HOME

Nieskończenie kochająca Tajemnica

Któż nie myśli o wydarzeniach, które nastąpią, kiedy dobiegnie kresu jego życie. Nauki empiryczne nie mają w tym względzie wiele do zaoferowania, natomiast nauki teologiczne, owszem, choć i tutaj sprawa nie jest prosta. Ludzkiej wierze bowiem w nowych sytuacjach i kontekstach stawiamy wciąż nowe pytania, które rzucają niespodziane światło na nią samą i powodują, że odkrywamy treści dotychczas niedostrzegane albo nieuwzględniane z należną ostrością. Dlatego niektórzy z moich bliskich zadają mi natarczywe pytania: czy chrześcijańskie orędzie eschatologiczne jest jeszcze wiarygodne, czy wszelkiego rodzaju wyobrażenia o końcu świata, narosłe w historii, nie stanowią zaledwie objawu zbożnej fantazji i przeminą, podobnie jak wyblakną wielobarwne kulturowo konfesyjne uniesienia ludzkości. Czy światowe religie rzeczywiście giną w wariabilistycznym kołowrocie, karmiąc się śmiercią swoich poprzedniczek?

Odpowiadam wówczas, że znam osoby, które są o tym nieugięcie przekonane. Wypowiadają się na temat ontologii dziejów, życia po śmierci czy innych podobnego typu zagadnień, nawiązując do sugestii Koheleta. Ten, zgodnie z zapatrywaniami sobie współczesnych, nie przyjmował istnienia osobowej nieśmiertelności, jako że śmierć ma absolutne zabarwienie, doprowadza zaledwie do Otchłani, gdzie nie spotykamy się z działaniem ani myśleniem, ani wiedzą, ani mądrością (Koh 9, 10). Sugerował, że roszczenia apokaliptyczne o pomyślnym zakończenia ziemskiej egzystencji są pozbawione sensu, gdyż cokolwiek trwa na Ziemi, wraz z ludźmi i zwierzętami, dosięga ten sam nicościujący los. Tego rodzaju sugestie odnajdujemy we wczesnym wierszu Czesława Miłosza Do Skylesa, omówionym na łamach „Księgi Przyjaciół” przez Stefana Chwina.

 

Fot. Renata Gorczyńska

 

Z samą analizą tego liryku zgadzam się bezapelacyjnie, choć opiniom „gdańskiego Koheleta”, prześwitującym przez prowadzone przezeń odczytania, dotyczącym pojmowania religii i jej – na mocy wiecznego prawa (?) – nieuchronnego upadku, chrześcijaństwa kryjącego w sobie zło (?) czy rozumienia Kościoła – temu przyklasnąć nie mogę. Należę wszak do grona ludzi pokładających ufność w Chrystusie, Bogu-człowieku, umacniam w świetle łaski przekonanie na zawsze możliwe (własne) nawrócenie na bardziej ewangeliczny sposób życia, i o tego typu tajnikach wypowiadam się w języku wiary. Oznacza to, że moje rozpoznania dotyczące Boga stają się słowem zwróconym wprost do Niego, to zdanie się na Kogoś, kto zawsze jest czymś więcej niż zdołam sobie przedstawić. Jest to mówienie i myślenie analogiczne, do którego kluczem rozumienia pozostaje wiara, nadzieja i miłość. Kiedy się o tym pamięta, każde sformułowanie wiary „rozumie” Boga naprawdę: że On, nieskończenie kochająca Tajemnica, chce się właśnie udzielać w coraz to większej mierze.

W tak ukształtowanym kontekście moje wyznanie wiary zachowuje wartość. Dlatego wszystko, co o tych kwestiach obmyślam, to wyraz mojej niezachwianej nadziei. Akceptuję więc najpierw, że bieg świata, jak też osobiste historie osób mogą i najczęściej zmierzają ku dobremu celowi. Zwracam się w stronę Boga, z którym chciałbym, wraz z tymi, których ukochałem, zjednać się w osobowej unii. Ufam w szlachetnej uniżoności, że cokolwiek by się stało, będzie fascynującą przyszłością, bo u jej źródeł znajduje się sam Stwórca. Staję tedy po stronie owego „nierozsądnego zawierzenia”, którego domeną jest obraz, symbol albo poetycka metafora. Co uzasadnia tę wizję? Głównie siła tkwiąca w każdym człowieku, która przeciwstawia się temu, co śmiertelne i absurdalne, broni się przed rezygnacją i rozpaczą oraz wiara w zmartwychwstanie Jezusa. Ten „cud nad cudami” działa w nas – w radości, pogodzie ducha, w woli i zdolności naśladowania wskazań ewangelicznych, w budowaniu dobra wspólnego, w wytrwałości i czynnym zaangażowaniu na rzecz innych. Chrystus jest przeto uzasadnieniem nadziei chrześcijańskiej. Ponieważ jednak Bóg w swej istocie pozostaje niepojęty, brakuje nam możliwości i chyba odwagi, żeby odpowiedzialnie wypowiadać się o „sprawach ostatecznych”.

Potrafimy natomiast z własnego życia uformować otwarte naczynie, które dopiero sam Bóg napełnia własną pełnią. Toteż – modna i atrakcyjna w wielu środowiskach – teoria reinkarnacji jest nie do przyjęcia. W chrześcijańskim ujęciu rzeczywisty pozostaje tylko naoczny człowiek, który cały jest duszą i cały jest ciałem. Aby wyzbyć się reinkarnacyjnych mrzonek wystarczy codzienne doświadczenie i proste pytanie: dlaczego jestem tym, kim jestem; dlaczego jestem taki, jaki jestem? Bo urodziłem się w określonych warunkach historyczno-klimatycznych, mam takich a takich rodziców, przeszedłem określony szlak edukacyjny, kulturowy i religijny. Wszystko to przynależy do mojej tożsamości. Tymczasem reinkarnacja rozrywa jedność człowieka, pozbawia go łączności z Bogiem, jak również z innymi ludźmi. Każe uczestniczyć w wiecznym i jednorodnym ruchu nieustannie przekształcających się organizmów.

W związku z powyższym przywołuję wiersz Miłosza Sens z tomu Dalsze okolice. Kiedy nad nim rozmyślam, widzę samego poetę, obarczonego ciężarem dramatycznego losu, mądrego, bo dźwigającego oścień egzystencjalnej kruchości, poszukującego Boga i Boga się lękającego, marzącego o sławie i niegodzącego się na rolę narodowego wieszcza. Wyobrażam go sobie, jak idzie przez życie, raz wolniej, raz przyśpieszając kroku. Jak pragnie zmysłowych podniet, a zarazem chce aury kontemplacji i duchowego uciszenia. Mieszają się w nim te porządki, niekiedy sobie przeczą, ale nigdy nie milkną w żywiole historii, polityki, światowej popularności. Tak być musi, bo jesteśmy utkani z tego, co cielesne oraz z tego, co może wznosić się ponad zmysłowy horyzont. Mimo że tworzymy względną psychofizyczną jedność, nie umiemy (w sensie psychologicznym) wyzbyć się poczucia rozdwojenia, rozdarcia. Żaden nasz czyn ani kreatywny wysiłek nie zyskują ponadprzygodnej głębi. Nie jest to powód do niepokoju, raczej niezwyczajnego zadowolenia. Otóż, śmierć sprawia, że możemy oddychać zgodnie z rytmem codziennych dni. Jej dyskretna obecność – niewidzialna, choć odczuwalna – budzi z uśpienia, z marazmu i wygodnictwa. Zmusza do stawiania pytań i dawania nieporadnych (i tylko takich) odpowiedzi.

A skoro śmierć podąża niespiesznie wraz z każdym naszym gestem, każdym ruchem, zaakceptujmy ten stan rzeczy. To konieczny warunek, żebyśmy mogli zobaczyć „podszewkę świata”, przyjrzeć się osobistemu życiu i uświadomić sobie, co naprawdę znaczyło bycie człowiekiem. Kiedy umrzemy, nareszcie „to, co się nie zgadzało, będzie się zgadzać, a to, co było niepojęte, stanie się pojęte”. A jeżeli nie ma „podszewki świata”, jeżeli „drozd na gałęzi nie jest wcale znakiem / Tylko drozdem na gałęzi”, co wtedy? Nie pierwsi się nad tym zastanawiamy. W czasach europejskiego średniowiecza doszło do sporu, owocującego nadzwyczaj paraliżującymi kulturowo skutkami. Dyskutowano wówczas o tzw. powszechnikach. Dlaczego – roztrząsano – rzeczywistość składająca się z widzialnych jednostkowych rzeczy, ujmowana jest w procesie ludzkiego poznania w ogólnych kategoriach rodzajów i gatunków? Czy ta ogólność jest tylko naszym sposobem myślenia o rzeczywistości, czy istnieje ona również i w rzeczach, dla których stanowi wzorzec i właściwe odniesienie? Jedni wołali: istnieje świat najprawdziwszy z prawdziwych, którego niedoskonałym odzwierciedleniem jest to, co napotykamy w ziemskiej realności. Inni zaś ripostowali: nie ma żadnego wyższego świata, są tylko jednorodne rzeczy. I tylko one, nic więcej.

 

Fot. Renata Gorczyńska

 

Zwycięzcami batalii okazali się myśliciele, których nazwano nominalistami. Przekonywali, że nie ma zarówno pojęć ogólnych, jak i rzeczy ogólnych; stąd też nie warto poszukiwać „natur rzeczy”, gdyż nic takiego realnie nie istnieje. Stykamy się jedynie z oddzielnymi przedmiotami. W ten sposób zdekonstruowano zasadność rozważań metafizycznych, zwłaszcza typu platońskiego i arystotelesowskiego. Ogromne tereny Europy zostały zainfekowane nominalistyczną konkretnością, rozsiewającą spektakularnie ziarna religijnej obojętności. Przygotowano więc odpowiedni grunt, na którym mogło się już rozrastać myślenie oświeceniowe.

Miłosz rozumiał tę dziejową logikę, ale bez wiary w „drugą przestrzeń” nie wyobrażał swej egzystencji i pisarskiej misji. Nawiedzały go niekiedy gnostycko-manichejskie podniety, lecz – mimo sceptycyzmu i powątpiewań – zaufał Bogu chrześcijan i Kościołowi. Po napisaniu Drugiej przestrzeni otworzył się na czysto teologiczne – nie zawsze zresztą ortodoksyjne (w katolickim sensie) – tony. Zdaje się, że z mniejszą niż dawniej intensywnością oczekiwał na przeżycia, które ukażą powinowactwo świata i ludzi z odwieczną tajemnicą istnienia, lecz bardziej zdawał się na wysiłek zmierzający do nawiązania prawdziwego dialogu z Bogiem. Wcale nie ukrywał tego zamiaru, chcąc uczynić z poezji sposób odsłaniania pierwszych pytań, które wymusza rzeczywistość, a które ogniskują się wokół pojęcia prawdy. Sprzeciwiał się dyskursowi i dyktatowi współczesności, którego wyznawcy bez wahania głosili, że prawda, po pierwsze, może odnosić się tylko do wyodrębnionego stopnia społecznego porozumienia w kręgu pewnej tradycji, stąd też prawdy są prawdziwe jedynie wewnątrz konkretnych gier językowych, a po drugie, prawda w ogóle pozostaje niedosięgła, a może w ogóle nie istnieje.

Miłosz akurat sądził, że istniejące (esse) pozostaje otwarte na niekończące się odczytania, smakowania, rozkoszowania się i prowadzi do progu religijnych zawierzeń. By osiągnąć taki stan duchowy, potrzebna jest dojrzałość, rozsądne i rozważne widzenie krajobrazów, w których się żyje. Poeta ze swego rodzaju przyjemnością pożegnał dekadencję i język „czasu szyderczej szpetoty”, by przyjąć nazewnictwo Oskara Miłosza, rozumiejąc, że i jego poczynania niekiedy były z owym językiem zbieżne. Zawarł zaś trwałe przymierze z dziękczynnym stylem życia, z bytem i pięknem, metafizycznie do siebie przynależnymi. Wiedział, że gdyby nie stykał się ze światem, byłby niemy, nie tylko w sensie artystycznym. Musi następować, podkreślał, ciągłe uderzanie treści dochodzących z zewnętrzności w świadomość pisarza, by mógł się w nim rozpoczynać proces wnikania w sekrety ukryte za każdym pyłkiem istniejącego. Same moce wyobraźni czy intuicja nie zdołają ich odsłonić. Trzeba je wywodzić ze zmysłowo uchwytnych esencji. Dopiero w kolejnych fazach dynamizmu twórczego należy korzystać z dostępnego arsenału literackich narzędzi.

Oto podstawowa metoda strategii pisarskiej realizowanej przez Miłosza. Jej konsekwencją była wyrażana przez niego, zwłaszcza w dukcie lirycznym, pochwała rzeczy, będąca w zasadzie pochwałą człowieka, sztuki i Boga, który jest Panem dziejów: kieruje ku sobie tę zmienną w swoich kolejach historię, pełną wielkości i winy, mimo to zyskującą sens przez to, że „Bóg wcielił się w człowieka”. Miłosz okazuje się w tym ujęciu pisarzem o chrystologicznym zacięciu, zdolnym do „niemego współcierpienia”. Afirmacja świata mieszała się u niego z gorzką melancholią, zaś wypływająca z ducha katarów myśl o odpowiedzialności za ludzkie cierpienie – ze zgodą na jej oddalenie. „Szaleństwo sprzeczności”, jak u Simone Weil, właściwie nigdy nie opuściło jego umysłu. Ale zapytany o prawdomówność różnych wersji Ewangelii odrzekł, że niosą one prawdę. Przyparty zaś do muru kwestią: czy wierzy w absurd zmartwychwstania Jezusa, odpowiedział: „tak i tym samym obalam wszechmoc śmierci”. A śmierć znajdowała się zawsze blisko niego. Odebrała mu umiłowane kobiety, ukochanego syna, kilku przyjaciół. Odczuwał zapewne jej stałe podszepty. Być może dlatego pod koniec życia zaprzestał walki, zdał się na siłę pasji. Rozpoznał, że tylko ona prowadzi do upragnionego celu i uszczęśliwiającego stanu. Zwierzał się:

 

Wysoko nad ziemią obojętności i bólu

jaśnieje Twoje imię.

 

ks. JAN SOCHOŃ

„Czego potrzebujesz, duchu młody?”

Poznaliśmy się w pożyczonym czasie, bo w maju 2014 roku Włodzimierz Mirski miał już skończone osiemdziesiąt lat. Jeśli wierzyć statystycznej średniej długości życia mężczyzn w Polsce, był już mocno po terminie. On od trzydziestu lat odzyskiwał stracony czas – pod rękę z Marcelem i Stachem – dla mnie to była pierwsza w życiu konferencja naukowa. I od razu w Zakopanem, w willi Renesans, nieopodal wypełnionej obrazami Okszy, zjazd poświęcony oczywiście Witkacemu. Dzieliło nas czterdzieści sześć wiosen. Nie wiedzieliśmy, ile następnych wspólnie ujrzymy, niezbyt nas to wtedy zajmowało.

Przypominają mi się Rzeczy, których nie wyrzuciłem Marcina Wichy i jego żałobne porządkowanie książek po matce. Sukcesy tej książki, a jeszcze bardziej niedawna śmierć jej autora, deprymują, narzucają wątpliwości – czy z pisania o kolejnym osieroconym księgozbiorze coś nowego może wyniknąć? Czy powtarzam czyjś gest, czy szukam w tych zdaniach terapii, czy w jakimś stopniu obnażam nas obu?

 

 

Włodek mówił mi wielokrotnie, że po jego śmierci mam dysponować jego biblioteczką. Chociaż rozdaję tysiące książek rocznie, nowych lub – dużo częściej – używanych, zatem również czyichś, to jednak tym razem przy każdej torbie, każdym stosie, zapadam się, milknę, zanurzam się w jakimś dziwacznym letargu bez kategorii i bez możliwości precyzyjnego wysłowienia. Wypełnianie ostatniej woli staje się rozmową ponad czasem. Zapis tego doświadczenia jest równie nieprawdopodobny, równie też bezcelowy, jak próby odszyfrowania wszystkich marginaliów i zapisków na wypadających spomiędzy stron karteluszkach.

Niektóre notatki i zakładki pragną być obejrzane, wyskakują w świat jedna przez drugą z napuchłych i zaczytanych tomów. Inne chowają się w ciasnych kryjówkach, przywierają do wewnętrznych marginesów – udają integralne części książek, żeby tylko ich nie wydobywać. Są światłoczułe, a może zwyczajnie przestraszone obcym zapachem dłoni i domu. Przekonane o wiecznotrwałym miejscu swego pobytu, w oswojonym rozdziale, przy zaprzyjaźnionej ilustracji, tracą teraz nagle orientację, garną się do tłumu innych świstków, jakby zostały pozbawione odzienia. Kawałki kopert, recept, urzędowej korespondencji i wyciągów z rachunków bankowych, papierowe chusteczki, widokówki, znaczki pocztowe, obce wizytówki, fotografie z Teatru Witkacego…

Mirski był lekarzem radiologiem, a przecież ze skrzętnie notowanych adresów bibliograficznych, skojarzeń lekturowych, spostrzeżeń i odsyłaczy do stron w innych powieściach i tomach listów Witkacego wyłania się warsztat pracy literaturoznawcy. Skromność i pokora nie pozwoliły mu nazywać siebie witkacologiem, ukuł dla potomnych formułę witkacofilstwa. Na jej tron wyniosła Włodka czterdziestoletnia wędrówka po śladach idola i inspirujących się nim artystów. Tyle że to tylko część prawdy, skrawek jego zainteresowań i wiedzy.

Jednym z pierwszych woluminów, jakie wziąłem do ręki, była zdefektowana Księga pamiątkowa: Stanisław Ignacy Witkiewicz. Człowiek i twórca. Pod płócienną okładką, przy dedykacji, znalazłem liścik bez adresata, z prośbą, by po śmierci zwrócić tę książkę darczyńcy. To rozporządzenie sprzed kilkunastu lat – w chwili słabości, choroby? Czy może chciał, by wszystkie podarunki wróciły do jego przyjaciół? Obawiam się teraz, że muszę zajrzeć pod wszystkie obwoluty, sprawdzić każdy drżącą ręką wyskrobany hieroglif, by nie uchybić, nie zawieść, poprawnie odczytać wolę bliskiego mi człowieka. Tym małym strumieniem naszego współdziałania jeszcze przez chwilę wprawiam w ruch młyńskie koło.

PRZEMYSŁAW PAWLAK

 

Zofia Dąbrowa „Ekologia pustki”

W dobie globalnych kryzysów, katastrofy klimatycznej, wojen i masowych migracji, konieczna staje się redefinicja pojęcia pustki i straty, a co za tym idzie, również pamięci. Pustka nie jest już – jak przyjęło się tradycyjnie uważać – brakiem, nieobecnością, nicością, lecz jawi się jako przestrzeń relacji, śladów, a także współzależności oraz współobecności istot ludzkich i więcej-niż-ludzkich.

„Istnieć znaczy współistnieć, a współistnieć znaczy współpracować” pisze Ryszard Kulik w artykule o symbiocenie, który jego zdaniem jest z perspektywy absolutnej, jedyną epoką w jakiej żyjemy. Argumentuje to procesami, które zachodzą w układzie współczulnym i przywspółczulnym, wykazując tym samym jak antagonistyczne elementy organizmu, podczas pozornej walki, współpracują ze sobą zapewniając tym samym ciału sprawne funkcjonowanie. Istotą symbiozy jest więc korzyść. Korzyść, którą mieszczące się na przeciwległych pozycjach układy odnoszą z istnienia swojego przeciwieństwa. Posiłkując się tą tezą, można poszerzyć ją o kategorie ontologiczne, etyczne i estetyczne. Przekracza ona bowiem bezwzględnie binarną nomenklaturę świata, wykazując, że relacja pomiędzy punktami skrajnymi odzwierciedla proces współpracy, więc jest w swojej istocie symbiotyczna i tak też należy ją rozpatrywać. Rzuca to nowe światło na związek porządku życia i śmierci, materialnego i metafizycznego, sacrum i profanum, teraźniejszości i przeszłości. Zmusza do przekroczenia narracji antropocentrycznej i rozpatrywania ich w perspektywie środowiskowej. Ekologia pustki staje się tu nie tyle metaforą, ale raczej etyczną i fenomenologiczną propozycją myślenia o przestrzeni, jako o środowisku pamięci w którym ślady i powidoki tego, co utracone lub minione wciąż współtworzą świat, gdzie nieustannie spotyka i przeplata się to, co żywe i martwe. Oznacza to, że naszym moralnym obowiązkiem staje się kształtowanie w sobie, względem życia, podejścia uważnego, wrażliwego i otwartego na polifoniczność świadectw zakorzenionych w przestrzeni, materii i relacjach.

To właśnie pustka staje się tą przestrzenią otwartości, zaproszeniem do słuchania, niekiedy zaproszeniem do wspólnego milczenia, które może być innym rodzajem opowiadania – takim, które pozwala wybrzmieć temu, co subtelne i kruche. „Pustka (die Leere) nie jest zwykłym brakiem. To, co puste, nie jest nicością, lecz sposobem, w jaki byt daje się doświadczać w swojej nieobecności”. Dla Heideggera nicość i pustka są warunkiem ujawnienia się bytu – jedynie tam, gdzie coś zanika, wietrzeje i rozmywa się, może pojawić się nowe znaczenie, nowy byt. Nie jest to więc, ortodoksyjne przeciwieństwo obecności, lecz jego tło, warunek, swoiste dopełnienie. Z kolei, narzędziem, które wydaje się być najwłaściwsze do odsłaniania i odczytywania owych znaczeń, jest troska, którą z resztą Heidegger sam definiuje jako stan egzystencjalny, wskazując, że jest to raczej sposób istnienia i rozumienia bytu, niż jedynie opis mentalny. Hanna Buczyńska-Garewicz w artykule poświęconym językowi przestrzeni u Heideggera pisze: „Terminu «troska» nie należy rozumieć psychologicznie, nie oznacza on stanu emocjonalnego, lecz jest określeniem sposobu istnienia takiego bytu, w którym możliwość dominuje nad rzeczywistością, lub mówiąc ściślej: którego rzeczywistością jest możliwość. «Troska» jest więc terminem ontologicznym. Trosce odpowiada rozważny (umsichtig) charakter obcowania człowieka ze światem. W tym rozważnym obcowaniu mają swój początek znaczenia rzeczy oraz określenia miejsc, w których się one znajdują. Otaczający świat (Umwelt) jest zawsze światem rozumianym, a badanie sensów i miejsc rzeczy składających się na świat można nazwać hermeneutyką przestrzeni”. W perspektywie ekologicznej, hermeneutyka przestrzeni to przede wszystkim to, co odsłania potencjał pustki – w ciszy po umarłych, w opuszczonym miejscu, na wyeksploatowanym terenie odradza się obecność, w nowej, zmienionej formie.

 

Fot. Filip Dawid

 

Zbliżoną intuicją kieruje się również Vinciane Despret, belgijska filozofka i antropolożka, która w książce Wszystko dla naszych zmarłych. Opowieści tych, co zostają stawia sobie za cel przekroczenie dualizmu laicko-chrześcijańskiej perspektywy w godzeniu się ze stratą i postuluje współtworzenie środowiska pamięci, które odpowiadałoby na potrzebę alternatywnych relacji z tymi, którzy odeszli. Posługując się interpretacją terminu „środowisko” pisze: „Podchodzić przez środowisko to […] rozpatrywać problem w taki sposób, by nie stracić z pola widzenia ani żywych, ani umarłych, to nauczyć się im towarzyszyć lub spotykać ich poprzez to, co ich łączy, co ich «trzyma razem». […] To badać, z wielką ostrożnością, sposób tworzenia relacji z tym, co ma szansę być zrozumiałe tylko w relacji. To, konkretniej, uznać zmarłego za uczestnika wspólnych z żyjącym procesów przemiany. Despret pisze o jestestwie zmarłych jako o „rozbłyskach realności”, znajdując pewne tożsame elementy rzeczywistości ich istnienia z rzeczywistością istnienia postaci fikcyjnych, tłumacząc to „niepodważalną zdolnością do aktywizowania osób żyjących”, zdolnością „narzucania się”, czyli wywierania wpływu „od zewnątrz”. Jednocześnie odrzuca perspektywę, w której zmarli, a ściślej, relacja z nimi, byłaby jedynie wytworem wyobraźni osób pogrążonych w żałobie. „Zmarli nie znikają, nie przestają istnieć. Wciąż coś od nas chcą – chcą, byśmy z nimi rozmawiali, byśmy działali z nimi i dla nich”. To z kolei prowadzi autorkę z powrotem do refleksji o przestrzeni i warunkach, w jakich, tak intymne relacje mają możliwość zaistnienia i rozwoju. Pamięć o zmarłych wymaga rytuałów i działań, które przekształcają przestrzeń zarówno symboliczną i wyobrażoną, jak i doświadczalną w miejsce spotkania. Pielęgnacja cmentarzy, ulubionych miejsc naszych bliskich, sadzenie w miejscach pochówku drzew, to esencja współuczestniczenia świata ożywionego i nieożywionego w trosce o przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Współistnieć ze stratą, oznacza współistnieć z naturą, a owa niepodważalna zażyłość świata przyrody i świata zmarłych skłania do umiejscowienia tych, którzy odeszli jako części ogromnego ekosystemu pamięci.

Poetyckim dopełnieniem tej perspektywy jest wiersz Wisławy Szymborskiej Pamięć nareszcie z tomiku Sto pociech (1976):

 

Pamięć nareszcie ma, czego szukała.

Znalazła mi się matka, ujrzał mi się ojciec.

Wyśniłam dla nich stół, dwa krzesła. Siedli.

Byli mi znowu swoi i znowu mi żyli.

Dwoma lampami twarzy o szarej godzinie

błyśli jak Rembrandtowi.

 

Teraz dopiero mogę opowiedzieć,

w ilu snach się tułali, w ilu zbiegowiskach

spod kół ich wyciągałam,

w ilu agoniach przez ile mi lecieli rąk.

Odcięci – odrastali krzywo.

Niedorzeczność zmuszała ich do maskarady.

Cóż stąd, że to mogło ich poza mną boleć,

jeśli bolało ich we mnie.

Śniona gawiedź słyszała, jak wołałam mamo

do czegoś, co skakało piszcząc na gałęzi.

I był śmiech, że mam ojca z kokardą na głowie.

Budziłam się ze wstydem.

 

No i nareszcie.

Pewnej zwykłej nocy,

z pospolitego piątku na sobotę,

tacy mi nagle przyszli, jakich chciałam.

Śnili się, ale jakby ze snów wyzwoleni,

posłuszni tylko sobie i niczemu już.

 

W tym kontekście pokrewieństwo i poufność to nie tylko emocjonalna więź, ale przede wszystkim ontologiczne pokrewieństwo: człowiek i natura dzielą wspólne trwanie. To przesunięcie ku ontologii relacyjnej jest w istocie uznaniem świata jako wspólnoty natury, zmarłych oraz żywych i uczestnictwa w nim w imię ekologicznej empatii. Rzeczona bliskość śmierci i przyrody jest w wierszu poszerzona również o kategorie przestrzeni wyśnionej, w której najpierw nie można znaleźć miejsca dla zmarłych rodziców – ich obecność jest kłopotliwa, uwiera i „odrasta krzywo”, ale później, po „zwykłej nocy” nastaje długo upragniony spokój. Ta zwyczajności i pospolitość, wskazuje na swego rodzaju porozumienie, które przeszłość osiągnęła z teraźniejszością, a to, co minęło z tym, co wciąż żyje. To pogodzenie się ze stratą i czułe wpuszczenie jej do swojego życia. Ci, którzy odeszli, przekraczają kategorie czasu i miejsca, stając się jakby niezbywalną częścią codzienności, ich obecność ma w pewnym sensie charakter autonomiczny, są „posłuszni tylko sobie i niczemu już”, są śladem, echem, pogłosem.

W książce Kości, które nosisz w kieszeni kilkunastoletnia narratorka i główna bohaterka współdzieli swoją codzienność z tym, co odeszło, minęło, umarło, w sposób zaskakująco oczywisty. To od znalezionych w ogródku kości zaczyna się powieść i wyznacza tym samym jej wewnętrzny porządek – groteskowe przemieszanie się sacrum i profanum, czarny humor i nieodparty dysonans poznawczy, w jaki autor wprawia czytelnika. Otaczające ją środowisko jawi się nam jako repozytorium pamięci jednostkowej i kolektywnej. To z podwórka, rzeki, gleby cmentarnej, lasu i polany dowiadujemy się o kolejnych wątkach, które trapią narratorkę, to tam zaczynają i kończą się wszystkie historie, ułożone między szczątkami, czekają na troskliwy gest „odgrzebania” – przypomnienia ich sobie spośród wielu innych. „Po śmierci – pisze Barbara Barys – spotkała dziadka naprawdę dziwna kąpiel i czasami to nas bodło, ale co zrobić, pomniki są dziś droższe niż mieszkania. Chodziliśmy do niego co tydzień, niezależnie od pogody i pory roku, ale szczególnie lubiliśmy wiosną, bo wtedy zmarli lubią się budzić i kwitnąć”. Głęboka i intymna relacja, którą to, co zmarłe i to, co żywe zawiązuje na cmentarzu, staje się dla bohaterki czymś niezwykle frapującym i ekscytującym – widowiskiem, którego jest zarówno obserwatorką jak i uczestniczką. „Las aniołków był jedynym miejscem na cmentarzu, w którym mieszkały zwierzęta; wiewiórki, dżdżownice, pająki, a nawet stary, wyliniały, przeraźliwie chudy kot, który co prawda pojawiał się rzadko, ale miał różową obróżkę. Do kogo należysz, chudy kocie z obróżką? Do kogo należysz? Kto założył ci na szyję tę różową obróżkę? Kto cię głaskał, kto ci z grzbietu sierść rwał, bo chyba ktoś, a nie zbieranina umarlaków? A może właśnie oni? Kot nie odpowiadał, uciekał przed nami albo kładł się na ciepłych kamieniach, grzał sobie kości o kości”.

Literacką fenomenologie przestrzeni, specyficzny rodzaj wrażliwości badający esencję miejsca straty, osadzoną w jego egzystencji, znajdujemy również w opowiadaniu Andrzeja Stasiuka Miejsce ze zbioru Opowieści galicyjskie. I tu, podobnie, obserwujemy różne rodzaje i płaszczyzny doświadczania przestrzeni: od ściśle cielesnej reakcji organizmu, przez poetycki wyraz doznania emocjonalnego i estetycznego, aż po filozoficzne dociekanie prawdy. Dla Stasiuka pustka w krajobrazie to złudzenie – każda cisza skrywa echa dawnych historii. Autor skupia się na miejscu pogranicza (pamięci i wyobraźni, przeszłości i teraźniejszości, symboliczności i dosłowności), i na tym, co w nim codzienne, niepozorne: kamienie, krzaki, zarośla, zatarte ścieżki. To one stają się nośnikami pamięci środowiskowej – pamięci rozproszonej w materii, nie-ludzkiej, a jednak głęboko osadzonej w ekosystemie. „Miejsce nie zapomina. Pamięta wszystko: kroki, głosy, milczenie. Czasem wystarczy spojrzeć, by zrozumieć, że nic tu naprawdę nie znika”. Tytułowe miejsce jest miejscem nieobecności po cerkwi grekokatolickiej pod wezwaniem św. Dymitra Męczennika, jest ontologicznym pęknięciem, pustką, ale i doświadczeniem, które aktywizuje autora do rozpoczęcia opowieści. Można by powiedzieć zatem, że samo opowiadanie staje się rodzajem wrażliwego spoiwa, zaangażowanym dialogiem, współpracą tego, co było i tego, co jest. „Te wszystkie daty są dokładnie ustalone, przestrzeń między nimi wypełniają opisy, jeżeli pozostały jakieś szczeliny, to zasklepiono je przemyślanymi hipotezami albo poezją”.

Umiejętność „wsłuchania się w wewnętrzną mowę bytu” to, dla Jolanty Brach-Czainy, kwestia uważności podmiotu. Uważność ta, jako praktyka etyczna, nie wymaga jedynie chwilowego skupienia, lecz głęboko duchowej dyscypliny bo, jak pisze, doświadczenie bytu nie jest doświadczeniem stałym, lecz przejściowym, a sama jego natura i tożsamość polega na ciągłym „ujawnianiu” i odszukiwaniu się. To proces, trwanie, którego „drobiny istnienia” – jedyne elementy bytu, które, jak twierdzi filozofka, możemy uchwycić – odsłaniają się nam w chwilach pokory wyrażonej powściągnięciem się od własnego głosu, własnego osądu, w chwilach rozważnego obcowania ze światem.

ZOFIA DĄBROWA

Fragment większej całości.

Julia Juryś „Płacze płacze pan Hilary…”

Urbi et orbi !

Szukam fotografii.  Widziałam ją ja, widział Mikołaj Nowak-Rogoziński. Oboje nie pamiętamy, w jakich okolicznościach. Sztuczna inteligencja w rękach Olka Perskiego udzieliła nam wielu wskazówek, z których część bez skutku już sprawdzaliśmy.

Zanim ruszymy tropami AI, próbuję drogi archaicznej. Może ktoś wstawił tę fotografię w internet? Może ktoś mi ją przesłal mailem, a ja zgubiłam ślad zmieniając komputer? Może komuś poniższy opis coś mówi? Jeśli tak, bardzo proszę o odzew.

Fotografia kolorowa. Wygląda tak:

Józef Czapski siedzi  w szarym szlafroku (chyba) na swoim wyświechtanym  fotelu koloru bordo. Ja siedzę obok na poręczy fotela w letniej żółtej sukience w ciapki, obejmując Józefa Czapskiego lewym ramieniem. Jest lato, za oknem widać liście drzewa. Zapewne widać też fragmenty pokoju, białe szafki za nami, tego nie pamiętam. Jest to zdjęcie z ostatnich lat życia Józefa Czapskiego.

Przeszukałam dom od góry do dołu. Nie znalazłam. Nie ma go w archiwum Kultury. Nie znaleźli w internecie Mikołaj ani Tomek Łabędź. Diabeł nakrył ogonem.

Gdzieś jednak jest. Ktoś je zrobił, ktoś ma, ktoś mi pokazał albo przesłał.

Bardzo proszę o pomoc. Zależy mi na tym zdjęciu, bo jest żywe i pokazuje kawałek tamtego czasu.

JULIA JURYŚ

Diagilew Lido 1929

Niełatwo powiedzieć, kim był Siergiej Diagilew. Przede wszystkim impresariem i założycielem grupy Les Ballets russes, której spektakle odmieniły oblicze XX-wiecznego baletu i w ogóle tańca. Diagilew nie mógłby tego dokonać, gdyby sam nie był artystą, kimś, kto na własną rękę i na własne ryzyko poszukuje piękna, aby je podarować innym.

 

Leon Bakst „Portret Diagilewa i jego niani”

 

diagilew lido 1929

 

szliśmy bezludną plażą

licząc piętra pustego grand hôtel des bains

na piątym w pokoju z widokiem na morze umarł diagilew

ostatnie miesiące były podobne do innych miesięcy

w paryskim théâtre sara bernhardt

zespół ballets russes wystawiał syna marnotrawnego

z lifarem w roli głównej który budził zachwyt publiczności

tylko stara bileterka rozpoznała śmierć

czającą się za kulisami

diagilew miał cukrzycę

jego ciało pokryte było ropiejącymi wrzodami

nie przyjmował choroby do wiadomości

planował sezon jesienny

po paryżu berlin cologne londyn

wydawało się że europa znów składa hołd sztuce

ale to była tylko garstka melomanów

których w jednej chwili zmiecie kryzys

w lipcu pojechał z igorem markiewiczem do baden-baden

spotkać się z hindemithem

i przypomnieć mu o balecie który obiecał

w monachium w prinz-regenten-theater słuchał tristana

nie potrafił powstrzymać łez

w roku 1889 po raz pierwszy widział tristana

z dimą fiłozofowem w teatrze maryjskim w petersburgu

rozeszły się ich drogi teraz dima był daleko w warszawie

pilnował wschodniej granicy europy

 

sierpień zaczął się dobrze

w salzburgu słuchali don giovanniego

diagilew był szczęśliwy i beztroski

rozśmieszał igora do łez

z salzburga do wenecji podróżował sam

wieczorem tego dnia przyjechał lifar

zastał przyjaciela w złym stanie

zaprowadził go do lekarza

potem na piazza san marco

słabł lekarze weneccy uważali że to reumatyzm

lifar karmił go lekarstwami

przenosił z łóżka na krzesło masował stopy

kiedy gorączka doszła do 39 stopni

diagilew kazał zadepeszować do borysa kochny

jestem chory przyjeżdżaj natychmiast

planowali wspólne wakacje

przyszły misia sert i coco chanel całe w bieli

zeszły z pokładu jachtu księcia westminsteru

to one miały zapłacić za panichidę i pogrzeb

na cimitero dell’isola di san michele

 

noc była bezsenna

rano posłano po pielęgniarkę

kiedy borys i lifar zeszli do restauracji

dostali od diagilewa kartkę

prosił żeby wrócili

w nocy gorączka rosła

umrze przed świtem powiedziała pielęgniarka

oddech stawał się coraz słabszy

wreszcie ustał

na nagrobku diagilewa

pod kamiennym baldachimem

znajdziecie jego zdjęcie w cylindrze

i parę baletek które napełniono piaskiem

żeby wiatr ich nie porwał

 

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

Galeria jednej fotografii (67)

„Dlaczego wszyscy pamiętają tylko mój Blaszany bębenek? Przecież zrobiłem tyle innych filmów”. Tak Volker Schlöndorff zareagował na moją uwagę, że bardzo lubię ten film. Spotkaliśmy się, 30 listopada, na umówionym – dzięki pracownicy Instytutu Goethego, pani Renacie, opiekującej się reżyserem w Warszawie – fototerminie. Miejsce znalazłam ja. Blisko. Przy placu Trzech Krzyży – na tyłach hotelu, w którym miał pokój. Ale już sam portret – wersja, którą wybrałam spośród dziesięciu ujęć – jest dziełem Volkera Schlöndorffa.

 

„Volker Schlöndorff”, Warszawa 2009, z cyklu: „Portrety” © Elżbieta Lempp

 

20 stycznia 2025

ELŻBIETA LEMPP 

Parę słów na wstępie „Domu powrotów”

Przedłużyć w książce życie utworów, które już raz się ukazały w czasopiśmie? Pragnienie zrozumiałe, choćby nawet wydawało się wstydliwe. Wiemy, że nie wszystkie utwory, nie zawsze się o to proszą. Sytuacja przypomina wydobycie z archiwów jakiegoś świadectwa, które ma coś nam przypomnieć, pewien moment historii, pojedynczej, zbiorowej. Co do niektórych tekstów można sobie wyobrazić, że – przywołane po upływie czasu – wejdą na nowo w porozumienie z czytelnikiem. Z konieczności porozumienie nowe, choć odwołujące się do rzeczy dawniej opowiedzianych. Do tego powinny być spełnione warunki po stronie utworu i po stronie czytelnika. Ten czytelnik, na którego liczę, nie kieruje swej uwagi wyłącznie ku najświeższej teraźniejszości, ku temu, co zawsze nowe i spięte ku przyszłości, z którą i tak nasza wyobraźnia nie potrafi wejść w kontakt. Jest to zakład z mojej strony: zakładam, że przeszłość może być ciągle interesująca – a nie jest to zawsze decyzja oczywista.

Nie tylko przeszłość dalsza, będąca moim – jako historyka – warsztatem. Również przeszłość na wyciągnięcie ręki. Kilka dziesięcioleci temu wspólnota kulturalna, zakreślona przez język, za pomocą którego zmagam się z rzeczywistością, przechodziła ważną przemianę. Po raz drugi w XX stuleciu odzyskała warunki wolności, rozwoju wolnego od zewnętrznych przymusów i ograniczeń, szansę przekroczenia barier, zaczerpnięcia z szerokiego dziedzictwa. Odzyskała możliwość wejścia w kulturalną dojrzałość, uczestnictwa w swojej epoce. Moja własna dorosłość przypadła na lata przełomów lat 80. i 90. XX wieku i mają one dla mnie wagę niezrównaną.

Te szkice, tak jak moje książki, są związane z podróżami, literaturą, krajobrazem, malarstwem – z przyjaźniami, które podtrzymują każdy mój krok. Biorą się z toku mojego życia poza Polską i w Polsce. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że należały do procesu samowychowawczego, uczenia się i formowania siebie, w nie zawsze jawnym, lecz wyczuwalnym związku z czasem i okolicznościami, w których się znajdowałam. O ile powstające w tych samych latach książki były pracami długotrwałymi, krzepnącymi z trudem, o tyle szkice, jak sądziłam, miały być spontaniczne, związane ze szczęściem chwili, tygodnia, miesiąca. Nie zawsze się to udawało, choć w szkicu jest coś osadzonego w przeżywanym dniu, który zabarwia swoją treścią, zarazem nie obciążając obawą, że zostanę na długo przykuta do stołu.

 

 

Wszystkie zostały napisane we Francji, łączą się z dwoma miejscami zamieszkania, które dla wielu ludzi mają coś niemal nieprawdziwego: są z historii, lecz i jakby z bajki, ze sztuki: To Awinion i Wersal. Rozciągają się od wczesnych lat 80. i sięgają pierwszego dziesięciolecia wieku XXI. Przede wszystkim są związane z tym mało prawdopodobnym zdarzeniem: powstaniem kwartalnika „Zeszyty Literackie”. W wyniku stanu wojennego w grudniu 1981 grupka rówieśników, pragnących swobodnie myśleć i pisać po polsku, znalazła się za granicą. Kilkoro z nas po prostu możność pisania i publikowania zawdzięczała osobie, która to pismo obmyśliła i pomysł oblekła w rzeczywistość: Barbarze Toruńczyk. Przytłaczająca większość moich utworów była pisana dla „Zeszytów”. W tym tomie dołączyłam do tej liczby dwa eseje, późniejsze, których tematy są mi szczególnie bliskie.

Układ książki zaznacza skoki w czasie, dotyczące tematów, które mnie interesowały, i sąsiadowanie ze sobą całkiem różnych dziedzin; następstwo tekstów dłuższych i krótszych. Opracowując obecną książkę miałam poczucie, że daję do druku część osobistego dziennika, z dziennikową wielorakością, niespójnością – tak jakbym zapisując własne widzenie świata, musiała wziąć pod uwagę ruch, rozbieganie gałki ocznej.

Nigdy, od czasów uczniowskich, nie nadawałam swoim zainteresowaniom jednego kierunku, obszary kultury mieniące się taką wielością były zbyt bogate. Ale wiem i czytelnik też zauważy bez trudu, gdzie jest serce tych szkiców, na jaki szlak one wskazują – dokładniejsze go nazwanie pozostawiam do następnej okazji. Droga do źródeł, w zachwycie malarstwem, w entuzjazmie wywołanym lekturą może stać się zwyczajnie podróżą w odwiedziny. Mogę powiedzieć, że stale się w takie podróże wybieram, albo już jestem w drodze.

Jesień 2024

EWA BIEŃKOWSKA

Wstęp do książki Ewy Bieńkowskiej „Dom powrotu”, która ukazała się nakładem Instytutu Badań Literackich. Aby kupić – proszę kliknąć tutaj.

Henryk Citko „Kalendarium Zbigniewa Herberta”

Zbigniew Herbert z lekką dezynwolturą podchodził do chronologii, zdarzało mu się w listach mylić dni, miesiące, a nawet błędnie zapisywać lata. I być może nie spodobałoby mu się to, że jego życie może być przedmiotem dokładnego rozpisania nie tyle na lata, ile na miesiące, a nawet dni, przedmiotem ustalenia dokładnego „tekstu życia”.

Kalendarium stara się być takim właśnie calendarium vitae, osadzającym „nagie fakty na ostrej jak brzytwa linii czasu”. Fakty na planach: osobistym, towarzyskim, światopoglądowym, twórczym; bez ich oceny i interpretacji.

Dotychczasowe prace nad biografią Herberta wyglądają skromnie w porównaniu z rozwijającą się od dziesięcioleci eseistyką literaturoznawczą o jego twórczości czy recepcji tejże. Najpoważniejszą z nich jest bez wątpienia dwutomowa biografia Andrzeja Franaszka oparta na materiałach źródłowych, wydana dwadzieścia lat po śmierci autora Pana Cogito. Książka miała zróżnicowany odbiór i recenzje. Nie wszystkie fakty z życia Herberta zostały spokojnie i ze zrozumieniem przyjęte przez osoby przyzwyczajone do jego stereotypowego obrazu wykreowanego w dużej mierze przez niego samego. W dwutomowej opowieści na ponad tysiącu ośmiuset stronach Andrzej Franaszek dał wnikliwy portret Herberta, chociaż chciałoby się, aby wiele wątków było bardziej rozwiniętych. Okazuje się też, że mimo dużej objętości książki setki faktów musiały zostać pominięte, niektóre z nich być może nie pasowały do narracji, do niektórych autorowi zapewne nie udało się dotrzeć. Nie jest to bynajmniej zarzut pod adresem tej pracy i jej autora, ale zwrócenie uwagi na specyfikę biografii jako gatunku literackiego i na jej odmienność od opracowań dokumentacyjnych zestawiających chronologicznie fakty z życia danej osoby, które przynależą do prac zwanych kalendariami (kronikami, kalendarzami) życia i twórczości pisarzy, artystów. […]

Trudno pokusić się o lepsze ujęcie problematyki odrębności biografii i kalendariów niż to Stanisława Rośka w artykule, w którym omówił założenia do Kalendarza życia, twórczości i recepcji Brunona Schulza. To również summa refleksji nad dotychczasowymi kalendariami, od ich pierwocin w latach pięćdziesiątych XX wieku w postaci pracy Juliana Krzyżanowskiego o życiu Henryka Sienkiewicza do pracy Zbigniewa Golińskiego o Ignacym Krasickim. Stanisław Rosiek, przypominając słowa autorek Kroniki życia i twórczości Mickiewicza: „W kalendarium chodzi o ustalenie porządku chronologicznego możliwie wszystkich wydarzeń z życia poety, nawet marginesowych, gdyż mogą one służyć do stwierdzeń istotnych”, celnie podkreślił: „Trudno się nie zgodzić z takim postawieniem sprawy. Wybór bowiem jest prawem (często stosowanym opacznie) i przywilejem (często nadużywanym) biografa, który tworzy dyskurs wedle własnej zasady, włączając w jego ramy zaledwie część znanych mu zdarzeń, inne skazując na banicję: marginalizację lub zapomnienie. Kronikarz nie korzysta z tego przywileju. Kronikarz jest zakładnikiem, a czasem nawet niewolnikiem źródeł. Jedyną zasadą selekcyjną jest ich wiarogodność. Waga, doniosłość, znaczenie zdarzeń, które dokumentują, w tej fazie pracy nad tekstem życia są poza wszelką dyskusją. Dla kronikarza wszystko jest (wszystko powinno być) równie ważne”.

 

 

Podobnie rozumiem rolę mojego Kalendarium. Pragnę wykorzystać wszystkie udokumentowane fakty, bez ich selekcji. Sprawia to, że niektóre okresy życia Herberta zostały wypełnione zapisami dzień po dniu, inne pozostały białymi plamami, co ma miejsce w dużym stopniu na przykład wtedy, kiedy dotyczy to dzieciństwa i młodości Herberta we Lwowie – to, co biograf opisał w grubym tomie, w Kalendarium zajmuje zaledwie kilka stron z powodu braku źródeł. […]

*

Źródłem dominującym w Kalendarium są listy Herberta (podobnie zresztą jak w innych znanych kalendariach). Wykorzystane są w nich jedynie cytaty dotyczące biografii i twórczości, pominięte zostały (z nielicznymi wyjątkami) zwroty grzecznościowe, pozdrowienia oraz mniej znaczące dla Kalendarium informacje, co nie oznacza, że nie mogą się przydać badaczom i interpretatorom twórczości poety. Zdecydowano się na krótkość cytatów także ze względu na i tak dosyć dużą objętość głównego korpusu. Być może doczekamy się jeszcze w przyszłości wielotomowej edycji krytycznej jego listów. Wydaje się jednak, że dopiero za kilkadziesiąt lat będzie można przeprowadzić kwerendę, której efektem będzie dotarcie do tych listów, do których nie udało się dotrzeć 25 lat po jego śmierci. Tak zatem obecny stan może zostać uzupełniony o znaczące świadectwa przyjaźni, na przykład z Adamem Zagajewskim czy Ryszardem Krynickim.

Posłużono się często cytatami, aby słowami Herberta opisać wydarzenia, w których brał udział, oddać charakterystykę spotkanych ludzi, opisać jego własne uczucia: cierpienie, radość, fascynację, a także proces twórczy. Listy wpisują się co prawda w opowieść Herberta o samym sobie, wydaje się jednak, że jest to opowieść znacznie bliższa faktom z jego życia opisywanego na bieżąco, niż opowieść o samym sobie zawarta w rozmowach, które niepozbawione są warstwy autokreacyjnej. Ten punkt widzenia każe nam uznać wiadomości zawarte w listach za wiarygodne, zwłaszcza że wielokrotna konfrontacja z innymi źródłami je potwierdzała.

Wykorzystano korespondencję wydaną już drukiem, a także tę jeszcze niewydaną i znajdującą się w zbiorach instytucji publicznych polskich i zagranicznych oraz w zbiorach prywatnych. Bez umniejszania rangi korespondencji z przyjaciółmi oraz w sprawach zawodowych (niejednokrotnie plan towarzyski nakładał się na plan zawodowy) najważniejszą korespondencją wydaje się wymiana listów z dwiema kobietami życia Herberta: najpierw z Haliną Misiołek, później z jego przyszłą żoną Katarzyną Herbert z d. Dzieduszycką. Edycja korespondencji z Haliną Misiołek z 2000 roku obarczona jest wieloma błędami, dlatego sięgnięto po oryginały listów znajdujących się w Bibliotece Narodowej. Nie są to niestety wszystkie listy Herberta do przyjaciółki. Część jest do tej pory niedostępna i znana jedynie z odpisów zawartych w pracy magisterskiej Marty Dejny przechowywanej w Archiwum Uniwersytetu Gdańskiego. Z odpisów tych również skorzystano. Korespondencja z Katarzyną Herbert jest największa ze wszystkich korespondencji – będzie w przyszłości opracowana i wydana, korzystano z oryginałów będących częścią Archiwum Zbigniewa Herberta w Bibliotece Narodowej. […]

Poza listami wykorzystano materiały znajdujące się w Archiwum Zbigniewa Herberta w Bibliotece Narodowej: notatniki z datowanymi zapisami utworów, inne datowane rękopisy, szkicowniki, a także materiały osobiste, w tym m.in.: dokumenty rodzinne, dokumenty osobiste, kalendarze, spotkania autorskie, dyplomy polskie i międzynarodowe. Nieliczne tylko rękopisy znajdują się w innych instytucjach, w tym m.in. w Ossolineum.

Dedykacje – przygotowana przez Herberta w 1956 roku lista osób, którym planował wysłać tom Struna światła, daje obraz, jak duża może być liczba dedykacji w przekazanych im egzemplarzach pozostałych tomów. Udało się dotrzeć do nielicznych, inne czekają jeszcze na odkrycie w zbiorach prywatnych, ale wiele pozostanie nieznanych po śmierci znajomych oraz przyjaciół i po likwidacji ich księgozbiorów.

Lektura listów kieruje do źródeł, do których dotarcie jest obowiązkiem kronikarza, tzn. do materiałów w archiwach uczelni, w których studiował, do archiwów instytucji, w których pracował lub z którymi współpracował, oraz tych, w których działał. Należy żałować, że nie wszystkie są kompletne, jak na przykład archiwum Związku Literatów Polskich, a niektóre po prostu uległy likwidacji, na przykład archiwum Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”, która była głównym wydawcą utworów Herberta – bez nich pozostają nie do odtworzenia relacje poety z redaktorami, kłopoty z cenzurą (tylko nieliczne przypadki odnotowuje archiwum Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Warszawie, które znajduje się w Archiwum Akt Nowych).

 

 

Kolejnym cennym źródłem dla Kalendarium jest biblioteka Herberta. Liczy około siedmiu tysięcy tomów, zawiera książki począwszy od tych nielicznych, które zachowały się z biblioteki rodzinnej we Lwowie, aż po te, które Herbertowi czytała jego żona Katarzyna w roku śmierci. Początki tej biblioteki sięgają czasów sopockich, kiedy Herbertowi pomagał w gromadzeniu księgozbioru jego ojciec Bolesław. Książek przybywało z każdym rokiem, o początkach biblioteki można mówić od zamieszkania Herberta w 1957 roku w wynajmowanej kawalerce przy ul. Świerczewskiego w Warszawie, dokąd przewoził i przesyłał je ze swoich miejsc pobytu w Paryżu, Wiedniu, Pasadenie i w Berlinie, ze swoich podróży zagranicznych, m.in. do Włoch, Grecji, Anglii. W roku wydania tomu Pan Cogito państwo Herbertowie kupili swoje pierwsze i jedyne mieszkanie przy ul. Promenada w Warszawie, gdzie książki są do dzisiaj. Porządkowane przez poetę tematycznie, noszące ślady lektury, z drobnymi notatkami i podkreślaniami będą w przyszłości bazą badań literaturoznawczych. W wielu książkach Herbert dawał podpis własnościowy, w niektórych zaznaczał miejsce i datę zakupu – te ze względu na Kalendarium są najcenniejsze. Wykorzystano również książki podarowane Herbertowi i jemu dedykowane, o ile uznano, że były podarowane osobiście, a nie przesłane pocztą. Alfabetyczny spis tych druków uwzględniono w bibliografii. […]

Tuż po śmierci Herberta na łamach prasy zaczęły się ukazywać wspomnienia o nim. Emocjonalne, dotyczące spędzonych wspólnie dobrych chwil i relacji z poetą, w niektórych już wtedy zaczęto wykorzystywać fragmenty listów Herberta. Pierwszym zbiorem wspomnień była niewielka książka wydana w 2000 roku przez Wydawnictwo Dolnośląskie. W 2014 roku ukazał się obszerny tom wspomnień zebranych i opracowanych przez Annę Romaniuk – znalazły się tam wspomnienia wcześniej drukowane oraz zapisy rozmów edytorki książki z przyjaciółmi i znajomymi poety. Wspomnienia mają to do siebie, że zazwyczaj nie są pozbawione subiektywnego spojrzenia na przeszłość, są często mylnie lub nieprecyzyjnie usytuowane w czasie. Wykorzystano głównie te, które opierają się na dziennikach bądź listach, oraz te, które miały potwierdzenie w faktach z innych źródeł.

Dzienniki pisarzy potraktowano jako wiarygodne źródło – nie ma wątpliwości co do dokładnych zapisków dziennych takich twórców, jak: Jan Józef Szczepański, Wiktor Woroszylski, Andrzej Kijowski czy Jerzy Zawieyski (edycja jego Dzienników jest wyborem, korzystano także z pełniejszej wersji rękopiśmiennej), żeby wymienić najważniejsze wykorzystane w pracy. Również precyzyjny okazał się Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda. Potwierdziły to zapisy Herberta w jego kalendarzach. Z tych ostatnich starano się również uwzględnić te zapisy, dla których nie ma potwierdzenia w innych źródłach – niech pozostaną dalszym tropem dla badaczy. […]

Zmiany miejsc pobytu, podróżowanie jest charakterystyczne dla życia Herberta, ale również dla życia innych poetów. Ciekawe byłoby bliższe przyjrzenie się podobnemu stylowi życia Herberta i na przykład Rainera Marii Rilkego, tak bliskiego autorowi Pana Cogito i cenionego przez niego. Pół wieku wcześniej niż Herbert ten poeta bez ojczyzny, urodzony w Pradze, również zmieniał miejsca pobytu: od Monachium, przez Berlin, Rzym, Paryż, włoskie Duino, po szwajcarskie Château de Muzot, gdzie osiadł w ostatnich latach życia. Nieustannie podróżował po Europie, mając, w innym czasie i w innych okolicznościach niż Herbert, więcej szczęścia do hojnych wielbicieli i wielbicielek jego talentu oraz protektorów, którzy użyczali mu swoich posiadłości. Herbert podróżował, zapożyczając się, wykorzystując liche honoraria krajowe, musiał liczyć na korzyści płynące z nagród zagranicznych oraz publikacji jego utworów na Zachodzie. Obaj mieli szczęście spotkać wydawców inwestujących w ich twórczość – Herbert Siegfrieda Unselda z Suhrkamp Verlag, Rilke Antona Kippenberga z Insel Verlag. Pasją obu była poezja. Obaj pieczołowicie dbali o swoje archiwum, dzięki czemu możliwe jest szczegółowe odtworzenie meandrów ich życia.

Kalendarium traktuje podróże jedynie faktograficznie. Prowadzi po ważnych dla Herberta miejscach dłuższego pobytu, miejscach, w których szukał wypoczynku i spokoju do pracy twórczej, oraz po miejscach, w których mógł zaspokoić głód obcowania na żywo ze źródłami kultury europejskiej. Fakty, czas i miejsca nie mogą oczywiście oddać bogactwa, które kryje się za tym podróżowaniem, między innymi kilku tysięcy notatek-rysunków, inspiracji dla poezji i eseistyki Herberta.

W Kalendarium zdarzają się „białe plamy”, dłuższe okresy, dla których brak jakichkolwiek informacji potwierdzonych w źródłach. Miesięczne, a nawet dłuższe okresy, o których nie ma wiadomości, okresy niepisania, w tym niepisania listów, były często świadectwem chorób – tych rzeczywistych i tych wyimaginowanych, które były aż nadto wykorzystywane w listach, by usprawiedliwić się z opóźnień w napisaniu obiecanego tekstu czy z korespondencyjnego milczenia. Jeden z jego przyjaciół snuł refleksję na ten temat:W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyjeżdżał do Londynu gotów stawić czoło światu, a mimo to robił zagadkowe aluzje na temat raka, szpitali i operacji. Szpitale bynajmniej nie były fikcją, ale choroby stanowiły po części wytwór jego psychiki, nawiedzanej na przemian napadami depresji i manii. Jakby wysiłek wyprowadzenia poezji nieustępliwie zdrowej psychicznie i krystalicznie czystej z tworzywa strasznych czasów – i im na przekór – był ponad jego siły. Aby poezja zachowała duchowe zdrowie, trzeba ustąpić w jakimś innym miejscu”.

Dokumenty o zdrowiu poety zachowały się fragmentarycznie, również lekarze leczący Herberta odmawiali komentarzy na temat jego kuracji, tłumacząc się tajemnicą zawodową. Drażliwy temat pobytów w szpitalach, w tym psychiatrycznych, pojawia się jedynie tam, gdzie były ich potwierdzenia w dokumentach i listach.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych Herbert niekiedy zapisywał daty, rzadziej miejsca, w których tworzył. Dotyczy to głównie wierszy pisanych w niewielkich, początkowo przeważnie szkolnych zeszytach do słówek. Później, w czasie podróży zagranicznych, zapisywał je w innych już notatnikach niewielkich rozmiarów, oszczędnie podpisując datami. Chociaż, pisząc listy i kartki do znajomych, Herbert niejednokrotnie mylił dni, miesiące, a nawet lata, przyjęto, że daty zapisane pod utworami są poprawne i jako takie wykorzystano je w Kalendarium. […] Niektóre utwory powstawały przez wiele lat (na przykład dramat Jaskinia filozofów czy pisany później esej Lekcja łaciny). W takich przypadkach nie tworzono oczywiście dla utworu noty z różnymi datami, czytelnik daty te odnajdzie w różnych miejscach, a do ich zlokalizowania w tekście służy indeks utworów.

W notach poświęconych rękopisom wierszy zaznaczono pierwodruki, odsyłając do ich dat (tam znajduje się m.in. więcej informacji na temat przedruków).

Pominięto rękopisy niedatowanych utworów poetyckich, w tym nawet tych, które znajdują się w pobliżu datowanych. Dlatego nie ma w Kalendarium wszystkich wierszy zamieszczonych w tomikach oraz rozproszonych i ineditów, które zebrał i opracował Ryszard Krynicki w tomach Utwory rozproszone (Rekonesans) i Utwory rozproszone (Rekonesans 2). Znajdą się w Kalendarium niektóre z wierszy nigdy nieogłoszonych drukiem, o ile były przez Herberta datowane.

Uwzględniono także datowanie innych utworów – opowiadań i nielicznych zachowanych w rękopisach tekstów publicystycznych.

Publikowane utwory Herberta (pierwodruki, druk w tomach, przedruki, tłumaczenia utworów na języki obce) zostały już raz umieszczone na osi czasu w monografii bibliograficznej Pawła Kądzieli, która jest swoistym kalendarium twórczości drukowanej i jej recepcji. […]

Przy utworach poetyckich uwzględnionych w tomach podano miejsca i daty pierwodruków w czasopismach. Jeżeli zaś miejscem pierwodruku był dany tom, uwzględniono datę wydania tomu z informacją, które utwory drukowane są w nim po raz pierwszy.

Tworząc noty do utworów publicystycznych, eseistycznych i prozatorskich zamieszczanych w czasopismach, dla ułatwienia korzystania z nich podano ich przedruk w pierwszym wydaniu Węzła gordyjskiego lub w drugim wydaniu, większym o szesnaście pozycji, bez opisu zawartości tych tekstów. Podczas prac nad Kalendarium odnaleziono dalszych czterdzieści osiem tekstów publicystycznych oraz informację o szesnastu audycjach radiowych – zachowały się teksty pięciu z nich. Udało się również odnaleźć dwa teksty z początku 1950 roku w całości niedopuszczone do druku przez cenzurę.

Zasadniczo nie przytaczano w Kalendarium wszystkich pierwodruków przekładów utworów oraz wszystkich realizacji słuchowisk i przedstawień teatralnych, jak również recenzji tychże. Są one uwzględnione w monografii bibliograficznej Twórczość Zbigniewa Herberta Pawła Kądzieli, która, poza małymi wyjątkami, obejmuje całość twórczości i recepcji. Wyjątkami są te przekłady, słuchowiska, przedstawienia i recenzje obcojęzyczne, które mają związek z treścią Kalendarium pozyskaną ze źródeł, głównie z listów.

Mimo dużej objętości Kalendarium nie pretenduje do przedstawienia wszystkich faktów z życia Herberta. Zapewne pozostaną niewiadomą szczegóły jego licznych podróży, szczegóły przyjaźni, których część kulis udało się odsłonić dzięki listom. Herbert w liście do prof. Aleksandra Fiuta określił siebie jako „poetę masek”. To określenie wydaje się adekwatne nie tylko w odniesieniu do jego poezji, ale także do życia – na początku lat siedemdziesiątych ukuł dewizę, którą wielokrotnie później powtarzał: „[…] człowiek nie jest tym, czym jest w istocie – a któż z nas wie, kim jest – tylko tym, czym chciałby być”, uważając ją za swoje „podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii”. Nie będzie odkrywcze stwierdzenie, że podobnie jak inni twórcy w swoich utworach przez słowa chciał oddać takiego siebie, jaki chciałby być, a jaki w rzeczywistości nie zawsze był. Czytelnicy Herberta oraz opracowań dotyczących tej twórczości i jego życia mają wybór, jak chcą go postrzegać. […]

Kalendaria wymagają wielu lat pracy, podczas której ich autorzy spotykają wiele osób mających pośredni czy bezpośredni w niej udział.

Przede wszystkim chciałbym podziękować za wsparcie finansowe, którego w ostatnich latach udzielili: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w formie dwóch stypendiów twórczych w 2019 i 2023 roku, a także pani Elżbieta Segerstrom. Bez ich pomocy trudno byłoby odbyć liczne kwerendy w bibliotekach i archiwach polskich i zagranicznych oraz opłacić koszty zamawianych kopii cyfrowych materiałów, głównie z zagranicy, a także, prozaicznie, bez większych trosk i przeszkód pracować poza obowiązkami zawodowymi.

Wykorzystanie listów Herberta w Kalendarium byłoby niemożliwe bez zgody pani Katarzyny Herbert, której zawdzięczam lata przyjaźni, rozmów i cierpliwego wyjaśniania wątpliwości, które rozwiać mogła tylko ona. Katarzyna Herbert zmarła 15 lutego 2025 roku.

Autorowi biografii Herberta, Andrzejowi Franaszkowi, dziękuję za lata dzielenia się materiałem źródłowym, za liczne rozmowy i przyjacielską pomoc, a także za jego wnikliwą lekturę pracy, która pozwoliła uniknąć przeoczeń i błędów. Za nie mniej dokładną lekturę Kalendarium oraz poczynione uwagi i uzupełnienia dziękuję również serdecznie prof. Marii Prussak.

W trudnych kwestiach, którymi są relacje Herberta z osobami niemieckojęzycznymi oraz świadectwa jego obecności na tamtejszym rynku wydawniczym, mogłem liczyć na bezinteresowną pomoc trzech germanistek. Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję w stronę prof. Anny Wołkowicz, która podczas wyjazdów do Marbach (w ramach stypendium przyznanego przez Deutsches Literaturarchiv Marbach oraz mikrograntu przyznanego przez Uniwersytet Warszawski w ramach programu „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza”) przeprowadziła szeroką kwerendę w archiwum Suhrkamp Verlag, wybrała z niego istotne dla Kalendarium materiały i przetłumaczyła je na język polski. Aleksandra Kujawa-Eberharter przetłumaczyła listy Herberta do jego młodej przyjaciółki Renate Vollmer. Prof. Katarzyna Sadkowska wzięła na siebie trud tłumaczeń listów Herberta do jego austriackich przyjaciół: Helli Bronold i Wolfganga Krausa, a także jego dzienników oraz bieżących konsultacji niemieckojęzycznych, służyła przyjacielskim wsparciem w ostatnich latach pracy nad Kalendarium. Cytując listy Herberta, starano się zachować jego oryginalną pisownię, nierzadko niewolną od błędów gramatycznych i ortograficznych.

Podczas kwerend spotkałem się z życzliwą pomocą pracowników bibliotek i archiwów. Moim koleżankom i kolegom z Zakładu Rękopisów Biblioteki Narodowej, szczególnie Annie Milewicz, Teresie Sieniateckiej i Sławomirowi Szyllerowi, serdecznie dziękuję za liczne konsultacje i podpowiedzi. Równie ciepłe słowa kieruję do następujących osób: prof. Anny Supruniuk, kierownika Archiwum UMK w Toruniu, Krystyny Świerkosz z Biblioteki Gdańskiej PAN, Jolanty Liskowackiej z Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, Anetty Chachlowskiej, kierownika Archiwum Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, Grzegorza Kubackiego z Biblioteki Kórnickiej, Alicji Przybyszewskiej, kierownika Ośrodka Dokumentacji Wielkopolskiego Środowiska Literackiego w Poznaniu, Agnieszki Kosińskiej, kierownika Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie, Anny Bernhardt, prezes Stowarzyszenia Instytut Literacki „Kultura” w Maisons-Laffitte. Dziękuję również Dorocie Krawczyk-Janisch za wspaniały Berlin.

Słowa wdzięczności kieruję także do Piotra Kłoczowskiego i Doroty Fortuny z Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddziału Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie, za wsparcie w doprowadzeniu mojej pracy do publikacji.

Nie mniej gorące podziękowania składam osobom, które pozwoliły mi wykorzystać swoje prywatne zbiory w mojej pracy oraz dzieliły się ze mną wspomnieniami o Herbercie. Ich długa lista znajduje się w bibliografii.

 HENRYK CITKO

Fragmenty wstępu do dwutomowej edycji „Kalendarium życia i twórczości Zbigniewa Herberta 1924-1998” autorstwa Henryka Citko, która ukazała się we wrześniu 2025 roku nakładem Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literatura Polską i Instytutu Badań Literackich.

Teresa Chylińska

Ze smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Teresy Chylińskiej, wybitnej polskiej muzykolog, członka honorowego Związku Kompozytorów Polskich.

Urodzona 20 czerwca 1931 roku w Wojciechowicach, od 1944 związana była z Krakowem. Ukończyła studia muzykologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, a od 1954 roku pracowała w Polskim Wydawnictwie Muzycznym, gdzie przez ponad trzy dziesięciolecia wyznaczała najwyższe standardy polskiego edytorstwa tak w zakresie edycji nutowych, jak i publikacji książkowych. Jej praca redaktorska pozostaje wzorem dla kolejnych pokoleń badaczy, nie tylko z obszaru muzykologii.

W 2021 roku za swe zasługi na tym polu Teresa Chylińska została uhonorowana nagrodą Wielkiego Redaktora. […]

 

Fot. pwm.com.pl

 

Teresa Chylińska całe swoje życie zawodowe poświęciła badaniom nad życiem i twórczością Karola Szymanowskiego. Nie ma na świecie drugiej osoby, która oddałaby tak wielkie zasługi dla dokumentacji i udostępniania wiedzy o tym wybitnym twórcy. To pod jej redakcją ukazała się w Polskim Wydawnictwie Muzycznym wielotomowa edycja źródłowo-krytyczna dzieł Szymanowskiego, a także wielotomowe opracowanie jego korespondencji i pism. Jest też autorką trzytomowej monografii Karola Szymanowskiego oraz kilku innych publikacji książkowych poświęconych jego życiu i muzyce. Są to pozycje fundamentalne dla polskiej i światowej muzykologii, wyznaczające podstawy badań nad dorobkiem Karola Szymanowskiego i stanowiące bezcenny punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń naukowców.

Teresa Chylińska angażowała się też w popularyzację wiedzy o Szymanowskim, przygotowując wielogodzinne serie audycji radiowych, wystawy, prelekcji i teksty publicystyczne. Aktywnie zajmowała się działalnością w życiu środowiskowym – w Towarzystwie Muzycznym im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem, Polskim Towarzystwie Wydawców Książek, Związku Kompozytorów Polskich i Międzynarodowym Towarzystwie Muzykologicznym. Była również członkinią Rady Naukowej Towarzystwa im. Fryderyka Chopina oraz Zarządu Fundacji im. Karola Szymanowskiego i jury Nagrody jego imienia.

Pozycja Teresy Chylińskiej w polskiej kulturze, jej wybitny dorobek naukowy i popularyzatorski oraz wspaniała osobowość na trwałe zapisały się w historii muzyki naszego kraju. Pozostaną także żywe w naszej wdzięcznej pamięci.

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Fragment mowy wygłoszonej na uroczystościach pogrzebowych w Krakowie, 13 października 2025.

Spod powieki (M)

Środa, 10 września

Trzydziesty szósty tom Dzieł Józefa Mackiewicza (Londyn, „Kontra”, 2024): opracowana niezwykle sumiennie przez Ninę Karsov korespondencja polskiego pisarza z siedmioma osobami, Polakami i Rosjanami.

Najobszerniejsza i chyba najciekawsza jest wymiana listów z Siergiejem Wojciechowskim (1900-1984), rosyjskim publicystą i działaczem politycznym, ale także poetą, działającym w Warszawie od roku 1922, podczas okupacji prezesem komitetu, reprezentującego rosyjskich emigrantów wobec władz niemieckich. To on zorganizował ewakuację wszystkich chętnych do wyjazdu w roku 1944. Po wojnie osiadł w Stanach Zjednoczonych. Oprócz listów wydrukowano w tym tomie relację Wojciechowskiego o owej ewakuacji z Warszawy w lipcu 1944 roku: oryginalne spojrzenie z nieoczekiwanej strony. Kilka migawek: „Rynki były zawalone żywnością, dostarczaną przez szmuglerów i wieśniaków. Niewielkie, zaciszne restauracje kusiły długim spisem smacznych dań. Bajeczne ceny rosły pod deszczem papierowych banknotów. Podejrzani osobnicy, rozglądając się spode łba, handlowali na targu złotem i francuskim koniakiem. Proponowali też broń spod poły – belgijskie browningi i sowieckie automaty” (s. 223).

„Rozmowy z uchodźcami z Rostowa, Charkowa czy Kijowa […]. Urzeczeni obfitością polskich rynków, po głodującej Rosji, chcieli zatrzymać się na dłużej w Krakowie czy Warszawie i byli niezadowoleni, że nalegam, by natychmiast wyjeżdżali” (s. 224).

„Z prawej strony, nad Placem Trzech Krzyży, płynęła w powietrzu szara kopuła kościoła Świętego Aleksandra, nazwana tak, gdy go erygowano, ku czci rosyjskiego monarchy. Na lewo, ulica urywała się przy Szpitalu Ujazdowskim. W 1942 roku na jego podwórkach, sowieccy żołnierze, szukający ratunku w niewoli a skazani na bezlitosne wytępienie, umierali od ran, z głodu, na gruźlicę i tyfus. Garsteczka Rosjanek, pokonawszy z moją pomocą zakazy i przeszkody, poszła do tych baraków. Lekceważąc niebezpieczeństwo, karmiły głodnych, pomagały chorym, pocieszały umierających i dwie zapłaciły życiem za ten heroizm. W lipcu 1944 roku po zniszczonych barakach na brudnym pustkowiu zostały tylko zarosłe zielskiem kupy cegieł i desek” (s. 229).

„Gdy w poczekalni [komitetu] sporządzano spisy tych, co chcieli wyjechać z Warszawy […], w kancelarii rozpoczęło się spieszne pakowanie. Wyjęto z ram portrety cesarzy, otrzymane przed wojną przez Rosyjski Komitet Społeczny od polskiego Sądu Okręgowego w Warszawie, który ich oczywiście nie potrzebował” (s. 243).

Warto czytać takie spojrzenia z drugiej strony, odsłaniają inne przeploty i powiązania, o których może nigdy by się samemu nie pomyślało.

W tym samym tomie w biogramie Janusza Laskowskiego zwróciłem uwagę na wzmiankę: „W r. 1947-ym był w Niemczech założycielem i przez krótki czas redaktorem naczelnym «Przeglądu Literackiego» (Stuttgart)” (s. 379). Jakoś nie pamiętałem o istnieniu takiego periodyku emigracyjnego, choć Stuttgart bliski memu sercu (mieszkałem tam półtora roku, dojeżdżając do archiwum Rilkego w Marbach). W sieci można przeczytać zamieszczony w owym „Przeglądzie” esej Jana Bielatowicza Literatura na emigracji z taką obrazową formułą, dotyczącą funkcjonowania żelaznej kurtyny w kulturze: „Jakieś tylko wątłe promyki padają stąd przez szparę w kurtynie na karty pism krajowych. To zaś co się oficjalnie w kraju jako literaturę emigracji przedstawia, są to badyle i szypułki, z których odcięto kwiaty” [1].

A najserdeczniejsza w tym tomie jest wymiana listów między Mackiewiczem i Romanem Gulem, pisarzem rosyjskim, u którego mam dług wdzięczności, jako że to w jego przedwojennej książce o „czerwonych marszałkach” znalazłem opowieść o laseczce emira bucharskiego, co pomogło mi rozwiązać pseudonim „Igor Abugow” i wydobyć na jaw zupełnie nieznaną rosyjskojęzyczną twórczość Newerlego.

 

Czwartek, 11 września

Finalistka NIKE Eliza Kącka ujawnia w wywiadzie, dlaczego autystyczna córka nazywa ją Pingwinem: „Chodziłam z tajemnicą mojej «przezwy» w głowie, a ona cały trud, koncentrację, by przenieść ją przez życie bez kolizji przełożyła na obraz pingwina kroczącego niepewnie z jajem między palcami stóp. Nie szukała metafory. Zobaczyła to, wyczuła”. Chwiejna równowaga. Obraz, który zostaje.

*

Zainteresowanie Etiopią promieniuje też na kraje ościenne, kiedy więc wpadła mi w ręce książeczka Katarzyny Pernal-Wyderkiewicz Cienie Nairobi (Warszawa, NovaRes, 2025), zajrzałem i – przeczytałem jednym ciągiem. Intencja dobra. Fabuła naiwna i zupełnie nieprawdopodobna, choć problem (handlu organami, pobieranymi od biednych murzyńskich sierot) realny. Jeśli rzecz potraktować jako szlachetną bajeczkę, opowieść wciąga. Jeśli prawdziwa jest teza, że powieść powinna mieć wbudowany motyw zegara albo tkaniny, to tutaj mamy do czynienia z tym drugim wariantem: „Anna przesunęła palcami po materiale. Po życiu w buszu jej dotyk stał się bardziej świadomy – wyczuwała każde włókno, każde przeplecenie nici. Tkanina śpiewała pod jej palcami historię rąk, które ją stworzyły”. Ale niewiele więcej.

 

Piątek, 12 września

Tom pism Matki Elżbiety Czackiej O niewidomych. Stałe poczucie apostolstwa („Dzieło nasze ma na celu apostolstwo wśród niewidomych, a z niewidomymi apostolstwo wśród widzących” [2]). Apostolstwo przez książki („Listy dziękczynne, które często przychodzą do Biblioteki, ukazują dostatecznie, jak płodnym jest apostolstwo książek” [3]. Marginalne, bez ostentacji, wzmianki o kontaktach z ludźmi wybitnymi: „Stąd dyrektywa Ojca św. Piusa X, gdy był jeszcze Nuncjuszem w Warszawie dawał mi rady w sprawach zgromadzenia, kładł wielki nacisk na to, by niewidomi byli otoczeni ludźmi, którzy by potrafili zapełnić im umysł tym, co jest warte, by zajmowało umysł ludzki” [4]; „Są także i tacy […], którzy przychodzą, by się nauczyć cierpieć. By nauczyć się żyć dla Boga” [5]. Nazwisk nie ma, ale można się domyślać. Jerzy Liebert? Rafał Marceli Blüth? Potrzeba zwięzłości: „Braille mówił: «Nasze sposoby pisma i druku zajmują wiele miejsca na papierze; trzeba więc ścisnąć myśli w możliwie najmniejszej liczbie słów»” [6]. Powiem krótko: mądra książka.

 

Wtorek, 16 września

Nick Hayek Jr., szef Swatch Group, w proteście przeciwko podniesieniu amerykańskich ceł na towary szwajcarskie do wysokości 39% wypuścił na rynek limitowaną edycję zegarków pod nazwą „What if… tariffs?”, które różnią się od normalnych tym, że liczby, oznaczające godzinę trzecią i dziewiątą zostały zamienione i od lewej do prawej zamiast 93 czyta się: 39. Z tyłu, na pokrywie baterii, umieszczono znak %, a zegarek tej limitowanej serii, do kupienia tylko w Szwajcarii, kosztuje 139 franków. Szwajcarzy porównują ten protest do… buntu Wilhelma Tella.

 

Środa, 17 września

Manewry Zapad nie przerodziły się w powtórkę 17 września 1939 roku. Okęcie działało normalnie i w południe wylądowaliśmy w Pradze.

Wieczorem w osiemnastowiecznym pałacu Lobkowiczów, siedzibie ambasady niemieckiej, pamiętnej z jesieni 1989 roku – kiedy to koczowały tu tysiące uciekinierów z NRD – otwarcie konferencji Rilke-Gesellschaft. Świetne, improwizowane przemówienie nowego ambasadora, Petera Reussa, który opowiedział, jak z książkami Rilkego obcuje od dziecka, a doktoryzował się pracą o historyku sztuki Wilhelmie Hausensteinie (zaprzyjaźnionym z Rilkem – poeta był świadkiem na jego ślubie). Kulminacją wieczoru była uroczysta mowa, wygłoszona przez norweskiego prozaika Karla Ove Knausgårda. Kiedy czytałem pierwszą księgę Mojej walki, zaznaczałem sobie miejsca, wskazujące na dobrą znajomość Maltego. Tu, w Pradze, Knausgård kazał się słuchaczom przenieść z chwili obecnej w dzień poprzedni, kiedy w Londynie pisał swą mowę, i śledzić wraz z nim proces wyciągania z pamięci wszystkich etapów fundamentalnego przeżycia, jakim była dla niego lektura powieści Rilkego. Od wyglądu okładki, poprzez najmocniej przeżyte miejsca, takie jak śmierć ojca i w ogóle sceny umierania, po obsesję ciągłego porównywania: skoro to jest wzorzec, jakość, którą chciałbym osiągnąć, dlaczego ciągle jestem gorszy, dlaczego nie potrafię pisać tak jak on. Na koniec swego emocjonalnego wystąpienia Knausgård zdradził, że kilka dni temu skończył szósty tom swego nowego cyklu powieściowego. Nie powiedział wprost, ale chyba chciał dać do zrozumienia, że może wreszcie mu się udało.

 

Czwartek, 18 września

W lutym Maria chciała konieczne w Addis Abebie obejrzeć szkielet Lucy, istoty z gatunku Australophitecus afarensis, powiedziano nam jednak, że jest w podróży po Europie. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że szkielet ten stanowi obecnie główną atrakcję praskiego Muzeum Narodowego. Samo muzeum jest zresztą stanowczo warte odwiedzenia, ma bogate i ciekawie pokazane zbiory. Spośród mnóstwa godnych uwagi eksponatów wymienię tarczę strzelecką z roku 1746 z wyobrażeniem Turka kurzącego fajkę, dziwne alchemiczny wizerunek Maryi jako Mater inviolata, czeski przekład traktatu jezuity Manniego (Praga 1701), z rycinami przedstawiającymi ukazujące się grzesznikom zwidy i majaki (Trápenj Zraku), witraż ze sceną spalenia Jana Husa (przełom XVII/XVIII wieku), liczne serie ilustrowanych kart do gry. Osobna wystawa pokazuje skarby sztuki dalekowschodniej, wypożyczone z Tajwanu (udzielam tam nieoczekiwanie wywiadu, na prośbę pewnego tajwańskiego portalu internetowego).

*

Pasaż Lucerna, który zbudował inż. Vácslav Havel, dziadek przyszłego prezydenta. W środku secesyjna kawiarnia oraz kino, gdzie będą grać film Agnieszki Holland o Kafce. Szkoda, że dopiero za tydzień (w Polsce dopiero za miesiąc).

 

 

Kościół pod wezwaniem św. Henryka i św. Kunegundy (parafia węgierskojęzycznej wspólnoty katolickiej w Pradze). Szukamy tu pewnej płyty nagrobnej, o której Rilke napisał wiersz.

 

 

Wiersz, zatytułowany Bei St. Heinrich, kończy się pytaniem, czy rycerz, który za życia wysoko nosił swoją tarczę herbową i dbał, by zawsze błyszczała, wie, że teraz potykają się o nią stare baby w brudnych łapciach (Lebend hielt er hoch sein Wappen, / sorgte immer für sein Blinken; – weiß er, daß mit schmutzgen Schlappen / alte Weiber drüber hinken?).

A wieczorem w parku Karola przystajemy pod pomnikiem z popiersiem kobiety. To powieściopisarka Karolina Svètlá (1830-1899), która pojawia się na kartach Zostało z uczty bogów Newerelego jako patronka babki polskiego pisarza, zachęcająca ją do pisania.

 

Piątek, 19 września

Dziś i jutro obrady w praskim ośrodku Goethe Institut, który do zjednoczenia Niemiec był siedzibą ambasady NRD. Świetny referat Rüdigera Görnera o europejskim świadectwie Rilkego, które nie wyrażało się w deklaracjach politycznych, tylko w głębokim poczuciu europejskiej tożsamości. Po I wojnie Rilke ze Szwajcarii zwrócił się do Masaryka o udzielenie mu, jako urodzonemu w Pradze, obywatelstwa czechosłowackiego. Przy tej okazji Görner zwrócił uwagę na osobliwość języka niemieckiego, w którym słowo Ausweis (dowód osobisty) oznacza coś, czego trzeba dowieść, co trzeba wykazać, ale jak się wykazać nie może, można być ausgewiesen – wydalonym.

*

Na drugim brzegu Wełtawy wypatrzyłem spod oka wystawę, którą trudno mi pominąć: „Oko v umění”, czyli „Oko w sztuce”. Idziemy zatem mostem Karola na drugi brzeg, na wyspę Kampa. U wejścia na wyspę mała plenerowa wystawa planszowa, pokazująca ciekawe dokumenty z oficjalnej i półoficjalnej historii zagranicznych wizyt w Pradze. W roku 1965 był tu, na zaproszenie związku pisarzy, Allen Ginsberg, fetowany i obwołany „Królem Majowym” (král majálesu), a zaraz potem deportowany przez policję (w samolocie napisał o tym wiersz). Zachowały się klatki z amatorskiego filmu, na których widać zdziwienie na twarzy stojącego na trybunie pierwszego sekretarza partii, Novotnego, na widok kroczącego w pochodzie pierwszomajowym długowłosego poety amerykańskiego. Na innej planszy dobrze mi znana okładka The Prague Orgy Philipa Rotha – tłumaczyłem Praską orgię dla Nowej, wyszła w drugim obiegu, ale z punktu widzenia prawa autorskiego legalnie (Maria uzyskała bezpłatną zgodę autora na to wydanie). Na innej planszy zdjęcia terrorysty Carlosa z żoną, idących praską ulicą (rok 1979) i dokumenty, dotyczące kuracyjnego pobytu w Czechach Ernesto „Che” Guevary.

Wystawa Oko v umění trochę nierówna, ale znakomite prace wynagradzają czas, stracony na oglądaniu reszty. Należy do nich asamblaż Jaroslava Wožniaka Sv. František, w którym oblicze świętego zmontowano z sękatego kawałka drewna zamiast ust, dużych, jakby wolich gałek ocznych i ludowej figurki św. Krzysztofa niosącego młodego Chrystusa, zastępującej strzechę włosów. Głowa dziewczyny André Deraina. Splynutí (Fuzja) Rudolfa Adamka z roku 1913 (litografia przedstawiająca dwie przenikające się dusze). A także Dívka z patentkou (Miss KIN) Františka Kupki z roku 1920 – wizerunek dziewczyny z zatrzaskiem w lewym oku – motyw używany skutecznie jako reklama czeskiej firmy o światowym zasięgu, Koh-I-Noor.

*

A potem Národni galerie w pałacu Sternbergów. Świetna kolekcja dawnych mistrzów, w pięknych salach na kilku piętrach, którą można oglądać w absolutnym spokoju. Spędziliśmy tam bite trzy godziny i spotkaliśmy tylko dwoje zwiedzających: Japończyka, który fotografował z entuzjazmem prawie każdy obraz, i straszą panią, chyba Czeszkę.

Na tę chwilę czekałem od lat. Dość często zdarzało mi się opowiadać, na uczelni i w towarzystwie, historię obrazu, który Dürer namalował w Wenecji w roku 1506 i który był tak ceniony, że kiedy sto lat później zapragnął go kupić cesarz Rudolf, musiał zapłacić kolosalną sumę, a żeby obraz nie uległ uszkodzeniu w trakcie transportu do Pragi, gdzie cesarz urzędował (otoczony alchemikami), tragarze nieśli go na drągach. Z biegiem lat wszakże obraz ściemniał, podupadł i w końcu XVIII wieku sprzedano go za grosze. Dopiero w latach trzydziestych ubiegłego wieku Czesi zdali sobie sprawę, jaki mają skarb i obraz zakupiło państwo czeskie za rekordową podówczas sumę. Była to opowieść o zmiennych kolejach fortuny. Wiele lat temu wybrałem się do Wenecji, żeby zobaczyć kościół św. Bartłomieja w dawnej dzielnicy niemieckiej (Fondaco dei Tedeschi), tuż koło Rialto. Chciałem sobie wyobrazić, jak tam przez sto lat królował z ołtarza. Dziś miałem stanąć twarzą w twarz z oryginałem (nawet jeśli nieco nadwerężonym przez czas i nieudolną restaurację).

Obraz, zwany najczęściej Świętem różańcowym, przedstawia kilkanaście postaci. W centrum króluje Madonna z Dzieciątkiem, obok niej św. Dominik, na froncie najważniejsze postaci ówczesnej władzy kościelnej (papież) i świeckiej (król, późniejszy cesarz Maksymilian), wokół nich tłum notabli weneckich i przedstawicieli niemieckiej kolonii w tym mieście; z prawej Dürer z przyjacielem. Można przed nim stać długo, przyglądając się szczegółom i wyobrażając sobie inne, zatracone podczas restauracji, jak ową muchę na pieluszce Dzieciątka, której w katalogu świetny esej poświęcił Lubomir Konečný. A właśnie, jest w muzeum do kupienia okazały katalog, wydany w roku 2006 z okazji specjalnej wystawy, urządzonej w pięćsetlecie namalowana obrazu i w czterysta lat po przyniesieniu go do Pragi.

*

Po uroczystej kolacji na zakończenie obrad goście zaczynają krążyć po sali, żegnać się z tym i owym. Widzę, że młode germanistki i  germaniści wysuwają telefony, które dotykają się noskami, jak zwierzątka. Dawniej wymieniano wizytówki, dziś to komórki zapoznają się i żegnają eskimoskim pocałunkiem.

*

 

 

W hotelowej biblioteczce egzemplarz zupełnie nowej (styczeń 2025) książki Grumberga z odręczną dedykacją autora. Opowieść o wyciąganiu ze starzejącej się matki wspomnień o rodzinnej tułaczce, która wiodła z okolic Brodów do Paryża. Stacją w tej drodze była Praga. Matka zatrzymała się tam u kuzynki, która w podpraskiej wsi hodowała kury – jajka przemycano do miasta, pochowane po kieszeniach. Matka jest głucha i sklerotyczna – dwa powody do irytacji – ale nie utraciła jeszcze całkiem kontaktu z rzeczywistością. Domaga się na przykład od syna, żeby jej płacił tantiemy, skoro żyje z pisania sztuk i książek, w których opowiada jej historię. Zostawiam książkę w hotelu dla następnego podróżnego, który może o niej napisze w swoim dzienniku.

 

Sobota, 20 września

W drodze na konferencję: z bramy kamienicy wypadają dwaj młodzi ludzie z naręczami obrazów. Pytam, czy to ich, tak; czy mogę zrobić zdjęcie, tak; ledwie zdążyłem życzyć im powodzenia, już znikli w bocznej uliczce. Czuję się trochę, jakbym spotkał Hermesa z pomocnikiem.

 

 

*

Lucie Merhautová mówi o recepcji Rilkego w czeskiej poezji lat trzydziestych i czterdziestych. W poezji zaczęła się ona, co ciekawe, od przekładów francuskojęzycznych tomików wierszy, pisanych pod koniec życia (tomiki Růže / Oknaw roku 1937 oraz Sad w 1939, oba w przekładzie Vladimira Holana). Wcześniej, w roku 1933, poeta Jan Zahradníček ogłosił swój przekład Maltego. Pavel Eisner w przedmowie do przekładu Duineser Elegien (1930) napisał zdecydowanie: „Kiedy czytasz Elegie, czujesz jedność wewnętrznych losów, jaką daje wspólne niebo nad głowami i wspólna ziemia pod nogami; rozumiesz, żeśmy byli – bez rozróżniana narodowości – królami świata, skoro w jednym pokoleniu mieliśmy tych trzech: Otokara Březinę, Gustava Mahlera, Rainera Marię Rilkego. Przez tych trzech przemawiał, z różnym akcentem, różną intonacją, ale równie dogłębnie, święty głód i święte pragnienie mistycznych reguł życia jednego kraju, z taką siłą, że ten głos nie przemija”.

Ale nie stało się tak od razu. W roku 1922 Otokar Fischer ubolewał, że kiedy – przed laty – Ellen Key została zaproszona przez jedno z niemieckich stowarzyszeń w Pradze do wygłoszenia odczytu i uznała, że sprawi przyjemność organizatorom, mówiąc o Rilkem, okazało się, że nie jest on im znany, że czytają go raczej czescy poeci, widząc w nim rodaka, piszącego w obcym języku.

*

Spacer po Nowym Mieście. Na ratuszu wyrafinowany zegar z figurami, któremu Rilke poświęcił wiersz Die alte Uhr. Wiersz zapowiada kres pracy zegara, chwilę, kiedy skąpiec po raz ostatni uniesie głowę a śmierć z wybałuszonymi gałami po raz ostatni machnie stalową kosą. Ta chwila jeszcze nie nadeszła, o każdej pełnej godzinie przesuwają się figurki w zakratowanych okienkach, nie nadszedł jeszcze Sądny Dzień. Jutro wracamy.

A teraz jeszcze zorganizowany spacer po kilku miejscach, związanych z Rilkem. Niestety, w większości są to miejsca, w których stał budynek, w którym to i owo. Praga przez te sto lat bardzo się zmieniła. Z satysfakcją odsyłam uczestników wycieczki do kościoła św. Henryka i św. Kunegundy, niech obejrzą buty rycerza, deptane przez staruszki.

 

Wtorek, 23 września

Za kuchennym oknem wisi na gałęzi kula żeliwna, do której Maria sypie codziennie włoskie orzechy dla ptaków. O tej porze roku są to sikorki różnej maści, mazurki, kowaliki, dzięcioły. A na zewnętrznym parapecie, po lewej stronie okna, urzęduje zwykle, żebrząc o pokarm i wdzięcząc się do pani domu, Rudolf, rudy kocur sąsiadów. Rano, tuż przed wyjazdem do Częstochowy, zauważyłem, że Rudolf siedzi dziś na prawym parapecie, plecami do kuchni i czai się na coś na ziemi. Pogroziłem mu, żeby nie rozrabiał i poszedłem po aparat. Z wielkim trudem wypatrzyłem wśród liści, tuż pod kulą z orzechami, małą mysz polną.

Mamy zatem zamknięty krąg aprowizacyjny. Maria dokarmia ptaszki i Rudolfa, myszka żywi się spadłymi z kuli okruszkami, a Rudolf czatuje na myszkę, żeby ją pożreć. Zdążyłem zrobić niezbyt wyraźne zdjęcie, pogoniłem kota i pogoniłem na dworzec.

*

W Częstochowie na dwudniowej konferencji „Uprawianie kultury. Wokół dziedzictwa Pawła Hertza”. Otwiera Marek Zagańczyk, w którego pieczy znajduje się archiwum Hertza, bardzo osobistym tekstem, precyzującym miejsce jego mentora w dwudziestowiecznej kulturze polskiej. Punktem kulminacyjnym pierwszego dnia jest koncert w częstochowskiej Filharmonii w wykonaniu Zespołu Cieśni Nadgarstka, prowadzonego przez Adama Regiewicza, który po południu otwierał konferencję jako dyrektor Instytutu Literaturoznawstwa. Koncert powstał w ramach projektu „Alternatywa dla Awangardy” i składał się z nagranych wypowiedzi historyków literatury o wybranych poetach dwudziestolecia międzywojennego oraz piosenek z rockowym podkładem, śpiewanych przeważnie przez Regiewicza do muzyki rockowej, wzbogaconej o dźwięki klarnetu i trąbki. Adam Dziadek wygłosił z ekranu wprowadzenie do Wiersza ostatniego Aleksandra Wata. W trakcie tego utworu robiłem zdjęcia, które wysyłałem z sali koncertowej do Pierre’a Wata, wnuka poety. Zareagował od razu: C’est émouvant, merci!

 

Adam Regiewicz śpiewa Wiersz ostatni Wata.

 

Środa, 24 września

W ciągu tych dwóch dni twórczość bądź osoba Pawła Hertza przedstawiana była najczęściej w dialogu z innym pisarzami: z Herbertem (referat Agnieszki Czajkowskiej, dobrego ducha i gospodyni tej konferencji), Iwaszkiewiczem, Lechoniem, Stryjkowskim. Jeden referat dotyczył wpływu Hertza na pisarza żyjącego (Marka Zagańczyka). Poetka Teresa Tomsia dała świadectwo echa lektury Pawła Hertza we własnej poezji. Dwa referaty tyczyły związków Hertza z muzyką, dwa (w wykonaniu dwojga włoskich polonistów) – jego powiązań z Włochami i kulturą włoską. Ja mówiłem o roli czasu i zegarów w twórczości autora wiersza *** (Wplątani w wieczne koło zdarzeń…).

Wieczorem Częstochowa żegna mnie o zmroku trącącym dziewiętnastym wiekiem mrocznym domkiem tuż obok peronu pierwszego, skąd odjeżdża pociąg InterCity na „białej” trasie Bielsko-Biała – Białystok.

 

 

Piątek, 26 września

Tomasz Różycki (obok Elizy Kąckiej jeden z dwojga moich faworytów w tegorocznym finale NIKE), o niektórych pożytkach z poezji: „Był taki grecki poeta Symonides z Keos, którego zawołali po tym, jak się zawaliła chałupa, gdzie była impreza. I ponieważ on recytował wiersz dla biesiadników, pamiętał, w jakiej kolejności siedzieli za stołem. Więc po tym, jak oni zginęli, potrafił wskazać, jak się kto nazywał”. Przydałby się taki poeta w Pompei.

*

Skończyłem Genialnie zmyślone? Jakuba Kuzy (Kraków, Znak, 2025). Dziesięć opowieści, ułożonych nie „po bożemu”, na tematy tak różne jak mistyfikacja matki Makryny Mieczysławskiej, skarby Inków na zamku w Niedzicy, zamieszanie wokół zakopiańskiego pochówku szczątków Witkacego czy sprawa erotycznych listów Chopina do Delfiny Potockiej. Najbardziej zaintrygowała mnie hipoteza dwojga badaczy ukraińskich, że posąg Światowida, wydobyty w roku 1848 z granicznej podówczas rzeki Zbrucz, mógł być falsyfikatem, sporządzonym przez poetę romantycznego Tymona Zaborowskiego (bądź na jego zlecenie). Legitur, jak mawiali Rzymianie. Czyta się.

 

Środa, 1 października

W piątek kupiłem na Allegro książkę Renaty Gulczyńskiej Działalność zakonu jezuitów w Lublinie w latach 1582-1773(Warszawa, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 2001). Dziś przyszła. Jakież było moje zdumienie, kiedy otwierając tom przeczytałem: „Panu Profesorowi / z życzeniami miłej lektury / Autorka”. Rzeczywiście, jest to bliski mi sposób pisania o historii: bez abstrakcyjnego teoretyzowania, a z uwagą dla konkretu. Skomplikowane dzieje fundacji kolegium jezuickiego w Lublinie pod koniec XVI wieku zostały przedstawione poprzez dokładnie odtworzone wędrówki poszczególnych sprawców: dawców (Maciejowskiego, Wapowskiej, Zebrzydowskiego, króla Batorego), pośredników (przeważnie włoskich – nuncjusza, prowincjałów) oraz biorców (polskich jezuitów). A kiedy autorka natknęła się na materiały, dotyczące aptek jezuickich, prezentuje je z poczuciem humoru.

 

Piątek, 3 października

Niedawno cieszyłem się, kiedy udało nam się dolecieć do Pragi i z powrotem. Dziś wieczorem dwie wiadomości. Pierwsza: ktoś zadzwonił na praskie lotnisko, zapowiadając nalot dronów. Druga: polski rząd zamierza zaraz po czeskich wyborach wznowić kwestię zwrotu przez Czechy drobnej nadwyżki terytorialnej, jaka pozostała po korekcie granic w roku 1958. Złowroga koincydencja.

 

Sobota, 4 października

Wczoraj rano przyjęliśmy szczepionkę antycovidową. Wieczorem się zaczęło. Położyliśmy się koło jedenastej. Pierwszy raz musiałem wstać zaraz po północy, drugi parę minut po pierwszej, trzeci o 2.10, czwarty znów o 2.10. Czyżby minęła doba? Za tym czwartym razem obudziłem się z wielce osobliwego snu. Leżałem w nim ciężko chory, na plecach, na piasku pustynnym i żwirze przed olbrzymimi wrotami świątyni bogini słońca. Wrota były zbudowane z dziesięciu kamiennych płyt w kształcie rozszerzających się ku górze i zaokrąglonych na końcach płaszczyzn. Gdyby nie ich masywność, przypominałyby rozpostarty wachlarz. Moim zadaniem było otworzyć te wrota. Ale jak miałem to zrobić, leżąc na ziemi bez sił po przyjęciu dawki zarazków niemal śmiertelnej choroby? Natężałem się ze wszech sił, starałem się wypchnąć z serca jasną krew przez całą lewą rękę aż do otwartej dłoni. Pierwsza próba – nic; druga – również nic; wreszcie za trzecim razem z palców wytrysnęły promienie, które padły na czubki kamiennego wachlarza. Masywne wrota drgnęły, płyty runęły powoli na piasek i było światło.

Nielogiczny sen – przecież lewa ręka ma tylko pięć palców. Ale tak było. Mam karteczkę, na której ten sen w nocy zapisałem, oraz świadka: Maria obudziła się o 2.22 i wszystko jej opowiedziałem.

*

W ostatnich dniach obejrzeliśmy z przyjemnością serial House of Guinness. Trochę irlandzka wersja Ziemi obiecanej. Bardzo dobra obsada, także ról drugoplanowych, dobre tempo, udana scenografia. Ale największą siłą tego serialu, przynajmniej dla mnie, jest muzyka Ilana Eshkeriego, wykorzystująca irlandzkie piosenki ludowe i utwory punkowe – teksty jednych i drugich współgrają z akcją, budując złowieszczy nastrój. Ostatni, ósmy odcinek kończy się wystrzałem na wiecu wyborczym. Wiadomo, kto strzelał, ale nie wiadomo, kto został trafiony, co czyni otwarcie na drugi sezon. Oczekując, można sobie puszczać soundtrack.

 

Niedziela, 5 października

Wczoraj wcześnie rano umarł, urodzony w roku 1931 jako Ivan Kauders, zapalony grzybiarz, kolekcjoner starych druków i map, znany w literaturze jako czeski pisarz Ivan Klíma. W latach dziecięcych trzy i pół roku przesiedział w obozie w Terezinie. Po praskiej wiośnie przez rok pracował jako visiting professor literatury czeskiej w Ann Arbor; po powrocie do Czechosłowacji został objęty zakazem druku. Pracował jako geodeta, sanitariusz, zamiatacz ulic, goniec. Cały czas pisał, publikując w drugim obiegu i na Zachodzie (tu dopomógł mu w karierze Philip Roth, który kiedyś, nawiązując do zmierzwionej fryzury Klímy, obdarzył go etykietką „a much more intellectually evolved Ringo Starr”). Jego dwutomowe wspomnienia noszą tytuł, podobny skądinąd do wspomnień Wata i Grassa, ale wzbogacony o przymiotnik: Moje šílené století. Zaiste, zwariowany wiek.

*

„NZZ” dramatyzuje: „Szwajcaria ma za dużo mleka. Pierwsi chłopi przyprowadzają krowy do rzeźni”.

*

Nagrodę NIKE oraz nagrodę publiczności otrzymała Eliza Kącka. Brawo! Odebrawszy statuetkę zaprosiła na estradę swoją córkę, mówiąc, że oto bohaterka literacka pojawia się publicznie u boku autorki. I stały przez chwilę, objęte, jak Don Kichot z Cervantesem.

*

Przeczytałem Preteksty do wspomnień Krystyny Kolińskiej (Warszawa, Iskry, 2014). Tak zwany groch z kapustą, ale polecam, na przykład jeśli ktoś chciałby pisać biografię Gustawa Morcinka. Wiele tu o nim wspomnień, sporo listów, szczególnie zainteresował mnie wątek Eriki. Oto on:

„Jeszcze tej samej jesieni [1945 roku] Morcinek zabrał «swój majątek w sakwy, maszynę do pisania pod pachę» i z Francji wyruszył do Włoch” (s. 249).

Z listu Teresy Morcinek, rok 1955: „W naszym domu z piątku na sobotę byli złodzieje. Gustlik był w Warszawie. Ukradli całą Gustawową garderobę, maszynę do pisania, wieczne pióra” (s. 270).

List Morcinka, rok 1956: „Masz rację, postanowiłem siedzieć kamieniem przy maszynie i nie myśleć o niczym innym jak tylko o nowych rozdziałach Mata Kurta Krausa” (s. 270).

Inny list, 1958: „Niebo jest okrutnie szare i niebeskie, deszcz siąpi, szyby okienne płaczą bez przerwy, siny ziąb wciska się do pracowni i gryzie jak stado pcheł, a ja siedzę przy maszynie, piszę, martwię się, że nie mogę nadążyć na czas” (s. 272).

Rok 1962: „A potem usiadłem przy maszynie i zmajstrowałem powieść dla Iskier jeszcze bez tytułu” (s. 276).

„W grudniu [1963 roku] znalazł się w Klinice Chorób Wewnętrznych przy ulicy Kopernika, w sali numer 3. Nie chciał korzystać z luksusu separatki, mówił: – Tam kładą samych umrzyków. Weźcie mnie do domu, tu nie mam maszyny, a chcę jeszcze w tym miesiącu zacząć nową książkę” (s. 264).

Po śmierci pisarza w jego domu urządzono Izbę Pamięci. „Te same dębowe meble, stół nakryty koronkową serwetą, obrazy, biurko z maszyną do pisania «Erika», księgi w oszklonych szafach, rzeźby z węgla” (s. 255-6).

List, jaki autorka otrzymała w roku 1967 od doktora Brożka: „Warto byłoby zgromadzić listy, jakie wychodziły na świat z maszyny «Erika». Korespondencja takich ludzi jak G.M. to kapitalne źródło do ich biografii […]” (s. 260).

Zastanawiam się, czy to nie od tej maszyny do pisania otrzymała imię morska panna Erika w przezabawnej opowieści Gustawa Morcinka Siedem zegarków kopidoła Joachima Rybki?

 

9 października

O godzinie trzynastej jak co roku słuchamy transmisji radiowej ze Sztokholmu. Tym razem cisza przedłuża się, pełna napięcia, wreszcie pojawia się sekretarz szwedzkiej akademii i obwieszcza: László Krasznahorkai. Znów brawo!

W końcu lat dziewięćdziesiątych organizowałem w Zurychu lunch, do którego mieliśmy zasiąść we trójkę: szwajcarski dokumentalista filmowy Jean Rezzonico, dzisiejszy laureat i ja. A połączył nas wieloryb. Pamiętam do dziś z dzieciństwa dotyk fiszbinów tego olbrzyma, którego w roku 1963 do Hali Mirowskiej przywiózł właśnie Jean (poznałem go osobiście dużo później, już w Szwajcarii). Wieloryb miał potem awanturnicze dzieje, o ile pamiętam skradziono go właścicielowi gdzieś w Katalonii czy we Włoszech, Jean Rezzonico nakręcił film dokumentalny o jego dalszych losach. Sam miał z Polski dobre wspomnienie – znalazł tu żonę.

W tym samym mniej więcej czasie, chyba przed Warszawą, wieloryba pokazywano na Węgrzech, gdzie budził wielkie zainteresowanie. W małym miasteczku zobaczył go mały László (rocznik 1954) i tak zrodziła się jego fantastyczna powieść Melancholia sprzeciwu. Chciałem doprowadzić do spotkania tych dwóch, które miało być nagrywane z myślą o kolejnym filmie. Mieliśmy już uzgodniony lokal, ale Krasznahorkai w ostatniej chwili z powodu choroby odwołał przylot do Zurychu i sprawa upadła.

Po latach dowiedziałem się, że jest znajomy artysta, dla którego ten pokaz w Hali Mirowskiej był ważnym wydarzeniem formacyjnym. To Krzysztof M. Bednarski, rzeźbiarz i poniekąd artysta konceptualny (rocznik 1953), autor instalacji Moby Dick – 16 wycinków na nieskończoność (1987), który wspomina w wywiadzie dla „Dwutygodnika”: „Którejś niedzieli ojciec powiedział do mnie: «synku, pokażę ci dzisiaj wieloryba». W namiocie cyrkowym przy Hali Mirowskiej był pokazywany Goliath – leżało to gigantyczne cielsko na platformie, obłożone lodem, a wokół wąski podest. Staliśmy w długiej kolejce, żeby się tam dostać. A potem pamiętam tylko, jak mnie potwornie mdliło – wokół nogi i plecy, tłum ludzi i straszliwy fetor. A kiedy wyszliśmy na zewnątrz, to najzupełniej szczerze zapytałem ojca: «tatusiu, a gdzie wieloryb?». Ale to we mnie głęboko utkwiło i na to mi się nałożył obraz ojca w trumnie, a potem moja inicjacyjna podróż do Afryki równikowej […]”.

Na grzbiecie tego samego wieloryba László Krasznahorkai dopłynął ze śródlądowych Węgier do Sztokholmu. Niezła sztuczka!

Z wywiadu, jaki przeprowadził z węgierskim pisarzem Jacek Dobrowolski, wyjmuję jeden kawałek, wcale nie dlatego, że dotyczy Szwajcarii, a konkretnie wodospadu na Renie koło Szafuzy: „Stałem tam zachwycając się tą fantastyczną masą spadającej wody. […] Po jakimś czasie zacząłem szukać kropelek wody, bo ten wodospad był ruchomą zawiesiną i w tych miliardach trajektorii szukałem jednej kropli wody i nie mogłem znaleźć ani jednej kropli wody. W tym wodospadzie nie było ani jednej kropli wody. Ponieważ wodospad był całością i nie składał się z kropli”[7].

*

Wyszedłszy z domu, na zakręcie alejki prowadzącej do garażu zobaczyłem martwego szczura. Nie miał widocznych obrażeń, jakby umarł ze starości, od trucizny albo od zarazy. Od razu przypomniał mi się początek powieści innego noblisty, z roku 1957: „Rankiem 16 kwietnia doktor Bernard Rieux wyszedł ze swego gabinetu i pośrodku podestu zawadził nogą o martwego szczura”. To już?

 

Piątek, 10 października

Umarł Mirek Chojecki.

Znaliśmy się od ponad pół wieku. Tyle spotkań, w Warszawie, w Paryżu, w Bernie, znów w Warszawie i Konstancinie. Tyle przegadanych godzin. Mirek i jego pomysły – edytorskie, telewizyjne, filmowe. Mirek i jego żony. Mirek i jego dzieci. Osobny rozdział: Jola.

Spod powieki wyłania mi się moje pierwsze przyjście na Sarbiewskiego, gdzie ciągły młyn spraw nie cierpiących zwłoki, a wśród tego jakiś dziwny chłopak, który zjawił się nagle, nie wiadomo skąd, zasmarkany, ewidentnie pozbawiony piątej klepki, o wszystko się naiwnie dopytujący – bałem się, że może udaje, że to może prowokator, ale Mirek machnął ręką. Potem się przekonałem, że tak już miał: przyciągał i przygarniał odrzuconych.

Dalej: przyjazd do Warszawy grupy pisarzy amerykańskich; wśród nich Susan Sontag, która zaraz na lotnisku wyciąga wycinek z „New York Timesa” – zdjęcie dwóch uśmiechniętych podziemnych drukarzy – i stukając palcem mówi: z nim chcę się spotkać. Jej radość, kiedy słyszy „It’s our friend!”. I potem samo spotkanie, które zorganizowaliśmy u Blanki i Tomka Kuczborskich na Sędziowskiej; Mirek, z przechyloną na prawo głową, spokojnie wyjaśniający imponderabilia peerelowskiego życia kulturalnego.

Dalej: zwariowana jazda samochodem, we dwóch (on za kółkiem), z Warszawy do Berna, w paręnaście godzin – dziś nie byłby to wyczyn, ale wtedy były jeszcze kontrole i korki graniczne (tu pomogły literki CD przy numerze rejestracyjnym). Zdążyliśmy na kolację.

Nagrywanie dla archiwum „Kontaktu” mojej długiej rozmowy z Janem Pomianem (Bławdziewiczem) z Londynu – o Retingerze. Gdzie to było? Chyba w Warszawie, na werandzie. Mam nadzieję, że te taśmy nie przepadły.

Przymiarki do nowego cyklu telewizyjnego rozmów z pisarzami (na pierwszy ogień miała iść Julia Hartwig, na drugi – Józef Hen). Z tego pomysłu nic nie wyszło.

Mógłbym jeszcze dodać rozdziałek: Mirek i jego poparcia, jego wybory polityczne. Tu przypomnę tylko początek nazwy wydawnictwa, które jest jego najważniejszym tytułem do sławy: Niezależna Oficyna Wydawnicza. To on to słowo wprowadził do nazwy (zamiast: Nieocenzurowana). Niech, niezależny, spoczywa w pokoju.

 

Sobota, 11 października

Na Zamku Królewskim wystawa Niech nas widzą! Pomysł ryzykowny: pokazać obok siebie dzieła sztuki dawnej, dobrane ze względu na szczególną rolę, jaką w nich grają stroje przedstawionych osób, przeważnie z rodzin królewskich – oraz współczesne dzieła sztuki, które do tamtych nawiązują, bądź na swój sposób uwypuklają strój czy jego brak. Ta część chyba się kuratorom udała, zwłaszcza dzięki takim pracom jak tryptyk Natalii LL czy zaskakująca Adoracja ostatniego króla Hasiora. W części dawnej pokazano tak znakomite rzeczy, jak portret infantki, malowany przez Juana Martíneza Bautistę del Mazo, zięcia Velázqueza, jak Diderot w szlafroku (malował Louis-Michel van Loo) czy rembrandtowska w tonacji Toaleta damy Arenta de Geldera. Nie brak w tym dziale poczucia humoru – wykazał się nim Jacob Vessel, malując okrutnego Hieronima Floriana ks. Radziwiłła w płaszczu militarnym, narzuconym na ubranie, które przypomina piżamę w barwne kwiaty. Aż się prosiło, żeby obok tego płótna powiesić obecny też na tej wystawie, ale w innym dziale, obraz Ryszarda Woźniaka (rocznik 1956) Kandydat na prezydenta, na którym przeciętny mężczyzna w niebieskim wdzianku chwali się fioletowym kwieciem irysa z pręcikami, sterczącymi dumnie jak radziwiłłowskie trąby.

A między sztuką dawną a współczesną wiszą na wystawie takie perełki sztuki przełomu wieków jak Autoportret w zbroi ze skrzypeczkami Jacka Malczewskiego (na smyczku skrzypeczek przysiadł motylek…), czy sprowadzona z Kielc frywolnie zaciekawiona Dama z mufką Edwarda Okunia (tej dwa błękitne motyle przysiadły na włosach).

Najmniej przekonujące były dla mnie na tej wystawie obiekty, wytworzone w znanych światowych domach mody. Ale patrząc na suknię projektu Balenciagi przypomniałem sobie Skórę i śmierć, wiersz Wata dedykowany Lebensteinowi, który tak się zaczyna:

 

Szanujący się kościotrup

nigdy nie pokazuje się

nago.

Tkanka tłuszczowa jego

ubraniem. Także mięśnie. Skóra, cudna skóra.

Która z wiekiem mi flaczała. Ehe! skóra

sflaczała, ale kostium mam od Balenciagi.

 

I poczułem, że i ten dział wystawy ma swe uzasadnienie, a nazwiska wizjonerów mody weszły już dawno do kultury wysokiej.

JAN ZIELIŃSKI

[1] „Przegląd Literacki” (Stuttgart) 1947 nr 1. Jest to zresztą przedruk artykułu z paryskiej „Kultury”.

[2] Matka Elżbieta Czacka, O niewidomych. Opr. Magdalena Banaszek. Warszawa, UKSW, 2008, s. 12.

[3] Tamże, s. 150.

[4] Tamże, s. 83.

[5] Tamże, s. 68-69.

[6] Tamże, s. 121.

[7] Wywiad z László Krasznahorkaiem (Magazyn Rozwojowy „Taraka”)

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek