Czcigodny Laureacie,
Szanowne Członkinie i Członkowie polskiego PEN Clubu,
Professoressy i Profesorowie,
Przyjaciółki i Przyjaciele Krzysztofa Pomiana,
Panie, Panowie i wszystkie inne zacne Osoby
„Nie jest nieszczęściem, jeśli ludzie będą cię chwalić za twoje uczynki. Nieszczęściem będzie, jeśli będziesz spełniać dobre uczynki po to, aby cię chwalono” – Lew Tołstoj. To zdanie jako cytat dnia podaje kalendarz na dzień twoich, Krzysztofie, urodzin, z roku 1934. Urodziłeś się więc pod wyzwaniem tych skrzydlatych słów. Ty miałeś to szczęście i ludzie, w tym ja, chwalą cię oto za twe uczynki, acz nigdyś o poklask nie zabiegał.
Profesor Krzysztof Pomian jest dziś niewątpliwie najbardziej na świecie znanym, najwybitniejszym i najbardziej twórczym polskim uczonym humanistą; polskim, francuskim, europejskim. I właściwie na tym mógłbym skończyć. No, bo skoro „niewątpliwie” – niewątpliwie najbardziej znanym, niewątpliwie najwybitniejszym, niewątpliwie najbardziej płodnym i wpływowym (a te „naj” mógłbym mnożyć), to cóż tu jeszcze udowadniać. Ale postaram się dochować decorum.
Pomian-filozof bada fenomeny poznania, postrzegania i wiedzy. Pomian-historyk studiuje dzieje europejskiej kultury intelektualnej i artystycznej. Pomian-historyk idei rozważa pojęcia czasu, tożsamości europejskiej, równości i nierówności społecznej, rewolucji, totalitaryzmów, demokracji, kolekcji i kolekcjonowania wreszcie, i wiele jeszcze innych. Pomian-muzeolog diagnozuje zaś obecny stan kolekcji i muzeów. Jego książki i artykuły – a jest ich oszałamiająca liczba: ponad tysiąc! – ukazały się w wydawnictwach zachodnich i zostały przetłumaczone na dwadzieścia języków. Trudno zatem oczekiwać, że streszczę tu i skomentuję całe, gigantyczne i wielowątkowe oeuvreKrzysztofa Pomiana – uczonego z wyżyn naukowego Olimpu i apollińskiego Parnasu. Pozostanę zatem przy krótkim wspomnieniu twórczości filozoficznej, kulturowo-politycznej i społecznej oraz stricte historycznej z dziedziny historii idei. Zajmę się raczej tym, co mi, jako historykowi sztuki i byłemu (acz wieloletniemu) muzealnikowi, bliższe – teorią i historią kolekcjonerstwa i muzeologią Krzysztofa Pomiana, i to też tylko niektórym jej wątkom.

Zacznę jednak od książki Przeszłość jako przedmiot wiedzy. Jest to praca o narodzinach krytycznej historiografii, która – zacytuję znanego historyka filozofii – „miała fundamentalne znaczenie dla zrozumienia powstania nowoczesnych nauk historycznych. To wielkie multidyscyplinarne studium z zakresu europejskiej umysłowości”, w którym autor udowodnił, że w naukach historycznych prawdziwa rewolucja, głęboki przełom, początek nowoczesności nastąpiły w XVII wieku, a nie w dobie Odrodzenia i na pewno przed epoką Oświecenia. W rozprawie Przeszłość jako przedmiot wiary rozwinął Pomian nowe rozumienie średniowiecznych tekstów historiograficznych. Napisał: „Kronik średniowiecznych zupełnie nie rozumiałem… Prawdę mówiąc, nie rozumiałem nie tylko kronik, ale i wszelkich innych tekstów średniowiecznych. Jak można było uznawać moc przekonywającą dowodów istnienia Boga? Jak można było uważać za realne demony i anioły? Jak można było utrzymywać, że cokolwiek się porusza, czyni to za sprawą przyczyny wobec tego czegoś zewnętrznej?”. Zaczął te teksty czytać inaczej. Odczytywał, rekonstruował i analizował mentalne konstrukty, konwencje, przyzwyczajenia zmienne w czasie, co czyniło dane teksty zrozumiałymi w określonym czasie i określonej sytuacji, a potem – już nie. Pisał: „sama historia jest historyczna”. Transgresja czasu jest możliwa przez wytwarzanie materialnych i niematerialnych bytów zdolnych do trwania. W czasie zmieniały się wielkie, ramowe pojęcia: Widzenie i poznanie, Wiara historyczna, Trwanie i zmiana, Prawda i czas, Wolność Boga i konieczność natury, by zacytować tylko tytuły rozdziałów tej książki, a wraz z nimi zmieniała się historia, pojmowanie i kategoryzowanie przeszłości. To dwutomowe studium Krzysztofa Pomiana stanowi po dziś dzień, jak rzekł pewien wzięty filozof, wzorcową lekcję hermeneutyki. Tworzy olśniewający model „historii rozumienia historii”, w którym rozumienie historii jest historią rozumienia, rozumowania i rozumu.
W słynnej książce Porządek czasu rozpatrywał historyczną i praktyczną istotę czasu – w perspektywie encyklopedycznej, ale zarazem filozoficznej i historiograficznej, jako swoistej historii „czystego rozumu”, racjonalizmu i różnorakich idealizmów. Rację miał niewątpliwie jeden z jej pierwszych czytelników, Konstanty Jeleński, mówiąc: „Odczułem pewność, że czytam książkę wielkiej wagi, chyba przełomowej”. Jak napisał niegdyś Cezary Wodziński, Porządek czasu to „opowieść, której nieprzypadkowymi odsłonami są wszystkie inne prace Krzysztofa Pomiana, wśród nich: Les archives: du Trésor des chartes au caran; Europa i jej narody; Drogi kultury europejskiej; Wenecja w kulturze europejskiej; Oblicza dwudziestego wieku; Filozofowie w świecie polityki; Historia – nauka wobec pamięci”.

O czym poucza lektura dzieł Krzysztofa Pomiana poświęconych kolekcjonerstwu, muzeografii i muzeologii, począwszy od Kolekcji między światem widzialnym i niewidzialnym przez Zbieraczy i osobliwości po Muzeum: historię światową? O mnóstwie problemów historycznych i cywilizacyjnych, ale dla mnie (i dla wielu) jest namysłem nad samą istotą kolekcjonowania i kolekcjonerstwa. Nad prymarnymi i sekundarnymi motywacjami i funkcjami tego fenomenu. Z książek, artykułów i wypowiedzi profesora Pomiana wynika panorama owych funkcji, niezwykle bogata – kiedyś policzyłem, o ilu celach i sensach kolekcjonerstwa pisze Pomian, i jest ich aż dwadzieścia jeden – od estetycznej satysfakcji, „przyjemności z oglądania”, admiracji piękna i urody okazów, przez funkcję semioforyczną – oznaczania i opisu świata, uniwersum, mikrokosmosu, otoczenia zbieracza, odkrywania i przekazywania znaczeń, po komemorację historyczną oraz tworzenie i utrwalania tożsamości zbiorowej (narodowej, etnicznej, religijnej, grupowej: arystokratycznej, ziemiańskiej, burżuazyjnej, patrycjuszowskiej, inteligenckiej itd.); kreowanie wizerunku i pozycji społecznej.
Kluczowy jest tu oczywiście Pomianowski termin „semiofory”. Pojęcie to (wraz z całym jego teoretycznym oprzyrządowaniem) okazało się niebywale – nomen omen – nośne. Zostało przejęte nie tylko w spekulatywnych teoretyczno-metodologicznych wywodach uczonych i muzeologów, ale weszło do mowy potocznej. A takich „wielkich słów” z wysokiego diapazonu naukowej humanistyki, wszczepionych w powszechny obieg językowy, jest w gruncie rzeczy niewiele. „Paradygmat” Kuhna, „dyskurs” Foucaulta, „dekonstrukcja” Derridy i Kristevej – i właśnie „semiofor” Pomiana. (Pomian jest zresztą od tamtych lepszy: ma na koncie jeszcze jedno określenie obiegowe – „kultura ciekawości”, genialny skrót nazywający konglomerat postaw kolekcjonersko-koneserskich i naukowych w stuleciach od XVI po XIX).

Trzeba podkreślić fundamentalną rolę pojęcia semioforów w globalnej debacie naukowej. Tylko jak ten „impakt Pomiana” uchwycić, ogarnąć, opisać? Trzeba by na to osobnego interdyscyplinarnego programu badawczego, i to wieloletniego. Podaję więc tylko najbardziej dla mnie znamienne przykłady.
Teoretyczny model Krzysztofa Pomiana podjęła Susan M. Pearce w swych książkach: On Collecting. An Investigation into Collecting in the European Tradition i Museums, Objects, and Collections, jak i w redagowanych przez nią seriach publikacji „The Collecting Cultures Series” i „Objects of Knowledge”. Po książkach Pomiana są to najbardziej chyba szeroko zakrojone i obszerne analizy fenomenu kolekcjonowania, i powszechnie czytane. Bez Pomianowskich semioforów, Gottfried Korff, niedawno zmarły niemiecki kulturoznawca, etnolog i muzeolog, nie stworzyłby swej historyczno-etnograficznej formuły nauki o „kulturach folklorystycznych”, której zwornikiem był właśnie namysł nad rolą znaków i rzeczy w codziennym obyczaju i komunikacji kulturowej. Pojęcie Pomiana, fundamentalnie ważne, stanowiło dlań punkt wyjścia do rozważań nad mechanizmami „desemiotyzacji” i „resemiotyzacji” rzeczy. Odwołania do koncepcji Pomiana znajdziemy w co poważniejszych opracowaniach fenomenu kolekcjonowania i historii kolekcjonerstwa (i to najszerzej pojętego): a to u Jamesa Clifforda, u Daniela Deferta, a to u Johannesa Fabiana.
Model kolekcji i kolekcjonowania wg Krzysztofa Pomiana bywa zresztą punktem odniesienia albo punktem wyjścia nie tylko dla historyków, historyków sztuki, muzeologów i badaczy kultury. Jego koncepcja semioforów cieszy się uznaniem wśród uczonych reprezentujących bardzo odległe dyscypliny. I tak oto politolog, teoretyk komunikacji i transferu informacji, Patrick T. Jackson zastosował semiofory do rozwinięcia koncepcji „ekonomii informacji” i kategorii informacji jako „miary nie-pewności”. Zastąpił on konstytutywne dla modelu Pomiana pojęcia wartości wymiennej i wartości użytkowej kategoriami entropii i redundancji, przejętymi od Claude’a E. Shannona, ojca założyciela matematyczno-technologicznej teorii informacji i informatyki. Ewa Domańska z kolei wykorzystała model Pomiana do analizy funkcji biologicznych (korzenie jako pneumatofory, tj. narządy „oddechowe”, żywieniowe, poza-fotosyntetyzujące) i znaczeniowych (semioforalnych) rodzaju drzewa – cypryśnika błotnego (Taxodium distichum L.) jako zjawiska botanicznego i jako przedmiotu kolekcjonowania (casus Toma Gaskinsa i jego Cypress Knee Museum w Palmdale na Florydzie, założonego w 1951 roku, ale też licznych kolekcji tych drzew w arboretach, np. w Kórniku Działyńskich). Architekt, profesor Politechniki Poznańskiej, Piotr Marciniak stosuje kategorię semioforu do interpretacji praktyki budowniczej w tkance XX-wiecznych i współczesnych miast. I tak dalej, i tym podobnie. Przykłady takie mnożyć można bez końca. Odziaływanie bezpośrednie i pośrednie idei Krzysztofa Pomiana jest zgoła nieogarnione. Zaiste, semiofory Pomiana zawędrowały pod strzechy. Na internetowym blogu, poradniku urządzania wnętrz kominkami i starymi piecami, Piecoblog znajdziemy obszerny tekst Piece jako semiofory. A ktoś na wydziale historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego napisał bardzo poważną i bardzo nadętą pracę dyplomową pt. Butelka po piwie jako semiofor. Szkic z antropologii rzeczy.

Niewątpliwie kulminacją, ukoronowaniem i opus magnum badań Krzysztofa Pomiana nad historią kolekcjonerstwa jest trylogia pt. Le Musée, une histoire mondiale, po polsku wydana jako Muzeum. Historia światowa w 2023 i 2024 roku. Tom pierwszy obejmuje początki kolekcjonerstwa od narodzin skarbców w starożytności, przez kolekcje prywatne we Włoszech i w Europie Północnej, aż do ich przemiany w publiczne muzea w XVIII wieku. W tomie drugim opowieść zaczyna się od Rewolucji Francuskiej, kończy zaś na roku 1851, w którym miała miejsce przełomowa dla wystawiennictwa, muzealnictwa, muzeografii i muzeologii Wystawa Światowa w Londynie, której późnym owocem stało się Victoria and Albert Museum w Londynie. Tom trzeci z brawurową syntetycznością opisuje nowoczesność i współczesność drugiej połowy XIX stulecia i XX wieku, które równie były erą fabryk, technologii, informatyki etc., co epoką muzeów: szaleńczą mnogość nowo powoływanych muzeów i globalny zasięg tego zjawiska oraz przemiany w ich celach, funkcjach, strategiach i misjach. Trzeba sobie uprzytomnić rozmiar i rozmach przedsięwzięcia, jakim jest ta monumentalna publikacja. Ponad dwa tysiące lat do prześledzenia; dziesiątki albo i setki tysięcy faktów, zdarzeń, osób do przeanalizowania i dokonania selekcji tych najbardziej znamiennych lub znamienitych; miliony przedmiotów dawno i niedawno temu gromadzonych! A do tego – poddanie tej masy danych rygorom historiograficznej opowieści, ukazującej ewolucję i rewolucje, kontynuację i przełomy, ciągłość i przeskoki, postęp i regresy, kryzysy i fulguracje. A przy tym miała to być – i jest – opowieść ciekawa, ba, porywająca, jak to zwykle u Krzysztofa Pomiana: stylistycznie perswazyjna i literacko wirtuozerska. Arcydzieło narracji historiograficznej.
No, ale jakże miałoby być inaczej, skoro to wszystko jest zapisane w gwiazdach.
Horoskop Krzysztofa Pomiana, Sztuczna Inteligencja. Opis osoby urodzonej 25 stycznia 1934 roku.
„Jego znak zodiaku to Wodnik. Osobistymi planetami rządzącymi są Uran i Neptun. Dlatego ma moc przekonywania innych za pomocą swoich technik perswazyjnych. Ludzie lubią i chcą go słuchać. Energie wyzwolone w dniu jego narodzin wskazują na przyszłe korzyści i zyski z nauczania, wykładów i stanowisk doradczych. Wyższe wibracje Neptuna mogą wskazywać na bardzo żywe i prorocze sny, które mogą go zaskakiwać. Kocha naturę, a w szczególności wodę. Uprawianie sportów wodnych wzmacnia jego emocjonalną witalność. Jego szczęśliwe kolory to ciemniejsze odcienie zieleni; szczęśliwe kamienie to turkus, chryzoberyl, kocie oko i tygrysie oko; jego szczęśliwe dni tygodnia to poniedziałki i czwartki. Ma atrakcyjną osobowość, która często jest owiana tajemnicą. Osoby spod znaku Wodnika, urodzone 25 stycznia, są refleksyjne, marzycielskie i magnetyczne. Osobnik lojalny, umie być doskonałym przyjacielem pomocnym w problemach, jest niezmiernie chwalony przez towarzyszy, jednakże często w tej spontanicznej życzliwości potrafi zapomnieć o swoich potrzebach. To człowiek elokwentny, jego rozważania sprawiają wrażenie wielopłaszczyznowych struktur, oszałamia kolegów swoim szerokim doświadczeniem, słynie ze zwięzłych i celnych replik. Osobnik ekstrawertyczny, jest pierwszą gwiazdą wszelkich spotkań towarzyskich, zwraca na siebie uwagę, gdyż umie wygłaszać opinie głębokie i rozważne. ma przemyślaną odpowiedź na dowolną dającą się pomyśleć wątpliwość jako członek zbiorowości jest godny zaufania, chociaż zarazem niespecjalnie sprytny. Znamionuje się uczciwością, podejmuje próby, by wznieść się ponad osobiste uprzedzenia oraz wszelkie sprawy lubi przeanalizować wielokrotnie, a zatem zwykle jest powszechnie uważany za bezstronnego arbitra. Jest osobą elastyczna, bardzo trudno go czymś zdumieć, snuje bogate i nierutynowe plany i umie współpracować prawie że z każdą jednostką. Cechuje się niezależnością, a naprawdę przepada za nieograniczoną autonomią decyzji, więc zawiedzie cię oczekiwanie, że podporządkuje się przedstawionym mu zaleceniom. To osoba wesoła i pogodna, optymista – w każdym wypadku patrzy śmiało przed siebie, popełnione gafy ocenia jako źródło cennej mądrości, dlatego świetnie radzi sobie w zadaniach obciążonych ryzykiem. Jest to osobnik silny, prze do finału bez bezsensownych rozterek, jeśli trzeba, śmiało i rzetelnie dowodzi swoich osądów i z radością reaguje na wszelkie pozytywne zmiany w otoczeniu. To jednostka kompromisowa, zgodna i otwarta, nie wadzą mu odmienne upodobania i raduje go urozmaicenie życia i współpracowników, toteż bywa aktywistą dopominającym się o równouprawnienie osób wykluczonych i dyskryminowanych. To człowiek ostrożny, stara się nie zachowywać się emocjonalnie, drobiazgowo aranżuje najdrobniejsze działania oraz z namysłem, acz metodycznie mknie ku bogactwu. Flegmatyk, guzdra się z każdym zagadnieniem tak okropnie, jakby dysponował na wykonanie dowolnych spraw całym stuleciem. Osobnik wysublimowany, ceni niezwykłe napitki i dania i w każdej swojej aktywności stara się uzyskiwać doskonałość, a więc ukontentowany jest jako posiadacz wielkiej fortuny. To jednostka taktowna, nie boi się podejmować się rozsądzania zatargów, które wymagają użycia zmyślnych i skomplikowanych uzasadnień i na ogół przerastają innych ludzi. Zawodami, w których najtrafniej się będzie realizował, są: bibliotekarz, referent, badacz, pisarz, poeta, powieściopisarz, dziennikarz, malarz, eksperymentator, ilustrator oraz filozof”.
I jak tu nie wierzyć w astrologię!
ANTONI ZIEMBA
Tekst wygłoszony na uroczystości wręczenia Krzysztofowi Pomianowi Nagrody PEN Clubu im. Jana Parandowskiego, 12 V 2025.
Jerzy Stempowski nie miał wątpliwości, że twórczość Teodora Parnickiego na trwałe wejdzie do historii literatury polskiej. Zanim jednak to się stało, pisarz musiał stoczyć niejedną walkę, nie wyłączając tej codziennej – o byt.
Zmagania Parnickiego na polu literatury i życia ukazuje jego dwutomowa korespondencja z Jerzym Giedroyciem, wydana w 2015 roku w serii Archiwum „Kultury” w opracowaniu Andrzeja Dobrowolskiego, który we wstępie do książki zauważa: „Parnicki swoje […] wpisywanie się w tradycję literatury polskiej traktował w kategoriach powołania, i to powołania o charakterze niemal religijnym, wszak do dwunastego roku życia nawet nie mówił po polsku”. Urodził się w Charlottenburgu, na przedmieściach Berlina, w 1911 roku wyjechał z rodzicami do Rosji. Jego ojciec, mający polskie korzenie, był obywatelem niemieckim, matka – rosyjską Żydówką. W 1920 roku przyszły odnowiciel polskiej powieści historycznej znajdował się na najlepszej drodze do kariery w carskiej armii, służąc w Pierwszym Korpusie Kadetów pod Władywostokiem. Uciekł jednak z korpusu i dotarł do Harbina, gdzie zamierzał odnaleźć przyjaciela swego ojca. Dowiedziawszy się o jego wyjeździe, młody uciekinier udał się w drogę powrotną, podczas której został zatrzymany i pozostawiony przez kontrolerów na stacji w Aszynche. „I tu – pisze Andrzej Dobrowolski – wydarzyło się coś niezwykle brzemiennego w skutki: na pytanie naczelnika stacji, kim jest, kadet Parnickij odpowiedział po rosyjsku: «Ja Polak». To sprawiło, że został odesłany do Harbina pod opiekę lokalnej – bardzo dobrze zorganizowanej społeczności polskiej […]. Ukończył Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza, ale przede wszystkim nauczył się języka polskiego i postanowił zostać polskim pisarzem”. Po latach, w rozmowie z Zygmuntem Lichniakiem, autor Słowa i ciała powiedział: „Ja się uparłem, aby być pisarzem polskim. […] uparłem się i zdaje się zostałem nim naprawdę”.

Korespondencja rozpoczyna się w grudniu 1946 roku, kiedy Jerzy Giedroyc, kierownik nowo powstałego Instytutu Literackiego, proponuje mieszkającemu w Meksyku Parnickiemu włoskie wydanie jego powieści Aecjusz, ostatni Rzymianin. Autor na propozycję chętnie przystaje i tak zaczyna się trwająca ponad dwie dekady wymiana listów, w której Giedroyc – jak w wielu opublikowanych już zbiorach korespondencji – ukazuje się jako wydawca umiejący dbać o pisarzy ze swojej „stajni”, Parnicki zaś – jako niezwykle ciekawa i skomplikowana osobowość: z jednej strony świadomy wartości swej pracy twórca, z drugiej – nękany kompleksem niższości człowiek. Źródła tego kompleksu odsłania list z 1951 roku, w którym przyszły autor Tylko Beatrycze pisze, że za największą torturę swojego życia uważa chwile, kiedy w dzieciństwie na pytanie kolegów, czy jego rodzice byli Polakami-katolikami, odpowiadał „najpierw ze swobodną prostotą, potem z histeryczną zaciętością «męczennika», którego moralnym obowiązkiem jest – mimo wszystko – dawać świadectwo prawdzie: «Nie, [matka] była Żydówką». Wówczas to – dodaje pisarz – dowiedziałem się, że stokroć lepiej być ślepym lub garbatym niż pół-Żydem; wówczas też otrzymałem szereg sugestii, bym się powiesił – i zaczęło się we mnie rozwijać silne poczucie winy, że brak mi odwagi, by dokonać tego «logicznego» aktu samozniszczenia”. Te przeżycia pozostawiły głęboki ślad w psychice autora Końca „Zgody Narodów”, naznaczając go już na zawsze nieufnością i podejrzliwością, której dawał wyraz w listach do Giedroycia. Wyrażając obiekcje związane z wysunięciem jego kandydatury do nagrody literackiej Katolickiego Ośrodka Wydawniczego „Veritas”, tłumaczy, że nie chciałby, aby ktokolwiek przyjął wobec niego taką oto postawę: „Może obiektywnie Parnicki nie wart tej czy tamtej nagrody, ale tym niemniej trzeba mu ją koniecznie dać, bo inaczej pomyśli, że się go pomija dlatego, że jest pół-Żydem”. Redaktor „Kultury” uważał te rozterki za „wyimaginowane hamulce”, prowadzące do destrukcji osoby i twórczości: „Myślę, że tego Panu nie wolno robić nawet ze względów nie osobistych, ale ogólnych” – przestrzegał w jednym z listów, w kolejnym zaś dodawał otrzeźwiająco: „Ma Pan swoją pozycję w literaturze i ta pozycja nie zależy bynajmniej od Pana kompleksów. Sprawa krwi w Pana żyłach jest Pana osobistą sprawą”.
Niewyczerpana wydaje się cierpliwość, jaką Giedroyc wykazuje wobec drażliwego korespondenta. Niestrudzony jest w wysiłkach, by poratować klepiącego biedę autora, choć nie kryje, iż sytuacja pisarza, szczególnie tak trudnego, jest na emigracji beznadziejna (notabene w kraju powieści Parnickiego, wydawane przez Instytut Wydawniczy „Pax”, cieszyły się dużym powodzeniem). Parnicki w liście z marca 1955 odpowiada, że powody jego rozgoryczenia nie tkwią w trudnościach finansowych. Przyznaje, że żyje na granicy nędzy, ale – dorzuca – „nie to jest najważniejsze, tylko […] brak uznania, brak odzewu, brak poczucia łączności ze «swoją publicznością»; […] zaczynam sądzić, iż cały sens mej pozycji pisarskiej i postawy jako «wolnego polskiego pisarza-emigranta» wchodzi w cień ogromnego znaku zapytania…”. Kolejne lata potęgują frustrację pisarza, który ani nie znajduje zrozumienia w kręgach emigracyjnych, ani nie może doczekać się przekładów swoich książek.
Aleksander Wat, pracując w wydawnictwie Umberta Silvy, czynił starania o włoskie wydanie Srebrnych orłów. W liście do Giedroycia z kwietnia 1960 roku nie krył zachwytu „siłą wyobraźni historycznej” Parnickiego: „Jest to już raczej jasnowidztwo niż literatura”. Pomimo rekomendacji powieść nie ukazała się u Silvy. Wat skomentował to w znamienny sposób: „Książka zrobiłaby dużą karierę, gdyby nie była napisana po polsku”. A zatem do kompleksu bycia pół-Żydem dochodzi jeszcze gorszość polskiego pisarza wobec Zachodu.
Lektura listów Parnickiego, który w 1967 roku przeniósł się na stałe do Polski, wzbudza podziw dla jego wytrwałości w raz podjętej decyzji, aby stać się polskim pisarzem; uznanie budzi także postawa Giedroycia, który twórcę Nowej baśni w tej decyzji podtrzymywał. „Chciałbym tylko – podkreślał Redaktor – by Pan nie wątpił w siebie jako pisarza. Trudności, jakie Pan przeżywa, są wprost tragiczne, ale to nie zmienia Pana rangi pisarskiej i nie należy tracić wiary w swój talent”.
W 2009 roku na ścianie domu przy ulicy Zimorowicza 2 w Warszawie zawisła tablica, na której widnieje napis: „W tym domu w latach 1967–1988 mieszkał i tworzył wybitny pisarz polski Teodor Parnicki (1908–1988)”.
AGNIESZKA PAPIESKA
Siedzę nad Owidiuszem. I nad Machiavellim. Myślę o tym, że pewnie nie byłoby Księcia, gdyby nie poezje Owidiusza…
Machiavelli urodził się w 1469 roku we Florencji. Tam kształcił się, uczestniczył w życiu publicznym i zmarł w 1527 roku. Związany z kręgami republikańskimi, po powrocie Medyceuszy do władzy w 1512 roku został odsunięty od urzędów i zmuszony do udania się na wygnanie. Osiadł w rodzinnej willi w Sant’Andrea in Percussina. Choć zesłanie było dla niego trudne, wykorzystał je pracołowicie. Napisał wtedy Księcia, zaczął Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza, tworzył poezję i sztuki teatralne.
Jak przystało na młodzieńca florenckiego tamtych czasów odebrał świetne humanistyczne wykształcenie. Jego ojciec, Bernard, gromadził przez lata bibliotekę tekstów klasycznych, toteż Niccolò poznał doskonale cały kanon. Wśród starożytnych autorów, których studiował, byli zarówno czytani w łacińskich tłumaczeniach Grecy: Arystoteles, Platon, Plutarch, Polibiusz i Tukidydes, jak i studiowani w oryginale Rzymianie: Cyceron, Seneka, Cezar, Liwiusz, Tacyt, Salustiusz, Plaut i Terencjusz, a także Apulejusz, Lukrecjusz, Wergiliusz i – oczywiście – Owidiusz. Ze wszystkich wielkich największy.

Źródełko, przy którym Machiavelli czytał Owidiusza.
W datowanym 10 grudnia 1513 roku liście do przyjaciela, Francesco Vettoriego, Machiavelli pisze, jak spędza czas przymusowego pobytu w Sant’Andrea in Percussina: „Wyszedłszy z lasu udaję się w kierunku źródła, stąd zaś do swego gaiku, gdzie łowi się ptaki. Pod pachą mam zawsze jakąś książkę, Dante lub Petrarka, bądź któryś z mniejszych poetów, jak Tibullus, Owidiusz czy jakiś inny; czytając o ich miłosnych namiętnościach, przypominam sobie o swoich przeżyciach i oddając się tego rodzaju myślom wprawiam się na pewnie czas w przyjemny nastrój”. I dalej: „Kiedy nadchodzi wieczór, wracam do domu, wchodzę do swojej pracowni i już na jej progu zrzucam z siebie codzienną odzież, pełną błota i brudu, przywdziewając szaty królewskie i wytworne; i tak tedy dostojnie przybrany wkraczam do odwiecznego przybytku wielkich mężów ubiegłych wieków, i tam, przyjęty przez nich życzliwie, pożywiam się tym pokarmem, który solum jest moim i do którego tylko zostałem zrodzony. Tu nie wstydzę się rozmawiać z nimi i dopytywać ich o przyczyny i sens ich poczynań, oni zaś z właściwą sobie życzliwością mi odpowiadają; i w czasie tych czterech godzin obcy jest mi wszelki smutek czy troska, zapominam o wszelkich strapieniach, nie obawiam się już więcej nędzy, nie budzi we mnie strachu nawet śmierć, całkowicie zapominam o nich. A jako że Dante mówi, iż nie rozwinie się żadnej nauki, jeśli się nie utrwali tego, co się pojęło, tak i ja spisałem wszystko, do czego doszedłem w czasie biesiad z nimi, i skomponowałem dziełko De Principatibus, gdzie zagłębiam się, ile tylko mogę, w rozmyślania nad owym zagadnieniem, rozważając, czym jest władza jednoosobowa, jakie mogą występować jej rodzaje, w jaki sposób się ją utrzymuje i z jakich przyczyn się ją traci” (tłum. Jan Malarczyk).
Jest w tym liście kilka miejsc, na które szczególnie chciałbym zwrócić uwagę. Po pierwsze, Machiavelli wyraźnie dzieli autorów na tych, których czyta rano (poeci) i tych, których czyta wieczorem (historycy i filozofowie). Po drugie, tych, którzy zajmują go rano, czyta „u źródła”, co może (i powinno) być oczywiście rozumiane także metaforycznie. Po trzecie, pisanie następuje w dialogu ze starożytnymi: Machiavelli rozmawia z nimi i uczy się od nich; swoje dzieła komponuje pod wpływem obrazów i wizji, a wręcz – poetyckiego natchnienia. I wreszcie: określenie „mniejsi poeci” (poetae minori), użyte pod adresem Owidiusza i Tibullusa, ma charakter techniczny – chodzi o elegików piszących w starożytności.
Tak, Machiavelli był poetą. To, że dzieła jego trafiły nieodwołalnie na półkę z literaturą polityczną, przyczyniło się do marginalizacji jego twórczości poetyckiej. Owszem, wiersze jego są przeważnie nieporównywane pod względem artystycznym z pismami prozą. Wyłączenie jednak tego aspektu z refleksji nad Machiavellim zaciemnia obraz. Zapominamy, iż Książę i Rozważania nad Liwiuszem są w istocie tekstami literackimi, wysoce artystycznymi i głęboko zanurzonymi w tradycji literackiej, a ich autor to poeta o określonych aspiracjach i z konkretną wizją świata. Bo kto dziś pamięta, że Machiavelli układał poemat, który wymierzony był przeciwko Boskiej Komedii i zdetronizować miał Dantego?
Tym opus magnum miał być poemat Asino (tj. Osioł). W liście z 17 grudnia 1517 roku do innego z przyjaciół, Lodovico Alamaniego, Machiavelli pisze: „Przeczytałem Orlando Furioso Ariosta i naprawdę cały poemat jest piękny, a w wielu miejscach wręcz cudowny. Jeśli go spotkasz, przekaż mu moje pozdrowienia i powiedz, że żałuję tylko, iż wspominając tylu poetów, pominął mnie ten chuj, i że zrobił mi to w swoim Orlando, czego ja nie zrobię mu w moim Asino” (tłum. J. H.).
Osioł – pisany tercyną – wymierzony był w Dantego i Ariosta zarazem. (Miał być też „nowymi Metamorfozami”, ale to… tak… też inna historia…). Niestety, autora pochłonęła polityka i pisanie poezji zarzucił. Z zamiarowanego dzieła powstało tylko osiem rozdziałów.

Biurko, przy którym Machiavelli pisał „Księcia”.
Owszem, Machiavelli był poetą – także, kiedy pisał Księcia. Polityka i historia są tam – jak w Iliadzie wojna, w Odysei i Boskiej Komedii podróż, a w Metamorfozach mit – jedynie fasadą. Owidiusz-poeta pełni w Księciu rolę suflera: choć niewidoczny, stale podpowiada najważniejsze kwestie.
Sztuka kochania okazała się dziełem bardzo wpływowym. To, że legła u podstaw średniowiecznej poezji dworskiej – i w ogóle miłości dworskiej jako zjawiska kulturowego tak immanentnie wpisanego w średniowieczność – jeszcze łatwo zrozumieć, ale już, że miała realny wpływ na historię myśli politycznej i polityczną praktykę, przyjąć jest dość trudno. Tymczasem Machiavelli jako matrycę dla opisywanych mechanizmów władzy stosuje właśnie miłosne strategie Owidiusza. Robi to nie tylko po to, aby „rozgrzeszyć” łamanie obietnic, ale także by umotywować takie podejście jako realistyczne – a to pozwala mu ignorować konwencjonalnie rozumianą moralność i gloryfikować przemoc. Skutecznym „księciem” jest wszak ten, który posłucha rady poety i sięgnie po obiekt swojej żądzy.
Machiavelli robi to zresztą rozmyślnie i chce, abyśmy ten owidiański trop odkryli.
W wierszach-listach z wygnania Owidiusz stale lamentuje, że mieszkańcy Pontu, dokąd rzucił go los, nie znają jego języka i „głupio śmieją się z łacińskich słów”. Wyraża obawy, że otoczony barbarzyńskimi Getami, zapomina rodzimego języka, a do swojej poezji wprowadza getyzmy. I podobnie Machiavelli na wygnaniu w Sant’Andrea in Percussina, gdzie żyje wśród podobnych Getom „barbarzyńców”, niepokoi się o swój język i styl. W liście z 4 grudnia 1514 roku – napisanym do Vettoriego po łacinie i zawierającym, jak by tego było mało, kryptocytat z Metamorfoz (!) – przez Machiavellego przemawia Owidiusz: na wygnaniu tracimy mowę, a wygnaniec staje się dzieckiem, które musi na nowo uczyć się czytać i pisać.
Takich zabaw Machiavelli urządza sobie zresztą wiele. Chce, abyśmy znali jego literackie powinowactwa.
Owidiusz i Machiavelli. Obaj z drogiego im miasta zostali kaprysem losu wygnani, a tym samym także odcięci od spraw i ludzi, bez których wcześniej nie wyobrażali sobie życia; obaj utknęli na zesłaniu (pomiędzy barbarzyńcami); obaj przeżywają dramat wyobcowania i liczą na wstawiennictwo przyjaciół u władców; obaj – wreszcie – ukojenia szukają w poezji.
Czyż Książę nie powinien być czytany jako zapis dramatycznych przeżyć kogoś, kto stracił wszystko? A został Machiavelli – trzeba o tym mówić – nie tylko zwolniony z pełnionych funkcji i wygnany, ale i poddany strasznym, trwającym kilka dni i nocy torturom. W Sant’Andrea in Percussina wylądował jako człowiek fizycznie i psychicznie zdruzgotany. Pisząc, nie miał żadnej pewności, że jego dzieła przetrwają. Książę to w jakimś sensie wyraz rozpaczy i gorzkiego rozczarowania: „porzućcie wszelką nadzieję, zło i tak zwycięża!”.
Ktoś, kogo Fortuna doświadcza wygnaniem, w odbiciu lustrzanym widzi twarz nie swoją, ale Owidiusza.
JACEK HAJDUK
Wiele eksponatów zgromadzonych przez nas w muzeum ma ciekawe pochodzenie, jak choćby opisywane wcześniej meble-imitacje, a niekiedy również barwną historię, wartą opowiedzenia. Na ścianie największej izby, nad niebieską skrzynią posagową, wisi oprawiony w czarną ramę bukiet białych kwiatów, misternie naszytych na czarny aksamit. A co to jest i jak te kwiaty do nas trafiły? To dłuższa historia sięgająca czasów PRL-u, związana z lekturą powieści Siegfrieda Lenza…

Widok dużej izby. Przy drzwiach do alkierza wisi kompozycja białych kwiatów na czarnym aksamicie.
O białych kwiatach na czarnym aksamicie i czytaniu Lenza
Książka 1:
Siegfried Lenz, „Lekcja niemieckiego”
Warszawa, Czytelnik, 1971.
Pierwszą książkę Siegfrieda Lenza kupiłem i przeczytałem w roku 1971. Była to Lekcja niemieckiego, wydana w poszukiwanej wówczas, niewielkiej formatem, choć wielkiej wyborem tytułów, serii wydawniczej „Nike”. Tak naprawdę, w tamtym czasie poszukiwane były wszystkie książki, zwłaszcza „nowych pisarzy zachodnich”, których twórczość była dla nas, za tzw. „żelazną kurtyną”, odkrywaniem innego świata. Lekcja niemieckiego była kolejną odsłoną nowej (wówczas) literatury niemieckojęzycznej, w której ważne miejsce zajmowali poznani właśnie za sprawą serii „Nike” Max Frisch czy Heinrich Böll. Po ich lekturze „polowałem” na kolejne, ukazujące się książki (teraz to książki „polują” na czytelników). Nie było tego wiele, a z czasem w księgarniach pojawiły się kolejne książki Lenza, które trafiły do mojej, wówczas wrocławskiej biblioteki:
Książka 2:
Siegfried Lenz, „Najszczęśliwsza rodzina miesiąca”
Warszawa, Czytelnik, 1974.
Książka 3: Siegfried Lenz, „Einstein przepływa Łabę pod Hamburgiem”
Warszawa, Czytelnik, 1977.
Książka 4: Siegfried Lenz, „Opowieści z Bollerup”
Poznań, Wydawnictwo Poznańskie, 1978.
Kupione we Wrocławiu książki nr 2 i 3 trafiły zapewne do którejś z mazurskich bibliotek, w Ukcie lub Piszu, bo tam od czasu do czasu oddajemy (my, czyli moja żona Danusia i ja) nadmiar książek, w ramach redukcji zasobów własnej biblioteki. Lekcja niemieckiego oraz Opowieści z Bollerup, którą zgodnie z zapiskiem na stronie tytułowej, kupiłem 22 września 1978 roku (wtedy miałem zwyczaj podpisywania książek i zapisywania daty zakupu), do dzisiaj stoją w naszej domowej bibliotece w Kadzidłowie.
Po przeczytaniu Opowieści z Bollerup przyszedł rok 1979, a więc czas, kiedy czytaliśmy książki, kupowane nie w księgarniach, ale „zdobywane inaczej’. Były to książki wydawane za granicą, często przez paryską „Kulturę”, przemycane do kraju, pożyczane od znajomych, niekiedy powielane (w tym celu ze znajomymi „założyliśmy” nawet taką niewielką manufakturę wydawniczą, w której „wydaliśmy” kilkanaście tytułów w nakładzie 20-30 egzemplarzy – ale to już inna historia…). Natomiast początek lat 80., okres narodzin „Solidarności”, stan wojenny, czas wielkich braków i pustych półek w sklepach i księgarniach, to dla mnie okres lekcji niemieckiego sensu stricte (choć solidne podstawy języka zyskałem dzięki wymagającej nauczycielce niemieckiego, w LO nr 7 w Zielonej Górze) bo w czasie, gdy ogłoszono stan wojenny, przebywałem akurat w brytyjskiej strefie okupacyjnej Berlina, nazywanego wówczas Zachodnim. Wbrew swoim planom pozostałem tam na stałe. A to „na stale” przerwał upadek komuny i przyjazd na Mazury.
Dokument 1:
Dowód sprzedaży nr 000170
PP „Desa” Dzieła Sztuki i Antyki, Salon Sztuki nr 11 w Zielonej Górze, pl. Lenina 12
Symbol gr. towar.: 2541
Wyszczególnienie: Bukiet kwiatów, papier wosk. p. XX w.
Cena: 6180 zł słownie sześć tysięcy sto osiemdziesiąt złotych
Data nieczytelna: 19 (1983?)
W 1983 roku bukiet białych kwiatów w wazonie, naszytych na czarny aksamit, wisiał na ścianie w Desie w Zielonej Górze, dokąd właśnie przyjechałem z Berlina. Młodszym czytelnikom wyjaśniam: Desa (skrót od słów Dzieła Sztuki i Antyki) była państwowym przedsiębiorstwem, w zasadzie monopolistą, trudniącym się skupem i sprzedażą antyków (nie licząc giełd staroci i handlu pokątnego). Zielonogórska Desa była niewielka, antyków w niej też było niewiele, a w mojej kieszeni nie było też zbyt wiele pieniędzy. Ale jakieś pieniądze miałem, bo jako „gość zagraniczny” odwiedzający swoją ojczyznę – i miasto, w którym chodziłem „do szkół” musiałem dokonać tzw. wymiany obowiązkowej. Mało kto dzisiaj to pamięta, choć nie są to czasy aż tak odległe, a niektórzy zapewne wcale nie wiedzą, że obywatele polscy mieszkający za granicą i przyjeżdżający do swojego kraju, mieli obowiązek wymiany dewiz, czyli de facto płacili haracz za każdy dzień pobytu. No więc paradowałem po ulicach Zielonej Góry, z paszportem konsularnym w kieszeni (tu kolejne wyjaśnienie: nie jest to paszport dla pracowników konsulatu, ale wydawany przez tychże obywatelom polskim mieszkającym na stałe zagranicą), w którym to były różne pieczątki: okrągłe, podłużne, kwadratowe, czerwone, zielone i fioletowe: Wśród nich:
Pieczątka numer 1:
„Zezwala się na wjazd do PRL i pobyt przez (30) dni. Wjazd powinien nastąpić przed upływem sześciu miesięcy od daty wystawienia”, tu podpis…
Pieczątka numer 2:
„Kierownik Wydziału Konsularnego Stanisław Ludwichowski I Sekretarz”
Pieczątka numer 3, okrągła:
„Misja Wojskowa Polska w Berlinie”
Pieczątka nr 4:
„Podlega obowiązkowi wymiany dewizowej równowartości 7 DM dziennie. Es besteht die Untauschpflicht des Gegenwertes von 7 DM pro Tag”
Pieczątka nr 5:
„Spełniono obowiązek wymiany dewiz w równowartości 7 DMZ dziennie na (5) dni pobytu w PRL”
A na koniec najważniejsza pieczątka nr 6:
jednego z państwowych kantorów (ze złodziejskim kursem) potwierdzająca, że stosownej wymiany dewiz dokonano.
Najważniejsza, bo bez tej pieczątki nie można było wyjechać z Polski!
I tu potrzebne jest kolejne wyjaśnienie: wymiana 7 DM / dziennie była haraczem łagodnym: była to taryfa ulgowa, bo jako student Freie Universität Berlin (Studiengang: Geographie/Erdkunde, Studienziel: Promotion) korzystałem z dobrodziejstwa przysługującej mi zniżki. Pozostali polscy obywatele, którzy chcieli odwiedzić Ojczyznę, w której nie mieszkali na stałe, musieli wymieniać bodajże 13 lub 15 marek zachodnioniemieckich za każdy dzień pobytu w kraju (o porównaniu tej kwoty do ówczesnej średniej krajowej pensji nie będę pisał).
A po ulicach Zielonej Góry paradowałem nie bez powodu: po dokonaniu obowiązkowej wymiany dewiz musiałem przecież dokonać obywatelskiego obowiązku. Musiałem wydać wszystkie, w przymusowy sposób uzyskane środki płatnicze, ponieważ nie wolno było ich wywozić za granicę, bo to było przestępstwem dewizowym. Tak więc, aby nie zostać przestępcą dewizowym, narażającym państwo na straty musiałem jakoś pozbyć się tych pieniędzy. Tak więc z paszportem pełnym stosownych i bardzo ważnych pieczątek oraz określoną, może nie zawrotną, choć stosunkowo dużą – jak dla zwykłego śmiertelnika, ilością gotówki wkroczyłem do niewielkiego saloniku Desy, znajdującego się tuż obok zabytkowej Wieży Głodowej i naprzeciw – tfu!!!, klubu MO zwanego potocznie „Pod pałkami”.
Antyki zgromadzone w Desie stały lub wisiały w pewnym, ściśle określonym porządku: im dalej od wejścia, a bliżej kontuaru pań sprzedawczyń, tym wyższa był ich cena (choć nie koniecznie wartość) i odwrotnie. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, spytałem o wiszący w pierwszym pomieszczeniu, w pobliżu drzwi wyjściowych, bukiet białych kwiatów w białym wazonie i w prostej, eleganckiej czarnej ramie. Białe kwiaty i wazon były naszyte na czarny aksamit. Pani sprzedawczyni bardzo uprzejmie mnie potraktowała (mimo że zainteresował mnie obiekt z „tańszej” części sklepu) i poinformowała, że są one, tzn. kwiaty, wykonane zostały z woskowanego papieru. Obraz bukiet spodobał mi się, podobnie jak jego cena (6180 złotych polskich, tyle przeciętnie miesięcznie zarabiano wtedy w Polsce), wyszedłem więc wkrótce ze sklepu ze sporym, płaskim i szarym pakunkiem, w którym staranie zapakowany znajdował się ów bukiet kwiatów wyciętych z woskowanego papieru.

Bukiet białych kwiatów na czarnym aksamicie.
Dokument 2:
Spis mienia przesiedleńczego przeznaczonego na wywóz do Berlina Zachodniego: 55 pozycji [a wśród nich:] Pozycja 39: obrazy o tematyce różnej – 8 szt.
Dowód odprawy celnej – wywóz seria AB Nr 215550 Poz. ewid. 272/84, data: 09. 05. 84 r.,
Podpisane: Kontroler Celny U.C. w Rzepinie Andrzej Napierała.
No i kolejne wyjaśnienie: jako polski obywatel, mieszkający na stałe za granicą, miałem prawo wywieźć tam cały posiadany w Polsce dobytek. Co prawda trudno mówić o dobytku, bo przecież dwa lat wcześniej skończyłem studia (Uniwersytet Wrocławski, wówczas jeszcze im. Bolesława Biureta, Wydział Nauk Przyrodniczych, kierunek: geografia). Jednak jak wynika z powyższego dokumentu, coś tam jednak się uzbierało, a konkretnie 55 pozycji spisanych urzędowo na papierze. Przedmioty te, po spisaniu, należało odprawić, czyli pokazać urzędnikowi Urzędu Celnego, w tym wypadku znajdującego się przy dworcu kolejowym w Zielonej Górze. A celnik, jak to celnik, interesował się głównie tzw. przedmiotami wartościowymi (pytał o złoto, srebro, bursztyny), a do takich na szczęście nie zaliczył bukietu białych kwiatów w czarnej ramie, więc łaskawie zezwolił na jego wywóz. W ten sposób, z urzędową listą, zapakowane w szary papier, ostemplowane i zaplombowane urzędowymi plombami (!), mienie przesiedleńcze mogło legalnie opuścić terytorium PRL i trafić do zachodnich sektorów Berlina, oczywiście po drodze poddane podwójnej, czujnej i drobiazgowej kontroli socjalistycznych, bratnich organów granicznych Niemieckiej Republiki Demokratycznej (raz przy wjeździe do byłej radzieckiej strefy okupacyjnej, drugi raz przy jej opuszczeniu). I w ten sposób bukiet białych kwiatów trafił na ścianę solidnej kamienicy, wybudowanej pod koniec XIX wieku przy Leonhardtstraße – niewielkiej i bardzo malowniczej, porośniętej pięknymi lipami ulicy w dzielnicy Charlottenburg. Tam wisiał sobie spokojnie i dosyć długo, od czasu do czasu odkurzany delikatnie, by nie zniszczyć drobniutkich listków, płatków, słupków i łodyżek kwiatów.
Po 1989 roku i upadku muru berlińskiego, gdy Berlin Zachodni stracił swój specyficzny klimat otwartego – mimo że zamkniętego miasta, stając się częścią Wielkiego Berlina, metropolią, stolicą Niemiec, a Polska w tym samym czasie stała się „krajem normalnym”, moja żona Danusia, która nigdy nie chciała mieszkać za granicą, zwłaszcza w Niemczech, nalegała byśmy wrócili do kraju. Ale dokąd i po co? Do Zielonej Góry, tam, gdzie mieszkałem do 19 roku życia i chodziłem do szkół? Czy do Wrocławia, gdzie poznaliśmy się na studiach, a potem ja pracowałem w Geoprojekcie? Otóż tak zwany „los”, czyli przypadek, układający się w pewien ciąg, szybko po sobie następujących wydarzeń: spotkania z przyjaciółmi w ciepły wieczór, na Stuttgarter Platz przy weizenbier, opowieści o Koreańczykach interesujących się rogami polskich jeleni (dosłownie, nie w przenośni), lektura prasy codziennej, gdzie wyczytałem o fermie jeleni, namowa Danusi by wynieść się z Berlina i spontaniczny wyjazd na Mazury, sprawiły, że kupiliśmy mały, podupadający dom z kawałkiem ziemi w Kadzidłowie (ale o tym wszystkim już pisałem).
Książka 5:
Siegfried Lenz, „Muzeum ziemi ojczystej”
Warszawa, Czytelnik, 1991
Na tylnej okładce metka z podwójną ceną: 20 000 zł oraz 2 zł.
No i tak trafiliśmy na Mazury, których wcześniej nie znaliśmy, bo to daleko od Wrocławia, no i nie ma tu wysokich gór (po których wówczas tak namiętnie wędrowałem, że wychodziłem sobie w nich nawet pracę magisterską pt. Geneza stopni Smogorni). Z Berlina na Mazury było jeszcze dalej, ale nie musieliśmy już podróżować autostopem, bo szczęśliwie mieliśmy samochód, więc nadrabialiśmy zaległości. Poznawaliśmy Mazury oraz ich okolice, a jeżdżąc tak po różnych miasteczkach (i do Olsztyna), tradycyjnie zaglądaliśmy do księgarni w poszukiwaniu nowości i literatury fachowej (typu „jak przeżyć pierwsze dni na wsi”) i regionalnej (w ten sposób odkryliśmy wydawnictwa Borussii). No i pewnego razu w Mrągowie, na półce z tanią książką, między poradnikami dla rolników i wędkarzy, a przeterminowanymi kalendarzami, natrafiliśmy na książkę Siegfrieda Lenza Muzeum ziemi ojczystej, którą kupiliśmy za 20 tysięcy złotych, czyli po denominacji za całe 2 zł. W ten sposób po wielu latach Lenz przypomniał o sobie, choć chyba wcześniej w niemieckiej telewizji oglądaliśmy film w odcinkach, nakręcony na podstawie tejże opowieści (później, już na Mazurach, była jeszcze lektura Słodkich Sulejek). Tak czy siak, Muzeum ziemi ojczystej w miękkim, tanim i nieco tandetnym wydaniu, pojechało z nami do Berlina, gdzie jeszcze zarabialiśmy na remont naszego przyszłego mazurskiego domu. No i tam, w Berlinie, snuliśmy plany o życiu na Mazurach. Żeby bardziej wczuć się w mazurski klimat i dzieje czytałem Muzeum ziemi ojczystej, aż dotarłem do strony 181 książki, na której przeczytałem: „Gdy Cyganie pociągnęli dalej, do Narbony i Andaluzji, Bianka z czystej sympatii wzięła Sonię Turk do domu, podarowała jej poduszkę wypchaną puchem młodych gęsi i niezwykłą sukienkę, haftowaną rybią łuską – roślinny motyw na czarnym aksamicie – i tak długo kazał jej pić wywar z wnętrzności zwierząt, aż dziewczyna ocknęła się z apatii, wywołanej przez trans”.
Po przeczytaniu tych słów zerwałem się miejsca, ale nie z powodu myśli o piciu wywaru z wnętrzności zwierząt, lecz z powodu opisu owej sukienki. Po powtórnej lekturze fragmentu, tym razem na głos, zaopatrzeni w lupę dokonaliśmy z Danusią szczegółowych oględzin wiszącego od lat na ścianie bukietu białych kwiatów w wazonie. No i wszystko się zgadzało! Czarny aksamit był oczywistym od początku, ale to, co zgodnie z dowodem kupna, miało być papierem woskowanym, okazało się misternie wyciętymi rybimi łuskami! Te wszystkie malutkie kwiaty bzu, listki wycinane w ząbki, płatki łączone po kilka w pączki róży lub kiście bzu, ozdobione perełkami i koralikami, z słupkami, łodyżkami, a nawet wazon, wszystko to było wykonane z rybich łusek! Pewności nabraliśmy, gdy dwanaście stron dalej przeczytaliśmy: „Moja mistrzyni wyszła nam naprzeciwko, w sukience, z rzadko spotykanym haftem z rybich łusek, przerobionym prezencie od Bianki…”.

Płatki kwiatów i listki wycięte z suszonych rybich łusek są ozdobione koralikami i perełkami.
Skoro można było przerabiać sukienki, to przecież można było też kompozycję kwiatową z łusek rybich wyciąć i przerobić na dekoracyjny obraz. Tak więc dzięki Lenzowi, wiemy co mamy: rzadki przykład sztuki mazurskiej! (po wielu latach podobny, choć znacznie mniejszy obraz z rybich łusek widzieliśmy na wystawie w muzeum w Mrągowie).
Dokument 3:
Spis przewożonych przedmiotów i mienia w związku z powrotem na stałe do Polski z dnia 31.05.1999 roku
Dwie pieczątki:
Urząd Celny w Rzepinie, Oddział Celny w Świecku,
Urząd Celny w Olsztynie, Posterunek Celny w Mrągowie,
maj –czerwiec 1999 r.
Załącznik: ręcznie spisana lista rzeczy – poz. 8.: Obrazy, zegary itd.
W 1999 roku na stałe opuściliśmy Leonhardstraße, Charlottenburg i Berlin zabierając z sobą cały swój dobytek. By nie płacić cła był ponownie przewożony jako mienie przesiedleńcze. A w mieniu tym znajdował się między innymi starannie zapakowany bukiet kwiatów z rybich łusek. W ten oto sposób obraz bukiet przez Zieloną Górę i Berlin, powrócił do miejsca swego hipotetycznego pochodzenia, czy raczej wytworzenia. Wrócił na Mazury, a wraz z nami trafił do Kadzidłowa, gdzie być może częściowo pod wpływem lektury Muzeum ziemi ojczystej, zamierzaliśmy – niczym Zygmunt Rogalla, utworzyć muzeum. Tak też się stało i w translokowanej chacie odtworzyliśmy między innymi jednoizbową szkołę wiejską, być może taką, w jakiej powieściowy nauczyciel Heinrich Hasenleit zdumiony powtarzał: „Czy to możliwe?”, gdy od swojego ucznia Simona Gayko otrzymał w prezencie model okrętu klasy awizo „Hohenzollern”, który w tejże izbie szkolnej został wkrótce – przy aplauzie dziatwy szkolnej, zniszczony („zbombardowany” – jak to nazwano w powieści) za pomocą tłuczka od moździerza (str. 7-80 „Muzeum…”). Zniszczonego modelu awizo nie mamy, ale na ścianie największej izby w naszym muzeum, wisi biały bukiet kwiatów, wyciętych z rybich łusek, misternie naszytych na czarny aksamit, a oryginalna czarna rama została zamieniona na specjalnie dorobioną grubą oprawę ze szkłem, by delikatne płatki kwiatów chronić przed „bombardowaniem” przez palce ciekawskich zwiedzających.

Detal misternej kompozycji – tu łuski rybie w całości.
Zamiast zakończenia:
Książka 6:
Mazury – Słownik stronniczy, ilustrowany
Dąbrówno, Wydawnictwo Retman, 2008.
Waldemar Mierzwa, wydawca z Dąbrówna, zaproponował mi udział w tworzeniu Stronniczego słownika mazurskiego. Słownik miał być subiektywny, tak bardzo, że każdy z autorów sam ustalał hasła, jakie chciałby w nim umieścić i opisać. Wśród około 30 haseł, które wybrałem i napisałem, jedno dotyczyło Siegfrieda Lenza i jego książki:
„Muzeum ziemi ojczystej (Heimatmuseum) Siegfrieda Lenza (ur. 1926 r. Ełk) to obok Dzieci Jerominów Wiecherta, jedna z najważniejszych powieści mazurskich*. Lenz opowiada w sposób barwny historię Mazur poprzez losy mieszkańców Łukowca (Ełku) od I do II wojny św. (powieść sfilmowano). Narratorem powieści jest Zygmunt Rogalla – twórca prywatnego muzeum, gromadzący z pasją świadectwa historii okolicy, bo «wiedza na temat stron ojczystych […] jest początkiem wiedzy o świecie» oraz by pokazać «jak kiedyś żyliśmy». Gdy eksponaty te, podobnie jak mieszkańcy Łukowca, po 1945 r. trafiły do Niemiec, by nie stały się tam relikwiami «zakonu nostalgii, sprzymierzenia chorych z tęsknoty», którzy «wszystko chcieli organizować na nowo», podpala swoje zbiory «by nikt już nie mógł nimi zawładnąć». Powieść z 1978 r. jest aktualna także obecnie, gdy pamiątki przeszłości nie świadczą już tylko «o minionym, zakończonym zamkniętym życiu», lecz służą innym celom «stosownie do najnowszych potrzeb» (reinterpretowanie historii w Niemczech, dyskusja o śladach niemieckiej przeszłości w Polsce). KAW.
I tak – zwięzłym hasłem podziękowałem pisarzowi za jego dzieło. Jak widać warto czytać Lenza, bo to lektura nadal inspirująca!
Kadzidłowo, czerwiec 2010 r. [1]
Ps.
W niedzielę, 13 października 2024 roku w Bad Säckingen, ładnym niemieckim granicznym miasteczku nad Renem (na drugim brzegu jest Szwajcaria) wraz z przyjaciółmi spacerowaliśmy po parku Schloss Schönau, niewielkiego zamku wyglądającego jak pałac. Przy jednej z alejek stała szafka – taka uliczna samoobsługowa biblioteka, w której można zostawić niepotrzebne książki i w ten sposób dzielić się nimi (bookcrossing czyli „uwalnianie książek”). A w niej, na górnej półce, obok siebie stały i chyba czekały na nas, dwie grube książki, obie w płóciennych okładkach: dwie najważniejsze powieści mazurskie, autorstwa dwóch niemieckich pisarzy urodzonych na Mazurach: Jeromin-KinderErnsta Wiecherta (wydanie z 1999 roku) oraz Heimatmuseum Lenza (pierwsze niemieckie wydanie z 1978 roku). Obie stoją teraz w naszej mazurskiej bibliotece w Kadzidłowie.
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
[1] Tekst pierwotnie opublikowany w: „Borussia” 2010 nr 48 – tu w wersji zaktualizowanej, dostosowanej do „Księgi Przyjaciół”.
„I jeśli w tej chwili / ktoś mnie słyszy – niech o mnie z litością pamięta: / o tym, że przez las cudów kroczyłem samotnie, / zaszyty w jego bezludnych ostępach, / że moje stopy poznały stokrotnie / każdą z dróg, czy to prosta była, czy pokrętna, / i o tym jeszcze, że ona jest piękna” (e. e. cummings, Być może po to, aby poczuć, jak, tłum. Stanisław Barańczak).
Do wyboru wierszy cummingsa w opracowaniu Artura Międzyrzeckiego (PIW 1985) sięgnęłam znów po latach, gdy trafił na moje biurko tom gnieźnieńskiego poety Dawida Junga Spam (Kraków 2020). Pokrewna intensywność uczuć i liryczna wrażliwość skierowała mnie ku tym porównaniom. Amerykański twórca awangardy pierwszej połowy XX wieku (z maszyną do pisania, a nie z lirą, jak celnie zauważa Międzyrzecki) śpiewa niczym Orfeusz i nie daje się zwieść zdobyczom nowoczesnej cywilizacji, bo nie zamierza rezygnować z miłosnej pieśni głoszonej przez poetów. Czytając wiersze z tomu Junga znajduję równie zaskakujące zestawienia egzystencjalnych zdarzeń i wyobrażonych idealnych relacji jak u cummingsa. O miłości i śmierci Jung pisze z wiarą w sprawiedliwą miarę tego, co ofiarowuje, porównuje z tym, co otrzymał – i nie żałuje gorzkich słów dla tych, którzy zdradzili czy opuścili, powierza je samotnikom podobnym sobie, snującym rozważania o dziejach nad rozkopanymi grobami: „jak, panie, przeliczyć i obmierzyć pojemność czaszki / od czaszek w słońcu schnących”; „dlaczego nie chodzisz przede mną naga, nie chowaj wstydu / dla śmierci, nie tylko dla niej rozbieranie / jest sztuką” (Tadeusz Stirmer).
Obaj poeci mówią śmiało o języku ciała, o działaniu zmysłów i zwodniczym uroku chwili. Cummings zauważa nieporozumienia i rwące się związki, podkreśla trud wsłuchiwania się w pragnienia i potrzeby drugiego człowieka: „mówiłem do ciebie / pieśnią a ty / nie słuchałaś / twoje oczy są wazą / boskiego milczenia / Ach, przyjdź / czy życie nie jest pieśnią?”. Jung po swojemu opisuje poznawany i doznawany co dnia „las cudów”, notuje w komputerze refleksje o świecie współczesnym, a do „spamu” wrzuca wiadomości, na które paradoksalnie pragnie zwrócić uwagę, bo niesłusznie zostały pominięte. Nasycone emocjami wiersze Junga nie chcą być „spamem”, lecz żywym organizmem słowa, łączącego zrytmizowaną frazę romantyczną z wierszem wolnym, chcą być zdaniem, które pulsuje, by ożywać w coraz to nowej postaci. Tytuł tomu Spam sugeruje, że zbyt wiele odrzucamy jako tematy nieważne, bo minione, już nieistotne – pomijamy losy ludzi tworzących kulturę miejsc, w których obecnie żyjemy. Poeta nie godzi się na łatwe zapominanie dokonań poprzedników, ich tradycji i języka, na kasowanie w historii nazwisk artystów czy myślicieli tworzących filozoficzny dorobek i podstawy naszej tożsamości. W wierszu Czesław Miłosz ukazuje splot miłości i śmierci, daru i utraty, nietrwałości rzeczy dostępnych człowiekowi: „Wybacz, że jeszcze nie ćwiczę tego widoku: / rano zastyga mgła, kręcona gałka lodów / przy policzku, tam, pośród rozwartych / kart, dokąd wkrada się pierwsze słońce / i sczytuje nasz krótki list, dyplomatyczną / notę o zemście śmiertelnych na nicości”.

Fot. Szymon Malengowski
Wrażliwość i otwartość na sprawy codzienne łączy poetów różnych pokoleń, podobnie jak dotykanie materii, świadomość przemijania i pytania, jakie zadają o cel i sens istnienia w różnym czasie, w osobnych miejscach i kulturach. Cummings pyta: „czy paru dobrodusznych filozofów nie zechciałoby mi łaskawie wyjaśnić / co ja tu robię w tym słońcu, na wierzchołku wzgórza pod Calchidas?” (Czy paru dobrodusznych filozofów…, tłum. S. Barańczak). W tytułach wierszy Jung zwraca się po imieniu do tych twórców, z którymi chciałby rozmawiać o sprawach trudnych, nierozwiązywalnych, takich jak wierność ideałom młodości, zdrada, szacunek, niespełnienie, sens trwania wyrażony w strofach (Josef Neubauer): „Czy naprawdę, przyjacielu?/ Mrok z ust nie jest tym samym mrokiem, / który usta rozprasza, każe im zawrzeć się na sobie, / na sobie tylko polegać […] O jakim święcie śpiewasz, gdy mrok przestaje być barwą, a staje się – czym? […] Tobie dano język niemiecki, mnie polski, / języki zabójcze, gdy zbyt blisko siebie. / Tobie 1911, mnie 1980 // Nic, co mąci błękit nieba i wody, do nas nie należy, / ani oddech w nierozwartej piersi, ani jej drżenie pod dotykiem, / ani dotyk, który nas rzadko spotyka. // Dlaczego kłamiesz, chłopcze, / że nie widzisz śmierci?”.
„Przez las cudów kroczyłem samotnie” – cummings podsumowuje życie, ogląda rzeczy z bliska, bada „obszar mroku” i pyta, jak zmierzyć przemijanie: „która godzina ciekaw jestem mniejsza o to / pomyśl raczej o sprawach niebieskich a wtedy / wszystko prócz gwiazd się znajdzie na swym miejscu odtąd / zaczyna się ten obszar mroku a tuż przed nim / stoi co ach tak krzesło a nie Kasjopeja” (Która godzina ciekaw jestem…,tłum. S. Barańczak). Nie ma pewności, czy ktoś zdoła usłyszeć jego wołanie o pamięć chwili, towarzyszy mu jednak nieustępliwa świadomość piękna życia, jakie było jego udziałem. Dla Junga przywoływane w tomiku postacie mistrzów – poeta Klemens Janicki czy rabin Aszkenazy związani z historią Gniezna – stanowią tło albo pretekst, żeby mocnym głosem mówić o swoich porażkach i sukcesach: „i byłem jednym z tych, którzy szukają, / zapominając, że sami są poszukiwani. / Komu piszesz, chłopcze, wierszyki nasieniem, / czy nie mówili ci, że nikt czytać ciebie już nie chce?” (Klemens Janicki). Odwołuje się do postaci znanych z historii literatury i kultury, „spoza niedomkniętego czasu” przywołuje Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, Karola Wojtyłę, Heinricha Heinego, Rafała Wojaczka, ale również postaci z historii muzyki. Gnieźnieński poeta jest bowiem wykształconym tenorem, koncertował w kraju i zagranicą. O losie wybitnego tenora dramatycznego traktuje elegia Werner Alberti. Alberti także pochodził z Gniezna, urodził się w 1863 roku w polsko-żydowskiej rodzinie jako Wojciech Krzywonos. Poeta słyszy jego głos poza czasem i wsłuchuje się w samotność ciała wobec śmierci: „wszystko to żegnać już czas / czerw rytualne zaloty // kto widzi spazmy / filtry z humusu żwiru i glinki / ten przejdzie // oczyszczony”. Wypowiedziane słowo i pieśń pozostają w przestrzeni czasu na zawsze, w każdej chwili gotowe do odsłuchania, wystarczy wczuć się w cudzy los, zanurzyć w tygiel dziejów i rozpoznać brzmienie skargi, tęsknoty, niespełnionego pragnienia, pisać kantylenę w imieniu porzuconych czy zapominanych, a wartych przywołania w żałobnym zaśpiewie za rabinem, renesansowym uczonym (Eliezer Aszkenazy): „I tylko z macewy kamiennego łuczku / wciąż dla nich wykrusza się mój żal: // nie umie kochać kto nie wybacza zdrady / tylko zdradzony poznaje samotność prawdziwą”.
Język poetycki Dawida Junga jest językiem dialogu, zadziornym i przekornym, godnie przejmującym nastroje cummingsa, różnorodnym, niekiedy ekstatycznym, obrazoburczym, lecz szukającym rozmówcy uważnego, pełnym cytatów i sporów z pisarzami.
TERESA TOMSIA
Jak pisarz wybiera motto do książki, tak można również wybrać motto do pisarza. Aby z góry było wiadomo, z kim mamy do czynienia. W przypadku Savinia przychodzi na myśl fragment z Hölderlina: „Mało wiedzy, lecz wiele radości / Dano ludziom”.
Żona pisarza wspomina, że najbardziej wyrazistym rysem Savinia „była zawsze radość, że żyje zgodnie z własną naturą. Był szczęśliwy, że pracuje, że mówi i robi, co czuje i chce”. A sam Savinio powtarzał, że „nie umie nie być szczęśliwy”. Co nie zdziwiłoby Nietzschego: „Życie samo nagradza nas za naszą upartą wolę życia”. Nagradza zwłaszcza tych, co się nim cieszą.
Diletto to przyjemność, a dilettante, dyletant, to ktoś, kto odczuwa przyjemności, „delektuje się” nimi i czerpie z tego radość w obcowaniu ze światem. Dyletant Savinio czerpie radość nawet z nazywania siebie dyletantem. Wraca do tego określenia z upodobaniem, często je objaśnia, nie chce, by zostało źle zrozumiane. A powinno być rozumiane mniej więcej tak:
Jest dyletantem z urodzenia, nie z wyboru – dyletantyzm stanowi jego „prawdziwą i najgłębszą naturę”. Odkrywszy to, zrozumiał, że źródło wszystkiego ma w sobie i jest niezależny od innych źródeł uchodzących za „głębokie”. Tym samym zwątpił w „głębię” głębi. Dyletantyzm stał się jego sposobem życia. Wprawiał się w nim: uczył się docierać do „skrytej duszy rzeczy”, do tego, co jest niezrozumiałe i nieuchwytne. A to z kolei pozwoliło mu „żyć w sposób naturalny zarówno w tym, co istnieje, jak i w tym, o czym się sądzi, że nie istnieje, zarówno w tym, co prawdziwe, jak i w tym, co uznaje się za fałszywe, zarówno w tym, co realne, jak i w tym, co uchodzi za nierealne, zarówno na jawie, jak i we śnie”. Ten sposób życia szczęśliwie chroni przed pokusą wyjaśniania świata, przed poglądami ugruntowanymi, „poważnymi”.
Savinio często nazywa swój dyletantyzm „stendhalizmem”. Gdyż to Stendhal wpadł na to, że można poprzestawać na pragnieniach i ich „krystalizacji”, nie dążąc do ich realnego spełnienia. Nawet nie spostrzegł, że dokonał tak znamiennego odkrycia – „Stendhal nie wiedział, że jest Stendhalem” – nie zrozumiał, że podsuwa najtrafniejsze „rozwiązanie” życia. Ale stendhalistami bywali już przed nim inni Wielcy Dyletanci, choćby presokratycy, Lukian czy Montaigne. Ci, co odnosili się z uwagą wyłącznie do physis, do natury, która przecież także jest Wielką Dyletantką.

© mazzoleniart.com
Savinio, co prawda, również czerpie radość ze swoich zainteresowań i pasji twórczych, ale wciąż podkreśla, że nie jest pisarzem czy malarzem z zawodu. Z zawodu nie jest nawet dyletantem. Zawodu nie ma – nawet takim narzuconym sobie celem nie zubożył swego życia. Nie pozwolił sobie na monotonię. Za swoją jedyną zawodową twórczość uważał zajmowanie się tym, by w rzece płynąć głównym nurtem i nie ocierać się o mielizny.
Skeptikos – taką postawę obrał. Nie odstępując od pierwotnego, archaicznego znaczenia tego słowa: człowiek, który myśli. Który chce „przyzwyczaić swój mózg do podobnej aktywności, jaką wykazują inne organy”. Największego wsparcia myśleniu udziela inteligencja. Okazuje się narzędziem najbardziej poręcznym, kiedy ktoś chce „zmontować w sobie z wielu elementów” wnikliwość, ostrość spojrzenia, błyskotliwość umysłu. Gdyż tylko to pozwala „wdawać się swobodnie i w osamotnieniu w mroczny dramat życia”.
Dopowiada jednak w Nuova enciclopedia, że inteligencja jest nieodłączna od „tego kopciuszka, tego biedactwa skromnego, niedocenianego, pogardzanego, jakim jest głupota”. Kto „wspina się boleśnie, często rozpaczliwie” po wielu stopniach inteligencji, musi o tym pamiętać. Musi zdawać sobie sprawę z dwoistości wszelkich zjawisk, jeśli chce przestrzegać „metafizycznego kodu życia”. A metafizykę Savinio również rozumie na swój sposób: jako umieszczanie obiektu kontemplacji czy rozważań – rzeczy, człowieka czy zjawisk – poza czasem. Dzięki temu nawet to, co jest odległe od siebie o stulecia, staje się takie samo. Tkwiąc niezmiennie w świecie realnym, choć nie tylko w jego przestrzeni widzialnej, ale też poza fizycznymi pozorami. „Cała godność metafizyki mieści się w fizyce”. Metafizyka nie jest czymś nadprzyrodzonym, choć lekkomyślnie wciąż tak ją rozumiano. Co więcej: właśnie metaphysica naturalis pomaga stąpać twardo po ziemi i mieć oczy szeroko otwarte. A że „nie należy tak postępować i mówić, jakbyśmy byli w uśpieniu”, upominał już Heraklit. Któż odważyłby się temu przeczyć?
Ktoś jednak się odważa. Kto? – inni. Gdyż mało kto ceni sobie poczucie szczęścia i ma odwagę otwarcie z niego korzystać. „Innym życie dopiero wtedy wydaje się godziwe, gdy jest pogrążone w udręce i cierpieniu. Szlachetność, «wzniosłe» uczucia i «dobry ton» wymagają, by w tym naszym «nieszczęsnym» życiu posuwać się krokiem ciężkim i powolnym, jak na pogrzebie”. Inni może nawet bywają szczęśliwi, ale się z tym kryją.
A dyletanta mają za poganina. Przecież „nie wierzy w Boga chrześcijan, nie wierzy w nieśmiertelność duszy, nie wierzy w innych fałszywych bogów, a ściślej mówiąc, nie wierzy w żadnego boga”. Istotnie, dyletant nie domaga się niczego od jakiejś istoty, która by nad nim górowała i niczego się po niej nie spodziewa. Dlatego inni mają go za kogoś, „kim nie trzeba być”. On tymczasem, „silny i samotny, przechadza się na wolności po nieskończonych drogach świata”.
*
Niewielu poznało się tak dobrze na naszym stuleciu, jak Savinio – twierdzili życzliwi mu (Roberto Calasso, Alfredo Giuliani, Marco Sabbatini, Alessandro Tinterri, Silvana Cirillo), a nawet mniej życzliwi (Emilio Cecchi, Walter Pedullà). Niewielu też zrozumiało tak dobrze, jak on, czego można spodziewać się po człowieku.
„Człowiek umarł”. Tamten renesansowy, masywny jak postacie Michała Anioła, pan wszechstworzenia już nie istnieje. Poza horyzontem świata „humanistycznego” odsłonił się wszechświat znacznie rozleglejszy. I nowy człowiek w tych nowych dla siebie przestrzeniach pogubił się. „Nie może się wzorować na zmarłym poprzedniku”. Przepadły zresztą wszelkie wzorce. Chciałby je więc jak najprędzej zastąpić nowymi. „A to błąd symetrii. Nie wszystko, co się kończy, powinno być czymś zastąpione”.
Istniało wiele niejasności i tylko jedna jedyna Prawda. Bezpiecznie było z tą „złotą piramidą z Absurdum na szczycie”, póki nie stała się pobielanym grobem. „Kto ma zrozumieć, zrozumie”. Miejsce tamtego człowieczeństwa, „pomniejszonego i pomniejszającego”, zajęło inne, nie mniej pomniejszone i pomniejszające. Kiedyś w sposób demagogiczny przyznano jednakową duszę wszystkim. I wszyscy ją w dalszym ciągu mają. „Ale przeważnie w zaniku, jak mięśnie uszu”. A skoro człowiek nie wpadł na to, że musi sam zadbać o swoją duszę, wydaje mu się, że na siebie nie może liczyć. Choć już dobrze wie, że jest zdany na siebie samego.
„Najważniejszym odkryciem naszych, a może wręcz wszystkich czasów jest Niepewność. Nazwijmy ją należnym jej imieniem: Boska Niepewność. Został odkryty nowy bóg”. I tak oto niepewność stała się jedyną pewnością. Jedyną Prawdą Absolutną, wzorcem wszystkich wzorców. Nietzsche ze swoim „Gott ist tot” został zrozumiany opacznie. Bóg, jak był w człowieku, tak w nim jest. Nie poszedł na wygnanie tylko dlatego, że człowiek już go nie wzywa i o nic go nie prosi. Stał się tylko „milczący, bardzo dyskretny, a jeszcze bardziej anonimowy”. Dzięki temu jest to nawet „Bóg bardziej boski”. Nastąpił cud; Bóg dokonał swego największego cudu: rozwiał się jak mgła, ale wciąż przybiera dowolną postać. A więc człowiek nie przestaje sobie mówić: Kto wie?
Niezliczone bywają kryjówki Boga. Na jedną z takich wpadł jeszcze Stendhal: to pamięć. Za ideę centralną, autorytet, ośrodek wartości absolutnych ciągle chce się uznawać przeszłość. Za wszelką cenę, nawet płacąc za to zaślepieniem. „Jakże można nie wyczuwać, że z chwilą, gdy sięgamy do pamięci, przygasa inteligencja? «Co by zrobił na moim miejscu Rafael?» Na pewno nie zadałby tak głupiego pytania”.
O tyle to istotne, że pewien okres przeszłości Savinio ceni szczególnie. A kryjówki bogów pomniejszych? Bogowie pomniejsi w naszej epoce „arogancji techniki i buntu mas” nie zniżają się do szukania dla siebie kryjówek. Są pewni swego: skoro człowiek zawsze chciał coś ubóstwiać, będzie chciał tego samego, czyli ich, w dalszym ciągu. Trzeba jednak jakoś naszym czasom sprostać. Nawet jeśli są kalekie, byłoby czymś małostkowym odżegnać się od nich. „To tak, jakby matka wyrzekała się własnego dziecka, bo paraliż odjął mu władzę w nogach”. To tak, jakbyśmy się z naszymi czasami nie zżywali – a zżyliśmy się.
STANISŁAW KASPRZYSIAK
Fragment szkicu „Można wdać się w rozmowę” z tomu „Odwieczne rozmowy”, Kraków, Austeria, 2024. Żeby zamówić – kliknij tutaj
Z dnia na dzień nad Miastem przybywało chmur. Biało-czarna płaskorzeźba całą swą masą nieustannie przesuwała się ponad wzgórzami Marche, jakby wciąż próbując dopasować się do ich kształtu. Na swój sposób zadomowiony w Urbino, czułem, że powoli odklejam się od miejsca i czasu. Przeziębienie nie było chyba jedyną przyczyną tego osobliwego stanu.
Każdego ranka próbowałem przy śniadaniu jako tako dogadać się z gospodarzem, który nieustannie narzekał na Urbino. Mediolan, Turyn, Rzym – to są miasta! Stąd wszyscy wyjeżdżają, coraz mniej studentów, brak pracy. Na hasło „Città ideale” sarka rozdrażniony, chociaż wszystkie ściany ozdobione są słynnymi krajobrazami, Rafaelami i della Francescami. Jest jeszcze martwy sezon, prawdziwy ruch zacznie się dopiero przed świętami.
Obok hoteliku znajduje się dawny kościół Świętej Małgorzaty, pierwsza siedziba bractwa Corpus Domini. Dzisiaj został tylko piękny portal. Syn właściciela opowiada, że w środku nie ma już nic ciekawego, wnętrze zaadoptowano na mieszkania. Kiedy Uccello przybył do Miasta, siedziba bractwa już od dawna znajdowała się w ulokowanym przy rynku reprezentacyjnym kościele, którego fasadę zdobiły liczne symbole eucharystyczne. W XVII wieku zmieniła się koncepcja zabudowy tej części Miasta, oratorium wyburzono, a Corpus Domini przeniesiono do kościoła Świętego Pawła, graniczącego z zamkniętym już wówczas gettem, które z braku możliwości poszerzenia, rozrastało się w górę. W pewien sposób historia zatoczyła więc koło, potwierdzając ścisły związek kultu eucharystycznego z obecnością Żydów.

Niestety siła odśrodkowa ruchu dziejów wyrzuciła predellę daleko poza zasięg naszego wzroku. Dopiero w połowie XIX wieku, na strychu budynku kolegium wybudowanego w miejscu dawnej siedziby Corpus Domini, odnalazł ją wybitny fizyk, ojciec Alessandro Serpieri. Profesor poznał się na wartości dzieła, kazał je oczyścić z kurzu i wapna, a następnie przeniósł do swojego mieszkania, gdzie podobno zazdrośnie jej strzegł, dopóki Instytut Sztuk Pięknych nie zajął się restauracją. Nie wiemy, kiedy i kto próbował wydrapać diabły walczące w ostatniej scenie z aniołami.
Losy predelli po części odzwierciedlają losy Urbino. Podobnie, jak w przypadku Uccella, syn Księcia nie przejął po nim schedy. Guidobaldo – silny bobas z ołtarza della Francesca śpiący spokojnie na kolanach mamy, śliczny chłopczyk z obrazu Berreguete’a towarzyszący w lekturze ubranemu w pełny rynsztunek ojcu, przystojny młodzieniec z portretu Rafaela – łączył w sobie wszystkie przymioty renesansowego władcy i wydawał się być dziedzicem cnót ojca, a nawet, jak stwierdza Castiglione, „wręcz mniemano, że żaden ze znakomitych czynów Fryderyka nie mógł przewyższać tego, czym było spłodzenie takiego właśnie syna”. Niestety, dwudziestoletni książę zapadł na podagrę i umarł bezpotomnie w wieku zaledwie 36 lat. Dodatkowo, mimo „wielkiego rozumu i niezłomnego ducha”, w polityce nie sprzyjała mu Fortuna, choć liczne klęski „znosił z tak wielką mocą ducha, że siła losu pokonać nigdy go nie mogła”. Począwszy od Francesca Marii della Rovere, usynowionego przez Guida, Urbino, wkrótce przejęte przez papiestwo, coraz bardziej zamyka się w sobie. Malarstwo zdominowane zostaje przez nieprzejednaną oczywistość i perfekcję Rafaela, przy której blednie przejrzystość Fra Carnevale, a dokonania Uccella mogą wydawać się zwyczajnie śmieszne i nieporadne. I tak Miasto Idealne zastygło w nikomu już niepotrzebnym ideale na rubieżach świata, czy też – jak każda prowincja – stworzyło własny, samowystarczalny świat.
Tymczasem mój pobyt w Urbino nieuchronnie dobiegał końca. Wieczorami przesiadywałem w Il Buco przy głównym placu – kilka kroków od miejsca, gdzie wyeksponowana była niegdyś predella. Ponieważ jest to coś w rodzaju piwniczki, nie widać, co dzieje się na zewnątrz, ale o tej porze dzieje się już niewiele. Przesiaduje tu wielu „tubylców”, choć podają tu taką sobie crescię i takie sobie wino. Knajpka nazywa się Il Buco, czyli „dziura”, co brzmi jak jawna kpina z „il Duca” – Miasto na każdym kroku chwali się Księciem, który zresztą jeszcze za życia „podpisał” tu co się da swoim herbowym orłem lub inskrypcją „Federico Dux”. A jednak bez niewyszukanych miejsc, takich jak „Dziura”, nie można było sprawować kultu Miasta.
Wychodząc w plątaninę ciemnych uliczek często myślę o Zbigniewie Herbercie. Zastanawiam się między innymi, dlaczego w swoim szkicu o Piero della Francesca tak mało miejsca poświęca Miastu, rozpisując się o władcy, jego dworze i bibliotece. Być może szlachectwo Księcia Poetów – piszę to bez ironii – uodporniło go na czar Miasta, a może wybrał jego jaśniejszą stronę, reprezentowaną przez malarza świetlistego. Nie chodzi tu jednak o podróżne impresje i estetyczne zachwyty. Jednoczesna wyrazistość i nieoczywistość predelli stawiają ją w samym sercu niejednokrotnie dookreślanych przez Herberta dylematów.
Kręcę się jeszcze po okolicy. Oczywiście wracam w okolice Parku Ludowego i kampusu. Idę do Oratorium św. Jana pożegnać się z freskami braci Salimbeni. To niezwykłe, że bracia, chociaż obdarzeni podobno odmiennymi temperamentami, tak ujednolicili swój styl. Zaglądam jeszcze na dziedziniec dawnego klasztoru Świętej Katarzyny, który mieści obecnie świątynię sztuki – Akademię. Wzgórza Marche zdają się spływać na otwarty dziedziniec wprost z linii horyzontu. Mauzoleum widać stąd jak na dłoni. Z niszy w ścianie – kiedyś zapewne mieszczącej figurę świętego – ktoś zrobił udającą tabernakulum „instalację” otoczoną powtórzonym w trzech językach (po włosku, angielsku i hebrajsku) zaklęciem słowa „nic”… Po drugiej stronie miasta, w Oratorium, znajduje się coś podobnego. Za ołtarzem, u stóp ukrzyżowania, odkrywam niszę, która kiedyś mogła służyć do przechowywania darów eucharystycznych – w środku wymalowano dwie ampułki i cyborium. Może taki właśnie jest los Miasta – pierwotna treść wyparta zostaje przez filozofującą estetykę. Ale to być może zbyt przesadny i dramatyczny komentarz, bo czy tak naprawdę wiemy, jaka treść wypełniała geometrię wykreślną miejskiej zabudowy wcześniej? Zresztą dzisiaj każdy okruch Miasta zawiera w sobie ten sam obraz całości, nic więc dziwnego, że pasuje tu opis zupełnie innego miasta autorstwa Magdaleny Tulli:„Owoc należy do drzewa, lecz mieści w sobie całe przyszłe drzewo razem z owocami, jakie na nim wyrosną. Równie dwoista jest natura miasta. Istnieje ono jako wcielenie pojedynczej możliwości z rejestru tego, co możliwe. […] Kiedy miasto zawiązuje się, kiedy dojrzewa i kiedy gnije, zawiera w sobie wszystkie naraz możliwości i cały plan świata. Jest częścią i całością, bezkresem i zapadłą dziurą zabitą deskami”.

„Część i całość”; „odprysk i odbicie”.
Po drugiej stronie Miasta długo przyglądam się ruinom cegielni u stóp murów, niedaleko dworca autobusowego. W tle majaczy klasztor San Bernardino. Zrujnowana cegielnia zawiera w sobie cząstkę tej samej historii, przenosi ją w bliższy nam, XIX wiek. Ten fragment całości jest dla mnie na razie niedostępny. Nie mam już ani siły, ani czasu, by iść w dół. Mży coraz bardziej, wzmaga się zimny wiatr. Poza zasięgiem wzroku pozostaje Castel Cavallino i zamknięty w nim Uccello.
A zatem wszystko tu już było, moment rozkwitu i schyłku jest tym samym metafizycznym przebłyskiem całości, której próbujemy doszukać się w danych nam pozostałościach, czasem pomagając światu trwać przy pomocy protez i ram. Podobnie predella mieści w sobie to, co być może w tym świecie najstraszniejsze i to, co najpiękniejsze, mierząc się z jego całością: jest równocześnie wewnątrz i na zewnątrz, stwarza świat i próbuje go porzucić. W mikrokosmosie Urbino malarz próbował uchwycić świat w całej jego rozciągłości, w dwóch jego przenikających się wymiarach. Co z tego zostaje? Przez chwilę mignęła mi twarz malarza w lustrze odbijającym krajobraz. Wszystko, co mówi portret, o czym miało powiedzieć wyimaginowane starcie mistrzów, to „przejście ze stanu snu w kodyfikację snu”. Zostaje tylko oddalający się coraz bardziej krajobraz. Doskonale uchwycił to John Ashbery w poemacie, którego punktem wyjścia jest autoportret w wypukłym lustrze Parmigianina:
Jutro jest łatwe, lecz dziś nieoznaczone,
Opustoszałe, jak każdy krajobraz
Nie kwapi się wyjawić reguł perspektywy,
A jeśli już, to tylko malarzowi, z jego głęboką
Nieufnością, narzędziem kiepskim
Choć niezbędnym.
Oczywiście, że chciałbym zostać – niekoniecznie „tutaj”, przynajmniej w tej okolicy – trochę dłużej, ale… „Czy taka godzina w ogóle kiedyś mija? A jakie to ma znaczenie, skoro widzimy, jak właśnie mija?” – podpowiada de Chirico, próbując opisać swoją malarską, metafizyczną wizję, bardzo przypominającą mi planetę Urbino. Nadchodzi więc czas pożegnania. Ostatecznie ten krajobraz czmychnie, „by całkiem zniknąć za horyzontem”. Tymczasem linia wzgórz niczym krawędź sceny, podpowiada, że dalej nie ma już nic, ale widzowie, tacy jak ja, od czasu do czasu w przebłysku niejasnej intuicji na chwilę przypominają sobie, że to, co najważniejsze pozostało za tą linią. A krajobraz, dla którego przyjechałem, jest w pełni samowystarczalny, jak Florencja w oczach Simmla: „Nie jest znakiem niczego – sama jest wszystkim, czym może być”; niczym mniej, niczym więcej.
Wydaje mi się, że w okolicach synagogi przemknęła postać Signory Moscati, dostojnej damy, która kilka lat temu oprowadzała nas po pustej bożnicy opowiadając, że w Urbino Żydów już nie ma. Kiedy wybiegam przez główną bramę za mury Miasta – nie ma nikogo, odjeżdża jakiś samochód. Po drugiej stronie miasta G., wciąż nawoływany przez chorą matkę, może mi zaledwie pomachać przez okno. Niedaleko znajduje się dawny kościół Santa Maria della Bella. Wyjeżdżam z przeświadczeniem, że zamykam za sobą drzwi pewnego świata. Nie wiem, czy kiedy tu wrócę, będę mógł jeszcze raz zanurzyć się w istnieniu miasta, które skazane na siebie, może być tylko sobą – i już nigdy się nie zmieni.
maj–listopad 2022
MAREK PACUKIEWICZ
Z ARCHIWUM
Konstanty A. Jeleński – List do Macieja Brońskiego
List Konstantego A. Jeleńskiego do Wojciecha Skalmowskiego, krytyka literackiego piszącego do paryskiej „Kultury” pod pseudonimem Maciej Broński, powstał pod wpływem lektury tekstu Brońskiego „Żydzi i Polacy dzisiaj” („Kultura” 1984 nr 3). W szkicu, napisanym pod wpływem odcinka popularnego amerykańskiego serialu „Wichry wojny”, Broński burzy się wobec stwierdzenia, że ludność polska była gotowa do współpracy przy zabijaniu Żydów (wypowiada je w rzeczonym serialu Himmler). Broński zaczyna od osobistej relacji, z jaką przykrością jako dziecko oglądał Żydów prowadzonych do transportu śmierci, zaś jako odpowiedź na wypowiedzi o współpracy Polaków przy zbrodniach dokonywanych na Żydach proponuje bojkot osób i instytucji, które takie fakty przytaczają. Oskarża także Żydów o niesprawiedliwe opinie o polskim antysemityzmie. Tekst Macieja Brońskiego dostępny jest na stronie paryskiej „Kultury”: kulturaparyska.com
Niniejszy list nie był publikowany. Ogłaszamy go na podstawie kopii, którą Konstanty A. Jeleński przesłał Aleksandrowi Smolarowi. Przypisy pochodzą od redakcji. Korespondencja Konstantego A. Jeleńskiego z Maciejem Brońskim na temat polskiego antysemityzmu została opisana przez Annę Arno w biografii Konstantego A. Jeleńskiego Kot. Opowieść o Konstantym A. Jeleńskim (Warszawa, Iskry, 2020).
Redakcja
Quiberon, Bretania, 10 III 84
Drogi Aliku,
Do Twojej poufnej wiadomości!
Ściskam!
Kot
Szanowny i drogi Panie,
Przesłano mi tu wczoraj marcową „Kulturę” i po Dzienniku Gustawa H.-G. przeczytałem wieczorem Pański artykuł. Zawdzięczam Panu niemal bezsenną noc – tak mnie Pański tekst zirytował i zasmucił. Układałem w głowie list do „Kultury”, z którego po namyśle dziś rano zrezygnowałem. Sprawa jest zbyt poważna i zbyt drażliwa, żeby ją na łamach „Kultury” rozrabiać, a przy tym mam dosyć być nożycami, które się odzywają za każdym uderzeniem w moją wrażliwość na sprawy polsko-żydowskie [1]. W zakończeniu swego artykułu zaprasza Pan czytelników do przekazania Panu swych uwag bezpośrednio. Czynię to bardzo poważnie, w nadziei, że powróci Pan do tego tematu, żeby usunąć nieporozumienia, które nie omieszkają z tego wyniknąć.
Zastanawiałem się nad przyczynami tak wielkiej różnicy w naszym podejściu do tych spraw. Doszedłem do wniosku, że o polskim antysemityzmie Pańskie pokolenie nie może mieć pojęcia. Pozwoli Pan, że i ja zacznę w pierwszej osobie. Miałem czternaście lat i moim najbliższym przyjacielem w gimnazjum Batorego był Ryszard Bychowski [2], syn znanego polskiego psychoanalityka Gustawa – żywy, wesoły blondynek z zadartym noskiem, któremu do głowy nigdy nie przychodziło, że „jest Żydem”. Na lekcji matematyki profesor Jumborski [3] (sam, jak się później dowiedziałem, żydowskiego pochodzenia) wywołuje go do tablicy. Nigdy nie zrozumiem skąd, dlaczego (obaj byliśmy w klasie lubiani i „popularni”) rozległy się głosy, przechodzące w coraz silniejszy szum: „Zyyd, Zyyd, Zyyd…” (nie Żyd – „Zyd”). Rysiek zbladł, widzę, że ma łzy w oczach. Stary Jumborski (brodacz) zaczął się trząść: „Barbarzyńcy, barbarzyńcy” – i wyszedł po dyrektora. W klasie zaczęła się bójka (do krwi). Mieliśmy (Rysiek i ja) może z dziesięciu „sprzymierzeńców” na trzydziestu zgoła uczniów. Między nimi Krzysztof Baczyński [4], który od tej chwili stał się naszym przyjacielem i wciągnął do „kółka trockistów”, które zresztą szybko przeszło w kółko raczej jazzowe, gdyż zbieraliśmy się w pięknej willi naszego kolegi Jurka Dziewulskiego [5] (stryja Małgosi Królowej [6]), słuchając jego bogatej kolekcji płyt: migawka do genealogii polskiej inteligencji… Po śmierci mojej babki (rodzice [7] byli na placówce zagranicznej [8]) kończyłem studia w gimnazjum (ostatnia klasa) i liceum im. Sułkowskiego w Rydzynie. Moim najbliższym przyjacielem był znów Żyd, Andrzej Stamirski – w przeciwieństwie do Bychowskiego (który miał potem zginąć w lotnictwie zestrzelony nad Kolonią) był już w drugim pokoleniu katolikiem (ojciec oficer Legionów, Virtuti Militari), ale miał za to niemal karykaturalny („stürmerowski”) typ żydowski – był bardzo „brzydki”. Chłopak o zachwycającej inteligencji, dużym talencie literackim (był o klasę wyżej ode mnie). W Rydzynie nie miał żadnych „przykrości” – dyrektor Łopuszański [9] był twardym, radykalnym „społecznikiem”, w linii Struga i Żeromskiego, antysemityzmu nie tolerował. Na wiosnę 1939 dowiedziałem się o samobójstwie Andrzeja w podchorążówce kawalerii w Grudziądzu, na skutek bezlitosnych prześladowań kolegów, którzy przecież nie wszyscy należeli do ONR-Falangi! Z listów jego wiedziałem, jak mu jest ciężko, ale „trzymał fason”. Stąd moja osobista nienawiść do tej Polski endeckiej!
Doświadczenie osobiste, które Pan cytuje (ośmioletniego chłopca?) świadczy po prostu, że nie jest Pan „potworem” i że nie przeszedł Pan przez indoktrynację Hitlerjugend. Tak samo zareagowałoby zapewne również inteligenckie dziecko endeckich rodziców.
Przechodzę do pana artykułu:
1) Tytuł. Gdyby Pan swój artykuł zatytułował (jak naukową pracę): „Przyczynek do analizy antypolskiego kompleksu niektórych zachodnich Żydów”, polemizowałbym z Panem co do środków, jakie Pan proponuje, ale byłby Pan „w porządku”. Ale czytając (na okładce) Żydzi i Polacy dzisiaj oczekiwałem czegoś tak różnego, że szok lektury był tym większy. Słowem Pan nie wspomina o zadziwiającej ilości Żydów, którzy są wręcz polonofilami dzisiaj! Cieszę się, że w tym samym numerze ukazała się przynajmniej moja notatka o Sperberze [10]. Ale niech mi Pan wierzy, że wśród moich przyjaciół czy znajomych, prawdziwą, czynną solidarność z polską kulturą, z Polakami dzisiaj (nie tylko dzisiaj: od czasów stalinowskich) znalazłem głównie u Żydów. Niemal na chybił trafił: Raymond Aron, Michael Josselson, Michael Polanyi, Nicola Chiaromonte, Edgar Morin, Marcel Péju, Walter Laqueur, Annie Kriegel, Nicole Zand, Jean Cassou (mógłbym tak dalej na dwie strony listu!).
A teraz o „antypolskich Żydach”. Czy Pan nie myśli, że mnie samego krew zalewa, kiedy słyszę niesprawiedliwe, absurdalne ataki tego rodzaju Żydów na Polskę i Polaków? Ależ oczywiście! Wszyscy jesteśmy na to czuli (nie tylko Polacy). Uderzyła mnie reakcja „prostych Francuzów” na ostatnią antyfrancuską kampanię „The Sun” (wywołaną… cenami baraniny). Drobny personnel INA [11], szoferzy taksówek : „Non mais, pour qui ils s’prennent, ces cons-là !” [12]. A ultrapirenejski „ryk” – „Franceses asesinos!” [13]. Hiszpańskie sługi po domach „Se pa bon sa, pur nu, pa bon dutu” [14].
Przechodzę wreszcie do Pana „propozycji” bojkotu, którą uważam za wysoce niebezpieczną i absurdalną. Jakże może Pan wzywać do zaprzestania bezpośredniej polemiki, dyskusji z przeciwnikami? Czy Polak zaproszony do dyskusji zorganizowanej przez francuskich komunistów ma odmówić udziału w niej? Tak się jednak składa, że również wczoraj otrzymałem propozycję zwróconą do naszego Funduszu Pomocy Niezależnej Lit. i Nauce Polskiej, która jest najlepszym argumentem przeciw tej Pańskiej propozycji. Składa ją Ludwik Stomma [15], syn Stanisława [16], professeur associé w École pratique des hautes études, bardzo zdolny etnolog, w dodatku dobry pisarz. Proponuje wydanie książki po polsku na podstawie swoich długoletnich badań w terenie nad kulturą wsi polskiej (1973–1981). Przesłał mi 12 stron, „przykładowych”, z których cytuję co następuje:
„Stosunek do Żydów usiłujących się ratować przed hitlerowskim ludobójstwem był na wsi zróżnicowany. Chłopi często żerowali na nieszczęściu uciekinierów, posuwając się niejednokrotnie nawet i do zbrodni […]. Oto charakterystyczna (podkreślenie moje) wypowiedź gospodarza ze wsi Dubienka (woj. chełmskie), która w latach 1939–41, po podziale Polski między Niemcy i ZSRR, stała się wsią graniczną. Uciekający Żydzi szukali miejscowych przewoźników, którzy pomogliby im przeprawić się przez Bug na sowiecką stronę: «Przychodziły tu te Żydy całymi rodzinami. Złoto dawali, dolary dawali, żeby ich tylko do Ruskich na drugą stronę przewieźć. Jak już zapłacili, to żeśmy ich brali do łódek, wywozili w nocy na środek rzeki – tam, gdzie najgłębiej – i wrzucali do wody. A jakżeśmy już sprawdzili, że się wszystko potopiło, odwracaliśmy łódkę na nurcie i po następnych. Co tu dużo gadać – pierwszorzędny był zarobek. Niestety długo to nie potrwało, bo jak Hitler na Ruskich uderzył, zaraz się granica odsunęła, no i było już po wszystkim. Chyba że jeszcze jakich Żydów w lesie wyłapać i Niemcom oddać. Ale to już nie było to.
Potem się wojna skończyła: Żydów już nie ma, pieniądze się rozeszły i po staremu bieda… jedno mnie tylko męczy: – widzisz Pan, ten kulawy Heniek, co na końcu wsi mieszka, to on, okazuje się, przez całą wojnę Żydów u siebie chował. Aniśmy wiedzieli. I teraz co miesiąc paczka do niego z Ameryki przychodzi. My nic nie mamy, a u niego, panie, dolary i czekolada i córka w nylonowych pończochach do kościoła chodzi. No, powiedz mi Pan! – NO, SKĄD ON WIEDZIAŁ?! (podkreślenie Stommy)”.
Pomijam fakt, że tego rodzaju świadectwo w pewnym sensie „wybawia” obrzydliwych producentów Winds of War [17]. Konspekt Stommy przekazuję Wojtkowi Karpińskiemu [18], koordynatorowi naszego Funduszu. O wydaniu książki decydujemy w „komitecie wykonawczym” większością głosów. Osobiście wątpię, żebyśmy tę książkę wydali (ja sam będę głosował przeciw)[19]. Ale uczynię to z powodów politycznych, gdyż nie tylko prasa reżimowa, ale cała Polska oskarżyłaby nasz Fundusz o „antypolską robotę”. Obiektywnie natomiast książka Stommy odpowiada wszystkim kryteriom naszego Funduszu: 1) jest to praca naukowa, 2) nie mogłaby zostać wydana w Polsce, 3) jest doskonale i żywo napisana. Mam oczywiście nadzieję, że kiedyś w Polsce ukaże się ta książka – Pański artykuł jest najlepszym dowodem tego potrzeby, teraz jednak i tutaj, nie. Ale zastanowiwszy się przez chwilę nad tym co by się stało, gdyby Fundusz sfinansował i wydał tę książkę, powiedzmy w „Kulturze” (gdyby ze swą genialną przekorą zgodził się na to Redaktor [20]). Wezwałby Pan do bojkotu Funduszu? Przestałby Pan współpracować z „Kulturą”? Czy też tylko Żydom nie wolno „szkalować” Polski?
Jeszcze ostatnia uwaga, którą pominąłem, pisząc ten list jednym ciągiem. Chodzi mi o Pańskie określenie terminu „Żyd” [21], które w moim pojęciu jest określeniem „kulturalnego antysemity”. (Inna możliwa interpretacja; sam fakt bycia Żydem jest „negatywny”. Ale „rozgrzesza” ich Pan, kiedy z tradycją żydowską zrywają). Odmawia Pan nie-ortodoksyjnym Żydom prawa do tego, żeby się czuli zarazem Polakami i Żydami (albo / albo). W Pana wypadku, wybitnego specjalisty dyscypliny związanej z kulturą, religią, tradycją, uważam to za zadziwiające. Przecież to zupełnie to samo, jakby Pan odmówił Miłoszowi, Giedroyciowi czy mnie prawa do czucia się w pewnym stopniu „Litwinami”. Nie – nie to samo. Żydowska „pamięć historyczna” jest innego rodzaju, dotyczy pewnego uprzywilejowanego stosunku do spraw uniwersalnych, egzystencjalnych – jej zanik u niedobitków Polskiego Żydostwa byłby olbrzymią stratą dla naszej Polskiej kultury.
Przepraszam za tak długi list, który jest świadectwem szacunku dla Pana i podziwu – który niejednokrotnie wyraziłem – dla wielu Pana szkiców (Nabokov, Karl Kraus, Witkiewicz – tyle innych). Fotokopie tego listu przesyłam Jerzemu Giedroyciowi i Gustawowi Herling-Grudzińskiemu [22].
Łączę wyrazy szacunku i dłoń Pańską ściskam
K. Jeleński
P.S. Pisząc „lewicowość jest nienawiścią” wprowadza Pan semantyczny zamęt w słownictwo polityczne. Znów Pan odmawia socjalistycznym demokratom prawa do powołania się na tradycję Oświecenia i lewicy (choćby Adamowi Michnikowi i Gustawowi Herling-Grudzińskiemu).

Aleksander Smolar, Barbara Toruńczyk, Wojciech Karpiński, Irena Grosfeld-Smolar, Konstanty A. Jeleński, Adam Zagajewski, Paryż 1983 (fot. Krzysztof Jung).
Aleksander Smolar – List do Konstantego A. Jeleńskiego
Problematykę niniejszego listu Aleksander Smolar rozwinął w „Tabu i niewinność”, tekście opublikowanym w 1986 w „Aneksie” (1986 nr 41–42), gdzie znalazł się także tekst Jana Tomasza Grossa „Ten jest z ojczyzny mojej…, ale go nie lubię”. Wspomniany numer „Aneksu” (redaktorem naczelnym „Aneksu” był Aleksander Smolar) z tematem przewodnim „Żydzi jako polski problem” był szczególnym aktem odwagi: przeciwstawiał się obowiązującej uładzonej narracji i stał się punktem zwrotnym w debacie o antysemityzmie w Polsce. Wielokrotnie przedrukowany w drugim obiegu w Polsce, był szeroko czytany i komentowany. Rok po jego publikacji ukazał się głośny tekst Jana Błońskiego „Biedni Polacy patrzą na getto”. Numer „Aneksu” jest dostępny online: aneks.kulturaliberalna.pl
Niniejszy list nie był publikowany. Drukujemy go na podstawie kopii, jaką Aleksander Smolar przesłał Wojciechowi Karpińskiemu. Przypisy pochodzą od redakcji.
Redakcja
Paryż, 4 V 1984
Wojtek, oto kopia listu, który wreszcie napisałem
Ściskam
Alik
Kochany Kocie,
Od dawna zbierałem się, żeby do Ciebie napisać. Chciałem odpowiedzieć na Twój list do Brońskiego, którego kopię byłeś łaskaw mi przysłać, ale odkładałem odpowiedź z tygodnia na tydzień, tłumacząc się przed sobą wyjazdami i nawałem różnych obowiązków. W istocie jednak dlatego, że temat jest dla mnie bardzo trudny i niezbyt przemyślany. Wybacz więc pewną chaotyczność moich uwag i nieuchronne uproszczenia.
Artykuł Brońskiego wcale mnie nie zaskoczył. Przeciwnie – wydał mi się on dość reprezentatywny dla rozpowszechnionego stylu myślenia wśród inteligencji polskiej. Jest rzeczą charakterystyczną, iż artykuł zatytułowany Żydzi i Polacy jest poświęcony wyłącznie stosunkowi Żydów do Polaków i temu, jak z nim walczyć. Problem stosunków polsko-żydowskich jest postrzegany wyłącznie przez pryzmat reputacji Polski w świecie. To, co charakteryzuje autora, to na pozór dobre samopoczucie, którego wyrazem jest owo jednostronne obciążanie Żydów odpowiedzialnością za stan stosunków wzajemnych i za opinię o Polakach w świecie. Ale – jak mówię – to dobre samopoczucie jest pozorne. Bo pisze on en passant, iż temat jest dla Polaków tabu i że trzeba mieć ważne powody i czyste sumienie, by go poruszać. I sam następnie dowodzi swoich „czystych rąk”. A więc sugeruje, iż nie jest to sytuacja powszechna. W innym miejscu wspomina o urazach Żydów do Polski i Polaków, „które mogę w wielu wypadkach zrozumieć”. Nie wspomina jednak ani słowem, o jakie urazy chodzi i czy mają one źródła wyłącznie historyczne. Wykracza więc przeciw tabu, aby nawoływać do walki przeciw polakożerczym Żydom. Nie dotyka jednak tematów, które rzeczywiście są obłożone tabu: jaki był i jest stan rzeczywistych stosunków, jaka jest rzeczywista odpowiedzialność Polaków, jaka jest rola antysemityzmu w Polsce dzisiejszej.
Zacznę od wspomnienia publicznego spotkania, które miało miejsce przed dwoma prawie laty. Zostało ono zorganizowane przez poważny żydowski kwartalnik „Les nouveaux cahiers” na temat: Żydowska świadomość historyczna i Solidarność [23]. Innymi słowy: Polacy i antysemityzm. Stronę polską reprezentowali Kazimierz Brandys, Krzysztof Pomian i ja.
Nie umiem teraz oddzielić tego, co powiedział Brandys i Pomian. Były to wystąpienia utrzymane w tym samym duchu: antysemityzm w Polsce istniał, ale gdzie go nie było? Poza tradycją antysemicką były u nas też inne. Wystarczy przyjrzeć się polskiej literaturze, by zobaczyć, jak wiele szlachetnych postaci Żydów da się w niej odnaleźć. Jak się zarzuca Polakom antysemityzm, to trzeba pamiętać, gdzie się to czyni – francuski antysemityzm ma swoje „dobre” tradycje, a zachowanie Francuzów w czasie wojny nie należało do najbardziej chlubnych.
Reakcja sali była niezwykle agresywna. Wystąpienia ich przerywano wrogimi okrzykami, śmiechem, drwiną. Brandys zanotował w Miesiącach [24], iż obecni mieli do zarzucenia Polakom obojętność w obliczu zagłady, własną samotność. Było niestety znacznie gorzej. Krzysztof w pewnym momencie, wobec nieprzyjaznych reakcji, zapytał: „Nie uważacie przecież, że to Polacy wymyślili antysemityzm?”. Wiele głosów na sali odpowiedziało: „tak”.
Myślę, że główną przyczyną – poza oczywistą niechęcią (wrogością) do Polaków – zachowania sali było relatywizowanie przez K.B. i K.P. problemu antysemityzmu w Polsce. W sposób, w jaki oni go przedstawili, można było prezentować antysemityzm w każdym kraju, nawet tam, gdzie przybierał on formy najbardziej łagodne i to dawno w przeszłości. Zgromadzonych Żydów raziło (nie bronię ich reakcji) oczywiste nieprzystawanie tego, co słyszeli, do własnych doświadczeń – przed wojną, w czasie wojny i po wojnie, totalny brak wymiaru współczesnego (poza oskarżaniem władz o antysemityzm), traktowanie zjawiska jako czysto historycznego, gdy aż zbyt dużo jest dowodów świadczących o tym, że do przeszłości problemu tego wpisać nie można.
Wrogie reakcje ujawniły się publicznie i w tak nieprzyjemnej formie dla wymienionych powodów. Ale ich źródła są oczywiście głębokie i częściowo dla mnie tylko zrozumiałe. Dla porządku – bo później pisać będę tylko o reakcjach i postawach Polaków – słów parę o przyczynach antypolskich nastrojów wśród Żydów:
1° Większość żydowskiej diaspory w Stanach, w Europie i duża część Izraelczyków wywodzi się z Polski. Wielkie fale emigracji zbiegają się z narastaniem antysemityzmu w Polsce. Stąd m.in. „uprzywilejowanie” Polski w żydowskiej świadomości.
2° Pobieżnie przejrzałem parę podręczników historii Żydów. Polska jest w nich opisywana jako kraj prymitywny, o niskiej kulturze. Lekceważenie, pogarda – nie są szczególnie ukrywane. Zapewne odnaleźć tu można ślad percepcji kolonialnej. Żydzi, jak często mniejszości, identyfikowali się łatwo z panującą Rosją i Niemcami. Trudno godzili się z niepodległością Polski, odczuwaną często jako zagrożenie.
3° Śmierć 6 mln Żydów na terenie Polski obciąża – w świadomości żydowskiej – częściowo przynajmniej konto Polaków. Zwłaszcza, iż stosunek dużej części ludności nie był nacechowany współczuciem i życzliwością. Marginesowe zjawisko szmalcownictwa musi wryć się głębiej w pamięć zbiorową niż równie marginesowe zjawisko ratowania Żydów. Bowiem indywidualny akt dobroci, który wymagał skądinąd na terenie Polski bohaterstwa, z natury rzeczy wpisuje się w pamięć jednostki i jej najbliższych. Szantaż zaś – jak terror – stwarza poczucie niebezpieczeństwa dla całej zbiorowości potencjalnie zagrożonej. Argumenty przytaczane przez Polaków (i przez Ciebie na konferencji grudniowej) [25] o ratowaniu Żydów mają niewielką szansę trafienia do szerokiej świadomości Żydów.
4° Polska po wojnie była miejscem najbardziej krwawych rozruchów antyżydowskich w Europie. Pogromy w Kielcach, Krakowie, Chełmie… – 800 ofiar w ciągu roku – powszechnie są obecne w pamięci Żydów. Były one źródłem masowego exodusu lat 40-tych. Warunki, w jakich przebiegały emigracje 1956 i 1968 roku [26], niezależnie od skomplikowania uwarunkowań politycznych, utrwalały dotychczasowy obraz.
5° Polonia, szczególnie w Stanach, nie dostarcza argumentów przeciw tezie o antysemityzmie Polaków. (Anegdota: Jacek Kaczmarski opowiadał mi, jaki entuzjazm wzbudziła – bodaj w Chicago – jego piosenka o Żydzie, który spalił się w synagodze; po słowach „Żyd się spalił” [27] – okrzyki, gwizdy, entuzjazm. Podobnie zresztą w Lublinie dwa lata wcześniej).
Zamykam nawias o źródłach antypolskich nastrojów wśród Żydów. Moja kompetencja w tej dziedzinie jest bardzo ograniczona, a i temat mniej mnie interesuje niż symetryczny: stosunek Polaków do Żydów.
Miejsce Żydów w polskiej świadomości (wybacz to uogólnienie – wynika ono bardziej z niewiedzy co do zakresu zjawiska niż z przekonania o jego powszechności) jest paradoksalne. Z jednej strony temat objęty jest tabu. Tabu do tego stopnia wszechpotężne, iż w podręcznikach historii Polski – wydawanych zarówno w Polsce, jak i na emigracji – Żydzi prawie że nie istnieją. Zostali z niej wymazani (jak pod tym względem różni się historia Daviesa! [28]). Tylko do pewnego stopnia literatura zaświadcza, iż ludzie ci na terenach Polski czas pewien mieszkali.
Z drugiej strony – w świadomości dość szerokich, jak sądzę, kręgów społeczeństwa – Żydzi istnieją jako fragment obecnej rzeczywistości w stopniu nie dającym się uzasadnić ich liczebnością i rolą społeczną.
Owa równoczesna nieobecność i obecność, owo milczenie i istnienie w myślach, współistnienie agresji i poczucia winy, skłania do sformułowania trzech pytań, od różnych stron problem stosunku do Żydów naświetlających:
1° Jaki jest obraz Żydów?
2° Jaki jest stosunek do antysemityzmu?
3° Na ile antysemityzm jest aktualny i jaką funkcję spełnia?
OBRAZ ŻYDÓW
Zacznę od wyznania bezsilności. Nie wiem, jaki jest obraz Żydów. Nie znam odpowiednich badań, jeżeli takie były prowadzone. Mogę podać tylko przykład.
W zeszłym roku „Znak” wydał numer specjalny (600 stron) poświęcony Żydom [29]. Inicjatywa bez precedensu i bez wątpienia godna pochwały. Stanowi jedną z pierwszych prób przerwania milczenia wokół Żydów. I mimo to – wyznam Ci – iż bardzo szybko, po przeczytaniu zaledwie kilkudziesięciu stron, odłożyłem ten numer z uczuciem niesmaku.
We wstępie redaktor Wilkanowicz tłumaczy, iż antysemityzm jest dzisiaj zjawiskiem zupełnie irracjonalnym, bowiem nie ma dlań żadnego podłoża – gospodarczego, religijnego ani kulturalnego. Kończy paragraf zdaniem: „Mówiąc po kupiecku, nie ma partnera – nie ma z kim zyskać ani stracić”. Mniejsza o walor intelektualny stwierdzenia o obecnej nieracjonalności antysemityzmu. Cytowane zdanie jest charakterystyczne. Jak ze szmoncesu. Ani kupić, ani sprzedać – to cały obraz Żydów.
Czy wyobrażasz sobie takie zdanie na temat stosunków z Niemcami czy Rosjanami? Przesadzam? Jestem przewrażliwiony? Dobrze – masz inny przykład z tego samego tomu. Oto fikcyjna rozmowa Nahuma Goldmanna z Ben Gurionem, przedstawiona przez niejakiego Michała Strzemskiego [30]:
– „Nahum! Ja ci zaraz na to odpowiem, ale ty usiądź tyłem do mnie, przodem do ściany”.
– „Po co ja mam siadać tyłem do ciebie? Czy ja mam być jakiś idiota?”
– „Ty się lepiej, Nahum, nie pytaj”.
Itp., wszystko w konwencji szmoncesu i żydłacząc. Przy tym autor ma sympatię dla obu postaci i stara się przedstawić ich sprzeczne racje. Ale jaki obraz Żydów da się z tych paru stron wyczytać? To jest obraz kramarzy – sympatycznych, ale śmiesznych, dziwnych, niepotrafiących normalnie mówić. A raczej: ich norma jest inna. Nie „nasza”. Czy wyobrażasz sobie tak opisaną rozmowę, powiedzmy, między Piłsudskim a Dmowskim? Jest tu swoiste poczucie wyższości, protekcjonalizm, poklepywanie po ramieniu.
Żydzi egzotyczni – to jest na pozór jedyny rodzaj Żydów. Broński powiada, iż pojęcie „Żyd” należy dla niego raczej do kategorii „szachista” niż „koń”. Żydem dla niego jest ten, co mówi po hebrajsku czy jidysz, wyznaje religię mojżeszową. Nie jest Żydem człowiek należący do obszaru kultury polskiej i poczuwający się do solidarności z Polakami, niezależnie od brzmienia nazwiska.
Jest to dla mnie stanowisko wzruszające w swym bezpośrednim nawiązaniu do XIX-wiecznej tradycji (chociaż wtedy uznawano kategorię „Polaka wyznania mojżeszowego”), bez uwzględnienia różnorakich doświadczeń naszego wieku.
Oto przykład powikłania, do którego takie stanowisko prowadzi: Ci sami ludzie, którzy uważają, iż Żyd identyfikujący się z kulturą i losem Polaków jest Polakiem – w następnym zdaniu mogą mówić, czy mówią, że Zambrowski, Minc, Berman, Różański [31] ponosili odpowiedzialność za rozbudzenie antysemityzmu ze względu na rolę, jaką odgrywali we władzach Polski. W tym momencie, choć zapewne spełniali kryteria polskości – Polakami być przestawali. (Co oczywiście nie dotyczyło komunistów rdzennie polskiego pochodzenia). Ci sami ludzie mówią dzisiaj z niepokojem, iż Urban, Sandauer i Passent [32] stwarzają groźbę odrodzenia się antysemityzmu.
Nie zarzucam oczywiście tym ludziom antysemityzmu. Jest to zderzenie pewnej utopii, która chce rozwiązać problem żydowski poprzez jego kulturowe i społeczne wymazanie, z realizmem, u którego podstaw leży przekonanie, iż nie jest to możliwe – chyba że się zamaże wszelkie ślady żydowskości, włącznie ze wspomnieniem żydowskiego pochodzenia.
NIEWINNOŚĆ
Zacznę od przykładu. Dwa lata temu felieton Urbana w „Tu i Teraz” [33], w którym przypomniał on antysemicki charakter „Małego Dziennika” wydawanego przez o. Kolbego [34], wywołał wielki skandal. Protestował przeciwko „znieważaniu świętego” Episkopat, katolicy świeccy różnych odcieni, posłowie… Cała sprawa miała wiele elementów nieprzyjemnych.
Z jednej strony – atak Urbana, a później Rakowskiego, Koźniewskiego i innych – prowadzony był w złej wierze. Mówili oni w rzeczywistości – bo nie o Kolbego im chodziło –: „Nie jesteście tacy piękni, jak mówicie. Jesteście równie co my – choć dla innych powodów – plugawi. Nie bądźcie takimi moralistami, bowiem i wasze ręce są ubrudzone”. Z drugiej strony – broniono pamięci świętego z oczywistym poczuciem, iż sprawa jest przykra, bo nie da się ukryć, że „Mały Dziennik” był brukowcem skrajnie antysemickim. I że ocena ta dotyczy dużej części przedwojennego Kościoła. Oczywiście, nie były to okazje do podejmowania bolesnego problemu historycznej spuścizny, ale reakcje były zbyt łatwe. Nie o tym jednak chciałem pisać.
W tej dyskusji zainteresowała mnie implicite formułowana definicja antysemityzmu w prasie katolickiej. W obronie Kolbego parokrotnie przytaczano (po raz pierwszy w odpowiedzi na artykuł J. J. Lipskiego w „Tygodniku Powszechnym” w 1971 roku [35], w którym przypomniał on przedwojenny antysemityzm Kolbego) fragment jego listu z Japonii do redaktorów „Małego Dziennika”, w którym formułował on swoje stanowisko wobec Żydów. W cytowanych paru zdaniach powiadał on: „bojkot handlu żydowskiego – tak, popieranie polskiej przedsiębiorczości – tak; należy jednak unikać szerzenia nienawiści w stosunku do Żydów”.
Z tego wyciągano wniosek, iż Kolbe nie był antysemitą. Antysemityzm identyfikowano więc wyłącznie ze skrajnymi jego przejawami. Ich istnienie rozgrzesza niejako łagodniejsze formy antysemityzmu.
Może się mylę, ale wydaje mi się, iż mamy tu do czynienia z bardzo interesującymi, paradoksalnymi efektami wojny i zagłady Żydów – efektami przeciwnymi do tego, co się działo na Zachodzie.
Na Zachodzie – groza wojny, szok w obliczu masowej zagłady Żydów, poczucie współwiny – doprowadziły do kryminalizacji wszelkich form antysemityzmu. Znikły subtelności, gradacje form nietolerancji w stosunku do Żydów. Na wszelkie przejawy antysemityzmu patrzy się przez pryzmat komór gazowych. Być antysemitą – to znaczy być potencjalnym mordercą. Postawa ta, moralnie zrozumiała, intelektualnie jest dość słabiutko podbudowana. Nie ma bowiem powodów, by utożsamiać łagodne formy ksenofobii, „naturalnej” reakcji na odmienność stroju, języka, obyczaju, z chęcią mordowania, czy choćby bicia. Uczucia antyarabskie są tu, we Francji, na pewno głębsze i bardziej dzisiaj niebezpieczne.
W Polsce – wybacz to uogólnienie, chodzi mi o określenie pewnej specyfiki, a nie zakreślenie precyzyjne jej granic, czego nie jestem w stanie uczynić – reakcje były przeciwne. Może nie od razu po wojnie, ale w okresie, który jestem w stanie objąć pamięcią. Wydaje mi się nawet, iż nastąpił tu wyraźny regres w stosunku do pierwszego powojennego dziesięciolecia. Przynajmniej w sferach intelektualnych – wystarczy porównać poziom artykułów na tematy żydowskie i antysemityzmu publikowanych po wojnie i po 1956 roku z tym, co ukazuje się w ostatnich latach.
Okropności wojny nie doprowadziły do kryminalizacji antysemityzmu. Jest rzeczą zdumiewającą, ale wydaje mi się, że doświadczenia wojenne nie miały i nie mają wpływu na percepcję Żydów i stosunek do nich. Odrzucenie antysemityzmu rasistowskiego nie prowadziło do potępienia innych jego form, lecz wręcz przeciwnie – do traktowania ich jako nie-antysemityzm.
Mógłbym cytować dziesiątki wypowiedzi, gdzie – według niepolskich standardów – można by doszukiwać się antysemityzmu, a które w Polsce uchodzą za dopuszczalne. I zresztą: antysemityzm, gdy jest nawet postrzegany jako taki, traktowany jest w Polsce jako problem opinii – zaiste nagannej, ale tylko opinii.
Ta pewna niewinność antysemityzmu w Polsce jest między innymi wynikiem niezasymilowania przez świadomość zbiorową problemu zagłady Żydów. Jaka jest odpowiedzialność za nią kultury, cywilizacji, w której była możliwa? Jaki ciężar odpowiedzialności spada na chrześcijaństwo? Te problemy nie istnieją. Ograniczenie odpowiedzialności do Niemców pozwala zachować czyste sumienie i tradycyjne formy antysemityzmu.
Uczucie niewinności da się też odnaleźć, gdy chodzi nie tylko o problemy „cywilizacyjnej” odpowiedzialności, ale bardziej konkretnej – polskiej. Dobrym przykładem jest sprawa pogromu kieleckiego. Według rozpowszechnionej interpretacji – sformułowała ją m.in. Kerstenowa na łamach „Tygodnika Solidarność” [36] – odpowiedzialność za pogrom ponosi KGB i UB. Celem miało być skompromitowanie Polaków w oczach światowej opinii publicznej w momencie przygotowywanej sowietyzacji.
Jest rzeczą prawdopodobną, iż tak właśnie było [37]. Ale taka odpowiedź wydaje się mało zadowalająca. Bo przecież poza wymiarem policyjnym i politycznym jest wymiar moralny. Bo przecież sprowokowani byli Polacy, którzy mordowali dziesiątki Żydów – i przecież nie tylko w Kielcach: 800 osób od kwietnia 1945 do maja 1946. Otóż w kategoriach moralnej odpowiedzialności za te ofiary – problem w ogóle nie jest stawiany. Jak była możliwa rzeź Żydów rok, dwa po wojnie? Jakie zmiany w mentalności zbiorowej pod wpływem wojny odegrały tu rolę? Pytania te pozostają tabu. Zresztą – jak same fakty, w których rozpowszechnianiu nikt nie jest zainteresowany.
Jednym ze źródeł owego tabu i zarazem poczucia niewinności jest zdominowanie problematyki moralnej przez polityczną. Samych Żydów czyni się odpowiedzialnymi za pogromy i różne przejawy antysemityzmu. Ich zaangażowanie po stronie nowej władzy, współudział w narzucaniu stalinizmu z wszelkimi jego okropnościami, miał być źródłem utrwalania się antysemityzmu. Na pewno jest w tym dużo prawdy. Gdyby Żydzi nie byli po stronie władzy – lepiej: gdyby się jej przeciwstawiali – antysemityzm by osłabł. Tylko że nie może to być sposobem usprawiedliwiania antysemityzmu i przyczyną odmowy jego potępienia.
Postawa Kościoła po wojnie jest z tego punktu widzenia szczególnie znamienna. O tym też się nie pisze i mało bardzo osób o niej wie. A trudno by było tę postawę pochwalać. Znana była odmowa Hlonda potępienia pogromu kieleckiego. Nigdy Kościół po wojnie nie potępił antysemityzmu.
Ojciec mój [38] przez wiele lat był przewodniczącym Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego Żydów w Polsce. W 1969 roku, gdy wyszedłem z więzienia, pokazał mi dokument sporządzony przez dwóch przedstawicieli jego organizacji z Lublina [39], którzy po pogromie kieleckim złożyli wizytę miejscowemu biskupowi, prosząc go o uspokojenie nastrojów antyżydowskich. Notatka sporządzona była w suchym, beznamiętnym stylu i przedstawiała reakcję biskupa. Biskup stanowczo odmówił zabrania głosu w sprawie ekscesów antyżydowskich. W sytuacji Żydów widział wyłącznie wynik ich roli politycznej. Przedstawił przy okazji swój pogląd na rolę Żydów w historii Polski: była to zawsze rola negatywna. Żydzi byli elementem rozkładowym. Z rzadkimi wyjątkami. Pamiętam dobrze, iż Grzegorz Fitelberg [40] służył za przykład pozytywny. Biskupem był Wyszyński.
Zresztą stanowisko to, które – jak się wydaje – podzielała większość Episkopatu, znajduje replikę w stanowisku biskupów w 1968 roku. Wywiad Dominika Morawskiego [41] z anonimowym biskupem wyraźnie wskazuje, iż rok ’68 odbierany był przede wszystkim jako walka o władzę w łonie elity rządzącej. Kościół w Polsce nigdy nie rozważał problemu moralnej współodpowiedzialności – ani historycznej, ani bardziej aktualnej – za antysemityzm. Nigdy do głowy książętom polskiego Kościoła nie przyszło wypowiedzenie słów np. kardynała Etchegaraya:
„We have a mission of repentance for our secular attitude as regards the Jewish people… We should know how to ask forgiveness of the Lord and of our brothers, so often fed with «teachings of disdain» and plunged into the horror of the Holocaust. We should commit ourselves to repair what should be repaired” (po angielsku, bo znalazłem tylko w „International Herald Tribune”) [42].
Czy podobnych słów Lustigera w Oświęcimiu:
„W tym miejscu, gdzie tyle córek i synów ludu żydowskiego – tego samego, który otrzymał i przekazał nam przykazanie «nie zabijaj» – było prowadzonych na eksterminację, mogliśmy tylko rozważać własną odpowiedzialność” („Tygodnik Powszechny”) [43].
Po raz pierwszy Kościół polski przypomniał sobie o Żydach i ich losie w zeszłym roku, w 40. rocznicę powstania w getcie warszawskim. W warszawskim kościele św. Augustyna biskup Dembowski powiedział: „Przyznać musimy: zbrodnia ludobójstwa na narodzie żydowskim narodziła się z grzechu antysemityzmu”. Były to najodważniejsze, najdalej idące słowa w historii polskiego Kościoła. Prymas mówił tylko o godności śmierci w walce, a nie w rezygnacji.
ANTYSEMITYZM DZISIAJ
Czy problem antysemityzmu ma wyłącznie charakter historyczny? Wielu bardzo Polaków jest o tym przekonanych.
Przed dwoma laty był u nas Jacek Woźniakowski. Nie muszę Ci pisać, jak bardzo go szanuję i cenię. W pewnej chwili, w trakcie rozmowy, oświadczył, iż antysemityzmu w Polsce nie ma. „Najwyżej ktoś zirytowany powie: och, te Żydy! Tak jak w innym momencie mógłby powiedzieć: ach, ci Niemcy!”.
Nieśmiało zaprotestowałem, nie podejmując jednak tematu. Zdaję sobie bowiem sprawę z trudności takich rozmów. Ale dla mnie te słowa były dowodem bardzo symptomatycznym niewiedzy i, ośmielę się napisać, braku chęci poznania ze strony człowieka bardzo inteligentnego, należącego przecież do wąskiej elity tego kraju.
Bo jest przecież aż zbyt wiele dowodów na to, że antysemityzm istnieje – choć bez pogłębionych badań, a zwłaszcza bez otwartego życia publicznego, nie można poznać jego zakresu, form i intensywności. Nawet w środowisku najbliższym Jackowi Woźniakowskiemu – wśród inteligencji katolickiej – antysemityzm jest wystarczająco widoczny, aby byli w stanie go dostrzec tacy moi znajomi, jak Paul Thibaud czy Jean-Marie Domenach [44]. Nie mają oni „żydowskiego bzika” i są głęboko przywiązani do tego środowiska w Polsce.
W najpiękniejszym powojennym okresie, w czasach legalnej „Solidarności”, nietrudno było dostrzec wiele przejawów antysemityzmu (chociaż oczywiście ich znaczenie było dziesięciorzędne w stosunku do tego wszystkiego, co się działo). Wystąpienie Jurczyka [45], ideologia „prawdziwych Polaków” (w wystylizowanym znaku Zjazdu „Solidarności” widzieli gwiazdę Dawida – dowód żydowskiej manipulacji), stosunek do KOR-u jako „żydowskiej organizacji” (Wałęsa na konferencji w Gdańsku: „Nie to, że miałem pretensje czy mam obiekcje do ludzi KOR-u – to trzeba tak rozumieć. Gdyby część się zapisała za KOR-em, nawet – załóżmy – większa część – 70%, to 30% miałaby wątpliwości do osób, nazwisk, pochodzenia”).
Na ile można abstrahować od oficjalnego antysemityzmu, gdy rozważa się głębię i rozpowszechnienie tych uczuć w Polsce? Czy przeciwstawienie „my” – „oni”, eksternalizacja władzy, wyrzucenie jej poza nawias społeczeństwa – może być intelektualnie zadowalające, nawet jeżeli politycznie jest opłacalne?
Po pierwsze – obóz władzy nie jest tak mało liczny, jak by mogło się wydawać. Po drugie – propaganda skierowana ku społeczeństwu jest wynikiem nie tylko mentalności władzy, ale również oceny społecznej mentalności, skuteczności pewnego typu propagandy. Po trzecie – spośród wszystkich krajów bloku, poza ZSRR, w Polsce propaganda antysemicka osiągała największą intensywność.
I ostatni jeszcze wskaźnik – w tym chaotycznym zestawieniu. Najważniejszy być może. Chodzi mi o rolę Żydów w percepcji wielu księży.
„Kultura” donosiła niedawno o dwóch wystąpieniach księży polskich za granicą o wyraźnie antysemickim charakterze [46]. Jedno to wystąpienie jakiegoś profesora KUL-u w Polskim Instytucie Naukowym w Nowym Jorku, drugie – na łamach „Duszpasterza Polski Zagranicą” [47]. Nie wiem, czy czytałeś artykuł ks. Poradowskiego: Stulecie śmierci Karola Marksa [48]. Jest to dokument dość przerażający, którego nikt nie ośmieliłby się opublikować we Francji. Teza jest bardzo prosta: głównym dzisiaj zagrożeniem w świecie jest trockizm. Trockiści to są Żydzi (chociaż nie wszyscy Żydzi są trockistami). Trockizm jest bardziej niebezpieczny od stalinizmu. Jego ekspozyturą w Polsce jest KOR.
Można by to traktować jako izolowany wybryk, gdyby nie to, iż artykuł ukazał się w oficjalnym piśmie kościelnym wychodzącym w Rzymie. I gdyby nie to – argument bez porównania ważniejszy – że artykuł ten dostarcza pewnego klucza dla zrozumienia niesłychanej kariery, jaką „trockizm” zrobił w kręgach kościelnych, chociaż trudno znaleźć dowody na jego istnienie w Polsce. Otóż trockizm jest dzisiaj synonimem „żydokomuny”. W tym świetle tylko można zrozumieć rolę, jaką Glemp przypisywał trockizmowi w swoim niefortunnym wywiadzie w Brazylii [49].
Podsumowując tych parę uwag: antysemityzm pozostaje ciągle obecnym fragmentem endeckiej wizji świata, która – niestety – nie należy wyłącznie do przeszłości, choć na pewno jej rola i miejsce w Polsce obecnej jest mniejsze niż w przeszłości. Zamykanie oczu na jego istnienie jest nie tylko moralnie nie do zaakceptowania, ale również pośrednio służy utrwalaniu się tego światopoglądu w różnych kręgach społeczeństwa polskiego.
Problem antysemityzmu w Polsce nie jest problemem Żydów (bo ich w Polsce prawie nie ma). Jest wewnętrznym polskim problemem – problemem zdrowia moralnego i kultury politycznej. Bardzo wątła to konkluzja, ale i tak za bardzo się rozpisałem i zbyt chaotyczne są powyższe uwagi, aby dało się je uporządkować podsumowaniem.
Więc jeszcze parę tylko słów osobistego wyznania. Bycie Polakiem nigdy nie było dla mnie sprawą oczywistą – parokrotnie było wynikiem świadomego wyboru. Wszyscy prawie moi przyjaciele – Żydzi z dzieciństwa i wczesnej młodości, w równym stopniu co ja kulturowo spolonizowani (albo bardziej) – optowali w 1956, w latach 60., czy w 1968 roku na rzecz żydostwa. Z wszystkimi nimi straciłem kontakt. Nie wiem dobrze, dlaczego wybrałem inaczej. Może była to przekora. Może był to paradoksalny wynik antysemityzmu, który odczuwałem od dzieciństwa – chciałem pokazać, że Żyd może być dobrym patriotą. Może był to wynik swoistego poczucia wierności – angażowałem się w polskie sprawy od dzieciństwa jako mały komunista, później większy komunista. Odchodząc od komunizmu, nigdy nie chciałem odejść od lewicowości (która ma bardziej u mnie dziś charakter sentymentalny niż intelektualny), ani też od polskości. Ale też nigdy nie miałem skłonności wielu moich przyjaciół „żydowskiego pochodzenia”, którzy o swoim żydostwie chcieli jak najszybciej zapomnieć, którzy się chrzcili, którzy – jak wszyscy dookoła – mówili, że nie ma antysemityzmu, którzy wychwalali głębię myśli politycznej endecji.
Stąd być może niesprawiedliwość wielu ocen, które powyżej niezgrabnie sformułowałem.
Serdecznie Cię ściskam,
Alik
P.S. Kopię posyłam Wojtkowi
Oprac. M.N.-R.
[1] Konstanty A. Jeleński opublikował na łamach paryskiej „Kultury” liczne teksty i polemiki poświęcone problemowi antysemityzmu. Do najważniejszych należą: Od endeków do stalinistów (1956 nr 9) oraz Hańba czy wstyd (1968 nr 5). Tutaj Jeleński zapewne ma na myśli swój list do Jerzego Giedroycia opublikowany w „Kulturze” 1983 nr 11, gdzie protestuje przeciwko porównaniu delegalizacji „Solidarności” z ludobójstwem dokonanym przez Niemców na Żydach, którego użył Tymoteusz Klempski w artykule Pielgrzymka i pielgrzymstwo („Kultura” 1983 nr 10).
[2] Jan Ryszard Bychowski (1922-1944), przyjaciel szkolny Konstantego A. Jeleńskiego, w czasie II wojny światowej żołnierz polskiego lotnictwa w Wielkiej Brytanii, zginął na służbie w trakcie lotu bojowego. Na jego temat zob. list Konstantego A. Jeleńskiego do Józefa Lewandowskiego, opublikowany na łamach „Zeszytów Literackich” (1988 nr 21).
[3] Marian Jumborski (1885-1936), matematyk, nauczyciel gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie, działacz niepodległościowy, zesłaniec.
[4] Krzysztof Kamil Baczyński (1921-1944), poeta.
[5] Jerzy Dziewulski (1921–1950).
[6] Małgorzata Dziewulska (ur. 1944), teatrolożka, eseistka.
[7] Teresa ze Skarzyńskich Jeleńska (1892-1969) i Konstanty Jeleński (1888-1955).
[8] Konstanty Jeleński pracował w konsulacie RP w Monachium.
[9] Tadeusz Łopuszański (1874-1955), minister wyznań religijnych i oświecenie publicznego w latach 1919-1920, działacz oświatowy.
[10] Konstanty A. Jeleński, Manes Sperber, „Kultura” 1984 nr 3.
[11] Mowa o Institut national de l’audiovisuel, gdzie pracował Konstanty A. Jeleński.
[12] Za kogo mają się Ci durnie (fr.)
[13] Francuzi – mordercy (hiszp.).
[14] Zapisane celowo z błędami i fonetycznie: Nie jest dobrze dla nas, wcale nie jest dobrze (fr.).
[15] Ludwik Stomma (1950-2020) antropolog, od 1981 roku na emigracji we Francji, gdzie pracował w École pratique des hautes études.
[16] Stanisław Stomma (1908-2005) działacz społeczny i publicysta.
[17] The Winds of War (Wichry wojny), serial z 1983 roku, wyreżyserowany przez Dana Curtisa na podstawie książki Hermana Wouka.
[18] Wojciech Karpiński (1943-2020) pisarz, przyjaciel Konstantego A. Jeleńskiego i propagator jego twórczości.
[19] Książka nie została wydana przez Fundusz, ale jej francuskie wydanie (Campagnes insolites. Paysannerie polonaise et mythes européens, Paryż, Verdier, 1986) ukazało się ze wstępem Konstantego A. Jeleńskiego.
[20] Mowa o Jerzym Giedroyciu (1906-2000) redaktorze naczelnym paryskiej „Kultury”.
[21] Maciej Broński pisze: „Otóż dla mnie termin «Żyd» ma charakter raczej funkcjonalny, niż genetyczny (a już tym mniej «rasowy», ponieważ rasy są tylko trzy: biała, czarna i żółta, a Żydzi należą do białej tak jak ja). Chcę przez to powiedzieć, że za Żyda uważam człowieka, który np. uczęszcza do synagogi, daje swego syna obrzezać i/lub mówi w yiddisz lub po hebrajsku. Człowieka, który mówi po polsku jak ja, należy do tej samej kultury literacko-obyczajowo-historycznej co ja i poczuwa się do solidarności z moim narodem uważam za Polaka, także w wypadku jeśli nazywa się np. Abraham Zylbersztajn i Niemcy wymordowali mu całą rodzinę w czasie wojny. Innymi słowy termin «Żyd» ma dla mnie raczej ten status, co termin «szachista», a nie ten co określenie «koń»”.
[22] List ten zachował się w korespondencji między Gustawem Herlingiem-Grudzińskim i Konstantym A. Jeleńskim. Herling-Grudziński nie odpisał.
[23] Debata Pologne: mémoire juive et Solidarité odbyła się 18 V 1982. Prowadzenie: Gérard Israël. Udział wzięli: Kazimierz Brandys, Alain Finkielkraut, Krzysztof Pomian, Aleksander Smolar, Henri Smolarski, Paul Thibaud.
[24] Kazimierz Brandys w opisie debaty w swoich Miesiącach uznał ją za niesprawiedliwą wobec Polski, nie ukrywając niechęci do słuchaczy. Zob. Kazimierz Brandys, Miesiące, Paryż, Instytut Literacki, 1984, s. 53–55.
[25] Mowa o konferencji Pologne, Août 1980 – Décembre 1982. Originalité et dynamisme d’une société, która odbyła się w dniach 10–12 XII 1982 roku na Sorbonie i w Bibliotece Polskiej w Paryżu. Konstanty Jeleński wygłosił referat Paradoksy polskiego nacjonalizmu, Aleksander Smolar mówił o współdziałaniu opozycyjnych intelektualistów i ruchu robotniczego. Zob. Konstanty A. Jeleński, Polska: Sierpień 1980–Grudzień 1982. Swoiste cechy i dynamizm polskiego społeczeństwa, „Kultura” 1983 nr 1–2.
[26] Mowa o dwóch falach emigracji Żydów z Polski w związku z masowymi ruchami antysemickimi, zarówno wśród obywateli jak i aparatu państwowego. W związku z najsłynniejszą nagonką antysemicką w marcu 1968, a także związaną z nią falą aresztowań wśród krytycznie nastawionych do władzy opozycjonistów, Aleksander Smolar trafił do więzienia, a także stracił pracę na Uniwersytecie Warszawskim.
[27] Mowa o piosence Jacka Kaczmarskiego (1957–2004) Ballada o spalonej synagodze.
[28] Wydana po raz pierwszy w 1981 roku książka Normana Daviesa Boże igrzysko opisuje rolę Żydów w historii Polski, ale niemal pomija problem polskiego antysemityzmu.
[29] „Znak” 1983 nr 2-3 (339-340). Temat numeru: „Żydzi w Polsce i w świecie. Katolicyzm-judaizm”
[30] Tamże: Michał Strzemski, Pomiędzy Nahumem Goldmannem a Dawidem Ben Gurionem.
[31] Roman Zambrowski (1909–1977), Hilary Minc (1905–1974), Jakub Berman (1901–1984), Józef Różański (1907–1981), piastowali najwyższe stanowiska państwowe w okresie stalinowskim.
[32] Jerzy Urban (1933-2022), Artur Sandauer (1913–1989), Daniel Passent (1938–2022) ludzie pióra, popierali wprowadzenie stanu wojennego w Polsce i politykę gen. Wojciecha Jaruzelskiego.
[33] Jerzy Urban, 70 lat później, „Tu i Teraz” 1983 nr 5.
[34] Maksymilian Maria Kolbe (1894–1941) w 1971 beatyfikowany. Na początku lat 80. trwała dyskusja wokół jego osoby, gdyż papież Jan Paweł II w 1982 roku przeprowadził jego kanonizację, a jego działalność antysemicka nie została uznana za przeszkodę w uznaniu jego życia za heroiczną i godną do naśladowania drogę do świętości.
[35] Jan Józef Lipski, Ojciec Kolbe i „Mały dziennik”, „Tygodnik Powszechny” 1971 nr 38. Tekst opublikowany przy okazji beatyfikacji Maksymiliana Marii Kolbego.
[36] Krystyna Kersten, Kielce – 4 lipca 1946 roku, „Tygodnik Solidarność” 1981 nr 36.
[37] Dzięki badaniom historyków ustalono, że pogrom nie był prowokacją Urzędu Bezpieczeństwa (zob. Joanna Tokarska-Bakir, Pod klątwą. Społeczny portret pogromu kieleckiego, Warszawa, Czarna Owca, 2018).
[38] Hersz Smolar (1905–1993) organizator ruchu oporu w mińskim getcie, działacz polityczny i dziennikarz, redaktor naczelny „Fołks Sztyme”. Zob. Hersz Smolar, Mińskie getto. Świadectwo oporu, wstęp Aleksander Smolar, Kraków, Austeria, 2024.
[39] Mowa o Centralnym Komitecie Żydów w Polsce.
[40] Grzegorz Fitelberg (1879–1953), kompozytor I dyrygent.
[41] Na pytanie Dominika Morawskiego o brak stanowiska episkopatu wobec nagonki antysemickiej w 1968 roku polski hierarcha kościelny, którego nazwiska Morawski nie ujawnia, odpowiada: „[była to] rozprawa w łonie elity kierowniczej, a nie akcja o podłożu rasistowskim. […] Ci co opuścili kraj uczynili to głównie ze względów bytowych, ponieważ społeczność żydowska utraciła dotychczasową uprzywilejowaną pozycję. […] Metody zastosowane w nagonce antysemickiej, moralnie odrażające, nie mogą zatrzeć wspomnienia cierpień jakich doznali księża, działacze katoliccy i w ogóle społeczeństwo w okresie stalinowskim, kiedy aparat ucisku reprezentowali liczni dygnitarze i wysocy funkcjonariusze pochodzenia żydowskiego, odznaczający się szczególną gorliwością”. Hierarcha dodaje zmartwiony, że te wydarzania „naraziły na szwank dobre imię Polski jako kraju o tradycjach tolerancji narodowościowej i religijnej” (Dominik Morawski, Korespondencja z Rzymu, „Kultura” 1973 nr 5).
[42] „Mamy szczególny obowiązek pokuty za nasz odwieczny stosunek do ludu żydowskiego… Powinniśmy prosić o wybaczenie Pana naszego i naszych braci tak często karmionych «nauką pogardy» i pogrążonych w otchłani Holocaustu” – fragment mowy kardynała Rogera Etchegaraya wygłoszonej na Synodzie „Pokuta i pojednanie w Kościele” (29 IX–29 X 1983).
[43] Kardynał Jean-Marie Lustiger wygłosił tę mowę podczas wizyty w Auschwitz w 1983 roku.
[44] Jean-Marie Domenach (1922–1997) i Paul Thibaud (ur. 1933) – filozofowie, kolejni redaktorzy naczelni katolickiego miesięcznika „Esprit”.
[45] Marian Jurczyk (1935–2014), ważny działacz „Solidarności” na spotkaniu z robotnikami nawoływał do wieszania komunistycznych przywódców i skończenia z Żydami, którzy sprawują władzę. Na ten temat: Michel Wieviorka, Les Juifs, la Pologne et Solidarność, Denoël, Paryż, 1984.
[46] Sławomir Suss, Największy spisek XX wieku, „Kultura” 1983 nr 7–8 oraz komentarz redakcji.
[47] Oficjalne pismo kościelne wydawane pod nadzorem bp. Szczepana Wesołego.
[48] „Duszpasterz Polski Zagranicą” 1983 nr 2.
[49] Mowa o wywiadzie udzielonym przez Józefa Glempa dziennikarzom „O Estado de São Paulo” podczas podróży do Brazylii w 1984 roku. W wywiadzie stwierdzał, że „czysty” nurt „Solidarność” pod wodzą Wałęsy jest manipulowany przez „elementy trockistowskie” z drugiego nurtu i podkreślił, że „Kościół jest nadal protektorem i obrońcą pierwszego nurtu”.
Jadwiga, Jadzia, Jaga, Jagoda, Jadwinia, tak o niej i do niej mówiliśmy.
Emanował z niej spokój, opanowanie, siła. Wnikliwa, pracowita, sumienna, budziła szacunek. Była jednocześnie osobą skorą do psot, z poczuciem humoru, z dystansem do siebie. Znała swoja wartość. Pełna atencji dla śpiewaczek takich jak Janet Baker, Kirsten Flagstad, Kathleen Ferrier nie słuchała wielu nagrań. Szukała w sobie, na podstawie tekstu muzycznego i warstwy literackiej. Obdarzona przepięknym, ciepłym, aksamitnym głosem altowym i ogromną wrażliwością nie kryła się z tym, że potrzebuje czasu do opracowania nowego utworu. Nie spieszyła się, wymagała dużo od siebie, a także od nas – pianistów.
Pierwszy raz spotkałyśmy się na początku lat osiemdziesiątych w Pagarcie. Obie, laureatki konkursów, wpadałyśmy tam po paszporty, wizy, bilety. Ja znałam Jadwigę z nagrań radiowych, a także z fenomenalnej interpretacji cyklu Mahlera Kindertotenlieder w telewizyjnym programie Henryka Czyża. Do dziś słyszę ten głos i pamiętam tamte wrażenia. Wtedy nie miałam nawet odwagi, żeby pomyśleć, że mogłybyśmy współpracować. Taka okazja nadarzyła się kilka lat później, gdy Jadwiga zaproponowała mi pracę nad pieśniami Johannesa Brahmsa Vier ernste Gesänge. Ten właśnie cykl, po półtorarocznym okresie prób, stał się trzonem naszego pierwszego programu. Po kilku koncertach w Polsce wystąpiłyśmy w radio w sali S1 – (dziś Studio im. Witolda Lutosławskiego). Obok Brahmsa były też pieśni Szostakowicza i Rachmaninowa. Stopniowo nasz wspólny repertuar powiększał się. Wykonywałyśmy Beethovena, Schumanna, Schuberta, Ryszarda Straussa, Zemlinsky’ego, Mahlera, Wagnera. Z muzyki polskiej Chopina, Moniuszkę, Szymanowskiego, Lutosławskiego, Kurylewicza. Wiele z tych kompozycji Jadwiga wykonywała poprzednio z innymi pianistami. Moim zadaniem było niejako wejść w jej świat, dopasować się. Doskonale wiedziała czego oczekuje. Poprzeczkę stawiała bardzo wysoko. Szczególnie utkwiła mi w pamięci praca nad Wagnerem Wesendonck Lieder oraz Mahlerem Rückert Lieder. Jadwiga wykonywała te cykle z towarzyszeniem orkiestry. Słyszała wiec barwę poszczególnych instrumentów, bogate brzmienie całego zespołu. Jak to wydobyć z fortepianu? Miesiącami pochłaniała mnie praca nad szukaniem kolorów, odpowiedniej artykulacji, czasu i pozostaję wdzięczna Jadwidze, że zaprosiła mnie do tego muzycznego świata.
Z tamtego czasu zapamiętałam kilka koncertów, jednym z nich był wieczór poświęcony pamięci Jana Webera (ponownie w studiu S1). Nam przypadł w udziale prolog – miałyśmy wykonać „tylko” jedną z pieśni Brahmsa Feldeinsamkeit. Trudne to zadanie i dla głosu i dla fortepianu – zaczyna się w piano, kończy jeszcze ciszej. W ciągu zaledwie kilku minut trzeba było stworzyć nastrój, podać tekst, przekazać jego znaczenie, przedstawić obraz. Publiczność zebrana tłumnie na sali wstrzymała oddech. Niezwykłe było tamtego wieczoru skupienie nasze i słuchaczy, czas się zatrzymał… Mówiła sama muzyka. Wystąpiło wtedy wielu wykonawców. Między innymi Andrzej Hiolski, zespół Concerto Avenna, Władysław Kłosiewicz. Po zakończonym koncercie prawie wszyscy pojechaliśmy do mieszkania Jadwigi na Mokotowie. Każdy miał wyznaczone zadanie – należało przynieść coś do zjedzenia. Jadwiga wraz z mężem świetnie wszystko zorganizowali, a gościnność gospodarzy sprawiła, że atmosfera była swobodna, przyjazna i serdeczna. Wspominaliśmy Jana Webera do późnych godzin wieczornych, dorzucając różne zdarzenia i anegdoty z życia artystycznego.

Jak już pisałam zaczęłyśmy od Vier ernste Gesänge Brahmsa – pieśni skomponowanych do tekstów biblijnych. Jadwiga jako osoba bardzo wierząca ze szczególnym skupieniem podchodziła do tych słów. W jej interpretacji również Hymny Kasprowicza z muzyką Karola Szymanowskiego nabierały zupełnie innego znaczenia. Były żarliwą modlitwą… Były przejmujące… Pozostała niezrównana rejestracja tego cyklu (z towarzyszeniem Mai Nosowskiej) Błogosławioną niech będzie ta chwila…
Jadwiga wybierała repertuar poważny, czasem mówiła: „Śmierć – specjalność zakładu…”. Poważne też były jej role operowe. Niestety nigdy nie miałam okazji oglądać Jadwigi Rappé na scenie. Jedynie na jednym recitalu wykonałyśmy arie Händela i Saint-Saënsa – jakże pięknie, szeroką falą w arii Dalili płynął jej głos pełen ciepła i ekspresji. Był to koncert szczególny. Zgodnie z bzdurnymi zarządzeniami ministerstwa ona – wielka artystka, śpiewaczka, wystepująca z największymi dyrygentami (Lorin Maazel, Sir Colin Davis, Nikolaus Harnoncourt) ze wspaniałymi orkiestrami, w najznakomitszych salach koncertowych i scenach operowych świata musiała przystąpić do egzaminu w ramach tak zwanego przewodu habilitacyjnego. W gronie oceniających (oprócz dwójki osób znanych z występów) zasiadali „urzędnicy muzyczni” powołani przez jakąś komisję. Jadwiga z pokorą to zniosła, nawet umiała się z tego śmiać, z pokorą także znosiła to, że nie zawsze w Polsce spotykała się z uznaniem jakie jej się należało. (Złoty medal Gloria Artis przekazano rodzinie dopiero podczas uroczystości pogrzebowych…!).
Swoich niewątpliwych kompetencji dowiodła w pracy ze studentami. Spod jej skrzydeł wyrosło wielu śpiewaków młodszego pokolenia, którzy podobnie jak ich Maestra sumiennie i poważnie podchodzą do zawodu odnosząc sukcesy.
Odeszła wielka artystka, wspaniała śpiewaczka – muzyk, pedagog, osoba – instytucja – była bowiem animatorką wielu muzycznych wydarzeń, dbając o możliwość rozwoju studentów.
Wreszcie – odeszła kobieta, która obok światowej kariery była matką, żoną, Panią domu. Wszystkie te role godziła z podziwu godnym zaangażowaniem, a także z fantazją. Z Jadwigą nigdy nie było nudno!
Śpiewa teraz w anielskim orszaku, a nam szczęśliwie pozostawiła swoje nagrania.
Warszawa 24 maja 2025
EWA POBŁOCKA