HOME

Spod powieki (G)

Piątek, 7 – sobota 23 lutego

Oglądane w szkole amerykańskiej olbrzymie stare żółwie przypomniały mi kolejny wiersz Wata z motywami etiopskimi – Żółw z Oxfordu. Nie dość, że tytułowy żółw opowiada o amorach etiopskiej królowej Saby z żydowskim królem Salomonem, z których zrodził się, jak wiadomo, pierwszy cesarz Etiopii Menelik, to jeszcze narrator włącza żółwia w swoją własną fantasmagoryczną genealogię, podkreślając wątek abisyński:

 

Na żółwia

wskazał mi pewien angielski diuk w szynku

portowym w Neapolu za miskę klusek i szklankę

wina. („Żółwia tego – mówił – przywiózł do Oxfordu,

aż het z Abisynii, mój pra-pra- pradziad admirał”) [1].

 

*

Orientalista Józef Sękowski napisał relację z podróży, w tytule której pojawia się górna Etiopia. W samym tekście do Etiopii nie dochodzimy, ale jest ciekawy fragment o kiefie: „Mężczyźni noszą w lewym uchu gładkie miedziane zausznice; krótkie luleczki i zielony tytuń, który sami uprawiają, służą im do robienia kieyfu, najwyższego szczęścia dla leniwego mieszkańca wschodu” [2]. I do tego przypis: „Ci, co byli na wschodzie wiedzą, jak wyraz kieyf ma liczne tam znaczenia. Lecz szczególnej: siedzieć rozwalonemu rozkosznie i nic nie myśląc kurzyć lulkę i pić kawę, a razem zamknąwszy oczy oddać się całej lubości lenistwa, u nich się zowie kieyf robić. Można by to w naszym języku przez wyraz rozkoszować się wytłumaczyć”.

Zwróciłem uwagę na ten fragment, choćby dlatego, że od chwili przyjazdu mam (niczego nie kurząc) stałe poczucie takiego stanu. Może to kwestia wysokogórskiego a zarazem ciepłego klimatu?

*

Z biblioteki Klary. Amélie Nothcomb, Psychopompe. Nie powieść, tylko rodzaj lirycznego wyznania miłości do ptaków i latania. Narratorka powtarza stacje dyplomatycznej kariery ojca autorki, belgijskiego dyplomaty barona Nothcomba: Japonia, ChRL, Nowy Jork (ONZ), Bangladesz, Birma, Tajlandia i Laos, znów Japonia – w każdym nowym miejscu przyglądając się uważnie ptakom i ich sytuacji, za każdym razem odmiennej.

Jest o aniołach: „Dostrzeżenie ptaków objawiło mi metafizykę. Oto została nam dana w życiu codziennym współobecność królestwa tak psychodelicznego: trudno było nie poświęcić mu całej uwagi. Po cóż marzyć o aniołach i chimerach, skoro naprawdę istnieje istota, przekraczająca naszą zdolność pojmowana? Najbardziej olśniewające serafiny nie dorównują pięknością najskromniejszym pokrzywnicom” [3].

I o miłości: „Niektórzy się dziwią miłosnej wierności wśród ptaków. A przecież to naturalne uczucie u jednostek, którym obce jest poczucie posiadania” [4].

A całość zaczyna się starą japońską bajką o białych żurawiach i przepięknej tkaninie, utkanej kosztem ludzkiego cierpienia z ich piór. To połączenie przypomniało mi czytaną parę dni temu baśń Andersena Dzikie łabędzie z tym samym węzłem tkania, ptasich piór i cierpienia.

W dążeniu do identyfikacji z ptakami narratorka, skądinąd nad swój wiek oczytana, sięga po wzorzec w postaci Hermesa, a potem idzie jeszcze dalej: „[…] dowiedziałam się, że Hermes, boski posłaniec o uskrzydlonych stopach, bywał określany mianem psychopompa. Ta wspaniała nazwa bywała też stosowana na określenie cechy i tak w ikonografii chrześcijańskiej występował ptak psychopomp, pozwalający wyobrazić Ducha Świętego – słynna gołębica, zwiastująca Dziewicy poczęcie Jezusa” [5]. Stąd poczucie identyfikacji z Duchem Świętym jako jedyną nie-męską osobą Trójcy Świętej. Stąd tytuł książki.

Podczas jednego z pobytów w Brukseli, między placówkami, pojawia się oczywiście Rilke: „Zaczęłam czytać Rilkego, który mi wskazał drogę, jeśli nie na moją miarę, to w każdym razie dozwoloną” [6]. Kontekst tego zdania (i dalsza droga twórcza Amélie Nothcomb) wskazuje, że nie były to wiersze Rilkego, tylko Malte, może także List do młodego poety. I rzeczywiście, parę stron dalej: „Kiedy Rilke mówi, że pisanie powinno być sprawą życia bądź śmierci, ja w tym nie widzę żadnej metafory” [7].

*

W ogrodach rezydencji ambasady Szwecji pierwszy dzień Addis Jazz Festival. Publika z początku siedziała, potem tańczyła na trawniku. Udało mi się znaleźć miejsca w samym środku: z przodu estrada, po lewej wysokie stoliki barowe i stragany z płytami (winyle!), za plecami stół mikserski, z prawej namiot, z daszkiem zasłaniającym oślepające światło reflektorów znad sceny, a nad głową wieczorne i nocne niebo, na którym obok Księżyca widać było jasno świecącego Aldebarana i nieco dalej Syriusza. Podobała mi się grająca jazz-rock etiopska grupa Kaÿn Lab, a także bardzo tu popularna piosenkarka Kuku Sebsibe, której towarzyszyło combo, założone przez Dawita Yifru (mojego rówieśnika!). W jednym z utworów jako punkt wyjścia do improwizacji i motyw przewodni zagrali… Jesteśmy na wczasach Janusza Senta – z przyjemnoścą zanuciliśmy z Marią tekst Wojtka Młynarskiego i, skoro „orkiestra przygrywa”, ruszyliśmy w tan.

*

Samotnica. Szukam dalej portretu czerwonoskórej Lokomy. W tygodniku z roku 1892 dla osób interesujących się sportem, a więc (wówczas) także dla tzw. wyższych sfer, w paryskiej kronice towarzyskiej znalazłem kawałek o hrabiostwie Amelot de Chaillou i ich „malowniczej” rezydencji, zamku Chanteloup w Normandii.

„Potrafili uczynić bardzo elegancką i bardzo wygodną siedzibę z tej starodawnej budowli, która po części oparła się ranom, zadawanym przez czas, uwydatniając jej ciekawy charakter feudalny. Olbrzymi salon na parterze jest zdominowany przez monumentalny kominek, w którym pali się całymi balami, a przy którego gzymsie mogłaby zasiąść do posiłku cała rodzina. Mnóstwo parawanów, starodawnych gobelinów, bibelotów, mebli i dywanów, przywożonych z egzotycznych krajów, w których ów wybitny dyplomata tak dobrze reprezentował Francję, nadają temu miejscu wyjątkową sygnaturę, czyniąc zeń ramę, podkreślającą tak oryginalną urodę przybranej córki hrabiostwa, panny Lokomy – młodej Patagonki o wielkich czarnych oczach i niezwykle białych zębach, odcinających się od brązowej cery” [8].

Taki opis mógł działać jak wizytówka egzotycznej panny na wydaniu. Z portali genealogicznych jednak można wyczytać, że przybrana córka francuskiego posła w Brazylii dopiero po sześciu latach od tego artykułu, 6 października 1898 roku wyszła za mąż za utytułowanego sąsiada. Był nim starszy od niej o szesnaście lat Georges Michel d’Annoville. Wtedy zapewne portret, malowany przez Dulębiankę powędrował z zamku Chanteloup do pałacu Annoville.

Lokoma zmarła w Annoville 2 kwietnia 1910 roku. Miała dwoje dzieci, córkę Lokomę i syna Jeana, którzy zmarli w latach osiemdziesiątych XX wieku. Wnukowie żyją do dziś.

W okresie międzywojennym ukazała się powieść Guillemette Marrier Lokoma (Paris, Paul Achard, 1929), wyróżniona nagrodą Les fettres françaises w roku 1930. Co ciekawe, autorka (Guillemette Marrier de Lagatnerie, 1878-1962) miała powiązania rodzinne i z Polską, i z Ameryką Łacińską. Siostra jej ojca, Isabelle, wyszła za mąż za potomka polskich możnowładców, austriackiego hrabiego, francuskiego malarza André de Mniszech (1824-1905), a jej rodzona matka, Eduarda Nicolasa Garcia Mansilla, urodzona w Buenos Aires, wywodziła swój ród (po kądzieli) od słynnego szesnastowiecznego króla Inków, Tupaka Huallpy. Co czyni dwie indiańskie księżniczki w Normandii bądź Breatnii na przełomie wieków.

W roku 2010 urodzony w Tokio syn dyplomaty, mieszkający dziś w Normandii, François Lequiller, wydał książkę, opartą na historii egzotycznej księżniczki Lokomy [9].

*

Garden party z okazji naszego przyjazdu, z udziałem Polaków, działających tutaj jako dyplomaci polscy, unijni i funkcjonariusze organizacji międzynarodowych. Z mnóstwa poruszonych w trakcie spotkania tematów zasygnalizuję dwa wątki, a raczej dwie osoby, na dzisiejszym spotkaniu nieobecne. Salezjanin, ks. Krzysztof Jasiński, misjonarz, od trzydziestu lat w tym kraju, prowadzi szkołę w Shire, na północy Etiopii, w rejonie, gdzie toczy się praktycznie wojna domowa, dbając, by dzieci, obok pokarmu duchowego, dostały codziennie choć po bułce. Stanisław Kotlarczyk, biznesmen z Kobiernic, prowadzi akcję „Oczy dla Etiopii”, organizując przyjazdy polskich specjalistów, którzy na miejscu przeprowadzają operacje okulistyczne, nie pobierając za to wynagrodzenia. Wykonano już ponad cztery tysiące operacji.

*

We włoskim instytucie kultury Festiwal Filmów Europejskich. Dwa filmy, jeden dokumentalny drugi fabularny, na temat piłki nożnej. Muszę wyznać, że do zeszłego tygodnia udało mi się przeżyć ponad siedemdziesiąt lat i nigdy nie zetknąłem się z nazwiskiem Błaszczykowski. Tymczasem film Kuba mówi nie o wyspie w Ameryce Środkowej, tylko właśnie o piłkarzu tego nazwiska. O jego karierze od małego klubu przez ligę polską, niemiecką do reprezentacji narodowej, i o jego życiu – człowieka rodzinnego, sentymentalnego, przeżywającego tragedię w stylu antycznej (ojciec zabija matkę). Drugi film, włoski, nosi tytuł Zamora (nazwisko hiszpańskiego bramkarza) i dzieje się w latach sześćdziesiątych; jest to komedia o młodym buchalterze, który trafia do firmy, zarządzanej przez fanatyka piłki nożnej i odkrywa w sobie talent urodzonego bramkarza. Błaszczykowski wyznaje, że od małego piłka jest dla niego wszystkim; po pierwszej komunii paradował w garniturze i w korkach. Wyznaje, że najwięcej zawdzięcza babci, a w chwilach szczególnych wzruszeń wznosi wzrok „ku niebiosom”, do tych, co już odeszli, ale stamtąd na niego patrzą. W Zamorze pada w pewnej chwili przepowiednia, że niedługo mecz piłkarski zastąpi Mszę św. We włoskim filmie w chwilach szczególnego napięcia emocjonalnego leje deszcz. Błaszczykowski wyznaje, że od dziecka fascynował go dźwięk padających kropli, że czasem puszcza sobie nagrania deszczu. To chyba nie przypadkowe zbieżności.

*

Nowe przezwisko dostałem od taksówkarza, próbując wsiąść do jego rzężącej i niesłychanie powgniatanej siedemnastoletniej toyoty: „Gigante”.

*

Monika Jurkiewicz, współprowadząca obecnie w Bazylei polską galerię sztuki Galerie LOKAL, zaprasza na swoją wystawę „wir alle bluten rot (wszyscy krwawimy na czerwono)”. Artystka nawiązuje do znaczenia nazwy szczytu Jungfrau, pisząc w programie wystawy: „Niewzruszone góry, chociaż poranione metalowymi konstrukcjami i betonem, rezerwuary ciał śmiałków, i śmieci, pozostają niezdobyte w swoim duchu – tak jak czystość umysłu, której nie da się pozbawić żadnym zewnętrznym aktem. Dziewictwo w moich pracach nie jest fizycznym stanem, ale mentalną przestrzenią, do której mamy dostęp niezależnie od doświadczeń i ingerencji. Wystawa stawia pytania o to, czym jest wolność i jak możemy ją odnaleźć w świecie, który nieustannie próbuje nas ograniczać – zarówno fizycznie, jak i duchowo”.

*

Spod powieki zaglądam do wczesnego polskiego artykułu o dagerotypach. Najpierw mowa o trudnościach z oczyma: „[…] wizerunków żyjących osób prawie niepodobna było otrzymać, bo któżby wytrzymał siedzieć na słońcu nieruchomie przez 20 i więcej minut, zwłaszcza z otwartymi oczami? – Jednakże nie wahano się w Paryżu próbować tego doświadczenia, którego owocem były te liczne obrazy krzywiących się, ślepych i mrużących osób, które miasto jednać cześć należną oburzały publiczność przeciw nowemu wynalazkowi” [10]. Potem o dobrym oku: „[…] trzeba wielkiej dokładności i oka dobrego w ustawieniu, czyli wzięciu na oko (prendre à point). Blaszka zaś, aby oddała wierne odbicie, musi się znaleźć swoją czułą powierzchnią tam, gdzie oko nasze obraz w ognisku odbity widziało” [11].

*

Z biblioteki Klary. Czerwona ziemia Macieja Zajączkowskiego. Powieść z gatunku historii alternatywnej – dzieje się w drugiej połowie roku 1989 na Madagaskarze, który w latach trzydziestych został skolonizowany przez Polskę. Narrator główny bohater, wzięty polski dziennikarz, autor znanych na całym świecie książek, opisujących takie wydarzenia, jak np. upadek szacha, jest jawnie wzorowany na postaci Kapuścińskiego. Fantazja autora kazała mu przenieść na wyspę takie osoby jak generał Anders (który tu zginął w tajemniczym wypadku samochodowym), Witkacy (osiadł tu w roku 1939 i zajął się rzeźbą, ale w końcu z tęsknoty popełnił samobójstwo) czy Jacek Kaczmarski. Odwrócenie perspektywy powoduje czasem groteskowe efekty, jak kiedy słyszymy komentarz madagaskarskiej kelnerki do wydarzeń grudniowych: „To straszne, co się u was stało […]. Za dobrzy byliście tam nad morzem dla tych waszych czarnuchów. Mój dziadek zawsze powtarzał, że ich wszystkich do gazu trzeba wysłać, jak Hitler zrobił” [12].

W książce Czerwona ziemia wydawnictwo Moc Media reklamuje Konsula Stanisława Dąbrowy-Laskowskiego. Autor, rówieśnik Kapuścińskiego, był w latach osiemdziesiątych szefem Biura Radcy Handlowego w Addis Abebie. Inspirator?

*

Czytam monografię Matteo Salvadore o Księdzu (Prezbiterze) Janie i początkach stosunków etiopsko-europejskich w XV / pierwszej połowie XVI wieku. Autor jest historykiem amerykańskiego uniwersytetu w Szardży (Zjednoczone Emiraty Arabskie).

Od razu we wstępie napotykamy na relację włoskiego pielgrzyma do Ziemi Świętej z roku 1335, która wiele mówi o renomie, jaką cieszyli się Etiopczycy spod znaku Księdza Jana. Otóż ów Jacopo da Verona pisze, że ci czarnoskórzy chrześcijanie śpiewają całymi dniami i nocami, święcą sfermentowany chleb, zawsze mają w dłoni krzyż, nawet w obecności sułtana, mogą też wchodzić do bazyliki Grobu Chrystusa za darmo, a wszystko dlatego, że ich pan, władca Nubii i Etiopii, jest w stanie zmienić bieg Nilu (!) [13].

Początkowa data z tytułu książki, 1402, to poselstwo władcy Etiopii, Dawita, do Wenecji. Posłowie przywieźli w darze cztery pantery i różne osobliwości, jak „skóra dzikiego luda i skóra osła wielobarwnego” [14] (czyli zapewne: małpy i zebry) i dwunastokaratowa perła, a w zamian otrzymali od doży ułamek Świętego Krzyża i srebrny kielich.

*

W Addis Abebie na ulicach pełno policji i wojska (wszystko członkowie nacji Oromów), ale ruch przebiega sprawnie, mniej korków niż normalnie, a to dzięki szczytowi Unii Afrykańskiej. Obrady już się toczą, przywódcy zjadą na weekend. Dla nas niedogodność taka, że zwiedzając Park Jedności pocałowaliśmy klamki pałacu Menelika i Domu Tronowego. Musieliśmy się zadowolić widokiem lancii, która należała do cesarza Hajle Selasje (Lancia Aprilia z roku 1937), archiwum Ministerstwa Pióra (kapitalne wielkie pieczęcie), sali bankietowej, małego zoo, no i cesarskiego lwa o czarnej grzywie.

*

Samotnica. Zawiadomienie o zgonie Lokomy (2 kwietnia 1910 roku, w wieku 36 lat, na zamku d’Annovile) zachowało się w archiwum Pusłowskich i trafiło do Oddziału Rękopisów Biblioteki Jagiellońskiej [15]. Ciekawe, czy adresat tego faire part de décès wiedział, że portret zmarłej malowała w swoim czasie Dulębianka.

*

Kilkudniowa wycieczka na południe, w rejon jezior Langano i Ziway.

Kiście bananów na skrzynce, postawionej na poboczu szosy: leżą nie wierzchem ku górze, jak u nas, tylko wnętrzem dłoni, zachęcając do kupna.

A na autostradzie plakat zaprasza: „Invest Bulbula IAIP”. Pierwsze słowo to nazwa miasteczka, skrót oznacza Integrated Agro Industrial Park, ale trudno się oprzeć skojarzeniu, że to dobra nazwa na bańkę finansową. Zaraz jednak przychodzi inne, szlachetniejsze skojarzenie – bulbul to przecież skowronek z dawnej poezji perskiej i arabskiej.

Po drodze ogromne plantacje kwiatów na eksport do Europy (Holendrzy) i winnice (Francuzi). Trochę domów tradycyjnych, okrągłych, sporo porządnie utrzymanych glinianych sześcianów, większość z byle czego zbudowana. Koło skupisk domów małe cmentarzyki muzułmańskie z kilkoma grobami zwieńczonymi miniaturowym piramidami. Jadąc nad Langano widzieliśmy takie groby tuż przy przerabianej na autostradzie szosie – trzy dni później już po nich nie było śladu. Po szosie wciąż wałęsają się krowy, osły, kozy i wielbłądy, blokując ruch.

*

Na plaży czerwonego jeziora czytam niewielką, ale zajmująco napisaną książkę Philipa Marsden-Smedleya A Far Country, zdającą sprawę z jego pobytu w Etiopii w roku 1988. Podoba mi się jego angielska skłonność do używania understatement. Opowiada na przykład o poznanej dziewczynie, imieniem Hirut, mieszkającej od 10 lat w Anglii, córce Etiopczyka, który za zasługi w walce o wyzwolenie spod włoskiej okupacji otrzymał od cesarza prawo wyboru dowolnego domu w Hararze. Ów wybrał dom, zbudowany przez włoskiego gubernatora i wyposażony w zbiornik wody, którą można było podgrzewać piecykiem na węgiel: „Ale ojciec nie pozwalał nam go używać. Mówił: «Jak się przyzwyczaisz do ciepłej wody, będzie ci jej brak, kiedy zamieszkasz gdzie indziej»”. Marsden-Smedley: „I teraz mieszkasz w Hampstead?”. Hirut: „Tak” [16]. I tyle. Pełen sens tej wymiany zdań odsłania się czytelnikowi dopiero, jeśli wspomni angielskie piecyki gazowe, funkcjonujące tylko po wrzuceniu odpowiedniej monety.

Od understatetment blisko do wosku i złota – podstawowej zasady poezji etiopskiej, którą autor objaśnia, powołując się na książkę antropologa Donalda N. Levine’a. W największym skrócie: wiersz może być czytany w swej warstwie powierzchniowej, „woskowej”, ale możliwa jest także lektura „złota”, odsłaniająca jego warstwę głębszą, sens mistyczny. Teraz rozumiem, dlaczego Ludmiła Marjańska w poświęconym kwestiom czytania między wierszami utworze Po przeczytaniu gazety napisała: „Plaster miodu nasączony złotem przez pszczołę pamięci” [17].

W górach wokół Hararu do dziś złą sławą cieszy się Ahmed Gran („Mańkut”), szesnastowieczny wódz arabski, który postawił sobie za cel wytępienie tamtejszych pustelników i szeregowych chrześcijan. Atakował zazwyczaj w czasie Wielkiego Postu, kiedy byli najsłabsi, palił kościoły i rabował ich skarbce. W roku 1539 zabrał się za położony na szczycie góry klasztor Gishen Mariam. Klasztor miał skomplikowaną historię. Cesarze Etiopii trzymali w nim zwykle swoich synów, żeby im utrudnić przejęcie władzy (Gran pozabijał synów); pod krzyżowym sklepieniem Etiopczycy ukryli połowę swojej cząstki Świętego Krzyża (Granowi nie udało się jej odnaleźć); była tam największa w ówczesnym świecie biblioteka, a złota „tyle, co piasku w morzu i gwiazd na niebie” [18]. Mańkut wyrządził ogromne szkody tysiącletniemu kościołowi etiopskiemu, ale nie udało mu się wykorzenić wiary. Zginął w bitwie z etiopskim cesarzem Claudiusem.

Siostrzeniec Grana, Emir Nur, chciał się ożenić z wdową, ale ta kazała mu najpierw pomścić pierwszego męża. W Wielki Piątek Nur zabił Claudiusa i przywiózł jego głowę do Hararu. Przez dwa lata wisiała na drzewie przed domem, póki wdowa po Granie nie sprzedała jej wędrownemu kupcowi ormiańskiemu.

*

Na jeziorze Zway lądujemy na wysepce Gelila (zniekształcona Galilea). Wyspa jest prawie niezamieszkana: koło przystani chatka dwóch zakonnic, na samej górze mieszka kościelny. Spotykamy wizytującego biskupa i miejscowego kapłana, którzy akurat zeszli z góry po nabożeństwie. Na szczycie wyspy okrągła świątynia z freskami, które przedstawiają: św. Teklę Haimanota (modlił się przez dwadzieścia lat stojąc bez ruchu, a kiedy mu uschła jedna noga, modlił się stojąc na pozostałej jeszcze siedem lat); świętego opata, słynącego cudami, który się nazywał Gebre Menfes Kidus i jest patronem tej świątynki – otoczonego posłusznymi mu lwami i leopardami [19]; mojego patrona św. Jana Chrzciciela; Archanioła Michała. W kapliczce obok: Trójca Święta w postaci trzech brodatych starców (jak na ikonie w Campion Hall w Oksfordzie).

Św. Gebre Menfes Kidus, Gelila

*

Zmarła Katarzyna Herbertowa, 95 lat. R.I.P.

Kiedy zbierałem materiały do planowanej biografii Wata, podzieliła się ze mną krótkim wspomnieniem. Oto wierny zapis rozmowy, przeprowadzonej w Warszawie 14 kwietnia 2008 roku:„Z Port Royal jechało się RERem do Antony, jakieś 20-30 min, od stacji szło się – Watowie mieszkali na square Gabriel Fauré, trzeba było przejść na drugą stronę przez główną drogę, trochę opadała, potem szło się wzdłuż nowych raczej, niskopiętrowych (2-3 piętra) bloków – stały w rzędach, krótką stroną do ulicy, trawniki, nie było to eleganckie specjalnie osiedle. Od budynku, gdzie mieszkał AW do tego, gdzie ZH jeden blok chyba.

Mieszkanie AW niezbyt duże, jeden duży pokój, z niego wnęka, gdzie było jakby weneckie okno – zimowy ogród. Kuchnia zaraz na lewo od wejścia, pokój AW za dużym po lewej, gdzie Ola spała nie wiem, czy z nim. Jak się wchodziło A. siedział w fotelu z głową trochę odrzuconą do tyłu, w pantoflach, przykryty pledem w kratę.

Cierpienie jego było niezmierne. B. lubił jak się go odwiedzało. Wielu go odwiedzało. Pierwszy raz byłam u niego z Olgą Scherer i Jankiem Lebensteinem.

Jak Zbyszek zamieszkał naprzeciwko, zaczęły się niemal codzienne odwiedziny.

Często mu towarzyszyłam.

Te odwiedziny były dla mnie – przeważnie towarzyszyłam w kuchni Oli, a Zb. zasiadał blisko Al. i zawsze prowadzili debaty o poezji. Wat nie lubił Różewicza, mówił, że jego poezja «śmierdzi kapuchą». Wat nie opowiadał o swoich dramatach, o czym jest w książce, ale czasem wspominał. Ja byłam przy Oli, raczej się ich rozmowom nie przysłuchiwałam. Miałam telefon na szczęście, mimo że mieszkałam w chambre de bonne przy rue du Bac. Dlaczego telefon był do mnie? Ona odkryła odejście Al. nad ranem – cały czas się tego bała – to wisiało w powietrzu. Ona bardzo wcześnie rano zadzwoniła do mnie – przyjechałam – był Józio kochany.

Aleksander był skłócony z Giedroyciem, a Ola – z ukochaną osobą trudno się żegnać kiedy żyje – to, co ją bolało to to, że nie było pożegnania się tych ludzi, tak jak JG – Giedroyc był pysznym człowiekiem, albo zakompleksiałym, to idzie ze sobą w parze – odbyła się ceremonia pogodzenia się, trumna stała w pokoju, Giedroycia przywieziono, przyjechała rodzina z Brukseli – była to wielka komedia, niestety muszę powiedzieć – jak w tej wymianie listów Zbyszka z Hertzem [20] – gdyby ktoś tam był to była scena jak z teatru – Gombrowicz by z tego zrobił – wkroczył Książę w towarzystwie – nie pamiętam czyim, nie było Zosi [potem: przyjechał z Czapskim, który został na pogrzebie] – Ola prosiła go, bo chciała, żeby w obecności wszystkich żałobników nastąpił gest pogodzenia.

Ola chciała koniecznie, żeby sobie podali ręce nad trumną. Niesamowita scena. Cisza zapadła i Giedroyc natychmiast wyszedł”.

Tekst jest autoryzowany, podaję go dosłownie, bez edytorskich przypisów. Kto ciekaw, znajdzie w sieci owe parodystyczne teksty Herberta i Hertza. A samego zwrotu „chata wuja Wata” użył już przed wojną Antoni Słonimski (Kronika tygodniowa, „Wiadomości Literackie” 1930 nr 2).

*

Muzeum Addis Abeby – małe, ale ciekawe. Kilka fotografii przedstawia przedwojenną tutejszą aptekę „Pharmacie W. Zahn” – na jednym klient wszedł do środka z mułem (może potrzebował porady dla swego zwierza pociągowego?). Co najmniej jedno z tych zdjęć jest dziełem szwajcarsko-niemieckiego fotografa i filmowca Martina Rikli. Inny pokazany na wystawie Szwajcar to Alfred Ilg, najpierw doradca techniczny Menelika, a z czasem kanclerz cesarstwa, twórca linii kolejowej z Dżibuti do wnętrza Abisynii, dostawca armat dla armii Menelika II. Ciekawy dział poświęcony pieniądzom – okazuje się, że do roku 1838 w transakcjach posługiwano się sztabkami soli, uformowanymi podobnie do sztabek złota, a srebrny talar Marii Teresy (z podwójnym podbródkiem i zadartym nosem) był tu w obiegu od końca XVIII wieku do lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia.

Słona sztabka. Addis Ababa Museum

Osobliwie prezentuje się gablota z upominkami dla municypium od delegatów stowarzyszonych miast. Ze Związku Radzieckiego pochodzi podwójne popiersie Marksa i Lenina. Z Czechosłowacji płaskorzeźba z pastereczką i gęsią. Natomiast podpis Engraving from Israel odnosić się ma do płaskorzeźby w miedzi, podpisanej Skenderbeu i bez wątpienia przedstawiającej piętnastowiecznego przywódcę albańskiego Skenderbega…

*

Wysokopiśmienna i niskopiśmienna – tak nazywa Lucyna Marzec bohaterki niecodziennej książki: korespondencji poetki Kazimiery Iłłakowiczówny z jej wieloletnią oddaną gosposią, półanalfabetką Józefą Grabowską. Kwestiom piśmienności i statusu służących jest w dużej mierze poświęcony obszerny wstęp do tej edycji.

Książka to niezwykła dzięki wzajemnemu poczuciu bliskości między dwiema kobietami, przez role społeczne skazanymi, zdawałoby się, na nieprzekraczalny dystans: z jednej strony wybitna poetka, a zarazem osoba w latach dwudziestych stojąca blisko samego centrum władzy dzięki szczególnemu zaufaniu, jakim darzył ją marszałek Piłsudski, z drugiej – zwykła, zdawałoby się, gosposia, niewykształcona, „ciemna sługa”, jak powiedziałby Gombrowicz. Niezwykły był też czas – okres wojny, który poetka spędziła w Siedmiogrodzie, a gosposia w okupowanej Warszawie, i okres stalinowski, kiedy pierwsza mieszkała w Poznaniu, a druga w Pustelniku pod Warszawą. Jest rzeczą fascynującą śledzenie ich dialogu, tropienie tej bliskości, której przyczyny leżały, sądzę, w głębokiej prawości obu autorek listów, w ich religijności (obie modlą się nawzajem za siebie i regularnie jedna za drugą zamawiają msze), ale także w tym, że obie były kobietami praktycznymi, wychowanymi w poszanowaniu rzeczy. Rozumiały się bez zbędnych słów.

Dwa sprostowania. W liście gosposi do poetki z 5 V 1941 roku czytamy: „Niedawno też dostałam list od p. Hugetowej z Krakowa” [21]. Zapewne z osobliwej sytuacji korespondencyjnej (listy Grabowskiej były spisywane pod jej dyktando) wynika to przekręcenie nazwiska. Chodzi niewątpliwie o Julię z Kwileckich Pugetową, matkę krakowskiego rzeźbiarza Jacka Pugeta (w roku 1907 ich portret podwójny namalowała Boznańska). W archiwum Iłłakowiczówny w Kórniku obok dwóch listów Pugeta z roku 1952 znalazł się też odpis listu jego matki.

Natomiast w „wierszowanym ogłoszeniu” Iłłakowiczówny, wydrukowanym w roku 1946 w „Świat się zmienia. Ilustrowanym dodatku do ‘Życia Warszawy’” zamiast „latam i piorę i wynoszę brudy” powinno oczywiście być „łatam”. Nawiasem mówiąc jest jakieś dziwne podobieństwo między tym wierszem a słynnym obecnie [Non omnis moriar…] Zuzanny Ginczanki – te wyliczenia utraconych przedmiotów, to przemieszanie kolokwialności z wzniosłością à la Słowacki, to odwrócenie ról; teoretycznie Iłłakowiczówna mogła wiersz Ginczanki czytać, ukazał się bowiem parę miesięcy wcześniej w „Odrodzeniu”.

Zamykam te uwagi cytatem z listu poetki z 4 marca 1947 roku – o rzeczach cennych, jak relikwie: „Tylko ta niebieska mała podróżna flanelka do bucików, którą wtedy w 1939 zabrałam, jeszcze jest, ale jej nie używam, tylko chowam jak relikwię. Mam takie pudełeczko relikwii: klucze od Lipowej, kajzerkę ostatnią z Polski, cytrynę, opaskę obrony przeciwlotniczej i chusteczkę, umaczaną we krwi polskiego dziecka w Krzemieńcu, po drodze do Rumunii w 1939” [22].

W miejscu, gdzie stała kamienica Lipowa 4a, w której mieszkała Iłłakowiczówna, stoi dziś okazała siedziba Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego.

*

Barbara i Worku Goshu, polsko-etiopska para malarzy, absolwentów krakowskiej Akademii, którzy od roku 1970 mieszkają w Addis Abebie. Prowadzili tu znaną galerię, obecnie nieczynną z powodu gruntownej przebudowy okolic hotelu Southern Addis. Przywozimy pozdrowienia od prof. Benedyktowicza z „Kontekstów” [23] i od Henryka Wańka, ich kolegi z Akademii.

Rozmowa głównie po polsku, trochę po angielsku. Urocze zdrobnienie: Woreczku. Worku znaczy po amharsku „złoto”. Woreczku złota? Ale nie chodzi o pieniądze, raczej o blask i światło. Obrazy obojga są pełne światła.

*

Kilkudniowa wycieczka do Hararu, czwartego pod względem ważności miasta muzułmańskiego – po Mekce, Medynie i Jerozolimie. Jak na tę ważność nakryty zieloną kopułą grób Emira Nura (XVI w.) zaniedbany, wśród jeszcze gorzej zachowanych późniejszych grobów, po której chodzą, grzebiąc w śmieciach, kura, koza i kot.

Mieszkamy w tradycyjnym domu na starym mieście. W głównej izbie na wprost drzwi dwie wnęki przypominają o łączności z przodkami. Miejsca do siedzenia i leżenia wyłożone dywanami, na ścianach tysiące ozdobnych talerzy, koszyków, misek i garnków – wyprawa pani domu (wiele naczyń produkcji japońskiej). W zbudowanym przez hinduskich kupców domu-muzeum Rimbaud stała ekspozycja – wiele powiększonych fotografii, w tym autoportret poety, zrobiony w Hararze w roku 1883. Pod ozdobnym sufitem okna, dające widok na cztery strony miasta.

W tym samym budynku młody Hajle Selassje uczył się francuskiego. Pozostały słowniki, z których korzystał, ale biblioteka się rozrasta, żyje. Wpada mi w ręce drobne polonicum: artykuł historyczki z UW, Joanny Mandel-Niećko o Tewodrosie II. W tym samym tomie w tekście amharyjskim znajduję cytat bardzo bliski mojemu rozumieniu literatury, z książki Edwina Muira The Structure of the Novel (1957)[24].

Zwiedzamy kościół katolicki (jeden z dwóch w mieście) pod wezwaniem Imienia Maryi – prowadzony przez kapucynów, którzy założyli też sierociniec dla czterdzieściorga wychowanków. Przełożony zaprasza nas na spotkanie kleryków z całej Etiopii, którzy przyjechali na przypadające akurat święto Imienia Maryi i z zapałem śpiewają pieśni maryjne.

Potem inna willa w stylu hinduskim, z usuwającym przeszkody Ganeszem nad portykiem. To prywatne muzeum, zawierające wiele cennych obiektów, ale eksponowanych po amatorsku. Stare edycje koranu, poradniki (np. z diagramami kompasu, pozwalającymi znaleźć kierunek na Mekkę), modlitewniki. W kącie leży stara miedziana korona ogromnych rozmiarów: przewodnik spontanicznie wkłada mi ją na głowę.

Raz po raz wracamy na uliczkę Mekina Girgir; w jej nazwie słychać terkot dziesiątków starych maszyn do szycia, przy których mężczyźni oddają się krawiectwu. A ja żuję czuwaliczkę i jest bardzo przyjemnie.

Wieczorem większość wycieczki idzie oglądać karmienie dzikich hien padliną, Maria i ja wybieramy lekturę. Wziąłem na ten wyjazd, z biblioteki Klary, śliczne kieszonkowe wydanie The Jungle Book – jest tam podobna do hieny kreatura, Tabaqui, szpieg potężnego tygrysa Shere Khana.

Ostatniego dnia wyprawa do pierwotnej wioski Koromi. Nędza, ale twarze wesołe. I tu, jak na uliczkach Hararu, lgną do mnie dzieci – podawanie rąk, przekomarzanie, rozmowy w macimowie i śmiechy. Po drodze zatrzymujemy się przy osadzie hodowców wielbłądów w chwili, kiedy właśnie się urodziło nowe wielbłądziątko. Wiele radości i krzyku, dumna matka, oszołomiona, słania się na nogach.

Potem Dire Dawa, miasto skąd odlatują samoloty do stolicy. W pobliżu starego dworca kolei z Dżibuti – szkoła Jana.

*

Etiopskie przysłowie: Jak nie obcinasz paznokci, robisz sobie dziury w duszy.

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Aleksander Wat, Ciemne świecidło. Paryż 1968, s. 29.

[2] Józef Sękowski, Wyjątek z opisu podróży w Nubii i wyższej Etiopii. „Biblioteka Warszawska” 1822 t. II nr 5, s. 66.

[3] Amélie Nothcomb, Psychopompe. Paris, Albin Michel, 2023, s. 29.

[4] Tamże, s. 66.

[5] Tamże, s. 83.

[6] Tamże, s. 98.

[7] Tamże, s. 103.

[8] Chapelle, La vie à Paris. „Le Sport” 1892 nr 85 (22 X 1892), s. 1355.

[9] Por.: François Lequiller, Amaïké, Editions Eurocibles.

[10] Józef Zieliński, O dagerotypie. „Pamiętnik Przyjaciół Przemysłu” (Paryż) 1844 z. 1, s. 92-93.

[11] Tamże, s. 94-95.

[12] Maciej Zajączkowski, Czerwona ziemia. Warszawa, Moc Media, 2021, s. 101.

[13] Por.: Matteo Salvadore, The African Prester John and the Birth of Ethiopian-European Relations, 1402-1555. London and New York, 2017, s. 5.

[14] Tamże, s. 25.

[15] Sygnatura Przyb. 1163/99, Papiery Franciszka Ksawerego Pusłowskiego. T. 99. Druki z lat 1875-1941. Nekrologi i podziękowania za kondolencje po zgonie […]. Monice Jaglarz dziękuję za odszukanie tego dokumentu.

[16] Philip Marsden-Smedley, A Far Country. Travels in Africa, Arrow Books, London 1990 s. 49.

[17] Ludmiła Marjańska, Wybór wierszy, 1958-1997, Wrocław, Wyd. Dolnośląskie, 1998 s. 199.

[18] Tamże, s. 45.

[19] Spod powieki dodam, że ikona przedstawia świętego w Kabd, dokąd się udał, by przez siedem miesięcy wpatrywać się w niebo bez mrugnięcia okiem; diabeł pod postacią kruka próbował mu wydziobać oczy, ale święty został uleczony przez archaniołów Gabriela i Michała.

[20] Zygmunt Hertz, Chata wuja Wata – żartobliwa korespondencja z Herbertem, opublikowana przez jakiegoś redaktora spod Lublina, który twierdził, że ma te listy od Zosi Hertz i że ona dała mu zgodę na publikację, na żądanie Henryka Giedroycia i Jacka Krawczyka, którzy za pośrednictwem specjalisty od prawa autorskiego A. Karpowicza zagrozili procesem, redaktor opublikował przeprosiny (przyp. KH).

[21] Kazimiera Iłłakowiczówna, Józefa Grabowska, Korespondencja 1939-1956. Opr. Lucyna Marzec, Wydawnictwo IBL, Warszawa 2024 s. 69.

[22] Tamże, s. 84-85.

[23] Por.: „Konteksty” 2016 nr 2, s. 184-187.

[24] Kasa and Kasa. Papers on the Lives, Times and Images of Téwodros II and Yohannes IV (1855-1889). Ed. by Taddese Beyene, Richard Pankhurst, Shiferaw Bekele. Addis Ababa University, Instutute of Ethopian Studies, 1990, s. 283.

 

Muzeum cz. 2 – Mazurská gádkä Grozka

Otwarcie muzeum było dla nas podwójnym świętem: uroczystym zwieńczeniem długich, żmudnych i konsekwentnych działań w celu ratowania chałupy z Warnowa, która – jak poetycko pisał Wojciech Kass: „wyrwana została ze szponów ziemi, a w konsekwencji – paszczy pracowitych robaków”, ale równocześnie realizacją planów i urzeczywistnieniem marzenia sprzed lat o utworzeniu własnego muzeum.

Muzeum mieści się obecnie w dwóch budynkach widocznych na pierwszym planie: chacie z Warnowa i stojącym obok niewielkim spichlerzyku, który został w całości przesunięty w obecne miejsce już po otwarciu muzeum (wcześniej stał po przeciwnej stronie, bliżej Oberży i spichlerzyka podcieniowego – widocznych na zdjęciu); stan 2006

Powstanie i otwarcie nowego muzeum odbiło się echem głównie w okolicznej społeczności oraz w lokalnych mediach. Ukazało się kilka artykułów; wśród nich wyróżniała się opublikowana w „Gazecie Piskiej” relacja Grozka (grozek, grózek, grósek to po mazursku dziadek). Pod takim pseudonimem felietony publikował Dietmar Serafin, ówczesny dyrektor Muzeum Ziemi Piskiej w Piszu. Wyróżniała się, bo była napisana w gwarze mazurskiej i dlatego jest warta przytoczenia w całości. Ale najpierw krótkie wprowadzenie. Najbardziej istotny udział w rozwoju osadnictwa na pograniczu prusko-mazowieckim odgrywała ludność polskojęzyczna przybyła głównie z Mazowsza i ziemi chełmińskiej. Z tego powodu do końca XIX wieku, zwłaszcza na terenach wiejskich południowych Prus Wschodnich, dominował język polski, a ludność zamieszkującą te tereny od połowy XIX wieku zaczęto nazywać Mazurami, podobnie jak terytorium przez nich zasiedlone. Nazwa ta wywodzi się od Mazowsza, skąd przybywała większość osadników. „Główne cechy charakterystyczne Mazurów to ich polskie pochodzenie i zwyczaje, niemiecka tradycja, polskie nazwiska i niemieckie imiona, polski język i niemieckie pismo, polskie przysłowia i niemieckie pieśni, słowiańska religijność i ewangelickie wyznanie” – zwięźle (i trafnie) scharakteryzował Mazurów Adolf Szymański w 1921 roku w pracy doktorskiej.

Oskar Kolberg w książce „Mazury Pruskie” pisał: „Usposobienie Mazura jest wesołe, dlatego lubi on towarzystwo, a najmilej mu, gdzie gwarno” i dlatego wieczorami spotykano się by razem pracować – prząść, tkać, szyć etc., i wspólnie spędzać czas. „W mazurskiej chałupie”, widokówka z czasów I wojny światowej („In einer Masurischen Chaluppe – Erste Meldung der russischen Niederlage”); w głębi widoczny jest „kominek” – obudowane palenisko wnękowe.

Nie wdając się w rozważania na temat istoty „mazurskości”, wpływów żywiołu polskiego i niemieckiego etc., można stwierdzić, że język odgrywał ważną rolę w podtrzymaniu odrębności etnicznej i kulturowej regionu.

Mazurská gádkä jest odmianą języka polskiego, której podstawą była gwara kurpiowska, a jej cechami charakterystycznymi było m.in. mazurzenie, zdrabnianie rzeczowników, archaizmy oraz germanizmy i spolszczenia słów niemieckich. Gwara ta jest dzisiaj praktycznie wymarła, znają ją tylko nieliczni, jeszcze mniej osób używa jej w pisaniu.

 

Grozek (Dietmar Serafin) „Dobre duchy Kadzidłowa”

Przed dwoma niedzielami nalasem w bryfkaście listek, co ni go listkarz prziniós. W umszlagu biła postkarta a na nij roskracona chałupa. Dalij pisało co me ejnladujo ji cobym przijechał tedy ji tedy, as do Kadzidłowa. Zrazu nie ziedział keni to je, ale ni doradzili co to tamoj, co się za mojech casóf Ejnzydląg nazywało. Znata mnie, tedym siła nie yberlegował, eno jak prziset cas, tedym polas na banóf wsiatem do rychtycnego omnibusa, im pojechał. W boru z Ukto sifer me wisadziuł ji poziedział coby esce kawałek iść a tamoj jus sam trasie. Posetem, licha ta kisófka, dóry co furo mozna by aksy połamać, ale psiechto sło się cale dobrze.

Przisetem, pitam keni tu ji ajw trasie, a łoni się śniejo ji mózio, co ja jus na miejscu je. Troche me zdziwowało, taksófkof walnych stoji, jekeś pany chodzo, to cego ja tu sukam? Jus chciałem chodować, ale obacuł me jeden taki fejny cłoziek z bziałko – ji mózi: pódźcie ajw Grozku, toć tlo na waju cekamy! Trochem się zdziwował, skela łoni me znajo, alem sie fejn przyzitał, capke em styjoł, ustałem ji cekam. Jednoras obacułem pan Wojtka – tego dychtera – chtoren zacon gadać. Gadał fejn, choc s pocontku em nie ziedział co łon gada o tech ludziach, co me kele toru begrysowali. Móziuł tozes o nowyy chalupsie, tedym zacon sie rozglondać, alem zadnyy nie obacuł, bo eno stare stojały. Jak pan Wojtek skoncuł gadać, to ten fejny pan zacon poziedać, co stojem kele chałupy, chtórno łoni z Warnoldu wotuj przizieźli ji jo ot nowu postazili. Jak to poziedział, tom poznał – rychtyk ta sama chałupa. Bodaj stojała na puu obalona a łoni jo zaś, eno tutaj postazili. Zaconem sie genał prziglondać, im się ni mók nadziwować. Dycht ta sama! Wsio zbudowali z bałkóf, udychtowane mechem, musieli sie walnie ndłubać, nis to postawili. Fensterlady, drykle, dźwerze, dźwerki, dyle – wsio wiglonda jak stare. Gwałtu roboty musiało to kostować. W środku w jednyy izbie postazili szulbanki, takes w jekech jam esce siedział, jak-em bachem buł. Na niech tintenfasy, federhaltry, fible a w drugech izbach stoły, stołecki, bachry, bacherki, achtle ji cegom ja tamoj esce nie zidział. Zidziałem nawet heklowane forhangi z nienieckim śryftem. Potem wleźlim na góre po trepach a tamoj pełno rozmajitego carostwa. Skela łoni tego nazbzierali? Toć my onegdaj ciskalim wsio abo do psieca abo za stodołe, keni casem warsiaziaki grzebali ji sie radowali, jak co naleźli. Jo, obacułem to ło cem em jus dawno zabacuł. Tera jus ziem cego ni bracno – tamtech casóf. Jak-em sie jus naobglondali, to naju ejnladowali do drugij chałupy, keni karcme zrobzili. Ledwom wlas, odras ni glaske psiwa nacapfowali a w drugo garzć nise miszmaszu, tozes gleń swojskego chleba dali. Cegój łoni tamoj nama nie bitowali? Nawet ło śmalcu ze skrzeckami nie zabacyli. Posiedzielim, pogadalim ji dziwowało me eno, co tera sie te starości wsiem podobajo. Toć esce parenaście lat wzad rzondziciele dawali wsio prec lotrować. Rychtyk nowe casy! Jekby esce na śtrom ferbot zrobzili, tobym nie musieli tech głupotóf w glocy obglondać, ji zaznóf zacenibym zyć jak ludzie!

Danusi i Krzysiowi felieton ten dedykuję – Dietmar Serafin (Grozek), Pisz, dnia 17 X 2003.

Ps. Moja działalność – wprawdzie werbalna – być może również pozwoli ocalić przed zapomnieniem pewne elementy przeszłości, pozdrawiam

D. S.

 

Słowniczek mazursko-polski:

bryfkasta – skrzynka pocztowa, listkarz – listonosz, umszlag – koperta, ejnladujo – zapraszają, yberlegował – zastanawiał, banóf – dworzec, omnibus – autobus, trasie – trafię, kisówka –żwirówka, aksy – osie, chodować – uciekać, styjoł – zdjął, dychter – poeta, kele toru – przy bramie, genoł – dokładnie, dycht– dokładnie, udychtowana – uszczelniona, mechem – mchem, nadłubać – namajstrować, fensterlady – okiennice, drykle – klamki, dźwierzn – drzwi, dżwierki – drzwiczki, dyle– podłogi, szulbanki – ławki szkolne, bach – dziecko, tyntenfasy – kałamarze, federhaltry – obsadki, vorhangi – szydełkowane makatki, śryft – pismo, tu: napis, carostwo – utoczyć, nisa miszmaszu – miska bigosu, gleń – kromka, bitowali – oferowali, skrzecki – skwarki, dawali – tu: pozwalali, lotrować – niszczyć, ferbot – zakaz, śtrom – prąd, gloca– telewizor.

 

Po otwarciu muzeum było też kilka (lokalnych) wyróżnień i nominacji. Kapituła złożona z pracowników muzeum w Piszu, pod przewodnictwem Dietmara Serafina, przyznała nam tytuł „Osobowości Ziemi Piskiej w 2003 roku” i statuetkę „Smętka 2003”. Były tutuły przyznawane w plebiscycie „Gazety Współczesnej” z Białegostoku: „Piszanin Roku 2003” oraz „Osobowość Mazur 2003”, a także „Wilk Piski 2007” przyznany przez kapitułę złożoną z ludzi kultury i przedstawicieli samorządu powiatu piskiego. W ten symboliczny sposób doceniono to, że uratowaliśmy wyjątkowy zabytek (jak pisałem jeden z trzech zachowanych!) i otworzyliśmy nowe muzeum – wówczas było to czwarte w powiecie piskim!

Niestety naszymi działaniami nie zainteresowały się władze lokalne, ani także oficjalne służby konserwartorskie czy instytucje zajmujące się kulturą i muzealnictwem (co istotne: nigdy nie staraliśmy się i nie korzystaliśmy z żadnych dotacji finansowych, ale też nie mieliśmy instytucjonalnego wsparcia merytorycznego czy organizacyjnego)! To jednak znacznie szerszy problem, nie dotyczący tylko nas i naszego muzeum, ale ma charakter ogólnopolski, dlatego warto o nim wspomnieć.

Nasze nagrody i wyróżnienia

Dygresja: muzea prywatne

Zgodnie ze Słownikiem języka polskiego PWN muzeum (łac. musaeum, z gr. μουσεῖον – mouseíon, czyli świątynia muz) jest „instytucją gromadzącą, przechowującą i konserwującą zbiory z różnych dziedzin kultury, sztuki, nauki lub techniki i udostępniającą je publiczności w formie wystaw”. Rozszerzona definicja muzeum została zawarta w ustawie o muzeach, która m.in. przewidywuje zakładanie ich także przez osoby fizyczne, choć w jej dalszej treści nie ma żadnych przepisów i odnośników dotyczących muzeów prywatnych, ani ich się nie definiuje. To symptomatyczne, bowiem prywatne inicjatywy muzealne (podobnie zresztą jak inne inicjatywy obywatelskie) są często (z reguły?) ignorowane i traktowane jak „niechciane dziecko”. Podobnie, jak ustawa o muzeach pomija muzea prywatne, tak władze wszystkich szczebli traktują je marginalnie, nie interesując się nimi. A jeśli już, to uznając je wyłącznie jako działalność gospodarczą sensu stricto, co przekłada się na obciążanie ich podatkami od nieruchomości użytkowanych gospodarczo – podobnie jak pizzerie, zakłady fryzjerskie czy warzywniaki! Także zawodowi muzealnicy często ignorują muzea prywatne, ewentualnie – jeśli je już zauważają, to traktują jak „ubogich krewnych”, którymi nie warto się zajmować. Znamienne w tym kontekście może być to, że przez ponad 23 lata istnienia naszego muzeum (w zbiorach którego znajduje się więcej eksponatów niż w wielu „powiatowych” muzeach państwowych czy samorządowych) nie odwiedził nas nigdy oficjalnie żaden urzędnik ani przedstawiciel instytucji zajmujących się kulturą i muzealnictwem, i tylko dwa lub trzy razy byliśmy zapraszani na konferencje czy spotkania dotyczące muzealnictwa. Także w większości publikacjach dotyczących muzealnictwa na temat przedsięwzięć prywatnych zamieszcza się ogólniki lub zdawkowe informacje (często mylne). Trudno też znaleźć wykazy takich placówek, a jeśli już jakiś się pojawia, jest z reguły niekompletny. I nie jest to tylko problem lokalny, dotyczy całej Polski. „Szukałam informacji o krakowskich muzeach prywatnych na stronach Miasta. Informacji tych nie ma zbyt wiele, ponieważ urząd nawet takich muzeów nie pokazuje. A szkoda” – skarżyła się Małgorzata Jantos, przewodnicząca Komisji Kultury i Ochrony Zabytków Rady Miasta Krakowa (!), dodając: „Podobno jesteśmy jedynym krajem na świecie, w którym jest więcej muzeów prywatnych (a mamy do czynienia ze zjawiskiem rozwojowym!) niż publicznych”.

O skali tego rozwojowego zjawiska może świadczy to, że – jak obliczyłem, tylko w województwie warmińsko-mazurskim w 2023 roku było aż 57 muzeów prywatnych i 6 w stadium organizacji (zainteresowanych tematem odsyłam do artykułu: K. A. Worobiec, Prywatne muzea na Warmii i Mazurach – charakter, znaczenie, wykaz. Studium przypadku: 20-lecie muzeum w Kadzidłowie, „Znad Pisy” 2023 nr 29, s. 164-218).

Zgodnie z zasadą „działaj lokalnie, myśl globalnie” niezależne muzea można postrzegać jako ośrodki kształtowania tożsamości i wiedzy regionalnej, ukazujące kulturę i tradycję „małych ojczyzn”, przez co przyczyniające się do popularyzacji historii i kultury w ogóle. Są, cytując głównego bohatera powieści Siegfrieda Lenza, „początkiem wiedzy o świecie”, odgrywają ważną rolę w kształtowaniu tożsamości regionalnej, a na tzw. peryferiach – w małych wioskach i miasteczkach, wokół nich skupia się często życie towarzyskie, społeczne i obywatelskie.

Choć nasze muzeum jest pomijane – jak większość prywatnych muzeów – w większości publikacji branżowych i urzędowych wykazach, to, jakby w przeciwieństwie do tego, zostało zauważone i było opisywane w renomowanych czasopismach wydawanych w Polsce, Niemczech, Francji, Szwajcarii, Holandii, Wielkiej Brytanii, Czechach, Finlandii, USA, Kanadzie i Izraelu. Jest opisane lub wzmiankowane w większości polskich i zagranicznych przewodników turystycznych. Amerykański „Fodor’s Travel” przyznał nam prestiżowe wyróżnienie Fodor’s Choice 2010, a w „zielonym” przewodniku Guide Michelin Pologne nasze muzeum wyróżniono – jako jedyny obiekt w Krainie Wielkich Jezior (!), jedną gwiazdką jako miejsce „godne obejrzenia”.

Nie zważając na brak urzędniczego zainteresowania, działaliśmy i działamy dalej. A ponieważ chcieliśmy mieć gwarancję, że w przyszłości nasza praca nie pójdzie na marne, 24 listopada 2003 roku złożyliśmy wniosek do Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków w Olsztynie o wpis do rejestru zabytków „200 letniej chałupy podcieniowej z Warnowa” oraz pozostałych budynków translokowanych do Kadzidłowa. Tak też się stało i 13 lutego 2004 roku całość pod nazwą „Osada Kulturowa w Kadzidłowie”, ze względu na „bardzo dużą wartość naukową, historyczną, estetyczną i krajobrazową” została pod numerem A-4288 wpisana do rejestru zabytków województwa warmińsko-mazurskiego. Jak napisano w uzasadnieniu: „jest bardzo interesującym zespołem obiektów architektury drewnianej wzniesionej zgodnie z regionalna tradycją budowalną, z wykorzystaniem dawnej – oryginalnej substancji zabytkowej i stanowi on obecnie jeden z nielicznych już na terenie przykładów historycznie zachowanej architektury charakterystycznej dla naszego regionu […]. Prowadzony przez osoby prywatne jest jedynym w tej skali zespołem architektury drewnianej w naszym województwie, w którym znajdują się nieprzekształcone zabytki architektury drewnianej”.

Tak chata z Warnowa wygląda obecnie – na zdjęciu już z okiennicami; stan 2023

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

Powrót na ziemię

Przeszło siedemdziesiąt lat intensywnej twórczej aktywności. Kilkaset napisanych wierszy. Dwadzieścia tomów poetyckich. Niezliczone eseje, szkice, przekłady, wykłady i odczyty. Gdy Czesław Miłosz rodził się w 1911 roku w Szetejniach na obszarze dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, wokół trwał jeszcze wiek XIX, władzę sprawował car, bielony dwór stał w parku łagodnie opadającym w stronę rzeki, bryczki kołysały się na pylistych drogach. Swoje ostatnie teksty poeta przepisywał na komputerze Macintosh i jednym kliknięciem przesyłał z Krakowa do Kalifornii. Przez długi czas, zwłaszcza po Noblu (1980) i triumfalnym powrocie do Polski po 1989 roku, wydawało się, że jego miejsce w kulturze XX wieku jest niepodważalne. Maria Janion pisała o nim: „Miłosz przeszedł intelektualnie przez wszystkie piekła i niektóre raje XX wieku. Cały nasz świat idei i wyobrażeń jest u niego zawarty. Bez Miłosza polska doświadczona osobiście wiedza o wieku XX byłaby tak zubożona, że nie wiem, czy mogłaby się utrzymać na swych rachitycznych nóżkach” [1].

Dziś, dwadzieścia lat po śmierci, sytuacja Czesława Miłosza stała się skomplikowana. Może jest on pierwszym z wielkich, który domaga się uczciwej próby przywrócenia. Dziwna Miłosza spotkała przygoda. To jeden z najlepiej opracowanych polskich poetów, pod tym względem spokojnie może konkurować z Mickiewiczem, a w XX wieku nie ma sobie równych. Doczekał się świetnej biografii, setek naukowych rozpraw, niezliczonych edycji źródłowych, rozmów, esejów, korespondencji. Wydanie krytyczne jego dzieł zebranych liczy kilkadziesiąt tomów. A jednocześnie od kilkunastu lat jest poetą śladowo obecnym w głównych nurtach kultury, niestanowiącym żadnego punktu odniesienia we współczesnych dyskusjach. Jego istnienie ogranicza się do zamkniętych grupek wyznawców, niezmiennie odprawiających swoje krytyczno-edytorsko-czytelnicze rytuały (to nie jest sarkazm, sam do nich należę). Na zewnątrz Miłosz funkcjonuje w najlepszym wypadku pod postacią pustego znaku, kilku nic nieznaczących sloganów, które można sobie wyobrazić w ustach nauczycieli polskiego bez powołania, tych nieśmiertelnych Bladaczek powtarzających kolejnym pokoleniom uczniów: „Noblista”, „Autorytet moralny”, „Mędrzec”, „Mistrz”.

Na stawianie głębszych diagnoz nie ma tutaj miejsca, poprzestanę więc na kilku podstawowych kwestiach. Niewątpliwie mamy do czynienia ze znanym w tradycji zjawiskiem czyśćca literackiego, do którego twórca trafia po śmierci. Według dawnych zasad okres karencji trwa mniej więcej dwadzieścia lat (niegdyś jedno pokolenie), podczas których twórczość krystalizuje się, oczyszcza, a następnie powraca w odmienionej postaci lub przepada na zawsze. Miłosz w takim czyśćcu wciąż przebywa, wydaje się, że powoli zaczyna się ruszać, jednak trudno przewidywać, kiedy i w jakiej formie z niego wyjdzie. Nałożyły się na to gwałtowne przyspieszenie cywilizacyjne, medialne rewolucje i gruntowne przemiany właściwie wszystkich praktyk kulturowych. Z dzisiejszej perspektywy niełatwo wyobrazić sobie (lub przypomnieć), czym było czytanie poezji w roku 2000, nie mówiąc o latach 80. Intymne obcowanie z drukowanym tekstem, bez bodźców, linków, rozproszeń, nie tylko obecnych na ekranach, przede wszystkim uwewnętrznionych w umysłach i wzorach percepcji. Miłosz – poeta medytacji, długiej frazy i pytań fundamentalnych – nie dostarcza współczesnemu światu łatwych punktów zaczepienia.

Trzecim aspektem zjawiska jest krakowski etap życia poety (1994–2004), który był zasłużoną nagrodą za lata samotności i udręki, ale przyniósł też negatywne konsekwencje. To właśnie w ostatnich krakowskich latach umocnił się stereotypowy wizerunek nobliwego starca, strażnika hierarchii, twórcy powszechnie wielbionego, oswojonego i artystycznie przewidywalnego.

W przeddzień dwudziestej rocznicy śmierci poety, 13 sierpnia 2024 roku, w Programie II Polskiego Radia odbyła się blisko dwugodzinna debata zatytułowana „Co nam zostało z Miłosza?”. Redaktorka Katarzyna Hagmajer-Kwiatek zaprosiła do niej cenionych badaczy twórczości i życia Czesława Miłosza: Andrzeja Franaszka, Ewę Kołodziejczyk, przyjaciela i wydawcę poety Jerzego Illga oraz Natalię Malek, poetkę urodzoną pod koniec lat 80. Na szczęście debata nie zamieniła się w recytację gotowych poglądów, rozmówcy potrafili wyjść ze swoich baniek. I to właśnie Natalia Malek powiedziała w pewnym momencie coś ciekawego, mianowicie, że nie wyobraża sobie powrotu Miłosza w postaci całego spójnego dzieła. To będzie raczej powrót pojedynczych fraz, błysków, fragmentów. Pomysł ten nie spotkał się ze szczególnym entuzjazmem, ale dla mnie był na swój sposób olśniewający, może dlatego, że przyszedł spoza grona wyznawców, dla których wielkość poety nie wymaga żadnych uzasadnień.

Recepcję Miłosza w ostatnich latach utrudniał także masyw jego dzieła, ten trudny do objęcia kosmos tekstów, glos, autokomentarzy, pomnożony przez przepastną bibliotekę miłoszologiczną. Każdy, kto zaczynał przygodę z Miłoszem, musiał stanąć oko w oko z onieśmielającym bezmiarem, zmierzyć się z sytuacją, w której niemal każde słowo zostało zinterpretowane. Pisarz przygnieciony tonami papieru nie zachęca do poszukiwań na własną rękę. Należałoby go wydobyć z teoretycznych dyskursów, przywrócić niepowrotnym początkom, kiedy czyjaś wrażliwość spotyka się z kadencją słów. Więc powrót Miłosza nie jako zespołu problemów, motywów, diagnoz, kluczy interpretacyjnych, ale powrót linijek wierszy. Słów. Rytmów. Zrytmizowanych obrazów. Rozbłysków rzeczywistości. Dochodzimy w ten sposób do ważnej kwestii obecności poezji Miłosza w obiegach kultury, kwestii wznowień pojedynczych tomów oraz trudnych i ryzykownych, lecz niezwykle potrzebnych wyborów jego wierszy. Chwila na ziemi stanowi pewną propozycję. Dobrze, jeśli wkrótce pojawią się kolejne.

Z wyboru wyłania się poeta w różnych wcieleniach doświadczający ziemi, poeta we władzy Erosa i Thanatosa, pochłaniający barwy, kształty, pragnący przygwoździć rzeczywistość, dogłębnie przejęty przemijaniem, zapatrzony w powszechny ruch prowadzący ku śmierci. Na dalszy plan schodzą historyczne magle, intelektualne systemy, idee, rozważania o Bogu, filozofii, moralności, wartościach. Najważniejszym tematem jest tajemnica czasu i wszystko, co poezja potrafi zrobić z fenomenem „odsuwania się każdego «dzisiaj» we «wczoraj»”. Zawsze nieudane, ale wciąż ponawiane próby zamknięcia rzeczy w słowie. Próby nawiązania realnego kontaktu z umarłymi, odnalezienia dróg do przeszłości, która zastygła w formie i stylu swojej epoki. Zatrzymywanie chwil i przenikanie wierszem do ich wnętrza. Zapis miłosnych relacji z obecnymi i dawnymi kobietami. Wchodzenie w czyjeś ciało, w myśli i uczucia. Powroty. Utrwalone zachwyty. Pamięć przemieniająca rzeczy. Olśnienia na moment uchylające czas. Klęski. Utraty. Powtórzenia.Chwila na ziemi jest swego rodzaju dziennikiem elementarnych doznań i zdziwień związanych z uważnym byciem w czasie:

 

Miłości moja, gdzież są, dokąd idą

Błysk ręki, linia biegu, szelest grud –

Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.

(Spotkanie, 1937)

 

Ten sam i nie ten sam szedłem przez las dębowy

(Sroczość, 1958)

 

Budka kąpielowa, gdzie składałaś suknię,

Zmieniła się na zawsze w abstrakcyjny kryształ.

(Elegia dla N.N., 1962)

 

Wczoraj to było, a nie wiem, czy było.

(Zaśpiew, 1967)

 

Komu opowiadamy, co zdarzyło się nam na ziemi, dla kogo ustawiamy wszędzie lustra w nadziei, że napełnią się i tak zostanie?

(Annalena, 1967)

 

Ręka z grzebieniem, dwie twarze w lustrze

Są tylko raz, na zawsze. I niekoniecznie w pamięci.

(Po wygnaniu, 1981)

 

Stanąłem nad wodą i tak jak wtedy lekko łuszczyła się fala, niepojęta identyczność, niepojęte oddzielenie.

(Powrót, 1989)

 

Oczywiście u Miłosza to jest zawsze o wiele głębsze, bardziej skomplikowane, inne niż się wydaje. Tu nie obowiązują proste dychotomie, wulgarne albo – albo. Miłosz jest poetą wizji całkowitych. Jego obrazy mają piętra. W tym, co wypowiedziane, kryje się niewypowiedziane. Słowa noszą na sobie ślady sprzed wieków, odpryski symboli, resztki religijnych rytuałów. Rzeczy mają jednocześnie wymiar autobiograficzny, historyczny, metafizyczny. Wiersz Dar w swojej cudownie prostej afirmacji szczęśliwego dnia mówi też, poprzez brak, o wszystkich dniach wypełnionych bezgranicznym cierpieniem i rozpaczą. Żeby zapisać linię „Co dobre? Czosnek. Na rożnie udziec barani”, trzeba przejść przez piekła XX wieku, stracić wszystko, czytać filozofów i teologów, a gdzieś z tyłu głowy obracać wciąż pytania o istnienie Boga i naturę zła. Pozornie prosty i zmysłowy opis przebudzenia się kochanków „w królewskim łożu pod oknem mansardy” jest rozświetlony od wewnątrz problemem grzechu pierworodnego i sądu ostatecznego. Zachwyt twarzą dziewczyny spotkanej w metrze staje się impulsem do ontologicznego traktatu i refleksji o bolesnej niewystarczalności języka, który oferuje tylko odbicia.

Między innymi na tym polega wyjątkowość Miłosza. Z poezji uczynił podstawowe narzędzie poznania, myślenia i komunikacji, akt całościowy rozrywający granice papierowej literatury, przekraczający podziały na style i gatunki. Widać to wyraźnie, gdy ogląda się jego notatniki z rękopisami. Wiersze są wszystkożerne, mają niebywałą energię, wchłaniają w siebie inne zapisy, przebijają kartki, rozciągają się, wiją jak rzeki, otaczają girlandami skreśleń i wzorów, zmierzają w niejasnych kierunkach, czasem kilku naraz, jakby nie ostateczny kształt był ważny, ale sam ruch i bieg, żywioł inkantacji opętujący piszącego i obłaskawiający świat.

Jedną z ciekawszych koncepcji w badaniach nad Miłoszem jest przekonanie, że poeta w momencie debiutu był już gotowy, to znaczy nosił w sobie w formie zalążków późniejsze dzieło. Jan Błoński tak to sformułował w Przedsłowiu do reprintu Trzech zim (1936): „Czytane dzisiaj zdają się zapowiadać całą twórczość Miłosza poety. Ale jak mgliście, przewrotnie, zagadkowo… Gdyby nie późniejsze wiersze Miłosza (a także jego autokomentarze) Trzy zimy pozostałyby zapewne długo palimpsestem czy meteorytem, spadłym z nieba poetyckich przeznaczeń” [2]. Stanisław Barańczak zakończył swoją niezwykle drobiazgową analizę wiersza Świty stwierdzeniem, że „w tym młodzieńczym wierszu zawarty jest in nuce cały późniejszy Miłosz – poeta «smutnej planety», ale poeta, któremu na tej planecie «życia jednego za mało»” [3]. Podobną myśl wiele lat później skrótowo ujęła Barbara Toruńczyk: „Miłosz miał wyobraźnię proteuszową, wszystko w nim było od początku” [4].

W niniejszym zbiorze proteuszowa natura wyobraźni Miłosza jest dobrze widoczna dzięki zamieszczeniu na niespełna 100 stronach wierszy napisanych w ciągu siedemdziesięciu lat. Weźmy otwierające książkę Zakończenie, wiersz pochodzący z debiutanckiego tomu Poemat o czasie zastygłym (1933), nieprzedrukowany przez poetę, o ile się nie mylę, w żadnym wyborze. Mimo młodzieńczej formy, widocznego wielosłowia czy niespotykanych później cięć wersów znajdziemy tu wiele scen i motywów powracających w późniejszej twórczości. Są fragmentaryczne obrazy, wielozmysłowe stop-klatki: „Dzieci tupocą”, „Górzysta ulica”, „łuny obracają skrzydła”, „Ptaki górą z krzykiem przeleciały”, „Śmiech lokomotyw”. Jest młodzieńczy bohater, który mówi o sobie „byłem i nie ma mnie” i z pogardą żegna ziemię: „Nieś ziemio dalej swoje wątłe miasta. / Między tobą i mną przestrzeń powstaje burzliwa”. Jest wreszcie motyw lotu, ostatnich spojrzeń rzucanych w dół: „jadłem parują sosnowe stoły, / dzieci górzystą ulicą do szkoły / idą”.  Scenerię napisanego w Wilnie w 1932 roku wiersza Świty tworzy kamienica budząca się ze snu, ale właściwym tematem – co we wspomnianym tekście z matematyczną precyzją udowodnił Barańczak – jest przyspieszający rytm, rozpędzający się czas, ruch w przestrzeni od szerokich kadrów podwórka do klaustrofobicznego pokoju, w którym samotna kobieta wstaje „ze zmiętej pościeli”, ogląda na udach „kłęby cienkich fioletowych żył” i przed czarnym lustrem „dwie łzy lekko wyciera chusteczką”, „farbą przyciemnia brew”. Z kolei w oszczędnym Spotkaniu (1937) zawiera się cała wrażliwość Miłosza na przepadanie istnień, zdarzeń, osób, jego chłodny, pozbawiony patosu i nostalgii stosunek do czasu. Przepracowując do końca życia w poezji doświadczenie przemijania, Miłosz na dobrą sprawę nie wyszedł poza tę wizję ułożoną z dziewięciu linijek, niezwykle konkretną, a zarazem nieuchwytną, jakby zamkniętą w podwójnej szklanej kuli.

Gdy zaraz potem czyta się Historie ludzkie, jeden z ostatnich wierszy Miłosza ukończony w 2003 roku, trudno się oprzeć wrażeniu, że stary poeta, który przyznaje się do porażki, bo nie potrafił opisać „koślawego” życia zwykłych ludzi, ma gdzieś głęboko w pamięci te dzieci idące do szkoły, kobietę unieruchomioną na zawsze przed lustrem, ruch ręki bezimiennego mężczyzny „dawno”, „przed świtem”, na „zamarzłych polach”. Nikt ich nie opisał i nie zbliżył się do nich tak jak on. Przegrał, bo w tej grze o najwyższą stawkę – przedłużenie świata choćby „o jedną chwilę” – na końcu zawsze się przegrywa.

Zimą 1984 roku tom Nieobjęta ziemia był właściwie gotowy. Czekały jeszcze Miłosza ostatnia selekcja utworów, praca nad układem, no i wybór tytułu. Tom, na razie w postaci maszynopisu, gromadził wiersze, komentarze, małe prozy, cytaty, fragmenty listów, przekłady, notatki pochodzące głównie z lat 1981–1983. Dla poety był to czas późnej miłości, niezliczonych podróży, długich pobytów w Paryżu, na Korsyce, w Japonii. Powrót do świata wchłanianego zmysłami, ponowne otwarcie na konkretną rzeczywistość. Teksty zapisywane w notatnikach, często na kolanie, w samolocie, hotelu tworzyły gęsty wielogatunkowy splot, a Miłosz komponował z nich tom kunsztowny, może najdoskonalszą realizację „formy bardziej pojemnej”, łączącej różne czasy, miejsca, głosy żywych i umarłych. W lutym 1984 roku poeta spędził kilkanaście dni w Nowym Jorku i Waszyngtonie, dał kilka odczytów, udzielił wywiadu, spotkał się między innymi z Janem Błońskim. W piątek 17 lutego w mieszkaniu na Manhattanie przy 87 ulicy od rana czytał wiersze Blaise’a Cendrarsa (przedstawiciel fotograficznego realizmu), a wieczorem razem z Renatą Gorczyńską poszukiwali tytułu przygotowywanej książki. Była to prawdziwa burza mózgów, na kartki notatnika trafiały w bezładzie dziesiątki pomysłów: Otwarte okna pięciu zmysłów, Pierwsze metro, Miasta o świcie, Gęstość rzeczy, Księga zdziwień, Nieobjęta ziemia, Kraina żywych, Wnętrze kwiatu, Sens niedosiężony, Księga stołu i łoża, Ponazywać rzeczy, Świat pełen rzeczy, Dzień więcej, Miłość życia, Mała ziemia, Zobaczona ziemia, Pamiętana ziemia, Śmiertelna ziemia. Na jednej z kartek widnieje niezbyt wyraźny zapis niebieskim piórem, bez żadnych podkreśleń, znaczków, więc raczej szybko odrzucony – Chwila na ziemi.

Pożyczyłem ten tytuł z notatnika Miłosza i z tamtego zimowego dnia sprzed czterdziestu lat w przekonaniu, że wyjątkowo dobrze współgra z niniejszym wyborem.

sierpień 2024

MICHAŁ SZYMAŃSKI

[1] Maria Janion, Kroński–Miłosz. Epizod z dziejów myśli i poezji [w:] tejże Do Europy – tak, ale razem z naszymi umarłymi. Warszawa, Sic!, 2000.

[2] Jan Błoński, Przedsłowie [w:] Czesław Miłosz, Trzy zimy & głosy o wierszach, pod redakcją Renaty Gorczyńskiej i Piotra Kłoczowskiego. Londyn, Aneks, 1987.

[3] Stanisław Barańczak, Świty [głos o wierszu] [w:] Czesław Miłosz, Trzy zimy & głosy o wierszach, dz. cyt.

[4] Barbara Toruńczyk, Miłosz: na marginesie biografii, „Dwutygodnik” 2011 nr 64, przedruk pt. Kilka wypowiedzi pro i contra. Na marginesie książki Andrzeja Franaszka „Miłosz. Biografia” [w:] tejże Nitka Ariadny, Warszawa, Zeszyty Literackie, 2014.

Tekst z tomu Czesław Miłosz „Chwila na ziemi”. Wybór wierszy: Michał Szymański. Wybór ilustracji: Janusz Górski. Warszawa, Biblioteka Publiczna m. st. Warszawy, Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego, 2025.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

Nota o ilustracjach

Ksiądz Józef Sadzik, założyciel Centrum Dialogu (Centre du Dialogue) w paryskim domu pallotynów, wieloletni przyjaciel Czesława Miłosza, w 1972 roku namówił poetę do podjęcia prac nad przekładami Biblii, a Janowi Lebensteinowi zlecił wykonanie ilustracji do tego przekładu. „Siła kulturotwórcza osobistych związków jest dziś niedoceniana, a przecież dzięki porozumieniu tej trójki przyjaciół [1]  powstało dzieło jakby w przewidywaniu chwili, gdy nakazem historii znajdzie się znalezienie formy niezbędnego dialogu między polską sztuką i Kościołem katolickim”[2]  – pisał w paryskiej „Kulturze” Konstanty A. Jeleński. Wcześniej malarz ilustrował okładki amerykańskich edycji Doliny Issy oraz był autorem oprawy i rysunków na wyklejkach polskiego wydania tej książki nakładem londyńskiej Oficyny Poetów i Malarzy w 1966 roku. W następnych latach oficyna Éditions du Dialogue wydała w tłumaczeniu Czesława Miłosza i z ilustracjami Jana Lebensteina Księgę Hioba (1981) [3]  oraz Apokalipsę (1984). W 1989 roku Wydawnictwo Dolnośląskie opublikowało Poematy Miłosza ilustrowane grafikami Lebensteina.

Myliłby się jednak, kto by sądził, że twórcza współpraca między poetą i malarzem dała rezultat mistrzowski. Wszystkie ilustracje Lebensteina do książek Miłosza pozostają na marginesie dzieła malarza – cechuje je ilustracyjność, obca Lebensteinowi już od młodzieńczych poszukiwań inspirowanych taszyzmem: „Magnetyczna forma wczesnych obrazów Lebensteina mieściła się jeszcze w obowiązującej konwencji abstrakcyjnej, wnosząc zarazem coś nowego, tajemniczy element organicznej konieczności” [4] . Dokonany w połowie lat sześćdziesiątych zwrot w stronę figuracji, zainspirowany reliktami archaicznych cywilizacji: sumeryjskiej, asyryjskiej, babilońskiej, które malarz oglądał w podziemiach Luwru, oraz fascynacją starożytnymi mitologiami, nadał obrazom Lebensteina status przepastnej metafory losu człowieka uwięzionego w swojej biologiczno-fizjologicznej naturze. Artysta, mimo że odległy od epatowania potwornościami, przedstawiał na swoich płótnach nasze – ludzi – tragiczne uwikłanie w zwierzęcość.

Jerzy Jaworowski, zapomniany dziś wybitny grafik i rysownik, konstatował w 1964 roku: „[…] ilustracja stała się u nas niesłychanie wąską specjalizacją graficzną, tzn. dziewięćdziesiąt procent związanych z książką grafików pozostaje jej niewolnikami dozgonnie. Wyłączne oddawanie się tak wąskiej warsztatowo dziedzinie jest niebezpieczne. Gdzie indziej książki opracowują malarze, plastycy o szerszej skali zainteresowań i praktyki, ba, rzeźbiarze – to właśnie działa niesłychanie odświeżająco” [5] . Jan Lebenstein, malarz i rysownik, ilustrował książki sporadycznie [6] , gdzie zatem szukać źródeł narracyjności dominującej w jego ilustracjach (skądinąd oryginalnych i inspirujących)? Dlaczego nie wykorzystał tu swoich doświadczeń malarskich – a miejsce metafory zajęła dosłowność? Czy górę wzięły przyzwyczajenia edytorów, racje handlowe, czy sugestie przyjaciół: księdza Sadzika i Miłosza? A może wyniesione z akademii przekonanie, że taka jest rola ilustratora (pracownię ilustracji prowadził w warszawskiej ASP Jan Marcin Szancer, o którym mówiono z przekąsem, że jeśli w książce Janek o piątej jadł obiad, to Szancer rysował obok chłopca zegar ze wskazówkami na tej godzinie)?

 

Czesław Miłosz w liście do malarza pisał: „[…] przez kilka dziesiątków lat próbowałem Ciebie namówić do malowania spokojnych, tłustych krów na łące, jak żywych. Siebie też próbowałem namówić, ale niezbyt udawało mi się naśladowanie mojego ulubionego bohatera, byka Fernando, wąchającego kwiaty” [7]. Michał Szymański, autor wyboru utworów do niniejszego tomu, włączył do niego wiele wierszy dokumentujących mizantropię poety, jego głęboki pesymizm wywołany powtarzanymi uparcie pytaniami o ulotność naszych namiętności i znikomość naszych starań:

 

TO jest podobne do myśli bezdomnego, kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście. […]

TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kogoś, kto pojął, że został opuszczony na zawsze.

Albo do słów lekarza o nie dającym się odwrócić wyroku.

Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur, i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom [8] .

 

W 1959 roku Jan Lebenstein zdobył Grand Prix na Międzynarodowym Biennale Malarstwa Młodych w Paryżu, dzięki czemu otrzymał stypendium artystyczne. Miał spędzić we Francji rok, ale postanowił nie wracać do Polski. Nie potrafił żyć w zniewoleniu, posłuszny dogmatom i wytycznym komunistycznych aparatczyków. Cena, jaką zapłacił, okazała się wysoka: zostawił w kraju rodzinę, przyjaciół, a przede wszystkim oddychającą tym samym powietrzem publiczność. W Paryżu był dogłębnie samotny. Cenił sobie całkowitą niezależność, żył i tworzył na uboczu, nie zabiegał o sławę i sukces. Jako artysta wciąż poszukiwał odpowiedzi na najważniejsze pytanie: czym jest cierpienie i śmierć. Konstanty A. Jeleński już w 1960 roku dostrzegł w pracach Lebensteina „zaszyfrowaną pieczęć Erosa i Thanatosa”. „[…] Czy mogę zaręczyć, że zdanie to podyktowało mi wówczas oko krytyka, a nie intuicja przyjaciela?” – pytał po latach. „Twoje dzieło nieraz przypomina mi o opiniach Aleksandra Wata, który w sztuce i literaturze nam współczesnej widział odrodzenie się makabrycznej wizji baroku z jego stałym memento mori. […] Choć posuwasz bardzo daleko sprzeczność pomiędzy formą ludzkiego ciała i jego rozpadem, jego szkieletowatością, jest to u Ciebie prawdziwa pasja erotyczna, gniew na ciało, że jest tylko tym, czym jest” [9] . Miłośnicy sztuki nieczęsto przyglądają się z bliska fakturze płócien. Spękania, liszaje, narośla, gruzłowate nawarstwienia farby na obrazach Lebensteina przywodzą na myśl spotworniały obraz ludzkiego wnętrza, a deformacje są stygmatem cierpienia ciała – i ducha. Niepewne kontury, barwy ziemi (czerń, sepie, ugry, szarości), zrakowaciałe struktury, mikrodrgania w jego obrazach są być może ważniejsze od przedstawień. Niektórzy krytycy zaliczali Lebensteina do malarzy brzydoty, a on przecież tylko próbował zobrazować TO.

JANUSZ GÓRSKI

[1] List do Lebensteina z okazji 30-lecia twórczości malarza Miłosz zatytułował serdecznie „Kochany Jasiu”.

[2] Konstanty A. Jeleński, Samotna droga Jana Lebensteina, „Kultura” 1985 nr 7-8.

[3] Było to jubileuszowe wydanie dedykowane przez wydawnictwo poecie w 70. rocznicę urodzin. W tekście znalazło się 21 czarno-białych ilustracji, a na końcu 10 tablic z całostronicowymi kompozycjami Lebensteina.

[4] Konstanty A. Jeleński, dz. cyt.

[5] Danuta Wróblewska, Z zagadnień grafiki książkowej. Rozmowa z Jerzym Jaworowskim, „Przegląd Księgarski i Wydawniczy” 1964 nr 6.

[6] Jest też autorem cyklu ilustracji inspirowanych Folwarkiem zwierzęcym George’a Orwella (1974), ilustrował poezje Aleksandra Wata (1968) i prozę Gustawa Herlinga-Grudzińskiego (1988). W 1995 roku w krakowskiej Oficynie Literackiej ukazały się Księgi Genesis to jest pierwsze Mojżeszowe w obrazach Jana Lebensteina w przekładzie z łaciny ks. Jakuba Wujka z 43 ilustracjami artysty.

[7] List Czesława Miłosza do Jana Lebensteina, „Kultura”, 1985 nr 7–8.

[8] Fragment wiersza Czesława Miłosza

[9] Konstanty A. Jeleński, dz. cyt.

Tekst z tomu Czesław Miłosz „Chwila na ziemi”. Wybór wierszy: Michał Szymański. Wybór ilustracji: Janusz Górski. Warszawa, Biblioteka Publiczna m. st. Warszawy, Biblioteka Główna Województwa Mazowieckiego, 2025.

 

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury.

 

Adam w Krainie Czarów

Nic dziwnego, że Nowy Jork hucznie obchodzi stulecie tygodnika „The New Yorker”, wszystko co w tym mieście doczeka tak sędziwego wieku zasługuje na szacunek. Pośpiech, zmiana, ucieczka do przodu są tu najważniejsze. A „The New Yorker” nie miał łatwego życia, owszem, czytany, poważany, ale także wyśmiewany i często zagrożony finansowo (na dziś dochodowy). Ostro walczy z nowym establishmentem, więc jego przyszłość jest niepewna i uroczystości to rodzaj zaklęcia. Dopiero początek roku, bankiety, wystawy, spotkania, festiwal filmowy – wygląda to na pośpiech. Ale pewnie wszystko zostało zaplanowane już przedtem, w czasie tak niedawnego i zwodniczego spokoju.

Wśród tych obchodów największe wrażenie zrobiły na mnie dwa przepastne tomy – antologie wierszy i opowiadań, które przez te sto lat ukazywały się w „New Yorkerze” tydzień w tydzień. Naprawdę imponujące.

Na pierwszym planie kolorowej okładki tomu Stulecie poezji są palce, które przytrzymują monokl powiększający trochę zdziwionego motyla; w tle widać wiele innych motylków, ale nieco rozmytych, bo z pewnością widzianych przez starszego niedowidzącego dandysa (z kataraktą). Jest to zrozumiały dla czytelników tygodnika wariant pierwszej, ale raz do roku powtarzanej, okładki „New Yorkera” z postacią Eustace’a Tilley’a, miejskiego dandysa podejrzliwie i z dystansem oglądającego przez monokl właśnie małego motylka. Okładka towarzyszącego tomu Stulecia prozy (jeśli tak tłumaczyć fiction) jest uzupełnieniem tej pierwszej okładki: spoglądamy tu z perspektywy motylka, czyli z drugiej strony monoklu na dandysa i jego uzbrojone w rękawiczkę palce; kontury licznych motylków w tle są równie rozmazane jak na poprzedniej okładce; widocznie motylek też już jest wiekowy.

Tom prozy ma tysiąc sto dwadzieścia stron i przedstawia siedemdziesiąt osiem opowiadań najważniejszych pisarzy anglojęzycznych ostatniego stulecia. Redaktorka tomu, Deborah Treisman, wybrała je z trzynastu tysięcy tych, które ukazały się w druku. Nie potrafiła podać kryterium, którym się kierowała w swym wyborze, ale świetnie opisuje ogólne zmiany gustów i oczekiwań, jakie redaktorzy „New Yorkera” narzucali autorom. A także bunty pisarzy, którzy rozsadzali te ograniczenia. Trudno byłoby wyliczyć autorów, nie ma tu osób nieważnych. Niewielka część z nich to tłumaczeni klasycy: Isaac Bashevis Singer, Jorge Luis Borges, Bruno Schulz, Haruki Murakami, Roberto Bolaño, Chimamanda Ngozi Adichie i Yiyun Li. Nie za wiele, ale literatura obca nie była mocną stroną tygodnika.

Natomiast tom poezji – dziewięćset osiemdziesiąt stron – ma charakter niemalże encyklopedyczny, choć jest wyborem paru tysięcy wierszy spośród ponad trzynastu tysięcy pięciuset, które się ukazały na przestrzeni stu lat. Mamy tu wszystkich lub prawie wszystkich anglojęzycznych poetów i poetki, którzy się dziś liczą, ale także niektórych ze świata. Najczęściej drukowanym w „New Yorkerze” poetą był W. S. Merwin (400 razy!), w obecnym wyborze można znaleźć cztery jego wiersze. Więcej, bo aż sześć ma poetka Sharon Olds, niezreformowana kalifornijska hipiska (używam tego określenia z szacunkiem). Redaktor tomu, czarny poeta Kevin Young, usiłuje wyrównać ogromną, w zasadzie skandaliczną stratę: przez pierwsze siedemdziesiąt pięć lat „New Yorker” wydrukował tylko jednego autora, który nie był biały – Langstona Hughesa (w obecnym tomie ma dwa wiersze). Dopiero w roku 1972 Derek Walcott przetarł drogę nie-białym, choć sam zawsze nalegał, że nie pisze wierszy jako czarny, tylko jako poeta.

Tłumaczeń jest tu niewiele. Z Polaków są trzy krótkie wiersze Miłosza, po dwa Szymborskiej i Herberta, jeden Tadeusza Dąbrowskiego. Pokazuje to siłę poezji polskiej w anglojęzycznym świecie. Szczególnie, że antologię otwiera i jest jakby mottem dla całego grubaśnego tomiska – wiersz Adama Zagajewskiego Spróbuj opiewać okaleczony świat (w tłumaczeniu Clare Cavanagh). Redaktor tomu umieścił ten wiersz osobno i na samym początku antologii, bo, jak pisze, jego ukazanie się nadało nowe znaczenie poezji po ataku na World Trade Center w 2001 roku. Wiersz ten, jak widać, został przyswojony pewnej części (połowie?) poezji amerykańskiej, stał się jakby sztandarem. A może programem?

Antologia kończy się symetrycznie też osobno umieszczonym wierszem poetki Ady Limón, zatytułowanym Koniec poezji. Jest to wiersz, który symbolizuje epokę Covidu, tak jak wiersz Zagajewskiego, napisany przed wydarzeniem, do którego jego znaczenie jest przypisane. O ile wiersz Zagajewskiego deklarował swoją myśl już w tytule, wiersz Ady Limón, po opisie izolowanego świata, kończy się prośbą „Proszę, dotknij mnie” (ten koniec tytułowi zaprzecza). Jest to więc także wiersz-manifest, świetna, „dotkliwa” prośba. Co ciekawe, zarówno początek jak i koniec zbioru należy do autora i autorki „skądinąd”, choć Limón jest poetką języka angielskiego. Widać tu intencję redaktora otoczenia wybranych wierszy – tej krainy czarów – dwoma wyznaniami wiary w moc i siłę sprawczą poezji. „Wielkie wiersze – pisze – są nie tylko teraźniejsze, ale także prorocze. Wielka poezja jest aktualna i bezczasowa”.

Jest sporo innych nowojorskich instytucji, które właśnie obchodzą stulecie swego istnienia. Większość ma swoje skróty: GWB (George Washington Bridge), WNYC (New York Public Radio), FDNY (Fire Department of New York). Jak już mówiłam, stulecie to spore osiągnięcie samo w sobie; w przeciwieństwie do Paryża Nowy Jork jest miastem niecierpliwym. Czuję, że te tomiszcza „New Yorkera”, tak ciężkie i niepraktyczne w czytaniu, są rodzajem pomnika postawionego czemuś bardzo kruchemu i ulotnemu, pismu, które można zdmuchnąć w jednej chwili, jak tego podstarzałego motylka. Ale literatury jest w nich na stulecia. I tego się trzymamy.

IRENA GRUDZIŃSKA-GROSS

Grand tour księcia Huberta

[…] Chłopak rusza dalej w podróż koleją, przez Innsbruck i Bolzano do Werony, tunelami przecina Alpy, by – jak komentuje ojciec – samodzielnie się ruszać, bezpośredniej odczuwać i mieć czas na zasymilowanie wrażeń. Ojciec cieszy się, że realizuje się znów jego projekt wychowawczy – grand tour w dawnym stylu to powrót do indywidualnego toku edukacji przerwanego semestralnym cyklem egzaminów i maturą w lwowskim gimnazjum. Syn dociera do Mediolanu, ogląda prace rekonstrukcyjne na zamku Sforzów, jest świadkiem odbudowy symbolu twierdzy – wieży Filarete, zniszczonej wraz z częścią murów w czasie wojen napoleońskich. Tak jak w Wiedniu zalicza obowiązkowy punkt programu każdego turysty, czyli jeden z największych kościołów ówczesnego świata. Wspina się po schodach na dach katedry. Pośród stada gargulców spogląda z tarasów na miasto – tuż obok Galeria Wiktora Emanuela II, cud techniki lat siedemdziesiątych XIX wieku, grzechem byłoby tam nie wstąpić. Przed zachodem słońca wychodzi na plac, by odkryć tajemnicę Duomo – to właśnie w wiosenne popołudnia kąt padania światła wydobywa prawdziwy, różowy odcień marmurowej fasady.

Opuściwszy Nizinę Padańską, wjeżdża znów w górzysty teren – pierwsze spojrzenie na Apeniny od ich północnego krańca. Pociąg jedzie dolinami i wąwozami, coraz węższymi, aż z głębokiego wykopu zanurza się w tunel pod wysokim, zalesionym zboczem. Nieprzyjemny huk nie pozwala zebrać myśli, jakby spadało się w nieprzeniknioną, piekielną czeluść. Na szczęście trwa to tylko kilka chwil i nagle oślepiający blask ogarnia przedział za przedziałem, nim jeszcze dym buchający z parowozu zdołał się rozwiać. Oczom Stasia ukazuje się nie tyle inny świat, co jakby inna pora roku. W początkach wiosny ciepłe powiewy wiatru przynoszą już na włoskiej riwierze słodki zapach kwitnących migdałowców, brzoskwiń i jabłoni. Pośród zieleni drzew pomarańczowych, pinii, laurów i cytryn tym bielszy zdaje się odcień marmurowych fasad prześwitujący spomiędzy wiekowych oliwek i winorośli. Pociąg pełznie powoli w dół, ku morzu, a przybysz z dalekiej Północy odkrywa istnienie na ziemi czegoś na kształt rajskiego ogrodu.

Henryk Jasieński, towarzysz zakopiańskich zabaw Stasia, wspominał, że w tych latach Nervi przyciągało nie tylko łagodnym klimatem, ale przede wszystkim naturalnością relacji między ludźmi z różnych klas społecznych, „żywością, wesołością i uprzejmością miejscowej prostej ludności, demokratyczną i jednocześnie kulturalną swobodą obejścia dorożkarzy, tragarzy, drobnych sklepikarzy, kucharek, służących, praczek…”. Często można było spotkać markiza albo hrabiankę, eleganckich ziemian i kuracjuszki w swobodnej rozmowie ze zwykłymi mieszkańcami, zazwyczaj zajętymi swoją robotą, choćby z zamiataczem. Staś mógł mieć w Italii wrażenie, że wręcz dotarł do krainy równości.

W Galicji chłop, robotnik fabryczny, a tym bardziej służący czapkują jeszcze z uniżonością przed jaśniepaństwem, a nieraz całują po rękach – na wszelki wypadek, z przyzwyczajenia, w potrzebie albo z musu. Tu zwyczajnym widokiem jest podanie ręki i uchylenie kapelusza na pożegnanie mimo przepaści ekonomicznej i różnicy pochodzenia. Co prawda bez jakiejkolwiek poufałości. Błękitna krew nad Morzem Liguryjskim jakoś delikatnieje, choć oczywiście tylko w przelotnych kontaktach – nie zapomina się wdziewać surduta form i konwenansów w życiu towarzyskim, na salonach, a zwłaszcza w najistotniejszych sprawach rodzinnych, jak ożenek i zamążpójście.

Z Nervi Staś spogląda na liguryjskie Alpy, podziwia ogromne agawy o grubych, mięsistych, jasnozielonych liściach, jakby obsypanych stalowo-szarym pyłkiem. Żwirowane dróżki wiją się pośród kęp pospornicy, oleandrów i jaśminów. W przeciwieństwie do szarego, ubłoconego polskiego wczesnowiosennego krajobrazu, włoska riwiera oszałamia bujną zielenią wiciokrzewów, heliotropów, aromatem rozgrzanych słońcem kwiatów magnolii i pomarańczy. W niebo strzelają, niczym rodzime topole, wielkie drzewa kamforowe z drobnymi, silnie pachnącymi listkami. Wśród nerwijskich prywatnych ogrodów najsłynniejsze są już wówczas te okalające wille markizów Serra i Groppallo, blisko nadmorskiej promenady. Przez otwarte okna eleganckich budynków dolatują głosy kucharek i służących śpiewających ludowe albo uliczne piosenki. Nastoletni Henio Jasieński będzie wspominać to włoskie rozśpiewanie jeszcze po wielu latach: „Śpiewał pełnym głosem murarz czy blacharz zawieszony nad oknem na rusztowaniu, dzięki łagodnemu powietrzu nucili, czytając jednocześnie gazety, oczekujący na pasażerów dorożkarze, i wreszcie łagodne powietrze, otwarte okna, wystawione na ulice stoliki kawiarniane i restauracyjne i całe w ciepłym klimacie rozwinięte życie uliczne dawało szczególnie rozległe pole do popisu niezliczonym ulicznym śpiewakom i grajkom, solistom i duecistom, i całym niekiedy licznym muzycznym zespołom. […] Ta muzyka miała swój może nieraz ordynarny, ale bardzo wyraźny i odrębny smak, tak właśnie uderzający i odurzający jak smak i zapach powietrza zaczerpniętego przez okno wagonu po wyjechaniu z tunelu ponad Genuą. Tak czy owak muzyka ta działała na mnie bardzo silnie i przyprawiała mnie, używając najtrafniejszej w tym wypadku terminologii Witkacego, o bardzo wyraźne wstrząsy bebechowe” [1].

Stasiek, wychowany pod tatrzańskimi reglami, odpoczywający dotąd zwykle pośród dziewiczych puszcz syłgudyskich, pogrążony jest w metafizycznych dywagacjach, nie w celebrze uzdrowiskowych dygnięć i ukłonów. Postrzega kurort i ogród jako twory w całości wygenerowane przez człowieka, zaprojektowane, a więc sztuczne. Realizowane jako przestrzenie zabijania czasu przez arystokratów i burżuazję, są przecież XIX-wieczną zapowiedzią kultury masowej, z którą Staś będzie wojował o rząd dusz przez całe życie. Ogród – jak samo słowo podpowiada – to ogrodzona, zamknięta antyteza wolnej natury. Dziesiątki ogrodników pilnują codziennie, by sprowadzone gwałtem z innych krain i posadzone w nim rośliny, jak indyjskie drzewo w kształcie łodzi, przestrzegały w swym wzroście i rozmnażaniu narzuconych im zasad i form. Ogrody Nervi muszą być w swych założeniach, a w efekcie także w zapachach, kształtach i dźwiękach, podobne do swych matryc w innych modnych miastach i uzdrowiskach. Są zatem w rozkładającym się europejskim systemie klasowym instytucją równie ważną, choć pozornie nieopresyjną, co etykieta obyczajowa i gorsety krępujące tułowie. Na popołudniowej przechadzce w eleganckim towarzystwie wszyscy, włącznie ze Stasiem, wiedzą, jakie tematy wypada poruszać w konwersacji, w jakim nakryciu głowy opuszcza się mieszkanie i do których lektur można się przyznawać.

Przykrawanie do szablonu swojej sfery wytrzymuje raptem parę dni. Oficjalnie przez deszczową pogodę, a tak naprawdę zmęczony rodzinnym nadzorem Stach wsiada znów do pociągu, by nadmorską trasą, wiodącą niezliczonymi tunelami, pod wzgórzem Portofino, przez Rapallo, Chiavari i portową La Spezię, dotrzeć do Pizy i na placu Cudów naocznie sprawdzić stopień nachylenia słynnej kampanili. Wchodząc do katedry, na XVI-wiecznych drzwiach z brązu dostrzec mógł nosorożca i jaszczurki – może potarł ich główki na szczęście, jak miliony pielgrzymów? Jeśli spojrzał na wiszący u sufitu świątyni żyrandol, mógł przypomnieć sobie historię eksperymentów Galileusza, który w tym miejscu zauważył, że czas lotu wahadła nie zależy od jego wychylenia, a dzięki temu rozpoczął analizy ruchu naszej planety. Może wstąpił do największego na świecie baptysterium Świętego Jana Chrzciciela, by przekonać się o wyjątkowości tamtejszej akustyki?

S. I. Witkiewicz, „Pejzaż włoski”, 1904, Muzeum Pomorza Środkowego w Słupsku.

Z Pizy Staś wysyła kolejną pocztówkę do domu, żeby tylko dać znać, że żyje i ma się dobrze, bo dzielić się wrażeniami i przemyśleniami ewidentnie nie zamierza. Pisze lakonicznie, całuje, załącza pozdrowienia, rodzicom serwuje niedosyt i niepokój. Ojciec narzeka, że wiadomości na kartkach docierających do domu są „zredukowane prawie do stempla pocztowego”. Chłopak przemieszcza się, jak gdyby zaopatrzył się u jakiegoś szewca maga w siedmiomilowe buty. Maluje – olejny Pejzaż włoski z tej wyprawy możemy dziś zobaczyć w słupskim Muzeum Pomorza Środkowego. Pokaźny zestaw studiów z natury, widoki morza i ośnieżonych szczytów wysyła Józefowi Siedleckiemu, który malarskim okiem znawcy rozpoznaje wielki talent i rzetelne przygotowanie warsztatowe młodego rysownika. Staś nie do końca wierzy w obiektywizm pochwał – jego ojciec opublikował przecież rok wcześniej książkę Dziwny człowieko Siedleckim, jego artystycznych pasjach i niezwykłym zbiorze reprodukcji dzieł sztuki.

Florencja, Rzym, Neapol… do jakich miast w końcu dotarł – to zagadka dla biografów. Ojciec próbuje wykorzystać wszelkie kontakty ze znajomymi przebywającymi choćby w pobliżu trasy podróży jedynaka, by zdobyć więcej informacji. Delikatnie podpowiada, że we Włoszech jest właśnie malarz Jan Stanisławski, a do Rzymu dojechał wuj Adam hrabia Giełgud, który bardzo chętnie wymieniłby się włoskimi wrażeniami. W Wielki Czwartek, 31 marca, Witkiewicz wyobraża sobie, że może Stach zobaczy w tym dniu samego papieża, gdy obmywa nogi dwunastu biedakom, „co jest jedną z bezecnych hipokryzji ludzkiego sumienia”. Namawia syna na wizytę u Marii i Kazimierza Sobańskich w Palermo, z nadzieją na obszerniejszą później relację o jego kondycji. Patrząc na kartkę od panny Sobańskiej, z widokiem z Taorminy, poprzez ruiny starożytnego greckiego amfiteatru spogląda na Morze Jońskie i zaśnieżoną Etnę. Zachwycony Witkiewicz domyśla się, że na Sycylii kwitną właśnie migdałowce.

Stach zdaje sobie sprawę z tego, że świat stoi przed nim otworem, a skala wiedzy, wrażeń zmysłowych i przeżyć estetycznych, jakie na niego czekają, jest nieporównywalna z tymi, które były w zasięgu poprzednich pokoleń. Zwłaszcza dziadków i ojca wygnanych na Syberię, walczących latami o przetrwanie za to, że angażowali się w walkę o niepodległość. Rodzice co parę dni zapewniają syna, że wszelkie potrzeby finansowe może im zgłaszać, a oni zrobią wszystko, by przesłać mu pieniądze do odbioru we włoskich bankach. W połowie kwietnia przez Wenecję wraca w rodzinne strony, mimo próśb ojca, by w mieście gondolierów odpoczął i dał sobie czas na „skondensowanie wrażeń”. Jako wielbiciel kotów podpisałby się zapewne pod refleksją Karela Čapka, któremu prawie dwadzieścia lat później spodoba się w Wenecji jej średniowieczność i orientalność, zagmatwana sieć wąziutkich uliczek, mnogość najprzeróżniejszych statków, życzliwość żandarmów, a najbardziej właśnie wszechobecność – jak mawiano u Witkiewiczów – linii kociej: „Jest niezmiernie przyjemne, że nie ma tu ani jednego samochodu, ani jednego roweru, ani jednej dorożki czy wozu lub lektyki, ale za to jest bardzo wiele kotów, więcej niż gołębi na placu Świętego Marka, kotów wspaniałych, tajemniczych i jasnookich, z korytarzy ironicznie spoglądających na turystów, a w nocy miauczących zadziwiającymi altami” [2].

PRZEMYSŁAW PAWLAK

Fragment książki „Witkacy. Biografia”, Warszawa, Iskry, 2025. Aby zamówić – kliknij tutaj

[1] H. Jasieński, Wspomnienia, niepubl., maszynopisy i rękopisy w zbiorach Biblioteki Narodowej i Biblioteki Jagiellońskiej, do druku przygotowuje P. Pawlak.

[2] K. Čapek, Listy z podróży. Tłum. P. Godlewski, posłowie L. Engelking, Warszawa 2021, s. 11.

Nad Owidiuszem (1)

Był największym poetą, jaki kiedykolwiek tworzył w języku łacińskim. I jednym z największych, jakich w ogóle wydał Zachód. Głębią myśli, mistrzostwem słowa, rozmachem, z jakim kreował światy i siłą, z jaką oddziałuje do dziś, równi są mu – bo chyba nie więksi – jedynie Homer i Szekspir.

Owidiusz urodził się w roku 43 p.n.e. w Sulmonie w środkowej Italii. Dwa tysiące lat później pielgrzymował tam Jerzy Stempowski, zbierając materiały do książki, ostatecznie nienapisanej. Przeplatać się w niej miały opowieści o starożytnym wygnańcu i XX-wiecznym egzulu, a pejzaże Włoch z krajobrazami polsko-ukraińskiego pogranicza – ojczyzn bezpowrotnie utraconych.

Uczył się w Rzymie, a potem – zwyczajem dobrze urodzonych młodzieńców – w Atenach, gdzie podjął studia, zapewne filozoficzne. Podróżował też w tamtych latach po Azji Mniejszej i Sycylii, czyli krainach mocno zhellenizowanych. To tam nasiąkał greckością, którą z takim mistrzostwem przekuwał potem na łacińskie (tylko z pozoru) miary. Po powrocie do Rzymu zaczął karierę urzędniczą, ale – jak wspominał po latach w elegii uważanej za autobiograficzną – rzymskiego modus vivendi nigdy nie przyjął. Wbrew marzeniom ojca nie wyrósł na wzorcowego obywatela. Pewnie podpisałby się pod słowami Alberta Camusa: „Rzymianie – niekiedy wyrafinowani, ale nigdy cywilizowani. Adwokaci i żołnierze, których, nie wiedzieć czemu, mylimy z Grekami. To głównie oni zniszczyli ducha Grecji”. On, mimo italskiego rodowodu, rzymskiego nazwiska i łacińskiej mowy, zamieszkiwał świat Greków.

W roku 8 n.e. Owidiusz decyzją Augusta skazany został na bezterminową relegację z Rzymu. Osiadł w Tomi – obecnie: Konstanca w Rumunii. Powody tej decyzji do dziś pozostają jedną z największych zagadek starożytności. Nie wiemy nic. Nawet tego, czy owo wygnanie istotnie się wydarzyło. Niestety: jedynym źródłem informacji na ten temat jest… sam Owidiusz, który jako powód swego nieszczęścia wskazuje na „carmen” i „error” – „pieśń”, którą napisał, i „błąd”, który popełnił.

O jakie dzieło chodzi? O jaki występek?

Pisał poezje miłosne, mitologiczne, wygnańcze – w każdej z tych odmian zdobywając niedosięgły innym szczyt. Był jedynym może poetą rzymskim, który literaturę podniósł do rangi wielkiej medytacji – właściwej raczej Grekom, naznaczonym przez Logos „skazą egzystencjalną”, aniżeli praktycznym Rzymianom – nad sensem i bezsensem, istnieniem i losem.

Na wyżyny wyżyn wzniósł się pisząc mistrzowskim heksametrem piętnaście ksiąg Metamorfoz, z których – obok dzieł Cycerona, Plutarcha i kilku innych – poklasyczna Europa nauczyła się antyku. Poemat ten, inaczej niż choćby Eneida Wergiliusza, odrzuca fabularny wzorzec homerowy, a w to miejsce – czerpiąc co prawda z dorobku różnych epok – proponuje nowy zupełnie model poezji epickiej. Owidiusza „carmen perpetuum”, tj. „pieśń ciągła”, opowiada nieprzerwane dzieje świata od kosmicznych (a właściwie: „chaotycznych”) początków aż po czasy autorowi współczesne. Przemiana jest w Metamorfozach nie tylko tematem i metodą formalną, ale i jądrem. Samą istotą rzeczy, uchwyconą jakby w chwili, gdy rzeczywistość odsłania się na mgnienie ludzkiemu oku. Tchniętą między wiersze wielkiego poematu. Metamorfozy to nie tylko porywająca opowieść, wachlarz uczuć i emocji, ale też wykład… o tajemnicy: czym jest Sens?, co jest Zasadą?

Myśl nadrzędną tego dzieła – nade wszystko chyba filozoficznego – można by wyrazić tak: trwanie świata to ciągła jego przemiana.

We WSTĘPIE – głęboki wdech – poeta daje swoje credo:

 

Duch mój pragnie mówić o ciałach przemienionych

W nowe kształty. Bogowie, sprawcy tych przemian!

Wesprzyjcie mnie w trudach: pieśń ciągłą prowadźcie

Od początku świata aż po nasze czasy.

(Metamorfozy, Księga I, w. 1-4)

 

I zaczyna tę pieśń – snutą na jednym, miarowym, epickim wydechu – opowieścią o POWSTANIU ŚWIATA:

 

Zanim powstały morza i lądy, i niebo nad nimi,

Jedno miała w całym świecie oblicze natura,

Nazwano je Chaosem: surowy, bezkształtny ciężar,

Nic prócz bezwładnej masy, zbitej w sobie,

Niepowiązane wzajemnie ziarna przyszłych rzeczy.

Jeszcze światu światłości nie posyłał Tytan,

Jeszcze rogów rosnących nie ukazywała Febe,

Ani przestwór nie oblewał rozedrganej ziemi,

Ani lądów nie obejmowała ramionami Amfitryta.

Wszystko stanowiło jedno i to samo:

Powietrze i ziemia i morze i eter.

A ziemia była niestała, wody nie do przebycia,

Powietrze bez blasku. Nic nie miało kształtu.

Jedno przeciwko drugiemu: w tym samym ciele

Zimne walczyło z ciepłym, wilgotne z suchym,

Miękkie z twardym, ciężaru pozbawione – z ciężkim.

 

Ten spór rozstrzygnęli bóg i potężniejsza natura,

Oddzielając lądy od nieba, wody od lądów,

A przejrzyste niebo od gęstego powietrza.

Rozplątane żywioły, wyrwane ślepemu bezładowi

I różnym przeznaczone miejscom, złączyli więzami zgody.

Ognisty, nieważki eter pod sklepienie nieba

Wystrzelił, zajął miejsce na najwyższym szczycie.

Tuż pod nim: powietrze, najbliższe mu wagą.

Niżej osiadła ziemia, gęstsza, bardziej zbita,

Własnym przygnieciona ciężarem. A co płynne –

Rozlało się wokół i bryłę świata domknęło.

 

Tak stwórca (którekolwiek z bóstw to było)

Masę pociął i pociętą na części – znów scalił.

Naprzód więc ziemię zaokrąglił w kulę

Ogromną, ze wszystkich stron ją wyrównał.

Potem wody rozlał i rozkazał im wzbierać

Od wiatrów porywistych, opasywać lądy.

Dodał źródła, ogromne stawy i jeziora,

Spadające z gór rzeki ujął w kręte koryta.

Jedne, spłynąwszy, wsączają się w ziemię,

Inne uchodzą do morza i z dala od brzegów

Pulsują swobodnie na otwartych wodach.

Polom rozkazał się rozsnuć, dolinom przysiąść,

Lasom obróść w zieleń, skalistym górom wypiętrzyć.

Jak dzieli się na części niebo: dwie z jednej,

Dwie z drugiej strony, i piąta od tamtych gorętsza,

Tak ziemską materię miły bóg rozdzielił

Jednakowo, stref tyle samo wyznaczył.

Środkowa – spalona słońcem, nie do zamieszkania,

Dwie śniegiem pokryte. Dwóm do nich przyległym

Dał klimat łagodny, żar mieszając z chłodem.

 

Nad nimi zawiesił powietrze. Cięższe o tyle

Niż eter ognisty, o ile woda jest lżejsza niż ziemia.

Tam i chmury ustanowił, i obłoki,

I grzmoty, by przestrach budziły w ludziach,

I wiatry, które moc dają roziskrzonym burzom.

Lecz jednak nie cały przestwór im powierzył

Budowniczy świata: i dziś trudno je okiełznać,

Choć każdemu jego własny trakt przyznano.

O mało co świata nie rozszarpią – niezgodni bracia.

Eurus władzę ma tam, gdzie kraje

Nabatejczyków i Persów, gdzie Zorza poranna.

Wybrzeża rozgrzane zachodzącym słońcem

Wziął Zefir, jak straszny Boreasz – Scytię

I stronę, którą siedem gwiazd wskazuje.

Zaś ziemię na południu smaga deszczem Auster.

Ponad nimi rozpostarł płynny i nieważki

Eter – tego, co ziemskie, pozbawiony.

Ledwie bóg wyznaczył wszystkiemu granice,

Konstelacje, dotąd w głębokich ciemnościach

Ukryte, na całym roziskrzyły się niebie.

 

By żadne królestwo nie było bez życia,

Gwiazdy-bóstwa zawładnęły niebem.

Fale schronienie dały lśniącym rybom,

Ziemia przypadła zwierzętom, lotne powietrze – ptactwu.

 

Lecz brakowało istoty świętszej, zdolnej

Myśl wzniosłą pojąć i przewodzić innym.

Narodził się człowiek. Może go począł

Twórca wszechrzeczy z nasienia boskiego.

Może ziemia, ledwie oddzielona od niebios,

Pokrewnych sobie wyżyn zachowała ziarna –

I z niej, domieszawszy wody, Prometeusz

Na obraz bogów ulepił człowieka.

Gdy inne zwierzęta wzrok wbijają w ziemię,

Człowiekowi tytan daje kształt wyniosły,

Każe patrzeć w niebo, wznosić twarz ku gwiazdom.

Ziemia, z dawna sroga, bez kształtu – tak przemieniona

Odziała się w ludzkość, dotychczas nieznaną.

(Metamorfozy, Księga I, w. 5-88)

 

Owidiusz znał oczywiście i Teogonię Hezjoda, i De rerum natura Lukrecjusza, z których tu i ówdzie korzystał, ale też aleksandryjskich poetów-erudytów, powinowactw z którymi możemy się tylko domyślać. Myślowo frazy jego czerpią jednak na równi z filozofów, na pewno stoików – bądź słuchanych podczas studiów w Atenach, bądź czytanych w bibliotekach. Niejeden też pewnie presokratyk, nam już znany tylko z ekscerptów, władał jego wyobraźnią.

Tak jak wyobraźnia Owidiusza zawładnęła nami.

Poeta ma w Polsce długą tradycję i jedyną w swoim rodzaju – jeśli można tak rzec – pozycję. Urocza legenda, jakoby ten wielki rzymski poeta wcale nie umarł w Tomi nad Morzem Czarnym, ale zbiegł stamtąd na dziką i mroczną Północ, do Sarmatów, by stać się „pierwszym poetą polskim” i dokonać żywota gdzieś „na polskiej ziemi” – dała tu solidne podstawy.

Tak – Owidiusz jest nasz.

Najdawniejsze polskie przekłady Metamorfoz to pierwsza połowa XVII wieku: mam na myśli Przeobrażenia Jakuba Żebrowskiego i Przemiany Waleriana Otwinowskiego. Dwa stulecia później czytelnikom w Polsce swoje tłumaczenie – bardzo zręczne i wysmakowane – dał Bruno Kiciński. Wszystko to wierszem. U nas jednak dzieło Owidiusza znane jest nade wszystko z translacji prozą, owszem pięknej literacko i świetnie opracowanej: trud podjęty przez Annę Kamieńską, po jej śmierci podjął Stanisław Stabryła.

Przekład zawsze jest tylko zbliżeniem, wariacją, wyzwaniem rzuconym oryginałowi, czy raczej tajemniczemu nieznajomemu, który za nim stoi: im dłużej mu się przyglądamy, tym wyraźniej widzimy jego rysy. Przekład jednak rzadko kiedy zadowala, a nigdy już z pewnością nie jest „wierny”. Ani wiersz sylabiczny (czy 13-, czy 11-zgłoskowy), ani „polski heksametr”, ani proza nie jest receptą na epikę antyczną lepszą czy gorszą. Cóż, trzeba próbować. Dla heksametru Owidiusza proponuję coś, co nazwałbym hybrydą wiersza wolnego i tonicznego: każdy wers można przeczytać, kładąc w nim cztery akcenty, ale też – nie trzeba. Daje to dużo swobody, epickiego oddechu, ale i trzyma w ryzach. Nie sądzę, by było to rozwiązanie trafniejsze od innych, ale mnie w uchu tak właśnie brzmi ta Owidiuszowa „pieśń ciągła”.

Wypada może zapytać: po co tłumaczyć dzisiaj literaturę klasyczną? Bo nie dla treści: dzieła te albo znamy z dostępnych spolszczeń, albo z tłumaczeń na inne języki. A jeśli nie istnieją, narzędzia sztucznej inteligencji zrobią je dla nas w mgnieniu oka – myląc się jeszcze czasem, ale… coraz rzadziej. Nie dla celów dydaktycznych: edukacja klasyczna została przecież zmarginalizowana, przegrywając z dyscyplinami, które zdają się dzisiaj wielu bardziej odpowiednie i potrzebne. Tym bardziej już nie dla rynku: tam zawsze najwięksi mistrzowie słowa wypadają blado.

A zatem?

Tłumaczenie jest lekturą. Powolną, uważną, czułą. Czyta i czytać musi tłumacz słowa niejako z każdej strony – zupełnie tak, jakby były one nie ciągiem czarnych znaczków i symboli na białym tle, ale obiektami o wielu wymiarach. Studiuje zatem ich fakturę, każdą ciągłość i każde zagłębienie; przymierza jedne do drugich, ustawia obok siebie, bez końca zmienia ich kolejność; słucha, jak brzmią w pojedynkę, a jak zgrupowane w półwersy, wersy i większe całostki.

Tłumaczenie jest rozmową. Owidiusz towarzyszy mi od wielu lat – nawet w najdalszych krańcach globu. Jest jak przyjaciel, z którym nawet po długiej przerwie doskonale się dogaduję. Toteż rozmawiamy.

Tłumaczenie jest wysiłkiem, ale jest też przyjemnością estetyczną – szczególnie, gdy bierzemy się za autorów wielkich i gdy współuczestniczymy w tworzeniu przez nich nowych światów. Tłumaczenie jest wreszcie szukaniem sensu: akt kreacji i ciągła przemiana rozgrywają się na naszych oczach. Czytając, tłumacząc, czytając tłumaczenie – żyjemy prawdziwe.

Często przywołuję w myślach słowa Gustava Flauberta, które przytaczam tu z pamięci: człowiek mógłby uważać się za naprawdę szczęśliwego, gdyby poznał w życiu choćby pięć czy sześć książek. Wiele w tym prawdy. Z czasem sztuka czytania staje się przecież sztuką wyboru. Im lektura dzieła naprawdę wielkiego – takiego, które przerasta życie jednostkowe – bardziej uważna i pogłębiona, tym mniej czasu zostaje już na rzeczy inne: może i ważne, ale nie niezbędne.

A Owidiusz – tak, jest niezbędny.

JACEK HAJDUK

Jaś matematyk

Pamięci Jana Mycielskiego (1932–2025)

18 stycznia 2025 roku zmarł Jan Mycielski. Był wybitnym matematykiem, logikiem i filozofem. Od 1969 roku do przejścia na emeryturę pracował jako profesor matematyki na Uniwersytecie Colorado w Boulder, mieście urokliwie położonym u stóp Gór Skalistych.

Urodził się 7 lutego 1932 roku w Wiśniowej na Podkarpaciu jako pierwszy syn Jana Zygmunta Mycielskiego i Heleny z Balów. Rok wcześniej młodzi pobrali się i objęli zarząd rodzinnego majątku Mycielskich. Byli ostatnimi właścicielami Wiśniowej. Po wojnie osiedli w Krakowie. Mieli dwóch synów, trzy lata po Janie juniorze na świat przyszedł jego młodszy brat, Paweł Mycielski (1935–2015). Jan Mycielski junior, zwany w rodzinie Jasiem, a niekiedy także Janem III (bo i jego dziadek po mieczu miał na imię Jan) wcześnie zdradzał zdolności matematyczne. Po perturbacjach wynikłych z arystokratycznego pochodzenia udało mu się dostać na studia matematyczne na Uniwersytecie Wrocławskim, gdzie uczyli profesorowie słynnej lwowskiej szkoły matematycznej. W 1956 roku obronił pracę magisterską, a zaledwie rok później doktorat.

Jeszcze zanim skończył studia, jego stryj Zygmunt Mycielski zanotował w dzienniku: „Jaś jest już bardzo wybitnym matematykiem. Dużo wydał prac w «Fundamenta mathematica» i ma fenomenalne możliwości koncentracji. Cały dzień siedzi nad pracami matematycznymi” [1]. Od tej pory niemal zawsze pisał o nim: „Jaś matematyk”. Rok później, 5 stycznia 1957 roku zanotował: „Mam nadzieję, że syn mego brata, Jaś matematyk, zdoła wyjechać na stypendium francuskie. Bo, choć nasza matematyka stoi podobno na bardzo wysokim poziomie, to jednak matematyk jest też człowiekiem i też musi wychylić głowę z tego wiadra z pomyjami” [2].

Niedługo potem Jan Mycielski rzeczywiście wyjechał na stypendium do Paryża. Potem przyszły także inne wyjazdy, choć niemal do końca lat sześćdziesiątych pracował głównie w Polsce. Był związany z Instytutem Matematycznym PAN, w 1965 roku został laureatem Nagrody im. Stefana Banacha przyznawanej przez Polskie Towarzystwo Matematyczne, a w 1968 roku otrzymał tytuł profesora. W końcu upomniały się o niego Stany Zjednoczone. Najpierw pracował tam jako visiting professor, a w 1969 roku przyjął propozycję objęcia posady profesora na Uniwersytecie w Boulder. Tu osiadł na stałe. Do Boulder przyjechał z żoną, poślubioną jeszcze w Polsce Emilią z Przeździeckich (1933–2015). Tworzyli wyjątkowo zgodne małżeństwo. Z czasem zostali też wspaniałymi rodzicami dwojga adoptowanych dzieci.

Zygmunt Mycielski na kartach swoich dzienników nieraz wspominał Jasia matematyka. Był z bratankiem w bardzo dobrych relacjach. Lubił korzystać z jego wiedzy. Zwracał się do niego z pytaniami dotyczącymi kwestii matematycznych i logicznych. Wśród nich były i nurtujące go od dzieciństwa pytanie: „co to jest zero?”, i prośba o wyjaśnienie, czym jest czas. Pytał też o sprawy związane z ciągami liczbowymi i kombinatoryką, zwłaszcza kiedy postanowił na własny użytek stworzyć rozbudowany system wyboru dźwięków do kompozycji, rozrysowywanych na specjalnych tablicach. Wymieniał z bratankiem listy, a kiedy w 1978 roku pierwszy raz poleciał do Stanów Zjednoczonych, z radością odwiedził go w Boulder. Czynił tak i podczas kolejnych podróży do Ameryki, ciepło opisując spędzone u rodziny chwile.

Beata Bolesławska-Lewandowska i Jan Mycielski

Miałam to wszystko w pamięci, kiedy w listopadzie 2023 roku leciałam na konferencję muzykologiczną do Denver. Wiedząc, że Boulder jest niedaleko, pomyślałam, że może uda mi się spotkać z Janem Mycielskim. Miałam już za sobą lata pracy nad spuścizną jego stryja i złożoną do wydawnictwa biografię Zygmunta Mycielskiego. Jaś matematyk był już jedynym żyjącym spośród urodzonych przed wojną bratanków kompozytora. No i sam Zygmunt ciepło o nim pisał. Wszystko to sprawiało, że byłam go ciekawa.

Dzięki życzliwości dzieci Jana Mycielskiego, przede wszystkim jego córki Marysi, która serdecznie odniosła się do mojej prośby, umówiłam się na spotkanie. Nie byłoby ono możliwe bez pomocy mojej amerykańskiej koleżanki, która zaoferowała, że zawiezie mnie do Boulder samochodem. Po drodze patrzyłam na wspaniałą panoramę Gór Skalistych, które zbliżały się z każdym kilometrem. Z ciekawością obserwowałam też samo miasto. Wydało mi się bliskie europejskim, z dużym uniwersyteckim kompleksem i uliczkami, przy których wśród drzew stały mniej lub bardziej okazałe domy. Przy jednej z takich uliczek stoi też niewielki dom profesora Jana Mycielskiego.

W progu przywitał nas gospodarz. Wysoki i dystyngowany starszy pan z bujną siwą czupryną, ciepło uśmiechał się na powitanie. Towarzyszył mu syn, Marek (Marysia była akurat poza Boulder) i wspaniały pies. Zaprosili nas do środka, do stołu z przygotowanym poczęstunkiem. Rozmawialiśmy długo i serdecznie, wspominając Zygmunta Mycielskiego. Profesor pytał też o Wiśniową, w której spędził dzieciństwo. Wyjechał stamtąd jako dwunastoletni chłopiec, kiedy w 1944 roku majątek odebrała rodzicom nowa władza. Cieszył się, gdy opowiadałam, jak to miejsce odżyło i jak dbają tam o pamięć o Mycielskich. On sam zgromadził w swoim amerykańskim domu sporo rodzinnych pamiątek. Z ciekawością patrzyłam na wiszące na ścianach obrazy rodziców, zabytkowe meble, regały pełne polskich książek. Na pięterku zachował się też w niemal niezmienionym kształcie pokój, w którym zwykle zatrzymywał się Zygmunt Mycielski.

Opuszczałam dom Jana Mycielskiego z wdzięcznością i wzruszeniem, bo dzięki niemu udało mi się zerknąć w szczelinę czasu, który już za nami. Profesora Jana Mycielskiego żegna z żalem świat matematyki. Ja zapamiętam nasze spotkanie. Było niespodziewanym darem.

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

[1] Zapis z 9 stycznia 1956. Zygmunt Mycielski, Dziennik 1950–1959, Warszawa, Iskry, 1999, s. 168–169.

[2] Ibidem, s. 239.

Piosenka fińska

„Jos mun tuttuni tulisi…”. Dzisiejsza etnografia zna ponoć 157 wersji tej piosenki, po raz pierwszy zanotowanej w 1778 roku przez „ojca historii fińskiej” Henrika Gabriela Porthana w łacińskiej rozprawie „De poesi fennica”; oczywiście wraz z przekładem na język Wergilego. Autorką miała być niepiśmienna służąca pastora z Ostrobotni, a samo pojęcie „poezji fińskiej” stanowiło wówczas egzotykę: pokryte tajgą, bagnami i jeziorami wschodnie prowincje królestwa Szwecji w powszechnym mniemaniu tworzyły obszar geograficzny, nie kulturowy. W znacznej mierze zamieszkiwały je koczownicze plemiona, nieuchwytne w lasach, powierzchownie choć brutalnie chrystianizowane, mówiące niezrozumiałymi narzeczami, monotonnie śpiewające i wyznające nieznane nikomu bóstwa i potęgi. Jedynym ośrodkiem europejskiej kultury było położone na wschodnim wybrzeżu Bałtyku uniwersyteckie miasto Åbo (Turku); dalej zaczynały się puszcze równe sybirskim i podobnie niegościnne.

W 1798 roku zjechał do Sztokholmu dwudziestopięcioletni lombardzki przyrodnik, poeta, kompozytor i początkujący obieżyświat Giuseppe Acerbi z ambitnym zamiarem wyprawienia się przez tę dzicz aż na Przylądek Północny. Skompletował ekspedycję, do której dołączył też starszy od niego hrabia Anders Fredrik Skjöldebrand: utalentowany plastycznie późniejszy generał i mąż stanu. Po lodzie, przez Wyspy Alandzkie przeprawili się do Åbo: „Liczba studentów wynosi około trzystu. W mieście jest tylko jedna drukarnia i dwie księgarnie”, notował Acerbi, za godne przelotnej uwagi uznając jedynie miejscową szkołę anatomii i bibliotekę. Spotkali tam Porthana, który udzielił badaczom rad co do dalszej podróży, a jego uczeń, bibliotekarz Frans Michael Franzén pokazał im próbkę ludowej twórczości miejscowej – rzeczoną piosenkę.

I zachwycili się. Zarówno Skjöldebrand, jak i Acerbi przepisali ją w swych późniejszych relacjach z wyprawy. Skjöldebrand uczynił to rzeczowo: w jednej kolumnie oryginał, w drugiej przekład francuski, gdyż cała jego „Voyage pittoresque au Cap Nord” ukazała się w tym właśnie języku. Pod spodem dał jeszcze zapis nutowy runicznej melodii, na którą piosnkę śpiewano. Acerbi nie notował oryginału, ani też nut (mimo że muzyk). Sporządził za to aż dwa przekłady angielskie – jako że on z kolei spisał swe „Travels through Sweden, Finland, and Lapland to the North Cape” w tej światowej mowie. Pierwszy przekład prozą, wierny; drugi niezgrabnym wierszem: poetycki. Do tego cały ustęp zachwytów nad „fińską Safoną”, „naturalną piewczynią”, która „wśród śniegów niełaskawego klimatu odkryła całe ciepło poetki z Lesbos”.

Książka Acerbiego zyskała zasłużoną sławę. To on pierwszy opisał spotkania z leśnymi fińskimi szamanami czy instytucję zwaną „sauna”; sam zanotował szereg dalszych pieśni, usłyszane melodie wykorzystał we własnych utworach – na dobry ład był pierwszym cudzoziemcem, który rodzimą fińską kulturę wziął poważnie. Pamięta mu się to do dzisiaj. Dzieło Skjöldebranda przyjęło zaś formę albumu sztychów z objaśnieniami: obydwie książki dobrze się więc uzupełniły. Goethe wziął piosenkę z francuskiej wersji. Wyszlifował ją, skondensował obrazy, zmienił frazy na nieoczywiste. Wprowadził pierwszy fiński wiersz w wysoki obieg europejskiej literatury.

Zachował też szczególny wers czterech trochejów – północny odpowiednik jambu, rytm serca. Za ćwierć wieku Elias Lönnrot spopularyzuje go, zbierając i wydając całą „Kalevalę”. Podchwyci go Henry Longfellow w mającej być jej amerykańskim odpowiednikiem „Pieśni o Hajawacie”, dziś pamiętanej może głównie ze śpiewu Laurie Anderson, ale przecież wciąż żywej. I tak od śpiewu do śpiewu…

Tomasz Kubikowski

JOHANN WOLFGANG GOETHE

Piosenka fińska

 

Ukochany, dobrze znany,

Gdyby wrócił tak jak poszedł,

Pocałunkiem zadźwięczałyby

Mu wargi, choć czerwone

Od krwi wilczej i dłoń jego

Uściskałabym, choć palce

Już mu się wężami stały.

 

Wietrze, gdybyś był rozumny,

Tobyś między kochankami

Nosił słowa, nawet gdyby

Któreś miało w drodze przepaść.

 

Dobre kąski bym oddała

I prędzej bym zapomniała

Księżą strawę niźli jego,

Którego latem zdobyłam,

Białą zimą oswajałam.

 

(1810)

Wszystko w rozpadzie?

Tytuł książki – Wszystko w rozpadzie? – zapożyczyłem z pierwszych słów apokaliptycznego wiersza Williama Butlera Yeatsa Drugie przyjście, napisanego tuż po I wojnie, w 1919 roku. Warto przytoczyć kilka linijek w tłumaczeniu Stanisława Barańczaka:

 

Wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze;

Czysta anarchia szaleje nad światem,

Wzdyma się fala mętna od krwi

Zatapiając obrzędy dawnej niewinności.

Najlepsi tracą wszelką wiarę, a w najgorszych

Kipi żarliwa i porywcza moc.

 

 

Słowa Yeatsa doskonale wyrażają ducha epoki. Żyjemy w czasach przyśpieszonej polaryzacji ideologicznej. Kulturowy egalitaryzm multikulturalistów cywilizację chrześcijańskiej Europy stawia na ławie oskarżonych, podczas gdy chrześcijaństwo autorytarnych populistów atakuje liberalizm jako źródło wszelkiego zła. Gdy opinia większości rozdziela się na dwa skrajne bieguny, w centrum pozostaje znikoma mniejszość. Wbrew katastrofizmowi Yeatsa i na przekór naciskom zmuszającym nas do podziału i do opowiedzenia się po jednej stronie, próbuję zająć miejsce w centrum i uzasadnić potrzebę katolickiego liberalizmu – stąd znak zapytania dodany do tytułu. Eseje zebrane w tej książce stanowią kontynuację i uzupełnienie moich poprzednich książek: Prawidłowa kolejność rzeczy (2012) oraz Rewolucja kartezjańska i inne szkice (2017).

Stale powracam do kilku podstawowych spraw, stale zmieniam perspektywę i sposób ujmowania zagadnień. Nic dziwnego, że książki te mają w sobie coś z pamiętnika, coś z autobiografii intelektualnej, coś z rozmowy z autorami „książek zbójeckich”: Czesławem Miłoszem, Leszkiem Kołakowskim i Józefem Czapskim. Miłosz towarzyszy mi nieustannie od czasu, gdy moja mama, Krystyna Kłoczowska, przywiozła nam z Paryża jego Wiersze w pięknym wydaniu londyńskiej Oficyny Poetów i Malarzy z 1967 roku (miałem wtedy piętnaście lat). Zainteresowanie filozofią Leszka Kołakowskiego zawdzięczam rozmowom z Barbarą Toruńczyk, którą często spotykałem w Lublinie w roku akademickim 1972/1973 ­– spotykaliśmy się między innymi na wspaniałych zajęciach z historii sztuki, które Jacek Woźniakowski prowadził na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Józefa Czapskiego odwiedziłem po raz pierwszy w Maisons-Laffitte w 1974 roku, a potem jeszcze wiele razy, aż do jego śmierci w 1993. Zawsze kładł mi do głowy, że jeśli chce się cokolwiek zrozumieć z polskiego katolicyzmu, to trzeba koniecznie czytać Brzozowskiego, szczególnie Legendę Młodej Polski i Pamiętnik.

PAWEŁ KŁOCZOWSKI

Paweł Kłoczowski, „Wszystko w rozpadzie?”. Biblioteka Mnemosyne (pod redakcją Piotra Kłoczowskiego). Gdańsk, słowo / obraz terytoria, 2024. Aby zamówić kliknij tutaj

 

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek