HOME

GHG

Daty mogą mieć swoje czarodziejstwo – potrafią błyszczeć radosnym splendorem, jak i odsłaniać mroczne lśnienie tragedii. Mogą stać się czymś tak prywatnym, że wolimy, gdy stopniowo będą zaniedbywane, w stanie pośrednim między pamięcią jeszcze dotykającą czegoś żywego, a leniwym odruchem wyciągania z kalendarza imion, nazwisk, którym należy się jakiś obrządek. Dwadzieścia pięć lat temu nie byłam uszczęśliwiona nagłym zadurzeniem się polskich czytelników w pisarstwie Gustawa Herlinga-Grudzińskiego: właśnie wtedy, w okresie tuż poprzedzającym i następującym po jego śmierci. Oczywiście, mówiłam sobie, w wypadku wybitnego pisarza nie ma sensu oddzielać hołdów „dobrych” od „niedobrych”. Otaczający go – choćby na krótko – entuzjazm jest zawsze należyty, pobłogosławiony. Jest kompensatą cienia, który za nim szedł, cienia rozpaczy, cienia niewiary. Jest próbą wejścia w jakąś relację uczuciową, nieważne, że spóźnioną i służącą już tylko nam samym. „Dobra” historia literatury powinna opowiadać o wszystkim: również o pomyłkach i potknięciach Herlinga, o trudności przedzierania się na miejsce, o którym wiedział czy też pragnął, by do niego należało. Miejsce z tych najwyższych. Były też zawroty głowy, które go chwytały, gdy zdawał sobie sprawę, że zbliża się do czegoś najważniejszego (zwykle był to splot miłość-śmierć) i wtedy na moment opuszczała go dyscyplina i nie dbał, że popada w dziwactwa, jakich by nie zaakceptował u innych. W takiej historii literatury byłby paragraf o czytelniczym odbiorze, o nierównej wymianie, o krążeniu wielkoduszności pisarza i jego małych satysfakcji…

Jesteśmy, jestem już o dwadzieścia pięć lat starsza, moje myślenie o Herlingu przechodzi na nieco inne obszary, ale zawsze jest mgnienie zachwytu. Ten człowiek z jego biografią, z niesamowitą młodością na dalekiej Północy, z heroiczno-dramatycznym wiekiem męskim, z czymś co może się kojarzyć z przekleństwem w życiu uczuciowym; z przyjaźniami należącymi do najpłodniejszych jakie wydała nasza historia; z długim późnym owocowaniem, które nie miało nic z „zawodu literata”, było dopracowaniem się świata wewnętrznego całkowicie suwerennego. W tym sensie stał się dla mnie gwiazdą na europejskim horyzoncie, który był ojczyzną humanizmu i zakorzenienia się humanizmu w tym, co go przekracza. A skoro przypadek, który można określić jako straszny i wzniosły, który wygnał go z Anglii, wygnał z Niemiec, sprawił, że jego życie zrosło się z geografią i historią Włoch, lubię myśleć o nim na tle krajobrazów i kultury włoskiej. Te oczarowały go, stając się tworzywem, którego nie mógłby oddzielić od własnej osoby. Z tego zaś wynika cały łańcuch innych zdarzeń: wśród jego czytelników wychowała się pewna liczba takich, dla których Włochy stały się sprawą miłości.

Nie oznaczało to jakiegoś zharmonizowania. W latach moich pierwszych podróży znałam słabo książki Herlinga, nie były łatwe do zdobycia. Prawdziwe rozpoznanie nastąpiło dla mnie później, najpierw przez kolekcjonowanie wydań z Biblioteki „Kultury”, potem wydawnictw z kraju. Bliskie mi było nie tyle przeżywanie Herlingowe, ile jego punkty zaczepienia, jego urzeczenia, nawet jego gniewne odrzucenia (dziś znacznie bardziej problematyczne). Pozwoliły mi na naturalne wchodzenie w jego włoskie, z czasem i niewłoskie światy. Miasta Toskanii i Umbrii, przywoływane w niesłychanie zwięzłej architekturze polszczyzny, tak, że wzywając z zamkniętymi oczami własne wspomnienia mogłam iść ostrą granią języka Herlingowego. Niewyczerpane kamieniołomy Neapolu! Każda przechadzka przynosi znalezisko, jedno dodaje się do drugiego, kontrastuje z kolejnym. Staje się tkaniną świata, patchworkiem cywilizacji, która niczego nie wyrzuca na marne, układa w ruchu wielowymiarową opowieść z elementów, jakie znajduje pod ręką. Mówiłam sobie, że Herling stał się kimś w rodzaju mitografa kraju, który udzielił mu gościny. Układana przez niego wielopostaciowa księga mitów potrafiła powiązać uduchowiony krajobraz, ludową pamięć pogaństwa, niewiarygodne rytuały przygarnięte przez Kościół katolicki, konflikty towarzyszące wykluwaniu się nowoczesności, dramaty polityczne XX wieku. Pod jego piórem stają się one, w opowiadaniach i w Dzienniku pisanym nocą, przestrzenią zmagań moralnych, gdzie dobro skazane jest na dziwną słabość. Żaden bodaj kraj Europy nie nadawał się do tego stopnia, by mu towarzyszyła taka literatura, gdzie wiążą się prawdziwe doświadczenie, wiedza o żywej historii, w której uczestniczymy, pasja politycznej obserwacji i nieoddzielanie polityki od moralności. Urzeczenie sztuką, intuicja metafizycznych granic jednostki i potrzeba ich przekraczania…

 

Dragonea 1988. Fot. Bohdan Paczowski

 

Nie wychowywałam się na Herlingu-Grudzińskim, to prawda. Byłam już zasadniczo ukształtowana, gdy natrafiłam na jego książki. Ale było coś z ostatniego szlifu w tym wydarzeniu. Okazja do porównań, do porozumiewawczego półuśmiechu. Ostatnie ważne spotkanie – jakże by inaczej – to opowiadanie o Wenecji. Wielu z nas przeżyło tę lekturę podobnie. (Pamiętam rozmowy z Wojciechem Karpińskim…) Sam pisarz musiał na to długo czekać. Długo pisać o tym kraju w jego różnych wcieleniach, iść za wyłaniającym się tu i tam „deseniem losu”, długo wyrzucać z siebie obrzydzenie dla intelektualnych i politycznych elit, długo pracować nad kształtem własnego życia, w dwuznacznym zwarciu osądu i wdzięczności. Aż skrystalizowała się ta rzecz wyrafinowana i nierzeczywista: Portret wenecki. Miłość do miasta, które jest kobietą. Wyznanie o tym, że piękno, pasja muszą pozostać poza zasięgiem naszej ręki. Ten kronikarz własnego życia o najbardziej wstrzemięźliwych środkach dużo nam o sobie z rzeczy intymnych powierzył. Czasami wrażliwy czytelnik ma przez chwilę złudzenie, że to może przewodnik, który odsłania się nam w całej swojej złożoności… O nie! Herling ukazuje się w roli, która po prostu wpisuje się w jego szlak myślowy. Na nas patrzy z dystansu. Czy ośmielę się przyznać do odkrycia, które trafiło we mnie już dawno temu? On nas, czytelników, nie lubi. Jak to się stało, jak się dało utrzymać u człowieka, u pisarza tak od czytelników zależnego, w samej egzystencjalnej definicji własnej osoby? Tu zaczyna się nowa zagadka. Doświadczenia podstawowe, na których skupia się jego uwaga – już od młodości, od zapisków z sowieckiego Domu Umarłych – w jego pojęciu należą do prób, do których wznosi się tylko część literatury, ta część, która go namiętnie interesuje. Te doświadczenia zapisują się jako znaki pozostawione na drodze, o których znaczeniu nic nie będziemy wiedzieli.

EWA BIEŃKOWSKA

Świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Pierwsze spotkanie z pisarstwem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego nastąpiło przed półwieczem, pod koniec lat pięćdziesiątych. Utrwaliło się w pamięci na zawsze. Chodziłem wtedy do liceum Reytana w Warszawie. Siedziałem w jednej ławce z moim przyjacielem Stasiem Małkowskim, dzisiaj znanym księdzem, wówczas żywym chłopcem o wybitnych zdolnościach do nauk ścisłych. Jego rodzice, wiedziałem o tym, przyjaźnili się z Juliuszem Poniatowskim, przedwojennym ministrem rolnictwa, który wrócił niedawno z emigracji. Przywiózł ze sobą bibliotekę. Byłem już wtedy po lekturzeZniewolonego umysłu Miłosza i Dziennika Gombrowicza, lecz Inny świat pozostawał dla mnie książką legendarną. Wiedziałem o niej z audycji Wolnej Europy, ale nie udało mi się dotąd uzyskać do niej dostępu. Poprosiłem Stasia o jej zdobycie. Przyniosłem do domu jak tajemny skarb. Miałem przed sobą londyńskie wydanie Gryfu w ciemnoczerwonej okładce z przedmową Bertranda Russella. Czytałem z wypiekami na policzkach. Tej nocy już nie zasnąłem. Nad ranem wyszedłem na balkon naszego mieszkania na Narbutta. Robiło się jasno. Patrzyłem na znajomy skwer, na szare domy, z uczuciem trudnym do zdefiniowania i wówczas, i teraz, lecz bardzo wyraźnym, że dostrzegam znajome widoki nowymi oczami, zmieniony przez niedawną lekturę. Otworzyło się we mnie okno na inny świat, świat Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, narzucający się umysłowi i sercu z niezwykłą mocą. Ta książka dołączyła natychmiast do moich książek zbójeckich, tych lektur sekretnych, które powodowały, że czułem się bardziej suwerenny, choć cień Innego Świata przygniatał. Urok owocu zakazanego, dzieła obłożonego szczególną anatemą przez komunistyczne władze, sprzyjał intensywnemu odbiorowi, ale od pierwszych stron doszło do mnie, że mam przed sobą nie tylko książkę politycznie śmiałą, lecz arcydzieło literatury, znakomite spełnienie polskiej prozy. Książkę żywą, mówiącą do mnie o moich sprawach, naprawdę książkę zbójecką, wdzierającą się w serce, w rozum, w pamięć, w wyobraźnię. Od pierwszej lektury wiedziałem: spotkałem znakomitego pisarza. Trzeba powiedzieć mocniej: spotkałem żywego pisarza. Tego właśnie szukałem: żywego głosu.

 

 

To doświadczenie sprawdzało się przy kolejnych powrotach do Innego świata. Książka pozostawała żywa. Widziałem i narratora, i inne postaci. Wierzyłem w ich istnienie. Podziwiałem mistrzowskie przeplatanie stylu podniosłego i niskiego, złączenie wysokich wymagań moralnych i przenikliwej obserwacji, celność analizy intelektualnej i umiejętność malowania natury człowieka. Podbiła mnie przede wszystkim zdumiewająca plastyczność opisów — ten płaski szkolny termin, nic już w moim poczuciu nieznaczący, nabrał życia przy lekturze Innego świata. Wielkość tej książki sprawdzała się w tym, że potrafiłem zobaczyć inny świat, nie tylko scenerię obozową, także wewnętrzny świat autora. Oglądałem pejzaże, portrety psychologiczne, namalowane wspaniale, ale właśnie namalowane — słowami. Nie były jedynie wywodem, jedynie notatką, jedynie ilustracją tez. To były utrwalone w języku obrazy człowieka, człowieczeństwa. Na kartach tej książki zobaczyłem cienie, odcienie, kolory, doszły do mnie dźwięki, zapachy, momenty przerażenia i olśnienia, rozpacz i nadzieja. Tak, nawet gdy opisywał momenty straszne, nie był to człowiek porażony, nie był to świat pozbawiony barw, pragnień, błędów, zwycięstw i porażek.

Świat żywy, choć inny, człowiek żywy, żywy pisarz. Takim go spotkałem na stronach Innego świata w tamtą warszawską noc sprzed lat, takim pozostał w tym dziele, gdy do niego powracałem, takim wychodził ku mnie z innych tekstów, jakże odmiennych od tego pierwszego arcydzieła. Wiedział, że nie może po prostu powtórzyć dokonania, które było z istoty rzeczy jedyne.

W Innym świecie opisał porażający świat obozów. I przedstawił żywego człowieka, który potrafi mówić o świecie obozów koncentracyjnych. Lechoń w Dzienniku uderzająco trafnie określił wyjątkowość literackiego dokonania Herlinga: to więzień, który ma proustowską pasję analizy. Powiedzieć by się chciało: to były więzień, który przeszedł przez doświadczenia literackie Dostojewskiego i Conrada, Henry’ego Jamesa i Kafki. Inny świat działa złączeniem literackiego kunsztu i siły moralnego przesłania. Uderza bujność i trafność opisów. Książka miała się początkowo nazywać Umarli za życia, a przecież pulsuje życiem.

Starałem się dostać do ręki wszystko, co autor Innego świata napisał. Skrzydła ołtarza zostały mi pożyczone niedługo po ich opublikowaniu w Instytucie Literackim, na początku lat sześćdziesiątych. Uderzała literacka maestria obu opowiadań, odważna niezawisłość wobec literackich fasonów. A jednak umieszczone pod włoskim niebem historie oglądałem jakby za szklaną szybą, jakby opowiadał je ktoś pozbawiony władzy swobodnej mowy. Zwłaszcza Wieża, silniej działająca, była ujęta w wiele cudzysłowów, otwarcie wyznawanej fikcji, przytoczenia. Traktowała właściwie o tym, że swojego świata autor nie może w pełni przedstawić. Zdolność opowiadania, tak przekonująco obecna w Innym świecie, zdaje się niedostępna. W przejmujący sposób opisany został niedowład głosu.

Co najbardziej uderzyło w kunsztownym cienkim tomie prozy? Wyszukana stylizacja. Herling stworzył język, którym stara się dotrzeć do własnego świata, do granic ludzkiego doświadczenia, odsłonić korzenie samotności. Może jest to zamierzenie nieosiągalne? Posługuje się przecież głosem cudzym, wplata we własną opowieść historię trędowatego z Aosty, którą znalazł na kartach francuskiego pisarza z pierwszej połowy XIX wieku, Xaviera de Maistre’a. Był to język epoki rozchwiania kryteriów. Jerzy Stempowski zwrócił uwagę na celność wyboru stylistycznego punktu odniesienia przez Herlinga. Tak właśnie, cofając się do czasów zamętu i ucząc się od tych, którzy potrafili wówczas znaleźć dystans do opisywanych przez siebie spraw, tak tylko można podjąć wysiłek prawdziwego wyjścia z milczenia, odzyskać władzę mowy. To przecież było zamierzenie Herlinga od początku działalności twórczej. Tym wysiłkom pozostał wierny przez cały czas, wówczas gdy starał się zmierzyć z zagrożeniem zewnętrznym, z Innym Światem, i wówczas, gdy zmagał się z wewnętrznymi lękami, rozdarciami.

Skrzydła ołtarza pokazały, że potrafi się zdobyć na niezawisłość wobec dzisiejszych mód, nie tylko ideologicznych, także artystycznych. Wszakże czyni to w bardzo oryginalny sposób. Nie odrzuca wszelkiej tradycji. Nie wybiera drogi czystego buntu. Nie wierzy w siłę nagiego krzyku. Narzucił sobie bardzo wcześnie mocne ograniczenia formalne. Pobiera lekcję u tych, którzy w przeszłości zmagali się z niedowładem języka. Swoistość drogi Herlinga, widoczna doskonale w Wieży, polega na tym, że stawiając sztuce bardzo wysokie wymagania, nie przestał nigdy wierzyć w jej uzdrowicielską moc. Jego twórczość, jego życie przynoszą wyjątkową w naszej epoce lekcję, jak można duchowo żywym powrócić z Innego Świata, jak można walczyć zwycięsko o odzyskanie władzy mowy.

 

 

Wieża kończy się otwartym wyznaniem własnych ograniczeń artystycznych: „Nie żałuję, że nie udało mi się napisać opowieści o mieszkańcu Wieży. Gdyby nie było w życiu ludzkim na ziemi rzeczy, wobec których nasza wyobraźnia rozkłada ręce, musielibyśmy w końcu złorzeczyć rozpaczy przenikającej literaturę, zamiast szukać w jej utworach nadziei”. A przecież nie znaki rozpaczy zachowałem w żywej pamięci z tego tekstu, lecz delikatną i czystą linię opowieści, jakby to była wyblakła i cenna rycina. Herling umieszcza na ścianach pokoju, w którym znalazł stary egzemplarz włoskiego tłumaczenia opowieści Xaviera de Maistre’a, cztery dzieła Piranesiego: „Kto widział bodaj raz w życiu jego sztychy, ten wie, że Piranesi gustował w ruinach i potrafił z nich wydobyć akcent ciała odpadającego od kości. W uczonej dysertacji o jego Więzieniach Aldous Huxley pisze, że wyrażają «doskonałą bezcelowość»: «schody nie prowadzą donikąd, stropy nie podpierają niczego»”. Nie potrafię dzisiaj odtworzyć, czy szkic Huxleya o Piranesim czytałem wcześniej niż Wieżę, w każdym razie to Piranesi, jakim pokazał go przywołany przez Huxleya de Quincey, wciąż wspinający się po schodach urywających się raptownie w pustkę, oddaje znakomicie duchowe przesłanie noweli Herlinga.

Przytoczony w Wieży dwuwiersz angielskiego XIX-wiecznego poety Jamesa Thompsona zapamiętałem na zawsze:

 

For life is but a dream whose shapes return

Some frequently, some seldom, some by night…

 

Życie jako sen, życie niemożliwe do wyraźnego uchwycenia, a przecież zawierające ważny sens, domagające się odcyfrowania — ten motyw, pojawiający się w noweli, będącej w pewnej warstwie wyznaniem granic języka i literatury, niemożności, a w każdym razie zasadniczej trudności, wyjścia z milczenia, ten motyw przewijać się będzie przez całą późniejszą twórczość Herlinga. Opowiada uchwycone w nocnym świetle sny, czasem koszmarne, czasem wspaniałe. Stara się z twarzy, krajobrazów, ludzkich historii cieniście, niby we śnie, rysujących się w pamięci i wyobraźni, uchwycić choćby tylko zarys życia, choćby tylko odbicie w przyćmionym zwierciadle nocnych rojeń.

Z Pietà dell’Isola, drugiego opowiadania składającego się na Skrzydła ołtarza, utkwiły mi w pamięci przede wszystkim dwa zapożyczenia, tak umiejętnie wplecione w utwór, że stały się dla mnie jego ważną częścią. Opowiadanie otwiera motto z Franza Kafki, fragment listu do Oskara Pollaka, po niemiecku. To motto też pasuje do całego dzieła Herlinga. Wskazuje na autorskie ambicje i porażki. Pojawia się ono jak leitmotiv w Dzienniku pisanym nocą, już w polskim brzmieniu: „Jesteśmy opuszczeni jak zabłąkane dzieci w lesie. Kiedy stoisz przede mną i patrzysz na mnie, co wiesz o moich bólach i co ja wiem o twoich? A gdybym padł przed tobą na kolana i płakał, i opowiadał, co wiedziałbyś o mnie więcej niż o piekle, które ktoś określił ci jako gorące i straszne? Już dlatego my, ludzie, powinniśmy stać naprzeciw siebie tak zamyśleni i współczujący jak przed wejściem do piekła”. Przecież to z innej perspektywy, z perspektywy rozpaczy, ujęty podobny problem ograniczeń mowy jak ten ukazany w Liście lorda Chandosa Hofmannsthala (też bliskim Herlingowi). Co da się wypowiedzieć z ludzkiego doświadczenia? Jak można przekazać drugiemu własny ból, a i własną radość? A przecież przed laty udało się to Herlingowi. Nie mógł mieć wątpliwości, że Inny światstanowi zwycięstwo także w walce z niemotą, to było prawdziwe wyjście z milczenia, przeniesienie — na drugi brzeg nocy — snów i jawy obozowych dni.

Drugie spotkanie na kartach tego opowiadania, które utkwiło mi mocno w pamięci i przeniknęło na trwałe do wrażliwości, to dosłownie obraz: Święty Sebastian Mantegni. Prawie niezauważalnie jego opis wpisany został w tok narracji. „Doktor przymknął powieki i ujrzał nagle — jednym z tych dziwnych zrządzeń asocjacji, których wytłumaczenia nie należy nigdy szukać w przypadkowym pokrewieństwie elementów składowych — nagi, bladoziemisty tors mężczyzny, przebity strzałami, które spod swych grotów wypuszczały koraliki zakrzepłej krwi, a nad nim głowę przekrzywioną w bok, oblepioną długimi włosami dotykającymi ramion, z wyrazem bólu i równocześnie wniebowzięcia w oczach zwróconych jasnymi źrenicami ku górze”. Wkrótce po lekturze Skrzydeł ołtarza dane mi było zetknąć się po raz pierwszy z wielkimi galeriami malarstwa, najpierw w Wiedniu, w następnym roku w Paryżu. Długo zatrzymywałem się przed obiema wersjami Świętego Sebastiana Mantegni. Wiedeńska jest niewielka, o bardzo rozbudowanych szczegółach, paryska uderza monumentalnością, a też ziemistą barwą ciała męczennika. Dopiero po pewnym czasie uprzytomniłem sobie, że interesuję się obrazami Mantegni, bo wrył mi się w wyobraźnię opis Herlinga (sądzę, że gdy pisał Skrzydła ołtarza, miał przed oczami wersję z Luwru, jej tonacja barwna jest zbliżona do tonu tych opowieści i dla mnie na zawsze z nimi złączona). Zadziwiła mnie wówczas wrażliwość malarska Herlinga, nic o niej nie wiedziałem, po lekturze Innego świata mogłem jej się wprawdzie domyślać ze względu na niezwykłą plastyczność — i żywość — opisów przyrody i ludzi, ale dopiero w późniejszych utworach dostrzegłem pełniej jej znaczenie. Skrzydła ołtarza mają w sobie tę zduszoną, bladoziemistą tonację. Tak, odcięcie od świata, szklana szyba. Dusząca atmosfera włoskich opowieści Herlinga paradoksalnie różni się od ostrego, przejrzystego powietrza Innego świata. Obraz Mantegni, jak i sztychy Piranesiego, oddaje w przejmujący sposób wciąż ponawiany — i wciąż daremny — wysiłek dotarcia do świata, dotknięcia go żywym słowem.

W owym czasie, lata sześćdziesiąte, czytałem zawsze z uwagą artykuły Herlinga w „Kulturze”, ilekroć zdołałem uzyskać do niej dostęp. W Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego sięgnąłem po tomik Żywi i umarli i po przedmowę do wznowionych w Rzymie zaraz po wojnie Ksiąg narodu polskiego i pielgrzymstwa polskiego Mickiewicza. Podziwiałem polityczną niezłomność i polityczną rozwagę. Herling wybrał wyjątkową drogę, także na tle polskiej emigracji. Nie ulegał paraliżującemu działaniu frazeologii lewicowej, a jednocześnie podkreślał sympatię dla tradycji socjalistycznych i ludowych. Nie czynił tego z pozycji partyjnych. Takie były jego wybory wartości podstawowych i tak starał się pozostać im wierny w politycznych i społecznych zawieruchach XX wieku. Wielekroć nawiązywał do słów Jerzego Stempowskiego o „historii spuszczonej z łańcucha” w naszym stuleciu. Jak ważne dla kogoś sięgającego po polskie słowo w drugiej połowie tego stulecia było spotkanie pisarza takiego jak Herling-Grudziński! Przyglądanie się jego zmaganiom, jego kłopotom z „wyjściem z milczenia”, jego uczestnictwu w „boju napowietrznym”, który toczył się wokół nas, o nas, lecz także w nas samych — przynosiło otuchę.

To jednak nie w opowiadaniach, które były politycznymi czy egzystencjalnymi parabolami, takich jak Gruzy, Cud, Książę Mediolanu, Dżuma w Neapolu, spotykałem Herlinga pisarza przynoszącego mi pomoc. Nie te teksty stanowiły dla mnie lekcję swobodnego głosu, nie one były prawdziwymi książkami zbójeckimi, utwierdzającymi niepodległość myśli. A jakie to były teksty? Te, w których spotykałem żywego człowieka. Takim tekstem był, w sposób magistralny, w tonacji majorowej, Inny świat. Takimi tekstami były, w tonacji minorowej, niektóre szkice z Żywych i umarłych, także Godzina cieni, także Wieża jako wyznanie ograniczenia słowa i wewnętrznego omotania i zduszenia.

Takich tekstów wiele odnajdywałem w Dzienniku pisanym nocą. Już w pierwszym tomie, zaraz na początku, dwa razy odczułem to poszerzające rozpoznanie duchowej swobody i sensowności. Dwa krajobrazy, ukazane jako element egzystencji i kultury, a przez to także obecności w polis, polityki. Kruki nad Paestum i przede wszystkim Wenecja. Herling pokazał Wenecję jako sen. I jednocześnie, w ostatnim zdaniu, odsłonił duchowy sens tego snu dla kultury europejskiej, dla nas, dla siebie, dla mnie. Zapis z 25 września 1971 roku to jeden ze wspaniałych „autoportretów przez podstawione pejzaże” w dziele Herlinga.

 

 

„Czym jest Wenecja? Wenecjanin, postawiony wobec takiego pytania, odpowie w dziewięciu wypadkach na dziesięć, że cudem: un miracolo, un prodigio. Dla mnie, odkąd spędziłem w Wenecji tydzień zimą, raczej snem niż cudem.

Przyjechaliśmy w grudniowy wieczór. Mgła była gęsta, z dworca do Akademii stateczek posuwał się z powolnością żółwia, trąbiąc ciągle i ostukując niespokojnie kanał reflektorem, z Akademii do hotelu udało nam się dotrzeć tylko dzięki przechodniowi uzbrojonemu w mocną latarkę. […] Tak, to był sen, podniecający i ulotny, z przeczuciem olśnienia, którego nie można (jak we śnie) przeżyć w całości, ale o którym się wie, że istnieje na pewno: the desire and pursuit, pragnienie i pościg. Zdarzało się, że w południe ławice mgły przerzedzały się na okamgnienie, i wtedy fragmenty miasta oglądaliśmy jak dekoracje teatralne przez szparę w uchylonej nieostrożnie kurtynie. W poranek naszego odjazdu, nieoczekiwanie wypogodzony, Wenecja ukazała się nareszcie cała i czysta, w szklistej, złoto-zielonkawej aurze. I było coś z dziwnego żalu w tym przebudzeniu ze snu o niej.

Jeżeli (rzecz we Włoszech dość prawdopodobna) Wenecja nie zostanie ocalona, Europa zachoruje na «zatrucie psychiczne»; tak psychiatrzy określają stan ludzi, którzy nie cierpią wprawdzie na bezsenność, lecz tracą zdolność śnienia”.

To krótkie opowiadanie o Wenecji, ta „egzystencjalna esencja”, pokazuje, jakie może być lecznicze działanie krajobrazu, lecznicze działanie sztuki. Jest to dla mnie nie tylko wspaniały opis miasta nad laguną, lecz też znakomity wizerunek dzieła artystycznego Herlinga w tym, co jest w nim ożywczego — mimo pokusy milczenia, groźby acedii, wewnętrznego skwaśnienia. O tym zagrożeniu Herling wiedział doskonale. W chwilach skrajnej depresji dziennik, jak sam przyznawał, leżał odłogiem. W innych momentach owo duchowe zgorzknienie stanowiło wyzwanie, któremu jakże trudno było sprostać. Wymagało to wielkiej wewnętrznej siły. Zanotował w Dzienniku pisanym nocą 5 maja 1973 roku: „W starym notesie pod szpargałami na dnie szuflady znalazłem zdanie Stempowskiego, bez daty, zapisane, jak sądzę, gdy go ostatni raz spotkałem w Laffitte: «Pisarze traktujący poważnie swoje powołanie muszą w naszych czasach bardzo uważać, żeby ich nie zatruł własny jad»”. Nie dałbym głowy, czy słowa te zapisał rzeczywiście Stempowski, tak pasują do autora Dziennika pisanego nocą, zadziwia w każdym razie odważna samowiedza Herlinga, który wyraził w nich autorskie wyznanie wiary, na kilku poziomach sensu.

To właśnie te momenty, te obrazy, gdy opisywał, jak zmagał się z acedią i jak wychodził z tych zmagań zwycięsko, są najważniejszymi spotkaniami z Herlingiem. Te chwile, gdy mimo goryczy rzeczywistość, dzięki sztuce, potrafi ożywać przed naszymi oczami.

[2009]

WOJCIECH KARPIŃSKI

Z tomu Wojciech Karpiński „Szkice sekretne”. Warszawa, Zeszyty Literackie, 2017.

Ławka Witka Różańskiego

„Kiedy wreszcie przyjdzie ta chwila / która stanie się wiecznością / bym mógł spokojnie odpocząć w prawie moim / nie stąd”; „lekcja ciemności skończona / drzwi nieba otwarte na oścież / potępieni spadają w otchłań / błogosławieni weselą się jak dzieci” (Wincenty Różański, Wiersze niecierpliwe, 2015). W tym pośmiertnym wydaniu odnalazły się wiersze dedykowane poetom, pozostawione w poetyckim testamencie.

W cieniu platanów na ławce postać poety z brązu czeka na odwiedziny – twarz zwrócona ku ścieżce prowadzącej z nieodległego domu przy Ostrobramskiej, gdzie mieszkał przez długie lata. Tam nas przyjmował pośród książek, pamiątek i rzeczy najróżniejszych, najczęściej mało przydatnych, lecz wiele mówiących o wrażliwości ich właściciela, który te wszystkie drobiazgi starał się ocalić przed zniszczeniem. Teraz przychodzimy do parku – z okruchami pamięci, żeby przywitać się, pocieszyć i zarazem pożegnać, pobyć razem przez chwilę, bo dni mijają niepostrzeżenie, nie wiadomo, czy nie nadchodzi właśnie i dla nas przedostatnia godzina.

Duch się umacnia, lecz kruchego ciała ubywa, chude łopatki wystają spod swetra jakby skrzydła miały wznieść mnie do lotu. Ale dziś jeszcze niedziela słoneczna, spokojna, dokucza tylko chłodny, porywisty wiatr. W drodze do grobu rodziców, pochowanych na cmentarzu górczyńskim w Poznaniu, wstępuję często w gościnę do Witka Różańskiego i przysiadam z nim w południowym świetle, przywołuję strofy jego wiersza:

 

Niech się pasie słońce na niebiosach

niech wyzwoli się łaska Twa

bądź z nami jeszcze i ratuj nas.

 

Na kolanach poety leży kartka z wersem: „Bądź pozdrowiona chwilo”! Tym przesłaniem wita i pozdrawia przechodzących. Figura z brązu lśni nieporuszona, bo nie jest to już Witek ruchliwy, pełen niepokoju o życie, wciąż dokądś zdążający jakby miał się zaraz spóźnić na spotkanie, lecz poeta cierpliwie czekający na tych, którzy przyjdą go tu odnaleźć, zobaczyć wśród spacerujących przechodniów, kręcących się pod nogami gołębi, dzieci jeżdżących w kółko na rowerach, matek z wózkami wiozącymi niemowlęta cienistą aleją platanów.

 

Fot. Eugeniusz Toman

 

Serdecznie wspominam wspólne wycieczki do ogrodu za miastem, gdzie Witek zachwycał się kwitnącą wiśnią, a było to wiosną dwadzieścia pięć lat temu. Zaczęłam wtedy pisać wiersz na papierze śniadaniowym: „Siedzimy z Witkiem wśród agrestów / moczymy nogi w Styksie”. Radował się chwilą i każdym wierszem, zaprosił nas na swój kameralny ślub z flecistką Małgorzatą Kasztelan. Woziliśmy go czasem na wieczory literackie i bywało, że gdy znajdowaliśmy się już prawie na miejscu, przypominał sobie, że zostawił włączony czajnik, więc wracał, by gasić pożar, a ja zawiadamiałam gości o powodach spóźnienia.

Wiersze Witka, który żył cicho na obrzeżu Poznania – a jednocześnie był uznanym i podziwianym poetą, przyjacielem Edwarda Stachury – ujawniają też wewnętrzny niepokój człowieka pytającego o tajemnicę: „Z trwogi zrodzony / w pośpiechu żyjący / układam klocki bycia / zapinam guziki / chwalę Boga i śpiewam / czy starczy mi sił / by umrzeć na Twe zawołanie”.

Zamykając świat w metaforze Witek odsuwał ten niepokój, a w wierszach czynił rachunek sumienia, godząc się na los, jaki przypadł mu w udziale. Jego poezja uczy pokory i czyni pokój ducha, weseli się z nami i płacze, pociesza, gdy nastaje noc ciemna: „wśród zeschłych liści żółtych i rdzawych / siedzę o poranku w ciemnym parku / i wołam Ciebie Panie Boże wołam / daj mi koronkę łaski i radości”.

TERESA TOMSIA

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (II)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

12 stycznia – wtorek

Zadzwoniła Perła Kacman. Nie mogłam się do niej dodzwonić od niedzieli tj. od włączenia telefonów. Zadzwoniłam do jej mamy, która powiedziała, że jest tam uszkodzona linia, ale zapomniała mi powiedzieć, że w Sylwestra wrócił Danek [Kalbarczyk]. Byliśmy u Perły na chwilę, 30 grudnia. Na samym początku, kiedy znalazłam Danka na listach – posłaliśmy tam ucznia, żeby pomógł Perle w domu. (Dzieci paliły się do pożytecznej roboty, a nie chcieliśmy ich angażować w nic niebezpiecznego i nielegalnego). Gdy szliśmy do niej dzień przed Sylwestrem miałam tzw. przeczucie, że otworzy nam Danio. Otworzyła Perła, ale okazało się, że to był dzień pełen przeczuć: Perła miała sen, Małgosia pierwszy raz od 12 grudnia zapytała o tatę i przyjechał Marcin Król sprawdzić, czy jest Danek, bo też miał przeczucie. A następnego dnia Danio wrócił. Zabrali go wiadomej nocy (o drugiej), a przyjechał po niego ubek Wiśniewski, który od lat nagabywał Danka w fikcyjnej sprawie problemów z jego zagubionym i odnalezionym paszportem. Marcin Król też był zatrzymany tej nocy, ale po podpisaniu oświadczenia, że będzie przestrzegał prawa – zwolniony.

Znowu słyszę z babci pokoju telewizyjną papkę. Ostatnio dość systematycznie podają komunikaty o procesach i wyrokach. Toczą się śledztwa o nadużywanie władzy przez byłych prominentów (i czerpanie korzyści osobistych) oraz oddzielnie wymieniana kategoria, sprawy kryminalne – tryb doraźny – tj. o spekulację (u p. X znaleziono Y par butów), o pobicie, o posiadanie szkalujących ulotek, o gwałt i o niezaniechanie działalności związkowej. Są też wyroki: za pobicie patrolu złożonego z milicjanta i trzech żołnierzy (jedna osoba) – trzy i pół roku; za niezaniechanie działalności związkowej – 3 lata; za posiadanie ulotek (w celu rozpowszechniania) – 3 lata, ale prokurator wniósł rewizję i żąda 7 lat. Trwa proces ursuski z Janem Józefem. J. J. jest poważnie chory, ale stary wyga, lekarz więzienny z Rakowieckiej orzekł, jak zawsze wbrew opinii lekarzy prawdziwych, że może stanąć przed sądem.

Program TV systematycznie się rozszerza. Ciągle nadają tylko jeden program (podobnie radio), ale jest on coraz „normalniejszy”. Nie mogę się ciągle oprzeć wrażeniu, że autorzy tych „normalnych” tzn. nieideologicznych audycji – to kolaboranci. Pierwszymi osobami, które pojawiły się w studio był m.in. p. Słodowy (w programie dla dzieci pokazywał, jak zbudować karmnik dla ptaków i jak samodzielnie wykonać godło państwowe) oraz niestety panowie Kurek i Siudym [1], znakomici naprawdę autorzy audycji pt. „Sonda”, którzy tym razem na użytek dzieci wystąpili w programie „Mała Sonda”. Z przykrością też obejrzałam tuż przed świętami Czesława Niemena, który pięknie śpiewał, ale jednocześnie dał się naciągnąć na rozmowę o trudnych czasach. Teraz z kolei, prezentuje się w TV (zresztą czysto merytorycznie) znakomity popularyzator muzyki Bogusław Kaczyński. Nie wymieniam łobuzów, których obecność w TV ani mnie nie dziwi, ani nie dotyka. Nie mogę się jednak oprzeć przekonaniu, że w naszej sytuacji wybory, których trzeba codziennie dokonywać są trudniejsze i nie zawsze można stanąć pośrodku. Niekoniecznie pozostaje się „porządnym człowiekiem” jedynie nie przykładając się aktywnie do świństwa. Tym bardziej, że w przypadku TV, tymi przerywnikami w praniu mózgów, przyciąga się do telewizorów ludzi. Przed audycją pana Kaczyńskiego był program o dywersji ideologicznej radiostacji zachodnich („nawet BBC, które nam, pamiętającym wojnę, kojarzy się z rzetelną informacją nadaje tendencyjne audycje nie odbiegające – o zgrozo – od Wolnej Europy” – żalą się w tym programie), a po niej nastąpi DTV = DDT, bo ma działać radykalnie jak niegdyś środek owadobójczy znany pod tym skrótem. Może należy tu rozumować inaczej. Może przeciętny obywatel pozbawiony…, ograniczony… itd. powinien otrzymać coś, cokolwiek pozytywnego? Ale czy dzisiaj jest miejsce i czas na pracę u podstaw? Czy są do tego wystarczające warunki? Zabrali nam wszystko, jeszcze nie czas z zabranego zrezygnować. Jeszcze trzeba próbować coś odzyskać. Inaczej będziemy zaczynać od zera.

Z Drawska wróciła Lilka Wosiek. W Białołęce głodują. Zaostrzono im reżim, zmieniono służbę więzienną. Przywieziono tam kilkanaście osób z KK (poprzednio byli w Strzebielinku). Nie wiadomo dokładnie kogo, ale są wśród nich [Janusz] Onyszkiewicz, [Karol] Modzelewski, [Jan] Rulewski, podobno Jacek [Kuroń]. Trzymają ich oddzielnie. Obecnie warunki internowanych różnią się od warunków aresztowanych jedynie tym, że wolno im w dzień leżeć na łóżkach. Strajkują od 4 stycznia. Głodują celami po trzy dni.

 

14 stycznia – czwartek

Wczoraj cały dzień poza domem. Rano zajęcia z piątym rokiem. Te zajęcia to wyzwanie. Wiosną kończą studia, a jest cały semestr do nadrobienia. Już nie będzie kiedy. To możliwe przy współpracy studentów. Rozdzieliłam materiał, każdy dostał do zreferowania temat, który następnie omawialiśmy na zajęciach. Większość rozumie, że to w ich interesie i że ta forma nauki nie ma być fikcją. Niestety, zdarzali się tacy, którzy sabotowali zajęcia, uważając, że skoro jestem przeciwko opresyjnej władzy nie mogę nie dać im zaliczenia, bo wtedy, zgodnie z polityką stanu wojennego, wylecieliby ze studiów i trafili do wojska. Wobec wykładowcy sprzyjającego władzy takich oczekiwań nie mieli i bez szemrania wykonywali polecenia. Nie zgodziłam się z tą pokrętną logiką, więc do skutku dyskutowaliśmy w grupie o tym, że wezwanie rebelianta do „solidarnego zbojkotowania” zajęć nie ma nic wspólnego z solidarnością i że największą szkodę przyniesie im samym i to nie dlatego, że mogą być relegowani. Większość zrozumiała, ale wciąż byli tacy, którym żal było straconej okazji zaliczenia „za nic”. Tak jak listopadowy strajk okupacyjny dla niektórych studentów był okazją wyjazdu na narty. Po zajęciach, o trzeciej zebranie, w międzyczasie wpadłam do Perły. Danka nie zastałam. Wystałam się na przystankach i wieczorem wróciłam do domu przemarznięta i zmęczona. W Białołęce głodówka nie tylko w sprawie regulaminu, ale i w sprawach bardziej ogólnych i zasadniczych. Głoduje 100 osób od 4 stycznia i nie rotacyjnie, a w sposób ciągły. Dołączają do nich nowi. Dwa lub trzy dni temu głodujących przeniesiono ze wspólnych cel do oddzielnego baraku. Są bez kontaktu z resztą. Prawdopodobnie są sztucznie karmieni.

Wiadomość z Wrocławia. Szczegóły z pacyfikacji Politechniki. Tam też panują nastroje odwetowe, tam też czekają na bardziej sprzyjający moment. We wszystkich docierających do nas relacjach z różnych stron Polski powtarzają się wiadomości o tym, że podczas akcji pacyfikacyjnych [ZOMO] demoluje pomieszczenia i hale produkcyjne, nawet wtedy, kiedy nie było to konieczne. Bardzo częste są przypuszczenia, że zomowcy działają pod wpływem narkotyku. Relacje od służby zdrowia potwierdzają to.

Wczoraj minął miesiąc od wprowadzenia stanu wojennego. DTV postanowił przypomnieć o tym społeczeństwu komentarzem odczytanym przez kapitana od komentarzy. Dowiedzieliśmy się, że właśnie mija miesiąc jak wreszcie jest spokój, kraj nie jest targany strajkami, a my czujemy się bezpiecznie i bez obawy możemy chodzić po ulicach. Pan kapitan zapomniał dodać do tej charakterystyki paru drobnych szczegółów, ale skoro teraz czuje się bezpiecznie, nie warto mu psuć samopoczucia.

Tymczasem wylewa Wisła i Warta. Powodzie trwają prawie od tygodnia. Sytuacja jest fatalna. Przez pierwsze dwa dni informowano w telewizji, że nie jest dobrze, że woda coraz wyższa, że Wisła w okolicach Płocka wylewa, a także odczytywano stale komunikat wojewody (!) płockiego (w stanie wojennym [zawieszonej] władzy cywilnej!!), żeby każdy sam, na własną rękę, własnym transportem lub na piechotę opuszczał zagrożony teren. Bydło, trzodę zabijać i zostawiać. Ubite zostanie zabrane. A tymczasem patrole wojskowe uwijały się po mieście (a pewnie w ogóle po miastach i po kraju) pilnując skrzyżowań, rewidując ludzi na ulicach (panowie z karabinami zaganiają pod mur, jeden odbiera to, co się ma w ręku, a ty twarzą do ściany, ręce do góry i na ścianę, a kolega cię obmaca), pilnują przestrzegania godziny policyjnej itd. Od dwóch dni zaczęli nam pokazywać w TV, że wzięli się wreszcie za ewakuację powodzian. Związki branżowe okazały wielką szlachetność, zapragnęły wesprzeć powodzian finansowo. I autonomiczne też. Trzeba im było odblokować konta bankowe. Tylko „Solidarność” brzydko się zachowała, nic się nie stara. A w końcu taka KK mogłaby do klawisza albo naczelnika więzienia wystąpić z prośbą o ułatwienie w tak ważnej sprawie.

Dopisane 28 stycznia [do zeszytu w tym miejscu wklejona dodatkowa kartka]

W związku z powodzią:

Informacje od kompetentnych osób (m.in. z PIHMu – czy jak to się teraz nazywa). Zagrożenie powodziowe, a potem skutki wylania Wisły tak ogromne wynikły w znacznym stopniu z popełnienia karygodnych błędów. Spuszczono ze stopnia wodnego (zalew we Włocławku) za dużo wody. W jakimś miejscu krytyczny poziom wody wynosił 1,5 m co przy dużym mrozie spowodowało zamarznięcie wody aż do dna, brak przepływu wody pod lodem oraz zamarznięcie śluz także do dna, co odebrało człowiekowi wszelką kontrolę nad żywiołem. Woda nie mogąc płynąć pod lodem, musiała wypływać na boki. Najpewniej moje relacje nie są ścisłe, bo się znam na tym zagadnieniu nie lepiej niż WRONa, ale rozumiem z tego, że nie musiało być aż tak strasznie jak jest i że wypowiedzi w TV tzw. najstarszych ludzi z zalanych terenów o tym, że nie pamiętają, żeby kiedykolwiek woda doszła dalej niż do… i że nie ma prawa tej linii przekroczyć, nie były całkiem szalone. Po prostu w ich długim życiu jeszcze się nie zdarzyło, żeby człowiek współdziałał z tym żywiołem zamiast mu przeciwdziałać. We współdziałaniu z powodziowym żywiołem WRONa posunęła się aż do odwołania z tradycyjnie zagrożonych miejsc (most pod Wyszogrodem okolice Zegrza) wyspecjalizowanych w walce z zagrożeniem powodziowym w tym rejonie oddziałów saperskich i zamieniła je innymi.

Ponure dowcipy o powodzi:

WRONa dostała telex, że pod Płockiem LÓD się gromadzi – wysłano ZOMO.

Sposób na zator lodowy pod Płockiem: rozciągnąć na nim transparent z napisem SOLIDARNOŚĆ i wypuścić ZOMO.

Próbowano wysłać telegram z Płocka o następującej treści: KRA. Cenzura nie przepuściła.

Szczyt bezczelności: zapytać wojewodę płockiego jak mu się powodzi.

[koniec wklejki]

 

Finanse „Solidarności” najlepiej przedstawiają się we Wrocławiu. WRONA wypuściła listy gończe za kilkoma osobami, które 3 grudnia podjęły 80 milionów z konta wrocławskiego regionu (tj. całe pieniądze Regionu). Na wszystko są wystawione czeki i rachunki (pokazane w TV), wszystko jest zgodne z przepisami, ale WRONie wymknęło się 80 milionów, więc nas informuje, że nam ukradziono składki członkowskie.

 

17 stycznia – niedziela

Wczoraj Agata [Pawliszyn, uczennica Mirka] przyniosła wiadomość, że w piątek wywieziono wszystkich z Białołęki i z Olszynki w niewiadomym kierunku. Wygląda na to, że WRONa szykuje jakąś nową akcję. Wyczyściliśmy mieszkanie. Wszystkie trefne książki spakowaliśmy i wywieźliśmy. To co przeżywałam w czasie pakowania nie da się opisać. To rozstawanie się z książkami było bardzo przykre. Żal mi było zamykać je w walizkach i cały czas myślałam o tym, kiedy znów będę mogła postawić je na półce. A może już ich nigdy nie zobaczę.

Wiadomość z Branic, że Antka [Antoni Junosza-Szaniawski, lekarz psychiatra w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Branicach, działacz tamtejszej „S”, internowany w nocy z 12 na 13 grudnia] przeniesiono z Opola do Cieszyna. Ewa [jego żona, lekarka rodzinna w gminie Branice] ma teraz dalej na odwiedziny – nie wiadomo w jakich warunkach w Cieszynie siedzą internowani. Wkrótce dowiedzieliśmy się, że internowanych przetrzymywano w nieogrzewanych celach więzienia w Cieszynie i jednocześnie nakłaniano ich do podpisywania deklaracji lojalności.

 Rozpowszechnia się nowa forma protestu. Począwszy od 13-tego do końca stycznia, a następnie każdego 13 w kolejnych miesiącach, gasimy światła między godz. 21–21:15.

Julka choruje znów (od czwartku). Dr Niedzielowa rozpoznała zapalenie płuc. Dała jej wibramycynę. Byliśmy zrobić Rtg. Julkę męczy okropny kaszel, a wieczorem wysoka temperatura.

Wg dzisiejszych wiadomości – wywieziono tylko kobiety (z Olszynki) do Gołdapi. W Gołdapi obóz jest zrobiony z ośrodka RSW „Prasa” (podobno) i są tam lepsze warunki niż w Olszynce. Dziś do Białołęki pojechał ksiądz ze Świętego Marcina.

 

18 stycznia – poniedziałek

Wygląda na to, że nasila się fala oporu. Są wiadomości o mnożeniu się ulotek i gazetek (Warszawa wcale tu nie przoduje). Wezwania w nich zawarte znajdują odzew m.in. w postaci krótkich, parominutowych przerw w pracy, spędzanych w milczeniu, każdy przy swojej maszynie. W fabryce …….. w ……… [dziś nie pamiętam nazwy fabryki i miejscowości, tu utajnionych z wiadomych względów], gdzie od dawna nie ma żadnej produkcji z powodu braku materiałów (prowadzi się jedynie konserwację maszyn) robotnicy rozpoczęli dzień pracy od tego, że każdy z nich siedział przy swojej maszynie, na której była rozłożona „Trybuna Ludu” z nadrukiem „Prasa kłamie”. „Trybuna Ludu” zamieszczała informacje o ogromnej wydajności tych zakładów i wzroście produkcji, co ilustrowała liczbami.

Pojawiła się odezwa [Zbigniewa] Bujaka, [Wiktora] Kulerskiego i [Zbigniewa] Janasa zawierająca m.in. kodeks okupacyjny. Ośmioro intelektualistów (W. Wiłkomirska, ks. J. Zieja, M. Brandys, J. Rybicki, Z. Kuratowska, S. Broniewski – b. nacz. Szarych Szeregów, D. Olbrychski, St. Kieniewicz) wystosowało list do premiera zawierający żądania (słuszne).

Ja zaś, postanowiłam zaopatrzyć Kamienne tablice, które mam zamiar odnieść Żukrowskiemu (Mirek dostał je kiedyś od wdzięcznego ucznia i teraz będą jak znalazł) w stosowną dedykację. Coś w rodzaju: Autorowi w dowód uznania za działalność publicystyczną w TVP oraz ogromne zasługi w krzewieniu prawdy tamże. Mam zamiar tę dedykację podpisać imieniem, nazwiskiem i adresem. Nie wiem tylko czy szanowny autor na nią trafi, bo podobno ciągle mu składają książki pod drzwiami. Podobno w księgarniach na pytanie o „coś Żukrowskiego” odpowiadają: „ja wiem, pan chce kupić, żeby mu oddać, ale niestety wszystko już wykupione”. Wczoraj w „Głosie Am.” wywiad z Miłoszem (to było powtórzenie), który uświadomił nam, że potraktowaliśmy Żukrowskiego tak, jak Norwegowie potraktowali Knuta Hamsuna, kiedy ten poparł faszyzm.

Miłosz powiedział też o sobie (na pytanie czy sądzi, że będzie nadal drukowany w Polsce), że prawdopodobnie zostanie „ukarany przez władze, że jest «wieszczem obrotowym», którego w razie potrzeby ustawia się twarzą do ściany”.

Ostatnio jestem okropnie przygnębiona. Telefonował Ryś [Ryszard Praszkier]. Z tego, co mówił wynikało, że Ankę wyrzucili z pracy – pewnie dawali im do podpisania długo oczekiwane deklaracje lojalności. Kodeks okupacyjny nie rozstrzyga tego problemu, apelując jedynie, aby tę sprawę rozstrzygać wspólnie w zakładzie pracy. Są jednak miejsca pracy, gdzie rozstrzygnięcie jest jedno.

Byli wczoraj Irena i Staszek z chłopcami. Irena w lepszym nastroju. Poprzednio martwiła się, że się sprawa wypala i cichnie. Teraz sporo informacji o tym, że jednak coś się dzieje, a jej zdaniem w tym cała nadzieja. WRONa ma zaplanowane kolejne posunięcia z bardzo małym wyprzedzeniem. Być może nie liczyli się z tym, że w ciągu miesiąca nie spacyfikują kraju. Teraz mają pełne więzienia internowanych, aresztowanych, a także już skazanych; w kraju na nowo się gotuje, liczba aresztowanych i procesów wcale nie maleje. Do tego wszystkiego wrócił stary problem. Trzeba przeprowadzić podwyżkę (ma ona sięgać 400%) i władza znów się tego panicznie boi. To widać przede wszystkim z ruchów, które wykonuje, z przedstawianych „wariantów rekompensat” itd. Podobno krążą także (na górze) pogłoski jakoby robotnicy mieli wyjść na ulice w odpowiedzi na podwyżki. Są wiadomości, że w fabrykach gromadzone są łóżka polowe i zapasy żywności w celu skoszarowania tam wojska w krytycznym momencie.

Z publikowanych propozycji cen wynika także, że planowany zabieg cenowy ma na celu jedynie wyciągnięcie forsy od obywatela. Ceny mają wzrosnąć, ale ich struktura niewiele się zmieni.

W piątek był u nas Jacek B [Barankiewicz]. Opowiadał, że był świadkiem sceny, która rozegrała się w biały dzień na Marszałkowskiej, przy DT Centrum. Dwóch zomowców zatrzymało chłopaka, który mógł się im nie spodobać z racji ubioru. Był wystrojony w „szpanerskie buciki z długimi nosami, w szpanerską wypasowaną kurteczkę i cały był taki gogusiowaty”. Jacek też w tym typie nie gustuje, jak zrozumiałam. Zomowcy chcieli chyba chłopaka wylegitymować, a on nie miał, albo nie chciał dać im dowodu. Zaczęli się z nim szarpać, w końcu jeden z nich tak wykręcił chłopakowi rękę, że ten musiał się pochylić. Wtedy panowie milicjanci wyciągnęli swoje pały i zaczęli okładać chłopaka po potylicy, bardzo metodycznie. Jacek twierdzi, że gdyby nie tłum, złożony zresztą przeważnie z kobiet, który się tam zebrał i parował oburzeniem, zomowcy zatłukliby chłopaka. Przestali tłuc, kiedy zwisł im bezwładnie. Wtedy jeden go trzymał, a drugi poszedł prawdopodobnie po radiowóz. W tym czasie chłopak zaczął przychodzić do siebie, wyrwał się glinie i zaczął uciekać, niestety w stronę, z której nadchodził patrol ludowego wojska polskiego. Jeden z żołnierzy podstawił uciekającemu nogę i ten wyłożył się jak długi, pojechał po lodzie i rąbnął w jakąś barierkę. Udało mu się jednak wstać i uciekał dalej. Wtedy na ulicy rozległo się dudnienie żołnierskich butów, które za chłopakiem goniły i dopiero wtedy komenda oficera dowodzącego patrolem – „gońcie go”. Wg Jacka oficer od początku wyglądał jakby nie miał ochoty mieszać się do tej sprawy, ale sytuacja nie pozostawiła mu wyboru. Któryś z pilnych żołnierzy lub milicjantów mógł na niego donieść. Cała scena ucieczki rozgrywała się przy akompaniamencie gwizdów i okrzyków tłumu (gestapo i uciekaj, uciekaj). Scenie bicia natomiast towarzyszył płacz niektórych kobiet i ich apele do dusz i serc milicjantów. Jacek sądził, że chłopak miał w końcu szanse uciec (chyba, że gdzieś natknął się na następny patrol), głównie zresztą dzięki przewadze szpanerskich bucików nad żołnierskimi buciorami i wypasowanej kurteczki nad mundurem i przewieszonym przez żołnierza karabinem.

Nie jestem pewna czy spekulacje, że WRONa „rozluźnia uchwyt” są uprawnione. Być może jest ona nieco zdezorientowana, choć i tego nie jestem pewna. Sądzi się, że represje gospodarcze Zachodu były ciosem i że nie liczono się, że to nastąpi w takim stopniu. W końcu opinia Zachodu ustaliła się na jednoznacznie potępiającą i jednocześnie oceniającą wydarzenia w Polsce jako efekt nacisków ze strony ZSRR. A więc jednak nie wewnętrzna sprawa Polski!!

W „Wiadomościach” nr 8 znajdujemy cenną informację, że stan wojenny został wprowadzony w Polsce bezprawnie, ponieważ Rada Państwa nie ma takich uprawnień podczas trwania sesji sejmu. Ale trzeba tu dodać, że nie jest to pierwsze bezprawne posunięcie Rady Państwa tego typu, chociaż niewątpliwie pierwsze na taka skalę. W tych dniach mają zgonić sejm na pierwszą w stanie wojennym sesję. Ciekawe co im każą uchwalić, ale najciekawsze jest to czy posłowie się czegoś nauczyli przez minione 18 miesięcy. Warto odnotować tu, że bardzo bojowi posłowie, np. Edmund Męclewski i Edmund Osmańczyk znaleźli się wśród apologetów WRONy i publicystów nowego pisma „Rzeczpospolita” – pierwszy numer wypuścili we czwartek tj. 14 stycznia.

„Wiadomości” nr 7 zawierają jeszcze lepszą wiadomość. Stan wojenny jest pogwałceniem Konstytucji. Art. 33 mówi, że wprowadzenie stanu wojennego może być podjęte (przez sejm!) jedynie: (a) w razie zbrojnego napadu na PRL, (b) gdy z umów międzynarodowych wynika konieczność wspólnej obrony przeciwko agresji. Sprawdziłam teraz w konstytucji. Cytowany fragment zawiera p.1. W p. 2 mówi się jednak o wprowadzeniu stanu wojennego, „jeśli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa”. Pod p. 2 można podstawić co się chce. A WRONa chce uważać, że „Solidarność” zagrażała bezpieczeństwu i obronności państwa.

Ważne wiadomości: WRONa urządziła Rozwalakowi [Zdzisław Rozwalak, członek Prezydium KK] konferencję prasową z dziennikarzami zagranicznymi. Rozwalak podpisał im poprzednio obszerne, odczytywane wielokrotnie w TV, oświadczenie odcinające się i w ogóle okropne. Na konferencji prasowej Rozwalak odwołał to oświadczenie i oświadczył, że podpisał je pod przymusem. Zdarzenie miało miejsce w ubiegłym tygodniu [12 stycznia 1982]. WRONa podała w oficjalnych komunikatach gołą wiadomość o konferencji prasowej. W komunikatach serwowanych na zewnątrz podawano podobno, że dziennikarze zachodni, źle zrozumieli oświadczenie czy wyjaśnienia Rozwalaka.

We Wrocławiu władze Regionu opublikowały oświadczenie, że 80 milionów złotych podjęto decyzją władz Regionu, przewidujących, że mogą się przydać (i przydają się), a upoważnione do ich podjęcia osoby nie dokonały żadnej kradzieży. Mirek obliczył, że skoro te pieniądze zostały podjęte 3 grudnia, tzn., że przeczucie wrocławian wiązało się z akcją na WOSP, [Wyższą Oficerską Szkołę Pożarnictwa], która miała miejsce 2 grudnia. 2 grudnia 1981 ZOMO i antyterroryści spacyfikowali trwający tam od 28 listopada strajk okupacyjny studentów, sprzeciwiających się podporządkowaniu WOSP wojsku. Zresztą bardzo dokładnie widać, że była to próba generalna (łącznie z odcięciem łączności). Szkoda, że my nie potraktowaliśmy tej akcji jako próbę.

 

19 stycznia – wtorek

Odrabiałam dziś zaległości w korespondencji. Postanowiłam wysłać kartki, żeby dać znak życia. Ale bardzo trudno było mi je zapełnić, bo zależy mi, żeby dotarły do adresatów. Julka narysowała list do Tomka Grossa. „Widokówka” przedstawia Koziołka Matołka przebranego w żołnierski mundur i z karabinem przechodzącego „mimo” drzewa, na którym siedzi czarna wrona. Te pocztówki to jest najnowsza rozrywka warszawiaków. Mała rzecz a cieszy.

 

21 stycznia – czwartek

Dopadła mnie grypa. Leżę i babcia też choruje. Julka zdezorientowana sytuacją pakuje mi się do łóżka, a ja się boję, żeby się ode mnie nie zaraziła, nie zaczęła chorować na nowo.

Z datą 15 stycznia bardzo ładne oświadczenie podpisane przez 101 osób. Chętnie podpisałabym je także. Ale czy mogłabym? Czy nie skierowałoby to na nasz dom niepotrzebnej uwagi służby bezpieczeństwa? Ktoś mógłby się też zorientować, że Mirek, „za karę” zesłany do szkoły niepoprawny „element antysocjalistyczny”, dostał możliwość nieprawomyślnego wpływania na serca i umysły swoich uczniów.

 

25 stycznia – poniedziałek

Dziś Julka zobaczyła przez okno kolumnę transporterów jadących w stronę Bielan (dotąd jeździły wyłącznie w stronę miasta) i powiedziała, że wojna się skończy, bo czołgi pojechały w drugą stronę.

Odbyło się pierwsze wojenne posiedzenie sejmu. Ogłoszono wygaśnięcie mandatów kilku posłów (podali nazwiska), którzy złożyli mandaty (?). Nie rozumiem co to dokładnie oznacza. Przypuszczam, że posłów też weryfikowano. Odtworzono w TV przemówienie Jaruzelskiego w sejmie. Sejm grzecznie klaskał. Przemówienia nie byłam w stanie wysłuchać w całości. Oświadczył m.in., że nie zwolnią internowanych. Deportować nie będą, ale jeśli jacyś działacze chcieliby opuścić Polskę, to nie będą stawiać przeszkód. Kultury nie będą tłamsić, ma się rozwijać, ale nie dopuści się do twórczości wyszydzającej ustrój itp. Jeśli będziemy grzeczni to stan wojenny zostanie zniesiony z końcem lutego, ale nie do końca.

Od wczoraj chorujemy wszyscy. Mirek dołączył do nas z zapaleniem ucha.

 

26 stycznia – wtorek

Dziś moje imieniny. N[atalia Woroszylska] przyniosła mi prezenty, które wkleiłam obok. [Wiersz Cypriana Kamila Norwida Do wroga. Pieśń „wygłoszony przez Daniela Olbrychskiego w kościele św. Stanisława Kostki na Żoliborzu podczas mszy św. za internowanych w styczniu 1982”].

 

 

oraz tekst śpiewanej przez Jana Krzysztofa Kelusa piosenki Ostatnia szychta w KWK „Piast” – słowa: Jan Michał Zazula; muzyka: Jan Krzysztof Kelus].

 

 

I piękne frezje. Przybiegła też Teresa [Bogucka] z herbatą – zatelefonowała pierwsza w tej sprawie i dzięki temu przypomniała mi, że mam imieniny. Upiekłam czarne ciasto (po raz pierwszy) i było pyszne. Muszę to powtórzyć. Dzwoniło mnóstwo ludzi. Michał, że ma dla mnie grafikę, Szania [Isia, Julianna Szaniawska], autorka przepisu na czarne ciasto i matka przyjaciół – krem, a wszyscy z uściskami. Mama zapomniała.

 

27 stycznia, 46 Jaruzela – środa

Oglądamy właśnie fragmenty wypowiedzi posłów na wczorajszym posiedzeniu. Przykro tego słuchać. To, co wygaduje w tej chwili Przymanowski nie da się po prostu opisać! To jest jakiś specjalny rodzaj czarnego humoru. W każdym razie samopoczucie tego pana jest zadziwiająco dobre. Z przerażeniem patrzę jak posłowie grzecznie i posłusznie klaszczą i śmieją się z obrzydliwych dowcipów pana Przymanowskiego (przed chwilą wytykał, że zwrócił uwagę, że niektórzy posłowie nie klaskali, kiedy przemawiał gen. Jaruzelski). Przedtem [Janusz] Zabłocki, kłaniając się nisko w stronę WRONy, stwierdził jednak, że dekret z 13 grudnia budzi pewne zastrzeżenia i dlatego koło PZKS wstrzyma się od głosu. [Zenon] Komender – nowy szef PAXu – polizał stopy generała (13 grudnia, [Ryszard] Reiff, ówczesny szef PAXu, jako jedyny członek Rady Państwa sprzeciwił się wprowadzeniu stanu wojennego za co PAX został ukarany – odebrano mu całą działalność gospodarczą). Następnie chrześcijanin [Kazimierz] Morawski poszedł w ślady Komendera. [Karol] Małcużyński wygłosił przemówienie, w którym próbował ratować godność posła, bo chociaż powiedział coś o niektórych przywódcach „Solidarności”, którzy w swojej działalności wykraczali poza ramy działalności związkowej, ale jednocześnie wskazywał na tragedię stanu wojennego. Mówił o internowaniach „na zapas”, itp. Zachwycił się WRONą [Edmund] Osmańczyk. „Odpór” Zabłockiemu i Małcużyńskiemu dał oczywiście [Janusz] Przymanowski. Skupił się przede wszystkim na tym ostatnim. Zabłockiemu poświęcił tyle uwagi co nieklaszczącym posłom. A twórców internowano przecież nie za to, że są twórcami, ale za to, że się brali za politykę, na której się nie znali (oklaski). A nikt nie zabrania twórcy siadać do biurka i pan P nie słyszał, żeby nie drukowano kogoś za to, że z jego poglądami politycznymi władza się nie zgadza. Innych rewelacji (np., że „Solidarność” posiadała listy proskrypcyjne, na których umieszczano osoby przewidziane do powieszenia wraz z dziećmi od lat 6) nie potrafię zrelacjonować, bo się cała trzęsę ze złości.

Wyjaśniło się, że te kilka mandatów poselskich, które wygasły, należało do tzw. byłych prominentów, na których teraz przyszła „kryska”. W sejmie dość luźno się zrobiło przez te dwa lata, jak zaczęli patrzeć na ręce „prawdziwej reprezentacji narodu”. Szkoda tylko, że patrzą tylko na wybrane ręce. No, ale inaczej, gdyby to robić naprawdę rzetelnie, na Wiejskiej musiałoby się zrobić naprawdę pusto. „Reprezentacja narodu” uchwaliła ustawę o stanie wojennym przy pięciu głosach wstrzymujących się i jednym przeciw. A Przymanowski kazał im się oburzać na prof. [Jana] Kotta (o zgrozo zaproszonego na Kongres Kultury Polskiej, podczas gdy do wybitnych twórców – Żukrowskiego i Przymanowskiego zaproszenia nie dotarły), że powiedział w wywiadzie dla „Newsweeka”, że posłowie na sejm PRL to kukły na sznurkach. Zresztą może porównanie Kleyffa z jego piosenki „sejm mówi tak” było bardziej trafne, na pewno oryginalniejsze. Należałoby wyciągnąć słowa tej wciąż aktualnej piosenki.

 

28 stycznia, 47 Jaruzela – czwartek

Przeczytałam dziś moje dotychczasowe notatki i ze zdziwieniem stwierdziłam, że nie ma w nich bardzo wielu rzeczy, o których myślałam, że je zapisałam. Nie udało mi się także „dogonić” dnia dzisiejszego z wydarzeniami, które miały miejsce zanim zaczęłam pisać. Postaram się to nadrobić. A za to dwa razy opisałam warunki stawiane przez [Henryka] Samsonowicza. Uniwersytet ciągle jeszcze nie pracuje. Ponieważ jestem chora i nie bywam w Instytucie mam mniej wiadomości o tym, co się dzieje. Wg relacji z ubiegłego tygodnia rektor Samsonowicz został usunięty z PZPRu (niespodzianką dla mnie było, że był członkiem) przez Woj. KKP tj. Wojewódzką Komisję Kontroli Partyjnej(organizacja uniwersytecka jest podobno zawieszona). [Henryk] Samsonowicz miał powiedzieć, że w żadnym wypadku nie ułatwi zadania WRONie i nie ma zamiaru sam składać żadnych rezygnacji. Podobna sytuacja jest w UAM. W niedzielę był kurier z Poznania – pierwszy bezpośredni kontakt. Tam zwolniono prorektora [Janusza] Ziółkowskiego, a przedtem rektorowi proponowano, żeby sam złożył rezygnację. W oświacie dużo gorzej niż w Warszawie. W szkołach podstawowych nauczyciele polskiego, historii i WOP składają ustne deklaracje lojalności (przed dyrektorem). W Regionie mają nowy Zarząd, który działa utrzymując stare struktury związkowe. Zbierają składki, wydają jedno centralne pismo Obserwator Wielkopolski. Wpadło im 13 grudnia bardzo dużo poligrafii. Mają już stały kurierski kontakt z Wrocławiem, Gdańskiem i Łodzią. Rozwalak – skreślony. Miał podobno powiedzieć w swoim kręgu, że po rozmowach z Cioskiem widzi dla siebie miejsce w nowych, socjalistycznych zw. zaw.

Wiadomość o odwołaniu przez [Zdzisława] Rozwalaka oświadczenia czytanego w TV uległa weryfikacji. Informacje od reporterów BBC, którzy uczestniczyli w wydarzeniu. Było to spotkanie dziennikarzy zagranicznych z robotnikami Cegielskiego. Robotnicy wystąpili w znaczkach „S” lub „element antysocjalistyczny” i dementowali oficjalną propagandę o strajkach w Cegielskim (jednak były), o produkcji (mizerna) itd., itp. Kiedy dziennikarze dowiedzieli się, że w zakładach pracuje Rozwalak poprosili, aby go też zaproszono, co nastąpiło po krótkich wahaniach. Rozwalak miał wtedy powiedzieć o sobie, że jest skończony, że się dał złamać, nie chciał i bał się uwięzienia. Pod tą presją zgodził się podpisać oświadczenie, którego gotowy tekst podsunięto mu. Podobno [Jerzy] Urban przy jakiejś okazji oświadczył, że Rozwalak odwołał odwołanie.

O Urbanie opowiadają, że jest przykładem najbardziej nieudanej operacji plastycznej – przyszyli uszy do tyłka. Opowiedziałam to Szani [Isia Szaniawska], bo byłam pewna, że znajdę w niej wdzięcznego odbiorcę. Była zachwycona. Wszyscy hierarchizujemy nasze antypatie. Kiedy Urban został rzecznikiem prasowym rządu, jeszcze w dawnych czasach przedwojennych, Szania orzekła, że jest to próba rozpętania hecy antysemickiej. Urban się przyjął pod nazwą niedorzecznik.

Z naszych rozważań nad poniedziałkową „debatą sejmową”. Mizernie wypadła próba [Karola] Małcużyńskiego. Resztek ani części godności nie da się obronić. Trzeba iść na całość albo od razu się zdecydować na rolę kukły na sznurkach. Bo taki lub inny Przymanowski obśmieje, obrzuci błotem tę próbę, a protekcjonalnie odwoła się do tego cienia koncesji na rzecz władzy („będziemy razem, drogi Karolu, walczyć z tymi elementami co wykroczyły w działalności związkowej poza swoje kompetencje”). A Zabłocki próbował i Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. Wstrzymali się od głosu z powodu prawnych zastrzeżeń. Sejm poklepał niegrzeczne dzieci po pupkach, ale wielkodusznie im wybaczył. W końcu ci panowie nie zrobili sejmowi prawdziwej przykrości, nie zmusili do poważnego potraktowania swoich wystąpień i siebie samych.

Dziś Mirek skończył poprawki w pracy magisterskiej. Można zawieźć ją znów promotorowi. Teraz już będzie do przepisywania na czysto. Jeszcze dwa wyjazdy do Białegostoku i koniec z tym problemem. 12 stycznia był już Mirek w dziekanacie. Dostał zaświadczenie o absolutorium co w efekcie podniosło mu pensję o 500 zł. Magisterium da mu stałe zatrudnienie. A kłócił się kłótnik, że to nie ma znaczenia.

 

1 lutego, 51 Jar – poniedziałek

Wczoraj w wieczornym DTV wiadomości o zajściach w Gdańsku (sobotnich). Informacje b. skąpe. Zatrzymano ponad dwieście osób. W starciach z milicją obrażenia odniosło sześć osób i ośmiu milicjantów. Równie skąpe wiadomości w radiu zach. Gdańsk ukarany wydłużeniem godziny policyjnej (od 20 do 5), wyłączeniem telefonów, zakazem poruszania się samochodów prywatnych, pełnym zakazem zgromadzeń, zebrań, spotkań itp. Nam wolno już bez zezwolenia urządzać spotkania rodzinne!!! Co do przyczyn wydarzeń w Gd. właściwie brak wiadomości. Były to raczej zajścia uliczne („przeważa młody wiek zatrzymanych, ale nie dajmy się tym zmylić – działali z inspiracji wrogich…” itp.), prawdopodobnie z hasłami przeciw podwyżce. W W-wie (więc może i w Gd) przekazywano wiadomość z grypsu [Lecha] Wałęsy, w którym wzywał do protestów przeciwko podwyżce cen. Krążą różne przypuszczenia na temat spodziewanych strajków lub protestów w Ursusie i w Hucie W-wa. Ale sądzę, że to raczej przypuszczenia niż wiadomości. Zresztą wkrótce się okaże. Myślę jednak, że jeśli nie teraz to w ciągu miesiąca, dwóch, kiedy okaże się, że za pensję z rekompensatą trudno związać koniec z końcem, a podstawowych artykułów ciągle brakuje, może się rzeczywiście coś wydarzyć gwałtownego. Z dotychczasowych obserwacji wynika, że WRONa nie jest bardzo dobrze przygotowana na zwalczanie masowego protestu. Wbrew pozorom i wtykanej nam propagandzie, już z samych gazet można wyczytać, że nie ma spokoju, że w całym kraju ciągle wrze, że stale mają miejsce jakieś bagatelizowane strajki, protesty itd. Wczoraj wieczorem wizyta N-skich [Andrzej i Elżbieta Notkowscy]. Andrzej opracowuje znakomitą analizę propagandy prasowej WRONy. Tylko tam można przeczytać, że jest spokój, kraju nie nękają strajki itd., itp., ale jednocześnie liczba strajkujących w Polsce zakładów, przez te 50 dni idzie w setki!!!

Dostaliśmy paczkę z RFN. Przed południem zadzwonił telefon i ktoś przekazał Mirkowi informację, że jest dla niego paczka z RFN do odebrania w kościele Świętego Krzyża między 12 – 13. Mirek pojechał z siateczką, a przywiózł karton, do którego po opróżnieniu mieści się swobodnie Julka. Wyszedł z tą paką z kościoła i zdążył dojść do bramy Uniwersytetu – zatrzymał go patrol milicyjny. Wylegitymowali go i zrewidowali całą paczkę. Wszystko wywalali, bo „może pod tym papierem coś jest”. Przechodnie patrzyli na milicjantów z politowaniem. Oni wywalali zawartość (puszki z mięsem, rybą, mlekiem, ryż, płatki owsiane, kakao, mydło, pasta do zębów, proszek do prania, papier toaletowy, maggi, kiełbasa itp.) z zazdrością i nie chcieli wierzyć, że Mirek nie wie od kogo to wszystko dostał. A tu rzeczywiście, nie wiadomo komu dziękować. Do paczki załączona była pocztówka z widoczkiem miasta Bergstadt Oerlinghausen. Bardzo miła mieścina położona na zboczu zielonej góry. [Dziś Google informuje, że to miasteczko w środku Lasu Teutoburskiego ma 17000 mieszkańców]. Napiszemy do burmistrza.

 

5 lutego (55) – piątek

I już piątek. Kolejny tydzień z WRONą przeminął. Julia już zdrowa. Jeszcze nie chodzi do przedszkola. Chodzimy na spacery. Dziecko nabiera kolorów i zaczyna przyzwoicie wyglądać. Jesteśmy ostatnio dużo razem. Prowadzimy poranne rozmowy w łóżku (nie trzeba się spieszyć do przedszkola). Jest bardzo przyjemnie. Nie chce mi się zabierać do pracy. Mogłabym w wolnych chwilach posiedzieć nad „moją” percepcją subliminalną. Przychodzą mi różne pomysły do głowy. Szkoda tylko, że tak naprawdę nie wiem, czy założenia są uzasadnione. Należałoby wreszcie zrobić to sprawdzenie, żmudne, a proste eksperymentalnie.

 

 

Tyle czasu spędzam ostatnio z Julką, a ciągle jestem nią po prostu oczarowana. To mi się czasem wydaje niesamowite, staram się ukrywać przed innymi z tym zakochaniem we własnym dziecku (ale nie przed nią). Ale też Julka jest teraz w rozkosznym okresie (nie lubię tego określenia, ale ono najlepiej pasuje). Przemawia do nas tak wspaniale, w naturalny sposób wprowadza swoje fantazje w nasze życie, jest pełna wdzięku i naturalna. Często wygłasza długie monologi i dialogi w zabawie, które dobiegają do nas z jej pokoju. Tatuś jest jej miłym Krokodylem, mama Krokodylicą. „Ja jestem Krokodylątko”. [tu: dziecięcy bazgroł] (odeszłam na chwilę do kuchni i Jula „uzupełniła” zapis).

A Natalia jest Natalią – powiedziało nasze dziecko. Ale po chwili popatrzyła przenikliwie na Natalię i widocznie uznała, że Natalia wolałaby być krokodylem, należeć do naszej krokodylej rodziny (a może, że należy już do nas), bo zapytała: „Natalio, czy chcesz też być Krokodylem?”.

 

 

„Podczas sejmowej dyskusji w dniu 25 stycznia br. poseł, płk Janusz Przymanowski poddał pod rozwagę projekt przywrócenia godłu państwowemu korony na głowie orła – jako symbolu suwerenności socjalistycznej Polski i majestatu PRL, zgodnie z chlubnymi tradycjami tego godła”.

[Wycinek wklejony do zeszytu] To jest wycinek z dzisiejszego Expresu Wieczornego. Tego fragmentu exposé posła Przymanowskiego nie pokazali nam w telewizorze. Sądzę, że Wysoka Izba szparko uchwali koronę jako symbol socjalistycznej suwerenności. Wprowadza się też rogatywki dla wojska.

Julka w zatłoczonym tramwaju chciała koniecznie wiedzieć, gdzie Natalia ma swojego Witka. Musiałam jej powiedzieć, że go WRONa internowała. A dlaczego? – padło nieuchronne u czterolatki pytanie, skupiając na nas uwagę współpasażerów. – Myślę, że się go boi – odpowiedziałam czując na sobie badawcze spojrzenia. Nie dało się odgadnąć czy życzliwe.

Uniwersytety zaczynają regularnie działać od 8 lutego. Pierwsze dwa dni będą poświęcone na pouczanie studentów. Ja jeszcze na zwolnieniu. U Mirka w szkole był wczoraj prokurator Czajka. Pouczał nauczycieli i uczniów klas maturalnych.

Jutro Natalia jedzie do Witka. Upiekę czarne ciasto. Chciałam je czymś nadziać, choćby kartką z ucałowaniami, ale okropnie na mnie nakrzyczeli (Mirek z Natalią, a potem dołączyła Teresa). Nie rozumiem ich. Na pewno nadziewane byłoby dużo lepsze. W końcu zgodzili się na daktyle.

Jest jakaś afera z grypsami z Gołdapii. W ogóle nie jest tam podobno przyjemnie. Przesłuchują stale, straszą odbieraniem dzieci itp. Podobno niektóre z pań dają się zastraszyć i prowadzą jakieś rozmowy, co dodatkowo psuje atmosferę. Poza tym usiłują wywrzeć nacisk na niektóre twardsze osoby (m.in. Ankę Kowalską) informując je, że zostały przechwycone ich grypsy.

PAULA SAWICKA

[1] Autorami „Sondy” byli Andrzej Kurek i Zdzisław Kamiński i to oni prowadzili program, którego współtwórcą był także Marek Siudym. Nie wiem dziś czy w „Sondzie” stanu wojennego, czyli „Małej Sondzie”, zamiast Kamińskiego pojawił się Siudym, czy zrobiłam błąd wymieniając jego nazwisko.

Pod tlenem – 55 sonetów (XXVIII)

Sonet pierwszy cyklu drugiego: wolność i re-animacja

                                                                                                                      Jerzemu, w walce

Sonet inicjalny części drugiej cyklu orfickiego jest przedziwny i przepiękny. W literaturze przedmiotu nazywa się go najswobodniej napisanym, najbardziej uwolnionym sonetem. Ta swoboda ekspresji: ciągle zmieniająca się długość wersów, z których najkrótszy liczy w oryginale trzy sylaby, a najdłuższy – czternaście zgłosek, i gdzie istotniejszym od regularnego metrum okazuje się rytm oraz oddech jako wolna gra strof i rymów, a także napięcia składniowo-wersowego, powtórzę, ta niebywała swoboda czyni sonet jedynym, wyjątkowym. Aż chciałoby się przywołać poetów później urodzonych, terminujących u Rilkego: Paula Celana i Serhija Żadana – dla nich poezja to przecież, jak w tytule tomu poety z Czerniowiec, Atemwende („zmiana oddechu”). Myślenie o wierszu jako o metaforze tlenowej jest tu ewidentne: to wdech i wydech, jakie czynią wszelką mowę, poetycką zwłaszcza, to ciągła komunikacja między „ja”, które mówi – a światem.

Istnieje też subtelne powiązanie między sonetami introdukcyjnymi obydwu partii cyklu orfickiego: w pierwszym sonecie części pierwszej pojawia się, w drugim wersie, wykrzyknienie „O hoher Baum im Ohr” („O wysokie drzewo w uchu!”), zaś w pierwszym sonecie części drugiej, w dwu wersach wygłosowych mieści się fraza: „Du, einmal glatte Rinde, / Rundung und Blatt meiner Worte” („Ty, kiedyś gładka koro, / krągłości i kartko mych słów”) – co brzmi jak pogłosowa rozmowa inicjałów.

 

 

Z polskich przekładów najbliżej oryginału sytuuje się – tym razem – ten Andrzeja Lama:

 

Oddechu, poemacie niewidzialny!

Wciąż wokół własnego

bytu wymieniana przestrzeń świata. Przeciwwaga,

w której objawiam się rytmem.

 

Jedyna fala, której

rosnącym morzem jestem;

ty najskromniejsze ze wszystkich możliwych mórz, –

pozyskana przestrzeń.

 

Ileż tych miejsc przestrzeni już było

we mnie wcześniej. Niektóre wiatry

są jak mój syn.

 

Poznajesz mnie, eterze, pełen miejsc swych dawnych?

Ty, gładka kiedyś koro,

okrągłość i kartka mych słów.

 

Lam nie amplifikuje, nie przeinacza, zachowuje gramatykę i semantykę sonetu, jego swobodną swobodę. Inaczej czynią – niestety – jego trzej poprzednicy, odbierając wierszowi prostotę – cechę konstytutywną jego urody i identyfikacji, przy czym Antochewicz zdaje się naśladować (miejscami niewolniczo) Jastruna; Pomorski idzie raczej własną drogą, co nie znaczy, że się nie myli, rezygnując z wołacza czy rymując w sposób nazbyt oczywisty i ryzykowny („morze – przestworze”) – co nie znaczy jednak, iż nie próbuje twórczo wyzyskać miejsc translacyjnie otwartych (jak wers wygłosowy – „słów mych obłości i liście”):

Jastrun:

 

Oddechu, mowo niewidzialnego poematu!

Wciąż wokół bytu swego nieuchwytnie

wymieniana przestrzeni świata.

Przeciwwago, gdzie spełniam się w rytmie.

 

Ruchu fali jedynej,

jestem jej morzem, rosnącym niepostrzeżenie;

najoszczędniejsze z możliwych mórz głębiny –

rozprzestrzenienie.

 

Ileż z tych miejsc gościłem w sobie.

Niektóre wiatry przestworu

są jak moi synowie.

 

Powietrze, jeszcze pełne miejsc po mnie, czy poznajesz mnie znów?

Ty niegdyś gładka koro,

zaokrąglenie i kartko moich słów.

 

Antochewicz:

 

Oddechu, niewidzialnego wiersza falo!

Ciągle dla własnego Trwania

czysto wymieniany wszechświecie. Przeciwwago,

w której rytmicznie się stawam.

 

Falo jedyna, której tu

zwolna morzem się stawam głębią;

najoszczędniejszym z możliwych mórz, –

zdobywaną przestrzenią.

 

Ile miejsc tych przestrzeni było już

w moim wnętrzu. Wiatry, co wioną

są jakby moimi synami.

 

Poznajesz mnie, powietrze, ty, wypełnione moimi ongiś miejscami?

Ty, niegdyś gładka koro,

krągłości i kartko mych słów.

 

Pomorski:

 

Niewidzialny poemat oddechu!

Wszechświat, co wciąż się wymienia

z moim byciem. W rytmicznym pośpiechu

przeciwwaga, powołująca mnie do istnienia.

 

Pojedyncza fala: dla fali

ja to miarowe morze;

najoszczędniejsza z wszystkich morskich dali –

zdobyte przestworze.

 

Ileż tych punktów w przestrzeni mi przypomina

to, co było już we mnie. W niejednym wietrze

mam swego syna.

 

Moich jeszcze miejsc pełne, czy się do mnie przyznasz, powietrze?

Koro, gładka niegdyś jedwabiście,

słów mych obłości i liście.

 

Mowa zaświatów, w których próbuje się odzyskać życie, brzmi: tak, tak – nie, nie. A jednocześnie jest mową orficką, czyli poetycką integralnie. Zawiera, kumuluje wszystkie sensualne ślady życia samego, życia przed śmiercią – wspomnienia przestrzeni, wiatru, powietrza (tlenu, owego życiodajnego daru), dotykanej kory – jej faktury, podobieństwa (w niemczyźnie zamkniętego w jednym słowie) liścia z drzewa i jego żyłek do arkusika zapisanego papieru.

Co znaczy zatem naruszyć poetykę prostoty, rudymentarnej prostoty, pośmiertnego inicjału – tego jedynego możliwego i niemożliwego oksymoronu? Gdy pokawałkowany Orfeusz scala się na nowo dzięki oddechowi – wierszowi, dzięki anarchicznemu dotlenianiu mowy i bezmowy poetyckiej? Kora bywa u Rilkego pre-Celanowska. Antycypuje tę niezwykłą frazę autora Atemwende: „Gedichte als bessere Platanenrinde” – Wiersze jako lepsza kora platanów. Na zdartej żywcem korze – blizny, na porwanym na strzępy, rozkawałkowanym ciele Orfeusza, już drobny ścieg życia, któremu „prządki cierpienia” (formuła Norwida) przypatrują się ze zdumieniem.

Naruszyć poetykę – zasadniczo – w akcie translacji znaczy, być może nawet naruszyć proces przywracania życia, scalania, naruszyć ów rytm uparty, choć nie do końca przewidywalny – nie kapryśny wcale, a jedyny.

Wspaniała brawura oryginału zatraca się w przekładach, a przywracać oddech da się jedynie radykalnie, jak gdy re-animuje się istotę żywą: wtedy najczęściej łamie się żebra. Ratunek to jednocześnie naruszenie i przywrócenie. Tam, gdzie istnieje groźba nieodwracalnej utraty życia, tam rośnie też ratunek; tam gdzie zagrożenie, tam ratunek, w tym samym miejscu  – powie po latach najlepszy, przekraczający mistrza (bo przeżył śmierć w pełni życia), uczeń Rilkego: Celan.

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

O przyjacielu

I.

straciłem go z oczu

zniknął zamilkł

przestał odpowiadać na maile

doszły mnie słuchy o jego chorobie

nie dawałem im wiary

był ode mnie młodszy ładnych parę lat

a jednak nie miał się dobrze

 

gdyby w pewnym miesięczniku

nie wydrukował swoich wierszy

zacząłbym wątpić

czy wciąż jest wśród żywych

pisał przy stole z widokiem na drzewa

a innym razem z widokiem na bug

czasami na morze egejskie

wyobrażam sobie że prawa ręka trzyma pióro

a lewa sięga po szklankę z czerwonym winem

odkąd go znam pisanie i picie zawsze szły w parze

 

szczęśliwi którzy mają dar przyzwyczajania się

szybko przywykli do jego nieobecności

tymczasem on żył ale nie miał się dobrze

zadowoleni nie myśleli o nim w ogóle

pamiętam nosił przy sobie słownik jak inni brewiarz

brakuje nam słów mawiał słów jest za mało

bóg trudzi się i pyszni

nie ma powodu abyśmy pozostawali za nim w tyle

potrzebujemy słów urodziwych i wieloznacznych

słów które prowadzą do kogoś

i obudzą zazdrość jahwe

 

ja otwierałem słownik jak mszał

wypowiadałem z miłością każde słowo

dotykałem językiem jak hostię

brakowało mi odwagi

 

był duchem niepokornym

sprawdziłby się w roli buntownika

ale przyszło mu rządzić pewną trzódką

nawet dawał sobie radę

ale formułowanie poleceń nudziło go

przestało go bawić uśmiechanie się do tych

co zawsze odpowiadają nie

spotkania z urzędnikami w każdy dzień powszedni

ubranymi odświętnie

tych musiał onieśmielać

w swoich bluzach

z białymi włosami do ramion

 

pamięć mnie zawodzi boję się

że zapomnę a dużo się tego nazbierało

kawałek mojego życia którego coraz mniej

mój przyjaciel był zręcznym sternikiem

omijał rafy sztormy przechodziły obok

żył szczęśliwie wśród tych którzy go kochali

tylko czytelnicy jego wierszy wiedzieli o niepokoju

tylko niektórzy bo każdy ma własny niepokój

i nie słyszy cudzego co może jest i dobre

nigdy nie rozmawialiśmy o samotności

o wielu rzeczach nie rozmawialiśmy

przemilczaliśmy niejedno udając dobre samopoczucie

może i całkiem niepotrzebnie

ale jak mówić o swoim niepokoju

o rozmowę trudno a co dopiero o szczerość

na szczęście są wiersze i listy

pośredniczą między przyjaciółmi

między kochankami

dodają odwagi jednym i drugim

 

II.

ja już siedzę w celi

z której się nie wychodzi

nad ranem zjawia się ból

przychodzą postaci zmarłych

jakby mnie witały po tamtej stronie

ludzka rzecz mówią przekraczać granice

po tamtej stronie tyle znajomych twarzy

jeden po drugim się tam wynoszą

nie bój się otchłani innej nie będzie

nie bój się otchłani

 

prawdę powiedziawszy mijaliśmy się

żyłem bez planu z dnia na dzień

w ramionach opiekuńczej instytucji

która łożyła na moje utrzymanie

w zamian za pracę która była przyjemnością

 

jak żył mój przyjaciel nie umiem powiedzieć

jak żyją poeci pozostanie tajemnicą

miał swoich podopiecznych przyjaciół rówieśników

z którymi rozumiał się w pół słowa

nie znosiłem muzyki jakiej słuchał

nie czytałem książek które recenzował

nie znałem autorów o których mógł mówić godzinami

niejedno w jego życiu mnie dziwiło

pocieszam się że wyświadczyłem mu kilka razy przysługę

nic wielkiego nie ma o czym mówić

na pewno ja jemu więcej zawdzięczam

lubię myśleć o sobie jako o dłużniku

któremu skrycie sprzyja jahwe

dlaczego nigdy o tym z nim nie rozmawiałem

jak również o wielu innych rzeczach

 

jego dom zawsze był pełen zwierząt

poczciwe psy łasiły się przyjaźnie

koci awanturnicy udający niewiniątka

odsypiali przed kominkiem nocne eskapady

niewiele więcej o nim wiem niż o tych kotach

całymi miesiącami nie dawał znaku życia

potem wychodziło na jaw

że się leczył albo pisał powieść

 

III.

mój przyjaciel nie daje znaku życia

zaszył się pewnie w swoim domu wśród drzew

posłuszny zaleceniom doktorów

prowadzi życie uregulowane żadnego alkoholu

wyciszenie emocji nieforsowny spacer przed snem

rozmowy z żoną ze zwierzętami

do życia trzeba wracać stopniowo

kiedy się spotkamy powie leżałem na sali reanimacyjnej

wszystko było jak w serialu

maska tlenowa serce na podsłuchu kroplówka

potem profesor swoim zwyczajem bagatelizował

na wszelki wypadek woleliśmy mieć pana na oku

ale to nieprawda było ze mną krucho

 

stoicy radzą zawsze pytać

czy cena pozostania przy życiu

nie jest zbyt wysoka

czy nie lepiej przeciąć żyły

i leżąc w wannie pozwolić życiu

wymknąć się z ciała

na tak poważny temat nigdy nie rozmawialiśmy

bo co tu zawczasu można powiedzieć co

w ostatnich jego wierszach

nie było więcej goryczy niż zwykle

nie na to by nie poszedł

stać się katem samego siebie

to niewiele mniej niż zabić innego

zawsze zbrodnia zawsze

mówcie co chcecie

on podopieczny dionizosa

nigdy by na to nie poszedł

 

cudza nieobecność wchodzi w krew

niewielu jest ludzi których potrzebujemy

ubywa bliskich z dnia na dzień

nowi nie umieją nikogo zastąpić

nie proś o nieśmiertelność

byłaby nie lada kłopotem

w ogóle o nic nie proś

co najważniejsze wydarzy się i tak

czasami wydaje mi się że on jest w pobliżu

ale to tylko czyjś cień

bezimienny i obojętny

 

luty – marzec 2025

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

Nad Owidiuszem (7)

Mój przyjaciel K. B. mawia, że Owidiusz to najinteligentniejszy poeta starożytności. Coś musi być na rzeczy, skoro sąd taki głosi nie latynista, ale „hellenista spoglądający na Rzym przynajmniej nieufnie”.

Szczytem błyskotliwej perwersji jest sam finał Metamorfoz, w którym poeta deifikuje i przemienia w gwiazdę Juliusza Cezara i tego samego (ma się rozumieć: po długim i pomyślnym panowaniu) życzy Augustowi. Można by, oczywiście, obrazy te uznać za przejaw czołobitności, gdyby nie jedno jedyne słowo, które pada w wersie 875 ostatniej, piętnastej księgi – super, co znaczy po prostu: „ponad”. Samo w sobie jest ono zupełnie niewinne, ale Owidiusz zrobił z niego taki przecież użytek: „Ponad gwiazdy się wzbije cząstka mnie, ta lepsza, / A mojego imienia nie da się wymazać”. Może i cezarowie – ci władcy świata, panowie życia i śmierci – są ponad wszystkimi, ale ja – poeta – jestem… ponad nimi!

Osobiście byłbym nawet skłonny użycie tego słowa uznać za ów tajemniczy, i jakże fatalny (także w pierwotnym, etymologicznym znaczeniu tego słowa), błąd – error, który wespół z carmen spowodować miał wygnanie Owidiusza.

I czy nie miał racji? Upadają miasta, reżimy, państwa i cywilizacje, ale dobra poezja zawsze się obroni.

Jestem w Kalamazoo (mniej więcej w połowie drogi między Chicago a Detroit), gdzie na Western Michigan University odbywa się sześćdziesiąty, więc jubileuszowy kongres mediewistów. Na kilka dni zjechali się tu badacze średniowiecza z różnych zakątków świata, a jako że semestr dobiegł końca, to cały ogromny kampus WMU opanowali średniowiecznicy. Dziennie odbywa się tu dobrze ponad sto imprez: wykłady, seminaria i grupy robocze, a towarzyszą kongresowi targi książki średniowiecznej (od Princeton i Columbii po nieznane szerzej niszowe oficyny), warsztaty rękodzieła i pokazy mody. Uczonych z plecakami i torbami na laptopy witają siedzący na parapetach wikingowie, a dworzanie i dwórki mijają się w korytarzach z słuchaczami, pędzącymi na interesujące ich panele tematyczne. Język angielski miesza się tu ze staroangielskim, a łacina z włoskim i hiszpańskim.

Dante – choć króluje tu jednak „ojciec literatury angielskiej” Geoffrey Chaucer – jest wszechobecny. Jako poeta, filozof, teolog. I także, w jakimś sensie, jako sponsor, bo kilka paneli, w których brałem udział, zorganizowały wspólnie Dante Society of America i Societas Ovidiana.

Dante był prawdopodobnie samoukiem. Lekturę autorów łacińskich zacząć miał późno (po dwudziestym piątym roku życia), studia jego nie miały więc przebiegu – nomem omen – klasycznego. Czytał kogo i jak chciał.

Lektura Owidiusza w czasach Dantego, i w ogóle w średniowieczu, była czymś – właśnie – perwersyjnym. Trudno bowiem wyobrazić sobie rzecz dalszą od chrześcijańskiej moralności i filozofii w ogóle niż Sztuka kochania czy Metamorfozy. O ile jednak tę pierwszą można było strywializować i postawić na półce z innymi obscenami, których przecież nigdy nie brakowało, a już na pewno nie w średniowieczu, o tyle te ostatnie – kiedy akurat nie czytano ich pokrętnie i symbolicznie w duchu chrześcijańskim – zyskały sobie przecież status pogańskiej „księgi ksiąg”. Czegoś takiego nie da się ot tak odrzucić, obśmiać, zbagatelizować, wymazać. Ovidius maior to ktoś, z kim poeta chrześcijańskiej Europy musi się po prostu zmierzyć. Zwyciężyć nie zwycięży, ale z tego pojedynku zrodzi się coś wielkiego.

Co prawda w młodzieńczych Rime Dante nie zdradza swoich fascynacji poetami starożytnego Rzymu, ale już w Vita Nuova i Convivio Owidiusz – obok innych dawnych mistrzów – pojawia się, choć w roli dość konwencjonalnej. Rzymski poeta dla Dantego sprzed Boskiej Komedii jest ważnym autorytetem w dziedzinie poezji, dostarczającym mu przydatnych cytatów, ale trudno mówić na tym etapie o jakimś współzawodnictwie czy sporze.

Zmienia się to z czasem.

Nie ma wątpliwości, że Owidiusz, nade wszystko ze swoimi Metamorfozami, w Boskiej Komedii pełni już rolę nie mniej doniosłą (choć z pewnością i świadomie mniej eksponowaną) niż Wergiliusz. Na tym etapie życia – osiągnąwszy, jak pamiętamy, półmetek – Dante czuje się wreszcie na siłach, by stanąć do wyrównanego pojedynku z Owidiuszem.

W pewnym momencie mówi tak: „Niech o Kadmosie i o Aretuzie milczy Owidiusz, / bo jeśli tego w węża, a tamtą w źródło / zamienia poezją, ja mu nie zazdroszczę; / bo nigdy dwóch natur z sobą zestawionych / nie zmienił tak, by oba kształty / były gotowe na zmianę swej materii” (Inf. XXV 97-102, tłum. J. Mikołajewski).

Motyw przemiany jest jednym z najważniejszych w arcydziele Dantego. Podlega jej Dante-pielgrzym, ale i czytelnik-chrześcijanin; podlega jej ciało – niczym w Metamorfozach, ale i dusza – tu idzie poeta za tradycją średniowiecznych komentarzy do Owidiusza (mutatio moralis). I tak dokonuje się synteza tradycji grecko-rzymskiej z chrześcijańską. Owidiusz, dogłębnie przestudiowany, wyzwany na pojedynek, a wreszcie odrzucony, jest jednym z immanentnych składników Boskiej Komedii. Autor Metamorfoz, jak Wergiliusz, jest przewodnikiem Dantego, ale działa w przebraniu, w dyskrecji, w ukryciu – niczym Atena w Odysei.

Jesteśmy teraz w limbo. To tutaj trafiają ci, którym nie było dane przyjąć chrztu – jak na przykład pogańscy poeci. Nie cierpią oni mąk piekielnych (tak daleko Dante nie był się w stanie posunąć), ale – oddzieleni od chrześcijańskiego Boga – żyć mają w wiecznym smutku.

 

 

Dante spotyka tam Homera, Horacego, Owidiusza i Lukana („cztery wielkie cienie”). Wraz z Wergiliuszem stanowią oni piątkę podziwianych przez Florentczyka poetów antycznych. Autor Eneidy mówi: „Popatrz na tego z mieczem w dłoni, / który idzie przed trzema tak jak władca: / to jest Homer, poeta monarcha; / ten drugi, co nadchodzi, to satyryk Horacy; / Owidiusz jest trzeci, a ostatni Lukan” (Inf. IV 86-90). Chwilę porozmawiali między sobą – mówi nam Dante-pielgrzym – po czym zwrócili się do niego i zaprosili go do swego grona: „byłem szósty wśród takiej mądrości”.

Owidiusz – schrystianizowany; Dante – zaliczony (przez siebie samego) do grona wielkich pogan. Oto jest moc poezji!

Nie o wszystkim mógł mówić wprost. A to, co przemilczał, miało nieraz wielkie znaczenie. Lektura Boskiej Komedii to zstępowanie także w głąb duszy poety, a u samego kresu tej akurat podróży objawia się Dantego największa perwersja – miłość do Owidiusza i jego pogańskiej Biblii.

Wystarczy. W drogę!

JACEK HAJDUK

Drapmy mury!

Mój Pirat zajmuje się drapaniem sprzętów. Kto ma kota, wie o czym mówię. Na nic firmowe drapaki, najlepsza jest kanapa, mój fotel, a nawet biurko. Pirat zostawia ślady. Trudno mi się na nie złościć, bo w końcu sam to robię, niejako zawodowo.

Wśród rozmaitych zdjęć z moich podróży po Polsce ze Zbigniewem Klochem znalazłem ostatnio fotografię ściany opactwa cystersów w Jędrzejowie.1 kwietnia 1909 roku wydrapali tam swoje podpisy; Helena Wertheimówna i Tadeusz Szcachura – uczeń III kursu, a obok nich niejaki Waleron.

 

 

Helena, to być może znana śpiewaczka, sopranistka, która zginęła w getcie warszawskim. Nie wiem, czy zachowały się jej nagrania, czy jej głos został w rowkach jakiejś płyty. W każdym razie podpis się zachował.

A może to inna Wertheimówna i nie śpiewała, i ocalała, zdążyła na okręt do Ameryki. W każdym razie od 1909 roku mówi, że jest.

W Świętej Katarzynie u podnóża Łysicy jest grób bezimiennego powstańca styczniowego, a w pobliskiej kapliczce na ścianie napis, prawdopodobnie przez niego wykonany: „Szczyt mego cierpienia zrównał się z tą górą. 1863”. 2 sierpnia 1882 miejsce to odwiedzili dwaj kieleccy gimnazjaliści i podpisali się pod tymi słowami. Byli to Jan Stróżecki (później działacz PPS, redaktor „Robotnika”) i Stefan Żeromski (później wiadomo kto).

Pewnie każdy z nas widział takie napisy na murach różnych zacnych budowli i toalet dworcowych, czasem opatrzone wielkiej wagi słowami: „Byłem tu” – niczym z nagrobka. Żadne chmury, żadne serwery, nawet papierowe składnice nie gwarantują takiej nieśmiertelności. No, w każdym razie przedłużonego trwania.

Biorę tęgi gwóźdź i idę szukać ściany.

PIOTR MITZNER

Kefalonia

Z portu w Zakynthos, na wyspie pod tą samą nazwą, wywodzącą się od imienia jednego z synów Dardanosa, mitologicznego króla Arkadii, wyruszamy zgrabnym i zwinnym stateczkiem, a właściwie czymś w rodzaju większej łodzi o szybkim napędzie, przystosowanej do przewożenia całkiem licznych grup pasażerskich. Wody Morza Jońskiego są tego dnia mało przyjazne, rzuca nieco, a członkowie załogi rozdają wśród podróżnych, na życzenie, specjalne papierowe torebki, podobne do tych, jakie są dostępne w samolotach. Siedzimy wewnątrz kabiny, bo wieje tak, że na otwartym pokładzie zostali już tylko niewolnicy Instagrama, Facebooka i Tik-toka, by porobić jakieś atrakcyjne z ich punktu widzenia fotki. Kapitan naszej jednostki przechadza się przy sterze ubrany w rozklapciane łapcie wprost na gołe nogi, pali papierosa za papierosem, niemal pod tablicą, gdzie w kilku językach napisano „palenie wzbronione”, a od czasu do czasu sięga do torebki z bakaliami i przeżuwa flegmatycznie. Łodzią miota coraz bardziej, im bardziej oddalamy się od macierzystej wyspy ku rozleglejszym wodom; widać lekkie zaniepokojenie wśród znacznej części podróżnych, ale kapitana nic zdaje się nie ruszać. Tłumaczę sobie, że nie ma powodów do niepokoju, bo jako typowy szczur lądowy nie wyczuwam morza – w przeciwieństwie do oficerów i całej załogi, czyli ludzi, których praktyki żeglugowe zbudowały tysiące lat doświadczeń ich przodków: wyprawy Argonautów, tułaczka Odysa, operacje desantowe pod Troją, gdy wreszcie Artemida przekierowała wiatr, by okręty Achajów, po złożeniu przez Agamemnona ofiary z Ifigenii, mogły ruszyć z Aulidy ku Ilionowi, by łupić, burzyć i zniewalać; handel i transport morski od dzisiejszej Genui po Adriatyk i dalej, przez Morze Egejskie ku Azji; wielkie bitwy jak ta – chyba najbardziej znana – pod Salaminą, starcie u ujścia Ajgospotamoj czy jatka u przylądka Artemisjon. Spora tradycja i spory dorobek, a jednocześnie, trzeba to przyznać, niezły przecież background profesjonalny. Zatem zawierzam swój los kapitanowi oraz jego ekipie i pomału zapadam w drzemkę.

Przybijamy wreszcie do przystani w Agia Pelagia na południowo-zachodnim wybrzeżu. Zapakowani natychmiast w luksusowy autobus, ujeżdżamy w głąb lądu. Wiozą na zwiedzanie, atrakcje kulinarne i winne, a przewodniczka nieustająco trajkocze przez interkom, choć gdy przejeżdżamy przez Fodele, mieścinę, w której być może – bo bardziej prawdopodobne jest jednak to, że to było inne Fodele, położone niedaleko kreteńskiej Kandii, a więc dzisiejszego Heraklionu – na świat przyszedł Domenikos Theotokopulos, czyli El Greco, nie zająknie się o tym, choćby i mało realnym, domniemaniu ani słowem. Odkryłem El Greca w Toledo jako nastolatek. Rozdziawił mi usta Pogrzebem hrabiego Orgaza z kościoła Santo Tomé. Wpatrywałem się urzeczony w ten tłum „postaci mizernych, okropnych, bez krwi, chudych i pożółkłych, z głowami zagrzebanymi w ogromnych kryzach z plisowanych koronek” – jak pisał w 1870 roku krytyk Benito Pérez, diagnozując artystę jako genialnego, ale i obłąkanego. Potem przeczytałem, że charakterystycznie wydłużone, o cechach eteryczności kształty postaci ludzkich i w ogóle pofalowana nieco rzeczywistość (jakby El Greco był inspiratorem Krzyku Muncha) mogły być efektem poważnej i złożonej wady wzroku malarza, w szczególności zaawansowanego astygmatyzmu. Podobno wśród tłumu żałobników biorących udział w uroczystości pogrzebowej artysta uwiecznił siebie – miałaby go przedstawiać postać, która jako jedyna patrzy z płótna wprost w oczy widzom. Tak zwany Dom El Greca w Toledo jest, jak to często bywa, turystyczną inscenizacją – artysta tam w rzeczywistości nie mieszkał, a obrazy tam wiszące nie są oryginałami. Oryginały znajdziemy natomiast w Muzeum Prado, gdzie spędziłem wiele godzin swojego młodego wtenczas życia, kontemplując mistycyzm sztuki mistrza.

Doczytaliśmy przed wycieczką, że nazwa wyspy wywodzi się najprawdopodobniej od mitycznego syna Hermesa, Kefalosa. Najwyraźniej w tym rejonie Morza Śródziemnego popularna była szkoła toponomastyczna, której wyznawcy lubowali się w nadawaniu ziemiom nazw wedle imion własnych synów. Losy Kefalosa, acz bohatera w mitologii raczej peryferyjnego, były w pewnym wymiarze dość ciekawe, a już z pewnością dramatyczne. Otóż bogini Eos sprowokowała go, by wystawił na próbę wierność swojej żony Prokris (swoją drogą spora nuda musiała doskwierać greckim bogom, że się w ten sposób zabawiali) i, przyjmując postać innego mężczyzny, spróbował ją uwieść. Prokris niestety uległa pokusie zdrady, wskutek czego małżonkowie zarządzili separację na jakiś czas (niemalże jak w Sprawie Kramerów), ale wkrótce potem ostatecznie się pogodzili. I tu zaczyna się prawdziwy tragizm i okrucieństwo, albo może bezwzględność tak charakterystyczna dla antycznych opowieści – Kefalos omyłkowo zabija żonę podczas polowania, biorąc ją za zwierzynę łowną. Dość typowy fail myśliwych, zwłaszcza jak polują podpici. W Polsce na szczęście nie strzelają omyłkowo do ludzi aż tak często, ale już do udomowionych psów biegających po lesie czy innego inwentarza to i owszem, a kary są mniej więcej następujące: umorzenia – 21,7% (!), pozbawienia wolności na okres próby, czyli tzw. wyrok w zawiasach – 45,7%, wreszcie uniewinnienia czy zdumiewająco niskie grzywny. Natomiast Kefalos został za ten czyn skazany przez Areopag na wieczne wygnanie. Syn Hermesa znalazł schronienie w Tebach, gdzie pomógł królowi miasta Amfitrionowi pokonać wojska Taphiusa. W nagrodę za swoje czyny dostał we władanie jedną z wysp zdobytych podczas tej wojny, czyli właśnie Kefalonię. Na monetach odnalezionych na wyspie przez archeologów znajdują się podobizny zarówno Kefalosa, jak i jego nieszczęsnej małżonki. Trochę to melodramatyczne, ale do prawdziwego, łzawego melodramatu na cztery fajery, który się tu odbywał kilka tysięcy lat później za sprawą pewnego filmu, jeszcze dojdziemy.

Ponieważ była to wycieczka zorganizowana, byliśmy zdani na łaskę i niełaskę naszej guidy. Co zaś potrafiła ona wyprawiać, w sensie snucia opowieści, opisuje poniższy wiersz:

 

Wyspa cudów

Według naszej przewodniczki to niezwykły

ląd Koniki zdziczałe za Wenecjan biegną po

górach Enos by skryć się wśród czarnych

jodeł Zakonnice zaklęte w węże z białym

krzyżykiem na głowie w dzień Zaśnięcia

Maryi Panny rozglądają się za kozami o

złotych zębach Te zaś dziwią się zającom

o zębach srebrnych Szczodra jest natura

Święty Gerasimos (uzdrowiciel wariatów)

zmumifikowany czterysta lat temu widziany

jest jak pociesza poszkodowanych – ofiary

trzęsienia ziemi w 1953 roku

Nasza przewodniczka też jest cudem nie z

tej ziemi Raczej (sądząc po wymowie i kłopotach

z leksyką) gdzieś z mazowieckich zaścianków

Jej wersja odysei umila nam posiłek: „syreny zawodziły

marynarzy, a Charybda zeżarła kilku z nich”

Na szczęście mają tu jeszcze jeden cud

Doskonałe lokalne białe wino

Robola

 

 

To prawda, wino robola bardzo nam przypadło do gustu. Winnice położone są wysoko, od 500 do 800 metrów nad poziomem morza, a najbardziej znane to te na zachód od majestatycznej Góry Ainos. Gleba jest tam surowa, kamienista i dość jałowa, co paradoksalnie owocuje winem dość wysokiej, szlachetnej i wytrawnej jakości, ale za cenę dość niewielkich zbiorów. Sommelierzy wymądrzają się, mlaskając głośno podczas degustacji, że wino ma złocisty odcień, a „w nosie”, jak oni to mówią (zazwyczaj z lubością dla swojego głosu), czuć aromaty niedojrzałych i kwaśnych owoców: cytryny, ananasa, brzoskwini, a także zielonego jabłka, w ustach zaś osiada charakterystyczna kwasowość. Porównuje się je często do Assyrtiko, szczepu dającego najwspanialsze grona na Santorini, a podobieństwo ma się opierać na silnej mineralności obu. Robolę na Kefalonię przywieźli najprawdopodobniej Wenecjanie, którzy nazywali je Vino di Sasso, czyli winem z kamienia.

Ale ilekroć jechaliśmy do Grecji, nigdy nie zaniedbywaliśmy wypicia choćby jednej buteleczki retsiny, choć w praktyce na jednej buteleczce się raczej nie kończyło. Wszyscy oczywiście znają retsinę, to żywiczne wino o rodowodzie sięgającym starożytności, gdy amfory zalepiano drzewnym sokiem głównie dla konserwacji napoju (dziś jest to produkt aromatyzowany, najczęściej żywicą sosny alepskiej). W zasadzie jest tak, że ci, co uwielbiają retsinę i ci, co jej nienawidzą dzielą się na dwie mniej więcej równe frakcje, jak, nie przymierzając, w Szwecji stronnictwo zniewolonych i stronnictwo totalnie obrzydzonych Surströmming, czyli kiszonym bałtyckim śledziem wyróżniającym się nieprawdopodobnym smrodem, wydobywającym się z otwieranej puszki. My jesteśmy team retsina, choć staramy się ją pić raczej pod wysokim niebem Grecji. I trzymamy się od lat jednej firmy. Jest to Malamatina winifikująca w Salonikach grona od 1895 roku i zamykająca płynną nostalgię – jak mawiał o napoju Ödön von Horwáth w sztuce Opowieści Hollywoodu Christophera Hamptona – w kapslowanych (tak jest!) półlitrowych buteleczkach. Nie żadne wysublimowane koczkodany retsinne polecane przez snobistycznych znawców, tylko właśnie ten niepozorny produkt, dostępny w zwykłych supermarketach za równowartość niespełna 3 euro jest liderem. I zawsze, pamiętając o tradycji, pijemy retsinę na zimno, wyjątkowo nie w kieliszkach, tylko w charakterystycznych małych szklaneczkach przypominających te do whisky.

Nasza zorganizowana objazdowa wycieczka podążała śladem największych turystycznych atrakcji na wyspie, ale czuć było, że pewne odium wciąż unosi się nad lądem i morzem – pamięć o fatalnym trzęsieniu ziemi w 1953 roku, które zmiotło dawną Kefalonię, jaka tworzyła się i rosła przez wieki, by cywilizacyjnie runąć w zasadzie w jednej chwili, jak Lizbona w 1755 roku czy Skopje w 1963. W następstwie katastrofy wyspę dotknęła fala emigracji i nie ma się co dziwić, że ludzie w strachu uciekali. Dziś zamieszkuje ją mniej więcej 40 tys. osób, czyli tak o 10 tys. mniej niż podwarszawskie Piaseczno, choć jest największą w całym archipelagu Wysp Jońskich i mieści się w pierwszej dziesiątce największych w całej Grecji. Konsekwencja jest też i taka, że nie rozwinął się tu, chwała Bogu, intensywny przemysł turystyczny, nie ma ogromnych hoteli czy resortów dopieszczających leniwych turystów udogodnieniami wyrafinowanych all inclusive. Choć znajdziemy tu piękne, naprawdę zapierające dech w piersiach plaże, to rozwojowi turystyki nie sprzyja też górzysty charakter wyspy oraz niedostępne klifowe nabrzeża, rozciągające się kilometrami. Kefalonia wydała nam się zatem jakby pustawa, opuszczona, trochę taka, hmm…, niegrecka? Albo może jak najbardziej grecka, tylko przypominająca inne spokojne wyspy, którym udało się umknąć z pola widzenia turystycznych radarów, jak może Ikaria, Karpatos, Astipalea, Sikinos…

Program touru jest napięty, więc wiozą nas teraz ciupasem do największej atrakcji Kefalonii, czyli jaskini Melissani, we wnętrzu której kryje się jezioro o ciekawej właściwości – mieszają się w nim słone wody morskie i słodkie gruntowe.Wyjaśnienie tego fenomenu przypomina nieco opis jakiegoś skomplikowanego systemu wodociągowego – słona woda dostaje się do wnętrza przez szczeliny (katavothres) położone po wschodniej stronie wyspy, następnie płynie przez dwa tygodnie wewnątrz lądu, przypominając nieco podziemne rzeki krasowe, gdyby tylko był to zwarty strumień, łącząc się na końcu z wodą gruntową w jeziorach Melissani oraz nieodległym Karavomilos, by ostatecznie znów trafić do morza. I w tej jaskini trzęsienie z 1953 roku uczyniło spustoszenie, ale paradoksalnie wyszło jej to na korzyść, bo runęła wtedy część sklepienia skalnego, otwierając widok z groty na niebo i słońce, jakby zainstalowano tu gigantyczny szyberdach. Słońce niczym wielka lampa rozświetla mroki, a jego promienie nadają wodom frapujący odcień niebieskiego koloru, najbliższego wersji cobalt blue. Za niewielką opłatą można sobie uciąć krótki rejs łodzią, zupełnie niekonieczny, chyba że trafi się akurat na jakiegoś dowcipnego gondoliera opowiadającego smakowite anegdoty i żarty niczym flisacy na tratwach na spływie Dunajcem w Pieninach.

Ponieważ skład naszej wycieczki jest mocno senioralny (choć my sami też nie młodzi), w tym dwie damy poruszające z pomocą chodzików, to zawsze udaje nam się wygospodarować trochę czasu dla siebie, zanim nasza niepowtarzalna przewodniczka nie zbierze wszystkich jak stada baranów i nie zapakuje na pokład pojazdu. Dzięki temu w jednym miejscu zdążamy wypić po filiżance kawy, w innym po buteleczce retsiny, w jeszcze innym złapać coś na ząb.

No ale już ruszamy, a przed nami kolejna jaskinia, jeszcze jedna, która została udostępniona turystom – Drogarati. Ma kształt wielkiej komnaty, pełnej stalaktytów i stalagmitów widocznych po jej bokach oraz suficie. Miejsce jest słynne ze swojej wyjątkowej akustyki, którą wycieczka zachęcona przez przewodniczkę oczywiście natychmiast ochoczo samodzielnie sprawdza, co skutkuje kakofonią atonicznych dźwięków. W zasadzie jest to wielka podziemna sala koncertowa na kilkuset widzów; chwalono się, że śpiewała tu i Maria Callas, i Luciano Pavarotti. Cudo to powstało, jak nas nauczają, ze sto milionów lat temu, ale odsłoniło go ludziom oczywiście trzęsienie ziemi, tyle że nie to złowróżbnie słynne z XX wieku, a inne, pomniejsze, jakieś trzysta lat temu. Tu mieliśmy znów sporo czasu dla siebie, bo do wnętrza prowadzi około stu schodów, więc zanim nasi towarzysze broni z grupy wycieczkowej weszli i wyszli, udało nam się spędzić trochę miłego czasu w lokalnej knajpce położonej w rzucającym cień ogrodzie.

 

 

A potem zabrali nas na obiad (na mur beton dogadany z właścicielem knajpy, gdzie wylądowaliśmy) w miasteczku Assos. Bedekery powiadają, że „to jedna z perełek wyspy. Położone w urokliwej zatoczce miasteczko charakteryzuje się pastelowymi kolorami domów, przepiękną turkusową barwą wody oraz nieco senną atmosferą. Mimo że składa się zaledwie z kilku uliczek, miejsce to jest zdecydowanie warte odwiedzenia. W Assos znajdziemy dwie kamieniste plaże oraz nieco urokliwych knajpek i tawern”. Tego typu stylistyka powinna w każdym bardziej doświadczonym wędrowcu natychmiast wzbudzić najwyższą rewolucyjną czujność. I w tym przypadku mechanizm się sprawdza, bo Assos to dość typowa, acz i nienachalna, tourist trap z zawyżonymi cenami, mnóstwem niepotrzebnych i słabej jakości souvenirów dostępnych na lokalnym bazarku i w nieco obskurnych drewnianych kioskach oraz generalnie z taką atmosferą udawania miejsca fajniejszego niż jest. Nie jest to oczywiście kefalońskie wcielenie potiomkinowskiej wioski, ale wrażenie sztuczności i dekoracyjności trudne jest do odegnania. Oczywiście – malowniczość widoków jak najbardziej, urokliwe uliczki i domki – także. Tego Assos nikt nie odbierze.

Na szczęście darowano nam wyprawę na górzysty półwysep, na szczycie którego Wenecjanie zbudowali twierdzę znaną jako Zamek Assos (Κάστρο της Άσσου). Budowlę wzniesiono w XVI wieku, a jej głównym celem było wsparcie istniejącego już od kilku stuleci Zamku Świętego Jerzego, który samodzielnie nie był w stanie obronić wyspy przed ewentualnym tureckim najazdem. Wenecjanie oczywiście pozostawili pieczęć swej obecności, to znaczy płaskorzeźbę lwa św. Marka, umieszczoną nad główną bramą. Nie pojechaliśmy tam, ale bezlitosna przewodniczka nie oszczędziła nam wykładu. Zatem zamek pełnił funkcję obronną również po przybyciu Brytyjczyków oraz po odzyskaniu przez Greków niepodległości. Po wojnie przekształcono go w więzienie. W jego murach przetrzymywano więźniów greckiej wojny domowej, która toczyła się między 1946 a 1949 rokiem.  Konflikt ten jest mało znany w Polsce, a sami Grecy niechętnie do niego wracają. Bratobójcza walka kosztowała ich kraj blisko 70 tys. ofiar.  Zamek otoczono długim murem, który przetrwał do naszych czasów w dobrym stanie. Niestety, zabudowa wewnątrz cytadeli została niemalże całkowicie zniszczona w trakcie trzęsień ziemi. Zachował się jednak katolicki kościół, jeden z budynków oficerskich oraz ruiny pozostałych zabudowań”. Amen. Zamek odhaczony.

I w końcu crème de la crème – plaże Kefalonii. Za dwie najpiękniejsze, najwspanialsze i w ogóle och, ach uchodzą Mirtos i Antisamos. Obie, położone w zatokach otoczonych wzniesieniami, wyglądają z góry, z drogi i z punktów widokowych niemal tak niezwykle jak np. Zatoka Wraku na Zakynthos czy Playa de Cofete na Fuerteventurze. I wszystkie cierpią na podobny feler. Zatoka Wraku jest zamknięta od 2022 roku ze względu na osuwiska skalne; na Cofete nie da się kąpać, bo prądy za silne, fale za gwałtowne, a niedaleko głębia tak rozpastna, że podobno mogły na niej, także w zanurzeniu, cumować niemieckie U-Booty podczas II wojny światowej, bo – jak głoszą liczne teorie spiskowe oraz domorosłe legendy – na Fuercie naziści mieli tajną bazę, gdzie eksperymentowali genetycznie i medycznie na dzieciach, a pod koniec wojny zajmowali się przerzucaniem stąd rozmaitych zbrodniarzy do Ameryki Południowej. Teoretycznie na Mirtos i Antisamos da się popływać, ale trochę mrożące krew w żyłach są informacje, że corocznie jest tu kilka ofiar śmiertelnych. Na obu plażach da się też podobno surfować, ale powszechne są ostrzeżenia, że to raczej lokacja dla bardzo doświadczonych zawodników, niczym Praia do Norte w portugalskim Nazaré, choć też nie egzagerujmy, bo na Kefalonii nie zdarzają się 30 metrowe fale, chyba że dotarłoby tam jakieś tsunami, czego oczywiście mieszkańcom wyspy życzyć w żadnym razie nie należy. Zatem plaże bardziej chyba do kąpieli z rodzaju tych słonecznych oraz do doświadczenia estetycznych wrażeń. Ale spokojnie, innych plaż typowo odpoczynkowo-kąpielowych jest na wyspie multum, choć dominują, nie przez wszystkich lubiane, lokacje kamienisto-żwirkowe. Jest jednak jeszcze jedna kwestia z plażami związana.

Na Kefalonii kręcono plenery do filmu Kapitan Corelli, ekranizacji powieści brytyjskiego pisarza Louisa de Bernières’aCaptain Corelli’s Mandolin (Mandolina kapitana Corellego) z roku 1994 i zarówno Mirtos, jak i Antisamos pojawiły się tam z nadzwyczajną intensywnością. Tło opowieści jest dramatyczne, by nie rzec – tragiczne. W czasie II wojny światowej wyspę okupowały głównie wojska włoskie, ale stacjonował tam też garnizon Wehrmachtu. Wojska na wyspie składały się z prawie 12 tys. żołnierzy włoskiej dywizji piechoty Acqui, która przybyła na Kefalonię w maju 1943 roku, oraz z 2 tys. niemieckich żołnierzy i oficerów dwóch batalionów grenedierów. Od 18 czerwca 1943 roku dowódcą dywizji włoskiej był generał Antonio Gandin, weteran i bohater frontu wschodniego, odznaczony nawet niemieckim Krzyżem Żelaznym. Gdy rano 8 września 1943 roku radio podało informację o poddaniu się Italii Aliantom (zawieszenie broni w Cassibile) i zmianie sojuszy, włoskie sztaby w Grecji znalazły się w trudnym położeniu, gdyż oddziały nie otrzymały żadnych rozkazów z Rzymu. Generał Gandin stanął tym samym wobec dylematu – albo poddać podległe mu jednostki Niemcom, którzy nawet tego żądali i zaczęli już odbierać broń włoskiemu garnizonowi, albo stawić opór. Po południu 12 września 1943 roku doszło do spontanicznych i poważnych starć zbrojnych pomiędzy żołnierzami włoskimi i niemieckimi, gdy żołnierze Wehrmachtu rozbroili przemocą dwa oddziały włoskiej artylerii w ich miejscach stacjonowania. We włoskim dowództwie nie było jedności – jedni oficerowie optowali za kapitulacją i pójściem do niewoli, inni za walką. Negocjacje spaliły na panewce, doszło do konfrontacji zbrojnej, a Niemcy sięgnęli po Stukasy, by ostatecznie zmiękczyć opór Włochów, co im się udało. Ostatecznie wyczerpani walkami Włosi, pozbawieni dostaw i amunicji skapitulowali 22 września. Niemcy dokonali wtedy zbrodni wojennej, rozstrzeliwując ponad 5 tys. jeńców wziętych do niewoli, w tym samego generała Gandina, który był zresztą germanofilem. Zbrodni nie dokonało SS ani inne Sonderkommando, tylko regularne jednostki armii, czyli Wehrmachtu. Ktokolwiek zatem broni dziś pamięci czy, nie daj Boże, domniemanego honoru armii lądowej nazistowskich Niemiec, wystawia sobie jak najgorsze świadectwo, bo wszak kefalońska zbrodnia nie była jedyną plamą na mundurze feldgrau.

To tło opowieści powieściowej i filmowej jednocześnie. Drastyczność i okrucieństwo tych wydarzeń jest przybijające; pojawiło się nawet określenie „włoski Katyń”, opisujące mord na jeńcach, którego na wyspie dokonali Niemcy. Ale popatrzmy na streszczenie, choćby początku opowieści literackiej, a w znacznej mierze też filmowej: „Dr Iannis mieszka na greckiej wyspie Kefalonia ze swoją córką Pelagią, która zdobyła wiedzę medyczną dzięki obserwacjom praktyki swojego ojca. Pelagia wdaje się w romans z młodym rybakiem o imieniu Mandras, a zaręczają się tuż przed wybuchem II wojny światowej. Mandras postanawia dołączyć do walki na linii frontu, pozostawiając Pelagię z niepokojem oczekującą na jego listy, które nigdy nie docierają. Tymczasem Carlo Guercio, ukrywający swoją orientację homoseksualista, walczy u boku włoskich sił dokonujących inwazji na Albanię i jest świadkiem tragicznej śmierci ukochanego Francesca. W 1941 roku włoscy i niemieccy żołnierze zostają wysłani na Kefalonię, gdzie są odrzuceni przez miejscową ludność. Pelagia jest zdecydowana ich nienawidzić, zwłaszcza gdy młody kapitan o imieniu Antonio Corelli zostaje u niej zakwaterowany.” Tak, można się łatwo domyślić – to jest ckliwy melodramat i to jeden z tych doprawdy okropnych w swej ckliwości, rzucony wszelako na tak ponure tło wydarzeń, że przez moment można nawet pomyśleć nie o niestosowności całego tego chwytu artystycznego, ale o jego skandaliczności. Nikt nie żąda od melodramatów ani specjalnej logiki, ani tym bardziej wierności faktom historycznym, ale można przecież takie rzeczy tworzyć z pewną klasą. Dziś nikt nie pamięta, że Casablanca jest faktograficzną bzdurą, że dzieje się w parszywych wojennych czasach; wszyscy natomiast pamiętamy kreacje Humphrey’a Bogarta i Ingrid Bergman oraz ponadczasowe teksty, jakie tam padają. „Jaka jest pańska narodowość? Jestem pijakiem”. Cymes!

 

 

A więc Pelagia i Corelli zakochają się w sobie bezbrzeżnie, Carlo Guercio ratuje Corellego zasłaniając go własnym ciałem przed kulami plutonu egzekucyjnego, pojawia się okrutna partyzantka komunistyczna oraz dziecko znikąd, które Pelagia adoptuje. Matko Boska! Powikłanie, zapętlenie i przenikanie się wątków oraz trudna do zniesienia cukierkowość wraz z lekko słonawą słodyczą całej tej historii spowodowała, że podczas seansu filmowego zasypiałem dwa razy, by być wybudzanym mocnym uderzeniem łokciem pod żebra. Nie jest to mój rekord – na projekcji Angielskiego pacjenta, kiedy gubiłem się jeszcze bardziej w samej akcji oraz skomplikowanych interakcjach licznych bohaterów, zasnąłem razy trzy. Potem próbowałem, czy może źródło tego filmu, czyli powieść Michaela Ondaatje jest nieco bardziej czytelna i przystępna, ale nie, jednak nie. I nie przekonał mnie Booker dla autora, ani worek (w sumie 9) Oscarów dla filmu. Skoro już mowa o nagrodach, to Penelope Cruz za rolę Pelagii w Kapitanie… otrzymała Złotą Malinę za najgorsze aktorstwo i całkowicie się solidaryzuję z takim werdyktem. Swoją drogą Nicolas Cage za rolę Corellego też powinien dostać jakieś rózgi, ale go tym razem oszczędzono. A konstatacja finalna może być taka, że melodramaty, okraszone malowniczymi krajobrazami, jak fotogeniczne plaże Kefalonii, są zazwyczaj monstrualnymi kiczami w dodatku cynicznie podanymi – jako wyciskacze łez i dostarczyciele egzaltowanych emocji. Niby rzecz absolutnie oczywista, ale zawsze warto mieć w pamięci.

Na koniec zjazd do portu w Argostoli (Αργοστόλι), stolicy wyspy, która zupełnie niczym się nie wyróżnia, może oprócz kamiennego mostu De Bosset z początków XIX wieku, który przerzucono nad zatoką. Jego całkowita długość to 689 metrów,  co daje mu zaszczytny tytuł najdłuższej kamiennej przeprawy tego typu na świecie. Ale nikt nie napisał o nim eposu, jak choćby Ivo Adrić o moście na Drinie w Višegradzie, swojej małej ojczyźnie dzieciństwa.

Stoję obok autokaru na górskim parkingu, z którego rozciąga się widok na niedaleką Itakę. Nie jest to duża wyspa i nie wygląda zbyt spektakularnie. Nie wiem, jak wyglądała za czasów Odysa, może inaczej, a może tak samo; nie wiem, jakie były przyczyny przywiązania jednego z najsprytniejszych i najbardziej inteligentnych ludzi czasów mitologicznych do tego skrawka lądu. To nie wyglądy przecież i nie krajobrazy odpowiadają za nasze związki z miejscem, a w każdym razie nie tylko one. Są jeszcze ambicje władzy, uczucia i zakorzenienie; są konkretni ludzie – tak jak Penelopa musiała być niezmiernie istotna dla króla Itaki; jest jeszcze wiele, wiele przyczyn i powodów, a niektóre pozostaną na zawsze niewypowiedziane. Myślę o powieści Nikt Jerzego Andrzejewskiego, a zwłaszcza o jej końcu, gdy Odys umiera z głodu i pragnienia na dryfującym statku, a w ostatnią drogę odprowadza go błazen, który okaże się prawdziwym autorem Odysei. Interpretacja Andrzejewskiego jest opowieścią o niespełnieniu, klęsce i nienasyceniu, które w końcu przegrywają z życiowym zmęczeniem. Wszystkich nas to dotknie w różnych wymiarach i w różnym stopniu; wszyscy umieramy z głodu i pragnienia, nawet jeśli nie o jedzenie i picie idzie, tylko o deficyty serca i ducha. I maskujemy to zabieganiem, pogrążaniem się w – jak to nazwał św. Paweł – „życiu zewnętrznym”, muskamy po powierzchownościach i oddalamy zbyt skomplikowane myśli. Trwamy, a trwając, uciekamy w doczesność.

Odwracam głowę i ruszam do wozu, by zająć swoje miejsce i pojechać dalej. Nie różnię się niczym od innych.

 

***

Kolejna jaskinia kolejna knajpa kolejna retsina

Nad białym obrusem niespodziewana rozmowa

Czemu tak jest że za grzechy jednych Ich próby Ich

zmagania z bogami zdarza się cierpieć drugim?

Minotaurowi Izaakowi  Dzieciom Hioba?

Nieobjęty porządek jeśli jest to porządek

Nierozpoznana nauka jeśli jest to nauka

Nad białym obrusem Nad szklaneczkami

wina unosi się wielki znak zapytania Ale

wszystko co ważne nigdy nie może doczekać

się odpowiedzi Bo już odjeżdża autokar

przed nami piękne wzgórza bajeczne plaże

i przewodniczka delikatnie pogania Tyle

jeszcze do zobaczenia Ach jakie widoki i

na koniec smakowita kolacja

w perspektywie

 

JAROSŁAW KLEJNOCKI

Spod powieki (J)

Niedziela, 11 maja

Od powrotu z Etiopii mierzę codziennie rano ciśnienie, szukając przyczyn spadku życiowej energii. Wynik oscyluje wokół 110 (górna liczba). Po dwóch konsultacjach lekarskich dopasowałem leki i teraz mam codziennie nieco powyżej 120. Dziś rano mierzę: 145. Dlaczego? A no dlatego, że po przebudzeniu rozmyślałem o tym, gdzie się podziały seksterny pewnej tajemniczej staropolskiej damy pióra i zdałem sobie sprawę, że wiem, gdzie są, wydrukowane w innych książeczkach (lubiła małe formaty). Mają nawet tytuły: najbardziej podoba mi się Rozbieranie sumnienia. Stąd ta poranna ekscytacja.

Wtorek, 14 maja

Rano lecimy przez Brukselę do Porto. Na drogę wziąłem niewielką książkę Marii Danilewicz Zielińskiej Polonica portugalskie (przedmowa Paweł Kądziela, Warszawa, Biblioteka „Więzi”, 2005) i Imieniny, nową powieść Weroniki Murek. Polonica… czytałem przed dwudziestu laty, czego świadectwem karteczka z notatkami. Widzę, że wtedy zaintrygowała mnie powieść Joaquima Paço d’Arcos Memórias duma Nota de Banco (1962), „w której banknot wartości pięciuset escudów z wizerunkiem Damiana de Góis opowiada o swoim kilkudziesięcioletnim żywocie i kolejnych właścicielach”. Przy nowej lekturze zwracam szczególną uwagę na predylekcję autorki do szczegółów, związanych z garderobą. I tak mamy tu, patrząc od góry: nakrycia głowy, jak korony (o tym niżej), hełmy: „fotografie pięknego skrzydlatego hełmu husarskiego”; kapelusze: „emigrantów polskich […] nie było stać na kapelusze obowiązujące szanujących się mieszkańców Londynu”; „mężczyźni odkrywali głowy [by uczcić przejeżdżającego przez Portugalię Paderewskiego] (a noszono jeszcze wówczas kapelusze)”; papachy: „Na okładkach Trylogii […] figurują Kozacy w papachach na rozpędzonych rumakach”; okrycia wierzchnie, jak płaszcze (August II „we wspaniałej zbroi z narzuconym na nią płaszczem gronostajowym”); mundury, peleryny, surduty, fraki i kubraki („rachunek krawca, który dostarczył Bemowi ozdobiony haftami mundur i płaszcz generalski”; kartograf Józef Chełmicki na fotografii „figuruje w mundurze przepasanym szeroką wstęgą z kilkoma rzędami odznaczeń”; w roku 1863 „zastawiano peleryny i podręczniki, by złożyć ofiarę na Fundusz Pomocy Powstańcom Polskim”; buntowano się „przeciw staromodnym pelerynom i surdutom o nazwie batina obowiązującym studentów”; postać Władysława Mickiewicza na kongresie w Lizbonie „przypominała Hamleta ubranego we frak i biały krawat”; „u Infanta znaleziono w kubraku wszyte pod podszewkę złote monety”). Dla Danilewicz Zielińskiej ważne są też galanteryjne akcesoria; porównując uliczki starej Lizbony do Lalki Prusa pisze: „kupić tu można frędzle i guziki dowolnego koloru i kształtu, hafty z Madery […]”.

Osobną kategorię stanowią kompletne stroje, a mianowicie: „mundury «Polaków z Sierry»: ciemnoniebieskie spodnie i kurtki z jasnoniebieskimi kołnierzami i mankietami; na głowach czapki bez daszka, przypominające kształtem berety z jasnoniebieskim otokiem. Po lewej stronie kurtki skromny złoty szamerunek”; opis maître’a hotelu „Giglio”, zacytowany ze Słowackiego („Na głowie miał pomięty kastor, / Surdut na plecach, parę pantalonów”), w którym autorka doszukuje się echa opisu Adamastora w Luzjadach Camõesa; stroje ślubne („Dotąd na początku czerwca w oknach wystawowych magazynów konfekcji dominują wyszukane białe stroje ślubne i wspaniałe welony, przedmiot podziwu przechodzących ulicą”), czy wreszcie: „Stroje ludu polskiego Zienkowicza ozdobione czterdziestoma kolorowymi litografiami, wykonanymi około roku 1836 przez Jana Lewickiego”, działającego później jako kartograf w Portugalii. Opisując swoisty kult i popularność Jana Pawła II w Portugalii autorka zwraca uwagę na „dawne jego zdjęcia, między innymi z dziewczętami z Żywca w charakterystycznych strojach […]”. Ze wszystkich tych przejawów wrażliwości na stroje najbardziej spodobała mi się niepotwierdzona wiadomość o pewnym zwyczaju, związanym z obwołaniem Matki Boskiej patronką Portugalii: „[…] królowie Portugalii zaniechali od czasu tej proklamacji wkładania korony, którą uważali za własność i przywilej Najświętszej Marii Panny”. Relata refero.

 Środa, 14 maja

Porto. Oboje znamy z wcześniejszego życia Lizbonę, razem byliśmy kilka razy na Maderze, ostatnio na Azorach, do kolekcji brakło nam tego pięknego miasta na północy kraju, nad rzeką Duero, blisko jej ujścia do Atlantyku. Hotel Pestana został wybrany przez sentyment dla tej sieci od czasu pobytu na Azorach, a przede wszystkim ze względu na lokalizację: zajmuje rząd kilku starych kamieniczek nad samym nabrzeżem, przy Praça Ribeiro, z widokiem na wysoki, dwupoziomowy most z lewej (projektowany przez ucznia Eiffla) oraz pełną mniejszych i większych wytwórni porto, na łagodnym wzgórzu położoną, dzielnicę Vila Nova de Gaia na wprost.

Pierwsze kroki kierujemy oczywiście do zabytkowej księgarni – Livraria Lello. Piękny secesyjny wystrój: podwójne spiralne schody na piętro i wmontowany w sufit witraż (z półnagim kowalem i dewizą o godności pracy, DECUS IN LABORE), przez który światło spływa na wnętrze falistymi smugami. Na fasadzie dwie wiotkie kobiece sylwetki, dzieło profesora José Bielmana; przewodniki mówią, że symbolizują sztukę i naukę. Szukając informacji o pochodzeniu autora (o nazwisku mało portugalskim) natrafiłem na bliższą eksplikację intencji artysty: sztuka ma tu być wyobrażona poprzez rzeźbę, a nauka poprzez antropologię [1]. [Dopisek późniejszy, z 7 czerwca: dzięki wskazówkom Nuno (o którym niżej) dotarłem do aktu chrztu córki Bielmana z roku 1897, a stamtąd do aktu ślubu, który odbył się w roku 1895 w Sint-Jans-Molenbeek (Belgia). Artysta malarz Joseph Bielmann, rocznik 1857, pochodził ze Szwajcarii, a konkretnie z kantonu Lucerny (jego ojciec, też Joseph Bielmann, zmarł w Willisau, matka, Anna Maria Hunkeler, w Sursee w tymże kantonie). Panna młoda nazywała się Marie Adolphine Van Hulle, rocznik 1875, i byłą córką belgijskiego kupca z Sint-Jans-Molenbeek.]

Dzisiejsza zawartość księgarni odpowiada w sporej mierze prawom rynku: do kultowych książek należą tu Alicja w Krainie Czarów i Harry Potter. Rzecz interesująca: całe regały zastawione są tanimi wydaniami małych arcydzieł literatury w różnych edycjach, niekiedy różniących się tylko atrakcyjnymi okładkami. Przyjemnie podana klasyka, dla każdego dostępna.

Nie podobała mi się tylko jedna rzecz: żeby wejść do księgarni trzeba się udać na inną, obcą stronę internetową, tam podać szczegóły swej karty kredytowej i czekać na kod, który nie zawsze nadchodzi. Straciliśmy na tej operacji trzy kwadranse, inni chętni mieli podobne kłopoty. Cena biletu jest potem odciągana od ceny ewentualnie zakupionych książek (kupiliśmy do wspólnego użytku małą Anthology of Portuguese Poems). A dane karty pozostają w jakiejś chmurze.

Czwartek, 15 maja

Dziś główny cel to muzeum, ale idziemy do niego niespiesznie, zaglądając do mijanych kościołów i innych ciekawych miejsc.

W budynku dawnego klasztoru augustianów sąd i więzienie. W drzwiach stoi grupka policjantów. A naprzeciwko malutka kawiarnia, w której krewni i znajomi oskarżonych czekają na wynik rozprawy. Obok, w kościele de São João Novo, boczny ołtarz świętego z palcem w prawym uchu. Pytam zakrystiana, mówi, że to Santo Ovídio. Rzeczywiście, był święty Owidiusz z Bragi, zginął śmiercią męczeńską około roku 135 naszej ery (a więc sto paręnaście lat po poecie Owidiuszu). Jego imię jest bodaj zepsutą wersją łacińskiego Auditus – oba mają coś wspólnego ze słuchem, toteż Owidiusz jest jednym z patronów niedosłyszących i głuchych.

 

 

Przy rua Dr. Barbosa de Castro 37, 39 i 41 (tak się tu numeruje kamienice, nawet nie wedle ilości drzwi, tylko katastru) wypatroszona fasada domu, w którym w roku 1799, półtora miesiąca po Adamie Mickiewiczu, przyszedł na świat najważniejszy twórca portugalskiego romantyzmu, João Baptista da Silva Leitão de Almeida Garrett. Tablicę „ku uczczeniu pamięci wielkiego poety” ufundowała rada miejska Porto. Ale kto dziś pamięta to nazwisko? W oknach gospodaruje ptactwo.

 

 

W Igreja dos Clérigos (jedynym z widzianych przez nas, w którym co ważniejsze ołtarze i dzieła sztuki są porządnie, w kilku językach opisane) zafascynowało mnie zwieńczenie przenośnego tabernakulum z XVIII wieku, a zwłaszcza głowa Baranka, z podmalowanymi oczyma i uśmiechem, przypominającym Salvadora Dalí.

 

 

W alei platanów w Jardim da Cordoaria zabawna seria rzeźb: grupy mężczyzn siedzą swobodnie na ławkach i śmieją się, jeden zwykle spada, nie przestając się śmiać (Treze a Rir uns dos Outros, hiszpański rzeźbiarz i autor słuchowisk radiowych Juan Muñoz, 1951-2001). W bogatym muzeum sztuki kościelnej przy barokowym Igreja do Carmo zwracam uwagę na namalowany w roku 1785 portret duchownego, który nazywał się Manuel de Santa Catharina Soares i był biskupem diecezji Goa. Zaintrygowała mnie wyraźna sygnatura: „Stanislaus Fecit”. Polak? Wielbiciel św. Stanisława Kostki?

Jeszcze wizyta w muzeum fotografii, mieszczącym się w dawnym więzieniu (są też zdjęcia-portrety więźniów) i wreszcie docieramy do Museu Nacionales Soares dos Reis, nazwanego tak dla uczczenia dziewiętnastowiecznego rzeźbiarza tego nazwiska (specjalizującego się w rzeźbieniu palców portretowanych osób w wymyślnych wygięciach), którego spuścizna wzbogaciła zbiory. Ciekawa kolekcja, poczynając od cyklu starych miniaturowych fajansowych kafelków ze scenami religijnymi, a kończąc na malarstwie dwudziestowiecznym. Najcenniejsze polonicum to portret Atanazego hr. Raczyńskiego, wieloletniego pruskiego posła w Lizbonie, kolekcjonera i autora prac o sztuce portugalskiej, w dodatku, co mnie szczególnie ucieszyło, portret namalowany przez Szwajcara Auguste’a Roquemont. Zabawny jest obraz, zatytułowany „Kup pan Garibaldiego!” (przedstawiający wędrownego sprzedawcę gipsowych biustów). Natomiast największa perła kolekcji to niewielki portrecik ośmioletniej księżniczki Małgorzaty de Valois (1553-1615), który malował François Clouet; pendant do niego, to portrecik młodego Henryka II, przyszłego ojca naszego Walezego.

A wieczorem kolacja z Nuną Costa Borgesem, znawcą historii fotografii portugalskiej, a także, jak się okazało w rozmowie, znawcą portugalskich poloników. To on pierwszy odnalazł w prasie portugalskiej ogłoszenia, zamieszczane w latach 1851-52 przez osobę podpisaną „Mme Juliette de Humnichi” i zidentyfikował ją jako żonę berneńskiego fotografa polskiego pochodzenia, Jana Henryka Humnickiego (co pozwoliło mi z czasem znaleźć podobne ogłoszenie w prasie amsterdamskiej z roku 1852). Ileż wspólnych tematów, ile nowych tropów!

Piątek, 16 maja

Przed południem promem na drugą stronę rzeki, a stamtąd pieszo i taksówką nad ocean, posłuchać szumu fal (na kąpiel trochę za zimno). Po południu zwiedzamy okolice koszar (w dawnym klasztorze), od których bramy wiedzie Rua dos Polacos, na jej krańcu zaś mieści się niepozorna restauracyjka bez szyldu, dla wtajemniczonych. Trzeba wejść do środka, żeby zobaczyć skromne menu ze swojską nazwą lokalu.

 

 

W telewizorze transmisja z jakiegoś wiecu – w Portugalii jutro też wybory. Patron niechętnie odnosi się do wszystkich partii, ale sam uważa się za socjalistę. Porto serwuje smaczne, dobrze schłodzone.

Sobota, 17 maja

Dziś główny punkt programu to katedra wraz z muzeum katedralnym i pałacem biskupim oraz okolice. Wieczorem kolacja w secesyjnej Café Majestic przy handlowej Rua de Santa Catarina. Przy sąsiednim stoliku siedzi Józef Stalin, jak żywy.

Niedziela, 18 maja

Rano promem na drugą stronę rzeki, potem kolejką linową w górę, do Parco Mauro i spory kawałek pieszo przez dzielnicę Gaja (obok zamkniętej dziś Café Polacos) do siedziby wytwórni porto, gdzie konsulat wynajął pomieszczenie na lokal wyborczy. W westybulu wita wchodzących wspaniały fidalgo z kapeluszem jak ukwiał.

 

 

Po drodze coraz to spotykamy Polaków, wracających po oddaniu głosu do miasta. Okazuje się, że na liście uprawnionych do głosowania jest tu prawie tysiąc osób (dla porównania w Addis Abebie: 22).

Po spełnieniu obywatelskiego obowiązku zwariowana jazda z porywczym taksówkarzem do parku Jardim do Pálacio de Cristal. Tam Muzeum Romantyzmu. Obecna ekspozycja stała to przykład harmonijnego i sensownego urządzenia takiej placówki, która mieści się w rezydencji wygnanego króla Sabaudii i Piemontu, Karola Alberta. Ekspozycja nawiązuje do Metamorfoz i pokazuje – na autentycznym wyposażeniu pałacyku i na eksponatach, sprowadzonych ze zbiorów innych muzeów Porto (całość podlega władzom municypalnym) – jak można dać poglądową lekcję romantycznego stylu życia w powiązaniu z motywami roślinnymi, zwierzęcymi i mineralnymi. Kilka znakomitych obrazów, jak urocze Zwiastowanie Gaspara Vaza (XVI wiek) czy również szesnastowieczny, wstrząsający obraz, zapewne malarza flandryjskiego, Głowa św. Jana Chrzciciela na tacy z salamandrą, szarańczą i innymi owadami na obrzeżu tacy i dramatycznie powyginanym drzewkiem w tle. Naczynia stołowe dobrano pod kątem zwierząt – węży, małp i wielkiej chmary żab – z którymi dobrze komponuje się wiszący w sąsiedniej sali obraz, przedstawiający Latonę w krainie ludzi przemienionych w żaby (motyw owidiuszowski).

Karol Albert, wnuk Franciszki Krasińskiej, był spokrewniony z kilkoma rodami polskimi (Zygmunt Krasiński pisał o nim poufale: „Kuzynek znów rozpoczął wojnę, mimo próśb Anglii i Francji” [2]). Po jego śmierci zwłoki przewieziono do stolicy Piemontu, a w parku jego przyrodnia siostra, Augusta de Montléart, wystawiła kaplicę pamiątkową, rodzaj symbolicznego grobu. Budynek należy obecnie do kościoła luterańskiego i w każdą niedzielę jest otwarty dla zwiedzających (dlatego dziś właśnie znalazł się w naszym programie). Księżna w roku 1851 osiadła w Galicji, gdzie odziedziczyła dobra po swoich polskich przodkach – zmarła w Krzyszkowicach koło Myślenic. Wnętrze neoklasycystyczne, z bogatymi białymi stiukami, przemyślnie oświetlone sufitową rozetą. Na ołtarzu pastor zapala świece przed popołudniowym nabożeństwem.

Wieczorem spacer po uliczkach w okolicach rzeki. Fasada z owidiuszowym motywem przemiany twarzy w drzewo (albo drzewa w twarz).

 

 

Poniedziałek, 19 maja

Wynajętym samochodem na całodniowy wypad do Bragi, Guimarães i nad Atlantyk. Braga to miasto z długą historią, którą się chlubi (rzymska Bracara Augusta). W IV wieku opiewał ją Auzoniusz. Potem – ważny ośrodek chrystianizacji Półwyspu Iberyjskiego. Biskupem Bragi był wspomniany św. Owidiusz. Arcybiskupi Bragi są prymasami Portugalii.

W katedrze zaintrygowała mnie predella w lewym transepcie: złoty rydwan, na którym siedzi kobieta trzymająca monstrancję, przed nim wiwatujący tłum, piszczałki i kwiaty, ale zarazem ktoś leży pod kołami wozu, a z tyłu wlecze się grupa powiązanych jeńców.

Potem Bom Jesus do Monte, sanktuarium na przedmieściach Bragi, z monumentalnymi osiemnastowiecznymi schodami dla pątników (583 stopnie), ozdobionymi kapliczkami. Kiedyśmy zeszli na sam dół, spotkaliśmy młode małżeństwo, ona w mocno zaawansowanej ciąży (dziesiąty miesiąc). Lekarz zalecił jej tę pielgrzymkę dla przyspieszenia rozwiązania. Na górę można się też dostać kolejką linową z napędem hydraulicznym: spływający z góry strumień napełnia zbiornik, który sprawia, że jeden wagonik zjeżdża na dół, równocześnie podciągając drugi, z pasażerami, na szczyt.

Wtorek, 20 maja

Rano M. zwraca uwagę na dziwne ciemne mgły nad mostem, wiodącym do koszar w dawnym klasztorze, za którymi ciągnie się Rua dos Polacos. Wyszedłszy przed hotel robię kilka zdjęć mostu, na pierwszym niepokojąca sylwetka wykonującego ewolucje ptaka (dużej mewy?), który jak barthesowskie punctum próbuje przyciągnąć uwagę. W tej samej chwili przychodzi wiadomość od Joanny Krasnodębskiej, że dzisiejszej nocy w Toruniu zmarła Krystyna Hilary.

Środa, 21 maja

Chyba najpiękniejszy kościół, widziany w trakcie tego wyjazdu – Santa Clara. Zbudowany w XV wieku dla klarysek, mały, ale z niesłychanie bogatym wystrojem wnętrza (pozłacane drewno), jest obecnie niewielkim muzeum z fachowym, chętne udzielającym objaśnień personelem. Tutaj dowiedziałem się, co znaczy predella w katedrze w Bradze: to Tryumf Monstrancji.

Kończy się intensywny tydzień w mieście, które jest jak kropla miodu.

Czwartek, 22 maja

W drodze powrotnej (z przesiadką w Zurychu) kończę czytać Weronikę Murek. Nie mam wątpliwości, że po niezbyt udanych Dziewczynkach autorka wróciła do formy, jaką zapowiadała Uprawa roślin południowych metodą Miczurina. Urodziny to powieść o niespełnieniu, o zawiedzionych ambicjach, o osuwaniu się w muł i chaos. Chyba stąd w książce wielkomiejskiej, dziejącej się w środowisku artystycznym, taka dominacja obrazowania akwatycznego. Myślę, że będę jeszcze miał okazję napisać o tym obszerniej; dzisiaj chciałem zwrócić uwagę na rzecz inną, a mianowicie na echa głębokiego przeżycia lekturowego Maltego Rilkego. Widać to w rozmaitych miejscach tekstu, tak jakby powieść autora Sonetów do Orfeusza wbiła się na trwałe w wyobraźnię i dukt pisma Murek. Kilka przykładów. „Najpierw jest delikatna: słyszą jej kroki na korytarzu, drzwi zamykające się jakby na skutek przeciągu. Potem widzą ją w odbiciu w lustrze, w szybach. Odkrywają jej historię w starej księdze – w tym sensie jej życie nie poszło na marne. Któregoś dnia widzą ją wreszcie po raz pierwszy: idą na piętro jeść, bawić się, kochać, a ona stoi pośrodku pokoju, na twarzy ma czarny welon, krzyczy” [3]. Te zdania nie powstałyby, gdyby nie zjawa Ingeborgi, nawiedzająca dom rodzinny Maltego. Scena zmiany kostiumu, kiedy Jaga szamocze się z ubraniami a w pewnej chwili „[s]łyszy szelest zza pleców. Czuje dotyk. Czyjeś dłonie dotykają jej i pomagają zapiąć zamek” [4] – to echo spotkania Maltego z ręką. Początek rozdziału czternastego („Rzecz w tym, że nie można poddać się tak łatwo, w tym cała rzecz” [5]) to jawna parafraza fragmentu początkowych stron powieści Rilkego (w przekładzie Witolda Hulewicza): „Na to nie ma rady. Cała rzecz w tym, żeby żyć. W tym cała rzecz”. Autorka gra z czytelnikiem, kiedy na tej samej stronie przywołuje imię bohatera tamtej powieści w zdaniu zupełnie oderwanym od obecnej narracji: „Hannibal z Żoliborza, poćwiartował kobietę i uciekł na Maltę”. Całkiem z ducha i stylistyki prozy Rilkego jest taki fragment: „Dni spędzone w samotności – wszystko się odkłada, skargi, których nie było do kogo wypowiedzieć, uwagi, którymi nie było się jak podzielić. To wszystko wraca […] [6]”. A także: „Kiedy jest się u szczytu, gra się dużo i dobrze. Człowiek w sumie niewiele się nad tym zastanawia. Dlaczego właśnie ja? Ale potem to wszystko się kończy człowiek nie rozumie z jakich powodów. Dlaczego właśnie ja, dlaczego mnie to spotkało? O tym dla odmiany myśli” [7]. Kiedy bohaterka powieść Murek przelicza swe życie na dni („Całe życie Jagi składa się z dwudziestu tysięcy czterystu pięćdziesięciu czterech dni”) jest jak Mikołaj Kusmicz w powieści Rilkego, którego kłopoty ze światem zaczęły się, kiedy założył, że pożyje jeszcze pięćdziesiąt lat i zaczął przeliczać te lata na dni, godziny, sekundy, aż mu „wyszła taka suma, jakiej w życiu nie widział”.

Sobota, 24 maja

Wcześnie rano ostra jazda do Torunia. Wklejam tu fragment tego, co mówiłem na pogrzebie Krystyny Miłotworskiej-Hilary. Całość ukaże się w następnym numerze kwartalnika literackiego „Wyspa”.

„[…] poznałem Krystynę jesienią roku 1987. Byłem z rodziną w Niemczech na stypendium Fundacji Humboldta, mój promotor Roman Zimand (który pisał o Hilarym już w połowie lat pięćdziesiątych) polecił mnie jako człowieka, który jest wprawdzie historykiem literatury, ale zna się także na sztuce. Pojechałem do Monachium, obejrzałem obrazy i od początku nie miałem wątpliwości, że mam do czynienia z artystą nieprzeciętnym, z malarstwem świetnym technicznie, a zarazem głębokim, twórczo czerpiącym z dorobku sztuki światowej, tej akademickiej, ale i pierwotnej – w dobrze pojętym duchu jungowskim.

Krystyna szybko zaprzyjaźniła się z moją pierwszą żoną Alicją i z synami (szczególne dobrą miała komitywę z młodszym, Karolem). Odwiedzała nas w Stuttgarcie, my ją w Monachium. Potem, kiedy pojechałem jako attaché kulturalny do Szwajcarii, była częstym gościem w Bernie, nasi tamtejsi przyjaciele stali się jej przyjaciółmi. Okazją do spotkań były też wystawy malarstwa Hilarego. Przede wszystkim wielka retrospektywa, zorganizowana w roku 1997 przez Muzeum Narodowe w Warszawie w salach „Zachęty”, z dużym katalogiem, do którego napisałem tekst zatytułowany Hilary: obraz albo świat cały. A przedtem mniejsze wystawy w Neuchâtel, w Ratyzbonie, w Rapperswilu.

Z tych wielu spotkań szczególnie pamiętam wspólne chodzenie po starym Berlinie śladami mieszkającej tam przed wojną pisarki Eleonory Kalkowskiej, podczas którego Krystyna nakręciła filmik. A także spotkania w Warszawie, związane z kręceniem profesjonalnych filmów o Hilarym (Urszuli Dubowskiej, Stanisława Kubiaka). I groteskowy epizod, jak jadąc po raz pierwszy do Stuttgartu na Wielkanoc Krystyna postawiła torbę ze świątecznymi frykasami na dachu samochodu, po czym ruszyła, a torba została w garażu w Monachium”.

Niedziela, 25 maja

Farbą klejową na rogoży namalował w roku 1919 niemiecki ekspresjonista Otto Mueller Dwa kobiece półakty – obraz, który miał przez następne sto lat burzliwą karierę. Jego pierwszy nabywca, wrocławski mecenas sztuki Ismar Littmann po dojściu Hitlera do władzy popełnił samobójstwo. Obraz skonfiskowano. Był pokazywany na osławionej wystawie sztuki zdegenerowanej. Jeszcze przed wojną próbowano go sprzedać w Lucernie, ale bezskutecznie; przeszedł przez ręce Gurlitta (którego kolekcja jest dziś w Kunstmuseum w Bernie), trafił jako dar do zbiorów muzeum w Kolonii. Zwrócony potomkom Littmanna, został odkupiony przez Museum Ludwig i dziś można go oglądać w Kolonii. Tam też zobaczył obraz francuski karykaturzysta Luz, który przeżył zamach na redakcję „Charlie Hebdo”, bo tego dnia zaspał. I wymyślił, że narysuje powieść graficzną, w której narracja będzie prowadzona z punktu widzenia (i słyszenia, jeśli tak można powiedzieć) tego obrazu. Rzecz, zatytułowana Deux filles nues (Éditions Albin Michel) ukazała się jesienią 2024 w Paryżu, teraz wyszedł przekład niemiecki, który zbiera dobre recenzje. Pomysł fabularny przypomina trochę Rien ne va plus Andrzeja Barta. O komiksowych rysunkach się nie wypowiadam, bo to nie mój genre.

Czwartek, 29 maja

W trzy wieczory obejrzeliśmy duński miniserial Reservatet (2025). Przekrój przez kilka istotnych kwestii: problemy zamożnych skandynawskich małżeństw, które chcąc mieć więcej czasu na życie towarzyskie i dla siebie zatrudniają młode Filipinki jako opiekunki do dzieci; dwuznaczny status Filipinek, przyjeżdżających jako opiekunki do dzieci, a postrzeganych przez niektórych jako partnerki seksualne; problemy nastolatków, którym smartfony dają możliwość kręcenia filmików o treściach, z jakimi nie potrafią sobie poradzić; bezkarność ludzi najbogatszych, ich przewaga nad wymiarem sprawiedliwości i policją. Dobre tempo, dobra muzyka. Oryginalna praca kamery, swobodne operującej wydłużaniem i skracaniem postaci i planów.

Siedzę teraz i słucham sobie muzyki z tego serialu: Secrets We Keep (Reservatet) 2025 Soundtrack. Music By Halfdan E. Pada deszcz.

Piątek, 30 maja

„Z rana mieszkańcy Goldau usłyszeli trzask przeraźliwy. O godzinie piątej po południu warstwy rozciągające się między Spitzbuel i Steinbergerflue odłączyły się od góry i z hukiem piorunowym spadły w dolinę, gdzie ich zwaliska dosięgnęły w podskokach podstawy Righi w całej jej długości. […] Wsie Goldau, Busingen, Lowerz, Ober-Roter i Unther-Roter zostały całkiem zagrzebane pod gruzami góry” [8]. To jeden z wielu opisów katastrofy, jaka zdarzyła się w szwajcarskiej wiosce Goldau dnia 2 września roku 1806. Powtórka takiego zdarzenia zagrażała każdego prawie roku. Pisałem już kilkakrotnie w tym dzienniku o groźbie zasypania gryzońskiej wioski Brienz. Przedwczoraj w innej części Szwajcarii doszło do katastrofy tego rodzaju, największej odkąd prowadzi się pomiary. W kantonie Valais masy skalne, spadające od pewnego czasu na lodowiec, przeważyły i kilka milionów metrów sześciennych głazów i lodu zjechało w dół, zasypując niemal w całości ewakuowaną wcześniej wioskę Blatten. A dziś w „NZZ” czytam słowa, które są echem dawnych opisów katastrofy z Goldau: „Najpierw był grzmot, potem zapach rozkopanej ziemi. Tak świadkowie opisują osunięcie się zbocza góry, które zasypało w środę wioskę Blatten. Następnie zapadła napięta cisza, którą zaraz połknął gruchot żwiru, grzmocącego z lodowca. Kamienie, pył i lód. Znikła wioska, a na odpowiedź na cisnące się pytania przyjdzie jeszcze długo poczekać”.

*

Pół dnia w grodziskim Szpitalu Zachodnim, checkup kardiologiczny. Związane z tym niedogodności umila mi lektura oryginalnej książeczki o zaniechaniu. Zdumiewa mnie zainteresowanie autorki (która metrykalnie mogłaby być moją córką) autorami w różnych okresach bardzo mi bliskimi. Jak J. D. Salinger, jeden z idolów mojej młodości, który zamilkł po wydaniu Buszującego w zbożu. Jak Kalikst Orzeszko czyli Prince Korab, nieco paranoiczny autor „Księgi Zagubionych”, czyli poradnika wiedzy ogólnej (na wstępie tłumaczy, jak należy chodzić: wysuwać naprzód najpierw jedną, a następnie drugą nogę), którego śladami wędrowałem nieraz po Bernie, gdzie odwiedził go kiedyś Władysław Mickiewicz. Jak Rimbaud, który poezję porzucił dla fotografii i handlu bronią w Afryce (pamiątki po nim oglądaliśmy w lutym z atencją w Hararze).

W szpitalu po remoncie zmiany, na ogół na lepsze. Tylko w pokoju do prób wysiłkowych piękny widok na przeciwległe okno, z orchideami i tajemniczym fotelem, został zasłonięty przez obrzydliwą puszkę klimatyzatora. Zaniechania przeczytałem w szpitalu połowę. Autorka pisze też o twórcach, jakoś dotąd przeze mnie pomijanych, jak Ralph Ellison, autor Niewidzialnego człowieka, który zamilkł, ale nie przestał tworzyć. „Pisarz zostawił po sobie dwa tysiące stron notatek, które krytyk literacki John E. Callahan przejrzał i złożył w książkę zatytułowaną Juneteenth [9]”. Zaraz, zaraz, Juneteenth to murzyński skrót dnia – 19 czerwca 1865 – kiedy czarni niewolnicy w stanie Teksas dowiedzieli się, że są wolni. A równocześnie 19 czerwca to moja data urodzenia. Tymczasowa diagnoza brzmi: niewydolność serca. Nie zaniechuj mnie, serce moje.

Sobota, 31 maja

W prywatnym milanowskim dyskusyjnym klubie filmowym The Trouble With Harry (1955) Hitchcocka. Reżyser odwrócił schemat. W „zwykłym” filmie kryminalnym ktoś ginie, szuka się ciała, a jak zostanie znalezione, każdy szuka alibi, żeby wykazać swoją niewinność. Tu trup leży na widoku niemal od samego początku, każdy się przyznaje, że to on/ona jest sprawcą zabójstwa, a splot nieporozumień sprawia, że jednego dnia zwłoki Harry’ego są trzy razy zakopywane i odkopywane. Bo nie o kryminał Hitchcockowi chodziło, tylko o czarną komedię i nie o zabójstwo, tylko o miłość. Najsympatyczniejsza postać: dr Greenbow, chodzi po lesie z książką przed okularami i czyta poezje, raz po raz potykając się o trupa. A kiedy coś recytuje z pamięci, to jest to sonet 116 Szekspira – o miłości, o skomplikowanej relacji, jaka wiąże ją z Czasem. Rzecz dzieje się w Nowej Anglii, ale bohaterowie konwersują jak Anglicy, co przestaje dziwić, jeśli się zważy, że podstawą scenariusza była powieść brytyjskiego autora nazwiskiem Jack Trevor Story (naprawdę tak się nazywał!).

Poniedziałek, 2 czerwca

Polska obudziła się dziś rozpłatana na dwie połówki, jak jabłko. W Opypach trochę inaczej: kiedy wczoraj wrzucaliśmy głosy, wszystkie widoczne w urnie odpowiednią stroną kartki wskazywały na Trzaskowskiego. Po podliczeniu okazało się, że głosowało na niego 401 spośród 678 osób, co czyni 62,09%, ale oczywiście nie zmienia ostatecznego wyniku. Jest jak jest.

Wtorek, 3 czerwca

A w Szwajcarii ożywiona dyskusja na temat zasypanego Blatten i innych górskich wiosek, którym grozi podobny los. Co robić? Odbudowywać? Ale gdzie, jakim i czyim kosztem? Zaniechać? A co z mieszkańcami, mają się rozproszyć po Szwajcarii? Wioska znikła, ale przecież gmina została, pozostali ludzie – krewni i sąsiedzi. Redaktor regionalnej gazety „Walliser Bote” alarmuje: „Polityka, która pompuje miliardy w ratowanie banków, a zostawia swemu losowi obszary górskie, straciła nie tylko miarę, ale i kompas”.

Czwartek, 5 czerwca

Starszy syn po lekturze „Newsweeka” zwrócił naszą uwagę na książkę Anny Lembke Niewolnicy dopaminy. Dziś przyszła. Maria otwiera na chybił-trafił tom towarzyszący, z ćwiczeniami, i czyta na głos: Ćwiczenie interaktywne: zasada żalu (Przykład: Andy). „Żałuję, że poświęcałem czas na kompulsywne nadmierne ćwiczenia i restrykcyjne ograniczane diety. Prawdopodobnie spowodowałem tym trwałe szkody dla mojego zdrowia. Poza tym pokazywałem mojej córce niezdrowy wzorzec relacji z własnym ciałem. Żałuję również poczucia wstydu i rozpaczy, które wywoływałem w sobie swoim kompulsywnymi zachowaniami” [10]. Przecież to katolickie poczucie winy, mówi, „moja wina, moja bardzo wielka wina”. A ja pytam, czy przeciętny polski Jędrek/Andy rozumie słowo „kompulsywne”? Owszem, może sprawdzić definicję słownikową tej kalekiej kalki z angielskiego: „wykonywane pod nie dającym się opanować przymusem wewnętrznym”, ale kto sięga po słownikowe definicje, kiedy ma wzbudzić w sobie żal? Może lepszym odpowiednikiem byłoby „nałogowe”? „Żałuję, że ćpałem?”. I jeszcze jedna wątpliwość: czy ów zarzut „kompulsywności” nie odnosi się do czytelników, którzy stosują się do porad Anny Lembke? Którzy będą żałować kompulsywnej lektury, gdy sięgną po równe sugestywny poradnik innego specjalisty od uzależnień? Tylko pytam. Generalnie jestem przecież za odnajdywaniem równowagi.

*

Od paru dni nadchodzą sprzeczne doniesienia na temat ewentualnego przejęcia klasztoru św. Katarzyny na półwyspie Synaj przez państwo egipskie. Greckie media porównują taki scenariusz do upadku Bizancjum. MSZ w Kairze dementuje pogłoski jako przesadne. Wywołał je wyrok egipskiego sądu, stwierdzający, że właścicielem klasztoru jest państwo Egipt, a grecko-prawosławnej wspólnocie klasztornej przysługuje zaledwie prawo użytkowania budynków. Planowane udostępnienie klasztoru turystom nie będzie, zapewnia prezydent al-Sisi, zagrożeniem dla świętości miejsca, w którym Bóg objawił się Żydom w krzaku gorejącym i wręczył Mojżeszowi tablice z Dziesięcioma Przykazaniami. Mnisi na razie zamknęli bramy klasztoru przed zwiedzającymi, mówiąc, że są zasmuceni i że się modlą o ratunek dla klasztoru.

Piątek, 6 czerwca

Martin Pfister, który w rządzie szwajcarskim od dwóch miesięcy stoi na czele departamentu obrony, ochrony ludności i sportu, na zarzuty lewicy, że potencjalna groźba rosyjskich czołgów nad Renem jest nierealistyczna odpowiedział w parlamencie, iż obecnie konflikty są mieszanką wojen z różnych epok: „Równocześnie odbywa się walka średniowiecznych rycerzy, wojna pozycyjna jak w pierwszej wojnie światowej i wojna dronów”. „NZZ” pyta swych czytelników, czy boją się rosyjskich czołgów nad Renem. Zobaczymy po niedzieli.

*

Dziś połknąłem drugą połowę Zaniechania Zofii Zaleskiej. Jak na osobę głoszącą pochwałę odmowy, lenistwa, nicnierobienia i zaniechania, zestaw, a zwłaszcza rozrzut przywoływanych lektur imponujący. Myślę, że wytłumaczenie znaleźć można w użytej w książce formule „Obok Stachanowa zawsze jest Obłomow”, która da się przecież odwrócić: oto obok Obłomowej pojawia się Stachanowa.

Co było dla mnie w lekturze drugiej połowy największym zaskoczeniem? Zosia z drugiej części Dziadów jako przykład kary za „[l]ekceważenie miłości (a raczej: lekceważenie mężczyzn)”. Rymuje się ona z przywołaną na początku książki baśnią braci Grimm o dziecku, ukaranym za krnąbrność. A trafiła do książki pewnie za sprawą tożsamości z imieniem autorki.

Owszem, Zaniechanie to książka programowo osobista. Ale ostatni jej rozdział, zatytułowany znamiennie Historia osobista, kończy się jednak cytatem z wiecznego starca. Obrazem „upragnionej pauzy i szczęśliwego prześnienia”, zaczerpniętym z Sierpnia Schulza: „Zapomniane przez wielki dzień, pleniły się bujnie cicho wszelkie ziela, kwiaty i chwasty, rade z tej pauzy, którą prześnić mogły za marginesem czasu, na rubieżach nieskończonego dnia”. I ja rad jestem, że nie zaniechałem przeczytania Zaniechania, że zbytnio nie odwlekałem tej lektury, tkwiąc w błogiej prokrastynacji, choć tyle innych książek czeka na przeczytanie. Tak, ta lektura była jak pauza wytchnienia.

*

Umarł Jacek Sygnarski (rocznik 1943), archiwista i kolekcjoner. Studia ukończył w Toruniu, od roku 1981 mieszkał w Szwajcarii. Od połowy lat siedemdziesiątych kolekcjonował wszystko, co dotyczy drugiego obiegu – jego zbór uchodził za jeden z największych w Europie. Z żoną Ludwiką założył poświęcone szeroko rozumianym kontaktom polsko-szwajcarskim „Archivum Helveto-Polonicum”, które dziś stanowi wydzieloną część zborów biblioteki kantonalnej i uniwersyteckiej we Fryburgu. W tejże bibliotece urządził wystawy o polskim drugim obiegu (Papierowa rewolucja) i o prezydencie Mościckim; razem zrobiliśmy wystawę Słowacki en Suisse. Był do niedawna członkiem Rady i jury Fundacji Kościelskich. Niestrudzony w poszukiwaniu i wygrzebywaniu unikalnych nieraz materiałów, nie szczędził czasu i środków na gromadzenie swoich dwóch wymarzonych kolekcji. Skromny, nie wysuwał się na pierwszy plan, ale dobrze wiedział, że to, co robi jest ważne i potrzebne.

Sobota, 7 czerwca

Rano przez szeroko otwarte okno sypialni śpiewają nam cudnie pleszka („nie mieszać z pliszką!”, przestrzegał Ptasznik z Wilna) i wilga. Mimo jaskrawego upierzenia trudno je wypatrzeć w gęstym listowiu po drugiej stronie podjazdu. Ale słychać jak rozsypują się na przemian sznury pereł, jeden matowych (pleszka), drugi połyskliwych (wilga).

Niedziela, 8 czerwca

Jutro od rana idę na trzy-cztery tygodnie do szpitala w Grodzisku Mazowieckim. W programie gimnastyka serca oraz obserwacja, kardiologiczna i ogólna.

Pod wieczór pożegnalny spacer nad drugi staw. Ledwie doszedłem. Siedzimy na ławeczce Rilkego, wspominamy pierwsze wspólne lektury. Oddycham z trudem, przeraźliwie ziewam. Staw prawie całkiem wysechł, ale nenufarom najwyraźniej wiele nie potrzeba prócz wilgotnego błota. Kosaćce też nieźle sobie radzą na brzegu. Uschła wysoka brzoza po drugiej stronie stawu, ale dęby spotężniały, zmężniała też grusza na miedzy. Pola i łąka pięknie porosły wysoką trawą, w jednym miejscu widać trop zajęczy. W brzezince świeże pędy, poobgryzane przez sarny. Jesion, posadzony przeze mnie przed paru laty zamiast jaworu (dla Laury) zmarniał, ale na środku ścieżki wysiał się jego potomek. Trzeba go będzie otoczyć opieką.

Poniedziałek, 9 czerwca

Przyzwyczajam się do nowego widoku za oknem.

 

 

Szpitalna biblioteczka składa się z książek, których na ogół nie mam ochoty otwierać, ale jak powtarzał Stempowski, kiedy ktoś potrzebuje kawioru, dobry Bóg da mu trochę kawioru. Wydana w dużym formacie, z mnóstwem ilustracji, zaczerpniętych ze strych druków i rękopisów, często po raz pierwszy reprodukowanych – Polska sztuka wojenna w czasach Odrodzenia (Warszawa 1955). Wstęp rozpoczyna obowiązkowe odwołanie do Engelsa, ale potem – ileż się można dowiedzieć z samych obrazków i komentarzy. Na przykład o tym, jak budowano mosty – na przemyślnie umocowanych beczkach albo na poprzecznie do osi ustawionych łodziach. Zachwycający drzeworyt z Ksiąg hetmańskich (wtedy w rękopisie; mam w domu wydaną dziesięć lat temu edycję Marka Ferenca), przedstawiający transport pontonów na wozie. Sarnicki pisze: „Łodzie wielgie, jako te co sól na nich spuszczają, wożą za wojskiem, a iżby ich snadniej wozić tedy jedną w drugą kładą, żeby się zmieściły, jako owo kubek w kubek srebrny wkładają […]”. Albo o budowie mostu wiszącego: człowiek oznaczony literą C płynie na przeciwny brzeg rzeki „mając jeden koniec snurka subtelnego w gębie”, a na pierwszym brzegu człowiek D „popuszcza po trochę tego snurka”, aż można przerzucić przez wodę grube liny.

Wtorek, 10 czerwca

Czytelnicy „NZZ” odpowiedzieli. Tylko nieliczni wierzą w rosyjskie czołgi nad Renem, ale większość respondentów wyraża zaniepokojenie. Obawiają się ataku dronów lub rakiet, ponadto aktów sabotażu i całej tzw. wojny hybrydowej.

*

„Ciało wstaje ze zmartwienia? W czyj sen

spada oliwka? A czy do Ciebie przywiera litera?” [11]

JAN ZIELIŃSKI

[1] Por.: C. A., O novo edificio da livraria Chardron, „O Occidente” z 10 II 1906, s. 27. Jest to artykuł, napisany na zamówienie braci Lello z okazji inauguracji budynku księgarni 13 I 1906 roku.

[2] Zygmunt Krasiński, Listy do Stanisława Małachowskiego. Opr. Zbigniew Sudolski. Warszawa, PIW, 1979, s. 227.

[3] Weronika Murek, Urodziny. Wołowiec, Czarne, 2025, s. 125.

[4] Tamże, s. 111.

[5] Tamże, s. 140.

[6] Tamże, s. 144.

[7] Tamże, s. 172.

[8] Ludwik Figuier, Ziemia i morza, czyli Opis fizyki Kuli Ziemskiej. Tłum. W. Niewiadomski. Tom II. Warszawa 1873, s. 77.

[9] Zofia Zaleska, Zaniechanie. Kraków, Karakter, 2025, s. 101.

[10] Anna Lembke, Niewolnicy dopaminy. Ćwiczenia. Praktyczny poradnik, który pomoże odnaleźć równowagę w epoce obfitości. Tłum. Grażyna Chamielec. Poznań, Zysk i Spółka, 2025, s. 39. Tom główny, Niewolnicy dopaminy. Jak odnaleźć równowagę w epoce obfitości, ukazał się tamże w roku 2023, w tym samym przekładzie.

[11] Wojciech Kass, Solfeż. Warszawa, Iskry, 2025, s. 14 (wiersz Litera).

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek