HOME

Od Atlantydy do Auschwitz

W tradycji europejskiej istnieje kilka mitów intelektualisty. Jeden z nich odwołuje się do postaci Sokratesa – jednak nie do niewinnej śmierci ateńskiego filozofa, jego odwagi i determinacji, by „dać świadectwo”. Chodzi raczej o prowokację, skandal, niepokój intelektualny, a może i społeczny, jaki wzbudzał swą działalnością. W Platońskiej Obronie Sokrates tak apeluje do sądzących go Ateńczyków: „Bo jeśli mnie skażecie, to niełatwo znajdziecie drugiego takiego, który by tak […] jak giez z ręki boga puszczony, siadał miastu na kark; ono niby koń wielki i rasowy, ale taki duży, że gnuśnieje i potrzebuje jakiegoś żądła, żeby go budziło”.

29 lipca 2006 roku zmarł w Nicei jeden z największych „sokratejskich” intelektualistów XX-wiecznej Francji. Zrozumieć jego życiową drogę to zrozumieć wiele z tej Francji, która na naszych oczach staje się historią.

Pierre Vidal-Naquet urodził się w Paryżu 23 lipca 1930 roku w rodzinie, której tradycje zdecydowały o jego dalszych losach. Przedstawicieli takich środowisk nazywano kiedyś we Francji dreyfusardami, bo ich polityczną tożsamość ukształtowała sprawa Alfreda Dreyfusa – żydowskiego oficera sztabu generalnego, w 1894 roku niesłusznie oskarżonego o zdradę na rzecz Niemiec i po sfingowanym procesie o wyraźnie antysemickim podtekście skazanego na dożywotnią katorgę na Wyspie Diabelskiej w Gujanie. Proces Dreyfusa zbulwersował i podzielił Francję na wiele dziesięcioleci. Dziadek Pierre’a Edmond był jednym z Francuzów, którzy pod wodzą Georges’a Clemenceau, Emila Zoli, Leona Bluma, Jeana Jaures’a włączyli się w ruch społecznego protestu przeciw działaniom armii i wymiaru sprawiedliwości.

Ojciec Pierre’a Lucien urodził się w 1899 roku, niedługo przed kasacją wyroku i ułaskawieniem Dreyfusa. Był prawnikiem, w latach 20. pracował w kancelarii socjalistycznego prezydenta republiki Alexandre’a Milleranda, potem poświęcił się praktyce adwokackiej.

W epoce międzywojennej środowisko majętnej burżuazji paryskiej pochodzenia żydowskiego, odwołujące się do dziedzictwa rewolucji francuskiej, stanowiło ważny element zaplecza politycznego francuskiej lewicy. To republikanie – jak sami siebie określali – wierzący, że patriotyzm oznacza nie tylko obronę ojczyzny (większość z nich służyła w armii w czasie I wojny światowej), lecz także obronę demokracji i praw człowieka przed własnym rządem i aparatem państwowym. Raymond Aron, socjolog, filozof i teoretyk polityki, przyjaciel Luciena Vidala-Naqueta z czasów młodości, powiedział kiedyś, że zasymilowani francuscy Żydzi porzucili religię swoich przodków na rzecz innej – religii republiki. Słowa te dobrze opisują charakter zaangażowania politycznego wielu dreyfusardów.

Pierre Vidal-Naquet do końca życia będzie nosił to piętno. W swych pamiętnikach przyznaje, że niekiedy mylił się, przykładając do różnych akcji społecznych czy politycznych, w które się angażował, miarę sprawy Dreyfusa.

Spokojne dzieciństwo Pierre’a nie trwało długo. W latach niemieckiej okupacji mieszkał na południu Francji w państwie Vichy, głównie w Marsylii. Tam właśnie jego tradycyjnie ateistyczna rodzina po raz pierwszy poszła do synagogi i po raz pierwszy w życiu w pełni pojęła wagę swego żydostwa. Vidal-Naquetowie żyli w stałym poczuciu zagrożenia, ale w miarę normalnie jak na warunki okupacyjne. Jednak 15 maja 1944 roku – niecałe trzy tygodnie przed lądowaniem aliantów w Normandii – dokwaterowani do ich mieszkania Niemcy z paramilitarnej organizacji Todt zadenuncjowali rodzinę gestapo. Aresztowano rodziców Pierre’a, którzy zdołali w ostatniej chwili ocalić swe najmłodsze, kilkutygodniowe dziecko, przekazując je sąsiadom. Jednemu z braci udało się uciec tylnymi drzwiami. Trójkę pozostałego rodzeństwa wracającą ze szkoły ostrzegli znajomi. Dzieci przetrwały okupację, ukrywając się na wsi w protestanckich gminach Prowansji.

Rodzice Pierre’a zginęli w komorach gazowych Auschwitz zapewne na początku czerwca 1944 roku. Po ojcu Lucienie, do końca współpracującym z ruchem oporu, pozostał wstrząsający dokument – dziennik pisany w Marsylii od września 1942 do lutego 1944 roku. Dziennik ów jest niezwykłym świadectwem zmagań z własną tożsamością, a przede wszystkim z goryczą odrzucenia przez Francję – wprawdzie uzależnioną od Hitlera, ale jednak Francję. Gorycz tę odczuwa człowiek, który podobnie jak pokolenia jego przodków czcił swą ojczyznę ponad wszystko. Obserwując antysemityzm francuskich wasali Trzeciej Rzeszy, notuje: „Jako Francuz odczuwam krzywdę zadaną mi jako Żydowi”.

Niemiecka okupacja i marionetkowe państwo Vichy uderzyły nie tylko w fizyczny byt Żydów. Przyniosły ze sobą także wszystko to, czym francuscy republikanie brzydzili się bezgranicznie. Państwo marszałka Petaina odgrywało wciąż na nowo sprawę Dreyfusa, jednak tym razem stawka była dużo wyższa niż gujańska katorga, a dreyfusardom odebrano prawo głosu i możliwość obywatelskiego protestu. Stanęli wobec swojej Francji bezbronni i nagle obcy.

14 lat później Pierre Vidal-Naquet, wówczas już wykładowca uniwersytetu w Caen, poszedł w ślady swoich dreyfusardzkich przodków.

21 czerwca 1957 w Algierze zniknął bez śladu młody komunista, matematyk z tamtejszego uniwersytetu Maurice Audin. Od trzech lat trwała w Algierii brutalna wojna, w której obie strony nie przebierały w środkach. Żona Audina zapoznała Vidala-Naqueta z poszlakami wskazującymi na istnienie większej liczby „zaginionych”, którzy zapewne zmarli na torturach zamęczeni przez żołnierzy.

 

 

Szybko powstał Komitet Maurice’a Audina skupiający oprócz Vidala-Naqueta kilku młodych intelektualistów. Już w maju 1958 roku Vidal-Naquet, opublikował solidnie udokumentowaną książeczkę Sprawa Audina, w której próbował odtworzyć ostatnie chwile więźnia i zdemaskować „państwowe kłamstwo” głoszące, że chodzi o zwyczajne zaginięcie młodego człowieka. W obliczu informacji o wielu podobnych przypadkach rodziło się pytanie o rolę państwa, o – jak to ujął Vidal-Naquet – „tortury stanu”. Z tej przyczyny młody historyk zaangażował się w akcję protestacyjną przeciw wojnie w Algierii. Gdy w 1960 roku podpisał deklarację 121. intelektualistów podkreślającą „prawo do nieposłuszeństwa podczas wojny w Algierii”, ministerstwo zawiesiło go w funkcjach wykładowcy uniwersyteckiego.

Nad Sekwaną argument „racji stanu” (raison d’etat) wciąż ma wielką moc ucinania wszelkich dyskusji, nawet wówczas, gdy naprzeciw tej wartości staje inna, równie mocno zakorzeniona w chlubnej przeszłości Francji – prawa człowieka. Na tym tle doskonale widać odwagę cywilną i determinację młodego uczonego.

Demaskatorska książka Vidala-Naqueta była jednym z kamyków, które poruszyły lawinę. Francuska opinia publiczna coraz wyraźniej miała dość wojny. W 1962 roku, po referendum w tej sprawie, gen. Charles de Gaulle podpisał w Evian traktat pokojowy. Algieria zdobyła niepodległość.

Paryż lat 50. i 60. to kipiący kocioł nowych teorii naukowych. W Dzielnicy Łacińskiej można było wówczas spotkać indoeuropeistę Georges’a Dumezila, etnologa i filozofa Claude’a Levi-Straussa, filozofów Raymonda Arona, Maurice’a Merleau-Ponty’ego i Jeana Paula Sartre’a.

Pierre Vidal-Naquet nie od razu został naukowym rewolucjonistą. Na Sorbonie i w École de Paris Pratique des Hautes Études był typowym historykiem swego czasu – wyczulonym na kwestie gospodarcze, a szczególnie na to, jak bardzo obraz dziejów, który zawdzięczamy starożytnym pisarzom i myślicielom, wynika z ich wizji świata i z ich ideologii. Prawdziwym przełomem było dla niego odkrycie strukturalizmu Claude’a Levi-Straussa – jednego z największych osiągnięć, a z czasem najważniejszych „towarów eksportowych” francuskiej humanistyki XX wieku.

Vidal-Naquet nigdy nie przyjął – jak sam to ujął – „strukturalistycznej metafizyki”, bardzo wówczas modnej. Przyjął natomiast i twórczo wykorzystał instrumenty, jakie oferowała metoda Levi-Straussa. To dzięki strukturalizmowi zaczął postrzegać wyobrażenia antycznych Greków o świecie i o sobie samych w kategoriach opozycji między cywilizacją i dzikością, pomiędzy Grekiem i barbarzyńcą, panem i niewolnikiem, obywatelem i cudzoziemcem, wreszcie pomiędzy dorosłym obywatelem wojownikiem a wszystkimi odeń gorszymi nieobywatelami (kobietami, dziećmi itd.).

W swoich badaniach skupił się na greckim mieście-państwie (polis) epoki archaicznej i klasycznej – od Homera po Aleksandra Wielkiego. Poszukiwał punktów przecięcia czy też miejsc spotkania „form myśli i form życia społecznego” (tak brzmi podtytuł jego najważniejszej książki Czarny łowca wydanej także w Polsce). Szukał ich w wyobrażeniach, mitach, rytuałach i instytucjach związanych ze statusem dwu rodzajów grup społecznych w polis. Pierwszą z tych grup tworzyli ludzie sytuujący się gdzieś pomiędzy dominującym i najwyżej cenionym obywatelem a różnego typu „obcymi”. Kimś takim byli efebowie, czyli młodzieńcy, którzy pewnego dnia będą walczyć za swoją ojczyznę jako ciężkozbrojni piechurzy, ale na razie szkoleni są w walce podstępnej, podjazdowej, nocnej – takiej, która stanowi zaprzeczenie „kodeksu honorowego” dorosłego obywatela. Jak rozumieć takie odwrócenie wartości? Drugą grupą badaną przez Vidala-Naqueta byli „wykluczeni”, stojący w negatywnej opozycji wobec ideału obywatela – a więc kobiety, niewolnicy, barbarzyńcy, a nawet rzemieślnicy wykonujący zajęcia uważane wówczas za niegodne.

 

 

Taki program badawczy był w owym czasie prawdziwie rewolucyjny. Zrywał z tradycją pisania greckiej historii zgodnie z optyką antycznych źródeł tworzonych przez i dla przedstawicieli owej grupy mężczyzn obywateli, która dominowała nie tylko w życiu społecznym i politycznym, ale też w wyobraźni Greków. Vidal-Naquet próbował opisać, scharakteryzować i zrozumieć grecką polis, badając jej „przedmieścia”, czyli marginesy społeczne i duchowe, jej dzikie pogranicze zamiast klasycznych budowli i instytucji. Rozwiewał w ten sposób powszechne złudzenie bliskości i przejrzystości greckich źródeł naszej cywilizacji.

Na początku lat 60. Vidal-Naquet spotkał Jean-Pierre’a Vernanta – bohatera francuskiego ruchu oporu z lat wojny, działacza lewicowego, a przede wszystkim wschodzącą gwiazdę paryskiego życia naukowego (polski czytelnik zna go z książki Źródła myśli greckiej). Spotkanie okazało się niezwykle płodne, mierząc to wspólnie przez nich opublikowanymi książkami. Vidal-Naquet był historykiem, Vernant filozofem oraz, jak sam zwykł siebie nazywać, psychologiem historycznym. Ich wspólna, przełomowa wizja świata wyobrażeń Greków głęboko zainspirowała współczesne badania nad antykiem. Obu uczonych i dwa już pokolenia ich uczniów nazywa się na świecie „szkołą paryską”, École de Paris, która dziś należy do klasyki nauk społecznych i nauk o człowieku.

Vidal-Naqueta interesowały nie tylko „przedmieścia” wielkiej historii antyku, lecz także dalsze losy starożytnego dziedzictwa Europy. Jednak i tu skupiał się na tym, co paradoksalne, a czasem dziwaczne – na słabo zbadanych poboczach myśli Zachodu lub też na „objazdach”, jak sam je nazywał, które wiodły np. od platońskiego mitu Atlantydy do nacjonalistycznych myślicieli czasów nowożytnych, a nawet do rasizmów XX wieku.

Gdy pod koniec starożytności schedę po rzymskim imperium przejęli germańscy „barbarzyńcy”, pojawiła się konieczność znalezienia szacownych korzeni dla nowych narodów europejskich obarczonych kompleksem parweniuszy. Dla chrześcijańskiej Europy najatrakcyjniejsze były „genealogie”, które znajdowały swe oparcie w Biblii. Studiowano więc długą listę potomstwa Noego zapisaną w Księdze Rodzaju, a także żydowską legendę o zaginionych plemionach Izraela.

Alternatywą była klasyczna tradycja antyczna, zwłaszcza platoński mit Atlantydy. Zatopiona wyspa, kolebka cywilizacji i mityczna superpotęga światowa to bardzo kusząca kandydatka na ojczyznę każdego szanującego się narodu. Już w późnej starożytności chrześcijańscy erudyci starali się uzgodnić mit Atlantydy z tradycją judeochrześcijańską, co czasem prowadziło do ciekawych rezultatów. U Platona autorem opowieści o cudownej wyspie jest poeta i mędrzec Solon, który swą wiedzę miał zawdzięczać egipskim kapłanom. Otóż pewien mnich z VI wieku podaje nam imię owego kapłana: Salomon. Wielka powódź, która u Platona w jeden dzień i jedną noc niszczy Atlantydę, prędzej czy później musiała skojarzyć się chrześcijanom z biblijnym potopem.

Atlantyda nabrała w myśli europejskiej nowego znaczenia po odkryciu Ameryki. Z Atlantyku wyłonił się nagle kontynent, którego cywilizacje rozniecały wyobraźnię Europejczyków. Należało tylko wyjaśnić pochodzenie mieszkańców Nowego Świata – zaginione plemiona Izraela czy rozbitkowie z Atlantydy? A może wbrew Platonowi Atlantyda wcale nie zginęła?

Stopniowo Atlantyda stała się ważnym elementem myśli, którą Vidal-Naquet nazywa nowożytnym europejskim „atlantonacjonalizmem”. Hiszpanie i Anglicy dowiadują się od swych dociekliwych erudytów, że Atlantyda stanowi w istocie ich dziedziczną domenę. Poeta i malarz William Blake (1757-1827) wywodzi Anglików od niejakiego Albiona, przodka Brytów i „patriarchy Atlantydy”, dzięki czemu Anglia dziedziczy prawa do „atlantydzkiej” Ameryki. Najciekawszą badaną przez Vidala-Naqueta teorią tego rodzaju była praca szwedzkiego uczonego Olofa Rudbecka (1630-1702), biologa i anatoma, rektora uniwersytetu w Uppsali, autora wielotomowego dzieła, w którym dowodził, że platońska Atlantyda to w rzeczywistości prastara ziemia Gotów i kolebka Germanów – czyli Szwecja, a Uppsala to dawna stolica tej krainy. Ten szwedzki mit narodowy to oczywiście owoc konkretnej epoki – czasów imperialnej potęgi Gustawa II Adolfa.

 

 

Vidal-Naquet śledził naśladowców Rudbecka aż do XX wieku. Ostatnim jego uczniem nazwał Alfreda Rosenberga, autora Mitu XX wieku – biblii narodowego socjalizmu. Rosenberg dowodził, że Atlantydzi, naturalnie przodkowie Germanów, żyli rozproszeni po całym świecie, nie wyłączając Palestyny, dzięki czemu można bezpiecznie założyć, że Galilejczyk Jezus bynajmniej nie był Żydem. Nic dziwnego, że hitlerowski Instytut Dziedzictwa Narodowego nie ustawał w badaniu Atlantydy, a mitem tym szczególnie interesował się sam Reichsführer SS Heinrich Himmler.

Jedna z najważniejszych książek Vidala-Naqueta nosi tytuł Zabójcy pamięci. To zbiór szkiców rozprawiających się z tezami „negacjonistów” – pseudohistoryków, którzy m.in. negują istnienie komór gazowych w nazistowskich obozach zagłady. W latach 70. poglądy takie można było usłyszeć w Niemczech, we Francji, Włoszech czy w USA. Stawką w tej dyskusji jest prawda o Holocauście – negacjoniści kwestionują bowiem fakt zagłady Żydów w latach II wojny światowej.

Motywy negacjonistów są różnorodne – od moralnego rozgrzeszenia nazistów przy jednoczesnym oskarżaniu Żydów o całe zło tego świata po mrzonki o wszechświatowej rewolucji. Nie przypadkiem idee negacjonistów poparł swego czasu nie tylko lider skrajnej francuskiej prawicy Jean-Marie Le Pen, lecz także radykalnie lewicowy intelektualista amerykański Noam Chomsky.

Polemika z tymi poglądami to poważne wyzwanie i dla historyka, i dla Żyda, którego rodzice zginęli w komorze gazowej w Auschwitz. Vidal-Naquet starał się przede wszystkim zrozumieć fenomen negacjonistów. Poza tym, posługując się rzeczowymi argumentami, wykazywał, że ich twierdzenia mijają się z prawdą.

Jeden ze szkiców Vidala-Naqueta nosi tytuł Eichmann z papieru. W tym właśnie rzecz. Holocaust był precyzyjnie zorganizowanym ludobójstwem, gdzie nikt nie był odpowiedzialny, nikt osobiście nie był katem, a piece krematoryjne zacierały ślady zbrodni. Pozostała tylko pamięć niezbyt przecież licznych ofiar, którym udało się ocalić życie. Pamięć nie zawsze precyzyjna i wiarygodna, a zawsze osobista i nieobiektywna, niekiedy tworząca legendy i przeinaczenia. Tych przeinaczeń z upodobaniem chwytają się negacjoniści. Z faktu, że powojenna propaganda radziecka co najmniej trzykrotnie zawyżyła liczbę ofiar Treblinki, wyciągają wniosek, że miliony ofiar Holocaustu to mit. W tej perspektywie ich pedantyczna argumentacja jawi się jako przedłużenie Eichmannowskiego „języka urzędowego”, w którym egzekucje w komorach gazowych to „działania specjalne”, a sama komora gazowa to po prostu „kostnica”.

 

 

Vidal-Naquet nie byłby sobą, gdyby jedynie zdemaskował „zabójców pamięci” i ich metody. Jako historyk nie akceptuje „religijnego” stosunku do dziejów Holocaustu, który każe upierać się przy skrajnie zawyżonych liczbach ofiar obozów śmierci czy odrzucać porównania zagłady europejskich Żydów z innymi wielkimi masakrami – choćby ludobójstwem Ormian czy wielowiekową eksterminacją amerykańskich Indian. Jego zdaniem dla prawdy o Holocauście niebezpieczny jest również oficjalny użytek, jaki z Zagłady czyni się w Izraelu, gdzie Dzień Zagłady stanowi część historii świętej, niemal na równi z Dniem Paschy.

Vidala-Naqueta fascynował żydowski historyk wielkiego antyrzymskiego powstania z I wieku n.e. W 67 roku n.e. Józef syn Mattiasa kierował obroną twierdzy Jotapata w Galilei obleganej przez Wespazjana, przyszłego cesarza rzymskiego. Gdy twierdza upadła, Józefowi udało się przeżyć zbiorowe samobójstwo garstki ostatnich obrońców. Znalazł też sposób, by wkraść się w łaski Rzymian – pochwycony zażądał rozmowy w cztery oczy z Wespazjanem i… przepowiedział mu, że zostanie cesarzem. Od tej pory był zaufanym doradcą rzymskiego wodza i jego syna Tytusa. Obywatel rzymski z nadania Wespazjana przybrał rodowe nazwisko swego patrona – Flawiusz.

Józef Flawiusz stał się dla Żydów arcyzdrajcą – posunął się nawet do tego, by w imieniu Rzymian namawiać obrońców Jerozolimy do kapitulacji. Wiele lat później, już w Rzymie, napisał po grecku Dawne dzieje Izraela (inaczej: Starożytności żydowskie) i Wojnę żydowską. Dla Europejczyków późniejszych czasów stał się pomostem pomiędzy uniwersalną cywilizacją grecko-rzymską a dziedzictwem Izraela. Podjął przecież nie tylko próbę przedstawienia i wytłumaczenia rzymskim „panom świata” kultury i religii Żydów, ale także nauczenia czegoś ważnego samych Żydów. A zrobił to wszystko w kluczowym dla nich momencie, u progu nowej epoki – kiedy jego przyjaciel Tytus, zdobywca Jerozolimy, doszczętnie zburzył Świątynię, otwierając nowy rozdział w dziejach Izraela.

Vidal-Naquet poświęcił Józefowi Flawiuszowi jedno ze swoich najlepszych dzieł. Dał mu tytuł Józef Flawiusz, czyli o dobrym użytku ze zdrady, nawiązując do Pascala, który modlił się o dobry użytek z chorób, jakie Bóg zsyła na ludzi. Fascynowała go właśnie zdrada Józefa, która z perspektywy czasu okazała się dla żydowskiego dziedzictwa błogosławieństwem.

Sam Józef tłumaczył swą zdradę na kilka sposobów. W Wojnie żydowskiej pokazał duszną atmosferę ówczesnego mesjanizmu – pełnego pasji oczekiwania na wybawienie ludu wybranego bądź na apokalipsę. Ta atmosfera zrodziła cały ogrom wewnętrznych konfliktów, różnorodność walczących ze sobą zaciekle sekt żydowskich i szaleństwa ekstremistów różnej maści. Poza tym jak wielu przedstawicieli elit ludów pokonanych przez Rzymian Józef Flawiusz doskonale dostrzegał nieuchronność podboju, a ostatecznie i błogosławieństwa rzymskiego panowania.

Dla historyków twórczość Józefa Flawiusza to bezcenne źródło wiedzy o dziejach i kulturze Żydów epoki wczesnego cesarstwa. Jednakże Vidala-Naqueta zajmowało coś innego. W 1977 roku pisał o zastanawiającej aktualności dzieła Józefa. W tym czasie – a chciałoby się dodać, że i w naszych czasach – lektura ta stawia bowiem przed czytelnikiem problemy fundamentalne: solidarność wspólnoty a zdrada czy kolaboracja, logika działania i rola dziejowa rozmaitych ekstremizmów, wreszcie kwestia stosunku pomiędzy państwem żydowskim a diasporą. Vidal-Naquet, jak sam podkreśla, interesował się Józefem jako historyk starożytności, jako Żyd, ale również jako świadek różnych objawów rewolucyjnego mesjanizmu swoich czasów.

Mam wrażenie, że Vidal-Naquet czuł z Józefem Flawiuszem pewien rodzaj głębszego pokrewieństwa duchowego. On, całkowicie zasymilowany Żyd z francuskiej diaspory, kilkakrotnie w swoim życiu wczuwał się w rolę „zdrajcy” żydostwa, gdy w swej publicystyce i inicjatywach społecznych zaciekle walczył o prawo Palestyńczyków do własnego państwa albo gdy z pasją krytykował wojny prowadzone przez Izrael. Tuż przed śmiercią, nie przebierając w słowach, piętnował wkroczenie Izraelczyków do Libanu. Głęboko wierzył w konieczność dialogu na Bliskim Wschodzie – podobnie jak Józef Flawiusz, który też wierzył w równoprawne współistnienie dziedzictwa żydowskiego w świecie zdominowanym przez kulturę Greków i Rzymian. Czas pokaże, na ile realne były plany i nadzieje Vidala-Naqueta.

Dla postawy Vidala-Naqueta bardzo charakterystyczna była jego reakcja na wydarzenia paryskiego Maja ‘68. Po latach podkreślał, że wówczas zaangażował się w bieżące życie polityczne i społeczne równie silnie jak dziesięć lat wcześniej w sprawę Audina. Choć zwykle unikał masowych demonstracji, w owym czasie niemal codziennie brał udział w ulicznych marszach i manifestacjach. Włączył się także w działalność komitetów postulujących głęboką reformę szkolnictwa wyższego. Zaciągnął się też do służby porządkowej na zrewoltowanej Sorbonie, bojąc się, by jacyś nieodpowiedzialni radykałowie nie podłożyli ognia pod bibliotekę.

W swych pamiętnikach barwnie i z sympatią szkicuje tygiel polityczny, w którym zgodnie manifestowali palestyńscy studenci bliscy Fatahowi i lewicowi studenci syjoniści. Ale opisuje też spięcia i aberracje różnych radykalizmów, wśród których – oprócz bardzo wówczas popularnych maoistów i trockistów – nie zabrakło ludzi demonstrujących pod portretem Stalina.

Wraz ze swym studentem Alainem Schnappem, dziś wybitnym archeologiem, Vidal-Naquet postanowił zebrać dokumenty studenckiej rewolty. On, historyk odległej starożytności, odnalazł się jako kronikarz wydarzeń bieżących, czego nie omieszkali mu wypomnieć krytyczni obserwatorzy tych wypadków, jak choćby Raymond Aron. Powstała pasjonująca książka Kronika komuny studenckiej. Teksty i dokumenty, listopad 1967 – czerwiec 1968 wydana na początku 1969 roku.

 

 

Po latach wyrzucał sobie, że w książce nie zachował wystarczającego dystansu. W pamiętnikach tłumaczy też, co w paryskim Maju uwiodło go najbardziej. Dla większości jego przyjaciół był to bez wątpienia klimat, by tak rzec, „rewolucji moralnej”. Jego jednak fascynowała przede wszystkim praktyka studenckiej „demokracji bezpośredniej”, a także bezprecedensowa atmosfera wolności. Wszystko to, jak pisze, kojarzyło mu się nieodparcie ze starożytnymi Atenami.

Zawsze jednak dystansował się od ludzi myślących podobnie, ale zbyt jednostronnie. W 1967 roku, w przeddzień arabsko-izraelskiej wojny sześciodniowej, wiedział, że gra toczy się o istnienie Izraela. W przeciwieństwie jednak do wielu francuskich Żydów nie manifestował na Polach Elizejskich, skandując: „Francja z nami!”. Mówił ironicznie, że przecież sam jest Francuzem. I choć kibicował działaniom wojennym Izraela, już kilka dni po zwycięstwie opublikował w dzienniku „Le Monde” apel o… powołanie państwa palestyńskiego.

W 1966 roku jak wielu jego „antyimperialistycznych” przyjaciół zakładał we Francji komitet protestujący przeciw wojnie w Wietnamie. Nie przestając potępiać Ameryki, w reakcji na Praską Wiosnę ‘68 powtarzał słowa filozofa Edgara Morina: „W sumie próbujemy zaprowadzić w Sajgonie reżim, który chcielibyśmy zniszczyć w Pradze”.

Uważał się za człowieka lewicy, ale nigdy nie był komunistą, nigdy też nie żywił złudzeń co do Związku Radzieckiego. Pacyfikacja Węgier w 1956 roku nie była więc dlań szokiem. Pozostał wierny odziedziczonemu po przodkach dawnemu modelowi lewicowości, który nazwać by można „republikańskim”. Była to lewicowość nawiązująca do czasów sprawy Dreyfusa.

Pierre Vidal-Naquet w niezwykły sposób łączył radykalizm i krytyczny dystans, ironię i zaangażowanie, antyk i współczesność. Występował w dwóch rolach – historyka, wielkiego autorytetu naukowego i „sokratejskiego” intelektualisty-obywatela. Tym, co łączyło obie te role, było wyciąganie na światło dzienne tego, co nieznane, niedocenione, a nawet ukryte – od zbrodni armii francuskiej w Algierii po miejsce „wykluczonych” (kobiet, niewolników) w demokracji ateńskiej.

W dążeniu do obiektywizmu był niezwykle konsekwentny. Gdy parlament francuski przyjął prawo zabraniające kwestionowania Holocaustu, Vidal-Naquet, który tak zaciekle walczył z „zabójcami pamięci”, na kilka miesięcy przed śmiercią podpisał apel 19 historyków „Wolność dla historii”. Jego sygnatariusze przypominali: „Historia to nie religia, nie zna dogmatów ani tematów tabu. Historia to nie etyka, nie może chwalić ani potępiać. Historia nie jest sługą współczesności, nie daje się wtłoczyć w aktualne schematy ideologiczne. […] Historia to nie przedmiot prawa. W państwie demokratycznym władza ustawodawcza ani sądownicza nie może definiować prawdy historycznej. Polityka państwa, nawet w najlepszych intencjach, nie może w żadnym wypadku stać się polityką historyczną”.

Z takim historykiem nikomu nie jest po drodze, ale w dzisiejszej Francji i Europie postawa, jaką prezentował Vidal-Naquet, znów staje się aktualna. I to na wiele sposobów.

MAREK WĘCOWSKI

Pierwodruk: „Gazeta Wyborcza” 24-25 III 2007

Daniłowski ocierk (1)

dla N.

 1. Długo zastanawiałem się, co chcę napisać: reportaż, opowiadanie podróżne, esej? Na koniec zdecydowałem się na etnograficzny oczierk, którym Rybnikow opisywał Zaonieże.

Po pierwsze, mam wobec niego dług, i to spory: Paweł Nikołajewicz nauczył mnie patrzyć na Zaonieże wszechstronnie, nie żaląc się przy tym, że go tu zesłano. Pora więc, choćby oczierkiem, zwrócić mu część długu.

Po wtóre, ruski ocierk [1] podróżny – to mandżur bradiagi! Można doń włożyć wszystko, co potrzebne na drogę: ironię i etnografię, i poezję, i bogosłowie, byl i niebylinę… Co w duszy załka i dokąd powiedzie.

A po trzecie, lubię ocierk, słowo ciepłe i cierpkie – zarazem.

 

2. Paweł Rybnikow to uznany odkrywca i pierwszy wydawca ruskich bylin. Autor Zbioru pieśni rosyjskich, dostał zań złoty medal Rosyjskiego Towarzystwa Geograficznego.

 

 

Aliści mało kto przeczytał jego znakomite oczierki etnograficzne, w których opisywał Ołoniecką gubernię. Z prostej przyczyny, że do dziś pozostają rozproszone po XIX-wiecznych wiedomostiach i wiestnikach. Pisał o dawnych księgach i o lnie, o powieriach i narzeczu Zaonieżan, o szungskich jarmarkach, o rybołóstwie i o łowiectwie, zapisywał bajki i podania, słówka i powiedzonka – wszak był filologiem z wykształcenia. Etnograficzne relacje przyprawiał ironią do smaku, nieraz sarkazmem. Należał do Towarzystwa Miłośników Książki (założył w Pietrozawodsku pierwszę bibliotekę publiczną) i do Towarzystwa Archeologicznego, dla którego zbierał po siołach dawne ikony, miedziane składnie, razpiatija, stare foliały. Sam był wytrawnym kolekcjonierem! W pietrozawodskiej hierarchii dosłużył się asesora kolegialnego (przypomnę, że dotarł do Pietrozawodska pod konwojem, jako zesłaniec za wolnodumstwo pod nadzór), pełniąc różne funkcje, z których najważniejszą dla Rybnikowa, jako autora etnograficznych Oczierków po Ołonieckiej guberni, był post głównego statystyka. Mógł rozjeżdżać po całej guberni, pisać i zbierać dane, gadać z ludźmi. Z początku mu nie dowierzali, bo był rosyjskim czynownikiem, a nuż powiedzą zbyt dużo i nowy podatek wlepią, albo do armii wcielą? Lecz w końcu Rybnikow wnuszał dowierie (zyskiwał zaufanie), może dlatego, że miał pewne doświadczenie z wędrówek po Czernihowskiej gubernii, póki go nie aresztowali. A może po prostu to był taki typ… Ale na początku nie było łatwo. Szef tajnej policji w Moskwie miał go pod nadzorem, co miesiąc dostawał doniesienie o Rybnikowie i utrudniał mu swobodne poruszanie się po guberni. Paweł Nikołajewicz użalał się Konstantemu Aksakowowi, że musiał przerwać ekspedycję w Kargopolu, bo mu żandarmi nie dali dalej drogi. Dopiero po oswobodzeniu się spod policyjnego nadzoru, mógł wreszcie jechać do Daniłowa i zobaczyć, co się ostało z bogatego kiedyś raskolniczego monasteru, centrum starej wiary. Rzymu ruskiego obrzędu.

W czerwcu 1866 roku Paweł Rybnikow z grupą przyjaciół pojechał do Daniłowa i opisał ekskursję w Putiowym oczierku po powienieckomu ujezdu. Opublikowano ją w Pamiatnoj kniżkie Ołonieckiej guberni za 1867 rok. Zatem już po opuszczeniu Pietrozawodska przez Rybnikowa. Asesor kolegialny Rybnikow jechał w tym czasie do Namiestnika Berga w Warszawie po post wicegubernatora Kaliskoj guberni Priwislanskogo kraja, aby rozpocząć nowe życie na nowym pograniczu. W odróżnieniu od pogranicza słowiano-ugrofińskiego (bylinno-runowego), w kaliskiej guberni znalazł się na kresach słowiańszczyzny, po drugiej stronie była germańszczyzna pruska, co otwierało ciekawy horyzont dla filologa. W

Kaliskiej guberni Przywiślańskiego kraju Paweł Nikołajewicz Rybnikow uległ również nowej manii kolekcjonierskiej: zbierał majątki, odebrane ziemianinom za udział w Powstaniu Styczniowym.

 

3. Nasze drogi przecięły się w Powieńcu. „Powieniec, miru koniec…” – rozpoczął Rybnikow podróż do Daniłowa po kilku akapitach wstępu, w których wytłumaczył zamysł wyprawy do skitów dawnej Wygorecji. Za względu na jego dzisiejszą aktualność cytuję w całości: „Anglicy uważają, że nie ma zakątka w Europie, który nie byłby opisywany w przewodnikach Murraya czy Bradshawa: nihil intentatum reliqueurunt… A Rosji, jeśli jeszcze nie wykreślili z listy europejskich krajów, to pod jej nazwą rozumieją średnie i południowe szerokości, natomiast krainy północne – Pomorze i Zaonieże – znają jeno z nazwy, wiedząc o nich nie więcej, niż o wewnętrznej Mongolii. Ba, nawet na całej Świętej Rusi znajdzie się niewielu ludzi, którzy uwierzyliby, że nad Jeziorami Ładożskim i Onieżskim, Sandałem i Kienozierem, na brzegu Swiri, Suny, Wyga, Wodły i Oniegi można odnaleźć miejsca, nie ustępujące urokom brzegów Renu lub przesłodzonym odkrytkom Italii, Szwajcarii czy Tyrolu. W malowniczych ołonieckich pejzażach brakuje jednego – dziwnego ożywienia, udzielającego się przyrodzie od rozkwitu ludzkiej kultury.

Być może moje notatki z ekskursji po Powienieckim ujeździe wydadzą się niektórym głosem wołającego na pustyni i nie zachęcą ani jednego podróżnika do przyjazdu do Zaonieża, wszelkie braki opowieści leżą na mnie i jedyne, co mnie pociesza, że nie ostałem się niemy przed krasą zaonieżskiej przyrody.

Podróż, którą zamierzam opisać, odbyliśmy w lipcu 1866 roku w niewielkim towarzystwie ludzi o różnej pozycji w świecie, różnych także wiekiem i mądrością życiową. Wspólne nam było tylko to, że nikt nie wybierał się na tę ekskursję jako turysta, każdy zajmował się własnym dziełem. Oglądane uroczyska zostawiły tak mocne wrażenia, że postanowiliśmy zapisać, jak kto potrafi, swoje wspomnienia. Oto jedno z nich”.

 

4. W Pinduszach przed Powieńcem kupiliśmy suszki i wodę na drogę. Do rodnika w Daniłowie mieliśmy jeszcze 72 wiorsty, a słońce lało się z nieba jak z wiadra. Za groźnie grzmiącą dla filologów Miedgorą raptem robi się zabawnie: Limbusza nad rzeką Limbuszką, nieco dalej Pindusza na rzeką Pinduszką. Im bliżej końca świata, tym milej. Rybnikow jechał na tarantasie, my ładą bordo.

W Powieńcu ostatnia śluza, jeśli przechodzić od Białego Morza, jako myśmy tędy przechodzili z Wasią w 1999 roku. Akurat spławiali barkę z Apatytów… Miałem chwilę, aby wyjść nad kanał i przypomnieć sobie naszą wołokę sprzed ćwierci wieku. Ćwiara – niezły srok.

Z Powieńca pojechaliśmy na Daniłowo wedle marszruty Rybnikowa. Za jego czasów za Powieńcem drogi się rozwidlały: jedna szła na Północ do Morza Białego i dalej na Sołowki, a druga do pustyni Daniłowej nad Wygiem i na tamtą stronę – do Leksy. Czternaście wiorst od Powieńca mijamy Gabselgę (parę koślawych izb w zarośli iwan-czaju i łopuchów), szesnaście wiorst dalej Łopskoje (od wyrazu Łop, czyli Łopar’, tutejszy aborygen), skręcamy w lewo, wjeżdżając na Pielecką górę – początek wododziału między Morzem Białym a Jeziorem Onieżskim, które rzeką Swir odprowadza wody do Bałtyku. Na Pieleckiej górze Oniego ostatni raz błysnęło w zadnim lusterku. Dalej jedziemy – jak kiedyś z Karelią w Wołoce – po wododziale. Wtenczas jechaliśmy szarym audi, teraz zaś przyciężkawą ładą. Rybnikow pisze, że droga tu prowadzi przez bardzo piękne miejsca, wijąc się z jednej strony górskiego grzbietu na drugą, zbocza zapadają się w bezdennych topiach, w bocznym lusterku skroś sosny połyskają lumbuszki, a za kierownicą pojawia się ułybka Karelii. Rybnikow zanotował, że co pięć wiorst na drodze z Powieńca do Daniły stoją ośmioramienne krzyże drewniane, jedne pod daszkami, inne pokrzywiły się na boki, a jeszcze inne, murszejąc, pokłoniły się ku ziemi. Teraz drogę znaczą kopczykami z kamieni i wiechą z wielkich głazów. W prawo Daniłowo, a na lewo Kiem.

 

 

I oto z Rybnikowem wjechaliśmy w priszwinowski Kraj niepuganych pticzapowiednoje Zazierkale. A im dalej, tym mniej kamieni, a więcej piachu. Chciałoby się zrzucić sandały i ruszyć pieszo, przesypując ziarna piasku palcami stóp. Osady przy piaszczystej drodze za Rybnikowa były biedne, z upraw pola nie dawało się żyć, ziemia do niczego, przymrozki niszczyły urodzaj. Ludzie wyżywali z polesowanija [2] i przywozów, zimą po dwa-trzy razy jeździli do Morza Białego, przywożąc stamtąd rybę dla siebie i na sprzedaż. W pierwszej połowie zimy śledź i siomga (gatunek łososia wyłącznie na sprzedaż!), w drugiej połowie suszony dorsz. Do wiosny mógł poleżeć w ambarach Powieńca, a w maju wywozili go na statkach do Petersburga. Osady nie były skupione, lecz rozrzucone po parę zagród na wysiełkach. Mając pod ręką kłaczek ziemi ornej lub łąki śród nieprzebytych lasów, gdzie się poluje i u jeziora, gdzie się rybaczy, lżej uprawiać pole. Rybnikow jechał po raskolniczym terytorium. Lasy i jeziora, nie mówiąc o polach uprawnych, należały na tym terenie do bogatej gminy raskolników. A dzisiaj tu pusto, jeno iwan-czaj się kłania przy drodze jakby czekał na okazję.

 

 

Bodaj Paustowski rozdzielał Zanieże na bliskie i dalekie. Do bliskiego należał archipelag Kiży i półwysep Zaonieże, które teraz pretendują do wyczerpania nazwy w geograficznym, etnograficznym, kulturowym i ortodoksyjnym sensie (nie mówiąc o receptach zaonieżskiej kuchni czy o fasonach szycia łodzi), jak gdyby Zaonieża starego obrzędu nie było. Jakby Daniłowo nad świętym Wygiem nigdy nie istniało!

Wyg – nad którym Daniła Wikulin z Nowogorodu Wielkiego, uczeń igumena Dosifeja z bratem Andrzejem, kniaziem Myszeckim, to znaczy Andriejem Denisowem, autorem Pomorskich otwietow, twórcą ustawu Wygowskiej Pustyni, z diakonem Ignatim Sołowieckim i jego bratwą założyli słynną staroobrzędową obitiel– bynajmniej nie uchodzi do Oniego, a do Morza Białego… Jego wody obmywają święte Sołowki, po których wygowscy starcy płakali. Pejzaż tego Zaonieża jest nawodniony ichnią modlitwą, pracą i łzami.

 

 

Kraj nie lękających się ptaków. Kraina mokradła, lumbuszki i torfu. Opodal rozciąga się Wodłoozierski Park Narodowy, największe torfowe błota w Europie. Niby labirynt wody i wilgnej ziemi, która ugina się pod stopami, jak materac wodny, lecz nie wycieka między palcami. Pośród tej grząskiej topieli zdarzają się twardsze przesmyki lub polany nieco wyżej położone, na których skrywali się raskolnicy. Teraz tutaj pusto jak w przedziwnej bajce o końcu świata, którą starowierka znad Wyga opowiada mi w Wołoce. Stary świat jakby jeszcze się odbija w lustrze wody, ale w rzeczy samej go już nie ma.

Wjeżdżamy do Daniłowa…

 

 

Na skraju posiołka szkielet izby nas wita. Rozsypująca się pamięć o dawnym dostatku? Demencja historii na fonie przyrody z beztroskim bukietem iwan-czaja na szesnaste urodziny? Koniec pierwszej ćwiartki dwudziestego pierwszego wieku?

We wsi Daniłowo właśnie umarł ostatni z żyjących w niej na stałe mieszkańców: Sasza Sorokin, z rodu Wikulinów. Jego brat Igor, który co roku przyjeżdża do Daniłowa na wakacje z Wołgogradu, tym razem przyjechał pożegnać brata… Oprowadził nas po wymarłej wsi, pokazał celę brata Warłaama (Jermolina), zaprowadził do świętego istocznika i nad rzekę Wyg, zostawiając samych, abyśmy poszli nago się wykąpać… Dzięki Igorowi mogliśmy na miedziorycie z XVIII wieku znaleźć, skąd do Daniłowa przyjechał Rybnikow, a nawet ślady ulicy, którą wjeżdżał do Wygoreckiej Pustyni.

Rybnikow zobaczył Daniłowo latem 1866 roku i już wtedy odstawało daleko od obrazka z okresu błagodosytu Daniłowego skitu na ilustracji Istorii wygowskoj pustyni Filippowa wydanej w Saratowie w 1910 roku. Na obrazku z końca XVIII wieku Daniłowy skit przedstawiony jest jako warowna osada, składająca się z szeregu izb (kielji), otoczona zewsząd palisadą masywnych bel.

Rybnikow przyjechał od góry z Powieńca, a my oglądamy Daniłow na planie zza Wyga, od strony Leksy.

 

 

Na ilustracji jest pokazana jedynie męska część pustelni, żeńska leży poza rysunkiem. Paweł Rybnikow wjechał na teren pustelni drogą od północnego zachodu. Ulicą z lewej (na obrazku), która rozdziela stronę męską (za palisadą) od żeńskiej, niewidocznej na ilustracji. Jeno pogost u dołu się ostał. Na mogiłach postawiono nowe drewniane stele pod daszkami, rzeźbione w starym stylu. Stanęły na mogiłach jak kolumny pośmiertne na domowinach [3] raskolników. Każda innej rzeźby, każda w swoim rytmie drewnianych kręgów. Żadna się nie powtarza.

 

 

Jak nasze dusze oddzielone od ciała.

MARIUSZ WILK

[1] Ocierk – można wymawiać twardziej jako „oczierk” lub miękko: „ocierk”. Gatunek pisarski, nader rozpowszechniony w Rosji ubiegłego i pozaprzeszłego wieku. Różne rodzaje oczerków czytałem, od puszkińskich przypisów do Historii Pugaczowa do obszernych scholiów Glinki do jego Karelii, od Oczerkow priestupnogo mira Szałamowa po oczierki Maksimowa w jego Roku na Północy, od Kazakowa do Gołowanowa i tak dalej. Ale do tej pory nie wiem, na czym polega urok  o c i e r k a? Czy jest to lekcja lakonicznego pisania czy łowczego wzroku, kwestia rytmu czy skąpej frazy, okojoma czy kąta patrzenia?

[2] Polesowanije – w Słowarie żiwogo pomorskogo jazyka w jego bytowom i etnograficzeskim primienienii Durowa ma trzy znaczenia. Po pierwsze – to samo, co polesniczat’, czyli zajmować się polowaniem na zwierzęta lub ptaki; po drugie – brodzić, włóczyć się, śpiąc w leśnych ostępach i po trzecie – wariować, biesić się, szaleć.

[3] Domowina – u Władimira Dala w Słowniku żywego ruskiego języka domowina to trumna tak jak łódka, wydłubana toporem z jednego pnia, a w słowniku starołużyckim domowina oznacza, po prostu, ojczyznę. „Dom mój – domowina” – pisał Aleksander Wat.

W Słowniku języka polskiego Witolda Doroszewskiego też ją można znaleźć. „Domowina” po polsku to trumna z białych, heblowanych desek. „Wraz, przelotny gościu świata legniesz w ciasnej domowinie” – pisał Syrokomla.

Maria Prussak „Pochwała Piotra Mitznera”

Piotr Mitzner działa na wielu różnych polach, nie tylko ściśle edytorskich. Nie ma prostej formuły, którą można by opisać te dokonania. Motywy jego postępowania kojarzą mi się nieodparcie z fragmentem wiersza z tomiku Stanisława Barańczaka Jednym tchem. To ostatni wers wiersza Nie, który brzmi: „odmawiam sobie prawa do odejścia”. Bo, jak wtedy rozumieliśmy i pewnie rozumiemy nadal, zbyt wiele jest do zrobienia, żeby odchodzić.

Materiałem na oddzielne studium jest opowieść Piotra o archiwum ojca i próbie jego uporządkowania. W wywiadzie dla „Czasu Kultury” tak o tym mówił: „Trzeba zacząć od prehistorii, od dzieciństwa, bo to jest najważniejsze; żeby nie było wątpliwości, to wychowałem się na granicy archiwum i lasu, to trzeba podkreślić, bo jednak nie jest i nigdy nie było tak, że w całości siedzę w archiwum, a tamto pogranicze uważam za bardzo dobre. Zaczęło się więc wtedy, jak miałem 13 lat, śledztwo, śledztwo literackie po śmierci ojca porządkowanie archiwum „Wisła”. Archiwum „Wisła”, może warto uzupełnić, to był zbiór rękopisów pisarzy, które Zbigniew Mitzner kupował od autorów, żeby mieć gotowy materiał do uruchomienia wydawnictwa po wojnie. Płacił, co dziś brzmi szczególnie ciekawie, od 5 tys. do 15 tys. zł za powieść, do 25 tys. zł. za prace naukowe. „I te umowy, wiesz – kontynuował Piotr – to było wielkie przeżycie. Mam 13/14 lat, coś już sobie czytam i nagle trzymam w ręku umowę pisaną ręcznie przez Baczyńskiego. Wtedy Wyka powiedział, że jest bardzo ważna, bo to jedyny jego podpis jako Jan Bugaj”.

Od najwcześniejszych lat pasją Piotra poety były książki poetyckie czekające na publikację. Wśród nich książki przyjaciół, znajomych, którym trzeba było ułatwić debiut. Na początku jednak były papiery z archiwum ojca, sam Piotr wspominał: „Debiutowałem jako edytor, wydając wiersze Juliusza Krzyżewskiego, to był 1978 rok, w PIW-ie, Iwaszkiewicz napisał wstęp. Część tych rękopisów znajdowała się w archiwum Ojca, który kupił od Krzyżewskiego tom jego wierszy”. Iwaszkiewicz później stał się bohaterem jego prac naukowych, także edytorskich.

W 1980 roku poza oficjalnym obiegiem razem z przyjaciółmi utworzyli serię „Spółka Poetów”, istniała do 1993 roku, opublikowali 14 tomików. Równocześnie współtworzył wydawnictwo Krąg, w którym ukazało się wiele ważnych tekstów redagowanych przez Piotra Mitznera – m. in. Spór o Rosję Drawicza i tłumaczenia pisarzy rosyjskich. Był też Mitzner współpracownikiem innych wydawnictw drugoobiegowych, był u początków najpierw pisma, potem Fundacji Ośrodka „Karta”, we współpracy z Fundacją współtworzył Archiwum Wschodnie gromadzące materiały dotyczące losów obywateli polskich w ZSRR. Już po 1989 roku pomagał w rozkręcaniu wydawnictwa Interim.

 

 

Jeszcze przed 1989 rokiem powstała inicjatywa, która trwa do dziś. Tak o jej początkach pisał Tomasz Pietrasiewicz: „Piotra poznałem w połowie lat 80. Miało to związek z działającym wtedy w Lublinie podziemnym wydawnictwem FIS (Fundusz Inicjatyw Społecznych). Planowało ono stworzyć serię wydawniczą poświęconą literaturze rosyjskiej, a pierwszą publikacją miały być tłumaczenia wierszy rosyjskiego poety i barda Galicza. Pomysł ten zaprowadził mnie prosto do Warszawy, do Piotra i jego mamy, tłumaczki i znawczyni literatury rosyjskiej. To przypadkowe spotkanie zamieniło się w przyjaźń, która trwa do dzisiaj. […] Piotr stał się też współtwórcą organizowanego przez Teatr NN festiwalu «Miasto Poezji», jego dobrym duchem. Jest pomysłodawcą i redaktorem serii wydawniczej «Zapomniani poeci» ukazującej się pod szyldem festiwalu”.

„Biblioteka zapomnianych poetów” należy do najważniejszych, jak sądzę, dokonań Piotra Mitznera. Ukazuje się od roku 2012, do dziś opublikowano 27 tomów poetów znanych i zupełnie zapomnianych, często opracowywanych przez innych poetów. Pomysłodawca serii w autokomentarzu zamieszczonym na stronie wydawnictwa tak tłumaczy swoje motywy: „Żeby odnaleźć zapomnianych poetów trzeba lubić buszowanie: po katalogach bibliotecznych, po półkach antykwariatów i składach makulatury. Trzeba też zdać się na intuicję. W odkrywaniu zapomnianych poetów nie ma przecież metody, a jest ich legion” i dopowiada: „Czy warto szukać zapomnianych poetów? Pozwolę sobie przypomnieć jedno nazwisko odkrytego poety: Cyprian Norwid. Można powiedzieć, że jest to przypadek wyjątkowy. To prawda, takie odkrycia zdarzają się raz na sto lat, a może rzadziej. Ale i w skromnym dorobku poetów nie tej klasy znajdziemy garść, albo kilka garści wierszy wybitnych, zachwycających, wartych ocalenia, czy po prostu trafiających do naszej wrażliwości. Niekiedy warto nawet granicę tej naszej świadomości przekroczyć, by poczuć zapach innej epoki. To takie ćwiczenie z empatii”.

Empatia Piotra Mitznera obejmuje wszelkiego rodzaju dokumenty teraźniejszości i przeszłości, nie tylko poetyckie. Często jest po prostu walką o pamięć. Badacz troskliwie przypomina dziedzictwo najbliższej rodziny – przygotował do druku trzy książki ojca, dwie książki swojej mamy (wiersze i wspomnienia), oraz zapiski przyrodniej siostry Krystyny. Efektem jego empatii jest nie tylko współpraca i przyjaźń ze Stowarzyszeniem Memoriał, ale także przypominanie tekstów Rosjan i zapomnianych twórców ważnych dla kultury polskiej. Piotr nie unika przestrzeni konfliktów, przeciwnie, uważa, że materiały wydobywane z archiwów wprowadzają wiedzę udokumentowaną i pozwalają przenieść rozmowę z poziomu publicystyki na poziom poważnych badań historycznych. Tutaj trzeba wymienić publikacje, które niewątpliwie są dokonaniami fundamentalnymi.

 

 

We współpracy z Lazarem Fleischmanem z uniwersytetu Stanforda Mitzner przypomniał postać i teksty Lwa Gomolickiego, białego emigranta, rosyjskiego poety i publicysty, a po wojnie polskiego autora archiwalnych badań nad materiałami dotyczącymi pobytu Mickiewicza w Rosji. Edytorzy opracowali trzy tomy jego pism. Opublikowali również biografię poety zatytułowaną Metamorfozy Lwa (Leona) Gomolickiego. To jeden z efektów prac Mitznera nad dziejami białych emigrantów, którzy po rewolucji zatrzymali się w Polsce. Drugim ważnym bohaterem, któremu poświęcił kilka książek jest Dymitr Fiłosofow, przyjaciel i mentor Józefa Czapskiego. Wśród tych książek jest również edycja tekstów Fiłosofowa z lat 1900-1936 w polskim przekładzie. Z archiwum Seweryna Pollaka Mitzner ze współpracownicami wydobyli przygotowany przez tłumacza wybór szkiców Borysa Pasternaka i zbiór listów rosyjskiego poety. Z odnalezionego w Rosji archiwum Tadeusza Zielińskiego Mitzner przywiózł tekst dziennika uczonego filologa z lat 1939-1944 i wraz z Hanną Geremek przygotował jego edycję. Książka ukazała się również w wersji niemieckiej. Do znaczących dokonań edytora trzeba dodać przygotowaną przez Józefa Czapskiego w 1942 roku w Taszkiencie antologię polskich wierszy wojennych i jej dwujęzyczne wydanie w Warszawie i Moskwie. Rzecz jasna nie wymieniam tu wszystkich edycji, są wśród nich antologie artykułów, wspomnień dotykających tematów ważnych dla współistnienia kultur narodów zamieszkujących obszar Europy Środkowej i Wschodniej.

Pasja utrwalania śladów przeszłości wyraża się też mniej serio, przygotowywaniem edycji okolicznościowych. Najpierw, jak wspominał wydawca, drukował „wszystkie e-maile od Jerzego Pomianowskiego. Nawet mu zrobiłem taki wybór z nich na 90. urodziny (2011), przygotowałem druczek w dwóch egzemplarzach, na stronie tytułowej jest: J. P. (jak Piłsudski) Pisma, mowy i rozkazy. On to czytał z dużym zdumieniem”. Później powstał druk bibliofilski wydany przez Instytut Książki – J. Pomianowski: Z Mandelsztama. Siedem wierszy [w przekł. J. Pomianowskiego]. Przygotowali do druku: P. Mitzner, A. Peciak. Wstęp pt. Sztuka wysoka: P. Mitzner.

Odrębnym tematem, bezpośrednio związanych z działalnością wydawniczą, jest Mitzner inspirator, pomysłodawca. Był u początków wielu inicjatyw wydawniczych, wokół których powstawały rozmaite inicjatywy społeczne. Większość prac wykonuje wspólnie z wieloma współpracownikami, hojnie obdarza ich swoimi pomysłami. To też jego niebagatelna zasługa – umiejętność zarażania swoimi fascynacjami i włączania do współpracy bardzo różnych osób, od studentów i absolwentów UKSW po Lazara Fleischmanna. Dokonania Piotra Mitznera lapidarnie, lecz trafnie podsumował Tomasz Pietrasiewicz: „Piotr jest klasycznym przedstawicielem wymierającej już grupy społecznej zwanej «polską inteligencją». Ludzi gotowych zawsze i wszędzie bezinteresownie angażować się w sprawy ważne dla najbliższego otoczenia i kraju”.

MARIA PRUSSAK

Laudacja wygłoszona z okazji przyznania Piotrowi Mitznerowi Nagrody Edytorskiej Polskiego PEN Clubu i Konsula Honorowego Wielkiego Księstwa Luksemburga w Sopocie, Gdańsk, Europejskie Centrum Solidarności, 13 IX 2025. Zapis video uroczystości – kliknij  tutaj

Spod powieki (Ł)

Sobota, 9 sierpnia 2025

Wieczorem zakwitł kwiat jednej nocy. Dziewczynki, które jutro odlatują do Addis Abeby, z powagą patrzyły na zjawiskową białą rozgwiazdę o cienkich mackach, wychylającą się z pełnego żółtych gruzełków białawego kielicha. Dziwiły się, że Baba od lat pielęgnuje roślinę, która przedtem była przedmiotem troski ich Bisabueli, artystki opery lwowskiej i wrocławskiej, Czesławy Winnickiej.

 

 

Poniedziałek, 11 sierpnia

Rano w puściutkim – środek wakacji – BUWie pożyczyłem sobie książkę, której czytać wcale nie muszę, nie jest mi do żadnego projektu czy tematu potrzebna. Tomasz Sikorski, Outsider. „Sprawa Wojciech Bąka”. Wybór źródeł (Warszawa-Szczecin, IPN Warszawa-Szczecin, Uniwersytet Szczeciński, 2017). Jest to jakby aneks do wcześniejszej biografii Bąka, pióra tegoż Sikorskiego. Na razie przeczytałem część I, która składa się z empatycznego wstępu biograficznego oraz bibliografii niepublikowanych i publikowanych prac. Z tych ostatnich sięgnąłem w sieci, zachęcony tytułami, po debiut poety, wiersz Biblioman („Tęcza” 1926) oraz po inny wiersz, wydrukowany w „Skamandrze” (1935 z. 57) pt. Nad grobem prostytutek. Bardzo religijny.

*

Jeżdżąc codzienne na rowerku stacjonarnym (dobry zwyczaj z grodziskiego szpitala) przeczytałem książkę Radki Franczak Godzina wieloryba (Warszawa, Cyranka, 2025), którą polecił mi starszy syn, może w rewanżu za powieść o doktorancie Miłoszu na Teneryfie. Przedziwna książka, napisana jakby w poprzek – tematów, punktów widzenia, czasów. Pewnie kiedyś powstaną prace komparatystyczne i polonistyczne, porównujące ją z romantyczną powieścią Melville’a (choć tu różnic tyleż, co podobieństw), a zwłaszcza z anonimowo wydanym tomem Jerzego Limona Wieloryb. Wypisy źródłowe (1998). Dla mnie ta lektura była doznaniem bardzo osobistym, sięgającym głębokich wspomnień i doznań (pamiętam rysunek na zadany temat, Mój świat, na którym w centrum umieściłem siebie, a obok wieloryba, który tego z centrum obrazka lizał z filuterną minką). Przerywam pisanie, zasłaniam uszy dłońmi i słyszę zew wieloryba. Ostrzega i koi.

*

A przed północą idziemy do ogrodu popatrzeć na niebo – wychodzący z pełni księżyc, pełno gwiazd, sporo sputników, co parę minut samolot, z rzadka meteoryt (kulminacja Perseid ma być jutro wieczorem). Stoję na tarasie, przytrzymując się krawędzi markizy, patrzę prosto w górę i pytam, co to za gwiazda. Maria sprawdza w aplikacji: Cor Caroli. Coś takiego, Serce Karola? Nie wiedziałem dotąd, że taka istnieje. Karol też się ucieszył. Nazwa na cześć jednego z królów angielskich. Gwiazda podwójna w sforze Psów Gończych.

Wtorek, 12 sierpnia

Skończyłem Outsidera. Lektura drugiej, dokumentalnej części „sprawy Wojciecha Bąka” jest bolesna, każda niemal strona spada jak cios tasaka, obcinającego po kawałku ciało żywej ofiary. I nawet jeśli poeta tylko raz pisze o torturach fizycznych – „zamknięto mnie w Kościanie Wielkopolskim, dając mi 48 szoków elektrycznych (chciano mi dać 50, lecz serce już nie wytrzymywało)” – to jest to o jeden raz za dużo. W największym skrócie: w latach pięćdziesiątych Bąk, negatywnie nastawiony do panującego w Polsce ustroju, napotykał na coraz większe trudności w wydawaniu swoich utworów. Postanowił wyjechać do Włoch, licząc, że tam będzie mógł spokojnie pisać, nie nękany przez cenzurę prewencyjną. Podszedł do sprawy metodycznie, pisząc listy do Bieruta, do Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, do Zarządu Głównego ZLP, wreszcie, jako pisarz katolicki, do Komisji Intelektualistów i Działaczy Katolickich przy Polskim Komitecie Obrońców Pokoju. W razie odmowy groził popełnieniem publicznie samobójstwa. W rezultacie zamknięto go do domu wariatów, i to z inicjatywy związku pisarzy, powołanego do obrony interesów kolegów – jego, który jeszcze niedawno był prezesem poznańskiego oddziału ZZLP. Tasak. Prawie wszyscy się od niego odwrócili (chlubnym wyjątkiem jest tu Kazimiera Iłłakowiczówna). Bezpieka odpowiedziała, że będzie mógł wyjechać, jeśli przedstawi promesę wizy włoskiej – on się o to starał, ale odpowiedź ambasadora Włoch, polecającą mu stawienie się osobiście w konsulacie, przetrzymano w biurze ZLP. Tasak. Sam zaś Wojciech Bąk od 18 lipca 1952 roku do 1 kwietnia 1953 był przetrzymywany w szpitalu psychiatrycznym w Dziekance pod Gnieznem. Lekarzem psychiatrą, który go tam skierował, motywując to dość surowo („Ze względu na niebezpieczeństwo zagrażające porządkowi publicznemu ze strony Ob[ywatela] Bąka, który kieruje się chorobliwymi urojeniami, mogącymi podważyć zaufanie do Rządu i Partii wśród społeczeństwa – uważam, że jego ścisła izolacja jest konieczna nieodzowna”) był dr Jan Barańczak – skądinąd ojciec przyszłego poety i pisarki Małgorzaty Musierowicz. Jak napisze później w „Twórczości” (2020 nr 4) Marek Klecel, atak młodego Stanisława Barańczaka na Iłłakowiczównę w roku 1966 mógł być „dziwnym po latach rykoszetem akcji jego ojca psychiatry Jana Barańczaka, który skierował Wojciecha Bąka do szpitala psychiatrycznego, a którego broniła Iłłakowiczówna”.

Szczególne jednak dotkliwe ciosy zadawali koledzy po piórze. Jeszcze przebywał Bąk na wolności, a partyjni literaci już składali podania o przejęcie jego związkowego mieszkania, motywując to tym, że Bąk „ma jakoby wyjechać za granicę” lub „w związku z jego ewentualnym wyjazdem zagranicę”. Tasak. Na zebraniu zarządu poznańskiego oddziału ZLP 20 kwietnia 1953 roku (półtora miesiąca po śmierci Stalina) Henryk Rozpędowski, znany po wyjeździe na emigrację jako dziennikarz RWE, autor wspomnień o Hłasce, grzmiał: „wrogi stosunek kol[egi] Bąka do Polski Ludowej i do budowy socjalizmu, do wszelkich przejawów budowania nowego życia w Polsce datuje się od wyzwolenia Polski przez Armię Radziecką. Jeśli kol[ega] Bąk jest odpowiedzialny za swoje czyny – jest naszym obowiązkiem wykluczenie go ze Związku”. Tasak. Następnego dnia zarząd podjął i przekazał do decyzji Zarządu Głównego ZLP uchwałę o pozbawieniu Wojciecha Baka godności członka organizacji, powołując się na statut, który przewiduje taką sytuację w razie „popełnienia czynów uwłaczających godności pisarza Polski Ludowej”. Tasak. Pod uchwałą widnieją m. in. podpisy prezesa Egona Naganowskiego oraz Henryka Rozpędowskiego.

W jednym z licznych pism Bąka do sądu (wysłanym 6 VI 1955 roku) czytamy: „Ostatnie też lata uważam za najcięższy okres w moim życiu, co dość wiele mówi, jeśli się uwzględni moje przeżycia podczas tragedii powstania warszawskiego i w obozie pracy w Niemczech”. Tasak.

W liście do prezesa PEN Clubu, Jana Parandowskiego, poeta skarży się na postawę ministra zdrowia, Jerzego Sztachelskiego, który interweniował w jego sprawie: „Już w Dziekance mówił mi jej Dyrektor Gallus, że otrzymał od niego bezpośredni telefon, tyczący się mojej osoby. Po tym telefonie nie wolno mi było bez straży pielęgniarza nawet kroku zrobić w obrębie samego zakładu. Przedziwny mecenat ministra!”. Tasak.

Wojciech Bąk w liście do premiera Cyrankiewicza (27 X 1955) z żelazną logiką protestuje przeciwko zawezwaniu go na „rozprawę do Sądu Powiatowego w Gnieźnie na niezrozumiałe i dziwaczne posiedzenie tegoż sądu w zupełne absurdalnej sprawie «Wojciecha Bąka przeciwko Wojciechowi Bąkowi o ubezwłasnowolnienie» […]”, obnażając paradoksy prawniczej biurokracji.

Zamknę te uwagi wątkiem lżejszym. Bąkowi obok niepoczytalności i skłonności samobójczych zarzucano chroniczny alkoholizm i skłonności homoseksualne. Koledzy literaci wymyślili, że po wypuszczeniu poety ze szpitala dla nerwowo chorych dobrze będzie ustanowić mu kuratora w osobie kolegi po piórze, który będzie go odwodził od picia. Wytypowano Stefana Hebanowskiego. Kapitalna jest odpowiedź poety, zanotowana w protokole rozprawy sądowej z 14 I 1953 roku: „[…] Używałem alkoholu przeciętnie raz na dwa do trzech tygodni pijąc zależnie od okazji parę kieliszków a czasem i więcej. Bardzo często piłem ze Stanisławem Hebanowskim, który często przychodził do mnie z buteleczką […]. Wyrażam opinię, że Hebanowski o wiele więcej używa alkoholu niż ja. Uważam za rzecz oryginalną propozycję przydania mi na kuratora człowieka, który o wiele więcej ode mnie używa alkoholu”.

W tej ostatniej kwestii mogę wtrącić trzy grosze. W styczniu 1979 roku, z okazji wystawienia Kniazia Patiomkina Micińskiego, zorganizowano w Rzeszowie małą konferencję naukową. Byłem jedynym uczestnikiem, który przyjechał z żoną, przypadł nam z tej racji większy pokój w hotelu, u nas więc odbyła się popremierowa biesiada do białego rana, w której uczestniczyli m.in. Dunka Micińska, Ket Puzyna, Paweł Konic. Otóż duszą tego towarzystwa był i (mimo lekarskich przeciwskazań) pił najwięcej właśnie Stulek Hebanowski, ów kompan Bąka z lat pięćdziesiątych. Cztery lata później zmarł, na dworcu w Gdyni.

Czwartek, 14 sierpnia

Reuters podaje, że w północnowschodniej Etiopii, w regionie Afar, znaleziono dziesięć zębów – sześć trzonowych, dwa siekacze, jeden przedtrzonowy i jeden kieł – należących do dwóch osobników nieznanego dotąd ogniwa w linii ewolucyjnej człowieka. Ich wiek określa się na 2,65 mln. lat.

Środa, 13 sierpnia

Dead Poets Society (1989). Film wcale się nie zestarzał. Zaskoczeniem są dwie daty: 1942, kiedy Keating założył pierwsze Stowarzyszenie Umarłych Poetów, i 1959, kiedy wznawiają je jego uczniowie. Jakoś nam się wydawało, że akcja dzieje się później. Ale z drugiej strony – w 1942 Kerouac miał dwadzieścia lat, On the Road ukazało się w 1957 (nie upraszczam, że to film o nim, ale przecież o jego generacji i jego lekturowych fascynacjach Emersonem czy Thoreau; wiele też można by wskazać dziwnych zbieżności między filmem a wydaną już po nim, ale napisaną w roku 1945 świetną opowieścią Kerouaca Orpheus Emerged).

Czwartek, 14 sierpnia

Niejako w pokłosiu wystawy Nasi chłopcy otrzymałem od Staszka Rośka wydaną przez niego w odświeżonej szacie książkę Barbary Szczepuły Dziadek w Wehrmachcie. Praca powstawała niejako wokół afery, rozpętanej w roku 2005 z powodu ujawnienia faktu, że dziadek Donalda Tuska służył w Wehrmachcie i zawiera kilkanaście relacji na temat tego oraz wielu podobnych przypadków Polaków z Pomorza przymusowo wcielanych do wojska niemieckiego. Z tej przejmującej lektury chciałbym tu zatrzymać dwa miejsca.

„Od pana profesora Henryka C. dostałam wycinek z gazety Polskich Sił Zbrojnych wydawanej w Szkocji. Data: 24 lipca 1944 roku, tytułu nie ma. Tekst Jeńcy w Normandii napisał Tymon Terlecki”. Po tym wstępie następują dwie strony cytatów z tego mądrego, wyważonego tekstu. Szkoda, że autorce najwyraźniej nic nie mówi nazwisko Tymona Terleckiego – jednego z najwybitniejszych autorów emigracyjnych, eseisty, teatrologa, który w czasie wojny był redaktorem naczelnym tygodnika „Polska Walcząca. Żołnierz Polski na Obczyźnie”. Tam właśnie, na pierwszej stronie numeru 30., ukazał się cytowany artykuł. Z pełnego tekstu wyjmuję tutaj jedno zdanie, pominięte w książce, które chyba dobrze oddaje problem, opisany w Dziadku z Wehrmachtu: „Można powiedzieć, że inwazja nie tylko zwolniła skrawek uciemiężonego kontynentu, ale dała już wolność cząstce narodu polskiego, zdjęła z niej haniebny przymus, obaliła niebywały gwałt na niej dokonany”. Oczywiście, było to pisane przed końcem wojny przez oficera Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Następne lata w kraju, w narzuconym ustroju, ale i później, po jego obaleniu, praktycznie do dziś, pokazały jak wiele jeszcze pozostało w tej kwestii do zrobienia.

Po raz drugi zdarza mi się zwracać uwagę na ważność wojennych tekstów Terleckiego. W roku 1986, pisząc o Terleckim-eseiście, wskazywałem na jego rolę w zaznajomieniu zachodniej opinii publicznej z podziemną anonimową broszurą Likwidacja getta warszawskiego i podawałem nazwisko autora, Antoniego Szymanowskiego (później broszura ukazała się drukiem w tomiku Tryptyk polsko-żydowski z przedmową Władysława Bartoszewskiego). Może pora na zebranie i opracowanie wojennych szkiców Tymona Terleckiego?

Drugie miejsce dotyczy reakcji ciotki premiera, Eleonory Gurkowskiej na film Zakazane piosenki: „Mój Boże, wierzyć się nie chce, że podczas okupacji na ulicach Warszawy można było śpiewać po polsku! W Gdańsku za odezwanie się po polsku ludzie lądowali w obozach! W Wigilię w 1943 roku, po powrocie ojca z obozu koncentracyjnego, śpiewaliśmy Lulajże Jezuniu niemal szeptem. Żeby sąsiedzi nie usłyszeli. Kiedyś mały Rajmund poszedł z ciocią do sklepu i powiedział: «Ciociu, mucha!». Zapadła straszna cisza i ciocia, nie czekając, co będzie dalej, uciekła z nim ze sklepu”. Głośne piosenki na ulicy, niemal szeptana kolęda, dwa krótkie słowa i straszna cisza: krótka etiuda o tłumieniu.

Sobota, 16 sierpnia

Lubię książki, poświęcone jakiemuś jednemu obiektowi. Historie klucza, guzika, ołówka. Najczęściej są one dziełem życia i pasji danego autora. Jedną z moich ulubionych napisał Gustav Eisen o rodzynkach (The Raisin Industry. A Practical Treatise of Raisin Grapes, Ther History, Culture and Curing, San Francisco 1890). A że rodzynki są słodkie, chętnie sięgnąłem po trzystustronicowy tom o cukrze, który jest zapisem biesiad, prowadzonych przez trzech profesorów – dwóch medyków i filologa.

Najbardziej, rzecz prosta, interesowały mnie wątki literackie i artystyczne. Jerzy Bralczyk mówi: „Antoni Słonimski wspominał, że były dwie firmy produkujące czekoladę, które konkurowały ze sobą. Jedna się nazywała Plutos, a druga nie pamiętam jak. Słonimski w jakimś felietonie wspominał o tych czekoladkach, nazywając je «Wyplutos». Następnego dnia dostał od konkurencji wielki kosz słodyczy” [1]. Rzeczywiście, Słonimski w roku 1927 pozwolił sobie napisać, wyśmiewając żałosny dramatyzm reklam Towarzystwa Obrony Przeciwgazowej: „Gdyby mi pisano: «Zostaniesz uduszony, jeśli nie kupisz Elektro-Luxa» albo «Udławisz się, jedząc czekoladki Wyplutos – kupuj tylko Wedla», mógłbym się jeszcze namyślać, ale w tym wypadku nie dają mi najmniejszego wyboru” (tak, głównym konkurentem firmy Plutos był Wedel). Ale mniejsza o szczegóły bibliograficzne, ciekawszy jest kontekst literacki. Kpiąc z firmy Plutos Słonimski reagował na dużą kampanię reklamową, jaką zorganizowała dla tej fabryki agencja reklamowa ReklamaMechano, założona w roku 1924 przez dwóch awangardowych artystów, poetę Aleksandra Wata i plastyka Henryka Berlewiego. Cytaty z tej oryginalnej kampanii trafiły nawet do powojennej poezji Wata (wiersz Przed Breughelem starszym).

Do podanych w tomie Cukier na języku przykładów obecności motywu cukru w malarstwie warto dodać dość na przełomie wieków liczne obrazy, przedstawiające osoby, pijące absynt – a w rytuale konsumpcji tego trunku istotną rolę odgrywa, jak wiadomo, kostka cukru.

Dla mnie osobiście najciekawszy był wszakże w tej książce wątek, który nie ma nic wspólnego ani z cukrem ani z medycyną, a pełni w niej rolę dygresji. Mowa o pałacu Blenheim i jego pierwszym właścicielu, Johnie Churchillu księciu Marlborough: „Ów książę bowiem udał się do Rosji, a wracając, zatrzymał się w Warszawie, gdzie był bardzo dobrze przyjęty. Spotkał tu zdolnego ślusarza i zabrał go do siebie, a ten ślusarz wykonał mu zamek do drzwi o nieregularnym kształcie – kształcie Polski tamtych czasów”. W sieci można znaleźć zdjęcia tego oryginalnego zamka, a nawet filmik, wyjaśniający, jak się go otwiera i zamyka.

Poniedziałek, 18 sierpnia

Tina, kotka z racji wieku stateczna, zaczęła się ostatnio zachowywać inaczej, jak młódka. Dwa dni temu widziałem, jak goniła jakieś stworzonko przez ogród i w końcu dopadła je pod olchą. Dzisiaj upolowała coś – krecika albo nornicę – na trawniku, pod skarpą wrzosową, a potem jakby tarzała się tryumfalnie w miejscu zwycięstwa. Być może na jej konto trzeba też złożyć drozda, który leżał dziś rano na skraju markizy nad tarasem. Mam na ten temat swoją małą teorię: Tina przeczuwa wojnę i, przewidując trudności w regularnym zaopatrzeniu w koci pokarm, wprawia się w alternatywnych sposobach zdobywania pożywienia. Obym okazał się złym prorokiem.

Środa, 20 sierpnia

W czasie, kiedy dr Andrzej Gierszewski, rzecznik prasowy Muzeum Gdańska, czytał poprzedni odcinek Spod powieki z relacją z wystawy Nasi chłopcy, Maria zawołała, że w „Guardianie” jest o tej wystawie artykuł. Rzeczywiście: długi i wyważony. Autorem gdański dziennikarz i socjolog Jakub Knera. Czytałem z przyjemnością, a ilustracje mogłyby być śmiało ilustracjami do mojego zapisu [2]. W dodatku autorowi udała się rzadka sztuka: zamieścić w tekście jedno zdanie, które zapada w pamięć, podsumowując całą sprawę: „Historycy szacują, że od czterystu do czterystu pięćdziesięciu tysięcy obywateli Drugiej Rzeczypospolitej służyło w Wehrmachcie, to więcej niż ilość tych, którzy służyli w Armii Krajowej, najważniejszej formacji ruchu oporu w okupowanej przez Niemców Polsce – bolesny fakt, z którym, powiada Muzeum Gdańska, trzeba się pogodzić, aby umożliwić prawdziwe rozliczenie się z przeszłością…”. Rzeczywiście, liczebność Armii Krajowej latem 1944 roku szacuje się na 390 tysięcy.

Piątek, 22 sierpnia

Ciąg skojarzeń: odnowiona szata Dziadka w Wehrmachcie; nowy od paru numerów styl okładek „Newsweeka”; w tymże tygodniku (nr 34) artykuł Historia z okładki: Jak zginął Jimmy Hoffa, o zabójstwie amerykańskiego związkowca powiązanego z mafią (okładka amerykańskiego „Newsweeka” z 18 sierpnia 1975), zakończony informacją, że na podstawie relacji rzekomego zabójcy „Martin Scorsese nakręcił dla Netflixa film Irlandczyk z Robertem De Niro w tytułowej roli” – no i przez dwa wieczory oglądamy bardzo długi film, noszący też alternatywny tytuł I Heard You Paint Houses (slangowe określenie mokrej roboty, po której trzeba odmalować dom), z roku 2019. Maria zwraca uwagę na związek między udziałem głównego bohatera w II wojnie, z jej okropieństwami, a późniejszą łatwością zabijania. Mnie fascynuje specyficzny język gangsterów, pełen understatements i poetyckich niemal metafor, jak to malowanie domów. Ciekawa postać jednego z bossów, Russella Bufalino (gra go Joe Pesci) – z wyglądu dobrotliwego starszawego buchaltera z nieśmiałym uśmieszkiem, w istocie bezwzględnego tyrana, który na koniec godzi się z Bogiem i umiera śmiercią naturalną.

Niedziela, 24 sierpnia

To prawda, nie umiem pływać i unikam bliższego kontaktu z głęboką wodą. Ale uwielbiam nurkować. Kładę się na płaskim, prawa ręka pod głową, zamykam oczy i po chwili zaczynam się zanurzać. Schodzę w głąb powolnym, kołyszącym się opadaniem. Pełne zanurzenie nie trwa długo, zwykle około pięciu minut, po czym gwałtownie wracam na powierzchnię i z przyjemnym skurczem w gardle ląduję, pokrzepiony, na powierzchni, z poczuciem lekkości i radości powrotu do życia.

*

Natknąłem się na ten tytuł w lutym, czytając w Addis Abebie powieść Czerwona ziemia. Teraz kupiłem. Stanisław Dąbrowa-Laskowski, Konsul. Cienka książeczka, napisana przez sędziwego autora (rocznik 1930), jest jakby jego wizytówką; obszerniejsza wersja wspomnień ukazała się dwadzieścia lat wcześniej. Tu jeden wyimek: „Para szarych gołębi traktuje naszą loggię jako jadalnię, salon i toaletę zarazem. W lecie ograniczamy ich menu, ale potrafią tak wymownie patrzeć na nas czarnym ślepkami, że załamujemy się i dosypujemy do karmnika kolejną porcję nasion słonecznikowych. Niestety, ptaków jest coraz mniej. […] Gdy piszę te słowa w marcu 2021 r. w naszym domu nie widać i nie słychać gołębi. Wróble ucichły. Do karmnika przylatują jedyne sikorki i jeden czarny jak smoła samiec kos z żółtym dziobem. […] człowiek niszczy – już zniszczył! – przyrodę w przyspieszonym tempie. To namacalny dowód jego krótkowzroczności oraz głupoty”.

Poniedziałek, 25 sierpnia

Kremowa różyczka na moim biurku pachnie limonką, a różowy oleander na tarasie wanilią.

*

Zachęcony artykułem w „NZZ”, znalazłem na stronie ARD film Klausa Sterna Watching You. Die Welt von Palantir und Alex Karp (2024). Widzę też, że ten film dokumentalny został w Niemczech dopuszczony do oglądania przez widzów od lat sześciu, w każdy dzień tygodnia, „łącznie z prawnie chronionymi cichym dniami świątecznymi”. Bardzo słusznie – powinno tak być także w Polsce, gdzie Palantir od kilku lat działa w różnych wrażliwych sektorach (zaczęło się od portalu, umożliwiającego znalezienie pracy Ukraińcom, posiadającym polski PESEL). Stern w młodości współpracował bodaj z Karpiem przy kręceniu dokumentu o człowieku, który nie chce być filmowany. Tym razem sytuacja się powtarza na innym szczeblu: bohater filmu nie zgadza się na jego powstanie, ale pozwala, by kamera go śledziła i nawet żartuje sobie na temat tej sytuacji. Nie zdradzam szczegółów, zachęcam do obejrzenia.

Wtorek, 26 sierpnia

Na tę okazję szykowałem się od dawna: zaplanowaliśmy, że we wrześniu pojedziemy do Pragi na doroczną konferencję Rilke-Gesellschaft (którego członkiem jestem od roku 1978), urządzaną w mieście jego urodzenia z okazji okrągłej, sto pięćdziesiątej rocznicy. Wczoraj kupiliśmy bilety lotnicze i hotel, dziś wieczorem idę na stronę Towarzystwa i widzę, że konferencja ma już komplet uczestników i nie można nawet zapisać się na listę rezerwową… Nic na razie nie mówiąc Marii napisałem do zaprzyjaźnionego profesora, Ericha Unglauba, poprzedniego prezesa Rilke-Gesellschaft z prośbą o ratunek. Nie minął kwadrans, jak przyszła odpowiedź: „Może jednak się uda. Myśmy wczoraj z żoną zrezygnowali. […] Spytaj Alfreda Hagemanna, czy moglibyście wejść na nasze miejsca”.

Czekając na odpowiedź sekretarza i skarbnika Towarzystwa, zaproponowałem Marii, żeby coś obejrzeć. Padło na dziwny holenderski dreszczowiec Faithfully Yours (2022), film o zdradzie i lojalności, o pozorach i skrytej obserwacji, o przekraczaniu granic. Oglądając, sprawdzałem kilka razy pocztę. W połowie filmu nadeszła wiadomość, że sprawa jest do załatwienia. Mogłem teraz opowiedzieć całą przygodę, uprzedzając, że będzie happy end. Maria, wysłuchawszy, zażartowała, w duchu holenderskiego filmu: „Gdybyś tego nie załatwił, chyba bym Cię zamordowała”. Groźba karalna? Żywot (roztargnionego) filologa bywa niekiedy bardziej emocjonujący niż dreszczowiec.

A tymczasem w „Księdze Przyjaciół”, Katarzyna Kuczyńska-Koschany, analizując inny (III) sonet Rilkego z tej samej drugiej części, wspomina, jak na zamówienie: „Jako bardzo młoda dziewczyna, czyli taka, która potrafi zasnąć wszędzie, nocowałam kiedyś w Pradze, rodzinnym mieście Rilkego, w sali lustrzanej szkoły baletowej. Tak się wtedy jeździło i nocowało byle gdzie. W tej sali lustrzanej – nie mogłam jednak zasnąć. Była tam tajemnica w czystej postaci. Lustra odbijały się w lustrach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest Rilke, Prażanin, i że napisał o tym sonet”.

Piątek, 29 sierpnia

Mały wypad do Szwajcarii, na posiedzenie jury Nagrody Kościelskich.

W Bernie na ulicy spotykam, niezależnie od siebie, dwie dawne sąsiadki z osiedla Wittigkofen. Cóż, małe miasteczko, ta helwecka stolica. Na cmentarzu na grobie Alicji świeżo postawiona żółta lampka. Miło, że ktoś pamięta. Sam stawiam świecę na grobie nieznanego mi człowieka, Aleca Salviego (1957-1998), bo zaintrygowała mnie stojąca na grobie nowoczesna rzeźba, jakby wariacja na temat Myśliciela Rodina. Kim był Alec Salvi? Myślicielem? Artystą? Artystą życia?

 

 

Potem Kunstmuseum, wystawa „Panorama Schweiz”. Reprezentatywny przegląd sztuki szwajcarskiej od osiemnastego do dwudziestego wieku. Krajobrazy, wnętrza, portrety. Przy każdym obrazie obok zwykłych informacji tabliczka z proweniencją – to rezultat przyjęcia przez Kunstmuseum w darze kolekcji Gurlitta i intensywnych badań nad proweniencją zawartych w niej prac. Na ogół dane są banalne – obraz był własnością artystki czy artysty, kupiony przez tego a tego, odziedziczony przez rodzinę, ofiarowany lub sprzedany do berneńskiego muzeum. Ale czasem taka informacja otwiera jakieś okienko dla wyobraźni. Na przykład obraz Böcklina Wiosenny dzień (1883) przeszedł przez galerię Gurlitta, potem wisiał w prywatnym domu w Magdeburgu, potem – 40 lat – w berlińskiej Nationalgalerie, aż w roku 1937 został przejęty przez ministerstwo Rzeszy do spraw oświecenia publicznego i propagandy i przekazany jako depozyt do ambasady III Rzeszy w Londynie, gdzie wisiał do końca wojny. Scena nastrojowa i symboliczna: kobieta i mężczyzna wspólnie stroją gitarę, siedząc na trawie pod brzozą, w tle widać ciemny las i zarys niewielkiej willi toskańskiej, przed którą kobieta w ciemnej sukni podaje dzieciom na tacy owoce. Frühlingstag wisiał nad gzymsem kominka, w salonie ambasady. Kiedy Auden, Isherwood czy Stephen Spender jeździli do Berlina na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, obrazu jeszcze w Londynie nie było. A potem? Czy patrzyła na ten obraz, zarazem sielankowy i mroczny, jakaś Angielka, która przyszła do ambasady w Londynie po wizę do Niemiec, gdzie chciała się spotkać z ukochanym? Prędzej jakiś sympatyk Trzeciej Rzeszy, przyjmowany w salonie przez samego ambasadora, Herberta von Dirksena. Wnętrza odnowionej placówki, w tym widok salonu z obrazem Böcklina nad kominkiem, można obejrzeć w Internet Archive (reportaż w „The Illustrated London News” z 14 maja 1938 roku).

*

Nie wiem, nie starałem się dowiedzieć, kim jest Kinga Skwira. Przyszła na świat w roku 1996, a więc ma jakieś 29 lat. Wydała przedtem jeden tomik wierszy, ten, zatytułowany Od wiosny trzęsą mi się ręce, jest drugi. Tak, nie interesuje mnie w tej chwili autorka, interesują mnie wiersze, bo szukam poezji. A w tych wierszach jest poezja.

