HOME

Iluminacje

Ta książka dotyczy sztuki, czy może bezpieczniej mówiąc: twórczości, ale – widać to wyraźnie – zupełnie się rozmija z głosami dominującymi dziś w przestrzeni akademickiej czy krytycznej. Ryzykując pewne uogólniające uproszczenie, co wydaje się nieuchronne przy okazji wszelkich panoramicznych ujęć, powiedzieć można, że o sztuce rozprawia się dziś nade wszystko w kontekście historycznym. Dzieło sztuki, powiada się zwykle, jest dzieckiem historii i nie wolno o tym zapominać. Teza ta, brana z dobrodziejstwem inwentarza, jest albo czerstwym banałem (bo wszystkie efekty naszych działań są historyczne, osadzają się na osi czasu!), albo ideologicznym przesądem. Z historyczności każdego dzieła sztuki nie wynika bowiem żadną mocą, by nie posiadało ono pewnej warstwy, która historii się opiera, więcej – której nie da się zrelatywizować jedynie do substancji historycznej.

Moja propozycja jest zbójecka, idzie bowiem pod prąd przyzwyczajeniom naszego czasu. Twierdzę bowiem, że sztuka, albo to, co sztuką zwykliśmy nazywać, jest – jak wszystkie ludzkie artefakty – historyczna, co oznacza, że można je z większą czy mniejszą trafnością oznaczyć chronologicznie (im dalej w przeszłość, tym nasze atrybucje stają się coraz bardziej wątpliwe), ale to, czym sztuka jest w istocie, jej niematerialna esencja, historyczne nie jest. Innymi słowy: sugeruję, że to, co w sztuce najistotniejsze, nie tylko z trudem (o ile w ogóle!) poddaje się konceptualizacji, z czym bodaj zgadzają się wszyscy mający z nią bliski kontakt, ale coś więcej: twierdzę, że owa esencja wykracza, w trudny do wytłumaczenia sposób, poza historyczny czas powstania. Że, innymi słowy, ze swej istoty jest transhistoryczna. Albo, przywołując hasło ze słownika filozoficznego, metafizyczna – w całej semantycznej rozciągłości tego przymiotnika [1]. Trudno zaprzeczyć: sposób przejawiania się sztuki zmienia się wraz z historią (samo pojęcie sztuki też jest historyczne! [2]), pojawiają się nowe materiały, nowe style, nowe estetyki, nowe konwencje, ba, nowe mody – ale to wszystko, twierdzę, należy do sfery akcydensów. I nie mają one większego wpływu na to, co naprawdę stanowi o tożsamości sztuki. Być może dlatego wciąż reagujemy emocjonalnie na malarstwo paleolityczne, rzeźbę grecką, średniowieczne krucyfiksy, opery Monteverdiego, pasje Bacha, tercyny Dantego, hymny Hölderlina. W jakimś sensie je „rozumiemy”, choć o stopień tego rozumienia możemy się spierać.

Bliższa czy dalsza przeszłość artystyczna to nie jest – by zacytować klasyka historiografii – foreign country [3]. To nie są nieme obiekty, budzące w nas jedynie poczucie inności, dziwności i obcości [4] . Wbrew historycznym sceptykom tak po prostu nie jest [5]. Rzecz ma się wprost przeciwnie: dzieła uchodzące za klasyczne, wzorcowe, kanoniczne wciąż wprawiają w ruch nasze emocje, chcemy je oglądać, słuchać, czytać. Są żywą częścią naszej teraźniejszości. A my jesteśmy wiarygodnymi rezonatorami ich przekazu z przeszłości. Nie jest łatwo odpowiedzieć na pytanie, jak to jest możliwe. Jak to się dzieje, że angażują naszą wrażliwość dzieła pochodzące z epok radykalnie odmiennych od naszej, zarówno mentalnie, jak i – co może szczególnie rzuca się w oczy – cywilizacyjnie? Być może jest tak, powiedzmy ostrożnie, że mimo radykalnych różnic w technologicznym wyposażeniu (pochodnia zawsze przegra z żarówką…) w duchowej osnowie wciąż jesteśmy tymi samymi istotami. Jak upiera się Jean Clottes, wybitny francuski badacz sztuki paleolitycznej, gatunkowe wyrażenie homo sapiens jest mało przekonujące, brzmi nazbyt optymistycznie. Według niego na poziomie głębszym niż dyskursywne myślenie bardziej adekwatnym pojęciem byłoby raczej homo spiritualis [6]. To właśnie sztuka, jak żaden inny fenomen powołany ludzką ręką, pozwala uświadomić sobie trafność tego zaskakującego konceptu. Nawiasem mówiąc, może w tym właśnie – spirytualnym kontekście – lepiej zrozumiemy niezwykłą uwagę Seamusa Heaneya, znakomitego irlandzkiego poety, który twierdził, że sztuka, jakkolwiek by ją definiować, jest zawsze wzlotem, ruchem ku górze, że jawnie i istotowo przeciwstawia się grawitacji: „Tworzenie dzieła artystycznego jest dążeniem skierowanym ku górze, oznaką, że dusza pragnie przeżyć i przeciwstawić się ciążeniu w dół” [7]. Dzieło sztuki jest niezgodą na nieznośną płaskość egzystencji, na zagrażające jej wciąż i z każdej strony odczucie jałowości i bezsensu. Sztuka, zwłaszcza ta ze stemplem arcydzieła, dowodnie świadczy, że istnieją w nas potencje, które zdolne są wyprowadzić nas poza sferę naturalnego ciążenia w dół.

Nie ma rzecz jasna powodu, by umniejszać kontekst kulturowy i historyczny, który bywa czasem przeszkodą w rozumieniu dzieł sprzed wieków. Przeciwnie – powinien on być jak najdokładniej rozpoznany. Nie ma też powodu twierdzić, że wielkie dzieła z przeszłości rozumiemy dokładnie tak samo jak ludzie, dla których owe dzieła były tworzone. Ale przecież tragedia grecka, dramat Szekspira, obraz Rembrandta wciąż wywołują w nas silny rezonans. Nawet myśliciela tak historycznie ukierunkowanego jak Karol Marks nie przestawała zadziwiać aktualność sztuki greckiej! Może warto wmyśleć się w ten głos, zasadniczo sceptyczny wobec wszelkich „wiecznych idei”; głos filozofa, który w materii historycznej dostrzega nie tylko zmienność, ale również i trwanie. Bo też jest w tym zdziwieniu coś, co naprawdę daje do myślenia: oto okoliczności powstania wielu dzieł już dawno przepadły, otoczenie mentalne, religijne i kulturowe zmieniło się radykalnie – a fryz z Partenonu, obraz Mantegni czy madrygał Monteverdiego wciąż robią wrażenie na umysłach wrażliwych i otwartych na możliwość przeskoku w czasie. To dokumenty przeszłości, których historyczną metrykę dobrze znamy, co jednocześnie nie przeszkadza nam być czułym na ich wiecznie aktualny przekaz.

Naturalnie, nie ma większego sensu, by pozbawiać te dzieła historycznego kontekstu i twierdzić, że powstały w kulturowej i mentalnej próżni. Nie wydaje się też mądre całkowite pomijanie intencji autorskich ani powodów powstania dzieła. Ale też nic nie stoi na przeszkodzie, by uznać, że jakaś ich część transcenduje warunki powstania oraz że ich umysłowy i duchowy przekaz jest w pewnym stopniu czytelny także współcześnie. Inaczej mówiąc: że potrafimy poddać się ich zniewalającej czasem sile i intensywnie przeżyć to, co z sobą przynoszą.

 

 

Wiele wskazuje na to, że tak rozumiana sztuka należy do zjawisk wymykających się czysto rozumowym eksplikacjom i kategoriom logiki dwuwartościowej, że istotowo bliższa jest raczej snu, mitu, religii – a więc tych dziedzin, w których władza ratio zostaje w różnym stopniu zawieszona. Skądinąd teza o wspólnych historycznie korzeniach sztuki i religii nie budzi już dzisiaj bodaj żadnych kontrowersji: „Od tysiącleci wypływa jakby z samoistnego źródła strumień dzieł sztuki. Podczas gdy filozofia już u swego początku przeciwstawiała się religijnemu istnieniu, kwestionując je, sztuka pozostawała długo tożsama, tak co do swej treści, jak i świadomości, z aktem religijnym” [8]. To prawdopodobnie te właśnie, odporne na upływ czasu, zjawiska pozwalają nam najlepiej wnikać w fundamenty ludzkiej kondycji, które są niezmienne w każdej epoce. To bowiem, co należy do istoty człowieczeństwa, ma charakter kondycyjny, a nie wyłącznie historyczny. To prawda: ludzie zmieniają się w czasie, historyczna zmienność nie jest urojeniem, ale zasadnicze pytania, które ich zaprzątają, pozostają wciąż te same albo podobne. A ich niezmienność bierze się ze skończoności ludzkiej egzystencji i pragnień, by poza nią wykroczyć. Prawdopodobnie dlatego, mimo widocznych „gołym okiem” różnic w historycznym i kulturowym doświadczeniu, ludzkie wspólnoty mogą jednak się ze sobą komunikować [9] . I jeszcze coś: sztuka jest wiarygodnym odbiciem ludzkich pragnień i przekonań, tym samym można ją uznać za wielce wartościowe źródło historyczne. Zapewne z tego właśnie powodu już w pierwszych zdaniach wprowadzenia do pomnikowej historii Wenecji John Ruskin obwieszczał z przekonaniem: „Wielkie narody spisują swoje autobiografie w trzech manuskryptach: księdze czynów, księdze słów i księdze sztuki. Żadnej z tych ksiąg nie będziemy w stanie zrozumieć bez zapoznania się z dwiema pozostałymi; jednak z tych trzech najbardziej godna zaufania jest ta ostatnia” [10]. To prawda. Dodać by wszakże należało, że księga ta spisana jest w języku nie zawsze jasnym i zrozumiałym. W tym zwierciadle wiedza antropologiczna załamuje się osobliwie, dlatego jej rekonstrukcja wymaga skomplikowanych czasem hermeneutycznych zabiegów. Dobrze przy tym mieć świadomość, że w wyniku tego rodzaju translacji zawsze coś tracimy; przekład sztuki na język pojęć nigdy nie obywa się bez strat własnych.

 

*

Wbrew przesądom epoki twierdzę ponadto, że dzieło sztuki nie ogranicza się jedynie do sfery estetycznej i w jej obrębie wyłącznie się tłumaczy. Nie piękno tedy i przyjemność (dwa fetysze wciąż rządzące namysłem nad sztuką), ale prawda jest tą wartością, której sztuka służy. Inaczej mówiąc: sugeruję, że sztuka może i powinna być rozpatrywana również – a może przede wszystkim – w obszarze poznania. Że wglądy i intuicje, których doświadczamy, podziwiając największe dzieła sztuki, mają wymiar głęboko poznawczy. Tylko nieliczni naukowcy mają odwagę sformułować tę myśl wprost: „Najsilniej oddziałująca sztuka może wywołać w nas rzadkie stany umysłu i ciała porównywalne z tymi, które budzą najbardziej poruszające doświadczenia z realnego świata i podobnie kształtują, i wzmacniają nasze zaangażowanie w dociekanie prawdy” [11].

Oznacza to ni mniej, ni więcej, że sztuka nie służy jedynie kontemplacji estetycznej; że w równym stopniu jest instrumentem poznania. Oczywiście innym niż myśl dyskursywna, innym niż nauki i refleksja filozoficzna. Nie zmienia to w niczym jej roszczeń do odkryć poznawczej natury. Bodaj pierwszym, który wyraził to wprost, był Artur Schopenhauer. Po jego śladach tu wiernie postępuję. W jego opus magnum – Świat jako wola i przedstawienie – czytamy: „Lecz jakiego rodzaju poznanie rozpatruje jedyną prawdziwą istotę świata, która istnieje poza wszelką relacją i niezależnie od niej, prawdziwą treść wszelkich zjawisk, nie podlegającą żadnej przemianie i dlatego na wieki poznaną w jednakowo prawdziwy sposób, jednym słowem idee, które są adekwatną przedmiotowością rzeczy samej w sobie, woli?

Jest to sztuka, dzieło geniuszu. Powtarza ona uchwycone drogą czystej kontemplacji wieczne idee, to, co istotne i co pozostaje we wszystkich zjawiskach świata, i w zależności od materiału, w jakim je powtarza, są to sztuki plastyczne, poezja lub muzyka. Jej jedynym źródłem jest poznanie idei, jedynym celem – przekazanie tego poznania” [12] .

W dalszej części wywodu Schopenhauer klarownie różnicuje sposoby dochodzenia do prawdy z którymi mamy do czynienia w nauce i sztuce: „Podczas gdy nauka, śledząc wiecznie zmienny i nietrwały nurt wielorako ukształtowanych przyczyn i skutków, skazana jest na dalszą drogę, ilekroć osiąga swój cel, i nie znajduje nigdy ostatecznego celu ani pełnego zaspokojenia, podobnie jak nie można, biegnąc, osiągnąć punktu, w którym chmury dotykają horyzontu, to sztuka przeciwnie, zawsze jest u celu. Wyrywa bowiem przedmiot swej kontemplacji z nurtu zdarzeń na świecie i dysponuje izolowanym, a to pojedyncze zjawisko, które było znikomo małą cząstką owego nurtu, staje się dla niej reprezentantem całości, ekwiwalentem nieskończonej wielości w czasie i przestrzeni; pozostaje więc ona przy tym pojedynczym zjawisku, zatrzymuje bieg czasu, znikają dla niej tylko relacje; tylko to, co istotne, tylko idea jest jej przedmiotem” [13].

Te uwagi brzmią nazbyt może abstrakcyjnie, spróbujmy je teraz ukonkretnić. Otóż twierdzę w tej książce jasno i stanowczo: sztuka mówi coś ważnego do nas i o nas. Oznacza to, że wybitne dzieła sztuki są mocnymi rozpoznaniami o charakterze egzystencjalnym: „U swego źródła sztuka jest rozjaśnieniem egzystencji dzięki upewnieniu, które naocznie uobecnia byt w istnieniu. Jeśli w filozofowaniu byt ujmowany jest jako to, co daje się pomyśleć, to w sztuce jako to, co daje się przedstawić. Świadomość właściwa myśleniu umożliwia przekazanie filozoficznej wypowiedzi w sposób maksymalnie bezpośredni; pośredniość przekazu sztuki wynika z tego, że jest ona naocznością, której nie sposób wyrazić jasno w myśli” [14].

Dzieła sztuki są więc pewną postacią wiedzy, ale wiedzy w jakiejś części – niedyskursywnej. Doskonale rozumiał to Ernesto Sábato, wybitny argentyński fizyk i pisarz (ta podwójność ról jest znacząca i uwiarygodnia jego myśl), który w swojej eseistyce i prozie wielokrotnie podkreślał, że rozum naukowy, racjonalizm w jego nowożytnej wersji to sprawdzone w bojach i z tego powodu cenne, ale też mocno ograniczone formy poznania. Pojmował (już wiele lat temu!), że mitologia rozumu celebrowana w dobie technologicznego postępu redukuje znacznie nasze rozumienie rzeczywistości. Że w imię Obiektywizmu, Uniwersalizmu, Prawdy (pojęć pisanych przezeń ironicznie dużymi literami, które przysługują zwyczajowo bytom aspirującym do statusu quasi–boskiego) podważono zaufanie do subiektywnych form poznania, w tym także do emocji, które nie są, a w każdym razie nie muszą być, jedynie trywialną formą ekspresji; przeciwnie – czasem są bardzo realnym i poznawczo wiarygodnym świadectwem odsłonięcia sfer rzeczywistości, w inny sposób niedostępnej.

To właśnie sztuka bywa tą dziedziną, która wyłamuje się z surowego władztwa wąsko pojętego rozumu i stawia nas wobec rzeczywistości, którą rozum abstrakcyjny pomija albo jej nie zauważa: „Teraz już wiemy, że zwolennicy idei jasnych i stanowczych mylili się, a ich normy, obowiązujące w świecie minerałów, są równie niedorzeczne dla zrozumienia człowieka i jego wartości, jak zamysł poznania Paryża z lektury książki telefonicznej i planu miasta. Wiadomo już dzisiaj, że najcenniejszych obszarów rzeczywistości (najważniejszych dla człowieka i jego losów) nie sposób zamknąć w abstrakcyjnych schematach logiki i nauki. I że z pomocą samej tylko inteligencji nie potrafimy nawet utwierdzić się w istnieniu świata zewnętrznego, jak to wykazał biskup Berkeley. Czegóż więc oczekiwać po niej w przypadku problemów człowieka i jego namiętności? Gdybyśmy nawet nie wiem jak negowali rzeczywistość, miłość lub szaleństwo, musimy uznać w końcu, że poznanie szerokich obszarów rzeczywistości zarezerwowane jest dla sztuki i tylko dla niej” [15].

„Dla sztuki i tylko dla niej” – tę podniesioną niezwykle wysoko poznawczą wartość sztuki podkreślał Sábato w wielu miejscach, a co ciekawe, ta fundamentalna intuicja idzie u niego w parze z – tak mocno obecnym w tej książce – przekonaniem, że wielkie dzieła sztuki są ponadhistoryczne i drążą na różne sposoby zagadkę ludzkiej egzystencji: „O ile mi wiadomo, Sofokles, Dante i Szekspir postawili sobie za cel nie piękno, ale zgłębienie naszej ludzkiej kondycji, zbadanie jej otchłani i rubieży. Oczywiście, że w ich dziełach znajduje się piękno, nie to jednak, którego się szuka, piękno dla samego piękna, lecz inne: wielkie i tragiczne, rozdarte sprzecznościami i grozą. Wszystkie tragedie, jakie człowiek napisał, od opowieści o losie Edypa po historię śmierci Iwana Iljicza, ukazują piękno otchłani” [16].

To właśnie pragnienie – trwałe, niezbywalne, niespełnialne – zgłębienia istoty i granic człowieczeństwa spokrewnia ze sobą, mimo oczywistych różnic, sztukę dawną i sztukę współczesną. To ono pozwala mówić o jedności sztuki. To jest tennapowietrzny most, który pozwala w malarstwie paleolitycznym i współczesnej sztuce abstrakcyjnej – by podać jeden efektowny przykład – widzieć podobne pragnienie odpowiedzi na pytanie: czym w istocie jest widzialna rzeczywistość i kim jest ten, kto na to pytanie usiłuje odpowiedzieć?

Powyższe uwagi, wcale nie oczywiste i – na ile się orientuję – wcale nie dominujące w dzisiejszej refleksji nad sztuką, chciałbym uczynić drogowskazem dla dalszych uwag. Dalekie echo intrygujących tez Sábato znajduję u Wiesława Juszczaka, współczesnego filozofa sztuki, który ukonkretnia jeszcze powyższe rozpoznania, wskazując na charakter tej rzeczywistości, ku której – tak rozumiana – sztuka zmierza. Według tej krańcowej, we wszystkich znaczeniach słowa, „definicji” sztuka jest „Poznawaniem rzeczywistości totalnej. Działalnością ludzką poważną i nieskończenie wysoką. Kontemplacją stworzonego świata, która wciąż zmierza do ostatecznej granicy poznawalnego po to, by nas postawić w obliczu ’niewidzialnego’, ’niepoznawalnego’ w tym sensie, w jakim sensie ów obszar staje się niedostępny innym rodzajom poznania: naukowemu, potocznemu, pragmatycznemu itd.” [17].

Wszystko w tych określeniach jest ważne. Zarówno to, że sztuka jest nade wszystko formą poznania, i jako taka jest próbą odsłonięcia prawdy ostatecznej, że ożywiana jest pragnieniem odkrycia, ujawnienia rzeczywistości nieosiągalnej w poznaniu potocznym (co bodaj oczywiste), ale także w poznaniu naukowym (co, wobec realnego postępu nauk szczegółowych, budzi już niedowierzanie). Że, inaczej mówiąc, jest objawieniem rzeczywistości w jej pełni. I dlatego właśnie – jak utrzymuje Sábato – prawdziwa sztuka jest zawsze ontofanią, objawieniem bytu jako całości, intensywnym lśnieniem rzeczywistości zewnętrznej i wewnętrznej, widzialnej i niewidzialnej [18]. I co bodaj równie ważne – sztuce przyznaje się tu niezwykle wysoki status pośród ludzkich zatrudnień. Sztuka nie jest akcydentalnym „dodatkiem do”, nie jest niekoniecznym ornamentem ludzkiego doświadczenia, nie jest niedzielną rozrywką ani finezyjną grą, nawet w najbardziej poważnym sensie (co, nawiasem mówiąc, radykalnie odróżnia ją od tego, co współcześnie zwyczajowo za sztukę uchodzi). Coś więcej nawet – waga i powaga sztuki bierze się z tego, że jest drugim pod względem ciężaru wyzwaniem, zaraz obok śmierci, które człowiek może rzucić życiu [19]. Na tym, przede wszystkim na tym, polega jej znaczenie dla ludzkiej egzystencji, z tych powodów wzrasta jej rola poznawcza, kulminująca w penetracji tego, co w doświadczeniu ludzkim ciemne, zagadkowe, misteryjne [20].

Tym właśnie tropem chciałbym pójść dalej. Sztuka jako instrument poznania. Sztuka jako dziedzina, w obrębie której wciąż ponawiane są próby zgłębiania ludzkiej kondycji. Sztuka jako obrysowywanie granicy, w tym granicy ostatecznej, poza którą nie sposób już wyjść. Analizując konkretne przykłady, zastanawiam się więc, jakich sztuka udziela odpowiedzi na pytanie widniejące w tytule serii, w której ta książka się ukazuje: „Kim jest człowiek?”. Innymi słowy: co sztuka mówi o człowieku, jej twórcy? Czy materiał dostarczany przez różne dziedziny sztuki zmienia u źródeł nasze myślenie antropologiczne? Czy wiedza, którą dzieła sztuki dodają do rutynowych i nieco zgranych określeń człowieka (homo faber, homo sapiens, homo loquens), w jakikolwiek sposób zmienia naszą perspektywę poznawczą w myśleniu o człowieku? Poszukiwanie odpowiedzi na te pytania będzie zasadniczą treścią prezentowanych dalej rozdziałów empirycznych.

DARIUSZ CZAJA

Fragment książki: Dariusz Czaja, „Iluminacje. Sztuka jako forma poznania”. Łódź, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2025. Aby kupić – proszę kliknąć – tutaj.

[1] O różnych zakresach znaczeniowych terminu metafizyka (a szczególnie jej związkach z pięknem!) por. J. Grondin, Piękno metafizyki. Esej o filarach hermeneutycznych. Tłum. M. Marczak, Warszawa 2021.

[2] Znane mi są, rzecz jasna, zastrzeżenia formułowane wobec ahistorycznego użycia pojęcia „sztuka”, które w dzisiejszym rozumieniu funkcjonuje ledwie dwa stulecia, por. K. Berger, Potęga smaku. Teoria sztuki. Tłum.. A. Tenczyńska, Gdańsk 2008, s. 224.

[3] D. Lowenthal, Past is a Foreign Country, Cambridge (Ma.) 1985.

[4] Choć dobrze przy tym pamiętać o celnej uwadze Dereka Attridge’a, który zauważa, że „Dzieło sztuki, na które odpowiadam, zawsze mówi do mnie z obcego kraju i odległej przeszłości (lub przyszłości)”, zob. D. Attridge, Jednostkowość literatury. Tłum. P. Mościcki, Kraków 2007, s. 82.

[5] Por. w tej kwestii moje uwagi o współczesnych reakcjach i sposobach rozumienia najstarszej (znanej dzisiaj) sztuki paleolitycznej: D. Czaja, Paleolityczny sen (jak daleko stąd, jak blisko), w: tegoż, Szczeliny czasu. Reminiscencje, repetycje, Kraków 2022, s. 21-73.

[6] J. Clottes, Pourqoi l’art préhistorique?, Paris 2011, s. 57.

[7] Wypowiedź Heaneya podczas dyskusji w auli Collegium Novum UJ (12.11.2000). Tłum. T. Bieroń, „Tygodnik Powszechny” 2000 nr 47.

[8] K. Jaspers, Filozofia i sztuka, w: tegoż, Filozofia egzystencji. Tłum. D. Lachowska, A. Wołkowicz, Warszawa 1990, s. 304; por. także G. van der Leeuw, Sacred and Profane Art. The Holy in Art. Transl. D. E. Green, preface M. Eliade, London 1963, s. 3-8; W. F. Otto, Dionizos. Mit i kult. Tłum J. Korpanty, Warszawa 2016, s. 43.

[9] D. Bell, Cultural Contradictions of Capitalism, London 1979, s. 166.

[10] J. Ruskin, Preface, w: tegoż, St. Mark’s Rest: The History of Venice, New York 1887, s. III (jeśli nie podano inaczej, przekłady tekstów obcojęzycznych – Dariusz Czaja). Bardzo podobne myśli znaleźć można wcześniej u Hegla, por. G.W.F. Hegel, Wykłady o estetyce, t. 1. Tłum. J. Grabowski, A. Landman, Warszawa 1964, s. 14.

[11] B. Green, Do końca czasu. Umysł, materia i nasze poszukiwanie sensu w zmieniającym się wszechświecie. Tłum T. Krzysztoń, Warszawa 2021, s. 286.

[12] A. Schopenhauer, Świat jako wola i przedstawienie, t. l. Tłum. J. Garewicz, Warszawa 1994, s. 293 (wyróżnienia – A. S.).

[13] Tamże.

[14] K. Jaspers, Filozofia i sztuka..., s. 305.

[15] E. Sábato, Pisarz i jego zmory. Tłum. R. Kalicki, Kraków 1987, s. 119-120.

[16] Tamże, s. 187-188.

[17] W. Juszczak, Treść pierwszych rzeczy, w: tegoż, Fragmenty, Warszawa 1995, s. 120.

[18] E. Sábato, Abaddon – Anioł Zagłady. Tłum. H. Czajka, Kraków 1978, s. 118.

[19] W. Juszczak, Zasłona w rajskie ptaki albo o granicach „okresu powieści”, Warszawa 1981, s. 34.

[20] Przedstawione tu myślenie o sztuce sytuuje się całkowicie po przeciwnej stronie ujęć biologizujących czy ewolucyjnych, które sporą część twórczości artystycznej tłumaczą przez „dobór płciowy, procesy i mechanizmy z nim związane”, por. D. Dutton, Instynkt sztuki. Piękno, zachwyt i ewolucja człowieka, Tłum. J. Luty, Kraków 2020, s. 275.

Pani Dorka – tylko tyle

Nazywała się Dorota Zaurman i była bliską przyjaciółką mojej matki. Bardzo jej pomagała w trudnym i dla niej, i dla nas czasie po śmierci ojca. W 1969 roku odprowadziliśmy ją na Dworzec Gdański. Po krótkim pobycie w Austrii osiadła w Szwecji. Nie wiem, co tam robiła.

Przed Marcem ’68 była redaktorką w partyjnym wydawnictwie „Książka i Wiedza”.

A wcześniej? Wyjeżdżając ofiarowała mi pakiet papierowych „cegiełek” z początku lat pięćdziesiątych. Niby-banknoty z widokiem Domu Partii opatrzone były napisem „Budujemy Wspólny Dom”. Miały różne nominały, a sumy były ściągane z pensji. Dopiero po jakimś czasie przeczytałem na ich odwrocie sygnaturę: „Tow. Dorota Zaurman. GUKPPiW”. To była abrewiatura cenzury: Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. A więc kiedyś pracowała na Mysiej!

 

 

Skąd pochodziła i kiedy się urodziła, nie mam pojęcia. Pamiętam tylko, jak ni z tego, ni z owego opowiedziała mi o tym jak w czasie wojny z innymi żydowskimi dziećmi z Polski została zesłana na Kaukaz. Tak mówiła: „Na Kaukaz”, więc nie wiadomo, czy była to Gruzja, Armenia, czy Azerbejdżan. Po kilku dniach z rana dzieci usłyszały jakiś szum głosów. Na skraju wsi jej mieszkańcy stojąc w kręgu, modlili się: „Zdrowaś Mario, łaskiś pełna…”. Nie całkiem znali sens słów, których podobno kilkadziesiąt lat wcześniej nauczyli ich polscy zesłańcy.

– Chcecie, to was nauczymy – zaproponowali dzieciom.

Tylko tyle.

Czy jest ktoś jeszcze, kto ją wspomina?

PIOTR MITZNER

Spod powieki (O)

Poniedziałek, 17 listopada

Po kilkudniowej przerwie (wyjazd do Walewic i okolic) siadam rano na rower stacjonarny, sięgam po prawie do końca przeczytany tom korespondencji Józefa Mackiewicza i Barbary Toporskiej – problem. Nie widzę liter ani w okularach ani bez. Zwłaszcza lewym okiem – cały środek kartki zamazany. Rzeczywiście, już podczas wycieczki łowicko-nieborowskiej skarżyłem się, że opisy eksponatów są za małym drukiem, że ich nie mogę odczytać, musiałem robić zdjęcia i czytać z ekranu telefonu. Teraz po chwili wzrok się jakoś przyzwyczaja, ale nadal czytam z trudem. Wpadam w lekką panikę. Dzwonię do prywatnej przychodni okulistycznej, moja pani doktor ma pierwszy wolny termin w następny czwartek, a tu za tydzień grantowa konferencja o braciach Mniszech w osiemnastowiecznej Szwajcarii, referat w proszku, no i w ogóle – jak żyć bez czytania?

 

*

Wieczorem znów Diane Keaton – w The Family Stone (2005), filmie reżysera o nazwisku jak z powieści Tołstoja: Thomas Bezucha. Układanka w rodzaju kostki Rubika, w której jeden niepasujący element, dodany do zgranej kompanii wprowadza spore zamieszanie i wymusza radykalne przesunięcia, żeby umożliwić nowe rozdanie.

 

Wtorek, 18 listopada

Rano znów na rowerku, sięgam po Mackiewicza, czytam z trudem, a mój ulubiony prozaik pisze w liście do Stasysa Lozoraitisa 10 lipca 1983 roku, półtora roku przed śmiercią: „U nas też przeważnie źle. Jeżeli chodzi o mnie, to z najważniejszym dla każdego pisarza organem cielesnym: OCZY! Jakiż tu może być pisarz, który nie może ani czytać, ani pisać…”. A pół roku później Barbara Toporska informuje żonę Lozoraitisa: „Józef już także prawie niepiśmienny – traci wzrok. Poruszać się jeszcze może (ślepota, zapewnia lekarka, mu nie grozi), ale czytać już zupełne nie może i nie będzie mógł”. A 15 lipca 1984 roku żona Mackiewicza precyzuje: „Na ulicy może się poruszać, ale ani czytać, ani pisać. Nie jest to katarakta jaką można by zdjąć, lecz skleroza. Osłabiająca, na nieszczęście, nie tylko wzrok. Powodzenie, jakie mają dziś jego książki w kraju, przyszło za późno”.

 

Środa, 19 listopada

Krytyk filmowy „Guardiana” Peter Bradshaw zachwyca się Rękopisem znalezionym w Saragossie Hassa, który od jutra ma być dostępny na platformie Klassiki. Jego zdaniem ten film jest „jak Cervantes albo jak Borges, a zarazem bardzo przypomina Alejandro Jodorowsky’ego (ci wisielcy i te księżniczki są jak karty taroka, które tamten uwielbia) oraz Terry’ego Gilliama. Farsowe spotkania mogłyby być skeczami Monty Pythona […]”.

 

Piątek, 21 listopada

Wycliffe Muia informuje na stronie BBC o dokonanym w środę akcie zwrócenia Etiopii dwunastu cennych przedmiotów, wywiezionych sto lat temu przez ówczesnego posła niemieckiego Franza Weissa i jego żonę Hedwig. Te niezwykłej urody obiekty zostały przekazane do zbadania Instytutowi Badań Etiopskich w Addis Abebie. Są wśród nich korony, tarcze, obrazy, a także zbiór zdjęć i filmów, wykonanych w Etiopii przez dyplomatyczną parę. Obiekty przywiózł do Addis Abeby wnuk posła.

 

*

Haniebne dwadzieścia osiem punktów. Brak słów.

 

*

W grodziskiej Mediatece na otwarcie Mrowna Jazz Festiwal pokaz filmu dokumentalnego Roberta Kaczmarka Zbigniew Seifert. Przerwana podróż (2022). Napisałem „dokumentalnego”, ale jest to zarazem dobry film artystyczny, z oryginalnymi, twórczymi wizualizacjami dynamicznej muzyki tego saksofonisty i skrzypka jazzowego (świetna sekwencja o wpływach hinduskich i – zupełnie inna – z gołębiami, karmionymi na krakowskim rynku). W części dokumentalnej dużo zdjęć, głównie ze zbiorów rodzinnych oraz krótkie rozmowy z ludźmi, którzy Zbyszka znali, którzy z nim współpracowali (wśród nich Adam Bujak, Tomasz Stańko, zmarły cztery tygodnie temu Jack DeJohnette). Kapitalna sesja zdjęciowa Bujaka na tarasie i na strychu w domu fotografa.

Słuchając obfitych fragmentów gry Seiferta i kołysząc się na krześle do jego solówek zauważyłem, że przy całym swoim melodycznym skomplikowaniu, wręcz gonitwie dźwięków, mają one nadrzędny stały, dwutaktowy rytm. W pierwszych nagraniach, w okresie zdobywania sławy krajowej, potem europejskiej, potem amerykańskiej, ten rytm jest przyspieszony; zwalnia od czasu diagnozy, a zwłaszcza remisji raka. Jakby się wspinał na wysoką górę, gdy coraz trudniej o oddech.

Zabrakło mi tylko w tym filmie jednego wątku, jednego środowiska, w którym sam Zbyszka poznałem i z którym go nieodmiennie kojarzę: polskich hippisów. Pamiętam posiady u Milo Kurtisa na Świętojerskiej, które kończyły się wyjadaniem scukrzonych greckich konfitur jego babki. Można było zaprosić do udziału w filmie Kurtisa (wówczas Grupa w Składzie), który parę lat temu wspominał swoją muzyczną przyjaźń z Seifertem na antenie Radia Wnet. Ale generalne wrażenia z Przerwanej podróży jak najbardziej pozytywne.

 

Sobota, 22 listopada

M., która czyta biografię rodziny Noblów (tych od dynamitu i nagród), przekazała mi listę nazw statków, należących do tej familii, które pod koniec lat siedemdziesiątych XIX wieku przewoziły ropę z Baku przez Morze Kaspijskie i dalej na północ rzekami i kanałami. Podaję te nazwy w przekładzie polskim: „Zoroaster”, „Budda”, „Nordenskjöld”, „Mojżesz”, „Mahomet”, „Tatarzyn”, „Brahma”, „Spinoza”, „Sokrates”, „Darwin”, „Koran”, „Talmud” oraz „Kałmuk”. Niezła mieszanka wybuchowa (na tle religijnym). Dziś objaśnienia wymaga chyba tylko trzecia nazwa – to na cześć polarnika Adolfa Erika Nordenskiölda, który w latach 1878-79 jako pierwszy przebył Przejście Północno-Wschodnie.

 

Niedziela, 23 listopada

 

 

Pierwszy śnieg. Zimowa Arkadia. Czy w Raju padał śnieg?

 

*

Wspomnienie przedśmiertne. M., która nadal czyta o Noblach, podrzuciła mi świetny epizod do zbieranych przeze mnie od lat „wspomnień przedśmiertnych”, czyli nekrologów lub wspomnień, ogłoszonych drukiem za życia rzekomego denata. W roku 1888 zmarł na Lazurowym Wybrzeżu Ludvig Nobel, brat sławniejszego Alfreda. 15 kwietnia w „Le Figaro”, w „Le Matin”, „Le Gaulois” „Gil Blas” ukazały się informacje o śmierci… Alfreda.

Zaglądam do „Le Figaro” z tamtego dnia (a była to niedziela); rzeczywiście, na samym dole pierwszej strony w rubryce „Poza Paryżem” jest notatka: „Człowiek, którego z najwyższym trudem przyszło by nazwać dobroczyńcą ludzkości, zmarł wczoraj w Cannes”. Tu czytelnik wstrzymuje oddech, a na drugiej stronie ma ciąg dalszy: „To p. Nobel, wynalazca dynamitu. P. Nobel był Szwedem”.

Wiadomość sprostowano następnego dnia, pisząc, że umarł brat Alfreda, od dawna chory, a on sam cieszy się doskonałym zdrowiem i akurat w niedzielę podejmował w swym domu w Paryżu licznych przyjaciół. Niesmak pozostał. Ponoć pod wpływem tej krytycznej notatki Alfred Nobel zmienił testament i ustanowił nagrodę, która unieśmiertelniła jego nazwisko.

 

Wtorek, 25 listopada

Na Bielanach (UKSW) międzynarodowa konferencja naukowa, podsumowująca dotychczasowe rezultaty grantu wokół książki, powstałej w wyniku podróży braci Mniszech po górzystej części kantonu Neuchâtel w roku 1764. Wszystko odbyło się jak w szwajcarskim zegarku. Z zaplanowanych dziesięciu referatów jeden wprawdzie odpadł z powodu choroby referentki, ale pozostałe wzbudziły tyle pytań, że jak zaczęliśmy obrady o 10 rano, to skończyliśmy co do minuty o piątej popołudniu, do której to godziny mieliśmy na wszelki wypadek zarezerwowaną Salę Senacką. W programie zachowany był parytet płci (5:5), stosunek Szwajcarów do Polaków trudniejszy jest do sprecyzowania, ponieważ chyba aż trzej uczestnicy czują się jednym i drugim. Studenci dopisali, na sali było w szczycie czterdzieści osiem osób (więcej z trudem by się pomieściło). Tyle statystyki. Z referatów ma powstać publikacja, a póki co stwierdzam, że był to jeden z najmilszych dni w mojej karierze naukowej.

 

Czwartek, 27 listopada

Wizyta u okulistki skończyła się stwierdzeniem spadku zdolności widzenia ze 100% we wrześniu ubiegłego roku do 40 i 20% dziś. Problem: nerw wzrokowy. Przyczyna nieznana. Dostałem natychmiastowe skierowanie do szpitala okulistycznego na Sierakowskiego w Warszawie, gdzie przeprowadzono całą serię badań i wypisano mnie po trzech godzinach z zaleceniem dalszych specjalistycznych badań okulistycznych i neurologicznych.

 

Sobota, 29 listopada

Rzadko zdarza się oglądać spektakl, podejmujący jakiś konkretny temat społeczny (polskich hippisów) na przykładzie osoby, która już nie żyje, ale którą w tamtym czasie znało się dobrze, blisko. Coś takiego przydarzyło mi się dzisiaj, kiedy w (of all places!) Domu Kościuszkowca [1] oglądałem spektakl animatora kultury i poety Piotra Bussolda w reżyserii Doroty Porowskiej (ex-Gardzienice, Teatr Chorea), zatytułowany Którędy pójdą dzicy święci. Hommage à Józef Prorok Pyrz. Byłem hippisem, znałem dobrze Proroka (który zaczął z czasem używać imienia Jonasz), więc patrzyłem na kolejne scenki spektaklu z poczuciem, jakbym oglądał trójwymiarowy film z młodości. I z tej perspektywy muszę podkreślić, że w całym spektaklu nie było ani jednego zgrzytu czy przekłamania. Młodziutcy przeważnie aktorzy z zapałem wczuli się w tamtą młodzież warszawską, kolorową, roztańczoną, pełną ideałów, może naiwną, ale szczerą, protestującą samą swoją odmiennością przeciw peerelowskiej szarzyźnie. Zarazem spektakl, poprzez osobę narratorki (Dorota Lewandowska), która z pasją opowiada tę historię z punktu widzenia Miriam-Miry, wdowy po zmarłym dziewięć lat temu Jonaszu, ma swoistą aurę autentyczności. Tu takim szczególnie trafnym sformułowaniem były dla mnie – we wspomnieniu pierwszego spotkania, pierwszej randki bardzo młodej dziewczyny z Prorokiem – zdziwione słowa: „Z hippisem nie trzeba rozmawiać”. Znakomita jest też końcowa pantomimiczna sekwencja pożegnania z duchem zmarłego męża-rzeźbiarza (Marek Kowalski), która swą delikatnością przypomniała mi niedawno oglądaną scenę zdejmowania przez Frankensteina rękawiczki z dłoni Elizabeth w filmie Guillermo del Toro. Na żywo grali Robert Derlatka i Artur Rzempołuch z otwockiej „Oranżady” (muzycznie nawiązujący do tego, co wtedy, koło roku 1970 grała hippisowska „74 Grupa Biednych” z Ustki). Udany powrót do przeszłości.

 

 

Niedziela, 30 listopada

Moja czaszka biała jak porcelana, przez niechronione powiekami oczodoły wciskają się najpierw ciche, a potem coraz głośniejsze smugi przeciągle wibrujących dźwięków, rozmieszczając się powoli jak słodki dym po obu półkulach i spływając w dół, przez stos pacierzowy do lędźwi, i dalej, jak belemnit – korzeń w ziemi. (Koncert na misy kryształowe i hang drum w Starym Kinie w Milanówku; ten drugi instrument znam dobrze z Berna, gdzie został wynaleziony, ale tam gra się na nim inaczej, nie punktowymi uderzeniami dłoni czy pałeczki jak na wibrafonie, tylko generując płynne wibracje, właśnie jak na misach).

 

*

W ostatnich paru dniach obejrzeliśmy na dwie raty Frankensteina del Toro (2025, Netflix). M. poziewując i uskarżając się na „bajeczki”, ja, pobłażliwie biorąc w nawias ciągłe jatki, urzeczony barokowym przepychem (wnętrza, szczególnie kajuta kapitana duńskiego statku, suknie Elizabeth), skwapliwie wyłuskiwałem drobne przejawy czułości, raz po raz okazywane przez szybko się uczącego potwora. Frankenstein jako metafora emocjonalnie podrasowanej AI?

 

Poniedziałek, 1 grudnia

Niemcy zwracają Polsce średniowieczne dokumenty z Archiwum Głównego Akt Dawnych dotyczące Zakonu Krzyżackiego, a strona polska występuje z kolejnymi wnioskami o restytucje, które obejmują zarówno rzeczy średniowieczne („fragment średniowiecznego rękopisu z zapisem hymnu Gaude Mater Polonia z Biblioteki Seminarium Płockiego […] czy medalion z kolekcji gołuchowskiej książąt Czartoryskich z XII w. z manufaktury w Limoges”), jak i nowsze („manuskrypty i listy z Biblioteki Ordynacji Zamojskiej”) bądź całkiem nowe („trzy rękopiśmienne dzienniki Stefana Żeromskiego”).

Z okazji tej ostatniej wiadomości zaglądam do trzeciego tomu Dzienników w edycji mego starszego kolegi z IBLu, Jerzego Kądzieli, z roku 1956 i czytam dziesięć stron, zapisanych w roku 1891. Od zdania: „Zaiste – kultura współczesnego świata ma pozór rzeczy ohydnej”, do akapitu: „Bawiliśmy się na teatrze pysznie. Przezwały mnie «ananasem i rododendronem», ponieważ w komedii teść wysławiając w mówce zięcia – przyrównywuje dobroć jego do ananasa a wspaniałomyślność do rododendrona”. Dlaczego ten fragment? Bo on także został odnaleziony niespodzianie, podczas przygotowywania edycji do druku, w Archiwum Akt Dawnych, wśród osiemnastowiecznych rękopisów ze spalonej Biblioteki Zamoyskich. Ciekawe, co znajdzie się w tomikach dziennika, które mają być zwrócone, i kiedy ukażą się drukiem.

 

*

Angielska aktorka Judi Dench (rocznik 1934, królowa Wiktoria, przeorysza w Tulip Fever), która od kilkunastu lat zmaga się ze zwyrodnieniem żółtej plamki, w listopadowym wywiadzie dla ITV stwierdziła, że definitywnie zakończyła karierę: „Nikogo już nie widzę. Mam, wiecie, tę chorobę. Nikogo nie rozpoznaję. Nie mogę oglądać telewizji, nie mogę czytać”. Piękny wiek.

 

*

Lubię książki, oparte na rozumieniu literatury jako ciągłości, które nie zamykają się w ciasnych ramkach swojego głównego tematu i pozwalają na szerszy oddech. Takim przypadkiem jest chyba, wbrew tytułowi, Figura tułacza w literaturze polskiej lat I wojny światowej Doroty Kielak [2]. Czytając ją miesiąc temu porobiłem mnóstwo notatek, teraz mogę tylko niektóre wykorzystać.

W roku 1915 „Wiedeński Kurier Polski” rozpisał konkurs na stworzenie „odpowiedniego terminu polskiego dla przybyszów z Galicji, którzy zmuszeni wypadkami wojennymi do opuszczenia kraju, napłynęli masowo do zachodnich prowincji państwa”, czyli Cesarstwa Austro-Węgier (s. 43). Wśród analizowanych przez autorkę terminów znalazły się słowa tak urocze jak „wyruszeniec”, „nieszczęśliwiec” czy „zaganiec”. Przyjęty jako najbardziej rdzenne określenie termin „tułacz” odwoływał się do dyskursu dziewiętnastowiecznego, do tradycji Wielkiej Emigracji. Wśród autorów, szczególnie przywiązanych do tego terminu, znalazł się Towiański jako autor wydanej w roku 1863 odezwy Do rodaków tułacz kończący tułactwo. Mickiewicz z początku podchodził do słowa „tułacz” z dystansem („bo tułacz jest człowiek błądzący bez celu”) i wolał „pielgrzyma” („Tułacze, jesteście świętością pielgrzymów odziani”), który, jak to ujmuje Kielak, „uosabiał wolę czynu i przemiany świata” (zob. s. 71).

Ładnym przykładem ciągłości jest wątek ludowej pieśni o żołnierzu tułaczu, której upowszechnienie wiązano na ogół z epoką napoleońską. Autorka, za Wiktorem Gomulickim, przypomina pierwodruk w „Pamiętniku Sandomierskim” Tomasza Ujazdowskiego z roku 1830, w którym „opublikowano trzy wersje utworu, w tym jedną znalezioną rok wcześniej w zbiorach Biblioteki Pojezuickiej w Cieszynie, zapisaną pod okładziną Historii Herodota wydanej w 1584 r. we Frankfurcie” (s. 214).

Sięgnąłem natychmiast po to czasopismo, na szczęście dostępne w sieci (s. 109-114). Ujazdowski opowiada tam, że odkrył ów wpis w sierpniu roku poprzedniego (1829) w trakcie podróży do Wiednia. I przytacza cały tekst, który zaczyna się słowami „Piękne jest koło Rycerskie / Komu dał Bóg serce męskie, / Hetman Woysko kolem toczy / Nieprzyjacielowi w oczy”. Daje też pozostałe dwie wersje, które otrzymał po powrocie do kraju w odpowiedzi na swój apel o takie teksty. Trzecia kończy się słowami „Rozdziobią mnie kruki wrony” i w ten sposób dochodzimy do Żeromskiego, który siłą rzeczy zajmuje znaczące miejsce w książce Doroty Kielak. Autorka przypomina jego opowiadanie Mogiła, kończące się apologią krwi Kościuszki, wygłoszoną przy kopcu, upamiętniającym bitwę pod Maciejowicami, a ja sięgam ponownie po opis zwiedzania tego miejsca, zawarty w odzyskanym fragmencie dziennika z roku 1791: Maciejowice, skądinąd ongiś rodowe gniazdo Katarzyny z Maciejowskich Wapowskiej („Miasteczko ubożuchne, liche, zatopione w piachach”), park w położonym obok Podzamczu („Coś jak sen. […] jakaś melancholia posępna i cicha”) i sam kopiec przy folwarku Krępe („Stoi kopiec niewysoki śród kęp ostu, niskiej olszyny – porosła na nim paproć, pokrzywa, krwawnik i piołun”). Miejsce odosobnione, nieledwie zapomniane: „Nikt tam nie przychodzi – ścieżka ginie w trawie”. Ale to opuszczenie ma głębszy sens: „Oto wszystko, co nam zostało z ojczyzny…”.

Spod powieki muszę zauważyć, że jeśli wśród pisarzy polskich przebywających w czasie I wojny, którym organizowano w Wiedniu wieczory autorskie wymieniony jest „Tadeusz Kittner” (s. 77), to na 99% mamy tu do czynienia z literówką, łatwą do usprawiedliwienia, skoro się pamięta, jak mało różnią się od siebie w używanym wówczas alfabecie niemieckim duże R i duże K. To musiał być wieczór Tadeusza Rittnera.

 

Środa, 3 grudnia

Nie mogąc czytać, sięgam po alternatywne źródła. Nie przychodzi mi to łatwo. Owszem, „Wyborcza” oferuje opcję wysłuchania artykułu, ale to nie to samo: przy własnej lekturze można wybierać, przeskakiwać mniej ważne fragmenty, tu lektor czyta wszystko monotonnym głosem. Próbowałem podcastów, też irytujące, gdy trzeba wysłuchać od początku do końca, a sprawnie skakać nie umiem. Ale czasem warto. Wśród dzisiejszych ciekawostek w sieci wypatrzyłem informację o zachowanym w Rumunii samochodzie polskiego oficera, który znalazł się tam w roku 1939. Idąc tym tropem znalazłem pełniejszy materiał filmowy, sygnowany przez PAP. Samochód, marki Tatra, wyprodukowany w roku 1936, ma drewnianą ramę karoserii. Obecny właściciel podczas remontu zachował dwie dziury po niemieckich kulach. Mówi, że to auto ma duszę.

Janusz Rakowski we wspomnieniach z tamtego okresu pisał o Bukareszcie: „Przed hotelami stały liczne rzędy zaparkowanych polskich aut, a na ulicach słyszało się gęsto polską mowę i spotykało mnóstwo urzędników, dziennikarzy i przemysłowców z całej Polski. Mieszające się w tym tłumie skórzane kurtki i nędzniejsze ubrania świadczyły, że nie brak było również osób wojskowych, które zdążyły pozrzucać mundury i przebrać się w co kto mógł zdobyć, nie rzadko przy pomocy uczynnych rumuńskich Żydów” [3]. Może warto poszperać w pamiętnikach i listach? Może na przykład jeździł tym samochodem z duszą Jerzy Giedroyc?

 

*

Prezydent najpotężniejszego światowego mocarstwa mówiąc na transmitowanym przez agencje posiedzeniu rządu o reprezentantce stanu Minnesota w Kongresie, Ilhan Omar, która jest obywatelką amerykańską, ale urodziła się w Somalii, nazywa ją i jej przyjaciół, jej rodaków, słowem „garbage” – śmieci.

Kilka dni temu oglądaliśmy kolejny film Guillermo del Toro, Pinocchio (2022). Film animowany, luźno oparty na powieści Collodiego z końca XIX wieku, przeniesiony w realia dwudziestowieczne, z obiema wojnami światowymi, faszyzmem i Mussolinim. Jedna z postaci oryginału, Kot, została w filmie zastąpiona przez małpkę, która się nazywa Spazzatura. Co to znaczy po włosku? To samo, co amerykańskie słowo „garbage”. To, jak mówisz, zdradza, kim jesteś.

 

*

W „The New York Review of Books” sir Diarmaid MacCulloch, emerytowany profesor historii Kościoła z Oksfordu, omawia dwie nowe książki o Jezusie i Maryi jako postaciach historycznych, ale tę drugą, maryjną, zjeżdża tak dokumentnie, że ją tu pominę i zajmę się tylko pracą Elaine Pagels Miracles and Wonder. The Historical Mystery of Jesus (Penguin Random House). W szczególności jednym jej wątkiem, a mianowicie interpretacją postaci Jana Chrzciciela jako wcześniejszego od Jezusa reformatora religijnego, który praktykował praktycznie nieznany przedtem ceremoniał chrztu i który utorował Jezusowi drogę. Co ciekawe, analiza całego wątku Początku, Słowa, kolejności i ważności Chrzciciela i Jezusa w Ewangelii św. Jana ujęta została w terminach, zaczerpniętych z edytorstwa i krytyki tekstu: „Takie komplikacje słowne przypominają nużące adnotacje edytorskie na marginesach rękopisu, które na jakimś etapie procesu kopiowania wkradły się do tekstu głównego”.

Poprzestaję na zasygnalizowaniu tej nowej monografii uznanej autorki. Oszczędzając wzrok obejrzałem kilka filmowych wywiadów z Elaine Pagels. Uderzyło mnie, że mówiąc wykonuje niemal cały czas szerokie ruchy rękoma, jakby fizycznie odsłaniała jakąś prawdę albo jak ptak. Jest w tym coś filmowego. Przypomina się Kafka z filmu Agnieszki Holland. Albo dziwne ptasie rytuały z nowego hiszpańskiego miniserialu El cuco de cristal, który zaczęliśmy przedwczoraj oglądać. Zaglądam do biogramu i proszę: po zrobieniu magisterium (Stanford, 1965) i przed podjęciem studiów doktoranckich (Harvard), w trakcie których zajmowała się biblijnymi rękopisami z biblioteki w Nadż Hammadi – Elaine Pagels „przez krótki czas uczyła się tańca w studio Marthy Graham”. Albo, jak to ujęła Dinitia Smith: „Od młodych lat chciała być tancerką. Krótko uczyła się w Nowym Jorku w Martha Graham Company, ale stwierdziła, jak sama mówi, że «nie będę bajeczną solistką». Zapisała się więc na studia doktoranckie w Harvardzie i nauczyła koptyjskiego” [4]. Uczona, która chciała być tancerką, wyraża swą wiedzę całym ciałem.

 

Czwartek, 4 grudnia

Pod wieczór w Warszawie rezonans magnetyczny głowy. Kiedy korpus wsuwa się do urządzenia, zaczynam – jak bohater Salingera – powtarzać dwie krótkie mantry. Jedna jest sześcio-, druga siedmiosylabowa. Okazuje się, że świetnie współbrzmią z hałasem machiny – najpierw sześć uderzeń mocnej perkusji, potem pięć prychnięć trąbki. Wstaję po badaniu ogłuszony, ale zrelaksowany. Wynik za osiem dni roboczych.

A wyjeżdżając zauważyliśmy na niebie spory dron, który zatrzymał się nad naszym domem, jakby coś filmował, potem powoli odfrunął z furkotem. Po drugiej stronie ulicy stał samochód, obok mężczyzna w cywilu, który ewidentnie obsługiwał dron. Na pytania odpowiadał arogancko, twierdząc, że jest geodetą, i że ma prawo puszczać dron bez pytania o zgodę. Sołtys potwierdził telefonicznie, że starostwo zleciło zewnętrznej firmie zdjęcia wszystkich posesji we wsi dla stwierdzenia, czy nie przybyły nowe budynki i inne konstrukcje. W całym kraju obowiązuje drugi stopień alarmowy BRAVO, zachęca się ludność do informowania o nietypowych obiektach i podejrzanych zachowaniach – można było chyba wstrzymać w tym czasie takie akcje?

 

Piątek, 5 grudnia

W Warszawie lunch z Włodkiem Boleckim, który chciał mi wręczyć swoje najnowsze książki, obie pod świetnymi tytułami. Dwa tomy szkiców Sadźmy róże (Instytut Literatury, w ładnych okładkach z reprodukcją obrazu Mehoffera Słońce majowe, namalowanego w przededniu wybuchu I wojny światowej) oraz Czy Gombrowicz miał oczy? (słowo / obraz terytoria). Ten drugi tytuł, niepokojąco dla mnie aktualny, jest też tytułem szkicu, który stanowi pierwodruk polskiej wersji tekstu Boleckiego, opublikowanego w roku 1995 po francusku. Mowa w nim o poetyce opisu i opowiadania wczesnych tekstów Gombrowicza, o zaniku opisów natury i skupieniu oka na ludziach, o teatralizacji, która sprawia, że Gombrowicz, zarazem narrator, bohater i reżyser swoich tekstów, patrząc „okiem wewnętrznym” postrzega świat ludzki jako „spektakl najdziwaczniejszych form”. Nie dziwi puenta, wzięta z literatury angielskiej, a konkretnie z przyciętego przez Mickiewicza w Romantyczności cytatu z Hamleta: „Methinks, I see… Where? – In my mind’s eyes”.

A potem idziemy na Kozią, do redakcji „Literatury na Świecie”, na rozdanie dorocznych nagród tego miesięcznika. Wśród laureatów bliscy znajomi: Andrzej Jagodziński za całokształt pracy przekładowej oraz Owidiusz (w kategorii Inicjatywa Wydawnicza, a konkretnie zespół filologów klasycznych z UAM pod kierunkiem Elżbiety Wesołowskiej) za rozpoczętą edycję jego Dzieł wszystkich.

Pod wpływem snu (przed spotkaniem próbuję kupić oryginalne, wyjątkowe kwiaty, odwiedzam kilka wypasionych kwiaciarni w okolicach Placu Wilsona, ale z każdej wychodzę niezadowolony) przez kilka godzin słucham wywiadów i zarejestrowanych wypowiedzi Mai Komorowskiej. W wielowątkowej rozmowie, nagranej w ramach projektu historii polskiego teatru HyPaTia, pochwała bliskiej mi tęsknoty do szczegółów: „Ta moja droga, jak tak patrzę z lotu ptaka, to ona gdzieś jest, to mi się kojarzy ze ścieleniem łóżek w szpitalu, prześcielaniem. Bo ja miałam potrzebę, żeby zrobić precyzyjnie i wiedziałam, że jak dobrze pościelę, to dziecku będzie lepiej. I właściwie – ja wiem, to skojarzenie takie dalekie, ale to coś takiego jest, że pracując wiedziałam, że jeżeli ja naprawdę spróbuję to zrozumieć i zadać sobie pytania odpowiednie, jeżeli ja uruchomię wyobraźnię, to wtedy jest szansa, że ja coś powiem. I to była moja wiara. To jest taka w sumie tęsknota do szczegółów, w gruncie rzeczy. Bo tylko przez szczegół w moim pojęciu można różne rzeczy zapamiętać. Ja w gruncie rzeczy te role zawsze budowałam z takich obrazów, które widziałam, czy skojarzeń”.

Ze wszystkich nagrań, jakie wysłuchałem, osobną jakość ma niedawny program telewizyjny Po co ten spacerek? (2025), dostępny na platformie VOD. Wiersze (poetów dwudziestowiecznych, głównie Herberta, Urszuli Kozioł, Różewicza), czytane / mówione w niebywałej dużej białej sali pełnej ciepłego światła, przeplatane fragmentami rozmów z Agnieszką Glińską, prowadzonych w domu aktorki. Całość składa się na przesłanie – jak żyć, co jest ważne, jak zdążyć – wyrażone słowami poezji i własnego doświadczenia. W streszczeniu brzmi to może banalnie, ale naprawdę dociera do środka.

 

Poniedziałek, 8 grudnia

Poddałem się, przestałem sam przed sobą udawać, że podczas porannej jazdy na rowerku coś czytam. Od paru dni wkładam do uszu słuchawki, włączam YouTube i puszczam swoją ulubioną płytę. Pracowity Mike Bloomfield pomaga utrzymać tempo powyżej 22 km/godz., co po pół godzinie daje „przemierzoną” odległość ponad 10 km. Dobre i to…

 

*

Dziś Maryjne święto Niepokalanego Poczęcia. Zarazem siedemdziesiąta rocznica zatwierdzenia flagi Unii Europejskiej.

Na stronie Rady Europy grafik, który opracował ten projekt, opowiada, czym była dla niego liczba dwunastu gwiazd: „To liczba symboliczna, to znak doskonałości i pełni, to liczba znaków Zodiaku i prac Herkulesa, ilość apostołów i synów Jakuba, liczba godzin dnia i miesięcy w roku, to doskonałość”. Dwanaście gwiazd jest też na rewersie medalika, jaki kazała wybić Matka Boska, zjawiwszy się francuskiej szarytce Katarzynie Labouré, kanonizowanej w roku 1947.

 

*

Wieczorem w sali studyjnej Multikina w Pruszkowie na filmie Stéphane’a Sorlata L’Énigme de Velázquez (2025). Sorlat to francuski producent, od lat związany z iberoamerykańską i iberyjską kulturą filmową.

Ten film jest jak esej, rozpisany na obrazy i dźwięki. Motyw przewodni stanowi płynąca woda, jej zmienność i ciągłość. Sorlat pokazuje w atrakcyjny, a zarazem przekonujący sposób przemożny wpływ Velázqueza na późniejsze malarstwo, od Goyi, przez Courbeta, Maneta, Renoira, dalej Picassa, Sorollę, Duchampa, po Salvadora Dalí, Bacona, Schnabla i młodszych malarzy współczesnych. Ta eseistyczna, czasem poetycka, opowieść toczy się poprzez zestawienia obrazów i wypowiedzi historyków sztuki, galerników, malarzy, łącznie z archiwalnymi nagraniami (przyjemne posłuchać Bacona, mówiącego po francusku z uroczą modulacją). Znalazło się miejsce i na przedmowę Foucault do Słów i rzeczy i na jego krótką wypowiedź o hiszpańskim malarzu. Jedna z realizatorek filmu mówi trafnie: „Dekonstrukcja Panien dworskich, dokonana przez Picassa, świadczy o nowoczesności Velázqueza, a nie Picassa”. Z samego Velázqueza zabrakło mi tylko psów (karły były).

A motyw wody kulminuje w tym filmie dwa razy: na początku, w ujęciu La Jonction, czyli zbiegu dwóch rzek, Rodanu i Arve w Genewie, a następnie, pod koniec, w scenie, kiedy muzealnik przechodząc obok płótna Velázqueza wyciąga palec, żeby dotknąć wypukłą kroplę. Namalowaną…

„Odkąd oczy Velázqueza zamknęły się na wieki, nasza soczewka nie przestaje gromadzić obrazów. Ale tego, co ujrzał Velázquez, wielu wciąż poszukuje”, deklaruje reżyser[5]. Jego film trochę skraca ten dystans, ale czyni to nie wprost, tylko poprzez grę spojrzeń, odbić, podejrzeń, refleksów i refleksji.

 

Czwartek, 11 grudnia

Wiadomość z New Delhi: międzypaństwowy komitet UNESCO do spraw niematerialnego dziedzictwa kulturalnego wciągnął na listę światową polskie plecionkarstwo i szwajcarskie jodłowanie.

 

*

Przeglądam Historię widzianą od środka Radosława Sikorskiego (Kraków, Znak Horyzont, 2025), zbiór szkiców, przemówień, wywiadów z ostatnich trzydziestu lat, pisanych po polsku bądź tłumaczonych obecnie z angielskiego. Niektóre układają się w małe cykle – jako taki widzę zniuansowane sylwetki Wałęsy i Michnika. Zaciekawił mnie szczególnie obszerny artykuł z roku 1988 (miejsce pierwodruku nieznane) o sowietologu Leopoldzie Łabędziu, napisany po lekturze tomu The Use and Abuse of Sovietology. Sikorski pisze: „Pamięć archiwisty łączyła się u niego z umysłem strategicznym na wzór Clausewitza – połączenie, które intelektualni wrogowie Łabędzia nauczyli się szanować”. Sam trafiłem do Łabędzia parę lat wcześniej, powstał z tego tekst Łabędź o Aleksandrze Wacie („Puls” 1985 nr 26). Nigdy nie zapomnę schodów w londyńskim domu, zastawionych czarnymi plastykowymi workami na śmieci, w których mieściło się prasowe archiwum L. Ł. Jak z niego korzystał, to jego zagadka, ale rezultaty są niepodważalne.

Osobne miejsce w tym tomie zajmuje Drohobycz, szkic z roku 1991, rozpoczynający się od rozmowy ze świadkiem masakrowania przez NKWD miejscowej ludności („Rzeka była pełna krwi. Myślałem, że zabijają świnie albo krowy!”). Sikorski ogląda makabryczne znaleziska, dokonywane przy przejmowaniu władzy przez ukraińskie samorządy w roku 1991. Ofiary pochodziły z inteligencji, ale nie tylko: „[…] włoskie grzebienie, guziki angielskich koszul i modne damskie buty posortowane na tackach mieszają się z chłopskimi chodakami i drewnianymi cygarniczkami biedaków”.

Książkę wzbogacają rzadko publikowane zdjęcia. Mój faworyt: pełna dynamizmu fotografia, na której minister Sikorski w Sukiennicach przed obrazem Matejki objaśnia symbolikę hołdu pruskiego delegatom na spotkanie Grupy Wyszehradzkiej i Partnerstwa Wschodniego w roku 2013.

 

*

Wieczorem najpierw nieudany, żenujący film o starzejącym się gwiazdorze – popłuczyny po Fellinim i Mastroiannim – pt. Jay Kelly (2025, z Clooneyem i niezłym Adamem Sandlerem), a potem M. czyta mi na głos wiersze Józefa Wittlina z tomu Poezje, wydanego niedawno przez Instytut Książki.

Piękna feeria opóźnionych rymów, które są jak stały pogłos echa.

Spod powieki zatrzymuję tę przeraźliwie zimną strofę z Trwogi przed śmiercią:

 

Ja nie chcę umrzeć!

 

Bom widział szkliwo ócz, co niegdyś były

Jako Twe niebo – o Panie – błękitne,

A dzisiaj straszą dzieci, własne dzieci,

Tym lodowatym, tym trupim spojrzeniem

Z trumny.

 

Współbrzmi z nią ostatnia strofa późnego wiersza Ściśle osobiste, w której jednak, mimo całej zgrozy, kryje się odrobina autoironii i humoru:

 

Trupem za życia sam sobie już cuchnę,

więc jak nie tęsknić do wonności raju,

gdy sztuczne zęby ze strachu szczękają –

nimiż to będę gryzł ziemię-matuchnę?”

 

Motyw oczu zaś ma swą jasną stronę w Elegii na oczy, w której złowrogim, złym oczom bliźnich przeciwstawione zostały „słodkie oczy mej żony”.

Poeta osobnego słuchu i osobnego spojrzenia.

 

Piątek, 12 grudnia

 

 

Na ganku kwitnie powój. Wiosna? Na katalpie śpiewa gil. Jednak zima?

 

*

Film Wake Up Dead Man (2025). Opinie podzielone. Dla M. naiwny kryminał, w którym trudno się dopatrzeć głębszego sensu, dla mnie (pod pozorami sensacyjnej akcji) film religijny, przypominający najlepsze powieści Bernanosa, a w szczególności Pod słońcem szatana.

 

Sobota, 13 grudnia

Chyba nie przypadkiem wyszły jednocześnie te dwa tomy korespondencji Mackiewicza i Toporskiej – opatrzony numerem 37 tom listów, wymienianych przez oboje polskich pisarzy ze Stasysem Lozoraitisiem i jego żoną Wincentą oraz wydany osobno, poza tą „czarną” serią tom listów, jakie Barbara Toporska wymieniała z córką Mackiewicza i innej kobiety, Idalią Żyłowską. Nazywam tę parę książek litewską i rodzinną – Wincenta Lozoraitis była bowiem cioteczną siostrą Mackiewicza (choć korespondowała głównie z jego żoną, a Mackiewicz wymieniał dużo zwięźlejsze listy z Lozoratisem); drugi tom składa się niemal wyłącznie z listów Toporskiej i Idalii – „Paputek” czyta te listy (a w miarę utraty wzroku prosi, by mu je czytano), ale sam do córki nie pisuje, ani ona wprost do niego: tak się ułożyło.

Znów: notatek mam mnóstwo, ale muszę wybierać, oszczędzając oczy. Najpierw, wszakże dwa słowa o Stasysie Lozoraitisie (1898-1983): minister spraw zagranicznych Litwy w latach trzydziestych, od roku 1940 szef wszystkich placówek dyplomatycznych emigracyjnych władz litewskich, osobiście kierujący misją dyplomatyczną w Rzymie, intelektualista, wielki autorytet dla litewskiego uchodźstwa. On i Mackiewicz mieli bardzo podobne poglądy na większość bieżących kwestii politycznych (różnili się bodaj tylko oceną Sołżenicyna i innych późnych emigrantów ze Związku Radzieckiego).

Oba tomy są pysznym zwierciadłem czasów, mniejszych i większych zmian. Toporska do Wincenty Lozoratis, 25 XI 1970: „Byłam tydzień w Bernie. Jeszcze tam spokojniej, rozsądniej i bezpieczniej na ulicach niż gdzie indziej, ale już się wyczuwa rewolucyjny konformizm na uniwersytecie, i początki chuligaństwa, i pornografia toruje sobie drogę przez rafy cenzur, już słyszałam o sex-komunach”. Wincenta do Toporskiej, 19 IV 1971: „W ogóle z powodu tych wszystkich nieporządków, strajków, kłaniania się sowietom i chińczykom aż mdło się robi, toż to można napisać komedie, jak hipisy grając w ping-ponga z chińczykami całą światową politykę poruszyli. […]  A jak Pani podobają się te ciepłe majteczki, których prawie nie widać! Jest ich pełno teraz w Rzymie, nawet u Papieża były”. Taż do tejże, z Paryża, 21 II 1973: „Największe powodzenie mają sztuki, w kt[órych] artyści grają zupełnie goli, ja za tę przyjemność dziękuję i nie idę patrzeć, bo i siebie w lustrze mogę zobaczyć”. Taż do tejże, 27 V 1977: „Ma Pani rację, że lekarze, a szczególnie chirurdzy, nie powinni kudłów, długich bród i wąsów nosić. Mnie i na ulicy cywile denerwują, gdy spotykam ich jak lwów z grzywami, że twarzy nawet nie widać, a przy operacji każdy włosek, kt[óry] spadnie, może zaszkodzić”. Ale to ciekawostki, główna wartość tomu polega na wyłaniającym się z niego portrecie Barbary Toporskiej jako niezwykłej kobiety, która przez wiele lat chyba głównie siłą woli zwalczała raka, żeby nie zostawić na pastwę losu znakomitego pisarza, a przy tym człowieka życiowo dość nieporadnego.

Natomiast korespondencja Toporskiej z Idalią Żyłowską zapewne zaciekawi czytelników przede wszystkim wyłaniającym się z niej obrazem życia w powojennej Litwie, włączonej do ZSRR. Dla mnie najbardziej fascynujące było obserwowanie stopniowego rodzenia się swoistej prywatnej teologii Idalii. Oto mała próbka: „Bóg jest zespół odczuć, przeżyć, rozmyślań. Objawia się nam w życiu roślin, zwierząt, ludzi. Mózg mój jest dany mi po to, bym mogła uławiać jak najwięcej tego Boga. Dusza moja po śmierci to te drgania, które przetkał mój mózg, czym więcej przetkam, tym większą część Boga zdobędę po śmierci. Żyję zatem dla śmierci, której jednak boję się, nie chcę, przede wszystkim dlatego, że za wąską i ubogą utkałam sobie duszyczkę, ale życie takie nie jest ani przykre, ani smutne” (s. 69). Takie rozumienie bliskie jest temu, co Barbara Toporska nazywała swoją „prywatną teologią”, i może w tym tkwi sekretny urok tej korespondencji między monachijską macochą a wileńską pasierbicą”.

 

*

Narzędzie pisania symbolem buntu? Na Słowacji toczy się „kredowa rewolucja”, fala antyrządowych protestów, które wyrażają się na razie napisami kredą na chodnikach. Przypomina mi się, jak córka naszych przyjaciół, kilkuletnia wówczas Inka Kuczborska, napisała kredą na chodniku na ulicy Sędziowskiej: „UWOLNIĆ CHOJA” (miała na myśli aresztowanego Mirka Chojeckiego, twórcę NOWEJ, ale dzielnicowy chyba nie wiedział, o co chodzi i nie wszczął dochodzenia). A wcześniej, na większą skalę, bunt dzieci wrzesińskich, który rozpoczął się od odmowy przyjęcia rozdawanego dzieciom przez nauczycieli niemieckiego katechizmu [6].

 

*

Więc można żyć bez czytania?

Można. Ale to nie jest życie.

 

JAN ZIELIŃSKI

[1] Myślę, że klucz do zagadki, dlaczego w klubie wojskowym wystawiono pacyfistyczny i antyautorytarny spektakl o hippisach i ich Proroku tkwi w artystycznej duszy kierowniczki Klubu Kościuszkowca, Barbary Dziadowicz-Turowicz, dla której, zdaje się, nie ma rzeczy niemożliwych.

[2] Warszawa, Wydawnictwo Naukowe UKSW, 2025.

[3] Janusz Rakowski, Diariusz wrześniowego dramatu. „Zeszyty Historyczne” 1977 nr 139, s. 129.

[4] „New York Times” z 14 VI 2003.

[5] „L’énigme Velázquez”, une plongée fascinante dans l’œuvre d’un génie de la peinture | RTS

[6] Zachowało się wspomnienie dziewczynki, która wprawdzie wzięła taki katechizm, ale nie bezpośrednio do ręki, tylko przez fartuch: https://polskieradio24.pl/artykul/3379783,strajk-dzieci-we-wrzesni-posluchaj-archiwalnych-wspomnien-uczestniczki-tych-wydarzen.

Pochwała Basila Kerskiego

Europejskie Centrum Solidarności zostało powołane do istnienia w 2007 roku. W tej samej dekadzie otwarto także Muzeum Powstania Warszawskiego i Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN. W kolejnej dekadzie dołączyło do nich Muzeum Drugiej Wojny Światowej. Był to czas powstawania muzeów narracyjnych w formie dużych instytucji, swoistych „okrętów flagowych” dla tworzenia opowieści o dziejach Polski i Europy. Wcześniejsza dekada, poczynając od roku 1990, to czas tworzenia się ośrodków kultury, niewielkich instytucjonalnie, różniących się formami działania, od artystycznych po wydawnicze i edukacyjne. Łączył ich impuls decentralizacji postkomunistycznego kraju, etos społecznego zaangażowania, a także idea przeniesienia w realia nowej Europy Środkowej myślowego dziedzictwa paryskiej „Kultury”. Jeśli tradycja ruchu „Solidarności” jawi się nam, w sensie realnych zwycięstw i tworzenia uniwersalnych wartości, jako kontynuacja dziedzictwa jagiellońskiego, to nie powinniśmy pomijać na tej linii środowiska Jerzego Giedroycia i jego kontynuatorów. Myślę tutaj między innymi o olsztyńskiej „Borussii”, lubelskiej Bramie Grodzkiej, warszawskich „Zeszytach Literackich” i „Karcie”, gdańskim „Przeglądzie Politycznym”, berlińskim „Dialogu”, wrocławskim Kolegium Europy Wschodniej i sejneńskim Pograniczu. Nie jest przypadkiem, że wielu przedstawicieli tych środowisk uczestniczy w dzisiejszej uroczystości. Basil Kerski nie spadł Gdańskowi z nieba. Wyrasta on, swoją postawą duchową i formacją intelektualną, z głębokiego zakorzenienia właśnie w tej tradycji. Dobrze, abyśmy tu, w Europejskim Centrum Solidarności, o tym pamiętali. [1]

 

Fot. Grzegorz Mehring

 

Czego Basil Kerski uczy nas o solidarności?

Patrząc z lotu ptaka, szybującego zwykle pod wiatr między Gdańskiem, Bagdadem i Berlinem, dostrzeżemy, że solidarność w rozumieniu Basila Kerskiego ma dwa znamiona: nieposłuszeństwa i służby. Ich sens staje się dla nas oczywisty, gdy tylko życie w prawdzie przetnie się z linią losu.

Basil Kerski miał wiele powodów, by uskarżać się na przeznaczone mu uchodźctwo i nieprzynależność do większości. Z łatwością mógł doszukiwać się w tym usprawiedliwienia dla życiowych zaniechań, rozpamiętywania krzywd i społecznego eskapizmu. Wielokulturowy, z polsko-irackiej rodziny, obywatel Polski, Niemiec i Europy, nazywający siebie Kosmopolakiem, którego ukształtował Irak. Od losu otrzymał imię Innego. Przekuł je w moc bycia sobą i w etos dobrego współistnienia. W tym świecie Inny znajduje dla siebie dom, zakorzenia się tylko w służbie innym, w dojrzewaniu do empatii. Dlatego żyje zgłębiając mądrość solidarności.

Nieposłuszeństwo i służba zwykle nie przystają do siebie, lecz w przypadku Basila Kerskiego dopełniają się, tworząc silny splot solidarnościowy. Rozpoznajemy w nim tradycję obywatelskiego nieposłuszeństwa Henry’ego Davida Thoreau oraz etyki solidarności ks. Józefa Tischnera. Nieposłuszeństwo zestrojone jest ze słowem „nie”, odciska się w nim piętno walki z Księciem Ciemności, jest zbuntowane, niesforne wobec konformizmu, protestujące przeciw zmowie milczenia, naznaczone ucieczką z miejsc oswajających z komfortem i duchowym lenistwem, przeciwstawne konserwowaniu status quo i każdej formie zastoju bądź uległości. Natomiast służba niesie w sobie afirmację życia, promieniuje wewnętrznym światłem, jest wychylona ku innemu, współ-czująca, ufna wobec nieswojego, gościnna, ekologiczna dla współistnienia, przyzwalająca byciu sobą, wyrozumiałości i miłosierdziu, na tyle godna by nie doznać uszczerbku w pokłonieniu się drugiemu, dojrzewa w ogrodzie empatii i utożsamia się ze słowem „tak”.

 

 

Czego zatem uczy nas Basil Kerski o solidarności ze znamieniem słowa „nie”?

  1. że nie ma dwóch solidarności: tej pisanej wielką literą i tej zwykłej
  2. że solidarność to nie przeszłość, nie jest dziedziczna ani skora do zasiadania w muzeum
  3. że nie można solidarności podzielić na osobne kantony: rasy, więzów krwi, tożsamości narodowej czy kulturowej, orientacji seksualnej, wspólnego interesu, wyższej konieczności, jednomyślności ani żadnej innej swojskości kosztem innych
  4. że solidarność na mapie humanizmu nie ma wytyczonych granic
  5. że horyzontu solidarności nie zakreślają moje „ja”, moja racja ani postawione przeze mnie warunki
  6. że nie ma solidarności bez wolności, naszej wolności – owszem też, ale że to za mało
  7. że niepełna solidarność, zastrzeżona dla jednych, a wykluczająca drugich, jest tyle warta, co pół-prawda
  8. że solidarność nie jest przywilejem większości, a gdy taką się staje, przemienia się w niebezpieczną obietnicę nacjonalistycznych populistów
  9. że nie oczekuje się solidarności, nawet jeśli sytuacja życiowa albo wydarzenia historyczne takie oczekiwanie czynią zrozumiałym
  10. że nie wymusza się solidarności, uzasadniając ją korzyścią własną
  11. że niezdolność do solidarności rodzi nietolerancję, ksenofobię, rasizm, autorytaryzm i wcześniej czy później prowadzi do wojny
  12. że nikt nie rodzi się przygotowany do solidarności
  13. że nie da się sprowadzić solidarności do tego, co możliwe, wyuczone i zagwarantowane
  14. że zimne serce nie służy solidarności, w odróżnieniu od schładzania egzaltacji i rozdyskutowania na jej temat
  15. że solidarność nie jest od święta ani samotna
  16. że solidarność nie szuka wroga i nie jest wymierzona przeciw
  17. że nie-solidarność jest jak zło banalna, potrafi być niewidoczna, można o niej nie myśleć, można nią zarażać koncentrując uwagę na czymś innym
  18. że niesolidna solidarność nie jest prawdziwym darem
  19. że solidarność nie ogląda się za siebie i nie wystawia rachunku
  20. że fałszywa solidarność jest integracją negatywną, zawiązującą wspólnotę ideologią wyższości nad innymi
  21. że w kuźni solidarności każde „nie” może zostać przekute w „tak”.

 

A zatem czego uczy nas Basil Kerski o solidarności ze znamieniem słowa „tak”?

  1. że największą jest solidarność pisana małą literą, i to ona uwiarygadnia wszystkie inne, włącznie z „Solidarnością” narodzoną w Gdańsku – wspaniałym ruchem społecznym, który przyniósł ludziom wolność
  2. że solidarność wiecznie się staje, zna jedną tylko odpowiedź na swoje istnienie: „tak, czynię to”
  3. że solidarność to spoiwo dla wszystkiego, co żyje i co różni się od siebie; spoiwo szanujące granice, a jednocześnie pielęgnujące w sobie ziarno bezgraniczności
  4. że solidarność to mapa naszych przecinających się ścieżek, tak piękna, że kto raz ją zobaczy, zapragnie wyruszyć w drogę by przekraczać granice znanego
  5. że solidarność otwiera horyzont naszego widzenia, uwalniając nas od zapatrzenia w siebie, zwracając ku dobru wspólnemu i składaniu światu bezinteresownych darów
  6. że tyle mamy wolności, na ile dojrzeliśmy do solidarności, a co za tym idzie: że odwaga solidarności jest antidotum na ucieczkę od wolności
  7. że być solidarnym, to żyć w prawdzie i nadziei, nie dając odebrać sobie przyszłości
  8. że naszą solidarność uwierzytelnia słabszy, rozbitek losu, chory i mniejszy; w ogrodzie solidarności małe znaczy dobre i rodzi najcenniejszy owoc
  9. że solidarność dzieli się z innymi jak powietrze, jeszcze zanim zaczniemy kalkulować
  10. że w solidarności staje się człowiek, uwalniając w sercu miłość i odpowiedzialność za innego
  11. że solidarność to najsilniejsza broń człowieka przeciwko wojnie i ciemnej stronie nas samych
  12. że solidarność to rzemiosło, którego kunszt zdobywa się pracą nad sobą i obywatelskim zaangażowaniem
  13. że solidarność to więcej niż możemy, wymaga więc transgresji
  14. że ku solidarności idzie się za porywem serca, najlepiej w uwadze i zasłuchaniu
  15. że solidarność jest codzienna i obcująca
  16. że solidarność jest dziełem zbiorowym, tworzonym możliwie z każdym, kto znajduje się w promieniu potrzeby i współczucia
  17. że solidarność jest głęboka, budząc w człowieku to, co w nim najlepsze i nie pozwalając mu na przymknięcie oka ani na uciszenie sumienia
  18. że solidarność jest punktualna, precyzyjna i uczciwie zrobiona, oraz skrywa w sobie piękno kunsztownie winkrustowanej intencji dobra
  19. że solidarność zmierza zawsze do przodu, a każdy uciułany grosz inwestuje w przyszłość
  20. że prawdziwa solidarność jest dezintegracją pozytywną, rozbijającą martwe i sztuczne struktury by odrodzić żywą tkankę wspólnoty
  21. że w kuźni solidarności słowo „tak” wykuwa się z przyzwoleniem i afirmacją dla niezgody i buntu przeciwko nie-miłości, nietolerancji i wszystkim innym negacjom bycia w prawdzie solidarności.

 

Oto dwadzieścia jeden przymiotów solidarności, których uczy nas Basil Kerski. I choć ich liczba jest symboliczną dla gdańskiej „Solidarności”, istnieje jeszcze jeden okruch tajemnicy tej mądrości, o którym nie powinniśmy zapomnieć. Uwierzytelnia on bowiem postawę bycia solidarnym. Otóż Basil Kerski jest częścią – wspaniałą, acz zawsze jedną – znakomitego zespołu Europejskiego Centrum Solidarności. Ważne, abyśmy pamiętali, że mądrość, o której tu mowa, i której składamy pokłon, jest owocem pracy zbiorowej, jest doskonałym przykładem wcielenia etosu solidarności w praktykę codziennego, zespołowego działania. Tak, solidarność jest codzienna i zespołowa. I za to Wam, wszystkim pracownikom Europejskiego Centrum Solidarności, należą się nasz podziw i głęboka wdzięczność.

KRZYSZTOF CZYŻEWSKI

[1] Laudatio wygłosiłem podczas uroczystości 18-lecia Europejskiego Centrum Solidarności 25 XI 2025 roku. Połączona ona była z pożegnaniem Basila Kerskiego, odchodzącego ze stanowiska dyrektora ECS-u, które piastował przez czternaście lat. W słowach wprowadzających do laudacji odniosłem się do poprzedzającego tę część uroczystości panelu z udziałem Olgi Brzezińskiej, Edwina Bendyka i Basila Kerskiego, moderowanego przez Jacka Kołtana. Tekst laudacji opublikował „Magazyn Wyborczej” 10 grudnia 2025 roku pt. Kosmopolak, którego ukształtował Irak: Tyle mamy wolności, na ile dojrzeliśmy do solidarności.

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (IV)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

20 lutego (70) – sobota

We czwartek wiadomość w DTV, że w tramwaju linii 24, na ulicy Obozowej, w tłoku, nieznany sprawca strzelił do starszego sierżanta Zdzisława K. Starszy sierżant jechał na służbę. Sprawców nie złapano, milicjant jest ciężko ranny, walczy o życie po operacji. Rozmowy, które się wokół tego wydarzenia rozwijają są dość przerażające. Często pojawia się pytanie czy ofiara była przypadkowa, czy też st. sierżant zasłużył sobie czymś na swój los. Opinie, że rzecz wykonali fachowcy: „w czasie wojny tą metodą wykonywało się wyroki”. Dyskusje kwalifikujące zamach: wolno takie rzeczy robić czy nie wolno? Przecież chodzi o ludzkie życie. Ale gdyby to miało być życie żołnierza Wermachtu w czasie wojny, to zamach nie budziłby takich zastrzeżeń jak teraz gdy chodzi o życie podoficera MO. A więc zamach na Niemca lub Polaka czy zamach na okupanta? Wolałabym, żeby st. sierżant przeżył, jestem przeciwna odbieraniu ludziom życia, ale jednocześnie nie czuję nic przeciwko zamachowcom (nie wiem, dlaczego, ale jestem przekonana, że to musiało być kilka osób). Nie jestem w stanie zaakceptować dla siebie tej formy walki, ale czuję, że oni są po tej samej stronie co ja. Przeraża mnie perspektywa zamachów, podkładanych bomb i nawet partyzantki. Chociaż, do czego może doprowadzić filozofia, w której dziś jest jedyna nadzieja: im gorzej, tym lepiej. Sądzę, że wielu ludzi jest już tak naładowanych nienawiścią, że teraz może ona znaleźć ujście tylko w strzałach i wybuchach. I we mnie ona tkwi i zapewne dyktuje mi brak zdecydowanego sprzeciwu wobec sprawców zamachu. A generał ładuje nienawiścią coraz to nowe zastępy ludzi. Wygląda to tak, jakby mu zależało na rozlewie krwi, na wojnie domowej. Może też uważają, że „im gorzej, tym lepiej”. Tyle, że ich gorzej i lepiej są dokładnie przeciwne od naszych. Wczoraj w TV Urban już mówił na ten temat. Opór zbrojny nie ma szans. Mogą nas zgnieść. Może właśnie na tym zależy WRONie. Doprowadzić do zbrojnego oporu i zgnieść wszystko za jednym uderzeniem. W rozmowach o zamachu na st. sierżanta trafiają się też takie głosy, że to była jeszcze jedna WRONia prowokacja. Wczoraj na Nowym Świecie żołnierze znów pojawili się z długą bronią noszoną przed sobą z wystawionymi na przechodniów bagnetami. Na Bonifraterskiej patrol konny milicji. Ale wojska na ulicach mniej, przeważa ZOMO, znikają transportery ze skrzyżowań ulic.

Wiadomość od Małg. M. z jednego ze szpitali Poznania. Przywieziono tam dwie ofiary zajść. Jedna zmarła po przywiezieniu do szpitala (mężczyzna, lat 40, postrzał w głowę), druga – następnego dnia (ciężkie pobicie, stłuczenie pnia mózgu). Akcja ZOMO w Poznaniu polegała na tym, że otoczono szczelnie tłum zebrany pod pomnikiem na pl. Mickiewicza. Ogłaszano przez megafony, żeby ludzie się rozeszli, co uniemożliwiał kordon ZOMOwców, którzy następnie przystąpili do akcji.

 

 

22 lutego (72) – poniedziałek

Nie mam czasu na pisanie, bo kończę przepisywać Mirkową pracę. Siedzę dziś od rana. Wczoraj za to widzieliśmy się z Witkiem. Dostał urlop (20-27 lutego) na odwiedzenie Janki w szpitalu.

 

25 marca (103)! – czwartek

Nie pisałam przez miesiąc. Do niczego nie mogę się zmobilizować. Ogarnęła mnie jakaś straszliwa niemoc i niechęć. Wszystko wydaje mi się beznadziejne. Prawie wszyscy skarżą się na to.

Ale wczoraj nareszcie miły dzień. Mirek został magistrem. Mamy to w końcu za sobą. Zdał bardzo dobrze egzamin. Pracę też oceniona na piątkę. Poszłyśmy z Natalią [Woroszylską] na dworzec, żeby go odpowiednio przywitać. Pociąg opustoszał, a Mirka ani śladu. Dopiero zobaczyłyśmy, że drzwi wagonów na drugą stronę torów są pootwierane. Umknął nam i naszemu powitaniu wybierając się na skróty. Pognałyśmy na wiadukt na przystanek (to był Dworzec Gdański) i zdążyłyśmy zobaczyć jak wsiada do autobusu 122. My wsiadłyśmy w 116, biegłyśmy od przystanku przy Komedii, tak, że udało się nam złapać Mirka zanim wszedł na podwórko.

Zaczęła się wiosna. Jest ładnie, słonecznie. Chciałoby się gdzieś wyjechać. Michał wyjechał we wtorek do Zakopanego. Dostał wczasy (ponad 5 tys. za dwa tygodnie). Sąsiedzi byli na Bukowinie, prywatnie. Płacili po 130 za łóżko i żywili się sami, głównie weckami przywiezionymi z Warszawy. Zorganizowałabym sobie jakiś wyjazd z Julką, ale muszę pilnować interesów…

Tu kończą się zapiski. Miałam coraz mniej na nie czasu i zajęta byłam sprawami nienadającymi się do opisywania. Zeszyt został mi przez Mirka skonfiskowany i wraz z innym dokumentami ukryty w piwnicy sąsiadów, która służyła także kolportażowi podziemnych publikacji. Od tego czasu zeszyt przetrwał dwie przeprowadzki, orzeł odzyskał koronę, o którą upominał się w sejmie PRL poseł płk. Janusz Przymanowski, nastąpiła przemiana Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w Rzeczpospolitą Polską, Ludowego Wojska Polskiego w Wojsko Polskie, Milicji Obywatelskiej w Policję. Minęło 40 lat, a mnie, gdy czytam te zapiski, zdumiewa i przygnębia aktualność wielu spostrzeżeń o dzisiejszym działaniu organów państwa, wojska i policji, o wzbudzanej w społeczeństwie nienawiści, o naszych dylematach, o tym jak krok po kroku zawęża się pole z trudem, przez lata odzyskiwanej wolności. Jeszcze nie całkiem wolność nam odebrano. Musimy jej bronić.

 

Co było dalej? 1982-1989

Niektórzy Czytelnicy moich zapisków mogą być zainteresowani tym, co było dalej. Postaram się krótko opisać to, czego już nie zapisałam po trzech kropkach sugerujących, że ciąg dalszy nastąpi.

Zeszyt został porzucony dlatego, że pochłonięta innymi zajęciami miałam na pisanie dziennika coraz mniej czasu. Przepisywałam na wysłużonej maszynie teksty dla podziemnej prasy. Daty zapisów są coraz rzadsze również dlatego, że coraz więcej treści musiało podlegać autocenzurze. Należało przewidywać, że treść zapisków mogłaby niezdrowo zainteresować niechcianych gości.

Bo któregoś dnia zjawili się z nakazem przeszukania. Zastanawialiśmy się czego szukali, bo bardzo skrupulatnie sprawdzali nasze mieszkanie, łącznie z papierami, dokumentami, książkami. Czteroletnia wtedy Julia, urażona, że omijają jej twórczość, chodziła za nimi ze swoim zeszytem i podtykała do sprawdzenia.

Nie było mnie w domu, bo pewnie wzorem Gajki nie byłabym dla panów z SB uprzejma. Przekonaliśmy się, że musiała im dopiec, kiedy Ewa Dobrowolska, siostra Gai, zabiegała u Kiszczaka o zwolnienie z internatu chorej już Gai. Generał argumentów wysłuchał uprzejmie i rzekomo ze zrozumieniem, i obiecał coś zrobić. Przy Ewie gdzieś zatelefonował i po krótkiej rozmowie z zafrasowaną miną powiedział do Ewy: „Mówią, że nie ma mowy, to wściekła wilczyca. Sama pani widzi, że nie mogę nic zrobić”. Jacek zaś był dla nich zawsze miły i proponował herbatę. Z tej „szkoły” był Mirek. Nie wiem o herbacie, ale moja złość nie miała granic, kiedy okazało się, że mój mąż dodał do zarekwirowanych rzeczy naszą walizkę, bo biedacy nie mieli ich w czym zabrać. To było już… [sprawdzić datę na protokole przeszukania].

PAULA SAWICKA

Tomasz Mann

Jakaś dobra dusza sprawiła, że przysłano mi nowo wydany przez niemieckiego edytora dzieł Tomasza Manna tom opowiadań zebranych autora Czarodziejskiej góry. Czytałem je już tyle razy, w oryginale i w tłumaczeniu, że ten nieoczekiwany dar przyjąłem bez entuzjazmu. Ale kiedyś pod wieczór otworzyłem przypadkiem tę książkę i raz jeszcze przeczytałem od początku do końca. Świt już wstawał, kiedy kończyłem zamykający ją nieznany mi dotychczas fragment o chłopcu Henochu, będący zapewne jakimś ułamkiem wielkiej powieści o Józefie.

Z tej nocnej lektury wyniosłem nie tyle poczucie odnowionego zaufania do najświetniejszego pewnie pisarza nowoczesnej Europy, co potwierdzenie wielu własnych rozmyślań o literaturze. W pewnym okresie życia czytamy bowiem już nie tylko po to, aby poznać rzeczy nowe, lecz i dlatego, żeby jeszcze dokładniej uściślić sobie własne myśli i przekonania, nie zawsze nawet bezpośrednio związane z tym, co czytamy. Jakkolwiek nowa lektura rzeczy znanych daje zawsze nową o nich wiedzę, wiedza ta nie płynie już tylko z tego, co mówi nam autor, ale przede wszystkim z tego, co myślimy sami, zestawiając nasze poprzednie i obecne reakcje na to, co autor mówi i jak wyraża to, co chce nam powiedzieć.

 

 

Lektura opowiadań Manna daje znakomity wgląd w istotę jego filozofii. I kto wie, czy pod tym względem właśnie opowiadania, które powstawały w ciągu całego życia tego pisarza, nie są bardziej pouczające niż jego powieści. Tu bowiem roztacza się przed nami perspektywa nie tylko artystyczna, ale i historyczna na tę zadziwiającą prozę, nietkniętą niemal przez dziwactwa, pokrętności i wynaturzenia, którymi jest przesycona cała niemal proza nowoczesna, od chwili gdy Tołstoj zamknął oczy na małej stacyjce kolei riazańsko-uralskiej. Powiada się zazwyczaj, że życie współczesne stało się zbyt zawiłe, a nasza wiedza o świecie zbyt bogata i różnorodna, aby proza powieściowa mogła wszystko to pomieścić, nie zmieniając swojego tradycyjnego kształtu. Ale mało kto pamięta, że życie dla żywych zawsze bywa tak samo współczesne i zawiłe, a stan wiedzy o świecie zawsze wydaje się niezwykle bogaty i różnorodny. Gdyby więc pisarz zawsze liczył się z tymi czynnikami, które tak usłużnie podsuwa mu dziś znaczna część krytyki, usprawiedliwiającej znudzenie piszących tradycyjnymi formami powieściowymi, wielka, klasyczna proza nigdy by nie powstała. Mann zwłaszcza jest przykładem takiego właśnie pisarza, który lepiej może niż wielu „nowoczesnych’’ zdając sobie sprawę z zawiłości świata, mniej niż ktokolwiek odstępuje od klasycznego wzorca. Jak się bowiem zdaje, rzecz nie polega na tym czy należy, czy też nie należy komplikować lub rozbijać formy dotychczasowe, lecz na tym, jak pojmuje się istotę sztuki, literatury. W tym względzie wszystkie pisma Tomasza Manna dostarczają obfitego materiału, opowiadania zaś najdokładniej określają ten stosunek wielkiego pisarza do literatury, do sztuki. Mann najwyraźniej nie ma zaufania do sztuki jako do ostatecznej instancji w życiu człowieka, nie traktuje jej jako sprawy — dla artysty właśnie — najważniejszej i o wszystkim rozstrzygającej. Sztuka utrwala życie, a po to, by je utrwalić, artysta musi je doskonale poznać, musi przeniknąć jego istotę, razem z miłością, chorobą, nieszczęściem, pięknem, przemijaniem i samą wreszcie sztuką. Mann więc, podobnie jak starzy pisarze Europy, podporządkowuje sztukę życiu, jej to, a nie jemu, każe układać się w wielkim łożysku czasu, a rzemiosło pisarskie traktuje tak właśnie, jak je zazwyczaj traktuje każdy wielki majster: powoduje nim, lecz nigdy nie pozwala, by to ono nim powodowało.

W większości tych opowiadań, pośrednio czy bezpośrednio, ów problem sztuki i życia, tak charakterystyczny dla czasu, w którym Tomasz Mann działał jako pisarz i człowiek, przewija się niby motyw naczelny. W krótkim, mistrzowskim zarysie pt. Das Wunderkind, gdzie pod pretekstem opisu koncertującego „cudownego dziecka” zawiera się wiele mądrości o sztuce, o sytuacji artysty, o stosunku ludzi postronnych do istoty sztuki i do osobowości artysty, Mann z lekką drwiną każe wypowiedzieć młodej dziewczynie o „artystycznych” aspiracjach tę tak niebezpieczną dla każdego artysty maksymę: „My, którzy tworzymy, wszyscy jesteśmy cudownymi dziećmi”, a jednocześnie, mimo pogardy, jaką owa dziewczyna czuje do „niewtajemniczonych w sztukę”, spoglądać z zazdrością na opisaną poprzednio trójkę arystokratycznego rodzeństwa, obecnego na owym koncercie. Można by powiedzieć, że cała twórczość Tomasza Manna jest jak gdyby przeniknięta pobłażaniem, politowaniem, a nawet i niechęcią do koncepcji artysty jako „cudownego dziecka”. Ta niechęć wynika oczywiście z hierarchii ustalonych w filozofii Mannowskiej, w której sztuka jest na usługach życia.

 

 

Myślę, że główny konflikt w sztuce w naszej epoce polega właśnie na odwróceniu owej hierarchii i że wszelkie problemy formalne tu właśnie mają swoje źródło. Kiedy mówiłem wyżej o pokrętności i wynaturzeniach w prozie nowoczesnej, miałem na myśli nie tylko formalne przemiany, które w niej nastąpiły. Myślałem przede wszystkim o przyczynie owych zmian, o odwróceniu hierarchii, która była kamieniem węgielnym całej wielkiej prozy europejskiej XIX stulecia. To ona właśnie sprawiła, że w owej prozie powstały arcydzieła. Jakże pokorni wobec życia wydają się Balzak, Tołstoj, Dostojewski czy Mann w porównaniu z tą plejadą pisarzy, która odmieniła zasadę dawnej hierarchii i życie podporządkowała sztuce i wymaganiom rzemiosła. I jak świetne artystycznie okazały się wyniki tej pokory, która nie jest przecież niczym innym niż świadomością, że utrwalenie życia w literaturze jest sztuką najwyższą, wymaga bowiem wielkiej mądrości i poczucia intelektualnego i moralnego ładu. Gdy ów ład jest w dziele nieobecny, wszystkie zdobycze formalne są pustą zabawą. I przeciwnie — gdy ów ład dziełu przewodzi, rzemiosło pisarza nabiera rzeczywistego znaczenia. Najwyraźniej widać to u Manna, jedynego może ze współczesnych, który ów ład nade wszystko cenił i o którym nie można powiedzieć, że był „cudownym dzieckiem” w literaturze. Udzielił nam swojej mądrości i poczucia ładu w sposób tak doskonały i środkami tak prostymi, jak to czynią tylko wielcy artyści. Wielcy artyści, dla których sztuka oddzielona od życia i świata jest zawsze rzeczą podejrzaną.

PAWEŁ HERTZ

Z tomu: Paweł Hertz „Pamięć i ład”. Warszawa, PIW, 2018. Aby zamówić, proszę kliknąć – tutaj

„Bez poezji nie ma żadnej sztuki”. O pieśniach Zygmunta Mycielskiego

W pisanym niedługo po wojnie pamiętniku Zygmunt Mycielski zanotował: „Bez poezji nie ma żadnej sztuki”. Zbiór skomponowanych przez niego pieśni potwierdza, że sięgał po wiersze najwyższej próby, starając się jak najlepiej dopełnić je muzyką. W liryce wokalnej stworzył świat własny i oryginalny, w którym odważnie odsłania cząstki swojej duszy, za sprawą poezji dotykając w muzyce spraw i uczuć najważniejszych. Jest to świat głęboko intymny, poruszający. Utwory zebrane w niniejszym albumie obejmują cały dojrzały dorobek pieśniarski Mycielskiego. Najwcześniejsze – Triolety do słów Emila Zegadłowicza – zaczął szkicować w 1928 roku, jeszcze przed wyjazdem na studia. Najpóźniejsze – Osiem pieśni do słów Zbigniewa Herberta – skomponował w 1984 roku, trzy lata przed śmiercią. Pomiędzy nimi rozpięte są pozostałe cykle i mniej liczne pieśni pojedyncze. Pisane zawsze z wewnętrznej potrzeby i głębokiego przejęcia słowem poezji.

Jesienią 1928 roku Zygmunt Mycielski rozpoczął studia kompozytorskie w Paryżu, a rok później ukończył cykl Trioletów do wierszy Zegadłowicza z tomu Imagines. Najbardziej rozbudowany jest triolet pierwszy – z długim, impresyjnym wstępem fortepianu. Mycielski odchodzi tu od prostych skojarzeń z tonalnością, a giętka linia sopranu na wyjątkowo gęstym tle mocno dysonansowej partii fortepianu stanowi nie lada wyzwanie dla śpiewaczki. Środkowy triolet ma miarowy, spokojniejszy rytm i mniej gęstą harmonikę, a trzeci jest żywy i wyrazisty, wręcz burzliwy w nastroju. […] 17 marca 1931 roku tylko jeden utwór cyklu (najprawdopodobniej drugi) zaprezentowała w Paryżu Maria Modrakowska, której przy fortepianie towarzyszyła Susanne Astruc – i był to kompozytorski debiut Mycielskiego.

W podobnej estetyce, bliskiej jeszcze wysublimowanej stylistyce Młodej Polski, mieszczą się kolejne chronologicznie pieśni: Litość do słów Cypriana Kamila Norwida, którą 7 maja 1931 roku wykonała w Paryżu Zofia Masalska z towarzyszeniem Mieczysława Mierzejewskiego przy fortepianie, oraz Gorzka zatoka do słów Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Gdzieżeście?! do słów kompozytora, wykonane 17 listopada 1933 roku w Paryżu przez Marię Modrakowską i Leona Kartuna pod wspólnym tytułem Deux chansons. Ich główną cechą pozostaje intensywność wyrazu, wynikająca w dużej mierze z dość ostrej w brzmieniach harmoniki. […] Wszystkie trzy pieśni ukazują zdolność młodego kompozytora do kreowania zróżnicowanych nastrojowo treści w zwartej muzycznie formie.

Zasadniczą zmianę w języku muzycznym Mycielskiego przynosi skomponowany w 1934 roku w podwileńskich Ornianach cykl Pięciu pieśni weselnych do słów Brunona Jasieńskiego, pochodzących z jego rewolucyjnego poematu Słowo o Jakubie Szeli. Mycielski wybrał do muzycznego opracowania fragmenty odnoszące się do wesela i w rezultacie stworzył jeden ze swoich najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych utworów. Cykl obejmuje pięć skontrastowanych wyrazowo obrazów, ujętych w ramy kompozycją Tańcowała izba, stół – która z finale przyjmuje wersję Tańcowała izba, sień. W Pięciu pieśniach weselnych jest ludowa z ducha żywiołowość (ogniwa skrajne), ale i pełen ciepła liryzm (Padał deszcz, płakał deszcz, coda A musiałażeś ty, Maryś). Mycielski pokazuje też znakomity zmysł kolorystyczny (choćby świetnie oddane brzmienie kropli padającego deszczu!), a także talent do tworzenia w ramach poszczególnych ogniw cyklu krótkich scenek dramatycznych. […] Docenili to krytycy, chwaląc Pieśni weselne już po prawykonaniu, które odbyło się 31 stycznia 1935 roku podczas koncertu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Młodych Muzyków Polaków w Paryżu – śpiewała Maria Modrakowska z towarzyszeniem Nadii Boulanger przy fortepianie.

 

 

Rok po Pieśniach weselnych Zygmunt Mycielski skomponował Trzy pieśni do słów Petroniusza. Zachowany w rękopisie cykl dedykowany został przyjaciółce kompozytora z klasy Nadii Boulanger – Marcelle de Manziarly. Mycielski wybrał do umuzycznienia trzy z Fragmentów przypisywanych Petroniuszowi. Wykorzystał oryginalny tekst łaciński, zapisując w partyturze jedynie informacyjnie także francuskie tłumaczenia wierszy. Poezji rzymskiego klasyka nadał prostą, ascetyczną wręcz oprawę muzyczną. […] Trudno powiedzieć, dlaczego miniatury te nie znalazły wykonawców, bo choć są bardziej ascetyczne, spokojniejsze i mniej zróżnicowane w wyrazie niż brawurowe Pieśni weselne, prezentują podobnie wysoki poziom. Wydaje się, że na przeszkodzie stanęła decyzja kompozytora o powrocie z Francji do Polski i typowy dla niego brak dążenia do prezentacji własnych utworów. Na pewno jednak ten inspirowany starożytnym łacińskim tekstem cykl zasługuje na uwagę, bowiem ciekawie i w oryginalny sposób uzupełnia repertuar przedwojennej polskiej liryki wokalnej.

Pierwszy okres twórczości pieśniarskiej Zygmunta Mycielskiego zamyka pieśń Stimme eines jungen Bruders do słów Rainera Marii Rilkego, skomponowana w 1938 roku w Bukowinie Tatrzańskiej. Był to dla kompozytora czas kryzysu wewnętrznego i stąd prawdopodobnie zainteresowanie poezją Rilkego, do którego tak chętnie sięgali młodopolscy twórcy. […] W stosunku do obu wcześniejszych cykli Mycielskiego nastrój jest tu diametralnie odmienny. Obecny w utworze rys silnej ekspresji wydaje się bliższy wcześniejszym pieśniom kompozytora, jednak połączony z wątkiem osamotnienia i poczucia nieprzystawalności do świata zapowiada już jego dojrzałą, powojenną twórczość.

Najpóźniejszą pieśnią Mycielskiego na sopran i fortepian jest Brzezina do słów Jarosława Iwaszkiewicza, skomponowana w 1951 roku podczas gościny u poety w podwarszawskim Stawisku. Kompozytor sięgnął do słów piosenki, którą w opowiadaniu Iwaszkiewicza nuci wiejska dziewczyna, Malina. „A pierwsze zamknienie / to moje spojrzenie, / że ja ciebie nie chcę znać” – boleśnie zawodzi głos solowy. Trzykrotnie powtórzona ludowa lamentacja w muzycznej wersji Mycielskiego zyskuje wysoce artystyczny kształt. Porusza do głębi, zachwycając połączeniem ekspresyjnie meandrującej linii solowej z intensywnym harmonicznie akompaniamentem fortepianu. Sam kompozytor pod koniec życia przyznał: „Moja najlepsza pieśń to te trzy strofy Brzeziny […]. Ani jednej nuty nie można w tej pieśni dodać ani ująć. Wszystkie nuty tam mówią” (27 VII 1986).

Po 1945 roku świat liryki wokalnej Zygmunta Mycielskiego to już przede wszystkim twórczość przeznaczona na głos męski. Otwiera ją symbolicznie cykl Ocalenie do słów Czesława Miłosza. Mycielski wybrał do umuzycznienia otwierającą słynny tomik poety Przedmowę. Jej zwrotki składają się na pięć kolejnych ogniw utworu. Pieśni I, II, III i V napisane zostały na przełomie kwietnia i maja 1946 roku, podczas gdy najdłuższą część czwartą, Czym jest poezja, która nie ocala narodów ani ludzi?, Mycielski skomponował dopiero w 1948 roku. Całość nie została za życia twórcy wykonana, a nuty wydano dopiero w 1989 roku. Idąc za wskazaniem poety, kompozytor stworzył cykl będący poruszającym głosem artysty wobec tragicznych przeżyć wojennych oraz wyrazem bólu po stracie bliskich (szkice Mycielskiego odsłaniają osobistą dedykację, z której później zrezygnował). Ocalenie jest też zapisem wątpliwości co do roli sztuki wobec tragedii wojny – stąd centralne i dramaturgicznie najważniejsze miejsce pieśni czwartej. Ostatecznie poezja niesie jednak „wybawczy cel”, w którym można znaleźć ocalenie – co za poetą wyznaje też i kompozytor. Muzyka Ocalenia jest mocno skupiona, w partii głosu solowego dominuje melorecytacja, a większe skoki interwałowe podkreślają miejsca ważne ekspresyjnie. Równie oszczędny jest fortepianowy akompaniament, oparty na powtarzanych akordach, często z użyciem interwałów nony i septymy, co dodatkowo nadaje brzmieniu surowość. Całość jest poruszająca, niesłychanie intymna, przejmująca. Ocalenie należy do najlepszych osiągnięć kompozytorskich Mycielskiego, ukazując, jak w indywidualny sposób łączy on niezwykle skondensowany język dźwiękowy z intensywnością przekazu […].

W połowie lat sześćdziesiątych kompozytor sięgnął ponownie do poezji Jarosława Iwaszkiewicza. Z jego tomu Krągły rok wybrał do opracowania sześć liryków. Najpierw, w 1965 roku, umuzycznił trzy pieśni o łacińskich tytułach, a dwa lata później dodał kolejne trzy i połączył w całość. Jest to bodaj najbardziej wymagający – i dla wykonawców, i słuchaczy – cykl pieśniowy Mycielskiego. Język muzyczny utworu oparty jest na starannie wyselekcjonowanych dźwiękach, wybranych w ramach indywidualnie stosowanej przez kompozytora techniki zbliżonej do dodekafonii. Punktem wyjścia i cechą nadrzędną pozostaje tu jednak słowo poety. Wybrane przez Mycielskiego liryki mówią o „nieukojeniu” i „cierpieniu osobności” (Status creaturae), milczeniu, które jest odpowiedzią na krzyk bólu (Principium individuationis), o „doskonałości czasu”, w którym „przeszłe i przyszłe / razem dzisiaj zakwita” (Interminabilis vitae possessio), o starym wilku, który z daleka zazdrośnie przygląda się śpiewom i tańcom młodych (Wilk), a wreszcie o niemożności cierpienia i nieumiejętności kochania (Cierpieć – nie mogę). Na koniec, w pieśni Widzisz, że świta (L’Alba), wraz ze wschodem słońca pojawia się promyk nadziei. W muzycznej interpretacji wierszy najważniejsze dla kompozytora stało się podkreślenie znaczeń tekstu. Służy temu ograniczenie muzycznych środków przy maksymalnej koncentracji uwagi. […] Nie brak tu chwil zamyśleń i zawieszeń muzycznego toku, w zakończeniu pieśni Status creaturae i Wilk kompozytor wprowadza także ponadczasowy motyw b-a-c-h.

W 1972 roku Mycielski sięgnął ponownie do słów Czesława Miłosza, wybierając jeden z jego najbardziej znanych wierszy – Tak mało. Swej pieśni nadał tytuł Napisane wczesnym rankiem, co nawiązuje do tytułu rubryki, w której ogłaszano poezje Miłosza w paryskiej „Kulturze” (Zapisane wczesnym rankiem). Wiersz jest wyznaniem dojrzałego twórcy, niezadowolonego z własnych osiągnięć. „Tak mało powiedziałem” – wątpliwości wyrażone przez poetę mocno współgrały z odczuciami kompozytora, który wciąż borykał się z przekonaniem, że niewystarczająco dużo czasu poświęca własnej twórczości. Niewielkich rozmiarów pieśń ujmuje prostotą i wyrazistością. Zachowana w rękopisie, po raz pierwszy została wykonana 8 maja 2017 roku w Warszawie przez Jarosława Bręka z towarzyszeniem Mariusza Rutkowskiego.

Zamykający album cykl Ośmiu pieśni do słów Zbigniewa Herberta powstał w 1984 roku. Mycielski wybrał fragmenty wierszy poety pochodzące z dwóch tomów: Raport z oblężonego Miasta (pieśni I–IV) oraz Hermes, pies i gwiazda (pieśni V–VIII). Ułożył je w całość według własnej koncepcji. Po zakończeniu pracy pisał nawet zaniepokojony do Herberta, czy zgodzi się na takie „zmasakrowanie” swych wierszy, bo rzeczywiście wybrał z nich nieraz tylko pojedyncze wersy, omijając inne. Nie zgubił jednak oryginalnego przekazu (zgodę poety uzyskał), ale jeszcze go wzmocnił pełną wyrazu muzyką. W partii głosu solowego dominuje melorecytacja, a ważną rolę w budowie klimatu brzmieniowego pełni rozbudowana partia fortepianu. Język muzyczny oparty jest na mocno dysonansowej harmonice, wynikającej ze stosowanego przez kompozytora tablicowego systemu wyboru wysokości dźwięków. W rezultacie nastrój pieśni jest surowy, a jednocześnie nasycony ekspresją, co znakomicie oddaje przejmujące przesłanie poezji Herberta. Mycielski przekonująco buduje atmosferę pełną skupienia, niepokoju i smutku, ale niepozbawioną też momentów liryzmu i chwilowych przebłysków nadziei. Warto pamiętać, że utwór ten, podobnie jak i poezję Herberta, można wpisać w atmosferę polityczną lat stanu wojennego, choć ich przesłanie pozostaje czytelne i bez historycznych odniesień.

 BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Fragment szkicu zamieszczonego w książeczce do płyt CD: Zygmunt Mycielski „Complete Songs”. Wykonawcy: Joanna Freszel, Bartłomiej Kominek i Tomasz Konieczny, Lech Napierała. Seria „Anaklasis”, PWM 2025 (2 CD). Aby kupić płytę kliknij tutaj.

Muzeum cz. 8 – Historia tkwi w szczegółach – o religijności dawnych mieszkańców Mazur

Wiele eksponatów w części mieszkalnej muzeum „opowiada” nie tylko o kwestii językowej, ale również o religijności dawnych mieszkańców Mazur. Te sfery były ze sobą powiązane, na co zwrócił uwagę w 1921 roku Adolf Szymański: „Główne cechy charakterystyczne Mazurów to ich polskie pochodzenie i zwyczaje, niemiecka tradycja, polskie nazwiska i niemieckie imiona, polski język i niemieckie pismo, polskie przysłowia i niemieckie pieśni, słowiańska religijność i ewangelickie wyznanie”.

Wraz z sekularyzacją państwa krzyżackiego równo 500 lat temu, w roku 1525 oraz przejściem na luteranizm ostatniego wielkiego mistrza, księcia Albrechta Hohenzollerna – tego ze słynnego obrazu Jana Matejki Hołd pruski – zgodnie z panującą wówczas zasadą cuius regio, eius religio – czyja władza, tego religia – Prusy Książęce zostały pierwszym na świecie państwem protestanckim. I choć nazwa kraju i prowincji przez wieki się zmieniała, to aż do końca II wojny światowej i upadku Prus Wschodnich, było to nadal państwo protestanckie, co nie wykluczało obecności innych religii.

Aby ta nowa religia, przyjęta przez Albrechta, mogła dotrzeć do wszystkich mieszkańców, zwłaszcza do prostego ludu wiejskiego, ważne było zwiększenie liczby pastorów oraz zapewnienie literatury religijnej wiernym umiejącym czytać, aby mogli szerzyć ją dalej. Konieczne stało się przetłumaczenie dzieł Lutra i publikowanie ksiąg religijnych w języku polskim, używanym powszechnie w mazurskich kościołach aż do XIX wieku. W 1543 roku w Królewcu ukazały się Pieśni duchowne a nabożne nowo zebrane i wydane przez Jana Seklucjana. Było to pierwsze wydanie zbioru 33 pieśni i psalmów, częściowo tłumaczonych z języka niemieckiego. Kilka lat później Stanisław Murzynowski, na zlecenie księcia Albrechta, jako pierwszy przełożył na język polski Nowy Testament, wydany w drukarni Jana Seklucjana w latach 1551-1553. W XVI wieku w Królewcu wydawano wiele katechizmów, postylli i kancjonałów, w tym 297 w języku łacińskim, 183 w języku niemieckim i 90 polskim. Wiek XVII i XVIII obfitował nadal w liczne polskojęzyczne wydawnictwa religijne, a w 1741 roku ukazał się po raz pierwszy Nowo wydany Kancjonał Pruski zawierający w sobie Wybór Pieśni Starych i Nowych w ziemi Pruskich i Brandenburskich zwyczajnych…, najbardziej popularny zbiór pieśni religijnych i śpiewów liturgicznych. Od tej pory Kancjonał, zwany Mazurskim drukowany szwabachą, ale w języku polskim z tytułami pieśni w języku niemieckim (!) znajdował się praktycznie w każdym domu. W związku z tym był często wznawiany przez oficynę Jana Henryka Hardinga z Królewca: w latach 1782-1918 każdego roku, ponad 150 razy (!) a większość wydań liczyła 50 000 egzemplarzy (ostanie pochodzi z 1926 roku). Mimo tak wielkich nakładów do naszych czasów przetrwało niewiele egzemplarzy, bo często wraz ze zmarłym właścicielem były one wkładane do trumny.

 

Podstawą luterańskiej religijności była aktywność wiernych, którzy powinni w kręgu rodzinnym modlić się, śpiewać pieśni i czytać książki religijne. Strona tytułowa znajdującego się w naszych zbiorach „Kancjonału” wydanego w 1888 roku, z podpisem właściciela: Gustav Kostrzewa, geb. den 19/10 1877 [urodzony 19 X 1877] oraz „Religijna książeczka albo chrześcijańska nauka religii według dr Martina Luthera małego katechizmu…” wydana w 1900 roku w języku polskim przez drukarnię Hartunga w Królewcu.

 

Wśród ksiąg religijnych w naszym muzeum jest też Biblia to jest wszystko Pismo Święte Podług Edycyi Berlińskiey z Roku 1810 i Gdańskiey z Roku 1632 Dla Pożytku Zborów Polskich Ewangielickich Za przyczyną Głównego Towarzystwa Biblijnego Pruskiego Na nowo przedrukowane. 8 wydanie w Halli, Roku Pańskiego 1907 – w języku polskim, ale drukowana czcionką gotycką, charakterystyczną dla publikacji niemieckich.

Do połowy XIX w. nabożeństwa w mazurskich kościołach, zwłaszcza na terenach wiejskich, odbywały się głównie w języku polskim, rzadziej w niemieckim (to częściej w miastach). W II połowie XIX w., wraz z zaostrzeniem polityki językowej przez władze pruskie, także w kościołach zaczęto ograniczać używanie języka polskiego. W marcu 1862 roku wydano zarządzenie, zgodnie z którym, niezależnie od liczby Niemców w parafii, wprowadzono nabożeństwa niemieckie. Następnie próbowano odgórnie, poprzez kolejne zarządzenia, ograniczać do minimum używanie języka polskiego w kościołach, ale próby rugowania języka polskiego wywoływały protesty wiernych (wielu z nich nie znało niemieckiego). Wzbudziły one też obawy… władz kościelnych, które zastanawiały się, czy zbyt radykalne działania nie odsuną Mazurów do Kościoła, zwłaszcza że coraz bardziej popularny stawał się ruch gromadkarski, stanowiący swoistą odmianę biernego oporu ludności mazurskiej wobec germanizacji. Członkowie ruchu gromadkarskiego brali wprawdzie udział w nabożeństwach kościelnych, ale uczestniczyli również w nabożeństwach domowych, odprawianych w języku polskim przez osoby świeckie.

 

Rozmaite księgi i modlitewniki ewangelickie wydane w języku polskim i niemieckim z naszych zbiorów.

 

O ile kancjonały i księgi religijne znajdowały się często w chatach mazurskich, to mniej było w nich obrazów i rzeźb religijnych, co wynikało z odrzucenia rzymskokatolickiego kultu obrazów i relikwii. Luter choć piętnował kult sprzedawanych relikwii i tzw. „cudownych obrazów”, uznając je za przyczynę bałwochwalstwa, to jednak ich nie zakazywał, uważając, że usuwanie wizerunków Zbawiciela, Marii, a nawet świętych, mogłoby „słabych i maluczkich” zrazić do nowej religii. Akceptował wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego, także w otoczeniu arma christi oraz krucyfiks (i dlatego w kościele luterańskim powinien stać krzyż lub krucyfiks). Choć wielu radykałów (jak Kalwin i Karlstadt) było przeciwnego zdania, Luter uważał, że obrazy, choć dla wiary nieistotne i drugorzędne, mogą być przydatne w zwiastowaniu Ewangelii, dlatego nie wolno ich było nakazywać, ani zakazywać: „W odniesieniu do obrazów należy stwierdzić, że prawdą jest, iż nie są one konieczne, ale powinny pozostać kwestią wolnego wyboru”.

W chałupach na pograniczu Mazur i Mazowsza, gdzie silne były wpływy religii katolickiej, wieszano na ścianach obrazy religijne, zwłaszcza z cytatami z Ewangelii, sentencjami i napisami o treści religijnej, uznawanymi za przejaw protestantyzmu. W pierwszej izbie naszego muzeum nie ma typowego dla chałup zamieszkałych przez katolików tzw. świętego kąta (w prawosławiu był to ikonostas domowy), ale wisi obraz z napisem (nieco zmodyfikowana amatorska kopia litografii z 1924 r., której autorem był niemiecki malarz Georg Röder, 1867-1958). Jest to ilustracja historii Noego i potopu ze Starego Testamentu: „A po czterdziestu dniach Noe, otworzywszy okno arki, które przedtem uczynił, / wypuścił kruka; ale ten wylatywał i zaraz wracał, dopóki nie wyschła woda na ziemi. / Potem wypuścił z arki gołębicę, aby się przekonać, czy ustąpiły wody z powierzchni ziemi. / Gołębica, nie znalazłszy miejsca, gdzie by mogła usiąść, wróciła do arki, bo jeszcze była woda na całej powierzchni ziemi; Noe, wyciągnąwszy rękę, schwytał ją i zabrał do arki. / Przeczekawszy zaś jeszcze siedem dni, znów wypuścił z arki gołębicę / i ta wróciła do niego pod wieczór, niosąc w dziobie świeży listek z drzewa oliwnego. Poznał więc Noe, że woda na ziemi opadła”. [Biblia Tysiąclecia, Rdz 8,6-13.20-22].

 

Biały gołąb zwiastuje narodziny nowego życia, drugi początek świata, a gałązka oliwna symbolizuje pokój, radość i nadzieję.

 

W alkierzu – sypialni gospodarzy, na szafce stoi krucyfiks, drewniano-gipsowy, pokryty „złotą” farbą ozdobiony delikatnym ażurowym ornamentem (z tego powodu pierwotnie był chroniony w wysokim szklanym kloszu, którego obecnie brakuje). Obok, na ścianie wisi obraz, przestrzenny – takie „dawne 3D”, przedstawiający ukrzyżowanego Chrystusa i narzędzia męki, wykonane z pomalowanego na złoto gipsu, naklejonego na deskę pokrytą ciemnozielonym aksamitem. Obraz, który kupiłem tuż po studiach, prawie 50 lat temu, to Arma christi czyli symboliczne przestawienie Męki Pańskiej, wyjątkowe, bo może nie zawierać (choć zwykle zawiera) postaci ukrzyżowanego Chrystusa, ale narzędzia jego męki, uznawane za broń, którą zwyciężył śmierć. Oprócz krzyża i titulusa z napisem INRI są to zwykle korona cierniowa, kolumna biczowania i rózga (bicz), chusta świętej Weroniki, gwoździe, młotek i obcęgi, drabina, włócznia, tyczka z gąbką, dzban, miecz, szaty i kości, którymi o nie grano oraz kogut, który zapiał po tym jak Piotr trzy razy zaparł się swojego mistrza, a niekiedy także księżyc i słońce, które zostało przesłonięte w chwili śmierci Chrystusa.

 

Arma Christi i krucyfiks.

 

W Prusach Wschodnich do 1945 roku wierni kościoła ewangelicko-unijnego stanowili najliczniejszą grupę pośród wszystkich mieszkańców (w 1926 około 84%,) pozostałe 16% stanowili wyznawcy innych kościołów – tu najliczniejszą grupą byli katolicy. Znacznie mniej było katolików na Mazurach, np. w powiecie piskim w 1837 roku zaledwie 415 osób (1,3% mieszkańców), w mieście Pisz w 1849 było ich tylko 58, a liczba ta wzrosła do 293 (6% mieszkańców) w 1925 roku.

Położenie między katolickimi Mazowszem i Warmią, sprawiało, że protestancka ludność zamieszkała w mazurskich wsiach kultywowała wiele obrzędów i tradycji katolickich. Licznie i chętnie odwiedzano katolickie kościoły pielgrzymkowe wzniesione w miejscach cudownych objawień w Stoczku, Glotowie i Krośnie. Mazurzy szczególnie upodobali sobie Złotowo pod Lubawą, Białuty pod Działdowem oraz Świętą Lipkę, gdzie odbywały się odpusty i jarmarki. Tam nie tylko handlowano, ale „przy okazji”, jak pisał urodzony w Piszu Jerzy Krzysztof Pisański, dawano do poświęcenia wino i składano ofiarę, aby otrzymać odpust, ale kupowano zapewne także rozmaite dewocjonalia, a nawet ozdobne, drukowane błogosławieństwa domowi.

Z tego powodu najwyższe pruskie władze kościelne żywo interesowały się religijnością Mazurów, zwłaszcza z pogranicza mazursko-mazowieckiego, na którym tak intensywnie przenikały się kultury, języki oraz religie. Do zbadania tych wpływów wysłano nawet z Berlina Friedricha Salomo Oldenberga, który osobiście zaznajomił się z sytuacją i w grudniu 1865 złożył obszerne sprawozdanie, w którym pisał: „Pobożność Mazura jest przeważnie niedojrzała lub też zatrzymała się w początkowym stadium rozwoju. Składają się na nią raczej na pół prymitywne pojęcia i instynkty niż jasne doświadczenia […]. Jego prostota, nawet jeśli on o tym nie wie, czyni go spokrewnionym z katolicyzmem […]. Nie potrafi odróżnić wiary chrześcijańskiej od niechrześcijańskiej ani protestanckiej od katolickiej. Mieszając wszystkie te elementy, znajduje swoją kościelną egzystencję w formach protestantyzmu”.

Także Wojciech Kętrzyński wyraził swoje zaskoczenie zaobserwowanym na Mazurach przenikaniem się elementów obu głównych religii: „[…] co mię bardzo zadziwiło, jest to, że w niektórych okolicach dotąd się zachowuje czysto polski i katolicki obrzęd kolędy, choć Mazurowie już przed wiekami św. Kościół katolicki porzucili i do nauki Marcina Lutra się przyłączyli. Jak w Prusach Zachodnich, tak i tutaj odprawia się ten obrząd przez pastora i organistę w czasie od Nowego Roku do Wielkiej Nocy”.

 

Przetłumaczona przez Samuela Tschepiusa (1678-1750), proboszcza z Działdowa i Nidzicy i wydana przez jego syna Samuela Ernesta książka „O prawdziwym chrześcijaństwie” była niezwykle ceniona przez Mazurów.

 

Świadectwem przenikania religii jest znajdująca się w naszym muzeum ozdobnie oprawiona w czarną skórę i wydrukowana czcionką gotycką księga: Jana Arnta ś. pamięci generalnego księstwa Luneburskiego superintendanta Sześć Księgi o Prawdziwym Chrześciaństwie z niemieckiego na polski przetłumaczony przez X. Samuela Tscepiula arcypresbytera i proboscza Działdowskiego, Nidborskiego i Dąbrowieńskiego, w Królewcu 1905 druk i nakład Hartumgskiej drukarni. Choć autorem ksiąg był Johann Arndt (vel Arnd, 1555-1621), niemiecki teolog luterański, były one czytane nie tylko przez ewangelików, ale też przez katolików, a nawet prawosławnych. W muzeum zgromadziliśmy rozmaite przedmioty świadczące o obecności katolików na Mazurach. Na ścianach izby dziadków wiszą obrazy Matki Boskiej oraz świętych oraz wystawione w Warszawie w 1911 roku błogosławieństwo domowi, a także wydane pod koniec XIX lub na początku XX w. katolickie księgi i modlitewniki w języku niemieckim i polskim. Wiszą też dwa ozdobne świadectwa przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej z 1924 i 1925 roku przez rodzeństwo Franza i Marię Bartnik z warmińskiego Lamkowa (Gr. Lemkendorf).

 

W naszych zbiorach (nie wszystkie są eksponowane w muzeum) mamy świadectwa związane ze starowiercami – druki, ikonę, sprzęty gospodarskie, a nawet drewniaki jednej z sióstr z klasztoru w Wojnowie.

 

Oprócz wyznawców dwóch głównych religii na obszarze Puszczy Piskiej żyli obok siebie również m.in. starowiercy (od 1830 roku), prawosławni, Żydzi, a nawet mormoni.

W 1922 r. do niewielkiej wsi Zełwągi (Selbongen) leżącej na północnym skraju Puszczy Piskiej powrócił kupiec Fritz Fischer, który w Berlinie został mormonem. Dzięki jego agitacji powstała tam wkrótce gmina Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich i wybudowany został kościół. Liczba mormonów szybko rosła, choć wiązało się to m.in. z zakazem picia alkoholu, kawy, herbaty i palenia papierosów, dlatego w 1926 roku do pomocy Fischerowi oddelegowano na Mazury dwóch kaznodziejów z USA.

Znacznie wcześniej na terenie późniejszych Prus Wschodnich pojawili się Żydzi. W II połowie XIX wieku ich najliczniejsze grupy żyły na terenie powiatu piskiego w miastach (Piszu, Białej i Orzyszu), ale, jak wynika ze spisów członków gminy synagogalnej, pojedyncze rodziny mieszkały także w okolicznych wsiach. W 1900 roku w Prusach Wschodnich mieszkało ogółem 13 877 Żydów (czyli zaledwie 0,7% ludności prowincji), w grudniu 1905 roku 13 702 (0,67%), z czego w powiecie piskim tylko 374 osób (w 1910 roku liczba ta spadła do 260 osób). Pomimo niewielkiej liczby Żydzi w powiecie piskim przyczynili się do ożywienia gospodarczego, a w spisie członków piskiej gminy synagogalnej na początku XX wieku byli: właściciele nieruchomości, kupcy, handlarze, spedytorzy, rzemieślnicy (szewc, tracz, hydraulik), restauratorzy i karczmarze, dwóch producentów octu i dwóch lekarzy [1].

O obecności Żydów na tym terenie świadczą w naszym muzeum jedynie trzy niepozorne przedmioty, ale wokół nich można snuć „małą” opowieść. Tymi eksponatami są wiszące w alkierzu… drewniane wieszaki do ubrań, pochodzące z tego samego sklepu w pobliskiej Ukcie. Na wszystkich jest wypalona ta sama nazwa: Kaufhaus Alt-Ukta, ale różnią się nazwiskami jego właścicieli. Na jednym z nich jest: D. Schlochauer gegr. 1878, a na dwóch pozostałych dwa nazwiska: Natkowski & Gorontzi. Udało mi się częściowo odtworzyć tragiczne losy żydowskiej rodziny z Ukty.

 

Trzy firmowe wieszaki ze sklepu w Ukcie.

 

David Schlochauer (ur. ok. 1865) był członkiem mrągowskiej gminy synagogalnej, ale wraz z małżonką Johanną (z domu Joseph, ur. w 1863 w Mrągowie) przeniósł się z Mrągowa do Ukty, gdzie w roku 1878 założył wielobranżowy sklep (Kaufhaus) oraz „dom mody” (Modewaren). W Ukcie na świat przyszło ich pięcioro dzieci – jako pierwszy w 1886 roku syn Moritz (poległ w 1917 r. podczas I wojny światowej), dwa lata później, w 1888 roku córka Lena, potem syn Gustav (1889) i córki: Ella (1892) oraz Frieda (1895).

David Schlochauer, uwieczniony na wieszaku, zmarł w 1925 roku, a jego żona Johanna pozostała w Ukcie i dopiero w 1939 r. wyjechała do Berlina. Tam, do końca 1942, ukrywała się z córką Leną (noszącą po mężu nazwisko Davidson) przez krótki czas w dzielnicy Charlottenburg przy Mommsenstraße 4, potem Lenie udało się przetrwać wojnę w kryjówce przy Krummestraße (notabene: przez kilkanaście lat mieszkałem w bezpośrednim sąsiedztwie tych obu adresów), potem wyjechała do USA i dołączyła do męża (kupca Adolfa Davidsona) oraz trójki dzieci, którym szczęśliwie udało się uciec przed wojną. Lena zmarła dopiero w 1970, ale jej matka nie miała tyle szczęścia. Została aresztowana 29 stycznia 1943 i wywieziona transportem I/88 do getta w Theresienstadt, gdzie zmarła w październiku tego samego roku.

Sklep w Ukcie po śmierci ojca prowadziła córka Ella Schlochauer (Lena – jej starsza siostra wyemigrowała znacznie wcześniej) wraz z mężem Georgiem Schetzerem (w 1921 na świat przyszła tu ich córka Renate, a później syn Yoram). Przed prześladowaniami Ella z drugim mężem Walterem Kurtem Goldsteinem (pierwszy zmarł w 1930 i został pochowany na cmentarzu żydowskim w Mikołajkach) wyjechała w 1938 z Ukty do Holandii i schroniła się w Amsterdamie. Tam została aresztowana 12 stycznia 1944 (jej męża aresztowano dzień wcześniej, wywieziono do Theresienstadt, a zmarł w Schipkau 19 kwietnia 1945) i deportowana do obozu koncentracyjnego Bergen–Belsen, gdzie zmarła na tyfus 6 marca 1945. Razem z Ellą do obozu wywieziono również jej córkę Renate (zmarła 18 kwietnia 1945 r. w Torgau lub Schipkau). Holokaust przeżyli Gustav i Frieda – młodsze dzieci kupca Schlochauera, oraz Yoram (syn Elli), który w 1999 złożył oświadczenie w Yad Vashem, na podstawie którego możliwe było odtworzenie rodzinnej historii.

Po wyjeździe z Ukty, a raczej po ucieczce przed prześladowaniami, sklep rodziny Schlochauer przejęli w 1938 (wcześniej odkupili?) dwaj miejscowi kupcy Natkowski i Gorontzi. Niewiele o nich wiadomo, poza tym, że zamówili nowe, firmowane ich nazwiskami wieszaki do ubrań. Być może w przejęciu sklepu istotne było to, że członkowie rodzin Gorontzi (zniemczona i „poprawna politycznie” forma mazurskiego nazwiska Gorący) byli zagorzałymi zwolennikami i aktywnymi członkami partii narodowosocjalistycznej, a niektórzy z nich mieli wysoką rangę w Waffen-SS i Wehrmachcie. Jednym z nich był Richard Gorontzi, urodzony w 1920 roku w Ukcie, który jako osiemnastolatek (w 1938) ukończył cum laude elitarną szkołę z internatem dla dzieci prominentów, zwaną Napola (Nationalpolitische Erziehungsanstalten, Narodowo-Polityczne Zakłady Wychowawcze) przygotowującą kadry dla Wehrmachtu i Waffen-SS. Rok później został powołany do Infanterie-Regiment 43 w Insterburgu, gdzie szybko awansował (Fahnenjunker, Leutnant, Kompanienführer, Oberleutnant, Adiutant) aż do dowódcy batalionu (Bataillonskommendant). Zmarł 21 października 1943 w Królewcu (i tam został pochowany) wskutek ran odniesionych w bitwie.

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

[1] Więcej na ten temat: K. A. Worobiec, Niechciani obcy i inni – Żydzi i Cyganie, „Znad Pisy” 2018 nr 24, s. 184–209.

Sacały

Z historią Sacał związana jest postać Pawła Nikołajewicza Rybnikowa – wicegubernatora guberni kaliskiej w latach 1867–1885. Pojawił się w Kaliszu w roku 1866, a więc po klęsce powstania styczniowego. Paweł Rybnikow kupił na terenie Wielkopolski kilka majątków, w tym leśny folwark Sacały.

Z tablicy informacyjnej na miejscu folwarku w lesie sacalskim

 

1. Z Andrzejem Rybnikowem, prawnukiem wicegubernatora Kaliskiej guberni Priwislanskogo kraja, umówiłem się w Kaliszu na dworcu. Zamierzaliśmy wspólnie przejść się do mogiły jego pradziada Pawła Nikołajewicza Rybnikowa na prawosławnym cmentarzu przy ulicy Górnośląskiej, a potem pojechać do Sacał – letniej daczy wicegubernatora. To była moja trzecia wizyta w grodzie nad Prosną w ciągu niecałego roku.

Pierwszy raz przyjechałem do Kalisza ubiegłym latem, aby spotkać się z autorem pierwszej polskiej książki o Rybnikowie – profesorem Krzysztofem Walczakiem. Wyszła w ramach serii „Kaliszanie”. Niewielka, ledwie siedemdziesiąt stron, wydana przez Kaliskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, którego profesor Walczak jest prezesem. Podziękowałem panu Krzysztofowi za egzemplarz z dedykacją, obiecując, że jak przeczytam, to wrócę do Kalisza, aby porozmawiać. Profesor narysował mi, jak trafić na mogiłę Pawła Nikołajewicza Rybnikowa na cmentarzu prawosławnym. Cały dzień padał deszcz.

 

 

Cmentarz greko-prawosławny w Kaliszu leży naprzeciwko cmentarza katolickiego po drugiej stronie Górnośląskiej, nieco na uboczu, na niewielkim wzniesieniu za zmurszałym murem po schodach, jak gdyby od razu na tamten świat. Dzięki rysunkowi profesora Walczaka bez trudu znalazłem mogiłę Rybnikowa i położyłem na niej czerwoną różę w imieniu Polsko-Rosyjskiego Towarzystwa Przyjaciół Rybnikowa. Na cmentarzu oprócz mnie nie było żywej duszy, nie licząc ptaków i drzew, ścieżki zaledwie widne pod zeszłorocznymi liśćmi, mogiły zarośnięte chwastem i trawą, krzyże pokoszone, cyrylica nieczytelna… Mur dookolny dawał poczucie ujuta – bycia u siebie – choćby na tym skrawku ziemi, a zarazem miało się wrażenie wyrzucenia poza margines Kalisza realnego, który pozostał za murami. Tam miasto tętniło życiem, tutaj cisza wibrowała w gałązkach drzew.

 

 

2. Powtórnie przyjechałem do Kalisza po lekturze książki o Rybnikowie, aby porozmawiać z profesorem Walczakiem. Konkretniej niż za pierwszym razem. Profesor zrazu zwrócił uwagę, że zdjęcie z pogrzebu Rybnikowa w Kaliszu, które zamieścił w monografii, okazało się odkrytką z innego pogrzebu, co zdradziła drobiazgowa analiza wywieszek ulicznych. Na jednej widnieje nazwa firmy, która nie istniała w czasie pogrzebu rosyjskiego wicegubernatora.

Siedzibą Kaliskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk rządziły duchy, unosząc się nad książkami. Duch starożytności, którego pierwszy ślad w piśmiennictwie pod postacią Calissii utrwalił Ptolomeusz w II wieku naszej ery i duch wielkopolskiego grodu, który ulubili sobie najwięksi polscy królowie, Jagiełło i Kazimierz Wielki, duchy Napoleona i Aleksandra II, ale poczułem także zapaszek miasta, które nieraz przechodziło z rąk do rąk, zostawiających na nim odciski palców, dziedziczne choroby i zmiany w urzędowym języku. Z okien Towarzystwa widziałem okazałą bryłę Pałacu Komisji Wojewódzkiej Kaliskiej, gdzie wicegubernator Paweł Nikołajewicz urzędował i chciałoby się przez teatralną lornetę zajrzeć do okien dawnej Resursy (okna za kolumnadą), to znaczy do Klubu Rosyjskiego, założonego przez Rybnikowa z braku lepszego zajęcia. W Klubie organizowano doroczne bale, różne loterie na cele patriotyczne i inne dobroczynne zbiórki, czytano rosyjską prasę według pietrozawodskich wzorów. Ale przede wszystkim w Resursie regularnie grywano w wista. W tamtych latach wist był chorobą rosyjskiej elity, zwłaszcza na prowincji. Jeszcze na karelskim zesłaniu Rybnikow o tym pisał i przestrzegał w „Gubernskich Wiedomostiach”, lecz widać sam nie potrafił się oprzeć karcianemu zabolewaniu.

 

 

Zapytałem profesora Walczaka o majątki ziemskie, które Rybnikow wykupował od państwa rosyjskiego, zabezpieczając, jak sądził, przyszłość sześciorga dzieci. Było tego 47 dziesięcin pod Dębem i 70 dziesięcin w Tykadłowie w powiecie kaliskim, 462 dziesięciny w Osinach w powiecie kolskim i 1240 dziesięcin w Jaskrowie w powiecie częstochowskim piotrowskiej guberni. I raptem to wszystko stracił, a zaraz potem umarł! Co się stało? Toż nie mogli go polscy szulerzy oszukać, co sugerują niektóre źródła, bo miał władzę i żandarmów w razie czego, więc musiał to być dług honorowy. A na co umarł?

Profesor skierował mnie do Archiwum Państwowego w Łodzi i dalej snuł rozmaite wątki z dziejów miasta. Mógłbym go słuchać bez końca, zwłaszcza że przeszłość Wielkopolski znam słabo, a wątek Kalisza tym gorzej, ale do Rybnikowa niewiele z anegdot profesora się odnosiło, więc zluzowałem uwagę i tylko jeszcze zanotowałem familię ostatniego gubernatora Michaiła Daragana, pod którym Rybnikow służył i który bardzo pomógł wdowie po Pawle Nikołajewiczu.

Na moją prośbę profesor Walczak zadzwonił do Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej i poprosił, aby jeszcze nie zamykali, bo polski pisarz z Rosji chciałby sfotografować portret Daragana, znajdujący się w zbiorach muzealnych. Daragan zasłynął wśród czynowników rosyjskich swoją sympatią do Polaków, podobnie zresztą jak Rybnikow… Ostatni raz widziano Michaiła Daragana na dworcu w Wołogdzie w czasie wojny domowej w postaci bezdomnego dziada w poszarganym białogwardyjskim mundurze.

 

 

Prosto z Kalisza pojechaliśmy do Łodzi, gdzie w Archiwum Państwowym czekała na nas teczka osobowa Rybnikowa, a w niej ponad dwieście dokumentów… Wnikając w wyblakłą cyrylicę, można było wyczytać, że Paweł Nikołajewicz Rybnikow zmarł w wieku 53 lat na jazwę żołądka. Zjadł go wrzód, a żona została z długami.

 

3. Trzeci raz przyjechałem do grodu nad Prosną z Andrzejem Rybnikowem, prawnukiem Pawła Nikołajewicza. Odnalazłem go w Warszawie, gdzie mieszkają tylko z Marzeną, bo dzieci już dawno wyfrunęły z kraju. Andrzej urodził się w 1955 roku w Brudzewie, dokąd rodzina Rybnikowych przeniosła się z Sacał w 1945 roku po rozkułaczeniu. Andrzej ma domek w Brudzewie i lubi jeździć w rodzinne strony na wakacje.

Jadąc do Kalisza, zastanawiałem się, kto nam zrobi zdjęcie do archiwum Towarzystwa Przyjaciół Rybnikowa, wszak to nie byle fota: wnuk na grobie dziada, słynnego rosyjskiego filologa i w dodatku ze mną, autorem tej byli. Z poprzednich odwiedzin zapamiętałem cmentarz prawosławny w Kaliszu jako zupełnie pusty, ale tym razem był… zamieszkany! Pod kamienną wiatą zbiorowej mogiły znalazło sobie przystań dwóch bomżów, czyli po polsku: bezdomnych. Nie tylko wyrwali się do zrobienia zdjęcia, ale żywo zainteresowali się, kto tam leży? A jak dowiedzieli się, że to pradziad Andrzeja, to poprosili o fotkę z nim na pamiątkę i zobowiązali się za dwadzieścia zeta przez cały rok sprzątać mogiłę Rybnikowa. Tyle wynosi roczne utrzymanie domowiny słynnego filologa w Polszy!

Z Kalisza pojechaliśmy via Brudzew do Sacał, mijając po drodze wielohektarowe panele elektryczne. Nowobogacki nieciekawy landszaft, nie ma na czym wzroku zawiesić. Powszędy reklamy opon.

 

4. Dopiero po zjechaniu z głównej asfaltowej drogi na leśny sacalski trakt znaleźliśmy się znienacka w świecie dziadkowych opowieści. Oto leśna droga, dużo szersza niż dzisiaj, w kolasce wdowa po filologu, dziadek Andrzeja i żandarm z ochrony, ale las się nie zmienił…

 

 

…i zaraz kamień, tak to była brama do folwarku, a za nią pierwsze budowle gospodarcze, z których już nawet nie zostały ostatki fundamentów. To chyba obory albo stajnie, gdzieś tutaj ruiny znikają pod murawą, nieco dalej była stróżówka, w której zwykle kwaterowali żandarmi z ochrony pradziadka (dziesięciu żołnierzy), bo należy pamiętać, że dookoła rozciągały się tereny powstańcze. Co było potem? Andrzej nie bardzo pamięta, gdyż opowieści dziadkowe się rozjeżdżają w jego wspomnieniach na te, które zasłyszał i te, które potem zapisał.

 

 

Przeszliśmy przez folwark jak przez powidok dziadkowych opowieści, legend rodzinnych i snów, powidok drżący już tylko pod powiekami Andrzeja, jego córek to zupełnie nie interesuje, a Marzena w ogóle nie lubi tego miejsca.

– Ot, chyba gdzieś tutaj – Andrzej był niepewny.

 

 

Po kilkudziesięciu metrach przedzierania się przez zarośla stanęliśmy nad leśnym wykrotem. To tutaj stał dworek Pawła Rybnikowa, jego ostatnie pristaniszcze na ziemi… Tu przepadło całe rodzinne archiwum, korespondencja z Lwem Tołstojem i parę innych rarytasów, wdeptanych w ziemię butami sołdatów sowieckich w 1945 roku. Tu…

 

 

Wrocław, październik 2025

MARIUSZ WILK

Galeria jednej fotografii (69)

Lubię dziewczynkę, która wyczekuje lotki, żeby ta spadła na jej rakietę. I samą lotkę, która zawisła w powietrzu. Polubiłam zegar na ratuszu, w Bolesławcu, który na zdjęciu, z lipca, zawsze, pokazuje 10:36. Ostatnio polubiłam nowy szczegół. Jak w Dziewczynce przy falochronie, Westhove 2009, dopiero dokładne przestudiowanie fotografii ujawnia ukryty fragment rzeczywistości. W oknie stoi kobieta. W jasnym fartuchu. I uśmiecha się. Do nas? Do identycznie ubranych bliźniaczek, których grę śledziłam przez obiektyw? Tak sobie?

 

„Badminton”, Bolesławiec 1989, z cyklu: „Grasz w zielone?” © Elżbieta Lempp

22 listopad 2024

ELŻBIETA LEMPP

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek