HOME

Eleonora Jedlińska „Pejzaże Zofii Lipeckiej”

Piękno krajobrazu tak doskonałego, że wydaje się nieprawdopodobny, niemal fantastyczny (Grande neige pierres / Wielki śnieg kamienie, 2016; Planète bleue / Błękitna planeta; Forts & faibles / Silni i słabi, 2018; Avenir encerclé / Przyszłość osaczona, 2019), malowanego z fotograficzną dokładnością, w którą włączona jest wyobraźnia, panująca w nim cisza i obecność człowieka – często skupionego na codziennych zajęciach – zakłóca niepokój rozgrywający się w polu obrazu. Wyostrzony realizm tych pejzaży – paradoksalnie – nadaje im wartość symboliczną. Następuje tu swoiste „rozdzielenie postrzegania”. Kompozycje ożywają; tworzące sztafaż, drobne postaci ludzkie i zwierzęce zdają się zmierzać ku bliżej nieokreślonemu celowi. To one podkreślają monumentalność sceny, wyważając proporcje, perspektywę, pogłębiając przestrzeń. Obrazy te „opowiadają” historię dramatu, który jest udziałem współczesnych mieszkańców – przechodniów użytkowników Ziemi. Ludzie, anonimowi, wyobcowani ze świata, którego już nie czują się częścią, często odziani w ochronne skafandry, wyposażeni w aparaturę do wykrywania „bogactw” znajdujących się w ziemi, pochłonięci poszukiwaniami, nie dostrzegają ani otaczającego ich piękna, ani czyhających zagrożeń, ani przemocy dziejącej się tuż obok. Natura i obcujący z nią mieszkańcy wyobrażeni są w sposób beznamiętny – to „idealny” obraz symulacji komputerowej, który artystka odwraca, gdy w ową „idealność” wprowadza element zakłócenia, powodującego uczucie „niesamowitości” (Das Uncheimliche). Sceny i wydarzenia, które oglądamy – w pierwszym, powierzchownym kontakcie z dziełem – nie wciągają nas emocjonalnie; zdaje się, że jesteśmy jedynie widzami i świadkami nie naszych doświadczeń. Rygorystycznie zachowane, wypracowywane od czasu renesansu zasady perspektywy powietrznej, rzetelność odtwarzania szczegółów nie czynią pejzaży Lipeckiej przedstawieniami obiektywnymi, zamkniętymi w swojej estetyce. Towarzyszące widzowi poczucie obcości, chłodu emocjonalnego – spotęgowanego przedstawioną tu zimową scenerią – nadaje tym realizacjom element tajemnicy, niepokoju kontrastującego z harmonią kompozycji, czytelnością szczegółów, ambiwalentnym uczuciem obcowania z czymś pozornie tylko znanym […].

Pejzaże Zofii Lipeckiej – łudząco piękne, przedstawiające zaśnieżone pola, lodowce, ocean – moglibyśmy stylistycznie łączyć z realistycznym pejzażem naturalnym. Przedstawiając rozlegle widoki gór, bezkresne morze, pola, „wnętrza” oceanów, kamienne i piaskowe pustynie, groty czy – jak w obrazach o bardziej syntetycznej formie, gdzie tło jest zaledwie zasugerowane zielenią i błękitem – artystka wprowadza jednocześnie element zagadki, niepokoju, niedookreślenia. Znajdujemy też w tych pracach ostrzeżenie, próbę powstrzymania przed katastrofą, której architektem będzie człowiek. Piękno i potęga przyrody, „dzieło” zniszczenia dokonane przez człowieka, jego zamknięcie się w świecie komputerowych symulacji, wirtualnych światów i „zaświatów”, stanowią zasadniczy temat obrazów Lipeckiej powstałych w XXI wieku […].

„Biotopia 10 (Nord)”

Artystka, idąc drogą wytyczoną przez dawnych mistrzów malarstwa pejzażowego, komponuje swoje obrazy z zachowaniem zasad perspektywy, światłocienia, kolorystyki, w niektórych płótnach jedynie zakłócając proporcje albo wprowadzając do obrazu wyobrażenia, które nie mogły zaistnieć, jak w obrazie Biotopia 10 (Nord), gdzie para ludzi w strojach kąpielowych i okularach przeciwsłonecznych korzysta z kąpieli w oceanie lodu, jakby byli w tropikach. Na okolicznych lodowcach i krach zwierzęta polarne (białe niedźwiedzie, foki, renifery, pingwiny, śnieżne tygrysy) z zaciekawieniem przyglądają się „plażowiczom”. W obrazie tym – również w innych pracach z połowy pierwszej dekady XXI wieku – dominuje nieskazitelna, lodowa biel: „Biel w moich obrazach – pisze Lipecka – oznacza interesujący mnie problem życia i śmierci. Kontrast ciepło – zimno, nagość – ubranie, wywołują sprzeczne odczucia: zachwyt nad pięknem przyrody, lęk przed ludzkim okrucieństwem, melancholię…”.

„Cool” fragment

Kolor biały (święty kolor w mitologii Aborygenów) jest w malarstwie Lipeckiej jednym z najczęściej stosowanych, pojawia się w obrazach wczesnych i w pracach najnowszych. Białe pola obrazów-znaków (np.: Untitled (sapin 47), 1987; Paysage blanc, 1987) symbolizują nieskończoną przestrzeń, powietrze, niebo z gwiazdami. Biel, która obecna jest w rysunkach naskalnych, odnosi się do „wszystkich przodków, którzy po wykonaniu swych prac na ziemi wstępowali w świat niebios, by mrugać do nas pod postacią gwiazd”. Mistyczna biel obrazów z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ewoluuje i w pracach z ostatniego okresu przyjmuje odniesienia negatywne, staje się kolorem zagrożenia – chłodu uczuć […].

Jak w filmie science fiction, ludzie nie widzą nadciagającego niebezpieczeństwa, pozostają obojętni wobec zagrożeń wywołanych ingerencją człowieka w prawa przyrody. Nierzeczywistość świata natury wyobrażonego na obrazach, świata pozornie idyllicznego, zanurzonego w pięknie „zimowego pejzażu”, jest tak samo złudna jak ludzkie postaci dokładnie „wmalowane” w tło obrazu. Człowiek jest w sztuce Lipeckiej jednocześnie częścią natury i jej nieposkromionym „użytkownikiem”. Będąc w przestrzeni obrazu pełni funkcję biernego obserwatora albo obojętnego przechodnia, najczęściej jednak ludzie przedstawieni są w chwili, gdy pochłonięci czynnościami nie dostrzegają zagrożenia bądź sami są sprawcami zbrodni. Piękno natury: urzekające zachody / wschody słońca, bezkresne śnieżne oceany, piaski pustyni naznaczone są ludzką obecnością. Lecz człowiek z obrazów Lipeckiej nie kontempluje potęgi, doskonałości natury, nie doświadcza jej Absolutu, nawet nie dostrzega grożącego z jej strony niebezpieczeństwa – jest tym, który ją sobie podporządkował. Wieloznaczność tych okazałych rozmiarami płócien zawarta jest w łagodności zimowego pejzażu rozegranego kolorystycznie w odcieniach bieli, niebieskiego, różu, w harmonii kompozycji i oświetlenia. Przy bliższym wpatrzeniu się w dzieło, po pierwszym urzeczeniu jego urodą dostrzegamy, że piękno i ład są pozorne, że naznaczone są dramatem śmierci, zniszczenia, obojętnością, samotnością jednostki w obliczu spraw ostatecznych. Śmierć wpisana jest w beztroskę narciarzy szusujących śnieżnymi dolinami (Cool, 2019). Nikt nie zwraca uwagi na drobne sylwetki plutonu egzekucyjnego, przygotowującego się do wykonania wyroku śmierci na jeńcach klęczących na śniegu, odzianych w pomarańczowe kombinezony i kaptury na głowach. Fotograf wyposażony w potężny aparat ustawiony na statywie spełnia swą powinność […].

Pejzaże Zofii Lipeckiej, uwodząc swym pięknem, jednocześnie „odsłaniają” wydarzenia i zachowania, które chcemy ukryć, wypchnąć z pola widzenia. […] Wprowadzając w pole obrazu motyw śmierci, nadciągającego zagrożenia, artystka podważa zasadniczą dla naszej kultury wiarę w ponadczasową wartość piękna i dobra, pozostawioną jako dziedzictwo starożytnych Greków.

 ELEONORA JEDLIŃSKA

Fragment książki Eleonory Jedlińskiej Zofia Lipecka. Labirynty sztuki, Łódź, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego, 2023. Aby zamówić – kliknij tutaj

Spod powieki (D)

Niedziela, 3 listopada

Ciekawostka etiopska, na jaką natrafiłem przeglądając ponownie czytane dawno temu wypisy z dzienników i listów Sylwina Strakacza, sekretarza Paderewskiego. Otóż w sierpniu i wrześniu 1936 Paderewski był w Londynie, gdzie kręcono film fabularny Sonata księżycowa, w którym występował jako aktor i jako pianista. 31 sierpnia Strakacz pisze: „Na śniadaniu mieliśmy «rozabissynomaniowaną» Simone Giron […]”, a 5 września dodaje: „Awanturę mieliśmy również z Simoną Giron – tutaj Comtesse de Pourtalès-Giron. Uparła się, że Pan Prezydent musi zobaczyć negusa […]”. Pan Prezydent to oczywiście Paderewski, na pamiątkę czasu, gdy był prezydentem Rady Ministrów. Rzecz całą wyjaśnia przypis: „Simone Giron pasjonowała się wówczas przebiegiem wojny włosko-abisyńskiej. Po agresji Włoch na Abisynię (październik 1935) cesarz Hajle Sellasje zmuszony był uciec do Anglii (w maju 1936). Simone Giron miała w owym czasie jedną ze swych aberracji: zamierzała spotkać się z Hajle Sellasje oraz zapoznać Paderewskiego z cesarzem. Celem jej było m. in. odegranie roli politycznej u boku Paderewskiego” [1]. Do spotkania nie doszło.

Poniedziałek, 4 listopada

A w dzisiejszej „Wyborczej”, jak na zamówienie, prof. Witold Sadurski w tekście zatytułowanym Andrzej Duda – prezydent królom równy, a nawet równiejszy pisze: „wizja Dudy rzeczywiście przypomina pewnego monarchę, a mianowicie cesarza Etiopii Hajle Selasje, genialnie przedstawionego przez Ryszarda Kapuścińskiego w książce Cesarz”.Wishful thinking.

*

Biblijny wieloryb połknął, jak wiadomo, proroka Jonasza, po czym go wypluł. Wedle „Rynku Książki” odwrotny proces zaszedł bodaj w przypadku polskiego tłumaczenia koreańskiej powieści Cheona Myeong-kwana. Z dokonanej ekspertyzy wynika, że przekład został najprawdopodobniej wykonany za pomocą programu Google Translate i to nie z oryginału, ale z przekładu angielskiego. Powieść nosi tytuł Wieloryb.

Wtorek, 5 listopada

W trzecim tegorocznym numerze „Wyspy” typograf Andrzej Tomaszewski relacjonuje – za książką Jana Pirożyńskiego Johannes Gutenberg i początki ery druku (Warszawa 2002) – osobliwe początki piętnastowiecznej technologii odlewania czcionek: „Zanim Johannes Gutenberg założył oficynę drukarską, zajmował się w Strasburgu produkcją lusterek dla pielgrzymujących do katedry w Akwizgranie. Były to specyficzne przedmioty. […] Składały się głównie z metalowej […] plakietki zdobionej reliefem, w którą był wmontowany kawałek okrągłego szkiełka. Gdy pielgrzymi zbliżali się do Akwizgranu, zwracali lusterka w kierunku wież i dachów katedry – dzięki temu spływały na nich łaski boże. […] Tak więc właśnie wówczas, przy produkcji lusterek, moguncki mistrz zdobywał – oprócz funduszy – potrzebne późnej doświadczenie odlewnicze”.

Zaiste, przedziwne są ścieżki spływania ducha postępu…

Z tej samej „Wyspy”. Wojciech Bonowicz napisał: „Mówią, że śmierć po długim życiu jest jak kropka na końcu zdania”. Recenzent (Mirosław R. Kaniecki) parafrazuje: „Jeśli jest życie wieczne, to śmierć nie jest kropką na końcu zdania, tylko przecinkiem w zdaniu złożonym”. Interpunkcja rzeczy ostatecznych.

*

Wieczorem online spotkanie Klubu Kościelskich z udziałem dwojga poetów, laureatów z ostatnich lat (Aldony Kopkiewicz i Jana Barona), prowadzone przez Tomasza Różyckiego, też poetę i laureata, a obecnie jurora. Pytania o znaczenie Nagrody Kościelskich, o miejsce poezji w życiu nagrodzonych (zawodowym i w ogóle), o miejsce poezji w życiu literackim. Ładną formułę zaproponował Baron: że ta nagroda jest jak pieczęć, która wyróżnia pisarza i towarzyszy mu do końca (ostatnio było to widoczne, kiedy umarł Leszek Szaruga). Dla mnie osobiście kulminacją spotkania były nowe wiersze, czytane przez uczestników. Okazuje się, że przez te kilka lat oboje odnaleźli w sobie nowe głosy. Jan Baron zmężniał, nabrał siły, pisze o sprawach trudnych w sposób zdecydowany (wiersz Szalom). Aldona Kopkiewicz przeciwnie, wyciszyła się, jej wiersze z prowokacyjnych stały się intymne, zredukowane do przestrzeni oddechu, do pierwszego gestu.

Piątek, 8 listopada

W Amsterdamie doszło do zamieszek przy okazji meczu miejscowego Ajaxu z FC Maccabi z Tel Awiwu. Premier Izraela zapowiedział wysłanie dwóch samolotów wojskowych w celu ewakuacji obywateli swego kraju.

Klub Maccabi został założony w Palestynie w roku 1909. W tym samym roku powstała sekcja piłkarska Klubu Sportowego Makkabi Kraków, która do roku 1939 toczyła „świętą wojnę” z Jutrzenką Kraków. Reminiscencje tej rywalizacji znaleźć można u wielu pisarzy krakowskich, krajowych i emigracyjnych.

Obecna akcja wysłania samolotów przypomina trochę słynną operację Salomon z roku 1991, kiedy to wojskowym samolotami przetransportowano do Izraela ponad 14 tysięcy etiopskich Żydów. Czy to dlatego teraz do Amsterdamu posyła się nie samoloty pasażerskie, tylko transportowe? Żeby ewakuować kibiców, czy może chętnych do opuszczenia Holandii potomków Żydów, którzy osiedlali się tu od czasów Spinozy?

Zastanawiający szczegół w artykule o tej sprawie na portalu CNN. Cytuje się tam komunikat amsterdamskiej policji, która podaje, że już w środę wieczorem „zapobiegła konfrontacji między grupą taksówkarzy a grupą gości, która wyszła z sąsiedniego kasyna”. Zapoznałem się z tej okazji z pionierską rozprawką socjologiczną (a ściślej: hazardologiczną) o nielegalnym hazardzie w Izraelu, z której wynika, że w tym kraju „dużo więcej mężczyzn niż kobiet, kawalerów/panien niż żonatych/mężatek i osób wiodących życie świeckie niż zaangażowanych religijnie oddaje się nielegalnemu hazardowi” [2]. Pasuje to do profilu kibica. W Izraelu nie ma legalnych kasyn, zakazane są wszystkie formy hazardu z wyjątkiem państwowej loterii i „totka”. Wyjazd do Amsterdamu mógł zatem być pokusą do poszalenia w kasynie. A co do tego mieli taksówkarze? W Amsterdamie są nimi przeważnie Arabowie (mówi się o mafii marokańskiej) i Izraelczycy bali się wsiadać do taksówek…

Hm… Chyba nie tylko ja miałem skojarzenia z operacją Salomon. Holandia to nie Etiopia. Po paru godzinach przyszedł komunikat armii izraelskiej o zaniechaniu wysyłki samolotów. Zamiast tego do Amsterdamu leci na rozmowy nowy minister spraw zagranicznych, Gedeon Saar (matka z Żydów bucharskich, ojciec, urodzony na Ukrainie, nazywał się Serczenski).

*

Rozmowa z Pawłem Sołtysem w „Dwutygodniku”, o jego najnowszej książce, zatytułowanej (mało oryginalnie) Sierpień: „Rytuałów można szukać w różnych miejscach. Mój bohater jest anachroniczny, kupił sobie stary zegarek, próbuje pisać odręcznie, co jest trudne po 20 latach walenia w komputer. […] I z tego gestu odmowy odwiedza nie tylko cerkwie i kościoły, ale też wertuje bardzo stare książki. Książki w zasadzie sekciarskie, opisujące pozornie mało potrzebne rzeczy, typu szkło warszawskie z XVII wieku”. Brzmi zachęcająco.

Sobota, 9 listopada

W „Księdze Przyjaciół” kolejny fragment korespondencji Stempowskiego z Krystyną Marek. Wyjmuję z niego fragmencik o wojennej recepcji Rilkego, list z Londynu, z 3 lipca 1943 roku. „Mimo to, a może właśnie dlatego, staram się znaleźć chwilę czasu na «luksusowe» rozrywki. Między innymi wróciłam znowu z wielką pasją do Rilkego. Ostatnio przebijałam się przez Duino Elegien, przyznaję, że z pewnym trudem. Il paraît, que ça me dépasse – wolałabym to czytać z Panem”. (Żałuję, że nie znałem tego listu, kiedy spotykałem się w latach dziewięćdziesiątych z panią Krystyną, w Bernie i w jej domu w Laupen. Dopytałbym o te jej lektury). Autorzy opracowania, Agnieszka Papieska i Andrzej Stanisław Kowalczyk, objaśniają: „Krystyna Marek mogła mieć jedno z dwóch wydań: Duineser Elegien. Elegies from the Castle of Duino, translated by Vita Sackville West, London, Hogarth Press, 1931 lub Rainer Maria Rilke: Duino Elegies, translated by J. B. Leishman and Stephen Spender, London, Hogarth Press, 1939”. Podany tytuł, angielsko-niemiecki, nie pozwala ostatecznie rozstrzygnąć kwestii, sądzę jednak, że równie dobrze Krystyna Marek mogła czytać Duineser Elegien po niemiecku.

*

Karol w pociągu na trasie Biel-Berno znalazł łuk i strzały. Oddał w biurze rzeczy znalezionych. Łuk i strzały w pociągu? Jak w filmach z Dzikiego Zachodu? Nie całkiem: był to sprzęt sportowy, profesjonalnie zapakowany.

*

Bogato ilustrowany wykład prof. Tadeusza Bernatowicza (online) o warszawskim Ogrodzie Saskim w czasach Wettynów. W ramach ćwiczenia wyobraźni historycznej będę odtąd wypatrywał śladów osiemnastowiecznej struktury wachlarzowej w zachodniej części założenia ogrodowego (jak na planie Knoebla z roku 1765), przejeżdżając tramwajem z Ochoty czy Mokotowa na Bielany. To wygięcie torów między Królewską a Senatorską jest śladem po zewnętrznym łuku parkowego wachlarza.

*

Kilka razy pisałem już w tym dzienniku (po raz pierwszy półtora roku temu, w maju 2023), o groźbie zasypania wioski Brienz w kantonie Gryzonii. Ewakuowani wtedy, w maju, mieszkańcy mogli powrócić do swych domów w lipcu, po tym, jak pierwsza masa lawiny zatrzymała się u granic wioski – wciąż jednak żyją w niepewności, czy nie runie na nich pozostała reszta złomowiska. Dziś ogłoszono „żółtą fazę”, co oznacza, że w najbliższych dniach najpewniej nastąpi profilaktyczna ewakuacja.

*

W niedzielę Laurie Andreson nagrała w nowojorskim kościele św. Tomasza jakże aktualnie dziś brzmiący poemat Kawafisa Czekając na barbarzyńców. Przejmujące. Warto posłuchać:

kliknij – tutaj

*

Na spacerze w parku Soriano. Na bramie kartka z napisem ZAMKNIĘTE. WOLNO CHODZĄCE DZIKI. Ale brama otwarta, więc weszliśmy. Staliśmy w altance na stawie, kiedy na ścieżce pojawił się mały chłopiec, może czteroletni. Ja do niego: „O, to jest dzik. Witaj, dziku”. Chłopca jakby zamurowało. Kiedy nadeszli rodzice, dał znak, że chce wejść do altanki, ale bał się sam, tylko z tatą. Opowiedziałem ojcu, jak przywitałem chłopca, a on: „Skąd pan wiedział? On ma na imię Tadzik!”.

Niedziela, 10 listopada

Filmowy tryptyk Józefa Marii Ruszara o Janie Polkowskim. Próba pokazania poety poprzez jego miejsca. Nowa Huta dzieciństwa, Kraków młodości, teraz Tymowa. Najlepiej wypadło to w Krakowie, dzięki świetnym zdjęciom architektury dawnej stolicy (częściowo z dronów), które wraz z dobrze dobranymi wierszami pokazały fenomen długiego trwania kultury w tym mieście. Gorzej z prowadzeniem aktora (poeta gra tu sam siebie): nie idzie, tylko kroczy, nie siedzi, tylko trwa, a jak leży, to wraz z całą łąką i lasem. W pierwszym i trzecim odcinku dobrze czytanym wierszom towarzyszą irytujące napisy na ekranie, oddające to, co z tej poezji zrozumiała maszyna, nie znająca rzadszych słów, nazwisk, obcych języków. Pomysłodawca reklamuje swój film jako portret „najwybitniejszego spośród żyjących polskich poetów metafizycznych”. W roku 1580 nikt się chyba nie zastanawiał, kto jest podówczas największym żyjącym hiszpańskim poetą metafizycznym: św. Teresa z Avila czy św. Jan od Krzyża… I jeszcze jedno: w odcinku nowohuckim pokazano fragment propagandowego filmu o Bierucie, kiedy ten w parku głaszcze sarenki. W odcinku trzecim Jan Polkowski wychodzi rano karmić oswojone z nim jelenie. To chyba mimowolna paralela? Nie widzę, jaki miałaby przekazywać sens.

Całość wszakże ratuje poezja.

Wtorek, 12 listopada

Z wielkiej sympatii do Muzeum Polskiego w Rapperswilu i jeszcze większej troski o jego los śledziłem uważnie dwuipółgodzinną transmisję z obrad stałej sejmowej Komisji do Spraw Łączności z Polakami za Granicą z 8 bm., poświęconych kwestii przyszłości tej placówki. Wykazałem więcej cierpliwości niż większa część uczestników tego gremium. A ostatni kwadrans był najciekawszy. Po dwóch godzinach magla – garść konkretów. Niepokojących. Przyszłość nadal pozostaje postulatem.

*

Lubię małe państewka, miasta-państwa, enklawy i eksklawy, tereny pograniczne, wielokrotnie zmieniające przynależność i tożsamość. Dlatego chętne przeczytałem w „NZZ” artykuł na temat Pieczengi, po fińsku zwanej Petsamo. Rodowita ludność tych okolic na pograniczu norwesko-fińsko-rosyjskim to Lapończycy.

Kiedy w końcu października 1944 roku Armia Czerwona wyzwoliła pobliskie norweskie miasto Kirkenes, ludność przyjęła z zadowoleniem koniec niemieckiej okupacji – a Rosjanie wkrótce się wycofali. Inaczej w Petsamo, mieście, które należało do Finlandii niedługo, od roku 1920 do 1940. Było jednak dla kraju ważnie, nie tylko dla marzeń imperialnych o kraju od morza bałtyckiego do morza Barentsa (w roku 1920 mawiano: „Brytyjczycy mają Indie, a my mamy Petsamo”), ale także ze względów ekonomicznych, odkąd odkryto tu złoża niklu. W listopadzie 1939 roku z tych samych względów do Pestamo wkroczyli Rosjanie. Niemcy próbowali ich przegonić, co się na pewien czas powiodło, ale nie na trwałe. W fińsko-radzieckim traktacie pokojowym z roku 1947 Finowie utracili miasto. Rosjanie zmilitaryzowali okręg, w porcie stacjonowały atomowe łodzie podwodne, z całego kraju zsyłano przymusowych robotników do kopalni niklu. Niedawno w Pieczendze świętowano osiemdziesiątą rocznicę „wyzwolenia” miasta. Ale czasy znów są niewesołe. Z dwóch stacjonujących tutaj brygad tysiące żołnierzy wysłano na front ukraiński.

Artykuł w zuryskiej gazecie zupełnie pomija jeden aspekt lokalnej historii. Otóż już w roku 1533 ufundowano w Pieczendze klasztor prawosławny pod wezwaniem Św. Trójcy, który chlubił się, że jest najdalej na północ położonym klasztorem na świecie. Założył go późniejszy święty, misjonarz Lapończyków brat Tryfon. Pod koniec XVI wieku, po zbrojnej napaści, mnisi przenieśli się dalej na Półwysep Kolski, gdzie przetrwali do roku 1765. Pod koniec XIX wieku klasztor w Pieczendze reaktywowano; mnisi przetrwali porewolucyjne prześladowania i doczekali przyłączenia rejonu do Finlandii. W roku 1997 klasztor w Pieczendze wznowił działalność. Na górze, zwanej Górą Zbawienia, ustawiono krzyż z napisem „Błogosławiący i ochraniający wszystkich mieszkańców ziemi pieczeńskiej”.

Przełożonym klasztoru jest obecne ihumen Dawid. Z jego inicjatywy próbowano znaleźć miejsce pochówku brata Tryfona, szukając jego szczątków. Znaleziono wiele szkieletów, ale, rzecz dziwna, wszystkie bez rąk albo bez nóg. Po kwerendzie w archiwach okazało się, że był tam w czasie wojny lazaret. I tak historia duchowa przeplata się z kolejnymi wojnami.

Środa, 13 listopada

Zapadła decyzja w sprawie Brienz: do niedzieli w południe wszyscy mieszkańcy wioski Brienz muszą ją opuścić, co najmniej do wiosny. Niektórzy zastanawiają się, czy w ogóle warto wracać. Inni martwią się, czy wspólnota, rozmieszczona w trzech różnych lokalizacjach, da się kiedyś z powrotem skleić.

Sobota, 16 listopada

Dziś, na specjalną okazję, najpierw urodzinowe eustomy, a potem eufonie. W wyprzedanej do ostatniego miejsca Wielkiej Sali Zamku Królewskiego, w ramach festiwalu Eufonie, trio Bastarda (klarnet, wiolonczela i klarnet kontrabasowy) grało we własnej transpozycji utwory piętnastowiecznego Piotra z Grudziądza i szesnastowiecznego pastora w Ratajnie (wówczas Panthenau) koło Dzierżoniowa, Valentina Trillera. Mówiąc w skrócie: są to bardzo stare melodie, przeważne wokalne, przekształcone w tryskające energią (zwłaszcza klarnecisty Pawła Szamburskiego), ocierające się o improwizację jazzową i brzmienia jak z Warszawskiej Jesieni, utwory muzyki żywej, własnej, naznaczonej stemplem Bastardy. Szczególnie podobała mi się adaptacja motetu Piotra z Grudziądza Pax aeterna templo regis.

A festiwalowy program otwiera esej, w którym Agnieszka Drotkiewicz porównuje malarstwo Juana Sáncheza Cotána (hiszpańskiego malarza barokowego, o którym długo rozmawiamy z Agnieszką Bielak w przedmowie do świeżo wydanej korespondencji Czapski / Pollakówna, tak ważny był dla nich obojga) z nawiązującymi do niego filmami izraelskiego artysty mieszkającego obecnie w Wielkiej Brytanii, Oriego Gershta. Gersht ustawia i zawiesza owoce i warzywa, jak czynił to Cotán, a potem strzela do owocu granatu i filmuje, jak przeszywa go kula, jak rozpryskują się krwiste ziarna. Wydobywa z martwej natury (tkwiącą w niektórych językach w jej nazwie) śmierć. Prowadzący koncert Paweł Szamburski stwierdził, że w muzyce Bastardy są pogłosy dzisiejszego czasu, że ona dzieje się TERAZ. O wojnie za wschodnią granicą akurat nie wspomniał, ale ją też w dynamicznej grze tego tria słychać. Także w końcowej części utworu Pax aeterna.

Wtorek, 19 listopada

Warszawskie mieszkania. Zbiór ilustrowanych reportaży o 24 mieszkaniach, na których ich właściciele i użytkownicy wywarli niezatarte piętno. Zarazem kawał historii i historii sztuki. Wypisuję sobie kilka miejsc o czasie.

Książki: „Nabywane przez internet po kilkanaście tytułów naraz otrzymują po rozpakowaniu przesyłki własnościowy stempel. Nie żaden specjalnie zaprojektowany, tylko pieczątkę z tajlandzkiej zabawki dla dzieci przedstawiającą czerpanie wody ze studni. Pod nim Mikołaj odnotowuje, kiedy książka «wpłynęła», a potem jeszcze dopisuje kiedy zaczął ją czytać i kiedy skończył. W ten sposób książki stają się rejestratorem upływu czasu” [3].

Zegary i pozytywki. „Ficowskiego intrygowało również zjawisko czasu, czemu dawał wyraz przede wszystkim w swojej poezji [np. tomik Zawczas z poniewczasem, Kraków 2004], ale pozostawił po sobie także kilka starych zegarów. Słabość miał również do zabawek i automatów. Na Mokotów przyjechały więc dwie pozytywki płytowe, zwane popularnie polifonami. Jedną z nich, o nazwie Kalliope, można było niegdyś nabyć – jak wskazuje tabliczka znamionowa – w Magazynie Instrumentów Muzycznych D. Feigenbauma przy Nowym Świecie 72” [4]. Rzeczywiście, była taka firma, w gmachu Gimnazjum, działała od roku 1885. Oprócz instrumentów muzycznych oferowano w niej fonografy i gramofony [5].

Paski do zegarków i legenda. „Błażej zbiera zegarki i hobbystycznie wykonuje do nich paski. Jest autorem tematycznie związanej z tym legendy, zob. B. Brzostek, Legenda o zegarkowni, w: Rzeczy dzieją się w Warszawie. Nowe legendy miejskie, red. A. Rasmus-Zgorzelska, Warszawa 2020, s. 19-29 [6]. Trzeba będzie przeczytać.

Autor Legendy o zegarkowni ma też inne zasługi: „Z ruin Warszawy wyciągnął […] stopiony kawałek szkła z monogramem króla Stanisława Augusta”. To także resort czasu: jego upływu, prób zatrzymania i dowartościowania (szkło oprawiono w srebro).

Świat jest mały, więc oczywiście znam kilkoro spośród właścicieli opisanych lokali, w jednym z mieszkań byłem. Ale gdybym miał wybierać coś dla siebie, to najbardziej podobały mi się wnętrza lokalu Katarzyny Bachledy-Curuś i Krzysztof Odolińskiego przy Narbutta 22 (budynek z roku 1938). Może dlatego, że przypominają mi ulubione obrazy Duńczyka Hammershøia z końca XIX wieku, a z dawniejszych malarzy Samuela van Hoogstratena.

Środa, 20 listopada

Niekiedy dostaję takie maile: „Wstałam do ubikacji o 4:30. Potem miałam zgaszone światło i leżałam z zamkniętymi oczami Udało mi się odmówić jedną Tajemnicę różańca i przed oczami serca widziałam Matkę Bożą”.

Nowy dzień. Opypy 2024

*

W swoje dziewięćdziesiąte ósme urodziny umarła Elisabeth Valkenier, amerykańska znawczyni historii Rosji, a w szczególności specjalistka od rosyjskiej sztuki realistycznej (monografie Repnina, Sierowa). Była córką historyka i teoretyka literatury, prof. Manfreda Kridla. „Pisanie o własnym ojcu jest równie żenujące jak mówienie o sobie” – tak brzmi pierwsze zdanie napisanej przez nią sylwetki Manfred Kridl: uczony, pedagog, działacz polityczny [7]. Autorka wybrnęła jednak szczęśliwie z tego trudnego zadania; przyświecały jej chyba słowa ojca, wypowiedziane w jakimś wywiadzie: „w Polsce przedwojennej prawica uważała mnie za lewicowca, a lewica za prawicowca”. Elżbieta Kridlówna, zwana Dziubą [8], urodzona w Wilnie, przybyła do Stanów w roku 1941; zmarła w domu swej córki na Cape Cod 13 listopada br.

Czwartek, 21 listopada

Uliczny sprzedawca owoców, na którego straganie pewien znany (w Polsce głównie jako znieważyciel papieża) hochsztapler i prowokator kupił wczoraj za 35 centów banana, sprzedanego następnie wieczorem na licytacji w Sotheby’s za 5 czy 6 mln dolarów – powinien wystawić tabliczkę: YESTERDAY ONE OF MY BANANAS WAS WORTH A FORTUNE. TODAY ONLY 2$. Wątpliwe wszakże, czy w ogóle słyszał o tej aukcji.

*

W „Wyborczej” Marta Trojanowska, radomska bibliotekarka, autorka biografii innej radomskiej bibliotekarki, mówi na temat swojej poprzedniej książki, zatytułowanej Miały trwać wiecznie (2018): „Fascynuje mnie fotografia nagrobna, to olbrzymi temat. W Polsce pierwsze porcelanki ze zdjęciami pojawiły się pod koniec XIX wieku. Dzisiaj zmieniają się techniki utrwalania portretu, ale fotografia nagrobna wciąż funkcjonuje. Przede wszystkim jednak mam potrzebę obserwowania na przedmiotach upływu czasu. Wracam na cmentarze, oglądam te «moje» porcelanki i patrzę, jak się zmieniają. Cmentarz to niezwykły album fotograficzny na świeżym powietrzu”. Do tego przykładowa ilustracja z kolekcji autorki: portret młodego cyklisty, zmarłego w roku 1906.

Fotografia nagrobna Teofila Karola Kamińskiego (zm. 1906). Warszawa, Cmentarz Powązkowski. Fot. Marta Trojanowska

To była znana historia. 19 października 1906 roku dwaj sprawcy wdarli się do domu Kamińskiego, mistrza Królestwa Polski w jeździe rowerem na odległość 100 wiorst i zastrzelili go, mówiąc „tak się robi ze szpiclami”. Może zresztą była to prywatna zemsta. Na fotografii widać błyszczące szprychy przedniego koła, misterne kształty koła zębatego i pewną siebie minę młodego zdobywcy.

Sobota, 23 listopada

Redaktorzy „NZZ” ułożyli listę 100 najważniejszych książek XXI wieku. Obejmuje ona tylko książki, wydane już po niemiecku, tym niemniej z kronikarskiego obowiązku odnotowuję niektóre pozycje: na pierwszym miejscu Austerlitz Sebalda, na czwartym Księgi Jakubowe Tokarczuk, na siódmym Czerwony głód Applebaum, na dalekich miejscach Philip Roth (56), Joan Didion (69), Amos Oz (70), Kazuo Ishiguro (91), Imre Kertész (100). Ale, wiadomo, literatura to nie sport.

Piątek, 29 listopada

W roku 2008, kiedy mieszkając w Bernie często bywałem w Wenecji i przymierzałem się do napisania przewodnika po polskich śladach w tym mieście, „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł o hipotezie, wiążącej postać Galla Anonima właśnie z Wenecją. Napisałem do prof. Tomasza Jasińskiego, autora tej teorii i wkrótce otrzymałem od niego książeczkęO pochodzeniu Galla Anonima. Autor opowiadał się w niej za tożsamością polskiego kronikarza z równie anonimowym Mnichem z Lido, który w początkach XI wieku opisał tzw. translację, czyli przeniesienie relikwii św. Mikołaja. Poszukując korzeni owego mnicha zwracał uwagę na jego znajomość Słowiańszczyzny i wysuwał domniemanie, że mógł on pochodzić z Zadaru w Chorwacji. Hipoteza o tożsamości Galla Anonima i Mnicha z Lido została później potwierdzona przez badania stylometryczne.

Obecnie ta sama gazeta znów oddaje głos prof. Jasińskiemu, który przez ten czas kontynuował swe dociekania, korzystając z nowych możliwości, jakie daje technologia informatyczna. Szukał przykładów rytmiki, podobnych do tej, jaką posługiwał się Gall: „Zaprojektowałem program komputerowy, a stworzył go dla mnie informatyk. Program pomógł mi oszukać rzeczywistość – przejrzał ogromną liczbę starych pism w 15 minut. Gdybym sam chciał przejrzeć tyle stron, musiałbym czytać przez 32 lata – osiem godzin dziennie, sześć dni w tygodniu”.

Po tym eksperymencie prof. Jasiński pozostaje przy swym domniemaniu co do chorwackiego pochodzenia Galla Anonima – jego przybycie na dwór Bolesława Krzywoustego wiąże z osobą Almosza, bratanka króla chorwackiego Władysława, który schronił się w Polsce (był szwagrem Krzywoustego – obaj poślubili córki księcia kijowskiego Świętopełka).

Dodam, że rękopis Mnicha z Lido ukazał się po raz pierwszy drukiem bodaj w roku 1653, staraniem Ferdinanda Ughellego. Kilkadziesiąt lat wcześniej, w 1567, inny chorwacki mnich, Bazilije Gradić z Dubrownika, wydał w Wenecji dwie książki w języku słowiańskim. Pierwsza, Libarze velle dvchovno i bogoglivbno od molitve, jest przekładem pobożnych rozważań Tullia Crispoldiego. Druga, Libarze od dievstva i dievićkoga bitya, doczeka się potem, w roku 1584, przekładu włoskiego (pod zitalianizowanym imieniem autora Basilo Gradi), a następnie tłumaczenia polskiego, wydanego pod tytułem Palma panienska, albo Rosprawa o stanie dziewiczym (Kalisz 1607). Jak w przypadku Galla Anonima pośrednikiem mógł być chorwacki dostojnik na dworze polskim, tak tutaj rolę tę pełnił być może Chorwat Andrija Dudić, rezydent cesarski na dworze krakowskim, naturalizowany w Polsce (prywatnie mąż Heleny Strasz).

Z Palmy panieńskiej wyjmuję, ujrzany spod powieki, fragment komentarza do słów św. Pawła („Niemężata i panna, myśli o tym co Pańskiego jest”): „Aniołowie niebiescy, będąc s[z]czyrzy duchowie, nie mają ćwiczenia ani zabawy żadnej cielesnej: ale tylko wnętrzną i duchowną, a tę doskonalszą, która zależy w widzeniu i przypatrywaniu samego Bóstwa; ta jest ich własna zabawa i uciecha: w tym samym bez przestanku obierają się. To ich jest niebieska potrawa i napój, którą się w onej górnej krainie, i gdziekolwiek są, karmią, nasycają i upijają: wnętrznym okiem patrząc w ono zrzodło światłości, i w ono niewysłowione i nieogarnione, najchwalebniejsze Boskie jestestwo, przypatrować się majestatowi, mądrości i onemu niezmiernemu morzu dobroci, miłości i śliczności: Przypatrując się poznawać, poznawszy miłować, miłując trzymać i zażywać, a w tym smakować i kochać się, na ostatek w takim kochaniu wszytkich [9] się zanurzyć i rozpuścić” [10].

Sobota, 30 listopada

Nerw czasu. Pod koniec października zachwycałem się w tym dzienniku widzianą w Bordeaux „rozsypaną” martwą naturą Jana Davidsz. de Heema, a dziś „Guardian” anonsuje zbliżającą się wystawę w Fitzwilliam Museum w Cambridge, na którą składa się cykl czterech martwych natur tego właśnie malarza. To, jak się zdaje, nowy trend: zamiast wielkich, kosztownych i logistycznie trudnych do zorganizowania retrospektywnych wystaw monograficznych urządza się kameralne ekspozycje jednego wątku w twórczości jakiegoś artysty albo wystawy, poświęcone wąsko zakrojonemu tematowi. Łatwiej wtedy przyjrzeć się obrazom dokładnie, więcej zostaje pod powieką. Tym razem do wiszącej w Cambridge od roku Bankietowej martwej natury dołączono po jednym płótnie z Luwru, z muzeum miasta Brukseli i z kolekcji prywatnej; łączy je dominujący motyw przepychu (tzw. pronkstilleven). Przekaz w dzisiejszych czasach niebezpieczny, obrazy w zamierzeniu artysty miały bowiem sławić podbój świata przez Europę i niezmierzone bogactwo oraz przepych mecenasów, zamawiających takie płótna. Z dzisiejszej perspektywy w tle pojawia się kolonializm, którego symbolem jest Murzynek na obrazie, sprowadzonym z Brukseli. De Heem wszakże też miał swój przekaz – wanitatywny: cały ten przepych jest tylko doczesny, a w gruncie rzeczy to wszystko marność nad marnościami.

Prawdziwą ucztę, niebiańską, przedstawia zacytowany wczoraj fragment traktatu o panieństwie, powtórzę (dla jego urody) ostatnie zdanie: „Przypatrując się poznawać, poznawszy miłować, miłując trzymać i zażywać, a w tym smakować i kochać się, na ostatek w takim kochaniu wszytkich się zanurzyć i rozpuścić”.

*

Podobne myśli wanitatywne budzi niestety wywiad z Piotrem Mojskim, dyrektorem Fundacji LIBERTAS, zamieszczony w „Linth24” z 26 listopada, lokalnej gazecie połączonych miast Rapperswil-Jona. Jest on wyrazem rozgoryczenia tym, co działo się na zamku raperswilskim w weekend 16/17 listopada, kiedy to po raz pierwszy po remoncie udostępniono publiczności część wyremontowanych pomieszczeń, takich jak klatka schodowa, Sala Rycerska oraz kaplica-mauzoleum Kościuszki, gdzie kiedyś przechowywane było serce Naczelnika. Zapytany, jak widzi prezentację Muzeum Polskiego w odnowionym zamku, Mojski odpowiedział: „Oto historia Muzeum Polskiego, opowiedziana za pomocą pomieszczeń, wypełnionych drewnianymi skrzyniami, z pustymi ścianami i z przemyślnymi aplikacjami multimedialnymi. W mrocznych pomieszczeniach czynią one dość smutne, a zarazem przejmujące wrażenie. Skrzynie symbolizują stany tymczasowe, przeprowadzki i ponowne otwarcia muzeum”. Piotr Mojski opowiedział się w tym wywiadzie dobitnie za powrotem Muzeum Polskiego na zamek. Dopytany przeze mnie, jak sobie to wyobraża, odpowiada: „Otworzymy te skrzynie, wyjmiemy z nich eksponaty, rozjaśnimy pomieszczenia i eksponaty ponownie je wypełnią”. A mnie przypomina się polemika sprzed ponad wieku wokół tzw. „sprawy raperswilskiej”, w której brały udział takie pióra, jak choćby Żeromskiego. I mam wrażenie, że ta sprawa wciąż trwa.

*

Wieczorem w Nowym Teatrze koncert jubileuszowy siedemdziesięciolatka Pawła Szymańskiego, który obdarował nas prawie trzema godzinami swojej magicznej muzyki. Zakręcone Villanelle do słów Jamesa Joyce’a (kontratenor Jan Jakub Monowid), obdarzona nie tylko muzycznym, ale i aktorskim (wręcz komediowym) talentem długopalca klawesynistka Małgorzata Sarbak, dzielny flecista Łukasz Długosz, stawiający czoła całej orkiestrze Filharmonii Śląskiej pod batutą rewelacyjnego Jarosława Szemeta, to chyba najważniejsze elementy tej akustycznej uczty. Jubilatowi wręczyłem w upominku szkic pomysłu na operę historyczną, której tytuł, w dwóch wariantach – Dwie głowy albo Święte głowy – przyśnił mi się w nocy z 4 na 5 kwietnia 2020. Mal sehen.

*

Z PAU wiadomość o śmierci Andrzeja Kobosa (ur. 1943), fizyka i humanisty, twórcy internetowego pisma „Zwoje” / „The Scrolls”. Miałem okazję z nim współpracować (połączył nas podziw dla poezji Joanny Pollakówny); pamiętam z tego czasu jego pieczołowitość i dbałość o dobre obyczaje edytorskie, co wcale nie było tak oczywiste w tamtych pionierskich czasach internetu.

W roku 2009 odbyła się dyskusja po referacie Andrzeja Borowskiego o badaniach nad Odrodzeniem w krakowskim środowisku naukowym. Jako pierwszy zabrał w niej głos fizyk Andrzej Kobos, pytając, czemu w Krakowie nie powstała rodzima szkoła architektury renesansowej. To pytanie zelektryzowało słuchaczy wykładu, padło kilka ciekawych odpowiedzi, z których przytoczę słowa Karoliny Targosz o próbach naśladowania „perły Renesansu na północ od Alp”: „Dosłownie kaplicy Zygmuntowskiej nie można było powielić, ale mimo to kaplic renesansowych przy kościołach powstało wtedy wiele, jest ich w Polsce około 300. […] W wielu kościołach, nawet po wsiach, mamy renesansowe nagrobki, tych leżących rycerzy. To było nadzwyczajne zjawisko w kulturze, które już potem w XVII wieku w okresie Baroku się nie powtórzy” [11]. Trafne pytanie laika.

Poniedziałek, 2 grudnia

A w Turynie zmarł prof. Piotr Chełkowski (rocznik 1931), światowej sławy znawca kultury perskiej i islamskiej. Prywatnie mąż znanej w kręgach polonijnych dobroczyńczyni niewidomych, Gogi, i zięć Bronisława Przyłuskiego, emigracyjnego poety i tłumacza Rilkego. Chciałbym tu przywołać jedno jego wspomnienie z Iranu, zanotowane przez Izabelę Barry i przypomniane teraz w jej blogu Czwarte Miejsce: „Pustynia tam jest górzysta i kamienista. Czasami napotyka się na solne jeziora, gdzie nie ma żadnej wegetacji, ale czasami jest tam też wioska. Jeździliśmy tam z pomocą. W takiej wiosce było może dwóch, trzech ludzi umiejących czytać i pisać. Reszta to byli analfabeci. Ale jak robili dla mnie obiad, to mój gospodarz recytował poezje, a naokoło siedziało mnóstwo ludzi, którzy słuchali i przeżywali. To zupełnie niebywałe. I jest to poezja trudna, wręcz niemożliwa do przetłumaczenia, z ogromnym ładunkiem mistyczności”.

To wspomnienie łączy mi się zaś z innym cytatem, z Petera Brooka: „W zapadłej irańskiej wiosce ujrzałem jedną z najmocniejszych rzeczy, jakie zdarzyło mi się widzieć w teatrze: grupa czterystu wieśniaków, cała ludność tej miejscowości, siedzi pod drzewem i – choć doskonale wiedzieli jak się ta historia kończy – na przemian wybucha salwami śmiechu albo zaczyna łkać, patrząc, jak Husajnowi zagraża niebezpieczeństwo, jak przechytrza swych wrogów, i wreszcie ponosi męczeńską śmierć. A kiedy został umęczony, teatr stał się prawdą”.

Ten ostatni cytat wziąłem z artykułu Piotra Chełkowskiego, zamieszczonego na stronie „Asia Society”, w którym pisze on o rytualnych perskich widowiskach pasyjnych (ta’ziyeh) i ich wpływie na teatr współczesny – Brooka, Grotowskiego, Kantora [12]. Krąg się zamyka.

 

JAN ZIELIŃSKI

 

[1] Za kulisami wielkiej polityki. Paderewski w dziennikach i listach Sylwina i Anieli Strakaczów, 1936-1937. Oprac. Anne Strakacz-Appleton, Małgorzata Perkowska-Waszek, Kraków, Musica Iagellonica, 1994, s. 87, 91 i 87.

[2] Hagit Bonny-Noach, Differences Between Illegal and Legal Gamblers in Israel: Gambling Behavior, Motivation and Substance Use, „Journal of Gambling Studies” 2023 nr 39, s. 1249.

[3] Piotr Kurdyba, Jarosław Trybuś, Warszawskie mieszkania, Biografie miejsc, rzeczy i ludzi. Warszawa, Osnowa, 2024 s. 65.

[4] Tamże, s. 127. Z mieszkania Elżbiety Ficowskiej odnotuję jeszcze, że na bibliotece „stoją dawne wagi pocztowe, aparat fotograficzny należący do Tadeusza Ficowskiego – ojca Jerzego, żelazka z duszą oraz staroświecka lalka – prezent od poetki Joanny Pollakówny” (tamże, s. 129, ilustracja na s. 128 na dole).

[5] Por. ogłoszenie w „Kurierze Polskim” 1900 nr 334.

[6] Warszawskie mieszkania…, s. 231.

[7] „Archiwum Emigracji” 2006, z. 1-2 (7-8), s. 357-370.

[8] Por. Ryszard Kiersnowski, Tam i wtedy: w Podweryszkach, w Wilnie i w puszczy, 1939-1945, Warszawa 1996, s. 32.

[9] W sensie: całkowicie, do imentu.

[10] Bazyli Grady, Palma panienska albo rosprawa o stanie dziewiczym, Kalisz 1607 s. 68-69.

[11] „Prace Komisji Historii Nauki Polskiej Akademii Umiejętności” 2009, s. 108.

[12] Peter Chelkowski, Time Out of Memory: Ta’ziyeh, the Total Drama. https://asiasociety.org/time-out-memory-taziyeh-total-drama

Galeria jednej fotografii (54)

Tłumy, przebrane za smoki i tygrysy, zapełniły stolicę Kambodży, w lutym 2008. Z okazji chińskiego Nowego Roku, miasto wypełzło na ulice. Tylko ogrodnik nie świętował. Przed Pałacem Królewskim, samotnie, jak co dzień, oddawał się swoim obowiązkom.

„Ogrodnik i The Royal Palace”, Phnom Penh 2008, z cyklu „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp

15 sierpnia 2024

ELŻBIETA LEMPP

Zofia

Zofia często wracała do swoich wspomnień spisywanych w zeszytach z podniszczonymi już ceratowymi okładkami. Narrator dobrze też wie, że przyłapywała się na chęci poprawienia czegoś. I nie chodziło jej o fakty, raczej o inne ich rozumienie po latach. Taka byłam, tak myślałam, nie należy nic ruszać, tłumaczyła sobie, ale nie mogła się oprzeć, aby nie zaczerniać niektórych słów, a przecież zdarzały się i zdania. Zaczernianie było dosłowne, bo najpierw obwodziła wybrany fragment cienką kreską, a potem długo wypełniała czarnym atramentem. Potem nawet pod światło nie dało się niczego odczytać.

W ten piątek, już o wpół do pierwszej, odłożyła czytanie, a od świtu zaczęła się niepokoić. Prawdę mówiąc niepokoiła się od środy, kiedy zapukała Witczakowa i powiedziała, że jest do niej telefon.

Uchowało się, a w każdym razie istniało jeszcze niedawno, podanie pana Jerzego Witczaka o przydział telefonu. Narrator natknął się na nie przypadkowo podczas poszukiwań podania o wiele ważniejszego. Pan Witczak pisze, że jest inżynierem pracującym w elektrowni na Powiślu. „W razie awarii muszę być do dyspozycji, dlatego zwracam się z uprzejmą prośbą o przydzielenie telefonu”. Krótko i lakonicznie. Do podania załączone były trzy pisma. Dyrektor elektrowni popierał potrzebę telefonu u obywatela Witczaka, dział kadr poświadczał zajmowane przez niego stanowisko, a organizacja partyjna stwierdzała, że Witczak jest aktywny na zebraniach. Nie ulega więc wątpliwości, że telefon mu się należał.

Zofia z telefonu państwa Witczaków skorzystała tylko raz, kiedy Julka zachorowała na szkarlatynę i trzeba było wzywać pogotowie. W czwartek jednak to do niej dzwoniono, a nikomu przecież nie podawała numeru Witczaków, bo go nawet nie znała.

– Co za piękny głos. To może być aktor – powiedziała cicho Witczakowa i wyszła, choć Zofia była pewna, że stoi za drzwiami, chłonąc każde słowo. Znała ją i wiedziała, że nie brało się to z chęci donoszenia, a tylko ze zwyczajnej ciekawości.

Już po pierwszych słowach rozpoznała aksamitny głos Alberta. Mówiono o nim, że brzmi jak Beniamino Gigli. „Długo cię szukałem, w końcu ktoś ważny podał mi ten właśnie numer telefonu. Musimy się koniecznie zobaczyć, przecież przeżyliśmy…”. Miał rację, przeżyli, choć ją przy życiu trzymał już tylko obowiązek. Powtarzała to często Wiktorowi, a on śmiejąc się mówił: „Chyba mamo, że nazwiesz to zemstą”.

– Tydzień temu dziennikarze otworzyli swój klub na Foksal. Zjedzmy tam obiad Zapraszam…. – w głosie Alberta usłyszała dawny serdeczny ton, którego nie miał dla wszystkich.

– Jesteś teraz dziennikarzem? – spytała i nie zdziwiłoby jej, gdyby tak było. Mógł być w życiu każdym.

Speszył się, ale tylko na chwilę. – Nie… Jeśli nie chcesz, to zaproponuj coś innego…

– Nie znam nowych miejsc, mało wychodzę z domu… – Chęć odmowy w jej głosie była wyczuwalna, nie tylko dla Witczakowej za drzwiami, ale i dla każdego, kto z obowiązku słuchałby ich rozmowy.

– Kiedy się mamy spotkać, jeżeli nie teraz…

Niespodziewanie dla samej siebie, zgodziła się. Ostatecznie zawsze go lubiła. O tym, że był pierwowzorem tancerza mecenasa Kraykowskiego z modnego przed wojną opowiadania, raczej nie wiedziała. Tego, że bałwochwalczą atencją obdarzał każdego, kogo uznał za godnego podziwu, nie mogła nie wiedzieć. Dostrzegła w tym nawet pewną zależność. Wybrańcy byli jakby nim samym, gdyby oczywiście miał więcej talentu. Najdłużej krążył wokół Leona Schillera, bywał u niego na Krochmalnej; użyteczny na każdym polu, mógł przypalić cygaro, przewracać nuty, ale też i zaśpiewać drugim głosem.

Wiktor pochwalił jej decyzję, a Zosia bardzo się ucieszyła, „Wreszcie mamo ruszysz się między ludzi”. Naiwne dziecko, jakby jej zależało na ludziach.

Zgoda to jedno, a czym innym zdenerwowanie potęgujące się w miarę zbliżającego się spotkania. Wypadałoby jakoś wyglądać, bo nikt z jej dawnego świata nie powinien zobaczyć abnegacji królowej, a przecież często nazywano ją królową, czego Ksawery bardzo nie lubił. W Warszawie było jej miło z tego powodu, w Paryżu czuła się dumna, a tylko w Moskwie brzmiało to niebezpiecznie. Jeszcze przed aresztowaniem Ksawery zdążył zażartować, że Stiepan Rokicki, który ją tak nierozważnie nazwał, zaraz ze strachu wypłucze sobie usta kwasem bornym.

Szczęśliwie z powstania uratował się żakiet od brązowego kostiumu. Cienka wełna i aksamitny kołnierzyk w kolorze burgunda. Kiedy w godzinę trzeba było opuścić mieszkanie ojca na Żoliborzu, zaginęła spódnica do niego. Na szczęście czarna, uszyta dla Zosi na rozpoczęcie roku akademickiego, pasowała do wszystkiego. Przymierzyła ją ze strachem, ale nie dopinały się tylko dwie haftki.

Do tego, że kruczoczarne włosy były teraz białe jak śnieg, zdążyła się przyzwyczaić, a jedwabna apaszka w głębokiej czerwieni dobrze się od nich odcinała. W lustrze nie było widać butów, a więc mogła śmiało powiedzieć, że wygląda nieźle. Buty, w których w Paryżu szła do Lippa na spotkanie z André Gide’em, i które potem przeżyły nie tylko Moskwę, ale i powstanie, wymagały gruntownej naprawy. Wiktor zaniósł je do Zachariasza Kuny i już tam na nią czekały.

Teraz na nogach miała tenisówki, na szczęście nikt na to nie zwracał uwagi. Ze zdumieniem zobaczyła, że na Złotej wywożą ostatnie cegły z domu, który po powstaniu nie wyglądał źle. Jeszcze niedawno mieszkał tu i pracował ojciec najważniejszego pisma literackiego. To jemu przyniosła do oceny opowiadanie Wiktora, który, odkąd przestał pytać o powrót ojca, całymi godzinami walił w ścianę pięściami owiniętymi w ręczniki. Wierzyła, że pochwała kogoś z „Wiadomości Literackich” skłoni czternastolatka do opamiętania.

Grydzewski pięknie ją przyjął, była herbata, a nawet kieliszek likieru. „Znaliśmy się przecież zanim w twoim życiu nastał Ksawery, a z nim i komunizm”. Zaraz też doprosił przysadkowego blondyna, którego nazwiska nie pamiętała, i obaj zarzucili ją pytaniami. O dziwo, nie interesowali się światem artystycznym Paryża, bo wiedzieli o nim więcej od niej, a ciekawiła ich tylko Moskwa. Opowiadała śmiało, ale nie na tyle, aby powiedzieć wszystko. Po jakimś czasie usłyszała, że opowiadanie Wiktora bardzo się podobało. Znała dobrze fałszywe nuty, lecz w głosie sekretarza redakcji, który do niej zadzwonił, nie było po nich śladu. „Wydrukujemy, kto wie, czy nie w lipcowym numerze. Proszę powiedzieć synkowi, aby zaczynał się cieszyć”. Nie wydrukowano do września, a potem już wojna. Teraz pomyślała, czy Grydzewski, który pewnie już nie żył, zdążył ukryć swoje archiwum w piwnicy, a jeśli tak, to czy ktoś się nim zainteresuje.

Im bliżej Marszałkowskiej, tym więcej wapiennego kurzu. Gruz ładowany na ciężarówki, krzyki stojących na rusztowaniach, rytmiczny stukot młotków murarzy odzyskujących cegły, wszystko to razem układało jej się w synkopę zasłyszanej piosenki: „Budujemy nowy dom, jeszcze jeden nowy dom, naszym przyszłym, lepszym dniom, Warszawo”. Musiała przyznać, że Warszawa, którą znała od dziecka, przynajmniej odchodziła w dziarskim rytmie. Wszystko dawne znikało w szybkim tempie, a to co powstawało, było inne od dawnego. Nie chciała tej myśli, ale ta sama do niej przyszła. Czy Ksawery patrzy na to z góry? Skarciła się zaraz za naiwność, chociaż od jakiegoś czasu pragnęła, aby Bóg istniał. Już samo pragnienie dawało ulgę, bo wyobrażała sobie, że przyzwoli na ukaranie zła bez czekania na Sąd Ostateczny. Taki Zeus na przykład mógłby temu przyklasnąć.

Zachariasz Kuna był jednym z pierwszych, którzy w parterach po spalonych kamienicach otworzyli swoje interesy. Przed nim na pewno tylko Café Fogg i dwie kwiaciarki. Ale szewcem na pewno był pierwszym. Teraz tylko reperował, a jeszcze niedawno w swoim sklepie przy Ordynackiej sprzedawał wytwory własnych i czeladniczych rąk. Słynął z oficerek, które w drewnianych prawidłach stały na wystawie w żołnierskim ordynku, a tylna ściana witryny kusiła zdjęciami najważniejszych klientów, i to nie tylko ułanów. Ostatnim zamawiającym buty do konnej jazdy był oberlejtnant von Krausse, który jednak nie zdążył ich odebrać, bo z powierzchni ziemi zniknęły nie tylko buty, ale i sklep, a nawet mieszkanie pana Zachariasza.

Zofia lubiła starego mistrza, który przyjaźnił się jeszcze z jej ojcem. Szerszy niż wyższy, słynął z olbrzymiej siły, a ze swoimi podkręconymi w górę wąsami przypominał Zelwerowicza w roli Cześnika. Z uśmiechem podał jej buty. Wyglądały teraz, jak nowe, kiedy ojciec kupował je dla niej u Hiszpańskiego. Wyjeżdżali z Ksawerym do Paryża. „Komunizm komunizmem, ale moja córka musi jakoś wyglądać” – powiedział wtedy. Stary socjał nie miał za grosz zaufania dla idei, której zawierzył Ksawery, ale jak powiedział po śmierci zięcia: „Wiedziałem, że nic go nie przekona”.

– Do kiedy pan tu będzie, panie Zachariaszu? – spytała, chowając tenisówki do torby.

– Do marca, a najpóźniej do maja. Ze starej Marszałkowskiej zostanie tylko trakt i kilka domów, ale za to będzie szeroka, jak w Moskwie.

– Myśli pan, że na to pozwolą?

Uśmiechnął się.

– Jest pani mądra, jak świętej pamięci tatuś. Tak, musi być węższa…

– Gdzie pan się przeniesie? Warszawy bez pana jakoś nie mogę sobie wyobrazić.

– Stary jestem, najwyżej na stróża gdzieś pójdę…

Pomyślała, że Zachariasz żartuje, ale kiedy zobaczyła, jak bezwiednie zaciska pięść, wiedziała, że jeśli to nawet żart, to najsmutniejszy z możliwych.

– Nawet ja, stary wróbel, uwierzyłem, że ruscy do rzemiosła nie będą się wtrącać. Musi pani wiedzieć, że zaraz po wojnie na procesji Bożego Ciała blisko Bieruta stałem.

– Rozmowa była? – zapytała z uśmiechem.

– Proszę nie żartować, on kardynała Hlonda czule podtrzymywał. Wyglądało, że normalnie będzie. A jak to wygląda, wiemy. Wczoraj miałem trzecią rewizję. Szubrawcy pół pieca rozebrali i wzięli się za podłogę. Skóry podobno szukają, ale wiadomo, że o pieniądze chodzi.

Podała mu rękę na pożegnanie. Zachariasz wyprostował się, a tym samym urósł pięć centymetrów. Jeszcze raz popatrzyli na siebie z czułą uwagą. Wychodząc, miała przeczucie, że widzą się po raz ostatni.

Na Plac Trzech Krzyży weszła z Żurawiej, z której jeszcze mniej zostało niż ze Złotej. Na spotkanie z Albertem wybrała kawiarnię, w której bywała, kiedy jeszcze należała do pana Teofila. Rozpoznała te same krzesła i bufet, choć spowijał je gęsty dym z papierosów. Było tłoczno i przez chwilę mogło się wydawać, że zrujnowane miasto jest tylko złym snem.

Obawiała się, że nie dostrzeże Alberta, a on nie rozpozna jej w siwej kobiecie. Dlatego wybrała kolorowy szalik, choć nigdy by się do tego nie przyznała. Albert jednak stał już przy stoliku i machał do niej z daleka. W zasadzie nic się nie zmienił, tak samo gruby, wysoki i zamaszysty. Włosów nigdy nie miał za dużo, więc to, że ich teraz nie było niczemu nie szkodziło. Pamiętała, że w pierwszych miesiącach po wojnie pewnie i Boy Żeleński uściskałby Irzykowskiego, a przecież ona Alberta zawsze lubiła. Dlatego nie protestowała, kiedy objął ją potężnymi ramionami i uniósł w górę.

– Zasapałeś się. Usiądź i oddychaj spokojnie – nakazała, widząc, że poczerwieniał z wysiłku.

– Przenikliwa, jak zawsze, ale proszę nie zawstydzaj mnie. Jeszcze się trzymam. – powiedział, robiąc kilka głębokich wdechów.

Przypatrywali się sobie. Zofia wiedziała, że zobaczył z bliska jej przedwczesną starość. Jego obnoszenie się z ciemnoniebieskim fularem w białe grochy świadczyło o fantazji, a jeszcze bardziej o odwadze. Oczywiście dostrzegła też smutek w oczach, i to mimo ust, które się uśmiechały. Na pewno nie jest ubecjuszem, pomyślała, a o ostrożność w tym względzie prosił ją Wiktor. „Tylko nie mów mamo za dużo. Nie zapalaj się do swoich tematów…”.

– I co powiesz? – Albert zatoczył palcem kółko w powietrzu. – Coś jeszcze zostało ze starej Warszawy…

Rozejrzała się dyskretnie i mimo że nie rozpoznała nikogo, to w kilku twarzach zobaczyła coś, co lubiła nazywać myśleniem.

 – Mecenas Kurowicki mieszka w Radości, ale od jedenastej właśnie tu przyjmuje  – wskazał na starszego mężczyznę, który sprawiał wrażenie szachisty zatroskanego sytuacją bez wyjścia. – Przysiadaniem się do jego stolika dyryguje żona, której trzeba się najpierw opowiedzieć. To ta z kokiem, bliżej drzwi…

Zofia już nie spojrzała w tamtą stronę. Nadszedł czas na zdania, dla których się spotkali.

– To co, jakoś przeżyliśmy… – Albert wyczekał, aż słowa te odpowiednio wybrzmią i od razu relacja, jak to był poszukiwany przez Niemców i szczęśliwie uciekł do Wołomina. Szczęśliwie, bo za chwilę wybuchło powstanie, a przecież gdyby nawet znalazł się dla niego karabin, to i tak nie miało szans. – A tak żyję i mogę jeszcze trochę popatrzeć, co się z nami stanie.

– Ożeniłeś się?

– Nie, ale było blisko. Ślub miał być w Pyrach, czekałem w kościele, lecz wynajęta bryczka, którą Gabrysia, bo Gabriela miała na imię, jechała ze swoimi gośćmi, wywróciła się. Wszyscy tylko poobijani, a ona dwie nogi złamane. Potem wojna i już jej nigdy nie zobaczyłem…

Od kiedy go znała, czuł się jak ryba w wodzie, opowiadając o swoich nieudanych związkach, o których szeptano, że są niczym dym z cygara. Niemka, która chciała dla niego pokochać Polskę, utonęła wcześniej w okolicach Zopott. Zofia tak się tym wtedy przejęła, że zapamiętała nawet jej nazwisko. Hannelore Leber miała się nazywać. Przed wojną słuchała jego opowieści, delikatnie się z nich podśmiewając. Teraz poczuła radość, że chociaż w ten sposób wraca do tamtego czasu.

Kelnerka, która do nich podeszła, była młoda i bardzo ładna. Nadmiar pulchności tylko dodawał jej uroku, a misternie ułożone włosy tworzyły na głowie coś w rodzaju korony. Razem, duże podobieństwo do jednej z aktorek, które w wojnę podawały kawę, nie chcąc grać w teatrach koncesjonowanych przez Niemców. Do tego dyskretny zapach, w którym Zofia rozpoznała Coty’ego.

– To aktorka? – spytała na wszelki wypadek, kiedy kelnerka przyjęła zamówienie i odeszła.

– Skądże – zdziwił się Albert – Hrabianka. Nazywam ją „Panną Adieu”, bo od młodych lat mówi adieu ukochanym przedmiotom. Była uczennicą, kiedy Niemcy nakazali rodzicom opuścić rodzinny dwór i przenieść się do oficyny. Mogli zabrać meble i najpotrzebniejszy dobytek. Po pięciu latach wyzwoliciele nakazali im opuścić oficynę w ciągu godziny i z jedną walizką na głowę. Nie wolno im teraz zbliżyć się do swojego domu na odległość mniejszą niż pięćdziesiąt kilometrów.

– A jak było z tobą? Zapalisz? – Podsunął jej paczkę Belwederów…

– Dziękuję, nie palę już piętnaście lat…

Była to prawda, bo na wieść o śmierci Ksawerego zamiast jednej, zaczęła palić dwie paczki dziennie. Sięgnęła też po alkohol pity bez okazji. Zatrzymał to ojciec, który zaprosił ją do swojego gabinetu i powiedział: „Zetknęłaś się z prawdziwym światem, córeczko. Teraz masz dwie drogi albo skrócić życie i iść szybko w ślady Ksawerego, albo wychować Wiktora na człowieka całą gębą. Chyba zdajesz sobie sprawę, że z pierwszego wyboru cieszyłby się tylko morderca twojego męża”. Te proste słowa sprawiły, że nie wzięła już papierosa do ust.

– W takim razie, nie będę się zaciągał. – powiedział Albert i sięgnął po zapałki. – A więc opowiadaj, jak przeżyłaś wojnę.

– Żyliśmy ze sprzedaży książek ojca. Chciałam chodzić z nimi na Kercelak, ale mi nie pozwolił. „To moje dzieci i tylko ja mogę oddać je w jasyr”. Znałeś go, więc wyobraź sobie, jak siwy, górujący nad tłumem, sprzedaje pierwsze angielskie wydanie Opowieści kanterberyjskich Chaucera. Ale nie był naiwny, jeśli wojenny spryciarz dawał obraźliwą cenę, bez słowa spoglądał gdzieś ponad nim i czekał, aż tamten odejdzie. Szczęśliwie nie dożył powstania i umierał z nadzieją na bliski koniec wojny. A ja przesiedziałam powstanie w piwnicy. Nie jednej co prawda, bo Niemcy przepędzali nas z miejsca na miejsce. Siostrzenica w powstaniu zdobyła męża, lecz straciła go po tygodniu. Na szczęście urodziła córeczkę. Mieszkają teraz u mnie. Syn walczył, oberwał odłamkiem, lecz żyje…

– A właśnie, Wiktor – zaciekawił się. – Opowiedz mi o nim.

– Pamiętasz go?

– Jakżeby nie. Po powrocie z Rosji nie rozstawałaś się z nim. Siedział przy mnie w Kameralnym na premierze Anny Kareniny.

Myślała, że nikt w Warszawie nie zauważył jej strachu o Wiktora, bo przecież nikt nie mógł wiedzieć, przed czym uciekli.

– A co z panem Leonem? – zapytała, aby Albert miał o czym mówić, ale też była ciekawa losu Schillera, u którego poznała Ksawerego. – Mam nadzieję, że opływa w zaszczyty?

– Robił przedstawienia dla robotników, kiedy Lenin siedział jeszcze w Szwajcarii, a więc zaszczyty mu się należały. I przez chwilę się nimi cieszył. Był pierwszym rektorem otworzonej w Łodzi szkoły teatralnej, mógł nawet głośno powoływać się na Craiga i Reinhardta. Nie wyczuł jednak biedaczysko, że nadchodzi koniec szlachetnych mrzonek…

Nie wierzyła własnym uszom. Albert nazwał swojego króla biedaczyskiem, i to z nieukrywaną pobłażliwością.

Igraszkami z diabłem wykopał sobie, jeśli nie grób, to na pewno izolatkę… – Albert rozejrzał się, ale wszyscy byli zajęci sobą. Dwóch mężczyzn nie pasujących do towarzystwa siedziało wystarczająco daleko.

– Aresztowany? – spytała, nie wiedzieć czemu przestraszona.

–Tylko odsunięty. Chłopak z rzeszowskiego napisał do władz, że czas na nowe porządki i teatr prawdziwie komunistyczny. Żadnych Szekspirów nieznających zasad dialektyki marksistowskiej!

– Jak to chłopak? – zainteresowała się.

– Młody człowiek po prostu, może w wieku twojego Wiktora. Po miesiącu został rektorem szkoły teatralnej, w której był wolnym słuchaczem. Po dwóch utworzono dla niego teatr. Nie pamiętam zresztą, może kolejność była odwrotna. W każdym razie Leon z podwiniętym ogonem musiał wrócić do Warszawy.

Minęła dłuższa chwila zanim zdecydowała się wypowiedzieć słowa: – Tak, cała nadzieja w młodych… Muszą być tylko wyjątkowi…

Albert popatrzył na nią uważnie, doszukując się kpiny. Nie mógł wiedzieć, że miała na myśli Wiktora, od którego będzie zależało, czy świat się zmieni na lepszy. Swojej roli w przeznaczeniu syna nie brała pod uwagę. Wychowała go na bohatera, ale gdyby się nim nie urodził, jej wysiłki na nic by się zdały.

– Mówią, o tym chłopaku, że bardzo zdolny – Albert jednak zaciągnął się dymem i nawet przytrzymał go w płucach dłużej niż zwykle. – Szybko wystawił coś o szlifierzu i poprawił Poematem pedagogicznym Makarenki. Namiestnicy sowieccy natychmiast go za to pokochali. Zajmuje teraz przepiękny apartament w Alei Kościuszki. Podobno szef łódzkiego UB powiedział do niego: „Mieszkam pięknie, ale wasze marmury na klatce schodowej okazalsze. I bardzo dobrze, towarzyszu artysto, bo agitujecie jak trzeba…”. Byłaś kiedyś w Łodzi?

– Nie złożyło się jakoś.

– Przed wojną pomagałem tam Leonowi wystawić Cjankali. Nie było łatwo, bo jak pamiętasz, to rzecz o sztucznym poronieniu. Zrobiliśmy też Dobrego wojaka Szwejka, do którego z kolei czepiano się, że wyśmiewa wojsko polskie…

Kiedy po latach narrator, usłyszał te słowa z ust mocno już posuniętej w latach Zofii, pomyślał, że jeżeli Gombrowicz rzeczywiście zobaczył w Albercie tancerza mecenasa Kraykowskiego, to tancerz wyrósł na tęgiego choreografa.

– Leon robi teraz wszystko, aby im się znowu podobać. Zapisuje się gdzie trzeba, głosuje na to, na co każą… Ciągle ma nadzieję, że pozwolą mu reżyserować.

– Ma jakieś szanse?

– Po jego pociągu nawet dymu nie widać… – Albert spojrzał ponad głowami na wszystkich, jakby wypatrywał odjeżdżającej lokomotywy i dodał: – Pozwalają mu grzebać w historii teatru, i żyje, czyli szczęściarz w porównaniu z Meyerholdem.

Nie wiedziała, co stało się z Meyerholdem, bo kiedy wyjeżdżała z Moskwy żył i miał się dobrze. Nie znała jego losu i nie chciała znać. Czy zanim oddali katu, torturowali delikatnego człowieka? Na pewno. Czy dla udręczenia kazali mu zjeść burżujską chusteczkę do nosa znalezioną w jego kieszeni, czy bili pałkami w pięty? Nic jej to nie obchodziło. Tyle razy śnił jej się Ksawery, który o wszystkim opowiadał. Do niczego nie potrzebowała Meyerholda i jego cierpienia. Znowu poczuła miły zapach i nie pomyliła się. Stała przy nich kelnerka.

  – Winiak ten co zawsze, panie Albercie –  uśmiechnęła się, stawiając na metalowej tacce trzy kieliszki. – A napoleonki przed chwilą przywiezione. Myślę, że będą państwu smakowały.

„Tak niedawno też byłam młoda i może nie pozbawiona wdzięku, a teraz patrzę na miłą dziewczynę i zastanawiam się, czy byłaby dla Wiktora odpowiednią żoną”. Oczywiście uznała to zaraz za bezproduktywne myślenie. Wiktor nigdy się przecież nie ożeni, bo wojownicy umierają młodo.

Od niej samej, ale też z postronnych relacji, narrator dowiedział się, że przeświadczenie o wyjątkowości Wiktora towarzyszyło jej przez całe życie. Czy jednak miała świadomość, że ulepiła Golema? Jeśli tak, to wolałaby porównanie do Herkulesa. Gdyby jednak Wiktor urodził się kobietą, na pewno widziałaby w nim Emilię Plater, kobietę bohater. Może nawet sama się nią czuła?

– Jej ojciec nie może się doczekać, kiedy Rosjanie skończą budowę przy dworcu głównym. – powiedział Albert, kiedy kelnerka odeszła. – Ma nadzieję, że pozwolą ludziom zwiedzać to monstrum. Wtedy wjedzie na samą górę. Z lornetką…

– Chce przed śmiercią wypatrzyć swoje strony?

– Nie przestajesz mnie zadziwiać Zosiu. Przenikliwa, jak zawsze…

– Wiesz kto ma przyjechać do Warszawy, aby osobiście podarować nam pałac? – spytała z największą obojętnością w głosie, na jaką mogła się zdobyć.

– Pewnie, że wiem. Wyobrażasz sobie, co tu się będzie działo? Na pewno wyjadę wtedy do Wołomina, mam tam ciotkę…

 

Teraz zobaczyła, dlaczego zamówił trzy winiaki. Wziął do ręki pierwszy z brzegu kieliszek i wychylił niczym furman.

– Przepraszam, ale to moja waleriana… Jestem kłębkiem nerwów. Wypijmy za spotkanie… – Podał jej z gracją drugi z kieliszków. Znów był mężczyzną eleganckim, bo powąchał trunek w trzecim i wypił mały łyczek. Mrugnął przy tym do Zofii pokazując, że to tylko teatr.

Po raz pierwszy od wielu lat miała ochotę na alkohol. Nie na jego smak, bardziej na skutek, jaki odczuwała po wypiciu kieliszka czegoś mocniejszego. Kieliszek jej wystarczał, aby poczuć śmiałość, którą Ksawery zyskiwał po dwóch butelkach wina. Nie znała się dobrze na koniakach, ale coś, co nazwano winiakiem nie było złe.

– Zobacz, co się stało – powiedział cicho. – Przecież kiedyś każdemu przyzwoitemu człowiekowi wypadało choćby zerknąć w stronę socjalizmu…  A dla mnie to nie była tylko moda…

– Pamiętam. Nazywaliśmy was kawiorowymi socjalistami.

– A dla nas wy komuniści byliście totalistyczną sektą, której blisko do faszyzmu. Oczywiście kilku z was dało się lubić. Ciebie można by łyżkami jeść, żadnej nie miałaś w sobie zajadłości – włożył do ust następnego papierosa, ale wyjął go po chwili i schował z powrotem do pudełka. – Przyznam ci się do czegoś, bo muszę to z siebie wyrzucić. Był taki moment, że socjalizm wydał mi się zbyt letni. – powiedział to cicho.  – Co innego twój komunizm i plany zaprowadzenia w świecie porządku… Pamiętasz słowa Trockiego, że każdy robotnik może być Arystotelesem? Jeśli nawet to pachniało bzdurą, to byłem bliski zapisania się do was. Władek Broniewski miał mi dać poręczenie…

Słowa „twój komunizm” wypowiedziane jak najzwyklejsze stwierdzenie faktu, sprawiły, że zamarła w Zofii każda komórka ciała. A przecież Albert miał prawo tak powiedzieć. I nie miała co się zasłaniać miłością do Ksawerego. Tak, była taka chwila, trwała może nawet trzy lata, w której uwierzyła, że przynależy do tych ludzi.

– Mam nadzieję, że chociaż ty jesteś ważną personą. – powiedział Albert bez ironii w głosie – Ostatecznie Ksawery był prawdziwie ideowy.

– Gdybym nią była, nie musiałbyś dzwonić do sąsiadów. Myśl precyzyjnie Alberciku.

Albercikiem nazwała go kiedyś w Ziemiańskiej, a któryś z poetów (czy nie Lechoń przypadkiem?) natychmiast dorzucił: „Alberciku, Alberciku, ty urody masz bez liku”.

– To był żart, zapomniałaś, że byłem kiedyś człowiekiem dowcipnym?

Nie mogła tego pamiętać, bo nigdy nie zauważyła u niego poczucia humoru. Pomyślała teraz, że może nie była dość uważna. Może miał coś podobnego do humoru, co jednak zagubiło się wśród ludzi prawdziwie dowcipnych.

W zasadzie nie powiedział niczego, co mogło ją obrazić, a jednak postanowiła wytrącić go z dobrego samopoczucia.

– Myślisz, że wasze przyłączenie się do komunistów było potrzebne? – wypowiedziała te słowa, starając się, aby nie wyczuł w nich złości, a tylko zwyczajne zatroskanie nad ludzką naiwnością.

– Za to akurat nie odpowiadam. Po wojnie zapomniałem o wszystkim. Należę już tylko do samego siebie. – Albert znowu sięgnął po papierosa.

Zauważyła, że dłoń, którą trzymał zapałkę, drży. Nikt od niej nie wiedział lepiej, czym jest złość na samą siebie.

Nie wiadomo, co było lepsze, kawa czy napoleonka, a przecież swoje dołożył alkohol. W każdym razie po raz pierwszy od dawna poczuła coś w rodzaju spokoju.

– Zamówić jeszcze po kieliszku? – zapytał.

– Ja dziękuję, a tobie też nie radzę. – zapamiętała słowa Schillera: „Albert może wypić tyle, co motyl, ale to porządny człowiek”.

– Może masz rację, lepiej uważać z piciem… – zamyślił się nad czymś.

– Będę już szła Alberciku, bo mała wraca ze szkoły i muszę jej dać coś do jedzenia… – powiedziała.

– Może chociaż powtórka z napoleonki? Opowiem ci o mojej wojennej narzeczonej… Nie? W takim razie zbierajmy się…

Kiedy wyszli, wyszło też słońce. Kościół Świętego Aleksandra okaleczony brakiem jednej wieży i długi dom, którym zamykano zachodnią ścianę placu, wydały się ładniejsze. Uśmiech, który Zofii od dawna się nie udawał, teraz można by pochwalić. Nie było to zwykłe rozciągnięcie ust.

– Pójdę do tramwaju, czwórka dowozi mnie prawie pod dom – powiedziała, chcąc się pożegnać.

– Nie ma mowy, pozwól, że cię odprowadzę. – W głosie Alberta zabrzmiała gorąca prośba. – Nawet nie wiesz, jak dawno nie szedłem pod rękę z piękną kobietą.

Odczuła coś w rodzaju przyjemności idąc przy boku Alberta, który robił wszystko, aby dopasować się do niej długością kroku. Dopiero teraz zauważyła jego doskonale wyczyszczone, choć zniszczone buty i płaszcz z aksamitnym kołnierzem. Razem z fularem jest mój Albert niczym pismo koptyjskie w popołudniówce, pomyślała i postanowiła podsunąć to porównanie Wiktorowi.

Minęli kilka domów przy Nowym Świecie i z prawej strony wyłonił się nowy gmach, który właśnie okładano płytami z granitu, lub czymś równie trwałym. Oboje nawet na siebie nie spojrzawszy, przyspieszyli. Aby nie myśleć o tym, co widzi, Zofia chciała spytać Alberta, czym się teraz zajmuje. Przed wojną miał pogadanki w radiu, w których opowiadał o muzyce. Z tego co pamiętała, były dość popularne. Pod pseudonimem Deotyma pisywał też w tygodnikach o modzie damskiej. Otworzyła już usta, kiedy kątem oka dostrzegła, że na wysokości trzeciego piętra, jedna z granitowych płyt odchyla się od ściany. Przez moment myśl, że to nerwowy omam, lecz płyta ruszyła się bardziej, a potem zaczęła spadać. Podobne spadanie widziała na starym francuskim filmie, tyle że tam z wieży kościelnej spadał krzyż. Krzyż odbił się jeszcze od stromego dachu i wtedy publiczność w kinie wydała pierwszy okrzyk grozy. Płytę także zatrzymały deski rusztowania, ale tylko na chwilę, bo zaraz stoczyła się z nich i runęła w dół. Najstraszniejsze było to, że leciała na młodego robotnika, który pchał przed sobą pustą taczkę. Zofia nie zdążyła krzyknąć, aby uciekał, a może i krzyknęła, ale z gardła mało się wydobyło. Chłopak jednak sam wyczuł, że coś się dzieje, bo podniósł głowę i zatrzymał się w pół kroku. To wszystko, co zdążył zrobić, a jednak wystarczyło, aby uratował życie. Olbrzymi ciężar otarł się prawie o daszek jego czapki i uderzył w taczkę, zamieniając ją w drewniane drzazgi. Ocalało tylko jej koło, które uwolnione, podskoczyło wysoko, a potem przecinając jezdnię, potoczyło się w stronę Mysiej. Ktoś jeszcze krzyknął „Jezus Maria”, i to było wszystko.

Albert niespodziewanie zaczął ciężko oddychać, a nawet spurpurowiał na twarzy. Zofia zatrzymała się.

– Przystańmy na chwilę, odpoczniesz trochę…

On jednak pociągnął ją za sobą, ruszając szybkim krokiem. Przedtem jednak nachylił się do jej ucha i wymamrotał nie swoim głosem.

– Co te skurwysyny wyprawiają?

Wszystkiego mogła się po Albercie spodziewać, ale nigdy ordynarnego słowa. „Co mu winni robotnicy? Wypadki na budowach, to zwyczajna rzecz”. Pomyślała też, że może to udar lub zapowiedź choroby świętego Wita, którą w dzieciństwie, krótko na szczęście, przechodził Wiktor. Pamiętała jego pobudliwość i rzucanie poduszkami po całym domu. Jednak Albert szybko się uspokoił i sprawiał wrażenie, jakby nawet nie zauważył koła od taczki, które przetoczyło się przed nimi.

– Kazał ich wymordować – mówił cicho, głosem już zwyczajnym. – I co? Teraz budują sobie twierdzę, z której będą rządzić w jego imieniu?

W odpowiedzi sama przyspieszyła kroku i upodobnili się do reszty przechodniów, którzy prawie biegli, nie chcąc ponieść kary za to, co zobaczyli. Albert cały czas mówił cicho, ale słyszała każde słowo.

– Ja mogłem nie wiedzieć, że zabili twojego Ksawerego, mogłem nie mieć pojęcia, że Adolfa Warskiego, więźnia dwóch carów, tak bito, że zwariował i zaczął im odpowiadać po niemiecku. Ale ci, co cudem przeżyli, zostają pomocnikami kata. Rozumiesz coś z tego?

Chwilę się nad tym zastanowiła. Tak, była przeświadczona, że rozumie. Dość się napatrzyła na ludzi idei, ale i na plugawców wszelkiej maści.

– Szkoda, że zamiast zamykać w Berezie, nie wypchnięto ich przez wschodnią granicę. Moskwa nie miałaby tu teraz nikogo… – po tych słowach Albert zaczął się uspokajać, a kiedy doszli do przystanku, oddychał już normalnie.

Miała na końcu języka pytanie, co byłoby gdyby Broniewski dał Albertowi rekomendację do wymordowanej przez Stalina partii. Jednak nic nie powiedziała, bo jak po latach zapewniała, nie lubiła retorycznych pytań.

Z daleka zobaczyła nadjeżdżającą czwórkę. Wzrok mam jeszcze dobry pomyślała i wiedziała, że zaraz usłyszy: „Musimy trzymać się razem i częściej spotykać”. Jednak, kiedy wagon zatrzymał się przed nimi, Albert powiedział:

– Nie zobaczymy się już więcej, moja mądra Zosieńko. Mam przed sobą kilka miesięcy życia… Sarcoma, nie powiem ci czego…

Nie zdążyła zaczerpnąć oddechu, kiedy ucałował ją w dwa policzki i podsadził na platformę tramwaju. Ogłuszona wiadomością podniosła rękę w niemym pozdrowieniu. On jednak chciał coś jeszcze powiedzieć, bo wskoczył na stopień ruszającego wolno tramwaju.

– Doradź Wiktorkowi, aby nie szukał u nich szczęścia. – zdążył tylko z tym jednym zdaniem i już musiał zeskoczyć. Potem jeszcze długo machał jej na pożegnanie.

ANDRZEJ BART

Fragment większej całości.

List do niepoznanego poety (XII)

Pierwszy listopada, to jest dobra pora, żeby napisać list. Wybrałem Pana, który zdołał zorientować się, że w tej formie wyrazu wzorem ryby w wodzie i wilka w puszczy czuję się swobodnie, czuję się w miejscu, w którym tryby autocenzury zostają wstrzymane, a ja w takiej domowej niejako formie mogę poruszać się dowolnie, w jakim chcę stroju i w jakim chcę stanie. Wróciłem z Grecji, ale aż tak nie tęsknię do dawnej Morei, tego wymienia zakończonego trzema strzykami: mesyńskim, maniockim i lakońskim, a na każdym z nich przecież miałem dach nad głową i widok na zatoki mórz południa. Raz chciałem przespać się na płaskowyżu niczym na dachu skalnej wyspy zwanej Monemwazją w ruinach starożytnego miasta, ale wygoda, ta kusicielka naszej współczesności odwiodła mnie od tego zamiaru. Początek listopada w naszym kraju bliski jest mojemu usposobieniu i wcale nie jestem pewien, czy Grek albo Greczynka nie zachwyciliby się aurą rozlewającego się po drzewach złota i purpury, wszak to ulubione kolory bizantyjskich pisarzy ikon.

„Trzeba próchnieć albo płonąć”, to wskazanie zapisał Joseph Conrad w powieści W oczach Zachodu. Trudno jest mi sobie wyobrazić życie w ciągłym próchnieniu, ale i też to, w nieustannym płonięciu. Pierwsze wydaje się trwać pod kuratelą śmierci, w tępym śnie, w otumanieniu i zamgleniu, spowite błędnym czadem, ograniczone do bezmyślnego pełzania, drugie zaprowadzić nas może na granice szaleństwa, gdyż płonięcie, zwłaszcza to zintensyfikowane jest zagrożone pożarem. To ostatnie jednakże zakłada przemianę w przeciwieństwie do życia w próchnieniu, które jak każda śmierć materii prędzej czy później się ustali. Proszę nie mylić metanoi z pozorami będącymi wyrafinowanym powiernikiem zewnętrzności, obłych powierzchni i niestrawnych płycin, które dzisiaj mają bogatą reprezentację w postaci przebierańców oraz repertuaru ich dziwactw. W literaturze mamy wiele przykładów tzw. przejścia progów przemiany, a każda z nich posiada swoje imię: Szaweł przemienił się w Pawła, żołnierz i rabuś Iñigo Loyola w Ignacego (który stworzył swoją duchową regułę), Gustaw w Konrada, Jacek Sopolica w księdza Robaka, Mickiewicz tyrtejski w Mickiewicza mistycznego, Maria Komornicka w Piotra Odmieńca Własta, Edmund Dantès w Hrabiego Monte Christo (imienia ostatniej przemiany swojego bohatera Aleksander Dumas nie podaje). Wiek XX i obecny narzucają nam raczej przemianę wstecz, co świetnie obrazuje (a obraz jak wiemy jest stężeniem istoty) przeobrażenie w ciągu jednej nocy kafkowskiego Gregora Samsy z człowieka w robaka, tego „czernica”, któremu kształty nadał w swoim eseju 4 lutego 1962 roku Béla Hamvas, a w innym zatytułowanym Henoch nakazał go nie nienawidzić. Wynalazcy Facebooka, Googla, Platformy X, Instagrama, Tik Toka, a nazwisk ich nie będę wymieniał, gdyż są dla mnie sygnaturami „diabelstwa” powołali globalny konfesjonał, który daje nam pojęcie, w jakim miejscu, mimo tysiącletnich religii i kultur, filozofii i teologii, znalazł się człowiek. Sypie się z tego konfesjonału próchnica instynktu i zbydlęcenia, trociny plugastwa i ohydy, jakie człowiek uznał za bardziej pociągające niż myśl, będącą zjawiskiem wymagającym trudu, dyscypliny i wyrzeczeń. Niepoliczalna jest ilość wewnętrznych pięter człowieka i kosmicznych sfer po jakich obraca się z natury ruchliwa myśl, dlatego potrzebny jest jej stempel, więcej – insygnium litery, gdyż to w jej progu, w jej cieniu przysiada. Ale największym stężeniem myśli jest mądrość. Gdybyśmy ludzkiej istocie przydzielili jedynie cztery piętra istnieniowe: instynktu, emocji, myśli, mądrości, to w konfesjonale mediów społecznościowych odkrywamy ją przede wszystkim na poziomie instynktu i emocji. A idąc w ślad triady zaproponowanej przez Eliota, zobaczylibyśmy, że epokę mądrości mamy już za sobą, wiedzy trochę też, za to konfesjonał bombarduje nas informacją, a co gorsza dezinformacją, która z trudem daje się połączyć w uniwersum myśli i żywotność sensu. Zdaje się więc, że metanoia w wydaniu masowym zaczyna działać wstecz. To wszystko jest możliwe, gdyż każdemu dano dostęp do złych praktyk, zniesiono poczucie wstydu oraz uznano, że nie ma prawdy albo i jest, pod warunkiem, że formułują ją okoliczności w jakich objawiają się nasze postępki. Problemy społeczne usiłuje się rozgrywać ludzką masą, a to, co od wieków związane jest z jednostką rzuca się na wiatr. Béla Hamvas pisze o „nastawieniu ciemnym” współczesnego człowieka, Tadeusz Różewicz o jego spadaniu, które „odbywa się poziomo”. Wierzę w metanoię i rozwój człowieka wewnętrznego jedynie w odniesieniu do pojedynczych ludzi. Dlatego też wybieram list jako jeden z gatunków wyrazu powołany do wyświetlania życia duchowego, utajonego, intymnego oraz poezję, gdyż w wielu swoich wymiarach, bez wyraźnego wskazania adresata, wzięła na siebie, to, co określiłbym mianem opartego na wzajemności ruchu listu w relacjach międzyludzkich. Przestałem natomiast ufać wszystkim utopistom, którzy swoje wyobrażenia o szczęściu, sprawiedliwości, postępie i rozwoju załatwiają ludzkimi masami, ignorując całkowicie dwa cudowne dary, które otrzymał człowiek: dar słowa i zdolność do przemiany. Ignorując? Źle powiedziane – dławiąc je, gdyż najlepiej jest sprawować kontrolę nad „martwą stałością”, czy omamionym oraz anonimowym podmiotem zaklętym w przedmiot. Każdy utopijny projekt ludzkości wiąże się z upuszczeniem krwi. Rozumiem Pana, wielu naszych przodków, bez względu na ich nastawienie, sąsiadów, krewnych, przyjaciół, znajomych staram się zrozumieć. Z ludzkością, a więc wielką liczbą i uogólnieniem mam kłopot. W ogóle, miłowanie tego, co dalekie, co przekracza miarę serca, co jest wyabstrahowane, a pojęcie ludzkości dla mnie takie jest, wydaje się w naszym wykonaniu problematyczne. Domaga się od nas miłowania fikcji i abstrakcji, zaś wzrusza się ramionami, gdy pochylamy się nad żabą lub gniazdem czajki przeżutych przez tryby kombajnu. Całym sobą zaczynam odczuwać upiorność tych procesów i zagadnień.

Fot. Michał Majewski

Cesarze i królowie, carowie i przywódcy, satrapowie i gangsterzy schodzą ze sceny historii, umierają, przemiana zaś i słowo trwają. Bóg stworzył nas niedoskonałych, obdarzył za to łaską metanoi, dzięki której świat nadal pozostaje czarowny i magiczny. Każda rzecz podlega w nim przeobrażeniu, zarówno najmniejsze cząsteczki przyrody, jak i składowe kultury i cywilizacji tworzonej przez uczuciowość człowieka i wynalazczość jego umysłu. Dajmy na to koło, może Pan sobie wyobrazić, jak wyglądał jego prototyp? Pewnie, że tak. Dlatego również może Pan przedstawić sobie, jak wyglądał ruch tego koła przez czas i przestrzeń, kiedy podlegało przemianie aż po najbardziej wymyślne jego postaci, od najmniejszych zegarowych kółek po olbrzymie turbiny wypłukujące z ziemi pokłady mocy. To samo dotyczy słowa, które było na początku, lecz jak wszystko i ono zostało sprofanowane, odrealnione i splugawione, choć nadal w moim przekonaniu pozostaje okruchem, czy też dalece już zatartym odbiciem wielkiego raju logosu, metafizycznego rdzenia. Mimo katastrofy wygnania z tej „świętej” dziedziny, choć rozmiar wygnania powiększa się, mnożąc coraz większe łachy pustyni, promieniowanie logosfery, acz słabowite, wciąż postępuje. I jeszcze o krwi, to w niej migotliwie pulsują powidoki pradawnych obłoków i odblaski świata, wcale nie w naszym mózgu, który to krew odżywia, a w niej samej, w niej to zamieszkuje dusza jak powiada Mojżesz, ona przetacza pamięć, wizje, sny, ona jest wreszcie więzią z najstarszym z ludzi. Kiedy ją upuszczamy, zrywamy nie tyle intelektualne i erudycyjne mosty, co uczuciowe i mądrościowe, a także te dzikie i fantasmagoryczne, totemiczne i magiczne. W tym sensie, jak powiadali znakomitsi ode mnie, primo – poeta jest człowiekiem dawnym, secundo – poeta jest dziedzicem pierwotnego stosunku do słowa jako bytu, jest naczyniem logos spermatikos. W liście do Borysa Pasternaka Maryna Cwietajewa pisze o swojej krwi, która nie może się przed niczym powstrzymać, a dalej „Nie zapominaj, że krew jest starsza od nas, zwłaszcza od Ciebie, Semity! Nie oswajaj jej. Przyjmij to wszystko z lirycznej, nie epickiej wysokości!”. W innym liście lepi zdanie: „Ty i ja jesteśmy z życia – jak z żył”.

Autor Sezonu w piekle zapisał: „zazdrościłem szczęścia zwierzętom”, a pół wieku później twórca Elegii duinejskichdopowiedział, bo „widzą przestwór”. Gdyby ci dwa poeci zobaczyli, co umysł ludzki wymyślił, a tym samym, jaką wielką ranę zadał stworzeniu, dzwony ich serc, pompujące krew, pękłyby z hukiem. Dzwony, otóż to, one wzywają wiernych na liturgię przemienienia, odprowadzają wielkich tego świata.

Proszę zwrócić uwagę, że w liście do Pana powołuję się na listy innych poetów. Na tym polega krwiobieg litery. Krwiobieg słowa, będącego dla mnie widzialnym żywiołem, niezbitą realnością, nie mniejszą niż krwinki białe i czerwone, a nie jak sądzi wielu, którzy wybrali próchnienie leksykalnym trupem, niegroźną zabawką, czymś z gruntu fasadowym lub słownikowym, czymś stanowiącym wysypisko ogranych i załganych pojęć. W każdym razie, w żadnym ze swoich wymiarów nie jest ono teorią!

Odrywam się od pisania i z nagła zdaję sobie sprawę, że tyle już napisałem, a tylko odrobinę przybliżyłem się do tematu, jaki chciałem w tym liście poruszyć. Zamierzałem go nawet rozrysować, jak chemicy kreślą wzory cząsteczkowe. Żadna strata, zwłaszcza, że ten podkład był niezbędnym prologiem. Dalszą wykładnię pozostawiam do następnego listu. Genialny Rimbaud (chyba nie wytrzymałbym z nim ani jednego dnia), już w wieku siedemnastu lat w liście do poety i wydawcy Paula Demeny wykłada istotne rozpoznanie, które mógł mu podpowiedzieć jedynie szept pulsującej krwi. Otóż poezję swojej epoki nazwał „tandetną rupieciarnią” niezdolną „oglądać niewidzialne” i znaleźć „nieznane za zasłonami z muślinu”. Ten muślin to jest ów tuman, w jakim żyje conradowski człowiek poddany próchnieniu. Już w młodości przyszły autor Iluminacji doznawał „niewidzialnego”, o dreszcz przyprawiało poetę „nieznane”. Mało tego, on w liście do D. potrafił ponazywać te napory obrazów podawanych przez ciemną krew. W dzieciństwie jesteśmy kimś innym, kimś żyjącym z otoczeniem w stanie upojenia oraz magicznej, czarownej nierozdzielności, nie uświadamiając sobie przy tym żadnych zagrożeń ani niebezpieczeństw. Rimbaud po dzikiemu włóczył się po krajobrazie ardeńskiej ziemi, jak wielu poetów przed nim i po nim wplecionych w dzieciństwie w geologiczną pierwotność swojej okolicy. Ambicją każdego wielkiego poety jest istnieć, nawet nie żyć, to mniej pojemne słowo, ale istnieć. Świecić i ogarniać świat w istnieniu. Dlatego czyha on na wtręt głosów lub zapachy raju. Od chwili, kiedy je posłyszy lub poczuje wypełnia go i osacza całkowita ciemność, wtedy przystaje na jej adorację.

Teraz kończę na pewno. Proszę kochać najbliższych, gdyż w ostateczności tylko na nich można polegać, zjadać przynajmniej dwa jabłka dziennie, pić dużo wody i nie zadzierać z muzami, bo potrafią być mściwe.

 WOJCIECH KASS

Czy Jerzy Ficowski miał zastrzelić Jarosława Iwaszkiewicza?

W pierwszym tomie Dzienników Jarosława Iwaszkiewicza edytorzy, w zasadzie słusznie, umieścili jego Notatki 1939-1945. Piszę „w zasadzie”, bo nie jest to dziennik, lecz niby-dziennik napisany pod koniec 1945 roku na podstawie jakichś zapisków czynionych ponoć na marginesach książek i na odwrocie rysunków córek autora. Rzecz w tym, że owe podstawy się nie zachowały, co jest dziwne, bo Iwaszkiewicz skrzętnie zachowywał rękopisy i książki z marginaliami. Może jest więc to mistyfikacja i dziennik wojenny powstał już po wojnie? Świadczyć o tym może to, że autor bezceremonialnie umieszcza w nim nazwiska pisarzy biorących udział w podziemnym życiu literackim, a nawet fakty związane z ukrywaniem Żydów, czego by się nie ośmielił w dzienniku pisanym podczas okupacji.

Tak czy inaczej, tekst powstał prawdopodobnie z myślą o wydaniu książkowym. Ukazały się jednak tylko fragmenty wydrukowane w 1946 roku na łamach „Kuźnicy” [1], a później maszynopis trafił w ręce stawiskowego szofera, Szymona Piotrowskiego, który już po śmierci pracodawcy łaskawie udostępnił go Andrzejowi Zawadzie. W ten sposób doszło do pierwszej edycji Notatek 1939-1945 [2].

Ostatni zapis przed wybuchem powstania warszawskiego datowany jest 21 lipca 1944 roku, a dotyczy zdarzeń z dnia poprzedniego. Mowa w nim o dwóch młodych poetach, którzy od pewnego czasu zaczęli odwiedzać Iwaszkiewicza w Stawisku i „zanęcili się” przynosząc mu do oceny swoje wiersze. Pierwszy z nich, „wysoki dryblas” nie przypadł Iwaszkiewiczowi do gustu, był „zanadto ucharakteryzowany na poetę” [3]. Za to ten drugi wydał mu się miły, „dziecinny, z dużymi szafirowymi oczami, niedużego wzrostu, przypominał mi Jurka Lieberta. I wiersze jego daleko przyjemniejsze od tamtego draba, może nawet za banalne, za podobne do Oktostychów. […] Nazwisk ich nie zapamiętałem, a może nawet nie mówili ich” [4].

Czy rzeczywiście Iwaszkiewicz nie wiedział, że jednym z nich jest syn znanego mu z Kijowa Tadeusza Ficowskiego, redaktora czasopisma „Pióro”, w którym debiutował w roku 1915?

Wreszcie „ten mały, przyjemniejszy” zaproponował Iwaszkiewiczowi spotkanie w Warszawie, które z mieszkania poety przy ulicy Trębackiej 9 przeniosło się do restauracji piętro niżej, gdzie nad schabowym młodzieniec, przerywając rozmowę o literaturze, rzucił pytanie: „Proszę Pana, a skąd Pan bierze pieniądze, żeby tak dostatnio żyć?”. Iwaszkiewicz uprzejmie wyjaśnił, że żona sprzedaje odziedziczone po ojcu place w Podkowie Leśnej, co bardzo ucieszyło rozmówcę: „Bo gdyby Pan się ze swoich pieniędzy nie mógł wytłumaczyć, to znaczy, że Pan kombinuje z niemcami… a wtedy… widzi Pan, tu przed domem chodzi jeden z moich kolegów z rozpylaczem, a inni oczekują o parę domów dalej. Zaraz lecę, wszystko im wytłumaczę” [5]. Po czym wrócił na kawę z tortem.

Zapis kończy morał: „Wszystko jedno do kogo, byle strzelać. Rozpylacze i pistolety, gdy się je długo trzyma bezczynnie, same wreszcie wypalą” [6].

„Co to było?” – pyta Iwaszkiewicz. I my pytamy, i nie znamy odpowiedzi.

Nie ułatwia jej też List do redakcji [7], zamieszczony jakiś czas po publikacji zapisków Iwaszkiewicza w „Kuźnicy” w wydawanym przez Bolesława Piaseckiego tygodniku „Dziś i Jutro”, a podpisany przez Jerzego Ficowskiego, w którym dekonspiruje się on jako uczestnik opisanej akcji, ale nie ten, który siedział z Iwaszkiewiczem w restauracji (tu był dryblas), lecz drugi, czekający na ulicy. Ficowski przyznaje, że rozmowa taka się odbyła, ale „nie było żadnych zamachowców, rozpylaczy itd.”.

Może rzeczywiście nie było ich i Iwaszkiewicz podbarwił opisane zdarzenie, żeby móc wygłosić morał w przededniu wybuchu powstania. Atmosfera była wtedy gęsta. W czerwcu 1944 roku doszło do kilku tragedii w kręgu Biura Informacji i Propagandy KG AK. W wyniku zamachów zginęli Ludwik Widerszal, Jerzy Makowiecki z żoną, a miesiąc później wydano w ręce gestapo Halinę Krahelską i Marcelego Handelsmana. Ofiary czystki przeprowadzonej przez wewnątrzakowską „grupę Sudeczki” (Andrzeja Popławskiego) miały bądź to złe pochodzenie, bądź poglądy lewicowe.

Oczywiście, ani Ficowski, ani jego kolega (być może był to Jan Gałkowski, późniejszy autor peerelowskiego przeboju Gdy piosenka szła do wojska) nie mieli nic wspólnego z „grupą Sudeczki”. Czy mogli jednak zaplanować taką rozmowę wyjaśniającą z poważnym pisarzem na własną rękę? Nawet jeśli nie było tam „rozpylaczy itd.”, to było jednak swego rodzaju przesłuchanie.

Pytanie takie zadane dziś wynika z ciekawości historyka literatury, którą rozbudza list Ficowskiego. Ale zadane wtedy, w 1946 roku mogło być dla jego autora bardzo niebezpieczne. Więzienia powoli się zapełniały.

Dlaczego się zdekonspirował? W trakcie dalszej lektury staje się to jasne. Zachowując szacunek dla „znakomitego poety”, Ficowski stwierdza jednak, że „wina jego leży w tym, że na skutek niezbyt jasnego ujęcia, czytelnik ulega złudzeniu, że końcowe, oskarżające wnioski obarczają całą młodzież Polski Podziemnej, a nie tylko jej nieodpowiedzialne elementy” [8].

Jak wynika z listu, przed jego napisaniem Jerzy Ficowski rozmawiał z Iwaszkiewiczem o fragmencie zapisków opublikowanym w „Kuźnicy”, ale ten zasłaniał się prawem do fikcji literackiej, choć, dodajmy, Notatki 1939-1945 publikowane były i funkcjonują do dziś jako dziennik.

W tej kwestii Ficowski formułuje postulat w zasadzie niewykonalny: „Szkoda, że [autor] ową «literacką fikcję» osnuł na prawdziwych ramach i że dla zrównoważenia nie opisał faktów świadczących o bohaterstwie i szlachetnej ideowości olbrzymiej większości walczącej młodzieży polskiej”.

To jest sedno jego Listu do redakcji. Empatii Jerzego Ficowskiego odsłona pierwsza, empatii, która nakazywała mu zawsze bronić słabszych i przegranych.

Takiego przesłania pewnie nie opublikowałaby „Kuźnica”, wysłał więc list do „Dziś i Jutro”, gdzie debiutował wcześniej jako poeta, odnosił się przy tym do artykułu Jana Dobraczyńskiego drukowanego w tym tygodniku [9], a dotyczącego między innymi notatek wojennych Iwaszkiewicza.

Na końcu chcę zacytować wiersz Ficowskiego Twarzą do ziemi. Najpierw jednak przypomnę żal Józefa Czechowicza:

 

rozmnożony cudownie na wszystkich nas

będę strzelał do siebie i marł wielokrotnie [10]

 

A u Ficowskiego na odwrót, jakby polemicznie:

 

twoi zmarli polegli […]

a wszyscy nieobecni

(Bóg o wielu twarzach)

byli w tobie przez chwilę [11].

 

PIOTR MITZNER

Przedstawione na konferencji „Najpierw poeta. W setną rocznicę urodzin Jerzego Ficowskiego”, Poznań, 4 grudnia 2024 roku.

[1] J. Iwaszkiewicz, Fragmenty z notatek, „Kuźnica” 1946 nr 11.

[2] J. Iwaszkiewicz, Notatki 1939-1945, przygotował do druku, uzupełnił i opatrzył posłowiem Andrzej Zawada, Wrocław 1991.

[3] J. Iwaszkiewicz, Dzienniki 1911-1955, opracowanie i przypisy Agnieszka i Robert Papiescy, Warszawa 2007, s. 249.

[4] Tamże.

[5] Tamże, s. 250.

[6] Tamże.

[7] J. Ficowski, List do redakcji, „Dziś i Jutro” 1946 nr 44.

[8]  Tamże.

[9] Jan Dobraczyński, Iwaszkiewicz po wojnie, „Dziś i Jutro” 1946 nr 39.

[10] Józef Czechowicz, Poezje zebrane, zebrał i opracował Aleksander Madyda, Toruń 1997, s. 217.

[11] Jerzy Ficowski, Twarzą do ziemi, w: tenże, Lewe strony widoków, wybrał i opracował Piotr Sommer, Poznań 2014, s. 224.

Galeria jednej fotografii (53)

„Sebastian Melmoth. Pod tym imieniem i nazwiskiem, niby pod maską okrywającą jego twarz zniszczoną więzieniem i uparcie wpatrzoną w oznaki bliskiej śmierci, Oscar Wilde, nikomu nieznany, przeżył kilka ostatnich swoich lat. Los sprawił, że ów człowiek używał kolejno trzech nazwisk: Oscar Wilde, C 33, Sebastian Melmoth….Oscar Wilde błyszczał, olśniewał, uwodził, zdradzał i został zdradzony, godził w samo serce i w samo serce został ugodzony….  C 33 cierpiał…. Sebastian Melmoth przestał pisać, błądził, powłócząc nogami, po ulicach Paryża, umarł i został pogrzebany.” Grób poety, na cmentarzu Père-Lachaise, odnalazłam w lipcu 2016. Cytat z: „Księga przyjaciół i szkice wybrane” Hugo von Hofmannsthala, w tłumaczeniu Pawła Hertza (Próby 2023).

„Oscar Wilde”, Paryż 2016, z cyklu: „Adres” © Elżbieta Lempp

17 lipca 2024

ELŻBIETA LEMPP

Pobór pod Termopile

Guido Ceronetti na wpół żartobliwie mówi o sobie: anima naturaliter gnostica, co oczywiście ma znaczyć, że sama natura ciągnie go do tego lasu, jakim jest wtajemniczenie. Nie wiedza, nie poznanie, ale dotknięcie samego sedna. A o to wbrew pozorom nietrudno. Na gładkiej powierzchni codzienności istnieją szczeliny, prześwituje przez nie pneuma – wystarczy o tym nie zapominać. A wtedy zdarzają się jaśniejsze chwile, widuje się świetliste twarze, natrafia na istotne książki. Korzysta na tym intuicja: zaradniej docieka i porządkuje, rzadziej zawodzi.

Ale ktoś, kto stawia na intuicję, tym samym stawia tylko na siebie. Może sobie cenić powinowactwa z wyboru, ale nie na wiele mu się przydają. Nie musi bronić się przed pokusami rozgłosu, pochwał i zysków, bo i tak mu nie grożą. Ceronetti chyba bez trudu omija rozpowszechnione wierzenia, poglądy czy upodobania, skoro ma je za pobielane groby. „Nie ufaj ideom – powtarza sobie (i każdemu z nas) – idee są zbyt czyste, ty czysty nie jesteś”. Nie warto liczyć się zwłaszcza z widmem Historii – twierdzi – czy ktoś duchowo niezależny może wlec się razem z innymi za tym „posępnym heglowskim karawanem”? Albo za jakimkolwiek innym wysłużonym szalbierstwem, łudzącą uzurpacją lub usłużną utopią? Czy może go nie razić wyjątkowo dotkliwie optymizm, i to zarówno beztroski, jak i zatroskany? Przecież optymizm odgradza od świadomości. Utrudnia zrozumienie, do czego doszło i ku czemu idzie.

Idzie ku gorszemu – wiadomo. Wiadomo o tym od dawna, co najmniej od Hezjoda. Tkwimy w jego „żelaznym wieku” już tyle stuleci, że niemal przywykliśmy do „władztwa nędzy, zbrodni, oszustwa i okrucieństwa”. Najgorsze zresztą, gdyby wierzyć Hezjodowi, dopiero nas czeka: dzieci będą się rodzić „z włosem posiwiałym”, jakby życie miały już za sobą i nie przywiązywały do niego wagi, a na ziemi przestanie pojawiać się Nemezis, bogini sprawiedliwości, jakby sprawiedliwość przestała być ludziom niezbędna. Inaczej mówiąc: albo jest źle, albo gorzej niż źle, albo jak najgorzej. O tym jednak już pisują wszyscy, nawet najpoczciwsi dziennikarze. Wmawiają nam: żyjecie życiem zdegradowanym i zdeprawowanym, świat czeka katastrofa. Ceronetti stawia sprawę znacznie jaśniej: katastrofa już nastąpiła, w tym rzecz. Katastrofa na dobre rozgościła się już wśród nas, ponieważ została naruszona Nieprzekraczalna Granica. Zuchwałość ludzka, sławetna hybris nie zawahała się, dokonała spustoszenia. „Wszędzie natrafia się na rozpacz, rozdarcie, oddzielenie – koła toczą się już same, bez wozu. Można to nazywać wygnaniem albo po prostu światem”. Oczywiście hybris wcale nie zamierza na tym poprzestać. Tyle tylko, że Nemezis jeszcze przypuszczalnie pojawi się wśród nas: „jest skrzydlata i nie zwykła się opóźniać”. Ale jak sobie poczynać na takim świecie, gdzie cała nadzieja w karze?

Tę wizję Ceronettiego można sobie tłumaczyć dwojako: albo widzi on wnikliwiej niż inni, albo się myli. Jednak, kiedy Nietzsche przed stu laty przestrzegał, że już wszędzie wciska się nihilistyczny piasek, nie mylił się. Die Wüste wächst – pustynia się rozszerza – rozbrzmiewało donośnie i solennie, ale mało kto gotów był tego słuchać. Pocieszano się wypróbowanym sposobem: to egzaltacja!

Niezrażony Ceronetti powtarza jednak z uporem, co już wie, czego się domyśla i co przewiduje. A w konkluzji nie udziela pouczających wyjaśnień. Nie udziela ich nawet sobie samemu – zapewnia. Wyjaśnienia sypią się dzisiaj zewsząd i w nadmiarze, a jest znacznie, ale to znacznie lepiej, kiedy ich brakuje. Bo to przynajmniej zachęca do myślenia.

„Wiele przecierpiałem w myślach” – zapisał w swoich Dziennikach Kafka, a Ceronetti często powtarza to samo. Nie po to, żeby się uskarżać. Raczej po to, żeby przestrzegać, że myślenie nie tylko szerzej otwiera oczy, ale zarazem rozżala i nuży. Dlatego że przeważnie krąży wokół człowieka.

„Kiedy ktoś zrywa zbyt wiele zasłon z ludzkich zagadek, kiedy niezmiennie zajmuje się ludzkością, jej złem, jej przestępstwami, biegiem jej dziejów – a ja od dawna nie robię nic innego – to z wolna paraliżuje go coraz mocniejsze przerażenie. Zapodziewa się nawet ciekawość”. Rozgoryczają zamiast ciekawić twarze dookoła, bo przeważnie są z samej materii, bez światła. „Nic, co by cię podnosiło na duchu”. Nie ciekawi ludzkie pokrętne zło, skoro wciąż potwierdza się na nowo, że jest wrośnięte w ludzi kto wie jak głęboko i że nigdy nie zostanie wykorzenione. Może ciekawić co najwyżej ludzkie dobro, ponieważ „dobro jest zagadką znacznie bardziej nieprzeniknioną niż zło, a w człowieku nie ma go niemal wcale”.

Cóż z tego, że nie ponosi się za to winy, „albowiem człowiek rodzi się na zło tak jak iskry lecą, w górę z ognia”, by powtórzyć za wiarygodną bądź co bądź Księgą Hioba (w przekładzie Czesława Miłosza). Człowiek jednak ponosi winę znacznie cięższą: robi wszystko, żeby o swoim złu nie wiedzieć. Woli żyć z przeświadczeniem, że jest przez Zło prześladowany. Chce sobie wyobrażać, że jest jak Łania z traktatów manichejskich, zawzięcie ścigana przez Łowcę. Ma pewność, że zadręcza go zapamiętale Przeciwnik – nie dopuszcza do siebie myśli, że sam sobie jest Przeciwnikiem. Co przypomina tragifarsę, choć bynajmniej tragifarsą nie jest.

Kiedy Zło ucieka się do swego najstarszego przebrania i występuje jako Dobro, czuje się tak bardzo umocnione, że już z niczym nie musi się liczyć. Taka okrzepła siła nie wyrzeka się już naturalnie najgorszego: przemocy, nieładu i okrucieństwa. Poczyna sobie z człowiekiem, jak sama chce. Choć równie dobrze można by powiedzieć, że człowiek sam sobie na to zasłużył. To dlatego dzieje ludzkie przebiegały tak, jak przebiegały. Jednak aż do naszych dni wyglądało to mniej więcej jednakowo. Już tak nie wygląda. „Nasza epoka zdołała doprowadzić do czegoś nowego: człowiek zapomniał, że jest istotą ludzką”.

Nie są to słowa Ceronettiego, ale Warłama Szałamowa, wyłowione z jednego z jego listów. Godne refleksji, skoro są przecież świadectwem nie tak dawnym. Ceronetti jednak przy tej okazji przypomina, że już choćby Lew Tołstoj, żeby nie szukać daleko, napominał (w Zmartwychwstaniu, więc już w 1899 roku): Ktoś, kto idzie do pszczół, musi zakładać strój ochronny, a ktoś, kto idzie między ludzi, musi zachować ostrożność dosłownie taką samą. Niestety jedynym skutecznym strojem ochronnym wobec ludzi jest miłość do nich. Bez miłości można piłować drzewo, kuć żelazo, wypalać cegły – da się bez niej obcować z rzeczami, ale nie z bliźnimi. Ceronetti jest z tą paradoksalną pułapką dostatecznie oswojony. Wyrzekł się bez żalu mizantropii, jak zapewnia i zamierza tego postanowienia w sobie dopilnować. A mimo to w pierwszym odruchu obrusza się: „Mówią mi: to twój bliźni… Mój bliźni? A cóż nas bliźniaczego łączy?”. Zaraz jednak przyznaje, że łączy nas wszystkich przynajmniej jedno: śmiertelność. „Nikogo przed śmiercią nie uchroni nic, nawet nikczemność” – powtarza kpiąco za Salustiuszem. Łączy nas także bliźniaczy okruch światła – scintilla animae – który ex alto został umieszczony w każdym z nas. Brzmi to uroczyście i zgodnie z jego własnym, przekornym wyznaniem wiary („wyznaję manicheizm ostrożny i zawoalowany”). Ale od razu dochodzi też do głosu indignatio: o tym okruchu światła w sobie większość ludzi zapomniała, stłumiła go, niemal doszczętnie spopieliła. A wobec tego górę bierze „ludzka zwierzęcość, która przywłaszcza sobie świat, wydzierając go Bogu”. […]

Gniewem i patosem uniósł się Ceronetti w posłowiu do zbioru swoich poetyckich przekładów Jako talizman. Uznał, że fragmenty, które do zbioru wybrał, te „talizmany z czystego światła”, każdy może zawiesić sobie na szyi, jak frontowe tabliczki rozpoznawcze, i zgłosić się ochotniczo pod nowe, dzisiejsze Termopile. Będzie tam mógł samotnie obok innych samotnych zagradzać przejście. I chociaż oczywiście taki oddziałek przejścia nie obroni, każdy będzie mógł tam przynajmniej poczuć się „duchem wolnym” i zaznać „upojenia daremnością”. Dobre i to. Natomiast Ciemność znów przedrze się przez Wąwóz i rozpełznie się po świecie tak jak zamierzała. Zawsze tak właśnie się działo. A jednak zwycięstwo należeć będzie do pokonanych. Może to paradoksalne, ale tak już jest. Powtórzy się to pewnie jeszcze niezliczoną ilość razy i zawsze będzie się kończyć tak samo. Ochotnik tyle tylko na tym zyskuje, że może sobie potem powtarzać: stawiłem się bądź co bądź na ochotnika.

Ironia nie pozwala Ceronettiemu dodawać już nic więcej. Nie mówi więc, że zapłatą dla ochotnika stanie się również „niezrównana dzielność” oraz „nieśmiertelna uczciwość”, jak powtórzy za Leonidasem. Tak przy swoim poborze mógł zachęcać Symonides. Już jednak nie może pozwolić sobie na to pisarz dzisiejszy. „Dzisiejsza alchemia nie potrafi zmienić błota w złoto”.

Pisarzowi dzisiejszemu nawet nie przystoi przykładać większej wagi do swego pisania. Pisze, bo myśli. Myślenie jest konieczne, gdyż wyplenia bezmyślność, a także nawyki myślowe. A pisanie konieczne nie jest. Część z tego, co się przemyślało, można zapisać, ale równie dobrze można by nie zapisywać. Zwłaszcza że innym nie na wiele może się to przydać, bo innym przydaje się prawdziwie tylko myślenie samodzielne. A pisze się jednak głównie dla innych.

Toteż niezbyt to ważne, jak wypada dzisiejsze pisanie. Ma być wiarygodne – reszta liczy się mniej. Znacznie ważniejsze, by myśli, które je wyprzedzają, nie były ciężkie i szare, jak z ołowiu. Ponieważ myśli są zdolne zaprowadzić daleko, może wręcz nieskończenie daleko. „Pogląd, że dzięki myśleniu i rodzącym się w myśli marzeniom można dostąpić zbawienia, trzeba pewnie uznać za dogmat niedoskonały, ale za to za niezmiernie pociągający”. O pisaniu nie dałoby się tego powiedzieć – twierdzi Ceronetti. Czasami jednak okazuje się, że nawet po samym sposobie pisania wiele się spodziewa. „Jeżeli pisarz ma wypowiedzieć słowo prawdziwe, to powinien je wypowiadać jak w agonii, jakby dyktował testament”. A mimo to powinien je w dodatku wypowiadać z wielką dbałością. I w końcu nieważne jest, czy te paradoksy Ceronettiego to przesada znaczna, czy tylko umiarkowana – ważne, że o pisaniu ma decydować „słowo prawdziwe”.

Samo pisanie nie jest przecież zajęciem trudnym – stara się dać nam do zrozumienia pisarz. Jeśli ktoś decyduje się wkroczyć w przestrzenie tak znamienne, jak, powiedzmy, metafizyka, eschatologia, transcendencja, jeśli ma do dyspozycji tyle dogodnych tonacji – jak choćby sarkazm, zwątpienie, rozgoryczenie – i tak niezawodne środki – jak zgęszczanie, naprowadzanie, przenośnie, hiperbole (od dawna wypróbowane przez poezję) – to wystarczy tylko te wszystkie elementy przemieszać z sobą i wrzucić do jednego kalejdoskopu. Nie zawiodą, jak nie zawodzą w kalejdoskopie lśniące odłamki szkła. Taki styl kalejdoskopowy sam już poniesie rzecz głównym nurtem. A ten nurt będzie w dodatku wpływał po drodze w rozmaite zakola, na przykład: satyryczne, sceptyczne, lakoniczne, podniosłe czy dosadne. Gładko wyminie mielizny, na jakie będzie go spychała skłonność do kąśliwości, przedrzeźniania i naturalizmów. Wciąż będzie płynął wartko i klarownie, tym bardziej że wciąż go zasila to samo żywe źródło.

STANISŁAW KASPRZYSIAK

Fragment szkicu „Pobór pod Termopile” z tomu „Odwieczne rozmowy”, Kraków, Austeria, 2024. Żeby zamówić – kliknij tutaj

W Saskim Ogrodzie

Klony są to naprawdę takie towarzyskie drzewa – mawiała Ania.

– Wiecznie szepczą i szepcą do nas.

Dróżki w Ogrodzie Saskim, od przystanku przy Królewskiej ku Wierzbowej, prowadzą przez stary kaliski park. Choć do Teatru Narodowego szybciej dociera się po przekątnych, na szagę, to warto nadrobić drogi i odbić przy kępach śnieguliczki lekko w prawo, by przez chwilę znaleźć się w pobliżu Kogutka i dwustuletnich buków. Ich gałęzie gną się do ziemi, kłaniają słońcu. Kurtyna liści oddziela od spacerujących, tworzy doskonałą kryjówkę do zabaw w chowanego. Przy sprzyjającej aurze można nawet dostrzec welodrom albo zanurzyć się w szumie wody spiętrzonej na Jazie Bernardyńskim. Zimą, gdy mróz tężeje, ślizga się tu roześmiana Agnieszka Niechcicówna.

Tuż po wyjściu z tramwaju zapalam papierosa, dym gęstnieje w zasłonę, która wycisza zgiełk wielkiego miasta. Czasem zdaje mi się, że na odległej ławce siedzi mój dziadek z papierową tytką pełną orzechów i szepcze: „Basia, Basia, Basia…”. Szepcze z przyzwyczajenia, bo wiewiórki same zbiegają się do nosków jego butów, a co śmielsze wskakują na pagony płaszcza. Przy Świątyni Westy rozpoznaję miłorzęby, tylko sąsiednie sosny muszę wymieniać na pomnikowe kaliskie wejmutki. Tam, gdzie tańczy Chłopiec z łabędziem, zjawia się wysepka z drewnianym domkiem dla kaczek. Wierzby przerywają płacz, strojąc się w peleryny z kwiatów magnolii. Zegar słoneczny – prawie ten sam co nad Prosną, w tle teatr, któremu też poniekąd patronuje Bogusławski i tylko od rokokowych rzeźb muszę odwrócić wzrok, szukając tej jednej właściwej, Flory.

Z pamięci, z dzieciństwa, w kępach rododendronów wyrastają KTW i Domek Szwajcarski. Nic dziwnego, że nieopodal, przy Elektoralnej, od 35 lat, wiosną i jesienią, zbiera się Klub Kaliszan w Warszawie, stowarzyszenie niemające chyba w Polsce odpowiednika. Najmłodsze Barbary od najstarszych Bogumiłów dzieli siedem dekad; przy domowym serniku zasiadają prawnicy Sądu Najwyższego, poetki, pisarze, krawcy, studentki socjologii, prezesi i skromne urzędniczki.

Buty obstalowywało się tylko u szewca i mógł to być tylko pan Malanowski – dziś o swych latach szkolnych opowiada profesor Barbara Szacka. Urodziła się w 1930 roku. Szef Klubu, sędzia Bogdan Bladowski, mówi o niej: moja dużo młodsza koleżanka. PIW wydał właśnie jej wspomnienia Życie i pamięć w mrocznych czasach, czyli w tych po wyjeździe z Kalińca. – To był mój dziadek – reaguje jedna z pań przy długim stole – a moja mama leczyła zęby zawsze u pani Plewniakowej. – To była moja mama – odpowiada autorka książki.

Goście z drugiego końca sali przenoszą się w mig na Kanonicką, Śródmiejską, Babiną. – To przecież pani mama prowadziła sklep meblowy koło Ratusza, prawda? Dobrze znała mojego ojca, był kierownikiem Merino. – A to pani kończyła Asnyka czy Jagiellonki? – Jestem z domu Fibiger. – Pałac Ślubów to przecież willa notariusza Jaźwińskiego, wtedy otoczona pięknym ogrodem…

I zaraz przenosimy się w aleję o wielu imionach: Luizy, Józefiny, Piłsudskiej, Göringa, Stalina, Wolności… Dzięki niesfornej Ani o kasztanowych (nie rudych) włosach wiemy, że pójście zwykłym gościńcem jest wcale nieromantyczne. Z atlasu wyobraźni dobieramy nazwy, wskazówki Stilterowskiego zegara ustawiamy na własnej epoce. Wystarczy podnieść głowę, by z koron drzew dosłyszeć szept ducha Chodyńskiego: „Położenie naturalne, urocze, bez monotonii i przymusu, z każdej strony coraz to inne. Tumany kurzu, tak dojmujące w Saskim Ogrodzie w Warszawie, tu nie są znane, murawa roszona rzeczną wilgocią i cień drzew gęstym, miłym chłodem przepełniają powietrze…”.

PRZEMYSŁAW PAWLAK

Nad Dźwiną

Zmarli patrzą nam przez ramię.

Edmund Husserl

Ta twarz wyłaniająca się z mroku – gdzie ją widziałem i dlaczego prześladuje mnie w Rydze?

Ta twarz: płonące oczy, wąsy i wysoka futrzana czapa imperatora Rosji Piotra Wielkiego. Wiem, że nawiedza nie tylko moje sny w tym mieście kamienic jak z baśni Andersena, w jednych budząc lęk, w innych nadzieję. Patrzy na mnie z najciemniejszego okresu dawnej Rzeczpospolitej, gdzie próżno było wypatrywać choćby ognika w ciemnościach, z Inflant, gdzie zaczął się ostateczny upadek. Rozparty dumnie na obrazie Matejki Batory ze swoją złotą podkową zgubioną w Rydze należy do sfery legendy, Piotr jest jak najbardziej współczesny.

*

Rzeki mają długą pamięć, ma ją też Dźwina. Płynie ze wzgórz Wałdaju, gdzie w baśniowej scenerii, wśród lasów, jezior i dorzeczy („O jasne, słodkie, o przeczyste wody”) ma swoją ulubioną posiadłość Putin. Stamtąd też wypływa Wołga, której ogrom tak przeraził małego Miłosza, jakby zobaczył w niej bezmiar i nienasycone ambicje Rosji. Na kamiennym wybrzeżu Dźwiny w Rydze zbierają się w pochmurne południe grupkami mewy siodłate, te morskie rozbójniczki, którym natura nie dała szponów ani dzioba drapieżnika, dała za to nieustraszony charakter i wielką posturę i siłę. Nawet sokół norweski (wspomnijmy tego mieszkańca lodowych krain, bo przecież z łotewskiej Lipawy na Gotlandię nie tak daleko – w przeszłości uciekinierzy ze Związku Radzieckiego często wybierali tę drogę – a stamtąd już prosto na daleką północ) nie może czuć się bezkarny w ich obecności. Mewy w Rydze nie boją się człowieka, proszą o datki, co zuchwalsze z nich przeganiają rywalki do kęsa chleba czy czipsów głośnym krzykiem, pochylając przy tym głowę i wyciągając szyję, tak że stają się podobne do węża.

Dźwina ma długą pamięć. Jej, zdawałoby się, niewzruszone kamienne wybrzeża przemieszczały się, zamieniały miejscami – prawe było lewym, a lewe – prawym, tak to przynajmniej wyglądało na radzieckich widokówkach z Rygi. KGB strzegło w ten sposób sekretów najdalej wysuniętego na zachód bastionu Związku, odwracając zdjęcia. Dla tych, którzy nie chcieli patrzeć w to fałszywe lustro (lub wręcz próbowali je rozbić) KGB wydawało w Berlinie wschodnim po łotewsku pismo będące rzekomo głosem środowisk dysydenckich, a tak naprawdę mające je poróżnić i skompromitować. Czytam o tym w Muzeum Okupacji w Rydze i, drżącą stopą, w wyobraźni przekraczam granicę imperium, ja, urodzony w jego zewnętrznej części. Na coś takiego jak ta gazeta zubożałe polskie SB by się nie zdobyło. Ale żadne kłamstwa nie mogły ukryć stanu wód Dźwiny i innych łotewskich rzek i jezior, zatruwanych, tak jak polskie wody, z dużą intensywnością w latach osiemdziesiątych minionego wieku. Różowa piana na powierzchni, smród, gdzieniegdzie żółty kolor wody zdawały się mówić ludziom, że oto zbliża się koniec – ale czy imperium, czy całego świata?

Czego ty właściwie szukasz nad Dźwiną? – pytam sam siebie. Jaką wiedzę chcesz odkryć w jej wodzie, znaleźć w jej pianie?

*

Przeszłości tutaj nie brakuje. Przybysza z Polski uderzają skromne stroje przechodniów, częste u starszych kobiet trwałe fryzury, muzyka z przenośnego magnetofonu w przejściu podziemnym koło dworca. Na peronie w słoneczne popołudnie zapach ciepłego asfaltu i rośliny rosnące gdzieniegdzie w jego wyrwach. Na jednej z ulic w centrum, kiedy spada nagły, gwałtowny deszcz, ktoś nakrywa sobie głowę dziecięcą plastykową wanienką i dalej maszeruje. Bezpretensjonalność i zwyczajność. Jakby lata dziewięćdziesiąte u nas lub wręcz późny PRL, jeśli dodać znaczną liczbę pijaków w najróżniejszym wieku, którzy od rana uprawiają swój proceder, przez nikogo nie niepokojeni. Ale najciekawsze są twarze, oczy, z których można wyczytać przeszłość – puste sklepy mięsne, za to ze zdjęciem i sloganem Lenina w witrynie, łańcuch rąk biegnący od Tallina do Wilna przez Rygę – i niepokój o przyszłość („Robimy co możemy, żeby przygotować się na ewentualny atak Putina. Co innego nam pozostaje?” – pyta mnie współpasażerka w pociągu). Twarze niezamknięte na historię, niezamknięte też na drugiego człowieka – ponure i apatyczne sprzedawczynie, zagadnięte, chętnie wdają się w rozmowę, żartują, przed sklepami można zobaczyć po południu ludzi, którzy przystają i ciekawie obserwują przechodniów. Jakie wytchnienie od agresywnego indywidualizmu! Jakie szczęście bycia znowu bliźnim wśród bliźnich! Jakby tutejsza tkanka społeczna, zniszczona przez stalinowski totalitaryzm i stopniowo odradzająca się, w miarę jak system tracił zęby, nie została potem tak silnie jak w Polsce zainfekowana przez pieniądz. (Na usta cisną się tu słowa Marksa, wciąż trafne jako diagnoza: „Im mniej siły społecznej ma środek wymiany, tym większa musi być siła wspólnoty, która spaja jednostki”).

Biruta Delle „Latająca Łotwa” (1982)

*

W jakim języku rozmawiamy? Po rosyjsku. Tutejsza ruszczyzna jest dobitna, dźwięczna – nie powstydziłby się jej Sołżenicyn. Nie usłyszy się takiej w Polsce od Białorusinów czy Ukraińców (którzy zresztą przeważnie przy obcych mówią półgłosem). „Ja by za niewo ubiła” – zwierza się koleżankom ze swoich miłosnych oczarowań nastolatka. Na dworcu rosyjska księgarnia, a w niej Brodski, Wysocki, Mandelsztam. (Nie ma za to, ku mojemu żalowi, Annienskiego ani Pasternaka). Takich księgarń w Rydze wiele. (Przypominają się strony przeglądanych dzieł klasyków – spalane przez ogień biegnących szybko dni – w księgarni rosyjskiej we Wrocławiu pod koniec lat osiemdziesiątych). Większość mieszkańców Rygi mówi po rosyjsku, w niektórych dzielnicach – niemal wszyscy. Koło Targu Centralnego jeden pijak (ałkasz – powiedziałby Wysocki) przypomina drugiemu, że dziś jest Dzień Rosji. Tam też w załomie muru dostrzegam gołębia z chorą nogą. Przystaję i wydłubuję dla niego kawałki miąższu z wielkiego bochna ciemnego chleba, zwanego Rupjmaize, co zwraca uwagę dozorcy wewnątrz budynku. Wychodzi na deszcz (bo znowu pada) i widząc, że karmię ptaka macha beztrosko ręką: „Ach, on tu przylatuje od dwóch lat, to mój podopieczny”.

Ten ciemny, ciężki, aromatyczny chleb towarzyszył Łotyszom w ich próbach wymknięcia się losowi naszej części Europy. (Przypieczętowanemu od czasu klęski Karola XII pod Połtawą. Czy wojna w Ukrainie to nie Połtawa redivivus?). W Muzeum Okupacji jest zdjęcie jednego z takich uciekinierów, który po II wojnie próbował przez Leningrad dostać się do Finlandii. Dwadzieścia kilka lat, ufny uśmiech, blond włosy, jak często u Łotyszy. (Patrz, Piotrze, ta twarz oskarża także ciebie!). Miał ze sobą jednodolarowy banknot, składany nóż, menażkę i właśnie ten chleb. Schwytany, dostał dziesięć lat gułagu, wrócił do ojczyzny w latach sześćdziesiątych. Trudno o nim nie myśleć spacerując nocą po Rydze. Samotność Łotyszy, niemal fizycznie wyczuwalna w ich stolicy, gdzie przez wieki byli zaledwie tolerowani jako tubylcy, mówiący miejscowym narzeczem. Samotność też wśród sąsiadów, z Litwą zwracającą się (mimo wszystkich gorzkich sporów) w stronę Polski i Estonią w stronę Skandynawii.

*

Wśród numerów „Zeszytów Literackich” (światło mojej młodości, lampo błogosławiona!) poświęconych krajom i miastom nie ma „Zeszytu” łotewskiego. Może się jeszcze ukaże, czasem widuję go w snach. (Ostatecznie czym są sny, jeśli nie skoncentrowaną rzeczywistością? Dlatego przypadkowa, codzienna rzeczywistość nie może zbyt długo uchylać się przed ich postulatami). Otwiera go fragment szkicu mojego przyjaciela: „Inflanty zniknęły jak Atlantyda. Można ich szukać w wierszach i wspomnieniach, można szukać w sobie”. „Zeszyty” też są dzisiaj Atlantydą. I tylko lenistwo umysłowe każe nam widzieć różnicę między naszym teraz a tymi zatopionymi lądami. Miłosz pisał, że przywilejem poety jest chodzić ulicami miasta sprzed dwóch tysięcy lat. Dodajmy, że jest to również przywilej każdego myślącego człowieka. Czy czas nie jest myślą, miarą, a nie substancją? (Jak głosił Antyfon Sofista). Ujmijmy mu trochę z jego zimnego dostojeństwa i zapuśćmy się w ryską przeszłość.

*

„Przed wojną” – kiedy Polacy czy Bałtowie słyszą te słowa, myślą o 1939 roku. Ukraińcy mówią tak o tym, co zdarzyło się przed napaścią Putina w 2022. Jak zachowają się rosyjskojęzyczni mieszkańcy Łotwy, gdyby doszło do rosyjskiej inwazji? Czy tak, jak mieszkańcy Charkowa, którzy zerwali wszystkie wielowiekowe więzy – językowe, kulturowe, religijne – z Rosją po wybuchu wojny? Nikt tego dziś nie wie, nawet Putin. Słowo „wojna” nie trapi Rygi w dzień – fontanny w zielonych parkach (trawa latem nie ma tu żałobnego, żółtego oblicza, jakie przybiera u nas) pracują, na pucharku lodów trzymanym przez gościa restauracji przy stoliku pod parasolem przysiada wróbel i dziobie wafelek, nie odpędzany, wieczorem na bal towarzystwa ludowego idą paradnie ubrani mężczyźni i kobiety w różnym wieku – ale nocą jest inaczej. Znika gdzieś secesja, otwierają się ukryte rany miasta, północ bełkocze o dalekiej północy, nie tej skandynawskiej, ale o Archangielsku i Kołymie.

W mlecznej poświecie (w czerwcu słońce zachodzi tu tylko na kilka godzin) wydaje się, jakby miejscowy konny pomnik Piotra Wielkiego, te trzy i pół tony brązu, wzniesiony w 1910 roku, zatopiony przez Niemców podczas I wojny, trzymany przez kilkadziesiąt lat w magazynie i wreszcie skrycie, pod osłoną ciemności przetransportowany po złożeniu w wolnej już od Sowietów Rydze, żeby wylądować w końcu na odległym parkingu, otóż wydaje się, jakby ten pomnik straszył po ulicach. Nie byłoby w tym nic dziwnego – „Carowi w głowie tylko Inflanty”, jak zanotował duński przedstawiciel przy dworze Piotra. I słowo „wojna” huczy wtedy, jak proroctwo Ezechiela: „Teraz na ciebie zagłada”.

*

Czy powiedzieć? Może wyśmieją… A jednak powiem. I ja miałem swoją utopię, jak wielu w tamtych czasach, wyrastającą wśród resztek realnego socjalizmu, w ich cieniu. Rzecz dziwna, teraz, po upływie kilkudziesięciu lat, łatwiej mogę dotykać kształtów tamtej epoki niż w latach dziewięćdziesiątych, kiedy żyli jeszcze bohaterowie minionych wydarzeń, miasta wciąż świeciły przestrzenią trawników i pustych placów w centrum (już niedługo zarosną je biurowce i domy handlowe), a pracownicze autobusy PKS-u krążyły o świcie, zlepiając cienką nitką wsie, miasteczka i miasta (ich pasażerowie wkrótce znikną jeden po drugim – zostaną tylko wypatroszone budynki byłych zakładów i fabryk). Księgarnie! Ile ich wtedy, witryny płonęły jak ogień. Jednak kurtyna czasu już opadła i usta, ścięte mrozem, nie mogły wymówić dawnych słów. W latach osiemdziesiątych często powtarzano: „Cóż po poecie w czasie marnym”, w latach dziewięćdziesiątych – „Jestem w nastroju nieprzysiadalnym” i przepaść między poziomami tych fraz pokazuje, co dzieje się z poezją, kiedy abdykuje z maksymalistycznych postulatów. Jak u Tennysona w „In memoriam” – duch chory od zapachu perfum i słodyczy nocy, niezdolny obudzić się z letargu. Horror, że dzieje się coś a nie można tego wyrazić, czyli – rozpoznać.

Co jednak z utopią? Otóż wydawało mi się – nie mnie jednemu, uparcie przywołuję tę minioną wspólnotę, która nieludzkiej myśli przeciwstawiła własną, rozżarzoną do czerwoności myśl poświadczoną życiem – że doświadczenie naszej części kontynentu – to, że człowiek przestał być człowiekiem i nikogo to nie dziwi, jak napisał Szałamow – i jego skutki dla języka pociągną za sobą przynajmniej pewną nieufność wobec słów, jeśli już nie wobec polityki czy wręcz świata w jego materialnej postaci. Nic z tego się jednak nie spełniło i im dalej było od upadku komunizmu, tym bardziej narastał ogłuszający hałas. Mogliśmy ofiarować Zachodowi coś, czego nie znał – zamiast tego staliśmy się tylko jego bladą kopią.

*

Szerokie są plaże Jurmały. Można iść kilometrami po miękkim, kwarcowym piasku. Czas zatarł ślady stóp Chruszczowa i Breżniewa, którzy lubili tutaj przyjeżdżać, za to krzyk młodego poety Klavsa Elsbergsa, który wypadł z dziewiątego piętra domu związku pisarzy w pobliskim Dubulti w 1987 roku (niektórzy mówią, że to KGB go zabiło) – trwa. Trwają również uchwycone na płótnach, zdjęciach i instalacjach na wystawie „Demontując ścianę” w Galerii Narodowej w Rydze molekuły życia z lat osiemdziesiątych. Łotwa, młoda dziewczyna, unosi się tam w powietrzu nad łąkami i lasem, które zatruwał przemysł i oficjalna propaganda. W porannej kolejce do wywozu śmieci wśród ludzi, którzy wyskoczyli z domu i ledwo zdążyli coś na siebie włożyć pojawia się dama w perłach. Radziecka rzeczywistość drugiej połowy lat osiemdziesiątych, to materialne niedoistnienie, pochłania także jeźdźców z jakiejś odległej mitycznej przeszłości – już nie złotych, a pozłacanych. Rozpadają się w niej, tracą oddech. Czy musi tak być, pytam, że sytości i bezpieczeństwu towarzyszy sen ducha? Energia zawarta w tych obrazach jest większa od świata, w którym żyjemy. Ich twórcy mierzyli się z uniwersalistyczną ideologią, co sprawiało, że byli zrozumiali pod każdą szerokością geograficzną. Nie ześlizgiwali się w solipsyzm. „Czas smutku, czas nadziei”, jak powiedziano u nas o malarstwie tamtego okresu. Że zapowiadany wtedy świt nie nastąpił? Może powinniśmy go szukać z płaczem. Jego echa wciąż rozbrzmiewają nad Dźwiną, która niesie je do najmłodszego z mórz, Bałtyku.

MARCIN SABINIEWICZ

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek