HOME

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (I)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

 

6 stycznia 1982– środa

To już 25. dzień nowego ładu, stanu wojennego albo po prostu 25 Jaruzela (tak by powiedziała Basia T[ryjarska]). Już od miesięcy męczy mnie przymus zapisywania różnych myśli i zdarzeń, ale dopiero dziś robię początek. Ostatnio napisałam list – memuar, który udało mi się wysłać okazją do Ali [Elczewskiej do Kopenhagi] tuż przed wojną. To były czasy pełne optymizmu!

Wieczorem 12 grudnia 1981 roku wracaliśmy z Mirkiem do domu przy Suzina z pokaźnym nakładem materiałów informacyjnych, które szybko i sprawnie odbiliśmy na fantastycznie zmechanizowanym powielaczu, podarowanym „S” nauczycielskiej Mazowsza przez niemieckich związkowców. W drodze z niewielkiego pomieszczenia związkowego w piwnicy przy Cieszkowskiego rozprawialiśmy z zachwytem o możliwościach tego urządzenia i napawaliśmy się poczuciem wolności – nie musieliśmy się kryć, a to co dotąd było bibułą zyskało rangę legalnych publikacji. Spokój mroźnego zimowego wieczora, śnieg skrzypiący kojąco pod butami nie zapowiadały, że czas wolności właśnie się kończy.

Dla nas czas wojny rozpoczął się o drugiej w nocy z 12 na 13 grudnia. Na szczęście, ci co przyszli byli przyjaciółmi, którzy chcieli uprzedzić nas o zagrożeniu. Dowiedzieliśmy się, że zatrzymano prof. Klemensa Szaniawskiego, że byli u Stelmachowskich i trwają aresztowania, że wyłączono telefony (odruchowo podniosłam słuchawkę – rzeczywiście, nasz też – powiedziałam), że nie działają ukaefy [UKF – radiowe ultrakrótkie fale na których znajdują się pasma używane przez krótkofalowców] i teleksy, że jesteśmy odcięci, że się zaczęło. Byłam lekko oszołomiona lawiną informacji, dziewczyna stojąca w drzwiach wydawała się zupełnie obca, Mirek też nie wyglądał na kogoś, kto ją zna, ale powoływała się na Stelmachowskiego, który kazał zawiadamiać kogo się da. Proponowała, żeby Mirek ukrył się u niej i poszła. Tej nocy odbywało się w naszym kościele nocne czuwanie przy podróżującym po Polsce świętym obrazie. Mirek postanowił pobiec do kościoła, żeby się czegoś dowiedzieć. Ubrał się szybko i wtedy sparaliżowała mnie panika. Chciałam iść z nim. Wyjrzeliśmy przez okno. Biel śniegu, cisza, spokój, piękna zimowa noc. Tylko jakby trochę więcej autobusów MZK i co jakiś czas tramwaj. Zakłócały ciszę, w której z kościoła niosły się śpiewy czuwających przy obrazie. Na chwilę udzielił się nam ten spokój. Poszliśmy spać i nie spaliśmy. O szóstej czy siódmej włączyliśmy radio. Mówił Jaruzelski. To, co przez tę noc wydawało się nam niemożliwe okazało się możliwe w całej rozciągłości. To, o czym sądziliśmy, że ma zasięg lokalny – miało zasięg krajowy. Wydawało się nam, że to akcja przeciwko niektórym, nazbyt uciążliwym dla władzy członkom społeczeństwa, a okazało się, że to po prostu wojna wypowiedziana społeczeństwu całemu. Totalna przemoc. To zobaczyłam przede wszystkim. Tego wciąż nie potrafię znieść.

Przed ósmą poderwał nas dzwonek do drzwi. Byliśmy pewni, że to policja, ale na szczęście była to pani Anna [Radziwiłł]. Uświadomiła nam m.in., że nie działają wszystkie absolutnie telefony w mieście. Wymieniliśmy skąpe informacje. Okazało się, że naszą nocną informatorkę Mirek zna – to córka nauczycielki z jego szkoły. Pani Anna postanowiła ruszyć do miasta. Umówiliśmy się znów koło drugiej. Ubrałam Julkę i poszłyśmy do Gajki [Grażyna Kuroń, żona Jacka] – na zegarze kościelnym dochodziła dziewiąta. Dzień był piękny, mroźny i słoneczny, leżał świeży śnieg.Gaja przede wszystkim zapytała o Mirka. Po Maćka przyszło dwóch ubeków „normalnie” obsługujących dom Kuroniów. Byli bardzo zdenerwowani i zachowywali się inaczej niż zwykle. Papier o zatrzymaniu Maćka dygotał facetowi w ręku. Grażyna przepisała z niego coś, co niedokładnie pamiętam, ale na pewno nie przekręcam, tam było więcej określeń (zatrzymany za prowadzenie i wspomaganie antypolskiej i … działalności inspirowanej przez ojca, Jacka Kuronia, na podstawie dekretu z dnia 12 grudnia 1981 r., art. 42 (albo 47)). Zdenerwowani panowie ubecy zachowywali się również nietypowo dla siebie. Przyszli o północy, w mieszkaniu było pełno młodzieży, nikim się nie interesowali, nikogo nawet nie legitymowali, zabrali Maćka i poszli. Powiedzieli jeszcze, że pan Maciej spotka się z panem Jackiem w komendzie Dzielnicy Żoliborz, bo pana Jacka już tu wiozą z Gdańska. Przypuszczamy, że całą KK wygarnęli w Gdańsku, gdzie właśnie obradowała. Wg relacji Gajki Jacek telefonował o ósmej wieczorem bardzo pogodny i zadowolony z obrad, że atmosfera dobra, że się dogadują, że to zaczyna mieć ręce i nogi. Potem z różnych relacji dowiedzieliśmy się, że wyłapano prawie całą KK, ale jednak nie wszystkich. Czytałam relację [Zbigniewa] Janasa, z której wynika, że on i [Zbigniew] Bujak uciekli i początkowo schronili się na terenie stoczni, gdzie spotkali Andrzeja Gwiazdę i [Bogdana] Lisa. Parę dni później wojsko robiło, podczas zajść we Wrocławiu, nieudany desant (z powietrza!) po [Władysława] Frasyniuka, który ukrywał się w PaFaWagu [Państwowa Fabryka Wagonów we Wrocławiu]. [Andrzej] Słowik ukazał się nagle w Łodzi, gdzie urządził ogromną demonstrację. Niestety nie udało mu się uciec. Ostatnie wiadomości – dostał 4 i pół roku.

Od Gajki poszłyśmy do Woroszylskich. Wiktor poszedł, jakby nigdy nic, na Kongres Kultury, który miał właśnie rozpocząć trzeci dzień obrad, Janka pobiegła wspomagać Zosię Markuszewską, której wyłamali łomem drzwi (zabrali Jurka i ich syna). O sposobie z łomem słyszałam już u Gajki. Kiedy tam byłyśmy, przybiegła, jak się okazało z Ursynowa bardzo zdenerwowana dziewczyna z informacją, że B.K. prosił, żeby zawiadomić Jacka („domyśliłam się, że chodzi chyba o Kuronia, nie mogłam się dodzwonić, wszystkie automaty po drodze były popsute, więc przyjechałam”). Dziewczyna była na tyle nieprzytomna, że po nieprzespanej nocy, wyważaniu drzwi łomem przez ubeków, którzy przyszli aresztować jej chłopaka, po przebyciu pieszo całego miasta (ok. 15 km), jeszcze ciągle (w niedzielę 13-tego grudnia o godz. 10 rano) sądziła, że nieszczęście dotknęło jedynie ją i jej chłopaka. Nawet przepraszała, że w niedzielę rano zawraca głowę swoimi problemami.

Tak więc, u Witków zastałam jedynie Natalię, która robiła wrażenie świeżo zerwanej z łóżka, ale jak się okazało, też nie spała tej nocy. Wróciłyśmy z Julką do domu. Było trochę po dziesiątej. Okazało się, że w międzyczasie program radiowy został nieco urozmaicony – o czym za chwilę. Z tego co zdołałam usłyszeć od różnych osób wynikało, że o północy rozpoczęto masowe aresztowania w całej Warszawie (potem okazało się, że w całym kraju). Jednocześnie o północy z minutami wyłączono wszystkie połączenia telefoniczne i teleksowe. Miał też miejsce „skok” na studia radiowe i telewizyjne. Michał powiedział, że o wpół do pierwszej, tj. na pół godziny przed [zwyczajowym] zakończeniem programu III na fali UKF przerwano nadawanie w środku audycji bez jednego słowa wyjaśnienia. Podobnie z programem nocnym na falach długich. Do godziny 6 rano Polskie Radio milczało. TV nie rozpoczęła normalnie pracy. Od szóstej rano do dziesiątej co godzinę nadawano przemówienie Jaruzelskiego, w którym powoływał juntę pod nazwą WRON [Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego]. Nie podawał tam ani jednego nazwiska swoich pomagierów. Informował także o internowaniu „elementów”, zapewne antysocjalistycznych oraz prominentów. Tych ostatnich wymienił z nazwisk (przynajmniej w części). Po Jaruzelskim nadawali muzykę żałobną, aż do nadejścia kolejnej pełnej godziny, kiedy to znów odzywał się Generał i mówił nam, że byliśmy niegrzeczni i będziemy teraz ukarani – wszyscy. O dziesiątej zaczęli nadawać komunikat jakiegoś ciała, też wojskowego, ale chyba tylko w części (odczytano pod tym jakieś nazwiska, nie wszystkie mundurowe), które nie były WRONą, ale chyba KOKiem [Komitet Obrony Kraju] i zachęcano do wysłuchania (ponownego) i obejrzenia w telewizorze szefa WRONy, o godzinie dwunastej. Popatrzyłam na tego faceta w czarnych okularach, który nawet za pośrednictwem kamery nie śmie spojrzeć ludziom w oczy i jak prosta baba przeklęłam go. Mam nadzieję, że nie ja jedna i wierzę, że któraś klątwa go kiedyś dosięgnie. W jakimś momencie zasiedli przed kamerą, ubrani w mundury szeregowców panowie redaktorzy Stefanowicz i Racławicki i przez cały dzień czytali nam dekrety i postanowienia. Nawet trudno było oddzielić to, co nam już zrobiono od tego, co nam jeszcze będzie można zrobić – oczywiście w imię właśnie ustanowionego prawa. Jednym słowem, straszyli nas okropnie. Dowiedzieliśmy się także, że zostaliśmy ukarani zamknięciem kin, teatrów, szkół wszystkich szczebli i że nie możemy się spotykać, że się wprowadza godzinę policyjną, że nie można kupić benzyny (w praktyce okazało się, że również wielu innych rzeczy, np.: taśm filmowych, maszyn do pisania, śpiworów, materacy i namiotów), że zawiesza się działalność wszystkiego co działało itd., itp. Ponadto szeregowi Stefanowicz i Racławicki stale informowali nas za co nas czeka kara śmierci, a za co tylko 15 lat. Szeregowi nawijali przez cały dzień, a ja z satysfakcją zauważyłam, że gdyby ich ganiali na musztrze przez tyle samo czasu wyglądaliby nie gorzej. Pot im się lał z czół, ale go ocierali, chrypieli strasznie, ale popijali wodą i dziarsko, po żołniersku zasuwali do przodu. Bo każdy z nich to „wzorowy żołnierz”. Dlatego pewnie trafili do telewizji.

Wróciłyśmy więc z Julką do domu. Zastałyśmy babcię Jadzię, którą przygnał niepokój – liczyłam na to. Przyszedł też Michał [Braniewski], z którym byliśmy umówieni na niedzielny spacer. A potem zaczęło się lawinowe zadeptywanie naszej podłogi. Przyjaciele chcieli sprawdzić co u nas, czy Mirka nie zabrali, znani nam i nieznani nauczyciele z różnych szkół, również spoza Warszawy chcieli wiedzieć co w tej sytuacji robić. Wszyscy przynosili na butach niesprzątany z ulic śnieg, po którym na wypastowanym parkiecie zostawały kałuże, ale kto by się tym przejmował. To trwało przez kilka dni. Mnóstwo ludzi niepokoiło się o Mirka, wszyscy przychodzili z leninowskim pytaniem. Doszliśmy do wniosku, że internowani mają pod tym względem sytuację luksusową. Już siedzieli i to ich uwalniało od wyborów i decyzji, przed którymi my czuliśmy się postawieni. Pani Anna i inni sugerowali, że Mirek powinien się gdzieś schować.Te sugestie sprawiły, że Mirek przeniósł się do mieszkania Kingi i Maćka Kazanowskich, naszych sąsiadów z piętra, ale wkrótce orzekł, że to nie ma sensu i wrócił do domu. Jak wytłumaczyć przejętej sytuacją czteroletniej Julce wybiegającej na każdy dzwonek do przedpokoju, dlaczego nie powinna każdego przychodzącego informować, że „tata schował się u Maćka”? Żywo uczestniczyła w nowej sytuacji i nie chcieliśmy wykluczać jej z tego co się w domu dzieje. Tymczasem zaczęliśmy zbierać informacje o tym kogo i gdzie wzięli i co się dzieje.

Tej pierwszej niedzieli, wracając do domu od Woroszylskich, zobaczyłam kolejkę obok kina Wisła. Stanęłam w niej odruchowo przekonana, że to do kiosku po gazetę. Ale panowie przede mną i pan za mną wydali mi się jacyś inni, nie wyglądali na zainteresowanych polityką – sprawdziłam – to była kolejka do sąsiadującego z kioskiem punktu to-to. Też nie był czynny, ale to się okazało chwilę później.

Dziś jest środa [6 stycznia]. Mirek już trzeci dzień chodzi do szkoły. Uczelni jeszcze nie uruchomiono – z wyjątkiem studiów dla pracujących i lat dyplomowych. W poniedziałek byli u nas Irena i Staszek, siostra Mirka i jej mąż – źródło naszych informacji z kręgów wojskowych. Szkoły średnie mają dostać swoich komisarzy, a nauczyciele deklaracje lojalności do podpisania. Niewykluczone, że mnie też to czeka. Rektorowi Samsonowiczowi powiedziano, że może uruchomić uniwersytet między 15 a 20 lutego, ale na własną odpowiedzialność. Jeśli nie – decyzja będzie przez WRONę odroczona do 1 października, a studenci pójdą do wojska. Samsonowicz oświadczyć miał, że otwiera uniwersytet pod trzema warunkami: (1) UW zajmuje się sprawami swoich pracowników i studentów, którzy zostali internowani lub aresztowani, (2) zostanie uruchomiona działalność wszystkich ciał samorządowych uczelni, (3) nie będzie weryfikacji pracowników i studentów. Trzeci warunek był dla komisarza kłopotliwy i powiedział, że musi się skontaktować z WRONą. Tak więc, jest bardzo prawdopodobne, że zostaniemy oboje bez pracy. Trzeba pomyśleć nad tym jak żyć, z czego żyć, żeby żyć pożytecznie.

[Hanna] Świda zrobiła nam (tj. Pracownikom IPSiR) miły podarunek noworoczny. Zabroniła cokolwiek, gdziekolwiek podpisywać, bez powiadomienia jej [tj. Dyrektora Instytutu] o tym. Myślę, że dla wielu osób to może być ważne i zwiększy ich poczucie bezpieczeństwa. Ale co się odwlecze… Chociaż zawsze jest możliwe, że w czasie tego odwlekania kogoś odpowiedniego szlag trafi. Aż się sama dziwię skąd we mnie takie pokłady nienawiści. Jak ja się ogromnie cieszyłam, że mróz taki siarczysty. Jak marzyłam, żeby przeciągnąć cienki drut w poprzek Słowackiego – to by uszkodził żołnierzy wychylających głowy z włazów galopujących tu skotów i bewupów. Kiedy pomyślę o pojedynczym żołnierzu to mi ich żal, ale odganiam od siebie takie myśli. Niech marzną, może to ich sprowokuje do buntu. Dlaczego dają się tak bezmyślnie używać do wszystkiego. Czy każdy, komu założy się mundur przestaje mieć wolną wolę? Ten zupak, ze swoim zupackim myśleniem na pewno tak uważa, a nawet więcej. Uważa, że społeczeństwo, tak jak oddział wojskowy, można postawić na baczność, wydać komendę i wszystko jest załatwione. Można wydać komendę, że realizujemy reformę gospodarczą i wydał ją. Trzy „S” w stanie wojennym. Samorządność, samofinansowanie i samodzielność przy jednoosobowym kierownictwie. Trzeciego dnia stanu wojennego rozkoszny szeregowy Racławicki, stosownie modelując głos, ucieszył nas rewelacyjną wiadomością, że po raz pierwszy od kilku lat, w ostatnich dniach zaobserwowano wzrost dochodu narodowego. Gdzie znajduje się obserwator? W terenie. Tak nas uczyli w Studium Wojskowym. A teraz nawet się nie obejrzeliśmy i wszyscy siedzimy w gigantycznym studium wojskowym. Ktoś znajomy powiedział, że to będzie gigantyczny łagier. Może tak będzie, jeśli okaże się, że nie jesteśmy dość pilnymi studentami tej wojskowej uczelni. Szeregowy Racławicki i jego koledzy wykazują nam, że należy wyzbyć się nie tylko wolnej woli, ale i rozumu. Bo trzeba stracić rozum – nawet jeśli się go miało niewiele, żeby najpoważniej w świecie opowiadać bzdury znane dotąd jedynie z dowcipów. Skąd wyszedł nieprzyjaciel? Znienacka – odpowiadają szeregowi Racławicki, Stefanowicz, Tumanowicz, a pan porucznik ich chwali. Nawet pan porucznik, chociaż obcy dotąd w TV, więc przyszedł chyba prosto od WRONy, nie wyzbył się tak dokładnie woli i rozumu, jak wymienieni szeregowcy, wzorowi żołnierze. Dziarsko i sprężyście przeczytał nam jeden z nich wiadomość o zamordowaniu siedmiu górników w kopalni „Wujek”. Pan porucznik czytający komentarz do tej wiadomości nie wyglądał tak jednoznacznie jak jego szeregowiec. Głos z trudem z siebie wydobywał, chociaż tekst był „słuszny”.

Nienawiść. Zbiera się w nas wszystkich. Uchodzi drobnymi szczelinami w fantazjach, dowcipach, które już zaczynamy opowiadać. Czy będzie tak uchodzić, czy któregoś dnia wybuchnie? Podobno na Śląsku (wiadomość z Gliwic) wszystko się gotuje. Górnicy czekają na lepszą porę roku. Nastroje są odwetowe po tym, co się tam stało. Ale tymczasem dali zabrać spośród siebie tych, co mają zapłacić za strajki. W Hucie Katowice już zapłacili. Wyroki od siedmiu lat więzienia. A co będzie z tymi z Piasta, z Wujka? A tymczasem chodzimy naładowani i bezsilni. Im więcej bezsilności, tym więcej nienawiści. Sąsiad maltretuje się słuchaniem TV i zapisuje nazwiska. Założył kajecik i robi listę nazwisk do późniejszych porachunków. Wierzy, że taka chwila nadejdzie. Mirka dyrektorka jechała samochodem. Zatrzymało ich ZOMO. Czy jest jakiś ładunek? – zapytał zomowiec. Ładunek nienawiści – odpowiedziała. Podobno odszedł jak zmyty. Ale przyzwyczai się i do tego. Widocznie ten egzemplarz zomowca nie był tak wzorowo ukształtowany, jak ci z telewizora. Ale będziemy się spotykać z nienawiścią i będziemy ją odwzajemniać, aż przestanie być ważne „kto zaczął”. Właśnie Mirek przyniósł dowcip: Jaki jest najniższy stopień wojskowy? Spiker telewizyjny.

Tymczasem tłumy ludzi siedzą lub idą siedzieć. Nielicznych zwalniają i to nie zawsze po podpisaniu przez nich deklaracji lojalności. Ostatnio (w Sylwestra) puścili Teresę Bogucką. Od 15 grudnia była w Jaworzu k/Drawska, w dobrych warunkach, w ośrodku wczasowym, wojskowym, na poligonie. Jest tam wielu znajomych. Dzisiaj pojechały tam w odwiedziny Janka i Wiera. Zobaczymy jakie wiadomości przywiozą.

Obejrzeliśmy właśnie wybitny program telewizyjny pt. Dokąd zmierza WRONa. I z czyjej inspiracji, chciałoby się dodać. Trzech wybitnych „ornitologów” (prof., prof. Markiewicz, Ryszka i Wiatr) zasiadło w towarzystwie czwartego i starało się zasłużyć na miano wzorowego żołnierza, stwarzając czwartemu nieustające okazje do podsumowań w rodzaju: „Należy podkreślić, że wszystko co w programie «Solidarności» było pozytywne, zostało przejęte z programu partii”. W sumie dowiedzieliśmy się, że WRONa zmierza we właściwym kierunku, chociaż kierunek ten musi chwilo przed nami pozostać tajemnicą i panowie profesorowie WRONę popierają, bo jest ona jak lekarz, który musi leczyć pacjenta, jeśli jest on w kryzysie, bo inaczej będzie zejście. A pan Ryszka to by wolał, żeby zejścia nie było, tylko żebyśmy zaczęli obserwować poprawę, wzrost, żeby krzywa rosła. Chociaż zaznaczył jednocześnie (jako historyk): „nigdzie nie jest powiedziane, że naród MUSI zginąć, przepraszam państwa, może nie zginąć”. Tak więc kochajmy WRONę.

 

 

7 stycznia – czwartek

Szkoda, że nie zaczęłam pisać wcześniej. Teraz jesteśmy już zmienieni przez te 25 dni edukacji wojennej (dziś 26 Jaruzela). W pierwszych dniach uczyliśmy się, że to, co jeździ po ulicach to nie czołgi, chociaż podobnie wyglądają, ale skoty (te na kołach) i BeWuPy (te na gąsienicach). A może odwrotnie – nie jestem bardzo dobrą uczennicą. Dowiadywaliśmy się (z podsłuchu na przestrojonym UKF-ie w [domowym] radiu), że jak jeżdżą w kółko po Śródmieściu kolumny tych wojskowych pojazdów – to się nazywa akcja TUNEL i mamy się bać. Dowiadywaliśmy się, że prawdziwe czołgi stacjonują w znacznej liczbie w Puszczy Kampinoskiej. Ktoś przyjechał z Gdańska – zawodowy kierowca – i wszystkie jego informacje potem się potwierdzały. Wyjechał z Gdańska 17 grudnia o 9 rano. Tam nikt nie przestrzega godziny policyjnej, ludzie masowo wychodzą na ulice. Także w ciągu dnia, chodzą dużymi grupami. Stale mają miejsce bójki z milicją. Po drodze do Warszawy kierowca widział bardzo dużo uszkodzonego, niesprawnego sprzętu wojskowego. Wielu żołnierzy bardzo zmarzniętych.

A pogoda w tych pierwszych dniach wojny była piękna. Mnóstwo śniegu, mróz poniżej -10˚C. Cicho, biało, spokojnie i pięknie. Dopiero podczas świąt zaczęło się gwałtownie ocieplać. Ostatnio były ulewne deszcze. Cała biel spłynęła. I nagle wczoraj w ciągu dnia temperatura opadła z +6˚C do -12˚C. Jest wściekły mróz, wieje wiatr. W nocy spadło trochę śniegu. Janka [Woroszylska] i Wiera [Drawicz] pojechały wczoraj do Drawska. Będą miały okropną podróż.

Teraz znów będą cierpieć szeregowi żołnierze. Będzie im zimno. Podobno pełnili służbę po 12-18 godzin z krótkimi przerwami na rozgrzewkę w samochodzie. Było mi ich żal. Ale teraz już nie. Mogą odzyskać swoją wolną wolę. To są trudne wybory, ale nas też nie postawiono przed łatwymi.

Ciągle jeszcze członkowie partii oddają czerwone legitymacje. Podobno po ogłoszeniu stanu wojennego to się działo lawinowo. Tak, jakby ta nowa i zagrażająca sytuacja wyzwoliła decyzje tych, którzy się dotąd nie mogli zdecydować z obawy o konsekwencje tego kroku. Od strony WRONy zaczynają dochodzić zdania o konieczności weryfikacji szeregów partyjnych. Jeśli nie zdecydują się szybko, to szeregi zweryfikują się same.

Te pierwsze dni to jednak przede wszystkim zbieranie i przekazywanie informacji. Kto i gdzie siedzi, co się dzieje w poszczególnych zakładach pracy. Bardzo trudno i mozolnie odtwarza się komunikacja między ludźmi. Często nie mieliśmy swoich adresów – jedynie telefony. Ale odnajdujemy się powoli. Drugiego dnia założyłam kartotekę osób zatrzymanych. Próbowałam sprawdzać wiarygodność otrzymywanych informacji. Szybko zrezygnowałam z prowadzenia tej kartoteki. Okazało się, że przy kościele św. Marcina coraz sprawniej działa grupa ludzi. Zbierają informacje o internowanych i aresztowanych, przyjmują i przekazują paczki imienne i bezimienne. Uwijają się jak mogą, ale starania o zalegalizowanie ich działalności są ciągle bezowocne. Zaczęły się wizyty w więzieniach. Zaczęliśmy lepiej wiedzieć kto gdzie jest. WRONa stale segreguje zatrzymanych. Niektórych przewozi z Białołęki do Jaworza (tam była Teresa), niektórych zwalnia. W Białołęce warunki były początkowo bardzo złe. Prof. [Klemens] Szaniawski przez całą noc był przetrzymywany w celi z wybitym oknem, w towarzystwie czterech robotników, których zabrano w piżamach. Podobno w wielu przypadkach cele były tak zatłoczone, że nie można było usiąść.

W pierwszych dniach stycznia, jeszcze było mroźnie i biało, Mirka zawiadomili, że ma niezwłocznie oddać klucz do lokalu związkowego przy Cieszkowskiego. Ale przecież nie mógł pozwolić, żeby został tam fantastyczny powielacz, papier i inne przydatne rzeczy. Przez łańcuszek kontaktów rozesłał wiadomość i dość szybko przyszła odpowiedź: dostarczyć powielacz w wyznaczonym dniu i godzinie na dworzec autobusowy Marymont. Mirek zdobył gdzieś/pożyczył wózek, jakim mleczarze wozili butelkowane mleko, które dostarczali pod drzwi, ubrał się w swój dorożkarski kożuch do ziemi i poszedł. A ja, żeby nie denerwować się w domu pojechałam z Julką do św. Marcina.  Spotkałam tam Teresę, która opowiedziała o swoim powrocie z Jaworza, w Sylwestra, z przesiadkami, pustymi pociągami. Kiedy wróciłam do domu Mirek już był. Misja się powiodła, nikt go nie zatrzymał, kiedy ciągnął załadowany wózek chodnikiem ulicy Słowackiego. Starszy wyprostowany pan, powstaniec warszawski znów w swoim żywiole, odebrał sprzęt i dyskretnie rozglądając się wokół kazał Mirkowi znikać. Musiał mieć gdzieś ukrytych pomocników, bo powielacz miał swoją wagę i rozmiar. Ale przedtem oburzył się na Mirka, bo uznał, że nie zachował zasad konspiracji. Na szczęście powielaczowi nic nie zaszkodziło, dzielnie drukował przez cały stan wojenny dla jednej z podziemnych oficyn wydawniczych, jak się potem dowiedzieliśmy.   

 

8 stycznia – piątek

Wczoraj zebranie w Instytucie. Zaczynamy zajęcia 25 stycznia. Na poprzednim spotkaniu (w Sylwestra) [Hanna] Świda relacjonowała z tzw. odprawy rektora z dziekanami, że: WRONa przedstawiła rektorowi UW (i prawdopodobnie rektorom innych uczelni) alternatywę, że może uruchomić uniwersytet od 15 stycznia na własną odpowiedzialność tzn. że odpowiadałby osobiście „za spokój w uczelni” lub, jeśli nie podejmie takiej odpowiedzialności, WRONa odroczy decyzję o uruchomieniu zajęć do 1 października, a studenci zostaną powołani do wojska. Samsonowicz miał oświadczyć, że otworzy uniwersytet, ale pod trzema warunkami tj.: (1) prawo uczelni do starań na rzecz uwięzionych i internowanych pracowników i studentów, (2) przywrócenie działalności ciał samorządowych uczelni oraz (3) nieprzeprowadzenie przez WRNę tzw. weryfikacji pracowników i studentów. Generał [Edward] Włodarczyk (kierownik Minist. Nauki, Szk. Wyższego i Techniki) miał przystać na dwa pierwsze warunki, a trzeci wymagał konsultacji z WRONą. Na wczorajszej „odprawie z dziekanami” rektor Samsonowicz poinformował, że WRONa przystała na warunek trzeci. Zaczynamy więc 25 stycznia, ale oczywiście zgoda na trzeci warunek oznacza jedynie tyle, że zaczynamy bez weryfikacji, ale nie oznacza niestety, że nas to w ogóle ominie. Pytanie, kiedy? Czy 26 stycznia, czy w lutym, w marcu… […]. Podobno w niektórych wielkich zakładach przemysłowych (np. w stoczni) postanowiono, że wszyscy podpisują deklarację lojalności, żeby nie było lepszych i gorszych, żeby się nie dać podzielić. Myślę, że jest to słuszne, ale niekoniecznie w szkołach i uczelniach, gdzie podpisanie takiej deklaracji ma inny wymiar i jednocześnie daje IM prawo do nowych roszczeń. Pracującemu przy maszynie można stawiać mniej wymyślne wymagania niż pracującemu z drugim człowiekiem lub dla duszy drugiego człowieka. Pocieszająca jest wiadomość, że jeden z lepiej spełniających oczekiwania władzy kowali dusz, „wybitny pisarz” [Wojciech] Żukrowski ma kłopoty przy porannym otwieraniu drzwi swojego mieszkania z powodu zalegających pod nim stosów książek swojego autorstwa znoszonych tam przez niewdzięcznych czytelników. (Żukrowski przemawiał do nas z telewizora w pierwszych dniach stanu wojennego zachęcając do zachwytu).

Wracając do spraw uczelni. Jeszcze w Sylwestra Świda powiadomiła nas, żeby nie podpisywać żadnych oświadczeń ani zobowiązań, bez powiadomienia jej i uzyskania jej zgody jako dziekana i „jednoosobowo odpowiedzialnego” zwierzchnika. Stan wojenny ma swoje prawa i trzeba ich przestrzegać. Dziś dowiedziałam się, że podobnej instrukcji udzielił dziekan matematyki.

Po południu poszliśmy do Janki odebrać nasze ucałowania od Wiktora. Podróż miały dobrą, dotarły szczęśliwie. Witek czuje się lepiej. Warunki mają ciągle jeszcze dobre, chociaż zaostrzono im reżim i zmieniono personel wojskowych, chyba na służby więzienne.

Dziś w autobusie sarkastyczny okrzyk „wolna Polska” na widok pięcioosobowego patrolu (oddziału?) uzbrojonego po zęby w broń maszynową. Chyba ktoś im pokazał język z autobusu albo zrobił jakąś minę, bo nagle odwrócili się plecami do autobusu stojącego na światłach i tak trwali aż ruszyliśmy. W tramwaju chłopczyk najwyżej czteroletni do taty: Zobacz, czołgi! To nie są czołgi, to wojskowe transportery opancerzone, tam w środku siedzą polscy żołnierze – tłumaczy tata. A gdzie są Niemcy?

Co mówić dzieciom? Ile własnej nienawiści wolno im przelać? I czy w ogóle uczyć nienawiści? Jak tłumaczyć ograniczenia? Przecież nie kłamstwem. Julka szybko przestała zadawać pytania. W tych pierwszych dniach od razu wyczuła, że po naszej odpowiedzi „…nie można, bo jest wojna” nie zadaje się rytualnego pytania „dlaczego”, ani „co to jest?”. Szybko natomiast zaczęła marzyć. Mamusiu, jak się skończy wojna to… Kilka razy oświadczyła też nam, w dużej niepewności, że lubi żołnierza, bo jak raz stała [z babcią] w kolejce w Merkurym, to żołnierz się do niej uśmiechał. To było w pierwszym tygodniu tej cholernej wojny. Nie potrafiłam się wtedy zdobyć na żadną odpowiedź na to nieme pytanie w jej oczach: mamusiu, to dobrze, czy to źle? Bo przecież stale bluzgamy na tych żołnierzy w telewizorze.

 

11 stycznia – poniedziałek

Do przedszkoli, domów dziecka, szkół podstawowych, szpitali, domów opieki napływają „dary” od naszych „przyjaciół” z enerdowa i Związku Radzieckiego. Dzieci dostają od Rosjan cukierki (to w przedszkolu Julki) i popsute zabawki, zniszczoną, brudną odzież od Niemców. Paczki enerdowskie zaopatrywane są w ulotki, bądź oficjalne („dla polskich dzieci cierpiących na skutkach kontrrewolucji”), bądź nieoficjalne („polskie świnie” itp.). To są relacje naocznych świadków, rodziców „obdarowanych” dzieci. Taką oficjalną ulotkę Mirek widział na własne oczy.

Wczoraj WRONa znów nas nagrodziła. Włączono nam telefony. Małgosia Lanota powiedziała, że powinniśmy być wdzięczni za prezent tj. cztery tygodnie bez telefonów. Nauczyliśmy się bez nich obywać. To bardzo ważna umiejętność. Żmudnie powiązaliśmy pozrywane nici kontaktów i teraz mogą one istnieć niezależnie od tego czy telefony są włączone czy nie. Uprzedzono nas o kontrolowaniu rozmów telefonicznych. Dzwoniłam dziś do Teresy i zanim odezwała się centrala usłyszałam mechaniczny głos „rozmowa kontrolowana”. Podobno także przychodnię na Waryńskiego wyposażono w ten luksus. Acha, i Joasia Szpakowska (ze szkoły Mirka) ma go także.

W niektórych szkołach szaleją komisarze. Wygłaszają pogadanki dla uczniów i nauczycieli (oddzielnie) – papka radiowo – telewizyjna. W Lelewelu [warszawskie 41 LO] jeszcze się nie pojawili. Akcja miała być przeprowadzona we wszystkich szkołach średnich i ostatnich klasach szkół podstawowych i zakończona do 10 bm, czyli do dziś. Jakoś kadry nie wystarczyło. We Wrocławiu, w jednym z liceów na spotkanie z komisarzem kilkoro nauczycieli i cała jedna klasa maturalna stawili się w żałobie. W Rejtanie zorganizowano przerwę milczenia na znak protestu przeciwko uwięzieniu dwojga nauczycieli tej szkoły. Przez całą przerwę uczniowie kucali na korytarzach. Milczeli też wszyscy nauczyciele z wyjątkiem dyrektorki i komisarza, których wrzaski niosły się po szkole.

Podobno w ciągu pierwszych sześciu dni zwolniono z wojska ok. dwa tysiące oficerów i podoficerów. Mają też mieć miejsce przypadki dyskutowania nad zasadnością rozkazów.

Napływają makabryczne relacje ze Śląska o akcjach w strajkujących kopalniach. W „Wujku” służba zdrowia walczyła z ZOMO o rannych i zabitych. ZOMO usiłowało ukryć rannych i zabitych od kul. Ciężko pobito kilku pracowników służby zdrowia.

Słuchamy teraz radia. Niestety daje się złapać w możliwych warunkach jedynie Głos Ameryki. Słuchają wszyscy. Kiedy się wyłączy radio przez ściany dalej słychać każde słowo. Bardzo mało wiadomości. W pierwszych dniach słuchaliśmy „wrogiego” radia na ogromnych emocjach. Słuchaliśmy wiadomości o masowych manifestacjach i wiedzieliśmy, że jeszcze kilka dni i się skończą, bo ile czasu można manifestować, nawet w bardzo ważnej i dobrej sprawie. Z przyjemnością słuchaliśmy znajomego głosu Irki Lasoty i nawet wyobrażaliśmy sobie jak się uwija, dwoi i troi. Ale ciągle czuliśmy się okropnie odcięci i osamotnieni. Bezsilni. Krzepiący był artykuł Czesława Miłosza (krąży już w odpisach). I stopniowo coraz więcej wiadomości w dziennikach, dotyczących spraw obcych nam, chociaż niewątpliwie ważnych dla świata. Zrobiliśmy się strasznie egocentryczni. Ale czy to takie dziwne?

Ostatnie dwa dni spędziliśmy przy Mirkowej pracy magisterskiej. Musi mieć magisterium, żeby dostać stały etat w szkole. A Dyrektorki powiedziały, że bez tego tym razem już go nie wybronią przed zwolnieniem, a ściślej, nieprzedłużeniem umowy. Skończył pisać, a ja przepisywać. Jutro zanosi promotorowi do poprawek (mam nadzieję, że nie będzie ich dużo) i jedzie do Białegostoku ustalić termin egzaminu magisterskiego. Jeśli to nastąpi będę miała męża magistra i będę drugą osobą, która skorzystała na stanie wojennym. Pierwszą jest, zdaniem mamy Topińskiej „stara Blumsztajnowa, która nareszcie dopięła swego”. Sewka wraz z Zosią i Blumcią wojna zastała w Paryżu. To oczywiście nie przeszkodziło WRONie umieścić go (a także Wojtka Karpińskiego i Mirka Chojeckiego, którzy są w Stanach) na liście osób internowanych i odczytać tego w TV. Jeszcze inne fakty świadczące o tym, że zamach został przygotowany znacznie wcześniej – nie zawieszono Polskiego Towarzystwa Informatycznego, które zarejestrowało się w maju i „wrogiej” organizacji PATRONAT (opieka interesów więzionych) zakładanej przez Romaszewskich, której szef – Tolek Lawina – siedzi w Białołęce (zarejestrowana w lipcu). Po ogłoszeniu stanu wojennego członkowie tej organizacji zdążyli zlikwidować jej konto (kilkadziesiąt tysięcy złotych) i przelać pieniądze na prymasowski komitet pomocy internowanym.

Wczoraj wieczorem szybka wizyta u Ireny. Zdążyliśmy wrócić do domu za trzy jedenasta. Ktoś donosi w Mirka szkole i to w dodatku gorliwie, bo zmyśla.

Już w tym miesiącu ma być wprowadzona podwyżka. Ceny zawrotne (schab 360 zł za kg, kostka masła 60, cukier 46 za kg, centr. ogrz. 8 zł za m2 (obecnie 3 zł). Gaz i elektryczność nas zrujnują. Będziemy biedę klepać. Najgorsze jest to, że nie wierzę, żeby ta „regulacja” cen mogła coś poprawić. W ogóle się tym bardzo nie emocjonuję.

Dzwoniła Ola Szymanowska. Teodora wyrzucili z pracy. Rozumiem z tego, że nie podpisał deklaracji. Ma szczęście, że skończył już 45 lat i nie podlega obowiązkowi pracy. Pewnie chętnie posłaliby docenta do łopaty. T. chodzi teraz po lekarzach, chce przejść na rentę. My jesteśmy za młodzi i za zdrowi.

PAULA SAWICKA

Gałczyński: ironia, filologia i przeznaczenie

Istnieje coś takiego jak tajemnica lirycznego dzieła Gałczyńskiego, czy po prostu: tajemnica Gałczyńskiego. Ma ona, jak mniemam, trzy wymiary. Najpierw: wymiar biograficzny.

Jak wiadomo, sam Gałczyński pozostawał pisarzem uwikłanym w polityczne wybory strasznego wieku XX, jego południowej godziny zawieszonej między dramatycznym momentem przedwojnia a tragiczną chwilą powojnia. Obie te chwile zakończone były przez polityczną totalność: ideologie nacjonalizmu i komunizmu. Pisarz lawirował między Scyllą jednej skrajności a Charybdą drugiej. Próbowano go na różny sposób łączyć z politycznym wymiarem, zazwyczaj gorzko oceniając jego wybory ideowe.

Najłagodniej rzecz ujmując, nazywano go, i wciąż tak się go nazywa, człowiekiem słabym, który nie miał dość siły, by się totalnościom i ideologicznym naciskom przeciwstawić. W wersji skrajnej sam bywał nazywany totalistą.

I tu właśnie odsłania się zjawisko prawdziwie tajemnicze: o Gałczyńskim mówi się przez całą drugą połowę XX wieku aż po dziś dzień, że niezależnie od biografii był po prostu wielkim poetą. Stwierdzenie to padnie zarówno z ust przedstawicieli lewicowych elit, jak i reprezentantów opcji narodowej, konserwatywnej, prawicowej. Do takiej opinii przychyli się Polak z kraju i polski emigrant z Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Jakkolwiek z negatywnych opinii o drogach życiowych i politycznych Gałczyńskiego można ułożyć niemałą antologię, to zawsze – podkreślę zawsze – opinie te prowadzą do zaprzeczającego im wniosku: „Ale cóż to był za poeta, ach, co za liryk, jaki kpiarz, talent nad talenty!”.

 

 

Chyba najpiękniej dokumentuje tę – jak ją nazwać? – dwójjednię myślenia o Gałczyńskim opinia Czesława Miłosza, który z jednej strony wpisał poetę jako Deltę w panoramę umysłów skolonizowanych przez ideologię w Zniewolonym umyśle (1953), ale z drugiej powtarzał odważnie i jakby na przekór sobie: „O ile upodobanie do wszystkiego, co plebejskie, pchnęło go przedtem w kierunku prawicy, o tyle teraz z równą gorliwością i szelmowskim grymasem grzmiał przeciwko mieszczaństwu i reakcji. A masowe audytorium, jakie sobie zyskał, było dużo większe niż to, jakiego się mógł spodziewać przy poprzednim zaangażowaniu po stronie prawicy. Codzienny język ze wszystkimi swymi ironicznymi skrótami, który tak pociągał niektórych poetów Skamandra, w Gałczyńskim znalazł idealnego interpretatora. I cały ten ton polskiej poezji ostatnich dziesięcioleci, ta mieszanina powagi i makabrycznego humoru byłaby nie do pomyślenia bez niego. Modląc się do Apollina i Matki Boskiej, Gałczyński nie tylko był błaznem; sam sobie przypisywał rolę średniowiecznego kuglarza Najświętszej Panny, człowieka słabego, pijaczyny, wagabundy rzuconego w świat obcy prawdziwym pragnieniom jego serca, ale usiłującego przeżyć i dać ludziom trochę piękna. Z racji tej groteskowej mieszaniny poetyckich kostiumów wziętych z różnych epok oraz upodobania do mitologii klasycznej, można by powiedzieć, że Gałczyński na nowo ożywił polską poezję barokową”.

To pisał Miłosz, którego – pamiętajmy – Gałczyński uczcił czy uraczył Poematem dla zdrajcy. U kresu długiego życia, rozliczając ten bolesny dla siebie epizod, autor Kronik znów zauważył z wewnętrznym rozdwojeniem: „Odtworzenie aury pewnych okresów historii jest bardzo trudne. Być może zależy to od układu planet, w którym to wypadku astrologia miałaby wielką przyszłość. W każdym razie rok 1968, kiedy prawie równocześnie na dwóch kontynentach zaczęły się dziwne rewolty, wskazywałby, że może i u szczytu zimnej wojny, w 1951 roku, planety działały podobnie, tylko na odwrót. Myślę jednak, że niezależnie od niebieskich mocy Gałczyński, do którego poezji mam wiele sentymentu, trochę się wygłupił. Dlaczego napisał Poemat dla zdrajcy? Moim zdaniem, spełniał społeczne zamówienie na rodzaj egzorcyzmu, ściślej – zamówienie środowiska literackiego”.

A zatem tonacja ta rozbrzmiewa wszędzie, gdzie czytamy o Gałczyńskim, że co najmniej dziwne były jego wybory życiowe i polityczne, ale… ale cóż to za poeta, jak nie mieć dlań „sentymentu”? Pytanie retoryczne. Łagodne usprawiedliwienie liryka rozbrzmiewa od międzywojnia aż po rok 2025.

31 marca 1953 roku Stanisław Baliński, pisarz niezłomny wobec pokus komunistycznej dyktatury, pisze do Jana Lechonia o sytuacji literatury krajowej: „Ani Dąbrowska, ani Nałkowska tak się nie pohańbiły, jak Gałczyński, Iwaszkiewicz i Tuwim”.

Jest i drugi wymiar tajemnicy Gałczyńskiego. Choć kultura polska dopracowała się całkiem sporej liczby znakomitych gałczyńskologów, to istota jego liryczno-ironicznego talentu pozostaje nierozwikłana. Piszę to bez smutku, a ze słodko-gorzko-zabawną satysfakcją, bo wiem, że od czasów Trembeckiego, Malczewskiego i wieszczów znaczy to, iż mamy do czynienia z absolutnym klasykiem, genialnym twórcą, talentem Bożym. Ironicznie wezwawszy do wzmożenia poszukiwań tajemnicy orfejskiego geniuszu poety z Leśniczówki, dorzucę, iż pewien jestem, że zwycięstwo nauki nad tą tajemnicą pozostanie i tak odległe. To po prostu ludzki i nieludzki talent.

Oczywistą kwestią jest w takim razie istnienie kulturowego wymiaru tajemnicy Gałczyńskiego: to, że się ona wciela we wciąż nowe formy życia kultury polskiej, czy rozumieć ją jako narodową, czy jako obywatelsko-wspólnotową. Nadal wypada mówić Gałczyńskim. Tak, na przykład, jak w 2016 roku Olga Lipińska: „Jednak Gałczyński był oczywiście najwspanialszym, był wielkim poetą o niesłychanej anarchicznej, nieokiełznanej wyobraźni. I po latach, kiedy już przestałam robić kabarety w telewizji, postanowiłam powrócić właśnie do Gałczyńskiego”. Co roku też przynajmniej kilka tomów poezji nowej, najnowszej dialoguje z Gałczyńskim (by już tylko wspomnieć o robiącym „karierę” na własną rękę poemacie Ba! Wojciecha Kassa).

W kulturowym pamiętaniu Gałczyńskiego bez przerwy wiele się dzieje. Przede wszystkim okrzepło – po dwudziestu pięciu latach heroicznej („po gałczyńskiemu”) działalności Jagienki i Wojciecha Kassów – jego Muzeum w Praniu. To już potężna, ogólnopolska placówka – świetnie rozgrywająca walkę o Gałczyńskiego z pomocą innych niż on, współczesnych twórców, których do siebie zaprasza, a z drugiej strony uwodząca gości nie tylko „mitem” mazurskim Gałczyńskiego, ale nową, czarującą ekspozycją.

Wraz ze śmiercią Kiry Gałczyńskiej (1936–2022) rozpoczął się inny etap dialogu z poetą i jego dziełem. Tak dzieje się zawsze, gdy odchodzą strażnicy, powiernicy, opiekunowie Życia i Dzieła. I Życie i Dzieło uwalniają się wtedy i otwierają na nowe świadectwa biografii i interpretacje spuścizny. Zapytajmy również: czy nie warto jest pomyśleć o dziełach wszystkich Gałczyńskiego, najosobliwiej wszystkich – i do tego krytycznych, naukowych? Jakkolwiek ta uczona idea kłóci się z burszowsko-dandysowskim charakterem dokonań tego Lirycznego Anarchisty.

JAROSŁAW ŁAWSKI

Fragment wstępu do tomu „Konstanty Ildefons Gałczyński. Biografia i wyobraźnia. Studia”. Red.: Wojciech Kass, Jarosław Ławski. Białystok, Prymat, 2025.

„Matka” przyprawia o dreszcz

 

 

U nas ciekawy jest Witkiewicz.

Umysł drapieżny. Jego książek

Nie czytać prawie obowiązek.

W ciągu najbliższych stu lat chyba

Nikt w Polsce jego dzieł nie wyda,

Aż ta formacja, co go znała,

Stanie się już niezrozumiała,

I jaka była w nim trucizna

Najlepszy spec się już nie wyzna.

Czesław Miłosz, Traktat moralny (fragm.)

 

Trudno uwierzyć, że był tylko jeden artysta i myśliciel Stanisław Ignacy Witkiewicz (1885–1939). Był tak wszechstronny i twórczy, że jego dorobkiem można by obdzielić kilka życiorysów. Napisał około czterdziestu dramatów, cztery powieści, dziesiątki rozpraw filozoficznych i estetycznych, recenzji, reportaży, esejów, artykułów krytycznych i polemicznych oraz kilka tysięcy listów. Jako autor Narkotyków i Niemytych dusz wstąpił do szeregu wychowawców i przewodników społeczeństwa. Był malarzem, rysownikiem, pionierem fotografii psychologicznej i performansu, założycielem awangardowych teatrów, reżyserem i scenografem, projektantem ilustracji książkowych i ekslibrisów. Sformułował teorię Czystej Formy i oryginalny system ontologii ogólnej – monadyzm biologiczny. Dokładnie sto lat temu stworzył najsłynniejsze w Polsce przedsiębiorstwo artystyczne – Firmę Portretową „S. I. Witkiewicz”, w ramach której uwiecznił pastelowymi kredkami tysiące wizerunków Polek i Polaków. Wiele lat po jego samobójczej śmierci jego wiersze stały się tekstami przebojowych piosenek.

Przez pół życia realizował też wielkie przedsięwzięcie autokreacyjne – wciąż na nowo wymyślał siebie jako Witkacego. Miał wielkie poczucie humoru – w mowie, piśmie i uczynku. Bywał duszą towarzystwa, stroił miny, naśladował głosy, zabawiał dzieci przyjaciół, inscenizował sesje fotograficzne. Dla uatrakcyjnienia codzienności wymyślał prześmieszne szpryngle – potrafił zburzyć eleganckie przyjęcie wprowadzeniem gromady głodnych znajomych, płacić kotletem wyciągniętym z portfela, publikować dla zgrywy bzdury o rynku drzewnym w prasie handlowej. Ważne było, by się nie nudzić i nie zadzierać nosa.

Dramaty zaczął komponować już w dzieciństwie, niczym hiszpański mistrz komedii, Lope de Vega. Wśród Witkiewiczowskich juweniliów – do dziś chętnie wystawianych na scenach polskich i zagranicznych – najbardziej znane są Karaluchy. Nigdy nie porzucił dramatopisarstwa – ostatnią sztukę teatralną, Miazmat, ukończył trzy miesiące przed wybuchem II wojny światowej.

 

W. Ślewiński, „Portret Stanisława Ignacego Witkiewicza”. Muzeum Narodowe w Krakowie.

 

Matkę – niesmaczną sztukę w 2 aktach z popularnym epilogiem pisał krótko. W liście do żony Jadwigi, 28 listopada 1924 roku, zanotował: „Skomponowałem w wagonie, jadąc do Jaworskich pod Warszawę, potworny dramat C.F. [Czysta Forma] pt. Matka. O ile mi się uda, będzie wprost cudowne”. Skończył pracę dwa tygodnie później. Zadedykował utwór aktorowi i reżyserowi Mieczysławowi Szpakiewiczowi, z wdzięczności za wprowadzenie dwóch innych sztuk do repertuaru teatru w Toruniu. W dwudziestoleciu międzywojennym sztuka ta nie była nigdy inscenizowana ani opublikowana. Uratowany przez wdowę w czasie wojny rękopis zabezpieczył w 1946 roku przyjaciel autora, filozof Jan Leszczyński. Siedem lat później Jadwiga Witkiewiczowa sprzedała go Bibliotece Narodowej; dwa odpisy maszynowe trafiły do zbiorów Ossolineum i Książnicy Pomorskiej.

Po raz pierwszy Matka ukazała się drukiem dopiero w 1962 roku w dwutomowym PIW-owskim wydaniu Dramatów, opracowanym przez Konstantego Puzynę. Na prapremierę trzeba było czekać do 16 maja 1964 roku. Był to – jak stwierdził z przekąsem Henryk Vogler w programie – „specyficzny cocktail czy bigos literacki” na Scenie Kameralnej krakowskiego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej (to ona była matką chrzestną Stanisława Ignacego). Reżyserował Jerzy Jarocki; Krystyna Zachwatowicz zaprojektowała scenografię, Krzysztof Penderecki – muzykę; w rolę tytułową wcieliła się ucharakteryzowana na mężczyznę Ewa Lassek, Leona zagrał Antoni Pszoniak.

Z rolą Janiny Węgorzewskiej zmagały się w polskim teatrze najwybitniejsze aktorki. Do dziś wspomina się wspaniałe kreacje Haliny Mikołajskiej, Barbary Krafftówny, Aleksandry Śląskiej, Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, Marty Szmigielskiej czy Danuty Stenki. Od przeszło ćwierćwiecza monodram według Matki gra Jolanta Juszkiewicz, a od roku w tę rolę wciela się także Agata Kulesza.

Jak dosadnie stwierdził Puzyna, Witkacy „w polskim dramacie zamknął definitywnie epokę moderny, pokazał język pogrobowcom mieszczańskiego realizmu”. Amerykański tłumacz i teatrolog, Daniel Gerould, uznał Matkę za jeden z najwybitniejszych dramatów XX wieku. Lech Sokół podkreśla, że to właśnie ta tragikomiczna groteska – usiana odniesieniami do Upiorów Henrika Ibsena i Sonaty widm Augusta Strindberga – jest najlepszą sztuką Witkacego, a nie popularniejsi Szewcy.

Bardzo często literaturoznawcy i inscenizatorzy – wbrew apelom autora – odczytują Matkę jako utwór autobiograficzny. Ponieważ miejska legenda głosi, że matka Witkacego była nadopiekuńcza i toksyczna, wielu krytykom wydaje się, że dramatopisarz stworzył w postaci Leona swoje alter ego. A gdyby tak poszukać innych tropów? Przecież malarz i matematyk Chwistek – bliski przyjaciel Witkiewicza, a później jego równie istotny wróg – miał na imię Leon i również, podobnie jak on, w młodości z trudem zdobywał środki na swoje utrzymanie.

 

S. I. Witkiewicz, „Portret Matki”. Zbiory Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku.

 

Gdyby za pierwowzór Leona uznać nie Witkacego, a jego ojca, Stanisława Witkiewicza, twórcę stylu zakopiańskiego, do ich rodzinnej układanki pasuje znacznie więcej elementów. Jednym z najistotniejszych łączników byłoby to, że zarówno Leon, jak i Stanisław wcześnie stracili ojców. Dziadek Witkacego, Ignacy Witkiewicz, podobnie jak Albert Węgorzewski („zginął jako bandyta rzeczny”) był wyjęty spod prawa, skazany przez carski sąd wojskowy, pozbawiony prawa pracy i zesłany w dalekie krainy. W rozumieniu przepisów Imperium Rosyjskiego zmarł jako bandyta, w pewnym sensie „rzeczny” – Ignacy zakończył bowiem życie w czasie ryzykownej wyprawy powrotnej na rzece Irtysz. Z kolei tytułowa Matka chwali się swymi arystokratycznymi korzeniami – z domu jest baronówną von Obrock i podkreśla obcą pisownię nazwiska „przez ck”. Tymczasem babka Witkacego, Elwira, pochodziła ze słynnego na Żmudzi rodu Szemiothów (istniały dwa warianty zapisu – przez „th” lub „t”); urodziła się w należącym do nich od wieków pałacu w Dykteryszkach. Węgorzewska nie akceptuje niżej urodzonej kandydatki na synową, tak samo jak Elwira Witkiewiczowa, która nie dała błogosławieństwa swemu najmłodszemu synowi Stanisławowi i nie przyjechała do Warszawy na jego ślub z Marusią Pietrzkiewiczówną. Stanisław Witkiewicz senior był również długo zależny od matki, nie dostał się na studia w Monachium, do 33. roku życia nie posiadał stałych dochodów, a jednocześnie – zupełnie jak Leon – miał „jakąś nienormalną ambicję na punkcie pieniędzy”, mimo ciężkiej sytuacji finansowej odmawiał przyjmowania zapłaty za obrazy, potem i za projekty willi zakopiańskich, a w końcu przeszedł na częściowe utrzymanie kochanki, Marii Dembowskiej.

Leon jest przekonany, że jako „jedyny w swoim rodzaju osobnik” zna recepty na szczęście ludzkości. Taką postawę prezentował też ojciec Witkacego – w listach, artykułach i książkach pouczał prawie wszystkich: warszawiaków i krakowian, Jana Matejkę, Wojciecha Gersona, członków Zachęty, jurorów w konkursach artystycznych i lekarzy uzdrowiskowych. Krytykował akademizm i malarstwo historyczne, krakowską Szkołę Sztuk Pięknych, wybór prac wysyłanych na paryską wystawę światową, upadek ducha narodowego, stan zabytków, stosunki zakopiańskie, budownictwo górali i katechizm.

To jednak też biograficzny ślepy zaułek w analizie Matki. Jak we wszystkich dramatach, Stanisław Ignacy Witkiewicz myli tropy, w mistrzowskim stylu realizuje literacką wielość w jedności, miesza odniesienia do tekstów kultury wielu epok. Leon wszak ubolewa nad zamieraniem sztuki, religii i filozofii. Wygłasza tyrady pełne diagnoz społecznych i historiozoficznych, jakby cytował traktat O Czystej Formie Witkacego, a nie broszury jego ojca.

A może jednak Matka to zwykła parodia XIX-wiecznej tragedii rodzinnej? Dotkliwy brak ojca, dominacja matki i ojcostwo jako problem protagonisty sztuki odsyłałyby nas do greckiego mitu o nieszczęsnym królu Edypie. Każda kwestia którejkolwiek postaci może wywołać skojarzenia, wspomnienia, powidoki wrażeń zmysłowych o najróżniejszej proweniencji i sile; również wielowarstwowe i jednoczesne.

Na dobrą sprawę, w swej obronie indywidualizmu, Węgorzewski reprezentuje niemal wszystkich artystów. Z jego wzniosłymi postulatami może się utożsamić wielu młodych ludzi, pełnych marzeń o własnej sprawczości i radykalnej poprawie stosunków społecznych. Jednak gdy widzowie zbyt pochopnie uwierzą w powagę tekstu, Witkacy – posługując się aktorskim medium – natychmiast rozsadza ten patos absurdem i swoim niepodrabialnym humorem. To ogromne bogactwo znaczeń i kontekstów, zawieszonych w nieokreślonej czasoprzestrzeni, powoduje, że Matka łatwo poddaje się scenicznej aktualizacji – okazuje się dziełem pisanym na każdą epokę.

Bądźmy czujni – mimo określeń „niesmaczna” i „popularny” w podtytule dramatu – czeka nas zderzenie z wizją zmechanizowanej, nieludzkiej przyszłości. Nie będzie w niej miejsca na zachwyt pięknem, dobrem czy prawdą. One w ogóle nie będą istnieć, unicestwione razem Matka z pamięcią o nich. Brak idei, wartości, wielkich pytań, zagadek, świętości i grzechu, rycerzy walczących o honor i proroków wieszczących apokalipsy – ich brak nie będzie bolesny, bo nie będzie nikogo, kto mógłby go odnotować, odczuć i opłakać.

 

 

Przez dziesięciolecia pisano, że Witkacy najbardziej bał się komunizmu i bolszewików. Tymczasem autor Matki uważał, że rewolucja w Rosji – „ten na fantastycznie wielką skalę zrobiony eksperyment” – urągała ludzkiej inteligencji i godności. Społeczeństwo stało się w jej efekcie zabawką targaną przez ślepe siły zbiorowości. Był to też jego zdaniem początek końca zakłamanej demokracji. Źródła sił, które rozpętały to piekło, dopatrywał się w kapitalizmie, który „rozwydrzył, a następnie zorganizował dla swych własnych celów sztuczne narodowe nienawiści, wywołując bezpłodną wojnę, która tylko zrujnowała świat cały…”. A może jednak najbardziej bał się bioinżynierii?

Matka nie jest „o czymś”, nie opowiada o życiu w XIX czy XXI wieku, w Polsce ani gdziekolwiek indziej. Dzieło sztuki czystej według Witkacego jest bytem niezależnym od wszelkich innych światów. Dramat rozgrywa się we własnej rzeczywistości, sam w sobie i tylko z sobą jest tożsamy. Z tekstu sztuki nie ma sensu wyciągać wniosków o relacjach rodzinnych jej autora. Leon nie wygłasza poglądów Witkiewicza, bo jego teatr nie miał być mównicą ani amboną.

Jedynym celem obcowania ze sztuką w Czystej Formie jest to, by choć przez moment odczuć dreszcz metafizyczny. Nieuchwytnego słowami zbliżenia się do Tajemnicy Istnienia – takiego przeżycia Państwu życzę. Wiem, że to możliwe – doświadczyłem tego kiedyś w finale inscenizacji Matki.

PRZEMYSŁAW PAWLAK

Tekst ukazał się w programie przedstawienia „Matka” Stanisława Ignacego Witkiewicza, Warszawa, Teatr Polonia. Reżyseria Waldemar Zawodziński. W obsadzie:  Krystyna Janda w roli tytułowej, Tomasz Tyndyk jako Leon oraz Katarzyna Gniewkowska, Małgorzata Rożniatowska, Agnieszka Skrzypczak, Jarosław Boberek i Bartosz Waga. Premiera: 6 VI 2025. Aby kupić bilet – kilknij tutaj.

Polecamy także książkę Przemysława Pawlaka „Witkacy. Biografia”. Aby kupić – kliknij tutaj.

Igor Biełow „Na jubileusz Piotra Mitznera”

Tak się zdarzyło, że Piotr Mitzner był pierwszym polskim poetą, którego miałem szczęście poznać osobiście. Latem 2001 roku po raz pierwszy wpadłem do redakcji czasopisma „Nowaja Polsza”, nie wiedząc jeszcze, że dziesięć lat później rozpocznę stałą współpracę z tym pismem w charakterze tłumacza literatury polskiej. Przywitał mnie energiczny, wesoły, uroczy, brodaty poeta z wysokim czołem i fajką w zębach, który okazał się zastępcą redaktora naczelnego.

Przyznam, że nie pamiętam o czym wówczas rozmawialiśmy, ale na pożegnanie Piotr podarował mi tomik swoich wierszy w rosyjskim przekładzie. Wróciwszy do domu, do Królewca, otworzyłem książkę na chybił trafił i już pierwszy wiersz wprawił mnie w zachwyt:

 

Zjedliśmy.

Okruchy rzuciliśmy bogom.

Pociemniało.

Przyszli bogowie.

Zjedli nas.

 

No proszę, pomyślałem wtedy, ten polski poeta nie jest taki prosty, jak się wydaje. Chodziło oczywiście nie o prostotę, ale o zadziwijącą otwartość i demokratyczność kontaktu, którymi Mitzner na wejściu pozyskuję rozmówcę. To oczywiście zupełnie nie wyklucza tych metafizycznych głębi, które kryją się w jego wrażliwej duszy. Póżniej, kiedy dzięki Nataszy Gorbaniewskiej bliżej poznałem Mitznera i „Nową Polszę”, przekonałem się, że Piotr jako poeta jest na przyjacielskiej stopie z metafizyką.

Kiedy w 2013 roku, zgodnie z zasadą Goethego „Jeżeli chcesz zrozumieć poetę, jedź do jego kraju”, przeprowadziłem się do Polski, aby lepiej rozumieć i tłumaczyć polskich poetów (od Mickiewicza po Mitznera) – wtedy po raz pierwszy przekroczyłem próg wypchanego książkami mieszkania Piotra przy Małej 14. Pamiętam, że bardzo mi zaimponowało, że Mitzner jest prawdziwym mieszkańcem warszawskiej Pragi i że pije wódkę nie z kieliszków, ale z literatek. Właśnie od Mitznera dowiedziałem się, że literatka to nie tylko kobieta pióra, ale też szklaneczka do picia mocnych trunków.

Od tej pory regularnie odwiedzałem mieszkanie przy Małej. Mitzner był i nadal jest moim Wergiliuszem, przewodnikiem po ulicach, alejach i zakamarkach polskiej poezji. Bardzo lubię siedzieć w jego malutkiej kuchni i słuchać, jak Piotr, spowity kłębami tytoniowego dymu, recytuje wiersze ulubionych poetów. Mitzner – teraz mogę się do tego przyznać – był pomysłodawcem wielu moich tekstów o polskiej literaturze, które publikowałem na łamach Culture.pl, mogę więc nawet go moim współautorem.

Fot. kopoczynski.pl

Ale wróćmy do poezji.

Zawsze podobali mi się poeci, których nie można odnieść do jakieś konkretnej grupy lub kierunku. Właśnie taki jest Mitzner, on pozostaje osobny. Jest zbyt młody, by zaliczyć go do „Nowej Fali” i zbyt mądry dla „Brulionu”. Wydawać by się mogło, że trzyma się z daleka od salonów poetyckich, nie przeszkodziło mu to jednak w otrzymaniu prestiżowych nagród literackich – Nagrody „Orfeusza” im. Gałczyńskiego i nagrody KOS im. Kazimierza Hoffmana. Mitzner jest oryginalnym lirykiem, który potrafi pisać tak, „by słowom było ciasno, a myślom przestronnie”. To prawda, że poeta zarówno w wierszach, jak i w życiu jest ironiczny, ale jego ironia emanuje ciepłem. A jednak, mimo ironii, Mitzner często mówi o rzeczach wyjątkowo poważnych. Na przykład jeden z pierwszych wierszy Mitznera, który przetłumaczyłem, był – o dziwo – o polskim patriotyzmie. Wiersz pochodzi z tomu Myszoser, wydanego dwadzieścia pięć lat temu, ale wciąż brzmi aktualnie, szczególnie teraz:

 

Było tabu

ale nie jest

 

Nie ma jak polskie wędliny

nie ma jak polskie dziewczęta

zrywane wprost z gałęzi

jak łany wódki

 

Polsko

moje serce bije na zewnątrz

 

Polsko

Przypal mi

 

Polsko wystukam fajkę o twój pomnik

usiądę na drodze pochodów

 

Mam patriotyzm

w apteczce pierwszej pomocy

 

Leszek Szaruga słusznie nazwał wiersze Mitznera „poetyckim komentarzem do Boskiego aktu stworzenia”. Niekiedy wydaje mi się, że Mitznerowi udało się nie tylko stworzyć nową mitologię, lecz także na nowo wynaleźć ten świat, wymyślić nowe prawa fizyki i grawitacji, a w trakcie gry słów i znaczeń tak je ze sobą skonfrontować, że rozbłyskują nowymi znaczeniami. Używając Norwidowskiej formuły, można powiedzieć, że Mitzner „odpowiednie dał rzeczy słowo”.

Zresztą Piotr Mitzner, jak przystało na barwną osobowość, jest nie tylko poetą. Jest „więcej niż poetą”, jak mawiają u nas na Wschodzie. Jest wspaniałym redaktorem, literaturoznawcą, chodzącą encyklopedią literatury polskiej, pisze o historii emigracji rosyjskiej w Polsce, a także o życiu i twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, przygotowuje już drugą antologię polskiej poezji wojennej. Jakby tego było mało, jest redaktorem mojej ulubionej serii – Biblioteka Zapomnianych Poetów – czyli przywraca imiona zapomnianych polskich poetów. Jest to prawdziwe Przywracanie Imion – nie przypadkowo używam tego odniesienia do słynnej akcji Stowarzyszenia Memoriał, bo Mitzner zawsze podkreślał, że należał w swoim życiu tylko do dwóch organizacji: polskiego PEN Clubu i Memoriału.

Pisarz Jurij Olesza żartował, że po siedemdziesiątce otworzy sklep z metaforami. Mam nadzieję, że Mitzner otworzy restaurację pełną anegdot literackich, intrygujących wspomnień, dobrych wierszy i porad dla młodych autorów. Ale też mam nadzieję, że w menu tej restauracji znajdzie się sałatka jarzynowa i kotlety ziemniaczane, które Piotr tak wspaniale potrafi przygotować.

IGOR BIEŁOW

Tekst wygłoszony podczas jubileuszu Piotra Mitznera w PEN Clubie, 9 czerwca 2025.

Antoni Ziemba „Laudacja Krzysztofa Pomiana”

Czcigodny Laureacie,

Szanowne Członkinie i Członkowie polskiego PEN Clubu,

Professoressy i Profesorowie,

Przyjaciółki i Przyjaciele Krzysztofa Pomiana,

Panie, Panowie i wszystkie inne zacne Osoby

 

„Nie jest nieszczęściem, jeśli ludzie będą cię chwalić za twoje uczynki. Nieszczęściem będzie, jeśli będziesz spełniać dobre uczynki po to, aby cię chwalono”Lew Tołstoj. To zdanie jako cytat dnia podaje kalendarz na dzień twoich, Krzysztofie, urodzin, z roku 1934. Urodziłeś się więc pod wyzwa­niem tych skrzydlatych słów. Ty miałeś to szczęście i ludzie, w tym ja, chwalą cię oto za twe uczynki, acz nigdyś o poklask nie zabiegał.

Profesor Krzysztof Pomian jest dziś niewątpliwie najbardziej na świecie znanym, najwybitniejszym i najbardziej twórczym polskim uczonym humanistą; polskim, francuskim, europejskim. I właściwie na tym mógłbym skończyć. No, bo skoro „niewątpliwie” – niewątpliwie najbardziej znanym, niewątpliwie najwybitniejszym, niewątpliwie najbardziej płodnym i wpływowym (a te „naj” mógł­bym mnożyć), to cóż tu jeszcze udowadniać. Ale postaram się dochować decorum.

Pomian-filozof bada fenomeny poznania, postrzegania i wiedzy. Pomian-historyk studiuje dzieje eu­ropejskiej kultury intelektualnej i artystycznej. Pomian-historyk idei rozważa pojęcia czasu, tożsa­mości europejskiej, równości i nierówności społecznej, rewolucji, totalitaryzmów, demokracji, ko­lekcji i kolekcjonowania wreszcie, i wiele jeszcze innych. Pomian-muzeolog diagnozuje zaś obecny stan kolekcji i muzeów. Jego książki i artykuły – a jest ich oszałamiająca liczba: ponad tysiąc! – ukazały się w wydawnictwach zachodnich i zostały przetłumaczone na dwadzieścia języków. Trudno zatem oczekiwać, że streszczę tu i skomentuję całe, gigantyczne i wielowątkowe oeuvreKrzysztofa Pomiana – uczonego z wyżyn naukowego Olimpu i apollińskiego Parnasu. Pozostanę zatem przy krótkim wspomnieniu twórczości filozoficznej, kulturowo-politycznej i społecznej oraz stricte histo­rycznej z dziedziny historii idei. Zajmę się raczej tym, co mi, jako historykowi sztuki i byłemu (acz wieloletniemu) muzealnikowi, bliższe – teorią i historią kolekcjonerstwa i muzeologią Krzysztofa Pomiana, i to też tylko niektórym jej wątkom.

Zacznę jednak od książki Przeszłość jako przedmiot wiedzy. Jest to praca o narodzinach krytycznej historiografii, która – zacytuję znanego historyka filozofii – „miała fundamentalne znaczenie dla zrozumienia powstania nowoczesnych nauk historycznych. To wielkie multidyscyplinarne studium z zakresu europejskiej umysłowości”, w którym autor udowodnił, że w naukach historycznych prawdziwa rewolucja, głęboki przełom, początek nowoczesności nastąpiły w XVII wieku, a nie w dobie Odrodzenia i na pewno przed epoką Oświecenia. W rozprawie Przeszłość jako przedmiot wiary rozwinął Pomian nowe rozumienie średniowiecznych tekstów historiograficznych. Napisał: „Kronik średniowiecznych zupełnie nie rozumiałem… Prawdę mówiąc, nie rozumiałem nie tylko kronik, ale i wszelkich innych tekstów średniowiecznych. Jak można było uznawać moc przekonywającą dowodów istnienia Boga? Jak można było uważać za realne demony i anioły? Jak można było utrzymywać, że cokolwiek się porusza, czyni to za sprawą przyczyny wobec tego czegoś zewnętrznej?”. Zaczął te teksty czytać inaczej. Odczytywał, rekonstruował i analizował mentalne konstrukty, konwencje, przyzwyczajenia zmienne w czasie, co czyniło dane teksty zrozumiałymi w określonym czasie i określonej sytuacji, a potem – już nie. Pisał: „sama historia jest historyczna”. Transgresja czasu jest możliwa przez wytwarzanie materialnych i niematerialnych bytów zdolnych do trwania. W czasie zmieniały się wielkie, ramowe pojęcia: Widzenie i poznanie, Wiara historyczna, Trwanie i zmiana, Prawda i czas, Wolność Boga i konieczność natury, by zacytować tylko tytuły rozdziałów tej książki, a wraz z nimi zmieniała się historia, pojmowanie i kategoryzowanie przeszłości. To dwutomowe studium Krzysztofa Pomiana stanowi po dziś dzień, jak rzekł pewien wzięty filozof, wzorcową lekcję hermeneutyki. Tworzy olśniewający model „historii rozumienia historii”, w którym rozumienie historii jest historią rozumienia, rozumowania i rozumu.

W słynnej książce Porządek czasu rozpatrywał historyczną i praktyczną istotę czasu – w perspektywie encyklopedycznej, ale zarazem filozoficznej i historiograficznej, jako swoistej historii „czystego rozumu”, racjonalizmu i różnorakich idealizmów. Rację miał niewątpliwie jeden z jej pierwszych czytelników, Konstanty Jeleński, mówiąc: „Odczułem pewność, że czytam książkę wielkiej wagi, chyba przełomowej”. Jak napisał niegdyś Cezary Wodziński, Porządek czasu to „opowieść, której nieprzypadkowymi odsłonami są wszystkie inne prace Krzysztofa Pomiana, wśród nich: Les archives: du Trésor des chartes au caran; Europa i jej narody; Drogi kultury europejskiej; Wenecja w kulturze europejskiej; Oblicza dwudziestego wieku; Filozofowie w świecie polityki; Historia – nauka wobec pamięci”.

O czym poucza lektura dzieł Krzysztofa Pomiana poświęconych kolekcjonerstwu, muzeografii i mu­zeologii, począwszy od Kolekcji między światem widzialnym i niewidzialnym przez Zbieraczy i oso­bliwości po Muzeum: historię światową? O mnóstwie problemów historycznych i cywilizacyjnych, ale dla mnie (i dla wielu) jest namysłem nad samą istotą kolekcjonowania i kolekcjonerstwa. Nad prymarnymi i sekundarnymi motywacjami i funkcjami tego fenomenu. Z książek, artykułów i wypo­wiedzi profesora Pomiana wynika panorama owych funkcji, niezwykle bogata – kiedyś policzyłem, o ilu celach i sensach kolekcjonerstwa pisze Pomian, i jest ich aż dwadzieścia jeden – od estetycznej satysfakcji, „przyjemności z oglądania”, admiracji piękna i urody okazów, przez funkcję semioforyczną – oznaczania i opisu świata, uniwersum, mikrokosmosu, otoczenia zbieracza, odkrywania i przekazywania znaczeń, po komemorację historyczną oraz tworzenie i utrwalania tożsamości zbiorowej (narodowej, etnicznej, religijnej, grupowej: arystokratycznej, ziemiańskiej, burżuazyjnej, patrycjuszowskiej, inteligenckiej itd.); kreowanie wizerunku i pozycji społecznej.

Kluczowy jest tu oczywiście Pomianowski termin „semiofory”. Pojęcie to (wraz z całym jego teore­tycznym oprzyrządowaniem) okazało się niebywale – nomen omen – nośne. Zostało przejęte nie tylko w spekulatywnych teoretyczno-metodologicznych wywodach uczonych i muzeologów, ale weszło do mowy potocznej. A takich „wielkich słów” z wysokiego diapazonu naukowej humanistyki, wszczepionych w powszechny obieg językowy, jest w gruncie rzeczy niewiele. „Paradygmat” Kuhna, „dyskurs” Foucaulta, „dekonstrukcja” Derridy i Kristevej – i właśnie „semiofor” Pomiana. (Pomian jest zresztą od tamtych lepszy: ma na koncie jeszcze jedno określenie obiegowe – „kultura ciekawości”, genialny skrót nazywający konglomerat postaw kolekcjonersko-koneserskich i naukowych w stuleciach od XVI po XIX).

Trzeba podkreślić fundamentalną rolę pojęcia semioforów w globalnej debacie naukowej. Tylko jak ten „impakt Pomiana” uchwycić, ogarnąć, opisać? Trzeba by na to osobnego interdyscyplinarnego programu badawczego, i to wieloletniego. Podaję więc tylko najbardziej dla mnie znamienne przy­kłady.

Teoretyczny model Krzysztofa Pomiana podjęła Susan M. Pearce w swych książkach: On Collecting. An Investigation into Collecting in the European Tradition i Museums, Objects, and Collections, jak i w redagowanych przez nią seriach publikacji „The Collecting Cultures Series” i „Objects of Knowledge”. Po książkach Pomiana są to najbardziej chyba szeroko zakrojone i obszerne analizy fenomenu kolekcjonowania, i powszechnie czytane. Bez Pomianowskich semioforów, Gottfried Korff, niedawno zmarły niemiecki kulturoznawca, etnolog i muzeolog, nie stworzyłby swej histo­ryczno-etnograficznej formuły nauki o „kulturach folklorystycznych”, której zwornikiem był właśnie namysł nad rolą znaków i rzeczy w codziennym obyczaju i komunikacji kulturowej. Pojęcie Pomiana, fundamentalnie ważne, stanowiło dlań punkt wyjścia do rozważań nad mechanizmami „desemiotyzacji” i „resemiotyzacji” rzeczy. Odwołania do koncepcji Pomiana znajdziemy w co poważniejszych opracowaniach fenomenu kolekcjonowania i historii kolekcjonerstwa (i to najszerzej pojętego): a to u Jamesa Clifforda, u Daniela Deferta, a to u Johannesa Fabiana.

Model kolekcji i kolekcjonowania wg Krzysztofa Pomiana bywa zresztą punktem odniesienia albo punktem wyjścia nie tylko dla historyków, historyków sztuki, muzeologów i badaczy kultury. Jego koncepcja semioforów cieszy się uznaniem wśród uczonych reprezentujących bardzo odległe dyscy­pliny. I tak oto politolog, teoretyk komunikacji i transferu informacji, Patrick T. Jackson zastosował semiofory do rozwinięcia koncepcji „ekonomii informacji” i kategorii informacji jako „miary nie-pewności”. Zastąpił on konstytutywne dla modelu Pomiana pojęcia wartości wymiennej i wartości użytkowej kategoriami entropii i redundancji, przejętymi od Claude’a E. Shannona, ojca założyciela matematyczno-technologicznej teorii informacji i informatyki. Ewa Domańska z kolei wykorzystała model Pomiana do analizy funkcji biologicznych (korzenie jako pneumatofory, tj. narządy „odde­chowe”, żywieniowe, poza-fotosyntetyzujące) i znaczeniowych (semioforalnych) rodzaju drzewa – cypryśnika błotnego (Taxodium distichum L.) jako zjawiska botanicznego i jako przedmiotu kolek­cjonowania (casus Toma Gaskinsa i jego Cypress Knee Museum w Palmdale na Florydzie, założo­nego w 1951 roku, ale też licznych kolekcji tych drzew w arboretach, np. w Kórniku Działyńskich). Architekt, profesor Politechniki Poznańskiej, Piotr Marciniak stosuje kategorię semioforu do interpretacji praktyki budowniczej w tkance XX-wiecznych i współczesnych miast. I tak dalej, i tym podobnie. Przykłady takie mnożyć można bez końca. Odziaływanie bezpośrednie i pośrednie idei Krzysztofa Pomiana jest zgoła nieogarnione. Zaiste, semiofory Pomiana zawędrowały pod strzechy. Na internetowym blogu, poradniku urządzania wnętrz kominkami i starymi piecami, Piecoblog znajdziemy obszerny tekst Piece jako semiofory. A ktoś na wydziale historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego napisał bardzo poważną i bardzo nadętą pracę dyplomową pt. Butelka po piwie jako semiofor. Szkic z antropologii rzeczy.

Niewątpliwie kulminacją, ukoronowaniem i opus magnum badań Krzysztofa Pomiana nad historią kolekcjonerstwa jest trylogia pt. Le Musée, une histoire mondiale, po polsku wydana jako Muzeum. Historia światowa w 2023 i 2024 roku. Tom pierwszy obejmuje początki kolekcjonerstwa od narodzin skarbców w starożytności, przez kolekcje prywatne we Włoszech i w Europie Północnej, aż do ich przemiany w publiczne muzea w XVIII wieku. W tomie drugim opowieść zaczyna się od Rewolucji Francuskiej, kończy zaś na roku 1851, w którym miała miejsce przełomowa dla wystawiennictwa, muzealnictwa, muzeografii i muzeologii Wystawa Światowa w Londynie, której późnym owocem stało się Victoria and Albert Museum w Londynie. Tom trzeci z brawurową syntetycznością opisuje nowoczesność i współczesność drugiej połowy XIX stulecia i XX wieku, które równie były erą fabryk, technologii, informatyki etc., co epoką muzeów: szaleńczą mnogość nowo powoływanych muzeów i globalny zasięg tego zjawiska oraz przemiany w ich celach, funkcjach, strategiach i misjach. Trzeba sobie uprzytomnić rozmiar i rozmach przedsięwzięcia, jakim jest ta monumentalna publikacja. Ponad dwa tysiące lat do prześledzenia; dziesiątki albo i setki tysięcy faktów, zdarzeń, osób do przeanalizowania i dokonania selekcji tych najbardziej znamiennych lub znamienitych; miliony przedmiotów dawno i niedawno temu gromadzonych! A do tego – poddanie tej masy danych rygorom historiograficznej opowieści, ukazującej ewolucję i rewolucje, kontynuację i przełomy, ciągłość i przeskoki, postęp i regresy, kryzysy i fulguracje. A przy tym miała to być – i jest – opowieść ciekawa, ba, porywająca, jak to zwykle u Krzysztofa Pomiana: stylistycznie perswazyjna i literacko wirtuozerska. Arcydzieło narracji historiograficznej.

No, ale jakże miałoby być inaczej, skoro to wszystko jest zapisane w gwiazdach.

 

Horoskop Krzysztofa Pomiana, Sztuczna Inteligencja. Opis osoby urodzonej 25 stycznia 1934 roku.

„Jego znak zodiaku to Wodnik. Osobistymi planetami rządzącymi są Uran i Neptun. Dlatego ma moc przekonywania innych za pomocą swoich technik perswazyjnych. Ludzie lubią i chcą go słuchać. Energie wyzwolone w dniu jego narodzin wskazują na przyszłe korzyści i zyski z nauczania, wykładów i stanowisk doradczych. Wyższe wibracje Neptuna mogą wskazywać na bardzo żywe i prorocze sny, które mogą go zaskakiwać. Kocha naturę, a w szczególności wodę. Uprawianie sportów wodnych wzmacnia jego emocjonalną witalność. Jego szczęśliwe kolory to ciemniejsze odcienie zieleni; szczęśliwe kamienie to turkus, chryzoberyl, kocie oko i tygrysie oko; jego szczęśliwe dni tygodnia to poniedziałki i czwartki. Ma atrakcyjną osobowość, która często jest owiana tajemnicą. Osoby spod znaku Wodnika, urodzone 25 stycznia, są refleksyjne, marzycielskie i magnetyczne. Osobnik lojalny, umie być doskonałym przyjacielem pomocnym w problemach, jest niezmiernie chwalony przez towarzyszy, jednakże często w tej spontanicznej życzliwości potrafi zapomnieć o swoich potrzebach. To człowiek elokwentny, jego rozważania sprawiają wrażenie wielopłaszczyznowych struktur, oszałamia kolegów swoim szerokim doświadczeniem, słynie ze zwięzłych i celnych replik. Osobnik ekstrawertyczny, jest pierwszą gwiazdą wszelkich spotkań towarzyskich, zwraca na siebie uwagę, gdyż umie wygłaszać opinie głębokie i rozważne. ma przemyślaną odpowiedź na dowolną dającą się pomyśleć wątpliwość jako członek zbiorowości jest godny zaufania, chociaż zarazem niespecjalnie sprytny. Znamionuje się uczciwością, podejmuje próby, by wznieść się ponad osobiste uprzedzenia oraz wszelkie sprawy lubi przeanalizować wielokrotnie, a zatem zwykle jest powszechnie uważany za bezstronnego arbitra. Jest osobą elastyczna, bardzo trudno go czymś zdumieć, snuje bogate i nierutynowe plany i umie współpracować prawie że z każdą jednostką. Cechuje się niezależnością, a naprawdę przepada za nieograniczoną autonomią decyzji, więc zawiedzie cię oczekiwanie, że podporządkuje się przedstawionym mu zaleceniom. To osoba wesoła i pogodna, optymista – w każdym wypadku patrzy śmiało przed siebie, popełnione gafy ocenia jako źródło cennej mądrości, dlatego świetnie radzi sobie w zadaniach obciążonych ryzykiem. Jest to osobnik silny, prze do finału bez bezsensownych rozterek, jeśli trzeba, śmiało i rzetelnie dowodzi swoich osądów i z radością reaguje na wszelkie pozytywne zmiany w otoczeniu. To jednostka kompromisowa, zgodna i otwarta, nie wadzą mu odmienne upodobania i raduje go urozmaicenie życia i współpracowników, toteż bywa aktywistą dopominającym się o równouprawnienie osób wykluczonych i dyskryminowanych. To człowiek ostrożny, stara się nie zachowywać się emocjonalnie, drobiazgowo aranżuje najdrobniejsze działania oraz z namysłem, acz metodycznie mknie ku bogactwu. Flegmatyk, guzdra się z każdym zagadnieniem tak okropnie, jakby dysponował na wykonanie dowolnych spraw całym stuleciem. Osobnik wysublimowany, ceni niezwykłe napitki i dania i w każdej swojej aktywności stara się uzyskiwać doskonałość, a więc ukontentowany jest jako posiadacz wielkiej fortuny. To jednostka taktowna, nie boi się podejmować się rozsądzania zatargów, które wymagają użycia zmyślnych i skomplikowanych uzasadnień i na ogół przerastają innych ludzi. Zawodami, w których najtrafniej się będzie realizował, są: bibliotekarz, referent, badacz, pisarz, poeta, powieściopisarz, dziennikarz, malarz, eksperymentator, ilustrator oraz filozof”.

I jak tu nie wierzyć w astrologię!

ANTONI ZIEMBA

Tekst wygłoszony na uroczystości wręczenia Krzysztofowi Pomianowi Nagrody PEN Clubu im. Jana Parandowskiego, 12 V 2025.

Parnickiego droga na Parnas

Jerzy Stempowski nie miał wątpliwości, że twórczość Teodora Parnickiego na trwałe wejdzie do historii literatury polskiej. Zanim jednak to się stało, pisarz musiał stoczyć niejedną walkę, nie wyłączając tej codziennej – o byt.

Zmagania Parnickiego na polu literatury i życia ukazuje jego dwutomowa korespondencja z Jerzym Giedroyciem, wydana w 2015 roku w serii Archiwum „Kultury” w opracowaniu Andrzeja Dobrowolskiego, który we wstępie do książki zauważa: „Parnicki swoje […] wpisywanie się w tradycję literatury polskiej traktował w kategoriach powołania, i to powołania o charakterze niemal religijnym, wszak do dwunastego roku życia nawet nie mówił po polsku”. Urodził się w Charlottenburgu, na przedmieściach Berlina, w 1911 roku wyjechał z rodzicami do Rosji. Jego ojciec, mający polskie korzenie, był obywatelem niemieckim, matka – rosyjską Żydówką. W 1920 roku przyszły odnowiciel polskiej powieści historycznej znajdował się na najlepszej drodze do kariery w carskiej armii, służąc w Pierwszym Korpusie Kadetów pod Władywostokiem. Uciekł jednak z korpusu i dotarł do Harbina, gdzie zamierzał odnaleźć przyjaciela swego ojca. Dowiedziawszy się o jego wyjeździe, młody uciekinier udał się w drogę powrotną, podczas której został zatrzymany i pozostawiony przez kontrolerów na stacji w Aszynche. „I tu – pisze Andrzej Dobrowolski – wydarzyło się coś niezwykle brzemiennego w skutki: na pytanie naczelnika stacji, kim jest, kadet Parnickij odpowiedział po rosyjsku: «Ja Polak». To sprawiło, że został odesłany do Harbina pod opiekę lokalnej – bardzo dobrze zorganizowanej społeczności polskiej […]. Ukończył Gimnazjum im. Henryka Sienkiewicza, ale przede wszystkim nauczył się języka polskiego i postanowił zostać polskim pisarzem”. Po latach, w rozmowie z Zygmuntem Lichniakiem, autor Słowa i ciała powiedział: „Ja się uparłem, aby być pisarzem polskim. […] uparłem się i zdaje się zostałem nim naprawdę”.

Korespondencja rozpoczyna się w grudniu 1946 roku, kiedy Jerzy Giedroyc, kierownik nowo powstałego Instytutu Literackiego, proponuje mieszkającemu w Meksyku Parnickiemu włoskie wydanie jego powieści Aecjusz, ostatni Rzymianin. Autor na propozycję chętnie przystaje i tak zaczyna się trwająca ponad dwie dekady wymiana listów, w której Giedroyc – jak w wielu opublikowanych już zbiorach korespondencji – ukazuje się jako wydawca umiejący dbać o pisarzy ze swojej „stajni”, Parnicki zaś – jako niezwykle ciekawa i skomplikowana osobowość: z jednej strony świadomy wartości swej pracy twórca, z drugiej – nękany kompleksem niższości człowiek. Źródła tego kompleksu odsłania list z 1951 roku, w którym przyszły autor Tylko Beatrycze pisze, że za największą torturę swojego życia uważa chwile, kiedy w dzieciństwie na pytanie kolegów, czy jego rodzice byli Polakami-katolikami, odpowiadał „najpierw ze swobodną prostotą, potem z histeryczną zaciętością «męczennika», którego moralnym obowiązkiem jest – mimo wszystko – dawać świadectwo prawdzie: «Nie, [matka] była Żydówką». Wówczas to – dodaje pisarz – dowiedziałem się, że stokroć lepiej być ślepym lub garbatym niż pół-Żydem; wówczas też otrzymałem szereg sugestii, bym się powiesił – i zaczęło się we mnie rozwijać silne poczucie winy, że brak mi odwagi, by dokonać tego «logicznego» aktu samozniszczenia”. Te przeżycia pozostawiły głęboki ślad w psychice autora Końca „Zgody Narodów”, naznaczając go już na zawsze nieufnością i podejrzliwością, której dawał wyraz w listach do Giedroycia. Wyrażając obiekcje związane z wysunięciem jego kandydatury do nagrody literackiej Katolickiego Ośrodka Wydawniczego „Veritas”, tłumaczy, że nie chciałby, aby ktokolwiek przyjął wobec niego taką oto postawę: „Może obiektywnie Parnicki nie wart tej czy tamtej nagrody, ale tym niemniej trzeba mu ją koniecznie dać, bo inaczej pomyśli, że się go pomija dlatego, że jest pół-Żydem”. Redaktor „Kultury” uważał te rozterki za „wyimaginowane hamulce”, prowadzące do destrukcji osoby i twórczości: „Myślę, że tego Panu nie wolno robić nawet ze względów nie osobistych, ale ogólnych” – przestrzegał w jednym z listów, w kolejnym zaś dodawał otrzeźwiająco: „Ma Pan swoją pozycję w literaturze i ta pozycja nie zależy bynajmniej od Pana kompleksów. Sprawa krwi w Pana żyłach jest Pana osobistą sprawą”.

Niewyczerpana wydaje się cierpliwość, jaką Giedroyc wykazuje wobec drażliwego korespondenta. Niestrudzony jest w wysiłkach, by poratować klepiącego biedę autora, choć nie kryje, iż sytuacja pisarza, szczególnie tak trudnego, jest na emigracji beznadziejna (notabene w kraju powieści Parnickiego, wydawane przez Instytut Wydawniczy „Pax”, cieszyły się dużym powodzeniem). Parnicki w liście z marca 1955 odpowiada, że powody jego rozgoryczenia nie tkwią w trudnościach finansowych. Przyznaje, że żyje na granicy nędzy, ale – dorzuca – „nie to jest najważniejsze, tylko […] brak uznania, brak odzewu, brak poczucia łączności ze «swoją publicznością»; […] zaczynam sądzić, iż cały sens mej pozycji pisarskiej i postawy jako «wolnego polskiego pisarza-emigranta» wchodzi w cień ogromnego znaku zapytania…”. Kolejne lata potęgują frustrację pisarza, który ani nie znajduje zrozumienia w kręgach emigracyjnych, ani nie może doczekać się przekładów swoich książek.

Aleksander Wat, pracując w wydawnictwie Umberta Silvy, czynił starania o włoskie wydanie Srebrnych orłów. W liście do Giedroycia z kwietnia 1960 roku nie krył zachwytu „siłą wyobraźni historycznej” Parnickiego: „Jest to już raczej jasnowidztwo niż literatura”. Pomimo rekomendacji powieść nie ukazała się u Silvy. Wat skomentował to w znamienny sposób: „Książka zrobiłaby dużą karierę, gdyby nie była napisana po polsku”. A zatem do kompleksu bycia pół-Żydem dochodzi jeszcze gorszość polskiego pisarza wobec Zachodu.

Lektura listów Parnickiego, który w 1967 roku przeniósł się na stałe do Polski, wzbudza podziw dla jego wytrwałości w raz podjętej decyzji, aby stać się polskim pisarzem; uznanie budzi także postawa Giedroycia, który twórcę Nowej baśni w tej decyzji podtrzymywał. „Chciałbym tylko – podkreślał Redaktor – by Pan nie wątpił w siebie jako pisarza. Trudności, jakie Pan przeżywa, są wprost tragiczne, ale to nie zmienia Pana rangi pisarskiej i nie należy tracić wiary w swój talent”.

W 2009 roku na ścianie domu przy ulicy Zimorowicza 2 w Warszawie zawisła tablica, na której widnieje napis: „W tym domu w latach 1967–1988 mieszkał i tworzył wybitny pisarz polski Teodor Parnicki (1908–1988)”.

AGNIESZKA PAPIESKA

Nad Owidiuszem (6)

Siedzę nad Owidiuszem. I nad Machiavellim. Myślę o tym, że pewnie nie byłoby Księcia, gdyby nie poezje Owidiusza…

Machiavelli urodził się w 1469 roku we Florencji. Tam kształcił się, uczestniczył w życiu publicznym i zmarł w 1527 roku. Związany z kręgami republikańskimi, po powrocie Medyceuszy do władzy w 1512 roku został odsunięty od urzędów i zmuszony do udania się na wygnanie. Osiadł w rodzinnej willi w Sant’Andrea in Percussina. Choć zesłanie było dla niego trudne, wykorzystał je pracołowicie. Napisał wtedy Księcia, zaczął Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza, tworzył poezję i sztuki teatralne.

Jak przystało na młodzieńca florenckiego tamtych czasów odebrał świetne humanistyczne wykształcenie. Jego ojciec, Bernard, gromadził przez lata bibliotekę tekstów klasycznych, toteż Niccolò poznał doskonale cały kanon. Wśród starożytnych autorów, których studiował, byli zarówno czytani w łacińskich tłumaczeniach Grecy: Arystoteles, Platon, Plutarch, Polibiusz i Tukidydes, jak i studiowani w oryginale Rzymianie: Cyceron, Seneka, Cezar, Liwiusz, Tacyt, Salustiusz, Plaut i Terencjusz, a także Apulejusz, Lukrecjusz, Wergiliusz i – oczywiście – Owidiusz. Ze wszystkich wielkich największy.

Źródełko, przy którym Machiavelli czytał Owidiusza.

W datowanym 10 grudnia 1513 roku liście do przyjaciela, Francesco Vettoriego, Machiavelli pisze, jak spędza czas przymusowego pobytu w Sant’Andrea in Percussina: „Wyszedłszy z lasu udaję się w kierunku źródła, stąd zaś do swego gaiku, gdzie łowi się ptaki. Pod pachą mam zawsze jakąś książkę, Dante lub Petrarka, bądź któryś z mniejszych poetów, jak Tibullus, Owidiusz czy jakiś inny; czytając o ich miłosnych namiętnościach, przypominam sobie o swoich przeżyciach i oddając się tego rodzaju myślom wprawiam się na pewnie czas w przyjemny nastrój”. I dalej: „Kiedy nadchodzi wieczór, wracam do domu, wchodzę do swojej pracowni i już na jej progu zrzucam z siebie codzienną odzież, pełną błota i brudu, przywdziewając szaty królewskie i wytworne; i tak tedy dostojnie przybrany wkraczam do odwiecznego przybytku wielkich mężów ubiegłych wieków, i tam, przyjęty przez nich życzliwie, pożywiam się tym pokarmem, który solum jest moim i do którego tylko zostałem zrodzony. Tu nie wstydzę się rozmawiać z nimi i dopytywać ich o przyczyny i sens ich poczynań, oni zaś z właściwą sobie życzliwością mi odpowiadają; i w czasie tych czterech godzin obcy jest mi wszelki smutek czy troska, zapominam o wszelkich strapieniach, nie obawiam się już więcej nędzy, nie budzi we mnie strachu nawet śmierć, całkowicie zapominam o nich. A jako że Dante mówi, iż nie rozwinie się żadnej nauki, jeśli się nie utrwali tego, co się pojęło, tak i ja spisałem wszystko, do czego doszedłem w czasie biesiad z nimi, i skomponowałem dziełko De Principatibus, gdzie zagłębiam się, ile tylko mogę, w rozmyślania nad owym zagadnieniem, rozważając, czym jest władza jednoosobowa, jakie mogą występować jej rodzaje, w jaki sposób się ją utrzymuje i z jakich przyczyn się ją traci” (tłum. Jan Malarczyk).

Jest w tym liście kilka miejsc, na które szczególnie chciałbym zwrócić uwagę. Po pierwsze, Machiavelli wyraźnie dzieli autorów na tych, których czyta rano (poeci) i tych, których czyta wieczorem (historycy i filozofowie). Po drugie, tych, którzy zajmują go rano, czyta „u źródła”, co może (i powinno) być oczywiście rozumiane także metaforycznie. Po trzecie, pisanie następuje w dialogu ze starożytnymi: Machiavelli rozmawia z nimi i uczy się od nich; swoje dzieła komponuje pod wpływem obrazów i wizji, a wręcz – poetyckiego natchnienia. I wreszcie: określenie „mniejsi poeci” (poetae minori), użyte pod adresem Owidiusza i Tibullusa, ma charakter techniczny – chodzi o elegików piszących w starożytności.

Tak, Machiavelli był poetą. To, że dzieła jego trafiły nieodwołalnie na półkę z literaturą polityczną, przyczyniło się do marginalizacji jego twórczości poetyckiej. Owszem, wiersze jego są przeważnie nieporównywane pod względem artystycznym z pismami prozą. Wyłączenie jednak tego aspektu z refleksji nad Machiavellim zaciemnia obraz. Zapominamy, iż Książę i Rozważania nad Liwiuszem są w istocie tekstami literackimi, wysoce artystycznymi i głęboko zanurzonymi w tradycji literackiej, a ich autor to poeta o określonych aspiracjach i z konkretną wizją świata. Bo kto dziś pamięta, że Machiavelli układał poemat, który wymierzony był przeciwko Boskiej Komedii i zdetronizować miał Dantego?

Tym opus magnum miał być poemat Asino (tj. Osioł). W liście z 17 grudnia 1517 roku do innego z przyjaciół, Lodovico Alamaniego, Machiavelli pisze: „Przeczytałem Orlando Furioso Ariosta i naprawdę cały poemat jest piękny, a w wielu miejscach wręcz cudowny. Jeśli go spotkasz, przekaż mu moje pozdrowienia i powiedz, że żałuję tylko, iż wspominając tylu poetów, pominął mnie ten chuj, i że zrobił mi to w swoim Orlando, czego ja nie zrobię mu w moim Asino” (tłum. J. H.).

Osioł – pisany tercyną – wymierzony był w Dantego i Ariosta zarazem. (Miał być też „nowymi Metamorfozami”, ale to… tak… też inna historia…). Niestety, autora pochłonęła polityka i pisanie poezji zarzucił. Z zamiarowanego dzieła powstało tylko osiem rozdziałów.

Biurko, przy którym Machiavelli pisał „Księcia”.

Owszem, Machiavelli był poetą – także, kiedy pisał Księcia. Polityka i historia są tam – jak w Iliadzie wojna, w Odysei i Boskiej Komedii podróż, a w Metamorfozach mit – jedynie fasadą. Owidiusz-poeta pełni w Księciu rolę suflera: choć niewidoczny, stale podpowiada najważniejsze kwestie.

Sztuka kochania okazała się dziełem bardzo wpływowym. To, że legła u podstaw średniowiecznej poezji dworskiej – i w ogóle miłości dworskiej jako zjawiska kulturowego tak immanentnie wpisanego w średniowieczność – jeszcze łatwo zrozumieć, ale już, że miała realny wpływ na historię myśli politycznej i polityczną praktykę, przyjąć jest dość trudno. Tymczasem Machiavelli jako matrycę dla opisywanych mechanizmów władzy stosuje właśnie miłosne strategie Owidiusza. Robi to nie tylko po to, aby „rozgrzeszyć” łamanie obietnic, ale także by umotywować takie podejście jako realistyczne – a to pozwala mu ignorować konwencjonalnie rozumianą moralność i gloryfikować przemoc. Skutecznym „księciem” jest wszak ten, który posłucha rady poety i sięgnie po obiekt swojej żądzy.

Machiavelli robi to zresztą rozmyślnie i chce, abyśmy ten owidiański trop odkryli.

W wierszach-listach z wygnania Owidiusz stale lamentuje, że mieszkańcy Pontu, dokąd rzucił go los, nie znają jego języka i „głupio śmieją się z łacińskich słów”. Wyraża obawy, że otoczony barbarzyńskimi Getami, zapomina rodzimego języka, a do swojej poezji wprowadza getyzmy. I podobnie Machiavelli na wygnaniu w Sant’Andrea in Percussina, gdzie żyje wśród podobnych Getom „barbarzyńców”, niepokoi się o swój język i styl. W liście z 4 grudnia 1514 roku – napisanym do Vettoriego po łacinie i zawierającym, jak by tego było mało, kryptocytat z Metamorfoz (!) – przez Machiavellego przemawia Owidiusz: na wygnaniu tracimy mowę, a wygnaniec staje się dzieckiem, które musi na nowo uczyć się czytać i pisać.

Takich zabaw Machiavelli urządza sobie zresztą wiele. Chce, abyśmy znali jego literackie powinowactwa.

Owidiusz i Machiavelli. Obaj z drogiego im miasta zostali kaprysem losu wygnani, a tym samym także odcięci od spraw i ludzi, bez których wcześniej nie wyobrażali sobie życia; obaj utknęli na zesłaniu (pomiędzy barbarzyńcami); obaj przeżywają dramat wyobcowania i liczą na wstawiennictwo przyjaciół u władców; obaj – wreszcie – ukojenia szukają w poezji.

Czyż Książę nie powinien być czytany jako zapis dramatycznych przeżyć kogoś, kto stracił wszystko? A został Machiavelli – trzeba o tym mówić – nie tylko zwolniony z pełnionych funkcji i wygnany, ale i poddany strasznym, trwającym kilka dni i nocy torturom. W Sant’Andrea in Percussina wylądował jako człowiek fizycznie i psychicznie zdruzgotany. Pisząc, nie miał żadnej pewności, że jego dzieła przetrwają. Książę to w jakimś sensie wyraz rozpaczy i gorzkiego rozczarowania: „porzućcie wszelką nadzieję, zło i tak zwycięża!”.

Ktoś, kogo Fortuna doświadcza wygnaniem, w odbiciu lustrzanym widzi twarz nie swoją, ale Owidiusza.

JACEK HAJDUK

Muzeum cz. 5 – Historia jednego eksponatu

Wiele eksponatów zgromadzonych przez nas w muzeum ma ciekawe pochodzenie, jak choćby opisywane wcześniej meble-imitacje, a niekiedy również barwną historię, wartą opowiedzenia. Na ścianie największej izby, nad niebieską skrzynią posagową, wisi oprawiony w czarną ramę bukiet białych kwiatów, misternie naszytych na czarny aksamit. A co to jest i jak te kwiaty do nas trafiły? To dłuższa historia sięgająca czasów PRL-u, związana z lekturą powieści Siegfrieda Lenza…

 

Widok dużej izby. Przy drzwiach do alkierza wisi kompozycja białych kwiatów na czarnym aksamicie.

 

O białych kwiatach na czarnym aksamicie i czytaniu Lenza

 

Książka 1:

Siegfried Lenz, „Lekcja niemieckiego”

Warszawa, Czytelnik, 1971.

 

Pierwszą książkę Siegfrieda Lenza kupiłem i przeczytałem w roku 1971. Była to Lekcja niemieckiego, wydana w poszukiwanej wówczas, niewielkiej formatem, choć wielkiej wyborem tytułów, serii wydawniczej „Nike”. Tak naprawdę, w tamtym czasie poszukiwane były wszystkie książki, zwłaszcza „nowych pisarzy zachodnich”, których twórczość była dla nas, za tzw. „żelazną kurtyną”, odkrywaniem innego świata. Lekcja niemieckiego była kolejną odsłoną nowej (wówczas) literatury niemieckojęzycznej, w której ważne miejsce zajmowali poznani właśnie za sprawą serii „Nike” Max Frisch czy Heinrich Böll. Po ich lekturze „polowałem” na kolejne, ukazujące się książki (teraz to książki „polują” na czytelników). Nie było tego wiele, a z czasem w księgarniach pojawiły się kolejne książki Lenza, które trafiły do mojej, wówczas wrocławskiej biblioteki:

 

Książka 2:

Siegfried Lenz, „Najszczęśliwsza rodzina miesiąca”

Warszawa, Czytelnik, 1974.

Książka 3: Siegfried Lenz, „Einstein przepływa Łabę pod Hamburgiem”

Warszawa, Czytelnik, 1977.

Książka 4: Siegfried Lenz, „Opowieści z Bollerup”

Poznań, Wydawnictwo Poznańskie, 1978.

 

Kupione we Wrocławiu książki nr 2 i 3 trafiły zapewne do którejś z mazurskich bibliotek, w Ukcie lub Piszu, bo tam od czasu do czasu oddajemy (my, czyli moja żona Danusia i ja) nadmiar książek, w ramach redukcji zasobów własnej biblioteki. Lekcja niemieckiego oraz Opowieści z Bollerup, którą zgodnie z zapiskiem na stronie tytułowej, kupiłem 22 września 1978 roku (wtedy miałem zwyczaj podpisywania książek i zapisywania daty zakupu), do dzisiaj stoją w naszej domowej bibliotece w Kadzidłowie.

Po przeczytaniu Opowieści z Bollerup przyszedł rok 1979, a więc czas, kiedy czytaliśmy książki, kupowane nie w księgarniach, ale „zdobywane inaczej’. Były to książki wydawane za granicą, często przez paryską „Kulturę”, przemycane do kraju, pożyczane od znajomych, niekiedy powielane (w tym celu ze znajomymi „założyliśmy” nawet taką niewielką manufakturę wydawniczą, w której „wydaliśmy” kilkanaście tytułów w nakładzie 20-30 egzemplarzy – ale to już inna historia…). Natomiast początek lat 80., okres narodzin „Solidarności”, stan wojenny, czas wielkich braków i pustych półek w sklepach i księgarniach, to dla mnie okres lekcji niemieckiego sensu stricte (choć solidne podstawy języka zyskałem dzięki wymagającej nauczycielce niemieckiego, w LO nr 7 w Zielonej Górze) bo w czasie, gdy ogłoszono stan wojenny, przebywałem akurat w brytyjskiej strefie okupacyjnej Berlina, nazywanego wówczas Zachodnim. Wbrew swoim planom pozostałem tam na stałe. A to „na stale” przerwał upadek komuny i przyjazd na Mazury.

 

Dokument 1:

Dowód sprzedaży nr 000170

PP „Desa” Dzieła Sztuki i Antyki, Salon Sztuki nr 11 w Zielonej Górze, pl. Lenina 12

Symbol gr. towar.: 2541

Wyszczególnienie: Bukiet kwiatów, papier wosk. p. XX w.

Cena: 6180 zł słownie sześć tysięcy sto osiemdziesiąt złotych

Data nieczytelna: 19 (1983?)

 

W 1983 roku bukiet białych kwiatów w wazonie, naszytych na czarny aksamit, wisiał na ścianie w Desie w Zielonej Górze, dokąd właśnie przyjechałem z Berlina. Młodszym czytelnikom wyjaśniam: Desa (skrót od słów Dzieła Sztuki i Antyki) była państwowym przedsiębiorstwem, w zasadzie monopolistą, trudniącym się skupem i sprzedażą antyków (nie licząc giełd staroci i handlu pokątnego). Zielonogórska Desa była niewielka, antyków w niej też było niewiele, a w mojej kieszeni nie było też zbyt wiele pieniędzy. Ale jakieś pieniądze miałem, bo jako „gość zagraniczny” odwiedzający swoją ojczyznę – i miasto, w którym chodziłem „do szkół” musiałem dokonać tzw. wymiany obowiązkowej. Mało kto dzisiaj to pamięta, choć nie są to czasy aż tak odległe, a niektórzy zapewne wcale nie wiedzą, że obywatele polscy mieszkający za granicą i przyjeżdżający do swojego kraju, mieli obowiązek wymiany dewiz, czyli de facto płacili haracz za każdy dzień pobytu. No więc paradowałem po ulicach Zielonej Góry, z paszportem konsularnym w kieszeni (tu kolejne wyjaśnienie: nie jest to paszport dla pracowników konsulatu, ale wydawany przez tychże obywatelom polskim mieszkającym na stałe zagranicą), w którym to były różne pieczątki: okrągłe, podłużne, kwadratowe, czerwone, zielone i fioletowe: Wśród nich:

 

Pieczątka numer 1:

„Zezwala się na wjazd do PRL i pobyt przez (30) dni. Wjazd powinien nastąpić przed upływem sześciu miesięcy od daty wystawienia”, tu podpis…

Pieczątka numer 2:

„Kierownik Wydziału Konsularnego Stanisław Ludwichowski I Sekretarz”

Pieczątka numer 3, okrągła:

„Misja Wojskowa Polska w Berlinie”

Pieczątka nr 4:

„Podlega obowiązkowi wymiany dewizowej równowartości 7 DM dziennie. Es besteht die Untauschpflicht des Gegenwertes von 7 DM pro Tag”

Pieczątka nr 5:

„Spełniono obowiązek wymiany dewiz w równowartości 7 DMZ dziennie na (5) dni pobytu w PRL”

A na koniec najważniejsza pieczątka nr 6:

jednego z państwowych kantorów (ze złodziejskim kursem) potwierdzająca, że stosownej wymiany dewiz dokonano.

 

Najważniejsza, bo bez tej pieczątki nie można było wyjechać z Polski!

I tu potrzebne jest kolejne wyjaśnienie: wymiana 7 DM / dziennie była haraczem łagodnym: była to taryfa ulgowa, bo jako student Freie Universität Berlin (Studiengang: Geographie/Erdkunde, Studienziel: Promotion) korzystałem z dobrodziejstwa przysługującej mi zniżki. Pozostali polscy obywatele, którzy chcieli odwiedzić Ojczyznę, w której nie mieszkali na stałe, musieli wymieniać bodajże 13 lub 15 marek zachodnioniemieckich za każdy dzień pobytu w kraju (o porównaniu tej kwoty do ówczesnej średniej krajowej pensji nie będę pisał).

A po ulicach Zielonej Góry paradowałem nie bez powodu: po dokonaniu obowiązkowej wymiany dewiz musiałem przecież dokonać obywatelskiego obowiązku. Musiałem wydać wszystkie, w przymusowy sposób uzyskane środki płatnicze, ponieważ nie wolno było ich wywozić za granicę, bo to było przestępstwem dewizowym. Tak więc, aby nie zostać przestępcą dewizowym, narażającym państwo na straty musiałem jakoś pozbyć się tych pieniędzy. Tak więc z paszportem pełnym stosownych i bardzo ważnych pieczątek oraz określoną, może nie zawrotną, choć stosunkowo dużą – jak dla zwykłego śmiertelnika, ilością gotówki wkroczyłem do niewielkiego saloniku Desy, znajdującego się tuż obok zabytkowej Wieży Głodowej i naprzeciw – tfu!!!, klubu MO zwanego potocznie „Pod pałkami”.

Antyki zgromadzone w Desie stały lub wisiały w pewnym, ściśle określonym porządku: im dalej od wejścia, a bliżej kontuaru pań sprzedawczyń, tym wyższa był ich cena (choć nie koniecznie wartość) i odwrotnie. Po obejrzeniu wszystkiego, co było do obejrzenia, spytałem o wiszący w pierwszym pomieszczeniu, w pobliżu drzwi wyjściowych, bukiet białych kwiatów w białym wazonie i w prostej, eleganckiej czarnej ramie. Białe kwiaty i wazon były naszyte na czarny aksamit. Pani sprzedawczyni bardzo uprzejmie mnie potraktowała (mimo że zainteresował mnie obiekt z „tańszej” części sklepu) i poinformowała, że są one, tzn. kwiaty, wykonane zostały z woskowanego papieru. Obraz bukiet spodobał mi się, podobnie jak jego cena (6180 złotych polskich, tyle przeciętnie miesięcznie zarabiano wtedy w Polsce), wyszedłem więc wkrótce ze sklepu ze sporym, płaskim i szarym pakunkiem, w którym staranie zapakowany znajdował się ów bukiet kwiatów wyciętych z woskowanego papieru.

 

Bukiet białych kwiatów na czarnym aksamicie.

 

Dokument 2:

Spis mienia przesiedleńczego przeznaczonego na wywóz do Berlina Zachodniego: 55 pozycji [a wśród nich:] Pozycja 39: obrazy o tematyce różnej – 8 szt.

Dowód odprawy celnej – wywóz seria AB Nr 215550 Poz. ewid. 272/84, data: 09. 05. 84 r.,

Podpisane: Kontroler Celny U.C. w Rzepinie Andrzej Napierała.

 

No i kolejne wyjaśnienie: jako polski obywatel, mieszkający na stałe za granicą, miałem prawo wywieźć tam cały posiadany w Polsce dobytek. Co prawda trudno mówić o dobytku, bo przecież dwa lat wcześniej skończyłem studia (Uniwersytet Wrocławski, wówczas jeszcze im. Bolesława Biureta, Wydział Nauk Przyrodniczych, kierunek: geografia). Jednak jak wynika z powyższego dokumentu, coś tam jednak się uzbierało, a konkretnie 55 pozycji spisanych urzędowo na papierze. Przedmioty te, po spisaniu, należało odprawić, czyli pokazać urzędnikowi Urzędu Celnego, w tym wypadku znajdującego się przy dworcu kolejowym w Zielonej Górze. A celnik, jak to celnik, interesował się głównie tzw. przedmiotami wartościowymi (pytał o złoto, srebro, bursztyny), a do takich na szczęście nie zaliczył bukietu białych kwiatów w czarnej ramie, więc łaskawie zezwolił na jego wywóz. W ten sposób, z urzędową listą, zapakowane w szary papier, ostemplowane i zaplombowane urzędowymi plombami (!), mienie przesiedleńcze mogło legalnie opuścić terytorium PRL i trafić do zachodnich sektorów Berlina, oczywiście po drodze poddane podwójnej, czujnej i drobiazgowej kontroli socjalistycznych, bratnich organów granicznych Niemieckiej Republiki Demokratycznej (raz przy wjeździe do byłej radzieckiej strefy okupacyjnej, drugi raz przy jej opuszczeniu). I w ten sposób bukiet białych kwiatów trafił na ścianę solidnej kamienicy, wybudowanej pod koniec XIX wieku przy Leonhardtstraße – niewielkiej i bardzo malowniczej, porośniętej pięknymi lipami ulicy w dzielnicy Charlottenburg. Tam wisiał sobie spokojnie i dosyć długo, od czasu do czasu odkurzany delikatnie, by nie zniszczyć drobniutkich listków, płatków, słupków i łodyżek kwiatów.

Po 1989 roku i upadku muru berlińskiego, gdy Berlin Zachodni stracił swój specyficzny klimat otwartego – mimo że zamkniętego miasta, stając się częścią Wielkiego Berlina, metropolią, stolicą Niemiec, a Polska w tym samym czasie stała się „krajem normalnym”, moja żona Danusia, która nigdy nie chciała mieszkać za granicą, zwłaszcza w Niemczech, nalegała byśmy wrócili do kraju. Ale dokąd i po co? Do Zielonej Góry, tam, gdzie mieszkałem do 19 roku życia i chodziłem do szkół? Czy do Wrocławia, gdzie poznaliśmy się na studiach, a potem ja pracowałem w Geoprojekcie? Otóż tak zwany „los”, czyli przypadek, układający się w pewien ciąg, szybko po sobie następujących wydarzeń: spotkania z przyjaciółmi w ciepły wieczór, na Stuttgarter Platz przy weizenbier, opowieści o Koreańczykach interesujących się rogami polskich jeleni (dosłownie, nie w przenośni), lektura prasy codziennej, gdzie wyczytałem o fermie jeleni, namowa Danusi by wynieść się z Berlina i spontaniczny wyjazd na Mazury, sprawiły, że kupiliśmy mały, podupadający dom z kawałkiem ziemi w Kadzidłowie (ale o tym wszystkim już pisałem).

 

Książka 5:

Siegfried Lenz, „Muzeum ziemi ojczystej”

Warszawa, Czytelnik, 1991

Na tylnej okładce metka z podwójną ceną: 20 000 zł oraz 2 zł.

 

No i tak trafiliśmy na Mazury, których wcześniej nie znaliśmy, bo to daleko od Wrocławia, no i nie ma tu wysokich gór (po których wówczas tak namiętnie wędrowałem, że wychodziłem sobie w nich nawet pracę magisterską pt. Geneza stopni Smogorni). Z Berlina na Mazury było jeszcze dalej, ale nie musieliśmy już podróżować autostopem, bo szczęśliwie mieliśmy samochód, więc nadrabialiśmy zaległości. Poznawaliśmy Mazury oraz ich okolice, a jeżdżąc tak po różnych miasteczkach (i do Olsztyna), tradycyjnie zaglądaliśmy do księgarni w poszukiwaniu nowości i literatury fachowej (typu „jak przeżyć pierwsze dni na wsi”) i regionalnej (w ten sposób odkryliśmy wydawnictwa Borussii). No i pewnego razu w Mrągowie, na półce z tanią książką, między poradnikami dla rolników i wędkarzy, a przeterminowanymi kalendarzami, natrafiliśmy na książkę Siegfrieda Lenza Muzeum ziemi ojczystej, którą kupiliśmy za 20 tysięcy złotych, czyli po denominacji za całe 2 zł. W ten sposób po wielu latach Lenz przypomniał o sobie, choć chyba wcześniej w niemieckiej telewizji oglądaliśmy film w odcinkach, nakręcony na podstawie tejże opowieści (później, już na Mazurach, była jeszcze lektura Słodkich Sulejek). Tak czy siak, Muzeum ziemi ojczystej w miękkim, tanim i nieco tandetnym wydaniu, pojechało z nami do Berlina, gdzie jeszcze zarabialiśmy na remont naszego przyszłego mazurskiego domu. No i tam, w Berlinie, snuliśmy plany o życiu na Mazurach. Żeby bardziej wczuć się w mazurski klimat i dzieje czytałem Muzeum ziemi ojczystej, aż dotarłem do strony 181 książki, na której przeczytałem: „Gdy Cyganie pociągnęli dalej, do Narbony i Andaluzji, Bianka z czystej sympatii wzięła Sonię Turk do domu, podarowała jej poduszkę wypchaną puchem młodych gęsi i niezwykłą sukienkę, haftowaną rybią łuską – roślinny motyw na czarnym aksamicie – i tak długo kazał jej pić wywar z wnętrzności zwierząt, aż dziewczyna ocknęła się z apatii, wywołanej przez trans”.

Po przeczytaniu tych słów zerwałem się miejsca, ale nie z powodu myśli o piciu wywaru z wnętrzności zwierząt, lecz z powodu opisu owej sukienki. Po powtórnej lekturze fragmentu, tym razem na głos, zaopatrzeni w lupę dokonaliśmy z Danusią szczegółowych oględzin wiszącego od lat na ścianie bukietu białych kwiatów w wazonie. No i wszystko się zgadzało! Czarny aksamit był oczywistym od początku, ale to, co zgodnie z dowodem kupna, miało być papierem woskowanym, okazało się misternie wyciętymi rybimi łuskami! Te wszystkie malutkie kwiaty bzu, listki wycinane w ząbki, płatki łączone po kilka w pączki róży lub kiście bzu, ozdobione perełkami i koralikami, z słupkami, łodyżkami, a nawet wazon, wszystko to było wykonane z rybich łusek! Pewności nabraliśmy, gdy dwanaście stron dalej przeczytaliśmy: „Moja mistrzyni wyszła nam naprzeciwko, w sukience, z rzadko spotykanym haftem z rybich łusek, przerobionym prezencie od Bianki…”.

 

Płatki kwiatów i listki wycięte z suszonych rybich łusek są ozdobione koralikami i perełkami.

 

Skoro można było przerabiać sukienki, to przecież można było też kompozycję kwiatową z łusek rybich wyciąć i przerobić na dekoracyjny obraz. Tak więc dzięki Lenzowi, wiemy co mamy: rzadki przykład sztuki mazurskiej! (po wielu latach podobny, choć znacznie mniejszy obraz z rybich łusek widzieliśmy na wystawie w muzeum w Mrągowie).

 

Dokument 3:

Spis przewożonych przedmiotów i mienia w związku z powrotem na stałe do Polski z dnia 31.05.1999 roku

Dwie pieczątki:

Urząd Celny w Rzepinie, Oddział Celny w Świecku,

Urząd Celny w Olsztynie, Posterunek Celny w Mrągowie,

maj –czerwiec 1999 r.

Załącznik: ręcznie spisana lista rzeczy – poz. 8.: Obrazy, zegary itd.

 

W 1999 roku na stałe opuściliśmy Leonhardstraße, Charlottenburg i Berlin zabierając z sobą cały swój dobytek. By nie płacić cła był ponownie przewożony jako mienie przesiedleńcze. A w mieniu tym znajdował się między innymi starannie zapakowany bukiet kwiatów z rybich łusek. W ten oto sposób obraz bukiet przez Zieloną Górę i Berlin, powrócił do miejsca swego hipotetycznego pochodzenia, czy raczej wytworzenia. Wrócił na Mazury, a wraz z nami trafił do Kadzidłowa, gdzie być może częściowo pod wpływem lektury Muzeum ziemi ojczystej, zamierzaliśmy – niczym Zygmunt Rogalla, utworzyć muzeum. Tak też się stało i w translokowanej chacie odtworzyliśmy między innymi jednoizbową szkołę wiejską, być może taką, w jakiej powieściowy nauczyciel Heinrich Hasenleit zdumiony powtarzał: „Czy to możliwe?”, gdy od swojego ucznia Simona Gayko otrzymał w prezencie model okrętu klasy awizo „Hohenzollern”, który w tejże izbie szkolnej został wkrótce – przy aplauzie dziatwy szkolnej, zniszczony („zbombardowany” – jak to nazwano w powieści) za pomocą tłuczka od moździerza (str. 7-80 „Muzeum…”). Zniszczonego modelu awizo nie mamy, ale na ścianie największej izby w naszym muzeum, wisi biały bukiet kwiatów, wyciętych z rybich łusek, misternie naszytych na czarny aksamit, a oryginalna czarna rama została zamieniona na specjalnie dorobioną grubą oprawę ze szkłem, by delikatne płatki kwiatów chronić przed „bombardowaniem” przez palce ciekawskich zwiedzających.

 

Detal misternej kompozycji – tu łuski rybie w całości.

 

Zamiast zakończenia:

 

Książka 6:

Mazury – Słownik stronniczy, ilustrowany

Dąbrówno, Wydawnictwo Retman, 2008.

 

Waldemar Mierzwa, wydawca z Dąbrówna, zaproponował mi udział w tworzeniu Stronniczego słownika mazurskiego. Słownik miał być subiektywny, tak bardzo, że każdy z autorów sam ustalał hasła, jakie chciałby w nim umieścić i opisać. Wśród około 30 haseł, które wybrałem i napisałem, jedno dotyczyło Siegfrieda Lenza i jego książki:

Muzeum ziemi ojczystej (Heimatmuseum) Siegfrieda Lenza (ur. 1926 r. Ełk) to obok Dzieci Jerominów Wiecherta, jedna z najważniejszych powieści mazurskich*. Lenz opowiada w sposób barwny historię Mazur poprzez losy mieszkańców Łukowca (Ełku) od I do II wojny św. (powieść sfilmowano). Narratorem powieści jest Zygmunt Rogalla – twórca prywatnego muzeum, gromadzący z pasją świadectwa historii okolicy, bo «wiedza na temat stron ojczystych […] jest początkiem wiedzy o świecie» oraz by pokazać «jak kiedyś żyliśmy». Gdy eksponaty te, podobnie jak mieszkańcy Łukowca, po 1945 r. trafiły do Niemiec, by nie stały się tam relikwiami «zakonu nostalgii, sprzymierzenia chorych z tęsknoty», którzy «wszystko chcieli organizować na nowo», podpala swoje zbiory «by nikt już nie mógł nimi zawładnąć». Powieść z 1978 r. jest aktualna także obecnie, gdy pamiątki przeszłości nie świadczą już tylko «o minionym, zakończonym zamkniętym życiu», lecz służą innym celom «stosownie do najnowszych potrzeb» (reinterpretowanie historii w Niemczech, dyskusja o śladach niemieckiej przeszłości w Polsce). KAW.

I tak – zwięzłym hasłem podziękowałem pisarzowi za jego dzieło. Jak widać warto czytać Lenza, bo to lektura nadal inspirująca!

Kadzidłowo, czerwiec 2010 r. [1]

Ps.

W niedzielę, 13 października 2024 roku w Bad Säckingen, ładnym niemieckim granicznym miasteczku nad Renem (na drugim brzegu jest Szwajcaria) wraz z przyjaciółmi spacerowaliśmy po parku Schloss Schönau, niewielkiego zamku wyglądającego jak pałac. Przy jednej z alejek stała szafka – taka uliczna samoobsługowa biblioteka, w której można zostawić niepotrzebne książki i w ten sposób dzielić się nimi (bookcrossing czyli „uwalnianie książek”). A w niej, na górnej półce, obok siebie stały i chyba czekały na nas, dwie grube książki, obie w płóciennych okładkach: dwie najważniejsze powieści mazurskie, autorstwa dwóch niemieckich pisarzy urodzonych na Mazurach: Jeromin-KinderErnsta Wiecherta (wydanie z 1999 roku) oraz Heimatmuseum Lenza (pierwsze niemieckie wydanie z 1978 roku). Obie stoją teraz w naszej mazurskiej bibliotece w Kadzidłowie.

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

[1] Tekst pierwotnie opublikowany w: „Borussia” 2010 nr 48 – tu w wersji zaktualizowanej, dostosowanej do „Księgi Przyjaciół”.

„Las cudów” cummingsa i Junga

„I jeśli w tej chwili / ktoś mnie słyszy – niech o mnie z litością pamięta: / o tym, że przez las cudów kroczyłem samotnie, / zaszyty w jego bezludnych ostępach, / że moje stopy poznały stokrotnie / każdą z dróg, czy to prosta była, czy pokrętna, / i o tym jeszcze, że ona jest piękna” (e. e. cummings, Być może po to, aby poczuć, jak, tłum. Stanisław Barańczak).

Do wyboru wierszy cummingsa w opracowaniu Artura Międzyrzeckiego (PIW 1985) sięgnęłam znów po latach, gdy trafił na moje biurko tom gnieźnieńskiego poety Dawida Junga Spam (Kraków 2020). Pokrewna intensywność uczuć i liryczna wrażliwość skierowała mnie ku tym porównaniom. Amerykański twórca awangardy pierwszej połowy XX wieku (z maszyną do pisania, a nie z lirą, jak celnie zauważa Międzyrzecki) śpiewa niczym Orfeusz i nie daje się zwieść zdobyczom nowoczesnej cywilizacji, bo nie zamierza rezygnować z miłosnej pieśni głoszonej przez poetów. Czytając wiersze z tomu Junga znajduję równie zaskakujące zestawienia egzystencjalnych zdarzeń i wyobrażonych idealnych relacji jak u cummingsa. O miłości i śmierci Jung pisze z wiarą w sprawiedliwą miarę tego, co ofiarowuje, porównuje z tym, co otrzymał – i nie żałuje gorzkich słów dla tych, którzy zdradzili czy opuścili, powierza je samotnikom podobnym sobie, snującym rozważania o dziejach nad rozkopanymi grobami: „jak, panie, przeliczyć i obmierzyć pojemność czaszki / od czaszek w słońcu schnących”; „dlaczego nie chodzisz przede mną naga, nie chowaj wstydu / dla śmierci, nie tylko dla niej rozbieranie / jest sztuką” (Tadeusz Stirmer).

Obaj poeci mówią śmiało o języku ciała, o działaniu zmysłów i zwodniczym uroku chwili. Cummings zauważa nieporozumienia i rwące się związki, podkreśla trud wsłuchiwania się w pragnienia i potrzeby drugiego człowieka: „mówiłem do ciebie / pieśnią a ty / nie słuchałaś / twoje oczy są wazą / boskiego milczenia / Ach, przyjdź / czy życie nie jest pieśnią?”. Jung po swojemu opisuje poznawany i doznawany co dnia „las cudów”, notuje w komputerze refleksje o świecie współczesnym, a do „spamu” wrzuca wiadomości, na które paradoksalnie pragnie zwrócić uwagę, bo niesłusznie zostały pominięte. Nasycone emocjami wiersze Junga nie chcą być „spamem”, lecz żywym organizmem słowa, łączącego zrytmizowaną frazę romantyczną z wierszem wolnym, chcą być zdaniem, które pulsuje, by ożywać w coraz to nowej postaci. Tytuł tomu Spam sugeruje, że zbyt wiele odrzucamy jako tematy nieważne, bo minione, już nieistotne – pomijamy losy ludzi tworzących kulturę miejsc, w których obecnie żyjemy. Poeta nie godzi się na łatwe zapominanie dokonań poprzedników, ich tradycji i języka, na kasowanie w historii nazwisk artystów czy myślicieli tworzących filozoficzny dorobek i podstawy naszej tożsamości. W wierszu Czesław Miłosz ukazuje splot miłości i śmierci, daru i utraty, nietrwałości rzeczy dostępnych człowiekowi: „Wybacz, że jeszcze nie ćwiczę tego widoku: / rano zastyga mgła, kręcona gałka lodów / przy policzku, tam, pośród rozwartych / kart, dokąd wkrada się pierwsze słońce / i sczytuje nasz krótki list, dyplomatyczną / notę o zemście śmiertelnych na nicości”.

 

Fot. Szymon Malengowski

Wrażliwość i otwartość na sprawy codzienne łączy poetów różnych pokoleń, podobnie jak dotykanie materii, świadomość przemijania i pytania, jakie zadają o cel i sens istnienia w różnym czasie, w osobnych miejscach i kulturach. Cummings pyta: „czy paru dobrodusznych filozofów nie zechciałoby mi łaskawie wyjaśnić / co ja tu robię w tym słońcu, na wierzchołku wzgórza pod Calchidas?” (Czy paru dobrodusznych filozofów…, tłum. S. Barańczak). W tytułach wierszy Jung zwraca się po imieniu do tych twórców, z którymi chciałby rozmawiać o sprawach trudnych, nierozwiązywalnych, takich jak wierność ideałom młodości, zdrada, szacunek, niespełnienie, sens trwania wyrażony w strofach (Josef Neubauer): „Czy naprawdę, przyjacielu?/ Mrok z ust nie jest tym samym mrokiem, / który usta rozprasza, każe im zawrzeć się na sobie, / na sobie tylko polegać […] O jakim święcie śpiewasz, gdy mrok przestaje być barwą, a staje się – czym? […] Tobie dano język niemiecki, mnie polski, / języki zabójcze, gdy zbyt blisko siebie. / Tobie 1911, mnie 1980 // Nic, co mąci błękit nieba i wody, do nas nie należy, / ani oddech w nierozwartej piersi, ani jej drżenie pod dotykiem, / ani dotyk, który nas rzadko spotyka. // Dlaczego kłamiesz, chłopcze, / że nie widzisz śmierci?”.

„Przez las cudów kroczyłem samotnie” – cummings podsumowuje życie, ogląda rzeczy z bliska, bada „obszar mroku” i pyta, jak zmierzyć przemijanie: „która godzina ciekaw jestem mniejsza o to / pomyśl raczej o sprawach niebieskich a wtedy / wszystko prócz gwiazd się znajdzie na swym miejscu odtąd / zaczyna się ten obszar mroku a tuż przed nim / stoi co ach tak krzesło a nie Kasjopeja” (Która godzina ciekaw jestem…,tłum. S. Barańczak). Nie ma pewności, czy ktoś zdoła usłyszeć jego wołanie o pamięć chwili, towarzyszy mu jednak nieustępliwa świadomość piękna życia, jakie było jego udziałem. Dla Junga przywoływane w tomiku postacie mistrzów – poeta Klemens Janicki czy rabin Aszkenazy związani z historią Gniezna – stanowią tło albo pretekst, żeby mocnym głosem mówić o swoich porażkach i sukcesach: „i byłem jednym z tych, którzy szukają, / zapominając, że sami są poszukiwani. / Komu piszesz, chłopcze, wierszyki nasieniem, / czy nie mówili ci, że nikt czytać ciebie już nie chce?” (Klemens Janicki). Odwołuje się do postaci znanych z historii literatury i kultury, „spoza niedomkniętego czasu” przywołuje Mikołaja Sępa-Szarzyńskiego, Karola Wojtyłę, Heinricha Heinego, Rafała Wojaczka, ale również postaci z historii muzyki. Gnieźnieński poeta jest bowiem wykształconym tenorem, koncertował w kraju i zagranicą. O losie wybitnego tenora dramatycznego traktuje elegia Werner Alberti. Alberti także pochodził z Gniezna, urodził się w 1863 roku w polsko-żydowskiej rodzinie jako Wojciech Krzywonos. Poeta słyszy jego głos poza czasem i wsłuchuje się w samotność ciała wobec śmierci: „wszystko to żegnać już czas / czerw rytualne zaloty // kto widzi spazmy / filtry z humusu żwiru i glinki / ten przejdzie // oczyszczony”. Wypowiedziane słowo i pieśń pozostają w przestrzeni czasu na zawsze, w każdej chwili gotowe do odsłuchania, wystarczy wczuć się w cudzy los, zanurzyć w tygiel dziejów i rozpoznać brzmienie skargi, tęsknoty, niespełnionego pragnienia, pisać kantylenę w imieniu porzuconych czy zapominanych, a wartych przywołania w żałobnym zaśpiewie za rabinem, renesansowym uczonym (Eliezer Aszkenazy):I tylko z macewy kamiennego łuczku / wciąż dla nich wykrusza się mój żal: // nie umie kochać kto nie wybacza zdrady / tylko zdradzony poznaje samotność prawdziwą”.

Język poetycki Dawida Junga jest językiem dialogu, zadziornym i przekornym, godnie przejmującym nastroje cummingsa, różnorodnym, niekiedy ekstatycznym, obrazoburczym, lecz szukającym rozmówcy uważnego, pełnym cytatów i sporów z pisarzami.

TERESA TOMSIA

Można wdać się w rozmowę (II)

Jak pisarz wybiera motto do książki, tak można również wybrać motto do pisarza. Aby z góry było wiadomo, z kim mamy do czynienia. W przypadku Savinia przychodzi na myśl fragment z Hölderlina: „Mało wiedzy, lecz wiele radości / Dano ludziom”.

Żona pisarza wspomina, że najbardziej wyrazistym rysem Savinia „była zawsze radość, że żyje zgodnie z własną naturą. Był szczęśliwy, że pracuje, że mówi i robi, co czuje i chce”. A sam Savinio powtarzał, że „nie umie nie być szczęśliwy”. Co nie zdziwiłoby Nietzschego: „Życie samo nagradza nas za naszą upartą wolę życia”. Nagradza zwłaszcza tych, co się nim cieszą.

Diletto to przyjemność, a dilettante, dyletant, to ktoś, kto odczuwa przyjemności, „delektuje się” nimi i czerpie z tego radość w obcowaniu ze światem. Dyletant Savinio czerpie radość nawet z nazywania siebie dyletantem. Wraca do tego określenia z upodobaniem, często je objaśnia, nie chce, by zostało źle zrozumiane. A powinno być rozumiane mniej więcej tak:

Jest dyletantem z urodzenia, nie z wyboru – dyletantyzm stanowi jego „prawdziwą i najgłębszą naturę”. Odkrywszy to, zrozumiał, że źródło wszystkiego ma w sobie i jest niezależny od innych źródeł uchodzących za „głębokie”. Tym samym zwątpił w „głębię” głębi. Dyletantyzm stał się jego sposobem życia. Wprawiał się w nim: uczył się docierać do „skrytej duszy rzeczy”, do tego, co jest niezrozumiałe i nieuchwytne. A to z kolei pozwoliło mu „żyć w sposób naturalny zarówno w tym, co istnieje, jak i w tym, o czym się sądzi, że nie istnieje, zarówno w tym, co prawdziwe, jak i w tym, co uznaje się za fałszywe, zarówno w tym, co realne, jak i w tym, co uchodzi za nierealne, zarówno na jawie, jak i we śnie”. Ten sposób życia szczęśliwie chroni przed pokusą wyjaśniania świata, przed poglądami ugruntowanymi, „poważnymi”.

Savinio często nazywa swój dyletantyzm „stendhalizmem”. Gdyż to Stendhal wpadł na to, że można poprzestawać na pragnieniach i ich „krystalizacji”, nie dążąc do ich realnego spełnienia. Nawet nie spostrzegł, że dokonał tak znamiennego odkrycia – „Stendhal nie wiedział, że jest Stendhalem” – nie zrozumiał, że podsuwa najtrafniejsze „rozwiązanie” życia. Ale stendhalistami bywali już przed nim inni Wielcy Dyletanci, choćby presokratycy, Lukian czy Montaigne. Ci, co odnosili się z uwagą wyłącznie do physis, do natury, która przecież także jest Wielką Dyletantką.

 

© mazzoleniart.com

 

Savinio, co prawda, również czerpie radość ze swoich zainteresowań i pasji twórczych, ale wciąż podkreśla, że nie jest pisarzem czy malarzem z zawodu. Z zawodu nie jest nawet dyletantem. Zawodu nie ma – nawet takim narzuconym sobie celem nie zubożył swego życia. Nie pozwolił sobie na monotonię. Za swoją jedyną zawodową twórczość uważał zajmowanie się tym, by w rzece płynąć głównym nurtem i nie ocierać się o mielizny.

Skeptikos – taką postawę obrał. Nie odstępując od pierwotnego, archaicznego znaczenia tego słowa: człowiek, który myśli. Który chce „przyzwyczaić swój mózg do podobnej aktywności, jaką wykazują inne organy”. Największego wsparcia myśleniu udziela inteligencja. Okazuje się narzędziem najbardziej poręcznym, kiedy ktoś chce „zmontować w sobie z wielu elementów” wnikliwość, ostrość spojrzenia, błyskotliwość umysłu. Gdyż tylko to pozwala „wdawać się swobodnie i w osamotnieniu w mroczny dramat życia”.

Dopowiada jednak w Nuova enciclopedia, że inteligencja jest nieodłączna od „tego kopciuszka, tego biedactwa skromnego, niedocenianego, pogardzanego, jakim jest głupota”. Kto „wspina się boleśnie, często rozpaczliwie” po wielu stopniach inteligencji, musi o tym pamiętać. Musi zdawać sobie sprawę z dwoistości wszelkich zjawisk, jeśli chce przestrzegać „metafizycznego kodu życia”. A metafizykę Savinio również rozumie na swój sposób: jako umieszczanie obiektu kontemplacji czy rozważań – rzeczy, człowieka czy zjawisk – poza czasem. Dzięki temu nawet to, co jest odległe od siebie o stulecia, staje się takie samo. Tkwiąc niezmiennie w świecie realnym, choć nie tylko w jego przestrzeni widzialnej, ale też poza fizycznymi pozorami. „Cała godność metafizyki mieści się w fizyce”. Metafizyka nie jest czymś nadprzyrodzonym, choć lekkomyślnie wciąż tak ją rozumiano. Co więcej: właśnie metaphysica naturalis pomaga stąpać twardo po ziemi i mieć oczy szeroko otwarte. A że „nie należy tak postępować i mówić, jakbyśmy byli w uśpieniu”, upominał już Heraklit. Któż odważyłby się temu przeczyć?

Ktoś jednak się odważa. Kto? – inni. Gdyż mało kto ceni sobie poczucie szczęścia i ma odwagę otwarcie z niego korzystać. „Innym życie dopiero wtedy wydaje się godziwe, gdy jest pogrążone w udręce i cierpieniu. Szlachetność, «wzniosłe» uczucia i «dobry ton» wymagają, by w tym naszym «nieszczęsnym» życiu posuwać się krokiem ciężkim i powolnym, jak na pogrzebie”. Inni może nawet bywają szczęśliwi, ale się z tym kryją.

A dyletanta mają za poganina. Przecież „nie wierzy w Boga chrześcijan, nie wierzy w nieśmiertelność duszy, nie wierzy w innych fałszywych bogów, a ściślej mówiąc, nie wierzy w żadnego boga”. Istotnie, dyletant nie domaga się niczego od jakiejś istoty, która by nad nim górowała i niczego się po niej nie spodziewa. Dlatego inni mają go za kogoś, „kim nie trzeba być”. On tymczasem, „silny i samotny, przechadza się na wolności po nieskończonych drogach świata”.

*

Niewielu poznało się tak dobrze na naszym stuleciu, jak Savinio – twierdzili życzliwi mu (Roberto Calasso, Alfredo Giuliani, Marco Sabbatini, Alessandro Tinterri, Silvana Cirillo), a nawet mniej życzliwi (Emilio Cecchi, Walter Pedullà). Niewielu też zrozumiało tak dobrze, jak on, czego można spodziewać się po człowieku.

„Człowiek umarł”. Tamten renesansowy, masywny jak postacie Michała Anioła, pan wszechstworzenia już nie istnieje. Poza horyzontem świata „humanistycznego” odsłonił się wszechświat znacznie rozleglejszy. I nowy człowiek w tych nowych dla siebie przestrzeniach pogubił się. „Nie może się wzorować na zmarłym poprzedniku”. Przepadły zresztą wszelkie wzorce. Chciałby je więc jak najprędzej zastąpić nowymi. „A to błąd symetrii. Nie wszystko, co się kończy, powinno być czymś zastąpione”.

Istniało wiele niejasności i tylko jedna jedyna Prawda. Bezpiecznie było z tą „złotą piramidą z Absurdum na szczycie”, póki nie stała się pobielanym grobem. „Kto ma zrozumieć, zrozumie”. Miejsce tamtego człowieczeństwa, „pomniejszonego i pomniejszającego”, zajęło inne, nie mniej pomniejszone i pomniejszające. Kiedyś w sposób demagogiczny przyznano jednakową duszę wszystkim. I wszyscy ją w dalszym ciągu mają. „Ale przeważnie w zaniku, jak mięśnie uszu”. A skoro człowiek nie wpadł na to, że musi sam zadbać o swoją duszę, wydaje mu się, że na siebie nie może liczyć. Choć już dobrze wie, że jest zdany na siebie samego.

„Najważniejszym odkryciem naszych, a może wręcz wszystkich czasów jest Niepewność. Nazwijmy ją należnym jej imieniem: Boska Niepewność. Został odkryty nowy bóg”. I tak oto niepewność stała się jedyną pewnością. Jedyną Prawdą Absolutną, wzorcem wszystkich wzorców. Nietzsche ze swoim „Gott ist tot” został zrozumiany opacznie. Bóg, jak był w człowieku, tak w nim jest. Nie poszedł na wygnanie tylko dlatego, że człowiek już go nie wzywa i o nic go nie prosi. Stał się tylko „milczący, bardzo dyskretny, a jeszcze bardziej anonimowy”. Dzięki temu jest to nawet „Bóg bardziej boski”. Nastąpił cud; Bóg dokonał swego największego cudu: rozwiał się jak mgła, ale wciąż przybiera dowolną postać. A więc człowiek nie przestaje sobie mówić: Kto wie?

Niezliczone bywają kryjówki Boga. Na jedną z takich wpadł jeszcze Stendhal: to pamięć. Za ideę centralną, autorytet, ośrodek wartości absolutnych ciągle chce się uznawać przeszłość. Za wszelką cenę, nawet płacąc za to zaślepieniem. „Jakże można nie wyczuwać, że z chwilą, gdy sięgamy do pamięci, przygasa inteligencja? «Co by zrobił na moim miejscu Rafael?» Na pewno nie zadałby tak głupiego pytania”.

O tyle to istotne, że pewien okres przeszłości Savinio ceni szczególnie. A kryjówki bogów pomniejszych? Bogowie pomniejsi w naszej epoce „arogancji techniki i buntu mas” nie zniżają się do szukania dla siebie kryjówek. Są pewni swego: skoro człowiek zawsze chciał coś ubóstwiać, będzie chciał tego samego, czyli ich, w dalszym ciągu. Trzeba jednak jakoś naszym czasom sprostać. Nawet jeśli są kalekie, byłoby czymś małostkowym odżegnać się od nich. „To tak, jakby matka wyrzekała się własnego dziecka, bo paraliż odjął mu władzę w nogach”. To tak, jakbyśmy się z naszymi czasami nie zżywali – a zżyliśmy się.

 STANISŁAW KASPRZYSIAK

 Fragment szkicu „Można wdać się w rozmowę” z tomu „Odwieczne rozmowy”, Kraków, Austeria, 2024. Żeby zamówić – kliknij tutaj

 

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek