22 stycznia 2025 zmarła w Gdyni Renata Gorczyńska. Przypominamy tekst Andrzeja Franaszka, który ukazał się w „Zeszytach Literackich” 2017 nr 139.
Red. „Księgi Przyjaciół”
„Czego nauczyłam się od Czesława Miłosza?” – pyta Renata Gorczyńska we wstępie do swojej książki, by sobie samej i nam zarazem spróbować udzielić odpowiedzi w kilku następnych akapitach. Było to więc – używając słów eseistki – „otwarcie na metafizykę”, uwrażliwienie na tematykę religijną, czy jeszcze szerzej – duchową, jak dobrze wiemy, wcale nie oczywiste w polskim społeczeństwie, nadal tłumnie zapełniającym kościoły. Następnie nauka wytrwałości, odwrotność (znów: ciążących nad polskim losem) „słomianych zapałów”. Zaraz obok – wyzwolenie z doraźnych zatrudnień dziennikarskich, co oznacza nie tylko zmianę sposobu zarabiania na życie, ale coś więcej – szacunek dla słowa, którym należy posługiwać się z umiarem, nie rozdrabniając na ławice artykułów tego, co ewentualnie mamy do powiedzenia. Dalej, będąca fundamentem tak Miłoszowej poezji, jak jego duszy ciągle zdolnej do odnawiania się – potrzeba zachwytu, oznaczająca pokorę wobec nieogarnionego świata i niektórych świata tego mieszkańców, którzy budzą w nas podziw, gdyż zdają się być znacznie od nas lepsi, wychyleni ku innym ludziom i ich sprawom, mniej oddani demonom. Szacunek dla tajemnicy, jaką jest ludzki geniusz. No i wreszcie – last but not least – czarne poczucie humoru, które nie uchroni nas przed rozpaczą, ale przynajmniej nieco ją złagodzi, pozwoli na nutę zbawiennej autoironii. Jak widać – nauczyła się Gorczyńska od Miłosza bardzo dużo.
Jeśli można coś zarzucić jej książce, to bodaj jedynie wybór tytułu, Małe miłosziana brzmią zbyt skromnie, nie oddają sprawiedliwości zgromadzonym tu szkicom. Chyba że jeszcze do tych nauk dodamy dyskrecję oraz dobre wychowanie – pisarka bowiem nie zapomina nigdy powiedzieć czegoś miłego o autorach przywoływanych książek czy ludziach spotykanych na Miłoszowym szlaku, nie krytykuje, skupia się zawsze na tym, co w pracach czy osobach najlepsze. Dodajmy na wszelki wypadek, że nie oznacza to naiwności, jest Gorczyńska przenikliwa, potrafi obiektywnie oceniać, jak choćby wtedy, gdy podjąwszy się roli sekretarza Noblisty, po paru dniach sceptycznie stwierdza: „zaczynam pojmować ideał kobiety w jego ujęciu: całkowita służba”.

Poznali się w roku 1978, gdy niedawna studentka polonistyki, a teraz emigrantka w Stanach Zjednoczonych, polonijna dziennikarka zdołała namówić Miłosza (pokonując jego – jak sam by chętnie powiedział: litewską – nieufność), by odbył z nią szereg rozmów, pierwotnie zresztą mających być jedynie podstawą uniwersyteckiej analizy jego twórczości. Ostatecznie – mimo wielu przeszkód – skończyło się na tomie wywiadów, znanych nam pod tytułem Podróżny świata, Gorczyńska zaś wykazała się piękną umiejętnością rozmowy, cierpliwością, ciekawością, zdolnością zadawania inteligentnych pytań i budowania porozumienia z rozmówcą. Pamiętam, jak przed laty wszystkie te cechy uderzyły mnie w innym jeszcze, późniejszym już długim wywiadzie – ze Zbigniewem Herbertem, nagranym w dodatku w jednym z najgorszych okresów jego życia.
W roku 1980 Gorczyńska musiała się odnaleźć w roli sekretarza Noblisty, a także – z pewnością było to jej bliższe – cząstki kolektywu tłumaczy, kiedy w gościnnym domku na Grizzly Peak w Berkeley pomagała Robertowi Hassowi i Robertowi Pinsky’emu szlifować ich przekłady wierszy gospodarza tego miejsca. Były jeszcze wspólne z Miłoszem, teraz zapraszanym przez uniwersytety całego świata, podróże, choćby do Japonii, a później, gdy więzy się rozluźniły – rzadsze, ale wciąż liczne spotkania, najczęściej łączące się z jakąś wspólną pracą. Jak choćby wtedy, gdy w wolnej już Polsce Gorczyńska – teraz dziennikarka radiowa, przygotowała rozmowę autora Ocalenia z autorem Niepokoju – Tadeuszem Różewiczem. Nie tylko z tego punktu widzenia symboliczne są ostatnie słowa, jakie usłyszała od poety. „Triumf ducha nad materią” – podsumowywał Miłosz swe właśnie opublikowane książki, których nie pisał już, a dyktował. Mówił zaś o nich w czerwcu roku 2004, na dwa miesiące przed śmiercią.
Wszystkie te fakty przypominam tylko z obowiązku, ważniejsze wydaje mi się podkreślenie, że Renata Gorczyńska jest nie tylko wieloletnią przyjaciółką Czesława Miłosza, autorką świetnych wywiadów, ale przede wszystkim pisarką posługującą się klarownym stylem, umiejącą budzić ciekawość czytelników, tych znających jej Szkice portugalskie, i tych, którzy w Miłoszianach odnajdą choćby niewielki esej Od Vézelay do Rocamadour, łatwo się domyślić: poświęcony pielgrzymowaniu, nie tylko temu, jakie utrwaliła poezja Miłosza.
Jej książka może być wprowadzeniem w otchłanny kosmos autora Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada już choćby dlatego, że znajdziemy tu mnóstwo wiadomości na temat okresu, gdy Miłosz z nieledwie anonimowego profesora musiał przeistoczyć się w laureata najbardziej prestiżowej nagrody literackiej na świecie, przeczytamy dziennikowe zapisy z tego czasu, wykraczające przy tym poza codzienną „logistykę”. By wyjąć nieledwie na chybił trafił jakiś szczegół: dostrzeżemy dzięki nim, jak niezwykłe było oddanie poety jego krewnemu, artyście i mistykowi – Oskarowi Miłoszowi, bo Nobel każe mu myśleć o tym, że wreszcie będzie mógł propagować jego zapoznane dzieła. Oskar zresztą powróci do nas w szkicu na temat obecności Paryża w życiu i twórczości młodszego z Miłoszów, przy czym miasto nad Sekwaną jest tu soczewką skupiającą wiele wątków, od fascynacji tajemniczością ludzkiego widowiska, wznoszenia się – choćby strojem i obyczajem – ponad kondycję biologiczną, po choćby tę bolesną chwilę rozpoznania siebie w smudze cienia, po wiersz tak bliski nam – ludziom „w pewnym wieku”. Napisany, gdy jego autor zbliżał się do pięćdziesiątki:
I coraz częściej z otwartymi ustami
Z gasnącym papierosem Gauloise
Nad szklanką czerwonego wina,
Myślę o tym co znaczy być tym a nie innym.
Tak samo było kiedy miałem dwadzieścia lat
Ale wtedy nadzieja że będę wszystkim
Może nawet motylem i kosem, przez zaklęcie.
Teraz widzę zapylone drogi powiatu
I miasteczko w którym urzędnik poczty upija się co dzień
Z żalu że jest tożsamy tylko ze sobą.
Szeregując kolejne szkice na osi życia Miłosza, wskażmy, że Gorczyńska pisze o jego skomplikowanym związku z Jarosławem Iwaszkiewiczem, o wyborach, jakich dokonywał on i bliscy mu intelektualiści w czasie okupacji, o dziwnej Hassliebe, jaką obdarzał czy ścigał go Jerzy Putrament, o tylko pozornie błahych więzach z Gałczyńskim oraz łączącym się z tymi dwiema ostatnimi postaciami – Zniewolonym umyśle. Zdaje relację z ponownej lektury Zdobycia władzy, opowiada o przypadkach Miłosza-dyplomaty czy wreszcie o jego przyjaźni z Brodskim. Kolejne rozdziały dopełniają się, tworząc mikro-monografię, prawie każdy z nich bierze za punkt wyjścia cudzą książkę, jest w zamyśle omówieniem, ale autorka wychodzi poza konwencję recenzji, erudycyjnie kreśli tło, wchodzi w dialog z omawianymi autorami, dopowiada wątki, ma przy tym wrażliwą wyobraźnię i lotną inteligencję, stawia frapujące pytania. Choćby zastanawiając się, jak potoczyłyby się losy dwóch poetów – Gałczyńskiego, jeśliby pozostał po wojnie na Zachodzie i Miłosza, gdyby ten z kolei nie zdecydował się na emigrację. Jeden z najciekawszych rozdziałów to zupełnie już samodzielny esej o grzechu w poezji Miłosza – ze wskazaniem, jak ważne i wielokrotnie ponawiane w tej twórczości jest dokonywanie rachunku sumienia, rozliczanie się z sobą, moglibyśmy rzec: nie pasujące do naszej epoki, skłonnej usprawiedliwić wszystko. Po drugiej zaś stronie – to już esej kolejny – znajdujemy naturalnie niezwykłą Miłoszową zmysłowość, zachłanność i gwałtowność kosztowania świata, zwłaszcza zaś – kobiecego ciała.
„Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch?” – pytał niegdyś Miłosz, zmierzając w odpowiedziach do dającego nadzieję zdania, iż „we własnym życiu nie wolno poddawać się rozpaczy z powodu naszych błędów i grzechów, ponieważ przeszłość nie jest zamknięta i otrzymuje sens nadany jej przez nasze późniejsze czyny”. Wierząc, że tak właśnie jest, zauważmy jeszcze, ryzykując wspięcie się na Himalaje oczywistości, jak fundamentalne są lekcje, których on sam nam udzielił, a raczej: udziela nadal. Wszystkie te, o których opowiada Gorczyńska, my zaś streściliśmy na początku tej noty, ale również diagnozy polityczne, dziś na nowo aktualne, co napawa lękiem, bo oto na naszych oczach odrodziła się Polska zamknięta, niechętna światu, a zarazem zdumiewająco z siebie zadowolona, której centrum stanowi, jeśli już nie ganek szlacheckiego dworku i kurczak z mizerią, to karkówka z grilla i piwo „Żubr”, nieodmienna pewność, że chcemy być wśród „swoich”, takich samych jak my. Znamy ten fragment Traktatu moralnego? To posłuchajmy: „Chcieliby w swojej żyć parafii, / W ogródkach siedzieć malw i szałwii / I czasem w amarantach wojsko / Widzieć jadące drogą polską. / Chcieliby, żeby kołowrotki / Furczały w takt prapolskiej zwrotki / I żeby u nas było sielsko / (Jak choćby nad Zatoką Perską). / Tak z tym sarmackim animuszem / Kraj zamieszkują mętnych wzruszeń / I jest to coś na kształt bagniska: / Traf tam, a coraz głębiej wciska”…
A obok, w zupełnie innym już paśmie, nie ustaje ruch serca, każący – nie tylko Renacie Gorczyńskiej – wracać myślami do spotkań z Miłoszem, gdy jego nieobecność zdaje się nie maleć, a ogromnieć. I z wiekiem coraz trudniej czytać na głos jego wiersze – bo gardło nam dławi wzruszenie.
ANDRZEJ FRANASZEK
Najpierw jedzie się tam szukać Grecji klasycznej. Człowiek chce zobaczyć Akropol i przenieść się w czasie do V wieku p.n.e. Pokrętła wehikułu czasu ustawia precyzyjnie – interesują go Ateny Sokratesa, Sofoklesa i Peryklesa. Później jednak – trochę w lekturze, trochę na miejscu – natrafia na ślady kultur wcześniejszych: minojskiej i mykeńskiej. Przez jakiś czas wydają mu się ciekawsze niż Grecja klasyczna: może nie tyle ciekawsze, co jakoś prawdziwsze. Wtedy opuszcza się Ateny i kieruje na Peloponez i na Kretę. Jeszcze później przychodzi fascynacja Rzymem. Wtedy Saloniki – tak rozczarowujące w okresie fascynacji Grecją klasyczną – okazują się miastem wspaniałym i pełnym zlekceważonych wcześniej skarbów. Pozostają nim również, gdy przychodzi fascynacja Bizancjum. Jeszcze później człowiek uświadamia sobie, że lecąc Ryanairem do Aten, leci nie tylko do starożytnej Grecji, do starożytnego Rzymu i do Cesarstwa Biznatyjskiego, ale również i do Imperium Osmańskiego. Przy kolejnej wizycie pomija więc Muzeum Archeologiczne (odwiedzone już za pierwszym razem), pomija Muzeum Sztuki Cykladzkiej (widziane za drugim razem), pomija Muzeum Sztuki Bizantyjskiej (trzecia wizyta), by pędzić prosto do wspaniałego Muzeum Sztuki Islamskiej. Potem jedzie na północ, podziwiać meczety Janiny i przede wszystkim domy o wyraźnie osmańskim kształcie: w Salonikach pracowicie zacieranym, w Tracji i Epirze raczej eksponowanym.
A potem zwraca się uwagę na te ponure zamczyska – sprawiające wrażenie kawałków nie od kompletu – znaczące wzgórza Peloponezu: i o tym już trzeba doczytać, bo nie kojarzy już człowiek tych wszystkich placówek weneckich, tych twierdz frankijskich, a zwłaszcza tych efemerycznych państewek, które pojawiały się na chwilę na mapie, by zaraz zniknąć, a po których niekiedy zostały zupełnie wyraźne materialne ślady. O ile kiedyś kultury mykeńska i minojska wydały się prawdziwsze od pocztówkowo sformatowanego wizerunku kultury klasycznej, o tyle teraz najprawdziwsze zdają się właśnie te efemerydy. Ich los jest jakoś najbliższy losu człowieczego po prostu.
O tym wszystkim myśli się docierając do Arty. Nie jest łatwo do niej dotrzeć z południa (o wiele łatwiej z północy, z Janiny). My jednak jedziemy z południa: z nieodległego Nafpaktos, do którego dotarliśmy dzień wcześniej, by poszukać tam uciętej ręki Cervantesa, bo poza jakimiś weneckimi drobiazgami właściwie nie ma tam nic od oglądania. Jest zamek: tysięczny wenecki zamek. Postanawiamy rano jechać dalej. Dworzec autobusowy jest ładny kilometr za miastem. Trzeba tam pójść. W internecie nic nie ma. Pani w hotelu nic nie wie. Idziemy w upale wzdłuż szosy. Nie podchodzimy. Na dworcu okazuje się, że bezpośrednich połączeń autobusowych nie ma. Można jechać do Andirio i próbować złapać na moście jakiś autobus jadący z Patras, a może lepiej z Aten (autobusy z Aten przejeżdżające tuż obok Patras często się w nim wcale nie zatrzymują, chociaż jest to wielkie miasto, trzecie co do wielkości w całej Grecji). Nie urzeka mnie ta wizja stania na moście w porannym upale i machania na autobusy, pod warunkiem, że się odpowiednio szybko odcyfruje napis w greckim alfabecie. Przystanku pod samym mostem nie ma, ale pani na dworcu w Nafpaktos zapewnia mnie, że on się tam na moje machanie zatrzyma. Wierzę jej, greccy kierowcy to nie są faceci ze Szwagropola: zatrzymaliby się. Pytam o rozkład. Ona go nie ma. Mają w Atenach. Pani radzi tam zadzwonić. To znaczy zadzwonić do Aten. Przez chwilę wyobrażam sobie, że dzwonię do Warszawy, aby zapytać o połączenia z Konina do Kutna. Pani zapisuje mi numer telefonu na karteczce. Nikomu jakoś nie przychodzi do głowy, że to ona mogłaby zadzwonić.
Ostatecznie decydujemy się spróbować jechać przez Patras. Czyli, aby dotrzeć Arty, leżącej na północ od Nafpaktos, na początek jedziemy na południe. Najpierw mostem (lokalny cud techniki) Andirio – Rio. A jeśli z Patras będzie autobus, to chwilę później będziemy jechać mostem Rio – Andirio, czyli tym samym, ale w drugą stronę. Typowa grecka trasa. Autobus do Janiny jest. Zatrzymuje się w Arcie. Na dworcu w Patras dwie osoby pracują w kasach biletowych, a kolejne dwie siedzą przy telefonach i prowadzą jakieś rozmowy. Mają więcej pracy niż ci w kasach. Czyli faktycznie się dzwoni. Ktoś komuś gdzieś mówi: proszę zadzwonić na dworzec w Patras. I ten ktoś dzwoni. Jeszcze żaden racjonalizator nie wpadł na to, aby umieścić te rozkłady w internecie i tych wszystkich telefonistów pozwalniać. Tak jak nikt nie wpadł na to, że kierowca może sprzedawać bilety i dlatego w każdym greckim autobusie jest bileter na etacie. Słusznie. We dwóch jadą. Pogadać można. Nie jak w Szwagropolu. Czasami najwyraźniej brakuje tych bileterów i wtedy autobus zajeżdża na parking, gdzie czeka się na autobus z przeciwnego kierunku, a kiedy ten autobus nadjeżdża, to wysiada z niego bileter i się do nas przesiada. Zgrabnie zsynchronizowanie. Czasem jakieś pół godzinki czekania w środku niczego. Kawę się pije. Z lodem, z plastikowych kubeczków, z plastikową słomką. Czeka się. Czekanie: podstawowe doświadczenie każdego pobytu w Grecji. Zjawisko gdzie indziej pracowicie eliminowane, tutaj może nawet jakoś celebrowane.
Docieramy wreszcie do Arty. Wysiada się przy szosie pod miastem. To jest częsty motyw w Grecji, że dworzec jest na jakichś ponurych peryferiach – tak jest w dużych miastach jak Saloniki czy Ateny, ale również i w małych, nieraz właściwie za miastem, co miewa swój urok, bo wtedy się do takiego miasteczka wkracza piechotą i widzi się tabliczkę z jego nazwą, co zresztą bywa główną – bo jedyną – atrakcją. Z dworca na peryferiach idziemy w upale pod górkę, potem schodzimy ostro (czyli niepotrzebnie szliśmy pod górkę), robimy wielkie koło, niby bez sensu, ale może i z sensem, bo dość dokładnie zwiedzamy Artę dzisiejszą. Później będziemy już zwiedzać tylko tę niedzisiejszą. Bo ta niedzisiejsza jest o wiele ciekawsza. Arta przypomina nieco Rawennę. Mało atrakcyjne miasto współczesne (w porównaniu z wieloma innymi w tym regionie), ale właściwie na każdym rogu jakiś niesamowity zabytek. Na stosunkowo niewielkiej przestrzeni. Przez chwilę była tu jedna ze stolic tego świata. A potem już jej nie było. I właściwie żadna z kolejnych epok nie odcisnęła na Arcie (tak jak na Rawennie) wyraźnego piętna. Właśnie dlatego to tę epokę wyraźnie tu widać, to do niej można próbować się przenieść.

Arta była stolicą Despotatu Epiru niemal przez cały czas jego istnienia. Czyli dość długo. Albo niedługo – zależy, jak patrzeć. Ważnym miastem (i przez chwilę stolicą) Despotatu Epiru była też nieodległa Janina, ale ona pozostała ważnym miastem za Osmanów, była później stolicą Alego Paszy, tam się zwiedza zupełnie inne rzeczy, nie żaden Despotat. Arta później nigdy nie miała już szczególnego znaczenia. Tak jak nie miała go wcześniej – starożytna Ambrakia najwyżej mignie niekiedy w jakimś nawiasie czy przypisie, a do dziś został po niej tylko nieciekawy mur. Niemal wszystkie najważniejsze atrakcje dzisiejszej Arty pochodzą więc właśnie z tego okresu, o którym po powrocie do domu będę musiał oczywiście doczytać, bo na razie kojarzę tylko tyle, że Despotat Epiru był jednym z państewek, które wykwitły po pierwszym upadku Konstantynopola (czyli po czwartej krucjacie, czyli po 1204). Skończyło się ono wraz z ostatecznym podbojem osmańskim, może padło jak Saloniki trochę przed, a może jak Mistra trochę po drugim upadku Konstantynopola (1453). Potem doczytam w domu, że obie hipotezy są prawdziwe. Janina i Arta padają przed Konstantynopolem, ale ostatnie placówki Despotatu Epiru padają po Konstantynopolu. Doczytam też, że w dwóch i pół stuleciach historii Despotatu Epiru jest dwadzieścia lat przerwy, kiedy to państewko epirskie zostaje podbite przez odrodzone Bizancjum. Potem doczytam też, że niewiele brakowało, aby to właśnie Despotat Epiru odzyskał Konstantynopol. Zdecydowała jedna bitwa. Bizantyjczycy walczyli w niej z Bizantyjczykami o to, kto przegna Łacinników z Konstantynopola i przywróci Cesarstwo Bizantyjskie. Wygrali Bizantyjczycy. Ale ci z Nicei. Nie ci z Arty. Nie ci „nasi”.
Zaczynamy od zamku. Problem z zamkami jest taki, że wszystkie wyglądają tak samo. Zamek to jest budowla, która nie ma żadnego innego oblicza poza utylitarnym. Trochę tak, jakby ktoś za pięćset lat zwiedzał nasze lotniska. Widziałeś jedno – widziałeś wszystkie. Zamek jest z końca XIII wieku, czyli zbudował go któryś despota. Przez niemal sto lat despoci Epiru musieli mieszkać w jakiejś mniej oszałamiającej siedzibie. A kiedy już go ukończono, to w zasadzie niebawem zaczął się kończyć i sam Despotat. Na zamku mamy do wyboru: albo błąkać się po dziedzińcu w pełnym słońcu, albo obejrzeć wystawę w piwnicznych komnatach. Wybieramy piwniczny chłodek. Sama wystawa poświęcona jest skarbom sztuki bizantyjskiej odkrywanym w okolicznych kościołach. Wynotowujemy sobie z niej kilka miejsc w samej Arcie. Niedaleko. Dotrzemy do wszystkich. Na sam zamek też jeszcze wrócimy. Wstęp wolny. A atrakcje Arty wyczerpią się do wieczora.
Najpiękniejszy jest chyba kościółek Agios Vasilios. Maleńki, wciśnięty między współczesne domy, oczywiście zamknięty. Zdobieniami po bokach i samą lokalizacją przypomina nieco salonickiego Pantalejmona. Za kolejnymi rogami – kolejne kościoły. Raczej poukrywane niż wyeksponowane. Zapomni się je niestety, bo w głowie zostanie raczej tylko Parigoritissa – największa, choć wcale nie najładniejsza. Zostawiamy ją sobie na koniec. Najpierw wspomniany starożytny murek. Przez jakiś czas swoją siedzibę miał tu niejaki Pyrrus (ten, który przegrywał, wygrywając). Został po nim krawężnik w cieniu późniejszych murów bizantyjskich. Po drodze jeszcze miniaturowy starożytny teatr – faktycznie maleńki, z trudem dałoby się tu pomieścić przedszkolne jasełka. Z nielicznych zachowanych kamyczków trudno oszacować czy to jest budowla grecka czy już rzymska, sprzed Pyrrusa, czy po Pyrrusie. Obok stoją jakieś ławeczki, musi to być miejsce spotkań artiańskiej młodzieży, jeśli jest tu w ogóle jakaś młodzież. Jest jeszcze most. To jest zdaje się uważane za główną tutejszą atrakcję, bo wszyscy, z którymi rozmawiamy, pytają nas czy widzieliśmy most. Miasto jest wybitnie mało turystyczne. Nikogo tu nie ma. W tawernie, w której jemy (briam roku), nikt nie mówi ani słowa po angielsku. Wołają faceta z pobliskiego sklepu obuwniczego. Ten mówi po angielsku. Poleca briam. Pyta, czy widzieliśmy już most.

Most jest pod miastem, ale nie z tej strony, co dworzec, więc nie będzie się go dało zaliczyć, gdy będziemy jutro wyjeżdżać. Bo chyba już jutro, co? To jest miasto wybitnie jednodniowe. Sam most wymyka się rozumieniu. Nie potrafię go zlokalizować w żadnej epoce. Wygląda na osmański. Najpewniej zaś jest to most wieloetapowy, łatany, palimpsestowy. Pewnie to jest most wielokrotnie rekonstruowany i może dlatego tak nierówny, tak pokraczny, tak bardzo amatorski. Pocieszeni głównie tym, że będziemy mogli już odpowiadać twierdząco na pytanie o to, czy widzieliśmy most, wracamy do centrum. Czas na Parigoritissę. Właściwie główny zabytek Arty. Główny zabytek Despotatu Epiru. Budowla przedziwna. Niepodobna do niczego. Na pewno nie do kościoła. Już bardziej przypomina kamienicę. Klockowaty. W wieczornym słońcu jakoś urzekający. Wchodzimy do środka. W dużej mierze zrujnowany. Wyrwane kondygnacje. Tam wyżej coś musiało być. Z samego sufitu spogląda na nas zupełnie dobrze zachowany Pantokrator. Lustruje swoje ruiny, panuje nad swymi włościami. Pantokrator – jak sama nazwa wskazuje – musi panować nad wszystkim, wszystko ogarniać wzrokiem. Ogarnia. Tyle tylko, że w Arcie to „wszystko” jest dość skromnego rozmiaru. A zarazem rozmiaru całkowicie wystarczającego. Miasto w ludzkiej skali. Pantokrator w ludzkiej skali. Tyle Arty. Stajemy przed kościołem. Tam jest plac, tam most, tam na zamek. To może na zamek raz jeszcze. I wzdłuż muru. Tyle Arty. Co myślisz? – pytamy się nawzajem.
Co ja myślę? Myślę, że tu jeszcze wrócę. Chociaż nie bardzo wiem po co. Myślę o Despotacie Epiru, który z punktu widzenia podręczników historii jest czymś efemerycznym, ale przecież żyjący w nim ludzie nie znali innego życia, innego państwa, innej epoki. Nawet jeśli liczyć tylko ten pierwszy Despotat – jakieś sto trzydzieści lat – to przecież istnieli ludzie, których całe życie w tym Despotacie upłynęło. Ich własne, ich rodziców i ich dzieci. Jak dodać oba Despotaty – jakieś dwieście pięćdziesiąt lat – to właściwie przekraczamy już miarę zasięgu ludzkiej pamięci. Dwustupięćdziesięcioletnie państewko wielu ludziom musiało wydawać się wieczne i odwieczne. Myślę o skali ludzkiego życia, z którą tak bardzo rozmijają się nieraz książki historyczne. Bardzo lubię fragmenty, w których skala człowieka i skala dziejów tak wyraźnie się rozchodzą. „Nastąpiło kilka dekad chaosu”. „Ład przywrócono po osiemdziesięciu latach”. „Działania wojenne trwały przez całe stulecie i dobrą część następnego”. „Efemeryczne państewko utrzymało się przez dwa i pół stulecia”. Myślę sobie, że te kilka dekad chaosu to jest nieraz całe życie ludzkie. Myślę, że Arta to jest miejsce, które przywraca odpowiednią perspektywę. Wrócę tu. Pójdę znów na ten most. Zlezę na dół. Z dołu jeszcze sobie na tę łataninę spojrzę.
MACIEJ MIŁKOWSKI
Od dłuższego czasu wiedział, że jego rak jest nieuleczalny. „Ale to nie ważne” – pisał w liście. Wciąż mnie pocieszał. „Można z tym żyć, tylko nie wiadomo jak długo. Nie przejmuję się tym specjalnie, ale nie bardzo mogę planować podróż do ciebie…”. „U mnie po staremu, no, może trochę gorzej… ale to nic”.
Był pierwszy rok istnienia Pogranicza. Telefon. „Nazywam się Martin Pollack. Jestem korespondentem «Spiegla». Chciałbym przyjechać do Sejn, napisać o was…”.
Rozmawialiśmy często o Dzienniku Mihaila Sebastiana. „Jak to możliwe, że intelektualiści pokroju Eliadego dali się uwieść faszyzmowi?”. Wtedy jeszcze nie wiedział o uwiedzionych w kręgu własnej rodziny i o tym, że pytanie „jak to możliwe?” nie opuści go do końca życia, że przy okazji szukania na nie odpowiedzi napisze kilka książek, w tym może najlepszą z nich, czyli Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu.

„Spotkajmy się w Café Sperl”. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych Wiedeń stał się dla mnie przystankiem w częstych podróżach do byłej Jugosławii. Trwała wojna. Martin część swojego mieszkania oddał uchodźcom z Bośni. Przy stoliku w kawiarni miał swoje biuro. Kelnerka przynosiła mu nie tylko świeżą prasę ze świata, ale także prywatną korespondencję. Stolik był marmurowy, więc ze stukiem pojawiały się na nim Melange, szklanka wody i Apfelstrudel. Po tym, jak skończyłem opowieść o podróży z Tadeuszem Mazowieckim do Tuzli i Mostaru, Martin otworzył na moment historyczny nawias: „Przy którymś z tych stolików zasiadał marszałek Hötzendorf, szef sztabu generalnego, który jako pierwszy po zamachu w Sarajewie w 1914 roku rwał się do wojny z Serbią. A wcześniej mieli tu swój stolik twórcy wiedeńskiej secesji. W tej kawiarni wojskowi i artyści nie przeszkadzali sobie”. Martin miał w sobie coś z tradycyjnej elegancji Sperla. Wystrzegał się jednak jak ognia austriackiej krotochwilności, groźnej, bo objawiającej się – niczym choroba dwubiegunowa – wiecznymi nawrotami. „Jeśli uległeś urokowi tego miejsca – powiedział mi kiedyś na odchodne – nie zapominaj, że jeden z jego właścicieli nazywał się Kratochwil”.
Odwiedziłem go w Bocksdorfie, domu otulonym winoroślą i starym ogrodem, w sercu Burgenlandu, przy granicy z Węgrami. Przez całą noc opowiadał mi historię ojca nazisty, którą właśnie odkrywał. „Wyjątkowo fanatyczny, brutalny, gotowy na wszystko” – wynotowywał z akt policji ścigającej zbrodniarzy wojennych. „Dobrze, że wpadłeś. Trudno to znieść samemu…”. Dochodził mnie głos człowieka wyjątkowo dobrodusznego.
Nie tak dawno przesłał mi apel: „Pragniemy Europy wolności i pokoju. W zamian do głosu dochodzi nacjonalizm. Rozprzestrzenia się nietolerancja. Głośniejsza staje się nienawiść, przemoc wkracza w codzienność. Podsycany jest strach przed innym, obcym i przekuwany w polityczny kapitał. Rozbrzmiewa wołanie za silną ręką. Korupcja podkopuje podstawy społeczeństw. Następuje erozja państwa prawa. Osiągnięcia socjalne i ciężko wywalczone prawa są zagrożone. Wolność i pokój nie są już oczywistością. Nadchodzi czas, by wysłać sygnał!”. „Sam wiesz czy podpisać czy nie” – dodawał. Podpisując wtedy, myślałem o Europie. Dzisiaj myślę o Martinie. Był jak ten apel – w sercu prosty jak lot strzały.
Pańska tożsamość, panie Pollack? Wolność.
Za kim pan się opowiada? Za solidarnością.
Jak pan żyje? W prawdzie.
Martinie…
17 stycznia 2025 roku
KRZYSZTOF CZYŻEWSKI
Wtorek, 10 grudnia
Szukając materiałów do broszury z sylwetkami Polaków, związanych z Belgią w XIX i na początku XX wieku, sięgnąłem po wspomnienia Tadeusza Gustawa Jackowskiego, który w latach 1929-37 był polskim posłem w Brukseli. Pisze on o śniadaniu u Misi z Godebskich Sert w Paryżu, która: „mówiąc o książkach Marcela Prousta wspomniała, że posiada jeszcze kilkadziesiąt listów tego pisarza, których nie zdążyła otworzyć”. Po czym „zbliżyła się spontanicznie do podręcznego sekretarzyka, otworzyła jedną z szuflad mówiąc: – Voici les lettres de Proust, que je n’ai pas encore eu le temps de décacheter”. Jackowski pomyślał sobie, że „takie lekceważenie myśli Prousta, którego za życia lubiła i szanowała, którego książki były już bestselerami, a rękopisy sprzedawano niemal na wagę złota, takie lekceważenie znakomitego autora można by zaliczyć do szczytowych paradoksów pani Misi Sert” [1]. Ja jednak myślę, że to nie było wcale lekceważenie. Misia Godebska bała się otworzyć te listy, żeby w nich nie wyczytać słów adoracji dla jej osoby, damy w ekstrawaganckim nakryciu głowy z sarmackim czaplim piórem, która była dla Prousta ucieleśnieniem wspaniałości wielkich polskich pań. Chciała i nie chciała tego podziwu, kobiecą intuicją czując, że nie chodzi o jej osobę, tylko o pewien symbol.
Czwartek, 12 grudnia
Wczoraj we Frankfurcie nad Menem na konferencji prasowej podano informację o znalezieniu na cmentarzysku rzymskiego osiedla Nida, które rozciągało się na terenie obecnych dwóch dzielnic miasta, niewielkiej (3.5 cm) srebrnej rurki ze zwiniętą srebrną blaszką, na której znajduje się napis rzymską kursywą. Napis odczytano nie uszkadzając przedmiotu – dzięki specjalnej technologii cyfrowego rozwijania rolek w trójwymiarowej tomografii komputerowej, która pozwala wirtualnie „wyprostować” rolkę i rzucić tekst na płaską powierzchnię. Przedmiot ów, który znajdował się pod policzkiem szkieletu mężczyzny w wieku ok. 45 lat, przypomina żydowskie tefilim. Tekst wszakże jest niewątpliwie chrześcijański, zawiera wezwanie do Jezusa Chrystusa, trisagion („święty, święty, święty”, czyli wyznanie wiary w Trójcę Świętą), oraz fragment listu św. Pawła do Filipian. Znalezisko pochodzi z połowy III wieku i jest najstarszym jak dotąd tekstem chrześcijańskim, znalezionym na ziemiach na północ od Renu.

Archäologisches Museum Frankfurt / Uwe Dettmar
Zaiste, kiedy kilka lat temu, interpretując wiersz Franciszka Karpińskiego Na obraz tryumfu Śmierci, dopatrywałem się ukrytego w nim magicznego zaklęcia „święty, święty, święty” (patrz: okładka Magicznego Oświecenia) nie podejrzewałem, że dożyję chwili, kiedy wypłynie znacznie starsze materialne potwierdzenie takich magicznych inkantacji w ceremoniach, związanych z przechodzeniem z życia do śmierci.
Piątek, 13 grudnia
W „Dwutygodniku” Joanna Roszak, poetka i filolożka, podsuwa sposób docierania do młodzieży z poezją najwyższego lotu: „Znam klasę, w której w sytuacji beznadziei i guli w gardle, ale też w sytuacji, w której należało zabrać głos, ktoś zacytował wiersz Rainera Marii Rilkego. Skąd go znali? Nie podsunął go im nauczyciel niemieckiego, nie podsunęła polonistka ani mama. Podsunął go serial Euforia. Wcześniej i dla innych kręgów kimś interesującym stał się Rilke, gdy podczas pobytu w Japonii Lady Gaga w hołdzie dla poety wytatuowała sobie na lewym ramieniu, od łokcia do pachy, fragment jego Listów do młodego poety w oryginale”.
Rzeczywiście, piosenkarka Lady Gaga w roku 2009 w Osace kazała sobie wytatuować na lewym ramieniu szwabachą fragment Listów do młodego poety, ze skierowaną do młodszego kolegi radą, by zbadać najpierw podstawę chęci pisania, sprawdzić, czy zapuściła już ona korzenie w głębi jego serca, przyznać samemu sobie, czy byłby gotów umrzeć, gdyby mu zabroniono pisać, słowem: „Czy muszę pisać?” („Prüfen Sie, ob er in der tiefsten Stelle Ihres / Herzens seine Wurzeln ausstreckt, gestehen / Sie sich ein, ob Sie sterben müßten, wenn es Ihnen / versagt würde zu schreiben. Muss ich schreiben? ”).
Nie znam serialu Euforia, dlatego posłużę się, na odpowiedzialność autorki, cytatem z najnowszej książki Roszak: „Pochodzący z drugiej księgi dwudziesty dziewiąty Sonet do Orfeusza przeczyta Lexie w scenie, w której pociesza Rue podczas stypy po pogrzebie jej ojca. Rue przyjmuje leki przeciwbólowe odziedziczone po zmarłym, a przyjaciółka wspiera ją wierszem, szuka zaklęcia uśmierzającego cierpienie. Tekst poetycki traktuje ona – która większość życia przeżyła w wyobraźni – jako specyfik na zbłąkane zmysły dziewczyny” [2].
*
A tymczasem, jak na zamówienie, w The Late Night Show, programie mojego ulubionego prezentera amerykańskiego Stephena Colberta, albańsko-brytyjska piosenkarka Dua Lipa rekomenduje jako książkę miesiąca powieść Olgi Tokarczuk pod tytułem, będącym cytatem z Blake’a. Mówi, że to coś w rodzaju kryminału, przyprawionego filozofią i astrologią. I że autorka dostała literackiego Nobla. Skądinąd mam sygnały, że właśnie ta powieść jest najczęściej kojarzona z nazwiskiem Olgi Tokarczuk przez czytających współczesną literaturę obcą Amerykanów.
Czwartek, 19 grudnia
Nim polecieliśmy do Etiopii, Etiopia przyleciała do nas: Klara i Dziewczynki po nocnym locie z Addis Abeby przez Wiedeń wylądowały rano w Warszawie, wnosząc do domu w Opypach miły gwar. Wczoraj wieczorem Maria wybierała trudne akordy z rozstrojonego pianina, dziwiąc się niesłychane wysokim tonacjom śpiewu, ja ją uspokajałem, że to świadczy o dawności tych melodii [3], po czym od czasu do czasu suflowałem z cicha partie basowe, starając się zanadto nie fałszować, a dzisiaj z Laurą, Dalią i Lucią ubieram choinkę.
*
Zdarza się czasem (mnie dość często), że szukając czegoś, znajdujemy coś innego, czego dawno temu nie udało się nam odnaleźć, ale nie straciliśmy rzeczy z pola widzenia i nagle jest. Tak było, kiedy szykowałem do druku Magiczne Oświecenie i do fragmentu o amputacjach nijak nie mogłem znaleźć wyczytanej gdzieś informacji o tym, że w papierach ostatniego króla Polski zachowała się nie tylko korespondencja z chirurgiem-okulistą na temat operacji katarakty, ale też jakiś specymen, zachowana część, usunięta z gałki ocznej. Szukałem, pytałem znajomych osiemnastowieczników, nic z tego. Aż tu dzisiaj, pisząc artykuł do „polskiego” numeru „Bulletin de l’Association culturelle pour le voyage en Suisse”, znalazłem. Stanisław Tomkowicz w rozprawce Trembecki i wynalazek balonu, opartej na materiałach archiwalnych ze zbiorów krakowskich, pisze o osobliwych pasjach naukowych króla: „Raz każe sobie wypisać co najciekawszego «do widzenia w Sali physycznej u OO. Domnikanów», to znowu kiedy indziej bierze opis operacji, dokonanej na siedemnastoletniej ciemnej Agnieszce Jurkiewicz w r. 1795 przez nadwornego chirurga Leopolda de la Fontaine, opis tak dokładny, że prócz rysunków dodano doń w starannie zalepionym papierku samo z oka wyjęte ciało pod etykietą: La catharacte ou la [!] crystalin. Dowody i nawet same corpora delicti znajdujemy w naszej tece przechowane do dziś dnia” [4].
*
Marek Kożusznik, kiedyś warszawski hippis, potem nowojorski grafik i mistrz „czarnej sztuki”, upomina się, żebym w końcu przeczytał dwa pierwsze rozdziały powieści Jaś, pozostałe w spuściźnie po innym hippisie, krakowsko-warszawsko-nowojorskim, Jacku Gulli (1948-2021). Przeczytałem i jestem za tym, żeby wydać. Przekornie obliguje mnie do tego choćby spojrzenie spod powieki, gdy na początku czytam: „Ach, oślepnąć lepiej, niż się męczyć w jarzmie tego, co oczy widzą. O, nigdy już nie unieść powieki. Jaki sens dźwigać je? Czy tylko po to, by własnego nieszczęścia, jak skazaniec, musiał człowiek być bezsilnym świadkiem?! Czy po to oczy dane mi są, bym, przeklinając światło, do ślepoty się miał modlić?! Och, dary światła, dary widzenia, obym was nigdy nie spróbował!”.
Problematyka ta wiąże się z przedstawionym pod koniec pierwszego rozdziału opisem ukradkowych wizyt młodocianego bohatera w krakowskim przedszkolu, prowadzonym ongiś przez zakonnice, a potem im odebranym, w którym jednak pozostał wystrój („Wszędzie jednak oko napotykało majestatyczne, zatopione w werniksie obrazy, połyskiwało zrudziałe złoto ram, gęste wota i rzeźbione w framugach drzwi zbawienne sentencje”). A w jadalni zwisał ze ściany „nadludzkich rozmiarów Ukrzyżowany”: „Wskutek półmroku pewnie ciało zwisające z krzyża wydawało mu się ciałem jeszcze żywym, jeszcze ciepłym, jakby znieruchomiało ledwie chwilę przedtem. Wrażenie to potęgowały jeszcze oczy Chrystusa, już jakby uciekające pod powieki, a jeszcze utkwione w każdym, kto stawał w progu tej jadalni”. Pod tą statuą, pod tym wzrokiem chłopiec napotykał dzbanek ciepłego mleka i chleb na talerzu, okryty białą serwetą. Wychodząc „nie potrafił powstrzymać się, by raz jeszcze spojrzeć w twarz Chrystusa, jakby obawiał się, że w międzyczasie, gdy on zażerał się, drewniane powieki konającego opadły. Nie opadły. Z dna boleści gasnące źrenice niezmiennie patrzały wskroś niego. Tak właśnie – na wskroś! Jakby on, Cezary, powietrzem samym był… Później, ilekroć nadarzała się okazja, zachodził tutaj i zawsze czekało na niego gorące mleko, chleb, ten sam błagalny, nie widzący go wzrok”.
Pierwowzorem bohatera powieści, w maszynopisie obdarzonego znaczącym imieniem Cezary, skorygowanym potem na (równie znaczące): Eugeniusz, był krakowski performer i pisarz (powieść Kurtyzana i pisklęta), Krzysztof Niemczyk – barwna postać, a dla Jacka Gulli idol, obiekt fascynacji, kochanek, czasem zły duch (pamiętam sztukę teatralną, którą Jacek czytał mi w latach siedemdziesiątych z rękopisu, na gorąco zmieniając w tekście pierwotne imię Krzysztof na Mefistof…).
Pierwsze wrażenie z lektury: artysta-cygan, pokroju młodego Przybyszewskiego, w realiach PRL-u. Ale dwa rozdziały to za mało, żeby ocenić powieść. Czekając na kolejne, zacytuję jeszcze jeden mały fragment, bardzo charakterystyczny dla optyki powieści Jaś: „Zatrzymywał się przed każdą wystawą, ze sprzętem elektrycznym, z książkami i jedzeniem. Wpatrywał się w kremówki z poziomką, w rurki z kremem posypane cukrem, w oblicze Pierwszego Sekretarza PZPR, w ręczny świder… Przed wystawą z nakryciami głowy, gdzie na gipsowych głowach bez twarzy, ustawionych na zielonej trybunie, eksponowały się kapelusze, berety i kaszkiety najrozmaitsze, poczuwszy pot, zimnymi strużkami ściekający spod pach, z gorzkim uśmiechem Cezary wyobraził sobie, że jest ogonem jakimś, niedobitkiem pochodu, pochodu olbrzymów, którego radosne wspomnienie przechowywała jedynie pamięć tych niemych, gipsowych postumentów”.
Manekiny na wystawie krakowskiego kapelusznika, obserwujące ulicznych przechodniów i porównujące ich do zapamiętanego z zamierzchłych czasów pochodu gigantów? Jest w tym sugestywnie zapętlonym obrazie oryginalność i siła.
Wtorek, Wigilia
W dniu wigilijnym dzielę się życzeniem, wyrażonym przez Małgorzatę Łukasiewicz w zimowym numerze „Więzi”: żeby powstał słownik, który nie będzie dawał ścisłych, naukowych definicji desygnatów poszczególnych słów, tylko „opisze samo słowo. Jaka jest jego barwa, jaki ma ciężar, jakie budzi w nas skojarzenia”. Rzeczywiście, przydałby się taki słownik tłumaczom i pisarzom. Myślałem o czymś podobnym, kiedy parę lat temu zaczynałem w kwartalniku literackim „Wyspa” publikować Słownik opypski. Ale to projekt dużo skromniejszy, ograniczony do słów, odnoszących się do roślin i zwierząt. A tu trzeba by się zająć tysiącami innych słów, obwąchać, dotknąć, porównać użycia, wziąć na język, rozgrzać i rozwibrować. Obawiam się, że taki słownik pozostanie w sferze pobożnych życzeń.
Czwartek, 26 grudnia
W „NZZ” recenzja prawie tysiącstronicowej książki, w której medioznawczyni Michaela Krützen niespiesznie przygląda się „zabijaniu czasu” w literaturze i filmie. Na tytułowego bohatera filmu Big Lebowski patrzy oczyma Marksa, na seryjnego mordercę z American Psycho przez filozofię Pierre’a Bourdieu, a na bohatera powieści i filmu Wielki Gatsby wyciąga Wprowadzenie do metafizyki Heideggera [5]. Sam temat umiejętnego dysponowania czasem bez trawienia go na bezsensowne prace i konwencjonalne kontakty międzyludzkie niewątpliwie ważny i wart tysiąca stron. Dziwi tylko trochę ulokowanie początku zjawiska w latach dwudziestych. Nie wymagam, albo nie oczekuję, sięgania do starożytności czy średniowiecznych praktyk monastycznych, ale prosiłoby się zacząć choćby od Thoreau, albo od Obłomowa (i obłomowszczyzny), dalej przejść do Prousta i bohatera jego cyklu, że nie wspomnę o Białoszewskim. Ale może to wszystko jest uwzględnione przez Michaelę Krützen, a tylko zostało pominięte przez recenzentkę szwajcarskiego dziennika? Jak znaleźć czas, żeby to wszystko sprawdzić, porównać, przetrawić? I jeszcze mieć kiedy uprawiać błogą obłomowszczyznę, dolce far niente?
Środa, 1 stycznia 2025
Dziś o godzinie 6.54 rano, w Nowy Rok, nadeszły, zapłacone w sylwestrowy wieczór, elektroniczne wizy etiopskie. Zaraz też kupiliśmy bilety i wszystko wskazuje na to, że luty spędzimy w Addis Abebie.
Godzina 6.54 nie jest taka dziwna, jeśli wziąć pod uwagę strefy czasowe – zimą w Etiopii jest dwie godziny później niż w Polsce. Sprawdzam zatem, jakie są tam święta. Okazuje się, że Nowy Rok (Enkutatasz) obchodzony jest w tym kraju oraz w Erytrei nie 1 stycznia, tylko 11 września (na pamiątkę powrotu Królowej Saby z Jerozolimy). Boże Narodzenie (Genna) przypada 7 stycznia; szczególnie barwne jest święto Timket (upamiętnienie chrztu Chrystusa), przypadające w tym roku 19 stycznia. W dniu, kiedy mamy wracać, 2 marca, obchodzone będzie święto zwycięstwa nad Włochami pod Aduą (w roku 1896). 1 maja świętowany jest międzynarodowy dzień pracy, a 5 maja Dzień Zwycięstwa (na pamiątkę powrotu Hajle Selasjego do Addis Abeby w roku 1941 i kresu okupacji włoskiej). Trzecie majowe święto w Etiopii to 28 maja, rocznica obalenia junty wojskowej (Dergu) w roku 1991. Ze świąt prawosławnych jest jeszcze Wielki Piątek i Wielkanoc (w tym roku 18 i 20 kwietnia) oraz Święto Krzyża, na pamiątkę znalezienia przez cesarzową Helenę w IV wieku Krzyża Prawdziwego, w tym roku 27 września. Ponadto muzułmanie obchodzą swoje święta religijne. Trzeba też pamiętać, że Etiopczycy zaczynają liczenie obecnej ery (Era Wcielenia) od 9 roku po narodzeniu Chrystusa, co sprawia, że ich kalendarz różni się od naszego o 8 lat.
Piątek, 3 stycznia
Podczytuję Ursprung und Gegenwart szwajcarskiego filozofa (urodzonego w niemieckiej rodzinie w Poznaniu), Jeana Gebsera. Bardzo ciekawy rozdział o czterech mutacjach świadomości, a w nim fragment o strukturze magicznej. Gebser analizuje tu na przykład prehistoryczne malowidła naskalne, opisane przez Frobeniusa w pracy Das unbekannte Afrika (1905). Polowanie pigmejów na antylopę rozpoczynało się od narysowaniu sylwetki tego zwierzęcia na piasku, przed wschodem słońca; kiedy pierwszy promień słońca padał na rysunek, wbijano w całkowitym milczeniu strzałę w szyję antylopy. Potem ruszano na polowanie i wracano z niego z antylopą, przebitą strzałą dokładnie w tym samym miejscu. Wieczorem – znów w kompletnym milczeniu – wyjmowano strzałę z piasku i zacierano rysunek, żeby zdjąć z polujących odium zabójstwa.
Zdaniem Gebsera sytuacja ta ujawnia pięć cech charakterystycznych człowieka magicznego. Pierwsza to brak indywidualności, widoczny w tym, że odpowiedzialność za popełnione przez grupę morderstwo na części przyrody wiąże się z zewnętrzną mocą słońca. To nie strzała pigmejów zabiła antylopę, tylko promień słońca, którego ta strzała jest symbolem. Podporządkowanie grupowej tożsamości słońcu (dzięki swej jasności uważanemu za symbol świadomości) pokazuje, do jakiego stopnia świadomość tych ludzi podporządkowana jest czemuś zewnętrznemu. W ten sposób dochodzimy do drugiej cechy charakterystycznej, którą jest punktowa jedność, widoczna w wymienności elementu realne sprawczego z nierealnie sprawczym, czyli w zwierciadlanym powiązaniu promienia słonecznego i strzały.
Jean Gebser potrafi pokazywać te trudne do wyjaśnienia sprawy w sposób racjonalnie sprawdzalny i naoczny, przejmujący zwłaszcza, kiedy dodaje aspekt akustyczny, i czytelnik zaczyna słyszeć w intensywnym rytmie pradawnego bębna wzmocnione bicie serca i pulsu zbiorowego Ja, zmuszające do ucichnięcia zwykłe odgłosy nocnej puszczy. Nawet bez autentycznych próbek nagraniowych udaje mu się samymi słowami wyczarować istotę tego magicznego świata.
Sobota, 4 stycznia
Śniło mi się, że prowadziłem publiczną (międzynarodową?) prezentację archiwaliów, pozostałych po Adamie Zagajewskim i jeszcze jednym, zaprzyjaźnionym z nim poecie (zagranicznym). Zbiory okazały się zaskakująco bogate i pozwalające, nawet po pobieżnym tylko ich uporządkowaniu, na barwne, wielowątkowe widowisko, w którym rękopisy, wydruki i edycje stanowiły tylko margines, a jednak w centrum była cały czas poezja.
*
Trudno mi nie odnotować w Spod powieki poetyckiej miniatury Krzysztofa Czyżewskiego w dzisiejszym newsletterze „Księgi Przyjaciół”, zwłaszcza, że prosto w oczy wzięło się z uważnego patrzenia na dzieło sztuki, co autor tak wyjaśnia w nocie wstępnej: „Kilka lat temu w Palazzo Fava pokazywano po raz pierwszy ponownie w całości poliptyk Cossy. To wtedy na obrazie «Świętej Łucji» dostrzegłem i sfotografowałem niewielki detal – spojrzenie istniejące jako osobny byt. Zapadło we mnie głęboko, przez lata domagając się poetyckiego wyrazu, aż po medytację zapisaną u kresu mijającego roku”.

Francesco del Cossa, „Święta Łucja” (fragment). Fot. Krzysztof Czyżewski
Historycy sztuki, rzecz jasna, napisali wiele stron na temat tych dwojga oczu, ich znaczenia i symboliki. Czyżewski proponuje własny, indywidualny odbiór, biorący w nawias dotychczasowe ustalenia, a prowadzący od Spojrzenia tych oczu do własnego wnętrza – czyni przed nim rachunek sumienia, oddaje się mu bez reszty. Nieubłaganemu.
Niedziela, 5 stycznia
Jeszcze o oczach, rozdziałek Na oczy opuchłe i ciekące łzami z rzadkiego (właściwie unikatowego) renesansowego poradnika: „Gdy oczy koniowi opuchłe, a cieką łzami, nalepiej zaciąć mu żyły nad obiema oczyma, a dać krwi dobrze wynidź, po tym dać mu jeść korzeń rzepikowy, a omywać go wodą studzianą, z łaski Bożej będzie zdrów” [6].
Nieco podobny, choć bez odwołania się do Bożej łaski, raczej do magii, jest przepis na leczenie krzczycy: „Gdy koniowi krzczyca to jest trąd koński, weźmi babkę czerwoną warz ją w wodzie, a tę dawaj koniowi pić po trzy dni a nic innego, po tym gdy go będziesz napawać zakryj mu oczy, aby wody nie widział. Item zawiązawszy żabę żywą w chustę, na szyi mu uwięź, a gdy zdechnie żaba będzie koń zdrów” [7]. Zabieg uwiązywania przez brodatego masztalerza na szyi konia chusty z żywą żabą przedstawiono na jednym z ilustrujących tę książeczkę drzeworytów. Koń ma minę sceptyczną.

Źródło: Małopolska Biblioteka Cyfrowa.
Ciekawa jest historia odkrycia tego unikatu: warszawski antykwariusz Cezary Wilanowski wypatrzył ów polski druczek w oprawie jednego z tomów Statutów Zygmunta I (sporządzonej w roku 1538), wydobył go, kazał oprawić w safian i odstąpił w roku 1885 Emerykowi Hutten-Czapskiemu w zamian za trzy tomy jego katalogu medalów i monet polskich.
*
Pod wieczór spacer z Karolem, który był w Opypach przez tydzień (dziś wieczorem wraca do Szwajcarii). Idziemy nad staw, pokryty lodem, rozświetlonym promieniami kładącego się do snu słońca. Im silniej światło odbija się w powierzchni, tym zarazem mocniej świetlisty palec zdaje się wnikać w głąb, między wystające kępki traw i innej roślinności. Jest w tym zanurzeniu spokój i ukojenie.

Jan Zieliński, „Światłem w głąb”. Opypy 2025
Trzech Króli
W Wilnie odbyła się konferencja prasowa, na której poinformowano o zawartości odkrytej w wileńskiej katedrze skrytki. Znaleziono w niej koronę grobową Aleksandra Jagiellończyka (zmarł 19 sierpnia 1506), koronę grobową, łańcuch, medalion, pierścień i tabliczkę natrumienną pierwszej żony Zygmunta Augusta Elżbiety Habsburżanki (pochowana 24 sierpnia 1545), a także koronę grobową, berło, jabłko królewskie, trzy pierścienie, łańcuch i dwie tabliczki natrumienne drugiej małżonki tego monarchy, Barbary Radziwiłłówny (pochowana 24 czerwca 1551). Trudno o lepszą koincydencję z dzisiejszym świętem.
Szczątki tych trojga, króla i dwóch królowych, były tematem szeroko omawianym w prasie w roku 1931, kiedy to podczas powodzi w Wilnie wydobyto zagrożone szczątki królewskie z krypty pod katedrą – kierował tymi pracami człowiek nam współczesny, podówczas już wojewódzki konserwator zabytków, Stanisław Lorentz. Obok korony Aleksandra Jagiellończyka wydobyto wówczas także dwa jego pierścienie, włożone, jak się przypuszcza, do trumny przez wdowę Helenę, córkę wielkiego księcia moskiewskiego. Ta z kolei, jako prawosławna, zostanie pochowana też w Wilnie, ale w cerkwi Przeczystej Bogurodzicy.
Wtorek, 7 stycznia
Umarł prof. Jacek Wojciechowski, wieloletni dyrektor Biblioteki Wojewódzkiej w Krakowie. „Rynek Książki” przypomina z tej okazji artykuł o Wojciechowskim, napisany przez Jana Pieszczachowicza: „W bibliotece na Rajskiej, kiedy jej dyrektorował, na strychu gnieździły się nietoperze. Niektóre pracownice dokarmiały je potajemnie, urywając trochę czasu z obowiązków służbowych. Dokarmiał je również… dyrektor, przekonany, że nikt o tym nie wie. Dzięki tej wzajemnej pozorowanej niewiedzy nietoperze miały się dobrze, a opiekunowie służyli chrześcijańskiemu miłosierdziu” [8]. Podoba mi się taka „wzajemna pozorowana niewiedza”. Przypomina mi to, jak z Berna posłałem kiedyś do centrali notatkę na temat artykułu o ochronie nietoperzy w wielkich miastach z delikatną sugestią, że przydałoby się przenieść niektóre rozwiązania na teren polski i po pewnym czasie ambasada otrzymała polecenie przygotowania raportu o ochronie nietoperzy w miastach w oparciu o doświadczenia szwajcarskie.
Środa, 8 stycznia
Dua Lupa drąży temat powieści Prowadź swój pług przez kości umarłych i w rozmowie z autorką dopytuje, dlaczego Blake. Jako autor tekstu o Młodopolskiej recepcji Blake’a zastrzygłem uchem: „Ponieważ Blake był ważnym poetą dla mojego pokolenia czytelników, to znaczy nie dla każdego mieszkańca Polski, trudno przecież wyobrazić sobie Polskę jako kraj czytelników Blake’a, ale my, jako młodzi ludzie, czytaliśmy go w komunistycznej Polsce jako poetę antysystemowego, wywrotowego, to było rewolucyjne, nie tylko z powodu jego rangi, ale i dlatego, że wnosił on w naszą smutną i szarą rzeczywistość tajemnicę, mistyczną metaforę. Powiem szczerze, że nie był szeroko czytany, był raczej artystą niszowym, ale był tak dziwny, że frapował ludzi, podważających zastaną rzeczywistość, więc była to poniekąd sprawa polityczna. W latach dziewięćdziesiątych w mojej okolicy, tam, gdzie mieszkam, w najbliższym sąsiedztwie mieszkało trzech tłumaczy Blake’a. Zabawne, prawda? Wszystko to byli kontestatorzy, trochę hippisi. Tak więc to było moje pierwsze zetknięcie się z Blakiem i wkrótce się w nim pogrążyłam, w jego dziele, i polubiłam, nadal go lubię”.
Całość tutaj
Czwartek, 9 stycznia
Po wczorajszej – nieudanej – próbie oglądania polskiego serialu Wzgórze psów na podstawie powieści Jakuba Żulczyka dziś zaczęliśmy z przyjemnością i zaciekawieniem japoński serial Asura – dziejącą się w roku 1979 historię dorosłych czterech sióstr, które podejrzewają, że ich starzejący się ojciec od kilku lat ma kochankę, a może nawet został ojcem jej syna. Słowo ‘asura’ oznacza w buddyzmie boginki o trzech głowach i trzech twarzach. Życie codzienne przeplata się tu ze scenami tradycyjnego japońskiego teatru, cały czas mamy do czynienia z grą pozorów, maskowaniem prawdziwych uczuć, mimikrą. A wszystko to dzieje się w ciasnych, niesamowicie upchanych rzeczami i bardzo akustycznych wnętrzach, gdzie trudno o dyskrecję i intymność.
Piątek, 10 stycznia
W „NZZ” Ilma Rakusa pisze o powieści laureata Kościelskich, Mikołaja Łozińskiego, Stramer, która ukazała się w niemieckim przekładzie Renate Schmidgall (Suhrkamp Verlag). Rakusa dostrzega w tej „powieści rodzinnej” przede wszystkim „delikatność” i „mądrość”. Co mi przypomina filiżankę z rozmowy z Łozińskim, jak ukazała się rok temu w „Tygodniku Powszechnym”, kiedy wyszła po polsku kontynuacja Stramera – Stramerowie: „Pamiętam wywiad z Michaelem Haneke, wybitnym austriackim reżyserem, który powiedział, że jak przychodzi do niego student i mówi, że chce nakręcić film o Holokauście, to mu tłumaczy: «Nie dotykaj tego, bo nie masz o tym pojęcia. Lepiej zrób film o filiżance swojej babci. Będzie ciekawszy». Więc ja zajmuję się moją filiżanką”. Mądrze i delikatnie. A nawet z humorem.
Sobota, 11 stycznia
Śniło mi się, że S., młoda polonistka po doktoracie, szukająca pracy, znalazła ją w słynnym parku, typu wersalskiego – jako nimfa leśna. Leżała we wdzięcznych pozach na konarach drzew w powiewnych jednobarwnych szatach z jedwabnego tiulu.
*
Kolejny seans prywatnego dyskusyjnego klubu filmowego w Milanówku: nowa wersja przedwojennego Mocnego człowieka wedle powieści Przybyszewskiego – z muzyką Maleńczuka i zespołu Püdelsi. Film z roku 1929, jeśli pominąć naiwności fabuły i przesadną mimikę, uderza znakomitym oddaniem atmosfery wielkomiejskiej Warszawy, z licznymi napisami reklamowymi, grą świateł, przebitkami i szerokimi planami. Spod powieki odnotować wypada liczne sceny pojedynków oczu. Dobra obsada, także w rolach drugo- i trzecioplanowych – pozostaje w pamięci zwłaszcza boy hotelowy, grany przez młodego Tadeusza Fijewskiego. Dodana muzyka Maleńczuka świetnie wpisuje się w narkotyczny klimat prozy Przybyszewskiego.
Niedziela, 12 stycznia
Wczorajszy seans to okazja do lektury powieści Przybyszewskiego. Maria zaczęła ją czytać przed seansem i od razu wychwyciła świetny cytat (słowa genialnego pisarza Górskiego do dziennikarza Bieleckiego): „Ciekaw jestem, jakbyś w jakiejś powieści opisał stół albo krzesło, rozumiesz, taki stół, na którym ktoś przed chwilą bezsenną noc przepędził, ot, np. taki Mickiewicz, który na nim pisał swoje improwizacje, albo takie krzesło, na którym siedział mężczyzna, a potem na tym krześle usiadła dziewczynka, która tego pana kochała, i uczuła się zapłodnioną… Barbey d’Aurevilly piękną rzecz o tym napisał…” [9].
To aluzja do sceny z opowiadania Najpiękniejsza miłość Don Juana, do której belgijski artysta secesyjny (którego grafiki Przybyszewski wysoko cenił i kolekcjonował) Félicien Rops stworzył sugestywną ilustrację, zapowiadającą nieco ekspresjonistyczną poetykę filmu Mocny człowiek.

Félicien Rops, „Le plus bel amour de Don Juan”. Po 1886. MKN III-ryc.-34958, domena publiczna
Ja dziś dopiero zabrałem się za ponowną (po prawie pół wieku od konferencji IBLowskiej o Przybyszewskim, w listopadzie 1977 roku, na której miałem referat o jego wpływie na rosyjską powieść modernistyczną) lekturę Mocnego człowieka.
Spośród ogranych przez adaptację filmową pojedynków oczu tutaj, z powieści, wyjmuję tylko: „Oczy jej były jakby mgłą przysłonięte, ciężkie powieki zakrywały je do połowy, na małej, smagłej twarzy widać było znużenie. Czuła widocznie, że na nią patrzy. Powoli, leniwie podniosły się delikatne wieka jej oczu, a spod ciemnych rzęs wypełzło długie, badawcze spojrzenie w stronę Bieleckiego” [10]. Dziennikarz czuje „jej oczy na swej twarzy, jak gdyby dotyk czułych macek…” [11].
Do tematu młodopolskiej (powieść ukazała się po raz pierwszy w „Sfinksie” w roku 1911) recepcji autora Vade-mecum warto odnotować to zdanie Bieleckiego o Górskim: „Mózg jego był niezmiernie ciekawy, choć więcej jeszcze laurowy i ciemny, niż Norwida” [12].
Z kolei przedostatni rozdział powieści, w filmie zastąpiony znacznie skróconym i spłyconym wątkiem krajowym, to napisana w duchu popularnych na przełomie wieków powieści Henri de Régniera historia krótkiego pobytu dwojga bohaterów w Wenecji, wygrywająca motyw gondoli jako trumny (po latach odezwie się on w przejmującym wierszu Wata – Przypomnienie Wenecji).
Już te kilka wypisów pokazuje, że powieść – warta też uwagi jako wczesne przeczucie faszyzmu – jest znacznie bogatsza, bardziej gęsta od adaptacji filmowej. A przecież znajomość czy pamięć powieściowego tekstu nie była wcale niezbędna do percepcji filmu. Na odwrót, czytając dziś Mocnego człowieka miałem w uszach słyszany wczoraj podkład muzyczny Maleńczuka i Püdelsów…
No dobrze, napiszę to, choć nie jestem pewien, czy sobie ex post nie wmawiam. Przeciągłe tempo tej muzyki przywodzi mi na myśl słynną kiedyś melodię Tekli Bądarzewskiej, której choćby sam tytuł powinien był Maleńczuka zainteresować: Modlitwa dziewicy. Wątek ten pojawia się dwukrotnie w powieści Mocny człowiek. Najpierw w rozmowie Bieleckiego z demoniczną Adą Karską, która mówi do niego: „Jeżeli umiesz grać na fortepianie, to zagraj sobie „Souvenir de ma chaumière” i „Prière d’une vierge” niezrównanej, nie dość jeszcze przez naszą twardą, cyniczną duszę docenionej Bandarzewskej, a wtedy zrozumiesz, dlaczego Łusia płakała na pogrzebie Górskiego…”, na co Bielecki odpowiada: „Duszyczka młodej dziewczyny żądna niezwykłych wrażeń, niesłychanych przygód, chętna do przewrotów, rewolucji, rozszarpywania kajdan; […] ale niezadługo przychodzi reakcja – ciężki katzenjammer, i wtedy na wszystkich rejestrach jej duszy rozbrzmiewa «Modlitwa Dziewicy»” [13]. Bielecki wraca do tego wątku w rozdziale weneckim: „A! to wspaniałe! – zachichotał szyderczo – duszyczka mi się rozmazgajać poczyna. Bądarzewska poczyna w niej wygrywać «modlitwę dziewicy» i «wspomnienie mojej chatki» – ha, ha, kapitalne, niezrównane, tego jeszcze było potrzeba!” [14]. Oba te utwory Tekli Bądarzewskiej pojawiają się też w norweskich wspomnieniach Przybyszewskiego jako przykład dziwnego kontrastu. Pisze on najpierw o sobie („człowiek o niesłychanie przeczulonych, przedelikaconych nerwach”, który „miał się stać potwornym satanistą!”), by tak kontynuować: „gdyby kuzynka naszego wspaniałego króla Batorego – piekielna sadystka, Elżbieta Batory, która coś około 120 swoich służebnic zamordowała w najohydniejszy sposób – miała trochę talentu muzycznego, byłaby stworzyła jakąś przedziwną «Modlitwę dziewicy», pisałaby Le souvenr de ma chaumière i wpędziłaby nieśmiertelną Bądarzewską w kozi róg” [15].
Modlitwę dziewicy grali kiedyś (1981) Marek i Wacek. Maciej Maleńczuk kilka razy śpiewał utwory Norwida. Czemu nie miałby nucić parafrazy Bądarzewskej?
JAN ZIELIŃSKI
[1] Tadeusz Gustaw Jackowski, W walce o polskość. Kraków, Wydawnictwo Literackie, 1972, s. 400.
[2] Joanna Roszak, Poezja w odcinkach. Wiersze w czasach Netflixa. Kołobrzeg, Biuro Literackie, 2024, s. 99.
[3] Kolędy. Ilustrował Jan Marcin Szancer. W łatwym układzie na fortepian. Opr. Piotr Robert Thor. Warszawa, Wydawnictwa „Alfa”, 1988.
[4] Stanisław Tomkowicz, Z wieku Stanisława Augusta, Kraków 1882, t. 1, s. 66.
[5] Por.: Michaela Krützen, Zeitverschwendung. Gammeln, Warten, Driften in Film und Literatur. Frankfurt am Main, S.-Fischer-Verlag, 2024.
[6] Sprawa a lekarstwa końskie, przez Conrada Królewskiego kowala doświadczone: nowo z pilnością przełożone, a najpirwej o poznaniu dobrego konia. W Krakowie Florian Unglerius prasował. 1532.
[7] Tamże.
[8] „Rocznik Biblioteki Kraków” 2019, s. 376.
[9] Stanisław Przybyszewski, Mocny człowiek. Powieść. Warszawa, „Lektor”, 1923 s. 9.
[10] Tamże, s. 95.
[11] Tamże, s. 96.
[12] Tamże, s. 123-4.
[13] Tamże, s. 124-5.
[14] Tamże, s. 265.
[15] Tenże, Moi współcześni. Wśród obcych. Warszawa, „Biblioteka Polska”, 1926, s. 220.
Uderzał bezpośredniością — w życiu, pisaniu, malowaniu, mówieniu, a zarazem miał w sobie wiele postaci i każdą był w pełni. Malarz, pisarz, krytyk sztuki i literatury, działacz, publicysta, żołnierz, kwestarz, przyjaciel, był przede wszystkim żywym człowiekiem. Gruntownie dobrym, promiennym, reagującym natychmiast — na krzywdę, na dowcip, na momenty zachwycenia i momenty przerażenia.
Rzucał się w rozmowę, w dyskusję, żył chwilą, a jednocześnie tkwił w strumieniu czasu. Pamięć była ważnym motorem jego działania, jego sposobem rozpoznawania się w świecie. Wplątany w korzenie życia doczesnego, tkwił też mocno, myślami, uczuciem, w życiu duchowym. Inny wymiar był mu potrzebny, wierzył w jego istnienie. Ktokolwiek się z Józefem Czapskim zetknął, z jego osobą czy z jego dziełem, nie wątpił o obecności w nim tej potrzeby, tego wymiaru. Stanowił żywy dowód istnienia „innego świata”. A przecież o konfesyjnym i instytucjonalnym kształcie swojej religijności mówił mało, on, który rozmowy, rozmowy istotne, tak cenił. Także w życiu wewnętrznym był raczej rysownikiem niż filozofem. Kreślił szkice interesujących go światów, nie budował ideologii, systemów. Nie przez dedukcję odkrywał ludzi i siebie, nie dawał się szantażować spekulacjom, to stanowiło jego siłę; był jednak żywą, krytyczną, analityczną myślą zafascynowany, to też stanowiło jego siłę. Chciał chwytać mgnienia rzeczywistości, był malarzem, walczył o otwarcie malarstwu i malarzom, także rozumianym jako sposób postrzegania świata, szerszych horyzontów. „We Francji nie istniał nigdy przesąd, popularny w Polsce, że malarz ma prawo być głupi” — napisał kiedyś z wyzywającą ironią. On nie był głupi. Uderzał mądrością konkretną i ludzką, która nie podlega okrutnej i celnej Gombrowiczowskiej formule: „im mądrzej, tym głupiej”, bo jego mądrość nie była mądrością spekulacji i instytucji, kapłanów i filozofów. To była jego mądrość, Józefa Czapskiego, przez niego zdobywana i rozwijana.
Posługując się nakrochmalonym językiem słów uczonych, obcych mu, można by powiedzieć, że był zwolennikiem idiografii, ustalania, opisu i wyjaśniania jednostkowych faktów, nie zaś nomologii, wykrywania naukowych praw rządzących sferą ducha i ciała. Chciał odnaleźć prawdę przeżycia, utrwalić sens doznanego szoku. Szukał wyjaśnienia faktów. Wtedy, gdy starał się oddać sobie właściwymi środkami wrażenie, jakie zrobiła na nim gra światła i czerwonych plam widoczna przez chwilę na dojrzanej w kawiarni czyjejś twarzy. Wtedy także, gdy szukał kilku zaginionych towarzyszy broni. I wtedy, gdy szukał kilkunastu tysięcy towarzyszy niewoli. I wtedy, gdy z ledwo napotkanym rozpoczynał rozmowę i chciał się dowiedzieć, co tamten uważa i czuje. I wtedy, gdy otwierał szary kajet i notował tok myśli, szkicując siebie.
Posługując się słownictwem trochę mu bliższym, lecz ciągle jeszcze odległym od jego bezpośredniości, powiedzieć by można: był poszukiwaczem epifanii, łowcą chwil, gdy rzeczywistość odsłania się oku, sercu, ciału, rozumowi — dostatecznie skupionemu, aby te znaki odkryć. Nie wierzył jednak w objawianie się w pustce. Nasze dochodzenie do rzeczywistości dzieje się tu, na tej ziemi, w chwili dzisiejszej, dzięki pracy przeszłej, z otwarciem ku jutru. Nie wydaje mi się więc krewnym Joyce’a (choć kto wie, jego powinowactwa z wyboru były tak szerokie — znajduje się wśród nich Beckett, jeszcze bardziej radykalny w oczyszczeniu). Potrafił być jednocześnie zafascynowany Tołstojem, w późniejszych latach bardziej Tołstojem artystą niż moralistą, choć moralistą także, i Dostojewskim, Aloszą i Iwanem, tym, który wierzył i poszukiwał świętości, i tym, który spalał się w buncie, i Kiriłowem, i Szatowem, na Piotra Wierchowieńskiego patrzył z przerażeniem, tylko Stawrogin był mu nieskończenie odległy. Czy fascynował go też Gogol? Jeżeli tak, to wyszedł raczej spod Płaszcza niż z Nosa (skąd — wedle zdania złośliwych krytyków — wychynął Nabokov). Vladimir Nabokov był mu obcy, on przyjaźnił się z tej rodziny z Siergiejem i Nikołajem, ale i w tej dziedzinie nie bywał dogmatyczny i kilka wierszy Vladimira, kilka jego opisów, a zwłaszcza jego miłość do kultury rosyjskiej, do Puszkina, do słowa i poezji były Czapskiemu bliskie, choć odmiennych sobie wybierali przyjaciół, z którymi zamierzali prowadzić rozmowy pod drzewami na Elizejskich Polach (niebieskich, nie paryskich). Już je prowadzą, prowadzili je obaj jeszcze tutaj, były dla obu ważne, stanowiły ich sposób istnienia w czasie, w kulturze. Myślę jednak, że ze sobą mało rozmawiają.

Różnorodność duchowych powinowactw Czapskiego oddaje jego bogactwo, czy też raczej je współtworzy. Te parantele były dla niego ważne, życiodajne. Buntował się, chciał samodzielnie budować swój świat wewnętrzny, ale nie zamierzał zaczynać od zera. Nie uważał, że stwarza nową literaturę, nowe malarstwo. To także stanowiło jego siłę. Towarzyszył radykalizmowi krytycznej świadomości współczesnej tylko do pewnego punktu. Malarstwo nie było dla niego skończone ani powieść, ani poezja. Dawna sztuka nie była dla niego martwa. Interesował się skrajnie sceptycznym spojrzeniem Paula Valéry’ego, nihilizmem Ciorana, przeżył kiedyś Nietzschego, kryzys ekspresji przedstawiony w Liście lorda Chandosa Hofmannsthala odbierał jako przesłanie osobiste, list do siebie i o sobie, ale nie totalna krytyka i milczenie były jego punktem dojścia. Współczesne trucizny połykał bez szkody. Dlaczego? Bo łączyły go namiętne związki z przeszłością, z życiem.
Był postacią historyczną, co tylko utrudnia rozpoznanie sytuacji, bo był jednocześnie kimś innym. Kim był? Józefem Czapskim, Józiem dla nie tylko rodziny i przyjaciół, tych już były setki, ale dla tych, na których padł promień jego obecności. Kim będzie (jest)? Władzą spojrzenia. Umiejętnością nazywania ludzi, rzeczy, problemów. Odkrywania ich kształtu, ich wzajemnych związków. Miał ten dar: słowami i farbami kreślić portret osoby, krajobrazu, rzeczy martwych i bez ruchu — i rzeczy w ruchu, żywych, grup ludzi trwających w czasie i w przestrzeni.
Dzieła Czapskiego, jego obrazy, rysunki, eseje, książki pozwalają mi patrzeć — na nie, na niego, na mnie i na innych. Budzą we mnie nie tylko zachwyt, że oto widzę nowy i trafny obraz czy rysunek, czytam żywą opowieść o ludziach, rzeczach i problemach, lecz uczą patrzeć i mówić, także tych, którzy sami nie zamierzają malować ani pisać. Ożywiają przed nami świat, ożywiają nas, ożywiają Czapskiego. To nie jest frazes. Wiem o tym. Nie maluję i nie rysuję, ale płótna Czapskiego nauczyły mnie nie tylko rozpoznawać je wśród dzieł innych twórców, lecz również rozpoznawać potencjalne obrazy Czapskiego na stacjach metra, w pejzażu, w teatrze, w kawiarni. Jego książki dosłownie uczyły mnie mówić i myśleć o malarstwie. Kreślone przez niego słowami portrety ludzi i stanów duchowych uczyły mnie, choć nie nauczyły, szkicowania sylwetek ludzi czy zjawisk.
Czym jest, gdzie jest, widok zająca sprzed lat, gest ręki, która go wtedy wskazywała, pytał (przed laty) Miłosz w niezapomnianym wierszu. Gdzie jest ból, gdzie jest radość, olśnienie, gdy zjawiają się, zarazem chwilowe i trwające w czasie? Ale — posuwając się dalej — czym jest, gdzie jest dar wywoływania tych stanów? Artyści są indywiduami, indywidualistami, lecz uczą nas patrzeć i mówić. Zapala się czyjeś spojrzenie, gdy patrzy na obraz, gorszy lub lepszy, namalowany wczoraj bądź przed wiekami. Budzi się czyjś głos, pragnienie głosu, gdy słyszy czyjś głos żywy.
Wiem, odsyłam pytanie na wyższe piętro, poszukuję praw i wyjaśnień, choć tak się od tego odżegnuję, gdy zastanawiam się nad Józefem Czapskim, nad jego istnieniem, uderzająco intensywnym. Jeden ze szczególnie bliskich mu wierszy — potrzebował poezji, choć jej nie tworzył; przez nią poznawał świat, świat poetów i swój świat — mówiący o tym, że nasze życie splata się z innymi żywotami, zamykają słowa jakby dla niego napisane: „A mój udział jest czymś więcej niż tego życia wątły płomień albo wąska lira”. Ale to lira, niekiedy wąska, niekiedy ciężka, czy paleta, czy pióro — pomagają nam zrozumieć, że nasz udział jest czymś więcej; to płomień, czasem wątły, czasem wybuchający wieloma językami, lecz zawsze przecież mający swój kres, to wewnętrzny płomień stanowi o większym udziale. Ten płomień oświetla, powoduje, że widzimy, potrafimy rozróżnić i nazywać rzeczy, że rzucamy cień, że żyjemy. Niektórym dana bywa władza, aby ten płomień utrwalić — słowami, barwami, następstwem dźwięków. Potrafią przekazać chwilę, gdy widzą jasno w zachwyceniu.
Wąska lira, ciężka lira, widzieć jasno w zachwyceniu — cytaty, nawiązania, kontynuacje, domena francuska, domena niemiecka, domena rosyjska, gwoździe diamentowe cytatów, za to się chwytam, żeby jakoś określić, czym jest dla mnie jego odejście, jego obecność.
*
Spotkałem go jesienią 1965 roku. Paryż, nieistniejąca już winiarnia La Reine Pédauque (Pod Królową Gęsią Nóżką), ulica La Pepinière przy dworcu Saint-Lazare i przy biurze Kongresu Wolności Kultury. Poszedłem tam z Zygmuntem Hertzem. Usiedliśmy niedaleko wejścia. Po pewnym czasie Zygmunt spojrzał w głąb sali i powiedział: „O, jest Józio”. Zobaczyłem siedzącego przy dalszym stoliku mężczyznę o siwych włosach, w grubych okularach, pochylonego nad kajetem, w którym zapamiętale coś mazał, nikogo nie dostrzegając. Zygmunt podszedł do niego i poprosił do naszego stolika. Czapski zrazu był zaskoczony i jakby rozdrażniony, że oderwano go od interesującego zajęcia, ale po chwili w jego oczach zapaliła się iskierka ciekawości. Przyszedł niewiarygodnie wysoki, o dość niezgrabnych, raptownych ruchach. Wydał mi się wówczas zarazem bardzo stary (zbliżał się do siedemdziesiątki) i bardzo żwawy. Usiadł. Natychmiast zaczął rozmawiać z nieznanym sobie studentem. Najpierw mówiliśmy o książkach, potem trochę o malarstwie. Następnego dnia pod drzwiami chambre de bonne, w którym mieszkałem dzięki uczynności znajomych znajomych, zastałem od niego list. Poczta jakoś odcyfrowała adres. Najpierw wydawało mi się, że tekst jest w ogóle nieczytelny. Wymagał tylko innego spojrzenia: powoli zgadywałem poszczególne słowa. Był to dalszy ciąg naszej rozmowy. Potem było wiele listów. Z Polski w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych pisałem na adres jego francuskich przyjaciół, a on czasami dla konspiracji pisał po francusku, choć jego pismo, jedyne, rozpoznawalne było, gdyby ktoś się tym interesował, w okamgnieniu.
Ale przecież to nie wtedy go poznałem. Wiedziałem, kim jest, gdy podchodził do stolika. Znałem go, jego gusty malarskie i literackie, jego styl, nawet jego głos, wysoki, zwracający uwagę w kawiarni czy na salach muzealnych. Słuchałem go w audycjach Wolnej Europy, ale przede wszystkim czytałem jego teksty.

Znałem jego szkice i artykuły w „Kulturze”, znałem Oko. Także Na nieludzkiej ziemi, Wspomnienia starobielskie, Lettre ouverte à Jacques Maritain et François Mauriac pisany w 1944 roku w momencie upadku Powstania Warszawskiego, czytałem je w Bibliotece Narodowej w Warszawie na Rakowieckiej jeszcze jako uczeń liceum. To właśnie te tytuły — Na nieludzkiej ziemi, Wspomnienia starobielskie — wywołały zaniepokojenie bibliotekarzy, powiedziano mi, że tego rodzaju książek się nie wypożycza. Poznałem więc Czapskiego jako pisarza, ale na szczęście interesowałem się także malarstwem i poznałem go jako pisarza o sztuce. Piszę „na szczęście”, bo Czapski był wówczas dostrzegany przede wszystkim jako barwna i sympatyczna postać historyczna, świadek ważnych wydarzeń, w dalszej kolejności — jako zapalczywy, może trochę egzaltowany publicysta, w końcu wreszcie jako dziwaczny malarz. Pamiętam wypowiedzi o nim ludzi starszych: malarze twierdzili, że powinien więcej pisać, literaci, że malować. Wszyscy zgadzali się, że to czarujący człowiek. Ta postawa wobec Czapskiego do dzisiaj zasłania i dzieło, i człowieka.
Poznałem go więc najpierw jako pisarza. Kłopot z Czapskim polega właśnie na peszącej współobecności wielu osobowości w jednej, wielu talentów, wielu technik i rodzajów artystycznych. Posługiwał się nimi w jednym celu: aby uchwycić otaczającą go rzeczywistość, aby utrwalić i rozwinąć swój świat wewnętrzny. Może więc zamiast sztucznie szatkować go na malarza, pisarza, publicystę, lepiej mówić o nim jako o autorze — znakomitych — migawek rzeczywistości, rysunków świata i siebie, portretów układających się w dynamiczny autoportret. Taki był w pisaniu, taki był w malowaniu i taki był w rozmowie.
Taki jest jego dziennik, może jego autoportret najpełniejszy. Nikt dobrze nie wie, co te nagryzmolone dziesiątki tysięcy trudnych do odcyfrowania stron zawierają. Znam teksty drukowane, wspaniałe. Wielokrotnie oglądałem rękopisy. Oglądałem, bo wczytywanie się zajęłoby miesiące, lata: nerwowy zapis, czasem przechodzący z jednego języka w drugi, kontynuacja rozmowy z kimś czy lektury, zanotowany numer telefonu, szkic raptowny, doskonały (a czasem chybiony) czyjejś twarzy nagle ujrzanej, ta sama twarz w nowym ujęciu, szkic do przyszłego obrazu albo wyrwany fragment przeniesiony do następnego kajetu, który zostanie wykorzystany (albo nie) do projektowanego płótna. A obok list od kogoś i brulion odpowiedzi. Ciągły dialog.
Uwielbiał rozmowy. Lubił dyskusje, ale nie systematyczne, lecz płynną konfrontację poglądów zawsze ilustrowanych przeżyciami, szkicami z rzeczywistości, które miały potwierdzać lub podważać daną tezę. Miał olbrzymią tolerancję wobec stanowisk odmiennych, lubił sprzeciw. Nie znosił tylko zmyślania, grymasów niezgodnych z wewnętrzną prawdą. Takimi ludźmi przestawał się interesować. Takich pisarzy czy malarzy usuwał ze swojego świata.
Rozmawiać lubił w wąskim gronie, najchętniej w cztery oczy. Obecność trzeciego stanowiska i punktu odniesienia chyba mu przeszkadzała. Zapamiętałem go u francuskiego historyka, Philippe’a Arièsa — siedział w kunsztownym mieszczańskim fotelu, tak niepasującym do jego sylwetki Don Kichota, krzyżował swoje niemożliwie długie nogi, kręcił się, czuł się niewygodnie, choć pana domu cenił i lubił, i był przez niego lubiany. Ale chyba we dwójkę, w pokoju Józia czy w anonimowej kawiarni, rozmowa potoczyłaby się żwawiej.
Prawdziwe spotkania z nim łączą się z jego pracownią, oglądaniem nowych obrazów, pokazywaniem dziennika i fotografii płócien z ostatnich wystaw. Najchętniej półsiedział z butami na łóżku. Ręce trzymał założone za głową i patrzył na rozmówcę albo przed siebie, jakby z pamięci wywoływał obrazy, którymi chce się podzielić. Jego opowieści podobne były do jego tekstów. Przerzucał się z tematu na temat, kreślił szybkie, czasem złośliwe portrety ludzi, niekiedy naśladował ich głos, mówił o problemach i lekturach, o sobie. I, jak w pisaniu, ważną rolę grały odpowiednio dobrane cytaty. W jakimś momencie nie wytrzymywał i chciał jak najszybciej przeczytać fragment wiersza czy prozy ilustrujący jego wywód. Wówczas jedną ręką opierał się o łóżko, a drugą sięgał na półkę nad głową, gdzie powinna stać potrzebna książka, mocno popodkreślana flamastrem, z jego gwoździem diamentowym. Książki i albumy zlatywały na tapczan i na głowę. Przerzucał je nerwowymi ruchami. Po pewnym czasie znajdował tam lub gdzie indziej potrzebny cytat i rozmawiał dalej — najczęściej już o czymś innym, bo spadające książki wywołały nowe obrazy, nowe skojarzenia.
Podobnie czytał. Był czytelnikiem wspaniałym, impulsywnym. Świadczą o tym jego szkice i fragmenty dzienników, świadczą też książki, które przeszły przez jego ręce, te z półki nad głową i nie tylko. Czytał z piórem w ręku, podkreślał, stawiał wykrzykniki i znaki zapytania, smarował na marginesie komentarz, na końcu książki wypisywał ważniejsze strony i tematy, czasem jeszcze na okładce notował najbardziej znaczące odniesienia.
Z książkami też rozmawiał. Bywały to dyskusje ostre. Nie tylko aprobował, ale także zaznaczał swój sprzeciw, nawet u pisarzy sobie tak bliskich jak Brzozowski czy Simone Weil. Niekiedy bywał brutalniejszy. O pewnym skrajnym (chyba wyjątkowym) wypadku wiem od niego. Było to pod koniec lat sześćdziesiątych. Czytywałem wtedy z przejęciem Georges’a Bataille’a. Opowiadałem Czapskiemu o tych próbach ateologicznej mistyki, o przetworzeniu Nietzschego, podjęciu problemu transgresji. Któregoś dnia postanowił poznać Bataille’a. Kupił w Paryżu Madame Edwarda, czytał ją w pociągu do Maisons-Laffitte i z taką niechęcią zareagował na mieszaninę mistycyzmu i erotyki (plus bodajże na rysunki Bellmera, zachwycał się nimi Kot Jeleński, Czapski ich nie znosił), że gdy pociąg za Sartrouville przecinał Sekwanę, wyrzucił książkę za okno. Zaimponowała mi ta reakcja, uważałem jednak, o czym mu nie wspomniałem, że lepiej było mi książkę ofiarować; nie miałem jej, a była droga.
Potrafił być ostry w sądach o książkach czy obrazach, ale zawsze gotów był do zmiany zdania. Podobnie wobec ludzi — starał się ich dostrzegać z wielu stron. Nie był skłonny do potępień. Ta wielowarstwowość spojrzenia wywoływała sympatię — ktoś, kto chciał rozumieć, budził chęć do rozmowy, do spotkania. Połączenie ostrości spojrzenia i tolerancji nie we wszystkich jednak wzbudzało entuzjazm. W Dzienniku Lechonia można odnaleźć żywe ślady irytacji postawą Czapskiego.
Trudne złączenie wierności sobie i umiejętności uczenia się stało u źródeł uderzającej duchowej młodości Czapskiego do lat ostatnich. Wobec siebie był również pełen zwątpień. I nadziei. Stale chciał się uczyć, uczyć na własnych potknięciach. Mówią o tym zapiski w jego dzienniku. Mówią o tym jego obrazy. To przecież w płótnach późnych, bardzo późnych po przekroczeniu osiemdziesiątki, osiągnął — w niektórych martwych naturach i przede wszystkim w ostatnich krajobrazach — niezrównaną siłę wyrazu.
Po pierwszych spotkaniach do jego tekstów wracałem wielokrotnie i słyszałem w nich ten sam wysoki timbre głosu, to samo podkreślanie pewnych słów, kursywą w druku, gestem i tonacją w rozmowie, to samo widzenie, błyskawiczne i celne, to samo używanie czasu teraźniejszego, gdy opowiadał o Delacroix czy o Corocie, o Degasie czy o Danielu Halévym, czy też o sobie sprzed lat kilku bądź kilkudziesięciu — dla niego wszystkie ważne problemy były współczesne.
Jego proza, często na granicy gramatycznej poprawności, brzmiała oryginalnie i naturalnie. Potem przekonałem się, że ta naturalność była wynikiem długiej pracy. Słowa o przyśpieszonym rytmie, niektóre używane w swoistym sensie, cytaty inkrustujące opowieść, zawsze rozjaśniające, zawsze odkrywcze, nawet gdy się powtarzały, bo podporządkowywał je za każdym razem nowej tonacji. Dążył do kondensacji efektu. Z ciemności pojawia się kilka szczegółów, opisanych jego, Czapskiego stylem, znakomicie dobranych, nawzajem się wyjaśniających. Tak powstały w Oku wprowadzenia do poszczególnych części: Tło paryskie i polskie, Tło rosyjskie, Tło paryskie. Te winiety, jak i niektóre sylwetki malarzy i pisarzy, jak i szkice snów, książek, problemów, obrazów w Wyrwanych stronachnależą do najważniejszych dzieł polskiej prozy dwudziestego wieku, polskiej prozy w ogóle.
Jest w nich siła ewokacji, umiejętność łączenia ze sobą wielu rzeczy, wielu dziedzin (za Hofmannsthalem uważał, że ta umiejętność stanowi pierwszą zasadę twórczości), jest niezrównana energia słowa. Dlatego Czapski zajmuje, moim zdaniem, miejsce wyróżnione w „szkole ontologicznej” polskiej prozy — nie chodzi mi o poglądy religijne czy filozoficzne, lecz właśnie o to, ile się w swych tekstach potrafi zawrzeć rzeczywistości, w jakim stopniu jest się władnym zatrzymać w słowach obrazy życia duchowego, przymusić słowa, aby znaczyły, stały się zrozumiałe i nośne dla innych.
Dwa cytaty, dwa drogie mu diamentowe gwoździe, najcelniej chyba określają tajemnicę tego twórczego płomienia, który rozjaśniał jego życie. Pierwszy to końcowa strofa wiersza Manche freilich…Hugo von Hofmannsthala. Czapski często do tego wiersza powracał, w szkicu o Pawle Hostowcu dał jego znakomity polski ekwiwalent: „Jedni umierają, pisze poeta, tam gdzie się poruszają ciężkie wiosła statków, inni mieszkają przy sterze, znają lot ptaków i krainy gwiazd. Jedni tkwią u korzeni zawiłego, pełnego zamętu życia, inni mają swe przybytki przy sybillach — królowych. Ale na tych szczęśliwców lekkich pada cień, cień od tamtych, dławionych w zamęcie życia, i związani oni są ze sobą, ci lekcy i ci ciężcy, jak powietrze z ziemią… Zmęczenia zapomnianych ludów nie może on sprzed powiek swoich usunąć ani nie potrafi jego przerażona dusza z pamięci swej zetrzeć niemego zapadania się dalekich gwiazd. I losy wszystkich w jego los wrośnięte, wetkane, to więcej niż smukły płomień jego życia i jego wąska lira”. Ten wiersz, tę strofę — podaję ją w niedawno opublikowanym tłumaczeniu Pawła Hertza — uznać można za motto całego życia i dzieła Czapskiego, lecz myślę o tych słowach przede wszystkim, gdy zastanawiam się nad magią jego pisarstwa:
Z moim losem wiele losów się splata,
Wszystkie snuje w nieładzie istnienie,
Mam w nim większą część niż tego życia
Smukły płomień albo wąską lirę.
Drugi cytat to słowa Dürera. W monografii Pankiewicza Czapski wkłada je w usta swojego nauczyciela. W późniejszych rozważaniach o naturze pracy twórczej przytacza je jako słowa, do których miałby szczególne prawo Corot, malarz, który obudził w Czapskim przed laty, w Londynie, twórczą siłę. Ale przecież to on, Czapski, rozpoznał się w tych słowach. O nich myślę, gdy oglądam jego obrazy: „Czym jest piękno, nie wiem. Prawdziwa sztuka tkwi w naturze, kto ją może z niej wydobyć, ten ją posiada. Im bardziej dzieło twoje zgodne jest z życiem, tym jest lepsze. Nie wyobrażaj sobie, że mógłbyś stworzyć coś lepszego niż to, co Bóg stworzył. Z siebie samego nie może wykonać człowiek żadnego dobrego obrazu, ale jeżeli długo badał przedmiot i cały nim nasiąknął, to sztuka tak zasiana przyniesie owoc i wszystkie skarby tajemne serca będą wyrażone w dziele, w nowym stworzeniu”.
1993
WOJCIECH KARPIŃSKI
Fragment książki „Portret Czapskiego”
Basilowi Kerskiemu, z przyjaźnią i wdzięcznością za jego tom esejów „Europejczycy z kantonu Polska” (Kraków, Austeria, 2024)
Ilekroć wertuję dawne numery paryskiej „Kultury” w poszukiwaniu tekstu, osoby czy myśli, albo zgoła bezinteresownie, dla samej aury, która pomaga wyjść z kolein, przychodzi mi na myśl fragment eseju Stanisława Vincenza Rocznice Gandhiego. Nie mogę się oprzeć pokusie przytoczenia wspomnianego fragmentu. „W naszej epoce monologów i monologistów – powiada Vincenz – jako że zerwały się czy ukryły sieci wspólnoty, ludzie dość rzadko przemawiają jeden do drugiego. Raczej mówią obok siebie, nie starając się, nie dbając o porozumienie, nawet wtedy, gdy mówią bardzo wyraźnie aż do okrucieństwa. Nie tylko życie polityczne, nawet sztuka i literatura dają wiele przykładów zawziętego monologizmu, także monologizmu grup i grupek, bez oglądania się na porozumienie. I jakoś mimo woli rodzi się niesamowite przeczucie, że wszystkich razem czeka takie porozumienie, a raczej unifikacja, w której nikt nie będzie miał nic do gadania. Wydaje się przeto, że stosowną formą porozumienia także w pisaniu winien być dialog. Niekoniecznie zewnętrzna forma dialogu, raczej jego zasada: wysłuchanie innych, uwzględnienie nie tylko głosów, ale nawet szeptów”.
Eseista pisze o unieruchomieniu słowa, które już nie służy porozumiewaniu się w obrębie wspólnoty, gdyż stało się narzędziem dominacji. Monologista nie oczekuje odpowiedzi, monologista komunikuje swoją wolę i żąda posłuchu. Mówienie zredukowane zostało do roli pomocnika władzy politycznej, takiej władzy, która nie rozmówców potrzebuje, lecz wyznawców, gdyż dogmaty i dekrety wszystko już rozstrzygnęły i „nie ma, o czym mówić”. Więzi wspólnoty zastąpione zostały więzami ucisku, cezury, nakazu.
Kim są ci monologiści? Używam czasu teraźniejszego, bo gatunkowi monologistów nie grozi wyginięcie. Chętnie zresztą stowarzyszają się z innymi monologistami, z którymi zgadzają się co do jednego: ojczyzna i świat będą ocalone, kiedy wszyscy będą recytowali ten sam lub podobny monolog. Monologiści są i będą podporą każdego opresyjnego reżymu. Demokracja wcale monologizmu nie likwiduje, bo upodobanie do monologu zakorzenione jest w naturze ludzkiej. Niemniej codzienne praktykowanie dialogu, konieczność wsłuchiwania się w to, co inny ma nam do powiedzenia, powściągają zakusy monologistów.

W Polsce takie wartości jak dialog, poszanowanie odmienności, prawo do różnienia się nigdy się w naszych obyczajach nie zakorzeniły. Gardzili nimi nacjonaliści, rugował je z życia politycznego reżym sanacyjny. Totalitaryzm komunistyczny, w którego okowach Polska znalazła się po II wojnie światowej, niszczył je bezwzględnie. Jeżeli Polska miała zachować swoją tożsamość, nie wolno się było z tym pogodzić. Rozkwit eseju na łamach miesięcznika Jerzego Giedroycia był więc jednym z przejawów odrodzenia kultury dialogu, jakie nastąpiło w niektórych ośrodkach polskiej emigracji powojennej. Daleki jednak jestem od przekonania, że obecność eseju na łamach „Kultury” miała charakter kontrataku, a zmobilizowani przez Redaktora pisarze posługiwali się formą eseju jak skuteczną bronią w walce z przeciwnikiem… Trzeba bowiem wiedzieć, że esej dystansuje się od publicystyki, rezygnuje z doraźnej walki na argumenty, tym bardziej nie posługuje się insynuacją czy kłamstwem.
Wynalazca eseju Michel de Montaigne, który żył w epoce wojny religijnej na wielką skalę, który nie uchylał się od służby publicznej (dwukrotnie był merem Bordeaux), nigdy swojego pisarstwa nie mieszał do konfrontacji ideologicznej między katolikami i hugenotami. Choć opowiadał się po stronie władzy królewskiej i Kościoła, nigdy nie piętnował protestantów. Dzięki temu jego Essais (Próby), tak głęboko zakorzenione w realiach XVI wieku, do dziś pozostają uniwersalne. Eseje Montaigne’a na wskroś autobiograficzne nie są monologami, bo autor zapisał w nich swoje poszukiwania prawdy. Ceni ją tak wysoko, że nigdy nie przychodzi mu na myśl, że mógłby się uznać za jej właściciela. Sceptycyzm i irenizm, które ten pierwszy eseista czerpał ze źródeł antycznych i chrześcijańskich, chronią go przed fanatyzmem. Jego słynna formuła Que sais-je? – Cóż wiem? – stała się dewizą eseju. Można by ją uzupełnić: Poznanie prawdy przekracza moje możliwości, ale nie zwalnia mnie to z obowiązku jej szukania. Prawda u Montaigne’a obejmuje nie tylko wiedzę o świecie, lecz i o sobie samym. Z perspektywy eseisty monologista jest uzurpatorem i arogantem, który każde zdanie zaczyna od „Jestem pewien”, „Nie ulega wątpliwości” albo „Dogmat stanowi”. Oczywiście, lud eseistów jest równie zróżnicowany jak lud poetów czy lud powieściopisarzy, każdy adept szkoły Montaigne’a ma własny styl, własną frazeologię i składnię, ulubione barwy i krajobrazy. Nie może być inaczej. To jest im wszakże wspólne – wyrzeczenie się przemocy werbalnej, niezgoda na użycie słowa jako narzędzia zniewolenia, ponawianie prób nawiązania kontaktu z oponentem.
Czy w świetle powyższych uwag zamieszczenie tekstu Tadeusza Juliusza Krońskiego Filozofia egzystencjalna Sartre’a w antologii eseju jest uzasadnione? Za uwzględnieniem utworu Krońskiego przemawia podjęcie przez autora problematyki, która odegra bardzo ważną rolę w kulturze Zachodu w najbliższych dekadach, dla wielu wschodnich Europejczyków będzie inspiracją do oporu wobec totalitarnego kolektywizmu. W roku 1947 filozof rozpoznaje w ideach filozoficznych Kierkegaarda, Heideggera, Sartre’a (pomija Camusa) pokarm duchowy, po jaki w drugiej połowie stulecia sięgać będzie wielu Europejczyków i Amerykanów. Sam Kroński bardzo surowo sądzi egzystencjalizm: „Jeżeli zaś zgodzimy się raz pójść drogą wytyczoną przez egzystencjalistów – powiada autor – zabrniemy niewątpliwie na bezdroża rozpaczy indywidualnej i społecznej. Jeżeli egzystencja poprzedza esencję, to nie ma wartości obiektywnych, nie ma cywilizacji jako dobra bezwzględnego. Dla człowieka «skazanego na wolność» każda cywilizacja, każda struktura społeczna, każdy ustrój polityczny jest równie dobry czy równie zły. Rozpacz jego jest metafizyczna i nieuleczalna. Egzystencjalizm stanowi najgwałtowniejszą akcję przeciwko optymistycznej filozofii XVIII wieku, ale zwraca się w ogóle przeciw wszelkiej filozofii racjonalistycznej, zawsze dbałej o aspekt budujący swej doktryny. Egzystencjalizm przekreśla cywilizację, nie chce postępu, ogłasza désintéressement wobec zła politycznego. Jest nihilizmem w pełnym znaczeniu tego słowa”.
Ale czy Montaigne – mógłby replikować Kroński – nie poparłby takiego wyroku? Przecież stawia sprawę jasno: Zadaniem filozofii jest uczyć nas żyć. Filozofować to konfrontować naszą myśl z tym, co najważniejsze: z własnym byciem, ze śmiercią, przyjaźnią, miłością, wychowaniem człowieka, samotnością, doświadczeniem. Filozofia – powiada Montaigne – uczy nas rozumieć siebie i afirmować własną egzystencję. Niewątpliwie ogromny dystans dzieli Montaigne’a od egzystencjalizmu. Ale Montaigne nigdy by się nie odwołał do poetyki mowy prokuratorskiej. Te dwa elementy kondycji ludzkiej: gest rozumienia i nadzieja „utrwaliły się” w formule gatunkowej eseju i określają jego aksjologię (co przecież nie jest wyjątkowe w literaturze i sztuce). Tymczasem w tekście Krońskiego słyszymy ton, który odmawia egzystencjalizmowi jakiejkolwiek racji bytu, piętnując go jako nihilizm. Vincenz nazwałby ten ton tonem monologisty.
W roku 1947 Kroński najlepsze lata miał już za sobą. Mieszkał wówczas w Paryżu, ale już w 1949 wrócił do Polski, by wziąć udział w stalinizacji życia intelektualnego. W eseju o Sartrze słychać już zapowiedź inkwizytorskich wystąpień filozofa w Warszawie.
Stempowski, Miłosz, Wittlin, Jeleński, Czapski, Ulatowski jako egzulowie są uwikłani w konflikt epoki. Nie godzą się ze zniewoleniem swojej ojczyzny, z moskiewskim planem podboju cywilizacji, do której należą i którą kochają, a przecież odrzucają rolę szczwaczy i propagandystów, jaką wielu twórców przyjęło w krajach opanowanych przez komunizm. Po pierwsze dlatego, że wierzą, że wolność ekspresji artystycznej jest prawem, z którego pisarzowi nie wolno zrezygnować. Może przestać pisać, ale nie może czernić papieru pod dyktando działaczy politycznych i ideologów. Po drugie dlatego, że – podobnie jak Montaigne – uważają, że tematem dzieła literackiego może być tylko życie, a nie jego abstrakcyjne substytuty.
„Co do mnie – pisał Czapski – dopiero powrót do malarstwa i do pisania dał mi znowu poczucie rzeczywistości dnia powszedniego. Z tego, co namalowałem przed wojną, nie zostało prawie nic. Trzy domy w Warszawie, w których była przeważna ilość moich płócien, zostały spalone, zginęły również stosy notatek i dzienników, zacząłem wszystko – mając pięćdziesiąt lat – od początku” (Tło paryskie). Esej jest na ogół owocem dojrzałości życiowej. Montaigne zaczyna pisać krótko przed czterdziestką, ale pracował nad esejami do końca życia, skreślając, zmieniając, dopisując, glosując. Najlepsze eseje napisał po pięćdziesiątce. Dotyczy to i polskich eseistów. Zniewolony umysł napisał Miłosz po czterdziestce, ale dopiero Rodzinną Europę, wydaną w roku 1959 możemy zaliczyć do arcydzieł eseistyki europejskiej. Nic nie ujmując utworom przedwojennym Stempowskiego takim jak Pan Jowialski i jego spadkobiercy czy Nowe marzenia samotnego wędrowca, trzeba powiedzieć, że w najtrudniejszym życiowo przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych nawiedza pisarza wena wyjątkowej hojności. Powstają wówczas takie arcydzieła ja Essay dla Kassandry, La Terre Bernoise, Dzieci Warszawy w początkach XX stulecia, Księgozbiór przemytników, dzienniki podróży. Do roku 1945 Stanisław Vincenz po formę eseju prawie nie sięga, jego bogata twórczość eseistyczna rozwija się dopiero w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Oczywiście, tacy pisarze jak Czapski czy Wittlin, rówieśnicy z rocznika 1896, nie zaniedbywali eseju przed II wojną światową, ale najlepsze ich utwory powstały w dekadach powojennych. Młodsi od nich Wacław Zbyszewski i Jan Ulatowski (o lat siedem i jedenaście), publikujący już w latach trzydziestych, w latach pięćdziesiątych w „Kulturze” drukują swoje najlepsze teksty. Ryzykowne byłoby uogólnienie, że eseistyka rozkwita po katastrofie, a najowocniej uprawiają ją ludzie zmaltretowani przeżyciami wojennymi, zrujnowani materialnie, pozbawienia nadziei na powrót do domu i do bliskich. Niemniej autorzy zamieszczonych w niniejszej antologii utworów w roku 1945 czy 1947, kiedy ukazał się w Rzymie pierwszy numer „Kultury”, byli egzulami wyzutymi z niezbędnych do życia przedmiotów i marzeń, o dniu jutrzejszym mogli myśleć jedynie z lękiem. Pismo, którego mieli stać się autorami, powstało za pożyczone pieniądze, dzięki zapałowi i bezinteresownej pracy kilku osób borykających się nie tylko na początku, ale przez wiele kolejnych lat z elementarnymi problemami bytowymi.
W domenie twórczości zachwycające rośliny potrafią wyrosnąć w najtrudniejszych warunkach klimatycznych, nawet na kamienistej glebie i bez pomocy nadopiekuńczego ogrodnika. Sztucznie stworzone warunki cieplarniane nigdy nie są korzystne dla ludzi. Pracę twórczą można ułatwić tylko w jeden sposób – nie piętrząc trudności w postaci nadzoru ideologicznego, cenzury i innych szykan administracyjnych. Myślę, że niejeden twórca XX-wieczny zgodziłby się z takim apelem: Daj mi żyć, a z całą resztą poradzę sobie sam. Rzecz w tym, że pierwsze zdanie tego apelu nie było respektowane przez tych, którzy w państwach totalitarnych mieli władzę. Losy Federico Garcii Lorki, Osipa Mandelsztama, Janusza Korczaka, Antonio Gramsciego, Carla von Ossietzky’ego, Izaaka Babla, Brunona Schulza, pisarzy zamordowanych, zamęczonych w gettach, w więzieniach i w obozach śmierci, o tym świadczą.
Jeżeli więc mówimy o lafickiej szkole eseju (metafora Andrzeja Peciaka), to rzecz jasna nie mamy na myśli żadnego katechizmu ani sztandaru, bo w „Kulturze” katechizmów nie drukowano, a nad domem w Maisons-Laffitte żaden sztandar nie powiewał. Choć czasami w chwilach irytacji Redaktor zapowiadał wywieszenie czarnej flagi anarchizmu. Laficką szkołę eseju rozumiemy jako zbiór tekstów (o wiele liczniejszy niż wybór zaprezentowany w dwóch tomach niniejszej antologii) napisanych dla „Kultury” w przekonaniu, że mogą one zainteresować jej czytelników. W ogromnej większości byli oni prenumeratorami, a więc poczuwali się do ściślejszej więzi z pismem, a nie tylko doraźnej. Szkołę tę zainicjował Józef Czapski esejem o Bonnardzie i o kondycji artysty XX-wiecznego. „Jest niedobrze – pisał malarz – kiedy sztuka osacza się w zbyt ciasnym kole, kiedy całe dziedziny życia odrzuca ze wzgardą jako do niej nie należące”. I dalej przytaczał reakcję Prousta na zasłyszaną o kimś opinię, że pisze równie dobrze jak Voltaire. „Nie – replikował – żeby pisać dobrze jak Voltaire, trzeba by zacząć od tego, żeby pisać inaczej”. Jakby odpowiadając przyjacielowi, w czwartym numerze „Kultury” Jerzy Stempowski formułował: „Zwłaszcza w literaturze współczesnej uderza świadomość magicznej siły słowa, poruszającej związki niewidzialne dla myślących w poprawnych terminach lub krzątających się z niewzruszonym optymizmem dokoła spraw materialnych. Wystarczy wspomnieć poetyckie formuły zniszczenia i zagłady, jakie ostrzegały nas od dwu pokoleń, zanim pokryta gruzami Europa stanęła na niejasnym rozdrożu (O współczesnej formacji humanistycznej).
Tak jak poezja nie znosi rutyny i sztanc, za których sprawą jeden wiersz upodabnia się do drugiego i przestaje cokolwiek znaczyć, tak esej żyje kontestacją, paradoksem, wypróbowywaniem. Poeta uwalnia wyobraźnię z krępujących ją więzów i stara się opisać świat obdarowany wolnością, narzędziem eseisty pozostaje od wieków dyskurs, ale nasycić go trzeba emocjami, barwami, światłem dziennym, pozwolić działać magicznej sile słowa. Eseista, jak poeta, pokłada zaufanie w symbolach i metaforach, dzięki którym umysł uchyla się abstrakcji, formułom pustym obliczonym tylko na doraźny efekt czy na ogłuszenie słuchacza. Kto starał się przemyśleć zagadnienie eseju na własny rachunek, wie, o czym mówię.
Gdzie rodzili się i wychowywali ludzie obdarzeni takim słuchem? Bo jedną z cech wyróżniających eseistę jest właśnie słuch, a nawet danie pierwszeństwa słuchaniu przed mówieniem i pisaniem. Jerzy Stempowski pisał o pokusie literatury omfaloskopicznej, skupionej na sobie, zapatrzonej we własny pępek. Otóż ten, kto rozgląda się wokół siebie i wsłuchuje w dobiegające ze świata głosy, kto szuka nowych punktów widzenia, aby nie zastygnąć w bezruchu, ten ma już pewne zadatki na eseistę. A jeżeli jeszcze bywał na sympozjonach u Agatona, z Platonem i Ksenofontem rozmawiał o dialogach, które napiszą, dyskutował z Diotimą o miłości, pił wino z Alkibiadesem, tańczył z Sokratesem, a potem nie bał się odwiedzać go w więzieniu, jest na najlepszej drodze do osiągnięcia eseistycznej modły życia. Gdzie Rzym, gdzie Krym – zaoponuje niejeden czytelnik – co mają wspólnego Ateny Peryklesa z XX-wieczną Europą, w której uszy puchną od wrzasków barbarzyńców? I na to pytanie znajdzie się odpowiedź w Eseju dla Kassandry Stempowskiego czy w Rocznicach Gandhiego.
Napisało mi się: „eseistyczna modła życia”. Są gatunki literackie, które jak rośliny w pewnych warunkach bujnie się rozwijają, a w innych marnieją. Czy esej by się narodził w XVI wieku, gdyby temperament i typ umysłowości skłoniły Michela de Montaigne do opowiedzenia się po stronie katolików bądź hugonotów? Nie, gdyby Montaigne był kimś innym, esej by się nie narodził. Po raz kolejny narodziłby się paszkwil. Z eseistyczną modłą życia wiążemy zwykle takie przymioty jak powściągliwość, postawa sceptyczna, skłonność do namysłu, przekonanie o nieusuwalnej wielobarwności świata. Ale nie znaczy to, że czytając esej nie usłyszymy tonu dramatycznego. Odzywa się on wielokrotnie.
„Jesteśmy bezdomnymi i apatrydami, jak jeszcze żadni wygnańcy, i jesteśmy bezdomnymi i apatrydami z przekonania: nie wiedzielibyśmy czego szukać w domu i ojczyźnie, gdyby je nam kto przywrócił” – napisał Jan Ulatowski w eseju A co z duszą? Straszne słowa, pod którymi większość emigrantów by się nie podpisała [1]. Ale Ulatowski nie chce bulwersować czytelników, pragnie ukazać im inny aspekt ich sytuacji, niż ten, do którego przywykli. Ideały domu i ojczyzny zostały unieważnione przez technokratyczny, przemysłowy rozwój zachodniej cywilizacji. Nie potrzebuje ona obywateli, potrzebuje niewolników. „Gdyby moi żołnierze nie mieli domu i ojczyzny – mawiał Bonaparte – byliby doskonali”. Problem wydziedziczenia i bezdomności pojawia się w literaturze emigracyjnej nie tylko w eseistyce, ale w powieści (na przykład w Trans-Atlantyku Gombrowicza, w Kontrze Mackiewicza czy w Dolinie Issy Miłosza), w publicystyce Mieroszewskiego, ale dla eseju w wieku XX są to tematy najbardziej własne. Przede wszystkim dlatego, że eseista – malarz, filozof, pisarz, człowiek prywatny (jak Andrzej Bobkowski), pisarz polityczny (jak Mieroszewski) – pragnie mówić we własnym imieniu, nie reprezentuje żadnej partii, instytucji, kościoła, firmy, czy innej gromady. Kiedy Ulatowski pisze „Jesteśmy bezdomnymi i apatrydami” to jednak przede wszystkim siebie ma na myśli: Ja jestem bezdomnym i apatrydą. Mówię wam o tym, czego sam doświadczam. Czy oznacza to partykularyzm eseju, umniejszenie jego uniwersalności? Tu znów wracamy do paraleli esej – poezja. Poeta tworzy wypowiedź skrajnie zindywidualizowaną, w dużej mierze autotematyczną, czasami na granicy czytelności. Na swojej scenie poeta jest sam, niekiedy z drugą osobą. Język wiersza, nastawiony na ekspresję tego, co indywidualne i osobne, nie toleruje większej liczby postaci. Eseista, który nie mówi inaczej niż w pierwszej osobie liczby pojedynczej, skupia się jednak nie na sobie, lecz na poszerzaniu wspólnoty sensu. Z całą świadomością, jak trudne jest to zadanie.
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Wstęp do antologii „Laficka szkoła eseju. Tom pierwszy 1947-1959” (W kręgu „Kultury”. Lublin, UMCS, 2024)
[1] Każdy emigrant musiał szukać formuły własnego i wspolnoty losu samodzielnie. Wciąż godny uwagi i namysłu w trzeciej dekadzie XXI wieku jest Zarys Manifestu Demokratycznego ojca Innocentego Marii Bocheńskiego zamieszczony w „Kulturze” w roku 1951 (nr 9/47). „Jeżeli zaś o nas Polaków chodzi, nie tylko nie mamy prawa usuwać się od tej pracy, ale mamy w niej szczególne obowiązki. Zakładam oczywiście […] że w duchu już nikt z nas nie jest tylko Polakiem, ale Europejczykiem z kantonu Polska. Sytuacja jest obecnie taka, że (pomijając moralną stronę zagadnienia) wolność odzyskać możemy tylko pod warunkiem scalenia Europy i jej zwycięstwa w walce z molochem sowieckim. Wszystko więc, co Europę wzmacnia, bez względu na to jak ten czy ów Europejczyk z innych kantonów na naszą kantonalną sprawę się zapatruje, jest naszym lokalnym, polskim interesem. A wśród tych rzeczy jest obrona przeciw narzucanej przez Rosję reakcyjności i walka o wprowadzenie w życie ideałów, o które warto walczyć i ginąć”. Bocheński mówi w swoim artykule o konieczności wcielenia w życie ideałów równości, sprawiedliwości społecznej, braterstwa ludzi i ludów. Ideały owe konstytuują ethos europejski.
„Na pewno jest pani poważnie chora, jeszcze tylko nie wiemy na co” – usłyszałam od chirurga, który miał pobrać mi do badania jeden z węzłów chłonnych. Wcześniej powiększone węzły na szyi wykazało USG, a tomografia potwierdziła też zmiany w klatce piersiowej. Zapisane w wynikach badań wskazanie „proszę o pilny kontakt z onkologiem” poraziło mnie, powodując rosnące uczucie paniki. Pierwsza wizyta w warszawskim Centrum Onkologii minęła spokojnie, lekarka wzięła badania i powiedziała, że skonsultuje je z radiologami, a ja mam się na razie nie martwić, bo powiększone węzły chłonne szyi i klatki piersiowej to może być wszystko, niekoniecznie nowotwór. Niestety, szybko okazało się, że to jednak rak – chłoniak Hodgkina. Szczęśliwie dla mnie we wczesnym, drugim stadium. Co nie zmienia faktu, że czytając otrzymaną diagnozę, myślałam, że to koniec. Przecież rak to wyrok. Każdy tak myśli. Do dziś w żartach wypominam mamie, że kiedy do niej zadzwoniłam właściwie od razu mnie pochowała…
I tak zaczęła się moja „przygoda” z chłoniakiem. Doktor Michał Osowiecki, do którego trafiłam, widząc mój strach, spokojnie mnie pocieszał, nie ukrywając jednak, że leczenie będzie nieprzyjemne. Pierwszą chemioterapię przyjęłam jeszcze w lipcu, tuż przed zaplanowanym od dawna pierwszym rodzinnym wyjazdem do Zakopanego. Czułam się po niej nieźle, na tyle, że trochę nieświadomie i z rozpędu poszłam razem z całą grupą piechotą na Gubałówkę. Nie zapomnę upomnienia doktora, który, kiedy mu o tym powiedziałam, odrzekł z naciskiem: „Ale pani naprawdę powinna się oszczędzać”… Kolejne chemie zbiegły się z moimi czterdziestymi urodzinami. Nie było nastroju na świętowanie, raczej godziłam się z tym, że mogę niedługo odejść. Co może dziwne, nie czułam żalu do Boga, nie szukałam winnych. Uznałam, że będzie co ma być, a ja muszę robić to, co każą lekarze i co podpowiada intuicja. Nie musiałam nawet brać zwolnienia z pracy, bo byłam jeszcze na urlopie macierzyńskim – kilka miesięcy wcześniej adoptowaliśmy drugiego synka. Mały dopiero uczył się chodzić. Gdyby mi się nie udało, nawet by mnie nie pamiętał.
Dużo bardziej martwiłam się o starszego syna. On już tak wiele przeszedł. Trafił do nas mając dwa i pół roku, od urodzenia w placówkach, na szczęście bez traum przemocy. Przylgnął do mnie całym sercem, jak i ja do niego. Wiedziałam, że gdyby mnie zabrakło, jego młoda psychika może nie znieść kolejnej straty. I to chyba myśl o tym, że właśnie jego nie mogę zawieźć trzymała mnie w ryzach najbardziej.
Kryzys przyszedł chyba przy czwartej chemii. Leżałam kilka dni, wstając właściwie tylko po to, by po raz kolejny zwymiotować. Przed następną wizytą lekarską, po zrobieniu kontrolnego badania PET w połowie zaplanowanego cyklu ośmiu chemii, spanikowana zadzwoniłam do przyjaciółki. „Ania, a co, jeśli okaże się, że to nie działa?”. Nie zapomnę jej pocieszenia. Jej spokojna reakcja – choć nie pamiętam konkretnych słów – postawiła mnie do pionu. Na tyle, że weszłam do gabinetu lekarza. I wyszłam radosna, wyniki były dobre! Chemia działała, trzeba było tylko wytrwać do końca i potem jeszcze przejść naświetlania. Nic prostszego. Czyżby?
Czułam się słabo. Każda kolejna chemia to był wyczyn. Niedobrze robiło mi się już przed wyjściem z domu, a po podłączeniu do kroplówki bez zbędnego zastanawiania prosiłam siostry o miskę. Wiedziałam, że w moim przypadku nawet dodatkowo podawane leki przeciwwymiotne nie zadziałają. Czekając, aż chemiczna mieszanka spłynie do żył, myślałam właściwie tylko o tym, że niedługo wrócę do domu i położę się do łóżka. I jakoś te dwa, trzy dni przeczekam. Potem będzie trochę lepiej. A za dwa tygodnie kolejna chemia. Aż do ósmej. Nawet nie umiem sobie wyobrazić, jak ten proces przetrwali pacjenci zapisani na szesnaście chemii….

Jacek Malczewski, „Wiosna. Krajobraz z Tobiaszem”, 1904. Muzeum Narodowe w Poznaniu.
Tymczasem lato zmieniło się w zimę. I dobrze, nie musiałam ukrywać pod peruką obciętej na krótko i mocno przerzedzonej czupryny (jakimś cudem nie straciłam wszystkich włosów), wystarczały kapelusze i czapki. Większość czasu i tak spędzałam w domu, wychodząc co najwyżej na krótki spacer z młodszym synem. Na zmianę przyjeżdżały do nas mama i teściowa, pomagając w opiece nad dziećmi i domem. Próbowały dogadzać i mnie, choć apetyt nie zawsze dopisywał. Po raz pierwszy cieszyło mnie, że nie jestem szczupła i mam z czego tracić. Ta świadomość dawała mi poczucie, że moje ciało wytrzyma.
Mąż od początku znosił ten czas wyjątkowo dzielnie. Dopiero znacznie później przyznał, że kiedy mówił swojej mamie o tym, że jestem chora, płakał. Mnie otaczał czułością i wsparciem, choć na pewno nie było mu łatwo. Nigdy ani słowem, ani najmniejszym gestem nie pokazał, że jestem może mniej atrakcyjna. Wiedziałam, że to nie ma dla niego znaczenia.
Jednak najbardziej z czasu choroby pamiętam dzieci: starszego, poważnego nad wiek sześciolatka oraz malutkiego, półtorarocznego brzdąca, zarażającego wszystkich swą dziecięcą beztroską. Pewnego razu, kiedy leżałam w swoim pokoju odpoczywając po chemii, przyszedł i wziął mnie za rękę, po czym poprowadził do salonu, gdzie była reszta rodziny. Chciał, żebyśmy byli wszyscy razem. Ten gest bardzo mnie rozczulił.
Po zakończeniu chemioterapii doktor Osowiecki przekazał mnie w ręce doktor Elżbiety Lampki, specjalistki od radioterapii (pani doktor ma chyba najbardziej na świecie adekwatne do swego zawodu nazwisko!). Kolejne tygodnie jeździłam na naświetlania, po których na zawsze zostaną mi trzy wytatuowane na ciele niebieskie kropki – znaczniki do ustawienia lamp. Po chemioterapii te naświetlania to już była przysłowiowa bułka z masłem. Choć byłam po nich tak słaba, że kiedy niedługo po zakończeniu radioterapii poszłam do kościoła na nabożeństwo drogi krzyżowej – był już okres Wielkiego Postu – następnego dnia miałam zakwasy od klękania, co najmniej jak po wyczerpujących zajęciach fitness…
Dziś czas choroby pozostaje ważnym, choć nie bardzo lubianym wspomnieniem. Pamięć stara się wypierać to, co niemiłe. Na samo wspomnienie chemioterapii robi mi się lekko niedobrze. A jednak choroba dała mi też wiele dobrego. Zmieniłam pracę i znalazłam się tam, gdzie czuję się na właściwym miejscu. Wiem, że zawsze mogę liczyć na wsparcie męża. I że synowie są moją radością. Choć ich nie urodziłam, jestem i zawsze będę ich mamą. To ich obecność pomogła mi przezwyciężyć chorobę.
A dlaczego anioł? Nie, nie mam tu na myśli ani cudownych lekarzy, ani oddanych swej pracy pielęgniarek, czuwających przy każdym pacjencie. Szukających żyły do wkłucia, poprawiających kroplówkę, podających leki czy choćby wspomnianą już miskę do wymiotowania. Nigdy nie spotkałam się choćby z cieniem złości czy złego humoru. Mam dla nich najwyższe uznanie. Tak, w dużej mierze są aniołami. Tu jednak chcę opowiedzieć o kimś innym.
Otóż, podczas pierwszego badania PET, już wiedząc, że mam chłoniaka, czekałam cierpliwie na swoją kolej. Wszyscy, którzy znają to badanie wiedzą, że po przyjęciu radioaktywnego izotopu każdy pacjent odpoczywa w fotelu, odgrodzony od pozostałych. W pomieszczeniu obowiązuje zakaz rozmów, panuje półmrok. Chodzi o to, by w jak największym spokoju pozwolić radioaktywnej substancji rozejść się po organizmie. Miałam tych badań później wiele. Ale tylko podczas tego pierwszego zdarzyło się, że młody chłopak, który trafił jak i ja do tej „poczekalni”, zamiast siedzieć w fotelu stanął przy mnie i zaczął swobodnie rozmawiać. Mówił, że wyleczył właśnie chłoniaka Hodgkina i drobiazgowo opowiadał, przez co przejdę i jak się będę czuć podczas kolejnych etapów leczenia – włącznie z tym, że będę wymiotować już na widok szpitala. I że to wszystko minie, bo mnie wyleczą. Opowiadał to wszystko z uśmiechem, a ja słuchałam jak zahipnotyzowana aż do chwili, kiedy weszła pielęgniarka i upomniała nas ostro, że mamy odpoczywać. Nigdy więcej tego chłopaka nie spotkałam. Nigdy więcej nie zdarzyło się też, bym w tym pomieszczeniu z kimkolwiek rozmawiała.
Przez kolejne miesiące leczenia i rekonwalescencji wielokrotnie przypominałam sobie jednak jego słowa. Wszystko sprawdziło się co do joty (tak, owszem, zdarzyło mi się nawet „puścić pawia” tuż przed wejściem do szpitala, szczęśliwie miałam ze sobą worek). I dużo później, kiedy podczas jakiegoś spotkania z przyjaciółmi czy rodziną po raz kolejny opowiadałam tę historię, mój mąż znienacka powiedział: „A może to był anioł?”. Zamurowało mnie. Nigdy o tym nie pomyślałam, a mój mąż nie jest skory do takich przypuszczeń. Ale im więcej czasu mija, tym częściej myślę, że może rzeczywiście to był anioł, zesłany w chwili najgorszego strachu? Jakkolwiek było, zawsze pozostanę mu wdzięczna.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Tekst ten napisałam na prośbę pani doktor Elżbiety Lampki do książki „Wybrałam. Wygrałam. Macierzyństwo w obliczu nowotworu”. Red. Elżbieta Wojciechowska-Lampka et al., Kraków 2024. Jest w niej jedną z dwudziestu historii walki pacjentek z chłoniakiem. Książkę można zamówić pod adresem mailowym Stowarzyszenia Wspierającego Chorych na Chłoniaki „Sowie Oczy”: ssowieoczy@gmail.com
In? Out? – zastanawiał się, na głos, starszy pan przed Megu na wystawie, w Karolinie Północnej, w maju 1985. Fotografie, nagrodzone w corocznym konkursie lokalnej gazety „Spectator”, pokazane były w: Chapel Hill, Carrboro, Durham, Raleigh. Megu zdobyła pierwsze miejsce w kategorii People. Zdanie mężczyzny, przyglądającego się małej dziewczynce, było i jest, dla mnie, ważne. Fotografia, nie do końca określona, z przewagą szarego, przemawia.

„Megu”, Boon, Smokey Mtn. 1984, z cyklu: „Biały dom” © Elżbieta Lempp
4 luty 2024
ELŻBIETA LEMPP
JERZY STEMPOWSKI DO KRYSTYNY MAREK
Muri, 27 IX 43
Droga i bardzo dobra Panno Krystyno,
dziś dostałem list Pani z 28 VIII, już drugi w tym roku. Jestem bardzo wzruszony Pani pamięcią i dobrocią, tym bardziej, że do mnie od przeszło roku nikt już znikąd nie pisze. Niedużo sobie zresztą w tych warunkach możemy powiedzieć. Niedawno doszło do moich rąk kilka numerów tygodnika naszego nowego Ibusia Ostrowskiego [1]. Czytając je, rozumiem, dlaczego czasami jest Pani niewesoło.
O sobie powiem tyle, że jestem mniej więcej zdrów i przeznaczony dziedzicznie do długiego życia. Na warunki tutejszej egzystencji nie mogę narzekać. Kiedyś w dawnym Konstantynopolu słyszałem takie przysłowie: kto ma zwyczaj jeść kawior, temu Bóg zsyła zawsze trochę kawioru. W tym jest część prawdy. Jeżeli bardzo mocno obstawać przy swych gustach i przyzwyczajeniach, najczęściej wystarcza to, aby wytworzyły się potrzebne do nich warunki. Ukrywając się np. u przemytników w Karpatach [2], myślałem, że będzie mi w ich kryjówce leśnej brakować lektury, ale już po kilku dniach przemytnicy przynieśli mi dwa worki pełne książek. W pobliskim tartaku ukrywał się jakiś uczony filolog, po którego zniknięciu zostało trochę łacińskich autorów w dobrych wydaniach, gdzie indziej rozbójnicy ograbili podróżnych, mających ciekawe książki w swych bagażach, to znów włoski arystokrata szukał przygód w puszczy, czytając w dni deszczowe autorów Renesansu. W ten sposób zebrało się tam trochę książek, czekających od lat czytelnika, a ponieważ tak daleko w głąb lasów byle jakich książek nie noszą, znalazłem tam lekturę w najlepszym gatunku. (Tam to dostrzegłem taki dystych renesansowego poety o Tybrze, nad którym stały wówczas ruiny z różnych stuleci: DISCE HINC QUAE POSSIT FORTUNA: IMMOTA LABESCUNT ET QUAE PERPETUO SUNT FLUITURA: MANENT [3]. To pisane jest jak gdyby dla naszych czasów). Tak samo i tu wiele starych książek czekało jak gdyby od wieków mego przyjazdu i paru doskonałych muzyków zjechało się z różnych stron świata, aby czytać ze mną partytury. Jeżeli mimo to i mnie jest chwilami niewesoło, ma to nie tylko osobiste, ale i ogólne przyczyny. My tu na kontynencie widzimy wiele rzeczy innymi oczyma. Żywiej czujemy niepewność przyszłości, która od nas samych więcej nie zależy. Nie wiemy, czy dzień jutrzejszy obudzi w nas sympatie i chęć współpracy, czy też negację i opór i czy nie przyniesie nam sytuacji, w jakiej mistrz Adam pisał: „choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania…” [4]. Jeżeli zaś nawet tego nie wiemy, co można uważać za wiadome? Stąd pochodzi głuche milczenie całego starego kontynentu. Kiedyś Pyrrho [5] mówił, że nie zna argumentów, mogących przekonać go o konieczności postępowania tak lub inaczej. Ta fantastyczna w swej skrajności formuła greckiego sceptyka stała się dziś dla ludzi kontynentu doświadczalną, codzienną rzeczywistością i świadomość tej sytuacji robi coraz większe postępy.
Proszę o mnie nie zapominać. Będę bardzo wdzięczny za każde słowo. Z uczuciem szczerej przyjaźni myślę często o Pani i wspólnych przyjaciołach.
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany
Jerzy Stempowski

KRYSTYNA MAREK DO JERZEGO STEMPOWSKIEGO
472 Chelsea Cloisters,
Sloane Avenue,
London, S.W.3.
23.9.45
Drogi i Kochany Panie Jerzy,
zabranie się do tego listu wymaga wielkiej odwagi z mojej strony, albowiem po tak haniebnie długim milczeniu zastanawiam się, czy mnie Pan nie tylko nie zapomniał, ale wręcz nie wyklął. Chcę mieć nadzieję, że nie, aczkolwiek nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Jest niewątpliwie prawdą, że przez ostatnie lata byłam zaharowana tak, że dwadzieścia cztery godziny na dobę było stanowczo za mało, ale, co gorsza, kamieniałam czy też drewniałam tak zdecydowanie z dnia na dzień i godziny na godzinę, że moja zdolność komunikowania się ze światem zewnętrznym ulegała coraz silniejszemu ograniczeniu.
Wygląda zatem tak, że trzeba było dopełnienia się katastrofy i zupełnego bankructwa [6] na to, żebym zaczęła podejmować próby wyrwania się z własnej skorupy i nawiązania wielu pozrywanych nici. W stadium, w którym się znajduję – bankruta i mizantropa – nie przychodzi mi to łatwo. Niech mi Pan ze swojej strony pomoże.
Pisać o sytuacji jest strasznie trudno, skoro peractum est [7] na użytek teraźniejszości, a za bardzo jestem psychicznie i umysłowo zmęczona, by mnie było stać na wielki horyzont i wielki oddech sub specie aeternitatis. Wprawdzie recytuję sobie bez wielkiego rezultatu różne stoickie formułki i z tępego poczucia obowiązku czy też esprit de contradiction [8] usiłuję pchać dalej wózek wbrew prądowi i zdrowemu rozumowi, ale to wszystko nie stanowi jeszcze recepty na optymizm.
Wydaje mi się, że nasi „wielcy” – pożal się Boże – zrobili w czerwcu tego roku najstraszliwszą rzecz, legitymując narzucony nam stan faktyczny i tym samym zdejmując naszą sprawę z agendy światowej w możliwie najniekorzystniejszym momencie [9]. Nie ulega wątpliwości, że koniunktura już dziś jest inna, lepsza (o gorszą zaiste trudno) i że gdyby nie dwóch panów, sprawa byłaby dziś żywa, co najmniej tak żywa, jak Bałkany, jeśli nie bardziej. Trudno, stało się. Po czym nastąpił budujący spektakl wyścigu do nowego żłobu u nowych panów, w ramach nowego światopoglądu. Dygresja: są ludzie – „duch wieczny rewolucjonista” [10] – którzy w każdym państwie, każdym reżimie i pod każdym rządem siedzą w kryminale, i są tacy, którzy w każdym państwie, każdym reżimie i pod każdym rządem są ministrami. Niezależnie od kwalifikacji moralnej, muszę przyznać, że budzi to we mnie pewien podziw.
Generalnie biorąc, wydaje mi się, że jesteśmy dzisiaj znowu po powstaniu styczniowym, podniesionym do x potęgi i w apokaliptycznej atmosferze. Stąd miejsce (myślę o nielicznych uczciwych, nie o karierowiczach, którzy i tak nie mają żadnej koncepcji poza własną skórą) na pozytywizm, pracę organiczną, odgrzebywanie Wielopolszczyzny [11], nb. w sposób niezwykle stonowany, etc. etc. Tego wszystkiego może rzeczywiście nie da się uniknąć, zwłaszcza w Kraju wymęczonym do ostatnich granic, zawiedzionym i rozgoryczonym. Natomiast trudno mi przyjąć powyższe jako program wyczerpujący, obejmujący całość praw, postulatów i dezyderatów państwa i narodu. Wydaje mi się, że potrzebni, nieodzowni, są maniacy, którzy będą na świecie i światu mówili „nie, nie i nie”, którzy będą utrzymywali sprawę żywą, otwartą i bolesną i na tle potulnej słowiańskiej zgody będą krzyczeli prawdę, wprowadzając tym dysonans w oficjalną harmonię, panującą wśród powszechnej szczęśliwości we wschodnim rejonie naszej nieszczęśliwej i sponiewieranej części świata. Zadanie niewdzięczne, donkiszoteryjne, prawie beznadziejne – zadanie jednak, które przez kogoś musi zostać wykonane. Idzie o to jeszcze, żeby tym kimś nie była biała emigracja, ale ludzie lewicy.
Trudno jest tym ubożuchnym kapitałem ludzkim, którym się dysponuje, obstawić wszystkie pozycje, a jednak trzeba to robić. A w żadnym już razie nie wolno całego tego nędznego kapitału wpakować znowu bez reszty w jeden interes, nie wolno ściągnąć i zlikwidować wszystkich rezerw i doprowadzić do drugiego potopu, po którym już nic, ale to nic, nie zostanie.
Machnąć Panu moje credo polityczne w dwóch słowach, w pierwszym od wieków liście, nie jest rzeczą łatwą. Momenty emocjonalne, które wyeliminować trudno, też nie pomagają w jasnym exposé. Chciałam tylko Panu powiedzieć, że nie jestem ani wyprana z poczucia realizmu, ani sfanatyzowana. Jest czas i jest miejsce, co więcej konieczność, na obie linie. Natomiast ludzie, którzy w związku z katastrofą naszej dotychczasowej linii, jednej, jedynej i totalnej, zachwalają jako remedium drugą linię, równie jedyną i totalną, napawają mnie gorzką melancholią i przekonaniem o nieuleczalnym braku zdolności politycznego myślenia naszej rasy. (Obawiam się, że wyrwał mi się anglicyzm w tym słowie, nie zaś wyraz rasistowskiego światopoglądu). Po obu stronach barykady są zresztą ludzie ideowi i karierowicze, ale to już inna sprawa. O karierowiczach szkoda mówić. Natomiast dla ludzi uczciwych zarówno wallenrodyzm, jak i donkiszoteria jest przedsięwzięciem ciężkim i bolesnym. Mnie się wydaje, że linia podziału powinna przebiegać geograficznie, żadnego innego kryterium nie widzę.
Zaiste, nie przewidywaliśmy we wrześniu [19]39, ani jeszcze długo potem, że przyjdzie nam „patrzeć na przebiegi zdarzeń – dalekie, dalekie od marzeń” [12]. Uczucie klęski i sponiewierania jest czymś koszmarnym, zresztą nie tylko w odniesieniu do najwęższych naszych spraw. Skąd brać w sobie wiarę i siłę do dalszych tarapatów – nie wiadomo. A przecież się ją skądś bierze i przecież wyciąga się w końcu zawsze dokładnie tyle, ile się musi, ani trochę mniej.
Drogi Panie Jerzy, jak na pierwszy znak życia po wielu długich miesiącach, przypuszczam, że ten elaborat śledziennika powinien wystarczyć. Nie umiem powiedzieć, jak bardzo pragnę paru słów od Pana. Dyskusja na powyższe tematy w formie listownej jest możliwie najniewygodniejsza, ale spróbujmy, dobrze? – I oczywiście chcę wiedzieć jak najwięcej o Panu samym.
Moc najserdeczniejszych myśli łączę
Krystyna Marek
Listy przepisali i przypisami opatrzyli Agnieszka Papieska i Andrzej Stanisław Kowalczyk
[1] Józefat Bolesław Ostrowski, zw. Ibuś (1803–1871), publicysta, uczestnik powstania listopadowego, działacz polityczny. Na emigracji w Paryżu wydawał pismo „Nowa Polska” (1833–1837 i 1839–1845). Stempowski nawiązuje do miesięcznika „Nowa Polska” ukazującego się w Londynie od kwietnia 1942 do listopada 1946. Publikowano w nim teksty zarówno społeczno-polityczne, jak i literackie. Redaktorem pisma był Antoni Słonimski. Na łamach pisma publikowali m.in. Julian Tuwim, Stanisław Baliński, Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Marian Czuchnowski, Władysław Broniewski, Stefan Themerson, Maria Kuncewiczowa, Zygmunt Haupt, Teodor Parnicki, Ksawery Pruszyński.
[2] Jest to pierwszy zapis pomysłu eseju Księgozbiór przemytników (Od Berdyczowa do Rzymu, Instytut Literacki, Paryż 1971). Po przejściu granicy polsko-węgierskiej 18 września 1939 roku Stempowski zimował w górach. Zachorował i znalazł schronienie w wiejskim szpitalu, gdzie uratowano mu życie. Podczas rekonwalescencji zaprzyjaźnił się z przemytnikami, którzy zaopatrywali go w lektury. Były to książki porzucone w górach przez uchodźców politycznych, zrabowane turystom przez rozbójników, tomy o niejasnej proweniencji. Dla eseisty, który wyszedł z Polski jedynie z egzemplarzem Księcia Machiavellego, była to życiodajna biblioteka.
[3] Cytat z łacińskiej elegii Giovanniego Vitale, w zlatynizowanej formie: Janus Vitalis (1485–1560), włoskiego humanisty, poety i teologa, urodzonego w Palermo. Jego pióra jest epitafium na sarkofagu papieża Leona X w rzymskiej bazylice Santa Maria sopra Minerva. Elegia miała dwie wersje: pierwsza pt. Roma prisca ukazała się w tomie poezji Vitalego pt. Sacrosanctae Romanae ecclesiae elogia (Wenecja 1553), druga dwa lata później pt. Incerti de Roma antiqua bez nazwiska autora, co może świadczyć o tym, że utwór krążył w odpisach już jako anonimowy. Ta druga wersja zyskała europejską sławę, była wielokrotnie przedrukowywana i tłumaczona, m.in. na francuski przez Joachima du Bellay, na hiszpański przez Francisco de Quevedo, na angielski przez Edmunda Spensera, na polski przez Mikołaja Sępa Szarzyńskiego. W jego przekładzie elegia nosi tytuł Epitafium Rzymowi, a przywołana przez Stempowskiego pointa brzmi:
Patrz, co Fortuna broi: to się popsowało.
Co było nieruchome; trwa, co się ruchało.
Stempowski przywołał pointę elegii również w listach do innych adresatów: do Marii Dąbrowskiej z 27 września 1945 roku (M. Dąbrowska, J. Stempowski, Listy 1926–1965, oprac. Andrzej St. Kowalczyk, Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polska, Biblioteka „Więzi”, 2010, t. I) oraz do Czesława Miłosza z 14 stycznia 1966, „Zeszyty Literackie” 1991 nr 33. Poeta opatrzył cytat Przypisem, w którym obok przekładu Sępa-Szarzyńskiego przytacza tłumaczenia Joachima du Bellay i Francisco de Quevedo.
[4] Cytat z wiersza Adama Mickiewicza Do matki Polki. Cała strofa brzmi:
Bo choć w pokoju zakwitnie świat cały,
Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania:
Syn twój wyzwany do boju bez chwały
I do męczeństwa… bez zmartwychpowstania.
[5] Pyrron z Elidy (ok. 360 p.n.e.–ok. 286 p.n.e.), filozof grecki, założyciel szkoły sceptycyzmu. Głosił, że nie znając własności rzeczy, powinniśmy wstrzymywać się od formułowania sądów i nie wypowiadać się w żadnej sprawie. Powstrzymanie się od wypowiadania sądów prowadzi do ataraksji, tj. wewnętrznego spokoju.
[6] Mowa o postanowieniach konferencji przywódców trzech zwycięskich mocarstw w Jałcie na Krymie w lutym 1945 roku. Przyjęto wówczas Deklarację Wyzwolonej Europy, która obiecywała narodom „utworzenie demokratycznych instytucji według własnego wyboru”. Churchill, Roosevelt i Stalin potwierdzali prawo Europejczyków do „jak najszybszego ustanowienia w drodze wolnych wyborów rządów odpowiadających woli ludu”. W praktyce wszędzie tam, dokąd doszła Armia Czerwona (w Niemczech znacznie dalej), ustanawiano rządy komunistyczne, które stopniowo wprowadzały system totalitarny. Przesądzona została kwestia polskiej granicy na wschodzie, miała ona przebiegać zgodnie z lekko skorygowaną linią Curzona wyznaczającą wschodni zasięg dominacji ludności polskiej. Tym samym Polska traciła m.in. Lwów, Łuck, Grodno, Wilno. W zamian za to zyskiwała ok. 100 tys. km2 terenów na wschód od Odry i Nysy Łużyckiej, z których ludność niemiecka miała zostać wysiedlona. Znaczna część emigrantów z utratą zachodniej Ukrainy, zachodniej Białorusi i Wilna nie mogła się pogodzić (choć akceptowała nabytki na zachodzie). Katastrofalne w skutkach było porozumienie trzech mocarstw w sprawie powołania polskiego „tymczasowego rządu jedności narodowej” przez kooptację do powołanego przez Stalina marionetkowego Polskiego Komitet Wyzwolenia Narodowego niektórych polityków emigracyjnych. Otwierało to drogę do stopniowego przejęcia władzy przez komunistów i do sowietyzacji Polski. W wyniku uległej wobec Stalina postawy Churchilla i Roosevelta liczne państwa Europy Wschodniej znalazły się pod kontrolą ZSRR. Ich satelicki status trwał aż do załamania się systemu komunistycznego w końcu lat osiemdziesiątych, a następnie rozpadu Związku Sowieckiego w latach 1988–1991.
[7] Dokonało się (łac.).
[8] Duch sprzeciwu (fr.).
[9] W czerwcu 1945 doszło do rozmów między przedstawicielami utworzonego pod dyktando Moskwy PKWN a politykami emigracyjnymi, zwłaszcza PSL Stanisława Mikołajczyka. Efektem porozumienia było utworzenie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej, w którym komuniści mieli 80% stanowisk w tym resorty obrony narodowej, przemysłu i spraw wewnętrznych. Tym samym rząd emigracyjny tracił uznanie mocarstw zachodnich. W tej sytuacji każdy emigrant musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wracać do Polski. Krystyna Marek wybrała emigrację.
[10] „A nikt z ruin nie korzysta, / Jeno wszczynający ruch, / Wieczny Rewolucjonista, / Pod męką ciał – leżący Duch” – cytat z poematu Juliusza Słowackiego Odpowiedź na „Psalmy przyszłości” Spirydionowi Prawdzickiemu, w. 221–224 (powst. 1845/1846, wydany bezimiennie w 1848 roku w Lipsku pt. Do autora trzech Psalmów), w którym poeta zawarł polemiczną wobec Zygmunta Krasińskiego interpretację dziejów narodowych.
[11] Odwołanie do polityki margrabiego Aleksandra Wielopolskiego, który deklarując lojalność wobec Rosji, stanął na czele rządu w Warszawie i w latach 1861–1863 wyjednał w Petersburgu dla Królestwa Polskiego (zaboru rosyjskiego) szeroki zakres autonomii.
[12] Cytat z dramatu Stanisława Wyspiańskiego Wesele (akt II, sc. 7).
O twórczości Béli Hamvasa węgierskiego pisarza, eseisty, filozofa kultury, duchowo spokrewnionego z Michałem Montaigne’em, niewiele do tej pory wiedziano nad Wisłą. Dopiero ostatnio ukazały się dwa tomy jego eseistyki Księga gaju laurowego i inne eseje (Warszawa 2022) oraz Godzina owoców (Warszawa 2024) w rewelacyjnym tłumaczeniu Teresy Worowskiej. Poznaliśmy, co prawda wcześniej, niemal medytacyjną książę Hamvasa poświęconą filozofii wina, kilka innych rozproszonych w prasie tekstów, niemniej jednak korpus jego pism wciąż pozostawał u nas nieznany. Kim więc był ten człowiek o imponująco rozległej wiedzy, poliglota, doświadczany przez dramaty wojen, oścień komunizmu, skazany na pisarskie milczenie, żyjący w egzystencjalnym napięciu i prostocie, bez szans na jakiekolwiek uznanie?
Patrycja Guevara-Woźniak postanowiła wprowadzić tę postać w obszar polskiej kultury, w tym filozofii. Dostrzegła w dziełach Węgra podskórne pokłady treści filozoficznych. Zapoznała się w języku węgierskim z utworami Hamvasa, które mają najczęściej charakter literacki, niekiedy wręcz poetycki. Stanęła przed problemem, w jaki sposób wydobyć pierwiastki filozoficzne (metafizyczne) z głębinowych warstw języka artystycznego. Sam autor był ich świadom, poszukując formy „bardziej pojemnej” (termin Czesława Miłosza), mogącej odsłonić budowany przez siebie obraz świata i znaleźć narzędzia umożliwiające przeciwstawienie się narastającemu kryzysowi, jaki zaczął opanowywać Europę i świat w tragicznym wieku XX, naznaczonym wojnami i totalitaryzmami, zwłaszcza sowieckim i niemieckim.
Taką „formę podawczą”, zdaniem badaczki, Hamvas odnalazł w lekkiej, zabarwionej literackością stylistyce, wywołującej w czytelniku odczucie radości i dogłębnego spokoju, mówiącej o świecie pojętym jako obiekt medytacyjny. Może nim być cokolwiek, na co natkniemy się w codzienności, jakieś zwyczajne zjawisko, dzieło artystyczne, wspomnienie, a nawet wyobrażenie. Czytając eseje Hamvasa medytujemy wraz z autorem nad psychologią zbierania kwiatów, istotą tzw. złotych dni, nad rodzajami pejzażu, malarstwem Bruegela, listami Rilkego, samotnością, smakami, gwiazdami, drzewami, snami, śpiewem ptaków, ogrodem warzywnym, metafizyką jedzenia miodowej figi, hermeneutyką losu, głębi, ufności. Chodzi zatem, aby uchwycić chwilę rozważania i końcowego zapisywania wysnutych wniosków.
Guevara-Woźniak sformułowała tak zwany problem badawczy, związany z kategoriami obrazu rzeczywistości i dialektyki kryzysu. Przynależą one do dykcji filozoficznej i mają długą tradycję intelektualną. Okazało się, że tym, co nie dawało spokoju węgierskiemu pisarzowi było doświadczenie nieuchronnego schyłku cywilizacji zachodniej, którego zresztą sam doświadczał przypatrując się rzeczywistości i próbując zachować prawdziwy, pozbawiony moralnych skrzywień, sposób bycia. Mimo ciężarów, jakie niosło życie i wrogość komunistycznych włodarzy, w rodzaju Lukácsa, nie ustawał w pisaniu, czyli notowaniu tego, co przeczytał, a był wytrawnym czytelnikiem, tego, co przeżył i co kierowało go w stronę swego rodzaju filozofii egzystencji. Dlatego w pismach Sørena Kierkegaarda, Fryderyka Nietzschego odnajdywał bliski samemu sobie styl myślenia, działania, poszukując coraz to doskonalszych narzędzi samopoznania.

Guevara-Woźniak tropi ukryte w jego esejach przejawy dorastania do dojrzałości, którą traktował jako kategorię otwierającą na Boga, choć sam nie uważał się za osobę religijną, w tradycyjnym sensie. Mimo to język, jakim się posługiwał pełen jest konfesyjnej terminologii, biblijnych figur, retorycznej wzniosłości.
Rozprawa Guevary-Woźniak została tak zbudowana, żeby pojęcia „dialektyki kryzysu”, „obrazu rzeczywistości”, „tradycji” i „realizacji” stanowiły jej główny problem interpretacyjny. A ponieważ u Hamvasa znaczenie ma kwestia biograficzna, chronologia pisarska, Guevara-Woźniak zastosowała mozaikowy sposób narracji, gdzie często wraca się do zagadnień już postawionych wcześniej, przez co jednak poszerza się ich przestrzeń znaczeniową, dopełnia treściami najnowszych doświadczeń. Nie należy traktować takiego procederu jako niezręczności, gdyż jest on przejęty od samego Hamvasa i dobrze oddaje „ruch jego myśli”, pewien niepokój egzystencjalny drzemiący pod sercem. Dalej: młoda uczona buduje horyzont tradycji filozoficznej, do którego mógłby się przyznać węgierski myśliciel, w antropologii odnajdując nawiązanie do stadiów życia wspomnianego Kierkegaarda. W wizji przybierania przez człowieka masek i w poddawaniu się Ananke bez trudu odszukuje inspiracje pismami Nietzschego, także Heideggera przede wszystkim w sposobie budowania myśli – metaforyzacji języka i w poetyckiej egzaltacji.
W przeciwieństwie do tego ostatniego, jak zauważa Guevara-Woźniak, wizja świata Hamvasa jest bardziej harmonijna. Ludzkie istnienie ma widoczny sens, nawet jeśli jest tragiczne. Zawsze bowiem chodzi o rozpoznanie się w Bogu, poprzez ziemską rzeczywistość. Jest ona znakiem Boga, a, kto wie, może i samym Bogiem, jak w filozofii Spinozy. Patrząc z tej perspektywy Hamvas rozpatruje greckie słowo epiphoitesis, które odnalazł w dziele Pseudo-Dionizego Areopagity Imiona boskie. Literalnie oznacza ono przybycie, odwiedziny, przenośnie natchnienie (Boże), nawiedzenie np. zjawy i wydobywa z niego „dziecięce odniesienie do Boga, który odpoczywa w sercu człowieka i dobrotliwie się do niego uśmiecha”. Dodaje przy tym, że religia nie jest ciężarem, lecz przywilejem określającym dziecięctwo boże. Lecz Hamvasowi nie chodzi o teologiczne rozumienie tej postawy, nie chodzi o jakąś konkretną religię, choć chrześcijaństwo jest mu najbliższe. Wyznaje, że ma na myśli tylko Boga, spotkania z Nim i miłość do Niego. To wystarcza, aby odczuwać metafizyczną radość, którą traktuje się poważnie, radość wypływającą z istnienia rzeczy, piękna, smaku, dotyku, kąpieli w morzu, przewrotnego humoru bądź słodkiej pogody ducha. Radość będącą modlitwą.

Guevara-Woźniak uzasadnia, że intuicje filozoficzne zawarte w tekstach Hamvasa wyrastają z osobistych przeżyć autora w czasach zwanych przez niego epoką Antychrysta. Podkreśla jednak, że to egzystencjalne zmaganie z historycznymi przeciwnościami losu nie zabiło w pisarzu chęci pisania i korzystania z darów języka oraz ufności w jego niezwykłe możliwości, których, co ważne, nie należy utożsamiać z tradycyjną literackością, a raczej z tak zwaną apoteozą słowa, czyli stanem upojenia siłą i kreatywnością języka poetyckiego, mającego swe bezpośrednie źródło w greckim Logosie, pierwotnej zasadzie (arche) istnienia i wszelkiej twórczej pasji.
To doznanie, stale poddawane władzy owej kosmiczno-ontycznej sile, zasadniczo skłaniało Hamvasa zarówno do pracy pisarskiej, jak i do życia pełnią istnienia w fizycznej i duchowej jedności z naturą, zwierzętami, mistyczną literaturą i krainą pisania, traktowaną przez niego także jako sposób samopoznania. Z tej racji Guevara-Woźniak widzi w nim autora rozstrzygającego zasadnicze kwestie intelektualne na poziomie raczej egzystencjalnym niż na obszarze rozważań czysto teoretycznych. Nie odwracał się on od problemów, by prowadzić bezosobową analizę i obserwować, lecz czynił z nich własny duchowy użytek. Nie był widzem, lecz podmiotem działania. Starał się pomijać sztuczne i napuszone formy bycia, odrzucać wszystko, co wysysa się z gardzieli grzechu, niesprawiedliwości, moralnego bezładu, nierzeczywistości i kłamstwa, po to, żeby wreszcie zaznać świętości życia. Trzeba odnowę świata zawsze zaczynać od siebie, od odpowiedzialności za własne wybory i sposoby życia, mając pod skórą karteczkę, jak Pascal pod surdutem, z napisem: najważniejszym zadaniem jest nie twórczość pisarska, tylko dążenie do zbawienia.
Chcąc zrozumieć taką postawę Hamvasa należy, w ujęciu Guevary-Woźniak wiedzieć, że podwalinami obrazu jego życia stały się pojęcia-figury sannjasina, arlekina, pogańskiego zbawienia i Antychrysta. Trzy pierwsze odnoszą się do wewnętrznego porządku życia oraz celu istnienia, czwarte zaś to wyraz bezosobowej faktualności budowanej przez daremność, pustkę, ciemność, grzech, nicość. W niej właśnie, jak w jakiejś natrętnej idée fixe, znalazł się współczesny człowiek, niepotrafiący wyzwolić się z tego przerażającego szaleństwa spowodowanego porzuceniem przez ludzkość Boga. Hamvas z literacką maestrią opisuje wspomniane wzorce. Postać sannjasina, przejęta z tradycji kultury wschodniej, symbolizuje dążenie do wyzbycia się wszelkich materialnych uzależnień, zwłaszcza instynktu władzy, przyjęcie formy całkowitej przezroczystości, która by promieniowała na innych umacniając poczucie wspólnotowości i świętości życia.
Arlekin zaś to jedna z głównych, choć rzadkich, upostaciowań człowieczej egzystencji, odsłaniająca prawdę o tym, że logika istnienia jest paradoksalna, że nie warto przywiązywać się do jakiejkolwiek formy panowania, posiadania czy wiedzy. Liczy się wyłącznie wolność, której znakiem bywa śmiech, ale i mądrość błazna. W związku z tym Hamvas nazywał największymi arlekinami Europy Szekspira i Rabelais’go, choć ślady podobnej postawy odnajdywał już w archaicznym Egipcie, w Indiach czy w Ewangeliach, nie mówiąc o sztuce, również tej nowoczesnej.

Kategorię pogańskiego zbawienia natomiast ujmował jako wynik fizycznej ascezy, „życia w złotym blasku”, wejścia we własne ciało tak, żeby stawało się rzeczywistością boską, na podobieństwo plotyńskiego umartwienia zjednanego z doświadczeniem estetycznego piękna. Mimo to nie akceptował ani jednej formy autosoterii. Proponował nieustanne uczestnictwo w cudzie istnienia, pracę w naturze i z naturą, wypełnianie codziennych zadań, przemianę, która się nie kończy, gdyż Antychryst nigdy nie daje za wygraną, podszywając się pod działania ludzi mu służących, mimo że w ostateczności zostanie pokonany przez „rękę Pana”. Nim to się jednak stanie Antychryst działa chcąc zbawcze dzieło Chrystusa obrócić w jego przeciwieństwo. Stąd między innymi cierpienie ludzi, którzy nie są w stanie przyjąć kondycji świata, pozbawionego świadomości istnienia jego świętego i zarazem eschatologicznego wymiaru.
Omawiane studium to pierwsza u nas próba zmierzenia się z twórczością Béli Hamvasa, określanego przez Guevarę-Woźniak jako pisarza filozofującego. W ten sposób wchodzi ona na grunt problematyki związanej z kwestią (często) chwiejnych związków literatury i filozofii. Przedstawia w tej sprawie stanowisko prezentowane przez Hamvasa, nie dokonując ocen ani krytyki. Na obecnym etapie badań chodzi jej najbardziej, o ile dobrze rozumiem, o element promocyjny i w miarę wierne odczytanie podszytych myśleniem filozoficznym zamysłów węgierskiego pisarza. Potwierdzenie, że literatura i filozofia nie są sobie przeciwstawne, choć nie są też jednością, wszak trudno wyjaśniać na przykład dzieła Kanta w języku Hegla.
Każdy wielki filozof stara się wypracować własny, wsobny i nieporównywalny z żadnym innym, dyskurs filozoficzny. Ważne pozostaje jedynie to, żeby nie powodował on czytelniczych nieporozumień czy posądzeń o znaczeniową impresyjność, a nawet brak dostrzegalnego sensu. Platon, Kartezjusz czy Hobbes posługiwali się słowem „idea”, ale treści jakie pod nie podkładali nie miały ze sobą semantycznego związku. Niebezpieczeństwo klęski komunikacyjnej zawsze będzie istniało. Guevara-Woźniak wie o tej trudności. Mam jednak nadzieję, że jej naukowy wysiłek, choć odnosi się do materii dosyć złożonej, przyniesie niemało ciekawych rezultatów. Zachęci też do lektury pism Béli Hamvasa, pisarza-filozofa, od którego tzw. rasowi metafizycy nie powinni nigdy stronić.
ks. JAN SOCHOŃ
Patrycja Guevara-Woźniak „Obraz rzeczywistości z perspektywy dialektyki kryzysu w koncepcji węgierskiego filozofa Béli Hamvasa”, Warszawa 2024 [rozprawa doktorska napisana pod kierunkiem ks. prof. dr hab. Jana Sochonia i obroniona w grudniu tego roku na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej UKSW]