HOME

Pod tlenem – 55 sonetów (XXVIII)

Sonet pierwszy cyklu drugiego: wolność i re-animacja

                                                                                                                      Jerzemu, w walce

Sonet inicjalny części drugiej cyklu orfickiego jest przedziwny i przepiękny. W literaturze przedmiotu nazywa się go najswobodniej napisanym, najbardziej uwolnionym sonetem. Ta swoboda ekspresji: ciągle zmieniająca się długość wersów, z których najkrótszy liczy w oryginale trzy sylaby, a najdłuższy – czternaście zgłosek, i gdzie istotniejszym od regularnego metrum okazuje się rytm oraz oddech jako wolna gra strof i rymów, a także napięcia składniowo-wersowego, powtórzę, ta niebywała swoboda czyni sonet jedynym, wyjątkowym. Aż chciałoby się przywołać poetów później urodzonych, terminujących u Rilkego: Paula Celana i Serhija Żadana – dla nich poezja to przecież, jak w tytule tomu poety z Czerniowiec, Atemwende („zmiana oddechu”). Myślenie o wierszu jako o metaforze tlenowej jest tu ewidentne: to wdech i wydech, jakie czynią wszelką mowę, poetycką zwłaszcza, to ciągła komunikacja między „ja”, które mówi – a światem.

Istnieje też subtelne powiązanie między sonetami introdukcyjnymi obydwu partii cyklu orfickiego: w pierwszym sonecie części pierwszej pojawia się, w drugim wersie, wykrzyknienie „O hoher Baum im Ohr” („O wysokie drzewo w uchu!”), zaś w pierwszym sonecie części drugiej, w dwu wersach wygłosowych mieści się fraza: „Du, einmal glatte Rinde, / Rundung und Blatt meiner Worte” („Ty, kiedyś gładka koro, / krągłości i kartko mych słów”) – co brzmi jak pogłosowa rozmowa inicjałów.

 

 

Z polskich przekładów najbliżej oryginału sytuuje się – tym razem – ten Andrzeja Lama:

 

Oddechu, poemacie niewidzialny!

Wciąż wokół własnego

bytu wymieniana przestrzeń świata. Przeciwwaga,

w której objawiam się rytmem.

 

Jedyna fala, której

rosnącym morzem jestem;

ty najskromniejsze ze wszystkich możliwych mórz, –

pozyskana przestrzeń.

 

Ileż tych miejsc przestrzeni już było

we mnie wcześniej. Niektóre wiatry

są jak mój syn.

 

Poznajesz mnie, eterze, pełen miejsc swych dawnych?

Ty, gładka kiedyś koro,

okrągłość i kartka mych słów.

 

Lam nie amplifikuje, nie przeinacza, zachowuje gramatykę i semantykę sonetu, jego swobodną swobodę. Inaczej czynią – niestety – jego trzej poprzednicy, odbierając wierszowi prostotę – cechę konstytutywną jego urody i identyfikacji, przy czym Antochewicz zdaje się naśladować (miejscami niewolniczo) Jastruna; Pomorski idzie raczej własną drogą, co nie znaczy, że się nie myli, rezygnując z wołacza czy rymując w sposób nazbyt oczywisty i ryzykowny („morze – przestworze”) – co nie znaczy jednak, iż nie próbuje twórczo wyzyskać miejsc translacyjnie otwartych (jak wers wygłosowy – „słów mych obłości i liście”):

Jastrun:

 

Oddechu, mowo niewidzialnego poematu!

Wciąż wokół bytu swego nieuchwytnie

wymieniana przestrzeni świata.

Przeciwwago, gdzie spełniam się w rytmie.

 

Ruchu fali jedynej,

jestem jej morzem, rosnącym niepostrzeżenie;

najoszczędniejsze z możliwych mórz głębiny –

rozprzestrzenienie.

 

Ileż z tych miejsc gościłem w sobie.

Niektóre wiatry przestworu

są jak moi synowie.

 

Powietrze, jeszcze pełne miejsc po mnie, czy poznajesz mnie znów?

Ty niegdyś gładka koro,

zaokrąglenie i kartko moich słów.

 

Antochewicz:

 

Oddechu, niewidzialnego wiersza falo!

Ciągle dla własnego Trwania

czysto wymieniany wszechświecie. Przeciwwago,

w której rytmicznie się stawam.

 

Falo jedyna, której tu

zwolna morzem się stawam głębią;

najoszczędniejszym z możliwych mórz, –

zdobywaną przestrzenią.

 

Ile miejsc tych przestrzeni było już

w moim wnętrzu. Wiatry, co wioną

są jakby moimi synami.

 

Poznajesz mnie, powietrze, ty, wypełnione moimi ongiś miejscami?

Ty, niegdyś gładka koro,

krągłości i kartko mych słów.

 

Pomorski:

 

Niewidzialny poemat oddechu!

Wszechświat, co wciąż się wymienia

z moim byciem. W rytmicznym pośpiechu

przeciwwaga, powołująca mnie do istnienia.

 

Pojedyncza fala: dla fali

ja to miarowe morze;

najoszczędniejsza z wszystkich morskich dali –

zdobyte przestworze.

 

Ileż tych punktów w przestrzeni mi przypomina

to, co było już we mnie. W niejednym wietrze

mam swego syna.

 

Moich jeszcze miejsc pełne, czy się do mnie przyznasz, powietrze?

Koro, gładka niegdyś jedwabiście,

słów mych obłości i liście.

 

Mowa zaświatów, w których próbuje się odzyskać życie, brzmi: tak, tak – nie, nie. A jednocześnie jest mową orficką, czyli poetycką integralnie. Zawiera, kumuluje wszystkie sensualne ślady życia samego, życia przed śmiercią – wspomnienia przestrzeni, wiatru, powietrza (tlenu, owego życiodajnego daru), dotykanej kory – jej faktury, podobieństwa (w niemczyźnie zamkniętego w jednym słowie) liścia z drzewa i jego żyłek do arkusika zapisanego papieru.

Co znaczy zatem naruszyć poetykę prostoty, rudymentarnej prostoty, pośmiertnego inicjału – tego jedynego możliwego i niemożliwego oksymoronu? Gdy pokawałkowany Orfeusz scala się na nowo dzięki oddechowi – wierszowi, dzięki anarchicznemu dotlenianiu mowy i bezmowy poetyckiej? Kora bywa u Rilkego pre-Celanowska. Antycypuje tę niezwykłą frazę autora Atemwende: „Gedichte als bessere Platanenrinde” – Wiersze jako lepsza kora platanów. Na zdartej żywcem korze – blizny, na porwanym na strzępy, rozkawałkowanym ciele Orfeusza, już drobny ścieg życia, któremu „prządki cierpienia” (formuła Norwida) przypatrują się ze zdumieniem.

Naruszyć poetykę – zasadniczo – w akcie translacji znaczy, być może nawet naruszyć proces przywracania życia, scalania, naruszyć ów rytm uparty, choć nie do końca przewidywalny – nie kapryśny wcale, a jedyny.

Wspaniała brawura oryginału zatraca się w przekładach, a przywracać oddech da się jedynie radykalnie, jak gdy re-animuje się istotę żywą: wtedy najczęściej łamie się żebra. Ratunek to jednocześnie naruszenie i przywrócenie. Tam, gdzie istnieje groźba nieodwracalnej utraty życia, tam rośnie też ratunek; tam gdzie zagrożenie, tam ratunek, w tym samym miejscu  – powie po latach najlepszy, przekraczający mistrza (bo przeżył śmierć w pełni życia), uczeń Rilkego: Celan.

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

O przyjacielu

I.

straciłem go z oczu

zniknął zamilkł

przestał odpowiadać na maile

doszły mnie słuchy o jego chorobie

nie dawałem im wiary

był ode mnie młodszy ładnych parę lat

a jednak nie miał się dobrze

 

gdyby w pewnym miesięczniku

nie wydrukował swoich wierszy

zacząłbym wątpić

czy wciąż jest wśród żywych

pisał przy stole z widokiem na drzewa

a innym razem z widokiem na bug

czasami na morze egejskie

wyobrażam sobie że prawa ręka trzyma pióro

a lewa sięga po szklankę z czerwonym winem

odkąd go znam pisanie i picie zawsze szły w parze

 

szczęśliwi którzy mają dar przyzwyczajania się

szybko przywykli do jego nieobecności

tymczasem on żył ale nie miał się dobrze

zadowoleni nie myśleli o nim w ogóle

pamiętam nosił przy sobie słownik jak inni brewiarz

brakuje nam słów mawiał słów jest za mało

bóg trudzi się i pyszni

nie ma powodu abyśmy pozostawali za nim w tyle

potrzebujemy słów urodziwych i wieloznacznych

słów które prowadzą do kogoś

i obudzą zazdrość jahwe

 

ja otwierałem słownik jak mszał

wypowiadałem z miłością każde słowo

dotykałem językiem jak hostię

brakowało mi odwagi

 

był duchem niepokornym

sprawdziłby się w roli buntownika

ale przyszło mu rządzić pewną trzódką

nawet dawał sobie radę

ale formułowanie poleceń nudziło go

przestało go bawić uśmiechanie się do tych

co zawsze odpowiadają nie

spotkania z urzędnikami w każdy dzień powszedni

ubranymi odświętnie

tych musiał onieśmielać

w swoich bluzach

z białymi włosami do ramion

 

pamięć mnie zawodzi boję się

że zapomnę a dużo się tego nazbierało

kawałek mojego życia którego coraz mniej

mój przyjaciel był zręcznym sternikiem

omijał rafy sztormy przechodziły obok

żył szczęśliwie wśród tych którzy go kochali

tylko czytelnicy jego wierszy wiedzieli o niepokoju

tylko niektórzy bo każdy ma własny niepokój

i nie słyszy cudzego co może jest i dobre

nigdy nie rozmawialiśmy o samotności

o wielu rzeczach nie rozmawialiśmy

przemilczaliśmy niejedno udając dobre samopoczucie

może i całkiem niepotrzebnie

ale jak mówić o swoim niepokoju

o rozmowę trudno a co dopiero o szczerość

na szczęście są wiersze i listy

pośredniczą między przyjaciółmi

między kochankami

dodają odwagi jednym i drugim

 

II.

ja już siedzę w celi

z której się nie wychodzi

nad ranem zjawia się ból

przychodzą postaci zmarłych

jakby mnie witały po tamtej stronie

ludzka rzecz mówią przekraczać granice

po tamtej stronie tyle znajomych twarzy

jeden po drugim się tam wynoszą

nie bój się otchłani innej nie będzie

nie bój się otchłani

 

prawdę powiedziawszy mijaliśmy się

żyłem bez planu z dnia na dzień

w ramionach opiekuńczej instytucji

która łożyła na moje utrzymanie

w zamian za pracę która była przyjemnością

 

jak żył mój przyjaciel nie umiem powiedzieć

jak żyją poeci pozostanie tajemnicą

miał swoich podopiecznych przyjaciół rówieśników

z którymi rozumiał się w pół słowa

nie znosiłem muzyki jakiej słuchał

nie czytałem książek które recenzował

nie znałem autorów o których mógł mówić godzinami

niejedno w jego życiu mnie dziwiło

pocieszam się że wyświadczyłem mu kilka razy przysługę

nic wielkiego nie ma o czym mówić

na pewno ja jemu więcej zawdzięczam

lubię myśleć o sobie jako o dłużniku

któremu skrycie sprzyja jahwe

dlaczego nigdy o tym z nim nie rozmawiałem

jak również o wielu innych rzeczach

 

jego dom zawsze był pełen zwierząt

poczciwe psy łasiły się przyjaźnie

koci awanturnicy udający niewiniątka

odsypiali przed kominkiem nocne eskapady

niewiele więcej o nim wiem niż o tych kotach

całymi miesiącami nie dawał znaku życia

potem wychodziło na jaw

że się leczył albo pisał powieść

 

III.

mój przyjaciel nie daje znaku życia

zaszył się pewnie w swoim domu wśród drzew

posłuszny zaleceniom doktorów

prowadzi życie uregulowane żadnego alkoholu

wyciszenie emocji nieforsowny spacer przed snem

rozmowy z żoną ze zwierzętami

do życia trzeba wracać stopniowo

kiedy się spotkamy powie leżałem na sali reanimacyjnej

wszystko było jak w serialu

maska tlenowa serce na podsłuchu kroplówka

potem profesor swoim zwyczajem bagatelizował

na wszelki wypadek woleliśmy mieć pana na oku

ale to nieprawda było ze mną krucho

 

stoicy radzą zawsze pytać

czy cena pozostania przy życiu

nie jest zbyt wysoka

czy nie lepiej przeciąć żyły

i leżąc w wannie pozwolić życiu

wymknąć się z ciała

na tak poważny temat nigdy nie rozmawialiśmy

bo co tu zawczasu można powiedzieć co

w ostatnich jego wierszach

nie było więcej goryczy niż zwykle

nie na to by nie poszedł

stać się katem samego siebie

to niewiele mniej niż zabić innego

zawsze zbrodnia zawsze

mówcie co chcecie

on podopieczny dionizosa

nigdy by na to nie poszedł

 

cudza nieobecność wchodzi w krew

niewielu jest ludzi których potrzebujemy

ubywa bliskich z dnia na dzień

nowi nie umieją nikogo zastąpić

nie proś o nieśmiertelność

byłaby nie lada kłopotem

w ogóle o nic nie proś

co najważniejsze wydarzy się i tak

czasami wydaje mi się że on jest w pobliżu

ale to tylko czyjś cień

bezimienny i obojętny

 

luty – marzec 2025

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

Nad Owidiuszem (7)

Mój przyjaciel K. B. mawia, że Owidiusz to najinteligentniejszy poeta starożytności. Coś musi być na rzeczy, skoro sąd taki głosi nie latynista, ale „hellenista spoglądający na Rzym przynajmniej nieufnie”.

Szczytem błyskotliwej perwersji jest sam finał Metamorfoz, w którym poeta deifikuje i przemienia w gwiazdę Juliusza Cezara i tego samego (ma się rozumieć: po długim i pomyślnym panowaniu) życzy Augustowi. Można by, oczywiście, obrazy te uznać za przejaw czołobitności, gdyby nie jedno jedyne słowo, które pada w wersie 875 ostatniej, piętnastej księgi – super, co znaczy po prostu: „ponad”. Samo w sobie jest ono zupełnie niewinne, ale Owidiusz zrobił z niego taki przecież użytek: „Ponad gwiazdy się wzbije cząstka mnie, ta lepsza, / A mojego imienia nie da się wymazać”. Może i cezarowie – ci władcy świata, panowie życia i śmierci – są ponad wszystkimi, ale ja – poeta – jestem… ponad nimi!

Osobiście byłbym nawet skłonny użycie tego słowa uznać za ów tajemniczy, i jakże fatalny (także w pierwotnym, etymologicznym znaczeniu tego słowa), błąd – error, który wespół z carmen spowodować miał wygnanie Owidiusza.

I czy nie miał racji? Upadają miasta, reżimy, państwa i cywilizacje, ale dobra poezja zawsze się obroni.

Jestem w Kalamazoo (mniej więcej w połowie drogi między Chicago a Detroit), gdzie na Western Michigan University odbywa się sześćdziesiąty, więc jubileuszowy kongres mediewistów. Na kilka dni zjechali się tu badacze średniowiecza z różnych zakątków świata, a jako że semestr dobiegł końca, to cały ogromny kampus WMU opanowali średniowiecznicy. Dziennie odbywa się tu dobrze ponad sto imprez: wykłady, seminaria i grupy robocze, a towarzyszą kongresowi targi książki średniowiecznej (od Princeton i Columbii po nieznane szerzej niszowe oficyny), warsztaty rękodzieła i pokazy mody. Uczonych z plecakami i torbami na laptopy witają siedzący na parapetach wikingowie, a dworzanie i dwórki mijają się w korytarzach z słuchaczami, pędzącymi na interesujące ich panele tematyczne. Język angielski miesza się tu ze staroangielskim, a łacina z włoskim i hiszpańskim.

Dante – choć króluje tu jednak „ojciec literatury angielskiej” Geoffrey Chaucer – jest wszechobecny. Jako poeta, filozof, teolog. I także, w jakimś sensie, jako sponsor, bo kilka paneli, w których brałem udział, zorganizowały wspólnie Dante Society of America i Societas Ovidiana.

Dante był prawdopodobnie samoukiem. Lekturę autorów łacińskich zacząć miał późno (po dwudziestym piątym roku życia), studia jego nie miały więc przebiegu – nomem omen – klasycznego. Czytał kogo i jak chciał.

Lektura Owidiusza w czasach Dantego, i w ogóle w średniowieczu, była czymś – właśnie – perwersyjnym. Trudno bowiem wyobrazić sobie rzecz dalszą od chrześcijańskiej moralności i filozofii w ogóle niż Sztuka kochania czy Metamorfozy. O ile jednak tę pierwszą można było strywializować i postawić na półce z innymi obscenami, których przecież nigdy nie brakowało, a już na pewno nie w średniowieczu, o tyle te ostatnie – kiedy akurat nie czytano ich pokrętnie i symbolicznie w duchu chrześcijańskim – zyskały sobie przecież status pogańskiej „księgi ksiąg”. Czegoś takiego nie da się ot tak odrzucić, obśmiać, zbagatelizować, wymazać. Ovidius maior to ktoś, z kim poeta chrześcijańskiej Europy musi się po prostu zmierzyć. Zwyciężyć nie zwycięży, ale z tego pojedynku zrodzi się coś wielkiego.

Co prawda w młodzieńczych Rime Dante nie zdradza swoich fascynacji poetami starożytnego Rzymu, ale już w Vita Nuova i Convivio Owidiusz – obok innych dawnych mistrzów – pojawia się, choć w roli dość konwencjonalnej. Rzymski poeta dla Dantego sprzed Boskiej Komedii jest ważnym autorytetem w dziedzinie poezji, dostarczającym mu przydatnych cytatów, ale trudno mówić na tym etapie o jakimś współzawodnictwie czy sporze.

Zmienia się to z czasem.

Nie ma wątpliwości, że Owidiusz, nade wszystko ze swoimi Metamorfozami, w Boskiej Komedii pełni już rolę nie mniej doniosłą (choć z pewnością i świadomie mniej eksponowaną) niż Wergiliusz. Na tym etapie życia – osiągnąwszy, jak pamiętamy, półmetek – Dante czuje się wreszcie na siłach, by stanąć do wyrównanego pojedynku z Owidiuszem.

W pewnym momencie mówi tak: „Niech o Kadmosie i o Aretuzie milczy Owidiusz, / bo jeśli tego w węża, a tamtą w źródło / zamienia poezją, ja mu nie zazdroszczę; / bo nigdy dwóch natur z sobą zestawionych / nie zmienił tak, by oba kształty / były gotowe na zmianę swej materii” (Inf. XXV 97-102, tłum. J. Mikołajewski).

Motyw przemiany jest jednym z najważniejszych w arcydziele Dantego. Podlega jej Dante-pielgrzym, ale i czytelnik-chrześcijanin; podlega jej ciało – niczym w Metamorfozach, ale i dusza – tu idzie poeta za tradycją średniowiecznych komentarzy do Owidiusza (mutatio moralis). I tak dokonuje się synteza tradycji grecko-rzymskiej z chrześcijańską. Owidiusz, dogłębnie przestudiowany, wyzwany na pojedynek, a wreszcie odrzucony, jest jednym z immanentnych składników Boskiej Komedii. Autor Metamorfoz, jak Wergiliusz, jest przewodnikiem Dantego, ale działa w przebraniu, w dyskrecji, w ukryciu – niczym Atena w Odysei.

Jesteśmy teraz w limbo. To tutaj trafiają ci, którym nie było dane przyjąć chrztu – jak na przykład pogańscy poeci. Nie cierpią oni mąk piekielnych (tak daleko Dante nie był się w stanie posunąć), ale – oddzieleni od chrześcijańskiego Boga – żyć mają w wiecznym smutku.

 

 

Dante spotyka tam Homera, Horacego, Owidiusza i Lukana („cztery wielkie cienie”). Wraz z Wergiliuszem stanowią oni piątkę podziwianych przez Florentczyka poetów antycznych. Autor Eneidy mówi: „Popatrz na tego z mieczem w dłoni, / który idzie przed trzema tak jak władca: / to jest Homer, poeta monarcha; / ten drugi, co nadchodzi, to satyryk Horacy; / Owidiusz jest trzeci, a ostatni Lukan” (Inf. IV 86-90). Chwilę porozmawiali między sobą – mówi nam Dante-pielgrzym – po czym zwrócili się do niego i zaprosili go do swego grona: „byłem szósty wśród takiej mądrości”.

Owidiusz – schrystianizowany; Dante – zaliczony (przez siebie samego) do grona wielkich pogan. Oto jest moc poezji!

Nie o wszystkim mógł mówić wprost. A to, co przemilczał, miało nieraz wielkie znaczenie. Lektura Boskiej Komedii to zstępowanie także w głąb duszy poety, a u samego kresu tej akurat podróży objawia się Dantego największa perwersja – miłość do Owidiusza i jego pogańskiej Biblii.

Wystarczy. W drogę!

JACEK HAJDUK

Drapmy mury!

Mój Pirat zajmuje się drapaniem sprzętów. Kto ma kota, wie o czym mówię. Na nic firmowe drapaki, najlepsza jest kanapa, mój fotel, a nawet biurko. Pirat zostawia ślady. Trudno mi się na nie złościć, bo w końcu sam to robię, niejako zawodowo.

Wśród rozmaitych zdjęć z moich podróży po Polsce ze Zbigniewem Klochem znalazłem ostatnio fotografię ściany opactwa cystersów w Jędrzejowie.1 kwietnia 1909 roku wydrapali tam swoje podpisy; Helena Wertheimówna i Tadeusz Szcachura – uczeń III kursu, a obok nich niejaki Waleron.

 

 

Helena, to być może znana śpiewaczka, sopranistka, która zginęła w getcie warszawskim. Nie wiem, czy zachowały się jej nagrania, czy jej głos został w rowkach jakiejś płyty. W każdym razie podpis się zachował.

A może to inna Wertheimówna i nie śpiewała, i ocalała, zdążyła na okręt do Ameryki. W każdym razie od 1909 roku mówi, że jest.

W Świętej Katarzynie u podnóża Łysicy jest grób bezimiennego powstańca styczniowego, a w pobliskiej kapliczce na ścianie napis, prawdopodobnie przez niego wykonany: „Szczyt mego cierpienia zrównał się z tą górą. 1863”. 2 sierpnia 1882 miejsce to odwiedzili dwaj kieleccy gimnazjaliści i podpisali się pod tymi słowami. Byli to Jan Stróżecki (później działacz PPS, redaktor „Robotnika”) i Stefan Żeromski (później wiadomo kto).

Pewnie każdy z nas widział takie napisy na murach różnych zacnych budowli i toalet dworcowych, czasem opatrzone wielkiej wagi słowami: „Byłem tu” – niczym z nagrobka. Żadne chmury, żadne serwery, nawet papierowe składnice nie gwarantują takiej nieśmiertelności. No, w każdym razie przedłużonego trwania.

Biorę tęgi gwóźdź i idę szukać ściany.

PIOTR MITZNER

Kefalonia

Z portu w Zakynthos, na wyspie pod tą samą nazwą, wywodzącą się od imienia jednego z synów Dardanosa, mitologicznego króla Arkadii, wyruszamy zgrabnym i zwinnym stateczkiem, a właściwie czymś w rodzaju większej łodzi o szybkim napędzie, przystosowanej do przewożenia całkiem licznych grup pasażerskich. Wody Morza Jońskiego są tego dnia mało przyjazne, rzuca nieco, a członkowie załogi rozdają wśród podróżnych, na życzenie, specjalne papierowe torebki, podobne do tych, jakie są dostępne w samolotach. Siedzimy wewnątrz kabiny, bo wieje tak, że na otwartym pokładzie zostali już tylko niewolnicy Instagrama, Facebooka i Tik-toka, by porobić jakieś atrakcyjne z ich punktu widzenia fotki. Kapitan naszej jednostki przechadza się przy sterze ubrany w rozklapciane łapcie wprost na gołe nogi, pali papierosa za papierosem, niemal pod tablicą, gdzie w kilku językach napisano „palenie wzbronione”, a od czasu do czasu sięga do torebki z bakaliami i przeżuwa flegmatycznie. Łodzią miota coraz bardziej, im bardziej oddalamy się od macierzystej wyspy ku rozleglejszym wodom; widać lekkie zaniepokojenie wśród znacznej części podróżnych, ale kapitana nic zdaje się nie ruszać. Tłumaczę sobie, że nie ma powodów do niepokoju, bo jako typowy szczur lądowy nie wyczuwam morza – w przeciwieństwie do oficerów i całej załogi, czyli ludzi, których praktyki żeglugowe zbudowały tysiące lat doświadczeń ich przodków: wyprawy Argonautów, tułaczka Odysa, operacje desantowe pod Troją, gdy wreszcie Artemida przekierowała wiatr, by okręty Achajów, po złożeniu przez Agamemnona ofiary z Ifigenii, mogły ruszyć z Aulidy ku Ilionowi, by łupić, burzyć i zniewalać; handel i transport morski od dzisiejszej Genui po Adriatyk i dalej, przez Morze Egejskie ku Azji; wielkie bitwy jak ta – chyba najbardziej znana – pod Salaminą, starcie u ujścia Ajgospotamoj czy jatka u przylądka Artemisjon. Spora tradycja i spory dorobek, a jednocześnie, trzeba to przyznać, niezły przecież background profesjonalny. Zatem zawierzam swój los kapitanowi oraz jego ekipie i pomału zapadam w drzemkę.

Przybijamy wreszcie do przystani w Agia Pelagia na południowo-zachodnim wybrzeżu. Zapakowani natychmiast w luksusowy autobus, ujeżdżamy w głąb lądu. Wiozą na zwiedzanie, atrakcje kulinarne i winne, a przewodniczka nieustająco trajkocze przez interkom, choć gdy przejeżdżamy przez Fodele, mieścinę, w której być może – bo bardziej prawdopodobne jest jednak to, że to było inne Fodele, położone niedaleko kreteńskiej Kandii, a więc dzisiejszego Heraklionu – na świat przyszedł Domenikos Theotokopulos, czyli El Greco, nie zająknie się o tym, choćby i mało realnym, domniemaniu ani słowem. Odkryłem El Greca w Toledo jako nastolatek. Rozdziawił mi usta Pogrzebem hrabiego Orgaza z kościoła Santo Tomé. Wpatrywałem się urzeczony w ten tłum „postaci mizernych, okropnych, bez krwi, chudych i pożółkłych, z głowami zagrzebanymi w ogromnych kryzach z plisowanych koronek” – jak pisał w 1870 roku krytyk Benito Pérez, diagnozując artystę jako genialnego, ale i obłąkanego. Potem przeczytałem, że charakterystycznie wydłużone, o cechach eteryczności kształty postaci ludzkich i w ogóle pofalowana nieco rzeczywistość (jakby El Greco był inspiratorem Krzyku Muncha) mogły być efektem poważnej i złożonej wady wzroku malarza, w szczególności zaawansowanego astygmatyzmu. Podobno wśród tłumu żałobników biorących udział w uroczystości pogrzebowej artysta uwiecznił siebie – miałaby go przedstawiać postać, która jako jedyna patrzy z płótna wprost w oczy widzom. Tak zwany Dom El Greca w Toledo jest, jak to często bywa, turystyczną inscenizacją – artysta tam w rzeczywistości nie mieszkał, a obrazy tam wiszące nie są oryginałami. Oryginały znajdziemy natomiast w Muzeum Prado, gdzie spędziłem wiele godzin swojego młodego wtenczas życia, kontemplując mistycyzm sztuki mistrza.

Doczytaliśmy przed wycieczką, że nazwa wyspy wywodzi się najprawdopodobniej od mitycznego syna Hermesa, Kefalosa. Najwyraźniej w tym rejonie Morza Śródziemnego popularna była szkoła toponomastyczna, której wyznawcy lubowali się w nadawaniu ziemiom nazw wedle imion własnych synów. Losy Kefalosa, acz bohatera w mitologii raczej peryferyjnego, były w pewnym wymiarze dość ciekawe, a już z pewnością dramatyczne. Otóż bogini Eos sprowokowała go, by wystawił na próbę wierność swojej żony Prokris (swoją drogą spora nuda musiała doskwierać greckim bogom, że się w ten sposób zabawiali) i, przyjmując postać innego mężczyzny, spróbował ją uwieść. Prokris niestety uległa pokusie zdrady, wskutek czego małżonkowie zarządzili separację na jakiś czas (niemalże jak w Sprawie Kramerów), ale wkrótce potem ostatecznie się pogodzili. I tu zaczyna się prawdziwy tragizm i okrucieństwo, albo może bezwzględność tak charakterystyczna dla antycznych opowieści – Kefalos omyłkowo zabija żonę podczas polowania, biorąc ją za zwierzynę łowną. Dość typowy fail myśliwych, zwłaszcza jak polują podpici. W Polsce na szczęście nie strzelają omyłkowo do ludzi aż tak często, ale już do udomowionych psów biegających po lesie czy innego inwentarza to i owszem, a kary są mniej więcej następujące: umorzenia – 21,7% (!), pozbawienia wolności na okres próby, czyli tzw. wyrok w zawiasach – 45,7%, wreszcie uniewinnienia czy zdumiewająco niskie grzywny. Natomiast Kefalos został za ten czyn skazany przez Areopag na wieczne wygnanie. Syn Hermesa znalazł schronienie w Tebach, gdzie pomógł królowi miasta Amfitrionowi pokonać wojska Taphiusa. W nagrodę za swoje czyny dostał we władanie jedną z wysp zdobytych podczas tej wojny, czyli właśnie Kefalonię. Na monetach odnalezionych na wyspie przez archeologów znajdują się podobizny zarówno Kefalosa, jak i jego nieszczęsnej małżonki. Trochę to melodramatyczne, ale do prawdziwego, łzawego melodramatu na cztery fajery, który się tu odbywał kilka tysięcy lat później za sprawą pewnego filmu, jeszcze dojdziemy.

Ponieważ była to wycieczka zorganizowana, byliśmy zdani na łaskę i niełaskę naszej guidy. Co zaś potrafiła ona wyprawiać, w sensie snucia opowieści, opisuje poniższy wiersz:

 

Wyspa cudów

Według naszej przewodniczki to niezwykły

ląd Koniki zdziczałe za Wenecjan biegną po

górach Enos by skryć się wśród czarnych

jodeł Zakonnice zaklęte w węże z białym

krzyżykiem na głowie w dzień Zaśnięcia

Maryi Panny rozglądają się za kozami o

złotych zębach Te zaś dziwią się zającom

o zębach srebrnych Szczodra jest natura

Święty Gerasimos (uzdrowiciel wariatów)

zmumifikowany czterysta lat temu widziany

jest jak pociesza poszkodowanych – ofiary

trzęsienia ziemi w 1953 roku

Nasza przewodniczka też jest cudem nie z

tej ziemi Raczej (sądząc po wymowie i kłopotach

z leksyką) gdzieś z mazowieckich zaścianków

Jej wersja odysei umila nam posiłek: „syreny zawodziły

marynarzy, a Charybda zeżarła kilku z nich”

Na szczęście mają tu jeszcze jeden cud

Doskonałe lokalne białe wino

Robola

 

 

To prawda, wino robola bardzo nam przypadło do gustu. Winnice położone są wysoko, od 500 do 800 metrów nad poziomem morza, a najbardziej znane to te na zachód od majestatycznej Góry Ainos. Gleba jest tam surowa, kamienista i dość jałowa, co paradoksalnie owocuje winem dość wysokiej, szlachetnej i wytrawnej jakości, ale za cenę dość niewielkich zbiorów. Sommelierzy wymądrzają się, mlaskając głośno podczas degustacji, że wino ma złocisty odcień, a „w nosie”, jak oni to mówią (zazwyczaj z lubością dla swojego głosu), czuć aromaty niedojrzałych i kwaśnych owoców: cytryny, ananasa, brzoskwini, a także zielonego jabłka, w ustach zaś osiada charakterystyczna kwasowość. Porównuje się je często do Assyrtiko, szczepu dającego najwspanialsze grona na Santorini, a podobieństwo ma się opierać na silnej mineralności obu. Robolę na Kefalonię przywieźli najprawdopodobniej Wenecjanie, którzy nazywali je Vino di Sasso, czyli winem z kamienia.

Ale ilekroć jechaliśmy do Grecji, nigdy nie zaniedbywaliśmy wypicia choćby jednej buteleczki retsiny, choć w praktyce na jednej buteleczce się raczej nie kończyło. Wszyscy oczywiście znają retsinę, to żywiczne wino o rodowodzie sięgającym starożytności, gdy amfory zalepiano drzewnym sokiem głównie dla konserwacji napoju (dziś jest to produkt aromatyzowany, najczęściej żywicą sosny alepskiej). W zasadzie jest tak, że ci, co uwielbiają retsinę i ci, co jej nienawidzą dzielą się na dwie mniej więcej równe frakcje, jak, nie przymierzając, w Szwecji stronnictwo zniewolonych i stronnictwo totalnie obrzydzonych Surströmming, czyli kiszonym bałtyckim śledziem wyróżniającym się nieprawdopodobnym smrodem, wydobywającym się z otwieranej puszki. My jesteśmy team retsina, choć staramy się ją pić raczej pod wysokim niebem Grecji. I trzymamy się od lat jednej firmy. Jest to Malamatina winifikująca w Salonikach grona od 1895 roku i zamykająca płynną nostalgię – jak mawiał o napoju Ödön von Horwáth w sztuce Opowieści Hollywoodu Christophera Hamptona – w kapslowanych (tak jest!) półlitrowych buteleczkach. Nie żadne wysublimowane koczkodany retsinne polecane przez snobistycznych znawców, tylko właśnie ten niepozorny produkt, dostępny w zwykłych supermarketach za równowartość niespełna 3 euro jest liderem. I zawsze, pamiętając o tradycji, pijemy retsinę na zimno, wyjątkowo nie w kieliszkach, tylko w charakterystycznych małych szklaneczkach przypominających te do whisky.

Nasza zorganizowana objazdowa wycieczka podążała śladem największych turystycznych atrakcji na wyspie, ale czuć było, że pewne odium wciąż unosi się nad lądem i morzem – pamięć o fatalnym trzęsieniu ziemi w 1953 roku, które zmiotło dawną Kefalonię, jaka tworzyła się i rosła przez wieki, by cywilizacyjnie runąć w zasadzie w jednej chwili, jak Lizbona w 1755 roku czy Skopje w 1963. W następstwie katastrofy wyspę dotknęła fala emigracji i nie ma się co dziwić, że ludzie w strachu uciekali. Dziś zamieszkuje ją mniej więcej 40 tys. osób, czyli tak o 10 tys. mniej niż podwarszawskie Piaseczno, choć jest największą w całym archipelagu Wysp Jońskich i mieści się w pierwszej dziesiątce największych w całej Grecji. Konsekwencja jest też i taka, że nie rozwinął się tu, chwała Bogu, intensywny przemysł turystyczny, nie ma ogromnych hoteli czy resortów dopieszczających leniwych turystów udogodnieniami wyrafinowanych all inclusive. Choć znajdziemy tu piękne, naprawdę zapierające dech w piersiach plaże, to rozwojowi turystyki nie sprzyja też górzysty charakter wyspy oraz niedostępne klifowe nabrzeża, rozciągające się kilometrami. Kefalonia wydała nam się zatem jakby pustawa, opuszczona, trochę taka, hmm…, niegrecka? Albo może jak najbardziej grecka, tylko przypominająca inne spokojne wyspy, którym udało się umknąć z pola widzenia turystycznych radarów, jak może Ikaria, Karpatos, Astipalea, Sikinos…

Program touru jest napięty, więc wiozą nas teraz ciupasem do największej atrakcji Kefalonii, czyli jaskini Melissani, we wnętrzu której kryje się jezioro o ciekawej właściwości – mieszają się w nim słone wody morskie i słodkie gruntowe.Wyjaśnienie tego fenomenu przypomina nieco opis jakiegoś skomplikowanego systemu wodociągowego – słona woda dostaje się do wnętrza przez szczeliny (katavothres) położone po wschodniej stronie wyspy, następnie płynie przez dwa tygodnie wewnątrz lądu, przypominając nieco podziemne rzeki krasowe, gdyby tylko był to zwarty strumień, łącząc się na końcu z wodą gruntową w jeziorach Melissani oraz nieodległym Karavomilos, by ostatecznie znów trafić do morza. I w tej jaskini trzęsienie z 1953 roku uczyniło spustoszenie, ale paradoksalnie wyszło jej to na korzyść, bo runęła wtedy część sklepienia skalnego, otwierając widok z groty na niebo i słońce, jakby zainstalowano tu gigantyczny szyberdach. Słońce niczym wielka lampa rozświetla mroki, a jego promienie nadają wodom frapujący odcień niebieskiego koloru, najbliższego wersji cobalt blue. Za niewielką opłatą można sobie uciąć krótki rejs łodzią, zupełnie niekonieczny, chyba że trafi się akurat na jakiegoś dowcipnego gondoliera opowiadającego smakowite anegdoty i żarty niczym flisacy na tratwach na spływie Dunajcem w Pieninach.

Ponieważ skład naszej wycieczki jest mocno senioralny (choć my sami też nie młodzi), w tym dwie damy poruszające z pomocą chodzików, to zawsze udaje nam się wygospodarować trochę czasu dla siebie, zanim nasza niepowtarzalna przewodniczka nie zbierze wszystkich jak stada baranów i nie zapakuje na pokład pojazdu. Dzięki temu w jednym miejscu zdążamy wypić po filiżance kawy, w innym po buteleczce retsiny, w jeszcze innym złapać coś na ząb.

No ale już ruszamy, a przed nami kolejna jaskinia, jeszcze jedna, która została udostępniona turystom – Drogarati. Ma kształt wielkiej komnaty, pełnej stalaktytów i stalagmitów widocznych po jej bokach oraz suficie. Miejsce jest słynne ze swojej wyjątkowej akustyki, którą wycieczka zachęcona przez przewodniczkę oczywiście natychmiast ochoczo samodzielnie sprawdza, co skutkuje kakofonią atonicznych dźwięków. W zasadzie jest to wielka podziemna sala koncertowa na kilkuset widzów; chwalono się, że śpiewała tu i Maria Callas, i Luciano Pavarotti. Cudo to powstało, jak nas nauczają, ze sto milionów lat temu, ale odsłoniło go ludziom oczywiście trzęsienie ziemi, tyle że nie to złowróżbnie słynne z XX wieku, a inne, pomniejsze, jakieś trzysta lat temu. Tu mieliśmy znów sporo czasu dla siebie, bo do wnętrza prowadzi około stu schodów, więc zanim nasi towarzysze broni z grupy wycieczkowej weszli i wyszli, udało nam się spędzić trochę miłego czasu w lokalnej knajpce położonej w rzucającym cień ogrodzie.

 

 

A potem zabrali nas na obiad (na mur beton dogadany z właścicielem knajpy, gdzie wylądowaliśmy) w miasteczku Assos. Bedekery powiadają, że „to jedna z perełek wyspy. Położone w urokliwej zatoczce miasteczko charakteryzuje się pastelowymi kolorami domów, przepiękną turkusową barwą wody oraz nieco senną atmosferą. Mimo że składa się zaledwie z kilku uliczek, miejsce to jest zdecydowanie warte odwiedzenia. W Assos znajdziemy dwie kamieniste plaże oraz nieco urokliwych knajpek i tawern”. Tego typu stylistyka powinna w każdym bardziej doświadczonym wędrowcu natychmiast wzbudzić najwyższą rewolucyjną czujność. I w tym przypadku mechanizm się sprawdza, bo Assos to dość typowa, acz i nienachalna, tourist trap z zawyżonymi cenami, mnóstwem niepotrzebnych i słabej jakości souvenirów dostępnych na lokalnym bazarku i w nieco obskurnych drewnianych kioskach oraz generalnie z taką atmosferą udawania miejsca fajniejszego niż jest. Nie jest to oczywiście kefalońskie wcielenie potiomkinowskiej wioski, ale wrażenie sztuczności i dekoracyjności trudne jest do odegnania. Oczywiście – malowniczość widoków jak najbardziej, urokliwe uliczki i domki – także. Tego Assos nikt nie odbierze.

Na szczęście darowano nam wyprawę na górzysty półwysep, na szczycie którego Wenecjanie zbudowali twierdzę znaną jako Zamek Assos (Κάστρο της Άσσου). Budowlę wzniesiono w XVI wieku, a jej głównym celem było wsparcie istniejącego już od kilku stuleci Zamku Świętego Jerzego, który samodzielnie nie był w stanie obronić wyspy przed ewentualnym tureckim najazdem. Wenecjanie oczywiście pozostawili pieczęć swej obecności, to znaczy płaskorzeźbę lwa św. Marka, umieszczoną nad główną bramą. Nie pojechaliśmy tam, ale bezlitosna przewodniczka nie oszczędziła nam wykładu. Zatem zamek pełnił funkcję obronną również po przybyciu Brytyjczyków oraz po odzyskaniu przez Greków niepodległości. Po wojnie przekształcono go w więzienie. W jego murach przetrzymywano więźniów greckiej wojny domowej, która toczyła się między 1946 a 1949 rokiem.  Konflikt ten jest mało znany w Polsce, a sami Grecy niechętnie do niego wracają. Bratobójcza walka kosztowała ich kraj blisko 70 tys. ofiar.  Zamek otoczono długim murem, który przetrwał do naszych czasów w dobrym stanie. Niestety, zabudowa wewnątrz cytadeli została niemalże całkowicie zniszczona w trakcie trzęsień ziemi. Zachował się jednak katolicki kościół, jeden z budynków oficerskich oraz ruiny pozostałych zabudowań”. Amen. Zamek odhaczony.

I w końcu crème de la crème – plaże Kefalonii. Za dwie najpiękniejsze, najwspanialsze i w ogóle och, ach uchodzą Mirtos i Antisamos. Obie, położone w zatokach otoczonych wzniesieniami, wyglądają z góry, z drogi i z punktów widokowych niemal tak niezwykle jak np. Zatoka Wraku na Zakynthos czy Playa de Cofete na Fuerteventurze. I wszystkie cierpią na podobny feler. Zatoka Wraku jest zamknięta od 2022 roku ze względu na osuwiska skalne; na Cofete nie da się kąpać, bo prądy za silne, fale za gwałtowne, a niedaleko głębia tak rozpastna, że podobno mogły na niej, także w zanurzeniu, cumować niemieckie U-Booty podczas II wojny światowej, bo – jak głoszą liczne teorie spiskowe oraz domorosłe legendy – na Fuercie naziści mieli tajną bazę, gdzie eksperymentowali genetycznie i medycznie na dzieciach, a pod koniec wojny zajmowali się przerzucaniem stąd rozmaitych zbrodniarzy do Ameryki Południowej. Teoretycznie na Mirtos i Antisamos da się popływać, ale trochę mrożące krew w żyłach są informacje, że corocznie jest tu kilka ofiar śmiertelnych. Na obu plażach da się też podobno surfować, ale powszechne są ostrzeżenia, że to raczej lokacja dla bardzo doświadczonych zawodników, niczym Praia do Norte w portugalskim Nazaré, choć też nie egzagerujmy, bo na Kefalonii nie zdarzają się 30 metrowe fale, chyba że dotarłoby tam jakieś tsunami, czego oczywiście mieszkańcom wyspy życzyć w żadnym razie nie należy. Zatem plaże bardziej chyba do kąpieli z rodzaju tych słonecznych oraz do doświadczenia estetycznych wrażeń. Ale spokojnie, innych plaż typowo odpoczynkowo-kąpielowych jest na wyspie multum, choć dominują, nie przez wszystkich lubiane, lokacje kamienisto-żwirkowe. Jest jednak jeszcze jedna kwestia z plażami związana.

Na Kefalonii kręcono plenery do filmu Kapitan Corelli, ekranizacji powieści brytyjskiego pisarza Louisa de Bernières’aCaptain Corelli’s Mandolin (Mandolina kapitana Corellego) z roku 1994 i zarówno Mirtos, jak i Antisamos pojawiły się tam z nadzwyczajną intensywnością. Tło opowieści jest dramatyczne, by nie rzec – tragiczne. W czasie II wojny światowej wyspę okupowały głównie wojska włoskie, ale stacjonował tam też garnizon Wehrmachtu. Wojska na wyspie składały się z prawie 12 tys. żołnierzy włoskiej dywizji piechoty Acqui, która przybyła na Kefalonię w maju 1943 roku, oraz z 2 tys. niemieckich żołnierzy i oficerów dwóch batalionów grenedierów. Od 18 czerwca 1943 roku dowódcą dywizji włoskiej był generał Antonio Gandin, weteran i bohater frontu wschodniego, odznaczony nawet niemieckim Krzyżem Żelaznym. Gdy rano 8 września 1943 roku radio podało informację o poddaniu się Italii Aliantom (zawieszenie broni w Cassibile) i zmianie sojuszy, włoskie sztaby w Grecji znalazły się w trudnym położeniu, gdyż oddziały nie otrzymały żadnych rozkazów z Rzymu. Generał Gandin stanął tym samym wobec dylematu – albo poddać podległe mu jednostki Niemcom, którzy nawet tego żądali i zaczęli już odbierać broń włoskiemu garnizonowi, albo stawić opór. Po południu 12 września 1943 roku doszło do spontanicznych i poważnych starć zbrojnych pomiędzy żołnierzami włoskimi i niemieckimi, gdy żołnierze Wehrmachtu rozbroili przemocą dwa oddziały włoskiej artylerii w ich miejscach stacjonowania. We włoskim dowództwie nie było jedności – jedni oficerowie optowali za kapitulacją i pójściem do niewoli, inni za walką. Negocjacje spaliły na panewce, doszło do konfrontacji zbrojnej, a Niemcy sięgnęli po Stukasy, by ostatecznie zmiękczyć opór Włochów, co im się udało. Ostatecznie wyczerpani walkami Włosi, pozbawieni dostaw i amunicji skapitulowali 22 września. Niemcy dokonali wtedy zbrodni wojennej, rozstrzeliwując ponad 5 tys. jeńców wziętych do niewoli, w tym samego generała Gandina, który był zresztą germanofilem. Zbrodni nie dokonało SS ani inne Sonderkommando, tylko regularne jednostki armii, czyli Wehrmachtu. Ktokolwiek zatem broni dziś pamięci czy, nie daj Boże, domniemanego honoru armii lądowej nazistowskich Niemiec, wystawia sobie jak najgorsze świadectwo, bo wszak kefalońska zbrodnia nie była jedyną plamą na mundurze feldgrau.

To tło opowieści powieściowej i filmowej jednocześnie. Drastyczność i okrucieństwo tych wydarzeń jest przybijające; pojawiło się nawet określenie „włoski Katyń”, opisujące mord na jeńcach, którego na wyspie dokonali Niemcy. Ale popatrzmy na streszczenie, choćby początku opowieści literackiej, a w znacznej mierze też filmowej: „Dr Iannis mieszka na greckiej wyspie Kefalonia ze swoją córką Pelagią, która zdobyła wiedzę medyczną dzięki obserwacjom praktyki swojego ojca. Pelagia wdaje się w romans z młodym rybakiem o imieniu Mandras, a zaręczają się tuż przed wybuchem II wojny światowej. Mandras postanawia dołączyć do walki na linii frontu, pozostawiając Pelagię z niepokojem oczekującą na jego listy, które nigdy nie docierają. Tymczasem Carlo Guercio, ukrywający swoją orientację homoseksualista, walczy u boku włoskich sił dokonujących inwazji na Albanię i jest świadkiem tragicznej śmierci ukochanego Francesca. W 1941 roku włoscy i niemieccy żołnierze zostają wysłani na Kefalonię, gdzie są odrzuceni przez miejscową ludność. Pelagia jest zdecydowana ich nienawidzić, zwłaszcza gdy młody kapitan o imieniu Antonio Corelli zostaje u niej zakwaterowany.” Tak, można się łatwo domyślić – to jest ckliwy melodramat i to jeden z tych doprawdy okropnych w swej ckliwości, rzucony wszelako na tak ponure tło wydarzeń, że przez moment można nawet pomyśleć nie o niestosowności całego tego chwytu artystycznego, ale o jego skandaliczności. Nikt nie żąda od melodramatów ani specjalnej logiki, ani tym bardziej wierności faktom historycznym, ale można przecież takie rzeczy tworzyć z pewną klasą. Dziś nikt nie pamięta, że Casablanca jest faktograficzną bzdurą, że dzieje się w parszywych wojennych czasach; wszyscy natomiast pamiętamy kreacje Humphrey’a Bogarta i Ingrid Bergman oraz ponadczasowe teksty, jakie tam padają. „Jaka jest pańska narodowość? Jestem pijakiem”. Cymes!

 

 

A więc Pelagia i Corelli zakochają się w sobie bezbrzeżnie, Carlo Guercio ratuje Corellego zasłaniając go własnym ciałem przed kulami plutonu egzekucyjnego, pojawia się okrutna partyzantka komunistyczna oraz dziecko znikąd, które Pelagia adoptuje. Matko Boska! Powikłanie, zapętlenie i przenikanie się wątków oraz trudna do zniesienia cukierkowość wraz z lekko słonawą słodyczą całej tej historii spowodowała, że podczas seansu filmowego zasypiałem dwa razy, by być wybudzanym mocnym uderzeniem łokciem pod żebra. Nie jest to mój rekord – na projekcji Angielskiego pacjenta, kiedy gubiłem się jeszcze bardziej w samej akcji oraz skomplikowanych interakcjach licznych bohaterów, zasnąłem razy trzy. Potem próbowałem, czy może źródło tego filmu, czyli powieść Michaela Ondaatje jest nieco bardziej czytelna i przystępna, ale nie, jednak nie. I nie przekonał mnie Booker dla autora, ani worek (w sumie 9) Oscarów dla filmu. Skoro już mowa o nagrodach, to Penelope Cruz za rolę Pelagii w Kapitanie… otrzymała Złotą Malinę za najgorsze aktorstwo i całkowicie się solidaryzuję z takim werdyktem. Swoją drogą Nicolas Cage za rolę Corellego też powinien dostać jakieś rózgi, ale go tym razem oszczędzono. A konstatacja finalna może być taka, że melodramaty, okraszone malowniczymi krajobrazami, jak fotogeniczne plaże Kefalonii, są zazwyczaj monstrualnymi kiczami w dodatku cynicznie podanymi – jako wyciskacze łez i dostarczyciele egzaltowanych emocji. Niby rzecz absolutnie oczywista, ale zawsze warto mieć w pamięci.

Na koniec zjazd do portu w Argostoli (Αργοστόλι), stolicy wyspy, która zupełnie niczym się nie wyróżnia, może oprócz kamiennego mostu De Bosset z początków XIX wieku, który przerzucono nad zatoką. Jego całkowita długość to 689 metrów,  co daje mu zaszczytny tytuł najdłuższej kamiennej przeprawy tego typu na świecie. Ale nikt nie napisał o nim eposu, jak choćby Ivo Adrić o moście na Drinie w Višegradzie, swojej małej ojczyźnie dzieciństwa.

Stoję obok autokaru na górskim parkingu, z którego rozciąga się widok na niedaleką Itakę. Nie jest to duża wyspa i nie wygląda zbyt spektakularnie. Nie wiem, jak wyglądała za czasów Odysa, może inaczej, a może tak samo; nie wiem, jakie były przyczyny przywiązania jednego z najsprytniejszych i najbardziej inteligentnych ludzi czasów mitologicznych do tego skrawka lądu. To nie wyglądy przecież i nie krajobrazy odpowiadają za nasze związki z miejscem, a w każdym razie nie tylko one. Są jeszcze ambicje władzy, uczucia i zakorzenienie; są konkretni ludzie – tak jak Penelopa musiała być niezmiernie istotna dla króla Itaki; jest jeszcze wiele, wiele przyczyn i powodów, a niektóre pozostaną na zawsze niewypowiedziane. Myślę o powieści Nikt Jerzego Andrzejewskiego, a zwłaszcza o jej końcu, gdy Odys umiera z głodu i pragnienia na dryfującym statku, a w ostatnią drogę odprowadza go błazen, który okaże się prawdziwym autorem Odysei. Interpretacja Andrzejewskiego jest opowieścią o niespełnieniu, klęsce i nienasyceniu, które w końcu przegrywają z życiowym zmęczeniem. Wszystkich nas to dotknie w różnych wymiarach i w różnym stopniu; wszyscy umieramy z głodu i pragnienia, nawet jeśli nie o jedzenie i picie idzie, tylko o deficyty serca i ducha. I maskujemy to zabieganiem, pogrążaniem się w – jak to nazwał św. Paweł – „życiu zewnętrznym”, muskamy po powierzchownościach i oddalamy zbyt skomplikowane myśli. Trwamy, a trwając, uciekamy w doczesność.

Odwracam głowę i ruszam do wozu, by zająć swoje miejsce i pojechać dalej. Nie różnię się niczym od innych.

 

***

Kolejna jaskinia kolejna knajpa kolejna retsina

Nad białym obrusem niespodziewana rozmowa

Czemu tak jest że za grzechy jednych Ich próby Ich

zmagania z bogami zdarza się cierpieć drugim?

Minotaurowi Izaakowi  Dzieciom Hioba?

Nieobjęty porządek jeśli jest to porządek

Nierozpoznana nauka jeśli jest to nauka

Nad białym obrusem Nad szklaneczkami

wina unosi się wielki znak zapytania Ale

wszystko co ważne nigdy nie może doczekać

się odpowiedzi Bo już odjeżdża autokar

przed nami piękne wzgórza bajeczne plaże

i przewodniczka delikatnie pogania Tyle

jeszcze do zobaczenia Ach jakie widoki i

na koniec smakowita kolacja

w perspektywie

 

JAROSŁAW KLEJNOCKI

Spod powieki (J)

Niedziela, 11 maja

Od powrotu z Etiopii mierzę codziennie rano ciśnienie, szukając przyczyn spadku życiowej energii. Wynik oscyluje wokół 110 (górna liczba). Po dwóch konsultacjach lekarskich dopasowałem leki i teraz mam codziennie nieco powyżej 120. Dziś rano mierzę: 145. Dlaczego? A no dlatego, że po przebudzeniu rozmyślałem o tym, gdzie się podziały seksterny pewnej tajemniczej staropolskiej damy pióra i zdałem sobie sprawę, że wiem, gdzie są, wydrukowane w innych książeczkach (lubiła małe formaty). Mają nawet tytuły: najbardziej podoba mi się Rozbieranie sumnienia. Stąd ta poranna ekscytacja.

Wtorek, 14 maja

Rano lecimy przez Brukselę do Porto. Na drogę wziąłem niewielką książkę Marii Danilewicz Zielińskiej Polonica portugalskie (przedmowa Paweł Kądziela, Warszawa, Biblioteka „Więzi”, 2005) i Imieniny, nową powieść Weroniki Murek. Polonica… czytałem przed dwudziestu laty, czego świadectwem karteczka z notatkami. Widzę, że wtedy zaintrygowała mnie powieść Joaquima Paço d’Arcos Memórias duma Nota de Banco (1962), „w której banknot wartości pięciuset escudów z wizerunkiem Damiana de Góis opowiada o swoim kilkudziesięcioletnim żywocie i kolejnych właścicielach”. Przy nowej lekturze zwracam szczególną uwagę na predylekcję autorki do szczegółów, związanych z garderobą. I tak mamy tu, patrząc od góry: nakrycia głowy, jak korony (o tym niżej), hełmy: „fotografie pięknego skrzydlatego hełmu husarskiego”; kapelusze: „emigrantów polskich […] nie było stać na kapelusze obowiązujące szanujących się mieszkańców Londynu”; „mężczyźni odkrywali głowy [by uczcić przejeżdżającego przez Portugalię Paderewskiego] (a noszono jeszcze wówczas kapelusze)”; papachy: „Na okładkach Trylogii […] figurują Kozacy w papachach na rozpędzonych rumakach”; okrycia wierzchnie, jak płaszcze (August II „we wspaniałej zbroi z narzuconym na nią płaszczem gronostajowym”); mundury, peleryny, surduty, fraki i kubraki („rachunek krawca, który dostarczył Bemowi ozdobiony haftami mundur i płaszcz generalski”; kartograf Józef Chełmicki na fotografii „figuruje w mundurze przepasanym szeroką wstęgą z kilkoma rzędami odznaczeń”; w roku 1863 „zastawiano peleryny i podręczniki, by złożyć ofiarę na Fundusz Pomocy Powstańcom Polskim”; buntowano się „przeciw staromodnym pelerynom i surdutom o nazwie batina obowiązującym studentów”; postać Władysława Mickiewicza na kongresie w Lizbonie „przypominała Hamleta ubranego we frak i biały krawat”; „u Infanta znaleziono w kubraku wszyte pod podszewkę złote monety”). Dla Danilewicz Zielińskiej ważne są też galanteryjne akcesoria; porównując uliczki starej Lizbony do Lalki Prusa pisze: „kupić tu można frędzle i guziki dowolnego koloru i kształtu, hafty z Madery […]”.

Osobną kategorię stanowią kompletne stroje, a mianowicie: „mundury «Polaków z Sierry»: ciemnoniebieskie spodnie i kurtki z jasnoniebieskimi kołnierzami i mankietami; na głowach czapki bez daszka, przypominające kształtem berety z jasnoniebieskim otokiem. Po lewej stronie kurtki skromny złoty szamerunek”; opis maître’a hotelu „Giglio”, zacytowany ze Słowackiego („Na głowie miał pomięty kastor, / Surdut na plecach, parę pantalonów”), w którym autorka doszukuje się echa opisu Adamastora w Luzjadach Camõesa; stroje ślubne („Dotąd na początku czerwca w oknach wystawowych magazynów konfekcji dominują wyszukane białe stroje ślubne i wspaniałe welony, przedmiot podziwu przechodzących ulicą”), czy wreszcie: „Stroje ludu polskiego Zienkowicza ozdobione czterdziestoma kolorowymi litografiami, wykonanymi około roku 1836 przez Jana Lewickiego”, działającego później jako kartograf w Portugalii. Opisując swoisty kult i popularność Jana Pawła II w Portugalii autorka zwraca uwagę na „dawne jego zdjęcia, między innymi z dziewczętami z Żywca w charakterystycznych strojach […]”. Ze wszystkich tych przejawów wrażliwości na stroje najbardziej spodobała mi się niepotwierdzona wiadomość o pewnym zwyczaju, związanym z obwołaniem Matki Boskiej patronką Portugalii: „[…] królowie Portugalii zaniechali od czasu tej proklamacji wkładania korony, którą uważali za własność i przywilej Najświętszej Marii Panny”. Relata refero.

 Środa, 14 maja

Porto. Oboje znamy z wcześniejszego życia Lizbonę, razem byliśmy kilka razy na Maderze, ostatnio na Azorach, do kolekcji brakło nam tego pięknego miasta na północy kraju, nad rzeką Duero, blisko jej ujścia do Atlantyku. Hotel Pestana został wybrany przez sentyment dla tej sieci od czasu pobytu na Azorach, a przede wszystkim ze względu na lokalizację: zajmuje rząd kilku starych kamieniczek nad samym nabrzeżem, przy Praça Ribeiro, z widokiem na wysoki, dwupoziomowy most z lewej (projektowany przez ucznia Eiffla) oraz pełną mniejszych i większych wytwórni porto, na łagodnym wzgórzu położoną, dzielnicę Vila Nova de Gaia na wprost.

Pierwsze kroki kierujemy oczywiście do zabytkowej księgarni – Livraria Lello. Piękny secesyjny wystrój: podwójne spiralne schody na piętro i wmontowany w sufit witraż (z półnagim kowalem i dewizą o godności pracy, DECUS IN LABORE), przez który światło spływa na wnętrze falistymi smugami. Na fasadzie dwie wiotkie kobiece sylwetki, dzieło profesora José Bielmana; przewodniki mówią, że symbolizują sztukę i naukę. Szukając informacji o pochodzeniu autora (o nazwisku mało portugalskim) natrafiłem na bliższą eksplikację intencji artysty: sztuka ma tu być wyobrażona poprzez rzeźbę, a nauka poprzez antropologię [1]. [Dopisek późniejszy, z 7 czerwca: dzięki wskazówkom Nuno (o którym niżej) dotarłem do aktu chrztu córki Bielmana z roku 1897, a stamtąd do aktu ślubu, który odbył się w roku 1895 w Sint-Jans-Molenbeek (Belgia). Artysta malarz Joseph Bielmann, rocznik 1857, pochodził ze Szwajcarii, a konkretnie z kantonu Lucerny (jego ojciec, też Joseph Bielmann, zmarł w Willisau, matka, Anna Maria Hunkeler, w Sursee w tymże kantonie). Panna młoda nazywała się Marie Adolphine Van Hulle, rocznik 1875, i byłą córką belgijskiego kupca z Sint-Jans-Molenbeek.]

Dzisiejsza zawartość księgarni odpowiada w sporej mierze prawom rynku: do kultowych książek należą tu Alicja w Krainie Czarów i Harry Potter. Rzecz interesująca: całe regały zastawione są tanimi wydaniami małych arcydzieł literatury w różnych edycjach, niekiedy różniących się tylko atrakcyjnymi okładkami. Przyjemnie podana klasyka, dla każdego dostępna.

Nie podobała mi się tylko jedna rzecz: żeby wejść do księgarni trzeba się udać na inną, obcą stronę internetową, tam podać szczegóły swej karty kredytowej i czekać na kod, który nie zawsze nadchodzi. Straciliśmy na tej operacji trzy kwadranse, inni chętni mieli podobne kłopoty. Cena biletu jest potem odciągana od ceny ewentualnie zakupionych książek (kupiliśmy do wspólnego użytku małą Anthology of Portuguese Poems). A dane karty pozostają w jakiejś chmurze.

Czwartek, 15 maja

Dziś główny cel to muzeum, ale idziemy do niego niespiesznie, zaglądając do mijanych kościołów i innych ciekawych miejsc.

W budynku dawnego klasztoru augustianów sąd i więzienie. W drzwiach stoi grupka policjantów. A naprzeciwko malutka kawiarnia, w której krewni i znajomi oskarżonych czekają na wynik rozprawy. Obok, w kościele de São João Novo, boczny ołtarz świętego z palcem w prawym uchu. Pytam zakrystiana, mówi, że to Santo Ovídio. Rzeczywiście, był święty Owidiusz z Bragi, zginął śmiercią męczeńską około roku 135 naszej ery (a więc sto paręnaście lat po poecie Owidiuszu). Jego imię jest bodaj zepsutą wersją łacińskiego Auditus – oba mają coś wspólnego ze słuchem, toteż Owidiusz jest jednym z patronów niedosłyszących i głuchych.

 

 

Przy rua Dr. Barbosa de Castro 37, 39 i 41 (tak się tu numeruje kamienice, nawet nie wedle ilości drzwi, tylko katastru) wypatroszona fasada domu, w którym w roku 1799, półtora miesiąca po Adamie Mickiewiczu, przyszedł na świat najważniejszy twórca portugalskiego romantyzmu, João Baptista da Silva Leitão de Almeida Garrett. Tablicę „ku uczczeniu pamięci wielkiego poety” ufundowała rada miejska Porto. Ale kto dziś pamięta to nazwisko? W oknach gospodaruje ptactwo.

 

 

W Igreja dos Clérigos (jedynym z widzianych przez nas, w którym co ważniejsze ołtarze i dzieła sztuki są porządnie, w kilku językach opisane) zafascynowało mnie zwieńczenie przenośnego tabernakulum z XVIII wieku, a zwłaszcza głowa Baranka, z podmalowanymi oczyma i uśmiechem, przypominającym Salvadora Dalí.

 

 

W alei platanów w Jardim da Cordoaria zabawna seria rzeźb: grupy mężczyzn siedzą swobodnie na ławkach i śmieją się, jeden zwykle spada, nie przestając się śmiać (Treze a Rir uns dos Outros, hiszpański rzeźbiarz i autor słuchowisk radiowych Juan Muñoz, 1951-2001). W bogatym muzeum sztuki kościelnej przy barokowym Igreja do Carmo zwracam uwagę na namalowany w roku 1785 portret duchownego, który nazywał się Manuel de Santa Catharina Soares i był biskupem diecezji Goa. Zaintrygowała mnie wyraźna sygnatura: „Stanislaus Fecit”. Polak? Wielbiciel św. Stanisława Kostki?

Jeszcze wizyta w muzeum fotografii, mieszczącym się w dawnym więzieniu (są też zdjęcia-portrety więźniów) i wreszcie docieramy do Museu Nacionales Soares dos Reis, nazwanego tak dla uczczenia dziewiętnastowiecznego rzeźbiarza tego nazwiska (specjalizującego się w rzeźbieniu palców portretowanych osób w wymyślnych wygięciach), którego spuścizna wzbogaciła zbiory. Ciekawa kolekcja, poczynając od cyklu starych miniaturowych fajansowych kafelków ze scenami religijnymi, a kończąc na malarstwie dwudziestowiecznym. Najcenniejsze polonicum to portret Atanazego hr. Raczyńskiego, wieloletniego pruskiego posła w Lizbonie, kolekcjonera i autora prac o sztuce portugalskiej, w dodatku, co mnie szczególnie ucieszyło, portret namalowany przez Szwajcara Auguste’a Roquemont. Zabawny jest obraz, zatytułowany „Kup pan Garibaldiego!” (przedstawiający wędrownego sprzedawcę gipsowych biustów). Natomiast największa perła kolekcji to niewielki portrecik ośmioletniej księżniczki Małgorzaty de Valois (1553-1615), który malował François Clouet; pendant do niego, to portrecik młodego Henryka II, przyszłego ojca naszego Walezego.

A wieczorem kolacja z Nuną Costa Borgesem, znawcą historii fotografii portugalskiej, a także, jak się okazało w rozmowie, znawcą portugalskich poloników. To on pierwszy odnalazł w prasie portugalskiej ogłoszenia, zamieszczane w latach 1851-52 przez osobę podpisaną „Mme Juliette de Humnichi” i zidentyfikował ją jako żonę berneńskiego fotografa polskiego pochodzenia, Jana Henryka Humnickiego (co pozwoliło mi z czasem znaleźć podobne ogłoszenie w prasie amsterdamskiej z roku 1852). Ileż wspólnych tematów, ile nowych tropów!

Piątek, 16 maja

Przed południem promem na drugą stronę rzeki, a stamtąd pieszo i taksówką nad ocean, posłuchać szumu fal (na kąpiel trochę za zimno). Po południu zwiedzamy okolice koszar (w dawnym klasztorze), od których bramy wiedzie Rua dos Polacos, na jej krańcu zaś mieści się niepozorna restauracyjka bez szyldu, dla wtajemniczonych. Trzeba wejść do środka, żeby zobaczyć skromne menu ze swojską nazwą lokalu.

 

 

W telewizorze transmisja z jakiegoś wiecu – w Portugalii jutro też wybory. Patron niechętnie odnosi się do wszystkich partii, ale sam uważa się za socjalistę. Porto serwuje smaczne, dobrze schłodzone.

Sobota, 17 maja

Dziś główny punkt programu to katedra wraz z muzeum katedralnym i pałacem biskupim oraz okolice. Wieczorem kolacja w secesyjnej Café Majestic przy handlowej Rua de Santa Catarina. Przy sąsiednim stoliku siedzi Józef Stalin, jak żywy.

Niedziela, 18 maja

Rano promem na drugą stronę rzeki, potem kolejką linową w górę, do Parco Mauro i spory kawałek pieszo przez dzielnicę Gaja (obok zamkniętej dziś Café Polacos) do siedziby wytwórni porto, gdzie konsulat wynajął pomieszczenie na lokal wyborczy. W westybulu wita wchodzących wspaniały fidalgo z kapeluszem jak ukwiał.

 

 

Po drodze coraz to spotykamy Polaków, wracających po oddaniu głosu do miasta. Okazuje się, że na liście uprawnionych do głosowania jest tu prawie tysiąc osób (dla porównania w Addis Abebie: 22).

Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku zwariowana jazda z porywczym taksówkarzem do parku Jardim do Pálacio de Cristal. Tam Muzeum Romantyzmu. Obecna ekspozycja stała to przykład harmonijnego i sensownego urządzenia takiej placówki, która mieści się w rezydencji wygnanego króla Sabaudii i Piemontu, Karola Alberta. Ekspozycja nawiązuje do Metamorfoz i pokazuje – na autentycznym wyposażeniu pałacyku i na eksponatach, sprowadzonych ze zbiorów innych muzeów Porto (całość podlega władzom municypalnym) – jak można dać poglądową lekcję romantycznego stylu życia w powiązaniu z motywami roślinnymi, zwierzęcymi i mineralnymi. Kilka znakomitych obrazów, jak urocze Zwiastowanie Gaspara Vaza (XVI wiek) czy również szesnastowieczny, wstrząsający obraz, zapewne malarza flandryjskiego, Głowa św. Jana Chrzciciela na tacy z salamandrą, szarańczą i innymi owadami na obrzeżu tacy i dramatycznie powyginanym drzewkiem w tle. Naczynia stołowe dobrano pod kątem zwierząt – węży, małp i wielkiej chmary żab – z którymi dobrze komponuje się wiszący w sąsiedniej sali obraz, przedstawiający Latonę w krainie ludzi przemienionych w żaby (motyw owidiuszowski).

Karol Albert, wnuk Franciszki Krasińskiej, był spokrewniony z kilkoma rodami polskimi (Zygmunt Krasiński pisał o nim poufale: „Kuzynek znów rozpoczął wojnę, mimo próśb Anglii i Francji” [2]). Po jego śmierci zwłoki przewieziono do stolicy Piemontu, a w parku jego przyrodnia siostra, Augusta de Montléart, wystawiła kaplicę pamiątkową, rodzaj symbolicznego grobu. Budynek należy obecnie do kościoła luterańskiego i w każdą niedzielę jest otwarty dla zwiedzających (dlatego dziś właśnie znalazł się w naszym programie). Księżna w roku 1851 osiadła w Galicji, gdzie odziedziczyła dobra po swoich polskich przodkach – zmarła w Krzyszkowicach koło Myślenic. Wnętrze neoklasycystyczne, z bogatymi białymi stiukami, przemyślnie oświetlone sufitową rozetą. Na ołtarzu pastor zapala świece przed popołudniowym nabożeństwem.

Wieczorem spacer po uliczkach w okolicach rzeki. Fasada z owidiuszowym motywem przemiany twarzy w drzewo (albo drzewa w twarz).

 

 

Poniedziałek, 19 maja

Wynajętym samochodem na całodniowy wypad do Bragi, Guimarães i nad Atlantyk. Braga to miasto z długą historią, którą się chlubi (rzymska Bracara Augusta). W IV wieku opiewał ją Auzoniusz. Potem – ważny ośrodek chrystianizacji Półwyspu Iberyjskiego. Biskupem Bragi był wspomniany św. Owidiusz. Arcybiskupi Bragi są prymasami Portugalii.

W katedrze zaintrygowała mnie predella w lewym transepcie: złoty rydwan, na którym siedzi kobieta trzymająca monstrancję, przed nim wiwatujący tłum, piszczałki i kwiaty, ale zarazem ktoś leży pod kołami wozu, a z tyłu wlecze się grupa powiązanych jeńców.

Potem Bom Jesus do Monte, sanktuarium na przedmieściach Bragi, z monumentalnymi osiemnastowiecznymi schodami dla pątników (583 stopnie), ozdobionymi kapliczkami. Kiedyśmy zeszli na sam dół, spotkaliśmy młode małżeństwo, ona w mocno zaawansowanej ciąży (dziesiąty miesiąc). Lekarz zalecił jej tę pielgrzymkę dla przyspieszenia rozwiązania. Na górę można się też dostać kolejką linową z napędem hydraulicznym: spływający z góry strumień napełnia zbiornik, który sprawia, że jeden wagonik zjeżdża na dół, równocześnie podciągając drugi, z pasażerami, na szczyt.

Wtorek, 20 maja

Rano M. zwraca uwagę na dziwne ciemne mgły nad mostem, wiodącym do koszar w dawnym klasztorze, za którymi ciągnie się Rua dos Polacos. Wyszedłszy przed hotel robię kilka zdjęć mostu, na pierwszym niepokojąca sylwetka wykonującego ewolucje ptaka (dużej mewy?), który jak barthesowskie punctum próbuje przyciągnąć uwagę. W tej samej chwili przychodzi wiadomość od Joanny Krasnodębskiej, że dzisiejszej nocy w Toruniu zmarła Krystyna Hilary.

Środa, 21 maja

Chyba najpiękniejszy kościół, widziany w trakcie tego wyjazdu – Santa Clara. Zbudowany w XV wieku dla klarysek, mały, ale z niesłychanie bogatym wystrojem wnętrza (pozłacane drewno), jest obecnie niewielkim muzeum z fachowym, chętne udzielającym objaśnień personelem. Tutaj dowiedziałem się, co znaczy predella w katedrze w Bradze: to Tryumf Monstrancji.

Kończy się intensywny tydzień w mieście, które jest jak kropla miodu.

Czwartek, 22 maja

W drodze powrotnej (z przesiadką w Zurychu) kończę czytać Weronikę Murek. Nie mam wątpliwości, że po niezbyt udanych Dziewczynkach autorka wróciła do formy, jaką zapowiadała Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. Urodziny to powieść o niespełnieniu, o zawiedzionych ambicjach, o osuwaniu się w muł i chaos. Chyba stąd w książce wielkomiejskiej, dziejącej się w środowisku artystycznym, taka dominacja obrazowania akwatycznego. Myślę, że będę jeszcze miał okazję napisać o tym obszerniej; dzisiaj chciałem zwrócić uwagę na rzecz inną, a mianowicie na echa głębokiego przeżycia lekturowego Maltego Rilkego. Widać to w rozmaitych miejscach tekstu, tak jakby powieść autora Sonetów do Orfeusza wbiła się na trwałe w wyobraźnię i dukt pisma Murek. Kilka przykładów. „Najpierw jest delikatna: słyszą jej kroki na korytarzu, drzwi zamykające się jakby na skutek przeciągu. Potem widzą ją w odbiciu w lustrze, w szybach. Odkrywają jej historię w starej księdze – w tym sensie jej życie nie poszło na marne. Któregoś dnia widzą ją wreszcie po raz pierwszy: idą na piętro jeść, bawić się, kochać, a ona stoi pośrodku pokoju, na twarzy ma czarny welon, krzyczy” [3]. Te zdania nie powstałyby, gdyby nie zjawa Ingeborgi, nawiedzająca dom rodzinny Maltego. Scena zmiany kostiumu, kiedy Jaga szamocze się z ubraniami a w pewnej chwili „[s]łyszy szelest zza pleców. Czuje dotyk. Czyjeś dłonie dotykają jej i pomagają zapiąć zamek” [4] – to echo spotkania Maltego z ręką. Początek rozdziału czternastego („Rzecz w tym, że nie można poddać się tak łatwo, w tym cała rzecz” [5]) to jawna parafraza fragmentu początkowych stron powieści Rilkego (w przekładzie Witolda Hulewicza): „Na to nie ma rady. Cała rzecz w tym, żeby żyć. W tym cała rzecz”. Autorka gra z czytelnikiem, kiedy na tej samej stronie przywołuje imię bohatera tamtej powieści w zdaniu zupełnie oderwanym od obecnej narracji: „Hannibal z Żoliborza, poćwiartował kobietę i uciekł na Maltę”. Całkiem z ducha i stylistyki prozy Rilkego jest taki fragment: „Dni spędzone w samotności – wszystko się odkłada, skargi, których nie było do kogo wypowiedzieć, uwagi, którymi nie było się jak podzielić. To wszystko wraca […] [6]”. A także: „Kiedy jest się u szczytu, gra się dużo i dobrze. Człowiek w sumie niewiele się nad tym zastanawia. Dlaczego właśnie ja? Ale potem to wszystko się kończy człowiek nie rozumie z jakich powodów. Dlaczego właśnie ja, dlaczego mnie to spotkało? O tym dla odmiany myśli” [7]. Kiedy bohaterka powieść Murek przelicza swe życie na dni („Całe życie Jagi składa się z dwudziestu tysięcy czterystu pięćdziesięciu czterech dni”) jest jak Mikołaj Kusmicz w powieści Rilkego, którego kłopoty ze światem zaczęły się, kiedy założył, że pożyje jeszcze pięćdziesiąt lat i zaczął przeliczać te lata na dni, godziny, sekundy, aż mu „wyszła taka suma, jakiej w życiu nie widział”.

Sobota, 24 maja

Wcześnie rano ostra jazda do Torunia. Wklejam tu fragment tego, co mówiłem na pogrzebie Krystyny Miłotworskiej-Hilary. Całość ukaże się w następnym numerze kwartalnika literackiego „Wyspa”.

„[…] poznałem Krystynę jesienią roku 1987. Byłem z rodziną w Niemczech na stypendium Fundacji Humboldta, mój promotor Roman Zimand (który pisał o Hilarym już w połowie lat pięćdziesiątych) polecił mnie jako człowieka, który jest wprawdzie historykiem literatury, ale zna się także na sztuce. Pojechałem do Monachium, obejrzałem obrazy i od początku nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z artystą nieprzeciętnym, z malarstwem świetnym technicznie, a zarazem głębokim, twórczo czerpiącym z dorobku sztuki światowej, tej akademickiej, ale i pierwotnej – w dobrze pojętym duchu jungowskim.

Krystyna szybko zaprzyjaźniła się z moją pierwszą żoną Alicją i z synami (szczególne dobrą miała komitywę z młodszym, Karolem). Odwiedzała nas w Stuttgarcie, my ją w Monachium. Potem, kiedy pojechałem jako attaché kulturalny do Szwajcarii, była częstym gościem w Bernie, nasi tamtejsi przyjaciele stali się jej przyjaciółmi. Okazją do spotkań były też wystawy malarstwa Hilarego. Przede wszystkim wielka retrospektywa, zorganizowana w roku 1997 przez Muzeum Narodowe w Warszawie w salach „Zachęty”, z dużym katalogiem, do którego napisałem tekst zatytułowany Hilary: obraz albo świat cały. A przedtem mniejsze wystawy w Neuchâtel, w Ratyzbonie, w Rapperswilu.

Z tych wielu spotkań szczególnie pamiętam wspólne chodzenie po starym Berlinie śladami mieszkającej tam przed wojną pisarki Eleonory Kalkowskiej, podczas którego Krystyna nakręciła filmik. A także spotkania w Warszawie, związane z kręceniem profesjonalnych filmów o Hilarym (Urszuli Dubowskiej, Stanisława Kubiaka). I groteskowy epizod, jak jadąc po raz pierwszy do Stuttgartu na Wielkanoc Krystyna postawiła torbę ze świątecznymi frykasami na dachu samochodu, po czym ruszyła, a torba została w garażu w Monachium”.

Niedziela, 25 maja

Farbą klejową na rogoży namalował w roku 1919 niemiecki ekspresjonista Otto Mueller Dwa kobiece półakty – obraz, który miał przez następne sto lat burzliwą karierę. Jego pierwszy nabywca, wrocławski mecenas sztuki Ismar Littmann po dojściu Hitlera do władzy popełnił samobójstwo. Obraz skonfiskowano. Był pokazywany na osławionej wystawie sztuki zdegenerowanej. Jeszcze przed wojną próbowano go sprzedać w Lucernie, ale bezskutecznie; przeszedł przez ręce Gurlitta (którego kolekcja jest dziś w Kunstmuseum w Bernie), trafił jako dar do zbiorów muzeum w Kolonii. Zwrócony potomkom Littmanna, został odkupiony przez Museum Ludwig i dziś można go oglądać w Kolonii. Tam też zobaczył obraz francuski karykaturzysta Luz, który przeżył zamach na redakcję „Charlie Hebdo”, bo tego dnia zaspał. I wymyślił, że narysuje powieść graficzną, w której narracja będzie prowadzona z punktu widzenia (i słyszenia, jeśli tak można powiedzieć) tego obrazu. Rzecz, zatytułowana Deux filles nues (Éditions Albin Michel) ukazała się jesienią 2024 w Paryżu, teraz wyszedł przekład niemiecki, który zbiera dobre recenzje. Pomysł fabularny przypomina trochę Rien ne va plus Andrzeja Barta. O komiksowych rysunkach się nie wypowiadam, bo to nie mój genre.

Czwartek, 29 maja

W trzy wieczory obejrzeliśmy duński miniserial Reservatet (2025). Przekrój przez kilka istotnych kwestii: problemy zamożnych skandynawskich małżeństw, które chcąc mieć więcej czasu na życie towarzyskie i dla siebie zatrudniają młode Filipinki jako opiekunki do dzieci; dwuznaczny status Filipinek, przyjeżdżających jako opiekunki do dzieci, a postrzeganych przez niektórych jako partnerki seksualne; problemy nastolatków, którym smartfony dają możliwość kręcenia filmików o treściach, z jakimi nie potrafią sobie poradzić; bezkarność ludzi najbogatszych, ich przewaga nad wymiarem sprawiedliwości i policją. Dobre tempo, dobra muzyka. Oryginalna praca kamery, swobodne operującej wydłużaniem i skracaniem postaci i planów.

Siedzę teraz i słucham sobie muzyki z tego serialu: Secrets We Keep (Reservatet) 2025 Soundtrack. Music By Halfdan E. Pada deszcz.

Piątek, 30 maja

„Z rana mieszkańcy Goldau usłyszeli trzask przeraźliwy. O godzinie piątej po południu warstwy rozciągające się między Spitzbuel i Steinbergerflue odłączyły się od góry i z hukiem piorunowym spadły w dolinę, gdzie ich zwaliska dosięgnęły w podskokach podstawy Righi w całej jej długości. […] Wsie Goldau, Busingen, Lowerz, Ober-Roter i Unther-Roter zostały całkiem zagrzebane pod gruzami góry” [8]. To jeden z wielu opisów katastrofy, jaka zdarzyła się w szwajcarskiej wiosce Goldau dnia 2 września roku 1806. Powtórka takiego zdarzenia zagrażała każdego prawie roku. Pisałem już kilkakrotnie w tym dzienniku o groźbie zasypania gryzońskiej wioski Brienz. Przedwczoraj w innej części Szwajcarii doszło do katastrofy tego rodzaju, największej odkąd prowadzi się pomiary. W kantonie Valais masy skalne, spadające od pewnego czasu na lodowiec, przeważyły i kilka milionów metrów sześciennych głazów i lodu zjechało w dół, zasypując niemal w całości ewakuowaną wcześniej wioskę Blatten. A dziś w „NZZ” czytam słowa, które są echem dawnych opisów katastrofy z Goldau: „Najpierw był grzmot, potem zapach rozkopanej ziemi. Tak świadkowie opisują osunięcie się zbocza góry, które zasypało w środę wioskę Blatten. Następnie zapadła napięta cisza, którą zaraz połknął gruchot żwiru, grzmocącego z lodowca. Kamienie, pył i lód. Znikła wioska, a na odpowiedź na cisnące się pytania przyjdzie jeszcze długo poczekać”.

*

Pół dnia w grodziskim Szpitalu Zachodnim, checkup kardiologiczny. Związane z tym niedogodności umila mi lektura oryginalnej książeczki o zaniechaniu. Zdumiewa mnie zainteresowanie autorki (która metrykalnie mogłaby być moją córką) autorami w różnych okresach bardzo mi bliskimi. Jak J. D. Salinger, jeden z idolów mojej młodości, który zamilkł po wydaniu Buszującego w zbożu. Jak Kalikst Orzeszko czyli Prince Korab, nieco paranoiczny autor „Księgi Zagubionych”, czyli poradnika wiedzy ogólnej (na wstępie tłumaczy, jak należy chodzić: wysuwać naprzód najpierw jedną, a następnie drugą nogę), którego śladami wędrowałem nieraz po Bernie, gdzie odwiedził go kiedyś Władysław Mickiewicz. Jak Rimbaud, który poezję porzucił dla fotografii i handlu bronią w Afryce (pamiątki po nim oglądaliśmy w lutym z atencją w Hararze).

W szpitalu po remoncie zmiany, na ogół na lepsze. Tylko w pokoju do prób wysiłkowych piękny widok na przeciwległe okno, z orchideami i tajemniczym fotelem, został zasłonięty przez obrzydliwą puszkę klimatyzatora. Zaniechania przeczytałem w szpitalu połowę. Autorka pisze też o twórcach, jakoś dotąd przeze mnie pomijanych, jak Ralph Ellison, autor Niewidzialnego człowieka, który zamilkł, ale nie przestał tworzyć. „Pisarz zostawił po sobie dwa tysiące stron notatek, które krytyk literacki John E. Callahan przejrzał i złożył w książkę zatytułowaną Juneteenth [9]”. Zaraz, zaraz, Juneteenth to murzyński skrót dnia – 19 czerwca 1865 – kiedy czarni niewolnicy w stanie Teksas dowiedzieli się, że są wolni. A równocześnie 19 czerwca to moja data urodzenia. Tymczasowa diagnoza brzmi: niewydolność serca. Nie zaniechuj mnie, serce moje.

Sobota, 31 maja

W prywatnym milanowskim dyskusyjnym klubie filmowym The Trouble With Harry (1955) Hitchcocka. Reżyser odwrócił schemat. W „zwykłym” filmie kryminalnym ktoś ginie, szuka się ciała, a jak zostanie znalezione, każdy szuka alibi, żeby wykazać swoją niewinność. Tu trup leży na widoku niemal od samego początku, każdy się przyznaje, że to on/ona jest sprawcą zabójstwa, a splot nieporozumień sprawia, że jednego dnia zwłoki Harry’ego są trzy razy zakopywane i odkopywane. Bo nie o kryminał Hitchcockowi chodziło, tylko o czarną komedię i nie o zabójstwo, tylko o miłość. Najsympatyczniejsza postać: dr Greenbow, chodzi po lesie z książką przed okularami i czyta poezje, raz po raz potykając się o trupa. A kiedy coś recytuje z pamięci, to jest to sonet 116 Szekspira – o miłości, o skomplikowanej relacji, jaka wiąże ją z Czasem. Rzecz dzieje się w Nowej Anglii, ale bohaterowie konwersują jak Anglicy, co przestaje dziwić, jeśli się zważy, że podstawą scenariusza była powieść brytyjskiego autora nazwiskiem Jack Trevor Story (naprawdę tak się nazywał!).

Poniedziałek, 2 czerwca

Polska obudziła się dziś rozpłatana na dwie połówki, jak jabłko. W Opypach trochę inaczej: kiedy wczoraj wrzucaliśmy głosy, wszystkie widoczne w urnie odpowiednią stroną kartki wskazywały na Trzaskowskiego. Po podliczeniu okazało się, że głosowało na niego 401 spośród 678 osób, co czyni 62,09%, ale oczywiście nie zmienia ostatecznego wyniku. Jest jak jest.

Wtorek, 3 czerwca

A w Szwajcarii ożywiona dyskusja na temat zasypanego Blatten i innych górskich wiosek, którym grozi podobny los. Co robić? Odbudowywać? Ale gdzie, jakim i czyim kosztem? Zaniechać? A co z mieszkańcami, mają się rozproszyć po Szwajcarii? Wioska znikła, ale przecież gmina została, pozostali ludzie – krewni i sąsiedzi. Redaktor regionalnej gazety „Walliser Bote” alarmuje: „Polityka, która pompuje miliardy w ratowanie banków, a zostawia swemu losowi obszary górskie, straciła nie tylko miarę, ale i kompas”.

Czwartek, 5 czerwca

Starszy syn po lekturze „Newsweeka” zwrócił naszą uwagę na książkę Anny Lembke Niewolnicy dopaminy. Dziś przyszła. Maria otwiera na chybił-trafił tom towarzyszący, z ćwiczeniami, i czyta na głos: Ćwiczenie interaktywne: zasada żalu (Przykład: Andy). „Żałuję, że poświęcałem czas na kompulsywne nadmierne ćwiczenia i restrykcyjne ograniczane diety. Prawdopodobnie spowodowałem tym trwałe szkody dla mojego zdrowia. Poza tym pokazywałem mojej córce niezdrowy wzorzec relacji z własnym ciałem. Żałuję również poczucia wstydu i rozpaczy, które wywoływałem w sobie swoim kompulsywnymi zachowaniami” [10]. Przecież to katolickie poczucie winy, mówi, „moja wina, moja bardzo wielka wina”. A ja pytam, czy przeciętny polski Jędrek/Andy rozumie słowo „kompulsywne”? Owszem, może sprawdzić definicję słownikową tej kalekiej kalki z angielskiego: „wykonywane pod nie dającym się opanować przymusem wewnętrznym”, ale kto sięga po słownikowe definicje, kiedy ma wzbudzić w sobie żal? Może lepszym odpowiednikiem byłoby „nałogowe”? „Żałuję, że ćpałem?”. I jeszcze jedna wątpliwość: czy ów zarzut „kompulsywności” nie odnosi się do czytelników, którzy stosują się do porad Anny Lembke? Którzy będą żałować kompulsywnej lektury, gdy sięgną po równe sugestywny poradnik innego specjalisty od uzależnień? Tylko pytam. Generalnie jestem przecież za odnajdywaniem równowagi.

*

Od paru dni nadchodzą sprzeczne doniesienia na temat ewentualnego przejęcia klasztoru św. Katarzyny na półwyspie Synaj przez państwo egipskie. Greckie media porównują taki scenariusz do upadku Bizancjum. MSZ w Kairze dementuje pogłoski jako przesadne. Wywołał je wyrok egipskiego sądu, stwierdzający, że właścicielem klasztoru jest państwo Egipt, a grecko-prawosławnej wspólnocie klasztornej przysługuje zaledwie prawo użytkowania budynków. Planowane udostępnienie klasztoru turystom nie będzie, zapewnia prezydent al-Sisi, zagrożeniem dla świętości miejsca, w którym Bóg objawił się Żydom w krzaku gorejącym i wręczył Mojżeszowi tablice z Dziesięcioma Przykazaniami. Mnisi na razie zamknęli bramy klasztoru przed zwiedzającymi, mówiąc, że są zasmuceni i że się modlą o ratunek dla klasztoru.

Piątek, 6 czerwca

Martin Pfister, który w rządzie szwajcarskim od dwóch miesięcy stoi na czele departamentu obrony, ochrony ludności i sportu, na zarzuty lewicy, że potencjalna groźba rosyjskich czołgów nad Renem jest nierealistyczna odpowiedział w parlamencie, iż obecnie konflikty są mieszanką wojen z różnych epok: „Równocześnie odbywa się walka średniowiecznych rycerzy, wojna pozycyjna jak w pierwszej wojnie światowej i wojna dronów”. „NZZ” pyta swych czytelników, czy boją się rosyjskich czołgów nad Renem. Zobaczymy po niedzieli.

*

Dziś połknąłem drugą połowę Zaniechania Zofii Zaleskiej. Jak na osobę głoszącą pochwałę odmowy, lenistwa, nicnierobienia i zaniechania, zestaw, a zwłaszcza rozrzut przywoływanych lektur imponujący. Myślę, że wytłumaczenie znaleźć można w użytej w książce formule „Obok Stachanowa zawsze jest Obłomow”, która da się przecież odwrócić: oto obok Obłomowej pojawia się Stachanowa.

Co było dla mnie w lekturze drugiej połowy największym zaskoczeniem? Zosia z drugiej części Dziadów jako przykład kary za „[l]ekceważenie miłości (a raczej: lekceważenie mężczyzn)”. Rymuje się ona z przywołaną na początku książki baśnią braci Grimm o dziecku, ukaranym za krnąbrność. A trafiła do książki pewnie za sprawą tożsamości z imieniem autorki.

Owszem, Zaniechanie to książka programowo osobista. Ale ostatni jej rozdział, zatytułowany znamiennie Historia osobista, kończy się jednak cytatem z wiecznego starca. Obrazem „upragnionej pauzy i szczęśliwego prześnienia”, zaczerpniętym z Sierpnia Schulza: „Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie cicho wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześnić mogły za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia”. I ja rad jestem, że nie zaniechałem przeczytania Zaniechania, że zbytnio nie odwlekałem tej lektury, tkwiąc w błogiej prokrastynacji, choć tyle innych książek czeka na przeczytanie. Tak, ta lektura była jak pauza wytchnienia.

*

Umarł Jacek Sygnarski (rocznik 1943), archiwista i kolekcjoner. Studia ukończył w Toruniu, od roku 1981 mieszkał w Szwajcarii. Od połowy lat siedemdziesiątych kolekcjonował wszystko, co dotyczy drugiego obiegu – jego zbór uchodził za jeden z największych w Europie. Z żoną Ludwiką założył poświęcone szeroko rozumianym kontaktom polsko-szwajcarskim „Archivum Helveto-Polonicum”, które dziś stanowi wydzieloną część zborów biblioteki kantonalnej i uniwersyteckiej we Fryburgu. W tejże bibliotece urządził wystawy o polskim drugim obiegu (Papierowa rewolucja) i o prezydencie Mościckim; razem zrobiliśmy wystawę Słowacki en Suisse. Był do niedawna członkiem Rady i jury Fundacji Kościelskich. Niestrudzony w poszukiwaniu i wygrzebywaniu unikalnych nieraz materiałów, nie szczędził czasu i środków na gromadzenie swoich dwóch wymarzonych kolekcji. Skromny, nie wysuwał się na pierwszy plan, ale dobrze wiedział, że to, co robi jest ważne i potrzebne.

Sobota, 7 czerwca

Rano przez szeroko otwarte okno sypialni śpiewają nam cudnie pleszka („nie mieszać z pliszką!”, przestrzegał Ptasznik z Wilna) i wilga. Mimo jaskrawego upierzenia trudno je wypatrzeć w gęstym listowiu po drugiej stronie podjazdu. Ale słychać jak rozsypują się na przemian sznury pereł, jeden matowych (pleszka), drugi połyskliwych (wilga).

Niedziela, 8 czerwca

Jutro od rana idę na trzy-cztery tygodnie do szpitala w Grodzisku Mazowieckim. W programie gimnastyka serca oraz obserwacja, kardiologiczna i ogólna.

Pod wieczór pożegnalny spacer nad drugi staw. Ledwie doszedłem. Siedzimy na ławeczce Rilkego, wspominamy pierwsze wspólne lektury. Oddycham z trudem, przeraźliwie ziewam. Staw prawie całkiem wysechł, ale nenufarom najwyraźniej wiele nie potrzeba prócz wilgotnego błota. Kosaćce też nieźle sobie radzą na brzegu. Uschła wysoka brzoza po drugiej stronie stawu, ale dęby spotężniały, zmężniała też grusza na miedzy. Pola i łąka pięknie porosły wysoką trawą, w jednym miejscu widać trop zajęczy. W brzezince świeże pędy, poobgryzane przez sarny. Jesion, posadzony przeze mnie przed paru laty zamiast jaworu (dla Laury) zmarniał, ale na środku ścieżki wysiał się jego potomek. Trzeba go będzie otoczyć opieką.

Poniedziałek, 9 czerwca

Przyzwyczajam się do nowego widoku za oknem.

 

 

Szpitalna biblioteczka składa się z książek, których na ogół nie mam ochoty otwierać, ale jak powtarzał Stempowski, kiedy ktoś potrzebuje kawioru, dobry Bóg da mu trochę kawioru. Wydana w dużym formacie, z mnóstwem ilustracji, zaczerpniętych ze strych druków i rękopisów, często po raz pierwszy reprodukowanych – Polska sztuka wojenna w czasach Odrodzenia (Warszawa 1955). Wstęp rozpoczyna obowiązkowe odwołanie do Engelsa, ale potem – ileż się można dowiedzieć z samych obrazków i komentarzy. Na przykład o tym, jak budowano mosty – na przemyślnie umocowanych beczkach albo na poprzecznie do osi ustawionych łodziach. Zachwycający drzeworyt z Ksiąg hetmańskich (wtedy w rękopisie; mam w domu wydaną dziesięć lat temu edycję Marka Ferenca), przedstawiający transport pontonów na wozie. Sarnicki pisze: „Łodzie wielgie, jako te co sól na nich spuszczają, wożą za wojskiem, a iżby ich snadniej wozić tedy jedną w drugą kładą, żeby się zmieściły, jako owo kubek w kubek srebrny wkładają […]”. Albo o budowie mostu wiszącego: człowiek oznaczony literą C płynie na przeciwny brzeg rzeki „mając jeden koniec snurka subtelnego w gębie”, a na pierwszym brzegu człowiek D „popuszcza po trochę tego snurka”, aż można przerzucić przez wodę grube liny.

Wtorek, 10 czerwca

Czytelnicy „NZZ” odpowiedzieli. Tylko nieliczni wierzą w rosyjskie czołgi nad Renem, ale większość respondentów wyraża zaniepokojenie. Obawiają się ataku dronów lub rakiet, ponadto aktów sabotażu i całej tzw. wojny hybrydowej.

*

„Ciało wstaje ze zmartwienia? W czyj sen

spada oliwka? A czy do Ciebie przywiera litera?” [11]

JAN ZIELIŃSKI

[1] Por.: C. A., O novo edificio da livraria Chardron, „O Occidente” z 10 II 1906, s. 27. Jest to artykuł, napisany na zamówienie braci Lello z okazji inauguracji budynku księgarni 13 I 1906 roku.

[2] Zygmunt Krasiński, Listy do Stanisława Małachowskiego. Opr. Zbigniew Sudolski. Warszawa, PIW, 1979, s. 227.

[3] Weronika Murek, Urodziny. Wołowiec, Czarne, 2025, s. 125.

[4] Tamże, s. 111.

[5] Tamże, s. 140.

[6] Tamże, s. 144.

[7] Tamże, s. 172.

[8] Ludwik Figuier, Ziemia i morza, czyli Opis fizyki Kuli Ziemskiej. Tłum. W. Niewiadomski. Tom II. Warszawa 1873, s. 77.

[9] Zofia Zaleska, Zaniechanie. Kraków, Karakter, 2025, s. 101.

[10] Anna Lembke, Niewolnicy dopaminy. Ćwiczenia. Praktyczny poradnik, który pomoże odnaleźć równowagę w epoce obfitości. Tłum. Grażyna Chamielec. Poznań, Zysk i Spółka, 2025, s. 39. Tom główny, Niewolnicy dopaminy. Jak odnaleźć równowagę w epoce obfitości, ukazał się tamże w roku 2023, w tym samym przekładzie.

[11] Wojciech Kass, Solfeż. Warszawa, Iskry, 2025, s. 14 (wiersz Litera).

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (I)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

 

6 stycznia 1982– środa

To już 25. dzień nowego ładu, stanu wojennego albo po prostu 25 Jaruzela (tak by powiedziała Basia T[ryjarska]). Już od miesięcy męczy mnie przymus zapisywania różnych myśli i zdarzeń, ale dopiero dziś robię początek. Ostatnio napisałam list – memuar, który udało mi się wysłać okazją do Ali [Elczewskiej do Kopenhagi] tuż przed wojną. To były czasy pełne optymizmu!

Wieczorem 12 grudnia 1981 roku wracaliśmy z Mirkiem do domu przy Suzina z pokaźnym nakładem materiałów informacyjnych, które szybko i sprawnie odbiliśmy na fantastycznie zmechanizowanym powielaczu, podarowanym „S” nauczycielskiej Mazowsza przez niemieckich związkowców. W drodze z niewielkiego pomieszczenia związkowego w piwnicy przy Cieszkowskiego rozprawialiśmy z zachwytem o możliwościach tego urządzenia i napawaliśmy się poczuciem wolności – nie musieliśmy się kryć, a to co dotąd było bibułą zyskało rangę legalnych publikacji. Spokój mroźnego zimowego wieczora, śnieg skrzypiący kojąco pod butami nie zapowiadały, że czas wolności właśnie się kończy.

Dla nas czas wojny rozpoczął się o drugiej w nocy z 12 na 13 grudnia. Na szczęście, ci co przyszli byli przyjaciółmi, którzy chcieli uprzedzić nas o zagrożeniu. Dowiedzieliśmy się, że zatrzymano prof. Klemensa Szaniawskiego, że byli u Stelmachowskich i trwają aresztowania, że wyłączono telefony (odruchowo podniosłam słuchawkę – rzeczywiście, nasz też – powiedziałam), że nie działają ukaefy [UKF – radiowe ultrakrótkie fale na których znajdują się pasma używane przez krótkofalowców] i teleksy, że jesteśmy odcięci, że się zaczęło. Byłam lekko oszołomiona lawiną informacji, dziewczyna stojąca w drzwiach wydawała się zupełnie obca, Mirek też nie wyglądał na kogoś, kto ją zna, ale powoływała się na Stelmachowskiego, który kazał zawiadamiać kogo się da. Proponowała, żeby Mirek ukrył się u niej i poszła. Tej nocy odbywało się w naszym kościele nocne czuwanie przy podróżującym po Polsce świętym obrazie. Mirek postanowił pobiec do kościoła, żeby się czegoś dowiedzieć. Ubrał się szybko i wtedy sparaliżowała mnie panika. Chciałam iść z nim. Wyjrzeliśmy przez okno. Biel śniegu, cisza, spokój, piękna zimowa noc. Tylko jakby trochę więcej autobusów MZK i co jakiś czas tramwaj. Zakłócały ciszę, w której z kościoła niosły się śpiewy czuwających przy obrazie. Na chwilę udzielił się nam ten spokój. Poszliśmy spać i nie spaliśmy. O szóstej czy siódmej włączyliśmy radio. Mówił Jaruzelski. To, co przez tę noc wydawało się nam niemożliwe okazało się możliwe w całej rozciągłości. To, o czym sądziliśmy, że ma zasięg lokalny – miało zasięg krajowy. Wydawało się nam, że to akcja przeciwko niektórym, nazbyt uciążliwym dla władzy członkom społeczeństwa, a okazało się, że to po prostu wojna wypowiedziana społeczeństwu całemu. Totalna przemoc. To zobaczyłam przede wszystkim. Tego wciąż nie potrafię znieść.

Przed ósmą poderwał nas dzwonek do drzwi. Byliśmy pewni, że to policja, ale na szczęście była to pani Anna [Radziwiłł]. Uświadomiła nam m.in., że nie działają wszystkie absolutnie telefony w mieście. Wymieniliśmy skąpe informacje. Okazało się, że naszą nocną informatorkę Mirek zna – to córka nauczycielki z jego szkoły. Pani Anna postanowiła ruszyć do miasta. Umówiliśmy się znów koło drugiej. Ubrałam Julkę i poszłyśmy do Gajki [Grażyna Kuroń, żona Jacka] – na zegarze kościelnym dochodziła dziewiąta. Dzień był piękny, mroźny i słoneczny, leżał świeży śnieg.Gaja przede wszystkim zapytała o Mirka. Po Maćka przyszło dwóch ubeków „normalnie” obsługujących dom Kuroniów. Byli bardzo zdenerwowani i zachowywali się inaczej niż zwykle. Papier o zatrzymaniu Maćka dygotał facetowi w ręku. Grażyna przepisała z niego coś, co niedokładnie pamiętam, ale na pewno nie przekręcam, tam było więcej określeń (zatrzymany za prowadzenie i wspomaganie antypolskiej i … działalności inspirowanej przez ojca, Jacka Kuronia, na podstawie dekretu z dnia 12 grudnia 1981 r., art. 42 (albo 47)). Zdenerwowani panowie ubecy zachowywali się również nietypowo dla siebie. Przyszli o północy, w mieszkaniu było pełno młodzieży, nikim się nie interesowali, nikogo nawet nie legitymowali, zabrali Maćka i poszli. Powiedzieli jeszcze, że pan Maciej spotka się z panem Jackiem w komendzie Dzielnicy Żoliborz, bo pana Jacka już tu wiozą z Gdańska. Przypuszczamy, że całą KK wygarnęli w Gdańsku, gdzie właśnie obradowała. Wg relacji Gajki Jacek telefonował o ósmej wieczorem bardzo pogodny i zadowolony z obrad, że atmosfera dobra, że się dogadują, że to zaczyna mieć ręce i nogi. Potem z różnych relacji dowiedzieliśmy się, że wyłapano prawie całą KK, ale jednak nie wszystkich. Czytałam relację [Zbigniewa] Janasa, z której wynika, że on i [Zbigniew] Bujak uciekli i początkowo schronili się na terenie stoczni, gdzie spotkali Andrzeja Gwiazdę i [Bogdana] Lisa. Parę dni później wojsko robiło, podczas zajść we Wrocławiu, nieudany desant (z powietrza!) po [Władysława] Frasyniuka, który ukrywał się w PaFaWagu [Państwowa Fabryka Wagonów we Wrocławiu]. [Andrzej] Słowik ukazał się nagle w Łodzi, gdzie urządził ogromną demonstrację. Niestety nie udało mu się uciec. Ostatnie wiadomości – dostał 4 i pół roku.

Od Gajki poszłyśmy do Woroszylskich. Wiktor poszedł, jakby nigdy nic, na Kongres Kultury, który miał właśnie rozpocząć trzeci dzień obrad, Janka pobiegła wspomagać Zosię Markuszewską, której wyłamali łomem drzwi (zabrali Jurka i ich syna). O sposobie z łomem słyszałam już u Gajki. Kiedy tam byłyśmy, przybiegła, jak się okazało z Ursynowa bardzo zdenerwowana dziewczyna z informacją, że B.K. prosił, żeby zawiadomić Jacka („domyśliłam się, że chodzi chyba o Kuronia, nie mogłam się dodzwonić, wszystkie automaty po drodze były popsute, więc przyjechałam”). Dziewczyna była na tyle nieprzytomna, że po nieprzespanej nocy, wyważaniu drzwi łomem przez ubeków, którzy przyszli aresztować jej chłopaka, po przebyciu pieszo całego miasta (ok. 15 km), jeszcze ciągle (w niedzielę 13-tego grudnia o godz. 10 rano) sądziła, że nieszczęście dotknęło jedynie ją i jej chłopaka. Nawet przepraszała, że w niedzielę rano zawraca głowę swoimi problemami.

Tak więc, u Witków zastałam jedynie Natalię, która robiła wrażenie świeżo zerwanej z łóżka, ale jak się okazało, też nie spała tej nocy. Wróciłyśmy z Julką do domu. Było trochę po dziesiątej. Okazało się, że w międzyczasie program radiowy został nieco urozmaicony – o czym za chwilę. Z tego co zdołałam usłyszeć od różnych osób wynikało, że o północy rozpoczęto masowe aresztowania w całej Warszawie (potem okazało się, że w całym kraju). Jednocześnie o północy z minutami wyłączono wszystkie połączenia telefoniczne i teleksowe. Miał też miejsce „skok” na studia radiowe i telewizyjne. Michał powiedział, że o wpół do pierwszej, tj. na pół godziny przed [zwyczajowym] zakończeniem programu III na fali UKF przerwano nadawanie w środku audycji bez jednego słowa wyjaśnienia. Podobnie z programem nocnym na falach długich. Do godziny 6 rano Polskie Radio milczało. TV nie rozpoczęła normalnie pracy. Od szóstej rano do dziesiątej co godzinę nadawano przemówienie Jaruzelskiego, w którym powoływał juntę pod nazwą WRON [Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego]. Nie podawał tam ani jednego nazwiska swoich pomagierów. Informował także o internowaniu „elementów”, zapewne antysocjalistycznych oraz prominentów. Tych ostatnich wymienił z nazwisk (przynajmniej w części). Po Jaruzelskim nadawali muzykę żałobną, aż do nadejścia kolejnej pełnej godziny, kiedy to znów odzywał się Generał i mówił nam, że byliśmy niegrzeczni i będziemy teraz ukarani – wszyscy. O dziesiątej zaczęli nadawać komunikat jakiegoś ciała, też wojskowego, ale chyba tylko w części (odczytano pod tym jakieś nazwiska, nie wszystkie mundurowe), które nie były WRONą, ale chyba KOKiem [Komitet Obrony Kraju] i zachęcano do wysłuchania (ponownego) i obejrzenia w telewizorze szefa WRONy, o godzinie dwunastej. Popatrzyłam na tego faceta w czarnych okularach, który nawet za pośrednictwem kamery nie śmie spojrzeć ludziom w oczy i jak prosta baba przeklęłam go. Mam nadzieję, że nie ja jedna i wierzę, że któraś klątwa go kiedyś dosięgnie. W jakimś momencie zasiedli przed kamerą, ubrani w mundury szeregowców panowie redaktorzy Stefanowicz i Racławicki i przez cały dzień czytali nam dekrety i postanowienia. Nawet trudno było oddzielić to, co nam już zrobiono od tego, co nam jeszcze będzie można zrobić – oczywiście w imię właśnie ustanowionego prawa. Jednym słowem, straszyli nas okropnie. Dowiedzieliśmy się także, że zostaliśmy ukarani zamknięciem kin, teatrów, szkół wszystkich szczebli i że nie możemy się spotykać, że się wprowadza godzinę policyjną, że nie można kupić benzyny (w praktyce okazało się, że również wielu innych rzeczy, np.: taśm filmowych, maszyn do pisania, śpiworów, materacy i namiotów), że zawiesza się działalność wszystkiego co działało itd., itp. Ponadto szeregowi Stefanowicz i Racławicki stale informowali nas za co nas czeka kara śmierci, a za co tylko 15 lat. Szeregowi nawijali przez cały dzień, a ja z satysfakcją zauważyłam, że gdyby ich ganiali na musztrze przez tyle samo czasu wyglądaliby nie gorzej. Pot im się lał z czół, ale go ocierali, chrypieli strasznie, ale popijali wodą i dziarsko, po żołniersku zasuwali do przodu. Bo każdy z nich to „wzorowy żołnierz”. Dlatego pewnie trafili do telewizji.

Wróciłyśmy więc z Julką do domu. Zastałyśmy babcię Jadzię, którą przygnał niepokój – liczyłam na to. Przyszedł też Michał [Braniewski], z którym byliśmy umówieni na niedzielny spacer. A potem zaczęło się lawinowe zadeptywanie naszej podłogi. Przyjaciele chcieli sprawdzić co u nas, czy Mirka nie zabrali, znani nam i nieznani nauczyciele z różnych szkół, również spoza Warszawy chcieli wiedzieć co w tej sytuacji robić. Wszyscy przynosili na butach niesprzątany z ulic śnieg, po którym na wypastowanym parkiecie zostawały kałuże, ale kto by się tym przejmował. To trwało przez kilka dni. Mnóstwo ludzi niepokoiło się o Mirka, wszyscy przychodzili z leninowskim pytaniem. Doszliśmy do wniosku, że internowani mają pod tym względem sytuację luksusową. Już siedzieli i to ich uwalniało od wyborów i decyzji, przed którymi my czuliśmy się postawieni. Pani Anna i inni sugerowali, że Mirek powinien się gdzieś schować.Te sugestie sprawiły, że Mirek przeniósł się do mieszkania Kingi i Maćka Kazanowskich, naszych sąsiadów z piętra, ale wkrótce orzekł, że to nie ma sensu i wrócił do domu. Jak wytłumaczyć przejętej sytuacją czteroletniej Julce wybiegającej na każdy dzwonek do przedpokoju, dlaczego nie powinna każdego przychodzącego informować, że „tata schował się u Maćka”? Żywo uczestniczyła w nowej sytuacji i nie chcieliśmy wykluczać jej z tego co się w domu dzieje. Tymczasem zaczęliśmy zbierać informacje o tym kogo i gdzie wzięli i co się dzieje.

Tej pierwszej niedzieli, wracając do domu od Woroszylskich, zobaczyłam kolejkę obok kina Wisła. Stanęłam w niej odruchowo przekonana, że to do kiosku po gazetę. Ale panowie przede mną i pan za mną wydali mi się jacyś inni, nie wyglądali na zainteresowanych polityką – sprawdziłam – to była kolejka do sąsiadującego z kioskiem punktu to-to. Też nie był czynny, ale to się okazało chwilę później.

Dziś jest środa [6 stycznia]. Mirek już trzeci dzień chodzi do szkoły. Uczelni jeszcze nie uruchomiono – z wyjątkiem studiów dla pracujących i lat dyplomowych. W poniedziałek byli u nas Irena i Staszek, siostra Mirka i jej mąż – źródło naszych informacji z kręgów wojskowych. Szkoły średnie mają dostać swoich komisarzy, a nauczyciele deklaracje lojalności do podpisania. Niewykluczone, że mnie też to czeka. Rektorowi Samsonowiczowi powiedziano, że może uruchomić uniwersytet między 15 a 20 lutego, ale na własną odpowiedzialność. Jeśli nie – decyzja będzie przez WRONę odroczona do 1 października, a studenci pójdą do wojska. Samsonowicz oświadczyć miał, że otwiera uniwersytet pod trzema warunkami: (1) UW zajmuje się sprawami swoich pracowników i studentów, którzy zostali internowani lub aresztowani, (2) zostanie uruchomiona działalność wszystkich ciał samorządowych uczelni, (3) nie będzie weryfikacji pracowników i studentów. Trzeci warunek był dla komisarza kłopotliwy i powiedział, że musi się skontaktować z WRONą. Tak więc, jest bardzo prawdopodobne, że zostaniemy oboje bez pracy. Trzeba pomyśleć nad tym jak żyć, z czego żyć, żeby żyć pożytecznie.

[Hanna] Świda zrobiła nam (tj. Pracownikom IPSiR) miły podarunek noworoczny. Zabroniła cokolwiek, gdziekolwiek podpisywać, bez powiadomienia jej [tj. Dyrektora Instytutu] o tym. Myślę, że dla wielu osób to może być ważne i zwiększy ich poczucie bezpieczeństwa. Ale co się odwlecze… Chociaż zawsze jest możliwe, że w czasie tego odwlekania kogoś odpowiedniego szlag trafi. Aż się sama dziwię skąd we mnie takie pokłady nienawiści. Jak ja się ogromnie cieszyłam, że mróz taki siarczysty. Jak marzyłam, żeby przeciągnąć cienki drut w poprzek Słowackiego – to by uszkodził żołnierzy wychylających głowy z włazów galopujących tu skotów i bewupów. Kiedy pomyślę o pojedynczym żołnierzu to mi ich żal, ale odganiam od siebie takie myśli. Niech marzną, może to ich sprowokuje do buntu. Dlaczego dają się tak bezmyślnie używać do wszystkiego. Czy każdy, komu założy się mundur przestaje mieć wolną wolę? Ten zupak, ze swoim zupackim myśleniem na pewno tak uważa, a nawet więcej. Uważa, że społeczeństwo, tak jak oddział wojskowy, można postawić na baczność, wydać komendę i wszystko jest załatwione. Można wydać komendę, że realizujemy reformę gospodarczą i wydał ją. Trzy „S” w stanie wojennym. Samorządność, samofinansowanie i samodzielność przy jednoosobowym kierownictwie. Trzeciego dnia stanu wojennego rozkoszny szeregowy Racławicki, stosownie modelując głos, ucieszył nas rewelacyjną wiadomością, że po raz pierwszy od kilku lat, w ostatnich dniach zaobserwowano wzrost dochodu narodowego. Gdzie znajduje się obserwator? W terenie. Tak nas uczyli w Studium Wojskowym. A teraz nawet się nie obejrzeliśmy i wszyscy siedzimy w gigantycznym studium wojskowym. Ktoś znajomy powiedział, że to będzie gigantyczny łagier. Może tak będzie, jeśli okaże się, że nie jesteśmy dość pilnymi studentami tej wojskowej uczelni. Szeregowy Racławicki i jego koledzy wykazują nam, że należy wyzbyć się nie tylko wolnej woli, ale i rozumu. Bo trzeba stracić rozum – nawet jeśli się go miało niewiele, żeby najpoważniej w świecie opowiadać bzdury znane dotąd jedynie z dowcipów. Skąd wyszedł nieprzyjaciel? Znienacka – odpowiadają szeregowi Racławicki, Stefanowicz, Tumanowicz, a pan porucznik ich chwali. Nawet pan porucznik, chociaż obcy dotąd w TV, więc przyszedł chyba prosto od WRONy, nie wyzbył się tak dokładnie woli i rozumu, jak wymienieni szeregowcy, wzorowi żołnierze. Dziarsko i sprężyście przeczytał nam jeden z nich wiadomość o zamordowaniu siedmiu górników w kopalni „Wujek”. Pan porucznik czytający komentarz do tej wiadomości nie wyglądał tak jednoznacznie jak jego szeregowiec. Głos z trudem z siebie wydobywał, chociaż tekst był „słuszny”.

Nienawiść. Zbiera się w nas wszystkich. Uchodzi drobnymi szczelinami w fantazjach, dowcipach, które już zaczynamy opowiadać. Czy będzie tak uchodzić, czy któregoś dnia wybuchnie? Podobno na Śląsku (wiadomość z Gliwic) wszystko się gotuje. Górnicy czekają na lepszą porę roku. Nastroje są odwetowe po tym, co się tam stało. Ale tymczasem dali zabrać spośród siebie tych, co mają zapłacić za strajki. W Hucie Katowice już zapłacili. Wyroki od siedmiu lat więzienia. A co będzie z tymi z Piasta, z Wujka? A tymczasem chodzimy naładowani i bezsilni. Im więcej bezsilności, tym więcej nienawiści. Sąsiad maltretuje się słuchaniem TV i zapisuje nazwiska. Założył kajecik i robi listę nazwisk do późniejszych porachunków. Wierzy, że taka chwila nadejdzie. Mirka dyrektorka jechała samochodem. Zatrzymało ich ZOMO. Czy jest jakiś ładunek? – zapytał zomowiec. Ładunek nienawiści – odpowiedziała. Podobno odszedł jak zmyty. Ale przyzwyczai się i do tego. Widocznie ten egzemplarz zomowca nie był tak wzorowo ukształtowany, jak ci z telewizora. Ale będziemy się spotykać z nienawiścią i będziemy ją odwzajemniać, aż przestanie być ważne „kto zaczął”. Właśnie Mirek przyniósł dowcip: Jaki jest najniższy stopień wojskowy? Spiker telewizyjny.

Tymczasem tłumy ludzi siedzą lub idą siedzieć. Nielicznych zwalniają i to nie zawsze po podpisaniu przez nich deklaracji lojalności. Ostatnio (w Sylwestra) puścili Teresę Bogucką. Od 15 grudnia była w Jaworzu k/Drawska, w dobrych warunkach, w ośrodku wczasowym, wojskowym, na poligonie. Jest tam wielu znajomych. Dzisiaj pojechały tam w odwiedziny Janka i Wiera. Zobaczymy jakie wiadomości przywiozą.

Obejrzeliśmy właśnie wybitny program telewizyjny pt. Dokąd zmierza WRONa. I z czyjej inspiracji, chciałoby się dodać. Trzech wybitnych „ornitologów” (prof., prof. Markiewicz, Ryszka i Wiatr) zasiadło w towarzystwie czwartego i starało się zasłużyć na miano wzorowego żołnierza, stwarzając czwartemu nieustające okazje do podsumowań w rodzaju: „Należy podkreślić, że wszystko co w programie «Solidarności» było pozytywne, zostało przejęte z programu partii”. W sumie dowiedzieliśmy się, że WRONa zmierza we właściwym kierunku, chociaż kierunek ten musi chwilo przed nami pozostać tajemnicą i panowie profesorowie WRONę popierają, bo jest ona jak lekarz, który musi leczyć pacjenta, jeśli jest on w kryzysie, bo inaczej będzie zejście. A pan Ryszka to by wolał, żeby zejścia nie było, tylko żebyśmy zaczęli obserwować poprawę, wzrost, żeby krzywa rosła. Chociaż zaznaczył jednocześnie (jako historyk): „nigdzie nie jest powiedziane, że naród MUSI zginąć, przepraszam państwa, może nie zginąć”. Tak więc kochajmy WRONę.

 

 

7 stycznia – czwartek

Szkoda, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Teraz jesteśmy już zmienieni przez te 25 dni edukacji wojennej (dziś 26 Jaruzela). W pierwszych dniach uczyliśmy się, że to, co jeździ po ulicach to nie czołgi, chociaż podobnie wyglądają, ale skoty (te na kołach) i BeWuPy (te na gąsienicach). A może odwrotnie – nie jestem bardzo dobrą uczennicą. Dowiadywaliśmy się (z podsłuchu na przestrojonym UKF-ie w [domowym] radiu), że jak jeżdżą w kółko po Śródmieściu kolumny tych wojskowych pojazdów – to się nazywa akcja TUNEL i mamy się bać. Dowiadywaliśmy się, że prawdziwe czołgi stacjonują w znacznej liczbie w Puszczy Kampinoskiej. Ktoś przyjechał z Gdańska – zawodowy kierowca – i wszystkie jego informacje potem się potwierdzały. Wyjechał z Gdańska 17 grudnia o 9 rano. Tam nikt nie przestrzega godziny policyjnej, ludzie masowo wychodzą na ulice. Także w ciągu dnia, chodzą dużymi grupami. Stale mają miejsce bójki z milicją. Po drodze do Warszawy kierowca widział bardzo dużo uszkodzonego, niesprawnego sprzętu wojskowego. Wielu żołnierzy bardzo zmarzniętych.

A pogoda w tych pierwszych dniach wojny była piękna. Mnóstwo śniegu, mróz poniżej -10˚C. Cicho, biało, spokojnie i pięknie. Dopiero podczas świąt zaczęło się gwałtownie ocieplać. Ostatnio były ulewne deszcze. Cała biel spłynęła. I nagle wczoraj w ciągu dnia temperatura opadła z +6˚C do -12˚C. Jest wściekły mróz, wieje wiatr. W nocy spadło trochę śniegu. Janka [Woroszylska] i Wiera [Drawicz] pojechały wczoraj do Drawska. Będą miały okropną podróż.

Teraz znów będą cierpieć szeregowi żołnierze. Będzie im zimno. Podobno pełnili służbę po 12-18 godzin z krótkimi przerwami na rozgrzewkę w samochodzie. Było mi ich żal. Ale teraz już nie. Mogą odzyskać swoją wolną wolę. To są trudne wybory, ale nas też nie postawiono przed łatwymi.

Ciągle jeszcze członkowie partii oddają czerwone legitymacje. Podobno po ogłoszeniu stanu wojennego to się działo lawinowo. Tak, jakby ta nowa i zagrażająca sytuacja wyzwoliła decyzje tych, którzy się dotąd nie mogli zdecydować z obawy o konsekwencje tego kroku. Od strony WRONy zaczynają dochodzić zdania o konieczności weryfikacji szeregów partyjnych. Jeśli nie zdecydują się szybko, to szeregi zweryfikują się same.

Te pierwsze dni to jednak przede wszystkim zbieranie i przekazywanie informacji. Kto i gdzie siedzi, co się dzieje w poszczególnych zakładach pracy. Bardzo trudno i mozolnie odtwarza się komunikacja między ludźmi. Często nie mieliśmy swoich adresów – jedynie telefony. Ale odnajdujemy się powoli. Drugiego dnia założyłam kartotekę osób zatrzymanych. Próbowałam sprawdzać wiarygodność otrzymywanych informacji. Szybko zrezygnowałam z prowadzenia tej kartoteki. Okazało się, że przy kościele św. Marcina coraz sprawniej działa grupa ludzi. Zbierają informacje o internowanych i aresztowanych, przyjmują i przekazują paczki imienne i bezimienne. Uwijają się jak mogą, ale starania o zalegalizowanie ich działalności są ciągle bezowocne. Zaczęły się wizyty w więzieniach. Zaczęliśmy lepiej wiedzieć kto gdzie jest. WRONa stale segreguje zatrzymanych. Niektórych przewozi z Białołęki do Jaworza (tam była Teresa), niektórych zwalnia. W Białołęce warunki były początkowo bardzo złe. Prof. [Klemens] Szaniawski przez całą noc był przetrzymywany w celi z wybitym oknem, w towarzystwie czterech robotników, których zabrano w piżamach. Podobno w wielu przypadkach cele były tak zatłoczone, że nie można było usiąść.

W pierwszych dniach stycznia, jeszcze było mroźnie i biało, Mirka zawiadomili, że ma niezwłocznie oddać klucz do lokalu związkowego przy Cieszkowskiego. Ale przecież nie mógł pozwolić, żeby został tam fantastyczny powielacz, papier i inne przydatne rzeczy. Przez łańcuszek kontaktów rozesłał wiadomość i dość szybko przyszła odpowiedź: dostarczyć powielacz w wyznaczonym dniu i godzinie na dworzec autobusowy Marymont. Mirek zdobył gdzieś/pożyczył wózek, jakim mleczarze wozili butelkowane mleko, które dostarczali pod drzwi, ubrał się w swój dorożkarski kożuch do ziemi i poszedł. A ja, żeby nie denerwować się w domu pojechałam z Julką do św. Marcina.  Spotkałam tam Teresę, która opowiedziała o swoim powrocie z Jaworza, w Sylwestra, z przesiadkami, pustymi pociągami. Kiedy wróciłam do domu Mirek już był. Misja się powiodła, nikt go nie zatrzymał, kiedy ciągnął załadowany wózek chodnikiem ulicy Słowackiego. Starszy wyprostowany pan, powstaniec warszawski znów w swoim żywiole, odebrał sprzęt i dyskretnie rozglądając się wokół kazał Mirkowi znikać. Musiał mieć gdzieś ukrytych pomocników, bo powielacz miał swoją wagę i rozmiar. Ale przedtem oburzył się na Mirka, bo uznał, że nie zachował zasad konspiracji. Na szczęście powielaczowi nic nie zaszkodziło, dzielnie drukował przez cały stan wojenny dla jednej z podziemnych oficyn wydawniczych, jak się potem dowiedzieliśmy.   

 

8 stycznia – piątek

Wczoraj zebranie w Instytucie. Zaczynamy zajęcia 25 stycznia. Na poprzednim spotkaniu (w Sylwestra) [Hanna] Świda relacjonowała z tzw. odprawy rektora z dziekanami, że: WRONa przedstawiła rektorowi UW (i prawdopodobnie rektorom innych uczelni) alternatywę, że może uruchomić uniwersytet od 15 stycznia na własną odpowiedzialność tzn. że odpowiadałby osobiście „za spokój w uczelni” lub, jeśli nie podejmie takiej odpowiedzialności, WRONa odroczy decyzję o uruchomieniu zajęć do 1 października, a studenci zostaną powołani do wojska. Samsonowicz miał oświadczyć, że otworzy uniwersytet, ale pod trzema warunkami tj.: (1) prawo uczelni do starań na rzecz uwięzionych i internowanych pracowników i studentów, (2) przywrócenie działalności ciał samorządowych uczelni oraz (3) nieprzeprowadzenie przez WRNę tzw. weryfikacji pracowników i studentów. Generał [Edward] Włodarczyk (kierownik Minist. Nauki, Szk. Wyższego i Techniki) miał przystać na dwa pierwsze warunki, a trzeci wymagał konsultacji z WRONą. Na wczorajszej „odprawie z dziekanami” rektor Samsonowicz poinformował, że WRONa przystała na warunek trzeci. Zaczynamy więc 25 stycznia, ale oczywiście zgoda na trzeci warunek oznacza jedynie tyle, że zaczynamy bez weryfikacji, ale nie oznacza niestety, że nas to w ogóle ominie. Pytanie, kiedy? Czy 26 stycznia, czy w lutym, w marcu… […]. Podobno w niektórych wielkich zakładach przemysłowych (np. w stoczni) postanowiono, że wszyscy podpisują deklarację lojalności, żeby nie było lepszych i gorszych, żeby się nie dać podzielić. Myślę, że jest to słuszne, ale niekoniecznie w szkołach i uczelniach, gdzie podpisanie takiej deklaracji ma inny wymiar i jednocześnie daje IM prawo do nowych roszczeń. Pracującemu przy maszynie można stawiać mniej wymyślne wymagania niż pracującemu z drugim człowiekiem lub dla duszy drugiego człowieka. Pocieszająca jest wiadomość, że jeden z lepiej spełniających oczekiwania władzy kowali dusz, „wybitny pisarz” [Wojciech] Żukrowski ma kłopoty przy porannym otwieraniu drzwi swojego mieszkania z powodu zalegających pod nim stosów książek swojego autorstwa znoszonych tam przez niewdzięcznych czytelników. (Żukrowski przemawiał do nas z telewizora w pierwszych dniach stanu wojennego zachęcając do zachwytu).

Wracając do spraw uczelni. Jeszcze w Sylwestra Świda powiadomiła nas, żeby nie podpisywać żadnych oświadczeń ani zobowiązań, bez powiadomienia jej i uzyskania jej zgody jako dziekana i „jednoosobowo odpowiedzialnego” zwierzchnika. Stan wojenny ma swoje prawa i trzeba ich przestrzegać. Dziś dowiedziałam się, że podobnej instrukcji udzielił dziekan matematyki.

Po południu poszliśmy do Janki odebrać nasze ucałowania od Wiktora. Podróż miały dobrą, dotarły szczęśliwie. Witek czuje się lepiej. Warunki mają ciągle jeszcze dobre, chociaż zaostrzono im reżim i zmieniono personel wojskowych, chyba na służby więzienne.

Dziś w autobusie sarkastyczny okrzyk „wolna Polska” na widok pięcioosobowego patrolu (oddziału?) uzbrojonego po zęby w broń maszynową. Chyba ktoś im pokazał język z autobusu albo zrobił jakąś minę, bo nagle odwrócili się plecami do autobusu stojącego na światłach i tak trwali aż ruszyliśmy. W tramwaju chłopczyk najwyżej czteroletni do taty: Zobacz, czołgi! To nie są czołgi, to wojskowe transportery opancerzone, tam w środku siedzą polscy żołnierze – tłumaczy tata. A gdzie są Niemcy?

Co mówić dzieciom? Ile własnej nienawiści wolno im przelać? I czy w ogóle uczyć nienawiści? Jak tłumaczyć ograniczenia? Przecież nie kłamstwem. Julka szybko przestała zadawać pytania. W tych pierwszych dniach od razu wyczuła, że po naszej odpowiedzi „…nie można, bo jest wojna” nie zadaje się rytualnego pytania „dlaczego”, ani „co to jest?”. Szybko natomiast zaczęła marzyć. Mamusiu, jak się skończy wojna to… Kilka razy oświadczyła też nam, w dużej niepewności, że lubi żołnierza, bo jak raz stała [z babcią] w kolejce w Merkurym, to żołnierz się do niej uśmiechał. To było w pierwszym tygodniu tej cholernej wojny. Nie potrafiłam się wtedy zdobyć na żadną odpowiedź na to nieme pytanie w jej oczach: mamusiu, to dobrze, czy to źle? Bo przecież stale bluzgamy na tych żołnierzy w telewizorze.

 

11 stycznia – poniedziałek

Do przedszkoli, domów dziecka, szkół podstawowych, szpitali, domów opieki napływają „dary” od naszych „przyjaciół” z enerdowa i Związku Radzieckiego. Dzieci dostają od Rosjan cukierki (to w przedszkolu Julki) i popsute zabawki, zniszczoną, brudną odzież od Niemców. Paczki enerdowskie zaopatrywane są w ulotki, bądź oficjalne („dla polskich dzieci cierpiących na skutkach kontrrewolucji”), bądź nieoficjalne („polskie świnie” itp.). To są relacje naocznych świadków, rodziców „obdarowanych” dzieci. Taką oficjalną ulotkę Mirek widział na własne oczy.

Wczoraj WRONa znów nas nagrodziła. Włączono nam telefony. Małgosia Lanota powiedziała, że powinniśmy być wdzięczni za prezent tj. cztery tygodnie bez telefonów. Nauczyliśmy się bez nich obywać. To bardzo ważna umiejętność. Żmudnie powiązaliśmy pozrywane nici kontaktów i teraz mogą one istnieć niezależnie od tego czy telefony są włączone czy nie. Uprzedzono nas o kontrolowaniu rozmów telefonicznych. Dzwoniłam dziś do Teresy i zanim odezwała się centrala usłyszałam mechaniczny głos „rozmowa kontrolowana”. Podobno także przychodnię na Waryńskiego wyposażono w ten luksus. Acha, i Joasia Szpakowska (ze szkoły Mirka) ma go także.

W niektórych szkołach szaleją komisarze. Wygłaszają pogadanki dla uczniów i nauczycieli (oddzielnie) – papka radiowo – telewizyjna. W Lelewelu [warszawskie 41 LO] jeszcze się nie pojawili. Akcja miała być przeprowadzona we wszystkich szkołach średnich i ostatnich klasach szkół podstawowych i zakończona do 10 bm, czyli do dziś. Jakoś kadry nie wystarczyło. We Wrocławiu, w jednym z liceów na spotkanie z komisarzem kilkoro nauczycieli i cała jedna klasa maturalna stawili się w żałobie. W Rejtanie zorganizowano przerwę milczenia na znak protestu przeciwko uwięzieniu dwojga nauczycieli tej szkoły. Przez całą przerwę uczniowie kucali na korytarzach. Milczeli też wszyscy nauczyciele z wyjątkiem dyrektorki i komisarza, których wrzaski niosły się po szkole.

Podobno w ciągu pierwszych sześciu dni zwolniono z wojska ok. dwa tysiące oficerów i podoficerów. Mają też mieć miejsce przypadki dyskutowania nad zasadnością rozkazów.

Napływają makabryczne relacje ze Śląska o akcjach w strajkujących kopalniach. W „Wujku” służba zdrowia walczyła z ZOMO o rannych i zabitych. ZOMO usiłowało ukryć rannych i zabitych od kul. Ciężko pobito kilku pracowników służby zdrowia.

Słuchamy teraz radia. Niestety daje się złapać w możliwych warunkach jedynie Głos Ameryki. Słuchają wszyscy. Kiedy się wyłączy radio przez ściany dalej słychać każde słowo. Bardzo mało wiadomości. W pierwszych dniach słuchaliśmy „wrogiego” radia na ogromnych emocjach. Słuchaliśmy wiadomości o masowych manifestacjach i wiedzieliśmy, że jeszcze kilka dni i się skończą, bo ile czasu można manifestować, nawet w bardzo ważnej i dobrej sprawie. Z przyjemnością słuchaliśmy znajomego głosu Irki Lasoty i nawet wyobrażaliśmy sobie jak się uwija, dwoi i troi. Ale ciągle czuliśmy się okropnie odcięci i osamotnieni. Bezsilni. Krzepiący był artykuł Czesława Miłosza (krąży już w odpisach). I stopniowo coraz więcej wiadomości w dziennikach, dotyczących spraw obcych nam, chociaż niewątpliwie ważnych dla świata. Zrobiliśmy się strasznie egocentryczni. Ale czy to takie dziwne?

Ostatnie dwa dni spędziliśmy przy Mirkowej pracy magisterskiej. Musi mieć magisterium, żeby dostać stały etat w szkole. A Dyrektorki powiedziały, że bez tego tym razem już go nie wybronią przed zwolnieniem, a ściślej, nieprzedłużeniem umowy. Skończył pisać, a ja przepisywać. Jutro zanosi promotorowi do poprawek (mam nadzieję, że nie będzie ich dużo) i jedzie do Białegostoku ustalić termin egzaminu magisterskiego. Jeśli to nastąpi będę miała męża magistra i będę drugą osobą, która skorzystała na stanie wojennym. Pierwszą jest, zdaniem mamy Topińskiej „stara Blumsztajnowa, która nareszcie dopięła swego”. Sewka wraz z Zosią i Blumcią wojna zastała w Paryżu. To oczywiście nie przeszkodziło WRONie umieścić go (a także Wojtka Karpińskiego i Mirka Chojeckiego, którzy są w Stanach) na liście osób internowanych i odczytać tego w TV. Jeszcze inne fakty świadczące o tym, że zamach został przygotowany znacznie wcześniej – nie zawieszono Polskiego Towarzystwa Informatycznego, które zarejestrowało się w maju i „wrogiej” organizacji PATRONAT (opieka interesów więzionych) zakładanej przez Romaszewskich, której szef – Tolek Lawina – siedzi w Białołęce (zarejestrowana w lipcu). Po ogłoszeniu stanu wojennego członkowie tej organizacji zdążyli zlikwidować jej konto (kilkadziesiąt tysięcy złotych) i przelać pieniądze na prymasowski komitet pomocy internowanym.

Wczoraj wieczorem szybka wizyta u Ireny. Zdążyliśmy wrócić do domu za trzy jedenasta. Ktoś donosi w Mirka szkole i to w dodatku gorliwie, bo zmyśla.

Już w tym miesiącu ma być wprowadzona podwyżka. Ceny zawrotne (schab 360 zł za kg, kostka masła 60, cukier 46 za kg, centr. ogrz. 8 zł za m2 (obecnie 3 zł). Gaz i elektryczność nas zrujnują. Będziemy biedę klepać. Najgorsze jest to, że nie wierzę, żeby ta „regulacja” cen mogła coś poprawić. W ogóle się tym bardzo nie emocjonuję.

Dzwoniła Ola Szymanowska. Teodora wyrzucili z pracy. Rozumiem z tego, że nie podpisał deklaracji. Ma szczęście, że skończył już 45 lat i nie podlega obowiązkowi pracy. Pewnie chętnie posłaliby docenta do łopaty. T. chodzi teraz po lekarzach, chce przejść na rentę. My jesteśmy za młodzi i za zdrowi.

PAULA SAWICKA

Gałczyński: ironia, filologia i przeznaczenie

Istnieje coś takiego jak tajemnica lirycznego dzieła Gałczyńskiego, czy po prostu: tajemnica Gałczyńskiego. Ma ona, jak mniemam, trzy wymiary. Najpierw: wymiar biograficzny.

Jak wiadomo, sam Gałczyński pozostawał pisarzem uwikłanym w polityczne wybory strasznego wieku XX, jego południowej godziny zawieszonej między dramatycznym momentem przedwojnia a tragiczną chwilą powojnia. Obie te chwile zakończone były przez polityczną totalność: ideologie nacjonalizmu i komunizmu. Pisarz lawirował między Scyllą jednej skrajności a Charybdą drugiej. Próbowano go na różny sposób łączyć z politycznym wymiarem, zazwyczaj gorzko oceniając jego wybory ideowe.

Najłagodniej rzecz ujmując, nazywano go, i wciąż tak się go nazywa, człowiekiem słabym, który nie miał dość siły, by się totalnościom i ideologicznym naciskom przeciwstawić. W wersji skrajnej sam bywał nazywany totalistą.

I tu właśnie odsłania się zjawisko prawdziwie tajemnicze: o Gałczyńskim mówi się przez całą drugą połowę XX wieku aż po dziś dzień, że niezależnie od biografii był po prostu wielkim poetą. Stwierdzenie to padnie zarówno z ust przedstawicieli lewicowych elit, jak i reprezentantów opcji narodowej, konserwatywnej, prawicowej. Do takiej opinii przychyli się Polak z kraju i polski emigrant z Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Jakkolwiek z negatywnych opinii o drogach życiowych i politycznych Gałczyńskiego można ułożyć niemałą antologię, to zawsze – podkreślę zawsze – opinie te prowadzą do zaprzeczającego im wniosku: „Ale cóż to był za poeta, ach, co za liryk, jaki kpiarz, talent nad talenty!”.

 

 

Chyba najpiękniej dokumentuje tę – jak ją nazwać? – dwójjednię myślenia o Gałczyńskim opinia Czesława Miłosza, który z jednej strony wpisał poetę jako Deltę w panoramę umysłów skolonizowanych przez ideologię w Zniewolonym umyśle (1953), ale z drugiej powtarzał odważnie i jakby na przekór sobie: „O ile upodobanie do wszystkiego, co plebejskie, pchnęło go przedtem w kierunku prawicy, o tyle teraz z równą gorliwością i szelmowskim grymasem grzmiał przeciwko mieszczaństwu i reakcji. A masowe audytorium, jakie sobie zyskał, było dużo większe niż to, jakiego się mógł spodziewać przy poprzednim zaangażowaniu po stronie prawicy. Codzienny język ze wszystkimi swymi ironicznymi skrótami, który tak pociągał niektórych poetów Skamandra, w Gałczyńskim znalazł idealnego interpretatora. I cały ten ton polskiej poezji ostatnich dziesięcioleci, ta mieszanina powagi i makabrycznego humoru byłaby nie do pomyślenia bez niego. Modląc się do Apollina i Matki Boskiej, Gałczyński nie tylko był błaznem; sam sobie przypisywał rolę średniowiecznego kuglarza Najświętszej Panny, człowieka słabego, pijaczyny, wagabundy rzuconego w świat obcy prawdziwym pragnieniom jego serca, ale usiłującego przeżyć i dać ludziom trochę piękna. Z racji tej groteskowej mieszaniny poetyckich kostiumów wziętych z różnych epok oraz upodobania do mitologii klasycznej, można by powiedzieć, że Gałczyński na nowo ożywił polską poezję barokową”.

To pisał Miłosz, którego – pamiętajmy – Gałczyński uczcił czy uraczył Poematem dla zdrajcy. U kresu długiego życia, rozliczając ten bolesny dla siebie epizod, autor Kronik znów zauważył z wewnętrznym rozdwojeniem: „Odtworzenie aury pewnych okresów historii jest bardzo trudne. Być może zależy to od układu planet, w którym to wypadku astrologia miałaby wielką przyszłość. W każdym razie rok 1968, kiedy prawie równocześnie na dwóch kontynentach zaczęły się dziwne rewolty, wskazywałby, że może i u szczytu zimnej wojny, w 1951 roku, planety działały podobnie, tylko na odwrót. Myślę jednak, że niezależnie od niebieskich mocy Gałczyński, do którego poezji mam wiele sentymentu, trochę się wygłupił. Dlaczego napisał Poemat dla zdrajcy? Moim zdaniem, spełniał społeczne zamówienie na rodzaj egzorcyzmu, ściślej – zamówienie środowiska literackiego”.

A zatem tonacja ta rozbrzmiewa wszędzie, gdzie czytamy o Gałczyńskim, że co najmniej dziwne były jego wybory życiowe i polityczne, ale… ale cóż to za poeta, jak nie mieć dlań „sentymentu”? Pytanie retoryczne. Łagodne usprawiedliwienie liryka rozbrzmiewa od międzywojnia aż po rok 2025.

31 marca 1953 roku Stanisław Baliński, pisarz niezłomny wobec pokus komunistycznej dyktatury, pisze do Jana Lechonia o sytuacji literatury krajowej: „Ani Dąbrowska, ani Nałkowska tak się nie pohańbiły, jak Gałczyński, Iwaszkiewicz i Tuwim”.

Jest i drugi wymiar tajemnicy Gałczyńskiego. Choć kultura polska dopracowała się całkiem sporej liczby znakomitych gałczyńskologów, to istota jego liryczno-ironicznego talentu pozostaje nierozwikłana. Piszę to bez smutku, a ze słodko-gorzko-zabawną satysfakcją, bo wiem, że od czasów Trembeckiego, Malczewskiego i wieszczów znaczy to, iż mamy do czynienia z absolutnym klasykiem, genialnym twórcą, talentem Bożym. Ironicznie wezwawszy do wzmożenia poszukiwań tajemnicy orfejskiego geniuszu poety z Leśniczówki, dorzucę, iż pewien jestem, że zwycięstwo nauki nad tą tajemnicą pozostanie i tak odległe. To po prostu ludzki i nieludzki talent.

Oczywistą kwestią jest w takim razie istnienie kulturowego wymiaru tajemnicy Gałczyńskiego: to, że się ona wciela we wciąż nowe formy życia kultury polskiej, czy rozumieć ją jako narodową, czy jako obywatelsko-wspólnotową. Nadal wypada mówić Gałczyńskim. Tak, na przykład, jak w 2016 roku Olga Lipińska: „Jednak Gałczyński był oczywiście najwspanialszym, był wielkim poetą o niesłychanej anarchicznej, nieokiełznanej wyobraźni. I po latach, kiedy już przestałam robić kabarety w telewizji, postanowiłam powrócić właśnie do Gałczyńskiego”. Co roku też przynajmniej kilka tomów poezji nowej, najnowszej dialoguje z Gałczyńskim (by już tylko wspomnieć o robiącym „karierę” na własną rękę poemacie Ba! Wojciecha Kassa).

W kulturowym pamiętaniu Gałczyńskiego bez przerwy wiele się dzieje. Przede wszystkim okrzepło – po dwudziestu pięciu latach heroicznej („po gałczyńskiemu”) działalności Jagienki i Wojciecha Kassów – jego Muzeum w Praniu. To już potężna, ogólnopolska placówka – świetnie rozgrywająca walkę o Gałczyńskiego z pomocą innych niż on, współczesnych twórców, których do siebie zaprasza, a z drugiej strony uwodząca gości nie tylko „mitem” mazurskim Gałczyńskiego, ale nową, czarującą ekspozycją.

Wraz ze śmiercią Kiry Gałczyńskiej (1936–2022) rozpoczął się inny etap dialogu z poetą i jego dziełem. Tak dzieje się zawsze, gdy odchodzą strażnicy, powiernicy, opiekunowie Życia i Dzieła. I Życie i Dzieło uwalniają się wtedy i otwierają na nowe świadectwa biografii i interpretacje spuścizny. Zapytajmy również: czy nie warto jest pomyśleć o dziełach wszystkich Gałczyńskiego, najosobliwiej wszystkich – i do tego krytycznych, naukowych? Jakkolwiek ta uczona idea kłóci się z burszowsko-dandysowskim charakterem dokonań tego Lirycznego Anarchisty.

JAROSŁAW ŁAWSKI

Fragment wstępu do tomu „Konstanty Ildefons Gałczyński. Biografia i wyobraźnia. Studia”. Red.: Wojciech Kass, Jarosław Ławski. Białystok, Prymat, 2025.

„Matka” przyprawia o dreszcz

 

 

U nas ciekawy jest Witkiewicz.

Umysł drapieżny. Jego książek

Nie czytać prawie obowiązek.

W ciągu najbliższych stu lat chyba

Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,

Aż ta formacja, co go znała,

Stanie się już niezrozumiała,

I jaka była w nim trucizna

Najlepszy spec się już nie wyzna.

Czesław Miłosz, Traktat moralny (fragm.)

 

Trudno uwierzyć, że był tylko jeden artysta i myśliciel Stanisław Ignacy Witkiewicz (1885–1939). Był tak wszechstronny i twórczy, że jego dorobkiem można by obdzielić kilka życiorysów. Napisał około czterdziestu dramatów, cztery powieści, dziesiątki rozpraw filozoficznych i estetycznych, recenzji, reportaży, esejów, artykułów krytycznych i polemicznych oraz kilka tysięcy listów. Jako autor Narkotyków i Niemytych dusz wstąpił do szeregu wychowawców i przewodników społeczeństwa. Był malarzem, rysownikiem, pionierem fotografii psychologicznej i performansu, założycielem awangardowych teatrów, reżyserem i scenografem, projektantem ilustracji książkowych i ekslibrisów. Sformułował teorię Czystej Formy i oryginalny system ontologii ogólnej – monadyzm biologiczny. Dokładnie sto lat temu stworzył najsłynniejsze w Polsce przedsiębiorstwo artystyczne – Firmę Portretową „S. I. Witkiewicz”, w ramach której uwiecznił pastelowymi kredkami tysiące wizerunków Polek i Polaków. Wiele lat po jego samobójczej śmierci jego wiersze stały się tekstami przebojowych piosenek.

Przez pół życia realizował też wielkie przedsięwzięcie autokreacyjne – wciąż na nowo wymyślał siebie jako Witkacego. Miał wielkie poczucie humoru – w mowie, piśmie i uczynku. Bywał duszą towarzystwa, stroił miny, naśladował głosy, zabawiał dzieci przyjaciół, inscenizował sesje fotograficzne. Dla uatrakcyjnienia codzienności wymyślał prześmieszne szpryngle – potrafił zburzyć eleganckie przyjęcie wprowadzeniem gromady głodnych znajomych, płacić kotletem wyciągniętym z portfela, publikować dla zgrywy bzdury o rynku drzewnym w prasie handlowej. Ważne było, by się nie nudzić i nie zadzierać nosa.

Dramaty zaczął komponować już w dzieciństwie, niczym hiszpański mistrz komedii, Lope de Vega. Wśród Witkiewiczowskich juweniliów – do dziś chętnie wystawianych na scenach polskich i zagranicznych – najbardziej znane są Karaluchy. Nigdy nie porzucił dramatopisarstwa – ostatnią sztukę teatralną, Miazmat, ukończył trzy miesiące przed wybuchem II wojny światowej.

 

W. Ślewiński, „Portret Stanisława Ignacego Witkiewicza”. Muzeum Narodowe w Krakowie.

 

Matkę – niesmaczną sztukę w 2 aktach z popularnym epilogiem pisał krótko. W liście do żony Jadwigi, 28 listopada 1924 roku, zanotował: „Skomponowałem w wagonie, jadąc do Jaworskich pod Warszawę, potworny dramat C.F. [Czysta Forma] pt. Matka. O ile mi się uda, będzie wprost cudowne”. Skończył pracę dwa tygodnie później. Zadedykował utwór aktorowi i reżyserowi Mieczysławowi Szpakiewiczowi, z wdzięczności za wprowadzenie dwóch innych sztuk do repertuaru teatru w Toruniu. W dwudziestoleciu międzywojennym sztuka ta nie była nigdy inscenizowana ani opublikowana. Uratowany przez wdowę w czasie wojny rękopis zabezpieczył w 1946 roku przyjaciel autora, filozof Jan Leszczyński. Siedem lat później Jadwiga Witkiewiczowa sprzedała go Bibliotece Narodowej; dwa odpisy maszynowe trafiły do zbiorów Ossolineum i Książnicy Pomorskiej.

Po raz pierwszy Matka ukazała się drukiem dopiero w 1962 roku w dwutomowym PIW-owskim wydaniu Dramatów, opracowanym przez Konstantego Puzynę. Na prapremierę trzeba było czekać do 16 maja 1964 roku. Był to – jak stwierdził z przekąsem Henryk Vogler w programie – „specyficzny cocktail czy bigos literacki” na Scenie Kameralnej krakowskiego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej (to ona była matką chrzestną Stanisława Ignacego). Reżyserował Jerzy Jarocki; Krystyna Zachwatowicz zaprojektowała scenografię, Krzysztof Penderecki – muzykę; w rolę tytułową wcieliła się ucharakteryzowana na mężczyznę Ewa Lassek, Leona zagrał Antoni Pszoniak.

Z rolą Janiny Węgorzewskiej zmagały się w polskim teatrze najwybitniejsze aktorki. Do dziś wspomina się wspaniałe kreacje Haliny Mikołajskiej, Barbary Krafftówny, Aleksandry Śląskiej, Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, Marty Szmigielskiej czy Danuty Stenki. Od przeszło ćwierćwiecza monodram według Matki gra Jolanta Juszkiewicz, a od roku w tę rolę wciela się także Agata Kulesza.

Jak dosadnie stwierdził Puzyna, Witkacy „w polskim dramacie zamknął definitywnie epokę moderny, pokazał język pogrobowcom mieszczańskiego realizmu”. Amerykański tłumacz i teatrolog, Daniel Gerould, uznał Matkę za jeden z najwybitniejszych dramatów XX wieku. Lech Sokół podkreśla, że to właśnie ta tragikomiczna groteska – usiana odniesieniami do Upiorów Henrika Ibsena i Sonaty widm Augusta Strindberga – jest najlepszą sztuką Witkacego, a nie popularniejsi Szewcy.

Bardzo często literaturoznawcy i inscenizatorzy – wbrew apelom autora – odczytują Matkę jako utwór autobiograficzny. Ponieważ miejska legenda głosi, że matka Witkacego była nadopiekuńcza i toksyczna, wielu krytykom wydaje się, że dramatopisarz stworzył w postaci Leona swoje alter ego. A gdyby tak poszukać innych tropów? Przecież malarz i matematyk Chwistek – bliski przyjaciel Witkiewicza, a później jego równie istotny wróg – miał na imię Leon i również, podobnie jak on, w młodości z trudem zdobywał środki na swoje utrzymanie.

 

S. I. Witkiewicz, „Portret Matki”. Zbiory Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku.

 

Gdyby za pierwowzór Leona uznać nie Witkacego, a jego ojca, Stanisława Witkiewicza, twórcę stylu zakopiańskiego, do ich rodzinnej układanki pasuje znacznie więcej elementów. Jednym z najistotniejszych łączników byłoby to, że zarówno Leon, jak i Stanisław wcześnie stracili ojców. Dziadek Witkacego, Ignacy Witkiewicz, podobnie jak Albert Węgorzewski („zginął jako bandyta rzeczny”) był wyjęty spod prawa, skazany przez carski sąd wojskowy, pozbawiony prawa pracy i zesłany w dalekie krainy. W rozumieniu przepisów Imperium Rosyjskiego zmarł jako bandyta, w pewnym sensie „rzeczny” – Ignacy zakończył bowiem życie w czasie ryzykownej wyprawy powrotnej na rzece Irtysz. Z kolei tytułowa Matka chwali się swymi arystokratycznymi korzeniami – z domu jest baronówną von Obrock i podkreśla obcą pisownię nazwiska „przez ck”. Tymczasem babka Witkacego, Elwira, pochodziła ze słynnego na Żmudzi rodu Szemiothów (istniały dwa warianty zapisu – przez „th” lub „t”); urodziła się w należącym do nich od wieków pałacu w Dykteryszkach. Węgorzewska nie akceptuje niżej urodzonej kandydatki na synową, tak samo jak Elwira Witkiewiczowa, która nie dała błogosławieństwa swemu najmłodszemu synowi Stanisławowi i nie przyjechała do Warszawy na jego ślub z Marusią Pietrzkiewiczówną. Stanisław Witkiewicz senior był również długo zależny od matki, nie dostał się na studia w Monachium, do 33. roku życia nie posiadał stałych dochodów, a jednocześnie – zupełnie jak Leon – miał „jakąś nienormalną ambicję na punkcie pieniędzy”, mimo ciężkiej sytuacji finansowej odmawiał przyjmowania zapłaty za obrazy, potem i za projekty willi zakopiańskich, a w końcu przeszedł na częściowe utrzymanie kochanki, Marii Dembowskiej.

Leon jest przekonany, że jako „jedyny w swoim rodzaju osobnik” zna recepty na szczęście ludzkości. Taką postawę prezentował też ojciec Witkacego – w listach, artykułach i książkach pouczał prawie wszystkich: warszawiaków i krakowian, Jana Matejkę, Wojciecha Gersona, członków Zachęty, jurorów w konkursach artystycznych i lekarzy uzdrowiskowych. Krytykował akademizm i malarstwo historyczne, krakowską Szkołę Sztuk Pięknych, wybór prac wysyłanych na paryską wystawę światową, upadek ducha narodowego, stan zabytków, stosunki zakopiańskie, budownictwo górali i katechizm.

To jednak też biograficzny ślepy zaułek w analizie Matki. Jak we wszystkich dramatach, Stanisław Ignacy Witkiewicz myli tropy, w mistrzowskim stylu realizuje literacką wielość w jedności, miesza odniesienia do tekstów kultury wielu epok. Leon wszak ubolewa nad zamieraniem sztuki, religii i filozofii. Wygłasza tyrady pełne diagnoz społecznych i historiozoficznych, jakby cytował traktat O Czystej Formie Witkacego, a nie broszury jego ojca.

A może jednak Matka to zwykła parodia XIX-wiecznej tragedii rodzinnej? Dotkliwy brak ojca, dominacja matki i ojcostwo jako problem protagonisty sztuki odsyłałyby nas do greckiego mitu o nieszczęsnym królu Edypie. Każda kwestia którejkolwiek postaci może wywołać skojarzenia, wspomnienia, powidoki wrażeń zmysłowych o najróżniejszej proweniencji i sile; również wielowarstwowe i jednoczesne.

Na dobrą sprawę, w swej obronie indywidualizmu, Węgorzewski reprezentuje niemal wszystkich artystów. Z jego wzniosłymi postulatami może się utożsamić wielu młodych ludzi, pełnych marzeń o własnej sprawczości i radykalnej poprawie stosunków społecznych. Jednak gdy widzowie zbyt pochopnie uwierzą w powagę tekstu, Witkacy – posługując się aktorskim medium – natychmiast rozsadza ten patos absurdem i swoim niepodrabialnym humorem. To ogromne bogactwo znaczeń i kontekstów, zawieszonych w nieokreślonej czasoprzestrzeni, powoduje, że Matka łatwo poddaje się scenicznej aktualizacji – okazuje się dziełem pisanym na każdą epokę.

Bądźmy czujni – mimo określeń „niesmaczna” i „popularny” w podtytule dramatu – czeka nas zderzenie z wizją zmechanizowanej, nieludzkiej przyszłości. Nie będzie w niej miejsca na zachwyt pięknem, dobrem czy prawdą. One w ogóle nie będą istnieć, unicestwione razem Matka z pamięcią o nich. Brak idei, wartości, wielkich pytań, zagadek, świętości i grzechu, rycerzy walczących o honor i proroków wieszczących apokalipsy – ich brak nie będzie bolesny, bo nie będzie nikogo, kto mógłby go odnotować, odczuć i opłakać.

 

 

Przez dziesięciolecia pisano, że Witkacy najbardziej bał się komunizmu i bolszewików. Tymczasem autor Matki uważał, że rewolucja w Rosji – „ten na fantastycznie wielką skalę zrobiony eksperyment” – urągała ludzkiej inteligencji i godności. Społeczeństwo stało się w jej efekcie zabawką targaną przez ślepe siły zbiorowości. Był to też jego zdaniem początek końca zakłamanej demokracji. Źródła sił, które rozpętały to piekło, dopatrywał się w kapitalizmie, który „rozwydrzył, a następnie zorganizował dla swych własnych celów sztuczne narodowe nienawiści, wywołując bezpłodną wojnę, która tylko zrujnowała świat cały…”. A może jednak najbardziej bał się bioinżynierii?

Matka nie jest „o czymś”, nie opowiada o życiu w XIX czy XXI wieku, w Polsce ani gdziekolwiek indziej. Dzieło sztuki czystej według Witkacego jest bytem niezależnym od wszelkich innych światów. Dramat rozgrywa się we własnej rzeczywistości, sam w sobie i tylko z sobą jest tożsamy. Z tekstu sztuki nie ma sensu wyciągać wniosków o relacjach rodzinnych jej autora. Leon nie wygłasza poglądów Witkiewicza, bo jego teatr nie miał być mównicą ani amboną.

Jedynym celem obcowania ze sztuką w Czystej Formie jest to, by choć przez moment odczuć dreszcz metafizyczny. Nieuchwytnego słowami zbliżenia się do Tajemnicy Istnienia – takiego przeżycia Państwu życzę. Wiem, że to możliwe – doświadczyłem tego kiedyś w finale inscenizacji Matki.

PRZEMYSŁAW PAWLAK

Tekst ukazał się w programie przedstawienia „Matka” Stanisława Ignacego Witkiewicza, Warszawa, Teatr Polonia. Reżyseria Waldemar Zawodziński. W obsadzie:  Krystyna Janda w roli tytułowej, Tomasz Tyndyk jako Leon oraz Katarzyna Gniewkowska, Małgorzata Rożniatowska, Agnieszka Skrzypczak, Jarosław Boberek i Bartosz Waga. Premiera: 6 VI 2025. Aby kupić bilet – kilknij tutaj.

Polecamy także książkę Przemysława Pawlaka „Witkacy. Biografia”. Aby kupić – kliknij tutaj.

Igor Biełow „Na jubileusz Piotra Mitznera”

Tak się zdarzyło, że Piotr Mitzner był pierwszym polskim poetą, którego miałem szczęście poznać osobiście. Latem 2001 roku po raz pierwszy wpadłem do redakcji czasopisma „Nowaja Polsza”, nie wiedząc jeszcze, że dziesięć lat później rozpocznę stałą współpracę z tym pismem w charakterze tłumacza literatury polskiej. Przywitał mnie energiczny, wesoły, uroczy, brodaty poeta z wysokim czołem i fajką w zębach, który okazał się zastępcą redaktora naczelnego.

Przyznam, że nie pamiętam o czym wówczas rozmawialiśmy, ale na pożegnanie Piotr podarował mi tomik swoich wierszy w rosyjskim przekładzie. Wróciwszy do domu, do Królewca, otworzyłem książkę na chybił trafił i już pierwszy wiersz wprawił mnie w zachwyt:

 

Zjedliśmy.

Okruchy rzuciliśmy bogom.

Pociemniało.

Przyszli bogowie.

Zjedli nas.

 

No proszę, pomyślałem wtedy, ten polski poeta nie jest taki prosty, jak się wydaje. Chodziło oczywiście nie o prostotę, ale o zadziwijącą otwartość i demokratyczność kontaktu, którymi Mitzner na wejściu pozyskuję rozmówcę. To oczywiście zupełnie nie wyklucza tych metafizycznych głębi, które kryją się w jego wrażliwej duszy. Póżniej, kiedy dzięki Nataszy Gorbaniewskiej bliżej poznałem Mitznera i „Nową Polszę”, przekonałem się, że Piotr jako poeta jest na przyjacielskiej stopie z metafizyką.

Kiedy w 2013 roku, zgodnie z zasadą Goethego „Jeżeli chcesz zrozumieć poetę, jedź do jego kraju”, przeprowadziłem się do Polski, aby lepiej rozumieć i tłumaczyć polskich poetów (od Mickiewicza po Mitznera) – wtedy po raz pierwszy przekroczyłem próg wypchanego książkami mieszkania Piotra przy Małej 14. Pamiętam, że bardzo mi zaimponowało, że Mitzner jest prawdziwym mieszkańcem warszawskiej Pragi i że pije wódkę nie z kieliszków, ale z literatek. Właśnie od Mitznera dowiedziałem się, że literatka to nie tylko kobieta pióra, ale też szklaneczka do picia mocnych trunków.

Od tej pory regularnie odwiedzałem mieszkanie przy Małej. Mitzner był i nadal jest moim Wergiliuszem, przewodnikiem po ulicach, alejach i zakamarkach polskiej poezji. Bardzo lubię siedzieć w jego malutkiej kuchni i słuchać, jak Piotr, spowity kłębami tytoniowego dymu, recytuje wiersze ulubionych poetów. Mitzner – teraz mogę się do tego przyznać – był pomysłodawcem wielu moich tekstów o polskiej literaturze, które publikowałem na łamach Culture.pl, mogę więc nawet go moim współautorem.

Fot. kopoczynski.pl

Ale wróćmy do poezji.

Zawsze podobali mi się poeci, których nie można odnieść do jakieś konkretnej grupy lub kierunku. Właśnie taki jest Mitzner, on pozostaje osobny. Jest zbyt młody, by zaliczyć go do „Nowej Fali” i zbyt mądry dla „Brulionu”. Wydawać by się mogło, że trzyma się z daleka od salonów poetyckich, nie przeszkodziło mu to jednak w otrzymaniu prestiżowych nagród literackich – Nagrody „Orfeusza” im. Gałczyńskiego i nagrody KOS im. Kazimierza Hoffmana. Mitzner jest oryginalnym lirykiem, który potrafi pisać tak, „by słowom było ciasno, a myślom przestronnie”. To prawda, że poeta zarówno w wierszach, jak i w życiu jest ironiczny, ale jego ironia emanuje ciepłem. A jednak, mimo ironii, Mitzner często mówi o rzeczach wyjątkowo poważnych. Na przykład jeden z pierwszych wierszy Mitznera, który przetłumaczyłem, był – o dziwo – o polskim patriotyzmie. Wiersz pochodzi z tomu Myszoser, wydanego dwadzieścia pięć lat temu, ale wciąż brzmi aktualnie, szczególnie teraz:

 

Było tabu

ale nie jest

 

Nie ma jak polskie wędliny

nie ma jak polskie dziewczęta

zrywane wprost z gałęzi

jak łany wódki

 

Polsko

moje serce bije na zewnątrz

 

Polsko

Przypal mi

 

Polsko wystukam fajkę o twój pomnik

usiądę na drodze pochodów

 

Mam patriotyzm

w apteczce pierwszej pomocy

 

Leszek Szaruga słusznie nazwał wiersze Mitznera „poetyckim komentarzem do Boskiego aktu stworzenia”. Niekiedy wydaje mi się, że Mitznerowi udało się nie tylko stworzyć nową mitologię, lecz także na nowo wynaleźć ten świat, wymyślić nowe prawa fizyki i grawitacji, a w trakcie gry słów i znaczeń tak je ze sobą skonfrontować, że rozbłyskują nowymi znaczeniami. Używając Norwidowskiej formuły, można powiedzieć, że Mitzner „odpowiednie dał rzeczy słowo”.

Zresztą Piotr Mitzner, jak przystało na barwną osobowość, jest nie tylko poetą. Jest „więcej niż poetą”, jak mawiają u nas na Wschodzie. Jest wspaniałym redaktorem, literaturoznawcą, chodzącą encyklopedią literatury polskiej, pisze o historii emigracji rosyjskiej w Polsce, a także o życiu i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, przygotowuje już drugą antologię polskiej poezji wojennej. Jakby tego było mało, jest redaktorem mojej ulubionej serii – Biblioteka Zapomnianych Poetów – czyli przywraca imiona zapomnianych polskich poetów. Jest to prawdziwe Przywracanie Imion – nie przypadkowo używam tego odniesienia do słynnej akcji Stowarzyszenia Memoriał, bo Mitzner zawsze podkreślał, że należał w swoim życiu tylko do dwóch organizacji: polskiego PEN Clubu i Memoriału.

Pisarz Jurij Olesza żartował, że po siedemdziesiątce otworzy sklep z metaforami. Mam nadzieję, że Mitzner otworzy restaurację pełną anegdot literackich, intrygujących wspomnień, dobrych wierszy i porad dla młodych autorów. Ale też mam nadzieję, że w menu tej restauracji znajdzie się sałatka jarzynowa i kotlety ziemniaczane, które Piotr tak wspaniale potrafi przygotować.

IGOR BIEŁOW

Tekst wygłoszony podczas jubileuszu Piotra Mitznera w PEN Clubie, 9 czerwca 2025.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek