HOME

Galeria jednej fotografii (70)

Nieporozumienie, ze stycznia 1992, dobrze wyszło fotografii. Sąsiadce z góry, w kamienicy przy Szerokiej, zwierzyłam się, że chciałabym zrobić portret Jerzego Panka. Mój ulubiony grafik mieszkał na ostatnim piętrze w jednopokojowym mieszkaniu-pracowni. O terminie nie rozmawiałyśmy. Potem dowiedziałam się, że czekał na mnie następnego dnia. Dobrą stroną „zakłóceń na łączach” był malarz z nieprzyciętą brodą i w wysłużonym swetrze, kiedy już do spotkania doszło. Pierwszy portret zrobiłam jeszcze w styczniu. Od tamtego czasu często bywałam u niego w pracowni. I zawsze był po domowemu. Jak na tym zdjęciu z czajnikiem, z 7 listopada 1998. Pan Jerzy od paru lat nie wychodził z domu. Dbali o niego przyjaciele i starzy znajomi. Ktoś wyprowadzał Pimpka. Ktoś inny robił zakupy. Bardzo lubiłam te nasze spotkania. Myślę – z wzajemnością. Odwiedziłam go z córką, kiedy, po przeprowadzce, mieszkaliśmy już przy placu Inwalidów. Ola, wtedy pięcio- sześcioletnia, doskonale pamięta to spotkanie. Jerzy Panek – stały model dla swoich prac – widział we mnie sąsiadkę z dołu. Nie fotografkę.

 

„Panek i czajnik”, Kraków 1998, z cyklu: „Portrety” © Elżbieta Lempp

 

4 czerwca 2025

ELŻBIETA LEMPP

Napierski, czyli nieszczęście niewinności

Kiedy jesienią 1920 roku Iwaszkiewicz poznał Marka Eigera, ten nazywał się już Stefan Napierski. Po demobilizacji, która nastąpiła w październiku 1920 roku, Iwaszkiewicz nie miał się gdzie podziać. Początkowo zamieszkał u księstwa Woronieckich w Alejach Ujazdowskich, potem u Wilama i Stanisławy Horzyców na Nowym Zjeździe, po czym świeżo poznany Napierski zaproponował Iwaszkiewiczowi, aby się przeniósł do mieszkania Eigerów przy ulicy Wierzbowej. „Niestety – wspomina Iwaszkiewicz – po paru tygodniach popadłem znowuż w jakiś konflikt z jedynym mieszkańcem olbrzymiego apartamentu, starym, bogatym, złośliwym konsulem Eigerem, i musiałem opuścić również to mieszkanie”. Za tą enigmatyczną konstatacją kryje się konflikt z Bolesławem Eigerem, który, dowiedziawszy się, że skamandryta „wciągnął w pederastię” jego syna, pozbył się z domu kłopotliwego lokatora.

W Książce moich wspomnień zawarł Iwaszkiewicz charakterystykę Napierskiego z tamtych dni: „Mały rudy człowieczek o nieprawidłowym owalu twarzy budził u wszystkich moich przyjaciół liczne zastrzeżenia. Wybitna jego inteligencja, olbrzymia kultura przesłonione były tysiącznymi śmiesznostkami, które raziły na tle kawiarnianym. Eiger drażnił i denerwował otaczających go ludzi i zwłaszcza we wczesnej młodości trudno było uchwycić pod pokrywką wad i przywar ów rdzeń poważnej kultury, który stanowił największą wartość ludzką tego pisarza”.

O brzydocie Napierskiego – idącej w parze z jego błyskotliwą inteligencją i erudycją – pisali również inni. Jerzy Andrzejewski zanotował: „Był niskiego wzrostu, niezgrabny, niewydarzony cieleśnie, po prostu brzydki, lecz przewrotność inteligencji, którą posiadał wysoce rozwiniętą, sprawiała, iż ta brzydota nie była odstręczająca – tylko śmieszna”. Stanisław Piętak zapamiętał: „Na twarzy miał wieczne wypieki, poruszał się nerwowo, wciąż do kogoś coś mówił i jakby się z kimś kłócił”. A gdy podnosił głos, „mowa jego stawała się piskliwa, o akcentach na przemian żałosnych, to śmiesznych. Łamał się, męczył, lecz nawet jego wygląd nie wzbudzał we mnie uśmiechu, ale jakiś lęk i litość”. Franc Fiszer zamknął zaś wygląd Napierskiego w lapidarnej formule: „Kurza pierś i psia dupa”.

Dla środowiska literackiego nie stanowiły tajemnicy jego „anomalie erotyczne” – takim mianem określił homoseksualizm Napierskiego Stanisław Piętak. Szydzono z nich równie złośliwie jak z jego wyglądu, stały się nawet przyczyną procesu sądowego, o którym pisze Karol Irzykowski: „Obiektem jego miłości był jakiś robotnik, któremu obmacał muskuły, wynajął pokój, z komfortem, a potem był przez niego szantażowany. Zapytany przed sądem: dlaczego? – powiedział z emfazą: kochałem go”.

 

 

W 1924 roku wydał własnym nakładem pierwszą swoją książkę, zatytułowaną Poemat, trzy lata później ogłosił tom wierszy Odjazd, a w 1928 roku opublikował aforyzmy Cienie na wietrze. W tym samym roku napisał pierwszy list do Anny Iwaszkiewiczowej i przesłał życzenia urodzinowe dla Jarosława Iwaszkiewicza, inicjując w ten sposób niezwykle ciekawą korespondencję. W Annie znalazł nie tylko uważną czytelniczkę jego epistolarnych wyznań, znalazł bratnią duszę, która rozumiała jego troski i strapienia, a niektóre z nich jej samej nie były obce. Listy do Jarosława są bardziej rzeczowe, dotyczą literatury, planów pisarskich, współpracy z prowadzonym przez Napierskiego dwumiesięcznikiem „Ateneum”; obojgu zwierzał się ze swoich dolegliwości i chorób, informował o częstych przeprowadzkach w poszukiwaniu mieszkania idealnego, szczelnie chroniącego przed światem zewnętrznym.

Wieczność upomniała się o Stefana Napierskiego późną jesienią 1939 roku, gdy został aresztowany przez Niemców i osadzony na Pawiaku. Oficjalnie oskarżono go o szpiegostwo ekonomiczne w Niemczech, o czym miały rzekomo świadczyć jego turystyczne podróże do Niemiec. W grę mogły też wchodzić prawa własnościowe do niemieckiej części koncernu Portland-Cement, żydowskie pochodzenie lub przetłumaczenie na język polski powieści Na Zachodzie bez zmian, gdyż naziści zabronili wydawania dzieł Ericha Marii Remarque’a i publicznie palili jego książki.

Bramą wieczności okazały się drzwi więziennej furgonetki, do której wepchnięto go 2 kwietnia 1940 roku i „w której więźniowie ułożeni byli na podłodze jak sągi drewna”. Rozstrzelano go klika godzin później w Palmirach pod Warszawą. „Jeżeli współwięźniowie przekazali prawdę, nie miał siły iść i ten skrzeczący worek przerażenia niesiono pod mur, przed lufę karabinu maszynowego” – pisze Czesław Miłosz w Rodzinnej Europie.

Iwaszkiewicz dał jego charakterystykę złożoną z błahych, nielicujących z tragizmem losu Napierskiego anegdotek. Dopiero w ostatnim akapicie oddał przyjacielowi lat młodości sprawiedliwość: „Bardzo się niepokoił przez ostatni rok życia, jak ptak przed odlotem. Podobno na Pawiaku uspokoił się zupełnie: stało się. Do końca zachowywał się znakomicie”.

 

 

Rzecz dla mnie dziwna: tylu o Napierskim pisało – i Jerzy Andrzejewski, i Paweł Hertz, i Karol Irzykowski, i Jarosław Iwaszkiewicz, i Czesław Miłosz, i Seweryn Pollak, i Tymon Terlecki – a najtrafniej ujął jego los niegdysiejszy szermierz socrealizmu Adam Ważyk: „Ośmieszano go w anegdotach. Kpił sobie z niego Karol Irzykowski, kpił sobie z jego bezradności, podczas okupacji, kpił obrzydliwie. Ale to był umysł zgorzkniały i bardzo dla ludzi nieżyczliwy; są inni, którzy chcą być dobrymi chrześcijanami. Choć jestem niewierzący, często wyobrażam sobie, jak przestępują próg zaświatów i spotykają po drodze Marka z piersią skrwawioną od kul hitlerowskich, a ten unosi rękę swoim przeciągłym ruchem bezradnego dziecka i pyta ich: cóżem ja złego wam zrobił, żeście mnie tak spostponowali? Bo to był człowiek niewinny”.

Gdyby iść za jego sugestią, można by listy Napierskiego do Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów zatytułować: Napierski, czyli nieszczęście niewinności. Ten widmowy tytuł zyska na jasności, gdy czytelnik dotrze do ostatniego listu i do końcowych przypisów. Bo nie miejsce tutaj na choćby zarys biografii Marka Eigera, muszą nam na razie wystarczyć te listy, przechowywane w archiwum Muzeum w Stawisku, i dołączone do nich komentarze – składające się na przejmujący dokument ludzkiego życia.

ROBERT PAPIESKI

Fragment wstępu do: Stefan Napierski, „Nieszczęście niewinności. Listy do Anny i Jarosława Iwaszkiewiczów”, wstępem i przypisami opatrzył Robert Papieski, Warszawa, Wydawnictwo Akademickie SEDNO, 2025.

Mniejsze listy (2)

Najbardziej niedocenionym pisarzem polskim jest zapewne Mrożek. Bo za popularność się płaci. W wielu skrótowych biogramach i równie pobieżnych wypowiedziach, za największe osiągnięcie twórcy uznaje się wylądowanie w słowniku frazeologizmów, chyba już na trwałe: „jak z Mrożka”. Nie sposób uznać takiego wyrażenia za skrzydlate słowa; nie Mrożek je ukuł, lecz recepcja postrzegająca go jako dowcipnego specjalistę od absurdów administracyjnych o proweniencji jeszcze peerelowskiej.

A jeśli jest to największy pisarz polski? O ile nie da się tego rodzaju hierarchii wielkości ułożyć precyzyjnie ani do końca serio – bo kto byłby drugim? trzecim? dziesiątym? przy pozycjach kilkunastych wypadałoby już zawiesić superlatyw – o tyle można pomyśleć historię literatury polskiej, w której właśnie Mrożek stanowiłby przestrzeń wyjścia i odniesień. Parę rozdziałów tej nienapisanej jeszcze historii. Literatura jako kontestujące podjęcie tradycji. Absurd życia, a co jeszcze dolegliwsze, tegoż życia nieunikniona śmieszność. Ja w międzyludzkim – niezbędność kategorycznego dystansu, ale też niezbywalna aporia wewnętrzna. Analityczna krytyka historii i współczesności. Tak przedstawiają się najistotniejsze problemy Mrożka. I proponowałbym teraz z perspektywy jego dzieła czytać Miłosza, Białoszewskiego, Leca, Różewicza, Witkacego, Żeromskiego, Prusa, a także Norwida, Słowackiego, Mickiewicza oraz – dlaczego nie? – Kochanowskiego. Oho, przekroczyłem dziesiątkę, więc starczy nazwisk.

Najbardziej wnikliwi i trafnie przewidujący krytycy wcześnie zdali sobie sprawę, jakiej rangi pisarz się pojawił. Jerzy Kwiatkowski, recenzując w 1957 tom Słoń, zestawił Mrożka z Kafką. „Imponująca jest droga Mrożka: od Lama do Kafki, od kelnerów do wielkiej metafory życia. Rzecz to niebezpieczna – zabawa w proroctwa. Pozostańmy zatem przy faktach: droga ta nadal prowadzi wzwyż”. Zauważyć warto, iż Kwiatkowski ze świadomą dwuznacznością zatarł granicę między faktem a przewidywaniem; w którym nic a nic się nie pomylił.

Już zresztą we wcześniejszym tomie, Półpancerzach praktycznych, stały się rzeczy niezwykłe. Do tego stopnia, że uprawniona jest dzisiaj lektura opowiadań niby socrealistycznych jako już parodii tamtej doktryny. Owszem, ówczesnych intencji Mrożka z całkowitą dokładnością nie odtworzymy, od czego jednak Ecowska intentio lectoris? A są niebłahe powody, by tę kategorię przywołać. Przypomnijmy opowiadanie tytułowe, z czterystoma półpancerzami wykonanymi według XVI-wiecznego wzoru, których transport dotarł do socjalistycznego domu handlowego. Narrator zaczyna: „Jestem starym subiektem i widziałem w swoim życiu wiele towarów niechodliwych, ale żeby aż tak…”. Prymarne samookreślenie bohatera odsyła oczywiście do Prusa, co ze strony Mrożka jest przedsięwzięciem poniekąd ważniejszym niż wspaniały komizm utworu: młody autor (w roku wydania tomu skończył dwadzieścia trzy lata) wpisuje się w tradycję, która go interesuje i w której chce być czytany. Nie idzie tu o stylizację na język Lalki, a o (ogólniejszy) akt wyboru literatury, istnienia w niej. Są w Półpancerzach praktycznych składniki satyryczne, nie one decydują przecież o wartości tekstu. O krakowskim Pedecie pisała w latach pięćdziesiątych tamtejsza prasa, w tym redaktor i rysownik Mrożek, tyle że dla niego instytucja owa stała się w końcu elementem literatury autonomicznej: elementy satyry okazują się przede wszystkim samoistnymi konstruktami świata przedstawionego, nie zaś krytyką ówczesnych społecznych bolączek. Wszak problem, z którym musieli sobie poradzić bohaterowie opowiadania, jest problemem zbytu i reklamy, stricte rynkowym, obojętnym dla ekonomii socjalizmu.

 

 

Cztery pierwsze tomy opowiadań Mrożka (pomijam najwcześniejszą broszurę), ułożone w porządku diachronicznym, odsłaniają przemienność tej prozy do form coraz bardziej złożonych myślowo i estetycznie. Ostatni spośród nich, Deszcz z 1962, jawi się, by tak rzec, przełomowym podsumowaniem i otwarciem na to, co w Mrożkowskiej epice będzie się działo potem. Zdaniem Haliny Stephan, autorki najlepszej dotąd monografii pisarza obejmującej całość jego dzieła, w deszczowych opowiadaniach „Mrożek niespodziewanie porzuca rolę satyryka. Ani socrealistyczna przeszłość, ani mechanizm funkcjonowania tradycji nie stanowią już ośrodka jego zainteresowania. Dochodzi natomiast do głosu nowy, nieco posępny ton”. Mała statystyka. Według Polskiej Bibliografii Literackiej książkowy debiut Mrożka doczekał się pięciu omówień, na Słonia odpowiedziało czternaście recenzji, z kolei Weselu w Atomicach swoje teksty poświęciło dziewięcioro publicystów kulturalnych, na przełomowy zaś Deszcz zareagowało wszystkiego czterech krytyków. Przenikliwie napisał o tomie Marek Skwarnicki: „Mrożek jest pisarzem trudnym do odczytania. […] Ironizuje wszystko. Źródłem jego ironicznej energii jest jakby poczucie, że w obliczu nicości, spraw najważniejszych z ważnych, wszystko jest pozorem i śmiesznostką. Autora to nie bawi, autor nad tym jakoś cierpi”. Dużo też znaleźli w Deszczu Henryk Bereza i Artur Międzyrzecki. Znamienna jednak, również dla dekad późniejszej potocznej recepcji Mrożka, wydaje się recenzja Włodzimierza Maciąga, który nadal rad by widzieć w pisarzu wyłącznie satyryka. Zmartwił zatem krytyka „bardzo wysoki stopień abstrakcji nowych idei”, co gorsza, „nie zawsze mamy tu [w Deszczu – A. P.] nawet do czynienia z następstwami życia zbiorowego, czasem chodzi wręcz o zjawiska związane z człowieczą egzystencją”. Beznadziejna sprawa, kolego Mrożek. Maciąg nie zawahał się postawić dramatycznego pytania, ba! sam udzielił odpowiedzi: „Czy literatura Mrożka na tym zyskuje czy traci? Obawiam się, że raczej traci”. No ale jak ma być inaczej, jeśli – dalej cytuję Maciąga – „śmieszność jako kategoria egzystencjalna – takie ujęcie postawy satyryka grozi niezamierzoną powagą”. Innymi słowy: krytyk wolałby, żeby Mrożek był zawsze jak z Mrożka.

Tego rodzaju podejście pokutowało i po latach. Jerzy Jarzębski, relacjonujący krakowski jubileusz Mrożka w 1990, stwierdził, „że gdzieś jeszcze kołacze się po uczonych umysłach przeświadczenie, iż to autor niepoważny (może dlatego poloniści z UJ nie chcieli dać mu honorowego doktoratu)”. Czy w tym niechceniu wziął aktywny udział również profesor Maciąg, człowiek stamtąd? Mrożek za poważny na satyryka, ale za mało poważny na poważnego pisarza?

 

 

Wśród innych opowiadań tomu Deszcz znalazła się również fabuła Nadzieja. Główna postać utworu jęła otrzymywać zakopertowane listy, z wyłącznie kolejną białą kartką wewnątrz. Narratora-bohatera sytuacja zdenerwowała. „Postanowiłem nie otwierać więcej takich listów. Ale jak się przekonać, czy list jest taki czy zwyczajny, nie otwierając go najpierw?”. Na kopertach brak nadawcy, mężczyzna próbuje więc dowiedzieć się czegoś, wyjeżdżając do miejscowości widniejącej na stemplu pocztowym. Tam w hotelu czeka już na bohatera kolejny zaadresowany doń list. Może adoruje go jakaś nieśmiała kobieta? Mężczyzna zaczyna więc bardziej dbać o powierzchowność. W finałowym epizodzie wyjeżdża zapolować w towarzystwie innych myśliwych na dzikie kaczki. W ich przelatującym kluczu znalazł się również gołąb pocztowy, zestrzelony zaraz przez narratora-bohatera. Wyżeł przynosi ptasie truchło: gołąb miał uczepioną ceratową torbę z kopertą taką jak poprzednie. „Nie otwierając, podarłem ją na drobne strzępy i rozsypałem je między trzciny”. W zapadających ciemnościach, pod wieczór, przychodzą wątpliwości. Mężczyzna, w wodzie „po pas, po ramiona”, bezskutecznie szuka resztek listu.

„No cóż, może tam nic nie było, na pewno nie… Dlaczego by miało coś być tym razem?

Nie było nic.

A jeżeli?”.

Czy Derrida czytał Mrożka? Na pewno mógł: w 1965 ukazał się w Paryżu przełożony przez Annę Posner jego (Mrożka) tom Les Porte-plume, pośród opowiadań nie zabrakło utworu L’espoir (Nadzieja). Miał więc Derrida okazję. W każdym razie w 1991 opublikował książkę Donner le temps. La fausse monnaie. Zaczyna się ona od Egzergi lub Exergum, łacińską wersję wybrała Bożena Shallcross, tłumaczka fragmentu. Autor wychodzi od liściku pani de Maintenon z dworu Ludwika XIV do pani Brinon. Wiadomość wydaje się jasna i oczywista, niemniej francuski filozof drąży, doszukując się niespodziewanych pogłębionych znaczeń. (To jest dopiero intentio lectoris!) „Żadne ze słów przez nią [panią de Maintenon] napisanych nie niesie z sobą tego, co nie do pomyślenia i niemożliwe, dokąd moje odczytanie by je pociągnęło, w kierunku dawania-brania, czasu i reszty. Powiecie, że ona nie chciała tego powiedzieć.

A jeśli”.

Czy przekonałem państwa do najistotniejszej wagi pisarstwa Mrożka? Może zechcą państwo odpowiedzieć, że zgoda, autor świetny, pomysłowy, popularny, że dlaczego nie? Zdarzało mu się dotknąć poważnych problemów, ale żeby od razu był z tych największych pisarzy, a tym bardziej największy?

A jeżeli.

ADAM POPRAWA

Mój Nieborów (III)

Halina czyli Hestia

Kiedy Halina Mikołajska przyjechała po raz pierwszy do Nieborowa, była już legendą. Z archiwalnych ksiąg meldunkowych, które przeszukałam, wynika, że pojawiła się tu w lecie 1979 roku, na chwilę przed karnawałem „Solidarności”. Ale ja pamiętam przede wszystkim zimy z Mikołajską, które w moich wspomnieniach wyświetlają się jak jeden długi film z przewagą bieli. Choćby tę w 1980 roku. Styczeń i luty… Wszędzie leżał śnieg, biały i srebrny jak włosy wybitnej aktorki, a przy nieborowskim stole królował jej tajemniczy czar. To był zresztą czas, kiedy posiwiała i zaczęto ją nazywać „Białą”. Aby oddać cały jej urok, przywołam wiersz Janusza Szpotańskiego z tego czasu, napisany specjalnie dla niej:

 

DO BIAŁEJ

Halinie Mikołajskiej

Niechaj innych zachwyca purpura wspaniała,

soczysta zieleń lasu i niebios szafiry!

Ja dla nich poetyckiej nie nastroję liry.

Gardzę tą pstrokacizną! Mnie zachwyca Biała!

 

Jak Hindus, co w otchłannej grąży się nirwanie,

lub słupnik, co na słupie zamienia się w słup,

godzinami bym klęczał na białym dywanie,

w jej białym buduarze, u jej białych stóp.

 

Niech z nepalskim owczarkiem atrakcyjna Bonja

swym śmigłym jaguarem do Paryża zdąża —

szaleć z Bonją w Paryżu to trywialny cel!

 

O ileż milej w białym salonie rococo

białym płynem z kielicha mącić sobie oko

i Białej intensywną kontemplować biel!

 

Fot. Janusz Sobolewski. Za książką: E. Axer „Z pamięci”, Warszawa, Iskry, 2006.

 

Działaczka opozycji, wspaniała aktorka i piękna, urocza kobieta poświęciła nam, tak zwanej „młodzieży nieborowskiej”, sporo uwagi, choć jej pojawienie się było ważne dla wszystkich chyba gości. Pobyty Mikołajskiej obrosły z czasem wyjątkowymi wspomnieniami. Stanowiliśmy wówczas w Nieborowie zgraną paczkę, którą mój Ojciec w Opowieści o Nieborowie opisał z lekkim przymrużeniem oka, ale też trafnie.

„Mieliśmy w owym czasie w Nieborowie grono zaprzyjaźnionej ze sobą młodzieży ze środowiska warszawskiego. Upodobało ono sobie nadzwyczaj spędzanie wakacji letnich i ferii zimowych w pałacu i parku nieborowskim, otoczonych zresztą nie mniej pięknymi terenami rekreacyjnymi obrzeży pobliskiej Puszczy Bolimowskiej. Niewątpliwą atrakcję stanowiły również konie, trzymane wówczas w stajni pałacowej i przystosowane do jazdy wierzchem, a także raj dla psów-ulubieńców, wśród których prym wiedli Benita, Dagan i Uduś. Do tej grupy wielce przeintelektualizowanej młodzieży należeli: Krzyś Lorentz, Asia i Ania Piwkowskie, Pusia Rottermundówna, Ania i Maciek Miłobędzcy, Marta Białostocka, Justyna Baczówna, Małgosia Szakowska, Andrzej Wende, Mirek Budzyński, Małgosia i Kasia Karwowskie, Dorota Płomińska, Agata Chełchowska. Po pełnych atrakcji dniach spędzanych na łonie przyrody, wieczorami zbierali się w Bibliotece przy kominku, gdzie toczyli długie dysputy metafizyczne, przeciągające się nieraz do północy. Dzisiaj są to już dojrzali ludzie, niekiedy o ciekawych osiągnięciach własnych, którzy dalej trzymają się razem, pomni na związki młodości przeżytej w szczególnej atmosferze nieborowskiego pałacu”.

Pomna na związki z czasów młodości piszę rano esemesa do Krzysia Lorentza: „Napisz mi coś o H. M. Proszę. Z zapachem perfum, kolorem i fakturą sukien (chociaż pamiętam rozkloszowaną brązową spódnicę, malowniczą chustę w kolorową kratę zarzuconą na kożuch i brązowe szpilki)”.

Krzyś odpowiada: „A Mama Kangurzyca? Pamiętasz?”.

Ja: „NIE!!! A na czym polegał konflikt któregoś lata między Florą i Julią Hartwig? To była jakaś rozmowa i chodziło o pryncypia. Pamiętasz? Byłeś oburzony na Florę i tylko to pamiętam! Piszę o Nieborowie subiektywnie, nie obiektywnie, na obiektywnie nie ma szans. Ale długo patrzyliśmy na Nieborów wspólnie”.

Krzyś: „H .M. Zielona sukienka wpadająca w odcień oliwkowy z naszytą kieszenią z przodu. A jeszcze cudny komplet wełniany – sukienka i płaszczosweter z ogromnym kołnierzem, beżowe. Konfliktu nie pamiętam”.

 

Krzysztof Lorentz i Anna Piwkowska

 

Moja bliska przyjaciółka, Justyna Bacz, też pamięta piękną zieloną suknię. Co ciekawe, zapamiętał ją Artur Międzyrzecki… W piątek 11 grudnia 1981 roku, na dwa dni przed wprowadzeniem stanu wojennego zapisał w dzienniku, że wśród zgromadzonych na obradach Kongresu Kultury Polskiej w Teatrze Dramatycznym byli między innymi Andrzej Kijowski, Tadeusz Mazowiecki i Halina Mikołajska „w zielonej sukni, z fryzurą białowłosej markizy”.

Halina Mikołajska doceniała wagę stroju, także w rolach życia. Nawet w tych najbardziej dramatycznych jego momentach. W Sylwestra 1988 roku, tuż przed ostatnim uderzeniem śmiertelnej choroby, Marian Brandys notuje w swoich zapiskach: „Stary rok zakończył się sympatycznie. […] Wspaniała forma Haliny. Piękna, uśmiechnięta, pełna inwencji towarzyskiej. W czarnej atłasowej sukni przetykanej złotą nicią wyglądała jak królowa z bajki”.

Osiem lat wcześniej nam także objawiła się w pałacowych dekoracjach Nieborowa niczym królowa z bajki i szybko zawładnęła naszymi sercami i wyobraźnią. Pamiętam, jak gromadziliśmy się wokół niej w Bibliotece. Ona na zielonej kanapie pod lampą, my często na dywanie u jej stóp, zasłuchani w opowieści. Już wiedzieliśmy, czym jest KOR; ta wiedza unosiła się w nieborowskim powietrzu od lata 1977 roku, kiedy to starszy od nas Maciek Miłobędzki zarządził przepisywanie „Komunikatów” KOR-u na stojącej w kancelarii mego Ojca maszynie do pisania. Wynieśliśmy ją na trzecie piętro do Wieży, gdzie pilnie stukaliśmy w klawisze, ale atmosfera była zupełnie nie konspiracyjna, za to bardzo wakacyjna. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie dopiero pojawienie się przy nieborowskim stole Haliny Mikołajskiej i Tadeusza Mazowieckiego było impulsem do poważniejszego myślenia o tym, co się wówczas działo w Polsce. Chodziłam wtedy z Ojcem i moją siostrą Joanną, czasem także z Mamą, na wszystkie ważniejsze premiery teatralne. Był to czas odkrywania Czechowa i gorączek z przejęcia po spektaklu. Tak było w przypadku Mewy w Teatrze Ateneum z młodą Krystyną Jandą w roli Niny Zariecznej, pod koniec grudnia 1977 roku i rok wcześniej, gdy obejrzałam Wiśniowy sad w Teatrze Współczesnym. Dyrektorem teatru, a jednocześnie przyjacielem Mikołajskiej, był Erwin Axer, kolejny wieloletni gość Nieborowa, korzystający z gościnnych pokoi od lat pięćdziesiątych aż do swojej śmierci 5 sierpnia 2012 roku. Towarzyszyła mu zwykle wybitna scenografka Ewa Starowieyska. Tworzyli parę stylową, błyskotliwie inteligentną, dowcipną i bardzo wobec siebie czułą.

W Wiśniowym sadzie w teatrze Axera podziwiałam Mikołajską w roli Raniewskiej, choć utożsamiałam się całym sercem z Anią, którą wówczas grała młodziutka Joanna Szczepkowska. W znakomitej biografii Joanny Krakowskiej o Mikołajskiej znajduję opis więzi jaka łączyła w tamtych latach Halinę Mikołajską i Erwina Axera. Mikołajska w roku 1977, gdy nasiliły się wobec niej represje z powodu głębokiego zaangażowania w działalność KOR-u, notowała: „Erwin z niezwykłym uporem i godnością bronił mnie do tej pory, narażając siebie i teatr na różnego rodzaju przykrości i «upośledzenia», o czym wiem nie od niego, ale drogą pośrednią”. To dzięki przyjaźni Axera i jego konsekwentnej postawie wobec ówczesnej władzy nigdy nie utraciła etatu we Współczesnym, a w lipcu 1981 roku, gdy trwał karnawał „Solidarności”, stanęła na scenie Współczesnego jako pani Alving w Upiorach Ibsena. Dyrektor i jego aktorka spotykali się także przy nieborowskim stole.

Znowu dzwonek powiadomienia. Nowy esemes od Krzysia, a w nim zdjęcie mosiężnej popielniczki, dużej z wygrawerowanym szlaczkiem. Taka sama popielniczka przez długie lata stała na stoliku w nieborowskiej Palarni. Paliła Mikołajska, palił Axer, palili Mazowiecki i Juszczak. Namiętnie paliła profesor Ada Jaworska i Aleksander Gieysztor. Paliła pani Ewa Lorentzowa, profesor Jerzy Szapiro i Robert Jarocki. Palił Kapuściński i Mrożek. Kto wówczas nie palił? W Nieborowie papieros po obiedzie i kolacji to był rytuał towarzyszący długim rozmowom, czasami namiętnym dyskusjom.

Krzyś: „Kupiłem na aukcji staroci”.

Odpisuję: „A Ty jeszcze palisz? Czy to tylko wspomnienie po Dunhillach? Pamiętam, były w czerwonym i w zielonym pudełku. Które z nas miało takie papierosy w latach osiemdziesiątych i skąd? Były cienkie i brązowe. W każdym razie zaciągaliśmy się jedynie dla gestu. Przynajmniej ja”.

Krzyś odpowiada od razu: „Prawie nigdy nie palę, jeszcze elektroniczne, ale bardzo słabym stężeniem wapuję. A to będzie na drobiazgi na biurku albo w przedpokoju. Ona pachnie jak w Palarni”.

Od razu dopadły mnie zapachy Palarni. Mocny zapach brązowej skórzanej kanapy i foteli, perfumy pań, dym z papierosów zmieszany z zapachem obiadu, biszkoptu na deser i poobiedniej kawy. Jeszcze zapach pasty, bo codziennie rano podłoga w palarni i drewniane schody prowadzące na pierwsze piętro były solidnie pastowane. Dzisiaj przy rannej kawie napisałam patrząc na popielniczkę – znalezisko, przysłane przez Krzysia, i myśląc o tamtej, z nieborowskiej Palarni: „To jest mosiądz, prawda?”.

Krzyś zaraz odpisał: „Tak. Przed wojną chyba robiono ten sam wzór z brązu, także złoconego – znalazłem taką w internecie, z herbem grawerowanym. Też bez sygnatury, nie wiadomo kto to produkował. Te są chyba z lat 50. Były jeszcze kubeczki na papierosy z tym samym brzegiem. Nawet miałem taki w ręce, ale nie chciałem go”.

Ja: „W Nieborowie nie było kubeczków”.

Krzyś: „No właśnie. A poza tym na ołówki był za mały”.

 

 

Gdy w styczniu 1980 roku Halina Mikołajska przyjechała po raz kolejny do Nieborowa, dla nas, młodzieży nieborowskiej, to było wydarzenie i przeżycie nie tylko niezwykłe, ale także kształtujące. Inteligentna, błyskotliwa, zabawna, trochę nas wszystkich uwodziła. Ja i moje przyjaciółki, Justyna Bacz i Małgosia Szakowska, byłyśmy wtedy rok przed maturą. Chłopcy – Krzyś Lorentz i Maciek Miłobędzki, już wtedy studenci, przeprowadzali wielką aktorkę po śniegu, z pałacu do pawilonu „na telewizję”, w pantoflach na obcasach, w kożuchu zarzuconym na ramiona, mocno trzymając ją z obu stron pod ręce. Pamiętam śmiech, zachwyt, dużo ślizgania – trochę naprawdę, a trochę na pokaz, dla zabawy. Był wtedy w Nieborowie także Tadeusz Mazowiecki. Dla nas, z jego perspektywy dzieciaków, zawsze uroczy i skłonny do rozmowy. Nazywaliśmy go Naszym Smokiem, bo był powolny, charyzmatyczny i jak smok tajemniczy. A także baśniowy. Chodziło chyba o skrzydła, które wtedy ukrywał, stulone. Miał je rozwinąć 12 września 1989 roku, gdy powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego. Wieczorami zasiadaliśmy w nieborowskiej Bibliotece. Mikołajska w zielonej sukni na zielonej kanapie pod lampą. Czytała nam, skupionym wokół, wiersze drukowanego w drugim obiegu Miłosza, Wata, Barańczaka i Herberta. Przekazywała nie tylko nieocenzurowaną literaturę, ale była także uosobieniem nieocenzurowanego świata. To wtedy po raz pierwszy usłyszałam wiersz Miłosza Który skrzywdziłeś. Z tamtej zimy zachowało się charakterystyczne wspomnienie Andy Rottenberg. Opowiadała Piotrowi Parandowskiemu (co ten zapisał w swojej książce Goście Nieborowa), że w styczniu 1980 roku, kiedy przyjechała na kilka dni do Nieborowa była świadkiem pewnej sceny. Prawie pusty Nieborów, zarówno pałac jak i pawilon, gdzie Anda z mężem dostali pokój. Po kolacji poszli do sali telewizyjnej na parterze pawilonu, aby obejrzeć „Dziennik”. Nieoczekiwanie zastali tam grupę około dziesięciu osób zajętych rozmową. By im nie przeszkadzać usiedli w tylnym rzędzie. Towarzystwo momentalnie opuściło salę. Anda zdążyła rozpoznać Tadeusza Mazowieckiego i Halinę Mikołajską. Innych nie zapamiętała, nie byli jeszcze powszechnie znani. Mówiło się, że to było tajne zebranie KOR-u „u Mikołajskiej” w Nieborowie.

Zanim pojawiła się w Nieborowie, jej postać przewijała się czasami w rozmowach gości, zwłaszcza w opowieściach Erwina Axera. Axer tak ją opisywał we wspomnieniu opublikowanym w „Dialogu” w 1989 roku: „[…] twarz o rysunku kamei, piękna głowa, którą lekko na bok przechylała, osadzona na łabędziej szyi, szczupłe, dość długie ramiona, kształtne, proporcjonalne dłonie, tak ważne na scenie, głos bogaty, o zabarwieniu indywidualnym, ćwiczony, o skali szerokiej, giętki także w śpiewie, dykcja łatwo sięgająca dalekich rzędów, z leciutką skazą, która dyskwalifikuje słabych artystów – wielkim przydaje czaru, bo jest częścią ich osobowości – pozwoliły jej grać wszystko niemal”. Związana przyjaźniami z ludźmi ze świata sztuki, literatury i polityki a także Kościoła, żona Mariana Brandysa, natychmiast wpisała się w aurę Nieborowa, a metafizyczny, nieborowski sejsmograf przyznał jej rolę królowej i czarodziejki. Przynajmniej ja tak ją postrzegałam. Pamiętam wieczór, gdy odgrywała dla nas w Bibliotece monodram według Józefa i jego braci Tomasza Manna, z którym wówczas występowała w różnych miejscach w Polsce, ale także w Paryżu, Kopenhadze, Sztokholmie i Londynie. Nosił chyba tytuł O długim czekaniu. Oprawę muzyczną do tego nieborowskiego przedstawienia przygotował Krzyś, korzystając z luksusowego na owe czasy sprzętu, jakim był magnetofon kasetowy Sony, przywieziony z Waszyngtonu przez Danutę i Edwarda Iwaszkiewiczów. Krzyś wybrał na tę okazję między innymi Das Wohltemperierte Klavier Bacha w nagraniu Światosława Richtera… Widzę Mikołajską, jak w pewnym momencie wstaje i opiera się lekko o kominek recytując fragment o tym, jak Jakub napotkał przy studni Rachelę, jak ją pokochał, a potem tę straszną noc, gdy zorientował się, że stary podstępny Laban zamiast Racheli przysłał mu w noc poślubną starszą z sióstr – niekochaną. Pamiętam gest ręki wielkiej aktorki, lekki grymas ust, gdy teatralnie spuentowała: „To była Lea”. Bił od niej blask. Wszyscy poczuliśmy ten nabokovowski dreszcz na plecach. Dreszcz zachwytu, zgrozy i wzruszenia. Poczuliśmy zawód Jakuba, ale także siłę jego miłości, gdy zgodził się służyć za Rachelę kolejne siedem lat.

Był także jeden niezapomniany wieczór, gdy w Wieży Gałczyńskiego, gdzie mieszkała, czytała dla kilkorga gości wiersze Barańczaka z drugiego obiegu i Miłosza z szarozielonego tomiku wydanego przez Niezależną Oficynę Wydawniczą NOWA. Recytowała wtedy także mój ulubiony Walc Miłosza. Wpisywał się w krajobraz nieborowskiego pałacu. „Już lustra dźwięk walca powoli obraca / I świecznik kołując odpływa w głąb sal. / I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza, / Sto luster odbija snujący się bal”. A potem nagła zmiana nastroju, dźwięk gniewu i bólu. „Jest rzeka na wpół lodami przykryta / I niewolnicze na brzegach pochody, / Nad siną chmurą, ponad czarne wody / W czerwonym słońcu, błysk bata”.

To były prawdziwe „lekcje Mikołajskiej”, które nas kształtowały, obok rozmów przy nieborowskim stole i „domowych klechd”, czyli opowieści rodzinnych. Małgosia Szakowska do dzisiaj wspomina, że gdy miała piętnaście lat usłyszała wypowiedziane przez mojego Ojca mimochodem zdanie, że „przecież Związek Radziecki nie będzie trwał wiecznie”. Śmieje się, że to było dla niej prawdziwie obrazoburcze objawienie. Nie będzie to chyba nadużycie, kiedy powiem, że może za sprawą kontaktu z Mikołajską, idei które nas wtedy przeniknęły, jesienią 1981 roku, już studenci, wszyscy stawiliśmy się na strajku na Uniwersytecie Warszawskim. Polonistyka strajkowała u siebie, od strony Oboźnej. W Audytorium Maximum siedzieli matematycy. Staliśmy z Krzysiem „na bramce” i wpuszczaliśmy strajkujących studentów na wykłady Michnika i Kuronia, albo na filmy, które wyświetlano wieczorami.

Rozdyskutowana strajkująca młodzież… Justyna Bacz do rana śpiewała i grała z Kubą Michalskim na gitarze Cohena i Kaczmarskiego. Pamiętam bitwę na śnieżki, Wojtka Pieniążka, który strajkował na wydziale etnologii i przyszedł pożyczyć Małą Apokalipsę Konwickiego. Miałam ją od „Budzyka”, mojego przyszłego męża, który nie strajkował, bo nie był jeszcze studentem. Pracował w „Więzi”, przychodził pod bramę Uniwersytetu z czekoladą „Luksusowa” i wychodziłam do niego na przepustki. Na strajku nocowaliśmy w sali numer 4 na wydziale polonistyki, razem z Jurkiem Sosnowskim, jego dziewczyną Danusią i Magdą Jaworską, która później, w roku 1984 została pierwszą Miss Polonia. Okrzyknięto ją najpiękniejszą Polką i nagrodzono koroną. Potem studiowała filozofię i napisała ciekawą książkę Być albo nie być Miss. Bardzo się na strajku zaprzyjaźniłyśmy. Magda zginęła tragicznie w 1994 roku.

Kulminacją i największym przeżyciem naszego „solidarnościowego” strajku okupacyjnego rozpoczętego 12 listopada była obecność przy pacyfikacji Wyższej Oficerskiej Szkoły Pożarniczej, której studenci-podchorążowie rozpoczęli strajk 25 listopada, protestując przeciwko podporządkowaniu uczelni wojskowym przepisom i domagając się autonomii oraz objęcia uczelni ustawą o szkolnictwie wyższym. Było bardzo zimno, prószył śnieg, staliśmy w zbitym tłumie obserwując brutalną interwencję ZOMO, nad budynkiem szkoły pojawiły się helikoptery. Baliśmy się, ale byliśmy także niesamowicie podekscytowani wspólną tam obecnością, krótko mówiąc studencką solidarnością. Władze wówczas zdecydowały się na siłowe rozwiązanie protestu i pacyfikację WOSP.

11 grudnia 1981 roku w piątek, po naciskach i prośbach ówczesnego rektora profesora Henryka Samsonowicza studenci Uniwersytetu Warszawskiego zakończyli strajk. Czuć było, że coś się szykuje i że nasi profesorowie zwyczajnie się o nas martwią, niepokoją. Spakowałam swój wojskowy plecak, który kiedyś należał do Tomka Jastruna, a który dostałam od mojej przyszłej ciotecznej teściowej, aktorki i reżyserki Jadwigi Marso. W jaki sposób ona weszła w posiadanie tego plecaka, w którym być może przewożona była paryska „Kultura”? Nie pamiętam. Dość, że plecak „po Jastrunie” robił wrażenie, podobnie jak moje bohaterskie trzewiki i perkalowa spódnica w sprane różyczki, którą uszyła mi Mama. Spódnicę nosiłam do czarnego, męskiego, „egzystencjalnego” swetra. Dar od Magdy, która zwinęła go ojcu. Sweter nosiłam przez trzy lata studiów. „Budzyk” napisał taki wierszyk o tamtych czasach:

 

Zachęcającym gestem

skinęła w moją stronę.

Nie miała nic pod swetrem

w pasy szaro-zielone.

 

Rym wymusił zmianę koloru legendarnego swetra. Pakowałam więc „plecak Jastruna” i czekałam na matematyków, którzy na prośbę Krzysia mieli zabrać mnie samochodem do domu na Żoliborz. W końcu przyjechali. Za kierownicą siedział Maciek Strzembosz, Krzyś przyszedł po mnie i zapakował mnie wraz z plecakiem do samochodu. Odwożono wiele osób, w samochodzie było ciasno i wesoło. Odjechaliśmy coś śpiewając. Za dwa dni, 13 grudnia 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny. A już w styczniu aresztowano za działalność opozycyjną w stanie wojennym grupę matematyków, w tym naszych przyjaciół Krzysia Lorentza i Krzysia Kucharskiego. Chodziłyśmy z Magdą na rozprawy i byłyśmy świadkami wspaniałej mowy obrończej Władysława Siły-Nowickiego. Studentów wypuszczono z więzienia po pół roku. Pamiętam, że w więzieniu siedziały także dziewczyny. Władysław Siła-Nowicki porwał salę swoim wystąpieniem, a ja zapamiętałam tę frazę: „Nie mogę pojąć – grzmiał – jak to się stało, że ci młodzi chłopcy o płomiennych oczach i te piękne dziewczyny w ogóle się tutaj znaleźli?”.

 

 

No właśnie, jak to się stało, że wielka dama sceny polskiej, Halina Mikołajska, trafiła w grudniową, pierwszą noc stanu wojennego do aresztu śledczego na Grochowie, potem 15 grudnia przerzucono ją helikopterem razem z Anką Kowalską i Władysławem Bartoszewskim do Jaworzna, następnie 10 stycznia więzienną suką po kilkunastogodzinnej podróży przewieziono ją do ośrodka internowania w Gołdapii, a następnie do Darłówka? Z internowania wyszła 29 kwietnia 1982 roku. Można także zapytać jak to się stało, że 16 grudnia 1981 roku w Kopalni Węgla Kamiennego „Wujek” zginęło dziewięciu górników? Byliśmy wtedy całą rodziną w Nieborowie, dostaliśmy specjalną przepustkę, aby spędzić święta razem z Ojcem. Pokoje gościnne były nieczynne, co chwila brakowało prądu, były przerwy w ogrzewaniu. Park tonął w śniegu, na którym widać było tylko ślady zwierząt. Tak ponurego świątecznego nastroju nigdy potem nie przeżyłam. Czuliśmy się ograbieni z nadziei, przerażeni krwawymi wypadkami w „Wujku”, pełni niepokoju „co dalej”?

Rok później, w zimowy wieczór stanu wojennego, poszłyśmy z Magdą Jaworską do Teatru Polskiego, aby obejrzeć Halinę Mikołajską grającą w Wyzwoleniu Wyspiańskiego w reżyserii Kazimierza Dejmka. Premiera odbyła się 15 lipca 1982 roku. Przedstawienie stało się po kilku miesiącach legendarne, choć odczytywane przez publiczność wbrew intencjom Dejmka, który zrobił przecież przedstawienie pełne ironii i sarkazmu, próbując obnażyć myślowe stereotypy i szkodliwe narodowe mity. Jednak publiczność szalała, urządzając Mikołajskiej owacje po każdym wyjściu na scenę. Ta była zażenowana i głęboko przybita tym, że już nigdy nie usłyszy „prawdziwych” oklasków będących hołdem dla jej scenicznej gry, nie zaś dla patriotycznej, opozycyjnej działalności. Tamta zima tak jak poprzednia była ostra i śnieżna. Wokół świateł latarni na Krakowskim Przedmieściu krążyły duże płatki śniegu, była zawieja. W światłach, na scenie, wspaniała Mikołajska – Hestia wypowiadała słowa: „Weź topór – zrób czyn”. A Stary Aktor mówił: „Mój ojciec był bohater a my jesteśmy nic”. O tym przedstawieniu Dejmka Paweł Konic napisał: „Otóż na niektórych przedstawieniach w Teatrze Polskim – mieliśmy wszystkie elementy wiecu. W pierwszym punkcie: oklaski na kwestie wyrwane z kontekstu znaczeń przedstawienia czy owacje, w których uznanie dla interpretacji roli przez wybitną artystkę przechodziło w aplauz dla jej działalności pozascenicznej. […] Jedyne ścisłe, obiektywne stwierdzenie, jakie mogę zrobić, to to, że niektóre przedstawienia Wyzwolenia przestawały być teatrem politycznym, jakim zresztą w stosunku do kwestii polskiej jest cały teatr Wyspiańskiego i jakim jest przedstawienie Dejmka, natomiast stały się wiecami. A skoro już jesteśmy przy wiecach, niech mi będzie wolno zakończyć okrzykiem: «Refleksja polityczna – do teatru!», «Walka polityczna – na wiece!»”.

Powtarzała się w nieborowskich opowieściach historia, że kiedy Mikołajska przyjechała do Nieborowa po internowaniu, w listopadzie 1982 roku, od kilku dni przebywał tam już minister Tejchma. Bo stół nieborowski choć owalny, był przecież stołem okrągłym, gościł czasami postaci z różnych stron politycznej barykady. Mój Ojciec tak opisał to spotkanie dysydentki z przedstawicielem aparatu władzy: „Po jej przyjeździe (Mikołajskiej) przyszedł do mnie (Tejchma) i z przepraszającym wyrazem twarzy oznajmił, że musi wyjechać do Warszawy w pilnych sprawach służbowych. Potem pośpiesznie opuścił Nieborów. Zapamiętałem ten incydent, wielce nietypowy, kiedy prominent reżimu w tak elegancki sposób ustępował pola dysydentce. A może miał już dość ataków ze strony partyjnego betonu za swój liberalizm?”.

To słowo „liberalizm” w stosunku do Józefa Tejchmy znowu stawia pytanie o postawy tamtych czasów i charakterystyczne dla części inteligencji „dwójmyślenie”. Tejchma, za Gomułki członek Biura politycznego KC, po wypadkach grudniowych 1970 notuje w bibliofilsko wydanych Refleksjach:„Strzelanie do robotników było czymś tak niewybaczalnym dla partii robotniczej, że nie trzeba było szukać innych źródeł mojej determinacji udania się do Gomułki z żądaniem, by odszedł”.

Gomułka składa rezygnację, Tejchma zostaje. W roku 1974 obejmuje tekę ministra kultury, którego to stanowiska nie dostaje Mieczysław Rakowski, choć też się o nie ubiega. Pełni funkcję ministra w latach 1974-1978 oraz 1980-1982. Po jego śmierci przypomniano, że „najbardziej charakterystycznym przejawem jego «liberalnego» myślenia o kulturze jest obrona Człowieka z marmuru Andrzeja Wajdy”. Być może, jednak prysnął z Nieborowa przed Mikołajską. Z kolei Zofia Kucówna opowiadała w „Wysokich Obcasach” w lutym 2009 roku o swoich spotkaniach z Mikołajską w Nieborowie w latach osiemdziesiątych: „Halina, jak zawsze zajętą sprawami opozycji, każdego wieczoru po kolacji prowadziła zażarte dyskusje z profesorem Andrzejem Ryszkiewiczem. Pan profesor, trzeźwy racjonalista, opowiadał się za pragmatyzmem i racjonalizmem, a Halina, gorąca romantyczka, walczyła o wartości moralne”.

Faktycznie były to porywające rozmowy, w których jak w soczewce odbijała się cała niejednoznaczność tamtych czasów i postaw polskiej inteligencji. O tym pobycie Mikołajskiej w listopadzie 1982 roku mam jeszcze wspomnienie Krzysia Lorentza, który zapamiętał moment, kiedy był w Nieborowie tylko ze swoją mamą Ewą Lorentzową i Haliną Mikołajską. Zdarzały się takie okresy, że na początku tygodnia było jeszcze pełno gości, a potem wszyscy się rozjeżdżali i pałac pustoszał. Szczególnie w listopadzie, który był miesiącem od lat przeznaczonym na remonty i pracownicze urlopy. Ale zawsze ktoś zostawał, nawet gdy trzeba było przystać na zimne kolacje i obiady w pobliskiej restauracji „Na Rozdrożu”. Wtedy jednak kuchnia jeszcze działała, musiał to być więc początek listopada. Znowu próbujemy z Krzysiem uporządkować wspomnienia więc esemesy krążą wieczorem między Żoliborzem a Bielanami.

Krzyś: „H. M. była też w listopadzie 82, ale wtedy nic się nie działo, bo byliśmy tylko w trzy osoby w Nieborowie. To znaczy dla mnie się działo, bo co rano zanosiłem jej kawę i śniadanie, siedziałem przy jej łóżku i słuchałem kolejnych fragmentów tekstu, który pisała”.

Ja: „To wtedy ponoć wyjechał Tejchma, gdy się dowiedział, że przyjechała. O czym pisała?”.

Krzyś: „Ten tekst jest chyba zupełnie nieznany, znam go ja jako pierwszy recenzent i znał chyba Raszewski. Miała to dać Muzeum Teatralnemu. O kulturze i stanie wojennym. Były tam cudownie zjadliwe fragmenty o kolaborujących kolegach. Ona miała świetne pióro. To było świadectwo historyczne, które zamówił u niej Raszewski. Mogło być nawet obłożone zastrzeżeniami udostępniania”.

Ja: „No właśnie. Czy my jesteśmy Ostatnimi Strażnikami Grobowca?”.

Krzyś: „Wszyscy ludzie tak mają. Poza wybrańcami bogów oczywiście. Sędzia Szerer mówił mi, że żyje za długo, bo wszyscy pamiętający to, co on umarli. Czapski też tak czuł. Miłosz też tak mówił. Kto poza mną ma w oczach nieokorowany pień sosny podpierający przez dwie skrzyżowane deski sufit Sali balowej? Telefon na korbkę w Szatni pod Orłami?”.

Krzyś ma nade mną przewagę, bo pamięta Nieborów jeszcze sprzed remontu w roku 1968. Przyjechał tam po raz pierwszy z rodzicami w 1964 roku. Miał cztery lata. Rozłączamy się, bo chcę jeszcze zadzwonić do Piotra Mitznera i zapytać o pisany w Nieborowie tekst Mikołajskiej. Piotr mówi, że może coś na ten temat wiedzieć Joanna Krakowska i przy okazji dorzuca swoją anegdotę o Halinie Mikołajskiej. Przywoziła do ich domu w Podkowie Leśnej Mariana Brandysa, który nagrywał tam swoje wspomnienia na dyktafon. Dyktafon się ciągle psuł, ale Mikołajska była świetnym inżynierem. Zawsze go potrafiła naprawić. Była także kierowcą swego męża. Gdy parkowali przed domem Mitznerów, w niewielkiej odległości za nimi zawsze zatrzymywał się jakiś samochód. Kierowca cierpliwie czekał i gdy wyruszali z powrotem ruszał za nimi. Przypomina mi się opowieść Achmatowej o różnych „Wasiach”, którzy mokli w ogrodzie Domu nad Fontanką, znudzeni i zmarznięci, bo przeważnie nic się nie działo. Piotr obiecuje przysłać mi adres mailowy do Joanny Krakowskiej, czyni to natychmiast po rozmowie, i jak to on dorzuca jeszcze jakże aktualny wiersz Antoniego Słonimskiego, również gościa Nieborowa, o tym, że warto uciec od gwaru miasta w nieborowskie lasy.

 

PAMFLET

 

Plunąć by na to wszystko i zatrzasnąć drzwi

Od tych cholernych naszych heroicznych czasów.

Szkoda może ostatnich już pogodnych dni,

Mazurskich jezior, Obór, nieborowskich lasów.

Niemęska to jest sprawa schodzić z pola bitw,

Lecz chciałoby się wytchnąć, odejść choć na chwilkę

Od politycznej giełdy, klik, mafii i sitw

I na stronie sam z sobą poszeptać jak Rilke.

Albo pisać mistycznie skandynawskie nudy,

Że chłop, że Bóg, że kosmos huczy w liściach drzew,

Cóż, kiedy mam alergię taką do obłudy,

Że cholera mnie bierze, zalewa mnie krew.

Gdy czar rzuca na biedną Tytanię Oberon,

Gdy nie spędzony kijem ze sceny Tartuffe!

Świat ginie! – krzyczą tchórze, więc kto jeszcze żyw,

Na pożar Rzymu lutnię ma stroić jak Neron?

Gdy argentyński klerk, paryski odszedł mistrz,

A bigot, przyszły wódz, czeka u drzwi ambasad,

Chwal ludzką myśl, obrońco kartezjańskich zasad,

A głupstwo, fałsz i mit szyderczym piórem niszcz!

 

Genialny w swoich diagnozach Słonimski, zdziwiłby się zapewne widząc, jak bardzo aktualny jest dzisiaj jego wiersz sprzed wielu lat i sprzed wielu ustrojów. Nie ufając pamięci, ale ciekawa co Mikołajska pisała w 1982 roku w Nieborowie, sięgam jeszcze raz do świetnej książki Joanny Krakowskiej Mikołajska. Teatr i PRL. Faktycznie autorka wspomina List Haliny Mikołajskiej do Zbigniewa Raszewskiego, maj – grudzień 1982 [list na życzenie adresata rozwinięty w opis przeżyć w okresie internowania]. Odpis zachował się w archiwum domowym Haliny Mikołajskiej. To chyba nad tym tekstem pracowała w Wieży Gałczyńskiego, gdy Krzyś przynosił jej śniadania do łóżka.

W listopadzie 1982 roku spotkała się z Mikołajską w Nieborowie jeszcze inna wybitna kobieta, profesor Irena Huml, historyk sztuki i profesor nauk humanistycznych. Dzieło jej życia to między innymi prekursorskie badania nad sztuką użytkową od przełomu XIX i XX wieku po czasy współczesne. Jako jedna z pierwszych podejmowała temat polskiego rzemiosła artystycznego, designu, tkaniny artystycznej, biżuterii, ceramiki i szkła artystycznego. Do Nieborowa przyjeżdżała od lat sześćdziesiątych. Prywatnie mama Justyny Bacz, była mi bardzo bliska. Justyna przysłała mi dzisiaj wieczorem fragment jej pamiętnika dotyczący tamtego pobytu:

 

Nieborów, 8 listopada 1982

Wracam do pamiętnika. Jestem od tygodnia w Nieborowie, gdzie przyjechałam, aby zanurzyć się w intelektualnej atmosferze i zająć wreszcie pisaniem. […]

Dziś jednak chcę zanotować atmosferę wieczoru, który spędziłam słuchając opowiadania p. Haliny Mikołajskiej, aktorki, prawie postaci symbolicznej znanej ze swojej działalności w obronie spraw robotniczych, członka KOR (Komitetu Obrony Robotników), później działaczki „Solidarności”. Należała ona do pierwszych internowanych, wypuszczona na wolność po pięciu miesiącach. Niezmiernie interesujące były jej refleksje na temat czasu spędzonego w odosobnieniu i reakcji na sprawy rozgrywające się wokół niej, zarówno z jej udziałem, jak i bez niego.

Opowiadała o tym np., że odmawiano podpisania tzw. lojalki (deklaracji lojalności) nawet w krańcowo trudnych wypadkach zagrożenia własnego życia (dwie internowane, które w czasie transportu uległy wypadkowi i doznały wstrząsu mózgu). Objawy wstrząsu długo nie ustępowały więc lekarz z międzynarodowego czerwonego krzyża zalecił przewiezienie chorych do szpitala, gdzie znajduje się oddział neurochirurgii: chorym podsunięto jednak deklarację uzależniającą od tego ich przewiezienie. Odmówiły. P. M. nie zna ich dalszych losów. Wstrząsnąć musi każdym zamierzone, antyhumanistyczne postępowanie, choć jest ono częstym zjawiskiem.

Najbardziej ciekawe były jednak jej refleksje natury psychologicznej. Analiza reakcji w sytuacji, kiedy człowiek czuje się zamknięty, nawet jeżeli dom ma normalne okna i drzwi oszklone, gdzie pozornie jest kontakt ze światem. Drobiazgi stają się ważne, a nawet b. ważne. Wcale nie zimno, brak należytego wyżywienia, lecz właśnie możliwość zdobycia lampki do czytania czy przywileju nie wstawania na apel, wreszcie umiejętności opanowywania się, kiedy wyczytują imię i nazwisko, aby podać pocztę, a czynią to w sposób prowokujący, pokazując swoją władzę.

Mowa też była o nadchodzących rocznicach i ewentualnych demonstracjach i o ich celu oraz pozytywach i negatywach. Wieczór na pewno wyjątkowy, jak i osoba, która była jego pierwszą gwiazdą.

 

Tak, Halina Mikołajska z pewnością była gwiazdą pierwszej jasności w nieborowskim planetarium. Dużo później dowiedziałam się, że przed śmiercią zdążyła wziąć jeszcze udział w pierwszych prawie wolnych wyborach 4 czerwca 1989 roku. Zaniesiono ją do punktu wyborczego na noszach. Umarła 17 dni później.

ANNA PIWKOWSKA

Fragment książki „Mój Nieborów”przygotowywanej dla Państwowego Instytutu Wydawniczego.

 

Epistolariusz biblioteczny – listy do Hajduka (III)

Kraków, 25.11.2025

Drogi Jacku,

Przeczytałem rozmowy Artura Nowaka z Tadeuszem Bartosiem (Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2025). Trudno żebym nie przeczytał, skoro w roku 2007 ukazały się przecież Ścieżki wolności. O teologii, sekularyzacji, demokracji w Kościele, celibacie i… Z Tadeuszem Bartosiem OP rozmawia Krzysztof Bielawski, Kraków, Homini, 2007), a moja znajomość z Tadeuszem (przeszliśmy na „ty” publicznie, na stronie 202 naszej wspólnej książki) najpewniej jakoś właśnie obchodzi przynajmniej dwudzieste urodziny. Trudno też tych dwóch książek nie postawić obok siebie i nie porównywać.

Bartoś, jaki wygląda („wychyna”? jakaż to niesprawiedliwość, że taki piękny czasownik nie posiada form czasu teraźniejszego…) z tych naszych rozmów z 2007 roku jest już – moim zdaniem – transparentnie widoczny (świadomy anakolut czy cokolwiek to jest, funkcja emfatyczna) w całej swojej krasie taki, jakim jest i pozostaje: w swojej dociekliwości, zaczepności i powściągliwym humorze. W tych nowych rozmowach mówi jednak o sprawach dawnych i minionych w sposób, który pobudza moją własną pamięć i który dotyka także mojego losu. Ponadto – nie żeby jakoś specjalnie przykro mi było – uważam za warte uwagi pytanie, dlaczego w rozmowach tych, o tamtych ani słowa nie ma. Ale być może jest ono egoistyczne, wredne i w ogóle moralnie wątpliwe, spróbuję jednak przedstawić, dlaczego je stawiam.

Ostrzegam Cię też z wyprzedzeniem – list ten może zawierać materiały niebezpiecznie osobiste i opinie, które mogą zostać uznane za kontrowersyjne. Zdaję też sobie sprawę, że przynajmniej część tego, co zamierzam tu napisać powinienem adresować bezpośrednio do Tadeusza i że jemu też może być przykro, że tego nie robię, ale obiecuję sobie i Tobie, że do wiadomości mu prześlę, jeśli się na to zgodzisz – w końcu to list do Ciebie.

Wydałem Tadeuszowi Bartosiowi – jako Wydawnictwo Homini – kilka książek, no i do tego te nasze rozmowy. Chcę napisać Ci kilka zdań o niektórych z tych książek i o tym, jakie towarzyszyły im zakonne fata, ponieważ miało to bezpośredni wpływ na moje myślenie, a także o tym, jak pamiętam powstawanie Ścieżek wolności, ponieważ dla mnie było to doświadczenie istotne. O tym, że nie było takie dla Tadeusza, to już wiemy z tej głośnej ciszy. No i dobrze.

 

 

Była to dla mnie książka ważna, ponieważ wówczas jeszcze utrzymywałem najróżniejsze kontakty z przedstawicielami instytucji kościelnej, wiele z nich było serdecznych i przyjaznych, a wszystkie podszyte nadzieją na to, że nurt otwarty, antyklerykalny i – jak się wtedy mawiało – „ewangeliczny” (w przeciwieństwie do „klerykalny” lub po prostu „kościelny”) może nie tyle zwycięży, ile będzie mógł „ocalić ludzką twarz kościoła”. Zapisuję tę frazę, ponieważ odgrywa pewną rolę w najnowszych rozmowach Tadeusza Bartosia z Arturem Nowakiem. Była ważna, ponieważ Tadeusz rzeczywiście był pierwszym polskim duchownym, który na forum „Gazety Wyborczej” czy „Tygodnika Powszechnego” pytał o spowiedź dzieci, czy pisał o wyższości sumienia nad prawem powołując się na autorytet Tomasza z Akwinu. Czytał i cytował źródła teologii, a nie tylko burknięcia naburmuszonych purpuratów (zauważ dźwiękową instrumentację w „bur”-„bur”-„pur”). Wszystko to działo się, drogi Jacku i drogie dzieci, za górami, za lasami, dawno temu, kiedy jeszcze nikt nie słyszał o seksualnych skandalach w kościele, a jeśli to tylko w jakichś odległych i zepsutych światach Irlandczyków czy Amerykanów, którzy przecież nie wydali z siebie wielkiego papieża, kiedy stały jeszcze prosto dobrze wypucowane posągi dziś już więcej niż wątpliwych autorytetów, kiedy Wawel nie został jeszcze zbezczeszczony, a jedynym poważnym krytykiem Jana Pawła II był Staszek Obirek, który zresztą właśnie wtedy wyleciał na zbitą twarz z Jezusowego – nomen omen – Towarzystwa za nazwanie polskiego papieża złotym cielcem. Dziwne to były czasy, zaiste. Najbardziej osobista moja pamięć przypomina mi także, że ten sam rok 2007 przyniósł w tym samym Homini książkę mojego brata Macieja pod tytułem, a jakże, Odejścia, o tych i takich właśnie odejściach traktującą, z jego osobistym włącznie. Swoją drogą bardzo piękna to książka, bo i piękne życie.

Niespodziewanie w poprzednim akapicie uwagę moją przyciągnęła moja własna fraza „ludzka twarz kościoła” czy też „kościół z ludzką twarzą”. Zastanowiły mnie bowiem dwie sprawy: pierwsza, to czy ktoś w ogóle pamięta dzisiaj, że pochodzi ona z tytułu ważnej książki The Church with a Human Face (1985) Edwarda Schillebeeckxa, który był jednym z inicjatorów Soboru Watykańskiego II i jak wielu z nich był później prześladowany przez instytucję, którą chciał zreformować. Drugie, to nie tyle jej paradoksalność, ile absurdalność: ma ona bowiem głosić zaskakującą prawdę, że oto nawet kościół może miewać ludzkie odruchy i że w dodatku odkrycie tego jest jakoś strasznie super. Jest to absurd wielokierunkowy, ponieważ albo kościół powinien być ludzki, to znaczy życzliwy i empatyczny, ale nie jest i dlatego z trudem i cudem odszukujemy tę ludzkość w jakichś jego zakamarkach, albo też nie powinien być ludzki, bo albo jest boski i szukanie w nim ludzkich odruchów jest igraniem z nieznanymi ścieżkami boskich tajemnic, albo jest brutalną korporacją i to w ogóle nie jest temat ani do rozmowy, ani do poszukiwań. Obawiam się, że powszechnie i intuicyjnie myślimy o tym pierwszym. Tylko że jest to odkrycie porównywalne z radością z tego, że jakiś kibol nagle przestał kopać na chodniku staruszkę i tym samym okazał się wyjątkowo ludzki. I cieszymy się. Gaudeamus.

Tak czy inaczej rozmowy z Tadeuszem Bartosiem nagrałem na analogowy dyktafon, chyba głównie w klasztorze dominikanów na warszawskiej starówce. I tak czy inaczej przepisywała te rozmowy z taśm z dyktafonu Eliza Kubiak, pomstując słusznie na czym świat stoi, bo żaden z nas nie miał doświadczenia, które podpowiadałoby, jak gadać, żeby było łatwo przepisać. Mówiliśmy więc, co ślina na język przyniosła, zdaniami wielokrotnie złożonymi, bez przecinków i pauz, z niedomkniętymi wątkami itd. itp.

Mój brat nazywa mnie „superchomikiem”, bo uporczywie przechowuję wszystko, co się da i co z całkowitą pewnością nie jest dla nikogo istotne, nikogo ze mną włącznie. Karteluszki, karteczki, rachunki, notatki, listy, foldery, bez ładu i składu wysypuje się to z półek, teczek, pudełek i komputera. Z góry przepraszam wszystkich, którzy będą to po mnie sprzątać i wynosić. Zwracam jednak uwagę i im, i Tobie, by przywołać w pamięci drżenie serca, jakie być może i Twoim, i czyimś stało się udziałem, kiedy przypadkiem w jakimś zakamarku znalazł się po jakimś stryjku czy dziadku mały karteluszek z przedwojenną listą na zakupy, nie mówiąc już o jakimś wycinku z gazety czy rachunku z kawiarni, która już nie istnieje. Jakkolwiek jest i czy ma to sens czy nie ma – odnajduję w komputerze i notatkach pamięć tego czasu, kiedy Ścieżki wolności powstawały. Nie było to powstawanie łatwe nie tylko z powodu trudności z przepisywaniem i redagowaniem tekstu, które szły fatalnie i mało skutecznie. Z Hominiowych archiwów i mojej pamięci wynika, że myślenie o tym, czym ta książka miała być i co zawierać zmieniało się i te zmiany otarły się o groźbę niebytu. Był moment, kiedy Tadeusz przysłał wersję „grzeczną” naszych rozmów, która z mojej perspektywy była kapitulacją wobec opresyjnego systemu i zdradą wartości. Nie zgodziłem się tego publikować i po jakimś czasie nadeszła jednak wersja słusznie niegrzeczna, w archiwum widnieje moja akceptacja pliku z datą 17 grudnia 2006, wtedy poszedł on do składu i druku. Na pewno dałoby się znaleźć dokumenty z datą odbioru książki z drukarni, ale jestem niemal pewien, że prawie zbiegła się ona z dniem 22 stycznia 2007, kiedy o 20.17 przyszedł mail od Tadeusza z informacją o jego wystąpieniu z zakonu, w ślad za nim wiadomość podała Polska Agencja Prasowa i największe media. Załączony do maila list opatrzony był adnotacją, że ma charakter prywatny i osobiście tak go potraktowałem i traktuję do dzisiaj, natomiast w treści tej publicznej wiadomości znalazło się zdanie, że „szersze wyjaśnienie motywów [odejścia – K.B.] można znaleźć w książce Ścieżki wolności. Tam szczegółowo omawiam kwestie, które popchnęły mnie do odejścia z zakonu i od dotychczasowej formy instytucjonalnego związania się z religią”. Nie wszyscy, o ile mnie pamięć nie myli, uszanowali prośbę o uznanie prywatnego charakteru załączonego do maila „listu do braci”, co uważałem i uważam za nie do pomyślenia. Czytam go dziś z taką samą wrażliwością i przejęciem, co wtedy. Czytam też w tej zachomikowanej archaicznej korespondencji moją na niego odpowiedź, wysłaną nazajutrz, 23 stycznia 2007, o 9.59 rano, i wiem, że dziś odpisałbym tak samo. Może nie będzie jednak pogwałceniem prywatności, jeśli zdradzę, że także w liście Tadeusza Ścieżki wolności się pojawiły jako ważny punkt odniesienia. Wychodzi mi z tego wszystkiego, że książka ta była ważna nie tylko dla mnie. Dziś jednak mogę mówić tylko i wyłącznie za siebie, o tym, że była dla mnie ważna i że stanowi istotny etap mojej drogi i moich poszukiwań, tak samo jak stały się na tej drodze ważne reakcje na nią w kontekście odejścia autora, który na tył okładki zażyczył sobie jednak zdjęcia jeszcze w habicie – nie mógł chyba, o czym pisze w tych najnowszych rozmowach – nie wiedzieć pod koniec grudnia o tym, że kiedy się ona ukaże, będzie już człowiekiem bez habitu. Wspomniane reakcje były ważne, ponieważ były odpaleniem bazooki w ideę ludzkiej twarzy kościoła i zmiotły ją definitywnie z horyzontu moich poszukiwań. To samo zresztą spotkało mojego Brata. Trochę brakuje mi w tych nowych rozmowach Bartosia jakiegoś odniesienia do tamtych wydarzeń i do tej naszej wspólnej książki, i do tego, co do niej doprowadziło, i dlaczego stała się taka ważna dla – jak domniemuję, może byt śmiało – dla obydwu nas. No ale przecież każdy z nas ma swoją drogę i swoją pamięć. Wiadomość od Tadeusza o odejściu była dla mnie wielkim zaskoczeniem i długo zastanawiałem się, czy powinna być aż tak dużym, skoro byłem wydawcą i współautorem książki, która miała zawierać wyjaśnienie decyzji najsłynniejszego wówczas dominikanina w Polsce. Były też inne trudności – pozyskałem dla tego wydawnictwa współwydawcę, który był tak instytucjonalnie kościelny, jak to tylko możliwe i oczywiście uległ powszechnemu wzburzeniu, domagał się wycofywania nakładu i najpewniej spotkały go nie byle jakie przykrości. Wszystko to razem układa się w historię niezwykłą, w której odbijają się ludzkie losy, ale także problemy i poszukiwania o zasięgu znacznie te losy przekraczającym.

Wybacz, że z taką nostalgią zajmuję Ci czas i piszę o książkach tak bardzo odległych więcej niż o tych najnowszych. Odważam się na to także dlatego, że kontekst taki pozwala spojrzeć też przez chwilę na własne myśli i działania i może również wychynąć na moment za winkiel literatury, za którym się zwykle bezpiecznie ukrywamy.

W mojej osobistej drodze wątek dominikański był znacznie bardziej rozległy i chcę tu o nim wspomnieć tylko dlatego, że dopiero upływ czasu daje perspektywę, która pozwala widzieć proces, a nie tylko oderwane od siebie etapy. Przyjaciół i znajomych miałem wśród dominikanów wielu i wyjątkowych. Tak się złożyło, że wszyscy prędzej lub później stali się byłymi dominikanami (no dobrze: jeden zmarł, trudno powiedzieć, czy w takim wypadku też stał się byłym dominikaninem, czy też nadal nim pozostaje). W kolegium dominikanów uczyłem języków klasycznych przez jedenaście lat i wspominam Ci o tym przy okazji dyskusji o książkowych losach dlatego, że z losów tych nie sposób wyplątać mojego doświadczenia. Różnym odejściom albo przyglądałem się z daleka lub z bliska, albo w jakiejś mierze w nich uczestniczyłem, a wszystkie bardzo mnie przejmowały, ponieważ były to decyzje zawsze w jakimś stopniu dramatyczne. Mutatis mutandis ja też miałem swoje odejście od dominikanów, chociaż dominikaninem nie byłem. W kolegium zatrudnił mnie mój przyjaciel (objąłem kursy łacińskie, wystaw sobie, po pewnym profesorze naszego Instytutu), który kilka lat później oczywiście wystąpił z zakonu (przyjaciel, nie profesor) – a ja tam zostałem. Lata biegły, wyznaczane rytmem kolejnych mniej lub bardziej głośnych odejść z silnym akcentem na Tadeuszu, zmieniali się rektorzy, prowincjałowie i sekretarze studium, aż nadszedł rok 2010, kiedy miarka się najwidoczniej przebrała i instytucja straciła do mnie cierpliwość, co okazała w właściwy sobie, groteskowy sposób. Nie mogę nie wspomnieć, że kiedy poprosiłem ówczesnego rektora studium o spotkanie w sprawie doznanych despektów, umówił się ze mną w pubie przy Stolarskiej, przyszedł w kapeluszu incognito i wyznał, że mi nie pomoże, bo właśnie… występuje z zakonu. Gdyby to była wiadomość na whatsappie a nie poważny list do Przyjaciela, pojawiłaby tu się emotikonka z buźką kulającą się ze śmiechu, potrojona. Jest to jednak smakowita konkluzja. Korespondencję z tego czasu z wszelkimi możliwymi szczeblami zakonnej instytucji przechowuję, jak to chomik, i muszę przyznać, że kiedy czytam najnowsze rozmowy z Tadeuszem Bartosiem rozpoznaję w tej korespondencji nie bardzo dalekie i niepokojące echo postaw przez Tadeusza opisanych. Przez kilka lat nauczanie języków klasycznych u dominikanów było jedyną i ostatnią nicią łączącą mnie z jakąkolwiek postacią kościelnej instytucji. Nie musiałem jej przecinać, bo sama pękła. Nie wiem tylko do dzisiaj, czy dlatego że była nieodwołalnie zmurszała, czy dlatego, że po drugiej stronie siedziała małpa z brzytwą. Albo z bazooką. Stado małp.

No i popatrz tylko, do jakich wspomnień i jakich wyznań może skłonić niewinna książka i możliwość bezkarnego pisania do cierpliwego Przyjaciela.

No, ale o czym właściwie jest ta książka, którą to przeczytałem, o czym poinformowałem Cię jakieś pięć stron wyżej? Jest najpierw mówioną autobiografią, co dla tych, którzy od tych ponad dwudziestu lat czytają książki i śledzą publicystykę Tadeusza Bartosia jest gratką nie lada. Odsłania wiele – od muzyki po bliskie relacje. Dalej jest denuncjacją zakonnej kuchni, relacji i mechanizmów zależności i władzy, bez wątpienia subiektywną – a jaka niby miałaby być? – i bez wątpienia nadal podszytą traumą oswajaną apotropaicznym śmiechem. Jest wreszcie krokiem dalej za Ścieżki wolności w kierunku krytyki już nie tylko opresyjności i hipokryzji kościelnych młynów, ale chrześcijaństwa i religii w ogóle. Odważę się powiedzieć, że to nie jest krytyka chrześcijaństwa, ale jego oskarżenie. Tak, to jest część druga tych pierwszych rozmów sprzed dwudziestu lat. I wydaje mi się, że jest w tych książkach ciągłość myślenia, a nie bez znaczenia jest to, że między pierwszą a drugą rozpościera się rozległa przestrzeń opowieści o polowaniach na Bartosia – strzelano do niego z każdego okopu po każdej stronie.

Jest skecz polskiego stand-upera, kościelny zresztą, który kończy się konkluzją: „Nie mówię, że jest dobrze, ale czy nie jest lepiej?”. Można zapytać tak w odniesieniu do tej wspólnej książki Bartosia i Nowaka po przeczytaniu recenzji dominikanina z „Gazety Wyborczej”, Tomasza Dostatniego, który boskim cudem nie bluzga, tylko na swój kościelny sposób dziękuje i deklaruje przyjaźń i sympatię. Proponuje on dominikanom przeglądnąć się w narracji Bartosia jak w lustrze. Nie mówię, że już wszystko dobrze, ale czy nie jest lepiej? W najnowszej książce Tadeusz wspomina – szczęśliwie nominatim – uwagi recenzentów jego decyzji o tym, że przecież nawet Judasz nie biegał po gazetach udzielać wywiadów. Subtelne, prawda? Jak wyszły mojego brata Odejścia, to słyszeliśmy anonimowe zachwyty i pragnienie, żeby była to książka obowiązkowa dla wszystkich adeptów seminariów duchownych, co jednak wówczas brzmiało jak czarny żart, a dziś już chyba nie za wielu jest tych adeptów.

 

 

Wrócę jeszcze na chwilę do Ścieżek wolności i roku 2007. Rok wcześniej, w 2006, w Homini ukazała się Tadziowa książka Metafizyczny pejzaż. Świat według Tomasza z Akwinu. Mógłbym tu zacząć nowy list do Ciebie i napisać, że „przeczytałem książkę Tadeusza Bartosia Metafizyczny… itd.”, ponieważ zaiste przeczytałem ją i wtedy, kiedy się ukazywała, i teraz, ledwie kilka godzin temu, ponownie. Nie pamiętam dobrze swoich wrażeń z tej pierwszej lektury, zapewne chciwie łowiłem w niej wątki znane mi dobrze z publicystyki Tadeusza, na przykład o wyższości sumienia nad prawem, za to dziś mogę odnotować przeżycie wielkiej przyjemności obcowania z myślą jasną, klarowną i porządkującą doświadczenie i język. Jest w niej niezwyczajna lekkość i polot, a słowem, które wszystkie te powyższe cechy spina jest prostota w tym swoim wydaniu, które cechuje myśl i łacinę Tomasza z Akwinu. Mam na półce całą Summę, do której coraz rzadziej zaglądam – a po lekturze Pejzażu zaczynam tego rozrzedzania zaglądania żałować, a może nawet postanowię jakoś mu zaradzić. Pamiętam, że kiedy na studiach filologicznych składnie Liwiusza lub Cycerona doprowadzały mnie do rozpaczy, zwątpienia we własne siły i zdolności, otwierałem Tomasza i czytałem kilka lub kilkanaście stron odzyskując wiarę w to, że czytanie po łacinie może być przyjemnością. Nie żebym z zawiłości teologicznych i terminologicznych wiele rozumiał i wiele pamiętał, ale wiem, że krótkie, gęste i zwięzłe frazy ze składnią o prostocie cepa przynosiły ulgę i przywracały sens – nie treścią, ale formą.

Połowa Metafizycznego pejzażu to łacińskie cytaty z Tomasza – niekiedy wplecione w tekst i z niezwyczajną lekkością przekładane i objaśniane, a niekiedy w postaci opasłych i ciężkich przypisów, w których można dać się po tej łacinie prowadzić Tadeuszowi za rękę. Kto z nas nie zna tych ciętych fraz: adaequatio rei et intellectus jako definicja prawdy; conscientia erronea ligat – powód wystąpień wówczas jeszcze ojca Tadeusza przeciwko kościelnym przepisom; homo non est perfecte beatus, quandiu restat sibi aliquid desiderandum et quaerendum pozostające – moim zdaniem – w bezpośrednim związku z równie słynnym pierwszym zdaniem Metafizyki Arystotelesa: Πάντες ἄνθρωποι τοῦ εἰδέναιὀρέγονται φύσει; intellectus sit quemadmodum omnia oraz quidquid recipitur per modum recipientis recipitur – obydwa straszliwie kantowskie, nieprawdaż?; omnia appetunt suam perfectionem pięknie przez Tadeusza oddane jako „wszystko ciąży ku swojej pełni”, czy wreszcie słynne malum nihil aliud sit quam privatio debitae perfectionis jako definicja zła, które jest brakiem dobra. I tak na każdej niemal stronie.

Popatrz tylko, jak rzadkiej i perwersyjnej rozkoszy się poddajemy: pisać w liście po łacinie czy grecku bez lęku, że odbiorca jej nie zrozumie! Pisać bez tego wstydliwego poczucia, że należymy do resztek jakiejś zadżumionej enklawy wariatów starszych niż dinozaury, bez tych spojrzeń, w których pobłyskuje mrugnięcie o nieusuwalnej nieprzydatności, ewentualnie mglisty plan wypchania pakułami i postawienia na szafie.

Wracając do Pejzażu: filologiczno-filozoficzne rozważania nad pojęciami czasu u Tomasza z Akwinu, czy oglądanie różnic między pulchrum i pulchritudo z językowego i filozoficznego punktu widzenia w perspektywie różnic między τὸκαλόν i τὸ κάλλος czy wreszcie definicja miłości jako ruchu. Eh, na każdej stronie tej książki znajduję jakiś powód do radości i namysłu czy radości przez namysł. W epilogu Tadeusz popada nieco w niewłaściwy sobie patos, nadal jednak zachowując umiarkowanie i swoisty dystans. Jest to epilog o znaczeniu pamięci, pamięci w ogóle i w szczególe, o autorytetach i o tym, że łatwo i szybko stają się one czy oni swoimi największymi wrogami i z tego powodu trzeba uczyć się odczytywać przesłanie u źródła ciągle od nowa i że jest to zadanie konieczne dlatego, że ta właśnie pamięć i ta właśnie przeszłość stanowią część istotną naszej tożsamości. To epilog o początkach Europy, jaką znamy, Europy uniwersytetów, cechów, stowarzyszeń i demokracji – także w zakonach, co Tadeusz uważnie odnotowuje. Wspomina o prawdzie, która „wyzwala i inspiruje, a nie knebluje usta i serce”. I te zdania przyciągają uwagę. Z jednej strony wyjaśniają cierpliwemu czytelnikowi, o ile dotarł z lekturą do epilogu – wiesz, do kogo piję – skąd w refleksji nad ikoną tradycjonalizmu i konserwatyzmu teologicznego tyle świeżości i tyle komentarza do najbardziej nowoczesnych dylematów filozoficznych i religijnych. Jak już zamkniesz książkę, by obejrzeć raz jeszcze okładkę ze wszystkich stron, zwraca też uwagę, że autor nie ma przy nazwisku zakonnego akronimu dominikanów, Tomasz z Akwinu nie jest „święty”, a zdjęcie na okładce nie pozwala dostrzec habitu lub jego braku. Powody były zapewne prozaiczne i wiązały się z tym, że książka ta planowana była jako habilitacyjna. A jednak perspektywa czasu pozwala sądzić, że wyrażała z jednej strony zainteresowania i rozczarowania Autora, a z drugiej mogła być już elementem strategii odchodzenia, o której mowa jest w najnowszych rozmowach. Z książką tą mam związane jeszcze jedno wspomnienie.

I jeszcze jedno, najsmakowitsze powiązanie książki o Tomaszu z jednymi i drugimi rozmowami. Na stronie 75. Metafizycznego pejzażu, w środku łamu znajdują się niespodziewane, niezrozumiałe i w żaden sposób niewyjaśnione trzy kropki w nawiasie – tak ostatecznie zdecydowaliśmy się zaznaczyć ingerencję kościelnej, zakonnej cenzury. Walki – zewnętrzne i wewnętrzne Tadeusza – o wolność nauki i wolność myśli trwały dość długo i w habilitacji o Tomaszu z Akwinu kościelny cenzor znalazł zdanie, którego posłuszny zakonnik nie miał prawa ani pomyśleć, ani napisać. Obiecuję Ci odnaleźć w zachomikowanych szpargałach wersję książki przed cenzurą i obiecuje Ci je przesłać w następnym liście – poszukiwanie takie wymaga czasu i cierpliwości. Wiem jednak, że zdanie to nie zawierało żadnej wywrotowej myśli, a wymóg jego wycięcia był po prostu szykaną i sposobem upokorzenia autora, a przede wszystkim pokazania mu miejsca w szeregu. Jak to cudownie, że masz cierpliwość otrzymywać i czytać te moje listy – dzięki temu na przykład taka oto malutka tajemniczka zmagań z całkiem świeżą i całkiem żywotną jeszcze inkwizycją ujrzy światło dzienne i nie zginie.

Dziękuję za Twoje teoretycznoliterackie rozmyślania. Poruszają mnie ich osobistość i prywatność, wobec których odczuwam bojaźń i drżenie i które jawią mi się jako mysterium tremendum i fascinosum równocześnie.

 

 

Czy sztuka listu rzeczywiście zamiera, jak prorokowała już niemal 90 lat temu Stefania Skwarczyńska w swojej Teorii listu, widząc dla niej zagrożenie w telegramie i telefonie? Czy proroctwo to nie spełniło się w całej rozciągłości w potopie nowych mediów, SMSów, Telegramów, Signali i Whatsappów, jak notuje Anita Całek w Nowej teorii listu? Do obydwu tych wspaniałych książek jeszcze wrócę, teraz jedynie opowiadając, że w moim przypadku sztuka epistolarna chyba nie całkiem zamiera – nie tylko dzięki przywilejowi pisania do Ciebie, bo przecież nie uprawiamy jakieś nekrofilnej rozrywki – ale też dlatego, że nowe media w moim przypadku zintensyfikowały i zdyscyplinowały sztukę epistolarną przenosząc ją jedynie z papieru na inny nośnik, jak to jest także w przypadku tej naszej korespondencji. Dokonałem stosownych obliczeń i wychodzi mi, że w samym październiku tego roku napisałem i wysłałem 182 listy pocztą elektroniczną email. W mojej niesłużbowej skrzynce mailowej w googlach najstarszy zachowany przez system list datowany jest na dzień 23 lutego 2009 (jest to korespondencja z Ambasadą Grecji w sprawie nauczania przedmiotów nazywanych tam helleńskimi – jak zawsze wszelkie moje starania, kontakty i inicjatywy spotkały się z życzliwym politowaniem i obsunęły w niebyt i umocniły moją samotność). Ta sama skrzynka, która chyba stopniowo, w miarę upływu czasu, likwiduje najstarsze wiadomości, odnotowuje, że od tego 23 lutego 2009 do dzisiaj wysłałem 10.002 wiadomości / listy / maile, co daje średnio 625 listów rocznie, czyli 52 miesięcznie. Oczywiście, są tam krótkie wiadomości potwierdzające odbiór jakiegoś załącznika, swoiste mailowe SMSy z jednym słowem, listy wysłane przez pomyłkę dwa razy lub przeprosiny z powodu niedołączenia jakiegoś załącznika etc. Jest ich jednak zdecydowana mniejszość. W pozostałych przypadkach – niezależnie od adresata – respektuję podstawowe wymogi genologiczne sztuki epistolarnej, z klauzulą otwarcia i zamknięcia, używam post scriptum i różnych polskich czy angielskich wersji rzymskiej formuły STVBEEG. Wychodzi z tego wszystkiego, że zdecydowanie przez całe moje życie, niezależnie od inwazji nowych mediów piszę co najmniej jeden list dziennie. To nie jest najgorszy rachunek jak na sztukę konającą od stulecia.

Książka Stefanii Skwarczyńskiej jest wybitnym dziełem literatury pięknej. Jest listem na temat listu napisanym tak, że podczas lektury odnoszę wrażenie, jakbym był jedynym i intymnym adresatem tych – jak by nie było – naukowych rozmyślań, zbudowanych na niepohamowanym zdziwieniu nad całkowitym brakiem teorii listu w badaniach humanistycznych.

Anita Całek – wraz ze swym mężem Szczepanem – była studentką polonistyki gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych, kiedy uczyłem tam łaciny i należeli oni do jednej z kilku grup, z jakimi miałem zajęcia. Był to rocznik wyjątkowy w moim osobistym odbiorze i pamięci, ale przyniósł też nauce, kulturze i życiu niejedną wyjątkową osobowość. Książka Anity Całek zaskakuje mnie na wielu poziomach: jest monumentalna i dopięta na ostatni guzik. Sól ziemi (sic!), czyli przypisy to rozkosz sama w sobie, pełne, soczyste, w starym stylu – żadne harwardzkie skrótowce – można by je wyekstrahować i wydać jako osobną książkę, która sytuowałby się gdzieś między powieścią grozy a Biblią. Autorka, napisawszy 400 stron monografii o liście, nie pozostawia złudzeń co do luk, jakie trzeba w badaniach – przynajmniej polskich – pilnie zapełnić (należy do nich historia listu od starożytności i dążenie do kompletnej i systematycznej edycji kolekcji listów od czasów dawnych do dzisiaj). Myślę, że obydwaj nie tylko tych luk nie zapełnimy, ale niestety zdecydowanie zwiększamy ich rozmiary. Zwraca też moją uwagę naukowy takt – monografia Skwarczyńskiej jest niemniejsza i nie mniej monumentalna. Anita Całek nie próbuje tego niezaprzeczalnego autorytetu (o tym, jak się słusznie spodziewasz, później) detronizować – co jest zresztą moim zdaniem całkowicie niemożliwe – ale sytuuje swoje monumentalne poszukiwania jako apendyks, uzupełnienie i przedłużenie badań, których zastąpić się po prostu nie da. Monografia Skwarczyńskiej została w 2006 roku przedrukowana (inna rzecz, że edycja ta jest tak samo niedostępna jak ta z 1937 roku) i wielkie szczęście, że znalazła swoje dopełnienie w tak skończonej postaci.

Anita wylicza różne zbiory listów artystycznych, literackich, kończąc na Vargasa Llosy Listach do młodego pisarza, za co jestem jej wdzięczny, bo nie o wszystkich wiedziałem. Brakuje mi tam natomiast dwóch książek z tej kategorii, ważnych dla mnie: Listów starego diabła do młodego C. S. Lewisa (chwilami myślę, że moje pisanie do Ciebie jest tu zuchwałą kontynuacją) oraz Listów do sławnych postaci Albino Lucianiego, późniejszego papieża Jana Pawła I – jego list do Pinokia jest w moim przekonaniu arcydziełem.

No więc tremendum i facinosum Twoich rozważań. Skwarczyńska w Teorii listu napisała: „Punktem wyjścia dla badań będzie już nie, jak w dziełach o charakterze czysto literackim, zawartość tekstu, lecz tekst w zespoleniu z pewnym fragmentem życia, z którego wypływa i który ukształca swoją skutecznością. Oczywiście tak zarysowany przedmiot badania nie może się ograniczyć do metod literackich, lecz wymagać będzie także metod badających życie” (zdanie przywołuje też Anita Całek). Badanie literackie wymaga „metod badających życie”. Tak właśnie – odnoszę wrażenie, że w tych listach o literaturze dokonuje się jakieś badanie życia jako takiego, co niekiedy dotyczy bezpiecznego oglądu zewnętrznej ogólności, a niekiedy bywa dotknięciem intymnego nerwu, stając się bramą do tremendum i fascinosum. Skwarczyńska wylicza wszystko to, co pojawia się w naszej wymianie myśli: biografia, duchowa atmosfera, prawda psychologiczna, a pośród dziedzin badawczych wylicza psychologię, psychologię tworzenia i charakterologię. Widać z tego, że wybraliśmy się w podróż tyleż zajmującą, co niebezpieczną. Osobiście w Twoim towarzystwie jestem gotów z tym niebezpieczeństwem się zmierzyć.

Wybacz, że zdawkowo tym razem odpowiem na Twoje odpowiedzi – zmusza do tego objętość tego, co wylało się ze mnie powyżej i niepokój o to, czy w ogóle do tego miejsca doczytasz.

Dziękuję za wspaniałą opowieść o Liwiuszu Androniku, rzymskiej metryce i bezpowrotnym zaprzepaszczeniu szansy na kulturową odrębność i tożsamość. Teoria rzymskiego imperializmu jako wyniku zarzucenia określonego metrum jest brawurowa, fantastyczna i odnotowuje tutaj zdecydowaną prośbę o jej przekształcenie w większy artykuł, raczej pilnie. Bardzo proszę.

O „duchu i melodii” czegokolwiek wolę się nie wypowiadać, przekłady – jak by nie były doskonałe – są dla mnie raczej jedynie powodem wątpiącego sprawdzania, jak to rzeczywiście jest po grecku („ufaj, ale sprawdzaj”?). Wittlin w jednych miejscach zdecydowanie zwycięża albo przynajmniej skutecznie usypia wątpienie, w innych dramatycznie przegrywa porwany jego własnym – bynajmniej nie Homerowym – duchem i melodią. Cieszę się jednak, że stworzyłem Ci okazję do eksplozji Wittlinowego wulkanu, który w Tobie dymi i pomrukuje, czy śpisz, czy siedzisz. Są one zawsze – te eksplozje – wspaniałe.

Eh, zaiste nie mam pojęcia, czy naprawdę Ty i ja do czego innego potrzebujemy literatury, ale myślę, że za wcześnie na takie sądy. Ciasno wiąże się to w mojej głowie z problemem interesowności, do którego powracasz w swojej odpowiedzi. I również mam poczucie, że nie potrafię jeszcze tego tematu podjąć i wyjaśnić, co mi w Twoim podejściu przeszkadza, być może okaże się, że nic, tylko trzeba wszystko na nowo przemyśleć. Pozwól więc, że uchylę się tym razem od skomentowania Twojej estetycznej bezinteresowności.

Z Twoim wyjaśnieniem zalet argumentacji z autorytetu naprawdę trudno się nie zgodzić. Mój osobisty problem polega chyba na tym, że po pierwsze zawsze czułem się delikwentem raczej niekoniecznie dojrzałym do samodzielnego osądu i uznania kogoś za definitywny autorytet, po drugie zwykle łatwo znajdowałem osądy tym autorytetom przeciwne (bez właściwego naszym czasom ich dewastowania), a po trzecie mam za sobą kategorycznie błędne rozpoznania autorytetu i pech chciał, że były one zawsze związane z takim nieszczęśliwym okresem, w którym właśnie zdarzyło mi się sądzić, że jestem delikwentem dojrzałym do samodzielnego osądu. W moim uporczywym dopytywaniu się o Chaucera chodziło chyba o to, co ta lektura znaczyła dla Ciebie i tylko Ciebie, tak jakby nikt – zwłaszcza jakiś autorytet – nigdy o tym nie pisnął słowa.

Z przerażeniem widzę, że 1) napisałem Ci chyba z jedenaście stron oraz 2) w zasadzie nic o Grecji. No i nie wiem, czy wybaczysz. Uprzedzałem jednak, że czytam co się nawinie. Wybacz.

I dziękuję Ci za każde słowo.

K.

 

Kraków, 29.11.2025

Drogi Krzysztofie,

Jak dobrze znów zasiąść do listu do Ciebie. Pisanie to działa jak środek uśmierzający ból…

Ustalmy to już teraz: wybaczam Ci list obecny, tj. ostatni i każdy kolejny także… Nie mam wątpliwości, że jakkolwiek nam się te nici nie poplączą w epistolograficznym labiryncie, to i tak samo kluczenie okaże się warte tego całego zachodu! Nawet jeśli wyjścia nie znajdziemy. Zresztą – jak zobaczysz – moja odpowiedź będzie też zwariowana (w tym sensie, że nie po kolei i nie wiem w ogóle, na ile na temat, bo ja – o Rzymie. Ale za to na pewno: nie na tyle stron!

Do głównego wątku Twego listu postaram zbliżyć się w trzech podejściach, wedle zasady ab ignoto ad notum:

O zaciąganiu się i odejściach. Jak wiesz, moja młodość nie była specjalnie ekscytująca. Innymi słowy: gdybym chciał pisać autobiografię, to musiałbym się sporo nagłowić, by nie wyczerpać tematu na pierwszej stronie. Nawet w mojej głowie ciekawiej zaczyna się dziać w momencie przeprowadzki do Krakowa, na studia, które podjąłem w roku 2001. Ale i wtedy był to rozwój raczej powolny i mało spektakularny. Jeśli okres adulescentiae uznać za prolog opowieści o człowieku, to mój był sążnistych rozmiarów i traktował głównie o – właściwym mojemu pokoleniu – zachłyśnięciu się zachodnią kulturą i popkulturą (rap, koszykówka i filmy akcji). Taką książkę o sobie, ku zdumieniu i może nawet zniesmaczeniu tych, którzy mnie znają dorosłego, zatytułować bym musiał American Boy). Ale do rzeczy: posługa. (Bo tak, zdaje się, powinienem to nazwać). Moja wiedza na ten temat jest żadna. Księża, ojcowie i bracia (tudzież matki i siostry) są mi grupą społeczną najzupełniej obcą. Na tyle obcą, że nie mam do tego środowiska żadnego stosunku. Nie tylko że nie miałem sam nigdy ciągot w tym kierunku (moje kontakty z kościołem zanikły w sposób zupełnie bezemocjonalny, gdy miałem -naście lat), ale nie mam też wśród rodziny, bliskich czy przyjaciół, a nawet chyba znajomych osób „powołanych” (choć oczywiście są tam na różne sposoby wierzący i praktykujący). Owszem, przyjaźniłem się w dawnych latach z pewnym Arturem, który został księdzem, ale równolegle wierzył też w UFO i wypatrywał co wieczór „ich” przylotu (mówię prawdę); zmarł młodo – na guza mózgu.

Wszystko to jednak nie znaczy, że mnie ten temat nie interesuje – przeciwnie: łapczywie czytam Twoje wspomnienia, bo jest to coś w rodzaju „wyznania skruszonego mafiosa” czy „były agent CIA zdradza sekrety”, i bardzo Cię proszę o więcej! Im więcej szczegółów – tym lepiej!

O krytyce chrześcijaństwa i kościoła. Jak pewnie każdy nawracający się na racjonalizm młodzieniec miałem etap krytyki religii, w której wyrosłem i instytucji, która tę religię próbowała nieskutecznie we mnie zaszczepić. Ale – co niewątpliwie wiąże się z poprzednim punktem – nie trwało to długo i nie miało temperatury wysokiej. Jako jeden z tych, którzy wiarę bez większych trudności zastępują wiedzą, w pewnym momencie uświadomiłem sobie, że osobie niewierzącej krytykować religię i kościół jest aż nazbyt łatwo. Myślę, że zachodzi tu ten sam casus co od pewnego momentu wśród chrześcijan wobec pogan: po prostu zaczęli ich dzieła (te „nieprawomyślne” i niemożliwe do schrystianizowania) ignorować. Walki toczyli między sobą chrześcijanie różnych rytów; paliło się przecież heretyków, a nie pogan – tych zostawili wyznawcy Chrystusa w spokoju, by dożywali swych żywotów gdzieś za siedmioma górami i siedmioma lasami, ważne – oby tylko z dala od centrów kultury. („Pogaństwo” nie skończyło się przecież wraz z Konstantynem czy Teodozjuszem, ale, owszem, skończyło się wtedy dla głównego nurtu…).

Stąd jak łatwo się domyślić, nie jestem też w temacie sporów doktrynalnych czy dyskusji o tym, czy i jak reformować Kościół, ani nawet nie wiem, jak idzie tej instytucji rozliczanie skandali. Ale – jak wyżej – każdą taką informację o Ciebie przyjmę z wielkim zaciekawieniem… Może to będzie nawet tym ciekawsze: dwie perspektywy zupełnie odmienne na niewątpliwie ważne zjawisko, jakim są ponad wszelką wątpliwość historia Kościoła i chrześcijaństwo w dziejach Zachodu. Mogę Ci zagwarantować jedno w tym temacie: chłód kosmicznego dystansu.

O językach klasycznych. Masz rację – ich znajomość, jak mało co, wzmacnia poczucie wspólnoty. Powiem nawet więcej: dziś nie chodzi już tylko o porozumiewanie się wspólnym kodem, jak dawniej. Równie istotna jest świadomość braków w tym zakresie – i to zarówno u tych, którzy znają języki klasyczne jedynie na poziomie sentencjonalnym, jak i u tych, którzy nie znają łaciny i greki wcale. Zauważyłem, że czuję szczególną więź z osobami, które mają tę świadomość i odczuwają głód wiedzy, pragną ją zdobywać, zabiegają o nią. To jest obiecujące! Nie tylko w sensie tym, że nie stracimy może pracy. Ale też dlatego, że właśnie w tym pragnieniu i w tym wysiłku rodzi się jakaś nowa wspólnota – może nawet głębsza niż ta, którą daje sama biegłość językowa…

Superchomiku-Archiwisto! Wiem doskonale, co masz na myśli, choć sam kimś takim nie jestem. Pamiętam, co o gubieniu się w stosach makulatury mówi Paweł Kądziela, jeden z największych edytorów naszych czasów, przez całe chyba życie zawodowe związany z „Więzią”. Albo jak o pracy nad spuścizną Jarosława Iwaszkiewicza opowiadają Robert i Agnieszka Papiescy. By już nie wspomnieć innych archiwistów (innej archiwistki), których (której) pracę mam okazję podglądać i podziwiać (i raz nawet brać w niej skromny udział jako asystent od podawania kolejnych teczek) na co dzień…

Odchodząc (w każdy razie w tej chwili) od szeroko pojętego wątku „Hominiowego”, nie mogę nie przypomnieć jeszcze mego Kawafisa (Kawafis. Świat poetycki), którego – rzutem na taśmę – swemu już wówczas byłemu wydawnictwu zarekomendowałeś i dopilnowałeś, by książka ukazała się w zawrotnym tempie, byśmy zdążyli z nią na Festiwal Conrada 2013. Za to także jestem Ci bardzo wdzięczny: wierz lub nie, ale są kręgi, dla których jestem, jeśli nie tylko, to z pewnością nade wszystko – kawafisologiem!

Ale mniejsza o to, idźmy dalej.

Przeczytałem porywającą biografię Liwiusza Andronikusa!… Ależ nie: nie przeczytałem! To oczywiście nieprawda, gdyż taka książka przecież nie istnieje! A co istnieje? Trochę podręczników do historii literatury, gdzie mówi się o tym najdawniejszym z autorów rzymskich te same kilka okrągłych zdań (że był to prawdopodobnie Grek, ale nie koniecznie, i że poetą był chyba słabym, ale trudno nam tego w zasadzie dowieść, bo zachowało się tylko kilkadziesiąt wersów…) oraz garść opracowań naukowych traktujących o początkach łacińskiej literatury, gdzie tematem jest język tego autora (łacina przedklasyczna – czyli w ogóle nie język, ech!). W ogóle historią literatury rzymskiej rządzą niepodzielnie – moim zdaniem – dwa demony, z których pierwszy nosi imię Auctoritas, a drugi Latinitas.

Pierwszy z demonów nakazuje wierzyć bezrefleksyjnie w to, co powiedzieli illi uznani za autorytety [sic]: więc w tym przypadku Horacy i Cyceron, sami w sobie oczywiście zasłużeni, ale bardzo jednostronni i „płascy” w swoich ocenach i oczekiwaniach. (Może i dobrze, że Horacy nie dożył premier wywrotowych dzieł Owidiusza, bo by się pewnie zżymał na to i owo…). No więc: Autorytet. Skoro Horacemu i Cyceronowi nie przypadła do gustu dykcja Liwiusza Andronikusa, pozostał już dla łacinników autorem nieciekawym. Na wieki wieków amen. Jeszcze a propos Owidiusza, który kokietował w poezjach z wygnania, że owszem, wiersze te nie są tak dobre jak młodzieńcze, ale – cóż, pisać musi! I, wyobraź sobie, uczeni filolodzy to łyknęli bezrefleksyjnie i dopiero w wieku XX, po II wojnie i masowych emigracjach, zaczęto doceniać, i komentować: a może to jednak tylko taka formuła retoryczna? I dziś niejeden owidiolog mówi już, że poezja wygnańcza to jednak nie najgorsze, ale szczytowe osiągnięcie Owidiusza… Nie wiem, o czym to wszystko świadczy bardziej – o sile perswazyjnej poetyckiego wyrazu, czy o słabości umysłowej czytających – ale tak czy inaczej: jest to jakaś forma auctoritas!

Drugi z demonów to Łacińskość. Jakaś marna kopia Helleńskości, chyba. Dlaczego „kopia”? Bo jak sami Rzymianie kopiowali Greków, tak badacze Rzymian – badaczy Greków (którzy przecież działali już w czasach hellenistycznych…). A dlaczego „marna”? Bo helleńskość to język i to wszystko, co on komunikuje (i czego nie komunikuje); a łacińskość – ot, umiejętne posługiwanie się językiem łacińskim. Wiem, że brzmi to srogo, i nawet wywrotowo w ustach kogoś, kto jako miejsce zatrudnienia wpisuje „Katedra Filologii Łacińskiej i Nowołacińskiej”, ale kto powiedział, że łacinnik ma być łacino- i rzymianofilem? Przyjęło się to raczej rozumieć samo przez się – z czym ja się akurat fundamentalnie nie zgadzam. Nie uważam, że aby studiować (z zafascynowaniem) literaturę łacińską trzeba być wyznawcą rzymskich virtutes, tak jak nie uważam, że aby siedzieć badawczo w faszyzmie i nazizmie – winno się być nacjonalistą i antysemitą; nawet to chyba jednak jest nie tylko moralnie, ale i intelektualnie uczciwsze, jeśli się kimś o takich poglądach nie jest. Ileż może być warta biografia Adolfa Hitlera, spisana przez admiratora jego poglądów? Pytam retorycznie.

No więc ad rem: Liwiusz Andronikus był Grekiem słabo znającym język łaciński (no że też nie umiał pisać jak późniejszy o dwa wieki Cyceron!), a Odyseja jego pióra to niedobra pierwocina, nieudolnie kopiująca greckie wzorce, istotna jedynie dla historyków języka (by mogli ocenić, na ile tamta łacina różniła się od TEJ ŁACINY. A jednak – jak podaje hasło “Livius Andronicus” w Oxford Dictionary – “This account may not be wholly accurate”. I co ma taki łacinnik rzec na to?

Tak, to jest temat na artykuł albo i więcej. Póki co, rzuciłem Ci to zupełnie niewinnie. Ale Twoją zachętę wpisuję do kajetu, gdyż jej przedmiot jako sprawę do opisania traktuję bardzo poważną.

Myślę, że nieumyślnie odpisałem Ci na dwa wątki naraz – rzymski i ten o autorytetach… „Nieumyślnie”, bo skupiałem się na rzymskości, która jednak okazała się – a jakże! – bliska wątkowi „autorytetu”. I widzę z tego wszystkiego, że sam wpadłem w pułapkę, którą zastawiłem na Ciebie: chciałem dowieść, że należy podążać za autorytetem w kwestii sądów literackich, a tymczasem… krytykuję Horacego i Cycerona za ich sądy o rzymskiej literaturze archaicznej! Może autorytet autorytetowi nie równy? Może to wszystko – jak głębiej to przestudiujemy – wcale się wzajemnie nie wyklucza? A może po prostu jesteśmy jako ludzie wewnętrznie sprzeczni i niekonsekwentni nawet w sprawach tak, zdawałoby się, uchwytnych?…

Dziękuję za wspaniałe rozwinięcie wątku teoretycznolistowego i przywołanie obu dzieł już klasycznych. Bardzo wielką mi tym sprawiłeś radość. Choćby dlatego, że dowiaduję się, iż Twoje nauki są nie bez wpływu także i w zakresie teorii listu! Ja nie mam co prawda wspomnienia w tej materii porównywalnego z Twoim, ale też mam osobiste w tym sensie, że kilkanaście lat temu, gdy zajmowałem się „badawczo” teorią prozy i jej przemianami w XX wieku wiele uwagi poświęciłem listowi, i sporo wówczas czytałem powieści epistolograficznych, a i opracowań teoretycznych. Dwie myśli chcę Ci tu rzucić z nadzieją, oczywiście, że będą się miały okazję pięknie rozwijać, nie raz powracając przy takiej czy innej okazji.

Po pierwsze, powieść epistolarna. Gatunek ten bardzo lubi antyk. (Zrobiłem, umyślnie błąd „lustra”: bo to lubienie jest obustronne. Więc: „Gatunek ten bardzo lubi antyk” – „Antyk lubi bardzo ten gatunek”). Kto wie, czy w ogóle powieści historyczne osadzone w antyku to nie powieści epistolarne. Formę wymiany listowej powieściom antycznym nadawali przecież: Wilder, Valtari, Williams i wielu innych, z naszych Kraszewski i Sienkiewicz (częściowo w Quo Vadis) i Parnicki czy Malewska… Nawet Pamiętniki Hadriana są w zasadzie jednym długim listem do Marka Aureliusza. Myślę, że to nie jest przypadek, ale kwestia czysto formalna: listy, których się trochę zachowało, dają się w sposób doskonały „upowieściowić” – złudzenie słuchania głosu starożytnych jest (bywa) wtedy uderzające. Bo oddajemy im po prostu głos. (Dlatego też jedyną powieścią, jaką napisałem o świecie starożytnym, jest Pliniusz Młodszy – jest to moja autorska zabawa z listami Pliniusza, których zachowała się bagatela 10 ksiąg). Każda inna, tj. nie-epistolarna, powieściowa interpretacja starożytności skazana jest na klęskę. Tak uważam. Chyba, że kradnie Twoje serce rzecz typu Quo vadis? – mojego nie skradło…

I druga sprawa. Tak napisałeś: „Książka Stefanii Skwarczyńskiej jest wybitnym dziełem literatury pięknej. Jest listem na temat listu napisanym tak, że podczas lektury odnoszę wrażenie, jakbym był jedynym i intymnym adresatem tych – jak by nie było – naukowych rozmyślań”. Mam tę myśl, ilekroć sięgam np. po Sinkę… Z nowszych: po Kubiaka. Czyż nie tak powinno się to robić?! „Uprawiać” (od colo, colere) „humanistykę” (od humanus, -a, -um) to nic innego jak „dbać, zabiegać, troszczyć się o to, co ludzkie, człowiecze”… Ale jak takie publikacje ewaluować?! Ech…

 

 

W temacie: kiedy wspomniałeś o „początkach Europy, jaką znamy”, przypomniała mi się lektura, której nie mógłbym – wobec tej frazy – nie wspomnieć, choć pewnie nie jest Ci obca. Mam na myśli Jacquesa Le Goffa Czy Europa narodziła się w średniowieczu? (Aletheia 2023). Czytałem tę książkę dwukrotnie: najpierw przed kilkunastu laty po angielsku i ostatnio, gdy wyszła u nas, po polsku. Le Goff był nie tylko przyjacielem Polski i Polaków (i mężem Polki), ale też wybitnym mediewistą, historykiem-pisarzem, tj. jego wybitność jako badacza szła w parze z wybitnością pisarską. Przeczytałem chyba wszystko, co wyszło u nas (a wyszło sporo dzięki staraniom wydawnictwa Aletheia) nigdy się nie zawiodłem: każdorazowo otrzymuje czytelnik wielką przygodę-podróż w czasie. W ogóle francuska nowa historiografia – od Blocha przez Ariès (ach, Człowiek i śmierć!) i Duby’ego (ach, Czasy katedr!) po całego, płodnego Le Goffa to jest rozbicie banku: to jest synteza doskonała historii jako nauko z historią jako opowieścią.

U nas zresztą szkoła miała może niewielu, ale ważnych uczniów – Bronisław Geremek czy Marcin Kula. Ten ostatni tak zaczyna swoją książkę Nośniki pamięci historycznej (2002): „To nie jest książka naukowa – przynamniej w tym sensie, w jakim się najczęściej rozumie naukę. Fakt, że długo nad nią pracowałem, nie znaczy, iżbym systematycznie czytał ogromną literaturę przedmiotu ani też bym starał się nie opuścić żadnej kartki z tysięcy tekstów źródłowych. Podejście, charakteryzujące się skądinąd nierealistycznym dążeniem do wyczerpania całości źródeł i opracowań, jest oczywiście potrzebne w historiografii. Ma ono wszakże jedną wadę: bardzo utrudnia powstanie prac refleksyjnych, ogólniejszych, mniej typowych, czasem nawet na swój sposób wariackich – bez których nauka też nie może się rozwijać”.

Na dziś tyle.

Najserdeczniej

Jacek

 

P.S. Chaucera przeczytałem czystą z rozkoszą: unurzał mnie w tamtej codzienności jak w ogromnej brudnej kałuży przydrożnej, wytaplał w języku i dowcipie, tyleż błyskotliwym co ordynarnym; dał mi powąchać jak tamta Anglia pachniała (czy śmierdziała raczej) i ogłuszył mnie jej kakofonią; zabrał w roztelepaną (bo wozem) podróż po wertepach, przedstawił dziwne persony – i ludzi porządnych i wrednych rzezimieszków (w tym akademików oksfordzkich!), i zaprosił na piwo do przydrożnej karczmy (pubu?) – a to wszystko odbyło się w duchu porozumienia: że obaj czytaliśmy Owidiusza i się potrafimy bez słów porozumieć co do jego aktualności: w średniowieczu i dziś.

P.S. 2. „Transparentnie widoczny” to pleonazm, zdaje się.

P.S. 3. Fraza „homo non est perfecte beatus, quandiu restat sibi aliquid desiderandum et quaerendum” frapująco koresponduje z istotową dla nauczania Buddy obserwacją, że źródłem wszelkiego cierpienia jest pragnienie. Dopóki czegoś pragniemy – nie osiągniemy pełnego wyzwolenia.

P.S. 4. Wypatruję słów wyciętych przez kościelnego cenzora.

P.S. 5. Za wszelkie „kiksy” przepraszam – pisałem w gorączce.

 

Do katalogu:

Bóg odszedł z poczuciem winy. Tadeusz Bartoś w rozmowie z Arturem Nowakiem, Warszawa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2025; Ścieżki wolności. O teologii, sekularyzacji, demokracji w Kościele, celibacie i … Z Tadeuszem Bartosiem OP rozmawia Krzysztof Bielawski, Kraków, Homini, 2007; Tadeusz Bartoś, Metafizyczny pejzaż. Świat według Tomasza z Akwinu, Kraków, Wydawnictwo Homini, 2006; Anita Całek, Nowa teoria listu, Kraków, Księgarnia Akademicka, 2019; Stefania Skwarczyńska, Teoria listu. Red.: E. Feliksiak, M. Leś, Białystok, Wydawnictwo Uniwersytetu w Białymstoku, 2006 (wydanie pierwotne: Lwów 1937); Maciej Bielawski, Odejścia, Kraków, Homini, 2007; Marcin Kula, Nośniki pamięci historycznej, Warszawa 2002; Jacques Le Goff, Czy Europa narodziła się w średniowieczu? Tłum. Wanda Klenczon, Warszawa, Aletheia, 2023; Jacek Hajduk, Kawafis. Świat poetycki, Kraków, Homini, 2013.

 

Crane i rola sztuki

Twórczość Waltera Crane’a (1845-1915) najlepiej znają dzieci i socjaliści. Jego ilustracje do baśni, mocno inspirowane sztuką japońskiego drzeworytu, stanowią część angielskiego kanonu wizualnego. Crane zilustrował kilkadziesiąt książeczek, wznawianych do dzisiaj, a pierwotnie kosztujących ledwie sześć pensów, dzięki czemu masowo trafiały do pokojów dziecięcych epoki wiktoriańskiej. Żywa jest również pamięć o jego politycznych grafikach tworzonych przez lata dla czasopism socjalistycznych, w których łączył moralizatorski patos z ostrą ironią i wyczuleniem na ludzką krzywdę. Jego „A Garland for May Day 1895” przypominana jest co roku w mediach lewicowych z okazji Święta Pracy.

Walter Crane był malarzem, ilustratorem, grafikiem, projektantem, teoretykiem sztuki i działaczem społecznym. Współtworzył ruch Arts and Crafts, był uczniem Johna Ruskina, zakładał i kierował organizacjami dla artystów. Pisał książki i wygłaszał liczne odczyty. Polscy czytelnicy długo czekali na jego książkę. Dopiero w 2018 nakładem wydawnictwa Universitas ukazało się „O zdobnictwie książek dawnych i nowych” – rzecz świadcząca o rozległym znawstwie w dziedzinie teorii i historii sztuki.

Dzieląc się z czytelnikami „Księgi Przyjaciół” tłumaczeniem szkicu pochodzącego z tomu „Ideals in Art”, chciałbym umocnić obecność pism Waltera Crane’a w polskim obiegu czytelniczym, pokazać żywotność jego rozważań. Dla Crane’a, podobnie jak dla całego ruchu Arts and Crafts, ważnymi zagadnieniami były zarówno zanik dobrego smaku, jak i spadek jakości wyrobów wskutek industrializacji i masowej produkcji. Dziś zmagamy się z zalewem tworów „sztucznej inteligencji”. Diagnozy sprzed ponad stu lat pozostają w mocy.

Artur Urban

 

 

 

WALTER CRANE

O SPOŁECZNEJ I ETYCZNEJ ROLI SZTUKI

Sama obecność sztuki w jakiejkolwiek formie stanowi dowód życia społecznego ludzi, a w przypadku prehistorii i starożytności, jest często jedynym świadectwem ich istnienia.

Od prehistorycznych rysunków jaskiniowców do hieroglifów Egipcjan czy rzeźbionych płyt Niniwitów i Persów; od skarbca Aten i trojańskich łupów, po wyrafinowanie i majestatyczne piękno marmurów partenońskich, wszędzie sztuka (początkowo tożsama z językiem lub pismem obrazkowym) staje się wyrazem sposobu życia; idei i ideałów, które tkwią w ludzkim umyśle, zanim się dla nas wytrącą lub skrystalizują w postaci antycznej architektury, rzeźby i malarstwa – w siostrzanych sztukach plastycznych; do czasu kiedy każdy fragment tkaniny, każdy paciorek i klejnot, każdy kawałek stłuczonej ceramiki przemówi do nas z przeszłości swoim „na wpół zatartym językiem” o życiu i myśli, które przeminęły, o pogrzebanych nadziejach i lękach, o miłościach i sporach, o dumie i władzy, po których zostały kruche szczątki, opowiadające ich historię.

Wyczulone, spostrzegawcze oko pierwotnego myśliwego bezbłędnie zapamiętywało sylwetki dzikich zwierząt, które tropił i zabijał. To samo bezbłędne widzenie charakterystycznych form powróciło, usystematyzowane i coraz bliższe abstrakcji, w hieroglifach, które, wykorzystując jako symbole znajome zwierzęta i obiekty z życia Wschodu, zostały w końcu utrwalone, na drodze ewolucji przez użytkowanie i przyzwyczajenie, w sztywnych abstrakcjach alfabetu. Ten zaś, choć w sztuce kaligrafii i typografii wkroczył na osobną ścieżkę rozwoju, oddzielił się od graficznych i przedstawiających właściwości, które wydają się być jego źródłem; ale jest z nimi nieustannie blisko związany w książkach i gazetach, które tworzą tak wielką część naszego życia społecznego i które przeniosły pismo obrazkowe na kolejny, bardziej złożony, poziom.

Wczesne reliefy asyryjskie można również oglądać jako serię wyrazistych przekazów historycznych – niczym pismo wyryte na ścianie. Celem było utrwalenie podbojów królów albo ich sprawności w polowaniu na lwy, ich bitew i oblężeń, pochwyconych przez nich jeńców, ich oręży i fortyfikacji, atrybutów ich bóstw. Wartość reliefów tkwiła prawdopodobnie w równej mierze w ich utrwalającej opisowej mocy, jak i w efekcie dekoracyjnym.

 

 

Grecy okresu archaicznego przeszli przez ten sam etap, stopniowo rozwijając swój wyrafinowany zmysł artystyczny, aż osiągnęli monumentalne piękno i heroiczny ideał w pracach Fidiasza, a te przeminęły wraz z duchem i życiem, które je zrodziły. Fala greckiej cywilizacji osiągnęła szczyt doskonałości, aż rozbiła się o skały, niosąc przy tym swój wpływ i odciskając piętno na wszystkich krainach; nieugaszona przez potęgę i przepych Rzymu, który po niej nastąpił, a nad którym, pod względem artystycznym, triumfuje, budzi się do nowego życia w Italii i można ją jeszcze znaleźć wędrującą wśród ruin codzienności Pompejów, gdzie ostatnie stadium życia antycznego zachowało się niczym zatopione w bursztynie.

Możemy uronić szczerą łzę nad śmiercią pogaństwa, które, mimo wszystkich wypaczeń, pokazało nam w swojej sztuce radość życia oraz zwierzęcość natury człowieka (nie może tego pominąć żadna religia czy filozofia) i połączyło je w formach o nieprzemijającym pięknie. Wielkie zasługi trzeba przypisać obfitości światła słonecznego, ale każdy, kto spogląda na sztukę w różnych formach, która pozostała nam z czasów i krajów antycznych, musi odczuwać, jak znacząco większą rolę odgrywała w tamtym życiu; jak ciągłe i intymne musiało być jej oddziaływanie – od piętrowych frontonów i fryzów świątyni, po złocone posągi i fontanny z brązu na publicznych ulicach i placach – na ścianach, które pozwalały malarzowi puścić wodze wyobraźni – wszędzie kolor, a nad głowami błękitne niebo Italii albo Grecji. W każdym razie nie było miejsca na monopol w odczuwaniu przyjemności takiego uzewnętrznionego życia. Oko niewolnika było równie wolne, jak jego pana, a już samo wspólne posiadanie niezwykłych przyjemności życia jest czymś istotnym. Czujemy także, że starożytna obfitość wspaniałej sztuki była wykwitem życia tamtego czasu. Oczy artystów i rzemieślników musiały być nieustannie pobudzane kształtami mężczyzn i kobiet poruszających się bez ograniczeń formalnie skrojonego stroju, zamiast tego odzianych swobodnie, zgodnie z indywidualnym gustem albo wymaganiami pory roku czy okoliczności. Mogli widzieć atletę na arenie, piękność na tarasie, filozofa w gaju, kolory i odcienie targowiska, utrudzonego niewolnika, wojowników gotujących się do walki, a wszystko to w szerokim i pełnym świetle południowego nieba. Nie dziwne, że ich sztuka przybrała piękne formy. Grecki artysta nawet grób odarł z przygnębienia i uznał śmierć za delikatne i bezbolesne pożegnanie między przyjaciółmi.

Niemożliwym jest wątpić, że oddziaływanie zewnętrznego piękna i harmonii ma łagodzący i uczłowieczający wpływ na umysł. Wierzę, że jesteśmy podświadomie podatni na te wpływy, że stajemy się szczęśliwsi, kiedy na przykład mieszkamy w przyjemnie pomyślanych komnatach z harmonijnie pomalowanymi i ozdobionymi ścianami oraz meblami. Zmysły są kojone przez delikatne pobudzenie oka zatrzymującego się na radosnych i wyrafinowanych formach i kolorach.

Wraz z nastaniem chrześcijaństwa, które skupiło spojrzenie na przyszłym świecie, forma i duch sztuki naturalnie się zmieniły, a chociaż głównym założeniem nowego nauczania było uczynienie człowieka obojętnym na to, co zewnętrzne, to wiemy, że po pierwszych niepewnych krokach w ramach gasnących tradycji klasycznych, sztuka stała się jedną z najpotężniejszych wyrazicielek wiary chrześcijańskiej i przez imponujący wpływ podniosłego i mistycznego splendoru bizantyjskich i wczesnogotyckich kościołów, tak wpłynęła na wyobraźnię ludzkich umysłów, że, obok innych czynników, Kościół stał się wielkim depozytariuszem talentów artystycznych oraz inspiracji i w pełni wykorzystywał swoją moc emocjonalnego oddziaływania za pośrednictwem szlachetnych i okazałych architektonicznych form i proporcji, spotęgowanych później każdym typem zdobienia, znajdującym się na podorędziu gotyckiego rzemieślnika w postaci witrażu, rzeźbienia, mozaiki, malowidła czy pracy w złocie, srebrze i drogich kamieniach.

 

 

Wspaniały kościół był od góry do dołu pokryty historią biblijną, a żywoty świętych zostały utrwalone jako przykład dla wszystkich w żywym języku malarza lub rzeźbiarza.

Grzesznik był nękany przedstawieniami męczarni bardzo realistycznego piekła, podczas gdy człowieka cnotliwego podnosiły na duchu ekstatyczne wizje chórów anielskich i ukwieconych łąk raju. Sztuka w Kościele katolickim była bez wątpienia kaznodziejką i nauczycielką o niedoścignionej elokwencji i moralnej sile. Niepiśmienny mógł czytać jej otwartą księgę, podobnie biedak, kaleka czy chromy – i nawet niewidomy mógł zostać poruszony „pełnią głosu chóru” i „hukiem organów”.

Splendor i piękno średniowiecznej katedry musiały mieć coś, co dzisiaj nazwalibyśmy niemierzalnym efektem kształcącym od strony estetycznej i emocjonalnej.

Poza tym zwykłe elementy miast musiały być pełne fantazji i zaciekawienia: różnorodność i osobliwy przepych mieszczańskich domów; kolor i niezwykła pomysłowość w strojach i heraldyce; nieustanne pokazy i procesje, takie jak te organizowane przez cechy rzemieślnicze, pełne malowniczych alegorii i symbolicznych znaczeń. Ulica mogła tonąć w powadze czerni i bieli mnisich habitów i księży albo w radości jaskrawych sztandarów i połyskujących zbroi rycerzy lub szat królów i królowych. Wspaniałe pozłacane powozy, błyszczące okazałymi herbami, zamiast naszych czarnych, lakierowanych, statecznych dorożek ze skromnym rombem na drzwiczkach – chociaż te zostały ostatnio zepchnięte na bok przez bardziej zuchwały i niebezpieczny samochód z jego tajemniczo zamaskowanymi pasażerami – pojazd określony niedawno żartobliwie jako „skrzyżowanie krytego powozu z okrętem wojennym”.

Cóż, pomiędzy codziennymi cudami różnorodnego i nieustannego ruchu miejskiego, nie zostało już nam w Londynie żadne darmowe publiczne widowisko poza doroczną paradą na cześć lorda burmistrza i wyścigiem wioślarskim między Oxfordem i Cambridge. Oczywiście jest też plakat – ten tani i zwykle paskudny „nauczyciel mas”. Co prawda nie zawsze tak tani, skoro słyszy się o członkach Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych zaangażowanych do napędzania handlu za cenę jakiegoś tysiąca funtów – chociaż rezultatem nie jest zwykle dobry plakat, ale jedynie zmarnowany obraz.

Ludzkie życie, jakkolwiek przetworzone lub oszpecone w nienaturalnym i nieharmonijnym otoczeniu, rzecz jasna zawsze pozostanie niezmiernie interesujące. Jeżeli, chcąc oszczędzić kłopotu, zaczęlibyśmy wszyscy nosić na sobie tablice reklamowe, żeby obwieszczać nasze osobiste gusta i potrzeby, to i tak sądzę, że pewna doza dramaturgii byłaby wciąż możliwa i nie mam wątpliwości, że wkrótce usłyszelibyśmy estetów ogłaszających, iż to tak samo wytworny strój, jak ten średniowiecznego herolda albo wielobarwny płaszcz biblijnego Józefa.

Wygląda na to, że nie umiemy w tym kraju swobodnie podchodzić do sztuki i piękna, odkąd pokrył nas purytański szron. Od tego czasu wciąż cierpimy na sztywność naszych estetycznych kończyn. Pewna pedanteria i afektacja, która podpięła się do niektórych aspektów sztuki, zdaje się rodzić nieufność w przeciętnym umyśle. Przeciętny umysł być może zbyt mocno nawykł do brzydoty – a wszystkim nam trudno jest się pozbyć nawyku. Świadome próby wytworzenia pięknych przedmiotów nie zawsze są przekonujące, a nawet to, co piękne nie wygląda komfortowo bez harmonijnego otoczenia. Jeśli Wenus miałaby nagle wyłonić się z jeziora Serpentine (albo z zatoki w Nowym Jorku) mogłaby zostać niezrozumiana.

Jeżeli mamy kiedykolwiek znowu cieszyć się pięknem w codziennym życiu, musi ono wyrastać naturalnie z jego zwykłych warunków, tak jak i piękna sztuka jest zawsze nierozerwalnie związana ze swoim tworzywem. Mówi się teraz często, że sztuka była zawsze w służbie majętnych i wpływowych, że była w prywatnym posiadaniu bogatych, a jej siedzibą były dwory i wielkie posiadłości. Jeśli jednak wytwory sztuki (o tyle, o ile sztuka, która oddziałuje na oko, może zostać zmonopolizowana) często stawały się prywatną własnością, to działo się to jedynie w ograniczonym stopniu i jest tylko częściowo prawdziwe; dotyczyło to samodzielnych albo malarskich form sztuki, albo antycznych bibelotów.

Sztuka, w swoich szlachetniejszych monumentalnych formach, przez samo swoje istnienie oddziaływała na całą ludność miasta lub kraju od greckiej świątyni do gotyckiej katedry wraz z orszakiem sztuk plastycznych.

Jeśli, w późniejszych czasach, artyści zostali zmuszeni do służby na rzecz królów, arystokratów, magnatów handlowych czy milionerów, a sztuka zaczęła w dużej mierze zasilać ich przepych, działo się to na koszt całego ludu. Stopniowo, z jednej strony wskutek przemian rynkowych i technicznych, z drugiej przez zachętę wynikającą z większego osobistego uznania, pozycji społecznej i sympatii (które, koniec końców, są częścią przemian rynkowych albo raczej, ich rezultatem) twórczość artystyczna coraz mocniej kierowała się w stronę form czysto malarskich, nabierając charakteru przenośnej i prywatnej własności, a jej posiadanie stało się sprawą bogatych. Jednak nawet na tym etapie, możliwe są doskonałe publiczne i państwowe kolekcje – jak na przykład nasza National Gallery, gdzie najstaranniej wybrane prace największych malarzy wszech czasów są w posiadaniu nas wszystkich.

Nastąpiła monopolizacja sztuki i ogromne masy ludzi (robotnicy, którzy tak naprawdę za nią zapłacili) zostały bądź z niej wykluczone, bądź pozbawione płynących z niej przyjemności i korzyści społecznych. Nie powinno nas dziwić, że ograniczenia w świecie sztuki poprzedziła monopolizacja ziemi i środków utrzymania. Albowiem ci, którzy odmawiają uznania, czy poszanowania wspólnych praw do ziemi i wspólnego uczestnictwa w przyjemnościach i luksusach życia, odmawiają także uznania wspólnych praw do sztuki.

Rosnąca świadomość i żądanie sprawiedliwości po stronie robotników oraz ich rosnąca siła i zdolność do organizowania się w ramach demokratycznych instytucji, będą sprzyjały zniesieniu tych ograniczeń; a rozpowszechnianie się poczucia braterstwa i współzależności wszystkich robotników wzmocni głos opinii publicznej w kwestii wykorzystywania bogactwa i społecznej wartości sztuki.

Mam nadzieję, że jako społeczeństwo nie będziemy się zadowalać tak niewielkim wpływem sztuki i piękna na nasze codzienne życie. Zaczynamy odczuwać niepowetowaną stratę i zubożenie, związane z ich brakiem, a tam, gdzie brak ich w ogóle, gdzie ich ciepłe promienie, jak te słoneczne, nigdy nie docierają, pojawia się grubiaństwo, brutalność i degradacja. Wyraźnie widać, że surowość i szorstkość manier oraz brak życzliwości łączą się zwykle u ludzi z brakiem wrażliwości na sztukę. Smak estetyczny jest doprawdy niczym szósty zmysł, dodany do pozostałych pięciu, czy raczej z nich wyrastający. A jednak jeszcze do niedawna mieliśmy zwyczaj zamykania naszych państwowych muzeów i galerii w niedzielę, tak jakby były siedliskami rozpusty, a nie źródłem wyrafinowanych, intelektualnych i moralnych inspiracji oraz bezinteresownej przyjemności. Pozwalamy, aby ściany szkolnych klas były w większości ponure i nagie, niedające wyobraźni dzieci i młodzieży większego impulsu, niż ten jaki płynie z polakierowanych, pozbawionych ilustracji map i banalnych litografii dzikich zwierząt.

 

 

Trudno się dziwić, że umysły i zdolności twórcze głodują, skoro wiemy, że niejednokrotnie dotyczy to również ciała; w ramach naszego obowiązkowego systemu edukacji ubogie dzieci często przychodzą do szkół głodne.

Jednak gdyby uznano, że warto urozmaicić codzienne życie odwołaniami do heroizmu, poezji i fantazji; gdyby edukacja była traktowana bardziej jako sposób na ukształtowanie całej ludzkiej natury, a nie tylko przygotowanie do egzystencji w rzeczywistości rynkowej, czy nie moglibyśmy, korzystając z zasobów historii i folkloru, wyobrazić sobie ścian naszych szkół i college’ów ozdobionych wspaniałymi i wzorcowymi postaciami bohaterów, twórców i bojowników o nasze wolności i wspólnotę, tak, żeby jaśniały blaskiem i siłą odziaływania? Wierzę, że zobaczylibyśmy wtedy efekty w postaci bardziej subtelnych, energicznych, życzliwych, zjednoczonych i szanujących się ludzi.

To czy takie zmiany mogą się pojawić, zanim dokonają się wielkie przemiany ekonomiczne, rozumiane jako socjalizm, jest inną sprawą (nie sądzę, żeby to było w pełni możliwe) i nie mam zamiaru stawiać estetycznego wozu przed ekonomicznym koniem, chociaż przekonanie bierze się czasem z próby zrobienia niemożliwego – albo tego, co właściwe w niewłaściwym momencie.

Społeczny charakter oddziaływania na oko uświadamia nam odruchowy impuls, który, gdy mamy przed sobą dzieło sztuki albo jakiś piękny krajobraz, wywołuje tak powszechne reakcje, jak: „Popatrz na to!”, „Och! Spójrz tu!”, „Czy widzieliście kiedyś coś równie ładnego?” i tym podobne. To pokazuje, że z reguły ludziom nie wystarczy podziwianie widoku w pojedynkę. Nie potrafią patrzeć na piękną pracę bez chęci, aby inni również ją widzieli i uczestniczyli w tym samym emocjonalnym podekscytowaniu i zachwycie.

Docenienie i zrozumienie są oczywiście również niezwykle pobudzające dla artysty. Stanowią probierz dla kruszcu jego myśli, gdy wydaje ją na świat, mówiąc mu, że jego dzieło jest prawdziwym złotem.

Dzieła sztuki są jak pytania albo problemy przedstawione publiczności przez ich twórcę. Gdy zostają natychmiast zrozumiane, artysta wie, że nawiązał kontakt ze swoim rozmówcą i przemawia zrozumiałym językiem, ale nie zawsze się tak dzieje.

Okoliczności praktykowania sztuki przeszły przemiany analogiczne do tych, jakie nastąpiły w społeczeństwie, którego sytuację sztuka zawsze odzwierciedla. Od wczesnych etapów wspólnoty i typowości form, kiedy wszystkie sztuki plastyczne łączyły się w architekturze, dając tak piękne efekty, do bardziej indywidualnego i osobistego charakteru współcześnie, szczególnie w malarstwie, możemy wytropić zmianę ducha. Wyraz artystycznej emocji i ekspresji nie jest już skupiony na ideałach religijnych, tajemnicach czy mitologiach, ale obrócił się w stronę wielobarwnych elementów ludzkiego życia i zmian oblicza natury. Jego metody nie są już tradycyjne, ale eksperymentalne, a jego punkt widzenia osobisty, tak że pozycji współczesnego malarza nie można porównać do muzyka w orkiestrze grającego swoją partię wielkiej i harmonijnej całości, ale raczej do solisty, który rości sobie całą naszą uwagę dla jego występu z konkretnym instrumentem – może nim być czasami miedziany gwizdek, albo kiedy indziej, wiolonczela w rękach mistrza.

Te okoliczności mają swój wpływ na pojedynczych artystów i coraz częściej tworzy się indywidualne reguły artystycznej osobowości, tak żeby każdy mógł być sądzony w odniesieniu do własnych zasad i zgodnie z wytycznymi estetycznego sumienia i świadomości, a te mogą odbiegać od reguł, którymi kierują się współbracia.

W każdym razie praktykowanie sztuki uświadamia wartość pewnych cnót jako środka do wypełnienia wyższych celów i ideałów. I tak dokładność w rzemiośle uczy robienia wszystkiego, co stosowne i niezbędne do uzyskania określonych celów; a rezygnacja z mniejszego piękna i pospolitych prawd pozwala osiągnąć większe piękno i istotniejszą prawdę, bo w sztuce tak samo, jak w życiu nie da się „zjeść ciastka i mieć ciastka”.

Rozsądek i umiar mają istotne role do odegrania w tworzeniu świata sztuki; podobnie jak wierność ideałowi oraz wytrwałość w mierzeniu się z wszelkimi rodzajami trudności i niesprzyjającymi warunkami, popychającymi człowieka naprzód i wymuszającymi na nim samodyscyplinę, tak, aby osiągnął cel, który sobie postawił.

Zatem praktykowanie sztuki nie jest możliwe bez aspektu etycznego, podobnie jak dzieła sztuki nie mogą być pozbawione społecznego uwarunkowania.

WALTER CRANE

tłum. Artur Urban

Pod tlenem – 55 sonetów (XXXIV)

Sonet siódmy cyklu drugiego: w cieniu zakwitających dziewcząt

Tacie, Jerzemu – w tej samej walce

Napisany przez Rilkego pomiędzy 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot, ostatni z mini-cyklu sonetów kwietnych (V, VI, VII w części drugiej Sonetów do Orfeusza) zdaje się opowiadać o najzwyklejszej czynności: oto młode dziewczęta, promieniujące ciepłem, kwitnące – zrywają kwiaty i umieszczają je w wazonie, wypełnionym wodą. Tak mógłby streścić ten wiersz tylko ktoś, kto nie czyta poetycko świata. Ktoś, kto mówi wyłącznie prozą, nie dostrzega metaforycznej, metafizycznej zatem, strony istnienia.

Poeta od samego początku sonetowego zapisu odmienia – pozornie prozaiczną – perspektywę. Zwraca się do kwiatów, które – jak pięknie, zachowując dramatyzm całego zapisanego zdarzenia, spolszcza Jastrun – „spotkało zerwanie” – a kwiaty leżały „lekko ranne i na wpół bez życia”, „czekające na wodę, która by je z zaczętej agonii / podniosła” (w oryginale, a także w przekładzie Lama, jeszcze mocniej: „z zaczętej śmierci” – „aus dem begonnenen Tod”). Mowa o sonecie, który bywa także erotykiem, o czułych palcach dziewcząt, jakie czynią cuda, przywracając ściętym kwiatom życie.

Rilke rysuje paradoks, lekko (wszak to jeden z sonetów dla zmarłej w samym środku swego kwitnienia tancerki, poprzedzający sonet osobno poświęcony innemu, bliskiemu sercu poety, zmarłemu), na pointach, a całe poetyckie wypowiedzenie dokonuje się na bezdechu: od inicjalnego słowa „Kwiaty” („Blumen”) do jedynej kropki w wygłosie wiersza: słowa tańczą. Znamy ten poetycki gest Rilkego: rozsypanie. Rozsypanie kwiatów, słów, pereł. Perły – zerwany sznur – rozsypujące się w wierszu Die Perlen entrollen, róża przepełniająca po brzegi samą siebie w wierszu Das Rosen-Innere

Co zerwane, rozsypuje się: wciąż bywa piękne, ale w Pierwszej Elegii z Duino Rilke przypomina, że piękno jest jedynie zgrozy początkiem, inicjałem przerażenia. Tu także – w sonecie – zjawia się nagłe echo Poety, którego czyta Malte (rilkeański sobowtór) w paryskiej Bibliotece Narodowej, zjawia się widmowo Baudelaire; „jak grzechy ciemne, męczące” („wie trübe, ermüdende Sünden”) to czytelna aluzja do Kwiatów zła (czy – jak spolszczali ten tytuł Adam M-ski / Zofia Trzeszczkowska i Antoni Lange – Kwiatów grzechu).

 

 

Zobaczmy, w jaki sposób polscy tłumacze poradzili sobie z jednym z najbardziej dramatycznych i najbardziej kunsztownych sonetów Rilkego (ów myślnik po słowach „zaczętej śmierci” jest majstersztykiem tematu „poezja i interpunkcja”, który w odniesieniu do Rilkego wyodrębnił Hans Georg Gadamer):

 

Mieczysław Jastrun:

 

Kwiaty, wy, rękom pokrewne w urodzie

(rękom dziewcząt z wczoraj i dzisiaj),

co często na stole leżycie od brzegu do brzegu, w ogrodzie,

lekko ranne i na wpół bez życia,

 

czekające na wodę, która by je z zaczętej agonii

podniosła znowu na ręce –

znów między tryskającymi biegunami dłoni,

czułych palców, co by mogły więcej

 

niż przeczuwacie, lekkie, pomocą swą dowieść,

gdybyście znów odnalazły się w dzbanie,

z wolna chłodniejąc, i ciepło dziewcząt, jak spowiedź

 

wydając ze siebie, jak grzechy ciemne, męczące,

kwiaty, które spotkało zerwanie,

jak związek z tymi, co wiążą się z wami kwitnące.

 

Bernard Antochewicz:

 

Kwiaty, wy w końcu pokrewne porządkującym rękom,

(do rąk dziewcząt niegdyś i dzisiaj podobne),

na ogrodowym stole od brzegu do brzegu

leżały, delikatnie zranione, zmęczone,

 

łaknące wody, by wskrzesiła je zanim

skonają w zaczętej agonii –, i teraz

prostujące się między biegunami

czułych palców, co uczynić mogą nieraz

 

więcej, niż wy, lekkie, przeczuwałyście może,

nim się znowu razem znalazłyście w dzbanie,

z wolna chłodniejąc i ciepło dziewcząt jak spowiedź

 

z siebie wydając, niby udrękę grzechami,

które zrywanie popełniło, jako odnawianie

więzi z nimi, które kwitnąc, łączą się z wami.

 

Adam Pomorski:

 

Kwiaty, o wy, zaślubione wnoszącej ład ręce

(ręce dziewczęcej sprzed lat i teraz),

stół ogrodowy bez sił w łagodnej swej męce

zaściełające pokotem nieraz,

 

wody spragnione, co raz jeszcze ma je wskrzesić

w śmierci początku –, na powrót ująć

w promieniujące bieguny palców, zawiesić

w czułym dotyku, co więcej by ująć

 

ciężaru mógł, niż przeczuwacie, tak wiotkim,

gdy na powrót spotkacie się w dzbanie,

stygnąc i ciepło dziewczęce, jak gdyby wyznanie

 

win nużących wytchnąwszy, na nieczystym sumieniu

własnym ciążących zerwaniem: jak słodkim

ponownym związkiem z tymi, co się z wami skojarzą, kwitnące.

 

Andrzej Lam:

 

O kwiaty, w końcu dłoniom przyjaznym zwierzone

 (dziewcząt dalekich nam i bliskich w czasie),

któreście w obfitości na stole w ogrodzie

leżały smutne, powiędłe i blade,

 

czekając wody, która was podniesie

z zaczętej śmierci –, i oto już właśnie

wstające między bieguny zbawienne

troskliwych palców, co za chwilę sprawniej

 

pomogą wam, niż, wiotkie, przeczuwacie,

gdy już znajdziecie się w chłodnym wazonie,

rzeźwiącym, ciepło dziewczęce jak spowiedź

 

wydając z siebie, jak winy wyznane,

poczęte od zerwania, zapowiedź powrotu

do tych na grzędzie, kwitnących pospołu.

 

Dopiero gdy przyjrzeć się polskim przekładom, widać, jak trudny to wiersz. Tłumacze są zgodni tylko w jednej – ewidentnej zresztą kwestii – że jedyna w tym sonecie kropka to ta, która zamyka poetyckie wypowiedzenie. Trzej inicjują wiersz tym samym słowem, co Rilke – „Kwiaty” – Lam (emfatycznie, co tu zbędne) podwyższa rejestr, dając w nagłosie „O kwiaty”. Wszyscy starają się też zachować przerzutnię międzystroficzną (tym silniejszą, że występuje na granicy między częścią opisową a refleksyjną sonetu), jednak semantykę tego enjambement, właściwą dla oryginału, zachowuje jedynie Jastrun. On też najmniej „opowiada”, „relacjonuje”, „wyjaśnia” – właściwie wcale, stara się natomiast zachować szczególną poetykę Rilkeańskiego zapisu, owo rozsypanie więdnących kwiatów, przywróconych na chwilę do życia dzięki dziewczęcym dłoniom, które dają im ciepło własnego kwitnienia i chłód wody w dzbanie. Ciepło – by żyły, chłód – by żyły. Tylko czytając przekład Jastruna mam nieodparte wrażenie, że czytam ekwiwalent oryginału. Może w tym sonecie jeszcze bardziej niż w innych. Jastrun ani nie upraszcza, nie „wykłada” Rilkego, ani go nie komplikuje, nie daje sobie prawa do amplifikacji. Podąża duktem wiersza.

Sonet siódmy części drugiej domyka mały, wewnętrzny cykl o kwiatach, także o tych, które „spotkało zerwanie” i które, czule ratowane przez zakwitające dziewczęta, trwają jeszcze jakiś czas przy życiu. Doświadczenie śmierci, królewski temat poety z Pragi, wraca w kolejnym sonecie, dedykowanym pamięci Egona Rilkego, wraca jak piłka rzucona w górę przez dziecko. Tę sonetową opowieść o trajektorii życia zapowiadam – w Wigilię świąt Bożego Narodzenia, gdy odnawia się nadzieja, powraca światło.

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

Dwa wieki temu. Dekabryści

To zwykle zaczyna się na jakimś placu, na który spływają, wzbierają i łączą się: gniew, rozpacz i entuzjazm. Warszawski plac Stalina w 1956 roku, plac Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, plac Błotny w Moskwie, kijowski Majdan. Tam zaczynają się wielkie sprawy i tam kończą, albo i jedno, i drugie.

Dwieście lat temu, 26 grudnia 1825 roku na plac Senacki w Petersburgu wyszli żołnierze i oficerowie. Dwa tygodnie wcześniej umarł Aleksander I, na wakującym tronie miał zasiąść Mikołaj. Według starszeństwa należał się on wielkiemu księciu Konstantemu, temu jednak wystarczała Polska i żona Polka. Tym niemniej żołnierze krzyczeli: „Niech żyje Konstanty!”, a niektórzy ponoć dodawali: „I jego żona Konstytucja!”.

Tę konstytucję, którą sołdaci uznali za imię własne, podrzucili oczywiście dekabryści, którzy od kilku lat tworzyli siatki konspiracyjne Związku Północnego i Związku Południowego.

Zbuntowanych rozpędzono, aresztowano około trzech tysięcy mężczyzn, stu dwudziestu buntowników skazano na katorgę. Po złagodzeniu wyroku, powieszono pięciu: Michaiła Bestużewa-Riumina, Piotra Kachowskiego, Siergiej Murawiowa-Apostoła, Pawła Pestela i Kondratija Rylejewa.

W piątą rocznicę ich procesu, w powstańczej Warszawie Towarzystwo Demokratyczne zorganizowało ich symboliczny pogrzeb, przemarsz z pustymi trumnami. Pod naciskiem tej demonstracji Sejm uchwalił detronizację Mikołaja I jako króla Polski.

 

Kaźń dekabrystów, rysunek Aleksandra Puszkina

 

*

Kilka lat temu w jednym z antykwariatów znalazłem rękopis listu z Petersburga, którego autor, rzecz jasna oględnie, informuje o przebiegu zdarzeń po wyroku i kaźni.

Adresata nie znamy. Nadawcą był jezuita Stanisław Czerski (1777 – ?). Przez pewien czas był nauczycielem historii, literatury i prawa w szkole w Kownie, a w 1819 roku jego posadę objął Adam Mickiewicz, gdy Czerski ruszył w podróż po całej Europie dla przeprowadzenia kwerend do słownika łacińsko-polskiego. Przy okazji na zamówienie księcia Adama Czartoryskiego zbierał materiały dotyczące historii Rzeczypospolitej. Po powstaniu listopadowym został aresztowany. Zmarł w Woronie na Litwie. Kiedy dokładnie, nie wiadomo. Pozostał po nim wydany Słownik łacińsko-polski, przekład na łacinę ody Gawriiła Dierżawina Bóg, pośmiertnie wydana historia Wilna, a także religijne miedzioryty.

Początek listu, dość niejasny, dotyczy „prezenty”, czyli rekomendacji na jakieś beneficjum lub urząd. Można podejrzewać, że musiała ona być zatwierdzona przez instytucję państwową, tu w osobie hrabiego Aleksandra. Czy nie szefa III Oddziału Kancelarii Osobistej Cesarze, czyli Aleksandra Benkendorfa?

 

Jaśnie Wielmożny Mci Dobrodzieju.

Wczoraj osobiście na daczy Hrabia Aleksander w najgrzeczniejszym sposobie wręczył mi prezentę podpisaną przez niego i przez wszystkich z jego familii, należących do tego aktu. Hrabia ten bardzo łaskaw jest na mnie; prezentę odsyłam do Jaśnie Oświec. naszego Pasterza [zapewne biskupa – P. M.]. Dziękuję najuprzejmiej Jaśnie Wielm. Panu za ten dowód Jego przyjaźni i uważam to jako zakład Jego dalszych względów na mnie.

Poważam się donieść z naszych wiadomości: Ukończył się wreszcie sąd główny na spiskowych, osądzono 36 na śmierć, z tych 5 na ćwiartowanie żywcem, resztę z nich na ścięcie, innych winowajców na katorżne roboty, lecz Najjaśn. Cesarz raczył wyrok złagodzić, pięciu tylko powieszono na łące przed fortecą o godzinie 4tej rannej 13go bieżącego miesiąca, reszty, pozbawionej szlachectwa i czynów spalono tamże mundury, oznaki i szpady, i zgodnie do wykroczenia rozesłano, wszyscy doznali umniejszenia kary i ułaskawienia Cesarza. Exekwowanym dniem wprzód przysłano xięży do dysponowania. Po exekucji była uroczysta expijacja, mniejsza przed senatem, msza, Te Deum, bicie z dział itd. Dziś Najjas. Cesarz wyjeżdża na koronacją. Hrabiowie powrócili z łagier i mieszkają na daczy. Posyłam Jasn. Wielm. Panu cały proces i wyrok w druku.

Na prezencie postrzegam użyty papier od 3 rubli asig [asygnaty – P.M]. Wrócę należność w 7brze, kiedy mam być niezawodnie w tamtych stronach i pokłonić osobiście J.W. Panu.

Zostaję Jaśnie Wielm. Pana Dobrodzieja

najniższy sługa

Kanonik Czerski

Petersb. 1826. 17. Julii

 

P.S. u nas ciągle przykrzące się upały, siano znacznie podrożało.

 

 

W Rosji, dopóki istniało Imperium uważano dekabrystów za zdrajców i bluźnierców. W czasach sowieckich różnie bywało. Dziś właściwie, ze zrozumiałych względów, jako dysydenci statusu bohaterów narodowych nie mają.

Sprawiedliwość oddano im w roku 1917, po rewolucji lutowej. Wtedy też Osip Mandelsztam napisał ten wiersz:

 

Dekabrysta

– Świadectwem temu senat pogaństwie Rzymu:

Ta sprawa nigdy nie umiera! –

Otulił się szlafrokiem, wypuścił kłąb dymu.

Ktoś do gry w szachy się zabiera.

 

Oddał sny o potędze za lochy zapadłe,

Sybirską głuszę i niedolę,

Za pokrętny cybuszek i usta zajadłe,

Za prawdę na tym łez padole.

 

Pierwszy raz dąb germański szumiał wybujały,

Europa zapłakała w pętach,

Dęba rumaki czarnej kwadrygi stawały

Na triumfalnych monumentach.

 

Poncz błękitny, bywało, w szklanicach się jarzy,

Z szerokim szumem samowara

Nadreńska przyjaciółka po cichu gwarzy –

Wolnych nucąca pieśń gitara.

 

– Wolnością jeszcze głosów fermentuje zamęt,

Obywatelstwa słodycz wchłania! –

Ale ofiary ślepy nie żąda firmament:

Raczej już pracy i wytrwania.

 

Wszystko się pogmatwało, nie ma już nikogo,

By rzec, jak stygnąc w beznadziei

Wszystko się pogmatwało, a powtarzać błogo:

O, Rosjo, Leto, Lorelei.

 

Druga połowa czerwca 1917

Tłum. Adam Pomorski

Zamieszkać w małym Betlejem

Stawiam pytanie o początek Wcielenia, mając na myśli początek w czasie, nie zaś w odwiecznym zamyśle Stwórcy. Dwie wersje Ewangelii (bo tylko w nich jest mowa o narodzeniu Jezusa, mianowicie u św. Łukasza i św. Mateusza) nie określają, kiedy ten historyczny fakt nastąpił? Z tej racji zaczęto podejmować próby ustalenia roku narodzin Boga-człowieka. W połowie VI wieku na życzenie papieża Jana I scytyjski mnich Dionizy Mały ustalił poszukiwaną datę na 25 grudnia 753 roku od założenia Rzymu, co stało się podstawą do wprowadzenia nowej rachuby czasu i wyznaczyło rok 1 naszej ery na 1 stycznia 754 roku od założenia Rzymu. Niestety, współczesne badania uświadamiają, że wspomniany mnich popełnił błąd, umieszczając narodziny Jezusa kilka lat później, niż się to rzeczywiście wydarzyło (około 4-7 r. p.n.e.). Natomiast obchody święta narodzenia Jezusa weszły w porządek obyczaju liturgicznego najprawdopodobniej w pierwszych dziesięciolecia IV wieku, jako konsekwencja wzniesienia w Betlejem bazyliki Narodzenia, tuż nad grotą, w której doszło do tajemnicy Wcielenia. W każdym razie istotne pozostaje, że Jezus zjawił się na świecie w konkretnym miejscu i czasie, za panowania cesarza Oktawiana Augusta, na krótko przed śmiercią lennego władcy Judei, Heroda Wielkiego.

To była już wówczas niesłychana wieść: oto zwykła dziewczyna, żyjąca na najniższym stopniu społecznego uznania będzie matką Boga. Anielski posłaniec oznajmił jej przecież: „Jesteś łaski pełna”, a więc przeniknięta duchowym pięknem, moralną harmonią, prostotą i pokorą. Dlatego umiała przyjąć dar niebiańskiego macierzyństwa, doświadczając związanych z tym niepokojów i strapień, chociaż św. Łukasz podkreśla, że to narodzenie Jezusa miało przebiegać w sposób cudowny, pozbawiony boleści i wysiłku, jak promień z gwiazdy. Mogła więc stać się „drugą Ewą”, uczestniczyć w czuwaniu nad historią zbawienia, pełną paradoksów i zaskoczeń. A Józef, cieśla z Nazaretu, kim był? To przykład kogoś, o którym niewiele wiemy, chyba że wczytamy się w opowiastki apokryficzne, które obracają się w kręgu dalekim od historycznej prawdy. To równocześnie ktoś, kto znajdował się w centrum życia Jezusa w Jego latach dziecięcych i młodzieńczych. Po wydarzeniu w świątyni Jerozolimskiej teksty Nowego Testamentu już o Józefie nie wspominają. Nie tylko to mnie zawsze dziwiło, ale również i to, że w tradycyjnej ikonografii przedstawiano Józefa na ogół jako starca. Tymczasem był raczej w młodym wieku, w sile męskości i urody, odpowiedniej dla takiego etapu życia, pełen ideałów związanych z zaręczynami z Maryją, w wyniku których stał się z nią prawnie zaślubiony, choć jeszcze nie mógł z nią razem zamieszkać. Gdy więc Maryja stała się brzemienną, Józef znalazł się w moralnej rozterce. Czyżby to Ona zawiodła? Ale na to pytanie nie mógł znaleźć odpowiedzi, bo żadne z nasuwających się rozwiązań nie mogło dać racjonalnego wytłumaczenia. Mimo to Józef nie chciał rzucić cienia na Tę, której zaufał. Nie mógł wydać jej na ukamienowanie albo przekazać oficjalny list rozwodowy. Postanowił więc potajemnie odprawić małżonkę, bo przedkładał miłość ponad sprawiedliwość żydowskiego prawa, mimo że to prawo skrupulatnie przestrzegał, a może nawet zamierzał sam siebie postawić w stan oskarżenia i odejść.

Ewangelista Mateusz w przedstawianej sprawie stosuje pewien zabieg narracyjny, wprowadza mianowicie w snutą opowieść wątek wizji sennej o ukazaniu się anioła Józefowi, który dowiaduje się, że zdarzyło się coś niewiarygodnego. Oto Maryja poczęła poza porządkiem naturalnym, w obłoku Ducha Świętego, a on ma przyjąć to Dziecko, nadać mu imię i uznać je za własne. Może to uczynić, jest bowiem ostatnim ogniwem królewskiego rodowodu – „synem Dawida” i ma do spełnienia ważną rolę w przekazaniu Dawidowego pochodzenia Jezusowi. W ten sposób dopełnia się rodowód Jezusa tak misternie skomponowany przez Mateusza, gdzie Józef zostaje nazwany „mężem Maryi”, a nie biologicznym ojcem Jezusa. Toteż jako legalny syn Józefa, Jezus zyskuje wszelkie pełnomocnictwa wraz z dziedziczeniem królewskiego, Dawidowego pochodzenia Józefa. Ta wiadomość wystarczyła Józefowi. Zniknęły znaki zapytania. Wrócił blask promieniujący ze Słowa, które przyoblekło się w ciało i zamieszkało wśród nas (J 1,14 καὶ ἐσκήνωσεν ἐν ἡμῖν, et habitavit in nobis). Owo „zamieszkiwanie” określa nie tylko realną obecność w świecie, ale konstytuuje nad podziw głęboką więź z człowiekiem, sugerując architektoniczną postać (namiot, tabernakulum), która gwarantuje bezpieczeństwo pod czuwającym spojrzeniem Stwórcy.

Ale to, co uspokoiło Józefa, w dalszym ciągu niepokoi nas. Bo już prawie nie wierzymy w misterium i bardzo trudno nam pojąć (gdyż wszystko ma mieć naturalną przyczynę), że do tej wyjątkowej sytuacji trzeba przystępować z niezwykłą kulturą serca, z wyjątkową dyskrecją i powściągliwością pełną czci. Trudno też nam uchwycić, że to wydarzenie nie zostało nam dane jako zagadka dla umysłu, ale objęło całe nasze człowieczeństwo: rozum, wolę, serce jako wyjątkowe bogactwo, świetlista szczelina z innego świata, przez którą pada na naszą stronę promieniowanie otuchy i pociechy. Trzeba jedynie uchylić te drzwi, by Chrystus zamieszkał w nas jak w małym Betlejem. Żyć z trwałym przekonaniem o natchnionym sensie wiary i o tym, że to, co nas spotyka w życiu i to nasze życie kształtuje, nie zależy jedynie od naszych wysiłków, lecz zasadniczo rodzi się za sprawą Ducha Bożego.

 

Andrea della Robbia (La Verna, Basilica Maggiore), fot. J.S.

 

Kiedy anioł Gabriel odszedł od Maryi, ona nie została sama. Był z nią Bóg i już niebawem po narodzeniu, Maryja, Józef i Jezus gotowali się do podjęcia tułaczki. Ta brutalna konfrontacja wcielonego Boga z realiami świata nie oznaczała zgody na dziejące się krzywdy, raczej wskazywała na chęć przyjęcie nieznanego i nieoczekiwanego, jako gest solidarności z wypędzanymi, nękanymi i prześladowanymi. Wciąż ich nie brakuje, i to nie tylko z powodu coraz bardziej wyrafinowanych form międzynarodowych konfliktów, również dzięki rosnącej bezduszności i nietolerancji środowiskowej, nierzadko ponawianej w imię szczytnych ideałów.

Trudno, doświadczamy kryzysu sięgającego niemal wszystkich wymiarów kultury, zwłaszcza antropologii, metafizyki, religii, sztuki, polityki. Onegdaj Antoni Gołubiew w zbiorze esejów Poszukiwania (Kraków 1960) przypominał, że każda epoka wielkiego napięcia religijnego dawała wielką sztukę konfesyjną, może z wyjątkiem pierwszych wieków chrześcijaństwa. A dziś? Te stajenki betlejemskie, będące zbiorem pseudosielskich pastuszków, nadętych królów i rachitycznych owieczek, co ma poniekąd uzmysłowić hołd wszystkich ludzi dobrej woli oddany Słowu Wcielonemu, a jest tandetną dekoracją, wypraną z jakiegokolwiek wyrazu. Tymczasem Matka Boska nie jest „różowo-niebieska”, święci nie są bezmyślnymi lalkami, stajenka nie jest sentymentalnym obrazkiem. Pokój i spokój świętości osiąga się długim trudem i twardą walką, mozołem i znojem. Jaki ton nadaje naszym religijnym przeżyciom tego rodzaju sztuka dewocyjna? Najczęściej ubarwienie najbanalniejszego lazuru i łatwiutkiej różowości – i taki akcent ma wychowywać modlących się ludzi, mówiącego homilie kapłana, zabłąkanego przypadkiem do kościoła niewierzącego, który może z trudem szuka prawdy i odnaleźć jej nie umie. Czy któremuś z nich wspomniana kiczowatość ukaże, czym jest religia?

 

Andrea della Robbia (La Verna, Basilica Maggiore), fot. J.S.

 

Dodajmy do przywołanych i dosyć oczywistych uwag kwestię znacznie poważniejszą. Wszystkie możliwe do zrealizowania konsekwencje sekularyzacji, zdziczenia obyczajów, zaniku autentycznych relacji międzyludzkich, akceptacji manipulacji genetycznych, zmiany statusu rodziny i tym podobne – na naszych oczach stają się zaraźliwym lekarstwem. Następuje techniczna transformacja świata, która nie dotyczy jedynie sfery technologicznej, ale przede wszystkim samych ludzi, ich sposobu myślenia, postrzegania i rozumienia rzeczywistości, nie wyłączając kwestii powiązanych z organizacją życia zbiorowego, wychowania i legitymizacji władzy. Tacy myśliciele jak Martin Heidegger, Ortega y Gasset, Jacques Ellul czy Jürgen Habermas zdają się postulować, że zdobycze techniczne urastają do wymiarów systemowej ideologii, której potęgi nie jesteśmy w stanie oszacować ani określić, przeczuwając jej bardzo negatywne, wręcz apokaliptyczne skutki zwłaszcza w obszarze humanizmu, etyki, prowadzące w prostej linii do budowy „ery postludzkiej”. Heidegger w sposób charakterystyczny wiązał ten proces z koncepcją własnej metafizyki. Spojrzał na byt z technicznego punktu widzenia, co oznaczało ujęcie owego bytu jako przedmiotu kalkulacji i planowania, który w związku z tym musiał popaść w zapomnienie. Prawdziwe myślenie zostało więc zaprzepaszczone i dlatego filozof z Badenii starał się je odnowić, o czym świadczy procedura przywracania znaczeń takim słowom jak „troska”, „bliskość”, „spokój”, „dar”, odnoszonych do porządku ludzkiego, na którym zdaje się zatrzymywać jego myśl, zaniepokojona wszakże tym, że współczesne odejście bogów, w tym Boga chrześcijan, z przestrzeni duchowej i kulturowej, nie bywa odbierane przez wielu ludzi jako dotkliwy brak, choć tęsknota za transcendencją pozostaje.

Przyjąłem tę perspektywę interpretacyjną z przekonaniem, że zdołamy przebić się przez mgły zalegające nad adwentowym czasem i świadczyć o prawdzie Wcielenia, dosłyszeć, że do najważniejszych momentów życia należą spotkania, kiedy odwiedzamy się nawzajem, albo spotykamy niespodzianie. Widząc się twarzą w twarz, jesteśmy w stanie głębiej się poznać, ujawnić nieco ze swej osobowej niepowtarzalności, przeprosić za urazy, niezręczności czy zadany ból. Trzeba tylko wzmóc wysiłek i wyruszyć w drogę. Adwent to taki moment wskazanej wędrówki do Boga, w której jakby Boga w nas jeszcze nie było. Proszę odpowiednio zrozumieć to, co piszę. Nie chodzi tu o to, że w ogóle Boga nie spotkaliśmy. Ponieważ jednak istnienie jest uwikłane w sieci najróżniejszych przygodności, wszystkie ludzkie ukierunkowania ku Niemu nie mają pełnego wymiaru. Wydobywają się poniekąd z mroku ułomności, z mroku kultury, która traci religijną pamięć i zdaje się coraz bardziej polegać na sobie i swych możliwościach. Tym bardziej więc adwentowe oczekiwanie warto przestawiać na tory przyszłości, nie tej odległej, ledwie wyobrażalnej, ale nam najbliższej. Pierwsi chrześcijanie przyjmowali, że powtórne przyjście Jezusa (Paruzja) wydarzy się jeszcze za ich życia, stąd ich oczekiwanie zyskiwało niezwykłą gęstość egzystencjalną. On co prawda nie określał bliżej tego momentu, nie ujawniał „struktury” obiecanego Królestwa. Wyrażał się o nim metaforycznie, w przypowieściach.

Oznacza to, że dla chrześcijan liczy się nie tyle znajomość daty końca dziejów, ile raczej nieustanne umacnianie chęci życia zgodnego z ewangelicznym duchem, z wymaganiami, które wypływają z „godziny Jezusa”, czyli z Jego śmierci i zmartwychwstania. Istotny jest czas Kościoła, rozpoczynający się od Zielonych Świąt i trwający nieprzerwanie aż do eschatologicznego wypełnienia się ostatecznego „dziś”. W nim chrześcijanie mogą realizować ewangeliczne powołanie. Nie muszą już czekać na Mesjasza, jak Żydzi, gdyż w Jezusie „czas się wypełnił” (Mk 1,15). Nastąpiła, by tak nazwać, temporalizacja Boga, dzięki czemu możliwe stało się uczestnictwo człowieka w tajemnicy zbawienia. W związku z tym, życie – nie tylko ludzi wierzących – ma nabywać takich energii, dzięki którym będzie się stawać żywym domem, gdzie może się rodzić i zatrzymywać Chrystus.

 

Andrea della Robbia (La Verna, Basilica Maggiore), fot. J.S.

 

Skoro tak, czekajmy na Boże Narodzenie z nieukrywaną radością, choć nie będzie to łatwe. Jako że opanowała nas apatia i powoli zapominamy, że nic, co ludzkie, nie jest i nie może być obce samemu Bogu. To On wędruje z nami i zbawia w ziemskich mrocznych dziejach. Z wyłuszczonego powodu powinniśmy okrywać Boga na nowo, uczyć się od początku dosłowności obietnicy, że Mesjasz-Emmanuel naprawdę przychodzi, dotyka nas w aurze jednostkowej wrażliwości i podatności na zranienia. Warto nazywać te różnorodne miejsca dotyku Boga, warunkowane niepowtarzalnością każdego z nas oraz stylem decyzyjnej aktywności. Z tak wyostrzonym rozumieniem sytuacji, w jakiej istniejemy, usiądźmy do tegorocznej wigilijnej wieczerzy. Choćbyśmy nie mogli być wszyscy razem, choćby rozdzielała nas siła społecznopolitycznych wyborów – nie zamartwiajmy się. Zachariasz, ojciec Jana Chrzciciela wyśpiewał radosne uwielbienie. Miał ku temu powody. My też je mamy. Boga z naszego życia i ze społeczeństwa, które współtworzymy, nic ani nikt nie zdoła wykorzenić. Można Go wyrzucić z osobistej świadomości, wyszydzić tych, którzy dążą do przepajania miłością najdrobniejszych czynów przez siebie podejmowanych, nie bacząc na podszepty świata narzucającego z przemożną siłą określone style obecności moralnej i obyczajowej.

Wszak nie sposób Boga zabić w żywym, wierzącym sercu. Gdyby nawet chrześcijan zamknięto w odosobnionym getcie, zrujnowano świątynie i zmusiło do milczenia, pieśń adoracji za dary płynące z nieba nie przestanie rozbrzmiewać. Biały, lśniący czystością opłatek zawsze będzie łączył i gromadził wokół siebie osoby kształtowane przez religijne widzenie rzeczy. Rozpoznających, że świąteczna – zresztą nie tylko świąteczna – codzienność nie może być wypełniona życzeniami, ale nadzieją. Mamy mnóstwo zamierzeń i nasze oczekiwanie często jest w nie uwikłane. Chcemy, żeby było lepiej, zgodnie z najskrytszymi pragnieniami. Jeśli dzieje się inaczej, wpadamy w odrętwienie i marazm, choć ważna jest akurat pogoda ducha.

Maryja i Józef nie byli przeciążeni nadmiernymi zamiarami. Umacniało ich natomiast zaufanie, że coś się spełni, ale spełni zgodnie z obietnicą, a nie z wątpliwymi zamysłami. Byłoby doprawdy czymś fatalnym, żebyśmy w niezwykły wieczór, tuż przed Pasterką, dali się ponieść marzeniom, nie zaś nadziei. Bądźmy tedy, na ile to możliwe, razem w rodzinnym gronie, a nawet kiedy jesteśmy samotni. Miłość, żeby rozkwitać, nie potrzebuje wielkiej przestrzeni, ani wyjątkowego blasku. Wystarczy jej żar wewnętrznej czułości oraz camera obscura, czyli duchowe oko patrzące odpowiedzialnie i pokornie na rzeczywistość i tajemnice ją przenikające.

ks. JAN SOCHOŃ

Korespondencja z Krystyną Marek (10)

JERZY STEMPOWSKI DO KRYSTYNY MAREK

Muri (Berne), 27 października 1945

Thunstr. 29

Kochana, droga Panno Krystyno,

Niewymownie ucieszyłem się z Pani listu, za który najserdeczniej dziękuję. Nie odzywała się Pani do mnie przez dwa lata, w ciągu których w Pani okolicach padały różne latające bomby [1], i nieraz myślałem o Pani z troską i niepokojem. Z tym większą radością widzę, że Pani jest nie tylko zdrowa, ale żwawa i myśląca jasno, zupełnie nie po londyńsku. Szkoda tylko, że Pani się tyle napracowała na próżno, bo z całego tego epizodu nic nie wyszło i gdybyśmy przez ten czas spali, sytuacja nasza nie byłaby wcale gorsza, a może nawet nierównie lepsza. Nasz tutejszy poseł, Aleksander Ładoś, w słusznym rozpoznaniu tej koniunktury mówił mi nawet wiosną tego roku, że „teraz jest najlepszy czas do tego, aby nic nie robić” [2]. Niestety i on nie utrzymał tej linii metodycznie i trafił na boczny tor, bo będąc przekonanym protagonistą rządu warszawskiego, został mimo to emigrantem. Ja okazałem więcej konsekwencji, bo w czasie zmiany warty w Bernie [3] dla uniknięcia zbytecznych rozmów ukryłem się w górach na kilka tygodni i dopiero po powrocie zastałem tu Pani miły list. Kiedy inni szarpali sobie nerwy, przeszedłem pieszo główny łańcuch Alp, robiłem studia archeologiczne na włoskiej granicy i w wyniku zdrowego życia wygrałem wreszcie cross country [4] na sześć km przeciw partnerom o piętnaście lat młodszym ode mnie. W rezultacie mam teraz dużo pracy i nadziei. Przyszły do mnie różne bardzo interesujące zagadnienia i zadania praktyczne, którym muszę dawać rady na własną rękę, nie mając nigdzie kontaktów i oparcia.

Przez całe blisko pięć lat pobytu w Muri zawsze gratulowałem sobie, że nie jestem w Londynie, który wydawał mi się najbardziej pustym i jałowym politycznie miejscem na całym świecie. Z Pani listu widzę, że Londyn stał się światową stolicą katzenjammeru, że tam jest najgorszy cafard après la fête [5]. Aby Panią trochę pocieszyć, powiem, że my tu na kontynencie nie bierzemy wcale tak na serio tego wszystkiego, co wielkie mocarstwa wyprawiają w San Francisco [6] i w Londynie. Zaledwie że roztargnionym okiem czytamy w największym streszczeniu mowy tamtejszych mężów stanu, bo czytanie ich in extenso uchodzi u nas za niepowetowaną stratę czasu. Dla charakterystyki tutejszej oceny sytuacji opowiem taką na przykład konwersację: W Genewie zasiada od roku niewielki komitet prywatny złożony z różnych ci-devant [7] mężów stanu kontynentalnych, dyplomatów i finansistów zajmujących się studiowaniem zagadnień kontynentalnych. Zgromadzenie tego komitetu kosztowało m.in. i mnie dwa lata rozmów i podróży. Jeden młody Rumun mówił mi przy tym: strzeżcie się wszystkich ludzi mających teraz jakieś stanowisko lub kandydujących na ministrów, bo za rok wszyscy będą niczym; o każdym pomyślcie naprzód, jak on będzie wyglądał, kiedy zamieszka w suterenie, i rozmawiajcie tylko z takimi, o których myślicie, że i w tej sytuacji będą mieli jakieś znaczenie. W tych okolicznościach po różnych próbach, zaczęliśmy szukać tylko ludzi wybitnie inteligentnych w nadziei, że ta właściwość zostaje po utracie stanowiska i majątku. Otóż w tym komitecie uprosiliśmy jednego byłego sędziego trybunału haskiego [8], aby przeczytał i zreferował nam pakt z San Francisco i sytuację przewidzianą tam dla mniejszych państw [9]. Nikt z nas nie decydował się czytać sam tego dokumentu, sądząc, że za rok lub dwa jego znajomość będzie już zupełnie zbyteczna. Po wysłuchaniu referatu sędziego, prezes naszego komitetu zwrócił się do najstarszego z nas, który był siedem razy ministrem w swoim kraju z taką apostrofą: Jako najdoświadczeńszy z nas wszystkich, niech pan powie, czy będąc ministrem spraw zagranicznych swego kraju, podpisałby pan taki dokument? Dodam tu, że przedtem inny członek naszego zgromadzenia, powracający z San Francisco, opowiedział, jakimi gangsterskimi sztukami zmuszono do podpisania paktu Van Kleffensa [10] i innych przedstawicieli mniejszych państw. Zapytany pomyślał chwilę i powiedział, że podpisałby. Dlaczego? Dla dwóch motywów: Podpis położony w takich okolicznościach nie pociąga za sobą żadnych zobowiązań moralnych i tego wielkie mocarstwa nie mogą od nikogo oczekiwać. Po wtóre, traktaty tego rodzaju są tylko częścią składową okupacji wojskowej i ważne są jedynie na czas jej trwania, ale ani chwili dłużej. Kiedy armia okupuje jakiś kraj, każdy oficer wydaje rozporządzenia i miejscowe władze municypalne muszą je brać na serio, ale po odejściu wojsk nikt nie zadaje sobie nawet trudu abrogowania [11] tych rozporządzeń jako siłą rzeczy już nieważnych.

Z tej rozmowy widzi Pani, jak my tu lekko to wszystko traktujemy, co w Londynie napełnia smutkiem i zgorszeniem. Wszystkie akty zwycięskich mocarstw budzą na kontynencie ten sam opór moralny co Neuordnung Hitlera. W ciągu bieżącego roku przekonaliśmy się, że wszystkie traktaty spisane na kontynencie za czasów Hitlera i Mussoliniego okazały się nuls et non avenus [12]. Nie wiem, jak po tej nauce poglądowej wielkie mocarstwa, dając mniejszym do podpisu traktaty zatknięte na końcu bagnetu, mogą spodziewać się, że traktaty te spotka los inny od wszystkich poprzednich podpisanych w podobnych warunkach.

Czy pamięta Pani, w jakich warunkach Trocki [13] podpisywał traktat brzeski? [14] W pierwszej fazie rokowań Trocki godził się tylko na podpisanie rozejmu, wobec czego państwa tzw. centralne rozpoczęły na nowo wojnę, posuwając się – przy braku oporu strony przeciwnej – o 200 km w głąb Rosji. Kiedy wojska ich doszły do Petersburga, Trocki zgodził się na nowe rokowania. W Brześciu powitali go już nie cywile, Czernin i Kühlmann, ale generał Hoffmann, oświadczając, że państwa centralne przygotowały projekt traktatu i proszą o zajęcie doń stanowiska w ciągu 48 godzin. Na to Trocki porywczo zapytał: gdzie jest miejsce na podpis? I wśród ogólnej ciszy powtórzył: gdzie jest miejsce na podpis? Pierwszy zorientował się Hoffmann i najsłodszym głosem zaczął tłumaczyć, że projekt nie ma bynajmniej charakteru ultimatum, że wręcz przeciwnie państwa centralne pragną pokoju opartego na wspólnym porozumieniu itd. Trocki czekał tylko, aż Hoffmann skończy mówić, i z właściwym sobie nachalstwem oświadczył, że Rosja zdemobilizowała [swoją armię – przyp. edytorów], nie jest więc w stanie stawić oporu i ulegając przemocy musi przyjąć wszelkie warunki. Dlatego, powiada, nie mam potrzeby czytać waszych projektów i przyślę tu mego sekretarza Sokolnikowa [15], który, opatrzony należytymi pełnomocnictwami, przyjmie do wiadomości i podpisze wasze propozycje. Podpisany w takich warunkach traktat ten jest ważny tylko tak długo, jak [długo – przyp. edytorów] trwają warunki, w których został podpisany. Z tymi słowy Trocki wyszedł [16]. Oficer austriacki, który jako świadek tej sceny opowiadał mi jej przebieg, mówił, że konsternacja dyplomatów i generałów państw centralnych nie miała granic. Tego dnia stało się dla wszystkich jasne, że wojna została przegrana. W całym brzeskim towarzystwie Trocki jeden był wykształconym człowiekiem, czytał Liwiusza i Makiawela i wiedział, że nawet kraj pobity i zmuszony do kapitulacji może grozić, jeżeli ma świadomość swej sytuacji [17].

Pośród współczesnej dewaluacji słów największe może przesunięcie semantyczne wykazuje słowo REALIZM. W obecnej terminologii angielskiej wyraz ten oznacza zazwyczaj fantasmagorie najbardziej oddalające się od wszelkiej trzeźwej oceny faktów. W naszej Europie wschodniej przez tyle wieków przeżuwaliśmy myśli Zachodu, że przeoczyliśmy moment, kiedy po dwóch pokoleniach pragmatystów i bergsonistów pogardzających inteligencją myśl stała się najsłabszą częścią cywilizacji zachodniej, znacznie mniej udaną np. od techniki, sportu, malarstwa, sztuki kulinarnej itd. Myśl jest dziś tak źle dopasowana do tej cywilizacji, że dla ludzi Zachodu myślenie stało się zajęciem niezdrowym, jak dla przysłowiowego indyka, który myślał, myślał i zdechł. Po co np. mieszkańcy Londynu i New Yorku mieliby teraz myśleć, że po Hiroshimie i Nagasaki następne bomby atomowe muszą w nieunikniony niemal sposób spaść na ich miasta, kiedy z wiadomości tej nie potrafią wyciągnąć żadnej korzyści? Co najwyżej mogliby stracić humor i apetyt. W czerwcu 1940 – według ówczesnej relacji moich niemieckich znajomych – sztab niemiecki przyszedł do niezłomnego przekonania, że o ile nie rozstrzela niezwłocznie Hitlera, zostanie powieszony przez Himlera. W przewidywaniach tych trudno się było mylić, skoro już Machiavelli radził w ustroju dyktatorialnym generałom natychmiast po zwycięstwie uciekać za granicę. Ale co przyszło generałom niemieckim z myślenia? Nie więcej niż sławnemu indykowi. Przez cztery lata topili się niepotrzebnie w najczarniejszych myślach. Jak pisał Felicjan Faleński [18]:

 

Czemuż nie jedli owsa albo siana,

Mogli być całkiem szczęśliwi.

 

Jak Pani widzi z tej improwizacji na maszynie do pisania, wydaje się, że w naszym położeniu najważniejszą dziś rzeczą jest otrząsnąć się z tego koszmaru słów, odsunąć od siebie haszysz mów, deklaracji, konferencji, paktów i publicystyki zmierzającej do zamroczenia ofiar przemocy. Wszystko to tak się ma do rzeczywistości jak np. opis słowny piorunu do piorunu samego, przy czym nie należy zapominać, że taki opis może istnieć bez rzeczy lub odnosić się do przedmiotu, który nigdy nie istniał. Na kontynencie po okresie strachu przyszło wreszcie do odróżnienia tych zjawisk. Wracamy powoli do normalnego stanu z 1913, kiedy np. w Budapeszcie, Krakowie czy Belgradzie mowy angielskich i amerykańskich ministrów czytało zaledwie kilku ludzi. Wielka koniunktura na ten towar powoli mija i temu trudno się dziwić. Przez kilka lat wszyscy, w najdalszych zakątkach Bałkanów lub Karpat nawet, ryzykując karę śmierci słuchali z niepokojem mów mężów stanu Zachodu. I cóż w tych mowach usłyszeli? Weźmy np. mowę programową Bevina [19], jej ustęp poświęcony Europie wschodniej, gdzie angielski minister tłumaczy, jak mylnie byłoby stosować do tej części świata te same kryteria wolności i demokracji co do Europy zachodniej. To samo właśnie Gauleiter Greiser [20] mówił amerykańskim dziennikarzom, którzy pytali go, czemu tak źle traktuje Polaków w Warthegau [21]. Das sind nur Polen [22]. To samo odpowiedział marszałek lotniczy Milch [23], kiedy angielscy oficerowie pytali go, czemu mordowano ludzi w obozach: nie rozumiem, czemu się tak panowie przejmują tymi obozami; tam byli sami Czesi, Polacy, Żydzi, Cyganie, a nie tacy ludzie jak my i wy. Teza nazistowska w swej najbardziej drażliwej formie nierówności ras pojawiła się nagle w programowej mowie angielskiego ministra właśnie w chwili największego dyskredytu takich teorii, kiedy bieg wypadków ukazał ich nicość. Proszę sobie wyobrazić efekt tej mowy dziś w Rumunii, Jugosławii i Polsce! Ale to, zdaje się, była już ostatnia mowa, którą by czytano i komentowano.

Z wielką przyjemnością przeczytałem to, co Pani pisze o protestorach i potrzebie protestu, bo widzę, że zdrowy instynkt Pani nie dał się zwieść nawet w mgle londyńskiej. Postaram się w największym streszczeniu opisać Pani, jak ta sprawa wygląda na kontynencie.

Centralnym zagadnieniem wydaje się dziś być na kontynencie zagadnienie nadziei, jakkolwiek to tak dziwnie brzmi. W 1942 czytałem w zapiskach młodego włoskiego filozofa poległego w Afryce taką formułę: głównym zadaniem mego pokolenia jest przeżyć swój czas i zachować resztkę godności ludzkiej, nie mając żadnej nadziei. Jak Pani widzi, jest to pewnego rodzaju stanowisko skrajne, przypuszczające stałość i ciągłość obecnej sytuacji. Sformułowane mniej skrajnie pytanie to brzmiałoby: Czy Europejczycy, przechodząc spod jednej okupacji w drugą mają uprawnienia do nadziei na powrót do wolności? W 17 rozdziale Discorso Machiavelli stawia to pytanie tak: Czy naród, który dla jakichkolwiek przyczyn musiał pogodzić się z utratą wolności i akceptował swą servitù [24], może jeszcze kiedyś wrócić do wolności. Rozważywszy różne argumenty, Machiavelli odpowiada negatywnie. Taki naród nigdy już wolności nie odzyska. Jeżeli uprzytomnić sobie, że słowa te, napisane przed 450 laty pod adresem Włochów, przez cały ten czas były prawdziwe, zobaczymy całą powagę zagadnienia. Dlatego na kontynencie bardzo wielu ludzi prostych i skromnych sądzi, że najważniejszą dziś rzeczą jest obecnego stanu rzeczy nie uznawać za żadną cenę, że akceptowanie warunków dzisiejszych zwycięzców jest równe wyrzeczeniu się wszelkiej nadziei i powrotowi do formuły cytowanego wyżej włoskiego filozofa. We Francji widzi Pani tę linię myślenia u części degaullistów [25]. Niestety na Zachodzie ruch ten usiłowali skanalizować na swój użytek komuniści, prowadząc go na manowce. W Europie Wschodniej z problematyki tej wyrosły niezliczone „bandy zbrojne”, w których bandyci zmieszani są z tym, co Europa posiada jeszcze najlepszego, najmniej zdemoralizowanego, mianowicie młodzież, która nie chce za żadną cenę wyrzec się nadziei. Szanse jej wydają się nikłe w Londynie, gdzie widać tylko potęgę armii okupacyjnych. Ale armie te czas wykrusza szybko i koniec ich widać już bardzo niedaleko. Co będzie potem? Tego nie wiem, ale wydaje mi się pewne, że nie będzie tego, co sobie dziś zwycięzcy w swym zaślepieniu wyobrażają.

Kto chciałby zdrowo ocenić te wszystkie zjawiska, temu polecam pamiętnik Gualino [26], twórcy przemysłu sztucznego jedwabiu i firmy Snia Viscoza [27], objaśniające, czemu w owej epoce wielki majątek mogli zrobić tylko marzyciele, nie zaś trzeźwi ludzie interesu.

W ostatnich tygodniach widziałem sporo ludzi przybyłych z Polski, bądź jako nowi emigranci, bądź jako entuzjaści rządu warszawskiego. Pani też pewnie takich widziała. Jeżeli to Panią interesuje, opiszę w następnym liście, co mi mówili. Rząd warszawski wydaje mi się potrzebny jako instrument buforowy, koniunkturalny, entuzjazm natomiast ożywiający niektórych jego zwolenników wydaje mi się rodzajem mesjanizmu. Skąd oni wiedzą, co będzie? Najgorszą i najsłabszą stroną rządu warszawskiego wydaje mi się jego izolacja w świecie podsowieckim, smutny spadek po okresie niepodległości. Organizacja świata sowieckiego jest dziś w pełni kryzysu i warszawscy politycy mogą znaleźć oparcie i pomoc w opozycji sowieckiej, ale nie widzę nikogo, kto miałby do tego jakieś przygotowanie i uzdolnienie, a najmniej uzdolnieni do tego są oczywiście działacze lubelscy.

Bardzo jestem ciekawy, co w Londynie zostało z emigracji po katastrofie lipcowej. Czy wytworzyły się jakieś ośrodki zdrowej myśli? Tu nic dziś z Londynu nie dochodzi. Mam nadzieję, Pani mi coś o tym opowie, i niezmiernie cieszę się z nawiązania z Panią korespondencji. Życzę Pani zdrowia i odpoczynku. Będziemy być może musieli długo czekać, zachowując przytomność umysłu, musimy więc dbać o zdrowie fizyczne i moralne, aby przeżyć wszystkich naszych potentatów. Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany, po przyjacielsku

Jerzy Stempowski

 

 

KRYSTYNA MAREK DO JERZEGO STEMPOWSKIEGO

472 Chelsea Cloisters,

Sloane Avenue,

London, S.W.3.

18.1.1946

Drogi i Kochany Panie Jerzy,

jak zwykle, zaczynam pisać ten list pełna niekończących się wyrzutów sumienia. Wysyłając do Pana telegram świąteczny, napisałam w najszczerszej intencji „letter follows”, po czym wpadłam w mój częsty trans pióro- czy też maszynowstrętu i przez długie tygodnie nie mogłam z siebie wydusić słowa. (Zastanawiam się czasem, czy to nie reakcja organizmu na fakt, że o wiele za dużo wyrzuciłam z siebie w ciągu tej wojny słów mówionych i pisanych i wszystko, jak się okazuje, bez sensu i celu). A powinnam była odpisać tym rychlej, że mało co sprawia mi większą radość i ulgę niż listy od Pana. Serdecznie dziękuję za oba ostatnie. I proszę, niech Pan o mnie nadal nie zapomina, mimo wszystkich moich grzechów i omisyj [28], zarówno przeszłych, jak obecnych.

Na tle generalnej ponurości podwójnie cieszy mnie fakt, że jest Pan w tak dobrej formie. Myślałam z troską o Pana zdrowiu wielokrotnie i tym bardziej mnie cieszy, że wszystkie moje obawy były tak gruntownie niepotrzebne.

Wspomina Pan o chęci pisania i wydawania, który to projekt napawa mnie wielkim entuzjazmem. Pozwoliłam sobie wobec tego nieco zainteresować się możliwościami wydawniczymi na tutejszym terenie i z radością odkryłam, że takowe istnieją i wyglądają zupełnie poważnie. Otóż przede wszystkim jest tutaj Światpol, który należy do niewielu instytucji ocalałych z potopu. Co więcej, jest to instytucja poważna i właśnie w dziale wydawniczym posiada trochę przytomnych ludzi – objaw nieczęsty na tutejszym terenie. Mają oni zupełnie normalne możliwości wydawnicze, rynek zresztą jest nadal niesłychanie chłonny, w rezultacie czego wręcz się palą do wydawania i to do wydawania rzeczy na serio. Czy wobec tego nie chciałby Pan, abym porozmawiała z właściwymi ludźmi? Musiałabym do tego mieć chyba nie tylko Pana autoryzację, ale prawdopodobnie jakieś dane. Proszę mi napisać, czy chce Pan, abym miała taką wstępną rozmowę i jak ona mniej więcej ma wyglądać, czy też woli się Pan z nimi skomunikować wprost. Światpol wydaje mi się w tej chwili najpoważniejszy, jednak obok nich istnieje jeszcze jako firma wydawnicza Orbis, który przejął dawnego Kolina [29], oraz Grydzewski, który od czasu do czasu wypuszcza tomiki swej serii „Wczoraj i Dziś”. Mogłabym, i to jak najchętniej, porozmawiać z nimi wszystkimi, gdyby Pan sobie tego życzył.

Z czasopism wchodzących w rachubę byłaby „Nowa Polska” i „Robotnik”. O tej pierwszej napiszę trochę później, w innym kontekście. „Robotnika” mamy zamiar po przerwie wznowić jako miesięcznik, zatem o charakterze poważno-publicystycznym, nie news’owym. Wiem pozytywnie, że moi partyjnicy ustosunkowani są entuzjastycznie do możliwości drukowania Pana ewentualnych artykułów. Gdyby Panu to odpowiadało, musiałabym z nimi omówić warunki leżące w ich możliwościach. Te ostatnie bowiem, z natury rzeczy, są znacznie bardziej ograniczone niż w Światpolu.

Oczywiście i ta ostatnia sprawa wymaga uczciwego komentarza z mojej strony, gdyż w żadnym wypadku nie chciałabym, aby Pana nazwisko ukazało się w takim sosie politycznym, który by mógł Panu nie odpowiadać.

To ostatnie prowadzi mnie już wprost do próby przedstawienia Panu tutejszej sytuacji o tyle, o ile potrafię tego dokonać w ramach listu. Czysta desperacja, pisać o sprawach, które wymagałyby wielogodzinnego omawiania.

Otóż niech mi wolno będzie zacząć od stwierdzenia, że sytuacja jest więcej niż żałosna. Przeważa chaos i zupełna dżungla myślowa, co zresztą stanowi najwybitniejszą analogię z sytuacją w Kraju. Dezintegracja zaczęła się od rozbicia koalicji. Na ten temat obie strony obsypują się najwyszukańszymi oskarżeniami, przeważnie nieprawdziwymi. Najbliższe prawdy byłoby chyba stwierdzenie, że rozbicia koalicji i wyjścia ludowców z rządu chciały obie strony, zarówno ludowcy i ich wódz, którzy zrozumieli, że pozycja londyńsko-legalna jest przegrana, i chcieli stworzyć sobie swobodę manewru dla wejścia klinem w Lublin, jak i intransigeants [30], których od dawna nurtowały słuszne i niesłuszne podejrzenia pod adresem Mika [31]. Zresztą, niezależnie od chęci oswobodzenia się od partnerów, wydaje mi się, że w myśl jakichś żelaznych praw nawet Mik. nie byłby w stanie dokonać jako premier RP tych rzeczy, których dokonał później jako osoba nieomal prywatna. To, co nastąpiło potem, było straszliwe w swej wewnętrznej strukturze, ale mimo to bohaterskim zejściem ze sceny dokonało aktu, który moim skromnym zdaniem był historycznie potrzebny. Może kiedyś historia oceni, że potrzebne było zresztą jedno i drugie, Mik i Pan Tomasz [32].

Jakkolwiek było, wtedy właśnie nastąpiło to pierwsze wielkie pęknięcie i od tego czasu monolit, jaki jednak stanowiliśmy przez pięć lat, pęka bez przerwy. Za Mikiem poszło szereg ludzi ideowych, przekonanych, że poprzez wszystkie upokorzenia, poprzez przyjęcie czarnego za białe, poprzez często niebezpieczeństwa osobiste, będą „od środka” wywalczali niepodległość i demokrację. Niestety, jeszcze więcej poszło najfantastyczniejszej hołoty, karierowiczów, urzędasów, wszelkiego rodzaju pagaille [33]. Kategoria ludzi, którzy z niebywałym talentem byli już piłsudczykami, beckowcami, sikorszczykami, adlatusam [34] Mik[ołajczyka] i Arciszewskiego, a których obecna reżimowość i błagonadiożność jest zjawiskiem wręcz imponującym. Jak oni to robią! Ta species [35] jest nieśmiertelna. Ktoś określił ją tutaj jako „homo Litauer” [36].

Kto został? Byłoby nieuczciwe, gdybym twierdziła, że zostali sami wspaniali mężowie kapiący od virtus [37]. Nie, tu znowu skład jest różny. A więc zostali nieustępliwi i wspaniali, Rejtany, dla których gest jest celem samym w sobie, zostali tchórze i ludzie wygodni, zostali tacy, którzy gorszą się nacjonalizacją przemysłu i ślubami cywilnymi, i zostali wreszcie tacy, którzy uważali, że mają w dalszym ciągu pewne obowiązki do spełnienia i że nie jest szczytem mądrości politycznej przerzucenie się z ekstremu jednej „jednej polityki” do drugiej „jednej polityki”.

Została olbrzymia większość (83% wojska), w tym prawie całość lotnictwa i marynarki, prawie całość Dywizji Pancernej w Niemczech i 2 Korpusu we Włoszech. 17% rekrutuje się głównie z bezczynnej, zdeprymowanej, wykończonej Szkocji.

Selekcja zresztą nie jest jeszcze skończona i linia demarkacyjna nie ustaliła się na 100%. Wielu ludzi się męczy, nie wytrzymuje, pragnie powrócić do rodzin w kraju, od których przychodzą tragiczne listy, nie widzi celu pozostania i nie chce być intruzem, na którego krzywo patrzą.

W każdym razie to, co pozostało, nie wytworzyło dotąd ani żadnego zwartego ośrodka, ani żadnej jednolitej koncepcji. Jest rozbicie na grupy i grupki i cała masa ideologii, programów, taktyk, przewidywań etc. Atmosfera staje się powoli prawdziwie emigrancka. Ośrodka kierowniczego – myślowo i organizacyjnie – nie ma i na biedne barki każdego umęczonego żołnierza, szofera, woźnego etc. przerzucony został problem moralny o wymiarach przerastających jego siły. Kazać każdemu prostemu człowiekowi decydować o prawach i obowiązkach wobec Rzeczypospolitej, o prawdzie historycznej, o słuszności i niesłuszności takiej czy innej drogi – jest czymś zupełnie okrutnym, tym trudniejszym, że wszystkie normalne i łatwe kryteria formalne zostały prawie że unicestwione.

Ciąży nad nami wszystkimi kwestia koncepcji i kwestia taktyki. Ta ostatnia staje się tym trudniejsza, im bardziej Lublin staja się prawdziwą rzeczywistością Kraju, rzeczywistością, która z czasem wciąga, zmusza do takiego czy innego współdziałania, do zajęcia takiego czy innego stanowiska, zawsze w ramach tej istniejącej rzeczywistości. Idzie o to, żeby tym ludziom tam, żyjącym i działającym pod przymusem, nie szkodzić, a jednocześnie o to, żeby nie utracić prawa głosu. Wszystko to razem trąci akrobatyką i od miesięcy mam rosnące uczucie chodzenia po linie. Osobiście działam na podstawie szeregu przesłanek zarówno negatywnych, jak i pozytywnych. Negatywnie – nie wierzę w możność realizowania tam jakiejkolwiek samodzielnej koncepcji politycznej, w żadne „odbijanie czegokolwiek od wewnątrz”. Obawiam się, że mamy dzisiaj po temu aż za wiele dowodów. (Problem wygląda oczywiście inaczej dla technika, lekarza etc.). Pozytywnie (au risque de me repeter [38], bo zdaje się już to pisałam), wydaje mi się, że jest rzeczą konieczną kontynuowanie na wolnym świecie roboty informacyjnej, utrzymującej sprawę jako tako żywą i że w żadnym wypadku nie wolno zwinąć wszystkich rezerw politycznych, jakie się jeszcze na wolności posiada.

Ja sama od niedawna zalegalizowałam mój wieloletni konkubinat z PPS-em, wstępując do partii w chwili débâcle [39]. Sytuacja nasza tutaj stała się ostatnio bardzo ciężka, na skutek wydarzeń tam, które pewno są Panu znane. Reżimowi udało się doprowadzić do rozbicia monolitu w kraju, tak jak uprzednio rozbito monolit na płaszczyźnie ogólnopaństwowej. To, co niedawna w żargonie robotniczym nazywano FPPS (Fałszywa PPS), nie jest dziś ani zupełnie fałszywe, ani nawet trochę prawdziwe. Fikcję, której istota leży w programie, tendencji i duchu, usankcjonowano szeregiem autentycznych nazwisk, prawdopodobnie również w desperacji po fiasku prób innego podjęcia działalności politycznej i w nadziei nowego „wejścia klinem”. Zaakceptować tego nie możemy, walczyć z tym trudno. Chodzenie po linie staje się coraz bardziej uciążliwe. W każdym razie dotychczas stoimy formalnie na stanowisku londyńskim i nie widzimy powodu, dla którego mielibyśmy przestać uważać się za autentyk. Zespół ludzki bardzo różny i wszystko razem ogromnie niełatwe. Nastroje wszelakie – od rejtanizmu do hamletyzmu, tego ostatniego w ogóle bardzo dużo.

W sumie, jak Pan widzi, wszystko bardzo, bardzo smutne i trudne. Na tle tego całego kramu odświeżająca jest grupa młodych ludzi „krajowych”, których nazbierało się tu całkiem sporo. Są to przeważnie kurierzy, spadochroniarze, chłopcy i dziewczęta z AK, z powstania warszawskiego, jednym słowem ludzie, którzy kładli zdrową głowę pod ewangelię. Są na ogół zupełnie niezdemoralizowani, bardzo „krajowi”, pełni wiary, uporu i świeżości i w wielu wypadkach bardzo inteligentni – niewątpliwie inteligentniejsi od wielu postaci świecznikowych. Niestety, jest to element i za mało liczny, i za młody, i za małego ciężaru gatunkowego, aby już dzisiaj był jakimś istotnym ośrodkiem kierowniczym. Ale za to są uczciwi, prawdziwi i – jak by Pan ich określił – optymiści.

Przypomniałam sobie w tej chwili, że omawiając naszą grupę „partyjną”, powinnam była właśnie powiedzieć parę słów o „Robotniku”. Otóż będzie on właśnie naszym pismem i będzie właśnie po naszemu wyglądał, zatem i dobrze, i źle, i stanowisko takie, jakie usiłowałam przedstawić, a co nie wiem, czy mi się wobec tej całej konfuzji udało.

Obraz nie byłby kompletny, gdybym – napisawszy o jadących i zostających – nie dodała paru słów o trzeciej, jednolicie obrzydliwej grupie. To są ci, którzy poszli na wiadomą służbę i zostali tutaj – na posadach, funtach, stanowiskach. Ci najgłośniej krzyczą o obowiązku powrotu. Ci są najlojalniejsi. Ci wzięli wszystko najlepsze z obu alternatyw, nie usiłując nawet znaleźć jakiegoś argumentu moralnego. Ani nie pojechali do kraju walczyć czy po prostu pomagać, ani nie zostali bez stanowisk i poza burtą tutaj. Urządzili się. Są lewicowi, radykalni, postępowi, rewolucyjni, znakomici. Bez względu na przeszłość. Do tej właśnie kategorii muszę zaliczyć p. Antoniego [Słonimskiego] i jego „Nową Polskę”. Redaktor pojechał na parę dni do kraju jako towarzysz wycieczki intelektualistów angielskich. Pobył dziesięć dni, załatwił kontakty i fundusze i wydaje w dalszym ciągu w Londynie lubelskie pismo, którego każdy artykuł jest oszustwem i ilustracją Etikettenschwindel [40] – przyznać należy, że na pewnym poziomie.

Tutaj nie mogę powstrzymać się od poruszenia tematu dla mnie szczególnie bolesnego – roli i postawy naszej inteligencji. Jest to dla mnie źródłem permanentnego wstrętu. Tych ludzi, jak się okazuje, nauczono czytać, pisać i formułować sądy tylko po to, aby umieli mniej lub więcej inteligentnymi formułkami przysłaniać własny brak kośćca i charakteru. Załganie tych ludzi przechodzi wszelkie pojęcie. Takoż elastyczność karku i poglądów. Jest coś tak obrzydliwego w ich artykułach, wypowiedziach, w tym zorganizowanym krętactwie przy pozorach pewnego wyrobienia umysłowego, że brak mi słów na właściwe określenie tego widowiska. Ludzie prości wiedzą, czego chcą, wiedzą, czym jest, a czym nie jest wolność i niepodległość. Tamci rozmazują siebie i chcieliby rozmazać sprawę w formułach, pseudo-definicjach, ad hoc budowanych tezach czy kiepskich analogiach historycznych. I z niezwykłym talentem, płynąc zawsze z prądem, wytwarzają wokół siebie atmosferę płynięcia pod prąd. Przypomina mi to okres dobrze przedwrześniowy, kiedy w epoce strzelania do robotników na ulicach miast, bicia Żydów na uniwersytetach, strajków chłopskich i zatapiania kopalni – intelektualiści polscy, postępowi, rewolucyjni i radykalni, walczyli o skrobanki jako naczelny problem życia polskiego. Dzisiaj znowu są rewolucyjni i wspaniali, walczą, a jakże, z Matką Boską Częstochowską, z Sienkiewiczem, z powstaniem styczniowym – ze wszystkim, tylko nie z reżimem. Jest w tym przerzucaniu akcentu z rzeczy ważnych na nieważne jakieś takie oszustwo, którego znieść niepodobna. I mam wrażenie, że pokazanie palcem na „Nową Polskę” i jej zespół, jako ilustrację tej roboty, nie będzie przesadne. Inna rzecz, że „Nowa Polska” nie jest w tym wzniosłym zdaniu osamotniona.

Zdaje się, że rozpisałam się potężnie, nie wyczerpując oczywiście ani części tematów. I to w chwili, kiedy mamy tutaj UNO [41], na którym wygłasza się laurkowe przemówienia w nastroju wzajemnej adoracji, nie dopuszczając do zaistnienia żadnego z problemów, które w tej chwili istotnie i naprawdę ciążą nad światem. Nonsens tego wszystkiego, zełganie uniwersalne, w którym przytomny człowiek ma uczucie fizycznej duszności, przekreślenie wszystkiego, co ex post mogłoby nadać jakiś fragment sensu rzezi lat ostatnich – to wszystko czasami przytłacza w sposób zupełnie beznadziejny. Jeżeli po pierwszej wojnie światowej Chesterton [42] mógł napisać o poległych „They died to save their country – They only saved the world” [43], to nawet tych słów nie można w żaden sposób przylepić do naszej dzisiejszej rzeczywistości. Nawet takie epitafium na grobach lotników polskich, poległych w Battle of Britain, zakrawałoby na grube kpiny i natrząsanie się z umarłych.

Nie chciałabym jednak w żadnym wypadku kończyć mego listu na taką nutę. Przypominam sobie, co mi Pan pisał już w ciągu tej wojny: „Point n’est besoin d’espérer pour entrepredre ni de réussir pour persévérer” [44]. (Nb. kto jest autorem tej wielce nadludzkiej formuły?). Myślę, że tę wojnę nerwów trzeba wytrzymać i przetrzymać. Myślę, że w gruncie rzeczy, wbrew trudnościom z zewnątrz i z wewnątrz, będziemy szamotać się dalej, uparci i increvables [45]. Z satysfakcją stwierdzam limitations [46] własnej inteligencji, które jedyne prawdopodobnie pozwalają mi na tyle uporu i jeszcze trochę siły.

Dzięki za wiadomość o Sartrze, którego nazwisko przeczytałam pierwszy raz w Pana liście, a zaraz potem tutaj w essay’u Charlesa Morgana [47]. Z pisarzy tutejszych, których bardzo warto czytać – czy dotarły na kontynent książki Artura Koestlera [48]? Polecałabym gorąco, jakkolwiek wyłącznie i par excellence [49] polityczne. Zresztą obawiam się, że jestem mocno cofnięta w rozwoju w dziedzinie belles-lettres [50]. Jest to rezultat przymusowej lektury stosów gazet, tygodników, miesięczników, digestów radiowych etc. etc. Deformacja zawodowa przy braku zawodu, jako że moje prawo leży odłogiem od sześciu lat na rzecz roli politycznej bonne à tout faire [51]. Dla wytchnienia czytuję z rozkoszą staroświecką literaturę angielską, Jane Austin [52], Trollope’a [53], Thackeraya [54] etc. No i oczywiście wiersze. Czy miał Pan w ręku wojenne wiersze Balińskiego [55]? Zaryzykowałabym twierdzenie, że jest on obecnie najlepszym polskim lirykiem. Jeśli Pan tych rzeczy nie miał, proszę mi napisać, a przyślę. Czy ewentualnie zadzwonić do p. Antoniego (we are still on speaking terms [56]) o „Nową Polskę” dla Pana? W ogóle proszę mnie obarczać wszelkimi dezyderatami i proszę koniecznie pisać.

Postaram się niedługo machnąć nowe „sprawozdanie sytuacyjne”. Staram się o maksimum obiektywizmu, ale nie umiem sama ocenić rezultatu, jak mówią Niemcy – Man sieht den Wald nicht vor lauter Bäume [57]. Boję się, czy nie zatracam perspektywy w Londynie po sześciu latach i bardzo chętnie nabrałabym jakiegoś dystansu, ale to jest niewykonalne technicznie.

Drogi Panie Jerzy, przesyłam moc najserdeczniejszych pozdrowień i życzeń i bardzo czekam nowego listu.

Krystyna Marek

[dopisek:] Na jaki adres najlepiej stale pisać?

 

Listy przepisali i przypisami opatrzyli Agnieszka Papieska i Andrzej Stanisław Kowalczyk

[1] Mowa o niemieckich pociskach manewrujących potocznie nazywanych latającą bombą, określanych kryptonimem V-1, oraz o rakietowych pociskach balistycznych V-2. Pierwsze bombardowania Londynu pociskami V-1 przeprowadzone zostało w połowie czerwca 1944. Odpalono wówczas około sto pocisków V-1, po kilku dniach – 500. W niszczeniu budynków pociski V-1 były, jeśli dotarły do celu, o wiele skuteczniejsze niż zwykłe bomby lotnicze o podobnej masie. Szacuje się, że w obrębie aglomeracji miejskiej Londynu wybuchło około 4000 pocisków V-1. Rakietowych pocisków balistycznych V-2 od września 1944 do marca 1945 roku wystrzelono około 5500, z których prawie trzy tysiące trafiły Londyn, a około 1600 Antwerpię.

[2] Aleksander Ładoś (1891–1963), dyplomata, urzędnik konsularny, publicysta i działacz polityczny PSL „Piast”. W okresie od maja 1940 do lipca 1945 był posłem RP w Szwajcarii w randze chargé d’affaires ad interim. Po dymisji pozostał na emigracji. Wrócił do Polski w roku 1960. W czasie wojny Stempowski był pracownikiem poselstwa polskiego w Bernie, Ładoś był więc jego przełożonym. Pisarz nawiązywał kontakty z przybyłymi z kraju Polakami i cudzoziemcami, zajmował się kurierami, organizował ich przerzut do Francji. Poselstwo opiekowało się internowanymi w 1940 roku żołnierzami polskimi z 2 Dywizji Strzelców Pieszych i zbiegami z robót przymusowych w III Rzeszy. Ładoś i inni pracownicy poselstwa od końca 1939 roku byli zaangażowani w akcję wydawania polskim (i prawdopodobnie również holenderskim) Żydom paragwajskich i honduraskich paszportów, poświadczeń obywatelstwa Boliwii i Salwadoru oraz certyfikatów umożliwiających emigrację do brytyjskiej Palestyny. Dzięki akcji polskiego poselstwa uratowano życie około 400 osobom. W roku 1949 Stempowski napisał dla Giedroycia tekst pt. Historia Ładosia w przybliżeniu. Ukazał się on w opracowaniu Andrzeja St. Kowalczyka w „Regionach” 1996 nr 2.

[3] Ładoś przekazał poselstwo przedstawicielom zdominowanego przez komunistów Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Posłem w Bernie został Jerzy Putrament, działacz komunistyczny.

[4] cross-country (ang.) – wyścig, ew. wędrówka na przełaj w naturalnych warunkach.

[5] cafard après la fête (fr.) – kac po święcie. Nawiązanie do tytułu książki Adolfa Baslera Le Cafard après La Fête ou l’esthétisme d’aujourd’hui. Paris, Editions Jean Budry, 1929.

[6] 26 kwietnia 1945 roku w San Francisco rozpoczęła się pierwsza konferencja Narodów Zjednoczonych. Podczas jej trwania podpisano Kartę Narodów Zjednoczonych regulującą działalność organizacji.

[7] ci-devant (fr.) – przedtem, niegdyś.

[8] Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości – główny organ sądowy ONZ. Został ustanowiony w roku 1945 do rozstrzygania sporów między państwami. Siedzibą Trybunału jest Haga.

[9] Mowa o Karcie Narodów Zjednoczonych, wielostronnej umowie międzynarodowej, która powołała do życia i określiła ustrój Organizacji Narodów Zjednoczonych. Została ona podpisana 26 czerwca 1945 roku w San Francisco przez 50 z 51 krajów członkowskich (Polska podpisała ją 16 października 1945) i weszła w życie 24 października 1945 roku, po ratyfikowaniu jej (wedle artykułu 110) przez pięć krajów założycielskich (Chiny, Francja, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i ZSRR) oraz większość sygnatariuszy. Kraje podpisujące Kartę zobowiązują się do przestrzegania jej postanowień jako prawa międzynarodowego. Wydaje się, że Stempowski nawiązuje do dwóch rozdziałów Karty: Rozdziału VI opisującego uprawnienia Rady Bezpieczeństwa do rozstrzygania sporów i Rozdziału VII, który opisuje uprawnienia Rady Bezpieczeństwa do wprowadzania sankcji ekonomicznych, dyplomatycznych i militarnych, jak również do użycia sił zbrojnych do rozstrzygania sporów.

[10] Eelco van Kleffens (1894–1983), holenderski polityk i dyplomata. W latach 1939–1946 był ministrem spraw zagranicznych w rządzie Królestwa Holandii.

[11] abrogowanie (od łac. abrogare) – odwołanie.

[12] nuls et non avenus (fr.) – nieobowiązujące.

[13] Lew Dawidowicz Trocki, właśc. Lew Bronstein (1879–1940), bolszewik, działacz rewolucyjny. Jeden z twórców i przywódców RFSRR, ZSRR oraz Armii Czerwonej. Kierował puczem bolszewickim w Piotrogrodzie w listopadzie 1917 roku. Członek Komitetu Centralnego RKP(b) i WKP(b) (1917–1927), członek Biura Politycznego RKP(b) i WKP(b) (1919–1926). Ludowy komisarz spraw zagranicznych RFSRR (1917/1918). Po śmierci Lenina toczył spór z Józefem Stalinem o władzę w kraju i dalsze kierunki rozwoju Związku Radzieckiego. W listopadzie 1927 usunięty z WKP(b) i z Kominternu, w styczniu 1928 roku zesłany do Ałma-Aty, rok później – pozbawiony obywatelstwa ZSRR i deportowany z kraju. Przebywał na emigracji w Europie i w Meksyku, pozostając aktywnym krytykiem stalinizmu z pozycji marksistowskich. Założyciel, redaktor i autor Biuletynu Opozycji (1929–1940). Zamordowany na emigracji na rozkaz Stalina przez agenta NKWD.

[14] Traktat brzeski – traktat pokojowy podpisany w Brześciu Litewskim (dziś: Brześć nad Bugiem) 3 marca 1918 roku między Cesarstwem Niemieckim, Austro-Węgrami oraz ich sojusznikami: Carstwem Bułgarii i Imperium Osmańskim (państwami centralnymi) a Rosją Sowiecką. Pertraktacje rozpoczęły się 20 listopada 1917 roku. Delegacja rosyjska składała się z Lwa Trockiego i Adolfa Joffego. Uzgodniono zawieszenie broni do stycznia.

[15] Grigorij Sokolnikow, właściwie Hirsz Brilliant (1888–1939), działacz partii bolszewickiej, członek Komitetu Centralnego RKP(b) i WKP(b), urzędnik państwowy ZSRR w randze komisarza ludowego, dyplomata, ambasador Rosji Sowieckiej w Wielkiej Brytanii. W lipcu 1936 został wykluczony z partii i wkrótce aresztowany przez NKWD. W styczniu 1937 oskarżony w procesie pokazowym określonym oficjalnie jako „proces alternatywnego antysowieckiego centrum trockistowskiego”. Skazany został na 10 lat więzienia. Na polecenie Ławrientija Berii funkcjonariusze NKWD zamordowali go w więzieniu. W roku 1988 został zrehabilitowany.

[16] Trocki przedłużał rozmowy, licząc na rozprzestrzenienie się rewolucji na całą Europę. 7 stycznia 1918 roku wrócił z Brześcia Litewskiego do Piotrogrodu, informując o ultimatum rządów centralnych: akceptacja przez Rosję żądań terytorialnych Niemiec (aneksja Królestwa Polskiego i innych ziem) albo wznowienie działań wojennych. Lenin wezwał delegatów do przyjęcia propozycji Niemiec. Twierdził, że straty terytorialne są dopuszczalne, jeżeli zapewnią przetrwanie rządu rewolucyjnego. Większość bolszewików odrzuciła to stanowisko w nadziei na kontynuowanie przedłużenia rozejmu. 18 lutego armia niemiecka wznowiła ofensywę, zbliżając się coraz bardziej do Piotrogrodu. 23 lutego państwa centralne wydały nowe ultimatum, w którym zażądały od Rosji uznania kontroli niemieckiej nie tylko nad Polską, Finlandią, Estonią, Litwą, Łotwą, ale także by Rosja uznała niepodległość Ukrainy. W przypadku odmowy zagrozili inwazją na samą Rosję. 3 marca delegacja bolszewicka podpisała w Twierdzy Brześć traktat pokojowy. Adolf Joffe odmówił podpisania traktatu, uchylił się również Trocki i Zinowjew. Ostatecznie traktat podpisał Grigorij Sokolnikow.

[17] W swojej autobiografii Moje życie rokowaniom w Brześciu Litewskim Lew Trocki poświęcił osobny rozdział. Nie ma w nim anegdoty opowiedzianej przez Stempowskiego.

[18] Felicjan Faleński (1825–1910), poeta, dramatopisarz, prozaik, tłumacz, kolega szkolny Cypriana Norwida. Cytowany dwuwiersz pochodzi z utworu Incitatus (zob. Zbiór poetów polskich XIX w., Księga trzecia, ułożył i opracował Paweł Hertz. Warszawa, PIW, 1959, s. 227).

[19] Ernest Bevin (1881–1951), brytyjski przywódca związkowy i polityk, w latach 1940–1945 minister pracy, w latach 1945–1951 minister spraw zagranicznych; w 1949 roku współorganizator NATO.

[20] Arthur Carl Greiser (1897–1946), niemiecki polityk nazistowski; rzecznik wcielenia Wolnego Miasta Gdańska do Rzeszy Niemieckiej; od listopada 1939 do stycznia 1945 roku namiestnik Rzeszy poznańskiego okręgu Rzeszy (od 29 I 1940 Kraj Warty); w latach 1940–1945 poseł do Reichstagu; dążył do przekształcenia Wielkopolski w ziemię niemiecką poprzez usunięcie Polaków i Żydów, zniszczenie polskiego dorobku kulturalnego i kolonizację niemiecką; ujęty przez Amerykanów, w 1946 roku sądzony jako zbrodniarz wojenny, skazany na karę śmierci i publicznie stracony.

[21] Warthegau (niem.) – Kraj Warty, nazwa Wielkopolski podczas okupacji niemieckiej.

[22] Das sind nur Polen (niem.) – to tylko Polacy.

[23] Erhard Milch (1892–1972), niemiecki wojskowy, lotnik i przemysłowiec, feldmarszałek, współtwórca lotnictwa wojskowego III Rzeszy (Luftwaffe), sekretarz stanu w ministerstwie lotnictwa (1933–1944), dowódca 5. Floty Powietrznej, członek NSDAP. Sądzony był w procesach norymberskich jako zbrodniarz wojenny i skazany na dożywocie. Zwolniony z więzienia w roku 1954.

[24] servitù (wł.) – niewola.

[25] Tzn. gaullistów, zwolenników gen. Charles’a de Gaulle’a.

[26] Riccardo Gualino (1879–1964), włoski przemysłowiec aktywny w wielu dziedzinach gospodarki. Był również kolekcjonerem dzieł sztuki i producentem filmowym. Stempowski powołuje się na jego pamiętniki (Frammenti di vita,Mediolan 1931) w eseju Chimera jako zwierzę pociągowe.

[27] Snia (Società di Navigazione Italo-Americana) – założona przez Gualino w roku 1917 włosko-amerykańska spółka żeglugowa. Później, kiedy firma zmieniła profil i rozwinęła produkcję chemiczną, dodano słowo viscoza, a nazwę Snia viscoza rozwijano jako Società nazionale industria e applicazioni viscoza.

[28] Omisyj (z łac.) – zaniechań.

[29] M. I. Kolin – założone w 1940 roku i prowadzone przez Ignacego Lindenfelda i Maurycego Kohna polskie wydawnictwo książkowe w Londynie. Miało w swoim dorobku ok. 100 tytułów, zarówno przedruków klasyki polskiej (Mickiewicz, Prus, Żeromski, Wyspiański), jak i utworów pisarzy współczesnych, którzy znaleźli się na obczyźnie (Baliński, Słonimski, Hemar). Na skutek załamania finansowego w listopadzie 1944 roku firma została przejęta przez wydawnictwo Józefa Olechnowicza Orbis.

[30] intransigeants (fr.) – nieprzejednani, bezkompromisowi.

[31] Stanisława Mikołajczyka.

[32] Tomasz Arciszewski (1877–1955), działacz socjalistyczny, polityk; od 1896 roku w PPS, członek Organizacji Bojowej (organizator zamachów, m.in. w 1906 roku na szefa policji w Królestwie Polskim gen. Andrieja Markgrafskiego); od 1906 roku w PPS-Frakcji Rewolucyjnej, członek Wydziału Bojowego (organizator m.in. w 1908 roku akcji pod Bezdanami); w latach 1919–1939 – członek Rady Naczelnej PPS, w latach 1931–1939 przewodniczący Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS; w latach 1914–1915 w Legionach Polskich; w latach 1916–1919 przewodniczący KCZZ; w 1918 roku minister pracy i opieki społecznej; w latach 1919–1935 poseł na sejm; w 1920 roku współzałożyciel RTPD (1920–1939 przewodniczący ZG); w latach 1939–1944 przewodniczący PPS-WRN; w latach 1944–1947 premier rządu RP na uchodźstwie; od 1949 do 1954 roku przewodniczący Rady Politycznej, od 1954 roku członek Tymczasowej Rady Jedności Narodowej i Rady Trzech.

[33] pagaille (fr.) – bałagan, chaos.

[34] adlatus (łac.) – pomocnik, zaufany.

[35] species (ang.) – gatunek.

[36] Stefan Litauer (1892–1959), polski dziennikarz, poliglota, do 1932 roku radca prasowy Ministerstwa Spraw Zagranicznych; podejrzewany o kontakty z kilkoma wywiadami, w tym wywiadu sowieckiego. Po objęciu stanowiska szefa Biura Personalnego MSZ przez Wiktora Drymmera zwolniony z MSZ z uzasadnieniem dezinformowania dziennikarzy zagranicznych o polskiej polityce zagranicznej. Następnie korespondent Polskiej Agencji Telegraficznej w Londynie, do kwietnia 1944 dyrektor Agencji. Usunięty ze stanowiska przez Rząd RP na uchodźstwie za dezinformację i działanie na szkodę państwa polskiego. Przewodniczący londyńskiego Foreign Press Association. Wrócił do kraju w 1945 roku. Podjął pracę w MSZ na różnych stanowiskach. Po 1956 roku był korespondentem Polskiego Radia w Londynie. Zmarł na zawał serca w Izbie Gmin w Londynie, gdzie pracował jako korespondent „Życia Warszawy”.

[37] virtus (łac.) – odwaga, męstwo.

[38] Au risque… – ryzykując, że się powtarzam.

[39] débâcle (fr.) – klęska.

[40] Etikettenschwindel (niem.) – manipulacja.

[41] UNO – United Nations Organization, Organizacja Narodów Zjednoczonych. Mowa o pierwszej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ, która rozpoczęła się 10 stycznia 1946 roku w Methodist Central Hall w Londynie. Wzięli w niej udział przedstawiciele 51 państw. 24 stycznia 1946 roku Zgromadzenie Ogólne przyjęło pierwszą rezolucję. Dotyczyła ona pokojowego wykorzystania energii atomowej oraz eliminacji broni jądrowej i innych rodzajów broni masowego rażenia. Pierwszym sekretarzem generalnym ONZ został norweski polityk Trygve Lie.

[42] Gilbert Keith Chesterton (1874–1936), angielski pisarz, krytyk literacki, publicysta. Studiował w Londynie sztuki piękne w Slade School of Art i literaturę w University College London, ale nie uzyskał dyplomu. W 1902 roku rozpoczął pracę jako felietonista w dzienniku „Daily News”, a 1905 w „The Illustrated Londyn News”, z którym był związany przez trzydzieści lat. W latach późniejszych utrzymywał się wyłącznie z pisarstwa. W młodości był ateistą i liberałem, ale już w początkach twórczości przeszedł ewolucję w kierunku chrześcijańskiego humanizmu i katolicyzmu (chrzest przyjął w 1922 roku). Głosił potrzebę optymizmu moralnego, afirmacji życia, czynu i fantazji; odrzucając idee socjalistycznej utopii, głoszone m.in. przez G. B. Shawa, występował zarazem przeciw monopolistycznemu kapitalizmowi, zwalczał rasizm, kolonializm i faszyzm, piętnował angielski imperializm – tym polemikom poświęcił kilka tomów esejów i pamfletów. W esejach filozoficzno-religijnych bronił światopoglądowych treści chrześcijaństwa i katolicyzmu. W okresie międzywojennym cieszył się wielką popularnością, również poza Wielką Brytanią. Z sympatią pisał o Polsce (m.in. wiersz Polska, przekład Jerzego Pietrkiewicza w antologii Poeci języka angielskiego, t. 3, PIW, Warszawa 1974).

[43] Polegli, aby ocalić ojczyznę – ocalili tylko świat.

[44] Point n’est besoin d’espérer pour entrepredre ni de réussir pour persévérer (fr.) – Nie trzeba mieć nadziei, aby coś zrobić, ani odnieść sukcesu, aby wytrwać. Słowa przypisywane Wilhelmowi I Orańskiemu (1533–1584).

[45] increvables (fr.) – niezniszczalni, nie do zdarcia.

[46] limitations (ang.) – ograniczenia.

[47] Charles Langbridge Morgan (1894–1958), pisarz angielski; w latach 1926–1939 krytyk teatralny „Timesa”; podejmował problemy filozoficzne, psychologiczne, moralne, wiążące się z sytuacją intelektualisty we współczesnym świecie; autor m.in. powieści The Empty Room (1941); większą popularność zdobył we Francji niż w Wielkiej Brytanii.

[48] Arthur Koestler (1905–1983), angielski pisarz i dziennikarz. Początkowo sympatyk komunizmu, brał udział w hiszpańskiej wojnie domowej, od 1940 roku w Wielkiej Brytanii; w głośnej powieści Ciemność w południe (1940, wyd. pol. Paryż 1949), ukazującej losy ofiar procesów stalinowskich w latach trzydziestych XX wieku, podjął problem etyki rewolucyjnej i politycznej odpowiedzialności, przeprowadził również analizę mentalności ideologa partii bolszewickiej i mechanizmu zniewolenia człowieka w ustroju komunistycznym; późniejsza twórczość obejmuje głównie eseje (m.in. The Yogi and the Commissar 1945), wspomnienia i prace poświęcone zagadnieniom nauki, a także mistycyzmowi i parapsychologii.

[49] par excellence (fr.) – w pełnym tego słowa znaczeniu.

[50] belles-lettres (fr.) – literatura piękna.

[51] bonne à tout faire (fr.) – tu: osoba potrafiąca poradzić sobie z różnymi zadaniami.

[52] Jane Austen (1775–1817), powieściopisarka angielska; jej twórczość, tematycznie zamknięta w codzienności ziemiańskiej prowincji angielskiej i w perypetiach rodzinno-małżeńskich, wyróżnia się celną obserwacją psychologiczną oraz ironicznym humorem; bohaterkami Austen są głównie kobiety (Rozważna i romantyczna 1811, wyd. pol. pt. Rozsądek i uczucie 1934, wyd. następne 1977; Duma i uprzedzenie 1813, wyd. pol. 1957; Emma 1816, wyd. pol. 1963). Niedoceniana przez współczesnych, w XX wieku została uznana za prekursorkę nowoczesnej powieści realistycznej. Jej twórczość doczekała się licznych adaptacji filmowych i telewizyjnych.

[53] Anthony Trollope (1815–1882), pisarz angielski; autor reportaży, artykułów i powieści obyczajowych, malujących w satyrycznych barwach angielską prowincję epoki wiktoriańskiej; przedstawiał też środowiska polityków parlamentarnych i walki wyborcze (w cyklu zw. The Palliser Novels, obejmującym m.in. powieści: Can You Forgive Her 1864, Phineas Finn 1869, The Prime Minister 1876; polski przekład w wersji skróconej Rodzina Palliserów 1983).

[54] William Makepeace Thackeray (1811–1863), powieściopisarz angielski; demaskator póz obyczajowych, zakłamania i fałszywych postaw ludzkich, zwłaszcza w tzw. warstwach wyższych; sławę przyniosły mu szkice, wydane łącznie jako Księga snobów (1847, wyd. pol. pt. Snoby 1860, wyd. pełne 1950); najwybitniejszą jego powieścią jest Targowisko próżności (1847, wyd. pol. 1876), ukazujące Anglię po wojnach napoleońskich; autor powieści historycznych z XVIII wieku, w których ujawniał barbarzyństwo wojny, oraz baśni Pierścień i róża (1855, wyd. pol. 1912).

[55] Stanisław Baliński (1899–1984), poeta, prozaik; w dwudziestoleciu międzywojennym działał w służbie dyplomatycznej, od 1940 roku w Wielkiej Brytanii; w stylu i tematyce liryki bliski poetom z grupy Skamander; autor m.in. zbiorów poetyckich Tamten brzeg nocy (1942), Trzy poematy o Warszawie (1945), Wiersze emigracyjne (1981), a także nowel oraz szkiców Antrakty, czyli notatki o życiu i sztuce… (1978); tłumaczył poezję francuską, angielską, rosyjską i włoską.

[56] we are still on speaking terms (ang.) – nadal rozmawiamy.

[57] Man sieht den Wald nicht vor lauter Bäume (niem.) – nie widać lasu zza drzew.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek