22 września 1958 roku Zygmunt Mycielski pisał w dzienniku: „Wczoraj u Jerzego Andrzejewskiego w szpitalu […]. Byłem tak zmęczony, że zapomniałem nawet powiedzieć mu to, co chciałem, że idę dziś do poselstwa izraelskiego, żeby zwąchać sprawę «polskiej jazdy do Izraela». Jest tam – moim zdaniem – idealny teren do polskiej ekspansji kulturalnej. Na pierwszy rzut oka myślałbym o jeździe Dąbrowskiej, Andrzejewskiego, Cybisa i mojej”. To pierwszy zapis dotyczący ewentualnej wizyty Mycielskiego w Izraelu. Odwilż 1956 roku uchyliła żelazną kurtynę, umożliwiając zagraniczne podróże. W 1957 Mycielski po raz pierwszy od ośmiu lat wyjechał na Zachód – do Francji i Szwajcarii. Wkrótce potem zaczął myśleć o wizycie w Izraelu, który budził spore zaciekawienie wśród polskich środowisk artystycznych i intelektualnych. Izrael był wówczas postrzegany jako młody kraj, budowany przez przybyszy z różnych stron (w tym z Polski – z kolejną dużą falą tzw. emigracji gomułkowskiej w drugiej połowie lat pięćdziesiątych), otwarty i otwierający wiele ciekawych perspektyw.
26 listopada 1958 roku Mycielski został zaproszony na odbywający się w Instytucie Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego, ilustrowany nagraniami muzycznymi, „odczyt muzykologa izraelskiego Menashe Rawina O genezie organum na podstawie folkloru Jemenitów i Samarytan”. Zachowane w archiwum kompozytora zaproszenie wypełnione jest na odwrocie odręcznymi uwagami, robionymi przez niego podczas wykładu. W styczniu 1959 roku do Tel Awiwu wyjechał przebywający już poza Polską Marek Hłasko, którego Mycielski znał z czasów wspólnej pracy nad czasopismem „Europa”. 24 czerwca 1959 Mycielski pisał, że „Monika Żeromska wróciła zachwycona Izraelem. Dała mi jeszcze więcej gustu, żeby tam pojechać”. W końcu, w nocy z 17–18 października 1959 zanotował: „Rano, o ósmej, mam polecieć przez Zurych do Rzymu, a stamtąd do Izraela, zaproszony przez muzyków żydowskich. Powrót przez Ateny. Wszędzie mam «duże» listy polecające, omawianie różnych spraw”. Deklarował przy tym: „Chciałbym się przyczynić do nawiązania bliższych kontaktów z tą niepisaną, polską w znacznej mierze kolonią nad Morzem Śródziemnym”.
Mycielski jechał do Izraela z niekłamanym zaciekawieniem, trochę właśnie jak do owej „niepisanej, polskiej w znacznej mierze kolonii nad Morzem Śródziemnym”. Mieszkało tam wielu polskich muzyków, których znał sprzed wojny, a którzy wyjechali w latach trzydziestych wtedy jeszcze do Palestyny, aby zasilić szeregi utworzonej w 1936 roku przez Bronisława Hubermana orkiestry symfonicznej, która do dziś jest muzyczną wizytówką Izraela. Ale ciekawiła go nie tylko muzyka. Podczas dwutygodniowego pobytu w Izraelu uważnie przyglądał się organizacji tego od niedawna dopiero formalnie istniejącego kraju, a swoje obserwacje postanowił przekazać czytelnikom „Przeglądu Kulturalnego”. Trzy pierwsze relacje z podróży, zatytułowane W Izraelu, ukazały się w pierwszych trzech numerach pisma w 1960 roku, a kolejną i ostatnią, Muzyka w Izraelu, ogłoszono w numerze 6.

Mycielski zastanawiał się, o czym ma pisać w tych korespondencjach. W grudniu 1959 roku, niedługo po powrocie do kraju notował: „Powiedzieć wszystko co wiem i co myślę o Żydach i Izraelu? Pozostać na pozycjach człowieka, który przez dwa tygodnie pętał się między Tel Awiwem, Jerozolimą, Jeziorem Genezaret i Morzem Czerwonym? Byłem tam zanadto przyjmowany, a za mało wetknąłem nosa pod podszewkę. Zresztą, jak tu dziś wtykać nosa pod podszewkę?”. Myśl ta pojawia się w opublikowanej relacji, pierwszej z cyklu, choć przyjmuje nieco inne zabarwienie: „Pojechałem do Izraela na zaproszenie tamtejszego Związku Kompozytorów. Byłem przyjęty jak król, ale czy to znaczy, że po dwutygodniowym tam pobycie mam znać się na sprawie żydowskiej, zastarzałej od czasów Abrahama, starszej od sprawy polskiej o jakieś 2500 lat? Przez dwa tygodnie trudno poznać jedną rodzinę, złożoną z rodziców, dziecka i przyjaciela domu, a co dopiero poznać stary naród, tworzący nowe państwo”.
Mycielski przyglądał się nowemu Izraelowi nie bez podziwu. „Są u siebie” – podkreślał, patrząc jak wprowadzane odgórnie zarządzenia organizują codzienne życie mieszkańców, łącząc w jeden naród przybyszów z różnych stron świata, o różnych przecież lokalnych tradycjach i mówiących innymi językami. […]
Wśród muzyków Izraelskiej Orkiestry Symfonicznej było liczne grono artystów przybyłych z Polski zarówno w latach trzydziestych, jak i już po II wojnie światowej. Oni witali kompozytora z Warszawy najcieplej. Nocą z 12 na 13 listopada 1959 roku Mycielski zanotował w dzienniku: „Wczoraj odbyło się w Tel Awiwie moje powitanie. Przyszło mnóstwo ludzi do sali klubu MILO, muzycy, wszyscy tutejsi kompozytorzy, [Paul] Ben Chaim, Odeon Partos, [Josef] Tal z Jerozolimy, [Aleksandr] Boskowitsh, przedstawiciele towarzystwa Polsko-Izraelskiego, ktoś z naszego poselstwa, oczywiście Karol Klein etc. Coś ponad 50 osób. Mnóstwo hebrajskich przemówień, które mi tłumaczono, mnóstwo Żydów z Polski, którzy się przepychali z pytaniami o [Zbigniewa] Drzewieckiego, [Zygmunta] Grossa, [Jana] Maklakiewicza, o różnych ludzi, których nie znam, o Kraków, Lublin, Łódź. Odpowiadałem, co było tłumaczone na hebrajski dla tych, którzy nie rozumieli”.
I właśnie muzykom i muzyce w Izraelu poświęcił Mycielski ostatnią z opublikowanych w „Przeglądzie Kulturalnym” relacji. Zachwycił się pokazanymi mu w jerozolimskim Etnologicznym Instytucie Orientalistyki zbiorami folkloru „zawleczonego tu ze wszystkich zakątków świata”. Dostrzegł ogromne bogactwo i różnorodność nagrań zgromadzonych w tym miejscu przez znakomitą badaczkę regionu, pionierkę izraelskiej etnomuzykologii, Edith Gerson-Kiwi. Słuchał prezentowanych nagrań z zaciekawieniem i żałował, że nie ma więcej czasu, by się lepiej z nimi zapoznać. Następnie pisał o wyprzedanej na każdy koncert sali koncertowej w Tel Awiwie, a także budowanej sali koncertowej w Jerozolimie. Notował: „Jak widzimy, Żydzi potrzebują muzyki jak wody, mają jednak więcej muzyki niż wody. Orkiestry jeżdżą po kraju, mnożą się, chórów jest dużo, kompozytorów też, i to bardzo zdolnych i ciekawych”. Wiele ciepłych słów poświęcił założonej przed laty przez Hubermana orkiestrze izraelskiej, na której koncert wybrał się w Tel Awiwie: „Czułem się tam znowu jak w domu, gdy poszedłem za kulisy. Czternastu członków tej orkiestry pochodzi z naszych orkiestr, przeważnie z dawnej orkiestry warszawskiej Fitelberga. W tym koncertmistrz, Józef Kamiński, który mi kazał pozdrowić najserdeczniej Grażynę Bacewiczównę, bracia Ginsburgowie, z których jeden jest pierwszym wiolonczelistą, a drugi pierwszym perkusistą i wielu innych”.
Spotkanie z pochodzącymi z Polski muzykami miało wymiar sentymentalny, ale dużo ważniejsze było wysłuchanie koncertu. Mycielski wysoko ocenił poziom gry zespołu: „Muzyków do tej orkiestry dobierał Huberman z całego świata. Mozaika ta dała wspaniały rezultat”. W wykonaniu izraelskiej orkiestry słuchał między innymi nowych dzieł miejscowych kompozytorów – Menahema Avidoma i Paula Ben Chaima. U obu dostrzegł dobry kompozytorski warsztat i przywiązanie do europejskiej tradycji muzyki symfonicznej, łączone z wpływami muzyki synagogalnej. „Nie potrafię powiedzieć – pisał – czy są oni tymi, którzy przede wszystkim dostarczają repertuaru narodowego w swoim kraju, z pewnością jednak dążą do tego i potrafią to robić, mając wspaniały aparat wykonawczy”. Szerzej temat kompozytorów izraelskich Mycielski rozwinął w dalszej części tekstu, już niepublikowanej.
Zygmunt Mycielski był poruszony wizytą w Izraelu, choć zapewne w inny sposób niż zakładał przed wyjazdem. Zrezygnował z wizji postrzegania Izraela jako „niepisanej, polskiej w znacznej mierze kolonii nad Morzem Śródziemnym”. Przed opuszczeniem Tel Awiwu zanotował: „Ta koncepcja nie chwyta. Chciałem zorganizować dużą polską «ekspedycję kulturalną» – nie przeszło. Z Cybisem, Andrzejewskim. W Tel Awiwie Hłasko. Ale to nie on do takich rzeczy!”.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Fragment artykułu opublikowanego w tomie „Żydzi Wschodniej Polski, seria XIII: Żydowskie podróże. Żydowscy podróżnicy”, red. Dariusz Kalinowski, Jarosław Ławski. Białystok, Uniwersytet w Białymstoku – Wydawnictwo Prymat, 2025. „Notatki z Izraela” Zygmunta Mycielskiego w całości ogłoszone zostały w tomie Zygmunt Mycielski, „Listy do Polaków”, oprac. Beata Bolesławska-Lewandowska, Instytut Sztuki PAN, Warszawa 2025.
Denis Achapkin odszedł 16 kwietnia roku marnego 2025, gdy na małym ludzkim nieboskłonie doszło do katastrofalnej koniunkcji władzy ze złym i głupim. Odszedł w czas „czarnej paschy”. Jest taki poemat Jeleny Szwarc Черная Пасха. Wkrótce po wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie Denis przesłał mi drugą jego część, zatytułowaną Где мы?, co tłumaczyłem sobie jako Co się z nami stało? W pustą noc po jego śmierci pochyliłem się nad przekładem. Trochę zaskoczony, że powracam do rosyjskiego, tłumacząc sobie w myślach zapomniane słowa poprzez język ukraiński. To był ostatni list, który od niego otrzymałem. Lubiliśmy dzielić się wierszami, które zabralibyśmy ze sobą w ostatnią podróż i którymi moglibyśmy zapełnić jeden, nie więcej, notes mieszczący się w kieszeni na sercu.
Są teraz ze mną trzy wiersze z tego niewidzialnego notesu. Pomogą mi opowiedzieć o Denisie. Bez nich byłoby mi trudno pisać o nim. Długo milczeliśmy. Nie daje mi spokoju myśl o tym, o czym snułaby się nasza rozmowa, gdybyśmy teraz się spotkali. Jak obecny byłby w niej Brodski, któremu Denis poświęcił większą część swojego twórczego życia? Co powiedziałby mi o Rosji? Za co wzniósł toast? A przecież toczy się między nami nieprzerwanie milcząca rozmowa. I im głębiej się w niej teraz zanurzam, przy okazji czytając go i wspominając, tym bardziej topnieje mój niepokój. Umacnia się w oczach sylwetka człowieka żyjącego w prawdzie, którego czas marny mógł ranić, nigdy jednak złamać. Wznosząc kieliszek szampana na swoje pięćdziesiąte piąte urodziny ironizował, że zdał miniony rok na same piątki. Coś mi mówi, że tak było z całym jego życiem, choć on moje słowa szybko obróciłby w żart. Potrafił patrzeć na siebie z przymrużeniem oka. Podobnie patrzył na Rosję, wolny od imperialnego osadu, którego przez długie lata nie udaje się zmyć nawet tym, którzy wybrali emigrację.

Lubiłem poczucie humoru Denisa. Na swoje urodziny 17 sierpnia 2023 roku napisał, że 54 lata to nowe 45. Tak miało być. Tymczasem Jekaterina, jego żona, napisała tylko: „Bardzo złośliwa i raptowna onkologia. Dwa miesiące z połową i po wszystkim”. I nagle tężeją obrazy naszych spotkań, w stop-klatkach zatrzymują się rysy twarzy, niepowtarzalna melodia mowy, „błysk ręki”… Teraz myślę, że wiersz Spotkanie musiał być napisany przez Miłosza na wieść o śmierci bliskiej osoby. Moment, w którym do naszej świadomości dociera, że „dzisiaj już nie żyją”, wyostrza widzenie. Pustkę wypełnia pamięć, zdobywając panowanie nad czasem, choć nie na długo, gdyż wiecznym pytaniem pozostanie to, czy przetrwa i gdzie znajdzie miejsce spoczynku. W bezdechu śmierci bliskiej osoby desperacko walczymy o haust powietrza. Zaczerpnięcie przychodzi do nas z tego, co było dawno i co wciąż darzymy miłością. Denis bardzo lubił ten wileński wiersz z Ocalenia. Prosił, aby czytać mu go po polsku. Uczył się jego brzmienia. „Jak chcesz w oryginale – żartowałem – to musisz posłuchać mowy poety.” I puściłem mu Miłosza czytającego Spotkanie.
Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach.
Czerwone skrzydło wstawało, jeszcze noc.
I zając przebiegł nagle tuż przed nami,
A jeden z nas pokazał go ręką.
To było dawno. Dzisiaj już nie żyją
Ni zając, ani ten, co go wskazywał.
Miłości moja, gdzież są, dokąd idą
Błysk ręki, linia biegu, szelest grud –
Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.
Odnalazłem fotografię z Krasnogrudy. Siedzimy na tarasie mojego domu. Jest chłodny dzień lata. Na pierwszym planie Irena Grudzińska-Gross, pracująca już wtedy nad książką o Weissbergu-Cybulskim, dla którego – z perspektywy naukowca z laboratorium fizyki w Charkowie – Hołodomor był konieczną ceną ludzkości za postęp technologiczny, i który wnet stał się ofiarą stalinowskiej czystki, zawdzięczającą życie nie tyle wstawiennictwu samego Einsteina, ile paktowi Ribbentrop-Mołotow, w ślad za którym poszła wymiana więźniów między komunistami i nazistami. Po drugiej stronie stołu Irina Krawcowa, planująca rosyjskie wydanie Ziemi Ulro, do którego napiszę posłowie, dowodząc potrzeby zapoznania się Rosjan z refleksją o erozji ducha. Siedzący obok niej Piotr Mitzner przywiózł nam w darze swoją książkę Warszawski „Domek w Kołomnie” o działającym w połowie lat trzydziestych polsko-rosyjskim klubie dyskusyjnym, założonym przez białego emigranta Dymitra Fiłosofowa, do zarządu którego należeli m.in. Czapski i Stempowski. Naprzeciwko Piotra siedzi Magda Chabiera, edytorka tekstów Stempowskiego, w tym tomu Po powodzi. Eseje i dzienniki podróży. Obok niej Anatol Rojtman, emerytowany fizyk i tłumacz wierszy Miłosza na rosyjski, który poprzedniego wieczora „czytał” nam z pamięci Świat. Poema naiwne. Na końcu stołu siedzą zawsze uśmiechnięta Katia i zawsze głodny życia Denis. Zbiera myśli dla nowego toastu. Wzniesiemy go za współpracę petersburskiego Artes Liberales i Międzynarodowego Centrum Dialogu, za planowaną wspólnie szkołę letnią, za przekłady i publikacje naszych książek, za odwagę utopii.

Na twarzy Denisa widoczny jest kilkudniowy zarost. Zawsze go takim pamiętam. Nieogolona twarz przywodziła na myśl pracującego po nocach humanistę, ale w jego przypadku bardziej jeszcze osobę towarzyską, spontaniczną w przyjaźni, wyswobodzoną z gorsetu obyczajowego rygoru. Było w nim coś z braku subordynacji, zarówno wobec formy narzucanej przez społeczne hierarchie, jak i funkcji, w jego przypadku prodziekana, naukowca, mentora studentów. Niesubordynacja Denisa była tyleż estetyczna, co etyczna. Przyglądając się fotografii z Krasnogrudy przypominam sobie, wiem, jak głęboko odczuwał wszystkie zaszłości historyczne i bieżące dylematy moralne zgromadzone przy tym stole na polsko-litewskim pograniczu. Od aneksji Krymu przez Rosję upłynęły zaledwie dwa lata z okładem. Tak, Denis był człowiekiem, który zdefiniował sobie Termopile i strzegł ich bez bohaterskiego rozgłosu, w ciszy robienia tego, co należy. Za życia lękamy się dokonywać takich przyrównań, ale teraz mój przyjaciel z Petersburga w całej prawdzie wyłania się z ukochanego przez siebie wiersza Termopile Kawafisa, który podaję w przekładzie Ireneusza Kani:
Chwała tym, którzy w swoim życiu
zdefiniowali sobie Termopile i ich strzegą.
Nie porzucają nigdy obowiązku,
w swych czynach zawsze sprawiedliwi i bezstronni,
choć zdolni też do litości i współczucia;
szczodrzy, ilekroć bogaci, i nawet
gdy ubodzy – szczodrzy na miarę swej biedy,
śpieszący z pomocą, o ile możności,
zawsze mówiący prawdę,
lecz bez nienawiści do tych, którzy kłamią.
A większa jeszcze chwała im należna,
gdy wiedzą z góry (takich jest niemało),
że w końcu jednak zjawi się Efjaltes
i że Medowie ostatecznie przyjdą.
Zdaję sobie w tym momencie sprawę, że nasz niewidzialny notes z wierszami jest polifoniczny w formie, zbiera pismo i melos, fotografie i etos życia. Jak włączyć do niego wiersz Jeleny Szwarc? Wiersz, który Denis zapisał na ostatniej jego stronie. Z pewnością powinienem uniknąć jednowymiarowej perspektywy. Czuję, że mam do czynienia z palimpsestem nakładających się warstw miejsca i czasu, światła i mroku. Za tytułowym Gdzie jesteśmy, kryje się rozpacz tych, którzy – przejrzawszy na oczy – widzą wszechobecność zła i próbują zakrzyczeć kłamstwo pytając co się z nami stało. Zarost na twarzy Denisa zmienia wcześniejsze konotacje i zlewa się z kirem czarnej paschy, spowijającym rzeczywistość. Przezierają przez niego różne, często kontrastujące ze sobą światy. Czerń daleka jest tu od monolitu, łamana przez świetliste prześwity potęguje tylko tragizm ludzi wyswobadzających – często za cenę życia lub łagru – własną twarz z tłuszczy mużików. Gdy o tym rozmawialiśmy, Denis podkreślał, że stare ruskie słowo чернь dawniej nie miało pejoratywnego znaczenia w sensie dzisiejszego pospólstwa, ale odnosiło się do wolnego chłopstwa, często zasilającego szeregi antycarskich kozackich buntów.
Oto genius loci tej rzeczywistości – Petersburg. Miasto, na powierzchni którego nigdy nie czułem się dobrze. Przerażała mnie dysproporcja nieludzko ogromnych urzędowo-państwowych przestrzeni z ciasnotą i nędzą komunałek i innych mieszkalnych zakamarków, w których kolejne tyranie upychały ludzkie życie. Przerażały kazamaty, krzywda i cierpienie milionów niewolnych, których prochy chrzęściły pod stopami spacerowiczów. Może właśnie dlatego podczas pobytów w Petersburgu tak desperacko poszukiwałem szansy obcowania z innymi twarzą w twarz. Spotkanie drugiego człowieka miało tutaj szczególną moc, za sprawą której tworzyły się serdeczne kręgi międzyludzkiego współistnienia, rodziły długotrwałe przyjaźnie. To, co z zewnątrz wydawało się bieda-domkiem, po przekroczeniu progu ujmowało bogactwem i ciepłem ludzkiego wnętrza. Tak przynajmniej było, gdy przecięły się nasze ścieżki z Denisem.
Petersburg zawsze miał swoje podziemne życie. Znam je nie tylko z opowieści. Denis i inni przyjaciele stamtąd też byli jego częścią, choć z pozoru wydawać by się mogło, że żyli i tworzyli „normalnie”, bez samizdatu, głodówek i tortur. Piszę w czasie przeszłym, bo dzisiaj po raz kolejny pewnie zmieniła się cena, którą trzeba za nie płacić. I mogę tylko sobie wyobrazić w jakiej depresji i stresie upływały ostatnie lata życia Denisa, czego skutkiem musiała być jego nagła choroba i śmierć. Opowiadał mi o podziemnym Petersburgu za czasów Jeleny Szwarc, o niezależnym stowarzyszeniu literackim „Klub-81”, o publikowanych przez nią w samizdacie do 1989 roku tomach wierszy, o jej neobarokowym metarealizmie, wydobywającym spod powierzchni rzeczywistości jej wewnętrzne, zmrożone wyparciem i strachem złoża. Taka jest też Czarna Wielkanoc z 1974 roku. W drugiej części poematu akt przemocy męża nad żoną, poza swoim nagim okrucieństwem, spotęgowany jest kolanopokłonnym, po pijacku obleśnym błaganiem o przebaczenie. Ileż to razy rozmawialiśmy z Denisem o „rosyjskiej winie”, rozchodzącej się po kościach jakby nic się nie stało, zlewającej w jeden płacz łzy oprawcy i ofiary, za tani grosz przekupywanej „przebaczeniem, które nie przebacza”. Akt przemocy na kobiecie i rozmazania winy otwiera oczy na to, co się z nami stało, na rzeczywistość zakłamaną iluzją życia „jak na Zachodzie”, na ojczyste dzieciobójstwo i na Petersburg od dawna „zalany przez Rosję”.
Zanim jednak oddam głos wierszowi Jeleny Szwarc, nie mogę pominąć innych warstw, tworzących petersburski palimpsest Denisa. Widzę oto jego i Katię z lampką szampana siedzących na brzegu Newy, być może w dniu ich zaślubin; w każdym razie na tej fotografii pięknie zakochanych, spragnionych wspólnego życia i obiecujących sobie nigdy miasta ich miłości nie porzucić. Widzę Denisa jak oprowadza gości z Litwy i Polski po „półtora pokoju”, w którym z rodzicami mieszkał Brodski; szczęśliwego, że duchowe pobratymstwo, uosabiane przez Miłosza, Brodskiego i Venclovę, wygnańców z Wilna i Leningradu, może być kontynuowane w jego Petersburgu. Na to nakładają się obrazy z debat i wystaw w Muzeum Anny Achmatowej, którego wspaniały zespół silnych i odważnych kobiet miał w Denisie niezrównanego partnera, kuratora wystaw, organizatora programów edukacyjnych i konferencji. Do tego dochodzą spotkania z członkami „Memoriału” oraz ambitnego pisma kulturalno-filozoficznego „Zwiezda”. Widzę wreszcie Denisa w jego małym akademickim królestwie Artes Liberales w Smolny College, otoczonego studentami, dla których stał się mentorem, któregoś roku obwołanym najbardziej popularnym wykładowcą, dla których prowadził kurs zajęć „Pisanie i myślenie” (prowadził je z podobnym sukcesem również w amerykańskim Bard College). Zaprosił mnie kiedyś z wykładem o Miłoszu. Zrozumiałem wtedy, jak ważną jest jego praca, jak wiele znaczy dla studentów, a jednocześnie, że to jest wyspa dla odważnych i szalonych, w istocie podziemie, w którym każda rozmowa o współpracy międzynarodowej obarczona jest lękiem przed wpisaniem nazwisk i organizacji na listę „agentów zagranicznych” – początkowo miała to być „niewinna” formalność, ale nikt nie miał złudzeń, że w istocie jest to kontynuacja list preparowanych przez stare jak Rosja i tylko zmieniające nazwy KGB. Podziemne jest też muzeum Achmatowej. „Memoriał” został zdelegalizowany. I widzę życie na powierzchni Petersburga, miasta, w którym po raz pierwszy odczułem, że w naszym świecie rodzi się nowa forma faszyzmu. Nie odczułem tego na widok marszu ONR-u w Łodzi albo podobnych, rekonstruujących przeszłość marszów w Niemczech czy Danii. Towarzyszyło im zgorszenie, ale nie paniczny lęk. Co innego marsze zmilitaryzowanej „czerni” w Petersburgu sprzed dziesięciu, dwunastu laty. Była w nich siła mainstreamu, z przyzwoleniem władzy i strachem w oczach gapiów (u jednych przemieszanym z podziwem, u innych z ugięciem kolan przed nową fazą konieczności historycznej). Dzisiaj podobnie jest w innych miejscach świata. I nie zamierzam zawężać wymowy wołania „Co się z nami stało?” do kontekstu Rosji. Myślę tylko o tym, co chciał mi na odchodne z tego świata powiedzieć Denis, zamieszczając drugi fragment Czarnej Wielkanocy w naszym niewidzialnym notesie. Że nic się nie zmieniło? Że proroczy? A może, że wszyscy chodzimy przystrojeni w pożyczone peruki, które kiedyś, doprowadzeni na krawędź bólu i rozpaczy zerwiemy, by zobaczyć kim naprawdę jesteśmy?
GDZIE JESTEŚMY?
No i masz, pijany mąż
Zwalił się jak głaz
I zaczął kląć,
Dziki mocarz.
Drze się niby boży grom:
„Gdzieś była? Z kim piłaś?
Co ci się tak oczka świecą?
Zajeżdżasz mi wódką”.
I jak cię nie walnie pięścią
Między oczy.
I krew się leje, i łzy.
Za co? Za co, Boże?
Jeszcze kopa w brzuch dołoży.
Jak chory pies zaskamlesz
I w ciemny kąt czołgać się będziesz,
Złorzecząc i płacząc, by tam umrzeć.
Tam już do woli możesz sobie wyć.
Skąd wziął się we mnie –
Chrapliwy zły zwierzęcy ryk?
Stłoczone w płonącym teatrze, świetliste
Uczucia uciekły, wszystkie.
I ból i nienawiść przeżuwasz.
A gdy ucichniesz, odejdziesz,
Zaraz się pojawia, na kolanach,
I płacze i mówi: „Przebacz,
Nie wiem jak… przecież nie chciałem…”.
I ciemne słowa miłości
Na smutnym kacu bełkocze.
Zmieszały się nasze łzy,
Nie przebaczywszy, przebaczam.
A moje sińce kwitną jak róże.
. . . . . . . . . . . .
Jesteśmy – gdzie jesteśmy? – w Rosji,
Gdzie z bólu poczerniałe są krzewy,
Gdzie oczy świętych promiennie puste,
Gdzie w święta biją baby…
Myślałam – nie ja jedna –
Że Petersburg, wyjątkowy kraj – nasza ojczyzna,
To zachód we wschód wrzucony,
I samotny, i otoczony,
Chronicznie chory, zawsze przeziębiony,
Gdzie lichwiarkę zabił Napoleon.
Lecz runęła duchowa ściana –
Rosja wezbrała – durna, ciemna, pijana.
Gdzież jest ojczyzna? I nagle zrozumiałam:
Dawno temu Petersburg Rosja zalała.
I zerwali ci pożyczoną perukę,
I wszyscy zobaczyli kim jesteś –
Wciąż tym samym carskim mużykiem:
Wciąż twarz mu drży,
W ręku topór,
Rozporek rozpięty…
Wzrok zatrzymaj w lustrze
I zdmuchnij pajęczynę fałszywej urody.
O Paradise!
Jesteś pomiotem porażonego mózgu,
Od dnia narodzin przesiąkniętym kapuśniakiem.
Gdzież podział się holenderski obrazek, powielany?
Ach, ciemność obsiadła chmara rodzinnych much
I uśpiła w tobie dzieciobójczynię –
Porfirem strojna wdowa,
Tambowski wiatr w niej klnie,
I grzmi i huczy Newa.
* * *
Na Kanale Kriukowa, łączącym rzekę Mojkę z Newą, jest Most Matwiejewa, stary, jeszcze XVIII-wieczny, ongiś zwany też Mostem Litewskim. Sądząc z jednej z fotografii, które mam teraz przed sobą, to gdzieś w tej okolicy zatrzymał się Denis i na kilka godzin znieruchomiał w kontemplacji, olśniony pięknem przebłyskującym spod kiru jego miasta. Pisał potem, że trzy, może cztery razy w roku wydarza się w Petersburgu wieczór z takim światłem. Pierwsze fotografie zrobił za dnia, kiedy słońce muskało promieniami szczyty kamienic na Wyspie Kazańskiej. Pisał dalej, że oto, dla przykładu, człowiek wybiera się na ryby… A ja sobie dopowiadam, że mógł wtedy pędzić do biblioteki po książki. W każdym razie staje jak wryty, nie mogąc uczynić jednego kroku dalej. Na ostatniej fotografii jarzą się lampy rozświetlając mrok zapadającego wieczoru.

„W dekoracje miasta przenika namacalny czas długiego trwania” – pisał, inkrustując opowieść cytatem: „…jak w metrum Homera”. I już wiem, że jesteśmy we wnętrzu wiersza Mandelsztama, gdzie – idąc za przekładem Artura Międzyrzeckiego – „rozciąga władanie / Nad naturą powolność…”. Gdy czas staje się światłem, silniejszy od ciążenia zmierzchu i przemijania jest przebłysk, odbijający się w wodzie. Denis nazywa go „przebłyskiem spowolnienia”. I to on nie pozwala mu odejść. Więc trwa w chwili, w cudownej poczekalni jednej epifanii, długo w noc, aż zgaszą ostatnie światło. W stanie „bezczynności słodkiej”, u boku Mandelsztama pracuje nad wydostaniem ze źdźbła całego bogactwa nuty.
Myślę o życiu Denisa, nagle urwanym. I o tym, że mimo czasu marnego zdołał wydobyć z danego mu źdźbła „nutę pełnobrzmiącą”.
KRZYSZTOF CZYŻEWSKI
Na początku był złoty wiek. Bez gróźb, bez ustaw,
Z własnej woli, pielęgnowano wiarę i prawość.
Nie było kary, nie było lęku, nie było potrzeby czytać
Groźnych słów na spiżowych tablicach, tłum błagalny
Nie drżał przed sędzią, nie szukano obrońców.
Jeszcze z gór rodzimych nie zstąpiła na fale
Ścięta sosna, by świat daleki oglądać.
Obcych wybrzeży nie znali śmiertelni.
Jeszcze fosy głębokie miast nie opasały,
Nie znano prostych trąb ani wygiętych rogów,
Ani hełmów, ani mieczy. Ludzie żyli w spokoju:
Wolni od broni, wolni od zmartwień.
Nie tknięta motyką, nie zraniona pługiem
Sama z siebie ziemia dawała owoce.
Pokarm zrodzony bez przymusu cieszył.
Zbierano truskawki i górskie poziomki, derenie,
Jeżyny wiszące u twardych gałązek, i żołędzie
Opadłe z rozrosłego Jowiszowego drzewa.
Wiosna trwała wiecznie, a łagodne zefiry
Ciepłym tchnieniem otulały samorodne kwiaty.
Nieorana ziemia przynosiła plony,
Dzikie pole błyszczało nabrzmiałymi kłosami.
Płynęły strumienie mleka i strumienie nektaru,
A złoty miód skapywał z zielonego dębu.
Zesławszy Saturna w ciemności Tartaru,
Jowisz nastał, a z nim – wiek srebrny,
Od złotego marniejszy, ale lepszy od spiżowego.
Wiosnę pradawną Jowisz skrócił, podzielił
Rok na cztery pory: zimę, upalne lato,
Jesień zmienną i krótko trwającą wiosnę.
Wtedy, po raz pierwszy, żar polał się z nieba,
A lód związany wiatrem zawisnął soplami.
Wtedy pojawiły się domy (za domy
Służyły jaskinie, gęste zarośla i szałasy).
Wtedy też rzucono w długie bruzdy ziarno
I jęknęły młode woły przygniecione jarzmem.
Potem nastąpił wiek trzeci – spiżowy,
Gwałtowny, do strasznej broni wyrywny,
Jednak nie zbrodniczy. Ostatni wiek – żelazny.
Wszelakie zło wybucha w tym wieku.
Zanika prawda i wiara, i poczucie wstydu.
Ich miejsce zajmują: podstępy i zdrady,
Zasadzki i przemoc, i chęć posiadania zbójecka.
Żagle daje wiatrom (których nie znał wcześniej)
Żeglarz, a drewno, które długo stało
Na wysokich górach, nieznane pruje fale.
Ziemię, wspólną niegdyś jak światło, jak powietrze,
Staranny mierniczy dzieli granicami.
I nie tylko zmusza się bogatą rodzicielkę,
By dawała pokarmy, lecz wdziera się w jej wnętrze,
By skarby, skrywane w odmętach Styksu,
Wykopywać – powód to przyszłych nieszczęść.
Zjawia się żelazo i gorsze od niego złoto.
Nadchodzi wojna, która jednym i drugim wojuje,
I w krwawej dłoni trzyma broń brzęczącą.
Żyje się z grabieży: czyha na gościa gospodarz,
Na teścia zięć, rzadkością jest miłość braterska.
Mąż grozi żonie, żona mężowi.
Okrutne macochy mieszają trucizny,
A syn przedwcześnie czeka śmierci ojca.
Pobożność pokonana. Ostatnia z bóstw, Astrea,
Zbrodnią splamiona dziewica, żegna ziemię.
(Metamorfozy, Księga I, w. 89-150)

Tak kończy się druga z Owidiuszowych przypowieści – CZTERY WIEKI LUDZKOŚCI. Oto Astrea (inaczej Iustitua albo grecka Dike), czyli bogini sprawiedliwości, zostawia ludzi samych sobie.
Człowiek opuścił raj – raj opuścił człowieka.
Owidiusz nie był ani pierwszym, ani ostatnim poetą, który opisał ten mit, ale zrobił to lepiej niż inni, piękniej, bardziej sugestywnie. I po swojemu. A spektakularna fraza, którą rozpoczyna, niewiele ma sobie równych w dziejach literatur Zachodu. Czarowi temu uległo na przestrzeni epok wielu wspaniałych twórców. Sięgali do tej przypowieści: Dante i Jean de Meun, Chaucer i Torquato Tasso, Lope de Vega i Cervantes, Szekspir i Goethe, Henry Fielding i Robert Browning, John Milton i John Dryden, Thomas Carlyle i Alfred Tennyson.
W poglądzie o stopniowej degeneracji ludzkości, o jej utracie z biegiem czasu niewinności, Owidiusz był bardziej grecko-żydowski niż rzymski. Tzn. bliżej mu było do Hezjoda i Aratosa, z których prac pisząc Metamorfozy korzystał, i nawet Księgi Rodzaju, której raczej nie znał, ale o której mógł przecież słyszeć, a może i z jakimś Żydem rozmawiać, aniżeli do prac – naukowych czy poetyckich – swoich współobywateli. Ci ostatni skorzy byli do poglądu, iż ludzkość nie zwija się, ale rozwija obiecująco. (Dziejowy optymizm i wiara w świetlaną przyszłość, właściwe imperiom i ich ideologiom, mają zwykle tragiczne konsekwencje).
Rzym za panowania Augusta. Miasto pnie się do góry, modernizuje. Tętni! Na ulicach ci, którzy pamiętają jeszcze ancien régime, mijają tych, którzy nie znają już innego świata – jakby nigdy nic; życie toczy się przecież dalej. Brutusowie i obrońcy Republiki trafili dawno na śmietnik historii, a ideologia imperialna, wsparta autorytetem Wergiliusza i Horacego, ma się doskonale. Ale ci mistrzowie dawno już nie żyją; nie ma co do tego wracać. Kiedy pisali swoje peany na cześć Ojca Ojczyzny i Wielkiego Odnowiciela, on, Publiusz Owidiusz Nazon, wchodził w dorosłość. Musiał się nauczyć, jak być poetą: trzeba lawirować, grać z cenzurą i szukać tematów bezpiecznych. Miłość i mity! Tak, to zawsze najbardziej go pociągało! Między 16 rokiem p.n.e., kiedy debiutował, a 8 rokiem n.e., czyli pamiętnym rokiem pozbycia się go z Rzymu, napisał sporo: trochę wierszy miłosnych zebranych w tomie Amores, zbiór fikcyjnych listów bohaterek mitologicznych (Heroides) i kilka dłuższych poematów, z których najsłynniejszy to Ars amatoria, czyli Sztuka kochania; zaczął też pracować nad Fasti (co tłumaczymy jako Kalendarz), ale decyzja Augusta wytrąciła mu pióro.
Tomi nad Morzem Czarnym. Prości ludzie i proste życie. Wolność i powolność. Warunki (i prawo) do pisania wierszy. Użalamy się nad losem Owidiusza od dwóch tysięcy lat. Czy zasadnie? Myślę, że nic lepszego nie mogło mu się przytrafić. Jaka przyszłość czekałaby go w Rzymie Oktawiana Augusta? Jak długo udawałoby mu się prowadzić tę subtelną grę z władzą? Rysuję sobie w głowie możliwe scenariusze i w żadnym z nich nie ma Owidiusza – żywego poety. Zostając przy życiu, żegnał się z poezją; pozostając poetą, skazywał się na śmierć.
Tamten Rzym nie był dla niego.
Jeszcze przed wygnaniem Owidiusz ukończył dzieło, nad którym pracował sześć lat, ale myślał bez wątpienia o wiele dłużej: Metamorfozy. Jak twierdzą przekonująco niektórzy badacze, to nie frywolna Sztuka kochania rozgniewała Augusta, ale właśnie ten, straszny i groźny – bo ukazujący degenerację świata: od raju do ziemskiego piekła – poemat o przemianach.
Carmen perpetuum.
JACEK HAJDUK
Być może zbyt długo zwlekałem z pokonaniem mostu. Słowacki i węgierski brzeg osnuły przedwieczorne cienie, a przepływające wartko między brzegami pobladłe wody Dunaju uderzały o nabrzeża starego portu w Esztergomie (Ostrzyhomiu), gdzie w zapadającym zmierzchu ze szczytu stromej skały wyrastała bazylika. Wsparta na otaczającej ją kolumnadzie, zwieńczona kopułą świątynia wraz z dwiema palladiańskimi dzwonnicami, brzmiącymi teraz bardziej staccato, panowała nad rozciągającym się wokół na wiele mil, mroczniejącym krajobrazem. Nabrzeże i stroma uliczka biegnąca obok pałacu arcybiskupa w jednej chwili opustoszały. Graniczny posterunek mieścił się na końcu mostu, toteż szybkim krokiem udałem się na Węgry; tłum ludzi, których wypadająca w tym dniu Wielka Sobota zgromadziła wcześniej nad brzegiem rzeki, przewędrował uliczką na plac przed katedrą, gdzie odnalazłem ich spacerujących pod drzewami lub prowadzących rozmowy w niewielkich grupach. Dachy domów poniżej placu ginęły w ciemności, jedynie las, rzeka i rozlewisko majaczyły niewyraźnie, póki nie zgasł ostatni promyk zachodzącego słońca.
Znajomy napisał do burmistrza Esztergomu: „Proszę okazać życzliwość młodzieńcowi, który wędruje pieszo do Konstantynopola”. Z myślą, by nazajutrz odwiedzić adresata, spytałem o biuro burmistrza przypadkowo napotkanego mężczyznę, ten zaś, nim zdążyłem się zorientować, co zamierza, ku mojemu przerażeniu zaprowadził mnie wprost do rzeczonej osoby. Burmistrza otaczali wspaniale odziani patrycjusze, których podziwiałem wcześniej na brzegu Dunaju. Zacząłem przebąkiwać, że jestem wędrowcem, przed którym go ostrzegano, on zaś słuchał z wyrazem uprzejmego zdziwienia; na koniec go olśniło i po krótkiej, niewątpliwie żartobliwej wymianie zdań z jednym ze świetnych mężów powierzył mnie jego pieczy i pospieszył przez plac do ważniejszych obowiązków. Polecenie zostało przyjęte z pewnym rozbawieniem; mego opiekuna najpewniej obciążono moją osobą ze względu na jego biegłą angielszczyznę. Miał na sobie wspaniały, uroczysty strój; turecką szablę nosił przerzuconą nonszalancko przez ramię, a w jego lewym oku połyskiwało szkiełko monokla.
W tejże chwili oczy wszystkich skierowały się w dół zbocza. Stukot końskich podków i dzwonienie uprzęży wezwały burmistrza do stóp katedry, której schody okrywał czerwony dywan. Duchowieństwo i pomocnicy z płonącymi świecami utworzyli ceremonialne zgrupowanie, a gdy powóz zatrzymał się, z jego wnętrza wyłoniła się płomiennie odziana postać, po czym kardynał, monsinior Serédi, zarazem arcybiskup Esztergomu i prymas Węgier w jednej osobie, wysiadł z wolna, podając zgromadzonym upierścienioną dłoń do pocałunku, podczas którego każda kolejna osoba przyklękała na jedno kolano. Kardynalska świta ruszyła w ślad za nim do wnętrza okazałego gmachu, a tuż za nią prowadzona przez proboszcza grupa z burmistrzem na czele podążyła w kierunku udrapowanych szkarłatem frontowych ławek. Zrobiłem ruch, jakbym zamierzał zająć skromniejsze miejsce, ale mój opiekun stanowczo powiedział: „Stąd lepiej pan będzie widział”.
Wielka Sobota wypełniła połowę ogromnej katedry, a ja rozpoznałem w tłumie wiele postaci, które wcześniej paradowały nad rzeką: mieszczan w świątecznych strojach, czarno odzianych chłopów w butach z cholewami, a także wymyślnie uczesane dziewczęta w kolorowych spódnicach i białych, bogato haftowanych, fałdzistych rękawach, te same, które wcześniej spieszyły przez most z naręczami lilii, narcyzów i kaczeńców. Byli też dominikanie w białych i czarnych habitach, mnóstwo zakonnic, spora garść mundurów, a pod wielkimi wrotami roiła się gromadka jaskrawo ubranych Cyganów, którzy, wsparci pod boki, nachylali się ku sobie i coś szeptali. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby do katedry wkroczył jeden z tresowanych cygańskich niedźwiedzi, zanurzył łapę w barokowej kropielnicy w kształcie ogromnej muszli, po czym padł na kolana.

Jakaż odmiana po wstrząsająco ponurej jutrzni sprzed dwóch dni! Kiedy pogasły płomyki zdejmowanych z ołtarza świeczek, mały słowacki kościółek pogrążył się w ciemnościach. Tutaj zaś ogromny gmach pełen był światła, w każdej kaplicy migotały nowe konstelacje płomyków, na chórze płonęła świeca paschalna, a nad stojącymi szeregiem na głównym ołtarzu, wysokimi niczym lance świecami unosiły się płonące równym światłem świetliste gwiazdy. Z wyjątkiem czerwonych ław frontowych w katedrze w strojach duchownych, tak celebransa, jak i diakonów, a także służby kościelnej dominowała biel. Arcybiskup w złocie i bieli, porzuciwszy wcześniejsze kardynalskie szkarłaty, zasiadł na tronie pod opatrzonym herbem baldachimem, podczas gdy członkowie jego niewielkiej świty przysiedli na stopniach tronu. Siedzący najniżej miał w swojej pieczy ciężki pastorał, stojący zaś z tyłu baczył, aby w nakazanych liturgią chwilach unieść, a następnie opuścić wysoką białą mitrę i za każdym razem starannie ułożyć jej wstążki na okrytych paliuszem ramionach. Natomiast na poły wojskowa brawura zgromadzonych w bocznej nawie notabli, ich wielobarwne kubraki z jedwabiów, brokatów i futer, złote i srebrne łańcuchy, buty z cholewami w barwach błękitu, karmazynu i turkusu, złocone ostrogi, baranie kołpaki z diamentowymi sprzączkami i wysokie kity z czaplich, orlich i żurawich piór, wszystko to równie znakomicie jak odświętne szaty na Pogrzebie hrabiego Orgazaharmonizowało z duchownym majestatem. Przy czym największe wrażenie robiły stroje czarne – takie jak u mego nowego przyjaciela lub u namalowanych grandów z Toledo. Wsparte o ławki bułaty o złoconych, inkrustowanych kością słoniową krzyżowych gardach, w ozdobnych, wysadzanych klejnotami pochwach musiały chyba pamiętać czasy wojen z Turkami. Kiedy zadzwoniono na Credo i wierni powstali, jedna z szabel osunęła się z łoskotem na kamienną posadzkę. W toczonych przed laty bojach ich brzeszczoty przyprawiały cwałujących przez pusztę Turków o zawrót głowy. Węgrów, rzecz oczywista, też…
Na chwilę zapadła cisza, ale zaraz zagrzmiały i zaśpiewały organy niosące wieść, że oto Bóg powstał z martwych. Z dziesiątek gardeł na chórze wyrwały się i poszybowały głośne Alleluja; opływający rzeźbione liście akantu obłok kadzideł wzniósł się pod kopułę, ginąc w cienistym mroku, i nastąpiło nowe poruszenie. Najeżona płonącymi świecami, poprzedzona wysokim krzyżem przednia straż duchowieństwa i akolitów docierała już do połowy głównej nawy. Za nimi postępował baldachim z niesionym w monstrancji Świętym Sakramentem. Dalej arcybiskup, burmistrz i siwobrody, kuśtykający z trudem z pomocą trzcinowej laski nestor magnaterii, a za nimi wszyscy pozostali. Pchnięty przyjacielskim kuksańcem dołączyłem do postępującego z wolna korowodu, który już, jakby niesiony prądem dźwięków i kadzideł, przepłynął wrota świątyni i znalazł się na zewnątrz.
Księżyc stał ogromny, zaledwie dzień po pełni, było więc jasno niemal jak za dnia. Procesja spłynęła po schodach i powoli ruszała w drogę, ale gdy postępująca za tłumem kapela odegrała pierwsze takty, muzykę natychmiast zagłuszyły inne dźwięki. Skrzypiały koła i pojękiwały deski pojazdów na czele pochodu, a nocną przestrzeń przeszywało bliskie szaleństwu bicie dzwonów; po chwili zaś jeszcze inne, uparte, klekoczące dźwięki pomiędzy uderzeniami spiżu kazały wszystkim podnieść głowy. Godzinę czy dwie wcześniej para zmęczonych podróżą z Afryki bocianów wylądowała na zmierzwionym gnieździe pod jedną z dzwonnic i wszyscy obserwowali, jak się w nim mościły. Teraz zaś wystraszone hałasem ptaki, rozpaczliwie trzepocząc skrzydłami i wyciągając szyję, znowu podrywały się do lotu i prostowały szkarłatne odnóża. Rozpostarły się czarne, równoległe do ogromnych białych lotek pióra, po czym miarowe, niespieszne uderzenia skrzydeł uniosły odprowadzane naszym wzrokiem ptaki ponad koronę kasztanowca i wyżej w niebo. „Nie mogły sobie wybrać lepszego wieczoru na powrót do gniazda”, mruknął mój sąsiad, kiedy pochód znowu ruszył.
W całym mieście jedynym oświetleniem były płomyki świeczek poprzyklejanych rzędami do parapetów oraz trzymanych w rękach przez oczekujące tłumy. Mężczyźni stali z gołymi głowami, kobiety w chustkach, a blask osłoniętych złożonymi dłońmi płomieni odwracał panujący za dnia układ światła i cieni: rysował jasne linie szczęk i nozdrzy oraz świetliste półksiężyce pod brwiami, podczas gdy wszystko wokół owych świetlistych masek tonęło w mroku. Mijaliśmy kolejne biegnące cichymi szpalerami światełek ulice, a za każdym razem, gdy zbliżało się czoło procesji, wszyscy klękali, aby po paru chwilach powstać, kiedy się oddalało. Potem otoczyły nas szpalery topoli, od czasu do czasu rozbrzmiewały solenne śpiewy. Kiedy chóry milkły, do brzęku kadzielnych łańcuszków i postukiwania arcybiskupiego pastorału o bruk dołączało rechotanie niezliczonych setek żab. Nad naszymi głowami krążyły w powietrzu obudzone ze snu śpiewem i biciem dzwonów miejskie bociany spoglądające w dół na sznur nikłych światełek, który tymczasem zawrócił i wspinał się na katedralne wzgórze. Niezwykłość owych chwil, migotanie świec, śpiewy i woń kadzideł, oddech zbliżającej się wiosny, kołujące w górze bociany, zapach pól, bicie dzwonów, dobiegający z sitowia żabi chór, blade cienie i nierealny blask księżyca nad lasami i srebrzystą taflą wody – wszystko to razem nadawało owej nocy niepojęty czar wszechogarniającej zbawczej potęgi.

Po zakończeniu uroczystości wszyscy znów wylegli na schody katedry. Kareta już czekała; arcybiskup, przebrany z powrotem w kardynalskie szaty oraz obszerną gronostajową opończę na znak, że piastuje tytuł księcia Kościoła, z wolna wsiadł do środka. Członek gwardii przybocznej, podpierający go kapelan z wydatnym jabłkiem Adama i binoklami na nosie oraz foryś w husarskim uniformie postępowali szeregiem w metrowych odstępach, niczym rybacy zbierający sieć, która na koniec wypełniła wnętrze karety jakby prześwietlonym przez wodę jedwabiem jasno różowej barwy. Kapelan wspiął się i zajął miejsce naprzeciw, a po nim członek gwardii przybocznej, który zasiadł sztywno wyprostowany, opierając dłoń w czarnej rękawiczce na rękojeści tureckiej szabli. Foryś złożył schodki, mały lokajczyk w futrzanej czapie zatrzasnął drzwi ozdobione herbowym kapeluszem ze wstążkami, a gdy obaj służący wskoczyli na tył pojazdu, woźnica w podobnej futrzanej czapie szarpnął lejce, strusie kity przytaknęły i czwórka siwków ruszyła. Kiedy ekwipaż zbliżył się do stoku wzgórza, w tłumie wybuchły huczne brawa, czapki i kapelusze poleciały w górę, a z okna powozu wyłoniła się ozdobiona kardynalskim pierścieniem na purpurowej rękawiczce błogosławiąca dłoń.
Na tonących w świetle księżyca schodach wszyscy obejmowali się, wymieniali świąteczne życzenia, obcałowywali swoje policzki i dłonie. Mężczyźni nakryli głowy futrzanymi czapkami, poprawili przerzucone przez ramię dolmany i po wielogodzinnym panowaniu łaciny huknął radosny gwar daktylicznej węgierskiej mowy.
„Ciekawe, co porabiają nasze bociany”, mruknął mój przewodnik, przecierając monokl jedwabnym fontaziem. Zbliżył się niespiesznym krokiem na skraj schodów, po czym, wsparłszy się na mieczu niby na składanym myśliwskim krzesełku, popatrzył w górę, w ciemność. Spomiędzy gałązek wystawały dwa dzioby, jeden obok drugiego, a w mroku udało nam się z trudem wypatrzyć resztę pogrążonych w głębokim śnie ptaków. „Znakomicie! – skonstatował mój towarzysz. – Przyjemnych snów”.
Dołączywszy do zebranych, powiódł w koło otwartą papierośnicą, a następnie wybrał z namysłem papieros dla siebie i postukał nim o chropawe złocone wieczko. Wokół płomyka zapalniczki wytrysnęły na chwilę trzy tworzące małą piramidkę nachylone ogniki i zaraz zgasły. Mężczyzna zaciągnął się głęboko, wstrzymał oddech, po czym z wolna wypuścił z płuc papierosowy dym. „Nie mogłem się go doczekać. To mój pierwszy papieros od końca karnawału”, powiedział.
Dzień zakończyło wieczorne przyjęcie u burmistrza z palinką na początek, istną powodzią podawanych nieprzerwanie win i wreszcie tokajem, tak że w rezultacie owe wspaniale odziane postacie widziałem jak przez mgłę. Na pożegnanie burmistrz wyjaśnił mi przepraszającym tonem, że ma dom pełen gości, ale pokój dla mnie znalazł się u sąsiada. O jakiejkolwiek zapłacie nie było mowy! Nazajutrz rano zaprzyjaźniony wielbiciel bocianów, tym razem w spokojnych tweedach i koszulce polo, zajechał po mnie groźnym bugatti, a jedynym śladem wczorajszych splendorów była turecka szabla wśród bagaży na tylnym siedzeniu. Pojechaliśmy obejrzeć obrazy w pałacu arcybiskupa. A potem zapytał, czemu nie miałbym zabrać się dalej jego samochodem? W mgnieniu oka bylibyśmy w Budapeszcie. Z pewnym ociąganiem postanowiłem jednak trzymać się przyjętej zasady – żadnego podwożenia, chyba że przy wyjątkowo podłej pogodzie. Umówiliśmy się więc na spotkanie w stolicy. Kiedy nowy znajomy odjechał z fasonem, machając ręką na odchodne, pożegnałem się z burmistrzem, spakowałem rzeczy i ruszyłem w drogę. Raz po raz zadając sobie pytanie, czy to możliwe, żeby wszyscy Węgrzy byli tacy jak on.
PATRICK LEIGH FERMOR
Tłum. Ewa Krasińska
Fragment książki „Między lasem a wodą” (Warszawa, Próby, 2024). Tytuł fragmentu pochodzi od Redakcji. Zachęcamy do zakupu książki – kliknij tutaj
Nie wiem, co rozbrzmiewa w sercach czytelników „Księgi Przyjaciół” w chwili, kiedy słyszą wielkosobotnie orędzie światła i powoli zaczynają odczuwać ciepło świtu Zmartwychwstania? Ale na pewno wszyscy, którzy przeżywamy tę liturgię, gdziekolwiek jesteśmy i w sposób, jaki jest nam dostępny, możemy z głębi ducha zawołać, że życie jest silniejsze niż śmierć, i że nie jesteśmy porzuceni na łup złowrogich sił, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować. Tym dającym nadzieję przekonaniem powinniśmy się wzajemnie obdarowywać, by móc w miarę normalnie egzystować. Ono nie oddali różnych ciemności, które nas niekiedy ogarniają, ale może nasze ciało i naszego ducha umocnić, sprawić, że porzucimy to, co nas z różnych powodów dzieli i postanowimy uznać (w moralnej szczerości), że drugi człowiek jest w każdej sytuacji naszym sprzymierzeńcem w budowaniu społecznej i religijnej wspólnoty. Za Bożą sprawą pozostaje osobą godną miłości, a przynajmniej prawdziwego szacunku. A to już, proszę przyznać, niemało, doprawdy niemało.
I jeżeli dodamy do tego zasadniczy fakt, że wyszliśmy z rąk Stwórcy i że staramy się niczym nie osłabiać katolickiej wiary, wówczas wypada, żebyśmy uznali samych siebie za ludzi szczęśliwych, co nie oznacza pozbawionych ułomności wynikających z przygodnego charakteru naszego bytu. Szczęśliwych z powodów najważniejszych z ważnych. Oto my, chrześcijanie, odważamy się twierdzić, że narodził się pośród nas Bóg i człowiek zarazem, i że On właśnie uwolnił świat z grzesznej materii życia, choć samo życie nie jest grzeszne; jest darem nad darami, czymś najgłębiej w nas intymnym, dzięki czemu doświadczamy promieniowania triady prawdy – dobra – piękna, dostrzeżonej już, jak wiemy, przez greckie zdobycze intelektualne.
Naturalnie, nikt nikogo nie powinien zmuszać do przyjmowania chrześcijańskiej wizji świata i chrześcijańskiego królestwa, którym jest sam Chrystus. Więź człowieka z Bogiem musi się zrodzić i później wciąż odradzać w przestrzeni wolności, będącej zgodą na przyjęcie pełnej prawdy o człowieku, a ta wiąże się z Bogiem, jego miłością i cierpieniem. Kto tego nie przyjmuje, sytuuje się od razu poza obszarem tego, co święte. Na szczęście, niebiańska życzliwość nie zna granic i obejmuje całość kosmicznego uniwersum. Misja Jezusa miała na celu odjęcie od nas śmierci, bezsensu i nieszczęścia, ale przecież nie wbrew naszej woli.
To, co powyżej napisałem bezpośrednio wypływa z istoty Chrystusowego zmartwychwstania, bez którego nasza wiara nie miałaby żadnego znaczenia. Pamiętajmy przy tym, że pra-sakramentem, czyli źródłem wszystkich sakramentów Kościoła jest Słowo Boże tkające gatunkową różnorodność Biblii, w tym opowieść o Zmartwychwstaniu. „Po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób” (Mt 28, 2). Zwróćmy uwagę na słowo „obejrzeć”. W greckim oryginale mamy termin theoresai, który znaczy „oglądać”, jak ogląda się z określonej perspektywy przedstawienie teatralne, ale oznacza również „medytować”, „rozważać”, „rozmyślać”. Kobiety znajdujące się przy grobie chcą zrozumieć, co się właściwie stało? Pragną zobaczyć Jezusa, którego ukochały, bo wiedzą, że największym darem miłości jest obecność. Czuwają więc, aż tu nagle „anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby martwi (Mt 28, 2-3).
Nader filmowa scena. Zapewne ktoś biegły w sztuce posługiwania się kamerą, mógłby ją zarejestrować. I tylko tyle, gdyż sam akt przejścia ze stanu śmierci do życia wiecznego nie poddaje się tego rodzaju zabiegom. Może to się stać tylko i wyłącznie za sprawą wiary, która jest nieodzowna, wręcz konieczna. Niewiasty Zmartwychwstałego nie dostrzegły. Stwierdziły po prostu, a po nich apostołowie, że martwy Jezus żyje, gdyż spotykają Go i są świadomi, że żyje. Nie była to z ich strony jakaś forma halucynacji, ekstazy czy subiektywnego wejrzenia. Czy można wyobrazić sobie Marię Magdalenę krzyczącą z przejęciem: „O! wyszedłeś Nauczycielu z grobu”. To sytuacja nie do pomyślenia.

Przypomniane świadectwa powinniśmy traktować poważnie. Wątpliwości wysuwane w tej kwestii wynikają ze światopoglądowych przesądów. Tymczasem rozważamy najważniejszą ze wszystkich tajemnic, będącą i faktem historycznym i przedmiotem wiary. Historyczne jest świadectwo apostołów, którzy oznajmili, że widzieli Jezusa żywego już po śmierci krzyżowej.
Co tam się wówczas wydarzyło? Najbliżsi Mistrza ustalili zaledwie dwie sprawy: pusty grób i coś, czego nie sposób określić jako ukazanie się Chrystusa zmartwychwstałego, lecz ukazanie się kogoś, kto stanął przed nimi i w którym nie dopatrzyli się jeszcze żywego Jezusa. Gdyby tego dokonali, mielibyśmy do czynienia z przypadkiem ożywienia ciała zmarłego człowieka. Jak wcześniej ukazałem, apostołowie potwierdzili najpierw czyjąś obecność, dla Magdaleny był to ogrodnik, dla wędrujących do Emaus – podróżny spotkany w drodze… i dopiero później, przez akt wiary, uchwycili w tym kimś tego, z którym wspólnie przeżyli trzy lata i którego byli uczniami. Ujrzeli Go, bo się im ukazał, pozwolił, żeby Go zobaczyli.
Dlatego ich realne przeżycia są absolutnie niezwykłe, jedyne w historii: pojęli bowiem ciągłość pomiędzy śmiertelnym życiem Jezusa, a Jego bytowaniem jako zmartwychwstałego. W tym momencie stało się też coś ważnego. Rozpoznany Jezusa zwrócił ich myśli ku przyszłości: mają budować Kościół i rozszerzać jego granice pod przewodnictwem Ducha Świętego. Z tego wszystkiego zrodziła się wiara apostołów, poprzez refleksję na temat swojego poprzedniego przebywania z Jezusem, rozjaśniona przez wersety Pisma, które im tłumaczył oraz treść posłannictwa, jakie im powierzył. Jezus przeto nie tylko powrócił do życia. On zwyciężył śmierć. Natomiast w tradycji żydowskiego myślenia religijnego zmartwychwstanie oznaczało coś, co będzie miało miejsce dopiero przy końcu świata. Jezus zaś wskazał uczniom, że królestwo Boże już się zaczęło.
Zreasumujmy, posługując się sformułowaniami francuskiego teologa Jeana Galota: zmartwychwstanie wypada ująć jako nowe życie, które zostanie udzielone ciału. Ciało Chrystusa złożone do grobu, nagle „podniosło się” i zniknęło z naszego widzialnego świata ożywione życiem Bożym, które zaczęło w nim obfitować za sprawą Ducha Świętego. W ten sposób ciało to stało się doskonale zrealizowanym modelem ostatecznego celu ludzkiego ciała, fundamentem cielesnego zmartwychwstania, które ma się dokonać podczas Paruzji.
Nie jest łatwo Jezusowe zmartwychwstanie włączyć we własny religijny krwiobieg. Czy można wygrać bój ze śmiercią? Ciało Zmarłego, okryte plamami krwi, przebite włócznią, zmasakrowane, jakże miałoby się równać z potęga umierania? Aby ponownie żyć, potrzeba nowego ciała, nieograniczonego czasem i przestrzenią. Wówczas, kiedy na Golgocie dokonywała się kenoza, myślano zapewne o jednym: jak zapanować nad strachem, rezygnacją, żalem? Jak zachować gorącą miłość do Kogoś, kto – w powszechnej opinii – przegrał swoje życie, publicznie wyśmiany, wyszydzony i wzgardzony. Najwięcej ufności wykazały kobiety, nie odstępując od Jezusa ani na krok. W jakiejś trudno uchwytnej intuicji zyskały pewność, że On powstanie z martwych zgodnie z prorockimi zapowiedziami. Że Królestwo, które sobą uosabiał, ziści się, być może, już niebawem. Niosły więc wonności, oczekując cudu.
Nie wyobrażajmy jednakowoż tej tajemnicy na sposób typowo abstrakcyjny, ponieważ wtedy nie dotkniemy w żadnym razie niczego realnego. Potrzeba tu, o czym wspomniałem wcześniej, języka wiary, który sprawia, że słowa kierowane do Boga bez zastrzeżeń Go dotyczą. Dopiero wówczas mówienie o Nim osiąga swój właściwy sens, w głębi którego rozumiemy, że Bóg zawsze pozostaje czymś więcej, niż zdołamy sobie pomyśleć, przez co jednak otwiera się przed nami droga do coraz to większej tajemnicy. Ta węzłowa zasada nigdy nie powinna znikać z pola naszej uwagi. Nie potrafimy co prawda udowodnić zmartwychwstania takim czy innym sposobem. Niemniej jednak wzywa ono – podkreślam – każdą kobietę i każdego mężczyznę, żeby je przyjęli lub odrzucili, jako rdzeń wiary chrześcijańskiej.
Gdyby więc nie miłość Jezusa, śmierć nie byłaby przejściem, lecz radykalnym upadkiem w nicość. A to oznacza, że Bóg przeprowadza przez „moment śmierci” całe nasze człowieczeństwo. Miłuje ziemskie ciało, pełne mozołu i trudu, które pozostawiło wiele śladów w świecie, i dlatego ten nasz świat stał się światem ludzkim; ciało, które syciło się bogactwem wrażeń, raniło się chropowatością ziemi, pokrywało bliznami, a które mimo to w pogoni za czułością zwracało się ciągle ku Niemu. On zbierze wszystkie człowiecze łzy, nie przeoczy żadnego uśmiechu i tkliwego gestu, ponieważ kocha człowieka.
A my? Dopiero wtedy, kiedy miłując wyznamy, co On dla nas uczynił, życie każdego nas nabierze ponownie znaczenia. W fakcie, że Jezus „tak” właśnie umarł, zyskujemy możliwość, by w chwili śmierci, móc stać się kimś, kto w Jego oczach zasługuje na miłość. Dlatego Wielkanoc jest tak bardzo radosną i wewnętrznie majestatyczną uroczystością Warto, żebyśmy w tegoroczne święta ponowili przyrzeczenie, że będziemy wieść życie w świetle wiary ewangelicznej, że Jezusowe powstanie z martwych przynosi godną przyjęcia interpretację świata, ludzi i Boga.
***
Kiedy w niedzielny poranek albo późną paschalna nocą, wzniesiemy w górę serca, niech ujawniają się osobiste nadzieje i rozpala wiara. Bóg nas nigdy nie opuści, i wie, że Jego obojętności nie zdołalibyśmy znieść, jak znieść potrafimy choćby srogi ból. On pozostaje nieskończenie troskliwy. Jego wnętrze drży. Posłuchajcie, proszę, co w tych dniach sugerująco szepcze. Nachylcie duchowe uszy. Czy jesteście gotowi biec z pośpiechem i przyjąć zaproszenie od Zmartwychwstałego?
Wasilków, Wielki Wtorek 2025
ks. JAN SOCHOŃ
Poniedziałek, 24 lutego
Nad ranem pojawiło się nazwisko Gordzikowski. Mało znany poeta pierwszej połowy XX wieku, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej. Szukałem w nocnej Wikipedii, w sieci, gdzieś tam pojawił się przymiotnik „patriotyczny”, pewnie z powodu tej wojny. Rano sprawdzam w dziennej Wikipedii i w sieci – obecność śladowa. Jako pierwsza pozycja pojawia się rosyjska bibliografia nowości książkowych:

Wklejam tu nagłówek, ponieważ jest ciekawym przykładem przemożnej roli niektórych dat historycznych: rok 1812 tak mocno wrył się w pamięć zecera, że w ostatnim wersie tytułu przebił aktualny, zaczynający się dopiero rok 1912.
W spisie nazwisk numeru 12 w tymże roczniku znajdujemy pozycję: „Gordzikowski W., Osajda I., Iskra – 8597”. Iskra to poniekąd naturalny tytuł debiutanckiego tomiku. Niestety, porównanie z pełnym zapisem bibliograficznym pokazuje, że współautor owej Iskry nazywał się nieco inaczej. Oto pełniejszy zapis w warszawskiej „Książce” (1912 nr 9, s. 430 [1]):

Nie iskra natchnienia poetyckiego zatem, tylko iskra pod patelnią. I nie Gordzikowski tylko Goździkowski.
Na nadreńskim portalu genealogicznym znaleźć można dokument, wystawiony w Düsseldorfie 26 kwietna 1918 roku, zezwalający panu Paulowi Friedrichowi Gordzikowskiemu, jego małżonce z domu Grimm, dwojgu dzieciom tudzież dwóm niezamężnym siostrom na posługiwanie się odtąd nazwiskiem Godhof. I ten trop zatem nie nadaje się dla polskiego poety. Równie mało obiecujący jest grób Marlene Kerz (nazwisko panieńskie: Gordzikowski) w Kolonii.
A może mój poeta jest tożsamy z inżynierem Wacławem Gordzikowskim, o którym wspomina przedwojenny premier Janusz Jędrzejewicz? Do jego książki mam tu, w Addis Abebie, tylko częściowy dostęp, ale nazwisko inżyniera pojawia się w ciekawym towarzystwie członków kółka myśliwskiego na Polesiu wołyńskim: „Do kółka tego należeli wojewoda i b. minister Henryk Józewski, poseł i również b. minister Bogusław Miedziński, prezes Banku Rolnego Maurycy Jaroszyński, emerytowany nadleśniczy Campioni, kapitan w stanie spoczynku Kuncewicz i pewien Rosjanin, lekarz z Kowla tak jakoś cichy, skromny i małomówny, że nawet nazwisko jego wyleciało mi z pamięci” [2].
O samym Gordzikowskim, który był duszą owego kółka łowieckiego, Jędrzejewicz pisze:
„[…] inżynier Gordzikowski, myśliwy poważnego znaku, mający na rozkładzie niewiarygodne ilości wilków, strzelanych przede wszystkim w jego rodzinnej Mińszczyźnie i w lasach północnej Rosji. Ogromnego wzrostu, potężnej budowy ciała, niespożytych sił, potrafił przemierzać fantastycznymi krokami dziesiątki kilometrów w śniegu po kolana, odcyfrowując wilcze tropy nawet w najmniej pomyślnych warunkach atmosferycznych i wyduszając niemal ostatni dech z Kondrata z trudem nadążającego drobnym truchcikiem krótkich nóg za wielkim Gordziałem […]. Jestem głęboko przekonany, że istniała nić tajemnej łączności między inżynierem a życiem wilczym w leśnych ostępach. Umiał widocznie wczuwać się w wilcze obyczaje i wilczą psychologię i tą drogą niezawodnie odgadywać, jak szły, jak potrafiły kluczyć, gdzie mogły zapaść – i nie pamiętam wypadku, żeby się w swoich przewidywaniach pomylił. Poza swą pracą zawodową naczelnika wydziału drogowego w województwie wołyńskim miał, jak się zdaje, dwa głębokie uczucia: rozczulającą miłość do swej matki staruszki i pasję łowiecką w stosunku do rodzaju wilczego. Z żoną swą nie żył od dawna i nigdy o niej nie mówił, udzielał się ludziom mało i tylko przy omawianiu taktyki i strategii polowania potrafił się zapalać, głośno dyskutować i, jeśli uważał to za właściwe, narzucać swoje zawsze słuszne zdanie oponentom. Twarz miał raczej surową w niewielu płaszczyznach silnie związanych jakby wykutych w twardym, szarym materiale i tylko rzadki, niemal dziecinny uśmiech zdradzał duszę prawą i subtelną, w jakiś mało zrozumiały sposób współżyjący ze swą ciężką materialną powłoką” [3].
Prawa i subtelna dusza w ogromnym ciele, rozczulająca miłość do matki staruszki, tajemnicza łączność z wilczym plemieniem (nasuwa się skojarzenie z Mowglim Kiplinga), to cechy, które mogłyby pasować do postaci poety. Zaniepokoiło mnie jednak przezwisko „Gordział”. Niestety, premier Jędrzejewicz, jak sam przyznaje, nie miał pamięci do nazwisk. Prezesem Wołyńskiego Stowarzyszenia Techników w Łucku był w latach 1933-39 inż. Wacław Gordziałkowski.
*
Pisałem w tym dzienniku 19 października 2023 roku o amerykańskim studencie, który otrzymał pokaźną nagrodę za odczytanie jednego słowa w nadpalonym zwoju papirusu z Herkulanum. Teraz czytam, że fundatorem nagrody był Elon Musk, a ów młody człowiek, Luke Farritor, odczytał w ubiegłym roku dalszy fragment tekstu, obecnie zaś został przez Muska zatrudniony w nowym amerykańskim departamencie kontroli wydajności (DOGE). Osobliwa kariera.
*
W „The New York Review of Books” (z datą 13 marca) Ingrid D. Rowland omawia dwie wystawy jednego obrazu i jedną książkę, wszystkie trzy poświęcone obrazom Caravaggia. Wystawy, które właśnie dobiegają końca – w madryckim Prado i w rzymskim Palazzo Barberini – pokazują niedawno odnalezione obrazy mistrza; książka, opublikowana przez rzymskie wydawnictwo Campisano – opowiada o zaginionym (zrabowanym) arcydziele. Najpierw zatem dwie opowieści pozytywne, potem trzecia, która wciąż czeka na happy end.
Obraz pokazany w Prado – Ecce Homo – jest zdaniem autorki niezwykły zarówno w swej warstwie teologicznej, łączącej narrację nowotestamentową z podobnym miejscem w Starym Testamencie, gdzie pojawiają się (w Wulgacie) słowa Ecce Deus vester (Iz 40,9), jak i w powiązanej z nią warstwie plastycznej: „Największą innowacją tego Ecce Homo jest ów chłopak o szeroko otwartych oczach i ustach, który unosi szkarłatną szatę z ramion Chrystusa, nie tyle odzierając nędznego więźnia z resztek ludzkiej godności, ile raczej odsłaniając nieskończoną tajemnicę”.
Obraz pokazany w Palazzo Barberini – portret Monsignore Maffeo Barberiniego, przyszłego papieża Urbana VII – uderza energią, jaką (skłonny, jak wiadomo, do gwałtowności) malarz wydobył z postaci prałata: „Prawa dłoń wymierzona w przestrzeń po naszej lewej, przebijająca powierzchnię obrazu w czasie, gdy lewa dłoń gniecie list uściskiem tak energicznym, że gruby papier zaczyna się kruszyć, zaś widoczne pod połyskliwą czarną szatą kolana pokazują, że portretowany wprost wierci się na brzegu fotela”.
Obraz zrabowany: Szopka ze św. Franciszkiem i św. Wawrzyńcem – wycięta z ram w oratorium św. Wawrzyńca w roku 1969 i dotychczas nie odnaleziona – jest dla autorki artykułu okazją do przypomnienia, po krótkiej prezentacji małej monografii włoskiego historyka sztuki, Michele Cuppone – innej książki zainspirowanej tym rabunkiem, a mianowicie ostatniej powieści Leonarda Sciascii Una storia semplice (1989), wydanej u nas w przekładzie Hanny Kralowej pt. Prosta sprawa. To komplement dla intuicji włoskiego pisarza.
*
„Guardian” podaje, że wedle ustaleń ArtTactic na liście najlepiej sprzedających się w roku 2024 artystów afrykańskich pięć pierwszych miejsc zajęły kobiety, na czele zaś znalazła się urodzona w roku 1970 w Addis Abebie Julie Mehretu. Jej obrazy wychodzą od aktualnych tematów społecznych i politycznych, deformowanych komputerowo w stronę abstrakcji, a następnie pokrywanych siecią hieroglifów, nadających im indywidualną sygnaturę pisma artystki.
*
Najnowszy numer „Sztuki Edycji” z blokiem tematycznym „Od deski do deski. Retoryka oprawy”. Przeczytałem prawie od deski do deski. Zapamiętałem sobie w komputerze Katarzyny Krzak-Weiss O bezcennych znaleziskach wydobytych z makulatury introligatorskiej (rzecz o szesnastowiecznych kartach do gry) – z powodu zeszłorocznego referatu o współpracy Peipera z Elinówną przy dramacie Szósta! Szósta! – oraz Magdaleny Bizior „Szczur motyl”. Listy Barbary Czerwijowskiej do Kazimiery Iłłakowiczówny ze względu na zawarte w jednym z listów szczegółowe i barwne wspomnienie o pobycie autorki w Szwajcarii (zwłaszcza we Fryburgu) w latach 1907-1909.
Wtorek, 25 lutego
Wizyta w etiopskiej Bibliotece Narodowej. Budynek z początków obecnego wieku, na kolumnach wyryte jedno słowo w różnych alfabetach, z których odcyfrować potrafię tylko napis grecki, łaciński i rosyjski. Mądrość / rozsądek.
Wstęp wolny. Bezpłatne Wi-Fi. Wewnątrz sale, w których siedzą dziesiątki młodych przeważnie ludzi, ze swoimi podołkowcami albo telefonami. Mało kto czyta książkę.

Zaczynamy zwiedzanie od góry: na czwartym piętrze książki stoją na nieponumerowanych regałach bez żadnego porządku ani wedle autorów, ani tematów, ani języków. Bez sygnatur! Podobno to dlatego, że w tym dziale umieszczono jeszcze nieskatalogowane dary. Na tym samym piętrze jest też dział zagraniczny, książek w językach obcych, poświęconych poszczególnym krajom. Dział polski liczy 9 tytułów, całkiem niezły zestaw nazwisk (jest Leopold Łabędź, jest autobiografia Wałęsy, jest Brumberg, Michael T. Kaufman, Staniszkis, Zamoyski, dwie książki Normana Daviesa). Dla porównania w dziale szwajcarskim – tylko jeden tytuł, szczupły tomik Visual Geography Series.

Przyglądając się sposobowi ułożenia książek w bogatym dziale rosyjskim czuje się podskórne napięcie, jakby wahanie. Lenin czy Trocki? Trocki czy Lenin. Ilościowo jednak, uwzględniwszy sąsiednie półki, zdecydowanie przeważa Lenin. Choć niekiedy postawiony „do góry nogami”.
Etiopska Biblioteka Narodowa jako instytucja została powołana przez Hajle Selasjego w roku 1944. Ciekawy artykuł o jej historii napisała Katarzyna Hryćko [4]. Okazuje się, że Etiopczycy mają inne rozumienie inkunabułu, niż Europa. U nas są to druki sprzed roku 1501, tutaj – sprzed 1936. Próba ich wywiezienia karana jest kilkuletnim więzieniem i grzywną. Pierwszym profesjonalnym doradcą cesarza do spraw bibliotecznych był Niemiec, Hans Wilhelm Lockot. Pewną rolę w porządkowaniu i bibliograficznym opracowaniu zbiorów odegrali Polacy, zwłaszcza Stanisław Chojnacki oraz prof. Stefan Strelcyn. W latach siedemdziesiątych w porozumieniu z etiopskim kościołem prawosławnym rozpoczęto akcję mikrofilmowania bezcennych rękopisów i druków religijnych, znajdujących się w świątyniach i klasztorach.
Już po wizycie w bibliotece doczytałem się o muralu, namalowanym w Public Division Reading Room (dawniej Balatengéta Heruy Reading Hall) na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych przez Beatrice Playne, która inspirowała się słynnymi muralami meksykańskimi. Przedstawia on Hajle Selasjego jako ucieleśnienie Mesjasza, w apokaliptycznym krajobrazie końca świata, którego zwycięzcami będą namalowane na pierwszym planie dzieci, czytające książki. W czasach Dergu na twarzy cesarza przyklejono białą kartkę papieru. Zdaniem internautów mural istnieje do dziś – dobry powód, żeby powrócić do Addis Abeby.

*
Czytam nową biografię Ciorana, którą napisała Anca Visdei – urodzona w Bukareszcie, azylantka polityczna w Szwajcarii, gdzie studiowała kryminologię, autorka dramatyczna i biografka. Są tu co najmniej trzy polonica. Najbardziej znane to oczywiście polemika Gombrowicza z Cioranem w roku 1952 na temat literatury emigracyjnej – przedstawiona porządnie, „po bożemu”, z jedną tylko nieścisłością: autorka zdaje się wiązać czasowo z tą właśnie polemiką przeprowadzkę „Kultury” z Rzymu pod Paryż, wcześniejszą przecież o kilka lat (1947/48). Najmniej ważne to prawdziwe nazwisko Corneliu Zelea Codreanu, rumuńskiego watażki i legionisty w latach trzydziestych, którym Cioran się przez pewien czas fascynował, widząc w nim nieledwie Chrystusa (nazywał się naprawdę… Korneliusz Zieliński). I wreszcie Czapski: „Piękna korespondencja, ciągnąca się latami, łączy go z polskim pisarzem Józefem Czapskim, podobnie jak on urodzonym w monarchii Austro-Węgier. Wiekowy Czapski wyznaje mu, że odkąd przestał malować, jakby wpadł w pułapkę, że traci pamięć i jest na pół ślepy. I dorzuca to cudowne zdanie: «Żałuje Pan, że – oddawszy się językowi francuskiemu z powodu Paula Valéry – nie może Pan już krzyczeć pełnym głosem w górach, ale to przecież dzięki francuszczyźnie dosłyszałem u Pana krzyk rumuńskiego barbarzyńcy»” [5].
Kapitalne jest zakończenie tej biografii – finalny, pośmiertny psikus Ciorana. Towarzyszka ostatnich lat życia i spadkobierczyni pisarza ofiarowała jego archiwalia uniwersytetowi, który przeznaczył je do zbiorów biblioteki Jacques-Doucet. Kilkuosobowa komisja fachowców przez trzy dni przeszukiwała niewielkie mieszkanko, odrywając nawet listwy z podłogi. Zabrali wszystkie papiery. W piwnicy, gdzie nie było elektryczności, znaleźli tylko „łóżko pełne rupieci, niewartych opisu”. Pół roku później brokantystka, wezwana do ostatecznego opróżnienia lokalu, znalazła tam 37 zeszytów z zapiskami Ciorana, w tym jego dzienniki, a także gipsowe popiersie pisarza. Wystawiła rękopisy na aukcji, która została wstrzymana na żądanie kancelarii uniwersytetu. Sąd jednak, a potem sąd apelacyjny uznały, że skarb należy do jego odkrywczyni. „W chwili pisania tych słów skarb jest szacowany na ponad milion euro, a ceny wciąż rosną” [6].
28 lutego
W przedostatni dzień pobytu przeglądam książkę wieloletniego korespondenta „The Economist” w krajach afrykańskich, Toma Gardnera, poświęconą osobie premiera Etiopii i przywódcy Partii Dobrobytu. Abiy Ahmed urodził się w roku 1976, dwa lata po obaleniu Hajle Selasjego, i matka nadała mu imię Abiyot, co po amharsku znaczy „rewolucja”. Zarazem jednak była przekonana, że jej syn będzie królem, że zostanie siódmym władcą kraju, licząc od Menelika II. Istotnym elementem w biografii Ahmeda było przystąpienie do etiopskiego kościoła zielonoświątkowców.
W roku 2019 w Addis Abebie gościł Francis Fukuyama. Na koniec spotkania AA zapytał go, czy się modli. A kiedy usłyszał, że nie (choć wraz z żoną są chrześcijanami), wygłosił dłuższą mowę o znaczeniu modlitwy, wspominając też swój pobyt w Denver (Colorado), gdzie przez pewien czas mieszkała jego żona, i gdzie uczestniczył w tamtejszym życiu religijnym etiopskich zielonoświątkowców. W Etiopii AA doprowadził do pojednania i zakończenia schizmy w kościele prawosławnym, sprowadzając do Addis Abeby emigracyjnego patriarchę, Abune Merkoriosa. Podobnie miał udział w zjednoczeniu dwóch rywalizujących stronnictw muzułmańskich, a następnie nakłonił różne odłamy zielonoświątkowców do utworzenia wspólnej rady. Działania te mają związek z ważnym w ideologii AA pojęciem medemer, co oznacza synergię.
Wątek polski pojawia się w biografii Gardnera raz, przy okazji analizy wybuchu zbrojnego konfliktu z Tigrajczykami w nocy z 3 na 4 listopada 2020 roku. Wedle jednej z teorii Etiopczycy mieli sfingować atak przeciwników na swoje pozycje w Mai Kadra – „ruch podobny do incydentu gliwickiego, wykorzystanego przez Niemcy dla usprawiedliwienia inwazji na Polskę w 1939 roku” [7]. Tom Gardner sądzi wszakże, że ważniejsza od tej ewentualnej analogii historycznej była zbieżność daty z wyborami prezydenckimi w Stanach Zjednoczonych.
Książka kończy się wyrazami nadziei i wiary w naród etiopski. Wymieniwszy szereg bohaterskich przypadków chronienia przedstawicieli innych plemion przed prześladowaniami, Garner mówi, dlaczego takie przykłady są ważne: „Pokazują one, że zbrojne konflikty nigdy nie są nieuniknione, że nawet dzisiaj można przerwać cykl zemsty, a również, że pomimo machinacji przywódców i wtrącania się obcych, przyszłość Etiopii może być jaśniejsza od jej przeszłości. Wbrew wszystkiemu, zawsze może być inaczej. Mam nadzieję, że będzie” [8].
*
W ramach festiwalu filmu europejskiego szwedzki Triangle of Sadness (Złota Palma w Cannes 2022). Rzecz o niemożności porozumienia się, wyjścia z narzuconych ról społecznych, wydobycia się z własnych ograniczeń i przyzwyczajeń. Świetny Zlatko Burić, znów (po filmie 2012) jako rosyjski oligarcha.
*
Z zapowiadanej koniunkcji Siedmiu Planet w Addis Abebie zobaczyliśmy dwie: Jowisza i Marsa. Do pierwszego mam sentyment, bo adres, pod jakim najdłużej w całym życiu mieszkałem to była berneńska Jupiterstrasse, ale Mars złowrogo się rymuje ze słuchaną przed chwilą transmisją z Owalnego Gabinetu.
Niedziela, 1 marca
Z biblioteki Klary „Wosk i złoto”, tytułowa metafora książki Levine’a – po amharsku sam-ennā warq – wzięła się, jak wspominałem, z poezji. Dwa człony porównania – woskowy i złoty – są połączone czasownikiem, który uruchamia obie warstwy sensu. „Ta terminologia została zaczerpnięta z pracy złotnika, który otacza gliną formę, wykonaną z wosku, po czym, wytopiwszy wosk, wlewa na jego miejsce stopione złoto” [9]. Jeśli, na przykład, poeta chce wychwalać bohatera, jakim był Menelik, tworzy woskowy model lwa, wyobrażającego na poziomie złotym właśnie Menelika: „Lew Menelik zmiażdżył wilka Włoch” [10]. (Co mi przypomina, jak przewodnik objaśniał jeden z obiektów w pałacu Hajle Selasjego: „Oto lisica, która własną krwią nakarmiła dwoje dzieci ludzkich; dar rządu włoskiego”).
Ważne, żeby poeta przez całą strofę utrzymywał tę podstawową zasadę kompozycji wosku-i-złota. Poetę, mieszającego metafory, nazywa się złośliwie „hermafrodytą”. Natomiast poprawnie zbudowany wiersz ma trzy postacie. Sens dosłowny: „Od Adama twoja warga jadła z tego drzewa / Zbawcę mego serca powieszono za ciebie”. Sens woskowy: „Ponieważ Adam jadł z Drzewa Poznania / Zbawcę Świata ukrzyżowano za ciebie”. Sens złoty: „Z powodu twoich [kuszących] warg / Moje serce pragnie być blisko ciebie”. Kluczowy jest tu czasownik tasaqala, który znaczy zarówno „został ukrzyżowany”, jak i „pragnie być blisko”.
Poezja wosku i złota jest pradawna, najstarsze zapisane przykłady pochodzą z XV wieku. Bywała używana w sytuacjach konfliktowych (wodzowie przeciwnych armii obrzucali się piętrowymi kupletami). Funkcjonuje do dziś w życiu codziennym, na przykład w barze goście wymieniają się seriami zawoalowanych obelg, ponieważ jawna zniewaga jest w tym społeczeństwie karalna. Poezja przenika w ten sposób do wszystkich sfer życia społecznego. Zaś „biegłość w tej tajemnej sztuce układania wierszy uważana jest za propedeutykę studiów nad tekstami religijnymi” [11].
Ostatniego wieczoru czytam Dziewczynkom opowieść o ludożercy, którą Levine’owi miał opowiedzieć amharski chłopiec, twierdzący, że wymyślił ją dla swojego młodszego brata: „Był sobie raz ludożerca. Mieszkał wśród ludzi. Ale nie miał w domu nic do jedzenia, bo był bardzo biedny. Zresztą nawet gdyby nie był biedny, to on po prostu lubił jeść ludzkie mięso. W jego domu była wielka dziura, przykryta dywanem. Zapraszał kogoś do siebie i kazał mu usiąść na krześle wprost nad ta dziurą. Kiedy gość siadał i wpadał do dziury, on schodził po drabinie i go zjadał. W ten sposób zjadł wszystkich ludzi z wioski, jednego po drugim – około stu osób. Kiedy już pożarł wszystkich w swej wiosce, wrócił do lasu, bo nie było już kogo zjeść” [12].
Szittaya siedziała w kąciku i słuchała. Kiedy skończyłem, powiedziała, że zna tę historię z dzieciństwa.
Poniedziałek, 3 marca
Nocny lot z AA przez Wiedeń do Warszawy spędziłem na oglądaniu dwóch filmów: trzygodzinnego Doktora Żywago(1965) i dwugodzinnego hinduskiego (tamilskiego) pt. Maharaja (2024). W pierwszym frapująca epizodyczna rola Klausa Kinsky’ego jako anarchisty Kostojeda. W drugim – niezwykle skomplikowana fabuła tonie w niewiarygodnej dozie przemocy. Obejrzałem jednak do końca, ujęty przewodnim wątkiem golibrody nazwiskiem Maharaja, który pojawia się na posterunku policji, próbując wszcząć śledztwo w sprawie kradzieży jego „Lakszmi”, przy czym tym imieniem bogini szczęścia oznacza zwykły na pozór metalowy kosz na śmieci, który stał się domowym bóstwem z chwilą, gdy uchronił dziewczynkę przed śmiercią.
Środa, 5 marca
Z opisu pierwszych dni powstania listopadowego: tłuszcza wdziera się do domu przy Świętokrzyskiej w poszukiwaniu jakiegoś rosyjskiego urzędnika; ktoś obiecuje, że ich powiedzie do domu generała Rychtera. Skutki: „Nazajutrz widziałem fortepian i stolik mahoniowe w kawałkach, a futro sobolowe na stróżu” [13]. Odwieczny los rzeczy na wojnie – albo niszczeją, albo zmieniają właściciela.
Czwartek, 6 marca
Przy poprzednich wyjazdach, na 10 dni czy 2 tygodnie, Tina boczyła się na nas przez pierwsze dni po powrocie. Tym razem nie było nas bite cztery tygodnie i nic po sobie nie dała poznać. Może już straciła nadzieję? Powitanie było ciepłe, a potem, od pierwszej nocy, okazuje nam wiele czułości: wsuwa się delikatnie pod kołdrę, albo śpi między nami, w głowach, co pewien czas wysuwając łapkę, z podwiniętym pazurkami, żeby dotknąć, a nawet jakby pogłaskać. Sama słodycz.
Piątek, 7 marca
Józefa Wilkonia recepta na ilustracje („[…] to, co w literaturze z punktu widzenia biegłości języka jest piękne, trzeba zostawić nieprzeilustrowane, niedoilustrowane, niech czytelnicy sami współtworzą tekst, zobaczą swoimi oczami to, co czytają. A jeśli ilustrator chce się popisać i wyżyć, to niech szuka w książce tych rzeczy, które są w tekście zaledwie dotknięte, niedopowiedziane, ale które świadczą o bogactwie wyobraźni poety – niech to rozwija, niech tam się pokaże”) jest też dobrą receptą dla krytyka albo historyka literatury.
*
Wiadomość z prasy berneńskiej z połowy XIX wieku: „Rosja. W Suwałkach w Polsce spalono niedawno 25 000 funtów przemyconej z Prus herbaty – czynność, wykonywana każdego roku. Trzeba tu wszak zaznaczyć, że rosyjscy celnicy umieją zazwyczaj odłożyć herbatę na bok, a do worka wpakować równą wagę bibuły, szmat i fusów herbacianych, które następnie padają pastwą płomieni” [14].
Sobota, 8 marca
Z Bralczykami w Radziejowicach na wystawie Wilkonia. Najbardziej podobały mi się rzeźby – Don Kichot i Sancho Pansa, zwierzęca rodzinka z małymi. Po obiedzie spacer w parku, obok niszczejącego za płotem młyna, do rzeźby króla Dawida (Zemły) i trochę dalej, do poobgryzanych przez bobry drzew nad stawem. Już po powrocie dowiedziałem się, że Hieronim Radziejowski przyjmował tu rodzinę królewską – zaś Laboureur „wspomina o marmurowej tablicy, na której się doczytał, że tam wiele królewskich odwiedzin bywało […]” [15].
Niedziela, 9 marca
Maciej Jarkowiec napisał olbrzymi esej o Burroughsie (lutowe „Książki. Magazyn Do Czytania”), żeby zamieścić to jedno zdanie: „Jego niski głos trzaskał jak drzewa pękające na mrozie”.
Poniedziałek, 10 marca
Nowy włoski serial Il Gattopardo (Netflix), według powieści di Lampedusy, ambitne zamierzenie po słynnej adaptacji Viscontiego. Sześć godzinnych odcinków, w których wszystko do siebie pasuje: fantastyczne wnętrza i architektura (rozpoznawaliśmy niektóre miejsca, jak Piazza Duomo na wyspie Ortygia, z podróży po Sycylii jesienią roku 2023), kostiumy, muzyka i tańce, obsada (zwłaszcza Benedetta Porcaroli jako Conchetta, ale też charakterystyczny Francesco Colella jako przebiegły Don Calogero Sedara), dawka historii (zjednoczenie Włoch) i dawka sycylijskiej mentalności, gorzki humor i słodka nostalgia.
Środa, 12 marca
Frida (2002), film dla mnie emblematyczny – nie tylko z powodu meksykańskiej obrzędowości teatru śmierci (kulminującej w Pod wulkanem Lowry’ego), nie tylko z powodu, nazwijmy to, paralelnych komplikacji fabularnych, nie tylko dlatego, że patrząc nań widzę przesuwającego się pod ścianami Retingera, który, przypomnę, organizował pierwszą wystawę sztuki meksykańskiej w Nowym Jorku, nie tylko dlatego, że Trocki a nie Lenin czy Stalin – dzisiaj film Julie Taylor ujawnił mi dwa nowe oblicza. Pierwsze to Frida jako zmartwychwstała Królowa Margot (a Salma Hayek jako nowa Isabelle Adjani). Taka sama biała suknia z czerwonymi plamami… A drugie oblicze – to wielce sympatyczna postać ojca malarki. Nie przypadkiem wezgłowie wędrującego łoża artystki obwieszone jest starymi fotografiami. Film przypomina, że ojciec, niemiecki Żyd, syn jubilera, Guillermo Kahlo, był ważnym w dziejach XX-wiecznej kultury meksykańskiej fotografem. Tych aspektów nie widziałem, oglądając film po raz pierwszy przed dwudziestu paru laty w kinie „Luna”. Dziś Margot rediviva.
W nocy, po filmie, zajrzałem do telefonu, a tam kilka zdjęć od Izy Barry, która jest właśnie z Michaelem w Mexico City. Kilka pt. Co czytała Frida? (Iza jest bibliotekarką). Oraz jedno, zatytułowane I na co patrzyła przed snem? Przedstawia fotografie pięciu „czerwonych idoli” (Stalin, Trocki, Lenin, Marks i Mao). Ciekawsze są lektury. Liczne polityczne (Ferdinand Fried, El Fin del Capitalismo, The Tasks of the Proletariat Lenina, China „czerwonego pastora” Hewletta-Johnsona). Jeszcze liczniejsze artystyczne (monografie Leonarda, Rembrandta, van Dycka, Velázqueza, ale też Cézanne’a czy Picassa); Deutsche Barokplastik, Ilse Schneider-Lengyel, Die Welt der Maske). Książki historyczne (Lucretia Borgia Gregoroviusa). Semantyczne (Stuart Chase, The Tyranny of Words). Czasem nawet matematyczne (H. Sonnet, Dictonnaire des mathématiques appliquées). Niekiedy ezoteryczne (Paracelsus, Obras completas). Powieść Giuseppe Garretto Sicile, terre de douleur. Biografia Whitmana. Bajki Ezopa. Poe.
Czwartek, 13 marca
Mój ojciec i dęby, wspomnieniowa książka Arkadego Fiedlera. W rozdziale Książki w czasie wojny (mowa o pierwszej światowej) kilka stron poświęca autor swej ówczesnej fascynacji dwoma autorami amerykańskim: Whitmanem i Thoreau. O ile pierwszy był wówczas w Polsce znany i ceniony (tłumaczył go m. in. Tuwim), o tyle drugie nazwisko zaskakuje. Fiedler wspomina, że na tego „amerykańskiego Rousseau” natrafił „chyba w roku 1917” [16] i zachwyca się amerykańską demokracją, która sprawiła, że Thoreau – w imię wolności słowa – nie poszedł do więzienia za opublikowanie rozprawy O nieposłuszeństwie obywatelskim. Bardzo to piękne, skłonny jestem uwierzyć, ale chętnie bym przeczytał jakiś choćby krótki artykuł o Thoreau i jego Waldenie w prasie poznańskiej w okolicach końca I wojny.
*
Sliver (1993) z Sharon Stone i Williamem Baldwinem, według powieści Iry Levina. Generalnie rozczarowujący. Ale ciekawy, jeśli nań spojrzeć jako na współczesną wersję powieści i filmu Wielki Gatsby. Rzecz o człowieku, który dysponując nieograniczonymi środkami reżyseruje życie innych. Zmieniła się orientacja w przestrzeni: tam były dwa domy, horyzontalnie rozdzielone wodą, tu jest jeden wąziutki wieżowiec, jak ostra igła wbijający się wertykalnie w niebo. Zmieniły się środki techniczne – kamery, mikrofony, komputery (dziś można sobie wyobrazić jeszcze bardziej zaawansowany i wieloaspektowy podgląd rzeczywistości). Zmieniła się motywacja – tam sentymentalna, tu mroczna i obłędna. Pozostał mit „Wielkiego Reżysera”. I rozbieżności między środkami a celem.
Sobota, 15 marca
Maria w opublikowanej w Stanach wczoraj książce Dalajlamy wyczytała, że w roku 1950 Salwador jako jedyne państwo na świecie ujął się za Tybetem na forum ONZ [17]. Rzeczywiście, „New York Times” zamieścił korespondencję z wioski Lake Success (tymczasowej siedziby ONZ) z 15 listopada, rozpoczynającą się zdaniem: „Salwador zaskoczył dziś delegacje i urzędników Narodów Zjednoczonych, żądając natychmiastowej debaty Zgromadzenia Ogólnego na temat inwazji chińskich komunistów na Tybet” [18]. Można dziś w sieci przeczytać odtajnione dokumenty amerykańskie na temat tego nieoczekiwanego ruchu; Amerykanie obawiali się, że wniosek poprą Indie, ale do tego nie doszło. Inni też nabrali wody w usta. „Londyn obawiał się, że jeśli rozdrażni Pekin, Chińczycy mogą podważyć brytyjskie prawo do Hongkongu. Paryż obawiał się, że jeśli zakwestionuje chińskie kolonialne «prawo» do Tybetu, inni zaczną się przyglądać francuskiemu «prawu» do Wietnamu czy Algierii. Kraje mniej rozwinięte chciały okazać solidarność z Chinami w ramach powstającego frontu antykolonialnego” [19]. Kwestię rezolucji, zaproponowanej przez Salwador, odroczono z powodu stanowiska Indii, że konflikt da się rozwiązać pokojowo – formalnie więc biorąc wniosek ten jest nadal aktualny. Czy już tu pisałem, że lubię małe państwa?
*
I jeszcze coś na podobny temat, choć z innego miejsca: reportaż Natalii Karageorgos w „The Athens Review of Books” (14 marca) o ukraińskim hellenizmie i o losach mniejszości greckiej z Mariupola. Warto przeczytać:
Voices of the Mariupol Greeks („The Athens Review Of Books”)
Niedziela, 16 marca
Ptaki coraz częściej widujemy w prześlicznych godowych szatach – onegdaj sikorkę w opypskim ogrodzie, wczoraj kowalika w Lesie Młochowskim. A kocica nadal śpi najchętniej w głowach łóżka. Dziś ufnie wsunęła mi ogon w lewą dłoń, a główkę wtuliła, mrucząc w kark Marii. Łuk elektrostatyczny.
Czwartek, 20 marca
Na przedłużonej wystawie Kisling. Lśnienie Montparnassu w prywatnym muzeum Villa La Fleur w Konstancinie. Pierwszy monograficzny pokaz tego artysty od czasu wystawy Kisling i jego przyjaciele ze zbiorów genewskiego Petit Palais w Muzeum Narodowym w Warszawie (1996), w której maczałem palce. Kilka prawdziwych niespodzianek, jak narkotyczny pejzaż z okolic Poronina z roku 1910, z ukrytą w sitowiu twarzą, malutka maska pośmiertna Modiglianiego, w której powstaniu Kisling miał swój udział, czy wielka mapa Europy, na której artysta zaznaczał kolejne zwycięstwa aliantów (nazwy pisane z francuska, ale niektóre po polsku, jak Wilno czy Lwów): w samym środku zielona wysepka to szwajcarski raj, dynamizuje zaś tę kompozycję wielka strzała zwycięstwa: „JOUR de la VICTOIRE Sept Mai 1945”. Wśród obiektów towarzyszących zwraca uwagę broszura André Salmona o Kislingu z serii Drogues et peintures. Ale warto też obejrzeć inne pomieszczenia muzeum, zwłaszcza sale Meli Muter (ze świetnym portretem Ravela, który siedzi w fotelu w narzuconym płaszczu, ze złożonymi błagalnie dłońmi), sferyczne obrazy rzeźbiarza Biegasa, kapitalny portret Leśmiana jako dandysa, malowany w roku 1905 przez Eugeniusza Żaka, akt w łupinie łodzi Leopolda Gottlieba, dwa śliczne Vlamincki (martwa natura i śluza), lustro Cocteau albo zakopiańską płaskorzeźbę z Madonną (według Jana Szczepkowskiego).
Piątek, 21 marca
Gdybym był dziś wieczorem w Wiedniu, poszedłbym do Albertiny, popatrzeć w oczy młodej kobiety, namalowanej przez Angielkę Jenny Saville (rocznik 1970). Odwzajemnić niewinne, skrzywdzone spojrzenie twarzy, zmasakrowanej brutalnymi chlapnięciami farby, ze skronią zmiażdżoną, wbitą w szybko malowane tło, z którego się ta głowa kiedyś wyłoniła. Pozwolić jej choć na chwilę przymknąć powieki [20].

Jenny Saville, „Gaze”. 2021-2024. Kolekcja prywatna. © Jenny Saville. Foto: Prudence Cumming Associates Ltd. Courtesy Gagosian
Sobota, 22 marca
Co łączy Mickiewicza ze Stanisławem Augustem Poniatowskim? Król zmarł 12 lutego 1798 roku, poeta urodził się dobre dziesięć miesięcy później, 24 grudnia. W liście Aleksandra do Franciszka (braci poety) z roku 1860, znaleźć można szczegóły dotyczące narodzin. Akuszerką była pani Mołodecka, która, „chcąc Adama przeznaczyć na rozumnego, użyła książki, na której ucięła nożykiem pępek dziecku. […] Był to Sądowy proces w in 8o, w skórę czarną oprawny” [21]. Aleksander Mickiewicz zabrał tę książkę na pamiątkę, wyjeżdżając z Wilna i przechowywał jak relikwię. Chodzi o dzieło Tomasza Umiastowskiego Sądowy Process…, najpewniej w wydaniu ósmym, Wilno 1787, w ósemce. Przecinając pępowinę na czarnej okładce akuszerka musiała nacisnąć nożykiem na znajdujące się pośrodku karty tytułowej imię króla:

*
Zdarzają się czasem obrazowe sformułowania, które zapadają w pamięć, zwłaszcza jeśli się je połączy z jakimś obrazem, czy – w tym wypadku – kształtem na mapie. Jan Duklan Ochocki jeden z rozdziałów swych zajmujących pamiętników kończy zdaniem: „Zawiesiwszy tymczasem dzieje prowincji naszej, wprowadzę czytelnika do Księstwa Warszawskiego, tego ogryzka i szczątka niegdyś silnego kraju, który dziwacznie bardzo i kuso wyglądał” [22]. Rzeczywiście, patrząc na mapę Księstwa i nakładając ją mentalnie na mapę Rzeczypospolitej przedrozbiorowej widać, jak daleko posunął się ten proces wgryzania w Polskę. Metaforę podejmuje współczesny pedagog, pisząc: „Księstwo Warszawskie to tylko marny ogryzek dawnej Rzeczypospolitej […]” [23]. A po upadku Napoleona proces gryzienia poszedł dalej, został już tylko „[…] ogryzek niepodległości pod postacią maleńkiej «Rzeczypospolitej Krakowskiej» […]” [24]. Ogryzek ogryzka.
*
Wspomnienie Małgorzaty Szejnert, Warszawa, ul. Wspólna: „Antykwariat był niewielki, ubogi. Książek mało, a wśród nich jakieś szczątki dzieł Lenina. Kto to jeszcze kupuje – zdziwiłam się. Proszę pani, Leniny schodziły doskonale dzięki de Gaulle’owi – powiedział antykwariusz. Okazało się, że w 1967 roku kupowali je hurtem czapnicy. Bo kiedy de Gaulle odwiedził Warszawę wywołał modę na swoje kepi. Młodzież męska i żeńska chciała nosić te okrągłe czapki ze sztywnym daszkiem. A na daszki świetna była twarda cerata z okładek Lenina”. Do napisania: historia okładek: okładki zamykane na kłódki, odkrycie Psałterza Floriańskiego, oprawy zrobione z ludzkiej skóry, dekle z Lenina…
*
W prywatnym dyskusyjnym klubie filmowym w Milanówku tym razem film Paolo Sorrentino This Must Be the Place(2011, w polskich kinach nosił tytuł Wszystkie odloty Cheyenne’a). Kunsztowny przeplataniec wątków tak odległych jak schyłek gwiazdorstwa, wieczny konflikt pokoleń, wypalenie, zemsta za upokorzenie, miłość i wierność, trudne dochodzenie do życiowej mądrości. Kapitalna scena przedostatnia, kiedy główny bohater (Sean Penn) dopada wreszcie hitlerowskiego zbrodniarza, którego ścigał całe życie jego ojciec, pragnący pomścić doznane w Auschwitz upokorzenie, i rozkazuje mu, dziewięćdziesięcioletniemu ślepcowi, wyjść nago na przypominające śnieg sołonczaki – płaskowyż z soli. Pokazane z bliska zwiotczałe ciało przypomina fakturą wychudzone sylwetki ze średniowiecznych krucyfiksów. W ten sposób zawiązuje się węzeł, spinający wszystkie niekoherentne, zdawałoby się, wątki filmu.
Niedziela, 23 marca
Poranna wizyta Jagienki i Wojtka Kassów, którzy wybrali się w nasze okolice z okazji spotkania autorskiego Kazimierza Orłosia w Stawisku. Opowiadam o przygodzie literackiej, jaka mi się przydarzyła w ostatnich dniach. W poniedziałek kończyłem felieton o dębach do „Wyspy”. Pisałem w nim m.in. o Ziemi berneńskiej Stempowskiego, o ważnym tam wątku dębu jako drzewa boskiego, ale też pechowego. Chciałem sprawdzić, skąd berneński eseista zaczerpnął łaciński cytat Quercus adspectu infausto est – znaleziony ponoć „w barokowym traktacie o drzewach”. Traktatu (póki co) nie zidentyfikowałem, ale okazało się, że ten cytat pojawia się, oprócz Stempowskiego, tylko w książce pewnego holenderskiego eseisty, wydanej w roku 1958, w szkicu, który jest krótkim omówieniem La terre bernoise. Stempowski znał tę recenzję, wspomina o niej w liście do Czapskiego, ale nikt się tym dotąd bliżej nie zainteresował. Znając tytuł książki G. V. M. van Hueta – Met en tegen de tijd, czyli Z czasem i wbrew czasowi – bez trudu znalazłem za kilka euro egzemplarz u bukinisty we fryzyjskim miasteczku Dokkum i w piątek, przed upływem czwartej doby od zamówienia, kurier wręczył mi w Opypach egzemplarz z obwolutą i okładką z motywem klepsydry – jako że podtytuł tomu głosi: Tweeënnegentig zandlopertjes, czyli Dziewięćdziesiąt dwie klepsydry. Teraz z pomocą Google Translate tłumaczę z niderlandzkiego ten krótki esej o Stempowskim.

A nasza biblioteka wzbogaciła się o dziesięć tytułów, że wymienię tylko znane czytelnikom „Księgi Przyjaciół” Listy do (nie)poznanego poety (Austeria); tomik Medytacje na 31 dni, który już miałem, pisałem o nim w dzienniku 4 marca zeszłego roku, ale teraz przeczytałem na nowo, poruszony apokryficznym snem o zmartwychwstaniu; kilka „książek do pisania” (w tej o Gałczyńskim autor Zaczarowanej dorożki siedzi „koło starej karety zrujnowanej doszczętnie jak jakaś zaginiona cywilizacja”, a za plecami ma „kościół zapomniany, zarosły zielskiem i pokrzywami aż po brzegi okien”, w nozdrzach zapach pokrzyw, „a w sercu tę karetę i ten kościół”; w tej o Praniu Wanda Wiłkomirska stoi „na pomoście w wieczorowej sukni i kontrastujących z nią gumiakach, zwrócona twarzą ku jezioru” i gra na skrzypcach); monografia Adriana Glenia Światło wiersza. Rzecz o twórczości Wojciecha Kassa; katalog wystawy mazurskiego poety Michała Kajki; dokumentacja wieczorów muzycznych w Praniu. Całkiem szczególne miejsce zajmuje w tej biblioteczce Pranie. Azyl Gałczyńskiego Jagienki i Wojciecha Kassów (Pranie 2024, Muzeum K. I. Gałczyńskiego). Nie wiem, jak to osiągnięto, ale ten barwny przewodnik po muzeum jest naj(nie)zwyczajniej w świecie trójwymiarowy. Od krokodyla z konaru drzewa po brodawkę na masce pośmiertnej Gałczyńskiego.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Cytowana bibliografa rosyjska podaje ponadto, że książka ukazała się w drukarni W. Jasińskiego, Warecka 9, w nakładzie 2000 egz.
[2] Janusz Jędrzejewicz, W służbie idei. Fragmenty pamiętnika i pism. Oficyna Poetów i Malarzy, Londyn 1972, s. 260.
[3] Tamże, s. 262-263.
[4] Por: Katarzyna Hryćko, An Outline of The National Archives and Library of Ethiopia. „Aethiopica” 2007, s. 92-105.
[5] Anca Visdei, Cioran, ou le gai désespoir. Biographie. Paris, L’Archipel, 2025, s. 329. Listy Czapskiego do Ciorana znajdują się w Bibliothèque littéraire Jacques-Doucet.
[6] Tamże, s. 411.
[7] Tom Gardner, The Abiy Project. God, Power and War in the New Ethiopia. London, Hurst & Company, 2024, s. 256.
[8] Tamże, s. 353.
[9] Donald N. Levine, Wax and Gold. Tradition & Innovation in Ethiopian Culture. Chicago-London, The University of Chicago Press, 1972, s. 5.
[10] Tamże.
[11] Tamże, s. 8.
[12] Tamże, s. 229.
[13] Ignacy Humnicki, Pamiętniki. Podał Zygmunt Humnicki. „Sfinks” 1913 nr 3, s. 396.
[14] „Intelligenzblatt für die Stadt Bern”, 15 czerwca 1850.
[15] Linage de Vauciennes, „Kronika Wiadomości Krajowych i Zagranicznych” 1859 nr 24.
[16] Arkady Fiedler, Mój ojciec i dęby. Poznań 2006, s. 155.
[17] Por.: His Holiness the Dalai Lama, Voice for the Voiceless. New York, William Morrow, 2025, s. 2.
[18] EL SALVADOR ASKS U.N. TIBET DEBATE; Demands Quick Consideration by the General Assembly of the Attack by Chinese Reds. “New York Times”, 16 listopada 1950.
[19] Thomas Laird, The Story of Tibet. Conversations with the Dalai Lama. New York, Grove Press, 2006, s. 304.
[20] Wystawa Jenny Saville. „Spojrzenie”. Wiedeń, Albertina, do 29 czerwca 2025.
[21] Wybór listów Adama Mickiewicza. Ułożył Józef Kallenbach. Kraków 1899, s. 240.
[22] Jan Duklan Ochocki, Pamiętniki […] z pozostałych po nim rękopisów przepisane i wydane przez J. I. Kraszewskiego. T. III, Józef Zawadzki, Wilno 1857 s. 209.
[23] Tadeusz Patrzałek, Glosariusz od starożytności do pozytywizmu: materiały do kształcenia literackiego w szkole średniej. Ossolineum, Wrocław 1992 s. 133.
[24] Ignacy Chrzanowski, Historia literatury polskiej: Klasycyzm I połowy XIX wieku, Collegium Columbinum, Kraków 2003 s. 8.
Johannes Kepler, jeden z najprzenikliwszych myślicieli w dziejach europejskiej kultury, był mistykiem poszukującym pitagorejskiej harmonii w urządzeniu świata materialnego jako widomego znaku Bożego projektu. Odkryte przez siebie Trzecie prawo opublikował w roku 1619, w pracy pod tytułem Harmonices Mundi, podkreślającym kunsztowną harmonię w ruchu planet, które Trzecie prawo opisuje. Głosi ono, że sześciany rozmiarów orbit planetarnych R3 są w Układzie Słonecznym proporcjonalne do kwadratów okresów orbitalnych P2, czyli, że stosunek R3/P2 wyrażony jest tą samą — jedną! — „liczbą Keplera” dla wszystkich planet Układu.
Tak, ruch planet jest aż tak zachwycająco piękny i aż tak zdumiewająco prosty.
Isaac Newton w swym monumentalnym dziele Philosophiæ Naturalis Principia Mathematica wydanym w roku 1687, wyliczył z praw dynamiki oraz prawa powszechnego ciążenia w tej księdze przez niego samego sformułowanych, że liczba Keplera równa jest (G/2π2) M, gdzie G = {stała grawitacji}, π = 3.1415 oraz M = {masa ciała centralnego wokół którego krążą planety}, czyli w szczególnym przypadku Układu Słonecznego — masa Słońca. Liczba Keplera zawiera więc w sobie informację, iż przyczyną tak harmonijnego ruchu planet jest grawitacja Słońca — w liczbie Keplera tkwi bowiem stała grawitacji G (ta sama, co w Newtona prawie powszechnego ciążenia) pomnożona przez masę Słońca M. Liczba π nie jest wisienką na torcie, ale wynika stąd, iż geometria Euklidesa także kształtuje liczbę Keplera — wiąże mianowicie rozmiary orbit z ich obwodami, czyli drogami planet w przestrzeni: w szczególności, orbity kołowe mają obwody równe 2πR, co wszyscy powinniśmy pamiętać ze szkoły. Formułę Keplera-Newtona można więc zapisać jako:
R3/P2 = (G/2π2)M.
Wynika z niej, że znając z obserwacji okresy obiegu P planety oraz rozmiar jej orbity R można bezpośrednio wyznaczyć masę ciała centralnego
M = (2π2/G) (R3/P2)
I tak właśnie czynią astronomowie od XVII wieku po dziś dzień. XVII-wieczna formuła Keplera-Newtona jest najdokładniejszym znanym nauce sposobem wyznaczania masy ciał niebieskich. Także z tego powodu, iż zarówno okresy obiegu jak i rozmiary orbit mierzymy z ogromną dokładnością. Już Grecy znali dość dokładnie ich wartości. Mogli odkryć prawo Keplera, i to nawet w systemie Ptolemeusza.

Dzięki Keplerowi zmierzyliśmy nie tylko masy, ale także rozmiary wielu obiektów we Wszechświecie, bo przecież łatwiej jest precyzyjnie mierzyć czas niż rozmiary albo odległości. Tak więc, w pewnym dobrze określonym sensie, Kepler powinien wielokrotnie dostać Nagrodę Nobla —także całkiem niedawno.
W roku 2020 Nagrodę Nobla z fizyki otrzymało troje fizyków za prace nad czarnymi dziurami. Roger Penrose (2/3 nagrody) za udowodnienie twierdzenia o tworzeniu się osobliwości w procesie kolapsu grawitacyjnego — w tym procesie powstają czarne dziury. Była to pierwsza Nagroda Nobla przyznana za matematyczne odkrycie w teorii względności — bowiem nawet Albert Einstein takiej nie dostał; on dostał Nobla za wyjaśnienie efektu fotoelektrycznego. Nagrodą podzielili się z Penrosem Andrea Ghez (1/6 nagrody) i Reinhard Genzel (1/6 nagrody): dostali Nobla za prace obserwacyjne — ten ostatni za dokładne wyznaczenie orbit kilkunastu gwiazd spośród wielu krążących wokół SgrA*, czyli supermasywnej czarnej dziury w centrum naszej Galaktyki. Wyznaczenie rozmiarów i czasów orbitalnych pozwoliło na bardzo dokładne wyliczenie masy tej czarnej dziury bezpośrednio ze wzoru Keplera-Newtona: wynosi ona nieco ponad cztery miliony mas Słońca.
Skąd się bierze ta niesamowita skuteczność prawa Keplera w opisie realnego świata? Jeśli bowiem nasze umysły są wyłącznie materialne, całkowicie ukształtowane przez darwinowską ewolucję, a matematyka jest wyłącznie tworem naszej społecznej działalności, która nie podlega czynnikom transcendentalnym, czyli jest określona wyłącznie przez materialne „tu i teraz”, to jak to możliwe, że w XVII wieku Kepler sformułował pewną prostą ideę, pięknie wyrażoną matematycznie, która 400 lat później pozwoliła na dokładne zmierzenie masy czarnej dziury w centrum naszej Galaktyki? Przecież Kepler nie miał żadnego wyobrażenia ani o Galaktyce, ani o czarnych dziurach, ani nawet nie znał pojęcia „masa”!
Pytanie o tę zdumiewającą skuteczność prawa Keplera, jest, rzecz jasna, szczególnym przypadkiem najbardziej fundamentalnego pytania filozofii nauk przyrodniczych: dlaczego obowiązują prawa fizyki, skąd się one biorą i co sprawia, że kształtowane są przez zrozumiałą dla nas, ludzi, abstrakcyjną, matematyczną harmonię, miarę i piękno?
Jak wielokrotnie podkreślał Roger Penrose, umiejętność pozwalająca na odkrywanie zupełnie abstrakcyjnych prawd matematycznych w żaden sposób nie zwiększa przecież osobniczej szansy na przetrwanie lub na sukces reprodukcyjny. Dlatego nie jest, zapewne, wytworem darwinowskiej ewolucji. Skąd się więc bierze w niektórych z nas ta siła fatalna, która tylko czoło zdobi?
Nikt nie zna odpowiedzi na to pytanie, choć zadawane było od zarania naszej cywilizacji. Pytali o to Platon, Cyceron i Spinoza. Wymieniłem tych trzech mężów, bo stale czytam z niemałym pożytkiem i przyjemnością ich dzieła, rozjaśniające moje rozumienie holistycznej rzeczywistości świata. Pytał także o to najbliższy mi w filozofii teodycei Leibniz, urodzony ledwie 15 lat po śmierci Keplera.
Z prawem Keplera i jego zastosowaniem do mierzenia rozkładu masy w Galaktyce wiąże się pewien niepokojący (i dotąd nierozwiązany) problem współczesnej astrofizyki. Rozkład masy znany jest, rzecz jasna, bezpośrednio z obserwacji: „widzimy” bowiem materię oczami naszych teleskopów, radioteleskopów, teleskopów rentgenowskich i podczerwonych. Wiemy zatem, ile jest masy w odległości od centrum Galaktyki mniejszej niż pewna ustalona odległość R: będę tę wielkość oznaczał symbolem M0(R). Materia Galaktyki krąży wokół galaktycznego centrum, z prędkościami V, które są różne w różnych odległościach od centrum R. Potrafimy tę prędkość dokładnie mierzyć, czyli wyznaczać obserwacyjnie funkcję V(R). Ale ponieważ prędkość orbitalna V(R) równa jest długości orbity 2πR podzielonej przez okres orbitalny P, to znaczy V(R) = 2πR/P, możemy wzór Keplera-Newtona napisać tak
MK(R) = V(R)2(R/2G)
Czyli: ze zmierzonej prędkości orbitalnej V gwiazdy w Galaktyce i rozmiaru jej orbity R możemy wyznaczyć masę całej materii w odległości mniejszej niż R od centrum Galaktyki. Oznaczyłem tę wielkość symbolem MK(R), aby zaznaczyć i podkreślić, że jest ona wyliczona ze wzoru Keplera-Newtona. Masa wyznaczona z prawa Keplera powinna być taka sama jak masa materii, którą widzimy. Ale tak nie jest: w naszej Galaktyce i w większości galaktyk dla których takich pomiarów dokonano, masa MK(R) wyznaczona ze wzoru Keplera-Newtona jest dużo większa, niż masa materii, którą widzimy. Innymi słowy: zewnętrzne części Galaktyki obracają się o wiele zbyt szybko — ilość materii, którą widzimy, jest o wiele za mała, aby tak wielką prędkość wyjaśnić.
Teoria nie zgadza się z obserwacjami!
To, rzecz jasna, stanowi poważny problem. Większość fizyków i astrofizyków rozwiązuje ten problem (moim zdaniem — omija) zakładając, że w Galaktyce jest ogromna ilość nieobserwowanej ciemnej materii.
Nie znamy fizycznej natury tej hipotetycznej ciemnej materii. Stephen Hawking zaproponował, że składa się ona z pierwotnych czarnych dziur, które powstały tuż po Wielkim Wybuchu, na samym początku istnienia Wszechświata. Nie będę, nawet krótko, przedstawiał licznych hipotez (opartych na ideach jeszcze niesformułowanej kwantowej grawitacji) tworzenia się pierwotnych czarnych dziur. Zajmę się problemem praktycznym: jeśli pierwotne czarne dziury istnieją, to jak je wykryć?
Jednym z praktycznych sposobów jest dokładna analiza obserwowanych „ćwierków” promieniowania grawitacyjnego, które powstaje w zderzeniach czarnych dziur ze sobą i innymi obiektami zwartymi, na przykład gwiazdami neutronowymi. Analiza, oparta na modelowaniu zjawiska poprzez rozwiązywanie równań Einsteina z pomocą superkomputerowych symulacji, co jest trudne, czasochłonne i drogie, pozwala na wyznaczenie masy czarnej dziury biorącej udział w zderzeniu. Zderzenia są obserwowane przez detektory promieniowania grawitacyjnego, czyli interferometry LIGO-Virgo-Kagra (Nagroda Nobla, 2017). Istnieją podejrzenia, iż w co najmniej jednym (?) z nich mogła brać udział pierwotna czarna dziura, ale to nic pewnego.
Opiszę tutaj inny sposób wykrywania pierwotnych czarnych dziur, już używany — i to z ogromnym sukcesem — przede wszystkim do ciągłego monitorowania jasności milionów gwiazd i wykrywania poza słonecznych układów planetarnych. Jest to sposób oparty na opisanym przez Alberta Einsteina w roku 1936 zjawisku soczewkowania grawitacyjnego. Einstein nie był jego pierwszym odkrywcą —podobno pewien kelner z Brooklinu napisał na ten temat artykuł i posłał do „Physical Review”, ale redakcja nie zdecydowała się na publikację. Efekt polega na tym, iż światło zakrzywia swój bieg, gdy czasoprzestrzeń odkształcana jest w polu grawitacyjnym masywnego ciała. Sam efekt zakrzywienia torów promieni świetlnych Einstein przewidział już w roku 1912, podczas swojej dwuletniej profesury w Pradze. Soczewkowanie grawitacyjne zachodzi, jeśli masywne ciało znajdzie się dokładnie na linii widzenia w kierunku (znacznie bardziej) odległej gwiazdy: wtedy bowiem światło gwiazdy ulega skupieniu, a przez to wzmocnieniu, podobnie jak zakrzywienie promieni światła w soczewce powoduje jego wzmocnienie.
Einstein sądził, że takie przypadkowe przejścia dokładnie przez linię widzenia są tak absurdalnie mało prawdopodobne do zaobserwowania (rzecz jasna, wyliczył prawdopodobieństwo: p ~ 0.000001 w ciągu roku), iż zjawisko nie ma praktycznego znaczenia. Ale… Bohdan Paczyński w roku 1986 opublikował fundamentalnie ważną pracę, w której pokazał, że już wtedy istniejące technologie (kamery CCD) oraz moce obliczeniowe istniejących już wtedy komputerów, pozwalały w zasadzie na jednoczesne śledzenie i analizowanie jasności milionów gwiazd. To zwiększa prawdopodobieństwo zaobserwowania w ciągu roku zjawiska soczewkowania grawitacyjnego do p ~ 1. Bingo!
Andrzej Udalski zajął się praktycznym zbudowaniem aparatury i napisaniem programu na analizę Big Data, który oparty był na pomyśle Paczyńskiego.
To było trudne i nowatorskie. W ten sposób powstał pionierski program OGLE. Moi koledzy, głównie z Obserwatorium Uniwersytetu Warszawskiego, tworzący zespół kierowany przez Andrzeja Udalskiego, mają własny teleskop w Chile, który pracuje tylko dla OGLE.
Dziś działa na świecie kilka innych zespołów używających soczewkowania grawitacyjnego jako głównej zasady pozyskiwania danych.
Artykuły, opublikowane w roku 2023 przez Przemysława Mroza, Andrzeja Udalskiego i innych astronomów z zespołu OGLE w „Nature” oraz „The Astrophysical Journal Letters”, podsumowujące 20 lat zbierania przez OGLE danych dotyczących istnienia hipotetycznych pierwotnych czarnych dziur Hawkinga, stwierdzają, iż wykluczone jest, aby pierwotne czarne dziury stanowiły nawet niewielką część ciemnej materii w przedziale mas począwszy od masy dużych asteroid, a skończywszy na masach rzędu setek mas Słońca.
Natomiast OGLE nie wyklucza możliwości istnienia pierwotnych czarnych dziur o masach znacznie mniejszych: rzędu mas małych asteroid. Takie hipotetyczne czarne dziury miałyby rozmiary rzędu rozmiaru atomu, a najmniejsze z nich rzędu jądra atomu. Tu trzeba koniecznie powiedzieć, iż jeśli inna hipoteza Hawkinga jest prawdziwa, mianowicie że czarne dziury promieniują z powodu efektów kwantowych, to nie może być dzisiaj pierwotnych czarnych dziur o masach mniejszych niż 1015gramów (Mont Everest ma w przybliżeniu taką masę) ponieważ wypromieniowały one całą swoją masę (E=mc2) w czasie od swego powstania na początku istnienia Wszechświata do dziś, to znaczy w ciągu 13.8 miliardów lat. Co więcej, w dającej się przewidzieć przyszłości ani ulepszone OGLE, ani ulepszone interferometry LIGO-Virgo-Kagra, nie będą zdolne dostarczyć takich danych.
Dlatego właśnie nasz pomysł, który teraz omawiam, może być bardzo przydatny. Michał Bejger, Andrzej Udalski, Maciej Wielgus i ja dowodzimy w pracy opublikowanej w roku 2022 w „The Astrophysical Journal Letters”, że jeśli pierwotne czarne dziury naprawdę istnieją, to muszą koniecznie zderzać się z innymi galaktycznymi obiektami, w tym z gwiazdami. Pojedyncze zderzenie nie może być co prawda zaobserwowane, ale zderzenia z gwiazdami neutronowymi prowadzą do grawitacyjnego złapania małej czarnej dziury przez gwiazdę neutronową. Po uderzeniu z prędkością ucieczki i przeleceniu na wskroś przez gwiazdę neutronową, czarna dziura wylatuje z drugiej strony gwiazdy z prędkością mniejszą niż prędkość ucieczki, gdyż traci część energii skutkiem dynamical friction, czyli w procesie opisanym — co prawda w innym kontekście — najpierw przez Subrahmanyana Chandrasekhara (noblistę z roku 1983), później przez Rudermana Spiegela z Columbia University, oraz najbardziej dokładnie przez Evę Ostriker, córkę słynnego astronoma z Princeton. My opisujemy teraz ten proces za pomocą eleganckiej analizy analitycznej, którą wymyślił Jiří Horák, mój współpracownik z Pragi. Utrata energii powoduje, że czarna dziura zawraca, uderza raz jeszcze w gwiazdę, i raz jeszcze, i ponownie, osiadając w końcu w jej centrum. Wtedy zaczyna ją pożerać zwiększając swą masę. Najpierw powoli w procesie opisanym przez Bondiego, a potem, gdy jej masa wzrośnie, w szybkim i katastrofalnym kolapsie grawitacyjnym, opisanym w słynnej pracy Oppenheimera i Snydera, opublikowanej 1 września 1939 w „Physical Review Letters”. W obsypanym nagrodami filmie o Oppenheimerze jest scena, w której Snyder, wówczas student Oppenheimera, wpada do auli tuż przed wykładem, krzycząc z radości: „Opublikowali naszą pracę!!!”.
Notabene, ta praca jest ważna także dlatego, że po raz pierwszy dowiodła realności formowania się horyzontu zdarzeń w procesie grawitacyjnego kolapsu, co prawda w bardzo szczególnym przypadku, gdy kolapsująca materia jest bezciśnieniowym pyłem. Einstein nie wierzył, że taki proces jest możliwy. Podobnie nie wierzył w to Leopold Infeld — długoletni współpracownik Einsteina w Princeton, a potem twórca szkoły fizyki relatywistycznej przy Hożej. Kiedyś pod koniec lat sześćdziesiątych polecił Jean-Pierre’owi Lasocie (wtedy Lasota był studentem), aby ten zreferował pracę Oppenheimera-Snydera na (słynnym, „infeldowskim”), cotygodniowym seminarium na Hożej.Infeld był przekonany, że ta praca musi być błędna. Jean-Pierre ją przeczytał, zrozumiał i stwierdził, że jest poprawna we wszystkich (dość zawiłych) matematycznych szczegółach. Tak też przedstawił rzecz na seminarium. Zawsze, gdy mi o tym opowiadał, wspominał ogromne, pozytywne wrażenie, jakie zrobił wtedy na nim Infeld. Infeld w lot, na miejscu, zrozumiał tok rachunków Oppenheimera-Sydnera przedstawiony przez Lasotę. Jak dobry fizyk, którym Infeld bez wątpienia był, od razu zmienił zdanie, przyznając się publicznie do błędu: „Tak, Einstein się mylił, a ja razem z nim. Ta praca jest poprawna, wbrew temu, co wiem od Einsteina jeszcze z Princeton. Dziękuję, że pan to tak zwięźle nam dziś pokazał”.
Wracając do naszej (Abramowicz, Bejger, Udalski, Wielgus) pracy, to wynika z niej, że jeśli pierwotne czarne dziury istnieją, to ich konieczne zderzenia z gwiazdami neutronowymi muszą koniecznie produkować czarne dziury o masach rzędu masy Słońca lub trochę mniejszymi. Wyliczyliśmy dokładnie liczbę tych lekkich czarnych dziur. Zarówno OGLE jak i LIGO-Virgo-Karga (a zwłaszcza ich ulepszone wersje planowane w najbliższej przyszłości) są w stanie takie lekkie czarne dziury wykrywać. Jeśli nie zostaną wykryte w liczbie większej, niż przez nas określone minimum, będzie to dowód nie do obalenia, że takich pierwotnych czarnych dziur nie ma.
Moim zdaniem już teraz, na podstawie dotychczas uzyskanych przez OGLE wyników, można twierdzić, że nie ma pierwotnych czarnych dziur Hawkinga. To jest w zgodzie z moim poglądem, że w naszej Galaktyce i innych galaktykach nie ma ciemnej materii. Uważam, że zbyt szybka rotacja Galaktyki, niezgodna z teorią Newtona i Einsteina, sugeruje konieczność zmiany tych teorii przez modyfikację zasady dynamiki (siła jest proporcjonalna do przyśpieszenia) na zasadę dynamiki MOND Mordechaja Milgroma i Jacoba Bekensteina (dla bardzo małych przyspieszeń siła jest proporcjonalna do kwadratu przyśpieszenia).
Moi współpracownicy są ostrożni i wykręcają się jak tylko mogą od takiego postawienia sprawy. Przyznaję jednak, że mój pogląd jest dość heretycki.
MAREK ARTUR ABRAMOWICZ
Felieton ten jest nieco rozbudowanym konspektem referatu wygłoszonego 7 kwietnia 2025 w księgarni Tarabuk na Zamku Ujazdowskim w Warszawie. Bardzo dziękuję panu Jakubowi Bułatowi, właścicielowi księgarni za umożliwienie spotkania z gronem bywalców tego magicznego miejsca i opowiedzenia o moich najnowszych naukowych fascynacjach.
Zdaniem Michała Niezabitowskiego, dyrektora Muzeum Historycznego Miasta Krakowa, jest kilka typów muzeów, choć, jak zaznacza, żaden z nich nie występuje w czystej i jednolitej formie. Pierwszy z nich nazywa muzeum klasycznym, którego rolą jest prezentacja samych zabytków (do tej grupy można zaliczyć większość prywatnych muzeów na Warmii i Mazurach). Drugim, leżącym jakby na przeciwległym biegunie, jest muzeum multimedialne, prezentujące jedynie (lub głównie) cyfrowe przedstawienie zabytku. W trzecim, według określenia Nazabitowskiego, instalacyjnym, dominującą rolę odgrywa instalacja artystyczna, a zabytek jest jedynie elementem wizji artystycznej. Czwarty typ to muzeum edukacyjne, a jego wystawy są narzędziem nauki i zabawy. Piąty model został nazwany muzeum narracyjnym, określanym również jako muzeum fabularne, które ma nie tylko „pokazywać”, ale także coś „opowiadać”.
W klasycznym muzeum „głównym bohaterem” jest zabytek, który w muzeum narracyjnym odgrywa określoną rolę w tworzeniu opowieści. Nasze muzeum łączy obie te grupy – na parterze „opowiadamy” jak dawniej, to jest pod koniec XIX i w pierwszych dekadach XX wieku, żyli Mazurzy, jak mieszkali, gdzie i jak się uczyli (zwiedzanie naszego muzeum odbywa się z przewodnikiem). Na poddaszu i w spichlerzyku pokazujemy w „klasyczny sposób” rozmaite sprzęty domowe i gospodarcze używane w tamtych czasach. Taki scenariusz wystaw ponownie „napisał” nam przypadek: narzuciły go wielkość i charakter naszego „niechcianego dziecka”, jakim jest translokowana chałupa oraz eksponaty (zabytki) znalezione często w dość przypadkowych okolicznościach, jak choćby wyposażenie wiejskiej szkoły…
Spośród niewielu zachowanych chałup podcieniowych z końca XVIII lub początków XIX w. nasza wyróżnia się wielkością i liczbą elementów dekoracyjnych. Z całą pewnością nie była to „zwykła” wiejska chałupa, bo te były małe (rzadko ich wymiary były większe niż 6 na 10 metrów), a powierzchnię mieszkalną miały zbliżoną, lub nieco tylko większą, od największej izby w naszej muzealnej chałupie (ta ma 7 metrów długości).

Nieznana z nazwy wioska w Puszczy Piskiej, jedna z tych, o których „nie opowiada jeszcze żadna kronika […]. Wśród jezior i bagien owej wschodniej krainy położone są te wsie z szarymi dachami i ślepymi oknami, ze studniami z żurawiem i kilkoma dzikimi gruszami na kamienistych miedzach. Otacza je wielki bór…” (Ernst Wiechert „Dzieci Jerominów”).
Nie wnikając w szczegóły w pierwszej połowie XIX wieku wioski w rozległej Puszczy Piskiej były nieliczne i bardzo ubogie, a chaty w nich maleńkie i bardzo prymitywne. Zaskoczony ich widokiem Max Rosenheyn, starszy nauczyciel z Malborka, który w połowie XIX wieku odbył długą podróż po Prusach Zachodnich i Wschodnich i wiele widział, opisał swoje wrażenia w opublikowanej w 1858 roku w Gdańsku książce.
W jej drugim tomie pisał o Mazurach i Puszczy Piskiej: „Tylko bardzo rzadko pojawia się w lesie jedna lub kilka maleńkich chat, szarych niczym pnie drzew, z maleńkimi otworami okiennymi, w których zamiast szyb znajdują się drewniane zasuwy. Prawie żadna z tych drewnianych chat z bali nie posiada komina i wydaje się, że jedynym ujściem dymu są do połowy otwarte drzwi […]. Domy są zbudowane z drewna, kryte słomą i ocieplone mchem; biedniejsi mieszkają jak troglodyci, w lepiankach z gliny, które częściowo przylegają do zbocza góry. Jest w nich zawsze tylko jedna izba służąca zarazem za kuchnię oraz komorę dla całej rodziny. Do izby przylega obszerna sień, w której znajdują się narzędzia do uprawy roli, wozy i konie, te ostatnie posiadają nawet najbiedniejsi, gdyż żaden rolnik bez konia nie mógłby uprawiać swojego kamienistego poletka […]. W części sieni znajduje się chlew, ale Mazur karmi wszelką młodzież: źrebaki, prosiaki, cielęta, jeśli się ich dochowa, w izbie; drób też rezyduje za piecem. Nic dziwnego, że w izbie mazurskiej panuje ogłuszający zgiełk niczym w menażerii. A gdy na olbrzymim kominie zapłonie ogień, w izbie robi się czarno od dymu i bardziej mrocznie nie może być nawet w stajni Augiasza” (Max Rosenheyn, Reise-Skizze aus Ost und Westpreussen, Band 2, Danzig 1858. Tłum. K. A. Worobiec).
W porównaniu z tymi lichymi chatynkami ta nasza z Warnowa wyróżniała się wielkością, zamożnością i była świadectwem dobrobytu. To asymetryczny budynek szerokofrontowy, co znaczy, że drzwi wejściowe znajdują się w ścianie frontowej, ale nie umieszczone centralnie, lecz bliżej jednego z narożników. Wnętrze ma podział trójdzielny. Na środku jest sień i potężny, piramidalny komin (czyli „czarna kuchnia” z trzonem kuchennym, piecem do pieczenia chleba etc. oraz przyległymi piecami ogrzewającymi pomieszczenia znajdujące się wokół komina), a po jego obu stronach są duże izby – z prawej większa, z lewej mniejsza. Za tymi izbami znajdują się cztery mniejsze izdebki, o połowę węższe niż izby od frontu (to tzw. układ półtoratraktowy): trzy alkierze (sypialnie) oraz komora (spiżarnia).

Na frontowej ścianie chałupy widać układ pomieszczeń: w centralnej części jej sień, a jej szerokość wyznaczają widoczne pionowe końcówki belek tworzących ścianę wewnętrzną, oraz dwie izby: większa z dwoma oknami, mniejsza z jednym oknem (na zdjęciu wszystkie okna już z okiennicami). Długie urządzenie pod ścianą to wykonany z drewna folusz ręczny (pilśniarka, spilśniarka stosowana w procesie folowania sukna); stan 2003
Wybudowanie tak dużego budynku, z dwoma podcieniami szczytowymi – a badacze architektury ludowej są zgodni, że były one jedynie ozdobą, czyli swoistym kaprysem inwestora, który „chciał się pokazać” – było bardzo pracochłonne, a co za tym idzie kosztowne. Na taką budowę, oczywiście z najwyższej jakości drewna i w tak odludnym miejscu, stać było państwo (króla) lub bardzo bogatego gospodarza, czyli jak mówili Mazurzy gbura (majóntkárża, bogaca), ziemianina, kupca, a może karczmarza? Na te pytania trudno już teraz dokładnie odpowiedzieć, ale najprawdopodobniej taką okazałą chatę w rozległej Puszczy Piskiej wzniesiono dla królewskiego strażnika lasów (Königlicher Forstbereiter) czy królewskiego nadzorcy leśnego (Königlicher Forstaufseher). Teoretycznie mógł to być również zajazd lub gospoda, bowiem budynek stał w pobliżu drogi łączącej Wejsuny z Mikołajkami, a dalej Pisz z Mrągowem (już pod koniec XVIII w. we Wierzbie istniała przeprawa promowa na Jeziorze Bełdany). Tak czy siak wielkość i charakter chałupy obligowała nas, aby wyposażyć ją odpowiednio, czyli „na bogato”.
Zgromadzone przez nas eksponaty pochodzą z południowej części Puszczy Piskiej i pogranicza mazursko-kurpiowskiego. Należy bowiem pamiętać, że przygraniczne położenie stwarzało mieszkańcom tych terenów możliwość czerpania zysków z handlu. Pomiędzy sąsiadującym społecznościami (Mazurami i Kurpiami) toczyła się ożywiona wymiana dóbr wszelakich – towarów poszukiwanych po obu stronach granicy, przynosząca zyski obu handlującym stronom. Na Mazury sprowadzano z Mazowsza duże ilości zbóż, produktów rolnych i spożywczych, a wywożono wyroby przemysłowe, w tym między innymi odlewane wyroby żeliwne z przygranicznej huty w Wądołku, towary luksusowe, jedwab i instrumenty muzyczne oraz używki – wódkę i herbatę. Później, tuż po zakończeniu II wojny światowej wiele dóbr materialnych – mebli, sprzętów domowych czy narzędzi rolniczych, a także całe budynki, „wędrowało” po tym terenie i było przez szabrowników wywożone na Kurpie i Podlasie (zainteresowanych odsyłam do mojej książki: Zagubione wioski Puszczy Piskiej, t. 1 i 2, Kraków, Austeria, 2021). Część z nich, dzięki nam, „wróciła” po dziesięcioleciach na Mazury.
Zdecydowana większość pokazywanych sprzętów została przez nas kupiona bezpośrednio od ich poprzednich właścicieli. Znikomą część eksponatów otrzymaliśmy w darze: lista darczyńców liczy około 20 osób, głównie naszych przyjaciół i znajomych, choć są też dwie czy trzy osoby bliżej nam nieznane, które przysłały nam swoje dary po wizycie w naszym muzeum. Nieliczne „drobiazgi”, jak choćby stare elementarze i świadectwa szkolne znaleźliśmy i kupiliśmy za pośrednictwem internetu.

Rozmaite sprzęty gospodarcze – w większości służące do przechowywania zboża, przygotowane do wystawienia w spichlerzyku.
Wszystkie eksponaty, zanim trafiły do muzeum, zostały starannie przygotowane: oczyszczone, naprawione, zabezpieczone i poddane częściowej konserwacji. Część mebli została poddana gruntownej restauracji. Ponownie przydały się umiejętności, które zdobyłem na obczyźnie, mieszkając w Berlinie (w okresie pandemii odrestaurowałem dwanaście skrzyń posażnych i kufrów).
Tworząc naszą muzealną opowieść kierowaliśmy się informacjami z literatury (nie tylko fachowej), z archiwalnych zdjęć i opisów. Korzystaliśmy z wizyt w odwiedzanych przez nas skansenach i muzeach, ale też szliśmy za własnym doświadczeniem i wyczuciem. Założyliśmy, że skoro dawniej w jednej chałupie mieszkała rodzina wielopokoleniowa, zwykle trzypokoleniowa, to każde z nich miało jakiś wkład w jej wystrój i umeblowanie. Nie chcieliśmy tworzyć sztucznych i wyidealizowanych modeli (jak to bywa w muzeach klasycznych, gdzie w jednej izbie czy pokoju wszystkie eksponaty są w jednym stylu i wieku), ale urządzić „normalne” mieszkanie sprzed około stu lat, tak, by wyglądało jakby mieszkańcy na chwilę tylko z niego wyszli i wkrótce wrócą. Ten zamysł chyba nam się udał, bo często słyszymy od naszych gości, że „to wehikuł czasu”, jakby „znaleźli się w innej epoce” lub „cofnęli o sto lat”!

Okazyjna inscenizacja jak „dawniej żyliśmy” w największej izbie w muzeum; w roli gospodyni z makutrą Danusia (fot. Janusz Korbel)
Zgromadzone meble pochodzą z różnych okresów, z XVIII, XIX i pierwszych dekad XX wieku. Wszystkie są oryginalne, kompletne i sprawne, nie ma tu atrap ani kopii. No i wszędzie są wszelakie przedmioty codziennego użytku i rozmaite drobiazgi: w szafach wiszą ubrania, w kredensach i szafkach stoją garnki i rozmaite naczynia, są przybory do golenia, kosmetyki, książki, ręcznie pisane notatki, pamiętniki i listy, osobiste pamiątki, a w szufladach kredensów są nawet „przedwojenne” papierosy.
Na poddaszu chałupy i w stojącym obok spichlerzyku jest natomiast „klasyczna” ekspozycja muzealna. W trzech pomieszczeniach na poddaszu zgromadziliśmy, pogrupowane zgodnie z pierwotnym zastosowaniem, rozmaite sprzęty do przygotowywania jedzenia, do prania, obróbki lnu, narzędzia ciesielskie i stolarskie, szewskie, sprzęty pszczelarskie, etc. Jest też duża kolekcja skrzyń i kufrów posagowych (posażnych), a w gablotach przedstawiamy historię warnowskiej chałupy, naszej „walki” o jej ocalenie, etapy destrukcji, odbudowy…
O wielu meblach i sprzętach można długo opowiadać, niektóre z nich mają ciekawą historię. Szerzej o ekspozycji i najciekawszych eksponatach jeszcze napiszę…
KRZYSZTOF A WOROBIEC
W kalendarzyku Foto Taschenkalender na 1993, pod datą Juni 25, znalazłam notatkę: „Przed 9:00 dzwonić do J. Nowosielskiego”. Brak dalszych wpisów sugeruje, że telefon miał, tylko, potwierdzić ustalony wcześniej termin. Mieszkanie malarza mieściło się przy Narzymskiego, pod numerem 19. Widoczny na zdjęciu krzyż w salonie-pracowni – tak charakterystyczny dla Jerzego Nowosielskiego – zauważyłam też potem, wychodząc ze spotkania, na fasadzie domu. W rozmowie ze Zbigniewem Baranem w: Apokalipsa i nadzieja. Portrety współczesne, Kraków 2000 – kojarzony z prawosławiem artysta – mówił o sobie: „Jestem protestantem…”. Co, w jego własnym tłumaczeniu, miało znaczyć: „Należy protestować, aby uwolnić się od wszelkich wewnętrznych oporów”.

„Krzyż, taboret i Jerzy N.”, Kraków 1993, z cyklu: „Portrety” © Elżbieta Lempp
9 listopada 2024
ELŻBIETA LEMPP
Można wdać się w rozmowę z każdym, zawsze i wszędzie. Można rozmawiać o czymkolwiek, o wszystkim i oczywiście o niczym. Czy warto? Nie warto. Do zdawkowej rozmowy niewiele się wnosi, niewiele się z niej wynosi. A jednak Alberto Savinio od rozmowy z nami nie stroni, przeciwnie, liczy na nią. Nawet jest o nas dobrej myśli, skoro zapewnia, że wśród jego czytelników „nie zagrzeje miejsca czytelnik powierzchowny”.
Otwarcie jednak mówi, że wolałby rozmawiać z kimś innym: ze „zmarłymi przyjaciółmi”. Miałby im wiele do powiedzenia, zwłaszcza o tym, co wydarzyło się, od kiedy ich zabrakło. Wie, jakich rozmówców by sobie wybrał: Heraklita, Stendhala, Nietzschego. Dawniej zależałoby mu także na Lukianie, Wolterze, Schopenhauerze. Ale nigdy nie zabiegałby o tych „szacownych całkiem innych”: o Sokratesa, Dantego, Goethego.
Rozmawiamy z Saviniem jak na przechadzce. Przechadzka nie ma wytyczonego celu: idziemy przed siebie, zadajemy pytania. Od razu, bez ogródek, te dla nas najważniejsze: Czy dzisiaj można być antycznym Grekiem? Jak „pokochać nasze niekochane czasy”? Co mamy nad sobą prócz obłoków i błękitnego nieba? Można też kapryśnie wyrwać się z pytaniem tradycyjnym: O czym śpiewały syreny? – i na nie dostaniemy odpowiedź. A rozmowa toczy się, nie utyka, wciąga. Co więcej: jest otwarta, bezpośrednia i wciąż na osobności. Przy okazji wodzimy dookoła najchętniej tym „wewnętrznym wzrokiem, który jest o wiele śmielszy”.
Wszystkie książki Savinia mają klimat, rytm i ton rozmowy, zwłaszcza szkice. Zostało to dostrzeżone (Leonardo Sciascia, Alfredo Giuliani), jak również to, że Savinio sam wybrał sobie swoich czytelników. „To rzadki, najrzadszy gatunek pisarzy”, stwierdza Sciascia, dając za przykład Stendhala i cenioną przez niego „wspólnotę w rozważaniach”. Łatwiej o nią, kiedy rozważania mają w sobie, jak u Savinia, wiele lekkości, swobody i fantazji, ironii, autoironii i sarkazmu, przenośni, aluzji i niedopowiedzeń, paradoksów, oksymoronów i hiperboli, a niewiele jałowej dosłowności. Nie nużą, bo wciąż zapuszczają się w dygresje. I to jak u Stendhala, który wyjaśniał: „Przepraszam za to mnóstwo drobnych dygresji. Ale jedynie wtedy, gdy mówię wszystko, co mi przychodzi do głowy, udaje mi się osiągnąć najważniejszy cel: nie nudzić moich towarzyszek podróży”. A u Nietzschego? Nietzsche także nie chciał mieć „czytelników niepożądanych”: „Jakże niepokoją autora ci poczciwi czytelnicy z duszami z grubsza ciosanymi i nieporadnymi, którzy za każdym razem, kiedy się na czymś u nas potkną, upadają i wyrządzają sobie krzywdę”. A Heraklit? Heraklit, jak wiadomo, rozgoryczony na Efezjan uznał za jedyną godną siebie czytelniczkę boginię Artemidę.
A Savinio? Savinio dał swoim czytelnikom do zrozumienia, że ten, kto nawiązuje z nim rozmowę, niejako przyłącza się do „wyjazdu Argonauty” (to tytuł jednego z rozdziałów jego pierwszej powieści Hermaphrodito). Argonauta wyprawia się po coś cennego. Złote runo, które trzeba zdobyć, to naturalnie nic tak konkretnego jak skóry baranie rozścielane przez pasterzy na dnie strumieni Kolchidy, żeby osadzały się na nich okruchy złota wymyte ze skał. To inteligencja rozścielona w głównym nurcie „rzeki zwanej Życiem”, żeby osadzały się na niej „te jaśniejsze chwile, w których świat mówi «tak» naszym najważniejszym pragnieniom”.
Jeszcze przed jednym czytelnik zostaje przestrzeżony: „Czy ktoś może się łudzić, że przeniknie to, co piszemy, że dzięki słowu pisanemu odkryje sekret naszych myśli? Jak Narcyz w źródle nie widzi nas, tylko siebie odbitego w tych zmąconych, mylących lustrach, które nazywamy książkami”. I mimo że jest to powiedziane, jak zwykle u Savinia, dość przewrotnie, zapewne możemy liczyć na to, że w jego myślach dopatrzymy się też własnych myśli. Dobrze by było. […].

Dwa najczęstsze sądy o Saviniu najwięcej dają do myślenia. Był „jednym z naprawdę niewielu wybitnych pisarzy włoskich w naszym stuleciu” (Roberto Calasso). I „nie ma pisarza włoskiego bardziej dla Włochów «cudzoziemskiego» niż Savinio” (Leonardo Sciascia). Mimo wydanych około trzydziestu książek, obszernych lub niewielkich, z których żadna nie jest błaha.
Savinio nie mógł oczekiwać niczego innego. Był przecież świadom sytuacji. „Może kiedyś przyjaźń była między ludźmi uczuciem żywym. Dziś już nie jest. Przynajmniej w moich oczach. Ja w moich współczesnych natrafiam tylko na twardość, wrogość, podejrzliwość”.
Taki niefortunny los pisarza takiego jak on przewidział także Nietzsche: „Im więcej ktoś sobie pozwala, tym mniej pozwalają mu inni”.
Na cóż tak nagannego Savinio sobie pozwolił? Trzymał się mocno rzeczywistości. Pilnował, by nie dopuścić w sobie do głosu złudzeń, utopii i mistyfikacji. „Owych kuriozów”. I wypadało to tak, jakby wnosił za wiele jaskrawego światła. „Ludzie boją się i nienawidzą jasnego światła. Dlatego pisarzy, którzy wnoszą światło (a do takich, jeśli nie macie nic przeciwko, zaliczam także siebie), ludzie boją się i nienawidzą. Dlatego bali się i nienawidzili Lukiana. Dlatego zmyślili, że rozszarpały go psy”.
Dla innych pisarzy miał natomiast tylko jedną radę: trzeba dbać o to, by słowa były „jasne i metafizyczne jak dźwięki fortepianu. Czy to mało?”. Chyba uznali, że to mało, skoro Savinio wciąż pozostaje „jednym z naprawdę niewielu wybitnych”.
STANISŁAW KASPRZYSIAK
Fragment szkicu „Można wdać się w rozmowę” z tomu „Odwieczne rozmowy”, Kraków, Austeria, 2024. Żeby zamówić – kliknij tutaj