Weźmy na przykład Porę karmienia. „w kuchni znowu trzeba coś pozmywać. jestem ciebie pełna / i jestem ciebie pusta. ktoś nam powyrywał serca / i robi z nich płatki na mleku”.

Zaczyna się i kończy prozaicznie: kuchnią, zmywaniem, papką na śniadanie. Ale środek jest czystą poezją z barokową antynomią: „jestem ciebie pełna / i jestem ciebie pusta”. Frazę tę można oczywiście czytać erotycznie – cały tomik iskrzy erotyką, jeszcze do tego wrócę. Bohaterki i bohaterowie tych wierszy wciąż się wzajemnie konsumują, smakują, dotykają, wręcz pożerają. Ich łapczywość ma w sobie coś animalnego – pasuje tu jedno ze znaczeń tytułowego zwrotu „pora karmienia”. Ale ową antynomię można także rozumieć inaczej: spirytualnie, może nawet teologicznie. Słowa „jestem ciebie pełna” zaczynają się wówczas rymować modlitwą: „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna”. W tej optyce wiersz kieruje nas ku takim obrazom sakralnym, jak Matka Boska karmiąca dzieciątko. A jako że w czasie sakralnym początek jest zapowiedzią końca, Madonna karmiąca staje się prefiguracją Piety. To słowo, „pieta”, pobrzmiewa w wygłosie frazy „jestem ciebie pusta”. Słowa „ktoś nam powyrywał serca” odnosić się mogą do Matki Boskiej Boleściwej i do serca Jezusowego. Oba serca są tu przemienione w płatki na mleku – co w przypadku wyobrażeń Maryi może być odniesione do cudu laktacji, zaś w przypadku Jezusa do przemiany ciała i krwi w chleb hostii oraz do motywu młyna eucharystycznego.

Nie zamierzam czynić z Kingi Skwiry poetki religijnej – chciałem tylko na jednym przykładzie pokazać, ile treści może się kryć w dwóch słowach tytułu i trzech wersach wiersza.

Przejdźmy wszakże do estetyki. Język polski bardziej niż wiele innych – na przykład angielski – pozwala na odgadnięcie płci osoby mówiącej i płci osoby, do której ta się zwraca. Zadałem sobie trud zbadania „gramatyki miłości” w tomiku Od wiosny trzęsą mi się ręce.

Osoba mówiąca używa, mówiąc o sobie, żeńskich form gramatycznych: „wzięłam łyk po tobie”, „zmokłam tak, że o wszystkim zapomniałam / (miałam kupić ci cień do powiek”, „dziękuję, że mogłam tyle umierać”, „chciałabym przez całe życie patrzeć w to samo lustro”, „jestem ciebie pełna / i jestem ciebie pusta”, „jak jestem niecierpliwa, to wszystko mnie tu boli”, „chciałabym tylko biec i patrzeć”, „jest zbyt gorąco, żebym była smutna”, „zabrałam ci jedną skarpetkę”, „wczoraj chciałam umrzeć, ale dzisiaj jakoś idzie” (to ostatnie to tytuł wiersza). Konkluzja może zabrzmi banalnie, ale warto podkreślić: mówi tu silny głos kobiecy.

Jeśli chodzi o osobę, do której się mówi, rzecz przestaje być tak jednoznaczna. Mamy więc z jednej strony formy męskie: „wchodzisz we mnie cicho, jakbyśmy już umarli”, „kiedyś byliśmy bakłażanami, / siedzieliśmy w świetlicy i marzły nam palce u stóp”, „zmieniamy prześcieradło i nie wiemy, / która strona łóżka jest dłuższa, kochany”. Z drugiej strony równie często pojawiają się formy kobiece: „kiedy mówisz, że chciałabyś zarysować wszystkie zaparkowane na chodnikach samochody” (to znów tytuł wiersza), „mówię do ciebie cicho, jakbyśmy już umarły”. Najprawdopodobniej do kobiety odnosi się cytowana już fraza „miałam kupić ci cień do powiek”, jako że kobiety zdecydowanie częściej niż mężczyźni używają tego kosmetyku.

Co z tej gramatyki miłości wynika? Powiedzieć, że świadczy ona o biseksualności byłoby uproszczeniem, a może i fałszem. Sądzę raczej, że mamy tu do czynienia z pewnym zabiegiem retorycznym, który prowadzi do stworzenia – poprzez formy gramatyczne – szerszej płaszczyzny dialogu, otwartego na różnych adresatów, o swoistą uniwersalizację przekazu.

Sobota, 30 sierpnia

Nagrodę dostała Małgorzata Lebda za tomik Dunaj. Chyłe pola (Wrocław, Warstwy, 2025). I tutaj mamy do czynienia z motywem pasji czy drogi krzyżowej, odmierzanej kolejnymi upadkami. Tyle, że jej bohaterem jest pies imieniem Dunaj. Pasja psa?

Niedziela, 31 sierpnia

W Fondation de l’Hermitage w Lozannie duża polska wystawa – 100 obrazów ze zbiorów warszawskiego Muzeum Narodowego, ułożonych w opowieść o Polsce wyśnionej, wymarzonej („La Pologne rêvée”, do 9 listopada). Prawie nie ma martyrologii, jest natomiast dużo natury i jeszcze więcej dziwności. Motywy oniryczne przeplatają się osobliwymi pejzażami, kresowa egzotyka ze słowiańską mitologią, czarownice sąsiadują z faunami, nokturny z mgłami. Owszem, jest Matejko, ale z obrazami kameralnymi, lub takimi, które podejmują marginalne tematy, takie jak prześmiewcza Rzeczpospolita Babińska (tu warto zwrócić uwagę na kasandryczną postać z prawej strony obrazu, gest uniesionej nad głową ręki koresponduje z sylwetką wiszącego w tej samej sali Wernyhory tegoż malarza). Jest sporo Malczewskiego, kilka obrazów tak w zachodniej Europie cenionego Wojtkiewicza, jest miłośnik scen mrocznych Marian Wawrzeniecki. Pokazano świetną Julię Stabrowską i kilka obrazów jej męża, Kazimierza Stabrowskiego, autora kompozycji symboliczno-fantastycznych. Na plakat wystawy wybrano obraz Fałata, przedstawiający wielkiego ptaka szybującego nad rzeką, która wije się wśród lodowych pól – to obraz, który intryguje i wbija się w pamięć. Chodząc po wystawie widziałem wiele osób, zatrzymujących się na dłużej przed innym obrazem. To właśnie Stabrowski, portret jego młodszego kolegi, Bronisława Bryknera, w fantazyjnym stroju z olbrzymimi kolorowym skrzydłami, w jakim ten pojawił się na balu Młodej Sztuki w Warszawie. Ten obraz, wizerunek młodego zbuntowanego anioła, jest chyba najlepszą wizytówką lozańskiej wystawy. Nie płaci żadnych trybutów, występuje śmiało, z podniesioną przyłbicą, patrzy przenikliwie i zaprasza do krainy wyobraźni i fantazji.

 

 

Lozańska wystawa spotkała się z dobrym przyjęciem w prasie szwajcarskiej i francuskiej. „To niewątpliwie jedna z najoryginalniejszych wystaw drugiej połowy roku” (genewski „Courier”). Specjalny wysłannik paryskiego „Le Figaro” Eric Biétry-Rivierre sugerował, że wystawa powinna się nazywać „Spleen i szaleństwo polskiego malarstwa między rokiem 1840 a 1914”. W genewskim „Le Temps” Eléonore Sulser pisała, że zaprezentowana kolekcja „nie ma w sobie nic z monolitu, jest różnorodna, złożona, niekiedy ironiczna i często zaskakująca”. Entuzjastyczny, bogato ilustrowany artykuł ukazał się we wrześniowym numerze paryskiego miesięcznika „Connaissance des arts”.

Poniedziałek, 1 września

W „Akcencie” kilka nowych wierszy Anny Frajlich. Ostatni, Moje „ja”, przypomina mi znakomite późne liryki Staffa, może też niektóre wiersze-perełki Leśmiana:

 

Powoli codziennie

odchodzi ode mnie

moje «ja»

bez bólu bez szału

odchodzi pomału

w świetle dnia

 

Nasuwa się pytanie o podmiot: kto to mówi? Kto swoje „ja” tak spokojnie żegna? Co miałoby „ja” do powiedzenia, gdyby się, jak Orfeusz, odwróciło i pojrzało na żegnającą go wzrokiem Eurydykę?

*

W starej gazecie („Polska Zachodnia” z 29 czerwca 1938 roku) zdjęcie z podpisem: „W latarni morskiej w Rozewiu odbyła się uroczystość otwarcia «pokoju Stefana Żeromskiego». W pokoju tym […] wielki pisarz stworzył arcydzieło marynistyczne Wiatr od morza”.

 

 

Sprawdzam: obecnie latarnia nosi imię Stefana Żeromskiego i można ją zwiedzać. Informację o tym, że Wiatr od morza tu właśnie powstał, Wikipedia nazywa legendą, wymyśloną przez długoletniego latarnika Rozewia Leona Wzorka (zamordowanego w 1939 przez hitlerowców): „[…] Żeromski faktycznie tylko zwiedził latarnię, a powieść napisał w Warszawie. Dla uplastycznienia tej legendy L. Wzorek zaaranżował nawet w latarni «pokój Żeromskiego», w którym miał mieszkać i pisać powieść”. A zatem zdjęcie dokumentuje próbę uwiarygodnienia legendy?

Wtorek, 2 września

W dzisiejszym „Literary Review” irlandzki powieściopisarz John Banville omawia książkę historyka Christophera Clarka o głośnym w pierwszej połowie XIX wieku skandalu obyczajowym w Królewcu (A Scandal in Königsberg, Allen Lane, London 2025). Wszystko zaczęło się od samozwańczego reformatora religijnego Schönherra, który głosił, że światło jest ożywczą zasadą męską, a woda jej kobiecym odpowiednikiem, obie zaś siły dążą do wiecznej unii. Jeden z jego uczniów, charyzmatyczny pastor Ebel o czarnych oczach i długich włosach, skupił wokół siebie grono młodych kobiet z dobrych domów, głosząc, że wśród jego uczniów obcowanie mężczyzny z kobietą nie jest grzechem, a prowadzi do lepszego zrozumienia odwiecznych prawd. Skończyło się skandalem; Banville podkreśla, że Ebelowi najbardziej zaszkodził przed sądem jego androginizm: „łagodność i delikatne rysy, długie włosy, wysmukłe palce i spokojny sposób mówienia”.

Ten królewiecki epizod przypomniał mi jedną z mniej znanych książek Immanuela Kanta, jego pamflet na Swedenborga: Marzenia jasnowidzącego. I towiańszczyznę.

Sobota, 6 września

Awaria komputera sprawiła, że w ostatnich dniach musiałem zawiesić pracę nad grantem, a za to częściej graliśmy w Rummikuba, więcej czytaliśmy i obejrzeliśmy kilka filmów, z których mnie się podobały: Amsterdam (2022) Davida O. Russella – bajka o prawicowej konspiracji w Ameryce lat trzydziestych, przypominająca Wielkiego Gatsby’ego; Operation Finale (2018) Chrisa Weitza, o porwaniu Adolfa Eichmanna w Argentynie przez agentów Mossadu i przetransportowaniu go do Izraela; High Plain Drifter (1973) Clinta Eastwooda, symetryczny westernowy thriller, obramowany dwiema poetyckimi scenami konnej jazdy głównego bohatera przez rozedrganą od słońca równinę; An Honest Life (2025) o szwedzkim studencie, który szukając dreszczu i inspiracji przyłącza się do grupy wojujących anarchistów.

Wtorek, 9 września

W Warszawie na wernisażu jubileuszowej (pięćdziesiąt lat pracy twórczej) wystawy Krystyny Piotrowskiej [3]. Artystka (którą znam dłużej niż te pół wieku pracy, z odwiedzin u kuzynek w Gliwicach, których była sąsiadką) otrzymała dziś medal Gloria Artis. Wystawa znakomicie rozlokowana w skomplikowanym labiryncie pomieszczeń Galerii Opera, z lustrami w połowie drogi, zapraszającymi do powrotu w głąb siebie i do zmiany kierunku zwiedzania. Zdumiewająca konsekwencja w eksploracji własnego oblicza i twarzy innych osób, w ich delikatnym deformowaniu i powielaniu. Patrząc sobie prosto w oczy, artystka patrzy prosto w oczy widzowi (ten kontakt jest na wystawie wzmożony dzięki krótkim autorskim komentarzom do większości prac, wyjaśniającym genezę, intencję albo chwyt techniczny w kilku prostych słowach, jak w osobistej rozmowie). Gdybym miał wskazać jedno dzieło, ujmujące istotę tego projektu artystycznego, wybrałbym akwafortę Ćwiczenia z oświetlenia (1998), pokazującą, jak kompletnie zmienia się ludzka twarz, podświetlona latarką od góry, z lewej, z prawej i od dołu, jak wskutek tego prostego tricku z jednej twarzy robią się cztery różne osoby. Osobliwie piękna wystawa.

*

W nocy nie możemy spać. Winna temu pełnia księżyca czy przeczucia? Nad ranem z CNN breaking news o wtargnięciu dronów w polską przestrzeń powietrzną, o zamknięciu lotniska Chopina i poderwaniu samolotów wojskowych, a także o decyzji premiera o zamknięciu granicy z Białorusią. Już się zaczyna?

JAN ZIELIŃSKI

[1] Jerzy Bralczyk, Leszek Czupryniak, Artur Mamcarz, Cukier na języku. Rozmowy o cukrzycy. PZWL, Warszawa 2025 s. 63.

[2] https://www.theguardian.com/world/2025/aug/20/our-boys-were-forced-into-the-enemy-army-to-save-loved-ones-the-second-world-war-exhibition-dividing-poland

[3] Krystyna Piotrowska, Prosto w oczy. Galeria Opera, do 30 listopada. Katalog z tekstami Andy Rottenberg, kuratora wystawy Marcina Fedisza i zapisem rozmowy Fedisza z Krystyną Piotrowską.

3 settembre 2025

od dawna nic nie zapisywał

a nie były to dni całkiem bez treści

od rana poczucie nieważkości

czuł że te godziny już policzone

że ktoś ma go na oku

uśmiecha się bezradnie

wiedząc że on za chwilę się potknie

ale i tym razem mu się upiekło

czwartego września wciąż istniał

do jakiego lekarza

idzie się z przeczuciem śmierci

nikt się na tym nie zna

ars bene moriendi już nieczytelna

trzeba polegać na sobie

obmyślić ostatnie punkty programu

z tych mądrzejszych platon i epiktet

z poezji pieśń nad pieśniami

żadnych psalmów

jedynie 23 mógłby wchodzić w grę

ale nie wtedy kiedy wszystko ginie

z obrazów portrety

tych których chciałoby się spotkać

po drugiej stronie

montaigne pan jerzy matka

z pejzaży wisła powoli płynąca

palermo w słońcu

żadnych gwałtownych scen

przemienienie rafaela

przed którym kiedyś tkwił godzinę

z muzyki vivaldi rodrigo

z wirtuozów romero yo-yo ma

anne-sophie mutter

żadnego requiem

żadnej missa solemnis nie daj boże

gitara wiolonczela kontrabas

uśmiechy najbliższych

 

 

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

 

Jerzy Giedroyc: kustosz pamięci

W 25. rocznicę śmierci Jerzego Giedroycia przypominamy szkic Wojciecha Karpińskiego z tomu „Twarze” (Warszawa, Zeszyty Literackie, 2012).

Od dawna wydaje mi się, że pytanie o stosunek Jerzego Giedroycia do historii stanowi zasadniczą perspektywę dla zrozumienia niezwykłego zjawiska, jakim był twórca Instytutu Literackiego. Chciałbym przedstawić kilka refleksji związanych z tym tematem i zanotować kilka zapamiętanych migawek.

Sądzę bowiem, że w wypadku Jerzego Giedroycia mamy do czynienia z owocnym splotem czterech elementów: był on redaktorem polityki (suflerem idei, krytykiem poczynań statystów i ugrupowań); był redaktorem kultury polskiej (przede wszystkim literatury); był wydawcą (organizował administrację pism, zapewniał ich finansowanie); był wreszcie archiwistą (stworzył bazę dokumentacyjną dla swojej działalności, troszczył się o utrwalenie zapisów przeszłości). Okazał niezwykły organizacyjny talent w czterech dziedzinach: polityki, kultury, finansów, dokumentacji. Talent w każdej z tych dziedzin jest rzadki, złączenie tych talentów w jednej osobowości było zjawiskiem jedynym. To złączenie stoi u podstaw głębi i trwałości oddziaływania Jerzego Giedroycia.

Idąc dalej tym tropem, chciałbym zaryzykować uogólnienie, że przed wojną, u redaktora „Polityki”, doszły do głosu, w formie jeszcze niepełnej, dwa z tych talentów: do polityki i do organizacji bazy finansowej. Dopiero u redaktora „Kultury” znalazł wyraz pełny splot wszystkich czterech wspomnianych elementów: stworzył Instytut Literacki, wydawnictwa, które oddziałały trwale na politykę i na kulturę naszej epoki nie tylko w Polsce; stworzył finansowe i organizacyjne podstawy dla tej instytucji, której zapewnił trwałość, zdumiewającą nie tylko jak na warunki emigracyjne; stworzył wreszcie Dom „Kultury”, jego bibliotekę, jego archiwa, jego zbiory sztuki, dokumentów. I tu tkwi wyjaśnienie tego skoku jakościowego, jaki nastąpił między redaktorem „Polityki” a redaktorem „Kultury”.

Jerzy Giedroyc był świadomy, że pisma i wydawnictwa, które zbudował, nie mogą być kontynuowane bez niego. Dążył do tego, aby organizacyjnie (finansowo) zapewnić przetrwanie Domu „Kultury”, biblioteki, archiwum. Jeszcze za życia zadecydował o publikacji swojej korespondencji w serii Archiwum „Kultury” i zarządził, że to wydawnictwo ma być kontynuowane.

Te decyzje wynikały z jego stosunku do historii, do zapisów przeszłości. Rozumiał ich znaczenie. Tak było od dawnych lat. Interesował się żywo historią w czasie studiów uniwersyteckich. W obliczu katastrofy narodowej, której był świadkiem (likwidacja całych warstw społecznych; utrata pomników kultury materialnej i duchowej; wyrzucanie milionów ludzi na obce im terytoria; miasta obrócone w gruzowiska), to wyczulenie na materię historyczną uległo jeszcze wzmocnieniu.

 

 

Kilka migawek. Opowiadał mi Józef Czapski, że gdy Jerzy Giedroyc został przydzielony na skromne stanowisko w podlegającym Czapskiemu Wydziale Prasy Armii Polskiej na Wschodzie, zabrał się od razu do pisania listów na cały świat. Wystukiwał je dwoma palcami na maszynie, gdzieś w baraku na pustyni. Nawiązywał kontakty, wynajdywał współpracowników, którym zlecał zadania, zbierał świadectwa. I zawsze pisał przez kalkę (czasem źle założoną), chciał zachować kopie tej korespondencji. Mówiła mi Zofia Hertz, że już wtedy, w warunkach polowych, pierwszą zasadą, jaką jej Jerzy Giedroyc narzucił, był zakaz wyrzucania jakiejkolwiek dokumentacji. Już wtedy rozumiał wagę utrwalania działalności redakcyjnej i czynił to z imponującym rozmachem. Inna anegdota o tamtych latach, opowiedziana mi przez Czapskiego: jechali samochodem wojskowym z Włoch do Francji, było to bodajże w roku 1945, mijali w północnych Włoszech jakiś olbrzymi gmach, pałac czy zamek stojący na pustkowiu; Czapski powiedział, ot tak, od niechcenia: „Nie rozumiem, po co ludzie budowali tak wielkie gmaszyska, na co się to komu może w dzisiejszych czasach przydać”; na to Giedroyc, po chwili namysłu, z całkowitą powagą: „Zupełnie się z tobą nie zgadzam, to byłby doskonały dom do pracy”.

Ta dalekowzroczność, rozległość planów i umiejętność ich praktycznej realizacji uderzała w siedzibie Instytutu Literackiego od początku. Wacław Zbyszewski, autor bez wątpienia najcelniejszego — i najbarwniejszego — portretu konstelacji skupionej wokół Jerzego Giedroycia, wspominał, że podczas pierwszych wizyt w siedzibie „Kultury” w Maisons‑Laffitte, jeszcze na avenue Corneille, najbardziej go zadziwił widok biblioteki, tomów starannie zebranych, ponumerowanych, skatalogowanych. Gdy w roku 1954 „Kultura” musiała wynieść się z pierwotnej siedziby i Giedroyc szukał nowego pomieszczenia, narzekał: „straszni są ci minimaliści”, gdy jego współpracownicy (Zygmunt Hertz) uważali, że mierzy zbyt wysoko, kupując tak obszerne pomieszczenie. On widział już archiwum i bibliotekę dotyczącą nie tylko spraw polskich, lecz całej Europy Środkowo‑Wschodniej. Zakup tego domu okazał się jedną z najważniejszych inwestycji w kulturę polską w jej dziejach. Giedroyc stwarzał w ten sposób fakty dokonane (dokonujące się w złączeniu wieloletniej codziennej ciężkiej pracy i dalekowzrocznych projektów) w dziedzinie polityki, i to nie tylko polskiej.

We wrześniu 1967 roku dane mi było już nie tylko odwiedzić Dom „Kultury”, lecz także zamieszkać tam i przez pewien czas dzielić życie redakcji. Mocno wryły mi się w pamięć i w wyobraźnię oglądane tam zbiory: oprawne w ciemnozielone płótno tomy wycinków dotyczących „Kultury”, komplety czasopism, czasem czysto fachowych, wydawałoby się całkiem odległych od zainteresowań redakcji „Kultury”, ale dotyczących spraw polskich, kultury polskiej czy też kultur obcych widzianych przez Polaków, bądź też dotyczących krajów naszego regionu, w wielu językach, encyklopedie, kompendia, jakbym oglądał bibliotekę podręczną kilku instytutów badawczych, kilku muzeów… Uderzyła mnie praktyczność w połączeniu z szerokością i odwagą wizji. Pamiętam, z jakim podziwem pokazywał mi Giedroyc wielotomowe publikacje encyklopedyczne wydawane przez emigrantów litewskich i ukraińskich, i jego wyrzuty, że emigracja polska nie zdobyła się na podobny wysiłek.

W pokoju na prawo od wejścia, na ziemi, widziałem prawie zawsze stos paczek z książkami. Zaadresowane były: prof. dr Tadeusz Manteuffel, Instytut Historii PAN, Warszawa. Kilka razy pomagałem Zygmuntowi Hertzowi zawozić na pocztę te paczki z wydawnictwami wybranymi przez Giedroycia. Otaczał opieką wiele bibliotek, nie tylko w Polsce, ale Biblioteka Narodowa i Biblioteka Instytutu Historii były mu chyba szczególnie bliskie. Miał bardzo silnie rozwinięte poczucie odpowiedzialności za polskie archiwa. Interesował się tymi w kraju i tymi rozsianymi po świecie. Jego ambicją było, aby Dom „Kultury” stał się Domem Polskiej Pamięci. Z satysfakcją opowiadał, że u niego złożył swoje archiwum profesor Adam Krzyżanowski. Opiekował się ciężko chorym wówczas profesorem Stanisławem Kotem, który należał niegdyś do jego przeciwników politycznych, jednak gdy chodziło o utrwalenie dokumentacji przeszłości, Giedroyc był rzeczywiście człowiekiem ponad partyjnymi podziałami; odnosiłem wrażenie, że do ocalenia i utrwalenia dzieła Stanisława Kota przywiązuje wagę specjalną, jakby chciał pokazać, że sprawą nadrzędną jest troska o zachowanie narodowego dziedzictwa. Stefan Kisielewski powiedział mi w sekrecie na początku lat siedemdziesiątych, że prowadzi dziennik i że przechowuje go w dwóch miejscach, z których jedno było „u Księcia”. O tym, że dziennik prowadzi Zygmunt Mycielski, wiedziałem od Henryka Krzeczkowskiego, który te zapiski czytał i był pod ich wrażeniem; nie przypuszczałem, że stanowią tak szczere i ważne świadectwo o Polsce — i Europie — XX wieku; Mycielski złożył je u Giedroycia, uznał, że to jest najpewniejsze miejsce. Także w jego oczach Dom „Kultury” stanowił suwerenne Xięstwo na Laficie, wysepkę wolnej Polski, gdzie można przechować niezafałszowaną pamięć i swobodną myśl. To bardzo poważne sprawy, powinny być mocno utrwalone w naszej świadomości.

W roku 1972 dostałem paszport po kilkakrotnych odmowach. Znów zamieszkałem na pewien czas w domu „Kultury”, po raz pierwszy od „procesu taterników”, w którym skazano mego brata Jakuba za kontakty z Giedroyciem, a jako materiały oskarżenia leżały na stole sędziowskim książki i czasopisma wydawane przez Instytut Literacki, po raz pierwszy od „czarnego roku” 1969, gdy zmarło wielu współpracowników „Kultury”: Kazimierz Wierzyński, Marek Hłasko, Witold Gombrowicz, Jerzy Stempowski („mam nadzieję, że śmierć wreszcie złamała kosę”, napisał Giedroyc po kolejnej żałobnej wiadomości do Józefa Wittlina). Zamieszkałem znów w „stajence” przy domu „Kultury”. Jednym z pierwszych tematów były formy utrwalenia pamięci o tych twórcach. Wspomniałem o potrzebie zebrania korespondencji Jerzego Stempowskiego i Witolda Gombrowicza. Giedroyc przyniósł od razu dwa duże pudła, w których zgromadził już dokumenty związane z tymi pisarzami. Zastanawiał się, do kogo jeszcze należałoby się zwrócić o informacje w tej sprawie.

Był na problematykę utrwalania zapisów przeszłości szczególnie uczulony i wtedy, w okresie, gdy Instytut Literacki był wyspą niezafałszowanej pamięci polskiej, i później, po roku 1989, gdy z odzyskaniem niepodległości została obalona cenzura w Polsce i o przeszłości można było swobodnie pisać. Giedroyc był wolny od fanatyzmów narodowych, klasowych, rasowych, religijnych, obyczajowych. Wiedziałem, że te tematy zawsze go ożywiają. Dwie migawkowe rozmowy z nim z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych chciałbym tu zanotować.

Pierwsza związana była z „Zeszytami Historycznymi”. Powiedziałem, jak je cenię, i półżartem dodałem, że przyznałem im, jako jednym z trzech najważniejszych polskich przedsięwzięć wydawniczych w dziedzinie historii, Order Pamięci ze Złotą Kitką. Pan Jerzy natychmiast włączył się w grę i zapytał, jacy są pozostali laureaci. Wymieniłem Polski Słownik Biograficzny — „ma się rozumieć”, powiedział Giedroyc i tylko skarżył się na powolność publikacji. Miał nadzieję, że jednak przyspieszą i zaczną od razu przygotowywać następną edycję, aby można ją było zacząć z początkiem XXI wieku. Gdy toczyliśmy tę rozmowę, PSB był przy literze S (u jej początków), gdy w kilkanaście lat później piszę o tej rozmowie, PSB jest przy literze… S (zbliża się do jej końca), tego się nawet nie da określić jako tempo żółwie! Przyznanego Orderu Pamięci nie zamierzam jednak odbierać, to jest naprawdę wspaniałe wydawnictwo, ale podawany obecnie termin ukończenia prac — rok 2030 — jest czymś trudnym do przyjęcia i ufam, że choćby przez wzgląd na pamięć o Jerzym Giedroyciu (na sposób i tempo jego działania) ulegnie skróceniu.

Jako drugiego laureata Orderu Pamięci (trzeciego, jeśli liczyć „Zeszyty Historyczne”) podałem Romana Aftanazego, autora Dziejów rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej. „Czekałem, czy pan go wymieni”, powiedział z widocznym ożywieniem Giedroyc. Jakżeż mógłbym go pominąć, to przecież w bibliotece domu „Kultury”, na półkach w pokoju na lewo od wejścia, właśnie niedaleko PSB, mogłem oglądać jedenaście tomów, oprawnych w trawiastozielone płótno, drugiego pełnego wydania monumentalnej pracy Romana Aftanazego. Jej autor ocalił z potopu pamięć o blisko półtora tysiącu polskich rezydencji na Kresach. Wysyłał dziesiątki tysięcy listów do dawnych właścicieli, ich potomków czy ludzi, którzy jakoś zetknęli się z tymi pomnikami przeszłości. Tę pracę wykonywał samotnie, przez dziesięciolecia, bez nadziei na publikację, contra mundum, jako sposób obrony pamięci przed niszczącą, niwelującą siłą ideologii, barbarzyństwa. U twórcy Dziejów rezydencji na dawnych kresach Rzeczypospolitej w stosunku do przeszłości było coś pokrewnego do postawy twórcy „Zeszytów Historycznych”. Ilekroć jestem na warszawskich Starych Powązkach, zatrzymuję się przy grobie Romana Aftanazego (tuż przy charakterystycznym grobie Krzysztofa Kieślowskiego) i myślę o tych powinowactwach z wyboru.

W czasie rozmowy o Orderach Pamięci Jerzy Giedroyc wspomniał, że dodałby jeszcze („ale czuję, że znów pan podskoczy”) wydawnictwa historyczne PAX‑u. Przypuszczenie, że jego opinia wywoła moją negatywną reakcję, było nawiązaniem do wcześniejszej części naszej rozmowy, gdy wspominał pozytywnie działalność kogoś o niezbyt chlubnej przeszłości, na co zareagowałem z wyraźną niechęcią. Ale w tym wypadku nie było obaw, abym reagował negatywnie: ceniłem historyczne wydawnictwa PAX‑u, choć wiedziałem dobrze, jakimi serwitutami była obłożona stosunkowo większa swoboda wypowiedzi. I w nie mniejszym stopniu ceniłem inne domy wydawnicze, zajmujące się, w oktrojowanych ramach, zachowywaniem pamięci o przeszłości. Wymieniłem przede wszystkim Państwowy Instytut Wydawniczy i trwającą wiele dziesięcioleci działalność Pawła Hertza. Wiedziałem, że stosunki między Pawłem Hertzem a Giedroyciem pełne były nieskrywanej kąśliwości. Byli w tym do siebie podobni, że wypowiadali swoje sądy (także o sobie), nie licząc się z polityczną czy towarzyską poprawnością. W tym okresie Giedroyc dostawał, wielce zasłużone, doktoraty honoris causa od wszystkich prawie polskich uniwersytetów, jakby chciały nadrobić minione lata. Wspomniałem mu, że Paweł Hertz, który w dziedzinie literatury polskiej XIX wieku dysponuje wiedzą imponującą, a w dziedzinie związków kulturalnych polsko‑rosyjskich i polsko‑niemieckich (tematyka w Polsce zaniedbywana, a przecież o znaczeniu dosłownie gardłowym) jego wiedza jest niezrównana i zdziałał więcej niż kilka katedr uniwersyteckich razem wziętych, nie tylko nie ma dyplomu wyższej uczelni, ale naukę oficjalną przerwał na przedwojennej klasie szóstej — otóż wydawało mi się, że przyznanie mu doktoratu honoris causa byłoby właściwym docenieniem jego zasług. Giedroyc przyjął moją wypowiedź w milczeniu, zdziwił się jedynie, że Paweł Hertz nie ma matury. Nie minęły dwa dni, gdy dostałem od Giedroycia telefon: ma się spotkać z kimś z uniwersytetu, pilnie prosi, abym przygotował mu notatkę dotyczącą doktoratu dla Pawła Hertza.

Druga rozmowa, która objawiła mi w nagłym błysku zmysł historyczny Jerzego Giedroycia, toczyła się też pod koniec lat dziewięćdziesiątych. Wróciłem z Londynu i byłem po raz kolejny pod wrażeniem National Portrait Gallery. Uprzytomniłem sobie raz jeszcze, że podobne muzeum powinno koniecznie powstać w Polsce. Nie było to możliwe, gdy oglądałem te zbiory po raz pierwszy. Wówczas przecież całe życie społeczne poddane było oficjalnej kontroli. Grupy, które tworzyły naszą kulturę i cywilizację — arystokracja, ziemiaństwo, przemysłowcy, kupcy — otoczone były oficjalną (a często także nieoficjalną) pogardą. Usiłowano je wykreślić ze społecznej pamięci. Stworzenie takiego Muzeum Polskiej Pamięci (jakąkolwiek będzie ono nosić oficjalną nazwę) byłoby ważnym krokiem w kierunku odzyskiwania i umacniania swobodnej pamięci, wolnej od ideologicznych manipulacji. Dopiero od paru lat można pracę nad takim muzeum rozpocząć. I należy się z utrwalaniem śladów spieszyć (znakomite dokonanie Romana Aftanazego powinno być i przykładem, i ostrzeżeniem: dzisiaj już byłoby za późno na ocalenie niektórych pamiątek, za kilkanaście lat sytuacja będzie jeszcze trudniejsza). Takie muzeum pokazywałoby szeroko rozumianą kulturę polską i jej związki z innymi kulturami, powinno obejmować zarówno ziemie wschodnie, jak i ziemie zachodnie, jak i działalność polskiej diaspory, i obecność innych narodowości, innych kultur, innych wyznań, innych wzorów obyczajowych.

Powiedziałem Jerzemu Giedroyciowi, że działacze państwowi w Polsce czują obecnie przed nim mores — jest więc osobą, która potrafiłaby nie tylko spowodować powołanie do życia Muzeum Polskiej Pamięci, ale też gwarantowałaby niezawisłość takiej instytucji od ideologicznych fanatyzmów i zaślepień, z prawa czy z lewa. Odpowiedział mi na to jednym zdaniem, którym zarazem zaskoczył mnie i zachwycił: „No tak, to ważne, ale kto miałby się tym zajmować, nie ma już przecież Michała Walickiego”. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym świetnym znawcy malarstwa holenderskiego XVII wieku, Giedroyc nie mógł wiedzieć, że nazwisko to dużo mi mówi, ja nie przypuszczałem, że dla Giedroycia sylwetka Michała Walickiego jako znawcy kultury polskiej jest żywa (luźno pamiętałem, że kiedy Walicki siedział w komunistycznym więzieniu, w latach 1949–53, za przynależność do AK i działalność w BIP‑ie, upominano się o niego w „Kulturze” piórem Czapskiego, myślałem jednak, że u Giedroycia jest to zainteresowanie natury politycznej) — tymczasem okazało się, że pamiętał o Walickim jako wybitnym badaczu dziejów sztuki polskiej, autorze zasadniczego syntetycznego opracowania na ten temat, i jako o humaniście, widzącym kulturę polską na tle kultur innych i interesującym się, z otwartym umysłem, tymi związkami. I Giedroyc potrafił nagle, bez przygotowania, w przypadkowej rozmowie, wysunąć najwłaściwszą osobę do wypełnienia danego zadania. W tym momencie doszło do mnie wyraziście, że w myślach stale odgrywa rolę redaktora polskiej kultury, jej przeszłości, jej przyszłych form, czuje się za nią w jej całości odpowiedzialny w każdym momencie — i potrafi ją twórczo inspirować.

2010

 WOJCIECH KARPIŃSKI

Redaktor

Nie do wiary, już ćwierć wieku piszę bez Redaktora. Choć słowo „piszę” piszę na wyrost, bo raczej wystękuję od czasu do czasu rządek wyrazów w jakimś ustępie dla oddania życia. A z Redaktorem to się pisało. Wystarczył sygnał z Maisons-Laffitte, że mnie przeczytał, aby palce same zatańczyły na klawiszach starej maszynki do pisania, nadając rytm słowom w kolejnych Listach z Sołowek.

Byłem oczami Redaktora w Rosji, dostarczając mu relacje z rozpadającego się Imperium z pierwszej ręki.

Dwie cechy Redaktora szczególnie mi imponowały, jego dziecięca wręcz skłonność do zabawy oraz niezwykła precyzja w pracy, ba, w życiu. Tę pierwszą najlepiej charakteryzuje jego natychmiastowe wejście w grę, którą mu zaproponowałem, a mianowicie podjęcie przez niego zawikłanej biurokratycznej wołokity w celu ustanowienia na terenie Wysp Sołowieckich (kiedyś był tam pierwszy łagier Sowietów, można powiedzieć: poligon GUŁAG-u) kor-punktu paryskiej „Kultury”. Dotychczas wszystkie kor-punkty, czyli punkty korespondencyjne (zwykle to mieszkania korespondentów) otwierano w Moskwie, a więc można sobie wyobrazić minę, jaką podkładaliśmy pod Wydział Propagandy Ministerstwa Inostrannych Dieł, zwracając się do nich z prośbą o otwarcie kor-punktu na Sołowkach. Redaktor miał ubaw po pachy, korespondując z rosyjskim MID-em w tej sprawie, zwłaszcza, że zbiegło się to w czasie z aresztowaniem mnie z Wasią na poligonie rakietowym na Kanin-Nosie.

A potem bardzo się rozradował, kiedy mu przywiozłem do Maisons-Laffitte opracowanie wojskowe po rosyjsku na temat dywersyjnej roli paryskiej „Kultury”, wykradzione przeze mnie (ze stemplem!) z biblioteczki wojskowego politruka z czasów, kiedy na Wyspach Sołowieckich była szkoła jungów!

 

Fot. Bohdan Paczowski

 

Natomiast jego precyzji, zarówno w pracy redaktorskiej, jak i tej życiowej zawdzięczam, że w ogóle piszę! Jeśli wziąć pod uwagę, że w czasach naszej współpracy łącznikiem pomiędzy nami była zwykła poczta (Sołowki to wyspa i samolot z pocztą przylatywał dwa razy w tygodniu jak nie wiało, jak wiało to nie przylatywał), a w wyjątkowych wypadkach aparat telefoniczny na poczcie. Zamawiało się tedy Paryż i czekało czasem godzinę, czasem dwie… Na przykład wysłałem pocztą tekst, a potem zmieniłem początek drugiego akapitu. Kartką pocztową tego nie da się załatwić, karta nie zdąży dotrzeć do Maisons-Laffitte przed wydrukowaniem numeru. Zostaje dzwonić. Kiedy po godzinie bądź dwóch oczekiwania słyszę w słuchawce panią Zosię: „Dzień dobry, przekazuję telefon Jerzemu” i głos Redaktora: „Słucham panie Mariuszu”, zaczynam od razu od sedna, wiedząc, że on już trzyma w ręku tekst, zmiana w drugim akapicie: w pierwszym zdaniu wykreślamy to i to, a to zamieniamy tamtym! A potem on do mnie punkt po punkcie, rzeczowo i skrupulatnie, jakby tylko czekał na mój „telefon z Sybiru”.

Najbardziej mnie ujął kwiatami dla Wiki. Zadzwoniłem do niego już z Moskwy, że nie przyślę kolejnej korespondencji, bo Weronika jest w szpitalu i czekam na jej wyjście. Zapytał, kiedy Wikę wypisują i życzył nam wszystkiego najlepszego. A w dniu przyjazdu Wikuszy ze szpitala goniec z moskiewskiej Interflory przyniósł od niego bukiet siedemdziesięciu róż… Parę tygodni potem odszedł.

Redaktor utwierdził mnie we własnym języku, nazywając go „wilczym wolapikiem” i nauczył swobody w wyrażaniu myśli – czyli tego, co kiedyś nazywaliśmy niezależnością.

Wrocław, 8 września

MARIUSZ WILK

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (III)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

7 lutego (57) – niedziela

Odbyłam z Julką rozmowę na tematy zasadnicze. Zaczęło się od tego, że upiekłyśmy wczoraj wspólnie ciasto, które Natalia powiozła do Jaworza. Julka pytała czy na pewno napisałam na cieście „całujemy mocno” oraz oświadczyła, że chciałaby, żeby tam było także napisane, że Julka zrobiła ciasto dla Witka, a Natalia zawiozła. Zaproponowałam Julce napisanie listu o tym wszystkim, ale ona z kolei wymyśliła, że mogę do Witka zatelefonować. I tu nastąpiła tzw. „trudna” rozmowa: – Dlaczego nie możesz zatelefonować do Witka? – Bo jest wojna i nie pozwalają do niego dzwonić. – To gdzie jest Witek? – Witka zamknęli żołnierze. – Ale dlaczego? – Boją się go, widocznie. – Ale dlaczego, czy on jest wilkiem? Dalej było o tym, że się boją, bo Witek mówi prawdę i że trzeba mówić prawdę, żeby być CZŁOWIEKIEM. Nie wiem ile z tego Julka zrozumiała, chociaż o tym, że prawda jest wartością wiedziała już wcześniej i dała temu wyraz w rozmowie. Na koniec oświadczyła, że chce, żeby wojna się skończyła. Chciała też ze mnie wydobyć odpowiedź na pytanie, kiedy się skończy wojna i czy jeśli się skończy, to Witka wypuszczą.

Ostatnio Julka połknęła porcję nauk o życiu. Tak się jakoś sytuacje układały. Wczoraj w tramwaju ustępowałyśmy miejsca jakiejś staruszce (więcej chętnych nie było, chociaż czteroletnia Julka jeszcze kiepsko stoi w tramwaju). Julka ostro protestowała (dotąd to jej ustępowano miejsca), ale zdołałam jej wytłumaczyć, dlaczego i po co tak się postępuje i że nie możemy się oglądać na innych. W drodze powrotnej znów miałyśmy staruszkę i tym razem Julka wstała bez słowa sprzeciwu. Ciekawostką jest, że i tym razem brak było jakiejkolwiek reakcji ze strony stojących i siedzących (w tramwaju) obywateli PRL, stanowiących dość reprezentatywną próbkę dla płci, wieku i zatrudnienia.

 

8 lutego (58) – poniedziałek

W ubiegły piątek (29 stycznia) odbyło się pierwsze po wojnie przedstawienie Wesela w Teatrze Narodowym. Był to jednocześnie pierwszy po wojnie (i jak się okaże ostatni) występ na deskach scenicznych „znanego polskiego aktora [Janusza] Kłosińskiego”. Tak zaprezentowany pojawił się na ekranach telewizorów w końcu ubiegłego roku, żeby nas poinformować, jak cieszy go i uspokaja wprowadzenie stanu wojennego. Natomiast na wspomnianym spektaklu w Teatrze Narodowym, tłumnie zgromadzona publiczność nie omieszkała wyrazić swojego stosunku do p. Kłosińskiego i jego przemówienia telewizyjnego. Każde jego wejście na scenę wywoływało huraganowe oklaski, zagłuszające wypowiadane kwestie i trwające do chwili opuszczenia przez niego sceny. Kłosiński grał Żyda i jego rola wygasa przed końcem przedstawienia. Skoro nie miał się już pojawić na scenie widzowie zaczęli wstawać z miejsc z okrzykami: skończyło się najlepsze, idziemy do domu, nic ciekawego już nie będzie, nie warto zostawać, opuszczali salę. W poniedziałek (1.02) WRONa zwołała w teatrze zebranie zespołu i zażądała, żeby potępił zachowanie publiczności na piątkowym spektaklu. Zespół nie potępił. Kłosiński odchodzi na emeryturę. Teresa [Bogucka] opowiadała, że kiedy w obecności ks. [Stanisława] Małkowskiego zastanawiała się czy to nie za surowa kara, powiedział: „Grzech był publiczny, to i pokuta musi być publiczna”. Podobno wyklaskano ze sceny także Stanisława Mikulskiego, który pojawił się w TV dwukrotnie. Raz po projekcji jakiegoś filmu wg scenariusza [Wojciecha] Żukrowskiego, w którym grał (rozmawiał z Żukrowskim o filmie). Drugi raz w koncercie życzeń telewizyjnym (jest to stały program, w którym od dawna występował). Chociaż nie powiedział nic brzydkiego, sam fakt pojawienia się w telewizji wystarczył. Okazuje się, że w środowisku aktorskim prowadzi się listę kolaborantów (poza wymienionymi trafił tam także Czesław Niemen). Obowiązującą normą jest niewspółpracowanie z telewizją w żadnej formie. Przerwano wszelkie próby i kręcenie filmów dla TV. Dlatego karmieni jesteśmy różnymi starymi programami. Sama już (nawet w tych zapiskach) stawiałam sobie pytanie o to, czy współpraca lub praca dla TVP jest kolaboracją i dobrze się poczułam, kiedy dowiedziałam się, że sami zainteresowani odpowiedzieli na to pytanie tak samo jak ja.

Z relacji nadchodzących z Gdańska wynika, że po Dniu „Solidarności” (składanie kwiatów pod pomnikiem 1970 r. – 30 stycznia) panuje tam terror. W Warszawie znaczne nagromadzenie patroli. Często rewidują. Ale Jacek B[arankiewicz] przyniósł znów pogodną relację z tego, co przydarzyło się znajomej z pracy jego matki. Szła Nowym Światem i była legitymowana i rewidowana przez wojskowy patrol. Wzięli torebkę, przeglądali, nic nie znaleźli, zwrócili. Pani wzięła torebkę, ale kawałek dalej postanowiła sprawdzić czy coś je nie zginęło (Anrzejowi Klarkow[skiemu] po rewizji plecaka brakowało kołowrotka od wędki za 5 tys. zł). Weszła do bramy, zajrzała do torebki i znalazła karteczkę, której tam przedtem nie było. Na kartce było napisane: Prędzej skona WRONa niż ORŁA pokona. Przełożyła ulotkę w bardziej bezpieczne miejsce, ale nie spotkała żadnego innego patrolu, który poszukiwałby czegoś w jej torebce. Potem znów przechodziła Nowym Światem i ten sam patrol uprawiał swoją działalność.

Dziecko legitymowanych na ulicy rodziców zapytało: „Tatusiu dlaczego ten Niemiec mówi po polsku?”. Babcia Czesia skarży się, że dziś na spacerze Julka na widok przechodzącego żołnierza zawołała: „A niech marznie!”. A więc przesącza się w dziecko nasz jad nienawiści. Czy ją przed tym chronić? Ale jak? I tak, na szczęście, nie chodziła wystarczająco długo do przedszkola, żeby utrwalić schemat: zły w mundurze = Niemiec. A jeśli zaczyna w niej tkwić, że zły = w mundurze? Ale czy inna jest rzeczywistość? Co jest gorsze, nadmiar ufności czy nadmiar nieufności? Przecież dla czterolatka jest czarne i białe, dobre i złe. A przede wszystkim, karmi się naszymi emocjami. Oczywiście, ludzie są różni. Nie są jednakowi ci co noszą mundury, tak samo jak nie są jednakowi ci co ich nie noszą. Ostatnio miał miejsce proces Krzysztofa Ołki za próbę przyczepienia ulotki. Był to najwyższy dotąd wyrok wymierzony przez sąd warszawski – 4 lata. Cala sprawa pokazuje jak wiele może zależeć od jednostek. Informacje pochodzą z relacji obserwatora procesu. Chłopaka próbował złapać przy przyklejaniu ulotki przechodzień, Zbigniew Trojanowski – mistrz kablowy, zam. w Warszawie przy ul. Głogowej 22. Chłopak zdołał się wyrwać i wskoczyć do tramwaju. Wtedy mistrz kablowy zatrzymał milicjanta i poprosił o zatrzymanie tramwaju i ujęcie zbiega. Milicjant jakoś się wykręcił brakiem czasu lub niewiarą (gdyby mistrz Trojanowski był ubekiem, a nie jedynie prawomyślnym obywatelem, zatrzymałby tramwaj sam lub potrafił skłonić do tego milicjanta). Wtedy Trojanowski poprosił o tę samą przysługę przechodzący patrol wojskowy, który z chęcią Ołkę schwytał i dostarczył do sądu. Gdybyśmy chcieli wartościować na skali przyzwoity – łobuz po ubiorach i mundurach, to tu kolejność byłaby dokładnie odwrotna od oczekiwanej (milicjant – żołnierz – cywil zamiast żołnierz – cywil – milicjant). Mistrz kablowy Trojanowski jest moim kandydatem do donosu, a dokładniej jego adres. Taki numer wykonano już [Wojciechowi] Żukrowskiemu. Anonimowy informator powiadomił WRONę, że pod adresem Karowa 14/16 ukrywa się Zbigniew Bujak. Najpierw przetrząsnęli Żukrowskiemu mieszkanie, a potem zainteresowali się do kogo ono należy. Muszą teraz działać szybko, bo był donos na [Zbigniewa] Janasa i przez brak pośpiechu ścigających Janas zdołał uciec.

 

14 lutego (64) – niedziela

Minął kolejny tydzień. We środę młodzi chłopcy podpalili pomnik Dzierżyńskiego, rzucając chyba butelkę z benzyną. We czwartek, piątek i sobotę od godziny dziesiątej wieczór do później nocy jeździły w kółko po Żoliborzu trzy, te same (sprawdzaliśmy numery) transportery. W innych dzielnicach – to samo. Dziś podobno podano w TV, że się to nazywa AKCJĄ SPOKÓJ.

Wczoraj (13) zajścia uliczne w Poznaniu. Ulotki wzywały ludzi na plac Mickiewicza. Wprowadzono „zaostrzenie przepisów stanu wojennego”.

Przepisuję Mirkowi pracę magisterską za zgodą Witka na jego maszynie do pisania. Nasza jest trefna, nocami przepisuję na niej niecenzuralne rzeczy, nie powinna być kojarzona z konkretnym nazwiskiem, a praca magisterska ma autora i przed oprawieniem musi przejść przez urząd cenzury. Jestem pod wrażeniem, że siedzę przy biurku Witka, że pracując patrzę przez okno na placyk Tucholski i mam przed sobą ten sam widok co on, gdy tworzy. Idzie mi to pisanie jakoś powoli. Może dlatego. W piątek miałam jakiś atak, chyba kamicy i całą sobotę spędziłam u Bogdana [Zajączkowskiego] w szpitalu na badaniach.

Jest ponuro. Coraz częściej myślę, że jedyna nadzieja, która nam pozostała leży w posępnej filozofii „im gorzej, tym lepiej”. Nastroje wśród ludzi, szczególnie wśród młodzieży – coraz bardziej odwetowe. Tyle nienawiści, że aż strach o tym mówić. Wydaje się, że polityka WRONy systematycznie prowadzi do jej dalszego kumulowania. Coraz więcej plotek i krążących wieści, że „podobno gdzieś ukradziono broń, gdzieś podłożono bombę (w Bielsku Białej podobno wysadzono komendę MO, w Wujku „ukręcono głowy jedenastu milicjantom”) itp., itd.

Dziś wiadomość, że związki branżowe normalnie urzędują. Nie zajmują się jawną działalnością związkową, ale urzędują za swoimi biurkami.

 

15 lutego (65) – poniedziałek

Od pięciu dni Mirek ma 36 lat. Niezadługo i moje urodziny. Czy też będą wojenne? Ostatnio często zadaję sobie pytanie czy przeżyliśmy już swoją „porcję wolności”. Wygląda na to, że opuszcza mnie już nadzieja. Może jednak będzie to tylko chwilowe. Informacje, które napływają świadczą o tym, że w kraju dzieje się dużo, że wszędzie się gotuje, że ludzie nie mają zamiaru jeszcze się poddawać. To powinno krzepić. W Świdniku obowiązuje godzina policyjna od godziny 19. W ten sposób WRONa walczy z akcją bojkotu DTV, w której uczestniczyli mieszkańcy Świdnika. O siódmej wieczorem wszyscy wystawiali w oknach telewizory (ekranami do ulicy) i tłumnie wylegali na ulice na rodzinne spacery.

Wczoraj byli Perła z Dankiem i Małgosią. Małgosia najpierw była trochę niepewna, ale w końcu tak się rozbawiła z Julką, że nie można jej było zagonić do domu. Dowiedzieliśmy się skąd się wzięła nasza paczka erefenowska. Okazuje się, że to Krzyś Michalski, którego o to pytano, podał m.in. nasz adres. Miasteczko Bergstaadt Oerlinghausen (do paczki załączono widokówkę) ufundowało paczki i wynajęło TIR, który te wszystkie dary przywiózł. Danek [Kalbarczyk] opowiadał, że to Józek Chajn w Białołęce był autorem sposobu na to jak zachować się wobec propozycji podpisania deklaracji lojalności. Opowiadano nam, że wiele osób tak robiło, nie wiedziałam, że Józek był pierwszy. Kiedy panowie ubecy podsunęli mu rzeczony papier do podpisania zapytał: „A panowie to już podpisali?”. „My nie musimy” – odpowiedzieli. „To ja też nie muszę” – powiedział z kolei Józek.

Dziś rano kupiłam 1 litr mleka, serek homogenizowany (chudy), trzy zupy w proszku i zapłaciłam 99 złotych polskich. Zupa koperkowa podrożała z 4.20 zł na 11 zł i to jest jeszcze stosunkowo niedużo.

Ukazuje się coraz więcej gazet. Są już chyba trzy tygodniki („Tyg. Wojenny”, „KOS”, „Mazowsze”). Wpadły „Wiadomości” razem z drukarnią. Ostatnio złapali Wojtka Ostrowskiego, Aldonę Jawłowską (internowani).

 

 

14 lutego dotarła do nas odręcznie napisana informacja z FSO od pracujących tam robotników. Przytaczam ją dosłownie:

 

„Internowani w FSO 13 XII: Dyner Jerzy – oddelegowany do Regionu, Puchowski – członek zarządu fabrycznego; Skoczeń Tadeusz – internowany przypadkowo, znany bezpiece za dowcipy. W czasie walki o wolne soboty nosił na plecach tablicę z napisem: Zmuszają mnie do pracy w wolne soboty. Przed wojną obiecał jednemu partyjnemu, że jeśli odda legitymację, to go w nagrodę wyniesie na plecach za bramę. Partyjny oddał legitymację, a Skoczeń wyniósł go.

Strajk. W dniach 14 – 15 XII strajk okupacyjny w Narzędziowni (Zakład nr 5) – Komitet Strajkowy: Głowacki Edward, Janusz Pieńkowski, Zygmunt Kamiński. Także okupacyjny strajk w Spawalni, do której dołączyły się Tłocznia, Montaż, Mała Spawalnia.

15 XII strajk zmianowy na Odlewni (Zakład nr 7) – spisanie postulatów – Wiśniewski (wiceprzewodniczący zarządu fabrycznego FSO. Postulaty: (1) uwolnić internowanych, (2) odwołanie stanu wojennego, (3) spotkanie z Wałęsą. Postulaty odnieśli dyrekcji: Edward Jankowski, Edward Bereza, Józef Boczoń, Siemiński. Około godz. 14 koniec strajku zmianowego, część załogi Zakładu nr 7 przeszła do Zakładu nr 5.

W nocy z 15 – 16 XII akcja ZOMO. Odcięto wszystkie drogi dojazdowe do FSO wozami pancernymi. Lufy czołgów były skierowane na wychodzących przez rozbitą bramę robotników. Akcja na hali przebiegała spokojnie. Kiedy ZOMO weszło przez okno doznało szoku z powodu grobowej ciszy – robotnicy siedzieli bez ruchu w końcu hali. ZOMO myślało, że to zbiorowe samobójstwo. Atmosferę rozładował głos jednego z ZOMO-wców «Jezus Maria! Chyba żyją!». Na bramie brano z listy i przewożono na komendę Praga-Pn (ul. Cyryla i Metodego). 30 osób dostało kolegium od 4 – 5 tys. zł. Pozostawiono w areszcie Pieńkowskiego (przewodniczący na Zakładzie nr 5), Kamińskiego (oddelegowany do Regionu do kolportażu). Wszyscy trzej[1]z 12 na 13 XII uniknęli internowania wybywając z domu. Ich proces w trybie doraźnym rozpoczął się 28. XII a zakończył 5. I. Wyrok oddoraźniający, wszyscy trzej po dwa lata (prokurator żądał 8 lat dla Pieńkowskiego, po 7 lat dla pozostałych) Obie strony wniosły odwołanie do Sądu Najwyższego.

17 XII w mieszkaniach Boczonia (przewodniczący na Zakładzie nr 7), Jankowskiego, Berezy (mąż zaufania), Siemińskiego (z wyjątkiem Jankowskiego, który po 14:00 15 XII poszedł do domu, trzej pozostali uczestniczyli w strajku na Zakładzie nr 5 i następnie mieli kolegium) była rewizja i wszystkich czterech aresztowano. Sprawa rozpoczęła się 30 XII, a 7 I zakończyła się wyrokiem uniewinniającym w trybie doraźnym. Przewodniczącym była Lidia Misiurkiewicz. Wiśniewski dostał na kolegium dwa miesiące aresztu. Za wszystkich pięciu z Odlewni składała poręczenie POP na FSO, prosząc o uchylenie aresztu – niestety nie pomogło.

Obecnie na FSO. Przewodniczący zarządu fabrycznego FSO, Puścian, choć był na Narzędziowni jest na wolności. Nie podpisał listy lojalności, nie przyjął propozycji współpracy z SB. W dyskusjach z komisarzami jest odważny. Na pytanie komisarzy co ludzie myślą o nich, odpowiedział, że chcą powywieszać komisarzy.

Wiśniewski nie siedział swoich dwóch miesięcy do końca i jest już w pracy, możliwe, że pomogły mu obciążające zeznania na sprawie Pieńkowskiego. (Już przed 13 XII Pieńkowski uważał Wiśniewskiego za człowieka niepewnego, co oświadczył w sądzie). Mistrzowie biorący udział w strajku dostali wymówienia zamienione na przeniesienie: m.in. Woźniak (PZPR). Poszczególne zakłady są odizolowane od siebie. Przechodzenie z zakładu do zakładu za specjalną przepustką.

Około 100 osób pozbawiono kwater prywatnych opłacanych przez Zakład. 160 osób przeniesiono do innych zakładów (głównie o charakterze zmilitaryzowanym): Nowotko, WSK, Okęcie.

Około 30 osób z Narzędziowni przeniesiono na inne działy. W najbliższym czasie w FSO pojawi się około 70 pracowników – wtyczek bezpieki. Mają miejsce masowe występowania z PZPR np. na Zakładzie nr 5 na wydziale 50-12 na 200 osób zatrudnionych, 58 było partyjnych; obecnie tylko 7 pozostało w PZPR.

Z 250 talonów na «Zastawy» dla załogi, załodze dano tylko 50, a reszta dla MO, SB i ZOMO.

Znaczki «Solidarności» są w pracy noszone, chociaż mało. Wychodzi już biuletyn fabryczny. 4.II wiadomo o pierwszym numerze. Masowe ulotkowanie ścian, mimo pilnujących kapusiów.

Na zakładzie nr 5 działa Komisja. Są samo wystarczający, jeśli chodzi o pieniądze przeznaczone dla rodzin internowanych, aresztowanych, na zwroty za kolegia. W ostatnim tygodniu stycznia na Spawalni FIATA, ktoś napisał na tablicy, żeby wieszać czerwonych. Poszła pogłoska, że 30.I wyleci hala spawalni w powietrze. W oznaczonym dniu w zakładzie było pełno milicji. Okazało się, że nie była to prowokacja SB, ale dowcip robotników”.

 

Na tym kończy się relacja z FSO. Mirek przyniósł wczoraj wiadomość o nowym zarządzeniu prezydenta miasta, że nie wolno pociągać do odpowiedzialności za noszenie znaczków SOLIDARNOŚCI. To trzeba sprawdzić i ew. wydobyć parametry tego zarządzenia.

[W tym miejscu do zeszytu wklejona jest strona zielonej przebitki z przepisanymi na maszynie tekstami dwóch wierszy/pieśni nieznanego autora].

 

Mniejsze zło

(Autor nieznany)

 

Mogliby przecież zabić stokroć więcej,

Pojemność więzień zwiększyć parę razy…

Ciesz się narodzie i skowycz w podzięce

Że oszczędzono ci sroższe ukazy.

 

Czyż uczyniono coś ponad konieczność,

Nad nieuchronność zdrady, kłamstwa, kaźni?

Wątpisz? Lat siedem za myśl niedorzeczną

O niewdzięczniku, brak ci wyobraźni!

 

Mogliby przecież i do snu twojego

Wedrzeć się nocą przez drzwi wyłamane.

Jeszcze pożyjesz- nie ma tego złego…

Póki i ciebie nie stawią pod ścianę.

 

Cóż im wzbraniało rozmiażdżyć czołgami

Nie tylko bramy hut, kopalń i stoczni,

Mniej dobrotliwie tłuc pałką, szczuć psami,

Gorliwiej słuchać moskiewskiej wyroczni.

 

I czy zważyłeś, że robią to sami?

Że samodzielnie od Wielkiego Brata

Biorą rozkazy, spieszą z raportami…

Czy doceniłeś suwerenność kata?

 

Jeszcze oddychasz, więc sław dobrą wolę

Nim ci języka nie wyrwą wraz z kneblem,

W lufę kamery spójrz z miedzianym czołem

I stań na baczność w hańbie niepodległej.

 

Jeszcze nie tym razem

(Autor nieznany)

 

Jeszcze tym razem czołg, pałka i tarcza

Jeszcze tym razem może wam wystarczą.

Jeszcze tym razem można zdeptać butem…

Lecz raz następny? … O, nie wątpię o tym,

Fala przybierze i znów tamy zerwie,

A wtedy drżyjcie, bo wtedy zapewne

Już nic nie wstrzyma tych, którzy raz jeszcze

Głowy schylili, bo oni  p o w s t a n ą

I znów wyjdą i wyłamią bramy.

Dzisiaj wy butni, wy dzisiaj zwycięscy –

Pomyślcie o tym, że to wasz dzień klęski.

Żeście przegrali, Bi „lekcji historii”

Nikt nie przebaczy, ani nie zapomni.

Ci – dziś za kratą – mają swych przyjaciół

Ci – dziś w niewoli – mają siostry, braci,

Pomordowani mają cały naród.

On ich poniesie. Do oczu wam staną,

Zakryjcie twarze, bo patrzą tysiące

Co nie zapomną. Patrzcie, ci klęczący

Dziś pochyleni i dzisiaj milczący,

Jutro mądrzejsi, silniejsi legendą

O tych co padli – ci was sądzić będą,

Tym bezwzględniejsi, im bardziej dziś zgięci,

Im więcej dzisiaj na waszych obliczach

Błysków tryumfu, im dziś w waszych oczach

Więcej jest pychy, im więcej pogardy

Tym bardziej wyrok będzie kiedyś twardy,

Tym większą siłą wasze ślady, godła

Zdeptane będą do korzenia, do dna wykarczowane

I nie pozostanie z waszych budowli na kamieniu kamień.

Wy nie zdołacie nawet obca armią

Stawić nam czoła. Zetrzeć Solidarność

Z murów możecie, ale nie z pamięci.

Kiedyś powiemy wam: bądźcie przeklęci.

Pięść się zaciśnie i będziecie w matni

Gdy wyruszymy na „Bój nasz ostatni”.

 

 

16 lutego (66) wtorek

Byłyśmy z Natalią u Ady Diemowej. Była w niedzielę w Jaworzu. Widziała się też z Witkiem. Znów zmieniono tam komendanta i lekarza i zaostrzono rygor.

Wieczorem u Krysi Koftowej. Dawno się nie widziałyśmy i dziś spędziłyśmy miło kilka godzin. Przyniosłam stare prześcieradło, na którym Krysia malowała kolorowe kwiaty. To ma być spódnica dla Julki na bal ostatkowy w przedszkolu. Bal odbędzie się w czwartek. Ustaliłyśmy z Krysią, że Julka będzie przebrana za Cygankę, ale Mirek po obejrzeniu wyrobu zadecydował, że to raczej przebranie za WIOSNĘ. Bo ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA.

U Krysi – Darek opowiadał co widział jego ojciec na placyku przed Braćmi Jabłkowskimi. Potem Mirek opowiedział o tym samym zdarzeniu, które znał z relacji innego świadka. Kiedy porównaliśmy, okazało się, że ojciec Darka stał w centrum zajścia, a informatorka Mirka – na zewnątrz. Dzięki temu relacje znakomicie się uzupełniają. A było to tak: Szedł chłopak, który miał przypięty do płaszcza znaczek „S”. Nie wiem dokładnie w którym miejscu zbiegu ulic: Bracka, Krucza, Szpitalna, Rutkowskiego i Hibnera miało miejsce to zdarzenie, ale wyobraziłam sobie, że na wysepce w kształcie serka, który tworzy się między przecinającymi się ulicami. To jest tak ruchliwa ulica, że w innym miejscu nie byłoby dość przestrzeni. Tak więc, z jednej strony szedł chłopak ze znaczkiem, a z drugiej patrol, najprawdopodobniej ZOMO (ludzie mają kłopoty z rozróżnieniem służb – wszyscy chodzą w takich samych panterkach moro. Podobno można ich rozróżniać po szalikach – wojsko nosi zielone – a najskuteczniej po orzełkach.) Patrol prowadził sierżant z karabinem maszynowym przewieszonym przez piersi. Kiedy znaczek z napisem SOLIDARNOŚĆ zakłuł go w oczy zatrzymał chłopaka i zażądał dowodu.

„No co, będziemy się teraz tłumaczyć” – wycedził sierżant trzymając w łapach dowód. „Z czego mam się tłumaczyć” – zapytał chłopak, spokojnie i z godnością. „Nie udawaj, że nie wiesz” – zaczął podniecać się sierżant. Rozejrzał się dookoła. Nie byli już sami. Od początku zajścia zaczęli otaczać ich ludzie. Wianuszek widzów robił się coraz grubszy. To podnieciło sierżanta bardziej, zaczął chłopcu wymyślać wymachując przy tym jego dowodem. Próbował powiedzieć co mu może zrobić. Ale gęstniejący tłum – od początku czujny (ale ciekawski) – zafalował. Zaczęły padać okrzyki pełne emocji. „Oddaj dowód, puść chłopaka, patrzcie, przyczepił się łobuz”. Ale także: „gestapo, dranie itp.”. Żołnierze z patrolu, od początku bierni i jakby dystansujący się od sierżanta zaczęli się wycofywać powoli poza kordon rozjuszonych ludzi. W pewnej chwili, starsza kobieta przepchnęła się do sierżanta, złapała z lufę karabinu i przyłożyła ją sobie do brzucha. „No, strzelaj teraz, ty Hitlerze” – rzuciła sierżantowi, patrząc mu wyzywająco w twarz. Sierżant zamilkł, tłum na chwile oniemiał. Kobieta, w tej chwili zaskoczenia sprała sierżanta po pysku. Żołnierze z patrolu wycofali się zupełnie z tłumu. Tymczasem na zewnątrz, ludzie, którzy nie mogli zobaczyć tego co się dzieje w centrum, informują się nawzajem o zajściu. Zatrzymali chłopaka za noszenie znaczka „S”. Dowód mu zabrali. Tłum otaczający zajście liczył już ponad 100 osób. Wtedy właśnie przejeżdżał obok radiowóz. Zatrzymał się na widok zgromadzonego tłumu. „Chcą go zabrać, otoczyć radiowóz, nie dajmy im odjechać” – zaczęli wołać ci, którzy spostrzegli podjeżdżający radiowóz. Wokół radiowozu rozkwitł drugi wianuszek ludzi. Ze środka wysiadł zdezorientowany oficer. „Co się tu dzieje?”. „Zatrzymany się stawia. Obraźliwie się odzywa” – informuje sierżant przepchnąwszy się przez tłum do oficera. Tłum znowu zafalował. „Łże jak pies – kłamstwo – sam jest ordynarny”. Oficer rozejrzał się w koło, ocenił sytuację. „Zwrócić dowód” – zadysponował. W tłumie zerwały się oklaski. „Brawo, tak postępuje prawdziwy Polak” – ludzie popadli w przeciwny skrajnie nastrój entuzjazmu. Mile połechtany uznaniem oficer poprosił: „A teraz, drodzy państwo, bardzo proszę, rozejść się”.

W ciągu paru chwil na placyku zapanował normalny, codzienny ruch.

PAULA SAWICKA

[1] Brak trzeciego nazwiska – nie wiem czy przez nieuwagę pominęli je autorzy ulotki, czy ja przy przepisywaniu jej.

Warszawska Jesień

Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” od początku organizowany jest przez Związek Kompozytorów Polskich. W 1956 roku, kiedy odbywała się jego pierwsza edycja, w kraju zaczynała się polityczna odwilż. Uczestnicy festiwalowych koncertów mieszali się z tłumem wiwatującym na ulicach Warszawy na cześć Władysława Gomułki. Był to czas wielkich nadziei na zmiany – w kursie politycznym i w życiu Polaków, ale także w muzyce. Po latach socrealizmu środowisko muzyczne łapało świeży oddech. Pod pretekstem spotkania w Warszawie muzycznych światów zza wschodniej i zachodniej strony „żelaznej kurtyny”, festiwal zaczął prezentować nowe prądy muzyczne. W 1956 roku na festiwalu zabrzmiały Koncert fortepianowy Arnolda Schönberga i Suita liryczna Albana Berga. W 1958 roku (to był drugi festiwal, dopiero wówczas ustalił się jego coroczny cykl) muzykę elektroniczną prezentował już sam Karlheinz Stockhausen, a kompozycje na fortepian preparowany Johna Cage’a i Christiana Wolffa grał David Tudor. Wtedy też swą Muzykę żałobną zaprezentował Witold Lutosławski, a chóralno-perkusyjnym Epitafium do słów Juliana Tuwima zadebiutował Henryk Mikołaj Górecki. Rok później publiczność Warszawskiej Jesieni usłyszała o Krzysztofie Pendereckim… Wkrótce potem o kompozytorach z Polski, jako tzw. „polskiej szkole kompozytorskiej”, mówił już cały muzyczny świat.

Warszawska Jesień od początku niosła nadzieję. Nadzieję na odnowienie kontaktów z Zachodem, na poznanie najnowszych muzycznych tendencji, na wyrównanie szans dla rodzimych kompozytorów od 1949 roku szczelnie odciętych „żelazną kurtyną”. Nadzieje te podzielali twórcy z ZSRR i całego wschodniego bloku, dla których na długie lata warszawski festiwal stał się jedynym miejscem spotkań z najnowszą muzyką. Bo, jak pisał w 1958 roku Zygmunt Mycielski: „Istotnie – to, co się stało w Warszawie, przeszło wszelkie wyobrażenie o jakimś taktycznym zaplanowaniu – było wsadzeniem kija w mrowisko. Bo jakże? Doprowadzić do tego, żeby Nono i Stockhausen słuchali VI Symfonii Iwanowa i Koncertu fortepianowego Taktakiszwilego, żeby najpoważniejsi redaktorzy i recenzenci z różnych krajów słuchali 2 Kurze Stücke Herberta Eimerta z Kolonii i Gesang der Jünglinge Stockhausena… Tylko jedno jest dziś takie miejsce na świecie – a może i tylko jeden czas na takie wyczyny!” [1].

Ale także dla krajów zachodnich Warszawska Jesień stawała się wzorem. Pokazywała, jak organizować festiwal nowej muzyki, jak inspirować własnych kompozytorów. To na Warszawę patrzyli twórcy festiwali w Palermo, Dublinie, a nawet dalekim Rio de Janeiro (nie mówiąc o festiwalach powstających z czasem po naszej stronie zimnowojennego świata – w Zagrzebiu, Kijowie, Bratysławie, Wilnie…). Znaczenie Warszawskiej Jesieni pozostaje zatem dla współczesnej kultury muzycznej niepodważalne. To dziedzictwo, z którego zawsze powinniśmy być dumni!

 

 

Warszawska Jesień towarzyszyła politycznym, społecznym i kulturowym przemianom, jakich doświadczała Europa i świat ostatnich siedmiu dekad. Muzyka reagowała i reaguje na nie po swojemu. Kompozytorzy nie żyją oderwani od rzeczywistości. Przeciwnie, często swoimi pomysłami potrafią wyprzedzić, czy wręcz przeczuć to, co dopiero nastąpi. Dlatego najnowsza twórczość muzyczna jest tak ważna. Warszawska Jesień co roku z uwagą przygląda się otaczającej nas rzeczywistości. Nie bez powodu tematem przewodnim tegorocznej edycji jest nadzieja, ukryta pod hasłem „Prześwit”. W świecie, w którym widzimy coraz więcej zagrożeń, to właśnie nadziei wypatrujemy najbardziej – z radością witając każdy jej promyk.

Nadzieję niesie już sama myśl o Warszawie: pełnej życia, kreatywnej, otwartej – a przecież niegdyś skazanej przez okupanta na zniszczenie. To od opery Najpiękniejsze miasto świata. Opera o Warszawie, skomponowanej przez Cezarego Duchnowskiego do libretta Beniamina Bukowskiego według książki Grzegorza Piątka, rozpoczynamy tegoroczny festiwal. Symboliczny początek! Dalej zaplanowane są koncerty i wydarzenia muzyczne przypominające o sile odradzania tkwiącej w człowieku, naturze i w samej muzyce. Nadzieję dają także wspólne spotkania i dyskusje, budujące poczucie wspólnoty osób, którym bliska pozostaje współczesność i których łączy potrzeba artystycznego jej przeżywania. Włączamy w to także najmłodszych, dzięki realizowanej po raz kolejny Małej Warszawskiej Jesieni.

Zapraszam do udziału w budowaniu festiwalowej wspólnoty Warszawskiej Jesieni. Do przeżywania współczesności przez muzykę i niesione przez nią przesłania. Do odkrywania prześwitów nadziei w muzycznych odsłonach każdego dnia tegorocznego festiwalu. Do zobaczenia!

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Prezes Związku Kompozytorów Polskich

 

Tekst opublikowany w książce programowej festiwalu Warszawska Jesień 2025.

[1] Zygmunt Mycielski, Po Warszawskiej Jesieni Muzycznej, w: Zygmunt Mycielski, Znaki zapytania, red. Beata Bolesławska-Lewandowska, Marek Zagańczyk, Kraków, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 2022, s. 232.

Paweł Panas „Dwie wieże Wojciecha Karpińskiego”

Przedziwne i rzadkie to doświadczenie lekturowe, kiedy literatura w niezamierzony sposób antycypuje przyszłe wydarzenia. I nie mam tu na myśli wielkiej tradycji profetycznej, chodzi mi raczej o niewytłumaczalne koincydencje, które dopiero po pewnym czasie nabierają dodatkowego znaczenia, kiedy słowo pisane zaczyna się przyglądać swojemu odbiciu w gwałtownie zmąconej tafli historii. Z taką niecodzienną sytuacją mamy do czynienia w Amerykańskich cieniach Wojciecha Karpińskiego, dzienniku podróży do Ameryki, którą autor odbył w 1981 roku. W arcydzielnej miniaturze narracyjnej zatytułowanej Nad Central Parkiem – fragment datowany na 13 października – Karpiński opisał kolejny już przylot samolotem do Nowego Jorku. Tym razem było to jednak doświadczenie niepodobne do wcześniejszych, bo miasto w pełni odsłoniło swoje spektakularne, dotąd skrzętnie skrywane oblicze. Oczom eseisty ukazał się niepowtarzalny, wymarzony widok z góry na samo centrum tętniącej życiem amerykańskiej aglomeracji: „Tyle razy się skarżyłem, że przylatując do Nowego Jorku, nie widziałem Manhattanu z góry. Chodząc po mieście, daremnie szukałem odkrywczych perspektyw w przejrzystej, lecz monotonnej szachownicy ulic. Teraz wszystko zostało nadrobione. Samolot leciał nisko nad Dolnym Manhattanem. Na wysokości Central Parku dokonał obrotu, powoli odsłaniając najbardziej efektowne widoki, pochylając się na moją stronę” .

 

 

Niski przelot nad Nowym Jorkiem budzi uzasadnione emocje, pozwala spojrzeć na miasto z innej perspektywy, daje nowy punkt odniesienia dla obserwacji jego struktury i dynamiki, ale staje się także – co ciekawe – doskonałą okazją do autorefleksji. Poznawanie Ameryki, jej mapowanie, okazuje się w równym stopniu podróżą w głąb siebie, do źródeł osobistych preferencji oraz idiosynkrazji. Wzruszenie eseisty wiąże się ze wspomnieniami podróży sprzed trzech lat i koncertem Metropolitan Opera w Central Parku. Ale jednocześnie jest czymś więcej, prowokuje pytanie o adekwatność i aktualność poczynionych wtedy obserwacji i związanych z nimi analiz: „Czy dostrzegłem wówczas Mapę Ameryki, czy też to była moja mapa, na tle mojej generacji, mojego kraju, moich problemów, a nowojorskie widoki były tylko tłem, wciąż wymykającym się, obcym? Autobiographie par personnes interposées?”.

Sentymentalny wymiar tego wspomnienia bez wątpienia jest istotny, sam autor wyraźnie go eksponuje. Równie ważne jest jednak także przywołanie programowego szkicu Mapa Ameryki, który otwierał tom W Central Parku. Przypomnijmy najważniejsze myśli tamtego tekstu. Przedstawienie Rigoletta w otwartej przestrzeni miejskiej stało się pretekstem do próby uchwycenia istoty amerykańskiej wielokulturowości, w której kontrasty między osobistą swobodą, modernizmem przestrzeni miejskiej i nieograniczonym wręcz potencjałem absorpcji największych osiągnięć światowej kultury tworzą niepowtarzalny kolaż definiujący rzeczywistość, z pozoru tylko ograniczoną jakimikolwiek barierami. Kakofonia zmysłowych doświadczeń oraz bogactwo intelektualnych poruszeń, wszystko to sprawia, że próba pojęciowego ujęcia fenomenu Ameryki staje się wyłącznie migotliwym mirażem – o ile w jakichkolwiek innych okolicznościach byłaby możliwa. Na to nakłada się także nieunikniony bagaż indywidualnych doświadczeń i oszołomienie możliwością odkrywania kolejnych odsłon Nowego Świata. To właśnie ciągłe oscylowanie pomiędzy byciem tu i teraz a jednocześnie doświadczeniem własnej obcości określa ramy tej podróży. Pisze Karpiński: „W czasie przedstawienia Rigoletta ogarnęło mnie przekonanie, że odnajduję ukryty sens dotychczasowej wędrówki. A przecież wciąż natykałem się w Stanach na nieprzekraczalną zasłonę oddzielającą od spraw, ludzi, widoków, książek, obrazów. Wspaniałość doznań nieraz paraliżuje. Intensywność chwili, odmienna od czasu powszedniego, stanowi wówczas dodatkową kurtynę. Niestyczność wyobraźni, obcość języka. Ten, kto przeżywa, jest osobowością wewnątrz osobowości, wydzielony, odmienny. Niekiedy jednak wyobraźnia odnajduje się i utwierdza w podróży, wyjeżdża z nami, wysyła nas ku światu, ułatwia porozumienie, uczy o innych i o nas samych. Festyn w Central Parku sprzyjał otwarciu i komunikatywności wyobraźni. Od dawna problem dla mnie podstawowy: uzyskać głos, nauczyć się języka, w którym mógłbym ujmować świat i siebie bez deformacji sensu. Podróże – jak dzieła sztuki – są szkołą mowy” .

Odkrywanie Ameryki polega więc na kumulacji doświadczeń oraz na poszukiwaniu języka zdolnego je wyrazić, bez zbędnego nalotu konwencjonalnych zapośredniczeń, także bez nadmiaru egzaltacji, której emocjonalny rys mógłby zniweczyć podejmowany wysiłek w celu dotarcia do istoty rzeczy. Podróż jest bowiem w równym stopniu przeżyciem zmysłowym, co intelektualnym. Nie da się jednak zrealizować tak ambitnego planu bez właściwych przewodników – to oni pokazują, co jest naprawdę ważne, radzą, a kiedy trzeba, pozwalają się skonfrontować, stanowią istotny punkt odniesienia, zakotwiczają w tradycji, towarzyszą wielkim pochodem cieni, cierpliwie tłumaczą i wyjaśniają. Dzięki temu dialogowi w efekcie dostajemy coś więcej niż tylko kolekcję mniej lub bardziej efektowanych pocztówek. Są tu Nabokov i Sołżenicyn, Kawafis i Tocqueville, Miłosz i Gombrowicz, Lechoń, Wittlin i Stempowski, ale także Hockney i Steinberg – każdy z nich w inny sposób miał udział w doświadczaniu pełni Ameryki. Każdy z nich był przewodnikiem po innym jej wycinku, niekiedy zaledwie pobudzając wyobraźnię, innym razem podsuwając gotowe formuły i style patrzenia, zdarzało się, że wywołując opór i jednoczesną fascynację. Podróż do źródeł Ameryki okazuje się w równym stopniu podróżą do źródeł europejskiej kultury i tożsamości – prawdziwym paradoksem jest, że droga do Nowego Świata jest drogą w głąb samego siebie, i jako taka nie ma końca, trwa i musi trwać, rozpalać wyobraźnię i sycić zmysły.

„Dlatego, jak sądzę, nie ma jednolitej lekcji amerykańskiej kultury, jednorodnej mapy Ameryki. Uwaga oglądającego kieruje się ku kilku motywom, wybranym subiektywnie, lecz wpisanym w amerykański horyzont, rozwijającym tu swój sens. Nie Naphta ani Settembrini prowadzili mnie po Ameryce, nie podpisywałem też z nikim kontraktu, nikt nie obiecywał mi upojenia chwilą. Przeciwnie, w bibliotekach Yale czy Harvardu, w Metropolitan Opera, w muzeach Bostonu i Williamstown, a także w barach Greenwich Village czy San Francisco walczyłem z faustycznymi pokusami. Budowałem trwanie w czasie, genealogię i perspektywy” – podsumowuje swoje odkrywanie Ameryki Karpiński . Imponować może szczerość tego wyznania. Coś co w założeniu miało być definitywnym obrazem, odkryciem samej esencji, w efekcie okazuje się „zaledwie” zapisem procesu poznawania świata zewnętrznego i samego siebie. Niezwykle cenna to lekcja wrażliwości, ale także wzór dojrzałej postawy kulturowej, której istotą jest zakorzenienie w tradycji rozumiane jako żywy, trwający wciąż dialog. Nie chodzi więc o strzepywanie kurzu pokrywającego mniej lub bardziej zapomniane arcydzieła światowej kultury. Prawdziwą stawką jest bowiem uparte, niekończące się poszukiwanie źródeł aksjologii Zachodu, aby zrozumieć własną specyfikę, zawczasu dostrzec możliwe zagrożenia, jak również docenić wciąż jeszcze istniejące szanse.

 

 

Czy można więc tym samym stwierdzić klęskę projektu? W ten sposób pisze o tym Karpiński, chociaż należy to odczytywać przede wszystkim jako autoironiczną, jednocześnie pełną nadziei zapowiedź dalszego ciągu poszukiwań, próbę wytyczenia drogi na przyszłość, projekt podróży w przestrzeni i wyobraźni: „Wyprawa do Nowego Świata to nie tylko podróż w przestrzeni, ale też podróże w czasie, lekcja geografii i zarazem lekcja języka. Nie wyszedłem z tych nauk zwycięsko. Wyjeżdżając, miałem przekonanie, że to, co potrafię opowiedzieć, jeżeli potrafię, to tylko pierwsza wersja, tylko szkic mapy Ameryki. Zamknąć wrażeń z Central Parku nie umiem. Nie zamknęły się przecież. Jeszcze Ameryka nie została oswojona, jeszcze powroty dają radość, trwa pamięć, a wyobraźnia wybiega naprzód. Jeszcze nie koniec podróży” .
W ten sposób wracamy do punktu wyjścia, do zapisu z dziennika podróży po Ameryce, w którym autor wprost nawiązał do swojego wcześniejszego pobytu w Stanach i szkicu, którego punktem wyjścia stał się pamiętny koncert Rigoletta w Central Parku. Trzy lata później, przyglądając się swoim własnym rozmyślaniom z dystansu, będąc w przededniu podjęcia jednej z najważniejszych decyzji życiowych, z większą precyzją dostrzegał istotne uwarunkowania własnych poszukiwań, ale pełniej także – jak sądzę – rozumiał Nowy Świat. Wiedział, że za „niepowodzenie” wcześniejszego projektu nakreślenia mapy Ameryki odpowiadała przede wszystkim nieunikniona potrzeba zrozumienia samego siebie, swoich ograniczeń i przewag oraz wskazanie głównych punktów orientacyjnych, fundamentalnych hierarchii w formacji kulturowej swojej i swojego pokolenia. Okazuje się zatem, że bardziej chodziło o twórcze spotkanie z wielkimi przewodnikami niż obserwację codzienności zwykłych mieszkańców choćby nawet Nowego Jorku.

Skąd jednak moja uwaga o literaturze przeglądającej się po latach w zmąconej tafli historii i owych niezwykle rzadkich koincydencjach sprawiających, że słowo pisane po czasie może okazać się złowrogo brzmiącą zapowiedzią przyszłego nieszczęścia? Kończąc zapis o niezapomnianym doświadczeniu niskiego przelotu nad sercem Manhattanu, Karpiński podsumowywał kulminacyjny moment tego doświadczenia oraz towarzyszące mu własne wzruszenie: „Szukając cudzych cieni w kanionach nowojorskich ulic, starałem się odnaleźć znajome budowle, szukałem ulubionych drapaczy, odnajdywałem je we właściwym miejscu, choć w odnowionym kształcie. Kaniony ulic były teraz naprawdę kanionami. Po ich połyskliwym dnie poruszały się żuki-samochody. Samolot powoli płynął wzdłuż Central Parku. Nad Górnym Manhattanem skręcił raz jeszcze. Ukazał dalsze perspektywy. Zobaczyłem bliźniacze wieże World Trade Center. Nadal stoicie. Cieszę się”.

Dwadzieścia lat później, 11 września 2001 roku, cały świat wstrzymał oddech, obie wieże w tragicznych okolicznościach przestały istnieć. Ich upadek można było śledzić na ekranach telewizorów. W jednej chwili zmieniła się Ameryka, zmienił się Nowy Jork, odtąd nic nie było już takie samo jak wcześniej. Kiedy więc czyta się dzisiaj ostatnie zdania zapisu Karpińskiego z 1981 roku, trudno nie dostrzec ich profetyzmu. Choć napisane w zupełnie innym kontekście, z czasem wypełniły się dodatkowym ładunkiem semantycznym i emocjonalnym, którego autor w żaden sposób nie mógł przecież przewidzieć. Koincydencja to tak niezwykła, iż można było nawet podejrzewać, że zdania te zostały dodane później, na przykład w ramach redakcji kolejnych wydań Amerykańskich cieni, już po zamachach na World Trade Center. Musiałem to sprawdzić. Pierwsze wydanie dziennika podróży do Ameryki Karpińskiego ukazało się w Instytucie Literackim w 1983 roku jako 372 tom Biblioteki „Kultury”. Sięgnąłem na półkę po to pierwsze wydanie i na 65 stronie przeczytałem: „Zobaczyłem bliźniacze wieże World Trade Center. Nadal stoicie. Cieszę się”. A więc jednak były tam od samego początku, kładąc – wtedy jeszcze niewidzialny – pomost pomiędzy różnymi epokami, z nadzieją patrząc w mroczną i nieodgadnioną przyszłość.

PAWEŁ PANAS

Fragment szkicu „Mapa Ameryki Wojciecha Karpińskiego” z przygotowywanej do druku książki „Piętno obcości. Szkice o literaturze emigracyjnej”.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek