HOME

Mniejsze listy (5)

„Mów mi kotku” – proponuje kot trzymanej w pazurach myszy. Taki rysunek Mrożka publikowany był w dwóch wersjach. Na jednej zęby większego zwierzęcia przedstawione zostały za pomocą kilku pionowych kresek, kot jakby się uśmiechał, na drugiej uzębienie składa się z trójkątów, kot wygląda jeszcze groźniej. Ten wariant, acz bez części słownej, wykorzystano na okładce drugoobiegowej edycji Vatzlava. Ambasadora, przygotowanej przez krakowskie wydawnictwo Panaceum w 1987. Książeczka zawiera pomniejszony reprint oryginalnego tomu paryskiego Instytutu Literackiego z 1982. Na skrzydełku zamieszczono informację o autorstwie rysunku, zawiadamiając zarazem o jego wykorzystaniu bez wiedzy i zgody autora, taka formuła miała chronić twórców krajowych, w tym zaś przypadku całkiem możliwe, że Mrożka nie pytano. W każdym razie mysz na tym obrazku byłaby nie tyle ofiarą ironii, ile upokarzającego absurdu. Twórca wyśmiał też przy okazji poziom męsko-damskich spieszczeń wokatywnych. I zapewne trzymał stronę myszy, a mysi motyw powraca u Mrożka w intrygujących miejscach. Na innym rysunku mężczyzna na czworakach, z wściekłą mimiką, goni mysz. Siedząca na fotelu kobieta mityguje polującego z uśmiechem: „Ależ kotku!”. Kotku, no właśnie…

 

 

Epizod? Historia? Wydarzenie? Jakkolwiek nazwać, wystarczająco musiało Mrożka poruszyć, skoro napisał o tym aż trzykrotnie, po sporym upływie czasu. Pierwsza publikacja jest wersją najpóźniejszą, powstałą w 2001. Wśród Uwag osobistych znalazła się zatem proza Piękny i bestie. Parafraza znanego wyrażenia, w tym zmiana płci, wydaje się z początku sygnałem może nawet bardziej żartu niż jakiejś złożonej ironii? Zaczyna się nader literacko: „Ćwierć wieku temu, w samotnym domku wśród pustkowia, usłyszałem, że w łazience coś piszczy”. Maestrię Mrożka znać i w pojedynczym zdaniu, w precyzji stylistycznej gry. Ćwierć wieku, a nie ileś (dokładnie lub około) lat ani w roku takim a takim. Domek, i to samotny, umieszczony został nie tylko na pustkowiu, lecz wśród pustkowia. Tak zwykły się zaczynać baśnie, a co najmniej szacowne opowieści. Realizm składniowego domknięcia każe jednak poniechać oczekiwań: jeśli w łazience coś piszczy, rzecz pójdzie w innym kierunku gatunkowym, tematycznym. I rzeczywiście; a stylistyczne otwarcie miało też pewnie łagodzić drastyczność: źródłem dźwięku okazała się mysz zjadana żywcem przez inną. Niemniej narrator znowu próbuje zagadać to, co zobaczył. Relacja jest wcale elokwentna, autobiograficzny bohater tłumaczy się trochę przed sobą, trochę przed czytelnikiem, a może przede wszystkim przed sytuacją, wobec niej? Nie zaszkodzi dłuższy cytat, żeby lepiej zobaczyć, jak Mrożek rozpisuje problem:

„Nie jestem sentymentalny, ale sadystą też nie jestem. Doznałem moralnego oburzenia, ale czyż ja, człowiek, istota na najwyższym szczeblu rozwoju, nie jestem odpowiedzialny za niższe stworzenia? Mysz nie jest z gruntu zła, a tylko okoliczności, głód na przykład, zmuszały mysz do kanibalizmu. Więc wróciłem do izby, otworzyłem lodówkę, ukroiłem kawałek sera i zawróciłem do łazienki. Położyłem ser na posadzce, obok myszek, i rozczulony swoją dobrocią odszedłem ku działalności literackiej. Po tylu już latach nie pamiętam, co wtedy pisałem. Pisałem, pisałem, aż się zapisałem i zapomniałem o myszach”.

Niestety, jak się niezadługo okazało, sera myszy nie ruszyły, usiłowały się natomiast wzajemnie zagryźć. „Otworzyłem okienko i za pomocą szczotki-zmiotki i łopatki-szufelki wyrzuciłem je obie, wraz z kawałkiem sera, w lodowatą, czarną noc. Nie zasługiwały bowiem, żeby dłużej ze mną przebywać, ze mną, oświeconym, w kręgu światła”.

Jasne, że Mrożek jest autoironiczny. Choćby kontrast światła i ciemności przedstawia się zbyt, nomen omen, jaskrawie. I jeszcze tak szczegółowe nazewnictwo AGD. Przede wszystkim zaś pisarz kpi z idei człowieka jako korony stworzenia. Ale z równą mocą drwi z rozumień odmiennych, nieuniknienie antropomorfizujących. „Mysz nie jest z gruntu zła” – a jak może być zła albo dobra, tym bardziej z gruntu, jeśli to są nasze, ludzkie kategorie? Nawet orzeczenie amoralności przyrody byłoby przesadą: jest ona nade wszystko poza człowiekiem, poniekąd poza jego świadomością. A do przygody z myszami wrócił Mrożek dwukrotnie w Dzienniku. 1 marca 1981 streścił ją pokrótce jako rzecz do opisania, czyli problem również literacki. Wspomnienie doprowadziło do konstatacji obcości natury, również tej, z której sami się składamy, naszej cielesności. I nie ma wyjścia: obie koncepcje, człowieka „naturalnego” i człowieka „duchowego” są opłakane w skutkach. 12 kwietnia 1982 raz jeszcze autor zdarzenie z myszami przypomniał.

Motywy mysie pojawiają się u Mrożka także w nieporównanie łagodniejszych realizacjach. W zapisie poczynionym 27 grudnia 1973 zabawnie powtarzają się dwa zbiory: siedem kotów i trzy białe myszy, zbiory współtworzące inne wyliczenia. „Trzy myszy (dwie plus jedna), siedem kotów, cztery żony, jedna narzeczona i jedna nieznajoma u Szwarca”. Kolor myszy pozwala się domyślać udziału alkoholowego, zresztą irlandzka whiskey jest wspomniana wprost. Zwierzątko przydaje się również do parafrazy skrzydlatych słów – „Przez chwilę myszy nie zasłaniają góry” (Dziennik, 3 września 1988) – lub do zaproponowania niemal nowego przysłowia: „Palisz dom, żeby pozbyć się myszy” (30 listopada 1976) – chyba że słyszeli już państwo takie powiedzenie? Albo też do kapitalnego opisu istniejącego świata i odosobnionego w nim „ja” (zapis z 17 stycznia 1972):

„Piękna pogoda. Myszy mają wąsy. Żaby pływają w wodzie. Ludzie mają głowy, a w głowach coś. Ja nie mam nic nikomu do powiedzenia ani nic nie chcę od nikogo usłyszeć. To, co słyszę, nie jest interesujące”.

W pochodzącym z lat osiemdziesiątych opowiadaniu Don Juan tytułowy bohater oczekuje przybycia Komandora, tyle że przez wiele lat. Mrożkowski Don Juan zdążył się więc postarzeć, podupadł też na zdrowiu. Egzystuje poza światem, już mu do niczego niepotrzebnym. Rozważa próbę pojednania z Doną Anną, które szybko uznaje z paru powodów za bezcelowe. Nie ma też szans na dogadanie się z Komandorem, skamieniałym, więc niezmiennym, inaczej niż Don Juan. W pewnej chwili słyszy chroboczącą mysz, jedyne oprócz niego żywe stworzenie „w tym marmurowym, bezludnym pałacu”. Osobliwa towarzyszka finału!

„Więc ostatecznie mysz ma być świadkiem tego przedstawienia? Tak kosztownego, bo przeznaczonego dla tak wielkiej publiczności. Zapłacę życiem doczesnym i potępieniem wiecznym, oto jest cena. A teraz, tutaj – mysz, tylko mysz”.

Opowiadanie Mrożka zmierza do swoistej apologii Don Juana. Nie przewrotnej przecież, nie takiej, w której na przykład zabicie Komandora oznaczałoby uwolnienie świata od tyrana, a sam Don Juan byłby ofiarą spisku feministek. Pisarz inaczej potraktował mit. Czekając na koniec, bohater dochodzi do wniosku, że jedynie mysz stanie się beneficjentką całej jego historii: będzie miała pożywienia w bród. Ale ona też zginie, skoro piekło ma pochłonąć Don Juana razem z jego najbliższym otoczeniem.

„Więc póki czas biorę chleb ze stołu, odkładam na uboczu dla myszy, poza piekielny krąg. Niech ma i niech będzie szczęśliwa. Nie mnie sądzić, czy to mało znaczy czy wiele. A nawet jeżeli niewiele, lepiej tyle niż nic”.

Tak domyka się tekst. W moralistyce chrześcijańskiej nie brakowało budujących opowieści o jednym jedynym dobrym uczynku oalającym grzesznika. Czy późniejszy autor Wielebnych też nie byłby od tego? Don Juan nikogo – w tym siebie – już nie oszukuje. Może przecież nagle zapragnął jakiegoś pocieszenia? Nagle, bo jego dotychczasowe rozmyślania na to nie wskazywały. A jeśli autor ironizuje, i celem ironii jest (przeceniany) sentymentalny odruch? Tak czy inaczej, pojedynczy akt etyczny pozostaje w tym opowiadaniu kwestią poważną.

W Noclegu (z tomu Dwa listy i inne opowiadania, 1970, 1974) podróżującemu bohaterowi przyszło, z braku miejsca w hotelu, spędzić noc w pewnym domu. Właściciel ostrzegł gościa, iż „tutaj straszy”. Podróżnik rad by się dowiedzieć więcej, jednakże gospodarz poprzestaje na informacji „straszy w ogóle”. Sugestia działa mocno, bohater (z wyraźnym zresztą zacięciem filozoficznym) lęka się niewiadomego, nie ustając przy tym w analizie. Słyszy coś w szafie – mysi chrobot. Nie umie rozstrzygnąć, czy to zwykła mysz.

„Ostrożnie zajrzałem jeszcze raz do szafy. Siedziała w kącie, szara. Znaczy ona coś czy nie znaczy? Nic po niej nie było można poznać. Patrzyła na mnie oczkami podobnymi do dwóch ziaren maku. Co można wyczytać z dwóch ziaren maku?”.

 

 

Niepewny rzeczywistego stanu rzeczy bohater zabija zwierzę butem. Zaraz zaczyna się bać tego buta, potem własnych rąk (i nie ma w tekście sugestii, że to wyrzuty sumienia). Na koniec gospodarz musi pomóc bohaterowi sztucznym oddychaniem. Wracam do „oczek podobnych do ziaren maku”. Drugi deminutyw (ziarnek czy ziarenek) byłby już koleiną stylistyczną, niweczącą liryzm porównania.

Opowiadanie Nocleg, wraz z innymi z Dwóch listów, przetłumaczyła na francuski Thérèse Douchy, czyli Teresa Dzieduszycka. Zmieniła trochę finał tekstu, a jeszcze bardziej tytuł, na Une souris dans l’armoire (Mysz w szafie). Pod takim też tytułem ukazała się cała książka, nakładem Édition Albin Michel w 1970, ze stosowną ilustracją na okładce. Nie podano, kto ją zaprojektował.

ADAM POPRAWA

 

Włoska podróż do Włoch

Wygląda na to, że gatunek zwany „podróżą do Włoch” stanowi specjalność cudzoziemców przybywających z północy lub północnego wschodu. Kiedy jednak Włoch zabiera się do pisania o własnym kraju, przestaje to być na ogół operacją neutralną, dominuje albo bezlitosna krytyka rozmaitych współczesnych plag albo gloryfikacja wyjątkowego rzeczywiście dziedzictwa artystycznego. Tę ostatnią optykę przyjął choćby Guido Piovene w swojej dwutomowej klasycznej „podróży”: Viaggio in Italia z 1957 roku. Pisał ją niedługo po wojnie, kiedy pilnie należało odtworzyć narodową spójność, pogodzić wspaniałą przeszłość, biorąc w nawias faszystowskie dwudziestolecie, z modernizacyjną perspektywą.

Po niemal siedemdziesięciu latach, Gianrico Carofiglio, autor licznych bestsellerów, między innymi poczytnych powieści kryminalnych, znanych również w Polsce, pisze następną Viaggio in Italia (Milano 2026), podejmuje się jednak zadania skrajnie odmiennego; jego książka to rzeczywiście, jak czytamy na skrzydełku, rodzaj „widzialnych miast”, w odróżnieniu od tych, które opisywał Italo Calvino. Składają się na nie okruchy, fragmenty, impresje, wspomnienia, są też oczywiście dzieła sztuki i architektury, bo nie sposób ich przecież ignorować, lecz przywoływane marginalnie, zrównane z rozmaitymi szczegółami, takimi jak stare kina i potrawy, duchy nawiedzające stare domostwa i warsztaty rzemieślnicze.

 

 

Już w starożytności Italia określana była jako cywilizacja wybitnie miejska i takie są Włochy u Carofiglia; raczej patronuje mu Stendhal niż Goethe, nie ma tu krajobrazów ani roślin, a więc Włochy widziane są jako swojego rodzaju artefakt, produkt  ludzkiego wysiłku i geniuszu, lecz również jako miejsce pozbawione aury podniosłej wyjątkowości, przestrzeń, gdzie żyją ludzie, a nie tylko symbole minionej wielkości i duchy słynnych twórców, co dla czytelników tradycyjnych relacji z podróży może być niejakim zaskoczeniem…

Wędrówka zaczyna się w Palermo i zmierza, z małymi wyjątkami, na północ. Palermo idealnie odpowiada wizerunkowi Włoch jako krainy kontrastów, gdzie niskie miesza się z wysokim, piękno ze zbrodnią i brzydotą, przesada z elegancją. „Jesteśmy seryjnymi kolekcjonerami stylów – powiada jeden z rozmówców pisarza – zachowujemy wszystko. Piękne, brzydkie, wszystko”. Trudno zapomnieć – Carofiglio był sędzią – że Palermo to również sceneria zbrodni mafii, której liczba ofiar nie ma sobie równych w historii kryminalnej współczesnego Zachodu.

Są też optymistyczne przykłady zmian na lepsze: zaniedbane i niebezpieczne Bari, rodzinne miasto autora, znane głównie jako port, skąd odpływają promy do Grecji, stało się jedną z modnych turystycznych „destynacji”; dzielnice Neapolu: Scampía, Sanità, odzyskano dla normalnego życia mieszkańców. Neapol, tak jak Palermo, budzi skrajnie odmienne reakcje; Stendhal nazwał go najpiękniejszym miastem na świecie, współczesny „The Sun” natomiast określił go jako prawdziwe piekło, miasto przypominające Karaczi, Rakkę, Grozny. Literatura ostatnich lat, a szczególnie jej planetarne bestsellery pióra Roberta Saviana i Eleny Ferrante, odkryła w splocie opuszczenia i camorry prawdziwą złotą żyłę, odwieczny mit biednych Włoch, mających gwarantować większą autentyczność doznań.

Jak opowiedzieć Rzym? Można wybrać tylko jakiś jeden wątek, na przykład opowiedzieć miasto poprzez niezliczone filmy, poczynając oczywiście od Rzymskich wakacji. Ale i tu nie należy się spodziewać żadnej systematycznej wykładni, skoro brakuje Felliniego i Sorrentina. Jako przedmiot narracji filmowych i literackich Rzymowi dorównuje z pewnością Florencja, od Pokoju z widokiem do Piekła Dan Browna. Miasto z największą koncentracją dzieł sztuki na świecie, przyprawiające o sławetny syndrom Stendhala, wymyka się choćby serii wyliczeń słynnych artystów i zabytków. Ma też, jak wszystko we Włoszech, swoją ciemną stronę zbrodni i trucizny, poczynając od spisku Pazzich i Katarzyny Medycejskiej. Wielokrotnie przytaczana kwestia Orsona Wellesa z Trzeciego człowieka, którą cytuje Carofiglio, dobrze oddaje fascynację cudzoziemców tym właśnie aspektem Włoch: „We Włoszech […] były wojny, terror, morderstwa, rzezie, lecz miały też one Michała Anioła, Leonarda da Vinci, renesans. W Szwajcarii nie było nic poza miłością braterską, lecz w ciągu pięciuset lat spokojnego życia i braku wojen, cóż takiego mamy? Zegar z kukułką”.

Nie ma sensu wyliczać kolejnych komponentów włoskiej mozaiki, przywołajmy jeszcze podcienia w Bolonii liczące niemal czterdzieści kilometrów i wpisane przez UNESCO na listę dziedzictwa ludzkości, podobnie jak tamtejszy dziecięcy chór Zecchino d’oro. I już możemy się tradycyjnie pożegnać z Włochami w Wenecji, chociaż są jeszcze rozdziały o Mediolanie, Turynie, Genui.

Wenecja się wyludnia – od tego zaczyna się poświęcona jej opowieść. W 1950 mieszkało tam sto siedemdziesiąt tysięcy; dziś mniej niż pięćdziesiąt. W centrum miasta, na wystawie pewnej apteki, licznik pokazuje ich malejącą liczbę. Wenecjanie przenoszą się do Padwy, Mestre. I jest to szczególna emigracja, nie z powodu biedy, przeciwnie, „wygania ich piękno i woda”, powiada Carofiglio. Ma to daleko posunięte konsekwencje dla charakteru miasta, staje się ono planem filmowym, jednym wielkim bed and breakfast dla mas turystów, miejscem dla bezwstydnej ostentacji bogactwa, jak w przypadku ślubu miliardera, Jeffa Bezosa. Raz jeszcze godne uwagi wydaje się to, co marginalne i na ogół ukryte przed wzrokiem pospiesznych turystów: Calle Varisco, najwęższa ulica mająca pięćdziesiąt dziewięć centymetrów szerokości, wyspa Poveglia z dawnym szpitalem psychiatrycznym, Ca’ Mocenigo, gdzie Giordano Bruno znalazł gościnę, a następnie został zadenuncjowany Inkwizycji przez pana domu; dodać by należało drukarnię Manucjusza, a w istocie pierwsze nowoczesne wydawnictwo. Wenecja zatem jako miejsce wolnego słowa i zdrady, konkurencyjny obraz wobec jej tradycyjnie artystycznej wizji.

Trudno orzec, czy czytelnik biorący do ręki tę książkę poczułby się rozczarowany brakiem melancholijnej wizji Wenecji, miejsca schyłku, rozpadu i niszczącego dzieła czasu, o którym pisali niemal wszyscy wielcy podróżni, od Goethego do Ruskina i Henry’ego Jamesa, a także brakiem opisów fresków, obrazów i kościołów. A może poczułby się zaciekawiony, że można również i tak postrzegać Włochy, jako żywą przestrzeń w ciągłej przemianie.

JOANNA UGNIEWSKA

 

Czerwone

Tam, gdzie znów się spotkamy, na parkiecie rozmowy, przy barze,

tam, gdzie kręty labirynt ze słów nas zawiedzie w stracone,

na tym stole biesiadnym postawię dwa srebrne lichtarze

i postawię na szare, bo zbyt długo wygrywa czerwone.

Jakie miasta za nami, jaki jeszcze przed nami się plecie,

zarys drogi nieznanej, tam, gdzie pył, gdzie wyschnięte mielizny,

i tak szczelnie zapiętą moją suknię na plecach rozpleciesz,

i położysz się przy mnie, by zabliźnić stracone w dwie blizny.

O mój bliźni, mój drogi, o wspomnienie Notre Dame tej z Paryża,

na parkiecie rozmowy pies się do nas przyplątał zgłodniały,

może pijmy za przyjaźń, bo już słychać wojenne wystrzały,

bo narasta stracone, bo się sotnia tu czarna przybliża.

I już wiążą w podcieniach tamtą romską dziewczynkę, ktoś płacze,

już ruszają wagony, pożegnanych na zawsze przybywa,

może pijmy za miłość bez przyszłości, za jedną noc raczej,

bo tu znowu nie szare, tutaj znowu czerwone wygrywa.

Warszawa, kwiecień 2026

 

 

Każdy wiersz jest tajemnicą, bo jak chciał Miłosz, poezja powinna odsłaniać tylko rąbek tego, co wiadome poecie, inaczej nie jest poezją. Czasami można znaleźć do wiersza klucz. Kluczem (choć nie otwierającym wszystkich zamków) do wiersza Czerwone jest powieść Wiktora Hugo Katedra Marii Panny w Paryżu. Tak brzmi tytuł pierwszego tłumaczenia powieści, autorstwa Hanny Szumańskiej-Grossowej, bo potem dostaliśmy Dzwonnika z Notre-Dame. Pewnie za sprawą licznych adaptacji filmowych i w końcu disneyowskiej bajki, gdzie tragiczny los Esmeraldy zyskał szczęśliwe zakończenie, całkowicie niszcząc poetycką i profetyczną wizję Hugo. Tylko wielki poeta mógł stworzyć powieść, która mieści w sobie tak straszliwą, złowrogą piękność i tak współczesne przesłanie. To przesłanie zyskuje rangę mitu, jak to dzieje się także w wielkich powieściach Tołstoja czy Prousta. Scena, gdy w XV-wiecznym Paryżu, swoistym centrum świata, wśród całego przekroju społeczeństwa, arystokratów, mieszczan, żebraków, włóczęgów i złodziei tańczy piękna Cyganka Esmeralda, niczym uchodźczyni z innego, jakiegoś napowietrznego istnienia, zapowiada w wizji Wiktora Hugo całą tragiczną historię świata, aż po dziś dzień. Postać Esmeraldy rozpętuje kosmiczne siły: nieokiełznane namiętności, pożądanie, miłość, zazdrość, ale przede wszystkim niezrozumienie i nienawiść. Nienawiść do tego, co inne, obce i bezbronne, do tego czego nie można posiąść i czym nie można zawładnąć. Do kruchej piękności świata. Jakże współczesna to wizja i jak bardzo przerażająca. Romska dziewczynka w wierszu to cień Esmeraldy, ze wszystkim, co ta postać w sobie zamyka. A i katedra Notre-Dame jest bohaterką powieści, „kamienną symfonią”, azylem dla skrzywdzonych i poniżonych, tajemniczym labiryntem, który jest jak żywy organizm. Jej cień także pojawia się w wierszu.

ANNA PIWKOWSKA

 

Bruno Kass „Zawsze będę uważał, że tu jest mój dom, nawet jeżeli nie będzie mnie już w Praniu”

Kamil K. Pilichiewicz: Zacznijmy od samego początku. Masz 23 lata, czyli urodziłeś się w okolicach 2000 roku.

Bruno Kass*: Urodziłem się w 1999 roku, 28 września, czyli w zasadzie równe dwa lata po przyjeździe rodziców. Może słyszałeś z ich opowieści, ja sam tego nie pamiętam, że czasy były ciężkie. Rodzice tutaj mało co mieli na początku. Dostępność była inna, dziadkowie ze strony taty byli w Sopocie, rodzice mamy w Gnieźnie…

 

K.P.: W Gnieźnie, nie w Poznaniu…

B.K.: Mama urodziła się w Gnieźnie, tam mieszkała, a potem wyjechała do Poznania na studia. Tam ukończyła dziennikarstwo i nauki polityczne. Zdecydowała się na karierę dziennikarską, pracowała w tygodniku „Wprost”. Tak się zresztą z tatą poznali. Urzędy w Trójmieście w celu promocji swoich miast organizowały takie wydarzenie, jak „Media Tour”, aby pokazać, że Trójmiasto jest przystępne i ma swój urok. Wtedy jeszcze to były czasy, kiedy turystyka nie była taka popularna, przynajmniej w takim wymiarze, jak teraz, więc chodziło o zaprezentowanie się z dobrej strony. Pewnego dnia mama przyjechała w ramach „Media Tour” do Sopotu, bo był akurat dzień sopocki, a z racji tego, że tata był wtedy rzecznikiem prasowym Urzędu Miasta w Sopocie to się spotkali, i tak się wszystko zaczęło. Potem mieli plany, żeby mieszkać w Poznaniu, aby osiedlić się w tym miejscu, z którego wywodzi się mama. W tym czasie narodził się pomysł, a w zasadzie pojawiła się okazja, żeby przyjechać do Prania i dwa lata po tym, jak tu przyjechali, urodziłem się ja. Kończąc dygresję, czasy były ciężkie, nie było pomocy ze strony rodziny, oczywiście często się odwiedzaliśmy, ale w gruncie rzeczy byliśmy tu sami. Od początku byłem pozbawiony takiego życia z rówieśnikami, jakie od najmłodszych lat dzieci gdzieś na osiedlach mają – takiego podwórkowego życia…

 

K.P.: Przepraszam, że przerwę, ale chcę doprecyzować: Ty z rodzicami mieszkaliście tutaj przez cały rok?

B.K.: Tak, Pranie to był nasz dom, nieróżniący się od innych, i to jest właśnie niezwykłe. Jak wiesz, wiosna, lato – zaczyna się coroczny sezon artystyczny i jest dużo ludzi, a potem zimą to wszystko zamiera i jest o wiele spokojniej, ale do tego jeszcze dojdę… Wracając do „podwórka” – bez tego połączenia z rówieśnikami nie miałem czegoś takiego. Chodziłem do przedszkola w Rucianym-Nidzie, czyli 6 kilometrów od Prania. Z Leśniczówki widać Przystań Pod Dębem, to jest troszeczkę obok, ale można powiedzieć, że to już jest w zasadzie miasteczko Ruciane-Nida. I tam dopiero miałem pierwszą styczność z innymi dzieciakami. Dalszy etap nauczania to Pisz, miasto powiatowe, oddalone o 25 kilometrów stąd. To już była dłuższa droga i wymagało to pewnego dodatkowego zaangażowania. Rodzice mieli problem z tym, jak puścić 7-letniego dzieciaka samego 25 kilometrów. Zebrali więc inne dzieci z Rucianego, które chciały dojeżdżać do szkoły w Piszu i tym sposobem udało się znaleźć kierowcę, który odpłatnie woził nas z Rucianego do Pisza codziennie. Podstawówkę zacząłem w 2006 roku i to była szkoła muzyczna, bo jeżeli miałbym iść do swojej szkoły, gdzie miałem swój rejon, to bym musiał iść do Rucianego właśnie. Tylko że ta szkoła nie cieszy się zbyt dobrą renomą. Chcąc wybrać coś lepszego, trzeba było patrzeć na Pisz i ta szkoła muzyczna była takim jasnym punktem. Jako szkoła podstawowa była na wyższym poziomie. Oczywiście, ten aspekt muzyczny to pomysł rodziców. Ja talentu do muzyki nie przejawiałem, wprawdzie grałem na gitarze (wybrałem gitarę jako mój instrument), ale – stety, albo niestety – po zakończeniu mojej edukacji nie wziąłem już gitary do ręki.

 

K.P: Ani razu?

B.K.: Ani razu. Może były jakieś pojedyncze przypadki, ale to raczej takie marginalne rzeczy. W każdym razie żadnej już potem do tego pasji, ani chęci nie przejawiałem. Nie byłem zachwycony tym, że skończyłem sześć lat szkoły muzycznej, kiedy muzyka mnie nie interesowała. Miałem dużą pasję do koszykówki i ogólnie do sportu. Często się zastanawiałem, co by było, gdybym od najmłodszych lat zaczął przygodę z koszykówką, zamiast grać na gitarze. Może teraz byłbym gdzie indziej.

 

K.P.: W NBA.

B.K.: Tak [śmiech], ale czas pokazał, że nawet wzrostem, fizycznie raczej nie miałbym szans, więc to może nawet lepiej się stało. Oczywiście nadal uwielbiam koszykówkę i jest to moja poboczna pasja, można powiedzieć. Ale patrząc teraz z perspektywy lat, to była jednak dobra decyzja, że wybór padł na szkołę muzyczną. Następnie poszedłem do gimnazjum w Piszu. W tej szkole skończyłem również liceum, o profilu nauk społecznych – tak wyglądała moja edukacja wczesnoszkolna i szkolna. W zasadzie cały czas to wyglądało tak, że byłem pozbawiony „podwórka”. Przez podstawówkę, gimnazjum mi to tak nie doskwierało jeszcze, ale w liceum… Sam pewnie wiesz, że w liceum umacniają się więzi z rówieśnikami, pierwszy alkohol, dziewczyna itd. Wtedy zacząłem odczuwać, że nie mam możliwości wyjść z kimś na piwo, spotkać się z kimś, posiedzieć. To też czas „osiemnastek” – byłem tego pozbawiony. Mój dzień wyglądał tak, że budziłem się rano, jechałem autobusem (bus był do końca podstawówki, potem jeździłem normalną komunikacją, PKSem), siedziałem w szkole do 16–17, potem powrót do domu, jedzenie, jakaś nauka i tak to wyglądało. Niemniej, powtórzę, nie zamieniłbym tego na nic innego, zwłaszcza, że miałem kolegów, ale nie miałem takich silnych więzi, które by mnie jakoś mocno utwierdzały w tym, że czuję się, jakby mi coś zabrano.

W pewnym momencie przestałem czerpać… przestałem się czuć dobrze w Piszu. Zauważyłem, że jest tam wielu ludzi bez ambicji, nie dzieliliśmy wspólnych zainteresowań, Pisz zawsze słynął z takiej swojej małomiasteczkowości – to wiele osób podkreślało. Ja też to niestety zauważyłem. Już na późniejszym etapie liceum pragnąłem wyrwać się, nie tyle z Prania, ile z samego miasta, zostawić w tyle to liceum, tych ludzi i poznać coś nowego. Wtedy już chciałem bardzo wyjechać na studia, aby – tak jak mówię – rozstać się z Piszem, ale nie z Praniem. Jednak Pranie to zawsze była moja bezpieczna przystań – takiego może górnolotnego stwierdzenia bym użył. Tutaj zawsze czułem się bezpiecznie, tu zawsze, mimo że byłem pobawiony relacji koleżeńskich, moimi przyjaciółmi byli rodzice. Oni byli moimi przyjaciółmi, moimi nauczycielami.

 

K.P.: Uzupełniali Twoją edukację?

B.K.: Tak, tak naprawdę to od nich się nauczyłem nie tylko jak żyć, ale też jak podchodzić do pewnych spraw. I za to im będę zawsze wdzięczny – oni byli moimi pierwszymi przyjaciółmi, byliśmy razem sami pośród tej głuszy.

 

K.P.: Mówisz, że nie miałeś tego przysłowiowego „podwórka”, na którym byś z rówieśnikami „kopał gałę” itp. Zapewne twój tata w Sopocie miał coś takiego…

B.K.: Tak, tata zawsze wracał wspomnieniami do tych swoich… on to tak nazywał… zapamiętał Sopot, jako taką swoją przestrzeń, gdzie łączyły się podwórka ze sobą, gdzie miał swoich kolegów, gdzie chodzili na ten – jak on to powtarzał – szaber, do jakichś sadów itd. Także on na pewno miał to wspomnienie. To nie ulega wątpliwości.

 

K.P.: A jak ty bawiłeś się tutaj w Praniu jako dziecko? Jak to u ciebie wyglądało w takim, trochę odosobnionym miejscu? Jakoś musiałeś sobie to też organizować.

B.K: Oczywiście. Myślę, że to mnie ukształtowało. Zajmowałem się sam sobą, bawiąc się gdzieś przed domem, chodząc leśnymi szlakami. Rodzice dawali mi dużą swobodę już od najmłodszych lat. Sam sobie chodziłem nad jezioro, co w obecnym modelu wychowania może wzbudzić sprzeczne emocje: chodziłem sam do lasu, sam nad jezioro, ale tak naprawdę to był mój dom. Tak jak inne dzieci czuły się na podwórku, tak ja czułem się w lesie, czy nad jeziorem, co mogło stwarzać jakieś niebezpieczne sytuacje, ale nigdy mi się nic złego nie przydarzyło z tego powodu.

Organizowałem sobie czas sam, może to zabrzmi dziwnie, ale z własną wyobraźnią. Ona stwarzała, umożliwiała mi jakąś formę spędzania czasu i zabawy z samym sobą. No i byli też dorośli. Wychowywałem się tutaj w otoczeniu dorosłych: rodziców, ale też artystów, którzy tutaj przyjeżdżali. Zawsze nasz dom był pełen, zwłaszcza w okresie letnim, pisarzy, muzyków, poetów. Tak naprawdę dużo czerpałem od nich. Uważam to za niewątpliwy atut mojego dzieciństwa. Nie każdy miał okazję tego doświadczyć.

Pamiętam, że w Praniu do rana mogły się toczyć rozmowy, dysputy o najróżniejszych kwestiach, o poezji, o świecie… I ja zawsze się temu przysłuchiwałem. Byłem takim małym słuchaczem tego wszystkiego. Nigdy może za bardzo się nie angażowałem. Uważam, że nie byłem zbyt dobrym partnerem do rozmowy dla nikogo, ale to chyba też wynikało z tego, że tak na co dzień byłem w Praniu sam, że nie rozmawiałem za dużo z ludźmi. Efekty tego widzę do dzisiaj. To się przełożyło na moją introwertyczną naturę. Ale nie zmienia to faktu, że było to dla mnie bardzo wartościowe doświadczenie: czas spędzony z rodzicami i ludźmi, którzy przyjeżdżali tutaj. On mnie ukształtował, za to jestem im wdzięczny, nie zmieniłbym tego w żaden sposób.

 

 

K.P.: Mogę się tylko domyślać, jak niezwykłe musi to być przeżycie dla młodego człowieka. Twój tata jest poetą, a ciebie poezja kiedyś interesowała? Próbowałeś pisać wiersze?

B.K.: Nie. Myślę, że są zasadniczo dwa typy dzieci, które mają rodziców zajmujących się poezją lub innym artystycznym zawodem. Albo się idzie w ich ślady, albo ma się trochę kompleks tego. Myślę, że należę do drugiej grupy. Nigdy nie miałem skłonności do pisania wierszy, co nie zmienia faktu, że akurat poezję lubię, lubię czytać wiersze ojca. Widząc, jakim jest człowiekiem, w jakich stanach emocjonalnych pisze… Jeżeli spędzasz każdy dzień z poetą, to dostrzegasz piętno w tym, co pisze. Tak myślę o wierszach taty. Sam nie podjąłem próby pisania. Pewnie to wiązało się z pewnym kompleksem. Zawsze ojciec był i jest dla mnie wzorem. Zabrakło mi odwagi, by układać wiersze i pokazać mu to, co piszę. Może to jest niemądre, może byłoby zupełnie inaczej, gdybym spróbował, jednak ten kompleks niedoścignionego wzoru zawsze u mnie był.

 

K.P.: Myślę, że to jest odpowiednie podejście – nic na siłę. Czasem tak bywa, że dziecko znanego artysty, pisarza, piosenkarza itp. idzie w ślady swojego rodzica, ale czasem wybiera stronę przeciwną jako formę buntu. A ty masz, z tego, co mówisz, szacunek do tego, co robią twoi rodzice, i jednocześnie wybierasz własną drogę.

B.K.: Czerpię z tego, co dają mi mama i ojciec. Myślę, że dryg, niekoniecznie do pisania wierszy, ale ogólnie do pisania – tutaj powiem banalnie – mam we krwi. Pisanie przychodzi mi z łatwością, co, tak na marginesie, w obecnych czasach, zwłaszcza w aspekcie sztucznej inteligencji, staje się powoli przeżytkiem. To jest straszne, ale trochę tak jest.

 

K.P.: Tak, teraz dużo się o tym mówi. Mówi się nawet, że to narzędzie (AI) przewyższyć może ludzkich twórców tekstu. To jest niepokojące.

B.K.: Tak naprawdę to jest wielka niewiadoma, jak to się dalej potoczy. Czy to zostanie jakoś utemperowane przez rządy, czy zacznie się rozrastać na skalę nie do opanowania.

 

K.P.: Trudno powiedzieć, ale musimy wierzyć, że ta czysto ludzka twórczość będzie jeszcze miała swoją wartość. Mówisz, że lubisz pisać, że pisanie tobie wychodzi. Twoja mama – Jagienka była dziennikarką, a ty poszedłeś studiować dziennikarstwo.

B.K.: Tak, studiowałem trzy lata. Ukończyłem pierwszy stopień – licencjat, jednak kierowany trochę pragmatyzmem musiałem to zweryfikować. Chciałem wykorzystać umiejętności, jakie zdobyłem na dziennikarstwie i połączyć z tym, z czego w dzisiejszych czasach będę miał na chleb. Nie ukrywajmy, kariera dziennikarza nie jest łatwa. Trzeba mieć znajomości, ciężko dostać jakąkolwiek pracę. Postanowiłem więc pójść na studia magisterskie o kierunku „nowe media w komunikacji”, które charakteryzują się bardziej cyfrowym podejściem do spraw mediów, czyli m.in. obszarem mediów społecznościowych, komunikacji za pomocą narzędzi cyfrowych. W tym znalazłem upodobanie, interesują mnie te różne procesy, które obecnie zachodzą w sieci, w mediach społecznościowych, które są jednocześnie ciekawym narzędziem, ale służyć mogą do strasznych rzeczy. Mówię m.in. o dezinformacji, nie mniej cały czas dostrzegam ich jednoczesną pożyteczność. W to zdecydowałem się pójść i póki co jestem z tego zadowolony.

 

K.P.: Gdzie studiowałeś dziennikarstwo?

B.K.: Na Uniwersytecie Gdańskim.

 

K.P.: A nowe media w komunikacji?

B.K.: Na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Do ostatniego w zasadzie miesiąca myślałem, że z braku innej alternatywy skończę dziennikarstwo, ale okazało się, że w Poznaniu otwiera się nowy kierunek. Zapoznałem się z profilem tych studiów i postanowiłem spróbować. Uwielbiam Sopot, trzy lata mieszkałem w tym mieście, w mieszkaniu po babci. Stamtąd dojeżdżałem na studia do Gdańska. Ukochałem sobie to miasto, więc nie chciałem go opuszczać. Trochę za namową rodziców zdecydowałem się na Poznań, ale z taką myślą, że wrócę do Sopotu. Tak się zresztą teraz dzieje, bo kończę studia w Poznaniu i wracam do Sopotu. Jest to zabawne z uwagi na to, że trochę jednak poszedłem w ślady ojca, jeśli chodzi o Gdańsk, bo on też jest po Uniwersytecie Gdańskim, ale też dopełniłem to i poszedłem w ślady matki, bo ona jest po UAMie i to nawet po tym samym wydziale.

