Podczas pobytu w Londynie postanowiłem kupić sobie egzemplarz Metamorfoz. Owo zwrotne „sobie” jest tu słowem ważnym.
Pracując jako wykładowca w Instytucie Filologii Klasycznej UJ, mam oczywiście wszelakich Owidiuszów pod dostatkiem. (Teksty są też dostępne online. Perseus Digital Library to jeden z najstarszych i najbardziej zasłużonych tego typu projektów). W moim służbowym pokoju – na biurku, więc zawsze pod ręką – leżą zresztą oba tomy klasycznej, „czerwonej” bilingwy Metamorfoz: tekst łaciński po lewej, tłumaczenie prozą Franka Justusa Millera po prawej stronie. Poczułem jednak, że nadszedł czas na zakup własnego egzemplarza.

Ostatniej edycji Metamorfoz dokonał zmarły w 2001 roku G. P. Goold, który w latach 1974-1999 był głównym redaktorem prestiżowej serii Loeb Classical Library, ukazującej się od 1912, a od 1934 pod szyldem Harvard University Press. Goold o swoim zadaniu pisze w przedmowie: „Starałem się wszędzie przedstawić najlepszy tekst łaciński i dostosować do niego tłumaczenie angielskie, ale poza tym jak najmniej ingerowałem w oryginalne wydanie”.
Te tzw. Loeby są to książki idealne: najstaranniej przygotowane starożytne teksty łacińskie i greckie, i najlepsze tłumaczenia rewidowane przy okazji każdej nowej edycji, przyjemny dla ręki i oka papier, wyraźna czcionka, prosta i elegancka oprawa graficzna, genialny indeks, a do tego – solidność wykonania i najporęczniejszy pod słońcem format.
Z Loebami w kieszeniach Owidiusza tropił Jerzy Stempowski.
W każdej chyba poważnej londyńskiej księgarni znaleźć można tę charakterystyczną zielono-czerwoną, zwykle całkiem pokaźną ściankę; przeważnie są to dwa sąsiadujące ze sobą regały: cały zielony z klasyką grecką i cały czerwony z klasyką łacińską, czasem –decyzją skorego do fantazji księgarza – tomy te są przemieszane, tworząc fakturę nie mniej rozpoznawalną.
Zakup własnego Loeba to coś więcej niż zakup książki. To jak zakup wiecznego pióra, rogowych okularów, włoskich ręcznie robionych półbutów czy płaszcza Burberry – owszem, kosztuje, ale i daje poczucie uczestniczenia w czymś ważnym, nieprzeciętnym: rzecz, którą nabywamy, stworzono z myślą, by trwała. Oraz by była możliwie najlepsza. Gest taki – w tym przypadku: kupno Owidiusza wydanego u Loeba – wiąże kupującego z kupowanym. Stanowi zarodek przyjaźni czytelnika z autorem, a także z tłumaczem i redaktorem. Z książką.

Metamorfozy kupiłem nie od razu. Najpierw przeszedłem się po księgarniach, by upewnić się, że nie będzie z tym problemu. I wszędzie, gdzie zachodziłem, istotnie znajdowałem z łatwością interesujące mnie tomy, tj. tom III i IV dzieł zebranych poety. Nie było powodu, by rzucać się do zakupu – mogę (pomyślałem) odłożyć to spokojnie na ostatnie dni pobytu w Londynie.
Jak się okazało, bardzo się pomyliłem. Dwa tygodnie później zapanowało pospolite ruszenie po Owidiusza: księgarnia za księgarnią tomy Metamorfoz… zaczęły znikać. (Może uczniowie? Może studenci? Edukacja brytyjska to jednak wciąż w dużym stopniu edukacja klasyczna). Te egzemplarze, które pozostały na półkach, były bądź uszkodzone, bądź stare (w znaczeniu: dawne wydania); niektóre z odwiedzonych przeze mnie księgarni miały, owszem, ale tylko jeden tom; także w magazynach zaczęło brakować i nie można było zamówić. Z jednej strony to wspaniałe, że ludzie rozkupują klasykę antyczną. Z drugiej – co ze mną?
Ostatnią deską ratunku była księgarnia Foyles na Charing Cross Road, niegdyś – chyba jeszcze w czasach, gdy znajdowała się w innej lokalizacji – wpisana na listę rekordów Guinnessa jako największa na świecie. (Nie wiem, czy została tego tytułu pozbawiona i czy obecnie jakieś inne miejsce dzierży palmę pierwszeństwa). Foyles to tzw. „katedra książek”: mają setki tysięcy tytułów z każdej chyba dziedziny i w najróżniejszych językach. W październiku 1930 roku Christina Foyles, córka założyciela, zainicjowała (odbywające się zresztą do dziś) słynne literackie lunche, które gościły m.in. generałów de Gaulle’a i Sikorskiego czy Beatlesów. Spotkania te upamiętniają zdjęcia, zdobiące ściany piątego piętra księgarni.
Swoje Metamorfozy znalazłem właśnie w Foyles. Zamówiłem je w przeddzień wylotu, a odebrałem rano następnego dnia: dwie czerwone, poręczne cegiełki, o których marzyłem – były wreszcie moje!
Kilka godzin później, gdy byłem już na lotnisku i myślałem tylko o tym, by wejść na pokład samolotu i zdrzemnąć się chwilę, podczas kontroli granicznej moją walizkę skierowano do przeszukania. Żadnych płynów, żadnej elektroniki. Co więc? Okazało się, że Metamorfozy – w obiektywie nowoczesnej aparatury lotniskowej – „wyglądają jak bloki materiału wybuchowego”…
Kiedy wyjaśniło się, o co chodzi, wpadłem w zachwyt. „Czy to znaczy, że ta książka jest niebezpieczna?”, zapytałem, ale nie dostałem odpowiedzi. Jak wiadomo, straż graniczna nie lubi takich żartów.
JACEK HAJDUK
Są miejsca, które zapamiętuje się na długo – wydaje się, że na całe życie – chociaż było się w nich tylko przez chwilę. Nierzadko z natłoku wrażeń wyłaniają się krajobrazy, które wydają się wieczne właśnie dzięki ulotnemu doświadczeniu i niewyraźnemu wspomnieniu. To właśnie one projektują nasze nierozpoznane tęsknoty i niepewne wyobrażenia na wyidealizowaną przestrzeń zredukowaną tylko do najwyrazistszych linii, kształtów i barw. Ignotum per ignotam: podwójne zaprzeczenie staje się wzmocnioną afirmacją ulotnego trwania, w którym na chwilę – i na zawsze – zamknięte zostają wszystkie nasze złudzenia i rozterki. W ten sposób zostaje jednak również odcięta droga powrotna. Powtórna wizyta zmusiłaby nas do dostrzeżenia zmiany w tej wiecznotrwałej substancji. A może, niestety, w nas samych? Właśnie takim miejscem jest dla mnie Castel Cavallino.
„O, piękne, ukwiecone wzgórze Cavallino” – tak wielki włoski poeta wspomina scenerię swego dzieciństwa. Giovanni Pascoli próbuje powrócić do tej jasnej przeszłości, na chwilę zatrzymać ulotną wizję: „Wpatrując się w umykające niebo, ciebie widzę niepewny obrazie” [1]. Poeta przywołuje zapewne widok ze wzgórza, na którym stoi kościół Świętego Kasjana, o czym świadczyć może niezwykła fraza: „Jest wśród ciemnego lasu dzwon, co śpiewa biały hymn poranny”. Tablica z wyrytym na niej sonetem od dawna wisi na ścianie kościoła, ja jednak po raz pierwszy zauważyłem ten wiersz wypisany na ścianie warsztatu samochodowego znajdującego się wewnątrz ufortyfikowanej wioski na przeciwległym wzgórzu. Na murze kościelnym znajduje się również tablica upamiętniającego najsłynniejszego, choć i tak nieco zapomnianego, proboszcza: Fra Carnevale.
Do Castel Cavallino dotarłem wczesną wiosną. Siąpił deszcz, nie było kwiatów. Kwitły za to drzewa owocowe, a gęste skiby falując pokrywały zbocza wzgórz, to wspinając się, to łagodnie opadając. Kościół, którego wnętrze mnie przyciągnęło, był oczywiście zamknięty, zatem mogłem zapomnieć o fragmentach fresków odkrytych w prezbiterium. Przez chwilę kontemplowałem zdjęcia głowic kolumn i piękny kształt apsydy na wyblakłej tablicy informacyjnej. Wokół nikogo, wrażenie pustki jeszcze głębsze niż w kampusie uniwersyteckim. Poprzez szpaler drzew, ponad świeżo zaoranymi polami, zobaczyłem sąsiednie wzgórze, gęsto zabudowane domami wyrastającymi z jednolitego muru górującego nad okolicą.

Niegdysiejszy zamek – zaprojektowany z wielką dokładnością – z biegiem lat został najprawdopodobniej opuszczony, a potem powtórnie zasiedlony i rozparcelowany na mieszkania. Idea architektoniczna nieco się zatarła – bramy pojawiają się w dość nieoczekiwanych miejscach, gdzieniegdzie umocnienia murów i pozostałości po blankowaniu lub przykrócona baszta, anteny przemieszane ze zdobieniami sprawiają wrażenie niejasnego wspomnienia o czymś większym – jednak wciąż wyraźne pozostaje wrażenie całości, choć każda rodzina podtrzymuje swoją autonomię, kolorem ściany albo durnostojkami w oknach.
Pięć minut w zupełności wystarcza, aby obejść zamek Cavallino, zdegradowany wprawdzie do roli przysiółka, wciąż jednak dumnie obnoszący swe doświadczone upływem czasu oblicze. Na każdym kroku można doznać wrażenia, że przechodzi się na wylot nie sięgając rdzenia budowli, rozmijając się z jej istotą – nie ma mowy o jakimkolwiek placyku, kolumnie czy studni, gdzie mogłaby się znaleźć dusza tego miejsca. Nic w tym dziwnego, cały czas przechodzimy bowiem z jednego krańca murów na drugi. Granice warowni są wciąż czytelne, zgodnie z pierwotnymi założeniami. To wystarcza, aby twierdza – choć stała się wioską – nie zatraciła w pełni tożsamości. W obrębie murów krąży się nawet nie uliczkami, tylko przesmykami. Cały czas zastanawiałem się, czy przypadkiem wychodząc za róg, nie wejdę komuś do domu. Zresztą nikogo nie spotkałem, choć gdzieniegdzie zza uchylonych drzwi przesłoniętych zasłoną z plastikowych pasków, dolatywał dźwięk radia lub telewizora. Ale w tym wszystkim nie było braku lub pustki. Wręcz przeciwnie: gdybym miał powiedzieć, jak wygląda archetyp ludzkiej osady, na czym polega idea tworzenia siedliska przenikniętego duchem wspólnoty, a jednak pozostającego niewzruszoną, niezależną od człowieka przestrzenią – wskazałbym pewnie Castel Cavallino. Wszystko to przywodzi na myśl Urbino, choć Castel Cavallino jest jego skromniejszą wersją, mniejszą, bardziej ludzką, miejscami bardziej zaimprowizowaną. Być może stąd bierze się to wrażenie osobności, rozmowy z odosobnionym, zamierzchłym czasem i przestrzenią.
Wszystko to złożyło się na przebłysk: niejasną wizję Uccella odwiedzającego Castel Cavallino. Sam na różne sposoby próbuję ją odtworzyć, rozwinąć w spójną narrację, za każdym razem jednak przegrywam, zdając sobie sprawę, że tworzę coś na przekór faktom i historii. Impuls, który mnie tu doprowadził, spowodował, że nie byłem w stanie pójść dalej, Castel Cavallino zamknęło mnie w sobie.
Idąc od strony Urbino, Uccello musiał dotrzeć najpierw do świątyni. Z pewnością doceniłby freski i masywny, romański kształt kościoła zwieńczonego dzwonnicą, która jeszcze niedawno służyła jako wieża obronna. Po chwili dostrzegł w oddali warowną wioskę, a zdecydowany rytm fortyfikacji pociągnął go ku sobie. Być może zaskoczyła go doskonała osobność tego niewielkiego świata, który wspaniale naśladował Miasto w mniejszej skali i dużo skromniejszym, pozbawionym decorum idei, stylu. I chociaż doświadczone oko Mistrza dostrzegało tu pracę i koncept badacza wtajemniczonego w najnowsze arkana rzemiosła, całość mogła sprawiać wrażenie naturalnego elementu wkomponowanego pomiędzy wzgórza: nawet twarz-maska wieńcząca ostrołuk bramy spinającej ścianę kaplicy i mur obronny wydawać się może tylko nieco zatartą naroślą, która nie pełni już funkcji zdobienia czy symbolu, lecz w swojej oczywistości upodobniła się do otaczającego ją kamienia. Wszystko tu jest bowiem pozostałością, która na dobre zatrzymała się w czasie i nie sposób jej już naruszyć. Podobnie nie sposób zakłócić pochodu markijskich wzgórz postępujących rzędami, dokładnie jak opisał to Pascoli – dopiero tutaj w pełni ukazują one swoją siłę i ciężar.
Nakładam na ten wyimaginowany obraz kształt dzisiejszego Castel Cavallino – które w czasach wizyty Uccella pełniło pewnie jeszcze swoją pierwotną funkcję. Tak naprawdę niewiele wiem na temat historii tego miejsca i ze wstydem muszę przyznać, że nie szukam tej wiedzy. Wydaje mi się jednak, że jeżeli Uccello tu był – musiał to wszystko widzieć, obejmując wyobraźnią czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Pozwala mi to lepiej zrozumieć – lub irracjonalnie „wczuć się w” – wielkie dzieło powstałe w Mieście Idealnym, ale jednak wykraczające poza jego granice. Predella przypomina Castel Cavallino w swoim dążeniu do prostoty: tak jakby malarstwo renesansowe nie rezygnując ze swych odkryć próbowało wrócić do średniowiecznych korzeni; zarówno w prawdziwym jak i w fikcyjnym miejscu kurczą się czas i przestrzeń.
Jak mogło wyglądać spotkanie dwóch osobowości – tak od siebie odmiennych i zarazem tak do siebie podobnych – nieuniknione w miejscu będącym jeszcze w zasięgu oddziaływania Planety Urbino, ale powoli uciekającym w próżnię? Przyznaję, że trudno mi ich wyobrazić sobie inaczej, niż przez pryzmat istniejących portretów, które na swój sposób podtrzymują otaczające malarzy legendy. Paolo Uccello, przybysz z wielkiego świata Florencji, okryty sławą mistrz, który czuje już gorycz porażki, trochę skryty i zdystansowany w zachowaniu, choć zawsze słucha bardzo uważnie; długa broda przydaje jego wyprostowanej sylwetce ponurą aurę melancholii i czyni go nieprzystępnym, ale jasne, bystre oczy patrzą łagodnie. Z kolei Fra Carnevale, mocno zbudowany mężczyzna o przystojnym i harmonijnym obliczu, roztacza wokół jasną aurę dostojeństwa i spokoju – jego wizerunek mógłby być ilustracją wzorca znającego swą wartość i stosującego się do zasad dzielności etycznej Arystotelesowego człowieka słusznie dumnego; porusza się powoli, gestykuluje z umiarem, waży każde słowo słuchając rozmówcy; tej powadze towarzyszy jednak duża pogoda ducha – pamiętajmy, że jest to wychowanek Filippa Lippiego, który według Vasariego „kształcił swych uczniów z miłością”. Brat Karnawał, zgodnie ze swym przydomkiem, znany miał być z wesołego usposobienia, co mogło przejawiać się w nieco figlarnym mrużeniu oczu. Spotykają się więc pustelnik i dworzanin. Obydwaj niewątpliwie interesują się ludźmi: dla Uccella stanowią obiekt studiów, podczas gdy dla proboszcza Corradiniego są trzódką wymagającą opieki.

Malarze spotkali się być może wcześniej, w Mieście, aczkolwiek nie wiemy, jak te relacje mogły wyglądać. Czy Fra Carnevale aktywnie włączył się w sprowadzenie Uccella, czy tylko podał bractwu nazwisko i polecił pośredników? Jak na to zareagowałby Uccello? Z pewnością musiał przecież słyszeć w Mieście o Fra Carnevale, książęcym doradcy i twórcy wspaniałego, podziwianego przez wszystkich ołtarza w Santa Maria della Bella. Podejrzewam, że di Dono uważnie kontemplował dzieło miejscowego mistrza. Ale czy miejscowy mistrz odwzajemnił się i odczuwał potrzebę spotkania z malarzem, o którym wiele wprawdzie słyszał, lecz było to dawno temu, a obecnie florenccy przyjaciele mogli przestrzegać go przed wyniosłym dziwakiem, którego sława przemija. Jednak nawet jeśli wcześniej się nie spotkali, nie sądzę by Uccello, nieco wycofany i nieprzykładający wagi do konwenansów, odczuł to jako despekt. Z pewnością bardziej zaintrygowałoby go samo dzieło Corradiniego: świetliste, lekkie i swobodne zastosowanie perspektywy, która – jak widać – na dobre zadomowiła się na prowincji, nie wzbudzając już sensacji. Być może uderzyła go zdecydowana granica postawiona między obrazem a mikrokosmosem Miasta i otaczających je wzgórz, konwencjonalne potraktowanie nie tyle tematu, co samej, opatrznościowej perspektywy. Ale teraz miał przed sobą wyraźnie zarysowaną postać twórcy na tle uciekającego coraz dalej krajobrazu Marche.
Ważniejszy od tematu ich rozmowy wydaje mi się sam jej możliwy przebieg i rytm – forma odpowiadająca zastosowanej na ich obrazach perspektywie. Czy Uccello próbował się wycofać, rozpoznając przed sobą zupełnie nieoczekiwaną w tym miejscu ważną figurę znaną mu zapewne – tak czy owak – z wcześniejszych kontaktów w mieście? Podejrzewam, że di Dono wolałby powrócić do swych rozważań i ruszyć w dalszą drogę, choć przecież przez tę dłużącą się chwilę uważnie kontemplował postać malarza. Z pewnością mógł sprawiać wrażenie zdystansowanego, może nawet nieobecnego. Tymczasem Fra Carnevale wszedł zapewne od razu w rolę gospodarza, elegancko, choć w niewymuszony sposób witając zacnego gościa i oddając mu hołd, następnie dopytując o pobyt.
Nie zapominajmy, że pomiędzy mężczyznami było dwadzieścia lat różnicy. Stary Uccello widział przed sobą niewątpliwie mężczyznę w sile wieku i człowieka sukcesu, który jednak potrafił zachować w stosunku do świata i siebie samego dystans, nie obnosząc się ze swą zamożnością i znaczeniem, zarazem spełnionego i pokornego, w pełni pogodzonego z rzeczywistością. Nie sądzę, by w Uccellu – mimo jego skłonności do megalomanii, w końcu sam siebie sportretował w otoczeniu „światłych mężów” – zakiełkowała zazdrość, choć mógł być rozgoryczony wspominając skromną izbę w gospodzie i zaniedbany florencki dom. Ostatecznie to po powrocie z Urbino napisał w zeznaniu podatkowym, że jest stary, schorowany i nie może pracować. Fra Carnevale musiał wyczuwać ten ciężar, może nawet znał z opowieści problemy malarza, Uccello objawił mu się jednak jako ktoś zupełnie nieprzenikniony, kogo nie można w żaden sposób pochwycić, przyciągnąć ku sobie, zbliżyć do swojego świata – bo jest to człowiek, który wojuje ze światem w każdym z jego wariantów i w desperackim stuporze prze wciąż przed siebie próbując uwolnić się z kolejnych zakreślanych przez jego kręgi domen. Z kolei Uccella musiało zaskoczyć, że ma do czynienia – jak nawet po pobieżnie wymienianych, sprowadzanych do konwencjonalnej pochwały, uwagach na temat swoich dzieł mógł poznać – z człowiekiem świetnie zorientowanym w teorii perspektywy, który nie traktował jej jednak jako wyzwania, klucza do zrozumienia świata, lecz jako narzędzie, które z biegiem czasu staje się słabostką.
Być może właśnie wtedy pojawił się błysk nadziei na nić porozumienia, który równie szybko jak się pojawił, znikł w cieniu rezygnacji z jednej strony lub kurtuazji z drugiej; ta iskra musiała się choć na chwilę pojawić u obydwu mistrzów. Nawet jeśli Uccello chciał kontynuować i pogłębić rozmowę o perspektywie, szybko ogarnęło go przeczucie, że rozmówca zaczyna się powoli, zaniepokojony, wycofywać. Zagadnął więc go o widok rozciągający się ze wzgórza, co z kolei Fra Carnevale mógł odczytać jako konwencjonalny unik, nie dostrzegając w tym nieco usztywnionym człowieku prawdziwych emocji. Ci dwaj mężczyźni stojąc naprzeciwko siebie musieli przeczuwać jak bardzo są do siebie podobni, jednak zrozumieli, że to nie czas i miejsce (i stojąc na wzgórzu Castel Cavallino dobrze wyczuwałem ciężar tego frazesu), aby szukać porozumienia. Musiało skończyć się na tym, że Corradini – być może puszczając jeszcze mimo uszu pytanie o bractwo Corpus Domini – zaczął się powoli wycofywać, przepraszająco tłumacząc, że jest właśnie oczekiwany na książęcym dworze. Wyczuwał zapewne, że jego rozmówca niecierpliwi się, przyciągany widokiem górującego nad okolicą ufortyfikowanego wzgórza. Być może obawiał się też, że Uccello upatrywać może w tym spotkaniu szansy na „karierę” w Urbino i być źródłem niepotrzebnych kłopotów. Wątpię, by malarze mieli jeszcze kiedyś się spotkać.
Chociaż obraz tego spotkania jest pozbawiony ostrości, dla mnie samego niedostępny – widzę wyraźnie jeszcze jednego, cichego świadka. Od kiedy zostałem ojcem, bardziej niż kiedyś zwracam uwagę na „motyw dziecka w sztuce i literaturze”. Pamiętam dokładnie, jak w zakończeniu szkicu Herberta o Piero della Francesca mały Marco prowadzi ociemniałego malarza nie wiedząc, że „prowadzi światło”. Pamiętam też syna Grünewalda odbywającego z nim przypominającą Króla Olch fantastyczną podróż na końskim grzbiecie w poemacie Sebalda. I nie mogę zapomnieć o tym, że Uccellowi w Urbino towarzyszył dwunastoletni syn, Donato, który otrzymał imię po znanym przyjacielu malarza wielokrotnie nieszczędzącym mu krytycznych uwag. Co czuł wkraczający w życie syn, rozpoznając w oczach ojca błysk rezygnacji, jakby w pół kroku zatrzymał się on przed ostatnim skokiem do odpływającej łodzi? Widzę wyraźnie ciemną, pochyloną postać odwracającą się w kierunku miniaturowej fortecy Castel Cavallino. Chłopiec ociąga się, spoglądając za odchodzącym w przeciwną stronę Fra Carnevale, ale po chwili pewnym krokiem rusza za ojcem.
MAREK PACUKIEWICZ
[1] Dziękuję Małgorzacie Rygielskiej za spolszczenie włoskiego tekstu.
Na Ortygii
Dla Małgosi i Wojtka Ornatów
Nad morzem, które z góry zobaczył Ikar, pierwszy lotnik
stoi casa i jak menora w słońcu się siedmiokrotni.
Na skalisty belweder powróciła Wenus Landolina
na włosy Małgosi chustę w cztery przepiórki wyszyła.
I miłosnym urokiem zwiodła przybysza z Francji
na szczęście ten nie skaził jej prątkiem podstępnej francy.
Na poprószonej sreberkiem wodzie kołyszą się łodzie
pod mostem kamień żywi się wilgotnym porostem.
Santa Lucia bezoka patrzy na lubowników Proroka
Apostoł Filip zaś na Greka, który go z krzyża zdjął.
Ortygia, 17 III 2025, ranek

Mieszkanie Małgosi i Wojtka Ornatów znajduje się w starym domu starej dzielnicy żydowskiej, która wyrosła w średniowieczu na syrakuzańskiej Isola di Ortigia, wyspie przepiórek, tłumacząc nazwę tego miejsca z greckiego. Z tarasu domostwa widać Morze Jońskie, będące niemal na wyciągnięcie dłoni, trochę jak wystawiona na stół niebieska waza wypełniona małżami, ostrygami, krewetkami, ośmiorniczkami, kalmarami, ich kształtem i morskim zapachem. Znad morza codziennie wschodzi słońce wlewając w wąski kanion Via Giudecca oślepiającą falę lśnienia. Po stronie zachodniej wyłania się boczna ściana kościoła pod wezwaniem Filipa Apostoła oraz wieże dwóch innych, którym patronuje Niepokalana. Dalej ciągnie się stare miasto, a jego żywym sercem jest nieregularny i rozległy plac katedralny. Otaczają go okazałe pałace i kościół wyrosły na potężnych i archaicznie surowych kolumnach greckiej świątyni Ateny. Po niedzielnych mszach katedra ze swojej barokowej wieży grzmi wielodzwonnym Sursum corda. Życie na placu na chwilę zamiera, przechodnie zadzierają głowę, wypatrując potężnych instrumentów. W tych i podobnych okolicznościach moja wyobraźnia zazwyczaj usiłuje przedstawić sobie nie tyle kształty rozszalałych dzwonów, co naszkicować sylwetki wprawiających je w wahadłowy ruch dzwonników. Kamery w serialowym Lamparcie upodobały sobie zamykającą plac od południa fasadę kościoła Santa Lucia alla Badia.
Jeszcze dalej na zachodzie, czego już oczy stojącego na tarasie nie widzą, tak naprawdę nie mogły widzieć też placu katedralnego, wyspę z sycylijskim lądem łączą trzy mosty, w tym jeden przeznaczony tylko dla pieszych i rowerzystów, niedawno postawiony i rybacki port wraz z lamusem starych drewnianych łodzi i kutrów, który niejako sam się stworzył. Są bowiem miejsca, gdzie czas odkłada zużyty materiał i nadwątloną materię życia. Niektóre z nich są tak dawne jak rok urodzin pisarza Elio Vittoriniego w domu na Ortygii.
Na nadbrzeżnych skalnych pagórach, gdzie słońce zachodzi, w 734 roku p.n.e. swoje pierwsze obozy założyli Dorowie. Stąd „uwięziona” w muzealnej sali Wenus chciałaby pewnie spoglądać na morze, gdyż z kąpieli w nim wyszła, dlatego nadano jej imię Anadyomene, ale bardziej znana jest od nazwiska swojego odkrywcy jako Wenus Landolina. Artystyczne i kobiece piękno posągu przykuło uwagę Guy de Maupassanta do tego stopnia, że stworzył jej literacki, nieprzemijający portret, nie tyle dłutem go rzeźbiąc, co poddając opisowi rylcem pióra. Nie Wenus jednak jest patronką miasta, ale męczennica, święta Łucja, której śmierć namalował w Syrakuzach (będących jednym z etapów ucieczki z Rzymu, która zakończyła się śmiercią na plaży w Porto Ercole) nie kto inny, a maledictus artifex Caravaggio. To święta Łucja, wyłupiwszy sobie oczy na początku IV wieku „spogląda” na nas w rozmaitych miejscach wyspy i lądu ze swoich licznych wyrzeźbionych lub malowanych wizerunków.

Na tych pagórach rozpościerało się dawno, dawno temu rozległe greckie miasto i jak wiele innych jemu podobnych, oblicze zwróciło ku morzu. Miasto przetrwało w szczątkach, a ludzkie sprzęty, w które było wyposażone – w skorupach. Ale ten widok na szerz morza nadal się stąd rozpościera, ze szczytu nieźle zachowanych ruin greckiego teatru, na którym wyznaczono Via dei Sepolcri (ulicę Grobów). Ściany tego krótkiego traktu stanowią skały, w których chowano ciała. W książce Tu jest Grecja. Antyk na nasze czasy Marek Węcowski podkreśla szczególny związek Hellady z morzem, ono to „staje się bez mała ojczyzną Greków”, „na morzu i blisko morza Grecy byli u siebie”.
Za lapidaria dawnych dzielnic greckiego polis – Achradine, Tyche, Epipolai, Neapolis -teatralnie zachodzi słońce. Refleksy tego misterium kładą się każdego wieczoru nad niebie Syrakuz, przyciągając uwagę gapiów, gromadzących się na lądzie, w belwederze ruin, w twierdzy Archimedesa na wyspie i pod markizami nadmorskich knajpek otwartych nad progami morza. Te refleksy, będące ostatnim zrywem metamorfozy słonecznego światła, były rano wiązką lśnienia wpadającą w średniowieczny kanion Via Gudecca, a teraz siłą obrotu rzeczy nieodwołalnie znikają w mroku.
WOJCIECH KASS
To Marek przypomniał mi wydrukowane razem w „Zeszytach Literackich” wyrywki z dwóch dzienników: notatki Pawła Hertza z pobytu w Rzymie w Wielkim Tygodniu 1979 roku, poczynając od Czwartku oraz fragment Dziennika Jarosława Iwaszkiewicza dotyczący tej samej podróży. Fundatorem wydarzenia, a więc pewnie tym, kto je zaproponował przyjacielowi wraz z datami był Iwaszkiewicz. Dlaczego wybrał ten właśnie czas, kiedy Rzym jest najbardziej zatłoczony z powodu najazdu wiernych ze wszystkich stron świata, a w hotelach rosną ceny pokojów? Stawiam sobie to pytanie, bo zapiski pokazują, że zamiarem żadnego z nich nie było uczestniczenie w nabożeństwach Wielkiego Tygodnia czyli Triduum Sacrum ani w wielkich uroczystościach Niedzieli Wielkanocnej. Dlaczego nie zdecydować się na przyjazd tydzień wcześniej lub tydzień później? Jeśli krył się za tym jakiś szczególny powód, to nie został wyjawiony. Iwaszkiewicz, wielbiciel tradycji religijnej, wspaniale ją wykorzystywał w swym pisarstwie jako warstwę obyczajową i liturgiczno-symboliczną. Ale nie był gorliwym praktykującym – wolno nawet zastanawiać się jak to było z jego wiarą chrześcijańską. Piotr Mitzner z dużym taktem rozmyśla na ten temat w książce Mój Iwaszkiewicz. Ale pisarz często bywał w Rzymie i można sprawdzić, ile razy przypadało to na czas wielkanocny. Ta decyzja mogła wynikać z jakichś przymusów jego kalendarza. Hertz, jak przypuszczam, do praktyki religijnej miał stosunek bardziej żywy, ale w Rzymie (wedle notatek) się z nim nie zdradza. Obaj zachowują się jak ludzie świeccy przybyli do stolicy sztuk. W Wielki Piątek oglądają w telewizji Drogę Krzyżową w Koloseum, jak ją oglądał każdy Polak. Była to pierwsza rzymska Wielkanoc Jana Pawła II. Krótkie uwagi Iwaszkiewicza na ten temat mają, jak to u niego, charakter zarazem ludzki i polityczny. Można powiedzieć, że obaj pisarze przemierzając Miasto nosili ze sobą inny bagaż i że był on bogatszy u Iwaszkiewicza. Chociaż być może Hertz miał większą od Iwaszkiewicza wiedzę na temat architektury, malarstwa i rzeźby.

Iwaszkiewicz wydaje się smutny i zatroskany. Drażnią go urzędnicy polskiej ambasady, którą uznał za stosowne odwiedzić, bo uważał się za osobistość oficjalną. Spotkał się kilka razy z mieszkającymi we Włoszech Polakami; wiemy, że ci mieli talent do grania mu na nerwach i tego nie mogło zrównoważyć zaproszenie na wielkanocną szynkę. W zapiskach czytamy o niepokoju z powodu spraw pozostawionych w Polsce, to znaczy na Stawisku. I o wspomnieniach, które od pewnego czasu są dla niego bardziej realne niż rzeczywistość przed oczami. Tak jest dosłownie, gdy zaszedłszy do ulubionej kawiarni Ronci odkrywa straszliwe zmiany we wszystkich szczegółach – aż po zmianę jej tożsamości. Żałuję, że w notatkach dziennych to odkrycie jest za mało rozwinięte. Znając jego literaturę, jego opowiadania i wiersze mogłabym sporządzić coś w rodzaju apokryfu i poddać pod osąd uczonych iwaszkiewiczologów. Najpierw trzeba ustalić spis dat dotyczących pobytów rzymskich i zaznaczyć czemu one odpowiadają w pisarstwie, ewentualnie w jego życiu. Już ta praca wydaje mi się fascynująca. Ale to nie wszystko: do każdego datowanego pobytu dochodzą reminiscencje z podróży poprzedniej i jeszcze poprzedniej. Każda minuta, każdy krok w Rzymie staje się jak studnia, której dno oddala się w głąb z każdym rokiem. To oczywista korzyść wynikająca z długiego życia. Wiosną roku 1979 Jarosław, pisarz długiego życia i jeszcze dłuższej (bo również nie własnej) pamięci, nie chciał mnie uraczyć, ani siebie wówczas, tym, co mógłby bez trudu rozwinąć na każdym kroku w Rzymie. Stąd domyślam się i żałuję jego nienajlepszej formy. Co nie oznacza, że chodząc ulicami, zatrzymując się przed arcydziełami nie prowadził w sobie niesłyszalnego dialogu z przeszłością, udając, że przysłuchuje się wiadomościom zapamiętanym przez przyjaciela z książek i bedekerów.
Zupełnie inaczej dzieje się w notatkach Pawła Hertza. Wchodzimy właśnie w świat książek i bedekerów. Hertz podróżuje z żarliwością i powagą godną studenta, który wreszcie dostał stypendium. Zapiski przemieniają się w młynek modlitewny Tybetańczyków. Litania ulic: Via Ripetta, piazza Augusto Imperatore, Piazza del Ferro di Cavallo, Santa Maria Portae Paradisi; Piazza Borghese, Palazzo Borghese, Palazzo Ruspoli, Piazza Colonna, Piazza Barberini, via Veneto (wszystko w jednym małym paragrafie)… – Litania dzieł: Nozze Aldobrandini, Grupa Laokoona („zawsze uważałem ją za mało ciekawą”), Apollo Belwederski, Apoksyomenos, Torso del Belvedere (zapisywał często in situ, z pewnością musiał oprzeć się pokusie, by zacytować znanego wszystkim Rilkego…), Doryphoros – i to wszystko tylko w watykańskim muzeum Pio-Clementino. Lata temu i ja opisywałam szczegółowo rzeźby Berniniego w zawrotniej nadziei, że jeśli kiedyś zajrzę do notesu czarodziejstwo zadziała, zostanę przeniesiona o tysiące kilometrów, o dziesiątki lat. Tkwi w nas przekonanie, umocnione przez poetów, że niektóre słowa, niektóre układy słów potrafią to zdziałać, ale pod bardzo mocnymi warunkami.

Zapiski są również formą dyscypliny. Nie rozpraszać się, skupić na szczególe, zachować w sobie wewnętrzną ciągłość! I co za mimowolne odkrycia potrafi dokonać oko, jeśli wpatruje się uparcie w szczegół i w jego osadzenie w całości. Wśród naszych „italianistów” Paweł Hertz należał do wyjątków: wobec cudów Włoch nie wstydził się polskiej mierności. Wydawał systematycznie tomy wierszy z polskiej przeszłości; w tym wypadku interesowała go historia, a nie ideał piękna. Wydziwiałam nad tym, lecz dzisiaj przyznaję mu rację. Doszedł do końca swojego przedsięwzięcia, które uważał za niezbędne dla przyszłych pokoleń. Dzieło życia? Jest ono również dziełem pokory, które Hertz sobie zadał po egzystencji pełnej „wrzasku i furii”, przygód godnych jakiegoś XX-wiecznego eposu, gdzie bohater długo szuka prawdy i znajduje ją w ostatnim rozdziale życia, blisko siebie… Te wiersze w XVII, XVIII, XIX wieku, gdzie udane są dwie pierwsze linijki… A może magię wiersza stanowi to, że od czasu do czasu coś zabłyśnie – kilka wyrazów – i zostaje w pamięci? Hertz miał szersze spojrzenie na te sprawy i nie mogę odmówić mu mądrości, nawet w penych dziwactwach. Zawsze budził podziw horyzontem, który ogarniał.
Próbuję wyobrazić sobie ich razem na ulicach, przy stoliku w pasażu Galleria Colonna. Nie odbijali za bardzo od rzymskiego tłumu; trzeba było posłuchać ich mowy. Czy kłócili się czasami o drobiazgi, o zapomnianą nazwę czy datę, o przesadne wydatki Jarosława? Starsi panowie niewątpliwie z prowincji. Pomyślmy: było to rok przed wybuchem „Solidarności”, dziesięć lat przed upadkiem Muru Berlińskiego. Patrząc na tłum mogli być pewni, że ani czwarta część ze spieszących po Corso nie ma takiej wiedzy o mieście i o kraju jak oni, cudzoziemcy. I głębi spojrzenia w czas, obejmujący początki i końce ostatnich imperiów. Jarosław podejrzewał, że jego sprawy zupełnie nie obchodzą Pawła. I tu dodaje coś, co mnie porusza do łez. „Oto prawdziwe «oschłe serce» jak mój Migdałek najdroższy”. Migdałek, piesek ze Stawiska! Jarosław zawsze niekochany? Kochany mniej, gorzej niż sam kochał? I takiego odkrycia można dokonać w Rzymie.
A jednak Rzym nie taje dla niego jak grudka wiosennego lodu. „Nuda pomnożona chłodem i deszczem”. Patrzy na rzeczy dobrze znane, to znaczy rozwija taśmę wspomnień, wobec których teraźniejszość jest wyraźnie bledsza. Może podsuwa mu ona świat na niby, bez tego co najważniejsze? Pozostał mu mniej niż rok życia, napisze jeszcze kilka pięknych wierszy, będą mieszały to, co jest mu bliskie – starość, śmierć – z jakąś szaloną odległością epok, którą w sobie przechowuje. Dzięki tej odległości, tragicznej i włączonej w życie, jego pisarstwo stanie mi się tak drogie. Powinnam w najbliższych dniach zdobyć tomik jego wierszy po włosku.
EWA BIEŃKOWSKA
Był pisarzem i filozofem, spisywał opowieści i mity starej kultury Hucułów, szukał prawdy i dzielił się z czytelnikami swoją mądrością. Liczne jego eseje, jakkolwiek erudycyjne, nie należą do książkowych i szeleszczących papierem, słychać w nich głos i śmiech autora. Vincenz bowiem nigdy nie naucza ex cathedra, szuka z czytelnikiem innego porozumienia, zachęca nas do zaprzyjaźnienia się z Sokratesem, Platonem, Dantem, Mickiewiczem – nawet jeżeli nie będą znali odpowiedzi na wszystkie nasze pytania, na pewno nie zbędą nas propagandowym frazesem czy kłamstwem.
Znane powiedzenie Sokratesa, przekazane przez Ksenofonta: „Jestem nie tylko z Aten, jestem ze świata”, mogłoby doskonale odzwierciedlać drogę życia Vincenza, gdyby pod słowo „Ateny” podstawić „Słoboda Rungurska”. Tam właśnie, na Pokuciu w Galicji Wschodniej, 30 listopada 1888 roku przyszedł na świat Stanisław Vincenz [1]. Był synem Feliksa Vincenza, przemysłowca naftowego, i Zofii z Przybyłowskich, córki właściciela ziemskiego. Jako dziecko mieszkał na przemian w Słobodzie Rungurskiej i w majątku dziadka Przybyłowskiego w Krzyworówni nad Czeremoszem. Przybyłowscy byli polskimi ziemianami osiadłymi na ziemiach pogranicznych, zamieszkanych przez Hucułów, Ukraińców, Polaków, Żydów, Rumunów, Ormian i inne nacje, wśród których wzrastał Stanisław Vincenz. Nauki początkowe pobierał w domu. Dużą rolę na wczesnym etapie jego życia – i nie bez konsekwencji dla dalszego – odegrała niania Połahna, chłopka z Krzyworówni, która nauczyła go gwary huculskiej. „Mój język dzieciństwa – mówił pisarz po latach – nie jest macierzysty, tylko nianiowaty, tj. Połahny, ukraiński. Kiedy jakiś głos wewnętrzny dyktuje mi, co mam pisać, to zawsze w języku niani” [2]. Przyswajaniu sobie gwary huculskiej i języka ukraińskiego, przebiegającej równolegle z nauką francuskiego, towarzyszyły przestrogi Połahny: „Szje budesz maty czjes howoryty panskymy jezykamy, a teper howory po ludsky. Taj pamiataj donyku abys nykoły ludskoho jezyka ne zabuwaw!” [3]. O tym, że pisarz przestrogi posłuchał, świadczy książka Na wysokiej połoninie, bo – jak wspominał autor – zanim jakąś stronę napisał, obmyślał ją w języku ludzkim [4].
Do gimnazjum uczęszczał najpierw w Kołomyi (1898–1904), potem w Stryju (1904/05), gdzie zaprzyjaźnił się z Wilamem Horzycą (poświęci mu wspomnienie Navigare necesse est) i należał do konspiracyjnego kółka samokształceniowego, prowadzonego przez Stefana Vrtela-Wierczyńskiego. Naukę gimnazjalną dokończył w Kołomyi – tam w 1906 roku zdał maturę. Lata szkolne rozbudziły w nim zainteresowania filozoficzne, zamiłowanie do kultury greckiej, w której najważniejsze miejsca zajmowali Homer, Sokrates i Platon. Podjął studia na Uniwersytecie Wiedeńskim, poprzedzone jednym semestrem na Uniwersytecie Lwowskim. W Wiedniu studiował kolejno biologię (1906/07), prawo (1907/08), filologię słowiańską, sanskryt i psychiatrię (1908/09) oraz filozofię (1909–1911 i od 1912, po odbyciu służby wojskowej w Wiedniu). Jednym z wykładowców filozofii był Friedrich Wilhelm Foerster, chrześcijański pedagog i socjolog, którego po latach Vincenz wspominał z podziwem w szkicu Z dziejów walki ideowej. Wiedeńskie studia zwieńczone zostały dysertacją doktorską pod tytułem Filozofia religii Hegla i jej wpływ na Feuerbacha, na jej podstawie w 1914 roku Vincenz uzyskał doktorat z filozofii. Pracował nad rozprawą habilitacyjną zatytułowaną Hegel w Polsce i w Rosji, spłonęła ona jednak w 1915 w pożarze dworu w Krzyworówni w czasie działań wojennych.

Fot. Claude Huber, Lausanne 1966
W Wiedniu poznał Helenę Loeventon, Rosjankę, z którą ożenił się w roku 1911 lub 1912 [5] w Odessie, gdzie mieszkali rodzice Leny. Z tego związku w 1915 roku narodził się syn, Stanisław Aleksander. Małżeństwo w 1921 roku zostało unieważnione [6].
Przed wybuchem I wojny światowej odbywał służbę wojskową w wojsku austriackim, w 24. Pułku Kołomyjskim. Kiedy wybuchła wojna, został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia – i dzięki interwencji rodziny. Wrócił do Słobody Rungurskiej, a jesienią 1915 roku został ponownie zmobilizowany. Wysłano go na front włoski. Od jesieni 1916 do listopada 1918 roku stacjonował we Lwowie. Pod koniec 1919 roku zgłosił się do Wojska Polskiego. Powierzono mu funkcję wykładowcy literatury polskiej w Korpusie Kadetów w Modlinie, a następnie referenta oświatowego przy sztabie VI Armii oraz redaktora „Tygodnika VI Armii”. W 1922 roku został zdemobilizowany w randze kapitana.
Nie lubił wracać pamięcią do czasów wojny, doświadczenia z frontu nie znalazły też odzwierciedlenia w jego twórczości. Na lata wojny przypada za to początek działalności przekładowej Vincenza: przetłumaczył w 1917 roku opowiadanie Dostojewskiego Sen śmiesznego człowieka, które ukazało się w prasie lwowskiej, a także książkę Williama Jamesa Human Immorality – niestety, przygotowany do druku egzemplarz zaginął w 1921 roku w Towarzystwie Wydawniczym „Ignis”. Oficyna ta wydała w 1921 roku Trzy poematy Walta Whitmana w przekładzie Vincenza i z jego wstępem (niepodpisanym). W tym samym roku na łamach pisma „Naród” ukazał się jego artykuł pod tytułem Religia Walta Whitmana (nr 23). Postać duchowego patrona transcendentalistów powróci w twórczości Vincenza w szkicu Walt Whitman – poeta Ameryki. Nad przekładami autora tomu Źdźbła trawy Vincenz pochylał się z przyszłą drugą żoną, Ireną, pochodzącą ze zasymilowanej krakowskiej rodziny żydowskiej Eisenmannów. Jak podaje biografka pisarza – Irena już w roku 1918 pomagała mu wyszukiwać słówka do tłumaczenia poematów. „O jednym ze spotkań zakochanej pary mówi wspomnienie Ireny Vincenzowej, w dużym stopniu ukazujące jej charakter – pisze Mirosława Ołdakowska-Kuflowa. – Oboje, Irena i Stanisław, nie mieli tego dnia pieniędzy, jednak postanowili razem pójść na obiad. W tym celu Irena zastawiła pierścionek czy też zegarek. W drodze do restauracji mijali księgarnię, gdzie na wystawie stał tom poezji Tarasa Szewczenki, poety zupełnie nieznanego ukochanej Vincenza. «Co, ty nie wiesz, kto to był Szewczenko?» – oburzył się wielbiciel jego poezji. Zdecydował zaraz, iż muszą koniecznie kupić utwory ukraińskiego poety. Zamiast pójść na obiad, usiedli na ławce i Vincenz czytał swej przyszłej żonie poezje” [7]. Ślub Ireny i Stanisława Vincenzów odbył się w październiku w 1923 roku we Lwowie; z ich związku narodziło się dwoje dzieci: Andrzej i Barbara. Jeśli chodzi o aktywność publicystyczną i społeczną Vincenza w tym czasie, trzeba wspomnieć, że w 1922 roku redagował we Lwowie tygodnik „Nowe Czasy”, a latach 1922–1923 działał w PSL „Wyzwolenie”.
Jeszcze przed narodzinami córki, która przyszła na świat w lutym 1924 roku, rodzina przeprowadziła się do Milanówka. Pod Warszawą Vincenzowie mieszkali najwyżej cztery lata, następnie przenieśli się do stolicy, do mieszkania w Alejach Ujazdowskich [8]. Pisarz w 1923 roku nawiązał współpracę z warszawskim miesięcznikiem „Droga”, w którym do 1929 roku zamieszczał artykuły poświęcone literaturze i filozofii religii, a także przekłady (w numerze 4–5 z 1927 roku ogłosił tłumaczenia poezji Walta Whitmana); w latach 1927–1928 był redaktorem tego pisma (w 1928 roku wspólnie z Wilamem Horzycą). W tym czasie zafascynowały go prace szwajcarskiego filozofa, Rudolfa Marii Holzapfla, głoszącego potrzebę zintegrowania ideałów etycznych, artystycznych i religijnych, a także naukowych (sam był uczniem fizyków Ernsta Macha i Richarda Avenariusa). W 1925 roku Vincenz nawiązał z nim naukowe kontakty. Na łamach „Drogi” zamieścił trzy artykuły poświęcone filozofowi: Zwiastun nowej przyszłości (1925 nr 1), Horyzonty walki (1925 nr 2) oraz Zagadnienia etyki nowoczesnej: Holzapfel – Abramowski (1929 nr 6). W tym czasie wspólnie z Izydorem Blumenfeldem tłumaczył dzieło Holzapfla Wszechideał [9]. W latach dwudziestych kilkakrotnie gościł go w Słobodzie Rungurskiej, jeździł także do Szwajcarii na spotkania koła panidealistów, jakie powstało wokół Holzapfla. W trakcie spotkań w Słobodzie Vincenz opowiadał o kulturze Hucułów, prezentując swoje bogate zbiory etnograficzne. Holzapfel – pod wrażeniem daru narracji Vincenza i jego intelektualnej oryginalności – namówił go do spisania gawęd, przyczyniając się w ten sposób do powstania opus magnum polskiego pisarza – cyklu Na wysokiej połoninie [10].
„Droga”, reprezentująca formację piłsudczykowską, pod redakcją Vincenza i Horzycy stała się pismem, które publikowało autorów najwyższej klasy, szukając nie tylko wybitnych intelektualistów, ale także autorytetów moralnych. Wśród autorów polskich pojawiają się: Stanisław Brzozowski, Tadeusz Zieliński, Henryk Elzenberg, Aleksander Hertz, Józef Czechowicz, Jerzy Liebert. Drukowano także artykuły Bertranda Russella, Juliena Greena, Georges’a Bernanosa. Publikacjom często towarzyszyły osobiste kontakty Stanisława Vincenza z autorami. „Tak było nie tylko z Hansem Zbindenem czy Romainem Rollandem, których redaktor «Drogi» poznał w kręgu holzapflistów, ale też z Herbertem Georgem Wellsem, u którego redaktor «Drogi» był gościem w Anglii latem 1928 roku, Thomasem Mannem, którego odwiedził w Niemczech, Konstantinem Balmontem. Wielkim wydarzeniem dla całego środowiska był przyjazd do Warszawy Chestertona i spotkanie z nim w PEN Clubie” [11]. Vincenz, który był członkiem Polskiego PEN Clubu, przez całe dwudziestolecie międzywojenne aktywnie uczestniczył w jego działalności.
Ojciec Vincenza był właścicielem szybów naftowych w Słobodzie Rungurskiej. Złoże początkowo bardzo wydajne, w latach dwudziestych było już bliskie wyczerpania. Vincenz nie urodził się nafciarzem, a wschodniogalicyjski boom naftowy, o którym pisali Ukraińcy i Polacy, nie interesował go nawet jako temat literacki. Nie znaczy to, że pozostał całkowicie obojętny wobec przemysłowych tradycji rodziny. Od samego pisarza wiemy, że sprzedawał karpackie drewno do Anglii. Przez krótki czas był współwłaścicielem (wraz ze swoim bratem Kazimierzem Vincenzem i udziałowcem Adolfem Lantnerem) rodzinnej firmy przemysłowo-handlowej o nazwie Produkcja, która prócz własnej działalności (wydobycie i handel ropą naftową i jej pochodnymi) trudniła się sprzedażą produktów Państwowej Fabryki Olejów Mineralnych Polmin z Drohobycza. Na tle rozliczeń między obydwiema firmami doszło do konfliktu. Polmin mający za sobą aparat państwa zerwał negocjacje i oskarżył właścicieli Produkcji o defraudację ponad miliona zł. W ten sposób pisarz stał się oskarżonym w procesie karnym, który rozpoczął się na początku 1931 roku w Sądzie Okręgowym we Lwowie. Sąd powołał biegłego, który szczegółowo zbadał księgi handlowe obydwu firm, a także rachunki bankowe oskarżonych. Po półrocznym procesie sąd ferował wyrok uniewinniający oskarżonych. W tradycji rodzinnej utrwaliło się przekonanie, że proces miał podłoże polityczne. Stanisław Vincenz wykazywał wówczas zdecydowany krytycyzm wobec rządzącego obozu belwederskiego (zwłaszcza jego konfrontacyjnej polityki wobec mniejszości etnicznych), wystąpił z redakcji piłsudczykowskiego miesięcznika „Droga”. Ponadto od początku lat trzydziestych w następstwie kryzysu gospodarczego zagłębie roponośne w okolicach Borysławia nękane było strajkami i niepokojami społecznymi. Władze szukały kozła ofiarnego, defraudantów grosza publicznego, których można by obciążyć przynajmniej częściowo odpowiedzialnością za nędzę i bezrobocie [12].
W 1930 roku Vincenzowie wyprowadzili się z Warszawy do Worochty. Nie pozostali tam długo – willa, w której zamieszkali, uległa zniszczeniu w pożarze. Zdecydowali osiedlić się w Bystrzecu, wiosce, położonej w samym sercu Huculszczyzny, u stóp Czarnohory, pięćdziesiąt kilometrów od Słobody Rungurskiej, nad potokiem będącym dopływem Czarnego Czeremoszu. Z okien widoczny był masyw Czarnohory, przed domem znajdowały się rabaty, a schodki prowadziły na położoną niżej łąkę. Od południa i zachodu teren opływał potok, od strony północnej rósł las. Surowość przyrody i sąsiedztwo Hucułów pielęgnujących archaiczną kulturę i potrafiących żyć w harmonii z naturą sprawiało, że Bystrzec był dla Vincenza idealnym miejscem do pracy nad połonińskim cyklem. Tam powstał pierwszy tom dzieła Na wysokiej połoninie. Prawda starowieku, który ukazał się w roku 1936 w wydawnictwie Rój. Zamysł kolejnych „pasm”, jak nazywał pisarz części swego dzieła – również zrodził się w Bystrzecu [13].
W tym czasie publikował także artykuły o kulturze ludowej i Hucułach; ukazywały się one w czasopismach „Pion”(1934–1936), „Ziemia” (1935) i „Złoty Szlak” (1938). Często w swoich tekstach przywoływał także świat żydowski, znany z dzieciństwa, wykazując wielką znajomość jego kultury i umysłowości.
Po agresji dwóch państw totalitarnych na Polskę pisarz, wraz ze starszym synem Stanisławem, z Jerzym Stempowskim i pewnym kapitanem Wojska Polskiego, przekroczył 18 września 1939 roku granicę węgierską. Stempowski miał przy sobie Księcia Machiavellego, a Vincenz – Boska Komedię. Pod koniec października obaj Vincenzowie powrócili, by zabrać pozostałą rodzinę, zostali wówczas aresztowani przez NKWD i osadzeni w więzieniu w Żabiem, a potem w Stanisławowie. W celi więziennej pisarz uczył się hebrajskiego. Pobyt w areszcie opisał w Dialogach z Sowietami. Zwolniony po siedmiu tygodniach, spędził zimę na Huculszczyźnie. Wiosną 1940 roku przedostał się wraz z rodziną na Węgry, gdzie przebywał do końca wojny, mieszkając najpierw w Budapeszcie, a potem do połowy kwietnia 1946 roku we wsi Nógrádverőce w zakolu Dunaju; utrzymywał się z zasiłków rządu węgierskiego. Zbliżył się do kultury węgierskiej, poznał język i ludzi. Tłumaczył poetów węgierskich (np. Lajosa Áprilyego). Nie tylko sam starał się poznać kulturę kraju, w którym się znalazł, ale zachęcał do tego także znajdujących się w podobnej sytuacji rodaków: „Jesteśmy na Węgrzech, poznajmy wszyscy, jak nas na to stać, język węgierski […]. Poznajmy w dalszym ciągu literaturę i sztukę, obyczaj i rzetelną twórczość ludową. Poznajmy dostępne nam gałęzie gospodarki, poza tym to, co każdego z nas interesuje, ale tak gruntownie, by ten na razie stracony dla służby własnemu krajowi okres życia miał usprawiedliwienie w tym, czegośmy się nauczyli, a co może się później przydać w zacieśnieniu więzów między oboma krajami” (Hungarica. Dar przyjaźni). Zgodnie z tym przekonaniem, brał udział w polskim i węgierskim życiu społeczno-kulturalnym; był prezesem Komisji Oświatowej Komitetu Obywatelskiego Opieki nad Uchodźcami Polskimi, doradcą literackim wydawnictwa Biblioteka Polska i czasopisma „Tygodnik Polski”(1943–1944). Prozę, artykuły i przekłady z języka węgierskiego ogłaszał w pismach „Wieści Polskie” (1940/41, 1943, 1944), „Nasza Świetlica. Materiały Obozowe” (1941), „Rocznik Polski. Kalendarz Polaka na Węgrzech” (1941–1943), „Tygodnik Polski” (1943). Próbą zrozumienia narodowego charakteru Węgrów i odczytania węgierskiej historii w ścisłym zespoleniu w naturą są eseje Brama do Węgier i Pole bobrowe, ogłoszone w „Tygodniku Polskim” w Budapeszcie w 1943 roku, drukowane później pod wspólnym tytułem Krajobraz jako tło dziejów. Sam będąc uchodźcą w czasie wojny, uczestniczył w akcjach pomocy ukrywającym się Żydom, za co pośmiertnie otrzymał medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, przyznany przez Instytut Pamięci Narodowej Yad Vashem w Jerozolimie.
Wiosną 1946 roku przedostał się z rodziną do Austrii; zatrzymał się najpierw w Wiedniu, a w czerwcu 1946 roku w Salzburgu, skąd nielegalnie – przy pomocy Andrzeja Vincenza i Konstantego Aleksandra Jeleńskiego, w owym czasie podporucznika Wojska Polskiego – wyjechał do Quackenbrück w Niemczech. Po latach Jeleński wspominał: „Przez cały rok zachodziłem wieczorami na pięterko naszego hotelu-falansteru do państwa Vincenzów (wraz z kolegami, wśród których byli żyjący na równej stopie szeregowi i oficerowie, redaktorzy, zecerzy, szoferzy) i słuchałem niezrównanych opowiadań «Doktora»” […]. Szczodrość intelektualna Stanisława Vincenza była przeciwieństwem tak wielu pisarzy, którzy zasobami swymi gospodarują oszczędnie, co najlepsze zachowując nie dla rozmówcy, a dla czytelnika [14]. W Quackenbrück Vincenz współpracował z wydawanymi tam pismami, z którymi związany był także Jeleński: „Dziennikiem Żołnierza 1. Dywizji Pancernej” i z literackim periodykiem „Salamandra” (1946–1947). W tym ostatnim ogłosił między innymi fragment powieści Powojenne perypetie Sokratesa. Po roku pobytu w Quackenbrück przeniósł się z rodziną na południe Francji, najpierw do alpejskiego uzdrowiska Uriage-les-Bains, a w lutym 1949 roku – do Grenoble.
Vincenzowie nie starali się o obywatelstwo kraju osiedlenia – zachowali status uchodźców. Utrzymywali się dzięki wsparciu przyjaciół i dorosłych dzieci, z czasem otrzymali niewielką rentę socjalną, która była ich jedynym stałym źródłem dochodów. W liście do Paula Cazina z Uriage-les-Bains datowanym 1 stycznia 1949 roku Stanisław Vincenz pisał: „Trzymam się jako tako na «powierzchni», która może dla niejednego byłaby już dnem, dzięki pomocy mych przyjaciół – i to przeważnie nie ziomków, i dzięki mej hardej czarnohorskiej naturze, która przyjmuje wyzwania losu śmiało, nawet pogodnie – dopóki zdrowie służy. Bo cóż nam się jeszcze może stać? […] ktoś, kto jest wykorzeniony z własnej ziemi, może wszystko znieść łatwiej niż na własnej ziemi i we własnym domu. Rozumiem to dobrze” [15].
Choć daleko od rodzinnych stron, nie czuł się jednak wyobcowany – przeciwnie: głębokie zakorzenienie w kulturze europejskiej sprawiało, że we Francji czuł się jak u siebie. „Jedną z ulubionych sentencji Vincenza – pisze jego biografka – było stwierdzenie, że nigdzie nie ma «czużyzny», czyli obczyzny. […] w jakichkolwiek warunkach się znalazł, czy było to w czasie wojny na Węgrzech, czy w powojennych Niemczech, czy w Uriage-les-Bains, natychmiast podejmował swą intelektualną i twórczą aktywność. Postawę tę w dużej mierze umożliwiała ofiarność jego żony, która większość przyziemnych bytowych obowiązków brała na siebie i czyniła wszystko, by stworzyć mężowi jak najlepsze warunki do pracy” [16]. Trzecie „pasmo” dzieła Vincenza, Listy z nieba, w dużej mierze powstało w Uriage-les-Bains. Vincenz nie tylko pracował tam nad Połoniną, ale także zorganizował klub dyskusyjny, co więcej – zaczął się uczyć arabskiego, żeby czytać w tym języku, co uznał za niezbędne przy studiowaniu rozwoju wyobrażeń eschatologicznych w islamie. Z książki hiszpańskiego arabisty Miguela Asína Palaciosa La escatología musulmana en la Divina Comedia robił dokładne wyciągi, zamierzając prześledzić wpływy islamu na Boską Komedię Dantego. Włoski poeta-wygnaniec był mu równie bliski jak tułacz Odyseusz. Jednak w przeciwieństwie do bohatera Homerowego eposu, „Dante znalazł swą ojczyznę w świecie” – napisał Vincenz w eseju Czym może być dziś dla nas Dante, ujmując w tych słowach także własny los. Planował napisać monografię Dantego, obliczał jej objętość na co najmniej pięćset stron. Esej Czym może być dziś dla nas Dante był pierwotnie wykładem, z którym autor wystąpił przed szwajcarską publicznością w Zurychu i Bernie jesienią 1948 roku. Drukiem ukazał się na łamach „Kultury” 1949 nr 4/21–5/22.
Współpracę z Jerzym Giedroyciem Vincenz nawiązał w grudniu 1946 roku, a od następnego roku zaczął ogłaszać w „Kulturze” eseje, artykuły i wspomnienia. Z inicjatywą wyszedł Redaktor, a pisarz w liście nawiązał do spotkania w latach trzydziestych: „Bardzo dobrze mam w pamięci nie tylko ujmującą postać Pana, ale także wielkie zalety Pańskie jako wydawcy, inspiratora i umysłu politycznego” [17].
Pierwszy tekst Vincenza, proza Śmierć leśna, fragment połonińskiego cyklu, znalazł się już w drugim numerze „Kultury” (1947 nr 2–3). W kolejnych latach ukazały się jeszcze inne fragmenty tetralogii Na wysokiej połoninie, ponadto między innymi esej Rocznice Gandhiego. Nie wszystkie propozycje Vincenza zostały przyjęte – przykładem jest ta, którą przedstawił Redaktorowi w marcu 1952 roku: „Przygotowałem […] przekład listów łacińskich Dantego, które zaopatrzone zwięzłym, lecz wymownym wstępem historycznym, mogłyby zająć w «Kulturze» co najwyżej 20 stronic pt. Listy z wygnania. W owych czasach pokolenie za pokoleniem, grupa za grupą znajdowały się na wygnaniu i wcale to nie było bezpłodne. Rzuca to pewne światło i może promień otuchy na stosunki obecne. Poza tym Listy Dantego, o ile mi wiadomo, nie ukazały się dotąd po polsku, zatem to miałoby jeszcze znaczenie poboczne, że «Kultura» wcale nie ustępuje pierwszeństwa wydawnictwom krajowym w przyswajaniu językowi polskiemu dzieł i pomników ważnych” [18]. Giedroyc autora powstrzymał, pisząc, że Jerzy Stempowski planuje przygotowanie antologii utworów klasycznych traktujących o emigracji, w której przewiduje również listy Dantego [19]. Ostatecznie pomysł nie doczekał się realizacji.
Vincenz ogłaszał artykuły również w innych pismach emigracyjnych, m.in. w „Kronice” wydawanej w Eppstein w Niemczech (1946–1947), „W drodze” (Paryż, 1964–1965) i w londyńskich „Wiadomościach” (stale od 1965), w których w 1965 roku ukazywał się cykl pod tytułem Dialogi z Sowietami na najniższym szczeblu, a w latach 1966–1968 cykl artykułów wspomnieniowych, które złożyły się na Dialogi lwowskie.

Od 1950 roku Vincenzowie każdego lata przenosili się z Grenoble do wiejskiego domu w La Combe. Podalpejska wioska, wznosząca się na Izerą, szybko stała się miejscem, do którego – jak wcześniej do Słobody Rungurskiej, jak do Bystrzeca – zaczęli przyjeżdżać przyjaciele i znajomi Vincenza. Kiedy w lutym 1951 roku Czesław Miłosz, wówczas attaché w ambasadzie polskiej w Paryżu, zerwał z rządem komunistycznym, zamieszkał w domu „Kultury” w Maisons-Laffitte. Nawiedzająca go malaise sprawiała, że bywał trudnym współlokatorem i Giedroyc wpadł na pomysł, aby wysłać go do Vincenza, którego talenty terapeutyczne wysoko cenił. Do Wittlina pisał, że autor Na wysokiej połoninie„odgrywa rolę wielkiego spowiednika, coraz ktoś z nas jeździ do Grenoble na rekolekcje. Naprawdę w towarzystwie tego człowieka, jego dobroci i mądrości, nabiera się trochę wiary w życie i ludzi” [20]. Miłosz nie tylko wyleczył się w La Combe ze swojej malaise, odzyskał równowagę wewnętrzną i nabrał ochoty do pisania, ale również zaprzyjaźnił się z Ireną i Stanisławem Vincenzami. Fascynacja poety osobowością autora Na wysokiej połoninie przetrwa długie lata. Będzie zabiegał o wydanie tetralogii w Instytucie Literackim (do czego nie dojdzie z braku dotacji) [21], orędował za publikacją tomu esejów, który ukaże się pod tytułem Po stronie pamięci w ramach Biblioteki „Kultury” w połowie 1965 roku. Miłosz pierwszy dostrzeże nie tylko rangę duchowego przesłania Vincenza, ale i urodę oraz funkcjonalność jego poetyki (której Giedroyc nie zawsze rozumiał [22]).
W eseju La Combe, napisanym z okazji siedemdziesiątych urodzin Stanisława Vincenza, Miłosz zastanawiał się nad fenomenem jego osobowości, przyciągającej do niego tak różnych ludzi, jak syn rabina z Żabiego, Saksończyk z Siedmiogrodu, rumuński góral z Karpat czy szwajcarska filozofka Jeanne Hersch [23], której rodzice pochodzili w Wilna. Vincenz – zauważył poeta – reprezentuje rzadki gatunek, „któremu wiedza humanistyczna zawdzięcza swoje najwyższe osiągnięcia: prywatnego myśliciela, przerzucającego pomosty pomiędzy różnymi dyscyplinami, posługującego się czytanym po grecku Homerem w swoich rozważaniach nad herosami Karpat, niechętnego dyskusjom o historiozofii w oderwaniu od filozofii pasterzy”. Jednakże – dodawał – niezależność w przerzucaniu pomostów zdobywa się tylko za cenę wyrzeczenia. „Czyż wstyd się przyznać, że na stole w La Combe nie było nieraz nic prócz pomidorów i polenty? Każdemu według jego zasług. Komu pieniądze i obroża. Komu pomidory i polenta, ale i nieustający entuzjazm dla dzieł, myśli, ludzi” [24]. „Podpatrywałem sekret Vincenza – pisał w eseju La Combe. – Miałem przed sobą kogoś, kto za jednym zamachem obalał dwie rozdęte mitologie. Również tę mniejszą, lamentujących «tułaczy», gotowych zmarnować całe życie na tymczasowość i oczekiwanie powrotu (powrotu do czego?), byle udawać, że nie są, gdzie są. Jego sekretem była ta sama rewerencja dla ognia, chleba, oliwy i wina, której brak jest załamaniem prawa i wystarcza, żeby wiele z dumnych prób obrócić w nicość. Znikąd nie był wygnany. Żaden anioł nie stał za nim w bramie z obwieszczeniem, że musimy wybrać albo zupełną bierność, albo ścigać Erę jak psy metalowego zająca. Dokoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu” [25].
W roku 1962 w La Combe i w Grenoble Vincenz pracował nad esejami z cyklu Kallirrhoe, w których podjął temat arcydzieł literatury światowej i odzwierciedlających się w nich archetypów. Cykl Kallirrhoe pomyślany został jako wykłady, które autor miał wygłosić w Stanach Zjednoczonych. Dyktował je wprost w języku angielskim młodej Amerykance z San Francisco. Z planowanych siedemnastu esejów powstało siedem. Kiedy pojawiła się realna szansa wyjazdu do Stanów, stan zdrowia nie pozwolił Vincenzowi na realizację dalekiej podróży. W 1964 roku, zagrożony chorobą reumatyczną, przeniósł się do Pully koło Lozanny.
Vincenz kilkakrotnie wyróżniony był nagrodami. Za zasługi dla dobra kultury polskiej został w 1938 roku odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i uhonorowany Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury. Za twórczość literacką i przekładową po wojnie otrzymał nagrodę literacką w Palermo (1958), nagrodę Fundacji A. Zabłockiego przyznawaną przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie (1960), nagrodę wydawnictwa Roy Publishers w Nowym Jorku (1964) i Fundacji Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku (1966).
Zmarł 28 stycznia 1971 w Lozannie. Na ręce rodziny nadeszło prawie sto telegramów kondolencyjnych, wiele od wybitnych przedstawicieli świata kultury. W krajowej prasie pożegnał go Jarosław Iwaszkiewicz, który po niemal pół wieku od wizyty u Vincenza w Słobodzie Rungurskiej, napisał z wdzięcznością i podziwem: „Od niego usłyszałem po raz pierwszy o Wittgensteinie i Holzapflu – i chyba już więcej tak wnikliwych i tak detalicznych przekazów o nich nie słyszałem. Ta mieszanina ludowo-filozoficzna była jednym z największych uroków tego niezwykłego człowieka, który tylko drobną część swej wiedzy i talentu przekazał nam w druku” [26]. Stanisław Vincenz został pochowany na cmentarzu w Pully, a w 1991 roku – po śmierci Ireny Vincenzowej – prochy obojga złożono na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie.

٭
Zarówno w huculskim cyklu powieściowym Na wysokiej połoninie, jak i w esejach spisywał Vincenz przygody myślącego Europejczyka XX wieku. W tym stuleciu radykalnej krytyki humanizmu, w epoce ludobójstwa nie stracił wiary w człowieka, upierał się przy kilku zasadach, jedne wyczytał u starożytnych Greków i w Ewangeliach, innych nauczył się od chasydów i górali karpackich. Był chrześcijaninem, człowiekiem wielkodusznym i szczodrym, obdarowywał, nie oczekując rewanżu, zapraszał i gościł nawet wtedy, gdy sam był tułaczem. Swoich nauczycieli, słuchaczy i czytelników otaczał przyjaźnią. W epoce dogmatyzmu, cenzury i policyjnego prześladowania wolnej myśli nie stracił wiary w dialog i perswazję, w reprezentancie odmiennego światopoglądu widział partnera do dyskusji. Bohaterowie jego książek wciąż ze sobą rozmawiają, choć nie brak im zajęć. Senior bałagułów kołomyjskich Bjumen Petranker, jeden z bohaterów Barwinkowego wianka, wypowiada ważną dla Vincenza naukę: „Jeśli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście, i niech Panu Bogu dziękuje. A co by powiedzieć o 75 procentach racji? Mądrzy ludzie powiadają, że jest to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procentach? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak”.
Kto nie rozumie przypowieści Bjumena Petrankera, temu przesłanki postawy moralnej Vincenza pozostaną obce. Przypowieść ta uświadamia nam także, jak osobnym i silnym głosem jest Vincenz w naszej dwudziestowiecznej literaturze. Pierwsze szkice i eseje zamieszczał na łamach prasy kulturalnej w okresie dwudziestolecia międzywojennego (głównie w miesięczniku „Droga”). Również w czasie wojny, na Węgrzech, powstało kilka znakomitych tekstów, ale rozkwit eseistyki Vincenza przypada po roku 1945. Eseje powstają równocześnie z kolejnymi tomami tetralogii Na wysokiej połoninie, obok Dialogów z Sowietami, Powojennych perypetii Sokratesa. Nie stanowią jednak twórczości marginesowej, są komentarzem do czasów współczesnych oraz autokomentarzem do dzieł fabularnych i wspomnieniowych. Niektóre powstają jako wstępy do zamierzonych, ale nigdy nienapisanych książek (na przykład esej Czym może być dziś dla nas Dante). Pasjonowała Vincenza kultura starożytnej Grecji (Homer, Sokrates, Platon, Pauzaniasz), dzieło Dantego, działalność i nauka Gandhiego, twórczość romantyków polskich, kultura ludowa, karpaccy chasydzi. Już ta niepełna lista wzbudzić może podejrzenie zainteresowań tyleż różnorodnych co powierzchownych. Nic bardziej mylnego. W eseju istotna jest nie tylko gruntowna wiedza (choć esej nie aspiruje do miana studium naukowego), lecz również sposób, w jaki autor nawiązuje kontakt z rzeczywistością, rozpoznaje i ocenia jej rozliczne aspekty. Dlatego ważniejsze jest nie pytanie, jaki zakres miała na przykład wiedza dantologiczna Vincenza, lecz raczej kwestia inna: dlaczego właśnie Dantemu tyle uwagi poświęcał, co istotnego dla ludzi współczesnych odnalazł w jego dziele? Vincenz stawia pytania dotyczące sensu twórczości, jej społecznego sposobu istnienia, przemian i trwałości kodeksu etycznego, roli tradycji, relacji między przeszłością a teraźniejszością. Dla autora Na wysokiej połoninie kultura utrwala i wyraża najgłębsze dążenia człowieka: do porozumienia, do afirmacji świata, do piękna, do solidarności, przezwyciężenia lęku przed nicością, do Boga. Kultura to kumulująca się w czasie pozytywna samowiedza ludzkości. Twórczość powstaje dzięki przeczuciu transcendencji. W napisanym w roku 1938 eseju Uwagi o kulturze ludowej Vincenz zdecydowanie stwierdza: „[…] nie jest najważniejsze to całe natężone czuwanie, te szkoły, uniwersytety i cała świadoma systematyka i technika materialna i umysłowa”. Dalej eseista powie wprost, że odkrycie i zrozumienie kultur prymitywnych (ludowych) może przynieść ratunek cywilizacji nowoczesnej, to jest czasom „największego rozbicia, rozbratu i rozłamu sił duchowych”, „sekciarstwa kulturalnego”, „rozkawałkowania człowieka na kruszyny”, gdyż zbliża nas do przeniknięcia tajemnicy „jedności człowieka w różnych kulturach”. Kultura ludowa ujawni wtedy swoją siłę i przewagę nad kulturą oficjalną, świadomą, będącą często tylko „naleciałością, maską […] starannie utrzymywanym pokostem”, bo kultura ludowa rodzi się „w samej istocie człowieka”, tworzy ją „duch ludzki sam, bez preceptorów”. Źródłem mitów i wierzeń są dla eseisty „głębie duszy ludzkiej, poprzez mity możemy dotrzeć do tej krynicy duchowej, z której wypłynęły” (Polski wstęp do historii filozofii greckiej).
Tak pojmowane doświadczenie mistyczne, spontaniczne obcowanie z sacrum nieustannie odnawia świadomość religijną ludzkości, świadomość narażoną na kostnienie w dogmaty, formalizm obrządków i racjonalizację teologiczną, a więc zapomnienie o Bogu.

Współczesna duchowość uległa banalizacji. Likwidująca regionalne odrębności kultura masowa przyniosła dominację tak zwanych centrów cywilizacyjnych rozpowszechniających gotowe wzory. Banalność – powiada Vincenz – to zdewaluowanie słowa z powodu werbalizacji przez przyjęcie słowa od zewnątrz, czemu sprzyja akademizm i centralizacja, która zaczyna od słów, nie licząc się z indywidualnością konkretną (O możliwościach rozpowszechniania kultury i literatury polskiej). Żywotność i siła kultury nie polega jednak na magicznym odczuwaniu świata przez jej uczestników. Chodzi raczej o to, aby do dzieła sztuki – podług słów Dantego – „rękę przyłożyły i niebo, i ziemia”; aby uniwersalność twórczości była rezultatem ścisłego związku artysty z duszą zbiorową wspólnoty, mitem będącym „rzeczywistością skondensowaną”, która ujmuje doświadczenia minionych pokoleń. Stanisław Vincenz dostrzegał niebezpieczeństwa, jakie dla kultury wynikają zarówno z desakralizacji, jak i z odebrania tradycji wszelkiego autorytetu. Sacrum i tradycja, ustanawiając trwałe punkty odniesienia wobec zmiennej teraźniejszości, stabilizują ją. Akceptacja jednego i drugiego nie wymaga racjonalnego wyjaśnienia – polega na akcie wiary. Zarówno sacrum, jak i tradycja przypominają człowiekowi o jego ułomności, zakreślając granice i nadając jego życiu kształtujący je sens. Odrzucając sacrum i autorytet tradycji, człowiek miał nadzieję zdobyć autonomię, nęciła go perspektywa nieskończonego doskonalenia się dzięki rozumowi. Jednym z następstw tego gestu jest zanik ostrych kryteriów pozwalających na etyczne i estetyczne wartościowanie. Człowiek jest istotą zakorzenioną w dziejach swej wspólnoty, w jej mitach, sposobie odczuwania sacrum, w krajobrazie. Odrzucenie tego dziedzictwa przynosi nieuchronnie wyobcowanie, lęk, zgodę na poddanie się obcej dominacji, a w rezultacie stagnację i epigonizm. Współcześni ludzie budują cywilizację epigonów, którzy potrafią inwentaryzować, ale nie są zdolni do odczytywania tradycji, bo jej już nie rozumieją.
Jednym z najważniejszych warunków zdrowia duchowego – pisał w eseju O książkach i czytaniu – jest odnowienie. „Być zawsze kopią, oddźwiękiem, echem, być epigonem, to życie bezkrwiste i w gruncie rzeczy smętne. […] Bez kryzysów i przełomów nie byłoby także odnowień polegających na wskrzeszeniu lub odrodzeniu dawnych wartości”. Gorączce politycznej, czcicielom Weltgeistu przeciwstawiał Vincenz starą mądrość obecną w mitach i w medytacji. Ukazywały człowieka zadomowionego w świecie i we wszechświecie. Czesław Miłosz pierwszy dostrzegł zaangażowanie pisarza w dyskusję z naukowym, racjonalistycznym obrazem świata. Nie wdaje się on w bezpośrednią polemikę, lecz odwołuje się do perswazji, ukazując humanistyczny sens i terapeutyczną moc uniwersalnie pojętego religijnego dziedzictwa ludzkości. Pragnie leczyć z chorób nowoczesności: trwogi, rozpaczy, nudy, poczucia absurdu, które diagnozuje jako niepobożność i nihilizm.
AGNIESZKA PAPIESKA, ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Fragment Wstępu do trzytomowej edycji „Esejów zebranych” Stanisława Vincenza, przygotowanej przez Agnieszkę Papieską i Andrzeja Stanisława Kowalczyka. Ukaże się ona nakładem Instytutu Książki.
[1] Na temat życia pisarza zob. m.in.: Andrzej Stanisław Kowalczyk, Stanisław Vincenz – szkic do biogramu, w: Świat Vincenza. Studia o życiu i twórczości Stanisława Vincenza (1888–1971), pod red. Jana A. Choroszego i Jacka Kolbuszewskiego, Wrocław, Fundacja „Pro Vincenz”, 1992; Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz. Pisarz, humanista, orędownik zbliżenia narodów, Lublin, Towarzystwo Naukowe KUL, 2006; Zatrudnienie: Literat. Materiały, studia i szkice o Stanisławie Vincenzie, pod red. Jana Choroszego, Wrocław, Agencja Wydawnicza alinea, 2015.
[2] Irena Vincenzowa, Rozmowy ze Stanisławem Vincenzem, „Regiony” 1996 nr 1.
[3] „Jeszcze będziesz miał czas mówić pańskimi językami, a teraz mów po ludzku. I pamiętaj, synku, abyś nigdy ludzkiego języka nie zapomniał” (Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 34).
[4] Tamże.
[5] Tamże, s. 78. Ołdakowska-Kuflowa przywołuje obydwie daty, opierając się na przekazach rodziny.
[6] Więcej na temat Heleny Vincenz z d. Loeventon zob. Jan A. Choroszy, Lena. Szkice do portretu, w tomie: Zatrudnienie: Literat…, wyd. cyt., s. 457–479.
[7] Tamże, s. 118.
[8] Tamże, s. 120.
[9] Rudolf Maria Holzapfel, Wszechideał. Życie duszy i jego nowe postacie społeczne, przeł. Izydor Blumenfeld i Stanisław Vincenz, Warszawa, Rój, 1936.
[10] Dzieło ukazało się w całości kilkakrotnie, ostatnio nakładem Fundacji Pogranicze w Sejnach (w latach 2002–2005). Wybór wyszedł w Bibliotece Narodowej Ossolineum w opracowaniu Jana A. Choroszego (Wrocław 2023).
[11] Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 137.
[12] Zob. szczegółowe omówienie tła i samego procesu w artykule Olgi Ciwkacz Sokrates przed lwowskim sądem. Jeszcze raz o „sprawie doktora Vincenza i towarzyszy” zamieszczonym w tomie Zatrudnienie: Literat…, wyd. cyt., s. 421–449.
[13] Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 165–173.
[14] Konstanty Aleksander Jeleński, „Górami w miękkim blasku dnia”. O przyjaźni Czesława Miłosza ze Stanisławem Vincenzem, „Kultura” 1987 nr 1/472–2/473. Tekst opublikowany został także w poświęconej Andrzejowi Vincenzowi księdze zbiorowej Sprach- und Kulturkontakte im Polnischen. Gesammelte Aufsätze für A. de Vincenz zum 65. Geburtstag, hrsg. von Gerd Hentschel, München, Gustav Ineichen und Alek Pohl, 1987.
[15] List Stanisława Vincenza do Paula Cazina w Archiwum Stanisława Vincenza w Ossolineum. Cyt. za: Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 244.
[16] Tamże, s. 244.
[17] List Vincenza do Giedroycia z 10 grudnia 1946 roku, w: Jerzy Giedroyc, Stanisław Vincenz, Listy 1946–1969, opracował, wstępem i przypisami opatrzył Rafał Habielski, Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Towarzystwo „Więź”, 2021, s. 29.
[18] Tamże, s. 203.
[19] Tamże, s. 205.
[20] List Giedroycia do Wittlina z 25 maja 1953 roku, w: Jerzy Giedroyc, Józef Wittlin, Listy 1947–1976, oprac. Rafał Habielski i Paweł Kądziela, Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Towarzystwo „Więź”, 2017, s. 147.
[21] Temat będzie często wracał w korespondencji Giedroycia i Miłosza.
[22] Ten wątek pojawi się w korespondencji z Czapskim (np. list Giedroycia z 17 maja 1951 roku w: Józef Czapski, Jerzy Giedroyc, Listy 1949–1951, oprac. Rafał Habielski, Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Towarzystwo „Więź”, tom w przygotowaniu) czy też w korespondencji z Konstantym Aleksandrem Jeleńskim.
[23] Zob. Jeannne Hersch, O Stanisławie Vincenzie, w: Stanisław Vincenz, Po stronie dialogu, t. 2, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1983.
[24] Czesław Miłosz, La Combe, „Kultura” 1958 nr 10/132.
[25] Tamże.
[26] Jarosław Iwaszkiewicz, Stanisław Vincenz (Wspomnienie), „Życie Warszawy” 1971 nr 43 (19 lutego).
Sonet dwudziesty piąty cyklu pierwszego: tancerka Orfeusza
Pierwszy raz w cyklu sonetowym, pomyślanym jako epitafium dla młodo zmarłej tancerki, poeta mówi wprost do Wery, osoby, której właściwie nie znał. Zwracając się bezpośrednio do prawie nieznajomej (raz tylko gościł Werę i jej siostrę Lilinkę na herbacie) i już nieżyjącej (zm. 1919), której układa napis nagrobny, niejako sam tańczy. Pod tym względem sonet XXV cyklu pierwszego jest szczególny i jedyny, chociaż bliźniaczy wobec sonetu XXVIII części drugiej.
Werę cechowała niezwykła uroda i niebywały talent taneczny: zapowiadała się na balerinę pełną gracji. Autor sonetów znał i wysoko cenił jej ojca, Gerharda (zm. 1913), ona sama zaś była przed Wielką Wojną towarzyszką zabaw córki Rilkego, Ruth, w Monachium. O śmierci tancerki powiadomiła poetę listownie Gertruda Ouckama Knoop, matka – jesienią roku 1921. List ten niebywale poruszył Rilkego – odpowiedział wdowie i ożałobionej matce epistołą szesnastostronicową. Nie jest to niezwyczajny rozmiar u kogoś, kto wyznawał gdzie indziej, że „należy do ludzi, tych staroświeckich”, którzy traktują list jako jeden z najpiękniejszych sposobów międzyludzkiego obcowania [1].
Rilke, przetrącony wojną, poszukujący w Szwajcarii samotności, pozostawał w głębokim wzruszeniu matczyną opowieścią o Werze, jej nierozpoznanej chorobie oraz nagłej rezygnacji z tańca, jaki zdawał się od wczesnego dzieciństwa przyrodzonym żywiołem dziewczynki; poeta był też poruszony opowieścią o jej przedśmiertnym zwrocie ku muzyce samej w sobie. Idea tańca jako przemiany u Paula Valéry’ego L’âme et la danse, gwałtowne dotknięcie poetyckiej wyobraźni historią młodej tancerki wyłoniły w Rilkem twórczy imperatyw.
Jak wyraziło się to w samym sonecie? Jesteśmy oto, czytając mityzujące określenia zmarłej tancerki w kolejnych strofach, w samym sednie poetyki orfickiej – jak Orfeusz podążył, by wydobyć z zaświatów Eurydykę, tak Rilke przywołuje Werę. I podobnie jak w micie orfickim – tematyzowanym przez Rainera Marię od początku XX wieku, by przypomnieć słynny poemat Orfeusz. Eurydyka. Hermes (nazwany przez Josifa Brodskiego największym wierszem tego stulecia) – śmierć porywa ciało młodej tancerki, ale to poeta ma tutaj ostatnie słowo. Poeta orficki ma je w sprawie ocalenia czyjejś pamięci, zwłaszcza pamięci o życiu u zarania, przeciętym nagle. W tej kwestii śmierć pozostaje bezradna, nie bywa już kuszącą modystką, Madame Lamort, która w Piątej Elegii z Duino sprzedawała tanie kapelusze losu…
Co uczynili polscy tłumacze z sonetem XXV pierwszej części orfickiego cyklu? Czy tańczą w nim paronomazyjnie, powtórzeniowo, współbrzmieniowo, porównaniowo i metaforycznie – jak sam Rilke? Odpowiedź „różnie z tym bywa” byłaby najuczciwsza.
I tak Jerzy Kamil Weintraub czyta pierwszy dwuwers (i pół) inicjalnej strofy w sposób zbyt uproszczony; to, co w dosłownym spolszczeniu brzmiałoby, mniej więcej, jak u Mieczysława Jastruna: „Lecz ciebie chcę teraz, ciebie, którą znałem / jak kwiat niewiadomego mi imienia / raz jeszcze przypomnieć (…)” – poeta czasu wojny osłabia brakiem precyzji i hemistychem amplifikacyjnym [2]: „Ale ciebie właśnie, ciebie, którą znam / jak ów kwiat bez imienia, świadom jego piękna / chcę jeszcze raz przypomnieć (…)”. Weintraub nie wyróżnia w tej strofie słów, które uwypukla poprzez użycie kursywy sam Rilke – co czynią też pozostali tłumacze, gorzej jeszcze, wyrażenie będące amplifikacją posłuży mu do uzyskania rymu tautologicznego (2 i 4 wers) „świadom jego piękna” – „towarzyszko piękna”, który nie istnieje w oryginale. Tłumaczenie Bernarda Antochewicza nazwałabym niezgrabnym, jego autor oddaje sens, lecz wytraca całą urodę omawianego fragmentu: „Lecz ciebie chcę teraz, ciebie, jakże mi znaną / jak kwiat, o imieniu nie znanym mi w życiu, jeszcze raz wspomnieć”. Niefortunna i nieuprawniona jest amplifikacja (znów prawdopodobnie potrzebna, by zrymować „bez liku” – „krzyku”), jaką posłużył się Adam Pomorski: „A teraz ciebie bym chciał, ciebie, dla której miana / jak dla znanego mi kwiatu nie miałem wśród imion bezliku, / przypomnieć jeszcze raz […]”. Różnie też tę strofę tłumacze na polski – domykają. Weintraub – gmatwa już nawet sens: „[…] dłonią wskazać wam / okrzyku zwycięskiego towarzyszko piękna” (w oryginale literalnie jest „im”, nie „wam”, ale to najmniejsze przewinienie). Podobnie Antochewicz: „[…] i ukazać Porwaną / piękną towarzyszkę nieznośnego krzyku” (u Rilkego krzyk nie jest ani „zwycięski”, ani – tym bardziej – „nieznośny”, jest: „niepokonany”, „nie do pokonania”). Jastrun w tym miejscu – w połowie wersu trzeciego – potyka się, a jakże, amplifikacyjnie: „[…] w kształcie zmartwychpowstałym / ukazać im, uczestniczkę krzyku nie do zwalczenia”. Pomorski kluczy: „[…] ukazać cię im, porwana, / piękna współtowarzyszko niepokonanego krzyku”.

W drugiej strofie czterowersowej, którą Rilke konstruuje wokół bardziej rozbudowanego porównania (w pierwszej ośrodkiem było „wie eine Blume” = „jak kwiat”), tłumacze znów wybierają różne, mówiąc uczenie, strategie przekładu [3]
Weintraub:
Tancerka pierwej, jej ciało pełne drżenia
zastyga jak z młodości w kruszce przetopione,
smucąc się i słuchając. To z wysokiego wzniesienia
opada jej muzyka w serce przemienione.
Jastrun:
Tancerka wpierw, która nagle swoje ciało trwożne
zatrzymała, jakby wlano spiż w jej istnienie dziewczęce,
smutna i zasłuchana – kiedy z woli przemożnej
wtargnęła muzyka w jej przemienione serce.
Antochewicz:
Tancerkę wpierw, co ciało z wahaniem wstrzymała
jakby młodość jej w rudę przelano naprędce,
smutną i wsłuchaną – . Wtem, z Możnego Nadania
spłynęła muzyka w jej zmienione serce.
Pomorski:
Gdy nagle, jakby dziewczęcość jej była odlewem mosiężnym,
ciałem pełnym wahania przyszło się wstrzymać tancerce,
bolesnej i nadsłuchującej. Czymś nade wszystko potężnym
muzyka jej uderzyła o przemienione serce.
Właściwie wszyscy, prócz Pomorskiego, który postanowił „opowiedzieć” tę strofę, a nie dać jej ekwiwalent w przebiegu wersowym, co zmienia dramaturgię i uniemożliwia sensowne porównywanie, utrzymali architektonikę oryginału – w swych przekładach. Zaczyna się strofa druga od, lakonicznego i niebywale mocnego w wyrazie, nagłosu: „Tänzerin erst”, co można oddać jako „Tancerka wpierw” czy „Tancerkę wpierw” (jak to – trafnie – uczynili Jastrun i Antochewicz); Weintraubowa „Tancerka pierwej”, nie dość że myląca, trąci dziś myszką – to przekład sprzed ponad osiemdziesięciu lat. Najbardziej jednak zdumiewające, że u Pomorskiego ta zasadnicza, ustanawiająca pierwszeństwo, a co za tym idzie podmiotowość, fraza – po prostu znika. Niezwykle trudna okazuje się w translacji inna fraza: „als göß man ihr Jungsein in Erz” (warto zauważyć, że Rilke daje tu wyraźną pauzę – średnikową, nie sugeruje więc przerzutni), co tłumacze spolszczają jako „jak z młodości w kruszce przetopione” (Weintraub: pięknie, lecz nieczytelnie); „jakby wlano spiż w jej istnienie dziewczęce” (Jastrun: i pięknie, i precyzyjnie, z jasnym ekwiwalentem oryginału); „jakby młodość jej w rudę przelano naprędce” (Antochewicz: ani pięknie, ani czytelnie, z amplifikacją osłabiającą siłę rażenia tej frazy) – wydaje się, że Rilkemu zależało na jak najbardziej nagłym i bolesnym ukazaniu momentu zastygnięcia, skamienienia życia w śmierć, ruchu tanecznego w martwy bezruch. Być może dlatego oddzielił on radykalnie tę frazę od kolejnej – to nie tylko nowy wers (granica wierszowa), ale też unieważniająca ewentualność przerzutni i kluczowa dla kierunku interpretacji granica składniowa (średnik). Jak czytać „trauernd und lauschend”, w którym miesza się żałoba /smutek i zasłuchanie: podobne i w zasadzie poprawne są – odpowiednio – Jastruna oraz Antochewicza „smutna i zasłuchana” oraz „smutną i wsłuchaną”; zastanawiająca Pomorskiego „bolesnej i nadsłuchującej”; mylą się oni jednak, moim zdaniem, bardziej niż Weintraub, który spolszcza rzecz nie jako imiesłowy przymiotnikowe, lecz jako przysłówkowe współczesne: „smucąc się i słuchając”. I wreszcie ostatnia kwestia w tej strofie: czy muzyka w przemienione serce tancerki „opada” (Weintraub), czy w nie „wtargnęła” (Jastrun) albo „spłynęła” (Antochewicz), czy raczej o nie „uderzyła” (Pomorski)? Żadna z tych propozycji nie wydaje mi się satysfakcjonująca: Jastrun i Pomorski słusznie podkreślają swymi wyborami leksykalnymi gwałtowność, chociaż ten drugi ową nagłość osłabia, gdyż „uderzyć o serce” to jednak nie to samo, co „uderzyć w serce”; opad czy spłynięcie, proponowane – kolejno – przez Weintrauba i Antochewicza są zbyt łagodne. U Rilkego mamy raczej do czynienia z czymś, co pada (zapada) w przemienione serce, zatem Pomorski (poza przyimkiem) byłby najbliżej oryginału.
A potem – co się wydarza w strofach trójwersowych? U Rilkego, w jego niemczyźnie, która bywa jak lancet, pojawia się półwers-cezura: „Nah war die Krankheit” („Blisko była choroba”) – najbliżej tego cięcia, które kordonem sanitarnym odgradza osobę w domenie śmierci od reszty świata, zdają się tłumaczyć Antochewicz – „Bliska była choroba” czy Jastrun – „Już bliska była choroba”, lepiej byłoby, oczywiście, gdyby użyli słowa „blisko”, bo „bliska” może też oznaczać „bliska komuś” (chorującej), a nie – „w pobliżu” (ta, która czyha); także Pomorski ma poniekąd rację: „Choroba była tuż” – bez inwersji nie słychać jednak uroczystego kroku śmierci, jej ceremoniału. Koncept Weintrauba jest nie do obrony: „Tak blisko była słabość” – eufemizm choroby, osłabienie sensu przez zaimek przysłowny: to fraza-lancet, lecz tępy nóż.
Podobnie rzecz ma się z nagłosem ostatniej strofy „Wieder und wieder”: pojedyncze „I znów” Weintrauba jest zdecydowanie zbyt słabe, podobnie jak „wciąż” Jastruna; w stronę, którą wskazuje Rilke w oryginale, idzie Pomorski („I znów, i znów”) lecz przez powtórzenie spójnika, to, co miałoby być uporczywe, nabiera zbędnej inkantacyjności (jak z wczesnego Korneta); chyba najbliżej sytuuje się, tym razem, Antochewicz z jego „Wciąż i wciąż”.
Kto najpiękniej i najadekwatniej dwie strofy – te do namysłu – spolszczył, nie podejmuję się odpowiedzieć i chętnie utworzyłabym kontaminację, biorąc raz wers stąd, raz stamtąd, gdyby nie rymy. Drogą eliminacji – rezygnuję kolejno z amplifikującego i niejasnego Weintrauba, wplatającego omownie Pomorskiego, Antochewicza, który przekłada nieźle…. a tu nagle wpada w afekt. Zostaje Jastrun, także niedoskonały, ale może – najmniej:
Już bliska była choroba. Już owładnięta jej cieniem
krew napierała mroczna, lecz podejrzliwie i z drżeniem
ku naturalnej wiośnie parła popędem samym,
wciąż hamowana ciemnością, upadkiem, dławionym porywem,
świeciła ziemskim blaskiem. Aż biciem serca straszliwym
weszła w otwartą bez nadziei bramę.
Bez nadziei, bez pociechy.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Zob. Rainer Maria Rilke, Briefe an eine junge Frau, Zürich, Diogenes Verlag, AG, 1997 [nota na okładce]
[2] Zaznaczam go pogrubieniem.
[3] Kluczowe w akcie przekładu słowa i formuły – pogrubiam.
22 września 1958 roku Zygmunt Mycielski pisał w dzienniku: „Wczoraj u Jerzego Andrzejewskiego w szpitalu […]. Byłem tak zmęczony, że zapomniałem nawet powiedzieć mu to, co chciałem, że idę dziś do poselstwa izraelskiego, żeby zwąchać sprawę «polskiej jazdy do Izraela». Jest tam – moim zdaniem – idealny teren do polskiej ekspansji kulturalnej. Na pierwszy rzut oka myślałbym o jeździe Dąbrowskiej, Andrzejewskiego, Cybisa i mojej”. To pierwszy zapis dotyczący ewentualnej wizyty Mycielskiego w Izraelu. Odwilż 1956 roku uchyliła żelazną kurtynę, umożliwiając zagraniczne podróże. W 1957 Mycielski po raz pierwszy od ośmiu lat wyjechał na Zachód – do Francji i Szwajcarii. Wkrótce potem zaczął myśleć o wizycie w Izraelu, który budził spore zaciekawienie wśród polskich środowisk artystycznych i intelektualnych. Izrael był wówczas postrzegany jako młody kraj, budowany przez przybyszy z różnych stron (w tym z Polski – z kolejną dużą falą tzw. emigracji gomułkowskiej w drugiej połowie lat pięćdziesiątych), otwarty i otwierający wiele ciekawych perspektyw.
26 listopada 1958 roku Mycielski został zaproszony na odbywający się w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego, ilustrowany nagraniami muzycznymi, „odczyt muzykologa izraelskiego Menashe Rawina O genezie organum na podstawie folkloru Jemenitów i Samarytan”. Zachowane w archiwum kompozytora zaproszenie wypełnione jest na odwrocie odręcznymi uwagami, robionymi przez niego podczas wykładu. W styczniu 1959 roku do Tel Awiwu wyjechał przebywający już poza Polską Marek Hłasko, którego Mycielski znał z czasów wspólnej pracy nad czasopismem „Europa”. 24 czerwca 1959 Mycielski pisał, że „Monika Żeromska wróciła zachwycona Izraelem. Dała mi jeszcze więcej gustu, żeby tam pojechać”. W końcu, w nocy z 17–18 października 1959 zanotował: „Rano, o ósmej, mam polecieć przez Zurych do Rzymu, a stamtąd do Izraela, zaproszony przez muzyków żydowskich. Powrót przez Ateny. Wszędzie mam «duże» listy polecające, omawianie różnych spraw”. Deklarował przy tym: „Chciałbym się przyczynić do nawiązania bliższych kontaktów z tą niepisaną, polską w znacznej mierze kolonią nad Morzem Śródziemnym”.
Mycielski jechał do Izraela z niekłamanym zaciekawieniem, trochę właśnie jak do owej „niepisanej, polskiej w znacznej mierze kolonii nad Morzem Śródziemnym”. Mieszkało tam wielu polskich muzyków, których znał sprzed wojny, a którzy wyjechali w latach trzydziestych wtedy jeszcze do Palestyny, aby zasilić szeregi utworzonej w 1936 roku przez Bronisława Hubermana orkiestry symfonicznej, która do dziś jest muzyczną wizytówką Izraela. Ale ciekawiła go nie tylko muzyka. Podczas dwutygodniowego pobytu w Izraelu uważnie przyglądał się organizacji tego od niedawna dopiero formalnie istniejącego kraju, a swoje obserwacje postanowił przekazać czytelnikom „Przeglądu Kulturalnego”. Trzy pierwsze relacje z podróży, zatytułowane W Izraelu, ukazały się w pierwszych trzech numerach pisma w 1960 roku, a kolejną i ostatnią, Muzyka w Izraelu, ogłoszono w numerze 6.

Mycielski zastanawiał się, o czym ma pisać w tych korespondencjach. W grudniu 1959 roku, niedługo po powrocie do kraju notował: „Powiedzieć wszystko co wiem i co myślę o Żydach i Izraelu? Pozostać na pozycjach człowieka, który przez dwa tygodnie pętał się między Tel Awiwem, Jerozolimą, Jeziorem Genezaret i Morzem Czerwonym? Byłem tam zanadto przyjmowany, a za mało wetknąłem nosa pod podszewkę. Zresztą, jak tu dziś wtykać nosa pod podszewkę?”. Myśl ta pojawia się w opublikowanej relacji, pierwszej z cyklu, choć przyjmuje nieco inne zabarwienie: „Pojechałem do Izraela na zaproszenie tamtejszego Związku Kompozytorów. Byłem przyjęty jak król, ale czy to znaczy, że po dwutygodniowym tam pobycie mam znać się na sprawie żydowskiej, zastarzałej od czasów Abrahama, starszej od sprawy polskiej o jakieś 2500 lat? Przez dwa tygodnie trudno poznać jedną rodzinę, złożoną z rodziców, dziecka i przyjaciela domu, a co dopiero poznać stary naród, tworzący nowe państwo”.
Mycielski przyglądał się nowemu Izraelowi nie bez podziwu. „Są u siebie” – podkreślał, patrząc jak wprowadzane odgórnie zarządzenia organizują codzienne życie mieszkańców, łącząc w jeden naród przybyszów z różnych stron świata, o różnych przecież lokalnych tradycjach i mówiących innymi językami. […]
Wśród muzyków Izraelskiej Orkiestry Symfonicznej było liczne grono artystów przybyłych z Polski zarówno w latach trzydziestych, jak i już po II wojnie światowej. Oni witali kompozytora z Warszawy najcieplej. Nocą z 12 na 13 listopada 1959 roku Mycielski zanotował w dzienniku: „Wczoraj odbyło się w Tel Awiwie moje powitanie. Przyszło mnóstwo ludzi do sali klubu MILO, muzycy, wszyscy tutejsi kompozytorzy, [Paul] Ben Chaim, Odeon Partos, [Josef] Tal z Jerozolimy, [Aleksandr] Boskowitsh, przedstawiciele towarzystwa Polsko-Izraelskiego, ktoś z naszego poselstwa, oczywiście Karol Klein etc. Coś ponad 50 osób. Mnóstwo hebrajskich przemówień, które mi tłumaczono, mnóstwo Żydów z Polski, którzy się przepychali z pytaniami o [Zbigniewa] Drzewieckiego, [Zygmunta] Grossa, [Jana] Maklakiewicza, o różnych ludzi, których nie znam, o Kraków, Lublin, Łódź. Odpowiadałem, co było tłumaczone na hebrajski dla tych, którzy nie rozumieli”.
I właśnie muzykom i muzyce w Izraelu poświęcił Mycielski ostatnią z opublikowanych w „Przeglądzie Kulturalnym” relacji. Zachwycił się pokazanymi mu w jerozolimskim Etnologicznym Instytucie Orientalistyki zbiorami folkloru „zawleczonego tu ze wszystkich zakątków świata”. Dostrzegł ogromne bogactwo i różnorodność nagrań zgromadzonych w tym miejscu przez znakomitą badaczkę regionu, pionierkę izraelskiej etnomuzykologii, Edith Gerson-Kiwi. Słuchał prezentowanych nagrań z zaciekawieniem i żałował, że nie ma więcej czasu, by się lepiej z nimi zapoznać. Następnie pisał o wyprzedanej na każdy koncert sali koncertowej w Tel Awiwie, a także budowanej sali koncertowej w Jerozolimie. Notował: „Jak widzimy, Żydzi potrzebują muzyki jak wody, mają jednak więcej muzyki niż wody. Orkiestry jeżdżą po kraju, mnożą się, chórów jest dużo, kompozytorów też, i to bardzo zdolnych i ciekawych”. Wiele ciepłych słów poświęcił założonej przed laty przez Hubermana orkiestrze izraelskiej, na której koncert wybrał się w Tel Awiwie: „Czułem się tam znowu jak w domu, gdy poszedłem za kulisy. Czternastu członków tej orkiestry pochodzi z naszych orkiestr, przeważnie z dawnej orkiestry warszawskiej Fitelberga. W tym koncertmistrz, Józef Kamiński, który mi kazał pozdrowić najserdeczniej Grażynę Bacewiczównę, bracia Ginsburgowie, z których jeden jest pierwszym wiolonczelistą, a drugi pierwszym perkusistą i wielu innych”.
Spotkanie z pochodzącymi z Polski muzykami miało wymiar sentymentalny, ale dużo ważniejsze było wysłuchanie koncertu. Mycielski wysoko ocenił poziom gry zespołu: „Muzyków do tej orkiestry dobierał Huberman z całego świata. Mozaika ta dała wspaniały rezultat”. W wykonaniu izraelskiej orkiestry słuchał między innymi nowych dzieł miejscowych kompozytorów – Menahema Avidoma i Paula Ben Chaima. U obu dostrzegł dobry kompozytorski warsztat i przywiązanie do europejskiej tradycji muzyki symfonicznej, łączone z wpływami muzyki synagogalnej. „Nie potrafię powiedzieć – pisał – czy są oni tymi, którzy przede wszystkim dostarczają repertuaru narodowego w swoim kraju, z pewnością jednak dążą do tego i potrafią to robić, mając wspaniały aparat wykonawczy”. Szerzej temat kompozytorów izraelskich Mycielski rozwinął w dalszej części tekstu, już niepublikowanej.
Zygmunt Mycielski był poruszony wizytą w Izraelu, choć zapewne w inny sposób niż zakładał przed wyjazdem. Zrezygnował z wizji postrzegania Izraela jako „niepisanej, polskiej w znacznej mierze kolonii nad Morzem Śródziemnym”. Przed opuszczeniem Tel Awiwu zanotował: „Ta koncepcja nie chwyta. Chciałem zorganizować dużą polską «ekspedycję kulturalną» – nie przeszło. Z Cybisem, Andrzejewskim. W Tel Awiwie Hłasko. Ale to nie on do takich rzeczy!”.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Fragment artykułu opublikowanego w tomie „Żydzi Wschodniej Polski, seria XIII: Żydowskie podróże. Żydowscy podróżnicy”, red. Dariusz Kalinowski, Jarosław Ławski. Białystok, Uniwersytet w Białymstoku – Wydawnictwo Prymat, 2025. „Notatki z Izraela” Zygmunta Mycielskiego w całości ogłoszone zostały w tomie Zygmunt Mycielski, „Listy do Polaków”, oprac. Beata Bolesławska-Lewandowska, Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2025.
Denis Achapkin odszedł 16 kwietnia roku marnego 2025, gdy na małym ludzkim nieboskłonie doszło do katastrofalnej koniunkcji władzy ze złym i głupim. Odszedł w czas „czarnej paschy”. Jest taki poemat Jeleny Szwarc Черная Пасха. Wkrótce po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie Denis przesłał mi drugą jego część, zatytułowaną Где мы?, co tłumaczyłem sobie jako Co się z nami stało? W pustą noc po jego śmierci pochyliłem się nad przekładem. Trochę zaskoczony, że powracam do rosyjskiego, tłumacząc sobie w myślach zapomniane słowa poprzez język ukraiński. To był ostatni list, który od niego otrzymałem. Lubiliśmy dzielić się wierszami, które zabralibyśmy ze sobą w ostatnią podróż i którymi moglibyśmy zapełnić jeden, nie więcej, notes mieszczący się w kieszeni na sercu.
Są teraz ze mną trzy wiersze z tego niewidzialnego notesu. Pomogą mi opowiedzieć o Denisie. Bez nich byłoby mi trudno pisać o nim. Długo milczeliśmy. Nie daje mi spokoju myśl o tym, o czym snułaby się nasza rozmowa, gdybyśmy teraz się spotkali. Jak obecny byłby w niej Brodski, któremu Denis poświęcił większą część swojego twórczego życia? Co powiedziałby mi o Rosji? Za co wzniósł toast? A przecież toczy się między nami nieprzerwanie milcząca rozmowa. I im głębiej się w niej teraz zanurzam, przy okazji czytając go i wspominając, tym bardziej topnieje mój niepokój. Umacnia się w oczach sylwetka człowieka żyjącego w prawdzie, którego czas marny mógł ranić, nigdy jednak złamać. Wznosząc kieliszek szampana na swoje pięćdziesiąte piąte urodziny ironizował, że zdał miniony rok na same piątki. Coś mi mówi, że tak było z całym jego życiem, choć on moje słowa szybko obróciłby w żart. Potrafił patrzeć na siebie z przymrużeniem oka. Podobnie patrzył na Rosję, wolny od imperialnego osadu, którego przez długie lata nie udaje się zmyć nawet tym, którzy wybrali emigrację.

Lubiłem poczucie humoru Denisa. Na swoje urodziny 17 sierpnia 2023 roku napisał, że 54 lata to nowe 45. Tak miało być. Tymczasem Jekaterina, jego żona, napisała tylko: „Bardzo złośliwa i raptowna onkologia. Dwa miesiące z połową i po wszystkim”. I nagle tężeją obrazy naszych spotkań, w stop-klatkach zatrzymują się rysy twarzy, niepowtarzalna melodia mowy, „błysk ręki”… Teraz myślę, że wiersz Spotkanie musiał być napisany przez Miłosza na wieść o śmierci bliskiej osoby. Moment, w którym do naszej świadomości dociera, że „dzisiaj już nie żyją”, wyostrza widzenie. Pustkę wypełnia pamięć, zdobywając panowanie nad czasem, choć nie na długo, gdyż wiecznym pytaniem pozostanie to, czy przetrwa i gdzie znajdzie miejsce spoczynku. W bezdechu śmierci bliskiej osoby desperacko walczymy o haust powietrza. Zaczerpnięcie przychodzi do nas z tego, co było dawno i co wciąż darzymy miłością. Denis bardzo lubił ten wileński wiersz z Ocalenia. Prosił, aby czytać mu go po polsku. Uczył się jego brzmienia. „Jak chcesz w oryginale – żartowałem – to musisz posłuchać mowy poety.” I puściłem mu Miłosza czytającego Spotkanie.
Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach.
Czerwone skrzydło wstawało, jeszcze noc.
I zając przebiegł nagle tuż przed nami,
A jeden z nas pokazał go ręką.
To było dawno. Dzisiaj już nie żyją
Ni zając, ani ten, co go wskazywał.
Miłości moja, gdzież są, dokąd idą
Błysk ręki, linia biegu, szelest grud –
Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.
Odnalazłem fotografię z Krasnogrudy. Siedzimy na tarasie mojego domu. Jest chłodny dzień lata. Na pierwszym planie Irena Grudzińska-Gross, pracująca już wtedy nad książką o Weissbergu-Cybulskim, dla którego – z perspektywy naukowca z laboratorium fizyki w Charkowie – Hołodomor był konieczną ceną ludzkości za postęp technologiczny, i który wnet stał się ofiarą stalinowskiej czystki, zawdzięczającą życie nie tyle wstawiennictwu samego Einsteina, ile paktowi Ribbentrop-Mołotow, w ślad za którym poszła wymiana więźniów między komunistami i nazistami. Po drugiej stronie stołu Irina Krawcowa, planująca rosyjskie wydanie Ziemi Ulro, do którego napiszę posłowie, dowodząc potrzeby zapoznania się Rosjan z refleksją o erozji ducha. Siedzący obok niej Piotr Mitzner przywiózł nam w darze swoją książkę Warszawski „Domek w Kołomnie” o działającym w połowie lat trzydziestych polsko-rosyjskim klubie dyskusyjnym, założonym przez białego emigranta Dymitra Fiłosofowa, do zarządu którego należeli m.in. Czapski i Stempowski. Naprzeciwko Piotra siedzi Magda Chabiera, edytorka tekstów Stempowskiego, w tym tomu Po powodzi. Eseje i dzienniki podróży. Obok niej Anatol Rojtman, emerytowany fizyk i tłumacz wierszy Miłosza na rosyjski, który poprzedniego wieczora „czytał” nam z pamięci Świat. Poema naiwne. Na końcu stołu siedzą zawsze uśmiechnięta Katia i zawsze głodny życia Denis. Zbiera myśli dla nowego toastu. Wzniesiemy go za współpracę petersburskiego Artes Liberales i Międzynarodowego Centrum Dialogu, za planowaną wspólnie szkołę letnią, za przekłady i publikacje naszych książek, za odwagę utopii.

Na twarzy Denisa widoczny jest kilkudniowy zarost. Zawsze go takim pamiętam. Nieogolona twarz przywodziła na myśl pracującego po nocach humanistę, ale w jego przypadku bardziej jeszcze osobę towarzyską, spontaniczną w przyjaźni, wyswobodzoną z gorsetu obyczajowego rygoru. Było w nim coś z braku subordynacji, zarówno wobec formy narzucanej przez społeczne hierarchie, jak i funkcji, w jego przypadku prodziekana, naukowca, mentora studentów. Niesubordynacja Denisa była tyleż estetyczna, co etyczna. Przyglądając się fotografii z Krasnogrudy przypominam sobie, wiem, jak głęboko odczuwał wszystkie zaszłości historyczne i bieżące dylematy moralne zgromadzone przy tym stole na polsko-litewskim pograniczu. Od aneksji Krymu przez Rosję upłynęły zaledwie dwa lata z okładem. Tak, Denis był człowiekiem, który zdefiniował sobie Termopile i strzegł ich bez bohaterskiego rozgłosu, w ciszy robienia tego, co należy. Za życia lękamy się dokonywać takich przyrównań, ale teraz mój przyjaciel z Petersburga w całej prawdzie wyłania się z ukochanego przez siebie wiersza Termopile Kawafisa, który podaję w przekładzie Ireneusza Kani:
Chwała tym, którzy w swoim życiu
zdefiniowali sobie Termopile i ich strzegą.
Nie porzucają nigdy obowiązku,
w swych czynach zawsze sprawiedliwi i bezstronni,
choć zdolni też do litości i współczucia;
szczodrzy, ilekroć bogaci, i nawet
gdy ubodzy – szczodrzy na miarę swej biedy,
śpieszący z pomocą, o ile możności,
zawsze mówiący prawdę,
lecz bez nienawiści do tych, którzy kłamią.
A większa jeszcze chwała im należna,
gdy wiedzą z góry (takich jest niemało),
że w końcu jednak zjawi się Efjaltes
i że Medowie ostatecznie przyjdą.
Zdaję sobie w tym momencie sprawę, że nasz niewidzialny notes z wierszami jest polifoniczny w formie, zbiera pismo i melos, fotografie i etos życia. Jak włączyć do niego wiersz Jeleny Szwarc? Wiersz, który Denis zapisał na ostatniej jego stronie. Z pewnością powinienem uniknąć jednowymiarowej perspektywy. Czuję, że mam do czynienia z palimpsestem nakładających się warstw miejsca i czasu, światła i mroku. Za tytułowym Gdzie jesteśmy, kryje się rozpacz tych, którzy – przejrzawszy na oczy – widzą wszechobecność zła i próbują zakrzyczeć kłamstwo pytając co się z nami stało. Zarost na twarzy Denisa zmienia wcześniejsze konotacje i zlewa się z kirem czarnej paschy, spowijającym rzeczywistość. Przezierają przez niego różne, często kontrastujące ze sobą światy. Czerń daleka jest tu od monolitu, łamana przez świetliste prześwity potęguje tylko tragizm ludzi wyswobadzających – często za cenę życia lub łagru – własną twarz z tłuszczy mużików. Gdy o tym rozmawialiśmy, Denis podkreślał, że stare ruskie słowo чернь dawniej nie miało pejoratywnego znaczenia w sensie dzisiejszego pospólstwa, ale odnosiło się do wolnego chłopstwa, często zasilającego szeregi antycarskich kozackich buntów.
Oto genius loci tej rzeczywistości – Petersburg. Miasto, na powierzchni którego nigdy nie czułem się dobrze. Przerażała mnie dysproporcja nieludzko ogromnych urzędowo-państwowych przestrzeni z ciasnotą i nędzą komunałek i innych mieszkalnych zakamarków, w których kolejne tyranie upychały ludzkie życie. Przerażały kazamaty, krzywda i cierpienie milionów niewolnych, których prochy chrzęściły pod stopami spacerowiczów. Może właśnie dlatego podczas pobytów w Petersburgu tak desperacko poszukiwałem szansy obcowania z innymi twarzą w twarz. Spotkanie drugiego człowieka miało tutaj szczególną moc, za sprawą której tworzyły się serdeczne kręgi międzyludzkiego współistnienia, rodziły długotrwałe przyjaźnie. To, co z zewnątrz wydawało się bieda-domkiem, po przekroczeniu progu ujmowało bogactwem i ciepłem ludzkiego wnętrza. Tak przynajmniej było, gdy przecięły się nasze ścieżki z Denisem.
Petersburg zawsze miał swoje podziemne życie. Znam je nie tylko z opowieści. Denis i inni przyjaciele stamtąd też byli jego częścią, choć z pozoru wydawać by się mogło, że żyli i tworzyli „normalnie”, bez samizdatu, głodówek i tortur. Piszę w czasie przeszłym, bo dzisiaj po raz kolejny pewnie zmieniła się cena, którą trzeba za nie płacić. I mogę tylko sobie wyobrazić w jakiej depresji i stresie upływały ostatnie lata życia Denisa, czego skutkiem musiała być jego nagła choroba i śmierć. Opowiadał mi o podziemnym Petersburgu za czasów Jeleny Szwarc, o niezależnym stowarzyszeniu literackim „Klub-81”, o publikowanych przez nią w samizdacie do 1989 roku tomach wierszy, o jej neobarokowym metarealizmie, wydobywającym spod powierzchni rzeczywistości jej wewnętrzne, zmrożone wyparciem i strachem złoża. Taka jest też Czarna Wielkanoc z 1974 roku. W drugiej części poematu akt przemocy męża nad żoną, poza swoim nagim okrucieństwem, spotęgowany jest kolanopokłonnym, po pijacku obleśnym błaganiem o przebaczenie. Ileż to razy rozmawialiśmy z Denisem o „rosyjskiej winie”, rozchodzącej się po kościach jakby nic się nie stało, zlewającej w jeden płacz łzy oprawcy i ofiary, za tani grosz przekupywanej „przebaczeniem, które nie przebacza”. Akt przemocy na kobiecie i rozmazania winy otwiera oczy na to, co się z nami stało, na rzeczywistość zakłamaną iluzją życia „jak na Zachodzie”, na ojczyste dzieciobójstwo i na Petersburg od dawna „zalany przez Rosję”.
Zanim jednak oddam głos wierszowi Jeleny Szwarc, nie mogę pominąć innych warstw, tworzących petersburski palimpsest Denisa. Widzę oto jego i Katię z lampką szampana siedzących na brzegu Newy, być może w dniu ich zaślubin; w każdym razie na tej fotografii pięknie zakochanych, spragnionych wspólnego życia i obiecujących sobie nigdy miasta ich miłości nie porzucić. Widzę Denisa jak oprowadza gości z Litwy i Polski po „półtora pokoju”, w którym z rodzicami mieszkał Brodski; szczęśliwego, że duchowe pobratymstwo, uosabiane przez Miłosza, Brodskiego i Venclovę, wygnańców z Wilna i Leningradu, może być kontynuowane w jego Petersburgu. Na to nakładają się obrazy z debat i wystaw w Muzeum Anny Achmatowej, którego wspaniały zespół silnych i odważnych kobiet miał w Denisie niezrównanego partnera, kuratora wystaw, organizatora programów edukacyjnych i konferencji. Do tego dochodzą spotkania z członkami „Memoriału” oraz ambitnego pisma kulturalno-filozoficznego „Zwiezda”. Widzę wreszcie Denisa w jego małym akademickim królestwie Artes Liberales w Smolny College, otoczonego studentami, dla których stał się mentorem, któregoś roku obwołanym najbardziej popularnym wykładowcą, dla których prowadził kurs zajęć „Pisanie i myślenie” (prowadził je z podobnym sukcesem również w amerykańskim Bard College). Zaprosił mnie kiedyś z wykładem o Miłoszu. Zrozumiałem wtedy, jak ważną jest jego praca, jak wiele znaczy dla studentów, a jednocześnie, że to jest wyspa dla odważnych i szalonych, w istocie podziemie, w którym każda rozmowa o współpracy międzynarodowej obarczona jest lękiem przed wpisaniem nazwisk i organizacji na listę „agentów zagranicznych” – początkowo miała to być „niewinna” formalność, ale nikt nie miał złudzeń, że w istocie jest to kontynuacja list preparowanych przez stare jak Rosja i tylko zmieniające nazwy KGB. Podziemne jest też muzeum Achmatowej. „Memoriał” został zdelegalizowany. I widzę życie na powierzchni Petersburga, miasta, w którym po raz pierwszy odczułem, że w naszym świecie rodzi się nowa forma faszyzmu. Nie odczułem tego na widok marszu ONR-u w Łodzi albo podobnych, rekonstruujących przeszłość marszów w Niemczech czy Danii. Towarzyszyło im zgorszenie, ale nie paniczny lęk. Co innego marsze zmilitaryzowanej „czerni” w Petersburgu sprzed dziesięciu, dwunastu laty. Była w nich siła mainstreamu, z przyzwoleniem władzy i strachem w oczach gapiów (u jednych przemieszanym z podziwem, u innych z ugięciem kolan przed nową fazą konieczności historycznej). Dzisiaj podobnie jest w innych miejscach świata. I nie zamierzam zawężać wymowy wołania „Co się z nami stało?” do kontekstu Rosji. Myślę tylko o tym, co chciał mi na odchodne z tego świata powiedzieć Denis, zamieszczając drugi fragment Czarnej Wielkanocy w naszym niewidzialnym notesie. Że nic się nie zmieniło? Że proroczy? A może, że wszyscy chodzimy przystrojeni w pożyczone peruki, które kiedyś, doprowadzeni na krawędź bólu i rozpaczy zerwiemy, by zobaczyć kim naprawdę jesteśmy?
GDZIE JESTEŚMY?
No i masz, pijany mąż
Zwalił się jak głaz
I zaczął kląć,
Dziki mocarz.
Drze się niby boży grom:
„Gdzieś była? Z kim piłaś?
Co ci się tak oczka świecą?
Zajeżdżasz mi wódką”.
I jak cię nie walnie pięścią
Między oczy.
I krew się leje, i łzy.
Za co? Za co, Boże?
Jeszcze kopa w brzuch dołoży.
Jak chory pies zaskamlesz
I w ciemny kąt czołgać się będziesz,
Złorzecząc i płacząc, by tam umrzeć.
Tam już do woli możesz sobie wyć.
Skąd wziął się we mnie –
Chrapliwy zły zwierzęcy ryk?
Stłoczone w płonącym teatrze, świetliste
Uczucia uciekły, wszystkie.
I ból i nienawiść przeżuwasz.
A gdy ucichniesz, odejdziesz,
Zaraz się pojawia, na kolanach,
I płacze i mówi: „Przebacz,
Nie wiem jak… przecież nie chciałem…”.
I ciemne słowa miłości
Na smutnym kacu bełkocze.
Zmieszały się nasze łzy,
Nie przebaczywszy, przebaczam.
A moje sińce kwitną jak róże.
. . . . . . . . . . . .
Jesteśmy – gdzie jesteśmy? – w Rosji,
Gdzie z bólu poczerniałe są krzewy,
Gdzie oczy świętych promiennie puste,
Gdzie w święta biją baby…
Myślałam – nie ja jedna –
Że Petersburg, wyjątkowy kraj – nasza ojczyzna,
To zachód we wschód wrzucony,
I samotny, i otoczony,
Chronicznie chory, zawsze przeziębiony,
Gdzie lichwiarkę zabił Napoleon.
Lecz runęła duchowa ściana –
Rosja wezbrała – durna, ciemna, pijana.
Gdzież jest ojczyzna? I nagle zrozumiałam:
Dawno temu Petersburg Rosja zalała.
I zerwali ci pożyczoną perukę,
I wszyscy zobaczyli kim jesteś –
Wciąż tym samym carskim mużykiem:
Wciąż twarz mu drży,
W ręku topór,
Rozporek rozpięty…
Wzrok zatrzymaj w lustrze
I zdmuchnij pajęczynę fałszywej urody.
O Paradise!
Jesteś pomiotem porażonego mózgu,
Od dnia narodzin przesiąkniętym kapuśniakiem.
Gdzież podział się holenderski obrazek, powielany?
Ach, ciemność obsiadła chmara rodzinnych much
I uśpiła w tobie dzieciobójczynię –
Porfirem strojna wdowa,
Tambowski wiatr w niej klnie,
I grzmi i huczy Newa.
* * *
Na Kanale Kriukowa, łączącym rzekę Mojkę z Newą, jest Most Matwiejewa, stary, jeszcze XVIII-wieczny, ongiś zwany też Mostem Litewskim. Sądząc z jednej z fotografii, które mam teraz przed sobą, to gdzieś w tej okolicy zatrzymał się Denis i na kilka godzin znieruchomiał w kontemplacji, olśniony pięknem przebłyskującym spod kiru jego miasta. Pisał potem, że trzy, może cztery razy w roku wydarza się w Petersburgu wieczór z takim światłem. Pierwsze fotografie zrobił za dnia, kiedy słońce muskało promieniami szczyty kamienic na Wyspie Kazańskiej. Pisał dalej, że oto, dla przykładu, człowiek wybiera się na ryby… A ja sobie dopowiadam, że mógł wtedy pędzić do biblioteki po książki. W każdym razie staje jak wryty, nie mogąc uczynić jednego kroku dalej. Na ostatniej fotografii jarzą się lampy rozświetlając mrok zapadającego wieczoru.

„W dekoracje miasta przenika namacalny czas długiego trwania” – pisał, inkrustując opowieść cytatem: „…jak w metrum Homera”. I już wiem, że jesteśmy we wnętrzu wiersza Mandelsztama, gdzie – idąc za przekładem Artura Międzyrzeckiego – „rozciąga władanie / Nad naturą powolność…”. Gdy czas staje się światłem, silniejszy od ciążenia zmierzchu i przemijania jest przebłysk, odbijający się w wodzie. Denis nazywa go „przebłyskiem spowolnienia”. I to on nie pozwala mu odejść. Więc trwa w chwili, w cudownej poczekalni jednej epifanii, długo w noc, aż zgaszą ostatnie światło. W stanie „bezczynności słodkiej”, u boku Mandelsztama pracuje nad wydostaniem ze źdźbła całego bogactwa nuty.
Myślę o życiu Denisa, nagle urwanym. I o tym, że mimo czasu marnego zdołał wydobyć z danego mu źdźbła „nutę pełnobrzmiącą”.
KRZYSZTOF CZYŻEWSKI
Na początku był złoty wiek. Bez gróźb, bez ustaw,
Z własnej woli, pielęgnowano wiarę i prawość.
Nie było kary, nie było lęku, nie było potrzeby czytać
Groźnych słów na spiżowych tablicach, tłum błagalny
Nie drżał przed sędzią, nie szukano obrońców.
Jeszcze z gór rodzimych nie zstąpiła na fale
Ścięta sosna, by świat daleki oglądać.
Obcych wybrzeży nie znali śmiertelni.
Jeszcze fosy głębokie miast nie opasały,
Nie znano prostych trąb ani wygiętych rogów,
Ani hełmów, ani mieczy. Ludzie żyli w spokoju:
Wolni od broni, wolni od zmartwień.
Nie tknięta motyką, nie zraniona pługiem
Sama z siebie ziemia dawała owoce.
Pokarm zrodzony bez przymusu cieszył.
Zbierano truskawki i górskie poziomki, derenie,
Jeżyny wiszące u twardych gałązek, i żołędzie
Opadłe z rozrosłego Jowiszowego drzewa.
Wiosna trwała wiecznie, a łagodne zefiry
Ciepłym tchnieniem otulały samorodne kwiaty.
Nieorana ziemia przynosiła plony,
Dzikie pole błyszczało nabrzmiałymi kłosami.
Płynęły strumienie mleka i strumienie nektaru,
A złoty miód skapywał z zielonego dębu.
Zesławszy Saturna w ciemności Tartaru,
Jowisz nastał, a z nim – wiek srebrny,
Od złotego marniejszy, ale lepszy od spiżowego.
Wiosnę pradawną Jowisz skrócił, podzielił
Rok na cztery pory: zimę, upalne lato,
Jesień zmienną i krótko trwającą wiosnę.
Wtedy, po raz pierwszy, żar polał się z nieba,
A lód związany wiatrem zawisnął soplami.
Wtedy pojawiły się domy (za domy
Służyły jaskinie, gęste zarośla i szałasy).
Wtedy też rzucono w długie bruzdy ziarno
I jęknęły młode woły przygniecione jarzmem.
Potem nastąpił wiek trzeci – spiżowy,
Gwałtowny, do strasznej broni wyrywny,
Jednak nie zbrodniczy. Ostatni wiek – żelazny.
Wszelakie zło wybucha w tym wieku.
Zanika prawda i wiara, i poczucie wstydu.
Ich miejsce zajmują: podstępy i zdrady,
Zasadzki i przemoc, i chęć posiadania zbójecka.
Żagle daje wiatrom (których nie znał wcześniej)
Żeglarz, a drewno, które długo stało
Na wysokich górach, nieznane pruje fale.
Ziemię, wspólną niegdyś jak światło, jak powietrze,
Staranny mierniczy dzieli granicami.
I nie tylko zmusza się bogatą rodzicielkę,
By dawała pokarmy, lecz wdziera się w jej wnętrze,
By skarby, skrywane w odmętach Styksu,
Wykopywać – powód to przyszłych nieszczęść.
Zjawia się żelazo i gorsze od niego złoto.
Nadchodzi wojna, która jednym i drugim wojuje,
I w krwawej dłoni trzyma broń brzęczącą.
Żyje się z grabieży: czyha na gościa gospodarz,
Na teścia zięć, rzadkością jest miłość braterska.
Mąż grozi żonie, żona mężowi.
Okrutne macochy mieszają trucizny,
A syn przedwcześnie czeka śmierci ojca.
Pobożność pokonana. Ostatnia z bóstw, Astrea,
Zbrodnią splamiona dziewica, żegna ziemię.
(Metamorfozy, Księga I, w. 89-150)

Tak kończy się druga z Owidiuszowych przypowieści – CZTERY WIEKI LUDZKOŚCI. Oto Astrea (inaczej Iustitua albo grecka Dike), czyli bogini sprawiedliwości, zostawia ludzi samych sobie.
Człowiek opuścił raj – raj opuścił człowieka.
Owidiusz nie był ani pierwszym, ani ostatnim poetą, który opisał ten mit, ale zrobił to lepiej niż inni, piękniej, bardziej sugestywnie. I po swojemu. A spektakularna fraza, którą rozpoczyna, niewiele ma sobie równych w dziejach literatur Zachodu. Czarowi temu uległo na przestrzeni epok wielu wspaniałych twórców. Sięgali do tej przypowieści: Dante i Jean de Meun, Chaucer i Torquato Tasso, Lope de Vega i Cervantes, Szekspir i Goethe, Henry Fielding i Robert Browning, John Milton i John Dryden, Thomas Carlyle i Alfred Tennyson.
W poglądzie o stopniowej degeneracji ludzkości, o jej utracie z biegiem czasu niewinności, Owidiusz był bardziej grecko-żydowski niż rzymski. Tzn. bliżej mu było do Hezjoda i Aratosa, z których prac pisząc Metamorfozy korzystał, i nawet Księgi Rodzaju, której raczej nie znał, ale o której mógł przecież słyszeć, a może i z jakimś Żydem rozmawiać, aniżeli do prac – naukowych czy poetyckich – swoich współobywateli. Ci ostatni skorzy byli do poglądu, iż ludzkość nie zwija się, ale rozwija obiecująco. (Dziejowy optymizm i wiara w świetlaną przyszłość, właściwe imperiom i ich ideologiom, mają zwykle tragiczne konsekwencje).
Rzym za panowania Augusta. Miasto pnie się do góry, modernizuje. Tętni! Na ulicach ci, którzy pamiętają jeszcze ancien régime, mijają tych, którzy nie znają już innego świata – jakby nigdy nic; życie toczy się przecież dalej. Brutusowie i obrońcy Republiki trafili dawno na śmietnik historii, a ideologia imperialna, wsparta autorytetem Wergiliusza i Horacego, ma się doskonale. Ale ci mistrzowie dawno już nie żyją; nie ma co do tego wracać. Kiedy pisali swoje peany na cześć Ojca Ojczyzny i Wielkiego Odnowiciela, on, Publiusz Owidiusz Nazon, wchodził w dorosłość. Musiał się nauczyć, jak być poetą: trzeba lawirować, grać z cenzurą i szukać tematów bezpiecznych. Miłość i mity! Tak, to zawsze najbardziej go pociągało! Między 16 rokiem p.n.e., kiedy debiutował, a 8 rokiem n.e., czyli pamiętnym rokiem pozbycia się go z Rzymu, napisał sporo: trochę wierszy miłosnych zebranych w tomie Amores, zbiór fikcyjnych listów bohaterek mitologicznych (Heroides) i kilka dłuższych poematów, z których najsłynniejszy to Ars amatoria, czyli Sztuka kochania; zaczął też pracować nad Fasti (co tłumaczymy jako Kalendarz), ale decyzja Augusta wytrąciła mu pióro.
Tomi nad Morzem Czarnym. Prości ludzie i proste życie. Wolność i powolność. Warunki (i prawo) do pisania wierszy. Użalamy się nad losem Owidiusza od dwóch tysięcy lat. Czy zasadnie? Myślę, że nic lepszego nie mogło mu się przytrafić. Jaka przyszłość czekałaby go w Rzymie Oktawiana Augusta? Jak długo udawałoby mu się prowadzić tę subtelną grę z władzą? Rysuję sobie w głowie możliwe scenariusze i w żadnym z nich nie ma Owidiusza – żywego poety. Zostając przy życiu, żegnał się z poezją; pozostając poetą, skazywał się na śmierć.
Tamten Rzym nie był dla niego.
Jeszcze przed wygnaniem Owidiusz ukończył dzieło, nad którym pracował sześć lat, ale myślał bez wątpienia o wiele dłużej: Metamorfozy. Jak twierdzą przekonująco niektórzy badacze, to nie frywolna Sztuka kochania rozgniewała Augusta, ale właśnie ten, straszny i groźny – bo ukazujący degenerację świata: od raju do ziemskiego piekła – poemat o przemianach.
Carmen perpetuum.
JACEK HAJDUK
Być może zbyt długo zwlekałem z pokonaniem mostu. Słowacki i węgierski brzeg osnuły przedwieczorne cienie, a przepływające wartko między brzegami pobladłe wody Dunaju uderzały o nabrzeża starego portu w Esztergomie (Ostrzyhomiu), gdzie w zapadającym zmierzchu ze szczytu stromej skały wyrastała bazylika. Wsparta na otaczającej ją kolumnadzie, zwieńczona kopułą świątynia wraz z dwiema palladiańskimi dzwonnicami, brzmiącymi teraz bardziej staccato, panowała nad rozciągającym się wokół na wiele mil, mroczniejącym krajobrazem. Nabrzeże i stroma uliczka biegnąca obok pałacu arcybiskupa w jednej chwili opustoszały. Graniczny posterunek mieścił się na końcu mostu, toteż szybkim krokiem udałem się na Węgry; tłum ludzi, których wypadająca w tym dniu Wielka Sobota zgromadziła wcześniej nad brzegiem rzeki, przewędrował uliczką na plac przed katedrą, gdzie odnalazłem ich spacerujących pod drzewami lub prowadzących rozmowy w niewielkich grupach. Dachy domów poniżej placu ginęły w ciemności, jedynie las, rzeka i rozlewisko majaczyły niewyraźnie, póki nie zgasł ostatni promyk zachodzącego słońca.
Znajomy napisał do burmistrza Esztergomu: „Proszę okazać życzliwość młodzieńcowi, który wędruje pieszo do Konstantynopola”. Z myślą, by nazajutrz odwiedzić adresata, spytałem o biuro burmistrza przypadkowo napotkanego mężczyznę, ten zaś, nim zdążyłem się zorientować, co zamierza, ku mojemu przerażeniu zaprowadził mnie wprost do rzeczonej osoby. Burmistrza otaczali wspaniale odziani patrycjusze, których podziwiałem wcześniej na brzegu Dunaju. Zacząłem przebąkiwać, że jestem wędrowcem, przed którym go ostrzegano, on zaś słuchał z wyrazem uprzejmego zdziwienia; na koniec go olśniło i po krótkiej, niewątpliwie żartobliwej wymianie zdań z jednym ze świetnych mężów powierzył mnie jego pieczy i pospieszył przez plac do ważniejszych obowiązków. Polecenie zostało przyjęte z pewnym rozbawieniem; mego opiekuna najpewniej obciążono moją osobą ze względu na jego biegłą angielszczyznę. Miał na sobie wspaniały, uroczysty strój; turecką szablę nosił przerzuconą nonszalancko przez ramię, a w jego lewym oku połyskiwało szkiełko monokla.
W tejże chwili oczy wszystkich skierowały się w dół zbocza. Stukot końskich podków i dzwonienie uprzęży wezwały burmistrza do stóp katedry, której schody okrywał czerwony dywan. Duchowieństwo i pomocnicy z płonącymi świecami utworzyli ceremonialne zgrupowanie, a gdy powóz zatrzymał się, z jego wnętrza wyłoniła się płomiennie odziana postać, po czym kardynał, monsinior Serédi, zarazem arcybiskup Esztergomu i prymas Węgier w jednej osobie, wysiadł z wolna, podając zgromadzonym upierścienioną dłoń do pocałunku, podczas którego każda kolejna osoba przyklękała na jedno kolano. Kardynalska świta ruszyła w ślad za nim do wnętrza okazałego gmachu, a tuż za nią prowadzona przez proboszcza grupa z burmistrzem na czele podążyła w kierunku udrapowanych szkarłatem frontowych ławek. Zrobiłem ruch, jakbym zamierzał zająć skromniejsze miejsce, ale mój opiekun stanowczo powiedział: „Stąd lepiej pan będzie widział”.
Wielka Sobota wypełniła połowę ogromnej katedry, a ja rozpoznałem w tłumie wiele postaci, które wcześniej paradowały nad rzeką: mieszczan w świątecznych strojach, czarno odzianych chłopów w butach z cholewami, a także wymyślnie uczesane dziewczęta w kolorowych spódnicach i białych, bogato haftowanych, fałdzistych rękawach, te same, które wcześniej spieszyły przez most z naręczami lilii, narcyzów i kaczeńców. Byli też dominikanie w białych i czarnych habitach, mnóstwo zakonnic, spora garść mundurów, a pod wielkimi wrotami roiła się gromadka jaskrawo ubranych Cyganów, którzy, wsparci pod boki, nachylali się ku sobie i coś szeptali. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby do katedry wkroczył jeden z tresowanych cygańskich niedźwiedzi, zanurzył łapę w barokowej kropielnicy w kształcie ogromnej muszli, po czym padł na kolana.

Jakaż odmiana po wstrząsająco ponurej jutrzni sprzed dwóch dni! Kiedy pogasły płomyki zdejmowanych z ołtarza świeczek, mały słowacki kościółek pogrążył się w ciemnościach. Tutaj zaś ogromny gmach pełen był światła, w każdej kaplicy migotały nowe konstelacje płomyków, na chórze płonęła świeca paschalna, a nad stojącymi szeregiem na głównym ołtarzu, wysokimi niczym lance świecami unosiły się płonące równym światłem świetliste gwiazdy. Z wyjątkiem czerwonych ław frontowych w katedrze w strojach duchownych, tak celebransa, jak i diakonów, a także służby kościelnej dominowała biel. Arcybiskup w złocie i bieli, porzuciwszy wcześniejsze kardynalskie szkarłaty, zasiadł na tronie pod opatrzonym herbem baldachimem, podczas gdy członkowie jego niewielkiej świty przysiedli na stopniach tronu. Siedzący najniżej miał w swojej pieczy ciężki pastorał, stojący zaś z tyłu baczył, aby w nakazanych liturgią chwilach unieść, a następnie opuścić wysoką białą mitrę i za każdym razem starannie ułożyć jej wstążki na okrytych paliuszem ramionach. Natomiast na poły wojskowa brawura zgromadzonych w bocznej nawie notabli, ich wielobarwne kubraki z jedwabiów, brokatów i futer, złote i srebrne łańcuchy, buty z cholewami w barwach błękitu, karmazynu i turkusu, złocone ostrogi, baranie kołpaki z diamentowymi sprzączkami i wysokie kity z czaplich, orlich i żurawich piór, wszystko to równie znakomicie jak odświętne szaty na Pogrzebie hrabiego Orgazaharmonizowało z duchownym majestatem. Przy czym największe wrażenie robiły stroje czarne – takie jak u mego nowego przyjaciela lub u namalowanych grandów z Toledo. Wsparte o ławki bułaty o złoconych, inkrustowanych kością słoniową krzyżowych gardach, w ozdobnych, wysadzanych klejnotami pochwach musiały chyba pamiętać czasy wojen z Turkami. Kiedy zadzwoniono na Credo i wierni powstali, jedna z szabel osunęła się z łoskotem na kamienną posadzkę. W toczonych przed laty bojach ich brzeszczoty przyprawiały cwałujących przez pusztę Turków o zawrót głowy. Węgrów, rzecz oczywista, też…
Na chwilę zapadła cisza, ale zaraz zagrzmiały i zaśpiewały organy niosące wieść, że oto Bóg powstał z martwych. Z dziesiątek gardeł na chórze wyrwały się i poszybowały głośne Alleluja; opływający rzeźbione liście akantu obłok kadzideł wzniósł się pod kopułę, ginąc w cienistym mroku, i nastąpiło nowe poruszenie. Najeżona płonącymi świecami, poprzedzona wysokim krzyżem przednia straż duchowieństwa i akolitów docierała już do połowy głównej nawy. Za nimi postępował baldachim z niesionym w monstrancji Świętym Sakramentem. Dalej arcybiskup, burmistrz i siwobrody, kuśtykający z trudem z pomocą trzcinowej laski nestor magnaterii, a za nimi wszyscy pozostali. Pchnięty przyjacielskim kuksańcem dołączyłem do postępującego z wolna korowodu, który już, jakby niesiony prądem dźwięków i kadzideł, przepłynął wrota świątyni i znalazł się na zewnątrz.
Księżyc stał ogromny, zaledwie dzień po pełni, było więc jasno niemal jak za dnia. Procesja spłynęła po schodach i powoli ruszała w drogę, ale gdy postępująca za tłumem kapela odegrała pierwsze takty, muzykę natychmiast zagłuszyły inne dźwięki. Skrzypiały koła i pojękiwały deski pojazdów na czele pochodu, a nocną przestrzeń przeszywało bliskie szaleństwu bicie dzwonów; po chwili zaś jeszcze inne, uparte, klekoczące dźwięki pomiędzy uderzeniami spiżu kazały wszystkim podnieść głowy. Godzinę czy dwie wcześniej para zmęczonych podróżą z Afryki bocianów wylądowała na zmierzwionym gnieździe pod jedną z dzwonnic i wszyscy obserwowali, jak się w nim mościły. Teraz zaś wystraszone hałasem ptaki, rozpaczliwie trzepocząc skrzydłami i wyciągając szyję, znowu podrywały się do lotu i prostowały szkarłatne odnóża. Rozpostarły się czarne, równoległe do ogromnych białych lotek pióra, po czym miarowe, niespieszne uderzenia skrzydeł uniosły odprowadzane naszym wzrokiem ptaki ponad koronę kasztanowca i wyżej w niebo. „Nie mogły sobie wybrać lepszego wieczoru na powrót do gniazda”, mruknął mój sąsiad, kiedy pochód znowu ruszył.
W całym mieście jedynym oświetleniem były płomyki świeczek poprzyklejanych rzędami do parapetów oraz trzymanych w rękach przez oczekujące tłumy. Mężczyźni stali z gołymi głowami, kobiety w chustkach, a blask osłoniętych złożonymi dłońmi płomieni odwracał panujący za dnia układ światła i cieni: rysował jasne linie szczęk i nozdrzy oraz świetliste półksiężyce pod brwiami, podczas gdy wszystko wokół owych świetlistych masek tonęło w mroku. Mijaliśmy kolejne biegnące cichymi szpalerami światełek ulice, a za każdym razem, gdy zbliżało się czoło procesji, wszyscy klękali, aby po paru chwilach powstać, kiedy się oddalało. Potem otoczyły nas szpalery topoli, od czasu do czasu rozbrzmiewały solenne śpiewy. Kiedy chóry milkły, do brzęku kadzielnych łańcuszków i postukiwania arcybiskupiego pastorału o bruk dołączało rechotanie niezliczonych setek żab. Nad naszymi głowami krążyły w powietrzu obudzone ze snu śpiewem i biciem dzwonów miejskie bociany spoglądające w dół na sznur nikłych światełek, który tymczasem zawrócił i wspinał się na katedralne wzgórze. Niezwykłość owych chwil, migotanie świec, śpiewy i woń kadzideł, oddech zbliżającej się wiosny, kołujące w górze bociany, zapach pól, bicie dzwonów, dobiegający z sitowia żabi chór, blade cienie i nierealny blask księżyca nad lasami i srebrzystą taflą wody – wszystko to razem nadawało owej nocy niepojęty czar wszechogarniającej zbawczej potęgi.

Po zakończeniu uroczystości wszyscy znów wylegli na schody katedry. Kareta już czekała; arcybiskup, przebrany z powrotem w kardynalskie szaty oraz obszerną gronostajową opończę na znak, że piastuje tytuł księcia Kościoła, z wolna wsiadł do środka. Członek gwardii przybocznej, podpierający go kapelan z wydatnym jabłkiem Adama i binoklami na nosie oraz foryś w husarskim uniformie postępowali szeregiem w metrowych odstępach, niczym rybacy zbierający sieć, która na koniec wypełniła wnętrze karety jakby prześwietlonym przez wodę jedwabiem jasno różowej barwy. Kapelan wspiął się i zajął miejsce naprzeciw, a po nim członek gwardii przybocznej, który zasiadł sztywno wyprostowany, opierając dłoń w czarnej rękawiczce na rękojeści tureckiej szabli. Foryś złożył schodki, mały lokajczyk w futrzanej czapie zatrzasnął drzwi ozdobione herbowym kapeluszem ze wstążkami, a gdy obaj służący wskoczyli na tył pojazdu, woźnica w podobnej futrzanej czapie szarpnął lejce, strusie kity przytaknęły i czwórka siwków ruszyła. Kiedy ekwipaż zbliżył się do stoku wzgórza, w tłumie wybuchły huczne brawa, czapki i kapelusze poleciały w górę, a z okna powozu wyłoniła się ozdobiona kardynalskim pierścieniem na purpurowej rękawiczce błogosławiąca dłoń.
Na tonących w świetle księżyca schodach wszyscy obejmowali się, wymieniali świąteczne życzenia, obcałowywali swoje policzki i dłonie. Mężczyźni nakryli głowy futrzanymi czapkami, poprawili przerzucone przez ramię dolmany i po wielogodzinnym panowaniu łaciny huknął radosny gwar daktylicznej węgierskiej mowy.
„Ciekawe, co porabiają nasze bociany”, mruknął mój przewodnik, przecierając monokl jedwabnym fontaziem. Zbliżył się niespiesznym krokiem na skraj schodów, po czym, wsparłszy się na mieczu niby na składanym myśliwskim krzesełku, popatrzył w górę, w ciemność. Spomiędzy gałązek wystawały dwa dzioby, jeden obok drugiego, a w mroku udało nam się z trudem wypatrzyć resztę pogrążonych w głębokim śnie ptaków. „Znakomicie! – skonstatował mój towarzysz. – Przyjemnych snów”.
Dołączywszy do zebranych, powiódł w koło otwartą papierośnicą, a następnie wybrał z namysłem papieros dla siebie i postukał nim o chropawe złocone wieczko. Wokół płomyka zapalniczki wytrysnęły na chwilę trzy tworzące małą piramidkę nachylone ogniki i zaraz zgasły. Mężczyzna zaciągnął się głęboko, wstrzymał oddech, po czym z wolna wypuścił z płuc papierosowy dym. „Nie mogłem się go doczekać. To mój pierwszy papieros od końca karnawału”, powiedział.
Dzień zakończyło wieczorne przyjęcie u burmistrza z palinką na początek, istną powodzią podawanych nieprzerwanie win i wreszcie tokajem, tak że w rezultacie owe wspaniale odziane postacie widziałem jak przez mgłę. Na pożegnanie burmistrz wyjaśnił mi przepraszającym tonem, że ma dom pełen gości, ale pokój dla mnie znalazł się u sąsiada. O jakiejkolwiek zapłacie nie było mowy! Nazajutrz rano zaprzyjaźniony wielbiciel bocianów, tym razem w spokojnych tweedach i koszulce polo, zajechał po mnie groźnym bugatti, a jedynym śladem wczorajszych splendorów była turecka szabla wśród bagaży na tylnym siedzeniu. Pojechaliśmy obejrzeć obrazy w pałacu arcybiskupa. A potem zapytał, czemu nie miałbym zabrać się dalej jego samochodem? W mgnieniu oka bylibyśmy w Budapeszcie. Z pewnym ociąganiem postanowiłem jednak trzymać się przyjętej zasady – żadnego podwożenia, chyba że przy wyjątkowo podłej pogodzie. Umówiliśmy się więc na spotkanie w stolicy. Kiedy nowy znajomy odjechał z fasonem, machając ręką na odchodne, pożegnałem się z burmistrzem, spakowałem rzeczy i ruszyłem w drogę. Raz po raz zadając sobie pytanie, czy to możliwe, żeby wszyscy Węgrzy byli tacy jak on.
PATRICK LEIGH FERMOR
Tłum. Ewa Krasińska
Fragment książki „Między lasem a wodą” (Warszawa, Próby, 2024). Tytuł fragmentu pochodzi od Redakcji. Zachęcamy do zakupu książki – kliknij tutaj