku) dostałem z Sandomierza zdjęcie rysunku Norwida, umieszczonego wśród takich relikwii, jak: Listek z Róży tey, która była zbroczona krwią św. Oyca naszego Benedykta; Żembocin, z pnia lipy, którą miał sadzić św. Stanisław [9] albo Róża jerychońska (Zmartwychstanka). Róża pustynna o szczególnym przystosowaniu do suszy.

Witryna w Muzeum Diecezjalnym (Dom Długosza) w Sandomierzu. Fot. Agnieszka Nurzyńska
Sprawdzam. Muzealny opis wskazuje na przypuszczalną tożsamość postaci z autorem, bardziej jednak uwypukla „przedstawienie myśliciela, mędrca, symboliczne wyobrażenie samotności, melancholii, niewoli i opuszczenia”. Edyta Chlebowska w książce „Ipse ipsum”. O autoportretach Cypriana Norwida (Lublin 2004) zdecydowanie opowiedziała się za interpretacją autobiograficzną, a w piątym tomie swego monumentalnego Katalogu prac plastycznych Norwida (Lublin 2020) omawia rysunek z Sandomierza Więzień z klepsydrą, podkreślając takie szczegóły, jak: „Na szyi obręcz przytwierdzona do drugiego ogniwa przykutego do kamiennego muru na wysokości głowy” i „po prawej zarysy muru z regularnych kamiennych bloków”. Potężna metafora poety prześladowanego, jak Tasso czy sam przyszły autor Promethidiona w berlińskim więzieniu.
*
M. czyta dalej wiersze o zwierzętach. W dwóch pięknych erotykach Grochowiaka wychwytuję spod powieki: „Lecz ponad wszystko niech twe rzęsy świecą, / Kiedy zmożona układałaś szyję / W mych chciwych rękach – i gasła latarnia” (Koń) oraz: „Są jednorożce o ciężkich powiekach, / Wędrują białe po wiśniowych sadach, / Ich grzywy płaczą po leniwych rzekach…” (Po ciemku). A w wierszu Poświatowskiej *** (Widziałam ostatnią pszczołę…), który jest rozmową z pszczołą, taki fragment: „Czy dobrze jest robić miód? / o – dobrze / i tylko tyle? / tylko – spojrzała na mnie zielonym / pełnym zapachu okiem / wzruszyła ramionami / miód – to jest życie” (podkr. JZ).
A potem szok przy trójwersowym wierszu (bez tytułu) Piotra Matywieckiego: „w paśniku wymieszane z sianem / drobno potłuczone szkło / dla sarny żeby poraniła wnętrzności i padła”.
Kilka dni temu, sypiąc, jak co dzień, owies dla saren do stojącego dwa metry za płotem paśnika zauważyłem na śniegu kawałek przezroczystego szkła, wielkości karty do gry. Nie zdziwiłaby mnie pusta butelka – ktoś się napił i rzucił na ziemię. Ale płaskie szkło? Butem pchnąłem odłamek pod karmnik, żeby ktoś przez przypadek nie nadepnął. Teraz jednak zaczynam się zastanawiać – czyżby ktoś w ten sposób próbował upolować jedną z naszych sarenek, wiernie od lat wracających w to miejsce po owies? Zaiste, poezja otwiera horyzonty. Także na bezmiar ludzkiego okrucieństwa.
Niedziela, 4 stycznia
Wśród kolejnych wierszy o zwierzętach spod powieki wychwytuję u Józefa Barana zatroskaną kwokę: „i taką ją zastajemy / na progu dnia / gdy wykluwamy się z powiek nocy” (Nasza kwoka nasza matka poranna), a u Bronisława Maja wyznanie: „Patrzę w jego żółte oczy, / za ich szklistą granicą otwiera się / otchłań, z której wtedy / wyszliśmy, wychodzimy, wciąż pogrążeni” (***, Inc. Podobno widzi wszystko w odcieniach szarości…).
Poniedziałek, 5 stycznia

„Pukiel sierści, pozostawiony pod karmnikiem na pamiątkę przez sentymentalną sarenkę?”. Fot. Jan Zieliński, Opypy 2026
*
Czytam stukilkudziesięciostronicowy esej Henryka Wańka [10], wpatrując się zarazem w autorską replikę jego obrazu Śląsko-Silesia-Schlesien. Ale podróż! Z aktualnymi elementami osobistymi, czy to w Wambierzycach w Kotlinie Kłodzkiej („[…] miasteczko posiadało swą wcześniejszą legendę i duchową tradycję. Jest nią cud odzyskania wzroku przez niewidomego Pana Jana na początku XIII wieku”, s. 51), czy we Wrocławiu („Pouczająca jest historia lekarza wrocławskiego, do którego w 1337 roku odwołał się czeski król Jan, cierpiący na zaburzenia wzroku. Gdy leczenie się nie powiodło, król polecił wrzucić medyka do Odry w jej najgłębszym miejscu”, s. 67). Do tego dodać wypada wzmiankę o jednym z dzieł Witela: „Traktat De natura daemonum, który zaczął pisać w Italii, ale skończył na Śląsku, podważał istnienie upiorów i zjaw. Tłumaczył je zaburzeniami wzrokowymi” (s. 73).
Podroż Wańka nie jest jednak podróżą okulistyczną, tylko alchemiczną i mistyczną – w skróceniu alchemistyczną. Toczy się niespiesznie, ni to w tempie konika, ni to pieszego pielgrzyma, między Oświęcimiem, który jest miejscem urodzenia autora, a wcześniej XIII-wiecznego mnicha i lekarza Mikołaja z Oświęcimia, po Görlitz/Zgorzelec, w którym zakończył ziemską wędrówkę Jakob Böhme, a w którym, jak o tym świadczą pewne niedawne pisma, chciałby zapewne dokonać ziemskiego żywota (po najdłuższym życiu, jak mu rzecz jasna życzymy) szacowny autor opisu i obrazu.
Erudycja naszego alchemisty z łatwością i wdziękiem przekracza granice ziem śląskich i czas rozkwitu na nich barokowego mistycyzmu Böhmego czy Anioła Ślązaka. Najpiękniejsza dla mnie osobiście opowieść dotyczy robaczka zamira. Zgodnie z pewnym apokryfem Salomon, nie chcąc naruszać zakazu używania żelaza, polecił do formowania kamiennego budulca używać owych robaczków, zdolnych rozłupywać skały. Waniek pisze, że robaczkami tymi zachwycał się potem Apollinaire, pisząc: „Robak zamir, który bez narzędzi potrafił zbudować świątynię jerozolimską, cóż to za przejmujący obraz poety!”. Rzetelność i skromność każą Wańkowi podziękować Arturowi Międzyrzeckiemu za „zwrócenie uwagi na ów apokryf i jego refleks w twórczości Apollinaire’a” (s. 48).
Najważniejszą częścią książki jest wnikliwa interpretacja starego rękopiśmiennego cyklu ilustracji, zatytułowanego Sapientia veterum philosophorum…, którego podobiznę wydał drukiem Klossowski de Rola (w indeksie nazwany imieniem Pierre, ale nie jest to pisarz i malarz tego imienia, brat Balthusa, tylko tegoż Balthusa syn, ezoteryk i rockman, zaś P. przed nazwiskiem to skromny skrót przybranego tytułu Prince de Rola). Waniek omawia znaczenie i wewnętrzne powiązania czterdziestu iluminowanych rysunków, z których 22 wykorzystał w swoim śląskim obrazie. Stojąc przed nim podziwiam maestrię tego projektu ikonograficznego, który rozwijał się od dawnej mapy Śląska (widzianego z góry, od północy), sięgającej od Nysy Łużyckiej („dzielącej wschód od zachodu Europy”, s. 60) ze Zgorzelcem po prawej, z Wrocławiem w centrum, potem Brzegiem, Opolem, aż po znajdujący się na lewo, na samym skraju Rybnik (miasto rodzinne Marii…). XVII-wieczne rysunki alchemiczne są punktem wyjścia do własnej, niesłychanie barwnej opowieści o Ziemi Świętej Śląska, która widzowi pozwala na powolną wędrówkę zachwyconym wzrokiem po trzydziestu sześciu kwaterach. Warto przy tym obserwować, jak przesuwające się w ciągu dnia światło słoneczne wydobywa strukturalny podział obrazu na wnętrze (16 pól) i pas zewnętrzny (20 pól), jak ukośne promienie wychwytują grudki ziemi, wystające z tej żywej mapy i ślizgają się po połyskliwych płaszczyznach alchemistycznych symboli. To płótno żyje swoim własnym tajemniczym życiem. Nocami lekko pomrukuje.
Czwartek, 8 stycznia
W „Wyborczej” rozmowa z Alberto Manguelem, który pozbył się swojej wielkiej biblioteki, pozostawiając czterdziestkę książek, do których wraca, takich jak Boska Komedia, Don Kichot, Alicja w Krainie Czarów, Człowiek, który był Czwartkiem. Uzasadnienie? „Klasyka to książki, które przy każdej ponownej lekturze ujawniają przed nami nowe sensy, mówił Italo Calvino. Właśnie takie książki sobie zostawiłem”. Manguel przypomina też przy tej okazji legendę o perskim wezyrze, który przenosząc swoją bibliotekę „utworzył karawanę z trzydziestu wielbłądów. Każdy z nich dźwigał książki, których tytuły zaczynały się od innej litery. Karawana szła w porządku alfabetycznym”. Ładne. Choć niesprawiedliwe dla niektórych wielbłądów.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Stanisława Grzepskiego (1524-1570) „De multiplici siclo et talento hebraico”: polska egzegeza renesansowa wobec nauk europejskiej. Wstęp. Tekst. Przekład. Komentarz. Red. Waldemar Linke. Tłum. Dominika Budzanowska-Weglenda. Warszawa, UKSW, 2023, s. VII.
[2] Tamże, s. XV.
[3] Tamże, s. XXXVII.
[4] Tamże, s. LIV.
[5] Tamże.
[6] Beata Bolesławska-Lewandowska, Zygmunt Mycielski. Między muzyką a polityką. Kraków, PWM, 2025.
[7] Opowiedz zwierzę. Poetki i poeci o zwierzętach. Oprac. Barbara Niedźwiedzka. Kraków, Universitas, 2025.
[8] Kusek podaje, że pierwsza spisana wersja pieśni ukazała się w roku 1882 w antologii Józefa Chociszewskiego Wybór pieśni narodowych i wiąże jej genezę z powstaniem styczniowym (a nawet spekuluje na temat możliwego udziału Balcera Dubiela w tym zrywie). Pieśń jest wcześniejsza, można ją znaleźć, pt. Śpiew chłopka z Królestwa Polskiego, w krakowskim piśmie „Prawda. Pismo poświęcone dla ludu” 1848 nr 1.
[9] Św. Stanisław ze Szczepanowa, biskup krakowski, był wcześniej plebanem w Żębocinie.
[10] Henryk Waniek, Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 1257-1957. Kraków, Znak, 1996.
Zastanawiałem się, dlaczego Wojtek chciał, żebym mówił na jego pogrzebie.
Pewnie chciał, żebym opisał ten moment, kiedy dwadzieścia lat temu staliśmy przed freskami Lukki Signorellego w Orvieto. Na ścianach namalowane są sceny końca świata. Na fresku przedstawiającym przyjście antychrysta jest autoportret Signorellego, który przygląda się scenie. Wojtek zwrócił mi na niego uwagę, odwrócił się i wskazał na fresk przedstawiający zbawionych, i powiedział, że to najlepsze, co zostało namalowane w historii (co tym trudniejsze, że sceny z raju są zazwyczaj nudne), i że to tam dałby swój autoportret, żeby móc na ten obraz patrzeć w nieskończoność. A potem spojrzał na sklepienie, malowane przez Fra Angelico, z przedstawieniem nieba, i powiedział: „Tam też nie byłoby źle” i jak zwykle pojawił się na jego twarzy ten chłopięcy uśmiech zachwytu.
Pewnie chciał, żebym powiedział, że miał zawsze rację. Bo miał. Czasem było to trudne do przyjęcia, ale przede wszystkim było to szalenie praktyczne – wiadomo było, gdzie się zgłosić po radę, gdy chciało się rozwiązać jakiś problem i gdzie się po nią nie zgłaszać, gdy chciało się, żeby problem trwał.

Wiedział też, że powiem, że był wspaniałym nauczycielem, choć nie zrobił ze mnie matematyka, i że z lekcji matematyki pamiętam przede wszystkim, jak pokazywał renesansowy obraz Carla Crivellego, z idealnie wyrysowaną perspektywą, gdzie linie zbiegają się na Duchu Świętym pod postacią gołębicy. Uczył nas myślenia. Uczył, że proste rozwiązanie, kilka czystych linijek, zawsze jest najpiękniejsze. Uczył też życia, bo ten pogromca głupoty i nudy zawsze służył radą, i jak mało kto rozumiał życiowe problemy i ich ciężar.
Uczył zachwytu. Zachwytu wspaniałym winem (oczywiście, jak już byliśmy dorośli), pejzażem, i wreszcie sztuką. Żeby spojrzeć na romański kapitel, szczególnie jeśli rzeźbił go mistrz z Cabestany, gotów był z Elżbietą jechać setki kilometrów w upale. A gotyckie maswerki stały się przedmiotem jego pogłębionych badań – dzielił się nimi z uczniami, którzy byli wielką pasją jego życia. Była w gotyku nie tylko geometria (którą przestudiował jak nikt wcześniej w historii sztuki), ale także szkoła patrzenia. Gdy pokazał mi bogactwo geometrii w witrażach Notre Dame, powiedział: „A widzisz ten niewielki kawałek maswerku? Nie ma żadnego geometrycznego uzasadnienia! Po prostu dorysował, ot tak sobie, nie wiem dlaczego. Po prostu piękne!” – i tu znowu pojawiał się uśmiech, ale jeszcze szerszy, promienisty – pełnia zachwytu, dostępna chyba tylko Wojtkowi.
W genealogii matematyków jako uczeń Andrzeja Mostowskiego, był potomkiem Immanuela Kanta. Jednym z ważnych elementów filozofii Kanta była próba odpowiedzi na pytanie, czym jest zachwyt. Wyszła z tego ważna, ale zarazem zawiła i mało pociągająca teoria. Jego naukowy pra-pra-wnuk, matematyk, a zarazem dziecko rodziny o tradycjach malarskich, przechytrzył Kanta – po prostu opanował sztukę zachwytu. I uczył jej innych. Takiego nauczyciela można mieć tylko jednego w życiu. Wojtku, będę Ci zawsze za to wdzięczny – wszyscy będziemy.
MIKOŁAJ NOWAK-ROGOZIŃSKI
Słowa wygłoszone na pogrzebie Wojciecha Guzickiego, Konstancin-Jeziorna, 13 I 2026
Tyle książek słowników
opasłe encyklopedie
ale nie ma kto poradzić [1]
W Prologu do wydanej w 2018 roku biografii Zbigniewa Herberta Andrzej Franaszek pisze: „Na środku pracowni […] stoi biurko, a właściwie ustawiony na koziołkach jasnobrązowy blat, podarunek od niemieckiej reżyserki filmów dokumentalnych, który przyjechał tu z Berlina pojemnym volkswagenem na początku lat siedemdziesiątych wraz z kartonami pełnymi książek. […] Dookoła biurka – biblioteka, która jest jak opowieść o życiu i duszy właściciela” [2].
Dziś, blisko trzy dekady od śmierci Herberta (zmarł 28 lipca 1998 roku), gabinet w mieszkaniu przy warszawskiej ulicy Promenada wygląda tak samo. Jakby w dniu śmierci poety zatrzymał się w nim czas…
Biblioteka Zbigniewa Herberta zajmuje całe mieszkanie i liczy ponad 7 tysięcy woluminów książek i czasopism, nie licząc wydań jego twórczości. Największa część została zgromadzona w gabinecie poety na specjalnie zaprojektowanych regałach, zajmujących dwie najdłuższe ściany od podłogi aż po sufit. Drewniane półki zawieszone na metalowej konstrukcji (według pomysłu inżyniera Łady) pozwalającej na regulowanie ich wysokości i zagospodarowanie każdego centymetra kwadratowego powierzchni, a na nich precyzyjnie ustawione tomy i tomiki w układzie tematycznym. Część woluminów została obłożona w papier, a na ich grzbietach znajdują się tytuły zapisane ręką gospodarza. Biblioteka Zbigniewa Herberta charakteryzuje się przemyślanym układem, zwłaszcza jej części znajdujące się w gabinecie i sąsiadującym z nim korytarzu. Kolejne regały i półki układają się w działy, niczym w bibliotece publicznej (obłożenie książek w papier wywołuje podobne skojarzenie). Dzięki temu układ jest przejrzysty również dla potencjalnego czytelnika z zewnątrz: tu historia i poezja starożytna, w innym miejscu albumy z malarstwem, katalogi zbiorów muzeów z całego świata, historia nowożytna, historia sztuki, biologia, dalej słowniki językowe i przewodniki turystyczne, mapy, półka poetów w sypialni, filozofowie w przedpokoju… Korzystanie z biblioteki obfituje w niespodzianki w postaci wypadających z książek archiwaliów: listów, notatek, rysunków, biletów kolejowych, biletów wstępu do muzeów. W wielu książkach znajdują się dedykacje dla Herberta. Większość egzemplarzy jest albo podpisana (często obok podpisu znajduje się data i notka opisująca okoliczności nabycia), albo ma odbitą pieczęć: „Ex Libris Zbigniewa Herberta”. Można wśród nich znaleźć książki pochodzące ze zbiorów ojca poety, oznaczone pieczęcią „Dr. Bolesław Herbert / Lwów, plac Smolki 4”.

Znaczenia tej biblioteki nie sposób przecenić. Dzisiaj wiemy, że stanowi ona bezcenne źródło wiedzy na równi z archiwum. Notki naniesione ręką poety wspomagały niejednokrotnie jego biografa w łączeniu miejsc, dat i ludzi. Stanowiły też źródło do kalendarium życia i twórczości poety, które przygotował Henryk Citko [3].
Biblioteka Zbigniewa Herberta stała się jednym z pierwszych wyzwań dla utworzonego w 2005 roku Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. W 2006 roku archiwum Herberta trafiło do Biblioteki Narodowej, księgozbiór poety pozostał zaś w domu przy ulicy Promenada, w pieczy żony – Katarzyny Dzieduszyckiej-Herbert i ustanowionej z jej inicjatywy Fundacji im. Zbigniewa Herberta. Piotr Kłoczowski, kurator Instytutu Dokumentacji, wporozumieniu i za aprobatą Katarzyny Herbertowej, podjął działania zmierzające do ocalenia wiedzy o bibliotece, a co za tym idzie – samej biblioteki. Pierwszym etapem prac podjętych przy ulicy Promenada było sporządzenie spisu księgozbioru w układzie topograficznym. W latach 2005–2013 wszystkie woluminy zostały spisane, a ich opisy bibliograficzne uzupełnione informacjami o dedykacjach, marginaliach oraz wszechobecnych notatkach i rysunkach poety. Biblioteka została utrwalona w porządku pozostawionym przez autora Barbarzyńcy w ogrodzie i prawie w tym samym porządku pozostała do dziś. Prawie, bo życie się nie zatrzymało, a miejscem jej przechowywania było mieszkanie, w którym przez dwadzieścia siedem lat wiodła codzienne życie wdowa, i w którym jednocześnie miała siedzibę powołana przez nią Fundacja.
Prace prowadzone przez Instytut Dokumentacji w latach 2022–2024, będące kontynuacją zamierzenia z lat 2005–2013, potwierdziły, że układ książek na półkach niewiele się zmienił. Odnotowano nieliczne braki w stosunku do pierwotnego spisu i niewielkie przemieszczenia pomiędzy półkami, a czasem pomieszczeniami. W 2024 roku prace dokumentacyjne w bibliotece Zbigniewa Herberta zostały zakończone.
Niespokojne życie poety, trudności materialne i mieszkaniowe, liczne przeprowadzki, długie podróże i pobyty za granicą nie sprzyjały powstaniu biblioteki rozumianej jako warsztat i miejsce pracy twórczej. Mimo to początki księgozbioru sięgają czasów lwowskich, potem sopockich. Do wynajętej w 1957 roku kawalerki przy ulicy Świerczewskiego (dziś Aleja „Solidarności”) Herbert już metodycznie zwoził i przesyłał książki zakupione podczas podróży. Ale dopiero zbudowane w połowie lat siedemdziesiątych w mieszkaniu przy ulicy Promenada regały stały się dla biblioteki domem, w którym mogła się rozrosnąć.

Książki, czasopisma, słowniki, albumy, przewodniki. Notatki, autografy, dedykacje. Ukryte lub zapomniane rysunki, bilety, liściki. Zaczytane strony. Książki nigdy nie otwarte, przykryte grubą warstwą kurzu jeszcze za życia właściciela. Co czytał, które egzemplarze miał zawsze pod ręką, jak pracował, gdzie szukał odpowiedzi pisząc obszerne studia, jak rodziły się i kształtowały zamysły esejów i wierszy? W czasach kulturowej amnezji zachowany księgozbiór będzie świadczył o zawiłościach życia i dzieła, o losie dwojga ludzi, którzy z nim żyli…
„– Eurydyko – cicho mówi Hermes – zdradzę Ci tajemnicę losu. Orfeusz zginie wkrótce w podejrzanych okolicznościach. Wtedy będziesz wolna. Weźmiesz sobie za męża zdrowego osiłka o ramionach jak konary dębu, młodzieńca bez polotu, ale na tyle mądrego, że nie pragnie rzeczy nieosiągalnych. Nie masz pojęcia, jakie to będzie krzepiące po życiu z utalentowanym mazgajem.
– Sądzę – mówi szybko Eurydyka – że moi rodacy prędzej mnie ukamienują, niż pozwolą na drugie zamążpójście. Będę dla nich reklamą wierności i poezji, czymś w rodzaju wdowy narodowej. Posadzą mnie na skale, abym plotła natchnione wyrocznie albo zamkną w świątyni, co na jedno wychodzi. A potem umrę po raz drugi”. [4]
Katarzyna Dzieduszycka-Herbert zmarła 15 lutego 2025 roku. Nie była wdową narodową. Była kobietą świadomą odpowiedzialności za jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku, kobietą ciepłą i mądrą. Przez lata po śmierci Herberta dbała o jego niematerialną i materialną spuściznę. Dzięki niej możliwe było wykonanie mozolnej pracy dokumentującej zawartość i układ biblioteki Pana Cogito. Dzięki niej możemy stanąć pośrodku gabinetu, pomiędzy stołem a półkami inżyniera Łady i powtórzyć za poetą: Tyle książek słowników / opasłe encyklopedie / ale nie ma kto poradzić…

Wprowadzenie metodyczne
Inwentarz jest drugim inwentarzem prywatnej biblioteki opracowanym w ramach prac dokumentacyjnych Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. W związku z tym przy jego opracowaniu starano się zachować zasady przyjęte przy pierwszej publikacji [5]. Różny status księgozbiorów wymógł jednak wprowadzenie pewnych zmian. […]
W księdze inwentarzowej dokumentującej stan zbiorów biblioteki podaje się podstawowe dane bibliograficzne. Są to: autor (twórca), tytuł, tom, rocznik, rok wydania, wydawca, sposób nabycia, wartość. Te dane jednoznacznie identyfikują daną pozycję i dokumentują stan posiadania. W Inwentarzu postawiono na kompromis pomiędzy szczegółowością wymaganą przez pola księgi inwentarzowej a danymi, które charakteryzują zainteresowania właściciela. W rezultacie w Inwentarzu poza podstawowymi danymi identyfikującymi publikacje, takimi jak: autor (też redaktor lub opracowujący), tytuł, podtytuł (dla dokładniejszej identyfikacji), wydawca, miejsce i rok wydania, znalazły się informacje dodatkowe. Podano nazwiska tłumaczy (jako ważne kryterium w bibliotece poety i pisarza) oraz innych współtwórców, jeśli byli autorami dedykacji lub autorami przedmów czy ilustracji. Starano się jednak zachowywać zwięzłość opisów, by rzecz się niepostrzeżenie nie przeobraziła w obszerny katalog księgozbioru, a opisy zachowały przejrzystość. Za najistotniejszy cel opracowujący uznali bowiem utrwalenie układu biblioteki i uchwycenie związków pomiędzy stojącymi na półkach tytułami.
Inwentarz ma układ topograficzny. Obejmuje kolejne pomieszczenia i regały rejestrując publikacje wydane do roku śmierci poety (1998) w kolejności ułożenia na półkach. Numeracja pozycji ma jednak charakter wyłącznie porządkowy i nie została na stałe powiązana z przypisanymi do niej materiałami. Spis nie obejmuje wszystkich materiałów stojących na półkach – pominięte zostały książki i numery czasopism wydane po 1998 roku oraz wydania twórczości Zbigniewa Herberta. Jeśli na półce nie było książek kwalifikujących się do uwzględnienia, została ona w spisie opuszczona. […]
Ważny element biblioteki i Inwentarza stanowią podpisy i notki właściciela oraz dedykacje. Ponad 4200 książek zawiera tego rodzaju wpisy, w tym ok. 400 – dedykacje. Dedykacje wyróżniono w uwagach wyrażeniem wprowadzającym: „ded.”, po którym, jeśli było to możliwe, podano: imię i nazwisko osoby dedykującej oraz informację, kto jest adresatem dedykacji (ZH lub Zbigniew i Katarzyna Herbertowie). Jeśli autor dedykacji podpisał się tylko imieniem, pełną formę imienia i nazwiska podano obok w nawiasie kwadratowym. W nawiasach kwadratowych podano także inne informacje pochodzące od opracowujących. Uwagę zwraca fakt, że w opisywanym zespole znajdują się książki należące do żony pisarza i zawierające dedykacje Herberta dla niej. Uwzględniono je w spisie kierując się przekonaniem, że dopełniają one obraz biblioteki poety. W spisie odnotowano także książki zawierające dedykacje Zbigniewa Herberta dla różnych osób. Zarejestrowano je dla utrwalenia tych dedykacji, choć przypadki te stanowią odstępstwo od zasady pomijania w spisie wydań utworów Herberta.
Materiał dodatkowo porządkują indeksy: tytułów książek i czasopism, autorów oraz autorów dedykacji. W indeksie autorów uwzględniono wszystkie formy danego nazwiska występujące w tekście i zebrano je pod formą właściwą. Dla nazwisk rosyjskich i ukraińskich przyjęto ich formę spolszczoną, podając je również w formie transliterowanej. Indeks tytułowy pozwolił na zebranie powtarzających się tytułów, ustawionych w bibliotece w różnych miejscach. Przy jednakowo brzmiących tytułach książek po ukośniku podano nazwisko autora lub nazwę wydawcy. Dotyczy to głównie dzieł zebranych, tytułów typu „wiersze”, „eseje” itp. oraz przewodników.
DOROTA FORTUNA
Fragment wstępu do tomu „Biblioteka Zbigniewa Herberta. Inwentarz”. Spis przygotowały Emilia Olechnowicz i Dorota Szczerba. Uzupełnił Henryk Citko. Opracowała Dorota Fortuna. Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, 2025.
[1] Z. Herbert, Pan Cogito szuka rady, w: 89 wierszy. Wybór i układ autora. Kraków, a5, 2008, s. 119.
[2] A. Franaszek, Herbert. Biografia. T. 1, Niepokój. Kraków, Znak, 2018, s. 11.
[3] H. Citko, Kalendarium życia i twórczości Zbigniewa Herberta. Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Instytut Badań Literackich PAN, Fundacja Akademia Humanistyczna, 2025.
[4] Z. Herbert, H. E. O. W: Król mrówek. Prywatna mitologia, Kraków, a5, 2008, s. 12. Utwór dedykowany Katarzynie Herbertowej. Tom wydany po raz pierwszy w 2001 roku, zrekonstruowany i opracowany przez Ryszarda Krynickiego.
[5] Biblioteka Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Inwentarz. Oprac. Dorota Fortuna. Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, 2019.
Na parterze w lewej (tej mniejszej) części chałupy odtworzyliśmy wiejską klasę szkolną, a w przylegającym do niej małym alkierzu skromne mieszkanko wiejskiego nauczyciela. Skąd pomysł na urządzenie jednoizbowej szkoły w wiejskiej chacie? Nie jest to nasza fantazja czy wydumana inscenizacja, lecz opowieść oparta na realiach i dokumentach sprzed ponad stu lat. Ale od początku…
Historia szkolnictwa na Mazurach sięga czasów państwa krzyżackiego, gdy w tzw. wsiach kościelnych funkcjonowały szkoły przykościelne, w których chłopców uczono elementów łaciny, śpiewu gregoriańskiego, podstaw czytania, pisania i rachowania. Były to jednak szkoły dla wybranych, dopiero na początku XVIII wieku wprowadzono powszechny obowiązek szkolny oraz zasady organizacyjne szkół powszechnych (Allgemeine Volksschulen). Król Fryderyk Wilhelm I powiadomiony, że w wielu miejscach, zwłaszcza we wsiach, dzieci i młodzież dorastają bez umiejętności czytania, pisania, liczenia i znajomości katechizmu, wydał 28 września 1717 roku edykt (Generaledikt No. XCVII: Verordnung, daß die Eltern ihre Kinder zur Schule, und die Prediger die Catechisationes, halten sollen; vom 28. Sept. 1717), w którym – pod groźbą kary, zobowiązywano rodziców do posyłania dzieci tam „gdzie szkoły są [wo die Schulen seien], codziennie zimą i co najmniej raz lub dwa razy w tygodniu latem, gdy rodzice potrzebują dzieci do gospodarstwa domowego”.
Obowiązek dotyczył wszystkich dzieci w wieku od pięciu do dwunastu lat, także dziewczynek, a tam gdzie szkół nie było – czyli w małych wioskach, należało nauczać w izbach lekcyjnych urządzanych w wiejskich chatach (in einer Bauerstube) wynajmowanych z reguły u bogatszych gospodarzy (bo mieli większe chałupy niż zwykli zagrodnicy). W szkołach tych czytano Biblię i katechizm oraz uczono podstaw pisania, a nauczaniem dziatwy zajmowała się nierzadko wioskowa „elita” – kościelni, rzemieślnicy (krawcy, szewcy, cieśle), wysłużeni żołnierze lub co bardziej rozwinięci umysłowo mieszkańcy wsi – wystarczyło, że posiadali jako takie umiejętności czytania, pisania i rachowania (do końca XIX wieku na Mazurach wykwalifikowanych nauczycieli było bardzo mało, zwłaszcza w małych wsiach). Poza tym zobowiązano księży do nauczania katechizmu w każdą niedzielę. Kolejnym ważnym dokumentem było królewskie rozporządzenie Principia regulativa z 30 lipca 1736 roku, zobowiązujące każdą parafię i społeczność wiejską do zakładani szkół. Z rozporządzenia wynikało jednak, że droga dziecka do szkoły nie powinna być dłuższa niż pół mili (nicht weiter als eine halbe Meile) czyli około 3,5 km. Wiele wiosek nie stać było na budowanie szkół, mimo że król zapewniał bezpłatne drewno na ich budowę, drewno opałowe na ogrzewanie, a nawet morgę ziemi sąsiadującej ze szkołą, którą mógł użytkować nauczyciel. Nadal istniały więc klasy szkolne urządzane w izbach wiejskich. Tak było choćby w starostwie piskim, o czym jeszcze ponad wiek później pisał specjalny wysłannik Friedrich Salomo Oldenberg: „Szkoły znajdują się tam tylko w większych wsiach. W wielu mniejszych zatrudnia się na zimę nauczyciela, bo inaczej dzieci mogłyby pobłądzić i zginąć na odległych drogach przez lasy i pustkowia. Takim nauczycielem angażowanym na zimę bywa jakiś gospodarz na dożywociu, który prowadzi szkołę w izbie chłopskiej i przez okres tej nauki chodzi stołować się od domu do domu”.
W tych małych wiejskich szkołach nauka odbywała się w systemie klas łączonych – dzieci w różnym wieku uczyły się w jednej izbie lekcyjnej. Dopiero pod koniec XIX wieku powstawały szkoły wieloklasowe, najczęściej dwu- i trzyklasowe, ale w nich także nie było rozdziału na poszczególne roczniki. W wioskach, gdzie były szkoły jednoklasowe, a liczba dzieci przekraczała liczbę miejsc w ławkach, funkcjonowały tzw. szkoły półdniowe: część dzieci miała lekcje do południa, druga część po południu. Taka szkoła jednoklasowa była choćby w Pieckach (pow. Mrągowski) jeszcze w 1884 roku, a naukę w niej pobierało 122 dzieci! W powiecie piskim w 1939 roku na 114 szkół wiejskich było jeszcze 58 szkół jednoklasowych, w których nauka odbywała się w systemie klas łączonych. No i właśnie taką jednoklasową szkołę wiejską odtworzyliśmy w izbie przeniesionej przez nas chałupy z Warnowa.
Jak wiele razy w naszej mazurskiej historii ważną rolę odegrał przypadek… Pewnego słonecznego majowego dnia 2001 roku, przejeżdżałem obok szkoły podstawowej w Ukcie (szkoła ta istnieje od około 1800 roku, od 1884 roku mieści się w murowanym budynku z czerwonej cegły). Jadąc powoli zauważyłem na placu za szkołą stos starych ławek szkolnych i dym z płonącego ogniska. Zatrzymałem się i ruszyłem w stronę ognia. Od krzątających się pracowników dowiedziałem się, że opróżniają dużą drewnianą szopę, magazyn, w którym trzymano stare, „poniemieckie” ławki, a znajdujące się tam „nikomu niepotrzebne rupiecie” mają spalić, potem rozbiorą szopę, bo w jej miejscu powstanie nowa sala gimnastyczna. Na szczęście oprócz robotników był jeszcze w szkole ktoś z kierownictwa, kto pozwolił mi zabrać część „rupieci” („będzie mniej do palenia”), a nawet zaoferował kilka innych zbędnych sprzętów, które od lat leżały na strychu. W ten sposób uratowałem od ognia czternaście ławek (po mazursku banki), drewniany trójnóg z dużą zieloną tablicą szkolną oraz oszkloną gablotkę. Od razu tego samego dnia wszystkie meble zostały przewiezione do Kadzidłowa, ale nie bardzo wiedzieliśmy, co z nimi dalej zrobić. Nie śniło nam się jeszcze przeniesienie chałupy z Warnowa. Ba, nie mieliśmy nawet miejsca na zmagazynowanie tych wszystkich „rupieci”, bo trwała przebudowa dawnej obórki. Ale była piękna pogoda, zbliżało się lato, więc póki co ustawiliśmy ławki… przed Oberżą, na łące! I w ten sposób powstała, traktując rzecz dosłownie, „zielona szkoła”, która okazała się atrakcją nie tylko dla dzieci…

Ławki szkolne prowizorycznie ustawione przed Oberżą stały się ulubionym miejsce także dla „dużych dzieci”. Na zdjęciu – w pierwszej ławce „prymuska” Zosia Góralczyk-Markuszewska, za nią Danusia i Kamila Drecka, a na końcu, w „oślej ławce” siedzą Jurek Markuszewski i Maciej Domański. Dwoje z nich odrobiło lekcję wpisując się do „Księgi Gości”: „W takim miejscu hedoniści i łasuch karmią swe wydelikacone żądze, a zarazem zaczynają rozumieć piękno prostoty w kuchni, w przyrodzie, ale przede wszystkim w serdeczności przyjęcia przez Gospodarzy, którzy już po chwili stają się nie tylko duchową Rodziną. Wielkie Dzięki…” – Kamila Drecka, Maciej Domański, 2 VI 2001.
Jesienią ławki przenieśliśmy z łąki do „galerii” – największego pomieszczenia w przebudowanej już obórce, ustawiliśmy też trójnóg z tablicą, na ścianie powiesiliśmy plansze szkolne i mapę Europy z 1917 roku – pomoce szkolne, które kilka lat wcześniej kupiłem na giełdzie staroci w Zielonej Górze. I tak powstała niemal kompletnie urządzona (choć początkowo skromnie) wiejska izba szkolna. Po kilku latach przenieśliśmy je do naszego muzeum, gdzie została wzbogacona o liczne szkolne pomoce i eksponaty, które udało nam się dokupić. Teraz nasza szkoła jest niczym przysłowiowa „wisienka na torcie” i wywołuje największe emocje zarówno wśród starszych, jak i u dzieci, dlatego zwykle tam kończymy oprowadzanie po muzeum. Starszym przypomina się w niej młodość, niektórym kojarzy się z Umarłą klasą Kantora, dzieciom kojarzy się z bajkami czy filmami, ale też próbują pisać piórem ze stalówką maczaną w kałamarzu z atramentem lub kredą na łupkowych tabliczkach. Niekiedy odwiedzają nas też byli uczniowie szkoły w Ukcie, którzy uczęszczali do niej przed 1945 rokiem i ze wzruszeniem robią sobie pamiątkowe zdjęcia w „swoich” ławach szkolnych, w których teraz z trudnością się już mieszczą. Wśród gości był dziennikarz Klaus Bednarz, jedna z najbardziej znanych osobowości niemieckiej telewizji, pierwszy korespondent ARD w Warszawie (w latach 1971–1977, potem korespondent w Moskwie), wieloletni szef działu reportażu, autor ciekawych i obiektywnych (a nie tendencyjnych – jak to w tamtych czasach bardzo często bywało!) filmów, reportaży i książek o Polsce, Mazurach i Prusach Wschodnich. Bardzo się ucieszył na widok klasy, a do naszej „Księgi Gości” wpisał: „Wspaniale, że tutaj jest odtworzony kawałek oryginalnych Mazur. Tutaj odkryłem szkolną ławkę mojego taty z Ukty […] Klaus Bednarz, 7 I 2003”. Jego dziadek i ojciec pochodzili bowiem z Ukty, uznał więc, że „z pewnością w tych ławkach siedział mój tata”.

Odtworzona w muzeum jednoizbowa szkoła wiejska: Dwanaście ławek ze szkoły w Ukcie, duża mapa szkolna Kreis Sensburg (dawnego powiatu mrągowskiego, w granicach którego znajdowało się wcześniej Kadzidłowo) oraz wiele rozmaitych przedmiotów i pomocy szkolnych.
Oczywiście dwanaście ławek szkolnych (dwie oddaliśmy w prezencie do zaprzyjaźnionych szkół: społecznej i eksternistycznej domowej), tablica, witryna i kilka pomocy szkolnych to za mało na wyposażenie całej klasy muzealnej. Latami trwało więc wyszukiwanie rozmaitych przedmiotów tematycznie związanych ze szkołą. Udało się dokupić tabliczki łupkowe, liczydła, tornistry – drewniane (znalezienie ich trwało najdłużej, ale mamy aż dwa, w tym jeden podarowany przez jednego z gości), tekturowe i skórzane, jest kolekcja drewnianych piórników, obsadek, kałamarzy, etc. Mamy też dawne pomoce szkolne: globus, rozmaite atlasy geograficzne i historyczne z XIX/XX wieku (najstarszy z 1875 roku), duże plansze przedstawiające m.in. słonia, niedźwiedzia czy mamuta, a także plansze o tematyce religijnej. Na ścianie wisi duża szkolna mapa Kreis Sensburg (Powiat Mrągowo; do tego powiatu należało wcześniej Kadzidłowo) opracowana ok. 1930 roku przez mrągowskiego radcę szkolnego (Schulrat) Georga von Hassela, który był także autorem Masursen Fibel – Elementarz Mazurskiego z 1929 roku – w muzeum mamy podarowaną przez jego córkę kopię autorskiego egzemplarza (z pieczątką autora) oraz wydany niedawno reprint.

Globus z lat 1920/30, świadectwa szkolne z lat 1867-1900, „Elementarz Mazurski”, „Elementarz dla szkół w Prusach Wschodnich”, plan lekcji, pomoce dydaktyczne, etc.
Jak na szkołę elementarną przystało są też rozmaite elementarze niemieckie (Fiebel) z I połowy XX wieku, m.in.: Lernfreude. Deutsche Schreiblese-Fibel von Maximilian Schlegl z 1936 roku, Geschichten für kleine Leute. Fibel für das Ganzheitlesen mit Bilder… z 1941, Ostpreußenfibel z 1942 roku, a także kilkanaście podręczników szkolnych, które z reguły w tytule miały dopisek: für Ostpreußens Schulen – czyli były przeznaczone specjalnie dla szkół w Prusach Wschodnich (czy poza nazwą różniły się treścią od podręczników z innych prowincji?) jak np.: Arbeitsbuch zur deutschen Sprachlehre und Rechtschreibung für Ostpruessen z 1935 roku (do nauki pisania), Rechenfibeln für Ostpruessen z 1938 (do nauki liczenia), Musikbuch für Ostpreußens Schulen i Liederbuch für Volksschulen Ostpruessen (do nauki muzyki i zbiór piosenek), a nawet Religion für Ostpreußens Schulen z 1931 roku.

Świadectwo ukończenia w 1900 roku szkoły w Dąbrówce (Dombrowken – w pow. piskim lub węgorzewskim – są dwie wsie o tej samej nazwie) przez Amalię Ligmanowski, która „od 13 maja 1893 do 24 listopada 1900 roku regularnie do niej uczęszczała, a od 2 maja 1899 przeszła do wyższego stopnia, a dzięki pilności uzyskała następują wiedzę i umiejętności…”. Na świadectwie jest dziesięć przedmiotów i ocen oraz życzenie na przyszłość: „Niech Bóg Ciebie chroni i błogosławi na dalszej drodze życia” i fragment Psalmu 37 („Los złych i dobrych” wers 37): „Strzeż uczciwości, przypatruj się prawości, bo w końcu osiągnie [ten] człowiek pomyślność”.
Interesującymi eksponatami są ozdobne świadectwa ukończenia szkoły elementarnej (Schul-Entlasungs-Zeugnis) z 1889 i 1900 roku, a także trzy świadectwa z 1867/8 roku (1-3 trymestr) z królewskiego katolickiego gimnazjum dla ucznia (den Schüler) Władysław von Sikorski (zbieżność przypadkowa). Mamy też napisany dziecięcym, koślawym pismem po niemiecku, z błędami ortograficznymi, plan lekcji w mazurskiej szkole wiejskiej (prawdopodobnie w pobliskich Pieckach), w której nauka odbywała się sześć dni w tygodniu: (w poniedziałki i czwartki po cztery godziny lekcyjne od godziny 8 do 12, w pozostałe dni po trzy lekcje od 8 do 11), łącznie dwadzieścia godzin tygodniowo. Dzieci miały codziennie język niemiecki – Deutsch, pięć razy w tygodniu rachunki – Rechnen, po dwa razy tygodniowo: pisanie – Schreiben, naukę o ojczyźnie – Heimatkunde, gimnastkę – Turnen, a po jednej godzinie: muzykę – Musik, rysunki – Zeichnen oraz religię – Religion.
Jak widać nauka języka niemieckiego była wówczas już najważniejsza, dlatego raz jeszcze wrócę do kwestii języka. Do 1873 roku lekcje w mazurskich szkołach odbywały się głównie w języku polskim, mimo, że już w 1831 władze prowincjonalne w Królewcu domagały się, by w każdej szkole przeznaczyć jedną godzinę, a gdzie to było możliwe dwie lub więcej, na zaznajamianie uczniów z językiem niemieckim. Problemem okazał się jednak brak nauczycieli języka niemieckiego w polskojęzycznych środowiskach mazurskich. Utworzenie w 1871 roku Rzeszy Niemieckiej, rozwój gospodarczy i modernizacja państwa sprawiły, że nasiliła się walka o język niemiecki, a raczej walka z językiem polskim. 24 lipca 1873 roku na polecenie Karla Wilhelma Georga von Horna, nadprezydenta Prus (1878-1882 r. Prus Wschodnich) ogłoszono dekret, w którym oznajmiono, że „we wszystkich przedmiotach nauczania językiem wykładowym jest niemiecki”. Wyjątkiem była religia, której do 1888 roku uczono jeszcze po polsku, choć w niektórych szkoła zaniechano tego już wcześniej, uznając, że „kto nie uczy po niemiecku także religii, ten nie jest przyjacielem ludu i ojczyzny, nie jest chrześcijaninem”.
Pomimo nacisków, rozporządzeń i zakazów język polski dominował jednak nadal w tzw. starostwach polskich na południu Mazur, m.in. w szczycieńskim, piskim i ełckim. Jak wykazał spis uczniów przeprowadzony w 1905 roku aż 83,4% uczniów powiatu piskiego podawało język polski jako rodzinny, bo w ich domach nadal tak mówiono. Nie tylko mówiono, ale dbano o jego nauczanie, czego świadectwem są znajdujące się w naszych zbiorach dwa polskie elementarze do użytku domowego, cenne, bo rzadkie eksponaty.


„Toruński elementarz Polski z obrazkami, zastósowany do potrzeb dzieci, uczących się w szkole tylko po niemiecku”, wydany przez Sylwestra Buszczyńskiego w Toruniu: jeden (widoczny także na dolnym zdjęciu) w 1901 roku, drugi ok. 1910. Obok podstawowe przybory szkolne.
Do klasy szkolnej przylega niewielka izba, w której urządziliśmy skromne mieszkanko wiejskiego nauczyciela – po mazursku rechtóra, rektóra. W filmowej adaptacji powieści Konopielka Redlińskiego w podobnej izdebce mieszkała „uczycielka”, jednak to nie powieść, czy późniejszy film, były dla nas inspiracją, ale archiwalne dokumenty i plany oraz opisy historyczne [1].
Wspierana przez państwo pruskie budowa szkół i organizowanie klas w chatach wiejskich nie rozwiązywały problemu edukacji na wsiach, zwłaszcza tych małych i biednych w Puszczy Piskiej. Wyzwaniem było ich utrzymanie. Koszty utrzymania szkół oraz nauczycieli w głównej mierze ponosiły gminy wiejskie, każda rodzina musiała płacić czesne, co często nie starczało na pokrycie wszystkich potrzeb. Poprawieniem stanu rzeczy miała być założona w 1736 roku przez Fryderyka Wilhelma fundacja „Mons pietatis” z kapitałem wynoszącym 50 tysięcy talarów przeznaczonych wprawdzie głównie na wspieranie budowy szkół w ubogich rejonach, ale odsetki z kapitału miały być przeznaczone na uposażenie nauczycieli. Aby ulżyć w niedostatkach posada nauczyciela wiejskiego związana była z różnego rodzaju przywilejami. Rechtór miał prawo do jednej chełmińskiej morgi ziemi ornej (ca. 0,56 ha), ogrodu warzywnego, drewna opałowego, a także zwyczajowo do świadczeń w naturze: otrzymywał m.in. zboże, sól, słoninę, a często obiad od gospodarza, u którego znajdowała się izba lekcyjna lub jego sąsiadów. Władze pruskie liczyły nie tylko po cichu, że znajdą sobie oni jakieś dodatkowe dochody: „Jeśli nauczyciel jest rzemieślnikiem, już może on się wyżywić, jeśli nie, zezwala się mu podczas żniw pracować przez sześć tygodni za dniówkę”.
Sytuacja materialna wiejskich szkół i nauczycieli często była jednak tragiczna, co poświadcza relacja, wizytującego Mazury pod koniec XVIII w. radcy konsystorza królewieckiego, G. E. S. Henniga: „w Szczytnie cała szkoła składała się z jednego pokoju […], gdzie musiało pomieścić się sto czterdzieścioro dzieci, a nauczyciele w Orzyszu i Białej Piskiej za swoje pensje ledwo mogli się wyżywić”.
Z archiwalnych dokumentów wiadomo, że w 1814 roku nauczyciel w mazurskiej Karpie oprócz niezbyt wysokiego wynagrodzenia pieniężnego za swoją pracę, mógł bezpłatnie mieszkać w budynku szkoły utrzymywanym przez miejscową społeczność (Schulhause, welche die Societät in Dach und Fach erhält), miał prawo użytkować morgę ziemi ornej oraz morgę ogrodu, otrzymywał bezpłatnie drewno na opał, zboże, furę siana i słomę. Miał prawo hodowania i wolnego wypasu dwóch krów, cielaka, czterech owiec i trzech świń – co wszystko zostało skrzętnie zapisane w kontrakcie. Kontrakt kontraktem, ale społeczność lokalna nie zawsze dbała o to, co było w nich zapisane, dlatego inny nauczyciel tej samej szkoły w 1835 roku notował [pisownia oryginalna]: „Skarge donosze iuż podrugi raz do Mości Pana Landtrata iako ża będący nauczyciel w Karpie natych upornych gospodarzow którzy nie chcą zboza iaki tez szkolnego kwartału [wynagrodzenia] wypłacic za rok 1834”.

Odtworzona skromna izdebka wiejskiego nauczyciela.
Urządzone przez nas mieszkanko wiejskiego nauczyciela „opowiada” o takiej właśnie historii: mała izba z małym oknem, a w niej łóżko, niewielki kredens, walizka i kufer podróżny, stolik z emaliowaną miską i dzbanem do mycia oraz liczne drobiazgi osobiste: ubrania, buty z cholewami, okulary, książki (z XIX i XX w.), flet, pakiet papierosów (Zigareten II Sorte), drewniana klatka na ptaszka, a na ścianie mapa Europy z 1917 roku oraz „luksus”: zegar szwarcwaldzki.
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
[1] Więcej: Antoni Worobiec, Krzysztof A. Worobiec, Z dziejów szkolnictwa na ziemi piskiej, „Znad Pisy” 2004-2005 nr 13-14.
W Raju utraconym Adam i Ewa, „nasi pierwsi rodzice”, przyrównani zostają do pary potopowych ocaleńców:
Nie błahych spraw dotyczyła ich prośba,
Ni mniej doniosła była niż ta,
Z którą – jak głoszą baśnie, choć młodsze
Niż ta historia – Deukalion i Pyrra
Przed świętym przybytkiem Temidy stanęli,
Ród ludzki, zatopiony, pragnąc odnowić.
(tłumaczę roboczo; XI, 10-15)
John Milton, jeden z największych i najpilniejszych uczniów Owidiusza, odnalazł tę przypowieść grecką pośród genezyjskich partii Metamorfoz, w których ja – próbując przymierzyć świat współczesny do klasycznych miar (sic, Kubiak) – tkwię obecnie, czego dowodem te zapiski, czasem ściśle z tematem powiązane, kiedy indziej nie; gatunek jednak, którego początki nowożytne dał Michał z Montaigne, nie tylko takie praktyki usprawiedliwia, ale i do nich zachęca… Jak w przypadku Boskiej Komedii, także i tu trzeba carmen perpetuum zaliczać do głównych obok Biblii źródeł poetyckiej i myślowej inspiracji.
W ogóle Milton jest arcy-owidiański. W jego Raju na każdym nieomal kroku czuć obecność rzymskiego poety i w ogóle antycznej tradycji poetyckiej.

Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni usprawiedliwię się, że kiedy z taką lekkością tu czy w innych miejscach stawiam znak równości między Metamorfozami Owidiusza a antykiem, to nie dlatego, że mam na punkcie tego poematu obsesję, ale ponieważ – to nie tylko nośna retoryka! – był on rzeczywiście czymś na kształt „biblii pogan”. Dzieło to wchłonęło całość: od Homera i Hezjoda przez tragików, filozofów i dziejopisów aż po Wergiliusza, właściwie Owidiuszowi współczesnego, a zarazem napisane zostało w taki sposób, iż odnosi się wrażenie, że jego akcja rozgrywa się stale…
Poeta, o czym już pisałem (i nieraz jeszcze napiszę), stał się dla wieków późniejszych olbrzymem (jak o starożytnych miał mawiać Bernard z Chartres) do tego stopnia, że jego autorytet nieomal boski przyćmił rewerencję dla wszystkich innych starożytnych – czy to Cycerona, czy to Wergiliusza, czy to Greków, poznawanych często w przekładach – razem wziętych.
Pewien wybitny intelektualista, z entuzjazmem przyjmując mój skok na Metamorfozy, napisał – jakże trafnie w każdym słowie! – że Owidiusz to „ostatni chyba rzut na taśmę mityczną… requiem! I z niego potem wszyscy…”.
I Milton też. Włącznie z konstrukcją centralnej dla Raju postaci: protagonisty i, co w tym przypadku oznacza to samo, antagonisty.
Szatan, zbuntowany przeciwko tyrańskiej władzy Pana Niebios i za tę postawę surowo ukarany, to alter ego angielskiego poety niepogodzonego z restauracją monarchii Stuartów i dożywającego dni w odosobnieniu; i w piekielnych ciemnościach! (Milton wskutek wieloletniego ślęczenia w księgach stracił wzrok i Raj utracony podyktował w całości córkom).
Ale Szatan to także Likaon – król Arkadii sprzed Potopu, bohater jednej z pierwszych owidiuszowych przypowieści. W obu przypadkach mamy do czynienia z obrazoburcą, który podnosi rękę na najwyższe bóstwo (u Miltona ma ono więcej z Jowisza niż ze starotestamentowego Jahwe); w obu dziełach jesteśmy świadkami kary-przemiany (w węża i w wilka). (Na marginesie: pojedynek poetycki pod hasłem „kto umie naraz lepiej i więcej przemienić?!”, to osobny, cudowny temat…). I tam, i tu wreszcie – jak czujemy – poeta tego buntu w istocie nie potępia(!). A w każdy razie: stwarza przestrzeń dla… zrozumienia. Ilekroć mówi się w Metamorfozach czy Raju utraconym o „bezbożnym” czynie czy „haniebnym” występku, to odnosimy wrażenie, że słowa te wypowiadane są bez przekonania…
Stąd też prawdziwie olśniewające są te partie Raju, które poświęcone zostały Szatanowi właśnie, tj. pierwsze i ostatnie księgi, a nie Bogu, Synowi Bożemu, archaniołom czy Adamowi i Ewie – choć oczywiście cały poemat zasługuje na podziw. Jednak, o ile równie malownicze Piekło Dantego nie pozostawia złudzeń co do chrześcijańskiego światopoglądu autora, o tyle Milton – ojciec duchowy romantyków, mistyków, metafizyków i egzystencjalistów (i dlatego nie możemy o tej jego dwuznaczności zapominać) – ma do Szatana stosunek ambiwalentny. Nie chodzi wcale o litość; poeta rozumie postawę tego buntownika: czyż Bóg-Wróg (Foe) nie jest po prostu tyranem? (Sole reigning holds the Tyranny of Heav’n, I, 124). Niesłusznie jednak, myślę, uważa się Milton za krypto-satanistę. Nie trzeba też szukać w nim neopoganina, choć nie mam wątpliwości, że wielu pobożnych chrześcijan łapało się za głowy, czytając wersy, w których sprawy biblijne przeplecione zostały z grecko-rzymskimi w tak bezceremonialny sposób! I w których świat antycznych kontekstów służy wcale nie literackiemu zdobnictwu…
Ale Milton jest w pełni oryginalny. Jego Szatan jest figurą głęboko tragiczną (w tym sensie, jaki terminowi „tragizm” nadawali Ajschylos, Sofokles i Eurypides, potem Szekspir) i zapowiada już człowieka zupełnie nowoczesnego. I zupełnie nowoczesne pytanie: „Co, jeśli buntuję się tylko przeciwko nicości?”.
Milton idzie dalej niż Dante Alighieri – w sensie tak egzystencjalnym, jak i obcowania z surowcem grecko-rzymskim: nie stara się godzić antyku z chrześcijaństwem; w Raju utraconym jakby pęka ono w szwach i antyk wyłazi tam wszędzie na wierzch, i pulsuje, i daje znak, że żyje…
Światy Księgi Rodzaju i Metamorfoz zdają się tu koegzystować: Bóg i Olimpijczycy poruszają się jakby w tym samym wszechświecie, współtworzą go i współdefiniują, rządzą nimi te same prawa fizyki; aniołowie i pomniejsze bóstwa pogańskie krzątają się podobnie i w podobnych sprawach, Gabriel i Michał są tak samo „realni” jak Jutrzenka czy Ocean. Oczywiście, nasza uwaga kierowana jest tu na sprawy i postacie biblijne, ale jednak… Kiedy poeta mówi, że „Bóg i Natura chcą tego samego” (God and Nature bids the same; VI, 176), to puszcza oko do czytelników Owidiusza, którzy pamiętają z Metamorfoz, że „ten spór rozstrzygnęli bóg i potężniejsza natura” (Hanc deus et melior litem natura diremit, I, 21).
Cóż to wszystko znaczy?
Milton jakby mówi (co jest nieprawdą, ale uzasadnia dobrze poetykę dzieła): „Niestety, ale nie potrafię (a może nie chcę) opisać świata chrześcijańskich wyobrażeń bez odniesień do antyku pogan!”.
A może nie jest to nieprawdą? Może chrześcijaństwo, będące przecież niewątpliwe konglomeratem tego, co greckie, tego, co rzymskie, i tego, co żydowskie, nie jest bytem możliwym do pomyślenia, a co dopiero pochwycenia piórem, bez całej pogańskiej czarnej materii?
Cóż, wiele było powodów, dla których Kościół Katolicki uwzględnił Raj utracony w Indeksie Ksiąg Zakazanych.
Plątanina tradycji i plątanina przekazów.
Milton wchłania opowieści biblijne i pogańskie, i robi z nich własną. Tak samo działał przecież Owidiusz w Metamorfozach (a wcześniej Homer w Iliadzie i Odysei): jego podania o „początkach” (nie tylko) mają wszak wiele źródeł, tak rzymskich jak greckich (pośrednio także wschodnich), a te nieraz są ze sobą sprzeczne i jawnie się wykluczają. Jedynie kunszt poetycki autora, magiczny woal, który nad nami rozsnuwa, pozwala nam wierzyć, że owa opowieść prowadzona „od początku świata aż po nasze czasu” jest spójna i logiczna.
Nie jest. Ale też: czy cokolwiek na tym świecie – jest?
JACEK HAJDUK
Obraz na widokówce sprzed kilkudziesięciu lat, wygrzebanej spośród wyrzucanych zawodowych szpargałów: aleja między Kazimierzem a Puławami. Fotografował, wedle klasycznych reguł kompozycji kadru, ustawienia brył, płaszczyzn i linii perspektywy, Stefan Zwoliński, i spojrzenie każdego, kto rzuci okiem na tę jego pracę, pobiegnie wzdłuż kolumnady pni, pod ciemnym sklepieniem koron, ku „silnemu” punktowi w oddali, temu samemu, ku któremu toczyły się – tu nieobecne – konne wozy czy auta, jeszcze nieliczne w czasach zdejmowania tej fotografii. Po bokach traktu sędziwe topole czarne, zwane też, bo to właśnie drzewo łęgów wielkich rzek na niżu – nadwiślańskimi (w tym miejscu do Wisły bliziutko, dzieli ją od traktu tylko wąski pas żyznej terasy, często zalewanej przez wezbraną rzekę; z młodości pamiętam stąd chmielniki i wygrzewające się w słońcu dynie, na które mawiano – a to pamiątka po ogrodnikach i kupcach z Podola i Besarabii – kawony). To bez wątpienia tego właśnie gatunku topole, bo pnie całe w charakterystycznych dla sokory (kolejna nazwa Populus nigra) pękach odrostów, gałęzi co wysterczają z bruzdowanej głęboko kory, pod którą ich zawiązki tkwią latami, w oczekiwaniu, że los drzewa z czasem obróci się przecież na gorsze. Drzewa stoją między traktem a rowem, jak to w zaborze rosyjskim.

Kiedyś, w poszukiwaniu informacji o – wymykającym się zresztą tym moim staraniom – Józefie Gerald-Wyżyckim (1792–1868), który gospodarował w Łatgalii, autorze Zielnika ekonomiczno-technicznego (nota bene to jedna z młodzieńczych, przyrodoznawczych lektur Miłosza), trafiłem w czasopiśmie z tamtych północnych stron, w „Rubonie” Kazimierza Bujnickiego, w czwartym zeszycie z 1843 roku (Rubon to dawna nazwa ogromnej, zimnej i ciemnej Dźwiny; kartkowałem to pismo, bo Wyżycki publikował tu na próbę niektóre rozdziały książki) na zupełnie zapomniany obraz tej podpuławskiej, książęcej alei, spisany przez Aleksandra Platera wkrótce po tym, jak jechał był tym gościńcem od Puław na południe: „Zajęła mnie okazałość topolowej ulicy, pod której cieniem posuwałem się ukryty od skwaru słońca […]. Topole te na przemian nadwiślańskie i piramidalne, okazałością swą nie ustępują topolom Poczdamu i Lipska, między niemi, dla przerwania jednostajności i ożywienia powietrza przyjemną wonią, przeplatanie rosną bzy wonne, łukozgięte róże i głogi. Z prawej strony spod ciemnych sklepień drzew przegląda przezroczyste zwierciadło Wisły”. Dawniejsze aleje, trakty, gościńce, „ganki” – często flankowano różnymi drzewami, czyniąc to niekiedy w ścisłym, rytmicznym układzie, splatając zarzucony na pobocze drogi drzewny warkocz z roślin kilku gatunków. Na fotografii Zwolińskiego to już któreś z rzędu wcielenie tej nadwiślańskiej alei (drogi i promenady, jak ogrody i parki, choć stale w jednym miejscu, odradzają się w coraz to nowych odsłonach, wedle sezonowych mód i upodobań ogrodniczych, a i technicznych potrzeb epoki) i nie ma już wrzecionowatych topól włoskich, nie ma też, rzecz jasna, żadnych krzewów, jakim przyglądano się z powozów i karet: konne wozy toczyły się na tyle powoli, że ich pasażerowie, niemal jak piesi wędrowcy, mogli rozważać szczegóły krajobrazu – linie strumyków spływających ku Wiśle, lot tamtejszych ptaków, zioła i przydrożne kwiaty czy mijane zagony jarzyn i zbóż. (Po latach podobnie reprezentacyjną sokorową aleję, królewską czy raczej – biskupią drogę z Warszawy do Skierniewic, a właściwie już tylko powojenne jej resztki, wspomni ze swych podwarszawskich okolic Jarosław Iwaszkiewicz w Podróżach do Polski).
Tej topolowej podpuławskiej alei, jak słyszę, już w ogóle nie ma. Pamiętam z niej do dziś jakieś jedno drzewo orzecha włoskiego, który wsiał się między topole i rósł tam gdzieś po stronie przeciwnej do wiślanej. W wygrzanych okolicach Kazimierza orzechów po ogrodach pełno i sieją się same z siebie; to drzewo stało, niezmiennie wśród topól samotne i pewno poobijane dla swych dorodnych owoców, jak Owidiuszowy „orzech, na zawsze przydrożny”, z wygnańczej elegii Nux: „nux ego iuncta viæ”.
JAKUB DOLATOWSKI
Nieporozumienie, ze stycznia 1992, dobrze wyszło fotografii. Sąsiadce z góry, w kamienicy przy Szerokiej, zwierzyłam się, że chciałabym zrobić portret Jerzego Panka. Mój ulubiony grafik mieszkał na ostatnim piętrze w jednopokojowym mieszkaniu-pracowni. O terminie nie rozmawiałyśmy. Potem dowiedziałam się, że czekał na mnie następnego dnia. Dobrą stroną „zakłóceń na łączach” był malarz z nieprzyciętą brodą i w wysłużonym swetrze, kiedy już do spotkania doszło. Pierwszy portret zrobiłam jeszcze w styczniu. Od tamtego czasu często bywałam u niego w pracowni. I zawsze był po domowemu. Jak na tym zdjęciu z czajnikiem, z 7 listopada 1998. Pan Jerzy od paru lat nie wychodził z domu. Dbali o niego przyjaciele i starzy znajomi. Ktoś wyprowadzał Pimpka. Ktoś inny robił zakupy. Bardzo lubiłam te nasze spotkania. Myślę – z wzajemnością. Odwiedziłam go z córką, kiedy, po przeprowadzce, mieszkaliśmy już przy placu Inwalidów. Ola, wtedy pięcio- sześcioletnia, doskonale pamięta to spotkanie. Jerzy Panek – stały model dla swoich prac – widział we mnie sąsiadkę z dołu. Nie fotografkę.

„Panek i czajnik”, Kraków 1998, z cyklu: „Portrety” © Elżbieta Lempp
4 czerwca 2025
ELŻBIETA LEMPP
Kiedy jesienią 1920 roku Iwaszkiewicz poznał Marka Eigera, ten nazywał się już Stefan Napierski. Po demobilizacji, która nastąpiła w październiku 1920 roku, Iwaszkiewicz nie miał się gdzie podziać. Początkowo zamieszkał u księstwa Woronieckich w Alejach Ujazdowskich, potem u Wilama i Stanisławy Horzyców na Nowym Zjeździe, po czym świeżo poznany Napierski zaproponował Iwaszkiewiczowi, aby się przeniósł do mieszkania Eigerów przy ulicy Wierzbowej. „Niestety – wspomina Iwaszkiewicz – po paru tygodniach popadłem znowuż w jakiś konflikt z jedynym mieszkańcem olbrzymiego apartamentu, starym, bogatym, złośliwym konsulem Eigerem, i musiałem opuścić również to mieszkanie”. Za tą enigmatyczną konstatacją kryje się konflikt z Bolesławem Eigerem, który, dowiedziawszy się, że skamandryta „wciągnął w pederastię” jego syna, pozbył się z domu kłopotliwego lokatora.
W Książce moich wspomnień zawarł Iwaszkiewicz charakterystykę Napierskiego z tamtych dni: „Mały rudy człowieczek o nieprawidłowym owalu twarzy budził u wszystkich moich przyjaciół liczne zastrzeżenia. Wybitna jego inteligencja, olbrzymia kultura przesłonione były tysiącznymi śmiesznostkami, które raziły na tle kawiarnianym. Eiger drażnił i denerwował otaczających go ludzi i zwłaszcza we wczesnej młodości trudno było uchwycić pod pokrywką wad i przywar ów rdzeń poważnej kultury, który stanowił największą wartość ludzką tego pisarza”.
O brzydocie Napierskiego – idącej w parze z jego błyskotliwą inteligencją i erudycją – pisali również inni. Jerzy Andrzejewski zanotował: „Był niskiego wzrostu, niezgrabny, niewydarzony cieleśnie, po prostu brzydki, lecz przewrotność inteligencji, którą posiadał wysoce rozwiniętą, sprawiała, iż ta brzydota nie była odstręczająca – tylko śmieszna”. Stanisław Piętak zapamiętał: „Na twarzy miał wieczne wypieki, poruszał się nerwowo, wciąż do kogoś coś mówił i jakby się z kimś kłócił”. A gdy podnosił głos, „mowa jego stawała się piskliwa, o akcentach na przemian żałosnych, to śmiesznych. Łamał się, męczył, lecz nawet jego wygląd nie wzbudzał we mnie uśmiechu, ale jakiś lęk i litość”. Franc Fiszer zamknął zaś wygląd Napierskiego w lapidarnej formule: „Kurza pierś i psia dupa”.
Dla środowiska literackiego nie stanowiły tajemnicy jego „anomalie erotyczne” – takim mianem określił homoseksualizm Napierskiego Stanisław Piętak. Szydzono z nich równie złośliwie jak z jego wyglądu, stały się nawet przyczyną procesu sądowego, o którym pisze Karol Irzykowski: „Obiektem jego miłości był jakiś robotnik, któremu obmacał muskuły, wynajął pokój, z komfortem, a potem był przez niego szantażowany. Zapytany przed sądem: dlaczego? – powiedział z emfazą: kochałem go”.

W 1924 roku wydał własnym nakładem pierwszą swoją książkę, zatytułowaną Poemat, trzy lata później ogłosił tom wierszy Odjazd, a w 1928 roku opublikował aforyzmy Cienie na wietrze. W tym samym roku napisał pierwszy list do Anny Iwaszkiewiczowej i przesłał życzenia urodzinowe dla Jarosława Iwaszkiewicza, inicjując w ten sposób niezwykle ciekawą korespondencję. W Annie znalazł nie tylko uważną czytelniczkę jego epistolarnych wyznań, znalazł bratnią duszę, która rozumiała jego troski i strapienia, a niektóre z nich jej samej nie były obce. Listy do Jarosława są bardziej rzeczowe, dotyczą literatury, planów pisarskich, współpracy z prowadzonym przez Napierskiego dwumiesięcznikiem „Ateneum”; obojgu zwierzał się ze swoich dolegliwości i chorób, informował o częstych przeprowadzkach w poszukiwaniu mieszkania idealnego, szczelnie chroniącego przed światem zewnętrznym.
Wieczność upomniała się o Stefana Napierskiego późną jesienią 1939 roku, gdy został aresztowany przez Niemców i osadzony na Pawiaku. Oficjalnie oskarżono go o szpiegostwo ekonomiczne w Niemczech, o czym miały rzekomo świadczyć jego turystyczne podróże do Niemiec. W grę mogły też wchodzić prawa własnościowe do niemieckiej części koncernu Portland-Cement, żydowskie pochodzenie lub przetłumaczenie na język polski powieści Na Zachodzie bez zmian, gdyż naziści zabronili wydawania dzieł Ericha Marii Remarque’a i publicznie palili jego książki.
Bramą wieczności okazały się drzwi więziennej furgonetki, do której wepchnięto go 2 kwietnia 1940 roku i „w której więźniowie ułożeni byli na podłodze jak sągi drewna”. Rozstrzelano go klika godzin później w Palmirach pod Warszawą. „Jeżeli współwięźniowie przekazali prawdę, nie miał siły iść i ten skrzeczący worek przerażenia niesiono pod mur, przed lufę karabinu maszynowego” – pisze Czesław Miłosz w Rodzinnej Europie.
Iwaszkiewicz dał jego charakterystykę złożoną z błahych, nielicujących z tragizmem losu Napierskiego anegdotek. Dopiero w ostatnim akapicie oddał przyjacielowi lat młodości sprawiedliwość: „Bardzo się niepokoił przez ostatni rok życia, jak ptak przed odlotem. Podobno na Pawiaku uspokoił się zupełnie: stało się. Do końca zachowywał się znakomicie”.

Rzecz dla mnie dziwna: tylu o Napierskim pisało – i Jerzy Andrzejewski, i Paweł Hertz, i Karol Irzykowski, i Jarosław Iwaszkiewicz, i Czesław Miłosz, i Seweryn Pollak, i Tymon Terlecki – a najtrafniej ujął jego los niegdysiejszy szermierz socrealizmu Adam Ważyk: „Ośmieszano go w anegdotach. Kpił sobie z niego Karol Irzykowski, kpił sobie z jego bezradności, podczas okupacji, kpił obrzydliwie. Ale to był umysł zgorzkniały i bardzo dla ludzi nieżyczliwy; są inni, którzy chcą być dobrymi chrześcijanami. Choć jestem niewierzący, często wyobrażam sobie, jak przestępują próg zaświatów i spotykają po drodze Marka z piersią skrwawioną od kul hitlerowskich, a ten unosi rękę swoim przeciągłym ruchem bezradnego dziecka i pyta ich: cóżem ja złego wam zrobił, żeście mnie tak spostponowali? Bo to był człowiek niewinny”.
Gdyby iść za jego sugestią, można by listy Napierskiego do Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów zatytułować: Napierski, czyli nieszczęście niewinności. Ten widmowy tytuł zyska na jasności, gdy czytelnik dotrze do ostatniego listu i do końcowych przypisów. Bo nie miejsce tutaj na choćby zarys biografii Marka Eigera, muszą nam na razie wystarczyć te listy, przechowywane w archiwum Muzeum w Stawisku, i dołączone do nich komentarze – składające się na przejmujący dokument ludzkiego życia.
ROBERT PAPIESKI
Fragment wstępu do: Stefan Napierski, „Nieszczęście niewinności. Listy do Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów”, wstępem i przypisami opatrzył Robert Papieski, Warszawa, Wydawnictwo Akademickie SEDNO, 2025.
Najbardziej niedocenionym pisarzem polskim jest zapewne Mrożek. Bo za popularność się płaci. W wielu skrótowych biogramach i równie pobieżnych wypowiedziach, za największe osiągnięcie twórcy uznaje się wylądowanie w słowniku frazeologizmów, chyba już na trwałe: „jak z Mrożka”. Nie sposób uznać takiego wyrażenia za skrzydlate słowa; nie Mrożek je ukuł, lecz recepcja postrzegająca go jako dowcipnego specjalistę od absurdów administracyjnych o proweniencji jeszcze peerelowskiej.
A jeśli jest to największy pisarz polski? O ile nie da się tego rodzaju hierarchii wielkości ułożyć precyzyjnie ani do końca serio – bo kto byłby drugim? trzecim? dziesiątym? przy pozycjach kilkunastych wypadałoby już zawiesić superlatyw – o tyle można pomyśleć historię literatury polskiej, w której właśnie Mrożek stanowiłby przestrzeń wyjścia i odniesień. Parę rozdziałów tej nienapisanej jeszcze historii. Literatura jako kontestujące podjęcie tradycji. Absurd życia, a co jeszcze dolegliwsze, tegoż życia nieunikniona śmieszność. Ja w międzyludzkim – niezbędność kategorycznego dystansu, ale też niezbywalna aporia wewnętrzna. Analityczna krytyka historii i współczesności. Tak przedstawiają się najistotniejsze problemy Mrożka. I proponowałbym teraz z perspektywy jego dzieła czytać Miłosza, Białoszewskiego, Leca, Różewicza, Witkacego, Żeromskiego, Prusa, a także Norwida, Słowackiego, Mickiewicza oraz – dlaczego nie? – Kochanowskiego. Oho, przekroczyłem dziesiątkę, więc starczy nazwisk.
Najbardziej wnikliwi i trafnie przewidujący krytycy wcześnie zdali sobie sprawę, jakiej rangi pisarz się pojawił. Jerzy Kwiatkowski, recenzując w 1957 tom Słoń, zestawił Mrożka z Kafką. „Imponująca jest droga Mrożka: od Lama do Kafki, od kelnerów do wielkiej metafory życia. Rzecz to niebezpieczna – zabawa w proroctwa. Pozostańmy zatem przy faktach: droga ta nadal prowadzi wzwyż”. Zauważyć warto, iż Kwiatkowski ze świadomą dwuznacznością zatarł granicę między faktem a przewidywaniem; w którym nic a nic się nie pomylił.
Już zresztą we wcześniejszym tomie, Półpancerzach praktycznych, stały się rzeczy niezwykłe. Do tego stopnia, że uprawniona jest dzisiaj lektura opowiadań niby socrealistycznych jako już parodii tamtej doktryny. Owszem, ówczesnych intencji Mrożka z całkowitą dokładnością nie odtworzymy, od czego jednak Ecowska intentio lectoris? A są niebłahe powody, by tę kategorię przywołać. Przypomnijmy opowiadanie tytułowe, z czterystoma półpancerzami wykonanymi według XVI-wiecznego wzoru, których transport dotarł do socjalistycznego domu handlowego. Narrator zaczyna: „Jestem starym subiektem i widziałem w swoim życiu wiele towarów niechodliwych, ale żeby aż tak…”. Prymarne samookreślenie bohatera odsyła oczywiście do Prusa, co ze strony Mrożka jest przedsięwzięciem poniekąd ważniejszym niż wspaniały komizm utworu: młody autor (w roku wydania tomu skończył dwadzieścia trzy lata) wpisuje się w tradycję, która go interesuje i w której chce być czytany. Nie idzie tu o stylizację na język Lalki, a o (ogólniejszy) akt wyboru literatury, istnienia w niej. Są w Półpancerzach praktycznych składniki satyryczne, nie one decydują przecież o wartości tekstu. O krakowskim Pedecie pisała w latach pięćdziesiątych tamtejsza prasa, w tym redaktor i rysownik Mrożek, tyle że dla niego instytucja owa stała się w końcu elementem literatury autonomicznej: elementy satyry okazują się przede wszystkim samoistnymi konstruktami świata przedstawionego, nie zaś krytyką ówczesnych społecznych bolączek. Wszak problem, z którym musieli sobie poradzić bohaterowie opowiadania, jest problemem zbytu i reklamy, stricte rynkowym, obojętnym dla ekonomii socjalizmu.

Cztery pierwsze tomy opowiadań Mrożka (pomijam najwcześniejszą broszurę), ułożone w porządku diachronicznym, odsłaniają przemienność tej prozy do form coraz bardziej złożonych myślowo i estetycznie. Ostatni spośród nich, Deszcz z 1962, jawi się, by tak rzec, przełomowym podsumowaniem i otwarciem na to, co w Mrożkowskiej epice będzie się działo potem. Zdaniem Haliny Stephan, autorki najlepszej dotąd monografii pisarza obejmującej całość jego dzieła, w deszczowych opowiadaniach „Mrożek niespodziewanie porzuca rolę satyryka. Ani socrealistyczna przeszłość, ani mechanizm funkcjonowania tradycji nie stanowią już ośrodka jego zainteresowania. Dochodzi natomiast do głosu nowy, nieco posępny ton”. Mała statystyka. Według Polskiej Bibliografii Literackiej książkowy debiut Mrożka doczekał się pięciu omówień, na Słonia odpowiedziało czternaście recenzji, z kolei Weselu w Atomicach swoje teksty poświęciło dziewięcioro publicystów kulturalnych, na przełomowy zaś Deszcz zareagowało wszystkiego czterech krytyków. Przenikliwie napisał o tomie Marek Skwarnicki: „Mrożek jest pisarzem trudnym do odczytania. […] Ironizuje wszystko. Źródłem jego ironicznej energii jest jakby poczucie, że w obliczu nicości, spraw najważniejszych z ważnych, wszystko jest pozorem i śmiesznostką. Autora to nie bawi, autor nad tym jakoś cierpi”. Dużo też znaleźli w Deszczu Henryk Bereza i Artur Międzyrzecki. Znamienna jednak, również dla dekad późniejszej potocznej recepcji Mrożka, wydaje się recenzja Włodzimierza Maciąga, który nadal rad by widzieć w pisarzu wyłącznie satyryka. Zmartwił zatem krytyka „bardzo wysoki stopień abstrakcji nowych idei”, co gorsza, „nie zawsze mamy tu [w Deszczu – A. P.] nawet do czynienia z następstwami życia zbiorowego, czasem chodzi wręcz o zjawiska związane z człowieczą egzystencją”. Beznadziejna sprawa, kolego Mrożek. Maciąg nie zawahał się postawić dramatycznego pytania, ba! sam udzielił odpowiedzi: „Czy literatura Mrożka na tym zyskuje czy traci? Obawiam się, że raczej traci”. No ale jak ma być inaczej, jeśli – dalej cytuję Maciąga – „śmieszność jako kategoria egzystencjalna – takie ujęcie postawy satyryka grozi niezamierzoną powagą”. Innymi słowy: krytyk wolałby, żeby Mrożek był zawsze jak z Mrożka.
Tego rodzaju podejście pokutowało i po latach. Jerzy Jarzębski, relacjonujący krakowski jubileusz Mrożka w 1990, stwierdził, „że gdzieś jeszcze kołacze się po uczonych umysłach przeświadczenie, iż to autor niepoważny (może dlatego poloniści z UJ nie chcieli dać mu honorowego doktoratu)”. Czy w tym niechceniu wziął aktywny udział również profesor Maciąg, człowiek stamtąd? Mrożek za poważny na satyryka, ale za mało poważny na poważnego pisarza?

Wśród innych opowiadań tomu Deszcz znalazła się również fabuła Nadzieja. Główna postać utworu jęła otrzymywać zakopertowane listy, z wyłącznie kolejną białą kartką wewnątrz. Narratora-bohatera sytuacja zdenerwowała. „Postanowiłem nie otwierać więcej takich listów. Ale jak się przekonać, czy list jest taki czy zwyczajny, nie otwierając go najpierw?”. Na kopertach brak nadawcy, mężczyzna próbuje więc dowiedzieć się czegoś, wyjeżdżając do miejscowości widniejącej na stemplu pocztowym. Tam w hotelu czeka już na bohatera kolejny zaadresowany doń list. Może adoruje go jakaś nieśmiała kobieta? Mężczyzna zaczyna więc bardziej dbać o powierzchowność. W finałowym epizodzie wyjeżdża zapolować w towarzystwie innych myśliwych na dzikie kaczki. W ich przelatującym kluczu znalazł się również gołąb pocztowy, zestrzelony zaraz przez narratora-bohatera. Wyżeł przynosi ptasie truchło: gołąb miał uczepioną ceratową torbę z kopertą taką jak poprzednie. „Nie otwierając, podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny”. W zapadających ciemnościach, pod wieczór, przychodzą wątpliwości. Mężczyzna, w wodzie „po pas, po ramiona”, bezskutecznie szuka resztek listu.
„No cóż, może tam nic nie było, na pewno nie… Dlaczego by miało coś być tym razem?
Nie było nic.
A jeżeli?”.
Czy Derrida czytał Mrożka? Na pewno mógł: w 1965 ukazał się w Paryżu przełożony przez Annę Posner jego (Mrożka) tom Les Porte-plume, pośród opowiadań nie zabrakło utworu L’espoir (Nadzieja). Miał więc Derrida okazję. W każdym razie w 1991 opublikował książkę Donner le temps. La fausse monnaie. Zaczyna się ona od Egzergi lub Exergum, łacińską wersję wybrała Bożena Shallcross, tłumaczka fragmentu. Autor wychodzi od liściku pani de Maintenon z dworu Ludwika XIV do pani Brinon. Wiadomość wydaje się jasna i oczywista, niemniej francuski filozof drąży, doszukując się niespodziewanych pogłębionych znaczeń. (To jest dopiero intentio lectoris!) „Żadne ze słów przez nią [panią de Maintenon] napisanych nie niesie z sobą tego, co nie do pomyślenia i niemożliwe, dokąd moje odczytanie by je pociągnęło, w kierunku dawania-brania, czasu i reszty. Powiecie, że ona nie chciała tego powiedzieć.
A jeśli”.
Czy przekonałem państwa do najistotniejszej wagi pisarstwa Mrożka? Może zechcą państwo odpowiedzieć, że zgoda, autor świetny, pomysłowy, popularny, że dlaczego nie? Zdarzało mu się dotknąć poważnych problemów, ale żeby od razu był z tych największych pisarzy, a tym bardziej największy?
A jeżeli.
ADAM POPRAWA
Halina czyli Hestia
Kiedy Halina Mikołajska przyjechała po raz pierwszy do Nieborowa, była już legendą. Z archiwalnych ksiąg meldunkowych, które przeszukałam, wynika, że pojawiła się tu w lecie 1979 roku, na chwilę przed karnawałem „Solidarności”. Ale ja pamiętam przede wszystkim zimy z Mikołajską, które w moich wspomnieniach wyświetlają się jak jeden długi film z przewagą bieli. Choćby tę w 1980 roku. Styczeń i luty… Wszędzie leżał śnieg, biały i srebrny jak włosy wybitnej aktorki, a przy nieborowskim stole królował jej tajemniczy czar. To był zresztą czas, kiedy posiwiała i zaczęto ją nazywać „Białą”. Aby oddać cały jej urok, przywołam wiersz Janusza Szpotańskiego z tego czasu, napisany specjalnie dla niej:
DO BIAŁEJ
Halinie Mikołajskiej
Niechaj innych zachwyca purpura wspaniała,
soczysta zieleń lasu i niebios szafiry!
Ja dla nich poetyckiej nie nastroję liry.
Gardzę tą pstrokacizną! Mnie zachwyca Biała!
Jak Hindus, co w otchłannej grąży się nirwanie,
lub słupnik, co na słupie zamienia się w słup,
godzinami bym klęczał na białym dywanie,
w jej białym buduarze, u jej białych stóp.
Niech z nepalskim owczarkiem atrakcyjna Bonja
swym śmigłym jaguarem do Paryża zdąża —
szaleć z Bonją w Paryżu to trywialny cel!
O ileż milej w białym salonie rococo
białym płynem z kielicha mącić sobie oko
i Białej intensywną kontemplować biel!

Fot. Janusz Sobolewski. Za książką: E. Axer „Z pamięci”, Warszawa, Iskry, 2006.
Działaczka opozycji, wspaniała aktorka i piękna, urocza kobieta poświęciła nam, tak zwanej „młodzieży nieborowskiej”, sporo uwagi, choć jej pojawienie się było ważne dla wszystkich chyba gości. Pobyty Mikołajskiej obrosły z czasem wyjątkowymi wspomnieniami. Stanowiliśmy wówczas w Nieborowie zgraną paczkę, którą mój Ojciec w Opowieści o Nieborowie opisał z lekkim przymrużeniem oka, ale też trafnie.
„Mieliśmy w owym czasie w Nieborowie grono zaprzyjaźnionej ze sobą młodzieży ze środowiska warszawskiego. Upodobało ono sobie nadzwyczaj spędzanie wakacji letnich i ferii zimowych w pałacu i parku nieborowskim, otoczonych zresztą nie mniej pięknymi terenami rekreacyjnymi obrzeży pobliskiej Puszczy Bolimowskiej. Niewątpliwą atrakcję stanowiły również konie, trzymane wówczas w stajni pałacowej i przystosowane do jazdy wierzchem, a także raj dla psów-ulubieńców, wśród których prym wiedli Benita, Dagan i Uduś. Do tej grupy wielce przeintelektualizowanej młodzieży należeli: Krzyś Lorentz, Asia i Ania Piwkowskie, Pusia Rottermundówna, Ania i Maciek Miłobędzcy, Marta Białostocka, Justyna Baczówna, Małgosia Szakowska, Andrzej Wende, Mirek Budzyński, Małgosia i Kasia Karwowskie, Dorota Płomińska, Agata Chełchowska. Po pełnych atrakcji dniach spędzanych na łonie przyrody, wieczorami zbierali się w Bibliotece przy kominku, gdzie toczyli długie dysputy metafizyczne, przeciągające się nieraz do północy. Dzisiaj są to już dojrzali ludzie, niekiedy o ciekawych osiągnięciach własnych, którzy dalej trzymają się razem, pomni na związki młodości przeżytej w szczególnej atmosferze nieborowskiego pałacu”.
Pomna na związki z czasów młodości piszę rano esemesa do Krzysia Lorentza: „Napisz mi coś o H. M. Proszę. Z zapachem perfum, kolorem i fakturą sukien (chociaż pamiętam rozkloszowaną brązową spódnicę, malowniczą chustę w kolorową kratę zarzuconą na kożuch i brązowe szpilki)”.
Krzyś odpowiada: „A Mama Kangurzyca? Pamiętasz?”.
Ja: „NIE!!! A na czym polegał konflikt któregoś lata między Florą i Julią Hartwig? To była jakaś rozmowa i chodziło o pryncypia. Pamiętasz? Byłeś oburzony na Florę i tylko to pamiętam! Piszę o Nieborowie subiektywnie, nie obiektywnie, na obiektywnie nie ma szans. Ale długo patrzyliśmy na Nieborów wspólnie”.
Krzyś: „H .M. Zielona sukienka wpadająca w odcień oliwkowy z naszytą kieszenią z przodu. A jeszcze cudny komplet wełniany – sukienka i płaszczosweter z ogromnym kołnierzem, beżowe. Konfliktu nie pamiętam”.

Krzysztof Lorentz i Anna Piwkowska
Moja bliska przyjaciółka, Justyna Bacz, też pamięta piękną zieloną suknię. Co ciekawe, zapamiętał ją Artur Międzyrzecki… W piątek 11 grudnia 1981 roku, na dwa dni przed wprowadzeniem stanu wojennego zapisał w dzienniku, że wśród zgromadzonych na obradach Kongresu Kultury Polskiej w Teatrze Dramatycznym byli między innymi Andrzej Kijowski, Tadeusz Mazowiecki i Halina Mikołajska „w zielonej sukni, z fryzurą białowłosej markizy”.
Halina Mikołajska doceniała wagę stroju, także w rolach życia. Nawet w tych najbardziej dramatycznych jego momentach. W Sylwestra 1988 roku, tuż przed ostatnim uderzeniem śmiertelnej choroby, Marian Brandys notuje w swoich zapiskach: „Stary rok zakończył się sympatycznie. […] Wspaniała forma Haliny. Piękna, uśmiechnięta, pełna inwencji towarzyskiej. W czarnej atłasowej sukni przetykanej złotą nicią wyglądała jak królowa z bajki”.
Osiem lat wcześniej nam także objawiła się w pałacowych dekoracjach Nieborowa niczym królowa z bajki i szybko zawładnęła naszymi sercami i wyobraźnią. Pamiętam, jak gromadziliśmy się wokół niej w Bibliotece. Ona na zielonej kanapie pod lampą, my często na dywanie u jej stóp, zasłuchani w opowieści. Już wiedzieliśmy, czym jest KOR; ta wiedza unosiła się w nieborowskim powietrzu od lata 1977 roku, kiedy to starszy od nas Maciek Miłobędzki zarządził przepisywanie „Komunikatów” KOR-u na stojącej w kancelarii mego Ojca maszynie do pisania. Wynieśliśmy ją na trzecie piętro do Wieży, gdzie pilnie stukaliśmy w klawisze, ale atmosfera była zupełnie nie konspiracyjna, za to bardzo wakacyjna. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie dopiero pojawienie się przy nieborowskim stole Haliny Mikołajskiej i Tadeusza Mazowieckiego było impulsem do poważniejszego myślenia o tym, co się wówczas działo w Polsce. Chodziłam wtedy z Ojcem i moją siostrą Joanną, czasem także z Mamą, na wszystkie ważniejsze premiery teatralne. Był to czas odkrywania Czechowa i gorączek z przejęcia po spektaklu. Tak było w przypadku Mewy w Teatrze Ateneum z młodą Krystyną Jandą w roli Niny Zariecznej, pod koniec grudnia 1977 roku i rok wcześniej, gdy obejrzałam Wiśniowy sad w Teatrze Współczesnym. Dyrektorem teatru, a jednocześnie przyjacielem Mikołajskiej, był Erwin Axer, kolejny wieloletni gość Nieborowa, korzystający z gościnnych pokoi od lat pięćdziesiątych aż do swojej śmierci 5 sierpnia 2012 roku. Towarzyszyła mu zwykle wybitna scenografka Ewa Starowieyska. Tworzyli parę stylową, błyskotliwie inteligentną, dowcipną i bardzo wobec siebie czułą.
W Wiśniowym sadzie w teatrze Axera podziwiałam Mikołajską w roli Raniewskiej, choć utożsamiałam się całym sercem z Anią, którą wówczas grała młodziutka Joanna Szczepkowska. W znakomitej biografii Joanny Krakowskiej o Mikołajskiej znajduję opis więzi jaka łączyła w tamtych latach Halinę Mikołajską i Erwina Axera. Mikołajska w roku 1977, gdy nasiliły się wobec niej represje z powodu głębokiego zaangażowania w działalność KOR-u, notowała: „Erwin z niezwykłym uporem i godnością bronił mnie do tej pory, narażając siebie i teatr na różnego rodzaju przykrości i «upośledzenia», o czym wiem nie od niego, ale drogą pośrednią”. To dzięki przyjaźni Axera i jego konsekwentnej postawie wobec ówczesnej władzy nigdy nie utraciła etatu we Współczesnym, a w lipcu 1981 roku, gdy trwał karnawał „Solidarności”, stanęła na scenie Współczesnego jako pani Alving w Upiorach Ibsena. Dyrektor i jego aktorka spotykali się także przy nieborowskim stole.
Znowu dzwonek powiadomienia. Nowy esemes od Krzysia, a w nim zdjęcie mosiężnej popielniczki, dużej z wygrawerowanym szlaczkiem. Taka sama popielniczka przez długie lata stała na stoliku w nieborowskiej Palarni. Paliła Mikołajska, palił Axer, palili Mazowiecki i Juszczak. Namiętnie paliła profesor Ada Jaworska i Aleksander Gieysztor. Paliła pani Ewa Lorentzowa, profesor Jerzy Szapiro i Robert Jarocki. Palił Kapuściński i Mrożek. Kto wówczas nie palił? W Nieborowie papieros po obiedzie i kolacji to był rytuał towarzyszący długim rozmowom, czasami namiętnym dyskusjom.
Krzyś: „Kupiłem na aukcji staroci”.
Odpisuję: „A Ty jeszcze palisz? Czy to tylko wspomnienie po Dunhillach? Pamiętam, były w czerwonym i w zielonym pudełku. Które z nas miało takie papierosy w latach osiemdziesiątych i skąd? Były cienkie i brązowe. W każdym razie zaciągaliśmy się jedynie dla gestu. Przynajmniej ja”.
Krzyś odpowiada od razu: „Prawie nigdy nie palę, jeszcze elektroniczne, ale bardzo słabym stężeniem wapuję. A to będzie na drobiazgi na biurku albo w przedpokoju. Ona pachnie jak w Palarni”.
Od razu dopadły mnie zapachy Palarni. Mocny zapach brązowej skórzanej kanapy i foteli, perfumy pań, dym z papierosów zmieszany z zapachem obiadu, biszkoptu na deser i poobiedniej kawy. Jeszcze zapach pasty, bo codziennie rano podłoga w palarni i drewniane schody prowadzące na pierwsze piętro były solidnie pastowane. Dzisiaj przy rannej kawie napisałam patrząc na popielniczkę – znalezisko, przysłane przez Krzysia, i myśląc o tamtej, z nieborowskiej Palarni: „To jest mosiądz, prawda?”.
Krzyś zaraz odpisał: „Tak. Przed wojną chyba robiono ten sam wzór z brązu, także złoconego – znalazłem taką w internecie, z herbem grawerowanym. Też bez sygnatury, nie wiadomo kto to produkował. Te są chyba z lat 50. Były jeszcze kubeczki na papierosy z tym samym brzegiem. Nawet miałem taki w ręce, ale nie chciałem go”.
Ja: „W Nieborowie nie było kubeczków”.
Krzyś: „No właśnie. A poza tym na ołówki był za mały”.

Gdy w styczniu 1980 roku Halina Mikołajska przyjechała po raz kolejny do Nieborowa, dla nas, młodzieży nieborowskiej, to było wydarzenie i przeżycie nie tylko niezwykłe, ale także kształtujące. Inteligentna, błyskotliwa, zabawna, trochę nas wszystkich uwodziła. Ja i moje przyjaciółki, Justyna Bacz i Małgosia Szakowska, byłyśmy wtedy rok przed maturą. Chłopcy – Krzyś Lorentz i Maciek Miłobędzki, już wtedy studenci, przeprowadzali wielką aktorkę po śniegu, z pałacu do pawilonu „na telewizję”, w pantoflach na obcasach, w kożuchu zarzuconym na ramiona, mocno trzymając ją z obu stron pod ręce. Pamiętam śmiech, zachwyt, dużo ślizgania – trochę naprawdę, a trochę na pokaz, dla zabawy. Był wtedy w Nieborowie także Tadeusz Mazowiecki. Dla nas, z jego perspektywy dzieciaków, zawsze uroczy i skłonny do rozmowy. Nazywaliśmy go Naszym Smokiem, bo był powolny, charyzmatyczny i jak smok tajemniczy. A także baśniowy. Chodziło chyba o skrzydła, które wtedy ukrywał, stulone. Miał je rozwinąć 12 września 1989 roku, gdy powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego. Wieczorami zasiadaliśmy w nieborowskiej Bibliotece. Mikołajska w zielonej sukni na zielonej kanapie pod lampą. Czytała nam, skupionym wokół, wiersze drukowanego w drugim obiegu Miłosza, Wata, Barańczaka i Herberta. Przekazywała nie tylko nieocenzurowaną literaturę, ale była także uosobieniem nieocenzurowanego świata. To wtedy po raz pierwszy usłyszałam wiersz Miłosza Który skrzywdziłeś. Z tamtej zimy zachowało się charakterystyczne wspomnienie Andy Rottenberg. Opowiadała Piotrowi Parandowskiemu (co ten zapisał w swojej książce Goście Nieborowa), że w styczniu 1980 roku, kiedy przyjechała na kilka dni do Nieborowa była świadkiem pewnej sceny. Prawie pusty Nieborów, zarówno pałac jak i pawilon, gdzie Anda z mężem dostali pokój. Po kolacji poszli do sali telewizyjnej na parterze pawilonu, aby obejrzeć „Dziennik”. Nieoczekiwanie zastali tam grupę około dziesięciu osób zajętych rozmową. By im nie przeszkadzać usiedli w tylnym rzędzie. Towarzystwo momentalnie opuściło salę. Anda zdążyła rozpoznać Tadeusza Mazowieckiego i Halinę Mikołajską. Innych nie zapamiętała, nie byli jeszcze powszechnie znani. Mówiło się, że to było tajne zebranie KOR-u „u Mikołajskiej” w Nieborowie.
Zanim pojawiła się w Nieborowie, jej postać przewijała się czasami w rozmowach gości, zwłaszcza w opowieściach Erwina Axera. Axer tak ją opisywał we wspomnieniu opublikowanym w „Dialogu” w 1989 roku: „[…] twarz o rysunku kamei, piękna głowa, którą lekko na bok przechylała, osadzona na łabędziej szyi, szczupłe, dość długie ramiona, kształtne, proporcjonalne dłonie, tak ważne na scenie, głos bogaty, o zabarwieniu indywidualnym, ćwiczony, o skali szerokiej, giętki także w śpiewie, dykcja łatwo sięgająca dalekich rzędów, z leciutką skazą, która dyskwalifikuje słabych artystów – wielkim przydaje czaru, bo jest częścią ich osobowości – pozwoliły jej grać wszystko niemal”. Związana przyjaźniami z ludźmi ze świata sztuki, literatury i polityki a także Kościoła, żona Mariana Brandysa, natychmiast wpisała się w aurę Nieborowa, a metafizyczny, nieborowski sejsmograf przyznał jej rolę królowej i czarodziejki. Przynajmniej ja tak ją postrzegałam. Pamiętam wieczór, gdy odgrywała dla nas w Bibliotece monodram według Józefa i jego braci Tomasza Manna, z którym wówczas występowała w różnych miejscach w Polsce, ale także w Paryżu, Kopenhadze, Sztokholmie i Londynie. Nosił chyba tytuł O długim czekaniu. Oprawę muzyczną do tego nieborowskiego przedstawienia przygotował Krzyś, korzystając z luksusowego na owe czasy sprzętu, jakim był magnetofon kasetowy Sony, przywieziony z Waszyngtonu przez Danutę i Edwarda Iwaszkiewiczów. Krzyś wybrał na tę okazję między innymi Das Wohltemperierte Klavier Bacha w nagraniu Światosława Richtera… Widzę Mikołajską, jak w pewnym momencie wstaje i opiera się lekko o kominek recytując fragment o tym, jak Jakub napotkał przy studni Rachelę, jak ją pokochał, a potem tę straszną noc, gdy zorientował się, że stary podstępny Laban zamiast Racheli przysłał mu w noc poślubną starszą z sióstr – niekochaną. Pamiętam gest ręki wielkiej aktorki, lekki grymas ust, gdy teatralnie spuentowała: „To była Lea”. Bił od niej blask. Wszyscy poczuliśmy ten nabokovowski dreszcz na plecach. Dreszcz zachwytu, zgrozy i wzruszenia. Poczuliśmy zawód Jakuba, ale także siłę jego miłości, gdy zgodził się służyć za Rachelę kolejne siedem lat.
Był także jeden niezapomniany wieczór, gdy w Wieży Gałczyńskiego, gdzie mieszkała, czytała dla kilkorga gości wiersze Barańczaka z drugiego obiegu i Miłosza z szarozielonego tomiku wydanego przez Niezależną Oficynę Wydawniczą NOWA. Recytowała wtedy także mój ulubiony Walc Miłosza. Wpisywał się w krajobraz nieborowskiego pałacu. „Już lustra dźwięk walca powoli obraca / I świecznik kołując odpływa w głąb sal. / I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza, / Sto luster odbija snujący się bal”. A potem nagła zmiana nastroju, dźwięk gniewu i bólu. „Jest rzeka na wpół lodami przykryta / I niewolnicze na brzegach pochody, / Nad siną chmurą, ponad czarne wody / W czerwonym słońcu, błysk bata”.
To były prawdziwe „lekcje Mikołajskiej”, które nas kształtowały, obok rozmów przy nieborowskim stole i „domowych klechd”, czyli opowieści rodzinnych. Małgosia Szakowska do dzisiaj wspomina, że gdy miała piętnaście lat usłyszała wypowiedziane przez mojego Ojca mimochodem zdanie, że „przecież Związek Radziecki nie będzie trwał wiecznie”. Śmieje się, że to było dla niej prawdziwie obrazoburcze objawienie. Nie będzie to chyba nadużycie, kiedy powiem, że może za sprawą kontaktu z Mikołajską, idei które nas wtedy przeniknęły, jesienią 1981 roku, już studenci, wszyscy stawiliśmy się na strajku na Uniwersytecie Warszawskim. Polonistyka strajkowała u siebie, od strony Oboźnej. W Audytorium Maximum siedzieli matematycy. Staliśmy z Krzysiem „na bramce” i wpuszczaliśmy strajkujących studentów na wykłady Michnika i Kuronia, albo na filmy, które wyświetlano wieczorami.
Rozdyskutowana strajkująca młodzież… Justyna Bacz do rana śpiewała i grała z Kubą Michalskim na gitarze Cohena i Kaczmarskiego. Pamiętam bitwę na śnieżki, Wojtka Pieniążka, który strajkował na wydziale etnologii i przyszedł pożyczyć Małą Apokalipsę Konwickiego. Miałam ją od „Budzyka”, mojego przyszłego męża, który nie strajkował, bo nie był jeszcze studentem. Pracował w „Więzi”, przychodził pod bramę Uniwersytetu z czekoladą „Luksusowa” i wychodziłam do niego na przepustki. Na strajku nocowaliśmy w sali numer 4 na wydziale polonistyki, razem z Jurkiem Sosnowskim, jego dziewczyną Danusią i Magdą Jaworską, która później, w roku 1984 została pierwszą Miss Polonia. Okrzyknięto ją najpiękniejszą Polką i nagrodzono koroną. Potem studiowała filozofię i napisała ciekawą książkę Być albo nie być Miss. Bardzo się na strajku zaprzyjaźniłyśmy. Magda zginęła tragicznie w 1994 roku.
Kulminacją i największym przeżyciem naszego „solidarnościowego” strajku okupacyjnego rozpoczętego 12 listopada była obecność przy pacyfikacji Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, której studenci-podchorążowie rozpoczęli strajk 25 listopada, protestując przeciwko podporządkowaniu uczelni wojskowym przepisom i domagając się autonomii oraz objęcia uczelni ustawą o szkolnictwie wyższym. Było bardzo zimno, prószył śnieg, staliśmy w zbitym tłumie obserwując brutalną interwencję ZOMO, nad budynkiem szkoły pojawiły się helikoptery. Baliśmy się, ale byliśmy także niesamowicie podekscytowani wspólną tam obecnością, krótko mówiąc studencką solidarnością. Władze wówczas zdecydowały się na siłowe rozwiązanie protestu i pacyfikację WOSP.
11 grudnia 1981 roku w piątek, po naciskach i prośbach ówczesnego rektora profesora Henryka Samsonowicza studenci Uniwersytetu Warszawskiego zakończyli strajk. Czuć było, że coś się szykuje i że nasi profesorowie zwyczajnie się o nas martwią, niepokoją. Spakowałam swój wojskowy plecak, który kiedyś należał do Tomka Jastruna, a który dostałam od mojej przyszłej ciotecznej teściowej, aktorki i reżyserki Jadwigi Marso. W jaki sposób ona weszła w posiadanie tego plecaka, w którym być może przewożona była paryska „Kultura”? Nie pamiętam. Dość, że plecak „po Jastrunie” robił wrażenie, podobnie jak moje bohaterskie trzewiki i perkalowa spódnica w sprane różyczki, którą uszyła mi Mama. Spódnicę nosiłam do czarnego, męskiego, „egzystencjalnego” swetra. Dar od Magdy, która zwinęła go ojcu. Sweter nosiłam przez trzy lata studiów. „Budzyk” napisał taki wierszyk o tamtych czasach:
Zachęcającym gestem
skinęła w moją stronę.
Nie miała nic pod swetrem
w pasy szaro-zielone.
Rym wymusił zmianę koloru legendarnego swetra. Pakowałam więc „plecak Jastruna” i czekałam na matematyków, którzy na prośbę Krzysia mieli zabrać mnie samochodem do domu na Żoliborz. W końcu przyjechali. Za kierownicą siedział Maciek Strzembosz, Krzyś przyszedł po mnie i zapakował mnie wraz z plecakiem do samochodu. Odwożono wiele osób, w samochodzie było ciasno i wesoło. Odjechaliśmy coś śpiewając. Za dwa dni, 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny. A już w styczniu aresztowano za działalność opozycyjną w stanie wojennym grupę matematyków, w tym naszych przyjaciół Krzysia Lorentza i Krzysia Kucharskiego. Chodziłyśmy z Magdą na rozprawy i byłyśmy świadkami wspaniałej mowy obrończej Władysława Siły-Nowickiego. Studentów wypuszczono z więzienia po pół roku. Pamiętam, że w więzieniu siedziały także dziewczyny. Władysław Siła-Nowicki porwał salę swoim wystąpieniem, a ja zapamiętałam tę frazę: „Nie mogę pojąć – grzmiał – jak to się stało, że ci młodzi chłopcy o płomiennych oczach i te piękne dziewczyny w ogóle się tutaj znaleźli?”.

No właśnie, jak to się stało, że wielka dama sceny polskiej, Halina Mikołajska, trafiła w grudniową, pierwszą noc stanu wojennego do aresztu śledczego na Grochowie, potem 15 grudnia przerzucono ją helikopterem razem z Anką Kowalską i Władysławem Bartoszewskim do Jaworzna, następnie 10 stycznia więzienną suką po kilkunastogodzinnej podróży przewieziono ją do ośrodka internowania w Gołdapii, a następnie do Darłówka? Z internowania wyszła 29 kwietnia 1982 roku. Można także zapytać jak to się stało, że 16 grudnia 1981 roku w Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” zginęło dziewięciu górników? Byliśmy wtedy całą rodziną w Nieborowie, dostaliśmy specjalną przepustkę, aby spędzić święta razem z Ojcem. Pokoje gościnne były nieczynne, co chwila brakowało prądu, były przerwy w ogrzewaniu. Park tonął w śniegu, na którym widać było tylko ślady zwierząt. Tak ponurego świątecznego nastroju nigdy potem nie przeżyłam. Czuliśmy się ograbieni z nadziei, przerażeni krwawymi wypadkami w „Wujku”, pełni niepokoju „co dalej”?
Rok później, w zimowy wieczór stanu wojennego, poszłyśmy z Magdą Jaworską do Teatru Polskiego, aby obejrzeć Halinę Mikołajską grającą w Wyzwoleniu Wyspiańskiego w reżyserii Kazimierza Dejmka. Premiera odbyła się 15 lipca 1982 roku. Przedstawienie stało się po kilku miesiącach legendarne, choć odczytywane przez publiczność wbrew intencjom Dejmka, który zrobił przecież przedstawienie pełne ironii i sarkazmu, próbując obnażyć myślowe stereotypy i szkodliwe narodowe mity. Jednak publiczność szalała, urządzając Mikołajskiej owacje po każdym wyjściu na scenę. Ta była zażenowana i głęboko przybita tym, że już nigdy nie usłyszy „prawdziwych” oklasków będących hołdem dla jej scenicznej gry, nie zaś dla patriotycznej, opozycyjnej działalności. Tamta zima tak jak poprzednia była ostra i śnieżna. Wokół świateł latarni na Krakowskim Przedmieściu krążyły duże płatki śniegu, była zawieja. W światłach, na scenie, wspaniała Mikołajska – Hestia wypowiadała słowa: „Weź topór – zrób czyn”. A Stary Aktor mówił: „Mój ojciec był bohater a my jesteśmy nic”. O tym przedstawieniu Dejmka Paweł Konic napisał: „Otóż na niektórych przedstawieniach w Teatrze Polskim – mieliśmy wszystkie elementy wiecu. W pierwszym punkcie: oklaski na kwestie wyrwane z kontekstu znaczeń przedstawienia czy owacje, w których uznanie dla interpretacji roli przez wybitną artystkę przechodziło w aplauz dla jej działalności pozascenicznej. […] Jedyne ścisłe, obiektywne stwierdzenie, jakie mogę zrobić, to to, że niektóre przedstawienia Wyzwolenia przestawały być teatrem politycznym, jakim zresztą w stosunku do kwestii polskiej jest cały teatr Wyspiańskiego i jakim jest przedstawienie Dejmka, natomiast stały się wiecami. A skoro już jesteśmy przy wiecach, niech mi będzie wolno zakończyć okrzykiem: «Refleksja polityczna – do teatru!», «Walka polityczna – na wiece!»”.
Powtarzała się w nieborowskich opowieściach historia, że kiedy Mikołajska przyjechała do Nieborowa po internowaniu, w listopadzie 1982 roku, od kilku dni przebywał tam już minister Tejchma. Bo stół nieborowski choć owalny, był przecież stołem okrągłym, gościł czasami postaci z różnych stron politycznej barykady. Mój Ojciec tak opisał to spotkanie dysydentki z przedstawicielem aparatu władzy: „Po jej przyjeździe (Mikołajskiej) przyszedł do mnie (Tejchma) i z przepraszającym wyrazem twarzy oznajmił, że musi wyjechać do Warszawy w pilnych sprawach służbowych. Potem pośpiesznie opuścił Nieborów. Zapamiętałem ten incydent, wielce nietypowy, kiedy prominent reżimu w tak elegancki sposób ustępował pola dysydentce. A może miał już dość ataków ze strony partyjnego betonu za swój liberalizm?”.
To słowo „liberalizm” w stosunku do Józefa Tejchmy znowu stawia pytanie o postawy tamtych czasów i charakterystyczne dla części inteligencji „dwójmyślenie”. Tejchma, za Gomułki członek Biura politycznego KC, po wypadkach grudniowych 1970 notuje w bibliofilsko wydanych Refleksjach:„Strzelanie do robotników było czymś tak niewybaczalnym dla partii robotniczej, że nie trzeba było szukać innych źródeł mojej determinacji udania się do Gomułki z żądaniem, by odszedł”.
Gomułka składa rezygnację, Tejchma zostaje. W roku 1974 obejmuje tekę ministra kultury, którego to stanowiska nie dostaje Mieczysław Rakowski, choć też się o nie ubiega. Pełni funkcję ministra w latach 1974-1978 oraz 1980-1982. Po jego śmierci przypomniano, że „najbardziej charakterystycznym przejawem jego «liberalnego» myślenia o kulturze jest obrona Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy”. Być może, jednak prysnął z Nieborowa przed Mikołajską. Z kolei Zofia Kucówna opowiadała w „Wysokich Obcasach” w lutym 2009 roku o swoich spotkaniach z Mikołajską w Nieborowie w latach osiemdziesiątych: „Halina, jak zawsze zajętą sprawami opozycji, każdego wieczoru po kolacji prowadziła zażarte dyskusje z profesorem Andrzejem Ryszkiewiczem. Pan profesor, trzeźwy racjonalista, opowiadał się za pragmatyzmem i racjonalizmem, a Halina, gorąca romantyczka, walczyła o wartości moralne”.
Faktycznie były to porywające rozmowy, w których jak w soczewce odbijała się cała niejednoznaczność tamtych czasów i postaw polskiej inteligencji. O tym pobycie Mikołajskiej w listopadzie 1982 roku mam jeszcze wspomnienie Krzysia Lorentza, który zapamiętał moment, kiedy był w Nieborowie tylko ze swoją mamą Ewą Lorentzową i Haliną Mikołajską. Zdarzały się takie okresy, że na początku tygodnia było jeszcze pełno gości, a potem wszyscy się rozjeżdżali i pałac pustoszał. Szczególnie w listopadzie, który był miesiącem od lat przeznaczonym na remonty i pracownicze urlopy. Ale zawsze ktoś zostawał, nawet gdy trzeba było przystać na zimne kolacje i obiady w pobliskiej restauracji „Na Rozdrożu”. Wtedy jednak kuchnia jeszcze działała, musiał to być więc początek listopada. Znowu próbujemy z Krzysiem uporządkować wspomnienia więc esemesy krążą wieczorem między Żoliborzem a Bielanami.
Krzyś: „H. M. była też w listopadzie 82, ale wtedy nic się nie działo, bo byliśmy tylko w trzy osoby w Nieborowie. To znaczy dla mnie się działo, bo co rano zanosiłem jej kawę i śniadanie, siedziałem przy jej łóżku i słuchałem kolejnych fragmentów tekstu, który pisała”.
Ja: „To wtedy ponoć wyjechał Tejchma, gdy się dowiedział, że przyjechała. O czym pisała?”.
Krzyś: „Ten tekst jest chyba zupełnie nieznany, znam go ja jako pierwszy recenzent i znał chyba Raszewski. Miała to dać Muzeum Teatralnemu. O kulturze i stanie wojennym. Były tam cudownie zjadliwe fragmenty o kolaborujących kolegach. Ona miała świetne pióro. To było świadectwo historyczne, które zamówił u niej Raszewski. Mogło być nawet obłożone zastrzeżeniami udostępniania”.
Ja: „No właśnie. Czy my jesteśmy Ostatnimi Strażnikami Grobowca?”.
Krzyś: „Wszyscy ludzie tak mają. Poza wybrańcami bogów oczywiście. Sędzia Szerer mówił mi, że żyje za długo, bo wszyscy pamiętający to, co on umarli. Czapski też tak czuł. Miłosz też tak mówił. Kto poza mną ma w oczach nieokorowany pień sosny podpierający przez dwie skrzyżowane deski sufit Sali balowej? Telefon na korbkę w Szatni pod Orłami?”.
Krzyś ma nade mną przewagę, bo pamięta Nieborów jeszcze sprzed remontu w roku 1968. Przyjechał tam po raz pierwszy z rodzicami w 1964 roku. Miał cztery lata. Rozłączamy się, bo chcę jeszcze zadzwonić do Piotra Mitznera i zapytać o pisany w Nieborowie tekst Mikołajskiej. Piotr mówi, że może coś na ten temat wiedzieć Joanna Krakowska i przy okazji dorzuca swoją anegdotę o Halinie Mikołajskiej. Przywoziła do ich domu w Podkowie Leśnej Mariana Brandysa, który nagrywał tam swoje wspomnienia na dyktafon. Dyktafon się ciągle psuł, ale Mikołajska była świetnym inżynierem. Zawsze go potrafiła naprawić. Była także kierowcą swego męża. Gdy parkowali przed domem Mitznerów, w niewielkiej odległości za nimi zawsze zatrzymywał się jakiś samochód. Kierowca cierpliwie czekał i gdy wyruszali z powrotem ruszał za nimi. Przypomina mi się opowieść Achmatowej o różnych „Wasiach”, którzy mokli w ogrodzie Domu nad Fontanką, znudzeni i zmarznięci, bo przeważnie nic się nie działo. Piotr obiecuje przysłać mi adres mailowy do Joanny Krakowskiej, czyni to natychmiast po rozmowie, i jak to on dorzuca jeszcze jakże aktualny wiersz Antoniego Słonimskiego, również gościa Nieborowa, o tym, że warto uciec od gwaru miasta w nieborowskie lasy.
PAMFLET
Plunąć by na to wszystko i zatrzasnąć drzwi
Od tych cholernych naszych heroicznych czasów.
Szkoda może ostatnich już pogodnych dni,
Mazurskich jezior, Obór, nieborowskich lasów.
Niemęska to jest sprawa schodzić z pola bitw,
Lecz chciałoby się wytchnąć, odejść choć na chwilkę
Od politycznej giełdy, klik, mafii i sitw
I na stronie sam z sobą poszeptać jak Rilke.
Albo pisać mistycznie skandynawskie nudy,
Że chłop, że Bóg, że kosmos huczy w liściach drzew,
Cóż, kiedy mam alergię taką do obłudy,
Że cholera mnie bierze, zalewa mnie krew.
Gdy czar rzuca na biedną Tytanię Oberon,
Gdy nie spędzony kijem ze sceny Tartuffe!
Świat ginie! – krzyczą tchórze, więc kto jeszcze żyw,
Na pożar Rzymu lutnię ma stroić jak Neron?
Gdy argentyński klerk, paryski odszedł mistrz,
A bigot, przyszły wódz, czeka u drzwi ambasad,
Chwal ludzką myśl, obrońco kartezjańskich zasad,
A głupstwo, fałsz i mit szyderczym piórem niszcz!
Genialny w swoich diagnozach Słonimski, zdziwiłby się zapewne widząc, jak bardzo aktualny jest dzisiaj jego wiersz sprzed wielu lat i sprzed wielu ustrojów. Nie ufając pamięci, ale ciekawa co Mikołajska pisała w 1982 roku w Nieborowie, sięgam jeszcze raz do świetnej książki Joanny Krakowskiej Mikołajska. Teatr i PRL. Faktycznie autorka wspomina List Haliny Mikołajskiej do Zbigniewa Raszewskiego, maj – grudzień 1982 [list na życzenie adresata rozwinięty w opis przeżyć w okresie internowania]. Odpis zachował się w archiwum domowym Haliny Mikołajskiej. To chyba nad tym tekstem pracowała w Wieży Gałczyńskiego, gdy Krzyś przynosił jej śniadania do łóżka.
W listopadzie 1982 roku spotkała się z Mikołajską w Nieborowie jeszcze inna wybitna kobieta, profesor Irena Huml, historyk sztuki i profesor nauk humanistycznych. Dzieło jej życia to między innymi prekursorskie badania nad sztuką użytkową od przełomu XIX i XX wieku po czasy współczesne. Jako jedna z pierwszych podejmowała temat polskiego rzemiosła artystycznego, designu, tkaniny artystycznej, biżuterii, ceramiki i szkła artystycznego. Do Nieborowa przyjeżdżała od lat sześćdziesiątych. Prywatnie mama Justyny Bacz, była mi bardzo bliska. Justyna przysłała mi dzisiaj wieczorem fragment jej pamiętnika dotyczący tamtego pobytu:
Nieborów, 8 listopada 1982
Wracam do pamiętnika. Jestem od tygodnia w Nieborowie, gdzie przyjechałam, aby zanurzyć się w intelektualnej atmosferze i zająć wreszcie pisaniem. […]
Dziś jednak chcę zanotować atmosferę wieczoru, który spędziłam słuchając opowiadania p. Haliny Mikołajskiej, aktorki, prawie postaci symbolicznej znanej ze swojej działalności w obronie spraw robotniczych, członka KOR (Komitetu Obrony Robotników), później działaczki „Solidarności”. Należała ona do pierwszych internowanych, wypuszczona na wolność po pięciu miesiącach. Niezmiernie interesujące były jej refleksje na temat czasu spędzonego w odosobnieniu i reakcji na sprawy rozgrywające się wokół niej, zarówno z jej udziałem, jak i bez niego.
Opowiadała o tym np., że odmawiano podpisania tzw. lojalki (deklaracji lojalności) nawet w krańcowo trudnych wypadkach zagrożenia własnego życia (dwie internowane, które w czasie transportu uległy wypadkowi i doznały wstrząsu mózgu). Objawy wstrząsu długo nie ustępowały więc lekarz z międzynarodowego czerwonego krzyża zalecił przewiezienie chorych do szpitala, gdzie znajduje się oddział neurochirurgii: chorym podsunięto jednak deklarację uzależniającą od tego ich przewiezienie. Odmówiły. P. M. nie zna ich dalszych losów. Wstrząsnąć musi każdym zamierzone, antyhumanistyczne postępowanie, choć jest ono częstym zjawiskiem.
Najbardziej ciekawe były jednak jej refleksje natury psychologicznej. Analiza reakcji w sytuacji, kiedy człowiek czuje się zamknięty, nawet jeżeli dom ma normalne okna i drzwi oszklone, gdzie pozornie jest kontakt ze światem. Drobiazgi stają się ważne, a nawet b. ważne. Wcale nie zimno, brak należytego wyżywienia, lecz właśnie możliwość zdobycia lampki do czytania czy przywileju nie wstawania na apel, wreszcie umiejętności opanowywania się, kiedy wyczytują imię i nazwisko, aby podać pocztę, a czynią to w sposób prowokujący, pokazując swoją władzę.
Mowa też była o nadchodzących rocznicach i ewentualnych demonstracjach i o ich celu oraz pozytywach i negatywach. Wieczór na pewno wyjątkowy, jak i osoba, która była jego pierwszą gwiazdą.
Tak, Halina Mikołajska z pewnością była gwiazdą pierwszej jasności w nieborowskim planetarium. Dużo później dowiedziałam się, że przed śmiercią zdążyła wziąć jeszcze udział w pierwszych prawie wolnych wyborach 4 czerwca 1989 roku. Zaniesiono ją do punktu wyborczego na noszach. Umarła 17 dni później.
ANNA PIWKOWSKA
Fragment książki „Mój Nieborów”przygotowywanej dla Państwowego Instytutu Wydawniczego.