Białe miasta* – pod tym bajkowym tytułem Joseph Roth zebrał wrażenia z podróży po południowej Francji. Jak zawsze u Rotha pełno tu celnie wypatrzonych szczegółów i mocnych obrazów, ale też dużo marzeń – o słonecznej krainie, dla której historia była łaskawa.
Małgorzata Łukasiewicz
Joseph Roth
Marsylia
Spoza masztów nie widać morza. W porcie nie pachnie solą ani wiatrem, lecz terpentyną. Na powierzchni wody unosi się oliwa. Łodzie, barki, tratwy, pokłady stykają się tak szczelnie, że można by suchą nogą przespacerować się przez basen portowy, gdyby nie ryzyko utonięcia w occie, oliwie i mydlinach. Czy to niezmierzona brama do niezmierzonych mórz świata? To raczej niezmierzony magazyn artykułów użytkowych kontynentu europejskiego. Znajdują się tu beczki, skrzynie, belki, kółka, heble, kadzie, drabiny, obcęgi, młotki, worki, płachty, namioty, wozy, konie, silniki, auta, węże gumowe. Czuć odurzający kosmopolityczny smród, który powstaje, gdy tysiące hektolitrów terpentyny składuje się obok tysięcy cetnarów śledzi; gdy nafta, pieprz, pomidory, ocet, sardynki, skóry juchtowe, gutaperka, cebula, saletra, spirytus, worki, podeszwy butów, płótno, tygrysy bengalskie, hieny, kozy, koty angorskie, woły i kobierce smyrneńskie wydzielają swoje ciepłe wyziewy; i gdy na koniec wszystko, żywe i martwe, spowija lepki, tłusty i zawiesisty dym węglowy, jednoczy wszystkie wonie, zatyka wszystkie pory, przesyca powietrze, obrasta kamienie i wreszcie tak potężnieje, że może stłumić dźwięki, tak jak już przyćmił światło. Spodziewałem się tu bezmiaru horyzontu, najbłękitniejszego błękitu morza, soli i słońca. Ale morze w porcie składa się ze ścieków o ogromnych buro-zielonych okach tłuszczu. Wchodzę na pokład wielkiego parowca pasażerskiego, w nadziei, że złowię tu leciutki zapach owej dali, którą statek przebył. Ale pachnie tu jak w domu przed Wielkanocą: kurzem i wietrzonymi materacami, lakierem do drzwi, wilgotnym praniem i krochmalem, przypalonymi potrawami, zarżniętym wieprzkiem, wyczyszczonym kurnikiem, żółtą pastą do mosiądzu, środkiem na robactwo, papierem ściernym, naftaliną, zaprawą do podłóg, przetworami.

W tej chwili w porcie stoi ponad siedemset statków. To całe miasto złożone ze statków. Chodniki są z łódek, jezdnie z tratw. Mieszkańcy tego miasta noszą niebieskie kurtki, mają brązowe twarze i stwardniałe, wielkie, szaroczarne dłonie. Stoją na drabinach, świeżym lakierem powlekają na czarno kadłuby statków, taszczą ciężkie wiadra, toczą beczki, sortują worki, zarzucają żelazne haki i zbijają skrzynie, kręcą korbami i na żelaznych rolkach ciągną towary w górę, polerują, heblują, czyszczą i robią nowy nieporządek. Chciałbym wrócić do starego portu, gdzie stoją romantyczne żaglowce i warkoczące motorówki i gdzie się sprzedaje świeże, jeszcze ociekające wodą małże, po trzydzieści centymów sztuka.
Wynająłem łódź, ale nie można ruszyć z miejsca. Nasze wiosła są zaklinowane jak ramiona pasażera w przepełnionym tramwaju. Obojętne, w jakim kierunku się zwrócimy, natrafiamy na drewno, barki, beczki, łańcuchy, potężne, chrzęszczące i zardzewiałe łańcuchy, które rosną w nowoczesnych morzach. Nie ma niebezpieczeństwa. Nie możemy utonąć. Na tę grubą warstwę oliwy dałoby się zapuścić nawet bez łodzi. Ale mogłyby nas zdusić dwie drewniane kładki, które powoli, acz nieubłaganie zbliżają się do siebie, aby połączyć się w wielką platformę. Więc machamy, chociaż nikt nas nie widzi, wołamy, chociaż nikt nas nie słyszy, wymykamy się z chaosu tego wspaniałego porządku i szukamy ratunku wśród niebezpieczeństw otwartego morza i wzburzonych fal.
Mam za sobą monotonny śpiew wody, przed sobą już kolorowe miasto, a nad sobą wielką chmurę zgiełku.

Kocham zgiełk Marsylii, przodem galopują ciężkie dzwony wież, nacierają ochrypłe syreny parowców, z wyżyn błękitu kropi melodia ptaków. Potem nadciągają zastępy codziennych odgłosów, wołania ludzi, klaksony pojazdów, brzęk naczyń, echo kroków, stukot kopyt, szczekanie psów. To uroczysta parada dźwięków.
Z bieli miasta powoli wyłaniają się szare smugi ulic, zygzaki krętych i spiesznych schodków, sylwetki ludzi, kolorowe chorągwie prania wywieszonego nad ulicą, brunatne kadzie drzwi, wąskie wstęgi rynsztoków, szare stragany ulicznych handlarzy, ciemne góry muszli, barwne szyldy sklepów, złote okna, w których pławi się słońce i aksamitna zieleń drzew.
Kocham piękną, ruchliwą, próżną i bezcelową krzątaninę na ulicach. Większość ludzi nie oddaje się swoim obowiązkom, lecz sprawom pobocznym. Egzotycznie odziany cudzoziemiec, którego przygnało tu z odległych brzegów, włącza się w stroju ze swoich rodzinnych stron w ruchliwy nurt ulicy i czuje się jak w domu. Nie zmienia ubioru, kroku ani gestykulacji. Stąpa jak po swoim terenie, niesie na podeszwach butów rodzinne strony. Nie ma nic tak egzotycznego, co wzbudziłoby sensację. Chodnik należy do całego świata, do pasażerów siedmiuset statków ze wszystkich krain.
Przybywają tu jeźdźcy z Turkiestanu, w szerokich, ściągniętych u kostek szarawarach, które zakrywają krzywe nogi. Za nimi drobni marynarze chińscy w śnieżnobiałych mundurach, jak dzieci w niedzielnych ubrankach; wielcy kupcy ze Smyrny i Konstantynopola, tak majestatyczni, jakby mieli na sprzedaż nie dywany, lecz królestwa; greccy handlarze, którzy nie umieją zawrzeć transakcji w czterech ścianach, lecz wyłącznie pod gołym niebem, aby tym bardziej sprowokować Pana Boga; mali kucharze okrętowi z Indochin, pomykający o zmierzchu lekkimi stopami, szybko i bezgłośnie jak nocne zwierzęta; greccy duchowni o długich brodach z konopi; miejscowi mnisi, niosący przed sobą własną tuszę jak obce brzemię; czarne zakonnice, z których każda w barwnej ciżbie wygląda jak mały, odosobniony kondukt żałobny; biali cukiernicy – przyjazne widma Południa – sprzedający kandyzowane orzechy; żebracy z sakwą i kijem wędrownym, które nie są rekwizytami nędzy, lecz insygniami godności; mądrzy Żydzi algierscy, wysocy, żylaści, dumni, jak kołyszące się wieże; wędrowni pucybuci, chłopcy i dorośli mężczyźni, przedstawiciele kwitnącego interesu i zarazem sztuki.

Myślę, że długo trzeba się uczyć, aby z ową macierzyńską czułością przesuwać welurową szmatką po nosach trzewika i wydobywać ze skóry wszystkie niuanse, od smętnie wilgotnego matu aż po najpromienniejszy, najczarniejszy suchy połysk. Szczotka furkocze z prawej ręki do lewej. Blaszana puszka z pastą wiruje w powietrzu jak piłka. Jej wieczko odskakuje automatycznie i z łagodnym brzękiem ląduje w skrzynce na przybory.
A gość tymczasem siedzi wysoko na szerokim drewnianym tronie; i nawet jeśli w nim samym nie ma nic królewskiego, to zaraz będzie miał przynajmniej trzewiki jak król…
„Frankfurter Zeitung”, 15 października 1925
Książka Josepha Rotha Białe miasta, ukaże się w listopadzie 2020 roku nakładem wydawnictwa Austeria w tłumaczeniu Małgorzaty Łukasiewicz.
Wiktora Goławkina mało kto pamięta. Autor niewinnych książeczek dla dzieci i rysownik. Wydał w Polsce Rysunki na asfalcie (1965), Kocięta (1972), niewielką powieść Mój kochany tato (1973). Na okładce tej ostatniej wydanej Związku Radzieckim w 1967 roku widniał klucz czarnych myśliwców ze złowrogimi nazistowskimi krzyżami na skrzydłach, dołem przemykał się żołnierz radziecki. Uciekał, ale czujny i gotowy do strzału.
Goławkin szukał przebrania, ukrycia i w końcu zarył się w norkę z literaturą dziecięcą, ale był wspaniałym grafikiem i malarzem, a przede wszystkim, jak się po studiach plastycznych w Leningradzie okazało, utalentowanym pisarzem obdarzonym niezwykłym poczuciem humoru. Jednak jego z ducha charmsowskie miniatury nie cieszyły się wzięciem oficjalnych czasopism literackich, poza tym Goławkin publikował w samizdackim czasopiśmie „Sintaksis” Aleksandra Ginzburga. Ponieważ Ginzburg przygotował później Białą Księgę z procesu Siniawskiego i Daniela i niedługo potem został wsadzony do łagru na wiele lat, kariera Goławkina w oficjalnej, dorosłej literaturze była raczej skończona. Zbiory jego opowiadań pojawiły się dopiero w czasie pierestrojki, u progu lat dziewięćdziesiątych. Przypomnijmy tu kilka tych nieobszernych tekstów:
Przystanie
W wieku pięciu lat najspokojniej w świecie chodziłem po gzymsie piątego piętra. W domu na mnie krzyczeli i nawet zbili za to, że chodziłem po gzymsie. Uciekłem z domu i dotarłem do miasta Syktywkar. Nająłem się do pracy w porcie. Miałem dopiero pięć lat, ale mocno stałem na nogach i mogłem zamiatać przystań. Ledwo wystarczało mi na chleb, więc po miesiącu zamiatałem już dwie przystanie w ciągu dnia, potem trzy, cztery, pięć, sześć, siedem, osiem, dziewięć, dziesięć. Po roku zamiatałem dwieście siedemdziesiąt przystani. Zaczęło mi brakować przystani, szybko budowano nowe, ale zamiatałem je, zanim zdążono je wykończyć. Doszło do tego, że zamiatałem przystanie, które dopiero zaprojektowano i te, których jeszcze nie zaprojektowano. Tatuś, kiedy dowiedział się o moich osiągnięciach, nie ukrywał dumy i zakrzyknął:
– Zuch! Wyszedł na ludzi.

Wiktor Goławkin „Pływacy”
Opowiadanie o jednym obrazie Cezanne’a, chłopcu i straganiarce
Dziwny był człowiek Paul Cézanne! Namaluje obraz niebywałej urody, ale coś mu się nie spodoba. Więc rżnie go nożem – o, tak: raz-dwa i wyrzuca przez okno. Okno pracowni wychodziło na ogródek. W ogródku często bawiły się dzieci. Robiły sobie zbroje i tarcze z obrazów wyrzucanych przez Paula Cézanne’a i biegały z wrzaskiem. Dziurawiły obrazy patykami, robiły z obrazów statki i puszczały je w kałużach. Tylko jeden bardzo mały chłopiec, który mieszkał naprzeciwko, pewnego dnia znalazł płótno Cézanne’a i przyniósł do domu. Matka chłopca, kłótliwa osoba, kiedy je zobaczyła, wykrzyknęła: „co za śmieci do domu znosisz!” – i wyrzuciła przez okno.
Akurat straganiarka jechała na bazar. Wzięła obraz z ulicy i położyła na wózek. „Bardzo ładne kwiatki – pomyślała – powieszę sobie w domu”.

Wiktor Goławkin „Bulwar nadmorski”
W numerze dwunastym z 1981 roku leningradzki miesięcznik „Aurora” w dziale humor na końcu numeru opublikował miniaturę Goławkina Przemówienie jubileuszowe. Brzmiała ona tak:
Trudno sobie wyobrazić, że ten wspaniały pisarz żyje wśród nas. Nie chce się wierzyć, że chodzi po tych samych ulicach, co my. Wydaje się, że nie ma go wśród żywych. Przecie tyle już napisał! Inny człowiek, który tyle napisał, już dawno leżałby w grobie. Ale on jest jak nie-człowiek. Żyje i, ku powszechnemu zdumieniu, nie myśli umierać. Większość sądzi, że umarł już dawno – tak wielki jest zachwyt nad jego talentem. Przecież Balzac, Dostojewski, Tołstoj dawno są na tamtym świecie, podobnie inni wielcy klasycy. Jego miejsce jest tam, obok nich. Zasłużył na ten zaszczyt! Siedzi tu przede mną – gruby, z rumianymi policzkami i aż trudno uwierzyć, że umrze. Sam w to pewnie nie wierzy. Ale na pewno umrze jak dwa razy dwa cztery. Będzie miał wielki pomnik, a jego imieniem nazwany zostanie tor wyścigów końskich, tak lubił konie. Jego grób zostanie ogrodzony kratką. Więc może się nie martwić. Płaskorzeźba z jego podobizną będzie na nas spoglądać z tego ogrodzenia.
Przedwczoraj usłyszałem, że zmarł. Wiadomość przyniosła moja córka, lubi pożartować. Nie będę krył, poczułem radość i dumę z naszego przyjaciela-towarzysza. – No w końcu! – zakrzyknąłem – zajmie swoje miejsce w literaturze!
Ale radość była przedwczesna. Chociaż myślę, że długo nie przyjdzie nam czekać. Nie rozczaruje nas. Wszyscy w niego wierzymy. Życzymy mu, by dokończył dzieło, którego jeszcze nie dokończył i jak najszybciej dał nam powód do radości. (oklaski)
Monolog Goławkina na stronie siedemdziesiątej piątej zamykał numer, ale w grudniu 1981 roku wypadał okrągły jubileusz – siedemdziesiąte piąte urodziny Leonida Breżniewa, więc całostronicowa kolorowa fotografia Breżniewa otwierała numer. Wprawdzie Goławkin przysłał Przemówienie jubileuszowe parę miesięcy wcześniej, napisał je kilkanaście lat wcześniej i bynajmniej nie myślał wtedy o Breżniewie. Tego wyjaśnienia nikt jednak nie słuchał. Wyzywająca klamra i dwie symboliczne siedemdziesiątki piątki nie wyglądały na przypadek. Redakcję rozgoniono. Za polityczną krótkowzroczność. A autor Małej ziemi nie dożył siedemdziesiątych szóstych urodzin.
MAREK RADZIWON
Nieźle radzę sobie z kryzysami, a moje kryteria oceny, co jest sytuacją kryzysową, są dosyć wygórowane. Wychowałam się w powojennej Polsce, kraju przetrzebionym przez wojnę, w rodzinie zredukowanej przez Holocaust do matki, ojca i później, młodszej siostry. Brakowało wszystkiego, a kiedy w sklepach pojawiał się chleb czy papier toaletowy, od razu ustawiały się kolejki. Ostatnio rozmawiałam z przyjaciółmi, którzy dorastali w podobnych okolicznościach. Opowiadali, że dziwnie, podświadomie wracają u nich lęki i atawizmy z tamtego czasu: szukanie miejsca, gdzie można się ukryć przed światem, zupełnie nieuzasadnione „wydzielanie” jedzenia, a w moim przypadku podskórny, irracjonalny strach przed głodem (Minął, ledwie go sobie uświadomiłam. Może jednak psychoanaliza ma nam coś do zaproponowania).
A jednak kryzys wprowadził mnie w stan jakiegoś podstawowego zmieszania. Brakuje mi narzędzi, aby z nim sobie poradzić. Nie wiem, jak mam to wszystko „ułożyć w głowie”, jak często się teraz mówi, jakie zająć stanowisko. Codziennie wstaję z uczuciem, które mogę określić tylko jako stan egzystencjalnej dezorientacji. Nie wiem, w jakim żyję świecie – i kiedy. Czas stał się rozciągnięty i bezkształtny: zdarzenia sprzed trzech tygodni należą jakby do innej epoki i nie mamy pojęcia, jak myśleć o przyszłości, kiedy to się skończy i jak wtedy będzie wyglądał świat.
Oczywiście wiemy, czym obecna sytuacja różni się od innych katastrof: ta jest niewidzialna, wrogiem nie są inni ludzie, zło nie jest celowane w konkretny kraj czy grupy ludzi. Kryzys jest globalny i towarzyszy mu globalny przepływ informacji, który od dłuższego czasu zmienia nasze postrzeganie świata. Docierają do nas informacje o wszelkich konfliktach i przerażająco pomysłowych postaciach podłości oraz przemocy, stale obecnych we wszystkich zakątkach globu. To być może wzmaga nasze poczucie, że żyjemy w najgorszych czasach.
Tak więc teraz śledzimy statystyki i zdarzenia związane z epidemią koronawirusa na całym świecie, przez co staje się ona bodajże jeszcze poważniejsza i groźniejsza niż jest w rzeczywistości. Dzień po dniu, gdy śledzę rozwój pandemii z perspektywy mojego przytulnego gabinetu, ogarnia mnie mieszanka trudnych do uchwycenia uczuć. Nie jestem przerażona czy nawet bardzo zaniepokojona; ale nie umiem się otrząsnąć z pewnego zakłopotania. Paradoksalnie, ten kryzys ma również pozytywne skutki. Poczucie wspólnego zagrożenia sprawiło, że wyrosły zielone kiełki solidarności. Kilka osób zaproponowało mi zrobienie zakupów – w tym agent nieruchomości, który ma biuro niedaleko mojego domu. A przecież ta grupa zawodowa raczej nie kojarzy się z altruizmem! Tymczasem wolę robić zakupy sama, ale ponieważ jestem przekonana, że pragnienie solidarności jest jedną z najgłębszych ludzkich potrzeb, takie gesty są pocieszające i dodają mi energii. Oczywiście zdarzają się też wybuchy nieżyczliwości, ale przynajmniej tymczasem, są rzadkie. I nawet pojawiło się trochę poczucia wspólnoty w stosunku do brytyjskiego rządu, co w tym kraju wydaje się nieomal wywrotowe. Keir Stramer został właśnie wybrany na nowego lidera Partii Pracy i wprowadził do naszego życia politycznego element współpracy, który dodaje otuchy.
A jednak: przeciwko czemu się jednoczymy? Na czym polega niebezpieczeństwo, z którym się konfrontujemy? Co to jest za wirus i jak zdołał rozprzestrzenić się po świecie, zanim się obejrzeliśmy? Kilka dni temu w „New York Timesie” ukazał się ilustrowany artykuł, wyjaśniający budowę koronawirusa. Ale jego lektura tylko wzmogła moje poczucie zagubienia. Genom tego wirusa, w porównaniu z naszym, jest śmiesznie mały. A jednak wirus „wie”, jak w swojej mikroskali dokonać sabotażu naszego organizmu, zmienić nasze genetyczne instrukcje tak, że wynika Covid-19. I tymczasem my, ludzie, łącznie z największymi naukowcami na planecie, nie wiemy, jak z nim walczyć, jak się zabezpieczać na tym najbardziej podstawowym poziomie. Jak to możliwe i jak mamy to rozumieć? Czy wirus wypełnia jakiś ewolucyjny imperatyw czy program? Może w dalszej perspektywie ma jakiś sens (na przykład taki, że my, ludzie, za bardzo się rozmnożyliśmy i to jest straszna korekta tego nadmiaru)? Jak to możliwe, że ten znikomy organizm zmusił nas do uwięzienia, podczas gdy on swobodnie szaleje po świecie?

Carlo Bononi, „Święty Ludwik z Tuluzy modlący się o zażegnanie zarazy”, Wiedeń, Kunsthistorisches Museum
Zdaję sobie sprawę, że to są naiwne pytania. A jednak się narzucają. Ostatnio rozmawiałam z zupełnie laickimi przyjaciółmi, którzy – ku mojemu zdumieniu – zadawali pytania z wyraźnie religijnym podtekstem. Czy wierzę w przeznaczenie? Czy rządy naszych krajów i w ogóle cała ludzkość, popadły w zepsucie i spotyka nas za to kara? Sama jestem odporna na religię, podobne pytania nie przychodzą mi nawet do głowy. A jednak mam wrażenie, że w bardziej naturalistycznym sensie, Covid-19 każe nam skonfrontować się z problemem czystego, bezsensownego i pozbawionego przyczyn zła. Wirus to coś, co istnieje bez powodu, poza tym, że na swój sposób żyje i został tak zaprogramowany, że aby przetrwać, musi siać zniszczenie. Znowu zdaję sobie sprawę, że to są naiwne refleksje. Pasożyty istniały, odkąd pojawiło się życie na ziemi, chociaż nigdy dotąd nie działały w tak globalnej skali.
Oczywiście jest nadzieja, że znajdzie się rozwiązanie – szczepionka. Na pewno zostanie wynaleziona. Ale mimo wszystko codziennie rano budzę się z widmem mdłości. Ja, my wszyscy, mamy potrzebę życia w sensownym świecie. Tymczasem nasz świat został zaatakowany przez coś, co niszczy, a w każdym razie podminowuje znaczenia. Oczywiście myślę o Królu Learze, który tak przejmująco zwraca się do martwej Kordelii: „Dlaczego / Pies, koń, szczur tyle życia w sobie mieści, / A w tobie nie ma ni tchnienia?” (tłum. Stanisław Barańczak). I oczywiście myślę o Mdłościach Sartre’a. Sartre nie należy do moich ulubionych autorów, ale zrozumiał straszność – mdłości – życia w świecie pozbawionym ludzkiego sensu.
Wreszcie, oczywiście zdaję sobie sprawę, że rozwiązywanie egzystencjalnych zagadek nie jest najważniejszym zadaniem. Ale być może ten dziwny, surrealny kryzys na nowo uświadomi nam naszą własną kruchość, nieodłącznie przypisaną do ludzkiej egzystencji. Albo, inaczej mówiąc – odsłoni ciemną stronę ludzkiej kondycji. I być może – kto wie – może zmienimy kierunek, w którym prowadzimy nasze ludzkie społeczeństwa. Może wirus nam przypomni, że żyliśmy przy groteskowym wręcz poziomie ekonomicznych nierówności. Zmusi do międzynarodowej odpowiedzialności za najsłabszych i przypomni o obowiązku włączenia wszystkich członków społeczeństw w sieć opieki i solidarności. Covid-19 stanie się napomnieniem, byśmy nie pogarszali mrocznej ludzkiej kondycji naszą własną, wcale nie podyktowaną przez naturę, skłonnością do bezsensownej przemocy. Abyśmy nie wybierali życia w tłamszących ducha konfliktach i niepotrzebnych podziałach.
Kto wie. Być może.
Londyn, wiosna 2020
Tłum. Anna Arno
Od pewnego czasu nachodziła mnie pokusa, by napisać coś w stylu Iwaszkiewicza, sprawdzając tym samym nie tylko stylizatorską biegłość ręki, ale też zdolność wczucia się w pisarza, z którym los złączył mnie tak ściśle, iż pracuję w jego domu. Wybór padł na Sérénité, opowiadanie pisane w Genewie i Rzymie we wrześniu i październiku 1971 roku. Dlaczego właśnie ono? Sérénité oznacza wewnętrzne rozjaśnienie, uspokojenie – stan ducha osiągany z trudem, nawet w późnym wieku. W przypadku Iwaszkiewicza ów stan wpływa zarazem na sposób pisania, w gruncie rzeczy ów stan ducha jest „stanem” pisania – jakby pisała sama dusza, bez pośrednictwa ręki. Gdy się nad tym dokładniej zastanowić, jest to metoda pisarska moralnie podejrzana, bo największe ludzkie udręki, narodowe cierpienia i historyczne burze tracą swój dramatyzm, który roztapia się w pogodzie ducha autora, w jego stylu. Najbardziej wstrząsające występki stają się niepokojąco ładne, bo są ładnie, spokojnie opisane. Czy nie to właśnie miał za złe Iwaszkiewiczowi Józef Czapski, określając tę postawę jednym słowem: estetyzm? Ale co ma zrobić człowiek, który nie wierzy w możliwość naprawy świata i ludzi, który jest przekonany o daremności buntu wobec zła? Próbuje złapać zło w pajęczynę piękna, ufając, że zło wpięte w piękno, jeśli nie znika zupełnie, to traci na impecie.
Na ursynowskim osiedlu, 12 października…
Droga Pani Beato!
Ucieszy się Pani zapewne, że pod Jej wpływem sięgnąłem po Sérénité Jarosława Iwaszkiewicza. W tej pani Agacie, do której pisze autor, rozpoznałem Jadzię Hanicką ze Stawiszcz, w której dwudziestoletni Iwaszkiewicz podkochiwał się latem 1914 roku. Gdyby Pani chciała sobie o tym poczytać, proszę sięgnąć po Książkę moich wspomnień i otworzyć ją na stronie 129. Wróćmy jednak do Sérénité. Już lektura pierwszych stronic tego znakomitego opowiadania mocno mnie zastanowiła. Bo dziwnie jest stwierdzić, że pod pewnym względem wiemy więcej niż stary poeta, który pisze, że gdyby powiedział wiele lat temu swojej znajomej, że ją kocha, to wyznanie owo pchnęłoby ich życie na zupełnie inne tory.
My już takich złudzeń nie żywimy. Wiemy, że można wyznać miłość, a życie toczy się jak przedtem, bo niby dlaczego miałoby ulec zmianie? Ledwie jednak zdążyłem napisać ostatnie litery, a już zwątpiłem w ich sens. Bo może jednak coś zmienia? Na pewno zmienia tego, który kocha – i choć w warstwie zdarzeń zewnętrznych nie zmienia się nic, zmianie ulega życie wewnętrzne kochającego – jakby sam bóg miłości w nim zamieszkał, a stan taki godny jest zapewne pozazdroszczenia. Ale czy tylko kochający dobrze na tym wychodzi, Pani Beato? Przypuszczam, że nie tylko on. Znane są co najmniej trzy religijne warunki zbawienia duszy ludzkiej: wiara, dobre uczynki, łaska Boga. Ale jak na zacnych miłośników literatury przystało, sięgnijmy po dzieła literackie – może jest w nich coś na ten temat?

Henri Martin „Sérénité”
W Fauście Goethego zbawienia dostępuje ten, kto wiecznie się trudzi. Znacznie ciekawiej jest w Zbrodni i karze, gdzie morderca Raskolnikow osiąga zbawienie nie dzięki skrusze, nie dzięki nawróceniu, lecz dzięki Soni Marmieładow, dziewczynie, która go pokochała. Bo zdaniem Dostojewskiego, przez niektórych nazywanego piątym apostołem, człowieka zbawia przede wszystkim miłosne wstawiennictwo osoby, która go kocha, bowiem skoro jest kochany, to znaczy, że wart jest tej miłości, a bycie wartym miłości to to samo co bycie wartym zbawienia. Dobrze jest zatem i kochać, i być kochanym. Co lepsze? Nie wiem. A czy ktoś w ogóle wie?
Jak Pani widzi, w okropnie wysokie tony uderzam, ale to sam Iwaszkiewicz mnie do tego skłania, który także pisze o Dostojewskim i jego dwóch powieściach: Zbrodni i karze oraz Biesach – moich ulubionych. Zgadzam się z Iwaszkiewiczem, że spowiedź Stawrogina to nic w porównaniu ze snem Raskolnikowa. Dla mnie spowiedź Stawrogina stoi nawet niżej niż małżeństwo Stawrogina z Kuternóżką, czyli małżeństwo pięknego mężczyzny, który może mieć każdą kobietę, jaką zechce, nawet bez pomocy diabła – a przecież mógł liczyć i na taką pomoc – małżeństwo pięknego mężczyzny z kobietą kaleką. Zawsze krwawi mi serce, gdy czytam o szczęściu Kuternóżki, szczęściu bez podstaw, bo Stawrogin wybrał ją oczywiście nie z miłości, lecz dla kaprysu, dla zabawy, z jakiejś demonicznej pobudki, by pokazać światu, że jest ponad tak trywialne rzeczy jak kobieca uroda, a także dlatego wybrał brzydką, by ukarać męką zazdrości wszystkie piękne.
I rację ma Iwaszkiewicz, pisząc, że podszewką natury ludzkiej jest okrucieństwo, czego dobitnym dowodem jest sen Raskolnikowa o bitym koniu. To sen, a ja widziałem, Droga Pani Beato, na własne oczy gorszą rzecz. Miałem wtedy pięć lat i szedłem w letnie popołudnie z wujkiem ulicą w Radzyminie. Gdy dochodziliśmy do głównego skrzyżowania, zobaczyłem, że dwa wozy konne z węglem zahaczyły o siebie kołami. Brudni od miału węglowego wozacy wyskoczyli z furmanek i podbiegli nie do siebie, lecz do koni – i każdy z wozaków zaczął chłostać batem cudzego konia. Ludzie otoczyli ich kołem i patrzyli, ja zacząłem płakać i prosiłem wujka, byśmy szli do domu. On jednak chciał na to patrzeć, więc i ja patrzyłem. W pewnej chwili obydwaj wozacy tak się spocili chłostaniem koni, że zdjęli z siebie koszule i mieli na sobie tylko spodnie, nad którymi sterczały ich opasłe, lśniące od potu brzuchy. Uderzenia stopniowo stawały się coraz słabsze, bo mężczyznom zaczynało brakować sił, ale i konie ledwo stały na nogach. Raptem jeden z koni, cały zakrwawiony, upadł na asfalt – i to był koniec pojedynku między ludźmi.
A skoro już tak się rozpisałem o koniach, to jeszcze jedną historię Pani opowiem.
W kwietniu 1855 roku do Turynu przyjechał Nietzsche. Napisawszy obrazoburczą książkę, postanowił nadrobić zaległości w lekturze i sięgnął po Zbrodnię i karę. Przeczytał ją jednym tchem, a największe wrażenie zrobił na nim rozdział, gdzie jest mowa o strasznym śnie Raskolnikowa. Rodion ma we śnie siedem lat i przechadza się z ojcem na peryferiach małego miasteczka. Gdy mijali szynk, chłopczyk zauważył, że woźnica okłada swego konia batem po oczach, bo chuda, mała szkapina nie mogła uciągnąć wozu pełnego rozbawionej gawiedzi. W pewnej chwili furman odrzuca bat i wyciąga z dna wozu długi drąg. Na grzbiet konia spada ciężki cios, potem drugi, trzeci, czwarty. Zwierzę pada pod potężnym uderzeniem żelaza. Mały Rodia z krzykiem przedziera się przez ciżbę do konika, zarzuca ramiona na jego martwy, skrwawiony łeb i całuje w oczy.
Da Pani wiarę, że ta scena nie dawała Nietzschemu spać po nocach? Niedługo potem widziano w Turynie Nietzschego prowadzonego pod ręce przez dwóch policjantów. Podobno znaleziono piewcę nadczłowieka uczepionego końskiej szyi i z trudem go od niej oderwano. Według relacji świadków podszedł do konia, zarzucił mu ręce na szyję i przywarł twarzą do jego łba.
Gdzie szukać, Pani Beato, prawdy o Raskolnikowie: w zabiciu lichwiarki siekierą czy w całowaniu oczu zakatowanego konia? Gdzie szukać prawdy o Nietzschem: w złorzeczeniu Chrystusowi czy w zarzuceniu rąk na szyję zmęczonej szkapy? Odpowie mi Pani?
ROBERT PAPIESKI
Było późne lato 2003 roku. Babie lato, wrzesień, początek roku szkolnego. Przyjechałam na studia w Sarah Lawrence College – małym college’u pół godziny na północ od Nowego Jorku. Bałam się, ale przyjechałam, ponieważ uważałam, że trzeba od siebie wymagać więcej. W dodatku dostałam stypendium, którego wysokości nie umiałam sobie wyobrazić. Wtedy nie miałam już wyjścia.
Cały poprzedni rok snułam mrzonki o studiach w Wiedniu. Przede wszystkim było to już zagranicą, ale wystarczająco blisko, aby co tydzień przyjeżdżać do domu. Przynajmniej tak sobie wyobrażałam. Nie wyobrażałam sobie natomiast rozstania na dłużej niż dwa tygodnie, ale człowiek jest w stanie znieść więcej, niż umie sobie wyobrazić. Kiedy ostatniego dnia sierpnia po raz pierwszy miałam przekroczyć ocean, bałam się tylko jednego: że na lotnisku w Wiedniu nie znajdę przesiadki do Nowego Jorku.
Na kampusie mojej uczelni przywitała mnie Shirley Be, asystentka studentów zagranicznych. To był specjalny przywilej: osobiste powitanie. Zawdzięczałam je zapewne potokowi maili, które od początku lipca wysłałam do Shirley Be. Innych świeżo upieczonych studentów odstawiali na kampus rodzice. Czasami jechali z drugiego wybrzeża, wieźli dobytek i zaopatrzenie. Na moim łóżku w akademiku nie było pościeli, tylko goły materac, ale pierwszej nocy to nie przeszkadzało. Było ponad osiemdziesiąt stopni w skali Fahrenheita (niedługo nauczyłam się przekładać to na Celsjusze) i tak czy owak nie mogłam spać, z powodu podniecenia i różnicy czasu. Ktoś mi powiedział, że to zjawisko nazywa się jetlag. Kto inny pokazał, jak z automatu telefonicznego (które wtedy jeszcze się spotykało) wybrać zamorski numer. Ktoś nauczył, jak się otwiera drzwi, przeciągając w zamku legitymację. Przypomniałam sobie fragment wiersza Stanisława Barańczaka: „Po chwili oko się przyzwyczaja do wiewiórki szarej, a nie rudej, jak pan bóg przykazał”. Po trawnikach rzeczywiście biegały szare wiewiórki. Po raz pierwszy zobaczyłam też pręgowca – maleńkiego gryzonia, takiego jak Chip i Dale. Wieczorami nieraz coś ruszało się w krzakach; powiedzieli, że charakterystyczny smród sygnalizuje skunksa.
W akademiku przydzielono mi współlokatorki: obie miały takie samo imię. Sarah była z Pakistanu, a Sara z Kopenhagi i wszystkich nowo poznanych uprzedzała, że ją się pisze bez końcowego „h”. Shirley Be była pół – czy ćwierć – Chinką i nie mogłam się nadziwić, że można mieć takie krótkie nazwisko. Tego wieczoru, kiedy oszołomiona po raz pierwszy stanęłam na amerykańskim kontynencie, poczęstowała mnie arbuzem, ponieważ, jak powiedziała, na pewno się odwodniłam. Pewnie miała rację, bo do dziś pamiętam jego smak. Przed wyjazdem ludzie mnie przestrzegali przed genetycznie modyfikowaną żywnością. Straszyli też na inne sposoby: że się roztyję, że ze mnie zrobią feministkę, że oduczę się chodzić pieszo i wszędzie będę równie obca, szczególnie we własnym kraju. Tymczasem Shirley Be zaproponowała, że w poniedziałki w godzinach lunchu mogę usiąść przy jej stoliku, bo zagraniczni studenci znajdują wspólny język.

Fot. Anna Arno
Było gorąco i wilgotno. Poznałam słowo, które określa taką pogodę: sultry. A także kilka innych wyrażeń pierwszej potrzeby. Zaspać, spóźniać się, rzygać, być na haju, być do dupy, a także pochodzące z łaciny, eleganckie słowo procrastination, oznaczające odkładanie w nieskończoność pilnych obowiązków. Tymczasem dzieliłam pokój z Sarą z Danii. Przez łazienkę sąsiadowałyśmy również z Sekwoją. Nie mogłam uwierzyć, że poznałam prawdziwą, rdzenną Amerykankę: jej rodzice żyli w rezerwacie, a ona dostała się do college’u z dodatkowymi punktami za pochodzenie. Sekwoja była drobna i chaotyczna, nie myła łazienki, budziła się w południe i w podkoszulku biegła na pierwsze zajęcia. Często nielegalnie nocował u niej chłopak, ogromny Jaban z Jamajki. Nigdy nie widziałam większego mężczyzny. Przez drzwi słyszałam, jak sikał, słyszałam jego straszny ryk, kiedy się kłócili. Słyszałam przenikliwy pisk Sekwoi. Aż wreszcie Jaban przestał nocować w sąsiednim pokoju.
Studiowałam Platona, historię architektury i historię antysemityzmu, omawialiśmy Eichmanna w Jerozolimie. Na filozofii poznałam greckie słowa: ousia i areté i zrozumiałam, że w słowie „entuzjazm” jest cząstka, która oznacza bóstwo, że to oznacza właściwie „być wypełnionym przez bogów”. Profesor historii zaproponowała, żebym została jej asystentką, ponieważ w dyskusji użyłam słowa perspicacious, którego nie zna większość Amerykanów. Perspicacious znaczy bystry albo przenikliwy i właśnie taka bardzo chciałam być.
11 września wzięłam udział w ogólnoszkolnym apelu upamiętniającym ofiary World Trade Center. Minęły dopiero dwa lata, przyjechałam do Ameryki okaleczonej, wystraszonej, która straciła pewność siebie. Pewny siebie był tylko ówczesny prezydent słynny z braku polotu i niedokształcenia.
W drugim tygodniu września wybrałam się na Manhattan, do księgarni Coliseum Books, na promocję książki Susan Sontag. To była moja pierwsza samodzielna wycieczka do miasta: na szczęście księgarnia znajdowała się niedaleko dworca Grand Central Terminal, gdzie dojeżdżały pociągi z kampusu. Siedziałam w kucki na podłodze, niewielka przestrzeń pomiędzy półkami była szczelnie wypełniona. Oficjalna godzina spotkania dawno minęła. Ale ludzie trwali w nabożnym skupieniu. Po trzech kwadransach organizatorzy zapewnili, że autorka jest w drodze. Po godzinie i dwudziestu minutach poproszono nas o cierpliwość, ponieważ taksówka utknęła w korku. Pisarka weszła po niemal dwóch godzinach. Ale to nie była Susan Sontag, jakiej się spodziewałam. Prawdę mówiąc do tej pory mało ją czytałam: jakieś kawałki o fotografii. Ale słyszałam o niej, a przede wszystkim miałam w oczach jej portret: burzę czarnych włosów z białym pasmem z przodu, mocne rysy, niepokorną twarz kobiety w sile wieku. To była postać, z której można było sobie zrobić idolkę. Tymczasem Susan Sontag, którą zobaczyłam, wyglądała raczej jak babcia mojej koleżanki. Ściągnięte w kucyk, całkiem siwe włosy, szara, pomarszczona twarz. Była w długiej spódnicy i oliwkowym swetrze. Wiedziałam, że wiele lat temu „wygrała z rakiem piersi” i mimo woli wpatrywałam się w miejsce tego zwycięstwa. Szok był jednak ogromny: przed publicznością księgarni stała zmęczona, starsza osoba. Ale kiedy zaczęła mówić o swojej ostatniej książce, Widok cudzego cierpienia, znów była mocna, przejmująca; zapomniałam o „rozczarowaniu” wizerunkiem. Zmarła nieco ponad rok później. W kolejnych latach czytałam jej eseje. Czytałam wspomnienia jej bliskich. O tym, jak zmagała się z chorobą, naprawdę jak lwica, osoba zdesperowana, niepogodzona, jak bogini. Po prostu nie przyjmowała śmierci, świadomości, że dar życia mógł zostać jej odebrany. Wtedy zrozumiałam, że w 2003 roku w księgarni przy 42 ulicy występowała osoba śmiertelnie chora, która wielokrotnie, siłą woli, wstawała, negując cierpienie. Zrozumiałam, że kiedy rozczarowana patrzyłam na siedemdziesięcioletnią pisarkę, był to poniekąd „widok cudzego cierpienia”. Po latach czytałam świeżo opublikowane dzienniki młodej Susan: godny podziwu, a zarazem odpychający wydał mi się jej egoizm, megalomania, a może raczej właściwe wybitnej osobowości skupienie na sobie, własnych przeżyciach i dążeniach. Wymagająca w związkach z mężczyznami i kobietami, boleśnie reagowała na odrzucenie, ale była bezwzględna dla cudzych zranień. Drażniło mnie jej egotyczne skupienie na własnych doznaniach: miłosnej sprzeczki, kaca, niewyspania. Intelektualne postanowienia, wymaganie od siebie. Punktualność nigdy nie była jej cnotą, a flejtuchostwem wręcz się szczyciła. Żywiła się tuńczykiem z puszki, nie wynosiła śmieci, przez wiele dni unikała prysznica i z rodzajem naukowej ciekawości sprawdzała, jak długo można nie myć włosów. Imponowała mi i drażniła. Czy myślała o publikacji tych zapisków? Nawet, jeśli notowała dla siebie, czyżby uważała każdy swój posiłek, wysypkę, zły nastrój, za godne utrwalenia? Ja tymczasem wracałam myślą do tego jedynego publicznego spotkania, na początku moich studiów w Nowym Jorku.
W grudniu 2004 roku umarła Sontag, dwa lata później zamknęło się Coliseum Books. W 2008 roku na stałe wróciłam do Polski. Czasami śni mi się, że jestem w Nowym Jorku. Co parę lat przyjeżdżam; sprawdzam, co trwa, a gdzie zastanę zamalowaną szybę: „lokal do wynajęcia”. Kiedy opuszczamy miasto, które stało się bliskie, własne i oswojone, egoistycznie chcielibyśmy je zachować, jak w szklanej kuli, którą wystarczy potrząsnąć, żeby spadł śnieg. A z drugiej strony trudno uwierzyć, że to miasto żyje i zmienia się bez naszego nadzoru, pod naszą nieobecność. Ale powrót do Nowego Jorku za każdym razem daje uczucie wolności. Ameryką, do której dziś przyjeżdżam, rządzi cyniczny szaleniec. Przyznaję, że kiedyś lubiłam drzewka, zdobiące Trump Tower. Wtedy nie wiedziałam, że ten dwustumetrowy wieżowiec powstał na miejscu eleganckiego domu towarowego Bonwit Teller z 1895 roku, a do jego burzenia agresywny deweloper zatrudnił nielegalnych imigrantów z Polski. Nie oszczędzili nawet płaskorzeźbionych dekoracji. Teraz w tym miejscu, przy Piątej Alei zawsze stoi policja. Przychodzą protestujący z hasłami „Trample Trump” (podeptać Trumpa). Z kolei przed sklepem Abercrombie & Fitch po drugiej stronie ulicy nie ustawiają się już kolejki (za moich czasów trudno było się przecisnąć przez tłum turystów, którzy cierpliwie czekali na poszarpane koszulki i szorty, odrobinę wyluzowanego luksusu).
Ale tak naprawdę wracam do miasta, gdzie doskonale świadoma swojej obcości, zawsze czuję się na miejscu. Owszem, odstałam swoje na lotnisku, w tej dłuższej kolejce, dla gości z zagranicy. Mam tutaj status „non-resident alien”. Obcy, nieswój, wyalienowany. Ale każdy skądś przybył, dawno albo wczoraj, każdy ma jakiś akcent. Ulice i chodniki są szerokie, dla wszystkich starcza miejsca. Gość w żółtej pelerynie toczy swój wózek z makulaturą po Madison Avenue, obok „flagowych” sklepów wielkich projektantów. Gdyby zamiast tej peleryny założył smoking, to pałeczka, którą przegarnia śmieci, zmieniłaby się w batutę. W dobrym garniturze mógłby być profesorem na Columbii. To nie jest dobry, równy ani sprawiedliwy świat. Wolność, którą odczuwam jest złudzeniem: ponieważ jestem daleko od wszystkiego, co mi bliskie, własne, od mojego kraju. Przez Park Avenue przechodzi starsza kobieta w obcisłym purpurowym kostiumie i pomarańczowym kapeluszu na ogolonej siwej głowie. Na piersi nosi znaczek Lesbians for Bush. Spóźniła się o dobrych parę lat. W każdym razie niezły dowcip. W każdym razie, póki co, wszystko wolno na siebie założyć i wszystko wolno powiedzieć.
Swoboda, którą odczuwam jest złudna. Możesz wyglądać, jak chcesz, ubrać się, jak ci pasuje, kogo to obchodzi. Wielu to obchodzi, jeśli sądzić po strojach pewnych kobiet, po kształcie ich ust. Czas i ludzki osąd są bezwzględne, nawet w Nowym Jorku. Ale nic nie musisz. Możesz wejść w piżamie i cię obsłużą, z uśmiechem, z uprzejmością, którą Europejczycy uważają za fałszywą. Profesjonalizm. Klient nasz pan. Jesteśmy tu po to, aby ci pomóc. Ale uprzejmość wchodzi w krew. Według pewnych naukowych ustaleń, nawet sztuczny uśmiech poprawia humor, rozciągnięcie ust coś porusza w mózgu. Gdybym miała określić, co najmocniej mnie porusza w tym kraju, to byłoby chyba właśnie to: uprzejmość nieznajomych. Być może jesteś tu sam, na nic cię nie stać, nie masz przyjaciół. Nie możesz liczyć na miłość, przyjaźń, troskę i uwagę. Ale to masz zagwarantowane jak w konstytucji. Uśmiech, sztuczny czy prawdziwy. Zauważą cię, kiedy tędy przejdziesz, pozbierają, kiedy upadniesz. Za chwilę zostaniesz zapomniany. Ale jesteś teraz, przez tę chwilę, kiedy przypadkiem tędy przechodzisz.
ANNA ARNO
No proszę, taka Leni Riefenstahl, gadzina propagandy hitlerowskiej, dożyła setki z okładem i jakby na starość młodniała. Na zdjęciu ze swoich setnych urodzin wygląda zupełnie jak panna młoda, na dodatek w białej sukni z koronki. I gdzie tu sprawiedliwość?
Pomyślałam o sobie. Ile latek będzie mi dane? Trzy? Piętnaście? Nie, to byłaby lekka przesada. A zresztą. Co jest komu przeznaczone, to na drodze rozkraczone, jak mawiała czyjaś babcia. Doszłam do wniosku, że trzeba zacząć przygotowywać Dzieła zebrane. Oczywiście własne, bo niby czyje. Jak się nimi nie zajmę, to w ogóle nie wyjdą.
Tom I: „Juwenilia”
Przez chwilę zapowiadałam się jako poetka. Gdy miałam lat dwanaście, zainstalowano nam po latach oczekiwania telefon, tak zwany towarzyski. Nie należy mylić z późniejszą inicjatywą społeczną też często na telefon, pod nazwą „agencja towarzyska”. Z chronicznego braku linii telefonicznych dwa gospodarstwa w tym samym domu dostawały ten sam numer, w naszym przypadku 33-10-73. Osobny guzik w aparacie uniemożliwiał, przynajmniej w teorii, wzajemne podsłuchy. Chyba, że się zapomniało go przycisnąć. Przejęta tym cudem komunikacji, napisałam wiersz o telefonie pod tytułem Telefon. Nie, żadnych rymów ab ab, takich wierszy młodzieńczych jest na kopy. Mój był pisany wolnym wierszem.
Niestety, nic z niego prócz tematu i formy nie pamiętam, a poza tym wena poetycka mnie opuściła na dłuuugie lata. Być może przydała się do tłumaczenia poezji, ale to już nie wejdzie do juweniliów z powodu osi czasu. Trochę kiepsko z materiałami.

Fot. Renata Gorczyńska
Tom II: „Podróżny świata”; wydanie nowe rozszerzone
Mój Szan. Rozmówca Czesław Miłosz zastrzegł na wstępie, że nie wolno mi zadawać żadnych pytań dotyczących sfery osobistej. Skupiliśmy się na omawianiu jego twórczości. Ubolewałam w duchu nad czytelnikami, którzy będą się musieli przedzierać przez rozbiór jego wierszy, bo z prozą zawsze łatwiej. Ale czego C. M. nie powiedział mi podczas licznych rozmów przy magnetofonie, dodał z górką, gdy mu sekretarzowałam. Pamięć mam jak słoń, więc dopiszę do jego wypowiedzi wszystko to, co potem zasłyszałam. Większość komentarzy też podmienię, bo trochę się od czasu ich napisania poduczyłam z Miłosza.
Tom III: „Portrety paryskie”
Może być, jak leci, z jedną dodaną kartką, na której wyjaśnię, że miała się tu znaleźć rozmowa z Romanem Polańskim, grubo przed aferą Me#Too. Choć byliśmy już z reżyserem po słowie, na drodze do sukcesu stanęła jego druga żona, też artystka filmowa. Obsobaczyła mnie jak burą sukę, bo śmiałam zatelefonować do ich domu o 21.15, zresztą z pracowni Jana Lebensteina, gdzie właśnie skończyłam nagrywać z nim wywiad. Artystka wyraźnie chciała się mnie pozbyć, więc więcej nie zatelefonowałam. Dla Jasia i mnie wieczór się dopiero zaczynał, bo rozmawialiśmy na trzeźwo, no prawie. Myśleliśmy, że u innych artystów porządek dnia bywa podobny. Zresztą, co to zakazana godzina. Ci Francuzi. Ruszyliśmy potem w obchód po barach winnych. Lubię te żony, które rzucają się do słuchawki, gdy tylko zadzwoni telefon. „Męża nie ma i dla pani nie będzie. To moja własność”.
Ma się ten honor. Wino było głównie biały burgund. Jaś cudowny przyjaciel. Zeszło nam do świtu.
Tom IV: „Skandale minionego czasu” vel „Rue de Seine. Biografia paryskiej ulicy”
Tu muszę wyznać, że edycja ze skandalem w tytule bardzo mnie uwierała, choć to cytat wzięty wzięty z Racine’a. Niedoświadczony wydawca wymógł na mnie tak zwany nośny rynkowo tytuł, tu i ówdzie brakowało stronic, korekta była do bani. Dopiero wydanie Austerii z pierwotnie pomyślanym tytułem było, jak trzeba, i to z obrazkami w postaci fotografii rue de Seine, na której przemieszkałam trzy lata. Mogłabym w wersji Dzieł zebranych trochę się odsłonić, bo za bardzo ukrywam się za swoimi bohaterami. Paryskimi doświadczeniami sypałabym jak z rękawa, ale stało się.
Tom V: „Jestem z Wilna i inne adresy”
Niektórzy kupowali, licząc na pełne nostalgii wspomnienia starej rodowitej wilnianki. Tymczasem urodziłam się w Warszawie i wtedy moja noga nawet nie stanęła w tym mieście. W tytule jest ukryty cytat. Owszem, za czasów sekretarzowania u Miłosza pragnęłam zasłużyć na tytuł Honorowej Żmudzinki, ale chyba się nie udało. „Ech, wy, z Kongresówki w ogóle nie macie pojęcia o metafizyce” – rzucił kiedyś Mistrz w moją stronę. Książka powstała z dwóch powodów: chciałam ogłosić drukiem komiczno-tragiczną rozmowę z człowiekiem, który w młodości działał w podziemiu getta wileńskiego, to raz. A dwa – planowana duża objętościowo rzecz o Tuwimie w Amerykach podczas wojny skróciła mi się nie wiedzieć czemu do rozmiaru szkicu. Dodałam do tego także własną taśmę pamięci z najwcześniejszego dzieciństwa. W ten sposób wyszedł mimowolnie zbiór Człowiek w obliczu wojny, temat, z którego dostałam tróję na egzaminie końcowym z literatury polskiej. Byłam tak zamęczona lekturami obowiązkowymi, że na egzaminie zapomniałam języka w gębie. Toteż postanowiłam się podciągnąć.
Tom VI: „Szkice portugalskie”
Do napisania na nowo, kiedy nauczę się języka portugalskiego. Wtedy wyciągnę mnóstwo opowieści od lokalsów. Coś tam z pierwotnej wersji może zostać.
Tom VII: „Małe miłosziana”
Co mi przyszło do głowy z małymi? Te będą Wielkie, patrz Podróżny świata w nowej odsłonie i dalsze studia przedmiotowe nad C. M.
Tom VIII: „Przekłady poetyckie”
Nie są niczym innym niż próbą wykradzenia poecie jego dzieła. Polscy czytelnicy zapewne nie wiedzą, że w ten sposób ukradłam trochę wierszy Miłoszowi i Zagajewskiemu w tomach wydanych przez Farrar, Straus & Giroux. Proszę sobie wyobrazić, że przetłumaczyłam je n a a n g i e l s k i, co wymagało niemałej chucpy z mojej strony. Na polski przełożyłam nie tak znowu ostatnio obszerny wybór wierszy ciekawej poetki amerykańskiej, która choć biegle nauczyła się polskiego, chciała, by tłumaczył ją ktoś inny. Doskonale to rozumiem, bo co dwie głowy to nie jedna, ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego zamilkła na prawie dwa lata. Może odnajdzie się przed złożeniem do druku niniejszego tomu.
Prozę też tłumaczyłam, sporo tego, ale to dla wprawy. No może z wyjątkiemUmiłowane, powieści noblistki Toni Morrison, przy której się natyrałam jak wół. Pewnie nie zmieści się do tomu, no i te prawa autorskie, za które trzeba by słono płacić.
Tom IX: „Korespondencja”
No, tu mam asa w rękawie, czerwiennego. Więcej nie powiem. Gdyby dołożyć do tego tomu spisane rozmowy telefoniczne, być może nagrane przez jakieś tajemnicze służby, to byłaby bomba. Nawet dla mnie, bo kto by je wszystkie po tylu latach pamiętał.
Tom X: „Utwory rozproszone”
No właśnie, pogrążone w chaosie. Nie należę do skrzętnych osób, które każdy papierek zarchiwizują, każdy rachunek zachowają. Tu panuje zupełna dowolność. Również co do poziomu. Tylko dobrze zredagowane przypisy mogą ten tom uratować.
Powierzam dzieło mego życia kol. Markowi Zagańczykowi. Nie po to jest autorem i redaktorem, żeby odmówić. Nie bez znaczenia ma tu założone przezeń do spółki z Anią Arno i Mikołajem Nowakiem-Rogozińskim wydawnictwo pn. Próby. Niechaj więc próbują.
Ps. Innym autorom także polecam złożenie Trojgu Państwa takiego proposalu. BĘDĄ MIELI ZAPEWNIONĄ PRACĘ DO KOŃCA ŻYCIA. Sami pod nawałem pracy już nic więcej nie zdążą napisać, więc konkurencja na rynku wydawniczym będzie mniejsza.
Tytułem zachęty dla nich nadmienię, że lata temu miałam niezwykle plastyczny sen: przyśniło mi się, że dostałam Nagrodę Nobla. Z dziedziny literatury, rzecz jasna. Przecież nie z fizyki. To jakoś złożyło się w czasie, gdy Miłosz odbierał swojego Nobla, a ja mu wtedy sekretarzowałam. Z pewną żenadą odbierając medal, dyplom (i czek), dziękowałam Komitetowi Noblowskiemu, że mnie uwzględnił, choć dotychczas nic jeszcze nie napisałam. Zduszonym głosem dodałam, że traktuję to jako przyznanie mi nagrody awansem i że się postaram na nią zasłużyć. C.b.d.o.
RENATA GORCZYŃSKA (w oczekiwaniu)
O pierwszej żonie Andrzeja Panufnika wspomina się zwykle jedynie przy okazji rozważań na temat okoliczności jego wyjazdu z Polski w 1954 roku. Wiadomo, że pomogła kompozytorowi wydostać się z kraju, a następnie razem zamieszkali w Londynie. Małżeństwo wkrótce jednak zakończyło się rozwodem, a Panufnik wspominał je na tyle źle, że planował nigdy więcej się nie żenić…
Kim zatem była Scarlett Panufnik? A właściwie Marie O’Mahoney, bo tak brzmiało jej prawdziwe nazwisko? Jej życiorys to gotowy scenariusz na film, w którym piękna młodziutka Irlandka wychodzi za mąż za polskiego oficera, a po przyjeździe z nim do komunistycznej Polski, dzięki swej egzotycznej urodzie i kolejnym ślubom pnie się po drabinie społecznej, zostając w końcu żoną najbardziej cenionego kompozytora, którego ostatecznie wydobywa z „miasta grozy” na Zachód. A to jeszcze nie koniec historii.
Ostatnio wzmiankę o Scarlett znalazłam w najnowszej książce Tomasza Jastruna, poświęconej domu pisarzy przy Iwickiej (Dom pisarzy w czasach zarazy, Warszawa 2020). Mieszkała tam będąc żoną Adolfa Rudnickiego (którego porzuciła następnie dla Panufnika), sąsiadującego z Jastrunami. Przypomniałam sobie, że lata temu, kiedy pracowałam nad monografią życia i twórczości Panufnika, Tomasz Jastrun zaprowadził mnie do swojej mamy, która z sympatią wspominała Scarlett jako miłą sąsiadkę z zainteresowaniem asystującą m.in. przy zabiegach pielęgnacyjnych jej malutkiego wówczas syna. Scarlett sama miała za jakiś czas urodzić Panufnikowi córkę, utraconą następnie w dramatycznych okolicznościach. Ale po kolei…
Scarlett, czyli Marie O’Mahoney urodziła się w 1927 roku w Londynie jako córka pracującego tam Irlandczyka. W 1945 roku poznała, a następnie poślubiła polskiego oficera, Jana Zakrzewskiego. Przebywając z nim w obozie wojskowym w Szkocji, nauczyła się polskiego, a rok później wraz z mężem przyjechała do Polski (Zakrzewski otrzymał posadę w kierowanym przez Stanisława Mikołajczyka Ministerstwie Rolnictwa). W tym miejscu rozpoczyna się polski etap życia pięknej Irlandki, udokumentowany nienajgorzej w archiwach Instytutu Pamięci Narodowej – jako obywatelka Wielkiej Brytanii rychło została bowiem poddana gruntownej obserwacji tajnych służb, podejrzewających ją o szpiegostwo. I właśnie z zachowanych w IPN materiałów możemy dowiedzieć się o jej losach najwięcej.
Scarlett – bo tego imienia używała, ze względu na iście hollywodzką urodę oraz podobieństwo do głównej bohaterki filmu Przeminęło z wiatrem – początkowo podejmuje pracę w British Council, a następnie w redakcji zagranicznej Polskiego Radia, gdzie pracuje jako spikerka nadawanych w języku angielskim audycji. Wkrótce porzuca pierwszego męża, by po serii romansów w 1948 roku poślubić Kazimierza Piotrowskiego, tłumacza i pracownika ówczesnego Ministerstwa Oświaty. Piotrowski wprowadza Scarlett w środowisko literackie ówczesnej Warszawy. Dzięki niemu poznaje pisarza, Adolfa Rudnickiego, który w 1950 zostaje jej mężem nr 3. Niedługo jednak cieszy się względami świeżo poślubionej żony, bo już podczas miesiąca miodowego, który młoda para spędza w podwarszawskich Oborach, Scarlett poznaje odpoczywającego tam kompozytora i dyrygenta, Andrzeja Panufnika. Nowa miłość spada na oboje jak grom z jasnego nieba: „Nie mogłem od niej oderwać oczu – wspomina Panufnik po latach – ani myśleć o czymkolwiek innym. Nie mogłem też nie zauważyć, że i ona zwraca swoje hipnotyzujące oczy w moim kierunku, jak gdyby pomimo obecności swego nowego męża, odwzajemniała moje uczucie”.
Rozwód z Rudnickim był kwestią czasu. Scarlett otrzymuje go 1 lutego 1951, a 13 lipca tego samego roku staje na ślubnym kobiercu z Panufnikiem. Rudnicki – jak pisze Jastrun – od tej pory znielubił Obory i nigdy już tam nie jeździł, choć z byłą żoną zachował raczej przyjacielskie relacje. Wygląda zresztą na to, że i z poprzednimi mężami Scarlett miała dobre stosunki, agenci UB donosili bowiem a to, że Zakrzewski interesuje się losem byłej żony, lub też, że – już po ślubie z Rudnickim – „trójkąt figurantka – Rudnicki – Piotrowski żyje nadal w jak najlepszej zgodzie”.

Panufnik został zatem czwartym w kolejności, ale i ostatnim polskim mężem Scarlett. Nie ulega wątpliwości, że kolejni mężczyźni pozwalali jej piąć się po drabinie ówczesnego warszawskiego świata kultury. Poza pierwszym mężem, żołnierzem „andersowcem”, pozostali to osoby związane ze środowiskiem literackim. A sławny już wówczas Panufnik, otoczony zarówno uznaniem kolegów po fachu, ceniących jego twórczość kompozytorską i sukcesy dyrygenckie, jak i adorowany przez ówczesnego wiceministra kultury Włodzimierza Sokorskiego (co miało zresztą rychło dopiec mu na tyle, że postanowił z Polski uciec) – był dla ambitnej Irlandki spełnieniem marzeń o zapewnieniu sobie odpowiedniej pozycji towarzyskiej. We wspomnieniach osób ze środowiska muzycznego, pamiętających tamte czasy, pojawiają się relacje, że oboje wyglądali znakomicie, zawsze świetnie ubrani i bardzo przystojni – tworzyli piękną parę.
Czy Scarlett była brytyjskim szpiegiem? W tajnych doniesieniach służb, które inwigilowały ją przez kilka lat, nie znajdujemy potwierdzenia. Wręcz przeciwnie, agenci zgodnie podkreślają, że jest „najpiękniejszą kobietą w Warszawie” i wzbudza zainteresowanie mężczyzn (chętnie zresztą odwzajemniane), jednakże „jest za głupia na to, [że]by ktokolwiek mógł ryzykować obarczenie jej jakąkolwiek tajemnicą o charakterze konspiracyjnym, gdyż zaraz by się wygadała”. W 1950 roku, jeszcze przed ślubem z Rudnickim znaleźć można doniesienia, że Scarlett myśli o powrocie do Anglii, najwyraźniej jednak małżeństwo najpierw z poczytnym literatem, a następnie uznanym kompozytorem sprawiły, że zapomniała o wyjeździe.
Po ślubie z Panufnikiem Scarlett najwyraźniej „unormowała stosunkowo swe życie prywatne, więcej zajmując się domem”. Wkrótce potem służby MBP przestały się nią interesować. Być może rzeczywiście się tym razem zakochała, a w każdym razie to z Panufnikiem zdecydowała się założyć rodzinę. We wrześniu 1952 roku przyszła na świat ich córka, której nadali irlandzkie imię Oonagh. Scarlett cieszyła się zatem już nie tylko statusem żony „pierwszego w Polsce kompozytora”, zapraszanego na rauty i przyjęcia w polityczno-kulturalnych kręgach stolicy, ale i macierzyństwem.
Mało kto wiedział, że cierpiała na epilepsję (chorobę tę potwierdzają akta IPN), dlatego też, kiedy w maju 1953 roku maleńka Oonagh utonęła podczas kąpieli – Scarlett niespodziewanie dostała ataku i kiedy się ocknęła, dziecko nie żyło – w Warszawie zahuczały plotki, że to matka, słynąca z upodobania do towarzyskiego życia, pozbyła się dziecka pod nieobecność męża, który akurat przebywał z delegacją kulturalną w Chinach. Panufnik nigdy w te plotki nie uwierzył, a strata córki stała się dla niego olbrzymią traumą. Jego druga żona, Camilla, wspomina, że bardzo długo w ogóle nie chciał mieć dzieci, a kiedy w końcu urodziła im się córka, Roxanna (1968), zdarzało się, że budził ją ze snu tylko dlatego, żeby mieć pewność, że żyje i nic jej nie jest…
Śmierć kilkumiesięcznej córeczki pogłębiła kryzys, w którym Panufnik pogrążał się co najmniej od czasu wprowadzenia w Polsce socrealizmu. Pozornie hołubiony przez władze, był jednocześnie coraz częściej krytykowany za formalizm swych kompozycji. Ponadto – i to odczuwał chyba jeszcze boleśniej – oczekiwano od niego nie tylko komponowania utworów o wyraźnie ideologicznych założeniach (jak choćby Symfonia Pokoju do słów Jarosława Iwaszkiewicza, czy Pieśń Zjednoczonych Partii, którą napisał na konkurs zorganizowany w grudniu 1948), ale i coraz częstszego udziału w delegacjach, posiedzeniach i różnego rodzaju naradach. A także rautach i bankietach, na których uwielbiała bywać jego spragniona adoracji mężczyzn piękna żona, a których on szczerze nie znosił. Czuł się coraz bardziej jak w matni i nie wiedział, jak się uwolnić. Od 1952 roku praktycznie przestał komponować. W końcu postanowił na zawsze opuścić Polskę, uznając to za jedyne wyjście.
Decyzję podjął z pełną świadomością konsekwencji – wiedział już doskonale, co w zamian spotkało w kraju i Romana Palestra, i Czesława Miłosza. Nie miał złudzeń. Ale nie widział też innego rozwiązania. Nie potrafił dalej komponować. I nie miało znaczenia, że – jak zanotował gdzieś Mycielski – Sokorski prywatnie mówił mu przecież, co naprawdę myśli, niezależnie od publicznie wygłaszanych deklaracji.
Do opuszczenia Polski znacząco przyczyniła się Scarlett, która w marcu 1954 roku wyjechała do Londynu pod pretekstem odwiedzenia chorego ojca. Tam skontaktowała się z Witoldem Małcużyńskim i Konstantym Regameyem, którzy pomogli wydostać Panufnika z kraju. Zorganizowali mu sesję nagraniową w radiu szwajcarskim w Zurychu, dokąd Panufnik poleciał 9 lipca – niecałe dwa tygodnie przed hucznie zaplanowanymi obchodami X-lecia PRL, podczas których miał otrzymać państwową nagrodę. Ze Szwajcarii, dzięki pomocy m.in. Jerzego Giedroycia (na portalu paryskiej „Kultury” można znaleźć podziękowanie Panufnika, przesłane na ręce Giedroycia niedługo później), znalazł się w Londynie i tam poprosił o azyl.
Scarlett powitała męża z otwartymi ramionami, ciesząc się z zainteresowania brytyjskiej i międzynarodowej prasy ucieczką męża z komunistycznej Polski. Sam Panufnik zaszył się w wynajętym pokoju i po kilku starannie przygotowanych oświadczeniach, zrezygnował z jakichkolwiek działań politycznych wokół swojej osoby. Pragnął przede wszystkim spokoju, by odzyskać siły twórcze. To z kolei nie bardzo odpowiadało jego żonie, która wolała bawić się w londyńskim towarzystwie. Wkrótce małżeństwo zaczęło się rozpadać. Listy Panufnika i Mycielskiego przynoszą wiadomości o kryzysie już w 1956 roku, para jednak najwyraźniej jeszcze się zeszła. Scarlett, wykorzystując zainteresowanie ucieczką męża, opublikowała wspomnieniową książkę zatytułowaną Out of the City of Fear (Holder & Stoughton, 1956), w której barwnie, acz niezbyt dokładnie opisuje swe życie w Warszawie, a także wydobycie z niej męża. On sam z perspektywy czasu żałował, że nie przeczytał zapisków żony przed publikacją, nie mógł już bowiem poprawić obecnych w nich błędów. W grudniu 1956 roku Scarlett towarzyszyła jeszcze mężowi podczas specjalnego koncertu w Birmingham, dzięki któremu Panufnik dostał angaż jako dyrektor artystyczny i naczelny City of Birmingham Symphony Orchestra. Kiedy jednak rozpoczynał tam pracę we wrześniu 1957 roku, żona już z nim nie pojechała – prowincjonalne przemysłowe miasto nie mogło jej zaoferować żadnych atrakcji towarzyskich, a uczucie do polskiego kompozytora, pozbawionego pieniędzy i pozycji, najwyraźniej wygasło… W kwietniu 1959 roku Panufnik informował Zygmunta Mycielskiego o trwającym procesie rozwodowym, na co ten w odpowiedzi napisał: „Twoje osobiste sprawy bardzo mnie obeszły – dziękuję, że mi o nich donosisz. Jestem przekonany, że Scarlett, choć Ci w wielu chwilach zapewne pomogła znacznie, jednak nie jest typem osoby na żonę dla artysty tego pokroju, co Ty. Nie chciałem nigdy tego Ci mówić, ale jednak przed samym Twoim ślubem, a potem jeszcze raz, gdyśmy byli sami w Warszawie, mówiłem Ci o tym, nie chcąc jednak mieszać się nigdy w cudze sprawy, nawet najbliższych przyjaciół. Decydującym momentem tych moich wrażeń było, gdy kiedyś Scarlett u mnie, będąc z Tobą, powiedziała, że „Andrzej ciągle gra na fortepianie”. Był to rodzaj wymówki, czy czegoś w tym sensie, zapewne, że nie chodzisz z nią dosyć po lokalach – choć, jakie tu niby są lokale? Ona wymagałaby jakiegoś powierzchownego w gruncie rzeczy Twojego sukcesu, po finansowe włącznie, ale z możliwie małą ilością pracy i zajętego czasu z Twej strony, i to uważałem za najgorszą stronę tego pożycia – nie wglądając, rzecz jasna, w inne”.
Ostatecznie sąd w Birmingham orzekł rozwód pary 17 lipca 1958. Panufnik, mocno zniechęcony do małżeństwa, długo nie myślał o ponownym ożenku. Zdanie zmienił dopiero w 1963 roku, poślubiając niezwykle oddaną mu Camillę Jessel, która miała odmienić jego życie na lepsze.
A co stało się ze Scarlett? Rozwód orzeczono z jej winy, nie tylko bowiem nie mieszkała z mężem w Birmingham, ale i otwarcie go zdradzała. Długo nie było wiadomo, jakie były jej dalsze losy. Dopiero niedawno, dzięki kwerendzie przeprowadzonej przez jednego z jej kuzynów w bocznej linii, któremu zawdzięczam te informacje, udało się ustalić, że 2 listopada 1959 roku Marie E. Panufnik (najwyraźniej wróciła do swego oficjalnego imienia) opuściła Wielką Brytanię i wyjechała do Stanów Zjednoczonych, gdzie jeszcze w tym samym miesiącu po raz kolejny wyszła za mąż. Tam chyba spędziła kolejne lata życia, być może z przerwami na pobyt we Włoszech, jej piąty mąż był bowiem Włochem. Zmarła nagle w Paryżu w 1983 roku, pozostawiając – jak podano w opublikowanym w „The Times” nekrologu – pogrążonego w żalu męża (tego samego, za którego wyszła za mąż w 1959 roku) i córkę. Nic nie wskazuje na to, aby kiedykolwiek nawiązała kontakt z Andrzejem Panufnikiem, który w 1983 roku był już rozpoznawalnym na świecie twórcą i autorem wielu cenionych dzieł.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Taka przygoda. Niedawno potrzebowałem krytycznego wydania pism Fredry (pod redakcją Pigonia, ze wstępem Wyki – absolutna klasyka). Pamiętałem, że mam je w trzecim rzędzie pokaźnej szafy bibliotecznej. Większość moich książek stoi na pojedynczych półkach regałów i jest łatwa do zlokalizowania. Z wyjątkiem tych, które trzymam na strychu, bo tam już nikt się nie rozezna; ale też na strych wynoszę pozycje, które wydają mi się, przynajmniej chwilowo, nieprzydatne, albo takie, na które jestem obrażony; w praktyce okazuje się jednak, że nagle jakiś na pozór niepotrzebny tom, jest akurat nieodzowny, np. Inscenizacja romantyczna we Francji madame Allevy-Viala, a pozycje, z którymi miałem „ciche dni”, a nawet miesiące i lata, budzą we mnie na nowo dziką namiętność i domagają się natychmiastowego skonsumowania, jak ostatnio eseje Kubiaka – wtedy strychowe wykopaliska zajmują mi parę godzin.
Tak czy inaczej, wiedząc, że Fredro stoi w otchłannej głębinie starego, chyba jeszcze przedwojennego grzmota, wyjąłem pierwszy rząd tomów, a potem drugi, dziwiąc się przy okazji, że odkrywam książki, o których zapomniałem albo takie, które – przekonany, że ich nie posiadam – kupiłem ponownie w antykwariacie lub na Allegro. W trzecim rzędzie, zgodnie z przewidywaniami, krył się Fredro w charakterystycznym ciemnozielonym płótnie. Wyjąłem, obejrzałem i ze zdumieniem stwierdziłem, że jest niekompletny. „A to szelma” – jak mówi Krapp w Ostatniej taśmie Becketta – byłem przekonany, że mam całość, a tu dziury i braki, i to akurat wyparowały te tomy, na których właśnie mi zależało (wiersze i proza). Gdzie się podziały, psiakrew?
Ktoś pożyczył i nie oddał? Ale kto by pożyczał Fredrę? Nigdy tych pism nie skompletowałem? Już nie dojdę. W każdym razie otworzyłem Allegro i szukam: Fredro, Pisma zebrane. Są. W dobrym stanie, cena przystępna, kupuję.
Po paru dniach przychodzi paczka, ciężka jak diabli – bądź co bądź piętnaście tomów. Tacham to to z paczkomatu do domu, siadam, biorę nożyk do rozcinania tekturowych opakowań i po rozcięciu tychże z lubością dobywam owe zielony tomy, pachnące z lekka stęchlizną – każdy maniak książkowy znajduje w tej woni szczególne upodobanie, nieledwie erotyczne.
A potem zaczynam wertować i przeglądać nabytek i co widzę, jakież moje zdumienie! Każdy tom opatrzony jest, wklejonym na odwrotnej stronie okładki, exlibrisem Zbigniewa Raszewskiego. Exlibris przedstawia amora grającego na cytrze oraz nazwisko właściciela. Nadto na stronie tytułowej, w prawym górnym rogu widnieje maleńki znak zrobiony ołówkiem: literki ZR, przedzielone krzyżykiem. Znam to pismo!

Co tu więcej powiedzieć? Byłem studentem profesora Raszewskiego i jego magistrantem na Wydziale Wiedzy o Teatrze PWST – jedno i drugie na przełomie lat 70. i 80. Profesor, bo tak go nazywaliśmy, był naszym mistrzem i mentorem, i komuś, kto się nigdy z nim nie zetknął, trudno wytłumaczyć, na czym polegała jego charyzma – może jeszcze wrócę do tej sprawy. Fakt, że zupełnym przypadkiem, 28 lat po śmierci – niosłem jego trumnę – wrócił do mnie wraz z Fredrą, jest poniekąd mistyczny i nie zamierzam dociekać, jak do tego doszło.
A Fredro? Niby wiadomo: klasyk. Ale czy naprawdę?
Rozmawiałem kiedyś z Fredrą. Jak wiadomo, jego wielkim znawcą, miłośnikiem i niezrównanym reżyserem był Andrzej Łapicki. Będąc w swoim czasie redaktorem miesięcznika „Teatr” nakłoniłem Łapickiego do pisania felietonów, a raczej – do powrotu do tej formy, bo wcześniej uprawiał ją z powodzeniem na tych samych łamach. Zwykle odbierałem rękopisy w Szkole Teatralnej. Któregoś razu Łapicki wręczył mi nowy felieton ze słowami: „Wie pan, napisałem o Fredrze, ale chcę panu powiedzieć, że tak naprawdę to ja jestem Fredrą”. Musiałem zrobić duże oczy, bo Łapicki uznał za stosowne wyjaśnić: „Tak, proszę pana, Fredro się we mnie wcielił”.
JANUSZ MAJCHEREK
Robert Lowell przeszedł do historii literatury jako pionier „poezji konfesyjnej”. Bodajże nigdzie nie odkrył się tak bardzo jak w tomie Delfin (1973). Dedykował go swojej ostatniej partnerce, Lady Caroline Blackwood. Ale w tych osobistych wierszach obficie cytował również fragmenty listów i telegramów od drugiej żony, z którą właśnie się rozstawał. „Nic w życiu bardziej mnie nie zabolało” – przyznawała Elizabeth Hardwick. Ta wybitna pisarka była przekonana, że część jej korespondencji zaginęła. Okazało się jednak, że kontrowersyjne listy zostały zdeponowane na Uniwersytecie Harvarda, z dostępem zastrzeżonym do jej śmierci (zmarła w 2007 roku) … Obecne wydanie Dolphin Letters („Listów wokół Delfina”) jest literackim wydarzeniem. Ten pieczołowicie opracowany tom to znacznie więcej niż notatki o skandalu. Jest świadectwem rodzinnego dramatu, miłości mimo wszystko, a zarazem prowokuje do refleksji nad granicami życia i sztuki.
Poznali się w 1946 roku, na koktajlu w kręgu „Partisan Review”. Lowell był tam z pierwszą żoną, autorką opowiadań, Jean Stafford. Najpewniej dlatego z miejsca nie rzucił się w nową miłość. Jak wspominał po dwudziestu latach:
piłem więcej niż inni, aż wreszcie omdlałem
u twoich stóp, zmorzony piciem i upałem
Greenwich Village, zanadto urżnięty,
zbyt sztywny i nieśmiały, aby cię poderwać
(Mąż i żona, tłum. Stanisław Barańczak)
On był już uznanym poetą, z nagrodą Pulitzera na koncie. Ona słynęła z bezwzględnych recenzji i cierpkiego poczucia humoru. Pochodziła z wielodzietnej rodziny w Kentucky, ale zachowała zaledwie ślad południowego akcentu. W Nowym Jorku postanowiła zostać żydowską intelektualistką: „ze względu na oświecenie, bliski mi rodzaj wykorzenienia, spojrzenie z ukosa, pasję pogłębiania wiedzy i kosmopolityzm – słowo, które w sowieckiej leksykografii jest synonimem żydostwa”.

„The Dolphin Letters, 1970-1979: Elizabeth Hardwick, Robert Lowell, and Their Circle”. Edited by Saskia Hamilton, Farrar, Straus and Giroux 2019.
Pod koniec 1948 roku Lowell i Hardwick spotkali się ponownie, na pisarskiej rezydencji. Poeta ostro pił i osiągał coraz wyższe rejestry egzaltacji i wzburzenia. W jego maniakalnych tyradach motywy religijne przeplatały się z erotycznymi mrzonkami. Do jednego z przyjaciół zadzwonił o świcie, aby przypomnieć, że „środa popielcowa to dzień, kiedy słowo stało się ciałem”. Z kolei żonie znanego donżuana Allena Tate’a dostarczył listę jego kochanek, a jego samego wzywał do pokuty, trzymając go wywieszonego przez okno. Wiosną 1949 roku był leczony elektrowstrząsami. Jeszcze z kliniki listownie się oświadczył: „Będziemy szczęśliwi, będziemy tworzyć arcydzieła, pływać i zmywać naczynia”. Jak wspominała potem Hardwick, z ich ślubu nikt się nie cieszył. Do ołtarza poszła w pożyczonej od Mary McCarthy czarnej sukni od Balenciagi, a pastor przypomniał zebranym, że to nie jest pogrzeb….
Hardwick z otwartymi oczami związała się z poetą, który od podstawówki nosił ksywkę Cal – „na poły Kaligula, na poły Kaliban”. Prędko zrozumiała, że rozpalone emocje, brutalne zachowania i ryzykowne decyzje powracały u niego cyklicznie i kończyły się załamaniem. „Nikt nie jest w stanie się mną zaopiekować – oświadczył jej gorzko – Zmarnowałem życie. Zawsze będę wariatem”. W 1955 roku przyszła na świat córeczka Harriet. Hardwick, która urodziła ją po czterdziestce, ze względu na domowe obowiązki musiała ograniczyć życie towarzyskie i własne pisanie. Niebawem, pisząc o Sylvii Plath, podważyła powszechną teorię, jakoby macierzyństwo było źródłem twórczej energii: „urodzenie dzieci daje nam siły, by się nimi opiekować i je kochać. Całkiem uzasadnione jest powszechne mniemanie, że inne zajęcia trzeba na kilka lat odłożyć na bok”.
W tomie Studia z natury (1959) Lowell zapisał przejmujący monolog udręczonej kobiety:
Mój mąż, podochocony, przerwał domowe kłótnie
i rusza w objazd ulic, pośród prostytutek
przygód na ostrzu noża szukać poza domem.
Zabiłby mnie i zaraz był uniewinniony,
że wariat.
(Mówić o tej niedoli, jaką jest małżeństwo, tłum. Stanisław Barańczak)
Lowell nie zacytował tu żony: jedną z inspiracji był Katullus, którego akurat tłumaczył. Ich domowa sytuacja odbija się jednak w tych wersach jak w krzywym zwierciadle. Hardwick musiała znać ten wiersz przed publikacją: mąż pokazywał jej każdy świeży rękopis. Pomimo niedyskrecji, broniła tych wierszy. Studia z natury nie są bowiem pisane jękiem ani wrzaskiem, najwyżej naznaczone cichym bólem. Zresztą Lowell obnażał przede wszystkim siebie. „Z moją głową coś nie bardzo”, wyznawał:
chory mój duch łka w każdej krwince,
jakbym go za gardo schwycił…
Sam jestem piekłem,
nikogo tutaj–.
(Godzina skunksa, tłum. Michał Sprusiński)
Hardwick rozpoznawała pierwsze pomruki choroby. W 1957 roku jej zwiastunem było huczne przyjęcie, które poeta bez uprzedzenia zorganizował u nich w domu. Nieomal za każdym razem, w przypływach manii wikłał się też w nowe związki. W 1970 roku przyjął posadę w Oksfordzie. Już po kilku dniach nawiązał romans z Caroline Blackwood – pisarką i dziedziczką fortuny Guinnessa, aktualną żoną kompozytora Israela Citkowitza i byłą żoną malarza Luciana Freuda. Prawie przestał pisać do domu, a potem rozbrajająco tłumaczył, że nie wiedział, gdzie kupić znaczki. Na ferie nie wrócił do Nowego Jorku: telegramem zawiadomił żonę, że zatrzymały go „osobiste kłopoty”. Doświadczona Hardwick miała zamiar zignorować i przetrzymać ten romans. Tym razem jednak miłosna egzaltacja Lowella trwała dłużej niż epizod szaleństwa. Z Blackwood poeta spędził siedem lat: doczekali się syna, wspólnie wychowywali też trzy córki pisarki z poprzedniego związku.
Korespondencję Hardwick z okresu rozstania można podsumować cytatem z wiersza Emily Dickinson: „Wielki ból zastępuje rutyna cierpienia”. Na początku miała nadzieję, że pasja minie, mąż opamięta się i wróci do rodziny. Nowa wybranka jest „urocza, żałosna i nierzeczywista”, niegodna nawet zazdrości. W dodatku ten miłosny kaprys może odebrać Ameryce jej barda. Hardwick niezupełnie myliła się w ocenie nowej partnerki męża: Blackwood była uzależniona od alkoholu, popadała w depresje, wielokrotnie próbowała popełnić samobójstwo. Sama niestabilna psychicznie, nie była w stanie dźwigać choroby Lowella: kiedy on się załamywał, uciekała z tonącego statku… „Jestem dla Ciebie bardzo ważna i ty o tym wiesz – przypominała druga żona – Uratowałam Ci życie, dałam wolność, miłość i pogodę ducha”. Ale Hardwick prędko poskromiła emocje. Odtąd zabiegała głownie o to, by Lowell – serdeczny, ale niedbały ojciec, utrzymał kontakty z córką.
Hardwick wzięła na siebie formalności związane z rozwodem. Nadal rozliczała też podatki poety, który do formalności zupełnie nie miał głowy… Uporządkowała też jego papiery i wynegocjowała warunki ich sprzedaży. Nawet w goryczy i złości nie zapominała, że wiarołomny mąż pozostaje „narodowym skarbem” i wybitnym poetą. „Będziesz tylko rosnąć w cenie, bo jesteś wielkim człowiekiem”. Wysiłki żony Lowell przyjmował jako oczywistość. Sam nie miał siły przeglądać szpargałów: „nienawidzę ich, a przy tym trudno mi się z nimi rozstać”. Z kolei Hardwick przewidywała niedyskrecje przyszłych biografów, którzy będą komentowali, co „Bobbie” powiedział „Lizzie”…
Po okresie „żałoby” Hardwick odbudowała swoje życie domowe, towarzyskie i zawodowe. Nie ukrywała, że jej miłość nie wygasła, ale wyznania zachowała wyłącznie dla najbliższych. W autobiograficznej powieści Bezsenne noce jedynym śladem Lowella jest jego nieobecność. „Zostałam sama tu w Nowym Jorku, nie ma już żadnego my”. On postąpił odwrotnie. Osobisty dramat wykorzystał jako surowiec poezji. Jak przyznawał w Małżeństwie:
fikcję zabarwiłem dowodami z pierwszej ręki,
listy i rozmowy sprzedałem jako fikcję –
lecz co będzie prawdziwe lub fałszywe jutro, gdy chirurdzy
wydrenują ropę i zapełnią cyrk, by zobaczyć nas
wypatroszonych na życie pośmiertne?
(tłum. Bolesław Taborski)
Dla Hardwick bolesne było nie tylko przytoczenie jej prywatnych wypowiedzi, ale także ich literacka obróbka. Lowell wyciął powtórzenia, fragmenty histeryczne czy obraźliwe, ale też w usta żony włożył słowa, których nigdy nie wypowiedziała. Hardwick stała się bohaterką tomu wierszy, dedykowanego innej kobiecie… Słowa miłości, gniewu i rozpaczy wykorzystał bez jej zgody i przykroił dla mocniejszego efektu. Jak pisał w tytułowym utworze:
Siadałem, by wysłuchać nazbyt wielu
słów współpracującej ze mną muzy,
i może zbyt swobodnie spiskowałem z moim życiem,
nie unikając wyrządzania krzywdy innym,
nie unikając wyrządzania krzywdy sobie –
by prosić o współczucie… ta książka, na wpół zmyślona,
sieć na węgorze, którą zrobił człowiek, by je zwyciężyć–
moje oczy widziały, co zrobiła moja ręka.
(Delfin, tłum. Piotr Sommer)
Jak zauważył Seamus Heaney, Lowell „wręczał dajmonionowi megafon”. W Delfinie – ale także w autobiograficznych tomikach Historia oraz Dla Lizzie i Harriet, ten podniesiony głos nie jest modulowany, uzupełniony o subtelniejsze tony. „Nie można wątpić w dobre intencje artystyczne tego, co robi Lowell – pisał irlandzki noblista – nie można też wątpić w temperaturę pieca hutniczego, w którym stopione zostają i odlane te pochodzące ze standardowej sztancy, czternastowersowe, nierymowane sztabki wierszy”. Te utwory brzmią jak łoskot „hali fabrycznej, gdzie sporadycznie rozbrzmiewa dźwięczne piękno pracującego łomu”. Z Lowellem spierała się również Elizabeth Bishop. Ich dyskusja o Delfinie wyznacza poniekąd główne szlaki amerykańskiej poezji dwudziestego wieku. Autorka Sztuki tracenia nawołuje do powściągliwości i zdystansowania. Konfesyjne Studia z życia Lowella były haustem świeżego powietrza. Ale jego epigoni do dziś masowo produkują psychoterapeutyczne utwory o rodzicach i własnych erotycznych przygodach. Jak przekonuje Bishop, wykorzystanie intymnych, tragicznych listów to okrucieństwo i zdrada: po prostu „sztuka nie jest tego warta”.
Po skandalu z Delfinem Hardwick i Lowell pozostali w przyjacielskim kontakcie. „W niebie nie ma małżeństw ani rozwodów” – pisała była żona. Z kolei poeta przyznawał, że korespondencja z nią jest dla niego naturalna jak oddychanie. W 1977 roku, Blackwood zażądała rozstania. Lowell wrócił do Ameryki i do związku z Hardwick. Nieomal całe lato intensywnie pracowali w ich ukochanym wiejskim domu w Maine. Po krótkiej wizycie u Blackwood i syna, Lowell miał zostać na stałe. Jak tłumaczyła Hardwick zdezorientowanej córce, postanowiła go przyjąć, bo „to jest jego dom, a wszystko co mam – także Ciebie – należy również do niego”. Ale Lowell nie dojechał do domu. Zawał dopadł go w taksówce z lotniska Kennedy’ego. Kiedy wyszła po niego Hardwick – już nie żył. Miał przy sobie pakunek: namalowany przez Luciana Freuda portret Caroline Blackwood.
„Nieuleczalne sumienie / przekonuje mnie, że nie piszę swej biografii; / życie nigdy nie gwarantuje, jaka część nas jest życiem” – pisał Lowell w Delfinie. Życie dopisało do tej historii niespodziewany, tragiczny epilog.
Jesteśmy świadkami ciekawego zjawiska: czytelników ubywa, książek przybywa. W ciągu każdego tygodnia ukazuje się tak wiele nowych tytułów, że nijak ma się to do statystyk czytelnictwa w ojczyźnie. Przeciętny Polak podobno czyta niespełna jedną książkę rocznie. Skoro tak, to muszą być tacy, którzy pożerają kilkadziesiąt dziennie. Inaczej twarde prawa popytu i podaży nie miałaby tu żadnego zastosowania.
W zamierzchłej przeszłości te proporcje układały się inaczej: książek było mało (myślę o tych pisanych rękami uczonych mnichów), a ludzi w porównaniu z dzisiejszymi miliardami też nie za wiele, ale ciągle znacznie więcej niż ksiąg. Większość była zresztą niepiśmienna, więc statystyki mogły wypaść podobnie jak w dzisiejszej Polsce, gdzie analfabetyzm zwalczyliśmy dobre pół wieku temu, a mimo to opór do liter pozostał. Bezwysiłkowa telewizja usia siusia lepsza, a media społecznościowe jak wiadomo uczą wymiany myśli. Tymczasem w ciągu wieków książek stopniowo przybywało za sprawą Pana Gutenberga, maszyny linotypowej, drukarek elektronicznych. I ta krzywa teraz gwałtownie rośnie.
No, ale najpierw trzeba mieć produkt, żeby go wydać. Za fenomen zalewu rynku milionami tytułów odpowiedzialny jest rzecz jasna komputer osobisty. Gdy Jimmy Carter odchodził z Białego Domu na przedwczesną emeryturę, po powrocie na swoją farmę fistaszkową w Georgii zasiadł do biurka, by spisywać obowiązkowe wspomnienia. I wykrzyknął wtedy z ulgą: „Jakim skarbem jest pecet!”. Fakt, gdyby mu przyszło skrobać papier gęsim piórem jak Ojcom Założycielom, marnie by na tym wyszedł. Przyspieszenie historyczne objęło wszystkie dziedziny życia, w tym pisarstwo i edytorstwo.
Tu się zawaham, bo przecież i dawnymi czasy istnieli pisarze-rakiety, którzy szli na ilość albo na szybkość. A niektórzy na jedno i drugie. Połóżmy na szali twórczość J. I. Kraszewskiego. Nie dość, że szpiegował w Dreźnie, to napisał nieskończoną liczbę powieści, których nie znają w komplecie nawet ci, co się z niego doktoryzowali. Ten to musiał zużywać hektolitry inkaustu, bo na dodatek smarował ogrom listów. O tajnych raportach nie wspomnę, a jednak wspomnę.

Fot. Renata Gorczyńska
Marcel Proust w porównaniu z nim był ślimakiem, bo prócz osobnych szkiców i wczesnej powieści napisał zaledwie siedmiotomowe dzieło, w którym powoli szukał straconego czasu. Natomiast epistolografią mógłby zaimponować Kraszewskiemu. Boy-Żeleński znudził się uprawianiem medycyny, za to twórczością własną, a zwłaszcza przekładami literatury francuskiej mógłby obdzielić całe koło ZLP. Niektórzy teraz krzywią nosem na jego przekład Prousta, proszę, niech się męczą ze swoją wersją. Przy takim tempie zdarzają się przecież drobne odchyły, a mimo to weszły do kanonu.
Ze współczesnych przykładów taśmowej produkcji literackiej mogę się powołać na twórczość dość młodego jeszcze kryminologa Remigiusza Mroza, autora blisko czterdziestu pozycji wydawniczych. Albo taki Steven King – trzaska jak z rękawa. Ale ich wspomaga komp z pewnością najnowszej generacji. Kwerendy też już nie trzeba robić, wysiadując na twardym krześle bibliotecznym. Internet znajdzie ci wszystko, o co się zwrócisz. W baśniach występują kije samobije. Teraz znajdą się chyba i pisy samopisy, aluzja przypadkowa.
Gdy w grę wchodzi szybkość, historia światowej literatury odnotowuje zjawiska napisania książki w ciągu doby, co przydarzyło się takiemu Nervalowi. Nad wyraz płodnemu pisarzowi i poecie doby romantyzmu. Przykład nie jest wart naśladowania, bo zaraz potem francuski autor poszedł powiesić się w zaułku nieopodal Sekwany. To tak, jakby „powieść” i „powiesić się” zlała się w jego poharatanym umyśle w jedno. Zakładając oczywiście, że znał polski. Rzecz ukazała się więc pośmiertnie, a to wątpliwa przyjemność dla twórcy. Niech mi nikt nie próbuje wmówić, że spogląda taki błogo z niebiańskich wysokości na swoje ostatnie dzieło. Jestem głucha na eschatologię.
Przypadek Nervala prowadzi nas w niebezpiecznym kierunku, a mianowicie wcale powszechnej u artystów i myślicieli choroby dwubiegunowej. Mózg takiego wybrańca to gwałtownie przyspiesza, to znów spowalnia do tego stopnia, że po prostu odechciewa się żyć. Podobno w ten sposób pod ich dyktatem rozwija się nasza cywilizacja – skokami, bez planu nadrzędnego, to w przód, to w tył, to gdzieś w bok. Weźmy taką reformację i kontrreformację, i wszystko wiadomo.
Wewnętrzne tempo u pisarzy też się diametralnie różni. Za jednym przysiadem ojciec napiszeTrzech muszkieterów i w kolejnych tomach dalsze ich dzieje, a rodzony syn będzie w nieskończoność ślęczał nad Damą kameliową. W tej dziedzinie nie do pokonania była George Sand, której już dziś nikt nie czyta. No, może dla pucu. Histoire de ma vie w niekończących się woluminach, powieści jej pióra nawet nie zliczę, jedna gorsza od drugiej. Czym tak wessała w siebie biednego Chopina? Boże, gdyby za jej czasów funkcjonował pecet, a choćby i pióro kulkowe, to nieszczęście byłoby jeszcze większe.
Miłosz w trakcie długiego życia nabrał takiej wprawy, że pisał z rosnącym galopem, zwłaszcza gdy z pióra wiecznego i maszyny do pisania przeszedł na komputer. A znowu Krynicki z trudem sączy słowa, choć doświadczenia w zawodzie mu nie brakuje i kompem posługuje się pewnie od dziecka. Zastępczo uprawia sztukę translatorską.
A już tak zwany writer’s block jest tak straszny, że nie pomoże żaden pecet. Pojedyncze słowo grzęźnie w bieli monitora. I na nic nie zdadzą się podpowiedzi początków powieści klasycznych w rodzaju: „Gościńcem sunęła bryka zaprzęgnięta w cztery siwosze”, albo: „W mieście Z. zapłonęły o zmroku gazowe latarnie”. Proza, zresztą poezja też, nie chce ruszyć z miejsca, i już. Nie każdemu udaje się w pierwszym zdaniu spuścić ogary i zakończyć ich bieg w trzecim tomie.
Stanisław Lem w swoim mniemaniu też cierpiał na zablokowanie, a przynajmniej tak głosi plotka. Gdy pewien jego kolega po piórze zatelefonował doń ze skargą, że pisanie stawia mu opór, odparł jakoby: „To zupełnie tak jak mnie. Dzisiaj z trudem wydusiłem z siebie trzydzieści stroniczek”. Jan Kott, dzwoniąc kiedyś z Kalifornii do Barańczaka pod Bostonem, usłyszał od jego żony, że Staszek nie może podejść do telefonu, bo właśnie tłumaczy Hamleta. „To ja poczekam na linii” – odparł niezmącony autor Szekspira współczesnego. Ale historia literatury zna również skrajne przypadki całkowitego zamilknięcia w apogeum twórczości. Weźmy takiego J. D. Salingera. Temu by nie pomogły nawet najnowsze wynalazki technologiczne w postaci urządzenia przekształcającego słowo mówione w zapis elektroniczny. Białoszewski byłby nim zachwycony, bo nie musiałby spisywać swoich naszeptów i w ten sposób powiększyłby znacząco dzieła zebrane. Mam taki aparacik w domu, firmy Accura, ale akurat gotów jest dokonywać tej operacji wyłącznie w języku angielskim, co mnie trochę peszy. Choć może kiedyś się odważę. Wtedy ruszę z kopyta, bo jestem z natury gadatliwa.
Wracam do zagadnienia malejącej w oczach masy (gdzie tam masy, toż to już garstka) czytelników, i rosnącej rzeszy piszących. Niedługo się okaże, że powstał układ zamknięty i czytać siebie nawzajem będą tylko ci, co sami piszą. A potem sprawa zajdzie jeszcze dalej: czytać będą tylko ci, co sami piszą. Siebie.
Wolę nie być Kasandrą.
RENATA GORCZYŃSKA