HOME

Redaktor

Nie do wiary, już ćwierć wieku piszę bez Redaktora. Choć słowo „piszę” piszę na wyrost, bo raczej wystękuję od czasu do czasu rządek wyrazów w jakimś ustępie dla oddania życia. A z Redaktorem to się pisało. Wystarczył sygnał z Maisons-Laffitte, że mnie przeczytał, aby palce same zatańczyły na klawiszach starej maszynki do pisania, nadając rytm słowom w kolejnych Listach z Sołowek.

Byłem oczami Redaktora w Rosji, dostarczając mu relacje z rozpadającego się Imperium z pierwszej ręki.

Dwie cechy Redaktora szczególnie mi imponowały, jego dziecięca wręcz skłonność do zabawy oraz niezwykła precyzja w pracy, ba, w życiu. Tę pierwszą najlepiej charakteryzuje jego natychmiastowe wejście w grę, którą mu zaproponowałem, a mianowicie podjęcie przez niego zawikłanej biurokratycznej wołokity w celu ustanowienia na terenie Wysp Sołowieckich (kiedyś był tam pierwszy łagier Sowietów, można powiedzieć: poligon GUŁAG-u) kor-punktu paryskiej „Kultury”. Dotychczas wszystkie kor-punkty, czyli punkty korespondencyjne (zwykle to mieszkania korespondentów) otwierano w Moskwie, a więc można sobie wyobrazić minę, jaką podkładaliśmy pod Wydział Propagandy Ministerstwa Inostrannych Dieł, zwracając się do nich z prośbą o otwarcie kor-punktu na Sołowkach. Redaktor miał ubaw po pachy, korespondując z rosyjskim MID-em w tej sprawie, zwłaszcza, że zbiegło się to w czasie z aresztowaniem mnie z Wasią na poligonie rakietowym na Kanin-Nosie.

A potem bardzo się rozradował, kiedy mu przywiozłem do Maisons-Laffitte opracowanie wojskowe po rosyjsku na temat dywersyjnej roli paryskiej „Kultury”, wykradzione przeze mnie (ze stemplem!) z biblioteczki wojskowego politruka z czasów, kiedy na Wyspach Sołowieckich była szkoła jungów!

 

Fot. Bohdan Paczowski

 

Natomiast jego precyzji, zarówno w pracy redaktorskiej, jak i tej życiowej zawdzięczam, że w ogóle piszę! Jeśli wziąć pod uwagę, że w czasach naszej współpracy łącznikiem pomiędzy nami była zwykła poczta (Sołowki to wyspa i samolot z pocztą przylatywał dwa razy w tygodniu jak nie wiało, jak wiało to nie przylatywał), a w wyjątkowych wypadkach aparat telefoniczny na poczcie. Zamawiało się tedy Paryż i czekało czasem godzinę, czasem dwie… Na przykład wysłałem pocztą tekst, a potem zmieniłem początek drugiego akapitu. Kartką pocztową tego nie da się załatwić, karta nie zdąży dotrzeć do Maisons-Laffitte przed wydrukowaniem numeru. Zostaje dzwonić. Kiedy po godzinie bądź dwóch oczekiwania słyszę w słuchawce panią Zosię: „Dzień dobry, przekazuję telefon Jerzemu” i głos Redaktora: „Słucham panie Mariuszu”, zaczynam od razu od sedna, wiedząc, że on już trzyma w ręku tekst, zmiana w drugim akapicie: w pierwszym zdaniu wykreślamy to i to, a to zamieniamy tamtym! A potem on do mnie punkt po punkcie, rzeczowo i skrupulatnie, jakby tylko czekał na mój „telefon z Sybiru”.

Najbardziej mnie ujął kwiatami dla Wiki. Zadzwoniłem do niego już z Moskwy, że nie przyślę kolejnej korespondencji, bo Weronika jest w szpitalu i czekam na jej wyjście. Zapytał, kiedy Wikę wypisują i życzył nam wszystkiego najlepszego. A w dniu przyjazdu Wikuszy ze szpitala goniec z moskiewskiej Interflory przyniósł od niego bukiet siedemdziesięciu róż… Parę tygodni potem odszedł.

Redaktor utwierdził mnie we własnym języku, nazywając go „wilczym wolapikiem” i nauczył swobody w wyrażaniu myśli – czyli tego, co kiedyś nazywaliśmy niezależnością.

Wrocław, 8 września

MARIUSZ WILK

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (III)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

7 lutego (57) – niedziela

Odbyłam z Julką rozmowę na tematy zasadnicze. Zaczęło się od tego, że upiekłyśmy wczoraj wspólnie ciasto, które Natalia powiozła do Jaworza. Julka pytała czy na pewno napisałam na cieście „całujemy mocno” oraz oświadczyła, że chciałaby, żeby tam było także napisane, że Julka zrobiła ciasto dla Witka, a Natalia zawiozła. Zaproponowałam Julce napisanie listu o tym wszystkim, ale ona z kolei wymyśliła, że mogę do Witka zatelefonować. I tu nastąpiła tzw. „trudna” rozmowa: – Dlaczego nie możesz zatelefonować do Witka? – Bo jest wojna i nie pozwalają do niego dzwonić. – To gdzie jest Witek? – Witka zamknęli żołnierze. – Ale dlaczego? – Boją się go, widocznie. – Ale dlaczego, czy on jest wilkiem? Dalej było o tym, że się boją, bo Witek mówi prawdę i że trzeba mówić prawdę, żeby być CZŁOWIEKIEM. Nie wiem ile z tego Julka zrozumiała, chociaż o tym, że prawda jest wartością wiedziała już wcześniej i dała temu wyraz w rozmowie. Na koniec oświadczyła, że chce, żeby wojna się skończyła. Chciała też ze mnie wydobyć odpowiedź na pytanie, kiedy się skończy wojna i czy jeśli się skończy, to Witka wypuszczą.

Ostatnio Julka połknęła porcję nauk o życiu. Tak się jakoś sytuacje układały. Wczoraj w tramwaju ustępowałyśmy miejsca jakiejś staruszce (więcej chętnych nie było, chociaż czteroletnia Julka jeszcze kiepsko stoi w tramwaju). Julka ostro protestowała (dotąd to jej ustępowano miejsca), ale zdołałam jej wytłumaczyć, dlaczego i po co tak się postępuje i że nie możemy się oglądać na innych. W drodze powrotnej znów miałyśmy staruszkę i tym razem Julka wstała bez słowa sprzeciwu. Ciekawostką jest, że i tym razem brak było jakiejkolwiek reakcji ze strony stojących i siedzących (w tramwaju) obywateli PRL, stanowiących dość reprezentatywną próbkę dla płci, wieku i zatrudnienia.

 

8 lutego (58) – poniedziałek

W ubiegły piątek (29 stycznia) odbyło się pierwsze po wojnie przedstawienie Wesela w Teatrze Narodowym. Był to jednocześnie pierwszy po wojnie (i jak się okaże ostatni) występ na deskach scenicznych „znanego polskiego aktora [Janusza] Kłosińskiego”. Tak zaprezentowany pojawił się na ekranach telewizorów w końcu ubiegłego roku, żeby nas poinformować, jak cieszy go i uspokaja wprowadzenie stanu wojennego. Natomiast na wspomnianym spektaklu w Teatrze Narodowym, tłumnie zgromadzona publiczność nie omieszkała wyrazić swojego stosunku do p. Kłosińskiego i jego przemówienia telewizyjnego. Każde jego wejście na scenę wywoływało huraganowe oklaski, zagłuszające wypowiadane kwestie i trwające do chwili opuszczenia przez niego sceny. Kłosiński grał Żyda i jego rola wygasa przed końcem przedstawienia. Skoro nie miał się już pojawić na scenie widzowie zaczęli wstawać z miejsc z okrzykami: skończyło się najlepsze, idziemy do domu, nic ciekawego już nie będzie, nie warto zostawać, opuszczali salę. W poniedziałek (1.02) WRONa zwołała w teatrze zebranie zespołu i zażądała, żeby potępił zachowanie publiczności na piątkowym spektaklu. Zespół nie potępił. Kłosiński odchodzi na emeryturę. Teresa [Bogucka] opowiadała, że kiedy w obecności ks. [Stanisława] Małkowskiego zastanawiała się czy to nie za surowa kara, powiedział: „Grzech był publiczny, to i pokuta musi być publiczna”. Podobno wyklaskano ze sceny także Stanisława Mikulskiego, który pojawił się w TV dwukrotnie. Raz po projekcji jakiegoś filmu wg scenariusza [Wojciecha] Żukrowskiego, w którym grał (rozmawiał z Żukrowskim o filmie). Drugi raz w koncercie życzeń telewizyjnym (jest to stały program, w którym od dawna występował). Chociaż nie powiedział nic brzydkiego, sam fakt pojawienia się w telewizji wystarczył. Okazuje się, że w środowisku aktorskim prowadzi się listę kolaborantów (poza wymienionymi trafił tam także Czesław Niemen). Obowiązującą normą jest niewspółpracowanie z telewizją w żadnej formie. Przerwano wszelkie próby i kręcenie filmów dla TV. Dlatego karmieni jesteśmy różnymi starymi programami. Sama już (nawet w tych zapiskach) stawiałam sobie pytanie o to, czy współpraca lub praca dla TVP jest kolaboracją i dobrze się poczułam, kiedy dowiedziałam się, że sami zainteresowani odpowiedzieli na to pytanie tak samo jak ja.

Z relacji nadchodzących z Gdańska wynika, że po Dniu „Solidarności” (składanie kwiatów pod pomnikiem 1970 r. – 30 stycznia) panuje tam terror. W Warszawie znaczne nagromadzenie patroli. Często rewidują. Ale Jacek B[arankiewicz] przyniósł znów pogodną relację z tego, co przydarzyło się znajomej z pracy jego matki. Szła Nowym Światem i była legitymowana i rewidowana przez wojskowy patrol. Wzięli torebkę, przeglądali, nic nie znaleźli, zwrócili. Pani wzięła torebkę, ale kawałek dalej postanowiła sprawdzić czy coś je nie zginęło (Anrzejowi Klarkow[skiemu] po rewizji plecaka brakowało kołowrotka od wędki za 5 tys. zł). Weszła do bramy, zajrzała do torebki i znalazła karteczkę, której tam przedtem nie było. Na kartce było napisane: Prędzej skona WRONa niż ORŁA pokona. Przełożyła ulotkę w bardziej bezpieczne miejsce, ale nie spotkała żadnego innego patrolu, który poszukiwałby czegoś w jej torebce. Potem znów przechodziła Nowym Światem i ten sam patrol uprawiał swoją działalność.

Dziecko legitymowanych na ulicy rodziców zapytało: „Tatusiu dlaczego ten Niemiec mówi po polsku?”. Babcia Czesia skarży się, że dziś na spacerze Julka na widok przechodzącego żołnierza zawołała: „A niech marznie!”. A więc przesącza się w dziecko nasz jad nienawiści. Czy ją przed tym chronić? Ale jak? I tak, na szczęście, nie chodziła wystarczająco długo do przedszkola, żeby utrwalić schemat: zły w mundurze = Niemiec. A jeśli zaczyna w niej tkwić, że zły = w mundurze? Ale czy inna jest rzeczywistość? Co jest gorsze, nadmiar ufności czy nadmiar nieufności? Przecież dla czterolatka jest czarne i białe, dobre i złe. A przede wszystkim, karmi się naszymi emocjami. Oczywiście, ludzie są różni. Nie są jednakowi ci co noszą mundury, tak samo jak nie są jednakowi ci co ich nie noszą. Ostatnio miał miejsce proces Krzysztofa Ołki za próbę przyczepienia ulotki. Był to najwyższy dotąd wyrok wymierzony przez sąd warszawski – 4 lata. Cala sprawa pokazuje jak wiele może zależeć od jednostek. Informacje pochodzą z relacji obserwatora procesu. Chłopaka próbował złapać przy przyklejaniu ulotki przechodzień, Zbigniew Trojanowski – mistrz kablowy, zam. w Warszawie przy ul. Głogowej 22. Chłopak zdołał się wyrwać i wskoczyć do tramwaju. Wtedy mistrz kablowy zatrzymał milicjanta i poprosił o zatrzymanie tramwaju i ujęcie zbiega. Milicjant jakoś się wykręcił brakiem czasu lub niewiarą (gdyby mistrz Trojanowski był ubekiem, a nie jedynie prawomyślnym obywatelem, zatrzymałby tramwaj sam lub potrafił skłonić do tego milicjanta). Wtedy Trojanowski poprosił o tę samą przysługę przechodzący patrol wojskowy, który z chęcią Ołkę schwytał i dostarczył do sądu. Gdybyśmy chcieli wartościować na skali przyzwoity – łobuz po ubiorach i mundurach, to tu kolejność byłaby dokładnie odwrotna od oczekiwanej (milicjant – żołnierz – cywil zamiast żołnierz – cywil – milicjant). Mistrz kablowy Trojanowski jest moim kandydatem do donosu, a dokładniej jego adres. Taki numer wykonano już [Wojciechowi] Żukrowskiemu. Anonimowy informator powiadomił WRONę, że pod adresem Karowa 14/16 ukrywa się Zbigniew Bujak. Najpierw przetrząsnęli Żukrowskiemu mieszkanie, a potem zainteresowali się do kogo ono należy. Muszą teraz działać szybko, bo był donos na [Zbigniewa] Janasa i przez brak pośpiechu ścigających Janas zdołał uciec.

 

14 lutego (64) – niedziela

Minął kolejny tydzień. We środę młodzi chłopcy podpalili pomnik Dzierżyńskiego, rzucając chyba butelkę z benzyną. We czwartek, piątek i sobotę od godziny dziesiątej wieczór do później nocy jeździły w kółko po Żoliborzu trzy, te same (sprawdzaliśmy numery) transportery. W innych dzielnicach – to samo. Dziś podobno podano w TV, że się to nazywa AKCJĄ SPOKÓJ.

Wczoraj (13) zajścia uliczne w Poznaniu. Ulotki wzywały ludzi na plac Mickiewicza. Wprowadzono „zaostrzenie przepisów stanu wojennego”.

Przepisuję Mirkowi pracę magisterską za zgodą Witka na jego maszynie do pisania. Nasza jest trefna, nocami przepisuję na niej niecenzuralne rzeczy, nie powinna być kojarzona z konkretnym nazwiskiem, a praca magisterska ma autora i przed oprawieniem musi przejść przez urząd cenzury. Jestem pod wrażeniem, że siedzę przy biurku Witka, że pracując patrzę przez okno na placyk Tucholski i mam przed sobą ten sam widok co on, gdy tworzy. Idzie mi to pisanie jakoś powoli. Może dlatego. W piątek miałam jakiś atak, chyba kamicy i całą sobotę spędziłam u Bogdana [Zajączkowskiego] w szpitalu na badaniach.

Jest ponuro. Coraz częściej myślę, że jedyna nadzieja, która nam pozostała leży w posępnej filozofii „im gorzej, tym lepiej”. Nastroje wśród ludzi, szczególnie wśród młodzieży – coraz bardziej odwetowe. Tyle nienawiści, że aż strach o tym mówić. Wydaje się, że polityka WRONy systematycznie prowadzi do jej dalszego kumulowania. Coraz więcej plotek i krążących wieści, że „podobno gdzieś ukradziono broń, gdzieś podłożono bombę (w Bielsku Białej podobno wysadzono komendę MO, w Wujku „ukręcono głowy jedenastu milicjantom”) itp., itd.

Dziś wiadomość, że związki branżowe normalnie urzędują. Nie zajmują się jawną działalnością związkową, ale urzędują za swoimi biurkami.

 

15 lutego (65) – poniedziałek

Od pięciu dni Mirek ma 36 lat. Niezadługo i moje urodziny. Czy też będą wojenne? Ostatnio często zadaję sobie pytanie czy przeżyliśmy już swoją „porcję wolności”. Wygląda na to, że opuszcza mnie już nadzieja. Może jednak będzie to tylko chwilowe. Informacje, które napływają świadczą o tym, że w kraju dzieje się dużo, że wszędzie się gotuje, że ludzie nie mają zamiaru jeszcze się poddawać. To powinno krzepić. W Świdniku obowiązuje godzina policyjna od godziny 19. W ten sposób WRONa walczy z akcją bojkotu DTV, w której uczestniczyli mieszkańcy Świdnika. O siódmej wieczorem wszyscy wystawiali w oknach telewizory (ekranami do ulicy) i tłumnie wylegali na ulice na rodzinne spacery.

Wczoraj byli Perła z Dankiem i Małgosią. Małgosia najpierw była trochę niepewna, ale w końcu tak się rozbawiła z Julką, że nie można jej było zagonić do domu. Dowiedzieliśmy się skąd się wzięła nasza paczka erefenowska. Okazuje się, że to Krzyś Michalski, którego o to pytano, podał m.in. nasz adres. Miasteczko Bergstaadt Oerlinghausen (do paczki załączono widokówkę) ufundowało paczki i wynajęło TIR, który te wszystkie dary przywiózł. Danek [Kalbarczyk] opowiadał, że to Józek Chajn w Białołęce był autorem sposobu na to jak zachować się wobec propozycji podpisania deklaracji lojalności. Opowiadano nam, że wiele osób tak robiło, nie wiedziałam, że Józek był pierwszy. Kiedy panowie ubecy podsunęli mu rzeczony papier do podpisania zapytał: „A panowie to już podpisali?”. „My nie musimy” – odpowiedzieli. „To ja też nie muszę” – powiedział z kolei Józek.

Dziś rano kupiłam 1 litr mleka, serek homogenizowany (chudy), trzy zupy w proszku i zapłaciłam 99 złotych polskich. Zupa koperkowa podrożała z 4.20 zł na 11 zł i to jest jeszcze stosunkowo niedużo.

Ukazuje się coraz więcej gazet. Są już chyba trzy tygodniki („Tyg. Wojenny”, „KOS”, „Mazowsze”). Wpadły „Wiadomości” razem z drukarnią. Ostatnio złapali Wojtka Ostrowskiego, Aldonę Jawłowską (internowani).

 

 

14 lutego dotarła do nas odręcznie napisana informacja z FSO od pracujących tam robotników. Przytaczam ją dosłownie:

 

„Internowani w FSO 13 XII: Dyner Jerzy – oddelegowany do Regionu, Puchowski – członek zarządu fabrycznego; Skoczeń Tadeusz – internowany przypadkowo, znany bezpiece za dowcipy. W czasie walki o wolne soboty nosił na plecach tablicę z napisem: Zmuszają mnie do pracy w wolne soboty. Przed wojną obiecał jednemu partyjnemu, że jeśli odda legitymację, to go w nagrodę wyniesie na plecach za bramę. Partyjny oddał legitymację, a Skoczeń wyniósł go.

Strajk. W dniach 14 – 15 XII strajk okupacyjny w Narzędziowni (Zakład nr 5) – Komitet Strajkowy: Głowacki Edward, Janusz Pieńkowski, Zygmunt Kamiński. Także okupacyjny strajk w Spawalni, do której dołączyły się Tłocznia, Montaż, Mała Spawalnia.

15 XII strajk zmianowy na Odlewni (Zakład nr 7) – spisanie postulatów – Wiśniewski (wiceprzewodniczący zarządu fabrycznego FSO. Postulaty: (1) uwolnić internowanych, (2) odwołanie stanu wojennego, (3) spotkanie z Wałęsą. Postulaty odnieśli dyrekcji: Edward Jankowski, Edward Bereza, Józef Boczoń, Siemiński. Około godz. 14 koniec strajku zmianowego, część załogi Zakładu nr 7 przeszła do Zakładu nr 5.

W nocy z 15 – 16 XII akcja ZOMO. Odcięto wszystkie drogi dojazdowe do FSO wozami pancernymi. Lufy czołgów były skierowane na wychodzących przez rozbitą bramę robotników. Akcja na hali przebiegała spokojnie. Kiedy ZOMO weszło przez okno doznało szoku z powodu grobowej ciszy – robotnicy siedzieli bez ruchu w końcu hali. ZOMO myślało, że to zbiorowe samobójstwo. Atmosferę rozładował głos jednego z ZOMO-wców «Jezus Maria! Chyba żyją!». Na bramie brano z listy i przewożono na komendę Praga-Pn (ul. Cyryla i Metodego). 30 osób dostało kolegium od 4 – 5 tys. zł. Pozostawiono w areszcie Pieńkowskiego (przewodniczący na Zakładzie nr 5), Kamińskiego (oddelegowany do Regionu do kolportażu). Wszyscy trzej[1]z 12 na 13 XII uniknęli internowania wybywając z domu. Ich proces w trybie doraźnym rozpoczął się 28. XII a zakończył 5. I. Wyrok oddoraźniający, wszyscy trzej po dwa lata (prokurator żądał 8 lat dla Pieńkowskiego, po 7 lat dla pozostałych) Obie strony wniosły odwołanie do Sądu Najwyższego.

17 XII w mieszkaniach Boczonia (przewodniczący na Zakładzie nr 7), Jankowskiego, Berezy (mąż zaufania), Siemińskiego (z wyjątkiem Jankowskiego, który po 14:00 15 XII poszedł do domu, trzej pozostali uczestniczyli w strajku na Zakładzie nr 5 i następnie mieli kolegium) była rewizja i wszystkich czterech aresztowano. Sprawa rozpoczęła się 30 XII, a 7 I zakończyła się wyrokiem uniewinniającym w trybie doraźnym. Przewodniczącym była Lidia Misiurkiewicz. Wiśniewski dostał na kolegium dwa miesiące aresztu. Za wszystkich pięciu z Odlewni składała poręczenie POP na FSO, prosząc o uchylenie aresztu – niestety nie pomogło.

Obecnie na FSO. Przewodniczący zarządu fabrycznego FSO, Puścian, choć był na Narzędziowni jest na wolności. Nie podpisał listy lojalności, nie przyjął propozycji współpracy z SB. W dyskusjach z komisarzami jest odważny. Na pytanie komisarzy co ludzie myślą o nich, odpowiedział, że chcą powywieszać komisarzy.

Wiśniewski nie siedział swoich dwóch miesięcy do końca i jest już w pracy, możliwe, że pomogły mu obciążające zeznania na sprawie Pieńkowskiego. (Już przed 13 XII Pieńkowski uważał Wiśniewskiego za człowieka niepewnego, co oświadczył w sądzie). Mistrzowie biorący udział w strajku dostali wymówienia zamienione na przeniesienie: m.in. Woźniak (PZPR). Poszczególne zakłady są odizolowane od siebie. Przechodzenie z zakładu do zakładu za specjalną przepustką.

Około 100 osób pozbawiono kwater prywatnych opłacanych przez Zakład. 160 osób przeniesiono do innych zakładów (głównie o charakterze zmilitaryzowanym): Nowotko, WSK, Okęcie.

Około 30 osób z Narzędziowni przeniesiono na inne działy. W najbliższym czasie w FSO pojawi się około 70 pracowników – wtyczek bezpieki. Mają miejsce masowe występowania z PZPR np. na Zakładzie nr 5 na wydziale 50-12 na 200 osób zatrudnionych, 58 było partyjnych; obecnie tylko 7 pozostało w PZPR.

Z 250 talonów na «Zastawy» dla załogi, załodze dano tylko 50, a reszta dla MO, SB i ZOMO.

Znaczki «Solidarności» są w pracy noszone, chociaż mało. Wychodzi już biuletyn fabryczny. 4.II wiadomo o pierwszym numerze. Masowe ulotkowanie ścian, mimo pilnujących kapusiów.

Na zakładzie nr 5 działa Komisja. Są samo wystarczający, jeśli chodzi o pieniądze przeznaczone dla rodzin internowanych, aresztowanych, na zwroty za kolegia. W ostatnim tygodniu stycznia na Spawalni FIATA, ktoś napisał na tablicy, żeby wieszać czerwonych. Poszła pogłoska, że 30.I wyleci hala spawalni w powietrze. W oznaczonym dniu w zakładzie było pełno milicji. Okazało się, że nie była to prowokacja SB, ale dowcip robotników”.

 

Na tym kończy się relacja z FSO. Mirek przyniósł wczoraj wiadomość o nowym zarządzeniu prezydenta miasta, że nie wolno pociągać do odpowiedzialności za noszenie znaczków SOLIDARNOŚCI. To trzeba sprawdzić i ew. wydobyć parametry tego zarządzenia.

[W tym miejscu do zeszytu wklejona jest strona zielonej przebitki z przepisanymi na maszynie tekstami dwóch wierszy/pieśni nieznanego autora].

 

Mniejsze zło

(Autor nieznany)

 

Mogliby przecież zabić stokroć więcej,

Pojemność więzień zwiększyć parę razy…

Ciesz się narodzie i skowycz w podzięce

Że oszczędzono ci sroższe ukazy.

 

Czyż uczyniono coś ponad konieczność,

Nad nieuchronność zdrady, kłamstwa, kaźni?

Wątpisz? Lat siedem za myśl niedorzeczną

O niewdzięczniku, brak ci wyobraźni!

 

Mogliby przecież i do snu twojego

Wedrzeć się nocą przez drzwi wyłamane.

Jeszcze pożyjesz- nie ma tego złego…

Póki i ciebie nie stawią pod ścianę.

 

Cóż im wzbraniało rozmiażdżyć czołgami

Nie tylko bramy hut, kopalń i stoczni,

Mniej dobrotliwie tłuc pałką, szczuć psami,

Gorliwiej słuchać moskiewskiej wyroczni.

 

I czy zważyłeś, że robią to sami?

Że samodzielnie od Wielkiego Brata

Biorą rozkazy, spieszą z raportami…

Czy doceniłeś suwerenność kata?

 

Jeszcze oddychasz, więc sław dobrą wolę

Nim ci języka nie wyrwą wraz z kneblem,

W lufę kamery spójrz z miedzianym czołem

I stań na baczność w hańbie niepodległej.

 

Jeszcze nie tym razem

(Autor nieznany)

 

Jeszcze tym razem czołg, pałka i tarcza

Jeszcze tym razem może wam wystarczą.

Jeszcze tym razem można zdeptać butem…

Lecz raz następny? … O, nie wątpię o tym,

Fala przybierze i znów tamy zerwie,

A wtedy drżyjcie, bo wtedy zapewne

Już nic nie wstrzyma tych, którzy raz jeszcze

Głowy schylili, bo oni  p o w s t a n ą

I znów wyjdą i wyłamią bramy.

Dzisiaj wy butni, wy dzisiaj zwycięscy –

Pomyślcie o tym, że to wasz dzień klęski.

Żeście przegrali, Bi „lekcji historii”

Nikt nie przebaczy, ani nie zapomni.

Ci – dziś za kratą – mają swych przyjaciół

Ci – dziś w niewoli – mają siostry, braci,

Pomordowani mają cały naród.

On ich poniesie. Do oczu wam staną,

Zakryjcie twarze, bo patrzą tysiące

Co nie zapomną. Patrzcie, ci klęczący

Dziś pochyleni i dzisiaj milczący,

Jutro mądrzejsi, silniejsi legendą

O tych co padli – ci was sądzić będą,

Tym bezwzględniejsi, im bardziej dziś zgięci,

Im więcej dzisiaj na waszych obliczach

Błysków tryumfu, im dziś w waszych oczach

Więcej jest pychy, im więcej pogardy

Tym bardziej wyrok będzie kiedyś twardy,

Tym większą siłą wasze ślady, godła

Zdeptane będą do korzenia, do dna wykarczowane

I nie pozostanie z waszych budowli na kamieniu kamień.

Wy nie zdołacie nawet obca armią

Stawić nam czoła. Zetrzeć Solidarność

Z murów możecie, ale nie z pamięci.

Kiedyś powiemy wam: bądźcie przeklęci.

Pięść się zaciśnie i będziecie w matni

Gdy wyruszymy na „Bój nasz ostatni”.

 

 

16 lutego (66) wtorek

Byłyśmy z Natalią u Ady Diemowej. Była w niedzielę w Jaworzu. Widziała się też z Witkiem. Znów zmieniono tam komendanta i lekarza i zaostrzono rygor.

Wieczorem u Krysi Koftowej. Dawno się nie widziałyśmy i dziś spędziłyśmy miło kilka godzin. Przyniosłam stare prześcieradło, na którym Krysia malowała kolorowe kwiaty. To ma być spódnica dla Julki na bal ostatkowy w przedszkolu. Bal odbędzie się w czwartek. Ustaliłyśmy z Krysią, że Julka będzie przebrana za Cygankę, ale Mirek po obejrzeniu wyrobu zadecydował, że to raczej przebranie za WIOSNĘ. Bo ZIMA WASZA, WIOSNA NASZA.

U Krysi – Darek opowiadał co widział jego ojciec na placyku przed Braćmi Jabłkowskimi. Potem Mirek opowiedział o tym samym zdarzeniu, które znał z relacji innego świadka. Kiedy porównaliśmy, okazało się, że ojciec Darka stał w centrum zajścia, a informatorka Mirka – na zewnątrz. Dzięki temu relacje znakomicie się uzupełniają. A było to tak: Szedł chłopak, który miał przypięty do płaszcza znaczek „S”. Nie wiem dokładnie w którym miejscu zbiegu ulic: Bracka, Krucza, Szpitalna, Rutkowskiego i Hibnera miało miejsce to zdarzenie, ale wyobraziłam sobie, że na wysepce w kształcie serka, który tworzy się między przecinającymi się ulicami. To jest tak ruchliwa ulica, że w innym miejscu nie byłoby dość przestrzeni. Tak więc, z jednej strony szedł chłopak ze znaczkiem, a z drugiej patrol, najprawdopodobniej ZOMO (ludzie mają kłopoty z rozróżnieniem służb – wszyscy chodzą w takich samych panterkach moro. Podobno można ich rozróżniać po szalikach – wojsko nosi zielone – a najskuteczniej po orzełkach.) Patrol prowadził sierżant z karabinem maszynowym przewieszonym przez piersi. Kiedy znaczek z napisem SOLIDARNOŚĆ zakłuł go w oczy zatrzymał chłopaka i zażądał dowodu.

„No co, będziemy się teraz tłumaczyć” – wycedził sierżant trzymając w łapach dowód. „Z czego mam się tłumaczyć” – zapytał chłopak, spokojnie i z godnością. „Nie udawaj, że nie wiesz” – zaczął podniecać się sierżant. Rozejrzał się dookoła. Nie byli już sami. Od początku zajścia zaczęli otaczać ich ludzie. Wianuszek widzów robił się coraz grubszy. To podnieciło sierżanta bardziej, zaczął chłopcu wymyślać wymachując przy tym jego dowodem. Próbował powiedzieć co mu może zrobić. Ale gęstniejący tłum – od początku czujny (ale ciekawski) – zafalował. Zaczęły padać okrzyki pełne emocji. „Oddaj dowód, puść chłopaka, patrzcie, przyczepił się łobuz”. Ale także: „gestapo, dranie itp.”. Żołnierze z patrolu, od początku bierni i jakby dystansujący się od sierżanta zaczęli się wycofywać powoli poza kordon rozjuszonych ludzi. W pewnej chwili, starsza kobieta przepchnęła się do sierżanta, złapała z lufę karabinu i przyłożyła ją sobie do brzucha. „No, strzelaj teraz, ty Hitlerze” – rzuciła sierżantowi, patrząc mu wyzywająco w twarz. Sierżant zamilkł, tłum na chwile oniemiał. Kobieta, w tej chwili zaskoczenia sprała sierżanta po pysku. Żołnierze z patrolu wycofali się zupełnie z tłumu. Tymczasem na zewnątrz, ludzie, którzy nie mogli zobaczyć tego co się dzieje w centrum, informują się nawzajem o zajściu. Zatrzymali chłopaka za noszenie znaczka „S”. Dowód mu zabrali. Tłum otaczający zajście liczył już ponad 100 osób. Wtedy właśnie przejeżdżał obok radiowóz. Zatrzymał się na widok zgromadzonego tłumu. „Chcą go zabrać, otoczyć radiowóz, nie dajmy im odjechać” – zaczęli wołać ci, którzy spostrzegli podjeżdżający radiowóz. Wokół radiowozu rozkwitł drugi wianuszek ludzi. Ze środka wysiadł zdezorientowany oficer. „Co się tu dzieje?”. „Zatrzymany się stawia. Obraźliwie się odzywa” – informuje sierżant przepchnąwszy się przez tłum do oficera. Tłum znowu zafalował. „Łże jak pies – kłamstwo – sam jest ordynarny”. Oficer rozejrzał się w koło, ocenił sytuację. „Zwrócić dowód” – zadysponował. W tłumie zerwały się oklaski. „Brawo, tak postępuje prawdziwy Polak” – ludzie popadli w przeciwny skrajnie nastrój entuzjazmu. Mile połechtany uznaniem oficer poprosił: „A teraz, drodzy państwo, bardzo proszę, rozejść się”.

W ciągu paru chwil na placyku zapanował normalny, codzienny ruch.

PAULA SAWICKA

[1] Brak trzeciego nazwiska – nie wiem czy przez nieuwagę pominęli je autorzy ulotki, czy ja przy przepisywaniu jej.

Warszawska Jesień

Międzynarodowy Festiwal Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień” od początku organizowany jest przez Związek Kompozytorów Polskich. W 1956 roku, kiedy odbywała się jego pierwsza edycja, w kraju zaczynała się polityczna odwilż. Uczestnicy festiwalowych koncertów mieszali się z tłumem wiwatującym na ulicach Warszawy na cześć Władysława Gomułki. Był to czas wielkich nadziei na zmiany – w kursie politycznym i w życiu Polaków, ale także w muzyce. Po latach socrealizmu środowisko muzyczne łapało świeży oddech. Pod pretekstem spotkania w Warszawie muzycznych światów zza wschodniej i zachodniej strony „żelaznej kurtyny”, festiwal zaczął prezentować nowe prądy muzyczne. W 1956 roku na festiwalu zabrzmiały Koncert fortepianowy Arnolda Schönberga i Suita liryczna Albana Berga. W 1958 roku (to był drugi festiwal, dopiero wówczas ustalił się jego coroczny cykl) muzykę elektroniczną prezentował już sam Karlheinz Stockhausen, a kompozycje na fortepian preparowany Johna Cage’a i Christiana Wolffa grał David Tudor. Wtedy też swą Muzykę żałobną zaprezentował Witold Lutosławski, a chóralno-perkusyjnym Epitafium do słów Juliana Tuwima zadebiutował Henryk Mikołaj Górecki. Rok później publiczność Warszawskiej Jesieni usłyszała o Krzysztofie Pendereckim… Wkrótce potem o kompozytorach z Polski, jako tzw. „polskiej szkole kompozytorskiej”, mówił już cały muzyczny świat.

Warszawska Jesień od początku niosła nadzieję. Nadzieję na odnowienie kontaktów z Zachodem, na poznanie najnowszych muzycznych tendencji, na wyrównanie szans dla rodzimych kompozytorów od 1949 roku szczelnie odciętych „żelazną kurtyną”. Nadzieje te podzielali twórcy z ZSRR i całego wschodniego bloku, dla których na długie lata warszawski festiwal stał się jedynym miejscem spotkań z najnowszą muzyką. Bo, jak pisał w 1958 roku Zygmunt Mycielski: „Istotnie – to, co się stało w Warszawie, przeszło wszelkie wyobrażenie o jakimś taktycznym zaplanowaniu – było wsadzeniem kija w mrowisko. Bo jakże? Doprowadzić do tego, żeby Nono i Stockhausen słuchali VI Symfonii Iwanowa i Koncertu fortepianowego Taktakiszwilego, żeby najpoważniejsi redaktorzy i recenzenci z różnych krajów słuchali 2 Kurze Stücke Herberta Eimerta z Kolonii i Gesang der Jünglinge Stockhausena… Tylko jedno jest dziś takie miejsce na świecie – a może i tylko jeden czas na takie wyczyny!” [1].

Ale także dla krajów zachodnich Warszawska Jesień stawała się wzorem. Pokazywała, jak organizować festiwal nowej muzyki, jak inspirować własnych kompozytorów. To na Warszawę patrzyli twórcy festiwali w Palermo, Dublinie, a nawet dalekim Rio de Janeiro (nie mówiąc o festiwalach powstających z czasem po naszej stronie zimnowojennego świata – w Zagrzebiu, Kijowie, Bratysławie, Wilnie…). Znaczenie Warszawskiej Jesieni pozostaje zatem dla współczesnej kultury muzycznej niepodważalne. To dziedzictwo, z którego zawsze powinniśmy być dumni!

 

 

Warszawska Jesień towarzyszyła politycznym, społecznym i kulturowym przemianom, jakich doświadczała Europa i świat ostatnich siedmiu dekad. Muzyka reagowała i reaguje na nie po swojemu. Kompozytorzy nie żyją oderwani od rzeczywistości. Przeciwnie, często swoimi pomysłami potrafią wyprzedzić, czy wręcz przeczuć to, co dopiero nastąpi. Dlatego najnowsza twórczość muzyczna jest tak ważna. Warszawska Jesień co roku z uwagą przygląda się otaczającej nas rzeczywistości. Nie bez powodu tematem przewodnim tegorocznej edycji jest nadzieja, ukryta pod hasłem „Prześwit”. W świecie, w którym widzimy coraz więcej zagrożeń, to właśnie nadziei wypatrujemy najbardziej – z radością witając każdy jej promyk.

Nadzieję niesie już sama myśl o Warszawie: pełnej życia, kreatywnej, otwartej – a przecież niegdyś skazanej przez okupanta na zniszczenie. To od opery Najpiękniejsze miasto świata. Opera o Warszawie, skomponowanej przez Cezarego Duchnowskiego do libretta Beniamina Bukowskiego według książki Grzegorza Piątka, rozpoczynamy tegoroczny festiwal. Symboliczny początek! Dalej zaplanowane są koncerty i wydarzenia muzyczne przypominające o sile odradzania tkwiącej w człowieku, naturze i w samej muzyce. Nadzieję dają także wspólne spotkania i dyskusje, budujące poczucie wspólnoty osób, którym bliska pozostaje współczesność i których łączy potrzeba artystycznego jej przeżywania. Włączamy w to także najmłodszych, dzięki realizowanej po raz kolejny Małej Warszawskiej Jesieni.

Zapraszam do udziału w budowaniu festiwalowej wspólnoty Warszawskiej Jesieni. Do przeżywania współczesności przez muzykę i niesione przez nią przesłania. Do odkrywania prześwitów nadziei w muzycznych odsłonach każdego dnia tegorocznego festiwalu. Do zobaczenia!

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Prezes Związku Kompozytorów Polskich

 

Tekst opublikowany w książce programowej festiwalu Warszawska Jesień 2025.

[1] Zygmunt Mycielski, Po Warszawskiej Jesieni Muzycznej, w: Zygmunt Mycielski, Znaki zapytania, red. Beata Bolesławska-Lewandowska, Marek Zagańczyk, Kraków, Polskie Wydawnictwo Muzyczne, 2022, s. 232.

Paweł Panas „Dwie wieże Wojciecha Karpińskiego”

Przedziwne i rzadkie to doświadczenie lekturowe, kiedy literatura w niezamierzony sposób antycypuje przyszłe wydarzenia. I nie mam tu na myśli wielkiej tradycji profetycznej, chodzi mi raczej o niewytłumaczalne koincydencje, które dopiero po pewnym czasie nabierają dodatkowego znaczenia, kiedy słowo pisane zaczyna się przyglądać swojemu odbiciu w gwałtownie zmąconej tafli historii. Z taką niecodzienną sytuacją mamy do czynienia w Amerykańskich cieniach Wojciecha Karpińskiego, dzienniku podróży do Ameryki, którą autor odbył w 1981 roku. W arcydzielnej miniaturze narracyjnej zatytułowanej Nad Central Parkiem – fragment datowany na 13 października – Karpiński opisał kolejny już przylot samolotem do Nowego Jorku. Tym razem było to jednak doświadczenie niepodobne do wcześniejszych, bo miasto w pełni odsłoniło swoje spektakularne, dotąd skrzętnie skrywane oblicze. Oczom eseisty ukazał się niepowtarzalny, wymarzony widok z góry na samo centrum tętniącej życiem amerykańskiej aglomeracji: „Tyle razy się skarżyłem, że przylatując do Nowego Jorku, nie widziałem Manhattanu z góry. Chodząc po mieście, daremnie szukałem odkrywczych perspektyw w przejrzystej, lecz monotonnej szachownicy ulic. Teraz wszystko zostało nadrobione. Samolot leciał nisko nad Dolnym Manhattanem. Na wysokości Central Parku dokonał obrotu, powoli odsłaniając najbardziej efektowne widoki, pochylając się na moją stronę” .

 

 

Niski przelot nad Nowym Jorkiem budzi uzasadnione emocje, pozwala spojrzeć na miasto z innej perspektywy, daje nowy punkt odniesienia dla obserwacji jego struktury i dynamiki, ale staje się także – co ciekawe – doskonałą okazją do autorefleksji. Poznawanie Ameryki, jej mapowanie, okazuje się w równym stopniu podróżą w głąb siebie, do źródeł osobistych preferencji oraz idiosynkrazji. Wzruszenie eseisty wiąże się ze wspomnieniami podróży sprzed trzech lat i koncertem Metropolitan Opera w Central Parku. Ale jednocześnie jest czymś więcej, prowokuje pytanie o adekwatność i aktualność poczynionych wtedy obserwacji i związanych z nimi analiz: „Czy dostrzegłem wówczas Mapę Ameryki, czy też to była moja mapa, na tle mojej generacji, mojego kraju, moich problemów, a nowojorskie widoki były tylko tłem, wciąż wymykającym się, obcym? Autobiographie par personnes interposées?”.

Sentymentalny wymiar tego wspomnienia bez wątpienia jest istotny, sam autor wyraźnie go eksponuje. Równie ważne jest jednak także przywołanie programowego szkicu Mapa Ameryki, który otwierał tom W Central Parku. Przypomnijmy najważniejsze myśli tamtego tekstu. Przedstawienie Rigoletta w otwartej przestrzeni miejskiej stało się pretekstem do próby uchwycenia istoty amerykańskiej wielokulturowości, w której kontrasty między osobistą swobodą, modernizmem przestrzeni miejskiej i nieograniczonym wręcz potencjałem absorpcji największych osiągnięć światowej kultury tworzą niepowtarzalny kolaż definiujący rzeczywistość, z pozoru tylko ograniczoną jakimikolwiek barierami. Kakofonia zmysłowych doświadczeń oraz bogactwo intelektualnych poruszeń, wszystko to sprawia, że próba pojęciowego ujęcia fenomenu Ameryki staje się wyłącznie migotliwym mirażem – o ile w jakichkolwiek innych okolicznościach byłaby możliwa. Na to nakłada się także nieunikniony bagaż indywidualnych doświadczeń i oszołomienie możliwością odkrywania kolejnych odsłon Nowego Świata. To właśnie ciągłe oscylowanie pomiędzy byciem tu i teraz a jednocześnie doświadczeniem własnej obcości określa ramy tej podróży. Pisze Karpiński: „W czasie przedstawienia Rigoletta ogarnęło mnie przekonanie, że odnajduję ukryty sens dotychczasowej wędrówki. A przecież wciąż natykałem się w Stanach na nieprzekraczalną zasłonę oddzielającą od spraw, ludzi, widoków, książek, obrazów. Wspaniałość doznań nieraz paraliżuje. Intensywność chwili, odmienna od czasu powszedniego, stanowi wówczas dodatkową kurtynę. Niestyczność wyobraźni, obcość języka. Ten, kto przeżywa, jest osobowością wewnątrz osobowości, wydzielony, odmienny. Niekiedy jednak wyobraźnia odnajduje się i utwierdza w podróży, wyjeżdża z nami, wysyła nas ku światu, ułatwia porozumienie, uczy o innych i o nas samych. Festyn w Central Parku sprzyjał otwarciu i komunikatywności wyobraźni. Od dawna problem dla mnie podstawowy: uzyskać głos, nauczyć się języka, w którym mógłbym ujmować świat i siebie bez deformacji sensu. Podróże – jak dzieła sztuki – są szkołą mowy” .

Odkrywanie Ameryki polega więc na kumulacji doświadczeń oraz na poszukiwaniu języka zdolnego je wyrazić, bez zbędnego nalotu konwencjonalnych zapośredniczeń, także bez nadmiaru egzaltacji, której emocjonalny rys mógłby zniweczyć podejmowany wysiłek w celu dotarcia do istoty rzeczy. Podróż jest bowiem w równym stopniu przeżyciem zmysłowym, co intelektualnym. Nie da się jednak zrealizować tak ambitnego planu bez właściwych przewodników – to oni pokazują, co jest naprawdę ważne, radzą, a kiedy trzeba, pozwalają się skonfrontować, stanowią istotny punkt odniesienia, zakotwiczają w tradycji, towarzyszą wielkim pochodem cieni, cierpliwie tłumaczą i wyjaśniają. Dzięki temu dialogowi w efekcie dostajemy coś więcej niż tylko kolekcję mniej lub bardziej efektowanych pocztówek. Są tu Nabokov i Sołżenicyn, Kawafis i Tocqueville, Miłosz i Gombrowicz, Lechoń, Wittlin i Stempowski, ale także Hockney i Steinberg – każdy z nich w inny sposób miał udział w doświadczaniu pełni Ameryki. Każdy z nich był przewodnikiem po innym jej wycinku, niekiedy zaledwie pobudzając wyobraźnię, innym razem podsuwając gotowe formuły i style patrzenia, zdarzało się, że wywołując opór i jednoczesną fascynację. Podróż do źródeł Ameryki okazuje się w równym stopniu podróżą do źródeł europejskiej kultury i tożsamości – prawdziwym paradoksem jest, że droga do Nowego Świata jest drogą w głąb samego siebie, i jako taka nie ma końca, trwa i musi trwać, rozpalać wyobraźnię i sycić zmysły.

„Dlatego, jak sądzę, nie ma jednolitej lekcji amerykańskiej kultury, jednorodnej mapy Ameryki. Uwaga oglądającego kieruje się ku kilku motywom, wybranym subiektywnie, lecz wpisanym w amerykański horyzont, rozwijającym tu swój sens. Nie Naphta ani Settembrini prowadzili mnie po Ameryce, nie podpisywałem też z nikim kontraktu, nikt nie obiecywał mi upojenia chwilą. Przeciwnie, w bibliotekach Yale czy Harvardu, w Metropolitan Opera, w muzeach Bostonu i Williamstown, a także w barach Greenwich Village czy San Francisco walczyłem z faustycznymi pokusami. Budowałem trwanie w czasie, genealogię i perspektywy” – podsumowuje swoje odkrywanie Ameryki Karpiński . Imponować może szczerość tego wyznania. Coś co w założeniu miało być definitywnym obrazem, odkryciem samej esencji, w efekcie okazuje się „zaledwie” zapisem procesu poznawania świata zewnętrznego i samego siebie. Niezwykle cenna to lekcja wrażliwości, ale także wzór dojrzałej postawy kulturowej, której istotą jest zakorzenienie w tradycji rozumiane jako żywy, trwający wciąż dialog. Nie chodzi więc o strzepywanie kurzu pokrywającego mniej lub bardziej zapomniane arcydzieła światowej kultury. Prawdziwą stawką jest bowiem uparte, niekończące się poszukiwanie źródeł aksjologii Zachodu, aby zrozumieć własną specyfikę, zawczasu dostrzec możliwe zagrożenia, jak również docenić wciąż jeszcze istniejące szanse.

 

 

Czy można więc tym samym stwierdzić klęskę projektu? W ten sposób pisze o tym Karpiński, chociaż należy to odczytywać przede wszystkim jako autoironiczną, jednocześnie pełną nadziei zapowiedź dalszego ciągu poszukiwań, próbę wytyczenia drogi na przyszłość, projekt podróży w przestrzeni i wyobraźni: „Wyprawa do Nowego Świata to nie tylko podróż w przestrzeni, ale też podróże w czasie, lekcja geografii i zarazem lekcja języka. Nie wyszedłem z tych nauk zwycięsko. Wyjeżdżając, miałem przekonanie, że to, co potrafię opowiedzieć, jeżeli potrafię, to tylko pierwsza wersja, tylko szkic mapy Ameryki. Zamknąć wrażeń z Central Parku nie umiem. Nie zamknęły się przecież. Jeszcze Ameryka nie została oswojona, jeszcze powroty dają radość, trwa pamięć, a wyobraźnia wybiega naprzód. Jeszcze nie koniec podróży” .
W ten sposób wracamy do punktu wyjścia, do zapisu z dziennika podróży po Ameryce, w którym autor wprost nawiązał do swojego wcześniejszego pobytu w Stanach i szkicu, którego punktem wyjścia stał się pamiętny koncert Rigoletta w Central Parku. Trzy lata później, przyglądając się swoim własnym rozmyślaniom z dystansu, będąc w przededniu podjęcia jednej z najważniejszych decyzji życiowych, z większą precyzją dostrzegał istotne uwarunkowania własnych poszukiwań, ale pełniej także – jak sądzę – rozumiał Nowy Świat. Wiedział, że za „niepowodzenie” wcześniejszego projektu nakreślenia mapy Ameryki odpowiadała przede wszystkim nieunikniona potrzeba zrozumienia samego siebie, swoich ograniczeń i przewag oraz wskazanie głównych punktów orientacyjnych, fundamentalnych hierarchii w formacji kulturowej swojej i swojego pokolenia. Okazuje się zatem, że bardziej chodziło o twórcze spotkanie z wielkimi przewodnikami niż obserwację codzienności zwykłych mieszkańców choćby nawet Nowego Jorku.

Skąd jednak moja uwaga o literaturze przeglądającej się po latach w zmąconej tafli historii i owych niezwykle rzadkich koincydencjach sprawiających, że słowo pisane po czasie może okazać się złowrogo brzmiącą zapowiedzią przyszłego nieszczęścia? Kończąc zapis o niezapomnianym doświadczeniu niskiego przelotu nad sercem Manhattanu, Karpiński podsumowywał kulminacyjny moment tego doświadczenia oraz towarzyszące mu własne wzruszenie: „Szukając cudzych cieni w kanionach nowojorskich ulic, starałem się odnaleźć znajome budowle, szukałem ulubionych drapaczy, odnajdywałem je we właściwym miejscu, choć w odnowionym kształcie. Kaniony ulic były teraz naprawdę kanionami. Po ich połyskliwym dnie poruszały się żuki-samochody. Samolot powoli płynął wzdłuż Central Parku. Nad Górnym Manhattanem skręcił raz jeszcze. Ukazał dalsze perspektywy. Zobaczyłem bliźniacze wieże World Trade Center. Nadal stoicie. Cieszę się”.

Dwadzieścia lat później, 11 września 2001 roku, cały świat wstrzymał oddech, obie wieże w tragicznych okolicznościach przestały istnieć. Ich upadek można było śledzić na ekranach telewizorów. W jednej chwili zmieniła się Ameryka, zmienił się Nowy Jork, odtąd nic nie było już takie samo jak wcześniej. Kiedy więc czyta się dzisiaj ostatnie zdania zapisu Karpińskiego z 1981 roku, trudno nie dostrzec ich profetyzmu. Choć napisane w zupełnie innym kontekście, z czasem wypełniły się dodatkowym ładunkiem semantycznym i emocjonalnym, którego autor w żaden sposób nie mógł przecież przewidzieć. Koincydencja to tak niezwykła, iż można było nawet podejrzewać, że zdania te zostały dodane później, na przykład w ramach redakcji kolejnych wydań Amerykańskich cieni, już po zamachach na World Trade Center. Musiałem to sprawdzić. Pierwsze wydanie dziennika podróży do Ameryki Karpińskiego ukazało się w Instytucie Literackim w 1983 roku jako 372 tom Biblioteki „Kultury”. Sięgnąłem na półkę po to pierwsze wydanie i na 65 stronie przeczytałem: „Zobaczyłem bliźniacze wieże World Trade Center. Nadal stoicie. Cieszę się”. A więc jednak były tam od samego początku, kładąc – wtedy jeszcze niewidzialny – pomost pomiędzy różnymi epokami, z nadzieją patrząc w mroczną i nieodgadnioną przyszłość.

PAWEŁ PANAS

Fragment szkicu „Mapa Ameryki Wojciecha Karpińskiego” z przygotowywanej do druku książki „Piętno obcości. Szkice o literaturze emigracyjnej”.

Dolina ciemnych wierszy

 

WOJCIECH KASS

Obyś został wysłuchany

 

Tylko pytania są wieczne,

odpowiedzi bieżące jak polityka.

 

Wieczne pytania o prawdę i piękno,

miłość i szczęście, początek i koniec,

 

los i sens, Boga, śmierć i czas –

mówi się o nich, że wielkie,

 

otóż nie: są jak dzień, dosiewanie

trawy, zbiór koralika derenia

 

do miseczki, pocieranie paciorka

różańca palcami, aby wyrósł z nich

 

cyklon ciekłego korala modlitwy

lub żeby palce dotknęły pulsu żyły

 

naszej niewinności – obyś został

wysłuchany, któryś mignął.

 

Odpowiedzi zmieniają się z epoki

na epokę i mnożą jak szczury.

 

Kiedy pada deszcz przeczekaj,

wyczekaj, gdy zbyt długo nie pada.

 

I tasuj dowolnie poprzednią strofę

lecz uprzedzam, niewiele to zmieni.

 

Nie mogą być antidotum na chorobę, spleen, monsunowe lato i cholernie mroźną zimę. Pogrążonych w melancholii strącają  wraz z ich własnym dnem w otchłań, wesołków utwierdzają w wesołkowatości, głupich śmieszą, łajdakom są obojętne. Pisane w chwili, gdy los, życie zadają razy, czasem cios, gdy przenika go fala uderzeniowa niewiary (te fale, jak i fale wiary, mijają, po nich przychodzą następne). Przenika go: poetę, pisarza.

Powstają nad ranem, w nocy, bywa: w blasku światła. Budują dystans do Całości: życia (mego, swego, ich), świata, istnienia, bytu, natury, historii, sztuki, narodu, pojęć, indywidualności. Nawet do „całości niczego, które udaje coś”, do cudzysłowów, ironii ironii.  Jakkolwiek To-Wszystko zwie, wtedy odsłania się ono w niegwiaździstym chłodzie swej inności. Czy: obcości. Chłód przenika go: poetę.

 

 

Może łkać lozańskim płaczem, wpatrzyć się w uraniczną sosnę, otworzyć na boskie albo nie-boskie. Chce to czucie wcielić w słowo, obraz, może (niekoniecznie) w rym, strofę, rytm. Naraz wszystko się rozstrzyga: czy będzie snuł miłość, mówił „idź!”, „nic dwa razy się…”, czy patrzeniem zbrata się z siostrą-drzewem, przeklnie Wszystko, zaniemówi, podejmie „ostateczną decyzję”, zapadnie w bezwolę, w „tam nic nie ma”. Bez znaku zapytania. Napisze wiersz? Takie nic, a pisze wiersz. On: poeta.

Chwila między zimnem oglądu a płomieniem prze-słowienia błysku jest tajemnicą. Tą, co stwarza świętych, bluźnierców, mizantropów i (…) literatów zamiast pisarzy, liryków. Musi podjąć! Ale to nie jest decyzja, to nie jest bodaj świadome tworzenie. W przekroczeniu metamorfozy staje się – z dna potwornej oddali – innym: już wszystko wie, już wie, że nie wie niczego, już nie chce o tym myśleć i „tylko żyć”. Czasem wie wtedy: że nic nie będzie wiedział. Tasuje poprzednie strofy pytań i odpowiedzi, uprzedzając, że niewiele to zmieni. Ignoramus et ignorabimus, doskonała agnozja: pytania policzone, niepewność we wszystkim, odpowiedzi na zawsze niepoznane. Ani westchnąć: żyjmy, póki żyjemy, ani nie westchnąć.

Pomiędzy tym u-bez-własno-wolnieniem a zapisem pomyśli, że można pocierać koraliki owocu derenia, by krzesać z nich modlitwę. Na chwilę wie, że oprócz jest i nie ma nic istnieje Boskie ale: jest, ale…; nie ma nic, ale… Wtedy, wbrew prawdzie widzenia, które go przeszyło w ciemnej dolinie, pisze: wyczekuj, tasuj, czekaj, a może o-czekuj. Jak w wierszu Kassa.

Obyś został wysłuchany, poeto.

8 sierpnia A. D. 2025, Ełk

JAROSŁAW ŁAWSKI

Galeria jednej fotografii (66)

Wracając, w czerwcu 1987, znad rzeki, gdzie rośnie papirus, natrafiliśmy na sesję zdjęciową. Panna młoda, w białej sukni z długim welonem, i pan młody, w czerni, pozowali w plenerze. Po sesji, wyjęte z ram ślubnej fotografii, weselne towarzystwo przedzierało się, przez zboża i wysokie trawy do – zaparkowanych w cieniu drzew – samochodów. Złączone więzami wzajemnej pomocy.

 

„Wesele w lesie”, Syrakuzy 1987, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp

 

19 grudnia 2024

ELŻBIETA LEMPP

Litwa w kilku odsłonach

Jaka była i jest moja Litwa? A dokładniej mówiąc: moje Litwy, gdyż jawiła się ona w moim życiu w różnych jego okresach i zmieniających się z czasem przebraniach i odsłonach. Poprzez wielorakie, powikłane związki literatury z rzeczywistością; tego, co wyobrażone, z tym, co zobaczone i dotknięte; świata przetworzonego w fikcję, nierzadko poddanemu rytmowi poetyckiej składni, a z drugiej strony – realnych faktów i konkretnych postaci; dokumentów historycznych, odsyłających ten kraj w zamgloną przeszłość, a także dotkliwej, raniącej aktualności, która wdzierała się z ekranów telewizora, z mediów społecznościowych, z gazet, z zasłyszanych wieści.

Przejechałem Litwę wielokrotnie, wzdłuż i wszerz, zaglądając nawet do jej mniej znanych zakątków. Zwiedziłem jej zabytki, przeczytałem o niej dużo i sporo napisałem, także o wybitnym poecie litewskim Tomasie Venclovie. Znalazłem również w tym kraju wielu oddanych przyjaciół. A jednak w tych wędrówkach imaginacyjnych i rzeczywistych najważniejsze pozostały dla mnie szlaki wyznaczone przez kilka lektur. Może to zabrzmi trochę dziwnie, ale teraz uświadamiam sobie, że zbiegiem okoliczności owe wtajemniczenia w Litwę odbywały się wpierw poprzez opowieści inicjacyjne. Przy czym niezależnie od przygód poznawczych głównych bohaterów równie ważną rolę odgrywało dla mnie ich społeczno-kulturowe tło.

 

 

*

Pierwsza była Litwa z Pana Tadeusza, którego urywki, zapamiętane ze szkoły recytowała mi moja mama, gdy jeszcze nie umiałem czytać. Do dzisiaj brzmią mi w uszach jej słowa wypowiadane z przejęciem i tajonym wzruszeniem:

 

Litwo! Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie.

Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,

Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie

Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie.

 

Oczywiście jako dziecko nie zdawałem sobie sprawy ze splotu paradoksów, jakie zawiera Inwokacja. Nie umiałem postawić elementarnego pytania, które po dziesiątkach lat zadawałem swoim studentom: jak rozumieją fakt, że poeta urodzony na Białorusi, podczas pobytu w Paryżu, po polsku, odwołując się do fraszki Kochanowskiego, Litwę nazywa swoją ojczyzną? I jak uporać się z roszczeniem do Adama Mickiewicza – Polski, Litwy i Białorusi? Dużo później dowiedziałem się, czym było Wielkie Księstwo Litewskie i jak swoją przynależność narodową, do tej właśnie tradycji się odwołując, definiował Mickiewicz.

Pana Tadeusza oraz Ballady i romanse czytałem w szkole średniej. Niektórych fragmentów, takich jak koncert Wojskiego czy opis zachodu słońca, uczyliśmy się na pamięć. Ale „pagórki leśne” i „łąki zielone” mogłem zobaczyć dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy pojechałem na wycieczkę śladami wieszcza. Nowogródek z górującymi nad nim ruinami zamku, z kościółkiem, w którym poeta odbierał chrzest, z dworkiem Mickiewiczów, zdawał się zastygły w czasie, niczym miasto, które pochłonęła Świteź. Samą Świteź oglądałem późnym wieczorem. Nie obaczyłem „dwóch księżyców”, bo niebo pokrywały chmury i powierzchnia wody, nie była „gładka jak szyba lodu”, lecz lekko zmarszczona i już pomroczniała. Ale nastrój był iście romantyczny! Taflę zasnuwała mgła, drugi brzeg ginął w ciemności, a korzenie drzew, spod których woda wymyła ziemię, przypominały łapy wczepionych w brzegi jeziora baśniowych czy legendarnych potworów. Doskonała sceneria do ballady! Dotarliśmy do Zaosia. Na rozkaz prezydenta Aleksandra Łukaszenki, który oczywiście zaanektował Mickiewicza jako narodowego poetę białoruskiego, „odbudowano” miejsce urodzenia poety. Nie zachowały się żadne świadectwa, jak ten dworek naprawdę wyglądał. Powstała zatem tylko jego rekonstrukcja, podobno w oparciu o rycinę z 1843 roku, i muzeum poety. Jakby na pociechę, pokazywano nam ścięty, ale wciąż otoczony zielonymi gałązkami, ogromny pień starej lipy, która rzekomo miała pamiętać czasy Mickiewiczowskie.

Innymi słowy, Litwa długo pozostawała dla mnie, jak zapewne dla wielu członków mojej generacji, krainą tajemniczą, magiczną, fascynującą przez swoją odmienność i dającą się z niczym porównać swoistość ludzi i krajobrazów. Była to Litwa wywiedziona nie tylko z poezji Mickiewicza, ale i z wczesnej lektury Potopu Henryka Sienkiewicza. Te dwie wizje splotły się w nierozerwalną całość. Zagościła w mojej wyobraźni i pamięci kraina, gdzieś na krańcach świata, domena bujnej przyrody i nieprzeniknionych puszcz, zasypanych śniegiem zaścianków, zamieszkiwanych przez czupurną, kłótliwą, ale bitną i dzielną szlachtę. Sopliców i Kmiciców, którzy w pojedynkach szczerbili sobie nawzajem łby, ale w potrzebie porzucali swary i spieszyli ojczyźnie na ratunek. W istocie kraj na poły mityczny, należący do zbioru narodowych toposów.

Na lekcjach historii Litwa jawiła się wyłącznie w formie suchego rejestru zdarzeń i faktów składających się na część dziejów Rzeczpospolitej Obojga Narodów w okresie panowania Jagiellonów oraz mało skonkretyzowanych losów litewskiego państwa, które wyłoniło się, podobnie jak Polska, po I wojny światowej.

Dopiero podczas studiów uświadomiłem sobie, ile w swoim wyobrażeniu Litwy Sienkiewicz zawdzięczał Mickiewiczowi, a zarazem jak dużo wyidealizowany w Panu Tadeuszu obraz szlachty litewskiej zawierał niepokojących rysów. Uderzyła mnie wówczas szczególnie, jak pamiętam, jedna scena:

 

Chociaż Wojski Sędziemu był krewny daleki,

Ale w gościnnym jego domu zamieszkały,

O zdrowie przyjaciela był niezmiernie dbały.

Przypatrywał się zatem z ciekawością walce,

Wyciągnął z lekka na stół rękę, dłoń i palce,

Położył nóż na dłoni, trzonkiem do paznokcia

Indeksu, a żelazem zwrócony do łokcia,

Potem ręką w tył nieco wychyloną kiwał,

Niby bawiąc się, lecz się w Hrabiego wpatrywał.

 

Sztuka rzucania nożów, straszna w ręcznej bitwie,

Już była zaniedbana podówczas na Litwie,

Znajoma tylko starym; Klucznik jej probował

Nieraz w zwadach karczemnych. Wojski w niej celował,

Widać z zamachu ręki, że silnie uderzy,

A z oczu łacno zgadnąć, że w Hrabiego mierzy

(Ostatniego z Horeszków, chociaż po kądzieli).

 

Jak to z etosem szlachcica pogodzić? Rzucać nożem? W bezbronnego?! Skąd wyraźny podziw wieszcza dla biegłości w takim zabijaniu? I uderzająca szczegółowa, wręcz techniczna wiedza na ten temat? Gdzież tu miejsce na rycerskie poczucie honoru czy szlachecką dumę! Scena bardziej mi przypominała obrazki z bandyckiej speluny albo jedną sekwencję z westernu Siedmiu wspaniałych niż z czcigodnego klasyka polskiej literatury.

Podczas swoich wykładów o Panu Tadeuszu Kazimierz Wyka, który później poświęcił mu fundamentalną monografię, starał się dociec, na ile przygody głównego bohatera mogą odzwierciedlać młodzieńcze doznania i doświadczenia samego Mickiewicza. Stopniowo odkrywał przed nami również te znaczenia utworu, które powierzone zostały jedynie niejasnym aluzjom i niepewnym domysłom. Wskazywał, jak dalece niejednoznaczna moralnie jest postać Sędziego, który, przy domniemanej pomocy Telimeny, dorobił się majątku w nie do końca jasnych okolicznościach. Zwrócił nam także uwagę na położenie samej Telimeny, postaci tylko pozornie komicznej, a tymczasem stanowiącej portret starzejącej się kobiety rozpaczliwie szukającej materialnej i społecznej stabilizacji poprzez małżeństwo. Pamiętam, jak z filuternym błyskiem humoru w oku odsłaniał pikantne sekrety dzieła, które pozostawały dla nas do tej pory jedynie godną szacunku, czasami nudnawą (te długie opisy przyrody!) epopeją narodową. „Przecież zauważcie – mówił – czy Telimena bez powodu podarowała Tadeuszowi klucz do swojego pokoju, a młodzieniec na drugi dzień, kiedy obudziła go Zosia, był zastanawiająco zaspany?”.

Przypomniałem sobie ten wykład, kiedy po wielu latach czytałem pisany z perspektywy feministycznej szkic Miłosza Telimena wyzwolona. Wnioski profesora i poety okazały się bardzo podobne. Jak wywodził Miłosz, charakteryzując Telimenę: „Pewnie, że Tadeusz był ładnym chłopcem i na jego widok upały w niej biły, ale to nie wyklucza równoczesnej kalkulacji – właśnie ta równoczesność robi z niej postać dostatecznie złożoną – pomyślmy chwilę o wszelkich połączeniach namiętności z interesem, czy to po prostu z pieniądzem, czy z transakcją małżeńską”.

Ponieważ w ówczesnym społeczeństwie dominował „wzór wiejski i patriarchalny” Telimena, zależna finansowo od Sędziego, poza „zdaniem się na pieniądze męża” nie miała właściwie innego wyboru. „Kiedy więc nie udaje jej się schwytać Tadeusza ani Hrabiego, zadowala się Rejentem”.

Gdy w 1979 roku rozmawiałem w Paryżu z Miłoszem o arcypoemacie, jego uwagi całkowicie mnie zaskoczyły. Jak wyznał, podczas swojej pierwszej lektury Pana Tadeusza przede wszystkim odczytywał ten utwór jako opis najbliższej znanej mu okolicy i miał za złe Mickiewiczowi, że traktuje przyrodę jako ornament, nie dbając o zgodność z rzeczywistością: „Buki? U nas buków nie ma! Granica buka przebiega znacznie dalej na południe”. Podobnie stwierdził z oburzeniem: „Skąd charty? U nas na Litwie chartów nie było!” [1]. Domyślał się, że te elementy Mickiewicz być może zaczerpnął ze swojego pobytu w Poznańskiem. Gdy go natomiast zapytałem o stosunek do szlacheckiego środowiska opisanego w Panu Tadeuszu, był tym dosyć zaskoczony, stwierdzając po prostu: „Wydawało mi się to wszystko tak normalne, tak znane na pamięć, że w ogóle nie przyciągało mojej uwagi” [2]. Bo też ten zakątek Europy nie zmienił się radykalnie do pierwszej połowu XX wieku.

Prawdziwą rewelacją stało się dla mnie odczytanie Pana Tadeusza w Ziemi Ulro. Zdaniem Miłosza, przypomnę: „Wbrew pozorom, a także wbrew świadomym zamiarom autora, Pan Tadeusz jest poematem na wskroś metafizycznym, to znaczy jego przedmiotem jest rzadko dostrzegany w codziennie nas otaczającej rzeczywistości  ł a d   i s t n i e n i a jako obraz (czy odbicie w lustrze) czystego Bytu”.

Tym samym „zwykłe czynności, jak przyrządzanie kawy czy zbieranie grzybów, są więc tym, za co bierze je czytelnik, i powierzchnią, pod którą ukrywa się wielka akceptacja, która ożywia i podtrzymuje opis”.

W naszych rozmowach paryskich Miłosz zdradził mi, że podobna zasada obowiązuje w Świecie. To mogłem zrozumieć. Ale wyobrażenie ładu istnienia w rzeczywistości wypełnionej nieładem i niemoralnością ludzkich poczynań, które współtworzą dziejącą się historię, to już trudniej było mi zaakceptować. Może przemówiła w Mickiewiczu bardziej rozpaczliwa potrzeba tego ładu, wiary w jego istnienie niż jego doświadczenie i pamięć o tym, co się zdarzyło? Przecież wiedział, jakie były skutki inwazji Napoleona na Rosję! W swojej lekturze Miłosz najwyraźniej pominął Epilog. A przecież i u niego „wielka akceptacja” stale zderzała się z oskarżeniem Boga o (nie)ład Stworzenia, a Świat. Poema naiwne ma antytezę w postaci Głosów biednych ludzi. I pomyśleć, jak daleko zawędrowałem od recytacji mojej mamy!

ALEKSANDER FIUT

Fragment książki „Litwa w kilku odsłonach”, która ukaże się w wydawnictwie Austeria.

[1] Czesław Miłosz, Aleksander Fiut, Autoportret przekorny. Rozmowy. Kraków, Wydawnictwo Literackie, 2003, s. 144.

[2] Ibidem.

Wojenna tułaczka Mycielskiego

„Powiew szedł od pól i góry były blisko. Góral odsłonił kosę i pytał mnie: «Czy – Panie – będzie wojna?». – Tak było w sierpniu, w same żniwa; szedł każdy, bez śmiechu, bez płaczu, bez śpiewu; wódkę pił na ciemnej stacyjce. Karabin maszynowy stawiał w oknie, ale już rozkaz padał lub rozkazu brak – i tak walił się świat, w kolumnach, w tłumie, w kurzu, w dorzeczu Wisły i Prypeci”.

Tak Zygmunt Mycielski opisał w notatniku wrażenia towarzyszące początkom II wojny światowej. Lato 1939 roku spędził wśród górali w Bukowinie Tatrzańskiej. Pod koniec sierpnia, kiedy już ogłaszano mobilizację, pojechał do Wiśniowej. Stamtąd zgłosił się do Sanoka, do oddziału wojsk podkarpackich. Nie był oficerem, w wojsku zaczął kurs podchorążych, ale go nie ukończył, bo wówczas zależało mu na jak najszybszym zwolnieniu. Nie myślał, aby przeszkolenie wojskowe było mu kiedyś potrzebne. Jak Alojzy, żydowski bohater opowiadania napisanego przez Mycielskiego najprawdopodobniej w 1938 roku, mógł powiedzieć o sobie, że: „operował dotychczas zwykłym bagażem pacyfistycznych idei, których nauczył go powojenny żargon, operujący pojęciami Ligi Narodów i międzynarodowego zbliżenia. Aż tu nagle to wszystko stało się zbrodnią. Pacyfizm był zbrodnią, Liga Narodów była zbrodnią, wolność była zbrodnią, człowiek i sprawiedliwość, w którą wierzył, była…”.

Mycielski także miał pacyfistyczne przekonania. Jego starsi bracia byli zaangażowani w działalność służb dyplomatycznych II RP – Kazimierz od 1928 roku pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w latach 1937–1939 był pierwszym sekretarzem poselstwa polskiego w Budapeszcie. A brat matki, Jan Szembek, współpracował blisko z Józefem Beckiem. Wszyscy żyli w dużej mierze polityką, ale Zygmunt się w nią nie angażował. Jego światem pozostawała muzyka. Kiedy w 1938 roku wyprowadził się do Bukowiny Tatrzańskiej, liczył, że w spokoju będzie prowadził życie, skupiając się na najprostszych czynnościach. To był czas kryzysu wewnętrznego, o którym w swych notatkach z maja 1939 roku pisał: „Od blisko dwóch lat zupełnie przestałem żyć; idzie to coraz bardziej crescendo. Nawet w górach, w obliczu świata, co trwa w geologicznej pierwotności, nie opuszcza mnie już ani na chwilę świadomość, że już nie żyję. Bo już nie warto. Zupełnie nie wiem, czym to się może skończyć.

 

 

Wszystko miało się niebawem zmienić. Po ogłoszeniu mobilizacji stało się jasne, że wybuchnie wojna. 1 września 1939 roku Hitler dał rozkaz do ataku na Polskę. Czas, który nastąpił, lata walki i niewoli, Mycielski sprowadził już po wojnie do kilku zdań, zanotowanych w sporządzonym wówczas życiorysie: „W 1938 roku wynająłem pokój w Bukowinie Tatrzańskiej u górala, tam zastała mnie wojna. Zgłosiłem się do pułku w Sanoku i odbyłem kampanię wrześniową jako prosty żołnierz. 17 IX 1939 przeszedłem wraz z całą kompanią granicę polską, przechodząc na Węgry. Stamtąd przez Jugosławię i Włochy przeszedłem do Francji i zgłosiłem się do Armii Polskiej we Francji (gen. Sikorskiego). W Coëtquidan zrobiłem podchorążówkę (z Ksawerym Pruszyńskim, b[yłym] ambasadorem Lipskim itd.) i w kwietniu 1940 wraz z I Dywizją (II pułk Grenadierów) zostaliśmy skierowani na linię Maginota w Lotaryngii. W bitwie pod DIEUZE dostaliśmy się wszyscy 17 VI 1940 do niewoli. – Nie mówię, że jestem podchorążym, i dostaję się do obozów żołnierskich, Stalag, a nie oficerskich (Oflag). W obozie XA (Schlezwig) pracuję na „komenderówkach” u chłopów i w fabrykach przez 5 lat. Z powodu niesubordynacji, ucieczek nieudanych, zostałem przeniesiony do karnego obozu wojskowego (Sonderlager) na torfowisko Himmelmoor, w okolicy Hamburga. Tam uwolniły mnie wojska aliantów 3 maja 1945”.

W 1955 roku w dzienniku Mycielski dodawał: „Łatwy do odcyfrowania nurt i źródła hitleryzmu nie tłumaczą zjawisk, na które patrzyłem, i których nie rozumiem”. Zjawiska te rozpoczęła kampania wrześniowa. Mycielski jako rezerwista strzelców podhalańskich zgłosił się do stacjonującego w Sanoku 2 Pułku Strzelców Podhalańskich, który wchodził w skład 3 Brygady Górskiej wojsk Korpusu Ochrony Pogranicza Armii „Karpaty”. Nie wiadomo, w którym dokładnie pododdziale się znalazł, ale kierowany był do udziału w walkach toczących się w okolicach Krosna, Dukli i Sanoka. On sam wspominał po latach: „Na szosie dukielskiej mieliśmy bronić w nocy tej drogi przed ewentualnym najazdem czołgów, których spodziewano się widocznie ze Słowacji. Pamiętam, jak wtedy zrozumiałem od razu, że wojna jest już przegrana, jeżeli my tutaj mamy się bronić karabinami przed najazdem czołgów z południa”.

Ostatecznie jednak tej nocy czołgów nie widział, a kolejne dni jego oddział spędził na przedzieraniu się przez lasy i wioski na wschód.

 

 

Po wkroczeniu 8 września 1939 roku wojsk słowackich do Rymanowa, a oddziałów niemieckich do Krosna Brygada wycofywała się w stronę Stryja i Sambora. Jednak po informacji o wejściu do Polski od wschodu wojsk sowieckich zaprzestano dalszych działań. Część oddziałów przekroczyła granicę węgierską i na Węgrzech złożyła broń. Mycielski wspominał ten czas: „40 lat temu – (to było 18 września?) – przekraczałem w Karpatach Przełęcz Użocką z całą kompanią – oddaliśmy broń Węgrom – jakiś ich generał stał «na baczność» i płakał, jakiś nasz podoficer zastrzelił się kilka kroków od nas, pod lasem. Polska scena, sceneria też”.

On sam przedostał się do Budapesztu, gdzie poszedł prosto do Jánosa Esterházyego. Jak pisał po latach: „W 1939 roku otworzył mi Bibi Esterházy drzwi na Istenhegyi útca w Budapeszcie, gdy wylądowałem tam boso prawie, bo w podartych pantoflach, które mi dali dobrzy Żydzi w Uszhorodzie – nogi miałem we krwi od marszów wrześniowych. Byłem bez koszuli, w jakimś kusym swetrze. Pamiętam kolację u nich, zastawioną jedzeniem – zawrót głowy wszystkim, co było na stole – winogrona, na końcu kawa, cygaro. Gdy położyłem się spać, dostałem boleści, nie wiedziałem, gdzie lecieć po ciemku, obrzygałem śliczny, czyściutki, elegancki balkon w tej budapeszteńskiej willi, obsrałem na rzadko. Bibi wziął mnie nazajutrz do sklepu i kupował mi buty, bieliznę, ubranie. Dawał wszystko i więcej, niż mógł, dziesiątkom i setkom polskich uchodźców”.

Dzięki jego pomocy Mycielski wkrótce ruszył w dalszą podróż. Celem była Francja, do której dotarł przez Jugosławię i północne Włochy. Postanowił wstąpić do formujących się przy armii francuskiej oddziałów wojska polskiego.

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Fragment biografii „Zygmunt Mycielski. Między muzyką a polityką”, która ukaże się wkrótce nakładem PWM.

Nad stawem u Lambertów*

— Co teraz będzie? Chyba mi nie odbiorą majątku? Jak myślisz? — zwrócił się Roman do Forcajga. — Nie, na pewno nie odbiorą, przecież to jest mój majątek. Jak myślisz? — pytał natarczywie Roman. Młody Forcajg pogwizdywał z cicha.

— Mój Romanie — zaskrzeczała Julia. — Chodź no tu! — Roman zbliżył się do matki. Julia, będąc głucha, nie potrafiła modulować głosu, wydawało się jej, że mówi bardzo cicho, w istocie zaś w pokoju słychać było każde słowo. — Mój Romanie, trzeba koniecznie zmienić hasło w pancernej kasie. Zamek otwierał się na słowo „Julcia”, „J-u-l-c-i-a” — przeliterowała z trudem, jakby sobie coś przypominała — to jeszcze twój ojciec tak nastawił. Trzeba to teraz dla pewności zmienić!

— Co zmienić? — zapytał machinalnie Roman, który nie zastanawiał się nad treścią słów matki i dosłyszał tylko ostatnie słowo.

Co można było zmienić w historii tych dni? Nic. Trzeba było tylko uważnie patrzeć, jak toczą się dzieje. Trzeba było wydostać się z tej sztucznej hodowli karpi do życia, które nowe, inne, zmienione miało się rodzić na skraju tej wiecznie niespokojnej ziemi między Piną i Bugiem.

Żegnać, opuszczać skazanych przez historię, opuszczać ich w chwili decydującej, w chwili, gdy los ich jest przesądzony, a nasz wybór może być jeszcze dokonany — to nie zawsze jest tchórzostwo lub zdrada. Często łatwiej bywa zginąć wspólnie niż zdecydować się na ocalenie samemu. Tym razem zwyciężyło we mnie przekonanie o niesłuszności sprawy Lambertów, o bezcelowości dalszej ich gry na scenie świata, choć sam w tej grze brałem przecież udział. Pod wpływem gwałtownego wstrząsu spadły ze mnie lambertowskie opończe, którymi dotąd byłem owinięty przed światem, choć czas wojny tu i ówdzie już je poszarpał. Historia często ułatwia nasze postanowienia, utwierdza nas w słuszności naszych niejasnych myśli, bywa akuszerką naszych czynów. Pomaga, jak nauczyciel w czasie egzaminów dojrzałości ulubionemu uczniowi, w rozwiązaniu trudnego zadania.

 

 

Kukułka w domu starego Brzeskiego, perfidnie zapytana przeze mnie o czas trwania rodziny Lambertów, odpowiedziała trafnie. Może dlatego, że była mechaniczna, lecz najpewniej dlatego, że nie postawiłbym jej pytania, gdybym z góry nie znał odpowiedzi.

Koniec Lambertów był bliski. Bez domu, bez karpi, cóż znaczyć będzie Roman, Julia, Ludwik? Jedyny Gabriel — lekarz — trwałby nadal i byłby potrzebny, ale Gabriela tu nie było.

Czy miałem tu pozostać, potwierdzać, że muszę tu trwać, w tym starym domu dziadka Leopolda? Nikt nie ma obowiązku wierności dla rzeczy i spraw umarłych, gdy wie, że jak z wyjałowionej ziemi nic już z nich nie wzrośnie. Miałem prawo wyboru, miałem prawo zdrady. Ja jeden noszący to nazwisko widziałem Lambertów naprawdę. I ten właśnie pełny ich obraz pozwolił mi porzucić ich bez żalu i bez wyrzutów sumienia.

Przybiegł Grzegorz i powiedział coś po cichu Romanowi.

— Chłopi spuszczają stawy — rzekł krótko Roman, jakby przed siebie. Ludwik w sąsiednim pokoju przerwał wpół taktu. Wyszliśmy przed dom. Ten staw trwał jeszcze nietknięty. Ale w oddali gwałtownie obniżała się powierzchnia sąsiedniego stawu i słychać było szum wody ściekającej do kanałów.

— Mogą nocą napaść na dwór — mówił Roman, nie patrząc na nas. — Trzeba będzie się bronić! — ciągnął z błazeńskim tonem w głosie, jak gdyby rozmawiał z pułkownikiem Pujdakiem. Młody Forcajg, jego siostry, ciocia Regina i ja milczeliśmy. Ruszyłem naprzód.

— Uważaj, bo cię chłopi zabiją! — krzyknął za mną Roman.

Powoli szedłem przez groblę. Staw opróżniał się szybko. Zaniepokojone karpie pływały już pod opadającą powierzchnią. „Za godzinę staw będzie bez wody” — pomyślałem. Tam, gdzie wbita była w ziemię podniesiona teraz drewniana śluza, stało dwóch białoruskich rybaków, ćmiąc machorkę. Patrzyli z zadowoleniem na obniżającą się powierzchnię wody. Nie wyglądali wojowniczo. Dostrzegli mnie, zafrasowali się i po chwili, widząc moją miejską odzież, pokłonili się, zdejmując słomiane kapelusze. Zrozumiałem, że spuszczanie stawów jest czynnością symboliczną, umożliwiającą im po raz pierwszy od niepamiętnych czasów zamanifestowanie ich niczym nieskrępowanego widzimisię.

Wracałem w kierunku domu. Myślałem o tym, że się nic nie stanie strasznego, jeśli wyzdychają karpie dziadka Leopolda. Kto inny przyjdzie, napuści wody do stawów, poprowadzi hodowlę. Może ten sam rybak, który dziś spuszcza stawy, może inny. Ale jedno wiedziałem na pewno — Lambertowie nie potrafią prowadzić już hodowli. Nie potrafią żyć. Mogą co najwyżej ustawiać czaty przy cudzej zdobyczy, korzystać z cudzej ziemi, z cudzej wody, z cudzej pracy. Ale sami nic już nie potrafią zrobić. Z otwartego okna dobiegły mnie pierwsze takty marsza. To Ludwik wrócił do muzyki.

Wszedłem do salonu. Kuzyn nawet mnie nie zauważył, pochylony nad fortepianem, z trudem wyszukując klawisze. Na stoliku leżał oprawny w skórę album. Pomyślałem, że ja jeden, jeśli zamierzam stąd odejść, mam prawo i obowiązek zabrać go i przechować. Jeśli odchodzę, to nie znaczy, że wstydzę się Lambertów, że się ich wypieram — odchodzę, bo nic tu już nie ma — ani życia, ani śmierci, tylko nadaremna obrona czasu, który nie może trwać, tylko lęk przed zmianą, która musi nadejść, tylko skostnienie…

Wychodziłem stąd, tak jak przyszedłem: głównymi drzwiami. Nie zabierałem ze sobą nic prócz albumu, niby uczony, który z wykopalisk unosi tylko rzeczy najbardziej go interesujące, takie, które mogą pomóc w zbudowaniu hipotezy. Szklane drzwi jadalni były rozsunięte. Zatrzymałem się, ale nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Ciotka Julia kiwała potakująco głową. Roman patrzył w okno. Ludwik miał oczy wpółprzymknięte i głowę przechyloną w bok. Patrzyłem na nich chwilę, by utrwalić ten obraz.

Szedłem wąską groblą między dwoma stawami. Wody w nich już prawie nie było. Ogromne, pozieleniałe ze starości karpie, obrośnięte wodorostami, leżały na dnie grubą ławicą. Od czasu do czasu słychać było klaśnięcie ogonów o łuski. Karpie otwierały miarowo podkowy wielkich ust, skrzela poruszały się gwałtownie jak wachlarze. Stare ryby mogą długo żyć, nim usną. Ale to już nie było życie, tylko oczekiwanie snu. Szedłem szybko i nie chciałem się nawet zatrzymywać, by dokładniej przyjrzeć się ich śmierci. Od stawów bowiem ciągnął zimny zapach zgnilizny.

PAWEŁ HERTZ

*Fragment opowiadania „Ucieczka z krainy Lambertów”. W: P. Hertz „Sedan”, Warszawa, PIW, 2020.

Nad Owidiuszem (10)

Kiedy zaczynał pisać Metamorfozy – najwspanialszy poemat w dziejach poezji łacińskiej – cały wykształcony i modny Rzym leżał u jego stóp.

Był świeżo po czterdziestce.

Serca czytelników Owidiusz zdążył podbić już swoją poezją miłosną: błyskotliwą, nowoczesną, odważną. Pisane wcześnie elegie i poematy uczyniły go idolem młodzieży (dla wielu stał się wręcz obiektem kultu), i zyskały mu opinię wielkiego znawcy umysłów, dusz i serc; i konesera cielesności. Będzie te wersy czytać, recytować, przeżywać, naśladować i adaptować późniejsza poezja łacińska, a następnie – wszystkimi swymi językami – całe dworskie średniowiecze i Renesans. Czasem jawnie, czasem skrycie, ale zawsze żarliwie.

Iwaszkiewicze, Broniewscy i Gałczyńscy tworzyli piękne dzieła, ale to nie wystarczało. Ludzie potrzebowali też „wolnych ust” Wittlinów, Miłoszów i Herbertów. Pałac Augusta i Pałac Kultury, jak rzymskie drogi i Trasa W-Z – wszystko to z pewnością cieszyło oczy, ale zarazem odwracało uwagę od tego, co najistotniejsze; co łatwo zgubić między wierszami, ale i łatwo tam ukryć, przemycić.

Do literatury aż gęstej od „cnót”, „powinności” i „obyczajów przodków” wniósł powiew inności. Poezją wolną i frywolną – służącą Człowiekowi, nie Ojczyźnie – tępiejących pod nowym reżimem Rzymian ustrzec próbował od śpiączki, w którą i tak w większości zapadną na długie wieki. Nie mógł, oczywiście, jawnie podnieść pióra na Augusta, ale… poszukiwał.

Gdyby skończył karierę wtedy, i tak mógłby umierać spokojnie i w poczuciu, że unieśmiertelnił się swoją poezją. Ale on dopiero się rozkręcał: późne lata przyniosą Żale i Listy z Pontu, bez lekcji, których poeci-wygnańcy następnych wieków byliby może poetami milczącymi, a teraz – jest rok 2 po Chr. i apogeum pryncypatu Augusta – zasiada właśnie do pisania dzieła życia…

 

Rzym, Musei Capitolini

 

Jego Likaon nie daje mi spokoju. Mit ten owszem pojawiał się wcześniej gdzieniegdzie, ale nie należał nigdy do popularnych. Z punktu widzenia „architektoniki” greckiej mitologii postać króla Arkadii przemienionego w wilka za „testowanie” boskości Jowisza (Zeusa) jest zupełnie marginalna. Niewiele się też dzieje w tej opowieści: uszu pana niebios dobiega plotka o występnym Likaonie, Jowisz schodzi na ziemię i konfrontuje się z wrogim boskiemu porządkowi śmiertelnikiem, karze go, tj. pali mu dom i przemienia go w wilka, Likaon-wilk ucieka.

To wszystko.

Niezależnie od Owidiusza ale i w związku z nim, mit ten rozumiano i tłumaczono różnie: najczęściej albo jako mające swe źródło w wierzeniach ludowych podanie o wilkołactwie, albo jako przestrogę przed nieszanowaniem bogów, do których – w przeciwieństwie do wyrodnych jednostek – „lud się modli”, albo wreszcie jako obnażenie prawdziwej (tj. zwierzęcej) natury złych władców.

Owidiusz tymczasem gra wszystkimi tymi sensami, ale podsuwa też inny, dla siebie – jak sądzę – najważniejszy: politykę. Bo epoka, w której żyje, jest epoką polityczną wybitnie, a on stąpa mocno po ziemi; bo poznał i cesarza, i jego dwór. Całą twórczość Publiusza Owidiusza Nazona, jeżeli spojrzymy na nią z tej perspektywy, naznacza fakt, że życie jego przypadło na takie właśnie czasy i takie okoliczności. A gra odważnie: momentami w otwarte karty, skoro do obrad nad losem Likaona i całej ludzkości zaprasza Jowisz-August – literalnie – „nobilów” i boski „plebs”, a obrady są fikcją, skoro „wyrok wydany” i „nie ich to troska”.

Jowisz jest w Metamorfozach rządzącym niepodzielnie autokratą, a boskość jego (jak i innych bogów) zrównuje się tu z mściwością i okrucieństwem, jeśli nie z szaleństwem. Owidiuszowy Likaon (jak wielu później bohaterów tego poematu), owszem, występuje przeciwko uświęconemu porządkowi, ale jest to porządek tego samego władcy, który, „zesławszy Saturna w ciemności Tartaru”, pogrzebał – a nie przywrócił, jak chciałaby augustowska propaganda – złoty wiek.

Zabierając się za Metamorfozy, Owidiusz przewidywał, co go czeka. Czy się bał? Zapewne. Ale zwyciężyło najwyraźniej poczucie odpowiedzialności. Cóż! Świat się kręci, a poeta pamięta.

JACEK HAJDUK

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek