Dla Marty najważniejsza była przyjaźń. Ogromnie ciekawił ją świat, związana była z wieloma krajami, w których mieszkała, oddana pracy intelektualnej i uczeniu, ale jej główną zasadą postępowania była troska o przyjaciół i lojalność wobec nich. A przyjaciół miała wielu, choć nie od razu zostawało się jej przyjacielem czy przyjaciółką. Niektórzy obecni na tej sali, znaleźli się może na liście osób, do których Marta wysyłała życzenia na Święto Dziękczynienia. Listę tę nazywała „My Preferred Holiday” i w ten sposób obchodziła ten dzień. Na liście było 108 nazwisk. Ten sam zestaw adresów mailowych tworzył listę urodzinową, zatytułowaną „My Annual Birthday”. 25 kwietnia każdego roku Marta składała sobie życzenia, wysyłając maila do grupy przyjaciół. Miałam szczęście dostawać oba te listy, zawsze mnie cieszyły. I rozśmieszały. Teraz oczywiście myślę o nich ze wzruszeniem. Nawet na odległość Marta była z nami, była z każdym z nas, ale także z nami jako grupą. W najszerszym tego słowa znaczeniu, grupą jako społecznością. Gdziekolwiek była, skupiała wokół siebie małą lub większą społeczność.

Bo jej przyjaźń miała społeczną naturę. Widać to było w jej zaangażowaniu politycznym, w tym, jak odnosiła się do swoich studentów, do ludzi, z którymi pracowała. Uwaga i życzliwość charakteryzowały jej sposób nauczania, bo to było częścią jej misji. Tę samą misję widać w jej książkach. Jej Latyfundium przełamało stereotypy dotyczące „kwestii Południa”, wzięło w obronę tę część Włoch, która miała być odpowiedzialna za zapóźnienie i moralne kłopoty całego kraju. Znaczący jest tu podtytuł: Ekonomia moralna i życie materialne XIX-wiecznego peryferium. To jest studium działania ogromnej własności ziemskiej kalabryjskiej rodziny Barracco. Książka ukazuje ekonomiczną sensowność tego rozwiązania i jego zakorzenienie w moralnych i kulturowych normach społecznych. Pracę tę Marta zadedykowała swojemu nauczycielowi na Uniwersytecie Warszawskim, profesorowi Witoldowi Kuli.
Jej inna książka: Irlandzki sen. Życie Konstancji Markiewiczowej – komendantki IRA (1868–1927) – też dotyczy peryferium, tym razem irlandzkiego, i wyjątkowej kobiety, która usiłowała wcielić w życie wizję otwartego nacjonalizmu. Tę książkę z kolei zadedykowała Jackowi Kuroniowi, najważniejszemu chyba mistrzowi Marty. We wstępie Marta pisze, że Kuroń przypomina Konstancję Markiewiczową „nie tylko kolejami życia, ale przede wszystkim tym, że zawsze stoi po stronie najsłabszych”. W innych publikacjach, także w niezrealizowanym niestety projekcie wielkiej książki o peryferiach Europy, Marta stale pochylała się nad tym, co słabe, nad tym, co wymagało ochrony. Takie były jej przekonania.
Ale była to także kwestia temperamentu. Już w szkole podstawowej należała do tak zwanego czerwonego harcerstwa, czyli walterowców, prowadzonych przez Jacka Kuronia. Był to niewątpliwie formatywny okres jej życia, w którym nauczyła się stawać w obronie słabszych, być członkiem wspólnoty i dać upust spontaniczności. Na letnich obozach polubiła wspólne śpiewy: znała słowa międzynarodowych pieśni, choć nie opanowała ich melodii. Ze swoją doskonałą pamięcią, odśpiewywała je z entuzjazmem do ostatniej zwrotki. We wczesnej młodości brała czynny udział w dyskusjach zbuntowanej młodzieży szkolnej, na uniwersytecie ta działalność była już poważniejsza. W roku 1968 uczestniczyła w proteście przeciw zdjęciu z afisza Dziadów Mickiewicza. Została za to zatrzymana i skazana na grzywnę. Przed dalszymi szykanami uchroniło ją złamanie nogi i pobyt w szpitalu. Ale i tak, w wyniku tych wydarzeń, poczuła się zmuszona do opuszczenia Polski. Uniwersytet Warszawski został oczyszczony ze zbuntowanych profesorów i studentów, szczególnie tych, którzy mieli żydowskie korzenie. Po marcu, gdy czas ruchu młodzieżowego przeminął, uniwersytet był nie do poznania.
Po śmierci Marty wysłuchałam jej wypowiedzi skierowanej do mieszkańców Rende w Kalabrii: jako radna od spraw kultury wygłaszała krótkie wykłady, zawsze świetnie skonstruowane, żywe i ciekawe. A także osobiste: przedstawiała się w nich jako polska Żydówka. To była tradycja, w której się odnalazła, jej ulubioną postacią była Róża Luksemburg. Gdy wyjechała z Polski, miała 22 lata i choć w roku 1968 zderzyła się z antysemityzmem, własnego żydostwa nauczyła się, żyjąc wśród ludzi o rozmaitym pochodzeniu i historii. Żyła i pracowała we Włoszech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i krócej w wielu innych krajach. W przedmowach do swoich publikacji zawsze na końcu zapisywała miejsce i datę ich powstania, jak gdyby zostawiając ślady swojej wędrówki. Mam u siebie jej książki powstałe w Arcavacata, Princeton, Inowrocławiu, Binghamton. Ta mobilność nie wynikała tylko z losu, ale także z ciekawości, żywotności, z przyjacielskiego i życzliwego zainteresowania światem. Marta była wielojęzyczna, wszędzie czuła się dobrze. Ale wśród dedykacji na książkach, które od niej dostałam, jedna, napisana 32 lata temu, na oryginalnym wydaniu Latifondo, brzmi dość dramatycznie: „Irenko kochana, w nadziei, że sobie w końcu znajdziemy jakieś latyfundium, żeby tam wszyscy zamieszkać”. Podkreślam słowo „wszyscy”. Taka była natura przyjaźni, którą żyła Marta.
IRENA GRUDZIŃSKA-GROSS
Mowa wygłoszona w Ambasadzie Polskiej w Rzymie, 20 II 2026, na spotkaniu „Rzym: Ambasada Naukowców”.
Dzień rozpoczynałam od podlewania kwiatów. Najpierw pelargonie, w skrzynkach, za oknami. I zioła, w donicach, na dachu, pod oknem. To wtedy zjawiał się kot. Wracał ze swoich nocnych wypraw, do domu, naprzeciwko. Potem były rośliny na podwórku. Plus minus – pięćdziesiąt. W donicach: małe, średnie i wielkie jak drzewa. Te polewałam wężem. Rano i wieczorem. Przez cały lipiec.

„Powrót do domu”, Paryż 2016, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
28 października 2023
ELŻBIETA LEMPP
Notatniki wypełniają w znacznej mierze literackie projekty, lecz również podróże – szczególnie do Grecji i Włoch – mają w nich swój niebagatelny udział, stanowią niezmiennie doświadczenie wykraczające poza estetyczne doznania. Wydaje mi się, chociaż to całkiem subiektywna hipoteza, że doświadczenie Włoch usytuować można by pomiędzy dwoma zdaniami: pierwsze, zapisane jeszcze w Algierii, oddaje postawę Camusa wobec życia, która miała znaleźć we Włoszech swoje idealne ucieleśnienie: „Trzymam się świata każdym gestem, ludzi – całą wdzięcznością”; drugie, przeciwstawia milcząco Paryż temu, co oznaczało dla Camusa Południe, w geograficznym i kulturowym sensie: „Paryż, miasto, w którym słońce to luksus i trzeba mieć forsy jak lodu, by tu umrzeć; miasto, w którym nie uświadczysz drzewa bez konta w banku. Paryż, który chce dawać lekcje światu”. Zupełnie jakbyśmy czytali Stendhala, dla którego również Francja była sferą sztuczności, konwenansu, społecznego statusu.

Notatek, rozproszonych w całym tomie, nie dałoby się ułożyć w żadną tradycyjną podróż do Włoch, ich fragmentaryczność, nakładanie się na siebie w czasie, powtarzalność, tym lepiej oddają istotę tych pobytów, niemających na celu poznania kraju, jego historii i sztuki, które tak interesują zawsze podróżnych spieszących się, by przekuć je w mniej lub bardziej uczoną książkę.
Pierwsza podróż, w 1936 roku, to jednak tradycyjnie wyprawa do serca Włoch, do Toskanii: Piza, Florencja, freski Giotta, Gozzolego, nie wymagają studiowania ani wiedzy z dziedziny historii sztuki, równie ważne są „łagodne, subtelne światło nad Florencją”, cyprysy na Campo Santo w Pizie, zapach wawrzynu w Fiesole. To właśnie w Fiesole następuje prawdziwe objawienie własnej dalszej drogi, świadomość „życia o twarzy z łez i słońca, życia w soli i nagrzanym kamieniu”, sprowadzonego do samej istoty, obranej z wszelkich intelektualnych naleciałości. Fiesole zatem jako epifania: „Aż któregoś dnia ziemia uśmiecha się swoim pierwotnym, naiwnym uśmiechem. Ma się wtedy poczucie, jakby ktoś jednym ruchem wymazał życie i toczące się w nas boje. Miliony par oczu oglądały ten pejzaż, a dla mnie jest on niczym pierwszy uśmiech świata”.
Powrót do powojennych Włoch następuje w 1954 roku. Pierwsza notatka: „Od kilku dni radość, radość na myśl, że wracam do Włoch” powtarza niemal słynny okrzyk Stendhala: „Więc ujrzę piękne Włochy!”. Oczekiwanie, nadzieja, są takie same jak wszystkich sławnych podróżnych na „nowe siły i utracone światło”. Tym razem droga wiedzie od Turynu, Genui i Mediolanu do Neapolu i okolic, a więc obejmuje niemal cały obszar klasycznych „podróży” mających kształt odwróconego trójkąta, z szeroką podstawą na północy i czubkiem właśnie w Neapolu. Centralne miejsce zajmuje Rzym, którego „fontanny, ogrody i kopuły nosimy na sercu dziwnie szczęśliwi”. Piękno barokowych placów sprawia, że Camus zaczyna żałować „głupich i ponurych lat spędzonych w Paryżu”, a znalezienie się w Paestum stanowi kolejną po Fiesole epifanię: „Kiedy stajemy przy świątyni Posejdona, gawrony, szykujące się do snu, wzlatują znienacka w niebo […], przysiadają na chwilę w jej czterech narożnikach, jakby chciały uczcić tę cudowną chwilę, gdy naszym oczom ukazuje się istota wykuta z kamienia, ale żywa i niezapomniana. Wieczór, czarny lot gawronów, od czasu do czasu śpiew ptaków, przestrzeń między morzem a wzgórzami; chłoniemy każdym zmysłem te prawdziwe, precyzyjne cuda, a ja, zmęczony i podekscytowany, czuję, że jestem bliski płaczu. A potem niekończący się zachwyt, który każe milczeć”.

I jeszcze powrót w 1955, miasteczko San Leo, gdzie Włochy po raz kolejny udzielają lekcji życia, zredukowanego do minimum: „Ukochane Włochy, w których mógłbym w pełni ozdrowieć. W drodze powrotnej stary zapach zakurzonych ścieżek. Emilia Romania i białe woły o długich rogach ciągną skrzypiące wozy. Zapach siana i słońca”. Wszystkie elementy tego opisu składają się na pewien konstrukt, Włochy jako Arkadia poza czasem, obraz odporny na wszelkie zmiany zachodzące w tym kraju, przeciwwaga nowoczesnej Europy. Powojenne biedne Włochy ze zdjęć Capy, neorealistycznych filmów, neapolitańskich notatek Máraiego i z tylu innych świadectw trwale zapisały się w europejskiej wyobraźni jako utracona alternatywa, która trwa uparcie, ponieważ ma w sobie terapeutyczną moc.
Na koniec, najpiękniejszy chyba fragment, w którym uroda miejsca i charakter ludzi tworzą jedyną w swoim rodzaju całość: „Chciałbym, żeby na starość dane mi było wrócić na tę drogę do Sieny, jedną, jedyną na świecie, i umrzeć tam w rowie, otoczony jedynie życzliwością nieznanych mi, ukochanych Włochów”. Życzenie Camusa, tak jak większość naszych życzeń, nie miało się spełnić, „droga do Sieny” trafiła do tytułu książki Marka Zagańczyka, a hojne, szczodre Włochy, o których pisał Paweł Muratow, wciąż obdarzają swoim pięknem kolejnych przybyszów. W ubiegłym roku było ich wprawdzie 33 miliony, więc owo wyjątkowe doświadczenie zwane podróżą do Włoch musiało raczej stracić nieco ze swego uroku.
JOANNA UGNIEWSKA
Sobota, 10 stycznia
Anna Piwkowska wspomina nieborowskie spotkania z Tadeuszem Mazowieckim: „Nazywaliśmy go Naszym Smokiem, bo był powolny, charyzmatyczny i jak smok tajemniczy. A także baśniowy. Chodziło chyba o skrzydła, które wtedy ukrywał, stulone. Miał je rozwinąć 12 września 1989 roku, gdy powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego”. Ciekawy koncept tych anielskich skrzydeł; ich nagłe rozprostowywanie, związany z tym wysiłek, może tłumaczyć zasłabnięcie świeżo mianowanego premiera na sejmowej trybunie.
*
W „NZZ” (z 6 stycznia) Jan Koneffke zachwyca się niemieckim przekładem powieści Zyty Rudzkiej Ten się śmieje, kto ma zęby, tajemnicy sukcesu tej książki dopatrując się przede wszystkim w barwnym, soczystym i dowcipnym języku narratorki. Umieszczony w tytule recenzji charakterystyczny cytat z powieści mówi sam za siebie: „Sie haben meinen Mann also gut gekannt? Marginal oder vaginal?”. Książka, w przekładzie Lisy Palmes, ukazała się nakładem Friedenauer Presse.
*
Wieczorem Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino. Dwa małe polonica: operatorem był Andrzej Sekuła z Wrocławia; w opowieści o wojnie w Wietnamie pojawia się żołnierz nazwiskiem Winocki – to hołd dla jednego z ulubionych reżyserów Tarantina, Howarda Hawksa, w którego Air Force (1943) występuje sierżant Joe Winocki.
Mamy wrażenie, że przez te trzydzieści lat film wcale się nie zestarzał. Maria narzeka, że przegadany, ale przecież dopiero w dialogach wychodzi na jaw cała siatka aluzji i skojarzeń kulturowych. Ja oglądałem, jakby to był pierwszy raz. Potem zacząłem sobie przypominać, czy mogłem go widzieć, i wyszło mi na to, że chyba rzeczywiście pierwszy. W 1994 byłem młodym dyplomatą w Bernie i nie chodziłem na takie filmy.
Poniedziałek, 12 stycznia
Już sam doczytuję antologię Opowiedz zwierzę. Spod powieki wyłapuję u Mirosława Welza (z zawodu docenta weterynarii) w wierszu Sarna: „Na poboczu drogi / W otwartych oczach / Znieruchomiały / Ciekawość i strach”. Jest też wiersz W oczach koni: „W oczach koni wiezionych na rzeź / Nie było strachu / Tylko ból obijanych zadów / Zranionych pęcin […]”. Zaś Bio Julii Fiedorczuk, o utożsamianiu się z rybą, kończy się takim obrazem: „Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach”.
Wtorek, 13 stycznia
Ostatnia lektura. W suwalskich „Kronikach” (2025 nr 4) z okazji sto piętnastej rocznicy śmierci Konopnickiej informacja o okolicznościach tego zdarzenia, oparta głównie na cytacie z Notatnika Marii Dulębianki: „«Daj mi te książki od Lewickiej [Anna Lewicka, autorka książek dla dzieci], będę czytać, a ty idź się połóż, posłuchaj mnie…». To były ostatnie jej słowa, do mnie zwrócone. Podałam jej obydwie książki: Chylewskiej Listy do p. Boga: [spowiedź grzecznej dziewczynki, Lwów 1908] i Pamiętnik pchły [i inne ucieszne historie, Brody 1908]. Wzięła tę drugą na kolana i zabrała się do czytania… A za małą chwilę usłyszałam jakieś niezrozumiałe słowa (żądała eteru) i prawie równocześnie krzyk (maserki [masażystki])”.
Miałem kiedyś pomysł, już go nie zrealizuję, zebrania i przeanalizowania ostatnich lektur – znanych ludzi, ale też zwykłych śmiertelników (myślałem o jakiejś ankiecie z udziałem przedsiębiorców pogrzebowych). Jaką książkę ludzie wybierają do czytania, szykując się na śmierć, albo jaka przypadkiem/nie przypadkiem wpada im w ręce. Mogę nawet sprecyzować, kiedy narodził się ten pomysł: gdy w niemieckim tygodniku (mieszkałem wtedy w Stuttgarcie) przeczytałem, jaka książka leżała przy łóżku niemieckiego polityka Uwego Barschela, którego zwłoki znaleziono w wannie w genewskim hotelu w październiku 1987 roku. Były to, o ile pamiętam, opowiadania Camusa; przyczyna śmierci (oficjalnie: samobójstwo) do dziś nie jest do końca przekonująco wyjaśniona.
Wracam do ostatniej lektury Konopnickiej. Sięgam do źródła, z którego zacytowano fragment notatnika Dulębianki (w opracowaniu Aleksandry Sikorskiej-Krystek). I za chwilę już czytam książkę, sygnowaną pseudonimem Klewe, której tytuł brzmi: Z pamiętnika pchły i inne ucieszne historie (Lwów 1908). Jest to zbiór humoresek Klemensa Weitza, humorysty i felietonisty lwowskiego „Słowa Polskiego”. Teksty bardzo nierówne, od żenująco głupich (cykl o służącej Magdzie) po ambitniejsze. Z punktu widzenia konstelacji Konopnicka – Dulębianka na uwagę zasługują humoreski Po wiecu kobiet oraz Wiec mężczyzn. Natomiast w ostatnim tekście tomu, w cyklu Listy reportera z podróży koleją po Galicji, warto zwrócić uwagę na zdanie: „Na wszystkich stacjach wsiadają nowi pasażerowie z tobołkami i koszami, bo letnicy tak straszne uciekają, jak publiczność premierowa Dobrodzieja złodziei” (s. 177). Dlaczego? Dlatego, że ten tekst, opatrzony datą powstania 27 sierpnia 1907, odnosi się do lwowskiej premiery (15 maja 1906) sztuki pod tym tytułem, której głównym autorem był Karol Irzykowski.
Innym powodem, dla którego warto zajrzeć do tego tomu, są humorystyczne winiety Kazimierza Sichulskiego. Nie wspomina o nich Danuta Muszanka w swej monografii Karykatury Kazimierza Sichulskiego (Wrocław, Ossolineum, 1970). Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na portrecik mędrca z rozwichrzoną czupryną, siedzącego jak Diogenes obok butli, z której wylewa się struga atramentu – postać przypomina karykaturę Witkiewicza-ojca z cyklu III karykatur (u Muszanki il. 80).

Kazimierz Sichulski, Karykatura Stanisława Witkiewicza [?]
Klemens Weitz był lwowskim prawnikiem i literatem. Oprócz wspomnianego „pamiętnika pchły” wydał kilka zeszytów Monologów, z których na przypis w historii polskiego sonetu zasłuży może kiedyś humoreska Pan Sonetowicz (zeszyt szósty). Jest też autorem kilku sztuk, z których największym powodzeniem cieszyły się bodaj: niemiecka Die Befreier (o wkroczeniu Rosjan do Lwowa w czasie I wojny) oraz polska Złodziej milionów. W roku 1911 był jednym z założycieli lwowskiego kabaretu Ul, w którym prócz niego działali m.in. Jerzy Bandrowski, Kornel Makuszyński oraz Henryk Zbierzchowski (skądinąd autor Piosenki o teściowej i pchle) [1].
Ale miało być o ostatniej lekturze Konopnickiej. Otóż, wedle przyjaciółki, „za małą chwilę” po rozpoczęciu czytania zażądała ona eteru, a po otrzymaniu zastrzyku umarła. Można zatem domniemywać, że z całego tomu humoresek poetka zdążyła co najwyżej przeczytać pierwszą, zatytułowaną Z pamiętnika pchły (Na podstawie mozolnie zebranych materiałów). Narratorką jest tu tytułowa pchła, która opowiada swe wędrówki po ciałach kolejnych żywicieli, od pięknej hrabiny („usiadłam na bajecznej koronce koszuli lekko falującej w miarę jej oddechu i huśtałam się tak rozkosznie, że każdy mężczyzna na moim miejscu skonałby z zachwytu”), przez pokojówkę („Znowu prosta krew, choć zdrowa na żołądek”), synalka pani hrabiny („Krew nawet niezła, ale jakoś straszne głupia. Z niego będzie kiedyś tęgi dyplomata”), bonę dla dzieci hrabiów, starego hrabiego („krew wprawdzie niebieska, ale jakaś dziwna w smaku. Uczułam mdłości i jakby zatrucie jakimś metalem, coś jakby rtęcią”), córeczkę hrabiego („Z panną wszystko można robić, tylko trzeba wiedzieć kiedy. Gdy czytała romans lub wiersze, mogłam ją gryźć, ile chciałam”), młodego porucznika, wyperfumowaną panią, grubą masażystkę, roztargnionego profesora („Gdym go pierwszy raz ukąsiła, aby skosztować czy warto będzie zatrzymać się tu dłużej, zaczął do mnie rozmawiać jakimś uczonym językiem, którego nie rozumiałam”), posła do Rady Państwa, po kasjerkę z kawiarni, która wszakże wieczorem lądowała w separatce, gdzie różni panowie pomagali jej szukać pchły. Pchle było u kasjerki dobrze, dopóki krew dawczyni nie zaczęła się psuć. Skończyła się praca w kawiarni, kobieta trafiła do szpitala. Finał: „Moja pani wyglądała coraz gorzej, a ja chciałabym przedostać się z niej na innego człowieka, ale nie miałam już sił. Nogi mi zdrętwiały, cała jestem chora, jakby zatruta. Dlatego oczekuję tu śmierci ze spokojem i spisuję moje pamiętniki dla potomności. Nie jem i nie mam apetytu, przeklinam ludzkie plemię, które nie jest godne, aby żywiło swoją krwią paskudną, taką porządną, jak ja, pchłę”.
To były prawdopodobnie ostatnie słowa, jakie w swym życiu przeczytała Maria Konopnicka. Świat z punktu widzenia umierającej pchły. Był październik roku 1910. Pięć lat później ukaże się opowiadanie, którego bohater, Gregor Samsa, budzi się przeobrażony w wielkiego robala. Mniej więcej w tym samym czasie dokonuje się przemiana Jakuba (ojca narratora) w karakona, opisana w prozie Brunona Schulza (ojciec pisarza zmarł w roku 1915). Ostatnie lektury starego świata łączą się z pierwszymi obsesjami nowoczesności. Czy lepiej zasnąć jako pchła, czy obudzić się jako karaluch?
Piątek, 16 stycznia
„Wiesz – mówię do M. – Żydzi w Zurychu obwiązali sznurem siedem dzielnic na wysokości ponad czterech metrów i uznali, że to jest jedno podwórko, po którym można swobodnie się przemieszczać w szabas”. „Kiedy to było?”. „Jak to, kiedy?”. „W wiekach średnich?”. „Nie teraz, w tym tygodniu. Cała prasa szwajcarska o tym pisze, w tym duchu, że ortodoksyjni Żydzi w Zurychu zyskali więcej wolności. Dobrze to ujął «Tages-Anzeiger», pisząc: «Drut daje ortodoksyjnym Żydom swobodę ruchu». Talmud zawiera cały traktat (Eruw, czyli „zmieszania”), poświęcony sposobom omijania świątecznego zakazu. W przedwojennej Warszawie też był taki drut.
Czwartek, 22 stycznia
W „Wyborczej” wywiad z Jimem Jarmuschem, który dziś kończy 73 lata: „Półtora roku temu zdarzyła mi się dziwna rzecz. Zacząłem widzieć świat w jaśniejszych i wyrazistszych kolorach. Dosłownie, zero metafory, jakbym ciągle był na psylocybinie. Niegdyś najbardziej lubiłem różne odcienie niebieskiego. Teraz – czerwony. Poszedłem do okulisty, ale odesłał mnie do neurologa. Pewnie będę musiał odbyć tę wizytę. Ale póki co cieszę się tym zjawiskiem”.
Perspektywa widzenia świata w odcieniach czerwieni mniej mi się uśmiecha, ale póki mogę czytać, nie narzekam, tylko uważnie obserwuję (spod powieki) wszelkie zmiany. W poniedziałek kolejne badanie – pole widzenia.
Piątek, 23 stycznia
Książeczka Listy jako wyzwanie dla edytora (red. Janusz S. Gruchała, Kraków, Avalon, 2019). Dwa miejsca poruszyły mnie szczególnie. Justyna Wysocka w artykule o losach spuścizny Bednarczyków opisuje kolejne stacje–miejsca, w których Krystyna Bednarczykowa po śmierci męża próbowała umieścić w kraju archiwa londyńskiej Oficyny Poetów i Malarzy. Rozważano Lublin, Poznań, Toruń, Sandomierz, wreszcie Kraków, gdzie w końcu, w roku 2012, powstała Pracownia-Archiwum Oficyny Poetów i Malarzy. Omawiając tło tej decyzji autorka pisze:
„Dużą rolę odegrała również – jak można sądzić – historia budynku Wydziału Polonistyki, w którym mieściła się w XV wieku Drukarnia Łazarzowa” (s. 16).
Rzeczywiście, pamiętając pasję, z jaką Bednarczykowie podchodzili do swej pracy na ręcznej prasie drukarskiej w arkadzie wiaduktu koło stacji Waterloo, chętnie wierzę, że mógł to być decydujący argument: niech nasza prasa i nasz dorobek staną tam, gdzie w XVI wieku drukowano pierwsze zbiorowe wydanie poezji Kochanowskiego.
A drugie miejsce to fragment listu Zbigniewa Bieńkowskiego do Bednarczyków: „Słyszałem (od Wacka Iwaniuka), że zamierzacie się przenieść do Kanady? Sprawa Hiszpanii chyba nie jest realna, jak Pan myśli. Napiszę jeszcze do pana Floriana Śmiei. Hiszpania to takie niemożliwe marzenie. Teraz jest jedyna chwila w naszym życiu, by się przyśniła na jawie. Ale jak?” (s. 131). Ten list z kolei wiąże się z wcześniejszymi planami wyniesienia się z Anglii. Nie było jeszcze mowy o powrocie do Polski, rozważano różne koncepcje, od Kanady, przez Włochy (jakiś XVII-wieczny budynek poklasztorny między Florencją a Sieną), po Hiszpanię. Dodatkowego posmaku listowi Bieńkowskiego dodaje to, że powstał w marcu 1968 roku, w czasie nagłych wyjazdów wielu polskich intelektualistów (Bieńkowski był wówczas na stypendium na Zachodzie). Tak historia Oficyny Poetów i Malarzy splata się z wielką historią.
Niedziela, 25 stycznia
Chodząc po Lasach Młochowskich późną jesienią zwracam zawsze uwagę na galasówki na opadłych liściach dębu, trochę, ponieważ pięknie kontrastują barwą z otoczeniem, ale przede wszystkim dlatego, że dawniej wytwarzano z nich atrament. Dziś w „Wyborczej” czytam rozmowę z Małgosią Turzańską, która projektowała kostiumy do filmu Hamnet i otrzymała za to nominację do Oscara: „[…] William ma zawsze palce i strój pobrudzony atramentem. Udało mi się nawet znaleźć ten sam atrament, którego używał Szekspir! On go własnoręcznie wytwarzał, ale teraz można kupić repliki, robione na podstawie tej samej receptury. To mikstura robiona z narośli na dębie zmieszanych z zardzewiałymi gwoździami, z której powstaje ciemnoszary atrament. Szarości w stroju Willa są inspirowane właśnie tym konkretnym kolorem atramentu, tym, którego naprawdę używał”.
Poniedziałek, 26 stycznia
Dziś dzień okulistyczny. Najpierw perymetria, czyli badanie pola widzenia. Pytam o wynik: „Pan widzi inaczej”. (Jakoś mnie to nie dziwi). Specjalista ogląda wszystkie wyniki i stwierdza stanowczo: to nie jest sprawa okulistyczna, tylko neurologiczna; radzi przebadanie w szpitalu na Sobieskiego.
*
A tymczasem w Zurychu dzisiejszej nocy wielki pożar w Lindenhof, w siedzibie loży wolnomularskiej „Modesta cum Libertate”. Poszkodowani wiążą to zdarzenie z niedawną zagorzałą dyskusją wokół masonerii, wywołaną przez artykuł-wideo Rogera Köppela, redaktora naczelnego tygodnika „Weltwoche”, w której padały zarzuty uprawiania satanizmu; podejrzewają rozmyślne podpalenie. Podobno z siedziby loży zginęły ceremonialne laski i inne przedmioty.
Wtorek, 27 stycznia
Z okazji rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” publikuje dziś wstrząsające świadectwo – słowo „reportaż” jest tu zbyt prozaiczne – Józefa Mackiewicza Ponary – „Baza”. Ogłoszony w roku 1945 na emigracji, w „Orle Białym”, potem w tomie Fakty, przyroda, ludzie (Londyn 1984), tekst ten przedstawiony jest w komentarzu redakcyjnym jako opowiadanie, które w Polsce uchodzi „za najwyrazistszy literacki opis Zagłady”. Zgoda, co do oceny, dla mnie osobiście to jest jeden z najważniejszych tekstów Mackiewicza, aczkolwiek obawiam się, że w Polsce nie należy do rzeczy powszechnie znanych i czytanych. Przekład niemiecki ukazał się wcześniej w roku 1994 w specjalistycznym piśmie „Dachauer Hefte”, poświęconym tematyce Zagłady (nr 10, o sprawcach i ofiarach). Tłumaczył Gerhard Gnauck; dzisiejszy przedruk został przez niego ponownie przejrzany.
Zacząłem czytać wraz z oryginałem i tłumaczenie robi dobre wrażenie. Zatrzymałem się jednak przy wzmiance o Mickiewiczu: „Die Höhen von Ponary […] sind bekannt durch ein Gedicht von Mickiewicz […]”. W oryginale mowa o tym, że Góry Ponarskie znane są „z poematu Mickiewicza”. Słowa „durch ein Gedicht” znaczą raczej „z pewnego wiersza”. Owszem, „Gedicht” to i wiersz i poemat, ale przedimek nieokreślony wskazuje, że mowa tu o jakimś wierszu, jednym z wielu. Tymczasem Mackiewicz miał niewątpliwie na myśli Pana Tadeusza, ten fragment na początku czwartej księgi, gdzie mowa o Giedyminie, który „na Ponarskiej górze, / Przy ognisku myśliwskim, na niedźwiedziej skórze, / Leżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki”, a to przecież mit założycielski Wilna i całej Litwy. W przekładzie powinien zatem być przedimek określony i rzeczownik „Epos”. Drobny ten przykład pokazuje, jak gęsta jest proza Mackiewicza, wymownie świadczy o jej podskórnej intertekstualności.
*
A wieczorem, w tym dniu pamięci o ofiarach Holokaustu, film Quentina Tarantino Inglourious Basterds (Bękarty wojny, 2009). Nie sposób, oczywiście, rozumieć go wprost, jako rzeczy o II wojnie światowej. Raczej jako brawurowo (zwłaszcza przez Christopha Waltza) zagraną opowieść „meta”, film nakręcony na kanwie innych filmów, w opozycji do nich, narrację z drugiego albo trzeciego piętra filmowych opowieści. A przy tym – żeby nawiązać do tytułu numeru specjalnego „Dachauer Hefte” – jako film o spektakularnym odwróceniu ról ofiar i sprawców. Mam wrażenie, że Tarantino świadomie dotyka tu mitu założycielskiego państwa Izrael: do chęci pokazania światu, że Żydzi świetnie sobie radzą nie tylko w tradycyjnie wykonywanych zawodach, ale także jako, na przykład, rolnicy, a przede wszystkim jako żołnierze – u niego stający się wręcz mścicielami, zdolnymi do aktów okrucieństwa (skalpowanie trupów, wyrzynanie jeńcom swastyk na czole).
I jeszcze jedno: to jest też film o języku – jako znaku przynależności bądź obcości. Tu jeszcze raz trzeba wymienić nazwisko Christopha Waltza, podkreślić jego wirtuozerię w operowaniu różnymi językami – niemieckim, francuskim, angielskim i amerykańskim, włoskim – wręcz lubowanie się w tym narzędziu porozumienia i wykluczenia.
Czwartek, 29 stycznia
„W każdym śmiertelnym inaczej błyszczy oko przy atutowym asie, inaczej ściągają się usta przy sześciu atutach, czoło się rozjaśnia albo się zachmurza, stosownie, jak dostaje dobre lub złe karty. Są zaiste zręczni gracze, którzy twarz wesołą okazują właśnie wtedy, gdy złe karty mają, i na odwrót. Dla bystrego postrzegacza takie podstępy wojenne są jasną pochodnią. Przekonany, że oczy są zwierciadłem duszy, i że nerwy oczne, dla sąsiedztwa swego z mózgiem, przyjemnym lub nieprzyjemnym wrażeniom oprzeć się nie mogą, chwyta na twarzy gracza chwilowe pojawy uczuć wewnętrznych i po dwóch robrach zna już swego przeciwnika wybornie” [2].
Piątek, 30 stycznia
Trza w blank starym zygarze poprzeglōndać koła;
Gwichty i fedry bajtla krwiōm niych kery maźnie;
Niych wybijŏ godzny, dni, lata wyraźnie.
Prziniyście go, postŏwcie… I jak? wszysko działo?” [3]
To po śląsku. Słowa Szatana, opis starego zegara, który ma wybić ostatnią godzinę XVIII wieku w Przygotowaniu (Przirychtōnek) do pierwszego aktu Kordiana. Przypomnę oryginał Słowackiego:
Obejrzeć trzeba koła w wiekowym zegarze,
Krwią dziecięcia namaścić gwichty i sprężyny;
Niech nam bije wyraźnie lata, dnie, godziny.
Przynieście go, postawcie… Co? Czy nie zepsuty?
Ta zwrotka świetnie się nadaje, żeby pokazać, na czym polega translatorskie osiągnięcie Mirosława Synawy. Nie poszedł on pozornie łatwą ścieżką, często obieraną przez tłumaczy poezji w przypadku języków gramatycznie podobnych, pokrewnych. Nie dał się skusić złudnym niekiedy podobieństwem słów w pozycji rymowej, tylko wywraca strofę Słowackiego na nice, dobierając w pary zupełnie inne słowa.
Pozostaje czekać, aż jakiś śląski teatr zdecyduje się na wystawienie tego ześląszczonego Kordiana. Czekając na premierę – słucham, jak moja Rybniczanka czyta na głos poszczególne fragmenty, wybuchając raz po raz serdecznym śmiechem. „Jak ta Heksa mówi! «Z włosów czesanych / Iskry się sujōm». Świetne! A potem Szatan: «Ej, ty tam, hekso! już biyła godzina?». A ona pyta: «Kerō?». Kapitalne!”. Brawa dla tłumacza i dla wydawnictwa.
Sobota, 31 stycznia
W milanowskiej willi Waleria na wystawie rzeźb Antoniego Rząsy [4], które, widać, dobrze się tu czują, w otoczeniu prac starszego kolegi po dłucie, Jana Szczepkowskiego, choć przecież wiele obu artystów różni w technice, podejściu do materiału, tematyce. Obaj, acz w różnym czasie, przeszli przez Szkołę Przemysłu Drzewnego w Zakopanem.
Rzeźby Rząsy budziły i budzą kontrowersje – jednych razi „religianctwo”, inni dopatrują się bluźnierstwa. W moim odczuciu Antoni Rząsa – niezależnie od czynionych w różnych okresach własnych wyznań na temat wiary i stosunku do Kościoła katolickiego – uprawiał sztukę głęboko religijną. Miał dar syntetycznego skrótu, który przemawia do widza silniej od słownych deklaracji. Weźmy na przykład rzeźbę Chrystus – Dwa Serca (1963). Czyż zastąpienie dłoni gorejącymi sercami nie jest świetną poglądową ilustracją najważniejszego przesłania chrześcijaństwa o miłowaniu, przypomnieniem, że miłość należy czynić?

Jan Zieliński, „Ręce gorejące. Impresja z wystawy Rząsy”. Milanówek 2026
W jednym z wywiadów Rząsa wspominał, jak z początkiem wojny polski oficer zostawił w jego domu rodzinnym pięknie wydaną książkę Kim jesteśmy, skąd pochodzimy, dokąd dążymy?. To tetralogia (jest w niej jeszcze część pt. Gdzie jesteśmy?) pod łącznym tytułem Tajemnica bytu, wydana po polsku w roku 1925 przez Księgarnię Św. Wojciecha. Napisał ją ksiądz Théophile Moreux, matematyk astronom (zaprzyjaźniony z Flammarionem), zręczny popularyzator nauki. Mając w pamięci, że taka była lektura formująca Rząsy, innym okiem spojrzymy na rzeźbę Ziemita (1967). Intryguje androginiczność przedstawionej postaci. Wprawdzie w opisie w Galerii Antoniego Rząsy czytamy: „[…] widziałem tak piękną oryginalną kobietę, nie mogłem oczu oderwać, chyba niepokoił ją mój wzrok bez przerwy poprawiała sobie fryzurę przepasaną chustą, dużo bym dał abym mógł długo na nią patrzeć, była wysoka rysy twarzy rzeźbiarskie i tyle miały w sobie szlachetności powagi i jakiejś nieziemskiej kobiecości”, co więcej, rzeźba ma wyraźnie wypukły brzuch, jakby postać była w ciąży, ale przecież Chrystus u słupa Rząsy też ma wypięty brzuch. Tytuł rzeźby, przez skojarzenie ze słowem „kosmita”, prosi się o odmianę męską, „ten ziemita”, a długie włosy, smutne oczy i frasobliwe pochylenie twarzy przywodzą na myśl chrystusowe postacie tego artysty. Ziemita to jakby XX-wieczny komentarz plastyczny do średniowiecznych dyskusji o płci aniołów.
*
W „NZZ” na całą stronę artykuł Marty Kijowskiej o Stefanie Chwinie, zatytułowany Kontynent Gdańsk. Autorka przypomina znane w Niemczech dawniejsze powieści Chwina: Krótką historię pewnego żartu, Hanemanna (tu znanego pod tytułem Tod in Danzig), Esther (tu: Die Gouvernante), Złoty Pelikan, po czym omawia krótko późniejsze, dotąd nie przetłumaczone (Dolina Radości, Panna Ferbelin, Srebrzysko).
Marta Kijowska wskazuje na biograficzne komplikacje i ambiwalencje: pisze o katolickim dzieciństwie w komunistycznej Polsce, które przekornie wzbudziło w autorze zainteresowanie protestantyzmem, o młodości, krytycznej zarówno wobec komunizmu, jak i narodowo-katolickiej opozycji antykomunistycznej. Niemieckojęzycznych czytelników Chwina Kijowska informuje, że w Polsce jest on znany nie tylko jako prozaik, ale także jako historyk literatury i publicysta, a bywa także rysownikiem (ilustracje do napisanych wspólnie z żoną, poetką Krystyną Lars, powieści fantasy, wydanych pod pseudonimem Max Lars).
Najważniejsza część eseju Kijowskiej dotyczy ewolucji stosunku Chwina do niemieckości i kultury niemieckiej. Do początkowego dystansu do rodzinnego miasta, wynikającego z faktu, że rodzina pochodziła z Wilna (ojciec) i Warszawy (matka i babka), do rosnącego poczucia, że mieszka w mieście, które kiedyś należało do innej kultury, dochodziło ciągłe natykanie się na przedmioty opatrzone nazwami niemieckich firm. Z czasem negatywne emocje przerodziły się w ciekawość i empatię. Momentem przełomowym było natknięcie się w piwnicy na kolekcję niemieckich książek, czasopism i albumów ze zdjęciami. Było to jak odkrycie nowego, nieznanego kontynentu.
Niedziela, 1 lutego
Późnym popołudniem na oczku wodnym widzę dużą czaplę. Stoi nieruchomo, zrezygnowana. Zdaje się, że przy kilkunastu stopniach mrozu zamarzł całkowicie otwór, którym dostaje się tlen. Kiedy robię jej zdjęcie, odlatuje powoli na trawnik i stoi tam jak Szymon Słupnik. Czasem tylko spojrzy na mnie z wyrzutem. Dziś już za późno, ale jutro będę chyba musiał wyrąbać przerębel.
A wieczorem niespodziewanie dobry film hiszpański o powikłanych ścieżkach Pańskich (Los renglones torcidos de Dios, 2022). Powikłana, zaskakująca narracja o kobiecie, która trafia do szpitala psychiatrycznego, ale przekonująco dowodzi, że jest zdrowa na umyśle, tylko ma za zadanie wyjaśnić rzekome samobójstwo, do jakiego doszło w tym zakładzie. Rzecz, oparta na powieści Torcuato Luca de Tena pod tym samym tytułem z roku 1979, dzieje się w okresie rozliczeń po śmierci Franco, które objęły także psychiatrię. W sam raz do obejrzenia przed jutrzejszą wyprawą do szpitala neurologicznego i psychiatrycznego na Sobieskiego.
Poniedziałek, 2 lutego
Na Sobieskiego po przebadaniu uznano, że nie ma konieczności przyjęcia mnie w trybie nagłym, wystarczy przyjęcie planowe, czyli praktycznie zapewne w maju.
*
Afera teozofów Tomasza Kroka. Tę książkę przeczytałem jesienią, ale jakoś nie było okazji napisać, a rzecz jest godna uwagi z wielu powodów. To monografia, dotycząca siatki szpiegowskiej, zorganizowanej w powojennej Polsce przez przysłanego z Londynu majora Andrzeja Czaykowskiego, który zapłacił za to głową. Główna osobliwość tej sprawy wynika z tego, że Czaykowski, już przed wojną obracający się rodzinnie w kręgach teozoficznych, siatkę swą zbudował głównie dzięki kontaktom w tym środowisku. Nie była to przy tym prywata: taki kierunek działania miał aprobatę, wręcz, można powiedzieć, błogosławieństwo generała Michała Tokarzewskiego-Karaszkiewicza, wybitnego masona i teozofa, kapłana Liberalnego Kościoła Katolickiego.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że zamieszana w nią była zafascynowana teozofią Nina Andrycz, prywatnie żona Cyrankiewicza (natknąłem się na ten wątek, próbując zbadać biografię malarki Leny Cygańskiej-Walickiej, zaprzyjaźnionej z Andrycz od czasu okupacji). Andrycz uważała się za uczennicę „Mistrza z Komorowa”, astrologa i ezoteryka Roberta Waltera, który w latach pięćdziesiątych trafił na dwa lata do więzienia śledczego na Mokotowie. Co więcej, członkinią siatki szpiegowskiej była Wanda Rzeczycka – masażystka i powiernica Niny Andrycz. Tomasz Krok wiele pisze na ten temat, aczkolwiek jego relacja pozostawia niedosyt, wywołany, jak przypuszczam, zniszczeniem części akt, dotyczących Andrycz i Cyrankiewicza. Byłem natomiast mile zaskoczony, czytając biogram mrocznej postaci Borysa Smysłowskiego, „białego” Rosjanina, w którego warszawskim mieszkaniu w roku 1943 Andrycz poznała Waltera – napisany w oparciu o moje ustalenia w artykule Sprawy i sprawki Miasojedowów („Archiwum Emigracji” nr 5/6), artykule napisanym na marginesie badań nad twórczością Józefa Mackiewicza.
Trzeci moment, w którym monografia Tomasza Kroka przecina się z moimi tematami, to wątek polskiej recepcji Nikołaja Rericha, malarza i mistyka, promotora idei ochrony dóbr kultury. W Szkatułkach Newerlego jest rozdział Trzy kropki Rericha, poświęcony wątkowi tajemniczej broszury, opisanej zarówno w przedwojennym artykule Newerlego, jak i w Pamiątce z Celulozy. Newerly podaje jej tytuł jako Opamiętajcie się, kochani, do czego to prowadzi? Krok zwraca uwagę na postać zafascynowanego naukami Rericha i jego żony ezoteryka Błażeja Włodarza. Otóż w roku 1933 wydał on broszurę, zatytułowaną Przestańcie tworzyć sekty. Prośba o duchowe pojednanie. Myślę, że zbieżność tematyki i tytułowego przesłania jest co najmniej zastanawiająca.
Marginalnie przewija się też przez książkę Józef Czapski. Obaj należeli na Bliskim Wschodzie do nieformalnej grupy „Salus”, kierowanej przez rotmistrza Klimkowskiego. W kwietniu 1947 roku Czaykowski „przez dwa tygodnie pomieszkiwał w paryskich hotelach, utrzymując w tym czasie kontakt z Józefem Czapskim […]. Obracał się wówczas w środowisku Instytutu Literackiego, co potwierdza wywiad, którego udzielił Barbarze Toruńczyk w 1981 r. Jerzy Giedroyc” [5]. I wreszcie w styczniu roku 1949 generał Tokarzewski-Karaszewicz przekazał Czaykowskiemu pieniądze dla swej byłej kochanki: „Środki te Czaykowski wręczył Józefowi Zielickiemu, który wpłacił je na konto Józefa Czapskiego, ten z kolei przekazał je Dziewońskiej […]” [6]. A kto się interesuje Czapskim, ten wie, jaką rolę odegrał w jego życiu osobistym i zawodowym, zwłaszcza w okresie wojennym i tuż powojennym Józef Zielicki.
Z materiałowo bardzo bogatej książki Kroka chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek, całkiem poboczny, a na swój sposób fascynujący. W jednym ze swych raportów szpiegowskich, przytoczonych w Aneksie, Czaykowski w części dotyczącej kolektywizacji opowiada o pewnej niewielkiej (12 gospodarstw) wsi poniemieckiej na Pomorzu, którą obsadzili ludzie z Wileńszczyzny („zespół zgrany, inteligentny”). Pod presją zgodzili się oni założyć kolektyw, ale wypatrzyli, że „ustawa przewiduje jakąkolwiek ingerencję w dobrowolną spółdzielnię produkcyjną tylko z tytułu dozoru inwestora inwestycji pobranych od państwa”, jak pisze Krok (s. 666), toteż postanowili obejść się bez pomocy inwestycyjnej państwa. Przez rok żyli sobie „szczęśliwi w chrześcijańskiej wspólnocie”, dopóki UB nie zainteresowało się, co to za kolektyw, który obywa się bez pomocy państwa. W raporcie nie ma nazwy wioski, ale myślę, że warto poszukać w archiwach i opisać dokładniej tę budującą historię.
Czwartek, 5 lutego

Wdzięczna czapla nad przeręblą
Środa, 11 lutego
W budynku Szwajcarskiej Biblioteki Narodowej w Bernie doszło dziś do niezwykłego spotkania dwóch dagerotypów. Oba przedstawiają głównodowodzącego wojsk szwajcarskich generała Dufoura i oba są dziełem polskiego fotografa, Jana Henryka Humnickiego. Dagerotypy, jak wiadomo, powstawały tylko w pojedynczych egzemplarzach. Tutaj mamy dwa. Jeden jest w zbiorach graficznych Biblioteki Narodowej, drugi został przywieziony w specjalnej klimatyzowanej skrzyni, z zachowaniem szczególnych środków ostrożności, z biblioteki genewskiej. Oba dagerotypy mają identyczne wymiary i przedstawiają portretowanego w dokładnie tym samym ujęciu. Gdyby oba były oryginałami, generał musiałby trwać jakimś nadludzkim wysiłkiem dokładnie w tej samej pozycji przez wiele minut.

„Spotkanie dagerotypów”. Fot. Martin Gasser
Po oczyszczeniu oba obiekty zostały szczegółowo porównane, zbadane pod mikroskopem oraz zdigitalizowane w bardzo wysokiej rozdzielczości. Okazało się, jak mnie informuje historyk fotografii Martin Gasser, że egzemplarz berneński jest ostrzejszy, bardziej skontrastowany, ma miększe odcienie szarości i wyraźnie mniej zadrapań oraz drobnych rys. W tej chwili najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że mamy do czynienia z dwiema kopiami zaginionego, może zniszczonego oryginału, jedną lepszą, drugą nieco gorszą. Być może analiza skanów przyniesie jeszcze jakieś ustalenia. W każdym razie dobrze, że dagerotyp, który 8 lipca zeszłego roku ukazał się na pierwszej stronie „NZZ” bez nazwiska autora (pisałem o tym w dzienniku), teraz stał się obiektem systematycznych badań.
*
Argentyński film La ira de Dios (2022). Właściwie powinien mi się podobać: oparty na powieści (autor: Guillermo Mártinez), opowiada o dwóch rywalizujących pisarzach, o procesie twórczym, o dyktowaniu powieści sekretarce, o wieczorach autorskich i wywiadach, o naciskach wydawnictwa na prasę. Ale ponury jak Boletus luridus, „borowik ponury” (który zresztą też gra w tym filmie pewną rolę). Jeśli nie żałuję obejrzenia, to dla wnętrza, w którym rozgrywa się kulminacyjna scena: El Ateneo Grand Splendid w Buenos Aires, zbudowany w roku 1919 jako teatr, potem rozgłośnia radiowa, kinoteatr, obecnie księgarnia, jedna z najpiękniejszych na świecie. A nazwą, jeśli się nie mylę, nawiązuje do starego madryckiego klubu intelektualistów „El Ateneo”, który penetrowaliśmy dwa lata temu w poszukiwaniu śladów jego członka, Tadeusza Peipera.
Czwartek, 12 lutego
W Muzeum Etnograficznym chyba trochę przereklamowana wystawa łemkowska. Owszem, w centrum jednej z sal kilka wspaniałych obrazów Nowosielskiego i mała kolekcja Nikifora, ale większość prac malarskich przeciętna, zawieszona między sztuką realistyczną a folklorem. Rozczarowuje też dział ostatni, zatytułowany „transpop”, który miał w intencji kuratora łączyć tradycję z nowoczesnością. Jako miłośnika znaczków zainteresował mnie tu najbardziej malutki zbiór filatelistyczny, dotyczący Warhola (który, jak wiadomo, był z pochodzenia Łemkiem) i jego rodaków: okazuje się, że znaczki z pracami Warhola wydawały najczęściej kraje afrykańskie.
Chciałbym natomiast wysunąć hipotezę, dotyczącą tematu jednej z najstarszych prac na tej wystawie, a mianowicie obrazu Jozefa Miklošíka z roku 1820, zatytułowanego Portret mężczyzny z książką w ręku. Przedstawia on starszego mężczyznę o wysokim czole i długich siwych włosach, spadających na plecy, którego prawa ręka spoczywa na stoliku, lewa zaś trzyma książkę otwartą na rozdziale o owocach (Obst). Na stoliku leży książka lub czasopismo podobnego formatu z widocznym tytułem: „Ceres”.
Jozef Zmij-Miklošík (1792-1841) urodził się na Spiszu; po kilku latach spędzonych w klasztorze udał się do Wiednia, gdzie został kantorem w grekokatolickiej cerkwi św. Barbary (choć miał słabe płuca, a głos szkaradny) i studiował malarstwo na akademii. Z czasem został malarzem diecezjalnym w Preszowie.
Tożsamość portretowanego można, jak sądzę, z dużym prawdopodobieństwem ustalić: to Demeter Görög (1760-1833), Rusin węgierski, polihistor (w szczególności kartograf i agronom). Był guwernerem w najznaczniejszych rodach węgierskich (m.in. książąt Esterházy), a z czasem został wychowawcą przyszłego ojca cesarza Franciszka Józefa. Jako agronom Görög zasłynął pracami na temat winorośli, był też propagatorem uprawy koniczyny.
Otóż wiadomo, że Miklošík podczas pobytu w Wiedniu namalował portret Göröga [7]. Görög, podobnie jak sportretowany mężczyzna, nosił długie włosy zaczesane do tyłu albo perukę z harcapem, miał wyraziste łuki brwi, wystające kości policzkowe i głębokie bruzdy po obu stronach ust. A tytuł leżącej na stoliku publikacji, odsyłając do zainteresowań rolniczych portretowanego, jest zarazem subtelnym identyfikatorem: łacińska Ceres to przecież grecka Demeter, jak jego grekokatolickie imię. C.b.d.u.
Obraz Miklošíka i inny portret Göröga można zobaczyć tu:


*
A po wystawie w Muzeum Etnograficznym wybraliśmy się na koncert blackmetalowego zespołu Gruzja. Przy wejściu do budynku porozkładano tektury z karykaturami Putina, zachęcając do wycierania w nie zabłoconych butów. Na ścianach korytarzy graffiti w stylu Banksy’ego i nasprayowane hasła w rodzaju WILL YOU DIE FOR SUWAŁKI albo CHRYSTUS MIAŁ CZAS TU PRZYJŚĆ. Świetna porcja mrocznej muzyki, siedząc w fotelu przez bite trzy godziny kiwałem się rytmicznie i dawałem się nieść równie mrocznym tekstom. Poszczególne utwory były poprzedzielane (a niektóre nawet ilustrowane na żywo) scenami z dziwacznej sztuki młodopolskiego poety. Tytuł koncertu: Termopile polskie.
Oczywiście przesadzam, ale tylko trochę. Jan Klata wyciągnął wniosek z tego, że polskie zespoły heavymetalowe od wielu lat wykorzystują teksty wierszy Tadeusza Micińskiego, autora Lucyfera i W mroku gwiazd, i zaprosił zespół Gruzja do współtworzenia tego spektaklu w Teatrze Narodowym.
Termopile polskie to sztuka osobliwa i rzadko grywana, jako że bardzo wiele wymaga od inscenizatorów i od widzów. Biorąc przykład z ekscentrycznego belgijskiego malarza Antoine’a Wiertza, autora tryptyku Myśli i wizje ucinanej głowy (1853), Miciński napisał długi dramat, którego akcja ma oddawać to, co działo się w głowie ks. Józefa Poniatowskiego w czasie jego finalnego skoku do Elstery.
Nie wchodząc w szczegóły, powiem, że Klata z zespołem dał spektakl porywający, bogaty problemowo, estetycznie i aktorsko (Oskar Hamerski!), a także zdumiewająco aktualny. Na osobne pochwały zasługuje program, oparty na szkielecie chronologicznie ułożonych ilustracji z dziejów Placu Marszałka Piłsudskiego [8], z tekstami, wydobywającymi różne nieoczywiste momenty, tłumaczącymi, dlaczego ta sztuka w tym teatrze (Michał Mizera, Teatr mrących głów), jaki ma związek z wolnomularstwem (Tadeusz Cegielski), a jaki z heavy metalem (Marcin Bajko). W sumie: odlotowy wieczór.
Sobota, 14 lutego
Od paru dni delektujemy się filmami Wesa Andersona (Netflix). Godzien polecenia jest też krótkometrażowy film The Singers, z fabułą opartą na opowiadaniu Turgieniewa Певцы, z akcją przeniesioną ze wsi w guberni orłowskiej do obskurnego baru na amerykańskim Południu. Uczta dla ucha.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Por. Mariola Szydłowska, Gwiazdy i meteory lwowskiego „Ula”. W: Dorota Fox, Jacek Mikołajczyk (red.), Kabaret – poważna sprawa? Katowice, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, 2015, s. 39-49; Henryk Zbierzchowski, Nowe piosenki kabaretowe. Z tekstem muzycznym, Lwów 1919, s. 16-18.
[2] [Józef Sękowski], Filozofia wiska. „Dwutygodnik Literacki” 1845 s. 218. Tłum. z rosyjskiego. Pierwodruk ukazał się w roku 1837 w wydawanym przez Sękowskiego piśmie „Библиотека для чтения”.
[3] Juliusz Słowacki, Kordian. Ślōnski przekłŏd ôd Mirosława Syniawy. Posłowo ôd Mariusza Jochemczyka. Wydownictwa Sylezyjskij Bibliōtyki, Katowice 2025, s. 7.
[4] Antoni Rząsa – Dialogi. Milanówek, Willa Waleria. Obok rzeźb Rząsy i Szczepkowskiego pokazano fotografie Haliny Rząsy. Wystawie, która potrwa do końca lutego, towarzyszy niewielki, ale ładny katalog z tekstami Jana Krześniaka.
[5] Tomasz Krok, Afera teozofów. Siatka wywiadowcza mjr. Andrzeja Czaykowskego (1949-1951). Warszawa, IPN, 2025, s. 129-130.
[6] Tamże, s. 152.
[7] Jozef Markov, K životu a dielu Jozefa Miklošíka, „Ars” (Bratislava) 1970, s. 258. Autor powołuje się na węgierską monografię M. Beskida z roku 1914, zaznaczając, że Beskid nie wiedział, co się z tym obrazem stało.
[8] Pierwszy bodaj zrealizował taki koncept Aleksander Rzewuski, wydając w roku 2012 album pod wszystko mówiącym tytułem: Pamięć nieustająca: …jest takie miejsce w Warszawie: ilustrowana księga z ostatnich stu lat dziejów Polski, zaobserwowanych na jednym placu stolicy, nazywał się kolejno: Saski, Sachsenplatz, Саксонская площадь, Józefa Piłsudskiego, Adolf-Hitler-Platz, Zwycięstwa …i ponownie Piłsudskiego: zdarzenia, znane i nieznane postaci (Oficyna Literatów Rój).
Zanim jednak jej wystająca poza stół głowa uderzyła w kredens i zanim włożyła dłoń w usta, aby uwięzić krzyk w gardle, Wiktor odwiedził jej mieszkanie dwukrotnie. Pierwszy raz, aby pomóc przy układaniu książek.
Zaczęło się w dniu, w którym wrócił do służby po uroczystym obiedzie w Nieborowie, i od razu zaczęło się źle. Ledwie wszedł do gmachu, a już na trzecim piętrze zobaczył dwóch kolegów z pracy ciągnących zakrwawionego mężczyznę. Nie znał ich, lecz zwrotu koledzy z pracy nie mógłby się wyprzeć. Twarz pobitego człowieka była niewidoczna, bo głowa zwisała mu między ramionami, za które był ciągnięty. Pracownicy nie spojrzeli na Wiktora i minęli go z obojętnością motorniczych wąskotorówek. Nie zauważyli nawet, że mężczyźnie spadł z nogi but. Brązowy, prawie nowy. Wiktor dostrzegł też, że na pięcie ciągniętego mężczyzny nie ma skarpetki, a sama pięta przypomina fioletowo-czerwony balon.
Stalowym prętem, który służył do uzyskania tego efektu, pochwalił mu się przed tygodniem Józef Budroń. Tłumaczył, że dla osiągnięcia prawdziwego bólu, ale i według przepisów, narzędzie nie może mieć więcej niż centymetr średnicy. „Czyżby wszystko dopiero przede mną?”, pomyślał wtedy Wiktor, bo przecież musiał tak pomyśleć. Nie wiedział, czy krzyknąć, aby się zatrzymali i zabrali but, czy pobiec za nimi. Wątpliwości rozstrzygnęła młoda dziewczyna objuczona papierowymi teczkami, która nie wiadomo skąd pojawiła się na lśniącym czystością korytarzu. Piękna, mogła być młodszą siostrą kobiety z banknotu dwudziestozłotowego. Miała tak samo nieruchomą twarz. Nie spojrzała na leżący but i nie zainteresowali jej oprawcy odchodzący w dal. To ostatecznie przekonało Wiktora, że nie należy się wtrącać.

A jednak, jak to w życiu bywa, po złym początku, dzień skręcił w stronę śmieszności. Upiornej, ale zawsze. Kiedy Wiktor otworzył drzwi do pokoju z numerem 142, w którym zdobywa szlify w zawodzie, powitał go śpiew. Nie za głośny, nie za cichy, ot dziarskie podśpiewywanie ludzi pracy. Na dwa głosy jednak, co nie było całkiem zwyczajne. Śpiew przerywany był co jakiś czas zdaniami „Trzeba będzie go mocniej przycisnąć” czy „Zrób z tego raport”. Prowadził melodię, być może ze względu na dobrze ustawiony baryton, wspomniany przed chwilą Józef Budroń. Towarzyszył mu cieńszym głosem Sylwester Wasiak. Jestem Sylwek, przedstawił się przy poznaniu Wiktorowi, i niech tak zostanie, bo nic o nim nie wiadomo, poza tym, że był w Krynicy przy aresztowaniu Władysława Gomułki. Zresztą i samo aresztowanie słabo widział, bo prowadził tylko jeden z trzech samochodów.
Co innego Budroń. Ten już na drugi dzień zwierzył się Wiktorowi ze swojego życia. Być może w podzięce za radę Wiktora: „Zabandażuj szybko rękę, bo krew z paszczy wroga może zanieczyścić organizm”.
„Do bezpieczeństwa właśnie przez krew trafiłem – opowiadał – tyle że własną i gorącą, bo zapalczywy, jak skurwysyn jestem. Dziedzica nawet lubiłem, bo mojego bratolca do nauki na skrzypcach wyprawił. Ale jego córka, to już ciężka kurew była. Do wszystkiego się wpierdalała, a to żeby nie pluć przed domem, a to kiepów nie rzucać w trawę, a już najbardziej nie lubiła, jak mi się coś do rąk przylepiło. Dlatego, jak ich z dworu wyprowadzali, a franca się po coś schyliła, nie mogłem się opanować. Kopnąłem w dupę, aż pofrunęła, ale nie z całej siły, tak dla nauczki bardziej. Okazało się, że zaciążyła wcześniej i zaraz poronić jej się zachciało. Dziedzic poskarżył się władzom wojskowym i nawet ktoś mnie przesłuchiwał, ale na ucho przyznali, że racja po mojej stronie. Potem przyszło wezwanie do Warszawy i matka zaczęła chlipać, że może Mikołajczyk wygrał i szybko się nie zobaczymy. Przyznaję, miałem trochę stracha, ale rozmowa ludzka była, a na koniec pytanie, czy chcę ludowej ojczyźnie służyć. I służę najlepiej, jak umiem…”.
Tyle Wiktor wiedział o Budroniu. Człowiek o tym nazwisku, już będąc siwym panem w okularach, działał po latach w ważnej organizacji kombatanckiej. Może to być także zwykła zbieżność nazwisk. Teraz jednak śpiewał pierwszym głosem, a Sylwek, który nie chciał być tylko drugim, od czasu do czasu imitował językiem dźwięk bałałajki. Bałałajka akurat nie była niczym dziwnym, Wiktor znał jednego z mandolinistów z zespołu Edwarda Ciukszy, i wiedział, że podobne instrumenty zyskały na szacunku. Dziwne było to, że zamiast śpiewać o polskiej rzece nazywali Wołgę macią radnają.
„To było tak idiotyczne, mamo, że z trudem zapanowałem nad śmiechem. Ten rosyjski, bez potrzeby, w ustach mazowieckich kmieci…”. Tak mniej więcej Wiktor opowiadał o scenie, którą zobaczył. „Skąd wiesz, że mazowieckich, spytała Zofia, jak zwykle rozsądnie”.
Wiktorowi przyszły do głowy wszystkie rocznice i związane z nimi akademie, ale nic się nie szykowało. Zresztą kto by im pozwolił wyjść na scenę, pomyślał i otworzył teczkę, która na niego czekała. Wiedział, że na początek dają mu słabiznę. „Jadwiga Szymańska, urodzona w 1926 w Mławie, podejrzana o usilne i wielokrotne…”. Nauczycielka na lekcji historii wspomniała o koronie na orzełku w umundurowaniu przedwojennego wojska. Doniósł na nią ojciec ucznia, którego synek chciał dopytać o szczegóły.
Jeszcze raz spojrzał na śpiewającego Budronia. W jego oczach zauważył coś, czego do tej pory nie widział. Skupienie. Nie tylko na śpiewaniu, ale też na myśleniu, cokolwiek to u niego znaczyło. Pamiętał, że nie powinien się niczemu dziwić, a przecież ciekawość zwyciężyła. Z kieszonkowego kalendarzyka oderwał rożek wielkości znaczka pocztowego i ołówkiem nakreślił na nim znak zapytania. Wyczekał, aż Sylwek się odwrócił i podsunął karteczkę Budroniowi. Ten spojrzał i szybko coś narysował z drugiej strony. Nie oddał jednak, a tylko pokazał z daleka. Wiktor musiał się przysunąć z krzesłem, aby dojrzeć całkiem zgrabnie narysowane ucho. Józef zmiął w palcach papierek, włożył do ust i popił resztką herbaty w szklance. Przy tej czynności jego oczy patrzyły w górę, a tym samym jakby wskazały coś pod sufitem. Narysowane ucho i przekrzywiona kratka wywietrznika. Wniosek mógł być tylko jeden; w nocy założono im podsłuch. Wiktor mrugnięciem dał do zrozumienia, że popiera spontaniczny śpiew dla Rosjan, którzy na pewno przesłuchają taśmy. Pomyślał też, czy by nie przelicytować chłopaków, jednak do głowy przychodziła mu tylko piosenka z moskiewskiego podwórka… My krasnyje czekisty i pro nas pajut. Uznał, że byłaby za mocna dla podsłuchujących.
Wtedy też zadzwonił telefon. Prawo odbierania połączeń miał Budroń i właśnie on złapał za słuchawkę. Wysłuchał kilku słów i kiedy podawał ją Wiktorowi, drżała mu ręka. Drżenie mogło być spowodowane ważnością połączenia, ale też ciężkim przesłuchaniem, od którego ręka miała prawo być nadwerężona.
– Dzięki wysokiemu wstawiennictwu przywieźli mi ze Lwowa księgozbiór tatusia. Chciałabym, abyś, używając głowy, rozmieścił książki na półkach. Ja nie mam na to czasu. Oczywiście zapłacę, bo to nie jest polecenie służbowe – usłyszał w słuchawce.
Idąc ulicą Madalińskiego ze zdenerwowania wdał się w niezbyt mądre rozmyślania. „Wiadomo, każdy musi mieć ojca, ale skąd słowo tatuś u takich ludzi. Mieliby uczucia?”.
Wyłożona piaskowcem kamienica, do której doszedł, należała kiedyś do Stefana Bilskiego, prezesa czegoś ważnego, może nawet kilku cukrowni. Jego syn, Nikodem, po tajnej podchorążówce, był dla Wiktora wzorem mężczyzny. Zginął w źle przygotowanym ataku na Aleje Szucha, gdzie, jak się okazało, więcej było Niemców niż powstańców. Stefan Bilski przeżył wojnę, lecz został zamordowany niedługo po niej, być może w tym samym więzieniu, w którym Wiktor udawał aresztanta.
Wiktor nie miał dobrych przeczuć, kiedy wchodził do pięknej klatki schodowej, którą pan Stefan Bilski kazał wyłożyć marmurem. W podobnym miejscu usłyszał ryk nadlatujących sztukasów. Z odłamkiem w głowie obudził się potem w piwnicy, która udawała szpital.
Teraz niechby się ojciec pokazał, pomyślał. I niechby nawet rzucił grubym słowem. Dodałby tylko otuchy. Zamiast ojca, nie wiadomo skąd wychynął krępy mężczyzna w wytłuszczonym garniturze. Był bystry lub otrzymał dokładny rysopis, bo z uśmiechem odsłaniającym coś, co przypominało zęby, wskazał palcem na schody.
– Pierwsze piętro, panie kolego. Pani Stasia czeka…
Mimo ohydy, w której babrał się Wiktor, bycie nazwanym „panem kolegą” przez tego rodzaju osobnika, mogło osłabić i tak chorą głowę. Szczęśliwie pani Stanisława okazała się miłą starszą damą, która zaraz po „dzień dobry”, przymusiła go do spróbowania ciasta z wiśnią. Dowiedział się wtedy dużo o wojnie, którą przeżyła w Radomiu, ale najwięcej o tym, że jest wdową po nauczycielu i że na emeryturze prowadzi dom pani Renusi.
„Zapracowana biedactwo, jak mało kto. Mówię jej, po co się tak zaharowywać, całej pracy się nie przerobi. Ale gdzie tam, jak rano wyjdzie, to wieczorem wraca. A poczciwa do gruntu. Ze świecą takiej szukać”.
Kiedy wyszli z dużej, jasnej kuchni, pani Stanisława otworzyła przed nim dwuskrzydłowe drzwi, wypełnione kwadratami z matowego szkła. To, co zobaczył, już mu się kiedyś przyśniło. Ściany wypełnione pustymi półkami sięgającymi sufitu. Te wstawiono niedawno, bo w powietrzu unosił się jeszcze zapach pokostu. Nie półki jednak były ważne, a stos wielkich paczek na środku pokoju, w których były książki.
„Jestem w raju, w innym życiu na pewno mógłbym być księgarzem”. Dobrze świadczy o skromności Wiktora, że nie pomyślał wtedy o spędzeniu życia w pisarskim fachu.
– Lecę już. Herbata w termosie, nie słodzona, bo nie wiem, ile Pan słodzi. – Pani Stanisława była już w paltociku. – Wychodząc, wystarczy zatrzasnąć…
Ojciec pani Reny musiał być we Lwowie lekarzem, bo rzadkie książki medyczne zajmowały trzy duże paki. Po otwarciu każdej następnej Wiktor przekonywał się, że był także humanistą najwyższej próby. Dotykał starych wydań i właśnie książki niepochodzące z pałacu Radziwiłłów, lecz z gabinetu lekarza, uświadomiły mu własną marność. Kiedy zadzwonił telefon, nie zamierzał odbierać, jednak dzwonił długo i uporczywie. Krótka przerwa i potem znowu dziesięć długich sygnałów. Za którymś razem było ich nawet jedenaście. Zrozumiał, że może to być tylko pani Rena. Bez pośpiechu, co wyglądało na demonstrację odwagi, ruszył w poszukiwaniu telefonu. Pokój, z którego dobiegał dzwonek, był sypialnią. Wiktor już wcześniej dostrzegł, że wyposażenie mieszkania jest skromne w porównaniu z luksusem kamienicy. W sypialni było tylko metalowe łóżko przykryte kilimem, który mógł być huculskim, ale też łowickim dla kogoś, kto, jak i on, nie znał się na folklorze. Na ścianie podobny kilim, do którego przytwierdzono reprodukcję Delacroix, tę samą, którą tak lubiła mama. Telefon stał przy łóżku.
– Lekarskie książki tatusia umieściłem na półkach z lewej strony – powiedział do słuchawki bez żadnego halo czy słucham. – Teraz zastanawiam się nad Owidiuszem.
Zapadła cisza. Zaskoczona pani Rena wyraźnie nie wiedziała, co powiedzieć. Może po raz pierwszy w życiu.
– Dlaczego nie odbierałeś wcześniej? – To raczej próba odzyskania należnej jej przewagi.
– Nie miałem instrukcji, czy mogę to zrobić.
Znowu cisza, tym razem jednak nie dłuższa niż trzy sekundy.
– Skończysz dzisiaj?
– Obawiam się, że nie dam rady, bo przecież, jak rozumiem, nie chodzi o upychanie książek na półkach, ale o nadanie im jakichś sensów.
Był przekonany, że to niewinne zdanie stało się kamykiem, który mocno zarysował skałę. Skałą, co oczywiste, była pani Rena, znana z twardości zawodowej najwyższej próby.
Nazajutrz, godzinę po wyjściu gosposi, stał na drabinie i dyrygował poezją. Przekonany, że nie będzie czytana, wybrał dla niej półkę pod sufitem. Zaczął z lewej strony od serii Mortkowicza, a zamierzał skończyć Gebethnerem i Wolffem. I zrobiłby to szybko, gdyby nie nawyk wczytywania się. Wiersz, na który przypadkiem rzucił okiem, pierwszy raz przeczytał go po cichu, a potem jeszcze raz głośno:
Szli tędy ludzie biedni, prości –
Bez przeznaczenia, bez przyszłości.
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Szli niepotrzebni, nieprzytomni –
Kto ich zobaczy – ten zapomni.
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Szli ubogiego brzegiem cienia –
I nikt nie stwierdził ich istnienia.
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Śpiewali skargę byle jaką
I umierali jako tako…
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Już ich nie widzę i nie słyszę –
Lubię trwającą po nich ciszę.
Widziałem ją, słyszałem ją!…
Próbował mówić głosem Mariana Wyrzykowskiego, aktora, którego podziwiał za łudzące podobieństwo do ojca. Czuł, że jest w tym śmieszny, lecz nie bał się śmieszności. Co nie znaczy, że nie potrafił się przestraszyć. Kiedy dostrzegł na suficie nieudolnie wydrapane słowo „obłęd”, zakręciło mu się w głowie, zachwiał się, a z nim i drabina. „Zwykły wariat, któremu lekarz z litości nie mówi prawdy. Szewczyk Dratewka chcący zabić smoka, głupiej już być nie może”. Objął głowę i zacisnął powieki. Trwał tak chwilę, a kiedy powoli otworzył oczy, słowo obłęd stało się niewidoczne. Odetchnął głęboko i zaraz pomyślał, że jest przy nim mama, a jej przecież nikt nie nazwałby szaloną.
Uspokojony wrócił do recytacji i choć niby nie bał się śmieszności, to nie przewidział śmieszności zwielokrotnionej. Nie usłyszał przekręcanego klucza w zamku ani otwieranych drzwi. Stał na drabinie i, jak to z czytaniem poezji bywa, mógł mieć mądrą minę. Wtedy też zobaczył panią Renę. W rozpiętym płaszczu, oparta o futrynę drzwi, wyglądała, jakby stała tu od tygodnia.
Trudno powiedzieć, co było detonatorem wywołującym zmysłowe oszołomienie. Wiersz Leśmiana, głos recytującego Wiktora, a może odwaga w ratowaniu życia rosyjskiego generała. Nie można też wykluczyć uroku osobistego. Talent? Nie powinno się lekceważyć tej przypadłości. Utalentowany był na pewno, bo na literaturze pani Rena znała się, jakmało kto. To przecież ona we lwowskich „Sygnałach” podsuwała Karolowi Kurylukowi pisarskie perły. Jej zachwyty nad Brunonem Schulzem stały się nawet powodem środowiskowych żartów.
Jaka by jednak była przyczyna gwałtownego polubienia Wiktora, to bardziej zagadkowe jest odkrycie przez Renę uroków cierpienia. Wyrywania paznokci i sadzania na nodze od krzesła nie pochwalała, ale też widziała w tym wyższą konieczność dziejową. Wiktorowi natomiast nie tylko pozwalała wymierzać sobie klapsy, ale nawet prosiła o nie, wczuwając się w rolę wroga klasowego. Wymyśliła nawet zabawę, którą dla dodania erotycznego powabu nazwała po francusku. Wiktor znał francuski z okresu dziecięctwa, lecz słowo l’interrogatoire było mu obce. Czym jest przesłuchanie oczywiście dobrze wiedział, wystarczyła mu krew na rękach kolegów z pracy. Dlatego używał paska, kiedy Renia, wypięta, pochylała się nad stołem.
– Nie dosłyszałem. Proszę mówić głośniej.
Kiedy wypowiadał to zdanie, wiadomo było, że za chwilę uda zdenerwowanie i posypią się razy. Aby to sprowokować, Rena zaczynała mówić ciszej. Uderzał wtedy mocno.
Nastąpił jednak dzień, w którym oboje znaleźli się w łóżku, tym samym, które pani Aniela przykrywała kilimem huculskim. Łóżko może nie dziwić po tym wszystkim, do czego im służył stół kuchenny, lecz wypada wspomnieć, że mężczyzna zagościł w nim po raz pierwszy. Miała w swoim życiu kochanków, czterech nawet potwierdzonych z nazwiska, jednak spotkania z nimi, co odnotowali zawistnicy, odbywały się w garsonierach na mieście. W ministerstwie mieszkania te nazywano konfesjonałami. Służyły bowiem wysłuchiwaniu spowiedzi obywateli, których należało chronić przed wszelkimi podejrzeniami o współpracę. Jej ulubionym miejscem był apartament przy Kredytowej, który, aby zrobić przyjemność najważniejszej koleżance w ministerstwie, nazwała Pax nobiscum. Człowiek, który w więzieniu NKWD zainteresował generała Sierowa, wielokrotnie spotykał się tam z Luną właśnie. Oboje szlifowali zręby i reguły prawne organizacji nazwanej PAX, która miała uzdrowić z reakcji kościół w Polsce. Rena nie miała przy Kredytowej spotkań tak doniosłych. Z urzędu było to kilku dygnitarzy przedwojennej Polski, którzy dyskretnie wspierali nowe porządki, i jeden biskup już do nich przekonany. Prywatnie widywała się z dyrektorem departamentu w Ministerstwie Hutnictwa. Potężny mężczyzna tak gruby w karku, że musiano mu szyć koszule, ale za to bez złotych zębów i z poczuciem humoru. To było dla niej dużo, zwłaszcza że miał żonę i był wierzący, co gwarantowało brak nachalności.
Wiktor był więc pierwszym mężczyzną, w ramionach którego zasnęła i kiedy się obudziła, nie mogła zaspokoić nieznanego jej wcześniej zachwytu. Jego twarz, gdy leżał półnagi z zamkniętymi oczami i lekko rozchylonymi wargami, była tak inna od wszystkich twarzy, które ją otaczały, że pierwszy raz w życiu poczuła w sobie coś, czego jeszcze nie znała. Zaraz też bolesne uświadomienie, że blisko półwieku przeżyła z bielmem na jednym oku. Na szczęście nie był tworem doskonałym, widziała jego neoficką gorliwość i przebłyski zbytniej nerwowości. Z czułością obserwowała, z jakim wysiłkiem opanowuje porywczość. Raz mu się nie udało i mogło go to drogo kosztować.
Siedzieli w kuchni, pochyleni nad opowiadaniami Wiktora, kiedy piętro wyżej niejaki Kraska zaczął krzyczeć na żonę. Rena znała Jadwigę, nie była ani mądra, ani głupia, a więc pasowali do siebie idealnie. Kiedy Mirek Kraska dostał rolnictwo, natychmiast ktoś z Poznania (wiedziała kto) napisał na ścianie klozetu: „Na rolnictwie Mirek, nie zobaczysz pyrek”. Zwykle, to Jadwiga podnosiła głos, on odpowiadał monosylabami lub milczał. Było powszechną tajemnicą, że pije więcej od innych, a wieczorami nawet bez potrzeby. Teraz jednak to on wpadł w szał, krzyczał, rzucił czymś ciężkim o podłogę (Roma pomyślała o żeliwnej patelni), a nawet straszył Jadwigę śmiercią. Słyszeli każde słowo i wtedy zobaczyła, że oczy Wiktora zbielały, a pięść zacisnęła się tak mocno, że knykcie poczerwieniały.
– Nie zwracaj uwagi. Pomyśl lepiej, czy w tych dwóch zdaniach następujących po sobie potrzebne jest powtórzenie imienia. Dwa razy Stanisław? Po co?
Było to akurat w chwili, kiedy wspólnie czytali opowiadania Wiktora. Jego fraza była inna od ukochanego Schulza, a przecież urzekała w jakiś sposób, i to nie tylko całkowitym przeciwieństwem. Prostymi słowami prowadził wyobraźnię czytającego w rejony, których ten nie mógł się spodziewać. Już wcześniej pomyślała, że nie znała nikogo, kto by bardziej pasował do zapisanych przez siebie słów. Bardzo chciała się popisać przy Wiktorze znajomością wszystkiego, czego we Lwowie nauczył ją profesor Kleiner. Nie miała jednak dużo uwag i była zadowolona, że znalazła podwójnego Stanisława. Dlatego karczemna awantura u człowieka, którego kadencję oceniała jeszcze co najwyżej na pół roku, nie mogła zdenerwować.
Wtedy jednak nastąpiło coś, co kazało jej pomyśleć, że nerwowość Wiktora ociera się o szaleństwo, bo kiedy Kraska jeszcze raz rzucił czymś o podłogę, wybiegł z kuchni. Po chwili wrócił i zanim zdążyła otworzyć usta, szczotką do zamiatania kilkakrotnie uderzył w sufit. Z wrażenia nie liczyła, ile razy, ale na górze natychmiast zapadła cisza.
– A gdyby to był twój przełożony? Mógłbyś stracić zdrowie… – zmusiła się do spokojnego tonu, choć serce zaczęło bić mocniej.
– Mój przełożony jest komunistą, a komunista nie traktuje tak żony. Ani żadnej kobiety.
Odpowiedź niby przytomna, ale po takich słowach już nie ocierał się o szaleństwo, po prostu był wariatem. Chyba że drwił, lecz nie poważyłby się na to. Jego opowiadania były precyzyjne, bez żadnych hołdów dla ustroju, któremu tak bardzo chciał służyć. Nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić.
Kiedy już poszedł, pomyślała, że niepotrzebnie wspomniała o utracie zdrowia. Było to niesmaczne, mimo że mogło być prawdą. Pamiętała, że piętro nad nią miał zająć jeden z dyrektorów departamentu, nazywany dobrotliwie Strasznym Dziaduniem, i to nie dlatego, że był najstarszy. Po prostu tak bardzo lubił bić osobiście, że prawie nie dopuszczał niższego personelu do tej prostej czynności. Zastanawiała się nawet, kogo biłby, gdyby nie sprzyjające okoliczności. Szczęśliwie jednak wybrał sobie na mieszkanie apartament w domu dawnej spółdzielni oficerskiej. „Mieszkając po sanacyjnych gadach, lepiej poczuję nasze zwycięstwo”. Też myślała wtedy, czy nie zamieszkać w Alei Szucha, bo miałaby bliżej do pracy, lecz zwyciężyła niechęć do niektórych lokatorów.
Walenie w sufit i przestraszenie głupca przeznaczonego do odstrzału nie miały żadnych konsekwencji. Bo to, że minister poprosił, aby została chwilę po tygodniowej naradzie, było jego zwyczajem. Zawsze prosił o to kogoś z obecnych i wypytywał o szczegóły raportów. Od Reny oczekiwał plotek i nie chodziło mu o miasto, a przede wszystkim o Gmach. Zawsze była na to przygotowana.
O swoim przełożonym wiedziała wszystko, o jego trzech klasach szkoły podstawowej w Polsce, szkole kominternu w Moskwie i pilnej nauce skomplikowanych słów. Szczegółami o nim, rzucanymi od niechcenia, raczył ją Jakub, który w randze wiceministra spraw zagranicznych wydawał się rządzić wszystkim, co się ruszało. Bycie szarą eminencją wyraźnie mu odpowiadało, a Rena długo nie mogła wyczuć, jakim cudem Moskwa mogła zaufać komuś, kto nie przypomina chociażby Mołotowa. Inteligentny, dobrze wykształcony Żyd z myślącą twarzą miałby być powiernikiem słów Stalina? Potem zrozumiała, że właśnie z powodu wyglądu nie mianowano go Bierutem. Raz w miesiącu spotykała się z Jakubem na mieście i zawsze, kiedy siedział naprzeciw niej, lekko odwracał głowę w lewo. Jak złośliwie mówiono w firmie: „Myśli, że z prawego profilu przypomina Cycerona”. Właśnie on powiedział kiedyś: „Trzymamy go, bo Stalin uważa, że pies zagrożony, gryzie mocniej”. Było to o jej ministrze, który przed wojną miał coś niewłaściwego podpisać na policji. Dobrze też świadczyło o jego wierności, że pogodził się z zabiciem przez NKWD swojego brata, także komunisty. Rena nie mogła sobie wyobrazić, co by myślała, gdyby Stalin nakazał zabicie jej siostry. Na szczęście nie miała rodzeństwa.
Tym razem minister był wyjątkowo wylewny, nakazał podać kawę w filiżance, chociaż sam trzymał się szklanki i dwukrotnie spytał, czy nie chce ciasta. Ciast, którymi częstował w przystępie dobrego humoru, raczej się wystrzegano. Aniela z sekretariatu, która się nimi chwaliła, powinna się chwalić czym innym.
– Leon nazwał nasze piwnice lochami Watykanu? To miało być dowcipne, Reniu?
Siedzieli przy okrągłym stoliku w rogu gabinetu, przy którym siadywał z doradcami radzieckimi. Tylko kilka osób w firmie wiedziało, że inkrustacja z kości słoniowej, która ozdabiała blat stolika, przedstawia boga Siwę, jednak nikt o tym nie wspomniał, a trzecie oko brano najczęściej za symbol bezpieczeństwa publicznego.
– Myślę, że był to przytyk do kościelnej reakcji. – wytłumaczyła słowa jednego z kierowników.
– Znałem szczerego komunistę z Przytyka. Siedzieliśmy razem w Grudziądzu. A co do kleru, to dobrze powiedziane. Lochy to na nich za mało… – zaśmiał się zadowolony. Jak zwykle śmiał się u niego dół twarzy. Oczy i czoło były nieruchome.
Zainteresował się jeszcze, co ludzie mówią o nowej konstytucji, odpowiedziała, że wrogowie się nie cieszą i była już przy drzwiach, kiedy zapytał:
– Co tam się stało z tym uspokajaniem Kraski? To nasz funkcjonariusz taki śmiały?
Rena nie należała do kobiet, które się boją, bo jak kiedyś powiedziała Jakubowi, kto przeżył Kazachstan, tego trudno przestraszyć. Od śmierci z głodu uratował ją wtedy telefonogram Wandy, nakazujący wracać do Moskwy. Teraz jednak poczuła na plecach dreszcz niewiadomego pochodzenia, bo nie wywołał go strach ani zimno. A jednak ten właśnie dreszcz, czego zresztą nie można być całkowicie pewnym, zmusił jej umysł do wypowiedzenia słów, których się nie spodziewała. Całe życie ważyła słowa i nie rzucała nimi od niechcenia, teraz jednak powiedziała coś, co nagle zmieniło życie, a już na pewno plany drugiego człowieka.
– Barski już nie jest naszym funkcjonariuszem. Kiedy się dowiedział, kto mieszka na górze, poprosił o zwolnienie ze służby. Wyraziłam zgodę.
– Wiedziałem, Renusiu, że jesteś twarda, ale że aż tak… Wiemy, że go lubisz.
– Lubię też rosół, panie generale. – Dobrze wiedziała, że nazywanie Stanisława generałem sprawia mu przyjemność.
– Dobra, żołnierska odpowiedź – uśmiechnął się drugi raz i tym razem wygięta w górę warga poruszyła prawym policzkiem.
– Kim on chce teraz być? Jest miejsce dla zaopatrzeniowca w Bristolu.
– Chce być pisarzem i wiem, że jest uzdolniony!
– Ha, bardzo dobrze! Potrzebni nam strachliwi literaci.
Ministrowi poruszyły się obydwa policzki. Nieznacznie, co prawda, ale Rena uznała to za sukces.
ANDRZEJ BART
Fragment większej całości.
Warto rozumieć to, co się mówi, a także to, co się śpiewa. Szczególnie to drugie, bo zręczna melodia potrafi zasłonić sens słów. Zwłaszcza, gdy wykonawcy mają kłopot z dykcją. Tak też jest z „nieoficjalnym”, jak się powiada, hymnem prawobrzeżnej Warszawy. To fokstrot, napisany około 1931 roku Chodź na Pragę Artura Golda do słów Tadeusza Stacha. W naszych czasach miały ją w repertuarze różne kapele: Praska, Z Targówka, Warszawska Staśka Wielanka i inne. Jej melodię wygrywa w południe zegar umieszczony na Liceum Władysława IV, a także rozbrzmiewa niekiedy podczas Święta Pragi.
Sens słów piosenki odkryła Aleksandra Stefaniak w najnowszym numerze varsavianistycznego czasopisma „Skarpa” (2026 nr 2) w ciekawym artykule Historia pewnego parku. Chodzi o Park Praski.
Na początku artykułu cytat z owego „nieoficjalnego” hymnu dzielnicy, stylizowanego na piosenkę z miejskiego folkloru:
Rzuć, bracie blagę i chodź na Pragie,
weź grubą lagę, melonik tyż!
zobaczysz w trawie dziewczynki nagie,
każda na wagę ma to, co wisz!
byle łamagie i babe Jagie
u nas się bierze pod żeberko i za kark.
więc podnieś flagie, weź na odwagie
i chodź na Pragie pod Luna Park.

Ilustracja z czasopisma „Le Tour du Monde”, 1865
Kiedy się lepiej wczytać w słowa, okazuje się, że zachwala się tu nie tylko tradycyjne męskie zaloty: „pod żeberko i za kark”. Jest coś jeszcze. „W trawie dziewczynki nagie” to, jak pisze autorka artykułu, „ludzkie ZOO”, w tym przypadku „senegalska wioska” urządzona w pobliżu Parku Praskiego. No i siłą rzeczy obok „zwierzęcego ZOO”. Była to wędrowna trupa Senegalczyków, pod władzą białego antreprenera, która przedstawiała swoje życie codzienne, tańce i rytuały. Szerzej pisał o tym Wojciech Szot (Afryka patrzy na was czarną facjatą, „Ale Historia” – dodatek do „Gazety Wyborczej” 17 X 2025). Kobiety nie były całkiem nagie, ale skąpo przysłonięte.
Kiedy powstawał fokstrot Chodź na Pragę w świecie białych ludzi na szczęście zamierała już moda na publiczne eksponowanie dzikich dla uciechy albo nauki. Podejście zoologiczne do człowieka miało się niebawem przejawić gdzie indziej i w straszliwszej postaci.
Zarazki potrafią jednak przetrwać, jak choćby w tej piosence. Jeśli nawet nie śpiewa się jej, a tylko nuci, warto pamiętać, jakie słowa czają się w tej melodii miłej dla ucha.
Mnie one nie dają spokoju, zwłaszcza kiedy mijam na ulicy przelotnych czarnoskórych mieszkańców Pragi Północ.
PIOTR MITZNER
Kraków, 6.12.2025
Drogi Jacku,
Przeczytałem listę 65 nazwisk na pewnej mapie z roku 1930. Wiem, to jeszcze gorzej niż 13 wersów Odysei, ale nie mogę się powstrzymać przed napisaniem do Ciebie krótkiej notki, ponieważ obrazuje ona moją chomikowatość, o której pisaliśmy, a może dzięki temu rozpocznie się we mnie jakiś terapeutyczny proces dechomicyzacji lub choćby redukcji ze stanu superchomika do chomika zwykłego, niewynaturzonego.
Otóż od tygodni rozpaczliwie poszukuję kilku kartek w morzu zachomikowanych teczek i wycinków (nie znalazłem jeszcze) i przy okazji wpadłem na rozpadającą się teczkę z krzywym, podkreślonym napisem kapitalikami „MAPY”. Zupełnie nie pamiętam, skąd ją mam, jak trafiła tutaj na półkę, zupełnie nie pamiętam nawet, żebym ją kiedykolwiek oglądał. Jest to pokaźny zbiór głównie niemieckich map sprzed wojny, najpewniej wyrwanych – co za barbarzyństwo! – z niemieckiego Leksykonu, o czym mówią adnotacje w prawym dolnym rogu części z nich: „Meyers Konv. Lexikon, 5 Aufl.”, co musi odnosić się do piątego wydania największej niemieckiej encyklopedii Meyers Konversations-Lexicon, wydawanego w siedemnastu tomach w latach 1893-1897.

Tomy czwartej edycji „Meyers Konversations-Lexicon” (1885-1890), zdjęcie z domeny publicznej © Wikipedia.
Nie mam pojęcia, kto mógł te mapy z leksykonu brutalnie powyrywać, ale obawiam się, że jedyne tropy prowadzą do mojego taty… Są tam mapy wielu miast europejskich od Hamburga i Berlina po Ateny i Konstantynopol. Oprócz tego są w tej teczce przedwojenne mapy Bydgoszczy i okolic Bydgoszczy, zwłaszcza Chojnic i Człuchowa aż po Kaszuby – na jednej z nich widać nawet kawałek jeziora Skąpego w okolicy Wiela, jedynego jeziora, w którym niekiedy łowię ryby, ale ponieważ nazwa jeziora zdaje się jakoś zobowiązywać, zwykle sprowadza się to do stania godzinami w wodzie i zdumionego stuporu: czy to naprawdę możliwe, że jest jeszcze miejsce, gdzie nie ma pomostów, domków, plaż i grillowisk?

Osobną grupę tworzą w tej teczce mapy historyczne związane ze starożytnością i basenem Morza Śródziemnego – cesarstwo rzymskie na mapie z Książnicy-Atlasu z roku 1938, „die Reisen des Apostels Paulus” (bez daty, za to ze zdumiewającym dopiskiem na marginesie, chyba ręką taty, „Krzyżu św. nade wszystko”), czy mapa Palestyny z „der Zeit Luthers” z krzywym dopiskiem powyżej – na pewno nie ręka taty – „za czasów Lutra”.

No i jest tam również mapa Grecji starożytnej z epoki wojen perskich z roku 1930. Poszarpana, pozaginana i posklejana – w końcu za chwilę będzie już stulatką. No i na tej mapie, na jej szerokich marginesach znajdują się cztery kolumny nazwisk, wpisanych ołówkiem lub długopisem i ponumerowanych – jest tam na lewym marginesie kolumna nr II, a poniżej numer I, na prawym kolumny III i VII, a w środku jedna bez numeru, razem 65 ponumerowanych wersów z nazwiskami, z których część się powtarza. Między kolumną bez numeru, a kolumną VII widnieje pochylony napis „Cheroneja”. Przy części nazwisk w kolumnach na prawym marginesie dopisane są różne znaki: plusy, minusy, pytajniki lub cyfry od 2 do 4, a raz – przy Jankowskim albo „3x”, albo „3+”. Czy są to oceny? Niektóre nazwiska powtarzają się w dwóch kolumnach. W środkowej kolumnie prawego marginesu, tej bez numeru, można znaleźć nazwiska, które pojawiają się także w kolumnach III i VII (Wawrzon, Kuhn, Gierszewski), nazwisko Chałka otwiera kolumny III i VII, Mikołajski jest w I, III i tej bez numeru, Olkiewicz i Błaszak w I i nienumerowanej itd. Wszystkie nazwiska są męskie. No i pierwszą kolumnę na lewym marginesie otwiera nazwisko „Bielawski”. Jako żywo chyba musi chodzić o mojego tatę. I najpewniej cała teczka była skarbem z dzieciństwa strzeżonym przez naszego ojca i zapowiadającym jego historyczne zainteresowania, widoczne do dzisiaj w zachowanej – częściowo i chyba tylko dzięki mojej skłonności do chomikowania – bibliotece. Kim są osoby zgrupowane w pięciu kolumnach na marginesie mapy?
Dziwny ten spis. Czy może to być skład jednej męskiej szkolnej klasy? Może raczej uczestników jakiegoś koła zainteresowań historycznych? Czy ja wiem w ogóle, do jakiej szkoły zaraz po wojnie chodził nasz tata? Nie, nie wiem i nie pamiętam, ale szczęśliwie badał to i zapisał mój brat Maciej, który po śmierci taty porządkował i opisywał jego archiwum. Wynika z niego, że zaraz po wojnie, w maju 1946 roku ojciec znalazł się w Bydgoszczy, wysiadłszy z rodzicami i siostrą z wagonu z transportem wysiedleńców z Wilna przewożonych na zachód; z archiwalnych dokumentów zdaje się wynikać, że docelowo mieli być deportowani do Poznania – nie wiadomo dlaczego wysiedli w Bydgoszczy. Ojciec, urodzony 21 stycznia 1934 roku, wprawdzie rozpoczął naukę jeszcze w wojennym Wilnie w 1941, gdzie uczył się po litewsku jako Stepanos Bielauskas i uczył się marnie. Już w Bydgoszczy, tata chodził do Szkoły Podstawowej numer 5, imienia św. Jana na ulicy nomen omen Świętojańskiej. Nie wiadomo, jak się ta edukacja sumowała, ponieważ już po dwóch latach w polskiej podstawówce tata podjął naukę w Liceum Ogólnokształcącym numer I przy placu Wolności (1948-1952), tym samym, które prawie 30 lat później ukończył mój brat. Kiedy i po co ojciec zaczął zbierać te mapy? W podstawówce? Jeszcze w Wilnie? Czy dopiero w liceum? Gdziekolwiek by to było, pozostaje pytanie, skąd zdołał je pozyskać? Czy rzeczywiście osobiście wydzierał je z niemieckiego leksykonu? Jeśli tak, to gdzie miał do niego dostęp i to taki, który pozwoliłby na takie barbarzyńskie praktyki? W tej chwili musi to pozostać tajemnicą i zagadką, a w przyszłości może stać się kanwą jakiejś opowieści, kto wie.

Wracając do tej mapy z nazwiskami: na jej drugiej stronie jest jeszcze kilka dopisków: „Półbogowie greccy. Co wiem o każdym z nich” (niechybnie ręką taty), „sobota 5 lekcja zajęcia pratyczne” (bez „k”, ręką inną niż tatowa) oraz szkic trzech stylów kolumn greckich, co wygląda na pospiesznie czynione notatki podczas lekcji czy zaraz po nich.
No i tak właśnie wygląda moje chomikowanie.
Przyszło mi na myśl, że może powinienem poprawić pierwsze, focjuszowe, zdanie tego listu na: „Przeczytałem kilkadziesiąt map z archiwalnej teczki mojego taty oraz niedokończoną i niewydaną książkę mojego brata pt. Rodzinna Bydgoszcz (rozdział pierwszy)”. Może to brzmi lepiej? No i przecież mapy też się „czyta”, prawda?
Ściskam mocno,
K.
Drogi Krzysztofie,
Przeczytałem Twój list i listę nazwisk na jednej z dołączonych do niego fotografii – ja niestety swoich krewnych tam nie odnajduję…
Ta miniaturka to absolutnie wspaniała rzecz! I już teraz wyjawiam coś, co skrywam w sercu od lat: jeżeli kiedykolwiek napiszę jakiegoś swojego Stonera – to jest swoją powieść współczesną o intelektualiście-klasyku-akademiku – to pierwowzorem bohatera głównego będziesz Ty; na pewno nie ja sam. Twoje małe śledztwo po raz kolejny uświadamia mi nie tylko marność i nijakość moich kronik rodzinnych, ale też fenomenalną Twoją umiejętność introspekcji (może w ogóle moja książka o Tobie nigdy nie będzie potrzebna, bo z tych listów ułoży się Bielawski jeśli nie „pełny”, bo to nigdy nie jest możliwe, ale „bogaty” na tyle, że inne zbliżenia będą wtórne i niepotrzebne?…). Jakkolwiek nazwiemy ten proces: psychoanalizą, dechomikizacją czy autobiografią na cztery ręce, ryba wzięła! (Co piszę a propos także Twojej wzmianki o „kawałku jeziora Skąpego w okolicy Wiela, jedynego jeziora, w którym niekiedy łowię ryby”. No niech mnie! Nie dość że drwal, pszczelarz i góral… to jeszcze ryby łowi w Borach Tucholskich! Odsłaniaj się dalej, proszę!).
Ale wrócę do Bielawskiego-detektywa. Twoje poszukiwania całkiem na serio są frapujące, a ich efekt zachwyca. W dwojakim rozumieniu: raz, że – zdaje się – istotnie odnajdujesz jakieś wyrwane kartki z życia swego ojca (i brata przy okazji); dwa – bo pokazujesz „recepcję antyku” taką, jakiejś się domagam (a badacze tego zjawiska patrzą na mnie z dezorientacją)! To jest: tę W ŻYCIU, ŻYCIEM, DLA ŻYCIA. (Jak wiesz, moim największym sukcesem naukowym jest przepchnięcie jako książki habilitacyjnej opowieści o PRZEŻYWANIU Homera…). Wczytuj się tak w swoje dzieje i pisz mi o tym! To jest modelowa mikrohistoria, a przy tym świadectwo jakoś poruszające…
Nie tylko ja przeczytałem ten list, ale też… Google Notebook; narzędzie, które postanowiłem przetestować na tekście, nad którym akurat myślałem. Padło na Twój list o mapach. Nie wiem jeszcze, co o efekcie myśleć: jestem zdezorientowany. Notebook po kilku chwilach „generowania odpowiedzi” wypluł niespełna 20-minutowy odcinek podcastu, w którym dwie osoby (?!)… rozmawiają o Twoim liście!
Weszliśmy, oczywiście, w fazę, kiedy AI i to, co potrafi, nie może już dziwić, a jednak czuję się z tym niekomfortowo: rozmówcy brzmią jak żywi i rozmawiają… jak… ludzie. Nie „halucynują”, nie „zmyślają”, nie „dopowiadają”. Po prostu prowadzą sensowną, ciekawą i kompetentną rozmowę o tym, co do mnie napisałeś. I do tego – jak reklamowane jest to narzędzie – „językiem przystępnym”. Czy tak wyglądać będzie np. nauka do egzaminów z literatury? Myślę, że już tak wygląda – o ile tylko studenci mają PDF-y książek, a mają… „Po co czytać, skoro…?”.
Ten czas już nadszedł i walczyć z wiatrakami nie ma co. Zawsze więcej po ziemi chodziło takich, co wybierali skróty niż tych, co pchali się w chaszcze i utrudniali sobie drogę. Nie ma w tym zresztą nic złego: nikt dziś nie podróżuje drezyną, nie wysyła wiadomości telegrafem i ręcznie nie kopiuje książek…
Ale w zestawieniu z Twoim szperactwem, chomikowaniem (wyblakłych pewnie nieraz) notatek i szpargałów (które są świadkami spraw dawno minionych) to, czego świt niewątpliwie obserwujemy – przyznasz – jawi się wyjątkowo jaskrawo! Nie chodzi mi o to, że jesteś (ba, jesteśmy!) z epoki już minionej – to jasne. Jak pisał Schopenhauer: „Na korytarzu za drzwiami już słychać kroki tych, którzy będą nieśli twoją trumnę”. Myślę o tym, jak bardzo musi zmienić się humanistyka, by przetrwać jako humanistyka. Jak bardzo nieakademiccy musimy odtąd być w tym, co robimy! Jak bardzo inaczej musimy teraz myśleć, by nie zniknąć bez śladu w brzuszysku cyfrowego potwora!
Paradoksalnie: będzie to powrót do korzeni myślenia.
Jeszcze dekadę temu moje książki „objeżdżano” za ich „subiektywizm”; nie zdziwię się, jeśli za kolejną dekadę (albo szybciej!) – wszystkich „pracowników naukowych” obowiązywać będą wytyczne, jak subiektywizować pisanie, by zasłużyć na punkty. Jest też scenariusz czarny: akademia będzie brnęła dalej w fikcję „obiektywizmu”, „naukowości” i „akrybii” w humanistyce i tajemnicą poliszynela będzie, że „publikacje naukowe” piszą, tłumaczą, recenzują, czytają i przetwarzają już tylko boty AI.
Ale może ma ten czarny scenariusz swoje zalety także i dla nas – nie tylko nas-humanistów, ale konkretnie nas dwóch? Wyobraź sobie np., że Bielawski-bot i Hajduk-bot korespondować będą ze sobą spokojnie za sto i pięćset, i tysiąc lat… Miłe. Czy nie byłoby to jakimś pocieszeniem?
Pozdrawiam (póki co ja-realny) (póki co Ciebie-realnego)
J.
Do katalogu:
Philip K. Dick, Ubik. Tum. M. Ronikier, Poznań 1975 (i późniejsze).
Zażartował kiedyś Mrożek, że pisarz powinien mieć twarde siedzenie. Nie idzie bynajmniej o wytrzymałość sempiterny na ewentualne razy będące efektem rozpowszechniania dzieła, lecz o sam proces twórczy: nie wierząc w natchnienie, Mrożek siadał do biurka i czekał na pomysł; co czasem trwało. Patrzył najpewniej w kartkę leżącą na blacie lub wystającą z maszyny, później w ekran… Z kolei Białoszewski, opływając „Batorym” Europę, zatęsknił do swoich nocnych praktyk w domu matki w Garwolinie: „Stawałem w ciemnej kuchni w nocy, w zimie i wpatrywałem się w tą ślepą ścianę niedobudowanej willi sąsiadów. Stałem tak nieraz pół godziny, z godzinę. Za oknem nawet nie było śniegu, tylko szaro, sterczące badyle i ta ściana”. Mironolodzy lubią wracać do tego passusu, zwłaszcza ci rozważający duchowość autora Oho, jego transy, medytacje, odmienne stany. W każdym razie obaj panowie, jak widać, zwykli intensyfikować umysł przed pisaniem, Mrożek bezpośrednio przed, Białoszewski przed, za jakiś czas i w ogóle. Ale Mrożek też miałby być mistykiem? A metafizykiem przynajmniej?
W 2023 nakładem Noir sur Blanc ukazały się Zagadki bytu, pięknie wydana antologia Mrożkowskich opowiadań i stosownych rysunków. Z przyjemnością uchyliłbym kaszkietu przed autorem kolekcji (podejrzewam zresztą, że przed autorką), niestety, pod tym względem edycja pozostaje wierna tytułowi: zagadkowa. Na skrzydełku czytamy: „Wybór tekstów Sławomira Mrożka, w którym śmierć (cóż za niepraktyczna forma!), oniryczność i wątki metafizyczne splatają się w jeszcze jeden obraz Mrożkowego absurdu i przenikliwego spojrzenia na ludzką naturę”. Istotny i potrzebny zbiór, można by tylko – książka liczy nieco ponad dwieście stron dużego, przyjemnego druku, do tego sporo ilustracji – dorzucać kolejne teksty.

W 2014 wydawnictwo Homini ogłosiło Rekolekcje z opowiadaniami Sławomira Mrożka. Przedpola teologii absurdu, autorstwa Bernarda Sawickiego OSB. Wprawdzie w Małym słowniku teologicznym Karla Rahnera i Herberta Vorgrimlera nie ma hasła ABSURD (a powinno być zaraz po pierwszym, czyli po ABSOLUCIE; ach, figle alfabetu), skoro jednak poważni myśliciele rozprawiają o egzystencjalizmie chrześcijańskim, to dlaczego komuś żałować teologii absurdu. Zakonny pisarz nie usiłuje rechrystianizować Mrożka, w ogóle o Bogu w książeczce niewiele. Owszem, wolność, zgodnie z chrześcijańską wykładnią, jest rozumiana antytetycznie: „Trzeba tu zachować dyskrecję i pozostawić każdemu wolność. Jest to w pierwszym rzędzie wolność od świata. W drugim – wolność otwarcia na Absolut”. Ale zaraz w następnym zdaniu robi się zdecydowanie mniej oczywiście: „W tej przestrzeni wolności istnieją dokładnie określone obszary jej aktualizacji: kontestacja, ironia czy bunt”. Opowiadań Mrożka używa o. Bernard trochę w roli exemplów, w celach nie tyle umoralniających, ile refleksyjnych, może z dalszym tłem terapeutycznym. Tak, od czasu do czasu zabrzmi fraza trącąca pedagogiką, ale bo też autor rekolekcji jest zakonnikiem (ja zaś mrożkistą).
Pisze ksiądz Sawicki, iż miał kiedyś bezpośrednią okazję z Mrożkiem. „Powiedziałem mu, że zaintrygowało mnie formalne i stylistyczne pokrewieństwo jego opowiadań z apoftegmatami Ojców Pustyni i wynikające stąd duchowe implikacje, nieco się zadumał i powiedział tylko jedno słowo: «Ciekawe»”. Słowo cokolwiek dwuznaczne, a usłyszane z ust Mrożka już nieledwie aporetyczne, nie będę więc powtarzał tego przymiotnika w odniesieniu do książki, powiem tylko, że jest intrygująca. Po pierwsze zatem, Mrożek jako rekolekcyjne źródło zdecydowanie różni się od mielizn popularnego odbioru jego dzieła i potocznych komentarzy. Po drugie, benedyktyn przywołuje zazwyczaj mało znane teksty pisarza. Radzi czytelnikowi, by miał opowiadania pod ręką, na wszelki jednak wypadek każde z interpretowanych opowiadań jest przyzwoicie streszczone, co, wbrew pozorom, nie jest łatwą sztuką. Po trzecie, proponowane interpretacje są oryginalne i konsekwentne, odwołują się do złożonego rozumienia absurdu. To dobre prawo księdza Sawickiego, aczkolwiek nie sposób uniknąć różnic między podejściem teologa a filologicznym i wynikającej z tego odmiennej hierarchii znaczeń.

W opowiadaniu Rozwój bohater przygląda się poruszającym się po kuchennej podłodze karakonom. Na mgnienie oka (ludzkiego) robaki układają się w Ostatnią Wieczerzę, za czas niedługi w Śniadanie na trawie, następnie w obrazy impresjonistów, kubistów, surrealistów, Warhola – potem już główna postać nie dostrzega celowych przedstawień i dochodzi do wniosku, że to jej wina: „Oj, ja głupi, jakże coś zobaczyć mogę, kiedym się jeszcze nie rozwinął. One już pewnie w dwudziestym piątym wieku (bo po północy już było a szybko biegały), a ja wciąż pod koniec dwudziestego. Percepcja mi nie nadążyła, ot co”. Owady jako kolektyw i zgodnie z prawami ewolucji widać wyprzedziły jednostkowego bohatera. I właśnie ta teza o postępie, także w sztuce, w wyniku którego Warhol miałby być lepszy od Leonarda, jest obiektem szyderczej acz wymyślnej ironii Mrożka. Kpi on poza tym z postulatów, zgodnie z którymi sztuka i literatura muszą nadążać za życiem – rozwojem – społecznym. Tymczasem autor rekolekcji zaczyna: „Nasza percepcja zewnętrznego świata powinna brać pod uwagę także perspektywę czasową. Jak zauważa narrator, wszystko zmienia się i ewoluuje. To jeszcze bardziej komplikuje sprawę naszego zrozumienia innych światów”. Zgoda, wkrótce ksiądz Sawicki konstatuje, że „nie można jasno nawet ustawić perspektywy analizy”, uwaga ta świadczy o dystansie wobec własnych narzędzi badawczych. Nie zarzucę o. Bernardowi ani interpretacyjnej niekonsekwencji, ani braku poczucia humoru. Obawiam się przecież, iż jego metoda niekiedy luźniej przystaje do Mrożka, skutkiem czego wybitnie istotne jakości jego prozy umykają.
W opowiadaniu Szuler zaś tytułowy cudzoziemiec już na wstępie określa się takim mianem, mimo to bohaterowie, być może racjonalizując własny pociąg do hazardu, decydują się na karty z nim, talia idzie w ruch. Beyer, Nowosądecki i bohater-narrator przegrywają kilkakrotnie. W końcu przybysz wyjaśnia, dlaczego na początku przyznał się do szulerstwa: „Chciałem oczyścić i wypróbować waszą wiarę. Powinniście wierzyć w wygraną wbrew oczywistości, że nie możecie wygrać. Tylko taka wiara jest prawdziwa, a wszelka wiara, która szuka poparcia rozumu, nie jest prawdziwą wiarą”. Gdy Nowosądecki nalega na dalszą grę, cudzoziemiec oświadcza: „Pańska wiara przynosi panu zaszczyt”. Przecież to interteksty Ewangelii! „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” (Mt 14, 31) – pyta tonącego Piotra podający mu rękę Jezus, który stoi na powierzchni jeziora. Tomaszowi z kolei wyrzuca: „Uwierzyłeś, dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29). Uzdrowionemu trędowatemu rzecze: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła” (Łk 17, 19). Podobne słowa słyszą ślepiec pod Jerychem (Mk 10, 52; Łk 18, 42) czy kobieta cierpiąca na krwotok (Mt 9, 22; wszystkie cytaty według Tysiąclatki). Pierwszy z urywków z Mrożka o. Bernard cytuje, lecz do Biblii nie odsyła. Mało prawdopodobne, żeby nie pamiętał, czyżby, hmm, taktownie przemilczał, skoro o prawdziwej wierze mówi szuler? Niekoniecznie. Da się wprawdzie uznać wypowiedzi oszusta za parodystyczne aluzje do słów Jezusa, jednakże w tradycji chrześcijańskiej pamięta się też sławną parafrazę słów Tertuliana: „Credo, quia absurdum” (nomen omen… ale żeby o tym, przede wszystkim zaś o Ewangelii przypominał wielebnemu ateusz?). No i szuler z opowiadania „odchodził na przełaj przez pole, ale było już za ciemno, żeby stwierdzić, czy zostawiał ślady”. Bohaterowie mieszkają na pustkowiu, narrator zaznacza wcześniej, bez entuzjazmu, że mogą wychodzić na spacer, wyłącznie jednak po to, by po powrocie oglądać przez okno własne ślady na śniegu. A w przypadku szulera chodzi o stwierdzenie, czyli w ogóle o istnienie jego tropów, nie zaś o widzenie ich, uzależnione od światła. Sugeruje tedy narrator, że cudzoziemiec mógł śladów nie zostawiać – jak duch, istota skądinąd, w każdym razie nie jak każdy człowiek.
Dosyć ma dzień swojego utrapienia. Do Mrożka zatem.
ADAM POPRAWA
W filii nazistowskiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Cieplicach mieszkają ludzie i pustka po ludziach. Żywi korzystają z tego, co zostało po zabitych. Betonowe słupy ogrodzenia z drutu kolczastego służą jako paliki na sznury do suszenia prania, łaźnia obozowa przechowuje wózki dziecięce i rowery. Przy granitowym głazie, pomniku ofiar faszyzmu, walają się niedopałki i puste butelki po piwie, bo miejscowy element urządza tu zakrapiane „biby pod skałką”. Przy końcu wyasfaltowanej Lagerstrasse, przemianowanej na Wojewódzką, kleją się do siebie blaszaki. Nie dla wszystkich aut wystarcza miejsca, dlatego granatowe fordy z pordzewiałymi błotnikami i zakurzone merole na niemieckich blachach parkują na dawnym placu apelowym.

Powróćmy do 1945 roku, kiedy Bad Warmbrunn przepoczwarzało się w Cieplice Śląskie-Zdrój. Pierwsi przesiedleńcy zajmowali dostojne pensjonaty i wille z żabotami balkonów, logiami i galeryjkami. Oszałamiający bezlik kratek, zawijasów, liści, płatków i gruzełków wystrugali tutejsi snycerze, którzy bawili się w secesję na miarę górskiego kurortu. Krzesali z drewna płomienie, cyzelowali portale: tu kokarda, tam ogon, pozłacany grzebyczek, szlaczek, sprężyna, do tego pawie oko i muszla wciśnięta pomiędzy okiennice zamykane na haczyk.
Szybko ubywało domów z wykuszami, pensjonatów z pruskim murem i apartamentów z widokiem. Znikały mieszkania w familokach, pokoiki na poddaszach i sutereny, ale w do baraków przy Lagerstrasse nikt nie zaglądał. Nieotynkowane, osieciowane drutem kolczastym, mokły i butwiały. Wspominały czasy, kiedy mieszkali w nich więźniowie: trzystu zdolnych do pracy gnieździło się w czterech niewysokich, podługowatych blokach, pozostałych trzystu, tyle że chorych, upchano w rewirze, czyli obozowym szpitalu. Dusili się, leżąc jeden na drugim, jak chude brzózki przeznaczone do spalenia. Od reszty lagru dzieliły ich zasieki płotu cierniowego i esesmańskie mausery.
Dur miał się dopalać w szpitalu. Esesmani liczyli, że objęte kwarantanną wszy, pluskwy i pchły nie odważą się samowolnie przekroczyć najeżonej kolcami granicy. W rewirze więziono też lekarzy. W apteczce nie mieli jodyny ani zastrzyków, chyba że z fenolem. Dostali garść przeterminowanych leków nasercowych, przydatnych jak widły do nalewania zupy. Zdrowymi, jeśli tak można powiedzieć o zagłodzonych häftlingach, opiekował się dentysta. Jego terapia sprowadzała się do oględzin gardła. Podczas badania skrzętnie notował złote koronki i mostki, żeby je w odpowiednim czasie wydłubać. Musiał się uwijać z robotą, więźniowie masowo umierali: z głodu, zimna i tyfusu.
Bo zaraza miała się dobrze. Krnąbrne insekty przełaziły przez zasieki i czepiały się robotników, którzy rozkładali Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG na cząstki elementarne: rozwłókniacze, kolektory, taśmy, sita i cylindry, wstrząsarki i suszarki, kalandery, nawijarki, przewijarki, silniki, pompy i kompresory. Pochód pasiaków maszerował Reibnitzerstrasse (dzisiejszą Lubańską), mijał osiedle domów wielorodzinnych zaprojektowane przez uzdolnionego Kurta Langera i ocierał się o niskie, ażurowe płotki. Hausfrauen modliły się, żeby kolumny obszarpańców nie budziły psów podwórzowych, nie straszyły dzieci pałaszujących owsiankę, nie paskudziły wypucowanych chodników. O świcie przezornie zamykały okiennice. Po zmierzchu przemarsz tupał co prawda czółnami, ale już nie mącił swoim widokiem osiedlowego ordnungu.
Więźniowie musieli tyrać po trzynaście godzin dziennie. Toczyć, wiercić, piłować, odśrubowywać, ćwiartować, upychać w skrzyniach, pieczętować, dźwigać na rampę, a niemieccy brygadziści notowali, ile i czego, co z czym i w jakiej kolejności należy pakować. Przedsiębiorczy pan Dörris, właściciel fabryki maszyn do produkcji papieru, przygotował się na wojenne niespodzianki. W odpowiednim czasie, w niemieckim miasteczku Düren przy granicy z Francją, kupił sobie podupadły zakład. Po upadku III Rzeszy fabryczka rozkwitła i wypuszczała w świat maszyny do produkcji papieru; jota w jotę jak cieplickie wynalazki.
Wróćmy jednak do Cieplic. Kiedy zabrakło mieszkań na poddaszach, suteren i pokoików w familokach, urzędnicy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego zaczęli myszkować po obrzeżach. Przypomnieli sobie Lagerstrasse.
– Całkiem do rzeczy te baraczki. Co myślicie, towarzyszko?
– Gdyby otynkować, będą niczego sobie. Czy odkazić obóz?
– Obywatelko, taka wesz długo nie pożyje. Kiedy wyszli więźniowie?
– Będą już dwa lata.
– Mendy się rozpełzły, a niedobitki wytnie wapno.
Obozowi przyglądała się też Fabryka Maszyn Papierniczych Fampa. W spadku po Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG przejęła ogołocone hale produkcyjne i puste magazyny. Obóz należał się jej niejako per continuum. Więźniowie pracowali przecież przy wywózce fabryki. Ktoś wpadł na pomysł hotelu robotniczego. Kampania ściągająca monterów, hydraulików, spawaczy, tokarzy i mechaników szła pełną parą. Kadrowe podróżowały po Polsce, żeby werbować. Zasadniczą Szkołę Zawodową w Gołdapi skusiły obietnicą: kto się zaciągnie do Fampy, nie musi zdawać egzaminów. Zgłosiło się dwudziestu chłopaków i zamieszkali w obozie koncentracyjnym.
Z okien widzieli plac apelowy. Niedawno zbierali się tu różnych rang esesmani, arcykaci i władcy obozowi, lagrowi, blokowi, schreiberzy, najmici, eltesterzy, czyli starszyzna i reszta szlachty obozowej, zgraja kulturvolków wśród nich rapportführerzy, blockführerzy, otoczeni czeredą sługusów, noszących na rękawach emblematy swojej nieograniczonej władzy. Tu pędzono zugangów, czyli nowo przybyłych. W listopadzie 1944 roku na plac apelowy przydreptał Leopold Rosenbaum, profesor filozofii.
Miał na sobie wełniany płaszcz w pepitkę z żółtą gwiazdą na sercu i szyte na miarę, dopasowane do wysoko podbitej stopy, wiedenki. Palce Rosenbauma zdrewniały na uchwycie skórzanej walizki zapiętej metalowymi klamrami i zaszyfrowanej. Na żądanie podkreślone uderzeniem kijem w kolano, zdradził sekwencję cyfr, w zamian otrzymał numer, który miał mu odtąd zastąpić imię i nazwisko. Na kolejny rozkaz, zdopingowany kopniakiem w brzuch, rozebrał się do naga, złożył w kostkę płaszcz i szary prążkowany garnitur, ustawił noskami do siebie buty z porządną przyszwą, grubą zapiętką i poszedł do łaźni. Wspólna kąpiel zugangów trwała na tyle krótko, że lodowata woda nie odcięła mu krążenia w nogach i zdołał się dowlec do fryzjera. Strzyżono go maszynką, wszędzie w kroczu i pod pachami. Ukoronowaniem tych zabiegów kosmetycznych było wygolenie na głowie szerokiego na trzy palce pasa od czoła aż po tył głowy. Dostał pasiak, drewniane czółna i – już nie jako filozof Leopold Rosenbaum lecz häftling o numerze 12468 – zamieszkał w baraku numer 4, na lewo od głównej bramy filii obozu Gross-Rosen, w kurorcie Bad Warmbrunn.
Tenże häftling tak cenił Niemca Immanuela Kanta, że nawet w lagrze opowiadał o nim współwięźniom: o tym, jak o piątej rano lokaj bezszelestnie uchylał drzwi sypialni i budził Kanta wyszeptanym „już czas”. Że punktualnie o siódmej ten sam kamerdyner podawał gorzką herbatę. Potem przetrząsał szafy, wyjmował szare pończochy, koszulę, frak z brunatnego sukna podszyty jedwabiem i złote spinki do mankietów. Że punktualnie o godzinie jedenastej wyrychtowany Kant kroczył na wykład, a tłumacząc świat, wpatrywał się w najbliższego studenta. Byłoby dobrze, gdyby ów żak skamieniał jak czerstwy bochenek chleba, bo każdy grymas twarzy, nowa zmarszczka czy tik nerwowy mogły rozdrażnić prelegenta. Brak guzika przy surducie był powodem do przerwania wykładu. Tak samo plątał Kant myśli, gdy student guzik przyszył: „Zechce pan odciąć guzik, od którego odwykłem”.
W obozie Leopold Rosenbaum odwykł od rzeczy ważnych i drobiazgów takich jak jedzenie, picie i spanie. Może umarł przy produkcji maszyn do zabijania ludzi albo przy rozbiórce maszyn do produkcji papieru. Nie wepchnięto go bowiem do ciężarówki z plandeką, która charczała i smrodziła, wspinając się pod górę wsi Gotschdorf (dzisiejszego Goduszyna). Za szkołą, za przysłupowymi domami tkaczy, za cmentarzem okolonym murem rozsiał się niewielki las: brzózki, dąb z przetrąconym kręgosłupem, buczyna o liściach skręconych w tutki. I sosny w barwach ochronnych jak moro żołnierzy piechoty.
Jeszcze wiele lat po wojnie studenci medycyny łazili po „żydowskim lasku”. Wystarczyło pogrzebać patykiem w liściach, by natknąć się na czaszkę. Jedna z nich przypominała księgę. Na sklepieniu i potylicy wyryto gwoździem nazwiska. Kulfoniaste słowa odsłoniły się po wygotowaniu kości w emaliowanym garze z garbatą przykrywką. Niełatwo było odszyfrować bazgroły. Leopold Rosenbaum nie znalazł się na tej wyjątkowej liście. Był na innej.
Pomysłowy pan Dörries miał głowę na karku i pasiaków pod dostatkiem. Liczył, co prawda, na więcej, w lagrze trzymano ośmiuset więźniów, a pracowało tylko trzystu.
–Tuczysz symulantów – beształ lagerführera Szakacsa. – Zagoń trutni do zakładu. Taśma ich wyleczy.
Kiedy jeszcze wojna szła pełną parą, Dörries przestawił produkcję na militaria. Specjalnością fabryki stały się ciężkie haubice schwere Feldhaubitze 18 (s.F.H.18) i lekkie koszulki odłamkowe dla granatów ręcznych. W skorupy z kurortu ubierały się granaty na łodydze (Stielhandgranate 24) i granaty jajowate (Eihandgranate 39 przezywane pieszczotliwie M39 od roku narodzin). W ceglanym budynku z żeliwnymi oknami budziły się setki, jeśli nie tysiące kotwic. Kotew życzyły sobie miny morskie. Wokół Europy było przecież tyle mórz do zaminowania, tyle statków wypełnionych młodymi marynarzami do rozerwania, tyle okrętów podwodnych do rozszarpania. Gdy losy zrobiły woltę, häftlingi musieli rozłożyć całą fabrykę na części i wpakować do pociągów jadących w głąb Rzeszy, aż pod francuską granicę.
Sześć dni w tygodniu pędzono więźniów z Lagerstrasse do Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG. Kominy dymiły, ciężarówki kopciły, nad uzdrowiskiem unosiła się bura kurzawa. Esesmani dopingowali maruderów kolbami karabinów, brygadziści pałkami, szajskapo kasował markę za wyjście do ubikacji. Natomiast majster pilnował, żeby nie podpierać ścian, tylko uwijać się przy tokarkach i szlifierkach. Księgowy płynął pomiędzy pasiakami i notował w rubrykach pierścienie i głowice, trzonki, klamry i pazury, czerepy, bębny i ciężarki, pręty, liny i przetyczki. Niczego nie mogło brakować. Każda część ważyła sporo reichsmarek. Skrupulatnie, jak przystało na niemieckiego buchaltera prowadził też swój osobisty spis ludzi. Sporządził opasły, dwutomowy inwentarz. Każdą z dwustu czterdziestu dwóch stron poszatkował tabelami. Każda tabela miała samoswoją grubość. Każdego więźnia przedstawił z imienia i nazwiska, każdemu przyporządkował numery (swój i obozowy), numerowi przymiot: „A”, czyli arbeitsfähig – zdolny do pracy, „L” langsam – opieszały, „K” krank – chory.
Księgowy z Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG był solidny i akuratny, bo nazwać go pedantycznym byłoby lekką przesadą. Kaligrafował wpisy, błędną notę zaklejał przyciętą na wymiar karteczką. Śmierć pasiaka zmuszała go do wysiłku. Musiał sięgnąć po blok techniczny, przyciąć papier na wymiar, posmarować klejem biurowym, przyłożyć, docisnąć, odczekać aż klej stężeje. Psioczył, kiedy symbol „K” zaślepiał karteluszkiem z wielką literą „T”, co znaczyło martwy (tot). Syczał jak wąż, kiedy pochylał się nad häftlingiem Leopoldem Rosenbaumem o numerze 12468, który najpierw zasłużył na literę L – leniwy, zaklejoną kwadracikiem z grubym, czarnym T. Śmierć dopadła go 13 lutego 1945 roku.
Za niedługo więźniów z Lagerstrasse pognano na dworzec kolejowy. Przy rampie czekały już na nich węglarki typu Villach. Trzy osmolone wagony.
Pasiaki gramoliły się do środka, spadały z metalowych stopnic, esesman kopniakiem popędzał maruderów i rytmicznie sylabizował acht-und-zwan-zig, neun- und-zwan-zig, drei-zig. Na rozkaz gwizdka i ciętego: szlus! robotnicy obsiedli wagony niby tłuste muchy padlinę i przybili do ścian okorki, coś w rodzaju dachu. Przerobili węglarki w trumny. Na ostry gwizdek pociąg wyturlał się z kurortu Bad Warmbrunn.
Baraki przy Lagerstrasse przez kilka lat mokły i butwiały, zanim wprowadzili się do nich chłopcy z Gołdapi. Dziś w obozie mieszkają ludzie i pustka po ludziach. Żywi korzystają z tego, co zostało po zabitych.
AGNIESZKA KANIA
X
To była paschalna uczta tegoż roku,
wieczór pootwierał oczy gwiazdom,
mrok przejrzysty jak rzadka zasłona
zachęcał do spokoju, bośmy odeszli
z domu niewoli i stale wspominamy
synajskie przymierze, które istnieje,
choć może się kruszyć, może łamać.
Na okazały rożen jagnię nasadzamy,
jak na krzyż wysoki i wywyższający,
i pieczemy w ogniu, pierwszy kielich
wznosząc, jedząc liście ziół gorzkich
z chrzanem i tymiankiem, a kawałki
chleba w sosie maczamy z pachnącą
bazylią, następnie baranka bez skazy
spożywamy taktownie, kielich czasu
pomyślnego pijąc w serc wzruszeniu.
On, półleżąc, zgodnie ze zwyczajem,
nagle ogłasza, obniżając tembr głosu,
że już więcej nie będzie wraz z nami
wieczerzał ni pijał z płodów krzewu
winnicznego, aż przyjdzie obwołane
przez Niego wielkie Królestwo łaski.
Niewiele z tych słów mogliśmy pojąć,
patrząc w Jego oczy, podekscytowani,
bo Chleb – Ciało swe za nas poświęca,
Krew swą wylewa, byśmy żyć zaczęli,
prawą ofiarę niosąc w sercach swoich
i w marzeniach miłych, po czym nam
nogi schylony obmywa, bez ceregieli,
nie zważając na nic, Piotr na to grubo
się podnosi, aby w końcu przyjąć dar
umiłowania, Judasz odchodzi smutny,
grozą udręczony, by z samym życiem
zmierzyć się zdradliwym, które bodaj
na pozór ocala, na pozór mrok płoszy.
W 1984 roku, podczas diakońskich przygotowań do przyjęcia święceń kapłańskich, zapytywałem samego siebie: czego się najbardziej obawiasz w swej przyszłej posłudze? I wówczas, niemal odruchowo, odpowiadałem, że już na samą myśl o Mszy Świętej, o tym, że będę stał przy ołtarzu jako alter Christus („inny”, „drugi” Chrystus) zaczynały drżeć moje ręce, oddech prawie zanikał. Miałem wszak przewodniczyć liturgii w imieniu i z upoważnienia samego Chrystusa. Cóż za niewyobrażalne doświadczenie, jak mam mu podołać, nie popaść w zabójczą rutynę, spoglądać wciąż żywym i odświeżającym spojrzeniem na perykopy ewangeliczne? – zastanawiałem się z niepokojem.
Tamto przeżycie trwa właściwie do dzisiaj, a postawione wtedy pytanie nadal zalega pod sercem, trapi wolę i umysł. Oczywiście, wiele się od ubiegłego wieku zmieniło, ale Msza Święta nadal wpływa w zasadniczy sposób na styl mojej religijnej obecności, przenika ją i porządkuje. Nie chodzi tylko o to, żebym w jak najbardziej prawdziwy, żarliwy i pokorny sposób sprawował Eucharystię, choć to rzecz zasadnicza. Powinienem również rozważać to wszystko, co ona wyraża, z dnia na dzień umacniać, że postawa wierzącego łączy się z dziękczynieniem (etymologicznie „Eucharystia” oznacza przecież dziękczynienie). Stąd nieodzowność takiego profilowania codzienności, aby przez nią przejawiało się uwielbienie Boga. Sam Jezus pozostaje w tej sprawie – jak i w każdej innej – najważniejszym wzorem, kiedy spogląda w niebo, zanosi do Ojca prośbę i zarazem podziękowanie: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś Mnie wysłuchał”. Rozdawanie siebie samego przez Jezusa to znak, że miłość Ojca bez reszty wydaje swego Syna na pokarm dla świata. Następnie Mistrz odmawia błogosławieństwo nad chlebem, po czym łamie go, co znaczy, że sam zostanie złamany cierpieniem, ale też wskazuje na zdolność nieskończonego pomnażania Jego daru, czego Duch Święty będzie dokonywał podczas każdej Mszy Świętej.

Jakże więc mógłbym rezygnować ze spotkań z Tym, kto ofiarowuje samego siebie za „życie świata”, kto mnie kocha. Codzienność przynosi wielkie zadowolenie dopiero wtedy, kiedy potrafię kogoś tak intensywnie ukochać, że zapominam o egoistycznych zachciankach i że inny człowiek jest w stanie objąć mnie w miłości. Takie przeżycia nadają zasadniczy sens teraźniejszości i przyszłości, ale uwaga: nigdy nie jestem w pełni nasycony, ciągle oczekuję na coś, co będzie mocniejsze, głębsze, co wykracza poza ziemski wymiar, chciałbym po prostu zdobyć wieczność, odnaleźć w osobie Jezusa Chrystusa zapowiedziane królestwo Boże. W tym chrześcijańskim trudzie niebagatelną rolę odegrał ksiądz Piotr Bożyk (1923-2023), powiernik duchowy błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, twórca modelu kultury przykościelnej na terenie archidiecezji białostockiej, kapłan, którego Bóg postawił na mojej drodze życia i który tę drogę kształtował, często z niemałym poświęceniem. Uczył mnie stawiać pierwsze kroki w przestrzeni kultury ministranckiej, zachęcał do korygowania osobistych niedociągnięć i młodzieńczych egoizmów, cierpliwie skłaniał do modlitwy i liturgicznego stylu bycia. Z roku na rok stawałem się sam dla siebie kimś zaskakującym, ale też świadomym osobistych braków intelektualnych i moralnych. Piotr nie zważał na nie, stale przypominał, że jeżeli coś nas bardziej zajmuje, aniżeli chęć naśladowania (we wszystkim, co robimy) chrześcijańskiego sposobu życia, wówczas rozumiemy, że oddalamy się od Chrystusa, z którym jesteśmy związani Ciałem i Krwią – ofiarą Mszy Świętej. Odtąd rozpoznałem, że bez mocy liturgii nie będę w stanie szlachetnie żyć ani podążać ścieżkami wiary.
Znaczącym wsparciem w ujęciu tajemniczego oddziaływania misterium eucharystycznego okazała się poezja i poetyckie widzenie świata. Tę wrażliwość wyniosłem z rodzinnego domu, z lirycznego serca mamy Franciszki oraz z ducha pobożności księdza Piotra. Wsłuchując się w teksty Mszału, ucząc się na pamięć łacińskiej ministrantury i nieco później tej w polskim tłumaczeniu, smakowałem cud eucharystyczny, ową niepojętą obecność Boga pod osłoną chleba i wina. Odczuwałem piękno Biblii, zwłaszcza Psalmów, Księgi Hioba, Pieśni nad pieśniami, czterech wersji Dobrej Nowiny, Listów św. Pawła i poruszającą hieratyczność liturgicznego słownictwa. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie pojęcie tajemnicy jako czegoś nigdy do końca niezgłębionego, otulającego najbardziej istotne sfery istnienia ludzkiej kultury, szczególnie zaś odnoszącego się do Boga i tego, co święte. Co oznaczało, że w poszukiwaniu prawdy najważniejsze pozostają słowa Jezusa, będącego wiarygodnym świadkiem miłości Stwórcy, bez której prawdy nie sposób odnaleźć. A wypowiedzi Mistrza z Nazaretu miały posmak literacki, często zmetaforyzowane, podszyte obrazowością żydowskiej obyczajowości, odsyłające w zasadzie do niewypowiedzianego.
Skoro tak, musiałem podążyć wskazanym tropem, wejść w obszar promieniowania języka poetyckiego, ponieważ jedynie on potrafi uchylać rąbka tajemnicy, sugerować treści niemożliwe do narratywnego przedstawienia. Z tej intuicji wyrosła chęć zmierzenia się z wydarzeniem Eucharystii dzięki środkom, jakich może użyczyć poezja, znajdująca się u źródeł językowej ekspresji ludzkości. Tom Chleb i wino jest właśnie rezultatem tak wyrażonej nadziei. Czy udanym? – to już osądzą szanowni Czytelnicy. W każdym razie należy do rzadkich wyjątków, gdyż w polskiej poezji nurt eucharystyczny, choć obecny od czasów Adama Opatowczyka i Władysława z Gielniowa, nie bywał i wciąż nie bywa szeroko reprezentowany. Rozeznanie w tej kwestii przynoszą zbiory Przed tak wielkim sakramentem. Antologia polskiej poezji o Eucharystii, w wyborze Bożysława Walczaka (Poznań, Wydawnictwo Świętego Wojciecha, 1988); Otwarte niebo: literackie świadectwa przeżywania Eucharystii, pod redakcją Bożeny Chrząstowskiej (Poznań, W drodze, 1992), a zwłaszcza antologia Światło pszennego chleba. Eucharystia w poezji polskiej, w wyborze i opracowaniu Waldemara Smaszcza (Warszawa, PAX, 1996).
Moja propozycja jest całościowa. Starałem się wyrazić w poetyckiej dystynkcji fenomen Boga, który przyjął ludzkie ciało i realnie zamieszkał w rzeczywistości przez siebie stworzonej. Prowadziły mnie teksty Starego i Nowego Testamentu, Tradycja Kościoła oraz lektury teologiczne. Najistotniejszy okazał się jednak sam dukt poetycki, jego siła zakorzeniona w żywiole naturalnego ludzkiego języka, w oryginalnej postaci poetyckiego słowa. Ono bywa wszechpotężne, potrafi wznosić przygodne przeżycia do poziomu trudnego do wyobrażenia i przekazania. Trzeba tylko dysponować (nauczyć się tej sztuki chyba nie sposób) odpowiednią subtelnością serca i umysłu, odczuwać potrzebę współdziałania z poetycką formą, z duchem literackiej ewokacji. W liturgii dokonuje się wszak przeistoczenie chleba i wina, a więc również przeistoczenie człowieka i świata. Po każdej Mszy Świętej wzbogacamy się o cząstkę Bożej obecności, zyskujemy głębsze umocowanie w wieczności, widzimy podwyższenie Krzyża. Nie pochylamy się wtedy w pokornej uniżoności, lecz z czułością wpatrujmy się w biel lśniącej Hostii. To nasza odwaga wiary, widzenie przekraczające wzrok, przebłysk tajemny, świadomość, że dokonuje się zbawcza ofiara. Zbiór Chleb i wino zaprasza do medytacyjnego wejrzenia pod podszewkę tajemnicy, którą rozjaśnia miłość – caritas Trójjedynego Boga. Chce towarzyszyć tym, którzy są zdolni do bycia w orbicie wiary, jak i tym dopiero wstępującym na tę drogę, odpowiedzialnie oczekującym na transcendentne Światło.
ks. JAN SOCHOŃ
Posłowie do tomu poetyckiego „Chleb i wino” opublikowanego nakładem Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego (Bydgoszcz 2026).