Poemat Ba! Wojciecha Kassa powstał w kwietniu 2013 roku. Od tego czasu był drukowany pięciokrotnie, doczekał się też licznych prezentacji radiowych i scenicznych, m.in. w ramach „Salonu rekomendacji mistrzowskich” w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Słowo wstępne wygłosił wówczas Bronisław Maj, a sam poemat przedstawił Krzysztof Orzechowski w oprawie muzycznej Michała Dymnego (gitara elektryczna) i Tomasza Chołoniewskiego (perkusja). W 2014 roku wiersz Wojciecha Kassa został przełożony na rosyjski przez Andrieja Bazylewskiego i ogłoszony na łamach „Nowej Polszy”. Sześć lat później w Teatrze Polskiego Radia odbyła się premiera słuchowiska Ba! wyreżyserowanego przez Michała Zdunika, z udziałem Łukasza Borkowskiego. Wykonawcami Ba! byli również strażacy myszynieckiej OSP, którzy poemat przedstawili (i to na kilkanaście głosów) w adaptacji i reżyserii Barbary Wojciulewicz. Wojciech Kass czytał swój utwór m.in. w Sopocie, Kaliszu, Suwałkach, Piszu, Działdowie, Krasnogrudzie i Zakopanem, niekiedy w duecie z Krzysztofem Napiórkowskim, akompaniującym na pianinie.
Kazimierz Orłoś pisał o poemacie Ba!: „To poezja najwyższego lotu. Jest w niej muzyka i los nasz, metafizyka i polszczyzna, którą tak pisać potrafi tak niewielu”. A Feliks Netz z entuzjazmem dodawał: „Różne klimaty są w tym poemacie, który mógłbym nazwać arcydziełem, ale niech się jeszcze jak trzcina ucukruje, jak tytoń uleży, więc nazwę go tylko tekstem arcydzielnym! Byłem w roku 1959 na spotkaniu z Przybosiem, który takim słowem: «arcydzielny» określił tekst Stanisława Czycza pt. And (ukazał się wtedy w «Twórczości»), więc to słowo ma swoją legendę, i właśnie w tym momencie przyszło do mnie, czując, że jest mi pilnie potrzebne! Poeta Wojciech Kass może cieszyć się, radować, śpiewać, tańczyć i wołać Eheu! Eheu!, może się upić, ale radośnie, albowiem, że tak to ujmę: dotknął Tajemnicy… Poemat jest głosem z tej, ale i z tamtej strony!”.

Po czterech latach Łukasz Borkowski wraca do wiersza Wojciecha Kassa, przekładając go tym razem na scenę. Spektakl-monodram? Tak, choć najwłaściwszym określeniem jest chyba „zdarzenie” albo po prostu „spotkanie”. „Realizacja w Teatrze Polskiego Radia – pisze Borkowski – siłą rzeczy bazowała na wyobraźni słuchaczy, do której odwoływały się tła, efekty i dźwięki wykorzystane w słuchowisku. Skupiłem się na budowaniu roli za pomocą dźwięku, głosu, przestrzeni fonicznej, a także na rozczytywaniu muzyczności poematu – jego rytmu zapisanego w poetyckiej strukturze słowa. Co by było jednak, gdybym miał poemat wykonać na scenie? Gdybym nie mógł schować się za «sitem» mikrofonu, tylko musiał skonfrontować się z widzem, spojrzeć mu w oczy? Kim powinna być postać, która wyjdzie na scenę? Jakiego języka scenicznego użyć do tej opowieści? Czy formy monodramów poetyckich, które w swojej twórczości badali m.in. prof. Irena Jun czy prof. Wiesław Komasa mogą stać się wydarzeniem dziś?”.
Będzie się można o tym przekonać w Leśniczówce Pranie 20, 21 i 22 sierpnia 2025 roku.
Serdecznie zapraszamy.
Zastanawianie się nad Dziennikiem pisanym nocą to zadanie znacznie trudniejsze niż analizowanie opowiadań Herlinga-Grudzińskiego. Z przyczyn oczywistych: opowiadania, chociaż w sumie składają się na dwa grube tomy, są formami krótkimi, zakończonymi — są jak małe szkatułki, które po kolei możemy otwierać, żeby do nich zajrzeć. Dziennik — choć w tytule występuje w liczbie pojedynczej — jest siedmiotomowym ogromem, wężem biegnącym równolegle do biografii autora i w dużej mierze — wbrew autodefinicji narzuconej przez samego Herlinga — odbijającym ją. To odbijanie nie było równomierne we wszystkich dziesięcioleciach, w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przechodziło przez surowy filtr „obiektywizmu”, niechęci do dziennikowej „intymności”. W latach dziewięćdziesiątych kontrola zelżała, autor zaczął nawiązywać do swego życia, minionego i obecnego, w dużym stopniu powierzając się czytelnikowi.
Za wyjaśnienie pierwszej decyzji pisarza — obiektywizmu — może posłużyć jego opinia o różnicy między Dziennikiem własnym a Dziennikiem Gombrowicza: Gombrowicz był postacią tak wielkiego formatu, że wszystko, co pisze o sobie, przeżycia, uczucia, zwierzenia, staje się interesujące. On sam, Herling, nie jest taką osobowością, dlatego woli zaprezentować czytelnikowi „kronikę epoki”, gdzie pisarz zaledwie szkicuje swoją sylwetkę na obrzeżu. Ale owa „kronika epoki” po prostu Herlinga fascynuje, jak mało kogo z pisarzy polskich (może jeszcze Stempowskiego?), i jego pasja do wydarzeń, kt.re są wyrazem nacisku polityki i ideologii na ludzkie masy, odzwierciedleniem przemian cywilizacyjnych, nie wymaga żadnych usprawiedliwień. Czytelnicy kolejnych numerów „Kultury”, kolejnych tomów Dziennika wiedzą: chłonęliśmy, jak urzeczeni, ten sposób pisania o historii obecnej, o historii przeszłej i jeszcze nieobeschłej, o dzisiejszym Zachodzie, o Polsce, o Rosji. W znanym nam kręgu lektur nikt nie wziął na siebie takiego zadania.

Konstanty A. Jeleński, Gustaw Herling-Grudziński, Wojciech Karpiński, Paryż, 1985 (fot. Krzysztof Jung)
W latach dziewięćdziesiątych wiele się zmienia w życiu Herlinga. Z jednej strony Polska i kraje wschodniej Europy odzyskują niepodległość — przełom ogromny dla emigranta politycznego, który najpierw bronią, potem piórem walczył o to przez całe dojrzałe życie. Szybko zauważymy, że nowa Polska niezbyt podoba się pisarzowi i w zapiskach traktuje jej chwalców (chwalców rozwoju ekonomicznego, chwalców świeżej demokracji) z ironią bądź gniewem. Gdy zaczyna podróżować do Polski, ton nieco mięknie, w każdym razie zostaje równoważony tonem pozytywnym. Herling zachwyca się niemal wszystkim, co spotyka na swojej drodze: ludzie, miasta, wydawnictwa, sesje uniwersyteckie z racji doktoratów honoris causa. Ale jest to jakby świat wydzielony, świat jego wędrówek po Polsce, które przynoszą mu, jako pisarzowi i człowiekowi, niesłychane zadośćuczynienie za gorzkie dziesięciolecia emigracji. Gdy Herling wraca do Neapolu, czar pryska, jesteśmy w innej strefie i powraca ton bezwzględnej, często napastliwej krytyki.
Z tych dwóch nakładających się na siebie rzeczy: wolności Polski i uznania, hołdu dla pisarza, wybija się nowa postać Herlinga-Grudzińskiego. Czy uznał, że jest teraz osobistością na tyle ważną, że również to, co napisze o sobie, o swoich ukrytych przeżyciach i wspomnieniach, będzie interesowało ludzi? Jest tak, jakby starzejąc się, pisarz odzyskiwał dla swojego pisarstwa całe obszary spychane przedtem na dno pamięci. Tak będzie w opowiadaniach, tak będzie w Dzienniku. Ale nie znaczy to wcale, że Dziennik zmieni zasadniczo charakter. Jest tym samym Dziennikiem — kroniką czasów, tylko autor dopuszcza do głosu nurt bardziej osobisty, zwłaszcza wspomnienia. Rzeczy najsekretniejsze przekaże w obu tomach Rozmów prowadzonych z Włodzimierzem Boleckim. Rozmowa to nie „dzieło”, chociaż trwa na piśmie, inna jest jej estetyka, inna metafizyka. Co do Dziennika, autor chce go do końca kontrolować, właśnie dlatego, że jest jego „dziełem sztuki”, dziełem najwyższym.
Ktoś, kto interesuje się bliżej Herlingiem — „synem czasu” — ma do dyspozycji niezwykle złożoną i konsekwentną całość: Dziennik pisany nocą, eseje, opowiadania, rozmowy, wywiady. Czy zwykłą oczywistością będzie stwierdzenie, że w każdej z tych odmian twórczości autor zarysowuje się jako ta sama osoba (z rozmaicie przenoszonymi akcentami)? Dziennik zawiera przecież fragmenty eseistyczne i „embrionalne” szkice opowiadań. Ale Herling do opowiadań dorzuca coś nowego dla autora Dziennika. Czyni niepokojącym problemem dwie sprawy wyczuwalne słabiej w Dzienniku: radykalizm (moralny, metafizyczny) oraz irracjonalność (przeciwstawioną kultowi rozumu u współczesnych). Można tu odpowiedzieć, że opowiadania są mniej wiążące od zapisów Dziennika — włada nimi zmyślenie, fikcja narracyjna, skrót, symbol. Ale u Herlinga te funkcje wydają się odwrócone — pisarz jest śmielszy i bardziej może osobisty w nowelach, gdzie konwencja zdrowego rozsądku przestaje obowiązywać. Nie można czytać Dziennika tak, jakby opowiadania nie istniały, nadają one nowy smak, nowy dźwięk kronikarskim jakoby notatkom. Herling wyłania się z tej całości — w ostatnim dziesięcioleciu — coraz bardziej zuchwały, odrębny, coraz bardziej będący sobą.
Podobnie jak w przypadku Gombrowicza, głosy bywają podzielone: co jest ważniejsze, co pełniej, bogaciej ukazuje autora? I jak przy Gombrowiczu, można twierdzić, że „zmyślenie” (literackie) jest uboższe, bardziej jednostronne od „życia” (zapisanego w dzienniku). Czyli, że tak czy owak Dziennikbędzie miał pierwszeństwo. Również dlatego, że takiego Dziennika (poza Herlingiem, poza Gombrowiczem) nie ma — formy literackiej tak pomyślanej, tak przeprowadzonej, pozwalającej na szerokim oddechu zbliżyć się do tak wyjątkowych osobowości. Nie warto się kłócić o pierwszeństwo, chociaż, jak wiadomo, „sąd smaku” każdego z nas chciałby pretendować do uniwersalności. Otwórzmy Dziennik pisany nocą — od razu jesteśmy osaczeni przez czasy, miejsca, ludzi, historię. Kronika pisana nocą, dosłownie czy metaforycznie, jest czymś więcej niż „kroniką” — w ciszy nocy (przerywanej tylko skargą bezdomnych kotów) jej pozornie kronikarski dystans staje się pasją, gniewem, cierpieniem, przebijaniem się do zrozumienia.
EWA BIEŃKOWSKA
Fragment książki Ewy Bieńkowskiej „Pisarz i los. O twórczości Gustawa Herlinga-Grudzińskiego”. Warszawa, Zeszyty Literackie, 2002.
„O miasto, miasto!”. Wywołany słowami poety (poetów: Miłosza mówiącego głosem Eliota) płynącymi z „niematerialnej krainy, ani czasu ani przestrzeni” (jak pisze Miłosz w przedmowie do wierszy Josifa Brodskiego) budynek Hali Targowej we Wrocławiu rysował się, jak niespodzianka, w zimnym powietrzu wczesnej wiosny. Jak ono był bez zapachu i dźwięków. Jego ceglana czerwień pozostawała ironicznym komentarzem do czasów, w jakich przyszło mu żyć: był rok 1987. Jego bryła niczego nie komentowała: wieża z nieczynnym zegarem wznosiła się ku niebu, jakby naprawdę miała pochodzić ze Średniowiecza, nawa główna zaznaczała dyskretnie swoją masywną obecność nie przejmując się, że przestrzeń, którą zajmuje, jest nieskończenie podzielna. Nie, w tym zjawieniu się budynku – wbrew czasowi historycznemu, wbrew przestrzeni, jak ją rozumiał Eleata – nie było nic oczywistego. I może rzeczywiście istniał tajemniczy związek między poematem Eliota poświęconym rozkładowi świata po I wojnie („walące się wieże”), tłumaczonemu przez Miłosza w okupowanej Warszawie, a Halą Targową we Wrocławiu w drugiej połowie lat osiemdziesiątych. Jakby bez rozpadu to, co istnieje nie mogło się ujawnić. Jakby słowa poematu jak aceton usuwały z powierzchni rzeczy lakier myślowych schematów, błędnych wyobrażeń, sloganów, które zagłuszają sumienie. Wreszcie: jakby niewidzialne łączyło się z widzialnym mocną, choć niezrozumiałą więzią.
Jeżeli takie chwile widzenia (chociaż nieweryfikowalne) nie są poezją, to nie wiem, co nią jest.
*
– Powiedz wreszcie, wyraź myśl do końca.
– Ten gmach był jak pierwsza młodość, kruchy i pełen powietrza.
– Coś jeszcze?
– Te cegły, powietrze, gałęzie drzew wokół hali to budulec świata.
– A czas?
– Czas nie.
*
Minionej zimy przyleciał do Polski junko. Widziano go w stadzie sikorek w Puszczy Białowieskiej, przy samej granicy z Białorusią. Może niezwykle silne mrozy w ojczystej Ameryce Północnej skłoniły go do zapuszczenia się tak daleko na wschód. Jedyny raz wcześniej odnotowano jego obecność w Polsce w 1963 roku, na Helu. Pasówki, czyli amerykańskie wróblowate, do których należy, nie występują w Europie. To ptaki Nowego Świata, lęgną się na dalekiej północy, w Kanadzie i na Alasce, a na zimę wędrują w cieplejsze strony. Miłosz zawarł z nimi bliższą znajomość w Kalifornii. „Posyp chleba na trawniku, przyleciały juncos”, pisał w 1961 roku w Po ziemi naszej. Kalifornia nie była wtedy tak przeludnionym, dotkniętym suszą i trawionym pożarami stanem jak dzisiaj, deszcze pojawiały się zimą regularnie, a wielka rzeka Kolorado miała jeszcze przez dziesięciolecia docierać do oceanu. Ale niczym nie przesłonięta chciwość, którą Marks przypisywał kapitalizmowi, a która wydaje się być przyrodzoną cechą większości ludzi już pustoszyła Kalifornię. Każda niewykorzystana przez człowieka kropla wody w rzece uważana była za straconą, stąd wielkie zapory czy pozornie niewinne zraszacze, przez długie godziny spryskujące trawniki. Trzeba było – wtedy – wyobraźni Dostojewskiego, żeby dostrzec w nich zapowiedź „ohydy spustoszenia”, żeby zobaczyć przyszłość tkwiącą przecież zawsze w teraźniejszości.
Czy Miłosz wiedział o pojawieniu się samicy junko (bo była to samica) w Polsce dwa lata po napisaniu wiersza, w którym zawarł swojego rodzaju pakt z Kalifornią? Ten mały ptak musiał przefrunąć nad częścią kontynentu amerykańskiego, Atlantykiem i północną Europą, żeby dotrzeć na Hel. Pokonał tę samą drogę (tyle że w odwrotnym kierunku), którą miała przebyć (w snach, jako ćwiczenie z niemożliwości), żeby spotkać się z poetą jego pierwsza miłość, Gabriela Kunat, bohaterka wiersza Elegia dla NN z 1962 roku, napisanego po jej śmierci w tymże roku w Sopocie.
O czym to wszystko świadczy? O niewidzialnej nici, jaką aż po dziś dzień junko spajają kontynenty i ludzkie losy? O tym, że ziemia nie jest domem dla ludzi i poruszać się po niej swobodnie mogą potomkowie gadów, ptaki, nie my? Oba pytania wywiedzione są z ducha Miłosza.
*
Szukać tego, co jest. Pamiętać, że „jest” może być tylko zwykłą częścią mowy, łącznikiem między podmiotem a orzecznikiem, który nie dowodzi istnienia podmiotu.

*
Dziecinne pragnienie: złapać w rękę promień słońca, jak ten tutaj, przede mną, nad wodą jednego z podwileńskich jezior, do którego wchodzę. Piasek i żwir pod stopami, cierpkie powietrze wrześniowego popołudnia. Zapach ubywania czegoś. Wokół las. Doznanie bardziej niż myśl: i on oddychał tym samym powietrzem, patrzył na ten sam widok. Chciałem zapytać go kiedyś, czemu przed wojną nie zamieszkał na Litwie, wśród bliskich sobie krajobrazów. Nie odważyłem się. Dziś myślę, że – pomijając wszystko inne – byłoby to jak próba schwytania promienia. Rzeczy widzialne, które łowimy, żeby je zaraz utracić.
*
Haydn wspomina w jednym z listów, że śniła mu się muzyka z Wesela Figara Mozarta. Może jest w tym wyznaniu coś więcej niż tylko pochwała młodszego kolegi, którego podziwiał. Jakby za sprawą Figara znalazł się tam, gdzie rodzą się formy. Poezja Miłosza, zwłaszcza ta pisana w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w Berkeley, ma również zdolność zjawiania się we śnie. (Wolno powiedzieć, że słowa „Moja muzyka jest anielska” odnoszą się do twórczości samego poety. W inny sposób wyraził to w liście do Mertona: „Moja poezja jest pogodna”). Annus mirabilis polskiej poezji rozciągnięty na dwie dekady. Nie wiemy prawem jakich przeznaczeń, transmutacji doszło do powstania takich zbiorów jak Gucio zaczarowany czy Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada. Kalifornia jest w nich silnie obecna, choć w przewrotny sposób. Dąb kolczasty czy drzewo laurowe nie mogły Miłoszowi przypominać o olbrzymich drzewach układanych przez Litwinów dla obrony przed Krzyżakami – Kalifornia jest wyzuta z historii, chyba że za historię uznać walkę osadników o złoto. Ileż razy, chodząc po pochyłych ulicach San Francisco, myślałem, jak niestosowne jest tutaj pamiętać o, dajmy na to, dwóch mieczach papieża. Za to zmarznięte eukaliptusy ścinane na opał na zimę mówiły Miłoszowi o pożarze, który strawi świat w Dniu Sądu. Religijna wyobraźnia poety mogła poruszać się od zwątpienia do ekstazy i z powrotem, ale nadzieja na koniec świata, jaki znamy, towarzyszyła mu zawsze – jakkolwiek nieznośnie brzmiałoby to dla dzisiejszego ucha. Ona przesądzała o jego zainteresowaniu apokatastazą, Blakiem czy Marksem, którego idea dezalienacji była przecież świecką wersją eschatologii. Ona stanowi o energii i sile Ziemi Ulro, która miała – w Polsce lat osiemdziesiątych – stać się potężnym antidotum na trapiący naszą kulturę niedowład myślenia o religii.
*
Miłosz nie mógł po prostu odwrócić się od Kalifornii, tak jak zrobił to przed nim Tomasz Mann. Powiedzą, że to z powodu jego witalności, chciwości oczu, o której tyle razy mówił, czy braku światowej sławy, na którą przyjdzie mu jeszcze poczekać, a która pozwoliłaby mu traktować Kalifornię z pewną dezynwolturą. Wszystko to prawda, ale nie cała. Kiedy Miłosz pisał na początku Widzeń nad zatoką San Francisco: „Jestem tutaj”, to naprawdę tam był, choć temu zdaniu towarzyszyło wyznanie z wiersza zwróconego do Wilna: „Nigdy od ciebie, miasto, nie mogłem odjechać”. Kalifornia przyjęta jako ogołocenie, pusta przestrzeń, w którą wdzierają się sny. Dużo ich w wierszach z tamtego czasu – Album snów, Dużo śpię, w Ziemi Ulro padają też słowa o Swedenborgu i jego otwarciu na świat ponadzmysłowy, „kiedy jego dotychczasowy ład intelektualny został rozsadzony przez sny i wizje”. Pisze się wiele o zarozumiałości Miłosza, mniej – o jego pokorze, poddaniu się głosowi, który mówi do niego i prowadzi, aż do granicy dezindiwiduacji. Pozornie przeciwstawne doświadczenia z Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada – przestąpienie progu pałacu Prozerpiny, a z drugiej strony bycie pochowanym pod kamieniem z napisem „Nie było mnie. Byłem. Nie ma mnie. Nie dbam o nic” – mówią właśnie o tym.
Widziałem tablicę z „Nigdy od ciebie, miasto” na dziedzińcu Uniwersytetu Wileńskiego, wmurowaną (z wierszem w języku polskim i litewskim) w ścianę uczelni. Miękkie wrześniowe światło, nikogo o tej porannej porze, rok akademicki się jeszcze nie zaczął. Ale śmiechy, westchnienia, zapalczywe dyskusje, nawet stroje czy fryzury ówczesnych studentów ówczesnego Uniwersytetu Batorego wciąż trwają, na pewno nie bardziej nierealne od nas. Nie sentyment kierował Miłoszem, kiedy pisał o mieście (czy, szerzej, kraju) swojej młodości. Inaczej niż jego stryj Oskar Miłosz (wymówmy z czułością to imię) poeta nie cenił melancholii i nas wszystkich, którzyśmy przeczytali i przeżyli jego książki, na jej działanie uodpornił. Chciał ustanowić poetyckie tutaj. Wilno zjawia się u Miłosza w asyście zimowych dzwonów, dane w widzeniu, które rozrywa tkaninę czasu. W odróżnieniu od swojego stryja Miłosz nie próbował w takim mieście zamieszkać na stałe. Porządek ludzki i porządek spraw, ku którym prowadzi poezja wysokiej miary muszą pozostać oddzielone. Nieprzypadkowo w Ziemi Ulro znajdziemy pochwałę rzeczowości i zaangażowania w codzienne sprawy innego mistyka, Swedenborga. Oto szkolarz na Niedźwiedzim Szczycie, robiący uniwersytecką karierę i doświadczający od czasu do czasu wizji, które zapisywał w wierszach.
Żaden poeta nie jest w Ziemi Ulro tak obficie cytowany (chyba że za poezję przyjąć „traktaty metafizyczne” Oskara Miłosza) jak Blake. Miłosz wspomina o wczesnym urzeczeniu rdzawymi tonami jego poezji – i niektóre strony Ziemi Ulro mają właśnie tę barwę. Jak szczęśliwi byliśmy dzięki tej książce, my, dorastający w latach osiemdziesiątych, że mogliśmy zupełnie inaczej niż to się wcześniej w Polsce przyjęło przeżywać „niebo w płomieniach”! Za Blakiem Miłosz wymienia konstytutywne elementy poetyckiego świata: ziemia, metal. Niech będą to symbole rzeczy, po które wyobraźnia poetycka sięga ponad pozorami codzienności. W końcu sam Miłosz napisał, że pod urodą dnia kryją się „moce elementarne” i że ulotne i wieczne są niby dwie strony jednej kartki. Może to samo dotyczy istnienia i nieistnienia? (I rzeczywiście, autor Dalszych okolic z aprobatą przełożył haiku, które to głosi). Może odległość między istotą a nicością nie jest tak nieskończona, jak poeta zdaje się czasem sugerować? Może praca poetycka polega tyleż na budowaniu, co unicestwieniu?
MARCIN SABINIEWICZ
Sonet drugi cyklu drugiego: „spojrzenia życia, na zawsze stracone”
Jerzemu – przestrzeń serca
Istnieje szkic sonetu drugiego z partii wtórej cyklu, napisanego między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot. To osiem linijek, zatytułowanych Spiegel, du Doppelgänger des Raums, tematyzujących jeden z najbardziej rozpoznawalnych w kulturze śródziemnomorskiej motywów wanitatywnych. Topika przemijania – jako sedno kondycji ludzkiej – wybrzmiewa we frazie „O Spiegel, in dich fort / stürzt die Hälfte des Lächeln”. Zalążek sonetu znajduje bardziej radykalną wersję w samym sonecie, a temat wydaje się jedną z obsesji Rilkeańskiej wyobraźni twórczej, powraca kontynuacyjnie w sonecie trzecim z cyklu drugiego – a także – w Elegii do Maryny Cwietajewej-Efron (o której pisałam niegdyś osobno [1]). W tej późnej elegii padają słowa: „Nichts gehört uns. Wir legen ein wenig die Hand um die Hälse / ungebrochener Blumen (w spolszczeniu Mieczysława Jastruna: „Nic nie należy do nas. Lekko kładziemy dłoń wokół / szyj nadłamanych kwiatów”).
W sonecie tutaj omawianym Rilke próbuje, jak się zdaje, wyrazić istotę przemijania. Wszyscy poeci, wszystkie poetki wszystkich czasów – to właśnie robią. Ostatnio, w przejmującym studium o umieraniu Dunaj. Chyłe pola, rozpisanym na 58 cząstek, Małgorzata Lebda, notuje jakby mimochodem (w cząstce 36.), zwracając się do walczącego ze śmiercią psa: „Jesteś jak wiersz – jeśli wiesz, o co mi / chodzi – wydarzeniem, które nie ma / końca” [2]. Rilke czyni to w stylu wysokiego modernizmu, także poprzez umieszczenie w samym centrum ludzkiej vanitas niebywałej niepochwytności twórczego natchnienia, wzmacniając jeszcze tę niepochwytność uśmiechem dziewczęcym, samotnością o świcie, płomieniem świecy, światłem odbitym. Zaczyna poeta od bardzo rozłożystego (nawet jak na porównanie homeryckie) porównania homeryckiego, które „nie ma / końca”, przekracza granicę pierwszej strofy, zaś domyka się dopiero w połowie drugiej. A i tak domaga się zaraz dwuwersowego dopowiedzenia (dzięki czemu zresztą pierwsza część sonetu ma szczególną koherencję: dopełnia się po długiej introdukcji – jak gdyby kodą w środku życia i w połowie wiersza). W polskich przekładach brzmi to różnie i ciekawie z interpretacyjnego punktu widzenia – czyli odniesienia do drugiej, prócz Orfeusza, bohaterki cyklu sonetowego – dziewczęcej tancerki, młodo zmarłej.

U Jastruna:
Jak mistrzowi z kartką śpiesznie zbliżoną
przepada pomysł prawdziwie [3] zaczęty,
tak często lustra w swe wnętrza chłoną
uśmiech dziewcząt jedyny i święty,
gdy doświadczają samotnie świtu –
albo też w blasku służebnych lichtarzy.
I w oddech nie sfałszowanych twarzy
już tylko pada światło odbite.
U Antochewicza:
Jak czasem na kartce prędkie gesty
mistrza prawdziwą linię utrwalają:
tak często lustra jedyny, święty
uśmiech dziewcząt w siebie wchłaniają,
kiedy samotnie obcują z porankiem, –
albo przy blasku służących lichtarzy.
Zaś oddychanie prawdziwych twarzy
syci się potem tylko odblaskiem.
U Pomorskiego:
Jak ulotny rysunek artysty
rzeczywistości rys czasem odsłania,
tak nieraz lustro uśmiech rzeczywisty,
święty jedyny, dziewczyny wchłania,
gdy rankiem, sama, szkicuje go, bada –
lub przy świetle usłużnych lichtarzy.
Później na oddech prawdziwych twarzy
odblask się tylko nakłada.
U Lama:
Tak jak mistrzowi zbliżona spiesznie
kartka odejmie rys rzeczywisty,
tak często biorą zwierciadła w siebie
jedyny, święty uśmiech dziewczyny,
kiedy doświadcza samotnie ranka, –
a czasem jeszcze w świetle lichtarzy.
I potem w oddech prawdziwych twarzy
odbicie tylko spóźnione wpada.
Najlepiej, jak się zdaje, odczytali część deskryptywną sonetu Jastrun i Pomorski, ten drugi postawił nawet na współbrzmieniowy nadmiar („święty jedyny dziewczyny”) – może celowo – jako na podszewkę tego, co wanitatywne. U Antochewicza i Lama, zwłaszcza u pierwszego z nich, kontur wiersza ma mniejszą wyrazistość. Nikomu jednak nie udało się, co Rilke uczynił z mistrzowską precyzją, dać rymów „eilig” – „heilig” (w pierwszej strofie, gdzie pośpieszne notowanie z natchnienia spotyka się wręcz z uwewnętrznioną esencją dziewczęcości – świętym i ulotnym uśmiechem) ani „allein” – „Widerschein” (w strofie drugiej, w której samotność rośnie we współbrzmieniu z odblaskiem).
Osobny, wyraźnie wyodrębniony, smutny namysł zapisuje poeta w części drugiej czytanego tu sonetu. Polscy tłumacze oddawali tę partię wiersza następująco:
Jastrun (utrzymujący wzorcowo pozycje rymowe Rilkego):
Co [4] niegdyś oczy w sadzy, w kominach,
w dogasającym popiele ujrzały:
spojrzenia życia, na zawsze stracone [5].
Ach, któż straty ziemi przypomina?
Ten tylko, kto głosem otwartym dla chwały
opiewałby serce we wszystko wrodzone.
Antochewicz (rymujący zaledwie przygodnie):
Co niegdyś w gasnących, pokrytych kopciem
kominkach ujrzały oczy marzące:
spojrzenia życia na zawsze stracone.
Ach, któż zna Ziemi straty niezliczone?
Tylko, kto jednak sławiącym głosem
opiewałby serce, we Wszystkim tętniące.
Pomorski (rymujący nie według matrycy Rilkego, acz oryginalnie):
Co oczy niegdyś w popiele dojrzały,
w żarzących się wypatrzyły kominkach:
spojrzenia z życia, zagasłe już do cna.
Ziemskie iskierki: ach cóż po wspominkach?
Ten, co je zna, nie poskąpiłby chwały
sercu, w którym całość wszechmocna.
Lam (który rymuje nie wszędzie dokładnie i żongluje pozycjami współbrzmień):
Cóż kiedyś oczy w powoli gasnącym
żarze kominka z popiołu ujrzały:
iskierki życia, na zawsze stracone.
Ach, któż zna ziemi żałosne utraty?
Tylko kto głosem na przekór sławiącym
wyśpiewa serce, w całość narodzone.
Odwołując się do topiki wanitatywnej, w tym wariantywnie do królewskiego toposu tej grupy stałych motywów wędrownych w repertuarze kultury europejskiej, toposu „ubi sunt” (wywodzącego się z tradycji biblijnej i wzmocnionego arcydzielnym użyciem w Wielkim Testamencie François Villona), Rilke pokazuje dwie strony straty: tę, której nie da się odzyskać (odebranej młodziutkiej tancerce przez Śmierć, tańczącą swój taniec, inny – ostateczny) i tę – przekorną – pieśń serca, jakie nie umiera, jakie jest zawsze całością, narodzone, by trwać.
Sonety do Orfeusza powstają nieco tylko później niż powieściowy arcy-cykl Marcela Prousta. Można by rzec, iż Rilke daje „iskierkom życia, na zawsze straconym”, jak to baśniowo i pięknie spolszcza Andrzej Lam, podwójną odpowiedź. Daje odpowiedź zmarłej tancerki i rozszarpanego Orfeusza – nazwijmy ją odpowiedzią Iwaszkiewiczowską (gdy ten polemizuje w Pannach z Wilka z zaproponowaną przez francuskiego powieściopisarza możliwością odzyskania czasu w procesie twórczym). Udziela też jednak odpowiedzi innej – stricte Proustowskiej: tak, powiada poeta integralnie orficki – to przestrzeń serca jest właściwą przestrzenią trwania, nie tylko czas serca. Być może dlatego w oryginale rymuje się „verlorne” i „geborne” – wygłosy strof trzeciej i czwartej (tak też u Jastruna: „stracone” – „wrodzone” i Lama: „stracone” – „narodzone”).
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Katarzyna Kuczyńska-Koschany, Dichtung an sich – o „Elegii do Maryny Cwietajewej-Efron” Rilkego i dystopii miłosnego spotkania w listach. „Slavia Occidentalis”, tom 71, 2014 nr 2, s. 75-90.
[2] Małgorzata Lebda, Dunaj. Chyłe pola, Wrocław, Warstwy, 2025, s. 42.
[3] Wyróżnienie poety – RMR. Podtrzymują je Jastrun, Pomorski i Lam. Nie uwzględnia – Antochewicz.
[4] Jastrun, Pomorski, Lam – idą tu znów, konsekwentnie, za Rilkem w wyróżnieniu słowa. Antochewicz ponownie tego nie czyni.
[5] Uważam ten wers za kluczowy dla analizowanego sonetu, stąd wykorzystanie spolszczenia Jastruna w tytule próby interpretacyjnej.
Заонежье… Заонежье…
Пристань тихая моя.
Nina Pietruszyna
Po powrocie do Kondy znalazłem za pieczką w pracowni akwaforty Morozowa z lat osiemdziesiątych z cyklu Zaonieże. W pieczce dawno nie palono. Akwaforty trochę zwilgotniały. Przesuszyłem je w zachwycie, rozwieszając na ścianie.
Najpierw tytułowa zaonieżska ilustracja Dom na drzewie. Niczym mój Dom nad Oniego wrośnięty w wysoką topolę jakby chciał się wspiąć i ulecieć. Powyżej ptak w sieci, to niemożność odlotu. W koronie drzewa słuchamy bylin, siedząc w kiżance na gałęziach. Na sąsiednim drzewie pasie się koń. Drogą pomiędzy drzewami idzie zaonieżska babula. Jak gdyby z rybami się snuła. Toli baba? Toli rusałka? Toli surrealizm onieżski, toli oniryczne Zazierkale?

Arkady Iwanowicz Morozow urodził się w Leningradzie w 1950 roku. W 1955 roku jego matka, pracująca w Leningradzie jako tokarz-frezer, przeniosła się z synem do Pietrozawodska, gdzie była kucharką w przedszkolu. Gotowała wirtuozowsko! Morozow przeniósł maminą wirtuozerię z kuchni do pracowni plastycznej. Dzieciństwo spędzał u babci we wsi Szamoksza i na całe Łodejnopolskie zasłynął grą na harmoszce.
Babcia Arkadego miała wielki, piętrowy dom, do którego, na lato przyjeżdżali studenci z Leningradu. Ci studenci nauczyli Arkaszę gry na gitarze, mandolinie i na bajanie. Lubił śpiewać, sam układał czastuszki. Wtenczas do muzyki go ciągnęło, choć słabo to pamięta. Wszystko, co było do wybuchu, rozpływa się jak za mgłą. Bo jako sześciolatek, wyleciał na niemieckiej minie podczas zabawy w chowanego z kolegami nad Swirem. Urwało mu prawą rękę i stracił oko.
We wsi nadrabiał odwagą. Był pacanem, którego wszędzie pełno. O takim na wsi mówi się szałopaj. Bywało, szukali go po całej Szamokszy, a on na traktorze ze znajomym traktorzystą pojechali do sąsiedniego sioła, siedem kilometrów w gości. Był otwarty, wesoły, lubiany. Dzieciństwo nad rzeką Swir wiele mu dało jako artyście. Potem z Zaonieża będzie czerpał inspirację i siłę do końca życia, przyjeżdżając tu, żyjąc, śniąc.

Podstaw profesji uczył się na oddziale grafiki artystycznej w Pietrozawodsku, udział w pierwszych grupowych wystawach przydawał mu wiary w siebie. Chciał studiować monumentalne malarstwo w Moskwie, no inwalidów nie przyjmowali. Miał być artystą, a skończył grafikę na leningradzkim Wydziale Instytutu Malarstwa i Rzeźby im. Repina. Nauczyli go tam rytowania.
Resztę wykształcenia dały mu książki. Czytał dużo, nieraz po kilka książek naraz, to tu, to tam, a potem długo przetrawiał to w sobie. Sporo nauczył się od kolegów z uczelni, byli pośród nich prawdziwi erudyci: Grigorij Sałtun, Walerij Hazow, Sasza Łytykin, Kola Klimuszkin. Dyskutowali o czytanych lekturach na zajęciach rysunku, urzeczeni wówczas Korowinem, Sierowem, Roerichem. Próbował dojrzewać do Cézanne’a, ale Paul Cézanne do końca pozostał dlań niejasny. Potem zafrapował go Wrubel, Klee, Miró, Warhol. Czas nie stoi na miejscu – mówił, szukając powszędy inspiracji – z czasem trzeba iść w nogę.
Dopiero później zrozumiał, że sztuka jest ponadczasowa, że kunszt pojawił się wraz z człowiekiem na ziemi. I że kultura jest w jakimś sensie usprawiedliwianiem się przed Nim, sztuka zaś jest częścią kultury. Kultura tworzy człowieka, oswajając w nim zwierzę. Najlepiej widać to w sztuce pierwobytnej, tak w rytach naskalnych, jak w rysunkach pieczarnych. Kiedy istota pierwobytna staje się człowiekiem.

Morozow zaczyna swą artystyczną karierę na początku lat osiemdziesiątych cyklem akwafort Zaonieże, za które najbardziej go cenię. To Zazierkalie, mój zaświat. Kraina po tamtej stronie lustra, a zarazem wszechświat archetypiczny. Bliżej stąd do pieczary niż do penthouse’a! Do macierzyzny, a nie ojczyzny! W akwafortach czuć nostalgię po uchodzącej zaonieżskiej wsi i jej odwiecznych rytuałach. Morozow rytuje i sny po pijaku, i jawę na trzeźwo w gamie szarości. Zaonieże na jego akwafortach zastygło jak na fotografii z lat siedemdziesiątych, choć w rzeczywistości tego Zaonieża już nie ma. Naprawdę może się przyśnić komuś, kto lata siedemdziesiąte przeżył w Zaonieżu, a nie dajmy na to we Wrocławiu. Aliści większość akwafort jest ponadczasowa. Zbladłe światło księżycowego sierpu jest równie niedosiężne dla dwóch pijanych mużyków z Tołwuji, jak dla chmielnego Li Bo, który wychylił się z łódki, aby je pochwycić.

Żona Morozowa, Tatiana Wiktorowna, twierdzi, że Arkady zakochał się w Zaonieżu dzięki niej. Że to ona go przywiozła do babcinej izby w Mjalzino, kiedy Arkady dopiero szukał swojego rytu. Zobaczył Zaonieże i pokochał je, jak mnie – mówi.
Ale ich syn prostuje, że papa przyjeżdżał tutaj wcześniej, przed poznaniem mamy. Jakby tam nie było, pożenili się i dom babki w Mjalzino stał się dla Morozowa nową Szamokszą. Jak gdyby wrócił do siebie samego sprzed lat! Należy pamiętać, że lata siedemdziesiąte w Zaonieżu to okres, gdy sioło umiera. Niekiedy dosłownie znika z powierzchni ziemi, jak na przykład wielikogubski kołchoz Progress, rozebrany po cegle na budowę chlewów i obór z silikatu, czasami zostaje parę pustych domów o oknach zabitych deskami jak w Wyroziero, czasem cmentarz jedynie. Dookoła żyzne ziemie, lasy bogate drzewem, jeziora – rybą, a sioła wymierały. Morozow to widział, miał odpowiednio „ustawiony głaz”, jak mówiono w instytucie, czyli „nastrojone oko”, jeśli przekładać na polski. W jego przypadku nałożyły się dwa obrazki, Szamoksza końca lat pięćdziesiątych i Mjalzino z lat siedemdziesiątych. Sny o sielskim raju na umierające sioła w dorosłym Zaonieżu. Krasota pociągnięta bólem.

W efekcie powstał cykl przejmujących akwafort pod tytułem Zaonieże, który Morozow zdał, jako swoją dyplomową robotę, a jednocześnie zyskał nim splendor i sławę. Powrócił do Pietrozawodska – jak to się mówi – z tarczą i stał się jednym z guru pietrozawodskiej bohemy. Wystawiał w kraju i na całym świecie, od Alcoy w Walencji po Tajpej na Tajwanie (w Polsce pokazał swoje prace na biennale grafiki w Lublinie), pracował w teatrze, nauczał, wykładał i wychowywał młodych artystów Karelii, w izbie mjalzinskiej na onieżskim krjażu urządzili z Tamą letni salon. (Krjaż – to skalista grzęda, opadająca dosyć stromo do Jeziora Onieżskiego). Przyjeżdżał do nich, komu tylko się nie leniło, Sasza Charitonow i Seriożka Terientiew, Oleg Juntunien, małżeństwo Własienkow i Juffa… Bywało nieraz, że do półtora tuzina gości mieli za jednym zamachem i wszystkich należało nakarmić. Szczęściem, dryg do zaonieżskiej wypieczki Tatiana przejęła po mialzinskiej babci.
– A wiecie, co to są kalitki? To otwarte pierożki w kształcie kobiecego sromu, wypełnione twarogiem, kaszą jaglaną, albo kartoszką. Spróbujcie, proszę.

Arkady Morozow odszedł 20 grudnia 2021 roku. Jego syn Arsenij odziedziczył po papie pracownię na Newskiego i miłość do Zaonieża. Jest artystą fotografem i etnografem zaonieżskiej wsi. Mjalzino od piątku stało się stałym miejscem jego pobytu, potwierdzonym pieczęcią w paszporcie.
Konda, lipiec 25
MARIUSZ WILK
Podróż, dobrowolna czy przymusowa, to przepustka do wolności – nawet jeśli w istocie trwa bez końca, a obietnica, jaką składa, spełnia się w postaci przesuwającego się nieustannie horyzontu.
Powinienem tłumaczyć teraz kolejną z Owidiuszowych opowieści – tę o Likaonie – ale tego nie robię. Mam jednak dobre usprawiedliwienie: od kilkunastu dni jestem „na walizkach” i nie mam przy sobie moich Loebów.
Route 66, znana również jako „Mother Road” lub „Main Street of America”, została otwarta w 1926 roku, więc prawie sto lat temu, i stała się szybko jedną z ikon i wielkich mitów USA. Przebiegając przez osiem stanów, licząc niespełna dwa i pół tysiąca mil, połączyła Chicago z Kalifornią. Podczas Wielkiego Kryzysu wiele rodzin podróżowało nią w poszukiwaniu lepszego życia, co w Gronach gniewu pokazał fenomenalnie Steinbeck. W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych stała się symbolem wolności, ściągając podróżników, beatników i hippisów. Każdy prawie film drogi, który przeszedł do historii kinematografii, rozgrywa się właśnie tu. Choć z użytku drogę wycofano w 1985 roku i zastąpiono ją siecią autostrad, to wciąż wiele odcinków (tzw. Old Rte 66) można przejechać, zatrzymując się w historycznych dinerach na typowo amerykański lunch i kawę z dolewką.

Dla kogoś, kto dorastał w Polsce lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, Ameryka jest i pozostanie mitem. Jestem tu nie po to, by poznać ją taką, jaka jest naprawdę, ale by utwierdzić się w swoich o niej wyobrażeniach.
Zgodnie z najlepszą ze znanych mi definicji, mit to coś, co nigdy się nie zdarzyło, ale co wydarza się wiecznie. Nie wiemy, które z opowieści o Route 66 są prawdziwe i nie bardzo nas to interesuje; chcemy tylko jednego – wciąż na nowo urzeczywistniać tę przygodę: widzieć te krajobrazy, słyszeć te przeboje, przeżywać to wszystko wspólnie z tymi, którzy byli tu przed nami… Czy robili coś wyjątkowego? Niekoniecznie. Ale czyż nasza wyobraźnia nie jest od tego, by zwykłość przemieniać w niezwykłość, a codzienność w niecodzienność? W mit?
Owidiusz zrozumiał to lepiej i wcześniej niż inni. Jego Metamorfozy to nie tylko popis erudycji i językowej maestrii, ale też zwierciadło duszy. Każda przypowieść, każdy mit, z których utkał swoje opus magnum, to w istocie powtórzenie i przetworzenie czegoś, co u samego zarania nie było niczym wyjątkowym; stało się czymś właśnie takim dopiero za sprawą poezji.

Stał się mitem także sam Owidiusz. A nawet – wraz z opowieścią o własnym wygnaniu z Rzymu przez zagniewanego nań cesarza – sam siebie zmitologizował. Nigdy się nie dowiemy, jakie życie los ofiarował poecie nad Morzem Czarnym, czy z Tomi udał się gdzieś dalej, ani – właściwie – czy w ogóle tam wylądował. Ale nie ma to przecież najmniejszego znaczenia!
Czym jest życie, jeśli nie plątaniną mitów?
JACEK HAJDUK
Środa, 11 czerwca
„Dwie przeciwstawne winiety sprawiają, że ten imbryczek staje się miniaturowym globusem. Wystarczy obrócić dzióbek w prawo, a jesteśmy w chińskim ogrodzie rozkoszy, z mężczyzną na mostku, być może uczonym mnichem, machającym na widok zbliżającej się łódki. Dzióbek w lewo i jesteśmy w Południowej Karolinie, z szepczącą coś na wietrze palmą kabaczkową – a Południowa Karolina to Stan Palmowy – i parą żurawi kanadyjskich, także zadomowionych w tym regionie, która szuka chłodu w jej cieniu”. To fragment Anegdoty o imbryczku – ładnego eseju Christophera Benfey’a w „The New York Review of Books”. Bohaterem jest osiemnastowieczny imbryczek do herbaty, którego cena wzrosła z 20 dolarów do 806 tysięcy, kiedy rozpoznano jego pochodzenie: z wytwórni działającego w latach sześćdziesiątych XVIII wieku w Południowej Karolinie angielskiego mistrza Johna Bartlama. Do dziś zachowało się na świecie w nienaruszonym stanie tylko dziesięć takich imbryczków – wszystkie w Anglii. Wyprodukowano je ze świętej glinki Czirokezów, która budziła w Anglii zainteresowanie jako surowiec dla producentów, poszukujących alternatywy dla porcelany. Słynny Josiah Wedgwood zamówił w Ameryce pięć ton tej glinki. Benfey opowiada osobliwą historię Bartlama, a czyni to na tle literackim. Przywołuje początek Portretu damy Henry’ego Jamesa ze słynnym zdaniem o przyjemności, jaką daje codzienna ceremonia popołudniowej herbaty, przeciwstawiając mu (bo w koloniach „las zaczynał się kilka mil czy kilkaset metrów od sfery, ucywilizowanej przez herbatę”) wiersz Wallace’a Stevensa o dzbanku, umieszczonym na wzgórzu w stanie Tennessee: „Dzikość podpełzała do niego / po czym wokół się rozłożyła / już nie dzika”. Z rzeczy późniejszych przypomina motyw porcelanowego czajniczka w ruinach Drezna w Rzeźni numer pięć Vonneguta i film Porcelanowa wojna (2024) o parze artystów-garncarzy, którzy w Kijowie wytwarzają porcelanowe figurki – z przesłaniem: „Ukraina jest jak porcelana, łatwo ją potłuc, ale nie można zniszczyć do szczętu”. Znalazło się też miejsce na cytat z Piosenki o porcelanie Miłosza. Całość kończy się przypomnieniem, że słowo serendipity („szczęśliwy traf”) zostało ukute przez pisarza Horace’a Walpole’a, który był miłośnikiem chinoiseries, kolekcjonerem porcelany i przyjacielem ostatniego gubernatora Południowej Karoliny. Warto by ten zaiste serendipitous esej przetłumaczyć.
*
Wczoraj wieczorem w szpitalnej szafce bibliotecznej znalazłem tomik opowiadań Leszka Proroka z roku 1978, a w nim wyrwany z gazety, ale ze starannie podwiniętymi brzegami, krótki artykuł, chyba z „Życia Warszawy”, pt. Sprawa przestępców z Polski na wokandzie węgierskiego Sądu Najwyższego. Mowa w nim o sprawie „bandy przestępczej, której członkami byli obywatele polscy”, jaka trafiła na wokandę „Sądu Najwyższego WRL”. Oskarżeni „przybyli do WRL jako turyści w latach 1980-81. Po okresie pobytu turystycznego nie powrócili do kraju: przez prawie dwa lata przebywali na Węgrzech utrzymując się z machinacji walutowych i grabieży”. Łączne straty szacowane są na kilka milionów forintów. Za węgierską agencją podano, że chodzi o „Krzysztofa Rybitwę, Adama Walczaka, Marka Jakubowskiego, Jerzego Kudlę i Andrzeja Kupisa”. W sądzie pierwszej instancji otrzymali wyroki od 6,5 do 7 lat pozbawienia wolności. „Odwołując się do Sądu Najwyższego WRL, część oskarżonych wystąpiła o uniewinnienie, a część o złagodzenie kary”.
Pamiętam dobrze Leszka Proroka z czasu, kiedy Alicja działała po wprowadzeniu stanu wojennego w komitecie pomocy dla środowisk twórczych, pamiętam jego śmierć w samochodzie, zimą 1984. Kto włożył ten wycinek do książki? Dlaczego do niej? Kim byli owi oskarżeni? Czym naprawdę zawinili? Czy węgierski Sąd Najwyższy okazał się łagodniejszy od trybunału pierwszej instancji? Co się później działo ze skazanymi? (Może ktoś się zgłosi?) Tyle pytań wokół małego – nie tyle wycinka, co „wyszarpka” z gazety, wczoraj znalezionego. Póki co, spod powieki czytam opowiadania z tomiku Nasze czujne spojrzenia.
*
Karetki podjeżdżają dziś jeszcze częściej, niż wczoraj.
*
W opowiadaniu Trzy gesty Prorok wspomina kolegę po piórze, Stanisława Marię Salińskiego: „ostatnie bodaj słowa, jakie wypowiedział przytomnie, brzmiały: «Ten brzeg i tamten brzeg łączy wąska ścieżka»” [1].
*
Mam współlokatora. Andrzej, producent filmowy, lat 55.
Wieczorem: Ride On (2023), chiński, z Jackie’em Chanem.
Czwartek, 12 czerwca
Jest też u Proroka opowiadanie, mające tematyczny związek z „wyszarpkiem”, a mianowicie Ojcowanie. To historia lubelskiego kieszonkowca, który się nie zgadzał, żeby jego młody syn towarzyszył żonie w odwiedzinach; chciał go uchronić od widoku ojca za kratkami. Komentarz narratora: „wspomnienie o doliniarzu utrwaliło się w mej pamięci jako hasło, które skwapliwie jawi się, ilekroć natrafię gdzieś na zestawienie tych dwóch pojęć: godność i ojcostwo. […] Trudno jednak niesforną pamięć obciążać winą za asocjacyjny dobór ilustracji i przykładów z wielkiego archiwum, które każdy z nas w sobie nosi” [2].
Trzeba tu zaznaczyć, że Leszek Prorok, przed wojną działacz ONR, w roku 1945 został aresztowany za współudział w organizacji podziemnej Armii Polskiej. Dostał siedem lat, wypuszczono go 8 sierpnia 1950 roku. Służba bezpieczeństwa interesowała się nim także w okresie po wprowadzeniu stanu wojennego jako działaczem Zarządu Głównego rozwiązanego ZLP i władz polskiego PEN Clubu; śledzono go podczas wyjazdu do Francji jesienią roku 1983. Opowiadanie przynosi kilka ciekawych szczegółów, słyszanych od owego doliniarza Franka, np. „o dyskretnych propozycjach kół miarodajnych zorganizowania w jednej ze stolic zachodnich bezkarnie i za wynagrodzeniem podkopu pod ambasadą ciekawiącą szczególnie wywiad” albo zatrudnienie odsiadującego wyrok kasiarza do „jakiegoś ministerstwa czy innego wysokiego urzędu” z zadaniem otwarcia „zatrzaśniętej kasy urzędu, do której zagubiono szyfr” [3].
*
„NZZ” pisze o zainteresowaniu, jakie budzi w świecie zapowiedziane na rok 2030 wprowadzenie w Szwajcarii pierwszych pociągów bezzałogowych. Mowa jednak nie o normalnej linii kolejowej, tylko o kolejce wąskotorowej (na torach o szerokości, od niedawna, 100 cm, przedtem węższych), która jeździ w półkantonie Bazylea-Okręg na trasie o długości 13 kilometrów, łączącej Liestal z Waldenburgiem.
A ja dziś na poziomie „minus 1” widziałem młodego człowieka, który ciągnął sam długi pociąg, złożony z dziesięciu solidnych metalowych wózków wysokich na półtora metra i wypełnionych ciężkimi tacami z brudnymi talerzami.
*
Wieczorem: Fallen (1998) z Denzelem Washingtonem i Johnem („Big Lebowski”) Goodmanem.
Piątek, 13 czerwca
Izrael zaatakował Iran. Nowa wojna?
*
Niespodzianka lekturowa w tomiku Proroka: oparte na autentycznych wydarzeniach w dawnej historii Chin opowiadanie Skarbiec Fu-Czenga o starcu, którego pamięć do tekstów pozwoliła ocalić skarby kultury po próbie zniszczenia przez władcę całego dotychczasowego piśmiennictwa. Koniec lat siedemdziesiątych. W czasie, kiedy Waniek z Urbanowiczem tłumaczyli i wydawali w niewielkich nakładach, na przebitce, tybetańską księgę umarłych, Leszek Prorok w zgrabnie napisanym opowiadaniu upowszechniał myśli chińskich mędrców, zaznaczając w nocie końcowej: „Fragmenty poetyckie i maksymy, przytoczone w tekście, tłumaczył prof. Bogdan Richter” [4]. Nakład Naszych czujnych spojrzeń: 10 tysięcy egzemplarzy.
Bogdan Richter to zresztą ciekawa i tajemnicza postać. Urodzony w roku 1891, ukończył orientalistykę w Lipsku, a w roku 1919 został wykładowcą filologii chińskiej i japońskiej na Uniwersytecie Warszawskim. W roku 1929 osiadł w Egipcie jako korespondent „Gazety Polskiej”. Zamieszkał w uzdrowisku Heluan, gdzie stał się właścicielem willi, nazwanej na cześć córki „Jola”. W roku 1930 w jego pensjonacie mieszkała Zofia Kossak-Szczucka, a w roku 1932 marszałek Piłsudski. Wiele podróżował po rejonie Bliskiego Wschodu. Od 6 listopada 1935 do 6 września 1936 roku publikował w „Gazecie Polskiej” reportaże z wojny włosko-abisyńskiej (kiedy zachorował, pałeczkę przejął Aleksander Janta-Połczyński). Richter nigdy nie wrócił do kraju, zmarł w roku 1980.
Niedziela, 15 czerwca
Wieczorem, z mojej inicjatywy (z powodu pewnej książki, którą zacząłem czytać, o czym później) film The Tuskegee Airmen (1995) Roberta Markowitza, o złożonej z samych Murzynów eskadrze pilotów amerykańskich w czasie II wojny; potem The Departed (2006) Martina Scorsese.
Poniedziałek, 16 czerwca
Dziś był w robocie nóż do papieru: w oddziałowej biblioteczce znalazłem nierozciętą książkę, moją równolatkę. W latach siedemdziesiątych zbierałem wydawane za najgłębszej komuny przekłady książek utopijnych socjalistów i komunistów: Fouriera, Saint-Simona, Weitlinga. Korzystały one z taryfy ulgowej cenzury ze względu na to, że o ich autorach pisywali klasycy marksizmu. Do tej kategorii należy też obecne znalezisko, na które wówczas nie natrafiłem: Sprzysiężenie Równych Philippe’a Buonarrotiego.
Filippo Buonarroti (Piza 1761-Paryż 1837) był w prostej linii potomkiem rodzonego brata Michała Anioła. Zawodowy rewolucjonista, jakobin, wolnomularz, zwolennik Babeufa, działacz na rzecz zjednoczenia Włoch, proponował stworzenie światowego spisku dla obalenia wszystkich monarchów. Bodaj najciekawszym epizodem w jego burzliwej biografii są lata 1794-95, kiedy pełnił funkcję komisarza rewolucyjnego ksiąstewka Oneglii na Riwierze Liguryjskiej (połączonego unią personalną z Sabaudią, ale otoczonego terytorium republiki genueńskiej), gdy zostało one zajęte przez Francuzów. W tym krótkim okresie Buonarroti mógł realizować swoje koncepcje idealnego miasta-państwa. W imię ideału równości ludzi zniósł wszelkie przywileje, rozdawał ubogim ziarno siewne, wprowadził bezpłatne szkolnictwo stopnia podstawowego i średniego z programem edukacji laickiej i demokratycznej.
Sprzysiężenie Równych poprzedza silnie zideologizowany wstęp historyka idei socjalistycznych, rektora uniwersytetu moskiewskiego Wiaczesława Wołgina, zakończony wnioskiem: „Bez poznania ruchu babouwistów [5] nie można w pełni zrozumieć rozwoju myśli socjalistycznej na przestrzeni kilkudziesięciu lat poprzedzających bezpośrednio powstanie marksizmu” [6].
Pierwszy tom Sprzysiężenia Równych jest subiektywnie i żywo, z punktu widzenia jednego z głównych uczestników napisaną historią nieudanego spisku Babeufa z maja 1796 roku. Czytałem pojedyncze rozdziałki, kierując się spisem treści i wypisując co bardziej frapujące fragmenty (numer strony w nawiasie).
„Brak pieniędzy był, być może, najbardziej charakterystyczną cechą naszego sprzysiężenia; przywiązanie do bogactw uważane było przez sprzysiężonych za przestępstwo, a tajny dyrektoriat korzystał ze świadczeń patriotów jedynie dla pokrycia najniezbędniejszych wydatków na druk swych pism i na utrzymanie biednych demokratów, których zatrudniał” (s. 161).
„W tym ustroju społecznym wszystko sprzyja rozmnażaniu się rodzaju ludzkiego; wspólnota usuwa przyczyny, które czyni zbliżanie się płci mniej częstym; daje duszom spokój, który jest nam nieznany; wzmacnia ciała przez czynności łagodne i urozmaicone oraz zwiększa ilość produktów użytecznych dla wszystkich, usuwając jednocześnie zbytek i próżniactwo” (s. 203).
Nie rozciąłem całego tomu, niech kto inny za sto lat ma tę samą przyjemność.
Wtorek, 17 czerwca
Wieczorem: Les Intouchables (2011) z Omarem Sy, francuski film o sparaliżowanym arystokracie, oparty na autentycznej historii Philippe’a Pozzo di Borgo. Nawiasem mówiąc, ród Pozzo di Borgo to stara arystokracja korsykańska – Carlo Andrea z nienawiści do swego ziomka Napoleona wstąpił do rosyjskiej służby dyplomatycznej i był ambasadorem Rosji w Paryżu, potem w Londynie; Joseph, antykomunista, był w latach trzydziestych XX wieku działaczem skrajnie prawicowego spisku kagulardów (zachowała się jego korespondencja z Władysławem Sikorskim). Mam wrażenie, że jeden z członków rodu się spolonizował, ale trudno mi to w tej chwili potwierdzić.
Środa, 18 czerwca
Wczoraj „Guardian” pisał o odkryciu w północnej Danii cmentarzyska z drugiej połowy X wieku, zawierającego sporo cennych przedmiotów – perły, monety, ceramikę oraz pudełko z motkiem złotej nici. Są to zapewne groby rodziny jednego z dworaków króla Haralda Sinozębego, który schrystianizował Danię. Król Harald ma jeszcze jedną, pośmiertną, zasługę: od jego przydomka pochodzi nazwa urządzenia do komunikacji bezprzewodowej (Bluetooth), wynalezionego przez pewnego Skandynawa…
Dziś tamże artykuł o ponownym otwarciu Little Museum w Dublinie, gromadzącego eksponaty związane w jakiś sposób ze stolicą Irlandii. Jest tam egzemplarz pierwszego wydania Ulissesa, jest maska pośmiertna Jamesa Joyce’a. Towarzyszą jej okulary słoneczne Bono, jakiś już nie tyle dom, co pałac lalek, oraz cała menażeria wypchanych zwierząt. Biedna maska.
Boże Ciało
Wieczorem: Bogowie (2014) o Zbigniewie Relidze. To nie jest film dla sercowców, zwłaszcza w dniu urodzin, chciałem napisać, ale po zastanowieniu cofam to zastrzeżenie. Mocny.
Piątek, 20 czerwca
W Szwajcarii toczy się debata na temat dalszych losów neutralności tego kraju, ożywiona od roku 2020, kiedy to rząd zadecydował o poparciu sankcji wobec Rosji. Obecnie izba wyższa parlamentu większością głosów uchwaliła postulat wprowadzenia do konstytucji następującej definicji: „Szwajcaria jest neutralna. Jej neutralność jest wiecznotrwała i zbrojna. Federacja korzysta z neutralności, żeby zapewniać niezawisłość i bezpieczeństwo Szwajcarii i przyczyniać się do zapobiegania konfliktom oraz do ich rozwiązywania. Podejmuje się roli pośrednika”. Rząd nadal uważa, że nie ma powodu do zmiany ustawy zasadniczej.
*
Wieczorem: Transporter 3 (2008). Hmm.
Sobota, 21 czerwca
Na urodziny dostałem tomik opowiadań szwajcarskiej pisarki Adelheid Duvanel (1936-96). Bywa porównywana do Roberta Walsera – łączy ich upodobanie do krótkich mrocznych próz i tajemnicza śmierć w podobnych okolicznościach. Myślę, że trafniejsze byłoby porównanie do duktu Heinricha von Kleista. Tylko Duvanel jest od Kleista jeszcze dziwniejsza.
Krótko o życiu. Ciężkie dzieciństwo i młodość (internat, klinika psychiatryczna). Edukacja plastyczna (projektowane tkanin). Małżeństwo z malarzem, życie cyganerii artystycznej. Narodziny córki (zostanie narkomanką, zachoruje na AIDS, urodzi córkę, której los jest dziś nieznany, umrze przed matką). 1968/69 mieszkają w trójkę na wyspie Formenterze (Baleary), w tej mekce hippisów i nudystów. Życie w trójkącie, potem rozwód. Cały czas pisze krótkie opowiadania, od 1976 publikuje je w tomikach. Samobójstwo byłego męża. Znów pobyty w zakładzie psychiatrycznym. Śmierć przez wychłodzenie ciała i nadmiar zażytych leków w wyjątkowo chłodną lipcową noc, w podbazylejskim lesie.
Frederike Kretzen napisała o prozie Duvanel: „To jest mowa szczegółów. Twarda i fantastyczna jak mowa wierszy haiku. To, co ta mowa chwyta – staje się, jest obecne, trwa. Jej dokładność trafia w punkt. Następne zdanie nie da się przewidzieć, powstaje całkiem od nowa w swej własnej teraźniejszości, od razu gotowe. Jego słowa się nie chwieją i nic nie ukrywają. Stoją, są tym, co mówią. Tylko na nie same jest w nich miejsce. Jakby były imionami, którymi można zaklinać świat” [7].
Ta lektura wymaga poświęcenia. Miałem ochotę odłożyć, przeczytawszy na pierwszej stronie: „nie ma nic przyjemniejszego, niż wydłubać z nosa gluta i rozetrzeć go między kciukiem a palcem wskazującym” [8]. Ale się przemogłem, by zostać kilka stron dalej wynagrodzonym takim oto obrazem:
„Dorosła Joanna wdrapuje się przez otwarte okno do pokoju koleżanki; zaparza sobie rumianek i czyta Tomasza z Akwinu, zaciągając się cygarem. Promienie słoneczne padają na małe lusterko zawieszone w klatce z papużką, która czyści sobie piórka; plamka świetlna, rzucana przez okrągłe szkiełko, skacze po całym pokoju jak złota moneta, którą ktoś ciska o ściany” [9].
Przekład polski dziwny. Czytałem, zerkając do oryginału, i coraz to coś mnie zaskakiwało. Na przykład takie zdanie: „Dwóch ważnych rzeczy nie nauczyła się nigdy: grać na fujarce i lizać lodów” [10]. W oryginale jest „einen Ballon aufzublasen und pfeifen” [11], czyli „nadmuchiwać balon i gwizdać”. Po co ta zmiana? Albo: „Młoda kobieta leży na łóżku w korytarzu, jak na kozłach” [12]. Co to znaczy? Jak można leżeć na kozłach? W oryginale jest zwrot „wie auf einem Schragen” [13]. Słowo Schragen może rzeczywiście oznaczać «kozła», zbitego ze skrzyżowanych desek czy palików. Wystarczy jednak zajrzeć do starszych słowników, żeby zobaczyć, że wśród synonimów są też takie słowa jak Ruhebett czy Sopha. „Młoda kobieta leży na łóżku w korytarzu, jak na sofie”. Nawiasem mówiąc, przysłówek schräg to jedno z ulubionych słówek Kleista.
Spod powieki odnotowuję: „Zaciskam powieki. Zamykam się przed światłem dziennym, gdy jestem w tramwaju, pod wiatą na przystanku, w łazience, w poczekalni. Zdumiewające, jak opuszczenie powiek wymazuje cały świat. Najchętniej zatrzasnęłabym również uszy” [14]. Pierwotny strach? Strusi eskapizm? Czy definitywny powrót do platońskiej jaskini?
*
Johnny (2022) o ks. Janie Kaczkowskim. Debiut fabularny Daniela Jaroszka (rocznik 1989), zawodowego twórcy teledysków. Dawno żaden film mnie tak nie poruszył. Przymykam oczy i widzę serię z ukosa filmowanych oczu – rzęsy ks. Jana na samym początku, oczy Patryka przed pójściem do więzienia, oczy ojca w scenie na szosie, oczy siostry i brata, patrzące na umierającego Jana. I słyszę dwa tempa: nerwowy rytm jazdy samochodem, scen w dyskotece i siekania warzyw w kuchni. I graniczący z bezruchem rytm biedermeierowskich wnętrz, albo powolny ruch przybrzeżnych fal.
Niedziela, 22 czerwca

Wczoraj CNN podało, że Pakistan zgłosił kandydaturę Donalda Trumpa do pokojowej nagrody Nobla. Wieczorem Klara z Dziewczynkami ruszyła nocnym lotem z Addis Abeby do Brukseli. W tym samym czasie nieco tylko dalej na wschód amerykańskie samoloty, startujące z bazy na wyspach Czagos na środku Oceanu Indyjskiego, leciały nad Iran, żeby zniszczyć bombami głębinowymi podziemne urządzenia nuklearne.
Wyszedłszy na spacer po przyszpitalnym ogrodzie napotkałem gołębia. Siedział na parapecie nastroszony, z marsową miną. Stalowy gołąb pokoju? Samolot z Etiopii bez opóźnienia wylądował rano w Belgii.
[Późniejszy dopisek: informację o starcie z wysp Czagos zaczerpnąłem z przewidywań „Guardiana”; ex post podano, że bombowce leciały ze stanu Missouri. To jednak tylko dodaje kwestii dramatyzmu: trajektoria ich lotu musiała się tej nocy przeciąć z trasą samolotu pasażerskiego Addis Abeba – Bruksela].
*
Wieczorem: Wonder Woman (2017). Nie mój świat (kino akcji oparte na serii komiksów), ale wmieszanie postaci z greckiej mitologii w świat ludzi w okresie I wojny światowej przypomniało mi zabieg, jakiego dokonał Nikodem Muśnicki, wprowadzając w poemacie Pułtawa (Połock 1803) Pallas Atenę i Marsa na pola walk Karola II i Mazepy z carem.
Poniedziałek, 23 czerwca
Dostałem w prezencie niezwykłą książkę. Podobne drukowano w czasach Renesansu: zbiorki wierszy pochwalnych pióra różnych poetów dla uczczenia jakiejś osoby czy pary nowożeńców. Tutaj poetka jest jedna, za to autorów wyboru („wybiórców”) dziesięcioro. Mam w ręku wielką rzadkość bibliograficzną: jeden z zaledwie dwudziestu (!) egzemplarzy starannie i ładnie wydanego zbioru 80 wierszy jednej z ciekawszych żyjących polskich poetek. Wybierali członkowie trzech pokoleń najbliższej rodziny i ku ich zaskoczeniu okazało się, że wspólnych wyborów było mało: tylko jeden wiersz znalazł się na liście pięciu osób, za to aż pięćdziesiąt utworów miało tylko jednego zgłaszającego. Jak z tego widać, jest to poezja trafiająca do różnych odbiorców. Książka ma białą płócienną oprawę z tłoczonym tytułem i aksamitną niebieską zakładką, co nadaje jej nieco mszalny wygląd. Jeśli jeszcze zważyć, że „wybiórcy” poszczególnych utworów zostali oznaczeni jedną bądź dwiema literami imienia, narzuca się skojarzenie: biblijne sigla. Jest nawet, jak w Nowym Testamencie, J oraz Mk (ten ostatni odpowiada też za projekt typograficzny całości). Wariat w bukszpanie. Biała rodzinna ewangelia.
*
Spod powieki: „[Hitler] po stanięciu przed tłumem zmieniał się w charyzmatycznego mówcę i doprowadzał sfanatyzowaną masę do ekstazy. Hitler nawet wiedział, że trzeba szeroko otwierać oczy, żeby lepiej było widać białka, bo te odbijają światło” [15].
*
Wieczorem: Ciemno (1995), spektakl telewizyjny Janusza Majewskiego. Pomysł z Niespodzianki Rostworowskiego wpisany w realia polskiej wsi okresu transformacji, z dobrą obsadą i dużą dawką mrocznego humoru.
Środa, 25 czerwca
Czarny dzień. Po porannych ćwiczeniach siedzę kompletnie wyczerpany na korytarzu i widzę dwie wysokie bliźniaczki. Ale podeszła do mnie już tylko jedna. Za chwilę idzie dwóch grubych bliźniaków. Ale dochodzi tylko jeden. Zorientowałem się, że to chyba objawy tzw. podwójnego widzenia. Wracam do pokoju na wózku inwalidzkim. Po popołudniowych zajęciach to samo. Na oddziale robią mi EKG, badają krew, zakładają holter. Szpital jest nowoczesny, wyniki badań nadchodzą za chwilę. Z początku jest powód do niepokoju, ale wieczorem sytuacja się normalizuje. Nie trafiam na stół operacyjny. A pogoda dla sercowców okropna.
Czwartek, 26 czerwca
Rano czytam o przygotowaniach do ewakuacji najcenniejszych dzieł sztuki z polskich muzeów na Zachód na wypadek „czarnego scenariusza”. Potem zjeżdżam na dół na gimnastykę serca. W korytarzach jednego skrzydła szpitala z głośnika dobiega komunikat:
UWAGA, UWAGA. WAŻNY KOMUNKAT DLA PERSONELU. WYSTĄPIŁ STAN WYJĄTKOWY. PROSZĘ PRZYGOTOWAĆ PACJENTÓW I POSTĘPOWAĆ ZGODNIE Z INSTRUKCJĄ ZERO.
Gorączka myśli. Jaki stan wyjątkowy?? Pożar w szpitalu? Awaria chemiczna? Eskalacja wątpliwości co do ważności wyborów? Początek rosyjskiej inwazji? Nikt się tym jednak jakoś nie przejmuje. Później dowiaduję się, że uprzedzano, żeby nie zważać na komunikaty węzła radiowego – trwają ćwiczenia przeciwpożarowe. Spałem nad ranem mocno i tego akurat nie słyszałem. Emocja pozostała.
*
Wieczorem: Over the Top (1987) z Sylvestrem Stallone. Sentymentalna opowieść o kierowcy ciężarówek, który osiąga mistrzostwo w siłowaniu się na rękę, żeby odzyskać porzuconego kiedyś syna. Oglądałem z niejaką przyjemnością przez wspomnienia z okresu, kiedy Miłosz i Karol fascynowali się wrestlingiem, a następnie jego wirtualną odmianą pod nazwą: e-wrestling. Wymyślali biogramy zawodników i potencjalne pojedynki, założyli światową ligę, gromadzącą nie tylko nieletnich uczestników, wydawali biuletyn, bawili się na całego. Pamiętam w czasie wycieczki dla stypendystów z rodzinami spotkanie z prezydentem von Weizsäckerem w ogrodach Willi Hammerschmidt. Miłosz przecisnął się między nogami młodych uczonych, mówiąc: „Herr Bundespräsident, czy mogę o coś zapytać?”, po czym wypytał gospodarza spotkana, co sądzi o sporcie, o wrestlingu itp. Po powrocie do Stuttgartu opublikował ten mały „wywiad” w swoim biuletynie. Chłopcy, kiedy wróciliśmy do Warszawy, żeby zachować zdobytą znajomość języka, chodzili do szkoły niemieckiej. Pewnego dnia przebywający z oficjalną wizytą w Polsce Richard von Weizsäcker wizytował Deutsche Schule Warschau. Dyrektor, dowiedziawszy się od Miłosza o tamtym wywiadzie, pokazał wydruk biuletynu prezydentowi RFN, który złożył na nim solenny autograf.
Piątek, 27 czerwca
Wieczorem: po raz drugi Johnny. Potwierdza się pierwsze wrażenie zachwytu, wychwytuję nowe smaki w montażu, scenografii, operowaniu dźwiękiem. To jest film, który w człowieku zostaje na trwałe.

Spod powieki. Fragment kadru z filmu Johnny. Fot. Jan Zieliński
Sobota, 28 czerwca
Kiedy po trzech tygodniach pojawiłem się przed furtką domu w Opypach, powitał mnie głośny i czysty śpiew wilgi.
Bilans pobytu: jednoznacznie pozytywny. Straciłem kilka zbędnych kilogramów. Wróciły siły i ochota do życia. Nabrałem nowych nawyków jedzeniowych i motorycznych. A sam pobyt, mimo więziennych niemal obostrzeń (zakaz opuszczania terenu szpitala) i środowego incydentu, minął całkiem przyjemnie. Miałem czas, żeby podgonić grantowe zaległości przekładowe. Trafiłem na kulturalnego współlokatora, dzięki czemu nie byłem wystawiony na całodzienne słuchanie telewizora, a równocześnie poszerzyłem znajomość sztuki filmowej o pozycje, po które sam bym pewnie nie sięgnął (nie mówiąc już o fascynacji Johnny’m). Maria przychodziła codziennie; odwiedziły mnie też trzy moje doctoressy i dawno niewidziani przyjaciele, Blanka z Tomkiem. Miałem poczucie, że jestem cały czas pod uważną medyczną „skrutynizacją”, która nie polega na doraźnym zalepianiu dziur, tylko jest wychylona w przyszłość, zmierza do wypracowania optymalnego, całościowego modelu dalszej egzystencji. Zobaczymy, co mi się z tego programu uda wykonać.
*
Skończyłem trzydziesty czwarty tom Dzieł Józefa Mackiewicza, niestrudzenie wydawanych w Londynie w jednolitej szacie i sumiennym opracowaniu edytorskim przez Ninę Karsov. 460 stron korespondencji Mackiewicza i Barbary Toporskiej z ich przyjacielem, ciekawym prozaikiem (Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego, Wojna i sezon, Brudne niebo) Michałem Kryspinem Pawlikowskim (Pućków w Ziemi Mińskiej 1893 – wyspa Maui na Hawajach 1972).
Czego można się z tych listów dowiedzieć? Na przykład tego, że jedną z ulubionych lektur dzieciństwa Józefa Mackiewicza było – przywołane przez Pawlikowskiego w Dzieciństwie i młodości Tadeusza Irteńskiego – opowiadanie Sieroszewskiego Latorośle. Mackiewicz pisze do przyjaciela w kwietniu roku 1955: „Ty wiesz, że ten kawałek Sieroszewskiego to był mój zachwyt z lat dziecinnych. Od czasu nie mogłem go jakoś nigdy dostać i przeczytałem dopiero w twoich wypisach” [16]. To opowiadanie o dramatycznej leśnej przygodzie dwóch młodocianych braci (fabułą przypominające Górski kryształ Adalberta Stiftera) zaczyna się od opisu wyprawy na strych, gdzie są rozmaite skarby: „Można tu niespodzianie odkryć całe kopalnie ciekawych rycin z Adamem, Ewą, Abrahamem; obrazów, na których nic nie widać, ale oprawnych w piękne, pozłacane ramy; starych, niepotrzebnych książek, w mocnych tekturowych okładkach; waz prawie całych; wśród tych rupieci znajduje się też stary zegar, który, naciągany, okropnie bzyka, ale chodzić nie chce; całe kłębki szpagatu, moc gwoździ, sprzążek, haków” [17].
W innym liście, z 13 grudnia 1955 roku, Mackiewicz znów wspomina lektury dzieciństwa: „W łóżku nauczyłem się kochać przyrodę, z książki Bogdanowa Priroda, ładniejsza od Bohdana Dyakowskiego Nasz las i jego mieszkańcy” [18].
W liście z 13 sierpnia 1969 roku znalazła się świetna formuła na temat powikłanych stosunków politycznych i narodowościowych na Wileńszczyźnie: „Nasze ziemie były najbardziej rozpiętym wachlarzem sprzeczności, a z ręką na sercu: zapiekłych nienawiści wzajemnych. Jeżeli ma się oddać ich oblicze, to niech będzie oblicze prawdy” [19]. Wachlarz sprzeczności! O paradoksach Ziemi Mińskiej i okolicznych ziem pisze Mackiewicz w swym wspomnieniu pośmiertnym o Pawlikowskim: „[…] była to jedna z ziem należących do wyjątkowego w Europie fenomenu. Leżała bowiem w szczególnym pasie od Oceanu Lodowatego po Morze Czarne, w którym górna, rządząca warstwa ludności nie mówiła nigdzie tym samym językiem co warstwa niższa. W Polsce i szlachcic, i chłop mówili po polsku; w Rosji i jedni, i drudzy po rosyjsku. Ale w Finlandii szlachta mówiła po szwedzku, chłopi po fińsku; w krajach bałtyckich szlachta po niemiecku, a chłopi po estońsku i łotewsku; w Wielkim Ks. Litewskim szlachta po polsku, chłopi zaś po litewsku i białorusku; na Wołyniu ukraińskim i Ukrainie aż po Krym, górna warstwa mówiła po polsku lub rosyjsku, a chłopi po ukraińsku” [20].
Wzbogacają tom dwa teksty wydrukowane w aneksie: przekład przedmowy Mackiewicza do niemieckiego wydania Kontry oraz jego wspomnienie ze służby w 10. Pułku ułanów w pierwszych miesiącach roku 1919. Przedmowa to kapitalny wykład koncepcji historii stosunków politycznych w Europie w XX wieku Mackiewicza, kluczowej dla zrozumienia jego stanowiska politycznego. Była ona przeznaczona do wydania polskiego, w Bibliotece „Kultury”, jak się dowiadujemy z listu z 29 lipca 1957 roku: „[…] cała książka poświęcona jest dowodowi, że demokracje zachodnie nie tylko nie chciały i nie chcą walczyć z bolszewizmem, ale mu z serc i duszy pomagały. Inna rzecz, że Giedroyc uciął mi cały wstęp, w którym to mówię wprost. Wstęp ten, w całości, ukaże się dopiero w wydaniu niemieckim. (Za tydzień już)” [21]. Na przykładzie kilku paradoksów okresu drugiej wojny światowej pisarz pokazuje, jak doszło do sytuacji, którą ujmuje w lapidarną formułę: „«azjatycki» Wschód występuje jako wróg, «kapitalistyczny» Zachód jako sojusznik bolszewików!” [22]. Cała ta przedmowa mogłaby się śmiało znaleźć w dzisiejszych podręcznikach historii współczesnej.
Do wspomnienia o pułku ułanów miałbym jedno uzupełnienie. Mackiewicz, starając się pieczołowicie odtworzyć wszystkie realia w tekście, opatrzonym tytułem Strzępy przez mgłę…, wspomina śpiewane przez ułanów piosenki. Jedna z nich została po fragmencie o „błękitnych oczach z firanką” zidentyfikowana jako rosyjska piosenka o wąsatych huzarach [23]. Bez objaśnienia pozostała inna: „W Bielsku było dość ponuro. Zgorszyliśmy mieszkańców wkraczając do miasta z pieśnią: Tumbaryja! (Po 150-letniej niewoli!)” [24]. Tutaj przydatne mogłoby być sięgnięcie do śpiewnika piosenek legionowych Szula, w którym znalazł się krótki utwór z roku 1914 z tekstem „Nie ma głodu strzelec, / Bo to bestia taka, / Że dziś na widelec / Nabija kozaka” i refrenem ze słowami „Tumba tumba tumbaryja, / Tumbaryja uhaha!” [25].
*
Po południu Addis Abeba (via Bruksela) zjechała do Opypów. Pełno radości i krzyku.
Sobota, 5 lipca
Ścieżki wyrzutków Krystiana Machaja (Gdynia, Novae Res, 2025). Kupiłem tę książkę dla starszego syna, ze względu na podobieństwo życiowej fabuły: bohaterem jest młody człowiek o imieniu Miłosz, doktorant, szykujący się do prestiżowego zagranicznego stypendium, który w życiu stara się kierować sercem; bohater wyjeżdża na Teneryfę i mieszka tam w jaskini wśród hippisów i „offgridowców” (termin używany pierwotnie w fotowoltaice – tu w sensie: żyjący poza systemem). Ale zacząłem sam czytać i szybko się wciągnąłem. Pierwszy tekst, Jaskinie Teneryfy, ma rozmiary przeciętnej dzisiejszej powieści, 250 stron. Narrator całymi dniami zapisuje w zeszycie, słusznie zwanym Myślnikiem, swe obserwacje, rozmowy i przemyślenia. Buzuje w nim, kipi: „Jakbym był iskrą, to chciałbym być ogniem lub wykorzystać swą moc, aby rozpalić świat” (s. 71). Ma swoje własne przyzwyczajenia („Tradycyjnie kichnąłem dwa lub trzy razy na powitane słońca”, s. 106). Był na Rainbow Family Gathering, pociąga go (choć z zastrzeżeniami) muzyka psy-trance. Miejscami przypomina mi Stachurę tą mieszanką zachwytu dla natury i wędrowania z ciągłą potrzebą urządzania świata na nowo i lirycznym sznytem. Wzrusza odkrywaniem na nowo prawd dawno odkrytych. Kiedy pisze „Lampka przykryta prześcieradłem!!! Gdzie jest lampka przykryta prześcieradłem, skoro jest i ciemność i jasność?” (s. 223), zdaje się nie zauważać, że przez ten obraz prześwieca ewangeliczny motyw z Kazania na górze, który Norwid ujął w Promethidionie w formułę „Bo nie jest światło, by pod korcem stało”. Ale też, jak sam w innym miejscu kokietuje, z Biblii pamięta tylko jeden cytat, o miłowaniu bliźniego swego.
Oprócz Jaskiń Teneryfy są w książce jeszcze dwa teksty: krótkie Wspomnienia znad Morza Martwego (budzące o dziwo skojarzenia z pustynnymi opowieściami Hłaski) oraz Rainbow Family Gathering w Finlandii, długi reportaż z posthippisowskiego festiwalu. Słowo reportaż jest tu może za słabe, proza Krystiana Machaja ma bowiem wyraźne ambicje filozoficzne. Jaskinie Teneryfy są jakby współczesną, rozbudowaną wersją platońskiej przypowieści o jaskini. A rozważania, snute w lasach Finlandii przypominają trochę Lato Leśnych Ludzi Rodziewiczówny, ale bardziej Walden Thoreau. Bohater i jego leśni towarzysze przemieszczają się, „jakby unosili się nad ziemią” (s. 287). Kiedy znajdą coś, co budzi ich szczególne zainteresowanie, nadają temu własną nazwę, jak „korost” – spowijający korę „zielony porost o strzępkowatych mackach, tworzący przy samej korze gęstą powłokę niczym naturalny dywan, bardziej szorstki niż miękki, bardziej kwaśny niż słodki” (s. 327). Tak, ten autor generalnie budzi we mnie sympatię.
*
W „NZZ” artykuł o tym, że w X wieku, jakiś czas po pierwszej bitwie pod Poitiers (732), Arabowie zaczęli ponownie zapuszczać się na północną stronę Alp. „To brzmi jak horror, napisany przez skrajnie prawicowego autora: muzułmanie wdzierają się w alpejską krainę, okupują szlaki komunikacyjne, pustoszą klasztory i wioski, wybierają sobie młode kobiety, mordują i wymuszają złoto”. No właśnie – można się zastanawiać nad sensem publikowania takiego artykułu akurat teraz, gdy niemal codziennie nadchodzą z Niemiec nowe wiadomości o incydentach z udziałem młodych „saracenów”.
*
Numer jubileuszowy z okazji pięćdziesięciolecia miesięcznika „W Drodze”. Już w pierwszym tekście, w rozmowie z roku 2006 z pierwszym redaktorem pisma, o. Marcinem Babrajem OP, pod z Majakowskiego wziętym tytułem Żeby nas nie zatłukły kanarki rewelacyjna dla mnie informacja o genezie tytułu pisma: „Chodziły mi po głowie różne pomysły. Długo myślałem o tytule związanym z prawdą, ale był on niewygodny ze względu na skojarzenia z moskiewską «Prawdą». Łacińska wersja «Veritas» kojarzyła się z PAX-em i jego wytwórnią świec i past do butów. Pewnego dnia wpadła mi w ręce powieść Jorisa-Karla Huysmansa W drodze. Pomyślałem od razu, że to dobry biblijny tytuł oddający prawdę o kondycji człowieka, homo viator, będącego w drodze do domu Ojca. I na drugi czy trzeci dzień dostałem list od Jacka Salija z propozycją takiego samego tytułu. Tak więc opatrznościowo wpadliśmy na tę samą nazwę dla pisma”. Kto by pomyślał: autor dekadenckiej powieści Na wspak patronem poznańskiego pisma katolickiego.
Inna dotycząca Francji ciekawostka: „W katedrze Notre Dame w Paryżu jest witraż z zaznaczonymi miejscami pielgrzymkowymi […] Obok Rzymu i Santiago de Compostela jest Święta Góra Polanowska”. Góra Polanowska koło Darłowa, miejsce czczone już w czasach pogańskich, pustelnia franciszkańska przy dawnej Drodze Jakubowej. Na witrażu w Notre Dame? Ciekawe, czy przetrwał pożar i renowację.
Piękny tekst o. Jana Góry OP o starych meblach i wysłużonych przedmiotach, z taką pochwałą wiecznego, jakże wiecznego pióra: „Stryj jakby w testamencie ofiarował mi wyschnięte «wieczne» pióro. To «pióro plebana» stało się jednak najwartościowszym, jakie miałem w ręce. Nie pisząc, napisało przecież moją liryczną historię powołania”.
Ks. Tischner cytuje Rilkego w kontekście budowania domu: „Człowiek odkrywa czas, odkrywa jutro, odsłania mu się przestrzeń, miejsce. «Gdzie ty jesteś, wyrasta miejsce» (R. M. Rilke).
Spod powieki odnotowuję pierwszy pośmiertny cud św. Tomasza z Akwinu: „Jeszcze zanim położono go na marach i rozpoczęto modlitwy, podczas mycia zwłok jeden z braci położył się na nim, w ten sposób, że jego oczy były na równi z oczami Tomasza, i doznał uzdrowienia wzroku”. I jeszcze, z więziennych zapisków z roku 1984 Pawła Kozackiego, późniejszego redaktora naczelnego „W Drodze”: „Dziś Jurek zaskoczył mnie. To dziwny człowiek. Potrafi bez mrugnięcia powieką ukraść komuś setki tysięcy złotych, a dziś w skrytości przed innymi powiedział mi, że nie zaśnie, gdy się wieczorem nie przeżegna”.
Niedziela, 6 lipca
Nie zamierzałem wcale czytać Null, ale chyba będę musiał po tym, co pisze historyk starożytności Marek Węcowski: „To dzieło dopracowane. Wiele w nim opiera się na namyśle nad literaturą starożytną, a nawet pewnymi antycznymi zabytkami. Czytelnicy zorientują się zapewne, jaki konkretny starożytny zabytek ważny jest dla książki, ale nie chcę zdradzać zbyt wiele tym, którzy jeszcze nie czytali”. Zobaczymy.
Poniedziałek, 7 lipca
Nagrodę im. Zajdla w kategorii powieści dostało Rozdroże kruków Sapkowskiego, a w kategorii opowiadania Dlaczego nie ma klanu kruka Aleksandry Janusz. Inwazja kruków na polskie SF?
*

Do Opypów trafiło dziś moje nowe dziecko. Podziękowania zechcą przyjąć: Agnieszka Bolecka za pomysł, Kaja Strzelka za bezkonfliktową współpracę i Katarzyna Krause, dyrektor Instytutu Polskiego w Brukseli (który rzecz wydał na zakończenie polskiej prezydencji w Unii), za życzliwą opiekę.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Leszek Prorok, Nasze czujne spojrzenia, Warszawa, Czytelnik, 1978, s. 47.
[2] Tamże, s. 63.
[3] Tamże, s. 56-57.
[4] Tamże, s. 121.
[5] Od nazwiska Babeufa.
[6] Philippe Buonarroti, Sprzysiężenie Równych. Tom I. Tłum. A[ndrzej] Jeżewski. Warszawa, Książka i Wiedza, 1952, s. 35.
[7] Frederike Kretzen, Poste Restante. Essay. W: Adelheid Duvanel, Fern von hier. Sämtliche Erzählungen. München, btb Literaturverlag, 2022, s. 767.
[8] Adelheid Duvanel, Ostatni akt łaski. Tłum. Dorota Stroińska. Warszawa, Cyranka, 2025, s. 5.
[9] Tamże, s. 13-14.
[10] Tamże, s. 23.
[11] Duvanel, Fern von hier, s. 328.
[12] Ostatni akt łaski, s. 33.
[13] Fern von hier, s. 336.
[14] Ostatni akt łaski, s. 45.
[15] Krzysztof Varga, Zrobić z Goebbelsa idiotę. „Newsweek” 2025 nr 26 s. 52.
[16] Józef Mackiewicz, Barbara Toporska, Michał K. Pawlikowski, Listy. [=Mackiewicz, Dzieła, t. 34]. Londyn, Kontra, 2022 s. 57.
[17] Wacław Sieroszewski, Latorośle. Pustelnia w górach. Czukcze. Warszawa, Gebethner i Wolff, 1900 s. 5. Nazwisko Sieroszewskiego nie pojawia się ani w Ptaszniku z Wilna Boleckiego, ani w antologii Józef Mackiewicz i krytycy. Nie ma go też chyba i w moim zbiorze szkiców Rekontra i inne mackiewicziana.
[18] Listy, s. 71.
[19] Tamże, s. 314.
[20] Tamże, s. 371.
[21] Tamże, s. 95.
[22] Tamże, s. 403.
[23] Tamże, s. 417 i 427.
[24] Tamże, s. 415.
[25] Piosenki leguna tułacza. Zebrał Bogusław Szul. Warszawa-Kraków 1919 s. 45.
Z okazji wystawy Giorgia Morandiego w warszawskiej Zachęcie (18 VII-5 X 2025) przypominamy fragment „Dziennika pisanego nocą” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.
Wielką jest przyjemnością przeglądanie albumu Charlesa Sterlinga Martwa natura […]. Sterling ma niezwykłe wyczucie martwej natury, jeśli np. pisząc o Morandim używa zwrotów „atmosfera nierzeczywistości” i „podniosła medytacja”, to wie dobrze, co robi. Nie waha się również napisać o „przedmiotach jakby przytulonych do siebie w swej samotności”. Morandi był przykuty do swej rodzinnej Bolonii, to zdecydowało o jego przywiązaniu do wazonów, flakonów, wymyślnych niekiedy naczyń kuchennych, jak w mieszczańskim krajobrazie domowym Holendrów. Martwe natury zależą w dużym stopniu od swoich „ojczyzn”, ich neapolitańską ojczyzną są nie tyle przedmioty domowego użytku, co wspaniale skomponowane układy owoców i jarzyn w kioskach ulicznych. Nie dziwię się, że Kot Jeleński uważał Tribunali za najpiękniejszą ulicę świata, z pewnością myśląc o długim szeregu otwartych na ulicę kombinacji owocowych i warzywnych. Często, jako miłośnik Tribunali, myślałem o albumach, takich jak Martwa natura Sterlinga, wzbogaconych o kolorowy załącznik fotograficzny z owocowo-warzywnego królestwa Neapolu. Kompozycje tych kiosków, jak również rybnych, upoważniają do nazywania ich autorów artystami.

Na ogół martwa natura bywa marginesową przyprzążką wielkich pejzażystów, portrecistów, malarzy wnętrz. Ale nie brak malarzy, których martwa natura przyciąga szczególnie, jakby była ich główną, a może i jedyną domeną (chociażby Morandi). Wiele lat temu był w Neapolu Czapski, przyglądałem mu się uważnie podczas naszych spacerów. Jak było w jego zwyczaju, nie rozstawał się ani na chwilę ze szkicownikiem, z piórem, z kredkami. Oszałamiały go właśnie kioski owocowo-warzywne i rybne, nawet jego pospieszne notatki rysunkowe miały od razu swój wyraz. Gorzej z ludzkimi twarzami i pejzażami (wzdychał z zazdrością, oglądając na ścianie mojego pokoju Zatokę Neapolitańską pędzla Corota), drętwiała mu ręka, mgła zasuwała oko.
GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI
Fragment „Dziennika pisanego nocą 1997-1999”. Warszawa, Czytelnik, 2000, s. 283-284.
Przed wystawą Giorgia Morandiego w warszawskiej Zachęcie (18 VII-5 X 2025) przypominamy fragment szkicu Bohdana Paczowskiego.
Mondrian doszedł do swojej abstrakcyjnej syntezy poprzez długie okresy kontemplowania rzeczywistości i szukania w niej jakichś podstawowych zasad porządkujących. Wymowne są w tym sensie jego drzewa i krajobrazy.

Fot. Paolo Monti. Fondo Paolo Monti, BEIC
Przeciwną drogę odbył Giorgio Morandi. Jeśli punktem wyjściowym Mondriana była przestrzeń realna, a metą abstrakcyjna płaszczyzna jego obrazów, to Morandi wyruszył z teoretycznej przestrzeni „metafizycznej”, jaką malował około roku 1919 pod wpływem Giorgia de Chirico i Carla Carry, i dotarł do konkretnej przestrzeni swoich słynnych martwych natur. Przeniósł on jednak do niej metafizyczne napięcie i kontemplację, umiejąc za pomocą pokazania kilku prostych przedmiotów: zakurzonych butelek, wazonów, kubków, odsłonić nieraz ich utajoną najogólniejszą istotę i wyrazić wzniosłość godną Zurbarána.
Można powiedzieć, że na różnicy dzielącej przesłanie Mondriana i Morandiego widać różnicę pomiędzy minimalizmem pionierów nowoczesności a dzisiejszą architekturą o tendencjach minimalnych.
BOHDAN PACZOWSKI
Fragment szkicu „Więcej poprzez mniej” z tomu „Zobaczyć”, Gdańsk, słowo / obraz terytoria, 2005.
Przed wystawą Giorgia Morandiego w warszawskiej Zachęcie (18 VII-5 X 2025) przypominamy wiersz Adama Zagajewskiego, ogłoszony w 21. numerze „Zeszytów Literackich”, a następnie w tomie „Płótno”.

Fot. Paolo Monti. Fondo Paolo Monti, BEIC
Rzeczy czuwały nawet w nocy,
kiedy on spał i śnił o Afryce;
porcelanowy dzbanek, dwie konewki,
zielone butelki po winie, nóż.
Gdy on spał głęboko jak może zasnąć
tylko śmiertelnie znużony stwórca,
rzeczy śmiały się i bunt był blisko.
Ciekawska konewka o długim dziobie
gorączkowo do czegoś namawiała innych
i dziko pulsowała krew w porcelanie,
która nie znała dotyku pijących ust,
tylko oczy, spojrzenie, wzrok.
W dzień pokorniały i nawet były dumne:
całe szorstkie istnienie świata
chroniło się w tych przedmiotach,
opuszczając na chwilę kwitnące drzewa
wiśni i ciężkie serca umierających.
ADAM ZAGAJEWSKI