 

K.P.: Kiedy studiowałeś w Poznaniu to też tutaj dojeżdżałeś?

B.K.: Wynajmowałem pokój w Poznaniu. Nie zmienia to faktu, że cały czas byłem obecny w Praniu, jako student dojeżdżałem tutaj na weekendy. Oczywiście dojazd z Gdańska, a dojazd z Poznania to były dwie różne rzeczy. Ten z Poznania był zdecydowanie trudniejszy i dlatego rzadziej do Prania przyjeżdżałem, ale i tak w miarę możliwości wracałem. Rodzice w Praniu potrzebują pomocy, zwłaszcza latem, kiedy jest dużo imprez, dużo się dzieje. Zespół muzealny jest mały. Nie ma środków i możliwości, żeby było więcej pracowników, stąd też zawsze staram się jak tylko mogę pomóc, przyjeżdżać, kiedy jestem potrzebny.

 

K.P.: Ta pomoc, ta twoja aktywność w funkcjonowaniu Prania sprawia, że na pewno masz okazję, o czym już mówiliśmy, poznawać przeróżnych artystów. Masz z nimi ciągłą styczność i to już od najmłodszych lat. Dla przykładu Wojciech Malajkat jest twoim chrzestnym. Czy dalej utrzymujecie ze sobą kontakt?

B.K.: Rodzice organizując w Praniu sezony artystyczne stworzyli taką bazę kontaktów – tak mi się wydaje. Nie opowiadali o tym za dużo, ale musieli jakoś dotrzeć do ludzi, których tutaj zapraszają, do tych wielkich nazwisk. Tym sposobem dotarli do Grzegorza Turnaua i zaprosili go do Prania. Malajkatowie byli znajomymi Turnauów i przyjechali razem z nimi. Wywiązała się z tego taka koleżeńska relacja między moimi rodzicami a Malajkatami i Turnauami. Potem tata zapytał Wojtka, czy nie zostałby moim chrzestnym. Początek ich znajomości zbiegł się z moimi narodzinami. Zgodził się i tak do tego doszło. Relacja z moim chrzestnym może nie była jakaś częsta, regularna, bo tak naprawdę widzieliśmy się wtedy, kiedy tu przyjeżdżał, kiedy był zapraszany jako aktor występujący na koncertach, spektaklach i innych imprezach organizowanych przez moich rodziców. To nie była typowa relacja chrześniaka z ojcem chrzestnym, bo jednak zawód aktorski ma to do siebie, że jest się cały czas w ruchu, mało ma się czasu na cokolwiek i tak też było w przypadku wujka Wojtka. Nie miał zbyt dużo czasu, żeby podtrzymywać ten kontakt. Jak najbardziej to rozumiem. Ale zawsze świetnie się dogadywaliśmy, jak tutaj przyjeżdżał. Pamiętam też, że na Wielkanoc wujek Wojtek przesyłał paczki dla mnie.

 

K.P.: „Włóczebno” czy też „włóczebne” – u nas na Podlasiu mówi się tak o obdarowywaniu prezentami swoich chrześniaków w Wielkanoc.

B.K.: Nie znałem tego określenia, ale to na tej samej zasadzie działało. Wcześniej, jak byłem mniejszy to często odwiedzaliśmy Wojtka w jego domu w Mikołajkach. Zapamiętałem te wizyty, relacje z jego dziećmi. Także we wczesnych latach mojego dzieciństwa mieliśmy bardzo dobre relacje i kontakty, wraz z kolejnymi latami to się troszeczkę rozluźniało. Teraz dodatkowo wujek jest rektorem w Akademii Teatralnej, także ma jeszcze więcej spraw na głowie. Bardzo go lubię, jest świetnym człowiekiem, kiedy tylko mamy okazję spotkać się, czy to w Warszawie, czy tutaj w Praniu – to zawsze mogę liczyć na ciepłą i serdeczną rozmowę.

 

K.P.: Poza Malajkatem miałeś okazję poznać mnóstwo innych, ciekawych ludzi. Czy jakaś z tych znajomości szczególnie utkwiła w Twojej pamięci? Czy któraś z tych osób stanowi dla Ciebie szczególną inspirację?

B.K.: Na pewno, kiedy życie towarzyskie w Praniu było na takim bardziej zaawansowanym poziomie, kiedy rodzice byli nieco młodsi, mieli więcej werwy, to tutaj w Praniu zdarzały się imprezy do rana, których byłem świadkiem. Wtedy pamiętam, przyjeżdżała cała ekipa Jerzego Satanowskiego, z którym się rodzice przyjaźnią. Zapamiętałem Mirka Czyżykiewicza z jego pierwszą żoną Margitą i późniejszą żoną Anią Zouki-Czyżykiewicz.

Ale też taką fajną relację na zasadzie wujek–siostrzeniec miałem z Andrzejem Chyrą. Był tutaj wielokrotnie w Praniu. Jako dziecko bardzo go polubiłem. Potem już nie bywał tak często, ale zapamiętałem, że bardzo dobrze się z nim bawiłem. Mamy nawet takie zdjęcie, jak pływamy razem w jeziorze. Jest fajnym facetem. Wiesz, często artyści, którzy tu przyjeżdżali zachowywali się, wiadomo, jakby przyjechali do pracy, a tutaj się kręci jakiś mały typek i czego on właściwie chce. A on mnie traktował inaczej. Z Andrzejem Chyrą świetnie się bawiłem jako dziecko. I tę relację z nim zapamiętam.

Pamiętam też przyjazdy Edyty Olszówki, z Piotrem Machalicą do Prania razem przyjechali. Pamiętam, że Edyta była mną zaciekawiona, jako takim dzieckiem… wtedy jeszcze miałem takie jasne włosy, teraz mi te włosy ściemniały, tak samo zresztą jak ojcu, który jako dziecko był jasnym blondynem… i tego za bardzo nie pamiętam, tylko bardziej z opowieści rodziców… powtarzała, że „to dziecko jest skazane na wielkość” [śmiech]. Taki cytat zapadł mi w głowie.

Oczywiście, jeśli chodzi o takie prańskie osoby, może niekoniecznie te, które przyjeżdżały występować na scenie, to dużą sympatią darzę osoby, które były gośćmi rodziców. Bardzo lubię panią Elę Kępińską, która zawsze była sąsiadką, bardzo lubię z nią rozmawiać i pomagać jej jak trzeba. Z nią kojarzę takie ciepło. Jej męża za bardzo nie pamiętam, niektóre fragmenty jak przez mgłę… jak siedzieliśmy na tarasie ich domu, nieopodal leśniczówki… ale późniejszą relację z panią Elą jak najbardziej. Zawsze dobrze nam się tutaj po sąsiedzku z nią żyło. Oprócz niej poznałem osoby, które może nie mieszkają tutaj w okolicy na stałe, całe to towarzystwo warszawskie, które się zjeżdżało do Krzyży, do Karwicy: pani Olgę Lipińską, która nas tutaj w Praniu odwiedza, czy już nieżyjącą Wandę Sobczyńską – zawsze od tych ludzi biło takie ciepło, które zapamiętam. Nasze wzajemne wizyty, czy to tutaj, czy w Krzyżach także bardzo utkwiły mi w pamięci.

 

K.P.: Czyli byliście zapraszani też do Krzyży?

B.K.: Tak, oczywiście. To były wizyty koleżeńskie. Odwiedzaliśmy się na kolacjach czy obiadach. To też zapamiętałem, że nigdy przy takich okazjach nie byłem jakimś niechcianym elementem. Wiadomo, że niektórzy nie chcą, aby dziecko przyprowadzać na takie spotkania. A tutaj, u tych osób, czegoś takiego nie było.

 

 

K.P.: U tych osób, czyli…

B.K.: U pani Olgi Lipińskiej, właśnie Wandy Sobczyńskiej, u wielkich przyjaciół rodziców, czyli pana Jerzego i pani Zofii Markuszewskich. Wizyty u nich zapamiętam chyba najbardziej. Chociaż zmarli, jak byłem jeszcze mały, to pamiętam, jak rodzice przyjeżdżali, czasem kompletnie spontanicznie do nich, do ich domu w Krzyżach. Tam mogliśmy przesiedzieć całe godziny w kuchni. Dostawałem od pani Zosi takie stare zegary, które już nie działały. Zawsze te zegary rozkręcałem i ponownie skręcałem. Miałem taką skrzyneczkę i coś sobie kombinowałem z tymi zegarami. A rodzice siedzieli przy piecu kaflowym, w tej już osławionej kuchni, która pojawia się w twórczości taty niejednokrotnie, a z nią oczywiście pan Jerzy i pani Zofia. Bardzo to zapadło mi w pamięć. Teraz trochę ze smutkiem patrzę na tę posesję, która została już sprzedana. Posiadała przeogromny ogród, z fajnymi zakamarkami, tajemniczymi miejscami, które mnie, jako małego dzieciaka fascynowały. Przechodząc obok ich dawnego domu widzę, że ten cały ogród został już w zasadzie wycięty, trochę to zostało oszpecone. To jest smutne.

Ale jeszcze dodatkowo, kogo mogę wymienić… pan Michał Komar. Jego i jego żonę też często odwiedzaliśmy. Pani Maria Jarecka też z Krzyży, także z takich osób, z którymi mieliśmy stały kontakt – to chyba najważniejsze.

 

K.P.: A Kira Gałczyńska? Też na pewno do Prania przyjeżdżała…

B.K.: Akurat z Kirą Gałczyńską nigdy nie miałem za dużego kontaktu, ponieważ stosunkowo mało wizyt składała w tym miejscu. Na początku, kiedy rodzice wprowadzili się do Prania, też nie była do nich przychylnie nastawiona. Dopiero od pewnego momentu relacje między nimi się polepszyły, do takiego stopnia, że sama zaczęła nas odwiedzać. Ale i tak jej wizyty nie były częste. Pamiętam, że była na gali rozdania Nagrody Literackiej „Orfeusz”, wtedy to został odsłonięty pomnik Gałczyńskiego. Później też było z nią w Praniu zorganizowane spotkanie, ale poza tymi sytuacjami nie pamiętam za dużo Kiry Gałczyńskiej w Leśniczówce.

 

K.P.: Muszę też spytać o samego Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Jaki masz do tej postaci, poety niemal w tym miejscu mitycznego stosunek?

B.K.: Gałczyński to taki nasz dobry przyjaciel. Tak to zawsze postrzegałem, że jesteśmy we trójkę w Praniu i jest z nami Gałczyński, jest z nami wszędzie tutaj obecny jego dobry duch. Tata go nazywa anielskim chlebodawcą. Od początku był Gałczyński związany z naszym życiem w Praniu, ale dopiero potem, kiedy zacząłem dojrzewać, poznałem cały zamysł tych koncertów, zacząłem pomagać w muzeum, bywałem tutaj, jako przewodnik itp. Zapoznałem się z twórczością Gałczyńskiego, z jego życiorysem. Jego dzieła, adaptacje wystawiane na scenie w Praniu, przede wszystkim przez Jerzego Satanowskiego, są mi bliskie, mam do nich szczególny stosunek. Zawsze ten Gałczyński tutaj był, nie traktuję go jako kolejny obiekt turystyczny, punkt do zwiedzania. Wiele osób tak do tego miejsca podchodzi, a niektórzy przychodzą po prostu popatrzeć na jezioro. Tak samo, jak Pranie jest moim domem, tak samo Gałczyński to po prostu dobry duch tego miejsca, który zawsze był tutaj z nami.

 

K.P.: Ostatnie pytanie: jak widzisz swoją przyszłość? Ukończyłeś studia magisterskie i co dalej?

B.K.: To jest dobre pytanie. Dużo ludzi zastanawia się, czy nie mam może planów, by objąć stanowisko po swoim ojcu, żeby zająć się prowadzeniem tego miejsca. Często o tym myślę. Nieukrywanym minusem mieszkania tutaj jest świadomość, że kiedyś to się skończy. To tak naprawdę nasze mieszkanie służbowe i przyjdzie dzień, kiedy trzeba będzie się stąd wyprowadzić. Jest to też sytuacja o tyle utrudniona, że nawet gdybym chciał przejąć to stanowisko po tacie i zastąpić rodziców, mogłoby to się nie udać ze względu na to, że jest to jednak funkcja publiczna. To nie jest muzeum prywatne. Kiedy rodzice przejdą na emeryturę to odbędzie się klasyczny konkurs i tak wyłoni się dyrektora. Nie wiem jeszcze dokładnie, na jakich to by było zasadach. Na razie wiem, że wprowadzam się do Sopotu, tam będę wchodził w dorosłość. Tata zaczynał jako dziennikarz, jako rzecznik prasowy, ja będę zaczynał jako specjalista od mediów społecznościowych, także najbliższe lata spędzę tam właśnie, w Sopocie. A jak się dalej życie potoczy? Nie wiem. Sami rodzice nawet jeszcze nie wiedzą, gdzie będą mieszkać po swoim odejściu na emeryturę. Ja na pewno nie zamierzam rozstawać się z Mazurami. Zawsze będę uważał, że tu jest mój dom, nawet jeżeli nie będzie mnie już w Praniu, nawet jeżeli nie będę miał możliwości zamieszkania kiedyś w tym miejscu, to na pewno chciałbym mieć na Mazurach coś swojego…

To jest w ogóle takie trochę literackie, że rodzice dostali ten dar, są gospodarzami Prania, ale wiedzą jednocześnie, że ich dni tutaj są policzone i to nie będzie trwało wiecznie. To jest smutne, ale coś za coś, jak to się mówi. Pranie jest niesamowitym miejscem do pracy, do życia, ale to się kończy.

 

K.P.: Coś się kończy, a coś zaczyna.

B.K.: Tak, właśnie.

[maj 2023]

 

* Bruno Kass (ur. 1999) – aktualnie specjalista do spraw marketingu, syn Wojciecha i Jagienki Kassów, mieszka w Praniu i w Sopocie.

Z książki: Kamil K. Pilichiewicz, Wokół Prania – Leśniczówki Gałczyńskiego. Rozmowy. Kraków, Austeria, 2026.

Rzym, wiosna 2026

Przedwiosenne późne popołudnie. Zachmurzone, z odsłaniającymi się czasem płatami błękitu. Jestem w Rzymie, moją dzielnicą jest rione Monti. Przez godzinę trzyma mnie w swojej władzy doświadczenie, którego nigdy nie zaznałam z taką siłą. Miasta, które nią promieniują, muszą spełniać kilka warunków. Należy do nich długi wiek i współżycie historii ze współczesnością, dawnego i dzisiejszego. To nie są muzea pod niebem, ich starość niekiedy wydaje się żywa; niekiedy się kryje. Nie muszą to być miasta ludne, ale tutaj tak jest. I momenty, gdy odnajduję mimo wszystko miejsca opuszczone (na chwilę opuszczone!) są wyjątkowo cenne – bo zaraz ten stan, ta prywatność zostaną nam odebrane. Przejście rozćwierkanej wycieczki młodych mniej zakłóca spokój niż pary turystów o nawiedzonym obliczu, zatrzymujące się przed każdym portalem.

Takie doświadczenie z pewnością można powtórzyć, wracając do tych samych miejsc, ale wtedy trzeba liczyć na odtworzenie zbyt wielu okoliczności naraz, podobnej aury i podobnego stanu ducha. Ale czy coś takiego naprawdę da się powtórzyć? Mamy taką szansę, jak długo będzie istniał ten fragment rzeczywistości, pozostawiony sobie, bez nadmiernych zabiegów ocalających… Oznacza to, że godzimy się na powolny rozpad, na powrót składników do stanu pierwotnego, bez napięć, bez zróżnicowań, co w końcu oznacza zbliżanie się do stanu nieistnienia. Tak nam, studentom wydziałów humanistycznych, tłumaczono kiedyś słowo entropia, na którą wszystko jest skazane. Trwanie, bez ludzkiej interwencji, jest nieskończone, ale w tym sensie, że oznacza niezauważalne i nigdy całkiem dokończone postępowanie ku wyciszeniu, wyrównaniu.

 

 

Gdzie tego doświadczam? Odpowiadam: Rzym, dzielnica Monti, via Baccina, początek trzeciego tysiąclecia. Już określając czas i nazywając miejsce, tak przemawiające do mnie – daję znak, że znajduję się wewnątrz historycznego systemu, którego początek możemy wskazać, natomiast niepodobna w żaden sposób przymierzyć się do idei jego końca. Minęło dwa tysiące lat, odkąd ta epoka, dość późna w skali ziemskiego czasu, organizuje naszą wyobraźnię, wkręca się w zakamarki naszego życia… A ta jeszcze wcześniejsza, z którą mam tutaj co krok do czynienia? Przecież i z niej czerpiemy pamięć, oceny moralne, historyczne analogie, zależności między zjawiskami. Nawet percepcję zwykłych rzeczy, nadawanie nazw, organizowanie czasu i przestrzeni czerpiemy z tych odleglejszych źródeł.

Zaraz! Jakie to „systemy” mam na myśli, przypisując im tak rozległe kompetencje? Są dwa tu, gdzie jestem. Nakładające się na siebie, przenikające wzajemnie: Rzym starożytny i Rzym chrześcijański. Przełom sprzed mniej więcej dwóch tysięcy lat zaczął się wraz z grupą ludzi, szybko się rozrastającą, skupiającą się w tych samych miejscach, świętującą te same chwile. Ta grupa ludzi narzuciła system organizacyjny, któremu dane było długie trwanie, bo przy drobniejszych zmianach zachowuje swoją identyczność. Mimo różnic są podobieństwa między oboma systemami, drugi dużo nauczył się od pierwszego i okazał się w sumie sprawniejszy; w pewnej chwili utożsamił się z tym, co otrzymało kiedyś nazwę „cywilizacji przodującej”. Miał odpowiadać na wszystkie pytania i wyznaczać każdemu jego miejsce na Ziemi i poza nią. Opanował więc (miał przynajmniej takie założenie) wszystkie płaszczyzny jednostkowe i zbiorowe, dotarł do najgłębszych warstw odczuwania. Zarówno u ludzi wykształconych, jak i prostych zapanował nad myśleniem z wyjątkową siłą, trudno było myśleć inaczej, na własną rękę czy korzystając z obcych źródeł. Nie wiem, skąd zachowałam w głowie wierszyk-piosenkę rozpisującą ciąg liczb naturalnych na odpowiadające im rzeczy podstawowe: „Powiedz, co jest jeden? Co jest dwa? Co jest trzy?…”. Odpowiedź była oczywista dla wszystkich: Jeden jest Bóg, Dwie są natury Chrystusa, Trzy są Osoby Boże, Cztery cnoty kardynalne… Można tak długo. Materiału nie zabraknie, będzie zawsze pod ręką. Składniki mają wyrażać się liczbowo – dla zaprowadzenia ładu w sprawach ludzkich i ponadludzkich. „System” został rozprowadzony po planecie, postępując za handlem i podbojami, tak jakby te przyziemne rzeczy zostały pomyślane tylko po to, by dać okazję do syntezy: ujednolicenia ludzi na globie ziemskim, a zwłaszcza ich obyczajów i wyobraźni.

Idę wąską i krętą ulicą. Bezludną w tej chwili. Ściany o brudnordzawej powierzchni odsłaniają tu i tam surową cegłę, z biało obrzeżonymi prostokątami drzwi i okien, które sobie odpowiadają aż w głąb ulicy, tam, gdzie skręca. Czyżby była niezamieszkana? Gdybym sama nie pochodziła z tego świata, gdybym nie pamiętała, o co w tym systemie chodzi, mogłabym się czuć jak przeniesiona we śnie w zupełnie niepodobne, z niczym mi się niekojarzące miasto. Tu kiedyś coś się musiało rzeczywiście dziać. Aby odnieść tak całkowitą przewagę, nowy system działał jak pożar. Coś się stało i wiadomość o tym przenosiła się od drzwi do drzwi, z okna w okno, wnosiła ruch od progu do progu. Dla niektórych był to dokument cesarski, dla innych, pewnie znacznie mniej licznych, nowina, że rychło zapanuje sprawiedliwość. Po tym pierwszym zderzeniu mamy niewiele pozostałości. Zostały ślady, z których dzisiaj z trudem odczytujemy pierwszą ideę. Na przykład w kościele San Clemente na Lateranie albo w San Lorenzo in Miranda na Forum oba systemy zamieszkały razem, lecz całkowicie się ignorując. Ale znaków, nawiązań jest pełno. Trzeba nauczyć się je czytać. Tak mogłyby wyglądać myśli przybysza z obcej planety, zwiedzającego obce miasto. Rozpoznaje on, że są zagadkowe w wyznawanych treściach, ale za to czytelne w strukturze i organizacji przestrzeni.

Zwalniam kroku. Przypominam sobie, jak w czasie studiów na filozofii zachwycał mnie pomysł istotowego poznawania rzeczy. Oczyścić spojrzenie tak, by uchwycić istotę… I naraz czuję, że ten pomysł chwieje się na krawędzi fikcji. Kształty, barwy, odległości; ich rozmieszczenie jest zarazem prawdziwe i nieprawdziwe, bo są podwójne, są i nie są sobą. Pewne budynki – i jest ich dużo – noszą nazwy dla podkreślenia, że mają dodatkowe istnienie, ważniejsze od istnienia materialnego. Może to być kościół, nieduży i pusty, ogłaszający ponad wejściem swoją nazwę – ta może budzić zdziwienie, gdy spojrzymy na nią wzrokiem obojętnego przechodnia. Nazwy niektórych budowli są pomyślane, jak gdyby wedle jakiejś dziecinnej logiki. Nie poprzez osobę, której ma być oddana cześć, lecz przez jakiś przedmiot, który z nią kontrastuje albo przez cechę wobec niej zewnętrzną. Budzi to we mnie rodzaj refleksu poetyckiego, bliskiego przekory. Nie szukam daleko. Mam faworytów, cztery okrągłe kościoły, ustawione po dwa w dwóch wyjątkowych punktach Miasta. Dwa są u brzegu Forum Trajana (mieszkam obok), dwa u wejścia na majestatyczną Piazza del Popolo. Świątynki z niedużymi kopułami, z których każda różni się pewnymi szczegółami od drugiej, a wszystkie znamionują równowagę i swobodę rzymskiego baroku. Nad Forum Traiani, o dobre piętro wyżej (zabytki są zwykle tym niżej, im są starsze, tkwiły pod poziomem ulicy i trzeba było je wykopywać), w niedużej odległości od siebie stoją bliźniacze budynki, cały ich wdzięk jest w kopułach, narzucających przechodniom od razu grę pod tytułem: znajdź możliwie największą liczbę różnic! Ich imiona? Proszę: Kościół Najświętszego Imienia Maryi i Matki Bożej z Loreto. Na Zatybrzu spotykamy Marię Siedmiu Boleści i rzeczywiście, na rzeźbiarskim przedstawieniu widać siedem pokaźnych mieczy rażących w drobną pierś Madonny. Czemu pobożny artysta chciał dać pierwsze miejsce: mieczom, bólowi, obrazowi macierzyństwa? Osoba Cierpiącej doznaje abstrakcyjnego oddalenia, co staje się jeszcze jaskrawsze, gdy kłaniamy się jej Sercu albo jej Imieniu, albo jej Miłosierdziu. Taki stosunek do nazw abstrakcyjnych określano wśród średniowiecznych filozofów „realizmem”: słowo (pojęcie) samo z siebie jest czymś realnym… Zastanawiałam się często czy jest to może odruch obronny? Aby nie mieszać zbyt mocno obu sfer: ludzkiej i boskiej?

 

 

Poniżej pozostaje świat zgniecionej potęgi: szczątki kolumn, pilastrów, łuków, murów, mozaik. Pokonało ją coś małych rozmiarów, kopułka jak balonik powietrza. Czuwa nad wyciągniętym z podziemia olbrzymem, kolumną Trajana, gdzie spiralnym ruchem posuwa się w górę pochód siły. Jeśli chrześcijaństwo nie mogło przekreślić, unicestwić jakichś rzeczy mu obcych, umiało je przekształcić i przyswoić. Oba małe kościoły są zwycięskie, w samym rozplanowaniu przestrzeni, w przeciwstawieniu kształtów. Duch przeciw nagiej sile? To nie tak. I tamta siła była konstrukcją inteligencji i woli ładu; i duch nie rezygnował z mięśni – z siły i pieniędzy. Dodam, że podobna sytuacja powtarza się jeszcze raz: na obrzeżu Piazza del Popolo. Podobieństwo jest podwójne: i funkcji, i estetyki. Okrągłe świątynki czuwają u wlotu dwóch ważnych ulic na ważny plac miasta, ozdobiony zdobycznym obeliskiem. Tutaj rozpoczynał się wymarsz legionów. Nazwy kościołów, Santa Maria in Montesanto, Santa Maria dei Miracoli, tak dalece przesuwają centrum swego hołdu, że została zatarta obecność istoty ludzkiej, kobiety, matki, którą te dziwne nazwy chcą zatrzeć, przesuwając zainteresowanie z tego, co istotne (osoba) na coś względem niej zewnętrznego. Przyzwyczailiśmy się do tego w świecie katolickim: imiona, sanktuaria, serca, miecze zadające rany, nawet olej, w którym święty był męczony, mogą być przedmiotem kultu. Ludzi niewychowanych od małego w tym języku takie pomysły zadziwiają i trudno tu się obronić przed myślą o jakimś animistycznym przesądzie…

 

 

A może jest jeszcze inaczej? Ulica pozostawiona sobie, nazwa niedająca się wyraźnie odczytać z tablic w gęstniejącym mroku (w Rzymie są one z tego samego kamienia co ściany i pismo płytko jest ryte) podsuwają myśli o treściach, które je wypełniały, a w jakimś momencie opuściły te formy. Miasto już wtedy uważano za wieczne i nadal nosi to miano. Przez dwa tysiące lat odnoszono je do pewnej chwili, fantastycznej i rzeczywistej, symbolicznej i trywialnej. Ta chwila przełamywała czas na dwoje, na rachubę wstecz i rachubę do przodu; ku Narodzinom i ku Końcowi świata. Tu, gdzie się znajduję, każda miarka ziemi, każdy kamień położony na kamieniu, postawiony świeżo fundament, wzniesiony mur, wyodrębniony kształt miał przypominać właśnie o tym, co zastąpiło porządek rzymski i odtąd, z wszystkimi rzeczami świata miało się odnosić do nowego rachunku. Pewien protestancki filozof w XX stuleciu nazwał to zwięźle: Od Stworzenia do Apokalipsy. Wędrujemy, my, całość gatunku ludzkiego, od pierwszego do drugiego punktu. To niejako program historiozoficzny sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej! Odtąd wszystko, w każdym momencie istnienia nieprzeliczalnego, nieogarnionego kosmosu, odnosi się do tej kalkulacji.

Każda budowla, droga, kamień brukowy nosi w sobie dodatkową metrykę, świadectwo przynależności do tego, co stało się kiedyś, przed wiekami… Musimy sobie wyraźnie uświadomić: jesteśmy w świecie, który mówi o swojej zależności od czegoś innego. Skręcająca ulica, niewysokie domy po obu stronach, co jakiś czas ustępujące miejsca płaskiej fasadzie opuszczonego kościoła, w ciemności zgęszczającej się przede mną. Rzeczy chcą przypominać o tym, na czyją chwałę, na czyją pamiątkę zostały stworzone. Mamy więc, w największym skrócie, punkt wyjścia i jakiś niepewny punkt dojścia sprawy, która mnie tutaj osaczyła. Od założenia Miasta ku nieogarnionej jego przyszłości (chwały i potęgi?) Od początków nowego systemu, który wybrał to Miasto dla rozpowszechnienia na całą ziemię Dobrej Nowiny. Dwie fantazje? Dwa wysiłki opanowania, nazwania granic stawianych temu, co jest: początek i rozwiązanie. To ostatnie będące razem wielkim strachem i jakąś (kosmiczną?) apoteozą. Rzym kończył się strachem przed barbarzyńcami. Wcześniej na tym terenie, pagórkowatym i ożywionym przez rzekę, bystrą zimą i na wiosnę, ustalono na zawsze inny początek i inny koniec. Liczenie czasu od założenia Rzymu to też jakieś rozwiązanie. Jego unicestwienie – przynajmniej w tej postaci, w jakiej się dotąd liczył – było również nieuniknione. Dlatego ważny był rachunek ab Urbe condita, wobec którego wszystko, cokolwiek się przydarza, miało być ustawione.

I naraz to stare zaklęcie przestaje się liczyć, traci siłę wywoławczą, zastąpione zostaje innym, młodszym: Anno Gratiae lub Anno Salutis Mundi – roku takiego i takiego. Świat chrześcijański potrząsa liczbą, która buduje rzeczywistość wokół siebie. Zaczęło się niepozornie, w którymś roku panowania jakiegoś imperatora. Jeśli jakakolwiek rzecz nie ugięła się przed tą liczbą, oznacza to po prostu, że nie istniała, albo należy do innej przestrzeni – do wyobraźni, czyli do historii bez metryki, co na jedno wychodzi. Świat skłamany, wymyślony, niepodporządkowany jednemu aktowi narodzin, w zasadzie nie powinien był istnieć, gdyby rzeczami rządziło bez wyjątków jedno jedyne prawo. Aż dziw, że historia, nareszcie uporządkowana przez chrześcijaństwo, nie wykluczyła odgórnie wydarzeń tej pierwszej, rzymskiej, która zawsze mogła się stać konkurencją, choćby znacznie słabszą, nieposiadająca tak potężnych podpór. Kłamstwa fantazji, czyli snujące się wokół całkiem innych współrzędnych, zostały pozostawione w spokoju, z myślą, że nie mogą już być groźne. Była to decyzja przedwczesna i lekkomyślna. Przyjdą czasy, gdy nowy system z jego fantastycznym początkiem w nieznanym miasteczku na Bliskim Wschodzie, będzie traktowany na równi z legendami o założeniu Miasta, a datowanie spraw ludzkich w latach Zbawienia straci swój specjalny sens, czyli sens po prostu.

Jestem w Rzymie, więc wszystko odnosi się do rzeczywistości rzymskiej. Dawniej do jedynej skali, jaką ludzie wtedy znali: chronologia panowania rzymskich władców. I cała ta legenda o tym, jak się Rzym tworzył i jak rósł w potęgę, której nie można było postawić na równi z żadną inną. Symbolizuje to parę miejsc stłoczonych na niewielkiej przestrzeni miasta: Kapitol, Forum, Bramy i Drogi w różne strony świata, brukowane wielkimi kamieniami, jak gdyby przemierzali je ludzie o skali znacznie większej niż nasza. A chyba naprawdę byli mniejsi? Szczególnie udane ludzkie wytwory zawsze otrzymywały wsparcie ze strony potęg nadludzkich. Jak więc mierzyć wiek rzeczy, które od zawsze nazywano wiecznymi? Ziemia i sklepienie niebieskie nie trzymają się takich samych kodeksów jak to, co wychodzi z naszych rąk. Trzeba pogodzić się z tym, że panuje nad nami dwuwładza. Każda jej część działa wedle własnych kompetencji, a ogrom jej zakresu usuwa za każdym razem za horyzont, w niepamięć, tamtą ludzką połowę albo zamienia ją w cień. Czym jest prawo nadane, czym jest świętość wtrącająca się w sprawy ludzi wobec potężnych sił destrukcji lub genezy? Wobec wybuchu wulkanu zmiatającego z powierzchni całe miasta lub wobec nakazu spajającego ze sobą mężczyznę i kobietę?

Jest słynna sentencja z kamienia nagrobnego, która się zachowała i w zdumiewająco dokładny sposób pokazuje, jaka jest naprawdę miara człowieka. Jak w zeszycie szkolnym z maksymami łacińskimi. „Nie było mnie. Byłem. Nie będzie mnie”. Gdyby Rzym miał być takim zeszytem zapisywanym przez Boga albo przez Jego skrybę, trzy tryby czasu nigdy by się ze sobą nie rozdzielały, nie dałyby się zapisać jako coś, gdzie jedno oddziela się od drugiego i trzeciego. Może coś takiego: czwarty ewangelista (ten, który nie był Rzymianinem) próbował oddać to w swojej księdze. Świat przeminie, ale Słowo nie przeminie. Nie dlatego, że jest ponadczasowe (co by to miało być?), lecz ponieważ jest ze wszystkich czasów.

Wracam do mojej magicznej ulicy (zresztą nazywa się tak zwyczajnie…). Czas, który się na niej zatrzymał, wydaje mi się z obu porządków naraz: jest ziemski, telluryczny, pod władzą rzymskiej Tellus. W półmroku substancja jej wyraźnie nosi na sobie znamiona kamienności, otchłanności: jest jak przetkana żyłkami żelaza, kolor brudnobrunatny. Ma ślady dawności, długiego przebywania w głębi podziemnej macicy, a potem długiego schnięcia na powierzchni. Kamienie są jakby puszyste od zużycia, zarazem wabią do dotknięcia i powstrzymują rękę. Doświadczyłam, więc wiem: dotyk kłóci się z intuicją i najprzykrzejsze jest wrażenie złudzenia, czy nawet oszustwa: nie tego oczekiwałam. Wyobraźnia podpowiadała dotyk sypki i jedwabisty, jakby w wyniku negocjacji z twardością, oporem skały. Pozostał mi jeszcze odruch położenia ręki na czcigodnej kolumnie jednego z rzymskich forów, to rodzaj hołdu zmieszany z odczynianiem lęku. Ludzie wznoszący mury z wąskich cegieł z gliny byli naszymi przodkami. Można powiedzieć, że właściwie nas wymyślili, nasze klasy szkolne, nasze trybunały, nasz klasycyzm, nasze fantazmaty podbojów. Nasz nacjonalizm, który za świętość uznaje ziemię i przodków.

Oczywiście, moja tajemnicza ulica nosi, na przykład, imię Alessandrina i domyślam się, że chodzi o jednego z papieży o imieniu Aleksander. Cała dzielnica Monti roi się od papieskich nazw: Via Clementina, Urbana, Paolina, Leonina, Sixtina. Otwierają inny sposób liczenia czasu, inny, bardziej konkretny rodzaj świętości. Prawdę mówiąc, gdy tutaj przyjeżdżam, hołd dla rzymskiej starożytności jest zwykle krótki, choć szczery – chcę szybko zabrać się do czegoś innego. Sprawa poważna otwiera się, gdy zaczynają mnie ciasno otaczać inne odniesienia, inne formy. Zwłaszcza że w Rzymie będzie to rodzaj oblężenia, od którego nie ma ucieczki. Trwa oblężenie przez imiona papieży i przypisywane im zasługi, wypisane na frontonach. A co robią ogromne ekrany telewizyjne przykrywające niemal jedną trzecią fasady Santa Maria Maggiore (drugi ekran jest od strony absydy), najpiękniejszej fasady kościelnej Rzymu, cudu wdzięku mimo monumentalności. Złościłam się głośno. Jak może to zaakceptować papiestwo, tak uważne na honor swoich symboli? Odpowiedział mi śmiech (czy warto dodawać: to był mój śmiech…) „Pieniądze, lube pieniądze, wy macie czarowną siłę!”. Góry napisano i wyśpiewano o ekranach na Santa Maria Maggiore w XIX-wiecznej warszawskiej komedii muzycznej. Od dwóch tysięcy lat to się nie zmieniło, zawsze znajdzie się argument za położeniem pieniędzy na pierwszym miejscu. Jak się dziwić, kto ma się zająć przetrwaniem parafii, małych oratoriów i kaplic, śladów tradycji i obyczajów… Co innego wielkie budowle, z których utrzymania w dobrej formie z pewnym powodzeniem wywiązuje się państwo.

Niestety, kosztem przyjezdnych, skazanych stale na oglądanie placu budowy w miejscu cudów architektury. A przecież niektórzy czekali latami, czasem byli zmuszeni odłożyć podróż na niewiadomą przyszłość. I naraz jaki zawód. Są wreszcie tutaj, stoją przed jednym z tych ziemskich-nadziemskich fenomenów, których kształt, raz dostrzeżony jak z ukosa w szkolnej wycieczce, został utrwalony na siatkówce, w zwojach mózgu. W tej postaci pozostaje na zawsze, jeśli nie dotknie nas amnezja. Jeśli tak, można się zdziwić, po co koniecznie powtarzam przeżycie, tak czy owak już zachowane. Tu znowu wkracza tajemnica trudna do rozwikłania, choć oczywista jako fakt. Dlaczego potrzebujemy powrotów i powtórzeń? Należą one do innej ekonomii niż ta, której podlega widzenie czy nawet utrwalanie. Wiedział o tym Stendhal, wiedział Proust i Paul Morand…

A teraz wyobraźcie sobie koszmar: przyjeżdżam, prowadzona jednym pragnieniem: zobaczyć na nowo! A kiedyś w sytuacji bardziej podstawowej: zobaczyć po raz pierwszy. Idziemy na spotkanie z bijącym sercem. Ulubiony, wyczekiwany kształt jest ściśle oblepiony rusztowaniami, na których panoszą się reklamy – wyraziste, doskonale pomyślane, tak jak nigdy dzieła sztuki nie będą, nawet w miejscach im poświęconych. Budowle na szczycie Kapitolu, w których maczał palce Buonarroti — ten zuchwały projekt połączenia dawnego z nowym, dziś przykryty deskami, jak wykreślony z planu miasta. Sant’Agnese in Agone, która chroni delikatnym ramieniem Piazza Navona, przykryta szachownicą rurek i szmat. Santa Maria in Trastevere, gdzie nie tyle pracują ludzie, lecz uwijają się pracowite maszyny. A co powiedzieć o wejściu do prastarej bazyliki San Clemente, która w całości poświęcona była mozaikom w absydzie i dosłownie przestawała istnieć, odcięta od nich. Tak właśnie jest: nic nie pozostało widzialne z zielono-złotej czaszy, gdzie Krzyż stawał się naraz symbolem czegoś pogodnego, w czego bliskości świat pięknieje i raduje się. A czasem – nieczęsto, na szczęście – potykamy się o coś zaplanowanego na długą przyszłość. Wyasfaltowane ścieżki zamiast żwiru na Monte Celio, na Palatynie. Niezapomniany wstrząs, gdy po raz pierwszy po dłuższej przerwie zobaczyłam Wyspę na Tybrze, troskliwie odnowioną, ale opasaną jaskrawobiałym marginesem cementu – może dla bezpieczeństwa? Wymuszam na sobie wewnętrzny gest przyzwolenia – z niezgody można się zwierzyć tylko w gronie najbliższych. Przecież odnawianie jest koniecznością…

Stary Rzym pozostanie takim work in progress, nigdy niezakończonym. To, co zostało ukończone w pierwszej fazie robót, gdy dobiegamy końca cyklu, wymaga pilnie odnowy i tak bez końca. Beczka Danaid, skała Syzyfa, którą się w sumie cieszymy: to będzie dla wnuków. Ale wnukowie otrzymają tę samą sytuację posuniętą naprzód o jeden ząbek. Jest to sprawa, która się toczy na okrągło między mieszkańcami miasta, przyjezdnymi i tym, co nazywamy patrymonium: nasza własność w bezustannym zawieszeniu, dar nigdy nieprzekazany. Miasto o tym wszystkim wie, ale jest miastem ziemskim. Na XIII-wiecznej mozaice powinno być pokazane jako stolica ciemności, pomimo grobów świętych i mimo sukcesji apostolskiej. Zawsze znajdą się tacy, którzy nie zaakceptują takiego naginania spraw. To wymieszanie światła i ciemności też będzie należało do historii. Nie tylko współczesnej, która pozostawiła po sobie modelowe przykłady, jak to chciano osiągnąć gwałtem Królestwo Boże i stoczono się w ciemność. Po stronie starożytności było to prostsze: ludzie chcieli w oczywisty sposób tego, co ziemskie i nie kryli się z tym. Może dlatego dzisiaj patrzymy chłodno na ich symbole. Ale i tu nie potrafiono zachować sytuacji czystej – rozdzielenia cnoty i interesu – i zamęt tego rodzaju został bezstronnie pokazany w salach watykańskich. Cóż takiego widzimy na słynnych freskach w Stanze di Raffaello? Wojna dwóch konkurentów o władzę nad imperium. W decydującej konfrontacji po jednej ze stron wśród znaków legionów rzymskich wyrasta na polu bitwy znak nowy, z zupełnie innego świata, znak, który nie miał prawa tu się znaleźć, w konfliktach o władzę cesarską. Przywłaszczony i zwycięski – Krzyż. Od tego przywłaszczenia zaczęła się nowa historia.

Moja mała ulica, mroczniejąca z każdą chwilą, jest zakładniczką tej sprzeczności. Jest z tej ziemi, z tego kośćca, ale na co innego nastawiona. Wyobrażam sobie, że po podboju przez armię Wiktora Emanuela nowy XIX-wieczny Rzym – stolica nowoczesnego Królestwa – przyznawał się chętniej do wzorców antycznych. Konflikt z Kościołem był zażarty i stopniowo stawał się kompromitująco staroświecki. Można było obserwować Francję, gdzie Republika uwikłała się w najgłupszą, ale nieuniknioną w tamtych warunkach wojnę między żywiołami świeckim i duchownym. Widocznie trzeba było przez to przejść, żeby ustawić na nowo rzeczy, które chciało się ocalić. A jak jest teraz? Czy potrafię w głowie rozdzielić i na nowo połączyć tę najdziwniejszą mieszaninę rzeczy z innych substancji, innych horyzontów – spotykających się w napięciu, i ostatecznie z dobrosąsiedzkimi intencjami. Zwłaszcza po imponującym barbarzyństwie rywalizacji o imperium, która przerażała Augustyna, obserwującego scenę światową z afrykańskiej Hippony. Przerażała tak dalece, że poczuł się zmuszony do zderzenia dwóch wrogich sobie państw, wprowadzając – dajmy na to, że nie całkiem świadomie – dualizm nadziemskich zasad dobra i zła, dualizm, którego chrześcijanie tak się panicznie bali. I czy ostatecznie upartym pytaniem, na które nie potrafili odpowiedzieć, nie była tajemnica Genesis, to Wielkie i Straszne wprowadzone razem w świat? Nie było to opisywanie abstrakcji, lecz doświadczenie, które trzeba zostawić Bogu do rozwiązania.

Rzym, Monti, Wielkanoc 2026 roku

EWA BIEŃKOWSKA

Pod tlenem – 55 sonetów (XXXVIII)

Sonet jedenasty cyklu drugiego: zabijanie jest kształtem naszej wędrownej żałoby?

 

Tacie – urodzinowo – tam

Jerzemu – imieninowo – tutaj

 

Sonet jedenasty części II powstawał od 15 do 17 lutego 1922 w Muzot, nawiązuje jednak do przeżycia Rilkego, opisanego w liście do Kathariny Kippenberg z 31 października 1911 roku [1]. Jak wiadomo, niektóre silne doznania zagęszczają się poetycko – długo, długo. W tym przypadku to prawie jedenaście lat. Przeżycie Rilkego dotyczy i dotyka obyczaju polowania na dzikie (skalne) gołębie [2] w połowie drogi między Lubljaną a Triestem, na południowo-wschodniej ścianie Alp (niem. Karst, pol. Kras). Jak wyjaśnia sam poeta w przypisie autorskim do sonetu (podaję w przekładzie Adama Pomorskiego): „Odwołanie do sposobu, w jaki dawnym myśliwskim obyczajem w pewnych okolicach Krasu prowadzi się łowy na osobliwie blade skalne gołębie, szczególnym, nagłym ruchem łopocąc ostrożnie porozwieszanymi w ich jaskiniach chustami, aby polować na ptaki, właśnie gdy spłoszone wyfruwają ze swych podziemnych siedzib”.

Poeta przebywał wówczas (od 22 października 1911 do 9 maja 1912) w zamku Duino nad Adriatykiem, nieopodal Triestu jako gość księżnej Marie von Thurn und Taxis Hohenlohe [3]. Tej miejscowości zawdzięczają swe miano słynne Duineser Elegien, cykl pisany przez Rilkego od 1912 do 1922 roku – elegie z Duino („duinezyjskie” – jak spolszczał ów przymiotnik, pochodny od nazwy miejscowej, w międzywojniu Stefan Napierski; „duinejskie” – jak chciał kolejny tłumacz – Mieczysław Jastrun; wreszcie – „duińskie” – w propozycji translatorskiej Adama Pomorskiego).

Gdy wyszłam z zamku w Duino nad morze i zobaczyłam skały (podczas wycieczki w roku 2015), w całej ich grozie i pięknie, doświadczyłam natychmiast tego, co wyraził Rilke w jednej z najbardziej znanych fraz swego cyklu elegijnego, w Pierwszej Elegii: „Denn das Schöne ist nichts / als des Schrecklichen Anfang” („Piękno jest bowiem niczym innym / jak grozy / przerażenia początkiem”) [4]. Z gruntu innym, choć także dojmującym i inspirującym przeżyciem, było zapewne, opisane w liście do bliskiej przyjaciółki, współwydawczyni dzieł poety (żony Antona Kippenberga, właściciela Insel-Verlag), owo towarzyszenie polującym na gołębie. Rilke wspomina w liście, że jadł szyszkojagody (Wacholderbeeren), gdy myśliwi o nim zapomnieli, co uwydatnia brak jego czynnego udziału w polowaniu, wypłaszaniu gołębi skalnych na łatwy łup.

 

 

Sonet jedenasty z drugiego cyklu orfickiego to przecież nie jedyny głos poety i wegetarianina w sprawie polowań, czy szerzej zabijania zwierząt przez człowieka. Podejmuje ten temat Rilke także w późnym wierszu pt. Vollmacht, napisanym na początku czerwca 1926 roku w Muzot, a wydanym w „Insel-Almanach auf das Jahr 1927”. Co ciekawe, wręcz uderzające, obydwa teksty, sonet z 1922 i wiersz z 1926, bazują na rytmie bliskim pentametrowi, są zatem pokrewne zarówno tematycznie, jak i estetycznie, przez poetykę immanentną. Nastawienie do polowania, jego legitymizacja, przechodzą metamorfozę, wraz z upływem czasu, w myśleniu Rilkego. W wierszu późniejszym poeta jest bardziej skłonny przyzwalać myśliwym na zabijanie zwierząt, podczas gdy w omawianym tu sonecie pisze swą – jak twierdzą znawcy – ontodyceę.

Czy Rilke – poeta orficki – staje między sobą samym (wegetarianinem) a śmiercią zwierząt? Czy Rilke – poeta orficki – staje między człowiekiem-jako-zabójcą a człowiekiem jako istotą śmiertelną? Czy (jak to czyni potem Hemingway w słynnym opowiadaniu Stary człowiek i morze) próbuje zapisać stan, gdy człowiek kocha, ceni, podziwia tę inną istotę żywą, którą zabija? Nie wiem. To jedna z niewielu chwil w mojej lekturze Rilkego, kiedy zupełnie nie wiem, kiedy przypominam sobie, jak przejmująco pisał poeta o bytowaniu i konaniu zwierząt w cyklu duinejskim, o ludzkiej śmierci w Maltem, ale przypominam sobie też – jednocześnie! – że popierał on faszyzm włoski, „przejściowe” stosowanie przemocy, że Mussoliniego nazywał „kowalem włoskiej woli” – czynił to w korespondencji z Aurelią Gallarati-Scotti, znanej jako Lettres milanaises (1921-1926) [5].

U polskich tłumaczy sonet XI partii drugiej cyklu orfickiego brzmi tak:

Jastrun:

 

Niejedna powstała reguła śmierci spokojnie-surowa,

ujarzmiający człowieku, gdy trwasz przy łowach do czasu;

lepiej niż sidło i sieć znam ciebie, płachto żaglowa,

którą zawiesza się w górze w jaskiniach Krasu.

 

Cicho wpuszczono cię, jakbyś z tych pieczar głębi

była znakiem pokoju. Lecz łowca cię ściągnął niebawem

– i wtedy z jaskiń garść bladych otumanionych gołębi

noc wyrzuciła na światło…

                                                 Ale to także jest prawem.

 

Niech nawet powiew żalu nie muśnie osoby

patrzącego, nie tylko łowcy, bo w czujnym objawia ruchu

to, co przynosi mu pora zdobyczy.

 

Zabijanie jest formą naszej wędrownej żałoby…

Czyste w pogodnym duchu

jest to, co nas samych dotyczy.

 

Antochewicz:

 

Niejedna reguła śmierci spokojnie normalną się stała,

nadal jarzmiący człowieku, odkąd wyruszasz na łowy;

bardziej niż sidło i sieć, znam ciebie strzępie żaglowy,

który zawiesza się z góry w krasowych pieczarach.

 

Cicho wpuszczono ciebie, niby ów znak przesłany,

aby się cieszyć pokojem. Lecz wtedy cię w progu niebawem

przymusił sługa – i z pieczar noc wyrzuciła garść bladych

strwożonych gołębi na światło…

                                                            Ale i to jest prawem.

 

Niech Patrzącego wszelki wiew żalu obchodzi,

nie tylko łowcę, który, co rychło się okazuje,

czujnie powinność swoją wypełnia.

 

Zabijanie jest formą naszej wędrownej żałoby.

Czyste, w pogodnym duchu bytuje,

co na nas samych się spełnia.

 

Pomorski:

 

Ileż to reguł śmierci w spokoju ducha spisano,

wieczny pogromco, człowieku, odkąd ruszyłeś na łowy;

lepiej nad sidło i sieć znam ciebie, płachtę parcianą,

która się z góry zawiesza wyrwy skały krasowej.

 

Cicho dano ci podejść, jak gdybyś ich głębi

znak miała przynieść pokoju. Ale cię zdarł niezabawem

chłop, – i ze szczelin garść bladych otumanionych gołębi

noc wyrzuciła na światło…

                                               To jednak także jest prawem.

 

Odstąp, westchnienie żałości, od patrzącego z daleka,

tak jak od łowcy, gdy wyrok na tym, co lat swych dochodzi,

wprawnie i sprawnie wykona.

 

W mord koczownicza żałoba nieraz się nam przyobleka.

Cóż czyste w ducha pogodzie:

rzecz, co nam samym sądzona.

 

Lam:

 

Liczne powstawały reguły śmierci sprawdzone,

zniewalający człowieku, odkąd polujesz wytrwale [6];

lecz lepiej niż sidło i sieć znam ciebie, płótno żaglowe,

które zawieszano w jaskiniowym Krasie.

 

Cicho cię rozpostarto, jakbyś znakiem się stało,

by święcić pokój. Lecz potem: osiłek szarpał za krawędź,

– i noc z głębi jaskiń wyrzucała gromadkę bladych

przestraszonych gołębi na światło… ale i to było w prawie.

 

Daleko od patrzącego myśl o żalu niech będzie,

nie tylko od myśliwego, który czyn swój chwilowy

przedłuża czujnie i pewnie.

 

Zabijanie to postać naszej wędrownej żałoby…

Czyste jest w ducha zmaganiach

to, co zachodzi w nas samych.

 

Co niepokoi poetę? Co nas niepokoi – czytających? O sposobie polowania na gołębie, a najpierw wypłaszania ich spomiędzy schronień skalnych, pisze Rilke jako o kwestii, gdzie człowiek jest w prawie, w swoim prawie. „To także jest w prawie / prawem / prawo” („Aber auch das ist im Recht”). To wers, który nie mieści się w rachubie sonetu, wyrzucony poza swoją linię wersową – jak owe przepłoszone na zabicie [7] ptaki (tylko Lam nie respektuje tego wyraźnego Rilkeańskiego gestu semantycznego, zapisanego w oryginale, co trzeba uznać za znaczące uchybienie – w zamian spolszcza prawie dosłownie, zachowując formułę „w prawie”).

O oślepionych gołębiach pisze zaś poeta – w przepięknej i zarazem okrutnej aliteracji pogłębionej – „taumelnde Tauben”. Nie da się tego prawdopodobnie adekwatnie zapisać po polsku, w każdym razie nikt z tłumaczy nie zdołał; prócz powtórzenia pierwszej sylaby, jest w locie otumanionych, oszołomionych gołębi skalnych także słowo „tau” – „rosa” – znak poranka, nowego dnia, życia (poranna rosa ze skał, gdzie, podstępnie zabijane, najpierw żyją, mnożą się). Czy aliteracja na granicy paronomazji, a nawet figury pseudoetymologicznej, to gest współodczuwania, gest nie-łowcy? Czy sonet jest ekspiacją jednego człowieka [8] za czyny śmiercionośne innych ludzi – ci są przecież, przyznaje poeta, „w prawie”?

Rilke odsuwa swą odruchową, poetycką z ducha, empatię przez zrównanie łowczego działania śmierci wobec ludzi z dawnym myśliwskim obyczajem (gdzie biała płachta, symbol pokojowych zamiarów, staje się sposobem celowego i śmiercionośnego wypłaszania). Czyni to w arcyfrazie „Töten ist eine Gestalt unseres wandernden Trauerns…” (dosłownie: „Zabijanie jest kształtem / postacią [9] naszego koczowania / wędrowania w żałobie”). Dwa zaledwie razy używa poeta w oryginalnym zapisie sonetu wielokropka: pierwszy raz – przed wersem wyrzuconym, niejako bezprawnym (w którym jednak mowa o ludzkim byciu „w prawie” do zabijania zwierząt), kończącym partię opisową sonetu; drugi raz – po zacytowanej tu frazie „Töten ist eine Gestalt unseres wandernden Trauerns…”, umieszczonej w nagłosie ostatniej strofy wiersza. Jeśli pierwszy wielokropek respektują wszyscy polscy tłumacze, drugi – tylko Jastrun i Lam. Przekład trojga tłumaczy jest podobny, jedynie Pomorski decyduje się na omownię, być może bardziej czytelną, mniej jednak precyzyjną, a przede wszystkim niweczącą sentencjonalny wymiar tego kapitalnego od strony poetyckiej ekspresji wersu.

Rilke uchyla się od odpowiedzi o prawo człowieka do zabijania zwierząt. Pierwszy raz nie wierzę poecie. Śmierć bywa łagodniejsza niż człowiek, który zabija.

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

 

[1] Rainer Maria Rilke, Katharina Kippenberg, Briefwechsel, hrsg. von Bettina von Bomhard, Wiesbaden 1954, S. 33.

[2] Na ten temat por. Alfred Brehm, Taubenhöhlen im Karst, „Die Gartenlaube” 1870, H. 45, S. 750-754.

[3] Zob. Ingeborg Schnack, Rainer Maria Rilke. Chronik seines Lebens und seines Werkes. 1875-1926. Ergänzungen zu den Jahren 1878-1926, zweite, neu durchgesehene Auflage Frankfurt am Main 1996, S. 386-387.

[4] „Albowiem piękno jest tylko / przerażenia początkiem” – w przekładzie Mieczysława Jastruna.

[5] Na ten temat zob. Rainer Maria Rilke, Lettres milanaises, 1921-1926, Introduction et textes de liaison par Renée Lang, Plon, Paris 1957. Por. też: Egon Schwarz, Das verschluckte Schluchzen. Poesie und Politik bei Rainer Maria Rilke, Frankfurt am Main 1972; tenże, Rainer Maria Rilke unter dem Nationalismus, w: Rilke heute. Beziehungen und Wirkungen, hrsg. von Ingeborg H. Solbrig und Joachim W. Storck, Frankfurt am Main 1975. Katarzyna Kuczyńska-Koschany, Rilke – gelesen nach, geschrieben vor Auschwitz. Einige Bemerkungen. „World Literature Studies”: Rilke heute. 2012, vol. 4 (21), s. 50-62 (po polsku pt. Rilke – czytane po Auschwitz, pisane przed (kilka spostrzeżeń) – w książce autorskiej: taż, „Все поэты жиды“. Antytotalitarne gesty poetyckie i kreacyjne wobec Zagłady oraz innych doświadczeń granicznych, Poznań 2013, s. 67-85).

[6] Lam najwyraźniej podkreśla w tym miejscu znaczenie oryginału – Rilke pisze o człowieku, który obstaje przy polowaniu.

[7] Czytając ten sonet, zawsze mam w uszach osamotnioną i wyodrębnioną graficznie frazę wygłosową wiersza Józefa Czechowicza pt. śmierć z roku 1929: „Krowy na zabicie są”.

[8] Przypomnę: Rilke był wegetarianinem.

[9] To słowo wybiera – trafnie – Lam.

Cień Becketta

Antoni Libera w pierwszym rozdziale książki Godot i jego cień, będącej opowieścią o jego fascynacji twórczością Samuela Becketta, oświadcza: „Jeżeli w moim życiu było coś, co można by nazwać ziarnem – jakiś wybór czy akt naprawdę wartościowy – to było nim właśnie to: że spośród wielu głosów, jakie mnie dochodziły, wyróżniłem ten właśnie i na nim się skupiłem; że właśnie tego pisarza sobie upodobałem i zacząłem go zgłębiać, stając się z biegiem czasu jego wyznawcą i uczniem”. Przypadająca w kwietniu 2026 roku sto dwudziesta rocznica urodzin Becketta jest dobrą okazją do przypomnienia tej książki.

Żeby mieć stały dostęp do oryginału Bez, Libera przepisuje go w bibliotece z dwutygodnika „Quinzaine Littéraire”. Mechaniczna i nużąca praca budzi niespodziewane pytania dotyczące budowy utworu i prowadzi do odkrycia, że Bez, dzieło próbujące opisać byt, w którym nie ma hierarchii, następstwa czasu i zdarzeń, samo – poprzez swoją formę – jest tym, o czym mówi. Pieczołowite przeliczanie akapitów, zdań, a nawet liter, wyglądające początkowo na zabawę niespełnionego rachmistrza, nie tylko odsłania przed badaczem nową perspektywę interpretacyjną, ale także rodzi, determinującą dalszy bieg życia, decyzję o oddaniu się w służbę twórczości irlandzkiego pisarza.

 

 

Godot i jego cień jest szczegółowym, z pietyzmem sporządzonym zapisem procesu, jak z wielbiciela i czytelnika Libera staje się tłumaczem, komentatorem i promotorem dzieła Becketta w Polsce. O poczuciu misji, jakie towarzyszy mu w tej pracy, pisze z dozą ironii, mającej chronić przed śmiesznością, która grozi każdemu, kto zbyt otwarcie mówi o najważniejszych dla siebie sprawach.

Wędrując śladami autora Ostatniej taśmy Krappa, odwiedza Paryż i Londyn, dociera także do Stanów Zjednoczonych, gdzie Alan Schneider nakręcił Film według scenariusza Becketta. Rozdział Widma przy Brooklyn Bridge pozwala wejrzeć w tajniki warsztatu Libery, który profesję badacza literatury uprawia, używając erudycji, wyobraźni i empatii. Dowiedziawszy się, gdzie kręcono jedną ze scen Filmu, z mapą i podarowaną przez reżysera książką z pełnym scenariuszem filmu i dokumentacją zdjęciową, próbuje odnaleźć to miejsce. W didaskaliach Beckett zanotował, że scenerią ma być „dzielnica małych fabryczek z okresu około roku 1929”. Dlaczego rok 1929, a nie na przykład „lata dwudzieste”? Libera szuka odpowiedzi na to pytanie w biografii pisarza. W 1929 roku Beckett miał 23 lata, mieszkał w Paryżu i właśnie zerwał z Peggy Sinclair, swoją pierwszą miłością. Idąc wzdłuż ściany z cegieł, tej samej, pod którą Buster Keaton przemyka w pierwszej scenie Filmu, Libera – przywołując fragmenty Pierwszej miłości Becketta – próbuje odtworzyć atmosferę dawno minionych wypadków. „Gdyby ktoś, obserwując moje peregrynacje w rejonie Dover Street – pisze – zaczepił mnie i zapytał, co tu właściwie robię, mógłbym mu odpowiedzieć, że w wielce złożony sposób replikuję zdarzenia sprzed pięćdziesięciu lat. Jestem przedziwnym echem czegoś, co rozegrało się dawno bardzo daleko stąd, nie wiem, gdzie ani kiedy, a nawet czy realnie, czy tylko w czyimś umyśle”. Scena ta, jedna z najbardziej zapadających w pamięć, jest wielką pochwałą sztuki. Libera godzi się być echem dzieła Becketta (bądź cieniem, by posłużyć się metaforą z tytułu), ponieważ wie, że w ten sposób włącza się w najważniejszy nurt kultury zachodnioeuropejskiej, wyznaczany nazwiskami Dantego, Szekspira, Racine’a, Schopenhauera, Joyce’a.

Kulminacyjnym punktem przygody z twórczością Becketta jest spotkanie z pisarzem. Zetknięcie ucznia z mistrzem, wyznawcy z guru, zawsze ma swoją aurę i dramaturgię. W przypadku Libery poprzedziła je rozmowa z poznanym w Paryżu Sławomirem Mrożkiem, do którego badacz Becketta zwrócił się z pytaniem – właściwie zdumiewającym – czy warto spotkać się z Beckettem, czy też nie? Mrożek, który kilka lat wcześniej widział się z autorem Końcówki, bynajmniej nie z własnej inicjatywy, tylko wskutek pośrednictwa Adama Tarna, powiedział: „Uważał [Tarn], że między nami jest jakieś podobieństwo i że z tego powodu będziemy mieli sobie wiele do powiedzenia. Przyprowadził mnie wtedy do jakiejś restauracji, zapoznał nas ze sobą i zostawił tam samych. Siedzieliśmy z dwie godziny, sącząc irlandzką whisky i prawie nic nie mówiąc. No bo właściwie o czym mielibyśmy rozmawiać?”. Beckett o spotkaniu z Mrożkiem powie później: „Nadzwyczaj miły człowiek. Milczący, wycofany. Mieliśmy świetny kontakt”. Ostatecznie autor Madame zdecydował się spotkać z noblistą. Sumiennie się do tego przygotował i nie przytrafiło mu się to, co się niekiedy wrażliwym admiratorom zdarza, a o czym świadczy przykład Andrzeja Drawicza, który złożywszy wizytę uwielbianej przez siebie Achmatowej, nie wydusił z siebie ani słowa. Dla Antoniego Libery rozmowa z Beckettem (szczegółów nie zdradzę, by nie psuć lektury) stała się nie tylko zwieńczeniem wcześniejszych trudów, ale także początkiem nowego etapu.

Libera miał odwagę udowodnić, że życie czerpie ze sztuki nie mniej niż sztuka z życia, i znalazł dla tego doświadczenia własny wyraz: „Od rana do wieczora siedziałem przy maszynie i spisywałem, jak w transie, tę różnobarwną historię, nie mogąc się od tego choćby na chwilę oderwać. Niby nie był to tekst w intencji literacki ani tym bardziej do druku, był to jedynie zapis – faktów, przeżyć i myśli – świadectwo w formie listu do przyjaciela w Warszawie, a jednak pracując nad nim, miałem, pierwszy raz w życiu, poczucie, że coś tworzę. Był to szczególny wysiłek, nieznany mi do tej pory. Skrajnie wyczerpujący, a jednak – oczyszczający. Wyzwalający z czegoś. Z niewoli urodzenia”.

Godot i jego cień nie jest książką o Becketcie. Ani nawet o Antonim Liberze. To książka o tryumfie literatury.

AGNIESZKA PAPIESKA

Na początku jest oko i ucho

Pracownicy naukowi zatrudnieni na uczelni, jakkolwiek niedorzecznie to brzmi, muszą w okresie parametrycznym wypełnić cztery sloty (sic!) publikacjami naukowymi. W dużym uproszczeniu, nie mogą napisać mniej, ponieważ wygenerują zero punktów, co przekłada się na ich ocenę. Każdy artykuł, książka czy rozdział w monografii ponad wyznaczoną liczbę slotów też im się nie opłaca, bo liczy się tylko to, co znajdzie się w slocie. Kończy się to znaną wielu punktozą, tabelami i wynikami, bo każdy tekst, w zależności od tego, w jakim czasopiśmie się znajdzie, ma przypisaną liczbę punktów (zwanych również czarnkami bądź gowinami od reformatorów systemu). Im mniej, tym gorzej, nie tylko dla pracowników, ale również dla instytutów i dyscyplin.

Nauka przyjęła model sportowy albo korporacyjny, prowadzący do rywalizacji, wytworzenia rekordów, osiągnięć i zwycięzców. Uczestniczący w tej rywalizacji, z której wypisać się nie sposób, mogą jedynie sprowadzić ją do całkowitego absurdu i żartu, ale muszą w niej brać udział. Naukowcy powinni zatem zwiększać swoje szanse na publikację, aby nie przegrać. Tworzą podobne do siebie teksty, spełniające do granic wymogi formalne. Przykład: jeśli ktoś pisze o felietonach danego pisarza, powinien na pierwszych stronach przedstawić genologię danego gatunku, najważniejszych twórców oraz badaczy, którzy podejmowali przed nim ten temat. Kończy się to kopią kopii, kolejnymi artykułami, w których powtarzane są te same stwierdzenia pod płaszczykiem naukowości i znajomości tematu. Jeśli tego się nie zrobi, recenzent może (a nawet powinien) zarzucić autorowi brak odpowiedniego zaznajomienia się z zagadnieniem. Często więc połowa, a nawet więcej tekstu jest – że tak powiem – rekapitulacją wiedzy, co prowadzi do tworzenia wyspecjalizowanych rozprawek.

Dlatego z wielką przyjemnością przeczytałem najnowszą książkę Dariusza Czaji. Iluminacje. Sztuka jako forma poznania (Łódź 2025) to pozycja obowiązkowa dla wszystkich, którym brakuje powiewu świeżości i głębszego spojrzenia na tematykę szeroko pojętej humanistyki, bez jałowego tłumaczenia zjawisk i obiektywizowania dzieł sztuki. Autor nie gra bowiem o stawki połowiczne, letnie odczytania tekstu i pozorne przedstawianie zjawisk. Czaja wierzy nie tylko w inteligencję swoich czytelników, ale ponadto ma świadomość, że potrafią oni zmierzyć się z tym, co trudne do opisania, nieznane i ciemne. Tworzy więc hybrydę eseju i tekstu naukowego (nie po raz pierwszy, nawet nie trzeci czy czwarty), w której rozum i wyobraźnia, wiedza i kunszt łączą się w jedno. Innej drogi bowiem nie ma; sztuka nie potrzebuje prostackiego wyjaśniania; ona wymaga zmierzenia się z nią (a nigdy nie jest to prosta sprawa). Podobnie humanistyka zresztą.

„Nauka naprawdę nie ma tu nic do rzeczy” – twierdzi Czaja. I ma rację, ale nie uprawia on swobodnej impresji; wystarczy spojrzeć na dzieła, które cytuje, badaczy, do których się odnosi, oraz sztukę, którą opisuje. Nikt nie wspomina tu o całkowitym subiektywizmie, mówieniu tylko o własnym doświadczeniu i patrzeniu, unikaniu odkryć innych czy po prostu gadulstwie na temat tego, co w danym momencie się przeczytało czy obejrzało. Wręcz przeciwnie: erudycji Czaji nie brakuje, ale sztuka (cała humanistyka) nie powinna polegać na prostych wytrychach i definicjach. Kryje się w niej tajemnica i zjawiskowość, zmusza więc do myślenia i przeżywania, podobnie jak teksty z Iluminacji.

 

 

Wybrzmiewa to świetnie w wierszu Czesława Miłosza Strukturalista. Przyszły noblista, przypomnijmy, jest na wykładzie i wsłuchuje się w nadzwyczaj inteligentną mowę naukową, ale w pewnym momencie pisze: „Chciałem wstać i powiedzieć: ty, na tej ziemi wycia i rzygowin, na tej ziemi dręczonego wszelkiego żywego stworzenia i mojej ludzkiej rozpaczy, ty, naukowcu, świnio”. Nie wszystko bowiem można prosto wytłumaczyć i zamknąć w opisie; sztuka, którą opisuje Czaja, objawia się często przez zmysły, jest olśnieniem i nie zatrzymuje się na granicy języka. Przejawia się mocą mówienia tego, co trudne do usłyszenia, zrozumienia i zaakceptowania.

„Jedna z misji wielkiej literatury: budzić ze snu człowieka jadącego na szafot” – twierdził Ernesto Sábato. Nie może być inaczej, twórczość nie służy jedynie estetycznemu podziwowi czy rozrywce, ale spojrzeniu w tajemnicę istnienia. „Twory wyobraźni”, pisze Czaja, wcale nie służą ucieczce od rzeczywistości, wręcz przeciwnie: one nas ku niej kierują. Ta sztuka ma „moc odsłaniania rzeczywistości skrytej na co dzień pod werniksem rutynowego spojrzenia”. Problemem bowiem nie jest jej mroczny charakter, ale proste tłumaczenie dzieł sztuki. Taki przekład zawsze odbywa się ze stratami.

Chorobą, na którą cierpimy – pisał Roberto Calasso – jest chorobą Pełni. Przejawia się ona powtarzalnością „zbędnych i niepotrzebnych pewników”. W obcowaniu ze sztuką jest odwrotnie, służy ona poznaniu, ale to nigdy nie przychodzi łatwo. W ten sposób łączy się ona z wiedzą. „W obydwu – czytamy w Iluminacjach – chodzi w gruncie rzeczy o to samo: o dochodzenie «do sensu świata», a zatem do odkrywania prawdy, istoty rzeczy, tego, jak rzeczywistość (w najszerszym rozumieniu) jawi się w naszym poznaniu”. Odkrywanie prawdy o świecie i nas samych nie może się jednak opierać na wyświechtanych stwierdzeniach. Ta wykracza poza nasze poznanie i kryje się w ciemności. Dlatego obcowanie ze sztuką powinno mieć w sobie coś z fascynacji i przerażenia zarazem.

Żyjemy w świecie, w którym słowa znaczą coraz mniej, a emocje związane z przeżywaniem zostają sprowadzone do doświadczania. Wszystko musi poddać się transparentności i zostać opisane i oświetlone. W ten sposób ludzie próbują skryć pustkę i mrok istnienia, co w rzeczywistości prowadzi do nieistotności. Życie jednak powstaje z nicości i jego sens wcale nie jest oczywisty, samotny człowiek, stojący wobec świata nie może tego ignorować, ale powinien zadawać pytania związane z egzystencją. „Naturalnym środowiskiem pytania jest ciemność, bo pytanie to wszak szukanie w ciemności tego jedynego skrawka miejsca, w którym po omacku musimy postawić stopę, aby iść dalej” – pisał Ireneusz Kania. Również sztuka powstaje z ciemności i tam powinniśmy kierować nasz wzrok. Wszystko bowiem, jak twierdzi Czaja, bierze się z patrzenia.

Sztuka domaga się interpretacji i tworzenia tekstów na jej temat, tego nieskończonego trudu zadania pytania o jej sens. Nie poznamy jej przyczyny, ale właśnie to zmusza nas do pracy i pisania. Jednak, aby interpretować, wpierw trzeba dzieło zobaczyć, czyli poczuć emocje i poświęcić mu czas. Porzucić potoczne doświadczenie i doznać swoistego objawienia, które pragnie się wyrazić w ubogim języku. „Równie sprawnie jak bombami możemy zostać zniszczeni cynizmem i rozczarowaniem” – twierdził Kenneth Clark. Dodałbym do tego zdania jeszcze rutynę i powtarzalność, bo te są konsekwencją cynizmu i rozczarowania. To inna nazwa widzialności wszystkiego i braku ryzyka. Bez negatywności pozostaje tylko banalność jednoznaczności.

Kalki, ksera, zachowawczość, czyli wręcz niebywała nuda, wpierw wyjaławiają życie, a każde doświadczenie zmieniają w krótkotrwałą przyjemność i ostateczne rozczarowanie. Dlatego trzeba oddać się poznawaniu tego, co trudne do opisania, spojrzeć w mrok i pozwolić sobie na wolność. Dlatego Czaja pisze: „Wielka poezja to rozległy kraj o wielu tożsamościach i językach”. Łatwo się tam zgubić, pomylić ścieżki i trafić w ślepą uliczkę. Lepsze to jednak niż poddać się powtarzalności i żyć w piekle tego samego.

DAWID SZKOŁA

 

Galeria jednej fotografii (73)

W sobotę, 1 października, wybraliśmy się, naszą trójką, do Albertiny, na wystawę fotografii „Portrait im Aufbruch. Photographie in Deutschland und Österreich 1900-1938”. Przy okazji, załapaliśmy się na retrospektywną wystawę „Rudolf von Alt 1812-1905” – malarza krajobrazów i scenek ulicznych, Wiedeńczyka. Po wyjściu z muzeum natrafiliśmy na duży mural. Przed nim stał chłopczyk z tatą. Zrobiłam dwa zdjęcia. Na pierwszym – chłopczyk tylko patrzył na Supermena. Na drugim, tym tutaj – sam odważył się nim zostać.

 

„Superhero”, Wiedeń 2005, z cyklu: „Grasz w zielone?” © Elżbieta Lempp

6 listopada 2024

ELŻBIETA LEMPP

Spod powieki (T)

 

Wtorek, 17 marca

W „Załączniku Kulturoznawczym” (nr 12) artykuł o wydanej we Włoszech książce Storia di mia vita Janka Gorczycy (Palermo, Sellerio, 2024), autobiograficznej relacji polskiego imigranta, który wiele lat przeżył w Italii jako bezdomny. Znajomy literat włoski przepisał jego tekst, pisany specyficzną włoszczyzną z licznymi polonizmami (już tytuł powinien poprawnie brzmieć: Storia della mia vita) i doprowadził do publikacji. Autorka artykułu cytuje pierwsze zdanie („Questo sarà un breve racconto di mia esperienza sulla vita per strada”) i daje własny przekład: „To będzie krótkie opowiadanie o moim doświadczeniu życia na ulicy” [1], a ja słyszę „Nel mezzo del camin di nostra vita / mi ritrovai per una selva oscura, / ché la diritta via era smarrita ” albo „W połowie drogi naszego żywota / Wpośród ciemnego znalazłem się lasu, / Albowiem z prostej zbłąkałem się ścieżki”, jak ten początek arcydzieła Dantego przełożył Edward Porębowicz, i zastanawiam się, jakimi drogami wędrują takie książkowe otwarcia. Świadomie? Nieświadomie? Przypadkiem czy nieprzypadkiem?

 

*

Belgijski sąd postanowił pociągnąć do odpowiedzialności prawnej 93-letniego b. dyplomatę, ostatniego żyjącego spośród sprawców zamordowania w roku 1961 Patricka Lumumby. Z tej okazji przypomniano bulwersującą kwestię złotego zęba. Po zabójstwie belgijski komisarz policji nakazał zniszczenie zwłok, żeby uniemożliwić kult Lumumby jako bohatera walki o niepodległość Konga. Ciało posiekano i rozpuszczono w kwasie. Ale komisarz zabrał sobie na pamiątkę, niczym myśliwskie trofea, dwa złote zęby i kilka palców. Z czasem został mu tylko jeden ząb, który po jego śmierci został uroczyście przekazany na ręce córki Lumumby; ta przewiozła trumnę z palcem ojca do Konga i umieściła w specjalnie zbudowanym mauzoleum.

 

Środa, 18 marca

W Jankach na filmie Emi Buchwald. Zdania podzielone. M. rozczarowana, mnie podobał się bardziej, przede wszystkim dzięki muzyce i klimatom, które w wielu miejscach przypominały mi życie moich synów (reżyserka jest od nich zaledwie o 7-10 lat młodsza), nie mówiąc już o tym, że Mama pod koniec życia przez kilka lat mieszkała przy Dobrej. Dusiołek świetny, choć nie wygrany do końca, odchodzi jakoś bez przekonania.

 

Czwartek, 19 marca

Film dokumentalny o muzyce, który zaczyna się od sekwencji stron tytułowych prasy brytyjskiej z takim nagłówkami jak „WOJNA. DESZCZ BOMB NA WARSZAWĘ” („The Saturday News”), „POLSKA ZAATAKOWANA. JEJ MASTA ZBOMBARDOWANE” („The Evening Star”). Następna sekwencja to nagłówki sześć lat później: „KONIEC WOJNY NIEMIECKEJ” („Newcastle Evening Chronicle”). Potem bohaterowie filmu mówią o tym, jaki był krajobraz miasta (ruiny, kratery) i jak wyglądało życie codzienne w Londynie zaraz po wojnie (kartki na mleko i jajka), tudzież o tym, że to wszystko razem stanowiło punkt wyjścia do lepszej przyszłości. Kto by pomyślał, że tak się zaczyna Becoming Led Zeppelin (2025), autoryzowany film Bernarda McMahona o pierwszych dwóch latach kariery jednego z najważniejszych zespołów rockowych świata? Kontrapunktem dla tych gazet z początku i końca II wojny światowej jest scena z lata 1969 roku, kiedy Led Zeppelin gra w Stanach podczas lądowania pierwszego człowieka na Księżycu. Niespełna ćwierć wieku po wojnie – dobrobyt i tryumf myśli technicznej. Między jednym a drugim solidna porcja świetnego materiału dokumentalnego – koncertowe wersje najważniejszych utworów z dyskretnie wplecionym komentarzem czterech muzyków.

 

Wtorek, 24 marca

W teczce pacjenta szpitala dla nerwowo chorych w Pirnie koło Drezna, polskiego szlachcica Krzysztofa Szczytta, zachowały się w przekładzie na francuski bądź niemiecki niektóre z wysyłanych przez niego listów. Spróbowałem przełożyć jeden fragment z powrotem na polski, jako że dotyczy bliskiej mi ostatnio (wręcz obsesyjnie, jak sądzi Henryk Waniek) tematyki. Pisany do siostry autora, Krystyny ks. Druckiej-Lubeckiej, list jest datowany: 9 stycznia 1847 roku.

„Widzę z niektórych listów, że cierpisz, Wielmożna Siostro, na oczy – nie zwróciłem na to zrazu Uwagi, jeszcze bowiem za życia Rodziców miałaś, Siostro Dobrodziejko, słaby wzrok, teraz wszakże – wzmianka w ostatnim liście o wywracaniu oczu mocno mnie zastanowiła, jako iż sam osobiście wielem w tej materii doświadczył. Wywracanie oczu świadczy o ich fermentacji bądź o ich trawieniu, spowodowanym brakiem pożywienia w czasie Snu. U dzieci oczy nie są przytwierdzone, a poniekąd są oddzielone od reszty ciała: toteż ich Praca nie ma większego wpływu na życie. Jednakowoż każde Zapalenie oczu, obok ciśnienia atmosfery, a w szczególności Drzew, wywołuje silną Gorączkę, i to w całym Ciele. Dlatego radzę Ci, Wielmożna Siostro, nie jedz innych zbóż, a jedynie Grykę. W rezultacie Drzewa zaczną na Twe oczy oddziaływać, i jeśli nawet nie uczynią Ci nowych oczu, to przynajmniej nie będzie groziła utrata wzroku”.

Ciekawy to i, rzekłbym, poetycki koncept wpływu, jaki drzewa wywierają na wzrok. Sprawdzam, bez trudu znajduję artykuł w periodyku „People and Nature” z roku 2024, w którym badaczka walijska wraz z dwoma kolegami z Izraela opisuje eksperyment, polegający na śledzeniu ruchu gałek ocznych. Wyniki były jednoznaczne: patrzenie na zieleń, a zwłaszcza na drzewa, wpływa dobroczynnie na samopoczucie, na zmniejszenie stanów lękowych, na odprężenie. Punkt dla intuicji naszego szlachcica.

 

*

W bookcrossingowej szafie w brwinowskiej Galerii Podkowa natrafiłem na powieść fantastyczno-przygodową Ludzie-skorpiony z roku 1985, opatrzoną przejrzystym pseudonimem Max Lars (tym łatwiejszym do rozszyfrowania, że rzecz ilustrował Stefan Chwin, jak skądinąd wiadomo, mąż poetki, publikującej jako Krystyna Lars). Nie byłem pewien, czy nie mam egzemplarza z dawnych czasów, kiedy się częściej spotykaliśmy, czy to w Warszawie, czy w Gdańsku, ale nie mogłem nie wziąć, kiedy kartkowana książka otwarła mi się na całostronicowym rysunku, przedstawiającym ogromne oko na tle wzburzonego nieba nad spokojną wodą, oglądane przez widzianego od tyłu młodzieńca. Kompozycja jawnie nawiązuje do słynnego Wędrowca nad morzem mgły Caspara Davida Friedricha. Rysunek z okiem ilustruje rozdział zatytułowany Noc na bagnach. Spod powieki czytam: „Czarnozielone oko kołysało się w fosforyzującym, rozedrganym miąższu, który wstrętnymi skurczami wspinał się w górę, rósł, stawał się coraz większy… zbliżał się…”. I dalej: „Ciemna źrenica kołysała się tuż przed samą twarzą, niczym zielonawa szklista kula ociekająca śluzem. Patrzył w jej czarny środek. Na dnie zobaczył półkolisty, ceglany kanał, biegnący w dół niczym cembrowina studni. Łukowate ściany wygięły się ogarnęły go…”. To tylko przygrywka. Na następnej stronie: „[…] Joachim zobaczył, że pulsujące rozgałęzienia tętnic oddzielają się od podłoża, zostawiając za sobą mglistą, nabrzmiałą wypukłość. […] przesuwały się pod sklepieniem niczym wielkie czerwone drzewo nerwów, wyjęte z atlasu anatomicznego Hogeviusa van Imiels…”.

Odłożyłem książkę na półkę jako chwilowo zbyt bolesną dla pacjenta, któremu okuliści mówią zgodnie, że jego problem leży nie po stronie oczu, tylko nerwu ocznego, któremu zlecają specjalistyczne badania tętnic szyjnych, żeby sprawdzić przepływ krwi i przed którym roztaczają perspektywę wyrafinowanej, ale ryzykownej interwencji chirurgicznej. Kto by pomyślał, że tak mnie po latach poruszy wytwór nieskrępowanej fantazji młodej pary autorskiej, rzecz napisana trochę dla żartu, może trochę dla pieniędzy (wyszła w nakładzie 50 000 egzemplarzy), trochę na przekór. A tymczasem z audycji radiowej Doroty Gacek dowiaduję się, że właśnie wyszła nowa książka Maxa Larsa: Piratki.

 

Środa, 8 kwietnia

Dobrnąłem przed Świętami do końca książki Krzysztofa Hubera. Druga połowa żwawsza, nieco bardziej substancjonalna od biesiadowania części pierwszej, dzieje się na odwyku w szpitalu psychiatrycznym. Pomyślałem sobie jednak, że daleko jej do Obłędu Krzysztonia, książki, która była bezlitosną diagnozą Polski końca lat siedemdziesiątych. A tu, jak na zamówienie, w najnowszym „Newsweeku” Krzysztof Varga przypomina tę powieść z okazji wznowienia jej przez PIW, które to wznowienie nazywa „sensacją dekady”, nie szczędząc takich określeń, jak „monstrualne arcydzieło”, „powieść, którą poznać powinien każdy Polak”. Wskazuje też, że powieść ta „jest zbudowana z polskiego romantyzmu”, zaś Krzysztof z Obłędu to nowy Kordian. Zwraca ponadto uwagę na obecność w opisanych w powieści Tworkach ks. Poniatowskiego. „Ale skąd się wziął Poniatowski w Tworkach? Ależ tak, został wskrzeszony, by odegrać kluczową rolę w wielkich wydarzeniach! – uznaje biedny Krzysztof, pędzący na karuzeli opętańczego mesjanizmu”. Tak pisze Varga, zresztą też Krzysztof, a my pamiętamy Termopile polskie w Teatrze Narodowym w aktualizującej inscenizacji dramatu Tadeusza Micińskiego, którego skomplikowana wielogodzinna akcja dzieje się w mózgu wpadającego do Elstery księcia…

 

Czwartek, 9 kwietnia

Nie musimy wybierać żadnego z czterech dzisiejszych zaproszeń (na debatę z udziałem burmistrza Berlina i prezydenta Warszawy w gmachu głównym SGH, na wernisaż wystawy Czapskiego i Grzegorza Kozery w Kordegardzie, na premierę nowego przekładu tomu opowiadań Kafki, połączoną z wręczeniem Sławie Lisieckiej medalu Gloria Artis w BUWie, na finisaż wystawy „AI and its Consequences – Artistic Positions on Post-Digital Futures” w Austriackim Forum Kultury), ponieważ mamy dawno temu kupione bilety i lecimy do Rzymu, gdzie Maria nigdy dotąd nie była. Ja, jeśli pamięć nie myli, cztery razy: raz prywatnie, z Berna, z Alą i Chłopcami, raz „na Słowackiego”, raz „na Norwida”, raz „na Wata”.

A że w dniu wyjazdu nadeszły z Gdańska trzy nowe książki Stefana Chwina (Dziennik pisany w Gdańsku, Gombrowicz i „dusza polska” oraz Piratki, sygnowane Stefan Chwin / Max Lars), pierwszą z nich biorę na drogę – i do Rzymu.

 

Piątek, 10 kwietnia

Przebudzenie. Sześć metrów nad łóżkiem drewniane kasetony sufitu, niczym łoże olbrzyma, rzucone w górę.

Za oknem, po drugiej stronie wąskiej uliczki, ciemna bryła Terme di Agrippa, majstersztyk rzymskich łaźni, zasilanych przez akwedukt Aqua Virgo, odbudowany w czasach renesansu jako Acqua Vergine i powiązany z kultem maryjnym, jak o tym świadczy obraz Matki Boskiej Różańcowej i stosowny wiersz.

 

*

Wyrzeźbiony przez Berniniego słoń na placyku przed bazyliką Santa Maria sopra Minerva, w której spoczywają szczątki Fra Angelico i św. Katarzyny ze Sieny. Na prawo od głównego ołtarza tablica pamiątkowa gen. Józefa Korwin-Szymanowskiego (który mieszkał też w Muri pod Bernem, a w Bernie pochował córkę). Nad tablicą popiersie generała w todze rzymskiej, z grzywką i długą siwą brodą (dzieło Tomasza Oskara Sosnowskiego). Pod popiersiem herb Szymanowskich, Ślepowron.

 

*

Parę godzin w Palazzo Barberini. Dla mnie radość powrotu do tego miejsca, w którym obrazy i rzeźby żyją otoczone światłem, bez natłoku, w harmonii z kolorem ścian i malowidłami na plafonach. I są takie perełki, jak Madonna z Dzieciątkiem, skubiącym ziarnko granatu (XV-wieczny Neri di Bicci) albo hieratyczne ułożenie palców anioła Gabriela i Maryi (Zwiastowanie Filippo Lippiego).

 

 

Do tego wszędzie pełno pszczół, dobrze charakteryzujących aktywność Barberinich na różnych polach. I Vanitas Trophime’a Bigota, obraz, który od wielu lat widzę codziennie rano odpalając kompka.

A wystawa czasowa dotyczy rozmaitych powiązań rzeźbiarskiej rodziny Berninich z możnym rodem Barberinich.

 

*

Powrót niespiesznym spacerem przez via Sistina, ulicę, przy której mieszkało wielu artystów, aż do kościoła Santa Maria ai Monti, potem w dół Schodami Hiszpańskimi, jedną z bocznych uliczek do Corso. Już pod wieczór wstępujemy do spokojnego Oratorio del Santissimo Crocifisso, słuchamy śpiewów i modlitw przełożonej oraz dwóch zakonnic.

 

Sobota, 11 kwietnia

Il Gesù, kościół jezuitów, dla mnie jeden z ciekawszych w Rzymie, dla M. zbyt przeładowany, przesadnie barokowy. Zatrzymujemy się dłużej przy Kaplicy Aniołów z obrazami Federica Zuccaro, o której pisałem kiedyś jako o scenerii znanego wiersza Mickiewicza Do M. Ł. W dzień przyjęcia komunii św. [2]. A także przy freskach ze scenami z azjatyckich podróży św. Franciszka Ksawerego, jak zagubiony podczas morskiej podróży do Malakki krucyfiks, po wylądowaniu misjonarza na wyspie kanibalów przytaszczony mu przez olbrzymiego kraba. Opisała to Zofia Kossak w Szaleńcach Bożych: „Wielki, oliwkowy krab wyłaził z trudem na brzeg, rozstawiając szeroko i niezdarnie kosmate nogi. Był to krab z rodzaju grzbietonogów, na szerokim spłaszczonym odwłoku noszący parę niby ramion,  do trzymania zdobyczy przeznaczonych. I teraz trzymał w nich coś śliskiego snadź, bo osuwało się ciągle, wysokiego, bo kołysał się z boku na bok niepewnie, pośpiesznie kiwając szczypcami. To coś zalśniło do słońca tak dziwnie, że ojciec Franciszek pochylił się zaciekawiony. I zdumiał!… – Ciemny morski potworek przynosił mu zgubiony krzyż – krzyż wyrwany przez złą falę o cztery dni drogi stąd”. Autorem fresków jest Andrea Carlone, uczeń Carla Marattiego.

 

*

Potem zwiedzanie z przewodnikiem Koloseum i Forum Romanum. Duża atrakcja dla M., która zbudowała dwa domy i umie docenić rozmaite rozwiązania architektoniczne. Jest pod wrażeniem wind, które wywoziły z podziemi gladiatorów i dzikie zwierzęta na arenę, a najbardziej – systemu ruchomego zadaszenia, swego rodzaju gigantycznych markiz, osłaniających kolejne części widowni przed upalnym słońcem (nagie ciała na arenie błyszczały w pełnym żarze).

 

*

Po powrocie do współczesności natykamy się na sporą demonstrację lewicowej centrali związkowej z hasłami solidarności z Kubą.

 

*

W drodze powrotnej do hotelu zachodzimy do każdego otwartego kościoła. Bazylika św. Klemensa (ten męczennik, skazany przez cesarza Trajana na wygnanie na Krym, gdzie pracował w kopalni, odniósł takie sukcesy w nawracaniu żołnierzy i współtowarzyszy niewoli, że przywiązano go do kotwicy i wrzucono do Morza Czarnego) jest też miejscem kultu Cyryla i Metodego, apostołów Słowian, którzy mieli odnaleźć relikwie św. Klemensa wraz z kotwicą.

Bazylika św. Piotra w Okowach wraz z grobowcem Juliusza II i posągiem Mojżesza, słynnym dziełem Michała Anioła.

Kościół Santa Maria ai Monti z barokowym sufitem, przedstawiającym Wniebowstąpienie, anioły i doktorów Kościoła, zwieńczonym kopułą ze scenami z życia Maryi, różnych artystów.

W kolejnym kościele, do którego wchodzimy tylko na chwilę, żeby nie przeszkadzać w nabożeństwie, zwraca moją uwagę nazwisko Mickiewicz w tekście łacińskim wmurowanej tablicy. To nie poeta, tylko bazylianin, „IORDANVS.MICKIEWICZ.RVTHENAE.FAMILIAE” („Jordan Mickiewicz z rodu rusińskiego”), a tablica upamiętnia poświęcenie w roku 1819 cudownego obrazu Matki Boskiej Żyrowickiej. W tym samym kościele (Chiesa San Sergio e Bacco, parafia ukraińska) jest też tablica nagrobna metropolity Rusi Rafała Korsaka, który zmarł w Rzymie w roku 1642, zabiegając z polecenia Zygmunta III o kanonizację bł. Jozafata Koncewicza, oraz epitafium wileńskiego malarza Juliusza Miszewskiego, który zginął w roku 1826 podczas pleneru w Subiaco, kiedy to osunęła mu się spod stóp ziemia, i mimo pomocy kolegi-malarza, Kanutego Rusieckiego, spadł z urwiska do rwącej rzeki.

Na koniec, przy Largo di Torre Argentina, wchodzimy do dużej księgarni Feltrinellego. Jak w innych krajach literatura jest tu (liczebnie) spychana na margines przez komiksy, fantasy, artykuły papiernicze, kryminały, Young Adult, nawet kompozycje kwiatowe (!). Na szczęście środkowe sale księgarni wciąż jeszcze wypełnione są książkami, które chce się wziąć do ręki. Z kronikarskiego obowiązku: wśród nowości zauważam już drugą przełożoną na włoski powieść Joanny Bator.

 

Niedziela, 12 kwietnia

Rano zaczynamy od tego samego miejsca, Largo di Torre Argentina – ruin kilku rzymskich świątyń, które od lat były tradycyjnym sanktuarium kotów. Nie wiem czemu, ale obecnie koty opuściły ten plac – będziemy przechodzili obok jeszcze kilka razy i nigdy nie ujrzymy naraz więcej niż trzech.

Potem dobrze strzeżona przez policję synagoga. Ale naszym pierwszym celem jest dziś wyspa na Tybrze – Tiberina. Położeniem i układem wobec rzeki przypomina ona nieco Wyspę Św. Ludwika wobec Sekwany, ale w mniejszej skali. W dodatku komunikacyjnie składa się z jednej uliczki, przecinającej ją w poprzek, przy której znajdują się dwa kościoły i szpital. Zachodzimy do pierwszego (chiesa di San Giovanni Calibita), w obecnej postaci wzniesionego w XVI wieku. Po prawej kapliczka św. Leopolda Mandicia, chorwackiego kapucyna, cenionego spowiednika.

Potem msza w bazylice św. Bartłomieja, wzniesionej pod koniec X wieku z inicjatywy cesarza Ottona III. Nim się rozpocznie liturgia, oglądamy płaskorzeźbę, uważaną za najstarszy znany wizerunek św. Wojciecha: znajduje się przed głównym ołtarzem, na kamiennej obudowie dawnego źródełka, z prawej strony. Od frontu towarzyszy jej wizerunek Jezusa, od ołtarza cesarza-fundatora kościoła, od lewej św. Bartłomieja, trzymającego nóż na pamiątkę męczeńskiej śmierci (został oskórowany). W kaplicy na lewo od ołtarza są też relikwie św. Wojciecha (ręka).

 

 

Od niedawna bazylika poświęcona jest też kultowi współczesnych męczenników za wiarę na całym świecie. Wśród ofiar nazizmu o. Kolbe i zamęczony w Dachau bł. Stanisław Kostka Starowieyski, wśród ofiar komunizmu – ks. Popiełuszko (są też jego drobne relikwie).

Msza z aktywnym udziałem młodzieży i dzieci, bez spowiedzi powszechnej, ale prawie wszyscy przystępują do komunii. Modlitwy w intencji zakończenia trwających obecnie wojen (Ukraina, Gaza, Środkowy Wschód, kilka regionów Afryki, w takiej kolejności).

Przechodzimy na Zatybrze. Mijamy pomnik lokalnego poety XIX-wiecznego Gioachina Bellego. Potem Basilica di San Crisogono, surowy kościół wzniesiony dla przebywających w Rzymie Korsykańczyków. Następnie Santa Maria in Trastevere, bazylika o historii, sięgającej III lub IV wieku. Na prawo od ołtarza tablica pamiątkowa Stanisława Hozjusza z sugestywnym popiersiem zmarłego w roku 1579 kardynała. Na lewo, w kaplicy Altemps, obraz przedstawiający sobór trydencki, na którym Hozjusz odegrał pierwszorzędną rolę.

Dalej: Galeria Corsini. W pałacu tym mieszkała dawniej nawrócona na katolicyzm królowa Szwecji Krystyna (można zwiedzać jej sypialnię, w której umarła w roku 1689, z dewizą „urodziłam się, żyłam i umieram w wolności”). Obrazów większe zagęszczenie niż u Barberinich, opisy mniej przejrzyste. Zapamiętałem szczególnie Judytę i Holofernesa Gerarda Seghersa, a jako ciekawostkę małe portreciki, które podobno przedstawiają Lutra i jego żonę.

W miejsce kilku obrazów, zwłaszcza Carla Marattiego i jego naśladowców, informacja, że zostały one wypożyczone na prestiżową wystawę „Tribute to Carlo Maratti” w Palazzo Sciarra Colonna, która trwa – do dziś wieczór! A jako że zdarzyło mi się napisać książkę o pewnym obrazie, którym zachwycił się Norwid, myśląc, że ogląda nieznaną rzecz Rafaela, gdy w rzeczywistości było to płótno Marattiego (Śmierć św. Józefa), skłania nas to do pewnej modyfikacji dzisiejszych planów.

Na razie jednak obiad w „Dar Poeta”, małej zatybrzańskiej restauracji, obwieszonej cytatami z poety Bellego, z charakterystycznymi dla rzymskiego dialektu podwojonymi spółgłoskami. A potem, zgodne z planem, bazylika Santa Cecilia in Trastevere z robiącym osobliwe wrażenie białym marmurowym posągiem św. Cecylii w pozie, w jakiej w roku 1599 znaleziono jej zwłoki. Jakby przed chwilą zasnęła.

Następnie uroczy kościółek z XI wieku, Santa Maria a Capella, przylegający do zabudowań średniowiecznego szpitala. Stamtąd ruszamy w drogę powrotną do miasta w nadziei, że zdążymy przed definitywnym zamknięciem wystawy. Mały przystanek w bazylice św. Mikołaja w Więzieniu, gdzie zatrzymuję się przed kaplicą Matki Boskiej Guadelupy, z obrazem na jedwabiu, przywiezionym przez jezuitów w roku 1573. I drugi w miejscu, na prawo od Teatru Marcellusa, skąd rozciąga się widok jak na dawnych wedutach – bezładna mieszanina ruin i budynków z różnych epok i w różnych stylach.

 

 

Bije godzina dwudziesta, kiedy zziajani wpadamy do Palazzo Sciarra Colonna. Wołam do recepcjonistki, że jestem autorem książki o obrazie Maratty i że muszę zobaczyć tę wystawę. Małe zamieszanie, ale w końcu grzecznie nas wpuszczają. Wystawa niewielka, ale ze smakiem skomponowana. Urządzono ją z okazji czterystulecia urodzin Carla Marattiego, dla pokazania rangi tego malarza, a także w związku z pozyskaniem do zbiorów włoskich jego okazałego portretu Gaspare Marcaccioniego, skarbnika kardynała Antonia Barberiniego.

Nie było na tej wystawie motywu śmierci św. Józefa, ani w wersji Marattiego, ani jego uczniów. Ale po wyjściu z pałacu wstępujemy jeszcze do kościoła św. Ignacego Loyoli, a tam, jak na zamówienie, w lewej nawie, w kaplicy kard. Sacripantiego wisi taki obraz, pędzla ucznia Marattiego, Francesco Trevisaniego. Dobre dopełnienie dnia.

 

Poniedziałek, 13 kwietnia

Zaczynamy od kościoła pod wezwaniem Stygmatów św. Franciszka, gdzie w głównym ołtarzu, jakby w przedłużeniu wczorajszego dnia, obraz tegoż Francesco Trevisaniego, malarza i poety. Na lewo od prezbiterium marmurowy nagrobek Władysława Konstantego Wazy, syna króla Polski Władysława IV, zmarłego w roku 1698 utracjusza, pod koniec życia szambelana papieskiego.

Potem przez Ponte Sant’Angelo z posągami Berniniego, przedstawiającymi Anioły z atrybutami Męki Pańskiej, na Plac św. Piotra. W lewej części kolumnady Berniniego identyfikujemy posąg św. Jacka Odrowąża, Apostoła Słowian, kanonizowanego przez Klemensa VIII w roku 1594 (pierwszy na lewo od środka, na wysokości fontanny, z monstrancją w prawej i liściem laurowym w lewej ręce).

Następnie za pomocą SKIP THE LINE zwiedzamy Muzea Watykańskie. Ogrom. Nie sposób odnotować nawet garstki najpiękniejszych, najbardziej poruszających dzieł. XV-wieczna Madonna i św. Anna Lorenza d’Alessandro di San Severino czy z tego samego stulecia Madonna z Dzieciątkiem Carla Crivellego? Osobliwa queerowa kolorystyka szat na tryptyku malarza zwanego L’Alunno? Alchemista Davida III Ryckaerta? Nie, moim faworytem pozostaje obraz, który zobaczyłem tu trzydzieści lat temu i który przez dwadzieścia lat cieszył me oczy przy każdym otwarciu komputera: Św. Irena pielęgnująca św. Sebastiana Trophime’a Bigota. Kwintesencja czułości, delikatności i tego, co w niektórych językach oddaje się słowem devotion, a co wcale nie musi mieć, jak polska dewocja, tylko sensu religijnego (po retoromańsku oddaje się to jako speranza, amur, u apreziaziun profunda, czyli jakby nadzieja, miłość i głębokie uznanie).

Po obejrzeniu Kaplicy Sykstyńskiej udaje nam się jeszcze przed zamknięciem wejść do bazyliki św. Piotra, uderzającej rozmachem, przestrzenią, skalą. Są tu, w postaci mozaikowych powiększonych replik, dwa obrazy, dawniej uważane za niezrównane arcydzieła sztuki religijnej: Przeistoczenie Rafaela i Ostatnia komunia św. Hieronima Dominichina (oryginalne obrazy oglądaliśmy przed chwilą w watykańskiej Pinakotece). Jest też pomnik Krystyny, byłej królowej Szwecji, jednej z trzech kobiet, które dostąpiły zaszczytu pochówku w tej świątyni (pozostałe dwie to Matylda toskańska i Maria Klementyna Sobieska, wnuczka Jana III).

Po opuszczeniu placu zachodzimy jeszcze do położonego tuż obok kompleksu szpitala Santo Spirito in Sassia. Jest tam mały kościół, wzniesiony w XVI wieku, ale kaplica maryjna istniała tu już w wieku VII. Szpital uchodzi za najstarszy w Europie. Warto zobaczyć „kołowrotek życia” z końca XII wieku: rodzaj beczułki, do której wkładano niechciane niemowlęta (na lewo od niej otwór na jałmużny dla takich dzieci i innych ubogich pacjentów szpitala). Ja chodziłem po korytarzach i patiach, żeby sobie wyobrazić, jak mogło wyglądać życie przetrzymywanego tutaj w oddziale dla nerwowo chorych w początku lat czterdziestych XIX wieku Krzysztofa Szczytta. Odwiedził go tu, w S. Spirito, Zygmunt Krasiński, który opisał rzecz całą obszernie w liście do Adama Sołtana; zacytuję tylko fragment: „I odszedł w ciemne korytarze, pełne wariatów, taki spokojny, taki swój, taki pyszny, jak gdyby w Kożangródku szedł z strzelcami i psiarnią na niedźwiedzia do boru”. Z Santo Spirito przeniesiono Szczytta do zakładu w Perugii, stamtąd do Pirny pod Dreznem, nim po paru latach udało mu się w końcu wrócić do kraju.

 

Wtorek, 14 kwietnia

Rano oglądamy wystawę jednego obrazu – małego obrazka wielkiego cierpienia – w Palazzo della Minerva, siedzibie biblioteki włoskiego Senatu: Ecce Homo Antonella da Messina. A właściwie dwóch obrazków, na odwrocie jest bowiem przedstawiony również ciekawy św. Hieronim, pokutujący na pustyni. Obraz został niedawno kupiony na aukcji przez państwo włoskie. Antonello da Messina wiele razy mierzył się z zadaniem spojrzenia Chrystusowi w twarz – na wystawie pokazano te próby w postaci reprodukcji, wśród których wyróżnia się jedna czarnobiała: to zaginiony w Wiedniu obraz, który przed wojną należał do rodziny Ostrowskich.

 

*

Kościół i klasztor kapucynów przy Via Vittorio Veneto. W muzeum, wśród wielu interesujących przedmiotów związanych z życiem zakonnym, kilka świetnych obrazów, a wśród nich Św. Franciszek medytujący Caravaggia. W kościele zwróciłem uwagę na popiersie kobiece z napisem łacińskim, który głosi, że w roku 1846 wzniosła ten pomnik sobie samej, za życia, Welmina Ciacolski, żona pielgrzyma Łazarza, żeby, (jeśli dobrze tłumaczę), „matka, w proch obrócona, mogła się połączyć ze swą córką Adelajdą, której tak gorączkowo poszukuje i którą kocha ponad wszystko”. Iście powieściowa fabuła.

A przed głównym ołtarzem w podłodze inna płyta, stara, z surową inskrypcją HIC IACET PULVIS CINIS ET NIHIL. Taki sam napis oglądał Czapski w roku 1930 w Toledo, na grobie kardynała Portocarrero. „Tu leży proch, popiół i nic”.

 

*

Park i Villa Borghese z kolejną wspaniałą galerią. Marii podoba się tu jeszcze bardziej, niż u Borrominich: obrazy, rzeźby, dekoracje wnętrz. Dla mnie trochę za tłoczno i za mało informacji o dziełach sztuki (są pewnie serwowane przez słuchawki, ale ciągle nie mogę się do tego medium przekonać). Wśród rzeźb tematy tak znane i obrośnięte komentarzami, jak śpiący Hermafrodyta, chłopiec wyjmujący kolec, skok Marka Kurcjusza czy porwanie Prozerpiny. Wśród obrazów przede wszystkim Caravaggio: Św. Hieronim, autoportret w postaci Chorego Bachusa, Św. Jan Chrzciciel, Dawid z głową Goliata, Madonna dei Palafrenieri. Parmigianina Portret mężczyzny, z rachunkiem sumienia w oczach.

Z parku przez Viale Adamo Mickiewicz wracamy do miasta. U Zmartwychwstańców oglądamy na dziedzińcu pomnik Kopernika (Sosnowskiego) i umawiamy się z ks. Krzysztofem na oglądanie muzeum w czwartek.

Potem Basilica di Sant’Agostino, a tam kapitalna Madonna pielgrzymów (z brudnymi stopami) Caravaggia.

 

Środa, 15 kwietnia

Rano Basilica di Sant’Andrea della Valle z tablicą, upamiętniającą egzekwie za duszę zmarłego w Genui irlandzkiego patrioty Daniela O’Connnella w czerwcu roku 1847 (był na nich bodaj Norwid, wielki zwolennik tego Irlandczyka).

Potem Campo de’ Fiori. Na tle zachmurzonego nagle nieba odcina się posępnie sylwetka zakapturzonego Giordana Bruna, nie pasująca dziś do kolorowego, rozkrzyczanego targu kwiatów, owoców i serów.

Zmartwychwstańcy. Byłem tu podczas konferencji Colloquia Norwidiana w roku 2007, znalazłem w archiwum listy i materiały biograficzne dotyczące Hipolita Terleckiego, męża ciekawej poetki Anny z Krakowa, potem jednego z założycieli zakonu, pielgrzyma do Ziemi Świętej. W siedzibie Zgromadzenia nie było wówczas muzeum, powstało dopiero trzy lata temu. Ciekaw byłem, czy znajdą się w nim jakieś pamiątki po ks. Terleckim, ale nie, ani śladu. Jest gablota, poświęcona apostolatowi wśród unitów i prawosławnych, ale próżno tam szukać choćby jego nazwiska. Szkoda.

Potem wizyta w prywatnej galerii, która ma w swych zbiorach kolekcję gemm, należących ongiś do ks. Stanisława Poniatowskiego, bratanka króla. Oprowadza nas Elisa di Castro, córka właścicielki. Przypomina pokrótce dzieje kolekcji, która, wystawiona po śmierci księcia w roku 1839 na sprzedaż, wzbudziła kontrowersje, kiedy się okazało, że nie są to zabytki starożytności, tylko bardzo artystycznie udane naśladownictwa z pierwszej połowy XIX wieku. Tak też są te gemmy dziś traktowane: jako rezultat nieco szalonej zachcianki polskiego księcia, który chciał żyć otoczony pięknymi dziełami sztuki antycznej, a tam, gdzie oryginałów – jak właśnie w przypadku gemm – zachowało się niewiele, nadrabiał ten brak zamawiając u najlepszych współczesnych artystów doskonałe naśladownictwa neoklasyczne, przy czym sam podsuwał im tematy i źródła. „Mój dziadek, mówi Elisa, zwykł mawiać, że prawdziwe dzieło sztuki miniaturowej po powiększeniu zachowuje piękne proporcje pierwowzoru. Takie właśnie są te gemmy, warto je oglądać przez lupę”. Wieczorem w hotelu studiuję katalog kolekcji, wydany w roku 2019 (po angielsku i po japońsku). W opisie zdarzają się drobne nieścisłości, gdy mowa o tym, że kolekcja Stanisława Poniatowskiego trafiła doń wcześnie, kiedy jego ojciec, „Casimir of Poland, a legendary collector of objets d’art” przekazał mu swój zbiór 150 antycznych gemm – tak jakby podkomorzy wielki koronny sam był królem Polski, a nie tylko bratem ostatniego jej władcy – ale fotografie 29 gemm (przeważne karneoli i sardonyksów), sporządzone z użyciem silnego bocznego światła, które wydobywa delikatne kształty, przedłużają przyjemność obcowania z tymi małymi dziełami sztuki.

Obiad w małej restauracji przy Via Vittoria pozwala nam przeczekać jedyny deszcz podczas tego tygodnia rzymskiego. Potem przez Via Babuino (tablica na domu nr 164-165, gdzie mieszkał Słowacki) do Piazza del Popolo. Odwiedzamy wszystkie trzy kościoły maryjne, najdłużej zatrzymując się w tym, w którym wiszą dwa obrazy Caravaggia: Ukrzyżowanie św. Piotra i Nawrócenie św. Pawła (z mądrym koniem).

Między kaplicą z tymi obrazami a ołtarzem głównym tablica łacińska, upamiętniająca Artura Mostowskiego (1822-1852). Wedle tej inskrypcji był on Polakiem „natus Cercliscis”. To Cerkliszki w powiece wileńskim, z pałacem, który od połowy XVIII wieku należał do rodu Mostowskich. Młodszy brat Artura, Władysław, który odziedziczył majątek, był żonaty z Katarzyną Szczytt-Niemirowicz.

Te szczegóły genealogiczne sprawdziłem po powrocie, mają one jednak bezpośredni związek z naszą podróżą rzymską, ponieważ prosto z kościoła Santa Maria del Popolo udaliśmy się na drugą stronę dawnej ulicy wjazdowej do Rzymu i weszliśmy do budynku, będącego obecnie posterunkiem karabinierów. Udało nam się zobaczyć w środku jedynie sień i korytarz, ale to tam, w roku 1840, w areszcie gwardii papieskiej uwięziono ekscentrycznego Krzysztofa Szczytta. Cytuję ten sam list Krasińskiego do Sołtana: „Otóż te obszarpańce, te Sanszy go za wariata donoszą urzędnikom bramy di Popolo. Przytrzymują szlachcica, przez dwa dni go męczą, gwałtów niesłychanych na nim się dopuszczają, sodomskich, gomorskich, z kieski mu wszystkie holendry wykradają, potem z bzikowatego przerobiwszy go tam na wściekłego, raport piszą do władzy. Władza doktorów szle, on doktorów kpa, grozi im nożem. Doktory za wariata go ogłaszają, wiążą go i prowadzą do S. Spirito. Tam byłem u niego”. W ten sposób doszliśmy do miejsca początku rzymskich kłopotów Krzysztofa Szczytta, dalszy ciąg już znamy.

 

Czwartek, 16 kwietnia 

Rano kościół bliski hotelu, do którego nigdy dotąd nie udało nam się wejść: Chiesa di San Luigi dei Francesi, narodowy kościół Francuzów w Rzymie. Tu też Caravaggio: trzy obrazy związane z postacią ewangelisty św. Mateusza, a przedstawiające jego powołanie, podszepty anioła przy pisaniu Ewangelii i męczeństwo.

Tablice komemoratywne dotyczą głównie francuskich dyplomatów w Świętym Mieście, ale też niektórych artystów. Zabawną genealogię ułożono na płycie pomnika nagrobnego Nicolas-Didiera Bogueta, malarza neoklasycystycznego. Pierwsze pokolenie stanowi tam Nicolas Poussin, drugie Gaspard Dughet, zwany Gaspardem Poussinem, trzecie Claude Lorrain. Czwarte miejsce ma w domyśle zająć zmarły w roku 1839 Boguet.

 

*

Potem taksówką jedziemy do prawdziwej perły architektury i zdobnictwa wczesnochrześcijańskiego: Mausoleo di Santa Constanza z IV wieku, mauzoleum córki cesarza Konstantyna Wielkiego, położonego tuż obok bazyliki św. Agnieszki za Murami. A stamtąd do Bazyliki Santo Stefano Rotondo (V wiek), narodowego kościoła węgierskiego. Tutaj na ścianach rotundy oglądamy XVI-wieczny cykl fresków, przedstawiających rozmaite formy dręczenia i śmierci męczenników, przy czym literki na freskach odsyłają do opisów, trochę jak dymki w komiksach (to skojarzenie w niczym nie ujmuje powagi temu miejscu, podkreśla jedynie powtarzalność form, służących do skutecznego docierania do widza).

 

*

Potem spacerem do Bazyliki Laterańskiej. Imponujące wnętrze i ładne drobiazgi. Zaraz na początku, po prawej, fragment fresku Giotta. Na prawo od ołtarza delikatna XIV-wieczna drewniana statua Maria Matka Kościoła w radosnych kolorach, nabyta przez Pawła VI, a ofiarowana przez papieża Franciszka.

Potem Scala Santa. Maria wchodzi, nie sprawdzam, czy na kolanach, ale nie ma jej dość długo.

 

*

Bardzo długi spacer przez Viale Parco del Celio (tu tablica ku czci etiopskiego maratończyka Abebe Bikila, zwycięzcy olimpiady rzymskiej w roku 1960) i Via del Circo Massimo do Santa Maria in Cosmedin. W przedsionku M. w milczeniu wkłada rękę do Bocca della Verità i wyjmuje ją bez wyraźnych obrażeń. Stamtąd wracamy nad Tybrem, potem koło synagogi, a na Torre della Argentina wstępujemy do dawnego teatru operowego. Pora żegnać się z Rzymem.

 

Piątek, 17 kwietnia

W samo południe Panteon – imponująca budowla starożytna, reaktywowana przez renesansowych papieży (spoczywa tu Rafael), w końcu XIX wieku miejsce pochówku królów Włoch. Jej istotą jest brak, okrągła dziura w suficie kopuły, zwana okiem (oculus), przez którą podczas naszych odwiedzin wpada świetlna plama, oświetlająca fragment ściany koło wyjścia, ale czasem przez to samo oko leją się strugi wody, a może i wpadają pioruny. Oculos łączy świat ludzi i tego, co uważają za ważne, godne pamięci, z górą, z niebem.

Potem spacer do Ołtarza Pokoju (Ara Pacis), starannie odrestaurowanej (na polecenie Mussoliniego) świątyni, wzniesionej z rozkazu cesarza Oktawiana Augusta na parę lat przed narodzinami Chrystusa. W małym muzeum jest obecnie przywieziona z Detroit wystawa impresjonistów, ale przecież nie po to przyjechaliśmy do Rzymu.

Wieczorem powrót do kraju. Radość Tiny.

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Apolonia Filonik, Autobiografia nomadyczna. „Załącznik Kulturoznawczy” 2025 nr 12, s. 406.

[2] Marzenia w Kaplicy Aniołów. W: Liryka romantyczna i inne szkice pod red. Bernadetty Kuczery-Chachulskiej, Warszawa, Wydawnictwo UKSW, 2010, s. 29-34.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek