HOME

O Morandim

W związku z wystawą Giorgia Morandiego w warszawskiej Zachęcie (18 VII-5 X 2025) przypominamy dwie wypowiedzi Józefa Czapskiego z 45. numeru „Zeszytów Literackich”.

 

Mam ogromną miłość do Morandiego. Można by powiedzieć, że byłem pod jego wpływem. Nieprawda — malowałem przedtem tak samo. […] Cała moja robota to jest przecież: róbcie, co chcecie, malujcie Grunwald i piękne panie, ale róbcie to jako malarze, tak jak to robił Goya, to znaczy — po malarsku.

Mnie się wydaje, że to zwężenie tematu w całym moim okresie — bo przecież ja nie jestem sam i Morandi też nie był sam — to jest stąd, że temat zamiast nas wzbogacić — jak było u wielkich malarzy, genialnych, u Rembrandta, u Goyi — zubażał nas tym, że się robiło z tego zaraz złe malarstwo, kicz — najprościej. Jeżeli ja na butelkach siedziałem tyle lat, pustych czy niepustych, to najprościej dlatego, że jak tylko chciałem tematykę robić, to robiła mi się tematyka ze złym malarstwem. To jest zagadnienie mojej osobistej nieumiejętności. To, co ja robiłem, aby doprowadzić siebie do autentycznego malarstwa — do tego, co ja czułem jako autentyczne malarstwo — to ja się coraz więcej ograniczałem tematycznie. Ale to wcale nie dlatego, żebym był przeciwny tematowi.

I stąd mój wielki podziw dla Morandiego. Od początku chodziło mu o malarstwo: o fugę — jak w muzyce. O to, żeby konstrukcja malarska się trzymała. To jest tajemnica, że on to zdobył samym malarstwem — że to się samym malarstwem u niego trzyma. Ale to jest dzięki niesłychanej ascezie. Przecież on ma też piękne pejzaże. Ma ich dużo. Znam je w większości z reprodukcji. Ale nigdy nie widziałem jego pejzaży tak, jak ja za pierwszym razem widziałem Morandiego — na takiej małej wystawce; przyjaciele moi malarscy tam wystawiali — jeden jego obraz. Byłem olśniony. Jak ja za drugim razem widziałem Morandiego, obrazy jego ustawione tak, jak się zwykle ustawia, jeden obok drugiego, zrobiły na mnie o wiele mniejsze wrażenie. Bo naprawdę trzeba patrzeć na to tak, jak na obraz w kaplicy. Trzeba, by na każdy jego obraz świat stworzyć osobny, oddzielony od innych. I wtedy się tam wszystko znajduje. Ja mam wrażenie, że to jest bardzo wielki malarz. I że w naszych czasach powstał taki człowiek, który to wszystko osiągnął samym malarstwem… — ja mam wielki dla niego podziw. […]

 

 

Zagadnienie mojej generacji, wielkość Morandiego to było dotarcie do świadomości, że dwa jabłka, dwie butelki mogą mieć w malarstwie znaczenie. Jak to dalej pójdzie, to ja zupełnie nie wiem. Z malarzy współczesnych jeden Kiefer, wydaje mi się, jakieś drzwi otwiera. On wraca do tematu — on maluje martwą ziemię, maluje rozpad jego ojczyzny. A jeśli chodzi o Polaków, to największym malarzem — to jest herezja, co ja teraz mówię — największym malarzem polskim był Malczewski. Malczewski miał wielkie pejzaże i wielkie obrazy. I tematycznie ujęte. Co to znaczy? Nie tylko jest tajemnicze, jak powstaje obraz, ale także, dlaczego niektóre nami wstrząsają, a niektóre wcale. I to nie chodzi o temat. Jest taki obraz w Grenoble — żeby mnie zabili, nie pamiętam nazwiska, taki Holender wielkiej klasy, ale nie z najsławniejszych — czarny pies, który wykrada z wielkiej kuchni zielonkawej kawał czerwonego mięsa. Genialny obraz, i ta czerń, ta czerń wspaniała. Widziałem go dwa razy, raz w Grenobli, a potem w 1935, zdaje się, była wystawa i z Pankiewiczem chodziliśmy oglądać. Poprosiłem, żeby spojrzał. Przyjrzał się, piorunu nie było. A dla mnie był piorun. Dlaczego?

Z Józefem Czapskim, Sailly (Francja), sierpień 1987, rozmawiali Barbara Toruńczyk i Adam Zagajewski.

 

U Morandiego — poprzez pozorną monotonię tematu paru kubeczków czy pudełek ten malarz dociera chyba do najwyższej, jaką znam, „muzyki kameralnej” działania i barwy, i proporcji. „Ograniczając się do jednej szklanki, masz o wiele więcej pojęcia o wszystkich innych przedmiotach, niż gdybyś chciał zrobić całość. Mając pół centymetra czegokolwiek, masz coraz większą szansę dotarcia do pewnego czucia wszechświata, niż gdybyś chciał zrobić niebo całe”, mówi Giacometti w dialogu z Davidem Silvestrem.

Józef Czapski, „Dziennik” (1970)

 

Zob. informacje o wystawie Giorgia Morandiego na stronie Zachętykliknij tutaj

Galeria jednej fotografii (64)

Tadeusz Różewicz lubił rozmowy z Albrechtem. Miał w zwyczaju dzwonić do niego, zwłaszcza, w ostatnich latach. Telefony, najczęściej, odbierał Albrecht. Ale zdarzało się, że ja podnosiłam słuchawkę. Tak było, któregoś dnia, w 2011. Pan Tadeusz zapytał wtedy, czy znam Baudrillarda i jego esej o fotografii. Autora nie znałam. Książkę zamówiłam a ważne cytaty zapisałam w mojej księdze „do zdań specjalnych”, np. ten: „Wraz z cyfrowym zwrotem cała fotografia analogowa, obraz pojmowany jako spotkanie światła odbijanego przez przedmiot ze światłem rzucanym przez spojrzenie, zostaje poświęcony, nieodwołalnie skazany”. Moje odczucia, jak pewnie większości użytkowników aparatów analogowych, były podobne.  Może, nie tak formułowane. Jean Baudrillard naświetlił problem w książce Dlaczego wszystko jeszcze nie zniknęło? Esej ostatni (tłum. Sławomir Królak).

„Pan Tadeusz”, Konstancin 2013, z cyklu: „Portrety” © Elżbieta Lempp

12 listopada 2024

ELŻBIETA LEMPP

„Miałem mocno zakorzeniony ideał życia aktywnego”. Rozmowa z Aleksandrem Smolarem

Urodziłeś się w grudniu 1940 roku.

W zeszłym roku skończyłem 84 lata.

Trudno uwierzyć.

Do niedawna ludzie brali mnie za znacznie młodszego niż w istocie jestem. Przecież nie będę im mówić, że jestem staruszkiem, byłoby im przykro. Jeszcze stosunkowo niedawno 84 lata to był wiek sędziwy. To nie jest sprawa przypadku, że przejście na emeryturę sytuowało się w przedziale 60-65 lat, bo sześćdziesięciolatek to już był staruszek. Po francusku to się nazywa delikatnie – „trzeci wiek”. Mówiąc prawdę, nigdy nie zadawałem sobie pytania, czym jest pierwszy i drugi, ale łatwo się domyśleć. Pierwszy wiek to dzieciństwo, młodość, drugi wiek to lata dojrzałe, a trzeci to właśnie starość.

Czujesz się stary?

Czy ja się czuję stary? Do niedawna w ogóle nie. Ani fizycznie ani psychicznie. Ale ostatnio zdałem sobie sprawę, że pewnych rzeczy już robić nie mogę. Pojawia się też pierwszy raz poczucie takiej narastającej izolacji od rzeczywistości. Obserwuję malenie liczby kontaktów i spraw, w które jestem zaangażowany. Z zainteresowaniem obserwuję ten podwójny proces. Czasami sobie mówię, że to jest przejściowe, ale kto wie.

Robisz na mnie wrażenie człowieka niezwykle aktywnego.

Byłem do niedawna stosunkowo aktywny, ale ostatnio zrzekłem się uczestniczenia w kilku instytucjach, w których byłem zaangażowany zarówno w Polsce, jak i za granicą. Mam bowiem narastające poczucie, że jak się przekracza pewien wiek, to nie powinno się już niektórych funkcji wypełniać. Zmniejsza się kreatywność, zmniejsza się dynamizm, nie mówiąc o tym, że obniża się też poziom krytycyzmu. Trzeba przekazać sprawy młodym, to u nich powinno się szukać przyszłości, nadziei, czy jakkolwiek to nazwiemy.

A w środku, ile masz lat?

Nierzadko czułem się jak pięćdziesięcio, może sześćdziesięciolatek. Z punktu widzenia energii, otwartości, chłonności na idee, niewątpliwie byłem znacznie młodszy niż jestem. Jeszcze niedawno mnie zaskakiwało, że mogę mieć aż tyle lat. Jak sobie przypominałem rok urodzenia, to się dziwiłem choć wiedziałem, że to nie pomyłka. Przecież wiem, że jest wiek biologiczny, wiek psychiczny, intelektualny, emocjonalny i one mogą się rozbiegać. Można być fizycznie bardzo starym, a równocześnie emocjonalnie, intelektualnie być znacznie, znacznie młodszym. I odwrotnie. Mam nadzieję, że jeszcze nie utraciłem młodości ducha.

Powiedz mi, skąd to się bierze? Ta witalność, ten młody duch? Mnie to często nurtuje, kiedy rozmawiam z ludźmi z Twojego pokolenia. Jak to możliwe – mimo tylu trudnych doświadczeń, takiego bagażu?

Tu pewnie mają znaczenie jakieś cechy indywidualne.

Po wojnie byłeś w domu dziecka, prawda?

To nawet nie był dom dziecka, tylko żydowski dom sierot w Śródborowie. Rodzice mnie tam posłali po powrocie z Rosji na okres przejściowy, kiedy nie mieli jeszcze mieszkania, jeszcze się nie zakorzenili w Polsce. Dla mnie to był dość trudny, żeby nie powiedzieć traumatyczny okres. Mało z tego pamiętam, tylko takie urywki – rzucenie się pod pociąg jednego dziecka, drugie dziecko wyjące godzinami na jakimś drzewie, to wszystko było dość straszne. Ale byłem tam krótko, może parę miesięcy. Zresztą, na tle innych dzieci miałem wielkie szczęście, oboje moi rodzice przeżyli, taka sytuacja należała do rzadkości.

Pytałeś potem rodziców, czemu cię umieścili w tym domu sierot?

Nie. I to jest nawet ciekawe. Nigdy im nie zadałem pytania – dlaczego? Domyślam się, że nie mieli gdzie mieszkać, może chcieli, żebym był w gronie rówieśników? Pytałaś, skąd we mnie ta żywotność. Pasywność, zamknięcie na idee traktowałem zawsze jak skaranie boskie. To nigdy nie był model życia, który by mi odpowiadał. Miałem mocno zakorzeniony ideał życia aktywnego, który był silnie obecny w mojej rodzinie. Rodzice byli komunistami, bardzo zaangażowanymi w to, co robią. Pamiętam wrażenie, które zrobiła na mnie jedna z moich ostatnich rozmów z ojcem. On pod koniec życia mieszkał w Izraelu, jeździłem tam do niego raz na rok. Kiedyś odwiedziłem go, gdy był w szpitalu i choć potem pożył jeszcze parę lat, to wtedy sądził, że się już nie wygrzebie. Muszę dodać, że mieliśmy nie najlepsze stosunki, różniliśmy się w podejściu do kwestii politycznych, ale nie tylko polityka odgrywała tu rolę. I on w tym szpitalu mówi do mnie, słuchaj, bardzo się różnimy, mamy inne drogi życiowe, inne zaangażowania, ale zawsze mieliśmy jedną cechę wspólną – nigdy nie uważaliśmy, że życie prywatne nas zadowoli. Zawsze mieliśmy potrzebę angażowania się w sprawy większe, szersze, wykraczające poza nas samych i poza grono najbliższych. Przyznałem mu rację. To pokazuje jedno z możliwych źródeł, o które zapytałaś. Przy wszystkich różnicach między nami, mieliśmy wspólny ten ideał życia aktywnego, zaangażowanego, pełnego pasji. A także gotowości płacenia za to ceny.

Twój ojciec, Hersz Smolar przed wojną siedział wiele lat w więzieniu.

Siedział on, siedziała matka. Miała nawet wyższy wyrok. On w czasie wojny był w getcie w Mińsku białoruskim, organizował tam podziemie i opór, potem zdążył uciec przed likwidacją getta, był w partyzantce. Po wojnie był zaangażowany w odbudowywanie życia żydowskiego w Polsce. Był kimś znaczącym w świecie żydowskich instytucji. Nie wiem, czy to się da tak prosto zredukować, ale faktem jest, że dla mnie bycie zaangażowanym w inne sprawy niż prywatne, zawsze było szalenie ważne. Z jednej strony, cenię vita contemplativa, to znaczy intelektualne poznanie rzeczywistości i może dlatego zawsze byłem związany z nauką, ale z drugiej strony, cenię vita activa i może dlatego trudno mi było poświęcić się nauce bez reszty. To jest taka podwójna pasja, którą próbowałem na różnych etapach mojego życia w różny sposób godzić.

Większość ludzi raczej skupia się na życiu prywatnym.

Zawsze tak było. To dobrze, że ludzie inwestują w życie rodzinne, przyjacielskie, w dzieci. To są normalne horyzonty.

Większość też podejrzewa, że za aktywnością w sferze publicznej nie zawsze stoją motywy altruistyczne.

Wielu ludzi angażuje się ze względu na potrzebę kariery, władzy, na potrzebę bycia widocznym – to są bardzo silne motywy. Niewielu angażuje się z pełną świadomością, że mogą zapłacić cenę, spotkać się z wrogością i to nie tylko ze strony swoich przeciwników, ale również ze strony przyjaciół.

Opowiedz mi, jak to się stało, że Ty, tak zaangażowany w polskie sprawy jednak z Polski wyjechałeś. Czy czułeś się wypędzony po marcu 68?

Nie czułem się wypędzony. To była moja swobodna decyzja, która wynikała z oceny perspektyw mojego dalszego życia w Polsce. Po marcu wsadzono mnie do więzienia i z tego powodu zostałem wyrzucony z Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie bylem asystentem na wydziale ekonomii. Działalność akademicka była dla mnie wtedy bardzo ważna, a wtedy trudno było sobie wyobrazić w Polsce jakieś zasadnicze zmiany. I trudno było też sobie wyobrazić, żebym mógł się odnaleźć w jakiejkolwiek innej instytucji naukowej. Po wyjściu z więzienia dostałem pracę w Stołecznym Przedsiębiorstwie Usług Przemysłu Terenowego „Redom”. To było wszystko, czego mogłem się wtedy spodziewać, jeśli chodzi o tzw. karierę. Moje możliwości rozwoju, jakiejś samorealizacji w domenie nauki były zablokowane. Drugą domeną, która odgrywała dla mnie niezwykle istotną rolę, to jak wspominałem było funkcjonowanie w życiu publicznym – zaangażowanie i gotowość do poświęcania się. Marzec i więzienie potwierdziły, że jestem gotów zapłacić wysoką cenę, ale jednocześnie Marzec pogłębił utratę moich złudzeń.

 

 

Jakich złudzeń?

Widziałem, że władze znalazły wspólny język z dużą częścią społeczeństwa. To był język antysemityzmu. Większość Polaków z chęcią zrzucała odpowiedzialność za stalinizm na Żydów. I w tej sytuacji miałem poczucie, że ja jako Żyd nie bardzo mogę funkcjonować w życiu publicznym. Należałem do tych, którzy zawsze mieli świadomość własnego żydostwa, chociażby dlatego, że mój ojciec był, jak to żartobliwie nazywałem, całe życie „zawodowym Żydem”. Nie należałem do tych, którzy się dowiedzieli bardzo późno, albo których pochodzenie było w domu marginalizowane. Więc w pełni utożsamiałem się z Polską i jednocześnie ze swoim żydostwem. Te dwa czynniki, tzn. poczucie, że nie mam żadnych szans na samorealizację w świecie naukowym, a moje zaangażowanie w życie publiczne może tylko zaszkodzić ruchom, które współtworzyłem, zdecydowały o moim wyjeździe.

Zastanawiam się nad tym współistnieniem Żyda i Polaka w Tobie. W rozmowie dla „Tygodnika Powszechnego” z 2019 roku mówisz: „Muszę być wierny swojemu żydowskiemu dziedzictwu”. Co to znaczy?

Nie pamietam kontekstu mojej odpowiedzi. Ale na pewno dominuje świadomość, że większość mojej rodziny zginęła. Wiem, dlaczego zginęli i nie mogę udawać po fakcie, że do nich nie należę.

Czyli najważniejsze w byciu Żydem, dla Ciebie jest dziedzictwo wojny, tak?

Tak. Ale to nie wszystko. Jednocześnie od zawsze interesuję się żydowską historią i kulturą. Nawet, jeżeli utożsamiam się w pełni z kulturą i historią polską, nie widzę powodu, żeby się dystansować od tradycji narodu, z którego się wywodzę. To mnie pasjonuje, choć niestety nie znam języków niezbędnych by dogłębnie to studiować – ani hebrajskiego, ani jidysz. Historia Żydów nigdy nie była dla mnie obca czy zewnętrzna. Do tego dziedzictwa dodałbym jeszcze doświadczenie antysemityzmu, również powojennego. W moim dzieciństwie był stale obecny. Czasem w formie żartu, czasem wyzwiska, czasem agresywnej konfrontacji. Wobec tego wszystkiego nie ma powodu, bym zaprzeczał własnemu pochodzeniu, byłoby to niegodne i śmieszne. Jednocześnie całym życiem pokazywałem, że sprawy polskie są dla mnie najważniejsze, nie muszę więc ani się tłumaczyć, ani składać jakichkolwiek dodatkowych deklaracji.

Myślę, że jest pewne napięcie pomiędzy byciem Polakiem i byciem Żydem. Wyobrażam sobie na przykład, że można swobodnie być zarazem Francuzem i Żydem, albo Holendrem i Żydem, ale być Polakiem i Żydem to już jest trudna figura.

To prawda. Polska, podobnie jak cała Europa środkowa i wschodnia, była pod wpływem romantyzmu niemieckiego i myśli Johanna Herdera, gdzie tożsamość nie była definiowana przez przynależność do wspólnoty politycznej tylko do narodowej. Wiesz, że we Francji nie ma rozróżnienia między narodowością a obywatelstwem? Ja mam obywatelstwo francuskie i jak czasami mawiam do przyjaciół Francuzów, „bo wy, Francuzi”, to ich bardzo irytuje, bo mówią ty też jesteś Francuzem! Na zachód od Niemiec nie ma tej etnicznej, kulturowej czy religijnej definicji tożsamości narodowej, która jest w Polsce. Myślę, że to jest też wynik rozbiorów, tzn. trudno było definiować się poprzez państwo, którego nie było. A jak nie ma państwa, to w sposób naturalny tożsamość tworzą etniczne pochodzenie, język, kultura i religia. I dlatego trudno być zarazem Żydem i Polakiem. W Polsce, jak się jest Żydem, to się jest Żydem. To jest w jakimś sensie nie do pogodzenia.

Nurtuje mnie jak Ty to łączysz. Bo z jednej strony, powiedzmy sobie szczerze, Polska potraktowała cię okropnie – siedziałeś w więzieniu, nie miałeś tu dla siebie widoków, wyjechałeś. A potem jednak dużą część swojej energii postanowiłeś przeznaczyć na rzecz Polski.

Kiedy wyjeżdżałem, wcale nie byłem pewien, że tak będzie. Wyjeżdżałem z przekonaniem, że w sprawach publicznych moja aktywność może bardziej zaszkodzić niż pomóc. Po wyjeździe pierwszy rok spędziłem w Bolonii, we Włoszech, w filii John Hopkins University. To był dla mnie czas zastanawiania się nad tym, co będę robił dalej. Decyzja w sprawie zaangażowania się w sprawy polskie – poprzez wydawanie na emigracji „Aneksu” – przyszła później. To był wynik decyzji podjętej wspólnie z moją żoną Ireną, z moim bratem i jego żoną, czyli Eugeniuszem i Niną, którzy także po Marcu wyemigrowali, ale do Szwecji. Jednocześnie dałem się wciągnąć do współpracy z Wolną Europą, na początku pod pseudonimem.

Czemu pod pseudonimem?

Nie dlatego, żebym się bał władz polskich, tylko właśnie ze względu na tę wspomnianą wcześniej dwuznaczność. Można powiedzieć, że mój stosunek do angażowania się ewoluował. Zobacz, nawet nazwa pisma była odzwierciedleniem tego początkowego sceptycyzmu. Różni znajomi, również moja rodzina w Szwecji byli znacznie bardziej zdecydowani, chcieli wydawać coś bardziej politycznego, ja byłem przeciw. Powiedziałem, nie mamy legitymacji, nie mamy moralnego prawa ze względu na charakter naszej emigracji, żeby występować w roli inspiratorów, doradców dla inicjatyw podejmowanych w kraju. I stąd ta skromna nazwa. „Aneks” czyli dodatek, suplement do tego, co dzieje się w Polsce. To wynikało z ostrożności i uważam, że to była dobra decyzja. Na początku to były głównie przedruki z pism zachodnich i publikacje autorów emigracyjnych, później również teksty nadsyłane z Polski. Zarówno lewicowe, jak konserwatywne i liberalne. Staraliśmy się nie narzucać idei, nie występować w roli autorytetów, chcieliśmy, żeby pismo reprezentowało szeroki wachlarz poglądów. Nie mieliśmy tej moralnej legitymacji, którą miało np. środowisko „Kultury”, czy szerzej starej emigracji. Ich polskości nikt nie podważał. Z czasem moja ostrożność osłabła, ale prawdę mówiąc, byłem przekonany, że nigdy już do Polski nie wrócę. Że to co się stało się nie odstanie.

A potem, w roku 1987 przyjechałeś na chwilę.

Na pogrzeb ojca mojej żony. Dali mi wtedy wizę na trzy dni.

Pamiętasz swoje wrażenia?

To było oszałamiające, jakby nic się nie zmieniło. Te same dziury w chodnikach, ten sam zepsuty neon na placu Konstytucji. Ten sam duszny, ciężki zapach kożuchów w środkach masowej komunikacji. To była wczesna wiosna i ludzie chodzili ciepło ubrani. Miałem skojarzenia z Orwellem, był pod tym względem genialny, nawet zapach totalitaryzmu potrafił opisać. Na ulicach czuć było tą wschodnio-europejską benzyną, która miała inny zapach, niż ten, który znałem. Oszałamiające były spotkania z ludźmi, niezwykłe wzruszenia, wrażenia. Spotkałem przyjaciół, Jacka Kuronia, Adama Michnika, poznałem ludzi nowej opozycji, np. Zbyszka Bujaka.

A potem przyjechałeś już na poważnie, w roku 1990.

Przyjechałem, kiedy Tadeusz Mazowiecki zaproponował mi pracę doradcy politycznego. Na początku bałem się wypowiadać na temat spraw wewnętrznych – uważałem, że tutaj trzeba mieć wiedzę praktyczną. Natomiast nie miałem najmniejszych oporów, jeżeli chodzi o politykę zagraniczną. Miałem znacznie większe kwalifikacje niż większość ludzi, którzy wtedy znaleźli się u władzy.

Dlaczego zgodziłeś się być doradcą?

Żeby ci odpowiedzieć, muszę zrobić krok wstecz. Moje wracanie do Polski zaczęło się od propozycji, żebym został ambasadorem Polski we Francji. To było kuszące – rozwiązywało problemy zarówno osobiste, jak i problemy wewnętrznego samopoczucia. Mieszkałbym nadal we Francji, moje dzieci mogłyby wciąż chodzić do swojej francuskiej szkoły. Zostałem zaproszony na rozmowę przez ministra Skubiszewskiego. I ta rozmowa była nieprzyjemna. On miał taki trochę belferski styl, nieco wyższościowy, żeby nie powiedzieć arogancki. I mówi do mnie – tym swoim nosowym głosem: „Pana polityczni przyjaciele poinformowali mnie, że gotów pan jest służyć Polsce. Ale we Francji nie może być pan ambasadorem, bo jest pan obywatelem Francji. I przyznanie panu przez Republikę Francuską obywatelstwa było wielkim zaszczytem i w żadnym wypadku nie sugerowałbym, żeby pan z niego rezygnował”. I zaproponował mi ambasadę w Budapeszcie. To oczywiście było absurdalne, to byłaby druga emigracja. Na następny dzień miałem zaproszenie do Tadeusza Mazowieckiego, który wtedy zaproponował, żebym został jego doradcą. Dlaczego się zgodziłem? Po pierwsze, to było dla mnie ogromnie wzruszające. W jakimś sensie to była odpowiedź na moje poprzednie strachy – dostałem propozycję, o którą się nie starałem. Miałem pozycję we Francji, w poważnej instytucji naukowej, u wybitnego socjologa, Raymonda Arona, nie szukałem kariery. Odbierałem to jako niezwykle zaszczytne wyróżnienie, a ponieważ byłem bardzo związany z Polską – nie wahałem się.

 

 

Jak to przyjęła Twoja rodzina?

Żona natychmiast zaakceptowała. Syn, Piotr nawet na mnie nie spojrzał, nie powiedział słowa, wyszedł, a po chwili wrócił z kawałkiem papieru. Bardzo żałuję, że nie mogę tego odnaleźć. Był to rodzaj umowy, której treść była mniej więcej taka: „Po zakończeniu pracy w rządzie Tadeusza Mazowieckiego wracamy do Francji”. On to już podpisał i teraz czekał na mój podpis. Po roku żona z dziećmi wróciła do Francji, a ja znalazłem sobie miejsce, które pozwalało mi godzić Polskę i Francję, czyli Fundację Batorego.

Czy po powrocie do Polski zetknąłeś się z antysemityzmem?

On wciąż tu jest, ale ma inną formę, nie jest statyczny. I dzisiaj jest wielu ludzi, którzy uważają antysemityzm za skandal moralny. Przy czym, nie starając się tego bagatelizować, muszę powiedzieć, że ostatnie lata pokazują, że nawet w krajach zachodnich on się znowu pojawił, wrócił w nowej postaci. Antysemityzm istnieje od dwóch tysięcy lat, przechodził różne etapy, przyjmuje różny charakter w różnych kulturach, ale jest stale obecny. I choć może być źródłem bólu dla różnych konkretnych ludzi i dla wspólnot, to równocześnie jest pasjonującym problemem intelektualnym, moralnym, politycznym.

Mówimy o twoim zaangażowaniu w sprawy wykraczające poza to, co prywatne. W Polsce to wciąż postawa dość rzadka. Czy możemy zrobić coś, żeby zmniejszać obojętność, zachęcać innych do zaangażowania?

Są różne poziomy zaangażowania, nie oczekujmy od wszystkich wielkiego. Myślę, że dobrze byłoby przede wszystkim, żeby ludzie głosowali w wyborach. To znaczy, żeby mieli poczucie, że mimo, iż indywidualny głos ma ograniczony wpływ na rezultaty, to gdy głosują miliony – można realnie wpływać na rzeczywistość. Głosowanie jest też pewnego typu deklaracją solidarności ze wspólnotą. Wyrazem przynależności i poczucia odpowiedzialności: nie wiem, jaki mój głos będzie miał wpływ, ale przynajmniej robię co mogę, żeby działać w kierunku, który uważam za pożyteczny. W ten sposób przezwycięża się to, co nazywam „kompleksem liliputa”, czyli „co ja mogę sam jeden”?

Październikowe wybory pokazały, że wpływ można odzyskać. A kiedy widzimy, że mamy wpływ, to nam się chce robić kolejne rzeczy.

To się nazywa poczucie sprawczości – jednak coś mogę, mimo moich ograniczonych możliwości. I to niesie poczucie sensu, ale z tym wiąże się też gotowość do ponoszenia pewnego ryzyka. Jeśli robię coś w sferze publicznej, to mogę się komuś narazić, wywołać konflikt, moje działanie może się komuś nie spodobać. Ale mogę też pomyśleć – a co będzie, jeśli pozostanę bierny? Niedawno mieliśmy w Polsce ten straszny przypadek chłopca zamordowanego przez ojczyma. To był przykład kompletnej obojętności bliskich, również sąsiadów. Wielu ludzi nic nie zrobiło. Straszna rzecz. Można więc pomyśleć, że obojętność czyli tchórzliwe i egoistyczne odwracanie się, może pociągać za sobą współodpowiedzialność za coś fatalnego w skutkach, w tym przypadku za zamordowanie chłopca. Może uświadomienie tego ludziom zmniejszy liczbę biernych zachowań? Myśląc o odpowiedzi na twoje pytanie, zastanawiam się też nad regułami, które rządzą w danej wspólnocie. Bo jeśli mamy poczucie, że należymy do grupy, na której nam zależy, jeśli zależy nam na wartościach, które są w tej grupie wyznawane, to łatwiej poddajemy się normom i zachowujemy raczej przyzwoicie.

Czy my w Polsce tworzymy jeszcze wspólnotę? Co widzisz, kiedy na nas patrzysz?

Mam podwójnie zewnętrzne spojrzenie na Polskę. Pierwsze wynika z treningu intelektualnego naukowca, który każe zachowywać postawę obserwatora i pomaga utrzymać pewien dystans. Drugie źródło tej zewnętrzności, to jest już ponad 50 lat życia poza Polską. I z tej perspektywy czasem widać więcej. Opowiem ci historię. To było w czasie strajku w stoczni, na wiosnę roku 1988. Zadzwoniłem wtedy do mojego przyjaciela, był właśnie w Gdańsku, na plebanii u księdza Jankowskiego. Zapytałem go o jakieś sprawy, on mi odpowiedział, ja z tego zrobiłem komentarz i nadałem go przez Wolną Europę. Przyjaciel usłyszał mój komentarz i potwornie się zirytował. Powiedział wtedy do mnie: „bo ty patrzysz na nas spojrzeniem ichtiologa”. Bardzo dobrze to zapamiętałem i cytowałem wielokrotnie. Ten mój obiektywizujący, analityczny, w jakimś sensie zimny sposób patrzenia na to, co się tu dzieje, zabolał go. Rozumiałem go, ale uważam, że nawet jeśli jestem w coś bardzo zaangażowany, to poznanie prawdy i jej opisanie jest ważniejsze, niż emocjonalne angażowanie. Można powiedzieć, że różni ludzie mają różne sposoby reagowania na rzeczywistość. Przyjaciel oczekiwał od mnie postawy aktora, człowieka zaangażowanego, kiedy ja uważałem, że, mówiąc do polskiego słuchacza w kraju, mam większą wiarygodność, jeśli robię to w sposób zniuansowany, starając się oddać złożoność sytuacji, czy problemu.

I poprzez krytyczne myślenie. A my lubimy emocje…

Trening intelektualny i oddalenie wpływają na mój sposób myślenia i opowiadania o polskiej rzeczywistości. Na przykład widziałem, co robiła poprzednia władza, widziałem tę korupcję, kumoterstwo, psucie instytucji, prześladowania, nie będę wymieniał całego katalogu spraw, które są opisywane przez ludzi, którym drogie są wartości demokratyczne. Podzielam te wartości, mam w sobie poczucie koniecznej sprawiedliwości, ale równocześnie zastanawiam się, skąd się bierze popularność partii do niedawna rządzącej. Staram się zrozumieć. Rozumienie nie oznacza usprawiedliwiania. Chodzi o próbę sformułowania rzetelnej diagnozy rzeczywistości. Nie tej pełnej rozpaczy. Myślę na przykład, że Polska to był kraj słabo rozwinięty ekonomicznie i społecznie, o bardzo słabych instytucjach i że po prostu tego wszystkiego, co niezbędne, nie można było zbudować w krótkim czasie. To był kraj, który przeszedł tragiczne doświadczenia II wojny światowej, a później był czas PRL, który nie sprzyjał rozwojowi instytucji.

Tragiczne doświadczenia II wojny to także Zagłada, zsyłki i przesiedlenia.

Tak, wszystko razem. To, ilu etnicznych Polaków zginęło i to, ilu zginęło polskich Żydów i jak demoralizujący to miało wpływ na tych, którzy przeżyli. Duża część tego społeczeństwa doświadczyła ogromnego strachu, a on sprzyja pasywności. Dodajmy do tego masowe przesiedlenia Polaków, masowe wysiedlenia Niemców. Doświadczenia, zarówno pozytywne jak i negatywne związane z industrializacją, urbanizacją, zmianą struktury społecznej. Można powiedzieć, że PRL to był czas patologicznej modernizacji. No a potem przyszedł rok 1989 i dla bardzo dużej części społeczeństwa to był straszliwy szok, o czym się często zapomina. Zobacz, taki złoty człowiek jak Józef Tischner, pisał o homo sovieticus! A tymczasem to nie było żadne homo sovieticus, tylko naturalna reakcja ludzi, którzy się poczuli zagrożeni w elementarnych wymiarach swojego życia. Tracili pracę, byli społecznie degradowani. Zwiększały się nierówności społeczne, nagle wyrastały zupełnie nowe elity. Do tego dochodzi fakt relatywnego uprzywilejowania starych elit peerelowskich, które ze względu na swoją pozycję, obejmowały czołowe miejsca w gospodarce. To wszystko powodowało poczucie ogromnej niesprawiedliwości związanej z tym, że ci, którzy niby przegrali, w istocie są zwycięzcami.

A ci, którzy byli zwycięzcami – przegrali. Jak na przykład stoczniowcy z Gdańska. Poza tym po 89 roku krzywdy nie zostały nazwane a sprawcy nie zostali ukarani. Sprawiedliwość się nie dokonała, gruba kreska ją przekreśliła.

Wszyscy musieli zjeść gorzką pigułkę, która była konsekwencją tego, co komuniści nabroili w poprzednich dziesięcioleciach. I do dzisiaj płacimy za to. Musimy wiedzieć, skąd się to bierze, że 7 milionów ludzi głosuje na PiS. Jarosław Kaczyński na początku lat dziewięćdziesiątych popierał plan Balcerowicza i integrację z zachodem, ale jak upadło Porozumienie Centrum w 2002 roku, to PiS nastawiło się na mieszankę nacjonalizmu i współpracy z kościołem instytucjonalnym, a z lewicowego języka wzięło politykę redystrybucji. Po wyborach 2015 Kaczyński wiele obiecał społeczeństwu, zwłaszcza ludziom uboższym i wiele dotrzymał. Zobaczył tych, którym jest trudniej. Polska liberalna w latach 90. głosiła hasło, że „każdy jest kowalem własnego losu” i ponieważ każdy walczy o jak najwyższą pozycję to w efekcie nam wszystkim będzie lepiej…

Chyba ten, kto, kto odziedziczył kuźnię… I jeszcze: „Przypływ podnosi wszystkie łodzie”.

Tak, to jest ta ulubiona metafora, wszystkie statki przypływ podniesie, a więc nawet tym maluczkim, tym najmniejszym będzie lepiej wtedy, kiedy tym najbardziej dynamicznym będzie lepiej. I rzeczywiście, sondaże robione w 2015 roku pokazywały, że większość Polaków, w odróżnieniu od wielu innych krajów Europy Środkowej, była zadowolona z transformacji. Ale to nie znaczy, że ludzie wybaczyli tym, którzy im tę gorzką miksturę zaaplikowali. Poza tym, gdy zaczynają się poważne kryzysy – kryzys klimatyczny, migracyjny, wojna za wschodnią granicą – to zwykle jest powrót myśli wspólnotowej. PiS monopolizuje dwie główne idee wspólnotowe, jedna to jest naród, druga to religia i Kościół. Ani lewica, ani centrum nie mają konkurencyjnego języka. Kiedyś mieli państwo opiekuńcze, ale PiS i tym zawładnął. Kiedyś była wiara, że będzie szybki rozwój i wszystkim się jeszcze podniesie, ale wraz z ostatnimi kryzysami ta wiara w dużym stopniu upadła. Dziś nie wiemy, czy będzie rosło, czy raczej wręcz przeciwnie. Czy stać nas na dalszy, przyśpieszony rozwój? Jak się chce zrozumieć dzisiejsze społeczeństwo, to nie można ograniczać się do języka, który dominował w opozycji przed wyborami: czy ma być jedna lista, dwie listy, trzy listy? To nikogo nie obchodzi. To jest nudne.

Gdzie szukać tego języka?

Wiem, że to nie jest proste. Nie twierdzę, że jestem w stanie dostarczyć odpowiedzi, ale przynajmniej próbuję zrozumieć, dlaczego na PIS głosuje tak wielu ludzi. A przecież PiS ma tyle grzechów na sumieniu. Niewiarygodna korupcja, rozwalenie instytucji państwa, wprowadzenie mowy nienawiści do języka publicznego; widzimy stan służby zdrowia, edukacji. Tym niemniej duża część Polski jest gotowa o tym zapomnieć. Myślę, że dla dawnej opozycji, a dzisiejszej większości, kluczowa jest odbudowa kontaktu z większością społeczeństwa, a większość społeczeństwa to jest lud, a nie elity. Język anty PiSu nie wystarczy, choć bardzo pomógł w wygraniu wyborów. I to mi przypomniało jeszcze jeden element, o którym warto pamiętać. Bardzo ważny. To jest język pogardy do mas. Od czasów transformacji lat 90. w języku polityków, dziennikarzy, artystów częste były wyrazy lekceważenia wobec tych, którzy nie byli w stanie dostosować się do warunków gospodarki rynkowej, skorzystać z nowych możliwości. W czasach rządów PiS ironizowano na temat tych, którzy za „pińćset” gotowi byli poprzeć Kaczyńskiego. Wszystko to prowadziło do izolacji obozu demokratycznego w klasie ludowej.

Czy widzisz nadzieję na przywrócenie możliwości dialogu?

To jest szersze zjawisko, które wykracza daleko poza Polskę. Spójrz, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych. W języku politycznym pojawiły się takie pojęcia jak: zdrajca, złodziej, nikczemnik. Przecież tego nigdy przedtem nie było. A Trump takie rzeczy mówi bez przerwy. Kiedy został oskarżony o gwałt, odpowiedział: taka brzydka? Nigdy bym jej nie gwałcił. Niewiarygodne, prawda? Z czego bierze się populizm? Wydaje mi się, że istotną rolę odgrywa ogólne zagubienie w świecie. Wśród wielości różnych konfliktów, kryzysów, z którymi mamy do czynienia, wszyscy mamy poczucie zagubienia i właściwie nie bardzo wiemy, co mamy uczynić, żeby iść w dobrą stronę, nawet nie wiemy, gdzie jest ta dobra strona. I jednym ze skutków tych procesów jest fakt, że ludzie przestali wierzyć elitom. Kiedyś mogli ich nie lubić, ale mieli wobec nich oczekiwania. Elity miały zapewniać poczucie bezpieczeństwa – fizycznego, ekonomicznego, społecznego, moralnego, kulturowego. Dzisiaj te możliwości są bardzo ograniczone. Pokazał to jasno kryzys roku 2008, kryzys euro, inflacja w Polsce. Nie ma pewności, jak należy postępować w sprawie ekologicznego kryzysu, co zrobić w sprawie kryzysu migracyjnego. Dzisiaj mamy w Europie miliony ludzi, którzy są emigrantami świeżej daty, którzy mieszkają gdzie indziej, niż się urodzili, i nie z własnego wyboru. Będziemy widzieli kolejne grupy ludzi przybywających do Europy. Jak sobie z tym radzić? To są fundamentalne pytania, na które nikt nie potrafi odpowiedzieć. I to również powoduje radykalizację debat publicznych.

A ty masz swoją odpowiedź?

Te tematy są trudne do dyskutowania, choćby dlatego, że są niezwykle złożone. A złożona narracja nie nadaje się dla mediów, które lubią krótko i dosadnie. Stąd też spłaszczenie i wulgaryzacja debaty: zawsze winni są „oni”, bo to zdrajcy, kompletni nieudacznicy, nic nie potrafią zrobić. Myślę, że mamy przed sobą długi czas uczenia się, że pewnych rzeczy nie wiemy. O niektórych wiemy więcej, o innych naprawdę prawie nic. Mamy np. pewną wiedzę, jeżeli chodzi o migrację. Najlepszym modelem byłoby niedopuszczenie do kolejnej wielomilionowej migracji z Afryki subsaharyjskiej. Bardziej sensowne wydaje się sprzyjanie rozwojowi tych krajów, inwestowanie w nie, żeby tam można było poprawić dostęp do wody, budować przemysł, rozwijać usługi itd. Tylko równocześnie wiemy, że to są kraje, gdzie państwa są bardzo słabe, a elity są niesłychanie skorumpowane. Czyli tak naprawdę odpowiedzią byłaby „rekolonizacja”. To znaczy, że zachód – instytucje międzynarodowe – musiałyby w jakimś sensie narzucić swoje instytucje, metody zarządzania, żeby można było efektywnie te środki wykorzystać. Słyszysz, jakie to jest niesłychanie trudne, w kontekście całej kolonialnej przeszłości?

A na katastrofę klimatyczną masz jakiś pomysł?

Wiemy, że trzeba ograniczyć konsumpcję mięsa. Ale natychmiast znajdą się tacy, którzy będą drwili, że chcemy, żeby ludzie jedli robaczki…Wiemy, że trzeba oszczędzać wodę i tutaj są pewne rozwiązania, tylko cząstkowe. Apeluje się do nas, żebyśmy selekcjonowali śmieci, co jest bardzo szlachetne, ale nie rozwiąże problemów. U źródeł tych pomysłów musi być umacnianie wspólnot i dostarczanie im poczucia sensu. Miejmy nadzieję, że identyfikacja europejska będzie jedną z takich propozycji, ale muszą pojawić się również inne. Powinniśmy to robić razem, niezależnie od kraju, w którym żyjemy. Dla ratowania siebie i innych.

Jesteś optymistą? Masz nadzieję?

Czy jestem optymistą? Moim zdaniem to są długie procesy… Możemy być świadkami niezbyt demokratycznych metod aplikowania różnych rozwiązań. Silnej próbie zostaną poddane mechanizmy, które z taką pieczołowitością rozwijano na zachodzie przez ostatnie dwieście lat. Te mechanizmy oparte są w ogromnym stopniu na zaufaniu, na dobrej woli, na gotowości wypełniania pewnych obowiązków, których użyteczność bezpośrednia nie jest oczywista i nie jest natychmiastowa. Mam nadzieję krótkookresową – widzę słońce za oknem, słyszę śmiech dzieci czy wnuków, jeżeli u nas śpią. Moje bezpośrednie doświadczenie – jak u wszystkich chyba – może być źródłem smutku i pesymizmu, albo wręcz przeciwnie, może być źródłem zadowolenia, uśmiechu, wiary, że kolejny dzień będzie równie dobry, albo nie gorszy. Ale oczywiście większe problemy mam z tą nadzieją długofalową. Tu w jakimś sensie uprzywilejowani są ludzie wiary, którzy mają wbudowaną jakąś wizję zbawienia. Wierzą, że po tym padole łez, po różnych nieszczęściach przyjdzie rekompensata. Tyle tylko, że w Europie jest coraz mniej takich ludzi. A wiesz, że w Auschwitz – nie pamiętam w czyich wspomnieniach to czytałem – najprzyzwoiciej zachowywali się głęboko wierzący chrześcijanie oraz komuniści? Czyli ludzie silnej wiary. W sytuacji ostatecznej to właśnie ci ludzie byli bardziej gotowi pomagać innym, niż ci, którzy wierzyli tylko we własne przetrwanie. Innymi słowy, każda silna wiara pomaga. Oczywiście lepiej, jeśli to jest wiara szlachetna, np. w to, że jesteśmy w stanie znaleźć rozwiązania w ramach Unii Europejskiej. Taka wiara niewątpliwie wydłuża horyzont naszej nadziei.

Masz wnuki, jak z nimi o tym rozmawiasz?

Na szczęście, nasza pedagogika jest czymś absolutnie spontanicznym. Po prostu przekazujemy im nasze spojrzenie na świat, a kiedy pytają – staramy się im tłumaczyć sprawy skomplikowane tak, jak potrafimy. Zresztą, sam fakt posiadania dzieci i wnuków dowodzi optymizmu, wiary i radości. Dziadkowie i babcie to wiedzą, prawda? A naszym sposobem bycia przekazujemy pewną naiwną wiarę, o której Goethe pisał w Fauście: „trwaj chwilo, jesteś piękna!”. W gruncie rzeczy zakładamy, że będzie tak jak jest, jeżeli nie lepiej. A te wizje apokaliptyczne, które intelektualnie, gdzieś tam dopuszczamy to, kiedy mamy do czynienia z dziećmi, nie dochodzą do głosu. Bardzo rzadko strapieni zastanawiamy się, co z nimi będzie za pięćdziesiąt lat? Dopiero kiedy sobie stawiamy te pytania o przyszłość wprost, to wtedy troska, niepokój i niewiara nas atakuje. Na szczęście nie myślimy o tym cały czas, chociaż przydałoby się, żebyśmy myśleli w trakcie wyborów. Czy ci ludzie, których chcemy wybrać, są intelektualnie zdolni, by współdziałać z innymi po to, żeby znaleźć rozwiązania?

Myślisz, że politycy są zainteresowani szukaniem rozwiązań?

Myślę, że tak. Jeżeli nie są kompletnymi idiotami, którzy uważają, że to wszystko jest wymyślone. Bo są i tacy. Ale większość wie, że dobrze by było znaleźć rozwiązanie.

Sami mają dzieci i wnuki.

Chociażby z tego powodu. Choć warto zauważyć tę ucieczkę od rozumu, od oświecenia, od wiary w to, że może być lepiej. Gubimy zdolność intelektualnego panowania nad rzeczywistością, racjonalnego myślenia. Rządzą emocje.

 

 

A o osobiste sprawy mogę pytać?

Próbuj.

Ile lat jesteście z Ireną po ślubie?

Samo pojęcie ślubu jest w naszym przypadku skomplikowane, bo żeby moja żona mogła z Polski przyjechać do mnie, do Anglii to ja ją w Polsce wydałem za mąż. Za mojego przyjaciela, Anglika. Ale razem jesteśmy ponad pięćdziesiąt lat, kawał czasu.

I jak żeście to zrobili?

To wynika przede wszystkim z tego, że moja żona jest nadzwyczajna. Po prostu. Widzi i zna mnie na wylot. Po wyjeździe z Polski w 1971 roku żyliśmy w kilku krajach – na początku w Anglii, później we Francji, w Stanach Zjednoczonych. Teraz już długi czas żyjemy między Francją, a Polską. A mimo to obyło się bez większych kryzysów.

To chyba nie jest przepis na dobry związek – żeby dużo podróżować.

Nie. Raczej mówię, że nam się udało pomimo tego skomplikowania życia. Zazwyczaj, jak życie jest skomplikowane, to się wiąże ze stresami, ze zmianami, i można się obawiać, że będzie wręcz przeciwnie. Jak my to zrobiliśmy? No nie wiem, czy chciałbym tu używać wielkich słów… Powiem ci tak, to się nam udało ze względu na stosunek, jaki mamy do siebie wzajemny. Tak się eufemistycznie wyrażę. Istotne jest tu rozumienie drugiej osoby, wysiłek wkładany w ograniczanie problemów i momentów krytycznych. Jednocześnie myśmy wiele rzeczy robili razem i to nas bardzo zajmowało. Przez osiemnaście lat wydawaliśmy razem „Aneks” o którym ci wspomniałem na początku. Irena nigdzie nie figuruje, bo nie lubi się manifestować, ale bez niej by się to nie udało. Mieliśmy też wspólne pasje zawodowe. Oboje jesteśmy z wykształcenia ekonomistami (ja mam też inne dyplomy). Ona jest młodsza, spotkałem ją na wydziale, jak zdawała egzamin wstępny, byłem jednym z tych cieciów, którzy pilnowali, żeby ci na sali nie ściągali. Zaczęliśmy być razem wiele lat później, tak naprawdę dopiero kiedy wyjechałem.

Opowiedz proszę.

Wyjechałem z Polski w roku 1971, a spotkaliśmy się w 1972 na wiosnę w Budapeszcie. Umówiliśmy się korespondencyjnie, że tam się spotkamy. Ja wtedy studiowałem Stosunki Międzynarodowe w Bolonii gdzie Johns Hopkins University miał swoją filię. Mogłem swobodnie pojechać do Budapesztu i ona z Polski też. I spędziliśmy w tym Budapeszcie wspaniałych 10 dni. Ona mnie zresztą wtedy utrzymywała, bo z moim malutkim stypendium byłem biedny jak mysz kościelna. Potem ona wróciła do Polski i tam ją wydałem za mojego przyjaciela Ellwooda. Dzięki temu dostała paszport i mogła przyjechać do mnie, do Anglii. Pobraliśmy się dopiero, jak nasz syn miał trzy lata, z nami dreptał do urzędu stanu cywilnego. I od tego czasu jesteśmy razem. Jedyny element niepewności, który się pojawił w naszym związku, to gdy wybuchła w Polsce wolność i Mazowiecki zaproponował mi pracę, o której wspomniałem. Ale nawet wtedy, żadnemu z nas nie wpadło do głowy, że byśmy mogli się rozstać. Irena przyjechała z dziećmi do Polski, później dzieci chciały wrócić do Francji. Wtedy poradzono mi, żebym objął kierownictwo Fundacji Batorego. Było to wspaniałe doświadczenie, ale też stwarzało mi ono możliwość podróżowania między Polską a Francją.

Ile lat to robiłeś?

Prawie trzydzieści.

I dobrze ci było tak jeździć tam i z powrotem?

Jak mnie pytano, w którym kraju mi lepiej, to mówiłem, że w samolocie. Uciekałem od jednych problemów, a jeszcze nie obejmowałem w posiadanie drugich. I tu ogromną rolę odegrała niezwykła tolerancja mojej żony i naszych dzieci. Syn znosił to dobrze, ale córka, jak była mała, to gdy wracałem do domu w Paryżu, otwierała drzwi i pytała: a kiedy wyjeżdżasz? Serce mi się krajało. Mówiła to ze śmiertelnie poważną miną, nie było serdecznego przywitania. Ale w końcu się przyzwyczaiła. A teraz sama wybrała Polskę. Pracuje tu, reżyseruje i świetnie się tutaj czuje. Taka nas spotkała niespodzianka rodzinna. A jej brat mieszka obecnie w Waszyngtonie i jest korespondentem gazety „Le Monde”.

 

 

Jak spojrzysz na swoje życie z perspektywy tych 84 lat, w które trudno mi uwierzyć, to co uznajesz za naprawdę warte zachodu?

Odpowiedź jest w jakimś sensie oczywista. To, co ludziom niewierzącym zapewnia transcendencję, to są właśnie dzieci, wnuki. To, co jesteśmy w stanie przekazać przez nich. A drugi wymiar transcendencji, to jest wynik naszego działania i myślenia. Czyli to, co jesteśmy w stanie uczynić, żeby przynajmniej próbować, aby w świecie najbliższym (lub nieco szerszym) było odrobinkę lepiej, żeby było odrobinę więcej światła, odrobinę więcej uśmiechu, odrobinę mniej cierpienia. W ten sposób możemy nadać sens naszemu życiu. To są jedyne odtrutki na poczucie pustki, jakie znam. Oczywiście, jeśli się nie ma pociągu do alkoholu czy innych używek.

To jest filozofia „Tikkun Olam” o dobrych uczynkach i naprawie świata. Bardzo żydowska.

Dobry uczynek to jest ta konkretna rzecz, którą zrobiliśmy dla innych ludzi, która choć odrobinę coś zmienia. Nawet, jeśli z upływem lat jesteśmy coraz skromniejsi w oczekiwaniach.

z ALEKSANDREM SMOLAREM rozmawiała JUSTYNA DĄBROWSKA

styczeń 2025

Zachęcamy do wysłuchania autobiograficznej opowieści Aleksandra Smolara dostępnej na stronie Web of Storieskliknij tutaj

Trzecia droga

Od bardzo dawna nie czytałem żadnej książki z aż takim zachwytem. Z poczuciem, że wreszcie trafiłem na autora, który nie tylko pod względem technicznym umie wszystko, ale też potrafi tę zdumiewającą technikę zastosować do osiągania najstarszych i najprostszych celów każdej wielkiej literatury: do przerażania, do wstrząsania, do wybudzania z drzemki. Nie tylko świetnie kiwa – tak jak postmoderniści – ale też i po prostu strzela bramki. Trafia w egzystencjalne sedno, nawet jeśli dociera do niego nie najkrótszą drogą.

Tobias Wolff wcześniej był u nas właściwie nieznany. Kilka miesięcy temu „Literatura na Świecie” wydrukowała cztery jego opowiadania (dwa dobre, dwa wybitne). Czytając wówczas w kółko arcydzieło, jakim jest Kula w mózg – i czekając na zapowiadany już cały tom – obawiałem się trochę, że ta forpoczta może zawierać już wszystko to, co u Wolffa najlepsze: że jak w wielu innych przypadkach duży wybór okaże się słabszy od kilku perełek wybranych jako jego zapowiedź. Tak się jednak nie stało: osiemnaście opowiadań z tomu Oto początek naszej historii w doskonałym, powściągliwym i wspaniale zrównoważonym przekładzie Krzysztofa Umińskiego to właściwie same arcydzieła. Nie ma tu żadnego tekstu słabszego, żadnego niekoniecznego. Równie dobre są teksty wczesne, co późne. Wolff urzeka, o czymkolwiek pisze. Dla każdego tematu znajduje najwłaściwszą formę. Z każdej, najbanalniejszej nawet sytuacji, potrafi wydobyć całą jej głębię filozoficzną. Pod tym względem jego opowiadania przypominają arcydzieła malarstwa: pokazują jedną chwilę wyjętą z czyjejś egzystencji, pokazują ograniczoną czasowo i przestrzennie sytuacje, a przy tym przekonują, że jest to sytuacja w jakimś sensie filozoficznie brzemienna. Ta chwila, kiedy zepsuł ci się samochód. Ta chwila, gdy oglądasz z matką mieszkanie na wynajem. Ten moment, gdy w kawiarni podsłuchujesz czyjąś rozmowę. To jest właśnie twój wielki zakręt egzystencjalny.

 

 

Wolff ma niezwykłą świadomość pisarskiego warsztatu: ważnym elementem jego kariery literackiej było prowadzenie zajęć z twórczego pisania. Właściwie każde jego opowiadanie oparte jest na jakimś niebanalnym chwycie konstrukcyjnym. Wolff nie udaje, że nie istnieli pisarze tacy jak Barth, Pynchon czy Coover. Ich sztuczki ma doskonale przyswojone. Nie próbuje tworzyć literatury anachronicznie naiwnej. Zarazem jednak ten postmodernistyczny warsztat zaprzęga do najprostszej w świecie roboty realistycznej. Jego opowiadania przywodzą na myśl teksty Cheevera, Carvera, może Hemingwaya po prostu. Niedopowiedzenia, brutalny realizm, bezwzględność wobec bohatera, skupienie na przeciętnych ludziach w przeciętnych dekoracjach. A wszystko to wśród fajerwerków konstrukcyjnych, których nie powstydziłby się David Foster Wallace. Wolffowi udaje się odnaleźć swoistą trzecią drogę: zebrać to, co najcenniejsze w dawnym ascetycznym realizmie oraz nowszym rozbuchanym postmodernizmie.

Niesamowite są pointy wielu opowiadań Wolffa. Wiele z nich w kilku zdaniach całkowicie wywraca pracowicie wcześniej budowaną wymowę całego utworu. W ostatnim zdaniu Myśliwych w śniegu Wolff pozbawia czytelnika złudzeń, choć równocześnie pozwala je dalej żywić bohaterom. W Białej biblii autor do perfekcji doprowadza technikę wprowadzania w samej poincie zupełnie nowego tematu (trochę jak w niektórych symfoniach Szostakowicza), odklejając na końcu narracyjną „kamerę” od dotychczasowych postaci, a podążając za przypadkową adresatką dedykacji z tytułowej biblii. Chociaż oczywiście jej osoba – i jej domniemane losy – służą jako zwielokrotnienie losu głównego bohatera. Podobną technikę Wolff rozwija w tytułowym opowiadaniu Oto początek naszej historii. Bohater podsłuchuje tam dwoje przypadkowych ludzi w kawiarni, którzy trzeciej postaci opowiadają pewną anegdotyczną historię o kimś zupełnie bez znaczenia, równocześnie próbując przemycić też zupełnie inną historię – o sobie samych. Na koniec w opowiadaniu zostaje jednak tylko ten podsłuchujący, a Wolff zostawia czytelnika z sugestią, że jego własna historia jest tu kolejną pochodną – ma się do tej drugiej historii, tak jak ta druga do pierwszej.

W doskonałym opowiadaniu Ten drugi Miller obserwujemy żołnierza, który wykorzystuje pomyłkę (innemu Millerowi zmarła matka), aby skorzystać z przepustki. Kiedy jednak w ostatnich zdaniach opowiadania Miller wyobraża sobie, jakby to wyglądało, gdyby to on przyjeżdżał do domu na pogrzeb matki, Wolff w pewnym momencie dociska pedał gazu i zmienia czas przyszły na teraźniejszy. Tym samym rojenie staje się faktem, a Miller ląduje fizycznie w wyobrażanej sytuacji. Twarde lądowanie. Pobudka. Hej, Miller, to jednak tobie zmarła matka.

W Blasku ognia autor serwuje proto-pointę, która uruchamia prawdziwy szereg kilku dalszych point. Dziecko obserwuje przypadkowo poznanych ludzi, a w poincie pierwszego rzędu to samo dziecko już po latach, jako dorosły, dopowiada sobie możliwą sytuacją życiową i możliwe losy tamtych ludzi. Być może z tamtych dziecięcych obserwacji narodził się pisarz. Może lekarz, może psycholog, może sędzia – z pewnością jakiś znawca ludzkiej natury. W poincie drugiego rzędu na scenę powraca jednak dziecko – czas udanego i spełnionego życia jest jeszcze daleko przed nim. W kolejnej poincie znów na scenie widzimy dorosłego – człowieka wolnego od trosk materialnych, które przesycały życie tamtego dziecka. Człowieka z egzystencją uporządkowaną w sposób, o jakim ledwie mogło marzyć zanurzone w chaosie dziecko. W ostatnich zdaniach jednak Wolff dokonuje kolejnego obrotu. Narrator nie wie, czy to wszystko prawda. Boi się, że to wszystko zniknie. Boi się, że to tylko jakaś magiczna sztuczka. Że to tylko rojenia dziecka, które na moment zamknęło oczy. Może tak zresztą jest. Wolff tego nie precyzuje: nie wiemy, czy ostatecznie to dorosły wspomina dawne życie dziecka, czy to jednak samo dziecko właśnie fantazjuje o jakiejś przyszłej, potencjalnej dorosłości.

Być może na tym polega cała maestria Wolffa, że potrafi w swoich opowiadaniach pokazywać takie momenty, w których nagle materializuje się w całości jakieś ludzkie życie. Całe: przeszłe, teraźniejsze i przyszłe. Być może na tym polega też niesamowite oddziaływanie znakomitej Kuli w mózg. Jej bohater w chwili śmierci przypomina sobie dość błahy epizod z dzieciństwa. Ten moment nie tyle powraca, co wciąż po prostu trwa. Plastycznie odmalowana scena wspomnieniowa w żadnym razie nie unieważnia tej sceny realistycznej, w której bohater bezsensownie ginie. Te sceny toczą się równocześnie. Przeszłość, teraźniejszość i przyszłość są dane na raz. Wszystkie chwile życia człowieka istnieją jednocześnie. Wszystkie są w tym jednym punkcie. Całe życie człowieka zawiera się w tej jednej chwili. W dedykacji dla nieżyjącego już człowieka. W rozmowie obcych ludzi. W jeździe samochodem, której cel pozostanie nieosiągnięty. W pistoletowej kuli, która w nieskończenie długiej nanosekundzie fedruje tunel przez twój mózg.

MACIEJ MIŁKOWSKI

Tobias Wolff „Oto początek naszej historii”. Tłum. i przedmowa Krzysztof Umiński. Wołowiec, Czarne, 2025. Aby zamówić – kliknij tutaj

Iwona Smolka „Mieczysław Jastrun – w odsłonach Czasu”

Tego dnia niebo nad Krakowskim Przedmieściem w Warszawie było błękitne, bez jednej chmurki. Szedł z podniesioną głową i zobaczyłam wtedy najbardziej niebieskie oczy, które patrzyły na mnie, poznawały i nie poznawały jednocześnie. Był obecny i nieobecny, z głową zanurzoną w niebie. Zrozumiałam, że Mieczysław Jastrun, który się do mnie uśmiecha, jest tu i teraz, w roku 1979, i zarazem zupełnie gdzie indziej, w innym czasie i innej przestrzeni.

Był uosobieniem poezji, kimś, kto wiedział, że tylko poezja zbliża miejsca i czasy najodleglejsze od siebie.

W szkicu O Duchu Czasu zapisał uwagi, które były autodefinicją, najbardziej istotną charakterystyką własnej twórczości: „W każdej chwili przeszłość jest obecna z nami, w nas i nasze próby przekroczenia horyzontu epoki są […] w niemałej mierze próbami ustawicznego ocalania przeszłości przez jej przeżywanie w sobie i tworzenie z niej jakby nowej kategorii, która nie jest już ani przeszłością, ani przyszłością”.

Czytając teraz wiersze Jastruna w układzie chronologicznym zobaczyłam, jak przebiega dramatyczna zmiana, przejście od przestrzeni, którą tworzyły topiczne obrazy, symbole i wszystkie sny kultury, do obszaru zdominowanego przez dziejącą się historię. Mężczyzna w złotym hełmie z obrazu Rembrandta za chwilę ukaże tępą twarz żołdaka, konie unoszące na swoich grzbietach chłopców, konie symbole swobody i beztroski, teraz ranione będą leżały „w przymglonych śmiercią ślepiach”. Wczesny wiersz Noce zapomniane z tomu Inna młodość (1933) ewokuje mityczną przeszłość:

 

Otwierają się wysokie drzwi

Wiodąc w pokoje tych, co kiedyś żyli.

Młodzi są jeszcze, ujeżdżają konie,

Judzą sokoły, dmą we flety

I hałaśliwie ostrzą broń.

 

Literacki obraz wykorzystuje wszystkie tropy romantyczne. Jest i kobieta w bufiastej sukni, dom rodzinny, święte obrazy, „owoce, wonie i dziewczęta, / i muzyka we włosy wpięta”, ale również „wrzask mordowanych” i nagła konstatacja:

 

Dla zapomnianych dawno nocy,

Dla gwałtu, zbrodni i przemocy,

Dla szumów zakochanej krwi –

Dla nienawiści i rozkoszy

Otwieram dzisiaj moje drzwi.

 

 

Dwa lata później w tomie Dzieje nieostygłe czytamy: „Mord milionów rozpoczął stulecie” i „poderwało historię spod stopy”. Literatura, mitologia ginie pod ciężarem historii. Myślę, że przez wiele lat, gdy ktoś przywoływał nazwisko Jastruna, kojarzył się jako autor wiersza Mitologia, o tym wiecznym czasie, wciąż takim samym, gdy:

 

Dzieci skacząc toczyły koła, po złotą wełnę zabawy

Przeprawiały się na drugą stronę.

[…]

Dzieci, porwane w niebo, w letnim unoszą się zmierzchu,

Zderzając się z tęczą kołami

 

Rok po Mitologii powstaje wiersz Bajka, a pod nim jest data 1938:

 

Niewiniątka, chłopczyki, przyjaciele zwierząt,

Gdy rysujecie kredą koła na chodniku

Śmiejąc się, któż by przy was śmiał pomyśleć: rzeź.

 

Śmiejące się dzieci, rysujące te same, co w mitologii koła, teraz są na ziemi, na bruku i przyszłość oznacza zagładę, krew i wspólny dół dla zamordowanych. Jest to dosłowne ściągnięcie obrazu z nieba na ziemię i wystarczy kilka lat, żeby poeta zapisał: „Uczyliśmy się praw historii / Na własnych ciałach” (Pierwsza wiosna). Jedno w tej poezji pozostaje bez zmian – przekonanie, że człowiek jest czasem; „Krwią go żywimy, otwieramy naszym życiem, / Z nami pada jak drzewo ścięte, w nas się rodzi” (W domu).

Wiersze dyktowane czasem historii są najmocniejszym świadectwem lat, gdy „Trumną był piec krematorium”. Czytam je i nie rozumiem, jak mogły ulec zapomnieniu. Zadrwił chyba z nas, piszących o poezji, Duch Czasu. Odkryta została twórczość Paula Celana i jego Fuga śmierci, ale dopiero dziś widzę, jak ten dół „kopany w powietrzu” trzy lata wcześniej pojawił się w bezradnym pytaniu Jastruna „Jak rzucić wieniec zielony/ Na grób wykopany w powietrzu?”.

Wiersze-świadectwa są pisane ze szczeliny między życiem a śmiercią, ze szczeliny między żywymi a zmarłymi, gdy trwa stan zawieszenia, gdy „To, co jest, i to, czego nie ma, jednako jest puste”. Ukrywający się Żyd wie, że każdy może go wydać i powtarza odwieczny lament:

 

Zabity jest Saul, poraził go wróg.

Odcięta jest głowa Saulowa.

Nad głową odciętą króluje kruk.

Sczerniała królewska głowa.

      (Pieśń chłopca żydowskiego)

 

Wtedy właśnie, w latach czterdziestych, w osaczeniu, w poczuciu, że żywy nie wyjdzie z ukrycia, rodzi się przekonanie, że:

 

Kłamał anioł płacząc w Jeruzalem,

Kłamał anioł lecący z Nazaret.

Nic – prócz ziemi porażonej żalem,

Nic – prócz nieba nieruchomych planet

 

I chlebów zmienionych w kamienie.

                                         (Krzyż Północny)

 

Pojawia się wizja umęczonego Chrystusa i świecącego, przerażającego krzyża. Czas historii jest kolisty. Czas święty, czas między Rajem a Paruzją jest liniowy. Przebiega od punktu do punktu, spełniając się w ostatecznym celu – zbawieniu. W tych wierszach krzyż, który jest po tej stronie muru, oddziela przestrzeń chrześcijan od getta i nie nadaje sensu masowej śmierci mordowanych.

Myślę, że największym dramatem dla poety-myśliciela, było szukanie jakiejś drogi wyjścia z poczucia śmierci Boga, z przekonania, że:

 

Nie było go w cierniowym dymie

Palonych ciał, w mroku komór.

Twe imię noc, twe imię pomór

Pożar twe imię.

       (Pieśń chłopca żydowskiego)

 

Po ogłoszonej śmierci Boga pozostaje nam wiedza, że przez wieki powtarza się to, co wielkie i to, co banalne, że nieunikniona jest zagłada kolejnych cywilizacji, że „Przyjdą narody obce z rzeźbą twarzy nieznanych” i wszystko, co tak ważne było w naszej kulturze ulegnie zapomnieniu. Jastrun-katastrofista pisząc W stronę Werony, zaledwie dziesięć lat po wojnie, widzi tych, którzy są „silni zbrodnią” i tych, którzy „Żrą, piją, gnoją ziemię”, żyjąc w urojonej rzeczywistości. W tomach Genezy i Większe od życia najgłośniej rozbrzmiewa vanitas vanitatum, a poeta-prorok wieści powszechne zapomnienie tego, co budowało wspólną, ludzką przestrzeń kultury. Między tymi, którzy przeżyli Zagładę, którzy ocaleli zapada milczenie winy. Wiersz Wdowa, który jest najbardziej przejmującym świadectwem niemożności wypowiedzenia poczucia winy ocalonych, znajdzie dopiero w XXI wieku kontynuację, a może tylko replikę, w wierszach Piotra Matywieckiego.

Historia, która przygniata ciężarem milczenia, będzie w wierszach Jastruna pojawiała się jakby wbrew zamiarom poety. Chciał przecież „uwolnić tę chwilę od ciężaru okoliczności, sytuacji, w jakich urodziła się, aby umrzeć. Chciałem, żeby poezja nosiła najmniej cech doraźnych, cech okresu. […] Oczywiście nie chodziło mi o to, żeby wiersze nie zawierały aluzji do wydarzeń, sytuacji, wśród których powstawały, aby były chemicznie wyprane ze swojej współczesności (w pewnych chwilach uważałem nawet za konieczne podkreślać postulat aktualności czy odpowiedzialności przed historią), lecz aby wolne były od tego, co jest tylko modą pewnego okresu, jego strojem” (O Duchu Czasu).

Ciężar okoliczności rodzi wiersze, które, robiąc ten wybór, uważałam za najważniejsze. Są świadectwem wstrząśniętego sumienia, utworami, które nie powinny nigdy zniknąć z pamięci historii literatury.

W Dzienniku 1955–1981, zapisując wydarzenia na Węgrzech, pod datą 8 listopada 1956, Jastrun notuje: „Ten smród zbrodni bije pod niebo. U nas spisek milczenia wokół zamordowania narodu węgierskiego. Jest coś, co wydziera wnętrzności człowieka na to milczenie. To, co się dzieje, wkracza w sferę pozaludzką, w przestrzeń opanowaną przez szatana”.

W wierszu Rozmowa z pisarzem zapisuje tę myśl jednym zdaniem „Prawdę o zbrodniach wieku i ludzkim cierpieniu / Możesz powiedzieć, ale później, ale później”. O tych zbrodniach i o ludzkim cierpieniu wiedzą ci, którzy wrócili z lodów Syberii. Z radzieckiego gułagu. Dziady mają „Szyje zgięte Polarnym Kołem, / W oczach mroźnej pustyni firmament”. Milcząc – oskarżają. Ten który wrócił z ubeckich więzień –

 

Przyjechał w czarnym aucie,

Wbiegł po schodach do mieszkania.

Powiedział tylko tyle: „Nie pytajcie!”

                                                  (Powrót)

 

Milczenie ukrywającego się Żyda, który patrzy na płonące getto, milczenie ocalonego z gułagu, słowa zduszone „odłożone na później”, gdy będą mogły być wypowiedziane, są podsumowane jednym zdaniem w Dzienniku: „Dławi mnie wściekłość i rozpacz”.

Nie jest łatwo uciec od historii. Wszędzie są zmarli, w sennych majakach, w wizjach, w realnym mieście, na ulicach Warszawy. „Umarli obok żywych, starci na proch, niewidzialni / Przechodzą środkiem ulicy, obojętni na ruch motorów”. W realnej przestrzeni „Zabici krzyczą spod ziemi, śpiew kamieni, zgrzytanie żelaza”. W przestrzeni snu „Są przy mnie, siedzą w krzesłach na tarasie, / Podróżują w sleepingach, wchodzą po schodach do samolotu”.

Sny zagarniają dla siebie coraz więcej miejsca w wierszach Jastruna. Sny zrównują ze sobą różne czasy, różne, odmienne przestrzenie, są boleśnie prawdziwe, niepokojące. Wizje, a może halucynacje, lęki, obrazy otwierające metafizyczną przestrzeń, kiedy:

 

W ogromnym przeciągu

Otwierają się i zatrzaskują drzwi bez klucza.

                                                                     (Tren)

 

 

Poczucie przekroczenia granicy między tą, a tamtą – nienazwaną przestrzenią, dominuje w wierszach pisanych w latach sześćdziesiątych. W większości tych utworów jest zaznaczona świadomość piszącego, który wie, że na obrazy pamięci nakładają się obrazy stworzone przez wyobraźnię i żaden pejzaż nie jest „prawdziwy”. O ile określenie „prawdziwy” można zastosować do tej ustawicznej gry wyobraźni, która często przywołuje ten sam, nieco tylko przekształcony obraz. Od tomu Większe od życia aż po tom Godła pamięci coraz częstszy jest dyskurs retoryczny, jakby świadomość tego, że „Nieskończone wariacje na ten sam temat” domagają się innego typu wypowiedzi. Jest to kolejny, gwałtowny przełom w tej poezji, która uciekając od historii zanurza się w czasie płynnym, rozmywającym kontury rzeczywistości.

To, co powraca w poezji Jastruna jest pejzażem wsi dzieciństwa, Korolówki, w której się urodził, a może okolic Kolbuszowej, gdzie w młodości był nauczycielem polskiego.

Krajobraz najpierw zmitologizowany, staje się coraz bardziej realny. Przejście od tego mitycznego do boleśnie konkretnego obrazu odbywa się niemal błyskawicznie.

Łąka trwa w upale lata. Otwarte są wszystkie zmysły, żeby mogła zabłysnąć kwiatami. Letnie popołudnie, gdy

„Słoneczniki schylają się pod wiatrem” każe patrzeć uważnie:

 

Nie pominąć nawet tego żarnowca

Ani dziewanny na piaszczystym wzgórzu,

Całej w żółtych stożkach, świecącej

Słońcem z tysiąca i jednego dnia.

(Nie pominąć nawet tego żarnowca…)

 

W tomie Błysk obrazu jest tekst „Zapisany – tak jak się zjawiał – tekst nawiedzonego wiosną”, a więc wizyjny, zanotowany przez tego, który przewiduje przyszłość, wieszczka. Wszystkie obrazy, począwszy od tego pierwszego „Idę łąkami dzieciństwa, idę w zapachu ziół, kwiatów, może miodunek, może rumianków bielejących mi w oczach” zmierzają w stronę unicestwienia wyśnionego raju. Wystarczy tylko zabić Czas. „Albowiem Raj może kwitnąć w swoich jabłoniach i owocować tylko w rzeczywistości bez czasu, jak bez zamykania oczu”. W dzieciństwie wszystkie rzeczy były prawdziwe:

 

I dotyk mój, tak wrażliwy,

Że zapalający iskrę

Nieomal religijną

Między mną a przedmiotem.

                            (Późny zapis)

 

Sakralizacja przestrzeni przynależnej dzieciństwu jakby mimochodem, krok po kroku, prowadzi Jastruna w kierunku poezji religijnej. Po okresie poezji, która negowała istnienie Boga, po okresie poezji zdominowanej przez sny o zmarłych i wizje o wyraźnym charakterze metafizycznym, powstaje wiersz – jeden z ważniejszych, jak sądzę, w twórczości poety: Chrystus Mantegni.

Trup umęczonego Chrystusa jawi się jako trup epoki „Tego Łazarza, w którego zmienił się Bóg, / By nie umrzeć w swej przeraźliwej chwale”.

Czy nie oznacza to, że historia, której zbrodnie zabiły obraz Boga, sama staje się obrazem cierpiącego, umęczonego Jezusa? Tak odczytuję ten wiersz: jako pojednanie historiozofii i ontologii, przywrócenie Bogu miejsca w świecie ludzi wydanych na żer historii.

Powstaje kilka wierszy będących rozwinięciem problematyki – nierozpoznanego Chrystusa przebywającego wśród ludzi. Emaus jest niemal dosłownym opisem rysunku Rembrandta z Fitzwilliam Museum. Słup światła bijący z pustego krzesła, oznacza, jak pisał Ryszard Przybylski w tomie Ogrom zła i odrobina dobra, ten moment, w którym niewidoczny już Zmartwychwstały przemienia się w „świetlisty obłok, z którego w przestrzeń gospody tryskają promienie Wiecznego Życia”.

Problem nierozpoznanego, znikającego Chrystusa pojawia się w wierszu Wiosna umarłych: „Nie poznała go Maria Magdalena / Nikt go nie poznał”.

A przecież, jak pisze Jastrun, będą „kochać go idący /na śmierć – i odtąd już na zawsze niemi / w Nim”.

Obraz Chrystusa w wierszach Jastruna pod koniec jego życia zawsze występuje w połączeniu z męką i śmiercią. Drzewo życia, to które rosło w środku Raju „dosłużyło się krzyża”.

Śmierć nieustannie podsłuchuje nas – żywych. Pojawia się wraz z pamięcią o zabitych powstańcach, wywlekanych na rozstrzelanie z kościoła Świętego Jakuba. Po latach wraca obraz szalejącej śmierci:

 

–  […] Nie ma zmiłowania

mówiłem sam do siebie. Tyś to słyszał Boże

i widzisz jeszcze dzisiaj w źrenicy wszechświata

przenikającej najodleglejsze przestrzenie

                                                                    (Charitas)

 

W późnych wierszach, z wydanego w roku 1980 tomu Punkty świecące zapisy wizyjnych snów są wypełnione obrazami śmierci. Ich zakończenia są gwałtowne, jakby należały do innego porządku rzeczywistości. Sprawy senne są sprawami obnażającej śmierci, kiedy „I śni mi się zima / jak zawsze bez oznaczonego miejsca / między nicością a śnieżycą życia”.

Rzeczywistość surrealistyczna z innego czasu, który nie jest ani przeszły, ani teraźniejszy, niesie ze sobą zerwaną logikę wydarzeń. Zdania urywają się, następują nagłe przeskoki z teraźniejszości na „inną stronę życia”, poza czasem. Niepokojący wiersz Orchidea zamyka obraz jakby wyjęty z innego tekstu, zagadkowego, który nie łączy się z żadnym innym z tego wiersza. Wiem, że nie muszę tego rozumieć, że mam przeżyć piękno odrealnionej jawy, które odsyła moją wyobraźnię poza rzeczywistość codziennego dnia.

W tej opozycji : nicość – śmierć – wieczność, pojawia się Bóg, którego mowy człowiek nie może zrozumieć. W wierszu zaczynającym się: „Z każdą sekundą tracę życie”, Czas – pisany dużą literą – ofiarowuje: „wielką nicość bezgraniczną jasność/ bez oczu w ostatecznym niebycie / i z łaski swej przekreśli moje życie/ jak czarną tablicę”. Ale to Bóg nada temu życiu sens, pozwoli go odczytać, gdyż ostatni wers brzmi: „Dzięki Ci Boże od białych liter”. Białe litery są widoczne na czarnym tle. Zapisana tysiącami wierszy tablica życia jest jasna i czytelna. Między Historiozofią wierszem będącym polemiką ze stwierdzeniami Czesława Miłosza – a Bożym Narodzeniem upłynęło wiele lat. Uprościł się język. Niepotrzebna stała się interpunkcja. Miejsce retorycznego wywodu zastąpiło liryczne westchnienie, ale sens został ten sam:

 

Boże!

Zasłoń nas przed historią

Zbaw nas

Ty, który płaczesz w psalmach

Nagich rzek.

 

I na zakończenie. Mój wybór wierszy jest bardzo osobisty. Nie chciałam przedstawić przekroju z całego poetyckiego dorobku Jastruna. Niepokoił mnie poeta historii i czasu, historiozofii i ontologii, wizji i faktów. Zapisana przez niego podwójność świata w złożonej strukturze czasu.

Nie ma tu poezji sięgającej do antyku, wierszy w kostiumie starożytnym, wierszy w kostiumie romantycznym, nie ma wierszy malarskich o sztuce. Zrezygnowałam z wierszy o domu, dziecku, o dorastaniu – pełnych czułości, ale niezbyt dobrych. Pozostał Mieczysław Jastrun – poeta dramatu, cierpienia, historii, wielkich wizji, niepokoju, pytań metafizycznych.

IWONA SMOLKA

Szkic pochodzi z tomu Mieczysław Jastrun „Wiersze wybrane”. Wybór i wstęp Iwona Smółka. Biblioteka Zapomnianych Poetów, 27. Redakcja Piotr Mitzner. Lublin, Ośrodek Brama Grodzka – Teatr NN, 2025.

Biblioteka Gustawa Herlinga-Grudzińskiego w Neapolu – wspomnienie

W zapisku z 10 października 1980 roku w Dzienniku pisanym nocą Gustaw Herling-Grudziński wspominał: „Podczas wojny, w więzieniach i łagrach sowieckich, w wojsku na Bliskim Wschodzie i we Włoszech, często powtarzałem sobie z Trzech zim jeden szczególnie wiersz: O książce (Wilno 1934):

 

Była epoka burzy, czas apokalipsy.

Państwa dawne zburzono, pijanem wrzecionem

Kręciły się stolice pod niebem spienionem.

Gdzież jest miejsce dla ciebie w tym wieku zamętu

Książko spokojna, mądra, stopie elementów

Pogodzonych na zawsze spojrzeniem artysty?

 

Moją pierwszą książeczkę Żywi i umarli zamyka szkic O książce, pisany w lutym 1945 w Rzymie, jeszcze w mundurze wojskowym”.

4 lipca minęło dwadzieścia pięć lat od śmierci Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, 7 kwietnia – dziesięć lat od śmierci Lidii Croce, jego żony i opiekunki spuścizny. I kiedy myślę o rocznicach, nie sposób nie wspomnieć, że to już przeszło dwanaście lat od mojej pierwszej wizyty w Neapolu…

 

Studio Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, Villa Ruffo, Neapol. Fot. Dorota Fortuna, 2013.

 

Kiedy w 2012 roku po raz pierwszy pojechałam do Villi Ruffo, do domu Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, z zamiarem sporządzenia inwentarza jego biblioteki, nie miałam pojęcia, z czym przyjdzie mi się zmierzyć. Na miejscu zobaczyłam zastawione książkami regały, książki ułożone w stosy, w podwójnych rzędach, piętrzące się w każdym wolnym miejscu, wypełniające prawie cały dom. Główny zbiór znajdował się w dwóch pomieszczeniach na parterze – w studio pisarza. Pozostałe książki w różnych miejscach: w korytarzu na niewielkim regale, w sąsiednim pomieszczeniu w zamkniętej szafie, na piętrze. W pokoju Lidii Croce – spory zbiór wyraźnie wybranych przez nią egzemplarzy, najcenniejszych i najbliższych sercu. To tu spotkały się po latach dwa egzemplarze debiutanckiej książki Gustawa Herlinga-Grudzińskiego Żywi i umarli, obie z dedykacjami. Jedna ofiarowana Lidii w 1945 roku, druga – „Samemu sobie” – w tym samym czasie. Księgozbiór zamykał wielki regał w holu na piętrze, wypełniony książkami w podwójnych rzędach.

Podczas pierwszej próby okiełznania tego ogromnego zbioru udało się spisać książki i czasopisma ustawione na regałach w jednej części gabinetu. Mieściło się tam blisko dwa tysiące woluminów. Rok później wróciłam do Neapolu z szalonym (biorąc pod uwagę czas, jakim dysponowałam) planem spisania materiałów znajdujących się w drugiej części gabinetu i pozostałej części domu. Plan się jednak powiódł i w dwa lata, podczas dwóch trzytygodniowych pobytów, udało się udokumentować całą bibliotekę – ponad 6 tysięcy tytułów. Wydawało się wtedy, że to tylko wstępne rozeznanie i jest jeszcze czas na pełne opracowanie zbioru. I tak by było, gdyby nie śmierć Lidii Croce w 2015 roku. To, co było wstępnym spisem i miało stanowić podstawę do późniejszych prac, stało się jedynym śladem biblioteki, jedynym dowodem pamięci. Dziś księgozbiór spakowany półka po półce do kartonowych pudeł, dzięki córce pisarza Marcie Herling znalazł schronienie w Istituto Italiano per gli Studi Storici w Neapolu. Biblioteka i studio pozostały jedynie na fotografiach Bohdana Paczowskiego oraz w zapisach wydanego przez Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską Inwentarza.

Biblioteka Gustawa Herlinga-Grudzińskiego rozrastała się w Villi Ruffo od listopada 1955 roku, kiedy to pisarz osiadł na stałe w Neapolu. Była najbliższym świadkiem jego twórczych zmagań i ludzkich słabości, bywała świadkiem ulotnych chwil szczęścia. To w niej toczył się dialog pisarza ze światem, potyczki z historią, ze sztuką i z literaturą. Bogactwo przeżyć i ciężar odpowiedzialności za słowo – to wszystko można znaleźć w Dzienniku pisanym nocą, to wszystko można lepiej zrozumieć sięgając po kolejne książki z biblioteki Gustawa Herlinga. „Gdzież jest miejsce dla ciebie w tym wieku zamętu / Książko spokojna, mądra…”

DOROTA FORTUNA

GHG

Daty mogą mieć swoje czarodziejstwo – potrafią błyszczeć radosnym splendorem, jak i odsłaniać mroczne lśnienie tragedii. Mogą stać się czymś tak prywatnym, że wolimy, gdy stopniowo będą zaniedbywane, w stanie pośrednim między pamięcią jeszcze dotykającą czegoś żywego, a leniwym odruchem wyciągania z kalendarza imion, nazwisk, którym należy się jakiś obrządek. Dwadzieścia pięć lat temu nie byłam uszczęśliwiona nagłym zadurzeniem się polskich czytelników w pisarstwie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego: właśnie wtedy, w okresie tuż poprzedzającym i następującym po jego śmierci. Oczywiście, mówiłam sobie, w wypadku wybitnego pisarza nie ma sensu oddzielać hołdów „dobrych” od „niedobrych”. Otaczający go – choćby na krótko – entuzjazm jest zawsze należyty, pobłogosławiony. Jest kompensatą cienia, który za nim szedł, cienia rozpaczy, cienia niewiary. Jest próbą wejścia w jakąś relację uczuciową, nieważne, że spóźnioną i służącą już tylko nam samym. „Dobra” historia literatury powinna opowiadać o wszystkim: również o pomyłkach i potknięciach Herlinga, o trudności przedzierania się na miejsce, o którym wiedział czy też pragnął, by do niego należało. Miejsce z tych najwyższych. Były też zawroty głowy, które go chwytały, gdy zdawał sobie sprawę, że zbliża się do czegoś najważniejszego (zwykle był to splot miłość-śmierć) i wtedy na moment opuszczała go dyscyplina i nie dbał, że popada w dziwactwa, jakich by nie zaakceptował u innych. W takiej historii literatury byłby paragraf o czytelniczym odbiorze, o nierównej wymianie, o krążeniu wielkoduszności pisarza i jego małych satysfakcji…

Jesteśmy, jestem już o dwadzieścia pięć lat starsza, moje myślenie o Herlingu przechodzi na nieco inne obszary, ale zawsze jest mgnienie zachwytu. Ten człowiek z jego biografią, z niesamowitą młodością na dalekiej Północy, z heroiczno-dramatycznym wiekiem męskim, z czymś co może się kojarzyć z przekleństwem w życiu uczuciowym; z przyjaźniami należącymi do najpłodniejszych jakie wydała nasza historia; z długim późnym owocowaniem, które nie miało nic z „zawodu literata”, było dopracowaniem się świata wewnętrznego całkowicie suwerennego. W tym sensie stał się dla mnie gwiazdą na europejskim horyzoncie, który był ojczyzną humanizmu i zakorzenienia się humanizmu w tym, co go przekracza. A skoro przypadek, który można określić jako straszny i wzniosły, który wygnał go z Anglii, wygnał z Niemiec, sprawił, że jego życie zrosło się z geografią i historią Włoch, lubię myśleć o nim na tle krajobrazów i kultury włoskiej. Te oczarowały go, stając się tworzywem, którego nie mógłby oddzielić od własnej osoby. Z tego zaś wynika cały łańcuch innych zdarzeń: wśród jego czytelników wychowała się pewna liczba takich, dla których Włochy stały się sprawą miłości.

Nie oznaczało to jakiegoś zharmonizowania. W latach moich pierwszych podróży znałam słabo książki Herlinga, nie były łatwe do zdobycia. Prawdziwe rozpoznanie nastąpiło dla mnie później, najpierw przez kolekcjonowanie wydań z Biblioteki „Kultury”, potem wydawnictw z kraju. Bliskie mi było nie tyle przeżywanie Herlingowe, ile jego punkty zaczepienia, jego urzeczenia, nawet jego gniewne odrzucenia (dziś znacznie bardziej problematyczne). Pozwoliły mi na naturalne wchodzenie w jego włoskie, z czasem i niewłoskie światy. Miasta Toskanii i Umbrii, przywoływane w niesłychanie zwięzłej architekturze polszczyzny, tak, że wzywając z zamkniętymi oczami własne wspomnienia mogłam iść ostrą granią języka Herlingowego. Niewyczerpane kamieniołomy Neapolu! Każda przechadzka przynosi znalezisko, jedno dodaje się do drugiego, kontrastuje z kolejnym. Staje się tkaniną świata, patchworkiem cywilizacji, która niczego nie wyrzuca na marne, układa w ruchu wielowymiarową opowieść z elementów, jakie znajduje pod ręką. Mówiłam sobie, że Herling stał się kimś w rodzaju mitografa kraju, który udzielił mu gościny. Układana przez niego wielopostaciowa księga mitów potrafiła powiązać uduchowiony krajobraz, ludową pamięć pogaństwa, niewiarygodne rytuały przygarnięte przez Kościół katolicki, konflikty towarzyszące wykluwaniu się nowoczesności, dramaty polityczne XX wieku. Pod jego piórem stają się one, w opowiadaniach i w Dzienniku pisanym nocą, przestrzenią zmagań moralnych, gdzie dobro skazane jest na dziwną słabość. Żaden bodaj kraj Europy nie nadawał się do tego stopnia, by mu towarzyszyła taka literatura, gdzie wiążą się prawdziwe doświadczenie, wiedza o żywej historii, w której uczestniczymy, pasja politycznej obserwacji i nieoddzielanie polityki od moralności. Urzeczenie sztuką, intuicja metafizycznych granic jednostki i potrzeba ich przekraczania…

 

Dragonea 1988. Fot. Bohdan Paczowski

 

Nie wychowywałam się na Herlingu-Grudzińskim, to prawda. Byłam już zasadniczo ukształtowana, gdy natrafiłam na jego książki. Ale było coś z ostatniego szlifu w tym wydarzeniu. Okazja do porównań, do porozumiewawczego półuśmiechu. Ostatnie ważne spotkanie – jakże by inaczej – to opowiadanie o Wenecji. Wielu z nas przeżyło tę lekturę podobnie. (Pamiętam rozmowy z Wojciechem Karpińskim…) Sam pisarz musiał na to długo czekać. Długo pisać o tym kraju w jego różnych wcieleniach, iść za wyłaniającym się tu i tam „deseniem losu”, długo wyrzucać z siebie obrzydzenie dla intelektualnych i politycznych elit, długo pracować nad kształtem własnego życia, w dwuznacznym zwarciu osądu i wdzięczności. Aż skrystalizowała się ta rzecz wyrafinowana i nierzeczywista: Portret wenecki. Miłość do miasta, które jest kobietą. Wyznanie o tym, że piękno, pasja muszą pozostać poza zasięgiem naszej ręki. Ten kronikarz własnego życia o najbardziej wstrzemięźliwych środkach dużo nam o sobie z rzeczy intymnych powierzył. Czasami wrażliwy czytelnik ma przez chwilę złudzenie, że to może przewodnik, który odsłania się nam w całej swojej złożoności… O nie! Herling ukazuje się w roli, która po prostu wpisuje się w jego szlak myślowy. Na nas patrzy z dystansu. Czy ośmielę się przyznać do odkrycia, które trafiło we mnie już dawno temu? On nas, czytelników, nie lubi. Jak to się stało, jak się dało utrzymać u człowieka, u pisarza tak od czytelników zależnego, w samej egzystencjalnej definicji własnej osoby? Tu zaczyna się nowa zagadka. Doświadczenia podstawowe, na których skupia się jego uwaga – już od młodości, od zapisków z sowieckiego Domu Umarłych – w jego pojęciu należą do prób, do których wznosi się tylko część literatury, ta część, która go namiętnie interesuje. Te doświadczenia zapisują się jako znaki pozostawione na drodze, o których znaczeniu nic nie będziemy wiedzieli.

EWA BIEŃKOWSKA

Świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Pierwsze spotkanie z pisarstwem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego nastąpiło przed półwieczem, pod koniec lat pięćdziesiątych. Utrwaliło się w pamięci na zawsze. Chodziłem wtedy do liceum Reytana w Warszawie. Siedziałem w jednej ławce z moim przyjacielem Stasiem Małkowskim, dzisiaj znanym księdzem, wówczas żywym chłopcem o wybitnych zdolnościach do nauk ścisłych. Jego rodzice, wiedziałem o tym, przyjaźnili się z Juliuszem Poniatowskim, przedwojennym ministrem rolnictwa, który wrócił niedawno z emigracji. Przywiózł ze sobą bibliotekę. Byłem już wtedy po lekturzeZniewolonego umysłu Miłosza i Dziennika Gombrowicza, lecz Inny świat pozostawał dla mnie książką legendarną. Wiedziałem o niej z audycji Wolnej Europy, ale nie udało mi się dotąd uzyskać do niej dostępu. Poprosiłem Stasia o jej zdobycie. Przyniosłem do domu jak tajemny skarb. Miałem przed sobą londyńskie wydanie Gryfu w ciemnoczerwonej okładce z przedmową Bertranda Russella. Czytałem z wypiekami na policzkach. Tej nocy już nie zasnąłem. Nad ranem wyszedłem na balkon naszego mieszkania na Narbutta. Robiło się jasno. Patrzyłem na znajomy skwer, na szare domy, z uczuciem trudnym do zdefiniowania i wówczas, i teraz, lecz bardzo wyraźnym, że dostrzegam znajome widoki nowymi oczami, zmieniony przez niedawną lekturę. Otworzyło się we mnie okno na inny świat, świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, narzucający się umysłowi i sercu z niezwykłą mocą. Ta książka dołączyła natychmiast do moich książek zbójeckich, tych lektur sekretnych, które powodowały, że czułem się bardziej suwerenny, choć cień Innego Świata przygniatał. Urok owocu zakazanego, dzieła obłożonego szczególną anatemą przez komunistyczne władze, sprzyjał intensywnemu odbiorowi, ale od pierwszych stron doszło do mnie, że mam przed sobą nie tylko książkę politycznie śmiałą, lecz arcydzieło literatury, znakomite spełnienie polskiej prozy. Książkę żywą, mówiącą do mnie o moich sprawach, naprawdę książkę zbójecką, wdzierającą się w serce, w rozum, w pamięć, w wyobraźnię. Od pierwszej lektury wiedziałem: spotkałem znakomitego pisarza. Trzeba powiedzieć mocniej: spotkałem żywego pisarza. Tego właśnie szukałem: żywego głosu.

 

 

To doświadczenie sprawdzało się przy kolejnych powrotach do Innego świata. Książka pozostawała żywa. Widziałem i narratora, i inne postaci. Wierzyłem w ich istnienie. Podziwiałem mistrzowskie przeplatanie stylu podniosłego i niskiego, złączenie wysokich wymagań moralnych i przenikliwej obserwacji, celność analizy intelektualnej i umiejętność malowania natury człowieka. Podbiła mnie przede wszystkim zdumiewająca plastyczność opisów — ten płaski szkolny termin, nic już w moim poczuciu nieznaczący, nabrał życia przy lekturze Innego świata. Wielkość tej książki sprawdzała się w tym, że potrafiłem zobaczyć inny świat, nie tylko scenerię obozową, także wewnętrzny świat autora. Oglądałem pejzaże, portrety psychologiczne, namalowane wspaniale, ale właśnie namalowane — słowami. Nie były jedynie wywodem, jedynie notatką, jedynie ilustracją tez. To były utrwalone w języku obrazy człowieka, człowieczeństwa. Na kartach tej książki zobaczyłem cienie, odcienie, kolory, doszły do mnie dźwięki, zapachy, momenty przerażenia i olśnienia, rozpacz i nadzieja. Tak, nawet gdy opisywał momenty straszne, nie był to człowiek porażony, nie był to świat pozbawiony barw, pragnień, błędów, zwycięstw i porażek.

Świat żywy, choć inny, człowiek żywy, żywy pisarz. Takim go spotkałem na stronach Innego świata w tamtą warszawską noc sprzed lat, takim pozostał w tym dziele, gdy do niego powracałem, takim wychodził ku mnie z innych tekstów, jakże odmiennych od tego pierwszego arcydzieła. Wiedział, że nie może po prostu powtórzyć dokonania, które było z istoty rzeczy jedyne.

W Innym świecie opisał porażający świat obozów. I przedstawił żywego człowieka, który potrafi mówić o świecie obozów koncentracyjnych. Lechoń w Dzienniku uderzająco trafnie określił wyjątkowość literackiego dokonania Herlinga: to więzień, który ma proustowską pasję analizy. Powiedzieć by się chciało: to były więzień, który przeszedł przez doświadczenia literackie Dostojewskiego i Conrada, Henry’ego Jamesa i Kafki. Inny świat działa złączeniem literackiego kunsztu i siły moralnego przesłania. Uderza bujność i trafność opisów. Książka miała się początkowo nazywać Umarli za życia, a przecież pulsuje życiem.

Starałem się dostać do ręki wszystko, co autor Innego świata napisał. Skrzydła ołtarza zostały mi pożyczone niedługo po ich opublikowaniu w Instytucie Literackim, na początku lat sześćdziesiątych. Uderzała literacka maestria obu opowiadań, odważna niezawisłość wobec literackich fasonów. A jednak umieszczone pod włoskim niebem historie oglądałem jakby za szklaną szybą, jakby opowiadał je ktoś pozbawiony władzy swobodnej mowy. Zwłaszcza Wieża, silniej działająca, była ujęta w wiele cudzysłowów, otwarcie wyznawanej fikcji, przytoczenia. Traktowała właściwie o tym, że swojego świata autor nie może w pełni przedstawić. Zdolność opowiadania, tak przekonująco obecna w Innym świecie, zdaje się niedostępna. W przejmujący sposób opisany został niedowład głosu.

Co najbardziej uderzyło w kunsztownym cienkim tomie prozy? Wyszukana stylizacja. Herling stworzył język, którym stara się dotrzeć do własnego świata, do granic ludzkiego doświadczenia, odsłonić korzenie samotności. Może jest to zamierzenie nieosiągalne? Posługuje się przecież głosem cudzym, wplata we własną opowieść historię trędowatego z Aosty, którą znalazł na kartach francuskiego pisarza z pierwszej połowy XIX wieku, Xaviera de Maistre’a. Był to język epoki rozchwiania kryteriów. Jerzy Stempowski zwrócił uwagę na celność wyboru stylistycznego punktu odniesienia przez Herlinga. Tak właśnie, cofając się do czasów zamętu i ucząc się od tych, którzy potrafili wówczas znaleźć dystans do opisywanych przez siebie spraw, tak tylko można podjąć wysiłek prawdziwego wyjścia z milczenia, odzyskać władzę mowy. To przecież było zamierzenie Herlinga od początku działalności twórczej. Tym wysiłkom pozostał wierny przez cały czas, wówczas gdy starał się zmierzyć z zagrożeniem zewnętrznym, z Innym Światem, i wówczas, gdy zmagał się z wewnętrznymi lękami, rozdarciami.

Skrzydła ołtarza pokazały, że potrafi się zdobyć na niezawisłość wobec dzisiejszych mód, nie tylko ideologicznych, także artystycznych. Wszakże czyni to w bardzo oryginalny sposób. Nie odrzuca wszelkiej tradycji. Nie wybiera drogi czystego buntu. Nie wierzy w siłę nagiego krzyku. Narzucił sobie bardzo wcześnie mocne ograniczenia formalne. Pobiera lekcję u tych, którzy w przeszłości zmagali się z niedowładem języka. Swoistość drogi Herlinga, widoczna doskonale w Wieży, polega na tym, że stawiając sztuce bardzo wysokie wymagania, nie przestał nigdy wierzyć w jej uzdrowicielską moc. Jego twórczość, jego życie przynoszą wyjątkową w naszej epoce lekcję, jak można duchowo żywym powrócić z Innego Świata, jak można walczyć zwycięsko o odzyskanie władzy mowy.

 

 

Wieża kończy się otwartym wyznaniem własnych ograniczeń artystycznych: „Nie żałuję, że nie udało mi się napisać opowieści o mieszkańcu Wieży. Gdyby nie było w życiu ludzkim na ziemi rzeczy, wobec których nasza wyobraźnia rozkłada ręce, musielibyśmy w końcu złorzeczyć rozpaczy przenikającej literaturę, zamiast szukać w jej utworach nadziei”. A przecież nie znaki rozpaczy zachowałem w żywej pamięci z tego tekstu, lecz delikatną i czystą linię opowieści, jakby to była wyblakła i cenna rycina. Herling umieszcza na ścianach pokoju, w którym znalazł stary egzemplarz włoskiego tłumaczenia opowieści Xaviera de Maistre’a, cztery dzieła Piranesiego: „Kto widział bodaj raz w życiu jego sztychy, ten wie, że Piranesi gustował w ruinach i potrafił z nich wydobyć akcent ciała odpadającego od kości. W uczonej dysertacji o jego Więzieniach Aldous Huxley pisze, że wyrażają «doskonałą bezcelowość»: «schody nie prowadzą donikąd, stropy nie podpierają niczego»”. Nie potrafię dzisiaj odtworzyć, czy szkic Huxleya o Piranesim czytałem wcześniej niż Wieżę, w każdym razie to Piranesi, jakim pokazał go przywołany przez Huxleya de Quincey, wciąż wspinający się po schodach urywających się raptownie w pustkę, oddaje znakomicie duchowe przesłanie noweli Herlinga.

Przytoczony w Wieży dwuwiersz angielskiego XIX-wiecznego poety Jamesa Thompsona zapamiętałem na zawsze:

 

For life is but a dream whose shapes return

Some frequently, some seldom, some by night…

 

Życie jako sen, życie niemożliwe do wyraźnego uchwycenia, a przecież zawierające ważny sens, domagające się odcyfrowania — ten motyw, pojawiający się w noweli, będącej w pewnej warstwie wyznaniem granic języka i literatury, niemożności, a w każdym razie zasadniczej trudności, wyjścia z milczenia, ten motyw przewijać się będzie przez całą późniejszą twórczość Herlinga. Opowiada uchwycone w nocnym świetle sny, czasem koszmarne, czasem wspaniałe. Stara się z twarzy, krajobrazów, ludzkich historii cieniście, niby we śnie, rysujących się w pamięci i wyobraźni, uchwycić choćby tylko zarys życia, choćby tylko odbicie w przyćmionym zwierciadle nocnych rojeń.

Z Pietà dell’Isola, drugiego opowiadania składającego się na Skrzydła ołtarza, utkwiły mi w pamięci przede wszystkim dwa zapożyczenia, tak umiejętnie wplecione w utwór, że stały się dla mnie jego ważną częścią. Opowiadanie otwiera motto z Franza Kafki, fragment listu do Oskara Pollaka, po niemiecku. To motto też pasuje do całego dzieła Herlinga. Wskazuje na autorskie ambicje i porażki. Pojawia się ono jak leitmotiv w Dzienniku pisanym nocą, już w polskim brzmieniu: „Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my, ludzie, powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący jak przed wejściem do piekła”. Przecież to z innej perspektywy, z perspektywy rozpaczy, ujęty podobny problem ograniczeń mowy jak ten ukazany w Liście lorda Chandosa Hofmannsthala (też bliskim Herlingowi). Co da się wypowiedzieć z ludzkiego doświadczenia? Jak można przekazać drugiemu własny ból, a i własną radość? A przecież przed laty udało się to Herlingowi. Nie mógł mieć wątpliwości, że Inny światstanowi zwycięstwo także w walce z niemotą, to było prawdziwe wyjście z milczenia, przeniesienie — na drugi brzeg nocy — snów i jawy obozowych dni.

Drugie spotkanie na kartach tego opowiadania, które utkwiło mi mocno w pamięci i przeniknęło na trwałe do wrażliwości, to dosłownie obraz: Święty Sebastian Mantegni. Prawie niezauważalnie jego opis wpisany został w tok narracji. „Doktor przymknął powieki i ujrzał nagle — jednym z tych dziwnych zrządzeń asocjacji, których wytłumaczenia nie należy nigdy szukać w przypadkowym pokrewieństwie elementów składowych — nagi, bladoziemisty tors mężczyzny, przebity strzałami, które spod swych grotów wypuszczały koraliki zakrzepłej krwi, a nad nim głowę przekrzywioną w bok, oblepioną długimi włosami dotykającymi ramion, z wyrazem bólu i równocześnie wniebowzięcia w oczach zwróconych jasnymi źrenicami ku górze”. Wkrótce po lekturze Skrzydeł ołtarza dane mi było zetknąć się po raz pierwszy z wielkimi galeriami malarstwa, najpierw w Wiedniu, w następnym roku w Paryżu. Długo zatrzymywałem się przed obiema wersjami Świętego Sebastiana Mantegni. Wiedeńska jest niewielka, o bardzo rozbudowanych szczegółach, paryska uderza monumentalnością, a też ziemistą barwą ciała męczennika. Dopiero po pewnym czasie uprzytomniłem sobie, że interesuję się obrazami Mantegni, bo wrył mi się w wyobraźnię opis Herlinga (sądzę, że gdy pisał Skrzydła ołtarza, miał przed oczami wersję z Luwru, jej tonacja barwna jest zbliżona do tonu tych opowieści i dla mnie na zawsze z nimi złączona). Zadziwiła mnie wówczas wrażliwość malarska Herlinga, nic o niej nie wiedziałem, po lekturze Innego świata mogłem jej się wprawdzie domyślać ze względu na niezwykłą plastyczność — i żywość — opisów przyrody i ludzi, ale dopiero w późniejszych utworach dostrzegłem pełniej jej znaczenie. Skrzydła ołtarza mają w sobie tę zduszoną, bladoziemistą tonację. Tak, odcięcie od świata, szklana szyba. Dusząca atmosfera włoskich opowieści Herlinga paradoksalnie różni się od ostrego, przejrzystego powietrza Innego świata. Obraz Mantegni, jak i sztychy Piranesiego, oddaje w przejmujący sposób wciąż ponawiany — i wciąż daremny — wysiłek dotarcia do świata, dotknięcia go żywym słowem.

W owym czasie, lata sześćdziesiąte, czytałem zawsze z uwagą artykuły Herlinga w „Kulturze”, ilekroć zdołałem uzyskać do niej dostęp. W Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego sięgnąłem po tomik Żywi i umarli i po przedmowę do wznowionych w Rzymie zaraz po wojnie Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Mickiewicza. Podziwiałem polityczną niezłomność i polityczną rozwagę. Herling wybrał wyjątkową drogę, także na tle polskiej emigracji. Nie ulegał paraliżującemu działaniu frazeologii lewicowej, a jednocześnie podkreślał sympatię dla tradycji socjalistycznych i ludowych. Nie czynił tego z pozycji partyjnych. Takie były jego wybory wartości podstawowych i tak starał się pozostać im wierny w politycznych i społecznych zawieruchach XX wieku. Wielekroć nawiązywał do słów Jerzego Stempowskiego o „historii spuszczonej z łańcucha” w naszym stuleciu. Jak ważne dla kogoś sięgającego po polskie słowo w drugiej połowie tego stulecia było spotkanie pisarza takiego jak Herling-Grudziński! Przyglądanie się jego zmaganiom, jego kłopotom z „wyjściem z milczenia”, jego uczestnictwu w „boju napowietrznym”, który toczył się wokół nas, o nas, lecz także w nas samych — przynosiło otuchę.

To jednak nie w opowiadaniach, które były politycznymi czy egzystencjalnymi parabolami, takich jak Gruzy, Cud, Książę Mediolanu, Dżuma w Neapolu, spotykałem Herlinga pisarza przynoszącego mi pomoc. Nie te teksty stanowiły dla mnie lekcję swobodnego głosu, nie one były prawdziwymi książkami zbójeckimi, utwierdzającymi niepodległość myśli. A jakie to były teksty? Te, w których spotykałem żywego człowieka. Takim tekstem był, w sposób magistralny, w tonacji majorowej, Inny świat. Takimi tekstami były, w tonacji minorowej, niektóre szkice z Żywych i umarłych, także Godzina cieni, także Wieża jako wyznanie ograniczenia słowa i wewnętrznego omotania i zduszenia.

Takich tekstów wiele odnajdywałem w Dzienniku pisanym nocą. Już w pierwszym tomie, zaraz na początku, dwa razy odczułem to poszerzające rozpoznanie duchowej swobody i sensowności. Dwa krajobrazy, ukazane jako element egzystencji i kultury, a przez to także obecności w polis, polityki. Kruki nad Paestum i przede wszystkim Wenecja. Herling pokazał Wenecję jako sen. I jednocześnie, w ostatnim zdaniu, odsłonił duchowy sens tego snu dla kultury europejskiej, dla nas, dla siebie, dla mnie. Zapis z 25 września 1971 roku to jeden ze wspaniałych „autoportretów przez podstawione pejzaże” w dziele Herlinga.

 

 

„Czym jest Wenecja? Wenecjanin, postawiony wobec takiego pytania, odpowie w dziewięciu wypadkach na dziesięć, że cudem: un miracolo, un prodigio. Dla mnie, odkąd spędziłem w Wenecji tydzień zimą, raczej snem niż cudem.

Przyjechaliśmy w grudniowy wieczór. Mgła była gęsta, z dworca do Akademii stateczek posuwał się z powolnością żółwia, trąbiąc ciągle i ostukując niespokojnie kanał reflektorem, z Akademii do hotelu udało nam się dotrzeć tylko dzięki przechodniowi uzbrojonemu w mocną latarkę. […] Tak, to był sen, podniecający i ulotny, z przeczuciem olśnienia, którego nie można (jak we śnie) przeżyć w całości, ale o którym się wie, że istnieje na pewno: the desire and pursuit, pragnienie i pościg. Zdarzało się, że w południe ławice mgły przerzedzały się na okamgnienie, i wtedy fragmenty miasta oglądaliśmy jak dekoracje teatralne przez szparę w uchylonej nieostrożnie kurtynie. W poranek naszego odjazdu, nieoczekiwanie wypogodzony, Wenecja ukazała się nareszcie cała i czysta, w szklistej, złoto-zielonkawej aurze. I było coś z dziwnego żalu w tym przebudzeniu ze snu o niej.

Jeżeli (rzecz we Włoszech dość prawdopodobna) Wenecja nie zostanie ocalona, Europa zachoruje na «zatrucie psychiczne»; tak psychiatrzy określają stan ludzi, którzy nie cierpią wprawdzie na bezsenność, lecz tracą zdolność śnienia”.

To krótkie opowiadanie o Wenecji, ta „egzystencjalna esencja”, pokazuje, jakie może być lecznicze działanie krajobrazu, lecznicze działanie sztuki. Jest to dla mnie nie tylko wspaniały opis miasta nad laguną, lecz też znakomity wizerunek dzieła artystycznego Herlinga w tym, co jest w nim ożywczego — mimo pokusy milczenia, groźby acedii, wewnętrznego skwaśnienia. O tym zagrożeniu Herling wiedział doskonale. W chwilach skrajnej depresji dziennik, jak sam przyznawał, leżał odłogiem. W innych momentach owo duchowe zgorzknienie stanowiło wyzwanie, któremu jakże trudno było sprostać. Wymagało to wielkiej wewnętrznej siły. Zanotował w Dzienniku pisanym nocą 5 maja 1973 roku: „W starym notesie pod szpargałami na dnie szuflady znalazłem zdanie Stempowskiego, bez daty, zapisane, jak sądzę, gdy go ostatni raz spotkałem w Laffitte: «Pisarze traktujący poważnie swoje powołanie muszą w naszych czasach bardzo uważać, żeby ich nie zatruł własny jad»”. Nie dałbym głowy, czy słowa te zapisał rzeczywiście Stempowski, tak pasują do autora Dziennika pisanego nocą, zadziwia w każdym razie odważna samowiedza Herlinga, który wyraził w nich autorskie wyznanie wiary, na kilku poziomach sensu.

To właśnie te momenty, te obrazy, gdy opisywał, jak zmagał się z acedią i jak wychodził z tych zmagań zwycięsko, są najważniejszymi spotkaniami z Herlingiem. Te chwile, gdy mimo goryczy rzeczywistość, dzięki sztuce, potrafi ożywać przed naszymi oczami.

[2009]

WOJCIECH KARPIŃSKI

Z tomu Wojciech Karpiński „Szkice sekretne”. Warszawa, Zeszyty Literackie, 2017.

Ławka Witka Różańskiego

„Kiedy wreszcie przyjdzie ta chwila / która stanie się wiecznością / bym mógł spokojnie odpocząć w prawie moim / nie stąd”; „lekcja ciemności skończona / drzwi nieba otwarte na oścież / potępieni spadają w otchłań / błogosławieni weselą się jak dzieci” (Wincenty Różański, Wiersze niecierpliwe, 2015). W tym pośmiertnym wydaniu odnalazły się wiersze dedykowane poetom, pozostawione w poetyckim testamencie.

W cieniu platanów na ławce postać poety z brązu czeka na odwiedziny – twarz zwrócona ku ścieżce prowadzącej z nieodległego domu przy Ostrobramskiej, gdzie mieszkał przez długie lata. Tam nas przyjmował pośród książek, pamiątek i rzeczy najróżniejszych, najczęściej mało przydatnych, lecz wiele mówiących o wrażliwości ich właściciela, który te wszystkie drobiazgi starał się ocalić przed zniszczeniem. Teraz przychodzimy do parku – z okruchami pamięci, żeby przywitać się, pocieszyć i zarazem pożegnać, pobyć razem przez chwilę, bo dni mijają niepostrzeżenie, nie wiadomo, czy nie nadchodzi właśnie i dla nas przedostatnia godzina.

Duch się umacnia, lecz kruchego ciała ubywa, chude łopatki wystają spod swetra jakby skrzydła miały wznieść mnie do lotu. Ale dziś jeszcze niedziela słoneczna, spokojna, dokucza tylko chłodny, porywisty wiatr. W drodze do grobu rodziców, pochowanych na cmentarzu górczyńskim w Poznaniu, wstępuję często w gościnę do Witka Różańskiego i przysiadam z nim w południowym świetle, przywołuję strofy jego wiersza:

 

Niech się pasie słońce na niebiosach

niech wyzwoli się łaska Twa

bądź z nami jeszcze i ratuj nas.

 

Na kolanach poety leży kartka z wersem: „Bądź pozdrowiona chwilo”! Tym przesłaniem wita i pozdrawia przechodzących. Figura z brązu lśni nieporuszona, bo nie jest to już Witek ruchliwy, pełen niepokoju o życie, wciąż dokądś zdążający jakby miał się zaraz spóźnić na spotkanie, lecz poeta cierpliwie czekający na tych, którzy przyjdą go tu odnaleźć, zobaczyć wśród spacerujących przechodniów, kręcących się pod nogami gołębi, dzieci jeżdżących w kółko na rowerach, matek z wózkami wiozącymi niemowlęta cienistą aleją platanów.

 

Fot. Eugeniusz Toman

 

Serdecznie wspominam wspólne wycieczki do ogrodu za miastem, gdzie Witek zachwycał się kwitnącą wiśnią, a było to wiosną dwadzieścia pięć lat temu. Zaczęłam wtedy pisać wiersz na papierze śniadaniowym: „Siedzimy z Witkiem wśród agrestów / moczymy nogi w Styksie”. Radował się chwilą i każdym wierszem, zaprosił nas na swój kameralny ślub z flecistką Małgorzatą Kasztelan. Woziliśmy go czasem na wieczory literackie i bywało, że gdy znajdowaliśmy się już prawie na miejscu, przypominał sobie, że zostawił włączony czajnik, więc wracał, by gasić pożar, a ja zawiadamiałam gości o powodach spóźnienia.

Wiersze Witka, który żył cicho na obrzeżu Poznania – a jednocześnie był uznanym i podziwianym poetą, przyjacielem Edwarda Stachury – ujawniają też wewnętrzny niepokój człowieka pytającego o tajemnicę: „Z trwogi zrodzony / w pośpiechu żyjący / układam klocki bycia / zapinam guziki / chwalę Boga i śpiewam / czy starczy mi sił / by umrzeć na Twe zawołanie”.

Zamykając świat w metaforze Witek odsuwał ten niepokój, a w wierszach czynił rachunek sumienia, godząc się na los, jaki przypadł mu w udziale. Jego poezja uczy pokory i czyni pokój ducha, weseli się z nami i płacze, pociesza, gdy nastaje noc ciemna: „wśród zeschłych liści żółtych i rdzawych / siedzę o poranku w ciemnym parku / i wołam Ciebie Panie Boże wołam / daj mi koronkę łaski i radości”.

TERESA TOMSIA

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (II)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

12 stycznia – wtorek

Zadzwoniła Perła Kacman. Nie mogłam się do niej dodzwonić od niedzieli tj. od włączenia telefonów. Zadzwoniłam do jej mamy, która powiedziała, że jest tam uszkodzona linia, ale zapomniała mi powiedzieć, że w Sylwestra wrócił Danek [Kalbarczyk]. Byliśmy u Perły na chwilę, 30 grudnia. Na samym początku, kiedy znalazłam Danka na listach – posłaliśmy tam ucznia, żeby pomógł Perle w domu. (Dzieci paliły się do pożytecznej roboty, a nie chcieliśmy ich angażować w nic niebezpiecznego i nielegalnego). Gdy szliśmy do niej dzień przed Sylwestrem miałam tzw. przeczucie, że otworzy nam Danio. Otworzyła Perła, ale okazało się, że to był dzień pełen przeczuć: Perła miała sen, Małgosia pierwszy raz od 12 grudnia zapytała o tatę i przyjechał Marcin Król sprawdzić, czy jest Danek, bo też miał przeczucie. A następnego dnia Danio wrócił. Zabrali go wiadomej nocy (o drugiej), a przyjechał po niego ubek Wiśniewski, który od lat nagabywał Danka w fikcyjnej sprawie problemów z jego zagubionym i odnalezionym paszportem. Marcin Król też był zatrzymany tej nocy, ale po podpisaniu oświadczenia, że będzie przestrzegał prawa – zwolniony.

Znowu słyszę z babci pokoju telewizyjną papkę. Ostatnio dość systematycznie podają komunikaty o procesach i wyrokach. Toczą się śledztwa o nadużywanie władzy przez byłych prominentów (i czerpanie korzyści osobistych) oraz oddzielnie wymieniana kategoria, sprawy kryminalne – tryb doraźny – tj. o spekulację (u p. X znaleziono Y par butów), o pobicie, o posiadanie szkalujących ulotek, o gwałt i o niezaniechanie działalności związkowej. Są też wyroki: za pobicie patrolu złożonego z milicjanta i trzech żołnierzy (jedna osoba) – trzy i pół roku; za niezaniechanie działalności związkowej – 3 lata; za posiadanie ulotek (w celu rozpowszechniania) – 3 lata, ale prokurator wniósł rewizję i żąda 7 lat. Trwa proces ursuski z Janem Józefem. J. J. jest poważnie chory, ale stary wyga, lekarz więzienny z Rakowieckiej orzekł, jak zawsze wbrew opinii lekarzy prawdziwych, że może stanąć przed sądem.

Program TV systematycznie się rozszerza. Ciągle nadają tylko jeden program (podobnie radio), ale jest on coraz „normalniejszy”. Nie mogę się ciągle oprzeć wrażeniu, że autorzy tych „normalnych” tzn. nieideologicznych audycji – to kolaboranci. Pierwszymi osobami, które pojawiły się w studio był m.in. p. Słodowy (w programie dla dzieci pokazywał, jak zbudować karmnik dla ptaków i jak samodzielnie wykonać godło państwowe) oraz niestety panowie Kurek i Siudym [1], znakomici naprawdę autorzy audycji pt. „Sonda”, którzy tym razem na użytek dzieci wystąpili w programie „Mała Sonda”. Z przykrością też obejrzałam tuż przed świętami Czesława Niemena, który pięknie śpiewał, ale jednocześnie dał się naciągnąć na rozmowę o trudnych czasach. Teraz z kolei, prezentuje się w TV (zresztą czysto merytorycznie) znakomity popularyzator muzyki Bogusław Kaczyński. Nie wymieniam łobuzów, których obecność w TV ani mnie nie dziwi, ani nie dotyka. Nie mogę się jednak oprzeć przekonaniu, że w naszej sytuacji wybory, których trzeba codziennie dokonywać są trudniejsze i nie zawsze można stanąć pośrodku. Niekoniecznie pozostaje się „porządnym człowiekiem” jedynie nie przykładając się aktywnie do świństwa. Tym bardziej, że w przypadku TV, tymi przerywnikami w praniu mózgów, przyciąga się do telewizorów ludzi. Przed audycją pana Kaczyńskiego był program o dywersji ideologicznej radiostacji zachodnich („nawet BBC, które nam, pamiętającym wojnę, kojarzy się z rzetelną informacją nadaje tendencyjne audycje nie odbiegające – o zgrozo – od Wolnej Europy” – żalą się w tym programie), a po niej nastąpi DTV = DDT, bo ma działać radykalnie jak niegdyś środek owadobójczy znany pod tym skrótem. Może należy tu rozumować inaczej. Może przeciętny obywatel pozbawiony…, ograniczony… itd. powinien otrzymać coś, cokolwiek pozytywnego? Ale czy dzisiaj jest miejsce i czas na pracę u podstaw? Czy są do tego wystarczające warunki? Zabrali nam wszystko, jeszcze nie czas z zabranego zrezygnować. Jeszcze trzeba próbować coś odzyskać. Inaczej będziemy zaczynać od zera.

Z Drawska wróciła Lilka Wosiek. W Białołęce głodują. Zaostrzono im reżim, zmieniono służbę więzienną. Przywieziono tam kilkanaście osób z KK (poprzednio byli w Strzebielinku). Nie wiadomo dokładnie kogo, ale są wśród nich [Janusz] Onyszkiewicz, [Karol] Modzelewski, [Jan] Rulewski, podobno Jacek [Kuroń]. Trzymają ich oddzielnie. Obecnie warunki internowanych różnią się od warunków aresztowanych jedynie tym, że wolno im w dzień leżeć na łóżkach. Strajkują od 4 stycznia. Głodują celami po trzy dni.

 

14 stycznia – czwartek

Wczoraj cały dzień poza domem. Rano zajęcia z piątym rokiem. Te zajęcia to wyzwanie. Wiosną kończą studia, a jest cały semestr do nadrobienia. Już nie będzie kiedy. To możliwe przy współpracy studentów. Rozdzieliłam materiał, każdy dostał do zreferowania temat, który następnie omawialiśmy na zajęciach. Większość rozumie, że to w ich interesie i że ta forma nauki nie ma być fikcją. Niestety, zdarzali się tacy, którzy sabotowali zajęcia, uważając, że skoro jestem przeciwko opresyjnej władzy nie mogę nie dać im zaliczenia, bo wtedy, zgodnie z polityką stanu wojennego, wylecieliby ze studiów i trafili do wojska. Wobec wykładowcy sprzyjającego władzy takich oczekiwań nie mieli i bez szemrania wykonywali polecenia. Nie zgodziłam się z tą pokrętną logiką, więc do skutku dyskutowaliśmy w grupie o tym, że wezwanie rebelianta do „solidarnego zbojkotowania” zajęć nie ma nic wspólnego z solidarnością i że największą szkodę przyniesie im samym i to nie dlatego, że mogą być relegowani. Większość zrozumiała, ale wciąż byli tacy, którym żal było straconej okazji zaliczenia „za nic”. Tak jak listopadowy strajk okupacyjny dla niektórych studentów był okazją wyjazdu na narty. Po zajęciach, o trzeciej zebranie, w międzyczasie wpadłam do Perły. Danka nie zastałam. Wystałam się na przystankach i wieczorem wróciłam do domu przemarznięta i zmęczona. W Białołęce głodówka nie tylko w sprawie regulaminu, ale i w sprawach bardziej ogólnych i zasadniczych. Głoduje 100 osób od 4 stycznia i nie rotacyjnie, a w sposób ciągły. Dołączają do nich nowi. Dwa lub trzy dni temu głodujących przeniesiono ze wspólnych cel do oddzielnego baraku. Są bez kontaktu z resztą. Prawdopodobnie są sztucznie karmieni.

Wiadomość z Wrocławia. Szczegóły z pacyfikacji Politechniki. Tam też panują nastroje odwetowe, tam też czekają na bardziej sprzyjający moment. We wszystkich docierających do nas relacjach z różnych stron Polski powtarzają się wiadomości o tym, że podczas akcji pacyfikacyjnych [ZOMO] demoluje pomieszczenia i hale produkcyjne, nawet wtedy, kiedy nie było to konieczne. Bardzo częste są przypuszczenia, że zomowcy działają pod wpływem narkotyku. Relacje od służby zdrowia potwierdzają to.

Wczoraj minął miesiąc od wprowadzenia stanu wojennego. DTV postanowił przypomnieć o tym społeczeństwu komentarzem odczytanym przez kapitana od komentarzy. Dowiedzieliśmy się, że właśnie mija miesiąc jak wreszcie jest spokój, kraj nie jest targany strajkami, a my czujemy się bezpiecznie i bez obawy możemy chodzić po ulicach. Pan kapitan zapomniał dodać do tej charakterystyki paru drobnych szczegółów, ale skoro teraz czuje się bezpiecznie, nie warto mu psuć samopoczucia.

Tymczasem wylewa Wisła i Warta. Powodzie trwają prawie od tygodnia. Sytuacja jest fatalna. Przez pierwsze dwa dni informowano w telewizji, że nie jest dobrze, że woda coraz wyższa, że Wisła w okolicach Płocka wylewa, a także odczytywano stale komunikat wojewody (!) płockiego (w stanie wojennym [zawieszonej] władzy cywilnej!!), żeby każdy sam, na własną rękę, własnym transportem lub na piechotę opuszczał zagrożony teren. Bydło, trzodę zabijać i zostawiać. Ubite zostanie zabrane. A tymczasem patrole wojskowe uwijały się po mieście (a pewnie w ogóle po miastach i po kraju) pilnując skrzyżowań, rewidując ludzi na ulicach (panowie z karabinami zaganiają pod mur, jeden odbiera to, co się ma w ręku, a ty twarzą do ściany, ręce do góry i na ścianę, a kolega cię obmaca), pilnują przestrzegania godziny policyjnej itd. Od dwóch dni zaczęli nam pokazywać w TV, że wzięli się wreszcie za ewakuację powodzian. Związki branżowe okazały wielką szlachetność, zapragnęły wesprzeć powodzian finansowo. I autonomiczne też. Trzeba im było odblokować konta bankowe. Tylko „Solidarność” brzydko się zachowała, nic się nie stara. A w końcu taka KK mogłaby do klawisza albo naczelnika więzienia wystąpić z prośbą o ułatwienie w tak ważnej sprawie.

Dopisane 28 stycznia [do zeszytu w tym miejscu wklejona dodatkowa kartka]

W związku z powodzią:

Informacje od kompetentnych osób (m.in. z PIHMu – czy jak to się teraz nazywa). Zagrożenie powodziowe, a potem skutki wylania Wisły tak ogromne wynikły w znacznym stopniu z popełnienia karygodnych błędów. Spuszczono ze stopnia wodnego (zalew we Włocławku) za dużo wody. W jakimś miejscu krytyczny poziom wody wynosił 1,5 m co przy dużym mrozie spowodowało zamarznięcie wody aż do dna, brak przepływu wody pod lodem oraz zamarznięcie śluz także do dna, co odebrało człowiekowi wszelką kontrolę nad żywiołem. Woda nie mogąc płynąć pod lodem, musiała wypływać na boki. Najpewniej moje relacje nie są ścisłe, bo się znam na tym zagadnieniu nie lepiej niż WRONa, ale rozumiem z tego, że nie musiało być aż tak strasznie jak jest i że wypowiedzi w TV tzw. najstarszych ludzi z zalanych terenów o tym, że nie pamiętają, żeby kiedykolwiek woda doszła dalej niż do… i że nie ma prawa tej linii przekroczyć, nie były całkiem szalone. Po prostu w ich długim życiu jeszcze się nie zdarzyło, żeby człowiek współdziałał z tym żywiołem zamiast mu przeciwdziałać. We współdziałaniu z powodziowym żywiołem WRONa posunęła się aż do odwołania z tradycyjnie zagrożonych miejsc (most pod Wyszogrodem okolice Zegrza) wyspecjalizowanych w walce z zagrożeniem powodziowym w tym rejonie oddziałów saperskich i zamieniła je innymi.

Ponure dowcipy o powodzi:

WRONa dostała telex, że pod Płockiem LÓD się gromadzi – wysłano ZOMO.

Sposób na zator lodowy pod Płockiem: rozciągnąć na nim transparent z napisem SOLIDARNOŚĆ i wypuścić ZOMO.

Próbowano wysłać telegram z Płocka o następującej treści: KRA. Cenzura nie przepuściła.

Szczyt bezczelności: zapytać wojewodę płockiego jak mu się powodzi.

[koniec wklejki]

 

Finanse „Solidarności” najlepiej przedstawiają się we Wrocławiu. WRONA wypuściła listy gończe za kilkoma osobami, które 3 grudnia podjęły 80 milionów z konta wrocławskiego regionu (tj. całe pieniądze Regionu). Na wszystko są wystawione czeki i rachunki (pokazane w TV), wszystko jest zgodne z przepisami, ale WRONie wymknęło się 80 milionów, więc nas informuje, że nam ukradziono składki członkowskie.

 

17 stycznia – niedziela

Wczoraj Agata [Pawliszyn, uczennica Mirka] przyniosła wiadomość, że w piątek wywieziono wszystkich z Białołęki i z Olszynki w niewiadomym kierunku. Wygląda na to, że WRONa szykuje jakąś nową akcję. Wyczyściliśmy mieszkanie. Wszystkie trefne książki spakowaliśmy i wywieźliśmy. To co przeżywałam w czasie pakowania nie da się opisać. To rozstawanie się z książkami było bardzo przykre. Żal mi było zamykać je w walizkach i cały czas myślałam o tym, kiedy znów będę mogła postawić je na półce. A może już ich nigdy nie zobaczę.

Wiadomość z Branic, że Antka [Antoni Junosza-Szaniawski, lekarz psychiatra w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Branicach, działacz tamtejszej „S”, internowany w nocy z 12 na 13 grudnia] przeniesiono z Opola do Cieszyna. Ewa [jego żona, lekarka rodzinna w gminie Branice] ma teraz dalej na odwiedziny – nie wiadomo w jakich warunkach w Cieszynie siedzą internowani. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że internowanych przetrzymywano w nieogrzewanych celach więzienia w Cieszynie i jednocześnie nakłaniano ich do podpisywania deklaracji lojalności.

 Rozpowszechnia się nowa forma protestu. Począwszy od 13-tego do końca stycznia, a następnie każdego 13 w kolejnych miesiącach, gasimy światła między godz. 21–21:15.

Julka choruje znów (od czwartku). Dr Niedzielowa rozpoznała zapalenie płuc. Dała jej wibramycynę. Byliśmy zrobić Rtg. Julkę męczy okropny kaszel, a wieczorem wysoka temperatura.

Wg dzisiejszych wiadomości – wywieziono tylko kobiety (z Olszynki) do Gołdapi. W Gołdapi obóz jest zrobiony z ośrodka RSW „Prasa” (podobno) i są tam lepsze warunki niż w Olszynce. Dziś do Białołęki pojechał ksiądz ze Świętego Marcina.

 

18 stycznia – poniedziałek

Wygląda na to, że nasila się fala oporu. Są wiadomości o mnożeniu się ulotek i gazetek (Warszawa wcale tu nie przoduje). Wezwania w nich zawarte znajdują odzew m.in. w postaci krótkich, parominutowych przerw w pracy, spędzanych w milczeniu, każdy przy swojej maszynie. W fabryce …….. w ……… [dziś nie pamiętam nazwy fabryki i miejscowości, tu utajnionych z wiadomych względów], gdzie od dawna nie ma żadnej produkcji z powodu braku materiałów (prowadzi się jedynie konserwację maszyn) robotnicy rozpoczęli dzień pracy od tego, że każdy z nich siedział przy swojej maszynie, na której była rozłożona „Trybuna Ludu” z nadrukiem „Prasa kłamie”. „Trybuna Ludu” zamieszczała informacje o ogromnej wydajności tych zakładów i wzroście produkcji, co ilustrowała liczbami.

Pojawiła się odezwa [Zbigniewa] Bujaka, [Wiktora] Kulerskiego i [Zbigniewa] Janasa zawierająca m.in. kodeks okupacyjny. Ośmioro intelektualistów (W. Wiłkomirska, ks. J. Zieja, M. Brandys, J. Rybicki, Z. Kuratowska, S. Broniewski – b. nacz. Szarych Szeregów, D. Olbrychski, St. Kieniewicz) wystosowało list do premiera zawierający żądania (słuszne).

Ja zaś, postanowiłam zaopatrzyć Kamienne tablice, które mam zamiar odnieść Żukrowskiemu (Mirek dostał je kiedyś od wdzięcznego ucznia i teraz będą jak znalazł) w stosowną dedykację. Coś w rodzaju: Autorowi w dowód uznania za działalność publicystyczną w TVP oraz ogromne zasługi w krzewieniu prawdy tamże. Mam zamiar tę dedykację podpisać imieniem, nazwiskiem i adresem. Nie wiem tylko czy szanowny autor na nią trafi, bo podobno ciągle mu składają książki pod drzwiami. Podobno w księgarniach na pytanie o „coś Żukrowskiego” odpowiadają: „ja wiem, pan chce kupić, żeby mu oddać, ale niestety wszystko już wykupione”. Wczoraj w „Głosie Am.” wywiad z Miłoszem (to było powtórzenie), który uświadomił nam, że potraktowaliśmy Żukrowskiego tak, jak Norwegowie potraktowali Knuta Hamsuna, kiedy ten poparł faszyzm.

Miłosz powiedział też o sobie (na pytanie czy sądzi, że będzie nadal drukowany w Polsce), że prawdopodobnie zostanie „ukarany przez władze, że jest «wieszczem obrotowym», którego w razie potrzeby ustawia się twarzą do ściany”.

Ostatnio jestem okropnie przygnębiona. Telefonował Ryś [Ryszard Praszkier]. Z tego, co mówił wynikało, że Ankę wyrzucili z pracy – pewnie dawali im do podpisania długo oczekiwane deklaracje lojalności. Kodeks okupacyjny nie rozstrzyga tego problemu, apelując jedynie, aby tę sprawę rozstrzygać wspólnie w zakładzie pracy. Są jednak miejsca pracy, gdzie rozstrzygnięcie jest jedno.

Byli wczoraj Irena i Staszek z chłopcami. Irena w lepszym nastroju. Poprzednio martwiła się, że się sprawa wypala i cichnie. Teraz sporo informacji o tym, że jednak coś się dzieje, a jej zdaniem w tym cała nadzieja. WRONa ma zaplanowane kolejne posunięcia z bardzo małym wyprzedzeniem. Być może nie liczyli się z tym, że w ciągu miesiąca nie spacyfikują kraju. Teraz mają pełne więzienia internowanych, aresztowanych, a także już skazanych; w kraju na nowo się gotuje, liczba aresztowanych i procesów wcale nie maleje. Do tego wszystkiego wrócił stary problem. Trzeba przeprowadzić podwyżkę (ma ona sięgać 400%) i władza znów się tego panicznie boi. To widać przede wszystkim z ruchów, które wykonuje, z przedstawianych „wariantów rekompensat” itd. Podobno krążą także (na górze) pogłoski jakoby robotnicy mieli wyjść na ulice w odpowiedzi na podwyżki. Są wiadomości, że w fabrykach gromadzone są łóżka polowe i zapasy żywności w celu skoszarowania tam wojska w krytycznym momencie.

Z publikowanych propozycji cen wynika także, że planowany zabieg cenowy ma na celu jedynie wyciągnięcie forsy od obywatela. Ceny mają wzrosnąć, ale ich struktura niewiele się zmieni.

W piątek był u nas Jacek B [Barankiewicz]. Opowiadał, że był świadkiem sceny, która rozegrała się w biały dzień na Marszałkowskiej, przy DT Centrum. Dwóch zomowców zatrzymało chłopaka, który mógł się im nie spodobać z racji ubioru. Był wystrojony w „szpanerskie buciki z długimi nosami, w szpanerską wypasowaną kurteczkę i cały był taki gogusiowaty”. Jacek też w tym typie nie gustuje, jak zrozumiałam. Zomowcy chcieli chyba chłopaka wylegitymować, a on nie miał, albo nie chciał dać im dowodu. Zaczęli się z nim szarpać, w końcu jeden z nich tak wykręcił chłopakowi rękę, że ten musiał się pochylić. Wtedy panowie milicjanci wyciągnęli swoje pały i zaczęli okładać chłopaka po potylicy, bardzo metodycznie. Jacek twierdzi, że gdyby nie tłum, złożony zresztą przeważnie z kobiet, który się tam zebrał i parował oburzeniem, zomowcy zatłukliby chłopaka. Przestali tłuc, kiedy zwisł im bezwładnie. Wtedy jeden go trzymał, a drugi poszedł prawdopodobnie po radiowóz. W tym czasie chłopak zaczął przychodzić do siebie, wyrwał się glinie i zaczął uciekać, niestety w stronę, z której nadchodził patrol ludowego wojska polskiego. Jeden z żołnierzy podstawił uciekającemu nogę i ten wyłożył się jak długi, pojechał po lodzie i rąbnął w jakąś barierkę. Udało mu się jednak wstać i uciekał dalej. Wtedy na ulicy rozległo się dudnienie żołnierskich butów, które za chłopakiem goniły i dopiero wtedy komenda oficera dowodzącego patrolem – „gońcie go”. Wg Jacka oficer od początku wyglądał jakby nie miał ochoty mieszać się do tej sprawy, ale sytuacja nie pozostawiła mu wyboru. Któryś z pilnych żołnierzy lub milicjantów mógł na niego donieść. Cała scena ucieczki rozgrywała się przy akompaniamencie gwizdów i okrzyków tłumu (gestapo i uciekaj, uciekaj). Scenie bicia natomiast towarzyszył płacz niektórych kobiet i ich apele do dusz i serc milicjantów. Jacek sądził, że chłopak miał w końcu szanse uciec (chyba, że gdzieś natknął się na następny patrol), głównie zresztą dzięki przewadze szpanerskich bucików nad żołnierskimi buciorami i wypasowanej kurteczki nad mundurem i przewieszonym przez żołnierza karabinem.

Nie jestem pewna czy spekulacje, że WRONa „rozluźnia uchwyt” są uprawnione. Być może jest ona nieco zdezorientowana, choć i tego nie jestem pewna. Sądzi się, że represje gospodarcze Zachodu były ciosem i że nie liczono się, że to nastąpi w takim stopniu. W końcu opinia Zachodu ustaliła się na jednoznacznie potępiającą i jednocześnie oceniającą wydarzenia w Polsce jako efekt nacisków ze strony ZSRR. A więc jednak nie wewnętrzna sprawa Polski!!

W „Wiadomościach” nr 8 znajdujemy cenną informację, że stan wojenny został wprowadzony w Polsce bezprawnie, ponieważ Rada Państwa nie ma takich uprawnień podczas trwania sesji sejmu. Ale trzeba tu dodać, że nie jest to pierwsze bezprawne posunięcie Rady Państwa tego typu, chociaż niewątpliwie pierwsze na taka skalę. W tych dniach mają zgonić sejm na pierwszą w stanie wojennym sesję. Ciekawe co im każą uchwalić, ale najciekawsze jest to czy posłowie się czegoś nauczyli przez minione 18 miesięcy. Warto odnotować tu, że bardzo bojowi posłowie, np. Edmund Męclewski i Edmund Osmańczyk znaleźli się wśród apologetów WRONy i publicystów nowego pisma „Rzeczpospolita” – pierwszy numer wypuścili we czwartek tj. 14 stycznia.

„Wiadomości” nr 7 zawierają jeszcze lepszą wiadomość. Stan wojenny jest pogwałceniem Konstytucji. Art. 33 mówi, że wprowadzenie stanu wojennego może być podjęte (przez sejm!) jedynie: (a) w razie zbrojnego napadu na PRL, (b) gdy z umów międzynarodowych wynika konieczność wspólnej obrony przeciwko agresji. Sprawdziłam teraz w konstytucji. Cytowany fragment zawiera p.1. W p. 2 mówi się jednak o wprowadzeniu stanu wojennego, „jeśli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa”. Pod p. 2 można podstawić co się chce. A WRONa chce uważać, że „Solidarność” zagrażała bezpieczeństwu i obronności państwa.

Ważne wiadomości: WRONa urządziła Rozwalakowi [Zdzisław Rozwalak, członek Prezydium KK] konferencję prasową z dziennikarzami zagranicznymi. Rozwalak podpisał im poprzednio obszerne, odczytywane wielokrotnie w TV, oświadczenie odcinające się i w ogóle okropne. Na konferencji prasowej Rozwalak odwołał to oświadczenie i oświadczył, że podpisał je pod przymusem. Zdarzenie miało miejsce w ubiegłym tygodniu [12 stycznia 1982]. WRONa podała w oficjalnych komunikatach gołą wiadomość o konferencji prasowej. W komunikatach serwowanych na zewnątrz podawano podobno, że dziennikarze zachodni, źle zrozumieli oświadczenie czy wyjaśnienia Rozwalaka.

We Wrocławiu władze Regionu opublikowały oświadczenie, że 80 milionów złotych podjęto decyzją władz Regionu, przewidujących, że mogą się przydać (i przydają się), a upoważnione do ich podjęcia osoby nie dokonały żadnej kradzieży. Mirek obliczył, że skoro te pieniądze zostały podjęte 3 grudnia, tzn., że przeczucie wrocławian wiązało się z akcją na WOSP, [Wyższą Oficerską Szkołę Pożarnictwa], która miała miejsce 2 grudnia. 2 grudnia 1981 ZOMO i antyterroryści spacyfikowali trwający tam od 28 listopada strajk okupacyjny studentów, sprzeciwiających się podporządkowaniu WOSP wojsku. Zresztą bardzo dokładnie widać, że była to próba generalna (łącznie z odcięciem łączności). Szkoda, że my nie potraktowaliśmy tej akcji jako próbę.

 

19 stycznia – wtorek

Odrabiałam dziś zaległości w korespondencji. Postanowiłam wysłać kartki, żeby dać znak życia. Ale bardzo trudno było mi je zapełnić, bo zależy mi, żeby dotarły do adresatów. Julka narysowała list do Tomka Grossa. „Widokówka” przedstawia Koziołka Matołka przebranego w żołnierski mundur i z karabinem przechodzącego „mimo” drzewa, na którym siedzi czarna wrona. Te pocztówki to jest najnowsza rozrywka warszawiaków. Mała rzecz a cieszy.

 

21 stycznia – czwartek

Dopadła mnie grypa. Leżę i babcia też choruje. Julka zdezorientowana sytuacją pakuje mi się do łóżka, a ja się boję, żeby się ode mnie nie zaraziła, nie zaczęła chorować na nowo.

Z datą 15 stycznia bardzo ładne oświadczenie podpisane przez 101 osób. Chętnie podpisałabym je także. Ale czy mogłabym? Czy nie skierowałoby to na nasz dom niepotrzebnej uwagi służby bezpieczeństwa? Ktoś mógłby się też zorientować, że Mirek, „za karę” zesłany do szkoły niepoprawny „element antysocjalistyczny”, dostał możliwość nieprawomyślnego wpływania na serca i umysły swoich uczniów.

 

25 stycznia – poniedziałek

Dziś Julka zobaczyła przez okno kolumnę transporterów jadących w stronę Bielan (dotąd jeździły wyłącznie w stronę miasta) i powiedziała, że wojna się skończy, bo czołgi pojechały w drugą stronę.

Odbyło się pierwsze wojenne posiedzenie sejmu. Ogłoszono wygaśnięcie mandatów kilku posłów (podali nazwiska), którzy złożyli mandaty (?). Nie rozumiem co to dokładnie oznacza. Przypuszczam, że posłów też weryfikowano. Odtworzono w TV przemówienie Jaruzelskiego w sejmie. Sejm grzecznie klaskał. Przemówienia nie byłam w stanie wysłuchać w całości. Oświadczył m.in., że nie zwolnią internowanych. Deportować nie będą, ale jeśli jacyś działacze chcieliby opuścić Polskę, to nie będą stawiać przeszkód. Kultury nie będą tłamsić, ma się rozwijać, ale nie dopuści się do twórczości wyszydzającej ustrój itp. Jeśli będziemy grzeczni to stan wojenny zostanie zniesiony z końcem lutego, ale nie do końca.

Od wczoraj chorujemy wszyscy. Mirek dołączył do nas z zapaleniem ucha.

 

26 stycznia – wtorek

Dziś moje imieniny. N[atalia Woroszylska] przyniosła mi prezenty, które wkleiłam obok. [Wiersz Cypriana Kamila Norwida Do wroga. Pieśń „wygłoszony przez Daniela Olbrychskiego w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu podczas mszy św. za internowanych w styczniu 1982”].

 

 

oraz tekst śpiewanej przez Jana Krzysztofa Kelusa piosenki Ostatnia szychta w KWK „Piast” – słowa: Jan Michał Zazula; muzyka: Jan Krzysztof Kelus].

 

 

I piękne frezje. Przybiegła też Teresa [Bogucka] z herbatą – zatelefonowała pierwsza w tej sprawie i dzięki temu przypomniała mi, że mam imieniny. Upiekłam czarne ciasto (po raz pierwszy) i było pyszne. Muszę to powtórzyć. Dzwoniło mnóstwo ludzi. Michał, że ma dla mnie grafikę, Szania [Isia, Julianna Szaniawska], autorka przepisu na czarne ciasto i matka przyjaciół – krem, a wszyscy z uściskami. Mama zapomniała.

 

27 stycznia, 46 Jaruzela – środa

Oglądamy właśnie fragmenty wypowiedzi posłów na wczorajszym posiedzeniu. Przykro tego słuchać. To, co wygaduje w tej chwili Przymanowski nie da się po prostu opisać! To jest jakiś specjalny rodzaj czarnego humoru. W każdym razie samopoczucie tego pana jest zadziwiająco dobre. Z przerażeniem patrzę jak posłowie grzecznie i posłusznie klaszczą i śmieją się z obrzydliwych dowcipów pana Przymanowskiego (przed chwilą wytykał, że zwrócił uwagę, że niektórzy posłowie nie klaskali, kiedy przemawiał gen. Jaruzelski). Przedtem [Janusz] Zabłocki, kłaniając się nisko w stronę WRONy, stwierdził jednak, że dekret z 13 grudnia budzi pewne zastrzeżenia i dlatego koło PZKS wstrzyma się od głosu. [Zenon] Komender – nowy szef PAXu – polizał stopy generała (13 grudnia, [Ryszard] Reiff, ówczesny szef PAXu, jako jedyny członek Rady Państwa sprzeciwił się wprowadzeniu stanu wojennego za co PAX został ukarany – odebrano mu całą działalność gospodarczą). Następnie chrześcijanin [Kazimierz] Morawski poszedł w ślady Komendera. [Karol] Małcużyński wygłosił przemówienie, w którym próbował ratować godność posła, bo chociaż powiedział coś o niektórych przywódcach „Solidarności”, którzy w swojej działalności wykraczali poza ramy działalności związkowej, ale jednocześnie wskazywał na tragedię stanu wojennego. Mówił o internowaniach „na zapas”, itp. Zachwycił się WRONą [Edmund] Osmańczyk. „Odpór” Zabłockiemu i Małcużyńskiemu dał oczywiście [Janusz] Przymanowski. Skupił się przede wszystkim na tym ostatnim. Zabłockiemu poświęcił tyle uwagi co nieklaszczącym posłom. A twórców internowano przecież nie za to, że są twórcami, ale za to, że się brali za politykę, na której się nie znali (oklaski). A nikt nie zabrania twórcy siadać do biurka i pan P nie słyszał, żeby nie drukowano kogoś za to, że z jego poglądami politycznymi władza się nie zgadza. Innych rewelacji (np., że „Solidarność” posiadała listy proskrypcyjne, na których umieszczano osoby przewidziane do powieszenia wraz z dziećmi od lat 6) nie potrafię zrelacjonować, bo się cała trzęsę ze złości.

Wyjaśniło się, że te kilka mandatów poselskich, które wygasły, należało do tzw. byłych prominentów, na których teraz przyszła „kryska”. W sejmie dość luźno się zrobiło przez te dwa lata, jak zaczęli patrzeć na ręce „prawdziwej reprezentacji narodu”. Szkoda tylko, że patrzą tylko na wybrane ręce. No, ale inaczej, gdyby to robić naprawdę rzetelnie, na Wiejskiej musiałoby się zrobić naprawdę pusto. „Reprezentacja narodu” uchwaliła ustawę o stanie wojennym przy pięciu głosach wstrzymujących się i jednym przeciw. A Przymanowski kazał im się oburzać na prof. [Jana] Kotta (o zgrozo zaproszonego na Kongres Kultury Polskiej, podczas gdy do wybitnych twórców – Żukrowskiego i Przymanowskiego zaproszenia nie dotarły), że powiedział w wywiadzie dla „Newsweeka”, że posłowie na sejm PRL to kukły na sznurkach. Zresztą może porównanie Kleyffa z jego piosenki „sejm mówi tak” było bardziej trafne, na pewno oryginalniejsze. Należałoby wyciągnąć słowa tej wciąż aktualnej piosenki.

 

28 stycznia, 47 Jaruzela – czwartek

Przeczytałam dziś moje dotychczasowe notatki i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma w nich bardzo wielu rzeczy, o których myślałam, że je zapisałam. Nie udało mi się także „dogonić” dnia dzisiejszego z wydarzeniami, które miały miejsce zanim zaczęłam pisać. Postaram się to nadrobić. A za to dwa razy opisałam warunki stawiane przez [Henryka] Samsonowicza. Uniwersytet ciągle jeszcze nie pracuje. Ponieważ jestem chora i nie bywam w Instytucie mam mniej wiadomości o tym, co się dzieje. Wg relacji z ubiegłego tygodnia rektor Samsonowicz został usunięty z PZPRu (niespodzianką dla mnie było, że był członkiem) przez Woj. KKP tj. Wojewódzką Komisję Kontroli Partyjnej(organizacja uniwersytecka jest podobno zawieszona). [Henryk] Samsonowicz miał powiedzieć, że w żadnym wypadku nie ułatwi zadania WRONie i nie ma zamiaru sam składać żadnych rezygnacji. Podobna sytuacja jest w UAM. W niedzielę był kurier z Poznania – pierwszy bezpośredni kontakt. Tam zwolniono prorektora [Janusza] Ziółkowskiego, a przedtem rektorowi proponowano, żeby sam złożył rezygnację. W oświacie dużo gorzej niż w Warszawie. W szkołach podstawowych nauczyciele polskiego, historii i WOP składają ustne deklaracje lojalności (przed dyrektorem). W Regionie mają nowy Zarząd, który działa utrzymując stare struktury związkowe. Zbierają składki, wydają jedno centralne pismo Obserwator Wielkopolski. Wpadło im 13 grudnia bardzo dużo poligrafii. Mają już stały kurierski kontakt z Wrocławiem, Gdańskiem i Łodzią. Rozwalak – skreślony. Miał podobno powiedzieć w swoim kręgu, że po rozmowach z Cioskiem widzi dla siebie miejsce w nowych, socjalistycznych zw. zaw.

Wiadomość o odwołaniu przez [Zdzisława] Rozwalaka oświadczenia czytanego w TV uległa weryfikacji. Informacje od reporterów BBC, którzy uczestniczyli w wydarzeniu. Było to spotkanie dziennikarzy zagranicznych z robotnikami Cegielskiego. Robotnicy wystąpili w znaczkach „S” lub „element antysocjalistyczny” i dementowali oficjalną propagandę o strajkach w Cegielskim (jednak były), o produkcji (mizerna) itd., itp. Kiedy dziennikarze dowiedzieli się, że w zakładach pracuje Rozwalak poprosili, aby go też zaproszono, co nastąpiło po krótkich wahaniach. Rozwalak miał wtedy powiedzieć o sobie, że jest skończony, że się dał złamać, nie chciał i bał się uwięzienia. Pod tą presją zgodził się podpisać oświadczenie, którego gotowy tekst podsunięto mu. Podobno [Jerzy] Urban przy jakiejś okazji oświadczył, że Rozwalak odwołał odwołanie.

O Urbanie opowiadają, że jest przykładem najbardziej nieudanej operacji plastycznej – przyszyli uszy do tyłka. Opowiedziałam to Szani [Isia Szaniawska], bo byłam pewna, że znajdę w niej wdzięcznego odbiorcę. Była zachwycona. Wszyscy hierarchizujemy nasze antypatie. Kiedy Urban został rzecznikiem prasowym rządu, jeszcze w dawnych czasach przedwojennych, Szania orzekła, że jest to próba rozpętania hecy antysemickiej. Urban się przyjął pod nazwą niedorzecznik.

Z naszych rozważań nad poniedziałkową „debatą sejmową”. Mizernie wypadła próba [Karola] Małcużyńskiego. Resztek ani części godności nie da się obronić. Trzeba iść na całość albo od razu się zdecydować na rolę kukły na sznurkach. Bo taki lub inny Przymanowski obśmieje, obrzuci błotem tę próbę, a protekcjonalnie odwoła się do tego cienia koncesji na rzecz władzy („będziemy razem, drogi Karolu, walczyć z tymi elementami co wykroczyły w działalności związkowej poza swoje kompetencje”). A Zabłocki próbował i Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Wstrzymali się od głosu z powodu prawnych zastrzeżeń. Sejm poklepał niegrzeczne dzieci po pupkach, ale wielkodusznie im wybaczył. W końcu ci panowie nie zrobili sejmowi prawdziwej przykrości, nie zmusili do poważnego potraktowania swoich wystąpień i siebie samych.

Dziś Mirek skończył poprawki w pracy magisterskiej. Można zawieźć ją znów promotorowi. Teraz już będzie do przepisywania na czysto. Jeszcze dwa wyjazdy do Białegostoku i koniec z tym problemem. 12 stycznia był już Mirek w dziekanacie. Dostał zaświadczenie o absolutorium co w efekcie podniosło mu pensję o 500 zł. Magisterium da mu stałe zatrudnienie. A kłócił się kłótnik, że to nie ma znaczenia.

 

1 lutego, 51 Jar – poniedziałek

Wczoraj w wieczornym DTV wiadomości o zajściach w Gdańsku (sobotnich). Informacje b. skąpe. Zatrzymano ponad dwieście osób. W starciach z milicją obrażenia odniosło sześć osób i ośmiu milicjantów. Równie skąpe wiadomości w radiu zach. Gdańsk ukarany wydłużeniem godziny policyjnej (od 20 do 5), wyłączeniem telefonów, zakazem poruszania się samochodów prywatnych, pełnym zakazem zgromadzeń, zebrań, spotkań itp. Nam wolno już bez zezwolenia urządzać spotkania rodzinne!!! Co do przyczyn wydarzeń w Gd. właściwie brak wiadomości. Były to raczej zajścia uliczne („przeważa młody wiek zatrzymanych, ale nie dajmy się tym zmylić – działali z inspiracji wrogich…” itp.), prawdopodobnie z hasłami przeciw podwyżce. W W-wie (więc może i w Gd) przekazywano wiadomość z grypsu [Lecha] Wałęsy, w którym wzywał do protestów przeciwko podwyżce cen. Krążą różne przypuszczenia na temat spodziewanych strajków lub protestów w Ursusie i w Hucie W-wa. Ale sądzę, że to raczej przypuszczenia niż wiadomości. Zresztą wkrótce się okaże. Myślę jednak, że jeśli nie teraz to w ciągu miesiąca, dwóch, kiedy okaże się, że za pensję z rekompensatą trudno związać koniec z końcem, a podstawowych artykułów ciągle brakuje, może się rzeczywiście coś wydarzyć gwałtownego. Z dotychczasowych obserwacji wynika, że WRONa nie jest bardzo dobrze przygotowana na zwalczanie masowego protestu. Wbrew pozorom i wtykanej nam propagandzie, już z samych gazet można wyczytać, że nie ma spokoju, że w całym kraju ciągle wrze, że stale mają miejsce jakieś bagatelizowane strajki, protesty itd. Wczoraj wieczorem wizyta N-skich [Andrzej i Elżbieta Notkowscy]. Andrzej opracowuje znakomitą analizę propagandy prasowej WRONy. Tylko tam można przeczytać, że jest spokój, kraju nie nękają strajki itd., itp., ale jednocześnie liczba strajkujących w Polsce zakładów, przez te 50 dni idzie w setki!!!

Dostaliśmy paczkę z RFN. Przed południem zadzwonił telefon i ktoś przekazał Mirkowi informację, że jest dla niego paczka z RFN do odebrania w kościele Świętego Krzyża między 12 – 13. Mirek pojechał z siateczką, a przywiózł karton, do którego po opróżnieniu mieści się swobodnie Julka. Wyszedł z tą paką z kościoła i zdążył dojść do bramy Uniwersytetu – zatrzymał go patrol milicyjny. Wylegitymowali go i zrewidowali całą paczkę. Wszystko wywalali, bo „może pod tym papierem coś jest”. Przechodnie patrzyli na milicjantów z politowaniem. Oni wywalali zawartość (puszki z mięsem, rybą, mlekiem, ryż, płatki owsiane, kakao, mydło, pasta do zębów, proszek do prania, papier toaletowy, maggi, kiełbasa itp.) z zazdrością i nie chcieli wierzyć, że Mirek nie wie od kogo to wszystko dostał. A tu rzeczywiście, nie wiadomo komu dziękować. Do paczki załączona była pocztówka z widoczkiem miasta Bergstadt Oerlinghausen. Bardzo miła mieścina położona na zboczu zielonej góry. [Dziś Google informuje, że to miasteczko w środku Lasu Teutoburskiego ma 17000 mieszkańców]. Napiszemy do burmistrza.

 

5 lutego (55) – piątek

I już piątek. Kolejny tydzień z WRONą przeminął. Julia już zdrowa. Jeszcze nie chodzi do przedszkola. Chodzimy na spacery. Dziecko nabiera kolorów i zaczyna przyzwoicie wyglądać. Jesteśmy ostatnio dużo razem. Prowadzimy poranne rozmowy w łóżku (nie trzeba się spieszyć do przedszkola). Jest bardzo przyjemnie. Nie chce mi się zabierać do pracy. Mogłabym w wolnych chwilach posiedzieć nad „moją” percepcją subliminalną. Przychodzą mi różne pomysły do głowy. Szkoda tylko, że tak naprawdę nie wiem, czy założenia są uzasadnione. Należałoby wreszcie zrobić to sprawdzenie, żmudne, a proste eksperymentalnie.

 

 

Tyle czasu spędzam ostatnio z Julką, a ciągle jestem nią po prostu oczarowana. To mi się czasem wydaje niesamowite, staram się ukrywać przed innymi z tym zakochaniem we własnym dziecku (ale nie przed nią). Ale też Julka jest teraz w rozkosznym okresie (nie lubię tego określenia, ale ono najlepiej pasuje). Przemawia do nas tak wspaniale, w naturalny sposób wprowadza swoje fantazje w nasze życie, jest pełna wdzięku i naturalna. Często wygłasza długie monologi i dialogi w zabawie, które dobiegają do nas z jej pokoju. Tatuś jest jej miłym Krokodylem, mama Krokodylicą. „Ja jestem Krokodylątko”. [tu: dziecięcy bazgroł] (odeszłam na chwilę do kuchni i Jula „uzupełniła” zapis).

A Natalia jest Natalią – powiedziało nasze dziecko. Ale po chwili popatrzyła przenikliwie na Natalię i widocznie uznała, że Natalia wolałaby być krokodylem, należeć do naszej krokodylej rodziny (a może, że należy już do nas), bo zapytała: „Natalio, czy chcesz też być Krokodylem?”.

 

 

„Podczas sejmowej dyskusji w dniu 25 stycznia br. poseł, płk Janusz Przymanowski poddał pod rozwagę projekt przywrócenia godłu państwowemu korony na głowie orła – jako symbolu suwerenności socjalistycznej Polski i majestatu PRL, zgodnie z chlubnymi tradycjami tego godła”.

[Wycinek wklejony do zeszytu] To jest wycinek z dzisiejszego Expresu Wieczornego. Tego fragmentu exposé posła Przymanowskiego nie pokazali nam w telewizorze. Sądzę, że Wysoka Izba szparko uchwali koronę jako symbol socjalistycznej suwerenności. Wprowadza się też rogatywki dla wojska.

Julka w zatłoczonym tramwaju chciała koniecznie wiedzieć, gdzie Natalia ma swojego Witka. Musiałam jej powiedzieć, że go WRONa internowała. A dlaczego? – padło nieuchronne u czterolatki pytanie, skupiając na nas uwagę współpasażerów. – Myślę, że się go boi – odpowiedziałam czując na sobie badawcze spojrzenia. Nie dało się odgadnąć czy życzliwe.

Uniwersytety zaczynają regularnie działać od 8 lutego. Pierwsze dwa dni będą poświęcone na pouczanie studentów. Ja jeszcze na zwolnieniu. U Mirka w szkole był wczoraj prokurator Czajka. Pouczał nauczycieli i uczniów klas maturalnych.

Jutro Natalia jedzie do Witka. Upiekę czarne ciasto. Chciałam je czymś nadziać, choćby kartką z ucałowaniami, ale okropnie na mnie nakrzyczeli (Mirek z Natalią, a potem dołączyła Teresa). Nie rozumiem ich. Na pewno nadziewane byłoby dużo lepsze. W końcu zgodzili się na daktyle.

Jest jakaś afera z grypsami z Gołdapii. W ogóle nie jest tam podobno przyjemnie. Przesłuchują stale, straszą odbieraniem dzieci itp. Podobno niektóre z pań dają się zastraszyć i prowadzą jakieś rozmowy, co dodatkowo psuje atmosferę. Poza tym usiłują wywrzeć nacisk na niektóre twardsze osoby (m.in. Ankę Kowalską) informując je, że zostały przechwycone ich grypsy.

PAULA SAWICKA

[1] Autorami „Sondy” byli Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński i to oni prowadzili program, którego współtwórcą był także Marek Siudym. Nie wiem dziś czy w „Sondzie” stanu wojennego, czyli „Małej Sondzie”, zamiast Kamińskiego pojawił się Siudym, czy zrobiłam błąd wymieniając jego nazwisko.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek