WOJCIECH KASS
Obyś został wysłuchany
Tylko pytania są wieczne,
odpowiedzi bieżące jak polityka.
Wieczne pytania o prawdę i piękno,
miłość i szczęście, początek i koniec,
los i sens, Boga, śmierć i czas –
mówi się o nich, że wielkie,
otóż nie: są jak dzień, dosiewanie
trawy, zbiór koralika derenia
do miseczki, pocieranie paciorka
różańca palcami, aby wyrósł z nich
cyklon ciekłego korala modlitwy
lub żeby palce dotknęły pulsu żyły
naszej niewinności – obyś został
wysłuchany, któryś mignął.
Odpowiedzi zmieniają się z epoki
na epokę i mnożą jak szczury.
Kiedy pada deszcz przeczekaj,
wyczekaj, gdy zbyt długo nie pada.
I tasuj dowolnie poprzednią strofę
lecz uprzedzam, niewiele to zmieni.
Nie mogą być antidotum na chorobę, spleen, monsunowe lato i cholernie mroźną zimę. Pogrążonych w melancholii strącają wraz z ich własnym dnem w otchłań, wesołków utwierdzają w wesołkowatości, głupich śmieszą, łajdakom są obojętne. Pisane w chwili, gdy los, życie zadają razy, czasem cios, gdy przenika go fala uderzeniowa niewiary (te fale, jak i fale wiary, mijają, po nich przychodzą następne). Przenika go: poetę, pisarza.
Powstają nad ranem, w nocy, bywa: w blasku światła. Budują dystans do Całości: życia (mego, swego, ich), świata, istnienia, bytu, natury, historii, sztuki, narodu, pojęć, indywidualności. Nawet do „całości niczego, które udaje coś”, do cudzysłowów, ironii ironii. Jakkolwiek To-Wszystko zwie, wtedy odsłania się ono w niegwiaździstym chłodzie swej inności. Czy: obcości. Chłód przenika go: poetę.

Może łkać lozańskim płaczem, wpatrzyć się w uraniczną sosnę, otworzyć na boskie albo nie-boskie. Chce to czucie wcielić w słowo, obraz, może (niekoniecznie) w rym, strofę, rytm. Naraz wszystko się rozstrzyga: czy będzie snuł miłość, mówił „idź!”, „nic dwa razy się…”, czy patrzeniem zbrata się z siostrą-drzewem, przeklnie Wszystko, zaniemówi, podejmie „ostateczną decyzję”, zapadnie w bezwolę, w „tam nic nie ma”. Bez znaku zapytania. Napisze wiersz? Takie nic, a pisze wiersz. On: poeta.
Chwila między zimnem oglądu a płomieniem prze-słowienia błysku jest tajemnicą. Tą, co stwarza świętych, bluźnierców, mizantropów i (…) literatów zamiast pisarzy, liryków. Musi podjąć! Ale to nie jest decyzja, to nie jest bodaj świadome tworzenie. W przekroczeniu metamorfozy staje się – z dna potwornej oddali – innym: już wszystko wie, już wie, że nie wie niczego, już nie chce o tym myśleć i „tylko żyć”. Czasem wie wtedy: że nic nie będzie wiedział. Tasuje poprzednie strofy pytań i odpowiedzi, uprzedzając, że niewiele to zmieni. Ignoramus et ignorabimus, doskonała agnozja: pytania policzone, niepewność we wszystkim, odpowiedzi na zawsze niepoznane. Ani westchnąć: żyjmy, póki żyjemy, ani nie westchnąć.
Pomiędzy tym u-bez-własno-wolnieniem a zapisem pomyśli, że można pocierać koraliki owocu derenia, by krzesać z nich modlitwę. Na chwilę wie, że oprócz jest i nie ma nic istnieje Boskie ale: jest, ale…; nie ma nic, ale… Wtedy, wbrew prawdzie widzenia, które go przeszyło w ciemnej dolinie, pisze: wyczekuj, tasuj, czekaj, a może o-czekuj. Jak w wierszu Kassa.
Obyś został wysłuchany, poeto.
8 sierpnia A. D. 2025, Ełk
JAROSŁAW ŁAWSKI
Wracając, w czerwcu 1987, znad rzeki, gdzie rośnie papirus, natrafiliśmy na sesję zdjęciową. Panna młoda, w białej sukni z długim welonem, i pan młody, w czerni, pozowali w plenerze. Po sesji, wyjęte z ram ślubnej fotografii, weselne towarzystwo przedzierało się, przez zboża i wysokie trawy do – zaparkowanych w cieniu drzew – samochodów. Złączone więzami wzajemnej pomocy.

„Wesele w lesie”, Syrakuzy 1987, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
19 grudnia 2024
ELŻBIETA LEMPP
Jaka była i jest moja Litwa? A dokładniej mówiąc: moje Litwy, gdyż jawiła się ona w moim życiu w różnych jego okresach i zmieniających się z czasem przebraniach i odsłonach. Poprzez wielorakie, powikłane związki literatury z rzeczywistością; tego, co wyobrażone, z tym, co zobaczone i dotknięte; świata przetworzonego w fikcję, nierzadko poddanemu rytmowi poetyckiej składni, a z drugiej strony – realnych faktów i konkretnych postaci; dokumentów historycznych, odsyłających ten kraj w zamgloną przeszłość, a także dotkliwej, raniącej aktualności, która wdzierała się z ekranów telewizora, z mediów społecznościowych, z gazet, z zasłyszanych wieści.
Przejechałem Litwę wielokrotnie, wzdłuż i wszerz, zaglądając nawet do jej mniej znanych zakątków. Zwiedziłem jej zabytki, przeczytałem o niej dużo i sporo napisałem, także o wybitnym poecie litewskim Tomasie Venclovie. Znalazłem również w tym kraju wielu oddanych przyjaciół. A jednak w tych wędrówkach imaginacyjnych i rzeczywistych najważniejsze pozostały dla mnie szlaki wyznaczone przez kilka lektur. Może to zabrzmi trochę dziwnie, ale teraz uświadamiam sobie, że zbiegiem okoliczności owe wtajemniczenia w Litwę odbywały się wpierw poprzez opowieści inicjacyjne. Przy czym niezależnie od przygód poznawczych głównych bohaterów równie ważną rolę odgrywało dla mnie ich społeczno-kulturowe tło.

*
Pierwsza była Litwa z Pana Tadeusza, którego urywki, zapamiętane ze szkoły recytowała mi moja mama, gdy jeszcze nie umiałem czytać. Do dzisiaj brzmią mi w uszach jej słowa wypowiadane z przejęciem i tajonym wzruszeniem:
Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.
Oczywiście jako dziecko nie zdawałem sobie sprawy ze splotu paradoksów, jakie zawiera Inwokacja. Nie umiałem postawić elementarnego pytania, które po dziesiątkach lat zadawałem swoim studentom: jak rozumieją fakt, że poeta urodzony na Białorusi, podczas pobytu w Paryżu, po polsku, odwołując się do fraszki Kochanowskiego, Litwę nazywa swoją ojczyzną? I jak uporać się z roszczeniem do Adama Mickiewicza – Polski, Litwy i Białorusi? Dużo później dowiedziałem się, czym było Wielkie Księstwo Litewskie i jak swoją przynależność narodową, do tej właśnie tradycji się odwołując, definiował Mickiewicz.
Pana Tadeusza oraz Ballady i romanse czytałem w szkole średniej. Niektórych fragmentów, takich jak koncert Wojskiego czy opis zachodu słońca, uczyliśmy się na pamięć. Ale „pagórki leśne” i „łąki zielone” mogłem zobaczyć dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy pojechałem na wycieczkę śladami wieszcza. Nowogródek z górującymi nad nim ruinami zamku, z kościółkiem, w którym poeta odbierał chrzest, z dworkiem Mickiewiczów, zdawał się zastygły w czasie, niczym miasto, które pochłonęła Świteź. Samą Świteź oglądałem późnym wieczorem. Nie obaczyłem „dwóch księżyców”, bo niebo pokrywały chmury i powierzchnia wody, nie była „gładka jak szyba lodu”, lecz lekko zmarszczona i już pomroczniała. Ale nastrój był iście romantyczny! Taflę zasnuwała mgła, drugi brzeg ginął w ciemności, a korzenie drzew, spod których woda wymyła ziemię, przypominały łapy wczepionych w brzegi jeziora baśniowych czy legendarnych potworów. Doskonała sceneria do ballady! Dotarliśmy do Zaosia. Na rozkaz prezydenta Aleksandra Łukaszenki, który oczywiście zaanektował Mickiewicza jako narodowego poetę białoruskiego, „odbudowano” miejsce urodzenia poety. Nie zachowały się żadne świadectwa, jak ten dworek naprawdę wyglądał. Powstała zatem tylko jego rekonstrukcja, podobno w oparciu o rycinę z 1843 roku, i muzeum poety. Jakby na pociechę, pokazywano nam ścięty, ale wciąż otoczony zielonymi gałązkami, ogromny pień starej lipy, która rzekomo miała pamiętać czasy Mickiewiczowskie.
Innymi słowy, Litwa długo pozostawała dla mnie, jak zapewne dla wielu członków mojej generacji, krainą tajemniczą, magiczną, fascynującą przez swoją odmienność i dającą się z niczym porównać swoistość ludzi i krajobrazów. Była to Litwa wywiedziona nie tylko z poezji Mickiewicza, ale i z wczesnej lektury Potopu Henryka Sienkiewicza. Te dwie wizje splotły się w nierozerwalną całość. Zagościła w mojej wyobraźni i pamięci kraina, gdzieś na krańcach świata, domena bujnej przyrody i nieprzeniknionych puszcz, zasypanych śniegiem zaścianków, zamieszkiwanych przez czupurną, kłótliwą, ale bitną i dzielną szlachtę. Sopliców i Kmiciców, którzy w pojedynkach szczerbili sobie nawzajem łby, ale w potrzebie porzucali swary i spieszyli ojczyźnie na ratunek. W istocie kraj na poły mityczny, należący do zbioru narodowych toposów.
Na lekcjach historii Litwa jawiła się wyłącznie w formie suchego rejestru zdarzeń i faktów składających się na część dziejów Rzeczpospolitej Obojga Narodów w okresie panowania Jagiellonów oraz mało skonkretyzowanych losów litewskiego państwa, które wyłoniło się, podobnie jak Polska, po I wojny światowej.
Dopiero podczas studiów uświadomiłem sobie, ile w swoim wyobrażeniu Litwy Sienkiewicz zawdzięczał Mickiewiczowi, a zarazem jak dużo wyidealizowany w Panu Tadeuszu obraz szlachty litewskiej zawierał niepokojących rysów. Uderzyła mnie wówczas szczególnie, jak pamiętam, jedna scena:
Chociaż Wojski Sędziemu był krewny daleki,
Ale w gościnnym jego domu zamieszkały,
O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały.
Przypatrywał się zatem z ciekawością walce,
Wyciągnął z lekka na stół rękę, dłoń i palce,
Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia
Indeksu, a żelazem zwrócony do łokcia,
Potem ręką w tył nieco wychyloną kiwał,
Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał.
Sztuka rzucania nożów, straszna w ręcznej bitwie,
Już była zaniedbana podówczas na Litwie,
Znajoma tylko starym; Klucznik jej probował
Nieraz w zwadach karczemnych. Wojski w niej celował,
Widać z zamachu ręki, że silnie uderzy,
A z oczu łacno zgadnąć, że w Hrabiego mierzy
(Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli).
Jak to z etosem szlachcica pogodzić? Rzucać nożem? W bezbronnego?! Skąd wyraźny podziw wieszcza dla biegłości w takim zabijaniu? I uderzająca szczegółowa, wręcz techniczna wiedza na ten temat? Gdzież tu miejsce na rycerskie poczucie honoru czy szlachecką dumę! Scena bardziej mi przypominała obrazki z bandyckiej speluny albo jedną sekwencję z westernu Siedmiu wspaniałych niż z czcigodnego klasyka polskiej literatury.
Podczas swoich wykładów o Panu Tadeuszu Kazimierz Wyka, który później poświęcił mu fundamentalną monografię, starał się dociec, na ile przygody głównego bohatera mogą odzwierciedlać młodzieńcze doznania i doświadczenia samego Mickiewicza. Stopniowo odkrywał przed nami również te znaczenia utworu, które powierzone zostały jedynie niejasnym aluzjom i niepewnym domysłom. Wskazywał, jak dalece niejednoznaczna moralnie jest postać Sędziego, który, przy domniemanej pomocy Telimeny, dorobił się majątku w nie do końca jasnych okolicznościach. Zwrócił nam także uwagę na położenie samej Telimeny, postaci tylko pozornie komicznej, a tymczasem stanowiącej portret starzejącej się kobiety rozpaczliwie szukającej materialnej i społecznej stabilizacji poprzez małżeństwo. Pamiętam, jak z filuternym błyskiem humoru w oku odsłaniał pikantne sekrety dzieła, które pozostawały dla nas do tej pory jedynie godną szacunku, czasami nudnawą (te długie opisy przyrody!) epopeją narodową. „Przecież zauważcie – mówił – czy Telimena bez powodu podarowała Tadeuszowi klucz do swojego pokoju, a młodzieniec na drugi dzień, kiedy obudziła go Zosia, był zastanawiająco zaspany?”.
Przypomniałem sobie ten wykład, kiedy po wielu latach czytałem pisany z perspektywy feministycznej szkic Miłosza Telimena wyzwolona. Wnioski profesora i poety okazały się bardzo podobne. Jak wywodził Miłosz, charakteryzując Telimenę: „Pewnie, że Tadeusz był ładnym chłopcem i na jego widok upały w niej biły, ale to nie wyklucza równoczesnej kalkulacji – właśnie ta równoczesność robi z niej postać dostatecznie złożoną – pomyślmy chwilę o wszelkich połączeniach namiętności z interesem, czy to po prostu z pieniądzem, czy z transakcją małżeńską”.
Ponieważ w ówczesnym społeczeństwie dominował „wzór wiejski i patriarchalny” Telimena, zależna finansowo od Sędziego, poza „zdaniem się na pieniądze męża” nie miała właściwie innego wyboru. „Kiedy więc nie udaje jej się schwytać Tadeusza ani Hrabiego, zadowala się Rejentem”.
Gdy w 1979 roku rozmawiałem w Paryżu z Miłoszem o arcypoemacie, jego uwagi całkowicie mnie zaskoczyły. Jak wyznał, podczas swojej pierwszej lektury Pana Tadeusza przede wszystkim odczytywał ten utwór jako opis najbliższej znanej mu okolicy i miał za złe Mickiewiczowi, że traktuje przyrodę jako ornament, nie dbając o zgodność z rzeczywistością: „Buki? U nas buków nie ma! Granica buka przebiega znacznie dalej na południe”. Podobnie stwierdził z oburzeniem: „Skąd charty? U nas na Litwie chartów nie było!” [1]. Domyślał się, że te elementy Mickiewicz być może zaczerpnął ze swojego pobytu w Poznańskiem. Gdy go natomiast zapytałem o stosunek do szlacheckiego środowiska opisanego w Panu Tadeuszu, był tym dosyć zaskoczony, stwierdzając po prostu: „Wydawało mi się to wszystko tak normalne, tak znane na pamięć, że w ogóle nie przyciągało mojej uwagi” [2]. Bo też ten zakątek Europy nie zmienił się radykalnie do pierwszej połowu XX wieku.
Prawdziwą rewelacją stało się dla mnie odczytanie Pana Tadeusza w Ziemi Ulro. Zdaniem Miłosza, przypomnę: „Wbrew pozorom, a także wbrew świadomym zamiarom autora, Pan Tadeusz jest poematem na wskroś metafizycznym, to znaczy jego przedmiotem jest rzadko dostrzegany w codziennie nas otaczającej rzeczywistości ł a d i s t n i e n i a jako obraz (czy odbicie w lustrze) czystego Bytu”.
Tym samym „zwykłe czynności, jak przyrządzanie kawy czy zbieranie grzybów, są więc tym, za co bierze je czytelnik, i powierzchnią, pod którą ukrywa się wielka akceptacja, która ożywia i podtrzymuje opis”.
W naszych rozmowach paryskich Miłosz zdradził mi, że podobna zasada obowiązuje w Świecie. To mogłem zrozumieć. Ale wyobrażenie ładu istnienia w rzeczywistości wypełnionej nieładem i niemoralnością ludzkich poczynań, które współtworzą dziejącą się historię, to już trudniej było mi zaakceptować. Może przemówiła w Mickiewiczu bardziej rozpaczliwa potrzeba tego ładu, wiary w jego istnienie niż jego doświadczenie i pamięć o tym, co się zdarzyło? Przecież wiedział, jakie były skutki inwazji Napoleona na Rosję! W swojej lekturze Miłosz najwyraźniej pominął Epilog. A przecież i u niego „wielka akceptacja” stale zderzała się z oskarżeniem Boga o (nie)ład Stworzenia, a Świat. Poema naiwne ma antytezę w postaci Głosów biednych ludzi. I pomyśleć, jak daleko zawędrowałem od recytacji mojej mamy!
ALEKSANDER FIUT
Fragment książki „Litwa w kilku odsłonach”, która ukaże się w wydawnictwie Austeria.
[1] Czesław Miłosz, Aleksander Fiut, Autoportret przekorny. Rozmowy. Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2003, s. 144.
[2] Ibidem.
„Powiew szedł od pól i góry były blisko. Góral odsłonił kosę i pytał mnie: «Czy – Panie – będzie wojna?». – Tak było w sierpniu, w same żniwa; szedł każdy, bez śmiechu, bez płaczu, bez śpiewu; wódkę pił na ciemnej stacyjce. Karabin maszynowy stawiał w oknie, ale już rozkaz padał lub rozkazu brak – i tak walił się świat, w kolumnach, w tłumie, w kurzu, w dorzeczu Wisły i Prypeci”.
Tak Zygmunt Mycielski opisał w notatniku wrażenia towarzyszące początkom II wojny światowej. Lato 1939 roku spędził wśród górali w Bukowinie Tatrzańskiej. Pod koniec sierpnia, kiedy już ogłaszano mobilizację, pojechał do Wiśniowej. Stamtąd zgłosił się do Sanoka, do oddziału wojsk podkarpackich. Nie był oficerem, w wojsku zaczął kurs podchorążych, ale go nie ukończył, bo wówczas zależało mu na jak najszybszym zwolnieniu. Nie myślał, aby przeszkolenie wojskowe było mu kiedyś potrzebne. Jak Alojzy, żydowski bohater opowiadania napisanego przez Mycielskiego najprawdopodobniej w 1938 roku, mógł powiedzieć o sobie, że: „operował dotychczas zwykłym bagażem pacyfistycznych idei, których nauczył go powojenny żargon, operujący pojęciami Ligi Narodów i międzynarodowego zbliżenia. Aż tu nagle to wszystko stało się zbrodnią. Pacyfizm był zbrodnią, Liga Narodów była zbrodnią, wolność była zbrodnią, człowiek i sprawiedliwość, w którą wierzył, była…”.
Mycielski także miał pacyfistyczne przekonania. Jego starsi bracia byli zaangażowani w działalność służb dyplomatycznych II RP – Kazimierz od 1928 roku pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w latach 1937–1939 był pierwszym sekretarzem poselstwa polskiego w Budapeszcie. A brat matki, Jan Szembek, współpracował blisko z Józefem Beckiem. Wszyscy żyli w dużej mierze polityką, ale Zygmunt się w nią nie angażował. Jego światem pozostawała muzyka. Kiedy w 1938 roku wyprowadził się do Bukowiny Tatrzańskiej, liczył, że w spokoju będzie prowadził życie, skupiając się na najprostszych czynnościach. To był czas kryzysu wewnętrznego, o którym w swych notatkach z maja 1939 roku pisał: „Od blisko dwóch lat zupełnie przestałem żyć; idzie to coraz bardziej crescendo. Nawet w górach, w obliczu świata, co trwa w geologicznej pierwotności, nie opuszcza mnie już ani na chwilę świadomość, że już nie żyję. Bo już nie warto. Zupełnie nie wiem, czym to się może skończyć.

Wszystko miało się niebawem zmienić. Po ogłoszeniu mobilizacji stało się jasne, że wybuchnie wojna. 1 września 1939 roku Hitler dał rozkaz do ataku na Polskę. Czas, który nastąpił, lata walki i niewoli, Mycielski sprowadził już po wojnie do kilku zdań, zanotowanych w sporządzonym wówczas życiorysie: „W 1938 roku wynająłem pokój w Bukowinie Tatrzańskiej u górala, tam zastała mnie wojna. Zgłosiłem się do pułku w Sanoku i odbyłem kampanię wrześniową jako prosty żołnierz. 17 IX 1939 przeszedłem wraz z całą kompanią granicę polską, przechodząc na Węgry. Stamtąd przez Jugosławię i Włochy przeszedłem do Francji i zgłosiłem się do Armii Polskiej we Francji (gen. Sikorskiego). W Coëtquidan zrobiłem podchorążówkę (z Ksawerym Pruszyńskim, b[yłym] ambasadorem Lipskim itd.) i w kwietniu 1940 wraz z I Dywizją (II pułk Grenadierów) zostaliśmy skierowani na linię Maginota w Lotaryngii. W bitwie pod DIEUZE dostaliśmy się wszyscy 17 VI 1940 do niewoli. – Nie mówię, że jestem podchorążym, i dostaję się do obozów żołnierskich, Stalag, a nie oficerskich (Oflag). W obozie XA (Schlezwig) pracuję na „komenderówkach” u chłopów i w fabrykach przez 5 lat. Z powodu niesubordynacji, ucieczek nieudanych, zostałem przeniesiony do karnego obozu wojskowego (Sonderlager) na torfowisko Himmelmoor, w okolicy Hamburga. Tam uwolniły mnie wojska aliantów 3 maja 1945”.
W 1955 roku w dzienniku Mycielski dodawał: „Łatwy do odcyfrowania nurt i źródła hitleryzmu nie tłumaczą zjawisk, na które patrzyłem, i których nie rozumiem”. Zjawiska te rozpoczęła kampania wrześniowa. Mycielski jako rezerwista strzelców podhalańskich zgłosił się do stacjonującego w Sanoku 2 Pułku Strzelców Podhalańskich, który wchodził w skład 3 Brygady Górskiej wojsk Korpusu Ochrony Pogranicza Armii „Karpaty”. Nie wiadomo, w którym dokładnie pododdziale się znalazł, ale kierowany był do udziału w walkach toczących się w okolicach Krosna, Dukli i Sanoka. On sam wspominał po latach: „Na szosie dukielskiej mieliśmy bronić w nocy tej drogi przed ewentualnym najazdem czołgów, których spodziewano się widocznie ze Słowacji. Pamiętam, jak wtedy zrozumiałem od razu, że wojna jest już przegrana, jeżeli my tutaj mamy się bronić karabinami przed najazdem czołgów z południa”.
Ostatecznie jednak tej nocy czołgów nie widział, a kolejne dni jego oddział spędził na przedzieraniu się przez lasy i wioski na wschód.

Po wkroczeniu 8 września 1939 roku wojsk słowackich do Rymanowa, a oddziałów niemieckich do Krosna Brygada wycofywała się w stronę Stryja i Sambora. Jednak po informacji o wejściu do Polski od wschodu wojsk sowieckich zaprzestano dalszych działań. Część oddziałów przekroczyła granicę węgierską i na Węgrzech złożyła broń. Mycielski wspominał ten czas: „40 lat temu – (to było 18 września?) – przekraczałem w Karpatach Przełęcz Użocką z całą kompanią – oddaliśmy broń Węgrom – jakiś ich generał stał «na baczność» i płakał, jakiś nasz podoficer zastrzelił się kilka kroków od nas, pod lasem. Polska scena, sceneria też”.
On sam przedostał się do Budapesztu, gdzie poszedł prosto do Jánosa Esterházyego. Jak pisał po latach: „W 1939 roku otworzył mi Bibi Esterházy drzwi na Istenhegyi útca w Budapeszcie, gdy wylądowałem tam boso prawie, bo w podartych pantoflach, które mi dali dobrzy Żydzi w Uszhorodzie – nogi miałem we krwi od marszów wrześniowych. Byłem bez koszuli, w jakimś kusym swetrze. Pamiętam kolację u nich, zastawioną jedzeniem – zawrót głowy wszystkim, co było na stole – winogrona, na końcu kawa, cygaro. Gdy położyłem się spać, dostałem boleści, nie wiedziałem, gdzie lecieć po ciemku, obrzygałem śliczny, czyściutki, elegancki balkon w tej budapeszteńskiej willi, obsrałem na rzadko. Bibi wziął mnie nazajutrz do sklepu i kupował mi buty, bieliznę, ubranie. Dawał wszystko i więcej, niż mógł, dziesiątkom i setkom polskich uchodźców”.
Dzięki jego pomocy Mycielski wkrótce ruszył w dalszą podróż. Celem była Francja, do której dotarł przez Jugosławię i północne Włochy. Postanowił wstąpić do formujących się przy armii francuskiej oddziałów wojska polskiego.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Fragment biografii „Zygmunt Mycielski. Między muzyką a polityką”, która ukaże się wkrótce nakładem PWM.
— Co teraz będzie? Chyba mi nie odbiorą majątku? Jak myślisz? — zwrócił się Roman do Forcajga. — Nie, na pewno nie odbiorą, przecież to jest mój majątek. Jak myślisz? — pytał natarczywie Roman. Młody Forcajg pogwizdywał z cicha.
— Mój Romanie — zaskrzeczała Julia. — Chodź no tu! — Roman zbliżył się do matki. Julia, będąc głucha, nie potrafiła modulować głosu, wydawało się jej, że mówi bardzo cicho, w istocie zaś w pokoju słychać było każde słowo. — Mój Romanie, trzeba koniecznie zmienić hasło w pancernej kasie. Zamek otwierał się na słowo „Julcia”, „J-u-l-c-i-a” — przeliterowała z trudem, jakby sobie coś przypominała — to jeszcze twój ojciec tak nastawił. Trzeba to teraz dla pewności zmienić!
— Co zmienić? — zapytał machinalnie Roman, który nie zastanawiał się nad treścią słów matki i dosłyszał tylko ostatnie słowo.
Co można było zmienić w historii tych dni? Nic. Trzeba było tylko uważnie patrzeć, jak toczą się dzieje. Trzeba było wydostać się z tej sztucznej hodowli karpi do życia, które nowe, inne, zmienione miało się rodzić na skraju tej wiecznie niespokojnej ziemi między Piną i Bugiem.
Żegnać, opuszczać skazanych przez historię, opuszczać ich w chwili decydującej, w chwili, gdy los ich jest przesądzony, a nasz wybór może być jeszcze dokonany — to nie zawsze jest tchórzostwo lub zdrada. Często łatwiej bywa zginąć wspólnie niż zdecydować się na ocalenie samemu. Tym razem zwyciężyło we mnie przekonanie o niesłuszności sprawy Lambertów, o bezcelowości dalszej ich gry na scenie świata, choć sam w tej grze brałem przecież udział. Pod wpływem gwałtownego wstrząsu spadły ze mnie lambertowskie opończe, którymi dotąd byłem owinięty przed światem, choć czas wojny tu i ówdzie już je poszarpał. Historia często ułatwia nasze postanowienia, utwierdza nas w słuszności naszych niejasnych myśli, bywa akuszerką naszych czynów. Pomaga, jak nauczyciel w czasie egzaminów dojrzałości ulubionemu uczniowi, w rozwiązaniu trudnego zadania.

Kukułka w domu starego Brzeskiego, perfidnie zapytana przeze mnie o czas trwania rodziny Lambertów, odpowiedziała trafnie. Może dlatego, że była mechaniczna, lecz najpewniej dlatego, że nie postawiłbym jej pytania, gdybym z góry nie znał odpowiedzi.
Koniec Lambertów był bliski. Bez domu, bez karpi, cóż znaczyć będzie Roman, Julia, Ludwik? Jedyny Gabriel — lekarz — trwałby nadal i byłby potrzebny, ale Gabriela tu nie było.
Czy miałem tu pozostać, potwierdzać, że muszę tu trwać, w tym starym domu dziadka Leopolda? Nikt nie ma obowiązku wierności dla rzeczy i spraw umarłych, gdy wie, że jak z wyjałowionej ziemi nic już z nich nie wzrośnie. Miałem prawo wyboru, miałem prawo zdrady. Ja jeden noszący to nazwisko widziałem Lambertów naprawdę. I ten właśnie pełny ich obraz pozwolił mi porzucić ich bez żalu i bez wyrzutów sumienia.
Przybiegł Grzegorz i powiedział coś po cichu Romanowi.
— Chłopi spuszczają stawy — rzekł krótko Roman, jakby przed siebie. Ludwik w sąsiednim pokoju przerwał wpół taktu. Wyszliśmy przed dom. Ten staw trwał jeszcze nietknięty. Ale w oddali gwałtownie obniżała się powierzchnia sąsiedniego stawu i słychać było szum wody ściekającej do kanałów.
— Mogą nocą napaść na dwór — mówił Roman, nie patrząc na nas. — Trzeba będzie się bronić! — ciągnął z błazeńskim tonem w głosie, jak gdyby rozmawiał z pułkownikiem Pujdakiem. Młody Forcajg, jego siostry, ciocia Regina i ja milczeliśmy. Ruszyłem naprzód.
— Uważaj, bo cię chłopi zabiją! — krzyknął za mną Roman.
Powoli szedłem przez groblę. Staw opróżniał się szybko. Zaniepokojone karpie pływały już pod opadającą powierzchnią. „Za godzinę staw będzie bez wody” — pomyślałem. Tam, gdzie wbita była w ziemię podniesiona teraz drewniana śluza, stało dwóch białoruskich rybaków, ćmiąc machorkę. Patrzyli z zadowoleniem na obniżającą się powierzchnię wody. Nie wyglądali wojowniczo. Dostrzegli mnie, zafrasowali się i po chwili, widząc moją miejską odzież, pokłonili się, zdejmując słomiane kapelusze. Zrozumiałem, że spuszczanie stawów jest czynnością symboliczną, umożliwiającą im po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zamanifestowanie ich niczym nieskrępowanego widzimisię.
Wracałem w kierunku domu. Myślałem o tym, że się nic nie stanie strasznego, jeśli wyzdychają karpie dziadka Leopolda. Kto inny przyjdzie, napuści wody do stawów, poprowadzi hodowlę. Może ten sam rybak, który dziś spuszcza stawy, może inny. Ale jedno wiedziałem na pewno — Lambertowie nie potrafią prowadzić już hodowli. Nie potrafią żyć. Mogą co najwyżej ustawiać czaty przy cudzej zdobyczy, korzystać z cudzej ziemi, z cudzej wody, z cudzej pracy. Ale sami nic już nie potrafią zrobić. Z otwartego okna dobiegły mnie pierwsze takty marsza. To Ludwik wrócił do muzyki.
Wszedłem do salonu. Kuzyn nawet mnie nie zauważył, pochylony nad fortepianem, z trudem wyszukując klawisze. Na stoliku leżał oprawny w skórę album. Pomyślałem, że ja jeden, jeśli zamierzam stąd odejść, mam prawo i obowiązek zabrać go i przechować. Jeśli odchodzę, to nie znaczy, że wstydzę się Lambertów, że się ich wypieram — odchodzę, bo nic tu już nie ma — ani życia, ani śmierci, tylko nadaremna obrona czasu, który nie może trwać, tylko lęk przed zmianą, która musi nadejść, tylko skostnienie…
Wychodziłem stąd, tak jak przyszedłem: głównymi drzwiami. Nie zabierałem ze sobą nic prócz albumu, niby uczony, który z wykopalisk unosi tylko rzeczy najbardziej go interesujące, takie, które mogą pomóc w zbudowaniu hipotezy. Szklane drzwi jadalni były rozsunięte. Zatrzymałem się, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Ciotka Julia kiwała potakująco głową. Roman patrzył w okno. Ludwik miał oczy wpółprzymknięte i głowę przechyloną w bok. Patrzyłem na nich chwilę, by utrwalić ten obraz.
Szedłem wąską groblą między dwoma stawami. Wody w nich już prawie nie było. Ogromne, pozieleniałe ze starości karpie, obrośnięte wodorostami, leżały na dnie grubą ławicą. Od czasu do czasu słychać było klaśnięcie ogonów o łuski. Karpie otwierały miarowo podkowy wielkich ust, skrzela poruszały się gwałtownie jak wachlarze. Stare ryby mogą długo żyć, nim usną. Ale to już nie było życie, tylko oczekiwanie snu. Szedłem szybko i nie chciałem się nawet zatrzymywać, by dokładniej przyjrzeć się ich śmierci. Od stawów bowiem ciągnął zimny zapach zgnilizny.
PAWEŁ HERTZ
*Fragment opowiadania „Ucieczka z krainy Lambertów”. W: P. Hertz „Sedan”, Warszawa, PIW, 2020.
Kiedy zaczynał pisać Metamorfozy – najwspanialszy poemat w dziejach poezji łacińskiej – cały wykształcony i modny Rzym leżał u jego stóp.
Był świeżo po czterdziestce.
Serca czytelników Owidiusz zdążył podbić już swoją poezją miłosną: błyskotliwą, nowoczesną, odważną. Pisane wcześnie elegie i poematy uczyniły go idolem młodzieży (dla wielu stał się wręcz obiektem kultu), i zyskały mu opinię wielkiego znawcy umysłów, dusz i serc; i konesera cielesności. Będzie te wersy czytać, recytować, przeżywać, naśladować i adaptować późniejsza poezja łacińska, a następnie – wszystkimi swymi językami – całe dworskie średniowiecze i Renesans. Czasem jawnie, czasem skrycie, ale zawsze żarliwie.
Iwaszkiewicze, Broniewscy i Gałczyńscy tworzyli piękne dzieła, ale to nie wystarczało. Ludzie potrzebowali też „wolnych ust” Wittlinów, Miłoszów i Herbertów. Pałac Augusta i Pałac Kultury, jak rzymskie drogi i Trasa W-Z – wszystko to z pewnością cieszyło oczy, ale zarazem odwracało uwagę od tego, co najistotniejsze; co łatwo zgubić między wierszami, ale i łatwo tam ukryć, przemycić.
Do literatury aż gęstej od „cnót”, „powinności” i „obyczajów przodków” wniósł powiew inności. Poezją wolną i frywolną – służącą Człowiekowi, nie Ojczyźnie – tępiejących pod nowym reżimem Rzymian ustrzec próbował od śpiączki, w którą i tak w większości zapadną na długie wieki. Nie mógł, oczywiście, jawnie podnieść pióra na Augusta, ale… poszukiwał.
Gdyby skończył karierę wtedy, i tak mógłby umierać spokojnie i w poczuciu, że unieśmiertelnił się swoją poezją. Ale on dopiero się rozkręcał: późne lata przyniosą Żale i Listy z Pontu, bez lekcji, których poeci-wygnańcy następnych wieków byliby może poetami milczącymi, a teraz – jest rok 2 po Chr. i apogeum pryncypatu Augusta – zasiada właśnie do pisania dzieła życia…

Rzym, Musei Capitolini
Jego Likaon nie daje mi spokoju. Mit ten owszem pojawiał się wcześniej gdzieniegdzie, ale nie należał nigdy do popularnych. Z punktu widzenia „architektoniki” greckiej mitologii postać króla Arkadii przemienionego w wilka za „testowanie” boskości Jowisza (Zeusa) jest zupełnie marginalna. Niewiele się też dzieje w tej opowieści: uszu pana niebios dobiega plotka o występnym Likaonie, Jowisz schodzi na ziemię i konfrontuje się z wrogim boskiemu porządkowi śmiertelnikiem, karze go, tj. pali mu dom i przemienia go w wilka, Likaon-wilk ucieka.
To wszystko.
Niezależnie od Owidiusza ale i w związku z nim, mit ten rozumiano i tłumaczono różnie: najczęściej albo jako mające swe źródło w wierzeniach ludowych podanie o wilkołactwie, albo jako przestrogę przed nieszanowaniem bogów, do których – w przeciwieństwie do wyrodnych jednostek – „lud się modli”, albo wreszcie jako obnażenie prawdziwej (tj. zwierzęcej) natury złych władców.
Owidiusz tymczasem gra wszystkimi tymi sensami, ale podsuwa też inny, dla siebie – jak sądzę – najważniejszy: politykę. Bo epoka, w której żyje, jest epoką polityczną wybitnie, a on stąpa mocno po ziemi; bo poznał i cesarza, i jego dwór. Całą twórczość Publiusza Owidiusza Nazona, jeżeli spojrzymy na nią z tej perspektywy, naznacza fakt, że życie jego przypadło na takie właśnie czasy i takie okoliczności. A gra odważnie: momentami w otwarte karty, skoro do obrad nad losem Likaona i całej ludzkości zaprasza Jowisz-August – literalnie – „nobilów” i boski „plebs”, a obrady są fikcją, skoro „wyrok wydany” i „nie ich to troska”.
Jowisz jest w Metamorfozach rządzącym niepodzielnie autokratą, a boskość jego (jak i innych bogów) zrównuje się tu z mściwością i okrucieństwem, jeśli nie z szaleństwem. Owidiuszowy Likaon (jak wielu później bohaterów tego poematu), owszem, występuje przeciwko uświęconemu porządkowi, ale jest to porządek tego samego władcy, który, „zesławszy Saturna w ciemności Tartaru”, pogrzebał – a nie przywrócił, jak chciałaby augustowska propaganda – złoty wiek.
Zabierając się za Metamorfozy, Owidiusz przewidywał, co go czeka. Czy się bał? Zapewne. Ale zwyciężyło najwyraźniej poczucie odpowiedzialności. Cóż! Świat się kręci, a poeta pamięta.
JACEK HAJDUK
Sonet trzeci cyklu drugiego: wśród luster, wobec losu
Jerzemu – nadzieję pomnożoną
Jako bardzo młoda dziewczyna, czyli taka, która potrafi zasnąć wszędzie, nocowałam kiedyś w Pradze, rodzinnym mieście Rilkego, w sali lustrzanej szkoły baletowej. Tak się wtedy jeździło i nocowało byle gdzie. W tej sali lustrzanej – nie mogłam jednak zasnąć. Była tam tajemnica w czystej postaci. Lustra odbijały się w lustrach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest Rilke, Prażanin, i że napisał o tym sonet.
Rilke to symbolista, który nigdy nie przestał nim być – nie tylko jako poeta wnętrza róży i urody heliotropu, także jako poeta rzeczy, jako prekursor egzystencjalizmu, jako marzyciel, który jest tam, gdzie go nie ma… Bo – jak to świetnie dostrzegła i zapisała Małgorzata Baranowska w Prywatnej historii poezji: „Symbolizm stanowi skrajny przykład użycia poezji. Symbolizm rozciąga poezję na każdą dziedzinę, w której tylko zechce się wypowiedzieć. Symbolizm poszukuje tajemnicy i sam ją tworzy” [1], a w jednym z kolejnych zapisów dodaje: „Punkt widzenia artysty przejęty przez wielu staje się symbolem” [2].

Tak dzieje się w narracji sonetu trzeciego drugiej partii orfickiego cyklu, napisanego między 15 a 17 lutego 1922 w Muzot. To pośmiertny hołd dla tancerki, której wirujące ciało mieszkało wśród luster, żyło w sali lustrzanej. A jednocześnie to sonet napisany przeciw śmierci: tam, gdzie ktoś umiera, zasłania się przecież lustra. Gdyby było choć jedno nie zasłonięte, śmierć nie mogłaby czynić swej powinności do końca, uparcie wracałoby życie. A w sali pełnej luster? Życia jest tak dużo, że aż ono samo tańczy. Cóż dopiero – w wyobraźni poetyckiej!
Posłuchajmy polskich przekładów analizowanego sonetu, od najnowszego począwszy:
Andrzej Lam:
Lustra: nikt jeszcze nie zdołał opisać,
czym wy jesteście w ukrytej istocie.
Wy, jak dziurami rozlicznymi sita
międzyprzestrzenie czasu zapełnione.
Wy, sali jeszcze pustej trwoniciele –
gdy świt się budzi, jak lasy w oddali…
I świecznik jak szesnastorogi jeleń
idzie ostępem waszym niezbadanym.
Czasem jesteście pełne malowideł.
Niektóre jakby weszły kiedyś w was -,
inne lękliwie stałyście na stronę.
Lecz najpiękniejsza w was zostanie – , aż
Świetlisty Narcyz wtargnie niecierpliwie
w jej lica, które trwają tam uśpione.
Adam Pomorski:
Lustra: któż kiedy opisu dokona
tego, co jest waszą istotą.
Pustko, z odstępów czasu złożona,
jak z samych dziur złożone rzeszoto.
Nim się zapełni, topnieje w niej sala -,
w zmierzch zapada jak leśna zieleń…
Skroś ostęp kandelabr szesnastak z dala
sunie koronny jak jeleń.
A tu w was – malowane postacie.
Kilka z nich bodaj w was samych tonie – ,
inne spłoszone się przyjąć wzdragacie.
Lecz najpiękniejsza trwa – , aż wychynie
narcyz przejrzysty po tamtej stronie
w waszych lic powściągliwej głębinie.
Bernard Antochewicz:
Lustra: jeszcze nikt was świadomie nie opisał,
czym w swej istocie jesteście.
Wy, jakby tylko dziurami sita
wypełnione przedziałami czasu.
Wy, trwoniciele jeszcze pustej komnaty,
gdy się zmierzcha, jak lasy niezmierne…
A świecznik idzie jak szóstak rogaty
przez wasze nieuczęszczane przestrzenie.
Czasem jesteście jak malowidła.
Jedni jakby już weszli w waszą dal –
Innych wasz trwożny odblask odsyła.
Lecz najpiękniejsza zostanie, doprawdy,
dopóki w jej znieruchomiałą twarz
nie przeniknie jasny swobodny Narcyz.
Mieczysław Jastrun:
Lustra, wy, dotąd niewysłowione,
o istność waszą nikt nie zapytał.
Wy, interwały czasu, przelśnione
i jakby pełne tylko dziur sita.
Wy, jeszcze pustych sal trwoniciele,
gdy dal jak lasy zmierzchnie…
I świecznik idzie jak wielki jeleń
przez nieprzekraczalną powierzchnię.
Niekiedy blaskiem kolorów lśnicie.
Jedne jakby weszły w głębię waszą,
inne trwożnym odsyłacie odbiciem.
Najpiękniejsza zostanie do czasu,
gdy w gładkość waszych twarzy jasnych
wciśnie się wątły i czysty narcyz.
Istnieje kilka kwestii, które różnie rozwiązywali polscy tłumacze. Istnieje kilka pytań, na które odpowiadali odmiennie: sito czy rzeszoto? – w strofie pierwszej; szóstak, szesnastak czy szesnastorogi jeleń, a może po prostu – wielki? – w strofie drugiej; Narcyz, syn nimfy i bóstwa rzecznego, czy też narcyz – kwiat? – w strofie czwartej. Rzeszoto jest bardziej nacechowanym słowem niż sito – mieści się w wyższym rejestrze stylistycznym, słychać w nim brzmienia dawne, co nie znaczy, że użycie tego synonimu w sonecie nie byłoby uprawnione: jesteśmy wszak, dzięki wyobraźni Rilkego, w sali lustrzanej. Co do jelenia, to równoznacznikiem osobnika szesnastorogiego, dojrzałego i bardzo okazałego (słowo „wielki” – jak najbardziej tu adekwatne) jest, podług leksyki przyrodniczej i łowieckiej, szesnastak, zaś szóstak to jeleń o zaledwie sześciu rogach, młodszy (pomylił się więc ewidentnie Antochewicz). Skąd jednak asocjacja wielkiego świecznika, zwielokrotniającego odbicia zwierciadlane, z jeleniem szesnastorogim, zwierzęciem potężnym – w logice poetyckiej tego sonetu? Otóż (to hipoteza) Narcyz, który nie potrafił miłować, kochał polowanie. Zatem widok jelenia o rogach tak wielu jak świec ma wielki kandelabr, to swego rodzaju miłosne (i śmiertelne zarazem) olśnienie? Paralelne do pomnażania wielości luster przez światło ogromnego kandelabru? Być może. Na pytanie zaś o Narcyza / narcyza trzeba by odpowiedzieć z konieczności wymijająco (w niemczyźnie skądinąd ta opozycja nie istnieje – gdyż wszystkie rzeczowniki, nie tylko imiona własne, pisze się majuskułą – i Rilke tę ambiwalencję semantyczną znakomicie wyzyskuje): wszak narcyz-kwiat miał wyrosnąć z krwi po śmierci Narcyza-efeba, a dziś ten rodzaj kwiatu liczy już dziesięć tysięcy odmian (czysty narcyzm!), co czyni ważną analogię zarówno wobec nieskończoności odbić lustrzanych, jak i wobec wielokrotności milknącego w oddali echa / Echo.
Sonet jest niewątpliwą – inaczej niż wczesne wiersze Rilkego tematyzujące postać Narcyza – próbą dyskusji z mitem Metamorfoz Owidiusza; podstawą rozmów i sekretu luster staje się komplementarna/e Echo, żeński, zredukowany do zmysłu słuchu, odpowiednik samo-zapatrzenia. Uroda zwierciadeł, ich sekretna doskonałość, przestrzenna kwintesencja pustki (sito z samych dziur, puste doskonale), istniejąca istotnie wobec czasu, w zmaganiu z jego upływem. Czyli z losem.
Kiedy tancerka, nawet zmarła, zwłaszcza młodo zmarła, tańczy w sali lustrzanej, nie ma śmierci, nie ma rozpaczy. Jest życie, jak to życie – niemożliwe, rozsadzające wyobraźnię, nawet poetycką: Narcyz istotnie spotyka Echo. Kochają. Zapatrując i zasłuchując się w sobie nawzajem, nie w sobie samych jedynie.
„Gesang ist Dasein”, „śpiew jest istnieniem” – powiada Rilke. Taniec wśród luster, wobec ich niebywałego pomnożenia, tym bardziej jest – istnieniem.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Małgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Warszawa, Sic!, 1999, s. 151 (zapis z 30 III 1994).
[2] Tamże, s. 157 (zapis z 19 VII 1994).
Wtorek, 8 lipca

Na pierwszej stronie „NZZ” olbrzymia reprodukcja dagerotypu Jana Henryka Humnickiego z Dubicz Murowanych w powiecie bielskim na Podlasiu, przedstawiającego szwajcarskiego generała Dufoura. Tytuł artykułu trafny: Ponadwymiarowy Henri Dufour. Niestety, pod zdjęciem zabrakło nazwiska autora dagerotypu…
*
W gabinecie lekarskim spod powieki oglądam wiszący na ścianie kalendarz jakiejś firmy farmaceutycznej. Duże kolorowe zdjęcie smutnego krajobrazu z niepokojącym okiem tętniącego, gotującego się do wybuchu gejzeru. A pod nim krótki tekst, wydrukowany jak wiersz:
powódź
(tętniak)
oko podziemi
jak przeznaczenie
z krainy cieni
gotowe przerwać
brzeg życia
Środa, 9 lipca

Przed południem na Uniwersytecie Gdańskim (przy moim udziale zdalnym) błyskotliwa obrona pracy doktorskiej Balbiny Tarnowskiej na temat Bruno Schulz a teatralność. W zupełności usatysfakcjonowany odpowiedziami na moje uwagi w recenzji z przyjemnością witam nową wyróżniającą się polonistkę. Jej praca to praktycznie gotowa do druku, pasjonująca książka.
Poniedziałek, 14 lipca
Rano od Małgosi Grąbczewskiej dostałem z Islandii zdjęcie tego samego gejzeru, który parę dni temu oglądałem na stronie kalendarza firmy farmaceutycznej: to Geysir. Świat jest mały.
*
A wieczorem przyleciał z Zurychu Karol, jakiś odmłodzony.
*
Jeżdżąc na rowerku stacjonarnym skończyłem czytać Przystanek Tworki. Historię pewnego szpitala Grzegorza Łysia (Warszawa, W. A. B., 2025). Temat świetny, ale książka rozczarowuje: napisana chaotycznie i powierzchownie. Łyś cytuje Foucault, ale zupełnie pomija fakt, że autor Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu podczas pobytu w Polsce zwiedzał szpitale psychiatryczne w Tworkach i we Wrocławiu. O tym by się chętnie przeczytało.
Przywołując reportaż Michała Choromańskiego z Tworek autor wspomina, że najwybitniejszym artystą szpitala „był pewien katatonik, który lepił z chleba grupy małych postaci mogących się poruszać dzięki skomplikowanemu mechanizmowi z osi i kółek. Chory artysta pracował nad swymi figurkami cały przykryty kołdrą, w ciemności”. Piękna historia, ale chciałoby się wiedzieć więcej: jak się nazywał czy trafił do kronik art brut itd. Póki co zajrzałem do reportażu Choromańskiego z roku 1932, gdzie jest nawet zdjęcie chorego artysty, o którego pisarz potknął się na podwórku, gdzie ten leżał, zupełnie nagi, przykryty tylko kawałkiem płótna jak Gandhi. Choromański widział jego prace: „Były to małe posążki, postacie, potworki wylepione z chleba. Potworki, wykonane niemiernie precyzyjnie, zlewały się w grupę jakichś symbolów, czy to erotycznych, czy to mistycznych […]” [1].
Albo taki fragment: „Współpraca ze szpitalami niemieckimi zaczęła się bez zbędnych formalności, od zaaranżowanych przez psychiatrów krakowskich wizyt doktora Friedricha Leidingera, niezwykle zasłużonego dla pojednania polsko-niemieckiego. Psychiatra z Kolonii, znający dobrze język polski, mąż poetki Ewy Lipskiej, zabierał na weekend w Polsce swoim samochodem kilku kolegów. Nocowali w domu dyrektor Pałuby, rano zwiedzali szpital. Niektórzy z nich dopiero w Tworkach dowiadywali się o losach pacjentów psychiatrycznych wywożonych z Niemiec do Generalnej Guberni podczas akcji «T4». Potem do różnych polskich szpitali zaczęły przyjeżdżać już całe autokary z niemieckim psychiatrami” (s. 236-7). Tyle. A tu znów by się chciało przeczytać coś o związkach Ewy Lipskiej z psychiatrią. Zacząłem szukać, w kilku wywiadach znalazłem informację, że poetka z początku chciała zostać lekarką, najlepiej właśnie psychiatrą. Ale poszła na ASP. Przeczytałem rozprawkę Katarzyny Wyszyńskiej Schizofreniczne przestrzenie pacjenta Z. – o kategorii persony lirycznej na przykładzie „Żywej śmierci” Ewy Lipskiej i przypomniałem sobie Żywą śmierć, która kiedyś wywarła na mnie wielkie wrażenie. Natomiast w wywiadzie poetki dla „Pisma” z roku 2019 jest taki fragment: „Ostatnio zamiast na festiwal poezji pojechałam na zjazd psychiatrów, gdzie mówiłam o emocjach twórczych, o których trudno mówić, i może dlatego rozmowy były ciekawe. Rozmawialiśmy o artystach, którzy nie mieszczą się w rzeczywistości, przegrywają walkę z codziennością”.
Ubarwiają książkę opowieści znanego w świecie malarza, niedawno zmarłego Witolda-K, który był synem wieloletniego (32 lata!) dyrektora szpitala w Tworkach, Feliksa Kaczanowskiego. Spod powieki odnotowuję skutki wywołania u chorych psychicznie gorączki malarycznej (rok 1917): „Pierwszy z nich, aktor, którego źrenice nie reagowały już na światło, bliski śmierci, z powodzeniem zaczął […] występować przed pacjentami, deklamując wiersze oraz zadziwiając wszystkich bogatym repertuarem oraz doskonałą pamięcią” (s. 111). Ech, szkoda tematu.
Wtorek, 15 lipca
Ostatniej nocy o godzinie 2.22 skończyłem pisać duży tekst do numeru „Kontekstów”, poświęconego antropologii wizualnej. Tytuł: Andrzeja Towiańskiego pochwała fotografii na przykładzie „Widoków morza” Gustave’a Le Graya (z Janem Henrykiem Humnickim w tle).
*
Zaczynam Sploty Anny Ciarkowskiej. O czym będą? „A więc będzie o moich babciach, tej pierwszej i tej drugiej, o mojej mamie i tacie, o moich przyjaciółkach i trochę o mężczyznach, o Dozorczyni i Mariance, o pszczołach i kropli krwi, o paznokciach i rękach, o rybich rękach i niciach, które wypruwa się jedną po drugiej, aż cały misternie opowiadany splot zmienia się w kłębowisko” (s. 13-14). Autorka jest literaturoznawczynią, obroniła doktorat o pisarzach francuskojęzycznych, więc pewne będzie jak u Guattariego i Deleuze’a: sploty i kłącza. Paznokcie już są, jest o co zaczepić. I rzeczywiście – obok prawie stuletniej narratorki pojawia się druga, jej wnuczka: „to szarpnięcie na myśl o jej śmierci to właśnie ten rachityczny korzeń, który tkwi w moim ciele, przyczepiony do narządów, wrośnięty w tkankę” (s. 19). Jest Guattari i Deleuze.
Środa, 16 lipca
Są i pszczoły. „Póki tu jesteś, widzę cię tak, jak widzą pszczoły. […] Jeszcze pomniejszona i odwrócona, jeszcze leżysz w łóżku, w ogrodzie pod jabłonią, który rodzi zielone pąki, jeszcze piszesz […]” (s. 33). Pisanie jako miód? Spod powieki muszę odnotować: „Świat nadal będzie się kręcił, wymieniał mi sondy, zakładał pieluchy, obcinał paznokcie i nikomu nie przyjdzie do głowy, że ta opadająca powieka to coś więcej niż tylko odruch bezwarunkowy, że to dalszy ciąg opowieści, pisanej alfabetem Morse’a, wystukiwanej rzęsami o policzek, serdecznym palcem o powietrze. I to byłaby ostatnia książka, zawieszona w mojej głowie, nigdy nieodzyskana. Tak też wyobrażałam sobie swoją śmierć” (s. 34-35).
*
Wczoraj posłałem fragment książki Przystanek Tworki Friedrichowi Leidingerowi, dziś dostałem wyczerpującą odpowiedź, którą za zgodą autora prawie w całości przytaczam – jako sprostowanie i uzupełnienie wczorajszego zapisu:
Szanowny Panie Profesorze,
co za niespodzianka! Rzeczywiście nie miałem pojęcia o tej pracy, a autor, pan Łyś, nigdy nie rozmawiał ze mną. Nie wiem, skąd czerpie swoją wiedzę. Nie zdziwi Pana, że jako „osoba zainteresowana” postrzegam niektóre sprawy nieco inaczej. Po pierwsze, nie znam męża Ewy Lipskiej, ale jestem pewien, że nie jestem nim i nigdy nim nie byłem. W latach 1977–1993 byłem żonaty z filmowcem Barbarą Lipińską, córką prof. Jana Lipińskiego i wnuczką prof. Edwarda Lipińskiego z SGH, i mamy wspólną córkę, Annę Dorotę Delius, historyczkę i politologa w Berlinie.
Dzięki mojemu pierwszemu małżeństwu i bliskim relacjom z moimi polskimi teściami ja (urodzony w 1954 r.) poznałem i pokochałem język polski oraz kulturę, a także zwróciłem uwagę na różnorodne problemy w stosunkach między Niemcami a Polakami od czasu powstania nowoczesnego nacjonalizmu.
Chciałbym pokrótce opisać, jak doszło do spotkań między psychiatrami z (zachodnich) Niemiec i Polski. Jako młody lekarz psychiatra od lat 80. byłem zaangażowany w ujawnianie zbrodni niemieckich psychiatrów, które przez długi czas były zaprzeczane. W 1985 roku dowiedziałem się przypadkiem o konferencji zorganizowanej przez Krakowskie Towarzystwo Lekarskie pod przewodnictwem prof. Józefa Bogusza z okazji 40. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz: Wojna, okupacja a medycyna. W konferencji uczestniczyła tylko garstka niemieckich uczestników, wśród nich prof. Klaus Dörner, psychiatra i historyk, który w 1978 roku odkrył artykuł Zdzisława Jaroszewskiego w francuskim czasopiśmie i zlecił jego tłumaczenie na język niemiecki. Temat: zabójstwa chorych w okupowanej przez Niemcy Polsce, historia do tej pory zupełnie nieznana w obu państwach niemieckich. Dörner kierował od 1980 roku szpitalem psychiatrycznym w Gütersloh. Znalazł tam dokumenty potwierdzające wywóz kilku grup chorych w latach 1943-1944 do różnych zakładów na terenach okupowanych. Tam ślad po nich się urywał, ale ponieważ po wojnie powróciło bardzo niewielu, można było założyć, że większość z nich nie przeżyła deportacji. W kwietniu 1985 roku w gabinecie prof. Adama Szymusika, dyrektora kliniki w Krakowie, wspólnie opracowaliśmy pomysł podróży do zakładów na dawnych terenach wschodnich Niemiec i na terenach okupowanych. Ze względu na moje umiejętności językowe to ja miałem zorganizować tę podróż. Szymusik zadzwonił do dyrektorów i poprosił, aby przyjęli mnie życzliwie.
W maju 1987 roku grupa 27 osób reprezentujących wszystkie zawody związane z psychiatrią z zachodnich Niemiec udała się autobusem do Polski. Odwiedzono następujące miejsca: Międzyrzecz, Gniezno (Dziekanka), Warta, Łódź, Kraków i Auschwitz. Zostaliśmy przyjęci niezwykle serdecznie i otwarcie. W niektórych placówkach przypomniano nam jednak, że ostatni Niemcy, których tu widziano, nosili mundury. W Krakowie Szymusik, ówczesny prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, zorganizował małe sympozjum, w którym oprócz krakowskich profesorów – m.in. Jerzy Aleksandrowicz, Maria Orwid, Maria Einhorn-Susułowska – i młodsi asystenci, w tym Andrzej Cechnicki, z którym do dziś łączy mnie bliska przyjaźń, ale także koledzy z Warszawy – Andrzej Piotrowski, Maria Załuska, Stefan Leder i właśnie Maria Pałuba. W ten sposób powstała niewielka społeczność osób o różnym statusie – po stronie zachodnioniemieckiej byli to lekarze, psychologowie, pracownicy socjalni, pedagodzy i opiekunowie, którzy w większości pracowali poza instytucjami akademickimi nad reformą opieki psychiatrycznej, a po stronie polskiej głównie profesorowie i kilku dyrektorów szpitali. Łączyło ich zainteresowanie wymianą fachową i celem poprawy sytuacji osób chorych psychicznie w Polsce i Niemczech. Mała grupa szybko się powiększyła, a w 1990 roku w Münster powstało wspólne Niemiecko-Polskie Towarzystwo Zdrowia Psychicznego z wspólnym statutem i wspólnym zarządem. Pomysł bezpośredniego partnerstwa między placówkami w Polsce i Niemczech przyspieszył ten proces. Nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Marię Pałubę w Tworkach, prawdopodobnie było to w 1990 lub 1991 roku. Od razu świetnie się dogadywaliśmy.
[…] Pozwolę sobie zapytać, skąd bierze się Pana zainteresowanie tymi sprawami. Przyznaję, że kryje się za tym czysta ciekawość, ale byłbym wdzięczny za odpowiedź.
Łączę wyrazy szacunku
F. L.
Czwartek, 17 lipca
Skończyłem Sploty. Rozczarowanie. W miarę postępu lektury mnożą się bez końca babki, matki, ciotki i wnuczki (a podwojenie jest sygnałem wtórności), wszystkie umierają, a przed śmiercią chcą opowiedzieć, a najlepiej opisać swe życie; jest też ojciec i inni odchodzący bądź umierający mężczyźni (acz przewaga linii matriarchalnej wyraźna). Stuletnia Anna Ciarkowska, pisarka, chce przed śmiercią napisać swą ostatnią książkę, w której powie wszystko; pomaga jej w tym wnuczka, więc czytelnik domyśla się, że to pewnie figura odautorska, ale mnożą się sygnały, że cała narracja toczy się w drugiej połowie XXI wieku, a więc ta sędziwa Anna Ciarkowska utożsamia nam się z samą autorką Splotów, który to tytuł też się w tej opowieści powtarza. Itd., itp.
Projekt, owszem, ambitny, ale zamienia się w katarynkę o umieraniu, o pisaniu, o odchodzeniu, o przedmiotach, strzępach, niciach, okruchach. Fragmenty piękne, oszlifowane, ale i tych za dużo, robi się magma, w której te piękności toną, a czytelnik zadaje sobie banalne pytanie: „Ile można?”.
Sobota, 19 lipca
Wieczorem z Karolem jedziemy do La Galeria w Milanówku, na Po punktach do celu, pokaz obrazów Leszka Markuszewskiego i subtelnych rysunków Anny Kordowicz-Markuszewskiej z serii Architony. Autorka, która prócz Akademii kończyła też architekturę na Politechnice Warszawskiej, towarzyszy tymi pracami książce Joanny Giecewicz, poświęconej interakcjom między architekturą a krajobrazem. Wystawie, pokazanej w surowym pomieszczeniu domku przy ul. Podleśnej, towarzyszyła dobiegająca z malowniczej szopy, jak z ubogiej stajenki, muzyka, głównie z późnych lat sześćdziesiątych, którą puszczali DJ Flaq i DJ Sęk. Porwał mnie zwłaszcza nieżyjący już etiopski saksofonista jazzowy Getatchew Mekurya (który w 2006 nagrał płytę w holenderską punkową grupą The Ex). Przyjemna atmosfera; spektrum wieku doborowej publiczności – od kilkuletnich dzieci do starców (jednego).
Niedziela, 20 lipca
Podoba mi się sposób pisania Sławy Zielińskiej (zbieżność nazwisk przypadkowa) z Uniwersytetu Wrocławskiego. Świetne, intrygujące tytuły, jak na przykład: Otwarcie sezonu żeglugi w cyklu epigramów na Priapa a ody wiosenne Horacego (współautor Karol Zieliński, tu chyba zbieżność z autorką nieprzypadkowa). Po eseju „Bibliotheca secreta” Instytutu Filologii Klasycznej na Uniwersytecie Wrocławskim sięgnąłem po Sobieskiego romans z historią, czyli romans rycerski i pasterski w bibliotece pasterskiej. Autorka miała dwa pomysły. Po pierwsze – przeanalizować zestaw romansów rycerskich, które należały do bohatera powieści Cervantesa i zostały spalone na żądanie jego proboszcza i porównać je z zestawem takich-że powieści w konkretnej bibliotece sarmackiej, a mianowicie należącej do krakowskiego mieszczanina i humanisty włoskiego pochodzenia Hieronima Pinocciego, a potem jego synów: „Gdyby Don Kiszot chciał wskrzesić swą bibliotekę, spustoszoną przez bezwzględnego proboszcza, na półkach Pinoccich znaleźć mógłby niejedną z tych grubych a drogich mu ksiąg, które spłonęły na stosie w La Manczy”. Po drugie – przyjrzeć się roli romansów rycerskich w lekturach Jana Sobieskiego, szczególnie w ramach jego korespondencji z Marią Kazimierą d’Arquien. Tutaj lektury były główne francuskojęzyczne, tak wszakże intensywne, że Sobieskiemu pomogły zdobyć żonę, a Sławie Zielińskiej „spojrzeć z innej perspektywy na szaleństwo Don Kichota starającego się zdobyć miejsce dla romansowych ideałów w realnym świecie […]”. Sobieski pod wpływem lektury sielankowej powieści Astrea chciał kupić majątek w Prowansji i tu nasuwa się pytanie, jak potoczyłyby się losy Polski i Europy, „gdyby przyszły tryumfator spod Wiednia niczym Don Kichot podążył śladem bohaterów z kart i osiadł w arkadyjskim zakątku Francji, by wieść taki jak oni idylliczny, pasterski żywot”.
Dla mnie osobiście frapujące było w tym tekście odesłanie do listu Sobieskiego do żony ze wzmianką o kilku ciekawych książkach: „Mme Denhoff pożyczyła mi kilka książek niesłychanie curieux, jako to: les Amours du 11 [Roi de France], la Vie de la Reine Christine et la Mort de Mme Marquise de Ganges, autrement Mme Castellane. O tej śmierci wolałbym i nie czytać był, bo l’ennui me prend szukać po wszystkim świecie tych tak złych, niecnotliwych ludzi”.
Czytałem kiedyś z moim studentami w ramach konwersatorium z literatur niemieckojęzycznych powieść Heinricha Bölla Utracona cześć Katarzyny Blum (1974). Oto króciutki opis lektur bohaterki: „Ihre Bibliothek bestand aus vier Liebesromanen, drei Kriminalromanen sowie aus einer Napoleonbiographie und einer Biographie der Königin Christine von Schweden. Sämtliche Bücher stammten aus einem Buchklub”. Rzeczywiście, zuryski Verlag Buchclub Ex Libris wydał w roku 1959 książkę Friedricha Sieburga, Napoleon – Die hundert Tage, a w roku 1967 – Mary Lavater-Sloman, Ein Schicksal – Leben der Königin Christine von Schweden. W przypadku Sobieskiego również pojawia się wśród ciekawych lektur biografia szwedzkiej królowej. Rodzi się jednak pytanie, co to była za biografia. List króla pochodzi z roku 1668. Pierwsza książka zatytułowana Histoire de la Vie de la Reine Christine de Suède wyszła w Sztokholmie dopiero w roku 1677, ale wcześniej, w roku 1660 i 1668, ukazała się w Kolonii jej krótsza wersja, zatytułowana Recueil de quelques pièces curieuses servant à l’éclaircissement de l’Histoire de la vie de la Reine Christine, ensemble plusieurs voïages qu’elle a faits – słówko curieuses w tytule dodatkowo podpowiada, że to to wydanie czytał Sobieski.
Środa, 23 lipca
Dostałem dziś Korespondencję Marii Renaty Mayenowej, Romana Jakobsona i Krystyny Pomorskiej (żony tego ostatniego), opracowaną przez Marię Prussak (Warszawa, IBL, 2024). Imponujące przedsięwzięcie, zważywszy poziom abstrakcji autorów, wielojęzyczność, konieczność częstego używania mowy ezopowej w korespondencji prowadzonej przez żelazną kurtynę, tudzież obszerność korpusu tekstów. We wstępie czytam, że Mayenowa urodziła się (1908) jako Rachela Gurewicz, gimnazjum skończyła w Białymstoku, studiowała w Wilnie. „W 1934 roku wyszła za mąż za Jefima Kapłana, zamożnego producenta chałwy” (s. 14).
To pyszna wiadomość. Zaglądam do starej prasy. W „Monitorze Polskim” z roku 1937 jest ogłoszenie o likwidacji spółki „Towarzystwo Chałwol”, zamieszczone przez likwidatora, Jefima Kapłana, Wilno, ul. Kwiatowa 7 m. 13. W facebookowej grupie dyskusyjnej na temat Wilna widzę fotografię Edmunda i Bronisławy Zdanowskich, przedstawiającą widoczną spod arkad wileńskiego ratusza kamienicę przy ulicy Wielkiej 56 ze szczytem kościoła św. Kazimierza w tle. W centrum zdjęcia wejście do cukierni „Wschodniej”, a nad oknami wielkie napisy: CHAŁWA i BUZA (to taki napój orzeźwiający z kaszy jęczmiennej z rodzynkami). Administrator grupy kreśli dzieje białostockiej i wileńskiej chałwy, wspomina też firmę Chałwol, podając inne nazwisko właściciela (Jakub Brojdo) i adres: Kwaszelna 23. Wśród firm wileńskich był też „Chałwopol” Mindli Ajzenbergowej. Nazwa podobna, nazwisko wydaje mi się znajome. Sprawdzam: nie, to złudne podobieństwo. 3 czerwca 1932 roku do wileńskiego rejestru handlowego wciągnięto informację, dotyczącą firmy „Ajzensztadt Wulf – Przedsiębiorstwo Handlowo-Komisowe”: „Właściciel przedsiębiorstwo [!] Wulf Ajzensztadt zmarł. Do czasu zgłoszenia się sukcesorów, przedsiębiorstwem zarządzają łącznie w charakterze pełnomocników […] zam[ieszkali] w Wilnie: Róża Ajzensztadt przy ulicy Kwiatowej 7, inż. Jefim Kapłan – przy ul. Kwiatowej 7 i Moryc Jakobson – przy ul. Żeligowskiego 1 […]” [2]. Jest zatem i Jakobson (oczywiście nie ten).
Czytam dalej we wstępie Marii Prussak: „Już przed wybuchem wojny zapewne rozstała się z pierwszym mężem. Po wkroczeniu do Wilna wojsk rosyjskich we wrześniu 1939 Jefim Kapłan znalazł się na terytorium Litwy, skąd po włączeniu tego kraju do ZSRR został wywieziony do Mordwińskiej Republiki Radzieckiej, dalsze jego losy są nieznane” (s. 15).
Googlebookssearch podsuwa jeszcze fragment książki Guida Facklera o muzyce w obozach koncentracyjnych – o Jefimie Kapłanie i pieśniach z getta wileńskiego, opublikowanych w moskiewskim piśmie żydowskim „Sowietysz Hejmland” w roku 1991. Mogę sobie wyobrazić producenta chałwy śpiewającego w getcie pieśni, ale pewnie to przypadkowa zbieżność imienia i nazwiska.
Na rosyjskiej stronie genealogicznej jakaś pani chwali się, że Ефим Каплан, urodzony w roku 1901 w Lidzie, to jej stryjeczny dziadek. Ów Jefim był synem lekarza, Salomona Chaskielewicza Kapłana i Heleny Lejbowny z domu Ajzensztadt (!), mieszczki wileńskiej. Ślub wziął w roku 1934 (to zatem na sto procent ów producent chałwy). Dzieci nie mieli, w każdym razie nie ma ich aktów urodzenia w wileńskim archiwum. „W roku 1941 mój stryjeczny dziadek i jego żona zostali ewakuowani z Wilna”.
Czwartek, 24 lipca
Co za dynamika! Kotły parowe pod ciśnieniem tak wysokim, że może je lada chwila rozsadzić. Bomby z gotowym zapłonem, rzędem. Coś, co w innej skali mogłoby być wygiętą rączką miedzianego dzbanka, tu przeobraża się w rurę, z której biały płyn tryska do wysokiego pojemnika, wypełnionego mętną brązową cieczą. Czym się skończy zderzenie tych płynów, jaką straszliwą spowoduje eksplozję?
Strwożone bryły przylegają do siebie, pozbawione okien i drzwi, jakby liczyły na to, że tak, skulone, razem uchronią się przed zagładą. Dwa kształty, zlęknione, lgną do siebie, ciemny tuli się do białego, a tamten, wyższy, łypie spod oka, jakby chciał zgadnąć, skąd nadciąga największe niebezpieczeństwo.
Storturowane skorupy muszli, wyssane do szczętu i porzucone bezradnie.
Flakony, brzytwa fryzjerska, kres.
A w małych akwafortowych ogródkach przyroda kłębi się bez umiaru, usiłując wypełnić każdy centymetr sześcienny powierzonego jej obszaru, wyrastając z powierzchni papieru w straszliwym, panicznym lęku przed pustką. (Giorgio Morandi w „Zachęcie”).
*
Umarł człowiek stale obecny w naszym domu w latach osiemdziesiątych, pamiętam świetnie jego niewinną twarz, jasne włosy przewiązane opaską, wąsy w podkowę, obnażone muskularne ramiona i tryumfujący uśmiech na niezliczonych zdjęciach, plakatach i kartach. Teraz czytam, że od swoich entuzjastów (dwóch znałem całkiem dobrze) żądał czterech rzeczy: trenuj, módl się, jedz witaminy i wierz w siebie. Hulk Hogan (lat 71).
Piątek, 25 lipca
Od Marysi Prussak dostałem kilka dokumentów z wileńskich archiwów, dotyczących Jefima Kapłana. Układają się one w logiczną triadę. Najpierw w księgach notarialnych pełen zapis aktu założenia, w lipcu roku 1933, spółki „pod firmą” (nazwą) „Towarzystwo Chałwol S-ka z ogr. odp.” O kapitale zakładowym 4000 zł, z czego Jefim Kapłan wniósł 33% udziałów, Jakub Brojdo 28%, Ton Mejerowicz 22% a Mojżesz Szer 17%. Spółkę założono „celem produkowania i sprzedaży chałwy, oleju tachinowego i wyrobów cukierniczych”. Potem zaświadczenie lekarskie, które wystawił w Wilnie 27 czerwca 1935 roku dr med. J. Frydman, stwierdzając u Jefima Kapłana adipositas universalis („ogólne otłuszczenie”) i hyperaciditas ventriculi (nadkwasotę), przy czym stan pacjenta ostatnio się pogorszył, stąd: „Uważam za niezbędne przeprowadzenie leczenia zdrojowego i skierowuję chorego do Marienbadu”. Zaświadczenie zostało zapewne wydane z okazji starań Kapłana o uzyskanie paszportu. I tu pora na trzeci dokument: wystawiony przez Starostę Grodzkiego Wileńskiego paszport. W rysopisie określono wzrost (wysoki), twarz (okrągła), kolor włosów (szatyn) i oczu (szare). Znaków szczególnych i dzieci brak. Jest też zdjęcie, które stawia kropkę nad i:

Paszport Jefima Kapłana. Lietuvos valstybės istorijos archyvas, sygn. LCVA/53/8/4669, 7624.
Oto logika tej triady: zakładamy spółkę akcyjną w celu produkowania chałwy, wdaje się ogólne otłuszczenie organizmu, twarz robi się okrągła, co jednoznacznie poświadcza fotografia. Z drobnej wzmianki o zawodzie pierwszego męża profesor Mayenowej poczyna się wyłaniać zarys osoby, sylwetka potężnieje i w końcu „nasz wileński chałwowy książę” (jak Jefima Kapłana nazywały zajmujące się poszukiwaniami archiwalnymi młode polonistki z iblowskiego Archiwum Kobiet) otrzymuje pyzate oblicze.
Tu mała dygresja. Przepisana Jefimowi Kapłanowi kuracja kojarzy się oczywiście z filmem Zeszłego roku w Marienbadzie (1961) Alaina Resnais wedle scenariusza Robbe-Grilleta. Ale w roku 1961 Marienbad nazywał się Mariánské Lázně i wypoczywali w nim zasłużeni ludzie pracy, a nie międzynarodowa socjeta. Resnais zresztą mówił wielokrotnie, że Marienbad w tytule nie jest ważny, że chodziło mu o czas, o „l’année dernière”, a nie o konkretne miejsce. O ile więc w tym awangardowym filmie można mówić o jakichś konkretach, to to „zeszłego roku” trzeba by przenieść na lata trzydzieste. Nie, nie posunę się do tego, żeby zażywnego producenta chałwy utożsamiać z mężczyzną (grał go Giorgo Albertazzi), który w filmie wmawia uwodzonej kobiecie, że „zeszłego roku w Marienbadzie” obiecała mu za rok odejść dla niego od męża (Sacha Pitoëff).
Czy Marienbad pomógł Kapłanowi pozbyć się otyłości i nadkwasoty? W lipcu roku 1937 widzimy go na liście gości w krajowym uzdrowisku Truskawiec (pensjonat „Ustronie”). Przed samą wojną Jefim i Rachela Kapłanowie przenieśli się w Wilnie z ul. Kwiatowej na Górę Bouffałową 21. W wileńskiej książce telefonicznej na rok 1939 jest ich numer: 11 70. Ale obawiam się, że zmieniono kierunkowy.
Sobota, 26 lipca
Jest taka rzeka na Roztoczu, dopływ Sanu, o którą upominał się już Kochanowski: „Tu Tanew niehamowna San prędki napawa” (poemat Dryas Zamchana). W czasie I wojny światowej stacjonował tu Wierzyński, czego świadectwem wiersz Nad Tanwią. Dialog z Wierzyńskim nawiązywała Bronisława Ostrowska, przekomarzając się w Kole kredy święconej „«I Pan, panie Kaziu, i Pan! / A bazie? rajery? sasanki? / Wiosenne wino, Tanew i San? / Wypite szklanki?… / I Pan w zaklętem kole — i Pan tu razem z nami […]»”. W czasie II wojny Tadeusz Hołuj wiersz Nad rzeczułkązaczynał słowami: „Nad rzeczułką, nad Tanwią, / spali chrapliwie żołnierze […]”. Ale jest chyba tylko jedna poetka, która prowadziła z tą rzeką dialog tak intensywny, przez lata. W Inwokacji zaklinała: „Biłgoraju / pajdo kraju / leśna ziemio stokorodna / wąska Tanwio / w śniętym Sanie / sanno […]”. W Powrocie do pierwszych lądów przyzywała: „Zew ledwo pamiętanej pradawnej melodii / zew rzeki Tanwi / zew zblakłej pamięci / sprawił / że niczym marnotrawna córka / po półwieczu wróciłam w niskie trawy życia”. W To i owo powracała do obrazu kredowego koła Ostrowskiej: „Zamykut-otwirut pamiętasz dziecinne zabawy / w niebiańskim zakolu Tanwi jak w zakreślonym kredą kole / rysowanie palcem w powietrzu / bram które nie istniały / gdy z przepuszczaniem przez most pierwszych siedmiu koni / na tę drugą lepszą zapewne stronę / podczas gdy po tej gorszej / ósme pechowe konie zawsze zostawały / nasze znaki magiczne i sekretne zaklęcia / amulety z guzika i zajęcze lusterka”. A w Postojach pamięci wspominała: „Woda w Tanwi była nagrzana, czysta, dno złociło się złamanymi promieniami i piachem”.
Jacek Łukasiewicz napisał kiedyś: „Nie byłem nad Tanwią. Mogę tylko sobie wyobrazić tę rzekę wolno toczącą wody po równinie. W tamtych stronach narodziła się poezja Urszuli Kozioł”. Tak, ta poetka to Urszula Kozioł, do zeszłego tygodnia nasza współczesna. A Tanew niehamowna zwolniła swój bieg, jak to przystoi rzece Styks.
Niedziela, 27 lipca
Pociąg InterCity na trasie Warszawa Centralna–Jastarnia. W wagonie I klasy wszystkie cztery drzwi boczne nieczynne, jedna z dwóch toalet zatkana. Na korytarzu stoją podróżni, którym dziś na dworcu sprzedano bilety, mimo, że miejsca były już dawno rozprzedane internetowo – rozmawiamy z Kostarykańczykiem i parą ze Słowacji, którzy jadą przez Gdańsk na Litwę. Ja jednak nie zwracam większej uwagi na niedogodności podróży, tylko zagłębiam się w lekturze powieści Null, do której zachęcił mnie starożytnik Marek Węcowski. Przeczytałem sumiennie całość między Warszawą a Władysławowem. Rzeczywiście, jest tu trochę odniesień do historii starożytnej, od motta z Iliady, przez rozdział XI, rozwijający myśl z tego motta w dość zaskakujących kierunkach (Scytowie, Bhagawadgita i Edda), po przywołanie mitu o Minotaurze i fragmentu Wojny peloponeskiej Tukidydesa na temat sporu między Atenami a neutralną wyspą Melos (taką starożytną Szwajcarią, można by powiedzieć, tu jednak Melos oznacza Ukrainę). Sam pomysł połączenia dziejów kozackich z literaturą starożytną nie jest nowy – za początek literatury ukraińskiej uważa się przecież żartobliwą trawestację Eneidy, dokonaną przez Iwana Kotlarewskiego (1798), w której bohaterowie Wergiliusza chodzą w strojach kozackich i zachowują rubaszne kozackie obyczaje.
W Null najbardziej oryginalny jest bodaj ów scytyjski przodek Ukraińców, którego kołczan „pokryty był skórą, którą ściągnął z prawych dłoni zabitych wrogów, razem z paznokciami, i jest tych paznokci na kołczanie trzydzieści, a pochwa jego akinasa [3] jest obita złotą blachą […]” [4]. Ma on konotacje ikonograficzne (wyobrażenia Czyngis-chana i jego potomstwa jako kołczanu ze strzałami). I to chyba wszystko. Powieść ponura, ale trudno się dziwić – jak ta wojna. Co gorsza, nudna. Potwierdza się moja prywatna teoria, że negatywny lub bezbarwny tytuł książki podcina jej skrzydła. Kiedyś Jak woda Wildsteina („Właśnie”, napisał Walc w najkrótszej możliwej recenzji), potem Flauta Adama Pluszki (który, nawiasem mówiąc jest redaktorem prowadzącym Null), teraz Null. Właśnie.
Poniedziałek, 28 lipca
Cały dzień leje. Spod powieki czytam z rękopisu pasyjne poezje z połowy XVII wieku: „I tesz to oczy o których mówiła / Oblubienica kiedy je chwaliła; / Oczy gołembie: mlekiem są wymyte, / Z nich mam pociechę swoję znakomitę; / Teraz zapadłe, sinie, krwią zawrzałe; / Z korony cieknie, ości w nich niemałe / Nasze o nasze bystre poglądania / A zatym marnych rzeczy pożądania / Łzy wycisnąwszy zamknęły powieki / O oczy oczy widzące przed wieki. / O śliczne włosy palmie przyrównane / Ach toście wzięły tak wielką odmianę / Ledz to sprawiły nasze zbytnie stroje / Nowe wymysły na ozdobę swoję / włosów kręcenia, różne ubierania / Wonnych olejków głowy nacierania / Teć to tak śliczne włosy poplątały / Teć że to z głowy najświętszej wyrwały” [5]. Poszczególne części ciała Zbawiciela są tu omawiane najpierw turpistycznie, z barokową dbałością o odstręczające szczegóły, po czym te właśnie okropieństwa przedstawia się jako skutek grzesznych działań wiernych. Autor, proboszcz wysocki i dziekan radomski, nie wszystkie swe dzieła poddawał cenzurze kościelnej, bo lubił upiększać narrację szczegółami, zaczerpniętymi ze swej mrocznej fantazji, z życia parafian i z tekstów apokryficznych (w Lamentach… z roku 1647 cytuje opowieść o kłaniających się Jezusowi chorągwiach przed pałacem Piłata, wskazując źródło: niekanoniczną Ewangelię Nikodema). W tym rękopisie wplótł nawet, nieco na siłę, swoje imię w opis rąk Chrystusa: „Ręce o ręce coście świat stworzyły / Za to was gwoździe okrutne zraniły / Oblubienica tak ich wspominała / bo się im barziej pilnie przypatrzała / Ręce toczone, są Jacyntów pełne”. W tekście, który jest wariacją na temat Pieśni nad pieśniami znaleźć można taki uroczy fragment: „I miałaś ty bydź mą oblubienicą / A tyś się stałą brzydką nierządnicą / O głupie dzieczko bańkiś się chwyciła / którą mała dziecina z mydła urobiła”.
Jeśli nie przestanie padać, trzeba będzie Dziewczynkom zorganizować puszczanie mydlanych baniek.
Wtorek, 29 lipca
Wyprawa do Gdańska na wystawę Nasi chłopcy w ratuszu, pokazującą udział Polaków z Pomorza Gdańskiego i okolic w wojsku niemieckim w czasie II wojny światowej. Czytałem na jej temat kilka sążnistych artykułów, ale większość autorów na samej wystawie nie była. Wystawa niewielka, ale temat wielki. Zaraz po wejściu natykamy się na instalację, która wyraźnie nawiązuje do prac Christiana Boltanskiego – ustawione w rzędach, jak nagrobki, fotografie anonimowych mężczyzn. Przyglądam się z drżeniem, czy nie rozpoznam twarzy Ojca (przedwojenny absolwent Politechniki Gdańskiej, po wojnie inżynier energetyk, pracujący naukowo najpierw w Trójmieście, potem w Warszawie – nic nie wiem, co robił w czasie wojny, nigdy się o tym w domu nie mówiło, prócz tego, że wojna to straszna rzecz). Przy dwóch zdjęciach mam lekkie wątpliwości, ale jednak uznaję, że nie, to nie on. W kolejnych salach dokumenty, pamiątki, przerażające dane statystyczne. Dużo fotografii: na przykład zdjęcie rodzinne: kobieta, mężczyzna w hitlerowskim mundurze, między nimi dziewczynka, trzymająca ojca za guz pagonu, spod jej łokcia widać „gapę”; obok to samo zdjęcie, na którym cały mundur dokładnie wyretuszowano czarnym atramentem, a rączka dziewczynki nienaturalnie ściska kołnierzyk bluzy ojca.
Są też dzieła sztuki. Na przykład akwarela pomorzanina Jana Wałaszewskiego, który należał do polskiej grupy dezerterów z Wehrmachtu, działających w holenderskim ruchu oporu (grupa Ludwika Dziubanego). Temat został dokładnie opisany przez artystę: „JEDNA Z AKCJI HOLENDERSKIEGO RUCHU OPORU «ORANJE» WSPÓLNIE Z POLAKAMI PRZEBRANYMI W MUNDURY ART[YLERII] NADBRZEŻNEJ (NIEMIECKIEJ) PRZY BARZE «AMERIKA» NA UL. BREESTRAAT W BEVERWIJK, PÓŁ[NOCNA], HOLANDIA, LIKWIDUJE GRUPĘ MARYNARZY NIEMIECKICH, KTÓRZY NALEŻELI DO KOMMANDO ZWALCZAJĄCEGO LUDZI Z RUCHU OPORU JAK I TYCH WSPÓŁPRACUJĄCYCH Z PODZIEMIEM I UDZIELAJĄCY[CH] POMOCY I PRZECHOWUJĄCY[CH] W DOMU U SIEBIE PARTYZANTÓW M. IN. TAKŻE POLAKÓW. 1945”.
Odnotuję jeszcze rycinę z 6 VI 1946 roku, przedstawiającą przesłuchanie przez służbę bezpieczeństwa repatriantów na posterunku PUR w Legnicy: „Naszym sierżantom oberwano dystynkcje i odznaczenia, w tym st. sierż. J. Zielińskiemu i Tandykowi (obaj pochodzili z Grudziądza); operowano wulgarnym językiem”.
Największe kontrowersje budzi w mediach tytuł wystawy. W tej kwestii chciałbym zwrócić uwagę na jedną z ostatnich gablot: Nie tylko Pomorze. Pokazano tu podobne zjawiska na zachodnich peryferiach Rzeszy: w Alzacji i Luksemburgu. Sytuację w Wielkim Księstwie, gdzie przymusowo wcielonych do wojska nazywano Ons Jongen („nasi chłopcy”), ilustrowano reprodukcją gazety pod takim tytułemż z listą poszukiwanych (z roku 1948). Lubię język luksemburski, więc chciałem obejrzeć. Niestety, obiekt ktoś ukradł. Nasi chłopcy? [6]
Piątek, 1 sierpnia
Z okazji święta narodowego Szwajcarii idziemy do kina „Żeglarz” na szwajcarsko-amerykański film o Dalajlamie Wisdom of Happiness (2024). Nieco naiwny, ale sympatyczny, jeśli wziąć w nawias niepotrzebne wstawki w stylu kampanii reklamowej „United Colors of Benetton”. Niezwykłe dokumentalne filmiki z chińskiej okupacji Tybetu. Najbardziej podobały mi się migawki z rozmów Dalajlamy z zachodnimi fizykami i innymi uczonymi, ich reakcje na słowa Jego Świątobliwości (szkoda, że bez głosu). A także scenki z filozoficznych dyskusji adeptów na tybetańskich mnichów, z gestykulacją i przytupem.
A przed kinem, nawiasem mówiąc spod powieki, widzę jak w lustrze, jakby po kaszubsku, natrętne pytanie: kei wops rewer? Jutro wracamy.

Poniedziałek, 4 sierpnia
Jaka to rozkosz czytać listy ludzi, którzy nie tylko znali wiele języków, ale też kochali języki i umieli nimi żonglować.
Weźmy takie koty. Krystyna Pomorska (trzecia żona Jakobsona) pisze do Marii Renaty Mayenowej, dziękując: „Liścik bardzo miły i miauk donośny”. Maria Prussak komentuje w przypisie: „Mayenowa pozdrawiała bliskie osoby naśladując miauczenie kota”. A ja pamiętam te miauki z czasów, kiedy pracowałem w IBL-u, wydawane dyskretnie acz dość głośno na powitanie niektórych osób, przyjeżdżających do Instytutu na konferencje. Nie wiedziałem wtedy, o co chodzi, teraz wiem. Współbrzmi z tym wątkiem fragment z listu z roku 1973 wspólnego przyjaciela, Wiktora Weintrauba, do Mayenowej, zachwalający najnowsze „opasłe tomisko francuskie” studiów Ingardena: „Jest tam i novum, spore studium, w którym drze Koty Baudelaire’a z Riffattere’m”. (To oczywiście aluzja do polemiki wokół różnych interpretacji Kotów Baudelaire’a, w którą zamieszany był także Lévi-Strauss).
Oboje, Mayenowa i Jakobson, są teoretykami literatury, ale też jej miłośnikami i, poniekąd, poetami. Kiedy on się skarży: „а от тебя ни ответа ни привета” (co chciałoby się przełożyć: „a od Ciebie nie ma ani odpowiedzi, ani zapowiedzi”), kiedy ona zauważa nagle: „Dzikie wino nawet w Warszawie coraz czerwieńsze, Pan Bóg zwraca późnojesienną monetą braki lata”, kiedy Mayenowa przesyła z prośbą o aprobatę tekst referatu, „odpisany z wstążki magnetofonowej”, kiedy posyłając Jakobsonowi „polskie ruskie” Madonny zaklina „Może się to okaże jeszcze jedną niteczką”, a na wybuchłą we Wrocławiu epidemię ospy reaguje słowami: „Ja w swojej wyobraźni zobaczyłam dlaczego bóg słońca strzela promieniami zarazy”, to ta dawka poezji się zagęszcza i krystalizuje. W poetyckiej, wyczulonej na słowo rozmowie trojga ma też swój udział Krystyna Pomorska, kiedy pisze: „A proposito (jako mówią Włosi, co jest dużo ładniejsze od wersji francuskiej) […]”, albo kiedy przed wakacyjnym wyjazdem z Jakobsonem na wyspę wspomina rusycystkę pochodzenia ormiańskiego, Bayarę Aroutonovą: „Bayara myślała, że wyspa to miejsce do wysypiania! I była tego całkiem pewna” […]. Cudne.
JAN ZIELIŃSKI
[1] „Wiadomości Literackie” 1932 nr 37.
[2] „Obwieszczenia Publiczne. Dodatek Do Dziennika Urzędowego Ministerstwa Sprawiedliwości” nr 100a z 14 grudnia 1932 s. 26.
[3] Zapewne: „akinakes”, sztylet lub krótki miecz scytyjski.
[4] Szczepan Twardoch, Null. Warszawa, Marginesy, 2025, s. 121.
[5] X. Przetockiego Jacentego Wiersze nabożne. Rękopis Ossolineum sygn. 687/I.
[6] Pismo jest dostępne w sieci. Oto przykładowa strona z listą poszukiwanych: https://viewer.eluxemburgensia.lu/ark:70795/3c2wq6/pages/7/articles/DTL120
W 5. rocznicę śmierci Wojciecha Karpińskiego prezentujemy dwa listy z tomu jego korespondencji z Józefem Czapskim, który ukaże się nakładem Wydawnictwa Próby pod koniec 2025 roku. Karpiński należał do najbliższych przyjaciół Józefa Czapskiego, za jego życia i po śmierci był niestrudzonym propagatorem jego twórczości. Trwająca trzydzieści lat korespondencja, jest świadectwem przyjaźni i wzajemnego oddania, a także ważnym komentarzem do życia i twórczości obydwu korespondentów.

[Józef Czapski do Wojciecha Karpińskiego]
26 VI 1982
Mój drogi Wojtku,
Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosię – Ty mnie sobie kupiłeś, więc cierp. Choć za chwilę Cię tu czekamy [1], wolę zaraz Ci posłać nowy tekst – 32 strony – który powinien bym jeszcze przepisać, ale mnie już nie stać [2]. Ten tekst wydaje mi się napisany w okresie intensywnych myślowych przeżywań pięć lat temu. Od tego czasu chyba wiele się zmieniło i we mnie, w ostrości pewnych istotnych przeżywań, że zdaje mi się, że posyłam tekst kogoś innego!
Posyłam z wielką nieśmiałością, bo to jest naturalnie ciągłe obnażanie, co zawsze jest moralnie niebezpieczne. Ale od czasu, kiedy pochwaliłeś mi tamten tekst [3], chciałbym aby i ten był w Twoich rękach, bo znalazłem takich tekstów więcej. Naraz je odkrywam i potem gubię w morzu moich 188 tomów [4] i nagle uwierzyłem, że może z tego być kiedyś książka, jak piszesz [5], jeżeli moje zapaści mózgowe nie będą za szybko wzrastać.
Twój dozgonny obdarowany przyjaciel
Józef
[Wojciech Karpiński do Józefa Czapskiego]
New York, 13 VII 1982
Kochany Józiu,
Dziękuję za nowe strony z dzienników. Tylko zaostrzają apetyt na dalsze. Są wspaniałe. Inne od tamtych, zarazem stanowią ich kontynuację. Mam raz jeszcze przekonanie, że z tych stron złoży się książka, jakiej nie było dotąd w polskiej literaturze. Że Twoje pisarstwo, przez swoją prywatność, intensywność, niezależność od mód, zapełnia ważną lukę w kulturze polskiej, brak uwrażliwienia na „zindywidualizowany wymiar uniwersalny”, na „niezinstytucjonalizowaną (i niesprofesjonalizowaną) metafizykę”. Te strony przypominają najlepsze fragmenty Miłoszowego Ogrodu nauk [6], są jednak bardziej osobiste, bardziej odważne.
Chciałbym wrócić niedługo do problemu, który poruszyłem w szkicu o Gustawie [7]. W literaturze emigracyjnej fascynuje mnie pewien nurt, który znamionuje się uwrażliwieniem na rzeczywistość, jakkolwiek wiele miałaby oblicz, jakkolwiek trudne byłoby dotarcie do niej. Ten metafizyczny wymiar dostrzegam u pisarzy tak różnych jak Wat, Miłosz, Gombrowicz [8]. Twoje dzienniki są znakomitym przykładem takiej postawy wobec myśli i bytu. Dlatego musisz zrobić z nich książkę. Nikt inny tego nie zrobi. Gotów jestem poświęcić w Paryżu czas (i innych do pomocy zagonić), aby tylko ta książka możliwie szybko oblekła się w drukarską cielesność. Jak pasjonująca będzie to lektura dla młodego pokolenia! Jak ważna i aktualna, przy całej prywatności i odmienności.
Moje plany: wyjeżdżam 26 lipca wieczorem samolotem do Frankfurtu. W Paryżu będę 27 wieczorem bądź 28 lipca. Ciągle jeszcze nie zakończyłem przygotowywania do druku Amerykańskich cieni [9]. Potrzeba mi tygodnia spokoju w dobrych warunkach, wymagania niemałe w naszych czasach. Teraz byłem zajęty przygotowywaniem wywiadów dla Wolnej Europy z Kołakowskim, Miłoszem, Barańczakiem [10]. Myślę, że wyszło ciekawie.
Byłem tu raz jeszcze na wspaniałej wystawie Francuzów [11], którą oglądałem w Paryżu w Grand Palais. A także na dużej ekspozycji wielkich abstrakcjonistów [12] w Guggenheim Museum – co za nuda!
Bardzo serdecznie Cię ściskam i do szybkiego zobaczenia
Wojtek
[1] Wojciech Karpiński przebywał od września 1981 w USA, gdzie prowadził wykłady na Yale University. Po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego (13 XII 1981) znalazł się na oficjalnej liście „ekstremistycznych działaczy «Solidarności» oraz innych nielegalnych organizacji”. Nie mogąc wrócić do Polski postanowił osiedlić się w Paryżu, gdzie dostał posadę profesora w Centre national de la recherche scientifique.
[2] Mowa o maszynopisie fragmentów z dziennika z marca 1976, ogłoszonych już po śmierci autora pt. Wyrwane strony, „Zeszyty Literackie” 1993 nr 4 / 44.
[3] Mowa o maszynopisie fragmentów z dziennika czerwiec 1961–styczeń 1962, który ukazał się pt. Dziennik (zeszyt 1961–1962), „Zeszyty Literackie” 1983 nr 1.
[4] Po śmierci Czapskiego w jego archiwum zachowało się blisko 300 tomów dziennika z lat 1941–1992.
[5] Wojciech Karpiński przez wiele lat namawiał Józefa Czapskiego do publikacji wyboru z jego dzienników, podawał do druku jego fragmenty w „Res Publice” i „Zeszytach Literackich”, a także starał się o ich wydanie w formie książkowej. Po raz pierwszy zostały one zebrane w tom przez Joannę Pollakównę w tomie Dzienniki, wspomnienia, relacje, Kraków, Oficyna Literacka, 1986, a następnie pod tytułem Wyrwane strony (oprac. Joanna Pollakówna i Piotr Kłoczowski, Warszawa, Noir sur Blanc, 1993; oraz w oprac. Barbary Toruńczyk, Warszawa, Zeszyty Literackie, 2010).
[6] Czesław Miłosz, Ogród nauk, Paryż, Instytut Literacki, 1979. Wojciech Karpiński nawiązuje do swobodnej i pojemnej formy książki, gdzie Miłosz pomieścił różnorodne formy literackie (eseje i przekłady) z różnych lat i porządków.
[7] Wojciech Karpiński, Proza Herlinga-Grudzińskiego, „Tygodnik Powszechny ” 1981 nr 29 (następnie w tomie: Wojciech Karpiński, Książki zbójeckie, Londyn, Polonia Book Fund, 1988).
[8] Aleksander Wat. Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz a także Józef Czapski, Jerzy Stempowski i Konstanty A. Jeleński zostali określeni przez Karpińskiego mianem „pisarzy zbójeckich”, opisał ich wszystkich w tomie Książki zbójeckie. Szkice o literaturze emigracyjnej, Londyn, Polonia Book Fund, 1988.
[9] Wojciech Karpiński, Amerykańskie cienie, Paryż, Instytut Literacki, 1983.
[10] Rozmowy Wojciecha Karpińskiego zostały wyemitowane na antenie Radia Wolna Europa we wrześniu 1982 (z Czesławem Miłoszem), w listopadzie i grudniu (ze Stanisławem Barańczakiem). Rozmowa z Leszkiem Kołakowskim, ze względu na problemy z taśmą, nie została wyemitowana, jednak w tym samym czasie Wojciech Karpiński ogłosił obszerną rozmowę z Kołakowskim w formie książkowej: Wojciech Karpiński, Nie wierzę w zwycięstwo totalitaryzmu… Wywiad z Leszkiem Kołakowskim, Warszawa, Głosy, 1983.
[11] Mowa o wystawie „France in the Golden Age: seventeenth-century French paintings in American collections”, kuratorzy: Pierre Rosenberg, John Pope-Hennessy, Grand Palais, Paryż, styczeń-kwiecień 1982, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork, maj-sierpień 1982.
[12] Mowa o wystawie „Kandinsky in Munich: 1896-1914” Guggenheim Museum, Nowy Jork, styczeń-marzec 1982, która, obok dzieł Kandinskiego, prezentowała obrazy jego nauczycieli i uczniów.
Nadii
Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.
Zbigniew Herbert
1. Tak, to była długa podróż. Niemal dwadzieścia tysięcy lat w głąb po omacku pozornie bez celu. Oświetlona jedynie słabą latarenką czołówki. W załomach skał, w kałużach śliskiej gliny. Podróż do sromu ziemi? Do łona sztuki?
Nie przypadkiem zacząłem od Herberta. Jego Lascaux jest dla mego Szulgan-Tasza pre-tekstem do wyjścia z milczenia po to, aby dojść gdzie indziej. Nasze jaskinie znajdują się na dwóch przeciwległych krańcach Europy. Herberta w dolinie Wezery na południu Francji, moja na zakolu Agidel w południowym Uralu. W Lascaux zaczyna się sztuka europejska, a w Szulgan-Taszu się kończy. Dalej na wschód jest Azja.
Aliści nie tylko to różni nasze jaskinie… Herbert przyjechał z Paryża do Montignac autobusem, w małej restauracji zjadł na śniadanie omlet z truflami, które zaliczył do historii sztuki jako jedno z ludzkich szaleństw, poświęcając im dwa akapity, potem pieszo autostradą do parkingu z coca-colą, skąd wprowadzono go do obetonowanego podziemia przypominającego bunkier z podwójnymi metalowymi zaworami jak w skarbcu, aż wreszcie znalazł się we wnętrzu groty. Nasza droga do Szulgan-Taszu to doba firmową „Karelią” do Moskwy, później dwie doby koleją do Ufy przez nadwołżańskie stepy Czuwaszy, Moleszy, Tatarów i Erzji, upstrzone polankami kwitnących poziomek i ramionami naftowych szybów w oddali, potem zaś jeszcze 400 kilometrów przez stepy Baszkirii w góry Południowego Uralu samochodem do Murat-Tagaju.
Budynek muzeum wyrósł przed nami na końcu asfaltowej drogi, jak gdyby w dolinie rzeki Białej (zwanej przez Baszkirców Agidel), otoczonej ze wszystkich stron zielonymi górami, sypiąc iskrami po wodzie wylądował raptem pojazd kosmiczny z innej planety, przypominający ogromnegoplejstoceńskiego ptaka, składającego skrzydła po długim przelocie. Wnętrze muzeum odpowiadało jego sylwetce, wystarczyło wejść do środka, żeby odlecieć w czasie. Niewiada tylko: w odległą przeszłość, czy w pobliską przyszłość? W późny paleolit epoki elektronicznej. Jak długo żyję, takiego muzeum jeszczem nie widział!

Sympozjum na temat paleolitycznej sztuki naskalnej w muzeum Szulgan-Taszu poświęcono pamięci Jekatieriny Georgijewny Dewlet, niedawno zmarłej archeolożki rosyjskiej, autorki wielu książek o pierwobytnej sztuce, w tym fundamentalnych Mitów w kamieniu, które teraz, kiedy piszę te słowa, leżą otwarte na moim piśmiennym stole.
Nie oznacza to, że nie interesuję się sztuką pierwobytnych ludzi, na odwrót! Zafascynowała mnie jeszcze latem 1999 roku, gdy na Wasinym jachcie „Antur” podeszliśmy do Biesow Nosa nad Jeziorem Onieżskim, gdzie pierwszy raz ujrzałem naskalne ryty. W skośnych promieniach siadającego słońca podziwiałem dzieła z epoki neolitu, kiedy sztuka była magią, a nie ścieżką do poklasku czy kasy. Poznałem tam profesor Nadieżdę Łobanową z Rosyjskiej Akademii Nauk, miłośnicę północnych petroglifów, autorkę wielu prac na ich temat. Potem przez wiele lat Nadia była moim przewodnikiem w naskalnych galeriach, odkrywając przede mną naszą pierwotną istność. Przegadaliśmy niejeden wieczór, dyskutując o semantyce rytu, ona z materialistycznym zadęciem, ja raczej z pozycji animistycznej. Odbyliśmy też parę wypraw i przyjaźnimy się do dzisiaj. To dzięki Nadii trafiłem do jaskini Szulgan-Tasz, nazywanej także Kapową Pieczarą.
Oprócz fascynacji pierwotną sztuką naskalną do Kapowej Pieczary przywiódł mnie los Aleksandra Rumina, odkrywcy jej rysunków. Sama jaskinia była znana od dawna, już w 1760 roku opisywał ją i narysował do niej wejście Piotr Ryczkow, pierwszy historyk Południowego Uralu, potem zaglądało do niej wielu, między innymi geograf Iwan Lepiechin, geolog Nikołaj Meglicki i leksykograf Władimir Dal (każdy z nich opisał ją po swojemu), ale dopiero Aleksander Rumin w 1958 roku odnalazł w niej to, czego szukał. Natrafił na skalny rysunek czerwonego konia, od którego wszystko się zaczęło. „Kto wie – pisał potem – może to pierwszy rysunek w tej pieczarze, a może na całej Ziemi? Wszak tutaj rodziła się sztuka”.

2. Postać Rumina, jak i jego konia, jest niewyraźna. Źródła, z których korzystałem, nie dają odpowiedzi na niektóre pytania. Dla przykładu: za co Wiktora Telliera, dziadka ze strony matki, potomka rodu francuskich dworzan (zbiegłych po rewolucji francuskiej do carskiej Rosji) i wychowanka korpusu morskiego, pozbawiono szarży oficerskiej i skazano na karę śmierci, którą potem, dzięki wstawiennictwu rodziny, zamieniono na wieczne posielenie w Jakucji? Nic także nie wiadomo na temat Jakutki, z którą zesłaniec Tellier spłodził Praskowię, matkę Rumina, ale jego związek z kobietą jakucką przypomniał mi podobny epizod w biografii Wacława Sieroszewskiego (do jej napisania swojego czasu namawiał mnie Giedroyc…) i to wystarczyło, żebym bliżej zainteresował się losem syna Paszeńki.
Aleksandr Władimirowicz Rumin urodził się jesienią 1914 roku w Omsku, dokąd zesłano jego ojca. Następnie Władimira Walentynowicza przeniesiono do Biszkeku i Sasza dzieciństwo spędził na kresach Rosyjskiego Imperium w kirgiskich stepach. Step nauczył go patrzeć daleko, nie dziw przeto, że w Moskwie potem się dusił. Lekarstwem była dla niego działalność w Kole Młodych Biologów przy moskiewskim Ogrodzie Zoologicznym, gdzie mógł rozwijać przyrodnicze pasje i jeździć na wyprawy naukowe. Wtedy pierwszy raz trafił na południowy Ural, swoją Ziemię Obiecaną. Potem latami wspominał bezkresne górskie grzbiety, szumiące rzeki i dziewicze lasy, po których błądziły stada łosi. Czasem tu i tam można było napotkać niedźwiedzia. A powietrze dźwięczało od dzikich pszczół. Zapewne wtenczas przyszło mu na myśl, że właśnie tutaj należałoby szukać śladów jaskiniowego człowieka, bo nawet w najchłodniejszym okresie średniego plejstocenu centrum południowego Uralu dzieliło od lodowca niemalże tysiąc kilometrów, a w późnym plejstocenie, kiedy pojawia się człowiek, półtora tysiąca. Podobnie więc, jak na zachodzie w Pirenejach, życie na południowym Uralu mogło przetrwać zlodowacenie Europy. Należało to udowodnić!
W latach trzydziestych Aleksandr Władimirowicz ukończył fakultet biologiczny Uniwersytetu Moskiewskiego jako zoolog-łowca, specjalizujący się w pierwotnym myślistwie, pracował w moskiewskim Ogrodzie Botanicznym pod kierunkiem Michała Menzbira, twórcy rosyjskiej ornitologii i przyjaźnił się z Iwanem Jefremowem, znakomitym paleontologiem i nie mniej znanym autorem powieści fantastycznych, z którym wyprawiali się na Kaukaz i do Średniej Azji. Jefremow utwierdzał Rumina w jego przekonaniu o wadze południowego Uralu w dziejach ludzkości podobnie jak archeolog Anatolij Briusow, z którym Aleksander Władimirowicz w 1945 roku na polecenie Stalina poszukiwał w Kaliningradzie bursztynowej komnaty… Nad swoją dysertacją doktorską Rumin zaczął pracować pod kierunkiem profesora Manteuffla jeszcze przed wojną, a obronił ją w 1940 roku, lecz na skutek pomówień o niezgodność pracy z linią partii dopiero w 1948 roku dzięki interwencji akademika Mścisława Keldysza, otrzymał stopień naukowy. Całą wojnę Rumin przesłużył jako zwiadowca, działając na tyłach wroga niczym jakucki łowca, za co przedstawiono go do tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, ale wtenczas dała o sobie znać zawiść generałów, że jak to taki wyskoczek ma dostać najwyższy tytuł, a ich z paskami omijają, i Rumin tytułu nie dostał… Za to pod sam koniec wojny doznał poważnej kontuzji i gdyby nie sambo, zostałby do końca życia kaleką. Wykaraskać się pomógł Anatolij Harłampiłow, twórca rosyjskiego stylu walki. Pod jego okiem Rumin zaczął trenować i powoli powrócił do formy. Znowu brał udział w ekspedycjach (na Kiżach w Karelii łowił żmije), wykładał na różnych wyższych uczelniach, między innymi na Uniwersytecie im. Lumumby, ale nigdzie dłużej nie zagrzał miejsca, nie potrafiąc przystosować swoich poglądów naukowych do partyjnej wykładni. A KGB nie dawało spokoju, nagabując go raz po raz i za każdym razem grożąc mu, że go zgnoją, jeśli nie przestanie cudaczyć. W końcu zakończył moskiewskie sprawy, zwolnił się z pracy i pojechał na południowy Ural szukać swojego konika.
W 1958 podjął pracę jako starszy pracownik naukowy w oddziale baszkirskiego rezerwatu w Irgizłach, a już w 1959 roku ogłosił w Instytucie Archeologii Akademii Nauk ZSRR o odkryciu rysunków naskalnych w Kapowej Pieczarze! Rzecz jasna, mało kto mu wierzył, wszak świat naukowy radzieckich archeologów był w owym czasie głęboko przekonany, że jedynym miejscem występowania naskalnych rysunków epoki paleolitu jest region francusko-kantabryjski. Nieszablonowo myślącemu Ruminowi zarzucono brak kompetencji i oskarżono o nadmiar fantazji, że niby w zwykłych jaskiniowych naciekach dopatrzył się tworów ręki człowieka. Aleksandr Władimirowicz próbował się bronić, publikując w „Wokrug swieta” artykuł o rysunkach w Kapowej Pieczarze, ale rozgramiająca artykuł recenzja Otto Badera, metra sowieckiej archeologii w tamtym czasie, była gwoździem do przysłowiowej trumny Rumina. W gazetach zaczęła się nań nagonka, „Sowiecka archeologia” odmówiła publikacji tekstów wcześniej przyjętych do druku, a partia zagroziła wykluczeniem ze swoich szeregów, co wtedy groziło zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym albo zesłaniem do łagru. Szczęściem, Rumina obeszło to bokiem. Skończyło się na wydaleniu z baszkirskiego rezerwatu i powrocie do Moskwy… Krótko mówiąc, Aleksandr Władimirowicz powtórzył los Marcelino de Sautuoli, któremu zarzucono niegdyś fałszerstwo rysunków w Altamirze.
O ile Sautuola nie dożył zadośćuczynienia, zmarł bowiem z piętnem kłamcy piętnaście lat przedtem, nim jego oszczerca, autorytet francuskiej archeologii Émile Cartailhac przyznał się do swojego błędu i przywrócił dobre imię odkrywcy Altamiry, o tyle Rumin miał więcej fartu, bo Otto Bader zreflektował się i w 1960 roku przyjechał do Szulgon-Taszu, aby po niewczasie sprawdzić rewelacje Aleksandra Władimirowicza. Okazało się, że choć niektóre rysunki rzeczywiście były dziełem przyrody, to jednak większość zwierzęcych wizerunków na ścianach Jaskini Kapowej, zwłaszcze te wypełnione ochrą bordo (w odróżnieniu od czarnych nacieków) były niewątpliwie tworem pierwotnych ludzi. Tym samym Ruminowi zwrócono tytuł pierwo-odkrywcy rysunków naskalnych w Jaskini Kapowej, a konia na pierwszym rysunku znalezionym przez Aleksandra Władimirowicza, na jego cześć nazwano „koniem Rumina”. Splendor odkrywcy Rumina ominął. Był zoologiem, nie archeologiem – tłumaczyli, gdy ktoś pytał o pierwoodkrywcę.
Zaczął się boom! Znalezisko w Kapowej Pieczarze stało się światową sensacją archeologiczną, kopano w niej, znachodząc co rusz coś nowego. Kolejny rysunek na ścianie, niedźwiedzią łopatkę w glinie, motykę z kamienia, jadeitowy wisior czy dwie pokiereszowane czaszki młodziutkich dziewcząt, co do których zachodzi podejrzenie, że stały się ofiarami rytualnych mordów, ale to późniejsza historia, już z epoki brązu… Kapowa Pieczara stała się też marką turystyczną Baszkirii, rokrocznie przewalały się przez nią tabuny ciekawskich, zostawiając własne bazgroły na ścianach i nierzadko zapaćkując oryginalne rysunki. W 1971 roku zamknięto jaskinię dla zwiedzania i postawiono ochronę, w 2003 roku kopiści z Ermitażu skopiowali dla turystów rysunki naskalne na ścianie pierwszej sali jaskini, zaś w 2023 roku Olga Czerwjacowa z muzeum Szulgon-Tasza opracowała wycieczkę wirtualną po Kapowej Pieczarze.
W 1999 roku w Radiu Rassija nadawali reportaż z Szulgan-Tasza na 40-lecie znalezienia rysunków. Ludmiła Michajłowna, żona Rumina, myła w tym czasie naczynia w kuchni i znienacka usłyszała nazwisko męża. Czym prędzej pobiegła do Saszy, aby podzielić się z nim radosną nowiną. Rumin nie zwrócił uwagi, zajęty w tym czasie pozyskaniem energii z pola magnetycznego, która mogłaby zastąpić tradycyjne źródła prądu… Uniwersytet w Kanadzie proponował mu laboratorium badawcze i dom nad jeziorem Ontario, ale Rumin marzył jedynie o tym, aby osiąść z Ludą w Irgizłach i resztkę czasu spędzić w tym rajskim zakątku pośród lubianych przezeń Baszkirów. Później się zreflektował i pod koniec lutego 2000 roku do dyrektora rezerwatu Szulgan-Tasz wpłynął list, w którym Rumin wyrażał gotowość przyjazdu do Kapowej, aby dokończyć badania. Jak gdyby zapomniał, że jest na poły ślepy i skończył 86 lat.

Aleksander Władimirowicz Rjumin z żoną Ludmiłą Michajłowną Pieriegudą w Moskwie, 2005 (fot. M. N. Rasarew)
Aleksandr Władimirowicz odszedł 7 kwietnia 2007 roku w wieku 92 lat.
3. Siedząc na tarasie gościnnego domu w Murat-Tagaju nie mogę nie zgodzić się z Ruminem… Dolina Agidel to istny raj na ziemi! Znad rzeki Białej snują się mgły niby mleko rozcieńczone porannym światłem, obłe grzbiety gór w zielonej gęstwie lasu przypominają widoczki z Umbrii, w powietrzu pachnie lipami i miodnym zielem, a w glinianej miseczce na stole pieni się złoto-brązowa patoka jak bursztyn tający na słońcu. Można-li znaleźć lepsze śniadanie? Więc słówko o burzjańskiej patoce.
Baszkirskie pszczelarstwo barciowe ma długą tradycję. W Birskim mogilniku sprzed 1500 lat odnaleziono sparciałe leziwo z chobotem i zmurszały łaźbień. A sama nazwa Baszkortostanu pochodzi ze złożenia głowy (basz) z pszczołą (kort), wskazując na krainę miodem płynącą. Las zajmuje jedną trzecią republiki. Tak obszernych leśnych terenów nie ma od Ałtaju po Karpaty! Rośnie na nich ponad trzysta miodonośnych roślin. Ale tylko tu, w burzańskim regionie, żyje czarna żądliwa pszczoła leśna (Apis mellifera). Miód, dobywany z ich barci, nie ma sobie równych. Nawet kasztanowy miód z Ałtaja, zajmujący dotąd pierwsze miejsce na mojej miodowej liście, spadł z piedestału. Śniadając kurutem z burzińską patoką i kwaśnym kumysem, o Herbercie pomyślałem. Jakże daleko stąd do jego trufli.
Pisana historia baszkirskiego pszczelarstwa sięga czasów Katarzyny II Wielkiej, która lubiła zaczynać dzień o szóstej rano od filiżanki mocnej kawy z łyżeczką miodu i codziennie na twarz kładła miodową maseczkę. Caryca porównywała się do matki roju, a na tabakierce miała brylantowy ul ze złotymi pszczołami i dewizą „Pszczoły noszą miód do ula”. Na jej polecenie w 1767 roku Pietrusza Ryczkow napisał oczierk O sodierżanii pczioł, w którym wykorzystał nie tylko bartnicze tradycje Baszkirów, ale i własne obserwacje, bo w swoim majątku postawił szklane ule, aby podglądać pszczoły. U Ryczkowa znalazłem, że miody z uli oczyszczano z wosku w rozgrzanych piecach (dzisiaj używa się wirówek), a patoka sama wyciekała z plastra, dzięki czemu jej goryczka tak długo wypełnia usta, jak długo zżuwamy woskowe okruchy. Wreszcie mgły się rozsnuły jakby kurtyna się uniosła nad sceną ziemskiego paradyżu. Przede mną iskrząca w słońcu dolina Agidel w oprawie malachitowych pagórów, pośród nich Saryk-Uskan, a w nim Kapowa Pieczara.
Ryczkow pierwszy opisał Szulgan-Tasz! Całe jego dorosłe życie związane było z Baszkirią: od jej oswojenia przez Ruskich w ramach tak zwanej „Orenburskiej ekspedycji” (uczestniczył w niej jako główny buchalter), poprzez zatrudnienie na różnych szczeblach administracji Orenurgskiej guberni, po pochówek w jego baszkirskim majątku Spasskoje, który dostał w podzięce za gorliwą służbę. Piotr Iwanowicz był jednym z wybitniejszych uczonych swojego czasu: kartograf i przyrodoznawca, dziejopis i ekonomista, autor Topografii Orenburskiej Guberni i Historii Orenburga oraz wielu pomniejszych prac (bez ich znajomości o Baszkirii nie ma co się mądrzyć). Dzięki poręce Łomonosowa, stał się pierwszym członkiem korespondentem Akademii Nauk, choć nie zakończył żadnej szkoły, protekcja Katarzyny II sprawiła, że został zaliczony w poczet Wolnego Towarzystwa Ekonomicznego, a Gerhard Müller zaprosił go do współpracy z żurnalem „Jeżemiesjacznyje soczinienija i pieriewody, k polzje i uwiesielieniju służaszczimi”. To w nim Ryczkow zamieścił opis Kapowej Pieczary z ilustracją, nad którą pochylam się marząc jak mały Wołodia Nabokov, aby wejść na tę ścieżkę i wrócić do zaczarowanej pieczary.

Dlaczego Ryczkow, a nie któryś z późniejszych opisujących Kapową Pieczarę, zwrócił moją uwagę? Bo był pierwszy, który ją opisał! Kolejni powtarzali jego tropę, po drodze dodając coś od siebie. Jeśli więc chcę zobaczyć Kapową Pieczarę możliwie „czystym okiem”, śladem pierwszego podróżnika, który zabrał się za jej opisanie, to właśnie „tropą Ryczkowa”. Postanowiłem zajrzeć do pieczary z jego tekstu. Wejść do jaskini jego oczami. (Lubię teksty pierwoprochodcow. Kolejne relacje to post-teksty – literatura wtórna, scholastyczna).
W styczniu 1760 roku, objeżdżając południowy Ural, radca kolegialny Piotr Iwanowicz Ryczkow wizytował Wozniesieński Zakład Miedziowy, od którego do Kapowej Pieczary ręką podać – 14 wiorst. I choć potem pluł sobie w brodę, że o tej porze roku, nigdy więcej, zaciekawiony mitycznymi legendami o pieczarze, postanowił zobaczyć na własne oczy i opisać ją swoimi słowami. Wybrali się w sześciu, wierzchem. Kolaską w śniegu, koniom po jajca, nie daliby rady. Prowadził ich baszkirski przewodnik. W ekipie Ryczkowa było paru sołdatów z ochrony Zakładów oraz rysownik wyprawy, podporucznik Krasilnikow. Jego rysunkiem Ryczkow zilustrował Opisaniije pieszcziery, nachodiaszczejsja w Orenbrugskiej gubernii pri rieke Biełoj, kotoraja izo wsjech pieszczier башкирских, za samuju sławnuju i samuju balszuju poczitajetsja. To jego ścieżką do jaskini doszedłem.
Zaczyna z lotu ptaka… Oto główne rzeki Baszkirii spływają z grzbietu uralskich gór, zwanych dawniej Hiperborejskimi albo Ryfejskimi (gdzieś czytałem, że Ryfejskie to Sudety) i wszystkie ciekną ze szczytów, jedne w drugie się wlewając, żeby na końcu wpłynąć do Uralu. W kamienistych górach wiele jest zawalisk i przepaści, szczelin i pieczar, godnych opisu. Najciekawsza jest jaskinia nad rzeką Białą, największą spośród baszkirskich rzek. Baszkirowie nazywają ją Ak-Izyl, czyli Biała Rzeka.
Ciekawostką jest anachronizm w nazwie rzeki, do której wpływają pozostałe. Katarzyna II wprowadziła ukazem nazwę Ural, by rzeka nie kojarzyła się z pugaczowskim Jaikiem, ale ukaz wyszedł w 1775, a Ryczkow swoją relację opublikował w 1760 roku. Rozumiem z tego, że korzystam z późniejszej, już ocenzurowanej wersji jego Opisanija...

W końcu docieramy do wejścia w szczelinę skalną zwaną Portalem, bo zaiste jest wielka – czterdzieści osiem metrów na osiemnaście – jak ogromny skalny srom. Wydano nam wcześniej odzież ochronną, wyglądaliśmy jak ratownicy z epidemii covida: białe kalosze, białe skafandry i białe kaski. Jedynym, co nas różniło, była latarka czołowa na kasku. U wejścia do kamiennego włagiliszcza czekał nasz gid – Michaił – syn głównego archeologa Szulgan-Tasza, kandydata nauk Wiaczesława Kotowa. Jest historykiem sztuki! Do teraz pomnę jego wzrok spod snopu światła z mocnej baterii na jego kasku za każdym razem, kiedy odwracał do nas twarz. W oczach było ciemno i fryzurę miał pierwobytną.
Poza pierwszą salą, gdzie można oglądać kopie rysunków w poświacie od wejścia, pozostałe sale pierwszego i drugiego poziomu wypełnia ciemność absolutna (piszę „wypełnia”, gdyż w rzeczy samej ciemność jest czarna i gęsta jak czernidło) tuż za kratą dla turystów. Dalej iść nie mogą. Michał przepuszczał nas po jednemu, uważnie mierząc wzrokiem każdego.
– Od tego miejsca Ryczkow wszystko liczył w sążniach, nie darmo jego pierwszym zajęciem była buchalteria. Zastanawiał się, ilu strzelców zmieści się w pierwszej sali jaskini w zasadzce na wroga. Wyszło, że ze trzy tysiące. Był przewidujący, dwa lata później te ziemie ogarnęło powstanie Pugaczowa.
Ciekawe, jakże Rumin sobie tutaj poradził, zastanawiałem się na metalowej, kręconej drabince, pokonując po niej komin skalny – dwudziestometrowy. Jak oni tędy we trzech wciągnęli na linach dwa akumulatory od kombajnów? Tylko Rumin mógł być tak zdeterminowany. Za to mieli światła od kombajnu, nie od latarki i zobaczyli to, czego przy latarce nie widać.
My wgapialiśmy się w tę ciemnię światełkiem lampek na kaskach, Michaił silniejszym snopem wyławiał z kamiennego mroku rysunki, jakby je wyświetlał na naszych oczach. Sylwetę konia i dwugarbnego wielbłąda, całą rodzinę mamutów (jeno w jaskini Szulgan-Tasz można zobaczyć kompozycje zbiorowe), oddzielne nosorogi, bizony czy żubry (spory trwają do dzisiaj, o czym dalej mowa), cień człeka prześwitującego spod jednego z mamutów. Nie bez kozery, mówi Misza, w Szulgan-Tasz mamy do czynienia z kunsztownym wyrażeniem totemnej nostalgii, po dawnych naszych zwierzęcych formach istnienia w wodach płodowych. Pieczara-macierz, z której wychynęliśmy na świat. Naskalnym kunsztem dokazaliśmy naszą ludzką istotę – mówi to historyk sztuki, nie archeolog.
Szulgan-Tasz – to baszkirska nazwa jaskini, oznacza „górę, która się zapadła”, natomiast Kapową Pieczarę wymyślił bodaj Dal od „kapania”. Kapało z lodowych sopli, póki ich turyści nie obłamali do szczętu. Ani stalaktytów, ani stalagmitów dzisiaj w Kapowej nie ma, a jeśli gdzieś jeszcze kapie, to już tylko ze ścian płacze. Jaskinia ma ponad siedem kilometrów i jedynie cztery z nich jako tako zbadano. Przy tym dolne, podwodne piętro nie dało się spenetrować do końca. Zadusiło Walerego Nassonowa płetwonurka z Ufy, zaciskając rurkę od tlenu skalnymi wargami rozpadliny. Pieczara jest swojego rodzaju labiryntem, zależnie od oświetlenia lampką oliwną czy łuczywem coraz inne formy przybiera, przy żywym ogniu mieni się kształtami, rzuca cienie, raz dłuższe, raz krótsze, jakby zmieniając kąty patrzenia, a przy świetle elektrycznej latarki jedynie oddaje blikiem. Próbowano robić plany w różnych skalach, z profilu i en face… Z Michaiłem idziemy według planu Rumina.

Kolejne sale, Sala Obrazów, Sala Znaków i jeszcze kilka innych, w każdej nowoczesne urządzenia do pomiarów, aż nieswojo się robi dwugarnemu wielbłądowi, który wyraźnie zamierza zejść nam z oczu. A co za nich widać? Paleolityczne hieroglify, prążki na glinie kubka? Archeologowie kłócą się zażarcie o te prążki, która to kultura?

Michał co chwilę gasił światło i prosił, abyśmy i my zgasili i wtedy zapadała cisza na parę minut… Cisza, jakiej w życiu nie słyszałem. Ogłuszająca! Ciszaaa, w której tracisz orientację, bo raptem przestrzeń znika. Czy skała ze wszech stron, czy glina? Niewiada, czy się potykasz i dalej idziesz na czterech, nie wiesz, czy ze ścianą się bodziesz czy polepę klepiesz. Utytłany w glinie, na ramieniu Naty, w końcu wyłoniłem się na światło dzienne… na brzegu małego jeziorka Szulgan. W baszkirskiej mitologii z jeziorka Szulgan wyszedł pierwszy człowiek, spłodzony przez muśnięcie wody promieniem słonecznym. Wodne oko Szulgan tworzy rzeka Szulgan, która milionami lat drążyła we wnętrzu Saryk-Uksana skalny labirynt jaskini Szulgan-Tasz i wypływa na powierzchnię u jej wejścia. W jednym z mitów wyszedł stamtąd także pierwszy koń. Przewodnik stada koni baszkirskich.
– Raz jeszcze – radośnie się śmieję do Naty – udało mi się wyjść z podziemnego świata o własnych nogach, raz jeszcze nie przepadłem w Czarnej Dziurze. Plan Rumina jest jak wycinanka z superczarnego papieru. Jeśli gasimy światło z tamtej strony wycinanki, wycinanka Rumina robi się czarna jak skała, w której Szulgan ją drążył… Takiej czerni nawet Kazimierz Malewicz nie osiągnąłby.
4. – Koń dla Baszkira jest jak brat – szepną do mnie Ajzamat po kilku szklaneczkach kumysu podczas pożegnalnej kolacji.
Od zawsze odstręczał mnie od archeologii jej brak szacunku dla zmarłych i nie poszanowanie domowiny. Pamiętam pytanie Ma w Muzeum Egipskim w Turynie, staliśmy przed przeźroczystym kołpakiem, pod którym leżał zeschnięty ludzki szczątek sprzed iluś tam tysięcy lat… Podobno najstarsza mumia świata.
– Papa, a ty byś też tak chciał? Żeby ciebie pokazywali po śmierci?
Na koniec wzniosłem toast za dzielnych Baszkirów, którzy towarzyszyli nam w drodze, ugościli nas, i rozerwali. Za mistrza kuraju i wspaniały koncert, za dziewczyny z kuchni i ich pyszny kurut, za muzealnych pracowników, za ich takt, wyrozumiałość i cudowne muzeum, za atmosferę. Za gida! I za wiedzę, o którą się tutaj wzbogaciłem, bo na nowo ujrzałem to, co dawno temu wiedziałem.
A potem Ajzamat się przysiadł i opowiadał, jak dwa razy w roku jeździ do ojca za Ural po mięso. Hodują konie. Stadami po wzgórzach, same się pasą. Bo końskie mięso jest najczystsze na świecie, mówił, zaciskając ręce na kierownicy viana jakby uzdą wierzchowca spinał, Baszkir na koniu jeździ i konia pojada, koń dla Baszkira jest życiem i rozrywką w życiu.
– Jak dla Saamów renifer – odrzekłem, dogryzając suchą końską kiełbasę i poplątałem via muzeum do siebie, mamrocąc pod nosem koniec Podróży Herberta:
Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa
prawdziwa podróż z której się nie wraca
powtórka świata elementarna podróż
rozmowa z żywiołami pytanie bez odpowiedzi
pakt wymuszony po walce
wielkie pojednanie
MARIUSZ WILK