Sonet trzeci cyklu drugiego: wśród luster, wobec losu
Jerzemu – nadzieję pomnożoną
Jako bardzo młoda dziewczyna, czyli taka, która potrafi zasnąć wszędzie, nocowałam kiedyś w Pradze, rodzinnym mieście Rilkego, w sali lustrzanej szkoły baletowej. Tak się wtedy jeździło i nocowało byle gdzie. W tej sali lustrzanej – nie mogłam jednak zasnąć. Była tam tajemnica w czystej postaci. Lustra odbijały się w lustrach. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, kim jest Rilke, Prażanin, i że napisał o tym sonet.
Rilke to symbolista, który nigdy nie przestał nim być – nie tylko jako poeta wnętrza róży i urody heliotropu, także jako poeta rzeczy, jako prekursor egzystencjalizmu, jako marzyciel, który jest tam, gdzie go nie ma… Bo – jak to świetnie dostrzegła i zapisała Małgorzata Baranowska w Prywatnej historii poezji: „Symbolizm stanowi skrajny przykład użycia poezji. Symbolizm rozciąga poezję na każdą dziedzinę, w której tylko zechce się wypowiedzieć. Symbolizm poszukuje tajemnicy i sam ją tworzy” [1], a w jednym z kolejnych zapisów dodaje: „Punkt widzenia artysty przejęty przez wielu staje się symbolem” [2].

Tak dzieje się w narracji sonetu trzeciego drugiej partii orfickiego cyklu, napisanego między 15 a 17 lutego 1922 w Muzot. To pośmiertny hołd dla tancerki, której wirujące ciało mieszkało wśród luster, żyło w sali lustrzanej. A jednocześnie to sonet napisany przeciw śmierci: tam, gdzie ktoś umiera, zasłania się przecież lustra. Gdyby było choć jedno nie zasłonięte, śmierć nie mogłaby czynić swej powinności do końca, uparcie wracałoby życie. A w sali pełnej luster? Życia jest tak dużo, że aż ono samo tańczy. Cóż dopiero – w wyobraźni poetyckiej!
Posłuchajmy polskich przekładów analizowanego sonetu, od najnowszego począwszy:
Andrzej Lam:
Lustra: nikt jeszcze nie zdołał opisać,
czym wy jesteście w ukrytej istocie.
Wy, jak dziurami rozlicznymi sita
międzyprzestrzenie czasu zapełnione.
Wy, sali jeszcze pustej trwoniciele –
gdy świt się budzi, jak lasy w oddali…
I świecznik jak szesnastorogi jeleń
idzie ostępem waszym niezbadanym.
Czasem jesteście pełne malowideł.
Niektóre jakby weszły kiedyś w was -,
inne lękliwie stałyście na stronę.
Lecz najpiękniejsza w was zostanie – , aż
Świetlisty Narcyz wtargnie niecierpliwie
w jej lica, które trwają tam uśpione.
Adam Pomorski:
Lustra: któż kiedy opisu dokona
tego, co jest waszą istotą.
Pustko, z odstępów czasu złożona,
jak z samych dziur złożone rzeszoto.
Nim się zapełni, topnieje w niej sala -,
w zmierzch zapada jak leśna zieleń…
Skroś ostęp kandelabr szesnastak z dala
sunie koronny jak jeleń.
A tu w was – malowane postacie.
Kilka z nich bodaj w was samych tonie – ,
inne spłoszone się przyjąć wzdragacie.
Lecz najpiękniejsza trwa – , aż wychynie
narcyz przejrzysty po tamtej stronie
w waszych lic powściągliwej głębinie.
Bernard Antochewicz:
Lustra: jeszcze nikt was świadomie nie opisał,
czym w swej istocie jesteście.
Wy, jakby tylko dziurami sita
wypełnione przedziałami czasu.
Wy, trwoniciele jeszcze pustej komnaty,
gdy się zmierzcha, jak lasy niezmierne…
A świecznik idzie jak szóstak rogaty
przez wasze nieuczęszczane przestrzenie.
Czasem jesteście jak malowidła.
Jedni jakby już weszli w waszą dal –
Innych wasz trwożny odblask odsyła.
Lecz najpiękniejsza zostanie, doprawdy,
dopóki w jej znieruchomiałą twarz
nie przeniknie jasny swobodny Narcyz.
Mieczysław Jastrun:
Lustra, wy, dotąd niewysłowione,
o istność waszą nikt nie zapytał.
Wy, interwały czasu, przelśnione
i jakby pełne tylko dziur sita.
Wy, jeszcze pustych sal trwoniciele,
gdy dal jak lasy zmierzchnie…
I świecznik idzie jak wielki jeleń
przez nieprzekraczalną powierzchnię.
Niekiedy blaskiem kolorów lśnicie.
Jedne jakby weszły w głębię waszą,
inne trwożnym odsyłacie odbiciem.
Najpiękniejsza zostanie do czasu,
gdy w gładkość waszych twarzy jasnych
wciśnie się wątły i czysty narcyz.
Istnieje kilka kwestii, które różnie rozwiązywali polscy tłumacze. Istnieje kilka pytań, na które odpowiadali odmiennie: sito czy rzeszoto? – w strofie pierwszej; szóstak, szesnastak czy szesnastorogi jeleń, a może po prostu – wielki? – w strofie drugiej; Narcyz, syn nimfy i bóstwa rzecznego, czy też narcyz – kwiat? – w strofie czwartej. Rzeszoto jest bardziej nacechowanym słowem niż sito – mieści się w wyższym rejestrze stylistycznym, słychać w nim brzmienia dawne, co nie znaczy, że użycie tego synonimu w sonecie nie byłoby uprawnione: jesteśmy wszak, dzięki wyobraźni Rilkego, w sali lustrzanej. Co do jelenia, to równoznacznikiem osobnika szesnastorogiego, dojrzałego i bardzo okazałego (słowo „wielki” – jak najbardziej tu adekwatne) jest, podług leksyki przyrodniczej i łowieckiej, szesnastak, zaś szóstak to jeleń o zaledwie sześciu rogach, młodszy (pomylił się więc ewidentnie Antochewicz). Skąd jednak asocjacja wielkiego świecznika, zwielokrotniającego odbicia zwierciadlane, z jeleniem szesnastorogim, zwierzęciem potężnym – w logice poetyckiej tego sonetu? Otóż (to hipoteza) Narcyz, który nie potrafił miłować, kochał polowanie. Zatem widok jelenia o rogach tak wielu jak świec ma wielki kandelabr, to swego rodzaju miłosne (i śmiertelne zarazem) olśnienie? Paralelne do pomnażania wielości luster przez światło ogromnego kandelabru? Być może. Na pytanie zaś o Narcyza / narcyza trzeba by odpowiedzieć z konieczności wymijająco (w niemczyźnie skądinąd ta opozycja nie istnieje – gdyż wszystkie rzeczowniki, nie tylko imiona własne, pisze się majuskułą – i Rilke tę ambiwalencję semantyczną znakomicie wyzyskuje): wszak narcyz-kwiat miał wyrosnąć z krwi po śmierci Narcyza-efeba, a dziś ten rodzaj kwiatu liczy już dziesięć tysięcy odmian (czysty narcyzm!), co czyni ważną analogię zarówno wobec nieskończoności odbić lustrzanych, jak i wobec wielokrotności milknącego w oddali echa / Echo.
Sonet jest niewątpliwą – inaczej niż wczesne wiersze Rilkego tematyzujące postać Narcyza – próbą dyskusji z mitem Metamorfoz Owidiusza; podstawą rozmów i sekretu luster staje się komplementarna/e Echo, żeński, zredukowany do zmysłu słuchu, odpowiednik samo-zapatrzenia. Uroda zwierciadeł, ich sekretna doskonałość, przestrzenna kwintesencja pustki (sito z samych dziur, puste doskonale), istniejąca istotnie wobec czasu, w zmaganiu z jego upływem. Czyli z losem.
Kiedy tancerka, nawet zmarła, zwłaszcza młodo zmarła, tańczy w sali lustrzanej, nie ma śmierci, nie ma rozpaczy. Jest życie, jak to życie – niemożliwe, rozsadzające wyobraźnię, nawet poetycką: Narcyz istotnie spotyka Echo. Kochają. Zapatrując i zasłuchując się w sobie nawzajem, nie w sobie samych jedynie.
„Gesang ist Dasein”, „śpiew jest istnieniem” – powiada Rilke. Taniec wśród luster, wobec ich niebywałego pomnożenia, tym bardziej jest – istnieniem.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Małgorzata Baranowska, Prywatna historia poezji, Warszawa, Sic!, 1999, s. 151 (zapis z 30 III 1994).
[2] Tamże, s. 157 (zapis z 19 VII 1994).
Wtorek, 8 lipca

Na pierwszej stronie „NZZ” olbrzymia reprodukcja dagerotypu Jana Henryka Humnickiego z Dubicz Murowanych w powiecie bielskim na Podlasiu, przedstawiającego szwajcarskiego generała Dufoura. Tytuł artykułu trafny: Ponadwymiarowy Henri Dufour. Niestety, pod zdjęciem zabrakło nazwiska autora dagerotypu…
*
W gabinecie lekarskim spod powieki oglądam wiszący na ścianie kalendarz jakiejś firmy farmaceutycznej. Duże kolorowe zdjęcie smutnego krajobrazu z niepokojącym okiem tętniącego, gotującego się do wybuchu gejzeru. A pod nim krótki tekst, wydrukowany jak wiersz:
powódź
(tętniak)
oko podziemi
jak przeznaczenie
z krainy cieni
gotowe przerwać
brzeg życia
Środa, 9 lipca

Przed południem na Uniwersytecie Gdańskim (przy moim udziale zdalnym) błyskotliwa obrona pracy doktorskiej Balbiny Tarnowskiej na temat Bruno Schulz a teatralność. W zupełności usatysfakcjonowany odpowiedziami na moje uwagi w recenzji z przyjemnością witam nową wyróżniającą się polonistkę. Jej praca to praktycznie gotowa do druku, pasjonująca książka.
Poniedziałek, 14 lipca
Rano od Małgosi Grąbczewskiej dostałem z Islandii zdjęcie tego samego gejzeru, który parę dni temu oglądałem na stronie kalendarza firmy farmaceutycznej: to Geysir. Świat jest mały.
*
A wieczorem przyleciał z Zurychu Karol, jakiś odmłodzony.
*
Jeżdżąc na rowerku stacjonarnym skończyłem czytać Przystanek Tworki. Historię pewnego szpitala Grzegorza Łysia (Warszawa, W. A. B., 2025). Temat świetny, ale książka rozczarowuje: napisana chaotycznie i powierzchownie. Łyś cytuje Foucault, ale zupełnie pomija fakt, że autor Historii szaleństwa w dobie klasycyzmu podczas pobytu w Polsce zwiedzał szpitale psychiatryczne w Tworkach i we Wrocławiu. O tym by się chętnie przeczytało.
Przywołując reportaż Michała Choromańskiego z Tworek autor wspomina, że najwybitniejszym artystą szpitala „był pewien katatonik, który lepił z chleba grupy małych postaci mogących się poruszać dzięki skomplikowanemu mechanizmowi z osi i kółek. Chory artysta pracował nad swymi figurkami cały przykryty kołdrą, w ciemności”. Piękna historia, ale chciałoby się wiedzieć więcej: jak się nazywał czy trafił do kronik art brut itd. Póki co zajrzałem do reportażu Choromańskiego z roku 1932, gdzie jest nawet zdjęcie chorego artysty, o którego pisarz potknął się na podwórku, gdzie ten leżał, zupełnie nagi, przykryty tylko kawałkiem płótna jak Gandhi. Choromański widział jego prace: „Były to małe posążki, postacie, potworki wylepione z chleba. Potworki, wykonane niemiernie precyzyjnie, zlewały się w grupę jakichś symbolów, czy to erotycznych, czy to mistycznych […]” [1].
Albo taki fragment: „Współpraca ze szpitalami niemieckimi zaczęła się bez zbędnych formalności, od zaaranżowanych przez psychiatrów krakowskich wizyt doktora Friedricha Leidingera, niezwykle zasłużonego dla pojednania polsko-niemieckiego. Psychiatra z Kolonii, znający dobrze język polski, mąż poetki Ewy Lipskiej, zabierał na weekend w Polsce swoim samochodem kilku kolegów. Nocowali w domu dyrektor Pałuby, rano zwiedzali szpital. Niektórzy z nich dopiero w Tworkach dowiadywali się o losach pacjentów psychiatrycznych wywożonych z Niemiec do Generalnej Guberni podczas akcji «T4». Potem do różnych polskich szpitali zaczęły przyjeżdżać już całe autokary z niemieckim psychiatrami” (s. 236-7). Tyle. A tu znów by się chciało przeczytać coś o związkach Ewy Lipskiej z psychiatrią. Zacząłem szukać, w kilku wywiadach znalazłem informację, że poetka z początku chciała zostać lekarką, najlepiej właśnie psychiatrą. Ale poszła na ASP. Przeczytałem rozprawkę Katarzyny Wyszyńskiej Schizofreniczne przestrzenie pacjenta Z. – o kategorii persony lirycznej na przykładzie „Żywej śmierci” Ewy Lipskiej i przypomniałem sobie Żywą śmierć, która kiedyś wywarła na mnie wielkie wrażenie. Natomiast w wywiadzie poetki dla „Pisma” z roku 2019 jest taki fragment: „Ostatnio zamiast na festiwal poezji pojechałam na zjazd psychiatrów, gdzie mówiłam o emocjach twórczych, o których trudno mówić, i może dlatego rozmowy były ciekawe. Rozmawialiśmy o artystach, którzy nie mieszczą się w rzeczywistości, przegrywają walkę z codziennością”.
Ubarwiają książkę opowieści znanego w świecie malarza, niedawno zmarłego Witolda-K, który był synem wieloletniego (32 lata!) dyrektora szpitala w Tworkach, Feliksa Kaczanowskiego. Spod powieki odnotowuję skutki wywołania u chorych psychicznie gorączki malarycznej (rok 1917): „Pierwszy z nich, aktor, którego źrenice nie reagowały już na światło, bliski śmierci, z powodzeniem zaczął […] występować przed pacjentami, deklamując wiersze oraz zadziwiając wszystkich bogatym repertuarem oraz doskonałą pamięcią” (s. 111). Ech, szkoda tematu.
Wtorek, 15 lipca
Ostatniej nocy o godzinie 2.22 skończyłem pisać duży tekst do numeru „Kontekstów”, poświęconego antropologii wizualnej. Tytuł: Andrzeja Towiańskiego pochwała fotografii na przykładzie „Widoków morza” Gustave’a Le Graya (z Janem Henrykiem Humnickim w tle).
*
Zaczynam Sploty Anny Ciarkowskiej. O czym będą? „A więc będzie o moich babciach, tej pierwszej i tej drugiej, o mojej mamie i tacie, o moich przyjaciółkach i trochę o mężczyznach, o Dozorczyni i Mariance, o pszczołach i kropli krwi, o paznokciach i rękach, o rybich rękach i niciach, które wypruwa się jedną po drugiej, aż cały misternie opowiadany splot zmienia się w kłębowisko” (s. 13-14). Autorka jest literaturoznawczynią, obroniła doktorat o pisarzach francuskojęzycznych, więc pewne będzie jak u Guattariego i Deleuze’a: sploty i kłącza. Paznokcie już są, jest o co zaczepić. I rzeczywiście – obok prawie stuletniej narratorki pojawia się druga, jej wnuczka: „to szarpnięcie na myśl o jej śmierci to właśnie ten rachityczny korzeń, który tkwi w moim ciele, przyczepiony do narządów, wrośnięty w tkankę” (s. 19). Jest Guattari i Deleuze.
Środa, 16 lipca
Są i pszczoły. „Póki tu jesteś, widzę cię tak, jak widzą pszczoły. […] Jeszcze pomniejszona i odwrócona, jeszcze leżysz w łóżku, w ogrodzie pod jabłonią, który rodzi zielone pąki, jeszcze piszesz […]” (s. 33). Pisanie jako miód? Spod powieki muszę odnotować: „Świat nadal będzie się kręcił, wymieniał mi sondy, zakładał pieluchy, obcinał paznokcie i nikomu nie przyjdzie do głowy, że ta opadająca powieka to coś więcej niż tylko odruch bezwarunkowy, że to dalszy ciąg opowieści, pisanej alfabetem Morse’a, wystukiwanej rzęsami o policzek, serdecznym palcem o powietrze. I to byłaby ostatnia książka, zawieszona w mojej głowie, nigdy nieodzyskana. Tak też wyobrażałam sobie swoją śmierć” (s. 34-35).
*
Wczoraj posłałem fragment książki Przystanek Tworki Friedrichowi Leidingerowi, dziś dostałem wyczerpującą odpowiedź, którą za zgodą autora prawie w całości przytaczam – jako sprostowanie i uzupełnienie wczorajszego zapisu:
Szanowny Panie Profesorze,
co za niespodzianka! Rzeczywiście nie miałem pojęcia o tej pracy, a autor, pan Łyś, nigdy nie rozmawiał ze mną. Nie wiem, skąd czerpie swoją wiedzę. Nie zdziwi Pana, że jako „osoba zainteresowana” postrzegam niektóre sprawy nieco inaczej. Po pierwsze, nie znam męża Ewy Lipskiej, ale jestem pewien, że nie jestem nim i nigdy nim nie byłem. W latach 1977–1993 byłem żonaty z filmowcem Barbarą Lipińską, córką prof. Jana Lipińskiego i wnuczką prof. Edwarda Lipińskiego z SGH, i mamy wspólną córkę, Annę Dorotę Delius, historyczkę i politologa w Berlinie.
Dzięki mojemu pierwszemu małżeństwu i bliskim relacjom z moimi polskimi teściami ja (urodzony w 1954 r.) poznałem i pokochałem język polski oraz kulturę, a także zwróciłem uwagę na różnorodne problemy w stosunkach między Niemcami a Polakami od czasu powstania nowoczesnego nacjonalizmu.
Chciałbym pokrótce opisać, jak doszło do spotkań między psychiatrami z (zachodnich) Niemiec i Polski. Jako młody lekarz psychiatra od lat 80. byłem zaangażowany w ujawnianie zbrodni niemieckich psychiatrów, które przez długi czas były zaprzeczane. W 1985 roku dowiedziałem się przypadkiem o konferencji zorganizowanej przez Krakowskie Towarzystwo Lekarskie pod przewodnictwem prof. Józefa Bogusza z okazji 40. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz: Wojna, okupacja a medycyna. W konferencji uczestniczyła tylko garstka niemieckich uczestników, wśród nich prof. Klaus Dörner, psychiatra i historyk, który w 1978 roku odkrył artykuł Zdzisława Jaroszewskiego w francuskim czasopiśmie i zlecił jego tłumaczenie na język niemiecki. Temat: zabójstwa chorych w okupowanej przez Niemcy Polsce, historia do tej pory zupełnie nieznana w obu państwach niemieckich. Dörner kierował od 1980 roku szpitalem psychiatrycznym w Gütersloh. Znalazł tam dokumenty potwierdzające wywóz kilku grup chorych w latach 1943-1944 do różnych zakładów na terenach okupowanych. Tam ślad po nich się urywał, ale ponieważ po wojnie powróciło bardzo niewielu, można było założyć, że większość z nich nie przeżyła deportacji. W kwietniu 1985 roku w gabinecie prof. Adama Szymusika, dyrektora kliniki w Krakowie, wspólnie opracowaliśmy pomysł podróży do zakładów na dawnych terenach wschodnich Niemiec i na terenach okupowanych. Ze względu na moje umiejętności językowe to ja miałem zorganizować tę podróż. Szymusik zadzwonił do dyrektorów i poprosił, aby przyjęli mnie życzliwie.
W maju 1987 roku grupa 27 osób reprezentujących wszystkie zawody związane z psychiatrią z zachodnich Niemiec udała się autobusem do Polski. Odwiedzono następujące miejsca: Międzyrzecz, Gniezno (Dziekanka), Warta, Łódź, Kraków i Auschwitz. Zostaliśmy przyjęci niezwykle serdecznie i otwarcie. W niektórych placówkach przypomniano nam jednak, że ostatni Niemcy, których tu widziano, nosili mundury. W Krakowie Szymusik, ówczesny prezes Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, zorganizował małe sympozjum, w którym oprócz krakowskich profesorów – m.in. Jerzy Aleksandrowicz, Maria Orwid, Maria Einhorn-Susułowska – i młodsi asystenci, w tym Andrzej Cechnicki, z którym do dziś łączy mnie bliska przyjaźń, ale także koledzy z Warszawy – Andrzej Piotrowski, Maria Załuska, Stefan Leder i właśnie Maria Pałuba. W ten sposób powstała niewielka społeczność osób o różnym statusie – po stronie zachodnioniemieckiej byli to lekarze, psychologowie, pracownicy socjalni, pedagodzy i opiekunowie, którzy w większości pracowali poza instytucjami akademickimi nad reformą opieki psychiatrycznej, a po stronie polskiej głównie profesorowie i kilku dyrektorów szpitali. Łączyło ich zainteresowanie wymianą fachową i celem poprawy sytuacji osób chorych psychicznie w Polsce i Niemczech. Mała grupa szybko się powiększyła, a w 1990 roku w Münster powstało wspólne Niemiecko-Polskie Towarzystwo Zdrowia Psychicznego z wspólnym statutem i wspólnym zarządem. Pomysł bezpośredniego partnerstwa między placówkami w Polsce i Niemczech przyspieszył ten proces. Nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy odwiedziłem Marię Pałubę w Tworkach, prawdopodobnie było to w 1990 lub 1991 roku. Od razu świetnie się dogadywaliśmy.
[…] Pozwolę sobie zapytać, skąd bierze się Pana zainteresowanie tymi sprawami. Przyznaję, że kryje się za tym czysta ciekawość, ale byłbym wdzięczny za odpowiedź.
Łączę wyrazy szacunku
F. L.
Czwartek, 17 lipca
Skończyłem Sploty. Rozczarowanie. W miarę postępu lektury mnożą się bez końca babki, matki, ciotki i wnuczki (a podwojenie jest sygnałem wtórności), wszystkie umierają, a przed śmiercią chcą opowiedzieć, a najlepiej opisać swe życie; jest też ojciec i inni odchodzący bądź umierający mężczyźni (acz przewaga linii matriarchalnej wyraźna). Stuletnia Anna Ciarkowska, pisarka, chce przed śmiercią napisać swą ostatnią książkę, w której powie wszystko; pomaga jej w tym wnuczka, więc czytelnik domyśla się, że to pewnie figura odautorska, ale mnożą się sygnały, że cała narracja toczy się w drugiej połowie XXI wieku, a więc ta sędziwa Anna Ciarkowska utożsamia nam się z samą autorką Splotów, który to tytuł też się w tej opowieści powtarza. Itd., itp.
Projekt, owszem, ambitny, ale zamienia się w katarynkę o umieraniu, o pisaniu, o odchodzeniu, o przedmiotach, strzępach, niciach, okruchach. Fragmenty piękne, oszlifowane, ale i tych za dużo, robi się magma, w której te piękności toną, a czytelnik zadaje sobie banalne pytanie: „Ile można?”.
Sobota, 19 lipca
Wieczorem z Karolem jedziemy do La Galeria w Milanówku, na Po punktach do celu, pokaz obrazów Leszka Markuszewskiego i subtelnych rysunków Anny Kordowicz-Markuszewskiej z serii Architony. Autorka, która prócz Akademii kończyła też architekturę na Politechnice Warszawskiej, towarzyszy tymi pracami książce Joanny Giecewicz, poświęconej interakcjom między architekturą a krajobrazem. Wystawie, pokazanej w surowym pomieszczeniu domku przy ul. Podleśnej, towarzyszyła dobiegająca z malowniczej szopy, jak z ubogiej stajenki, muzyka, głównie z późnych lat sześćdziesiątych, którą puszczali DJ Flaq i DJ Sęk. Porwał mnie zwłaszcza nieżyjący już etiopski saksofonista jazzowy Getatchew Mekurya (który w 2006 nagrał płytę w holenderską punkową grupą The Ex). Przyjemna atmosfera; spektrum wieku doborowej publiczności – od kilkuletnich dzieci do starców (jednego).
Niedziela, 20 lipca
Podoba mi się sposób pisania Sławy Zielińskiej (zbieżność nazwisk przypadkowa) z Uniwersytetu Wrocławskiego. Świetne, intrygujące tytuły, jak na przykład: Otwarcie sezonu żeglugi w cyklu epigramów na Priapa a ody wiosenne Horacego (współautor Karol Zieliński, tu chyba zbieżność z autorką nieprzypadkowa). Po eseju „Bibliotheca secreta” Instytutu Filologii Klasycznej na Uniwersytecie Wrocławskim sięgnąłem po Sobieskiego romans z historią, czyli romans rycerski i pasterski w bibliotece pasterskiej. Autorka miała dwa pomysły. Po pierwsze – przeanalizować zestaw romansów rycerskich, które należały do bohatera powieści Cervantesa i zostały spalone na żądanie jego proboszcza i porównać je z zestawem takich-że powieści w konkretnej bibliotece sarmackiej, a mianowicie należącej do krakowskiego mieszczanina i humanisty włoskiego pochodzenia Hieronima Pinocciego, a potem jego synów: „Gdyby Don Kiszot chciał wskrzesić swą bibliotekę, spustoszoną przez bezwzględnego proboszcza, na półkach Pinoccich znaleźć mógłby niejedną z tych grubych a drogich mu ksiąg, które spłonęły na stosie w La Manczy”. Po drugie – przyjrzeć się roli romansów rycerskich w lekturach Jana Sobieskiego, szczególnie w ramach jego korespondencji z Marią Kazimierą d’Arquien. Tutaj lektury były główne francuskojęzyczne, tak wszakże intensywne, że Sobieskiemu pomogły zdobyć żonę, a Sławie Zielińskiej „spojrzeć z innej perspektywy na szaleństwo Don Kichota starającego się zdobyć miejsce dla romansowych ideałów w realnym świecie […]”. Sobieski pod wpływem lektury sielankowej powieści Astrea chciał kupić majątek w Prowansji i tu nasuwa się pytanie, jak potoczyłyby się losy Polski i Europy, „gdyby przyszły tryumfator spod Wiednia niczym Don Kichot podążył śladem bohaterów z kart i osiadł w arkadyjskim zakątku Francji, by wieść taki jak oni idylliczny, pasterski żywot”.
Dla mnie osobiście frapujące było w tym tekście odesłanie do listu Sobieskiego do żony ze wzmianką o kilku ciekawych książkach: „Mme Denhoff pożyczyła mi kilka książek niesłychanie curieux, jako to: les Amours du 11 [Roi de France], la Vie de la Reine Christine et la Mort de Mme Marquise de Ganges, autrement Mme Castellane. O tej śmierci wolałbym i nie czytać był, bo l’ennui me prend szukać po wszystkim świecie tych tak złych, niecnotliwych ludzi”.
Czytałem kiedyś z moim studentami w ramach konwersatorium z literatur niemieckojęzycznych powieść Heinricha Bölla Utracona cześć Katarzyny Blum (1974). Oto króciutki opis lektur bohaterki: „Ihre Bibliothek bestand aus vier Liebesromanen, drei Kriminalromanen sowie aus einer Napoleonbiographie und einer Biographie der Königin Christine von Schweden. Sämtliche Bücher stammten aus einem Buchklub”. Rzeczywiście, zuryski Verlag Buchclub Ex Libris wydał w roku 1959 książkę Friedricha Sieburga, Napoleon – Die hundert Tage, a w roku 1967 – Mary Lavater-Sloman, Ein Schicksal – Leben der Königin Christine von Schweden. W przypadku Sobieskiego również pojawia się wśród ciekawych lektur biografia szwedzkiej królowej. Rodzi się jednak pytanie, co to była za biografia. List króla pochodzi z roku 1668. Pierwsza książka zatytułowana Histoire de la Vie de la Reine Christine de Suède wyszła w Sztokholmie dopiero w roku 1677, ale wcześniej, w roku 1660 i 1668, ukazała się w Kolonii jej krótsza wersja, zatytułowana Recueil de quelques pièces curieuses servant à l’éclaircissement de l’Histoire de la vie de la Reine Christine, ensemble plusieurs voïages qu’elle a faits – słówko curieuses w tytule dodatkowo podpowiada, że to to wydanie czytał Sobieski.
Środa, 23 lipca
Dostałem dziś Korespondencję Marii Renaty Mayenowej, Romana Jakobsona i Krystyny Pomorskiej (żony tego ostatniego), opracowaną przez Marię Prussak (Warszawa, IBL, 2024). Imponujące przedsięwzięcie, zważywszy poziom abstrakcji autorów, wielojęzyczność, konieczność częstego używania mowy ezopowej w korespondencji prowadzonej przez żelazną kurtynę, tudzież obszerność korpusu tekstów. We wstępie czytam, że Mayenowa urodziła się (1908) jako Rachela Gurewicz, gimnazjum skończyła w Białymstoku, studiowała w Wilnie. „W 1934 roku wyszła za mąż za Jefima Kapłana, zamożnego producenta chałwy” (s. 14).
To pyszna wiadomość. Zaglądam do starej prasy. W „Monitorze Polskim” z roku 1937 jest ogłoszenie o likwidacji spółki „Towarzystwo Chałwol”, zamieszczone przez likwidatora, Jefima Kapłana, Wilno, ul. Kwiatowa 7 m. 13. W facebookowej grupie dyskusyjnej na temat Wilna widzę fotografię Edmunda i Bronisławy Zdanowskich, przedstawiającą widoczną spod arkad wileńskiego ratusza kamienicę przy ulicy Wielkiej 56 ze szczytem kościoła św. Kazimierza w tle. W centrum zdjęcia wejście do cukierni „Wschodniej”, a nad oknami wielkie napisy: CHAŁWA i BUZA (to taki napój orzeźwiający z kaszy jęczmiennej z rodzynkami). Administrator grupy kreśli dzieje białostockiej i wileńskiej chałwy, wspomina też firmę Chałwol, podając inne nazwisko właściciela (Jakub Brojdo) i adres: Kwaszelna 23. Wśród firm wileńskich był też „Chałwopol” Mindli Ajzenbergowej. Nazwa podobna, nazwisko wydaje mi się znajome. Sprawdzam: nie, to złudne podobieństwo. 3 czerwca 1932 roku do wileńskiego rejestru handlowego wciągnięto informację, dotyczącą firmy „Ajzensztadt Wulf – Przedsiębiorstwo Handlowo-Komisowe”: „Właściciel przedsiębiorstwo [!] Wulf Ajzensztadt zmarł. Do czasu zgłoszenia się sukcesorów, przedsiębiorstwem zarządzają łącznie w charakterze pełnomocników […] zam[ieszkali] w Wilnie: Róża Ajzensztadt przy ulicy Kwiatowej 7, inż. Jefim Kapłan – przy ul. Kwiatowej 7 i Moryc Jakobson – przy ul. Żeligowskiego 1 […]” [2]. Jest zatem i Jakobson (oczywiście nie ten).
Czytam dalej we wstępie Marii Prussak: „Już przed wybuchem wojny zapewne rozstała się z pierwszym mężem. Po wkroczeniu do Wilna wojsk rosyjskich we wrześniu 1939 Jefim Kapłan znalazł się na terytorium Litwy, skąd po włączeniu tego kraju do ZSRR został wywieziony do Mordwińskiej Republiki Radzieckiej, dalsze jego losy są nieznane” (s. 15).
Googlebookssearch podsuwa jeszcze fragment książki Guida Facklera o muzyce w obozach koncentracyjnych – o Jefimie Kapłanie i pieśniach z getta wileńskiego, opublikowanych w moskiewskim piśmie żydowskim „Sowietysz Hejmland” w roku 1991. Mogę sobie wyobrazić producenta chałwy śpiewającego w getcie pieśni, ale pewnie to przypadkowa zbieżność imienia i nazwiska.
Na rosyjskiej stronie genealogicznej jakaś pani chwali się, że Ефим Каплан, urodzony w roku 1901 w Lidzie, to jej stryjeczny dziadek. Ów Jefim był synem lekarza, Salomona Chaskielewicza Kapłana i Heleny Lejbowny z domu Ajzensztadt (!), mieszczki wileńskiej. Ślub wziął w roku 1934 (to zatem na sto procent ów producent chałwy). Dzieci nie mieli, w każdym razie nie ma ich aktów urodzenia w wileńskim archiwum. „W roku 1941 mój stryjeczny dziadek i jego żona zostali ewakuowani z Wilna”.
Czwartek, 24 lipca
Co za dynamika! Kotły parowe pod ciśnieniem tak wysokim, że może je lada chwila rozsadzić. Bomby z gotowym zapłonem, rzędem. Coś, co w innej skali mogłoby być wygiętą rączką miedzianego dzbanka, tu przeobraża się w rurę, z której biały płyn tryska do wysokiego pojemnika, wypełnionego mętną brązową cieczą. Czym się skończy zderzenie tych płynów, jaką straszliwą spowoduje eksplozję?
Strwożone bryły przylegają do siebie, pozbawione okien i drzwi, jakby liczyły na to, że tak, skulone, razem uchronią się przed zagładą. Dwa kształty, zlęknione, lgną do siebie, ciemny tuli się do białego, a tamten, wyższy, łypie spod oka, jakby chciał zgadnąć, skąd nadciąga największe niebezpieczeństwo.
Storturowane skorupy muszli, wyssane do szczętu i porzucone bezradnie.
Flakony, brzytwa fryzjerska, kres.
A w małych akwafortowych ogródkach przyroda kłębi się bez umiaru, usiłując wypełnić każdy centymetr sześcienny powierzonego jej obszaru, wyrastając z powierzchni papieru w straszliwym, panicznym lęku przed pustką. (Giorgio Morandi w „Zachęcie”).
*
Umarł człowiek stale obecny w naszym domu w latach osiemdziesiątych, pamiętam świetnie jego niewinną twarz, jasne włosy przewiązane opaską, wąsy w podkowę, obnażone muskularne ramiona i tryumfujący uśmiech na niezliczonych zdjęciach, plakatach i kartach. Teraz czytam, że od swoich entuzjastów (dwóch znałem całkiem dobrze) żądał czterech rzeczy: trenuj, módl się, jedz witaminy i wierz w siebie. Hulk Hogan (lat 71).
Piątek, 25 lipca
Od Marysi Prussak dostałem kilka dokumentów z wileńskich archiwów, dotyczących Jefima Kapłana. Układają się one w logiczną triadę. Najpierw w księgach notarialnych pełen zapis aktu założenia, w lipcu roku 1933, spółki „pod firmą” (nazwą) „Towarzystwo Chałwol S-ka z ogr. odp.” O kapitale zakładowym 4000 zł, z czego Jefim Kapłan wniósł 33% udziałów, Jakub Brojdo 28%, Ton Mejerowicz 22% a Mojżesz Szer 17%. Spółkę założono „celem produkowania i sprzedaży chałwy, oleju tachinowego i wyrobów cukierniczych”. Potem zaświadczenie lekarskie, które wystawił w Wilnie 27 czerwca 1935 roku dr med. J. Frydman, stwierdzając u Jefima Kapłana adipositas universalis („ogólne otłuszczenie”) i hyperaciditas ventriculi (nadkwasotę), przy czym stan pacjenta ostatnio się pogorszył, stąd: „Uważam za niezbędne przeprowadzenie leczenia zdrojowego i skierowuję chorego do Marienbadu”. Zaświadczenie zostało zapewne wydane z okazji starań Kapłana o uzyskanie paszportu. I tu pora na trzeci dokument: wystawiony przez Starostę Grodzkiego Wileńskiego paszport. W rysopisie określono wzrost (wysoki), twarz (okrągła), kolor włosów (szatyn) i oczu (szare). Znaków szczególnych i dzieci brak. Jest też zdjęcie, które stawia kropkę nad i:

Paszport Jefima Kapłana. Lietuvos valstybės istorijos archyvas, sygn. LCVA/53/8/4669, 7624.
Oto logika tej triady: zakładamy spółkę akcyjną w celu produkowania chałwy, wdaje się ogólne otłuszczenie organizmu, twarz robi się okrągła, co jednoznacznie poświadcza fotografia. Z drobnej wzmianki o zawodzie pierwszego męża profesor Mayenowej poczyna się wyłaniać zarys osoby, sylwetka potężnieje i w końcu „nasz wileński chałwowy książę” (jak Jefima Kapłana nazywały zajmujące się poszukiwaniami archiwalnymi młode polonistki z iblowskiego Archiwum Kobiet) otrzymuje pyzate oblicze.
Tu mała dygresja. Przepisana Jefimowi Kapłanowi kuracja kojarzy się oczywiście z filmem Zeszłego roku w Marienbadzie (1961) Alaina Resnais wedle scenariusza Robbe-Grilleta. Ale w roku 1961 Marienbad nazywał się Mariánské Lázně i wypoczywali w nim zasłużeni ludzie pracy, a nie międzynarodowa socjeta. Resnais zresztą mówił wielokrotnie, że Marienbad w tytule nie jest ważny, że chodziło mu o czas, o „l’année dernière”, a nie o konkretne miejsce. O ile więc w tym awangardowym filmie można mówić o jakichś konkretach, to to „zeszłego roku” trzeba by przenieść na lata trzydzieste. Nie, nie posunę się do tego, żeby zażywnego producenta chałwy utożsamiać z mężczyzną (grał go Giorgo Albertazzi), który w filmie wmawia uwodzonej kobiecie, że „zeszłego roku w Marienbadzie” obiecała mu za rok odejść dla niego od męża (Sacha Pitoëff).
Czy Marienbad pomógł Kapłanowi pozbyć się otyłości i nadkwasoty? W lipcu roku 1937 widzimy go na liście gości w krajowym uzdrowisku Truskawiec (pensjonat „Ustronie”). Przed samą wojną Jefim i Rachela Kapłanowie przenieśli się w Wilnie z ul. Kwiatowej na Górę Bouffałową 21. W wileńskiej książce telefonicznej na rok 1939 jest ich numer: 11 70. Ale obawiam się, że zmieniono kierunkowy.
Sobota, 26 lipca
Jest taka rzeka na Roztoczu, dopływ Sanu, o którą upominał się już Kochanowski: „Tu Tanew niehamowna San prędki napawa” (poemat Dryas Zamchana). W czasie I wojny światowej stacjonował tu Wierzyński, czego świadectwem wiersz Nad Tanwią. Dialog z Wierzyńskim nawiązywała Bronisława Ostrowska, przekomarzając się w Kole kredy święconej „«I Pan, panie Kaziu, i Pan! / A bazie? rajery? sasanki? / Wiosenne wino, Tanew i San? / Wypite szklanki?… / I Pan w zaklętem kole — i Pan tu razem z nami […]»”. W czasie II wojny Tadeusz Hołuj wiersz Nad rzeczułkązaczynał słowami: „Nad rzeczułką, nad Tanwią, / spali chrapliwie żołnierze […]”. Ale jest chyba tylko jedna poetka, która prowadziła z tą rzeką dialog tak intensywny, przez lata. W Inwokacji zaklinała: „Biłgoraju / pajdo kraju / leśna ziemio stokorodna / wąska Tanwio / w śniętym Sanie / sanno […]”. W Powrocie do pierwszych lądów przyzywała: „Zew ledwo pamiętanej pradawnej melodii / zew rzeki Tanwi / zew zblakłej pamięci / sprawił / że niczym marnotrawna córka / po półwieczu wróciłam w niskie trawy życia”. W To i owo powracała do obrazu kredowego koła Ostrowskiej: „Zamykut-otwirut pamiętasz dziecinne zabawy / w niebiańskim zakolu Tanwi jak w zakreślonym kredą kole / rysowanie palcem w powietrzu / bram które nie istniały / gdy z przepuszczaniem przez most pierwszych siedmiu koni / na tę drugą lepszą zapewne stronę / podczas gdy po tej gorszej / ósme pechowe konie zawsze zostawały / nasze znaki magiczne i sekretne zaklęcia / amulety z guzika i zajęcze lusterka”. A w Postojach pamięci wspominała: „Woda w Tanwi była nagrzana, czysta, dno złociło się złamanymi promieniami i piachem”.
Jacek Łukasiewicz napisał kiedyś: „Nie byłem nad Tanwią. Mogę tylko sobie wyobrazić tę rzekę wolno toczącą wody po równinie. W tamtych stronach narodziła się poezja Urszuli Kozioł”. Tak, ta poetka to Urszula Kozioł, do zeszłego tygodnia nasza współczesna. A Tanew niehamowna zwolniła swój bieg, jak to przystoi rzece Styks.
Niedziela, 27 lipca
Pociąg InterCity na trasie Warszawa Centralna–Jastarnia. W wagonie I klasy wszystkie cztery drzwi boczne nieczynne, jedna z dwóch toalet zatkana. Na korytarzu stoją podróżni, którym dziś na dworcu sprzedano bilety, mimo, że miejsca były już dawno rozprzedane internetowo – rozmawiamy z Kostarykańczykiem i parą ze Słowacji, którzy jadą przez Gdańsk na Litwę. Ja jednak nie zwracam większej uwagi na niedogodności podróży, tylko zagłębiam się w lekturze powieści Null, do której zachęcił mnie starożytnik Marek Węcowski. Przeczytałem sumiennie całość między Warszawą a Władysławowem. Rzeczywiście, jest tu trochę odniesień do historii starożytnej, od motta z Iliady, przez rozdział XI, rozwijający myśl z tego motta w dość zaskakujących kierunkach (Scytowie, Bhagawadgita i Edda), po przywołanie mitu o Minotaurze i fragmentu Wojny peloponeskiej Tukidydesa na temat sporu między Atenami a neutralną wyspą Melos (taką starożytną Szwajcarią, można by powiedzieć, tu jednak Melos oznacza Ukrainę). Sam pomysł połączenia dziejów kozackich z literaturą starożytną nie jest nowy – za początek literatury ukraińskiej uważa się przecież żartobliwą trawestację Eneidy, dokonaną przez Iwana Kotlarewskiego (1798), w której bohaterowie Wergiliusza chodzą w strojach kozackich i zachowują rubaszne kozackie obyczaje.
W Null najbardziej oryginalny jest bodaj ów scytyjski przodek Ukraińców, którego kołczan „pokryty był skórą, którą ściągnął z prawych dłoni zabitych wrogów, razem z paznokciami, i jest tych paznokci na kołczanie trzydzieści, a pochwa jego akinasa [3] jest obita złotą blachą […]” [4]. Ma on konotacje ikonograficzne (wyobrażenia Czyngis-chana i jego potomstwa jako kołczanu ze strzałami). I to chyba wszystko. Powieść ponura, ale trudno się dziwić – jak ta wojna. Co gorsza, nudna. Potwierdza się moja prywatna teoria, że negatywny lub bezbarwny tytuł książki podcina jej skrzydła. Kiedyś Jak woda Wildsteina („Właśnie”, napisał Walc w najkrótszej możliwej recenzji), potem Flauta Adama Pluszki (który, nawiasem mówiąc jest redaktorem prowadzącym Null), teraz Null. Właśnie.
Poniedziałek, 28 lipca
Cały dzień leje. Spod powieki czytam z rękopisu pasyjne poezje z połowy XVII wieku: „I tesz to oczy o których mówiła / Oblubienica kiedy je chwaliła; / Oczy gołembie: mlekiem są wymyte, / Z nich mam pociechę swoję znakomitę; / Teraz zapadłe, sinie, krwią zawrzałe; / Z korony cieknie, ości w nich niemałe / Nasze o nasze bystre poglądania / A zatym marnych rzeczy pożądania / Łzy wycisnąwszy zamknęły powieki / O oczy oczy widzące przed wieki. / O śliczne włosy palmie przyrównane / Ach toście wzięły tak wielką odmianę / Ledz to sprawiły nasze zbytnie stroje / Nowe wymysły na ozdobę swoję / włosów kręcenia, różne ubierania / Wonnych olejków głowy nacierania / Teć to tak śliczne włosy poplątały / Teć że to z głowy najświętszej wyrwały” [5]. Poszczególne części ciała Zbawiciela są tu omawiane najpierw turpistycznie, z barokową dbałością o odstręczające szczegóły, po czym te właśnie okropieństwa przedstawia się jako skutek grzesznych działań wiernych. Autor, proboszcz wysocki i dziekan radomski, nie wszystkie swe dzieła poddawał cenzurze kościelnej, bo lubił upiększać narrację szczegółami, zaczerpniętymi ze swej mrocznej fantazji, z życia parafian i z tekstów apokryficznych (w Lamentach… z roku 1647 cytuje opowieść o kłaniających się Jezusowi chorągwiach przed pałacem Piłata, wskazując źródło: niekanoniczną Ewangelię Nikodema). W tym rękopisie wplótł nawet, nieco na siłę, swoje imię w opis rąk Chrystusa: „Ręce o ręce coście świat stworzyły / Za to was gwoździe okrutne zraniły / Oblubienica tak ich wspominała / bo się im barziej pilnie przypatrzała / Ręce toczone, są Jacyntów pełne”. W tekście, który jest wariacją na temat Pieśni nad pieśniami znaleźć można taki uroczy fragment: „I miałaś ty bydź mą oblubienicą / A tyś się stałą brzydką nierządnicą / O głupie dzieczko bańkiś się chwyciła / którą mała dziecina z mydła urobiła”.
Jeśli nie przestanie padać, trzeba będzie Dziewczynkom zorganizować puszczanie mydlanych baniek.
Wtorek, 29 lipca
Wyprawa do Gdańska na wystawę Nasi chłopcy w ratuszu, pokazującą udział Polaków z Pomorza Gdańskiego i okolic w wojsku niemieckim w czasie II wojny światowej. Czytałem na jej temat kilka sążnistych artykułów, ale większość autorów na samej wystawie nie była. Wystawa niewielka, ale temat wielki. Zaraz po wejściu natykamy się na instalację, która wyraźnie nawiązuje do prac Christiana Boltanskiego – ustawione w rzędach, jak nagrobki, fotografie anonimowych mężczyzn. Przyglądam się z drżeniem, czy nie rozpoznam twarzy Ojca (przedwojenny absolwent Politechniki Gdańskiej, po wojnie inżynier energetyk, pracujący naukowo najpierw w Trójmieście, potem w Warszawie – nic nie wiem, co robił w czasie wojny, nigdy się o tym w domu nie mówiło, prócz tego, że wojna to straszna rzecz). Przy dwóch zdjęciach mam lekkie wątpliwości, ale jednak uznaję, że nie, to nie on. W kolejnych salach dokumenty, pamiątki, przerażające dane statystyczne. Dużo fotografii: na przykład zdjęcie rodzinne: kobieta, mężczyzna w hitlerowskim mundurze, między nimi dziewczynka, trzymająca ojca za guz pagonu, spod jej łokcia widać „gapę”; obok to samo zdjęcie, na którym cały mundur dokładnie wyretuszowano czarnym atramentem, a rączka dziewczynki nienaturalnie ściska kołnierzyk bluzy ojca.
Są też dzieła sztuki. Na przykład akwarela pomorzanina Jana Wałaszewskiego, który należał do polskiej grupy dezerterów z Wehrmachtu, działających w holenderskim ruchu oporu (grupa Ludwika Dziubanego). Temat został dokładnie opisany przez artystę: „JEDNA Z AKCJI HOLENDERSKIEGO RUCHU OPORU «ORANJE» WSPÓLNIE Z POLAKAMI PRZEBRANYMI W MUNDURY ART[YLERII] NADBRZEŻNEJ (NIEMIECKIEJ) PRZY BARZE «AMERIKA» NA UL. BREESTRAAT W BEVERWIJK, PÓŁ[NOCNA], HOLANDIA, LIKWIDUJE GRUPĘ MARYNARZY NIEMIECKICH, KTÓRZY NALEŻELI DO KOMMANDO ZWALCZAJĄCEGO LUDZI Z RUCHU OPORU JAK I TYCH WSPÓŁPRACUJĄCYCH Z PODZIEMIEM I UDZIELAJĄCY[CH] POMOCY I PRZECHOWUJĄCY[CH] W DOMU U SIEBIE PARTYZANTÓW M. IN. TAKŻE POLAKÓW. 1945”.
Odnotuję jeszcze rycinę z 6 VI 1946 roku, przedstawiającą przesłuchanie przez służbę bezpieczeństwa repatriantów na posterunku PUR w Legnicy: „Naszym sierżantom oberwano dystynkcje i odznaczenia, w tym st. sierż. J. Zielińskiemu i Tandykowi (obaj pochodzili z Grudziądza); operowano wulgarnym językiem”.
Największe kontrowersje budzi w mediach tytuł wystawy. W tej kwestii chciałbym zwrócić uwagę na jedną z ostatnich gablot: Nie tylko Pomorze. Pokazano tu podobne zjawiska na zachodnich peryferiach Rzeszy: w Alzacji i Luksemburgu. Sytuację w Wielkim Księstwie, gdzie przymusowo wcielonych do wojska nazywano Ons Jongen („nasi chłopcy”), ilustrowano reprodukcją gazety pod takim tytułemż z listą poszukiwanych (z roku 1948). Lubię język luksemburski, więc chciałem obejrzeć. Niestety, obiekt ktoś ukradł. Nasi chłopcy? [6]
Piątek, 1 sierpnia
Z okazji święta narodowego Szwajcarii idziemy do kina „Żeglarz” na szwajcarsko-amerykański film o Dalajlamie Wisdom of Happiness (2024). Nieco naiwny, ale sympatyczny, jeśli wziąć w nawias niepotrzebne wstawki w stylu kampanii reklamowej „United Colors of Benetton”. Niezwykłe dokumentalne filmiki z chińskiej okupacji Tybetu. Najbardziej podobały mi się migawki z rozmów Dalajlamy z zachodnimi fizykami i innymi uczonymi, ich reakcje na słowa Jego Świątobliwości (szkoda, że bez głosu). A także scenki z filozoficznych dyskusji adeptów na tybetańskich mnichów, z gestykulacją i przytupem.
A przed kinem, nawiasem mówiąc spod powieki, widzę jak w lustrze, jakby po kaszubsku, natrętne pytanie: kei wops rewer? Jutro wracamy.

Poniedziałek, 4 sierpnia
Jaka to rozkosz czytać listy ludzi, którzy nie tylko znali wiele języków, ale też kochali języki i umieli nimi żonglować.
Weźmy takie koty. Krystyna Pomorska (trzecia żona Jakobsona) pisze do Marii Renaty Mayenowej, dziękując: „Liścik bardzo miły i miauk donośny”. Maria Prussak komentuje w przypisie: „Mayenowa pozdrawiała bliskie osoby naśladując miauczenie kota”. A ja pamiętam te miauki z czasów, kiedy pracowałem w IBL-u, wydawane dyskretnie acz dość głośno na powitanie niektórych osób, przyjeżdżających do Instytutu na konferencje. Nie wiedziałem wtedy, o co chodzi, teraz wiem. Współbrzmi z tym wątkiem fragment z listu z roku 1973 wspólnego przyjaciela, Wiktora Weintrauba, do Mayenowej, zachwalający najnowsze „opasłe tomisko francuskie” studiów Ingardena: „Jest tam i novum, spore studium, w którym drze Koty Baudelaire’a z Riffattere’m”. (To oczywiście aluzja do polemiki wokół różnych interpretacji Kotów Baudelaire’a, w którą zamieszany był także Lévi-Strauss).
Oboje, Mayenowa i Jakobson, są teoretykami literatury, ale też jej miłośnikami i, poniekąd, poetami. Kiedy on się skarży: „а от тебя ни ответа ни привета” (co chciałoby się przełożyć: „a od Ciebie nie ma ani odpowiedzi, ani zapowiedzi”), kiedy ona zauważa nagle: „Dzikie wino nawet w Warszawie coraz czerwieńsze, Pan Bóg zwraca późnojesienną monetą braki lata”, kiedy Mayenowa przesyła z prośbą o aprobatę tekst referatu, „odpisany z wstążki magnetofonowej”, kiedy posyłając Jakobsonowi „polskie ruskie” Madonny zaklina „Może się to okaże jeszcze jedną niteczką”, a na wybuchłą we Wrocławiu epidemię ospy reaguje słowami: „Ja w swojej wyobraźni zobaczyłam dlaczego bóg słońca strzela promieniami zarazy”, to ta dawka poezji się zagęszcza i krystalizuje. W poetyckiej, wyczulonej na słowo rozmowie trojga ma też swój udział Krystyna Pomorska, kiedy pisze: „A proposito (jako mówią Włosi, co jest dużo ładniejsze od wersji francuskiej) […]”, albo kiedy przed wakacyjnym wyjazdem z Jakobsonem na wyspę wspomina rusycystkę pochodzenia ormiańskiego, Bayarę Aroutonovą: „Bayara myślała, że wyspa to miejsce do wysypiania! I była tego całkiem pewna” […]. Cudne.
JAN ZIELIŃSKI
[1] „Wiadomości Literackie” 1932 nr 37.
[2] „Obwieszczenia Publiczne. Dodatek Do Dziennika Urzędowego Ministerstwa Sprawiedliwości” nr 100a z 14 grudnia 1932 s. 26.
[3] Zapewne: „akinakes”, sztylet lub krótki miecz scytyjski.
[4] Szczepan Twardoch, Null. Warszawa, Marginesy, 2025, s. 121.
[5] X. Przetockiego Jacentego Wiersze nabożne. Rękopis Ossolineum sygn. 687/I.
[6] Pismo jest dostępne w sieci. Oto przykładowa strona z listą poszukiwanych: https://viewer.eluxemburgensia.lu/ark:70795/3c2wq6/pages/7/articles/DTL120
W 5. rocznicę śmierci Wojciecha Karpińskiego prezentujemy dwa listy z tomu jego korespondencji z Józefem Czapskim, który ukaże się nakładem Wydawnictwa Próby pod koniec 2025 roku. Karpiński należał do najbliższych przyjaciół Józefa Czapskiego, za jego życia i po śmierci był niestrudzonym propagatorem jego twórczości. Trwająca trzydzieści lat korespondencja, jest świadectwem przyjaźni i wzajemnego oddania, a także ważnym komentarzem do życia i twórczości obydwu korespondentów.

[Józef Czapski do Wojciecha Karpińskiego]
26 VI 1982
Mój drogi Wojtku,
Nie miała baba kłopotu, kupiła sobie prosię – Ty mnie sobie kupiłeś, więc cierp. Choć za chwilę Cię tu czekamy [1], wolę zaraz Ci posłać nowy tekst – 32 strony – który powinien bym jeszcze przepisać, ale mnie już nie stać [2]. Ten tekst wydaje mi się napisany w okresie intensywnych myślowych przeżywań pięć lat temu. Od tego czasu chyba wiele się zmieniło i we mnie, w ostrości pewnych istotnych przeżywań, że zdaje mi się, że posyłam tekst kogoś innego!
Posyłam z wielką nieśmiałością, bo to jest naturalnie ciągłe obnażanie, co zawsze jest moralnie niebezpieczne. Ale od czasu, kiedy pochwaliłeś mi tamten tekst [3], chciałbym aby i ten był w Twoich rękach, bo znalazłem takich tekstów więcej. Naraz je odkrywam i potem gubię w morzu moich 188 tomów [4] i nagle uwierzyłem, że może z tego być kiedyś książka, jak piszesz [5], jeżeli moje zapaści mózgowe nie będą za szybko wzrastać.
Twój dozgonny obdarowany przyjaciel
Józef
[Wojciech Karpiński do Józefa Czapskiego]
New York, 13 VII 1982
Kochany Józiu,
Dziękuję za nowe strony z dzienników. Tylko zaostrzają apetyt na dalsze. Są wspaniałe. Inne od tamtych, zarazem stanowią ich kontynuację. Mam raz jeszcze przekonanie, że z tych stron złoży się książka, jakiej nie było dotąd w polskiej literaturze. Że Twoje pisarstwo, przez swoją prywatność, intensywność, niezależność od mód, zapełnia ważną lukę w kulturze polskiej, brak uwrażliwienia na „zindywidualizowany wymiar uniwersalny”, na „niezinstytucjonalizowaną (i niesprofesjonalizowaną) metafizykę”. Te strony przypominają najlepsze fragmenty Miłoszowego Ogrodu nauk [6], są jednak bardziej osobiste, bardziej odważne.
Chciałbym wrócić niedługo do problemu, który poruszyłem w szkicu o Gustawie [7]. W literaturze emigracyjnej fascynuje mnie pewien nurt, który znamionuje się uwrażliwieniem na rzeczywistość, jakkolwiek wiele miałaby oblicz, jakkolwiek trudne byłoby dotarcie do niej. Ten metafizyczny wymiar dostrzegam u pisarzy tak różnych jak Wat, Miłosz, Gombrowicz [8]. Twoje dzienniki są znakomitym przykładem takiej postawy wobec myśli i bytu. Dlatego musisz zrobić z nich książkę. Nikt inny tego nie zrobi. Gotów jestem poświęcić w Paryżu czas (i innych do pomocy zagonić), aby tylko ta książka możliwie szybko oblekła się w drukarską cielesność. Jak pasjonująca będzie to lektura dla młodego pokolenia! Jak ważna i aktualna, przy całej prywatności i odmienności.
Moje plany: wyjeżdżam 26 lipca wieczorem samolotem do Frankfurtu. W Paryżu będę 27 wieczorem bądź 28 lipca. Ciągle jeszcze nie zakończyłem przygotowywania do druku Amerykańskich cieni [9]. Potrzeba mi tygodnia spokoju w dobrych warunkach, wymagania niemałe w naszych czasach. Teraz byłem zajęty przygotowywaniem wywiadów dla Wolnej Europy z Kołakowskim, Miłoszem, Barańczakiem [10]. Myślę, że wyszło ciekawie.
Byłem tu raz jeszcze na wspaniałej wystawie Francuzów [11], którą oglądałem w Paryżu w Grand Palais. A także na dużej ekspozycji wielkich abstrakcjonistów [12] w Guggenheim Museum – co za nuda!
Bardzo serdecznie Cię ściskam i do szybkiego zobaczenia
Wojtek
[1] Wojciech Karpiński przebywał od września 1981 w USA, gdzie prowadził wykłady na Yale University. Po wprowadzeniu w Polsce stanu wojennego (13 XII 1981) znalazł się na oficjalnej liście „ekstremistycznych działaczy «Solidarności» oraz innych nielegalnych organizacji”. Nie mogąc wrócić do Polski postanowił osiedlić się w Paryżu, gdzie dostał posadę profesora w Centre national de la recherche scientifique.
[2] Mowa o maszynopisie fragmentów z dziennika z marca 1976, ogłoszonych już po śmierci autora pt. Wyrwane strony, „Zeszyty Literackie” 1993 nr 4 / 44.
[3] Mowa o maszynopisie fragmentów z dziennika czerwiec 1961–styczeń 1962, który ukazał się pt. Dziennik (zeszyt 1961–1962), „Zeszyty Literackie” 1983 nr 1.
[4] Po śmierci Czapskiego w jego archiwum zachowało się blisko 300 tomów dziennika z lat 1941–1992.
[5] Wojciech Karpiński przez wiele lat namawiał Józefa Czapskiego do publikacji wyboru z jego dzienników, podawał do druku jego fragmenty w „Res Publice” i „Zeszytach Literackich”, a także starał się o ich wydanie w formie książkowej. Po raz pierwszy zostały one zebrane w tom przez Joannę Pollakównę w tomie Dzienniki, wspomnienia, relacje, Kraków, Oficyna Literacka, 1986, a następnie pod tytułem Wyrwane strony (oprac. Joanna Pollakówna i Piotr Kłoczowski, Warszawa, Noir sur Blanc, 1993; oraz w oprac. Barbary Toruńczyk, Warszawa, Zeszyty Literackie, 2010).
[6] Czesław Miłosz, Ogród nauk, Paryż, Instytut Literacki, 1979. Wojciech Karpiński nawiązuje do swobodnej i pojemnej formy książki, gdzie Miłosz pomieścił różnorodne formy literackie (eseje i przekłady) z różnych lat i porządków.
[7] Wojciech Karpiński, Proza Herlinga-Grudzińskiego, „Tygodnik Powszechny ” 1981 nr 29 (następnie w tomie: Wojciech Karpiński, Książki zbójeckie, Londyn, Polonia Book Fund, 1988).
[8] Aleksander Wat. Czesław Miłosz, Witold Gombrowicz a także Józef Czapski, Jerzy Stempowski i Konstanty A. Jeleński zostali określeni przez Karpińskiego mianem „pisarzy zbójeckich”, opisał ich wszystkich w tomie Książki zbójeckie. Szkice o literaturze emigracyjnej, Londyn, Polonia Book Fund, 1988.
[9] Wojciech Karpiński, Amerykańskie cienie, Paryż, Instytut Literacki, 1983.
[10] Rozmowy Wojciecha Karpińskiego zostały wyemitowane na antenie Radia Wolna Europa we wrześniu 1982 (z Czesławem Miłoszem), w listopadzie i grudniu (ze Stanisławem Barańczakiem). Rozmowa z Leszkiem Kołakowskim, ze względu na problemy z taśmą, nie została wyemitowana, jednak w tym samym czasie Wojciech Karpiński ogłosił obszerną rozmowę z Kołakowskim w formie książkowej: Wojciech Karpiński, Nie wierzę w zwycięstwo totalitaryzmu… Wywiad z Leszkiem Kołakowskim, Warszawa, Głosy, 1983.
[11] Mowa o wystawie „France in the Golden Age: seventeenth-century French paintings in American collections”, kuratorzy: Pierre Rosenberg, John Pope-Hennessy, Grand Palais, Paryż, styczeń-kwiecień 1982, Metropolitan Museum of Art, Nowy Jork, maj-sierpień 1982.
[12] Mowa o wystawie „Kandinsky in Munich: 1896-1914” Guggenheim Museum, Nowy Jork, styczeń-marzec 1982, która, obok dzieł Kandinskiego, prezentowała obrazy jego nauczycieli i uczniów.
Nadii
Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa
wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku
żebyś nie tylko oczami ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi
i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.
Zbigniew Herbert
1. Tak, to była długa podróż. Niemal dwadzieścia tysięcy lat w głąb po omacku pozornie bez celu. Oświetlona jedynie słabą latarenką czołówki. W załomach skał, w kałużach śliskiej gliny. Podróż do sromu ziemi? Do łona sztuki?
Nie przypadkiem zacząłem od Herberta. Jego Lascaux jest dla mego Szulgan-Tasza pre-tekstem do wyjścia z milczenia po to, aby dojść gdzie indziej. Nasze jaskinie znajdują się na dwóch przeciwległych krańcach Europy. Herberta w dolinie Wezery na południu Francji, moja na zakolu Agidel w południowym Uralu. W Lascaux zaczyna się sztuka europejska, a w Szulgan-Taszu się kończy. Dalej na wschód jest Azja.
Aliści nie tylko to różni nasze jaskinie… Herbert przyjechał z Paryża do Montignac autobusem, w małej restauracji zjadł na śniadanie omlet z truflami, które zaliczył do historii sztuki jako jedno z ludzkich szaleństw, poświęcając im dwa akapity, potem pieszo autostradą do parkingu z coca-colą, skąd wprowadzono go do obetonowanego podziemia przypominającego bunkier z podwójnymi metalowymi zaworami jak w skarbcu, aż wreszcie znalazł się we wnętrzu groty. Nasza droga do Szulgan-Taszu to doba firmową „Karelią” do Moskwy, później dwie doby koleją do Ufy przez nadwołżańskie stepy Czuwaszy, Moleszy, Tatarów i Erzji, upstrzone polankami kwitnących poziomek i ramionami naftowych szybów w oddali, potem zaś jeszcze 400 kilometrów przez stepy Baszkirii w góry Południowego Uralu samochodem do Murat-Tagaju.
Budynek muzeum wyrósł przed nami na końcu asfaltowej drogi, jak gdyby w dolinie rzeki Białej (zwanej przez Baszkirców Agidel), otoczonej ze wszystkich stron zielonymi górami, sypiąc iskrami po wodzie wylądował raptem pojazd kosmiczny z innej planety, przypominający ogromnegoplejstoceńskiego ptaka, składającego skrzydła po długim przelocie. Wnętrze muzeum odpowiadało jego sylwetce, wystarczyło wejść do środka, żeby odlecieć w czasie. Niewiada tylko: w odległą przeszłość, czy w pobliską przyszłość? W późny paleolit epoki elektronicznej. Jak długo żyję, takiego muzeum jeszczem nie widział!

Sympozjum na temat paleolitycznej sztuki naskalnej w muzeum Szulgan-Taszu poświęcono pamięci Jekatieriny Georgijewny Dewlet, niedawno zmarłej archeolożki rosyjskiej, autorki wielu książek o pierwobytnej sztuce, w tym fundamentalnych Mitów w kamieniu, które teraz, kiedy piszę te słowa, leżą otwarte na moim piśmiennym stole.
Nie oznacza to, że nie interesuję się sztuką pierwobytnych ludzi, na odwrót! Zafascynowała mnie jeszcze latem 1999 roku, gdy na Wasinym jachcie „Antur” podeszliśmy do Biesow Nosa nad Jeziorem Onieżskim, gdzie pierwszy raz ujrzałem naskalne ryty. W skośnych promieniach siadającego słońca podziwiałem dzieła z epoki neolitu, kiedy sztuka była magią, a nie ścieżką do poklasku czy kasy. Poznałem tam profesor Nadieżdę Łobanową z Rosyjskiej Akademii Nauk, miłośnicę północnych petroglifów, autorkę wielu prac na ich temat. Potem przez wiele lat Nadia była moim przewodnikiem w naskalnych galeriach, odkrywając przede mną naszą pierwotną istność. Przegadaliśmy niejeden wieczór, dyskutując o semantyce rytu, ona z materialistycznym zadęciem, ja raczej z pozycji animistycznej. Odbyliśmy też parę wypraw i przyjaźnimy się do dzisiaj. To dzięki Nadii trafiłem do jaskini Szulgan-Tasz, nazywanej także Kapową Pieczarą.
Oprócz fascynacji pierwotną sztuką naskalną do Kapowej Pieczary przywiódł mnie los Aleksandra Rumina, odkrywcy jej rysunków. Sama jaskinia była znana od dawna, już w 1760 roku opisywał ją i narysował do niej wejście Piotr Ryczkow, pierwszy historyk Południowego Uralu, potem zaglądało do niej wielu, między innymi geograf Iwan Lepiechin, geolog Nikołaj Meglicki i leksykograf Władimir Dal (każdy z nich opisał ją po swojemu), ale dopiero Aleksander Rumin w 1958 roku odnalazł w niej to, czego szukał. Natrafił na skalny rysunek czerwonego konia, od którego wszystko się zaczęło. „Kto wie – pisał potem – może to pierwszy rysunek w tej pieczarze, a może na całej Ziemi? Wszak tutaj rodziła się sztuka”.

2. Postać Rumina, jak i jego konia, jest niewyraźna. Źródła, z których korzystałem, nie dają odpowiedzi na niektóre pytania. Dla przykładu: za co Wiktora Telliera, dziadka ze strony matki, potomka rodu francuskich dworzan (zbiegłych po rewolucji francuskiej do carskiej Rosji) i wychowanka korpusu morskiego, pozbawiono szarży oficerskiej i skazano na karę śmierci, którą potem, dzięki wstawiennictwu rodziny, zamieniono na wieczne posielenie w Jakucji? Nic także nie wiadomo na temat Jakutki, z którą zesłaniec Tellier spłodził Praskowię, matkę Rumina, ale jego związek z kobietą jakucką przypomniał mi podobny epizod w biografii Wacława Sieroszewskiego (do jej napisania swojego czasu namawiał mnie Giedroyc…) i to wystarczyło, żebym bliżej zainteresował się losem syna Paszeńki.
Aleksandr Władimirowicz Rumin urodził się jesienią 1914 roku w Omsku, dokąd zesłano jego ojca. Następnie Władimira Walentynowicza przeniesiono do Biszkeku i Sasza dzieciństwo spędził na kresach Rosyjskiego Imperium w kirgiskich stepach. Step nauczył go patrzeć daleko, nie dziw przeto, że w Moskwie potem się dusił. Lekarstwem była dla niego działalność w Kole Młodych Biologów przy moskiewskim Ogrodzie Zoologicznym, gdzie mógł rozwijać przyrodnicze pasje i jeździć na wyprawy naukowe. Wtedy pierwszy raz trafił na południowy Ural, swoją Ziemię Obiecaną. Potem latami wspominał bezkresne górskie grzbiety, szumiące rzeki i dziewicze lasy, po których błądziły stada łosi. Czasem tu i tam można było napotkać niedźwiedzia. A powietrze dźwięczało od dzikich pszczół. Zapewne wtenczas przyszło mu na myśl, że właśnie tutaj należałoby szukać śladów jaskiniowego człowieka, bo nawet w najchłodniejszym okresie średniego plejstocenu centrum południowego Uralu dzieliło od lodowca niemalże tysiąc kilometrów, a w późnym plejstocenie, kiedy pojawia się człowiek, półtora tysiąca. Podobnie więc, jak na zachodzie w Pirenejach, życie na południowym Uralu mogło przetrwać zlodowacenie Europy. Należało to udowodnić!
W latach trzydziestych Aleksandr Władimirowicz ukończył fakultet biologiczny Uniwersytetu Moskiewskiego jako zoolog-łowca, specjalizujący się w pierwotnym myślistwie, pracował w moskiewskim Ogrodzie Botanicznym pod kierunkiem Michała Menzbira, twórcy rosyjskiej ornitologii i przyjaźnił się z Iwanem Jefremowem, znakomitym paleontologiem i nie mniej znanym autorem powieści fantastycznych, z którym wyprawiali się na Kaukaz i do Średniej Azji. Jefremow utwierdzał Rumina w jego przekonaniu o wadze południowego Uralu w dziejach ludzkości podobnie jak archeolog Anatolij Briusow, z którym Aleksander Władimirowicz w 1945 roku na polecenie Stalina poszukiwał w Kaliningradzie bursztynowej komnaty… Nad swoją dysertacją doktorską Rumin zaczął pracować pod kierunkiem profesora Manteuffla jeszcze przed wojną, a obronił ją w 1940 roku, lecz na skutek pomówień o niezgodność pracy z linią partii dopiero w 1948 roku dzięki interwencji akademika Mścisława Keldysza, otrzymał stopień naukowy. Całą wojnę Rumin przesłużył jako zwiadowca, działając na tyłach wroga niczym jakucki łowca, za co przedstawiono go do tytułu Bohatera Związku Radzieckiego, ale wtenczas dała o sobie znać zawiść generałów, że jak to taki wyskoczek ma dostać najwyższy tytuł, a ich z paskami omijają, i Rumin tytułu nie dostał… Za to pod sam koniec wojny doznał poważnej kontuzji i gdyby nie sambo, zostałby do końca życia kaleką. Wykaraskać się pomógł Anatolij Harłampiłow, twórca rosyjskiego stylu walki. Pod jego okiem Rumin zaczął trenować i powoli powrócił do formy. Znowu brał udział w ekspedycjach (na Kiżach w Karelii łowił żmije), wykładał na różnych wyższych uczelniach, między innymi na Uniwersytecie im. Lumumby, ale nigdzie dłużej nie zagrzał miejsca, nie potrafiąc przystosować swoich poglądów naukowych do partyjnej wykładni. A KGB nie dawało spokoju, nagabując go raz po raz i za każdym razem grożąc mu, że go zgnoją, jeśli nie przestanie cudaczyć. W końcu zakończył moskiewskie sprawy, zwolnił się z pracy i pojechał na południowy Ural szukać swojego konika.
W 1958 podjął pracę jako starszy pracownik naukowy w oddziale baszkirskiego rezerwatu w Irgizłach, a już w 1959 roku ogłosił w Instytucie Archeologii Akademii Nauk ZSRR o odkryciu rysunków naskalnych w Kapowej Pieczarze! Rzecz jasna, mało kto mu wierzył, wszak świat naukowy radzieckich archeologów był w owym czasie głęboko przekonany, że jedynym miejscem występowania naskalnych rysunków epoki paleolitu jest region francusko-kantabryjski. Nieszablonowo myślącemu Ruminowi zarzucono brak kompetencji i oskarżono o nadmiar fantazji, że niby w zwykłych jaskiniowych naciekach dopatrzył się tworów ręki człowieka. Aleksandr Władimirowicz próbował się bronić, publikując w „Wokrug swieta” artykuł o rysunkach w Kapowej Pieczarze, ale rozgramiająca artykuł recenzja Otto Badera, metra sowieckiej archeologii w tamtym czasie, była gwoździem do przysłowiowej trumny Rumina. W gazetach zaczęła się nań nagonka, „Sowiecka archeologia” odmówiła publikacji tekstów wcześniej przyjętych do druku, a partia zagroziła wykluczeniem ze swoich szeregów, co wtedy groziło zamknięciem w szpitalu psychiatrycznym albo zesłaniem do łagru. Szczęściem, Rumina obeszło to bokiem. Skończyło się na wydaleniu z baszkirskiego rezerwatu i powrocie do Moskwy… Krótko mówiąc, Aleksandr Władimirowicz powtórzył los Marcelino de Sautuoli, któremu zarzucono niegdyś fałszerstwo rysunków w Altamirze.
O ile Sautuola nie dożył zadośćuczynienia, zmarł bowiem z piętnem kłamcy piętnaście lat przedtem, nim jego oszczerca, autorytet francuskiej archeologii Émile Cartailhac przyznał się do swojego błędu i przywrócił dobre imię odkrywcy Altamiry, o tyle Rumin miał więcej fartu, bo Otto Bader zreflektował się i w 1960 roku przyjechał do Szulgon-Taszu, aby po niewczasie sprawdzić rewelacje Aleksandra Władimirowicza. Okazało się, że choć niektóre rysunki rzeczywiście były dziełem przyrody, to jednak większość zwierzęcych wizerunków na ścianach Jaskini Kapowej, zwłaszcze te wypełnione ochrą bordo (w odróżnieniu od czarnych nacieków) były niewątpliwie tworem pierwotnych ludzi. Tym samym Ruminowi zwrócono tytuł pierwo-odkrywcy rysunków naskalnych w Jaskini Kapowej, a konia na pierwszym rysunku znalezionym przez Aleksandra Władimirowicza, na jego cześć nazwano „koniem Rumina”. Splendor odkrywcy Rumina ominął. Był zoologiem, nie archeologiem – tłumaczyli, gdy ktoś pytał o pierwoodkrywcę.
Zaczął się boom! Znalezisko w Kapowej Pieczarze stało się światową sensacją archeologiczną, kopano w niej, znachodząc co rusz coś nowego. Kolejny rysunek na ścianie, niedźwiedzią łopatkę w glinie, motykę z kamienia, jadeitowy wisior czy dwie pokiereszowane czaszki młodziutkich dziewcząt, co do których zachodzi podejrzenie, że stały się ofiarami rytualnych mordów, ale to późniejsza historia, już z epoki brązu… Kapowa Pieczara stała się też marką turystyczną Baszkirii, rokrocznie przewalały się przez nią tabuny ciekawskich, zostawiając własne bazgroły na ścianach i nierzadko zapaćkując oryginalne rysunki. W 1971 roku zamknięto jaskinię dla zwiedzania i postawiono ochronę, w 2003 roku kopiści z Ermitażu skopiowali dla turystów rysunki naskalne na ścianie pierwszej sali jaskini, zaś w 2023 roku Olga Czerwjacowa z muzeum Szulgon-Tasza opracowała wycieczkę wirtualną po Kapowej Pieczarze.
W 1999 roku w Radiu Rassija nadawali reportaż z Szulgan-Tasza na 40-lecie znalezienia rysunków. Ludmiła Michajłowna, żona Rumina, myła w tym czasie naczynia w kuchni i znienacka usłyszała nazwisko męża. Czym prędzej pobiegła do Saszy, aby podzielić się z nim radosną nowiną. Rumin nie zwrócił uwagi, zajęty w tym czasie pozyskaniem energii z pola magnetycznego, która mogłaby zastąpić tradycyjne źródła prądu… Uniwersytet w Kanadzie proponował mu laboratorium badawcze i dom nad jeziorem Ontario, ale Rumin marzył jedynie o tym, aby osiąść z Ludą w Irgizłach i resztkę czasu spędzić w tym rajskim zakątku pośród lubianych przezeń Baszkirów. Później się zreflektował i pod koniec lutego 2000 roku do dyrektora rezerwatu Szulgan-Tasz wpłynął list, w którym Rumin wyrażał gotowość przyjazdu do Kapowej, aby dokończyć badania. Jak gdyby zapomniał, że jest na poły ślepy i skończył 86 lat.

Aleksander Władimirowicz Rjumin z żoną Ludmiłą Michajłowną Pieriegudą w Moskwie, 2005 (fot. M. N. Rasarew)
Aleksandr Władimirowicz odszedł 7 kwietnia 2007 roku w wieku 92 lat.
3. Siedząc na tarasie gościnnego domu w Murat-Tagaju nie mogę nie zgodzić się z Ruminem… Dolina Agidel to istny raj na ziemi! Znad rzeki Białej snują się mgły niby mleko rozcieńczone porannym światłem, obłe grzbiety gór w zielonej gęstwie lasu przypominają widoczki z Umbrii, w powietrzu pachnie lipami i miodnym zielem, a w glinianej miseczce na stole pieni się złoto-brązowa patoka jak bursztyn tający na słońcu. Można-li znaleźć lepsze śniadanie? Więc słówko o burzjańskiej patoce.
Baszkirskie pszczelarstwo barciowe ma długą tradycję. W Birskim mogilniku sprzed 1500 lat odnaleziono sparciałe leziwo z chobotem i zmurszały łaźbień. A sama nazwa Baszkortostanu pochodzi ze złożenia głowy (basz) z pszczołą (kort), wskazując na krainę miodem płynącą. Las zajmuje jedną trzecią republiki. Tak obszernych leśnych terenów nie ma od Ałtaju po Karpaty! Rośnie na nich ponad trzysta miodonośnych roślin. Ale tylko tu, w burzańskim regionie, żyje czarna żądliwa pszczoła leśna (Apis mellifera). Miód, dobywany z ich barci, nie ma sobie równych. Nawet kasztanowy miód z Ałtaja, zajmujący dotąd pierwsze miejsce na mojej miodowej liście, spadł z piedestału. Śniadając kurutem z burzińską patoką i kwaśnym kumysem, o Herbercie pomyślałem. Jakże daleko stąd do jego trufli.
Pisana historia baszkirskiego pszczelarstwa sięga czasów Katarzyny II Wielkiej, która lubiła zaczynać dzień o szóstej rano od filiżanki mocnej kawy z łyżeczką miodu i codziennie na twarz kładła miodową maseczkę. Caryca porównywała się do matki roju, a na tabakierce miała brylantowy ul ze złotymi pszczołami i dewizą „Pszczoły noszą miód do ula”. Na jej polecenie w 1767 roku Pietrusza Ryczkow napisał oczierk O sodierżanii pczioł, w którym wykorzystał nie tylko bartnicze tradycje Baszkirów, ale i własne obserwacje, bo w swoim majątku postawił szklane ule, aby podglądać pszczoły. U Ryczkowa znalazłem, że miody z uli oczyszczano z wosku w rozgrzanych piecach (dzisiaj używa się wirówek), a patoka sama wyciekała z plastra, dzięki czemu jej goryczka tak długo wypełnia usta, jak długo zżuwamy woskowe okruchy. Wreszcie mgły się rozsnuły jakby kurtyna się uniosła nad sceną ziemskiego paradyżu. Przede mną iskrząca w słońcu dolina Agidel w oprawie malachitowych pagórów, pośród nich Saryk-Uskan, a w nim Kapowa Pieczara.
Ryczkow pierwszy opisał Szulgan-Tasz! Całe jego dorosłe życie związane było z Baszkirią: od jej oswojenia przez Ruskich w ramach tak zwanej „Orenburskiej ekspedycji” (uczestniczył w niej jako główny buchalter), poprzez zatrudnienie na różnych szczeblach administracji Orenurgskiej guberni, po pochówek w jego baszkirskim majątku Spasskoje, który dostał w podzięce za gorliwą służbę. Piotr Iwanowicz był jednym z wybitniejszych uczonych swojego czasu: kartograf i przyrodoznawca, dziejopis i ekonomista, autor Topografii Orenburskiej Guberni i Historii Orenburga oraz wielu pomniejszych prac (bez ich znajomości o Baszkirii nie ma co się mądrzyć). Dzięki poręce Łomonosowa, stał się pierwszym członkiem korespondentem Akademii Nauk, choć nie zakończył żadnej szkoły, protekcja Katarzyny II sprawiła, że został zaliczony w poczet Wolnego Towarzystwa Ekonomicznego, a Gerhard Müller zaprosił go do współpracy z żurnalem „Jeżemiesjacznyje soczinienija i pieriewody, k polzje i uwiesielieniju służaszczimi”. To w nim Ryczkow zamieścił opis Kapowej Pieczary z ilustracją, nad którą pochylam się marząc jak mały Wołodia Nabokov, aby wejść na tę ścieżkę i wrócić do zaczarowanej pieczary.

Dlaczego Ryczkow, a nie któryś z późniejszych opisujących Kapową Pieczarę, zwrócił moją uwagę? Bo był pierwszy, który ją opisał! Kolejni powtarzali jego tropę, po drodze dodając coś od siebie. Jeśli więc chcę zobaczyć Kapową Pieczarę możliwie „czystym okiem”, śladem pierwszego podróżnika, który zabrał się za jej opisanie, to właśnie „tropą Ryczkowa”. Postanowiłem zajrzeć do pieczary z jego tekstu. Wejść do jaskini jego oczami. (Lubię teksty pierwoprochodcow. Kolejne relacje to post-teksty – literatura wtórna, scholastyczna).
W styczniu 1760 roku, objeżdżając południowy Ural, radca kolegialny Piotr Iwanowicz Ryczkow wizytował Wozniesieński Zakład Miedziowy, od którego do Kapowej Pieczary ręką podać – 14 wiorst. I choć potem pluł sobie w brodę, że o tej porze roku, nigdy więcej, zaciekawiony mitycznymi legendami o pieczarze, postanowił zobaczyć na własne oczy i opisać ją swoimi słowami. Wybrali się w sześciu, wierzchem. Kolaską w śniegu, koniom po jajca, nie daliby rady. Prowadził ich baszkirski przewodnik. W ekipie Ryczkowa było paru sołdatów z ochrony Zakładów oraz rysownik wyprawy, podporucznik Krasilnikow. Jego rysunkiem Ryczkow zilustrował Opisaniije pieszcziery, nachodiaszczejsja w Orenbrugskiej gubernii pri rieke Biełoj, kotoraja izo wsjech pieszczier башкирских, za samuju sławnuju i samuju balszuju poczitajetsja. To jego ścieżką do jaskini doszedłem.
Zaczyna z lotu ptaka… Oto główne rzeki Baszkirii spływają z grzbietu uralskich gór, zwanych dawniej Hiperborejskimi albo Ryfejskimi (gdzieś czytałem, że Ryfejskie to Sudety) i wszystkie ciekną ze szczytów, jedne w drugie się wlewając, żeby na końcu wpłynąć do Uralu. W kamienistych górach wiele jest zawalisk i przepaści, szczelin i pieczar, godnych opisu. Najciekawsza jest jaskinia nad rzeką Białą, największą spośród baszkirskich rzek. Baszkirowie nazywają ją Ak-Izyl, czyli Biała Rzeka.
Ciekawostką jest anachronizm w nazwie rzeki, do której wpływają pozostałe. Katarzyna II wprowadziła ukazem nazwę Ural, by rzeka nie kojarzyła się z pugaczowskim Jaikiem, ale ukaz wyszedł w 1775, a Ryczkow swoją relację opublikował w 1760 roku. Rozumiem z tego, że korzystam z późniejszej, już ocenzurowanej wersji jego Opisanija...

W końcu docieramy do wejścia w szczelinę skalną zwaną Portalem, bo zaiste jest wielka – czterdzieści osiem metrów na osiemnaście – jak ogromny skalny srom. Wydano nam wcześniej odzież ochronną, wyglądaliśmy jak ratownicy z epidemii covida: białe kalosze, białe skafandry i białe kaski. Jedynym, co nas różniło, była latarka czołowa na kasku. U wejścia do kamiennego włagiliszcza czekał nasz gid – Michaił – syn głównego archeologa Szulgan-Tasza, kandydata nauk Wiaczesława Kotowa. Jest historykiem sztuki! Do teraz pomnę jego wzrok spod snopu światła z mocnej baterii na jego kasku za każdym razem, kiedy odwracał do nas twarz. W oczach było ciemno i fryzurę miał pierwobytną.
Poza pierwszą salą, gdzie można oglądać kopie rysunków w poświacie od wejścia, pozostałe sale pierwszego i drugiego poziomu wypełnia ciemność absolutna (piszę „wypełnia”, gdyż w rzeczy samej ciemność jest czarna i gęsta jak czernidło) tuż za kratą dla turystów. Dalej iść nie mogą. Michał przepuszczał nas po jednemu, uważnie mierząc wzrokiem każdego.
– Od tego miejsca Ryczkow wszystko liczył w sążniach, nie darmo jego pierwszym zajęciem była buchalteria. Zastanawiał się, ilu strzelców zmieści się w pierwszej sali jaskini w zasadzce na wroga. Wyszło, że ze trzy tysiące. Był przewidujący, dwa lata później te ziemie ogarnęło powstanie Pugaczowa.
Ciekawe, jakże Rumin sobie tutaj poradził, zastanawiałem się na metalowej, kręconej drabince, pokonując po niej komin skalny – dwudziestometrowy. Jak oni tędy we trzech wciągnęli na linach dwa akumulatory od kombajnów? Tylko Rumin mógł być tak zdeterminowany. Za to mieli światła od kombajnu, nie od latarki i zobaczyli to, czego przy latarce nie widać.
My wgapialiśmy się w tę ciemnię światełkiem lampek na kaskach, Michaił silniejszym snopem wyławiał z kamiennego mroku rysunki, jakby je wyświetlał na naszych oczach. Sylwetę konia i dwugarbnego wielbłąda, całą rodzinę mamutów (jeno w jaskini Szulgan-Tasz można zobaczyć kompozycje zbiorowe), oddzielne nosorogi, bizony czy żubry (spory trwają do dzisiaj, o czym dalej mowa), cień człeka prześwitującego spod jednego z mamutów. Nie bez kozery, mówi Misza, w Szulgan-Tasz mamy do czynienia z kunsztownym wyrażeniem totemnej nostalgii, po dawnych naszych zwierzęcych formach istnienia w wodach płodowych. Pieczara-macierz, z której wychynęliśmy na świat. Naskalnym kunsztem dokazaliśmy naszą ludzką istotę – mówi to historyk sztuki, nie archeolog.
Szulgan-Tasz – to baszkirska nazwa jaskini, oznacza „górę, która się zapadła”, natomiast Kapową Pieczarę wymyślił bodaj Dal od „kapania”. Kapało z lodowych sopli, póki ich turyści nie obłamali do szczętu. Ani stalaktytów, ani stalagmitów dzisiaj w Kapowej nie ma, a jeśli gdzieś jeszcze kapie, to już tylko ze ścian płacze. Jaskinia ma ponad siedem kilometrów i jedynie cztery z nich jako tako zbadano. Przy tym dolne, podwodne piętro nie dało się spenetrować do końca. Zadusiło Walerego Nassonowa płetwonurka z Ufy, zaciskając rurkę od tlenu skalnymi wargami rozpadliny. Pieczara jest swojego rodzaju labiryntem, zależnie od oświetlenia lampką oliwną czy łuczywem coraz inne formy przybiera, przy żywym ogniu mieni się kształtami, rzuca cienie, raz dłuższe, raz krótsze, jakby zmieniając kąty patrzenia, a przy świetle elektrycznej latarki jedynie oddaje blikiem. Próbowano robić plany w różnych skalach, z profilu i en face… Z Michaiłem idziemy według planu Rumina.

Kolejne sale, Sala Obrazów, Sala Znaków i jeszcze kilka innych, w każdej nowoczesne urządzenia do pomiarów, aż nieswojo się robi dwugarnemu wielbłądowi, który wyraźnie zamierza zejść nam z oczu. A co za nich widać? Paleolityczne hieroglify, prążki na glinie kubka? Archeologowie kłócą się zażarcie o te prążki, która to kultura?

Michał co chwilę gasił światło i prosił, abyśmy i my zgasili i wtedy zapadała cisza na parę minut… Cisza, jakiej w życiu nie słyszałem. Ogłuszająca! Ciszaaa, w której tracisz orientację, bo raptem przestrzeń znika. Czy skała ze wszech stron, czy glina? Niewiada, czy się potykasz i dalej idziesz na czterech, nie wiesz, czy ze ścianą się bodziesz czy polepę klepiesz. Utytłany w glinie, na ramieniu Naty, w końcu wyłoniłem się na światło dzienne… na brzegu małego jeziorka Szulgan. W baszkirskiej mitologii z jeziorka Szulgan wyszedł pierwszy człowiek, spłodzony przez muśnięcie wody promieniem słonecznym. Wodne oko Szulgan tworzy rzeka Szulgan, która milionami lat drążyła we wnętrzu Saryk-Uksana skalny labirynt jaskini Szulgan-Tasz i wypływa na powierzchnię u jej wejścia. W jednym z mitów wyszedł stamtąd także pierwszy koń. Przewodnik stada koni baszkirskich.
– Raz jeszcze – radośnie się śmieję do Naty – udało mi się wyjść z podziemnego świata o własnych nogach, raz jeszcze nie przepadłem w Czarnej Dziurze. Plan Rumina jest jak wycinanka z superczarnego papieru. Jeśli gasimy światło z tamtej strony wycinanki, wycinanka Rumina robi się czarna jak skała, w której Szulgan ją drążył… Takiej czerni nawet Kazimierz Malewicz nie osiągnąłby.
4. – Koń dla Baszkira jest jak brat – szepną do mnie Ajzamat po kilku szklaneczkach kumysu podczas pożegnalnej kolacji.
Od zawsze odstręczał mnie od archeologii jej brak szacunku dla zmarłych i nie poszanowanie domowiny. Pamiętam pytanie Ma w Muzeum Egipskim w Turynie, staliśmy przed przeźroczystym kołpakiem, pod którym leżał zeschnięty ludzki szczątek sprzed iluś tam tysięcy lat… Podobno najstarsza mumia świata.
– Papa, a ty byś też tak chciał? Żeby ciebie pokazywali po śmierci?
Na koniec wzniosłem toast za dzielnych Baszkirów, którzy towarzyszyli nam w drodze, ugościli nas, i rozerwali. Za mistrza kuraju i wspaniały koncert, za dziewczyny z kuchni i ich pyszny kurut, za muzealnych pracowników, za ich takt, wyrozumiałość i cudowne muzeum, za atmosferę. Za gida! I za wiedzę, o którą się tutaj wzbogaciłem, bo na nowo ujrzałem to, co dawno temu wiedziałem.
A potem Ajzamat się przysiadł i opowiadał, jak dwa razy w roku jeździ do ojca za Ural po mięso. Hodują konie. Stadami po wzgórzach, same się pasą. Bo końskie mięso jest najczystsze na świecie, mówił, zaciskając ręce na kierownicy viana jakby uzdą wierzchowca spinał, Baszkir na koniu jeździ i konia pojada, koń dla Baszkira jest życiem i rozrywką w życiu.
– Jak dla Saamów renifer – odrzekłem, dogryzając suchą końską kiełbasę i poplątałem via muzeum do siebie, mamrocąc pod nosem koniec Podróży Herberta:
Więc jeśli będzie podróż niech będzie to podróż długa
prawdziwa podróż z której się nie wraca
powtórka świata elementarna podróż
rozmowa z żywiołami pytanie bez odpowiedzi
pakt wymuszony po walce
wielkie pojednanie
MARIUSZ WILK
Pismo dyrekcji Salzburger Festspiele, z 9 czerwca 1992, zakończone sympatycznym „Schön, daß wir bald in Salzburg gemeinsam arbeiten können”, dawało mi przepustkę na sale prób i scenę Landestheater. Przez tydzień robiłam zdjęcia podczas prób Wesela Wyspiańskiego w reżyserii Andrzeja Wajdy. Nowe tłumaczenie (Die Hochzeit) przygotował Karl Dedecius. Z tekstu Albrechta dla NaGłosu: „Salzburskie Wesele było pierwszym przedstawieniem w języku niemieckim. Co prawda rok wcześniej na deskach teatru w Brunswiku pokazano Wesele, również w inscenizacji Wajdy, ale w wersji polskiej – tekst niemiecki wszeptywano publiczności do ucha w synchronicznym tłumaczeniu. Poprzedni i dotychczas jedyny przekład Wesela na język niemiecki Henryka Bereski (tylko częściowo rymowany) z 1977 roku dostępny był w wersji książkowej – ale bez komentarza… Kilka tygodni przed premierą [w Salzburgu – EL] ukazało się w wydawnictwie Suhrkamp wydanie książkowe Die Hochzeit z komentarzem Boya-Żeleńskiego z 1922 roku oraz adnotacjami redakcji Deutsches Polen-Institut i kto chciał mógł na czas nadrobić zaległości i przygotować się do odbioru sztuki”.

„Wesele w Salzburgu”, Salzburg 1992, z tematów: „Próby teatralne” © Elżbieta Lempp
26 luty 2025
ELŻBIETA LEMPP
Był w kawiarni „Czytelnika” taki stolik, przy którym siadywały wdowy. Tak twierdziła Marysia Iwaszkiewicz. Jakie wdowy? Stefania Tuwimowa trzymała się raczej z daleka od środowiska, Wanda Broniewska także. Z całą pewnością bywała tam wdowa po Lucjanie Szenwaldzie (tak zwana Szelma-wdowa) i Natalia Gałczyńska. Na ich widok Marek Hłasko odzywał się gromkim głosem:
– A w Indiach wdowę palono na stosie razem z nieboszczykiem – co było aluzją do takiej sceny z powieści Verne’a W osiemdziesiąt dni dookoła świata.
Kiedy mój ojciec zmarł w 1968 roku (miałem trzynaście lat), mama przeszła do kategorii wdów. Wprawdzie nie spotykały się w „Czytelniku”, ale tworzyły solidarną grupę wsparcia, wyspę wdów. Oczywiście i ja na niej bywałem. Były wdowy – królowe, otoczone kręgiem przyjaciół i uczniów, z piorunującą dowcipem Alicją Sternową na czele. Z głębi gdańskiej szafy wydobywała i pokazywała mi druki futurystów. Niezależne miejsce zajmowała przemiła Aleksandra Piętakowa, serwująca pieczoną kaczkę z jabłkami w „Kamiennych Schodkach” na Starym Mieście. Kaczka miała chrupiącą skórkę, była taka soczysta. Bywało się tam, żeby wesprzeć wdowę po tragicznie zmarłym poecie, ale też z łakomstwa. Ze sto metrów od „Kamiennych Schodków” przy Nowomiejskiej mieszkała pani Anna, bliska bardzo mojej mamie, wdowa po rysowniku Bronisławie Linkem, tłumaczka. Wraz ze stadem kotów zajmowała mieszkanie-pracownię po mężu. Zewsząd wyglądały jego okrutne rysunki. – Co to za miejsce? – zwykle pytają w filmach policjanci, gdy wchodzą na miejsce zbrodni. Upiorne miejsce znajdowało się wysoko, chyba na czwartym piętrze, bez windy. Wspinaczka była dla Linkowej męczarnią. Trudne miała życie, skończyła je na własnych warunkach. Co się stało z kotami? W Zakopanem bywałem u wdowy po Kornelu Makuszyńskim, i w Harendzie, gdzie wprawdzie nie było już pani Marusi Kasprowiczowej, ale obowiązki wdowy doskonale spełniała jej siostra Nieta Bunin.
Pamiętam wizyty u Jadwigi Kopijowskiej, pełniącej obowiązki wdowy po rysowniczce Mai Berezowskiej. W malutkim mieszkaniu za Rivierą chciała urządzić muzeum przyjaciółki, towarzyszki z Ravensbrück. Nie udało się, a szkoda, bo były tam nie tylko prace, dobrze znane z czasopism, śmiałe jak na tamten czas rysunki erotyczne, ale też szkice z ostatnich lat życia Berezowskiej, gdy już traciła wzrok, nie mogły więc być tak dopracowane jak kiedyś, linie się rozciągały, błądziły, koła nie domykały, wszystko drżało.
U Heleny Syrkusowej wszystko mocno stało na ziemi, nawet przezroczyste konstrukcje. Była wybitną awangardową architektką, wdową po Szymonie Syrkusie, z którym przed wojną projektowała nowoczesne osiedla w Warszawie. U niej pobierałem lekcje przestrzeni.
No, ale najważniejsza była Natalia Gałczyńska.
Miałem chyba piętnaście lat, gdy zażądałem, by mama przedstawiła mnie Natalii Gałczyńskiej. Tak zaczęły się moje dość częste wizyty w mieszkaniu przy Alei Róż. Dotykałem mebli i przedmiotów, grzbietów książek na półkach i krokodyla z papier mâché. Wypytywałem panią Natalię o najrozmaitsze sprawy związane z poetą, a po wyjściu, idąc Koszykową do biblioteki albo w stronę przystanku kolejki WKD, robiłem notatki z tych seansów niemal spirytystycznych – bo byłem przekonany, że to sam Gałczyński poprzez wdowę mówił do mnie. Nie były to jakieś zwarte wywody, raczej odpowiedzi na moje rozproszone pytania. Cytowałem je w młodzieńczym artykule, wydrukowanym w „Kulisach”, w 1975 roku, jeszcze za życia pani Natalii. Wydaje mi się, że warto je przypomnieć, dodając to i owo z zachowanych notatek.

Fot. Polona.pl
*
Natalia Gałczyńska mówi:
Pstrąg Schuberta jest gdzieś w poezji Konstantego… Często go słuchał. Na pewno jest. Ale gdzie?
Muzyka. Konstanty często powtarzał, że kiedyś muzyka z poezją stanowiły jedno. Chciał je znów połączyć.
W czasie, gdy pisał Niobe, tłumaczył także wspólnie z Ziemowitem Fedeckim sztukę Gruzdiewa i Olgi Forsz Dzieciństwo Gorkiego. Jest w niej użyta pieśń burłaków ciągnących barki w górę rzeki. Na jej melodię napisał część zatytułowaną Nenia Niobe:
Co za no-o-c,
droga myli się,
co za no-o-c,
szosa bieli się;
gdzieście wy-y-, dziateczki,
gdzieście są?
z jakiej pijecie rzeczki
wodę mdłą?
Kiedy wmurowywano tablicę pamiątkową na domu, w którym mieszkaliśmy, jeden z murarzy wszedł do pokoju Konstantego, pochylił się nad tapczanem i ucałował jego krawędź. Okazało – się, że był jednym z robotników, którzy wynosili z mieszkania trumnę w grudniu 1953 roku.
W czasie budowy Trasy WZ w Warszawie, w sobotę po pracy zgromadzono robotników w świetlicy, gdzie miał się odbyć „wieczór poezji”. Ludzie byli zmęczeni, głodni, nie zdążyli się nawet umyć. Po kilku wierszach okolicznościowych sala trwała nieporuszona. Słychać było niechętne pomruki. Wyszedł wtedy konstanty i powiedział Zaczarowaną dorożkę. Buchnęły oklaski. Wołali:
– Jeszcze, panie Gałczyński, jeszcze!
Pisał zawsze za dnia, od wczesnego rana. Tylko poemat Noctes Aninenses napisał nocą. To właśnie w Aninie kiedyś podczas spaceru w słoneczne południe zatrzymał się i powiedział:
– Wiesz, tu mógłby polować król Artur. Stąd wzięło się Polowanie z sokołami.
Kiedy pisał Niobe, był listopad. Na dworze wietrznie, ponuro, a on wyszedł z domu, po pół godzinie wrócił i mówi:
– Mam już Spotkanie z Chopinem:
Pan odchodzi? Hm. To żal.
Matko Boska, w taką dal!
Rękawiczki. Merci bien.
Bonsoir, monsieur Chopin.
O cenzurze. Wiersz Inwokacje do poezji, bardzo ważny, bo skupiający cały obraz świata Konstantego, wszechobecność w nim poezji właściwie zatytułowany był Litania do poezji. No, ale uznano, że „litania” to już religianctwo.
Przedwojenną Pieśń cherubińską w przedrukach skrócono o zwrotkę:
Słodko żyć w tym kraju
nad Wisły brzegami!
Daj nam Boże wszystkim
chodzić z orderami.
Wit Stwosz powstał na zamówienie krakowskiego kustosza. To jest poemat o nim samym, o Konstantym. Oglądając kolejne sceny, nie był zachwycony, mówił, że to „przegadany reportaż”. Zachwyciło go tylko Zwiastowanie.
Z drukiem poematu był problem. Ktoś życzliwie doradził Konstantemu, żeby dopisał zakończenie „z wydźwiękiem”. Ten sam ktoś, gdy przeczytał Grób Beethovena przekonywał, że trzeba dodać „o co ta muzyka walczy”. Konstanty zwinął rękopis i wyszedł z pokoju.
Kiedyś wczesną jesienią na spacerze zobaczyliśmy wzgórek z białego piasku. Powiedział:
– Tam jest lato. To jest w Spotkaniu z matką: „A tam dalej i dalej, za tym pagórkiem piaszczystym / też jest lato”.
Jeszcze o tym wierszu. Widział reprodukcję ikony, na której były anioły: czarny i biały. Powiedział:
– To bas – i sopran. A kiedyś jechaliśmy saniami i przesuwał się cień woźnicy po śniegu.
Poemat dla zdrajcy napisany po ucieczce Miłosza nie był na zamówienie. Konstanty bardzo cenił jego wiersze i przeżył to, co się stało. Zresztą tuż przed powrotem Konstantego z obozu odbyło się w Krakowie zebranie literatów, na którym strasznie atakowano go i w obronie stanął tylko Miłosz.
Czy są jacyś „uczniowie” Gałczyńskiego? Pani Natalia mówi, że widzi jakieś powinowactwa w poezji Zbigniewa Herberta i Ewy Lipskiej.

*
Natalii Gałczyńskiej dawałem do czytania swoje wiersze, które życzliwie recenzowała. Dostałem od niej wybór wierszy Gałczyńskiego z dedykacją: „Piotrowi Mitznerowi, życząc Mu pięknej pracy. Natalia Gałczyńska, 29. 9. 1973”. Druga książka to był tom parafrazowanych przez nią bajek śródziemnomorskich Firoseta i czary, zadedykowany „zbyt dużemu na czytanie bajek”.
Nasz wiek zniósł bariery w biografistyce (choć może jeszcze są jakieś, o których istnieniu dowiemy się, gdy je przekroczymy) i sam z tego korzystam. Pytanie tylko, co nam daje ta wiedza?
Mit nieskazitelnej miłości Natalii i Konstantego, pracowicie przez niego budowany, z czasem pokryły pęknięcia, jak krakelury na starym płótnie. Oczywiście, życzliwi zawsze ze współczuciem kiwali głowami, pytając retorycznie: jak ona to wszystko (czyli jego chorobę alkoholową i jej skutki) znosi? Z czasem wyszły na jaw jego spiętrzone szaleństwa miłosne po wyjściu z niewoli, przed powrotem do kraju. Jego nieobecność w czasie okupacji chyba pozwoliła jej z dystansu spojrzeć na ich małżeństwo. Kiedy w 1945 roku rozeszły się pogłoski o śmierci Gałczyńskiego, Natalia przyjęła je ze smutkiem, ale bez rozpaczy. „Żyję z szalonym uczuciem winy – pisała do Jerzego Waldorffa – że mi tak zszarzał przez te lata wojny i że buntowałam się przeciwko niemu” [1].
W archiwum domowym znalazłem dwa listy Natalii Gałczyńskiej do mojego ojca. W jednym dziękuje mu za przekazanie jakiegoś rękopisu wiersza Konstantego. Ach, jak nie mogę ojcu darować tej wspaniałomyślności! Oto drugi list:
Warszawa 24 / 8. 56
Drogi Panie,
„Czytelnik” szykuje książkę wspomnień o Gałczyńskim. Piszą tam o nim przyjaciele i ci, co o nim pamiętają. Czy nie zechciałby Pan napisać też o Konstantym? Pamiętam, że „Szpilki” były mu zawsze wierne i życzliwe – czy to w okresie „Prosto z mostu”, czy po wystąpieniu Ważyka [2]. Wszystko, co Pan sam pisał o nim, zawsze było serdeczne.
Jeśli się Pan zgodzi, „Czytelnik” przyśle Panu umowę. Bardzo proszę o wiadomość. Mój telefon: 215867.
Dziękuję za serdeczną wzmiankę o mnie w „Expressie”.
Zasyłam dużo pozdrowień
Natalia Gałczyńska
Ojciec napisał tekst, który trochę ocenzurowany, ukazał się w tomie Wspomnienia o K. I. Gałczyńskim pod redakcją Anny Kamieńskiej i Jana Śpiewaka, wydanym w Czytelniku – z kilkuletnim opóźnieniem i w znikomym nakładzie. Jest to do dziś niezastąpiona książka o poecie.
PIOTR MITZNER
Fragment książki: Piotr Mitzner, Zbigniew Mitzner „Nasz Gałczyński” (wydawnictwo Austeria).
[1] Cytuję za książką Anny Arno Konstanty Ildefons Gałczyński. Niebezpieczny poeta, Kraków 2013.
[2] Chodzi o ataki Adama Ważyka skierowane przeciwko Gałczyńskiemu na forum Związku Literatów Polskich w 1950 roku.
Doktor Joachim Rappaport ucieszył się, gdy w gabinecie zobaczył pacjenta, którego przed wojną leczył z nerwicy natręctw. Mecenas Zaradzyński był siwy jak gołąb i nie mógł opanować tiku, który mniej więcej co pół minuty wykrzywiał mu twarz. A mimo wszystko się uśmiechał. Tak, był to prawdziwy uśmiech, Rappaport nie miał, co do tego żadnych wątpliwości. A przecież pamiętał słowa żony Zaradzyńskiego: „On, panie doktorze, nawet kiedy wygra trudną sprawę, nie wykrzywi ust do góry”. Ucieszył się jeszcze bardziej, kiedy mecenas wyjął z teczki broszurę Prolegomena do badań nad typami uśmiechu człowieczego wydaną u Arcta i poprosił o dedykację. Doktor napisał ją jeszcze przed wojną. Egzemplarz był nadpalony, lecz tylko z brzegu. Rappaport napisał więc kilka miłych słów, jak zwykle zielonym atramentem i już chciał przystąpić do badania Zaradzyńskiego, ale ten szybko się pożegnał. Widać, przyszedł tylko po to, aby pokazać swój uśmiech. Biedaczysko nie miał odwagi mówić o przyczynach tiku.
– Halinko, kogo jeszcze mamy?
Narrator sprawdził u wnuka Rappaporta, u którego sam, jeżeli się nie leczył, to na pewno podleczał, że doktorowi na prywatną praktykę zezwolono tylko we wtorki. I właśnie tego dnia ludzie stali na klatce schodowej, bo w przedpokoju brakowało krzeseł. Po całym dniu w szpitalu i wieczornym przyjmowaniu pacjentów, Rappaport ledwo patrzył na oczy. Miało to dobre strony, bo tylko wtedy mógł zasnąć bez trankwilizatorów. Wytłumaczenie było proste. Nie miał już sił na myślenie o tym, co widział w swoim życiu. Pojęcie szczęścia, o którym dużo pisał przed wojną, przestało dla niego znaczyć cokolwiek. Pozostało mu tylko przekonywanie pacjentów, a tym samym i siebie, że trzeba walczyć o choćby cień zadowolenia z przeżytego dnia.
– Przyszedł pan Barski, nie był umówiony i prosi o wyrozumiałość. – Mina Halinki, której już się chciało do domu, świadczyła, że gdyby to od niej zależało, wyrozumiałości być nie powinno.

– Wyrozumiałość! Figlarz, oczywiście poproś. A ty już biegnij, dam sobie radę…
Lubił Wiktora, bo gdyby miał syna, chciałby, aby był podobny do tego dryblasa, obdarzonego dużą inteligencją i rzadką umiejętnością nie obnoszenia się z nią. Objął go mocno na powitanie, co robił przy każdym spotkaniu, bo jak to sobie tłumaczył, tworzył w ten sposób iluzję związków rodzinnych. Nikt nie wie lepiej od narratora, że Rappaport jednak ożenił się potem i miał dwie córki, jak mówiono i co poświadczają zdjęcia, najpiękniejsze w Warszawie.
Zdziwił go przestrach w oczach Wiktora, o którym wiedział, że w wojnę zachowywał się dzielniej od innych, a nawet niepotrzebnie nadstawiał karku. Rappaport wskazał mu krzesło, a sam, aby rozprostować nogi, oparł się o bibliotekę.
– Z czym przychodzisz, mój mały, bo chyba nie z chorobą? – zażartował dla dodania Wiktorowi otuchy.
Nazwanie wysokiego Wiktora małym, mogło mieć dwa znaczenia. Oczywiście znał go od małego. Do gabinetu przyprowadziła chłopca Zosia, zaraz po jej ucieczce z Moskwy. Trzynastolatek zrywał się w nocy i wzywał ojca po polsku, francusku i rosyjsku. Rappaport wiedział, że Ksawery nie żyje i wiedział też, jak chłopcu pomóc. Zamiast lekarstwa zaordynował sekcję boksu w klubie „Gwiazda” na Lesznie. Nakazał mu również czytać Maxa Branda. Będzie chciał być Gwiżdżącym Danem, tłumaczył Zosi i może zapomni o Moskwie.
Rappaport mógł zresztą do wszystkich używać zwrotu „mały”. Miał bowiem ponad dwa metry wzrostu i jak napisał przedwojenny „Kurier”: „Żydzi chcą być górą we wszystkim! Mamy w Warszawie najwyższego psychiatrę w Europie, a może i w świecie”. Nie podano nazwiska, ale wiadomo było, o kogo chodzi. Antoni Uniechowski dwukrotnie narysował jego chudą, lekko pochyloną postać i od tego czasu, może ze względu na parasol i rozwiane poły płaszcza, zaczęto go nazywać Sherlockiem Holmesem medycyny. To akurat polubił i zaczął nawet nosić się z angielska.
Wiktor starał się mówić spokojnie, ale widać było, że sam jest zakłopotany swoim przestrachem.
– I gdzie dokładnie zobaczyłeś tatusia? – Rappaport pomyślał, że tym zdrobnieniem niepotrzebnie wpycha go między pacjentów, których w Tworkach wypytywał o zdrowie żony, Józefiny de Beauharnais, jeśli któryś upierał się być kimś ważnym.
– Rozmawiałem z kobietą, kiedy usiadł obok i wtrącił się do rozmowy.
– Noc czy dzień? – Rappaport miał nadzieję na opowieść o majaku sennym.
– Dzień. Byłem wyspany i skupiony na każdym słowie.
– I dosiadł się, tak jak gdyby nigdy nic? Jaką miał minę? – Kolejne pytanie wspomagające wyobraźnię pacjenta. „Czy lepszą miał pan obsługę na Elbie, czy na świętej Helenie?”. Doktor zganił się za to w myślach. „Nie traktuj tak Wiktora, on nie ma skłonności do konfabulacji”.
– Taką, jaką zapamiętałem u niego. Zatroskaną jakby. I nie obchodziło go to, że może mnie skompromitować. Na szczęście ta pani niczego nie usłyszała.
– Mówił tak cicho?
– Normalnie, ale tylko ja go widziałem i słyszałem.
Rappaport przypatrzył się Wiktorowi. Gdzieś zapodziała się cała buńczuczność, którą mógł mieć wpisaną w dowód osobisty, jako znak szczególny. Wypytał więc o realność omamu.
– Jak był ubrany?
– Jakby wyszedł ze szpitala albo więzienia. Wychudzony, nie golił się od dawna.
– Czy powiedział coś mądrego? – Niespodziewanie dla samego siebie Rappaport zadał pytanie, na które chciał usłyszeć odpowiedź przeczącą. Nie cierpiał ojca Wiktora i pragnął, aby Ksawery nie wypadł dobrze, nawet jako twór umysłu własnego syna.
– Zupełnie nie rozumiał powagi sytuacji. Padło nawet ordynarne słowo, którego nigdy nie słyszałem z jego ust. – Wiktor był teraz wyraźnie zawstydzony.
– No tak, po nim masz aparycję, a całą inteligencję wziąłeś po mamie.
Samo wspomnienie Zofii Barskiej sprawiło, że lewa dłoń Rappaporta powędrowała do kieszeni fartucha i dotknęła łuski. Kaliber 9 mm, z pistoletu maszynowego Schmeisser. Nie wiadomo dlaczego, miętosił ją machinalnie w palcach w chwilach, kiedy coś wyjątkowo zajmowało jego umysł. Nie pamiętał skąd ją ma ani momentu, kiedy po raz pierwszy włożył do kieszeni.
Mógłby powiedzieć, że kochał Zofię od dziecka, czyli od ich pierwszego spotkania w Łazienkach. Miał wtedy dziesięć lat, marynarski kołnierzyk zaświadczający, że na pewno zostanie marynarzem i komplet do gry w cerceau. W tej grze tak zręcznie chwytał na wiklinową szpadę rzucane przez przeciwników kółko, że dorośli bili brawo, a ojciec obiecał zamówić dla niego mały floret. Jednak w parku nie było żadnego chłopca chcącego się z nim zmierzyć, więc naburmuszony siedział na brzegu ławki. Szczęśliwie do guwernantki Matyldy któregoś dnia przysiadła się jej znajoma z dziewczynką Zosią i była to właśnie Zofia, potem już niestety Barska.
Miłość nie przyszła od razu. Zosia, której z nudów zaproponował grę, upokorzyła go wygrywając dwukrotnie, a do tego przysięgając, że po raz pierwszy dotyka szpady. Nie spał potem dwie noce, co mogło skończyć się dożywotnią nienawiścią do kobiet. Tak w każdym razie pomyślał, pisząc po latach Omamy, a osobowość, wydane w 1933 roku w Berlinie jako Wahnvorstellungen und Persönlichkeit. Na szczęście tak się nie stało. Pokochał Zofię miłością chłopięcą, a kiedy po latach spotkał ją w Paryżu, gdzie pisał doktorat u słynnego Naville’a, można już było mówić o miłości doskonałej. W każdym razie z jego strony, bo Zofia mimo całej swojej mądrości, okazała się uczuciowym głuptasem i wybrała życie z kimś, kto zawrócił jej głowę ideą powszechnej równości. Wielu młodym ludziom roiła się wówczas równość z nakazu, którą Rappaport uważał za niebezpieczną mrzonkę. „Skoro wyrżnęli w Rosji wykształconych i bogatych, to co z równością, jeśli dzieci i wnuki mordujących wykształcą się już i wzbogacą? Trzeba będzie zabijać bez końca?”. Za te zdania rzucone mimochodem, o mało nie został pobity w Paryżu przez młodzieńców uwiedzionych moskiewskim przykładem. W ich fanatycznie płonących oczach zobaczył chęć spalenia Luwru.
Już w Warszawie, po śmierci Ksawerego, Joachim powiedział do Zosi coś, co pewnie zabrzmiało okrutnie: „Wiesz, wolałbym się dowiedzieć, że wybrałaś na życie przystojnego lowelasa”. „Potwierdzasz to, czego się domyślałam. Psychiatrzy są pozbawieni uczuć”. Tą także okrutną odpowiedzią mocno go zraniła, bo akurat swojego uczucia do niej był bardziej niż pewien.
– A właśnie, jak się mama miewa? – zapytał, czując, że łuska w kieszeni zagrzała się od pocierania. – Ciągle zaprzątnięta słuszną ideą?
– Raczej tak. – odpowiedział Wiktor po chwili zastanowienia – Tyle tylko, że a rebours.
– Teraz nie ma żadnego „na odwrót”. Nie ma innej strony. Nawet jeśli uciekła w religię.
– Wujku bądź wyrozumiały – Wiktor zaczął nazywać go wujkiem jeszcze przed wojną. Rappaport przyjmował wtedy na Nowogrodzkiej, jak żartowano, w gabinecie wielkości połowy kortu tenisowego. Porównanie brało się stąd, że doktor grywał w tenisa, i to z dużym zapałem. Partnerował mu nieraz młody Skonecki, a Rappaport nazywał to treningiem równorzędnym. „Ustawiam Władziowi głowę, a on mi poprawia backhand. Obaj nie odnosimy sukcesów”. Właśnie w sprawie Skoneckiego, który został po zawodach na zachodzie, odwiedziło wczoraj Rappaporta dwóch mężczyzn w gabardynowych płaszczach. Jeden w kapeluszu, którym się wachlował, drugi w berecie nie zdjętym z głowy do końca rozmowy. Wypytywali, czy to prawda, że tenisista prosił o recepty na morfinę i że w wojnę był volksdeutschem. „Ostatni raz, szanowni panowie, widziałem go przed wojną. Miał wtedy dziewiętnaście lat i dobrze się zapowiadał”. Rappaport powiedział to stanowczo i nawet nie poprosił, by usiedli.
– Masz rację, nie powinienem tego mówić. – uśmiechnął się smutno do Wiktora – Twoja mama jest wspaniałą kobietą, a przemawia przeze mnie smutek, że nasze drogi nigdy się nie zeszły…
Jeszcze nie skończył zdania, kiedy przyszło mu do głowy, że chłopak przez brawurę wpadł w sidła bezpieczniaków i szuka schronienia. A oczywiście jest zbyt dumny, aby się do tego przyznać.
– Bądź ze mną szczery. Masz kłopoty i chcesz się schować w szpitalu. Wystarczą Tworki czy wolisz gdzieś dalej?
– Przysięgam, ja go naprawdę widziałem.
Wiktorowi zaczął drżeć kciuk, podczas gdy reszta dłoni pozostawała spokojna. Rappaport przyjrzał się uważnie rzadkiemu objawowi, bo tylko raz w getcie widział coś takiego. I nie był to pacjent neurologiczny, lecz umierający Szmul Haberski.
– Często to masz?
– Pierwszy raz – Wiktor wyraźnie zawstydzony schował rękę za siebie.
Rappaport powtórnie sięgnął po zdjęcie rentgenowskie i przyłożył je do tego, które już miał.
– Rozumiem twój strach. Boisz się, że odłamek dotyka mózgu i za chwilę staniesz się kimś innym. Niepotrzebnie. – Kilkakrotnie puknął palcem w kliszę. – Od pierwszego prześwietlenia nie drgnął nawet o milimetr.
– To dlaczego go zobaczyłem? – Do kciuka drżącego za plecami Wiktora dołączyła kropla potu. Szczególna, bo spływająca z doskonałą precyzją przez środek czoła. – Może mam coś po mamie? – wiedział, że jako młoda dziewczyna spędziła miesiąc w szpitalu w Badowicach, do którego namówił ją ojciec ze względu na ataki histerii. Zniknęły na szczęście, kiedy wyszła za mąż. Opieka nad dziećmi, mężem i ideą, którą Ksawery wniósł w posagu, zaprzątnęły jej umysł wystarczająco.
– Z mamą to nie ma nic wspólnego. Pamiętam, że z Badowic była zadowolona i dużo mnie, studentowi wtedy, opowiadała o innej Zofii, malarce Stryjeńskiej, z którą się tam polubiły. A twój mózg Wiktorku, tak zresztą, jak każdy, ma prawo do pewnych, nazwijmy to, fanaberii. Ale zaręczam, to nic groźnego. W każdym razie nie w tej chwili.
– Czyli w przyszłości mogę oszaleć? – Wiktor nie wydawał się uspokojony.
– Każdy może. Mnie w nocy budzi własny krzyk. Pamiętasz moją żonę?
– Tak. Zawsze dostawałem od niej cukierka. Nie za bardzo to lubiłem.
– Po prostu nie mogła mieć własnych dzieci. Teraz codziennie widzę ją we śnie, jak podpalona przez gestapowca biegnie w moją stronę i krzyczy… Płoną jej włosy i ubranie. Wtedy ja też krzyczę i na szczęście się budzę. Opowiadam o tym tylko dlatego, aby cię uspokoić. Mózg człowieka potrafi zobaczyć wszystko.
– I powtarza się to co noc? – kropla na czole Wiktora zatrzymała się, jakby ciekawa odpowiedzi.
– Dopiero od niedawna. Po wojnie długo nic mi się nie śniło…
Rappaport ze zdumieniem przyłapał się na tym, że czuje ulgę. Wreszcie o tym komuś powiedział, i nie ważne, że pacjentowi, bo Wiktor nie był zwyczajnym pacjentem.
– Najdziwniejsze jest to, że Marii nikt nie podpalił. Utopiła się w kanale, kiedyśmy próbowali się wydostać. Niemcy wrzucili gaz do studzienki ściekowej. Miała astmę, włożyła chustkę do ust, ale nie pomogło. Natknąłem się na jej ciało pływające w nieczystościach, bo szła daleko przede mną.
– Jest na to jakieś lekarstwo? – Kropla potu na czole znowu się poruszyła i szybko sięgnęła nosa. Wiktor starł ją ruchem dłoni.
– Na sny? Nie ma.
– A na przewidzenia? Bo ojciec był majakiem, prawda?
– Są środki mocno uspokajające, ale nie wiem czy z twoim charakterem zniósłbyś z nimi choć jeden dzień życia. Dlatego ordynuję ci łyżkę tranu wieczorem. Wzmacnia organizm, a tym samym i mózg. Gdyby przywidzenia przeszkadzały ci żyć, wróć, wtedy potraktujemy je mocniej.
– W takim razie pójdę już, wujku.
– Myślisz, że ojciec by się wstydził, gdyby widział, co wyszło z jego mrzonek? – To nie było dobre pytanie. Rappaport nazwał je potem najgorszym w swoim zawodowym życiu, ale też nie miał wystarczającej siły woli, aby się powstrzymać. „Jeszcze trochę i sam trafię do Tworek”.
– A nie widzi? – Wiktor bez zastanowienia odpowiedział pytaniem.
Rappaport jeszcze raz mu się przyjrzał. Dopiero teraz w oczach Wiktora dostrzegł coś, co sprawiło, że natychmiast pomyślał o pracy profesora Bednarza. Szaleństwo we dwoje, czyli o psychozach indukowanych. Była to rzecz o presji psychicznej wpływającej na wspólnotę choroby. Od silnej osobowości osoba słabsza przejmuje jej urojenia. W spojrzeniu Wiktora dostrzegł błysk tej samej idée fixe, jaką miała Zofia. Fanatyczne poświęcenie się ułudzie. Jeśli ma na niego wpływ, a na pewno ma, to teraz chłopak podąża za nią.
– Pytasz lekarza dlatego, że jest Żydem, którego przodkowie wymyślili sobie Boga?
– Pytam cię wujku, bo mama mówi, że jesteś najmądrzejszym człowiekiem w Warszawie.
– Naprawdę tak mnie nazwała?
– Często to powtarza.
Rappaport uśmiechnął się w myślach, a dawno się na tym nie przyłapał. Więc jednak myśli o nim dobrze. Może zrozumiała, że byli sobie pisani, a może nawet gotowa jest przyznać się do błędu.
– Znam swój zawód. To wszystko. – powiedział – A mamie się kłaniaj i powiedz, że czekam na jej znak…
Wiktor zamknął za sobą drzwi i wyszedł na elegancką klatkę schodową mało zniszczonej kamienicy. Rozmowa dobrze mu zrobiła i pomyślał, że chce mu się pobić własny rekord zbiegania po schodach. W tym akurat domu dwa wysokie piętra zabierały mu z życia dziewięć sekund.
Niepotrzebnie jednak obejrzał się za siebie. Przy drzwiach z tabliczką: „Joachim Rappaport – specjalista chorób nerwowych” zobaczył ojca. Ubrany był tak, jak ostatnio, czyli biednie. Tym razem jednak mina wyraźnie drwiąca. Widząc, że syn na niego patrzy, wskazał brodą na szyld i zakręcił palcem kółko na czole. Mogło to znaczyć, że nie ma dobrego zdania o psychiatrach, ale też, że szczególnie nie podoba mu się doktor Rappaport.
ANDRZEJ BART
Fragment większej całości.
LIKAON
Kiedy spojrzał z wyżyn nieba Saturnida, Ojciec,
To jęknął – na myśl o uczcie Likaona,
Wydanej niedawno, niesłychanej, okrutnej.
Gniew wielki, siebie godny, wzniecił w sercu Jowisz
I zwołał radę; nikt z wezwanych nie zwlekał.
Jest droga wyniosła – znać ją na czystym niebie:
Droga Mleczna, swym białym blaskiem słynąca.
Tędy idą bogowie do domu Gromowładcy,
Do królewskiej siedziby. Po prawej i po lewej
Otworem stoją komnaty nobilów
(Plebs boski żyje w rozproszeniu). Tutaj
Potężni i sławni mieszkają niebianie.
To miejsce – jeżeli mogę się ośmielić –
Nazwę bez wahania Palatynem niebios.
Zasiedli więc bogowie w marmurowej sali.
On – wyżej od innych i wsparty na berle
Ze słoniowej kości – straszną potrząsł głową
Kilkakroć, aż ziemia i morze, i gwiazdy
Zadrżały. I gniewnym słowom dał upust:
„Nie bałem się bardziej o losy wszechświata,
Gdy stu gigantów o wężowych nogach
Niebo chciało zdobyć i łapskami objąć.
Bo choć wróg był dziki, to jedno tworzył ciało
I z jednego źródła płynęła ta wojna.
Teraz zaś – wszędzie, gdzie Nereus dociera falami –
Cały ród ludzki muszę zgładzić. Przysięgam
Na Styks, co toczy swe nurty w podziemiach:
Próbowałem wszystkiego! Lecz co nie uleczalne,
To odciąć trzeba mieczem, by ratować resztę.
Mam półbogów, mam duchy pól i mam leśne nimfy,
I faunów, i satyrów, i sylwanów górskich.
Skoro nie są godni jeszcze chwały niebios,
Niech przynajmniej ziemię, co im dałem, mają.
Bogowie! Myślicie, że są tam bezpieczni?
Mnie nawet – władcę i was, i piorunów –
Likaon, z dzikości znany, chciał zbezcześcić!”.
Zagrzmieli wszyscy i z płonącym gniewem
Żądają kary za zbrodnię, wstrząśnięci – jak ludzkość,
Jak świat cały na skutek nagłego mordu:
Gdy to ręka bezbożna szalała, by zmazać
Cezara krwią imię Rzymu. Auguście!
Poddani twoi nieśli ci otuchę
Jak Jowiszowi – jego. On głosem i gestem
Stłumił ich szemranie – i ucichli wszyscy.
Kiedy umilkł zgiełk, stłumiony majestatem,
Jowisz taką mową znowu przerwał ciszę:
„O to się nie bójcie: on już karę poniósł.
Lecz powiem, co zrobił i co go spotkało.
Doszła moich uszu pewna wieść bluźniercza.
Nie dając jej wiary, zstępuję z Olimpu
I w ludzkiej postaci – ja, bóg – świat przemierzam.
Nie sposób opisać tego, co widziałem –
Zło było większe niż głosiła plotka!
Przeszedłem Menalos, dzikich zwierząt strony,
I Kyllene, i bory zmrożone Lykajos.
Pod dach niegościnny króla Arkadii
Wkraczam, gdy zmierzch już noc zapowiadał.
Dałem znak: przybył bóg – lud się modli.
Likaon na początku wyśmiewa pobożność,
Potem mówi: «Sprawdzę, czy to bóg, czy człowiek.
I za chwilę na jaw wyjdzie cała prawda».
A nocą, gdy spałem, próbował mnie zabić
Zdradziecko; w ten sposób dowieść chciał racji.
Nie poprzestał na tym: jednemu z Molossów,
Wziętych do niewoli, ostrze wbija w gardło
I członki półżywe w gotującej się wodzie
Zmiękcza, a inne – na ogniu opieka.
I to mi podaje. Ja? – Płomieniem zemsty
Dom, godny takiego pana, spaliłem!
Ten przerażony ucieka. Wśród ciszy pustkowia
Wyje i mówić próbuje – lecz na próżno.
Pianę tocząc z pyska, dysząc żądzą mordu,
Już owce napada i krwią się raduje.
Ubranie mu przechodzi w sierść, ręce w łapska.
Postać ma już nową – wilka, cechy dawne:
Ta sama siwość, zawziętość, te same
Płonące oczy. I dzikość w nim jest ta sama.
Ukarałem jednego. Lecz czeka to wielu.
Jak ziemia długa i szeroka – tam Erynie.
Jakby wszyscy zaprzedali się złu! Niech płacą –
Zasłużyli. (Wyrok wydany). Już czas!”.
Część bogów głosem gniew Jowisza wzmacnia,
Pozostali – milcząc – wyrażają wsparcie.
Bogów boli jednak rodzaju ludzkiego
Zagłada. I martwią się o losy świata
Przyszłe, bez śmiertelników. Kto okadzi ołtarze?
Czy dzikim zwierzętom Jowisz odda ziemię?
Tym, co pytali (nie ich to troska),
Król niebios zabronił się lękać. Ród nowy
Obiecał – odmienny i z cudu poczęty.
(Metamorfozy, Księga I, w. 163-252)
Nigdy nie przywiązywałem większej wagi do tego mitu, dziś uważam go za istotny dla zrozumienia politycznego wymiaru Metamorfoz.
Likaon (lykos to po grecku „wilk”) jest pierwszym człowiekiem, którego wymienia się tu z imienia i pierwszym, który podlega tytułowej przemianie. Usytuowanie tej opowieści w tak eksponowanym miejscu nie mogło być przypadkiem: stanowi zapowiedź, co jest treścią i esencją całego dzieła (zachodzi tu także ważna korespondencja z Księgą XV).

To tu i teraz, wraz z przemianą króla Arkadii (!) w wilka, zaczynają się na dobre Metamorfozy. Ta sugestywna i plastyczna opowieść jest bardzo wdzięczna do rozmaitych interpretacji: filozoficznej, psychologicznej, religioznawczej, mistycznej – i co kto w niej jeszcze znajdzie. Jest to też butna prowokacja: pokażę wam, że świat ludzi i bogów to jedno bagno. Co jednak najbardziej dla mnie ciekawe (choć pewnie dla części owidiologów nie nazbyt jawne, by było prawdziwe), to że daje tu Owidiusz swoje subwersywne credo polityczne.
Zestawienie światów boskiego i ludzkiego przebiega tu inaczej niż w podobnych przypadkach, gdy jakiś poeta pragnie przypodobać się swojemu protektorowi: to nie cesarza porównuje Owidiusz do boga, ale – odwrotnie! Przy pierwszej (i nie tylko) lekturze może to umknąć. Przy czym zdaje mi się, sądząc po dalszych losach poety wcześniej tak celebrowanego, że Augustowi (czy też któremuś z armii jego cenzorów) jednak nie umknęło…
„To miejsce – jeżeli mogę się ośmielić – / Nazwę bez wahania Palatynem niebios” – czyli siedziba najwyższego z bogów jest tak wspaniała, że prawie można ją zestawić… z domem rzymskiego autokraty?! Istotnie, śmiałości – i to wobec dwu potęg – Owidiuszowi odmówić nie można!
Kiedy tłumaczyłem tę opowieść, uderzyło mnie jedno słowo: plebs, którego znaczenia objaśniać nie trzeba. Owidiusz użył go na określenie ogółu bóstw, które zamieszkują krainy inne aniżeli niebo – to zarezerwowane jest dla bogów i bogiń wyższych rangą. Dla określenia kogoś takiego stosuje tu poeta termin nobilis, znaczący kogoś „sławnego”, „szlachetnego”; o tychże niebianach mowa jest zaraz niżej, że są: potentes („potężni”, „możni”) i clari („słynni”, „sławni”). A zatem słowa te są de facto powtórzeniem tamtego. Po co? I czy na pewno?
Zacząłem zastanawiać się przede wszystkim nad tym, czy wypadało Owidiuszowi w takim kontekście wstawić słowo tak nomen omen plebejskie. Nawet gdy się było nim! Zajrzałem, co na to tłumacze. Bruno Kiciński pisze „gmin”, Anna Kamieńska „lud”, kanoniczny zaś Frank Justus Miller – „the lesser gods”. A zatem innych także to gryzło… Wracam o wers wyżej i patrzę, co w przekładach dzieje się z kolei z „nobilami”. U Kicińskiego są to „pierwsi nieba bogowie”, u Kamieńskiej „bóstwa wyższe”, u Millera natomiast „gods of the higher rank”. Niby wszystko to wierne, ale – chwileczkę! Czyżby nikt nie wziął pod uwagę, że bogów i boginie porównuje się tu literalnie (!) do uprzywilejowanych, mających realny wpływ na politykę arystokratów i do plebejuszy pozbawionych głosu i znaczenia w Rzymie? I że być może Owidiusz metaforyzuje nie tylko z rozmysłem, ale i konsekwentnie? Przecież ledwie kilka wersów dalej mowa jest o Palatynie – tym spośród rzymskich wzgórz, na którym znajdował się pałac (stąd nazwa) Augusta!
Wszystkie te rozwiązania, które mają na celu oczyścić tekst z pozornie nietrafionego „plebsu” (i w konsekwencji z „nobilów”) – choć poprawne – oddalają nas od wydźwięku oryginału.
A moment jest niebłahy!
Inni pretendenci do tronu – groźni, ale przewidywalni, należący do starego porządku „synowie ziemi” – zostali zgładzeni. Teraz nowy rozdział i nowa rozgrywka: nastaje Pax Augusta, tj. „Pokój Augusta” (albo: „taka walka o pokój, po której nie zostanie kamień na kamieniu”). Oto przed Rzymem czas wielkiej odnowy (inaczej: wielkiej czystki). Tym, którzy z Ojcem Ojczyzny zechcą to dzieło współtworzyć, będzie żyło się dobrze. Niepokornych (a trzeba ich będzie tropić) czeka jednak zmienny los – los wilczy… i wygnanie z Arkadii…
I o tym właśnie są Metamorfozy.
JACEK HAJDUK
Prowincjonalny bibliotekarz, mizogin i mizantrop, cynik, tyleż dowcipny, co przytłaczająco smutny, miłośnik jazzu i pornografii – to na tyle rzadkie połączenie właściwości, że może się za nim kryć jedna tylko postać – Philip Larkin.
Kiedy w roku 1993 ukazała się jego biografia Philip Larkin. A Writer’s Life, jeden z recenzentów napisał: „Choć nigdy nie poznałem osobiście Larkina, po przeczytaniu tej biografii czuję, jak zapewne wielu czytelników, że straciłem przyjaciela”. Nie wiem, czy można się z Larkinem przyjaźnić, wiem natomiast, że można ulec fascynacji jego twórczością, czego dowodem jest książka Jerzego Jarniewicza Larkin. Odsłuchiwanie wierszy. To z niej pochodzi przywołana wyżej opinia zawiedzionego recenzenta, z której wprost wynika, że samotnik z Hull jest kimś innym niż nam się wydaje.
Jego poezja nie poddaje się jednoznacznym interpretacjom. Początkowo odbierano ją zgodnie z duchem empiryzmu, do czego przyczyniło się powinowactwo autora Wysokich okien z grupą The Movement, powstałą w latach pięćdziesiątych XX wieku i skupiającą zwolenników poezji, której precyzyjna forma miała być wyrazem uporządkowanego obrazu doświadczeń. W tym przypadku był to obraz angielskiej prowincji, spowitej obezwładniającą nudą. Ale czytano także Larkina przez pryzmat uniwersalizmu – szukano u niego zapisu ludzkiego losu, samotności, życia na granicy między prawdą a złudzeniami. Jako że nie był on budujący, przypisano Larkinowi miano „poety smutku”, które przylgnęło do niego silnie i na długo. Wystarczy przypomnieć znany wiersz Miłosza Przeciwko poezji Filipa Larkina, w którym autor zwraca się do angielskiego poety słowami „żałobny Larkinie” i przedstawia go jako tego, kto „wierszem wylicza powody rozpaczy” i straszy śmiercią. Z kolei w latach osiemdziesiątych krytycy dostrzegli w Larkinie symbolistę, jego poezją karmiła się także krytyka feministyczna, dla której był ciekawy jako mizogin i człowiek o zatartej tożsamości płciowej.

Jerzy Jarniewicz wszystkie te sposoby odczytań przywołuje we wstępie do swojej książki, a następnie każdy z nich podważa i proponuje nową, nieuprzedzoną lekturę Larkina. Interpretacyjna biegłość badacza, ufundowana na wiedzy i wnikliwości, sprawia, że jesteśmy skłonni uwierzyć raczej Jarniewiczowi, gdy odsłania kolejne możliwe sensy analizowanej poezji, aniżeli samemu Larkinowi, który utrzymywał, że jego wiersze są tak proste, iż nie nadają się do interpretacji.
Weźmy na przykład Pamiętam, pamiętam z tomu The Less Deceived. Jarniewicz „odsłuchuje” go w pierwszym ze swoich dziesięciu szkiców, zatytułowanym Larkin wkłada buty. Przemawiający z wiersza podmiot jest outsiderem, beznamiętnym obserwatorem nieodczuwającym ściślejszych związków ze światem, nawet jeśli jest to świat jego dzieciństwa. Widząc z okien pociągu Coventry, miejsce swojego urodzenia (9 sierpnia 2025 roku przypada sto trzecia rocznica tego wydarzenia), nie rozpoznaje w nim „swojego miasta”, nie znajduje niczego, z czym mógłby się choć trochę utożsamić:
[…] Gwizd pociągu: jak targnięte sznurkiem,
Rzeczy drgnęły. Usiadłem, utkwiwszy wzrok w butach.
– Czyżby to – mój towarzysz uśmiechnął się – tutaj
„Były twoje korzenie”? – Nie, chciałem odburknąć,
Tutaj tylko dzieciństwo bez śladu mi zbiegło […]
Przywołany fragment w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka poddaje Jarniewicz fascynującej analizie. Słowom Larkina things moved w przekładzie Barańczaka odpowiada fraza „jak targnięte sznurkiem, rzeczy drgnęły”. Jarniewicz woli jednak oprzeć interpretację na tłumaczeniu filologicznym: „rzeczy ruszyły z miejsca”. Wybór ten uzasadnia w sposób następujący: „Ogólność frazy Larkina pozwala […] odczytać ją jako obraz nie tyle szarpniętych ruchem pociągu «rzeczy» w wagonie, walizek czy toreb, ile jako wprawienie w ruch rzeczy za oknem: to świat ruszył. […] Byłby to nie tylko obraz mijającego, a więc i ciągle zmieniającego się świata, ale też sygnał względności wiedzy, jaką o tym świecie mamy”.

Następnie zwraca uwagę na charakterystyczny rym boots / roots (buty / korzenie), który każe zastanowić się nad znaczeniem obydwu słów. Rym ten obnaża absurd metafory porównującej człowieka do drzewa – nieruchomego, zakorzenionego w jednym miejscu. Z miejscem tym – jeśli mamy pozostać na gruncie tej metafory – powinny człowieka łączyć szczególne więzy, a zatem jego zmiana oznaczałaby wykorzenienie, utratę poczucia bezpieczeństwa, słowem – gwałt zadany jednostce. Jednak ta metafora niesie w sobie również treść negatywną: „ujmuje wszelkie przemieszczanie jako szkodliwe czy wręcz zabójcze. Narzuca określony obraz domu jako miejsca, którego się nie wybiera, które przypada człowiekowi w udziale, niezależnie od jego woli, świadomej decyzji”, krótko mówiąc – zniewala.
Larkin za pomocą skromnego rymu podważa całą koncepcję antropologiczną zrównującą człowieka z rośliną. „Człowiek nie jest drzewem i nie ma korzeni, ale nosi buty – eksplikuje Jarniewicz sens wiersza – a w takim razie losem jego jest wędrować, zmieniać miejsca, a tym samym zmieniać domy. Prosta, nieudrapowana rzeczywistość (buty na stopach) rozbraja językową kliszę («mam tu swoje korzenie»), obnaża jej pretensjonalność i absurd”. Warto zwrócić uwagę na to, że padające z ust towarzysza podróży pytanie o korzenie ujęte jest w cudzysłów, co oznacza, że sam wypowiadający nie utożsamia się z tymi słowami, przeciwnie – wypowiadając je, właśnie je neguje.
Na tym jednak nie kończy się łańcuch Larkinowskich zaprzeczeń. Zdanie, które Barańczak oddaje jako „tutaj tylko dzieciństwo bez śladu mi zbiegło”, w oryginale zawiera zaprzeczony czasownik unspent i zbudowane jest w stronie biernej („tutaj moje dzieciństwo było niespędzone”), co pozwoliło poecie zaakcentować niezależny od ludzkiej woli bieg zdarzeń. Zaprzeczone zdanie o dzieciństwie zostaje w wierszu uzupełnione o listę zdarzeń niezaistniałych: „nie olśniła mnie nigdy żadna absolutna teologia natury”, „nigdy nie czekałem, marząc, żeby wreszcie do czegoś doszło”, „mój niezdarny wiersz nie był […] czytany z zapałem”. Jarniewicz pisze wręcz o szaleństwie negacji, jakie rozpętuje się w tej części wiersza, i domyśla się, że w ten sposób autor sugeruje, iż „Prawdę o rzeczywistości można wyrazić, tylko zaprzeczając istniejącym zwrotom, formułom i sposobom opisu, które z natury rzeczy, a raczej z natury języka, mają tendencję do natychmiastowego przepoczwarzania się w groteskowe stereotypy i niedorzeczne klisze”. Dlatego buty pozostają poza cudzysłowem i metaforą, poza regułami dyskursu. Jako riposta wobec obrazu korzeni istnieją „na poziomie naddanym, w nieuchwytnym echu wywołanym przez rym”.
Przywołana interpretacja pięciu tylko wersów wiersza pokazuje metodę Jarniewicza. Zawsze wychodzi on od badanego tekstu (co niestety nie stanowi powszechnej praktyki), analizuje jego budowę, użyte słowa, wychwytuje cudzysłowy. Przygląda się utworowi przez pryzmat innych wierszy Larkina, pokazuje literackie nawiązania i konteksty. Wnikliwość krytyka, jego erudycja i pasja pozwalają mu dotrzeć do sensów, których sam Larkin pewnie by się nie spodziewał. Tym lepiej, bo wiersz – przypomina Jerzy Jarniewicz – bywa mądrzejszy niż jego twórca i przynosi własną prawdę.
AGNIESZKA PAPIESKA
Jak tu nie wierzyć w magię antykwariatów i książek przyciągających nas milczącym magnetyzmem… Pewnego lipcowego dnia, przewertowawszy jak zwykle setki woluminów w mojej ulubionej warszawskiej suterenie, czyli książnicy Kwadryga, nabyłem mocno doświadczony przez upływ czasu starodruk z górnołużyckiego miasta Lubij (niem. Löbau). Pakując go w antykwariacie, nie zdawałem sobie sprawy z jego pochodzenia. Odczytaniem ostatniej linijki strony tytułowej zająłem się dopiero po tygodniu.

Od lat Serbołużyczanie, przedstawiciele najmniejszej słowiańskiej nacji, starają się przybliżać Polakom swoją muzykę, literaturę i historię. Zdecydowanie bliższą nam niż Niemcom, z którymi administracyjnie (Saksonia) złączyła Łużyce w XVII wieku wielka polityka. Jako kaliszanin wiem, że duże zasługi w nawiązywaniu i zacieśnianiu kontaktów polsko-łużyckich położył w dwudziestoleciu międzywojennym kaliski adwokat, rektor wileńskiego Uniwersytetu Stefana Batorego, Alfons Parczewski (1849–1933). Ocalone podczas II wojny fragmenty jego księgozbioru, m.in. starodruki i lusatica, znajdują się dziś w zbiorach Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Adama Asnyka w Kaliszu i Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej.
Anonimowy początkowo starodruk Das Ende des Glücks, des Lebens, der Welt und der Zeit… okazał się zbiorem kazań wybitnego teologa luterańskiego, autora kilkuset pieśni religijnych, pietysty Johanna Christopha Schwedlera (1672–1730). Jego ojciec Anton prowadził gospodarstwo w Krobsdorf (Krobica k. Świeradowa-Zdroju), ale większą część życia Johann spędził w parafii Nieder-Wiese (Wieża Dolna k. Gryfowa Śląskiego). Przez wiele lat po wojnie trzydziestoletniej była to miejscowość graniczna między Saksonią i Śląskiem. Niestety w pierwszych latach po II wojnie światowej oba „poniemieckie” kościoły Wieży zostały zrównane z ziemią; pamiątek po teologu, jak i po wspólnocie braci morawskich, należy szukać raczej po niemieckiej stronie granicy.
Johann Christoph Schwedler pobierał nauki w gimnazjum w Zittau (Żytawa). W 1697 roku ukończył studia filozoficzne na Uniwersytecie w Lipsku. Pięć lat później został pastorem. Głosił Słowo Boże zarówno ewangelikom z saskich Łużyc, jak i pielgrzymom z dławionego kontrreformacją, habsburskiego Śląska. Spotkania modlitewne, łączące płomienne mowy kaznodziei z zacieśnianiem więzów wspólnotowych, przy zapewnieniu wszystkim posiłków i noclegów, stały się wzorem dla great communion-days oraz camp meeting brytyjskich i amerykańskich metodystów. Poprzez bliskie kontakty z Henriettą Cathariną von Gersdorff i wpływ na wychowanie jej wnuka, grafa Nikolausa Ludwiga hr. von Zinzerdorf, Schwedler zyskał możnego protektora i darczyńcę dla nowo tworzonej (1722–1727) osady Herrnhut (Straż Pańska). Herrnhuci wierzą, że 13 sierpnia 1727 roku podczas nabożeństwa Wieczerzy Pańskiej doszło do zbiorowego wylania Ducha Świętego (na kształt wydarzenia opisanego w Biblii). Ten dzień przyjmuje się za symboliczny początek ekumenizmu. Wszyscy osadnicy w Herrnhut uczestniczyli bowiem wspólnie w Eucharystii, mimo poważnych różnic doktrynalnych i wyznaniowych.
„Życie i posługa pastora Johanna Christopha Schwedlera bardzo różniła się od większości pastorów […] Widząc letarg duchowy kościoła luterańskiego rozpoczął głębokie życie duchowe. Nawiązał relacje z innymi duchownymi o podobnym nastawieniu z pietystycznego ruchu odnowienia. Poszukiwał ludzi mających głód duchowy i gromadził ich w grupy biblijne, modlitewne i domowe na terenie parafii, którymi się opiekował. Stworzył w ten sposób sieć grup na terenie Łużyc Górnych. Po zetknięciu się z ruchem Braci Morawskich, płomień przebudzenia przeniknął na teren Łużyc Górnych. […] Posługa jego miała wpływ na dalszy rozwój Kościoła Braci Morawskich, Kościoła metodystycznego i purytanizmu. Dzięki inicjatywie pastora Schwedlera założono w Wieży Dolnej sierociniec” [1].
Pod koniec życia Schwedlera bracia morawscy rozpoczęli prekursorską pośród wyznań reformowanych, akcję misyjną w Ameryce Północnej, Afryce i Azji. Przyczynili się do rozwoju kościoła metodystów (przede wszystkim w Stanach Zjednoczonych); aktywni byli też wśród Niemców inflanckich i nadwołżańskich.
Starodruk z Kwadrygi wydał w Löbau (na stronie tytułowej Loebau), pierwszy drukarz w tym mieście, Ehlert Henning Reimers (1676–1740). Z oprawy zachował się tylko skórzany grzbiet ze zwięzami. Nie licząc mocno zniszczonej, pustej karty przedtytułowej, począwszy od dwubarwnie drukowanej strony tytułowej z dwoma efektownymi inicjałami, aż po indeks i erratę, kompletny druk liczy aż 1660 (32 + 1320 + 308) stron w jednym woluminie. Ponieważ inaczej niż w świecie ludzi, to szata zdobi książkę, opasły, choć zwarty tom spoczął w kącie przy drzwiach prowadzących na zaplecze antykwariatu. Nie zachwycał kolekcjonerów oryginalnych okładek, koneserów kunsztownych barokowych opraw ani poszukiwaczy rzadkich autografów i smakowitych dedykacji, jakby chciał przeczekać okres sekularyzacji i konsumpcjonizmu, licząc na ponowne przebudzenie religijne północnych Słowian. Takim go znalazłem, w cierpliwym, cichym trwaniu. Po prawie trzech wiekach starodruk skrywał datę swych narodzin.

Ehlert Henning Reimers [2] pochodził z Hamburga-Altony, nie był jednak synem (co najwyżej bratankiem) tamtejszego drukarza Christiana Reimersa, wydawcy gazety „Altonaischer Mercurius”, posiadającego przywilej druku dla królów Danii, a mistrza piwowarskiego Gedarta Reimersa. Uczył się zawodu w latach 1696–1700 u Konrada Bräftlingena. Następnie terminował w wielu miastach Niemiec, m.in. w Lüneburgu, Lubece, Lipsku, Dreźnie, cztery lata w drukarni uniwersyteckiej w Rostock. W jubileuszowym dla luteran roku 1717 (200. rocznica ogłoszenia 95. tez Lutra), dzięki wsparciu burmistrza Christiana Trautmanna kupił w Löbau dom przy Dworcowej 3 i założył pierwszą drukarnię w mieście. Pierwszym zleceniem, wykonanym przez Reimersa dla miejskich rajców, był Löbauisches Gesang-Buch (Śpiewnik Lubijski) [3]. W latach 1727–1728 Reimers współpracował z Gottfriedem Gottlobem Richterem (1682–1738) przy wydaniu Biblii [4].
Syn Ehlerta, Christian Wilhelm Reimers (1714–1799) pracował w ojcowskim fachu, choć już nie w Löbau. Przez wiele lat pełnił m.in. funkcję dyrektora działającej od 1767 roku Drukarni Domu Sierot w Bunzlau (Bolesławiec), podniesionego do rangi Królewskiego Zakładu dla Uczniów i Sierot [5].
Większość leksykonów podaje lata 1727 i 1731 oraz drukarnię Richtera w Bautzen (Budziszyn) jako daty i miejsce wydań Das Ende des Glücks, des Lebens, der Welt und der Zeit, ein Predigtbuch über die Episteln[6]. Strona tytułowa mojego egzemplarza wskazuje jednak na Löbau. Udało mi się znaleźć Annales typographici Lusatiae superioris; oder, Geschichte der ober-lausitzischen Buchdruckereyen,publikację wydaną tuż przed śmiercią Ehlerta Reimersa, w 1740 roku, przez Christiana Knauthe (1706–1784), jednego z najważniejszych XVIII-wiecznych badaczy dziejów Górnych Łużyc. Autor stwierdza, że 12 kwietnia 1740 syn Christian przejął drukarnię i ożenił się z Johanną Sophią Kliemin; życzy młodym powodzenia w prowadzeniu interesu. Odcień zażyłości w podsumowaniu biogramu Reimersów świadczyć może o dobrej znajomości Christiana Knauthe z lubijskimi drukarzami. Publikacja ma wszak charakter regionalnego kompendium. Możliwe, że autor spotkał się osobiście ze wszystkimi żyjącymi wówczas drukarzami z tego terenu. Pośród pierwszych druków, które wyszły spod pras Ehlerta Reimersa w Löbau, wymienia Das vierfache Ende des Glücks, des Lebens, der Welt und der Zeit. Nie podaje niestety daty jego wydania. Można założyć, że było ono wcześniejsze niż edycje budziszyńskie, może nawet sprzed 1720 roku. Ciekawe, czy po trzystu latach istnieją jeszcze w łużyckich lub pastoralnych księgozbiorach jakiekolwiek inne, zakurzone woluminy z tego „mojego” wydania…
PRZEMYSŁAW PAWLAK
[1] Pastor Johann Christoph Schwedler, 13.05.2014, http://instytutdidaskalos.pl/bez-kategorii/pastor-johann-christoph-schwedler.
[2] Pisownia zgodna z przyjętą w druku Das Ende… W literaturze pojawiają się też inne formy imion: Ehlerd, Ehlerdt, Hennig i nazwiska: Reimer.
[3] Wątpliwości z późniejszych źródeł wyjaśniają biogramy Reimersów wydrukowane za ich życia, prawdopodobnie w oparciu o informacje uzyskane bezpośrednio od obu lubijskich drukarzy przez Christiana Knauthe w: Annales typographici Lusatiae superioris; oder, Geschichte der ober-lausitzischen Buchdruckereyen, Lauban 1740, s. 85–88.
[4] „Börsenblatt für den deutschen Buchhandel” 1972 nr 88, s. 1867.
[5] „Lausizische Monatschrift” 1799 nr 6 (czerwiec), s. 384.
[6] Wydanie budziszyńskie z 1727 r. podają: H. Döring, Die gelehrten Theologen Deutschlands im achtzehnten und neunzehnten Jahrhundert, Neustadt an der Orla 1835, s. 136; S. J. Ehrhardts, Presbyterologie des Evangelischen Schlesiens, t. 3, Liegnis 1783, s. 258; G. F. Otto, Lexikon der seit dem fünfzehenden Jahrhunderte verstorbenen und jeztlebenden Oberlausizischen Schriftsteller und Künstler…, t. 3, Görliz 1803, s. 255 i de.wikipedia.org/wiki/Johann_Christoph_Schwedler. Dwa wydania z 1727 i 1731 r., również budziszyńskie, ze słowem vierfache w tytule,wymienia: J. H. Zedler, Grosses vollständiges Universal Lexicon Aller Wissenschafften und Künste, t. 36, Leipzig 1743, szpalta 83.