HOME

Galeria jednej fotografii (54)

Tłumy, przebrane za smoki i tygrysy, zapełniły stolicę Kambodży, w lutym 2008. Z okazji chińskiego Nowego Roku, miasto wypełzło na ulice. Tylko ogrodnik nie świętował. Przed Pałacem Królewskim, samotnie, jak co dzień, oddawał się swoim obowiązkom.

„Ogrodnik i The Royal Palace”, Phnom Penh 2008, z cyklu „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp

15 sierpnia 2024

ELŻBIETA LEMPP

Zofia

Zofia często wracała do swoich wspomnień spisywanych w zeszytach z podniszczonymi już ceratowymi okładkami. Narrator dobrze też wie, że przyłapywała się na chęci poprawienia czegoś. I nie chodziło jej o fakty, raczej o inne ich rozumienie po latach. Taka byłam, tak myślałam, nie należy nic ruszać, tłumaczyła sobie, ale nie mogła się oprzeć, aby nie zaczerniać niektórych słów, a przecież zdarzały się i zdania. Zaczernianie było dosłowne, bo najpierw obwodziła wybrany fragment cienką kreską, a potem długo wypełniała czarnym atramentem. Potem nawet pod światło nie dało się niczego odczytać.

W ten piątek, już o wpół do pierwszej, odłożyła czytanie, a od świtu zaczęła się niepokoić. Prawdę mówiąc niepokoiła się od środy, kiedy zapukała Witczakowa i powiedziała, że jest do niej telefon.

Uchowało się, a w każdym razie istniało jeszcze niedawno, podanie pana Jerzego Witczaka o przydział telefonu. Narrator natknął się na nie przypadkowo podczas poszukiwań podania o wiele ważniejszego. Pan Witczak pisze, że jest inżynierem pracującym w elektrowni na Powiślu. „W razie awarii muszę być do dyspozycji, dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą o przydzielenie telefonu”. Krótko i lakonicznie. Do podania załączone były trzy pisma. Dyrektor elektrowni popierał potrzebę telefonu u obywatela Witczaka, dział kadr poświadczał zajmowane przez niego stanowisko, a organizacja partyjna stwierdzała, że Witczak jest aktywny na zebraniach. Nie ulega więc wątpliwości, że telefon mu się należał.

Zofia z telefonu państwa Witczaków skorzystała tylko raz, kiedy Julka zachorowała na szkarlatynę i trzeba było wzywać pogotowie. W czwartek jednak to do niej dzwoniono, a nikomu przecież nie podawała numeru Witczaków, bo go nawet nie znała.

– Co za piękny głos. To może być aktor – powiedziała cicho Witczakowa i wyszła, choć Zofia była pewna, że stoi za drzwiami, chłonąc każde słowo. Znała ją i wiedziała, że nie brało się to z chęci donoszenia, a tylko ze zwyczajnej ciekawości.

Już po pierwszych słowach rozpoznała aksamitny głos Alberta. Mówiono o nim, że brzmi jak Beniamino Gigli. „Długo cię szukałem, w końcu ktoś ważny podał mi ten właśnie numer telefonu. Musimy się koniecznie zobaczyć, przecież przeżyliśmy…”. Miał rację, przeżyli, choć ją przy życiu trzymał już tylko obowiązek. Powtarzała to często Wiktorowi, a on śmiejąc się mówił: „Chyba mamo, że nazwiesz to zemstą”.

– Tydzień temu dziennikarze otworzyli swój klub na Foksal. Zjedzmy tam obiad Zapraszam…. – w głosie Alberta usłyszała dawny serdeczny ton, którego nie miał dla wszystkich.

– Jesteś teraz dziennikarzem? – spytała i nie zdziwiłoby jej, gdyby tak było. Mógł być w życiu każdym.

Speszył się, ale tylko na chwilę. – Nie… Jeśli nie chcesz, to zaproponuj coś innego…

– Nie znam nowych miejsc, mało wychodzę z domu… – Chęć odmowy w jej głosie była wyczuwalna, nie tylko dla Witczakowej za drzwiami, ale i dla każdego, kto z obowiązku słuchałby ich rozmowy.

– Kiedy się mamy spotkać, jeżeli nie teraz…

Niespodziewanie dla samej siebie, zgodziła się. Ostatecznie zawsze go lubiła. O tym, że był pierwowzorem tancerza mecenasa Kraykowskiego z modnego przed wojną opowiadania, raczej nie wiedziała. Tego, że bałwochwalczą atencją obdarzał każdego, kogo uznał za godnego podziwu, nie mogła nie wiedzieć. Dostrzegła w tym nawet pewną zależność. Wybrańcy byli jakby nim samym, gdyby oczywiście miał więcej talentu. Najdłużej krążył wokół Leona Schillera, bywał u niego na Krochmalnej; użyteczny na każdym polu, mógł przypalić cygaro, przewracać nuty, ale też i zaśpiewać drugim głosem.

Wiktor pochwalił jej decyzję, a Zosia bardzo się ucieszyła, „Wreszcie mamo ruszysz się między ludzi”. Naiwne dziecko, jakby jej zależało na ludziach.

Zgoda to jedno, a czym innym zdenerwowanie potęgujące się w miarę zbliżającego się spotkania. Wypadałoby jakoś wyglądać, bo nikt z jej dawnego świata nie powinien zobaczyć abnegacji królowej, a przecież często nazywano ją królową, czego Ksawery bardzo nie lubił. W Warszawie było jej miło z tego powodu, w Paryżu czuła się dumna, a tylko w Moskwie brzmiało to niebezpiecznie. Jeszcze przed aresztowaniem Ksawery zdążył zażartować, że Stiepan Rokicki, który ją tak nierozważnie nazwał, zaraz ze strachu wypłucze sobie usta kwasem bornym.

Szczęśliwie z powstania uratował się żakiet od brązowego kostiumu. Cienka wełna i aksamitny kołnierzyk w kolorze burgunda. Kiedy w godzinę trzeba było opuścić mieszkanie ojca na Żoliborzu, zaginęła spódnica do niego. Na szczęście czarna, uszyta dla Zosi na rozpoczęcie roku akademickiego, pasowała do wszystkiego. Przymierzyła ją ze strachem, ale nie dopinały się tylko dwie haftki.

Do tego, że kruczoczarne włosy były teraz białe jak śnieg, zdążyła się przyzwyczaić, a jedwabna apaszka w głębokiej czerwieni dobrze się od nich odcinała. W lustrze nie było widać butów, a więc mogła śmiało powiedzieć, że wygląda nieźle. Buty, w których w Paryżu szła do Lippa na spotkanie z André Gide’em, i które potem przeżyły nie tylko Moskwę, ale i powstanie, wymagały gruntownej naprawy. Wiktor zaniósł je do Zachariasza Kuny i już tam na nią czekały.

Teraz na nogach miała tenisówki, na szczęście nikt na to nie zwracał uwagi. Ze zdumieniem zobaczyła, że na Złotej wywożą ostatnie cegły z domu, który po powstaniu nie wyglądał źle. Jeszcze niedawno mieszkał tu i pracował ojciec najważniejszego pisma literackiego. To jemu przyniosła do oceny opowiadanie Wiktora, który, odkąd przestał pytać o powrót ojca, całymi godzinami walił w ścianę pięściami owiniętymi w ręczniki. Wierzyła, że pochwała kogoś z „Wiadomości Literackich” skłoni czternastolatka do opamiętania.

Grydzewski pięknie ją przyjął, była herbata, a nawet kieliszek likieru. „Znaliśmy się przecież zanim w twoim życiu nastał Ksawery, a z nim i komunizm”. Zaraz też doprosił przysadkowego blondyna, którego nazwiska nie pamiętała, i obaj zarzucili ją pytaniami. O dziwo, nie interesowali się światem artystycznym Paryża, bo wiedzieli o nim więcej od niej, a ciekawiła ich tylko Moskwa. Opowiadała śmiało, ale nie na tyle, aby powiedzieć wszystko. Po jakimś czasie usłyszała, że opowiadanie Wiktora bardzo się podobało. Znała dobrze fałszywe nuty, lecz w głosie sekretarza redakcji, który do niej zadzwonił, nie było po nich śladu. „Wydrukujemy, kto wie, czy nie w lipcowym numerze. Proszę powiedzieć synkowi, aby zaczynał się cieszyć”. Nie wydrukowano do września, a potem już wojna. Teraz pomyślała, czy Grydzewski, który pewnie już nie żył, zdążył ukryć swoje archiwum w piwnicy, a jeśli tak, to czy ktoś się nim zainteresuje.

Im bliżej Marszałkowskiej, tym więcej wapiennego kurzu. Gruz ładowany na ciężarówki, krzyki stojących na rusztowaniach, rytmiczny stukot młotków murarzy odzyskujących cegły, wszystko to razem układało jej się w synkopę zasłyszanej piosenki: „Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom, naszym przyszłym, lepszym dniom, Warszawo”. Musiała przyznać, że Warszawa, którą znała od dziecka, przynajmniej odchodziła w dziarskim rytmie. Wszystko dawne znikało w szybkim tempie, a to co powstawało, było inne od dawnego. Nie chciała tej myśli, ale ta sama do niej przyszła. Czy Ksawery patrzy na to z góry? Skarciła się zaraz za naiwność, chociaż od jakiegoś czasu pragnęła, aby Bóg istniał. Już samo pragnienie dawało ulgę, bo wyobrażała sobie, że przyzwoli na ukaranie zła bez czekania na Sąd Ostateczny. Taki Zeus na przykład mógłby temu przyklasnąć.

Zachariasz Kuna był jednym z pierwszych, którzy w parterach po spalonych kamienicach otworzyli swoje interesy. Przed nim na pewno tylko Café Fogg i dwie kwiaciarki. Ale szewcem na pewno był pierwszym. Teraz tylko reperował, a jeszcze niedawno w swoim sklepie przy Ordynackiej sprzedawał wytwory własnych i czeladniczych rąk. Słynął z oficerek, które w drewnianych prawidłach stały na wystawie w żołnierskim ordynku, a tylna ściana witryny kusiła zdjęciami najważniejszych klientów, i to nie tylko ułanów. Ostatnim zamawiającym buty do konnej jazdy był oberlejtnant von Krausse, który jednak nie zdążył ich odebrać, bo z powierzchni ziemi zniknęły nie tylko buty, ale i sklep, a nawet mieszkanie pana Zachariasza.

Zofia lubiła starego mistrza, który przyjaźnił się jeszcze z jej ojcem. Szerszy niż wyższy, słynął z olbrzymiej siły, a ze swoimi podkręconymi w górę wąsami przypominał Zelwerowicza w roli Cześnika. Z uśmiechem podał jej buty. Wyglądały teraz, jak nowe, kiedy ojciec kupował je dla niej u Hiszpańskiego. Wyjeżdżali z Ksawerym do Paryża. „Komunizm komunizmem, ale moja córka musi jakoś wyglądać” – powiedział wtedy. Stary socjał nie miał za grosz zaufania dla idei, której zawierzył Ksawery, ale jak powiedział po śmierci zięcia: „Wiedziałem, że nic go nie przekona”.

– Do kiedy pan tu będzie, panie Zachariaszu? – spytała, chowając tenisówki do torby.

– Do marca, a najpóźniej do maja. Ze starej Marszałkowskiej zostanie tylko trakt i kilka domów, ale za to będzie szeroka, jak w Moskwie.

– Myśli pan, że na to pozwolą?

Uśmiechnął się.

– Jest pani mądra, jak świętej pamięci tatuś. Tak, musi być węższa…

– Gdzie pan się przeniesie? Warszawy bez pana jakoś nie mogę sobie wyobrazić.

– Stary jestem, najwyżej na stróża gdzieś pójdę…

Pomyślała, że Zachariasz żartuje, ale kiedy zobaczyła, jak bezwiednie zaciska pięść, wiedziała, że jeśli to nawet żart, to najsmutniejszy z możliwych.

– Nawet ja, stary wróbel, uwierzyłem, że ruscy do rzemiosła nie będą się wtrącać. Musi pani wiedzieć, że zaraz po wojnie na procesji Bożego Ciała blisko Bieruta stałem.

– Rozmowa była? – zapytała z uśmiechem.

– Proszę nie żartować, on kardynała Hlonda czule podtrzymywał. Wyglądało, że normalnie będzie. A jak to wygląda, wiemy. Wczoraj miałem trzecią rewizję. Szubrawcy pół pieca rozebrali i wzięli się za podłogę. Skóry podobno szukają, ale wiadomo, że o pieniądze chodzi.

Podała mu rękę na pożegnanie. Zachariasz wyprostował się, a tym samym urósł pięć centymetrów. Jeszcze raz popatrzyli na siebie z czułą uwagą. Wychodząc, miała przeczucie, że widzą się po raz ostatni.

Na Plac Trzech Krzyży weszła z Żurawiej, z której jeszcze mniej zostało niż ze Złotej. Na spotkanie z Albertem wybrała kawiarnię, w której bywała, kiedy jeszcze należała do pana Teofila. Rozpoznała te same krzesła i bufet, choć spowijał je gęsty dym z papierosów. Było tłoczno i przez chwilę mogło się wydawać, że zrujnowane miasto jest tylko złym snem.

Obawiała się, że nie dostrzeże Alberta, a on nie rozpozna jej w siwej kobiecie. Dlatego wybrała kolorowy szalik, choć nigdy by się do tego nie przyznała. Albert jednak stał już przy stoliku i machał do niej z daleka. W zasadzie nic się nie zmienił, tak samo gruby, wysoki i zamaszysty. Włosów nigdy nie miał za dużo, więc to, że ich teraz nie było niczemu nie szkodziło. Pamiętała, że w pierwszych miesiącach po wojnie pewnie i Boy Żeleński uściskałby Irzykowskiego, a przecież ona Alberta zawsze lubiła. Dlatego nie protestowała, kiedy objął ją potężnymi ramionami i uniósł w górę.

– Zasapałeś się. Usiądź i oddychaj spokojnie – nakazała, widząc, że poczerwieniał z wysiłku.

– Przenikliwa, jak zawsze, ale proszę nie zawstydzaj mnie. Jeszcze się trzymam. – powiedział, robiąc kilka głębokich wdechów.

Przypatrywali się sobie. Zofia wiedziała, że zobaczył z bliska jej przedwczesną starość. Jego obnoszenie się z ciemnoniebieskim fularem w białe grochy świadczyło o fantazji, a jeszcze bardziej o odwadze. Oczywiście dostrzegła też smutek w oczach, i to mimo ust, które się uśmiechały. Na pewno nie jest ubecjuszem, pomyślała, a o ostrożność w tym względzie prosił ją Wiktor. „Tylko nie mów mamo za dużo. Nie zapalaj się do swoich tematów…”.

– I co powiesz? – Albert zatoczył palcem kółko w powietrzu. – Coś jeszcze zostało ze starej Warszawy…

Rozejrzała się dyskretnie i mimo że nie rozpoznała nikogo, to w kilku twarzach zobaczyła coś, co lubiła nazywać myśleniem.

 – Mecenas Kurowicki mieszka w Radości, ale od jedenastej właśnie tu przyjmuje  – wskazał na starszego mężczyznę, który sprawiał wrażenie szachisty zatroskanego sytuacją bez wyjścia. – Przysiadaniem się do jego stolika dyryguje żona, której trzeba się najpierw opowiedzieć. To ta z kokiem, bliżej drzwi…

Zofia już nie spojrzała w tamtą stronę. Nadszedł czas na zdania, dla których się spotkali.

– To co, jakoś przeżyliśmy… – Albert wyczekał, aż słowa te odpowiednio wybrzmią i od razu relacja, jak to był poszukiwany przez Niemców i szczęśliwie uciekł do Wołomina. Szczęśliwie, bo za chwilę wybuchło powstanie, a przecież gdyby nawet znalazł się dla niego karabin, to i tak nie miało szans. – A tak żyję i mogę jeszcze trochę popatrzeć, co się z nami stanie.

– Ożeniłeś się?

– Nie, ale było blisko. Ślub miał być w Pyrach, czekałem w kościele, lecz wynajęta bryczka, którą Gabrysia, bo Gabriela miała na imię, jechała ze swoimi gośćmi, wywróciła się. Wszyscy tylko poobijani, a ona dwie nogi złamane. Potem wojna i już jej nigdy nie zobaczyłem…

Od kiedy go znała, czuł się jak ryba w wodzie, opowiadając o swoich nieudanych związkach, o których szeptano, że są niczym dym z cygara. Niemka, która chciała dla niego pokochać Polskę, utonęła wcześniej w okolicach Zopott. Zofia tak się tym wtedy przejęła, że zapamiętała nawet jej nazwisko. Hannelore Leber miała się nazywać. Przed wojną słuchała jego opowieści, delikatnie się z nich podśmiewając. Teraz poczuła radość, że chociaż w ten sposób wraca do tamtego czasu.

Kelnerka, która do nich podeszła, była młoda i bardzo ładna. Nadmiar pulchności tylko dodawał jej uroku, a misternie ułożone włosy tworzyły na głowie coś w rodzaju korony. Razem, duże podobieństwo do jednej z aktorek, które w wojnę podawały kawę, nie chcąc grać w teatrach koncesjonowanych przez Niemców. Do tego dyskretny zapach, w którym Zofia rozpoznała Coty’ego.

– To aktorka? – spytała na wszelki wypadek, kiedy kelnerka przyjęła zamówienie i odeszła.

– Skądże – zdziwił się Albert – Hrabianka. Nazywam ją „Panną Adieu”, bo od młodych lat mówi adieu ukochanym przedmiotom. Była uczennicą, kiedy Niemcy nakazali rodzicom opuścić rodzinny dwór i przenieść się do oficyny. Mogli zabrać meble i najpotrzebniejszy dobytek. Po pięciu latach wyzwoliciele nakazali im opuścić oficynę w ciągu godziny i z jedną walizką na głowę. Nie wolno im teraz zbliżyć się do swojego domu na odległość mniejszą niż pięćdziesiąt kilometrów.

– A jak było z tobą? Zapalisz? – Podsunął jej paczkę Belwederów…

– Dziękuję, nie palę już piętnaście lat…

Była to prawda, bo na wieść o śmierci Ksawerego zamiast jednej, zaczęła palić dwie paczki dziennie. Sięgnęła też po alkohol pity bez okazji. Zatrzymał to ojciec, który zaprosił ją do swojego gabinetu i powiedział: „Zetknęłaś się z prawdziwym światem, córeczko. Teraz masz dwie drogi albo skrócić życie i iść szybko w ślady Ksawerego, albo wychować Wiktora na człowieka całą gębą. Chyba zdajesz sobie sprawę, że z pierwszego wyboru cieszyłby się tylko morderca twojego męża”. Te proste słowa sprawiły, że nie wzięła już papierosa do ust.

– W takim razie, nie będę się zaciągał. – powiedział Albert i sięgnął po zapałki. – A więc opowiadaj, jak przeżyłaś wojnę.

– Żyliśmy ze sprzedaży książek ojca. Chciałam chodzić z nimi na Kercelak, ale mi nie pozwolił. „To moje dzieci i tylko ja mogę oddać je w jasyr”. Znałeś go, więc wyobraź sobie, jak siwy, górujący nad tłumem, sprzedaje pierwsze angielskie wydanie Opowieści kanterberyjskich Chaucera. Ale nie był naiwny, jeśli wojenny spryciarz dawał obraźliwą cenę, bez słowa spoglądał gdzieś ponad nim i czekał, aż tamten odejdzie. Szczęśliwie nie dożył powstania i umierał z nadzieją na bliski koniec wojny. A ja przesiedziałam powstanie w piwnicy. Nie jednej co prawda, bo Niemcy przepędzali nas z miejsca na miejsce. Siostrzenica w powstaniu zdobyła męża, lecz straciła go po tygodniu. Na szczęście urodziła córeczkę. Mieszkają teraz u mnie. Syn walczył, oberwał odłamkiem, lecz żyje…

– A właśnie, Wiktor – zaciekawił się. – Opowiedz mi o nim.

– Pamiętasz go?

– Jakżeby nie. Po powrocie z Rosji nie rozstawałaś się z nim. Siedział przy mnie w Kameralnym na premierze Anny Kareniny.

Myślała, że nikt w Warszawie nie zauważył jej strachu o Wiktora, bo przecież nikt nie mógł wiedzieć, przed czym uciekli.

– A co z panem Leonem? – zapytała, aby Albert miał o czym mówić, ale też była ciekawa losu Schillera, u którego poznała Ksawerego. – Mam nadzieję, że opływa w zaszczyty?

– Robił przedstawienia dla robotników, kiedy Lenin siedział jeszcze w Szwajcarii, a więc zaszczyty mu się należały. I przez chwilę się nimi cieszył. Był pierwszym rektorem otworzonej w Łodzi szkoły teatralnej, mógł nawet głośno powoływać się na Craiga i Reinhardta. Nie wyczuł jednak biedaczysko, że nadchodzi koniec szlachetnych mrzonek…

Nie wierzyła własnym uszom. Albert nazwał swojego króla biedaczyskiem, i to z nieukrywaną pobłażliwością.

Igraszkami z diabłem wykopał sobie, jeśli nie grób, to na pewno izolatkę… – Albert rozejrzał się, ale wszyscy byli zajęci sobą. Dwóch mężczyzn nie pasujących do towarzystwa siedziało wystarczająco daleko.

– Aresztowany? – spytała, nie wiedzieć czemu przestraszona.

–Tylko odsunięty. Chłopak z rzeszowskiego napisał do władz, że czas na nowe porządki i teatr prawdziwie komunistyczny. Żadnych Szekspirów nieznających zasad dialektyki marksistowskiej!

– Jak to chłopak? – zainteresowała się.

– Młody człowiek po prostu, może w wieku twojego Wiktora. Po miesiącu został rektorem szkoły teatralnej, w której był wolnym słuchaczem. Po dwóch utworzono dla niego teatr. Nie pamiętam zresztą, może kolejność była odwrotna. W każdym razie Leon z podwiniętym ogonem musiał wrócić do Warszawy.

Minęła dłuższa chwila zanim zdecydowała się wypowiedzieć słowa: – Tak, cała nadzieja w młodych… Muszą być tylko wyjątkowi…

Albert popatrzył na nią uważnie, doszukując się kpiny. Nie mógł wiedzieć, że miała na myśli Wiktora, od którego będzie zależało, czy świat się zmieni na lepszy. Swojej roli w przeznaczeniu syna nie brała pod uwagę. Wychowała go na bohatera, ale gdyby się nim nie urodził, jej wysiłki na nic by się zdały.

– Mówią, o tym chłopaku, że bardzo zdolny – Albert jednak zaciągnął się dymem i nawet przytrzymał go w płucach dłużej niż zwykle. – Szybko wystawił coś o szlifierzu i poprawił Poematem pedagogicznym Makarenki. Namiestnicy sowieccy natychmiast go za to pokochali. Zajmuje teraz przepiękny apartament w Alei Kościuszki. Podobno szef łódzkiego UB powiedział do niego: „Mieszkam pięknie, ale wasze marmury na klatce schodowej okazalsze. I bardzo dobrze, towarzyszu artysto, bo agitujecie jak trzeba…”. Byłaś kiedyś w Łodzi?

– Nie złożyło się jakoś.

– Przed wojną pomagałem tam Leonowi wystawić Cjankali. Nie było łatwo, bo jak pamiętasz, to rzecz o sztucznym poronieniu. Zrobiliśmy też Dobrego wojaka Szwejka, do którego z kolei czepiano się, że wyśmiewa wojsko polskie…

Kiedy po latach narrator, usłyszał te słowa z ust mocno już posuniętej w latach Zofii, pomyślał, że jeżeli Gombrowicz rzeczywiście zobaczył w Albercie tancerza mecenasa Kraykowskiego, to tancerz wyrósł na tęgiego choreografa.

– Leon robi teraz wszystko, aby im się znowu podobać. Zapisuje się gdzie trzeba, głosuje na to, na co każą… Ciągle ma nadzieję, że pozwolą mu reżyserować.

– Ma jakieś szanse?

– Po jego pociągu nawet dymu nie widać… – Albert spojrzał ponad głowami na wszystkich, jakby wypatrywał odjeżdżającej lokomotywy i dodał: – Pozwalają mu grzebać w historii teatru, i żyje, czyli szczęściarz w porównaniu z Meyerholdem.

Nie wiedziała, co stało się z Meyerholdem, bo kiedy wyjeżdżała z Moskwy żył i miał się dobrze. Nie znała jego losu i nie chciała znać. Czy zanim oddali katu, torturowali delikatnego człowieka? Na pewno. Czy dla udręczenia kazali mu zjeść burżujską chusteczkę do nosa znalezioną w jego kieszeni, czy bili pałkami w pięty? Nic jej to nie obchodziło. Tyle razy śnił jej się Ksawery, który o wszystkim opowiadał. Do niczego nie potrzebowała Meyerholda i jego cierpienia. Znowu poczuła miły zapach i nie pomyliła się. Stała przy nich kelnerka.

  – Winiak ten co zawsze, panie Albercie –  uśmiechnęła się, stawiając na metalowej tacce trzy kieliszki. – A napoleonki przed chwilą przywiezione. Myślę, że będą państwu smakowały.

„Tak niedawno też byłam młoda i może nie pozbawiona wdzięku, a teraz patrzę na miłą dziewczynę i zastanawiam się, czy byłaby dla Wiktora odpowiednią żoną”. Oczywiście uznała to zaraz za bezproduktywne myślenie. Wiktor nigdy się przecież nie ożeni, bo wojownicy umierają młodo.

Od niej samej, ale też z postronnych relacji, narrator dowiedział się, że przeświadczenie o wyjątkowości Wiktora towarzyszyło jej przez całe życie. Czy jednak miała świadomość, że ulepiła Golema? Jeśli tak, to wolałaby porównanie do Herkulesa. Gdyby jednak Wiktor urodził się kobietą, na pewno widziałaby w nim Emilię Plater, kobietę bohater. Może nawet sama się nią czuła?

– Jej ojciec nie może się doczekać, kiedy Rosjanie skończą budowę przy dworcu głównym. – powiedział Albert, kiedy kelnerka odeszła. – Ma nadzieję, że pozwolą ludziom zwiedzać to monstrum. Wtedy wjedzie na samą górę. Z lornetką…

– Chce przed śmiercią wypatrzyć swoje strony?

– Nie przestajesz mnie zadziwiać Zosiu. Przenikliwa, jak zawsze…

– Wiesz kto ma przyjechać do Warszawy, aby osobiście podarować nam pałac? – spytała z największą obojętnością w głosie, na jaką mogła się zdobyć.

– Pewnie, że wiem. Wyobrażasz sobie, co tu się będzie działo? Na pewno wyjadę wtedy do Wołomina, mam tam ciotkę…

 

Teraz zobaczyła, dlaczego zamówił trzy winiaki. Wziął do ręki pierwszy z brzegu kieliszek i wychylił niczym furman.

– Przepraszam, ale to moja waleriana… Jestem kłębkiem nerwów. Wypijmy za spotkanie… – Podał jej z gracją drugi z kieliszków. Znów był mężczyzną eleganckim, bo powąchał trunek w trzecim i wypił mały łyczek. Mrugnął przy tym do Zofii pokazując, że to tylko teatr.

Po raz pierwszy od wielu lat miała ochotę na alkohol. Nie na jego smak, bardziej na skutek, jaki odczuwała po wypiciu kieliszka czegoś mocniejszego. Kieliszek jej wystarczał, aby poczuć śmiałość, którą Ksawery zyskiwał po dwóch butelkach wina. Nie znała się dobrze na koniakach, ale coś, co nazwano winiakiem nie było złe.

– Zobacz, co się stało – powiedział cicho. – Przecież kiedyś każdemu przyzwoitemu człowiekowi wypadało choćby zerknąć w stronę socjalizmu…  A dla mnie to nie była tylko moda…

– Pamiętam. Nazywaliśmy was kawiorowymi socjalistami.

– A dla nas wy komuniści byliście totalistyczną sektą, której blisko do faszyzmu. Oczywiście kilku z was dało się lubić. Ciebie można by łyżkami jeść, żadnej nie miałaś w sobie zajadłości – włożył do ust następnego papierosa, ale wyjął go po chwili i schował z powrotem do pudełka. – Przyznam ci się do czegoś, bo muszę to z siebie wyrzucić. Był taki moment, że socjalizm wydał mi się zbyt letni. – powiedział to cicho.  – Co innego twój komunizm i plany zaprowadzenia w świecie porządku… Pamiętasz słowa Trockiego, że każdy robotnik może być Arystotelesem? Jeśli nawet to pachniało bzdurą, to byłem bliski zapisania się do was. Władek Broniewski miał mi dać poręczenie…

Słowa „twój komunizm” wypowiedziane jak najzwyklejsze stwierdzenie faktu, sprawiły, że zamarła w Zofii każda komórka ciała. A przecież Albert miał prawo tak powiedzieć. I nie miała co się zasłaniać miłością do Ksawerego. Tak, była taka chwila, trwała może nawet trzy lata, w której uwierzyła, że przynależy do tych ludzi.

– Mam nadzieję, że chociaż ty jesteś ważną personą. – powiedział Albert bez ironii w głosie – Ostatecznie Ksawery był prawdziwie ideowy.

– Gdybym nią była, nie musiałbyś dzwonić do sąsiadów. Myśl precyzyjnie Alberciku.

Albercikiem nazwała go kiedyś w Ziemiańskiej, a któryś z poetów (czy nie Lechoń przypadkiem?) natychmiast dorzucił: „Alberciku, Alberciku, ty urody masz bez liku”.

– To był żart, zapomniałaś, że byłem kiedyś człowiekiem dowcipnym?

Nie mogła tego pamiętać, bo nigdy nie zauważyła u niego poczucia humoru. Pomyślała teraz, że może nie była dość uważna. Może miał coś podobnego do humoru, co jednak zagubiło się wśród ludzi prawdziwie dowcipnych.

W zasadzie nie powiedział niczego, co mogło ją obrazić, a jednak postanowiła wytrącić go z dobrego samopoczucia.

– Myślisz, że wasze przyłączenie się do komunistów było potrzebne? – wypowiedziała te słowa, starając się, aby nie wyczuł w nich złości, a tylko zwyczajne zatroskanie nad ludzką naiwnością.

– Za to akurat nie odpowiadam. Po wojnie zapomniałem o wszystkim. Należę już tylko do samego siebie. – Albert znowu sięgnął po papierosa.

Zauważyła, że dłoń, którą trzymał zapałkę, drży. Nikt od niej nie wiedział lepiej, czym jest złość na samą siebie.

Nie wiadomo, co było lepsze, kawa czy napoleonka, a przecież swoje dołożył alkohol. W każdym razie po raz pierwszy od dawna poczuła coś w rodzaju spokoju.

– Zamówić jeszcze po kieliszku? – zapytał.

– Ja dziękuję, a tobie też nie radzę. – zapamiętała słowa Schillera: „Albert może wypić tyle, co motyl, ale to porządny człowiek”.

– Może masz rację, lepiej uważać z piciem… – zamyślił się nad czymś.

– Będę już szła Alberciku, bo mała wraca ze szkoły i muszę jej dać coś do jedzenia… – powiedziała.

– Może chociaż powtórka z napoleonki? Opowiem ci o mojej wojennej narzeczonej… Nie? W takim razie zbierajmy się…

Kiedy wyszli, wyszło też słońce. Kościół Świętego Aleksandra okaleczony brakiem jednej wieży i długi dom, którym zamykano zachodnią ścianę placu, wydały się ładniejsze. Uśmiech, który Zofii od dawna się nie udawał, teraz można by pochwalić. Nie było to zwykłe rozciągnięcie ust.

– Pójdę do tramwaju, czwórka dowozi mnie prawie pod dom – powiedziała, chcąc się pożegnać.

– Nie ma mowy, pozwól, że cię odprowadzę. – W głosie Alberta zabrzmiała gorąca prośba. – Nawet nie wiesz, jak dawno nie szedłem pod rękę z piękną kobietą.

Odczuła coś w rodzaju przyjemności idąc przy boku Alberta, który robił wszystko, aby dopasować się do niej długością kroku. Dopiero teraz zauważyła jego doskonale wyczyszczone, choć zniszczone buty i płaszcz z aksamitnym kołnierzem. Razem z fularem jest mój Albert niczym pismo koptyjskie w popołudniówce, pomyślała i postanowiła podsunąć to porównanie Wiktorowi.

Minęli kilka domów przy Nowym Świecie i z prawej strony wyłonił się nowy gmach, który właśnie okładano płytami z granitu, lub czymś równie trwałym. Oboje nawet na siebie nie spojrzawszy, przyspieszyli. Aby nie myśleć o tym, co widzi, Zofia chciała spytać Alberta, czym się teraz zajmuje. Przed wojną miał pogadanki w radiu, w których opowiadał o muzyce. Z tego co pamiętała, były dość popularne. Pod pseudonimem Deotyma pisywał też w tygodnikach o modzie damskiej. Otworzyła już usta, kiedy kątem oka dostrzegła, że na wysokości trzeciego piętra, jedna z granitowych płyt odchyla się od ściany. Przez moment myśl, że to nerwowy omam, lecz płyta ruszyła się bardziej, a potem zaczęła spadać. Podobne spadanie widziała na starym francuskim filmie, tyle że tam z wieży kościelnej spadał krzyż. Krzyż odbił się jeszcze od stromego dachu i wtedy publiczność w kinie wydała pierwszy okrzyk grozy. Płytę także zatrzymały deski rusztowania, ale tylko na chwilę, bo zaraz stoczyła się z nich i runęła w dół. Najstraszniejsze było to, że leciała na młodego robotnika, który pchał przed sobą pustą taczkę. Zofia nie zdążyła krzyknąć, aby uciekał, a może i krzyknęła, ale z gardła mało się wydobyło. Chłopak jednak sam wyczuł, że coś się dzieje, bo podniósł głowę i zatrzymał się w pół kroku. To wszystko, co zdążył zrobić, a jednak wystarczyło, aby uratował życie. Olbrzymi ciężar otarł się prawie o daszek jego czapki i uderzył w taczkę, zamieniając ją w drewniane drzazgi. Ocalało tylko jej koło, które uwolnione, podskoczyło wysoko, a potem przecinając jezdnię, potoczyło się w stronę Mysiej. Ktoś jeszcze krzyknął „Jezus Maria”, i to było wszystko.

Albert niespodziewanie zaczął ciężko oddychać, a nawet spurpurowiał na twarzy. Zofia zatrzymała się.

– Przystańmy na chwilę, odpoczniesz trochę…

On jednak pociągnął ją za sobą, ruszając szybkim krokiem. Przedtem jednak nachylił się do jej ucha i wymamrotał nie swoim głosem.

– Co te skurwysyny wyprawiają?

Wszystkiego mogła się po Albercie spodziewać, ale nigdy ordynarnego słowa. „Co mu winni robotnicy? Wypadki na budowach, to zwyczajna rzecz”. Pomyślała też, że może to udar lub zapowiedź choroby świętego Wita, którą w dzieciństwie, krótko na szczęście, przechodził Wiktor. Pamiętała jego pobudliwość i rzucanie poduszkami po całym domu. Jednak Albert szybko się uspokoił i sprawiał wrażenie, jakby nawet nie zauważył koła od taczki, które przetoczyło się przed nimi.

– Kazał ich wymordować – mówił cicho, głosem już zwyczajnym. – I co? Teraz budują sobie twierdzę, z której będą rządzić w jego imieniu?

W odpowiedzi sama przyspieszyła kroku i upodobnili się do reszty przechodniów, którzy prawie biegli, nie chcąc ponieść kary za to, co zobaczyli. Albert cały czas mówił cicho, ale słyszała każde słowo.

– Ja mogłem nie wiedzieć, że zabili twojego Ksawerego, mogłem nie mieć pojęcia, że Adolfa Warskiego, więźnia dwóch carów, tak bito, że zwariował i zaczął im odpowiadać po niemiecku. Ale ci, co cudem przeżyli, zostają pomocnikami kata. Rozumiesz coś z tego?

Chwilę się nad tym zastanowiła. Tak, była przeświadczona, że rozumie. Dość się napatrzyła na ludzi idei, ale i na plugawców wszelkiej maści.

– Szkoda, że zamiast zamykać w Berezie, nie wypchnięto ich przez wschodnią granicę. Moskwa nie miałaby tu teraz nikogo… – po tych słowach Albert zaczął się uspokajać, a kiedy doszli do przystanku, oddychał już normalnie.

Miała na końcu języka pytanie, co byłoby gdyby Broniewski dał Albertowi rekomendację do wymordowanej przez Stalina partii. Jednak nic nie powiedziała, bo jak po latach zapewniała, nie lubiła retorycznych pytań.

Z daleka zobaczyła nadjeżdżającą czwórkę. Wzrok mam jeszcze dobry pomyślała i wiedziała, że zaraz usłyszy: „Musimy trzymać się razem i częściej spotykać”. Jednak, kiedy wagon zatrzymał się przed nimi, Albert powiedział:

– Nie zobaczymy się już więcej, moja mądra Zosieńko. Mam przed sobą kilka miesięcy życia… Sarcoma, nie powiem ci czego…

Nie zdążyła zaczerpnąć oddechu, kiedy ucałował ją w dwa policzki i podsadził na platformę tramwaju. Ogłuszona wiadomością podniosła rękę w niemym pozdrowieniu. On jednak chciał coś jeszcze powiedzieć, bo wskoczył na stopień ruszającego wolno tramwaju.

– Doradź Wiktorkowi, aby nie szukał u nich szczęścia. – zdążył tylko z tym jednym zdaniem i już musiał zeskoczyć. Potem jeszcze długo machał jej na pożegnanie.

ANDRZEJ BART

Fragment większej całości.

List do niepoznanego poety (XII)

Pierwszy listopada, to jest dobra pora, żeby napisać list. Wybrałem Pana, który zdołał zorientować się, że w tej formie wyrazu wzorem ryby w wodzie i wilka w puszczy czuję się swobodnie, czuję się w miejscu, w którym tryby autocenzury zostają wstrzymane, a ja w takiej domowej niejako formie mogę poruszać się dowolnie, w jakim chcę stroju i w jakim chcę stanie. Wróciłem z Grecji, ale aż tak nie tęsknię do dawnej Morei, tego wymienia zakończonego trzema strzykami: mesyńskim, maniockim i lakońskim, a na każdym z nich przecież miałem dach nad głową i widok na zatoki mórz południa. Raz chciałem przespać się na płaskowyżu niczym na dachu skalnej wyspy zwanej Monemwazją w ruinach starożytnego miasta, ale wygoda, ta kusicielka naszej współczesności odwiodła mnie od tego zamiaru. Początek listopada w naszym kraju bliski jest mojemu usposobieniu i wcale nie jestem pewien, czy Grek albo Greczynka nie zachwyciliby się aurą rozlewającego się po drzewach złota i purpury, wszak to ulubione kolory bizantyjskich pisarzy ikon.

„Trzeba próchnieć albo płonąć”, to wskazanie zapisał Joseph Conrad w powieści W oczach Zachodu. Trudno jest mi sobie wyobrazić życie w ciągłym próchnieniu, ale i też to, w nieustannym płonięciu. Pierwsze wydaje się trwać pod kuratelą śmierci, w tępym śnie, w otumanieniu i zamgleniu, spowite błędnym czadem, ograniczone do bezmyślnego pełzania, drugie zaprowadzić nas może na granice szaleństwa, gdyż płonięcie, zwłaszcza to zintensyfikowane jest zagrożone pożarem. To ostatnie jednakże zakłada przemianę w przeciwieństwie do życia w próchnieniu, które jak każda śmierć materii prędzej czy później się ustali. Proszę nie mylić metanoi z pozorami będącymi wyrafinowanym powiernikiem zewnętrzności, obłych powierzchni i niestrawnych płycin, które dzisiaj mają bogatą reprezentację w postaci przebierańców oraz repertuaru ich dziwactw. W literaturze mamy wiele przykładów tzw. przejścia progów przemiany, a każda z nich posiada swoje imię: Szaweł przemienił się w Pawła, żołnierz i rabuś Iñigo Loyola w Ignacego (który stworzył swoją duchową regułę), Gustaw w Konrada, Jacek Sopolica w księdza Robaka, Mickiewicz tyrtejski w Mickiewicza mistycznego, Maria Komornicka w Piotra Odmieńca Własta, Edmund Dantès w Hrabiego Monte Christo (imienia ostatniej przemiany swojego bohatera Aleksander Dumas nie podaje). Wiek XX i obecny narzucają nam raczej przemianę wstecz, co świetnie obrazuje (a obraz jak wiemy jest stężeniem istoty) przeobrażenie w ciągu jednej nocy kafkowskiego Gregora Samsy z człowieka w robaka, tego „czernica”, któremu kształty nadał w swoim eseju 4 lutego 1962 roku Béla Hamvas, a w innym zatytułowanym Henoch nakazał go nie nienawidzić. Wynalazcy Facebooka, Googla, Platformy X, Instagrama, Tik Toka, a nazwisk ich nie będę wymieniał, gdyż są dla mnie sygnaturami „diabelstwa” powołali globalny konfesjonał, który daje nam pojęcie, w jakim miejscu, mimo tysiącletnich religii i kultur, filozofii i teologii, znalazł się człowiek. Sypie się z tego konfesjonału próchnica instynktu i zbydlęcenia, trociny plugastwa i ohydy, jakie człowiek uznał za bardziej pociągające niż myśl, będącą zjawiskiem wymagającym trudu, dyscypliny i wyrzeczeń. Niepoliczalna jest ilość wewnętrznych pięter człowieka i kosmicznych sfer po jakich obraca się z natury ruchliwa myśl, dlatego potrzebny jest jej stempel, więcej – insygnium litery, gdyż to w jej progu, w jej cieniu przysiada. Ale największym stężeniem myśli jest mądrość. Gdybyśmy ludzkiej istocie przydzielili jedynie cztery piętra istnieniowe: instynktu, emocji, myśli, mądrości, to w konfesjonale mediów społecznościowych odkrywamy ją przede wszystkim na poziomie instynktu i emocji. A idąc w ślad triady zaproponowanej przez Eliota, zobaczylibyśmy, że epokę mądrości mamy już za sobą, wiedzy trochę też, za to konfesjonał bombarduje nas informacją, a co gorsza dezinformacją, która z trudem daje się połączyć w uniwersum myśli i żywotność sensu. Zdaje się więc, że metanoia w wydaniu masowym zaczyna działać wstecz. To wszystko jest możliwe, gdyż każdemu dano dostęp do złych praktyk, zniesiono poczucie wstydu oraz uznano, że nie ma prawdy albo i jest, pod warunkiem, że formułują ją okoliczności w jakich objawiają się nasze postępki. Problemy społeczne usiłuje się rozgrywać ludzką masą, a to, co od wieków związane jest z jednostką rzuca się na wiatr. Béla Hamvas pisze o „nastawieniu ciemnym” współczesnego człowieka, Tadeusz Różewicz o jego spadaniu, które „odbywa się poziomo”. Wierzę w metanoię i rozwój człowieka wewnętrznego jedynie w odniesieniu do pojedynczych ludzi. Dlatego też wybieram list jako jeden z gatunków wyrazu powołany do wyświetlania życia duchowego, utajonego, intymnego oraz poezję, gdyż w wielu swoich wymiarach, bez wyraźnego wskazania adresata, wzięła na siebie, to, co określiłbym mianem opartego na wzajemności ruchu listu w relacjach międzyludzkich. Przestałem natomiast ufać wszystkim utopistom, którzy swoje wyobrażenia o szczęściu, sprawiedliwości, postępie i rozwoju załatwiają ludzkimi masami, ignorując całkowicie dwa cudowne dary, które otrzymał człowiek: dar słowa i zdolność do przemiany. Ignorując? Źle powiedziane – dławiąc je, gdyż najlepiej jest sprawować kontrolę nad „martwą stałością”, czy omamionym oraz anonimowym podmiotem zaklętym w przedmiot. Każdy utopijny projekt ludzkości wiąże się z upuszczeniem krwi. Rozumiem Pana, wielu naszych przodków, bez względu na ich nastawienie, sąsiadów, krewnych, przyjaciół, znajomych staram się zrozumieć. Z ludzkością, a więc wielką liczbą i uogólnieniem mam kłopot. W ogóle, miłowanie tego, co dalekie, co przekracza miarę serca, co jest wyabstrahowane, a pojęcie ludzkości dla mnie takie jest, wydaje się w naszym wykonaniu problematyczne. Domaga się od nas miłowania fikcji i abstrakcji, zaś wzrusza się ramionami, gdy pochylamy się nad żabą lub gniazdem czajki przeżutych przez tryby kombajnu. Całym sobą zaczynam odczuwać upiorność tych procesów i zagadnień.

Fot. Michał Majewski

Cesarze i królowie, carowie i przywódcy, satrapowie i gangsterzy schodzą ze sceny historii, umierają, przemiana zaś i słowo trwają. Bóg stworzył nas niedoskonałych, obdarzył za to łaską metanoi, dzięki której świat nadal pozostaje czarowny i magiczny. Każda rzecz podlega w nim przeobrażeniu, zarówno najmniejsze cząsteczki przyrody, jak i składowe kultury i cywilizacji tworzonej przez uczuciowość człowieka i wynalazczość jego umysłu. Dajmy na to koło, może Pan sobie wyobrazić, jak wyglądał jego prototyp? Pewnie, że tak. Dlatego również może Pan przedstawić sobie, jak wyglądał ruch tego koła przez czas i przestrzeń, kiedy podlegało przemianie aż po najbardziej wymyślne jego postaci, od najmniejszych zegarowych kółek po olbrzymie turbiny wypłukujące z ziemi pokłady mocy. To samo dotyczy słowa, które było na początku, lecz jak wszystko i ono zostało sprofanowane, odrealnione i splugawione, choć nadal w moim przekonaniu pozostaje okruchem, czy też dalece już zatartym odbiciem wielkiego raju logosu, metafizycznego rdzenia. Mimo katastrofy wygnania z tej „świętej” dziedziny, choć rozmiar wygnania powiększa się, mnożąc coraz większe łachy pustyni, promieniowanie logosfery, acz słabowite, wciąż postępuje. I jeszcze o krwi, to w niej migotliwie pulsują powidoki pradawnych obłoków i odblaski świata, wcale nie w naszym mózgu, który to krew odżywia, a w niej samej, w niej to zamieszkuje dusza jak powiada Mojżesz, ona przetacza pamięć, wizje, sny, ona jest wreszcie więzią z najstarszym z ludzi. Kiedy ją upuszczamy, zrywamy nie tyle intelektualne i erudycyjne mosty, co uczuciowe i mądrościowe, a także te dzikie i fantasmagoryczne, totemiczne i magiczne. W tym sensie, jak powiadali znakomitsi ode mnie, primo – poeta jest człowiekiem dawnym, secundo – poeta jest dziedzicem pierwotnego stosunku do słowa jako bytu, jest naczyniem logos spermatikos. W liście do Borysa Pasternaka Maryna Cwietajewa pisze o swojej krwi, która nie może się przed niczym powstrzymać, a dalej „Nie zapominaj, że krew jest starsza od nas, zwłaszcza od Ciebie, Semity! Nie oswajaj jej. Przyjmij to wszystko z lirycznej, nie epickiej wysokości!”. W innym liście lepi zdanie: „Ty i ja jesteśmy z życia – jak z żył”.

Autor Sezonu w piekle zapisał: „zazdrościłem szczęścia zwierzętom”, a pół wieku później twórca Elegii duinejskichdopowiedział, bo „widzą przestwór”. Gdyby ci dwa poeci zobaczyli, co umysł ludzki wymyślił, a tym samym, jaką wielką ranę zadał stworzeniu, dzwony ich serc, pompujące krew, pękłyby z hukiem. Dzwony, otóż to, one wzywają wiernych na liturgię przemienienia, odprowadzają wielkich tego świata.

Proszę zwrócić uwagę, że w liście do Pana powołuję się na listy innych poetów. Na tym polega krwiobieg litery. Krwiobieg słowa, będącego dla mnie widzialnym żywiołem, niezbitą realnością, nie mniejszą niż krwinki białe i czerwone, a nie jak sądzi wielu, którzy wybrali próchnienie leksykalnym trupem, niegroźną zabawką, czymś z gruntu fasadowym lub słownikowym, czymś stanowiącym wysypisko ogranych i załganych pojęć. W każdym razie, w żadnym ze swoich wymiarów nie jest ono teorią!

Odrywam się od pisania i z nagła zdaję sobie sprawę, że tyle już napisałem, a tylko odrobinę przybliżyłem się do tematu, jaki chciałem w tym liście poruszyć. Zamierzałem go nawet rozrysować, jak chemicy kreślą wzory cząsteczkowe. Żadna strata, zwłaszcza, że ten podkład był niezbędnym prologiem. Dalszą wykładnię pozostawiam do następnego listu. Genialny Rimbaud (chyba nie wytrzymałbym z nim ani jednego dnia), już w wieku siedemnastu lat w liście do poety i wydawcy Paula Demeny wykłada istotne rozpoznanie, które mógł mu podpowiedzieć jedynie szept pulsującej krwi. Otóż poezję swojej epoki nazwał „tandetną rupieciarnią” niezdolną „oglądać niewidzialne” i znaleźć „nieznane za zasłonami z muślinu”. Ten muślin to jest ów tuman, w jakim żyje conradowski człowiek poddany próchnieniu. Już w młodości przyszły autor Iluminacji doznawał „niewidzialnego”, o dreszcz przyprawiało poetę „nieznane”. Mało tego, on w liście do D. potrafił ponazywać te napory obrazów podawanych przez ciemną krew. W dzieciństwie jesteśmy kimś innym, kimś żyjącym z otoczeniem w stanie upojenia oraz magicznej, czarownej nierozdzielności, nie uświadamiając sobie przy tym żadnych zagrożeń ani niebezpieczeństw. Rimbaud po dzikiemu włóczył się po krajobrazie ardeńskiej ziemi, jak wielu poetów przed nim i po nim wplecionych w dzieciństwie w geologiczną pierwotność swojej okolicy. Ambicją każdego wielkiego poety jest istnieć, nawet nie żyć, to mniej pojemne słowo, ale istnieć. Świecić i ogarniać świat w istnieniu. Dlatego czyha on na wtręt głosów lub zapachy raju. Od chwili, kiedy je posłyszy lub poczuje wypełnia go i osacza całkowita ciemność, wtedy przystaje na jej adorację.

Teraz kończę na pewno. Proszę kochać najbliższych, gdyż w ostateczności tylko na nich można polegać, zjadać przynajmniej dwa jabłka dziennie, pić dużo wody i nie zadzierać z muzami, bo potrafią być mściwe.

 WOJCIECH KASS

Czy Jerzy Ficowski miał zastrzelić Jarosława Iwaszkiewicza?

W pierwszym tomie Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza edytorzy, w zasadzie słusznie, umieścili jego Notatki 1939-1945. Piszę „w zasadzie”, bo nie jest to dziennik, lecz niby-dziennik napisany pod koniec 1945 roku na podstawie jakichś zapisków czynionych ponoć na marginesach książek i na odwrocie rysunków córek autora. Rzecz w tym, że owe podstawy się nie zachowały, co jest dziwne, bo Iwaszkiewicz skrzętnie zachowywał rękopisy i książki z marginaliami. Może jest więc to mistyfikacja i dziennik wojenny powstał już po wojnie? Świadczyć o tym może to, że autor bezceremonialnie umieszcza w nim nazwiska pisarzy biorących udział w podziemnym życiu literackim, a nawet fakty związane z ukrywaniem Żydów, czego by się nie ośmielił w dzienniku pisanym podczas okupacji.

Tak czy inaczej, tekst powstał prawdopodobnie z myślą o wydaniu książkowym. Ukazały się jednak tylko fragmenty wydrukowane w 1946 roku na łamach „Kuźnicy” [1], a później maszynopis trafił w ręce stawiskowego szofera, Szymona Piotrowskiego, który już po śmierci pracodawcy łaskawie udostępnił go Andrzejowi Zawadzie. W ten sposób doszło do pierwszej edycji Notatek 1939-1945 [2].

Ostatni zapis przed wybuchem powstania warszawskiego datowany jest 21 lipca 1944 roku, a dotyczy zdarzeń z dnia poprzedniego. Mowa w nim o dwóch młodych poetach, którzy od pewnego czasu zaczęli odwiedzać Iwaszkiewicza w Stawisku i „zanęcili się” przynosząc mu do oceny swoje wiersze. Pierwszy z nich, „wysoki dryblas” nie przypadł Iwaszkiewiczowi do gustu, był „zanadto ucharakteryzowany na poetę” [3]. Za to ten drugi wydał mu się miły, „dziecinny, z dużymi szafirowymi oczami, niedużego wzrostu, przypominał mi Jurka Lieberta. I wiersze jego daleko przyjemniejsze od tamtego draba, może nawet za banalne, za podobne do Oktostychów. […] Nazwisk ich nie zapamiętałem, a może nawet nie mówili ich” [4].

Czy rzeczywiście Iwaszkiewicz nie wiedział, że jednym z nich jest syn znanego mu z Kijowa Tadeusza Ficowskiego, redaktora czasopisma „Pióro”, w którym debiutował w roku 1915?

Wreszcie „ten mały, przyjemniejszy” zaproponował Iwaszkiewiczowi spotkanie w Warszawie, które z mieszkania poety przy ulicy Trębackiej 9 przeniosło się do restauracji piętro niżej, gdzie nad schabowym młodzieniec, przerywając rozmowę o literaturze, rzucił pytanie: „Proszę Pana, a skąd Pan bierze pieniądze, żeby tak dostatnio żyć?”. Iwaszkiewicz uprzejmie wyjaśnił, że żona sprzedaje odziedziczone po ojcu place w Podkowie Leśnej, co bardzo ucieszyło rozmówcę: „Bo gdyby Pan się ze swoich pieniędzy nie mógł wytłumaczyć, to znaczy, że Pan kombinuje z niemcami… a wtedy… widzi Pan, tu przed domem chodzi jeden z moich kolegów z rozpylaczem, a inni oczekują o parę domów dalej. Zaraz lecę, wszystko im wytłumaczę” [5]. Po czym wrócił na kawę z tortem.

Zapis kończy morał: „Wszystko jedno do kogo, byle strzelać. Rozpylacze i pistolety, gdy się je długo trzyma bezczynnie, same wreszcie wypalą” [6].

„Co to było?” – pyta Iwaszkiewicz. I my pytamy, i nie znamy odpowiedzi.

Nie ułatwia jej też List do redakcji [7], zamieszczony jakiś czas po publikacji zapisków Iwaszkiewicza w „Kuźnicy” w wydawanym przez Bolesława Piaseckiego tygodniku „Dziś i Jutro”, a podpisany przez Jerzego Ficowskiego, w którym dekonspiruje się on jako uczestnik opisanej akcji, ale nie ten, który siedział z Iwaszkiewiczem w restauracji (tu był dryblas), lecz drugi, czekający na ulicy. Ficowski przyznaje, że rozmowa taka się odbyła, ale „nie było żadnych zamachowców, rozpylaczy itd.”.

Może rzeczywiście nie było ich i Iwaszkiewicz podbarwił opisane zdarzenie, żeby móc wygłosić morał w przededniu wybuchu powstania. Atmosfera była wtedy gęsta. W czerwcu 1944 roku doszło do kilku tragedii w kręgu Biura Informacji i Propagandy KG AK. W wyniku zamachów zginęli Ludwik Widerszal, Jerzy Makowiecki z żoną, a miesiąc później wydano w ręce gestapo Halinę Krahelską i Marcelego Handelsmana. Ofiary czystki przeprowadzonej przez wewnątrzakowską „grupę Sudeczki” (Andrzeja Popławskiego) miały bądź to złe pochodzenie, bądź poglądy lewicowe.

Oczywiście, ani Ficowski, ani jego kolega (być może był to Jan Gałkowski, późniejszy autor peerelowskiego przeboju Gdy piosenka szła do wojska) nie mieli nic wspólnego z „grupą Sudeczki”. Czy mogli jednak zaplanować taką rozmowę wyjaśniającą z poważnym pisarzem na własną rękę? Nawet jeśli nie było tam „rozpylaczy itd.”, to było jednak swego rodzaju przesłuchanie.

Pytanie takie zadane dziś wynika z ciekawości historyka literatury, którą rozbudza list Ficowskiego. Ale zadane wtedy, w 1946 roku mogło być dla jego autora bardzo niebezpieczne. Więzienia powoli się zapełniały.

Dlaczego się zdekonspirował? W trakcie dalszej lektury staje się to jasne. Zachowując szacunek dla „znakomitego poety”, Ficowski stwierdza jednak, że „wina jego leży w tym, że na skutek niezbyt jasnego ujęcia, czytelnik ulega złudzeniu, że końcowe, oskarżające wnioski obarczają całą młodzież Polski Podziemnej, a nie tylko jej nieodpowiedzialne elementy” [8].

Jak wynika z listu, przed jego napisaniem Jerzy Ficowski rozmawiał z Iwaszkiewiczem o fragmencie zapisków opublikowanym w „Kuźnicy”, ale ten zasłaniał się prawem do fikcji literackiej, choć, dodajmy, Notatki 1939-1945 publikowane były i funkcjonują do dziś jako dziennik.

W tej kwestii Ficowski formułuje postulat w zasadzie niewykonalny: „Szkoda, że [autor] ową «literacką fikcję» osnuł na prawdziwych ramach i że dla zrównoważenia nie opisał faktów świadczących o bohaterstwie i szlachetnej ideowości olbrzymiej większości walczącej młodzieży polskiej”.

To jest sedno jego Listu do redakcji. Empatii Jerzego Ficowskiego odsłona pierwsza, empatii, która nakazywała mu zawsze bronić słabszych i przegranych.

Takiego przesłania pewnie nie opublikowałaby „Kuźnica”, wysłał więc list do „Dziś i Jutro”, gdzie debiutował wcześniej jako poeta, odnosił się przy tym do artykułu Jana Dobraczyńskiego drukowanego w tym tygodniku [9], a dotyczącego między innymi notatek wojennych Iwaszkiewicza.

Na końcu chcę zacytować wiersz Ficowskiego Twarzą do ziemi. Najpierw jednak przypomnę żal Józefa Czechowicza:

 

rozmnożony cudownie na wszystkich nas

będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie [10]

 

A u Ficowskiego na odwrót, jakby polemicznie:

 

twoi zmarli polegli […]

a wszyscy nieobecni

(Bóg o wielu twarzach)

byli w tobie przez chwilę [11].

 

PIOTR MITZNER

Przedstawione na konferencji „Najpierw poeta. W setną rocznicę urodzin Jerzego Ficowskiego”, Poznań, 4 grudnia 2024 roku.

[1] J. Iwaszkiewicz, Fragmenty z notatek, „Kuźnica” 1946 nr 11.

[2] J. Iwaszkiewicz, Notatki 1939-1945, przygotował do druku, uzupełnił i opatrzył posłowiem Andrzej Zawada, Wrocław 1991.

[3] J. Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911-1955, opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, Warszawa 2007, s. 249.

[4] Tamże.

[5] Tamże, s. 250.

[6] Tamże.

[7] J. Ficowski, List do redakcji, „Dziś i Jutro” 1946 nr 44.

[8]  Tamże.

[9] Jan Dobraczyński, Iwaszkiewicz po wojnie, „Dziś i Jutro” 1946 nr 39.

[10] Józef Czechowicz, Poezje zebrane, zebrał i opracował Aleksander Madyda, Toruń 1997, s. 217.

[11] Jerzy Ficowski, Twarzą do ziemi, w: tenże, Lewe strony widoków, wybrał i opracował Piotr Sommer, Poznań 2014, s. 224.

Galeria jednej fotografii (53)

„Sebastian Melmoth. Pod tym imieniem i nazwiskiem, niby pod maską okrywającą jego twarz zniszczoną więzieniem i uparcie wpatrzoną w oznaki bliskiej śmierci, Oscar Wilde, nikomu nieznany, przeżył kilka ostatnich swoich lat. Los sprawił, że ów człowiek używał kolejno trzech nazwisk: Oscar Wilde, C 33, Sebastian Melmoth….Oscar Wilde błyszczał, olśniewał, uwodził, zdradzał i został zdradzony, godził w samo serce i w samo serce został ugodzony….  C 33 cierpiał…. Sebastian Melmoth przestał pisać, błądził, powłócząc nogami, po ulicach Paryża, umarł i został pogrzebany.” Grób poety, na cmentarzu Père-Lachaise, odnalazłam w lipcu 2016. Cytat z: „Księga przyjaciół i szkice wybrane” Hugo von Hofmannsthala, w tłumaczeniu Pawła Hertza (Próby 2023).

„Oscar Wilde”, Paryż 2016, z cyklu: „Adres” © Elżbieta Lempp

17 lipca 2024

ELŻBIETA LEMPP

Pobór pod Termopile

Guido Ceronetti na wpół żartobliwie mówi o sobie: anima naturaliter gnostica, co oczywiście ma znaczyć, że sama natura ciągnie go do tego lasu, jakim jest wtajemniczenie. Nie wiedza, nie poznanie, ale dotknięcie samego sedna. A o to wbrew pozorom nietrudno. Na gładkiej powierzchni codzienności istnieją szczeliny, prześwituje przez nie pneuma – wystarczy o tym nie zapominać. A wtedy zdarzają się jaśniejsze chwile, widuje się świetliste twarze, natrafia na istotne książki. Korzysta na tym intuicja: zaradniej docieka i porządkuje, rzadziej zawodzi.

Ale ktoś, kto stawia na intuicję, tym samym stawia tylko na siebie. Może sobie cenić powinowactwa z wyboru, ale nie na wiele mu się przydają. Nie musi bronić się przed pokusami rozgłosu, pochwał i zysków, bo i tak mu nie grożą. Ceronetti chyba bez trudu omija rozpowszechnione wierzenia, poglądy czy upodobania, skoro ma je za pobielane groby. „Nie ufaj ideom – powtarza sobie (i każdemu z nas) – idee są zbyt czyste, ty czysty nie jesteś”. Nie warto liczyć się zwłaszcza z widmem Historii – twierdzi – czy ktoś duchowo niezależny może wlec się razem z innymi za tym „posępnym heglowskim karawanem”? Albo za jakimkolwiek innym wysłużonym szalbierstwem, łudzącą uzurpacją lub usłużną utopią? Czy może go nie razić wyjątkowo dotkliwie optymizm, i to zarówno beztroski, jak i zatroskany? Przecież optymizm odgradza od świadomości. Utrudnia zrozumienie, do czego doszło i ku czemu idzie.

Idzie ku gorszemu – wiadomo. Wiadomo o tym od dawna, co najmniej od Hezjoda. Tkwimy w jego „żelaznym wieku” już tyle stuleci, że niemal przywykliśmy do „władztwa nędzy, zbrodni, oszustwa i okrucieństwa”. Najgorsze zresztą, gdyby wierzyć Hezjodowi, dopiero nas czeka: dzieci będą się rodzić „z włosem posiwiałym”, jakby życie miały już za sobą i nie przywiązywały do niego wagi, a na ziemi przestanie pojawiać się Nemezis, bogini sprawiedliwości, jakby sprawiedliwość przestała być ludziom niezbędna. Inaczej mówiąc: albo jest źle, albo gorzej niż źle, albo jak najgorzej. O tym jednak już pisują wszyscy, nawet najpoczciwsi dziennikarze. Wmawiają nam: żyjecie życiem zdegradowanym i zdeprawowanym, świat czeka katastrofa. Ceronetti stawia sprawę znacznie jaśniej: katastrofa już nastąpiła, w tym rzecz. Katastrofa na dobre rozgościła się już wśród nas, ponieważ została naruszona Nieprzekraczalna Granica. Zuchwałość ludzka, sławetna hybris nie zawahała się, dokonała spustoszenia. „Wszędzie natrafia się na rozpacz, rozdarcie, oddzielenie – koła toczą się już same, bez wozu. Można to nazywać wygnaniem albo po prostu światem”. Oczywiście hybris wcale nie zamierza na tym poprzestać. Tyle tylko, że Nemezis jeszcze przypuszczalnie pojawi się wśród nas: „jest skrzydlata i nie zwykła się opóźniać”. Ale jak sobie poczynać na takim świecie, gdzie cała nadzieja w karze?

Tę wizję Ceronettiego można sobie tłumaczyć dwojako: albo widzi on wnikliwiej niż inni, albo się myli. Jednak, kiedy Nietzsche przed stu laty przestrzegał, że już wszędzie wciska się nihilistyczny piasek, nie mylił się. Die Wüste wächst – pustynia się rozszerza – rozbrzmiewało donośnie i solennie, ale mało kto gotów był tego słuchać. Pocieszano się wypróbowanym sposobem: to egzaltacja!

Niezrażony Ceronetti powtarza jednak z uporem, co już wie, czego się domyśla i co przewiduje. A w konkluzji nie udziela pouczających wyjaśnień. Nie udziela ich nawet sobie samemu – zapewnia. Wyjaśnienia sypią się dzisiaj zewsząd i w nadmiarze, a jest znacznie, ale to znacznie lepiej, kiedy ich brakuje. Bo to przynajmniej zachęca do myślenia.

„Wiele przecierpiałem w myślach” – zapisał w swoich Dziennikach Kafka, a Ceronetti często powtarza to samo. Nie po to, żeby się uskarżać. Raczej po to, żeby przestrzegać, że myślenie nie tylko szerzej otwiera oczy, ale zarazem rozżala i nuży. Dlatego że przeważnie krąży wokół człowieka.

„Kiedy ktoś zrywa zbyt wiele zasłon z ludzkich zagadek, kiedy niezmiennie zajmuje się ludzkością, jej złem, jej przestępstwami, biegiem jej dziejów – a ja od dawna nie robię nic innego – to z wolna paraliżuje go coraz mocniejsze przerażenie. Zapodziewa się nawet ciekawość”. Rozgoryczają zamiast ciekawić twarze dookoła, bo przeważnie są z samej materii, bez światła. „Nic, co by cię podnosiło na duchu”. Nie ciekawi ludzkie pokrętne zło, skoro wciąż potwierdza się na nowo, że jest wrośnięte w ludzi kto wie jak głęboko i że nigdy nie zostanie wykorzenione. Może ciekawić co najwyżej ludzkie dobro, ponieważ „dobro jest zagadką znacznie bardziej nieprzeniknioną niż zło, a w człowieku nie ma go niemal wcale”.

Cóż z tego, że nie ponosi się za to winy, „albowiem człowiek rodzi się na zło tak jak iskry lecą, w górę z ognia”, by powtórzyć za wiarygodną bądź co bądź Księgą Hioba (w przekładzie Czesława Miłosza). Człowiek jednak ponosi winę znacznie cięższą: robi wszystko, żeby o swoim złu nie wiedzieć. Woli żyć z przeświadczeniem, że jest przez Zło prześladowany. Chce sobie wyobrażać, że jest jak Łania z traktatów manichejskich, zawzięcie ścigana przez Łowcę. Ma pewność, że zadręcza go zapamiętale Przeciwnik – nie dopuszcza do siebie myśli, że sam sobie jest Przeciwnikiem. Co przypomina tragifarsę, choć bynajmniej tragifarsą nie jest.

Kiedy Zło ucieka się do swego najstarszego przebrania i występuje jako Dobro, czuje się tak bardzo umocnione, że już z niczym nie musi się liczyć. Taka okrzepła siła nie wyrzeka się już naturalnie najgorszego: przemocy, nieładu i okrucieństwa. Poczyna sobie z człowiekiem, jak sama chce. Choć równie dobrze można by powiedzieć, że człowiek sam sobie na to zasłużył. To dlatego dzieje ludzkie przebiegały tak, jak przebiegały. Jednak aż do naszych dni wyglądało to mniej więcej jednakowo. Już tak nie wygląda. „Nasza epoka zdołała doprowadzić do czegoś nowego: człowiek zapomniał, że jest istotą ludzką”.

Nie są to słowa Ceronettiego, ale Warłama Szałamowa, wyłowione z jednego z jego listów. Godne refleksji, skoro są przecież świadectwem nie tak dawnym. Ceronetti jednak przy tej okazji przypomina, że już choćby Lew Tołstoj, żeby nie szukać daleko, napominał (w Zmartwychwstaniu, więc już w 1899 roku): Ktoś, kto idzie do pszczół, musi zakładać strój ochronny, a ktoś, kto idzie między ludzi, musi zachować ostrożność dosłownie taką samą. Niestety jedynym skutecznym strojem ochronnym wobec ludzi jest miłość do nich. Bez miłości można piłować drzewo, kuć żelazo, wypalać cegły – da się bez niej obcować z rzeczami, ale nie z bliźnimi. Ceronetti jest z tą paradoksalną pułapką dostatecznie oswojony. Wyrzekł się bez żalu mizantropii, jak zapewnia i zamierza tego postanowienia w sobie dopilnować. A mimo to w pierwszym odruchu obrusza się: „Mówią mi: to twój bliźni… Mój bliźni? A cóż nas bliźniaczego łączy?”. Zaraz jednak przyznaje, że łączy nas wszystkich przynajmniej jedno: śmiertelność. „Nikogo przed śmiercią nie uchroni nic, nawet nikczemność” – powtarza kpiąco za Salustiuszem. Łączy nas także bliźniaczy okruch światła – scintilla animae – który ex alto został umieszczony w każdym z nas. Brzmi to uroczyście i zgodnie z jego własnym, przekornym wyznaniem wiary („wyznaję manicheizm ostrożny i zawoalowany”). Ale od razu dochodzi też do głosu indignatio: o tym okruchu światła w sobie większość ludzi zapomniała, stłumiła go, niemal doszczętnie spopieliła. A wobec tego górę bierze „ludzka zwierzęcość, która przywłaszcza sobie świat, wydzierając go Bogu”. […]

Gniewem i patosem uniósł się Ceronetti w posłowiu do zbioru swoich poetyckich przekładów Jako talizman. Uznał, że fragmenty, które do zbioru wybrał, te „talizmany z czystego światła”, każdy może zawiesić sobie na szyi, jak frontowe tabliczki rozpoznawcze, i zgłosić się ochotniczo pod nowe, dzisiejsze Termopile. Będzie tam mógł samotnie obok innych samotnych zagradzać przejście. I chociaż oczywiście taki oddziałek przejścia nie obroni, każdy będzie mógł tam przynajmniej poczuć się „duchem wolnym” i zaznać „upojenia daremnością”. Dobre i to. Natomiast Ciemność znów przedrze się przez Wąwóz i rozpełznie się po świecie tak jak zamierzała. Zawsze tak właśnie się działo. A jednak zwycięstwo należeć będzie do pokonanych. Może to paradoksalne, ale tak już jest. Powtórzy się to pewnie jeszcze niezliczoną ilość razy i zawsze będzie się kończyć tak samo. Ochotnik tyle tylko na tym zyskuje, że może sobie potem powtarzać: stawiłem się bądź co bądź na ochotnika.

Ironia nie pozwala Ceronettiemu dodawać już nic więcej. Nie mówi więc, że zapłatą dla ochotnika stanie się również „niezrównana dzielność” oraz „nieśmiertelna uczciwość”, jak powtórzy za Leonidasem. Tak przy swoim poborze mógł zachęcać Symonides. Już jednak nie może pozwolić sobie na to pisarz dzisiejszy. „Dzisiejsza alchemia nie potrafi zmienić błota w złoto”.

Pisarzowi dzisiejszemu nawet nie przystoi przykładać większej wagi do swego pisania. Pisze, bo myśli. Myślenie jest konieczne, gdyż wyplenia bezmyślność, a także nawyki myślowe. A pisanie konieczne nie jest. Część z tego, co się przemyślało, można zapisać, ale równie dobrze można by nie zapisywać. Zwłaszcza że innym nie na wiele może się to przydać, bo innym przydaje się prawdziwie tylko myślenie samodzielne. A pisze się jednak głównie dla innych.

Toteż niezbyt to ważne, jak wypada dzisiejsze pisanie. Ma być wiarygodne – reszta liczy się mniej. Znacznie ważniejsze, by myśli, które je wyprzedzają, nie były ciężkie i szare, jak z ołowiu. Ponieważ myśli są zdolne zaprowadzić daleko, może wręcz nieskończenie daleko. „Pogląd, że dzięki myśleniu i rodzącym się w myśli marzeniom można dostąpić zbawienia, trzeba pewnie uznać za dogmat niedoskonały, ale za to za niezmiernie pociągający”. O pisaniu nie dałoby się tego powiedzieć – twierdzi Ceronetti. Czasami jednak okazuje się, że nawet po samym sposobie pisania wiele się spodziewa. „Jeżeli pisarz ma wypowiedzieć słowo prawdziwe, to powinien je wypowiadać jak w agonii, jakby dyktował testament”. A mimo to powinien je w dodatku wypowiadać z wielką dbałością. I w końcu nieważne jest, czy te paradoksy Ceronettiego to przesada znaczna, czy tylko umiarkowana – ważne, że o pisaniu ma decydować „słowo prawdziwe”.

Samo pisanie nie jest przecież zajęciem trudnym – stara się dać nam do zrozumienia pisarz. Jeśli ktoś decyduje się wkroczyć w przestrzenie tak znamienne, jak, powiedzmy, metafizyka, eschatologia, transcendencja, jeśli ma do dyspozycji tyle dogodnych tonacji – jak choćby sarkazm, zwątpienie, rozgoryczenie – i tak niezawodne środki – jak zgęszczanie, naprowadzanie, przenośnie, hiperbole (od dawna wypróbowane przez poezję) – to wystarczy tylko te wszystkie elementy przemieszać z sobą i wrzucić do jednego kalejdoskopu. Nie zawiodą, jak nie zawodzą w kalejdoskopie lśniące odłamki szkła. Taki styl kalejdoskopowy sam już poniesie rzecz głównym nurtem. A ten nurt będzie w dodatku wpływał po drodze w rozmaite zakola, na przykład: satyryczne, sceptyczne, lakoniczne, podniosłe czy dosadne. Gładko wyminie mielizny, na jakie będzie go spychała skłonność do kąśliwości, przedrzeźniania i naturalizmów. Wciąż będzie płynął wartko i klarownie, tym bardziej że wciąż go zasila to samo żywe źródło.

STANISŁAW KASPRZYSIAK

Fragment szkicu „Pobór pod Termopile” z tomu „Odwieczne rozmowy”, Kraków, Austeria, 2024. Żeby zamówić – kliknij tutaj

W Saskim Ogrodzie

Klony są to naprawdę takie towarzyskie drzewa – mawiała Ania.

– Wiecznie szepczą i szepcą do nas.

Dróżki w Ogrodzie Saskim, od przystanku przy Królewskiej ku Wierzbowej, prowadzą przez stary kaliski park. Choć do Teatru Narodowego szybciej dociera się po przekątnych, na szagę, to warto nadrobić drogi i odbić przy kępach śnieguliczki lekko w prawo, by przez chwilę znaleźć się w pobliżu Kogutka i dwustuletnich buków. Ich gałęzie gną się do ziemi, kłaniają słońcu. Kurtyna liści oddziela od spacerujących, tworzy doskonałą kryjówkę do zabaw w chowanego. Przy sprzyjającej aurze można nawet dostrzec welodrom albo zanurzyć się w szumie wody spiętrzonej na Jazie Bernardyńskim. Zimą, gdy mróz tężeje, ślizga się tu roześmiana Agnieszka Niechcicówna.

Tuż po wyjściu z tramwaju zapalam papierosa, dym gęstnieje w zasłonę, która wycisza zgiełk wielkiego miasta. Czasem zdaje mi się, że na odległej ławce siedzi mój dziadek z papierową tytką pełną orzechów i szepcze: „Basia, Basia, Basia…”. Szepcze z przyzwyczajenia, bo wiewiórki same zbiegają się do nosków jego butów, a co śmielsze wskakują na pagony płaszcza. Przy Świątyni Westy rozpoznaję miłorzęby, tylko sąsiednie sosny muszę wymieniać na pomnikowe kaliskie wejmutki. Tam, gdzie tańczy Chłopiec z łabędziem, zjawia się wysepka z drewnianym domkiem dla kaczek. Wierzby przerywają płacz, strojąc się w peleryny z kwiatów magnolii. Zegar słoneczny – prawie ten sam co nad Prosną, w tle teatr, któremu też poniekąd patronuje Bogusławski i tylko od rokokowych rzeźb muszę odwrócić wzrok, szukając tej jednej właściwej, Flory.

Z pamięci, z dzieciństwa, w kępach rododendronów wyrastają KTW i Domek Szwajcarski. Nic dziwnego, że nieopodal, przy Elektoralnej, od 35 lat, wiosną i jesienią, zbiera się Klub Kaliszan w Warszawie, stowarzyszenie niemające chyba w Polsce odpowiednika. Najmłodsze Barbary od najstarszych Bogumiłów dzieli siedem dekad; przy domowym serniku zasiadają prawnicy Sądu Najwyższego, poetki, pisarze, krawcy, studentki socjologii, prezesi i skromne urzędniczki.

Buty obstalowywało się tylko u szewca i mógł to być tylko pan Malanowski – dziś o swych latach szkolnych opowiada profesor Barbara Szacka. Urodziła się w 1930 roku. Szef Klubu, sędzia Bogdan Bladowski, mówi o niej: moja dużo młodsza koleżanka. PIW wydał właśnie jej wspomnienia Życie i pamięć w mrocznych czasach, czyli w tych po wyjeździe z Kalińca. – To był mój dziadek – reaguje jedna z pań przy długim stole – a moja mama leczyła zęby zawsze u pani Plewniakowej. – To była moja mama – odpowiada autorka książki.

Goście z drugiego końca sali przenoszą się w mig na Kanonicką, Śródmiejską, Babiną. – To przecież pani mama prowadziła sklep meblowy koło Ratusza, prawda? Dobrze znała mojego ojca, był kierownikiem Merino. – A to pani kończyła Asnyka czy Jagiellonki? – Jestem z domu Fibiger. – Pałac Ślubów to przecież willa notariusza Jaźwińskiego, wtedy otoczona pięknym ogrodem…

I zaraz przenosimy się w aleję o wielu imionach: Luizy, Józefiny, Piłsudskiej, Göringa, Stalina, Wolności… Dzięki niesfornej Ani o kasztanowych (nie rudych) włosach wiemy, że pójście zwykłym gościńcem jest wcale nieromantyczne. Z atlasu wyobraźni dobieramy nazwy, wskazówki Stilterowskiego zegara ustawiamy na własnej epoce. Wystarczy podnieść głowę, by z koron drzew dosłyszeć szept ducha Chodyńskiego: „Położenie naturalne, urocze, bez monotonii i przymusu, z każdej strony coraz to inne. Tumany kurzu, tak dojmujące w Saskim Ogrodzie w Warszawie, tu nie są znane, murawa roszona rzeczną wilgocią i cień drzew gęstym, miłym chłodem przepełniają powietrze…”.

PRZEMYSŁAW PAWLAK

Nad Dźwiną

Zmarli patrzą nam przez ramię.

Edmund Husserl

Ta twarz wyłaniająca się z mroku – gdzie ją widziałem i dlaczego prześladuje mnie w Rydze?

Ta twarz: płonące oczy, wąsy i wysoka futrzana czapa imperatora Rosji Piotra Wielkiego. Wiem, że nawiedza nie tylko moje sny w tym mieście kamienic jak z baśni Andersena, w jednych budząc lęk, w innych nadzieję. Patrzy na mnie z najciemniejszego okresu dawnej Rzeczpospolitej, gdzie próżno było wypatrywać choćby ognika w ciemnościach, z Inflant, gdzie zaczął się ostateczny upadek. Rozparty dumnie na obrazie Matejki Batory ze swoją złotą podkową zgubioną w Rydze należy do sfery legendy, Piotr jest jak najbardziej współczesny.

*

Rzeki mają długą pamięć, ma ją też Dźwina. Płynie ze wzgórz Wałdaju, gdzie w baśniowej scenerii, wśród lasów, jezior i dorzeczy („O jasne, słodkie, o przeczyste wody”) ma swoją ulubioną posiadłość Putin. Stamtąd też wypływa Wołga, której ogrom tak przeraził małego Miłosza, jakby zobaczył w niej bezmiar i nienasycone ambicje Rosji. Na kamiennym wybrzeżu Dźwiny w Rydze zbierają się w pochmurne południe grupkami mewy siodłate, te morskie rozbójniczki, którym natura nie dała szponów ani dzioba drapieżnika, dała za to nieustraszony charakter i wielką posturę i siłę. Nawet sokół norweski (wspomnijmy tego mieszkańca lodowych krain, bo przecież z łotewskiej Lipawy na Gotlandię nie tak daleko – w przeszłości uciekinierzy ze Związku Radzieckiego często wybierali tę drogę – a stamtąd już prosto na daleką północ) nie może czuć się bezkarny w ich obecności. Mewy w Rydze nie boją się człowieka, proszą o datki, co zuchwalsze z nich przeganiają rywalki do kęsa chleba czy czipsów głośnym krzykiem, pochylając przy tym głowę i wyciągając szyję, tak że stają się podobne do węża.

Dźwina ma długą pamięć. Jej, zdawałoby się, niewzruszone kamienne wybrzeża przemieszczały się, zamieniały miejscami – prawe było lewym, a lewe – prawym, tak to przynajmniej wyglądało na radzieckich widokówkach z Rygi. KGB strzegło w ten sposób sekretów najdalej wysuniętego na zachód bastionu Związku, odwracając zdjęcia. Dla tych, którzy nie chcieli patrzeć w to fałszywe lustro (lub wręcz próbowali je rozbić) KGB wydawało w Berlinie wschodnim po łotewsku pismo będące rzekomo głosem środowisk dysydenckich, a tak naprawdę mające je poróżnić i skompromitować. Czytam o tym w Muzeum Okupacji w Rydze i, drżącą stopą, w wyobraźni przekraczam granicę imperium, ja, urodzony w jego zewnętrznej części. Na coś takiego jak ta gazeta zubożałe polskie SB by się nie zdobyło. Ale żadne kłamstwa nie mogły ukryć stanu wód Dźwiny i innych łotewskich rzek i jezior, zatruwanych, tak jak polskie wody, z dużą intensywnością w latach osiemdziesiątych minionego wieku. Różowa piana na powierzchni, smród, gdzieniegdzie żółty kolor wody zdawały się mówić ludziom, że oto zbliża się koniec – ale czy imperium, czy całego świata?

Czego ty właściwie szukasz nad Dźwiną? – pytam sam siebie. Jaką wiedzę chcesz odkryć w jej wodzie, znaleźć w jej pianie?

*

Przeszłości tutaj nie brakuje. Przybysza z Polski uderzają skromne stroje przechodniów, częste u starszych kobiet trwałe fryzury, muzyka z przenośnego magnetofonu w przejściu podziemnym koło dworca. Na peronie w słoneczne popołudnie zapach ciepłego asfaltu i rośliny rosnące gdzieniegdzie w jego wyrwach. Na jednej z ulic w centrum, kiedy spada nagły, gwałtowny deszcz, ktoś nakrywa sobie głowę dziecięcą plastykową wanienką i dalej maszeruje. Bezpretensjonalność i zwyczajność. Jakby lata dziewięćdziesiąte u nas lub wręcz późny PRL, jeśli dodać znaczną liczbę pijaków w najróżniejszym wieku, którzy od rana uprawiają swój proceder, przez nikogo nie niepokojeni. Ale najciekawsze są twarze, oczy, z których można wyczytać przeszłość – puste sklepy mięsne, za to ze zdjęciem i sloganem Lenina w witrynie, łańcuch rąk biegnący od Tallina do Wilna przez Rygę – i niepokój o przyszłość („Robimy co możemy, żeby przygotować się na ewentualny atak Putina. Co innego nam pozostaje?” – pyta mnie współpasażerka w pociągu). Twarze niezamknięte na historię, niezamknięte też na drugiego człowieka – ponure i apatyczne sprzedawczynie, zagadnięte, chętnie wdają się w rozmowę, żartują, przed sklepami można zobaczyć po południu ludzi, którzy przystają i ciekawie obserwują przechodniów. Jakie wytchnienie od agresywnego indywidualizmu! Jakie szczęście bycia znowu bliźnim wśród bliźnich! Jakby tutejsza tkanka społeczna, zniszczona przez stalinowski totalitaryzm i stopniowo odradzająca się, w miarę jak system tracił zęby, nie została potem tak silnie jak w Polsce zainfekowana przez pieniądz. (Na usta cisną się tu słowa Marksa, wciąż trafne jako diagnoza: „Im mniej siły społecznej ma środek wymiany, tym większa musi być siła wspólnoty, która spaja jednostki”).

Biruta Delle „Latająca Łotwa” (1982)

*

W jakim języku rozmawiamy? Po rosyjsku. Tutejsza ruszczyzna jest dobitna, dźwięczna – nie powstydziłby się jej Sołżenicyn. Nie usłyszy się takiej w Polsce od Białorusinów czy Ukraińców (którzy zresztą przeważnie przy obcych mówią półgłosem). „Ja by za niewo ubiła” – zwierza się koleżankom ze swoich miłosnych oczarowań nastolatka. Na dworcu rosyjska księgarnia, a w niej Brodski, Wysocki, Mandelsztam. (Nie ma za to, ku mojemu żalowi, Annienskiego ani Pasternaka). Takich księgarń w Rydze wiele. (Przypominają się strony przeglądanych dzieł klasyków – spalane przez ogień biegnących szybko dni – w księgarni rosyjskiej we Wrocławiu pod koniec lat osiemdziesiątych). Większość mieszkańców Rygi mówi po rosyjsku, w niektórych dzielnicach – niemal wszyscy. Koło Targu Centralnego jeden pijak (ałkasz – powiedziałby Wysocki) przypomina drugiemu, że dziś jest Dzień Rosji. Tam też w załomie muru dostrzegam gołębia z chorą nogą. Przystaję i wydłubuję dla niego kawałki miąższu z wielkiego bochna ciemnego chleba, zwanego Rupjmaize, co zwraca uwagę dozorcy wewnątrz budynku. Wychodzi na deszcz (bo znowu pada) i widząc, że karmię ptaka macha beztrosko ręką: „Ach, on tu przylatuje od dwóch lat, to mój podopieczny”.

Ten ciemny, ciężki, aromatyczny chleb towarzyszył Łotyszom w ich próbach wymknięcia się losowi naszej części Europy. (Przypieczętowanemu od czasu klęski Karola XII pod Połtawą. Czy wojna w Ukrainie to nie Połtawa redivivus?). W Muzeum Okupacji jest zdjęcie jednego z takich uciekinierów, który po II wojnie próbował przez Leningrad dostać się do Finlandii. Dwadzieścia kilka lat, ufny uśmiech, blond włosy, jak często u Łotyszy. (Patrz, Piotrze, ta twarz oskarża także ciebie!). Miał ze sobą jednodolarowy banknot, składany nóż, menażkę i właśnie ten chleb. Schwytany, dostał dziesięć lat gułagu, wrócił do ojczyzny w latach sześćdziesiątych. Trudno o nim nie myśleć spacerując nocą po Rydze. Samotność Łotyszy, niemal fizycznie wyczuwalna w ich stolicy, gdzie przez wieki byli zaledwie tolerowani jako tubylcy, mówiący miejscowym narzeczem. Samotność też wśród sąsiadów, z Litwą zwracającą się (mimo wszystkich gorzkich sporów) w stronę Polski i Estonią w stronę Skandynawii.

*

Wśród numerów „Zeszytów Literackich” (światło mojej młodości, lampo błogosławiona!) poświęconych krajom i miastom nie ma „Zeszytu” łotewskiego. Może się jeszcze ukaże, czasem widuję go w snach. (Ostatecznie czym są sny, jeśli nie skoncentrowaną rzeczywistością? Dlatego przypadkowa, codzienna rzeczywistość nie może zbyt długo uchylać się przed ich postulatami). Otwiera go fragment szkicu mojego przyjaciela: „Inflanty zniknęły jak Atlantyda. Można ich szukać w wierszach i wspomnieniach, można szukać w sobie”. „Zeszyty” też są dzisiaj Atlantydą. I tylko lenistwo umysłowe każe nam widzieć różnicę między naszym teraz a tymi zatopionymi lądami. Miłosz pisał, że przywilejem poety jest chodzić ulicami miasta sprzed dwóch tysięcy lat. Dodajmy, że jest to również przywilej każdego myślącego człowieka. Czy czas nie jest myślą, miarą, a nie substancją? (Jak głosił Antyfon Sofista). Ujmijmy mu trochę z jego zimnego dostojeństwa i zapuśćmy się w ryską przeszłość.

*

„Przed wojną” – kiedy Polacy czy Bałtowie słyszą te słowa, myślą o 1939 roku. Ukraińcy mówią tak o tym, co zdarzyło się przed napaścią Putina w 2022. Jak zachowają się rosyjskojęzyczni mieszkańcy Łotwy, gdyby doszło do rosyjskiej inwazji? Czy tak, jak mieszkańcy Charkowa, którzy zerwali wszystkie wielowiekowe więzy – językowe, kulturowe, religijne – z Rosją po wybuchu wojny? Nikt tego dziś nie wie, nawet Putin. Słowo „wojna” nie trapi Rygi w dzień – fontanny w zielonych parkach (trawa latem nie ma tu żałobnego, żółtego oblicza, jakie przybiera u nas) pracują, na pucharku lodów trzymanym przez gościa restauracji przy stoliku pod parasolem przysiada wróbel i dziobie wafelek, nie odpędzany, wieczorem na bal towarzystwa ludowego idą paradnie ubrani mężczyźni i kobiety w różnym wieku – ale nocą jest inaczej. Znika gdzieś secesja, otwierają się ukryte rany miasta, północ bełkocze o dalekiej północy, nie tej skandynawskiej, ale o Archangielsku i Kołymie.

W mlecznej poświecie (w czerwcu słońce zachodzi tu tylko na kilka godzin) wydaje się, jakby miejscowy konny pomnik Piotra Wielkiego, te trzy i pół tony brązu, wzniesiony w 1910 roku, zatopiony przez Niemców podczas I wojny, trzymany przez kilkadziesiąt lat w magazynie i wreszcie skrycie, pod osłoną ciemności przetransportowany po złożeniu w wolnej już od Sowietów Rydze, żeby wylądować w końcu na odległym parkingu, otóż wydaje się, jakby ten pomnik straszył po ulicach. Nie byłoby w tym nic dziwnego – „Carowi w głowie tylko Inflanty”, jak zanotował duński przedstawiciel przy dworze Piotra. I słowo „wojna” huczy wtedy, jak proroctwo Ezechiela: „Teraz na ciebie zagłada”.

*

Czy powiedzieć? Może wyśmieją… A jednak powiem. I ja miałem swoją utopię, jak wielu w tamtych czasach, wyrastającą wśród resztek realnego socjalizmu, w ich cieniu. Rzecz dziwna, teraz, po upływie kilkudziesięciu lat, łatwiej mogę dotykać kształtów tamtej epoki niż w latach dziewięćdziesiątych, kiedy żyli jeszcze bohaterowie minionych wydarzeń, miasta wciąż świeciły przestrzenią trawników i pustych placów w centrum (już niedługo zarosną je biurowce i domy handlowe), a pracownicze autobusy PKS-u krążyły o świcie, zlepiając cienką nitką wsie, miasteczka i miasta (ich pasażerowie wkrótce znikną jeden po drugim – zostaną tylko wypatroszone budynki byłych zakładów i fabryk). Księgarnie! Ile ich wtedy, witryny płonęły jak ogień. Jednak kurtyna czasu już opadła i usta, ścięte mrozem, nie mogły wymówić dawnych słów. W latach osiemdziesiątych często powtarzano: „Cóż po poecie w czasie marnym”, w latach dziewięćdziesiątych – „Jestem w nastroju nieprzysiadalnym” i przepaść między poziomami tych fraz pokazuje, co dzieje się z poezją, kiedy abdykuje z maksymalistycznych postulatów. Jak u Tennysona w „In memoriam” – duch chory od zapachu perfum i słodyczy nocy, niezdolny obudzić się z letargu. Horror, że dzieje się coś a nie można tego wyrazić, czyli – rozpoznać.

Co jednak z utopią? Otóż wydawało mi się – nie mnie jednemu, uparcie przywołuję tę minioną wspólnotę, która nieludzkiej myśli przeciwstawiła własną, rozżarzoną do czerwoności myśl poświadczoną życiem – że doświadczenie naszej części kontynentu – to, że człowiek przestał być człowiekiem i nikogo to nie dziwi, jak napisał Szałamow – i jego skutki dla języka pociągną za sobą przynajmniej pewną nieufność wobec słów, jeśli już nie wobec polityki czy wręcz świata w jego materialnej postaci. Nic z tego się jednak nie spełniło i im dalej było od upadku komunizmu, tym bardziej narastał ogłuszający hałas. Mogliśmy ofiarować Zachodowi coś, czego nie znał – zamiast tego staliśmy się tylko jego bladą kopią.

*

Szerokie są plaże Jurmały. Można iść kilometrami po miękkim, kwarcowym piasku. Czas zatarł ślady stóp Chruszczowa i Breżniewa, którzy lubili tutaj przyjeżdżać, za to krzyk młodego poety Klavsa Elsbergsa, który wypadł z dziewiątego piętra domu związku pisarzy w pobliskim Dubulti w 1987 roku (niektórzy mówią, że to KGB go zabiło) – trwa. Trwają również uchwycone na płótnach, zdjęciach i instalacjach na wystawie „Demontując ścianę” w Galerii Narodowej w Rydze molekuły życia z lat osiemdziesiątych. Łotwa, młoda dziewczyna, unosi się tam w powietrzu nad łąkami i lasem, które zatruwał przemysł i oficjalna propaganda. W porannej kolejce do wywozu śmieci wśród ludzi, którzy wyskoczyli z domu i ledwo zdążyli coś na siebie włożyć pojawia się dama w perłach. Radziecka rzeczywistość drugiej połowy lat osiemdziesiątych, to materialne niedoistnienie, pochłania także jeźdźców z jakiejś odległej mitycznej przeszłości – już nie złotych, a pozłacanych. Rozpadają się w niej, tracą oddech. Czy musi tak być, pytam, że sytości i bezpieczeństwu towarzyszy sen ducha? Energia zawarta w tych obrazach jest większa od świata, w którym żyjemy. Ich twórcy mierzyli się z uniwersalistyczną ideologią, co sprawiało, że byli zrozumiali pod każdą szerokością geograficzną. Nie ześlizgiwali się w solipsyzm. „Czas smutku, czas nadziei”, jak powiedziano u nas o malarstwie tamtego okresu. Że zapowiadany wtedy świt nie nastąpił? Może powinniśmy go szukać z płaczem. Jego echa wciąż rozbrzmiewają nad Dźwiną, która niesie je do najmłodszego z mórz, Bałtyku.

MARCIN SABINIEWICZ

Pod koniec listopada

Pod koniec listopada poszedłem do Łazienek, brunatnych już, prawie czarnych. Chciałem widzieć scenerię, którą podczas swojego krótkiego pobytu w Warszawie, w roku 1898, musiał oglądać Wyspiański. Zawsze to wydawało mi się dziwne: Wyspiański w Warszawie, ale on był tu przecie i poświadczył to wspaniale w trzech dramatach listopadowych. Patrzył na to miasto z soborem pośrodku, a co myślał i czuł, nietrudno odgadnąć. Tych myśli — ale podniesionych i oczyszczonych z mułu naniesionego pierwszym, gwałtownym napływem niechęci, a także z niemęskiego żalu, co w takim położeniu w każdym sercu się rodzi — pełno w Warszawiance, w Lelewelu, w Nocy listopadowej. Wiadomo, że pisząc owe utwory, czerpał wiele z historii powstania Barzykowskiego, bo są w ich tekście całe zdania i zwroty stamtąd przeniesione, całe sytuacje powtórzone. Owo: „Tak, książę, zdradzasz!” — rzucone przez Lelewela Czartoryskiemu na sesji Rządu Narodowego, ów gniew nagły księcia Adama, słowa i głosy tych wszystkich podwójnych aktorów, co wystąpili kiedyś w teatrze dziejów, a potem w teatrze Wyspiańskiego, wszystko to jednak, choć tam poświadczone, tu nabiera jednak jeszcze innego wymiaru. Oto w tych dramatach, co czytane lub oglądane na scenie jednakowo nami wstrząsają do głębi, owe spięcia, konflikty, katastrofy jednej chwili, jednego dnia czy jednej nocy historycznej, umieszczonej w określonym dniu, miesiącu i roku, odsłaniają jak gdyby jakąś inną, wiecznotrwałą swoją istotę. Owi ludzie: Chłopicki, Lelewel, Czartoryski, Wielki Książę i wszyscy inni są tu tak ukazani, że widzimy ich los polski czy rosyjski tak splątany z ich losem ludzkim, że to wszystko, co o nich wiedzieliśmy, staje się jak gdyby mniej ważne od tego, co o nich teraz wiemy. Teraz, gdy czytamy lub słuchamy Wyspiańskiego.

I myślę, że to właśnie musiał wtedy zobaczyć i utrwalić w sobie Wyspiański, kiedy stał i patrzył na Łazienki, może na przedmiejską okolicę, jeszcze wtedy porosłą olszyną, na to miasto z soborem pośrodku. Stąd pewno wynikło, że trzeba to było wszystko zniżyć do Erebu i podnieść w niebo mitologii greckiej. Zawsze tak robił, żeby rzeczom ludzkim nadać wymiar według niego właściwszy.

Może też przyszły mu na pamięć owe dziwne słowa — nie wiem, przez kogo wypowiedziane czy napisane, lecz dobrze zapamiętane i zawsze brzmiące mi w uszach, kiedy myślę o tamtej nocy: „Słowo stało się ciałem, a Wallenrod Belwederem”. To zdanie, w którym łączy się najgłębszy chyba sens dobrej nowiny Janowej, skierowanej do wszystkich, z wynikającym z zetknięcia dwóch nazw sensem pojmowanym tylko przez Polaków, może nasunąć właśnie taką myśl, aby to, co rozgrywa się w szczupłych ramach historii jednego narodu, przenieść na tło większe i wspólne dla wielu. Stąd też może w listopadowych dramatach Wyspiańskiego nie tyle znaczenie ma akcja, mniej czy bardziej zgodna z prawdą dziejową, nie tyle jest ważna mniej czy bardziej trafna charakterystyka postaci, co właśnie owa przewijająca się tam wszędzie, niby wstęga, głęboka świadomość, że to, co się dzieje, choć dzieje się tam i wtedy, czy raczej tu i teraz, jest w istocie tylko cząstką owej Boskiej komedii, która wciąż się rozgrywa w piekle, czyśćcu i niebie naszego bytowania. Stąd też bierze się tu, w Lelewelu, a nade wszystko w Nocy listopadowej, ów świat mityczny, grecki z nazw, wspólny nam wszystkim ze znaczenia. To pozwoliło wznieść wszystko wyżej i ukazać mądrzej i świetniej, nadać wszystkiemu inny, większy wymiar. Owa tragedia narodowa i ludzka zaczyna się grać wtedy właśnie, gdy Wallenrod staje się Belwederem, gdy spod posągu białego króla zrywają się do orlego lotu nieruchome cienie podchorążych. I słowo zarazem staje się ciałem, więc to wszystko, co polskie, staje się od razu ludzkie. I oto Chłopicki, Lelewel, Czartoryski czy Wincenty Krasiński, co pojawia się gdzieś tam na chwilę, są już nie tylko statystami tamtej polskiej sprawy, lecz zarazem aktorami owej Boskiej komedii rodu człowieczego. Ale temu prawu podlegają także obcy: Wielki Książę, jego generałowie, młody Gendre. Oto wszystko się uczłowiecza i wznosi o szczebel wyżej. Dlatego nie budzi w nas już niechęci Chłopicki, gdy powiada, że mu brak wiary w powodzenie, że w zwycięstwo nie wierzy. Dlatego, choćbyśmy byli zdecydowanymi lelewelistami czy czartoryszczykami, czujemy, że wszystkie te różnice nikną, kiedy obaj przeciwnicy bratają się w wysokim niebie swoich cnót. Dlatego Wielki Książę jest postacią tak dramatyczną i dlatego można mu zaufać, kiedy Wyspiański każe mu powiedzieć w dialogu z Wincentym Krasińskim, że on, Konstanty, w Polskę wierzy. Dlatego młody Gendre, w głębi śmiertelnej nocy, zanim wstąpi w łódź Charona, powiada, że tęskni do świtu i błękitnego nieba. Tu nie o to chodzi, że wszyscy są dobrzy, piękni i szlachetni, tylko, że wszystko tu zostało spowite jakimś wyższym blaskiem, wszystkim zasługom i błędom wymierza się tu sprawiedliwość z wysoka, a nie z dołu, z błota, gdzie syczą złość i nienawiść.

I kiedy czyta się te słowa, dzieje się z nami to właśnie, co jest ostatecznie jedynym i najważniejszym zadaniem poezji. Oczyszczają się nasze myśli i uczucia z pyłu codzienności, a codzienność właśnie odsłania swój sens i blask prawdziwy. Codziennością przecie był ów wieczór listopadowy. Codziennością, zwykłym losem, zgodnym z miarą i potrzebą ludzkiego serca, była owa chwila, gdy Wallenrod stał się Belwederem. To, co wtedy uczyniono, było w końcu rzeczą zwykłą, codzienną; niezwykłe i niecodzienne byłyby bowiem wola i chęć trwania w ciężkim trudzie podległości.

I właśnie poezja jest po to, aby wszystko ustawić na zwykłym miejscu, aby przywrócić codzienną, rzeczywistą hierarchię wartości, którą ludzki grzech, wina i błąd raz po raz odmieniają. Tu odmiana ta była długotrwała, ogromna, więc też środki do jej przywrócenia musiały być ogromne, niezwykłe, jakich gdzie indziej nie było trzeba. Poezja była więc ogromna, a Wyspiański był pewno ostatnim z poetów polskich, który o tym wiedział i wszystko to widział w tej skali. Aby zrozumieć, wyjawić i przezwyciężyć wszystkie wahania, błędy, zasługi czy klęski, trzeba im przywrócić ich wymiar właściwy, trzeba je postawić przed instancją najwyższą i historię — ów skutek ułomnych działań ludzkich — sądzić mitem, który odzwierciedla prawdziwą naturę człowieka. Dlatego wszystko się tu miesza ze sobą i łączy: prawda i mit, ludzie i bóstwa, to, co przelotne, i to, co wieczne. Kora rozmawia z Demeter o śmierci i zmartwychwstaniu.

PAWEŁ HERTZ

Z tomu „Miary i wagi”.

Słoń Trąbalski

To było dawno temu [1]. Pracowałem jako profesor (Senior Visiting Fellow) na wydziale astrofizyki w Oksfordzie. Przyjechałem z Johnem, kolegą z wydziału, na jeden dzień do Londynu. Mieliśmy do omówienia pilne sprawy dotyczące przyszłych zawodowych losów dwojga naszych doktorantów. Takie rozmowy wymagają skupienia i dyskrecji. W Oksfordzie wszyscy się znają i zwykle w każdym pubie od razu spotyka się przyjaciół. Chcieliśmy się zaszyć w jakimś anonimowym miejscu, niewielkim, zapewniającym ciszę, spokój i kameralny komfort. Po krótkim wahaniu, John wybrał już wcześniej przez siebie odwiedzaną restaurację, w okolicy Bond Street. Cieszyła nas perspektywa wspólnej eskapady. Od dawna się przyjaźnimy, dobrze znamy zawodowo, a prywatnie bardzo lubimy. Jesteśmy członkami tego samego oksfordzkiego college’u. John nic a nic ani rozumie, ani mówi po polsku.

W wybranej przez Johna restauracji był tylko jeden kelner — miły, grzeczny, dobrze ułożony młodzieniec — dokładnie taki, jaki powinien być kelner na Bondzie. Rzeczowo i zwięźle rozmawiał z nami o wyborze potraw i trochę o pogodzie, ale o niczym więcej — na więcej nie pozwala zapewne kelnerska etykieta. Coś szczególnego zastanowiło mnie w jego głosie:

— John — próbowałem to zrozumieć, gdy po przyjęciu zamówienia odszedł od naszego stolika — myślę, że ten kelner jest Polakiem. Wyczuwam wyraźnie cieniutką linię polskiej melodii w sposobie, w jaki kończy frazy…

— Marku, ty chyba masz obsesję! Bardzo wątpię, że jest Polakiem, bo po angielsku mówi dokładnie tak jak ja. Nie słyszę śladu obcego akcentu lub obcej maniery w jego głosie. On nie jest ani Polakiem, ani Szkotem, ani Kanadyjczykiem, ani Amerykaninem, ani Australiczykiem… On jest stuprocentowym Anglikiem, w dodatku dobrze wykształconym Anglikiem.

Ale mój domysł nie dawał mi spokoju, więc kiedy kelner przyniósł rachunek, spytałem, bo to był ostatni moment, aby się upewnić:

— Young man, may I ask you a private question?

— Yes, Sir. Please do.

— Do you know who Słoń Trąbalski was?

— Yes, I do.

„I więcej nie mówiliśmy do siebie”.

Opowiedziałem tę historię Annie Ceterze-Włodarczyk, która jest profesorem anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Anglistykę i teorię tłumaczenia poznawała na studiach w Poznaniu, w legendarnym kręgu Stanisława Barańczaka. Jestem zachwycony twórczością Barańczaka, zwłaszcza limerykami. Nigdy go jednak nie spotkałem, choć mogłem, bo bywałem często i długo na Harvardzie, współpracując z tamtejszymi astrofizykami, gdzie on kierował katedrą literatury polskiej. Arkadiusz Orłowski, fizyk kwantowy z Warszawy, spędził w domu Barańczaka na Harvardzie jedne ze Świąt Wielkanocy. Panowie długo rozmawiali o poezji, także o wierszach Arka — Barańczak większość z nich ocenił jako „publikowalne”. Arek był oburzony (że tylko większość, a nie wszystkie), ale włoski doktorant Barańczaka uspokoił Arka, że w ustach profesora to wyjątkowo rzadki i pozytywny werdykt.

Anna Cetera sprawdziła, że dotąd nie ma tłumaczenia Słonia Trąbalskiego na angielski. Zgroza! Zgroza! Zaczęliśmy próbować przełożyć choćby tylko nazwisko Słonia i prowizorycznie zgodziliśmy się na Sir Elephant Trunk [2]. Ale na tym poprzestaliśmy.

Nie lepiej skończyły się próby tłumaczenia Słonia wspólnie z Weroniką i Tomaszem, moimi trójjęzycznymi dziećmi, wtedy już dorosłymi. Oboje mówią biegle po polsku, po angielsku i po włosku. Biegle znaczy, rzecz jasna, nie tylko bez akcentu, ale też z mocnym osadzeniem w narodowej kulturze — obyczajach, historii, literaturze, nawet gotowaniu. Weronika wyjechała na stałe z Polski (najpierw do Teksasu), gdy miała dwa lata. Tomasz się w Teksasie urodził. Do szkół chodziły w Teksasie, Kalifornii, Anglii, we Włoszech oraz w Szwecji i krótko w Danii (mówią dobrze, lecz nie biegle, po szwedzku i duńsku — a także w kilku innych językach). Polskiego nauczyły się w domu, bo w każdym z krajów, w którym mieszkaliśmy, moja żona Henryka i ja rygorystycznie przestrzegaliśmy, by rozmawiać z dziećmi o sprawach domowych i rodzinnych wyłącznie po polsku. Codziennie opowiadaliśmy im polskie bajki i długo czytaliśmy polskie książki. Nasze dzieci znają dobrze całą polską dziecięcą klasykę — Tuwima, Brzechwę, Konopnicką etc., a także polskie tłumaczenia angielskiej, włoskiej i skandynawskiej klasyki, którą w swych szkołach poznawały w oryginale. Rozumieją też, na czym polega istota dobrego przekładu — kilka razy po angielsku i po polsku roztrząsaliśmy kwestię, czy Kubuś Puchatek jest sprawniej napisany niż Winnie the Pooh.

Byłem pewien, że lingwistyczne awantaże moich dzieci będą pomocne w tłumaczeniu Słonia Trąbalskiego na angielski. Ale… po kilku dniach pysznej zabawy, nasz słomiany ogień zupełnie wygasł. Zadanie okazało się dla nas zbyt trudne. Nie przetłumaczyliśmy Słonia. Nikt do tej pory tego nie zrobił. Sir Elephant Trunk pozostaje uroczym zapominalskim oryginałem, zupełnie nieznanym angielskim dzieciom.

*

To było dawno. Natomiast w zeszłym tygodniu, w studio TVP Kultura przy Woronicza, brałem udział w nagrywaniu kolejnego odcinka cyklicznego programu „Hala Odlotów”, który tym razem — jak to wykoncypował Mateusz Baran — dotyczył pytania, dlaczego tak często zwracamy się w stronę astrologii, dlaczego ufamy teoriom spiskowym, a nie wierzymy nauce.

Zostałem zaproszony do udziału w tym programie zapewne dlatego, że znam astrologiczną doktrynę i potrafię sam stawiać horoskopy, dokładnie tak, jak robili to słynni astrologowie w przeszłości — Paracelsus, Regiomontanus, czy Kepler. Trzy horoskopy postawiłem nowo narodzonym a dorosłym tylko dwa — przed laty Lucynie Winnickiej, z którą zresztą o astrologii wiele rozmawiałem, oraz całkiem niedawno Marii Elizie, właścicielce prawdziwie włoskiej restauracji w śródmieściu Warszawy, do której często zachodzę na filetto di manzo al pepe verde oraz na plotki z jej stałymi gośćmi przy doskonałym prosecco.

Lucyna i Maria Eliza należą do grona kilku najbardziej frapujących блистательных дам, jakie kiedykolwiek spotkałem w swym długim życiu. Wyróżnia je horacjańska mądrość umiaru, charyzma, olśniewająca uroda, błyskotliwa inteligencja, a jednocześnie łagodna dobroć i empatia. Obie miały niezwykłe dzieje życia, osiągnęły mistrzowstwo w swym fachu i powołaniu, a przy tym zajmowały się z powodzeniem wieloma innymi sprawami — Maria Eliza była mistrzynią Polski w gimnastyce artystycznej. Z greckiej tradycji się wywodzące, apollińskie połączenie wykształcenia, sztuki i sportu nie jest dziś częste. Wśród moich najbliższych przyjaciół znam tylko dwa takie godne wymienienia przykłady.

Margherita Hack, najwybitniejsza włoska astronomka [3] XX wieku, a przy tym femme de lettres, wegeterianka, ateistka, komunistka i cyklistka (napisała książkę La mia vita in bicicletta) była w młodości mistrzynią Włoch w kilku lekkoatletycznych dyscyplinach. The Times” wydrukował w czerwcu 2013 roku jej obszerny nekrolog, zamówiony u George’a Ellisa, słynnego fizyka i kosmologa. Często bywaliśmy, Henryka, Tomasz, Weronika i ja, w jej ogromnym, kilkupoziomowym, mieszkaniu w Osservatorio Astronomico di Trieste. Przy okazji jednej z kolacji u „La Hack” Tomasz dostał straszliwego ataku astmy — ona miała osiemnaście tysięcy książek w swej domowej bibliotece (z pewnego powodu ta liczba była znana wszystkim w Trieście) i chyba niewiele mniejszą liczbę kotów. Tomasz, uczulony na sierść i kurz, jeszcze przed końcem kolacji dostał ataku i pogotowie odwiozło go prosto z Osservatorio do Burlo, słynnego w całych Włoszech amerykańsko-triesteńskiego szpitala dla dzieci.

Jerzy Lukierski, polski fizyk teoretyk, wieloletni dyrektor Instytutu Fizyki Teoretycznej na Uniwersytecie Wrocławskim, a przy tym jeden z twórców (i autor tekstów) cieszącego się znaczną sławą teatru Kalambur, był mistrzem Polski juniorów w skoku w dal.

Ułożony przeze mnie horoskop Marii Elizy został wydrukowany czarną i czerwoną szwabachą na czerpanym papierze w kolorze kremowym, pochodzącym z młynu papierniczego w Dusznikach, w formie dwunastostronicowej broszury, zszytej bawełnianą nicią w słynnym zakładzie introligatorskim panów Strusińskich na Nowym Świecie w Warszawie. Nakład: dziesięć numerowanych egzemplarzy. Niżej cytuję jego fragment [4].

Dom I, określający osobowość. Masz tu trzy planety (Słońce, Wenus, Merkurego) oraz dwa znaki Zodiaku (Bliźnięta i Byka). W żadnym innym Domu nie masz aż tylu planet i znaków. Ta obfitość świadczy o dużej sile osobowości i nieprzeciętnej indywidualności oraz o Twoim wyrazistym charakterze: nieszablonowym, zróżnicowanym, nawet frapującym. Z reguły im więcej planet w Domu pierwszym, tym więcej samodzielności, entuzjazmu i optymizmu. Wiodące cechy Twego charakteru wyznacza Słońce: jesteś serdeczna dla innych, bardzo kreatywna w swym zawodzie, mocno wierzysz w siebie. Wenus wskazuje na Twą umiejętność dawania i brania oraz potrzebę szukania związków i ich rozwijania. Wenus roztacza urok, harmonię i piękno. Powstrzymuje przed agresją. Kocha rzeczy dobrej jakości, bardzo ceni równowagę […]. Byki są wrażliwe i otwarte — dlatego inni z nimi chętnie przebywają i radzą się ich w ważnych sprawach. Fizycznie są szczupłe, eleganckie, dobrze ubrane, mają nietypową, przyciągającą urodę. Ja tak Cię właśnie postrzegam: jako kobietę troskliwą, godną zaufania, opiekuńczą, a przy tym niezwykłą — tajemniczą i piękną”.

*

Rozmowę w studio TVP prowadziła Katarzyna Janowska, a brali w niej udział, wśród innych dyskutantów, Tomasz Stawiszynski i Manuela Gretkowska. Ja mówiłem niedużo, właściwie tyle co nic, a to z powodu pewnego dyskomfortu, o którym za chwilę. Odnosiłem się tylko do niektórych wypowiedzi wymienionej trójki — Katarzyny, Tomasza i Manueli. Na ogół się z nimi chętnie zgadzałem, ale w kilku zasadniczych kwestiach byłem zdecydowanie przeciw. Swoje racje przypominam niżej w sześciu tezach. Cytuję tam fragmenty książki Między Bogiem a prawdą (Kraków, WL, 2023), w której cały rozdział poświęciłem astrologii. Napisałem ten rozdział na podstawie mojego eseju Astronomy versus Astrology, zamieszczonego w zbiorze Astronomy at the Frontiers of Science (Dordrecht, Springer, 2011), a zawierającego artykuły kilkunastu znanych astrofizyków, opisujących spektakularne osiągnięcia współczesnej astronomii. Redaktor zbioru, Jean-Pierre Lasota, wybitny francuski i polski astrofizyk, zmarł niedawno w szpitalu w Paryżu. Institut d’Astrophysique de Paris, w którym Lasota był do śmierci, przez wiele lat, profesorem zamieścił obszerne i piękne o nim wspomnienie na swej stronie internetowej

© Jean Mouette

Jean-Pierre, twardy ateista, namówił mnie do napisania tego eseju, gdyż chciał rozszerzyć ściśle fachowy tenor zredagowanego przez siebie zbioru o pewien kontekst aksjologiczny — w moim ujęciu brzmi on tak: największą wartością nauki jest chęć poznawania prawdy, dążenie do nieskończoności. Amicus Plato, sed magis amica veritas. Nieskończoności uczymy się „z trójkącików, kwadracików i kółek” metody naukowej. Czasem błądzimy, jak w przypadku astrologii, ale zwykle odnajdujemy drogę — przestajemy wtedy gonić za błędnym ognikiem, aby nie brodzić po bagnach.

Moje przekonania wyliczone w sześciu tezach.

  1. Ateizm nie jest ani prawem logiki (jak twierdzenie Pitagorasa), ani udowodnionym przez eksperymenty i obserwacje prawem przyrody (jak równania Maxwella). Jest wyrafinowanym poglądem filozoficznym o starożytnej proweniencji, godnym uwagi i szacunku, ale tylko poglądem. Nie jest koniecznie prawdziwy ani sam z siebie, ani z żadnych innych nieodpartych powodów. Dla mnie osobiście, ateizm jest drogocennym zwierciadłem, w którym codziennie przegląda się moja wiara.
  2. Od zarania cywilizacji po dzień dzisiejszy ścierają się dwa poglądy na całościową naturę obiektywnej rzeczywistości — idealizm i materializm: albo rzeczywistość jest transcendentalna, to znaczy zawiera w sobie świat materialny (fizykalny) oraz idealny (duchowy, platoński) —albo rzeczywistość jest wyłącznie materialna. Nikt nigdy nie dowiódł prawdziwości lub fałszywości żadnego z tych poglądów. Współczesna nauka nie wyklucza ani materializmu, ani idealizmu. Rzeczywisty świat może być i taki, i taki. Oba poglądy głoszone były (i są) w każdym pokoleniu przez najwybitniejszych myślicieli swoich czasów. Dziś platoński pogląd na rzeczywistość podziela, na przykład, Roger Penrose.
  3. Rzetelna nauka powinna się zajmować racjonalnym i całościowym wyjaśnianiem obiektywnej rzeczywistości, nie zakładając z góry tego, czego nikt nie dowiódł, ani tego, czego nikt nie wie: to znaczy nauka nie może zakładać, że świat jest na pewno czysto materialny, albo że świat jest na pewno transcendentalny.
  4. Od początku XX wieku pewne aspekty możliwej transcendencji rzeczywistości dyskutowane są serio w samej fizyce, jako konkretne problemy do (eksperymentalnego) rozwiązania: na przykład — problem realności wolnej woli i świadomości oraz ich autonomiczności względem świata materialnego jest zdaniem wielu poważnych fizyków wymagającą rozwiązania kwestią w mechanice kwantowej. Fundamentalne odkrycia dokonane w XX i XXI wieku, łącznie sprawiają, iż mantra „im więcej wiedzy tym mniej potrzeby na rozważanie transcendencji” z całą pewnością nie jest prawdziwa. Oto dlaczego: po pierwsze, wbrew temu, co przez tysiąclecia twierdzili materialiści głównego nurtu, materia nie jest wieczna, gdyż wiemy dziś na pewno, że obserwowany przez nas Wszechświat powstał w Wielkim Wybuchu, po drugie prawa fizyki nie są ściśle deterministyczne, po trzecie świadomość obserwatora wpływa (zapewne) na wynik eksperymentu i po czwarte własności Wszechświata są antropicznie wyregulowane. Jest zatem dokładnie przeciwnie niż twierdzą materialiści: im więcej wiemy, tym więcej widzimy powodów do rozpatrywanie transcendencji. Choć są to powody, a nie dowody, ich niemożliwa do zaprzeczenia rzetelna powaga sprawia, że z całą pewnością fizyka jest dziś bliżej gotowości uznania transcendencji (a nawet istnienia Boga?), niż była w wieku XIX. Fizyk, który dziś rozważa rolę wolnej woli i świadomości obserwatora w eksperymentach kwantowej optyki, z całą pewnością uprawia rzetelną naukę — Anton Zeilinger, który tak właśnie czyni, dostał Nagrodę Nobla z fizyki w roku 2022. Podobnie: nikt nie utracił wiary w Boga dlatego, że się dowiedział, iż współczesna nauka dowodzi, że Wszechświat miał początek 13,8 miliardów lat temu.
  5. Natomiast naukę należy zawsze skrupulatnie oddzielać od religii. Bez tego oddzielenia wszelkie dyskusje są zupełnie pozbawione sensu. Religia przypisuje bowiem Bogu konkretne atrybuty i konkretne działania w historii świata. Wierzący w Boga rzetelny fizyk nigdy nie „dowodzi” realnej możliwości konkretnych Bożych atrybutów i działań (na przykład, jeśli jest katolikiem — Boskiej trójjedyności), przywołując prawa i zasady fizyki. Dlatego zupełnie chybiona i niepoważna jest krytyka wypowiadana przez niektórych ateistów (nie ma wśród nich fizyków): „nie da się łączyć wiary w realność zmartwychwstania z poważnym uprawianiem fizyki”. Taka krytyka jest niewątpliwie przykładem logicznego błędu petitio principii. Każdy bowiem widzi po chwili zastanowienia, że jej sens sprowadza się do stwierdzenia „ponieważ Boga nie ma, to nie może być Boskich cudów”. Błędne jest tu „ponieważ”, gdyż powinno być „jeśli” (jak w tytule arcyważnego traktatu Leszka Kołakowskiego), ale wtedy to by była tautologia. Myślę, że znam psychologiczną przyczynę tego błędu. Wynika on, w umyśle niektórych ateistów (podkreślam: tylko niektórych!), z podświadomego brania swej własnej ateistycznej wiary w wyłącznie materialną rzeczywistość świata za coś tak oczywistego, tak niewzruszenie pewnego, że zdanie „Boga nie ma” traktowane jest przez nich jako zdanie koniecznie prawdziwe i niepodlegające żadnej dyskusji – nigdy też nie są oni do takiej rzetelnej dyskusji skłonni (lub nawet zdolni): po prostu z góry wiedzą swoje.
  6. Sukces kulturowy i cywilizacyjny Europy ma swe oczywiste korzenie w praktycznie stosowanej przez Greków demokracji jako sposobie organizacji życia społecznego, w ich odkryciu matematyki i filozofii jako dróg prowadzących do poznawania i rozumienia rzeczywistości, w żydowskiej nauce Jezusa, w rzymskim prawie oraz w chrześcijańskim Średniowieczu, które dało Europie uniwersytety, biblioteki, muzea, szpitale i przytułki. Średniowiecze było zwiastunem Odrodzenia, Reformacji i Oświecenia, które ostatecznie uformowały etos Europy. Współczesna nauka, a zwłaszcza fizyka ze wszystkimi zapierającymi dech cudownymi osiągnięciami są dziełem chrześcijańskiej Europy. Chrześcijańskiej Europy! Buddyjskie medytacje nie doprowadziły, po tysiącach lat duchowych ćwiczeń, do skonstruowania aparatów lądujących na innych planetach. Wiem oczywiście, że to nie było ich celem — ale też nie było to celem teologicznych dysput prowadzonych w średniowiecznych klasztorach i uniwersytetach. Jednak, gdybyśmy w średniowiecznej Europie nie prowadzili (wśród innych podobnych) scholastycznych sporów o powszechniki, to w XX wieku nie lądowalibyśmy na Księżycu!

*

Miałem uczucie pewnego dyskomfortu, biorąc udział w tym telewizyjnym programie, a to dlatego, że bałem się, iż niektórzy widzowie mogą potraktować moje uczestnictwo jako zgodę na ten aspekt politycznej poprawności, o którym koniecznie wspomnieć trzeba w kontekście astrologii, a z którym ja się zasadniczo nie zgadzam. Jest to mianowicie zaprzeczanie istnieniu obiektywnej prawdy i odrzucanie ewangelicznego „Tak tak, nie nie” (Mt 5,37) na rzecz „Hmm… ty myślisz tak, a ja tak, niech więc każdy pozostanie przy swoim zdaniu, bo przecież nie ma jednej niepodważalnej racji”. Albo: „Hmm… a może jednak jest w tym jakieś otwarcie na inne możliwości, przez naukę i religię odrzucane”.

Nie! Postawa racjonalna, reprezentowana zarówno przez naukę jak i religię [5], wymaga uznania, że istnieje prawda — oraz że jeśli ją poznamy, nie mamy wątpliwości: wiem, że wiem! O prawdzie w kontekście moralnym tak pisał Leszek Kołakowski: „Istnieje naprawdę fundamentalne odróżnienie dobra od zła, którego znaczenie, siła obiektywna, zniewalająca, nie zależy od nas; odróżnienie, którego nie możemy ani unieważnić, ani zmienić według naszej woli lub kaprysu, odróżnienie, które zastajemy gotowe, które nam się narzuca i które jesteśmy zmuszeni przyjąć jako prawdziwe” (Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny, Kraków, Znak, 2014).

Nie potrafię się pocieszać nadzieją, że relatywizowanie prawdy w aspekcie poprawności politycznej reprezentuje tylko irytującą modę, która przeminie, jak przeminęły wszystkie podobne „metafizyczne” mody przeszłości. Obawiam się bowiem, że akceptacja takiego światopoglądu odzwierciedla dzisiaj coś głębszego i niełatwo odwracalnego, mianowicie nasze zdumiewające lenistwo intelektualne. Jako społeczeństwo przestajemy się wstydzić populizmu, ignorancji i głupoty, a przede wszystkim zapominamy o konieczności respektowania przyrodzonych w porządku świata hierarchii wartości. „Hierarchia i elity stanowią podstawę każdego społecznego ładu i podstawę urządzenia świata. Ich akceptacja jest najpierwszym warunkiem kultury. Wprowadzająca ład i harmonię hierarchia nigdy nie jest despotyczna, nigdy nikogo nie poniża, nikogo nie krzywdzi. Wprost przeciwnie — utwierdza w wartości swych uczestników, gdyż każdy z nich realizuje właściwe sobie zadania tak, jak mu na to pozwala jego własna natura i odpowiadający jej stopień hierarchii.” (T. Stępień, przedmowa do Pseudo-Dionizy Aeropagita, Pisma teologiczne, tłum. M. Dzielska, Kraków, Znak, 2005).

Dla ludu populistyczny postmodernizm jest powrotem do kulturalnego wyobcowania rzymskiego plebsu: dawne przekupstwo panem et circenses, dziś zastępują wyborcze obietnice hojnego rozdawnictwa (panem) a dawne igrzyska prymitywna telewizja i kretyńskie social media (circenses). Pogardliwe Odi profanum… przekłada się dziś na równie pogardliwe ciemny lud to kupi.

Gorzej, że dla klas wyższych [6] jest to zapomnienie o przestrodze Seneki: non semper Saturnalia erunt. A także żenująca zgoda na porzucenie trudnych metafizycznych poszukiwań dla płytkiego i hałaśliwego reality show. Zgoda na panowanie fałszywej nauki, fałszywej religii, fałszywej miłości [7]. Prostacki zgiełk postnowoczesności zagłusza ten ledwie słyszalny głos, o którym śpiewa Bułat Okudżawa w Modlitwie.

*

Tak sobie myślałem, dobrze wiedząc o tym, że tak właśnie muszą myśleć wszyscy starcy, we wszystkich pokoleniach, bowiem „takie widzą świata koło, jakie tępymi zakreślą oczy”. Toteż był to dyskomforcik „nieduży, melancholijka maleńka”. Tym bardziej, że znaczne pocieszenie dało mi odkrycie nowej fryzjerki. Przed programem postanowiłem się jak najstaranniej ogolić, żeby wyglądać jak skromny, ale zadbany profesor fizyki teoretycznej (którym przecież jestem) — a więc w marynarce z szarej wełny w jodełkę, uszytej przez Castiglioniego na viale Regina Margherita w Rzymie oraz w filcowym kapeluszu od Christys’ kupionym na Richmond w Londynie. Mój fryzjer miał wszystkie terminy zajęte, ale przypadkiem znalazłem elegancką fryzjernię, ukrytą na drugim piętrze (bez windy) szykownej, śródmiejskiej kamienicy. A w niej prawdziwe cudo — piękną pannę Olgę, która potrafi golić brzytwą! Obecnie jest to umiejętność przez większość fryzjerów całkiem zapomniana, a dzisiejsi eleganccy panowie nie znają rozkosznej przyjemności dotyku ostrza sunącego po twarzy, dobrze namydlonej pędzlem z włosia borsuka. „Mydlić twarz, aż póki ręka nie opadnie ze zmęczenia” — tak Witkacy, w Niemytych duszach uczył Polaków, jak się trzeba prawidłowo golić, twierdząc (tamże oraz w innych swoich pismach), że wcale nie jest to, wbrew pozorom, proste.

Olga rozpoczęła od nawilżania kremem i wstępnego masażu. Potem nastąpiło długie mydlenie borsuczym pędzlem, ceremonialne ostrzenie brzytwy na skórzanym pasie, wreszcie uważne, powolnie skupione, golenie wszystkich zakątków twarzy. Golenie podgardla podniecało dreszczem przeczucia perwersyjnej rzeczywistości alternatywnej. Widziałem jej niepokojąco tajemniczy półuśmieszek tuż przed moimi oczami, w prawdziwie intymnej bliskości: „przecież wystarczyłby jeden moment jej przelotnego szleństwa, na który być może ma ochotę, by śmiertelnie poderżnąć moje bezbronne gardło!”. Po goleniu Olga zaaplikowała okłady najpierw gorącym, potem chłodnym ręcznikiem. Następnie pozwoliła sobie na kilkuminutowy odpoczynek. Piliśmy kawę, plotkując. Zakończyła ostatecznym „wklepującym” masażem z użyciem Chanel Égoïste. Sam stosuję na co dzień wyłącznie tę perfumę, od kiedy jej flakonik dostałem od mamy w prezencie na Pierwszą Komunię.

Przypuszczałem, że Olga jest Ukrainką, ale do tego nie pasowała jej polszczyzna — zupełnie bez akcentu, bogata, sprawna, prędka, skrząca się w dodatku urokiem i entuzjazmem młodości. Zapytałem więc tak, jak przed laty pytałem kelnera w restauracji na Bondzie:

— Panno Olgo, czy wie Pani, kto to był Słoń Trąbalski?

— Nie, nie wiem.

Z niejasnych powodów to wyznanie tak bardzo mnie wzruszyło, że od razu postanowiłem, iż podaruję jej w prezencie jakieś wyjątkowo piękne wydanie Słonia Trąbalskiego. To się jednak okazało nieco trudniejszym zadaniem niż z początku przypuszczałem. W dużej śródmiejskie księgarni na Nowym Świecie w Warszawie, nie mieli żadnego Słonia Trąbalskiego — nawet w klasycznym, wielokrotnie wznawianym zbiorze wierszy Tuwima z Lokomotywą, Rzepką, Murzynkiem Bambo, etc. ilustrowanym przez Marcina Szancera. To samo powtórzyło się w kilku innych księgarniach.

Zgroza! Zgroza! W końcu, w małym antykwariacie, znalazłem wydrukowaną przez wydawnictwo Wilga w roku 2022 niedużą, dziewięciostronicową, kwadratową książeczkę, zilustrowaną przez Anię Simeone, a w niej tylko Słoń Trąbalski — bez innych wierszy Tuwima. I od razu sobie przypomniałem, że kilka lat temu kupiłem w księgarni w Kłodzku nieco podobnego Słonia. Nie wiem, co się z nim stało. Jeśli dobrze pamiętam, ten Słoń z Kłodzka wygląda na ilustracjach tak, jak powinien się nosić Sir Elephant Trunk. Ubrany był bowiem elegancko i starannie — albo w wyjściowy surdut i kamizelkę ze ślicznymi kieszonkami, z haftowaną chusteczką, dewizką i łańcuszkiem do zegarka, a do tego fular lub stosowny krawat — albo w jedwabny, domowy szlafrok. Na razie nie udało się mi dotrzeć do tej książki. Będę musiał pojechać po nią do antykwariatu Tarabuk, który od kilku lat mieści się daleko ode mnie, w Zamku Ujazdowskim. Kiedyś był o wiele bliżej, bo koło skrzyżowania Kubusia Puchatka z Świętokrzyską. Zaczynałem dzień w tym magicznym miejscu od kawy i długich rozmów o książkach, potem przenosiłem się do uroczego butiku kulinarnego „Metr Kartofli” tuż obok, na rogu Kubusia i Wareckiej. Jego właścicielka dobrze zna Jasia Bajtlika, słynnego grafika, który kilka lat po skończeniu Akademii i po błyskawicznej, nieprzerwanie do dziś trwającej światowej karierze (ilustrował „The New Yorker”, wystawiał na wszystkich kontynentach, publikował betsellery) wyjechał do Francji i mieszka teraz w Alpach w uroczym mieszkaniu z widokiem na Mont Blanc, który obserwuje przez ofiarowaną mu przez ojca lunetę, na tyle dokładną, że może policzyć ile osób w danej chwili jest na szczycie. Ojcem Jasia jest Staszek Bajtlik, znany warszawski astronom i mój od lat przyjaciel — mamy więc z właścicielką „Metra Kartofli” wspólnych znajomych, co daje wiele pretekstów do plotek wśród jarzyn.

*

Zanim sformułuję końcową hipotezę, będącą podsumowaniem historii tu opowiedzianych, wspomnę jeszcze o dwóch paniach, które często spotykam w restauracji Marii Elizy. Pierwsza jest Francuzką. Mówi naprawdę bardzo dobrze po polsku (rzecz jasna z pięknym francuskim akcentem). Na stałe mieszka we własnym zamku niedaleko Bordeaux — dość sporym i imponującym. Nie miała żadnych osobistych doświadczeń z edukacją małych dzieci po polsku. Nie wie, kto to był Słoń Trąbalski. Druga pani, Swietłana, jest Ukrainką, urodzoną na Białorusi i wykształconą, od przedszkola do uniwersytetu, w Rosji. Od wielu lat mieszka w Polsce. Mówi po polsku, ale inaczej niż mówiły ciotki mojej mamy. Swietłana mówi bez cienia akcentu. Natomiast choć obie ciotki były Polkami, wychowanymi po polsku, w od pokoleń polskich inteligenckich rodzinach, do końca życia mówiły z rosyjskim akcentem — tylko dlatego, że jako dziewczynki mieszkały kilka lat z rodzicami w Petersburgu, tuż przed bolszewicką rewolucją. Dzieci Swietłany urodziły się i wykształciły w Polsce. Ona wie, kto to był Słoń Trąbalski a nawet pamięta imiona żony i dzieci Słonia.

*

Moja Hipoteza na temat Słonia Trąbalskiego:

Jeśli ktoś wie, kim był Słoń Trąbalski, to dlatego, że albo jako małe dziecko wychowywał się po polsku w polskiej rodzinie (nieważne czy w Polsce, czy poza Polską), albo dlatego, że jego małe dzieci chodziły do polskiej szkoły (nieważne, czy sam jest Polakiem, czy nie).

Słoń Trąbalski jest zatem całkowicie godnym zaufania sprawdzianem polskości najbardziej swojskiej, najbardziej intymnej — kamieniem probierczym jej najgłębszej istoty.

MAREK ARTUR ABRAMOWICZ

Dziękuję Andrzejowi Stańczykowi, Annie Ceterze-Włodarczyk, Arkowi Orłowskiemu, Staszkowi Bajtlikowi, Mieczysławowi, Weronice i Tomaszowi Abramowiczom, Marii Elizie, Kazikowi Stępniowi, Jean Mouette, Jakubowi Bułatowi, Maciejowi Mikołajewskiemu oraz Robertowi Kleemannowi za pomoc w pisaniu tego eseju.

Już po jego napisaniu, Anna przysłała mi tłumaczenie całego „Słonia Trąbalskiego”, wykoncypowane przez sztuczną inteligencję (program Copilot, jeden z wielu już istniejących). Niżej cytuję pierwsze cztery linijki

 

Once there was an elephant named Tom,

Big as an elephant—oh, what a bomb!

Everything about him was truly grand,

Except for his memory—couldn’t understand.

 

Z takim komentarzem: „Nic już nie będzie takie samo, prawda?Human translation, jak golenie brzytwą, to ekskluzywna przyjemność!”.

PRZYPISY:

[1] Choć większość historii, które tu opowiadam, jest po prostu wiernym opisem tego, co się naprawdę zdarzyło, w kilku nieznacznie pomieszałem fakty, aby lepiej przystawały do mojej tezy (pardonne-moi, madame), a nawet zmieniłem imiona protagonistów. Zrobiłem to po to, aby zataić ich tożsamość. Gdyby jednak ktoś chciał ją odgadnąć, to „powiedzcie mu, niech próżno nie frasuje głowy, bo się w dziwny Labirynt i błąd wda takowy, skąd żadna Aryjadna, żadne kłębki tylne wywieść go móc nie będą, tak tam ścieżki mylne”.

[2] Andrzej Stańczyk proponuje Sir Elephant Trunkalsky. Rozumiem i pochwalam powody.

[3] Tak o sobie zawsze mówiła „sono astronoma”, przeciwnie niż moje polskie koleżanki, z których większość bardzo nie lubi gdy ktoś mówi o nich „astronomka” lub „profesorka”.

[4] Ja wyliczyłem, jakie planety i jakie znaki Zodiaku znajdują się w poszczególnych XII domach. To jest problem czysto astronomiczny, jak wyznaczenie momentu wschodu Księżyca danego dnia, w danej miejscowości. Natomiast opis, co oznacza, na przykład, obecność Słońca w Domu I, skomponowałem z astrologicznych almanachów. Ostatnie zdanie jest jednak moje.

[5] Zwykle gdy mówię „nauka” mam na myśli fizykę, a gdy mówię „religia” mam na myśli chrześcijaństwo.

[6] Hierarchie i klasy wyższe w sensie, rzecz jasna, hierarchii ducha (inteligencja, charyzma, empatia, wiedza), a nie w sensie stratyfikacji społecznej — bowiem nawet w Anglii, gdzie szacunek do klasowości urodzenia jest ciągle głęboko zakorzeniony, można się akcentu i manier nauczyć a majątek (dość łatwo) zdobyć.

[7] Tych „modnych bzdur” nie wymyśliliśmy w XXI wieku (porównaj: Jean Bricmont, Alan David Sokal, „Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów”, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2004). Przed wojną był to, na przykład, hmm… — użyję słowa zastępczego — spirytyzm, uprawiany przez pątniczki z „Kariery Nikodema Dyzmy” — pannę Sellę i jej arystokratyczne przyjaciółki. Terra est rotunda.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek