Pod koniec września w Belgradzie słońce grzeje niczym w środku lata. Błądząc po otaczającym ruiny średniowiecznej fortecy parku, schylam się i podnoszę z ziemi dorodny kasztan. Przyglądam się mu z niedowierzaniem. Rozglądam się wokół i nagle dostrzegam na drzewach wyraźnie pożółkłe liście. Ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że jest już jesień.
Kiedy przed laty sięgałam po raz pierwszy po dzienniki Zygmunta Mycielskiego, dziwiło mnie, jak wiele miejsca poświęcał w swoich wpisach wszelkim przejawom wiosny. Jak bardzo na nią czekał podczas zimowych miesięcy, spędzanych czy to w warszawskim mieszkaniu, czy w domach pracy twórczej w Nieborowie lub Konstancinie. Rok w rok z utęsknieniem wypatrywał wiosny i zachwycały go jej pierwsze oznaki – zielone liście na drzewach, nieśmiało pojawiające się kwiaty, cieplejsze promienie słońca. Zawsze mnie to zastanawiało.
Dziś coraz lepiej go rozumiem. Czekanie na ciepłe promienie słońca jest najwyraźniej wpisane w cykl człowieczego życia, odczuwany z wiekiem coraz mocniej. Im jesteśmy starsi, tym czas zdaje się kurczyć. Wśród nawału codziennych zajęć to wiosna i lato – tak podczas ciemnych i szarych zimowych dni wyczekiwane – mijają niemal niepostrzeżenie. I nagle, zupełnie niespodziewanie, okazuje się, że znów nadeszła jesień.
Kiedy w pierwszych dniach września spaceruję po ulicach Budapesztu, lato jest jeszcze w pełni. Żar daje się we znaki zwłaszcza podczas konferencyjnych obrad. W stylowej sali Akademii Muzycznej im. Franza Liszta ledwo daje się oddychać. Dobrze sprawdzają się rozdane w pakietach konferencyjnych wachlarze, promujące odbywający się właśnie Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Béli Bartóka. W przerwie z radością wymykam się do hotelu, by chwilę odpocząć w przyjemnie schłodzonym wnętrzu. Dopiero wieczór pozwala na cieszenie się widokami węgierskiej stolicy. Dołączam do międzynarodowego grona kolegów na kolacji serwowanej przez organizatorów podczas rejsu po Dunaju. Niby wiem, że to atrakcja dla turystów, a jednak trudno nie poddać się urokowi tej wycieczki. Szybko umykam od stołu na górny pokład, zajmuję jedno z nielicznych wolnych siedzeń na dziobie statku i wystawiam twarz na wieczorny wiatr. Patrzę na panoramę węgierskiej stolicy, próbując rozpoznać kolejne pojawiające się przed oczami budynki. Wzgórze Gellerta jeszcze rozświetla zachodzące słońce, podobnie jak okazały budynek budapesztańskiego zamku. Po drugiej stronie wzrok przykuwa przede wszystkim charakterystyczny budynek parlamentu Jakże piękne to jest miasto! Niedługo później, już w pierwszych ciemnościach nocy, rozmawiam z sympatyczną parą miejscowych artystów. Z wyraźną dumą opowiadają o Budapeszcie. Dopiero po jakimś czasie przyznają, że coraz poważniej zastanawiają się nad wyjazdem, trudno im żyć pod rządami, które nie sprzyjają niezależnej sztuce. Mówią o tym ostrożnie, właściwie ze smutkiem. Kiedy słyszą, że jestem z Polski, uśmiechają się: „O, to doskonale nas rozumiesz”.

Trudno nie myśleć tu o polityce, o podobieństwach i różnicach łączących naszą historię. Swoje wystąpienie konferencyjne poświęcam zresztą polskim kompozycjom powstałym w odpowiedzi na wydarzenia rewolucji węgierskiej w 1956 roku. Mówię o Hungarii 1956 Artura Malawskiego, Odzie Béla Bartók in memoriam Wojciecha Kilara i Muzyce żałobnej Witolda Lutosławskiego (który jednak odżegnywał się od tego rodzaju bezpośrednich konotacji). Węgrzy są wyraźnie wzruszeni. Dopytują o szczegóły, dziękują za przybliżenie im tych utworów. Obiecuję sobie, że kiedyś szerzej o tym napiszę.
Wracam do Warszawy i zaraz wyjeżdżam do Wilna. Pracujemy tu nad tematami dotyczącymi muzyki polskiej i litewskiej w jej emigracyjnych i krajowych odsłonach. Spacerując nad Wilią i przeszukując miejscowe archiwa, szukam śladów polskiego życia muzycznego przed wojną. Wciąż jednak natykam się na tropy literackie, po wielokroć już opisane – a jednak tak bliskie i wzruszające. Dom Mickiewicza, zaułek poetów z tabliczkami Miłosza i Gałczyńskiego, cela Konrada. Kościoły pełne polskich tablic. Kaplica Świętej Faustyny z obrazem Chrystusa Miłosiernego, a w końcu Ostra Brama. Miejsca niezwykłe, w których ożywają obrazy zapisane przed laty w wyobraźni, wyuczone w szkolnej ławie. „Panno, co w Ostrej świecisz bramie…” Do kaplicy ostrobramskiej wchodzę niedługo przed zamknięciem. Okna otwarte, a wewnątrz zupełnie pusto. Mogę chwilę przyklęknąć i skupić się na modlitwie. Niedługo potem w hotelowym barze sączę wino patrząc na dachy miasta, urokliwie łączącego to, co dawne z nowoczesnością. Wilno wydaje się przyjazne do życia, nie za duże i niezbyt spieszne. Ale może to tylko wrażenie przybysza? Dla mnie to czas wytchnienia, skupienia na pracy i sentymentalnych spacerów, w tym na daleką Rosę.
Wracam do Warszawy niemal wprost na inaugurację 68. Warszawskiej Jesieni. Najlepsze miasto świata Cezarego Duchnowskiego z librettem opartym na książce Grzegorza Piątka wzbudza ogromne zainteresowanie. Teatr Wielki pęka w szwach. Na scenie dwie wspaniałe śpiewaczki – gwiazdy muzyki najnowszej: Agata Zubel i Joanna Freszel. Jak cudownie widzieć je razem! Okazuje się, że spotkały się po raz pierwszy, bo dopiero Duchnowski wpadł na pomysł, by dwa tak podobne soprany połączyć w jednym utworze. Uwielbiam je obie! Z radością ściskam po spektaklu, gratuluję też kompozytorowi. To był udany wieczór, potwierdzający, że muzyka najnowsza potrafi opowiadać o sprawach ważnych i robi to w sposób trafiający do serc słuchaczy.
Podobne wrażenia mam podczas innych festiwalowych koncertów. Zachwycają mnie zwłaszcza utwory młodych polskich kompozytorek i kompozytorów: Marta Śniady, Paweł Malinowski, Jagoda Szmytka, Maciej Kabza, Ewa Trębacz, Wojtek Blecharz. Tylko tych udało mi się posłuchać – ale jakże to wspaniała reprezentacja!

Jeszcze przed końcem festiwalu lecę do Belgradu, by podczas spotkania przedstawicieli centrów muzycznych z całej Europy rozmawiać o promocji muzyki współczesnej, o jej problemach i znaczeniu. To znakomity czas. Świetni ludzie, którym leży na sercu dobro kultury. Wszyscy borykamy się z podobnymi kłopotami i cieszymy sukcesami. Padają pomysły wspólnych działań. Lubię ten międzynarodowy ferment, przepływ najlepszej energii.
Przed powrotem do Warszawy spaceruję po miejscowym parku. Schylam się i podnoszę jeden z leżących na ziemi kasztanów. Dorodny owoc jesieni. Jego lśniąca brązowa skóra aż prosi się o dotyk. Wkładam go do kieszeni i idę dalej. Z każdym muśnięciem palców kasztan przywołuje ciepłe promienie świecącego słońca. Zabieram go ze sobą do Warszawy. Liczę, że zaklęte w nim ciepło zostanie ze mną do wiosny.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Wspomnienie Stefana Szlachtycza o Mrożku ukazało się dotąd trzykrotnie. Najpierw w wersji skróconej (czy w zredagowanej, w prasowym znaczeniu tego terminu) pod koniec 2013 – roku śmierci pisarza, tekst wydrukowała „Gazeta Wyborcza”, dając tytuł Hipek i chłopcy z ferajny. Wyrażenie takie raczej nie obciąża autora, najpewniej gazetowi tytularze już z własnej inicjatywy naciągnęli Scorsesego na pożyczkę. Nadtytuł zaś – Suplement do portretu artysty czasu młodości – jak można sądzić na podstawie następnych publikacji, pochodził od Szlachtycza; nie on jeden pożyczał od Joyce’a. Pięć lat później, w 2018, światło dzienne ujrzała wcale opasła księga, w której zamieszczono szkic wspomnieniowy Hipek. Suplement do portretu artysty z czasu młodości i trochę później. A księgą tą jest dzieło zbiorowe Nowodworek z pamięci. Uczniowie, absolwenci i nauczyciele we wspomnieniach, biografiach i anegdotach. Publikacja jubileuszowa. Tom pierwszy (może nie ostatni), opracował Władysław Strokowski. Okładka informuje, że chodzi o „430 lat Szkół Nowodworskich (1588-2018)”. Pełny tytuł Ogrodu fraszek Potockiego jest wprawdzie dłuższy, ale i przy fetowaniu rocznic słowa się mnożą.
I wreszcie Szlachtyczowy tekst stał się białym krukiem, skoro strona redakcyjna głosi, iż jest to „Wydanie I (i jedyne) / Nakład w 20-tu, numerowanych ręcznie i z osobna, egzemplarzach”. Dalej zaś: „Ku pamięci bliskich i życzliwych osób / Słów kilka o Sławomirze Mrożku // Pomysł, projekt (w tym okładki), koncepcja / artystyczna i wykonanie: / Stefan Szlachtycz // Zrealizowanie myśli Twórcy / za jego łaskawą aprobatą: / Tamara i Jacek Żurakowscy // Z najszczerszymi życzeniami / urodzinowymi // Warszawa 01 lipca 2020 roku”. Jest jeszcze rzeczywiście odręczny numer egzemplarza, jednak nie wypada chyba go podawać. Ze znalezionego w książce listu wynika, że kończący dziewięćdziesiąt lat autor postanowił obdarować przyjaciół, i w ten sposób powstała książka. Cóż, we wdzięcznej pamięci zachowuję Tylko Beatrycze, ekranizację powieści wyreżyserowaną właśnie przez Szlachtycza, czy też jego film baletowy Nihil est, niemniej nigdy nie miałem z artystą bezpośredniej okazji. Hipka. Suplement do portretu artysty czasu młodości kupiłem za niewygórowaną cenę w tym roku w antykwariacie. Niewykluczone zatem, że kogoś spośród obdarowanych przycisnęła ekonomia lub przestrzeń domowej biblioteki, albo też osoba ta zmarła, a jej spadkobiercy upłynnili zbiory.

W każdym razie nie ma powodu zgłaszać wątpliwości co do Szlachtycza jako twórcy okładki. Kłopot w tym, że w koncepcji plastycznej pojawił się trzykrotnie portret Mrożka narysowany przez Józefa Szajnę – ten wykorzystywany w olśniewających projektach graficznych Tomasza Leca, znanych z obwolut tomów pisarza wydawanych przez Noir sur Blanc. Owszem, książka (ściślej: wydruk oprawiony) nie jest publikacją oficjalną, nie posiada ISBN-u (aczkolwiek rysunek, również bezimiennie, ozdobił tekst we wspomnianej zbiorówce…). Niech będzie: wszyscy przyjaciele Szlachtycza świetnie znają dzieło Szajny i natychmiast rozpoznali znakomitą kreskę. Co by jednak szkodziło podać w druku autora rysunku? Na ostatniej stronie okładki profil Mrożka zreprodukowany został zgodnie z pracą oryginalną, na pierwszej natomiast i na tytułowej widnieje obrócony o 90º w prawo: głowa pisarza jest teraz w pozycji leżącej. Domyślać się można powodu pozaplastycznego, jeśli na stronie tytułowej, między nazwiskiem autora tekstu a rysunkiem pojawił się odręczny dopisek: „Stefan S jeszcze w pionie”. A niech pionuje jak najdłużej, tylko czemu tak przewracać Mrożka (i Szajnę)?
Szlachtycz i Mrożek poznali się zwiedzając w warunkach tużpowojennych szkołę, do której wkrótce mieli uczęszczać. „Wysoki, chudy chłopiec […] już wypróbował, że […] drzwi nie są zamknięte, ale się wahał, w środku było ciemno. – Wchodzimy? – Musiałem okazać się odważniejszy i weszliśmy”. Na podłodze walały się „jakieś metalowe, płaskie przedmioty […] – Jezu, to są… – powiedział on, a ja dokończyłem: – Miny!”. Obaj się wystraszyli, ale to Szlachtycz okazuje się odważniejszy, sobie też zostawia odpowiedniego danie rzeczy słowa. Może naprawdę dobrze pamięta i do niego należała inicjatywa? W wielu przecież opowieściach o wydarzeniach sprzed lat, zwłaszcza gdy brał w nich udział ktoś istotniejszy, wspominający nieraz to i owo sobie dodaje, pomniejszając wspominanego. W przywołanym fragmencie takie podejście zyskało kształt jeszcze w miarę powściągliwy, bo w ogóle Szlachtycz sobie nie żałuje – nie tyle eksponując siebie, ile gnębiąc Mrożka.
Sięga tedy Szlachtycz do średniowiecznego jeszcze akronimu SALIGIA. Powstał on od pierwszych liter łacińskich nazw siedmiu grzechów głównych. Mrożek zaś, czyli „Hipek wspiął się na drabinę SALIGIA, na sam szczyt, po wszystkich jej szczeblach. […] Za najważniejszy z nich uchodzi pycha. Jej cechy to: egocentryzm, egoizm, skrajny indywidualizm”. Biedny Mrożek, duch jego już się chyba nie podniesie. Na szczęście Szlachtycz udziela konsolacji: „Grzechy główne nie są grzechami śmiertelnymi, nie ponosi się za nie kary wieczystego potępienia, karę czyśćca – zdaje się – zaledwie”. Autor nie zna dokładnie katechizmu, passons, grunt, że dostaje Mrożek rozgrzeszenie: „On już swój czyściec przebył, kiedy zachorował i utracił, co miał najcenniejsze – pamięć”.
SALIGIA stanowi więc nie tyle oś, ile drabinę konstrukcyjną Szlachtyczowego wspomnienia. Nie jest tylko dla mnie jasne, pod jaki grzech główny podpadałyby słabe zdolności taneczne Mrożka. On i autor mieli scenę tanga w świetnym filmie Janusza Majewskiego Rondo. „Hipek, jak się rzekło, nie był sprawny ruchowo, ja musiałem nauczyć się tańczyć jako kobieta”.

Szlachtycz ma zatem wiele do zarzucenia Mrożkowi. Także to, iż „odmówił [on] jakiegokolwiek kontaktu z kolegami ze szkoły, nie wziął udziału w jubilejnych [sic!] spotkaniach maturzystów, nawet nie odpowiedział na zaproszenia”. Doprawdy, słabo trzeba znać Mrożka, żeby się temu dziwić. Ktoś, kto słyszał choćby parę anegdot o nim, nie wyobraża go sobie przecież siedzącego wśród starych już kolegów, którzy się przekrzykują (hałas w sali, każdy chce coś powiedzieć, a i słuch już nie ten), opowiadając, jacy to świetni byli i jaka fajna była ichnia buda. A już nie mówię o czytelnikach arcydzielnego Dziennika Mrożka. Okazuje się zresztą, że Szlachtycz zna Mrożka tak bardziej nietęgo, a nie da rady: młodzieńcza zażyłość nie zastąpi uczciwej lektury. Tymczasem: „Kiedyś przerzuciłem książkę z jego korespondencją ze Stanisławem Lemem, zaskoczył mnie i zażenował kontredans kokieteryjnej minoderii, barokowego wdzięczenia…”. W innym zaś miejscu autor domyśla się, „dlaczego w kilka lat meksykańskiego przebywania [Mrożek] tak mało, prawie nic napisał”. Gadanie. Naprawdę jest co czytać, starczy wspomnieć Miłość na Krymie. Tak że tolle, lege, domine!
19 października 1963 Mrożek w liście do Błońskiego relacjonował weneckie wydarzenie. „Tam spotkałem nagle na Moście Westchnień […] kupę Polaków znajomych, z warszawskiego oddziału ZLP. […] Skłoniłem się z uprzejmym zdziwieniem, ale nie za dużym i powiedziałem «dzień dobry» i poszedłem dalej, zwiedzając miasto”. Grzech nieledwie śmiertelny, a już na pewno nielekki grzech zaniedbania. „Bo co powinni robić Polacy, nawet słabo znajomi, kiedy nagle zobaczą się na obczyźnie? Krzyczą «kogo widzę», otwierają sobie ramiona, padają w nie, a potem już tak się ciągnie […]”. Szlachtycz i tego nie czytał, gdyż w przeciwnym razie nie zapisałby z najpełniejszym zrozumieniem opowiadania znajomego, który ujrzał Mrożka co prawda na krakowskiej ulicy, ale po jego powrocie z obczyzny. Kolega ów, skrzypek Zbigniew Paleta, „nastawia się na: – co za spotkanie? Góra z górą… – Hipek mija go nie zwalniając, ale poznał, bo mówi: – Cześć! – I idzie dalej”.
Najlepiej nastawić się na Mrożka.
ADAM POPRAWA
Dygresja o rytmie.
Tłumaczę akurat owidiuszowy POTOP. W pewnym momencie tej malowniczej przypowieści – znanej nam w innym nieco wariancie z Księgi Rodzaju – Jowiszowi, który bezbożną ludzkość pragnie teraz doszczętnie wytracić, z posiłkami przybywa brat Neptun – bóg mórz i lądów, prawdziwy władca i świata, i wyobraźni, Ziemiotrząsca, a także (sic!) stwórca konia.
By scenę tej braterskiej odsieczy odmalować sugestywnie, wersy należy „rozbujać”, tzn. oddać falowanie – przedwieczny rytm, nieuchronny kataklizm – towarzyszące przybyciu Neptuna; muszą one… „galopować”.
Dlaczego?
Neptun, inaczej Posejdon, był kimś znacznie więcej niż bogiem morza – był jego istotą i naturą; ciałem i duchem: ten olbrzym z długą brodą i trójzębem w dłoni, który rydwanem zaprzężonym w pół-konie, pół-ryby rozpruwa głębiny i spienia fale, to wszak zarazem – sam w sobie żywioł!
Neptun uobecniał się w krzywiznach fal, w regule przypływów i w pamięci otchłani, w głuchocie tafli, w wezbraniu wód i w trzęsieniu ziemi. Starożytnym odgłosy wzburzonego morza przywodziły na myśl tętent galopujących koni…

Zadziwiająca jest zresztą nawet ta foniczna bliskość: „toń” i „koń”, aqua i equus, hypo i hippos – jakby języki, niezależnie od siebie nawzajem, splatały wodę z twardym lądem, przyboje z galopem; jakby koń – zwierzę lądu – przechowywał pamięć pradawnego nurtu, a toń – bezkształtna – niosła echo kopyt.
Gdzieżby indziej niż tu – w huku pian – na świat miało przyjść to zwierzę?
Z fali rodzi się galop, z galopu – rytm, z rytmu – poezja. A ta organicznie związana jest z językiem: błogość, strudzenie, gniew czy szaleństwa żywiołów inaczej wyrazi łacina, a inaczej polszczyzna.
Jak oddać falowanie? Galop? Nieuchronność zagłady? Wiersz, który jest do tego zdolny, to nasz dwunastozgłoskowiec amfibrachiczny, zwany także czterostopowcem amfibrachicznym akatalektycznym. Jest to metrum o długiej i pięknej w naszym języku tradycji. Stosowali je m.in. Mickiewicz i Wyspiański, użył Miłosz w Walcu, a Staff napisał nim Deszcz jesienny. Graficznie wygląda on tak (s oznacza sylabę nieakcentowaną, a S akcentowaną):
sSs sSs sSs sSs
Amfibrach – po grecku: amphibrachys, czyli: „z obu stron krótki” – to stopa metryczna, w której sylabę akcentowaną „oskrzydlają” dwie nieakcentowane; cztery takie stopy tworzą wers dwunastozgłoskowy; „akatalektyczny” oznacza, że wers ten nie ulega skróceniu o ostatnią sylabę nieakcentowaną. Jest miły dla ucha i melodyjny, dobrze trzymający rytm. Ale i podniosły.
Może bardziej oczywisty mógłby się wydawać anapest (gr. anapaiston – „odbity [w lustrze] daktyl):
ssS ssS ssS ssS
Owszem, ten aż dudni od uderzeń kopyt! Ale tu chodzi przecież o to, by unaocznić i galop, i falowanie, i nieuchronność…
Wybór metrum to wybór sposobu opowiadania świata.

Owidiusza Metamorfozy – o czym pisałem wcześniej – tłumaczę wierszem wolnym, chociaż z silną tendencją do toniczności. Po pierwsze oznacza to, że nie stosuję rymu, o którym Milton słusznie mówił, że jest „wymysłem barbarzyńskiego wieku dla pokrycia nędznej treści i kulawej miary”. Po drugie, że wiersz ten opiera się nie na określonej liczbie sylab czy regularnie rozmieszczonych akcentach, ale swobodnym rytmie mowy owszem poetyckiej, ale jednak zbliżonej do naturalnej. To, w których miejscach czytelnik postawi akcenty i ile ich będzie, zależy w zasadzie od jego słuchu. Niemniej jednak, dbam o to, aby każdy wers – niezależnie od liczby sylab czy słów – dało się przeczytać jako czteroakcentowy.
Na pytanie, dlaczego akurat takie rozwiązanie – nie potrafię odpowiedzieć inaczej, aniżeli zrzucając winę na intuicję i własny słuch. Wiersz sylabiczny zawsze ociera się o sztuczność (nawet jeśli wspaniałomyślnie oszczędzimy mu rymów), a prawdziwej toniczności polszczyzna, język bez iloczasu, nie zna; wiersz wolny daje natomiast możliwość oddania głosu poecie bez cięć (gdy nie mieścimy się ze słowami w zanadto ciasnym wersie) czy protez (gdy wers okazuje się zbyt długi jak na ilość słów, które powinniśmy w nim postawić); ponadto, brzmi dobrze dla współczesnego ucha. Nie ma jednak rozwiązań idealnych, ani nawet bardzo dobrych; są tylko takie, które względnie satysfakcjonują.
Epika z zasady ogranicza się do jednego metrum w obrębie danego utworu – w literaturze greckiej i łacińskiej jest to naturalnie heksametr, którego polski wariant testowali (każdy „po swojemu”) najlepsi w tym fachu: Słowacki i Norwid, Wittlin i Wieniewski. Bazując na akcencie wyrazowym i odpowiednio układając słowa, można czasami osiągnąć efekt quasi-toniczny. Częściej jednak rolę wiersza heroicznego powierza się trzynasto- bądź jedenastozgłoskowcom
(Regularnym trzynastozgłoskowcem, z rymami i średniówką po siódmej sylabie, przełożył Metamorfozy Bruno Kiciński. Jest to piękne i kunsztowne tłumaczenie, chociaż mocno już przestarzałe).
Oddanie całego poematu – i to o takiej objętości jak Metamorfozy – za pomocą dwunastozgłoskowca amfibrachicznego byłoby szaleństwem. To, co odpowiednio dawkowane, przyjemnie kołysze, gdy nadużyte – staje się, po prostu, nieznośnie monotonne.
Nie bez powodu najpiękniejsze nasze poezje – od Mickiewicza przez Wyspiańskiego po Miłosza – żonglują systemami metrycznymi i typami wiersza. Wsłuchajmy się w melodię Walca, gdzie poeta przeplata czterostopowce amfibrachiczne akatalektyczne z katalektycznymi:
Już lustra dźwięk walca powoli obraca
I świecznik kołując odpływa w głąb sal.
I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,
Sto luster odbija snujący się bal.
Dwunastozgłoskowiec amfibrachiczny sprawdza się, moim zdaniem, doskonale, gdy włącza się go symbolicznie lub partiami w tok metamorficznej narracji. Jest wówczas jak motyw muzyczny w filmie – łatwo rozpoznawalny i wpadający w ucho, ale ledwie słyszalny gdzieś w tle – który nieustannie jest z nami i prowadzi nas dyskretnie przez meandry opowieści…
Oto przykład (I, 14-17):
Wszystko stanowiło jedno i to samo:
Powietrze i ziemia i morze i eter.
A ziemia była niestała, wody nie do przebycia,
Powietrze bez blasku. Nic nie miało kształtu.
Albo inny (I, 113-115):
Zesławszy Saturna w ciemności Tartaru,
Jowisz nastał, a z nim – wiek srebrny,
Od złotego marniejszy, ale lepszy od spiżowego.
Czy wreszcie (I, 172-174):
Otworem stoją komnaty nobilów
(Plebs boski żyje w rozproszeniu). Tutaj
Potężni i sławni mieszkają niebianie.
Wiersz to płynie, to załamuje się. Jak mowa, jak życie.
Jaką melodię wygrywa właściwie Owidiusz? Jak należy zaaranżować to dzieło, aby nam – żyjącym w gwałtownych, proteuszowych czasach – trafiło do przekonania? Nie jest to ani poemat o herosach, ani powieść; i nie jest to katalog mitów. Metamorfozy są przede wszystkim brawurową próbą opowiedzenia wszystkiego – „od początku świata aż po nasze czasy”: cały antyk grecko-rzymski zamknięty w zaczarowanej szkatułce. Są też przy tym misterną i piekielnie inteligentną grą – z językiem, z formą, z tradycją literacką, a i z polityką. Ale ja myślę o nich także jako o wielkim traktacie moralnym, poetyckim i metafizycznym w jednym – a taka poezja, wiemy dobrze, niestrudzenie poszukuje „formy bardziej pojemnej”.
Stąd decyzja, by fragmentowi, o którym piszę wcześniej (i nad przekładem którego wciąż jeszcze pracuję), nadać rytm bardziej regularny – niech zafaluje!… Niech konie puszczą się w galop…
Niech nadchodzi POTOP!
JACEK HAJDUK
Kartka z Nieborowa
Przestrzenie mówią do nas własnymi językami. Przestrzenie zaś, w których ludzie żyją, tworzą i kochają powoli zamieniają się w miejsca symboliczne. Tak jak Wyspa Nieborów. Bo Nieborów był prawdziwą Wyspą w szarej, PRL-owskiej rzeczywistości. Był symbolem wolności, swobodnej myśli i piękna. Złożyła się na to nie tylko prawdziwa historia miejsca, ludzie, którzy tu przebywali i zostawiali ślad, ale także legendy, mity, opowieści. Dodam, że także anegdoty, przywoływane sytuacje, zmieniające się wersje konkretnych wydarzeń – w zależności od tego, kto i jak pamiętał.
Odkąd przyjechałam do Nieborowa, ta przestrzeń mówiła do mnie wszystkim, czym była. Spacerując po lesie, czułam obecność nie tylko zwierząt, których cienie migały między pniami starych drzew puszczy bolimowskiej. Czułam spojrzenia danieli, jeleni i saren, ale także innych istot. Chodziłam przecież po kurhanach. Nieborów, jak w baśniach, powstał nad strugą. Dzisiaj już nieistniejącą, a wpadającą dawniej do Bzury, na skraju puszczy, a ponadto przy piastowskim szlaku komunikacyjnym wiodącym przez Poznań, Łęczycę, Łowicz, Nieborów, Bolimów, Sochaczew aż do Warszawy. Na początku XX wieku odkryto w puszczy cmentarzysko ciałopalne i zarysy kurhanu zawierającego wewnątrz kilka grobów. W samym Nieborowie miała się mieścić, jak głosi tradycja, osada garncarzy. Kurhany, garncarze… To wszystko przemawiało do wyobraźni, stwarzało symboliczną nieborowską przestrzeń. I jak opowiadał Ojciec, na początku, dawno, dawno temu, w miejscu, gdzie dzisiaj stoi barokowy pałac, tam, gdzie były kurhany, stosy ciałopalne i wioska garncarzy, powstał Dwór Nieborowskich. W Nieborowie mieli Nieborowscy, Jan i Anna, dwór murowany, zwany kamienicą. Późniejszy pałac powstał na fundamentach i zrębach dawnego dworu Nieborowskich. Była to budowla piętrowa, postawiona z gotyckiej cegły. Ojciec mówił i ja także to czułam, że Nieborów sam z siebie wytwarza energię, która przetrzyma wszystkie czasy ciemne – wojny, zniszczenia, zaniedbania i zawsze się odrodzi. Moja obecność w Nieborowie przypadła na jego kolejne złote lata. Wcześniej, przez wieki, też wielokrotnie rozkwitał, a potem zapadał się w sobie. Kiedy dzisiaj jeżdżę na spacery do Nieborowa po ciągle pięknym parku i patrzę w ciemne, martwe okna pałacu, który jeszcze tak niedawno był Domem, wiem, że Nieborów znowu będzie żył i otaczał opieką kochających go ludzi. Wiem, że to miejsce będzie jeszcze zamieszkane, tętniące życiem i ludzką, twórczą energią. Będzie to miejsce przyjaźni, pasji i miłości, a także piękna.

Profesor Lorentz, twórca powojennej koncepcji Nieborowa jako muzeum połączonego z pokojami gościnnymi dla artystów, uczonych, muzealników, podkreślał zawsze, że pałac nie może stać ciemny wieczorem. „Tu musi się światło w oknach zapalać i gasić, bo tu ktoś wchodzi, ktoś wychodzi, tu ktoś się kładzie spać i wstaje. Tu muszą pracować ludzie jak dawniej […]. To wszystko musi być żyjące, no i ta swoboda” – mówił z pasją.
Tę rozmowę w bibliotece nieborowskiej przy kominku, prowadził z profesorem Lorentzem Robert Jarocki, wieloletni gość Nieborowa, autor między innymi takich książek jak Widzieć jasno bez zachwytu, czy Z albumu Romana Jasińskiego. Pamiętam, że byli obecni przy tej rozmowie moi rodzice oraz profesor Czesław Madajczyk, ówczesny dyrektor Instytutu Historii PAN. Znalazła się potem ta opowieść i wiele innych w książce Roberta Jarockiego Rozmowy z Lorentzem. Prowadził je pod koniec lat 70. Siedziałam cicho, ukryta za oparciem wielkiej, czerwonej kanapy. Lorentz mówił o tym, jak powstała powojenna koncepcja Nieborowa, zaakceptowana jeszcze w czasie wojny przez przenikliwego księcia Janusza Radziwiłła, i o tym jak ostatni właściciel Nieborowa opuścił na zawsze swój dom 16 stycznia 1945 roku, po czym wyruszył z rodziną do Walewic, gdzie wraz z grupą arystokratów został aresztowany i wysłany do obozu w Krasnogorsku. Już w pierwszej połowie 1944 roku Janusz Radziwiłł podjął kroki zmierzające do uratowania pałacu i ogrodu w Nieborowie i Arkadii. W swoim warszawskim pałacu przy ulicy Bielańskiej spotykał się z przedwojennym dyrektorem Muzeum Narodowego w Warszawie Stanisławem Lorentzem. Radziwiłł brał wówczas udział w pracach konspiracyjnego Komitetu Porozumiewawczego Stronnictw Politycznych, a Lorentz był zaangażowany w działalność londyńskiej Delegatury Rządu na Kraj. Panowie omawiali kwestie dotyczące opieki nad dobrami kultury po wyzwoleniu kraju. Ostatni raz spotkali się pod koniec lipca 1944 roku i wtedy książę poprosił Lorentza o zajęcie się ochroną Nieborowa i Arkadii w trakcie wprowadzania w życie dekretu PKWN o reformie rolnej. Janusz Radziwiłł jasno zdawał sobie sprawę, że on sam nie będzie mógł tego zrobić. Swoją prośbę potwierdził na kartce z życzeniami świątecznymi z okazji Bożego Narodzenia 1944 roku, nadesłanej z Nieborowa do Podkowy Leśnej, gdzie Lorentz mieszkał wówczas z rodziną. O tej legendarnej kartce słyszałam od dziecka. Ktoś ją widział, ktoś czytał, ktoś komuś o niej opowiadał. W końcu okazało się, że jest w posiadaniu Aliny Kowalczykowej, młodszej z córek profesora. O księciu Januszu Radziwille opowiem w osobnym rozdziale, był postacią nieprzeciętną i długo zajmował moje myśli i moją wyobraźnię. Faktem jest, że profesor Lorentz zjawił się w pałacu na początku lutego 1945 roku, aby przejąć Nieborów pod opiekę Muzeum Narodowego jako jeden z oddziałów i w ten sposób ochronić przed spodziewaną dewastacją. Mimo, że w oficynie pałacu stacjonowali jeszcze żołnierze radzieccy, profesor od razu wcielił w życie regulamin Muzeum Narodowego oddziału w Nieborowie i Arkadii. Starał się także, aby pałac od początku zaczął żyć rytmem pokoi gościnnych. Wówczas, gdy słuchałam go w bibliotece, Lorentz opowiadał: „Na jesieni Maria Dąbrowska wygłosiła na prośbę doktora Wegnera odczyt w Białej Sali, bo tu zamieszkała wtedy pierwszy raz. A więc Nieborów żyć zaczął od razu. To jeszcze nie była pełnia życia, ale zaczątki, które wskazywały drogę, jaką ma się rozwijać. Wydałem od razu zasadnicze zarządzenie, określając, kto ma prawo tu bywać – ludzie związani z kulturą, o wybitnych osiągnięciach, a więc uczeni, artyści, pisarze, działacze kulturalni, no i pracownicy muzeów. Stworzyłem też regulamin, który musi być przestrzegany: śniadanie przynoszą do pokoju, po czym można spać czy pracować, jak kto sobie życzy; punktualnie o pierwszej trzeba być na obiedzie i o siódmej na kolacji. To są podstawowe obowiązki. Poza tym w Nieborowie panuje wolność i każdy przez cały dzień i całą noc może robić, na co ma ochotę”.
Tę atmosferę – tuż po wojnie, a także później – przede wszystkim tworzyli ludzie. Nie tylko ówcześni goście, ale także kamerdyner pan Konstanty, pan Walenty, pan Nowicki, pan Grzegory, z wielkim oddaniem kierujący tym pałacem od 1945 roku doktor Stanisław Wegner, współpracujący z nim Stanisław Wehr i inni pracownicy.

Mój ojciec kierujący Nieborowem od roku 1970 do 1994, przestrzegał „regulaminu” profesora, dodając jeszcze kilka rzeczy od siebie. Najbardziej cieszyło mnie, że w Nieborowie mogły być jak zawsze w takich domach psy i zawsze paliło się światło w bibliotece, a w wazonach stały świeże bukiety kwiatów. Obok biblioteki sercem tego domu była także kuchnia: od rana zgadywaliśmy „co będzie na obiad” łowiąc smakowite zapachy, a ja często przesiadywałam w kuchni lub w kredensie, życzliwie traktowana przez panie kucharki i kelnerów. Zdarzało się, że podczas pieczenia słynnych nieborowskich biszkoptów dostawałam do wylizania makutrę. Tradycję gościnnego domu kontynuował także Stefan Górski, mianowany pod koniec lat 90 na stanowisko kuratora Nieborowa przez ówczesnego dyrektora Muzeum Narodowego Ferdynanda Ruszczyca.
Tamten Nieborów –jak wielki wierny pies – odszedł razem z moim ojcem. Można powiedzieć, że położył się na jego grobie i umarł. Tata zmarł 18 lipca 2016 roku, miał 83 lata. Ostatni raz mieszkałam w Nieborowie zimą, w lutym 2020 roku. Nic nie zapowiadało pandemii i późniejszego upadku Nieborowa, jako gościnnego miejsca dla uczonych i artystów – swoistej „Zagłady Domu Usherów”. Owszem, pozostało muzeum, do dzisiaj tłumnie odwiedzane przez turystów i sprawnie zarządzane przez obecną Dyrekcję. Ale nie ma już pokoi gościnnych, kuchni, nie brzmi gong na obiad i kolację, nikt nie toczy dyskusji w Palarni i nie słucha muzyki w Bibliotece. Nie powstają w zacisznych pokojach kolejne dzieła, nikt nie rozkłada sztalug w parku, nie ma międzynarodowych konferencji naukowych, sympozjów ani bankietów, gdyż Nieborów czasami odwiedzały nawet koronowane głowy. Pozostaje mi pamiętać o słowach ojca, że „magia tego miejsca właśnie na tym polega, że choć przepływają nad nim epoki i wieki, przemijają formacje społeczne i systemy ustrojowe, zmieniają się oligarchie, dokonują rewolucje, ten zakątek świata ciągle żyje, po najdotkliwszych upadkach odradza się na nowo, trwając niezmiennie przez kolejne stulecia”.

Wiesław Juszczak w Palarni nieborowskiej zimą 2020 roku
Tej ostatniej zimy, Wiesław Juszczak po kilku drobnych wypadkach, które skończyły się złamaniem barku mieszkał w Pawilonie w pokoju nazywanym potocznie „Dwójką”, nie mógł już wchodzić po pałacowych schodach na wysokie drugie piętro do Wieży Dyrektorskiej, którą zawsze zajmował razem z Jackiem Sempolińskim, aż do jego śmierci. Ja również mieszkałam w Pawilonie, odkąd pojawił się zakaz wprowadzania psów do pałacu. Z ukochanym Murikiem o kawowych uszach zajmowałam przestronną „Jedynkę”, z ogromną wanną, wielkimi fotelami obitymi brązowym aksamitem, i z tym obrazem Wilhelma Kotarbińskiego , który tak lubiłam, bo przypominał mi Salomeę z Wiernej rzeki. Szary dwór na skarpie, w dole płynąca rzeka i dziewczyna w ciemnej sukni leżąca twarzą w dół na łące maków i rumianków w pozie pełnej rozpaczy. Przypominała mi wszystkie moje miłosne upadki, choć przecież w końcu nie było ich tak wiele. Mój stryj Wiktor twierdzi ze śmiechem, że życie ludzkie policzone jest na cztery psy i na cztery wielkie miłości. A więc mój pierwszy pies Dagan, potem jamnik Wtorek, tragicznie zmarły w szczenięctwie Miszka i Murik, który był ze mną osiemnaście lat. Teraz jest Lazur z jednym okiem niebieskim a drugim brązowym. Ale on do Nieborowa jeździ już tylko na spacery. Jego królestwo to Bogdany. Wszystkie psy kochały Nieborów. Murik, gdy wychodziliśmy przed Pawilon biegł do parku i bywało, że nie było go przez pół godziny. Szłam zazwyczaj wokół kanału, na prawo, potem w lewo, gdzie mijałam kamiennego lewka, potem do starego sadu, który na początku XXI wieku został wycięty, a teraz wyrósł już nowy sad, i znowu w lewo główną lipową aleją z widokiem na pałac wracałam. Przy Babach, starych, kamiennych, tysiącletnich, którym Broniewski poświęcił wiersz, wołałam Murika. Mijały minuty, gdy słyszałam trzask gałązki, potem szuranie w krzakach i zza drzew wynurzał się zdyszany i szczęśliwy Murik. Być może po bliskim spotkaniu z sarną lub z zającem. Lubił czytać nosem Księgę Świata. W Bogdanach, w późnej starości, leżał koło mojego zielonego leżaka i nadal studiował nosem i kontemplował całym sobą dziwność i urodę stworzenia, chociaż już nie biegał, z trudem chodził, a do mojego bogdańskiego pokoju na piętrze był wnoszony przez Janka. A cztery miłości? Nie będę wymieniać ich z imienia. Miłość to coś innego niż przyjaźń, ma ostrze, które nas rani i przemienia. Świeży naskórek, który pokrywa miłosne zadrapania i rany, odmładza nas, miłosne blizny zaś czynią starszymi, czasami czujemy się starzy jak świat. Pokonani. A potem znowu odkwitamy.

Baby Nieborowskie
Ostatnia zima 2020 roku z Wiesławem w Nieborowie. Chodziłam na spacery i jak zwykle zachwycały mnie drzewa i rośliny, a ogromne cytryny w oranżerii przypominały lato i Południe. W nocy chwytał mróz, rano, gdy po śniadaniu wychodziłam z Murikiem do parku ziemia była zmarznięta, twarda. W południe nie było już śladu po mrozie, na poobiednich spacerach trzewiki trochę grzęzły w błocie, wybierałam więc mocniej ubite aleje: główną aleję lipową i wyżwirowane ścieżki wokół kanału. Czasami, gdy obudzę się w nocy, wyobrażam sobie, że zanurzam się w ciemność nieborowskiego parku. Wiem, gdzie ziemia jest twardsza, a w którym miejscu bardziej miękka. Nacisk stopy jest pewny – zawsze dostanie właściwą odpowiedź. Mogę iść po ciemku, nie patrząc. Najpierw do Bab, tajemniczych kobiecych postaci. To rzeźby kultowe koczowniczego plemienia Połowców, ludu tureckiego, zasiedlającego w XII-XIII wieku stepy czarnomorskie. Zostały sprowadzone z dóbr wołyńskich do Nieborowa w latach dwudziestych XIX wieku przez Helenę Radziwiłłową do jej kolekcji „starożytności”. Są demoniczne i przekazują jakąś pradawną wieść. Niektórzy nazywają je azjatyckimi Demonami. Zanim trafiły do majątku książąt Radziwiłłów, przebyły długą drogę, sprowadzono je bowiem z terenów Podola. Władysław Broniewski pojawił się w Nieborowie tuż przed Gałczyńskim i napisał wiersz o nieborowskich Babach, zanim Gałczyński rozświetlił poezję polską genialnym i wieloznacznym poematem o nieborowskiej Niobe. Wojtek Kass poprawia mnie nieustannie: poemat Niobe nie został napisany w Nieborowie, choć tam narodził się w wyobraźni poety, który jednak przelał go na kartki papieru dopiero w Leśniczówce Pranie. O tym później i dokładniej. Natomiast Broniewski w październiku 1947 roku, gdzieś między Dąbrowską i Gałczyńskim, tak opisał słynne Baby.
BABY KAMIENNE
Były kobiety,
a ja się starzeję.
Niestety:
dzieje…
Widziałem w Nieborowie baby kamienne
scytyjskie, sprzed tysiąca lat.
Baby były bez twarzy,
poważne,
groźne,
senne,
każda miała po tysiąc lat.
Ja mam lat siedemnaście,
a nie pięćdziesiąt.
Baby, baby
pokażcie,
że lat pięćdziesiąt –
to przesąd.
W tym kamiennym kręgu, gdy podniosę oczy, niebo jest zazwyczaj rozgwieżdżone. Bez trudu mogę zobaczyć mały i wielki wóz. A w tym wozie jadą oni wszyscy: umarli – bliscy – dalsi – ukochani. Chciałabym, aby ta książka ich przywołała, aby znowu siedli przy nieborowskim stole, w niekończących się rozmowach o rzeczach wielkich i małych, w sypkim locie anegdot, wyszli przed pałac, usiedli na białych ławkach, zanurzyli się w gąszcz parku, w swoich często samotnych spacerach doszli do sadu i wyszli przez furtkę w zieloność puszczy bolimowskiej, gdzie sarny, jelenie i dziki zaprowadzą ich do leśniczówki w Siwicy, potem do Kaczewa i pozwolą bezpiecznie powrócić. Jeśli zapadnie zmierzch, wchodząc przez furtkę od strony lasu do parku, już na końcu lipowej alei zobaczą, że w bibliotece pali się lampa. Ojciec zawsze zapalał ją o piątej, aby, jak mówił, świeciła zbłąkanym wędrowcom. A przecież wszyscy jesteśmy zbłąkanymi wędrowcami.

Wielkanoc 2018. Na fotografii od lewej: Danuta Piwkowska, Anna Piwkowska i Wiesław Juszczak
Ostatniej nieborowskiej zimy 2020 roku, przy obiedzie rozmawialiśmy z Wiesławem Juszczakiem o pogodzie, o zwierzętach i o poetach. A także o bogach i ich realności. Persefona jeszcze nie zbierała się do wychodzenia spod ziemi, nawet nie przymierzała wiosennych sukien. Wiesław, już bardzo przygarbiony, niemal zgięty w pół, przychodził do Sali Weneckiej niezmiennie elegancki, w szarej marynarce i w swym „tybetańskim”, stalowym w granatowe wzory szaliku. Mówił, a ja słuchałam, chociaż często pytał mnie nad czym pracuję. Zawsze był ciekaw moich wierszy i książek. Fascynował go Georg Trakl, mniej Achmatowa, a moje tomiki Farbiarka i Lustrzanka miały w jego myślach miejsce szczególne, odkąd Jacek Sempoliński wyraźnie je polubił. Powiedział mi, że po śmierci Jacka, gdy porządkował łóżko w Wieży Dyrektorskiej, znalazł w pościeli Lustrzankę. Nie wiem czy to prawda, może Wiesław chciał mi zrobić prezent? Taki metafizyczny dar, pocztówkę od Jacka? Przyjęłam go z wdzięcznością i zabrałam w podróż życia.
Tamto lato 2012 roku, gdy umarł Jacek, było przepiękne i nie zapowiadało żadnego końca. Trwały niekończące się rozmowy w palarni i w ogrodzie, koncerty w bibliotece, na które zapraszał Wiesław, wieczorami w Pawilonie w sali telewizyjnej oglądaliśmy filmy, które Wiesław razem z Jackiem pokazywali gościom nieborowskim. Od kilkunastu lat stało się to nieborowską tradycją. Był Fellini, Herzog, ale także słynny detektyw Herkules Poirot. I wystawa obrazów Jacka w Galerii Browarna w Łowiczu, zorganizowana przez Elżbietę i Andrzeja Biernackich, gospodarzy galerii. Miała swoje otwarcie i zamknięcie. Wszyscy pojechaliśmy na początku lipca z Nieborowa na otwarcie wystawy do Łowicza. Jacek stał z żółtą różą w ręku w pięknej przestrzeni dawnego kościoła ewangelickiego na tle swoich płócien. Powiedział, z charakterystycznym dla siebie żartobliwym uśmiechem, że zawsze pragnął być śpiewakiem operowym a nie malarzem. „Chciałbym śpiewać jak Bostridge”.

Biblioteka w Nieborowie
Przeminęło piękne, brzęczące pszczołami nieborowskie lato. Lato, które zakończyło się śmiercią Jacka. Zmarł w Nieborowie 30 sierpnia. Na początku września wszyscy przyjechaliśmy na zamknięcie wystawy. Wiesław w czerwonym szalu stał na tle niezwykłych płócien i milczał. Jego szal współgrał z odcieniami czerwieni na obrazach Jacka. Osiem lat później, zimą, Nieborów był już zupełnie inny, choć nadal niezmiennie przyjazny. Kucharka, pani Kasia, smażyła specjalnie dla Wiesława przepyszne placki z ziemniaków w sosie grzybowym, a kelnerzy, przemiły Sławek i Jarek przynosili mu codziennie do pokoju miskę świeżo upieczonych kruchych, nieborowskich ciasteczek. W tym okresie Wiesław też był już bardzo kruchy. Wpisany w krajobraz Nieborowa i jego znakomitych gości budził nie tylko podziw, ale także instynkty opiekuńcze. To był jeden z czarów Wyspy Nieborów, tak zwany „personel”. Dla nas byli to ludzie bliscy, prawdziwie związani z nieborowskimi gośćmi. I na odwrót. Nie da się policzyć ilu Nieborowian neurochirurg profesor Jerzy Szapiro wyciągnął z ciężkich chorób, diagnozując, lecząc, znajdując miejsca w szpitalach. Ten mariaż pałacu i wsi w powojennej rzeczywistości, w latach 60., 70., 80. i 90. XX wieku, a także później, na początku XXI wieku, nabrał cech zrealizowanej utopii. Było to jakby pokłosie idei o współistnieniu dwóch światów księcia Janusza Radziwiłła, ostatniego właściciela Nieborowa.
Gdy byłam mała mój ojciec uczył mnie szacunku dla nieborowskiego personelu: strażników, kelnerów, kucharek, pań sprzątających muzealne sale i pokoje gości. Pamiętam kilka takich lekcji, kiedy zagniewany jakimś moim młodzieńczym wyskokiem, pouczał mnie, że ludzie ci wywodzą się ze starych nieborowskich rodów i mają w sobie więcej poczucia dumy i godności niż zajęta sobą nastolatka. Często musiałam przepraszać za wylaną szklankę herbaty, którą zostawiłam nieposprzątaną na stole. Zresztą od dzieciństwa czułam, że Franciszek Grzegory witający nas w progu pałacu, przynoszący śniadania do łóżka czy polewający mnie wesoło perfumami w drugi dzień Świąt Wielkanocy, to jest ktoś ważny, bez kogo „mój” Nieborów by nie istniał. Nie zawaham się powiedzieć, że kochałam ich wszystkich, tak dyskretnie, a jednocześnie mocno obecnych przy moim dorastaniu. Franciszek Grzegory szczupły i ze szlachetną twarzą, przemiły Józio Nowak, najmilszy z kelnerów, Władysław Nowicki, z którym łączyła mnie miłość do koni, kucharka Krystyna Zdunikowa o pięknej i smutnej twarzy, jej mąż Wacław Zdunik, który jeździł z tatą jako szofer przez wiele lat. Potem jego funkcję przejął syn, Bogdan, z którym w dzieciństwie bawiliśmy się w chowanego i w podchody. Później prowadził także nieborowską kawiarnię, pod jabłoniami, gdzie przychodziliśmy na kawę i lody, rano, albo między obiadem i kolacją.
Tej ostatniej nieborowskiej zimy rozmawialiśmy z Wiesławem często, najchętniej o poezji. Po obiedzie siadaliśmy w Palarni, gdzie Wiesław rozpoczynał wyrafinowany rytuał zapalania papierosa. Pamiętam, że przywoływał Chatwina, mówiąc o znaczeniu melodii w poetyckiej frazie.
Przekonywał, że „pieśń”, poezja, w gruncie rzeczy może obejść się bez słów, bo sama melodia może przez wieki przekazywać treści mityczne. Rozmowy z Wiesławem były proste i niezwykle otwierające, jakby ktoś otworzył okna w Sali Weneckiej i wpuścił wiatr i śpiew ptaków z ogrodu. Wiedzieliśmy z Wiesławem, zawsze byliśmy co do tego zgodni, że „inne echa mieszkają w tym ogrodzie”. Wiesław poszedł za nimi.
ANNA PIWKOWSKA
Fragment książki „Mój Nieborów”przygotowywanej dla Państwowego Instytutu Wydawniczego.
Czechow debiutuje opowiadaniem List do uczonego sąsiada, ogłoszonym 9 marca 1880 w moskiewskim tygodniku satyrycznym „Striekoza” (Ważka). Zapowiedź druku przeczytał dwa miesiące wcześniej, w drugim numerze pisma, w rubryce „Skrzynka pocztowa”, gdzie publikowano odpowiedzi autorom nadesłanych tekstów: „Wcale niezłe. Rzecz zamieścimy. Przesyłamy błogosławieństwo na dalszą drogę szermierczą”.
W pierwszym utworze Czechowa można znaleźć wiele z tego, co będzie cechować jego późniejszą twórczość. List do uczonego sąsiada stanowi pod względem gatunkowym parodię, formę literacką często spotykaną w pismach satyrycznych, lecz parodia Czechowa jest szczególnego rodzaju: autor nie sparodiował ustalonej konwencji literackiej czy maniery stylistycznej jakiegoś pisarza; sparodiował własnego dziadka Jegora Czechowa tudzież swego stryja Mitrofana, jako że obaj lubili pisać w listach o rzeczach błahych stylem podniosłym. Czerpanie inspiracji do pracy literackiej z życia stanie się trwałą praktyką pisarską Czechowa, czego oczywiście nie należy rozumieć jako kopiowania rzeczywistości; osobowość twórcza Czechowa przywodzi na myśl piec alchemiczny, w którym pospolity, życiowy opał przetapia się w literackie, czyste złoto (w pierwszych latach kariery pisarskiej w metale nieco mniej szlachetne). Weźmy choćby taki drobiazg, jak przyimek „oprócz”, stosowany w funkcji wykrzyknika przez subiekta Poczatkina w opowiadaniu Trzy lata(1895). Gdy Poczatkin nie chciał, żeby mu się sprzeciwiano, wyciągał przed siebie prawą rękę i mówił kategorycznie: „Oprócz!”. O dziwo, wszyscy rozumieli, co ma na myśli. Ósmego listopada 1882 roku Czechow w liście do swego brata Aleksandra użył tego samego słowa w tej samej funkcji i obaj wiedzieli, o co chodzi – tak mówił poznany przez nich niegdyś subiekt z Taganrogu. W opowiadaniu to słowo „z życia wzięte” nie tylko wnosi komizm; po latach, gdy w pamięci czytelnika zaciera się treść utworu, tkwi w niej uparcie absurdalne i sensowne zarazem „oprócz!”.
Po parodię jako chwyt literacki Czechow będzie sięgał wielokrotne, zwłaszcza we wczesnej fazie twórczości. Sparodiuje Jules’a Verne’a, Alphonse’a Daudeta i Victora Hugo, którego Dostojewski cenił tak bardzo, że Nędzników wynosił ponad Zbrodnię i karę. Co oznacza zamiłowanie do parodii, widoczne nawet w prywatnych listach, szczególnie do brata, Aleksandra? Skoro parodia to przede wszystkim rodzaj stylizacji, wolno widzieć w jej częstym stosowaniu swoiste ćwiczenie stylistyczne, doskonalenie rzemiosła, naukę mówienia wieloma językami – ale nie tylko, bo stylizacja ma na celu ośmieszenie cudzego stylu, komiczne jego wyjaskrawienie, co niekiedy prowadzi do zastąpienia zużytych form nowymi; bywa zatem parodia nowatorstwem, siłą nadającą historii literatury nowy kierunek.
Przyjrzyjmy się bliżej komizmowi młodego Czechowa. Czy nie jest on tej samej albo podobnej natury, co nieposkromiona skłonność do śmiechu młodego Adriana Leverkühna, bohatera Mannowskiego Doktora Faustusa? Czy młodzieńcze humoreski Czechowa nie przywodzą na myśl groteskowych powiastek Gogola? Czy byłby to zatem rodzaj widzenia we wszystkim aspektu komicznego, jakby do oka pisarza wpadł odłamek krzywego lustra? Czytając debiutancki utwór Czechowa, trudno zachować powagę; wierutne głupstwa głoszone z niezachwianą pewnością śmieszą nas, ale śmieszą dopóty, dopóki czytamy opowiadanie z perspektywy zadowolonego z siebie widza: ignorancja Siemi-Bułatowa w zderzeniu z naszą wiedzą wprawia nas w dobry nastrój, przesuńmy jednak punkt widzenia, stańmy się Semi-Bułatowem – o co nietrudno, przecież nasza obecna wiedza dla ludzi żyjących za dwieście lat będzie stekiem bzdur – a śmiech ustąpi miejsca smutkowi. Tak samo ma się rzecz z innym opowiadaniem: Dwa zające gonisz, żadnego nie złapiesz. Stoimy obok wydarzeń – śmiejemy się; uświadamiamy sobie, że opisana historia stanowi egzemplifikację powszechnego prawa, któremu i my podlegamy – smutniejemy. Być może Czechow szybko dostrzegł ten dualizm zjawisk: każda rzecz w swojej pełni ma określoną cechę i jej przeciwieństwo. Smutek zjawisk odsłania się przed nami, kiedy naśmiejemy się z czegoś do syta, gdy wyczerpiemy komiczny potencjał danego zjawiska.

Osip Braz „Portret Czechowa”
Śmiech Czechowa nie jest zatem bezduszny, przeciwnie, zawsze jest podszyty nieokreślonym zrazu smutkiem, który z czasem przyjmuje postać serdecznego, tkliwego – ale nie ckliwego! – współczucia. Jak więc Czechow skłania nas do płaczu? Tak się składa – a decyduje o tym chronologia publikacji – że ostatni w prezentowanych Utworach wybranych Czechowa utwór prozatorski także ma formę listu i jest jednym z najbardziej wzruszających tekstów autora Trzech sióstr. To list młodego chłopca, kaleki, do starszej od niego kobiety, którą darzy nieskrywanym, czystym uwielbieniem. Szlachetność serca chłopca zostaje zderzona z obojętnym, zimnym biegiem zdarzeń, wskutek których chłopiec nie może chodzić. Najsilniej wzrusza pokora Ignatija, który nie skarży się na niesprawiedliwe wyroki losu; bywa nawet szczęśliwy, gdy zatapia się w literaturze lub łudzi się nadzieją na spacer. Ponownie mamy do czynienia z pełnią zjawiska, tyle że tym razem dostrzegamy najpierw urągające naszemu poczuciu sprawiedliwości nieszczęście, a potem powoli przebija się przez tragizm życia pocieszenie: rewersem nieszczęścia bywa szczęście; cóż z tego, że za cenę iluzji? Odczucie szczęścia jest prawdziwe. „Życie jest dobre – przekonuje siebie i adresatkę listu chłopiec. – To prawda, ciężkie jest, szybko mija, ale jakie jest bujne, mądre, różnorodne, ciekawe, jakie niesamowite! Trawnikow zatruwa się tęsknotą za nieśmiertelnością i wieczną błogością, a ja nie jestem tak chciwy i mnie całkiem wystarczy to krótkie, maleńkie, ale piękne życie”.
To ważny w dorobku Czechowa utwór: to rozmowa Czechowa-pisarza z Czechowem-lekarzem; pierwszego reprezentuje chłopiec Ignatij Basztanow, drugiego doktor Trawnikow. Rozmowa ta rozpoczęła się u progu literackiej kariery Czechowa, gdy studiował medycynę i pisywał humoreski do pism satyrycznych. Jako przyszły lekarz Czechow musiał zaznajomić się z dziełem Wstęp do medycyny eksperymentalnej (1865) francuskiego fizjologa Claude’a Bernarda, gdzie przeczytał między innymi: „Nowe obserwacje medyczne są zazwyczaj przypadkowe i gdy chory cierpiący na nieznaną jeszcze chorobę zgłasza się do szpitala lub przychodzi poradzić się do lekarza, jest to również czysty przypadek. Ale w ten sposób botanik znajduje na polach rośliny, których dotąd nie znał, również za sprawą przypadku astronom zauważa na niebie planetę, której istnienia nie podejrzewał. W takich okolicznościach inicjatywa lekarza polega na tym, aby dostrzec i nie przeoczyć faktu, który podsunął mu przypadek, i zasługa jego sprowadza się do dokładnego zaobserwowania faktu”. Ten aspekt metody twórczej Czechowa spostrzegł jako jeden z pierwszych Stanisław Brzozowski, który w szkicu Antoni Czechow orzekł, iż tytuł książki o Czechowie mógłby brzmieć: „Człowiek, który chciał być widzem”. Dla Brzozowskiego nie ulega wątpliwości, iż uważny obserwator tudzież wścibski widz musi być smutny, bo życie jest złe, a szczęście i radość wynikają jedynie z zaślepienia – stąd Czechowowski smutek, nawet w humoreskach.
U progu kariery lekarskiej Czechowa stał Claude Bernard, u początków jego drogi pisarskiej Émile Zola – jako propagator idei powieści naturalistycznej, idei będącej przeniesieniem naukowej koncepcji Bernarda na grunt literatury. W studium Powieść eksperymentalna (1880) Zola pisał: „Nie sposób wyobrazić sobie chemika pomstującego na azot za to, że nie nadaje się do oddychania, albo też odnoszącego się z czułością do tlenu z wręcz przeciwnych pobudek”; Czechow zaś w liście do Marii Kisielowej z 14 stycznia 1887 roku broni swego Grzęzawiska, piętnowanego przez adresatkę za to, że ukazuje głównie „kupę gnoju”: „Dla chemików nie ma na ziemi nic nieczystego. Literat powinien być tak samo obiektywny jak chemik, powinien się wyzwolić z ciasnego subiektywizmu i wiedzieć, że kupy gnoju odgrywają w pejzażu bardzo szacowną rolę, a złe namiętności są tak samo właściwe życiu jak dobre”.

Nie tylko forma Listu do uczonego sąsiada jest ściśle związana z życiem, jako że – przypomnijmy – parodiuje styl pisania listów członków rodziny; także treść, wymowa ideowa owego listu jest znamienna dla całej drogi pisarskiej Czechowa. Pochylmy się z uwagą nad z pozoru błahym, ostatnim zdaniem opinii redaktora „Striekozy”: „Przesyłamy błogosławieństwo na dalszą drogę szermierczą”. Autorem tego – anonimowego w tygodniku – przesłania był Ippolit Wasilewski, który pisząc o „drodze szermierczej”, miał na myśli obrany przez młodego autora model twórczości, twórczości walczącej z zacofaniem, ciemnotą, obskurantyzmem, biedą, cierpieniem, złem w każdej postaci. Powodem do przesłania błogosławieństwa była postać ojca Gierasimowa, prawosławnego duchownego, na którego powołuje się narrator, ilekroć głosi niedorzeczne poglądy. Już w pierwszym utworze Czechow zderzył ślepą wiarę z oświeconą wiedzą, bezrozumny nawyk z rozumną zmianą na lepsze, religię z nauką. W przyszłości skrzyżuje na tym polu szpady między innymi z Lwem Tołstojem, czego dobrym przykładem jest list Czechowa do Aleksieja Suworina z 27 marca 1894: „Tołstojowska etyka już mnie nie wzrusza. Od dzieciństwa uwierzyłem w postęp i nie mogłem nie uwierzyć, ponieważ różnica między okresem, kiedy łojono mi skórę, a tym, kiedy przestano łoić, była olbrzymia. […] Zwykła logika i poczucie sprawiedliwości mówią mi, że w elektryczności i parze jest o wiele więcej umiłowania człowieka niż w ascezie i niejadaniu mięsa”. Tak Czechow mówił i pisał, gdy nad pisarzem górę brał lekarz, lecz są utwory, jak choćby Czarny mnich, gdy do głosu dochodzi pisarz, świadom, jak ważną część ludzkiej osobowości stanowi pierwiastek irracjonalny.
Poświęciłem tyle uwagi debiutanckiemu tekstowi Czechowa, bo zawiera on – niczym ziarno – wiele z tego, co później rozrośnie się do imponujących rozmiarów: głęboki, ale nienarzucający się uwadze czytelnika autobiografizm; twórczość jako pasję, powinność moralną i sposób zarobkowania; owocny dla literatury sojusz pisarza z lekarzem – Czechow mawiał, że medycyna to jego żona, a literatura to kochanka.
ROBERT PAPIESKI
Fragment posłowia do: Anton Czechow, „Utwory wybrane”, t. 1–6, wybór i opracowanie Agnieszka i Robert Papiescy, seria Biblioteka Klasyków, Warszawa, PIW, 2025.
Aby zamówić kliknij – tutaj
Kraków, 19 X 2025
Drogi Jacku,
Przeczytałem Augusta Johna Williamsa. To dobry chyba początek listu do Ciebie, skoro jednym z bohaterów tej książki, a właściwie jej „współautorów” jest Twój – no tak, rzadka to sprawa w odniesieniu do Rzymian, ale w tym wypadku śmiało powiem, że i mój – ukochany Owidiusz!
Wiem, że wypada przy tej okazji, żebym najpierw Profesorem Stonerem stosownie się zachwycił – bo cóż milszego dla akademickich oczu od wyznań akademickiego pióra o niedolach akademickiego życia w akademickim kieracie wyższej uczelni? Stonera jakieś dziesięć lat temu polecił mi mój Brat, reklamując książkę jako wyjątkową i jakby skrojoną na moje potrzeby z powodu mojej identyfikacji z uniwersytetem, a być może także z powodu podobieństw między moimi wyborami a losami tytułowego bohatera. W poleceniu tym i w jego uzasadnieniu tkwiły racje, które najpewniej leżały zbyt blisko mojego nosa, żebym mógł je spostrzec. A może było tak, że bliskość i podobieństwo losów moich i Williamsowego bohatera były wówczas irytująco trafne w diagnozach i ocenach? A może po prostu trafiło na zły moment i wyjaśnienie faktu, że z Williamsem się nie polubiłem nie jest możliwe, ponieważ leży gdzieś daleko poza tym, co wyjaśnialne?
To jednak było zupełnie coś innego od ogromnej powieści Jamesa Michenera o codziennej pracy wydawniczej (Powieść), w której potrafiłem zupełnie się wówczas zatracić, jak sądzę dlatego, że niemal dwie dekady prowadziłem wydawnictwo wykonując wszystkie możliwe do pomyślenia prace na wszystkich możliwych do pomyślenia szczeblach skomplikowanej struktury, która kiedyś – zanim publikowanie stało się tak łatwe – wymagała naprawdę różnorodnych kompetencji. Do dzisiaj zastanawiam się, kogo poza mną mogła ta książka zainteresować.
Wynika jednak z tego wszystkiego, że to nie temat – fabula – jest tym, co powoduje nasze, no, moje w każdym razie, zatracenie w zadrukowanych stronach, ale sposób pisania, który obejmuje wszystko: dobór słownictwa i balans między jego pospolitością a wyrafinowaniem, wspomnienia i emocje, jakie wywołuje, wyzwania, jakie stawia.
W moim konkretnie przypadku i uczelnia, i wydawnictwo należały do obszarów bliskości największej, codziennej, i fabulae Williamsa i Michenera miały a priori żyzny grunt w mojej potencjalnej percepcji, ale o ile drugi z nich zapuścił we mnie korzenie, o tyle ziarna pierwszego padły gdzieś na skaliste obrzeże.
Tak czy inaczej, teraz, po upływie dekady, wyjąłem Profesora Stonera z półki w bibliotece i z najwyższym zdziwieniem spostrzegłem najpierw, że pochłaniam ją kompulsywnie poczynając od dowolnie i przypadkowo otwartego passusu, który jednak okazuje się dobrze mi znany, a potem, że te przeczytane kiedyś strony otwierają się we mnie i czytają się mną z taką siłą i intensywnością, jakby przez te dwadzieścia uczelnianych semestrów przygotowywały się do tej właśnie chwili. Przecież słynna gnoma habent sua fata libelli rozpoczyna się od rzadziej przywoływanego i chyba zapomnianego pro captu lectoris! Los książki zależy od captus czytelnika, czyli najpewniej od tego, na ile jest on w danym momencie w stanie czytaną książkę objąć, ogarnąć, stosownie do tego, jakimi dysponuje możliwościami. Chyba stałem się ucieleśnieniem tej myśli Terencjanusa Maura.

„Stoner dostarczył do dziekanatu protokoły egzaminacyjne w pierwszy poniedziałek po zakończeniu semestru” (s. 153). Czy uwierzy ktoś, że takie oto zdanie nie pochodzi z mailowego raportu uczelnianej instytucji, ale z książki, którą z okładki zachwala Tom Hanks (!!!) mówiąc, że to „pewnie najbardziej fascynująca książka, na jaką natrafiliśmy”. Tak, Williams opisał drogę akademicką humanisty, od humanistycznego zwrotu do literatury będącego tym samym odwrotem od rodzinnej tradycji biznesowej i złamaniem rodzinnych oczekiwań, przez studia i stopniową akomodację do elitarnej bańki intelektualistów z wszystkimi jej cieniami i blaskami, aż po środowiskowe konflikty i obyczajowy skandal.
Może moja pierwsza lektura Stonera została zepchnięta w podświadomość ze strachu przed codziennością życia akademickiego, jakie Williams opisał – walki o wpływy, władzę, poklask i znaczenie? Przecież w każdej instytucji akademickiej pełno jest Charlesów Walkerów, z którymi wielu przegrywa batalie tylko dlatego, że ich potężni i ustosunkowani protektorzy realizują własne agendy, nawet jeśli, a może nawet zwłaszcza gdy, ich kompetencje i predyspozycje w całej rozciągłości przeczą jakiemukolwiek akademickiemu etosowi. Bohater powieści na końcu wprawdzie umiera na raka, ale ostatecznie umiera spełniony. Być może takie spełnienie ma wysoką cenę i w młodości nie wiemy jeszcze, czy możemy ją zapłacić?
Nie mogę nie wspomnieć, że to właśnie John Williams i jego August wplątał się ze swoją książką w takie okoliczności, które doprowadziły do tego, że zacząłem pisywać do Ciebie listy jeden po drugim – no tak, żadnego nie dostałeś, bo pisały się one w mojej głowie i tak bezpiecznie zalegają. Przede wszystkim dlatego, że August jest w ogromnej większości zbiorem listów.
Siedziałem w szpitalu w Rabce i sączyłem Williamsa między spacerami i terapiami, gdy nadeszła wiadomość od Ciebie, że oto siedzisz w Toskanii i czytasz Opowieści kanterberyjskie. Uświadomiłem sobie wtedy, jak wiele pochłaniam lektur i jak bardzo większość z nich ostatnio odległa była od Twojego Chaucera. Nie wypadało mi tak po prostu wysłać Ci list z nurtującym mnie pytaniem o to, kto i po co na boga dziś czytuje Chaucera, i to w pięknej Toskanii. W równym stopniu pragnąłem wiedzieć, co czytasz, jak i móc Ci napisać, co sam czytam, bo i jedno, i drugie doprowadza we mnie do wrzenia tygiel myśli, które nigdzie indziej nijak pojawiać się nie umieją.
No tak, ale August. Co za wyobraźnia! Co za znajomość źródeł, tekstów i kontekstów! Co za plejada postaci niezwykłych i co za współpraca wyobraźni z historią! W jednej książce, w jednych okładkach Williams pozwolił nam spojrzeć na Augusta oczami kolejno: Marka Agrypy, Gajusza Mecenasa, Juliusza Cezara, Kwintusa Salwiendusa Rufusa, Atii i Marcjusza, Marka Cycerona, Marka Antoniusza, Tytusa Liwiusza, Strabona, Horacego, Kleopatry, Mikołaja z Damaszku, Munacjusz Plankusa, Julii – córki Augusta, Lucjusza Rufusa, Mewiusza, Liwii, Terencji, Timagenesa, Wergiliusza, Gnejusza Pizona, Owidiusza czy wreszcie samego Oktawiana Augusta. Pozwolił także spojrzeć na Augusta przez protokoły obrad senatu, wojskowych rozkazów, podań centurionów czy sprawozdań egipskich kapłanów. Dzięki formule listu patrzymy na postaci i wydarzenia bezpośrednio oczami nadawców listów, a pośrednio – odbiorców.
Nie praktykuję rzymskiej literatury i historii aktywnie już od lat, ale nawet ja o niemal każdej z tych postaci potrafiłbym cokolwiek powiedzieć i jakieś ich wyobrażenie posiadam. I nic, co napisał Williams z tym wyobrażeniem sprzeczne nie jest, co w moim wypadku może być dowodem mojej ignorancji, oczekuję jednak fachowych sprostowań na temat tego, co jest, a co nie jest możliwe od moich kolegów latynistów, niezależnie od tego, czy Oktawiana kochają, czy też go nienawidzą. Sam również obiecuję – na wszelki wypadek jednak na razie tylko sobie, a nie Tobie na przykład – jakieś badania na ten temat przeprowadzić z czystej ciekawości, która dotyczy bezpośrednio warsztatu artystycznego Williamsa. Żeby mało napisać trzeba dużo przeczytać. Trudno mi wyobrazić sobie, ile musiał przeczytać Williams.

Oprócz postaci historycznych z kręgu Oktawiana w toku jego długiego życia, których słowa Williams przywołuje, parafrazuje lub fantastycznie zmyśla, mamy też kilka postaci całkowicie fikcyjnych – „całkowicie”, ponieważ kwestia „fikcji” w tej książce dotyka bezpośrednio „historyczności” i tego, co o historycznych postaciach wiemy, że wiemy, że nie wiemy, lub nawet nie wiemy, że nie wiemy (by przywołać uniwersalną zasadę Rumsfelda). Williams od początku do końca wymyślił sześć postaci, w tym osobistego lekarza Augusta z ostatniego etapu jego życia czy córkę jego piastunki. Trudno orzec, co jest bardziej genialne, przejmujące i niezwykłe: literacka doskonałość trawestacji starożytnych tekstów i rozproszonych po niezliczonych źródłach ułomków, tak że nagle tworzą spójny i plastyczny obraz, czy też całkowite zmyślenia, które spajają pojedyncze dane i ze zbioru fragmentów tworzą jedną opowieść. Brakuje mi wiedzy i pamięci, a także czasu i ochoty, by ocenić, jaki jest stosunek materiału źródłowego do fikcyjnej reszty, ale mam nieodparte wrażenie, że Williamsowi udało się w tej książce to samo, co podziwiam u Colleen McCullough w siedmiu tomach jej cyklu Masters of Rome (1990-2007) czy – nieco inaczej – u Marguerite Yourcenar w Pamiętnikach Hardiana (1951). U tych autorek zachodzi ta paradoksalna sytuacja, w której literacka fikcja pozostaje w integralnej zgodzie z prawdą historyczną, u każdej z nich inaczej – u McCullough opasłe tomy są beletrystyczną fikcją, która jest w każdym pojedynczym zapisanym zdaniu zarazem prawdą, a u Yourcenar i prawda historyczna i fikcja pozostają na usługach tej samej filozoficznej kwerendy. Williams pisał Augusta dwie dekady po Pamiętnikach Hadriana i dwie dekady przed cyklem McCullough (która w 1977 roku wydała Ptaki ciernistych krzewów rozsławione kilka lat później przez Richarda Chamberlaine’a w słynnej ekranizacji).
Ciągle zadziwia mnie Focjusz i jego Biblioteka z tą żelazną konsekwencją ciągłej lektury i pracowitych wypisów i z tym przejmującym wstępem, w którym czytanie jest jedynym możliwym i osiągalnym substytutem realizacji tej najważniejszej wspólnoty, jaką tworzy rytuał wspólnego czytania. To uporczywe, powtarzane do znudzenia na początku każdego rozdziału ἀνεγνώσθη – „zostało przeczytane” czyli „przeczytaliśmy…”. Focjusz był czytelnikiem uważnym. Jego technika czytania jest przedmiotem uporczywych badań naszych kolegów filologów i historyków (podziwiaj, proszę, jak heroicznie udało mi się umknąć pokusie dodania tutaj sążnistego przypisu). Zdaje się ich niepokoić nieco to, że ewidentnie Focjusz jedne dzieła dokładnie streszczał, analizował i oceniał, a inne ledwie co wspominał, jakby niewarte były dokładniejszego studiowania (tak właśnie mam zamiar postępować w korespondencji z Tobą). Ta właśnie cecha Biblioteki jest dla mnie osobiście dowodem życia i wrażliwości, oddechem prawdziwości lektur, których nie da się mierzyć od sztancy, tak jak nie da się oceniać i hierarchizować ich „ważności”, ponieważ wszystkie razem tworzą uniwersum wrażliwości, w jakiej toczy się nasze życie i nasze dorastanie.
Tajemnicą głębokiego życia lektur są niewidzialne powiązania, jakie podczas ich realizacji się tworzą lub odtwarzają. Twoi koledzy literaturoznawcy i poloniści zwykli nazywać to chyba intertekstualnością. Myślę jednak, że powiązania, o jakich chcę Ci krótko powiedzieć są czymś więcej. Przy okazji Focjusza widzę po sobie, że oczywiście podczas lektury poszczególnych opisów kodeksów bezwiednie odczytuję lub też umysł mój odczytuje nawet o to niepytany nawiązania do innych lektur i autorów – czytając na przykład kodeksy 60 i 61 na temat Herodota i trzech mów Ajschinesa zdumiewam się powierzchownością pierwszego i naukową niemal kontekstowością drugiego i porównuję mimowolnie z tymi uwagami swoje własne odczytania. Jednak kiedy cofam się do numeru 59, gdzie zaczynają się rozległe uwagi z zaginionych dzisiaj akt słynnego synodu „pod dębem” z roku 403, pulsująca sieć powiązań sięga daleko poza same tylko lektury. Dąb ów rósł chyba w okołokonstatynopolitańskiej posiadłości Rufina, a zebrało się pod nim 36 biskupów celem ostatecznej likwidacji ich śmiertelnego wroga – współbrata w Chrystusie i biskupstwie – Jana Chryzostoma. Lekturę tego kodeksu serdecznie polecam ciekawym świata obserwatorom najróżniejszych instytucji i ich funkcjonowania jako protreptyk do ponownej i ciągłej lektury nieodżałowanego Orwella z jego opisem świata odwróconego. Ta sieć powiązań okazuje się dużo rozleglejsza, ponieważ wywołuje wspomnienie moich prac nad przekładaniem Chryzostoma i miejsc, w których pracowałem, wspomnienie pisania pracy magisterskiej z teologii, rozmów z patrologiem Edwardem Stańkiem i tuzinem innych, przypomnienie ikony Ignacego Antiocheńskiego i Jana Chryzostoma namalowanej dla mnie przez mojego Brata (gdzie ona teraz jest, nie pamiętam), ale też rosnącego gniewu na klerykalne instytucje i kształtującej się świadomości tego, że im bardziej wzniosła idea, tym szybciej strzegąca jej instytucja staje się jej całkowitym zaprzeczeniem. Z Focjuszem i nieoczywistymi powiązaniami, jakie wywołują lektury, wiąże się we mnie jeszcze jedna nieoczywistość – świadomość, że czytam genialny przekład Oktawiusza Jurewicza, nie pozwala mi ani na chwilę zapomnieć o jego córce, Joasi Jurewicz, czyli profesor Joannie Jurewicz, którą podziwiam w równym stopniu za jej indologiczne kompetencje i publikacje, które najpewniej przyjdzie nam tutaj jeszcze razem przeżywać, i za autystyczny coming out, idący w poprzek rodzinnej tradycji i presji akademickiej bańki. Ale o tym też innym razem.
Moim mistrzem czytania był ojciec Paweł Sczaniecki w Tyńcu – zasługuje na osobną opowieść, do której jest zresztą całkiem niedawna inspiracja wydawnicza, napiszę Ci o niej innym razem – zwykł on przypominać dwa czytelnicze przykazania: pierwsze, że każdą rozpoczętą książkę należy przeczytać do końca, od deski do deski – co wybrzmiewało szczególnym echem w jego pracowni, gdzie niejeden inkunabuł w ciężkie dechy stał oprawiony, i drugie, że książka przeczytana i niewynotowana pozostaje książką nieprzeczytaną, o czym przekonuje praktyka zapominania i niepamięci. Sam Paweł wstawał o czwartej rano i przy zawalonym biurku produkował miliony słynnych fiszek, dla których trzeba było budować coraz to nowe szafy. Oczywiście, notowanie tylko częściowo zapobiega zapominaniu, zwłaszcza przy nadmiarze i czytania, i notowania; moje osobiste doświadczenie potwierdza zdanie, które słyszałem nie raz jeden od profesora Turasiewicza o tym, że w połowie wynotowywanej w jakiejś bibliotece książki orientował się nagle, że już ją czytał, a nawet że po powrocie z kwerendy odnajdywał w domu notatki z tej samej książki – frapowało go działanie mózgu, który sprawiał, że obydwie notatki wyglądały niemal identycznie.
Piszę do Ciebie, tym razem już na papierze (to jednak nadal lepiej brzmi niż „w komputerze”), a nie w głowie samej i nie wiem, czy nie nazbyt Cię nużę. Może ewentualnie zechciałbyś mnie odwetowo nużyć tym samym? Ja mogę Ci obiecać, że z każdej lektury zrobię dla Ciebie notatkę, żeby się najpierw w niej samemu przeglądnąć i zerknąć, czy aby nie pobłądziłem w krajobrazach, które śladu żadnego po sobie nie zostawiły, co niechybnie musi być znakiem marnotrawstwa – które skądinąd wielce bywa pożyteczne. Jeśli odpowiesz mi tym samym, będę wdzięczny.
Oczywiście, boję się nieco, że rozczaruję Cię płyciznami i bezdrożami, po których zdarza mi się włóczyć i brodzić, taplając się w kryminałach, Danach Brownach czy innych popkulturach urągających powadze profesorskiej katedry. O zmarszczonym czole Kamili zakopanej w ambitnych archiwach paryskiej „Kultury” czy kultury w ogóle już nawet nie wspomnę. Odrobiny zrozumienia spodziewam się może po oczach Karmy, chociaż jak słyszę od Ciebie, że opanowawszy polski, właśnie kończy naukę angielskiego i włoskiego równocześnie, to już sam nie wiem, czego można się spodziewać po takim psie o wyglądzie mopa, ale charakterze Hajduków. Pozostaje jeszcze nadzieja, że ani Kamila, ani Karma o moich czytelniczych wyuzdaniach się nie dowiedzą.
Z moim pisaniem do Ciebie cały kłopot w tym, że zawsze chcę Ci powiedzieć więcej, niż potrafię napisać, i że nie potrafię skończyć jeszcze bardziej niż nie umiem zacząć. Decyzja o zakończeniu listu w jakimś momencie jest kategoryczna i przykra dla tego, kto ją podejmuje, czyli dla mnie. No i wybacz wszystko, co się w takim pisaniu z konieczności musi rozłazić na wszystkie strony. Wiem, że pomożesz mi się w tym rozeznać.
Wiem też, że zapowiadałem ten list i wszystkie, które za nim pójdą, o ile zdołam z Tobą stanąć w te szranki i ustać, już dość dawno. No, ale, wiesz, jak to jest: wino trzeba nastawić i ogród jesienny posprzątać, bo od czasu lat spędzonych w klasztorze na Tyńcu, jak mówią, mam przekonanie doświadczeniem osobistym potwierdzone, że książki muszą mieć równowagę w fizycznym wysiłku i pracy rąk, a co do tej ostatniej, to najlepiej, jeśli przynosi ona ze sobą rozkosz – na przykład wino.
Pozdrawiam serdecznie,
K.
***
Kraków, 31 X 2025
Drogi Krzysztofie,
Dziękuję za list! Korespondować z Tobą to – jak pisał Jerzy Stempowski do Stanisława Vincenza – „honor i przyjemność najwyższej klasy, zastrzeżona dla nielicznych wybrańców Fortuny”. Dodam, że jest to też ostentacyjna ekstrawagancja, skoro widzimy się bądź słyszymy nieomal na co dzień (a w pokoju instytutowym nasze biurka stykają się dłuższym bokiem!), ale czy w ogóle wszystko, co robimy, nie jest w dzisiejszym świecie dziwactwem, by nie powiedzieć – szaleństwem?
Stonera czytałem, pamiętam, zaraz na początku swojej pracy na uniwersytecie i miałem jak Ty: pierwsza lektura tej powieści „została zepchnięta w podświadomość ze strachu przed codziennością życia akademickiego”; chyba. W każdym razie tak myślę teraz i dopiero Twoja uwaga pomogła mi to lepiej zrozumieć. Bo na pewno nie było to typowe znużenie lekturą. W jakiś dziwny sposób pokój bohatera wydawał mi się moim, a mój – jego. I nie było to wrażenie przyjemne… Myślę, że sięgnąłem po tę książkę w złym dla mnie na nią momencie; stoi na półce i pewnie doczeka się ponownego spotkania. Tamten ja i ja dzisiejszy to różni czytelnicy i różni akademicy.
A propos półek z książkami i powrotów do lektur sprzed lat. Mam taką historię: na pierwszym roku studiów sięgnąłem po Imię Róży Umberto Eco i zarywałem dla niej noce. Nie w tym znaczeniu, że lektura szła mi lekko (bo nie szła: książka jest wymagająca i to tym bardziej, im więcej chce się w niej odnaleźć), ale od razu rozpoznałem w niej – choć nie od razu umiałem zrozumieć i nazwać – geniusz literacki autora (ów: sposób pisania). Bo przecież to jest kryminał bardzo niekryminalny i w głównej mierze powieść wypełniają uczone rozważania. No więc pierwsze sto stron skończyłem i padłem bez tchu: „nie ma rady, odkładam!”. Książka z dnia na dzień powędrowała z powrotem na półkę, a ja – do autorów mniej wymagających (oraz do nauki łaciny i greki, ma się rozumieć). Minął rok, chyba dokładnie. Siedziałem akurat przy biurku i wkuwałem na pamięć formy czasowników greckich, które recytować musiałem potem (jak wszyscy wtedy studenci roku drugiego tych osobliwych studiów) na konsultacjach u niejakiego Bielawskiego. W pewnym momencie, zwiesiwszy umęczoną głowę i odwróciwszy wzrok z obrzydzeniem od tabelek, które śniły mi się w tamtych latach po nocach (wina nie Twoja, lecz moja) – przeczytałem ten tytuł: Imię Róży (!). „Dlaczego przerwałem czytanie?”. Sięgam wiec po Eco, otwieram w miejscu, w którym pozostawiłem zakładkę, i zaczynam czytać. I ja „z najwyższym zdziwieniem” odnotowałem, że teraz już pochłaniam książkę z mniejszym trudem (te liczne cytaty z łaciny!), ale nade wszystko – że ten rok jakby nie zaistniał! Nie potrzebowałem nawet cofać się o stronę, by „wejść” w rytm czy przypomnieć sobie fabułę. Czas „wewnątrzpowieściowy” zatrzymał się i ruszył specjalnie dla mnie. Wtedy też zrozumiałem, że są takie dzieła, których fizyka i metafizyka odporne są na świat zewnętrzny.

Trochę pomieszałeś, ale byłeś na marach. Owszem, tak, w sierpniu zwykle jeździmy do (i po) Toskanii. I owszem, tego sierpnia czytałem Opowieści kanterberyjskie. W tym roku jednak urlopowy miesiąc spędziliśmy nad Bałtykiem, w Jastarni. O czym ci oczywiście powiedziałem, a Ty tylko odrzekłeś krótko: „brrr!”. Ale, jak mówię, leżałeś na marach, toteż najświętszym Twoim prawem było te dwie informacje – o tym, co czytam, i o tym, gdzie bywam w ferragosto – zmieszać i spleć nawet w jeden fakt.
Przeczytałem Opowieści kanterberyjskie Geoffreya Chaucera. Jeśli istotnie zastanawiasz się, „kto i po co na boga dziś czytuje Chaucera”, to krótko odpowiem słowami dwóch autorów, o których na pewno do ciebie będę osobno pisał, i to nie jeden raz, bo obaj na to zasługują. „Każdy powinien mieć na półce Chaucera. Milton to największa zaraza” (Ezra Pound; wielki poeta o niefortunnym, „skażonym” życiorysie). „Chaucer wywiera na nas wrażenie większe od jego sławy, wcale nie mniej niż Homer czy Szekspir, gdyż stałby z uniesioną głową w ich towarzystwie” (Henry David Thoreau; byłem w miejscu, w którym postawił swoją słynną chatkę – to jest obecnie miejsce kultu dla wszelakich buntowników i abnegatów). A do tego wyszło niedawno pierwsze kompletne i świetne po prostu tłumaczenie, którego autorem jest Jarek Zawadzki.
Jak wspaniała jest to książka! I jak wspaniale prowadzi dialog z tradycją antyczną! (Głównie oczywiście z Owidiuszem). Jakie bogactwo form i treści, jaka lekkość i powaga zarazem, jaka uniwersalność i przy tym namacalny konkret! Studnia tradycji, a przy tym – równolegle! – porywający nurt nowatorstwa… Mam taką idée fixe, by tworzyć sobie w głowie skromną półeczkę „dzieł wiecznych”: pewnie jest to zabawa na całe życie i pewnie będą tam zachodzić różne przetasowania w czasie, ale dziś – obok Odysei czy Metamorfoz – stawiam tam także Opowieści kanterberyjskie. (Notabene, w kategorii „powieść” mam tam i Imię Róży, i Pamiętniki Hadriana).
Intertekstualność, którą słusznie (acz nie bez cienia ironii) tu przywołujesz, jest po prostu „uczonym” terminem na coś, co jest w literaturze (a może i – jest literaturą) od zawsze, a na pewno od Odysei, która wybornie gra z Iliadą i z całą dawniejszą od niej czy jej równoczesną tradycją. Powiedziałbym, że owe „niewidziane powiązania” są tym, co Literaturę odróżnia od zadrukowanego ciągami słów papieru. BIBLIOTEKA, którą zaczynamy kompletować (Ty jako Starszy Bibliotekarz, ja – cóż, przepraszam, ale tego już nigdy nie zmienimy – Młodszy), może być, uważam, próbą opisania tego właśnie „głębokiego życia lektur”; naszych lektur. W skali świata jest to drobinka i może projekt nikomu na nic nie potrzebny, ale dla nas dwóch – coś ważnego.
Piszesz, że Twoim mistrzem czytania był ojciec Sczaniecki. Chciałbym móc to samo powiedzieć o Tobie (skoro jesteś moim mistrzem w tak wielu innych dziedzinach, za co Ci zawsze będę wdzięczny, i za co nigdy nie zdołam Ci się adekwatnie odwdzięczyć), ale – skłamałbym. Żadnego z dwu wymienionych przez Ciebie czytelniczych przykazań nie przestrzegam. (Wyłączam z tego pozycje, które czytam, bo „muszę” – np. sporządzając recenzję). Po pierwsze, nie czytam do końca książki, jeśli ta nie spełnia moich (wywindowanych, szczerze mówiąc – od języka i kompozycji po papier, na którym jest rzecz wydrukowana) oczekiwań. Mówiąc wprost: wolę po raz któryś przeczytać od deski do deski Beniowskiego, niż męczyć się z Panem Tadeuszem. Po drugie, jestem czytelnikiem, który nie znosi rozpraszać się, toteż drażni mnie samo już nawet zerkanie w przypisy, zamieszczone na dole strony (nie mówiąc już o tych przerzuconych gdzieś dalej) – dlatego m.in. jestem ich zagorzałym przeciwnikiem. Lepiej wydać dwa tomy: tekst właściwy w jednym, a towarzyszące mu uwagi (niechby i zajmowały po trzy czwarte strony!) – w drugim. Potrzebuję skupienia. Jak więc miałbym czytać – a przy tym rozkoszować się frazą czy passusem – i równocześnie coś gryzmolić w zeszycie? (Szczerze Ci zazdroszczę tej umiejętności i konsekwencji, wśród studentów już legendarnej…). W moim przypadku, wynotowywanie wchodzi w grę dopiero przy kolejnej, celowej i interesownej lekturze.
Ale dlatego też – poza metryką – to Ty jesteś Starszym Bibliotekarzem, a nie ja.
Pisz. Pisz o Eurypidesach i o Danach Brownach. Bo jak mawiał Stempowski (przytaczam z pamięci, ale szło jakoś tak): „Nie ma na świecie książki na tyle złej, by nie można z niej wydobyć czegoś wartościowego”! Więc czytaj i pisz. O kryminałach i sensacjach, czy co Ci tam jeszcze wpada w ręce. Ale nie zaniedbuj Greków. O co apeluję tylko pro forma, bo wiem, że tak się nie stanie. Grecja jest w Tobie.
Pozdrawiam serdecznie
Jacek
P.S. August – dziękuję za rekomendację. Przeczytam, i to nie tylko ze względu na Owidiusza!
Do katalogu:
Chaucer G., Opowieści kanterberyjskie, tłum. Jarek Zawadzki, Katowice 2024; Eco U., Imię Róży, tłum. Adam Szymanowski, Warszawa 1996; Focjusz, Biblioteka, tom 1, tłum. Oktawiusz Jurewicz, Warszawa 1986; Williams J., August, tłum. Maciej Stroiński, Warszawa 2025; Williams J., Profesor Stoner, tłum. Paweł Cichawa, Katowice 2014.
12 maja 1935 roku zmarł marszałek Piłsudski. Tego samego dnia swoje życie zakończył również Leon Lubomir Kruszyński. Wikipedia podaje, że był polskim doktorem weterynarii, społecznikiem, historykiem regionu i dziennikarzem związanym z Turkiem. W nocie biograficznej nie ma informacji, że był naszym – moim z bratem – pradziadkiem, dziadkiem naszej mamy.
Z Wikipedii można się dowiedzieć o innych faktach z życia Leona Lubomira. Urodził się w 1857 roku. Nie jestem pewien, czy ta data jest prawdziwa, ponieważ Wikipedia dalej informuje, że w 1874 roku współorganizował Straż Ogniową w Turku. Chyba niemożliwe, żeby to robił w wieku 17 lat. Albo więc urodził się kiedy indziej, albo strażą pożarną zajmował się później. Nie urodził się zresztą w Turku, lecz w Łowiczu w zamożnej rodzinie właścicieli fabryki cygar. W połowie XIX wieku na ziemiach polskich w różnych miejscach działały tego typu przedsięwzięcia. Ale jak to się stało, że rodzina Kruszyńskich tym akurat interesem się zajęła?
Leon Lubomir nie wciągnął się jednak w rodzinny biznes, ponieważ wybrał studia weterynaryjne w Wilnie. I kolejne pytanie: dlaczego po studiach osiadł i podjął pracę w małym miasteczku Turek? Może skusił go fakt, że dopiero co powiat turecki został wydzielony z guberni kaliskiej i włączony do warszawskiej? Turek jednak bardzo mu się spodobał, skoro związał się z nim do końca życia (z przerwą tylko w latach 1912-14, gdy pracował w Warszawie, w ministerstwie rolnictwa). Co więcej: stał się wielkim patriotą Turku, jak odmieniają nazwę miasta jego mieszkańcy, w przeciwieństwie do ludzi z zewnątrz, którzy powiedzieliby: Turka. O jego zaangażowaniu w organizację Straży Ogniowej była mowa. W 1912 roku zainicjował działalność progimnazjum męskiego, pierwszej szkoły średniej w Turku. Oczywiście poświęcał też czas teatrowi amatorskiemu. Po odzyskaniu niepodległości, w 1924 roku założył gazetę „Echo Turku”, której był redaktorem naczelnym. Był również współzałożycielem klubu sportowego Tur Turek. Zajmował się historią miasteczka i regionu. Zbierał na jej temat materiały, publikował prace. Już w 1892 roku wydał książkę pt. Turek, monografja miasta.
Leon Lubomir mógłby służyć za typowy przykład polskiego małomiasteczkowego inteligenta, który nie tylko pracował na rzecz lokalnej społeczności, ale angażował się bezinteresownie w różnego rodzaju działania jej służące.

A życie prywatne pradziadka? W Turku kupił i zaadaptował do mieszkania budynek dawnego szpitala cholerycznego (miasto przeżywało parę razy epidemię choroby) przy obecnej ulicy 3 Maja. Obok powstało wspomniane gimnazjum. Idąc dalej ulicą 3 Maja dojdzie się do cmentarza. Wikipedia podaje, że w 1906 roku urodził się doktorowi weterynarii syn, Tadeusz, czyli ojciec mojej mamy. Nie ma informacji, że żoną Leona Lubomira była Czeszka, Sabina Kaun. Skąd się znalazła w Turku? Nie wiem. W miasteczku osiedlali się czescy tkacze, bo Turek w XIX wieku był ośrodkiem tkactwa. Ale czy Sabina miała z nimi jakiś związek? Podobno była pianistką. Jedno jest pewne: nie była rodzoną matką Tadeusza. I to jest historia jak z romansu tamtej epoki. Tadeusza urodziła gosposia pracująca w domu Kruszyńskich – Wiktoria, zwana Wikcią. Legenda rodzinna głosi, że Sabina przyjęła dziecko jak swoje. Tajemnicą pozostaje, czy taki był plan małżonków, czy też Leon Lubomir w przerwach między swoimi licznymi zajęciami uwiódł dziewczynę, jak to było przecież w zwyczaju w niejednym pańskim domu. A w Sabinie zwyciężyła silna potrzeba macierzyństwa, którego natura ją pozbawiła. Tak czy inaczej Sabina była dla Tadzia matką, a Wikcia dalej Kruszyńskim służyła, a do swojego syna mówiła: młody pan. Sabina zmarła po jakimś czasie. Tadeusz dopiero po latach dowiedział się, kim była naprawdę jego mama. A Wikcia wyszła za mąż, miała kolejne dzieci, a ich dzieci pozostają naszą rodziną. Z niektórymi utrzymujemy sympatyczne relacje.
Ta historia pokazuje, że nie jest tak, aby dzisiejsi Polacy pochodzili tylko ze szlachty czy mieszczaństwa, albo tylko z ludu. Czasami to pochodzenie jest mieszane, czyli mówiąc dosadniej: skundlone. Ale może taka mieszanka krwi i genów nie jest zła. Chociaż szkoda, że w naszych nie ma w nich nic czeskiego… Sabinę Kaun nasza mama zawsze wspomina ze szczególną czułością.
Nie ma już śladu po domu Kruszyńskich. W czasie II wojny światowej zajęli go Niemcy i potem zniszczyli. Leon Lubomir leży na cmentarzu w Turku. Miasto pamięta o nim, zasłużonym społeczniku. Jakiś czas temu wydana została przez miejscowe muzeum książka, zbierająca wszystkie prace Kruszyńskiego poświęcone historii Turku. Jedna z ulic nowego osiedla domów jednorodzinnych zyskała patrona w osobie pradziadka. Powstała też wśród młodzieży tureckiego liceum inicjatywa, by Miejski Dom Kultury zyskał imię Leona Lubomira Kruszyńskiego. To miły gest, ponieważ w latach 60. ubiegłego wieku kierowniczką tej placówki była nasza mama.
WOJCIECH MAJCHEREK
Sonet piąty cyklu drugiego: zawilców po-wolność istnienia
Jerzemu, zabliźniająco
Sonet piąty, anemonowy (zawilcowy) otwiera triadę wierszy o kwiatach, w szóstym sonecie Rilke, poeta-ogrodnik, po raz kolejny w swej poezji przygląda się róży-królowej, w siódmym zaś kwiatom w ogóle – jako szczególnemu fenomenowi. W sonecie piątym mowa o istnieniu kwiatu jako istnieniu czystym. Kielich rozchyla się powoli: pełnia otwarcia to już pobliże zamierania, granica rozpadu. Znamy ten przepyszny Rilkeański temat ze słynnego Dinggedicht, zatytułowanego Das Rosen-Innere (Wnętrze róży) – pojawia się ów motyw w wyobraźni poety już w pierwszych latach XX wieku. (Anemon i róża rzeczywiście otwierają się podobnie).
Otwiera jednak Rilke czytany dziś sonet o powolnym otwieraniu się – brawurowo. Powolność jest bowiem również po-wolnością, czyli wolnością światu przychylną, codzienną. A jednocześnie – dla patrzącego i piszącego – zdumiewającą, wybucha więc zarazem jako zachwyt pełnią kwitnienia i trwoga przed nagłym nadmiarem przekwitania (zwłaszcza gdy mowa o rytmie dobowym). Pierwsze trzy strofy sonetu – wbrew tradycji i uznanej logice poetyckiego gatunku – wypowiada się tutaj w głośnej lekturze na jednym zachwyconym i przerażonym oddechu: mówiącemu brakuje powietrza (co doskonale słychać w przerzutni między strofami drugą a trzecią), gdy po lawinie słów, pomieszczonych w jednym zdaniu, pada wreszcie wykrzyknik – w wygłosie dwunastego wersu:

Jastrun:
Mięsień kwiatów, który anemonom
świt łąkowy powoli otwiera,
aż w ich polifoniczne łono
światło czystych niebiosów się wdziera,
w cichą gwiazdę pąkowia napięty,
mięśniu, w swym niezgłębionym odbiorze
nieraz pokonany, pochłonięty
tak, że cichy znak zgonu nie może
oddać ci daleko odrzuconych
brzeżków twych delikatnych ulistnień:
ty decyzjo, siło światów niezliczonych!
Antochewicz:
Mięsień kwiatów, który zawilce
rankiem łąkowym wolno otwiera,
póki w ich łono polifoniczne
nie wpłynie światło czystego nieba,
w cichą gwiazdę kwiatu napiętych
mięśni bezmiernego przyjmowania,
czasem taką pełnią ogarniętych,
że skinienia ciche umierania
ledwie może wstecz cofniętych płatków
brzegi znowu tobie zwrócić skrycie:
ty decyzjo, siło ilu światów!
Pomorski:
Mięsień kwiatu, co na łące brzasku
z wolna, z wolna zawilcom uchyla,
aż w ich pędy w wielogłosym blasku
dźwięcznym niebem chluśnie któraś chwila,
w sennej gwieździe płatków naprężony
mięsień, dożywotni nerw odbioru,
w pełni dnia tak czasem przeciążony,
że u schyłku cichy znak wieczoru
ledwo zdoła odchylone kwiatów
płatki zewrzeć, zwrócić znów ku sobie:
siło woli, mięśniu tylu światów!
Lam:
Muskule kwiatów, który anemonów
łąkowy ranek powoli otwierasz,
aż zacznie się w ich czekające łono
polifoniczne światło niebios wlewać,
w milczącej gwieździe kwiatu naprężony
muskule poczynania ustawnego,
a czasem tak przez pełnię zniewolony,
że powiew chłodu zmierzch zwiastującego
oddać ci na powrót wcale już nie umie
spieszących brzegów płatków promienistych:
o ty, nakazie, siło iluż światów!

Warto zwrócić uwagę na słowa, zaakcentowane przez Rilkego: tak, partykuła „nie” w wyrazie niezliczonych [1] (w oryginale wie – w wieviel, czyli „jak” w „jak wiele” – w „ile?”), kiedy – kolejno w drugiej, trzeciej i czwartej strofie. To – obok szczególnego naruszenia kompozycji sonetowej poprzez rozmijanie się toku semantycznego i wersowego, wersowego i składniowego (trzy różne typy zdań – imperatywne, orzekające, pytajne) – przęsła uważnej lektury. Poeta kładzie nacisk na afirmację, na bezmiar, na niekoherencję dwu życiowych trwań – anemonowego i człowieczego.
Dopiero strofa ostatnia jest pointą. I bardzo smutną diagnozą kondycji ludzkiej. Jest też rodzajem tęsknoty do owego po-wolnego otwierania się, lecz wypowiedzianą z głębi własnego istnienia-jako-oksymoronu, zakończoną pytajnikiem, wskazaniem dojmującej niemożebności:
Jastrun:
Trwalibyśmy dłużej, my, naglący.
Ale kiedy, w jakim ze wszechistnień
tak otwarci i tak przyjmujący?
Antochewicz:
My, Gwałtowni, dłużej trwamy tu na ziemi.
Ale kiedybyśmy, w których z wszystkich istnień
byli Otwartymi i Przyjmującymi?
Pomorski [2]:
Nam, gwałtownym, dłużej przyjdzie pożyć.
Kiedyż jednak, w całej życia dobie,
tak w odbiorze dano się otworzyć?
Lam:
My, tak potężni, trwamy nieco dłużej,
Lecz kiedy, w którym z istnień wszystkich,
Jesteśmy tak otwarci, chętni przyjmowaniu?
W sonecie o naruszonej konstrukcji semantycznej (trzy strofy opisujące istotę kwiatu, jedna, wygłosowa, pointa z pytajnikiem – kondycję człowieka) są tylko trzy zdania. Pierwsze wykrzyknikowe, drugie oznajmiające, trzecie – pytajne. Pierwsze – długie, 12-wersowe, ledwie możliwe do wypowiedzenia na zanikającym oddechu, z którego wykrzesać jeszcze trzeba końcowe wykrzyknienie (mieści się w nim i bezmierny podziw mówiącego, i po-wolne otwieranie się zawilca); drugie – to krótkie twierdzenie, w opozycji do pierwszego, mowa w nim paradoksalnie o dłuższym, acz nie tak pięknym i konsekwentnym jak kwiatu, trwaniu człowieka na ziemi; trzecie wreszcie, dwuwersowe pytanie o sens trwania bez po-wolności, bez bezmiernego otwierania się i przyjmowania. W sonecie, tym kunsztownie lapidarnym gatunku wiersza, Rilke zawarł – wraz ze wszystkimi paradoksami – trzy możliwe odniesienia do własnego i bliźniego bytu: pochwałę, konstatację i wątpliwość.
Poeta to ten rodzaj człowieka, który jako gwałtownik, wyszarpujący sobie wolność, tęskni do innej, nieznanej czułości wobec samego siebie, a w konsekwencji – do świata – także autodestrukcyjnej, lecz na inny sposób. Rilke opisał tę tęsknotę, a jednocześnie tę trwogę, w liście do Lou Salomé, z Paryża, z 26 czerwca 1914 roku: „Jestem jak ten mały anemon, który niegdyś oglądałem w ogrodzie w Rzymie, w ciągu dnia tak szeroko rozwinął płatki, że nie mógł się nocą zamknąć. Strasznie było patrzeć, jak stał na ciemnej łące, szeroko rozwarty, wciąż jeszcze wchłaniając wszystko swym szaleńczo rozchylonym kielichem, z tą wielką, nie kończącą się nocą nad sobą. A obok wszyscy jego mądrzy braciszkowie, każdy zamknięty, każdy wedle swej maleńkiej miary, nic tu ponad normę, Jam podobny do niego, też tak bezbronnie zwrócony ku światu zewnętrznemu […]” [3].
Przypomina się tu inne samorozpoznanie Rilkego mówiącego, że akt poetycki ma coś z kobiecego przyjmowania i rodzenia. Genderowo można by to ująć jeszcze inaczej: liryka Rilkego to liryka par excellence kobieca w takim właśnie, ontycznym, sensie tego słowa. Stąd właśnie w cyklu duinejskim, w Ósmej elegii, owe sentencjonalne i pełne siebie słowa: „Denn Schooß ist alles” („Bo Łono jest wszystkim”). Mówiąc jeszcze inaczej: każde przyjmowanie i rodzenie jest szaleństwem, ryzykiem o randze egzystencjalnej, czynieniem wyjątkowego (inaczej, jako chłodna kalkulacja, nie ma najmniejszego sensu). Otwarty anemon nocą – na łące anemonów o zamkniętych we śnie płatkach – to taki sam wyjątek jak poeta wśród zwyczajnych ludzi. I jak albatros wśród ptaków (autobiograficzny Malte w paryskiej Bibliothèque Nationale wszak „ma poetę”, który nazywa się Baudelaire). Motyw rilkeański, baudelaire’ański, horacjański. Topika u każdego z wielkich poetów inaczej piękna i inaczej smutna.
Pąk zawilca: czy nie przypomina zawiniętego w samego siebie zawile zalążka człowieka? Ludzkie serce: czy nie jest mięśniem jeszcze bardziej niż muskuł anemonu wątłym?
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] U Pomorskiego: „tylu”; u Antochewicza – „ilu”: u Lama – „iluż”.
[2] Pomorski, podobnie jak Jastrun i Lam, respektuje tu wyróżnione przez Rilkego słowo (nie czyni tego Antochewicz z powodu dość karkołomnego kształtu translacji). Akcent zwątpienia pada na „kiedy”. Inaczej zaś niż Jastrun i Antochewicz, nie traktuje autora sonetów jako poety wysokiego modernizmu i obniża rejestr stylistyczny (podobnie do Lama).
[3] Rainer Maria Rilke, Lou Andreas-Salomé, Listy. Tłum. i wstęp Wanda Markowska, wybór, słowo wiążące i przypisy Anna Milska. Warszawa, Czytelnik, 1986, s. 430.
Jurze
…i podniósł się „strietnyj” [1] wiatr. Im bardziej posuwaliśmy się na przód, tym silniej buszował. Wreszcie nad ranem po sześciu godzinach nieludzkiej walki zmęczeni wioślarze podeszli do Szujnawołoka – pustynnego i zabłoconego leśnego ostrowka w odległości dwunastu wiorst od Pietrozawodska.
Paweł Rybnikow
1. Błąd Rybnikowa sprawił, że pytając o wyspę Szujnawołok, leżącą między Baranim Brzegiem, a Iwanowskimi Wyspami, spotykałem się z niezrozumieniem. Może chodzi o Mudostrow, zastanawiali się jedni albo o Kajostrow, podpowiadali drudzy, ale o ostrowku Szujnawołok nikt nie słyszał. Takiej nazwy nie znali nawet przewodnicy karelscy, nie mówiąc o pracownikach kiżskiego muzeum czy miejscowych rybakach. Na żadnej mapie turystycznej nie można go odnaleźć. Właściciel wycieczkowej „Moroszki”, którą wozi turystów po Pietrozawodskiej gubie i powinien znać okolice, nie potrafił nic powiedzieć, a kiedy chcieliśmy go wynająć na godziny, by razem szukać Szujnawołoka, kategorycznie odmówił.
– Na Baranie Rogi nie pójdę za żadne dieńgi – wyrzucił głosem nie znoszącym sprzeciwu – tam grząskie bajoro, jedynie wpław można się przedrzeć. Zresztą, nigdy tam nie byłem i tuszę, że żaden lemboj [2] mnie tam nie zagoni.
Gdy już przestałem wierzyć, że kiedykolwiek odnajdę nieszczęsny Szujnawołok, spotkałem Naumowa. Naum podpowiedział, że warto zasięgnąć języka w Klubie Morskim, albo u Wiktora Dymitrowa, albo u jego syna Aleksieja. U Aleksieja znaleźliśmy nawigacyjne mapy Oniego. Przypominały morskie karty Białego Morza, które mi Wasia podarował na pamiątkę przeprawy na jachcie „Antur” przez Gorło [3]. Wtedy to był rzeczywiście wyczyn, żadne przejście nie kosztowało nas tyle wysiłku. Życie uratowała nam sowa polarna, bo pakowaliśmy się na Siewiernyje koszki, grań podwodnych skał i gdyby nie północny ptak, to tonąc, nie dowiedzielibyśmy się, że nasz kompas kłamał pod wpływem burzy magnetycznej. Na pamiątkę tamtego wydarzenia Wasilij podarował mi niepotrzebne już karty Morza Białego.
– Tobie, Mar, bardziej się przydadzą, skoro do Gorła więcej nie idziemy.
Mapami morskimi Białego Morza wykleiłem wtedy powałę mojej kielji na Sołowkach i wystarczyło, że pisząc Kanin Nos podnosiłem nos do góry, aby widzieć, gdzie aktualnie jesteśmy z Wasiljem w tekście. Rozpisałem się tyle o morskich mapach nie bez kozery, na mapie Aloszy znalazłem w końcu Szujnawołok i nie był to bynajmniej ostrowek, lecz błotnisty cypel Baraniego Brzegu. Nie dziw, że niewiada, o com pytał? No, ale teraz mieliśmy namiar. Bez GPS-u.

Szukałem Szujnawołoka w związku z Rybnikowem, który swoją przygodę z ruskimi bylinami zaczął właśnie tam na cyplu Baraniego Brzegu, dokąd ich przybił sztorm. Tam pierwszy raz Paweł Nikołajewicz usłyszał starzyka Leontija Bogdanowicza ze wsi Sieriodka. Jego bylinę o kupcu Sadko.
2.

Świeżym majowym porankiem 1860 roku radca tytularny Rybnikow pojawił się na nadbrzeżnej Oniego w poszukiwaniu sojmy [4], która zabrałaby go na tamten (pudożskij) brzeg. Był to pierwszy sezon Rybnikowa nad Onieżskim Jeziorem i zrazu rwał się nad Wyg do Daniłowa. Ale pamiętajmy: był pod nadzorem policji. A po wtóre, nie miał farta: „I znowu wszystko wypadnie jak w kartach”. Zamiast na Pudożskim brzegu Oniego wyląduje na Szujnawołoku.
Na przystani dogadał pudożską sojmę, że jak połnosznik [5] ścichnie, pójdą na tamtą stronę. Wcześniej uprzedził generała-majora Wołkowa, gubernatora ołonieckiej guberni, o swoim objeździe pudożskiego kraju dla zbioru danych statystycznych o poddanych. Dlatego nadzór policyjny zelżał nad nim na tyle, że go samego puścili i dopiero w Kargopolu za głowę się złapali, nie dając dalej drogi.
Ledwie wyszli na jezioro, ucichły przez chwilę połnosznik, zaduł ze zdwojoną siłą. Osiem kobiet na wiosłach nie dawało rady. Chcieli wejść między Iwanowskie ostrowa, aby schować się i sztorm przeczekać, a znosiło ich na Baranie Rogi. W końcu po sześciu godzinach walki udało im się podejść do rybackiego stanowiszcza, gdzie miejscowi ukrywali się przed strietnikiem. Zmęczeni zalegli spać pokotem… Zaduch w faterze był taki, że radcę tytularnego Rybnikowa od razu wypchnęło na zewnątrz. Położył się z rybakami u ogniska. Na moment usnął… Raptem obudziła go dziwna ni to pieśń, ni mowa. Dziś powiedziałbym: zaonieżski rap. Otworzył oczy i ujrzał twarz starca nad ogniem. Starzyk opowiadał zaśpiewem zebranym przy ognisku o Sadko. Nie dowierzając uszom, filolog i etnograf w Rybnikowie ocykali się od razu.
– Do cypla Szujnawołok – rzucił Jura – możemy podejść od północy i od południa, bo gdy go zaleje, podtopi i zamieni w przesmyk (jak tego lata, gdy Rybnikow tam chodził, dlatego w Zapiskach pisał o ostrowie, nie zauważywszy, że to zakończenie lądu), można stanąć między lądem a przylądkiem, wtedy Szuj-nawołok rzeczywiście przypomina ostrów. Na moim „japońcu” dojdziemy tam za 20 minut. Umówiliśmy się w Klubie Morskim.
3.

Naum jest jednym ze współzałożycieli Klubu Morskiego w Pietrozawodsku. Miano Admirała dzierży niezwykły czuwak [6], Witia Dymitrow. Jura odwiedza Wiktora dość często, trzyma tu emeryckie sudonuszko [7], na którym pójdziemy w naszą ostatnią ekspedycję. Admirał samoręcznie – można tak powiedzieć – stworzył Muzeum Morskie – wyjątkowe w skali świata – bo nie dość, że w eksponatach i artefaktach pokazuje idee własnego życia, od zbudowania kocza „Pomora”, na którym w 1989 roku dotarł do Spitsbergena aż do Kowczega mira (Arki Przymierza), to jeszcze rapuje dla zwiedzających o swoim wkładzie w dzieje oswojenia Ruskiej Północy. Rzadko spotyka się dziś człowieka głębiej wierzącego we własne dzieło niż Wiktor Leonidowicz – starowier [8] północnego żeglarstwa. Powystawiał w Muzeum Morskim płody własnej myśli konstrukcyjnej oparte na starych rycinach koczów pomorskich, szkun i fregat, niektóre wcielone jego rękami i pod jego okiem w drewno, inne tylko na papierze w formie szkicu, znaku, jak na przykład symbol Arki Przymierza. Atmosfera w Muzeum Morskiego przypomina plan filmowy z minionych lat w dekoracji jakiegoś Schulza albo Wojtkiewicza. Wstępuje się do doń na luziku, jak od garderoby, lecz po chwili nie sposób wychynąć, nie zostawiwszy części siebie w środku. Ma pracowała tam jako przewodnik muzealny, oprowadzając wycieczki. Pierwsza robota w jej życiu. Istny gid.
Stamtąd postanowiliśmy wyruszyć z Naumem w ostatnią ekspedycję śladami Rybnikowa.
– Czemu piszę „ostatnią”? Bo kolana rdzewieją i za burtę dupska wystawiać się nie chce. Ale do Szujnawołoka jest blisko i nawet, gdy w kiszkach zaburczy, zdążymy dopłynąć. N. wzięła ze sobą kawał arbuza, Jura świńską tuszonkę, a ja chleb na drogę. Podzieliliśmy się postami – Naum kapitan, N. główny archeolog ekspedycji i ja – autor tej byli.
W żeglowaniu po północnych szlakach Naum ma rutynę, ważniejsze trakty wodne Ruskiego Siewiera przeszedł, szukając mistrzów północnego sudostrojenia, ich łódek i ich opowiadań. Linię brzegową Jeziora Onieżskiego zna jak własne pięć palców, każdą grzędę i łudę przesmykami obszedł, ostrowa Kiżskiego Ożerelia odszlifował na kazance jak wytrawny jubiler, nie dziw, że zrazu zauważył pod wodą kamienne koryta, którymi kiedyś miejscowi podchodzili do Szujnawołoka. Ponieważ od tamtego czasu woda w Jeziorze Onieżskim uniosła się na półtora metra, ostatni odcinek przyszło robić wpław – jak uprzedzał właściciel „Moroszki” – przez gęstwinę gnijących wodorośli, w bulgotach, pierdach i bańkach podwodnych gazów – do twardego brzegu. Barmaki cięły jak oszalałe.
Z daleka brzeg Szujnawołoka wygląda przystępnie, ale jak każdy brzeg Północy, każde wzgórze czy plaża z bliska zawsze okazuje się, że zwabna niasza [9] przybrała łudząco-zachęcający do penetracji widok, aby wciągnąć za kolana w grząskie błoto – zrób ku niej krok. Dlatego ociągaliśmy się, ociekając arbuzem. W końcu kapitan dał przykład i jako pierwszy poszedł między trzciny. Potem my z N. Z góry czajki się darły, jak gdyby nas już odśpiewywały…
A jednak dobrnęliśmy do błotnego cypla Szujnawołoka.

Przed nami otworzył się prześwit leśny na drugą stronę. Nawałok w Słowniku u Dala, to wąski przesmyk, zwykle błotny, często zalewany wodą, wręcz zatapiany. Pokryty trawą błotną, lilią wodną i ryżawą rzeżuchą. Zarośnięty olchą i osiną, rzadziej sosną. Na Szujnawołoku trzy sosny wystają z linii brzegowej na Baranich Rogach, widać je z dali. Prześwit leśny na drugą stronę zostawia je po prawej. Długo błądziliśmy w zaroślach, co chwilę grzęznąc w leśnej topieli albo brodząc w kępach niedojrzałej moroszki. Aliści prześwit jakby się oddalał i grunt zapadał coraz bardziej. Gorzej, zrobiło się mroczno. Las zasłonił niebo? Burza nad jezioro nadciągała. Znaleźliśmy się w takich krzaczorach, że wzrokiem ich nie przebić. Ani jeziora, ani nieba nad nami nie widać, droga zdawała się nie mieć końca.
W końcu trafiliśmy na ślady starego kostriszcza (od słowa kastior – ognisko). Można przyjąć, że gdzieś tutaj było ognisko, przy którym Paweł Nikołajewicz usłyszał Bogdanowicza z sioła Sieriodka na Kiżach. To tu nastąpiło odkrycie „Islandii ruskiego eposu” przez radcę tytularnego Rybnikowa, na tym przez Boga zapomnianym i zabłoconym zakątku Oniego. To stąd Rybnikow skoczył migiem na wierzchołek ruskiej folklorystyki, ogłoszony odkrywcą ruskich bylin. W przypadku filologa – jak gdyby ślepa kura trafiła na korzec ziarna.
Paweł Nikołajewicz szybko poznali się z Bogdanowiczem i stary obiecywał, że jeżeli pójdą z nim razem na Kiży, to niejedną jeszcze bylinę mu skażet [10]. Powie mu o Dobryniuszce Nikiticzu, o Ilii Muromcu i o udałym Wasiliju Busławiewiczu, o 40 kalikach z kalikami, o Swiatoborze bogatyrze… aż w końcu Rybnikow się skusił, zamieniając marszrutę gubernialnego statysty i zamiast na Pudożski brzeg, popłynął z Leontijem na Kiży. Nie mogę się oprzeć pokusie, aby go w tym miejscu nie spolszczyć: „Poza wodą i niebem nic nie było widać, przynajmniej ja przez swoją ułomną bliskowzroczność niczego nie mogłem w oddali rozpatrzeć, oprócz linii brzegowej, która się zbliżała, raz, i sczezła. Jak tylko wjechaliśmy w Zatokę Kiżską, powietrze i lanszaft raptownie się zmieniły. Zrobiło się tak ciepło, że wioślarze pospuszczali pasy i zrzucili kaftany. Wąski pas zalewu ciągnął się w dali, z obu stron napierały brzegi skalne o kunsztownych formach z wrzynającymi się w nie niewielkimi zatokami, pełnymi wysepek. Snujemy się w cichej zawodzi wśród zarośli suchych trzcin, wszak to maj i zamiast zielonego trzcinowia, wyschnięte od mrozu badyle trzaskają pod wiosłem. Na brzegi poschodziły się sioła, posiołki i uroczyska nad samą wodę. Do jeziora prowadzą «mostowiszcza», przy których cumują łódki. Nade wszystkim zaś panuje surowość władczyni północnej przyrody w błękitnym odcieniu sosen, w chłodnym zarysie skał i w leniwych zgibach jeziora”.
4. Wróćmy na Szujnawołok. Dalsza podróż Rybnikowa i jego dokonania w rosyjskiej folklorystyce są dostatecznie opisane i skomentowane, o Szujnawołoku zaś wzmiankowano raz tylko, i do tego półgębkiem. A przecież Paweł Nikołajewicz właśnie tutaj pierwszy raz usłyszał nie tylko bylinę o kupcu Sadko, ale i powierje, o sile nieczystej Obonieża. Po jakimś czasie wrócił do tematu i napisał swój pierwszy krajoznawczy oczierk Narodnyje powierja i sujewierja w Ołonieckoj guberni, w którym zauważa, że ziemia w wierzeniach Zaonieżan, prócz ludzi, zasiedlona jest mnóstwem widzialnych oraz niewidzialnych istot, których nie sposób zaliczyć do dobrych duchów. Nie mają jednej nazwy ani żadnego związku z biblijnym diabłem. To domowiki, lesowiki i leśni starcy, wodianiki i wodne żony i tak dalej. Kiedyś te duchy były pogańskimi geniuszami, a niektóre należały do panteonu bożków. Po przyjściu chrześcijaństwa pospadały z niebieskich tronów i przechodziły do kultu rodzinnego, nie tracąc do końca władzy nad ludzkim rozsądkiem. Oprócz leśnych, wodianych i pokrewnych duchów istnieją osobne typy sił nieczystych, tak zwane lemboje, ich poddanymi są zakliatyje, a w drużbie z nimi wodzą się kłochtuny lub jerestuny. Zakliatyje to przeklęci przez rodziców, gdy matka powie na przykład „bodaj cię diabli” albo „czort by cię wziął”. Zakliatyje służą lembojom do przenikania w stan ludzi i werbowania nowych zakliatych…
– U was ludzie często popadają pod nieczystą siłę – spytał Paweł Nikołajewicz Leontija Bogdanowicza.
– Łoni to było (zeszłego roku) w Sołomiennoje, żona męża przeklęła – zagadał Leontij – mąż poszedł i przepadł bez śladu, żona w płacz do sąsiada, ten się zżalił i poradził do znachora się udać. Znachor wysłał ją na Baranie Rogi. Zobaczysz prześwit w lesie, powiedział, pójdź nim, aż dojdziesz do końca i po drugiej stronie znajdziesz świat lembojów. Jeśli cię zaproszą do siebie, może znajdziesz wśród nich swojego męża.
Baba poszła dróżką na przelot, wyszła na drugą stronę i zobaczyła wioskę, taką samą jak nasza, izby przysadziste, ławy i stoły nakryte, jadła i picia bez liku, pląsy wokół jak na klepisku w Zaonieżu. Lemboj ujrzał babę i pyta: Po co tu przyszłaś babo? Po męża swojego, płacze babina. Przed babą tłum mężów się nawalił – to go sobie znajdź – rzędami stali, tak samo odziani, jak gdyby z tych samych pleców zdjął, nie odróżnić jednego od drugiego, u każdego płaszcz zapięty na prawą stronę i bielizna na twarzy. Jak martwi na ikonie Sobór Wsjech Swjatych z Ust-Jandomy…
Tymczasem Naum znalazł omszały głaz i zaczął go czyścić, skalpując ze wszelkiej porośli, aż się wyłonił porowaty granit, a na nim bezlik szramów, rowków i spęków. Jura powiada, że to koryto dla spływu krwi ofiarnej, N. się wykłóca, że chyba ryt, a ja na tym rycie kończę jeszcze jedną byl.
MARIUSZ WILK
* Byl – to to, co było, non-fiction. Niekiedy byl przekształca się w bylinę. Rosyjska bylina to byl zaśpiewana, czy raczej zarapowana (wygłoszona swoistym melodycznym recytatywem) i następnie zapisana przez etnografów i ułożona przez nich w strofy, w cykle, w zbiory.
[1] Strietnyj – wiatr wsteczny od słowa wstrieczat: spotykać, iść naprzeciw. Mój sum-posadzki drug Wasia, z którym obeszliśmy całe Morze Białe – wzdłuż i wszerz– każdy jego brzeg i niemal każdą większą wyspę zaliczyliśmy, otóż Wasia o strietnym mawiał, że dujet w chariu, to jest w twarz. Na odlew.
[2] Lemboj – Siła nieczysta. Według Rybnikowa, oprócz ruskich czartów zaonieżskich, czyli wodianików, lasowików, rusałek, domowych i tak dalej, jest jeszcze jedna siła nieczysta, spadek po Saami: lemboj. Z językiego saamskiego lemboj dostał się miejscowego narzecza, zarazem do miejscowej wiary – twierdzi Władimir Dal. Grzbiet Baraniego Brzegu, który od północy okala Zatokę Pietrozawodską, wypiętrza się w jedno wzniesienie – Czertow Stoł. Saami wierzyli, że Lemboj, co na nim siedzi, może rzucić łódkę z delikwentem na Baranie Rogi i po nim. Potem zabobon przejęli miejscowi rybacy, nazywając Lemboja – Czartem. Stąd imię kamiennego płaskowzgórza po drugiej stronie Zatoki, z którego widać miasto Pietrozawodsk jak sceniczną dekoracje nad Nabiereżną w roli sceny.
[3] Gorło – czyli „gardło”, część Białego Morza, przez którą Ocean Lodowaty wchodzi do „basenu” Morza Białego. W czasie odpływu woda odsłania po dwie, trzy mile niaszy – pokrywy błotnej, pełnej malusków, różnych żyjątek i glizd wszelkich. Nurt wody w przypływie jest tak duży, że idąc na pełnych żaglach z wiatrem poputnym w plecy i na motorze od motobota, ma się wrażenie, że stoi się w miejscu, a potem się okazuje, że zepchnęło nas nazad. Iść do przodu można tylko na fali odpływu.
[4] Sojma – rodzaj onieżskiej łodzi z częściowo krytymi burtami, pod którymi można się schować przed deszczem, sztormem i wodną nawałnicą. Napędzana trzema-czterema parami wioseł i prostym żaglem na wypadek wiatru poputnego. Na sojmach wozili zwykle produkty spożywcze hurtem dla kilku sioł. Kobiety z tych wsi najmowały się do wioseł za bezpłatny dojazd do sklepu.
[5] Połnosznik – wiatr północny. Rybnikow w zapiskach zanotował nazwania wszystkich onieżskich wiatrów wedle kierunku, z którego dują. Poobiednik na przykład wieje po obiedzie, czyli ze wschodu, stamtąd mniej więcej, gdzie zegar pokazuje trzecią… A Podwieczornik podmuchuje na five-o-clock z południowego zachodu, wynosząc wonie i aromaty Pietrozawodska na otwartą przestrzeń Zatoki Onieżskiej. Z dala czuć szaszłyki spod Diabelskiego Koła i smużki perfum, sączące się latem z dziewcząt, spacerujących – mimo. W czerwcu Onieżska Nabiereżna pachnie bzem i dziką różą.
[6] Czuwak – zapytałem kiedyś młode dziewczę, studentkę rusycystyki UJ, jak przetłumaczyłaby na swój polski język rosyjskie slangowe słowo czuwak. Odpisała, że to „zajebisty gość”. I takim właśnie zajebistym gościem jest Wiktor Leonidowicz Dymitrow. Jego życiorys zasługuje na długi przypis do historii oswajania ruskiej Arktyki i jednocześnie historia jego Muzeum Morskiego może posłużyć jako wtręt do dziejów Pietrozawodska.
[7] Sudonyszko – małe sudno, łódka. W tym wypadku blaszana kazanka z japońskim motorem yamaha. Emeryckie, bo na takim można chodzić do później starości, zakładając, że nic przy nim nie ma do roboty. (Wszystko, co trzeba, zrobi się u Wiktora). Na niewielkie odległości jak znalazł… Ot, żeby się przewietrzyć onieżskim przestworem, dojść do Kiży, wpaść do Żarnikowo, odwiedzić znajomych w Garnicach albo mnie przywieźć do swojej bani na daczę w Sołomiennoje po drugiej stronie Zatoki.
[8] Starowier – staroobrzędowiec, pokłonnik Starego Obrzędu. W tym wypadku człowiek hołdujący tradycyjnym wartościom, czy to w obyczaju, czy w rękodziele, w sztukach w ogóle czy tylko w sztuce chodzenia pod żaglem, krótko mówiąc zakurzony reakcjonista w stylu Kolumbijczyka Gómez Dávilii.
[9] Niasza – można przełożyć jako „błoto”, ale przekład nie oddaje głębokiego sensu tego słowa. Bliższa byłaby mu bliad awwakumowska („Ditia, ali nie ponimajesz, szto wsja sija wnieszniaja bliad niczto że sut’, jeno prieliest, tlja i paguba”), chodzi bowiem o złudne piękno widzialnego świata na Północy. Z daleka każdy ostrowek – jak zielony klomb, każda zatoczka zaprasza do kąpieli, każdy cypelek do opalania nago… A z bliska błotna topiel i gnus.
[10] Skażet – opowie mówiąc, a nie śpiewając. Rybnikow użył słowa skażet, dając jawnie do zrozumienia, że byliny w jego obecności się wymawiało, a nie wyśpiewywało. Przy tym ważny był rytm tego skaza, często wybijany ręką o dno pustego drewnianego cebrzyka bądź glinianej stągwi.
Któż nie myśli o wydarzeniach, które nastąpią, kiedy dobiegnie kresu jego życie. Nauki empiryczne nie mają w tym względzie wiele do zaoferowania, natomiast nauki teologiczne, owszem, choć i tutaj sprawa nie jest prosta. Ludzkiej wierze bowiem w nowych sytuacjach i kontekstach stawiamy wciąż nowe pytania, które rzucają niespodziane światło na nią samą i powodują, że odkrywamy treści dotychczas niedostrzegane albo nieuwzględniane z należną ostrością. Dlatego niektórzy z moich bliskich zadają mi natarczywe pytania: czy chrześcijańskie orędzie eschatologiczne jest jeszcze wiarygodne, czy wszelkiego rodzaju wyobrażenia o końcu świata, narosłe w historii, nie stanowią zaledwie objawu zbożnej fantazji i przeminą, podobnie jak wyblakną wielobarwne kulturowo konfesyjne uniesienia ludzkości. Czy światowe religie rzeczywiście giną w wariabilistycznym kołowrocie, karmiąc się śmiercią swoich poprzedniczek?
Odpowiadam wówczas, że znam osoby, które są o tym nieugięcie przekonane. Wypowiadają się na temat ontologii dziejów, życia po śmierci czy innych podobnego typu zagadnień, nawiązując do sugestii Koheleta. Ten, zgodnie z zapatrywaniami sobie współczesnych, nie przyjmował istnienia osobowej nieśmiertelności, jako że śmierć ma absolutne zabarwienie, doprowadza zaledwie do Otchłani, gdzie nie spotykamy się z działaniem ani myśleniem, ani wiedzą, ani mądrością (Koh 9, 10). Sugerował, że roszczenia apokaliptyczne o pomyślnym zakończenia ziemskiej egzystencji są pozbawione sensu, gdyż cokolwiek trwa na Ziemi, wraz z ludźmi i zwierzętami, dosięga ten sam nicościujący los. Tego rodzaju sugestie odnajdujemy we wczesnym wierszu Czesława Miłosza Do Skylesa, omówionym na łamach „Księgi Przyjaciół” przez Stefana Chwina.

Fot. Renata Gorczyńska
Z samą analizą tego liryku zgadzam się bezapelacyjnie, choć opiniom „gdańskiego Koheleta”, prześwitującym przez prowadzone przezeń odczytania, dotyczącym pojmowania religii i jej – na mocy wiecznego prawa (?) – nieuchronnego upadku, chrześcijaństwa kryjącego w sobie zło (?) czy rozumienia Kościoła – temu przyklasnąć nie mogę. Należę wszak do grona ludzi pokładających ufność w Chrystusie, Bogu-człowieku, umacniam w świetle łaski przekonanie na zawsze możliwe (własne) nawrócenie na bardziej ewangeliczny sposób życia, i o tego typu tajnikach wypowiadam się w języku wiary. Oznacza to, że moje rozpoznania dotyczące Boga stają się słowem zwróconym wprost do Niego, to zdanie się na Kogoś, kto zawsze jest czymś więcej niż zdołam sobie przedstawić. Jest to mówienie i myślenie analogiczne, do którego kluczem rozumienia pozostaje wiara, nadzieja i miłość. Kiedy się o tym pamięta, każde sformułowanie wiary „rozumie” Boga naprawdę: że On, nieskończenie kochająca Tajemnica, chce się właśnie udzielać w coraz to większej mierze.
W tak ukształtowanym kontekście moje wyznanie wiary zachowuje wartość. Dlatego wszystko, co o tych kwestiach obmyślam, to wyraz mojej niezachwianej nadziei. Akceptuję więc najpierw, że bieg świata, jak też osobiste historie osób mogą i najczęściej zmierzają ku dobremu celowi. Zwracam się w stronę Boga, z którym chciałbym, wraz z tymi, których ukochałem, zjednać się w osobowej unii. Ufam w szlachetnej uniżoności, że cokolwiek by się stało, będzie fascynującą przyszłością, bo u jej źródeł znajduje się sam Stwórca. Staję tedy po stronie owego „nierozsądnego zawierzenia”, którego domeną jest obraz, symbol albo poetycka metafora. Co uzasadnia tę wizję? Głównie siła tkwiąca w każdym człowieku, która przeciwstawia się temu, co śmiertelne i absurdalne, broni się przed rezygnacją i rozpaczą oraz wiara w zmartwychwstanie Jezusa. Ten „cud nad cudami” działa w nas – w radości, pogodzie ducha, w woli i zdolności naśladowania wskazań ewangelicznych, w budowaniu dobra wspólnego, w wytrwałości i czynnym zaangażowaniu na rzecz innych. Chrystus jest przeto uzasadnieniem nadziei chrześcijańskiej. Ponieważ jednak Bóg w swej istocie pozostaje niepojęty, brakuje nam możliwości i chyba odwagi, żeby odpowiedzialnie wypowiadać się o „sprawach ostatecznych”.
Potrafimy natomiast z własnego życia uformować otwarte naczynie, które dopiero sam Bóg napełnia własną pełnią. Toteż – modna i atrakcyjna w wielu środowiskach – teoria reinkarnacji jest nie do przyjęcia. W chrześcijańskim ujęciu rzeczywisty pozostaje tylko naoczny człowiek, który cały jest duszą i cały jest ciałem. Aby wyzbyć się reinkarnacyjnych mrzonek wystarczy codzienne doświadczenie i proste pytanie: dlaczego jestem tym, kim jestem; dlaczego jestem taki, jaki jestem? Bo urodziłem się w określonych warunkach historyczno-klimatycznych, mam takich a takich rodziców, przeszedłem określony szlak edukacyjny, kulturowy i religijny. Wszystko to przynależy do mojej tożsamości. Tymczasem reinkarnacja rozrywa jedność człowieka, pozbawia go łączności z Bogiem, jak również z innymi ludźmi. Każe uczestniczyć w wiecznym i jednorodnym ruchu nieustannie przekształcających się organizmów.
W związku z powyższym przywołuję wiersz Miłosza Sens z tomu Dalsze okolice. Kiedy nad nim rozmyślam, widzę samego poetę, obarczonego ciężarem dramatycznego losu, mądrego, bo dźwigającego oścień egzystencjalnej kruchości, poszukującego Boga i Boga się lękającego, marzącego o sławie i niegodzącego się na rolę narodowego wieszcza. Wyobrażam go sobie, jak idzie przez życie, raz wolniej, raz przyśpieszając kroku. Jak pragnie zmysłowych podniet, a zarazem chce aury kontemplacji i duchowego uciszenia. Mieszają się w nim te porządki, niekiedy sobie przeczą, ale nigdy nie milkną w żywiole historii, polityki, światowej popularności. Tak być musi, bo jesteśmy utkani z tego, co cielesne oraz z tego, co może wznosić się ponad zmysłowy horyzont. Mimo że tworzymy względną psychofizyczną jedność, nie umiemy (w sensie psychologicznym) wyzbyć się poczucia rozdwojenia, rozdarcia. Żaden nasz czyn ani kreatywny wysiłek nie zyskują ponadprzygodnej głębi. Nie jest to powód do niepokoju, raczej niezwyczajnego zadowolenia. Otóż, śmierć sprawia, że możemy oddychać zgodnie z rytmem codziennych dni. Jej dyskretna obecność – niewidzialna, choć odczuwalna – budzi z uśpienia, z marazmu i wygodnictwa. Zmusza do stawiania pytań i dawania nieporadnych (i tylko takich) odpowiedzi.
A skoro śmierć podąża niespiesznie wraz z każdym naszym gestem, każdym ruchem, zaakceptujmy ten stan rzeczy. To konieczny warunek, żebyśmy mogli zobaczyć „podszewkę świata”, przyjrzeć się osobistemu życiu i uświadomić sobie, co naprawdę znaczyło bycie człowiekiem. Kiedy umrzemy, nareszcie „to, co się nie zgadzało, będzie się zgadzać, a to, co było niepojęte, stanie się pojęte”. A jeżeli nie ma „podszewki świata”, jeżeli „drozd na gałęzi nie jest wcale znakiem / Tylko drozdem na gałęzi”, co wtedy? Nie pierwsi się nad tym zastanawiamy. W czasach europejskiego średniowiecza doszło do sporu, owocującego nadzwyczaj paraliżującymi kulturowo skutkami. Dyskutowano wówczas o tzw. powszechnikach. Dlaczego – roztrząsano – rzeczywistość składająca się z widzialnych jednostkowych rzeczy, ujmowana jest w procesie ludzkiego poznania w ogólnych kategoriach rodzajów i gatunków? Czy ta ogólność jest tylko naszym sposobem myślenia o rzeczywistości, czy istnieje ona również i w rzeczach, dla których stanowi wzorzec i właściwe odniesienie? Jedni wołali: istnieje świat najprawdziwszy z prawdziwych, którego niedoskonałym odzwierciedleniem jest to, co napotykamy w ziemskiej realności. Inni zaś ripostowali: nie ma żadnego wyższego świata, są tylko jednorodne rzeczy. I tylko one, nic więcej.

Fot. Renata Gorczyńska
Zwycięzcami batalii okazali się myśliciele, których nazwano nominalistami. Przekonywali, że nie ma zarówno pojęć ogólnych, jak i rzeczy ogólnych; stąd też nie warto poszukiwać „natur rzeczy”, gdyż nic takiego realnie nie istnieje. Stykamy się jedynie z oddzielnymi przedmiotami. W ten sposób zdekonstruowano zasadność rozważań metafizycznych, zwłaszcza typu platońskiego i arystotelesowskiego. Ogromne tereny Europy zostały zainfekowane nominalistyczną konkretnością, rozsiewającą spektakularnie ziarna religijnej obojętności. Przygotowano więc odpowiedni grunt, na którym mogło się już rozrastać myślenie oświeceniowe.
Miłosz rozumiał tę dziejową logikę, ale bez wiary w „drugą przestrzeń” nie wyobrażał swej egzystencji i pisarskiej misji. Nawiedzały go niekiedy gnostycko-manichejskie podniety, lecz – mimo sceptycyzmu i powątpiewań – zaufał Bogu chrześcijan i Kościołowi. Po napisaniu Drugiej przestrzeni otworzył się na czysto teologiczne – nie zawsze zresztą ortodoksyjne (w katolickim sensie) – tony. Zdaje się, że z mniejszą niż dawniej intensywnością oczekiwał na przeżycia, które ukażą powinowactwo świata i ludzi z odwieczną tajemnicą istnienia, lecz bardziej zdawał się na wysiłek zmierzający do nawiązania prawdziwego dialogu z Bogiem. Wcale nie ukrywał tego zamiaru, chcąc uczynić z poezji sposób odsłaniania pierwszych pytań, które wymusza rzeczywistość, a które ogniskują się wokół pojęcia prawdy. Sprzeciwiał się dyskursowi i dyktatowi współczesności, którego wyznawcy bez wahania głosili, że prawda, po pierwsze, może odnosić się tylko do wyodrębnionego stopnia społecznego porozumienia w kręgu pewnej tradycji, stąd też prawdy są prawdziwe jedynie wewnątrz konkretnych gier językowych, a po drugie, prawda w ogóle pozostaje niedosięgła, a może w ogóle nie istnieje.
Miłosz akurat sądził, że istniejące (esse) pozostaje otwarte na niekończące się odczytania, smakowania, rozkoszowania się i prowadzi do progu religijnych zawierzeń. By osiągnąć taki stan duchowy, potrzebna jest dojrzałość, rozsądne i rozważne widzenie krajobrazów, w których się żyje. Poeta ze swego rodzaju przyjemnością pożegnał dekadencję i język „czasu szyderczej szpetoty”, by przyjąć nazewnictwo Oskara Miłosza, rozumiejąc, że i jego poczynania niekiedy były z owym językiem zbieżne. Zawarł zaś trwałe przymierze z dziękczynnym stylem życia, z bytem i pięknem, metafizycznie do siebie przynależnymi. Wiedział, że gdyby nie stykał się ze światem, byłby niemy, nie tylko w sensie artystycznym. Musi następować, podkreślał, ciągłe uderzanie treści dochodzących z zewnętrzności w świadomość pisarza, by mógł się w nim rozpoczynać proces wnikania w sekrety ukryte za każdym pyłkiem istniejącego. Same moce wyobraźni czy intuicja nie zdołają ich odsłonić. Trzeba je wywodzić ze zmysłowo uchwytnych esencji. Dopiero w kolejnych fazach dynamizmu twórczego należy korzystać z dostępnego arsenału literackich narzędzi.
Oto podstawowa metoda strategii pisarskiej realizowanej przez Miłosza. Jej konsekwencją była wyrażana przez niego, zwłaszcza w dukcie lirycznym, pochwała rzeczy, będąca w zasadzie pochwałą człowieka, sztuki i Boga, który jest Panem dziejów: kieruje ku sobie tę zmienną w swoich kolejach historię, pełną wielkości i winy, mimo to zyskującą sens przez to, że „Bóg wcielił się w człowieka”. Miłosz okazuje się w tym ujęciu pisarzem o chrystologicznym zacięciu, zdolnym do „niemego współcierpienia”. Afirmacja świata mieszała się u niego z gorzką melancholią, zaś wypływająca z ducha katarów myśl o odpowiedzialności za ludzkie cierpienie – ze zgodą na jej oddalenie. „Szaleństwo sprzeczności”, jak u Simone Weil, właściwie nigdy nie opuściło jego umysłu. Ale zapytany o prawdomówność różnych wersji Ewangelii odrzekł, że niosą one prawdę. Przyparty zaś do muru kwestią: czy wierzy w absurd zmartwychwstania Jezusa, odpowiedział: „tak i tym samym obalam wszechmoc śmierci”. A śmierć znajdowała się zawsze blisko niego. Odebrała mu umiłowane kobiety, ukochanego syna, kilku przyjaciół. Odczuwał zapewne jej stałe podszepty. Być może dlatego pod koniec życia zaprzestał walki, zdał się na siłę pasji. Rozpoznał, że tylko ona prowadzi do upragnionego celu i uszczęśliwiającego stanu. Zwierzał się:
Wysoko nad ziemią obojętności i bólu
jaśnieje Twoje imię.
ks. JAN SOCHOŃ