Józefa, syna Jakuba i Racheli, przekazywano sobie z rąk do rąk. W Egipcie kupił go Putyfar, urzędnik faraona. Józefowi dobrze się u niego wiodło, został zarządcą domu, przyczynił się do powiększenia majątku Putyfara. Jego uroda zwróciła uwagę żony Putyfara (kolejnej z wielu bezimiennych kobiet w historii chrześcijaństwa), która usiłowała go uwieść. Kiedy Józef się jej oparł i spróbował uciec, zębami zerwała z niego płaszcz… po posadzce potoczyły się guziki. Ten płaszcz stał się później dowodem w fałszywym oskarżeniu. Wiadomo, czym to poskutkowało. Ale co z guzikami? Kto je pozbierał? A może po dziś dzień leżą na zimnym marmurze, spowite w egipskie ciemności. „Książki mają swój los”. Skoro tak – pomyślałem – guziki też powinny go mieć. Oto jak się zaczął ten wiersz.

Fot. Anna Waligórska
guzik
Tak bardzo o nim chciałem napisać wiersz.
Długo patrzyłem w szafę z ubraniami.
Przebierałem w słowach,
językiem zaczepiałem o cytaty, plątałem się.
Aż z tekstylnej czeluści, spoza dwurzędówek
wypadł w krąg światła tuż pod lampę
krnąbrny brzdąc,
brwi unosząc, zadrwił ze mnie
(na rozszczepionych kopytkach stał,
operował szklanymi kuleczki),
wyczarował litanię, płynną,
potoczystą, jak z książek:
Guzik, tyle warte życie, jeśliś zły. Przetopią cię.
Guzik niepewności postawiony przeciwko dolarom.
Guzik niesłowności i Rydz (Śmigły uciekł, nie oddawszy nawet).
Guzik zazdrości, urwany – w żądzy przyboju? zębami?
Guzik zaczepienia. Trzymasz go, żeby nie stracić słuchacza.
Guzik, „gdy zabraknie pamiątek i nadziei”.
Guzik szczęścia na widok kominiarza.
Guzik Münchhausena, sonda wskazująca, gdzie ukrył się zwierz.
Guzik człowiek, z czapki Bogdychanów Kleks.
Guzik w windzie, naduś, a zjedziesz na parter.
Guzik ratunku, ostatni, za który się złapiesz.
Guzik z pętelką, guzik prawda, wiesz.
MIŁOSZ WALIGÓRSKI
W części mieszkalnej chałupy zgromadziliśmy wiele rozmaitych drobnych przedmiotów, a na ścianach powiesiliśmy obrazy, obrazki i makatki. Na wielu z nich są sentencje lub napisy zarówno w języku niemieckim, jak i polskim. Ten galimatias językowy nie jest rzecz jasna przypadkowy, lecz stanowi osnowę opowieści o kwestii językowej…
Na stole w głównej, reprezentacyjnej izbie, są trzy ceramiczne deseczki śniadaniowe z przełomu XIX i XX wieku, wszystkie ozdobione kobaltowo-niebieskim wzorem cebulowym (Zwiebelmuster) na białym tle. Pierwotnie, tj. od XVIII wieku, dekorowano nim wyłącznie porcelanę miśnieńską, ale od ostatniej dekady XIX wieku był często wykorzystywany (kopiowany) przez inne firmy i stał się jednym z najpopularniejszych wzorów porcelany stołowej. Na jednej z tabliczek – kupiłem ją na wrocławskiej giełdzie staroci jeszcze w czasach studenckich, ponad pół wieku temu – oprócz wzoru cebulowego jest sentencja:
Wer Neider hat
hat Brot.
Wer keine hat
hat Not
co można przetłumaczyć:
Kto ma zawistników
Ma chleb,
Kto ich nie ma
Ma biedę.
Autorem tej popularnej w XIX wieku sentencji był piszący w języku niemieckim szwajcarski pisarz i ksiądz Jeremias Gotthelf (1797-1854).

Sentencja w języku niemieckim na ceramicznej deseczce śniadaniowej.
Na ścianie „dobrej izby” – oprócz opisanego wcześniej już karczemnego toastu oraz akwareli przedstawiającej białego gołębia, trzymanego w dłoniach, z napisem: „Hand, die nicht läßt, halte mich fest! 1. Mose 8, 9.”, o której napisze w dalszej części, wisi też malowany na szkle obraz z sentencją. Szkło prawie w całości jest zamalowane na czarno, pod nim jest ułożone „sreberko” (cynfolia), które w niezamalowanych miejscach tworzy kompozycję kwiatową, nad nią są dwie skrzyżowane kotwice – symbol nadziei, a wokół dająca otuchę i nadzieję sentencja:
Wenn auch der Hoffnung
letzter Anker bricht,
verzage nicht!
co można przetłumaczyć:
Jeśli pęknie nawet
ostatnia kotwica nadziei,
nie rozpaczaj!

Niosąca otuchę i nadzieję sentencja nieznanego autora na obrazie malowanym na szkle i wyłożonym „sreberkiem” – ludowa wersja orientalnych wyrobów z czarnej laki z „zatopionymi” w niej srebrzystymi ornamentami.
W mniejszych izdebkach – alkierzach, ściany zdobią głównie rozmaite makatki z białego płótna, z prostym haftem konturowym. Ojczyzną makatek były Niemcy i Holandia. W XIX wieku zdobiły głównie kuchnie, a dopiero na początku XX wieku wieszano je także w innych pomieszczeniach, również wielu innych krajach Europy. Choć makatki wielu osobom kojarzą się zwykle z kulturą wiejską, to początkowo zdobiono nimi domy mieszczańskie (!), potem robotnicze w miastach, a najpóźniej trafiły do chat wiejskich. Początkowo hafty na nich były jednokolorowe, przeważnie niebieskie, czasami czerwone lub czarne, i zwykle przedstawiały prosty, konturowo ukazany wizerunek lub scenkę – często np. we wnętrzu kuchni, albo kompozycję roślinno-kwiatową. Prostemu obrazkowi towarzyszyła najczęściej krótka sentencja / napis o treści religijnej lub świeckiej, najczęściej z popularną w XIX wieku w Niemczech dewizą „3 K” czyli: Kirche, Küche, Kinder (kościół, kuchnia, dzieci), określającej tradycyjną rolę kobiet w XIX-wiecznym społeczeństwie i rodzinie (jej autorem podobno był sam cesarz Wilhelm II). W latach 30. XX wieku makatki często były wielokolorowe, a na targach i w sklepach sprzedawano masowo „półprodukty” – płótno z wyrysowanym już na nich wzorem oraz nićmi do jego wyszywania, później powodzeniem cieszyły się fabryczne makatki z gotowym już haftem maszynowym albo nawet kolorowym nadrukiem.

Dwie makatki z alkierza: na dole z opisaną poniżej sentencją, nad nią z wyhaftowanymi łabędziami (częsty motyw w sztuce ludowej) symbolizującymi czystość, piękno, wdzięk i dziewiczość oraz liliami – symbolizującymi również czystość, niewinność, nieskazitelność, ale też piękno i szczęśliwość.
W alkierzu – sypialni gospodarzy, wiszą dwie makatki z wyhaftowanymi czerwoną nicią ornamentami kwiatowymi i ludowymi mądrościami. Na jednej z nich jest sentencja „Froh und heiter Gott hilft weiter” – co można przetłumaczyć: „[Bądź] Szczęśliwy i radosny, a Bóg [ci] dopomoże”, na drugiej czytamy: „In der Frauen Schoos liegt des Hauses Loos!”. Schoos i Loos są nieużywanymi od dawno archaizmami, ale za pomocą słownika braci Jakuba i Wilhelma Grimmów z 1815 roku sentencję tę można przetłumaczyć: „Kobiece łono skrywa szczęście domu” – co odnosi się do zasady „3 K”, zgodnie z którą kobieta miała zajmować się potomstwem, dbać o rodzinę i szczęście domu.

Dwie makatki z alkierza – sypialni gospodarzy: na dole z opisaną wyżej sentencją, nad nią wisi namalowana na płótnie scenka rodzajowa – grzybobranie.
Ściany w izbie dziadków zdobią makatki z prostymi sentencjami w języku polskim: „Mydło i woda twoja uroda!” i „Świeża woda”, a w spiżarni napisy są zarówno nietypowe i oryginalne: „I kura złodzieja nie lubi” albo „Oszczędzaj opałem” (ta jest aktualna obecnie!), jak też popularne: „Jak żona gotuje, mężowi obiad smakuje” etc., ale także w języku niemieckim „Meine Küche, mein Stolz” czyli „Moja kuchnia, moja duma”.

Makatki z izby dziadków w „kąciku higienicznym”, dawniej namiastce łazienki.
Wiele osób jest zdziwionych tym językowym galimatiasem i pyta jakim językiem mówili Mazurzy. Odpowiedź zwykle jest taka: zależy, kiedy i gdzie, bo zmieniało się to w czasie i przestrzeni – w mieście czy na wsi, na południu, północy, wschodzie czy zachodzie Mazur (Prus Wschodnich). Upraszczając można stwierdzić, że im dalej od południowej granicy Prus, tym większy był odsetek ludności pochodzenia niemieckiego używającej języka niemieckiego i odwrotnie – im bliżej granicy z Mazowszem, tym częściej było słychać język polski, a dokładniej jego odmianę jaką była mazurská gádkä.
Do XIX wieku w południowych powiatach mazurskich (szczycieńskim, mrągowskim, ełckim i piskim) przeważała zdecydowanie ludność pochodzenia polskiego, która uważała się za polskich Prusaków. W XIX wieku ludność mazurska, nawet mająca polskie korzenie i mówiąca po polsku, uważała się równocześnie za wiernych poddanych króla pruskiego. Sam Fryderyk Wilhelm IV mawiał, że jego poddani nie dzielą się na Niemców, Litwinów i Polaków, lecz na niemieckich, litewskich i polskich Prusaków. Szczególnie mieszkańcy głęboko ukrytych w lasach wiosek, żyjący w małych, zamkniętych społecznościach posługiwali się głownie językiem polskim, dbając, by ich dzieci także go znały. Autor Dzieci Jerominów Ernst Wiechert, urodzony w 1887 roku i wychowany w Puszczy Piskiej, pisał: „wzrastaliśmy niemal w całkowitej samotności, w otoczeniu ludzi posługujących się polskim, ojczystym dla nich językiem”.

Makatki z reguły w schematyczny i powielany sposób przekazywały godne naśladowania proste dewizy lub ideały – zarówno o tematyce świeckiej jak i religijnej, ale zdarzały się też nietypowe, jak ta przedstawiająca złodzieja wykradającego jaja z kurnika i goniącą go kurę.
W powiecie piskim w 1890 roku ludność polskojęzyczna stanowiła aż 78,8%, w 1905 roku jeszcze 73%, ale aż 83,4% uczniów szkół powiatu podawało polski jako język domowy. Rodzice tych dzieci często nie znali niemieckiego lub znali go słabo, a dziadkowie go nie używali: w 1925 roku w powiecie piskim jeszcze 80% mieszkańców wsi stanowiła grupa polskojęzyczna, a w miastach było ich zaledwie 15%.
W pierwszych dekadach XX wieku integrujący społeczność mazurską język polski został szybko wypierany przez niemiecki, a wraz z nim następowała zmiana świadomości narodowej. Znaczący udział w tej przemianie odegrał założony w 1894 roku Związek dla Popierania Niemczyzny na Kresach Wschodnich (Verein zur Förderung des Deutschtums in den Ostmarken) – znany jako Hakata, który inicjował i popierał zarządzenia antypolskie pruskiego rządu, aktywnie działał na rzecz zwalczania języka polskiego w szkołach, w sądzie i urzędach, zgodnie z hasłem: „Stoicie naprzeciw najgroźniejszego, najbardziej fanatycznego wroga dla niemieckiej egzystencji, niemieckiego honoru oraz niemieckiej reputacji na całym świecie: wobec Polaków”.
Proces asymilacji językowej znacznie przyśpieszyła wielka migracja zarobkowa do Zagłębia Ruhry w Nadrenii Północnej-Westfalii pod koniec XIX wieku, odbudowa Mazur po I wojnie światowej i wygrany przez Niemcy plebiscyt z 1920 roku. Zapanowało powszechne przekonanie, że tylko znając język niemiecki, można coś w życiu osiągnąć, stąd coraz silniejsza dominacja tego języka. O ile według niemieckich statystyk w 1890 roku w powiecie piskim prawie 79% mieszkańców mówiło po polsku, a tylko 21% po niemiecku, to 35 lat później, w 1925 roku, proporcja ta uległa odwróceniu: 79% mieszkańców posługiwało się niemieckim, a 21% polskim – przynajmniej oficjalnie, bo często ukrywano znajomość polskiego! Później, w okresie nazistowskim jedynym dopuszczalnym językiem był niemiecki, choć w domu i w kontaktach sąsiedzkich często nadal używano polskiego. Jak wspominał urodzony w 1934 roku w Zdunowie w Puszczy Piskiej, Erich Kowalczyk, którego rodzice mieli pole przy ówczesnej granicy polsko-niemieckiej: „Kiedyś podsłuchałem, jak ojciec z Polakami rozmawia po polsku. Ja nic nie rozumiałem, więc matki zapytałem, o czym mówią. Matka też rozumiała polską mowę, ale powiedziała żebym się tym nie interesował”.
No i dlatego w naszym muzeum sentencje w języku polskim wiszą jedynie w izbie dziadków, którzy często jeszcze mówili po polsku. Ich dzieci częściej mówiły po niemiecku, stąd w ich sypialni napisy są w tym języku, podobnie jak w dużej, reprezentacyjnej izbie, do której mógł zajrzeć ktoś obcy lub wejść jakiś oficjał – sołtys, policjant czy partyjny agitator…
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
Dla Aleksandra Fiuta
Pierwsza emigracyjna książka poetycka Czesława Miłosza, opublikowany w roku 1953 tom Światło dzienne był na poły tylko zasklepioną raną po ucieczce z Polski oraz jej konsekwencjach: trwodze, rozpaczy. Śladem szczerego przekonania, że oderwanie od narodowej i językowej wspólnoty, a przy tym przeciwstawienie się prawidłom Historii, mającym gwarantować zwycięstwo komunizmu – jest dla poety artystycznym samobójstwem, gestem, za który płaci się zdławieniem języka, niemotą. A przecież tamten zbiór zawierał także wspaniały „wiersz rekonwalescencji”, zapowiadający nieustawanie w życiowej i pisarskiej wędrówce, proroczy utwór Mittelbergheim z jesieni roku 1951. Błysk nadziei.
Jesienią roku 1955 sytuacja Miłosza jest już inna. Nie mieszka – kłócąc się z nimi zaciekle – z grupką twórców „Kultury” w Maisons-Laffitte, ale wraz z żoną Janiną i dwoma synami, którzy przyjechali do Francji ze Stanów Zjednoczonych. Dzięki pomocy przyjaciół może wynajmować dom w podparyskim miasteczku Brie-Comte-Robert, skąd wkrótce Miłoszowie przeniosą się do wygodniej położonego Montgeron. Stalinizm w Polsce minął swe apogeum, słychać pierwsze trzaski pękającego lodu, zapowiadające słynną „odwilż”, a emigrant może mieć przynajmniej poczucie, że czasu nie zmarnował. Jeśli na półce gromadził własne książki, obok Światła stoją tam już Zniewolony umysł, dwie powieści – Zdobycie władzy i Dolina Issy, tom przekładów ze szwajcarskiej filozofki, a przez pewien czas także towarzyszki życia poety – Jeanne Hersch. Za pierwszą z powieści, we francuskim przekładzie noszącą tytuł La prise du pouvoir, Miłosz otrzymał międzynarodową nagrodę, a dzięki karierze, jaką zrobił Zniewolony umysł, dzięki licznym wystąpieniom i artykułom stał się pisarzem szanowanym na Zachodzie, przynajmniej w kręgach tak zwanej niekomunistycznej lewicy. Z opóźnieniem i tylko w pewnym stopniu, ale zaakceptowała go również polska emigracja. A wreszcie: ma poeta dość twórczych sił, by podjąć tak obszerne i ambitne zamierzenie, jakim jest Traktat poetycki, powstający na przełomie 1955 i 1956 roku, a jako osobna książka trafiający do drukarni w roku 1957. By stworzyć dzieło polifoniczne, niezwykle błyskotliwe, chwilami wręcz olśniewające; zarazem kondensujące dziesiątki filozoficznych, politycznych, estetycznych, historycznych czy biograficznych wątków – i emanujące lekkością. Dzieło, o którym jeden z pierwszych czytelników, Aleksander Wat powiedział, że „to szczyt, na jakim nasza poezja nie była od stu lat”.
Z pewnością Miłosz nie myśli już o dobrowolnym zakończeniu życia, co było pokusą prześladującą go bezpośrednio po wybraniu emigracji. Nie znaczy to jednak, że czuje się dogłębnie pogodzony z losem i sobą. Przecież w tym samym 1957 roku, gdy ukazywał się Traktat – w Paryżu spotka go Tadeusz Różewicz, zapamięta załzawione oczy Miłosza, ciągłą niepewność pisarza, czy postąpił dobrze. Czy nie zdradził. Czy nie były słuszne oskarżenia, jakimi go obrzucono. Sam autor Ocalenia wspominał, że po zachłyśnięciu się, a raczej zatruciu ideologią, po dramatycznej walce z nią – nadal trudno mu było „powrócić do myśli kontemplacyjnej”. Stąd szukanie ratunku w Dolinie Issy, a więc sięgnięcie do dzieciństwa, by to z niego, z anteuszowego przylgnięcia pamięcią i pisarską wyobraźnią do najbardziej bliskiej mu ziemi, zaczerpnąć sił. Stąd także Traktat poetycki, na pewien sposób zapowiadający z kolei Rodzinną Europę. Intelektualna autobiografia z roku 1959 będzie próbą wytłumaczenia Zachodowi, kim jest mieszkaniec rubieży kontynentu, co go ukształtowało, próbą dokonaną zresztą w wigilię wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Traktat natomiast rekonstruuje artystyczny rodowód pisarza, chce wskazać, jakie winno być zadanie poezji w powojennej, tak innej od przeszłości epoce, co ja sam, jego autor – chcę osiągnąć, jakie moralne zobowiązania na mnie ciążą. Jak się wpisuję w literacki łańcuch pokoleń, którego ogniwa znaczone są sporami i niechęcią, ale także podziwem, wdzięcznością, solidarnością. A już niewątpliwie: poczuciem podejmowania – wciąż na nowo – tego samego trudu. Bo przecież: „Ktokolwiek białą ręką w tym stuleciu / Prowadzi rządki liter na papierze, / Słyszy stukania, głosy biednych duchów / Zamkniętych w stole, w ścianie, w wazie kwiatów. / Dać znać próbują, że ich właśnie ręka / Z materii przedmiot każdy wydobyła. / Godziny męki, nudy, beznadziei / W nim zamieszkały i zniknąć nie mogą”.

Miriam Chiaromonte, Czesław Miłosz, Mary McCarthy, Mediolan 1955.
*
Po raz kolejny, po Traktacie moralnym i Toaście wybiera Miłosz formę ostentacyjnie daleką od głównego nurtu polskiej poezji XX wieku. Zmierzała ona przecież do postaci skondensowanego liryku, do oszczędności słów, poetyki „ściśniętego gardła”, tymczasem autor Ocalenia – po części inspirowany poezją anglosaską, Eliotem czy nieporównanie mniej znanym Karlem Shapiro, autorem poematu Essay on Rime z roku 1945 – sięga daleko wstecz. Do poezji opisowej, właściwie do stulecia XVIII i klasycyzmu, poprzedzającego romantyczną rewolucję. Nie zamierzam w tej chwili analizować poetyki Miłosza, co jest istotne, to fakt, że w jego wyborze łączą się różnorodne, z pozoru odległe od siebie obszary. Jak już sam wyjaśniał po publikacji Ocalenia, w zwróconym do Kazimierza Wyki artykule-manifeście List pół-prywatny o poezji, autor Traktatu walczy z tym, co nazywa „zwężeniem” poezji, zamknięciem jej w „kredowym kole”. Z tradycją wywodzącą się od Stéphane’a Mallarmé, który przekonywał, iż świat istnieje po to, by stać się kiedyś piękną książką. Tradycją szukania nowego języka, eliminacji zeń „brudu” codzienności, uznawania za wiersz jedynie tego, co jest odmienne od prozaicznej zwykłości, za każdym razem wynalazcze. Nie nazywania, lecz pseudonimowania. A zatem także z tradycją międzywojennej krakowskiej awangardy, symbolizowaną w Traktacie przez ironicznie sportretowanego Juliana Przybosia, który zresztą nie pozostanie Miłoszowi dłużny. Oceni wszak, że emigracyjny twórca „zwersyfikował dywagacje historyczno-literackie i tę prozę – tyle tylko że chaotyczną – nazwał, nie wiadomo dlaczego, Traktatem poetyckim”.
Ale klasycyzm oznacza także odrzucenie romantyzmu, co w czasie wojny i bezpośrednio po niej ma wymiar polityczny, jest konsekwencją przekonania, że przyszłość nie należy do spadkobierców Polski sanacyjnej (a zarazem: Polski oficjalnie czczonych wieszczów), że nie wywalczy jej Armia Krajowa, że przyszłość ta została już zagospodarowana przez tych, którzy przyjdą ze Wschodu, zdobędą władzę dzięki sowieckim tankom i zamysłowi Stalina. Oni zaś, przynajmniej oficjalnie, odwoływać się będą do dziedzictwa oświecenia, a klasycyzm ironii oraz masek – lepiej pasować będzie do odnowionego rosyjskiego zaboru, do sytuacji, którą trzeba przetrwać, przynajmniej na razie nie ma bowiem żadnej szansy, by ją zmienić. Przekonanie to wypracował Miłosz w okupowanej Warszawie, podczas rozmów z filozofem Tadeuszem Juliuszem Krońskim, swym demonicznym mistrzem intelektualnym, którego opisze jako „Tygrysa” i któremu ostatecznie się sprzeciwi – dopiero w Rodzinnej Europie. Za straceńcze podjęcie tradycji romantycznej uzna zaś poeta powstanie warszawskie, jeszcze jeden polski zryw prowadzący do hekatomby. Bolesnym podsumowaniem takiej postawy są linie Traktatu o „dwudziestoletnich poetach Warszawy”, którzy „nie chcieli wiedzieć, że Coś w tym stuleciu / Myślom ulega, nie Dawidom z procą”.
Idąc dalej: Miłosz wybiera formułę traktatu, poezję – jeśli tak można ją nazwać – realistyczną, opisującą i komentującą codzienny świat w całej jego złożoności także z przynajmniej dwóch powodów osobistych.
Po pierwsze, u podstaw swego talentu po prostu nie był on poetą mającym na podorędziu zawsze nową metaforę, szczególny, niepowtarzalny sposób nazywania rzeczywistości. Sam kiedyś przyznał, że arcy-wzorcem pozostaje dla niego wiersz Pana Tadeusza, zaś „wszystkie poszukiwania awangardowe są już pewnym zagubieniem się”. Poemat Mickiewicza i wiersze Miłosza czytamy nie dla całkowitej nowości poszczególnych słów czy ich połączeń, uwodzi nas raczej ewokowany obraz, a jednocześnie rytm, inkantacja, jakbyśmy wchodzili do wnętrza modlitewnej pieśni, apelującej do głębinnych, na poły tylko uświadamianych obszarów naszego „ja”. Za sprawą bodaj niemożliwego do zanalizowania mechanizmu, obcujemy z językiem doskonale znanym, a zarazem przemienionym, doznajemy tego właśnie, co postuluje początek Traktatu: „Mowa rodzinna niechaj będzie prosta. / Ażeby każdy, kto usłyszy słowo, / Widział jabłonie, rzekę, zakręt drogi, / Tak jak się widzi w letniej błyskawicy”.
Po drugie, Miłosz podejmował decyzję, odpowiadając samemu sobie na pytanie, jaka poezja może przynieść pomoc mieszkańcom wieku XX – oszalałego i skrwawionego. Już pod koniec międzywojennego dwudziestolecia pisał o konieczności „zejścia na ziemię”, co oznaczało porzucenie azylu estetów, potrzebę wypowiedzenia czegoś więcej niż własna dusza. Horror wojny, Holokaustu, obcęgi ideologii i gołej siły, w które pochwyceni zostali mieszkańcy Europy Środkowej po roku 1945 – taką postawę mogły tylko wzmocnić. W każdym razie: wzmocnić w przypadku poety, który mimo wszystkich pokus nie chciał uciec na bezludną wyspę – czy byłaby nią poezja ezoteryczna, czy farma w Stanach Zjednoczonych, na wybranie której namawiał go amerykański przyjaciel pod koniec lat czterdziestych. Być może tok myśli Miłosza dałoby się oddać i w ten sposób: skoro już jestem poetą, a fakt ten określa dogłębnie całe moje życie, naznaczając je przy tym rysą zimnego egoizmu, niechże efekt tego życia będzie pożyteczny dla możliwie wielu, nie tylko dla garstki „wtajemniczonych”. Tak zatem poezja nie może być urokliwym „obrazem / I niczym więcej”, bo gdy nim się staje, zapomina o niej „suchy, ostry świat”. Musi być myślą i to chirurgicznie precyzyjną, by na nowo to w niej właśnie, a nie w prozie, w publicystyce – toczono „te walki, gdzie stawką jest życie”. Wszak „więcej waży jedna dobra strofa / Niż ciężar wielu pracowitych stronic” – mówi słynna linia, dogłębnie prawdziwa dla nas wszystkich, którym w głowach kołaczą się ułomki wierszy, a ich powtarzanie staje się jeśli nie zaklęciem, to przynajmniej siecią, w którą łowimy nasze odczucia – o wiele skuteczniej, niż moglibyśmy to zrobić własnymi, tak przykro nieporadnymi słowami.
Wśród źródeł siły poezji Miłosza jest też bowiem umiejętność dokonywania fenomenalnych myślowych skrótów, kondensacji takiej, z jaką mamy do czynienia choćby w tym dławiącym gardło dwuwierszu o Rachelach, które „zwilżały usta, warkocz upinając / Szpilką, co leży z popiołem ich córek”. Jedenastu słowach, w których cała historia żydowskiej emancypacji i asymilacji z przełomu XIX i XX stulecia, pamięć Wesela spotykają się z epoką pieców i ludobójstwa. Tą samą umiejętnością wykaże się zresztą Miłosz chwilę później w Rodzinnej Europie, której narracja najdalsza jest od „snucia wspomnień”, pełna natomiast zdań-rac, krótkich i prostych, ale w interpretacji rozbłyskujących olśniewającym wachlarzem sensów.
*
„Tam nasz początek” – mówi Miłosz o formacji Młodej Polski oraz jej kolebce, skromnym, prowincjonalnym, maleńkim Krakowie, nieśmiało wychylającym się za linię dawnych murów obronnych. Wtedy to, na przełomie stuleci, czy raczej u końca wieku XIX, bo przecież stulecie kolejne wybuchnie nie w roku 1901, a gdzieś między rokiem 1914 a 1918 – rodzi się nowoczesność. Świat, którego – mimo wszystkich zmian – nadal jesteśmy mieszkańcami. W każdym razie: byliśmy, gdy Miłosz pisał swój poemat.
W tamtej epoce uderzają go przede wszystkim dwie kwestie. Pierwszą można określić mianem zasadniczego fałszu. Oto bowiem cienka niczym hostia warstewka wyrafinowanej kultury, a pod nią grząskie otchłanie tego, co niewypowiedziane. Galicyjskiej nędzy, która zapewnia tanią siłę roboczą fabrykom Nowego Świata, współczesnych niewolników, a także niewolnice, z wiosek i sztetli między Krakowem i Lwowem trafiające do amerykańskich domów publicznych. Ale również przepaść kwestii, które dotyczą już wszystkich, także uprzywilejowanych, a więc obłożone społecznym tabu sprawy ciała i płci. Zdaje się, jakby nie było żadnego połączenia między wzbijającymi się do lotu słowami Wyspiańskiego lub Fryderyka Nietzsche, a ich cielesnością trawioną przez syfilis, który zresztą po latach, w prozie Tomasza Manna stanie się znakiem cyrografu spisanego między artystą i diabłem. Poezja Młodej Polski nie umie tego wszystkiego wypowiedzieć ponieważ – i to kwestia druga – nie dysponuje odpowiednim językiem. Nie jest w stanie zerwać „jedwabnych pęt”, odrzucić norm, które nakazują, by była „czysta, na przekór smutnym sprawom ziemi”, aż tak czysta, że „nie wolno jej użyć wyrazów: / Telefon, pociąg, bidet, rzyć i pieniądz”. Przypomina się teraz wypowiedziana gdzieś przez poetę uwaga, że utwory powstające w tamtej epoce byłyby nawet ciekawe, gdyby jednak napisać je raz jeszcze – w zrozumiałej polszczyźnie.
Oczywiście sądy Miłosza bywały radykalne i niesprawiedliwe, ale Traktat nie jest dążącym do możliwie największej obiektywności podręcznikiem, lecz manifestem, z definicji polemicznym. Jego autor odrzuca zatem „czystą” poezję, sztukę dla swych wyznawców stającą się namiastką religii, ale zupełnie niepotrzebną tak „handlarzom i ich żonom”, jak „ludziom z górskich wiosek”. Nie znajdując w niej oparcia, chcąc nie chcąc, wkraczamy w XX stulecie. Z polskiej perspektywy jego symbolem są młodzi krakowscy inteligenci, przemienieni w legionistów Piłsudskiego. Z perspektywy szerszej – „Jądro ciemności” Josepha Conrada, a więc odkrycie, że pod ostentacyjnie głoszonymi wartościami humanistycznymi skrywa się ludzka bestia, w każdej chwili gotowa do mordu.

*
Młodość i szybko osiągnięta dojrzałość Czesława Miłosza przypadają na lata 1918-1939 i do tej właśnie epoki wracał on najczęściej, czego koronnym przykładem jest osobna książka o tytule Wyprawa w Dwudziestolecie. Podobną wyprawą jest druga część Traktatu, który, jeśli nawet chce mówić przede wszystkim o poezji, nie może uniknąć złożonej materii spraw społecznych i losów jednostek. Tu zatem pada kolejne słynne zdanie: „jest ONR-u spadkobiercą Partia”, które diagnozuje endeckie cechy, prawicowość i nacjonalizm, jak uważał Miłosz: przyrodzone Polakom niezależnie od systemu politycznego. Tu również poeta ukazuje tragiczną, wymykającą się jednoznacznej ocenie postać Józefa Piłsudskiego, który wywalczył i uratował niepodległą Polskę, ale zarazem „na sobie nosił delię krzywd i win”.
Nie mniej złożone są życiorysy poetów. Choćby Lucjana Szenwalda, komunisty, w przyszłości oficera Dywizji Kościuszkowskiej i autora Pożegnania Syberii, utworu skłamanego, pisanego, gdy „w obozach dalekiej północy / W szkło zastygały trupy stu narodów”, a mimo to będącego w ocenie Miłosza – może przesadnej – jednym „z piękniejszych, tak jest, polskich wierszy”. Albo Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, i dziś jeszcze lubianego, w każdym razie wtedy, gdy Grzegorz Turnau śpiewa o „liryce, tkliwej dynamice”, a przecież mającego w swoim dorobku zarówno antysemicki, nieledwie faszystowski wiersz Polska wybuchła w roku 1937, jak już powojenny, pisany pod dyktando komunistycznej władzy, potępiający nie kogo innego, jak Miłosza-emigranta – Poemat dla zdrajcy.
Autora Traktatu najwyraźniej fascynują przemiany biografii, obroty na scenie życia, które ukazuje nie jak Proust – na tysiącach stron, ale w parudziesięciu słowach. Przykładem jego maestrii są wielobarwne portrety Skamandrytów, w których na przestrzeni ośmiu linijek udaje mu się pochwycić esencję losu Iwaszkiewicza czy rozpięcie egzystencji Kazimierza Wierzyńskiego: od naiwnie ekstatycznej radości tomu Wiosna i wino – po amerykańską gorycz wygnańca. To właśnie Skamandryci są głównymi bohaterami opowieści o losach polskiej poezji w tej epoce. Łączą w sobie bowiem niezwykły talent, dar łatwości tworzenia, zdobytą w Dwudziestoleciu prawdziwą popularność – z tym, co Miłosz nazywa „skazą harmonii”. A więc konwencją wiersza rymowanego, dopracowanego i domkniętego, imponującego jako forma, ale fałszującego czy trywializującego obraz rzeczywistości. A przynajmniej: nie będącego w stanie wypowiedzieć grozy, czy choćby zdumienia samą dziwnością istnienia ludzkiej zbiorowości – które wedle Miłosza prześladowało Juliana Tuwima. Z kolei poszukiwania Awangardy są w jego oczach nowym wcieleniem eskapistycznych postaw Młodej Polski, tak więc młode, debiutujące w latach trzydziestych pokolenie poetów, pokolenie samego Miłosza, musi szukać jeszcze innej, własnej drogi.
Ma to być droga trudna, gdyż wszystko co łatwe – jak skamandrycka efektowność – nie pochwytuje prawdy. Trzeba więc odrzucić konwencjonalne piękno, „przemawiać brzydko i chropawo”. Dokładnie tak, jak postąpił Miłosz w roku 1943, gdy odrzucił urokliwą, a zarazem dwuznaczną urodę Campo di Fiori, przełożył nad nią głuchą prawdę wiersza Biedny chrześcijanin patrzy na getto.
*
Im dalej w Traktat, tym trudniej, a w każdym razie nie sposób nie zauważyć, że niektóre jego partie wiążą się ściśle z intelektualną tonacją lat czterdziestych i pięćdziesiątych oraz z osobowością samego Miłosza. Podnoszą kwestie od większości z nas, współczesnych – odległe, a może i nie w pełni przez nas rozumiane.
Choć nawet dzisiaj może on przynieść wybuch prawicowego gniewu, łatwo jest opisać konflikt, jaki podczas okupacji trwał między Miłoszem a poetami takimi jak Tadeusz Gajcy czy Andrzej Trzebiński, młodszymi odeń o pokolenie. Oni podziwiają talent autora Trzech zim, ale nie są w stanie zaakceptować postawy intelektualisty, który uważa, że zadaniem człowieka pióra nie jest zbrojny opór, a rozpoznanie „przyczyn całkowitego triumfu zła”, co chciał poeta osiągnąć, tworząc tak zwane „eseje wojenne” oraz wymieniając listy z Jerzym Andrzejewskim, opublikowane później w książce Legendy nowoczesności. On z kolei dostrzega i odrzuca ich nacjonalizm, zrozumiały u przegranych, ale mimo to groźny, a przede wszystkim potępia samobójczą walkę, tych młodych ludzi wręcz – jak uważa – pożądanie męczeńskiej śmierci, poddanie się romantycznym rojeniom o ojczyźnie, która odrodzi się z ofiary krwi. No i wreszcie przeszkadza mu ich język, zbyt metaforyczny, sprawiający, iż rzeczywistość jakby traci substancję, przeistacza się w świetlisto-szklany majak. Droga Miłosza i droga tej polskiej poezji, jaką on akceptuje – jest inna. Jest nią poszukiwanie języka, który pozwala mówić wtedy jeszcze nie „po Auschwitz”, ale raczej „wobec Auschwitz”, języka, który rodzi się we wspomnianym przed chwilą Biednym chrześcijaninie, a nieco później – w wierszach Tadeusza Różewicza. I jest nią również zobowiązanie do całkowicie jasnej świadomości, odrzucenie wszelkich złudzeń, myślenia życzeniowego, utworów pisanych „ku pokrzepieniu serc”.
O wiele trudniej jest dziś zrozumieć to, co w Zniewolonym umyśle Miłosz nazwał „ukąszeniem heglowskim”, a co stanowi jeden z głównych wątków Traktatu. A zatem: czy istnieją nie dające się uchylić prawa pisanej wielką literą Historii, czy włada nią Zeitgeist, Duch Dziejów – reprezentujący historyczny determinizm, podobny Darwinowskiemu determinizmowi w naturze, gdzie piękno czy miłość istnieją jedynie po to, by przedłużyć istnienie gatunku? Jeśli tak jest, a Miłosz – kąsany może nie tyle przez Hegla, co przez Krońskiego – dobrych parę lat zdawał się przyjmować to przekonanie, to stalinowski komunizm musi ogarnąć przynajmniej całą Europę, zapanować w niej na wiek czy na tysiąclecie.
W tym to paśmie refleksji pojawiają się rozważania o opozycji „bycia” i „stawania się”, z których ta pierwsza formuła oznacza między innymi wiarę w powrót przedwojennego porządku, restytucję liberalnej demokracji, druga zaś – wyśmianie pierwszej, ukorzenie się przed triumfalnym pochodem tak Armii Czerwonej, jak marksizmu. Uznanie, że siła Ducha Dziejów jest nieprzemożona, albowiem „kto go nie uzna, dotknięty pałeczką, / Bełkotać zacznie i utraci rozum”, w roli śmiesznego, archaicznego rekwizytu wyląduje na tak zwanym śmietniku historii. Ale z drugiej strony ten, „kto mu się skłoni” – „będzie tylko sługą. / Gardzić nim będzie jego nowy pan”.
I w takiej to tragicznej sytuacji widzi Miłosz samego siebie u kresu wojny, bo Traktat przemyca także okruchy jego biografii. Choćby tę chwilę po klęsce powstania, gdy uciekinier z pokonanej Warszawy kopie kartofle na odwiecznej mazowieckiej równinie, a „skręcając tytoń” i śliniąc bibułkę, dając zapałce schronienie w „małym domku dłoni” – dziwi się: „czemu nie hubka? Czemu nie krzesiwo?”. Z tego miejsca dotrze wkrótce do majątku w Goszycach, stamtąd zaś do już pełnego czerwonoarmistów Krakowa, a rok później – do Stanów Zjednoczonych. Zarazem zaś: do ostatniej części Traktatu.
*
Tak w bezpośrednim, tuż powojennym doświadczeniu Miłosza, które poznać możemy dzięki ówczesnym listom pisarza, jak w tworzonych z perspektywy dziesięciu lat strofach poematu: Ameryka jest krajem nieledwie pozbawionym rozumianej na sposób europejski kultury, czy też: pielęgnującym ową kulturę jedynie w bardzo wąskich, uniwersytecko-intelektualnych kręgach. Krajem prawie bez historii, a więc odwrotnością kontynentu rozciągającego się między Atlantykiem a Uralem. I znów: nie ma właściwie znaczenia, w jakim stopniu ocena ta – bliska zresztą wielu Europejczykom – była prawdziwa, istotne jest, że w taki sposób Miłosz rzeczywiście postrzegał kraj, w którym z początkiem roku 1946 znalazł się jako dyplomata „czerwonej” Polski. To postrzeganie zaś zagradzało mu drogą najprostszą – czyli emigrację, znalezienie schronienia na wspominanej już farmie, czy raczej na uniwersyteckim kampusie, co ostatecznie przecież pisarz uczyni, ale dopiero w roku 1960.
Miłosz jako polski poeta, pytający siebie, co ma uczynić wobec narzuconego jego ojczyźnie zniewolenia – czuje się obco w prawie niedotkniętym wojną i brutalnie kapitalistycznym organizmie Stanów Zjednoczonych. Miłosz jako po prostu myślący człowiek, uświadamia sobie do końca wyobcowanie ze świata natury, tak mu od dzieciństwa bliskiej. Przecież jego najwcześniejsze lata to ekstatyczne chłonięcie barwności łąk i lasów nad Niewiażą, to pasje przyrodnika, lektury takie jako Gucio zaczarowany. Teraz jednak, zachwycając się bogactwem amerykańskiej przyrody, dawny „naturalista” rozumie, że choć na jednym planie jest cząstką świata bobrów i leszczyn, to na innym – kimś radykalnie od niego oddzielonym. Ma bowiem świadomość własnej śmiertelności, wyraża myśli z pomocą języka, dany mu jest nie kolisty czas pór roku i następujących po sobie pokoleń, ale jednostkowy, niepowtarzalny odcinek, krótka prosta wiodąca od narodzin do kresu. Jedynym zaś możliwym protestem przeciw przemijaniu jest wyrażenie swojej pojedynczości poprzez szeroko rozumianą twórczość, nie tylko artystyczną. Poprzez tworzenie, budowanie sensu, jak powiedziałby Bruno Schulz: „zhumanizowanie niedoludzkich obszarów”. Towarzyszy mu zatem „pluśnięcie bobra w noc amerykańską”, ale także „pamięć większa niż jest moje życie”, świadomość, że wbrew temu, co głoszą utopie „powrotu do natury” – w tej „naturze, jak neon gorącej” można być gościem, nie sposób jednak „założyć domu”.
A jednak lata spędzone w Ameryce, przynajmniej tak je przedstawia Traktat poetycki, dają poecie pewnego rodzaju rozwiązanie i wyzwolenie. Przyjęcie, że historii nie buduje determinizm wielkich praw, że składa się ona z nieskończonej ilości pojedynczych losów, które niesiemy w sobie jak te „zmarszczki dłoni leżącej na dzbanie” sprzed stuleci. Zaś pamięć i historyczność prowadzą do „czułości” uchylającej czas, czułości, którą pisarz powinien wyrazić w „dykcji nowej”, spożytkować „na ratunek ludzi”.
Trudno tu nie pomyśleć, że Miłosz odrzucał dziedzictwo romantyzmu, a jednocześnie przynajmniej w jednym był romantycznym wyobrażeniom wierny. A mianowicie w tym marzeniu, które zresztą sprawiało, iż na zawsze pozostał człowiekiem lewicy, marzeniu o przemienieniu człowieka. Ze „zjadacza chleba” uczynienia jeśli nie – jak pisał Słowacki – „anioła”, to istoty osiągającej wyższą formułę człowieczeństwa. Stąd właściwie wstręt wobec barbarzyństwa prowincjonalnej Ameryki, stąd także odczucie, iż – co mówi już zgoła nieamerykański wiersz W Mediolanie – „zwiedzanie fabryki jest jak zwiedzanie więzienia”, bowiem mechaniczna, powtarzalna praca niszczy ludzką osobowość. Stąd jeszcze dekady później z mocą wypowiadana tęsknota za utopijnym „Miastem Słońca”. W samym Traktacie przebłyskuje zaś wizja człowieka nie będącego trybikiem w machinie produkcji i konsumpcji, człowieka, który rodzi się – „nagi i śmiertelny, / Gotów do prawdy, do mowy i skrzydeł”.
Skoro zadaniem artysty jest pomoc w narodzinach takiego człowieka, a także bycie z własnym społeczeństwem w czas politycznej katastrofy, nie może się on oddać kontemplacji natury czy tylko filozoficznej lub teologicznej refleksji – nawet jeśli uważa, iż tak naprawdę jest to przyrodzona mu domena istnienia. Zgoła przeciwnie, musi „co dzień poruszać słowami” „pył zdarzeń i nazwisk”, wraz z jej wszystkimi kosztami przyjąć postawę zaangażowaną, a odrzucić „czystość”. Używając obrazowego porównania, przyjąć rolę nie Kasjana, a Mikołaja z rosyjskiej legendy, którą Miłoszowi na pewno opowiadał Józef Czapski. Z legendy o dwóch świętych, którzy „dążyli do nieba w białych szatach wzdłuż zabłoconej drogi, aż spotkali chłopa, co wraz z wołem ugrzązł w tym błocie i błagał o ratunek. Kasjan minął chłopa, a Mikołaj nie wytrzymał, poszedł wyciągać wóz i potężnie się ubabrał. Tak doszli obaj do nieba. Święty Piotr wypuścił obu na sąd Boży, a Bóg oświadczył Kasjanowi: masz niepokalane szaty i będziesz miał święto raz do roku, ale tylko co cztery lata, bo w rok przestępny, 29 lutego, a ty, Mikołaju, zapomniałeś o swoich szatach, ratowałeś bliźniego, dlatego twoje święto będzie obchodzone cztery razy do roku”[1].
Ten wybór oznacza pozbawiony złudzeń powrót do Europy, wędrówkę statkiem przez anty-ludzki ocean z finału poematu. Zapewne dla Miłosza w roku 1950 miały znaczenie także względy inne, potrzeba uczestnictwa w grze, strach przed zapomnieniem, na które wydawali się skazani emigranci. A przecież ostatecznie, jakby zmuszony do tego przez wyższą siłę, wyrwie się pisarz z politycznej dwuznaczności, wejdzie na drogę – jak sądził – straceńczą, drogę – to jego porównanie – głupiego, najmłodszego brata z wielu baśni. I właśnie na tej ciernistej drodze uratuje swoją poezję. Ów „czarodziejski pierścień”, o którym czytamy w Traktacie, dający artyście utajoną wolność, pozwalający „na zaczynanie życia w każdej sekundzie na nowo”.
*
Lepszy człowiek nie narodził się, może wręcz jesteśmy dziś bardziej poddani trywialności niż byli czytelnicy Czesława Miłosza w roku 1957. Chyba nawet poeci nie marzą już o zasadniczej przemianie ludzkiej natury, triumfuje człowiek „doczesny” i „zmysłowy”, tak niegdyś obcy Miłoszowi, kompulsywnie pragnący radości użycia, doskonałości ciała, a nie zbawienia duszy. Zdążył to zresztą zobaczyć poeta, dlatego pod koniec życia pisał Traktat teologiczny, próbował reagować na fakt, że z horyzontu jego współczesnych zdaje się całkowicie znikać tęsknota religijna. Przynajmniej w tej postaci, jaką znaliśmy przez ostatnie stulecia.
Jeśli jednak późny utwór, ostatni z Traktatów względnie łatwo jest streścić, zamienić na zbiór zdań dyskursywnych, żadną miarą nie można tak postąpić z Traktatem poetyckim. Przynajmniej jeśli nie chcemy przeoczyć jego piękna, będącego dowodem, iż klejnot poezji rzeczywiście udało się Miłoszowi wynieść z pożaru historii. Obok wszystkich zawartych w nim myśli, niesie ten utwór także ładunek wzruszenia. Zwraca naszą uwagę czułością, z jaką myśli się tutaj o poetach Młodej Polski, wyrywanych z nicości: „Nazwisk ich dzisiaj już się nie pamięta. / Ale ich ręce były rzeczywiste, / Spinki, mankiety nad blatem stolika”. Lub o przedwcześnie zmarłym Czechowiczu: „Bądźcie mu dobre, wy, ptaki i drzewa. / Od czasu chrońcie grób Józka w Lublinie”. Choć wiemy, że przynajmniej zdaniem Jana Błońskiego to właśnie Miłosz był tym poetą, którego świadectwo oczyszczało polską ziemię, Traktat poraża nas fatalizmem chóru ofiar Zagłady: „Ziemia zagłady, ziemia nienawiści, / Żadne jej słowo nigdy nie oczyści, / Taki się na niej nie zrodzi poeta. // A gdyby nawet jeden był wezwany, / Z nami szedł razem do ostatniej bramy, / Bo mógł być tylko między dziećmi z getta”.
Każe też na zawsze zapamiętać obraz, wieńczący opowieść o Polsce międzywojennego dwudziestolecia, chwilę, w której skryty w roli dyżurnego obrony przeciwlotniczej, poeta patrzy z dachu kamienicy na dwoje ludzi i „nie wie, jak unieść tę litość. / Wspólnej ich doli nie umie wyrazić. / Mała kurewka i robotnik z Tamki. / Przed nimi terror wschodzącego słońca”.
*
Chyba nie umiem wyrazić, czym było wtajemniczenie w Miłosza dla studenta polonistyki, zaczynającego pobieranie nauk na Uniwersytecie Jagiellońskim tuż po roku 1989. Także wtajemniczenie w Traktat poetycki, którego fragmenty pierwszy raz usłyszałem zresztą w teatrze, oglądając wyreżyserowaną przez Jerzego Jarockiego inscenizację Portretu Sławomira Mrożka – z Jerzym Radziwiłowiczem i Jerzym Trelą. Oczywiście była to sytuacja zupełnie już inna od tej, w której musieli uczestniczyć przedstawiciele wcześniejszych pokoleń – cudem zdobywający zaczytane egzemplarze Ocalenia czy książek wydanych przez paryską „Kulturę”. Teraz najrozmaitsze edycje dzieł Miłosza leżały nie tylko w księgarniach, ale dosłownie na ulicy, na zaimprowizowanych straganach. A jednak nadal było to właśnie oszałamiające wtajemniczenie – w literaturę i w historię XX wieku. Zaproszenie do ogrodu o rozwidlających się, zdających się nie mieć kresu ścieżkach.
W roku 1996 mój cierpliwy i opiekuńczy promotor, Aleksander Fiut zaproponował mi, bym jako tak zwany przedstawiciel nowego pokolenia uczestniczył w rozmowie z Miłoszem na temat obu Traktatów, rozmowie mającej stać się wstępem do ich wspólnego wydania. W efekcie, chyba nie po raz pierwszy, ale z pewnością po raz pierwszy na tak długo – znalazłem się w krakowskim mieszkaniu poety. Co tu kryć, zasadniczy ciężar rozmowy wziął na siebie – jak dziś mogę powiedzieć – Olek. Ja, nie tylko nieopierzony, ale dodatkowo dręczony przez demony młodości, bardziej próbowałem znaleźć w tej rozmowie nadzieję, pokrzepienie – niż polonistyczny komentarz. Miłosz zaś odpowiadał chętnie i długo na wszystkie pytania, był precyzyjny, nawet drobiazgowy, a gdy po trzech godzinach zaczęliśmy się zbierać, ja zaś, dwudziestopięciolatek czułem otchłanne zmęczenie myślową mobilizacją, on, mający lat osiemdziesiąt pięć – zapytał, czy jednak nie powinniśmy porozmawiać dłużej, czy o czymś istotnym nie zapomnieliśmy. Parę tygodni później spotkałem Noblistę w siedzibie Wydawnictwa Literackiego, gdzie ze spokojem wynegocjował dla całej naszej trójki wyższe honorarium. Był w świetnej formie, jakby po wszystkich koszmarach, które przeżył – poezja rzeczywiście pozwalała mu ciągle zaczynać od początku.
Nie przestaje mi towarzyszyć myśl, nawet umacnia się ona z wiekiem, że każde bliskie spotkanie z Miłoszem, to osobiste i to lekturowe, było darem, ale również zobowiązaniem. Zobligowaniem do rzetelności pracy, do ciągłego wysiłku, który każdy z nas może podjąć jedynie na swoją miarę, ale od którego nie wolno się uchylać. A zatem, mając świadomość, że nie jestem pierwszy, który cytuje te słowa Czesława Miłosza z roku 1947, że za dewizę brali je sobie lepsi ode mnie, mimo wszystko powtarzam: „Będę się starać, mój dziekanie”.
Kraków, sierpień 2025
ANDRZEJ FRANASZEK
Prezentowany szkic jest posłowiem do nowej edycji „Traktatu poetyckiego” Czesława Miłosza, którą wydawnictwo Znak opublikuje w październiku 2025 roku.
[1] M. Czapska, Europa w rodzinie. Czas odmieniony, Kraków 2004, s. 317.
Zamiana Likaona, nieposłusznego i obrazoburczego króla Arkadii, w wilka – pierwsza w Metamorfozach metamorfoza-kara („Bogowie, sprawcy tych przemian!”) – to dopiero początek, ledwie zapowiedź, do czego zdolny jest rozgniewany Ojciec. „Ukarałem jednego, lecz czeka to wielu” – słów tych nie wypowiada Jowisz na próżno. „Niech płacą – / Zasłużyli”.
To, co król nieba szykuje teraz bezbożnej ludzkości, przybierze rozmiary kosmiczne i nieomal doprowadzi do całkowitej anihilacji:
Już miał rozrzucić pioruny po świecie,
Ale się zląkł – że święty eter płomieniem się zajmie
Od tylu pożarów i stanie w ogniu nieboskłon.
Przypomniał sobie: nadejdzie czas (jak zapisano),
Gdy morza i lądy, i zajęta stolica w niebie
Spłoną. A z masy osiadłej – nowy początek.
Odkłada gromy, dzieło rąk cyklopich.
Wybiera inną karę: przepadnie ludzkość
Pod wodą, gdy rozedrą się czarne chmury.
(Metamorfozy, Księga I, w. 253-261)

Miał tu pod ręką nasz autor traktat epikurejski żyjącego dwa pokolenia wcześniej Lukrecjusza, innego poety-filozofa i kodyfikatora rzymskiego heksametru. „Teraz, ażeby czasu na obietnice nie trawić – / Popatrz, proszę, na ziemię, niebo i mórz dzierżawy: / Ich naturę potrójną, trzy różne ciała postaci, / Jeden dzień, mój Memmiuszu, zniweczy i zatraci, / I nieuchronnie zginie ten przez tak długie lata / Prawem natury rządzony ogromny mechanizm świata” (O naturze wszechrzeczy, Księga V, w. 91-96, tłum. Edward Szymański).
Wystarczy dzień, by zniszczyć świat. Ale to kiedyś, w przyszłości.
Lukrecjusz – poeta bez twarzy, bez biografii, nawet bez mitu. Dostępny nam jest tylko jego głos: chłodny, jasny i pewny. W świecie, który nie zna gniewu bogów, nie ma winy ani kary, ani przebaczenia – jest tylko ruch atomów, przypadek, rozpad. A jednak z tej beznamiętnej wizji wyłania się coś na kształt pociechy: jeśli wszystko jest tylko koniecznością natury, to i cierpienie (a Lukrecjusz pewnie cierpiał, skoro – zdaniem św. Hieronima – popełnił samobójstwo) jest tylko chwilowym zawirowaniem materii. Nieuniknionym, ale i nieistotnym.
Swoją drogą, nie wymaga dowodów, a jedynie przypomnienia, przemożny wpływ Lukrecjusza na Michała z Montaigne, który nie tylko studiował pilnie De rerum natura, ale i myślał w rytmie tego poematu. Od Lukrecjusza przejął twórca nowoczesnego eseju zasadniczy gest: odrzucenie opowieści o świecie jako dziele opatrzności, zbornym i celowym. Zamiast tego – ruch, przypadek, rozpad. U Montaigne’a nie ma już kosmologii, jest codzienność: krucha, zmienna, nie dająca gwarancji. Ale i w tej lukrecjuszowo-owidiańskiej niestabilności odnaleźć można przecież spokój. I naukę: że myśl – o ile ma być wierna rzeczywistości, którą próbuje uchwycić – powinna nauczyć się trwać w rozproszeniu.
Życie jest – pisał współczesny Montaigne’owi i bliski mu przecież profilem Szekspir – „opowieścią idioty, pełną wrzasku i wściekłości, nic nie znaczącą”. Emocje są tu inne, ale konkluzja ta sama.
Świat nie musi mieć sensu, by zasługiwać na uwagę, współczucie, czułość.
Nim zacznie się POTOP, nim wciągną nas wiry i pokryją fale, zatrzymajmy się na chwilę nad innym, straszniejszym odeń kataklizmem – tym, który akurat się nie wydarzył, i przez jakiś czas jeszcze nie wydarzy, skoro Jowisz pomiarkował się w porę („odkłada gromy” i „wybiera inną karę”).
Stoicy mawiali: ekpyrosis – kosmiczny pożar, zognienie, unicestwienie wszystkiego, co materialne.
Ważne jest tu słowo correpta (w. 257). Gramatycznie jest to żeński imiesłów bierny czasu przeszłego od corripio, corripere, co znaczy: „pochwycić”, „porwać”, „pojmać” „złapać”, „rzucić się na coś” itp. W formie imiesłowowej, jak u Owidiusza, tłumaczy się ten czasownik jako: „zagarnięta” lub „zawłaszczona” (w kontekście grabieży); „postawiona przed sądem” lub „oskarżona” (np. u Tacyta); „dotknięta” lub „strawiona” (przez ogień, chorobę, śmierć).
A zatem „zajęta stolica w niebie” to miejsce strawione przez płomienie, ale zarazem zagrabione, zajęte siłą. Uzurpator wie (bo „zapisano”; w oryginale dosłownie: „jest [zapisane] w losach”), że „nadejdzie czas”, gdy królewska siedziba – „strawiona” / „zagrabiona” – zginie w ogniu; że aktualny porządek upadnie i dopiero na jego zgliszczach narodzi się coś nowego.
Ale to kiedyś, w przyszłości.
Wcześniej Ojciec da nieraz jeszcze upust swoim emocjom. „Ukarałem jednego, lecz czeka to wielu”. Jak teraz, gdy zamyślił (zresztą, o czym nie zapominajmy, ku przerażeniu całego swego dworu), że świat skąpie w dewastujących nawałnicach i „przepadnie ludzkość / pod wodą”…
JACEK HAJDUK
Sonet czwarty cyklu drugiego: jednorożec istnieje, spotkałam go
Jerzemu – Nike, która się nie waha
Tytuł niniejszej analizy jest, oczywiście, parafrazą (mam nadzieję, że nie obrazoburczą) słynnego wyznania André Frossarda, streszczającego jego chrześcijańskie nawrócenie: „Bóg istnieje, spotkałem go” („Dieu existe, je l’ai rencontré”) – będącej frazą tytułową książki z 1969 roku, autorstwa ateisty, który doznał epifanii. Rainer Maria Rilke „nawraca nas” zaiste na średniowieczną z ducha wiarę w jednorożca. Chyba sam w niego wierzył, gdy już w Maltem (1910) [1] do gobelinu z jednorożcem odsyłał (i to wraz z ukochaną Abelone). Istnieją też trzy wcześniejsze wiersze, w których paryski poeta z Pragi odwołuje się do postaci jednorożca: Das Einhorn [2], La dame à la Licorne (Teppiche im Hôtel de Cluny) [3] oraz Mariae Verkündigung [4] z cyklu Das Marien-Leben (1913). Sonet orficki czwarty części drugiej, powstały między 15 a 17 lutego 1922, rozpoczynający się od słów „O diedes ist das Tier, da es nicht giebt” („O, to jest zwierzę, które nie istnieje”), sonet w cyklu orfickim jednoznacznie wybitny, zaświadcza jednak najmocniej o istnieniu właśnie, o kulturowej randze symbolicznej istoty mitycznej.
W liście do hrabiny Sizzo z 1 czerwca 1923 poeta pisał, że jednorożec ma dawne, podtrzymywane w średniowieczu, znaczenie dziewiczości, że jest istotą nie istniejącą (baśniową) i niewidoczną dla profanów, a ukazuje się tylko w srebrnym lustrze [5], jakie stawia przez nim panna. Jest też „w niej” (tak w sonecie) jako w drugim „tak samo czystym, tak samo tajemnym zwierciadle”. Sam Rilke wykłada tę rzecz – w taki właśnie sposób – w Przypisach poety do cyklu orfickiego. Jednoroga przedstawiano na XV-wiecznych tapiseriach, także w paryskim Musée de Cluny, o czym mowa w Maltem: „Kobierce tu są, Abelone, gobeliny. Wyobrażam sobie, że ty tu jesteś, sześć jest gobelinów, pójdź, przejdziemy razem powoli. Lecz wprzódy cofnij się i spójrz na wszystkie razem. Jakie spokojne, prawda? Mało w nich rozmaitości. Jest tam zawsze ta owalna błękitna wyspa, wisząca w powściągliwym tle czerwonym, a tło jest kwieciste i zamieszkałe przez małe, sobą zajęte zwierzątka. […] Na każdej wyspie jest jedna postać, niewiasta w strojach różnych, lecz zawsze ta sama. […] i stale są zwierzęta, dźwigające herb, wielkie, razem na wyspie, włączone w akcję. Po prawej lew, a po lewej, na jasno, jednorożec […].
[…] Wszystko jest tak onieśmielone. Lew nie ma nic do roboty. Ona sama trzyma sztandar. Albo może trzyma się sztandaru? Drugą ręką pochwyciła róg jednorożca. […]
Ale jeszcze jedno będzie święto, nikt na nie proszony nie jest. Oczekiwanie przy tym nic nie znaczy. Wszystko tu jest. Wszystko na zawsze. Lew ogląda się prawie z groźbą: nikomu zjawiać się nie wolno. Nie widzieliśmy jej nigdy jeszcze zmęczonej; czy jest zmęczona? Albo czy dlatego tylko przysiadła, że trzyma coś ciężkiego? Można by mniemać, że monstrancję. Ona jednakże drugie ramię skłania ku jednorożcowi, a zwierzę, mile połechtane, staje dęba i na łonie jej się wspiera. Ach, ona zwierciadło trzyma! Widzisz: jednorożcowi pokazuje obraz jego…” [6].
Przekładów polskich wspaniałego sonetu orfickiego o istocie, która nie istnieje, a jednak istnieje tym bardziej, o stworzeniu, jakie wynika wręcz z pewnego nadmiaru wiary w jego istnienie, jest bardzo wiele. Hipertrofia takiej nadziei w istnienie, nadziei stwarzającej, cechuje zawsze poezję orficką – analogicznie do wyobraźni stwarzającej: dlatego przecież moment wybicia się rogu to zarazem miejsce przerzutni międzystroficznej, zaś chwila samego wyłonienia się ex nihilo baśniowego stwora to przerzutnia nie tylko międzystroficzna, lecz także usytuowana w miejscu przełamywania się sonetu z części deskryptywnej w refleksyjną.

Jednorożec bierze się z namysłu nad samym sobą, z autorefleksji – a przedtem z ogromnej, bezwarunkowej miłości.
Rilke jest poetą orfickim – par excellence. Sonet o jednorożcu jest sonetem metafizycznym.
Najpierw, w międzywojniu, spolszcza ten Olwid, nadając mu mylący uważnych czytelników tytuł Jednorożec (tożsamy z przytaczanym tytułem wiersza z tomu Neue Gedichte) – polska wersja Hulewicza jest równie swobodna jak jego podejście do tytułu:
O, to jest zwierzę, które nie istnieje.
A oni tego nie wiedzieli wcale;
Kochali postać kroczącą wspaniale
i blask, co cicho w oczach błękitnieje.
Nie było go. Lecz z ich miłości czyste
wzrosło. I miejsca ustąpili zjawie;
a w tej przestrzeni jasne, oczywiste
podniosło łeb, nie potrzebując prawie
być. I nie dali mu ziarna drobiny,
lecz tylko tę możliwość jego bytu,
a to moc taką dało mu, że z czoła
wyrwał się wielki jeden róg. Jedyny.
I do dziewicy szło białe z błękitu
i było w lustrze i w niej i dokoła.
Sonet przekłada też Leopold Lewin i to tłumaczenie umieszcza w zredagowanym przez siebie wyborze wierszy Rilkego w tzw. serii celofanowej – Julian Przyboś; to rzeczywiście piękny, poetycki przekład, przybliżający do doznań właściwych lekturze oryginału:
O, to jest zwierzę, które nie istnieje.
Nie wiedząc o tym, jednak je kochano:
Chód i postawę, szyję niezachwianą
i światło, które w spojrzeniu jaśnieje.
Nie było – ale że się je kochało,
wyrosło czyste zwierzę. I na trawie,
niezgrabnie rozkraczone, ociężałą
uniosło głowę, nie musiało prawie
istnieć. Karmiono je nie ziarnem zboża,
lecz samą tylko możliwością trwania.
A ta je taką obdarzyła siłą,
że jeden z siebie róg wbiło w przestworza.
Do dziewiczego przybyło posłania
i w srebrnym lustrze, i w dziewicy żyło.

Oczywiście, przełożyli sonet także Jastrun, Antochewicz, Pomorski i Lam.
Jastrun (może najdosłowniejszy):
O, to jest zwierzę, co nigdzie nie żyje,
Nie wiedząc o tym, cokolwiek się stanie,
kochali jego chód, postawę, szyję –
aż po cichego wzroku migotanie.
Nie było. Lecz że je kochali, było
przeczyste. Przestrzeń oddali mu stałą.
I w tej przestrzeni głowę podnosiło
lekko, tak że już prawie musiało
być. Nie karmili go ziarnem pszenicy
ni innym, tylko bytu możliwością.
I ta darzyła je tak wielką siłą,
że róg zrodziło. Nad czołową kością
wzbił się. I białe przyszło do dziewicy –
i było w srebrnym lustrze i w niej było.
Antochewicz:
O, to jest zwierzę, które nie istnieje.
Nie wiedzieli o tym, lecz w każdym przypadku
– jego chód i szyję, i postawę rzadką,
kochali aż po ciche oka lśnienie.
Wprawdzie nie istniało, lecz że je kochali,
było czyste. Stworzyli mu przestrzeń.
I w tej przestrzeni jasnej, oddanej,
uniosło głowę. I nie musiało już więcej
być. Nie karmili go ziarnem świeżym,
tylko możliwością, by wciąż było tu.
I ta obdarzyła taką siłą zwierzę,
że wypchnęła z czoła róg. Duży róg.
I białe do dziewicy zbliżyło się –
i było w srebrnym lustrze i w niej.
Pomorski (może zbyt afektywny):
Ach, przecież nie ma tego tu stworzenia!
Skąd mieli wiedzieć? Ukochali zjawę –
jej kroki zwinne, śliczny kark, postawę,
aż po spokojne światło jej spojrzenia.
No, tak, nie było. Lecz z umiłowania
wynikło, czyste. Miejsce swoje bierze:
niech rozstawiając nogi się wyłania
z główką tak lekką, że już tylko zwierzę
być winno. Ziarna mu nie zadawali,
karmiąc je wieczną możliwością bycia,
która je taką napawała siłą,
że wzbił się róg. Czoło mu róg przepali.
Gdy ku dziewicy białe szło z ukrycia,
było w zwierciadle srebrnym i w niej było.
Lam:
O, to jest zwierzę, które nie istnieje.
Nic o nim samym nie wiedzieli, lecz przezornie
kochali jego wędrowanie, ruchy, szyję,
a także jego oczu światło uciszone.
Wszak go nie było. Lecz że je kochali,
zwierzęciem było czystym. I dali mu przestrzeń.
A w tej przestrzeni, jasnej i oszczędnej,
podniosło lekko głowę. Nie musiało wcale
być. Więc go ziarnem żadnym nie karmili,
lecz tylko możliwością, że być może.
Ta zaś natchnęła zwierzę taką siłą,
że wypuściło z siebie róg na czole.
Z tym rogiem przyszło białe do dziewicy –
i było w srebrnym lustrze i w niej było.
W cytowanym już liście z 1 czerwca 1923, pada bardzo ważne zdanie: „Wszystko, co byłoby odzwierciedleniem / odbiciem, przeczy, moim zdaniem niewyrażalnemu / nieopisanemu istnieniu wiersza” („Alles was «Anspiegelung» wäre, widerspricht für meine Überzeugung, dem unbeschreiblichen Da-Seins des Gedichts“). Sam Rilke nie dostrzega paraleli Chrystusowej w jednorożcu, lecz – jak pisze – „całą miłość do nie-objawiania się, nie-pochwytności”.
Źrebię jednorożca – o, to jest istnienie bezinteresownie niekonieczne, istnienie istotne [7].
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Przekłady polskie: 1927 – Witold Hulewicz; 2011 – Piotr Wiktor Lorkowski.
[2] Wiersz z tomu Neue Gedichte (1907), powstał zimą 1905-1906 w Meudon, podczas wykluwania się Rilkeańskiej Ding-Lyrik. Tłumaczyli go na język polski Bernard Antochewicz, Adam Pomorski i Andrzej Lam. Tu przytaczam przekład Pomorskiego, wg wydania: Rainer Maria Rilke,Sonety do Orfeusza i inne wiersze, wybór i tłum. Adam Pomorski, wyd. III, poprawione i uzupełnione, Kraków, Oficyna Literacka, 2001: „Głowę swą święty dźwignął i litania / jak hełm rozbity z głowy mu się stoczy: / jakoż nie z tego świata się wyłania / białe stworzenie, bezszelestnie kroczy / oczy błagalnie wznosząc jako łania. // Na czterech nóżkach ze słoniowej kości / nie traci w ruchu lekkiej równowagi, / lśnił się na skórze biały lustr piękności; / jak wieża przy księżycu, w blasku, w ciszy, / z czoła stworzeniu róg wysterczał nagi, / coraz to wyższy z każdym krokiem, wyższy. // Wargi z różowopopielatym meszkiem / lekuchno podwinięte rąbek biały / (nad wszystko bielszy) zębów ukazały; / chrapki łapczywe wiatr chwytany brzeżkiem. / Rzecz jednak żadna wejrzeń nie pochłania: / przestwór obrazem świecił im odbitym, / izby krąg baśni zamknął się błękitem”.
[3] Wiersz ze spuścizny pośmiertnej, powstał 9 czerwca 1906 roku w Paryżu; dedykacja „für Stina Frisell” („dla Stiny Frisell”), znanej Rilkemu z pobytu w Szwecji, odwołuje się do sytuacji wspólnego oglądania gobelinów w Paryżu. W przekładzie Andrzeja Lama drukowano go dwukrotnie, z podtytułem (Tapiserie w Hôtel de Cluny) w tomie: Rainer Maria Rilke, Poezje młodzieńcze i wiersze ze spuścizny, tłum. Andrzej Lam, Warszawa 2016, s. 245, zaś z podtytułem (Gobeliny w Hôtel de Cluny) w tomie: Rainer Maria Rilke, Poezje zebrane, wyd. trzecie, tłum. Andrzej Lam, Warszawa 2023, s. 285. Za edycją z 2023 roku przytaczam ten wiersz, spolszczony: „Kobieta i czcigodni: często urażamy / los kobiet łatwo, chociaż go nie rozumiemy. / Jesteśmy dla was zawsze-jeszcze-nie-dojrzali, / dla waszego życia, co, gdy w nie wnikamy, / staje się jednorożcem, białą płochliwą istotą, // która ucieka… wielkie jest jej zalęknienie, / tak że wy ją samą (jakże znika prędko) / po wielu smutkach znów odnajdujecie, / wciąż jeszcze ciepłą, bez tchu i strwożoną. // Potem z nim zostajecie, lecz od nas stroniące, – / po dnia klawiszach wasze dłonie biegną, / i każdy przedmiot wam pokornie służy /, a wy żywicie to pragnienie jedno: by kiedyś jednorożec swój obraz spokojny / w zwierciadle ciężkim znalazł waszej duszy”.
[4] Sam wiersz powstał w listopadzie 1912 roku. Przekładał go w międzywojniu Witold Hulewicz (Olwid) pt. Pannie Marii Zwiastowanie. Sama cytuję w najnowszym spolszczeniu Andrzeja Lama, zatytułowanym Zwiastowanie Maryi (za: Rainer Maria Rilke, Poezje zebrane, wyd. trzecie, tłum. Andrzej Lam, Warszawa 2023, s. 506-507, podkreśl. KKK): „Nie to, że Anioł wkroczył (pojmij to), / ją zatrwożyło. Tak jak inne, gdy / promienie słońca albo księżyc nocą / do ich pokoju wnikną – też nie okazała / wobec postaci, w jakiej Anioł szedł, / wzburzenia najmniejszego ani lęku; / nie przeczuwała, że ten pobyt jest / dla Anioła trudny. (O gdybyśmy wiedzieli, / jak była czysta. Bo czyżby sarenka, / co, leżąc w lesie by ją zobaczyła, / nie zapatrzyła się w nią tak, że w sobie, / bez towarzysza, jednorożca by poczęła, / zwierzę ze światła, czyste zwierzę – .) / Nie, że on wkroczył, lecz że blisko, / ów Anioł, swoje oblicze młodzieńca / tak ku niej skłonił, że jego wzrok i ten, / którym spojrzała ona, tak się połączyły, / jakby się pusto nagle dokoła nich stało / i, co miliony niosły, widziały, czyniły, / wniknęło w nich; ona i on tu tylko byli; / widzenie i widziane, oko – oczu radość, / poza tym nigdzie, tylko tutaj – : patrz, / to trwoży. I oboje się strwożyli. // I swą melodię śpiewał Anioł wraz”.
[5] W wiekach średnich używano zwierciadeł metalowych.
[6] Cyt. za: Rainer Maria Rilke, Malte. Pamiętniki Malte-Lauridsa Brigge, tłum. Witold Hulewicz, Warszawa, PAVO, 1993, s. 93-95. Por. też drugi przekład: Rainer Maria Rilke, Zapiski Maltego Lauridsa Brigge, tłum. Piotr Wiktor Lorkowski, Sopot, Biblioteka „Toposu”, t. 69, 2011, s. 109-111.
[7] Dlatego rację mają ci, co powtarzają po Rilkem kursywę w drugiej strofie.
Nasza pamięć tylko w niewielkim stopniu poddaje się inwentaryzacji. Czasami samowolnie odsłania pokłady, z których znaczenia nie zdawaliśmy sobie sprawy. Poniższy monolog jest zapisem hojnego gestu mojej pamięci.

józef
wiejska zima kopny śnieg styczeń albo luty
ślady lisów patrolujących nocą teren
dziadek józef zabraniał ojcu do nich strzelać
pokpiwał z jego nowej dubeltówki
w zimie chodził w wielkim kożuchu
w bryczesach z demobilu w butach z cholewami
na krakowskim przedmieściu
nie widziałem nikogo w takim stroju
sad dziadka miał jakieś trzysta arów
ale dziecku wydawał się wielki drzewa potężne
owoce rwało się z wysokiej drabiny
zbędne gałęzie józef wycinał sekatorem na żerdzi
skąd wiesz pytałem którą trzeba usunąć
słońce musi docierać do wnętrza korony odpowiadał
sadziłem własnoręcznie każdą z tych śliw i jabłoni
podczas okupacji najlepsze gatunki sprowadzałem ze śląska
mój dziadek czytał tylko gazety
przywozili mu je z mińska sąsiedzi
nigdy go nie widziałem z książką do nabożeństwa
ani z żadną inną
nie mam od niego listu ani karty świątecznej
pisanie nie było jego mocną stroną
nie znosił buchalterii
nigdy nie wiedział ile ma drzew
narażał się na drwiny babki
po co komu taka wiedza odpowiadał
żałował drzew które musiał wyciąć
zawczasu zżywał się z tymi
które planował zasadzić jesienią
po latach uświadomiłem sobie
że przeszłość go nie obchodziła
przyszłość go nie interesowała
w jakiś słotny dzień siedzieliśmy w domu
na kuchni gotował się gar rosołu
suka aza łasiła się do nóg
upodobniłeś się do drzewa powiedział mój kuzyn
który zamierzał studiować nauki polityczne
jesteś wyobcowany i aspołeczny
może to i prawda uśmiechnął się józef głaszcząc psa
ale komu to przeszkadza
więcej czasu poświęcał drzewom niż swoim dzieciom
mój ojciec o józefie nie miał mi nic do powiedzenia
przyszło mi kiedyś do głowy
że zazdrościł mu charakteru
bo to miejskie życie jakie wiódł w mieście
nie było godne pozazdroszczenia
żadne owocujące drzewo by tego nie pochwaliło
nie mówiąc już o pszczołach pracowitych
z którymi józef żył za pan brat
zbudował im ule przemawiał do nich
może nawet znał imię każdej z nich
nigdy mu tego nie powiedziałem
ale bałem się że zapisze mi sad i pasiekę
i kartoflisko sięgające aż do białej brzeziny
pewnego dnia miński notariusz
odczyta jego testament mój wyrok
nie zobaczę już krakowskiego przedmieścia
ogrodu saskiego ani placu zwycięstwa
trudno byłoby znaleźć ludzi
bardziej odległych od siebie
niż moja babka stanisława i dziadek józef
ona miała miejską duszę
zamieszkała w warszawie jeszcze przed wojną
była uosobieniem sprytu i praktyczności
pojawiała się na wsi latem
żeby spieniężyć owoce sadu
i wykraść z uli miody
jacyś warszawscy sklepikarze
wywozili ciężarówkami czereśnie
jabłka antonówki kronselki i gruszki klapsy
płacili gotówką od ręki
zyski babka dzieliła z józefem
nie wiem czy pół na pół
bo miał małe potrzeby
z wiekiem coraz mniejsze
gdyby zaszedł do sadu diogenes z synopy
znalazłby w dziadku bratnią duszę
babka miała wydatki
wystawiła przydrożną kapliczkę
z gipsową matką boską
gdzie kobiety gromadziły się na majowe
w tym chórze polnym pod sklepieniem nieba
dominowały głosy czyste choć nigdy nieszkolone
ostatniego lata naprawdę ostatniego
kiedy nie mogłem dłużej zostać z powodu szkoły
w przeddzień mojego wyjazdu szliśmy łąkami
nie wiedziałem że jest chory
takich rzeczy dzieciom się nie mówiło
zasapał się zawróciliśmy przed lizjerą lasu
jesienią miał być operowany ale odmówił
uważał że to nic nie da
w szpitalu będę się czuł jak w koszarach
nie znosiłem ich w młodości
tym bardziej na starość mówił ojcu
który przyjechał po niego sanitarką
był to nasz ostatni spacer
w lutym przyjechaliśmy na jego pogrzeb
leżał w trumnie ubrany w czarny garnitur w prążki
po raz pierwszy widziałem go w takim stroju
w pokoju okna były na oścież otwarte
wszyscy stali w paltach
przechodzili do sąsiedniej izby
gdzie była wódka w kieliszkach i ogórki
palili papierosy gadali dowiadywali się
co wydarzyło się u krewnych
od poprzedniego pogrzebu chrzcin wesela
ojciec brylował ciągle mnie komuś przedstawiał
po śmierci józefa
w domu nie było komu mieszkać
o sad nie było komu się troszczyć
kupiec który do babki się zgłosił
rozebrał dom
wykarczował sad
sprzedał ule
nic dziś tam prócz kapliczki nie ma
co było pamięta może kilka osób
które zbliżają się do wyznaczonej im granicy
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Sierpień nie jest dla mnie miesiącem łaskawym.
Wydawało się, że Wojtek odszedł lekko. Jak zawsze był wewnątrz swojej codzienności, między pracą w domu a kontaktami z przyjaciółmi, czy w postaci spotkań, czy przez telefon. Ktoś blisko związany zadzwonił parę razy bez powodzenia. I następnego dnia. Nie ma odpowiedzi. Trzeba więc było do niego pójść. Jak spętana paraliżem, słuchałam relacji. Spokojny sen, głowa zakopana w poduszkach. Błogosławieństwo nocy. A we mnie było przerażenie i niezgoda. I od razu wewnętrzy nakaz: jak najszybciej wziąć to pod uwagę: zaczyna się inna epoka. Aby za bardzo nie cierpieć, należy od razu zacząć się przyzwyczajać.
Przypominam sobie, jak w Warszawie urządzaliśmy sobie żarciki i mówiłam rozbawiona, że nie wiadomo kto z nas pierwszy odejdzie i wtedy drugi będzie miał okazję napisać odpowiedni tekst. Jeśli ja zostanę, to już ciebie urządzę – więc uważaj! Myśl o całkowitej bezbronności tego, kogo się tak urządza, przyszła mi do głowy o wiele później. Byliśmy bardzo młodzi i pamiętam tamtą warszawską urodę Wojtka. Co myśleliśmy o naszej przyszłości? Snułam dotyczące go domysły, był tam Paryż, Włochy, Nowy Jork. Życie europejskiego intelektualisty. Jak to było możliwe? Nie istniały żadne perspektywy w warunkach, które nas wtedy ograniczały. Ale nie potrafiłam widzieć go inaczej. Był już po pierwszych podróżach, po pierwszych zawiązywanych tam przyjaźniach. Lecz oczywiście schwytany przez rzeczywistość Polski lat siedemdziesiątych. Co do mnie, pamiętam, że czułam się wtedy jak roztańczona opowieściami o niezwykłych przygodach wewnętrznych mojej przyjaciółki z dalekiego kontynentu. Mówiłam: „Cóż u mnie, będzie jeszcze jedna książka, i jeszcze, i może jeszcze… I tak do końca… Co za nuda!”.
On zdumiał się, nie było dla niego przygód znakomitszych, bardziej podniecających. Więc czego ja takiego chcę? Oczywiście nie wiedziałam. Moja przyjaciółka została buddystką. Przecież nie chciałam dla siebie czegoś podobnego…
Spieraliśmy się o dwie sentencje, bardzo mu bliskie. Tak dalece, że ustawiał siebie w ich cieniu czy też w ich świetle; lubił do nich wracać w rozmowach o swoich planach. Dotyczyły dwóch postaci, które zawsze były ważne, w postaci książek zawieruszonych w pokoju. Ale też odrywały się od nich, stanowiąc samodzielną lekcję życia. Goethe i Nietzsche. Pozytywny i negatywny wzór? To przesadne uproszczenie, zwłaszcza gdy dotyczy tego drugiego: miał dla jego osoby, dla jego losu uczucie bliskie czułości. Wybór jest zrozumiały, nawet gdy drażni podejrzeniem o dumę. Takie figury w historii są po to, żeby służyły do orientacji, by pozwalały rozumieć siebie. Odpowiadałam, że równie dobrze potrafią one zamrozić egzystencję w jakimś znanym wzorcu i pozostać odcięte od wszystkiego, co nie odpowiada tradycyjnej formie. Drażniła mnie egzaltowana sentencja Goethego, w której Wojtek dostrzegał istotę osobowego rozwoju: „Giń i stań się!”. Wizja egzystencji w ciągłym przepadaniu i rodzeniu się na nowo, pod pretekstem, że pojawienie się nowego zawsze pozostaje wyzwaniem, nie pasowała do charakteru Wojtka. Wychodzenie z ograniczeń, rozszerzanie się osobowości budzi wyobrażenie kół rozchodzących się po wodzie – i bardziej pasowało do procesów refleksyjnych. Patos metafor wrzuca w podejrzaną egzaltację, której nie odpowiada puls naszego istnienia. Zwłaszcza u Wojtka wierność wydaje mi się decydującą cechą jego świata wewnętrznego. Sentencja Nietzschego umieszczona jako podtytuł książki, która dla niego była szczególnie ważna: Ecce Homo. Jak się staje tym, kim się jest odpowiada mocnemu odczuciu celowości w budowaniu siebie, świadomej konsekwencji kolejnych kroków. Odsunięcie od siebie idei absurdu i przypadkowości, co już stanowiło polemikę z myślą współczesną. Jeszcze raz zakłada wierność względem siebie, względem własnych źródeł – tak jak przez dziesięciolecia, od młodości był wierny dziwnej postaci chorego, zbrukanego przez następne pokolenia poety-filozofa.
Po serii wydarzeń, które wstrząsnęły społeczeństwem i rozproszyły nas po świecie, po jakimś czasie odnalazłam się w tym samym mieście co on z poczuciem naturalności – inaczej być nie mogło, to by oznaczało jakieś nieporozumienie ze strony losu. Do pewnego momentu w Paryżu byliśmy sobie nawet bliżsi niż w Warszawie, z prostego powodu, że krąg wokół nas znacznie się skurczył. Samotność Wojtka zastanawiała mnie, zwłaszcza, że jej realności nie były mi blisko znane. Od początku bardzo dbał o odgradzanie różnych znajomości, różnych kontaktów. Często różni jego przyjaciele nie wiedzieli o sobie nawzajem. Dyskrecja w podawaniu nazwisk ze środowisk, których nie znałam, wydawała mi się niemal nerwicowa, jak gdyby coś mu groziło, gdyby te nazwiska skojarzyć, połączyć… Odruch chronienia siebie, przywieziony z Polski?

Ale miałam swoje powtórzenia, spotkania popołudniowe jak kiedyś na Szucha, na Narbutta, żartobliwy rytuał herbaty. Czasem na operze, na koncercie. Wojtek coraz bardziej zbliżał się do muzyki. Prawie szczęście. Czy to była moja wygrana z czasem? Czas unieruchomiony? Ale w lepszej wersji, w najpiękniejszym mieście świata. Pretensje do Polski. Jak mogłam żyć w takim zwariowanym kraju. Takiemu krajowi, myślałam sobie, nie miałam osobiście nic do zaproponowania. Zresztą, byłam na to za słaba. Niech borykają się silniejsi. Może później, gdy uspokoją się widma, które chodzą po tej ziemi… Ale chwile paryskiej błogości, jak zwykle bywa, miały granice. Przyszło jego cierpienie, szereg śmierci, najpierw Krzysia… Brata, Matki. Moje cierpienie przy strasznej chorobie męża.
Nie uczestniczyłam w tworzeniu kolejnych numerów „Zeszytów Literackich”, najpierw daleka w Awinionie, potem zajęta moim romansem z Francją. Basia Toruńczyk czasem dzwoniła z pytaniami o ocenę, o sugestie co do ulubionych autorów. Wojtek był bliższy, również Adam Zagajewski ze spacerami ułożonymi jak kompozycje muzyczne. Były lata, dziesięciolecia, zwyczajne i niezwyczajne. Książki Wojtka przyjmowałam z przejęciem. Jak moje książki, nawet gdy nie wszystkimi się zachwycałam, nie wszystkie rozumiałam. Były w każdym razie pracą o jaką również mi chodziło. Zdawało mi się, że znajdowałam tam odpryski naszych rozmów, że obok języka dla wszystkich zawierały mowę czytelną dla mnie, pisaną atramentem sympatycznym pomiędzy wierszami. Może Wojtek czekał, że zareaguję właśnie na to osobiste pismo? Ale jak je czytać? Nie polegało ani na potwierdzeniu, ani na zaprzeczeniu rozwijanej treści, układało się jakby skosem, wedle reguł emocji i żartu wypracowanych na Narbutta i na Szucha. Była jeszcze dodatkowa magia na okładkach wydawnictwa Zeszytów. Były aluzją do spraw i entuzjazmów całego naszego grona. Dzisiaj wiem, że o jego książkach za mało z nim rozmawiałam; to go bolało, skarżył się wspólnej przyjaciółce. I do dziś nie zdaję sobie w pełni sprawy, dlaczego tak było. Sprawa miała szerszy zakres, była bardziej niepokojąca: żywił przekonanie, że jego książki nie są czytane. Czy choćby przez paru przyjaciół, kilku nieznanych wielbicieli z prowincji. I to jeszcze pytanie. Nawet nie przez tych, w których chciałby widzieć towarzyszy drogi, intelektualistów z jego pokolenia i środowiska, dawnych kolegów, którzy zostali liczącymi się naukowcami. Żadnych recenzji. Żyjemy w czasach, gdy łatwiej jest pisać własne książki niż czytać cudze. A o swoich wiedział, że są po prostu ważne. Nie z tych czy innych względów, lecz ponieważ są istotne. Nie błyskotliwe – poważne. Mówią o rzeczach życiowo najpoważniejszych, dla jednostek, dla zbiorowości.
*
Przypuszczam, że czytelnicy dostrzegali, że w jego pisaniu jest jakiś element… – pedagogiczny? misyjny? To było pisanie o sobie i dla siebie – przede wszystkim; w jakim miejscu się znajduje i jaki horyzont roztacza się wokół niego; rozejrzeć po własnym życiu. Ale nastawione na innych, w przeświadczeniu, że on dochodził do czegoś, co stanowi nie tylko jego prywatną sprawę, ale dotyczy innych, nawet jeśli niektórzy jeszcze o tym nie wiedzą. To wyraziste nastawienie, poczucie „książek dla wszystkich” zacierało się z czasem, nigdy całkowicie. Zwykły czytelnik, odwiedzający empiki i tym podobne hale dla rzeczy do kultury, biorąc książkę z półki, otwierając, zaglądając do środka, mógł zaznać rozczarowania: uznać temat za zbyt ezoteryczny, a książkę za egocentryczną. Książka o przyjemnościach kogoś kto podróżuje, odwiedza uprzywilejowane miejsca i zapisuje wrażenia w rozbudowanym, obróconym na wiele stron świata dzienniku… Rzeczywiście, chęć sprawienia sobie przyjemności stawała się coraz bardziej samodzielna, wyeksponowana; pisało mu się swobodniej. Wiedział, że jego upodobania malarskie, literackie są rodzajem wyrafinowania, owocem sublimacji, dla której trzeba długiej zaprawy oka i umysłu. Że stoi za nimi znajomość kontekstu historycznego – w kraju, w którym nigdy dłużej nie mieszkał, Anglii, atmosfera kulturalna ujawniała się w anegdocie pełnej smaku.
Opinia o elitarności jest dwuznaczna, często zamyka horyzonty odbioru. Należało się jej wystrzegać. Nie mówiąc już o skomplikowanych stosunkach między demokracją i elitarnością, zauważę, że otaczające nas w młodości społeczeństwo „ludowe” rzeczywiście było przyuczone do odruchowej niechęci do twórczości elitarnej. A mówię o tym dlatego, że jego pierwsze ważne teksty były, jak gdyby niemożliwą rozmową z całym polskim społeczeństwem. Od tej wymiany odcinali się przedstawiciele i wykonawcy obcej władzy w podbitym kraju. Oczywiście, nie nadawali się na odbiorców esejów Wojtka. Ponieważ były one rozmową o tym, jak stać się społeczeństwem wolnym i wewnętrznie niezawisłym.

Tutaj dochodzę do tematu, który pragnę rozwinąć. Wyjaśniając czytelnikowi, dlaczego, gdy mija piąta rocznica śmierci Wojciecha Karpińskiego, myślę uporczywie o początkach a nie o dojrzałych pracach. Przyznaję się do pewnego punktu widzenia, wiem, że i jemu nie był on obcy. Waga pierwszych kroków, tego młodzieńczego zaprezentowania się sobie samemu i światu, rzecz podstawowa dla przyszłego pisarza – istotna dla osoby młodej i myślącej… Jest tu coś fascynującego: po chłopięcych, powiedziałabym, wprawkach na temat erotyzmu u Bataille’a i retoryki zamrożonej wrażliwości u Racine’a – następuje długi tekst, zatajony przed nami, bo wysłany tajnymi kanałami i pod pseudonimem do paryskiej „Kultury” w roku 1969. Tekst obszerny, który może być potraktowany jak książka: o polskim dramacie, o polsko-rosyjskim konflikcie kulturalnym, politycznym, duchowym. O dramacie, który zabarwił stulecia historii i nie dał się rozstrzygnąć kompromisowo. Dramacie rozgrywającym się przed światem, przed Europą niewiele z niego rozumiejącą, z małymi wyjątkami, chociaż chodzi w nim o podstawowe europejskie wartości. O europejską specyfikę i dumę. Taka jest teza – rzecz nie w tym, że teza nie jest oryginalnym odkryciem! – pierwszego eseju, pierwszej książki Wojtka. Tak to widzi dwudziestosześcioletni pisarz w kraju podbitym i zawładniętym, pisarz, który odsuwa od siebie zabawy, do których dawała okazję biblioteka ośrodka francuskiego przy wydziale romanistyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz słynna w „demoludach” biblioteka wydziału filozofii i socjologii.
Moment otrząśnięcia się z gier i wprawek – nie był dowolny. Wiosną 1969 minął rok, odkąd w Polsce rozegrało się widowisko, któregośmy się – jako żywo – nie spodziewali. Chociaż byli tacy, co subtelnym powonieniem wyczuli nadchodzące wydarzenia. Przed wojną mówiło się o antysemickiej „hecy” rozpętanej przez „wiadome elementy”. Te ostatnie były aż nadto wiadome. Ludzie, jeśli nie z samego wierzchołka, to z wysokiego piętra partii komunistycznej. Poranne czytanie jej organów prasowych – cała prasa była przecież takim organem – było przeżyciem nierzeczywistym. Musiałam się skupiać i nastawiać źrenice, by naprawdę doszły do mnie absurdalne zwroty i oskarżenia, które w pierwszej kolejności dotyczyły moich kolegów i koleżanek z uniwersytetu, których ojcowie byli Żydami i działaczami partyjnymi dość wysokiego szczebla w okresie powojennym. Nie byłam dobrym obserwatorem. Od paru lat w przestrzeni zbiorowej, na ulicach, w kawiarniach, na korytarzach szkolnych zapanował poufny styl indentyfikacyjny. Dowiadywaliśmy się, kto, jacy ludzie z kierownictwa zakładów pracy, szkół i wyższych uczelni, szpitali oraz samej partii są niewątpliwie pochodzenia żydowskiego, z detalami dotyczącymi np. ich przedwojennych przodków lub rodziny umoszczonej w Izraelu. W chwili, w której rozmyślam i próbuję pisać o Wojtku, Polaków, którzy o tym pamiętają, bo wiedzą z doświadczenia, jest coraz mniej. Chciałabym mieć nadzieję, że moi rówieśnicy i jeszcze ode mnie młodsi opowiedzieli to swoim dzieciom, nawet swoim wnukom. Wiosna roku 1968 zmieniła życie wielu osób, w tym przysłowiowo niewinnych brzdąców. Fale wyjazdów. Drogi życiowe się przełamały, nakreśliły się nowe figury losów.
Byli Polacy (jak liczni? – mniejszość, ale jak sobie wyobrazić jej liczebność?), którzy przeżywali to jak upokorzenie. Wobec własnych przekonań, własnej przeszłości, wobec świata. W historii dogorywającej z wolna Polski Ludowej przybył historyczny epizod i powtarzająca się figura wygnańca, tym razem z kraju budującego komunizm, socjalizm, czy jak to nazywano. Postać wypędzonego Żyda mogła przypominać to, co się działo w latach trzydziestych w Niemczech. I jeszcze jeden obraz, prawie poetycki: pożegnania na warszawskim Dworcu Gdańskim – pociąg z emigrantami wyjeżdżał do Wiednia. Miałam w najbliższym kręgu dwa punkty obserwacji, na przeciwstawnych krańcach horyzontu: mego ojca, od dawna „rozczarowanego” – ale komunistę? no nie, marksistę zaledwie – i Wojtka. Konserwatystę? Liberała? Europejczyka. Można powiedzieć, polskiego patriotę. On sam będzie przez lata przygotowywał narzędzia dla przyjrzenia się bliżej tym tworom dziejów, do których grupy sam należał.
Rok 1969 – wysłanie i 1970 – druk w „Kulturze” długiego eseju W polskich oczach (pewnie w symetrii do: W oczach Zachodu) to początek. Nie jako pisarza politycznego, bo takim nie został, być może ku zawodowi niektórych obserwatorów. Jako pisarza w sensie ścisłym. Eseista ma w literaturze swojego języka takie wzory jak Stempowski, Herling-Grudziński, Kołakowski. Wydarzenia historyczne, które zaważyły na jego biografii, to po prostu koniec II wojny światowej: kształt tego zakończenia. Od jakiego momentu, a zwłaszcza z czyjej inicjatywy, skoro miało się stać już w dzieciństwie, nastąpiło uświadomienie, w jakiej rzeczywistości się znajdujemy? Był prędki w rozwoju. Za sprawą brata Jakuba? Przyjaciele i czytelnicy znają kanoniczną, parokrotnie powtarzaną opowieść o czytaniu Zniewolonego umysłuprzez ramię starszego, z niemożliwością dotarcia do końca każdej strony, bo czytał wolniej niż starszy; miał dwanaście lat. Rozmawialiśmy – za mało! – spacerując wte i wewte po Krakowskim Przedmieściu, między zajęciami, po zajęciach. Jakie były zasadnicze przeżycia sprawiające, że tak wcześnie zyskał świadomość, że ten kraj to nie jest jego Polska? W połowie drugiego roku studiów, roku naszego spotkania i codziennych kontaktów, patrząc w twarz jego jakby nagle zatrzaśniętą, usłyszałam: „Moja Polska skończyła się w trzydziestym dziewiątym roku”. Było to dla mnie metafizyczne oszołomienie. Urodzić się tu, mieszkać tu, mieć tu swoje „papiery” i swój świat, tu, w jedynym kraju na ziemi i nie uważać go za swój… Taka operacja myśli nie wydawała mi się możliwa. Oznaczała nie tylko specjalny stosunek do rzeczywistości, podlegającej odwołaniu, gdy nie spełniała pewnych wymagań, ale i zadziwiający luz wewnętrzny, kiedy nie czujemy się poddanymi tego stanu rzeczy, który jest. Oczywiście przywołuję w pamięci pokolenia młodych ludzi, przychodzących na świat pod zaborem: jak wczesna musiała być u nich nauka domowa; jak szybko dziecko wiedziało, że nie znajduje się w tym świecie, w którym być powinno. A jeśli świat faktyczny nie zasługiwał na to, by się z nim sprzymierzyć, co wobec tego należało robić? Jest niewyobrażalne, by rodzice Karpińscy udzielali synom ideologicznej pouczeń… A jednak… Myślę o Jakubie, o którym nie wiem nic istotnego. Wiem o niezwykle mocnym przywiązaniu i lojalności Wojtka, niezwykle wysokiej moralnej wizji całej jego działalności. Byłam świadkiem jednego załamania, po artykule Jakuba w „Tygodniku Powszechnym”. Dotyczył sprawy, którą wtedy wszyscy się podniecali. Nie jestem pewna roku, ale były to lata dziewięćdziesiąte. Jakub twierdził, że u progu nowego porządku w Polsce należy wyciągać surowe konsekwencje w przypadku ludzi, którzy w okresie poprzedzającym stawali jawnie po stronie władzy, więc podpisywali się pod jej decyzjami, ale później, przy rozluźnieniu reżimu byli zdolni do wartościowych działań. Nie powinno im ujść na sucho. W artykule usprawiedliwieniem tej konsekwencji w karaniu była teoria ciągłości osobowej. W ciągu dorosłego życia jesteśmy jedną i tą samą osobą, a nie szeregiem kolejnych indywiduów o różnych poglądach – odpowiedzialność moralna dotyczy więc całego przebiegu życia. Wojtek był wyraźnie zgorszony, postawa brata kłóciła się z tym, jak widział przyszłość kraju, wydawała się sprzyjać ciągłym konfliktom. Albo kłótnie z tamtych lat, które jako maskę wybrały sobie postać generała Pinocheta… I jak dalece nieoczywisty pozostaje wybór między systematycznym pociąganiem do odpowiedzialności i czymś w rodzaju ogólnej amnestii. Widzieliśmy to na przykładzie sąsiednich krajów, które w tym samym czasie odzyskały niepodległość… Intuicja bardziej niż doświadczenie przekonuje mnie, że między braćmi nie było sporów, ale gromadziły się różnice; wymijali siebie, żeby uniknąć zderzenia. Każdy dyskutował w innym gronie. Zaniepokojona myślałam, że i w ten sposób kształtuje się wolne społeczeństwo – w konflikcie bliskich.
Jak moi rówieśnicy, inteligentni i rozbudzeni przyjmowali marzec 68? Jak uderzyło to w Wojtka? Słuchał od dawna Wolnej Europy, w jakiejś chwili zjawili się tacy rozmówcy jak Kisiel czy Henryk Krzeczkowski. Dopytywał się, czy mój ojciec ma jakąś koncepcję na temat „wydarzeń”. Dodam, że dla mnie te wydarzenia były szokiem – i wyzwoleniem. Głucha pewność, że nie chcę tutaj żyć i bezradność: nie mam rozwiązania. W każdym razie przyjęłam sekretnie dewizę, z której i tak nie umiałam wyciągnąć praktycznych wniosków: Incipit vita ex somnio tracta. Tu proszę o wybaczenie mojej łaciny, skleconej na podstawie słownika prof. Korpantego… Dałaby się ona przełożyć w ten sposób: świadomość polityczna jest niezbędna, aby być sobą, ze wszystkimi tego odkrycia ciężarami, pomyłkami, ograniczeniami. Ale świadomość polityczna w sytuacji bezsilności – wydawała mi się po prostu tragiczna. Z bzikiem, który często idzie za nią, jeśli się odpowiednio nie pilnujemy – oglądałam to na własne oczy.…
Tak dochodzę do swego rodzaju uzasadnienia, że w środku mego myślenia o Wojtku, w ten czas rocznicowy, stawiam tekst dwudziestosześcioletniego młodzieńca – w dodatku o tytule, który dla osoby w mojej sytuacji i wieku musiał być dość nieatrakcyjny: W polskich oczach… Szczyciłam się wtedy swoją frankofilią, która po upływie czasu okazała się nałogiem. I po dziesięcioleciach zamieszkiwania we Francji nie uwolniłam się od niej. Czy było dla mnie wtedy takie ważne, co widziały polskie oczy… Czyje i kiedy? Nie od razu chwyciłam symetrię z Conradem. Czyli że świat, jego ważna połać, geograficzna, historyczna, staje się interesująca w tych właśnie polskich oczach. Byłam od kilku lat wprowadzona w stopniowo realizowany projekt Wojtka i Marcina Króla, projekt, który po interwencjach cenzury wyszedł okrojony pod tytułem Sylwetki polityczne XIX wieku – lepiej brzmiącym niż w oryginale i uzupełnionym już za wolności wznowieniu: Od Mochnackiego do Piłsudskiego. Oczywiście, warto znać te problemy, ale nie przesadzajmy (mówiłam sobie z fałszywym poczuciem lekkości). Zadowalałam się wtajemniczeniem w myśl Norwida, zaczytywałam się listami i poematami. W jego cieniu stały spekulacje i rapsody Krasińskiego, Słowackiego. Było to jak dziejowy odwet. O Norwida się jednak spieraliśmy – dla niego nie był dobrym poetą. Uznawał jego społeczną i historyczną wrażliwość, lecz z niezrozumiałych dla mnie powodów nie chciał wchodzić z nim w bliższy kontakt.

Na początku roku 1970 „Kultura” opublikowała „zasadniczy” (słowo z epoki) artykuł nieznanego autora. Mętnie pamiętam wrażenia, gdy wreszcie doczekałam się, po całym szeregu innych osób stojących w kolejce do numeru miesięcznika, aż trafił w moje ręce. Oczywiście, żadnych pytań, nawet dla siebie, kto może być autorem – pseudonimowość była wyraźna, tak często działo się w „Kulturze” i oznaczało kogoś z kraju; połączenie imienia z nazwiskiem, nie wiedzieć czemu, dziwaczne. Przedziwne, że styl nie był dla mnie od razu rozpoznawalny; to pewnie efekt braku ciekawości. Pierwszy rzut oka: komentarze na marginesie wielotomowego dzieła Kucharzewskiego Od białego do czerwonego caratu. Ale też przedłużenie dalej tego szlaku, zamkniętego śmiercią autora w roku 1952, aż do naszej ówczesnej współczesności. Czyli do lat, kiedy Wojtek pisał swoją analizę. Rzecz miała się rozgrywać pomiędzy dwoma caratami – w tym było jądro sprawy. Nie tylko on miał momenty entuzjazmu nad tą starą książką. Żadna proza na temat historii nie wydawała się tak żywa, a fakty wśród moich rówieśników były znane bardzo ogólnikowo lub wcale. Jak w XIX stuleciu rozwijało się państwo rosyjskie, jego administracja, jego teoria władzy, jak podporządkowano Cerkiew, zniewolono arystokrację, uczonych, artystów. Jakie myślowe fantazje zastępowały rzeczywistość poddanym cara. Jak narastał ruch buntowniczy. W jaką siłę, świadomą siebie, rozwijała się całość tej maszyny: Imperium z imperatywem ekspansji, żeby pozostać wierne sobie. I jak w sercu systemu utrwalił się nakaz przeciwstawienia Europie, jak zazdrość i kompleks niższości, uczucie cywilizacyjnej obcości przerodziły się w pychę i pogardę – i ten zdumiewający rosyjski „samodur”; tego to słowa używano jeszcze wśród ludzi starszych…
Rozpoznawałam ten obraz w szkicu z „Kultury”, chociaż szczegóły nie były rozwinięte. Znałam niektóre tomy Kucharzewskiego i miałam w pamięci materiał, na którym pracuje nieznany autor. W myśli uzupełniałam pominięte rzeczy i chętnie zmierzałam do wniosków, które narzucały się autorowi. Czytelnik stawał się wspólnikiem pomysłu autora. Lecz z samym pomysłem miałam pewien kłopot; widzę to dzisiaj jaśniej niż wtedy. Właściwie wszystko się zgadzało, znajdowało się już w dziele Kucharzewskiego. Ale Kucharzewski jest pełen życia, detali z życiorysów ciekawych osób świata rosyjskiego, drobiazgowej wiedzy o tym kraju, która przy lekturze wywoływała efekt wręcz wizualny. Chwilami poczucie, że mam w rękach powieść. W jego carskiej Rosji pulsuje krew. Dla czytelnika była też rozkosz szczegółu nie wiadomo z jakich źródeł wziętego (prawdopodobnie z zapisanych wspomnień osób bliskich dworu). Wojtek za nimi przepadał, lubił cytować. Z kolei wszyscy co jego, Wojtka, czytali, zapamiętają historyjkę o chusteczce mającej osuszyć łzy ludu rosyjskiego, którą car wręczył pierwszemu naczelnikowi nowostworzonej Ochrany w charakterze instrukcji. Lecz przy transmisji od doświadczonego historyka i polityka do młodego intelektualisty, poszukującego linii przewodniej i konkluzji na dzisiaj, dokonuje się przemiana świata na schemat. (Być może jest to nieuchronne). W konsekwencji język, formułowane w nim idee, przy silnym napięciu moralnym, które podbija każde zdanie, dają obraz historii długiego trwania, gdzie działają nie tyle ludzie, lecz siły wcielające się w ludzi. Gdy Kucharzewski wprowadza pojęcie „maksymalizmu”, podstawy dla zrozumienia i opisania świata rosyjskiego, czuję, że idzie mu o myślowe narzędzie. Nadaje się ono do zawiłej historii ludów, korzeniami sięgającej Cesarstwa Bizantyjskiego i naznaczonej przez długie panowanie Hordy tatarskiej. To historyczne tło trzeba mieć w myśli, aby przydać ciała pojęciu: skąd ten maksymalizm? Dlaczego droga wschodniej części kontynentu była tak odrębna? Dla autora szkicu W polskich oczach oznaczał on hasło „wszystko albo nic”, odrzucenie rozwiązań częściowych, stopniowanych. Było tu uświęcenie najwyższej ofiary – ostatecznie, terroru. Lekceważenie społecznych kosztów, pogarda dla małego szczęścia ludzkiego. (Wojtek przypomniał mi kiedyś fragment z Rodzinnej Europy Miłosza, który go poruszył, opis dworca z głębin Rosji w czasie wojny: w kłębiącym się, bezosobowym tłumie siedziała z boku jedna rodzina, polska, wyodrębniona przez swoje więzy, ojciec, matka, dziecko i ojciec w skupieniu podawał synkowi kubek z napojem – ludzka rodzina). Kształtujące się państwo moskiewskie jest poruszane dążeniem do ostateczności. Najpierw w podbojach, w organizowaniu państwa z jedynowładcą na czubku zhierarchizowanej piramidy. Nie zachodnia struktura wasalna a niewolnictwo – wszyscy są bezwarunkowo podporządkowani władcy, również ci co stoją najwyżej. Jak gdyby skaza pierworodna, począwszy od której formuje się myślenie o rzeczywistości ludzkiej. Nie ukształtują się relacje feudalne, które w Europie pozwolą na rozwój, poszukiwanie nowych sposobów bogacenia się i modeli międzyludzkiego obcowania.
Pomysł Kucharzewskiego, który niejednemu obserwatorowi z Zachodu przychodził do głowy, to usunięcie linii podziału między dwiema Rosjami. Miał dane (skoro zmarł w 1952 roku), żeby przyjąć, że państwo bolszewickie jest poruszane takimi samymi zasadami – maksymalizm jest tu nerwem sprawczym. Maksymalizm władców znajdował odpowiedź w maksymalizmie buntowników. Formuła zaostrzy się: zniszczyć wszystko, by zbudować coś nowego i ogromnego! Ocalić ludzi choćby wbrew ich woli, siłą. Po caracie rewolucja ma być przeskokiem z piekła do raju. Najwyższe przeciwieństwa posługują się po obu stronach takimi samymi zasadami. Metody policyjne, całkowita zależność jednostki, stosunek do celów i środków dziwnie podobny tu i tam.
Autor szkicu w „Kulturze”, podpisany fikcyjnym nazwiskiem, ma na widoku całą historyczną głębię, czytał nie tylko Kucharzewskiego. W konstrukcji jego tekstu, w wibracji jego retoryki, w nieuniknionej suchości podawanych faktów, motory ludzkich działań wyglądają na mitologiczne potęgi, od stuleci władające jednostkami i grupami, nakazujące poddanym bezwarunkowe podporządkowanie, pełne utożsamienie z celami władzy. Czyżby chodziło, w ostateczności, o ukształtowane u zarania dziejów trwałe struktury mentalne? Oczywiście ani autor książki, będącej punktem wyjścia, ani zainspirowany nią eseista nie szukali genezy w znaczeniu dzisiejszych nauk. Opisywali stan rzeczy jak się rysował przed polskimi oczami. Dowody na trwałość struktury mieli przed sobą: w XIX wieku intelektualiści, artyści, którzy w zwykłych kontaktach szczerze współczuli polskim współbraciom carskiego ucisku, odżegnują się od nich gwałtownie, gdy wybuchają powstania 1830, 1863 roku, zrywy do wolości. Gdy w XXI Rosja wydaje wojnę Ukrainie, gwałcąc jej granice (on już tego nie przeżył), niezależnie od względów ekonomicznych, usprawiedliwieniem przemocy będzie akt oderwania się od imperium, pragnienie innego życia, poza rosyjską pętlą. Rosyjscy obywatele oraz luminarze sztuk i nauk obracają ku niej twarz nienawiści. Nie formy ustrojowe – carat, państwo sowietów – określają dla Rosji granice jej swoistości. Ta granica dotycząca rozwoju i form istnienia przebiega wedle stosunku części i całości, obywatela i państwa. W tej dziedzinie Rosja stoi poza zachodnią wspólnotą, chociaż – paradoksalnie – do niej należy jej literatura, poezja, muzyka.
Ale w tym szkicu idzie jeszcze o co innego: nie o fatalizm losu rosyjskiego, lecz o Polskę. Niezwykłością sytuacji jest to, że Polska, zbiorowość niezbyt podatna na maksymalizm, żyjąca w atmosferze zmiennej, na krótkie terminy, wobec dzieł zbiorowych niedokończonych, bo zawsze są przeszkody, została na stulecia przycumowana na siłę do państwa ogromnego jak kontynent sam w sobie. Równocześnie pamiętamy, że od zarania przyciągana jest przez inną całość, o zupełnie różnej tradycji: przez Kościół rzymski. Rosja była od stuleci oddzielona, przechowywała wzory despotyczne, nawet warunki życia odgradzały ją od europejskiego sąsiedztwa. Oddzielała religia, co w historii miało duże znaczenie.
Pamiętam, że liczyło się: sto dwadzieścia parę lat niewoli, czyli nieistnienia polskiej państwowości, równo lat dwadzieścia suwerenności w najgorszej koniunkturze europejskiej, sześć lat wojny i nazistowskiej okupacji, potem wyzwolenie-niewyzwolenie, którego nikt umysłowo zdrowy nie brał na serio i w którego wyniku zostajemy zachodnią marchią Imperium. Tutaj celuje ostrze pierwszego eseju-książki Wojtka. Bo mamy przed sobą tę samą machinę. Właściwie nie – nie tę samą, udoskonaloną dzięki „magicznej” (jego słowo) sile doktryny bolszewickiej; nie da się jej nawet sformułować w logicznie poprawnym języku. Dwudziestosześcioletni obserwator widzi przede wszystkim deprawację: języka, umysłów, relacji ludzkich. I znów mniej go obchodzą – co zrozumiałe – konkrety tego państwa-partii. Bardziej to, co dzieje się w Polakach, w ich wnętrzach. Jego diagnoza jest ciężka. Najwyższym oskarżeniem będzie uleganie maksymalizmowi sąsiadów i napastników, zarażenie się ich sposobem widzenia świata. Dla niego to czysta zgroza, używał słowa „samozatrata”. I ze zgrozą pisał (wybijając to słowo) o apostazji Adama Gurowskiego, jednej z sylwetek XIX wieku.
Wydaje mi się (dzisiaj), że był to w rozwoju młodego pisarza moment, gdy jak gdyby sam otarł się o maksymalizm moralny. Formułuję to przesadnie, w celu wydobycia na jaw niebezpieczeństwa, jak gdyby badacz miał się dać zarazić przez obiekt swych badań. Obraz tego przedmiotu – Rosji – jest tak bezlitosny, ponieważ stanowi ona niebezpieczeństwo, choćby przez samą bliskość geograficzną. Rzeczpospolita szlachecka rządziła obszarami zamieszkanymi przez prawosławnych, miała posłów prawosławnych w swoim Sejmie.
Tonacja eseju staje się jeszcze bardziej uroczysta, gdy autor przechodzi do rozważań o współczesności. Mówi przecież o znajomych, kolegach; o tych, co próbują pisać, wyrazić świat i siebie w Polsce, w warunkach naszego życia. Pierwsze pojęcie jakie wprowadza na tym obszarze przypomina XIX wiek, albo nawet zadania dawane do wdrożenie sowieckim pisarzom. Obowiązek, powinność. Pisarze mają na sobie obowiązek, nałożona jest na nich powinność wobec wspólnoty narodowej. Pisać prawdę, to znaczy pokazywać, jak jest, jak żyje się w Polsce, w jakim nie dającym zapomnieć o sobie nacisku politycznym; jakie są zagrożenia i jak można się im opierać. Tak mówił Sołżenicyn: przede wszystkim nie kłamać. To znaczy nie iść na służbę panującego reżimu, zwłaszcza nie przyjmować narzucanego języka. Dla pisarzy zdrada może przyjąć dwie formy: wejścia w język i cele władzy oraz oderwania się od dzisiejszości i bujania w światach bez prawa ciążenia. Śmiertelne zagrożenie to wejść z władzami w „twórczą polemikę”: np. żądać socjalizmu prawdziwszego, czystszego, chcieć przelicytować komunistów na ich terenie, co od razu oddaje im inicjatywę. Oszukiwać ludzi i samemu zginąć jak ćma w płomieniu świecy. Zdania Wojtka są znacznie bardziej surowe niż moje szare sprawozdanie. Czytam: „Wszelka inna działalność może zawierać polityczne kompromisy z rosyjskim maksymalizmem – jedynie polskiej myśli nie wolno jest tego czynić”. To zdanie nie wydaje mi się całkiem roztropne, bo takie kompromisy na przykład w gospodarce prowadzą do katastrof… Czytelnik, zastanawiający się nad esejem Karpińskiego i moim komentarzem po tylu latach, zdaje sobie sprawę, że myślenie, a zwłaszcza próba przełożenia go na mowę, jest dziedziną specjalną, najdelikatniejszą i najmocniejszą zarazem. Tak jak Mefistofeles mówi w I Fauście: „krew to płyn specjalny” – myśl, zwłaszcza myśl wyrażona to najbardziej specjalna kwintesencja życia. Byli ludzie polskiej kultury, którzy – i to jest wedle autora niewybaczalne – moralnie kontynuowali po latach marsz Tuchaczewskiego ku Wiśle roku dwudziestego, największe zagrożenie jakie przeżyliśmy w XX wieku. Wojtek rzuca oskarżenie: nie można przeczytać niczego po polsku o tych niebezpieczeństwach! Zniewolony umysł, pełen demonizmów i świadczący o duchowym uzależnieniu, to książka kaleka – a najgorsze, że nikt na nią nie dał odpowiedzi! Pada zdanie, które wydaje mi się zaklęciem-przeklęciem: „Za niepodjęcie obowiązków kara jest natychmiastowa, choć nie od razu widoczna: polska inteligencja została porażona jałowością myśli”. „Nie należy się łudzić pozornymi sukcesami na światowych rynkach: ich dzieła są martwe”. Dodam, że dla autora był to okres, który się szybko zamknie. Nigdy, nigdy później nie spotkam u niego takiego tonu. Odrzuci surowość osądów jako szkodliwą, nawet nieludzką. Odrzuci kaznodziejstwo, pewnie nie czuł się do niego powołany. I jeszcze, tak mi się wydaje, mógł w nim podejrzewać, w kraju skądinąd katolickim, metodę kontrproduktywną.
Moje sięganie do pamięci zderza się z wieloma przeszkodami, z jej tendencją do zniekształcania, do rozbijania na fragmenty, do budowania zgodnie z logiką pragnienia; z dziurami, których nie da się zapełnić. A jednak prowadzę dalej te notatki. Nie tylko dlatego, że są mi potrzebne dla orientowania się we własnym życiu. Również z przyczyny nie tak osobistej: za chwilę nie będzie nikogo z tego pokolenia. Z tego grona ludzi, z których wielu było starszych, odeszli wcześniej, ale byliśmy powiązani. Wiązało nas zainteresowaniem dla historii i literatury, albo pasja dla sztuki, potrzeba wiedzy i umysłowej jasności. Również – w różnym stopniu – zbliżało nie-czucie się u siebie w kraju, gdzie ludności zostały podyktowane prawa rządzące jej życiem. Zapewne nie każdy miał wobec tej rzeczywistości tak zdecydowany odruch odrzucenia jak Wojtek; tego odruchu też trzeba się było nauczyć. Ale nawiedza mnie jeszcze inny niepokój. Na ile mam się czuć zobowiązana – pisząc i wspominając – „świętą zasadą” dyskrecji? A co z „naruszeniem dóbr osobowych”, do którego nie zostałam upoważniona? Czy wytrzymałabym próbę przedstawienia mego tekstu Wojtkowi? Czy za bardzo bym się wstydziła nie dość lotnej inteligencji, nie dość eleganckiego stylu? Muszę się też pilnować przed nastawieniem zbyt euforycznym. Jest ono spojone z obsesją zanikania w naszym świecie ludzi, ledwo się ich pogrzebało; prawie natychmiast. Jeszcze są z nami, gdy opuszczamy cmentarz – ale zaraz już ich nie ma, rzeczywiście nie ma.
Pamiętam świetnie, i uważałam wtedy za rodzaj samoobrony, jak Wojtek dawał do zrozumienia, że nie czyta, systematycznie nie czyta polsko-ludowych pisarzy, czyli pisarzy o umysłach zniewolonych – i z jakim przejęciem mówi o wyjątkowych książkach, gdzie się dokonywała autentyczna praca inteligencji i uczciwości wobec samego siebie. Z reguły takie książki miały u podstaw pisanie poufne, nieprzeznaczone do druku, tylko dla siebie lub dla kogoś bliskiego, kto myślał w podobny sposób. A więc dzienniki oraz listy, wysyłane wtedy, gdy obaj korespondenci przebywali za granicą. Entuzjazm Wojtka dla dzienników Zygmunta Mycielskiego! Ich autor był mu znany, ale z daleka; ja go widywałam w pałacu w Nieborowie, gdzie przyjeżdżał komponować; dla innych gości, dla służby, dla wycieczek wyglądało to jakby się zamykał na ciche narady ze sobą – a potem nagłe wrzaski – głosu? instrumentu? – przy jedynym fortepianie koncertowym, ustawionym w salach muzealnych. Otóż pośmiertnie wydane dzienniki uderzały niezwykle jasną świadomością, rozumieniem trudnej sytuacji polskiej po wojnie i bodaj jeszcze trudniejszej sytuacji Zachodu. Tom dotyczący lat pięćdziesiątych zawierał oficjalną podróż artystów do Związku Sowieckiego. Nie czytałam rzeczy tak trzeźwych i głębokich pod polskim (krajowym) piórem. Nie chodziło tylko o strach, który był wszędzie, chodziło przede wszystkim o zdolność do wewnętrznej uczciwości, której nie było w sferach artystów hołubionych przez reżim. Umieć widzieć i umieć myśleć. Trudno zachować wolną głowę, gdy towarzyszy się władzy przy kolejnych zakrętach, a gdy popada się w moralny kryzys, gdy zaczyna się myśleć na własną rękę, chce się jednak być drukowanym. Wychodząca u nas literatura, już po odwrocie od stalinizmu, ta, która chciała być „obrachunkowa”, przygnębiała fałszem, bo tym była jej połowiczność, ćwiartkowość. Wyobrażam sobie reakcję Wojtka przed taką książką: on z tej ćwiartkowości ma czerpać wiedzę o Polsce. Przeciwwagę przynosiły przemycane publikacje „Kultury” paryskiej i książki w obcych językach, których w Warszawie było pełno. Wyobrażam sobie z jaką przyjemnością zanurzał się w stronicach Cieni w pieczarze.

Inne lektury, inne informacje. Nie afiszował się z nimi nie tylko ze względów zrozumiałych, lecz dlatego, że chciał, jak zawsze, chronić swoją prywatność. Jak gdyby odruch: nie zostać odszukanym po śladzie, chociaż nie uczestniczył w jawnie nielegalnych akcjach. Miał, o ile wiem, jedną rozmowę z agentami, którzy zaproponowali, by składał im doniesienia po powrocie z zagranicznych wojaży. Ale brat miał proces i siedział w więzieniu, Wojtek lubił opowiadać, że z balkonu widział skraj budynku więziennego. Rzadkie były momenty, gdy ujawniał nazwiska, tytuły, audycje z Wolnej Europy, których słuchał. Również wobec mnie – przychodzi mi dzisiaj do głowy, że wiedząc doskonale co się dzieje w naszym domu, jakie są nastroje, chciał chronić mojego ojca. Zastrzeżenie o konsekwentnym odsuwaniu od siebie pisarzy krajowych nie było całkowicie prawdziwe. Czytywał, powiedzmy, trochę czytał choćby z ciekawości, ze względów towarzyskich – żeby wiedzieć, o czym się rozmawia. W tym gronie były to rozmowy częściej humorystyczne. Ale jego lektury były ogromne, różnojęzyczne, wielokierunkowe. Powiedział kiedyś, że o ile na studiach pasjonowała go filozofia, potem stracił dla niej zainteresowanie. Nie dlatego, by uważał ją za obcą ludzkiej rzeczywistości, raczej z powodu mocnego przesunięcia się jego intelektualnych potrzeb na historię i społeczeństwo. Było to niejako czasowe zluzowanie. Uśmiechnęłam się przyjaźnie, gdy wyraził nadzieję, że prawdopodobnie jeszcze do filozofii powróci; wątpiłam w to?… Właśnie tak się nie stało; być może wróciłby do niej – inaczej – gdyby żył dłużej.
Chcę się jeszcze zatrzymać przy pierwszych szkicach publikowanych pod pseudonimem w „Kulturze”. Są trzy, były pisane między latami 1969 i 1974. Dla młodego analityka – to duża rozpiętość. I duża różnica w koniunkturze i w jego nastawieniu. Uderzająca mnie abstrakcja pierwszego szkicu W polskich oczach jest bardziej ucieleśniona, uhistoryczniona w szkicu O duchu bezprawia wydrukowanym w 1974. Temat ten sam i nie ten sam. To samo dzieło Od białego do czerwonego caratu w pierwszym przypadku służyło do objęcia całej rosyjskiej przestrzeni ideą maksymalizmu, jakby chodziło o wskazanie na demoniczne, niszczące pierwiastki w tej akurat, tak ukształtowanej historii. W drugim eseju O duchu bezprawia perspektywa jest bardziej konkretna, padają przykłady ludzi i działań. Wywody Kucharzewskiego są przedstawione poprzez kolejne posunięcia władzy i pracę nad utworzeniem systemu ograniczającego wszystko, co w Europie było uważane za elementarne wolności obywateli. Mowa o niszczeniu ludzi, osób wykształconych, dobrej woli, którym nie będzie dozwolona żadna perspektywa pracy dla korzyści zbiorowej, którzy uwiędną na prowincji. O niebywałej marnacji substancji ludzkiej, jaka mogła być do dyspozycji w ogromnym kraju, marnowaniu myśli i uczuć, talentów, wynalazków, koncepcji. Praktycznie likwidacja elity, z której zostaną jakby kukły ustawione w drabinie hierarchicznej. To co dzieje się w imperium Aleksandrów i Mikołajów można określić jako doskonałe przeciwieństwo Monteskiusza, jako duch bezprawia. I – zdumiewa się młody autor – na to zasadnicze zjawisko uczeni zajmujący się Rosją nie zwracali uwagi, ani wśród emigracji, ani wśród zachodnich naukowców. Kucharzewski był bodaj jedynym, który zajął się podstawą mechaniki carskiej Rosji.
Trzeci „kulturowy” tekst z 1972 roku (narzuca mi się taka kolejność) ma jeszcze inny charakter. Autor, jak pamiętam, wątpił w możliwość powstania w Polsce Ludowej prawdziwej prozy, pokazującej rzeczywistość, wprowadzającej postaci przeżywające prawdziwe problemy, konflikty, zagrożenia. Teraz ma przed sobą grubą powieść Cienie w pieczarze. Istotnie panuje nad nią metafora (nazywana też mitem) rodem z dialogów Platona. Pamiętamy ją z grubsza: mówi o nieszczęsnych ludziach cały swój żywot spędzających w jaskini, tyłem do wyjścia i swoją wiedzę o rzeczywistości na zewnątrz czerpiących z cieni, które padają na ścianę ich więzienia. Decydująca siła tej książki jest już w tytule. To znaczy nazwać tak nasz świat, świat „demoludów” żyjących „za żelazną kurtyną” – metafory dla opisania naszego istnienia upokarzająco trafne. Wszystko w tym systemie pracuje nad odcięciem nas od wiedzy o rzeczywistości, jeśli zwykły obywatel coś wie, to są to strzępki wyczytane z cieni i namiętnie interpretowane. Kiedyś ktoś zauważył: północni Koreańczycy do dziś nie wiedzą, że człowiek – Amerykanin! – chodził po Księżycu. Tytuł jest genialny, zawiera elementy, które możemy dalej rozwijać. Bo genialna metafora Platona jest również tragiczna; łagodniej mówiąc, głęboko pesymistyczna. Tak ją odczuwał grecki mędrzec i wtórujący mu dwudziestowieczny intelektualista, Nicola Chiaromonte, który zainteresuje Wojtka: jak niewielka liczba ludzi wychodzi z jaskini! Jak nieszczęsny jest los wszystkich, co zostają, którym odbiera się najwyższą ludzką ambicję. Wojtka ta polska powieść zachwyca – prawością, odwagą, odczynieniem „sowieckich czarów” zalepiających oczy i mózg. Polska, ludzie w niej żyjący są pokazani tak, jak ich widzimy. Jacy sami jesteśmy, ciągle uwikłani w kompromisy, kłamstwa i półkłamstwa, nie dające się zaakceptować dylematy; rezygnujący z czegoś, by nie dać się za bardzo uświnić, lub czepiający się szans lepszego życia i wchodzący w obrożę tajnej policji, w szantaż, w samozatratę. Mamy tu wielopiętrowy konstrukt: powieściopisarzowi drukującemu pod pseudonimem w „Kulturze” odpowiada krytyk, który kryje się za pseudonimem. Tenże ocenia literacki świat, zaludniony przez wymyślone charaktery, prawdziwszy niż „świat prawdziwy” powierzchownie omieciony wzrokiem. Krytyk zachwyca się odtworzeniem w książce krajobrazu, ulic, domów i ich historii – nareszcie mamy do czynienia z rzeczami, które nie są zrobione z kartonu. Pamiętny opis mola sopockiego. Świat byle jaki, ze śladami wojny, z pozostałościami przeszłości niemieckiej, na której temat obowiązywała cisza. „Przede wszystkim nie kłamać” – nakaz mędrca naszego XX stulecia. Tak powstaje książka żywa, prawdziwa. Wraz z jedną jaskółką pojawia się nadzieja, że współczesna literatura polska nie przepadnie w daremnych grach z politykami, że może pojawi się coś poważniejszego – zastanawia się w zakończeniu. Pamiętam z rozmów, że nie było złudzeń co do wieku powieściopisarza, to znaczy złudzeń co do tego, że należy do młodych, zapowiadających coś nowego. Musiał być tęgim wygą, wycierać się latami po wszystkich zakątkach „ze-szma-tła-wionego” kraju. Znał nie tylko najmniejsze mechanizmy – znał po prostu ludzi. Również ludzi z samych wierzchołków; znał albo wymyślał ich sekrety. Na poszukiwania została puszczona w ruch tajna policja, wydaje się, że bez rezultatu… Domysłom nie było końca, doszło do tego, że typowano na autora członka komitetu centralnego partii: za dużo wie. Prawdziwy autor, bardzo niemłody, jedna z większych umysłowości w Polsce i najbardziej paradoksalnych, musiał się bawić jak nigdy w życiu… Ogromnie ceniony przez Wojtka – może i lubiany? – chodził tymi samymi ulicami co my, miał przylepiony do twarzy krzywy uśmieszek i przyglądał się nam, jak mi się zdawało, wyzywająco. Wojtek napisał jego pochwałę zatytułowaną wzorem Tomasza Manna Kisielizm jako duchowa forma życia, lecz nie została dopuszczona do druku. Intrygował go również jako pewna recepta na życie prywatne: mieszać się we wszystko i naprawdę nie być w nic zamieszanym, stworzyć wokół siebie atmosferę nieodpowiedzialności za słowo, śmiech z komediowego trefnisia, będąc w sumie odpowiedzialnym za wszystko, co pisał. Często odwiedzał moich rodziców, mieszkali w jednej kamienicy.
Triada szkiców, z której zdaję sprawę, jest dla Wojtka znamienna. Pokazuje początek: jak patrzył i jak jego patrzenie ewoluowało wraz z poznawaniem ludzi, książek, świata. Chodziło o zrozumienie tej przestrzeni charakterystycznej dla każdego kraju i innej w każdym, gdzie ludzie oddziałują na siebie wszystkimi sposobami, przez rytuały, znaki, symbole, których dostarczyła im historia ich wspólnoty, rodzina, szkoła, różne stopnie zaangażowania w społeczeństwie, różne ambicje i marzenia. Przepadałam za artykułami, które drukował w „Twórczości”, w „Tygodniku Powszechnym”, o książkach, obrazach, podróżach. Udawało się mu przemycać idee polityczne – z przeszłości – z czego powstała książka, tak pożyteczna na bezludziu, jak Sylwetki polityczne XIX wieku. To był składnik zmieniającej się stopniowo atmosfery, po odejściu Gomułki i przed niespodziewaną – i oczekiwaną – eksplozją „Solidarności”. Był tak zajęty swoimi sprawami, innymi kontaktami, że nasze spotkania stały się rzadkie. Wyobrażam sobie ten nastrój podniecenia, podniesienia głowy, nastawienia na przyszłość. Nie chce mi się powtarzać refrenu, który wszyscy mieli w głowach; był tam polski papież, Nagroda Nobla dla Miłosza, był Wałęsa. Tak się sprawy złożyły, że szykowałam się wtedy do wyjazdu do Niemiec Zachodnich na stypendium naukowe, a on do Stanów Zjednoczonych.
Co do literatury, również zachodniej, był wobec niej coraz bardziej trudny. Natomiast poezja pozostała ciągle obecna, w jego bibliotece (dwóch bibliotekach, warszawskiej i paryskiej, znacznie obszerniejszej) dużo miejsca zajmowali wielojęzyczni poeci, uczył się fragmentów na pamięć. Recytował mi, czasem w najdziwniejszych sytuacjach. Raz w sekretariacie wydziału romanistyki, gdzie jako doktoranci musieliśmy bywać. Coś mu przyszło do głowy, może był to gest ratunkowy przed niesłychaną nudą, pospolitością miejsca… i usłyszałam zwrócony do mnie, ponad głowami innych osób, kawałek z Beniowskiego, którym na spacerach wielokrotnie się rozkoszował. Wyobraźcie sobie na moment, to niesłychane wariactwo, rażącą niestosowność. Póki mam w pamięci, niech odtworzę tę scenę wielostopniowego dziwactwa, podkreślającą stan kompletnej jego nieobecności moralnej w gronie sekretarek i asystentów. Mówił wprost do mnie, koleżanki, wspólniczki, ten cudowny, ożywczy passus: „Kłębami dymu niechaj się otoczę; / niech o młodości pomarzę pół senny.” i końcowe słowa: „Kochanko pierwszych dni! – znów jestem twoim”. Nie mam pojęcia jakie to wywarło wrażenie na przypadkowych słuchaczach, zależało przede wszystkim od ich poczucia humoru… Młodość musiała być trudną lekcją życia, być może sporo z tej niemocy zachowało się w nim trwale. Przynajmniej jako dojrzały mężczyzna sprawiał wrażenie swobodniejszego, czy raczej bardziej opanowanego (a i to nie zawsze). Już w Paryżu, w drugim mieszkaniu przy ulicy Nicolas Fortin podzieliliśmy się dramatycznymi uczuciami, jakie budzi w nas do dziś konieczność konfrontacji ze sprzedawczynią sklepu spożywczego.
Był więc Słowacki, w sporych ilościach, mniej Mickiewicza, był Wierzyński, trochę Lechonia, Leśmian (nie przemawiał do niego Tuwim). Pokazywał mi z antologii Pawła Hertza, że lekceważeni poeci XIX wieku mogą kryć urocze strofy, czystą muzykę. Nie lubił Norwida i dziwił się, że osoby o tak wspaniałym uchu dla polszczyzny – Czapski, Jeleński – mogą się nim zachwycać. Nie znosił Norwidowego wydziwiania z językiem. A kiedy nastał czas Miłosza, pewnie czasowo związany z pierwszymi tomikami amerykańskimi, moje wizyty zaczynały się od krótkiej lektury (poezja nie może być długa!) i potem, zapominając o gościu, błądził po cienkich książeczkach, tak jakby ich echa nie dawały się uciszyć. Pasją, którą w sobie utrzymywał, był język wolny – wolał mówić swobodny – i żywy, to znaczy nie spętany przez ideologię ani strach, zwrócony ku życiu z tą w sumie rozpaczliwą intencją, by je dosięgnąć, w jego zwyczajności i jego zdumiewającej jednorazowości. Poetyka Miłosza, zwłaszcza, jak mi się wydaje, z okresu Traktatu poetyckiego i potem Gucia zaczarowanego, była w zasadniczej kongenialnej więzi z jego, Wojtka, wrażliwością językową. Ale były też wspaniałości wierszy niemieckich, angielskich; nie było wiersza francuskiego, miał przekonanie, że ze swą ostrą wymową a zwłaszcza ze swym niezmiennym akcentem, nie był stworzony do wielkiej poezji. W naszych relacjach literatura była na pierwszym planie, nie tylko świeże lektury, również dawne, że tak powiem, pradawne, od dzieciństwa. Spór o pierwsze zachwyty: dla niego Alicja w Krainie Czarów przeciwstawiona mojemu Kubusiowi Puchatkowi. Oczywiście, mówiłam, twoje książki dla przedwcześnie rozwiniętych, dla małych geniuszy, a moje dla prawdziwych dzieci… Stosunek Wojtka do literatury był tak osobisty i wymagający, że obcując z nim, nie dziwiła mnie intensywność jego wyborów (jak o nich potrafił mówić…) i bezwzględność odrzuceń. Najodważniejsza literatura tworzona w Polsce w latach 60., 70. była kłamliwa, ponieważ była kompromisem między ogarkiem dla diabła i świeczką dla Pana Boga. Była więc fundamentalnie nieuczciwa – w języku religijnym nazwałoby się ją „złym uczynkiem”. A przecież on wiedział jaka jest alternatywa i żądał: wszystko albo nic? Oczywiście nie. To żądanie, tak zaborcze w pierwszym szkicu w „Kulturze”, określiłabym jako z jednej strony młodzieńcze, z drugiej symboliczne. To nie był zabójczy maksymalizm wyczytany z kart dzieła Kucharzewskiego. To było wstępne ustawienie obiektywu, by uświadomić sobie w jakiej skali pracujemy. Powieść Stalińskiego nie stwarzała złudzeń, była wyjątkiem, jak zupełnym wyjątkiem było życie autora między Warszawą a krakowskim środowiskiem „Znaku”, życie ruchliwe, głośne – zarazem zupełnie tajemnicze.
Tak czy owak, półprawda budziła w Wojtku obrzydzenie, miała demoralizującą siłę w społeczeństwie. Wierzył w klątwę jałowości i wskazywał na nią, zwłaszcza w polskiej powieści. I on, młody krytyk, młody filozof i literaturoznawca rzucił takie przekleństwo – do dziś to mnie i niepokoi, i urzeka odwagą. To miała być, dla kogoś patrzącego z dystansu, jednoosobowa odpowiedź młodego pokolenia, gdyby nie to, że takiego osądzającego pokolenia nie było i Wojtek nie mógł spełniać roli nieistniejącego trybunału czytelników. Postawa zmieniła się, przede wszystkim w ludzkim wymiarze. Zauważyłam to dopiero po odnalezieniu się w Paryżu. Jeszcze w gorących latach początków wolnej Polski, na jakimś polsko-francuskim zgromadzeniu, gdy do grupki stojących Polaków doszedł gość z Warszawy i zaczął z siłą napadać na pisarza splamionego pisaniem w kraju, w warunkach kompromisu, więc kolaboracji z reżimem. Była to przykra karykatura… Pamiętam to charakterystyczne dla Wojtka natychmiastowe wbicie oczu w ziemię i znieruchomienie twarzy. Była to przede wszystkim jego reakcja na hałaśliwe i narzucone dyskusje na temat tych, co mieli zdradzić i współpracować, i tych, co pozostali czyści. Nienawidził tego typu osądzania, widać było, że cierpi. Nie mam wątpliwości, że chodziło u niego o decyzję moralną i polityczną, w której tle stało przekonanie o tym, że trzeba zacząć odbudowywać Polskę – moralnie, politycznie – i ten rodzaj ostracyzmu stanowi tylko przeszkodę. Sądzę, że w założeniu tej postawy, w zmianie w stosunku do tego, co dało się wyczytać ze szkicu w „Kulturze”, stoi pamięć o maksymalizmie i maksymalistycznym niebezpieczeństwie, które sprawia, że w walce z wrogiem zaczynamy stosować jego metody.

Dlatego chcę opisać – dotknąć tylko – przyjaźń Wojtka (jeśli wolno mi zachować to słowo ami, tak bardzo francuskie, zgoła nieocenione w użytku) ze starym pisarzem, który na skutek wydarzeń w Polsce znalazł się (jak ja, jak Wojtek, jak Basia, jak Adam) zagranicą, w Paryżu. To był miły dom w sercu historycznego miasta, otwarty, bo każdy po telefonie mógł zostać przyjęty. Stary pisarz, wyraźnie zmęczony, chciał być czynny, dowiadywać się o Polsce, o Francji, o świecie, interesował się literackimi nowościami. Wojtek dość często dzwonił, dopytywał się o zdrowie, umawiał na wizytę. Było widoczne, że stary pan cierpiał nad sytuacją swoich książek w kraju: nie było wznowień, bo prawdopodobnie nie było czytelników; pewno ich liczba topniała wobec otwarcia się rynku na nowości ze wszystkich stron świata. Stary pisarz dowiadywał się, z bólem, jacy pisarze polscy cieszą się teraz powodzeniem. Widocznie ktoś mu doniósł o popularności Józefa Mackiewicza – musiało go to zaboleć. Dlaczego Mackiewicz?? W głosie słyszałam: jak to możliwe, ten reakcjonista, ta podejrzana figura, realistyczny, drobiazgowy nudziarz, sprzed dziesięcioleci, sprzed przełomu nowoczesnego. Był osobiście dotknięty, bo Józef Mackiewicz wyobrażał świat dokładnie przeciwstawny, w końcu wrogi jego światu warszawskiego postępowego inteligenta. „I młodzież go czyta?” – pytał. – I pani, pani Ewo, go czyta?”. Wojtek, cienko rozwiązujący takie napięcia, wyczułby, jak się zachować, ja nie wiedziałam, jak wybrnąć (ratowałam się głupio – prawdomównością). Jego wierność nie była przy tym wymuszona, była w niej i elegancja, i serdeczność; stary pan musiał też budzić w nim wzruszenie. Gdy wchodził w grę poważny pobyt w szpitalu, był jedynym, który zaofiarował się z pożyczką i stary pan powtarzał, zachwycony, przy kolejnych gościach: „tylko Wojtek, tylko Wojtek…”. Oczywiście byłoby pretensjonalne nazywać ten stosunek zadośćuczynieniem za coś…, ale on musiał myśleć o swojej dawnej „nieprzekupności”, o surowości młodego człowieka, który za zdradę grozi ludziom kultury przekleństwem. A tutaj jest przed nim właśnie stary pan, który uosabiał kiedyś wady pisarza reżimowego, sprzeniewierzającego się swemu wysokiemu powołaniu. Tyle przeszedł, wreszcie zerwał z reżimem i dołączył do grupy pisarzy wydających w kraju pismo poza cenzurą; człowiek, przed którym była już tylko śmierć. Z poczuciem klęski, które się wyczuwało w jego ostatnich postanowieniach…
Każdy może sobie powiedzieć, że najważniejszy punkt świata jest tam, gdzie on się znajduje i na to nie ma żadnej poważnej refutacji. Ale wiedzieliśmy, że to, co osobiście dla każdego najistotniejsze, dzieje się w Polsce i ten kraj, na dłużej nie do wytrzymania, będzie rządził naszymi decyzjami, naszym zdrowiem psychicznym. Pobyt paryski tak czy owak rozpadał się na dwoje: przed uzyskaniem przez Polskę wolności i po. Szczęście lata, jesieni i zimy 1989 pozostało niezachwiane mimo wszystkich późniejszych rozczarowań. O roku ów… moi przyjaciele, przez całe życie zamknięte w kraju zniewolonym, mieli taki jeden rok; tak też mówi o sobie Mickiewicz. Nie będę się zajmowała „życiem na obczyźnie”, ponieważ wraz z upływem czasu wszystko stawało się obczyzną albo, jeśli chcemy, ojczyzną właśnie, a najbardziej pewne miejsca we Włoszech, chodzące potem za mną przez cały pozostały rok. Wiedziałam, i on wiedział to o sobie, że moje mieszkanie pod Paryżem jest „tym” mieszkaniem, jak i w jego wypadku to w dzielnicy 16. i następnie w 13. Tu każde z nas spędzi resztę życia, o ile nie nastąpią całkiem nieprzewidziane wypadki. Przy wprowadzeniu stanu wojennego w grudniu 1981 roku ja znajdowałam się w Monachium, on w Nowym Jorku. Postanowił wrócić do Europy; bliżej kraju. W jego rachubach ważna była siedziba w Maisons-Laffitte i Englischer Garten Wolnej Europy w Monachium. Miał rozmowy w polskiej rozgłośni. Umówiliśmy się pewnego dnia przed Starą Pinakoteką. Miało być przed autoportretem młodego Dürera, słynnym, magnetycznym. Przez telefon zaproponowałam, z moją tendencją do pompy: z różą w ręce. Odpowiedział: „W zębach”. Spędziliśmy dwie niezwykłe godziny w muzeum; nie był rozmowny. Zawsze pozostawało pytanie: co dalej? Ja miałam problem „na teraz”: przenieść się z Niemiec do Francji. Znałam język, literaturę, pragnęłam tego doświadczenia. Los okazał się przychylny – nie wiem, jak on to odczuwał dla siebie. W każdym razie znaleziono dla niego mieszkanie w Paryżu i został przyjęty do ważnej placówki naukowej. W Paryżu chmara „starszej młodzieży” organizowała działania propolskie przy pomocy życzliwych przedstawicieli francuskich syndykatów. Były zbliżenia, były zawody. W dalekim Awinionie, wśród starych murów, pani w sklepie z drobnymi mebelkami powiedziała z egzaltacją, że jest dumna, sprzedając lampę Polce (szybko uzmysłowiłam sobie: grała na strunie dobrych i na strunie złych cudzoziemców; w Awinionie mieszkało dużo bezrobotnych Arabów z północnej Afryki, wieczorem włóczyły się bandy młodych).
Tak zaczęła się układać normalność każdego z nas. Każdy miał wokół siebie nieco inny świat, ja zawsze byłam tą, która lepiej zna prowincję, więcej spotyka Francuzów. Po „wybiciu się na wolność” wielu polskich znajomych, związanych cały czas z solidarnościowymi przybudówkami, wróciło do kraju. Wróciła Barbara i „Zeszyty Literackie”, wobec nowoczesnych środków komunikacji niewiele – nic? – to zmieniło dla kwartalnika. Zniknęły urocze spacery wraz z przeniesieniem się do Krakowa Adama Zagajewskiego. Obawiałam się powrotu Wojtka, przepadłaby wtedy ważna część współorganizująca całość mojej codzienności. Nie wchodziło to w grę. Cóż, do emerytury był związany z instytucją, która płaciła mu pensję i nie była z niego zadowolona. Chciała w nim widzieć pracownika intelektualnego, który by realizował zbiorowe projekty takie jak „prometeizm w ruchach europejskich”. Nic ich tam nie obchodziło, że ten nienajlepszy pracownik (były wyrazy niezadowolenia od zwierzchników, on przeżywał obawy przed zwolnieniem) jest pisarzem obcego języka, wyprodukował pewną liczbę książek, które i tak nie będą im znane, do tego podtrzymuje swoim piórem jedno z liczących się pism literackich… Myślałam sobie (do dziś nie wiem, czy mam rację), że poza zakochanymi w Paryżu nasi koledzy niewiele mieli nam do pozazdroszczenia. W Warszawie, w miastach wojewódzkich istniał ruch wydawniczy, teatry, galerie „jak na Zachodzie”, swoboda mówienia, pisania. Gorzej z zarobkami i z polityką, ale to dziedzina ruchoma, można było mieć na nią wpływ. Gdy jestem w złym humorze, szczególnie z czegoś niezadowolona, zwracam się ku sobie ze złością: przed obraz święty! podziękować za to wszystko czym zostaliśmy obdarzeni!…
Wojtek uważnie pilnował proporcji, nie lubił napadania na polskie bzdury (polską specyfikę – mówiłam złośliwie), jeśli zapominało się o najważniejszym: wolna Polska istnieje, istniejemy jako wolni Polacy. Tymczasem nadal praktykujemy styl czepiania się, jaki stosowaliśmy wobec rządzących komunistów. Dzisiaj można było powiedzieć: to twoja sprawa, zabieraj się do roboty. Otóż nie zabierzemy się do polityki, to było jasne. Nie chcieliśmy i nie nadawaliśmy się – dwa impulsy, niechęć i bezradność, związane ze sobą więzią tak ścisłą, że nie wiadomo nawet, który jest pierwszy. On się tym (polityką z bliska, w polskim wydaniu…) pewnie trochę brzydził. Tak sądzę, wzywając przed oczy telewizyjne obrazy z polskiego Sejmu. On wyobrażony tam… Różnica, powiedziałabym, natury kosmicznej. Czy to rzeczywiście nasi reprezentanci, nasz świat? Tak było w demokratycznym państwie. Mało krytykował, bardzo rzadko go przy tym słyszałam. Może sądził, że od tego są inni, lepiej przygotowani. W demokracjach często tak bywa, że nie głosujemy na tych, co przedstawiają nasze poglądy, lecz po to, by przeszkodzić innym, o przekonaniach, które są nie do przyjęcia. Niektórzy z moich parysko-polskich przyjaciół zadziwiali mnie tym, że potrafili godzinami oglądać debaty sejmowe, kiedy chodziło o temat ważny aktualnie. Nie wystarczy im sprawozdanie w prasie?!… Za nic nie chciałam brutalności polskiego parlamentu, żadnego parlamentu, wprowadzać do mojego domu, do obecnej w nim literatury, muzyki, choroby. Wiem, że Wojtek oglądał na początku i nie wiem, od jakiego momentu przestał. Nie ma czasu, trzeba pracować, jego projekty były w moich oczach ogromne. Z góry myślał o tematach, jakie na niego czekają. Eseje mogły mieć sens doraźny, są pobudzone wydarzeniami kulturalnymi, śmiercią bliskich ludzi… Najważniejsze były książki. Jak i wcześniej u niego książki pisały się stopniowo i rozdziały najpierw były kolejnymi (jak mówił) artykułami; prawie zawsze w „Zeszytach”.
Podczas długich wizyt przy ulicy Claude Lorrain, na Nicolas Fortin były opowieści o projektach, czasem z lekka fantazyjne. Książek miało być dużo. Tematyka pasjonująca go nie zmieniała się, przyrastała. Miała być książka o Nietzschem, o Hofmannsthalu – o młodzieńczej poezji i o późniejszej współpracy z Ryszardem Straussem, o Tomaszu Mannie, o rozwoju malarskim Krzysztofa Junga, może o Goethem, o sztuce angielskiego eseju, o Rzymie – przeżyciach i przyjaźniach rzymskich. Nic o Francuzach? Przeżywałam w Paryżu jego odejście (w przeciwieństwie do mnie, bo zaczęłam się znów zbliżać) od literatury francuskiej, która żywiła nasze dzieciństwo i czasy studiów uniwersyteckich. Miał bezpardonowe oceny francuskich luminarzy słowa. Jego zdaniem była to specjalna dziedzina piśmiennictwa zachodniego, wychowana w atmosferze wyjątkowego znaczenia życia towarzyskiego, rozumiana jako gra, do której każdy dodaje swoją kostkę, obchodząc sam przedmiot szerokim łukiem i skupiając się na strategiach, na sposobach wypuszczania pióropuszy stylu. Na obróbce, która dysponuje dowolnie przedmiotem, może go rozdymać bądź redukować, zawsze z uwagą na to, by punkt ciężkości spoczywał na „jak”, w jakiej siatce dialogu wewnątrz językowego się znajdujemy. Taka literatura wydała arcydzieła, subtelne fenomeny intelektu. Mistrz nie zapominał, w jakim otoczeniu pracuje, dla kogo, w jaki ton ma trafić – i ostatecznie, komu ma się podobać. Dlatego Wojtek miał osobisty kłopot z poezją francuską, nie wytrzymywała, jego zdaniem, zestawienia z niemiecką, angielską, polską (w najlepszych jej wcieleniach). Problem nie w tym, iż miałaby być słabsza, lecz w tym, że była o czym innym, z boku, ześlizgując się z powierzchni rzeczy. Do końca w jego wyobraźni pozostał żywy poeta jego doktoratu, Racine, rzeczywiście twórca wiersza najbardziej przejmującego w literaturze francuskiej, dodatkowo prześwietlonego przez czystą sytuację dramatyczną. Zarazem najbardziej może udręczonego, ociekającego bólem. Bo mówi on po prostu o tym – Wojtek to pokazał w rozprawie – że świat nie jest dla człowieka.

Wszystko przygotował. Również dyspozycje co do pogrzebu. Po tym też rozpoznawało się jego klasę – nie robić kłopotów innym. Spotkaliśmy się na Père Lachaise w sali pogrzebowej w południe końca lata, już w nastroju jesiennym. Nie było nas wielu; przyszła wiązka kwiatów od ambasady. Odbyło się tak jak trzeba, pogodnie. Paru przyjaciół coś wygłosiło; znakomite było przemówienie Aleksandra Smolara, wiem o tym, ale z przejęcia niczego nie zapamiętałam. Akcent artystyczny: odczytanie XXX Sonetu Szekspira, po angielsku i w polskim tłumaczeniu a przed wyniesieniem trumny na całopalenie adagio z Symfonii Jowiszowej. I wszystko. Teraz idziemy do pobliskiej knajpy, żeby coś zjeść. Robi się zwyczajnie. Ale nie jest zwyczajne. Od pokoleń do tej restauracji schodzą się żałobnicy we wszystkich możliwych konfiguracjach rodzinnych i pozarodzinnych. Wśród brzęku naczyń myślałam tępo: wyobrazić sobie nowelkę w osiemnastowiecznym stylu, tym razem bez frywolności: kredens wypełniony naczyniami, który stoi tu od stuleci, wspomina najciekawsze czy najznakomitsze kompanie, porządkuje w myśli różne typy zachowań, różne barwy mowy. Podejrzewam, że taki utwór istnieje i jest wydrukowany, ale jak dotrzeć do niego w ogromie ulotnych publikacji, nie wiedzieć dla kogo przeznaczonych. I nawet w katalogu Biblioteki Narodowej – czy będzie dla mnie dostępny? Takie rozmyślania zajęły mi czas stypy. Ciekawość: a jak to jest w obyczaju, rozmawia się o zmarłym, czy nie rozmawia podczas tej cmentarnej uczty? Nie rozmawiano.
Załatwianie formalności niezbędnych dla wypuszczenia prochów zagranicę było długie. W Warszawie nabożeństwo żałobne u Wizytek, w kościele, który bardzo lubił, razem z Sakramentkami na Rynku Nowego Miasta. W Wielkim Tygodniu ciotka, która była historyczką sztuki i w tej dziedzinie wychowywała go w dzieciństwie, przychodziła na Nowy Rynek po opłatki do mazurków. Pochówek na Powązkach. Do dziś nie wiem czy jest to grób rodziców. Dla jego rodziny te sprawy musiały być ważne, pamiętano o pochówkach i rocznicach. Ale rodzina topniała na naszych oczach. Najpierw ojciec, na którego pogrzeb nie mógł przyjechać, ciotki, matka. W momencie mszy u Wizytek żył najmłodszy brat, bardzo nieszczęśliwy, najczęściej się ukrywał. Po śmierci Marka kto jeszcze pozostał przy życiu z rodziny, która weszła w II wojnę z ojcem i wujem Wojtka, poetą, matką i jej siostrami, jak mi się zdaje, nie tyle samotnymi, tylko osamotnionymi? Ojciec i trzej synowie utrzymywali ród przy istnieniu. Odeszli. Co to znaczy? Czy pewna ciągłość rodzinna zachowuje się w naszych czasach? W jakiej postaci? W albumach zdjęć? W niezapominaniu o grobach? A co się dzieje ze spuścizną? Wojtek miał szczęście do przyjaciół, zasługiwał na nich przywiązanie. Jest to gwarancja, że część zapisów w komputerze, w dyskietkach znalezionych w biurku zostanie zachowana z troską o publikację. Bo jak wiemy od opiekuna archiwum, dużo będzie opublikowane i pewnie jeszcze więcej pozostawione poza publikacją – definitywnie? – w Wojtkowych archiwach.
*
Trudno wyobrazić sobie lepsze zakończenie pełnego pasji i pracowitego żywota. Pamięć u każdego z nas odpowiada (na ogół) długości przypadających nam lat, choć może się okazać krótsza niż życie. Wydaje się, że dzisiaj zanika, albo już znikło, ustne przekazywanie dzieciom, dlatego chętnie pisze się książki „dla zachowania”. Czy rzeczywiście powinniśmy być jak Mormoni: każdy żywot odnotowany w rejestrach, choć i tak nie będzie temu towarzyszyła pamięć żywa? Dlaczego Mormoni nie odczuwają tego w ten sposób, że wystarczy, że wszystko raz istniało, aż do sekund przyznanych przedwczesnemu płodowi, istniało i pozostało w Pamięci Boga, i z tej racji zawsze będzie: będzie obiegało galaktyki i jeszcze nieobjawione przestrzenie? Czy stoi za tym nieufność do zdarzeń, które nie są potwierdzone kancelaryjnym dokumentem? Być może dla Mormonów (Wojtek się nimi pasjonował…) substancja boskiej pamięci nie jest w niczym podobna do ludzkiej. Może nie jest, jak nasza, ulotnym aktem wskrzeszania tego co było, gdzie możemy wszystko zobaczyć jak kiedyś, w trakcie trwania? Skrótem naszej pamięci jest otwór w ścianie nazwany „alef”, przez który widać świat zarazem kompletny i jednoczesny, ale dostosowany do umysłu i zmysłów człowieka. U Boga być może przywołana zostaje nie zewnętrzna powłoka, w której spoczywa zmysłowe piękno, ale struktura, wnętrze rzeczy, odmiana pyłu kosmicznego, z którego wszystko jest utkane, łańcuchy atomów, które zarejestrował jakiś międzygalaktyczny Mendelejew.
To św. Jan i Ojcowie Greccy obiecywali nam apokatastasis… może nie zgadzało się to za bardzo ze smakiem Ojców Łacińskich? Przywrócenie: nie będzie brakowało jednego dymu z komina. A podmiotami takiej pamięci będziemy my wszyscy, nieprzeliczalni jak piasek morski; wszystko zgodnie z obietnicami. Jednoczesność wszystkich ziaren czasu, przestrzeni zawartych jedna w drugiej, które dla nas są rozdzielne… Wojtek nie znosił takich spekulacji, ale robił jeden wyjątek: dla Miłosza, oczywiście. W wypadku poety był to archetyp wyobraźni poetyckiej najwyższego wymiaru. W szkicu o Piesku przydrożnym pisał nawet o „egzystencjalnych esencjach” – czysta sprzeczność! – jakoby odkrytych przez poetę w późnym wieku! Co innego jakiś Anioł Ślązak czy Jakub Böhme. Surowo mnie potraktował, gdy opublikowałam w „Znaku” esej o Böhme. Uważał te zainteresowania za niedojrzałe. Był osobnikiem antymistycznym, w każdym sensie, najwyraźniej może czuło się to w jego stosunku do religii. Ekstaza, utożsamienie stworzenia ze Stwórc… Widział w tym coś nieprzyzwoitego, a może nawet niebezpiecznego. Mogłam mu tylko przypomnieć, że w sztuce rezultaty bywały oszałamiające. Ileż to razy i on, i ja staliśmy oszołomieni przed Świętą Teresą Berniniego w Rzymie, raz trafiliśmy przed nią wspólnie. W imię poezji, muzyki, nawet tej instancji jaką jest seksualność można w tym punkcie oskarżać Wojtka o zubożony obraz świata czy jakąś reakcję urazową. Jego surowość była odmową wychodzenia poza ludzkie granice. Myślę, że był to istotny składnik jego filozofii człowieka, a chrześcijaństwo stanowiło dla niego mądrość środka, odrzucającą pokusy „przebóstwienia” czy to jednostki, czy to rzeczywistości.
*
Odkąd zaczęłam układać ten tekst o charakterze zaniedbanej w swoim czasie klepsydry, chodzi za mną świadomość, że ciągle okrążam łukiem rzecz bezwzględnie najważniejszą. Bo można wskazać na to, co było w nim obecne od początku życia intelektualnego, co go niejako utworzyło, a jednocześnie stało się zadaniem do wykonania – i to udało mu się zakończyć. Dlatego nie było to życie urwane przed końcem. Mam oczywiście na myśli jego prace na temat emigracyjnej literatury polskiej. Rzeczywiście, w jego komputerze wszystko mogło wskazywać, że planował jeszcze pisać, że pozostawił rzeczy niedokończone. A jednak myślę o tym życiu jako dopełnionym. Zakończył to, co było najistotniejsze: powstała książka (a ściślej dwie różne książki, druga zamknięta tuż przed śmiercią) o ludziach, którzy w dosłownym sensie słowa uratowali go, formując go. To znaczy pozwalając mu oddychać, pozwalając żyć w sytuacji, która była dla niego moralnie nieakceptowalna. Było to spłacenie długu wdzięczności, jaki nieczęsto do tego stopnia obarcza przedstawicieli następnych pokoleń, którzy odnajdują ożywcze źródła wtedy, gdy warunki historyczne zostały obliczone na ich zgubę. Na zatratę całej tej warstwy tektonicznej, do której należeli odkrywani przez niego pisarze. Nie wiem, czy Wojtek spośród swoich książek wybierał jedną jako jego zdaniem najważniejszą; może nie stawiał tak sprawy i aprobował je na równi, z różnicami tematów i stylu. Nie mam wątpliwości, że Książki zbójeckie, wydane zagranicą w 1988 roku, jako wynik dłuższego okresu pracy, gdy poszczególne rozdziały wychodziły jako eseje – to „książka życia”. Wyznanie miłości do literatury polskiej powstającej w najtrudniejszych okolicznościach, niejako przeciw historii. W Warszawie młody człowiek wcześnie zdaje sobie sprawę – dzięki miesięcznikowi „Kultura” – że zagranicą, we Francji, Argentynie, Szwajcarii, Włoszech, Stanach Zjednoczonych powstają teksty w języku polskim, z którymi nic nie jest porównywalne w jego literackim otoczeniu. Nie tylko w tym, co pisze się aktualnie w Polsce, również co powstaje w sferze wolnego świata i wolnej myśli. Grupka nie tyle przyjaciół (tak też będzie w niektórych wypadkach) ale wspólników, którzy się rozpoznali za pomocą pewnej kultury, którą wynieśli ze swego świata przedwojennego, którą podczas wojny przeżyli jeszcze raz i przemyśleli. W pełni świadomości, że jest to ich broń i instrument życia – jedyny. Ci ludzie znaleźli miejsce, gdzie mogą publikować. Człowiek, który ich zgromadził, Redaktor, sam widział siebie przede wszystkim jako postać polityczną, ale stało się tak, że dziejową rolę spełnił dla polskiej literatury. Znając tę edukacyjną opowieść wprost od bohatera, mogę wyobrazić sobie historię podróży w roku 1963 do Maisons-Laffitte, dworzec Saint-Lazare, prezentację, rozmowę z Giedroyciem, dochodzenie na kolację innych członków wspólnoty i rozmowy, niekończące się rozmowy… Pierwsza podróż na Zachód. Czas upływa, podróż się kończy, ale zawsze zostają z nim zakładnicy – książki mówiące tak jak żadne inne.
W pierwszym rozdziale Książek zbójeckich zatytułowanym Swobodne głosy (oba słowa to jego słowa-zaklęcia), pisanym w ostatniej kolejności jako wprowadzenie, jest ton jak podany kamertonem. Oszołomienie. Taki stosunek do rzeczywistości… taki stosunek do języka jest możliwy, tak osobisty, dojrzały… Takich głosów nie spotka się gdzie indziej. Swobodnie ustawionych, uważnych na złożoność świata, uderzających trafnie i z siłą. Dotykających spraw zasadniczych. „Jak rozedrzeć zasłonę słów, jak spowodować, by stały się mostem ku rzeczywistości? Jak dotrzeć słowami do świata i nie dać się zwieść słowom, ich zalewowi, ich mirażom? To pytanie było mi szczególnie bliskie. Z przejęciem śledziłem pisarza poszukującego wyjścia z milczenia, własnej drogi, własnego głosu […]. Chłonąłem to właśnie: głos śmiało i celnie docierający do rzeczywistości, do ich świata, który stawał się moi”. „A więc można posługując się polszczyzną dotykać spraw zasadniczych i pozostać rozluźnionym? Można ominąć resentymenty, ketmany, demonizmy, celebrację stylu, grę masek i pułapki szczerości? To było moje spotkanie nowoczesnego Polaka, lekcja indywidualnego stylu i społecznej wyobraźni”.
Wybiera ich siedmiu: Czesława Miłosza, Witolda Gombrowicza, Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Józefa Czapskiego, Jerzego Stempowskiego, Aleksandra Wata, Konstantego Jeleńskiego. W eseju wstępnym jest opisane spotkanie z każdym z nich, na stronach „Kultury”; każdemu jest poświęcony passus, gdzie autor, jak w natchnieniu, prowadzony przez swoich przewodników, znajduje odpowiednie określenia dla każdego, ponieważ każdy stanowi zupełnie odrębne zjawisko literackie. Jest to więc siedem różnych „szkół stylu”, siedem temperamentów, siedem metafizyk, relacji z historią, strategii wobec świata. Mały tekst na siedemnaście stron, który pragnie się zacytować w całości. Na przykład ten kawałek: „Garstka wygnańców, mniejszość mniejszości, podjęła rzucone przez współczesność i tradycję wyzwania. Można je chyba tak sformułować: po wojnie rzeczywistość poddana została oficjalnej kontroli, ujęta w cudzysłów ideologii i polityki, dotarcie do niej wymagało specjalnego wysiłku i odwagi. Trzeba było zwrócić się ku fundamentom, ku świadomości jednostki. To jest, ukazany w wyostrzonej formie, odwieczny problem literatury: ci pisarze przetrwają, którzy zbudują własną rzeczywistość, zdobędą własny głos. W polskim romantyzmie zagrożenie odczuwano przede wszystkim jako zewnętrzne, jednej wspólnoty przez drugą; literatura narodowa stanowiła narodową protestację. W naszej epoce zmagania toczą się o swobodę indywidualnego umysłu. Współczesna literatura emigracyjna broni jednostki, jej pamięci i wyobraźni. Anteuszowe dotknięcie konkretnej osobowości wzmacnia siłę głosu”.
Wojtek był przywiązany do rzuconego kiedyś przez Miłosza określenia „czwarta polszczyzna”. Miała to być ta mutacja języka, która pojawiła się po pierwszej wojnie światowej, a rozwinęła na dobre na emigracji po drugiej. W przeciwieństwie do „trzeciej”, romantycznej, jej polem realizacji była przede wszystkim proza – a w szczególności sprzyjała jej nie powieść, ale esej! Ładna jest jego lista wielkiego eseju powojennego, lekce sobie ważąca konwencjonalne podziały. Esej: Traktat poetycki? Nieobjęta ziemia, Dziennik, Inny świat. „W każdym razie «pisarze zbójeccy» przynosili mi zintensyfikowane migawki rzeczywistości utrwalone w słowie i przetworzone przez indywidualną wrażliwość”.
Odnalazł nawet dla „czwartej polszczyzny” moment kulminacji i autorewelacji: było to w majowym numerze „Kultury” z roku 1951 „gdzie po raz pierwszy pojawiły się teksty Miłosza (artykuł Nie wyjaśniający przyczyny zostania na Zachodzie, wiersze) i Gombrowicza (fragmenty Trans-Atlantyku) wspierane przez Stempowskiego (Wronia i Sienna). Za dojrzały wyraz «szkoły rzeczywistości» przyjmuję letnie numery «Kultury» z 1963 roku. Byłem wtedy po raz pierwszy w Paryżu, mogłem je czytać na gorąco. Te teksty zapisały się na trwale, niektóre z nich zaliczyłbym do najpiękniejszych w literaturze polskiej: cudowny poemat Miłosza Gucio zaczarowany (subiektywna rozprawa o źródłach wyobraźni), fragment Dziennika, zasadniczy, o podróży w czasie i przestrzeni przez ocean i o próbach dotarcia do siebie (hymn o sile i granicach głosu), Ewokacja i Klucz i hak Wata, O kilku sprzecznościach sztuki nowoczesnej Jeleńskiego”.
Bez nostalgii, ale z wielką wyrazistością przypominam sobie powrót Wojtka po tym nasyceniu się „Kulturą”. I opowiadanie o nim – głos Wojtka zduszony przejęciem, nieujarzmioną potrzebą celebracji – przecież mówił o wydarzeniu dla siebie najistotniejszym – nie wiem, ile jeszcze takich momentów doliczyłby się w życiu. Dla mnie egzotyka tego świata, Paryża w codzienności, jego oczami zwiedzany Luwr, nawet obiad w restauracji, która koniecznie musiała być bardzo elegancka… Nie znałam jeszcze tych wybranych książek, tkwiłam w moich filozofach (a nawet teologach, do mojego doktoratu), a w domenie polsko-emigracyjnej w dużej mierze zależałam od niego. Potem poznajdywały się inne źródła dostarczające wydawnictw „Kultury”, od strony ojca, partyjni działacze średnich szczebli i poczciwej natury. Tak docierała wielka sensacja: kolejne powieści Stalińskiego. Ale pozostała we mnie świadomość, że dotknęłam momentu ważnego w potrójnym znaczeniu: dla Wojtka, dla mnie, dla kultury polskiej. W tym roku zaczęła się intensywna praca Wojtka nad „książkami zbójeckimi”. A „zaraz potem”, w skrótowym nałożeniu się na siebie jego dojrzewania pisarskiego, mojego dorastania politycznego, był marzec roku 1968. Nowa opowieść, ale nie taka znów świeża, miała stęchłość starych obrzydliwości, które przerabialiśmy z Kucharzewskim.
*
Czasami wydaje mi się, jakbym widziała to zamknięte już życie dzięki temu punktowi „alef”, przypadkowemu, ale obdarzonemu niesamowitą zdolnością. Pozwalał widzieć wszystkie rzeczy świata w równoczesności i z wyrazistością miniatury (kto woli: małego końca lornetki). Ale pomiędzy obrazami z różnych czasów i różnych miejsc – Warszawa, Paryż, Rzym, Monachium, Maisons-Laffitte… – są miejsca przymglone albo całkiem zamazane. Nie dotyczy to mglistości ogólnikowej wiedzy jaką mamy o ludziach, że w latach i miesiącach takich a takich gdzieś tam przebywali i coś porabiali. Miał tendencję do ukrywania się, jaką można sobie wyobrazić w figurze szpiega z wyrafinowanie skomplikowanych powieści. Bo było tak, jak gdyby nie tylko chciał okryć tajemnicą jakąś część swoich kontaktów i poczynań, lecz postanowił zrobić to w taki sposób, aby osoba, na którą jest obmyślany ten manewr, uchwyciła z całą pewnością, że jest to ukrywanie się, związane z ważnymi, przerastającymi ją względami. Często bywało tak, że po jakimś czasie jądro sekretu odsłaniało się przy banalnej okazji i mogłam stwierdzić, że zagadkowe przemilczenia, znikanie bez wyjaśnienia, z miną domina na balu u Verdiego, to był jakiś jego skomplikowany plan towarzyskich wtajemniczeń. Być może działo się tak, że w pewnym momencie dochodził do wniosku, że już jestem gotowa, aby być przyprowadzona do nowego przyjaciela – nowego w mojej perspektywie, bo poznanego pod koniec studiów. A prawdę mówiąc, mam wrażenie, że do gestu przedstawienia mnie zmuszał go najgłupszy przypadek: wpadniecie na siebie nos w nos na przykład w foyerwarszawskiej filharmonii. Henryka, człowieka, którego ważność dla niego zrozumiałam dopiero po śmierci tegoż, gdy Wojtek przygotowywał się do pisania o nim, poznałam przez niezamierzony przypadek. Niezwykle ciekawego, niebywale zabawnego opowiadacza-zmyślacza, do którego nie potrafiłam się przekonać. Jeśli uwierzyć Wojtkowi, świadczyłoby to o braku u mnie instynktu w stosunku do ludzi nietuzinkowych, wychodzących poza schematy.
Należał więc do osób nieuchwytnych, powiedziałabym, o nierównym rozłożeniu swojej obecności psychicznej. Odruchowo, w odpowiedzi na sposób zanikania, a potem wynurzania się z niezwykłą wyrazistością, próbowałam być ostrożna, sama bawiłam się w niejawność. Nie wychodziło mi to i sytuacja pozostała niezrównoważona, ostatecznie za cichą zgodą obu stron. W ostatnich latach, osiągnąwszy pewien wiek, każde z nas mogło patrzeć na drugie przez szereg zapamiętanych obrazów: student – młodzieniec rozhukany, małpujący taniec pod muzykę pop na prywatkach u zaangażowanych w filozofię kolegów, raz nawet zadziwiający tym, że od fryzjera wyszedł ze zgoloną głową, przekreśloną na krzyż gęstym futrem. (Nasz ulubiony profesor, Rachmiel Brandwajn, zawołał na jego widok: „Coś się pan tak obsmyczył?!” – wywołując w nim wielką uciechę). Był przyjaciel przynoszący esej do szybkiego zapoznania się przed wysłaniem do „Tygodnika Powszechnego”; ten, który na naszych długich herbatkach opowiadał o swoich projektach, o podróżach do Włoch i do Stanów Zjednoczonych, o ludziach, których spotykał. Wiedział, że ma wdzięcznego słuchacza. Kto wypytywał się – autentycznie ciekawy – o mnie, o moje domowe sprawy, lektury, pisanie. I ten, kogo poprosiłam, by mnie oprowadził po swoim Luwrze, swojej Starej Pinakotece, po swojej National Gallery, gdzie doprawdy poruszał się jak uskrzydlony. I przyjmującego mnie u siebie po śmierci Krzysia, po której były lata niemożności pisania, niemożności życia, i poszarzała twarz, i spotkania z rozwlekłymi minutami milczenia, których żadne z nas nie chciało wypełnić, a nawet pewnego dnia moje perorowanie na temat psychoterapii, która mogłaby pomóc, bo znam przypadki… Ostatnie lata były lepsze (może po prostu dobre?) – jak gdyby nieszczęście też miało swój czas zegarowy i odchodziło, spełniwszy swoje posłanie… I twarz była lepsza, znowu prawie piękna. Pisał intensywnie. Zbliżył się z Mikołajem z redakcji „Zeszytów Literackich”. Byłam zachwycona, że ktoś taki jak Mikołaj będzie opiekunem tych tekstów. I tak też się stało. I była przedwczesna śmierć i niedokończone książki – i życie, pomimo to, spełnione.
To co było najważniejsze, pozostało takie. Od wieku szkolnego, kiedy czytał pierwsze w życiu wydawnictwa „Kultury” za plecami brata Jakuba, gdy chodził do czytelni Biblioteki Narodowej na lekturę autorów, których później nazwie „pisarzami zbójeckimi”. Przypominam, że ta nazwa, intrygująca i celna, jest zaczerpnięta z IV części Dziadów: Gustaw nazywa tak powieści (domyślamy się) romantyczne, które zbrzydziły mu życie w świecie realnym. Zawsze była to sprawa stosunku literatury do rzeczywistości. I zawsze była pochodną ustawienia się wobec języka. Czym jest dla nas język, jakie jego zasoby posiadamy, jak nim sterujemy wobec zjawisk, odbieranych zmysłami i ogarnianych myślą. I proza literacka, i poezja są konsekwencją ustawienia językowego. Zależą od świadomości autora, który może wznosić samodzielne budowle na chwałę ludzkiego rozumu, albo oddać swoje środki na odtwarzanie sposobów istnienia świata. Poezja jest szczególnie wrażliwa na tę próbę rzetelności, bo tradycyjnie najłatwiej dało się jej uciec w niezawisłą grę. Wojtek odnajduje pisarza, poetę, który stanie się dla niego najbliższym sprzymierzeńcem w tym dążeniu: Czesława Miłosza. Gdybym miała więcej odwagi, napisałabym rozprawę o przymierzu dwóch ludzi urodzonych z trzydziestoletnim odstępem, o tak różnych osobowościach i doświadczeniach, gdzie młodszy odkrywa starszego jako swoje oparcie w czasach nadiru własnego i zbiorowego życia…
Moje sprawozdanie zbliża się do końca; nie dla tego, że wyczerpałam swój przedmiot – bo daleko do tego. Ponieważ sprawozdawcy zaczyna brakować oddechu. Wystarczy przypomnieć sobie dalsze rozmowy, przywołać w jego mieszkaniu ściany z książkami, gdzie nazwiska i tytuły wprawiały mnie w podniecenie, zapowiadały ogromną problematykę, której byłam ciągle niesyta… Wizyty na wystawach malarstwa, koncerty: na przerwie, po wyjściu prosił o szczegółową opinię, i o dziele, i o wykonaniu. Tu przyznawał mi pierwszeństwo, które potem się wyrównało, ponieważ w pewnym momencie pobytu w Paryżu obudził się na muzykę, słuchał, czytał o niej… Zwyczaj wystawiania na półkach, przed książkami, reprodukcji formatu kartki pocztowej po podróżach do Londynu (ulubiona National Gallery!) do Madrytu (Prado! Akademia św. Fernanda), do miast włoskich, niemieckich, do Nowego Jorku… Prezentacja kartek była więc zmienna i czekałam, jakie nowe odkrycia, nowe spojrzenie odbije się na obrazach, które mnie tym razem przywitają z regałów. Rzeczywiście, zaczyna brakować mi oddechu, co jest efektem nie przelotnego, dającego się przezwyciężyć zmęczenia, lecz prostej okoliczności: te wydarzenia się nie powtórzą. Co dla mnie znaczy też: zniknął nie tylko człowiek, więc możność korzystania z jego wiedzy, z daru formułowania przeżyć, z jego książek… Nie żeby było efektownie, bardzo pilnował swego języka i wobec ważnych przeżyć wolał chropawość, rezygnował z terminów uczonych czy modnych. W tych rozmowach, które nierzadko były jego opowieściami – co należy ściśle oddzielić od monologów, będących całkiem inną odmianą mowy – od warszawskich początków było porozumienie jeszcze z uniwersyteckich ławek, umowne skróty, porozumiewawcze pseudonimy, odwołania do tych pisarzy naszych studenckich początków, których po prostu wyznaczyła nam francuskojęzyczna biblioteka; których potwierdziły mu kontakty z Konstantym Jeleńskim. Być może główną magią, czarodziejstwem ulicy Claude Lorrain i Nicolas Fortin była więź z własną przeszłością, możność powracania do pierwszych odkryć filozoficznych, krytycznych, do nowych języków, w których nazywało się rzeczywistość. To znaczy zdolność do ujęcie siebie – tak też było u Wojtka – w ciągłości i w rozwoju; w wierności i zmianie. Towarzyszyła mu sentencja Goethego: „Stirb und werde”, którą powtarzał, gdy była mowa o zmianach w jego gustach, w patronujących mu sprawach czy autorach. Czułam, że idzie o zmiany głębsze, ukryte, nie do podzielenia z innymi. Pozostały dla mnie zagadką, mogę sobie wyobrazić, że pisał o nich w swoim dzienniku. Na jego własne sekrety nakładał się (dla mnie) sekret do potęgi, stale mnie drążący: zapisywać sprawy być może najważniejsze, lecz z założeniem, że nikt prócz niego nie ma mieć do nich dostępu i które więc znikną, jak strawione ogniem po jego zniknięciu… Absurd, do którego prowadzi filozofia skrytości? Sens innego rodzaju, gdy zapisane i pozbawione kontaktu z innym trwa w porządku metafizycznym? Religijnym?
Rozszerzając horyzont, myślę o początku, o warszawskim wychowaniu – w tamtej Warszawie, w klimacie lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych!… Można było się uratować, tylu moim bliskim, przyjaciołom, znajomym to się udawało – środowiska oddzielone barierą przywileju, szczęśliwe przypadki spotkań, z ludźmi niezwykłymi, zaczarowanymi sztuką i twórczością, urzeczonymi historią, entuzjastami nieprzekupnego myślenia… Wtedy zdawało się to proste: pożyczane książki, uczenie się malarstwa na reprodukcjach, marzenie o pobytach zagranicą, gdzie dla mnie promieniowały dwa ogniska: Francja, Włochy. Ale jak było nas niewiele na skalę kraju!…
*
Chciałam wyróżnić datę, nie pozwolić by sierpień minął znowu w bezwładzie, z zakazem świętowania. Rocznice, moje własne, zwłaszcza smutne (bo wesołym nie jest to potrzebne), zwłaszcza tak wbudowane w mój życiorys, że po prostu mnie tworzą, wymagają jednak święta, zapalenia świecy, wypicia lampki wina. Przeczytania wiersza. Tak czy inaczej będzie to, jak kiedyś mówiono, odczynianiem duchów. Ani oddzielaniem się od nich, ani przyzywaniem do siebie – uznaniem miejsca, które zresztą same sobie wybierają. Ale naprawdę jest jeszcze inaczej – nic się nie skończyło, rocznice są przebranymi spotkaniami. W tych szczególnych spotkaniach, przyznajmy, jest jednak coś z wymijania się. Nie może być inaczej, bo teraz towarzyszą nam inne zegary.
Zaznaczam tę szczególną chwilę, dając mojemu szkicowi dwa zakończenia. Pierwszym jest akapit, który właśnie zapisałam: o rocznicach, duchach i zegarach. Drugie powraca do naszej zależności od języka. Ale kto chce posługiwać się językiem jako zaklęciem i instrumentem, z konieczności natrafia na duchy …
Mały fragment z Nieobjętej ziemi: „Wcześnie odkryłem nieprzyleganie języka do tego czym naprawdę jesteśmy, jakieś wielkie na niby podtrzymywane przez książki i stronice gazetowego druku. I każda moja próba powiedzenia czegoś rzeczywistego kończyła się tak samo, zagnaniem mnie z powrotem w opłotki formy, niby owcy odbijającej od stada”.
Oto rozpoznanie pewnego stanu rzeczy, od którego się nie uwolnimy.
Wojtek przeżywał mocno to przekonanie, w stosunku do literatury w ogóle i w stosunku do swojego pisania. Co, na dobrą sprawę, da się wyrazić? Czy nazwanie rzeczy, stanów ducha, zjawisk zbiorowych nie jest równocześnie skrzywieniem, okaleczeniem, więc zdradą wobec rzeczywistości? Czy nazywając sprawy w jakimś już istniejącym stylu nie rezygnujemy z autentyczności własnego odczuwania albo przeciwnie, z możności dotarcia do innych ludzi? Nie lubiłam wahań na ten temat. W przeciwieństwie do niego, który unikał stanowczości potępień i pochwał, umacniałam się w ostrości słowa. Często milczał, gdy sytuacja jakby dopraszała się o słowo. Im dziedzina była osobiście ważniejsza, tym bardziej uważał, żeby słowa nie narzucały z góry wymuszonego kształtu. To przekonanie sprawiało, że jego pierwsze teksty, przy końcu studiów, wydawały mi się chropawe, ubogie językowo, pomimo wyczuwalnej dojrzałości myśli. Nie chciał pisać ładnie, może to go nawet złościło. To ja popisywałam się stylem, wiedząc świetnie jak znakomitym jest narzędziem między ludźmi. Sądzę, że on nie znosił – i wtedy, i później – tego, co nazywano językową błyskotliwością.
Mój Boże, stawka doprawdy nie była tego warta. Nie mieliśmy w tym kraju większych szans, w moim przypadku bardziej z uporu niż z wyższych przekonań moralnych: nie podporządkować się niczemu. Pomogło nam pchnięcie historii: Polski, krajów socjalistycznych, Rosji, świata. I znowu, bardziej mnie niż jemu. Było dla mnie jasne, że jego życie miało się ułożyć jako biografia intelektualisty, może w wielu krajach, wielu językach; cokolwiek by się działo w kraju. W dość dziwnym trafem w tych samych latach moja praca zawodowa ułożyła się na polskich uczelniach katolickich – i przed wyjazdem zagranicę, i gdy Polska odzyskała wolność. Nie za bardzo udawało się nam z instytucjami. On trafił – i na całe szczęście! – do instytucji o schematycznym stosunku do wiedzy humanistycznej, więc nie mógł być naprawdę zaakceptowany. Dla mnie akceptacja losu „na obczyźnie” płynęła skądinąd. Z kilku lat spędzonych w Prowansji, gdzie każdy dzień, każdy rok liczył się podwójnie. Zaczynałam od lekcji peryferii, ale o jakiej wspaniałości i jakiej sile! – zanim zamieszkałam blisko centrum. Co prawda, nieco z boku od centrum, aby dalej czuć się prowincjuszką, dla której wyjście z metra na dowolną ulicę Paryża pozostanie darem życia!
Jak się wyraża ciężar dojrzałości? Powtarzał mi zdanie Hofmannsthala, w którym świadomość poety przejmuje dreszczem; nie wiem, czy zapamiętałam je dokładnie, a trudno szukać bez wskazówki. Brzmiało mniej więcej tak: każdy człowiek zabiera ze sobą do grobu tajemnicę, jak życie było w ogóle dla niego możliwe. Mówił człowiek, który w latach wczesnej młodości był ulubieńcem losu, jako licealista autorem wierszy, które zdumiewały (Manche freilich…). Skądinąd tenże poeta pasjonował Wojtka w każdym ze swoich kolejnych wcieleń. Po pierwsze, chłopiec w licealnym mundurku przedstawiony w najgłośniejszej wiedeńskiej kawiarni wybitnym bywalcom, pisarzom i dziennikarzom, jako fenomen poezji. Jako esteta kultywujący egzaltowane przyjaźnie w willach nad alpejskimi jeziorami. Jako ten kto naraz przestał pisać wiersze, po staroświecku: złamał pióro, w chwili jasnowidzenia, gdy zdał sobie sprawę, że nigdy już nie napisze wierszy na poziomie tych, którymi rozpoczynał swoją drogę. Jako współpracownik Ryszarda Straussa, dla którego pisał libretta do oper, zwykle wyrafinowane i trudne, aż do olśniewającego Kawalera z różą, który jest pożegnaniem z Cesarstwem, z Wiedniem, z jedynym takim momentem w historii kultury Europy. I składający do grobu jedynego syna, z którego śmiercią nie mógł się pogodzić, jak gdyby symbolizowała dla niego śmierć najcenniejszych wartości, w które pragnął wierzyć, bo umieścił wśród nich nadzieję na odbudowanie, po pierwszej wojnie, zerwanej europejskiej jedności.
Nie wiem czy w „papierach” (zapisach?) poczynionych przez Wojtka znajdują się teksty, które by zapowiadały rośnięcie jakiejś całości poświęconej autorowi Manche freilich. Ten wiersz mógłby zostać czymś w rodzaju znaku rozpoznawczego dla osób, które składały się na grono jego przyjaciół; czy też na to grono rówieśników czy niemal-rówieśników, zrównanych wspólnym czasem i miejscem. Symbolicznie, naszym miejscem geometrycznym w Paryżu, w Warszawie były „Zeszyty Literackie”. Odnajdywałam siebie, odnajdywałam się z innymi dzięki możliwości wypowiedzenia tych dwóch słów. Nie chodzi koniecznie o wyobrażoną jedność, znajdującą swoje odbicie pomiędzy okładkami kwartalnika. Zapewne dla każdego z nas spełniał on psychicznie różne zadanie. Może tylko troje z nas – Basia-twórczyni, Wojtek i ja – miało do niego stosunek, który dałby się nazwać organiczny: powiększał on czy rozszerzał nasze istnienie. Był rodzajem dokumentu tożsamości wobec świata, gdzie koniecznie trzeba się czymś legitymować. Był oparciem w momentach, gdy coś w naszej codzienności zostało zachwiane. Był rodzajem marzenia, które przewija się przed wewnętrznym wzrokiem tuż przed zaśnięciem: tak, to byłoby dobrze napisać dla „Zeszytów”… Był zasłoną, chowałam się za nią, by świat dał mi spokój, abym się sama przestała miotać. Jeśli się zna bliżej historię „Zeszytów”, jej prawie powieściowe szczegóły, rozgrywające się pomiędzy Francją, Ameryką, Włochami i Polską, jej praktyczną nierealność (pieniądze! doświadczenie! pole minowe do rozminowania wobec starszych na emigracji i młodszych w kraju!), nie ma wątpliwości, że idea była genialna. Niech to posłuży jako zaczyn na mitologię, która tak czy inaczej oplecie się wokoło biografii kilku nieszczęśników, co znaleźli się w obcych krajach, ponieważ w ich nieszczęsnym kraju generał postanowił wypowiedzieć wojnę społeczeństwu. Ile pozytywnych i negatywnych ingrediencji musiało się spotkać w kotle czarownicy, aby takiej idei wymościć drogę. I stała się ona tym niewyliczalnym składnikiem, co wyłoniwszy się z dziejowej kaszy towarzyszyła z odległości światowym zapasom, które przypominałyby może kroniki królewskie, gdyby nie poczucie miernego kalibru części zapaśników. (Ale jak to bywa z kalibrem szekspirowskich szermierzy?)
Dziennik był i pozostanie tworem wyłączonym. Będzie dręczył nie tylko mnie. To ideał dziennika wymarzony przez Herlinga-Grudzińskiego, który sam ani myślał go realizować. I on potrzebował druku, czyli nie był zdolny odrzucić od siebie wszystkich luster: inaczej dziennik nie jest absolutnie uczciwy. Co do dziennika Wojtka, wiemy tyle, że jest bardzo obszerny i szczegółowy. Nieraz wyrażałam mu swoje zdumienie: po długim dniu wszyscy marzymy o łóżku, a on, niezależnie od tekstów „oficjalnych”, siada do biurka – zapisywać dzień! Zapiski z każdego dnia! To dyscyplina nieludzka! Jedyna osoba tu kompetentna, Mikołaj, powtarza: każdego dnia, wszystko. Ogarnia mnie egoistyczny niepokój. Tak przejdę do pamięci przyszłych pokoleń; taka, jaka jestem przez niego zapisana. Niezależnie od losu tych zapisków; może ich część nigdy nie będzie odczytana. Znów natrafiam na Goethego: dewiza „Dichtung und Wahrheit” dodaje śmiałości kronikarzom szukającym w sferze wyobraźni sensu pełniejszego, bardziej wyrazistego, po prostu sensu… Oczywista rzecz, że Wojtek nie przyznawał sobie takich przywilejów. Byłoby to niezgodne z jego zmysłem lojalności – wobec osób i wobec rzeczywistości. I więcej, kłóciłoby się z jego definicją doświadczenia, któremu przyznawał miejsce rozstrzygające. I tu również różnimy się od siebie. Mam silne poczucie, że jako pojedyncza istota żyję na małym skrawku lądu, że to co ważne rozgrywa się dalej, poza moimi oczami, i wyobraźnia staje się niezbędna, jak powietrze, jak woda, by wyrównać brak, niepokojącą dziurę w moim bycie. Nie jest to po prostu wola rzeczywistości, która była motorem u Wojtka. Raczej pragnienie równowagi, uchwycenia się względnie stałego widoku siebie i świata.
Teraz, gdy siedzę nad tym tekstem rocznicowym, odnajduję przed sobą mnóstwo dziur czy białych plam na mapie. Mój obiekt był zarazem kimś skrytym i kimś, kto zdawał się na łaskę innych poprzez samą potrzebę pisania. Wybierał – świadomie – tę postać, która miała być narratorem jego utworów: nazywał ją swoim „głosem”. Uważał, że przy pisaniu należy przede wszystkim zdobyć własny głos; ten głos nie musi być dany, ani dać się uchwycić od razu. Może być przedmiotem długiej pracy. Rozmawialiśmy o tych pisarzach, którym z trudem głos wydobywał się z gardła, albo był nienaturalny, wydziwiony. Mogłabym dodać, że każdy z piszących, tworzących, działających posiada kilka głosów – ta myśl nie była mu miła. Obawiał się rozszczepienia w osobie ludzkiej, to bodaj rzecz, która bodaj najbardziej go przerażała. Dichtung czyli zmyślenie zostawiał poetom. Pamiętam o tym i odsuwam od siebie fantazjowanie. Z poczuciem, że w ten sposób pozbawiam się jakiejś części wiedzy – wiedzy z wyobraźni – a co znacznie ważniejsze, jakiejś formy kontaktu. Nie ma „stukających stolików”, kontakt nie będzie nawiązany. Pozostaje pamięć. I książki.
13 sierpnia 2025
EWA BIEŃKOWSKA
5. Paweł Rybnikow długo się tu dobierał. Początku tropy należy szukać w Czernichowskiej guberni, gdzie na spotkanie ze staroobrzędowcami jako młody acz butny student z Moskwy, wybrał się w krasnej rubaszce i kierozowych sapogach. Żandarmi ujęli go zanim dotarł do pierwszego skitu. Hercen w „Kałakole” wyśmiewał go, że teraz za ruski strój w Rosji zsyłają. A piękna pani Z., właścicielka majątku w K., gdzie Paweł lubił bywać, spaliła ze strachu przed żandarmami jego notatki z tego czasu. Pawła Rybnikowa zesłali do Pietrozawodska.
Z gubernialnego miastka nad Oniego do wygowskich skitów można ręką podać. Protoplastą Rybnikowych, według rodzinnego podania, był książę Andrzej Myszecki, czyli słynny Andriej Denisow, autor głośnych Otwietow pomorskich, błyskotliwej riposty na reformy Nikona, a także współautor ustawu Wygorecji i jej współzałożyciel. W kręgach starego obrzędu był czczony jako święty. Modestow, drug Rybnikowa z czasów zsyłki, zaświadcza, że Paweł Nikołajewicz miał w swoim pokoju ikonę Denisowa. Ale czy się do niej modlił – niewiada? Modestow nigdy nie zastał go na pokłonach ani nie widział, aby Rybnikow krzyżem się z nią witał. Jakby tam było, w Daniłowie znalazł się na ziemi uświęconej ciałem i modlitwą swojego czcigodnego protoplasty.

Od razu zauważył, że gdy podjeżdżali do Daniłowa, dzwonnica i ogromna czasownia, wielkie domy i wysokie wrota (resztki ogrady), pół wiorsty z dala zdają się wielgachne, ale z bliska zawodzą oczekiwania. „Daniłow to kupa rozwalin, budzących tęsknotę swoim zapuszczeniem i mimo woli wspominasz, gdy Wygorecja była centrum ożywionej, choć wrednej, działalności” – zapisał w podróżnym notesie.
(Nawiasem zauważę, że określenie „wrednej” albo później ktoś z redaktorów dopisał, albo sam Rybnikow chciał się zabezpieczyć na wypadek, gdyby mu przyszło dalej służyć w Pietrozawodsku. Wystarczy wyciąć „choć wrednej”, a fraza od razu nabierze innego znaczenia).
Nawet dzisiaj, opowiada dalej, można zauważyć podział dawnego Daniłowa. Z jednej strony rząd domów pskowskich przesiedleńców, z drugiej ciągnie się zabudowa byłego obszczeżitelstwa. Jedną z ulic zwą „męską”, drugą – „żeńską”, między nimi cmentarz. Domy z obu stron jeszcze do niedawna były ogrodzone drewnianym parkanem. W męskiej stronie wydziela się soborna czasownia, piętrowa bogadielnia, wysoka kałakolnia, dom bolszaka i gościnna; a na żeńskiej – stołowaja i ogromna bolnica. Wszystko to zapuszczone (kromie domu bolszaka) jak mroczny smętarzyk na Martwej Głowie, wtulony krzyżami w lasek sosnowo-brzozowy, oplątany porzeczką i dzikim winem.

Wpatrując się w nikłe ostatki i wsłuchując w Milczenie, zaczynam rozumieć „po Rybnikowu”, że ów świat żył „swoim obrazem” życia i na dodatek w osobnym języku. „Zarówno w Daniłowie, jak i okolicy – pisze z filologicznym zapałem – pokoje do dzisiaj nazywają «celami», nazwą «czasownia» zastąpili «cerkiew», a rodziny są «rodzinami» jeno z nazwy, bo żonek u nich nie ma, są «podrugi». Mężczyźni i kobiety używają albo otcziestwa, albo przezwiska, a «Bogdanowie» to niezakonno rodzeni – „dani od Boga”. Starzy krestianie [1] nazywają siebie „ludźmi po wierze” albo „chrześcijanami”, a prawosławnych lub jedynowierców, co dali się „zanurzyć’ (ochrzcić) – mirskimi [2]. Żegnają się dwoma palcami krzyżem zamaszystym przed staropisanymi ikonami, w skitach żyją pojedyńczo lub parami przy obopólnej zgodzie z błogosławieństwa rodziców, jedzą z osobnej michy własną łychą! W wyrazie twarzy mają coś osobliwego. Domostwa nie urządzają po wiejsku, tylko rozdzielają je drewnianymi przegródkami na niewielkie izby, nazywane kieljami. W kielji trzymają obrazy starego pisma i miedziolitne ikony, na półkach rękopiśmienne księgi oraz dawne druki, na ścianach rajskie ptaki, na ławie kadzielnica, z której rozsiewa się po kielji słodka woń ładanu jak dym ofiarny przed miedziolitym raskolniczym Rozpiatiem.

A w domu sorokińskim za pieczką w małej i ciasnej komórce, z osobną miedzianą ikoną i z osobnym umywalnikiem, mieszka wiekowy starzec, z wygolonym czubkiem głowy na podobieństwo tonsury. Ów starzec już za życia jest osobny, nie jada z najbliższymi domownikami i nikomu nie pozwala modlić się do swojej ikony. Nie zdążyliśmy chwilę przystanąć, a on kołunem pogroził i do drewutni się schował. Potem już więcej nie wychodził.
6. O staroobrzędowych skitach na Wygu wielu opowiadało… Wątki nie mają końca. Zaczerniono o nich więcej papieru niż o klasztorach na Sołowkach, na Biełoozierie, na Wałaamie. Zwłaszcza wszelkie naukowe przyczynkarstwo dużo lasów pogubiło… Ale nawet w klasyce literatury raskolniczej (oraz o niej) można się zagrzebać na wieki wieczne amen. Czego stoi lektura Historii Wygorecji Filippowa doceni ten tylko, kto ją okiełznał. Albo Otwiety pomorskie Denisowa, które aż kuszą do pytań zasadniczych. Nie mówiąc o ojcu Nikołaju (Klujewie), istnym kosmosie staroobrzędowej poezji. Kto zaś seriozno zamierza zabrać się za dzieło, powinien przeczytać choćby fundamentalną pracę Pascala Protopop Awwakum i naczało raskoła. Godne polecenia są rozprawy polityczne ze starym obrzędem, bo na przykład przy okazji wykłócania się o wiarę Aristowców, która głosi, że trzeba samemu się odpiet’ za żywo i wtedy dusza uleci do nieba, a ciało na ziemi może grzeszyć do woli… otóż na marginesie takich sporów wiele ciekawych faktów autorzy donoszą do czytelnika. Literatura piękna: Mielnikow-Pieczerski i Priszwin, i portret bytu staoobrzędowców sam się wyrysuje, ale im więcej points of view, tym mocniej będzie zamazany. No, bo jak ocenić głos Dierżawina, który był tutaj przed Rybnikowem, kiedy Wygorecja przy Katarzynie II rozkwitała, aby donieść carycy w Podiennoj zapisce, że starcy żyją tu z nałożnicami, niekiedy nawet z dwiema i z trzema, nazywając je swoimi kieliejnicami. Inni wizytanci Wygowskich pustelni pisali, na odwrót, o mozolnej walce monachów z płcią, stąd żeńskie i męskie ulice, rozdział klasztorów na Daniłowo – dla mężczyzn i Leksę – dla kobiet. A jeszcze inni, jak Oziereckowski czy Majnow, traktowali po swojemu tę mozolną borbę z płotiu, zależy z jakiego urzędu albo z czyjejże redakcji na świat spoglądali. W efekcie czytelnik ma mętlik w głowie. Dlatego wybrałem Rybnikowa na gida i jego wersji dziejów Daniłowa i Leksy się trzymam jako mi bliskiej, chociaż, rzecz jasna, niepozbawionej jego rysów.
Bezpopowski raskoł w Ołonieckiej guberni nie miał początkowo określonej doktryny. Po prostu obchodzili się bez popów. (Wyobraźmy sobie katolików, którzy obchodzą się bez księży?). Modlili się samopas w czasowniach, które zamieniły im chramy. W czasowni nie ma ołtarza, pod którym pop dyga. Bezpopowiec jest popem sam w sobie i sam dla siebie. Natomiast w izbie bolszak wyznacza rytmy modlitwy, roboty i jadła. Sekta pomorska wyodrębniła się pierwsza. Powstała i rozwinęła się w skitach wygoreckich. Początek bierze z opowieści raskolników jak Wyg-rzeka z pudożskiego źródła.

Zaczęło się od inoka Kornilja, który z bratem Zacharem posielił się we wschodniej części Powienieckiego ujezdu, pośród błot wzdłuż rzeki Wyg. Zaczęli uczyć o zberezeństwach cerkiewnych i nakłaniać do czynu bezżennego poprzez powtórny chrzest w świętych wodach Wyg-rzeki. Pierwsi przymknęli do nich sołowieccy bieżeńcy: czarny diakon Ignatij, igumen Dosifiej i diaczek Szungskiego pogostuDaniło Wikulin. Uczenie szybko rozpowszechniło się po okolicy, zataczając coraz szersze kręgi śród mieszkańców szungskiej, tołwujskiej, czelmużskiej i pozostałychobszczin, wchodzących w tak zwany Powieniecki rjad. Jeszcze za życia Zachara w 1677 roku postawili czasownię dla bogomolia. W 1694 roku założyli pierwszy wygorecki skit Daniłowskiego tołka. Kinowarchem przyznano Daniłę Wikulina. Do Wikulina dołączyli dwaj bracia z rodu Myszeckich, Andrej i Siemion Denisowie. Napływ narodu do klasztoru z roku na rok się zwiększał. Najpierw mężowie z żonami żyli razem w jednej izbie oddzieleni zanawieską, potem ścianą z desek, w końcu byli zmuszeni osobny klasztor dla kobiet zbudować w Leksie. W 1706 roku założyli żeński krestowozdwiżeńskij i leksinskij monastyr w dwudziestu trzech wiorstach od Daniłowa za Wygiem. Leksa zależała od Daniłowa – od ich kasy, majstrów, robotników. Bolszuchę wybierały wprawdzie leksinskie siostry, lecz wedle uznania kinowarcha z Daniłowa. Pierwszą bolszuchą została siostra Denisowa, Sołomonia.
Oprócz dwóch wygoreckich, Gjenadij, uczeń Denisowych, pośród drzemoty leśniej założył tichwiński monastyr nad rzeką Gjenadiewką, dokąd naród się zbiegał z Tichwina, Jaroslawla oraz Kargopola. Opodal monastyrów gęsto powyrastały paszenne dwory (rodzaj gospodarstw rolnych) i pojawiły się dwadzieścia dwa skity z odzielnymi kieljami. Nie licząc posieleńców samopas wśród grząskiej toni na łachach piachu w głębi lasu.
Z chwilą przybycia Denisowych do wygoreckiej obitieli, monastyr zaczął rosnąć. Niezwykły um, wyłamujący się z dwuszergu przyciasnych umysłów epoki, krasnosłowie, gromadne oczytanie i wykształcenie w jakimś sensie wyniesione z Akademii Kijowskiej, pozwoliły Andriejowi Myszeckiemu zająć pierwsze miejsce pomiędzy wygowskimi starcami i pobudzić ich, jeszcze za życia Daniły, do rozdziału władzy kinowarcha. Ostawiając Wikulinowi nastajatielstwo, Andriejowi Denisowowi oddali władzę prawodawcy i sędziego. Rzecz nie w tytule, Denisow tak dobrze znał otoczenie, że nie potrzebował żadnego tytułu, żeby doprowadzić dzieło raskolników do rozkwitu.
Stosunek Denisowa do Piotrowskich reform był zdecydowanie wrogi, no… bezustannie potrzymując stary porządek w Powienieckim i Zaonieżkim kraju (z jego podania pojawiały się nowe monastyry i skity) wiódł zawiłą grę z dworem Imperatora, czego ciekawym dokumentem mógłaby być korespondencja z carewną Sofią z Myszeckich, jeśliby nie to, że raskolnicy jej nie wydali. Niejedna ciemna intryga mogłaby wyjść na jaw. Jednak w życiu Denisow propagował ustępliwość i zdzierżanie, dlatego wysłał imperatorowi stado renów w podarek. Po wstąpieniu na tron imperatrycy Katarzyny, sekta pomorska, rosnąc w siłę, głosiła wszem i wobec powinowienije i pokornost’ priederżawszej własti, czyli pokorę i poddaństwo władzę dzierżącym. Komisja Samarska w 1842 roku znalazła w klasztorze plik drukowanych dowodów postajannogo bogomolienija za Gosudariej. Czyli przeciągłych modłów za carów, coś w rodzaju lamajskiego modlitewnego bębna.

Z podobnym taktem bracia Denisowie układali wewnętrzny rytm wygoreckich skitów, łagodząc dogmatyczne i obyczajowe spory wśród wygowskich raskolników. Propagując diewstwiennuju żyzn’ (celibat…), doskonale rozumieli, że jeśli wszyscy wierni będą się do niej stosować, to skoro nie stanie wiernych i pomorska sekta zginie z lica ziemi w pół wieku. Dlatego też zgadzali się na współżycie w skitach, nakładając „za upadek” epitimię. Można więc było nad Wygiem zachowywać cnotę, a można było potomków dla obitieli płodzić. Niektórych wizytantów taki układ gorszył. Poeta Dierżawin spłodził donos.
Rozjeżdżając po całej Rosji Andriej Denisow powszędy skupował drogie i rzadkie przedmioty kultu dla ukraszenia swoich umiłowanych obitieli. Zwoził nad Wyg stare ikony, książki rękopiśmienne i starodruki, krzyże nastolne, srebne składnie i drogocenne ozdoby. Sama kolekcja tych kosztowności przyciągała do Wygorecji tłumy pokłonników. Sroga klasztorny reguła sławiła się między sektami i niewątpliwie wpłynęła na ustaw Staoobrzędowego Cmentarza w Moskwie. Jeśli jakaś pokusa lub spór ogarniał braci, natychmiast zarządzano „schodkę”, głos na niej zabierał Denisow i dopóty przekonywał poróżnionych, aż zapanował nad większością, narzucając srogą wstrzemięźliwość, a pozostałe owce odłączał od stada lub zmuszał do posłuchu pokutą i epitimią.
W Daniłowie zorganizowano szkoły do nauki gramoty dla dzieci obu płci, urządzono bolnicę dla niepotrzebnych i bogadielnię pomocy biednym i zgrzybiałym, otworzono warsztaty dla przepisywania ksiąg, pisania ikon i odlewania miedzianych składni, krzyży. Klasztorne ziemie orne i łąki zabezpieczały raskolników od głodu, w jednym kargopolskim ujeździe w pobliżu rzeki Czażenki Daniłowcy wzięli w arendę trzynaście tysięcy dziesięcin ziemi pod wypas bydła rogatego.
Daniłowo było właścicielem dwunastu gospodarstw rolnych i trzydziestu skitów. Gospodarstwa zakładano w miejscach bogatych pokosami i dogodnych dla orki. W niektórych postawiono czasownie i mieszkania w postaci kielji dla pracowników. Gospodarstwa były porozrzucane od Ładogi do Kargopola. Pośród daniłowskich skitów słynęły Nikołajewsko-Ładożski, Tichwinoborski, Szeltoporogski, Kodozierski i Bieriezowski. W ostatnim była uznana szkoła ikonopisania. Wysłannicy wygoreckiego monastyru rozjeżdżali po Rosji nie tylko dla rozpowszechniania Denisowych nauk, ale także w celach hadlowych. W dalekich guberniach skupowali mąkę, którą rozładowywali na przystani w Pigmatce nad Jeziorem Onieżskim, w zamian ładując na statki rybę z Białego Morza.
Wielu stronników starego obrzędu posyłało co roku obfite ofiary na klasztor bądź szło się pokłonić ich świętym. Bogaci pielgrzymi mieli tutaj tak zwane „brackie domy”, w których do końca lat pięćdziesiątych przemieszkiwali kupcy i kupczychy z Sankt-Petersburga, Archangielska, Moskwy, Kazania, Orenburga i drugich miast Imperium Rosyjskiego. O biednych też pomyślano, oddano całe mnóstwo schronisk i britanskich kielji do ich użytku. Z Tołwuji, Kiżej, Szun’gi i Ochty posyłali tutaj dzieci na wychowanie. Ba, nawet prawowierni prawosławni, zwodzeni plotką o rozwiązłym życiu w wygoreckich skitach, udawali starowierców, aby tu pobyć, a po pobycie wysyłali do daniłowskiej pustelni szczodre datki na wypominki swoich najbliższych.
O dawnej potędze Daniłowa i Leksy można wyrobić sobie pojęcie, znając następujące dane: w 1854 roku na jednej tylko, męskiej połowie Daniłowa stało 200 kielji, w 1835 roku zmielono cztery tysiące ćwierci żyta, ze sprzedaży krzyży zyskano pięć tysięcy rubli, za przepisanie dzieł duchowej literatury piętnaście tysięcy rubli, a cały dochód monastyru wynosił dwieście tysięcy. Przy takim dochodzie Daniłow i Leksa mogły w 1833 roku utrzymać do 1020 dusz męskiej płci i 1800 dusz żeńskiej płci. W 1854 i 1855 roku wszystkie wyżej wymienione monastyry i skity zostały unicestwione, ludzie bezprawnie w nich zamieszkujący zostali na siłę wygnani i tym sposobem wredne gniazdo bezpopowego raskoła bezpowrotnie utraciło siłę i znaczenie.
7. Pustosz Daniłowa jest natrętna, jak gdyby wypełniały ją duchy. Niby nikogo, ale czuje się powszędy czyjąś obecność. Nieraz mrówki po skórze biegają. I sam już nie wiem, czy staruszek z tonsurą był w rzeczy samej, czy mi się przywidziało? Igor ni mięśniem twarzy nie drgnął na pytanie, czy to jego dziadek? Jakby żadnego dziadka tu nie było.
Po drodze na Wyg przystanęliśmy przy świętym istoczniku.
– To nie to samo, co studnia. Podziemna woda, woda ziemi – aż się zachłysnął – mój wnuk się jej nie napije, ciągle mu mało.
Spoglądał zadowolony jak na klęczkach przemyliśmy świętą wodą twarze i długo piliśmy ze stulonych w kubeczek dłoni, niczym wielbłądy przed daleką pustynią.
Potem nas zaprowadził nad Wyg-rzekę. Kiedyś był tutaj most, pokazał ręką przed siebie, na tej ilustracji z końca XVIII wieku, którą razem oglądaliśmy, u dołu rysunku. Przez ten most można było przejść do Leksy. Dziesięć lat temu się spalił, nie sam, rzecz jasna. Teraz do Leksy trzeba jechać przez Siergiejewo i tam wynająć łódkę.

To nie dla nas, pomyślałem od razu, tym bardziej, że tam też nic nie ma. Pozostało skąpać się w Wygu i wracać przez Ogariełowo, gdzie młodzież kołchozowa z Daniłowa chodziła w latach 70. naszego wieku na potańcówki.
– Tam były świeże dziewki, nasze już się opatrzyły – zostawił nas sam na sam z Wygiem.
Wykąpaliśmy się jak nas Pan Bóg stworzył.
Wracając do auta, zaszliśmy jeszcze do kielji nowego kinowarcha inoka Warłaama (Denisa Jermolina). Byłego rockmana w kielji nie było. Kielja był nowa, sam bym w takiej zamieszkał.
– Warłama prawie nigdy nie ma – zaśmiał się, gdy zajrzeliśmy na pożegnanie. Jeśli co, dzwońcie do mnie. Starczy powiedzieć, że byliście u Daniły, a ja już będę wiedział, z kim rozmawiam.
W drodze powrotnej dobiegły mnie zza kierownicy ciche słowa:
– Po twojej śmierci chciałabym być staruchą w Leksie.
Konda-Wyg, lato 2025
MARIUSZ WILK
[1] Krestianin – od słowa kriest – krzyż. Na ogół chłop, rolni – żyjący na ziemi i z ziemi. Krzyż w słowie „kriestianin” jest symbolem Ziemi.
[2] Mirski – od słowa mir – po polsku uznanie, poważanie, szacunek ogółu. A po raskolniczemu to świat z jego pokusami diabelskimi, na przykład mamoną, głodem nowości…
Żyjemy w czasach rozkwitu biografistyki. Dobrze, jeśli biograf dysponuje właściwymi do swego zadania predyspozycjami; jeszcze lepiej, gdy dorównuje swojemu bohaterowi, jak Zweig Balzakowi, jak Sartre Flaubertowi, jak Houellebecq – Lovecraftowi. Gorzej, gdy tak się nie dzieje. Poniższy tekst będzie o tym, jak nie należy pisać biografii.
Tytuł książki Denisa Demonpiona, dziennikarza tygodnika „Le Point”, jest zwodniczy. Michel Houellebecq. Biografia nie tyle bowiem traktuje o Michelu Houellebecqu, ile o tym, co do powiedzenia na jego temat mają ludzie, z którymi – traf chciał – pisarz zetknął się na jakimś etapie swojego życia. Niestety, najczęściej nie mają do powiedzenia nic.
Choć Demonpion nie pominął żadnego szczebla w edukacji autora Poszerzenia pola walki, wspomnienia ówczesnych znajomych Michela Thomasa (Houellebecq to nazwisko panieńskie jego babki ze strony ojca, które przybrał, zaczynając karierę literacką) nie pomagają zrozumieć ani osobowości, ani dzieła pisarza. „On zawsze miał ten ironiczny uśmieszek w kąciku ust i rzucał czasami uwagi zupełnie jak dorosły” – wspomina koleżanka z liceum w Meaux. „Wielu ludziom Michel wydawał się fascynujący. Tak się często dzieje w wypadku tych, którzy nie mówią nic lub mówią niewiele. Co nie znaczy, że nie mają poglądów” – zauważa mało odkrywczo kolega z Państwowego Instytutu Agronomicznego w Paris-Grignon, który pisarz ukończył w 1978 roku. W następnym roku podjął dwuletnie studia w szkole filmowej Vaugirard-Louis-Lumière. I tam dotarł Denis Demonpion, by w rozmowie telefonicznej z Pierre’em Maillotem, prowadzącym zajęcia z analizy filmów i pisania scenariuszy, usłyszeć co następuje: „Thomas to ma być Houellebecq? Święty Boże! Nigdy bym nie pomyślał”. W końcu zaczyna sobie przypominać: „A nawet kiedy patrzyłem na jego zdjęcia w gazecie, to miałem wrażenie, że skądś znam tę gębę nieroba i onanisty, ten sposób patrzenia spode łba. Był inteligentny, ale jakiś nijaki. Facet musiał sporo się nacierpieć w dzieciństwie i nie umiał brać rzeczy takimi, jakimi są. Pamiętam, że przedwcześnie łysiał. […] Wciąż widzę go, jak trzyma papierosa w jakiś dziwny, strasznie zmanierowany sposób, że zawsze myślałem sobie: «Robi wszystko, żeby go znienawidzono»”. Opinie te więcej mówią o ich wyrazicielach i ich niestrudzonym kolekcjonerze aspirującym do miana biografa, aniżeli o samym Houellebecqu. Taki efekt łatwo można było przewidzieć przed przystąpieniem do pracy nad książką, którą zmontował Demonpion, a która wskutek metody, jaką obrał, zieje przeraźliwą pustką.

Gdy Demonpion z obszaru biografii przechodzi na teren literatury, jest jeszcze gorzej. Najbardziej kuriozalne wypowiedzi padają w kontekście biograficznego eseju Houellebecqa: H.P. Lovecraft. Przeciw światu, przeciw życiu, będącego wyjątkowo przenikliwym spojrzeniem na zdumiewający los Lovecrafta. Demonpion uważa za stosowne poinformować czytelników o swoim stosunku do prekursora fantastyki, zatem już na wstępie określa go mianem „postaci bez wątpienia ohydnej”. Z pełną bufonady pewnością siebie wygłasza sądy, które obnażają jego ignorancję w kwestii tego, czym jest literatura. Oto dwie perełki: „Houellebecq podkreślał w swoim eseju, że Lovecraft, ten zatwardziały i nienawistny mizantrop, w życiu prywatnym był najdelikatniejszym z ludzi. Jakby można było swoje najohydniejsze intencje scedować na fikcyjne postaci, a samemu grać fajnego faceta”. I jeszcze taka, podszyta ironią, refleksja: „Zatem pod płaszczykiem fikcji mamy pełne prawo głosić rzeczy niezbyt godne uznania. Jak gdyby, przez jakiś rodzaj rozdwojenia, pisarz i człowiek, który trzyma pióro, to nie była jedna osoba”. Tym twierdzeniem Demonpion ostatecznie udowadnia, że porwał się na badanie materii, która jest jego umysłowi obca, bo właśnie „pisarz i człowiek, który trzyma pióro” mają ze sobą niewiele wspólnego. Wielka szkoda, że francuski dziennikarz nie wziął do siebie przestrogi, jaką jego rodak Marcel Proust zawarł w eseju Contre Sainte-Beuve: „Nie dostrzegając przepaści, oddzielającej pisarza od światowca, nie rozumiejąc, że ja pisarza ukazuje się jedynie w książkach i że towarzystwu (nawet złożonemu z innych pisarzy, którzy wszelako pisarzami stają się dopiero wówczas, gdy wracają do swojej samotni) może on tylko pokazać się jako ktoś im podobny, Sainte-Beuve zapoczątkował tę słynną metodę, […] która polega na tym, że chcąc zrozumieć poetę lub pisarza, trzeba zachłannie wypytywać tych, którzy go znali, którzy go odwiedzali i mogą nam powiedzieć, jak się zachowywał, co myślał o kobietach, itd., czyli dokładnie o tym wszystkim, czemu prawdziwe ja jest z gruntu obce” (tłum. M.P. Markowski, w: M. Proust, Pamięć i styl, Kraków 2000).
Gdyby Denis Demonpion rzeczywiście chciał zrozumieć swojego bohatera, powinien uważniej przyjrzeć się jego twórczości. Do tego jednak zabrakło mu i wrażliwości, i talentu. Uprzedzenia wobec Lovecrafta („W listach Lovecraft był jeszcze ohydniejszy” – obwieszcza Demonpion) nie pozwoliły mu zauważyć, że szczególna więź, jaka od młodości łączyła Houellebecqa z Samotnikiem z Providence, a która zaowocowała wnikliwym studium jego postaci, wiele mówi o pisarstwie samego Houellebecqa. Ale dziennikarz tygodnika „Le Point” zdobywa się jedynie na spostrzeżenie: „Gdy trochę poszperać, wychodzi, że poglądy pisarza nie zawsze odbiegają daleko od poglądów bucowatych bohaterów jego książek”.
Tam, gdzie Demonpion próbuje łączyć życie i dzieło autora Możliwości wyspy, grzeszy psychologizmem. Przykładem jest fragment, w którym poddaje analizie napięte stosunki Houellebecqa z matką. Publikację Cząstek elementarnych, w których można rozpoznać ukazaną w negatywnym świetle Janine Ceccaldi, komentuje trywialnie: „Uderzenie okazało się celne, Houellebecq mógł odtrąbić zwycięstwo” i dorzuca słowo od matki pisarza: „Wstrętny mały gnojek, trzeba mu utrzeć nosa”. Nie lepsze rezultaty osiąga, kiedy wypowiada się o specyfice twórczości autora Platformy. Dowiadujemy się mianowicie, że „zanim zabierze się do pisania, długo gromadzi mnóstwo obserwacji, szczegółów i informacji”.
Denis Demonpion przyznał sobie prawo do osądzania tego, czego nie rozumie, w efekcie przedstawił płaski i bezbarwny obraz swojego bohatera, który miał to nieszczęście, że zaintrygował nieznanego sobie dziennikarza. Z rozbrajającą otwartością Demonpion wyznaje w przedmowie, że „Kiedy Michel Houellebecq dowiedział się, że ma powstać ta książka, od samego początku okazywał pełną znużenia wzgardę”. Czy kogoś to dziwi?
AGNIESZKA PAPIESKA
Mówię to jako apokaliptyk: nie mam duchowej inwestycji w świat. Niech się zawali.
Jacob Taubes, Teologia polityczna Pawła
Antychryst, późny tekst Josepha Rotha, wówczas już wygnańca z hitlerowskich Niemiec, nie jest podobny do niczego, co ten wcześniej napisał: nie jest ani powieścią, ani felietonową obserwacją. Obcy jest mu też charakterystyczny styl Rotha, czyli ostry niczym brzytwa groteskowy realizm, portretujący rzeczywistość w szybkim ekspresjonistycznym skrócie.
Bo też Antychryst to zupełnie inny gatunek literacki, wywodzący się z rejestru religijnego. Jego prototypem jest Księga Objawienia, czyli dzieło obwieszczające nadejście końca świata. To tam pojawia się tytułowy Antychryst jako Bestia o imieniu 666, która wychodzi z morskich otchłani, by zalać świat błotem bluźnierstwa i kłamstwa: „A dano jej usta mówiące wielkie rzeczy i bluźnierstwa, i dano jej możność przetrwania czterdziestu dwu miesięcy. Zatem otworzyła swe usta dla bluźnierstw przeciwko Bogu, by bluźnić Jego imieniu i Jego przybytkowi, i mieszkańcom nieba. Potem dano jej wszcząć walkę ze świętymi i zwyciężyć ich, i dano jej władzę nad każdym szczepem, ludem, językiem i narodem… I sprawia, że wszyscy: mali i wielcy, bogaci i biedni, wolni i niewolnicy otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło (13:6-7; 13:16)”.
W tradycji katolickiej Jan, odbiorca Objawienia, uparcie mylony jest z Janem Ewangelistą, choć nauki biblistyczne, co najmniej od czasów Marcina Lutra, z dużą dozą pewności dowiodły, że to zupełnie inny Johanan: nie grecki piewca Platońskiego logosu, lecz znacznie mniej wykształcony żydowski wyznawca Chrystusa z Patmos, który na użytek chrześcijański zaadaptował żydowskie apokalipsy Ezry i Barucha, stworzone w wielkim gniewie i żalu po upadku Drugiej Świątyni w roku siedemdziesiątym. Dla Josepha Rotha, brodzkiego Żyda, którego fascynował żydowski Jezus, Johanan z Patmos to zatem postać prekursorska, nawet jeśli on sam, skłaniając się ku habsburskiemu katolicyzmowi, nie znał tej protestanckiej dystynkcji. Apokaliptyk z Patmos bowiem to Żyd, który przyjął ewangelię jako mesjańską naukę płynącą z żydowskiego „łona, jakie zrodziło Zbawiciela”, zanim ta jeszcze stała się osnową nowego rzymskiego kościoła. Roth podobnie ukocha chrześcijaństwo ewangeliczne, głoszone przez Jeszuę Ha-Nocri, i będzie zaciekle nienawidził Rzymu jako alegorii wszelkiego zła: ziemskiej rozpanoszonej władzy, która za nic ma boskie przykazanie sprawiedliwości.
Od początku zatem, czyli już od tytułu, wiemy, że tekst Rotha reprezentuje gatunek apokaliptyczny, tym bardziej specyficzny, że napisany z perspektywy judeo-chrześcijańskiej, którą dziś, przez rozszerzoną analogię z historią iberyjskich nevos cristianos, nazwalibyśmy marańską [1]. To też sprawia, że dzieło to jest jednocześnie podobne i różne od licznych proroctw Antychrysta, jakie pojawiły się w literaturze dwudziestowiecznej, począwszy od głośnej apokalipsy Wladimira Sołowjowa, w których przeważa ton apologetyczny, a zarazem reakcyjny: afirmatywny wobec religijnej ortodoksji i krytyczny wobec nowoczesności, która zeszła na manowce ateizmu.
Zacznijmy od podobieństw. Pierwsze z nich to sam wybór figury Antychrysta, która uosabia zło absolutne: zło nie będące pochodną krzywdy, której zadośćuczynienie byłoby w stanie nawrócić je na dobro, lecz zło pierwotne, metafizyczne, od zarania przeciwstawione boskiemu planowi i w diabolicznej walce zwarte z Bogiem. Ten manichejski dualizm obecny jest we wszystkich apokalipsach – od wieku pierwszego po dwudziesty pierwszy – i proroctwo Rotha w pełni się za nim opowiada: prozopopeja zła nie jest tu li tylko metaforą, dydaktyczną figurą, lecz całkiem serio potraktowaną realnością, która opanowała współczesny świat nieuchronnie zmierzający ku zagładzie. „Zemsta należy do Boga” – mówi Roth, tym samym wpisując się w apokaliptyczne oczekiwanie końca i nadejście Dies Irae, czyli Sądu Ostatecznego, które w jego austriackiej ojczyźnie w tym samym czasie głosił inny gniewny prorok, Karl Kraus.
Figura Antychrysta jest frapująca i religijnie, i filozoficznie. Jej wielkim promotorem w późnej nowoczesności, instynktownie czującej nabrzmiewanie czasu i nieuchronny adwent Dnia Wielkiego Rozrachunku, był Sołowjow, autor Krótkiej opowieści o Antychryście, wydanej w roku 1900 i niemal natychmiast przetłumaczonej na wiele języków, w tym niemiecki. W opowieści Sołowjowa, która czas apokalipsy przenosi w wiek dwudziesty pierwszy, Antychryst to postać niejednoznaczna i skomplikowana, w niczym nie przypominająca siedmiorogiego monstrum, które wypełza z morza. To raczej wrażliwy humanista, a zarazem uczony teolog, który pragnie stworzyć jedną religię, by zjednoczyć ludzkość i zapobiec wojnom. Pisze traktat pt. Otwarta droga, która ukazuje rodzajowi ludzkiemu ścieżkę pokojowego samorozwoju, i po jej ogromnym sukcesie zostaje ogłoszony przywódcą Zjednoczonych Stanów Europy, a następnie całego świata, który leczy z konfliktów, głodu i ubóstwa (Alexandre Kojève, rosyjski emigrant i współtwórca idei Unii Europejskiej, był do tego stopnia przejęty wizjami Sołowjowa, że poświęcił im filozoficzny doktorat, którego idee potem konsekwentnie wcielał w życie).

Dlaczego więc Sołowjow uważa Imperatora Świata za zło wcielone? Ponieważ Imperator jest niepokorny. Sądzi, że jest kolejną inkarnacją Chrystusa, a swoje panowanie na ziemi za dowód na Drugie Przyjście: to on, człowiek z krwi i kości, uzurpuje sobie moc boskiej paruzji. Pomimo wszystkich dobrych intencji, jest więc jedynie impostorem, kradnącym boską charyzmę, która należy tylko do Jezusa i jego ponownego nadejścia w chwale. Sołowjow, który dla Dostojewskiego stał się prototypem Aloszy Karamazowa, podsunął pisarzowi także i pomysł Wielkiego Inkwizytora: „fałszywego chrześcijanina”, który gotów jest wtrącić do lochu prawdziwego Jezusa, kiedy ten naprawdę powróci, byleby tylko nie pokrzyżował mu jego politycznych planów. Antychryst nie jest więc oczywistym i łatwo rozpoznawalnym potworem: uosabia on zwodnicze pragnienie dobra, którego perwersja tkwi w pysze – w prometejskiej hybris, która „ogień niebieski ściąga na ziemię”, ażeby przekształcić ją w „nowe stworzenie” mocą samej tylko ludzkiej potęgi rozumu. Bóg staje się więc niepotrzebny: człowiek sam może dokonać cudu nowej kreacji i odnowić oblicze tego świata. Największym grzechem Antychrysta nie jest więc inherentne zło, lecz immanentna pycha: przeświadczenie, że świat da się naprawić bez boskiej pomocy. „I w tym rzecz – mówi Pan Z., który przyniósł swoim rozmówcom apokaliptyczny rękopis mnicha Pansophiusa. – On nie jest zasadniczo zły… Można go ująć jednym prostym przysłowiem: «nie wszystko złoto, co się świeci». Dobrze znacie ten blask fałszywego złota. Zabierzcie blichtr i nic nie zostanie – absolutnie nic” [2]. Pomimo zatem całej komplikacji wniesionej przez Sołowjowa, jego diagnoza nadal nie zmienia manichejskiego układu domyślnego: nawet jeśli zło nie jest absolutne w sensie pierwotnej złej intencji, to jest tym bardziej złem jako duchowa perwersja – jako wypaczone, bo z gruntu niepokorne, pragnienie dobra, które koniec końców zawsze czyni zło.
Czy Roth czytał Sołowjowa? Nawet jeśli nie, to z pewnością o nim słyszał, ponieważ pierwowzór Aloszy był wówczas na ustach wszystkich: to z niego czerpała dystopijna apokaliptyka w prozie amerykańskiej [3], nim zainspirował się szwajcarski teolog, Hans-Urs von Balthasar, pisząc swoją słynną Apokalipsę duszy niemieckiej, ale także C. S. Lewis, tworząc Pilgrim’s Regress w roku 1932, tuż po konwersji na katolicyzm. Choć Roth zapewne jej nie czytał, to książka Lewisa zawiera krytykę nowoczesności analogiczną do tej, jaka pojawia się w jego Antychryście. Alegoria Lewisa to zarazem rewizja i polemika z Wędrówką pielgrzyma (Pilgrim’s Progress) Johna Bunyana, siedemnastowiecznego kaznodziei brytyjskiego: tu także protagonistą jest John – jednocześnie sam Bunyan przeniesiony do współczesnej Purytanii i Jan od Apokalipsy, przeniesiony we współczesność ze swoją cudowną wrażliwością na mowę świętych znaków. Pielgrzymuje on po świecie podzielonym na dominium Pana (Landlord) i Wroga (Enemy) w towarzystwie Przewodnika, który uczy go, jak rozpoznać mieszkańców obu krain i patrzeć na wszystko w świetle ostatecznym: „Warto pragnąć tylko tego, co absolutne. Wszystko inne to jedynie maski rozmarzonego serca. To, co wydaje się ziemią, jest albo Piekłem albo Niebem. Bój jest: ty jesteś. Reszta jest iluzją” [4]. W rezultacie wszystkie osiągnięcia epoki nowożytnej – postęp, rewolucja przemysłowa, emancypacja, wzrost dobrobytu – lądują po stronie nieprzyjacielskiej, czyli w rejonie Piekła. To „córy Arcywroga”: Superbia, czyli pycha, Ignorantia, czyli niewiedza i Luxuria, czyli przepych. Ta pierwsza mówi o sobie: „jestem sama dla siebie, jestem śmiertelnym Bogiem, samowsobną monadą bez okien, bez długu i bez skazy” [5], co w alegorezie Lewisa oznacza pychę autonomicznego rozumu. Ta druga zaś wygłasza apologię nowoczesnego świata jako samozadowolonej Wieży Babel: „Wrzask zagłuszy głos mądrości… nowy wiek, nowa sztuka, nowa etyka i myśl uczynią, że stare odejdzie na zawsze… bo mamy teraz nowe światło i widzimy bez pomocy słońca” [6]. Przepych z kolei nie mówi wiele, ponieważ pławi się w bezmyślnej rozkoszy. John, którego boskie zmysły wyostrzył Przewodnik, dostrzega świat w transcendentnej optyce, gdzie wszystko pochodzi albo od Pana, albo od Wroga, bez żadnych dialektycznych światłocieni. Tertium non datur.
We wszystkich tych późnonowoczesnych apokalipsach Antychryst-Arcywróg pojawia się jako oszust, którego uwodliwa siła polega na tym, że zaspokaja on powszechne pragnienie sprawiedliwości, ale czyni to na opak i perwersyjnie: to duch, który zawsze dobra pragnąc (bądź twierdząc, że go pragnie), zawsze czyni zło. Ten wątek, podstawowy u Sołowjowa i C. S. Lewisa, pojawia się i u Rotha. Dla Rotha, jak i dla Lewisa, progres, który obiecuje nowożytny oświeceniowy humanizm, jest w istocie regresem. Światło rozumu czyni ziemskie cuda, ale świeci zimno: brakuje mu ciepła (jak mawiał Thomas Bernhard, przyglądając się postępowi z tej samej peryferyjno-austriackiej perspektywy: „im jaśniej, tym zimniej”). I tak jak u Sołowjowa poczynania Antychrysta sprowadzają się do przysłowia o fałszywym złocie, tak i u Rotha pojawia się jego odpowiednik: „miłe złego początki”. Antychryst nosi bowiem wiele masek, a wszystkie przyjemne i uprzejme. Nie ma jednak twarzy, bo, jak sugeruje Roth, jednym z zamysłów nowoczesnego Antychrysta jest pozbawić nas indywidualności, która jest prawdziwym „celem”, „imago”, obrazem i podobieństwem Boga w człowieku. Antychryst to bezosobowa armia funkcjonariuszy nowoczesności, która obiecuje nowe ziemskie królestwo, jej zamiarem jest jednak dekreacja, czyli sprowadzenie świata do pierwotnego tohu wa-wohu czyli stanu chaosu – bezimiennej krainy cieni.
Roth nie jest jednak ani apologetyczny ani reakcyjny w tak prostym sensie, jak jego poprzednicy: nie znajduje w instytucji kościoła – czy to ortodoksyjnego, czy rzymsko-katolickiego – oczywistej i jasnej ostoi wobec nieprawości tego świata. Jego apokalipsa podyktowana jest czystą rozpaczą: to wielki lament nad stanem ludzkości, który bliski jest innemu gatunkowi literackiemu znanemu tradycji hebrajskiej, czyli kina. Wzorcową lamentacją w Biblii Hebrajskiej jest skarga Hioba, któremu Roth poświęcił książkę z roku 1930, Hiob, historia prostego człowieka (także wydaną w Austerii w roku 2015). Tu Hiobem współczesnym staje się Mendel Singer, ubogi emigrant w Nowym Jorku, który utracił dawne pobożne życie w galicyjskim sztetlu i został rzucony na pożarcie nowego Boga nowoczesnego świata, czyli Historii. Boga, rzecz jasna, fałszywego, który już w tej powieści nosi znamiona Antychrysta.
Płacząc nad stworzeniem, któremu niegdyś dana była zdolność odróżniania dobra i zła, ale które wiedzę tę utraciło, Roth nie widzi dlań żadnego wyjścia: żadnego nowego Exodusu, który wyprowadziłby świat z niewoli zaślepienia i głupoty i popchnął go na właściwe tory. Podobnie jak Jan w Księdze Objawienia, Roth także jest świadkiem, który opisuje to, co zobaczył w swojej pielgrzymce po ludzkich krainach. Nie ma w nim jednak tej niezłomnej pewności, że u kresu dziejów nadejdzie Baranek w zbroi, by ukarać niesprawiedliwych i nagrodzić swoich. Cała ta peregrynacja, czyli Bunyanowska „wędrówka pielgrzyma” do niczego nie prowadzi, nie znajduje konkluzji – nawet tak destrukcyjnej jak zagłada całego istnienia. Apokalipsa Rotha nie kończy się finałem, który spala świat w siarce i ogniu, a jedynie się urywa. To nie świat opuszcza świadka, jak to ma miejsce u Jana, który obserwuje spektakl zagłady z pozycji zewnętrznej samozwańczego sprawiedliwego i na koniec zostaje zbawiony – to jedynie świadek opuszcza świat, który nie przestanie trwać w swoim obscenicznym złu. Ostatnie zdanie książki brzmi: „Ja zaś opuściłem teatr”. Teatr okrucieństwa będzie się więc toczył, ale już bez ostatniego zrozpaczonego świadka, który, wypisując się z życia, może się już tylko oddać umieraniu. I tak też się stało. Wkrótce po napisaniu swojego świadectwa Roth zapije się na umór, by opuścić ten teatr na zawsze w roku 1939 (choć po drodze napisze jeszcze kilka książek: w stylu już bardziej realistycznym, ale nie mniej ponurych).
To właśnie ta absolutna bezwyjściowa rozpacz czyni apokalipsę Rotha wyjątkową. Podobnie jak inny twórca opowieści o Antychryście, Nietzsche, pisze swoją książeczkę dla wszystkich i dla nikogo. Bo nie ma już oczu, które by widziały. I nie ma uszu, które by słyszały. Wielka ślepota pozornego widzenia i wielka głuchota pozornego słyszenia pochłonęła cały ludzki świat. Choć znaki zagłady wypisane są wołem na niebie, nikt nie reaguje na kosmiczne mane tekel fares. Dekadę wcześniej W. B. Yeats stworzył swój potężny apokaliptyczny wiersz Drugie Przyjście, gdzie centrum się rozpada, sokół nie słyszy już głosu sokolnika, a jakaś straszna bestia pełznie do Jeruzalem, by się narodzić. Ten sam katastroficzny klimat odnajdziemy u Rotha, tyle że bestia już dawno się narodziła i ma wiele imion – a najstraszniejsze z nich to „narodowy socjalizm”. W najbardziej wizyjnym momencie Roth opisuje swastykę jako antykrzyż, bezpośredni znak Antychrysta: „Przed drzwiami spostrzegłem mężczyznę, w nakryciu głowy ze znakiem krzyża nad czołem, a także na prawym ramieniu. Nie był to jednak zwyczajny krzyż, lecz złamany i zagięty na końcach ramion, po lewej i prawej stronie, u góry i u dołu. Wyglądało to tak, jak gdyby ten człowiek ów święty znak krzyża wpierw umyślnie połamał, a następnie zapomniał, jak należy go z powrotem poskładać. Wydawało się też, jakby i sam krzyż cierpiał z powodu bólu, taki był pokrzywiony i powyginany. Jako że zrobiło mi się żal i tego człowieka, i samego krzyża, odezwałem się w te słowa:
– Dobry człowieku, nosi pan ten krzyż niepoprawnie. Pozwoli pan, że zademonstruję mu, jak wygląda krzyż?
– Nie – odrzekł – mój krzyż jest właściwy. Pod tym znakiem zwyciężymy, nie zaś pod tym, który ma pan na myśli”.
O tych, co noszą swastykę jako poturbowany krzyż, Roth powie: „Bóg ich jest z żelaza. Ja zaś wiem, że w Apokalipsie św. Jana napisano, iż słudzy Antychrysta przyjmą znamię na prawą rękę lub na czoło. W tym kraju ludzie noszą już to znamię”.
W książce tej słowo „narodowy socjalizm” nie pada, ale nie dlatego, że Roth wymiguje się od społecznej analizy, w której dotąd celował jako pisarz. To raczej kwestia wybranego stylu, który naśladuje paraboliczne świadectwo Janowe, on sam zaś udziela ciała i głosu samemu Janowi, który przybywa w wiek dwudziesty z wieku pierwszego i postrzega go tak, jak w swoich profetyczno-frenetycznych wizjach. To, literacko rzecz biorąc, najciekawsza część eksperymentu Rotha: wprowadzić język apokaliptycznego proroctwa do opisu późno-nowoczesnej rzeczywistości i uczynić go samowystarczalnym. Zamiast więc ludzkiego języka, mapującego rzeczywistość w znanych nam terminach – jak narodowy socjalizm, bolszewizm, czy kapitalistyczny leseferyzm – otrzymujemy pozornie naiwny anielski język świadka-pielgrzyma, który posługuje się wyłącznie mową świętych znaków. Podobnie więc jak u Jana z Regresu pielgrzyma Lewisa, także i jego zmysły posiadają transcendentną światłoczułość: rzeczy, które postrzegają, są dziełem albo Boga (a wówczas emanuje z nich sekretne światło) albo Antychrysta (a wówczas spowija je otchłanna ciemność). Swastyka zatem to zbezczeszczony krzyż, a nazistowska opaska to znamię Bestii. Hollywood to Piekłogród, który kradnie dusze i zamienia je w martwe cienie, więżąc je w wiecznym Szeolu, gdzie nie mogą ani żyć, ani umrzeć. Szef berlińskiej gazety, dla której Roth pracuje (ten biograficzny szczegół dodajemy wszak z zewnątrz) to Pan Tysiąca Języków, czyli demoniczny strażnik globalnej Wieży Babel, która rozproszyła ludzką mowę, a jedną prawdę rozmieniła na rozliczne prasowe opinie. Zaś sowiecka Rosja, którą Roth odwiedza jako korespondent, to kraina „zamiataczy”, czyli uczniów czarnoksiężnika, którzy wprawili w ruch miotły „rozumu i rewolucji”, ale nie wiedzą, jak je zatrzymać: „Unicestwiliśmy Boga – rzekł mi ten i ów. – Kto nam w tym dorówna? Zdołaliśmy, jak pan widzi, nie tylko zlikwidować bogactwo, złoto, cesarza i katów, lecz także wymietliśmy z nieba wszystkie śmieci, które się tam z biegiem czasu nagromadziły. Teraz ziemia jest czysta, a niebo puste.
Tak też było w rzeczywistości. Wzięli w dłonie dwie miotły, jedną do wysprzątania ziemi, drugą do pozamiatania nieba. Nawet nadali miotłom imiona. Pierwszej było na imię rewolucja, drugiej zaś ludzki rozum”.
Jest jednak jedna ważna różnica między Johananem z Patmos a Josephem Rothem: podczas gdy ten pierwszy uważa się za sprawiedliwego, które na pewno będzie zbawiony, a więc przejdzie suchą świętą stopą przez spektakl siarki i ognia, Roth odmawia sobie akcesu do sprawiedliwości, a tym samym przepustki do zbawienia. Podczas gdy we wzorcowej apokalipsie Janowej (podobnie jak u Sołowjowa i Lewisa) panuje manichejska jasność co do tego, kto z nami, a kto przeciw nam, w świadectwo Rotha wkrada się gnostyckie z ducha podejrzenie: a co, jeśli ci, którzy uważają się za najbardziej sprawiedliwych, właśnie nimi nie są? Przecież tak właśnie działa Antychryst: poprzez perwersyjną uzurpację i podszywanie się pod dobro. Pod koniec swojej życiowej pielgrzymki, kiedy dane jest mu „spocząć” w paryskim hotelu wśród innych apatrydów, z którymi prowadzi długie wygnańców rozmowy, Roth pisze: „Wyznać też muszę, że od czasu owego spotkania boję się już Sprawiedliwych, zbyt Sprawiedliwych, a także tych, którzy chcieliby wszystko zrozumieć, jak i tych, co sądzą, że wolno im będzie wszystkim i wszystko przebaczyć. Z pewnością istnieją tacy sprawiedliwi. Jednak ludzie, którzy potrafią nienawidzić i kochać, nienawidzą nienawiści i miłują miłość: ci ludzie są mi podobni. Lękam się bowiem, że za takim właśnie nad wyraz Sprawiedliwym, fałszywym Sprawiedliwym, kryje się Antychryst”.
Kim są ci „zbyt Sprawiedliwi”? To ci, którzy „sądzą, że wolno im będzie wszystkim i wszystko przebaczyć”: powrócić do okaleczonego świata, zaleczyć rany, odrzucić wspomnienia i wstąpić w nowy życia prąd. Roth taki nie jest: nie może nie nienawidzić nienawiści. Nie może jej wybaczająco ukochać. Dualizm nienawidzących i kochających jest dla niego nie do przekroczenia w żadnym dialektycznym manewrze. Jakby powiedział Zbigniew Herbert, nasz rodzimy apokaliptyk, nie w jego mocy przebaczać. Co nie znaczy, że Roth nie ma w zanadrzu alternatywnej idei sprawiedliwości. Tu znów odsłania się jego maranizm: obok Ukrzyżowanego, którego otacza czcią, pojawia się chasydzka figura Lamed Waw, czyli trzydziestu sześciu Sprawiedliwych, podtrzymujących świat w istnieniu. Podczas gdy tradycja chrześcijańska kojarzy liczbę 6 z tym, co diabelskie, tradycja żydowska, wprost przeciwnie, przeciwstawia liczbie Bestii, której imię legion, maleńką grupkę niepozornych ludzi: ukrytych cadikim, których Bóg wyznaczył na filary istnienia i którzy przyglądają się szaleństwom świata z mieszanką grozy i współczucia. Jeśli Lamed Waw dojdą w swej rozproszonej wspólnocie do wniosku, że świat wyczerpał już swoje możliwości, wtedy nastąpi jego koniec.
Wydaje się więc, że Roth nigdy do końca nie porzucił chasydzkiej kabały, której rudymenty poznał w rodzimych Brodach: głęboko bowiem wierzy w diasporę Nierozpoznanych Sprawiedliwych, tropiąc ich iskry w skorupach upadłego świata. Spotyka ich wszędzie, gdzie się udał: w bolszewickiej Rosji, w Ameryce, w Europie. Ich konstelacja to jedyne światło w mrokach pogrążającego się w chaosie stworzenia:„Czy zatem trzydziestu sześciu miałoby rację wbrew miliardom? – zapytał Niesprawiedliwy.
– Z pewnością – odrzekłem. – Nawet jednostka może mieć rację wbrew miliardom.
– Wobec tego będzie musiał pan poczuć potęgę miliardów! – rzucił groźnie Niesprawiedliwy.
– A wszystkie te miliardy poczują potęgę prawa! – odparłem.
Rozstaliśmy się w niezgodzie – jakżeby zresztą mogło być inaczej”.
W swej apokalipsie pisanej z dna rozpaczy (de profundis clamavi), Roth potrafi być okrutny dla tradycyjnych Żydów i bez litości dla ich litowania się nad własnym losem nieustannie prześladowanych. Na Nietzscheański sposób oskarża ich o słabość i resentyment, które nieuchronnie hodują ducha zemsty: „A skoro doznaliście tylu krzywd, czy chcecie wciąż innym krzywdę zadawać? – pyta wygnanego Żyda, którego nazywa słabym człowiekiem. – I gdy dostrzegacie krzywdę, wyrządzaną Żydom, czy boli was sama krzywda, czy też boli podwójnie, gdyż zadawana jest właśnie Żydom? […]. Jeśli tak, zdarzyć się może, że pewnego dnia stanie się pan okrutnikiem”.
A jednak, pomimo całego swojego maranizowania i niechęci do żydowskiej ortodoksji, trzyma się legendy o Trzydziestu Sześciu jako ostatniej deski ratunku, ostatniej gwiazdy przewodniej w świecie pożartym przez Antychrysta. Przekonany, że tylko ci nieliczni i nierozpoznani – ukryci cadikim – reprezentują właściwy porządek stworzenia, przeciwstawia ich całej upadłej nowoczesności, którą postrzega jako jedną wielką nieboską komedię: czy będzie to kapitalizm, bolszewizm, czy narodowy socjalizm, „wszystko jedno”, bo wszystko do wytępienia tylko się nadaje. Co zatem byłoby dobre? Nawet w ostatecznej nocy duszy Roth wciąż nie wyzbywa się mglistego mesjańskiego marzenia, które towarzyszy jego upartej wierze w istnienie Lamed Waw. Tym sprawiedliwym bożym porządkiem, nie wypaczonym przez dzieło Antychrysta, byłby zapewne teokratyczny socjalizm rodem z Biblii Hebrajskiej, gdzie każdy pracuje wedle swoich możliwości i dostaje wedle swoich potrzeb bez żadnego obiegu pieniądza. Wspólnota żyje ściśle podporządkowana jednemu boskiemu prawu, które troszczy się o całość stworzenia i dobro człowieka w nim. Wszyscy mają niewiele, ale tyle samo i nie pragną więcej. Niebo i ziemia, duch i materia pozostają ze sobą w łagodnej harmonii. Czy to kompletna mrzonka? Tak, jeśli myśleć w kategoriach wielkich ludzkich liczb, być może nie, jeśli trzymać się, jak zrozpaczony Roth, ostatniej jasnej myśli o nielicznych niefałszywych Sprawiedliwych.
Gatunek apokaliptyczny nie należy do moich ulubionych: potępia zbyt łatwo i zbyt hurtowo, zupełnie nie wdając się w dialektyczne subtelności, na których opiera się projekt zachodniej modernitas. Pod tym względem książeczka Rotha nie różni się ani od tej pierwszej Księgi Objawienia, która raduje się z zagłady grzesznego świata, ani od jej późniejszych awatarów, które życzą tego samego pysznemu projektowi nowoczesności, odrzucając jej wszystkie projekty naprawy świata jako dzieło bezbożne. Jednakże duch nowoczesności, w którym wyraża się wiara w reformę bytu i duch apokalipsy, w którym do głosu dochodzi rozpacz i gniew wobec nieprawości świata, są ze sobą głęboko sprzężone: im bardziej ludzkość angażuje się w projekt przebudowy świata, tym częściej i wyraźniej wybrzmiewają wątpliwości czy dzieło to, aby od Boga pochodzi. Jeśli odpowiedzieć wątpiącym, że projekt ten ma sens z Bogiem albo i bez Boga, ci tylko utwardzą się w przekonaniu, że nie ma w nim religijnej pokory, a to właśnie ten brak tworzy najbardziej charakterystyczne znamię Antychrysta. Pomimo całego swojego komunizowania za młodu, apostazji od judaizmu i dziennikarskiej kariery spędzonej w europejskich metropoliach, Joseph Roth zachował rys pierwotnej pobożności: bojaźni Bożej, który każdy odruch ludzkiej asercji traktuje jako przejaw demonicznej pychy.
Łatwo jednak byłoby potępić Rotha w duchu dzisiejszej świeckiej apokalipsy, która na wszystkich patrzy bezkompromisowym okiem Sądu Ostatecznego i piętnuje ich za realną bądź wyimaginowaną reakcyjną niepoprawność: istotnie, Roth jako Hiob apokaliptyczny do myślicieli postępowych nie należy (choć nawet tu zachowuje niesztampową osobność: potępiając homoseksualizm, jednocześnie całkowicie odżegnuje się od rasizmu). Może jednak lepiej się od nadmiaru surowości powstrzymać i przyjąć Zasadę Miłosierdzia (filozofia nazywa ją principle of charity), która woli raczej współczuć, niż oskarżać. I choć sam Roth nie stroni od potępiania, dobrze jest pamiętać, co go do tej apokaliptycznej rozpaczy przywiodło. Kondycja wiecznego niedopasowania Żyda tęskniącego do habsburskiego katolicyzmu, a na koniec wygnanego z języka, w którym tworzył, stanowi okoliczność łagodzącą. W przypadku Rotha świat naprawdę okazał się gorszy, niżby mógł. Nazwanie go dziełem Antychrysta to ostatnia licentia poetica, ostatnia retoryczna fantazja pisarza, który już za kilka lat utraci język i zamilknie na dobre. Dlatego zamiast się zżymać, uszanujmy ten testament, który napisała najczarniejsza rozpacz.
AGATA BIELIK-ROBSON
Wstęp do polskiego wydania „Antychrysta” Josepha Rotha w tłumaczeniu Rafała Wędrychowskiego, który ukazał się nakładem wydawnictwa Austeria.
[1] O tym, jak analogię tę można wykorzystać w stosunku do Żydów, którzy zderzyli się z procesem asymilacji, patrz przede wszystkim: Piotr Bogalecki i Adam Lipszyc, Marani literatury polskiej (Austeria, 2022) oraz Agata Bielik-Robson, Marańska pascha Derridy. Zdrada, wygnanie, przeżycie, nietożsamość (Austeria, 2023). O historii hiszpańskich conversos, obfitującej w aluzje do współczesności, traktuje także powieść Juliana Stryjkowskiego, Przybysz z Narbony(Austeria, 2021).
[2] Vladimir Solovyov, A Short Story of the Antichrist, [w:] War, Progress, and the End of History. Tłum. Alexander Bakshy, wstęp Czesław Miłosz. San Francisco, Lindisfarne Press, 1990, s. 210-11.
[3] Tu zwłaszcza Lord of the World Roberta Hugh Bensona i Titan, Son of Saturn Josepha Birbeck Borroughsa, obie napisane w pierwszej dekadzie XX-ego wieku. Co ciekawe, ta pierwsza powieść, w której Antychrystem staje się Julian Felsenburgh, prezydent Stanów Zjednoczonych o ateistyczno-komunizujących tendencjach, była jedną z ulubionych książek kardynała Josepha Ratzingera, nigdy niekryjącym swoich apokaliptycznych sympatii, jak i niechęci do, jak to nazywał, „globalnego sekularnego humanizmu”.
[4] C. S. Lewis, The Pilgrim’s Regress, [w:] Complete Adult Fiction. Londyn, Harper-Collins, 213, s. 692.
[5] Ibidem, 701.
[6] Ibidem, 703.