HOME

Pani Katarzyna

Pani Katarzyna Herbert należała do ostatnich wielkich postaci niezwykłej epoki polskiej kultury i literatury powojennej. Była osobą pełną rozwagi i mądrości, a także – przy całej swojej delikatności – osobą niezwykle silną i odważną. Najlepiej czuła się wśród bliskich, wśród przyjaciół i książek.

Potrafiła łączyć różne światy i odmienne porządki, zawsze zachowując niezależność. Od wczesnej młodości miała głód świata i metafizyki, odnalazła je dla siebie przede wszystkim w literaturze. Była uważną i wnikliwą czytelniczką.

Gdy już nie mogła sama czytać z powodu problemów z oczami, lekturę na głos kontynuowali jej bliscy. Jej komentarze w trakcie tych lektur były najwspanialszymi glosami do powieści, esejów i listów, jakie kiedykolwiek powstały. Nie znosiła patosu i nudy, bezbłędnie wyczuwała fałszywy ton.

Wszyscy wiemy, że jej największą miłością był Zbigniew Herbert; stworzyła mu dom, ich wspólny dom, dzięki któremu Herbert mógł szukać własnych dróg i porozumiewać się ze światem, dbanie zaś o jego spuściznę obrała sobie za dzieło życia.

Katarzyna i Zbigniew Herbertowie, 1969. Fot. György Gömöri.

W 1991 roku z chorym Zbigniewem Herbertem pojechała do Hiszpanii. Wypożyczyła wózek inwalidzki i poprowadziła męża do Muzeum Prado pod obraz Velázqueza Prządki, arcydzieło, które przetrwało wojny i pożary. Na obrazie, na pierwszym planie, kobiety przędą nici, w tle zaś widzimy gotowy piękny gobelin. Scena jest nieoczywista – oto na pierwszym planie Velázquez przedstawia nie gobelin – skończone dzieło przeznaczone dla widzów i popis wirtuozerii – ale postaci na co dzień ukryte w cieniu warsztatu. Ukryte, ale zasadnicze – bez nich nic nie może się wydarzyć.

Taką rolę świadomie i z rozmysłem wybrała Katarzyna Herbert. Chciała pozostać w sferze prywatnej, tam czuła się najlepiej, ale pragnęła także podtrzymywać nić kultury, nieustannie wiązać nici, gdy się zerwą, łączyć światy, dbać o pamięć. Powołała do życia Fundację i Nagrodę im. Zbigniewa Herberta, aby to, co robiła nie skończyło się wraz z jej śmiercią. Światłem późnych lat jej życia było przekonanie, że wybrana przez nią do prowadzenia Fundacji Maria Dzieduszycka, Marysia, to zadanie doskonale rozumie i będzie je mądrze kontynuować.

Kilka la temu, niedługo przed wszczepieniem rozrusznika, pani Katarzyna miała wrażenie, że jej dni są już policzone. Pewnego dnia, poprosiła mnie żebym przyszedł. Powiedziała: „Kiedy umrę chcę żebyś powiedział, że wszystko to robiłam, dlatego, że go po prostu bardzo kochałam”.

MIKOŁAJ NOWAK-ROGOZIŃSKI

Tekst wygłoszony na ceremonii pogrzebowej na warszawskich Powązkach, 27 II 2025.

Pod tlenem – 55 sonetów (XXIV)

Sonet dwudziesty trzeci cyklu pierwszego: czyste Dokąd

Sonet, napisany 12 lub 13 lutego 1922 roku w Muzot, jest jednym długim zdaniem. To zdanie wznosi się na różne wysokości, uzyskuje różne progi – jak samolot. Rilke, poeta orficki, ten, który schodzi w głąb ziemi, by odzyskiwać, co najcenniejsze, mierzy się w erze wczesnej, a więc romantycznej jeszcze, bo pionierskiej, awiacji – z fenomenem lotu. A lot to fenomen nowoczesności: dopiero 21 maja 1927, czyli pół roku po śmierci Rilkego, Charles Lindbergh wylądował w Paryżu po pierwszym w historii samotnym locie nad Atlantykiem (20 maja wystartował z Nowego Jorku; lot trwał 33 godziny), bez międzylądowań. Wyobraźnia poetycka nieodlegle się sytuuje wobec marzenia o trwaniu w locie, w sonecie Rilkego również nie ma międzylądowań: od startu do lądowania, od nagłosu do wygłosu wiersz spełnia się na jednym oddechu, jest lekki i smukły, jak konstrukcja samolotu Lindbergha.

Jedno zdanie, z którym chyba nie poradził sobie przekładowo, w niezbyt czytelnej poetyckiej parafrazie, Jerzy Kamil Weintraub (chociaż – podobnie jak wszyscy pozostali tłumacze – tej najważniejszej właściwości wiersza, długiej frazy, jednej jedynej od pierwszego słowa do ostatniej kropki, nie naruszył; odwzorował też klarowną architekturę Rilkeańskich rymów):

 

O, pierwej, kiedy lot

samotny się wkołysze

w błękitną nieba ciszę,

w zamknięty w sobie splot,

 

w profilów jasnych wieńce,

ów zwodny znak wśród lśnień

jak wiatrów oblubieńce,

wysmukły, drżący cień –

 

i pierwej, gdy dążenia

najczystszy szczyt przewyższy

chłopięcej pychy blask,

 

kto stoczy się z wzniesienia,

ów dalom będzie bliższy

w samotnych lotów czas.

Lepiej zrozumieć można wiersz nieprzerwanego lotu, marzenia zapowiedzianego jeszcze w sonecie poprzednim, XXII, dzięki spolszczeniu Mieczysława Jastruna (tłumacz respektuje istotne dla duktu poetyckiej myśli podkreślenia Rilkego, oddaje też lotną urodę wiersza, zarówno współbrzmień, jak i sensu):

 

O, wtedy, gdy wniebowzbity,

już nie dla samego siebie,

lot będzie w cichym niebie

krążył, siebie już syty,

 

by się w czystych profilach

jak piękny przedmiot, kochanek

wiatrów, bezpiecznie przechylać,

i smukleć w powietrznych planach –

 

dopiero gdy czyste dokąd,

kiedy podrosną awiony,

dumę chłopięcą przeważy,

 

on, który wzniósł się wysoko,

tym będzie, zdobyczą naglony,

co sam przeleci w bezmiarze.

 

Być może łączliwość Ikarowego, chłopięcego marzenia, w sonecie XXII zaledwie napomkniętego, z logiką lotu, którą sonet XXIII w pełni wyobraża, widać dopiero [1] w przekładzie Adama Pomorskiego (który, co prawda żongluje w stosunku do oryginału rymami, zachowuje jednak maestrię meandrów poetyckiego lotu, dzięki ekwiwalencji logicznej):

 

Nie wcześniej, aż gdy lot

pod cichą nieba sferą

sam się oddzieli od

siebie – wtedy dopiero –

 

by jak zwycięski sprzęt

igrał, sylwetą swą lotny,

kochanek wiatru, pęd,

bezpieczny, smukły, zwrotny, –

 

aż gdy machiny w sile

w czysty swój sięg i ciąg

z chłopięcej wyrosną pychy,

 

bliższy już dali cichej,

tyle on będzie, ile

wzlotem swym zamknie w krąg.

 

Nie podoba mi się „sięg i ciąg” ze strofy trzeciej, choć pojmuję gest poszukiwania przestrzeni dla rymu. Są jednak także miejsca poetycko i, by tak rzec, retorycznie – wspaniałe. Nikt z poprzednio tłumaczących nie spolszczył „sicher, schwenkend und schlank” [2], z przedłużonego myślnikiem wygłosu strofy drugiej, owego pięknego, lotnego pasażu – tak precyzyjnie: „bezpieczny, smukły, zwrotny”. W przekładzie Pomorskiego widać fazy lotu, następstwo zdarzeń, konstrukcję poetyckiej myśli – nie przesłonięte nadmiarem (takiego nie ma też u Rilkego) metafor. Rilke, poeta czasu Antoine’a de Saint-Exupéry, lotnika i poety, przede wszystkim śledzi lot – samolotu i poetyckiej myśli, w nowoczesny sposób utrzymuje równowagę pomiędzy orfickim charakterem własnego wyposażenia a nagłą nowoczesnością, wyobraża ją sobie tak, jak tylko wielki poeta to potrafi. Ten poetycki sonet to pasaż między Ikarem a Lindberghiem. I to właśnie widać, słychać – po polsku najbardziej w przekładzie Pomorskiego.

Wczoraj – 24 lutego 2025 roku – minęła trzecia rocznica pełnoskalowej napaści Rosji na Ukrainę. Znaczący był jeden z wczesnych epizodów tej wojny: 27 lutego 2022 wystrzelono z terytorium Rosji rakietę Iskander, która uderzyła w ukraiński samolot, największy samolot świata, o nazwie Mrija („marzenie”) – rakieta go zniszczyła. Ówczesny minister spraw zagranicznych Ukrainy, Dmytro Kułeba, powiedział wtedy, że Rosjanie zniszczyli tylko jedno ukraińskie marzenie, ale innych marzeń nigdy nie zniszczą. Marzenie o locie (także poetyckie wyobrażenie lotu) jest marzeniem o wolności. Można podrzeć wiersz, spalić książkę, zniszczyć samolot. Samo marzenie jest gdzie indziej, wysoko, ponad czynami agresorów. Niedosiężne jak marzenie Ikara. Nie zawsze skazane na los Ikara.

Gdy dziś, niemal w rocznicę wybuchu śmiercionośnej wojny, czytam sonet Rilkego o locie, jego inkarnację lotnego chłopięcego marzenia, mam nadzieję, że odwaga i mądrość walczącej Ukrainy, pokona także transatlantycką przepaść. Jak Lindbergh. Choć – oczywiście – inaczej.

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

[1] Tłumaczenie Bernarda Antochewicza w niniejszym omówieniu pomijam. Nie wnosi ono wiele nowego.

[2] Jak: „veni, vidi, vici”.

Samotność ofiar

Samotność ofiar. Oto nowe Campo di Fiori. Jeszcze jeden stos wzniesiony dla heretyków tępej siły imperium i racji legitymizowanej zniewoleniem. Ukraińcy doświadczyli niemało solidarności w świecie. Za mało jednak, by nie czuli się osamotnieni. Opuszczenie polityczne czy militarne – one nie są ostateczne, można je negocjować i, przynajmniej po części, im zapobiegać. Jest jednak inne opuszczenie – w inności bycia ofiarą, a co za tym idzie, w samotności doświadczenia prawdy o przemocy i wojnie. Boli śmierć najbliższych, bolą głód, zniszczenie i poniewierka, ale równie, a czasem bardziej – tak, naprawdę – boli osamotnienie w prawdzie. Świat, a więc my/ja, może mieć najlepsze intencje, może słuchać swoich racji, może mówić, że nic nie jest czarno-białe, powtarzać odwieczną mantrę o pokoju i o tym, że humaniści powinni trzymać się z dala od broni… I nawet przez myśl mu nie przejdzie, że może tym ranić ofiary wojny, pogłębiając ich samotność.

Co można na to poradzić? Niejedno. Waży każda forma solidarności i pomocy. Ważne, abyśmy zrozumieli, że w Ukrainie pomoc militarna nie jest osobną formą wsparcia, lecz stanowi część pomocy humanitarnej, decydującej o egzystencjalnym być albo nie być. Wiem, że to może się kłócić z racjami wielu, tak jak kłóciło się z moimi. Ale to jest właśnie ten moment, w którym możemy przełamać samotność ofiar, a przynajmniej radykalnie się do nich zbliżyć. Tak, czasem za cenę przełamania siebie. Zrozumiałem to w oblężonym Sarajewie. Trzy lata trwało zabijanie tysięcy jego mieszkańców, przy akompaniamencie światowej orkiestry głosów przekonujących, że nasz humanizm powinien poprzestać na dożywianiu ofiar. Kto raz przyjmie do siebie samotność ginących, ten nie rozstanie się z nią do końca życia i na świat patrzeć będzie innymi oczami. A przy każdej kolejnej eskalacji przemocy, zanim da przemówić swoim racjom, będzie się starał wsłuchać w głos ofiary. Może to najwięcej, co możemy zrobić dla przełamania ich samotności – dać przemówić gwałconym i zabijanym, otworzyć się na prawdę heretyków zniewolonego umysłu.

„I ci ginący, samotni, / Już zapomniani od świata, / Język nasz stał się im obcy / Jak język dawnej planety”. Jeszcze nie wszystko stracone. Jeszcze możemy zawalczyć o to, by ich język stał się dla nas zrozumiały. A tym samym zmienił naszą mowę, tak dotkliwie obcą niewinnie ginącym. W odróżnieniu od Czesława Miłosza, który pisał wiersz „Campo di Fiori” na zewnątrz murów warszawskiego getta, Ostap Sływynski pisze wiersz „Czym jest wojna” z wnętrza Ukrainy. Wiele można znaleźć różnic pomiędzy towarzyszącymi im okolicznościami, jedna jest jednak samotność ofiar i zatrważająco niewzruszone trwanie tych, którzy „zawsze wiedzą lepiej”. Tymczasem nasze, międzyludzkie trwanie, które w obliczu wzbierającej fali ciemności na nowo wydaje się nam cudem, jest wciąż możliwe. Wciąż jeszcze bowiem potrafimy przełamać siebie, przekroczyć własną niemoc, a mówiąc po ukraińsku „peremohty”, i dopisać do drukowanych bez współautorstwa ofiar podręczników kilka stron prawdy osamotnionych.

Napisany na początku tego roku przez Ostapa Sływynskiego wiersz podaję we własnym przekładzie.

Krzysztof Czyżewski

 

OSTAP SŁYWYNSKI

Czym jest wojna

 

Być może kiedyś napiszą o tym podręcznik

tylko my nie będziemy jego współautorami

bo inni zawsze wiedzą lepiej czym jest wojna

bo inni zawsze wiedzą lepiej

no dobrze

ale jeden rozdział

jeden rozdział oddajcie nam

i tak nie znajdziecie dosyć literatury

to będzie rozdział o milczeniu

kto nie był na wojnie ten nie wie czym jest milczenie

albo przeciwnie wie

tylko my nie wiemy

jak ryby nie wiedzą o wodzie która je żywi i ropie która je zabija

jak mysz-nornica nie wie o ciemności która ją ukrywa przed zimorodkiem ale

zimorodka też ukrywa

pozwólcie napisać nam ten rozdział

wiem że boicie się krwi więc napiszemy go wodą

wodą o którą prosił ranny nie mógł przełykać i tylko

patrzył na nią

wodą przeciekającą przez przebity dach

wodą zdatną do użytku zamiast łez

tak – przyjdziemy do was z wodą

na waszych hasłach i wartościach tak przez nas nadużytych

że nie wiecie jak je ujawnić swoim dzieciom

nie pozostawimy po sobie śladów nie do zmycia

to będzie zaledwie kilka naszych stron

i tylko nieliczni będą wiedzieli że nie są puste

Miłosz i sprawa Skylesa

Wiersz Miłosza o Skylesie, o którym pięknie pisze w swojej najnowszej książce poświęconej twórczości poety Aleksander Fiut [1], zasługuje na baczną uwagę nie tylko dlatego, że jest tekstem mało znanym zarówno badaczom literatury jak i szerszej publiczności, warto więc go choćby z tego powodu przypominać, ale także dlatego, że Miłosz zdecydowanie nie chciał go nigdy przedrukowywać z pierwszego konspiracyjnego wydania maszynopisowego – i to zarówno w czasach okupacji, kiedy go napisał, jak i później, bo nie umieścił go nawet w tomie Ocalenie. Pytanie, dlaczego poeta tak stanowczo upierał się, by właśnie ten wiersz nie trafił do rąk czytelników, potraktujmy jako zachętę do uważnego przeczytania go raz jeszcze – zdanie po zdaniu, słowo po słowie – z nadzieją, że może to chociaż trochę rozjaśni sprawę.

 

DO SKYLESA

Skylesie, gdzie jesteś, Skylesie. Niechaj mój głos dosięgnie

Niewiadomego skrawka ziemi, gdzie przez tyle wiosen

Obracałeś się w sok ziemi i ty, i twój koń.

Wołam z tak daleka, że mój głos jak bzykanie komara.

 

Skylesie, państwo twoje obrócone w gruz,

Z twojego plemienia zostało tylko imię.

Greckie miasto, które kochałeś okryła niepamięć.

 

Dowiedz się, że religia, przez którą zginąłeś,

Też umarła, w tysiąc lat po tobie.

Że nikt już, nikt na ziemi nie wielbi mądrej Atene

Ani tańczy w pochodzie boga Dionizosa.

 

Nowa religia, której służyli prorocy i kłamcy natchnieni,

Ogarnęła świat. Spalono księgi, złupiono świątynie.

Aż raz jeszcze obrócił się krąg ludzkiego losu:

I ta religia dogorywa, oczekując nowej.

 

Skylesie, ciężko mi mówić, bo widzę ciebie,

Jak z tarczą skórzaną i włócznią prujesz konno czarnomorskie trawy,

Jestem z tobą, gdy uchylasz bram białego miasta

I zrzuciwszy strój skórzany słuchasz pieśni jońskich poetów.

 

Jestem z tobą, gdy wstępujesz na szlak dalekiego postępu

I gorzko mi, bo znam

Duszący popiół dróg i rozpacz, która tam czeka.

 

Skylesie, gorzko mi mówić, bo choć ginie ślad

Ludzkich pragnień i wiar, moje serce gorące jak twoje.

Będę walczył i wierzył, aż z daleka, bzykaniem komara

Wołać ktoś będzie do mnie, jak ja do ciebie wołam.

 

„Skylesie, gdzie jesteś, Skylesie” [2]. To jest punkt wyjścia Miłosza – radykalnie ateistyczny i nihilistyczny. Żaden katolik tak nie zapyta. Katolik wie, że choć ciało rozkłada się w grobie, dusza istnieje po śmierci, a nawet można się z nią jakoś skomunikować. Tymczasem tutaj jest mowa o umarłym, po którym nie zostało nic, może trochę gnoju i błota. Miłosz z ironiczną elegancją nazywa to „sokiem ziemi”, ale chodzi o gnój i błoto. Bo – jak czytamy – nie ma żadnej różnicy między tym, co zostaje z człowieka i tym, co zostaje z konia, między zatem rozkładem zwłok ludzkich i rozkładem zwierzęcego ścierwa. Elegancka ironia wiersza trochę łagodzi tę prawdę, ale jej nie przekreśla. Przecież Miłosz mógłby nie wspominać w kontekście zwłok Skylesa o żadnym zdechłym koniu, ale nie przypadkiem właśnie o tym wspomina. To sąsiedztwo zwłok ludzkich i zwłok końskich jest dla niego ważne, więc należy na nie wskazać. Zostanie po nas – ludziach i zwierzętach pospołu – tylko gnój i błoto. Śmierć absolutna, bo o żadnej pośmiertności w wierszu mowy nie ma. Skyles definitywnie przestał istnieć, tak jak przestał istnieć jego koń. Trochę gnoju i błota – „sok ziemi”, którym – tu Miłosz wprowadza celowo do trupiego obrazu metaforę „jadalną” – będą się żywić kolejni ludzie i kolejne zwierzęta. Różnica między ich statusami – żadna. Jak w Niepokoju Różewicza. „Obracałeś się tyle wiosen w sok ziemi i ty i twój koń”.

Mało tego: nie zostanie także po nas, ludziach, żaden ślad, ponieważ nawet groby i cmentarze są śmiertelne, to znaczy znikają bez najmniejszego śladu. Nikt nie będzie wiedział za jakiś czas, gdzie zostaliśmy pochowani, bo i nasz grób zniknie kiedyś bez śladu nie tylko z ludzkiej pamięci, ale też z powierzchni ziemi – przypomina nam Miłosz w swoim wierszu tę niewesołą prawdę.

Zwracając się do Skylesa, wie, że zwraca się do garści gnoju i błota wypełniającej miejsce po jego nieistniejącym już grobie. Bo grób króla Scytów to „niewiadomy skrawek ziemi”, o którym zapomnieli wszyscy. Nikt nie jest w stanie go odnaleźć. Tak jakby go w ogóle nigdy nie było.

I jak tu – pyta Miłosz – ma dosięgnąć poeta swoim poetyckim głosem kogoś, kto tak definitywnie przestał już istnieć? Odległość między żywymi i umarłymi jest niewyobrażalna. Pozostaje więc tylko bezsilne pragnienie skontaktowanie się z człowiekiem, którego nie ma. I taką próbę kontaktu Miłosz podejmuje, wiedząc, że jest ona z góry przegrana, bo żadna komunikacja – inaczej niż choćby w Mickiewiczowskich Dziadach – nie jest możliwa. Pozostaje tylko mówienie do osoby wyobrażonej i do takiej właśnie osoby Miłosz w swoim wierszu mówi.

Katolik na jego miejscu by się pomodlił za duszę Skylesa, ale w wierszu Miłosza nie ma ani modlitwy, ani duszy Skylesa. Jest tylko paradoksalny monolog skierowany do tego, który nie istnieje – całkowicie i zupełnie. A moc poetyckiego słowa, która – jak chcemy wierzyć – nie tylko może „dosięgnąć” umarłych, lecz także buduje ciągłość kultury? W taką ciągłość Miłosz wątpi, bo mowa poetycka, rzekomo taką ciągłość stwarzająca, jest – jak stwierdza ironicznie – równie mocna jak „bzyczenie komara”. Ani poeta nie jest w stanie skomunikować się z umarłym, ani nie jest w stanie swoim wierszem, podobnym do „bzyczenia komara” przywrócić umarłych ludzkiej pamięci, to znaczy zbudować słowami ciągłość o nich pamiętania. Jego słowa bzyczą cichutko i bezsilnie, nic nad to.

Bo tak naprawdę nie istnieje żadna ciągłość kultury, w którą chcemy uparcie wierzyć, jedynie złudzenie tej ciągłości, z którego to złudzenia Miłosz chce właśnie wyprowadzić i Skylesa, i czytelników swojego wiersza, którzy też pewnie w tę ciągłość mocno chcieliby uwierzyć.

Nihilistyczne spojrzenie na ludzką kulturę i jej dzieje jest tutaj pełne i ostateczne. Żadnej nadziei na jakąś ciągłość kultury. Dowód stanowią następne strofy wiersza. Są to strofy, w których z gorzką ironią Miłosz pastwi się nad Skylesem, a raczej nad jego naiwnymi złudzeniami. „Dowiedz się” – przyciska go do muru – dowiedz się, czegoś, o czym nie chciałeś wiedzieć. Że w gnój i błoto „obróciło” się nie tylko twoje ciało i twój nieszczęsny koń, w gnój i błoto „obracają się” – to zrównujące słowo w wierszu powraca – wszystkie państwa, wszystkie narody i wszystkie religie. W tych strofach Miłosz – chociaż pisze swój wiersz w czasach okupacji – nie mówi bowiem jedynie o jakimś kryzysie kultury, w jaki kultura popadła w czasie II wojny, lecz mówi o wiecznie powtarzającym swoje obroty „kręgu ludzkiego losu”. Nie o żaden przejściowy, wojenno-okupacyjny kryzys mu chodzi, lecz o prawa rządzące istnieniem, które co jakiś czas wyraźniej dają o sobie znać, a których Skyles nie znał, bądź nie chciał znać. Wojenny kryzys tylko te prawa jaskrawie uobecnił.

Biednego Skylesa Miłosz uświadamia, że państwo Scytów zniknęło, że jego scytyjski naród zniknął, że podziwiana przez Skylesa biało-marmurowa Grecja też zniknęła. Zniknęło zatem kompletnie wszystko, co było dla Skylesa ważne. To samo z religiami. Bo nie chodzi tylko o chrześcijaństwo. Wszystkie religie czeka to samo. W domenie religijnego doświadczenia ludzkości nie istnieje żadna ciągłość kultury, w którą chcemy wierzyć. Po wszystkich religiach zostaje co najwyżej trochę symbolicznego śmiecia, którym zajmują się archeolodzy i historycy. Nie tylko ludzkie i końskie zwłoki, nie tylko państwa i narody „obracają się” w gnój i błoto, także w gnój i błoto „obracają się” wszystkie religie, również te, w które żarliwie, jak Skylos, wierzymy. Miłosz ubiera tę myśl w formę bardziej elegancką. Woli powiedzieć, że wszystko obraca się w „gruzy”, ale sens pozostaje ten sam.

„Dowiedz się” – powtarza uparcie biednemu Skylesowi, który nieprzytomnie pokochał religię Greków, co fatalnie przypłacił życiem, ale teraz ma się dowiedzieć, że z tej religii, którą tak pokochał i z której powodu został zamordowany, nie zostało nic. Co najwyżej może trochę kamieni. Wierzył więc w coś, co już wtedy – gdyby potrafił spojrzeć na swoją wiarę z perspektywy nadświadomości historycznej samego Miłosza-poety – było właściwie niczym, to znaczy czymś już nieistniejącym, co w punkcie wyjścia zostało skazane na nieuchronne zniknięcie.

Z perspektywy swojej nadświadomości historycznej Miłosz gorzko klaruje Skylesowi, którego już nie ma, że nikt w XX wieku nie kocha „mądrej Ateny”, którą on kochał, nie idzie w bożej procesji świętego Dionizosa, w której on w bachicznym uniesieniu kroczył oraz nie wierzy w żadnego Zeusa, w którego on wierzył. Tak jak za jakiś czas nikt nie będzie kochał „mądrej” Matki Boskiej Częstochowskiej, nie będzie szedł w procesji Bożego Ciała, bo żadnych takich procesji nie będzie oraz nie będzie wierzył w żadnego Jezusa, bo nikt nie będzie pamiętał, kto to był Jezus, tak jak dziś nikt prawie nie pamięta, kto to był Ares. Przyjdą nowe wiary i ustanowią swoje nowe, własne porządki i poprowadzą własne procesje. Miejsce Zeusa i Jezusa zajmą kolejni bogowie. Taki jest bowiem powtarzalny bieg rzeczy. „Raz jeszcze obróci się krąg ludzkiego losu”. Kolejna religia zniknie i kolejna się narodzi. I tak – w nieskończoność.

Miłosz sugeruje w swoim wierszu, że w XX wieku religia katolicka dogorywa, ale dogorywa ona w jego pojęciu nie tylko dlatego, że ma w sobie antysemickie jady, które zatruły Europę w latach czterdziestych, lecz przede wszystkim dlatego, że jest jedną z setek religii, które istnieją na Ziemi i po jakimś czasie na mocy wiecznego prawa „obracają się” w nic.

Pytanie, przed którym Miłosz staje w swoim wierszu, brzmi: Jak tu wierzyć w religię, o której z góry wiadomo, że za jakiś czas „umrze”, tak jak „umierają” wszystkie religie w odwiecznym „kręgu ludzkiego losu”? Skylesowi było łatwiej, bo nie wiedział, czy nie chciał wiedzieć, że tak się dzieje na Ziemi, ufając, że wierząc w swoich ukochanych greckich bogów, wierzy w niezmienną, ponadczasową Prawdę, której nic nie naruszy. Ale człowiek XX wieku? Więc jak tu w takiej sytuacji trzymać się chrześcijaństwa jako mocnego fundamentu wiecznie płynącego życia, wiedząc, że i ono przeminie?

Tym bardziej, że ocena chrześcijaństwa w wierszu Miłosza wypada druzgocząco. Okazuje się, że i „ta religia” dogorywa nie tylko na mocy powszechnego prawa, ale także dlatego, że kryje w sobie zło. Bo odwieczny „krąg ludzkiego losu” na tym polega, że każda religia powstaje na trupie innej religii. Aby powstało chrześcijaństwo, musiało ono – jak to Miłosz przedstawia – zamordować religię wcześniejszą. I nie kryje brutalności tego faktu. Więcej nawet: posuwa się do sugestii drastycznych, sugeruje bowiem, że pod pewnymi względami chrześcijanie niczym nie różnili się od nazistów. Zachowywali się tak samo jak oni – tu przywołuje znamienny przykład: palili książki na placach, tak jak na dziedzińcach niemieckich uniwersytetów palono książki w latach trzydziestych. Ten właśnie szczegół – palenie książek przez chrześcijan – zostaje wysunięty przez Miłosza na pierwszy plan, co zaostrza tonację wiersza. Żeby zbudować katolickie katedry „spalono księgi” święte i mądrościowe dawnej religii, którą bezwzględnie zmazano z powierzchni ziemi po to, żeby zająć jej miejsce. To właśnie zrobili chrześcijanie. Więcej: chodzi nie tylko o samo zniszczenie dawnej religii, bo Miłosz dodaje tu następny drastyczny szczegół: „złupiono świątynie”. Chrześcijanie więc w takim ujęciu nie tylko niszczyli ślady dawnej religii, by na jej miejsce wprowadzić własną, ale też rabowali dziedzictwo ludzi innej wiary, wzbogacając się na cudzej krzywdzie. Byli wśród nich „prorocy”, ale – co Miłosz podkreśla – w znamiennym towarzystwie „natchnionych kłamców”, którzy religię wykorzystywali do niecnych celów. Właśnie taki obraz chrześcijaństwa Miłosz maluje w latach czterdziestych w okupowanej Warszawie, wyraźnie się od niego dystansując.

Ale w wierszu Miłosza chodzi nie tylko o chrześcijaństwo, lecz przede wszystkim o to, że tylko „raz jeszcze obrócił się krąg ludzkiego losu”, który wcześniej zmielił na popiół ukochaną przez Skylesa religię grecką jako jedną z wielu następujących po sobie religii. Bo na sto procent pewne jest, że – na co wskazuje użyta w wierszu mocna historiozoficzna metafora wiecznie obracającego się, zamkniętego „kręgu” ludzkiego przeznaczenia – każda religia umierając „oczekuje nowej”, żeby znowu za jakiś czas zostać – tak jak ona – zmielona na popiół i zastąpiona przez inną.

Taki to nihilistyczny pejzaż ludzkich dziejów rysuje przed czytelnikami wiersz o Skylesie. Miłosz daje w nim bezwzględną lekcję biednemu Skylesowi, który miał pecha, bo uwierzył w greckich bogów, czyli właściwie w nic, bo to, w co uwierzył, nie miało żadnej ponadczasowej mocy trwania, tylko zniknęło, jak para wydmuchnięta z ust. Z tego punktu widzenia jego śmierć była śmiesznie bolesnym nonsensem. Skyles tak naprawdę zginął za nic.

Narażał życie, bo zakochał się w greckich bogach, o oni – uświadamia go Miłosz uparcie – byli tylko psychologiczno-historycznym fantomem, stworzonym przez jedną z wielu „umierających” religii, z czego on sam, biedny król Scytów, nie zdawał sobie sprawy. Teraz Miłosz go stanowczo poucza: wierzyłeś w pusty fantom, nic ponadto. Po tym, w co wierzyłeś, nie został nawet ślad. Nikt już nie wierzy w to, w co wierzyłeś. Religie mnożą się i umierają, a ty uparłeś się, że twoja wiara była niezniszczalną wiarą w Prawdę, która nie przemija. Tymczasem – tak do Skylesa przemawia w wierszu nadświadomość historyczna Miłosza-poety – jest tylko wieczny Ruch, który tworzy, przeobraża i niszczy wszystko. Trudno w takim obrazie świata nie dostrzec śladów heglowskich rozmów z „diabłem” Tadeuszem Krońskim, którego osobą i myślą Miłosz był niebezpiecznie zafascynowany w latach czterdziestych.

Ale drugim, niemniej ważnym tematem wiersza Miłosza jest sprawa zdrady, która ze sprawą Krońskiego wyraźnie się łączy. Bo chodzi o króla Scytów, wspomnianego przez Herodota antycznego bohatera, który zdradził „swoich” i to jeszcze w najczulszej sferze, jaką jest sfera religijno-narodowej tożsamości. Skyles był Scytą, który brzydził się Scytami, to znaczy ich religią i ich kulturą taką, jaka ona wtedy była. Dlatego wbrew nim, a może nawet przeciw nim wybrał inną religię (i inną kulturę?), która wydała mu się lepsza? Wyższa? Mądrzejsza? Głębsza? Subtelniejsza? Znamienne, że Miłosz buduje mocne przeciwstawienie o wielu sensach. W jego wierszu Skyles porzuca prymitywny „strój skórzany” scytyjskiego wojownika na rzecz słuchania wyrafinowanych „pieśni jońskich poetów”. Przeciwstawienie to odwołuje się do stereotypu rozpowszechnionego w europejskiej literaturze, który utożsamia Scytów z „barbarzyńcami”. W jego poetyckiej opowieści scytyjski „barbarzyńca” w skórzanym stroju chce się stać wyrafinowanym „Grekiem”, bo oczarowało go „lepsze” piękno greckiej poezji i „białego” – zapewne z białych marmurów zbudowanego – greckiego miasta.

Postać Scyty, którzy brzydzi się Scytami i dlatego przemieszkuje wśród Greków, za co zostaje ukarany przez rodaków, wielorako łączy się z biograficznym doświadczeniem Miłosza. Wiersz o Skylesie mówi o człowieku, który czuł się obcy wśród swoich, dlatego tęsknił do innej duchowości niż ich duchowość i swoją religijno-kulturową obcość przed swoimi ukrywał, nie zrywając wszakże podstawowej więzi z własnym narodem. Bo Scyta Skyles, choć żył drugim życiem w greckim mieście, powracał jednak do swoich, zachowując w podwójnym życiu szczególny rodzaj wierności. Nie był Grekiem. Był Scytą, który chciał mieć grecką duszę. Swoi jednak ujrzeli w nim zdrajcę. I wymierzyli karę.

Wszystko to łączy się ze światopoglądowymi kłopotami Miłosza, który wiele razy dawał do zrozumienia, że czuje się obcym wśród swoich. Jeśli Skyles był Scytą, który brzydził się Scytami, sam Miłosz był Polakiem, który brzydził się i to mocno „Lechitami”. Dlatego szukał dla siebie innej „wiary” niż religia „Lechitów”, których miał niewątpliwie za nację o światopoglądzie prymitywnym. Identyfikacja Miłosza z polskością w jej kształcie z lat trzydziestych i czterdziestych, która to polskość jawiła mu się jako dość „barbarzyńska”, była dla niego doświadczeniem trudnym, o czym możemy czytać w wielu jego tekstach, choćby w Rodzinnej Europie czy w Prywatnych obowiązkach.

W samym wierszu Miłosz zachowuje wobec Skylesa dystans człowieka wtajemniczonego w sekret wiecznego Ruchu, ale równocześnie silnie się z nim identyfikuje. Mówi: Widzę rzeczy świata tego inaczej niż ty, więcej niż ty rozumiem, mam historyczną nadświadomość, której ty nie posiadłeś, ale jestem podobny do ciebie. Jeśli mówi o podobieństwie, które ich łączy, to jest to podobieństwo światopoglądowej „zdrady”, której istotą jest wybór „szlaku dalekiego postępu”. Bo Skyles zdradzający Scytów światopoglądowo, przechodząc przez uchyloną bramę do greckiego miasta, przechodził od „barbarzyństwa”, które symbolizuje obraz Scyty odzianego w skóry, do relatywnie bardziej „postępowej” kultury greckiej, podobnie jak Miłosz zdradzając „Lechitów” podczas rozmów z Krońskim, przechodził na stronę znienawidzonego przez „Lechitów” „dalekiego postępu”.

„Jestem z tobą” – mówi Miłosz do Skylesa i mówi to dwukrotnie. Czuje się – czy może raczej chce się czuć – kimś podobnym do Skylesa, Scyty, który „zdradziecko” przemykał się przez uchyloną „bramę białego miasta” na stronę obcego jego ziomkom greckiego świata, która była w owych czasach obiektywnie – jak to Miłosz widzi – „szlakiem dalekiego postępu”. O tym, czym był ów „daleki” postęp, Miłosz w latach czterdziestych miał dość dokładne wyobrażenie.

Rzecz w tym, że Miłosz w wierszu o Skylesie wyraźnie ujawnia swoją świadomość, że droga „dalekiego postępu” (do którego jeszcze daleko), o której sam myśli, to „duszący” „popiół zniszczenia” i „rozpacz”, nie ma więc żadnych złudzeń co do ceny, jaką się za postęp płaci. Podobnego braku złudzeń możemy szukać w heglowskich rozważaniach Krońskiego, który wiedział, że naprawy świata nie robi się w białych rękawiczkach. Nie powstrzymuje to jednak Miłosza przed samym wyborem drogi. Skyles był naiwny i nic nie rozumiał z sytuacji, w jakiej się znalazł, ale było w nim coś, co Miłosz chciałby mieć w sobie, właśnie dlatego o nim napisał swój wiersz. Wybierając „szlak dalekiego postępu” żadnych złudzeń nie ma co do natury tego „szlaku”, zdaje sobie sprawę, że „nowa wiara” jest „gorzka”, mimo to duchowo przechodzi na jej stronę, bo wie, że jednak jest ona lepsza od wielu „wiar”, przede wszystkim od prymitywizmu Scytów-„Lechitów”, których w latach czterdziestych miał już powyżej uszu, z ich nacjonalistycznymi fantazjami, które polską duszę zamulały światopoglądowym brudem, niszcząc jej przyrodzony blask.

Podobnie jak Skyles, Miłosz – wtajemniczony w okropność historii już w latach trzydziestych – wkracza na drogę bolesnego, „gorzkiego”, ale jednak – jak to widzi – światła. Robi to po absolutnie depresyjnym wtajemniczeniu nihilistycznym, którego zapis zajmuje całą pierwszą połowę jego wiersza. Problemem, przed jakim staje, jest pytanie, jak mając za sobą czarne, nihilistyczne rozpoznanie porządku świata, wyjść z nihilizmu, a raczej z samej nihilistycznej depresji, która obezwładnia i ściemnia duszę, skazując człowieka na – sprzeczne z wolą walki i działania – apatyczne i jałowe kontemplowanie okropnego, wiecznie obracającego się „kręgu ludzkich spraw”. Oto duchowe zadanie dla poety – fatalnie trudne – które trzeba jakoś rozwiązać. I wiersz ma taki właśnie porządek: najpierw zstąpienie w nihilistyczny mrok depresyjnego rozpoznania, potem szukanie drogi wyjścia na światło, a nawet jego odnalezienie.

Niestety, finał wiersza jest utkany z paradoksów, które nie rozwiązują niczego. Miłosz wstępuje na gorzki „szlak dalekiego postępu”, chociaż wie, że – oto pierwszy paradoks finałowego rozwiązania – że wszelkie wiary (a więc także wiara w „daleki postęp”, którą wybiera) są chwilowymi, przemijającymi przejawami wiecznego ruchu, obracającego się „kręgu ludzkiego losu”, mielącego wszystko na nic, bo nie tylko wszelkie religie, ale i wszelkie wielkie idee spotyka zawsze ten sam los – zmiana i zapomnienie – więc jak tu oddać się wierze w „daleki postęp”, która okazuje się tylko jedną z przemijających „wiar”, podobnie jak przemijająca była wiara Skylesa, którą ten naiwnie uważał za mocną prawdę?

Rozwiązanie Miłosz odnajduje nie w decyzjach światopoglądowych, lecz w ocaleniu psychologicznym, to znaczy w stanie duszy, a raczej – powiedzmy jego słowami – stanie „serca”. Wybiera rozwiązanie psychologiczne, choć pozornie chodzi o rozwiązanie ideowe. Nie przekreśla bowiem swojego, głębinowego światopoglądowego nihilizmu. Wcale nie odrzuca wcześniejszych rozpoznań. Nie mówi, że choć religia grecka znikła, choć Grecja przeminęła, choć nie ma już Zeusa, Galilaee vicisti!, bo bramy piekielne Kościoła świętego nigdy nie przemogą. Nic z tego. Żadnego takiego zapewnienia w jego wierszu nie znajdziemy. On tylko odkrywa, że tak naprawdę ważne dla człowieka jest jedno: ocalająca żarliwość serca. Chociaż wszystkie wiary są fantomem, chociaż taką samą naturę fantomiczną ma każda religia i wiara w „daleki postęp”, prawdziwe znaczenie ma tylko stan naszego serca. To, co łączy Skylesa i Miłosza najsilniej to – przytoczmy słowa poety – „moje serce gorące jak twoje”.

Gorące serce – oto sedno podobieństwa… Chociaż wszystkie wiary są niczym, chociaż niczym jest religia i wiara w postęp, „Będę walczył i wierzył” – zapewnia Miłosz, może ze zbyt demonstracyjnym patosem jak na wcześniejszą tonację wiersza. Ale – zadajmy sobie pytanie – o jaką walkę i wiarę Miłoszowi w tym zapewnieniu chodzi? Czy mówiąc o swojej walce, ma on na myśli walkę z Niemcami, walkę z kapitalizmem, walkę o abstrakcyjne dobro i piękno? A może walkę o postęp, walkę o cześć i godność Jezusa, walkę o Polskę? Otóż Miłosz tego nie dookreśla, bo – jak uważa – nie to jest naprawdę ważne. Skyles był może i naiwny, a nawet głupi, bo nie zdawał sobie sprawy, że wierząc w Prawdę, wierzy w fantomy, za co na dodatek absurdalnie zginął od cięcia mieczem, ale miał „serce gorące”, to znaczy żarliwie wierzył w to, co wierzył. I właśnie ten stan żarliwości jego duszy jest jedyną prawdziwą wartością w świecie Wiecznego Ruchu. Cenny i ocalający jest sam żar wiary i aktywności, chociaż sam przedmiot wiary może być fatalnie „gorzki” i „duszący”, zmienny, a nawet nieistniejący. Do podobnych odkryć zbliżał się podczas wojny przyjaciel Miłosza, jego bliski powiernik i polemista, wątpiący katolik Jerzy Andrzejewski, który później napisał Bramy raju, gdzie „gorące serce” jest istotnym argumentem dla akcesu do ideologicznej Utopii.

W finale wiersza Miłosza pobrzmiewają zawłaszczone tony ewangeliczne: – Obyś był zimnym albo gorącym! Ach, tylko nie być letnim! Być gorącym, żarliwym, rozpalonym, oddanym, aktywnym, rozżarzonym, walczącym. Tak, rozżarzona dusza – oto sposób na nihilistyczną depresję, która obezwładnia i spycha człowieka na dno życia i historii. Nie ma tu mowy o żadnym racjonalnie motywowanym, ideologicznym wyborze „drogi postępu”. Skyles, oczarowany grecką „drogą dalekiego postępu”, wybrał swoją wiarę, idąc za głosem „gorącego serca”. Ale i Miłosz swój własny wybór tej drogi przedstawia jako szlachetny odruch „gorącego serca”, dążącego ku jasności, „gorzki”, ale piękny w swojej istocie. „Gorącość” serca – nie kalkulującego, nie wyważającego po aptekarsku racji ideowo-politycznych przy wyborze własnego „szlaku” – lecz kierującego porywem woli jest wartością cenniejszą niż cokolwiek, bo to ona broni nas nie tylko przed egzystencjalną depresją, którą przepełniony jest początek wiersza, ale także ukazuje „gorzki” wybór Miłosza jako wybór dobry, usprawiedliwiony, bo nawet jeśli bolesny, to dokonany „gorącym sercem”.

Wszystko to brzmi mocno dwuznacznie a nawet nieprzyjemnie. Wiersz Miłosza wygląda tak, jakby Miłosz pisząc go, szykował się do przejścia przez uchyloną „bramę białego miasta” na drugą stronę „dalekiego postępu”, może on zatem – przyjmijmy taką hipotezę – zapowiadać powojenne wybory Miłosza, a nawet prokuruje dla nich poetyckie alibi. „Gorącość” serca jako motyw wyboru „drogi dalekiego postępu” – dobrze to brzmi jako argument, kto wie, może nawet rozgrzesza. Bo pobrzmiewającą tonami ewangelicznymi żarliwość wiary i wynikającą z niej aktywność postawy walczącej przedstawia jako wartość fundamentalną, której nie da się podważyć.

Być żarliwy jak Skyles, który zginął za nic śmiercią całkowicie absurdalną, ale miał „gorące serce”. To „gorące serce” Skylesa budzi zazdrość Miłosza, dlatego w swoim wierszu poetycko upodabnia się on do scytyjskiego zdrajcy, którego zdrada z takiej perspektywy przestaje być zdradą, tylko staje się podyktowanym przez żarliwość serca trudnym wyborem tego, co jednak słuszne.

Z jednej strony w wierszu dochodzi do głosu marzenie Miłosza, by w mrokach życia wojennego znaleźć w sobie podobny do żaru Skylesa duchowy żar wiary i aktywności, który ratuje człowieka z egzystencjalnych załamań i okupacyjnej depresji, z drugiej jednak – bo jest i druga strona tej sprawy, o której należy wspomnieć – cały wiersz wygląda na nader korzystnie wykreowany autoportret własnej duchowości, jako nie tylko ulegającej racjonalistycznemu „diabłowi” Krońskiemu, ale i zmagającej się z nim w imię niepodważalnej prawdy spontaniczności „gorących” uczuć. Bo Miłosz bardzo dbał o swój publiczny wizerunek i zawsze starannie nad nim pracował, zresztą uważnie wsłuchując się w demoniczne rady swojego heglowskiego guru, z którym zresztą nie zawsze się zgadzał. A wiersza o Skylesie nie opublikował dlatego, że mimo „jasnej” wymowy finalnych fraz, rozpoznania nihilistyczne, które dawał w pierwszej części, były zbyt miażdżące jak na historyczną chwilę, w której zostały sformułowane. Takich rzeczy, jakie napisał o„kręgu ludzkiego losu”, Polacy, do których jednak kierował swój wiersz, po prostu nie trawili – i nie trawią nadal – szczególnie polscy katolicy, o czym dobrze wiedział i co mocno brał pod uwagę. Wszelkie łagodzenie w interpretacji miażdżącej ostrości tych depresyjnych rozpoznań egzystencjalno-historiozoficznych, które zawarł w swoim wierszu, uważam za nieuzasadnione, choć rozumiem, jakie do takiego ich łagodzenia mogą skłaniać powody.

Strategię pozytywnego finału wiersza o depresyjnej wymowie stosował Miłosz i w innych wierszach, przede wszystkim w Campo di Fiori, gdzie do fatalnie depresyjnej całości dokleił fragment o jakimś poecie, który w przyszłości wzniesie bunt na Kwietnym Targu, oczywiście przeciwko podłej nieprawości świata, którą my, dobrzy ludzie, powinniśmy głośno razem z poetą potępić. A zrobił to po to, by co jakiś czas – za mądrą radą Krońskiego – wystąpić w szlachetnej roli Poety Walczącego o Wysokie Wartości Moralne, a może nawet zaprezentować się jako „pisarz narodowy”, bo w Polsce – jak mu doradzał Kroński – tylko tacy poeci mają szansę na zdobycie społecznego prestiżu, którzy głośno i wyraźnie dotykają Publicznych Spraw. Po czym, kiedy już tych spraw w swoich wierszach dotknął, wypominał sobie przez lata, że z wysokości poezji metafizycznej zniżył się do pisania „w Służbie”, co go prawdziwie mierziło, bo czuł, że mu pozytywne szlachetności moralne mogły pobrudzić metafizyczny wizerunek, na którym bardzo mu zależało.

Wiersz Miłosza odczytywany jako prokurowane alibi dla przejścia na stronę „nowej wiary” nie brzmi najlepiej, tym bardziej, że klasyczno-elegancko-ironiczną formą maskuje swoje prawdziwe intencje. Należy przypomnieć, że Miłosz już na początku lat czterdziestych, a więc długo przed napisaniem Skylesa, wiedział (przewidywał to z fatalistyczną pewnością), że „nowa wiara” nieuchronnie ogarnie pół Europy i niestety, jakoś trzeba będzie sobie poradzić w nowej sytuacji, kiedy Polska znajdzie się po drugiej stronie historii, na mocno już instytucjonalizowanej i krwawo przetartej „drodze dalekiego postępu”.

STEFAN CHWIN

[1] Aleksander Fiut, Świat i głosy niedosłyszane, Kraków – Budapeszt – Syrakuzy, Austeria, 2024.

[2] Wiersz o Skylesie Miłosz poprzedził następującą odręczną informacją dotyczącą tej postaci, którą Aleksander Fiut przytacza w swojej książce na s. 64: „Skyles, król Scytów, przejąwszy od żony religię grecką, przybywał często w tajemnicy przed swoim plemieniem do miasta greckiego u ujścia Dniepru, gdzie pędził życie wolnego obywatela, uczestnicząc w kulcie bogów. Kiedy jednak odbywał wtajemniczenia w misteria Dionizosa bachijskiego, wieść o tym przedostała się za mury miasta. Zdetronizowany, uciekł i schronił się u króla Traków. Wydany Scytom, został stracony za odstępstwo od obyczajów i religii przodków. Wieść o nim przekazał Herodot”.

Straszne skutki konferencji w Instytucie Maxa Plancka

Przez kilka lat jeździłem regularnie każdej zimy do Garching pod Monachium, aby uczestniczyć w bożonarodzeniowych konferencjach organizowanych przez mieszczący się tam Max Planck Institute for Physics and Astrophysics. Instytuty Maxa Plancka różnych naukowych specjalności znaleźć można w wielu niemieckich miastach. Monachijski zajmował się między innymi astrofizyką czarnych dziur, co jest moją naukową specjalnością. Należał wtedy, i należy dzisiaj, do światowej czołówki. W roku 1991 rozdzielił się na trzy samodzielne instytuty, w tym Max Planck Institute for Extraterrestrial Physics. Reinhard Genzel, jego dyrektor, został w roku 2020 nagrodzony Noblem z fizyki za precyzyjne wyznaczenie z dokładnych obserwacji, że masa obiektu Sagittarius A* (dalej w skrócie SgrA*), czyli czarnej dziury w centrum naszej Galaktyki, jest 4.3 milionów razy większa od masy Słońca.

Tego samego roku Nobla z fizyki dostała Andrea Ghez, także za wyniki obserwacji SgrA*, oraz Roger Penrose — jego nagroda była pierwszym Noblem przyznanym za teoretyczne osiągnięcia dotyczące teorii względności Alberta Einsteina. Penrose dostał nagrodę za ścisły matematyczny dowód, że jeśli w czasoprzestrzeni kolapsującej materii występują „powierzchnie złapane”, a grawitacja materii zawsze „przyciąga” materię do siebie (przypominam: w„ciemnej energii” grawitacja odpycha), to w wyniku kolapsu, w skończonym czasie musi tworzyć się osobliwość, w której kolapsująca materia wypada z Istnienia, kończy swój ontologiczny byt! Wbrew powszechnemu nieporozumieniu, które wywołał Komitet Noblowski nieprecyzyjnym sformułowaniem swego werdyktu, Penrose nieudowodnił, że z teorii Einsteina wynika powstawanie czarnych dziur. Sam Penrose prostował to nieporozumienie wielokrotnie, na przykład w długim wywiadzie dla „Guardiana” tuż po otrzymaniu nagrody.

Friedrich Meyer i jego żona Emmi Meyer-Hofmeister byli profesorami w Garching. Sformułowali kilka idei, znanych i cenionych przez ekspertów, jako fundamentalne aspekty teorii niestacjonarnych dysków akrecyjnych wokół białych karłów. Często ich odwiedzałem, przyjeżdżając do Garching z Kopenhagi, gdzie byłem profesorem w Nordita. Chyba w roku 1992, Friedrich poprosił, abym przed bożonarodzeniową konferencją, która miała trwać od środy do czwartku 16-17 grudnia, wygłosił w poniedziałek i wtorek 14-15 grudnia cykl wykładów o teorii dysków akrecyjnych wokół czarnych dziur dla jego współpracowników i studentów. To miały być cztery dwugodzinne wykłady, rano i po południu, czyli łącznie osiem godzin lekcyjnych — „prawdziwych wykładów, kredą na tablicy”! Z radością się na to zgodziłem — choć bowiem przygotowanie ośmiu godzin takiego trudnego wykładu oznaczało co najmniej dwa tygodnie solidnej pracy, wiedziałem, że jego wygłoszenie będzie dla mnie ogromną przyjemnością, o traumatycznym natężeniu.

Starannie zaplanowałem podróż. Wybrałem pociąg a nie samolot, z powodu walizek, w które w drodze powrotnej zamierzałem zapakować prezenty dla żony Henryki oraz dzieci Weroniki i Tomasza — prezenty liczne, duże i ciężkie — zakupione w ramach monachijskiego Christmas Shopping. Monachijskie przedświąteczne zakupy są równie wstrząsającym zjawiskiem, jak londyńskie, paryskie i nowojorskie. Podróżowanie pociągiem z kilkoma dużymi walizkami nie było natomiast wtedy żadnym problemem, gdyż na każdym dworcu pracowali bagażowi. Zaplanowałem, że najpierw pojadę popołudniowym pociągiem z Kopenhagi do Hamburga. Tam się przesiądę w nocny ekspres Hamburg-Monachium. Zgodnie z tym planem, w hotelu w Garching powinienem być już w piątek 11 grudnia przed obiadem. Piątkowe popołudnie i całą sobotę przeznaczę na zakup świątecznych prezentów. W niedzielę będę odpoczywał w hotelu, przeglądając ostatni raz notatki do wykładów.

Z początku, w moim dokłądnym planie wszystko się krok po kroku udawało. Już w sobotę wczesnym wieczorem stały w hotelowym pokoju w Garching dwie duże walizy i kufer zapakowane prezentami i gotowe do kolejowej podróży Monachium-Hamburg-Kopenhaga za tydzień. Najważniejszą sprawę prywatną już załatwiłem. Następnego dnia, w niedzielę, mogłem się zająć wykładem. Ale postanowiłem pójść od razu, jeszcze tego sobotniego wieczoru, na małą kolację do mojej ulubionej włoskiej restauracji niedaleko hotelu. Tak też zrobiłem. Wracałem z restauracji, gdy było już ciemno. Nie zauważyłem lodu na chodniku, poślizgnąłem się i upadłem. Poczułem ostry ból w prawym nadgarstku, łokciu i obojczyku. Wstałem o własnych siłach i wróciłem do hotelu.

Od razu zasnąłem, bo byłem już bardzo zmęczony. Obudziłem się nagle o drugiej w nocy. Cała ręka bolała mnie okropnie. Zadzwoniłem do hotelowej recepcji, powiedziałem, że złamałem rękę, że bardzo mnie boli i że proszę o pomoc.

— Czy złamał pan rękę w naszym hotelu?

— Nie. Na ulicy. Poślizgnąłem się na ulicy i upadłem.

Recepcjonistka nawet się nie wstydziła swego pełnego ulgi westchnienia. Dobrze rozumiałem, skąd ta ulga: nagrała właśnie dowód, że hotel nie ponosi winy za mój wypadek.

— Panie profesorze, dzwonię po taksówkę do współpracującej z nami firmy. Taksówkarz zawiezie pana do dużego szpitala w centrum Monachium i zaprowadzi prosto do gabinetu lekarza pogotowia.

Jechaliśmy przez śródmieście zupełnie puste o tej porze, ale okryte śniegiem, w feerii bożonarodzeniowych świateł. Było czysto, cicho, jasno i pięknie. W pokoju dyżurnych pielęgniarzy pogotowia było ich dwóch. W zestawie tworzyli dość komiczną parę. Pierwszy wyglądał jak stereotyp niemieckiego oficera Waffen-SS z propagandowych plakatów III Rzeszy — wysoki, szczupły blondyn o pięknej, silnej, męskiej twarzy; nietzscheański Übermensch. Drugi miał także stereotypowy wygląd — nowojorskiego Żyda. Był nim zresztą naprawdę. Nosił kippę. Przyjechał do monachijskiego szpitala na studencką praktykę, akurat kończył w Nowym Jorku medycynę.

Zaczęli od rutynowego wywiadu po angielsku: imię, nazwisko, data i miejsce urodzenia. Gdy odpowiedziałem „Chełm”, nowojorczyk spojrzał na mnie, wyraźnie zaciekawiony:

Ten Chełm? Ten, o którym tak wiele pisał Isaac Bashevis Singer?

— Tak. Ten Chełm.

— Uwielbiam chełmskie szmoncesy, znam je wszystkie. O Mietku Goldbergu, o doktorze Poznańskim, o dwóch krawatach, o budowaniu w Chełmie mykwy. Przepraszam za osobiste pytanie. Czy jest pan Żydem, profesorze?

— Tak, jestem Żydem.

Nie mogłem odpowiedzieć inaczej. Po pierwsze, czułem, że przecząca odpowiedź sprawiłaby mu ogromną przykrość. Zresztą w obecności jego kolegi, Übermenscha z kwadratową szczęką i na dodatek właśnie tu, w tym Monachium — „chciałem” być Żydem. Po drugie, i tak by nie uwierzył przeczeniu. Ktoś, kto się nazywa Abramowicz i urodził w Chełmie nie może „nie być” Żydem! Zwłaszcza, gdy w dodatku jest uniwersyteckim profesorem fizyki teoretycznej. „Fizyka to nie jest zawód. To jest narodowość”, napisał Henryk Grynberg w nominowanym do nagrody Nike Memorbuchu, opisując antysemickie czystki na polskich uniwersytetach w roku 1968.

Wreszcie, po trzecie, choć jestem Polakiem, rygorystycznie wychowanym w tradycyjnej rzymsko-katolickiej rodzinie, to przecież według Halachy, czyli autorytatywnej wykładni prawa Mojżeszowego, ja jestem Żydem naprawdę i to wcale nie z tego powodu, że po ojcu noszę niewątpliwie żydowsko brzmiące nazwisko Abramowicz. Ojciec mojego ojca, pierwszy z mych dwóch dziadków, Jan Abramowicz, pojawił się w życiu mojej babki przelotnie, jak niebieski ptak. Nic o nim pewnego nie wiem, nie widziałem nigdy choćby jego zdjęcia. Babka nigdy mi niczego o nim nie opowiadała. Może był Żydem, może nie. Ale i tak to nie ma znaczenia, bo według Halachy żydostwo dziedziczy się po matce, nie po ojcu. Moja matka była z domu Żółcińska. To dobre nazwisko starej, rycerskiej szlachty. Szlachectwo jej ojca, mojego drugiego dziadka, Mieczysława Żółcińskiego, zostało bardzo wnikliwie sprawdzone przez wyspecjalizowaną w tych kwestiach carską komisję, gdy dziadek w roku 1902 starał się o przyjęcie do elitarnej szkoły oficerskiej w Sankt Petersburgu (Павловское военное училище)

Witkacy wstąpił do tej samej szkoły w trochę ponad dziesięć lat później po moim dziadku, a Jarosław Iwaszkiewicz opisał w ślicznej książeczce Petersburg jego trudności w przedłożeniu dokumentów potwierdzających szlachectwo. I mój dziadek, i Witkacy, zrobili sobie fotograficzne portrety wielokrotne. Portret Witkacego, późniejszy o ponad dekadę od portretu mego dziadka, stał się powszechnie rozpoznawalną ikoną polskiej kultury. Żółciński od razu po ukończeniu szkoły oficerskiej wyjechał, w randze kapitana, na wojnę japońską. Za okazane w boju męstwo dostał order Świętego Równego Apostołom Księcia Włodzimierza (z mieczami). Został ciężko ranny szablą w głowę i leczył się długo w wojskowym szpitalu w Carskim Siole, gdzie poznał Marię i Anastazję Nikołajewne, córki cara Mikołaja, które organizowały tam pracę pielęgniarek. Ma z nimi, oraz innymi rannymi oficerami, piękne sepiowe zdjęcie, zrobione przez nadwornego fotografa: na zdjęciu mój dziadek Żółciński delikatnie trzyma swą rękę na ramieniu Anastazji. Miał z nią platoniczny romans — wiadomo, że on pisał dla niej wiersze (po francusku), a ona podarowała mu w zimie bukiecik jego ulubionych konwalii, z uroczym, odręcznie pisanym, bilecikiem.

Kapitan Mieczysław Żółciński ożenił się z Marią Rothejmówną, pochodzącą z rodziny dość zamożnych, całkowicie zasymilowanych, warszawskich Żydów. Jego córka, капитанская дочка, czyli moja matka Anna Żółcińska, miała zatem żydowską matkę.

Rozmyślałem o tym, gdy obaj pielęgniarze, Übermensch i nowojorski Żyd, wnikliwie oglądali moją rękę w świetle silnej, chirurgicznej lampy:

— Chyba złamana. Trzeba zadzwonić i obudzić panią doktor.

Zadzwonili i po chwili przyszła pani doktor w błękitnym lekarskim kitlu, ledwie narzuconym na nagie ciało. Obejrzała rękę, dała przeciwbólowe tabletki i wysłała na prześwietlenie na drugim końcu korytarza. Kiedy wracałem, zauważyłem, że ręka już od dawna mnie nie boli. Czułem okropny wstyd. Wyobrażałem sobie bowiem, że piękna pani doktor, w której byłem już, rzecz jasna, szaleńczo zakochany, ledwie rzuci okiem na przyniesione przeze mnie rentgenowskie zdjęcie i powie z niedbałą obojętnością: „Nic panu nie jest. Jak pan wróci do hotelu, proszę wziąć dwie aspiryny i pójść do łóżka. Jeszcze się pan zdąży trochę przespać do rana”. Podałem jej zdjęcie, które umieściła w przeglądarce na ścianie. Długo je badała ze skupioną, profesjonalną, uwagą i taką wydała diagnozę

— Duże złamanie, ale ładne, bez przemieszczeń. Wszystko jasne, od razu zakładamy gips.

Pielęgniarze zmieszali składniki, przygotowując gipsową masę.

Opatrunek sięgał od czubków palców aż powyżej łokcia. Gips szybko twardniał. Miał śliczny, optymistyczny, bardzo jasnoniebieski kolor. Nigdy takiego wcześniej nie widziałem. Pani doktor skończyła gipsowanie, napisała krótki opis wykonanych w nocy zdjęć, badań i zabiegów dla informacji mojego duńskiego lekarza i wróciła do siebie, zostawiając mnie pod opieką pielęgniarzy na półgodzinną obserwację. Opowiedziałem im wtedy mój ulubiony chełmski sznonces.

 

Mietek Goldberg mieszkał w Chełmie, był drobnym przedsiębiorcą, prowadził interes import-eksport. Szło mu całkiem nieźle. Ale zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że firma mogłaby przynosić znacznie wyższe zyski, gdyby jego własny wygląd nie odstraszał wielu potencjalnych kontrahentów. Mietek Goldberg był bowiem koszmarnie brzydki, wyglądał wprost okropnie. To go bardzo martwiło. Modlił się więc często i żarliwie w synagodze, w domu a nawet w swoim kantorku o to, by jego twarz się choć trochę zmieniła. I jego modlitwy zostały wysłuchane. Pewnej nocy przyśnił się Mietkowi anioł Gabriel:

— Goldberg, zamiast tak bez przerwy narzekać, to ty sobie zrób operację kosmetyczną w klinice doktora Poznańskiego na Hrubieszowskiej. Załatwimy wszystko tak, byś dostał dużą zniżkę. Mamy na to w Niebie swoje sposoby.

Operacja udała się znakomicie. Kiedy zatopiony w dziękczynnej modlitwie Mietek wyszedł z kliniki nie zauważył nawet, że jest już na ruchliwej ulicy Hrubieszowskiej. Od razu przejechała go ciężarówka. Znów oszpecony, krwawiący z licznych ran, leżał na jezdni. W jego głowie krzyczała skarga:

— Boże, dlaczego mi to zrobiłeś?!

Na to otwarły się niebiosa i głosem z wichru (Hi 38.1) odpowiedział Pan:

— Goldberg?! To ty?! Nie poznałem cię.

 

Taksówkarz odwiózł mnie do hotelu w Garching. Akurat zdążyłem na późne niedzielne śniadanie. Ręka mnie już zupełnie nie bolała. Po śniadaniu zadzwoniłem do Friedricha z wiadomością, że nie będę mógł dać wykładów przy tablicy jutro i pojutrze, ponieważ złamałem prawą rękę. Powiedziałem, że w szpitalu w Monachium założyli mi gips i dali silne leki przeciwbólowe.

— Marku, nie ma sensu, abyś zostawał dłużej w Monachium. Dość już wycierpiałeś. Wracaj jeszcze dziś do Henryki samolotem. Wiem, że miałeś wracać pociągiem, ale przecież teraz jest to zupełnie nierealne.

Już tego popołudnia leciałem business class do Kopenhagi. Drinki piłem lewą ręką, ale gdy podano solidną kolację z trzech dań, stewardessa Lufthansy przyklęknęła obok mojego fotela:

— Będzie panu niewygodnie jeść samą tylko lewą ręką. Nakarmię pana.

Od razu zaczęła grać żartobliwą rolę troskliwej mamy czteroletniego niejadka:

— Jeszcze jedna łyżeczka za ciocię Emmi… i jeszcze jedna za wuja Freda…

Włączyłem się bez oporu w jej psotę, choć wcale nie miałem ochoty na żarty. Byłem bezradnie bierny, przygnębiony, rozgoryczony i zasmucony swą sytuacją. Ten nastrój nie dotyczył ani trochę mojej złamanej ręki — był ogromnym żalem za bezpowrotnie i niesprawiedliwie straconą okazją na ośmiogodzinny, bożonarodzeniowy, wykład u Maxa Plancka w Monachium, który jak najstaranniej obmyśliłem we wszystkich szczegółach.

Na lotnisku w Kopenhadze czekała Henryka z naszymi nastoletnimi dziećmi. Przygotowała je na moje entrée:

— Najpierw dwie stewardessy będą pchały dwa wózki pełne walizek, a za nimi, prowadzony przez trzecią, kroczył będzie triumfalnie wasz ojciec w swym o wiele za dużym i pogniecionym Stetsonie, który on uważa za szczyt elegancji. Dziś jego dodatkową ozdobą jest złamana ręka w niebieskim gipsie, zawieszona, jak go znam, na eleganckim temblaku. Na pewno znalazł sposób, aby gdzieś po drodze kupić taki temblak. Zapamiętajcie, dzieci, na całe życie: jak łamać ręce, to tylko podczas konferencji w Instytucie Maxa Plancka w Monachium!

MAREK ARTUR ABRAMOWICZ

 Fragment. Z tomu „Urania” (w przygotowaniu).

Spod powieki (F)

Wtorek, 14 stycznia

Sygnalizuję ukazanie się książki, napisanej na podstawie doktoratu, którego byłem recenzentem (promotor: Aleksander Nawarecki), a której temat budzić będzie zapewne pytania i kontrowersje: Michał Nikodem, Dentomachia. Adam Mickiewicz i Juliusz Słowacji u dentysty. Słowo / obraz terytoria, Gdańsk 2024. Zachęcam do lektury, a autorowi gratuluję publikacji i namawiam na założenie Instytutu Stomatopoetyki, który powinien łatwo znaleźć podstawy finansowe w obecnym czasie mody na ujęcia interdyscyplinarne i na dialog różnych nauk. Dentomachia ukazała się w prowadzonej przez Tadeusza Sławka serii wydawniczej „ars medica ac humanitas”, która ma taki właśnie charakter. Początek został zrobiony.

Środa, 15 stycznia

Dobra rada Grzegorza Rosińskiego: „Świat trzeba sobie wyobrazić. Zamykam oczy. I wtedy widzę. Radziłem to studentom w Szwajcarii – zamknijcie oczy, zobaczycie cały świat inaczej. Świat po swojemu, nie tak, jak go widzi kolega czy ktoś inny. Nie rozumieli” („Gazeta Wyborcza”, 13 sierpnia 2024).

*

Spod powieki czytam w medytacji męki Pańskiej na środę hiszpańskiego mistyka, Ludwika z Grenady, o zaprzaństwie Piotra: „Obrócił się natenczas zbawiciel, i spojrzał na Piotra, porywają się oczy, aby patrzyły na owieczkę, która ginie. O pojrzenie mocy przedziwnej, o wejrzenie ciche, ale niewymownie potężne. Dobrze zrozumiał Piotr tego wejrzenia mowy i sprawy: ponieważ pienie kurowe ocucić go nie mogło, a to samo przemogło. Lecz nie tylko mówią, ale też i sprawują oczy Pana Chrystusowe, co jaśnie łzy Piotrowe okazują, które nie tak z Piotrowych, jako z Pana Chrystusowych oczu wypłynęły” [1].

Piątek, 17 stycznia

Myślę dziś o Teresie Z., która zawsze na ten dzień zapraszała przyjaciół z okazji swojego Święta Wyzwolenia (zaproszeni wiedzieli, że chodzi o rocznicę rozwodu).

A tymczasem „Jewish Review of Books” drukuje, w przekładzie i ze wstępem Roberta Chandlera, odnaleziony przed paru laty i niepublikowany za życia autora szkic Vasilija Grossmana, który zaczyna się takim zdaniem: „W dniu, kiedy Armia Czerwona wyzwoliła stolicę Polski, wkraczałem z przedmieścia, Pragi, do samej Warszawy”. Urodzony czterdzieści lat wcześniej w Berdyczowie pisarz był wówczas korespondentem wojennym. „Warszawa była cała w ruinach: budynki wypalone ogniem, wytrzeszczone oczodoły zamiast okien, splątane przewody elektryczne, stalowe szyny tramwajowe powyrywane z ziemi, ogniska tlące się na ulicach i placach, tłumy ludzi bez dachu nad głową”

Tekst Grossmana powstał w roku 1948, kiedy strona polska próbowała zaprosić jego i Erenburga na obchody piątej rocznicy powstania w getcie. Autor skupia się zatem na wątku żydowskim (aczkolwiek próbuje uwznioślić narrację, o dziwo, odniesieniami chrystologicznymi). Opisuje, jak wślizgnął się do spalonego getta przez wyrwę w ceglanym murze „pod koroną cierniową drutu kolczastego”, podkreśla, że obrońcy getta walczyli „czterdzieści dni i czterdzieści nocy” (faktycznie dwadzieścia sześć). Wprowadza nawet symbolikę, która łączy typowo polski obyczaj święcenia pokarmów ze Środą Popielcową. Opowiada mianowicie, że w ruinach getta spotkał niewysokiego mężczyznę w długiej obszarpanej szacie, niosącego dziecinny koszyczek wyplatany z kolorowej słomy. Był to żydowski pończosznik z Łodzi, o „ogromnych, ciemnobrązowych oczach, przepełnionych cennym płynem smutku i zamyślenia”, który wszedł do getta, żeby napełnić koszyczek popiołem pomordowanych i zanieść go do swego miasta rodzinnego. Grossman: „Patrzyłem na niego dłuższy czas, jak odchodzi – drobna, chaplinowska figurka, sunąca przez zimową mgłę, pośród niemych kamieni, z okrągłym dziecięcym koszyczkiem spokojnie kołyszącym się w rytm jego kroków” [2].

*

W południe Tina siadła przed otwartymi drzwiami do ogrodu zimowego i zaczęła miauczeć. Pomyślałem, że może to dobry znak, żeby wreszcie usiąść na rowerku stacjonarnym i trochę popedałować – co powinienem robić codziennie, a nie raz na parę miesięcy. Przesunąłem siedzenie na odpowiednią odległość, sięgnąłem po lekturę i zacząłem kręcić. Tina, jakby tylko na to czekała, weszła do środka, wskoczyła na swój fotelik i zasnęła, uspokojona.

Co czytałem na rowerku? Podróż Charlesa Merrilla, poleconą mi przez osobę, z której gustem się liczę. Ciekawa biografia autora (brat poety Jamesa Merrilla, syn założyciela bankierskiej fortuny Merrill Lynch, niezależny intelektualista, przyjaciel Polski i Polaków), ale lektura idzie mi ciężko. Nie wiem, czy to wina dziwnej konstrukcji, czy pokrętnego stylu autora, czy tłumaczenia, ale gdyby nie rekomendacja, już dawno cisnąłbym ją w kąt. Aczkolwiek, oczywiście, czasem trafiają się perełki, jak ten arabski chłopiec, napotkany podczas wojny na terenie Algierii: „Zboczyłem z drogi, a kiedy pagórek zasłonił widok na wojskowe akcesoria, byłem znowu w Afryce Północnej. Ale nie byłem sam, bo w tej kotlince arabski chłopczyk pasł z rozbieganym psem kilkadziesiąt owiec. Był ubrany w bawełnianą koszulę, miał bose stopy i grał na flecie. Kiedyś mógł to być król Dawid” [3]. Albo to: w roku 1956 Merrill we Francji poznaje Czesława Miłosza, odwiedza wielokrotnie i zasypuje pytaniami o Polskę. Na pytanie, co robili Polacy na początku okupacji, kiedy ich państwo przestało istnieć, nie stworzyli, ani też nikt im nie proponował rządu kolaboracyjnego, i spory odłam ludności pozostał bez pracy – Miłosz miał odpowiedzieć: „Czytali Prousta […]. To mogło oddzielić ich najskuteczniej od jesiennej pluchy października i listopada 1939 roku” [4].

Sobota, 18 stycznia

Umarła Teresa z Potulickich Łatyńska, wdowa po dyrektorze rozgłośni polskiej RWE i pierwszym ambasadorze RP w Bernie, autorka wspomnień z powstania warszawskiego, piękna osoba. Myślę o niej z wdzięcznością. R.I.P.

Sięgam po szczupły tomik Dziennik powstańczy 1944. W zapisie z 18 sierpnia kawałek o uratowaniu cudownego Jezusa z katedry – cytowałem go w tym dzienniku z drugiej ręki 5 sierpnia zeszłego roku. 20 sierpnia taki fragment: „O 11-ej dużo osób poszło na Mszę św. do pobliskiej kaplicy na terenie Banku [Polskiego]. Nie chciałyśmy z Ewą iść bez wiedzy por. «Miłosza», więc zaczęłyśmy go szukać. W pewnej chwili nadleciały znów samoloty. Wybuchy były bardzo silne i blisko. Po chwili przyniesiono wielu rannych, pomiędzy którymi był i ksiądz. Bomba trafiła w ołtarz podczas Podniesienia” [5]. Cóż, gdyby Teresa Potulicka poszła na tę Mszę i zginęła od bomby, nie wyszłaby za Marka Łatyńskiego i nie urodziłaby Mai, która, nie istniejąc, nie mogłaby (za podszeptem Ewy i Marka Zaleskich) polecić mnie swemu ojcu na stanowisko attaché kulturalnego w Bernie i moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Przy dzisiejszej lekturze – może pod wpływem tekstu Grossmana – wyłapuję wątek, który za pierwszym razem (dedykacja Autorki podpowiada, że kiedy to było: „lipiec 1999”) jakoś mi umknął. 24 sierpnia: „Trupy wynoszą uwolnieni z Gęsiówki Żydzi na podwórze, gdzie przykryte ledwie papierem, otoczone rojem much, leżą znów do czasu, aż znajdzie się dla nich miejsce na grób. […] Ministerstwo [Sprawiedliwości] znowu się paliło. Zapędzono Żydów do noszenia wody, ale bali się, bo ktoś rozpuścił pogłoskę, że cały dach może się tam zawalić. Dlatego spaliła się sala balowa, bo nie mogliśmy nadążyć z donoszeniem wody” [6].

Ostatnie strony Dziennika powstańczego 1944 to opis ewakuacji ze Starego Miasta. Powstańcy i sanitariuszki wychodzili gęsiego, trzymając się sznura, który łączył ich z przewodnikiem. Tempo było jednak nierówne i Teresa Potulicka w pewnej chwili zdała sobie sprawę, że trzyma już tylko kawałek, nie związany z liną na przedzie. Nie chcąc straszyć innych, zaczęła, kilkunastoletnia dziewczyna, sama ciągnąć cały pochód. Najgorzej było na rozgałęzieniach kanałów: „Nigdy dotąd nie modliłam się tak szczerze jak w chwilach, gdy stawałam przed rozwidleniem dwóch identycznych korytarzy”[7]. Czytając te strony ma się wrażenie, że to jakaś mityczna opowieść o rozstajach Herkulesa i o nici Ariadny w labiryncie. A przecież rzecz kończy się wyjściem z kanału, nie w starożytności w jakimś porcie Morza Śródziemnego, tylko 80 lat temu w śródmieściu Warszawy, gdzieś między Kopernika a Nowym Światem.

*

Wpadł mi do skrzynki tomik Rafała Wawrzyńczyka Dziecko na głowie króla. Tytuł przypomina prozę poetycką Andrzeja Kijowskiego, Dziecko przez ptaka przyniesione.

Dlaczego chętnie czytam te wiersze? Może dla tego, że u znacznie młodszego (rocznik 1980) autora odnajduję tyle odwołań do moich ulubionych poetów i prozaików. Do Rilkego w wierszu (Inc.) Do pewnych rzeczy… („Do pewnych rzeczy / nie ma już dostępu. // Do miejsc, do których docierał w puentach swych utworów / Rainer Maria Rilke, powracał z nich umęczony, wszyscy gratulowali” [8]), ale i w wierszu Cavi z ironicznym opisem Duino (tenże Rilke) i wyprawą do Triestu (Joyce, Svevo, ale też: „Z Triestu do Australii wyrusza Tomek Wilmowski” [9]). Jest Gombrowicz (Z ziemi polskiej do jakiejś innej), jest Gottfried Benn (Benn, Boesmans, bzy na Burakowskiej). W niektórych wierszach słyszę frazy wczesnego Siwczyka. Na koniec – Chrzest dworzanina królowej etiopskiej, który materię czerpie z Akt Apostolskich, podobnie jak Sługa królowej Kandaki Wata, ale jest też dialogiem z odzyskanym do polskich zbiorów obrazem Johanna Conrada Seekatza. Chyba najbardziej podoba mi się wielopiętrowy Fryzjer, którego pierwsza fraza brzmi: „W Brwinowie przyjmuje jeszcze fryzjer, który strzygł Iwaszkiewicza” [10].

*

Film Prawdziwy ból (A Real Pain, 2024) – nie całkiem prawdziwy i nie bardzo bolesny, czasem wręcz dziecinny, a jednak jakoś się broni. Dziwne.

Poniedziałek, 20 stycznia

Film The Good Liar (2019), oparty na pierwszej powieści Nicholasa Searle, jest jak skomplikowana, wielopolowa kostka Rubika: co jakiś czas wydaje się, że już wszystko się zgadza, po czym jeden element ulega przekręceniu i mamy zupełnie nowy obraz. Kolejny obrót i nowa odsłona – i tak do samego końca.

Środa, 22 stycznia

Dziś ostatnia porcja bolesnych i kosztownych szczepień przed wyjazdem do Afryki – w ramach jednostki chorobowej pod uroczą nazwą „medycyna podróżna”.

*

Z Trójmiasta via Nowy Jork dowiaduję się wieczorem, że umarła Renata Gorczyńska. Nim się poznaliśmy, słyszałem o niej w Paryżu od Oli Watowej, która przez dłuższy czas była w niełatwej sytuacji powierniczki dwojga zaprzyjaźnionych z nią partnerów burzliwego romansu, Miłosza i Gorczyńskiej. Osobiście po raz pierwszy spotkaliśmy się przypadkiem w gabinecie Eli Sawickiej, w „Rzeczpospolitej”, jeszcze przy placu Starynkiewicza. W ostatnich latach zamieszczała krótkie eseje w „Księdze Przyjaciół” wydawnictwa Próby. Na jeden z nich – Przenikanie światów – zareagowałem. Jej odpowiedź wklejam tu na pożegnanie: „O, Janku jak mi miło, że się odezwałeś i nie tylko z konkretną radą. / Morduję się nad nową wersją. Jestem ofiarą Miłosza. Chciałabym dodać coś nowego wobec Franaszkowych odkryć, ale wówczas gryzę się, czy ujawniać absolutnie prywatne opowieści Czesława. / Sen autentyczny co do joty. C. zresztą systematycznie udziela mi się we snach. / Gdynia serdecznie ściska. / Renata G”.

Renata była osobą szybko kojarzącą, bezpośrednią i, kiedy chciała, ciepłą. Taką ją zapamiętam.

Czwartek, 23 stycznia

Literat Szczepan Twardoch w „Wyborczej”: „Nie mam też złudzeń co do jakości ukraińskiego państwa. W Polsce wszyscy jakoś łyknęli przez sympatię do Ukrainy, że to jest Gondor, który broni się przed orkami. No… nie bardzo Gondor. To państwo nie jest wzorem republikańskich cnót, mówiąc najdelikatniej”.

To idzie bardzo szybko…

*

W tejże gazecie Bartłúmjej Wanot, absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Śląskiego, korektor, tłumacz, miłośnik języków słowiańskich, założyciel kolektywu Uotwarty Ślunsk, pisze, że Gruzini chcieliby zmienić międzynarodową nazwę swego państwa na tradycyjne Sakarwelo, ponieważ słowo „Gruzja” jest w ich odczuciu rusycyzmem. Na razie nową nazwę państwa uznała i wprowadziła jedyne Litwa, w podzięce za to, że w języku gruzińskim zaczęto używać nazwy Lietuwa. Rozumiem intencje, ale jestem sceptyczny. Informacja o tym, że Rosja zaanektowała Sakarwelo nie wywoła większego echa, co innego, gdy się okaże, że zaatakowana została Gruzja, albo – jeszcze lepiej, jak w roku 2008 – Georgia. Przecież to stan amerykański!

Piątek, 24 stycznia

Powściągliwe wiersze Bernadetty Kuczery-Chachulskiej czytam za każdym razem z równą przyjemnością, przy czym w kolejnej lekturze coś innego szczególnie mnie frapuje. Tym razem, w starannie przez PIW wydanym nowym tomie (świetna okładka Piotra Kieżuna), jest to określony w podtytule jako haiku wiersz w ogrodzie: „zamknij tę furtkę / bo wejdą / motyle” [11]. Z wcześniejszych, już dawniej czytanych, wychwytuję spod powieki wiersz bez tytułu (mikroerotyk epistemologiczny?): „na wypukłościach dnia / widzę dopiero / jak ciążysz / niczym sen – powieka // i tyle mi / ile pod nią obejmę” [12]. Spojrzeń jest w tych wierszach, które często żywią się sztuką, wiele. Wyjmuję jeszcze z wiersza Samochodem powieki z takim oto ptasim obrazem: „spędzony z powiek / dzień / przysiadł” [13]. A zamykam te wypisy zwrotką z jednego z moich ulubionych (Gałązka z Dukli): „gałązka z Dukli / sąsiadka / biało-różowych ścian / kościelnych luster / Mniszchów” [14].

Sobota, 25 stycznia

Dwudniowy wypad do Szwajcarii. Na drogę wziąłem trzeci tom Notatnika i modlitewnika drogowego Henryka Wańka. Bardzo proporcjonalna mieszanka codziennych (ale pozbawionych dokładnych dat) zapisków – drobnych zdarzeń, lektur, spotkań, wernisaży, wyjazdów krajowych i zagranicznych, doprawionych sporą dozą złośliwości (ze szczególną alergią na głupotę); podanych przeważnie kursywą zapisów „z dziennika snów”; fragmentów opowiadania fantastycznego Świat wassermanów, które, z początku nieco nudne, nabiera wigoru wraz z pojawieniem się motywu polowania na wodnika. Świetna opowieść o dworcu w Ostrowie Wielkopolskim, którą zaraz po wylądowaniu w Zurychu posłałem dyrektorowi ostrowskiego muzeum i zbieraczowi wszelkich lokalnych historii, Witoldowi Banachowi. Z przyjemnością natrafiam na „Do Janka Zielińskiego taki list”, napisany po śmierci Jarka Markiewicza [15].

A tytułowy modlitewnik? Owszem, są i modlitwy, na przykład jedna po hebrajsku, opatrzona („Dla nieznających pisma hebrajskiego”) transliteracją, ale bez przekładu polskiego. To prosta piosenka, ułożona przez ortodoksyjnego rabina Barucha Chaita na podstawie epigramatu cadyka Nachmana z Brasławia, której tekst można zawrzeć w słowach: „Cały wielki świat to bardzo wąski most, a najważniejsze, żeby się nie bać”.

*

Z pociągu z lotniska przez szybę widok jak górski pejzaż Giovanniego Giacomettiego.

Jan Zieliński, „Mój niebieski Giacometti”. Szwajcaria 2025

*

W Kunsthausie duża retrospektywa Mariny Abramović. Dzikie tłumy, po części dlatego, że wiele miejsc wystawy zaprasza do nieskrępowanej medytacji, więc tworzą się kolejki. Sporą część instalacji znałem z innych wystaw i z filmów dokumentalnych, zebrane razem robią jednak pewne wrażenie ze względu na obsesyjne szukanie granic ciała, wytrzymałości, odporności. Patrząc na nagranie, na którym Abramović i jej partner Ulay nawzajem się policzkują, przypomniałem sobie czytany rano fragment notatnika Wańka: „Najpierw listem niezbyt obszernym, ale pełnym uprzejmości, zapytywał mnie, czy znalazłbym chwilę na spotkanie z nim, o czym marzy od dawna. Cóż mogłem uczynić wobec takiej kurtuazji i taktu. Odpowiedziałem pozytywnie, sugerując dzień godzinę i miejsce. Potwierdził to i wyraził radość. Przez delikatność nie spytałem, czego się ode mnie spodziewa, choć byłem ciekaw. Dziś tego żałuję. Przyszedł i bez wstępnych wyjaśnień obił mi mordę. Siarczyście. Po czym uchylił kapelusza i odszedł” [16].

Punktem zwrotnym w karierze i życiu Abramović okazał się projekt przejścia pieszo Wielkiego Muru Chińskiego (zwanego przez Chińczyków śpiącym smokiem). Po pięciu latach walki z chińską biurokracją udało się projekt uruchomić. Ona ruszyła od głowy, Ulay od ogona. Mieli się spotkać w środku i wziąć w tym miejscu ślub. Ale kiedy do siebie dotarli na pewnym (powiedziałbym, że dość wąskim) kamiennym moście, okazało się, że między nimi się wypaliło i zamiast ślubu było rozstanie, całkowite zerwanie. Zetknęli się dopiero po 22 latach, kiedy Ulay pojawił się jako jeden z wielu anonimowych widzów, uczestniczących w Nowym Jorku w akcji siedzenia z Mariną Abramović.

Pozostała fascynacja smokami i w Zurychu pokazano kilka różnych smoczych instalacji. Wziąłem udział w jednej, zwanej „czarne smoki”. Są to kawałki materii (kwarcu?) wmontowane w ścianę na wysokości trzech czakr. Wybrałem odpowiedniego dla mojego wzrostu smoka, przylgnąłem do trzech płytek. W chwili, gdy czołem dotknąłem górnej płytki, cała głowa zaczęła mi bezwiednie drgać. Pomyślałem sobie, że to samo będzie przy czakrze serca i odskoczyłem od instalacji, nie chcąc trzeciego zawału.

Dla uspokojenia postałem w małej kolejce do Decompression Chamber, instalacji zaprojektowanej specjalnie na wystawę w Zurychu (która potrwa do 18 lutego). To wąskie pomieszczenie, przypominające werandę sanatorium dla gruźlików w Davos. Można zająć leżak lub krzesło, dostaje się na uszy słuchawki, które zupełnie odcinają od dźwięków zewnętrznych. Duże okna wychodzą na okoliczne domy z przełomu wieków. W jednym z podobnych, nieco dalej, przy Florastrasse 52, mieszkała Konopnicka.

To mi przypomina o celu mojego przyjazdu. Po paru zaledwie minutach dekompresji zdejmuję słuchawki i ruszam w dalszą drogę do Rapperswilu.

Niedziela, 26 stycznia

Dość niecodzienna sytuacja, mnie po raz pierwszy coś się takiego przydarzyło. Napiszesz książkę, a po upływie ćwierćwiecza jakiś młody czytelnik wpada na pomysł, że chciałby na jej podstawie zrobić wystawę. Opowiadałem o tym dzisiaj w Sali Rycerskiej zamku w Rapperswilu, podczas uroczystego otwarcia wystawy Spuren / Ślady. Das polnische Beisein in der Schweiz. Musiałem sięgnąć pamięcią do roku 1991, kiedy to otrzymałem propozycję zostania dyplomatą nowej Polski w Szwajcarii. Wiązało się to z kompletną zmianą charakteru pracy. Jako adiunkt w Instytucie Badań Literackich byłem sam z literaturą, kiedy coś napisałem, artykuł czy książkę, pojawiały się może jakieś recenzje czy polemiki, ale nie było namacalnych efektów. Tymczasem praca attaché kulturalnego, czy potem radcy Ambasady do spraw kulturalnych prasowych przynosiła szybkie efekty, w postaci koncertów, wystaw czy konferencji naukowych [17]. Oznaczała też stałe poznawanie nowych ludzi – niektóre twarze widzę dziś z radością w Rapperswilu – i ciągłe wyjazdy z Berna – do Genewy, Zurychu i setek mniejszych miejscowości. Wykorzystywałem te wyjazdy do szukania polskich śladów – w ten sposób powoli powstawała wydana w roku 1999 Nasza Szwajcaria. Przewodnik śladami Polaków – książka ułożona alfabetycznie, według miejscowości (indeks obejmuje prawie tysiąc nazw geograficznych) i rejestrująca możliwie wiele śladów pracy i wyobraźni polskich architektów, inżynierów, malarzy. I oto prawe dokładnie rok temu, 29 stycznia 2024 roku, otrzymałem mail od nieznanego mi młodego człowieka, który oznajmiał: „Nazywam się Szamil Jachimczyk i jestem kuratorem przyszłej wystawy organizowanej z pomocą Muzeum Polskiego w Rapperswilu, dotyczącej polskich architektów, inżynierów i artystów działających w Szwajcarii”. I proponował: „Kieruję tę wiadomość do Pana z pytaniem o możliwość odbycia spotkania online bądź osobiście, jeżeli mieszka Pan w Szwajcarii, dotyczącego Pana publikacji Nasza Szwajcaria. Przewodnik śladami Polaków, która po lekturze zrodziła wiele pytań”. Do spotkania doszło dopiero wczoraj wieczorem, kiedy oglądałem prawie gotową wystawę, ale przez ten rok wymieniliśmy wiele maili. Z setek polskich śladów, zasygnalizowanych w Naszej Szwajcarii, możemy dziś obejrzeć ślady kilkunastu, może dwudziestu artystów i inżynierów. Jest to wynik ogromnej pracy kuratora i jego zespołu. Wystawa potrwa do końca roku. Mam nadzieję, że Szamil Jachimczyk za rok pokaże kolejną transzę efektów pracy Polaków w Szwajcarii, potem może trzecią i czwartą.

Dodam jeszcze, że na wystawie największe wrażenie uczyniła na mnie ściana, poświęcona działalności rodziny malarzy Libiszewskich, działających w Bischofszell w kantonie Thurgau na przełomie wieków. Jest tam fryz w miejscowej aptece, sztandary lokalnego towarzystwa cyklistów i kapitalny afisz, zatytułowany Spojrzenie w przyszłość.

„Fragment ekspozycji”. Fot. Jan Zieliński

A Marek Dumicz, który jest żywiołowym skrzypkiem, razem z (studiującym kiedyś w Warszawie, obecnie mieszkającym w Zurychu) japońskim pianistą Ito Suguru zręczne dobranym recitalem muzyki, polskiej i nie tylko, porwali wernisażową publiczność.

Środa, 29 stycznia

Dziś, może dla tego, że to księżycowy nów, dzień przyrodniczy. Rano, siedząc przy komputerze, zerkałem poprzez taras na dwie sarny, które przyszły na poranną inspekcję. Karmnik był o tej porze jeszcze pusty; jedna z nich podeszła do bocznej furtki ogrodowej i długo obwąchiwała klamkę, szturchając ją pyszczkiem, jakby chciała otworzyć. Wiedzą, skąd owies, skąd przychodzi dobre… W południe wyszliśmy do ogrodu nakarmić sarny tudzież ptaszki – i nagle słyszymy klangor żurawi. Nieparzyste stadko (11 ptaków) krążyło majestatycznie wysoko nad naszym domem. Prawie miesiąc wcześniej niż zwykle. Chyba nie odleciały na zimę do Afryki, tylko przeczekały gdzieś na Bałkanach. A potem niespodzianka: nad stawem wyrósł rododendron. Najwyraźniej ptaki przeniosły ziarenka. Ledwie wróciłem do gabinetu, sarny już się pożywiały z karmnika. Obieg zamknięty.

Jan Zieliński, „Mile widziana samosiejka”. Opypy 2025

Czwartek, 30 stycznia

Lata trzydzieste – okropne spektakularne palenie prawdziwych książek na placach miast. 2025 – nieporadne wciskanie kserokopii okładki komiksu do niszczarki, ale przed kamerami, z myślą o mediach społecznościowych. Postęp barbarzyństwa?

Niedziela, 2 – czwartek, 6 lutego

Nocny lot do Addis Abeby, z międzylądowaniem w Wiedniu. Świat jest mały. Na lotnisku Chopina spotykam Kingę, z którą zaledwie tydzień temu przegadaliśmy parę godzin w Rapperswilu, a potem Izę, córkę Ewy Godzic – obie lecą do Zurychu.

Na drogę wziąłem Silesiusa Henryka Wańka – starczył dokładnie na czas lotu, ostatnie strony doczytywałem już na płycie lotniska. Świetny pomysł konstrukcyjny, narracja trzyma w napięciu do samego końca. Gdzieś na Polach Elizejskich Zgorzelca uczony specjalista od Anioła Ślązaka wygłasza wykład o tegoż czterech językach, ale co chwila ktoś z dziwnie martwej publiczności przypomina mu znajomego sprzed lat i prowokuje do snucia wspomnień. Nie są to może osoby powszechnie znane, ale jednak autentyczne i w pewnych kręgach rozpoznawalne: taki Michał Józefowicz, taki Mariusz Tchorek. Opisani zostali niekiedy bezlitośnie, ale w tak sposób, że spod przywołanych faktów wyłania się zwykle jakieś drugie dno. Na przykład Józefowicz i calvados: „Jak tylko potrafił, wtajemniczał mnie w arkana tego trunku, choć zrazu nie kojarzyłem go z niczym więcej. Dopiero później zorientowałem się, że calvados jest substytutem wina mszalnego w bolesnej liturgii, jaką Michał na siebie nałożył. Ona – ta liturgia – coś mu otwierała” [18].

W przerwach między lekturą patrzę na pokazującą się na ekranie trasę lotu. Zacząłem koło żydowskich niegdyś Salonik, potem byliśmy nad Patmos św. Jana, nad Rodos szpitalników i Aleksandrią Kawafisa. Ale lecąc nad Egiptem samolot zmienił kurs, znalazł się nad Morzem Czerwonym, po czym koło Erytrei zawrócił nad ląd i już bez przeszkód doleciał do stolicy Etiopii. Po co to nadłożenie drogi i przelot nad morzem? Zapewne z powodu trwającej w Sudanie wojny. Ów detour nie przeszkodził nam jednak wylądować w Addis Abebie przed czasem, w porze świtania.

*

Mieszkamy w rezydencji Klary (radczyni w Ambasadzie Unii Europejskiej przy Unii Afrykańskiej), olbrzymim domu w niewielkim parku, pełnym zwierząt. Teren jest strzeżony dzień i noc przez kilku strażników. Do personelu należy też kierowca Alem, który zawiózł Klarę po nas na lotnisko, oraz gosposia Shitayae (co znaczy: „mój zapach”), do domowego inwentarza – pies Toffee, królik Bella i kotka Tina (imię wzięła po naszej opypskiej Tinie).

Kiedy patrzę na ekran telefonu, w miejscu, gdzie pojawia się aktualna pogoda nazwę Opypy zastąpił Vatican. To dlatego, że jesteśmy w pobliżu ogromnej rezydencji nuncjusza. Dobrze wiedzieć, jaka pogoda w Watykanie… W tej chwili 23oC. Tak samo jest tu przez cały dzień. Przez okrągły rok.

Wieczorem siedząc w parku przyglądamy się głośnym amorom dwóch dużych ibisów na konarach rozłożystej starej akacji.

*

Pierwszego ranka Shitayae pyta: „Jak się pan czuje, Baba?” (takim mnie, pełnym szacunku, obdarzyła mianem). Mówię, że świetnie, i że mnie to cieszy, bo tu jest przecież bardzo wysoko (2355 m n.p.m., prawie tyle co Rysy), a ja miewałem problemy z sercem (tu kładę rękę na sercu). Shitayae odpowiada uśmiechem i odruchowym spojrzeniem ku niebu (to by się podobało Norwidowi, ten uśmiech i to spojrzenie). Tak, należy dziękować.

*

Z lokalnych owoców na początek polubiłem małe okrągłe, ze skórką od pomarańczowej po karminową i pestką w środku; po amharyjsku nazywają się ponoć gosza albo prim. Ta druga nazwa wskazuje na skojarzenie ze śliwką i rzeczywiście, smakują trochę jak śliwki.

*

Przepadło siedem milionów franków? „NZZ” informuje, że po przeprowadzeniu na zlecenie władz federalnych zewnętrznego dochodzenia postanowiono wstrzymać pomoc rozwojową dla Erytrei, która nie przyniosła spodziewanych rezultatów.

Samotnica. Jakieś dwa lata temu zacząłem czytać Samotnicę, obszerną biografię towarzyszki życia Konopnickiej, malarki Marii Dulębianki. Pamiętam, że zaintrygowała mnie poniższa wiadomość, podana w kalendarium pod datą 1886: „Jak donosi prasa polska, Dulębianka otrzymuje prestiżowe zamówienia na portret Marguerite de Rothschild, księżnej de Gramont, oraz «portret Indianki (Une peau rouge), przybranej córki hrabiego Arnlot, byłego francuskiego posła pełnomocnego w Brazylii»” [19].

Zaciekawiły mnie pierwsze dwa nazwiska (należące do plutokratyczno-arystokratycznych kręgów, w których lubił obracać się Proust), tudzież egzotyczny wątek czerwonoskórej wychowanicy. Pamiętam, że próbowałem szukać bliższych informacji o tych obrazach, ale nic z tego nie wyszło. Wziąłem więc książkę do Etiopii, żeby spokojnie spróbować jeszcze raz.

Strona ambasady Francji w Brazylii ma wprawdzie listę swoich ambasadorów w tym kraju, ale jest ona mocno niekompletna: otwierają ją Charles Adrien His, comte de Butenval w roku 1848 i Auguste Gérard w latach 1891-93 (a więc dla naszego obrazu za późno). Próbując uzupełnić tę listę przez wyszukiwanie frazy „ministre plénipotentiaire au Brésil”, w drukach XIX-wiecznych natrafiam na takie nazwiska, jak: Alexis Eugène Thuriot de la Rosière, Louis Barbe Charles Sérurier, Achille Jean M. baron Rouen des Mallets, Joseph Alexandre Jacques baron Durant de Mareuil, Alexis Guignard, hrabia de Saint-Pierre, Edouard de Pontois, Etienne-Gilbert Eugène, hrabia de Sartiges, Émile baron de Langsdorff. I wreszcie jest. Nie nazywał się Arnlot, tylko Amelot. Oto kluczowe zdanie:

Znalazłem je w książce pod osobliwym tytułem Rewolucjoniści, którą w roku 1891 wydał Charles Nauroy (1846-1919)[20]. Osobliwym, ponieważ autor specjalizował się w tematach historycznych, a zwłaszcza ciekawostkach, dotyczących Burbonów. Spis rzeczy wyjaśnia, że tym razem zebrał sylwetki różnych osób, działających w czasie rewolucji francuskiej, dodając na okrasę Bakunina. Zacytowane zdanie zamyka pierwszy szkic, Madame Tallien, którego bohaterka, Hiszpanka Thérèsa Cabarrus (1773-1835), po burzliwych przejściach w okresie rewolucji i terroru prowadziła w Paryżu salon, znany jako „salon pani Tallien”, a w końcu została księżną Chimay (kolejne nazwisko z kręgu Prousta).

*

Plebiscyt „Wyborczej” na książkę 25-lecia wygrały Księgi Jakubowe. Pełna zgoda. A teraz okazuje się, że podczas protestów studenckich w Belgradzie pojawił się transparent, obwieszczający, iż nadeszła chwila Kairosa. Zdaniem serbskiej tłumaczki Tokarczuk, Milicy Markić, jest to świadectwo lektury Biegunów.

Spod powieki odnotowuję drogę tejże tłumaczki do Olgi Tokarczuk: „Nie byłoby tych przekładów, gdyby nie zachwyt redaktorki z wydawnictwa Nolit. Wtedy cieszył się u nas wielkim sukcesem francusko-rosyjski pisarz Andreï Makine. Pamiętam, że powiedziała: «Ta Olga Tokarczuk jest pełna jak oko, niewspółmiernie lepsza od Makina»”. Pełna jak oko – ładne.

Samotnica. Nauroy to ciekawy pisarz: z upodobaniem cytuje długaśne akta notarialne i inne rzadkie dokumenty urzędowe i osobiste – zawsze przy tym poszerzając wiedzę o temacie, a niekiedy trafiając w nerw historii. Tak jest z listem, który bohaterka szkicu, uwięziona przez Robespierre’a, wysłała w przeddzień egzekucji do swego kochanka i przyszłego męża, rewolucjonisty Talliena: „Zarządca policji właśnie wyszedł; przybył, by mi oznajmić, że jutro stanę przed trybunałem, czyli na szafocie. Mało to podobne do snu, jaki miałam tej nocy: Robespierre’a już nie było, pootwierano więzienia. Ale dzięki niebywałemu Pana tchórzostwu wkrótce nie będzie już w całej Francji nikogo, kto umiałby spełnić ten sen” [21]. Obelga poskutkowała, Jean-Lambert Tallien doprowadził do obalenia Robespierre’a i końca terroru.

Skoro jednak szukam obrazu Dulębianki, to muszę powiedzieć, że szkic Nauroy jest też znakomitym przeglądem ikonografii madame Tallien. Kilka przykładów.

„W salonie roku 1796 wisiał portret obywatelki Tallien w celi śmierci więzienia la Force, trzymającej w ręku własne włosy, właśnie ścięte, dzieło Jean-Louis Laneuville’a [22]”.

Jean-Louis Laneuville, Obywatelka Tallien w celi śmierci więzienia la Force, 1796. DP

Obraz, dopowiem, ciekawy choćby i z tego względu, że stanowi bodaj nawiązanie do motywu silnej kobiety, poświęcającej włosy dla osiągnięcia zwycięstwa (najbardziej znana realizacja to Semiramida, obcinająca swe pukle, by nie przeszkadzały jej w boju).

O portrecie pani Tallien, który Edmé Quenedey wykonał za pomocą modnej pod koniec XVIII wieku techniki physionotrace Nauroy pisze szerzej, a ja spod powieki wyłuskuję tylko taki fragment: „wielkie otwarte oczy są przenikające i nieprzenikliwe” [23].

Sama pani Tallien była też uzdolniona plastycznie i otrzymała w dzieciństwie odpowiednie wykształcenie. Nauroy notuje: „Wysztychowała Portret trojga dzieci w owalu, sygnowany «C. księżna Chimay, 6 września 1816»; lit[ografia] w ósemce, druk[ował] Engelmann” [24].

*

Na stronie BBC najświeższa wiadomość z Etiopii (o kolejce mężczyzn, zgłaszających się do ambasady Federacji Rosyjskiej z myślą o wzięciu udziału w wojnie z Ukrainą) pochodzi z 22 kwietnia 2022 roku. No news – good news?

Zaglądam do lokalnego pisma „The Reporter”. Tam też o Rosji. W artykule, opublikowanym 1 lutego, mowa o drugim dnie rosyjskiego programu startowego AŁABUGA, skierowanego do kobiet Trzeciego Świata w wieku 18-22 lat i obiecującego dobrze płatną pracę w Rosji. Zaniepokojenie budzi precyzyjne ograniczenie płci i wieku osób, które mogą się ubiegać o przyjęcie. W dodatku program działa w specjalnej strefie ekonomicznej Ałabuga w Tatarstanie, gdzie produkuje się drony. Ambasada rosyjska w Addis Abebie oraz ministerstwo pracy i spraw społecznych twierdzą, że nie mają żadnych wiadomości o programie AŁABUGA. Znaki zapytania zostają.

Samotnica. Thérèsia umarła 15 stycznia 1835 roku. Miała jedenaścioro dzieci, w tym troje z ostatnim mężem. Najmłodsza pociecha, Marie-Louise-Auguste-Theresia-Valentine de Chimay (1815-76), została matką Marie-Rosalie-Alphonsine-Emmanuelle du Hallay-Coëtquen (1843-1932), która – i tu dochodzimy do cytowanego już po francusku dokumentu – 22 lutego 1865 roku poślubiła w Paryżu Léona-Edouarda Amelota, hrabiego Chaillou, ministra pełnomocnego w Brazylii, urodzonego 7 października 1832 roku, mianowanego ministrem w Czarnogórze w styczniu 1891 roku. To jego czerwonoskórą wychowanicę malowała Maria Dulębianka.

Teraz już pójdzie łatwiej. Romantyczną historię Indianki opisano w pewnym blogu [25]. Można się z niego dowiedzieć, że w roku 1879, kiedy hrabia Amelot de Chaillou był posłem w Buenos Aires, ogłoszono, iż przez ulice miasta będzie przechodził pochód Indianek z dziećmi (mężczyzn z tego plemienia wytępiono). Poseł poszedł z żoną popatrzeć. W pewnej chwili kilkuletnia Indianeczka podbiegła do hrabiny, wczepiła się w jej suknie – i wkrótce została adoptowana. Na imię miała Lokoma, była córką indiańskiego wodza. Inteligentna, szybko nauczyła się mówić bezbłędnie po hiszpańsku i po francusku.

Po sprawdzeniu okazało, że ów blog to po prostu kopia fragmentu artykułu, podpisanego po stendhalowsku Comte Mosca, który ukazał się w „Le Figaro” 17 marca 1888 roku. Lokoma miała wówczas szesnaście lat.

W pierwszej część artykułu, który jest panegirykiem ku czci francuskiego posła w Brazylii, warto zwrócić uwagę na akapit, w którym wymieniono towarzystwo, w jakim hrabia Amelot de Chaillou obracał się, zanim zaczął wyjeżdżać na egzotyczne placówki i robić „Karierę”: „Hrabia Amelot spędzał piękne wieczory, a raczej piękne noce w Cercle de la rue Royale, w towarzystwie ludzi dowcipnych, którzy nazywali się wówczas i nazywają się dziś, dzięki Bogu i swojej dobrej kondycji: książę de Polignac, markizowie du Lau i Modeny, Charles Haas i inni bon vivanci i bon viveurzy” [26].

Przecież to są postaci z kręgu W poszukiwaniu utraconego czasu! Edmond de Polignac to główny pierwowzór powieściowego barona de Charlus, a Charles Haas – Charlesa Swanna. Tytuł „comte Mosca” też się pojawia na kartach proustowskiego cyklu. W chwili ukazania się artykułu w „Le Figaro” Proust miał szesnaście lat, był więc rówieśnikiem Lokomy.

Imię Lokoma pozwoliło mi odnaleźć pierwszy wizerunek, jeszcze nie Dulębianki, tylko rycinę artysty, urodzonego w Zaleszczykach, a znanego jako Félicien de Myrbach (1853-1940). Ilustruje ona relację Émile’a Daireaux z podróży do La Platy. Francuski podróżnik dokładniej opisuje dramatyczne sceny, do jakich dochodziło przy przekazywaniu indiańskich kobiet i dzieci mieszkańcom Buenos Aires.

Myrbach, „Młoda branka Lokoma”. Według fotografii. DP

Na temat Lokomy powiada, że dzięki zapewnionemu jej wychowaniu i edukacji ta poważna piętnastolatka, „mówiącą czterema czy pięcioma językami, zadaje kłam antropologii, skoro z dziewczynki z prymitywnej rasy, uważanej za niezdolną do zrozumienia i przyjęcia naszej cywilizacji, wyrosła młoda panna, godna osoby, co nią tak wspaniale pokierowała i środowiska, w którym ją wychowano” [27].

*

„Guardian” publikuje reportaż Jennifer Rankin z Czeremchy przy granicy polsko-białoruskiej. Na opracowanej przez grafików „Guardiana” mapie widzę miejscowość Dubicze Cerkiewne. Tutaj (konkretnie w osadzie Dubicze Murowane) urodził się Jan Henryk Humnicki, dagerotypista, pionier szwajcarskiej fotografii (dziesięć dni temu w Rapperswilu miałem o nim długą, fascynującą rozmowę ze szwajcarskim znawcą tematu, Martinem Gasserem). Z samego reportażu wyjmuję jedno zdanie: „Według władz polskich ludzie, którzy w roku 2024 próbowali przekroczyć granicę pochodzą z 51 różnych krajów, przy czym najwięcej z Etiopii, Erytrei, Somalii i Syrii”. Dziwnie się o tym czyta w Etiopii.

*

Zwiedzamy muzeum-ogród Zoma w dzielnicy Mekanisa. Centrum sztuki współczesnej, nazwane tak na cześć młodego obiecującego artysty, Zomy Shiferrawa, który umarł na raka. Ale właściwy twórca koncepcji to Elias Sime, który zasłynął wystawą Oko igielne, oko serdeczne (Eye of the Needle, Eye of the Heart) w kalifornijskim Santa Monica Museum of Art. Zbudowany wśród slumsów kompleks składa się z kilku budynków, wzniesionych z użyciem tradycyjnych technik budowlanych, które służą jako rezydencje i pracownie dla współczesnych artystów. Największą jednak atrakcją jest ogród, pełen rozwidlających się dróżek i płynących we wszystkich możliwych kierunkach strumyków, pełen egzotycznych kwiatów, drzew i ptaków. Są też ogromne żółwie.

„W ogrodach Zomy”. Fot. Abba

Przy tradycyjnie parzonej kawie i soku z kiwi zaprzyjaźniam się ze śliczną Amindą, która przyszła ze starszą, mądrą siostrą i ojcem. W pewnej chwili Aminda zwraca się do taty: Abba. Co znaczy: ojcze. Jak w Biblii.

JAN ZIELIŃSKI

[1] [Ludwik z Grenady], Niektóre Rozmyślania o męce Pańskiej, na każdy dzień do tegodnia rozdzielone, z Hiszpańskiego na Łaciński, a teraz na Polski przełożone [przez Szymona Wysockiego] w: Furtka niebieska […], Jan Kartan, Wilno 1588, s. 217. Oryginał hiszpański: Luys de Granada, Libro de la oracion, y meditacion […], Salamanca 1579, s. 31-32.

[2] Vasily Grossman, In Memory of the Warsaw Ghetto Uprising. Tłum. Robert i Elsabeth Chandler, współpraca Julia Volohowa, „Jewish Review of Books”, Winter 2025.

[3] Charles Merrill, Podróż albo Rzeź niewiniątek. Tłum. Andrzej Pawelec. Kraków, Znak, 2018 s. 53.

[4] Tamże, s. 82.

[5] Teresa Łatyńska-Potulicka, Dziennik powstańczy 1944, Wydawnictwo Kwadryga 1998, s. 17.

[6] Tamże, s. 20.

[7] Tamże, s. 42.

[8] Rafał Wawrzyńczyk, Dziecko na głowie króla. Wrocław, Wydawnictwo j, 2024, s. 44.

[9] Tamże, s. 28.

[10] Tamże, s. 8.

[11] Bernadetta Kuczera-Chachulska, Tutaj też karmią karpie. Warszawa, PIW, 2024, s. 57.

[12] Tamże, s. 79.

[13] Tamże, s. 103.

[14] Tamże, s. 69.

[15] Henryk Waniek, Notatnik i modlitewnik drogowy III. Szczecin, Bezrzecze, Wydawnictwo FORMA, Dom Kultury „13 Muz”, 2024, s. 73-76.

[16] Tamże, s. 170.

[17] Parę tygodni temu ukazała się książka Mirosławy Łomnickiej Domowe biblioteki. Reportaże o prywatnych księgozbiorach (Warszawa, Biblioteka Analiz, 2024); jest w niej rozdział o moim księgozbiorze, zatytułowany Biblioteka polsko-szwajcarska, w którym pojawia się wątek tej metamorfozy. Książka skądinąd stanowczo godna polecenia.

[18] Henryk Waniek, Silesius. Katowice, Wydawnictwo Biblioteki Śląskiej, 2024 s. 151.

[19] Karolina Dzimira-Zarzycka, Samotnica. Dwa życia Marii Dulębianki. Marginesy, Warszawa 2022 s. 495.

[20] Charles Nauroy, Révolutionnaires. Albert Savine, Paris 1891 s. 144.

[21] Tamże, s. 50.

[22] Tamże, s. 47-48. Jest to cytat z katalogu wystawy z września 1796 roku.

[23] Tamże, s. 60.

[24] Tamże, s. 11. Źródło: Henri Béraldi, Les graveurs du XIXe siècle, V, 1886, 9.

[25] https://memetics-story.over-blog.com/2018/01/lokoma.html

[26] Comte Mosca, Le comte Amelot de Chaillou, ministre de France au Brésil, „Le Figaro”, 17 marca 1888, s. 43.

[27] Émile Daireaux, Voyage à La Plata. Trois mois des vacances. 1886. « Le Tour du Monde » Vol. LV, 1888, s. 149.

Renata Gorczyńska

Śmierć Renaty uruchomiła moje wspomnienia z tej niedługiej, przyjaznej relacji. Anegdoty, wspólny udział w ważnych wydarzeniach literackich z udziałem naszych Mistrzów w Warszawie i Krakowie, druk tekstów w „Zeszytach Literackich”. Tak działa pamięć…

Krzysztof Lisowski

KRZYSZTOF LISOWSKI

Renata Gorczyńska

 

Nie pamiętam czy to było latem

1999 roku kiedy w Krakowie

Renata kupiła od Rosjanki piękne futro

Na starym Kleparzu

 

Nosiłem je za nią gdy wybierała bułki i ser

Na śniadanie Różewicza z Miłoszem

W gabinecie Solskiego gdzie nagrywali

Rozmowy o Poezji

 

Ale i maj okazał się wtedy upalny

Wizyty noblistów na targach w Pałacu Kultury

Skwar brak tlenu w powietrzu

Więc kiedy zawiozłem coś Renacie do

Warszawskiego mieszkania

Napiliśmy się wody

Obejrzałem Grand Canyon Lebensteina na ścianie jej saloniku

W pewnej chwili powiedziała –

Wychodzę coś załatwić

Kąpiel w zimnej wodzie przyniesie ci ulgę

Dała mi ręcznik zatrzasnęła drzwi

 

Wszedłem wtedy i teraz w

Chłodny strumień czasu

27 stycznia 2025

KRZYSZTOF LISOWSKI

The Power and Infinity of Poetry

Pamięci psa Artura, dzięki któremu człowiek jest drugi.

 

Srebro jest żywe, a złoto nieszczere.

Zasłyszane u jubilera

 

Pod koniec maja zaproszono mnie do Wilna. Miałem wygłosić odczyt o poezji, o jej mocy i nieskończoności. Olaboga! Poważny temat, powiedzmy sobie szczerze, wszechmocny i nieskończony. Zamknięty w sobie jak kropka na końcu zdania, która – obojętnie, ilekroć spróbujemy ją podzielić – wiekuiście pozostaje sobą, kropką.

Na Litwę wyruszyłem nieprzygotowany. „Przede mną długa podróż – pocieszałem się – po drodze na pewno coś wykombinuję”. Szedłem przez Bydgoszcz, inspiracji szukając wśród szyldów po obu stronach ulicy. Napisy miały potencjał („Call the world for less”, „Teren zagrożony walącym się kościołem”, „Za darmo lub taniej” i inne), jednak żaden nie pasował do mojego eseju. Myślałem, idąc, szedłem, myśląc. I nic.

W końcu od tego wytężonego główkowania skurczyłem się, zdrobniałem. Tak. Bo jak inaczej wyjaśnić to, że na dworcu głównym zaczęli mnie popychać, przepychać i wypychać, potrącać i tratować? Ludzie. Tłum. Natura devorans. Malałem zatrważająco szybko, przejrzyściałem i przezroczyściałem, co rusz obrywałem kuksańce i sójki. Upadałem, ale jakoś niedostatecznie, nieostatecznie. (Trwałość leży w mej niemocy, a nietrwałość w mojej mocy). Wstawałem więc i znów. Aż do skutku, opłakanego skutku. Ze łzami w ustach przewracałem się, jakbym zamiast głowy miał świeżo naoliwione drzwi obrotowe.

Te drzwi wdzięcznie zharmonizowały mi się z innymi drzwiami.

W ostatnią niedzielę, jak się okazało, niehandlową, stanąłem przed Lidlem. Pod czułym okiem kamery zatańczyłem, zamachałem i… niczego nie wskórałem. Pląsy, błazenada, wszystko psu na budę. Wierzeje pozostały nieubłagane. Ani drgnęły. Podczerwień rozkręca się bowiem pod wpływem temperatury, tymczasem ja w dzień święty nie byłem ani gorący, ani zimny, tylko nijaki. Pokojowy byłem, poszturchiwalny. Zwidywałem się światu.

Tak samo na dworcu – czystym, czyściutkim, jak czysta, czyściutka może być tylko wiersz bez poezji. Kiedy podnosiłem się z ziemi po raz sześćset dwudziesty drugi, postanowiłem, że powetuję sobie te wielokrotne zniewagi, wymyślając tekst, który wszystkim luzerom, czy przynajmniej tzw. the second bests, da jakieś, choćby złudne, pocieszenie i moralną satysfakcję.

Stanąłem w kolejce po bilet, przeze mnie płynął potok bytów z gatunku kosmicznej fauny i flory. Nagle fantazja, pogrążona w stygnącym, stagnującym ciele, wyczarowała pierwszy obraz: Buzz Aldrin przepuszcza w drzwiach statku kosmicznego Apollo 11 Neila Armstronga. „Panie przodem”, rzuca żartem.

Przed chwilą nad głowami podróżnych, którzy wyglądali na manekiny, Telewizja Polska wyświetliła na pasku informację, że słynny astronauta w swoje dziewięćdziesiąte trzecie urodziny ożenił się po raz czwarty. Oczywiście, zrobiło to na mnie wrażenie, ale, jak sądzę, nie było jedyną przyczyną tego zaskakującego skojarzenia. Chodziło raczej o to, że w Buzzie Aldrinie zobaczyłem pars pro toto wszystkich tych, co nigdy nie skończą na pierwszym miejscu.

Jakiś czas temu czytałem książkę Martina M. Šimecki Telesná výchova (2020), a w niej opis nietypowego wyścigu, w którym jeden biegacz szybko zbliża się do mety, prowadzi z dużym wyprzedzeniem, drugi zaś człapie za nim, jest daleko z tyłu; potem, tuż przed metą lider zatrzymuje się i czeka, aż minie go ten drugi, później trzeci, czwarty itd. Zwycięzca przegrywa na własne życzenie. Z jakiegoś powodu oddaje pole innym, słabszym, wolniejszym.

Jeszcze wcześniej wpadła mi w ręce baśniowa parabola Opowieść z Japonii (1920) Iva Andricia, który opisuje historię poety Mori Ipo, wypędzonego z królestwa przez szaloną i okrutną cesarzową Au-Ung. Gdy cesarzowa umiera, władzę przejmuje bliska poecie grupa spiskowców, on sam jednak pozostaje na wygnaniu. Dlaczego? „Albowiem poeci […] porzucają tych, do których los się uśmiechnął”. Znoszą wszystko prócz władzy, władza należy do zwycięzców.

Opowieść z Japonii zawarł noblista na dwóch stroniczkach małego formatu. Dziennik filozoficzny (1944) Constantina Noiki miał ich niewiele więcej, a mimo to, niewprawiony w czytaniu tego typu literatury, biedziłem się nad nim wyjątkowo długo. Szło opornie, a jednak było warto. Udało mi się wyłuskać zeń i zapamiętać jedną myśl: „Wszyscy cię pouczają – zwłaszcza gdyś młody – jak osiągnąć sukces. Ale zaletą o wiele większą, a w każdym razie o wiele pożyteczniejszą niż technika sukcesu, jest umiejętność radzenia sobie z niepowodzeniami. Nieustający sukces jest nie tylko trudno osiągalny, lecz także nieowocny”.

6 stycznia 2023 roku w Wilnie w siedzibie Związku Pisarzy Litwy przy ul. Sirvydo 6 mój ulubiony poeta litewski Gintaras Grajauskas, odbierając nagrodę, powiedział: „Nie literatura jest ważna. Nie pisarze są ważni – dobre książki zmieniają świat mądrych czytelników w znacznie mniejszym stopniu niż zła telewizja zmienia świat niemądrych widzów” [tłum. Agnieszka Rembiałkowska], po czym dodał jeszcze: „Ważne jest to, żeby nasze dzieci były żywe i zdrowe. Jak najdłużej. Ważne jest także to, że żyliśmy. I że kiedy żyliśmy, było kilka momentów, kiedy ktoś nas naprawdę potrzebował, i że udało nam się wtedy nie zawieść”.

W ten sposób dzięki upadkom na bydgoskim dworcu, TVP Info, czterem pisarzom z naszej części Europy oraz jednemu kosmonaucie z USA sformułowałem wnioski na temat relacji władzy i nieskończoności w poezji.

Po pierwsze: „siła bezsilnych” jest czymś więcej niż tylko hasłem ze słownika antykomunistycznych dysydentów. Czasem, wbrew logice rywalizacji, trzeba oddać zwycięstwo i władzę, aby pozaprawiać się trochę w trudnej sztuce godzenia się z ostatecznością, w sztuce stawiania czoła porażkom, które są przecież streszczeniem życia.

Po drugie: pogódźmy się z tym, że nieskończoność znajduje się poza naszym zasięgiem. Nam, ludziom skazanym na przypadek, bezsilnym i śmiertelnym, pozostaje żyć. Najlepiej tak, aby to życie miało sens. On się pojawi, jeśli odwrócimy się ku innym, a razem z nami zrobi to nasza sztuka – ta, którą tworzymy, i ta, którą odbieramy. Wtedy ważna stanie się też literatura, bo nawet jeśli ona sama nic nie wie, nie ma ani władzy, ani patentu na wieczność, to czasem pomaga. Choćby w przezwyciężaniu samotności.

W końcu nie zawsze przegrywa ten, kto jest drugi. Wszakże Neil Armstrong umarł ponad dekadę temu, a Buzz Aldrin nadal figluje. Poza tym Neil miał dwie żony, a Buzz cztery. I chyba tylko dobra literatura umie przewidzieć, ile weselnych tortów jeszcze mu się kroi.

Tak mówiłem w Wilnie przed nielicznym audytorium. Teraz już sam nie wiem, w którym miejscu moja spowiedź przeszła w esej. Może w drugim akapicie, może w trzecim albo czwartym. Ale na pewno nie w pierwszym. Pierwsze akapity pisze się z za dużą pewnością. Esej zaś to próby, pudła, pomyłki. Najlepiej ołówkiem, ponieważ wtedy można mazać i poprawiać, poprawiać i mazać.

Na balustradzie mostu Zarzecznego ktoś wyrył za Beckettem: „Ever tried. Ever failed. No matter. Try again. Fail again. Fail better” – co w wolnym tłumaczeniu oddaję jako: „Próbuj tak długo, aż w końcu ci się nie uda. Naprawdę nie uda. Nie uda na dobre”.

„Na medal”, dopisałbym – ale nie na złoty. Bo po złoto sięga ten, kto boi się porażki (czyt.: poezji).

MIŁOSZ WALIGÓRSKI

Galeria jednej fotografii (58)

W kwietniu 1998 pojechaliśmy, z Darmstadtu, do niewielkiej miejscowości, na wschód od Paryża. Mieszkały tam dwie kuzynki Oli: trzyletnia Mia i Ronia – pięcioletnia. Za domem był ogród, konie, osły, kucyki, kury i pies Maja. Wieczorami robiliśmy dłuższe spacery na łąki, po zwierzęta. Przy bocznej drodze stał niewielki budynek, z, na wpół, otwartymi drzwiami – dawna pralnia dla wszystkich.

„Na wpół otwarte drzwi ”, Courthiézy 1998, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp

30 września 2024

ELŻBIETA LEMPP

Renata

Do tekstów pożegnalnych Renata miała stosunek niejednoznaczny. Uprawiała ten gatunek na własnych zasadach. Nie znosiła zadęcia, sztucznej powagi, patosu, fałszu, klisz, konwencji, poprzycinanych biografii. Nade wszystko drażnili ją mówcy, którzy przy okazji opowieści o zmarłym ukradkiem wprowadzali na scenę własną osobę. Gdy w lipcu 1987 roku Renata pracowała nad tekstem o Konstantym A. Jeleńskim zanotowała w liście do Czesława Miłosza: „Kot teraz nie mógłby zaprzeczyć, gdybym oświadczyła, że cenił mnie nad wyraz”. Stojąc przed Państwem i zwracając się do Renaty jestem więc w kłopocie. Chciałbym sprawić przyjemność jej cieniowi, chciałbym, żeby moje słowa nie różniły się tak bardzo od naszych swobodnych rozmów, a jednocześnie nie mogę tu całkiem pominąć spraw osobistych. Mam nadzieję, że Renata wybaczy mi te ustępstwa na rzecz żałobnej konwencji.

Poznaliśmy się późno i na zdrowy rozum to spotkanie nie miało szans powodzenia. Że stało się inaczej – zasługa w tym wyłączna Renaty Gorczyńskiej. Połączył nas Czesław Miłosz – pasja do jego poezji i nieobjętej egzystencji. W świecie miłoszologów Renata była legendą, choć trzeba od razu dodać, że legenda świadomie trzymała się na uboczu, z ironicznym dystansem do „turnieju garbusów”. To wystarczyło, żebym wspinał się po schodach gdyńskiej kamienicy z sercem w gardle. Był czerwiec 2021 roku. Renata przechodziła rekonwalescencję po poważnym urazie nogi, poruszała się na wózku, w długiej sukni, koralach, bransoletach. Na stole były truskawki, lody, białe wino, w kuchni grał na okrągło jazz. Dopiero później zrozumiałem w jak wielkich znalazła się tarapatach. Ona, „podróżna świata”, zawsze z walizką, w ruchu, w podróży między kontynentami. Zamknięcie w domu było dotkliwym zaprzeczeniem jej stylu życia. Ale ona ten swój stan potraktowała jak kolejną przeszkodę do wzięcia. Żadne fizyczne ograniczenia ani inne tego typu nudziarstwa nie powinny przecież określać naszego bytu. Z mieszkania przy Waszyngtona wyszedłem podbity i zachwycony. Świat otrzymał potężny zastrzyk sensu. Myślałem, że takich ludzi już nie ma, że dawno pomarli, zostały po nich stare listy i książki, tymczasem ona żyła i wpatrywała się we mnie dużymi, lekko skośnymi oczami.

Nie łatwo nazwać ten dar, to połączenie uwagi, luzu, humoru, wybrednej inteligencji. Renata wchodziła do przydworcowej kawiarni i jednym gestem przeobrażała przestrzeń – nagle wszyscy wokół stawali się równie ważni, a ona królowała w środku. Uwielbiali ją kelnerzy, barmani, lekarze, sprzedawcy, kloszardzi, bo znała ich imiona, pamiętała imiona dzieci, wypytywała o życie i tajniki zawodu. Jedna z jej najważniejszych książek – Rue de Seine. Biografia paryskiej ulicy – jest rozbudowanym literackim zapisem tej nieposkromionej ciekawości. Ulica, przy której Renata mieszkała w drugiej połowie lat 80., została tu opisana w eseistycznymi biegu przez tysiąclecia, od łąk na których pasły się starożytne owce po Chardina, George Sand i Isadorę Duncan. Ta niezwykła umiejętność wsłuchiwania się w głosy sprawiła, że Renata do perfekcji doprowadziła formę wywiadu. W latach 80. i 90. przeprowadziła dziesiątki rozmów z polskimi pisarzami i artystami. Zawsze świetnie przygotowana, obłożona notatkami, potrafiła jak nikt przeniknąć mury wznoszone przez nieufnych introwertyków.

Przy niej i ja czułem się kimś wyjątkowym. Pisząc te słowa znów jestem niepewny, za plecami czuję pustkę. Chyba tak działają osobowości wybitne – przez samą swoją obecność nadają kształt rzeczywistości. Wiedziałem, że zawsze można na niej polegać. Niosła pomoc odruchowo, tak jak odruchowo zapalała kolejnego papierosa. Gdy naszą rodzinę spotkała seria dramatów, Renata przesłała mailem dokładną instrukcję przetrwania: jeść dania w kolorze zielonym, żółtym i czerwonym, tatar ze świeżego łososia, krem z batatów, jajka z pastą awokado, prowadzić suchy i rzeczowy dziennik, wrócić do książek z dzieciństwa, wziąć psa (najlepiej labradora). To chyba wtedy wytworzyła się między nami więź ludzi – powiedzmy – wtajemniczonych – którzy nie przejmują się błahostkami, bo jakie znaczenie mają środowiskowe gry w świecie po katastrofie.

Tematem numer jeden był dla niej Czesław Miłosz. W listopadzie 1979 roku 36-letnia redaktorka nowojorskiego „Nowego Dziennika” przeprowadziła w Berkeley cykl rozmów z poetą – rozmawiali niemal wyłącznie o twórczości, bo poeta wprowadził liczne restrykcje. Rozmowy uzupełnione o sesję z września 1980 roku złożyły się w książkę Podróżny świata stanowiącą podwaliny wszystkich tekstów o Miłoszu, w których obecnie toniemy. Jej lektura do dziś jest ożywcza i porywająca. Jak powrót do dzieciństwa, w którym można jeszcze pytać o rzeczy najprostsze. Dość powiedzieć, że wszystko działało się chwilę przed Noblem, Miłosz był wciąż mało znanym poetą żyjącym w kalifornijskiej samotni. Spotkanie było olśnieniem, wyzwoliło ją z dziennikarstwa, skierowało w stronę literatury i przekładów poezji, wywróciło życie obojga, z czasem stało się przygniatającym ciężarem. Renata musiała Miłosza przezwyciężyć, ale nigdy nie przerwała procesu odczytywania jego poezji. Po latach mogła być gwiazdą Miłoszowskich festiwali i konferencji, zamiast tego wybrała rolę dyskretnej przyjaciółki, która pisała o kolejnych książkach, współtłumaczyła wiersze, zabiegała o należne poecie honory.

Nasze rozmowy o Miłoszu były operacjami na otwartej pamięci. Zwijanie i rozciąganie czasu było zresztą jednym z jej ulubionych zajęć i w dużej mierze o tym są jej książki. Pamięć miała doskonałą, bardzo konkretną i zmysłową, potrafiła przesuwać w głowie nienaruszone stop-klatki. Ale to nie wystarczało. W pogardzie miała wspominki. Pragnęła prawdy. Dotknięcia materii. Wejścia w czas przeszły dokonany. Zdarzało się, że po wielogodzinnych sesjach zostawiałem ją wyczerpaną wśród widm z lat 80. Całkowite zaangażowanie było jej darem i przekleństwem. Nikt do końca nie wie, jaką za to płaciła cenę.

W którymś wywiadzie powiedziała, że miejsca, w których się żyje właściwie nie mają znaczenia i że należy wystrzegać się pokusy powrotu do miejsc utraconych. W jej tekstach często pojawia się temat wygnania i wydziedziczenia. Wpływ na to miało blisko dwudziestoletnie doświadczenie emigracji. Swoje dołożył Czesław Miłosz nadający wygnaniu sens metafizyczny. I chociaż Renata była raczej odporna na religijną stronę dzieła Noblisty, całą jej twórczość dałoby się roboczo określić mianem reakcji na katastrofę, która doprowadziła do rozpadu świata, pozbawiła nas pełni i skazała na tęsknotę za czymś nieokreślonym. Nie ma przecież większej różnicy, czy katastrofę umiejscowi się w Raju czy w dymach getta i gruzach miasta, wśród których Renata urodziła się i dorastała. Byłaby więc ta twórczość pracowitym układaniem rozbitych wzorów, niestrudzonym nadawaniem sensu i budowaniem sobie domu – choćby to była jedna ulica. Tutaj też mieściłaby się wyznawana za Konstantym A. Jeleńskim formuła zbiegów okoliczności, wiara w sny, znaki, przypadki, przeczucia.

Być może jest to jeden z powodów, dla których po latach emigracji i krótkim postoju w rodzinnej Warszawie Renata zdecydowała się przeprowadzić do Gdyni. Jeśli miejsca nie mają znaczenia, a powroty są niemożliwe, jeśli nigdzie nie jest się naprawdę u siebie, czemu nie zacząć od początku, w miejscu nieobciążonym i czystym? Zbudować świat na własnych zasadach, ustanowić więzi i relacje. Dalej nie można już uciec, dalej jest tylko morze, skwir mew i niebo poprzecinane żurawiami. W Gdyni Renata mieszkała 25 lat, miała tu grupę wiernych przyjaciół, którzy bardzo ją kochali i byli przy niej do końca. To oni powinni stać w tym miejscu i opowiadać o Renacie. Tylko że taka bliskość jest często poza słowami. Mówią na ogół ci mniej ważni.

Właściwie to nie chcę kończyć tego tekstu, bo kropka jest jak ostateczne pożegnanie. I dlatego ostatnim skokiem wyobraźni – trochę tak jak mnie uczyłaś – widzę cię jeszcze gdzie indziej. Niewielki Hotel La Perle w dzielnicy Marais. Czerwiec 1981 roku. Jeden poranek. W pokoju zostało otwarte okno, delikatne podmuchy poruszają kartkami, zgrzytają podnoszone żaluzje i markizy, a wy schodzicie powoli do jadalni po niekończących się schodach. Wiem, to słabe zakończenie. Ale wiesz, nigdy Ci tego nie powiedziałem, najbardziej lubiłem takie opowieści. O chwilach przed odlotem. Oczekiwaniu. Pakowaniu walizek. Kłopotach z suwakiem. Nieważne szczegóły. Mówiąc o nich jakby przez mgnienie uśmiechałaś się do tamtych dni.

MICHAŁ SZYMAŃSKI

Wygłoszone na ceremonii pogrzebowej na Powązkach w Warszawie, 12 II 2025.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek