Ktokolwiek był w Taorminie, pozostanie pod jej urokiem. Miasto przylgnęło do stoków Monte Tauro opadających ku morzu. Miejscem spotkania wody i lądu jest klif albo plaża jak w Lido La Pigna. Od wiosny do jesieni, a może i zimą, na taormińskim Corso Umberto słychać wszystkie europejskie języki. Jeżeli przyszedłeś głodny, nakarmią cię i napoją w restauracjach i bistrach. Gdybyś z powodu ubioru poczuł się, nie daj boże, nieswojo, w butikach z prêt-à-porter w ciągu dwóch godzin skompletujesz strój godny arbitra elegantiae. Tych, którzy łakną słońca i kąpieli, i wypatrują nimf, uszczęśliwią plaże rozciągnięte między Naxos a Mazzarò.
Rosalia i Riccardo znaleźli mieszkanie przy Via Fontana Vecchia, która biegnie po zboczu Monte Tauro aż do klasztoru kapucynów. Riccardo Campobello zatrudnił się jako bagnino di salvataggio, ratownik, w niewielkim hotelowym kąpielisku o nazwie Lido La Pigna. Rysował i był dobrej myśli. Rosalia w pobliskim kościele dostała zlecenie na konserwację malowidła ściennego sprzed dwustu lat przypisywanego sycylijskiemu malarzowi Fazio Mascardiemu. Malatura przedstawiała świętego Antoniego głoszącego kazanie do ryb. Dzieło było w złym stanie. Kilkadziesiąt lat wcześniej ktoś odnowił postać kaznodziei, ale nieudolnie i pierwszym zadaniem Rosalii było pozbycie się efektów pracy jej poprzednika. Słuchaczy świętego Antoniego można się było tylko domyślać. Dopiero kartony, które Rosalia wyszperała w archiwum katedralnym, pozwoliły ustalić wiele szczegółów, odtworzyć pierwotny wygląd postaci świętego i jego audytorium. Kartony były niesygnowane, ale Rosalia znalazła pokwitowanie podpisane przez malarza. Co do kolorów, nie było żadnej pewności, Rosalia musiała decydować sama. Pracowała bez zapału. Uważała malowidło Mascardiego za bezwartościowe i niewarte kosztów konserwacji. Decyzja ratowania obiektu powinna uwzględniać jego wartość artystyczną. Nie kryła swego sceptycyzmu i dała mu wyraz w pierwszej czy drugiej rozmowie z Battistą Montaldo, urzędnikiem Assessorato dei beni culturali e dell’identità siciliana.

– Proszę nie wchodzić w moje kompetencje – odrzekł assessore Montaldo, który nie lubił sceptyków. – Pani zadanie jest inne, trudniejsze i ważniejsze, pani odpowiada za ostateczny efekt, ale decyzję, co konserwujemy i w jakim zakresie, podejmuję ja. Pani powinna sobie powtarzać słowa Vasariego o konieczności konserwowania uszkodzonych dzieł sztuki.
– O ile pamiętam, to Vasari mówi, że znakomite dzieła lepiej pozostawić uszkodzone niż powierzać je nieudolnym konserwatorom.
– A więc jestem w zgodzie z Vasarim, bo powierzyłem odnowienie cennego malowidła konserwatorce, o której kompetencjach i profesjonalizmie nie wątpię – Montaldo uśmiechnął się zadowolony z komplementu. Był wrażliwy na kobiecą urodę. Spodziewał się podziękowania, ale go nie usłyszał.
– Cenność malowidła budzi moje wątpliwości – powiedziała chłodno, ignorując komplement.
– Fazio Mascardi – podjął urażony Montaldo – urodził się na Sycylii i całe życie poświęcił upiększaniu naszych świątyń. W XIX wieku zniknęło wiele jego obrazów i ściennych malowideł, które zastępowano kiczami sprowadzanymi z Neapolu. Dzieła, jakie pozostawił w Messynie, zostały zniszczone bez wyjątku podczas trzęsienia ziemi. Za Mussoliniego dziedzictwo sycylijskie nikogo nie obchodziło, ale teraz mamy program ratowania naszego dorobku.
– Ale dlaczego ten program nie obejmuje Benozza Rivaroli, który jest lepszym malarzem niż Mascardi.
– Rivaroli nie sposób odmówić sprawności i sprytu, ale czy był lepszym malarzem? Trzydzieści lat mieszkał w Hiszpanii i zapomniał języka macierzystego. Kiedy na starość wrócił na Sycylię, aby objąć odziedziczony spadek, mówił tylko po hiszpańsku i po łacinie. Wynarodowił się kompletnie. Kiedyś nazywało się takich „element bezojczyźniany”.
– Przecież to nonsens – powiedziała. Czytałam w rękopisie jego pamiętniki. Pisał po włosku, ale na pewne tematy łatwiej mu było pisać po hiszpańsku. Z żalem opuszczał Madryt i planował tam wrócić. Miał dwie ojczyzny, a może nawet i trzy, bo jego ostatnią żoną była Francuzka.
– W kwestii ojczyzny liczba mnoga nie istnieje – odparł Montaldo.
– A jednak mieszkanie dwupokojowe jest lepsze od jednopokojowego.
– Chybione porównanie, proszę pani.
– No i dobrze – powiedziała Rosalia chcąc zakończyć wymianę zdań.
– Pani jest z północy? – nie dawał za wygraną Battista Montaldo.
– Skądś tam jestem – roześmiała się. – A w łacińskich napisach na obrazach Mascardiego są błędy ortograficzne.
– To sprawka jego tępego ucznia. Mocną stroną Mascardiego jest wiara i tego się trzymajmy. Czy uda się pani przywrócić zachwyt na twarzach wieśniaków towarzyszących świętemu Antoniemu?
– W Taorminie zachwyconych wieśniaków można spotkać na Corso Umberto. Nie zabraknie mi modeli – powiedziała Rosalia. Montaldo udał, że tego nie słyszy. Miał około pięćdziesięciu lat, może więcej, ale trzymał się świetnie. Był przystojny i pewny siebie.
– Zadziera głowę jak Mussolini – powiedział potem Riccardo. – Rozkwitł za dyktatury, a teraz panoszy się w republice.
– W sumie nic mnie to nie obchodzi – odrzekła Rosalia. – Zrobię to najlepiej, jak umiem. Z dużym luzem, bo w malowidłach Mascardiego talent prawie się nie objawia, są bliższe rzemiosłu niż sztuce. Zero polotu. Ale ważne, że malarz tutejszy. Krążył po całej wyspie, malując, a nawet rzeźbiąc. Czasami wyprawiał się do Kalabrii.
Od tej pory Battistę Montaldo nazywali Santo Assessore. Przyswoili sobie jego powiedzenia i co najmniej raz dziennie powtarzali: „proszę nie wchodzić w moje kompetencje” albo „tego się trzymajmy”.
Pod koniec dnia, kiedy plaża Lido La Pigna opustoszała, Riccardo wyjął z torby papier listowy i napisał do swego przyjaciela Mercuria Malaspiny.
Kochany Mercurio,
Jeżeli lubisz Taorminę, jeżeli nie masz korzystnych propozycji wokół Palermo, jeżeli masz ochotę mnie zobaczyć i napić się ze mną wina z tutejszych winnic na Etnie i nie przychodzi ci do głowy nic ciekawszego niż błąkanie się wśród nagich ciał od rana do wieczora, przyjedź do Taorminy. Na tutejszym dworcu powita cię dwuosobowy komitet w częściowo znanym ci składzie. Poznasz Rosalię, która jest konserwatorką o wybrednym guście. Ostatnio usiłowała odwieść tutejszego urzędnika Assessorato dei beni culturali e dell’identità siciliana (tak!) od restaurowania XVIII-wiecznego malowidła, które przedstawia świętego Antoniego głoszącego kazanie do ryb. Po kilku dniach w tutejszej gazecie na czołówce ukazał się artykuł nawołujący do czujności wobec „przyjezdnych”, którzy nie zawsze potrafią docenić wartość dziedzictwa „naszej wyspy”. Ale na ogół „przyjezdnych” traktują tu życzliwie i czujemy się bezpiecznie.
Kąpielisko Lido La Pigna, gdzie zarabiam na pizzę i wino, jest inne niż Isula di Fimmini. Przede wszystkim płacą znacznie więcej. Tutejsza publiczność to przede wszystkim goście hotelowi, którzy schodzą na piasek na dwie trzy godziny przed lunchem, Anglicy, Holendrzy, Niemcy, Amerykanie. Plażę w Isuli zapełniał lud koczujący na campingu i w skromnych bungalowach, żywioł włoski z Umbrii, Sabaudii, Toskanii, Lacjum. Gdybyśmy urządzili konkurs piękności w Isuli di Fimmini, musielibyśmy przyznać dziesiątki pierwszych miejsc. Co oczywiście doprowadziłoby do zlinczowania jury przez ojców, mężów i narzeczonych zbyt licznych zwyciężczyń. W Lido La Pigna słychać szum fal, nikt głośno nie przywołuje dzieci, a ekspresja samych pociech jest powściągliwa (muszą tego uczyć w elitarnych szkołach, których nie zaznaliśmy). Pamiętasz, jaki rwetes wywoływało w Isuli pojawienie się lodziarza? Tu by go w ogóle nie wpuszczono na plażę. Lody serwujemy na tarasie kawiarni.
Nie ukrywam, że Lido La Pigna ma swoje wady. Wyobraź sobie, że bagnini di salvataggio są jednocześnie kelnerami! Przyjmują zamówienia od plażowiczów i kursują między łóżkami z tacą pełną szklanek, kieliszków etc. Wiem, że ci się to nie spodoba. Mnie też się nie spodobało. Kiedy poszedłem złożyć wypowiedzenie, Luca, tutejszy boss, bolończyk, powiedział mi tak: „Wy, Sycylijczycy jesteście wszyscy spokrewnieni z waszym normańskim królem Rogerem. Gdybyście mieli jego armię i flotę, zaraz wyruszylibyście na Neapol. Nie macie jednak ani armii ani okrętów, ani pieniędzy, ale nadrabiacie poczuciem dumy. Tymczasem podstawą życia społecznego nie jest pycha jednostek, lecz służba. Ludzie służą sobie wzajemnie, co również oznacza, że się obsługują. Dziś ty obsługujesz, jutro obsłużą ciebie”. Luca przyznał nam pięcioprocentową podwyżkę, co bagnini di salvataggio przyjęli z uznaniem. Rzecz jasna, nie chwaliłem się, komu zawdzięczają wyższą wypłatę. Niech nie wie prawica, co czyni lewica. Weź pod uwagę, że bagnini dostają w Taorminie o jedną trzecią więcej niż w Isuli.
Co do Sycylijczyków, to oczywiście Luca się pomylił. Gdzie jak gdzie, ale na Sycylii poczucie służby jest głęboko zakorzenione. Nietrudno spotkać mafiosa, który uważa, że na swój sposób służy społeczeństwu. Gianturco po kilku kieliszkach wywiódł kiedyś sztukę z imperatywu służby talentowi. Czas może najwyższy, aby Sycylijczyk powiedział: od dziś nikomu nie służę, nawet samemu sobie. Od dziś jestem człowiekiem prywatnym wykonującym wyuczony zawód. Starajcie się żyć tak samo. Chciałbym porozmawiać z tobą o tym i o wielu innych rzeczach. Bo te dwa lata od rzucenia Akademii były naprawdę dobre. Moje, pożal się boże, tournée po ważnych i mniej ważnych marszandach od Rzymu po Turyn z listami polecającymi Nunzia trochę mnie spopularyzowało w tym kraju i rzeczywiście mogę się już utrzymać z wykonywania wyuczonego zawodu.
Oczywiście rysuję. W Isuli ciekawa była mnogość ciał, to, co nazwałeś preludium Sądu Ostatecznego. Najlepsze rysunki i akwarele uchwyciły karnawałowy żywioł plażowania. Nagi tłum, porzucając ubrania, pozbył się również pokus politycznych, nie skanduje haseł, nie ubóstwia wodzów, nie żąda zemsty na wrogach ludu. Nie można go powołać pod broń, bo kto by się podjął doręczenia kart mobilizacyjnych golasom, kto by się odważył ogłosić tym ludziom stan wojenny. Plaża jest matecznikiem pacyfizmu. Człowiek, który pozbył się butów, spodni, pończoch i sukienki, nie pozwoli sobie zgasić słońca i zagrodzić drogi do morza płotem z drutu kolczastego. Zaczyna pojmować sens braterstwa wszystkich ludzi. Plaża leczy z tęsknoty za wrogiem. Tylko ostatni degenerat zdolny jest znienawidzić dziewczynę w bikini albo faceta w kąpielówkach. Zbrodniarze i siewcy nienawiści nie mają doświadczenia plażowego. Taki Lenin czy Franco, nie mówiąc już o Stalinie czy Hitlerze, na pewno nigdy nie rozebrali się na plaży. Jedynie Mussolini był wyjątkiem. Nie stronił nawet od plaż publicznych, gdzie pilnowało go kilkudziesięciu tajniaków przebranych w trykoty kąpielowe. Mniejsza z tym, przyjedź, jeżeli możesz, napisz, jeżeli masz ochotę.
P.S. Nie ustaliłem jeszcze, które z tutejszych win jest najlepsze, ale od werdyktu dzieli mnie tylko kilka butelek.

– Jestem siostra Teresa – powiedziała zakonnica, wyciągając rękę do Rosalii, która właśnie zamierzała wdrapać się na rusztowanie dostawione do ściany kościoła. – Nie miałyśmy jeszcze okazji rozmawiać. Cieszę się, że nasze malowidło antonińskie odzyska dzięki pani swój blask. Służę w naszym kościele od wielu lat i jestem do tego obrazu bardzo przywiązana. Potrzebujemy widzieć, to tak pomaga się modlić. Nie będę pani przeszkadzała. Ksiądz Cardella, Benvenuto Cardella, nasz proboszcz, prosił, żebym pani przekazała, że gdyby chciała się pani wyspowiadać, to on jest do dyspozycji.
– Ostatni raz spowiadałam się dziesięć lat temu.
– To bardzo dawno. Pani nie wierzy w Boga?
– Wierzę, ale nie spowiadam się.
– Nie można wierzyć w Boga i w Jezusa Chrystusa, i nie przyjmować sakramentów. W każdym razie ja bym nie potrafiła. Pani jest młoda i piękna, ale przecież wszystko przemija, a dzięki wierze zyskujemy wieczność. Transit gloria mundi. Pani wierzy tylko w chwałę świata. Ja też go podziwiam, bo jest dziełem Ojca, ale świat przemija, a my tęsknimy za wiecznością.
– Siostra ma rozmach. Prawdę mówiąc, bardziej mnie interesuje chemia świętych obrazów niż ich metafizyka. Nie potrafię zobaczyć Boga w każdym bohomazie.
– Doceniam pani pracę i dziękuję za nią. Mam nadzieję, że otrzymuje pani od władz miejskich godne wynagrodzenie. Naszego kościoła nie byłoby stać na tak gruntowną konserwację.
– W Rzymie raczej nie odczuwa się ubóstwa Kościoła. Zawsze odnoszę wrażenie bogactwa, nadmiaru, a w rezultacie próżności.
– To zawsze bardziej rzuca się w oczy niż skromność i pokora. Co mam powiedzieć księdzu proboszczowi?
– Że chętnie z nim porozmawiam, ale nigdy w konfesjonale.
– Staram się unikać takich słów jak nigdy, zawsze, wszędzie – odrzekła siostra Teresa.
– Jeżeli mówię „nigdy”, oznacza to, że teraz jestem pewna, że w dającej przewidzieć się przyszłości nic takiego nie nastąpi. Nigdy nie będę konserwowała fresków Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej, choć czas najwyższy, aby konserwatorzy się nimi zajęli. Niemniej jest bardzo mało prawdopodobne, by konserwator watykański powierzył mi to zadanie. Siostra powierzyłaby mi konserwację Kaplicy Sykstyńskiej?
– Cieszę się, że pan Montaldo powierzył pani konserwację naszego malowidła. Na pewno dobrze pani sobie poradzi. Tak powiedziałam panu Montaldo, który wolał kogoś starszego, no i mężczyznę.
– Okropny jest ten Montaldo. Na samym początku zapowiedział mi, że do pracy muszę przychodzić w sukience za kolana i w bluzce z długimi rękawami. A kto mnie tam może podglądać na rusztowaniu, zapytałam. Odpowiedział, że etykieta obowiązuje każdego, kto wchodzi do świątyni. Na szczęście ksiądz Cardella okazał się elastyczny, nie przeszkadzają mu spodnie i bluzka na ramiączka. Wie siostra, jak z moim narzeczonym nazywamy signora Montaldo? Santo Assessore – Rosalia roześmiała się.
– Nie należy pochopnie oceniać ludzi. W każdym razie ja tego nigdy nie robię.
– Ja zawsze. Ma tu siostra kogoś do pomocy?
– Nie, ale nikogo nie potrzebuję. Zdążam ze wszystkim. Wszystko jest tak, jak być powinno.
– Haruje siostra na plebanii, sprząta kościół i uważa to siostra za wygraną na życiowej loterii?
– Pojmowanie życia jako loterii jest mi całkowicie obce. Dla nas chrześcijan wygrana jest w zasięgu serca i rozumu. Życie nie jest sekwencją przypadków, życie jest sekwencją znaków i darów, proszę pani.
– Ciekawa metafora – powiedziała Rosalia i pomyślała, że chciałaby zapytać o nią Mercurio Malaspinę, o ile przyjedzie do Taorminy. – A siostra jest z jakiego zakonu?
– Jestem szarytką, to zakon wincentyński.
– Ach, charité! Siostra na pewno mówi po francusku? Dwa lata studiowałam w Genewie.
– Przede wszystkim staramy się nawiązać najlepszy kontakt z bliźnimi, wśród których żyjemy. Znam francuski, mieszkałam wiele lat w Nicei. Moi rodzice byli emigrantami politycznymi, ale nawet tam nie mieliśmy spokoju. Faszyści nasyłali na mojego ojca bojówkarzy.
– Z Action Française?
– Nie, jakieś typy spod ciemnej gwiazdy. Ojciec zmarł w czasie wojny, krótko po nim matka. Pochowani są w Nicei.
– Ojciec był chadekiem?
– Nie, socjalistą, szefem partii w Piemoncie. Przyjaźnił się z Matteotim.
– A siostra miała powołanie raczej w drugą stronę?
– Nie zastanawiałam się, powołanie nie bierze się z poglądów politycznych. Pamięta pani nawrócenie świętego Pawła na drodze do Damaszku?
– Kto by nie pamiętał obrazu Caravaggia. Lubi siostra Piazza del Popolo?
– Bardzo. Kiedy przyjeżdżaliśmy do Rzymu, zatrzymywaliśmy się na Via Flaminia. Najlepsza lodziarnia była na samym początku Corso.
– Don Peppinu! Gelato originale siciliano – numero uno in Italia.
– Tak, pistacjowe były niezrównane! – zawołała siostra Teresa.
– Uwielbiam wszystkie, ale najbardziej waniliowe – roześmiała się Rosalia.
Malaspina zadepeszował po kilku dniach, że przyjeżdża w południe autobusem z Messyny, bierze pracę w Lido La Pigna – „będę serwował drinki, mogę nawet robić pizzę”. Riccardo znalazł pokój dla przyjaciela i wziął wolny dzień, żeby spędzić z nim kilka godzin. Nie widzieli się pół roku, które malarz spędził na Północy w rozjazdach od Turynu po Padwę, od Trydentu po Pizę. Autobus Malaspiny przyjechał punktualnie.
– Riccardo – zawołał Mercurio – kelnerowanie ci służy! – Przywitali się serdecznie jak palermitańczycy. Riccardo przedstawił przyjacielowi Rosalię, która od razu poprosiła, żeby mówili sobie po imieniu.
– Byłem w Taorminie na szkolnej wycieczce – powiedział Malaspina, kiedy już wydobył swoją walizę z czeluści autobusu. – Ale pamiętam tylko Corso Umberto i Teatro Antico, do którego szło się przez jakiś plac. Mam nadzieję, że nic się nie zmieniło.
– Na pewno – powiedziała Rosalia. – Tu rządzą starcy.
– A gdzie nie rządzą – rzekł Riccardo. – Kraj dojrzał do rewolucji.
– Ale przed rewolucją pójdziemy na Corso Umberto?
– Pójdziemy nawet do Teatro Antico, ale najpierw do twojego tutejszego locum na Viale San Pancrazio. Odpoczniesz po podróży.
– Jestem w najlepszej formie, nocowałem u krewnych w Messynie – odrzekł Mercurio.
Ubrany był w bawełniane beżowe spodnie i lnianą marynarkę tego koloru, ale o innym odcieniu. Był niższy od Riccarda, ale proporcjonalnie zbudowany, barczysty. Uwagę zwracały niebieskie oczy i blond włosy, które zaczesywał do tyłu. Malaspina wygląda jak Norman czy Wiking, pomyślała Rosalia, ale mógłby być dziesięć centymetrów wyższy.
– Moja matka pochodzi z Messyny – powiedział Riccardo. – Potrafi wymienić wszystkich swoich krewnych do piątego pokolenia wstecz.
– A jak twoja matka jest z domu? – zapytała Rosalia.
– Valeria Torrisi.
– Moi krewni są Ardizzone, ale mam z nimi wspólnego dziadka Federico Malaspinę. Nawet go pamiętam.
Dotarli do Viale San Pancrazio. Riccardo zatrzymał ich kilkadziesiąt metrów przed niewielką kamieniczką o odnowionej kamiennej fasadzie. Ładny projekt, starannie wykonany, pomyślała Rosalia. Nawet na Corso Umberto by się wyróżniał.
– Właścicielem tego domostwa jest signor Ludovico Marletta, emerytowany dyplomata. Zajmuje z żoną cały parter. Na piętrze są dwa trzydziestometrowe pokoje, między którymi jest kuchnia, z niej wchodzi się do łazienki i do toalety. Jeden pokój wynająłem dla ciebie. Signora Marletty raczej nie będziesz widywał, nie jest z nim chyba najlepiej. Porusza się na wózku inwalidzkim. Wszystkim zawiaduje jego żona Orsola, znacznie od Marletty młodsza. We wszystkich sprawach zwracaj się bezpośrednio do niej, jej będziesz płacił komorne. Notabene bardzo umiarkowane. Zadatkowałem dwa tygodnie, potem się rozliczymy.
Riccardo zadzwonił do drzwi. Otworzyła im kobieta, której wiek Mercurio oszacował na trzydzieści pięć lat. Jej twarz była tak pogodna, że nie musiała się uśmiechać, żeby okazać światu życzliwość. Od razu poznała Riccarda i zaprosiła wszystkich do środka. We wnętrzu unosił się łagodny zapach drzewa sandałowego, który rozpoznała tylko Rosalia.
– Nazywam się Orsola Zafferano-Marletta – powiedziała, podając wszystkim rękę. Uwagę Rosalii przykuły dwie stojące w przedpokoju witryny pełne greckich waz i amfor czerwonofigurowych. Pomyślała w pierwszej chwili, że to udatne kopie, ale na drugi rzut oka niektóre wydały jej się autentyczne. Uznała jednak, że nie wypada teraz wypytywać. Odłożyła to do następnego spotkania.
Drewnianymi schodami weszli na piętro. W niszy było dwoje drzwi pomalowanych na niebiesko. Farba w kilku miejscach była uszkodzona, ale zachowała intensywność. Mercurio przypomniał sobie, że podobne drzwi o ładnie wyrobionych filungach i niemal tego samego koloru, widział w dzieciństwie w jednym z domów Malaspinów wśród winnic. Pod domem były trzy kondygnacje piwnic pełne dębowych beczek. Winnice w czasie wojny zrównano z ziemią, budując lotnisko polowe. Beczki z winem rozkradziono. Ojciec żartował, że kilka z nich wypił pułkownik bersalierów. Kwaterował w domu z niebieskimi drzwiami i w przeddzień inwazji w czterdziestym trzecim uciekł samolotem do Kalabrii. Po wojnie zwrócono im ziemię, ale musieli ją sprzedać, bo nie mieli pieniędzy na jej rekultywację. Przyszło mu do głowy, że drzwi wyszabrowano z tamtego domu i wstawiono tutaj.
– Te drzwi… – zawahał się, bo myśl była niedorzeczna – one są tu od dawna?
– Te drzwi są tu od zawsze – powiedziała Orsola – kilka lat temu sama je pomalowałam.
Wyjęła klucz z zamka i wręczyła go Malaspinie.
– Proszę zobaczyć, jaki solidny zamek. Budzi poczucie bezpieczeństwa. Proszę nie zgubić kluczy. Drzwi wejściowe są zawsze zamknięte. Na dłużej wychodzimy tylko dwa razy w tygodniu, kiedy zawożę męża do szpitala.
Weszli do dużego pokoju oszczędnie umeblowanego. Malaspina odetchnął. Bał się, że pokój będzie zagracony. Nie znosił XIX-wiecznych mebli, nagromadzenia bibelotów, makatek, dewocjonaliów. W pokoju, gdzie miał mieszkać dwa miesiące, było łóżko, którego materac zaraz wypróbował. Miał skoliozę i musiał spać na twardym. Oględziny wypadły pomyślnie. Szafa z lustrem mu się nie spodobała, ale docenił jej pojemność. Duże okno porte-fenêtre wychodziło na zbocze jaru zarośnięte krzakami. Okrągły stół zajmujący środek pokoju, nakryty marmurowym blatem, zgromadził wokół siebie cztery krzesła. Posadzkę robiły duże płyty terrakoty w kolorze piaskowym. Obok łóżka stała półka na książki z nocną lampką, pod nią kilka tomów. Nigdzie nie było śladu kurzu, pokój był przewietrzony, ale Rosalii wydało się, że z dołu przedostał się zapach drzewa sandałowego.
– Za tymi drzwiami jest kuchnia – powiedziała Orsola. – Znajdzie pan tu wszystko, czego potrzeba do gotowania, gdyby pan chciał sobie coś przyrządzić. Z kuchni wchodzi się do łazienki i do toalety. Te pomieszczenia są wspólne.
– Ktoś obok mieszka?
– Teraz nie mieszka nikt, ale pokój jest do wynajęcia. Jednak staram się wybierać lokatorów. Mój mąż, konsul Marletta, musi mieć spokój.
– To wspaniale mieć kogoś, kto dba o nasz spokój – powiedziała Rosalia. – Nasze mieszkanie przy Via Fontana Vecchia jest głośne, ale tylko częściowo z powodu sąsiadów.
– Via Fontana Vecchia jest ruchliwą ulicą – odrzekła Orsola.
– Chętnie byśmy się przenieśli do pani, ale jeden pokój to dla nas za mało.
– Oczywiście, artysta musi mieć własny kąt do pracy – powiedziała Orsola.
– Ja też potrzebuję spokoju, chociaż nie pracuję w domu – odrzekła Rosalia. – Jestem konserwatorką malarstwa ściennego.
– Oczywiście – przytaknęła Orsola i zmieszała się. – Czy chciałby pan o coś zapytać?
– Wszystko jasne – powiedział Malaspina. – Będę płacił co tydzień, dobrze? Odświeżę się po podróży. – Wyjął z walizy koszulę, ręcznik i saszetkę z przyborami toaletowymi. Orsola pożegnała się i zniknęła za drzwiami.
– Zapraszam was na obiad. Usiądźcie na pięć minut.
– Szkoda, że nie trafiliśmy tu, kiedy szukaliśmy mieszkania – powiedziała Rosalia. – W tych dwóch pokojach byłoby nam bardzo wygodnie. Boże, jak tu cicho.
– Ten adres dostałem od jednego z bagnini di salvataggio. Jeżeli chce ci się przeprowadzać, zostawię kartki na Corso Umberto, powiem moim plażowym towarzyszom, że szukamy mieszkania. Ale z Via Fontana Vecchia masz blisko do swojego kościoła…
– Jestem głodny jak wilk – usłyszeli głos Malaspiny i poczuli zapach jego wody kolońskiej, zanim ukazał się w drzwiach w świeżej koszuli. – Prowadźcie do jakiejś zacnej restauracji, gdzie dobrze dają jeść i znają się na winie.
Z Via San Pancrazio było niedaleko do Porta Messina, za którą zaczynało się Corso Umberto. Na Piazza Vittorio Emanuele wybrali restaurację. Zachęcony przez Riccarda, Mercurio zaczął opowiadać o swoich planach i rozterkach. We wrześniu przeniósł się do mieszkania brata, który dostał pracę w Marsylii i wyjechał na dwa lata z całą rodziną. Malaspina zyskał częściowo darmowe i wygodne locum. Poczuciu komfortu przypisał przypływ pisarskiej weny, zaczął pilnie czernić papier i po pół roku był autorem kilku esejów, z których dwa wzbudziły zainteresowanie w redakcji jednego z neapolitańskich miesięczników. Dottore Enrico Fabiani zaproponował Malaspinie wygłoszenie referatu w Associazione Benedetto Croce. Na zebraniu wywiązała się dyskusja, którą nawet omawiano w gazetach, wymieniając nazwisko referenta. Dottore Fabiani był zdania, że Malaspina powinien rozważyć drogę kariery naukowej. Gdyby obronił doktorat, mógłby się ubiegać o etat w katedrze italianistyki. Mercuria nie opuszczały jednak wątpliwości. Czy naukowy rygor nie unicestwi w nim eseisty? Szkoła średnia, w której uczył, zapewniała mu spory margines swobody. Dzięki inwencji przygotowanie zajęć nie zabierało mu wiele czasu, czytanie prac uczniów nie absorbowało go zanadto. Pensum uniwersyteckie było wielokrotnie niższe, ale życie akademickie angażowało bardziej, zacierając granicę między pracą a twórczością własną.
– Dlaczego nie przysłałeś mi numerów „Paragone” ze swoimi esejami – zapytał Riccardo.
– I ja bym chętnie je przeczytała – powiedziała Rosalia. – O czym one są?
– Jeden to Portret Crocego, tytuł mówi sam za siebie. Drugi to dziennik podróży po Sycylii. Prowadzi go ktoś, kto wyrzeka się przeszłości, choć rodzinnie jest z nią bardzo związany. Odwiedza miasteczka i kościoły, gdzie herb i nazwisko jego przodków jeszcze widnieje na tablicach fundacyjnych i nagrobkach. Nie ujawnia swojej tożsamości, ale zdradza go podobieństwo do postaci na starych portretach wiszących po kruchtach i zakrystiach. Zawstydza go życzliwość mieszkańców i obiecuje sobie już nigdy tu nie wrócić. Zakłada inwentarz reliktów, wszystkiego, co bez żalu powinien pozostawić poza sobą. Wyślę wam i to dziełko.
– To bardziej opowiadanie niż esej – powiedział Riccardo.
– Coś z pogranicza – odrzekł Mercurio.
– Pogranicze jest ciekawe – powiedziała Rosalia. – Sycylia wydaje mi się pograniczem.
– Santo Assessore ma inną jej wizję – roześmiał się Riccardo.
– Kto to jest Santo Assessore? – zapytał Mercurio.
– Urzędnik z tutejszego wydziału zabytków – odpowiedziała Rosalia. – On nie ma wizji, on ma tylko formułę Sycylii.
– Dla mnie i to jest ciekawe – odrzekł Malaspina. – Ale jesteśmy w Taorminie i wcale jutro nie wyjeżdżamy. Napijmy się w intencji naszego spotkania. Co według was mam robić? Zostać w szkole czy wybrać uniwersytet W którą pójść stronę?
– Jeżeli wybierzesz uniwersytet, odepchniesz literaturę – powiedział Riccardo – będziesz pisał, ale pokątnie, niedzielnie, dorywczo. Każda posada rozleniwia. Przyzwyczajasz się do pensji. Pomyśl: dają ci pieniądze tylko dlatego, że twoje nazwisko znajduje się na liście płac. Czy Michał Anioł był na papieskiej liście płac? Spadłby z rusztowania w Kaplicy Sykstyńskiej, gdyby jakiś księgowy zaproponował mu coś takiego. Michał Anioł szedł do papieża i mówił: Matka Boska udała się nadspodziewanie dobrze. Nie można jej nic zarzucić. Mnie i moich ludzi kosztowała wiele pracy, a Waszą Świątobliwość pięćset dukatów. Ale zgadzam się, że grzesznik spadający w piekielną otchłań powinien być bardziej dopracowany. Mój czeladnik umie mniej niż myślałem. Policzę więc Waszej Świątobliwości taniej. Człowiek na etacie stara się dopasować swoje życie do poziomu swojej pensji. Literatura schodzi na dalszy plan. Pod tym względem uniwersytet jest gorszy niż szkoła, bo z nią się nigdy nie utożsamisz, a z uniwersytetem bardzo szybko. Każą ci zostać profesorem i nawet się nie obejrzysz, jak ten cel uznasz za własny. Doktorat zabierze ci kilka najlepszych lat, a potem wykłady, konwersatoria, seminaria, udział w konferencjach. Pisząc doktorat będziesz zajmował się tym, co cię interesuje, ale jako wykładowca musisz opanować cały program studiów, musisz czytać książki, którym jako wolny człowiek nie poświęciłbyś ani chwili. Dopiero profesura daje ci niższe pensum, mniej obowiązków dydaktycznych i całkowite poczucie bezpieczeństwa, ale co może napisać profesor? Wchłonął w siebie tyle słabych dzieł, że przestał rozpoznawać to, co najlepsze, zatracił poczucie smaku, pogrążył się w relatywizmie. Powtarzając banały, zapomniał, co ma ludziom do powiedzenia. Stał się konsumentem. Droga uczonego i droga pisarza nigdy się nie spotykają. Wybierając jedną, porzucasz na zawsze drugą. Przenieś się do Neapolu, do Rzymu, do Mediolanu, ale jeżeli chcesz pisać, trzymaj się z daleka od uniwersytetu, któremu potrzebni są wykonawcy, a nie twórcy.

Malaspina z uwagą słuchał Riccarda. Trzymał w dłoni swój kieliszek i wąchał czerwone wino. Kiedy przyjaciel skończył, spojrzał pytająco na Rosalię. Uśmiechnęła się. Boże, co ja mam mu powiedzieć, pomyślała.
– Ja nigdy nie stanęłam przed takim dylematem. Jestem wykonawczynią, kimś w rodzaju archeologa, na podstawie zachowanych fragmentów rekonstruuję całość. Mnie interesuje fizjologia dzieła, technika malowania, rzeźbienia, nawet tkania. Lepiej znam skład spoiwa łączącego cegły Panteonu niż ingrediencje ragu’ alla bolognese. Chemia barwników, jakimi posługiwali się malarze quattrocenta, nie ma dla mnie tajemnic. Podjęłabym się konserwacji polichromowanej drewnianej rzeźby gotyckiej. Przywracam zdrowie pięknym przedmiotom, ale nie pytajcie mnie, jak pielęgnować talent, aby rozkwitł. Miejsce pracy wydaje mi się bez znaczenia. Nawet w więzieniu powstawały ważne dzieła, że wspomnę Testament Villona czy Poemat o Reading Wilde’a.
– Balladę o więzieniu Reading Wilde napisał w Neapolu – powiedział Riccardo.
– W Neapolu – odrzekła Rosalia. – Nie wiedziałam.
– Mniejsza z tym – odrzekł Malaspina.
Wypowiedź Riccarda zaskoczyła go. Wydała mu się obcesowa. Stracił ochotę dyskutowania swoich spraw. Uważał, że Riccardo ma znikome pojęcie o uniwersytecie, że stawia sprawę na ostrzu noża, czego Mercurio nie lubił. Już w Palermo słyszał, że Riccardo przywiózł z Północy jakąś ślicznotkę, ale nie spodziewał się, że Rosalia zrobi na nim takie wrażenie. Patrzył na kamienną fasadę romańskiego Palazzo Corvaja z czterema pięknie ukształtowanymi oknami. Twórcę musiała cechować całkowita równowaga ducha i poczucie jedności ze światem. Mieszkańcy palazzo z niedowierzaniem i podziwem czytali sonety Petrarki i cantos Boskiej Komedii. Tylko nieliczni odgadli, że te rękopisy, odsłaniając bezmiar namiętności i niepokoju, ukazują sprawy ludzkie w nowym świetle. Za sprawą tych wierszy wszystko ulegnie zmianie, duch ludzki nie wróci już do równowagi.
– Kim jest eseista, Mercurio? – zapytała Rosalia. – Zawsze mi się wydawało, że to ktoś w rodzaju oczytanego dziennikarza czy publicysty.
– Kulą w płot – roześmiał się Riccardo.
– Eseista ma wiele wspólnego z pielgrzymem – powiedział Mercurio. – Obydwaj wyruszają na Górę Karmel, ale zatrzymują się przed szczytem. Przygody i spotkania, jakie przytrafiają im się po drodze, wynagradzają trud wędrówki. Przed zapadnięciem zmroku i pielgrzym, i eseista zawracają, pełni wdzięczności dla szlaku. Pierwszy ułożył modlitwę, która uraduje mieszkańców jego wsi; drugi wpadł na pomysł, który stanie się kanwą nowego eseju.
– Esej i modlitwa mają ze sobą coś wspólnego? – zapytała Rosalia.
– Esej rodzi się w czasach kryzysu modlitwy. Montaigne’owi zastępowały ją cytaty z poetów i filozofów, które kazał wypisać na belkach stropu w swoim pokoju w wieży.
– Narysowałem cię kiedyś, Mercurio, jako bagnino di salvataggio wiosłującego na łódce, ale teraz mam ochotę na twój portret jako wędrowca zmierzającego na Etnę, naszą Górę Karmel.
– Koniecznie w sadach pistacjowych – powiedziała Rosalia.
– Oczywiście, wśród drzew, daleko przed szczytem, który jest tylko hałdą żużlu.
– Trzymam cię za słowo, Riccardo.
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Fragment większej całości
Na parterze, w prawej, większej części chałupy urządziliśmy mieszkanie bogatego gospodarza (leśniczego, karczmarza, gbura?) i pokazujemy jak dawniej żyło się na Mazurach. Ta część składa się z dużej izby, trzech alkierzy – dwóch sypialni i komory (spiżarni) oraz czarnej kuchni i sieni. Wszystkie pomieszczenia, zgodnie z ich pierwotnym przeznaczeniem, zostały wyposażone w oryginalne meble i sprzęt. Tym samym „opowiadamy”, że w jednym domu żyła trzypokoleniowa famélijá: dziadkowie, rodzice i dziecziuki, „wyjaśniamy” do czego służyły paleniska wnękowe – „kominki” (że nie były tylko ozdobą), tłumaczymy dlaczego okna były małe a drzwi między izbami niskie (że wynika to ze zrębowej konstrukcji budynku, a nie niskiego wzrostu Mazurów).

Wnętrze czarnej kuchni (jedynego murowanego pomieszczenia w chacie), z tzw. trzonem kuchennym, widoczne dwa trójnogi (dreifusy), dwa żeliwne garnki (grapy) oraz sprzęty związane z obsługą pieca chlebowego i pieczeniem chleba.
Dwuskrzydłowe, niskie, ozdobne drzwi wejściowe (z profilowanymi polami) prowadzą do sieni, z podłogą ułożoną z dużych, ręcznie formowanych, XIX-wiecznych cegieł. Tu „opowiadamy”, że przed dwoma wiekami sień nie pełniła jedynie funkcji komunikacyjnej, stąd wchodziło się do izb lub czarnej kuchni, ale miała także funkcję gospodarczą. W owych czasach w wiejskich chatach nie było bowiem kuchni, takiej którą znamy obecnie – czyli izby kuchennej czy wydzielonego pomieszczenia (lub przestrzeni) z szafkami, stołem, blatami roboczymi… Były czarne kuchnie, gdzie można było gotować na otwartym ogniu, wędzić czy piec w piecu chlebowym. Jedzenie można było więc przygotowywać w sieni, na przykład utrzeć ziarno na mąkę w stojących w kącie żarnach kłodowych (to dwa okrągłe, trące kamienie – górny ruchomy i dolny nieruchomy, umieszone w ustawionym pionowo wydrążonym kawałku pnia).

Sień – po lewej stronie widoczne drzwi do czarnej kuchni, na wprost do części mieszkalnej, a między nimi stoi „fotel” – przenośna toaleta wnoszona do chaty w srogie zimy (w lecie „za potrzebą” chodzono do srácka, czyli wygódki). Po prawej stronie są drzwi wejściowe, w kącie żarna kłodowe z 1907 roku, obok kredens-łyżnik i rozmaite sprzęty umożliwiające przygotowywanie posiłków, m.in. drewniane niecki i klepkowe naczynia do przechowywania produktów spożywczych.
Prawe drzwi w sieni prowadzą do pierwszego, największego pomieszczenia zwanego po prostu izbą, dużej nawet jak na dzisiejsze standardy (38 m²), najwidniejszej – z dwoma oknami od frontu i trzecim w szczycie i najcieplejszej – z piecem, w lepszych domach na Mazurach często kaflowym, dekoracyjnym, z malowanymi ornamentami i scenami rodzajowymi (nie wiemy jaki piec znajdował się w naszej chałupie, bo taki się nie zachował). Było to najważniejsze i reprezentacyjne miejsce. Tu toczyło się życie rodziny, tu świętowano, ale również wspólnie wykonywano rozmaite prace. W okresie jesienno-zimowym ustawiano tu kółko (wérepédło) – kołowrotki i sprzęty do zwijani nici na szpulki, a gdy dzień stawał się nieco dłuższy znoszono z poddasza krosna tkackie.

„Zimowe wieczory w mazurskiej chacie” – zainscenizowana scena rodzajowa na archiwalnej widokówce. Od lewej: kobieta czesząca wełnę (za nią łóżko z baldachimem, obok szafa), przewijanie przędzy na motki, szwaczka, gospodarz i gospodyni z kołowrotkiem (za nimi w kącie stoi kredens kątowy), na podłodze chłopcy obierający ziemniaki.
Na Mazurach, w przylegających do czarnej kuchni ścianach izby znajdowały się otwarte paleniska wnękowe („kominki”), często obudowywane i z zamykanymi drzwiczkami, jak szafka. Można było w nich coś ugotować, ale przede wszystkim wieczorami rozpalić ogień lub łuczywo oświetlające izbę. Należy bowiem pamiętać, że pierwszą na świecie lampę naftową skonstruował i zapalił Ignacy Łukasiewicz w 1853 roku we Lwowie, a wcześniej niewiele było możliwości oświetlania izb. Max Rosenheyn opisuje swój wieczorny przyjazd w 1858 roku do karczmy w Wądołku w Puszczy Piskiej. Karczma ta mieściła się w dużym, drewnianym budynku (zachował się nawet jego plan z 1835) o bardzo podobnych wymiarach i układzie pomieszczeń, jak chata z Warnowa. W jej centralnej części znajdowała się połączona z czarną kuchnią sień, z której wchodziło się na prawo do dużej izby szynkowej (Gast Stube), gdzie na lewej ścianie było otwarte palenisko wnękowe: „Stoimy przed wiejską karczmą, a tym samym dotarliśmy do naszego dzisiejszego celu podróży, więc wysiadamy. Nadaremnie oczekuję jednak na przyjście karczmarza lub choćby wysłanego przez niego parobka, który pomógłby mi przy wysiadaniu z wozu albo przynajmniej przyniósł łuczywo lub latarnię. Ale aż tak dobrych manier mazurski karczmarz nie ma, więc muszę sam się martwić, jak w tych ciemnościach dać sobie radę. Szczęśliwie dotarliśmy do sieni, ale tam równie ciemno jak na dworze. Dopiero po omacywaniu wszystkiego wokół mojemu furmanowi udało się szczęśliwie natrafić na drzwi do izby. Wchodzimy do środka. Jesteśmy w dużej, niskiej izbie karczemnej: ściany, wykonane są z nieociosanych pni drzew ułożonych jeden na drugim, sufit natomiast jest z belek ociosanych. Przed nami w palenisku płonie ogień, a jego migotliwe jęzory, rzucające głęboki cień, dają słabe oświetlenie. W belki tylnej ściany zatknięte jest długie, płonące smolne łuczywo, wypełniające tylną część izby czarnym dymem” [tłum. K. A. Worobiec].

Największa izba: widoczne palenisko wnękowe, obok piec połączony z zapieckiem w izbie sąsiedniej, po lewej stronie „pseudokomoda” – duża skrzynia imitująca komodę; 2015
U nas, w tej największej i „reprezentacyjnej” izbie (tzw. Gute Stube) stoją najładniejsze, malowane i bardzo dekoracyjne meble, a co za tym idzie najkosztowniejsze – zwłaszcza na tamte czasy. Wśród nich jest duża skrzynia posagowa, malowana w kwiaty rozmieszczone na ośmiu polach wydzielonych ozdobnymi listewkami ze specjalną podstawą z szufladą, na drewnianych kółkach, aby łatwiej było można ją przesuwać.
Świadectwem wysokich aspiracji najbogatszych gospodarzy są „meble-imitacje” naśladujące lub wzorowane, w bardziej czy mniej udany sposób, na stylowym meblarstwie „dworsko- pałacowym”, a później mieszczańskim. U nas stoją aż cztery takie meble. Najbardziej okazałym z nich jest piękna, malowana, licząca ponad dwieście lat szafa.
Szafy – podobnie jak skrzynie, należą do najstarszych sprzętów, znanych od średniowiecza (choć były już w okresie romańskim, a najstarsze pochodzą z XII w.). Początkowo były to sprzęty kościelne, w XVI wieku trafiły do pomieszczeń świeckich, ale dopiero w baroku stały się reprezentacyjnym elementem wyposażenia wszelkich rezydencji i zamożnych domów. Były to wówczas meble bogato zdobione, nierzadko upiększane złoceniami, rzeźbami czy intarsjami. Na wsi, gdzie do przechowywania odzieży długo jeszcze służyły skrzynie, szafy zaczęły się pojawiać, oczywiście początkowo u bogatszych gospodarzy, znacznie później: na obecnych ziemiach polskich najwcześniej na Śląsku, a na Pomorzu, Warmii i Mazurach dopiero pod koniec XVIII i na początku XIX wieku. „Pod strzechy” szafy, rzecz jasna w uproszczonej formie, trafiły dopiero wraz z końcem XIX wieku.
Stojąca w naszym muzeum szafa (pochodząca z Kolonii Stryjewo, pow. Biskupiec) w konstrukcji i proporcji przypomina mebel barokowy (zwłaszcza szafę elbląską z II poł. XVIII w.). Jest bardzo starannie wykona, dwudrzwiowa z ozdobnie profilowanymi płycinami, ze ściętymi i lekko zaokrąglonymi narożnikami, zwieńczona gzymsem z namalowaną datą 1822. Szafa ma bogatą polichromię: ciemnozieloną i wiśniową, z barwnymi kompozycjami kwiatowymi, głównie liliami, dekorującymi płyciny drzwi oraz zaokrąglone narożniki i ściany boczne.

Widok ogólny izby. Widoczna malowana szafa z 1822 roku, za nią ślómbank, a w kącie rogál.
Ciekawym i rzadko spotykanym eksponatem jest „pseudokomoda” (pochodząca ze wsi Dąbrowka koło Orzysza) – duża skrzynia imitująca komodę z szufladami. Około 1690 roku najsłynniejszy francuski ebenista André-Charles Boulle zaprojektował do sypialni króla pierwszy mebel z szufladami. Ten nowy typ mebla zyskał w 1708 roku nazwę komoda i przyjął się powszechnie w Paryżu. Początkowo komody miały wybrzuszony kształt frontu i boków, a od ok. 1760 roku ściany miały już wyprostowane i taki mebel stał się nieodzownym wyposażeniem sypialni i salonów. Ze względu na „pański” charakter ten nowy typ mebla pojawił się na wsi dopiero w drugiej połowie XIX wieku, początkowo w formie pośredniej pomiędzy skrzynią a komodą jako jej tańsza i łatwiejsza do wykonania imitacja. I taka właśnie pseudokomoda stoi w naszym muzeum: na dole jest tylko jedna, długa szuflada, natomiast dwie wyższe są imitowane za pomocą poziomych profilowanych listewek, okuć i dziurek od klucza, maskując w ten sposób znajdującą się za frontem skrzynię z tradycyjnym wiekiem.
Pod koniec epoki Ludwika XVI (druga połowa XVIII wieku) na salonach pojawiła się komoda kątowa (fr. encoignure), bogato zdobiona niska szafka o trójkątnym przekroju, niekiedy dwuczęściowa, z górnym członem, lekko cofniętą, otwartą etażerką (fr. encoignure á deux corps). W kącie naszej muzealnej izby stoi wiejska wersja takiego stylowego mebla rokokowego. Jest to niewielki, pomalowany na niebiesko i wiśniowo, mebel kątowy na Mazurach zwany rogálem. Jego dół o trójkątnej podstawie, tworzy jednoczęściowa szafka z drzwiczkami, górna część to zwężający się do góry odkryty regał (etażerka) z dwoma półkami i ozdobnie profilowanymi bokami (tego typu wiejskie meble znane są z Mazur, Warmii, Powiśla i Dolnego Śląska).
Pod oknami, po obu stronach rogála, stoją dwa szlabanki, oba z ładnymi bocznymi oparciami w stylu „wiejskiego Biedermeieru”. Ich nazwa pochodzi od niemieckiego słowa Schlafbank czyli ława do spania (po mazursku ślómbank, szlómbank, ślubanek): są to długie, drewniane ławy ze skrzynią i wysuwaną z niej szufladą wspartą na dodatkowych nóżkach. Na noc szufladę wysuwano i wtedy ława nadawała się do spania, na dzień wsuwano i ponownie służyła do siedzenia. Był to „prototyp” tapczanów czy wersalek.
W pobliżu środka izby, zgodnie z tradycją nie centralnie, ale bliżej ściany szczytowej, stoi stół i cztery zydle, stołki z ozdobnie profilowanymi oparciami, z wyciętymi w nich otworami w kształcie serca. Na stole, w kredensach i na ścianach jest wiele „drobiazgów”. Trudno je wszystkie opisać lub choćby wymienić, ale o niektórych z nich jeszcze opowiem. W izbie stoi też bordowo-ciemnozielony kredens-regał (tzw. łyżnik), dar mieszkańca Końcewa – wioski leżącej po sąsiedzku z Warnowem, więc dobrze tu trafił!
Przez niskie drzwi (ze względów konstrukcyjnych najniższe w całej chałupie) przechodzi się do alkierzy, jak nazywano mniejsze pomieszczenia przylegające do dużej izby. W pierwszym, największym, z dwoma oknami, mieści się sypialnia gospodarzy z dwoma łóżkami. Nad jednym z nich wisi ozdobnie oprawiony wianek mirtowy i welon – pamiątka ślubu z 1938 roku. Pomiędzy łóżkami stoi stolik nocy z wyrytym i wypalonym ornamentem: jeźdźcem na koniu, aniołem, kwiatami i podpisem: „I. Strzelnicki 1905 roku” i kilkoma inicjałami. Obok łóżek rodziców stoi kolejny mebel-imitacja, udający „komodę” i kryjący rozsuwane dziecięce łóżeczko. Jest tu też „rosnące” dziecięce łóżeczko, którego długość można regulować i zwiększać odpowiednio do wzrostu dziecka, „tradycyjna” kołyska oraz zapiecek – na Mazurach zwany „leżanką”, połączony z czarną kuchnią. Kiedyś muzeum odwiedziła Margot Assmann, która przed 1945 rokiem bywała u krewnych mieszkających w Warnowie, w tej właśnie chałupie (!). Potwierdziła: „Ja, in dieser Ecke stand eine leżanka” – „Tak, w tym narożniku była leżanka”.
Najstarszym meblem w tym alkierzu jest duża, prawdopodobnie XVIII-wieczna skrzynia kasetonowa, ze zdobiącymi front i boki wklęsłymi i wypukłymi polami, profilowanymi listwami, z namalowanymi czarno-białymi ornamentami, tzw. różami wiatru. „Wiekowa” (może z XVIII w. lub starsza) jest wysoka, jednodrzwiowa szafka w typie mebla średniowiecznego, w której pokazujemy stare księgi – głównie religijne. Jest też prosta, jednodrzwiowa, szeroka szafa pełna ubrań i osobistych pamiątek, a na ścianach wiszą makatki oraz zegar szwarcwaldzki z malowaną tarczą.

Widok alkierza – sypialni gospodarzy: na pierwszym planie „rosnące (rozsuwane) dziecięce łóżeczko, dalej XVIII-wieczna (?) skrzynia, za nią „pseudo komoda” kryjąca rozsuwane łóżeczko dziecięce i łóżka gospodarzy.
Kolejnym pomieszczeniem (alkierzem) jest izba dziadków, mniejsza od poprzedniej, z jednym, niewielkim oknem. Często była to izba dziadków (Altenteil) lub jednego z nich, na wycugu (półkalka z niemieckiego Auszug) czyli dożywotnim zabezpieczeniu przez dzieci (spadkobierców), które przejęły już prowadzenie gospodarstwa. W naszym wypadku wycużnikiem (Auszügler) jest owdowiała babcia, bo w naszej narracji grózka – dziadka już „pochowaliśmy”. Taką opowieść „potwierdza” wiszące obok rodzinnego monidła, świadectwo śmierci na polu bitwy 3 września 1915 roku, czyli podczas I wojny światowej, ozdobne, podpisane przez cesarza Wilhelm II oraz ministra wojny. Po dziadku „pozostało” jeszcze kilka pamiątek, przybory do golenia, do wyrobu papierosów, kubek… W izdebce stoi rozsuwane łóżko z zapleckiem (podobnie jak w szlabanku można było wysunąć z niego szufladę i tym samym zwiększyć powierzchnię), obok niewielka malowana skrzynia, a nad nią niewielka, kolorowa, dwustuletnia szafka. Jest „kącik higieniczny”: na szafce z przerobionej skrzyni (to kolejny przykład imitacji mebla stylowego) stoi miska, dzbanek, przybory do mycia i golenia, oraz wysoka szafa pełna ubrań. Na jej drzwiach wisi odświętny, czarny kaftanik (käbot) – zapewne ślubny, bowiem dawniej na Mazurach brutki, czyli panny młode, szły do ślubu ubrane na czarno, a dopiero od około 1910 roku nosiły suknie białe.

Izba dziadków (Altenteil) czyli grózka i grózki.
Ostatnim i najmniejszym, pomieszczeniem w amfiladzie jest komora – spiżarnia. To niewielkie, zaciemnione pomieszczenie, jedynie z niewielkim, wyciętym w belkach otworem, przez które wpadało nieco światła było najbardziej bezpiecznym miejscem w całej chałupie. Aby się do niego dostać trzeba było przejść przez trzy pomieszczenia, dlatego przechowywano w nim to, co najcenniejsze: jedzenie i zapasy, a w stojącej skrzyni dokumenty, pieniądze i kosztowności. Podobnie jak współcześnie w spiżarni stoi lodówka, a w tym wypadku jest to… drewniana szafka na nóżkach z metalowym pojemnikiem na lód (Eisschrank). W 1755 roku szkocki profesor William Cullen przeprowadził eksperymenty sztucznego schładzania, a na początku XIX wieku konstruowano już pierwsze lodówki. Na terenach obecnej Polski, w tym na Mazurach, w drugiej połowie XIX wieku pojawiły się lodówki, w których do chłodzenia wykorzystywano bloki lodu. Początkowo były to drewniane (później metalowe) szafki jedno- lub dwudrzwiowe, z dobrze izolowanymi ściankami (drewno plus glina) i dwoma komorami wyłożonymi blachą. W większej z komór przechowywano produkty spożywcze chłodzone lodem trzymanym w mniejszej, szczelnej komorze. Lód do nich wycinano piłami zimą z jezior (lub rzek) i gromadzono na miesiące letnie w specjalnie wybudowanych w tym celu piwnicach, tzw. lodowniach (Eiskeller) lub ziemiankach izolowanych słomą i ziemią (tak kopcowaną lodownię widziałem jeszcze w latach 60. XX wieku w Zielonej Górze, a mazurscy rybacy nad jeziorem Śniardwy do tej pory stosują taką metodę). W dolnej części lodówki był mosiężny kranik, którym można było spuszczać wodę z roztopionego bloku lodu, po czym wkładano kolejny. Wynalezienie około 1900 roku maszyn chłodniczych, za pomocą których można było sztucznie wytwarzać lód, przyczyniło się do zwiększenia dostępności lodówek, które początkowo trafiały głównie do zamożnych gospodarstw domowych, do chat wiejskich znacznie, znacznie później…

Komora, na pierwszym planie szafka-lodówka, na niej stoi ręczna maszynka do krojenia chleba, nad nimi przewiewana szafka na jajka, a w regałach rozmaite naczynia i sprzęty kuchenne.
W spiżarni zgromadziliśmy również rozmaite manualne wersje współczesnych kuchennych sprzętów elektrycznych. Jest ręczna krajalnica do chleba Rotunda (lata 30. XX w.), młynki, trzepaczki i „blendery”, obieraczka do jabłek, etc. Są też rozmaite pojemniki na artykuły spożywcze sypkie i płynne – fajansowe, kamionkowe, drewniane (beczki) oraz szklane pojemniki kuchenne z lat 30. XX wieku, wśród nich popularnych nadal firm spożywczych: Weck (istniała od 1900 roku), duża, gastronomiczna butla po przyprawie Maggi (istniała od 1887 roku), mniejsze butelki Opekta (działała od 1928 do 1995 roku, później przejęta przez Dr Oetker-Gruppe) a nawet słój Stanisław Fenrych Pudliszki (firma istniała od 1920 roku, po 1945 upaństwowiona, od 1997 należy do amerykańskiego koncernu Kraft Heinz).
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
A jeszcze takie rzeczy oprócz tego mówimy, że to, co powstało, jest czymś powstałym i to, co powstaje, jest czymś powstającym, i to, co ma powstać, jest czymś przyszłym i to, co nie istnieje, jest czymś nieistniejącym. Żaden z tych zwrotów nie jest ścisły. Ale może być, że w tej chwili nie pora się o to spierać.
Platon, Timajos
Wszystko, co widać, a czego nie słychać: czarne litery na białym tle – to cień, pocień, jaki rzucają knypki oświetlone świeczką. Karły myśli, protezy prozy, zjawiska na papierze. Ukrócone zostały wszelkie aspiracje, oddech zamknięto w worku ze skóry, z czasem okryją ją porosty lub patyna. A jednak ciało, mimo braku warunków rozwojowych, wykiełkuje zielono, otuli uwięzione dwutlenki chlorofilową gąbeczką, mchem, który weźmie się w te pędy do fotosyntezy.
Na początku cisza
Księżycowy lunapark, nad popiół jesionów fruną balony, dziesiątki balonów wypełnionych gazem: załogowe, bezzałogowe, wolne i bezwolne, captify na uwięzi. Nigdy nie widziałem tylu naraz. Duch Boży [„tchnienie”, „wiatr”] unosi się nad wodami. Początek świata. Pod zwietrzałym murem kobiety lekkich obyczajów, duchny, jak je nazywa staropolszczyzna. Czekają na odlot latawice i latawce. Światłolubne reklamówki niesione wiatrem, pegazy skroś mgły, gałęzie pstrokate od krepowych papug. Dzieci z balonikami wśród sprzedawców przywiązanych sznurkami do zwiewnego towaru – aż dziw, że się jeszcze trzymają. Podszedłem. Kupuję pęk, zaznaczając, że chcę napompowane nie helem, tylko zwyczajnie, ustami lub pompką. Rozwiązuję supełki, wypuszczam powietrze i zaraz sam je nadmuchuję. „No, teraz mam dwa życia”, wzdycham po skończonej robocie. Ech, gdybym wiedział, że dwa życia to jedna śmierć więcej, może nie sięgnąłbym po portfel. Albo kupił pajaca.
Zbliżenia
Ów obraz, a przynajmniej jego część, mógł mieć związek z tym, co niedawno pokazywały bydgoskie „Zbliżenia”. Podczas imprezy urodzinowej w klubiku przy Magnuszewskiej zmarł nagle chłopiec, Tadek. Region obiegły zdjęcia leżącego na podłodze malca, nad którym pochylają się przerażeni rodzice. Wokół wszystko stoi bez życia: koledzy i koleżanki, czcze piniaty i psy na biegunach. Nikt nie wie, jak się zachować, konsternacja przyłapana in flagranti. Ludzie w konfetti i serpentynach, z czapeczkami na głowach. Pod sufitem obwieszonym girlandami kolorowych żaróweczek lewitują helowe dmuchańce o różnych kształtach: jednorożce, łabędzie, flamingi… Cała ta pluszowo-lateksowa armia sprawia wrażenie, jakby chciała stąd uciec, wyrwać się dachem z dusznego pomieszczenia, wydrążyć sobie drogę ewakuacji. Ale nie może. Grób trzeba kopać przy zamkniętym lufciku, pomnik lepić z gumy.

Fot. Kacper Mazurowski
Titonos
Zawijasami spaceruję po alejkach. Zza kolejnego zakrętu wyłania się przede mną szpaler tui etymologicznie zakorzenionych w dymie, mgle, duszy i tchu. Wiecznie zielone dotleniają lastryko przez całą dobę, zimą i latem, w świątek i piątek. Uderza mnie ich zapach, o rześkim nerwie, lekko wiercący w nosie. W dużych dawkach podobno jest szkodliwy, więc biorę tylko jeden głęboki wdech, po czym… siarczyście kicham, oddaję salwę honorową tym cmentarnym ważniakom. Z gleby zasilanej sokami ciał wyrastają również cyprysy. Na pierwszym nagrobku czytam napis: „Tu leży nasz nieodżałowany ratler, Cypryś z Zarękawia”. Dlaczego „ratler”, a nie „ratlerek”? Nie zdążę się nad tym dobrze zastanowić, bo tuż obok znajduję coś jeszcze ciekawszego: dmuchaną karimatkę. Albo to pamiątka po pupilu, jego umiłowane leże przytaszczone na miejsce wiecznego spoczynku, albo siedzisko pogrążonej w rozpaczy właścicielki, szurniętej Tłui, która dzień w dzień, wznosząc oczy ku niebu, gromi stąd Boga. Wtem na karimatkę wskakują trzy owady: pasikonik, trajkotka i świerszcz. Widocznie wzięły ją za trampolinę. Skaczą, terkoczą, pocierając skrzydełkami o nóżki i cykają pieśń: modlitwę o śmiertelność. Bo świerszcze, jak wiadomo, chcą umrzeć, ale nie są w stanie.
Na wydechu
„Tamtego popołudnia, zanim się utopił, Nenad / zostawił na plaży gumowy materac. / Sam go nadmuchał, godzinę przed tragedią, głębokimi / wdechami i wydechami, z uśmiechem. // Niecały rok później Dušica znalazła materac / w garażu, leżał zapomniany, samotny jak obłok. // Zamurowało ją, kiedy zrozumiała, co ma przed oczami. / Wzięła go pod pachę i zaniosła do pokoju na górę. // Rozebrała się do naga, w skupieniu umyła każdy cal / swojego ciała i mokra położyła się na materacu. // Zamknęła oczy, najpierw tylko oddychała. Później / wzięła dzióbek do ust, ostrożnie, / ostrożnie zdjęła gumową zaślepkę / i zassała. Czuła, jak cała wypełnia się wydechami / Nenada, powietrzem z jego płuc. // Wdychała zeszłoroczne wydechy / złapane w materac, a materac flaczał / pod naporem jej gorącego ciała. // Ostatnie tchnienie dmuchnęło jej w tchawicę. // Dušica, mokra Dušica, drżała na płaskim flaku – / odtąd nie ma już nic, co można by nazwać / powietrzem Nenada”. Jakiś czas temu przetłumaczyłem ten wiersz (Dech, tchawica, Dušica) Darka Cvijeticia – rzecz o życiu po życiu, wieczności, która trwa, póki trzymają zaślepki i zgrzeiny, rzecz o nieskończoności mierzonej w litrach.
Cud płuc
Nenad przeżył sam siebie, uwięziony w gumie, ale też zmarł dwa razy – jak Jezus, Adonis, Eurydyka, Syzyf, bracia Lwie Serce i Bolesław Kołyszko – o tym też musimy pamiętać, gdy, wypacając szare komórki, głowimy się nad zmartwychwstaniem. Najpierw przeszedł na tamten świat, gdy się utopił, a potem z pomocą Dušicy, która, napierając rozpulchnionym ciałem, wycisnęła na wolność jego pneumę. „Literatura zawsze spełnia rolę płuc. A płuc, Sveli, nie można zastąpić skrzydłami czy ogonem”, tłumaczy Duży, łacinnik z Memuarów młodego mężczyzny Zigmundsa Skujiņša, w odpowiedzi na pytanie wnuka o rolę poezji. Ogon i skrzydła mają smoki i latawice, byty nie z tej ziemi. (Nawiasem mówiąc, w wielu językach oba określane są jednym słowem: puķis, sárkány, šarkan, en drake, zmaj). Poezja jest odruchowa, bliższa ciału, biologii, rytmowi oddechu, który przez wciąganie tlenu i wydalanie dwutlenku węgla dosłownie i niedosłownie dzieli czas: na składniki żywe i martwe. Z nich jest złożony człowiek, cios za cios, coś za coś, wziąć – dać. Samożywne pasmo i lata luk CO2.
Duszek
W serbsko-chorwackim materac to dušek, z tureckiego döşek, co nie ma nic wspólnego z duszą, ale brzmi tak, jakby miało. Pamiętam, jak latem 2014 roku Jarosław Mikołajewski czytał poezję na festiwalu w Nowym Sadzie. Kiedy od aktora, który zabierał się do recytowania jego wierszy po serbsku, usłyszał, że Materac to Dušek, wybałuszył oczy jak ktoś, kogo przejrzano na wskroś i na wylot. Pomyślał pewnie, że sobie z niego zakpiono. Bo tytuł w przekładzie zdradzał cały koncept, na którym opierał się ten liryk: „Ojciec nadmuchiwał nam go co lato. / Ma lat trzydzieści, może nawet więcej. / Ze szczelin wciąż jeszcze sypie się piasek. / W zgrubieniach wciąż oddycha powietrze jego płuc. / Dopóki go nie wyrzucę, dopóki nie przegryzą go szczury, / mój ojciec może pojechać nad morze. / Konserwa kaszlu. / Relikwiarz na leszczynowe kołki. / Pamiątka organiczna. / Balsam tchu beztroskiego. / Wieczny odpoczynek. / Miech zmartwychwstania”. Miech-człek się zakrztusił. Gdyby uderzyć go w plecy, korek wypadłby mu z niemieckiej dziurki, a on by ożył – ożył, żeby później wyzionąć ducha po raz wtóry. Do wora na wiersze złapałby go poeta.
Na dziko
W sierpniu ruszam do Szwecji, jadę jak najdalej, daleko za koło podbiegunowe. Chcę naostrzyć sobie pamięć i zmysły, spojrzeć w oczy reniferowi, zobaczyć w nich pierwsze niebieskie żyłki zwiastujące zimę, przeżyć ostatnią jasną noc i poszukać śniegu, który wszystko kryje. (To takie memento Północy, barok na miarę Lutra). Kusi też Allemansrätten, prawo wszystkich ludzi, które pozwala spać na dziko wszędzie, gdzie sen zmorzy, a więc: gdzie popadnie. Jadę. Długo jadę. Co wieczór rozbijam namiot i pompuję karimatę. Dmucham ustami i dmucham, całą duszę wkładam w to dmuchanie, omal tej duszy nie wypluję. Kładę się na miękkim, lecz rano czuję pod plecami twardą glebę. Ubrany jestem na cebulkę, w śpiworze powinno być mi jak w nozdrzu łosia, a jednak od ziemi, choroba, od ziemi idzie zima. Ta, co paraliżuje korzonki, ta, co łupie w krzyżu, daje wilka i pociąga nosem. Okazuje się, że z karimaty uchodzi powietrze, korek wykorkował albo jest nieszczelny, bezczelny. Codziennie przesypiam moment, kiedy wyziewa ducha – mojego ducha, tego, co w nią tchnąłem przed spaniem. Cóż, każdemu podług… Jeden ma pomnik trwalszy niż ze spiżu, drugi ma pomnik z dziurawej gumy, nieskończoność krótszą niż noc. Moje życie wieczne, kruchsze od drzemki, liczy się w namiotogodzinach.
Chyba nic
Życie po życiu nie wytrzymało próby, ba, nie zdążyło zaistnieć, zgasło w zarodku doczesności. I co teraz? Co począć? Chyba nic. Ulotnić się z krzesła, na którym się siedzi, pisząc słowa przewiewne, wzięte z powietrza. Obok, po śladach deszczu – dzięki czemu nie musi zacierać tropów, same się zacierają – prze ku stratosferze podobny do mnie chłopiec, Tadek. Gdybym był w radiu, zrobiłbym teraz dramatyczną pauzę i puścił piosenkę: Lend põhjataeva all (Lot pod północnym niebem) Mari Kalkun, a potem znów bym sobie gadał, skrobał trzy po trzy.
Ale nie jestem w radiu. Jestem w materacu.
I burczę stąd głosem brzuchomówcy.
MIŁOSZ WALIGÓRSKI
Na trudności z zapamiętywaniem dat mam prosty sposób – skojarzyć je z ważnymi faktami historycznymi. O ile się da. Przed naszymi pierwszymi, wspólnie, obchodzonymi urodzinami, Albrecht, wpadł na genialny pomysł – dzień jego urodzin najlepiej kojarzyć z zakończeniem II wojny światowej. W nasze życie wkroczyła, wtedy, Historia. Dla Albrechta końcem wojny był 8 maja. Dla mnie, obchodzony dzień później – Dzień Zwycięstwa nad hitleryzmem. Przez nasze pierwsze lata, mój problem z zapamiętywaniem dat, dodatkowo, się zapętlił.
Portret Albrechta, na tle prania, zrobiłam podczas naszych wakacji z Olą i jej przyjaciółką – Julią, w sierpniu, na wybrzeżu Chorwacji.

„Albrecht i pranie”, Krk 2006, z cyklu: „Portrety” © Elżbieta Lempp
4 styczeń 2025
ELŻBIETA LEMPP
Podczas pobytu w Londynie postanowiłem kupić sobie egzemplarz Metamorfoz. Owo zwrotne „sobie” jest tu słowem ważnym.
Pracując jako wykładowca w Instytucie Filologii Klasycznej UJ, mam oczywiście wszelakich Owidiuszów pod dostatkiem. (Teksty są też dostępne online. Perseus Digital Library to jeden z najstarszych i najbardziej zasłużonych tego typu projektów). W moim służbowym pokoju – na biurku, więc zawsze pod ręką – leżą zresztą oba tomy klasycznej, „czerwonej” bilingwy Metamorfoz: tekst łaciński po lewej, tłumaczenie prozą Franka Justusa Millera po prawej stronie. Poczułem jednak, że nadszedł czas na zakup własnego egzemplarza.

Ostatniej edycji Metamorfoz dokonał zmarły w 2001 roku G. P. Goold, który w latach 1974-1999 był głównym redaktorem prestiżowej serii Loeb Classical Library, ukazującej się od 1912, a od 1934 pod szyldem Harvard University Press. Goold o swoim zadaniu pisze w przedmowie: „Starałem się wszędzie przedstawić najlepszy tekst łaciński i dostosować do niego tłumaczenie angielskie, ale poza tym jak najmniej ingerowałem w oryginalne wydanie”.
Te tzw. Loeby są to książki idealne: najstaranniej przygotowane starożytne teksty łacińskie i greckie, i najlepsze tłumaczenia rewidowane przy okazji każdej nowej edycji, przyjemny dla ręki i oka papier, wyraźna czcionka, prosta i elegancka oprawa graficzna, genialny indeks, a do tego – solidność wykonania i najporęczniejszy pod słońcem format.
Z Loebami w kieszeniach Owidiusza tropił Jerzy Stempowski.
W każdej chyba poważnej londyńskiej księgarni znaleźć można tę charakterystyczną zielono-czerwoną, zwykle całkiem pokaźną ściankę; przeważnie są to dwa sąsiadujące ze sobą regały: cały zielony z klasyką grecką i cały czerwony z klasyką łacińską, czasem –decyzją skorego do fantazji księgarza – tomy te są przemieszane, tworząc fakturę nie mniej rozpoznawalną.
Zakup własnego Loeba to coś więcej niż zakup książki. To jak zakup wiecznego pióra, rogowych okularów, włoskich ręcznie robionych półbutów czy płaszcza Burberry – owszem, kosztuje, ale i daje poczucie uczestniczenia w czymś ważnym, nieprzeciętnym: rzecz, którą nabywamy, stworzono z myślą, by trwała. Oraz by była możliwie najlepsza. Gest taki – w tym przypadku: kupno Owidiusza wydanego u Loeba – wiąże kupującego z kupowanym. Stanowi zarodek przyjaźni czytelnika z autorem, a także z tłumaczem i redaktorem. Z książką.

Metamorfozy kupiłem nie od razu. Najpierw przeszedłem się po księgarniach, by upewnić się, że nie będzie z tym problemu. I wszędzie, gdzie zachodziłem, istotnie znajdowałem z łatwością interesujące mnie tomy, tj. tom III i IV dzieł zebranych poety. Nie było powodu, by rzucać się do zakupu – mogę (pomyślałem) odłożyć to spokojnie na ostatnie dni pobytu w Londynie.
Jak się okazało, bardzo się pomyliłem. Dwa tygodnie później zapanowało pospolite ruszenie po Owidiusza: księgarnia za księgarnią tomy Metamorfoz… zaczęły znikać. (Może uczniowie? Może studenci? Edukacja brytyjska to jednak wciąż w dużym stopniu edukacja klasyczna). Te egzemplarze, które pozostały na półkach, były bądź uszkodzone, bądź stare (w znaczeniu: dawne wydania); niektóre z odwiedzonych przeze mnie księgarni miały, owszem, ale tylko jeden tom; także w magazynach zaczęło brakować i nie można było zamówić. Z jednej strony to wspaniałe, że ludzie rozkupują klasykę antyczną. Z drugiej – co ze mną?
Ostatnią deską ratunku była księgarnia Foyles na Charing Cross Road, niegdyś – chyba jeszcze w czasach, gdy znajdowała się w innej lokalizacji – wpisana na listę rekordów Guinnessa jako największa na świecie. (Nie wiem, czy została tego tytułu pozbawiona i czy obecnie jakieś inne miejsce dzierży palmę pierwszeństwa). Foyles to tzw. „katedra książek”: mają setki tysięcy tytułów z każdej chyba dziedziny i w najróżniejszych językach. W październiku 1930 roku Christina Foyles, córka założyciela, zainicjowała (odbywające się zresztą do dziś) słynne literackie lunche, które gościły m.in. generałów de Gaulle’a i Sikorskiego czy Beatlesów. Spotkania te upamiętniają zdjęcia, zdobiące ściany piątego piętra księgarni.
Swoje Metamorfozy znalazłem właśnie w Foyles. Zamówiłem je w przeddzień wylotu, a odebrałem rano następnego dnia: dwie czerwone, poręczne cegiełki, o których marzyłem – były wreszcie moje!
Kilka godzin później, gdy byłem już na lotnisku i myślałem tylko o tym, by wejść na pokład samolotu i zdrzemnąć się chwilę, podczas kontroli granicznej moją walizkę skierowano do przeszukania. Żadnych płynów, żadnej elektroniki. Co więc? Okazało się, że Metamorfozy – w obiektywie nowoczesnej aparatury lotniskowej – „wyglądają jak bloki materiału wybuchowego”…
Kiedy wyjaśniło się, o co chodzi, wpadłem w zachwyt. „Czy to znaczy, że ta książka jest niebezpieczna?”, zapytałem, ale nie dostałem odpowiedzi. Jak wiadomo, straż graniczna nie lubi takich żartów.
JACEK HAJDUK
Są miejsca, które zapamiętuje się na długo – wydaje się, że na całe życie – chociaż było się w nich tylko przez chwilę. Nierzadko z natłoku wrażeń wyłaniają się krajobrazy, które wydają się wieczne właśnie dzięki ulotnemu doświadczeniu i niewyraźnemu wspomnieniu. To właśnie one projektują nasze nierozpoznane tęsknoty i niepewne wyobrażenia na wyidealizowaną przestrzeń zredukowaną tylko do najwyrazistszych linii, kształtów i barw. Ignotum per ignotam: podwójne zaprzeczenie staje się wzmocnioną afirmacją ulotnego trwania, w którym na chwilę – i na zawsze – zamknięte zostają wszystkie nasze złudzenia i rozterki. W ten sposób zostaje jednak również odcięta droga powrotna. Powtórna wizyta zmusiłaby nas do dostrzeżenia zmiany w tej wiecznotrwałej substancji. A może, niestety, w nas samych? Właśnie takim miejscem jest dla mnie Castel Cavallino.
„O, piękne, ukwiecone wzgórze Cavallino” – tak wielki włoski poeta wspomina scenerię swego dzieciństwa. Giovanni Pascoli próbuje powrócić do tej jasnej przeszłości, na chwilę zatrzymać ulotną wizję: „Wpatrując się w umykające niebo, ciebie widzę niepewny obrazie” [1]. Poeta przywołuje zapewne widok ze wzgórza, na którym stoi kościół Świętego Kasjana, o czym świadczyć może niezwykła fraza: „Jest wśród ciemnego lasu dzwon, co śpiewa biały hymn poranny”. Tablica z wyrytym na niej sonetem od dawna wisi na ścianie kościoła, ja jednak po raz pierwszy zauważyłem ten wiersz wypisany na ścianie warsztatu samochodowego znajdującego się wewnątrz ufortyfikowanej wioski na przeciwległym wzgórzu. Na murze kościelnym znajduje się również tablica upamiętniającego najsłynniejszego, choć i tak nieco zapomnianego, proboszcza: Fra Carnevale.
Do Castel Cavallino dotarłem wczesną wiosną. Siąpił deszcz, nie było kwiatów. Kwitły za to drzewa owocowe, a gęste skiby falując pokrywały zbocza wzgórz, to wspinając się, to łagodnie opadając. Kościół, którego wnętrze mnie przyciągnęło, był oczywiście zamknięty, zatem mogłem zapomnieć o fragmentach fresków odkrytych w prezbiterium. Przez chwilę kontemplowałem zdjęcia głowic kolumn i piękny kształt apsydy na wyblakłej tablicy informacyjnej. Wokół nikogo, wrażenie pustki jeszcze głębsze niż w kampusie uniwersyteckim. Poprzez szpaler drzew, ponad świeżo zaoranymi polami, zobaczyłem sąsiednie wzgórze, gęsto zabudowane domami wyrastającymi z jednolitego muru górującego nad okolicą.

Niegdysiejszy zamek – zaprojektowany z wielką dokładnością – z biegiem lat został najprawdopodobniej opuszczony, a potem powtórnie zasiedlony i rozparcelowany na mieszkania. Idea architektoniczna nieco się zatarła – bramy pojawiają się w dość nieoczekiwanych miejscach, gdzieniegdzie umocnienia murów i pozostałości po blankowaniu lub przykrócona baszta, anteny przemieszane ze zdobieniami sprawiają wrażenie niejasnego wspomnienia o czymś większym – jednak wciąż wyraźne pozostaje wrażenie całości, choć każda rodzina podtrzymuje swoją autonomię, kolorem ściany albo durnostojkami w oknach.
Pięć minut w zupełności wystarcza, aby obejść zamek Cavallino, zdegradowany wprawdzie do roli przysiółka, wciąż jednak dumnie obnoszący swe doświadczone upływem czasu oblicze. Na każdym kroku można doznać wrażenia, że przechodzi się na wylot nie sięgając rdzenia budowli, rozmijając się z jej istotą – nie ma mowy o jakimkolwiek placyku, kolumnie czy studni, gdzie mogłaby się znaleźć dusza tego miejsca. Nic w tym dziwnego, cały czas przechodzimy bowiem z jednego krańca murów na drugi. Granice warowni są wciąż czytelne, zgodnie z pierwotnymi założeniami. To wystarcza, aby twierdza – choć stała się wioską – nie zatraciła w pełni tożsamości. W obrębie murów krąży się nawet nie uliczkami, tylko przesmykami. Cały czas zastanawiałem się, czy przypadkiem wychodząc za róg, nie wejdę komuś do domu. Zresztą nikogo nie spotkałem, choć gdzieniegdzie zza uchylonych drzwi przesłoniętych zasłoną z plastikowych pasków, dolatywał dźwięk radia lub telewizora. Ale w tym wszystkim nie było braku lub pustki. Wręcz przeciwnie: gdybym miał powiedzieć, jak wygląda archetyp ludzkiej osady, na czym polega idea tworzenia siedliska przenikniętego duchem wspólnoty, a jednak pozostającego niewzruszoną, niezależną od człowieka przestrzenią – wskazałbym pewnie Castel Cavallino. Wszystko to przywodzi na myśl Urbino, choć Castel Cavallino jest jego skromniejszą wersją, mniejszą, bardziej ludzką, miejscami bardziej zaimprowizowaną. Być może stąd bierze się to wrażenie osobności, rozmowy z odosobnionym, zamierzchłym czasem i przestrzenią.
Wszystko to złożyło się na przebłysk: niejasną wizję Uccella odwiedzającego Castel Cavallino. Sam na różne sposoby próbuję ją odtworzyć, rozwinąć w spójną narrację, za każdym razem jednak przegrywam, zdając sobie sprawę, że tworzę coś na przekór faktom i historii. Impuls, który mnie tu doprowadził, spowodował, że nie byłem w stanie pójść dalej, Castel Cavallino zamknęło mnie w sobie.
Idąc od strony Urbino, Uccello musiał dotrzeć najpierw do świątyni. Z pewnością doceniłby freski i masywny, romański kształt kościoła zwieńczonego dzwonnicą, która jeszcze niedawno służyła jako wieża obronna. Po chwili dostrzegł w oddali warowną wioskę, a zdecydowany rytm fortyfikacji pociągnął go ku sobie. Być może zaskoczyła go doskonała osobność tego niewielkiego świata, który wspaniale naśladował Miasto w mniejszej skali i dużo skromniejszym, pozbawionym decorum idei, stylu. I chociaż doświadczone oko Mistrza dostrzegało tu pracę i koncept badacza wtajemniczonego w najnowsze arkana rzemiosła, całość mogła sprawiać wrażenie naturalnego elementu wkomponowanego pomiędzy wzgórza: nawet twarz-maska wieńcząca ostrołuk bramy spinającej ścianę kaplicy i mur obronny wydawać się może tylko nieco zatartą naroślą, która nie pełni już funkcji zdobienia czy symbolu, lecz w swojej oczywistości upodobniła się do otaczającego ją kamienia. Wszystko tu jest bowiem pozostałością, która na dobre zatrzymała się w czasie i nie sposób jej już naruszyć. Podobnie nie sposób zakłócić pochodu markijskich wzgórz postępujących rzędami, dokładnie jak opisał to Pascoli – dopiero tutaj w pełni ukazują one swoją siłę i ciężar.
Nakładam na ten wyimaginowany obraz kształt dzisiejszego Castel Cavallino – które w czasach wizyty Uccella pełniło pewnie jeszcze swoją pierwotną funkcję. Tak naprawdę niewiele wiem na temat historii tego miejsca i ze wstydem muszę przyznać, że nie szukam tej wiedzy. Wydaje mi się jednak, że jeżeli Uccello tu był – musiał to wszystko widzieć, obejmując wyobraźnią czas przeszły, teraźniejszy i przyszły. Pozwala mi to lepiej zrozumieć – lub irracjonalnie „wczuć się w” – wielkie dzieło powstałe w Mieście Idealnym, ale jednak wykraczające poza jego granice. Predella przypomina Castel Cavallino w swoim dążeniu do prostoty: tak jakby malarstwo renesansowe nie rezygnując ze swych odkryć próbowało wrócić do średniowiecznych korzeni; zarówno w prawdziwym jak i w fikcyjnym miejscu kurczą się czas i przestrzeń.
Jak mogło wyglądać spotkanie dwóch osobowości – tak od siebie odmiennych i zarazem tak do siebie podobnych – nieuniknione w miejscu będącym jeszcze w zasięgu oddziaływania Planety Urbino, ale powoli uciekającym w próżnię? Przyznaję, że trudno mi ich wyobrazić sobie inaczej, niż przez pryzmat istniejących portretów, które na swój sposób podtrzymują otaczające malarzy legendy. Paolo Uccello, przybysz z wielkiego świata Florencji, okryty sławą mistrz, który czuje już gorycz porażki, trochę skryty i zdystansowany w zachowaniu, choć zawsze słucha bardzo uważnie; długa broda przydaje jego wyprostowanej sylwetce ponurą aurę melancholii i czyni go nieprzystępnym, ale jasne, bystre oczy patrzą łagodnie. Z kolei Fra Carnevale, mocno zbudowany mężczyzna o przystojnym i harmonijnym obliczu, roztacza wokół jasną aurę dostojeństwa i spokoju – jego wizerunek mógłby być ilustracją wzorca znającego swą wartość i stosującego się do zasad dzielności etycznej Arystotelesowego człowieka słusznie dumnego; porusza się powoli, gestykuluje z umiarem, waży każde słowo słuchając rozmówcy; tej powadze towarzyszy jednak duża pogoda ducha – pamiętajmy, że jest to wychowanek Filippa Lippiego, który według Vasariego „kształcił swych uczniów z miłością”. Brat Karnawał, zgodnie ze swym przydomkiem, znany miał być z wesołego usposobienia, co mogło przejawiać się w nieco figlarnym mrużeniu oczu. Spotykają się więc pustelnik i dworzanin. Obydwaj niewątpliwie interesują się ludźmi: dla Uccella stanowią obiekt studiów, podczas gdy dla proboszcza Corradiniego są trzódką wymagającą opieki.

Malarze spotkali się być może wcześniej, w Mieście, aczkolwiek nie wiemy, jak te relacje mogły wyglądać. Czy Fra Carnevale aktywnie włączył się w sprowadzenie Uccella, czy tylko podał bractwu nazwisko i polecił pośredników? Jak na to zareagowałby Uccello? Z pewnością musiał przecież słyszeć w Mieście o Fra Carnevale, książęcym doradcy i twórcy wspaniałego, podziwianego przez wszystkich ołtarza w Santa Maria della Bella. Podejrzewam, że di Dono uważnie kontemplował dzieło miejscowego mistrza. Ale czy miejscowy mistrz odwzajemnił się i odczuwał potrzebę spotkania z malarzem, o którym wiele wprawdzie słyszał, lecz było to dawno temu, a obecnie florenccy przyjaciele mogli przestrzegać go przed wyniosłym dziwakiem, którego sława przemija. Jednak nawet jeśli wcześniej się nie spotkali, nie sądzę by Uccello, nieco wycofany i nieprzykładający wagi do konwenansów, odczuł to jako despekt. Z pewnością bardziej zaintrygowałoby go samo dzieło Corradiniego: świetliste, lekkie i swobodne zastosowanie perspektywy, która – jak widać – na dobre zadomowiła się na prowincji, nie wzbudzając już sensacji. Być może uderzyła go zdecydowana granica postawiona między obrazem a mikrokosmosem Miasta i otaczających je wzgórz, konwencjonalne potraktowanie nie tyle tematu, co samej, opatrznościowej perspektywy. Ale teraz miał przed sobą wyraźnie zarysowaną postać twórcy na tle uciekającego coraz dalej krajobrazu Marche.
Ważniejszy od tematu ich rozmowy wydaje mi się sam jej możliwy przebieg i rytm – forma odpowiadająca zastosowanej na ich obrazach perspektywie. Czy Uccello próbował się wycofać, rozpoznając przed sobą zupełnie nieoczekiwaną w tym miejscu ważną figurę znaną mu zapewne – tak czy owak – z wcześniejszych kontaktów w mieście? Podejrzewam, że di Dono wolałby powrócić do swych rozważań i ruszyć w dalszą drogę, choć przecież przez tę dłużącą się chwilę uważnie kontemplował postać malarza. Z pewnością mógł sprawiać wrażenie zdystansowanego, może nawet nieobecnego. Tymczasem Fra Carnevale wszedł zapewne od razu w rolę gospodarza, elegancko, choć w niewymuszony sposób witając zacnego gościa i oddając mu hołd, następnie dopytując o pobyt.
Nie zapominajmy, że pomiędzy mężczyznami było dwadzieścia lat różnicy. Stary Uccello widział przed sobą niewątpliwie mężczyznę w sile wieku i człowieka sukcesu, który jednak potrafił zachować w stosunku do świata i siebie samego dystans, nie obnosząc się ze swą zamożnością i znaczeniem, zarazem spełnionego i pokornego, w pełni pogodzonego z rzeczywistością. Nie sądzę, by w Uccellu – mimo jego skłonności do megalomanii, w końcu sam siebie sportretował w otoczeniu „światłych mężów” – zakiełkowała zazdrość, choć mógł być rozgoryczony wspominając skromną izbę w gospodzie i zaniedbany florencki dom. Ostatecznie to po powrocie z Urbino napisał w zeznaniu podatkowym, że jest stary, schorowany i nie może pracować. Fra Carnevale musiał wyczuwać ten ciężar, może nawet znał z opowieści problemy malarza, Uccello objawił mu się jednak jako ktoś zupełnie nieprzenikniony, kogo nie można w żaden sposób pochwycić, przyciągnąć ku sobie, zbliżyć do swojego świata – bo jest to człowiek, który wojuje ze światem w każdym z jego wariantów i w desperackim stuporze prze wciąż przed siebie próbując uwolnić się z kolejnych zakreślanych przez jego kręgi domen. Z kolei Uccella musiało zaskoczyć, że ma do czynienia – jak nawet po pobieżnie wymienianych, sprowadzanych do konwencjonalnej pochwały, uwagach na temat swoich dzieł mógł poznać – z człowiekiem świetnie zorientowanym w teorii perspektywy, który nie traktował jej jednak jako wyzwania, klucza do zrozumienia świata, lecz jako narzędzie, które z biegiem czasu staje się słabostką.
Być może właśnie wtedy pojawił się błysk nadziei na nić porozumienia, który równie szybko jak się pojawił, znikł w cieniu rezygnacji z jednej strony lub kurtuazji z drugiej; ta iskra musiała się choć na chwilę pojawić u obydwu mistrzów. Nawet jeśli Uccello chciał kontynuować i pogłębić rozmowę o perspektywie, szybko ogarnęło go przeczucie, że rozmówca zaczyna się powoli, zaniepokojony, wycofywać. Zagadnął więc go o widok rozciągający się ze wzgórza, co z kolei Fra Carnevale mógł odczytać jako konwencjonalny unik, nie dostrzegając w tym nieco usztywnionym człowieku prawdziwych emocji. Ci dwaj mężczyźni stojąc naprzeciwko siebie musieli przeczuwać jak bardzo są do siebie podobni, jednak zrozumieli, że to nie czas i miejsce (i stojąc na wzgórzu Castel Cavallino dobrze wyczuwałem ciężar tego frazesu), aby szukać porozumienia. Musiało skończyć się na tym, że Corradini – być może puszczając jeszcze mimo uszu pytanie o bractwo Corpus Domini – zaczął się powoli wycofywać, przepraszająco tłumacząc, że jest właśnie oczekiwany na książęcym dworze. Wyczuwał zapewne, że jego rozmówca niecierpliwi się, przyciągany widokiem górującego nad okolicą ufortyfikowanego wzgórza. Być może obawiał się też, że Uccello upatrywać może w tym spotkaniu szansy na „karierę” w Urbino i być źródłem niepotrzebnych kłopotów. Wątpię, by malarze mieli jeszcze kiedyś się spotkać.
Chociaż obraz tego spotkania jest pozbawiony ostrości, dla mnie samego niedostępny – widzę wyraźnie jeszcze jednego, cichego świadka. Od kiedy zostałem ojcem, bardziej niż kiedyś zwracam uwagę na „motyw dziecka w sztuce i literaturze”. Pamiętam dokładnie, jak w zakończeniu szkicu Herberta o Piero della Francesca mały Marco prowadzi ociemniałego malarza nie wiedząc, że „prowadzi światło”. Pamiętam też syna Grünewalda odbywającego z nim przypominającą Króla Olch fantastyczną podróż na końskim grzbiecie w poemacie Sebalda. I nie mogę zapomnieć o tym, że Uccellowi w Urbino towarzyszył dwunastoletni syn, Donato, który otrzymał imię po znanym przyjacielu malarza wielokrotnie nieszczędzącym mu krytycznych uwag. Co czuł wkraczający w życie syn, rozpoznając w oczach ojca błysk rezygnacji, jakby w pół kroku zatrzymał się on przed ostatnim skokiem do odpływającej łodzi? Widzę wyraźnie ciemną, pochyloną postać odwracającą się w kierunku miniaturowej fortecy Castel Cavallino. Chłopiec ociąga się, spoglądając za odchodzącym w przeciwną stronę Fra Carnevale, ale po chwili pewnym krokiem rusza za ojcem.
MAREK PACUKIEWICZ
[1] Dziękuję Małgorzacie Rygielskiej za spolszczenie włoskiego tekstu.
Na Ortygii
Dla Małgosi i Wojtka Ornatów
Nad morzem, które z góry zobaczył Ikar, pierwszy lotnik
stoi casa i jak menora w słońcu się siedmiokrotni.
Na skalisty belweder powróciła Wenus Landolina
na włosy Małgosi chustę w cztery przepiórki wyszyła.
I miłosnym urokiem zwiodła przybysza z Francji
na szczęście ten nie skaził jej prątkiem podstępnej francy.
Na poprószonej sreberkiem wodzie kołyszą się łodzie
pod mostem kamień żywi się wilgotnym porostem.
Santa Lucia bezoka patrzy na lubowników Proroka
Apostoł Filip zaś na Greka, który go z krzyża zdjął.
Ortygia, 17 III 2025, ranek

Mieszkanie Małgosi i Wojtka Ornatów znajduje się w starym domu starej dzielnicy żydowskiej, która wyrosła w średniowieczu na syrakuzańskiej Isola di Ortigia, wyspie przepiórek, tłumacząc nazwę tego miejsca z greckiego. Z tarasu domostwa widać Morze Jońskie, będące niemal na wyciągnięcie dłoni, trochę jak wystawiona na stół niebieska waza wypełniona małżami, ostrygami, krewetkami, ośmiorniczkami, kalmarami, ich kształtem i morskim zapachem. Znad morza codziennie wschodzi słońce wlewając w wąski kanion Via Giudecca oślepiającą falę lśnienia. Po stronie zachodniej wyłania się boczna ściana kościoła pod wezwaniem Filipa Apostoła oraz wieże dwóch innych, którym patronuje Niepokalana. Dalej ciągnie się stare miasto, a jego żywym sercem jest nieregularny i rozległy plac katedralny. Otaczają go okazałe pałace i kościół wyrosły na potężnych i archaicznie surowych kolumnach greckiej świątyni Ateny. Po niedzielnych mszach katedra ze swojej barokowej wieży grzmi wielodzwonnym Sursum corda. Życie na placu na chwilę zamiera, przechodnie zadzierają głowę, wypatrując potężnych instrumentów. W tych i podobnych okolicznościach moja wyobraźnia zazwyczaj usiłuje przedstawić sobie nie tyle kształty rozszalałych dzwonów, co naszkicować sylwetki wprawiających je w wahadłowy ruch dzwonników. Kamery w serialowym Lamparcie upodobały sobie zamykającą plac od południa fasadę kościoła Santa Lucia alla Badia.
Jeszcze dalej na zachodzie, czego już oczy stojącego na tarasie nie widzą, tak naprawdę nie mogły widzieć też placu katedralnego, wyspę z sycylijskim lądem łączą trzy mosty, w tym jeden przeznaczony tylko dla pieszych i rowerzystów, niedawno postawiony i rybacki port wraz z lamusem starych drewnianych łodzi i kutrów, który niejako sam się stworzył. Są bowiem miejsca, gdzie czas odkłada zużyty materiał i nadwątloną materię życia. Niektóre z nich są tak dawne jak rok urodzin pisarza Elio Vittoriniego w domu na Ortygii.
Na nadbrzeżnych skalnych pagórach, gdzie słońce zachodzi, w 734 roku p.n.e. swoje pierwsze obozy założyli Dorowie. Stąd „uwięziona” w muzealnej sali Wenus chciałaby pewnie spoglądać na morze, gdyż z kąpieli w nim wyszła, dlatego nadano jej imię Anadyomene, ale bardziej znana jest od nazwiska swojego odkrywcy jako Wenus Landolina. Artystyczne i kobiece piękno posągu przykuło uwagę Guy de Maupassanta do tego stopnia, że stworzył jej literacki, nieprzemijający portret, nie tyle dłutem go rzeźbiąc, co poddając opisowi rylcem pióra. Nie Wenus jednak jest patronką miasta, ale męczennica, święta Łucja, której śmierć namalował w Syrakuzach (będących jednym z etapów ucieczki z Rzymu, która zakończyła się śmiercią na plaży w Porto Ercole) nie kto inny, a maledictus artifex Caravaggio. To święta Łucja, wyłupiwszy sobie oczy na początku IV wieku „spogląda” na nas w rozmaitych miejscach wyspy i lądu ze swoich licznych wyrzeźbionych lub malowanych wizerunków.

Na tych pagórach rozpościerało się dawno, dawno temu rozległe greckie miasto i jak wiele innych jemu podobnych, oblicze zwróciło ku morzu. Miasto przetrwało w szczątkach, a ludzkie sprzęty, w które było wyposażone – w skorupach. Ale ten widok na szerz morza nadal się stąd rozpościera, ze szczytu nieźle zachowanych ruin greckiego teatru, na którym wyznaczono Via dei Sepolcri (ulicę Grobów). Ściany tego krótkiego traktu stanowią skały, w których chowano ciała. W książce Tu jest Grecja. Antyk na nasze czasy Marek Węcowski podkreśla szczególny związek Hellady z morzem, ono to „staje się bez mała ojczyzną Greków”, „na morzu i blisko morza Grecy byli u siebie”.
Za lapidaria dawnych dzielnic greckiego polis – Achradine, Tyche, Epipolai, Neapolis -teatralnie zachodzi słońce. Refleksy tego misterium kładą się każdego wieczoru nad niebie Syrakuz, przyciągając uwagę gapiów, gromadzących się na lądzie, w belwederze ruin, w twierdzy Archimedesa na wyspie i pod markizami nadmorskich knajpek otwartych nad progami morza. Te refleksy, będące ostatnim zrywem metamorfozy słonecznego światła, były rano wiązką lśnienia wpadającą w średniowieczny kanion Via Gudecca, a teraz siłą obrotu rzeczy nieodwołalnie znikają w mroku.
WOJCIECH KASS
To Marek przypomniał mi wydrukowane razem w „Zeszytach Literackich” wyrywki z dwóch dzienników: notatki Pawła Hertza z pobytu w Rzymie w Wielkim Tygodniu 1979 roku, poczynając od Czwartku oraz fragment Dziennika Jarosława Iwaszkiewicza dotyczący tej samej podróży. Fundatorem wydarzenia, a więc pewnie tym, kto je zaproponował przyjacielowi wraz z datami był Iwaszkiewicz. Dlaczego wybrał ten właśnie czas, kiedy Rzym jest najbardziej zatłoczony z powodu najazdu wiernych ze wszystkich stron świata, a w hotelach rosną ceny pokojów? Stawiam sobie to pytanie, bo zapiski pokazują, że zamiarem żadnego z nich nie było uczestniczenie w nabożeństwach Wielkiego Tygodnia czyli Triduum Sacrum ani w wielkich uroczystościach Niedzieli Wielkanocnej. Dlaczego nie zdecydować się na przyjazd tydzień wcześniej lub tydzień później? Jeśli krył się za tym jakiś szczególny powód, to nie został wyjawiony. Iwaszkiewicz, wielbiciel tradycji religijnej, wspaniale ją wykorzystywał w swym pisarstwie jako warstwę obyczajową i liturgiczno-symboliczną. Ale nie był gorliwym praktykującym – wolno nawet zastanawiać się jak to było z jego wiarą chrześcijańską. Piotr Mitzner z dużym taktem rozmyśla na ten temat w książce Mój Iwaszkiewicz. Ale pisarz często bywał w Rzymie i można sprawdzić, ile razy przypadało to na czas wielkanocny. Ta decyzja mogła wynikać z jakichś przymusów jego kalendarza. Hertz, jak przypuszczam, do praktyki religijnej miał stosunek bardziej żywy, ale w Rzymie (wedle notatek) się z nim nie zdradza. Obaj zachowują się jak ludzie świeccy przybyli do stolicy sztuk. W Wielki Piątek oglądają w telewizji Drogę Krzyżową w Koloseum, jak ją oglądał każdy Polak. Była to pierwsza rzymska Wielkanoc Jana Pawła II. Krótkie uwagi Iwaszkiewicza na ten temat mają, jak to u niego, charakter zarazem ludzki i polityczny. Można powiedzieć, że obaj pisarze przemierzając Miasto nosili ze sobą inny bagaż i że był on bogatszy u Iwaszkiewicza. Chociaż być może Hertz miał większą od Iwaszkiewicza wiedzę na temat architektury, malarstwa i rzeźby.

Iwaszkiewicz wydaje się smutny i zatroskany. Drażnią go urzędnicy polskiej ambasady, którą uznał za stosowne odwiedzić, bo uważał się za osobistość oficjalną. Spotkał się kilka razy z mieszkającymi we Włoszech Polakami; wiemy, że ci mieli talent do grania mu na nerwach i tego nie mogło zrównoważyć zaproszenie na wielkanocną szynkę. W zapiskach czytamy o niepokoju z powodu spraw pozostawionych w Polsce, to znaczy na Stawisku. I o wspomnieniach, które od pewnego czasu są dla niego bardziej realne niż rzeczywistość przed oczami. Tak jest dosłownie, gdy zaszedłszy do ulubionej kawiarni Ronci odkrywa straszliwe zmiany we wszystkich szczegółach – aż po zmianę jej tożsamości. Żałuję, że w notatkach dziennych to odkrycie jest za mało rozwinięte. Znając jego literaturę, jego opowiadania i wiersze mogłabym sporządzić coś w rodzaju apokryfu i poddać pod osąd uczonych iwaszkiewiczologów. Najpierw trzeba ustalić spis dat dotyczących pobytów rzymskich i zaznaczyć czemu one odpowiadają w pisarstwie, ewentualnie w jego życiu. Już ta praca wydaje mi się fascynująca. Ale to nie wszystko: do każdego datowanego pobytu dochodzą reminiscencje z podróży poprzedniej i jeszcze poprzedniej. Każda minuta, każdy krok w Rzymie staje się jak studnia, której dno oddala się w głąb z każdym rokiem. To oczywista korzyść wynikająca z długiego życia. Wiosną roku 1979 Jarosław, pisarz długiego życia i jeszcze dłuższej (bo również nie własnej) pamięci, nie chciał mnie uraczyć, ani siebie wówczas, tym, co mógłby bez trudu rozwinąć na każdym kroku w Rzymie. Stąd domyślam się i żałuję jego nienajlepszej formy. Co nie oznacza, że chodząc ulicami, zatrzymując się przed arcydziełami nie prowadził w sobie niesłyszalnego dialogu z przeszłością, udając, że przysłuchuje się wiadomościom zapamiętanym przez przyjaciela z książek i bedekerów.
Zupełnie inaczej dzieje się w notatkach Pawła Hertza. Wchodzimy właśnie w świat książek i bedekerów. Hertz podróżuje z żarliwością i powagą godną studenta, który wreszcie dostał stypendium. Zapiski przemieniają się w młynek modlitewny Tybetańczyków. Litania ulic: Via Ripetta, piazza Augusto Imperatore, Piazza del Ferro di Cavallo, Santa Maria Portae Paradisi; Piazza Borghese, Palazzo Borghese, Palazzo Ruspoli, Piazza Colonna, Piazza Barberini, via Veneto (wszystko w jednym małym paragrafie)… – Litania dzieł: Nozze Aldobrandini, Grupa Laokoona („zawsze uważałem ją za mało ciekawą”), Apollo Belwederski, Apoksyomenos, Torso del Belvedere (zapisywał często in situ, z pewnością musiał oprzeć się pokusie, by zacytować znanego wszystkim Rilkego…), Doryphoros – i to wszystko tylko w watykańskim muzeum Pio-Clementino. Lata temu i ja opisywałam szczegółowo rzeźby Berniniego w zawrotniej nadziei, że jeśli kiedyś zajrzę do notesu czarodziejstwo zadziała, zostanę przeniesiona o tysiące kilometrów, o dziesiątki lat. Tkwi w nas przekonanie, umocnione przez poetów, że niektóre słowa, niektóre układy słów potrafią to zdziałać, ale pod bardzo mocnymi warunkami.

Zapiski są również formą dyscypliny. Nie rozpraszać się, skupić na szczególe, zachować w sobie wewnętrzną ciągłość! I co za mimowolne odkrycia potrafi dokonać oko, jeśli wpatruje się uparcie w szczegół i w jego osadzenie w całości. Wśród naszych „italianistów” Paweł Hertz należał do wyjątków: wobec cudów Włoch nie wstydził się polskiej mierności. Wydawał systematycznie tomy wierszy z polskiej przeszłości; w tym wypadku interesowała go historia, a nie ideał piękna. Wydziwiałam nad tym, lecz dzisiaj przyznaję mu rację. Doszedł do końca swojego przedsięwzięcia, które uważał za niezbędne dla przyszłych pokoleń. Dzieło życia? Jest ono również dziełem pokory, które Hertz sobie zadał po egzystencji pełnej „wrzasku i furii”, przygód godnych jakiegoś XX-wiecznego eposu, gdzie bohater długo szuka prawdy i znajduje ją w ostatnim rozdziale życia, blisko siebie… Te wiersze w XVII, XVIII, XIX wieku, gdzie udane są dwie pierwsze linijki… A może magię wiersza stanowi to, że od czasu do czasu coś zabłyśnie – kilka wyrazów – i zostaje w pamięci? Hertz miał szersze spojrzenie na te sprawy i nie mogę odmówić mu mądrości, nawet w penych dziwactwach. Zawsze budził podziw horyzontem, który ogarniał.
Próbuję wyobrazić sobie ich razem na ulicach, przy stoliku w pasażu Galleria Colonna. Nie odbijali za bardzo od rzymskiego tłumu; trzeba było posłuchać ich mowy. Czy kłócili się czasami o drobiazgi, o zapomnianą nazwę czy datę, o przesadne wydatki Jarosława? Starsi panowie niewątpliwie z prowincji. Pomyślmy: było to rok przed wybuchem „Solidarności”, dziesięć lat przed upadkiem Muru Berlińskiego. Patrząc na tłum mogli być pewni, że ani czwarta część ze spieszących po Corso nie ma takiej wiedzy o mieście i o kraju jak oni, cudzoziemcy. I głębi spojrzenia w czas, obejmujący początki i końce ostatnich imperiów. Jarosław podejrzewał, że jego sprawy zupełnie nie obchodzą Pawła. I tu dodaje coś, co mnie porusza do łez. „Oto prawdziwe «oschłe serce» jak mój Migdałek najdroższy”. Migdałek, piesek ze Stawiska! Jarosław zawsze niekochany? Kochany mniej, gorzej niż sam kochał? I takiego odkrycia można dokonać w Rzymie.
A jednak Rzym nie taje dla niego jak grudka wiosennego lodu. „Nuda pomnożona chłodem i deszczem”. Patrzy na rzeczy dobrze znane, to znaczy rozwija taśmę wspomnień, wobec których teraźniejszość jest wyraźnie bledsza. Może podsuwa mu ona świat na niby, bez tego co najważniejsze? Pozostał mu mniej niż rok życia, napisze jeszcze kilka pięknych wierszy, będą mieszały to, co jest mu bliskie – starość, śmierć – z jakąś szaloną odległością epok, którą w sobie przechowuje. Dzięki tej odległości, tragicznej i włączonej w życie, jego pisarstwo stanie mi się tak drogie. Powinnam w najbliższych dniach zdobyć tomik jego wierszy po włosku.
EWA BIEŃKOWSKA
Był pisarzem i filozofem, spisywał opowieści i mity starej kultury Hucułów, szukał prawdy i dzielił się z czytelnikami swoją mądrością. Liczne jego eseje, jakkolwiek erudycyjne, nie należą do książkowych i szeleszczących papierem, słychać w nich głos i śmiech autora. Vincenz bowiem nigdy nie naucza ex cathedra, szuka z czytelnikiem innego porozumienia, zachęca nas do zaprzyjaźnienia się z Sokratesem, Platonem, Dantem, Mickiewiczem – nawet jeżeli nie będą znali odpowiedzi na wszystkie nasze pytania, na pewno nie zbędą nas propagandowym frazesem czy kłamstwem.
Znane powiedzenie Sokratesa, przekazane przez Ksenofonta: „Jestem nie tylko z Aten, jestem ze świata”, mogłoby doskonale odzwierciedlać drogę życia Vincenza, gdyby pod słowo „Ateny” podstawić „Słoboda Rungurska”. Tam właśnie, na Pokuciu w Galicji Wschodniej, 30 listopada 1888 roku przyszedł na świat Stanisław Vincenz [1]. Był synem Feliksa Vincenza, przemysłowca naftowego, i Zofii z Przybyłowskich, córki właściciela ziemskiego. Jako dziecko mieszkał na przemian w Słobodzie Rungurskiej i w majątku dziadka Przybyłowskiego w Krzyworówni nad Czeremoszem. Przybyłowscy byli polskimi ziemianami osiadłymi na ziemiach pogranicznych, zamieszkanych przez Hucułów, Ukraińców, Polaków, Żydów, Rumunów, Ormian i inne nacje, wśród których wzrastał Stanisław Vincenz. Nauki początkowe pobierał w domu. Dużą rolę na wczesnym etapie jego życia – i nie bez konsekwencji dla dalszego – odegrała niania Połahna, chłopka z Krzyworówni, która nauczyła go gwary huculskiej. „Mój język dzieciństwa – mówił pisarz po latach – nie jest macierzysty, tylko nianiowaty, tj. Połahny, ukraiński. Kiedy jakiś głos wewnętrzny dyktuje mi, co mam pisać, to zawsze w języku niani” [2]. Przyswajaniu sobie gwary huculskiej i języka ukraińskiego, przebiegającej równolegle z nauką francuskiego, towarzyszyły przestrogi Połahny: „Szje budesz maty czjes howoryty panskymy jezykamy, a teper howory po ludsky. Taj pamiataj donyku abys nykoły ludskoho jezyka ne zabuwaw!” [3]. O tym, że pisarz przestrogi posłuchał, świadczy książka Na wysokiej połoninie, bo – jak wspominał autor – zanim jakąś stronę napisał, obmyślał ją w języku ludzkim [4].
Do gimnazjum uczęszczał najpierw w Kołomyi (1898–1904), potem w Stryju (1904/05), gdzie zaprzyjaźnił się z Wilamem Horzycą (poświęci mu wspomnienie Navigare necesse est) i należał do konspiracyjnego kółka samokształceniowego, prowadzonego przez Stefana Vrtela-Wierczyńskiego. Naukę gimnazjalną dokończył w Kołomyi – tam w 1906 roku zdał maturę. Lata szkolne rozbudziły w nim zainteresowania filozoficzne, zamiłowanie do kultury greckiej, w której najważniejsze miejsca zajmowali Homer, Sokrates i Platon. Podjął studia na Uniwersytecie Wiedeńskim, poprzedzone jednym semestrem na Uniwersytecie Lwowskim. W Wiedniu studiował kolejno biologię (1906/07), prawo (1907/08), filologię słowiańską, sanskryt i psychiatrię (1908/09) oraz filozofię (1909–1911 i od 1912, po odbyciu służby wojskowej w Wiedniu). Jednym z wykładowców filozofii był Friedrich Wilhelm Foerster, chrześcijański pedagog i socjolog, którego po latach Vincenz wspominał z podziwem w szkicu Z dziejów walki ideowej. Wiedeńskie studia zwieńczone zostały dysertacją doktorską pod tytułem Filozofia religii Hegla i jej wpływ na Feuerbacha, na jej podstawie w 1914 roku Vincenz uzyskał doktorat z filozofii. Pracował nad rozprawą habilitacyjną zatytułowaną Hegel w Polsce i w Rosji, spłonęła ona jednak w 1915 w pożarze dworu w Krzyworówni w czasie działań wojennych.

Fot. Claude Huber, Lausanne 1966
W Wiedniu poznał Helenę Loeventon, Rosjankę, z którą ożenił się w roku 1911 lub 1912 [5] w Odessie, gdzie mieszkali rodzice Leny. Z tego związku w 1915 roku narodził się syn, Stanisław Aleksander. Małżeństwo w 1921 roku zostało unieważnione [6].
Przed wybuchem I wojny światowej odbywał służbę wojskową w wojsku austriackim, w 24. Pułku Kołomyjskim. Kiedy wybuchła wojna, został zwolniony ze względu na zły stan zdrowia – i dzięki interwencji rodziny. Wrócił do Słobody Rungurskiej, a jesienią 1915 roku został ponownie zmobilizowany. Wysłano go na front włoski. Od jesieni 1916 do listopada 1918 roku stacjonował we Lwowie. Pod koniec 1919 roku zgłosił się do Wojska Polskiego. Powierzono mu funkcję wykładowcy literatury polskiej w Korpusie Kadetów w Modlinie, a następnie referenta oświatowego przy sztabie VI Armii oraz redaktora „Tygodnika VI Armii”. W 1922 roku został zdemobilizowany w randze kapitana.
Nie lubił wracać pamięcią do czasów wojny, doświadczenia z frontu nie znalazły też odzwierciedlenia w jego twórczości. Na lata wojny przypada za to początek działalności przekładowej Vincenza: przetłumaczył w 1917 roku opowiadanie Dostojewskiego Sen śmiesznego człowieka, które ukazało się w prasie lwowskiej, a także książkę Williama Jamesa Human Immorality – niestety, przygotowany do druku egzemplarz zaginął w 1921 roku w Towarzystwie Wydawniczym „Ignis”. Oficyna ta wydała w 1921 roku Trzy poematy Walta Whitmana w przekładzie Vincenza i z jego wstępem (niepodpisanym). W tym samym roku na łamach pisma „Naród” ukazał się jego artykuł pod tytułem Religia Walta Whitmana (nr 23). Postać duchowego patrona transcendentalistów powróci w twórczości Vincenza w szkicu Walt Whitman – poeta Ameryki. Nad przekładami autora tomu Źdźbła trawy Vincenz pochylał się z przyszłą drugą żoną, Ireną, pochodzącą ze zasymilowanej krakowskiej rodziny żydowskiej Eisenmannów. Jak podaje biografka pisarza – Irena już w roku 1918 pomagała mu wyszukiwać słówka do tłumaczenia poematów. „O jednym ze spotkań zakochanej pary mówi wspomnienie Ireny Vincenzowej, w dużym stopniu ukazujące jej charakter – pisze Mirosława Ołdakowska-Kuflowa. – Oboje, Irena i Stanisław, nie mieli tego dnia pieniędzy, jednak postanowili razem pójść na obiad. W tym celu Irena zastawiła pierścionek czy też zegarek. W drodze do restauracji mijali księgarnię, gdzie na wystawie stał tom poezji Tarasa Szewczenki, poety zupełnie nieznanego ukochanej Vincenza. «Co, ty nie wiesz, kto to był Szewczenko?» – oburzył się wielbiciel jego poezji. Zdecydował zaraz, iż muszą koniecznie kupić utwory ukraińskiego poety. Zamiast pójść na obiad, usiedli na ławce i Vincenz czytał swej przyszłej żonie poezje” [7]. Ślub Ireny i Stanisława Vincenzów odbył się w październiku w 1923 roku we Lwowie; z ich związku narodziło się dwoje dzieci: Andrzej i Barbara. Jeśli chodzi o aktywność publicystyczną i społeczną Vincenza w tym czasie, trzeba wspomnieć, że w 1922 roku redagował we Lwowie tygodnik „Nowe Czasy”, a latach 1922–1923 działał w PSL „Wyzwolenie”.
Jeszcze przed narodzinami córki, która przyszła na świat w lutym 1924 roku, rodzina przeprowadziła się do Milanówka. Pod Warszawą Vincenzowie mieszkali najwyżej cztery lata, następnie przenieśli się do stolicy, do mieszkania w Alejach Ujazdowskich [8]. Pisarz w 1923 roku nawiązał współpracę z warszawskim miesięcznikiem „Droga”, w którym do 1929 roku zamieszczał artykuły poświęcone literaturze i filozofii religii, a także przekłady (w numerze 4–5 z 1927 roku ogłosił tłumaczenia poezji Walta Whitmana); w latach 1927–1928 był redaktorem tego pisma (w 1928 roku wspólnie z Wilamem Horzycą). W tym czasie zafascynowały go prace szwajcarskiego filozofa, Rudolfa Marii Holzapfla, głoszącego potrzebę zintegrowania ideałów etycznych, artystycznych i religijnych, a także naukowych (sam był uczniem fizyków Ernsta Macha i Richarda Avenariusa). W 1925 roku Vincenz nawiązał z nim naukowe kontakty. Na łamach „Drogi” zamieścił trzy artykuły poświęcone filozofowi: Zwiastun nowej przyszłości (1925 nr 1), Horyzonty walki (1925 nr 2) oraz Zagadnienia etyki nowoczesnej: Holzapfel – Abramowski (1929 nr 6). W tym czasie wspólnie z Izydorem Blumenfeldem tłumaczył dzieło Holzapfla Wszechideał [9]. W latach dwudziestych kilkakrotnie gościł go w Słobodzie Rungurskiej, jeździł także do Szwajcarii na spotkania koła panidealistów, jakie powstało wokół Holzapfla. W trakcie spotkań w Słobodzie Vincenz opowiadał o kulturze Hucułów, prezentując swoje bogate zbiory etnograficzne. Holzapfel – pod wrażeniem daru narracji Vincenza i jego intelektualnej oryginalności – namówił go do spisania gawęd, przyczyniając się w ten sposób do powstania opus magnum polskiego pisarza – cyklu Na wysokiej połoninie [10].
„Droga”, reprezentująca formację piłsudczykowską, pod redakcją Vincenza i Horzycy stała się pismem, które publikowało autorów najwyższej klasy, szukając nie tylko wybitnych intelektualistów, ale także autorytetów moralnych. Wśród autorów polskich pojawiają się: Stanisław Brzozowski, Tadeusz Zieliński, Henryk Elzenberg, Aleksander Hertz, Józef Czechowicz, Jerzy Liebert. Drukowano także artykuły Bertranda Russella, Juliena Greena, Georges’a Bernanosa. Publikacjom często towarzyszyły osobiste kontakty Stanisława Vincenza z autorami. „Tak było nie tylko z Hansem Zbindenem czy Romainem Rollandem, których redaktor «Drogi» poznał w kręgu holzapflistów, ale też z Herbertem Georgem Wellsem, u którego redaktor «Drogi» był gościem w Anglii latem 1928 roku, Thomasem Mannem, którego odwiedził w Niemczech, Konstantinem Balmontem. Wielkim wydarzeniem dla całego środowiska był przyjazd do Warszawy Chestertona i spotkanie z nim w PEN Clubie” [11]. Vincenz, który był członkiem Polskiego PEN Clubu, przez całe dwudziestolecie międzywojenne aktywnie uczestniczył w jego działalności.
Ojciec Vincenza był właścicielem szybów naftowych w Słobodzie Rungurskiej. Złoże początkowo bardzo wydajne, w latach dwudziestych było już bliskie wyczerpania. Vincenz nie urodził się nafciarzem, a wschodniogalicyjski boom naftowy, o którym pisali Ukraińcy i Polacy, nie interesował go nawet jako temat literacki. Nie znaczy to, że pozostał całkowicie obojętny wobec przemysłowych tradycji rodziny. Od samego pisarza wiemy, że sprzedawał karpackie drewno do Anglii. Przez krótki czas był współwłaścicielem (wraz ze swoim bratem Kazimierzem Vincenzem i udziałowcem Adolfem Lantnerem) rodzinnej firmy przemysłowo-handlowej o nazwie Produkcja, która prócz własnej działalności (wydobycie i handel ropą naftową i jej pochodnymi) trudniła się sprzedażą produktów Państwowej Fabryki Olejów Mineralnych Polmin z Drohobycza. Na tle rozliczeń między obydwiema firmami doszło do konfliktu. Polmin mający za sobą aparat państwa zerwał negocjacje i oskarżył właścicieli Produkcji o defraudację ponad miliona zł. W ten sposób pisarz stał się oskarżonym w procesie karnym, który rozpoczął się na początku 1931 roku w Sądzie Okręgowym we Lwowie. Sąd powołał biegłego, który szczegółowo zbadał księgi handlowe obydwu firm, a także rachunki bankowe oskarżonych. Po półrocznym procesie sąd ferował wyrok uniewinniający oskarżonych. W tradycji rodzinnej utrwaliło się przekonanie, że proces miał podłoże polityczne. Stanisław Vincenz wykazywał wówczas zdecydowany krytycyzm wobec rządzącego obozu belwederskiego (zwłaszcza jego konfrontacyjnej polityki wobec mniejszości etnicznych), wystąpił z redakcji piłsudczykowskiego miesięcznika „Droga”. Ponadto od początku lat trzydziestych w następstwie kryzysu gospodarczego zagłębie roponośne w okolicach Borysławia nękane było strajkami i niepokojami społecznymi. Władze szukały kozła ofiarnego, defraudantów grosza publicznego, których można by obciążyć przynajmniej częściowo odpowiedzialnością za nędzę i bezrobocie [12].
W 1930 roku Vincenzowie wyprowadzili się z Warszawy do Worochty. Nie pozostali tam długo – willa, w której zamieszkali, uległa zniszczeniu w pożarze. Zdecydowali osiedlić się w Bystrzecu, wiosce, położonej w samym sercu Huculszczyzny, u stóp Czarnohory, pięćdziesiąt kilometrów od Słobody Rungurskiej, nad potokiem będącym dopływem Czarnego Czeremoszu. Z okien widoczny był masyw Czarnohory, przed domem znajdowały się rabaty, a schodki prowadziły na położoną niżej łąkę. Od południa i zachodu teren opływał potok, od strony północnej rósł las. Surowość przyrody i sąsiedztwo Hucułów pielęgnujących archaiczną kulturę i potrafiących żyć w harmonii z naturą sprawiało, że Bystrzec był dla Vincenza idealnym miejscem do pracy nad połonińskim cyklem. Tam powstał pierwszy tom dzieła Na wysokiej połoninie. Prawda starowieku, który ukazał się w roku 1936 w wydawnictwie Rój. Zamysł kolejnych „pasm”, jak nazywał pisarz części swego dzieła – również zrodził się w Bystrzecu [13].
W tym czasie publikował także artykuły o kulturze ludowej i Hucułach; ukazywały się one w czasopismach „Pion”(1934–1936), „Ziemia” (1935) i „Złoty Szlak” (1938). Często w swoich tekstach przywoływał także świat żydowski, znany z dzieciństwa, wykazując wielką znajomość jego kultury i umysłowości.
Po agresji dwóch państw totalitarnych na Polskę pisarz, wraz ze starszym synem Stanisławem, z Jerzym Stempowskim i pewnym kapitanem Wojska Polskiego, przekroczył 18 września 1939 roku granicę węgierską. Stempowski miał przy sobie Księcia Machiavellego, a Vincenz – Boska Komedię. Pod koniec października obaj Vincenzowie powrócili, by zabrać pozostałą rodzinę, zostali wówczas aresztowani przez NKWD i osadzeni w więzieniu w Żabiem, a potem w Stanisławowie. W celi więziennej pisarz uczył się hebrajskiego. Pobyt w areszcie opisał w Dialogach z Sowietami. Zwolniony po siedmiu tygodniach, spędził zimę na Huculszczyźnie. Wiosną 1940 roku przedostał się wraz z rodziną na Węgry, gdzie przebywał do końca wojny, mieszkając najpierw w Budapeszcie, a potem do połowy kwietnia 1946 roku we wsi Nógrádverőce w zakolu Dunaju; utrzymywał się z zasiłków rządu węgierskiego. Zbliżył się do kultury węgierskiej, poznał język i ludzi. Tłumaczył poetów węgierskich (np. Lajosa Áprilyego). Nie tylko sam starał się poznać kulturę kraju, w którym się znalazł, ale zachęcał do tego także znajdujących się w podobnej sytuacji rodaków: „Jesteśmy na Węgrzech, poznajmy wszyscy, jak nas na to stać, język węgierski […]. Poznajmy w dalszym ciągu literaturę i sztukę, obyczaj i rzetelną twórczość ludową. Poznajmy dostępne nam gałęzie gospodarki, poza tym to, co każdego z nas interesuje, ale tak gruntownie, by ten na razie stracony dla służby własnemu krajowi okres życia miał usprawiedliwienie w tym, czegośmy się nauczyli, a co może się później przydać w zacieśnieniu więzów między oboma krajami” (Hungarica. Dar przyjaźni). Zgodnie z tym przekonaniem, brał udział w polskim i węgierskim życiu społeczno-kulturalnym; był prezesem Komisji Oświatowej Komitetu Obywatelskiego Opieki nad Uchodźcami Polskimi, doradcą literackim wydawnictwa Biblioteka Polska i czasopisma „Tygodnik Polski”(1943–1944). Prozę, artykuły i przekłady z języka węgierskiego ogłaszał w pismach „Wieści Polskie” (1940/41, 1943, 1944), „Nasza Świetlica. Materiały Obozowe” (1941), „Rocznik Polski. Kalendarz Polaka na Węgrzech” (1941–1943), „Tygodnik Polski” (1943). Próbą zrozumienia narodowego charakteru Węgrów i odczytania węgierskiej historii w ścisłym zespoleniu w naturą są eseje Brama do Węgier i Pole bobrowe, ogłoszone w „Tygodniku Polskim” w Budapeszcie w 1943 roku, drukowane później pod wspólnym tytułem Krajobraz jako tło dziejów. Sam będąc uchodźcą w czasie wojny, uczestniczył w akcjach pomocy ukrywającym się Żydom, za co pośmiertnie otrzymał medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata”, przyznany przez Instytut Pamięci Narodowej Yad Vashem w Jerozolimie.
Wiosną 1946 roku przedostał się z rodziną do Austrii; zatrzymał się najpierw w Wiedniu, a w czerwcu 1946 roku w Salzburgu, skąd nielegalnie – przy pomocy Andrzeja Vincenza i Konstantego Aleksandra Jeleńskiego, w owym czasie podporucznika Wojska Polskiego – wyjechał do Quackenbrück w Niemczech. Po latach Jeleński wspominał: „Przez cały rok zachodziłem wieczorami na pięterko naszego hotelu-falansteru do państwa Vincenzów (wraz z kolegami, wśród których byli żyjący na równej stopie szeregowi i oficerowie, redaktorzy, zecerzy, szoferzy) i słuchałem niezrównanych opowiadań «Doktora»” […]. Szczodrość intelektualna Stanisława Vincenza była przeciwieństwem tak wielu pisarzy, którzy zasobami swymi gospodarują oszczędnie, co najlepsze zachowując nie dla rozmówcy, a dla czytelnika [14]. W Quackenbrück Vincenz współpracował z wydawanymi tam pismami, z którymi związany był także Jeleński: „Dziennikiem Żołnierza 1. Dywizji Pancernej” i z literackim periodykiem „Salamandra” (1946–1947). W tym ostatnim ogłosił między innymi fragment powieści Powojenne perypetie Sokratesa. Po roku pobytu w Quackenbrück przeniósł się z rodziną na południe Francji, najpierw do alpejskiego uzdrowiska Uriage-les-Bains, a w lutym 1949 roku – do Grenoble.
Vincenzowie nie starali się o obywatelstwo kraju osiedlenia – zachowali status uchodźców. Utrzymywali się dzięki wsparciu przyjaciół i dorosłych dzieci, z czasem otrzymali niewielką rentę socjalną, która była ich jedynym stałym źródłem dochodów. W liście do Paula Cazina z Uriage-les-Bains datowanym 1 stycznia 1949 roku Stanisław Vincenz pisał: „Trzymam się jako tako na «powierzchni», która może dla niejednego byłaby już dnem, dzięki pomocy mych przyjaciół – i to przeważnie nie ziomków, i dzięki mej hardej czarnohorskiej naturze, która przyjmuje wyzwania losu śmiało, nawet pogodnie – dopóki zdrowie służy. Bo cóż nam się jeszcze może stać? […] ktoś, kto jest wykorzeniony z własnej ziemi, może wszystko znieść łatwiej niż na własnej ziemi i we własnym domu. Rozumiem to dobrze” [15].
Choć daleko od rodzinnych stron, nie czuł się jednak wyobcowany – przeciwnie: głębokie zakorzenienie w kulturze europejskiej sprawiało, że we Francji czuł się jak u siebie. „Jedną z ulubionych sentencji Vincenza – pisze jego biografka – było stwierdzenie, że nigdzie nie ma «czużyzny», czyli obczyzny. […] w jakichkolwiek warunkach się znalazł, czy było to w czasie wojny na Węgrzech, czy w powojennych Niemczech, czy w Uriage-les-Bains, natychmiast podejmował swą intelektualną i twórczą aktywność. Postawę tę w dużej mierze umożliwiała ofiarność jego żony, która większość przyziemnych bytowych obowiązków brała na siebie i czyniła wszystko, by stworzyć mężowi jak najlepsze warunki do pracy” [16]. Trzecie „pasmo” dzieła Vincenza, Listy z nieba, w dużej mierze powstało w Uriage-les-Bains. Vincenz nie tylko pracował tam nad Połoniną, ale także zorganizował klub dyskusyjny, co więcej – zaczął się uczyć arabskiego, żeby czytać w tym języku, co uznał za niezbędne przy studiowaniu rozwoju wyobrażeń eschatologicznych w islamie. Z książki hiszpańskiego arabisty Miguela Asína Palaciosa La escatología musulmana en la Divina Comedia robił dokładne wyciągi, zamierzając prześledzić wpływy islamu na Boską Komedię Dantego. Włoski poeta-wygnaniec był mu równie bliski jak tułacz Odyseusz. Jednak w przeciwieństwie do bohatera Homerowego eposu, „Dante znalazł swą ojczyznę w świecie” – napisał Vincenz w eseju Czym może być dziś dla nas Dante, ujmując w tych słowach także własny los. Planował napisać monografię Dantego, obliczał jej objętość na co najmniej pięćset stron. Esej Czym może być dziś dla nas Dante był pierwotnie wykładem, z którym autor wystąpił przed szwajcarską publicznością w Zurychu i Bernie jesienią 1948 roku. Drukiem ukazał się na łamach „Kultury” 1949 nr 4/21–5/22.
Współpracę z Jerzym Giedroyciem Vincenz nawiązał w grudniu 1946 roku, a od następnego roku zaczął ogłaszać w „Kulturze” eseje, artykuły i wspomnienia. Z inicjatywą wyszedł Redaktor, a pisarz w liście nawiązał do spotkania w latach trzydziestych: „Bardzo dobrze mam w pamięci nie tylko ujmującą postać Pana, ale także wielkie zalety Pańskie jako wydawcy, inspiratora i umysłu politycznego” [17].
Pierwszy tekst Vincenza, proza Śmierć leśna, fragment połonińskiego cyklu, znalazł się już w drugim numerze „Kultury” (1947 nr 2–3). W kolejnych latach ukazały się jeszcze inne fragmenty tetralogii Na wysokiej połoninie, ponadto między innymi esej Rocznice Gandhiego. Nie wszystkie propozycje Vincenza zostały przyjęte – przykładem jest ta, którą przedstawił Redaktorowi w marcu 1952 roku: „Przygotowałem […] przekład listów łacińskich Dantego, które zaopatrzone zwięzłym, lecz wymownym wstępem historycznym, mogłyby zająć w «Kulturze» co najwyżej 20 stronic pt. Listy z wygnania. W owych czasach pokolenie za pokoleniem, grupa za grupą znajdowały się na wygnaniu i wcale to nie było bezpłodne. Rzuca to pewne światło i może promień otuchy na stosunki obecne. Poza tym Listy Dantego, o ile mi wiadomo, nie ukazały się dotąd po polsku, zatem to miałoby jeszcze znaczenie poboczne, że «Kultura» wcale nie ustępuje pierwszeństwa wydawnictwom krajowym w przyswajaniu językowi polskiemu dzieł i pomników ważnych” [18]. Giedroyc autora powstrzymał, pisząc, że Jerzy Stempowski planuje przygotowanie antologii utworów klasycznych traktujących o emigracji, w której przewiduje również listy Dantego [19]. Ostatecznie pomysł nie doczekał się realizacji.
Vincenz ogłaszał artykuły również w innych pismach emigracyjnych, m.in. w „Kronice” wydawanej w Eppstein w Niemczech (1946–1947), „W drodze” (Paryż, 1964–1965) i w londyńskich „Wiadomościach” (stale od 1965), w których w 1965 roku ukazywał się cykl pod tytułem Dialogi z Sowietami na najniższym szczeblu, a w latach 1966–1968 cykl artykułów wspomnieniowych, które złożyły się na Dialogi lwowskie.

Od 1950 roku Vincenzowie każdego lata przenosili się z Grenoble do wiejskiego domu w La Combe. Podalpejska wioska, wznosząca się na Izerą, szybko stała się miejscem, do którego – jak wcześniej do Słobody Rungurskiej, jak do Bystrzeca – zaczęli przyjeżdżać przyjaciele i znajomi Vincenza. Kiedy w lutym 1951 roku Czesław Miłosz, wówczas attaché w ambasadzie polskiej w Paryżu, zerwał z rządem komunistycznym, zamieszkał w domu „Kultury” w Maisons-Laffitte. Nawiedzająca go malaise sprawiała, że bywał trudnym współlokatorem i Giedroyc wpadł na pomysł, aby wysłać go do Vincenza, którego talenty terapeutyczne wysoko cenił. Do Wittlina pisał, że autor Na wysokiej połoninie„odgrywa rolę wielkiego spowiednika, coraz ktoś z nas jeździ do Grenoble na rekolekcje. Naprawdę w towarzystwie tego człowieka, jego dobroci i mądrości, nabiera się trochę wiary w życie i ludzi” [20]. Miłosz nie tylko wyleczył się w La Combe ze swojej malaise, odzyskał równowagę wewnętrzną i nabrał ochoty do pisania, ale również zaprzyjaźnił się z Ireną i Stanisławem Vincenzami. Fascynacja poety osobowością autora Na wysokiej połoninie przetrwa długie lata. Będzie zabiegał o wydanie tetralogii w Instytucie Literackim (do czego nie dojdzie z braku dotacji) [21], orędował za publikacją tomu esejów, który ukaże się pod tytułem Po stronie pamięci w ramach Biblioteki „Kultury” w połowie 1965 roku. Miłosz pierwszy dostrzeże nie tylko rangę duchowego przesłania Vincenza, ale i urodę oraz funkcjonalność jego poetyki (której Giedroyc nie zawsze rozumiał [22]).
W eseju La Combe, napisanym z okazji siedemdziesiątych urodzin Stanisława Vincenza, Miłosz zastanawiał się nad fenomenem jego osobowości, przyciągającej do niego tak różnych ludzi, jak syn rabina z Żabiego, Saksończyk z Siedmiogrodu, rumuński góral z Karpat czy szwajcarska filozofka Jeanne Hersch [23], której rodzice pochodzili w Wilna. Vincenz – zauważył poeta – reprezentuje rzadki gatunek, „któremu wiedza humanistyczna zawdzięcza swoje najwyższe osiągnięcia: prywatnego myśliciela, przerzucającego pomosty pomiędzy różnymi dyscyplinami, posługującego się czytanym po grecku Homerem w swoich rozważaniach nad herosami Karpat, niechętnego dyskusjom o historiozofii w oderwaniu od filozofii pasterzy”. Jednakże – dodawał – niezależność w przerzucaniu pomostów zdobywa się tylko za cenę wyrzeczenia. „Czyż wstyd się przyznać, że na stole w La Combe nie było nieraz nic prócz pomidorów i polenty? Każdemu według jego zasług. Komu pieniądze i obroża. Komu pomidory i polenta, ale i nieustający entuzjazm dla dzieł, myśli, ludzi” [24]. „Podpatrywałem sekret Vincenza – pisał w eseju La Combe. – Miałem przed sobą kogoś, kto za jednym zamachem obalał dwie rozdęte mitologie. Również tę mniejszą, lamentujących «tułaczy», gotowych zmarnować całe życie na tymczasowość i oczekiwanie powrotu (powrotu do czego?), byle udawać, że nie są, gdzie są. Jego sekretem była ta sama rewerencja dla ognia, chleba, oliwy i wina, której brak jest załamaniem prawa i wystarcza, żeby wiele z dumnych prób obrócić w nicość. Znikąd nie był wygnany. Żaden anioł nie stał za nim w bramie z obwieszczeniem, że musimy wybrać albo zupełną bierność, albo ścigać Erę jak psy metalowego zająca. Dokoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu” [25].
W roku 1962 w La Combe i w Grenoble Vincenz pracował nad esejami z cyklu Kallirrhoe, w których podjął temat arcydzieł literatury światowej i odzwierciedlających się w nich archetypów. Cykl Kallirrhoe pomyślany został jako wykłady, które autor miał wygłosić w Stanach Zjednoczonych. Dyktował je wprost w języku angielskim młodej Amerykance z San Francisco. Z planowanych siedemnastu esejów powstało siedem. Kiedy pojawiła się realna szansa wyjazdu do Stanów, stan zdrowia nie pozwolił Vincenzowi na realizację dalekiej podróży. W 1964 roku, zagrożony chorobą reumatyczną, przeniósł się do Pully koło Lozanny.
Vincenz kilkakrotnie wyróżniony był nagrodami. Za zasługi dla dobra kultury polskiej został w 1938 roku odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski i uhonorowany Złotym Wawrzynem Polskiej Akademii Literatury. Za twórczość literacką i przekładową po wojnie otrzymał nagrodę literacką w Palermo (1958), nagrodę Fundacji A. Zabłockiego przyznawaną przez Związek Pisarzy Polskich na Obczyźnie (1960), nagrodę wydawnictwa Roy Publishers w Nowym Jorku (1964) i Fundacji Alfreda Jurzykowskiego w Nowym Jorku (1966).
Zmarł 28 stycznia 1971 w Lozannie. Na ręce rodziny nadeszło prawie sto telegramów kondolencyjnych, wiele od wybitnych przedstawicieli świata kultury. W krajowej prasie pożegnał go Jarosław Iwaszkiewicz, który po niemal pół wieku od wizyty u Vincenza w Słobodzie Rungurskiej, napisał z wdzięcznością i podziwem: „Od niego usłyszałem po raz pierwszy o Wittgensteinie i Holzapflu – i chyba już więcej tak wnikliwych i tak detalicznych przekazów o nich nie słyszałem. Ta mieszanina ludowo-filozoficzna była jednym z największych uroków tego niezwykłego człowieka, który tylko drobną część swej wiedzy i talentu przekazał nam w druku” [26]. Stanisław Vincenz został pochowany na cmentarzu w Pully, a w 1991 roku – po śmierci Ireny Vincenzowej – prochy obojga złożono na Cmentarzu Salwatorskim w Krakowie.

٭
Zarówno w huculskim cyklu powieściowym Na wysokiej połoninie, jak i w esejach spisywał Vincenz przygody myślącego Europejczyka XX wieku. W tym stuleciu radykalnej krytyki humanizmu, w epoce ludobójstwa nie stracił wiary w człowieka, upierał się przy kilku zasadach, jedne wyczytał u starożytnych Greków i w Ewangeliach, innych nauczył się od chasydów i górali karpackich. Był chrześcijaninem, człowiekiem wielkodusznym i szczodrym, obdarowywał, nie oczekując rewanżu, zapraszał i gościł nawet wtedy, gdy sam był tułaczem. Swoich nauczycieli, słuchaczy i czytelników otaczał przyjaźnią. W epoce dogmatyzmu, cenzury i policyjnego prześladowania wolnej myśli nie stracił wiary w dialog i perswazję, w reprezentancie odmiennego światopoglądu widział partnera do dyskusji. Bohaterowie jego książek wciąż ze sobą rozmawiają, choć nie brak im zajęć. Senior bałagułów kołomyjskich Bjumen Petranker, jeden z bohaterów Barwinkowego wianka, wypowiada ważną dla Vincenza naukę: „Jeśli dwóch kłóci się, a jeden ma rzetelnych 55 procent racji, to bardzo dobrze i nie ma co się szarpać. A kto ma 60 procent racji? To ślicznie, to wielkie szczęście, i niech Panu Bogu dziękuje. A co by powiedzieć o 75 procentach racji? Mądrzy ludzie powiadają, że jest to bardzo podejrzane. No, a co o 100 procentach? Taki, co mówi, że ma 100 procent racji, to paskudny gwałtownik, straszny rabuśnik, największy łajdak”.
Kto nie rozumie przypowieści Bjumena Petrankera, temu przesłanki postawy moralnej Vincenza pozostaną obce. Przypowieść ta uświadamia nam także, jak osobnym i silnym głosem jest Vincenz w naszej dwudziestowiecznej literaturze. Pierwsze szkice i eseje zamieszczał na łamach prasy kulturalnej w okresie dwudziestolecia międzywojennego (głównie w miesięczniku „Droga”). Również w czasie wojny, na Węgrzech, powstało kilka znakomitych tekstów, ale rozkwit eseistyki Vincenza przypada po roku 1945. Eseje powstają równocześnie z kolejnymi tomami tetralogii Na wysokiej połoninie, obok Dialogów z Sowietami, Powojennych perypetii Sokratesa. Nie stanowią jednak twórczości marginesowej, są komentarzem do czasów współczesnych oraz autokomentarzem do dzieł fabularnych i wspomnieniowych. Niektóre powstają jako wstępy do zamierzonych, ale nigdy nienapisanych książek (na przykład esej Czym może być dziś dla nas Dante). Pasjonowała Vincenza kultura starożytnej Grecji (Homer, Sokrates, Platon, Pauzaniasz), dzieło Dantego, działalność i nauka Gandhiego, twórczość romantyków polskich, kultura ludowa, karpaccy chasydzi. Już ta niepełna lista wzbudzić może podejrzenie zainteresowań tyleż różnorodnych co powierzchownych. Nic bardziej mylnego. W eseju istotna jest nie tylko gruntowna wiedza (choć esej nie aspiruje do miana studium naukowego), lecz również sposób, w jaki autor nawiązuje kontakt z rzeczywistością, rozpoznaje i ocenia jej rozliczne aspekty. Dlatego ważniejsze jest nie pytanie, jaki zakres miała na przykład wiedza dantologiczna Vincenza, lecz raczej kwestia inna: dlaczego właśnie Dantemu tyle uwagi poświęcał, co istotnego dla ludzi współczesnych odnalazł w jego dziele? Vincenz stawia pytania dotyczące sensu twórczości, jej społecznego sposobu istnienia, przemian i trwałości kodeksu etycznego, roli tradycji, relacji między przeszłością a teraźniejszością. Dla autora Na wysokiej połoninie kultura utrwala i wyraża najgłębsze dążenia człowieka: do porozumienia, do afirmacji świata, do piękna, do solidarności, przezwyciężenia lęku przed nicością, do Boga. Kultura to kumulująca się w czasie pozytywna samowiedza ludzkości. Twórczość powstaje dzięki przeczuciu transcendencji. W napisanym w roku 1938 eseju Uwagi o kulturze ludowej Vincenz zdecydowanie stwierdza: „[…] nie jest najważniejsze to całe natężone czuwanie, te szkoły, uniwersytety i cała świadoma systematyka i technika materialna i umysłowa”. Dalej eseista powie wprost, że odkrycie i zrozumienie kultur prymitywnych (ludowych) może przynieść ratunek cywilizacji nowoczesnej, to jest czasom „największego rozbicia, rozbratu i rozłamu sił duchowych”, „sekciarstwa kulturalnego”, „rozkawałkowania człowieka na kruszyny”, gdyż zbliża nas do przeniknięcia tajemnicy „jedności człowieka w różnych kulturach”. Kultura ludowa ujawni wtedy swoją siłę i przewagę nad kulturą oficjalną, świadomą, będącą często tylko „naleciałością, maską […] starannie utrzymywanym pokostem”, bo kultura ludowa rodzi się „w samej istocie człowieka”, tworzy ją „duch ludzki sam, bez preceptorów”. Źródłem mitów i wierzeń są dla eseisty „głębie duszy ludzkiej, poprzez mity możemy dotrzeć do tej krynicy duchowej, z której wypłynęły” (Polski wstęp do historii filozofii greckiej).
Tak pojmowane doświadczenie mistyczne, spontaniczne obcowanie z sacrum nieustannie odnawia świadomość religijną ludzkości, świadomość narażoną na kostnienie w dogmaty, formalizm obrządków i racjonalizację teologiczną, a więc zapomnienie o Bogu.

Współczesna duchowość uległa banalizacji. Likwidująca regionalne odrębności kultura masowa przyniosła dominację tak zwanych centrów cywilizacyjnych rozpowszechniających gotowe wzory. Banalność – powiada Vincenz – to zdewaluowanie słowa z powodu werbalizacji przez przyjęcie słowa od zewnątrz, czemu sprzyja akademizm i centralizacja, która zaczyna od słów, nie licząc się z indywidualnością konkretną (O możliwościach rozpowszechniania kultury i literatury polskiej). Żywotność i siła kultury nie polega jednak na magicznym odczuwaniu świata przez jej uczestników. Chodzi raczej o to, aby do dzieła sztuki – podług słów Dantego – „rękę przyłożyły i niebo, i ziemia”; aby uniwersalność twórczości była rezultatem ścisłego związku artysty z duszą zbiorową wspólnoty, mitem będącym „rzeczywistością skondensowaną”, która ujmuje doświadczenia minionych pokoleń. Stanisław Vincenz dostrzegał niebezpieczeństwa, jakie dla kultury wynikają zarówno z desakralizacji, jak i z odebrania tradycji wszelkiego autorytetu. Sacrum i tradycja, ustanawiając trwałe punkty odniesienia wobec zmiennej teraźniejszości, stabilizują ją. Akceptacja jednego i drugiego nie wymaga racjonalnego wyjaśnienia – polega na akcie wiary. Zarówno sacrum, jak i tradycja przypominają człowiekowi o jego ułomności, zakreślając granice i nadając jego życiu kształtujący je sens. Odrzucając sacrum i autorytet tradycji, człowiek miał nadzieję zdobyć autonomię, nęciła go perspektywa nieskończonego doskonalenia się dzięki rozumowi. Jednym z następstw tego gestu jest zanik ostrych kryteriów pozwalających na etyczne i estetyczne wartościowanie. Człowiek jest istotą zakorzenioną w dziejach swej wspólnoty, w jej mitach, sposobie odczuwania sacrum, w krajobrazie. Odrzucenie tego dziedzictwa przynosi nieuchronnie wyobcowanie, lęk, zgodę na poddanie się obcej dominacji, a w rezultacie stagnację i epigonizm. Współcześni ludzie budują cywilizację epigonów, którzy potrafią inwentaryzować, ale nie są zdolni do odczytywania tradycji, bo jej już nie rozumieją.
Jednym z najważniejszych warunków zdrowia duchowego – pisał w eseju O książkach i czytaniu – jest odnowienie. „Być zawsze kopią, oddźwiękiem, echem, być epigonem, to życie bezkrwiste i w gruncie rzeczy smętne. […] Bez kryzysów i przełomów nie byłoby także odnowień polegających na wskrzeszeniu lub odrodzeniu dawnych wartości”. Gorączce politycznej, czcicielom Weltgeistu przeciwstawiał Vincenz starą mądrość obecną w mitach i w medytacji. Ukazywały człowieka zadomowionego w świecie i we wszechświecie. Czesław Miłosz pierwszy dostrzegł zaangażowanie pisarza w dyskusję z naukowym, racjonalistycznym obrazem świata. Nie wdaje się on w bezpośrednią polemikę, lecz odwołuje się do perswazji, ukazując humanistyczny sens i terapeutyczną moc uniwersalnie pojętego religijnego dziedzictwa ludzkości. Pragnie leczyć z chorób nowoczesności: trwogi, rozpaczy, nudy, poczucia absurdu, które diagnozuje jako niepobożność i nihilizm.
AGNIESZKA PAPIESKA, ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Fragment Wstępu do trzytomowej edycji „Esejów zebranych” Stanisława Vincenza, przygotowanej przez Agnieszkę Papieską i Andrzeja Stanisława Kowalczyka. Ukaże się ona nakładem Instytutu Książki.
[1] Na temat życia pisarza zob. m.in.: Andrzej Stanisław Kowalczyk, Stanisław Vincenz – szkic do biogramu, w: Świat Vincenza. Studia o życiu i twórczości Stanisława Vincenza (1888–1971), pod red. Jana A. Choroszego i Jacka Kolbuszewskiego, Wrocław, Fundacja „Pro Vincenz”, 1992; Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz. Pisarz, humanista, orędownik zbliżenia narodów, Lublin, Towarzystwo Naukowe KUL, 2006; Zatrudnienie: Literat. Materiały, studia i szkice o Stanisławie Vincenzie, pod red. Jana Choroszego, Wrocław, Agencja Wydawnicza alinea, 2015.
[2] Irena Vincenzowa, Rozmowy ze Stanisławem Vincenzem, „Regiony” 1996 nr 1.
[3] „Jeszcze będziesz miał czas mówić pańskimi językami, a teraz mów po ludzku. I pamiętaj, synku, abyś nigdy ludzkiego języka nie zapomniał” (Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 34).
[4] Tamże.
[5] Tamże, s. 78. Ołdakowska-Kuflowa przywołuje obydwie daty, opierając się na przekazach rodziny.
[6] Więcej na temat Heleny Vincenz z d. Loeventon zob. Jan A. Choroszy, Lena. Szkice do portretu, w tomie: Zatrudnienie: Literat…, wyd. cyt., s. 457–479.
[7] Tamże, s. 118.
[8] Tamże, s. 120.
[9] Rudolf Maria Holzapfel, Wszechideał. Życie duszy i jego nowe postacie społeczne, przeł. Izydor Blumenfeld i Stanisław Vincenz, Warszawa, Rój, 1936.
[10] Dzieło ukazało się w całości kilkakrotnie, ostatnio nakładem Fundacji Pogranicze w Sejnach (w latach 2002–2005). Wybór wyszedł w Bibliotece Narodowej Ossolineum w opracowaniu Jana A. Choroszego (Wrocław 2023).
[11] Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 137.
[12] Zob. szczegółowe omówienie tła i samego procesu w artykule Olgi Ciwkacz Sokrates przed lwowskim sądem. Jeszcze raz o „sprawie doktora Vincenza i towarzyszy” zamieszczonym w tomie Zatrudnienie: Literat…, wyd. cyt., s. 421–449.
[13] Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 165–173.
[14] Konstanty Aleksander Jeleński, „Górami w miękkim blasku dnia”. O przyjaźni Czesława Miłosza ze Stanisławem Vincenzem, „Kultura” 1987 nr 1/472–2/473. Tekst opublikowany został także w poświęconej Andrzejowi Vincenzowi księdze zbiorowej Sprach- und Kulturkontakte im Polnischen. Gesammelte Aufsätze für A. de Vincenz zum 65. Geburtstag, hrsg. von Gerd Hentschel, München, Gustav Ineichen und Alek Pohl, 1987.
[15] List Stanisława Vincenza do Paula Cazina w Archiwum Stanisława Vincenza w Ossolineum. Cyt. za: Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, Stanisław Vincenz…, wyd. cyt., s. 244.
[16] Tamże, s. 244.
[17] List Vincenza do Giedroycia z 10 grudnia 1946 roku, w: Jerzy Giedroyc, Stanisław Vincenz, Listy 1946–1969, opracował, wstępem i przypisami opatrzył Rafał Habielski, Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Towarzystwo „Więź”, 2021, s. 29.
[18] Tamże, s. 203.
[19] Tamże, s. 205.
[20] List Giedroycia do Wittlina z 25 maja 1953 roku, w: Jerzy Giedroyc, Józef Wittlin, Listy 1947–1976, oprac. Rafał Habielski i Paweł Kądziela, Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Towarzystwo „Więź”, 2017, s. 147.
[21] Temat będzie często wracał w korespondencji Giedroycia i Miłosza.
[22] Ten wątek pojawi się w korespondencji z Czapskim (np. list Giedroycia z 17 maja 1951 roku w: Józef Czapski, Jerzy Giedroyc, Listy 1949–1951, oprac. Rafał Habielski, Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza, Association Institut Littéraire „Kultura”, Towarzystwo „Więź”, tom w przygotowaniu) czy też w korespondencji z Konstantym Aleksandrem Jeleńskim.
[23] Zob. Jeannne Hersch, O Stanisławie Vincenzie, w: Stanisław Vincenz, Po stronie dialogu, t. 2, Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1983.
[24] Czesław Miłosz, La Combe, „Kultura” 1958 nr 10/132.
[25] Tamże.
[26] Jarosław Iwaszkiewicz, Stanisław Vincenz (Wspomnienie), „Życie Warszawy” 1971 nr 43 (19 lutego).
Sonet dwudziesty piąty cyklu pierwszego: tancerka Orfeusza
Pierwszy raz w cyklu sonetowym, pomyślanym jako epitafium dla młodo zmarłej tancerki, poeta mówi wprost do Wery, osoby, której właściwie nie znał. Zwracając się bezpośrednio do prawie nieznajomej (raz tylko gościł Werę i jej siostrę Lilinkę na herbacie) i już nieżyjącej (zm. 1919), której układa napis nagrobny, niejako sam tańczy. Pod tym względem sonet XXV cyklu pierwszego jest szczególny i jedyny, chociaż bliźniaczy wobec sonetu XXVIII części drugiej.
Werę cechowała niezwykła uroda i niebywały talent taneczny: zapowiadała się na balerinę pełną gracji. Autor sonetów znał i wysoko cenił jej ojca, Gerharda (zm. 1913), ona sama zaś była przed Wielką Wojną towarzyszką zabaw córki Rilkego, Ruth, w Monachium. O śmierci tancerki powiadomiła poetę listownie Gertruda Ouckama Knoop, matka – jesienią roku 1921. List ten niebywale poruszył Rilkego – odpowiedział wdowie i ożałobionej matce epistołą szesnastostronicową. Nie jest to niezwyczajny rozmiar u kogoś, kto wyznawał gdzie indziej, że „należy do ludzi, tych staroświeckich”, którzy traktują list jako jeden z najpiękniejszych sposobów międzyludzkiego obcowania [1].
Rilke, przetrącony wojną, poszukujący w Szwajcarii samotności, pozostawał w głębokim wzruszeniu matczyną opowieścią o Werze, jej nierozpoznanej chorobie oraz nagłej rezygnacji z tańca, jaki zdawał się od wczesnego dzieciństwa przyrodzonym żywiołem dziewczynki; poeta był też poruszony opowieścią o jej przedśmiertnym zwrocie ku muzyce samej w sobie. Idea tańca jako przemiany u Paula Valéry’ego L’âme et la danse, gwałtowne dotknięcie poetyckiej wyobraźni historią młodej tancerki wyłoniły w Rilkem twórczy imperatyw.
Jak wyraziło się to w samym sonecie? Jesteśmy oto, czytając mityzujące określenia zmarłej tancerki w kolejnych strofach, w samym sednie poetyki orfickiej – jak Orfeusz podążył, by wydobyć z zaświatów Eurydykę, tak Rilke przywołuje Werę. I podobnie jak w micie orfickim – tematyzowanym przez Rainera Marię od początku XX wieku, by przypomnieć słynny poemat Orfeusz. Eurydyka. Hermes (nazwany przez Josifa Brodskiego największym wierszem tego stulecia) – śmierć porywa ciało młodej tancerki, ale to poeta ma tutaj ostatnie słowo. Poeta orficki ma je w sprawie ocalenia czyjejś pamięci, zwłaszcza pamięci o życiu u zarania, przeciętym nagle. W tej kwestii śmierć pozostaje bezradna, nie bywa już kuszącą modystką, Madame Lamort, która w Piątej Elegii z Duino sprzedawała tanie kapelusze losu…
Co uczynili polscy tłumacze z sonetem XXV pierwszej części orfickiego cyklu? Czy tańczą w nim paronomazyjnie, powtórzeniowo, współbrzmieniowo, porównaniowo i metaforycznie – jak sam Rilke? Odpowiedź „różnie z tym bywa” byłaby najuczciwsza.
I tak Jerzy Kamil Weintraub czyta pierwszy dwuwers (i pół) inicjalnej strofy w sposób zbyt uproszczony; to, co w dosłownym spolszczeniu brzmiałoby, mniej więcej, jak u Mieczysława Jastruna: „Lecz ciebie chcę teraz, ciebie, którą znałem / jak kwiat niewiadomego mi imienia / raz jeszcze przypomnieć (…)” – poeta czasu wojny osłabia brakiem precyzji i hemistychem amplifikacyjnym [2]: „Ale ciebie właśnie, ciebie, którą znam / jak ów kwiat bez imienia, świadom jego piękna / chcę jeszcze raz przypomnieć (…)”. Weintraub nie wyróżnia w tej strofie słów, które uwypukla poprzez użycie kursywy sam Rilke – co czynią też pozostali tłumacze, gorzej jeszcze, wyrażenie będące amplifikacją posłuży mu do uzyskania rymu tautologicznego (2 i 4 wers) „świadom jego piękna” – „towarzyszko piękna”, który nie istnieje w oryginale. Tłumaczenie Bernarda Antochewicza nazwałabym niezgrabnym, jego autor oddaje sens, lecz wytraca całą urodę omawianego fragmentu: „Lecz ciebie chcę teraz, ciebie, jakże mi znaną / jak kwiat, o imieniu nie znanym mi w życiu, jeszcze raz wspomnieć”. Niefortunna i nieuprawniona jest amplifikacja (znów prawdopodobnie potrzebna, by zrymować „bez liku” – „krzyku”), jaką posłużył się Adam Pomorski: „A teraz ciebie bym chciał, ciebie, dla której miana / jak dla znanego mi kwiatu nie miałem wśród imion bezliku, / przypomnieć jeszcze raz […]”. Różnie też tę strofę tłumacze na polski – domykają. Weintraub – gmatwa już nawet sens: „[…] dłonią wskazać wam / okrzyku zwycięskiego towarzyszko piękna” (w oryginale literalnie jest „im”, nie „wam”, ale to najmniejsze przewinienie). Podobnie Antochewicz: „[…] i ukazać Porwaną / piękną towarzyszkę nieznośnego krzyku” (u Rilkego krzyk nie jest ani „zwycięski”, ani – tym bardziej – „nieznośny”, jest: „niepokonany”, „nie do pokonania”). Jastrun w tym miejscu – w połowie wersu trzeciego – potyka się, a jakże, amplifikacyjnie: „[…] w kształcie zmartwychpowstałym / ukazać im, uczestniczkę krzyku nie do zwalczenia”. Pomorski kluczy: „[…] ukazać cię im, porwana, / piękna współtowarzyszko niepokonanego krzyku”.

W drugiej strofie czterowersowej, którą Rilke konstruuje wokół bardziej rozbudowanego porównania (w pierwszej ośrodkiem było „wie eine Blume” = „jak kwiat”), tłumacze znów wybierają różne, mówiąc uczenie, strategie przekładu [3]
Weintraub:
Tancerka pierwej, jej ciało pełne drżenia
zastyga jak z młodości w kruszce przetopione,
smucąc się i słuchając. To z wysokiego wzniesienia
opada jej muzyka w serce przemienione.
Jastrun:
Tancerka wpierw, która nagle swoje ciało trwożne
zatrzymała, jakby wlano spiż w jej istnienie dziewczęce,
smutna i zasłuchana – kiedy z woli przemożnej
wtargnęła muzyka w jej przemienione serce.
Antochewicz:
Tancerkę wpierw, co ciało z wahaniem wstrzymała
jakby młodość jej w rudę przelano naprędce,
smutną i wsłuchaną – . Wtem, z Możnego Nadania
spłynęła muzyka w jej zmienione serce.
Pomorski:
Gdy nagle, jakby dziewczęcość jej była odlewem mosiężnym,
ciałem pełnym wahania przyszło się wstrzymać tancerce,
bolesnej i nadsłuchującej. Czymś nade wszystko potężnym
muzyka jej uderzyła o przemienione serce.
Właściwie wszyscy, prócz Pomorskiego, który postanowił „opowiedzieć” tę strofę, a nie dać jej ekwiwalent w przebiegu wersowym, co zmienia dramaturgię i uniemożliwia sensowne porównywanie, utrzymali architektonikę oryginału – w swych przekładach. Zaczyna się strofa druga od, lakonicznego i niebywale mocnego w wyrazie, nagłosu: „Tänzerin erst”, co można oddać jako „Tancerka wpierw” czy „Tancerkę wpierw” (jak to – trafnie – uczynili Jastrun i Antochewicz); Weintraubowa „Tancerka pierwej”, nie dość że myląca, trąci dziś myszką – to przekład sprzed ponad osiemdziesięciu lat. Najbardziej jednak zdumiewające, że u Pomorskiego ta zasadnicza, ustanawiająca pierwszeństwo, a co za tym idzie podmiotowość, fraza – po prostu znika. Niezwykle trudna okazuje się w translacji inna fraza: „als göß man ihr Jungsein in Erz” (warto zauważyć, że Rilke daje tu wyraźną pauzę – średnikową, nie sugeruje więc przerzutni), co tłumacze spolszczają jako „jak z młodości w kruszce przetopione” (Weintraub: pięknie, lecz nieczytelnie); „jakby wlano spiż w jej istnienie dziewczęce” (Jastrun: i pięknie, i precyzyjnie, z jasnym ekwiwalentem oryginału); „jakby młodość jej w rudę przelano naprędce” (Antochewicz: ani pięknie, ani czytelnie, z amplifikacją osłabiającą siłę rażenia tej frazy) – wydaje się, że Rilkemu zależało na jak najbardziej nagłym i bolesnym ukazaniu momentu zastygnięcia, skamienienia życia w śmierć, ruchu tanecznego w martwy bezruch. Być może dlatego oddzielił on radykalnie tę frazę od kolejnej – to nie tylko nowy wers (granica wierszowa), ale też unieważniająca ewentualność przerzutni i kluczowa dla kierunku interpretacji granica składniowa (średnik). Jak czytać „trauernd und lauschend”, w którym miesza się żałoba /smutek i zasłuchanie: podobne i w zasadzie poprawne są – odpowiednio – Jastruna oraz Antochewicza „smutna i zasłuchana” oraz „smutną i wsłuchaną”; zastanawiająca Pomorskiego „bolesnej i nadsłuchującej”; mylą się oni jednak, moim zdaniem, bardziej niż Weintraub, który spolszcza rzecz nie jako imiesłowy przymiotnikowe, lecz jako przysłówkowe współczesne: „smucąc się i słuchając”. I wreszcie ostatnia kwestia w tej strofie: czy muzyka w przemienione serce tancerki „opada” (Weintraub), czy w nie „wtargnęła” (Jastrun) albo „spłynęła” (Antochewicz), czy raczej o nie „uderzyła” (Pomorski)? Żadna z tych propozycji nie wydaje mi się satysfakcjonująca: Jastrun i Pomorski słusznie podkreślają swymi wyborami leksykalnymi gwałtowność, chociaż ten drugi ową nagłość osłabia, gdyż „uderzyć o serce” to jednak nie to samo, co „uderzyć w serce”; opad czy spłynięcie, proponowane – kolejno – przez Weintrauba i Antochewicza są zbyt łagodne. U Rilkego mamy raczej do czynienia z czymś, co pada (zapada) w przemienione serce, zatem Pomorski (poza przyimkiem) byłby najbliżej oryginału.
A potem – co się wydarza w strofach trójwersowych? U Rilkego, w jego niemczyźnie, która bywa jak lancet, pojawia się półwers-cezura: „Nah war die Krankheit” („Blisko była choroba”) – najbliżej tego cięcia, które kordonem sanitarnym odgradza osobę w domenie śmierci od reszty świata, zdają się tłumaczyć Antochewicz – „Bliska była choroba” czy Jastrun – „Już bliska była choroba”, lepiej byłoby, oczywiście, gdyby użyli słowa „blisko”, bo „bliska” może też oznaczać „bliska komuś” (chorującej), a nie – „w pobliżu” (ta, która czyha); także Pomorski ma poniekąd rację: „Choroba była tuż” – bez inwersji nie słychać jednak uroczystego kroku śmierci, jej ceremoniału. Koncept Weintrauba jest nie do obrony: „Tak blisko była słabość” – eufemizm choroby, osłabienie sensu przez zaimek przysłowny: to fraza-lancet, lecz tępy nóż.
Podobnie rzecz ma się z nagłosem ostatniej strofy „Wieder und wieder”: pojedyncze „I znów” Weintrauba jest zdecydowanie zbyt słabe, podobnie jak „wciąż” Jastruna; w stronę, którą wskazuje Rilke w oryginale, idzie Pomorski („I znów, i znów”) lecz przez powtórzenie spójnika, to, co miałoby być uporczywe, nabiera zbędnej inkantacyjności (jak z wczesnego Korneta); chyba najbliżej sytuuje się, tym razem, Antochewicz z jego „Wciąż i wciąż”.
Kto najpiękniej i najadekwatniej dwie strofy – te do namysłu – spolszczył, nie podejmuję się odpowiedzieć i chętnie utworzyłabym kontaminację, biorąc raz wers stąd, raz stamtąd, gdyby nie rymy. Drogą eliminacji – rezygnuję kolejno z amplifikującego i niejasnego Weintrauba, wplatającego omownie Pomorskiego, Antochewicza, który przekłada nieźle…. a tu nagle wpada w afekt. Zostaje Jastrun, także niedoskonały, ale może – najmniej:
Już bliska była choroba. Już owładnięta jej cieniem
krew napierała mroczna, lecz podejrzliwie i z drżeniem
ku naturalnej wiośnie parła popędem samym,
wciąż hamowana ciemnością, upadkiem, dławionym porywem,
świeciła ziemskim blaskiem. Aż biciem serca straszliwym
weszła w otwartą bez nadziei bramę.
Bez nadziei, bez pociechy.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Zob. Rainer Maria Rilke, Briefe an eine junge Frau, Zürich, Diogenes Verlag, AG, 1997 [nota na okładce]
[2] Zaznaczam go pogrubieniem.
[3] Kluczowe w akcie przekładu słowa i formuły – pogrubiam.