HOME

Pod koniec listopada

Pod koniec listopada poszedłem do Łazienek, brunatnych już, prawie czarnych. Chciałem widzieć scenerię, którą podczas swojego krótkiego pobytu w Warszawie, w roku 1898, musiał oglądać Wyspiański. Zawsze to wydawało mi się dziwne: Wyspiański w Warszawie, ale on był tu przecie i poświadczył to wspaniale w trzech dramatach listopadowych. Patrzył na to miasto z soborem pośrodku, a co myślał i czuł, nietrudno odgadnąć. Tych myśli — ale podniesionych i oczyszczonych z mułu naniesionego pierwszym, gwałtownym napływem niechęci, a także z niemęskiego żalu, co w takim położeniu w każdym sercu się rodzi — pełno w Warszawiance, w Lelewelu, w Nocy listopadowej. Wiadomo, że pisząc owe utwory, czerpał wiele z historii powstania Barzykowskiego, bo są w ich tekście całe zdania i zwroty stamtąd przeniesione, całe sytuacje powtórzone. Owo: „Tak, książę, zdradzasz!” — rzucone przez Lelewela Czartoryskiemu na sesji Rządu Narodowego, ów gniew nagły księcia Adama, słowa i głosy tych wszystkich podwójnych aktorów, co wystąpili kiedyś w teatrze dziejów, a potem w teatrze Wyspiańskiego, wszystko to jednak, choć tam poświadczone, tu nabiera jednak jeszcze innego wymiaru. Oto w tych dramatach, co czytane lub oglądane na scenie jednakowo nami wstrząsają do głębi, owe spięcia, konflikty, katastrofy jednej chwili, jednego dnia czy jednej nocy historycznej, umieszczonej w określonym dniu, miesiącu i roku, odsłaniają jak gdyby jakąś inną, wiecznotrwałą swoją istotę. Owi ludzie: Chłopicki, Lelewel, Czartoryski, Wielki Książę i wszyscy inni są tu tak ukazani, że widzimy ich los polski czy rosyjski tak splątany z ich losem ludzkim, że to wszystko, co o nich wiedzieliśmy, staje się jak gdyby mniej ważne od tego, co o nich teraz wiemy. Teraz, gdy czytamy lub słuchamy Wyspiańskiego.

I myślę, że to właśnie musiał wtedy zobaczyć i utrwalić w sobie Wyspiański, kiedy stał i patrzył na Łazienki, może na przedmiejską okolicę, jeszcze wtedy porosłą olszyną, na to miasto z soborem pośrodku. Stąd pewno wynikło, że trzeba to było wszystko zniżyć do Erebu i podnieść w niebo mitologii greckiej. Zawsze tak robił, żeby rzeczom ludzkim nadać wymiar według niego właściwszy.

Może też przyszły mu na pamięć owe dziwne słowa — nie wiem, przez kogo wypowiedziane czy napisane, lecz dobrze zapamiętane i zawsze brzmiące mi w uszach, kiedy myślę o tamtej nocy: „Słowo stało się ciałem, a Wallenrod Belwederem”. To zdanie, w którym łączy się najgłębszy chyba sens dobrej nowiny Janowej, skierowanej do wszystkich, z wynikającym z zetknięcia dwóch nazw sensem pojmowanym tylko przez Polaków, może nasunąć właśnie taką myśl, aby to, co rozgrywa się w szczupłych ramach historii jednego narodu, przenieść na tło większe i wspólne dla wielu. Stąd też może w listopadowych dramatach Wyspiańskiego nie tyle znaczenie ma akcja, mniej czy bardziej zgodna z prawdą dziejową, nie tyle jest ważna mniej czy bardziej trafna charakterystyka postaci, co właśnie owa przewijająca się tam wszędzie, niby wstęga, głęboka świadomość, że to, co się dzieje, choć dzieje się tam i wtedy, czy raczej tu i teraz, jest w istocie tylko cząstką owej Boskiej komedii, która wciąż się rozgrywa w piekle, czyśćcu i niebie naszego bytowania. Stąd też bierze się tu, w Lelewelu, a nade wszystko w Nocy listopadowej, ów świat mityczny, grecki z nazw, wspólny nam wszystkim ze znaczenia. To pozwoliło wznieść wszystko wyżej i ukazać mądrzej i świetniej, nadać wszystkiemu inny, większy wymiar. Owa tragedia narodowa i ludzka zaczyna się grać wtedy właśnie, gdy Wallenrod staje się Belwederem, gdy spod posągu białego króla zrywają się do orlego lotu nieruchome cienie podchorążych. I słowo zarazem staje się ciałem, więc to wszystko, co polskie, staje się od razu ludzkie. I oto Chłopicki, Lelewel, Czartoryski czy Wincenty Krasiński, co pojawia się gdzieś tam na chwilę, są już nie tylko statystami tamtej polskiej sprawy, lecz zarazem aktorami owej Boskiej komedii rodu człowieczego. Ale temu prawu podlegają także obcy: Wielki Książę, jego generałowie, młody Gendre. Oto wszystko się uczłowiecza i wznosi o szczebel wyżej. Dlatego nie budzi w nas już niechęci Chłopicki, gdy powiada, że mu brak wiary w powodzenie, że w zwycięstwo nie wierzy. Dlatego, choćbyśmy byli zdecydowanymi lelewelistami czy czartoryszczykami, czujemy, że wszystkie te różnice nikną, kiedy obaj przeciwnicy bratają się w wysokim niebie swoich cnót. Dlatego Wielki Książę jest postacią tak dramatyczną i dlatego można mu zaufać, kiedy Wyspiański każe mu powiedzieć w dialogu z Wincentym Krasińskim, że on, Konstanty, w Polskę wierzy. Dlatego młody Gendre, w głębi śmiertelnej nocy, zanim wstąpi w łódź Charona, powiada, że tęskni do świtu i błękitnego nieba. Tu nie o to chodzi, że wszyscy są dobrzy, piękni i szlachetni, tylko, że wszystko tu zostało spowite jakimś wyższym blaskiem, wszystkim zasługom i błędom wymierza się tu sprawiedliwość z wysoka, a nie z dołu, z błota, gdzie syczą złość i nienawiść.

I kiedy czyta się te słowa, dzieje się z nami to właśnie, co jest ostatecznie jedynym i najważniejszym zadaniem poezji. Oczyszczają się nasze myśli i uczucia z pyłu codzienności, a codzienność właśnie odsłania swój sens i blask prawdziwy. Codziennością przecie był ów wieczór listopadowy. Codziennością, zwykłym losem, zgodnym z miarą i potrzebą ludzkiego serca, była owa chwila, gdy Wallenrod stał się Belwederem. To, co wtedy uczyniono, było w końcu rzeczą zwykłą, codzienną; niezwykłe i niecodzienne byłyby bowiem wola i chęć trwania w ciężkim trudzie podległości.

I właśnie poezja jest po to, aby wszystko ustawić na zwykłym miejscu, aby przywrócić codzienną, rzeczywistą hierarchię wartości, którą ludzki grzech, wina i błąd raz po raz odmieniają. Tu odmiana ta była długotrwała, ogromna, więc też środki do jej przywrócenia musiały być ogromne, niezwykłe, jakich gdzie indziej nie było trzeba. Poezja była więc ogromna, a Wyspiański był pewno ostatnim z poetów polskich, który o tym wiedział i wszystko to widział w tej skali. Aby zrozumieć, wyjawić i przezwyciężyć wszystkie wahania, błędy, zasługi czy klęski, trzeba im przywrócić ich wymiar właściwy, trzeba je postawić przed instancją najwyższą i historię — ów skutek ułomnych działań ludzkich — sądzić mitem, który odzwierciedla prawdziwą naturę człowieka. Dlatego wszystko się tu miesza ze sobą i łączy: prawda i mit, ludzie i bóstwa, to, co przelotne, i to, co wieczne. Kora rozmawia z Demeter o śmierci i zmartwychwstaniu.

PAWEŁ HERTZ

Z tomu „Miary i wagi”.

Słoń Trąbalski

To było dawno temu [1]. Pracowałem jako profesor (Senior Visiting Fellow) na wydziale astrofizyki w Oksfordzie. Przyjechałem z Johnem, kolegą z wydziału, na jeden dzień do Londynu. Mieliśmy do omówienia pilne sprawy dotyczące przyszłych zawodowych losów dwojga naszych doktorantów. Takie rozmowy wymagają skupienia i dyskrecji. W Oksfordzie wszyscy się znają i zwykle w każdym pubie od razu spotyka się przyjaciół. Chcieliśmy się zaszyć w jakimś anonimowym miejscu, niewielkim, zapewniającym ciszę, spokój i kameralny komfort. Po krótkim wahaniu, John wybrał już wcześniej przez siebie odwiedzaną restaurację, w okolicy Bond Street. Cieszyła nas perspektywa wspólnej eskapady. Od dawna się przyjaźnimy, dobrze znamy zawodowo, a prywatnie bardzo lubimy. Jesteśmy członkami tego samego oksfordzkiego college’u. John nic a nic ani rozumie, ani mówi po polsku.

W wybranej przez Johna restauracji był tylko jeden kelner — miły, grzeczny, dobrze ułożony młodzieniec — dokładnie taki, jaki powinien być kelner na Bondzie. Rzeczowo i zwięźle rozmawiał z nami o wyborze potraw i trochę o pogodzie, ale o niczym więcej — na więcej nie pozwala zapewne kelnerska etykieta. Coś szczególnego zastanowiło mnie w jego głosie:

— John — próbowałem to zrozumieć, gdy po przyjęciu zamówienia odszedł od naszego stolika — myślę, że ten kelner jest Polakiem. Wyczuwam wyraźnie cieniutką linię polskiej melodii w sposobie, w jaki kończy frazy…

— Marku, ty chyba masz obsesję! Bardzo wątpię, że jest Polakiem, bo po angielsku mówi dokładnie tak jak ja. Nie słyszę śladu obcego akcentu lub obcej maniery w jego głosie. On nie jest ani Polakiem, ani Szkotem, ani Kanadyjczykiem, ani Amerykaninem, ani Australiczykiem… On jest stuprocentowym Anglikiem, w dodatku dobrze wykształconym Anglikiem.

Ale mój domysł nie dawał mi spokoju, więc kiedy kelner przyniósł rachunek, spytałem, bo to był ostatni moment, aby się upewnić:

— Young man, may I ask you a private question?

— Yes, Sir. Please do.

— Do you know who Słoń Trąbalski was?

— Yes, I do.

„I więcej nie mówiliśmy do siebie”.

Opowiedziałem tę historię Annie Ceterze-Włodarczyk, która jest profesorem anglistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Anglistykę i teorię tłumaczenia poznawała na studiach w Poznaniu, w legendarnym kręgu Stanisława Barańczaka. Jestem zachwycony twórczością Barańczaka, zwłaszcza limerykami. Nigdy go jednak nie spotkałem, choć mogłem, bo bywałem często i długo na Harvardzie, współpracując z tamtejszymi astrofizykami, gdzie on kierował katedrą literatury polskiej. Arkadiusz Orłowski, fizyk kwantowy z Warszawy, spędził w domu Barańczaka na Harvardzie jedne ze Świąt Wielkanocy. Panowie długo rozmawiali o poezji, także o wierszach Arka — Barańczak większość z nich ocenił jako „publikowalne”. Arek był oburzony (że tylko większość, a nie wszystkie), ale włoski doktorant Barańczaka uspokoił Arka, że w ustach profesora to wyjątkowo rzadki i pozytywny werdykt.

Anna Cetera sprawdziła, że dotąd nie ma tłumaczenia Słonia Trąbalskiego na angielski. Zgroza! Zgroza! Zaczęliśmy próbować przełożyć choćby tylko nazwisko Słonia i prowizorycznie zgodziliśmy się na Sir Elephant Trunk [2]. Ale na tym poprzestaliśmy.

Nie lepiej skończyły się próby tłumaczenia Słonia wspólnie z Weroniką i Tomaszem, moimi trójjęzycznymi dziećmi, wtedy już dorosłymi. Oboje mówią biegle po polsku, po angielsku i po włosku. Biegle znaczy, rzecz jasna, nie tylko bez akcentu, ale też z mocnym osadzeniem w narodowej kulturze — obyczajach, historii, literaturze, nawet gotowaniu. Weronika wyjechała na stałe z Polski (najpierw do Teksasu), gdy miała dwa lata. Tomasz się w Teksasie urodził. Do szkół chodziły w Teksasie, Kalifornii, Anglii, we Włoszech oraz w Szwecji i krótko w Danii (mówią dobrze, lecz nie biegle, po szwedzku i duńsku — a także w kilku innych językach). Polskiego nauczyły się w domu, bo w każdym z krajów, w którym mieszkaliśmy, moja żona Henryka i ja rygorystycznie przestrzegaliśmy, by rozmawiać z dziećmi o sprawach domowych i rodzinnych wyłącznie po polsku. Codziennie opowiadaliśmy im polskie bajki i długo czytaliśmy polskie książki. Nasze dzieci znają dobrze całą polską dziecięcą klasykę — Tuwima, Brzechwę, Konopnicką etc., a także polskie tłumaczenia angielskiej, włoskiej i skandynawskiej klasyki, którą w swych szkołach poznawały w oryginale. Rozumieją też, na czym polega istota dobrego przekładu — kilka razy po angielsku i po polsku roztrząsaliśmy kwestię, czy Kubuś Puchatek jest sprawniej napisany niż Winnie the Pooh.

Byłem pewien, że lingwistyczne awantaże moich dzieci będą pomocne w tłumaczeniu Słonia Trąbalskiego na angielski. Ale… po kilku dniach pysznej zabawy, nasz słomiany ogień zupełnie wygasł. Zadanie okazało się dla nas zbyt trudne. Nie przetłumaczyliśmy Słonia. Nikt do tej pory tego nie zrobił. Sir Elephant Trunk pozostaje uroczym zapominalskim oryginałem, zupełnie nieznanym angielskim dzieciom.

*

To było dawno. Natomiast w zeszłym tygodniu, w studio TVP Kultura przy Woronicza, brałem udział w nagrywaniu kolejnego odcinka cyklicznego programu „Hala Odlotów”, który tym razem — jak to wykoncypował Mateusz Baran — dotyczył pytania, dlaczego tak często zwracamy się w stronę astrologii, dlaczego ufamy teoriom spiskowym, a nie wierzymy nauce.

Zostałem zaproszony do udziału w tym programie zapewne dlatego, że znam astrologiczną doktrynę i potrafię sam stawiać horoskopy, dokładnie tak, jak robili to słynni astrologowie w przeszłości — Paracelsus, Regiomontanus, czy Kepler. Trzy horoskopy postawiłem nowo narodzonym a dorosłym tylko dwa — przed laty Lucynie Winnickiej, z którą zresztą o astrologii wiele rozmawiałem, oraz całkiem niedawno Marii Elizie, właścicielce prawdziwie włoskiej restauracji w śródmieściu Warszawy, do której często zachodzę na filetto di manzo al pepe verde oraz na plotki z jej stałymi gośćmi przy doskonałym prosecco.

Lucyna i Maria Eliza należą do grona kilku najbardziej frapujących блистательных дам, jakie kiedykolwiek spotkałem w swym długim życiu. Wyróżnia je horacjańska mądrość umiaru, charyzma, olśniewająca uroda, błyskotliwa inteligencja, a jednocześnie łagodna dobroć i empatia. Obie miały niezwykłe dzieje życia, osiągnęły mistrzowstwo w swym fachu i powołaniu, a przy tym zajmowały się z powodzeniem wieloma innymi sprawami — Maria Eliza była mistrzynią Polski w gimnastyce artystycznej. Z greckiej tradycji się wywodzące, apollińskie połączenie wykształcenia, sztuki i sportu nie jest dziś częste. Wśród moich najbliższych przyjaciół znam tylko dwa takie godne wymienienia przykłady.

Margherita Hack, najwybitniejsza włoska astronomka [3] XX wieku, a przy tym femme de lettres, wegeterianka, ateistka, komunistka i cyklistka (napisała książkę La mia vita in bicicletta) była w młodości mistrzynią Włoch w kilku lekkoatletycznych dyscyplinach. The Times” wydrukował w czerwcu 2013 roku jej obszerny nekrolog, zamówiony u George’a Ellisa, słynnego fizyka i kosmologa. Często bywaliśmy, Henryka, Tomasz, Weronika i ja, w jej ogromnym, kilkupoziomowym, mieszkaniu w Osservatorio Astronomico di Trieste. Przy okazji jednej z kolacji u „La Hack” Tomasz dostał straszliwego ataku astmy — ona miała osiemnaście tysięcy książek w swej domowej bibliotece (z pewnego powodu ta liczba była znana wszystkim w Trieście) i chyba niewiele mniejszą liczbę kotów. Tomasz, uczulony na sierść i kurz, jeszcze przed końcem kolacji dostał ataku i pogotowie odwiozło go prosto z Osservatorio do Burlo, słynnego w całych Włoszech amerykańsko-triesteńskiego szpitala dla dzieci.

Jerzy Lukierski, polski fizyk teoretyk, wieloletni dyrektor Instytutu Fizyki Teoretycznej na Uniwersytecie Wrocławskim, a przy tym jeden z twórców (i autor tekstów) cieszącego się znaczną sławą teatru Kalambur, był mistrzem Polski juniorów w skoku w dal.

Ułożony przeze mnie horoskop Marii Elizy został wydrukowany czarną i czerwoną szwabachą na czerpanym papierze w kolorze kremowym, pochodzącym z młynu papierniczego w Dusznikach, w formie dwunastostronicowej broszury, zszytej bawełnianą nicią w słynnym zakładzie introligatorskim panów Strusińskich na Nowym Świecie w Warszawie. Nakład: dziesięć numerowanych egzemplarzy. Niżej cytuję jego fragment [4].

Dom I, określający osobowość. Masz tu trzy planety (Słońce, Wenus, Merkurego) oraz dwa znaki Zodiaku (Bliźnięta i Byka). W żadnym innym Domu nie masz aż tylu planet i znaków. Ta obfitość świadczy o dużej sile osobowości i nieprzeciętnej indywidualności oraz o Twoim wyrazistym charakterze: nieszablonowym, zróżnicowanym, nawet frapującym. Z reguły im więcej planet w Domu pierwszym, tym więcej samodzielności, entuzjazmu i optymizmu. Wiodące cechy Twego charakteru wyznacza Słońce: jesteś serdeczna dla innych, bardzo kreatywna w swym zawodzie, mocno wierzysz w siebie. Wenus wskazuje na Twą umiejętność dawania i brania oraz potrzebę szukania związków i ich rozwijania. Wenus roztacza urok, harmonię i piękno. Powstrzymuje przed agresją. Kocha rzeczy dobrej jakości, bardzo ceni równowagę […]. Byki są wrażliwe i otwarte — dlatego inni z nimi chętnie przebywają i radzą się ich w ważnych sprawach. Fizycznie są szczupłe, eleganckie, dobrze ubrane, mają nietypową, przyciągającą urodę. Ja tak Cię właśnie postrzegam: jako kobietę troskliwą, godną zaufania, opiekuńczą, a przy tym niezwykłą — tajemniczą i piękną”.

*

Rozmowę w studio TVP prowadziła Katarzyna Janowska, a brali w niej udział, wśród innych dyskutantów, Tomasz Stawiszynski i Manuela Gretkowska. Ja mówiłem niedużo, właściwie tyle co nic, a to z powodu pewnego dyskomfortu, o którym za chwilę. Odnosiłem się tylko do niektórych wypowiedzi wymienionej trójki — Katarzyny, Tomasza i Manueli. Na ogół się z nimi chętnie zgadzałem, ale w kilku zasadniczych kwestiach byłem zdecydowanie przeciw. Swoje racje przypominam niżej w sześciu tezach. Cytuję tam fragmenty książki Między Bogiem a prawdą (Kraków, WL, 2023), w której cały rozdział poświęciłem astrologii. Napisałem ten rozdział na podstawie mojego eseju Astronomy versus Astrology, zamieszczonego w zbiorze Astronomy at the Frontiers of Science (Dordrecht, Springer, 2011), a zawierającego artykuły kilkunastu znanych astrofizyków, opisujących spektakularne osiągnięcia współczesnej astronomii. Redaktor zbioru, Jean-Pierre Lasota, wybitny francuski i polski astrofizyk, zmarł niedawno w szpitalu w Paryżu. Institut d’Astrophysique de Paris, w którym Lasota był do śmierci, przez wiele lat, profesorem zamieścił obszerne i piękne o nim wspomnienie na swej stronie internetowej

© Jean Mouette

Jean-Pierre, twardy ateista, namówił mnie do napisania tego eseju, gdyż chciał rozszerzyć ściśle fachowy tenor zredagowanego przez siebie zbioru o pewien kontekst aksjologiczny — w moim ujęciu brzmi on tak: największą wartością nauki jest chęć poznawania prawdy, dążenie do nieskończoności. Amicus Plato, sed magis amica veritas. Nieskończoności uczymy się „z trójkącików, kwadracików i kółek” metody naukowej. Czasem błądzimy, jak w przypadku astrologii, ale zwykle odnajdujemy drogę — przestajemy wtedy gonić za błędnym ognikiem, aby nie brodzić po bagnach.

Moje przekonania wyliczone w sześciu tezach.

  1. Ateizm nie jest ani prawem logiki (jak twierdzenie Pitagorasa), ani udowodnionym przez eksperymenty i obserwacje prawem przyrody (jak równania Maxwella). Jest wyrafinowanym poglądem filozoficznym o starożytnej proweniencji, godnym uwagi i szacunku, ale tylko poglądem. Nie jest koniecznie prawdziwy ani sam z siebie, ani z żadnych innych nieodpartych powodów. Dla mnie osobiście, ateizm jest drogocennym zwierciadłem, w którym codziennie przegląda się moja wiara.
  2. Od zarania cywilizacji po dzień dzisiejszy ścierają się dwa poglądy na całościową naturę obiektywnej rzeczywistości — idealizm i materializm: albo rzeczywistość jest transcendentalna, to znaczy zawiera w sobie świat materialny (fizykalny) oraz idealny (duchowy, platoński) —albo rzeczywistość jest wyłącznie materialna. Nikt nigdy nie dowiódł prawdziwości lub fałszywości żadnego z tych poglądów. Współczesna nauka nie wyklucza ani materializmu, ani idealizmu. Rzeczywisty świat może być i taki, i taki. Oba poglądy głoszone były (i są) w każdym pokoleniu przez najwybitniejszych myślicieli swoich czasów. Dziś platoński pogląd na rzeczywistość podziela, na przykład, Roger Penrose.
  3. Rzetelna nauka powinna się zajmować racjonalnym i całościowym wyjaśnianiem obiektywnej rzeczywistości, nie zakładając z góry tego, czego nikt nie dowiódł, ani tego, czego nikt nie wie: to znaczy nauka nie może zakładać, że świat jest na pewno czysto materialny, albo że świat jest na pewno transcendentalny.
  4. Od początku XX wieku pewne aspekty możliwej transcendencji rzeczywistości dyskutowane są serio w samej fizyce, jako konkretne problemy do (eksperymentalnego) rozwiązania: na przykład — problem realności wolnej woli i świadomości oraz ich autonomiczności względem świata materialnego jest zdaniem wielu poważnych fizyków wymagającą rozwiązania kwestią w mechanice kwantowej. Fundamentalne odkrycia dokonane w XX i XXI wieku, łącznie sprawiają, iż mantra „im więcej wiedzy tym mniej potrzeby na rozważanie transcendencji” z całą pewnością nie jest prawdziwa. Oto dlaczego: po pierwsze, wbrew temu, co przez tysiąclecia twierdzili materialiści głównego nurtu, materia nie jest wieczna, gdyż wiemy dziś na pewno, że obserwowany przez nas Wszechświat powstał w Wielkim Wybuchu, po drugie prawa fizyki nie są ściśle deterministyczne, po trzecie świadomość obserwatora wpływa (zapewne) na wynik eksperymentu i po czwarte własności Wszechświata są antropicznie wyregulowane. Jest zatem dokładnie przeciwnie niż twierdzą materialiści: im więcej wiemy, tym więcej widzimy powodów do rozpatrywanie transcendencji. Choć są to powody, a nie dowody, ich niemożliwa do zaprzeczenia rzetelna powaga sprawia, że z całą pewnością fizyka jest dziś bliżej gotowości uznania transcendencji (a nawet istnienia Boga?), niż była w wieku XIX. Fizyk, który dziś rozważa rolę wolnej woli i świadomości obserwatora w eksperymentach kwantowej optyki, z całą pewnością uprawia rzetelną naukę — Anton Zeilinger, który tak właśnie czyni, dostał Nagrodę Nobla z fizyki w roku 2022. Podobnie: nikt nie utracił wiary w Boga dlatego, że się dowiedział, iż współczesna nauka dowodzi, że Wszechświat miał początek 13,8 miliardów lat temu.
  5. Natomiast naukę należy zawsze skrupulatnie oddzielać od religii. Bez tego oddzielenia wszelkie dyskusje są zupełnie pozbawione sensu. Religia przypisuje bowiem Bogu konkretne atrybuty i konkretne działania w historii świata. Wierzący w Boga rzetelny fizyk nigdy nie „dowodzi” realnej możliwości konkretnych Bożych atrybutów i działań (na przykład, jeśli jest katolikiem — Boskiej trójjedyności), przywołując prawa i zasady fizyki. Dlatego zupełnie chybiona i niepoważna jest krytyka wypowiadana przez niektórych ateistów (nie ma wśród nich fizyków): „nie da się łączyć wiary w realność zmartwychwstania z poważnym uprawianiem fizyki”. Taka krytyka jest niewątpliwie przykładem logicznego błędu petitio principii. Każdy bowiem widzi po chwili zastanowienia, że jej sens sprowadza się do stwierdzenia „ponieważ Boga nie ma, to nie może być Boskich cudów”. Błędne jest tu „ponieważ”, gdyż powinno być „jeśli” (jak w tytule arcyważnego traktatu Leszka Kołakowskiego), ale wtedy to by była tautologia. Myślę, że znam psychologiczną przyczynę tego błędu. Wynika on, w umyśle niektórych ateistów (podkreślam: tylko niektórych!), z podświadomego brania swej własnej ateistycznej wiary w wyłącznie materialną rzeczywistość świata za coś tak oczywistego, tak niewzruszenie pewnego, że zdanie „Boga nie ma” traktowane jest przez nich jako zdanie koniecznie prawdziwe i niepodlegające żadnej dyskusji – nigdy też nie są oni do takiej rzetelnej dyskusji skłonni (lub nawet zdolni): po prostu z góry wiedzą swoje.
  6. Sukces kulturowy i cywilizacyjny Europy ma swe oczywiste korzenie w praktycznie stosowanej przez Greków demokracji jako sposobie organizacji życia społecznego, w ich odkryciu matematyki i filozofii jako dróg prowadzących do poznawania i rozumienia rzeczywistości, w żydowskiej nauce Jezusa, w rzymskim prawie oraz w chrześcijańskim Średniowieczu, które dało Europie uniwersytety, biblioteki, muzea, szpitale i przytułki. Średniowiecze było zwiastunem Odrodzenia, Reformacji i Oświecenia, które ostatecznie uformowały etos Europy. Współczesna nauka, a zwłaszcza fizyka ze wszystkimi zapierającymi dech cudownymi osiągnięciami są dziełem chrześcijańskiej Europy. Chrześcijańskiej Europy! Buddyjskie medytacje nie doprowadziły, po tysiącach lat duchowych ćwiczeń, do skonstruowania aparatów lądujących na innych planetach. Wiem oczywiście, że to nie było ich celem — ale też nie było to celem teologicznych dysput prowadzonych w średniowiecznych klasztorach i uniwersytetach. Jednak, gdybyśmy w średniowiecznej Europie nie prowadzili (wśród innych podobnych) scholastycznych sporów o powszechniki, to w XX wieku nie lądowalibyśmy na Księżycu!

*

Miałem uczucie pewnego dyskomfortu, biorąc udział w tym telewizyjnym programie, a to dlatego, że bałem się, iż niektórzy widzowie mogą potraktować moje uczestnictwo jako zgodę na ten aspekt politycznej poprawności, o którym koniecznie wspomnieć trzeba w kontekście astrologii, a z którym ja się zasadniczo nie zgadzam. Jest to mianowicie zaprzeczanie istnieniu obiektywnej prawdy i odrzucanie ewangelicznego „Tak tak, nie nie” (Mt 5,37) na rzecz „Hmm… ty myślisz tak, a ja tak, niech więc każdy pozostanie przy swoim zdaniu, bo przecież nie ma jednej niepodważalnej racji”. Albo: „Hmm… a może jednak jest w tym jakieś otwarcie na inne możliwości, przez naukę i religię odrzucane”.

Nie! Postawa racjonalna, reprezentowana zarówno przez naukę jak i religię [5], wymaga uznania, że istnieje prawda — oraz że jeśli ją poznamy, nie mamy wątpliwości: wiem, że wiem! O prawdzie w kontekście moralnym tak pisał Leszek Kołakowski: „Istnieje naprawdę fundamentalne odróżnienie dobra od zła, którego znaczenie, siła obiektywna, zniewalająca, nie zależy od nas; odróżnienie, którego nie możemy ani unieważnić, ani zmienić według naszej woli lub kaprysu, odróżnienie, które zastajemy gotowe, które nam się narzuca i które jesteśmy zmuszeni przyjąć jako prawdziwe” (Jezus ośmieszony. Esej apologetyczny i sceptyczny, Kraków, Znak, 2014).

Nie potrafię się pocieszać nadzieją, że relatywizowanie prawdy w aspekcie poprawności politycznej reprezentuje tylko irytującą modę, która przeminie, jak przeminęły wszystkie podobne „metafizyczne” mody przeszłości. Obawiam się bowiem, że akceptacja takiego światopoglądu odzwierciedla dzisiaj coś głębszego i niełatwo odwracalnego, mianowicie nasze zdumiewające lenistwo intelektualne. Jako społeczeństwo przestajemy się wstydzić populizmu, ignorancji i głupoty, a przede wszystkim zapominamy o konieczności respektowania przyrodzonych w porządku świata hierarchii wartości. „Hierarchia i elity stanowią podstawę każdego społecznego ładu i podstawę urządzenia świata. Ich akceptacja jest najpierwszym warunkiem kultury. Wprowadzająca ład i harmonię hierarchia nigdy nie jest despotyczna, nigdy nikogo nie poniża, nikogo nie krzywdzi. Wprost przeciwnie — utwierdza w wartości swych uczestników, gdyż każdy z nich realizuje właściwe sobie zadania tak, jak mu na to pozwala jego własna natura i odpowiadający jej stopień hierarchii.” (T. Stępień, przedmowa do Pseudo-Dionizy Aeropagita, Pisma teologiczne, tłum. M. Dzielska, Kraków, Znak, 2005).

Dla ludu populistyczny postmodernizm jest powrotem do kulturalnego wyobcowania rzymskiego plebsu: dawne przekupstwo panem et circenses, dziś zastępują wyborcze obietnice hojnego rozdawnictwa (panem) a dawne igrzyska prymitywna telewizja i kretyńskie social media (circenses). Pogardliwe Odi profanum… przekłada się dziś na równie pogardliwe ciemny lud to kupi.

Gorzej, że dla klas wyższych [6] jest to zapomnienie o przestrodze Seneki: non semper Saturnalia erunt. A także żenująca zgoda na porzucenie trudnych metafizycznych poszukiwań dla płytkiego i hałaśliwego reality show. Zgoda na panowanie fałszywej nauki, fałszywej religii, fałszywej miłości [7]. Prostacki zgiełk postnowoczesności zagłusza ten ledwie słyszalny głos, o którym śpiewa Bułat Okudżawa w Modlitwie.

*

Tak sobie myślałem, dobrze wiedząc o tym, że tak właśnie muszą myśleć wszyscy starcy, we wszystkich pokoleniach, bowiem „takie widzą świata koło, jakie tępymi zakreślą oczy”. Toteż był to dyskomforcik „nieduży, melancholijka maleńka”. Tym bardziej, że znaczne pocieszenie dało mi odkrycie nowej fryzjerki. Przed programem postanowiłem się jak najstaranniej ogolić, żeby wyglądać jak skromny, ale zadbany profesor fizyki teoretycznej (którym przecież jestem) — a więc w marynarce z szarej wełny w jodełkę, uszytej przez Castiglioniego na viale Regina Margherita w Rzymie oraz w filcowym kapeluszu od Christys’ kupionym na Richmond w Londynie. Mój fryzjer miał wszystkie terminy zajęte, ale przypadkiem znalazłem elegancką fryzjernię, ukrytą na drugim piętrze (bez windy) szykownej, śródmiejskiej kamienicy. A w niej prawdziwe cudo — piękną pannę Olgę, która potrafi golić brzytwą! Obecnie jest to umiejętność przez większość fryzjerów całkiem zapomniana, a dzisiejsi eleganccy panowie nie znają rozkosznej przyjemności dotyku ostrza sunącego po twarzy, dobrze namydlonej pędzlem z włosia borsuka. „Mydlić twarz, aż póki ręka nie opadnie ze zmęczenia” — tak Witkacy, w Niemytych duszach uczył Polaków, jak się trzeba prawidłowo golić, twierdząc (tamże oraz w innych swoich pismach), że wcale nie jest to, wbrew pozorom, proste.

Olga rozpoczęła od nawilżania kremem i wstępnego masażu. Potem nastąpiło długie mydlenie borsuczym pędzlem, ceremonialne ostrzenie brzytwy na skórzanym pasie, wreszcie uważne, powolnie skupione, golenie wszystkich zakątków twarzy. Golenie podgardla podniecało dreszczem przeczucia perwersyjnej rzeczywistości alternatywnej. Widziałem jej niepokojąco tajemniczy półuśmieszek tuż przed moimi oczami, w prawdziwie intymnej bliskości: „przecież wystarczyłby jeden moment jej przelotnego szleństwa, na który być może ma ochotę, by śmiertelnie poderżnąć moje bezbronne gardło!”. Po goleniu Olga zaaplikowała okłady najpierw gorącym, potem chłodnym ręcznikiem. Następnie pozwoliła sobie na kilkuminutowy odpoczynek. Piliśmy kawę, plotkując. Zakończyła ostatecznym „wklepującym” masażem z użyciem Chanel Égoïste. Sam stosuję na co dzień wyłącznie tę perfumę, od kiedy jej flakonik dostałem od mamy w prezencie na Pierwszą Komunię.

Przypuszczałem, że Olga jest Ukrainką, ale do tego nie pasowała jej polszczyzna — zupełnie bez akcentu, bogata, sprawna, prędka, skrząca się w dodatku urokiem i entuzjazmem młodości. Zapytałem więc tak, jak przed laty pytałem kelnera w restauracji na Bondzie:

— Panno Olgo, czy wie Pani, kto to był Słoń Trąbalski?

— Nie, nie wiem.

Z niejasnych powodów to wyznanie tak bardzo mnie wzruszyło, że od razu postanowiłem, iż podaruję jej w prezencie jakieś wyjątkowo piękne wydanie Słonia Trąbalskiego. To się jednak okazało nieco trudniejszym zadaniem niż z początku przypuszczałem. W dużej śródmiejskie księgarni na Nowym Świecie w Warszawie, nie mieli żadnego Słonia Trąbalskiego — nawet w klasycznym, wielokrotnie wznawianym zbiorze wierszy Tuwima z Lokomotywą, Rzepką, Murzynkiem Bambo, etc. ilustrowanym przez Marcina Szancera. To samo powtórzyło się w kilku innych księgarniach.

Zgroza! Zgroza! W końcu, w małym antykwariacie, znalazłem wydrukowaną przez wydawnictwo Wilga w roku 2022 niedużą, dziewięciostronicową, kwadratową książeczkę, zilustrowaną przez Anię Simeone, a w niej tylko Słoń Trąbalski — bez innych wierszy Tuwima. I od razu sobie przypomniałem, że kilka lat temu kupiłem w księgarni w Kłodzku nieco podobnego Słonia. Nie wiem, co się z nim stało. Jeśli dobrze pamiętam, ten Słoń z Kłodzka wygląda na ilustracjach tak, jak powinien się nosić Sir Elephant Trunk. Ubrany był bowiem elegancko i starannie — albo w wyjściowy surdut i kamizelkę ze ślicznymi kieszonkami, z haftowaną chusteczką, dewizką i łańcuszkiem do zegarka, a do tego fular lub stosowny krawat — albo w jedwabny, domowy szlafrok. Na razie nie udało się mi dotrzeć do tej książki. Będę musiał pojechać po nią do antykwariatu Tarabuk, który od kilku lat mieści się daleko ode mnie, w Zamku Ujazdowskim. Kiedyś był o wiele bliżej, bo koło skrzyżowania Kubusia Puchatka z Świętokrzyską. Zaczynałem dzień w tym magicznym miejscu od kawy i długich rozmów o książkach, potem przenosiłem się do uroczego butiku kulinarnego „Metr Kartofli” tuż obok, na rogu Kubusia i Wareckiej. Jego właścicielka dobrze zna Jasia Bajtlika, słynnego grafika, który kilka lat po skończeniu Akademii i po błyskawicznej, nieprzerwanie do dziś trwającej światowej karierze (ilustrował „The New Yorker”, wystawiał na wszystkich kontynentach, publikował betsellery) wyjechał do Francji i mieszka teraz w Alpach w uroczym mieszkaniu z widokiem na Mont Blanc, który obserwuje przez ofiarowaną mu przez ojca lunetę, na tyle dokładną, że może policzyć ile osób w danej chwili jest na szczycie. Ojcem Jasia jest Staszek Bajtlik, znany warszawski astronom i mój od lat przyjaciel — mamy więc z właścicielką „Metra Kartofli” wspólnych znajomych, co daje wiele pretekstów do plotek wśród jarzyn.

*

Zanim sformułuję końcową hipotezę, będącą podsumowaniem historii tu opowiedzianych, wspomnę jeszcze o dwóch paniach, które często spotykam w restauracji Marii Elizy. Pierwsza jest Francuzką. Mówi naprawdę bardzo dobrze po polsku (rzecz jasna z pięknym francuskim akcentem). Na stałe mieszka we własnym zamku niedaleko Bordeaux — dość sporym i imponującym. Nie miała żadnych osobistych doświadczeń z edukacją małych dzieci po polsku. Nie wie, kto to był Słoń Trąbalski. Druga pani, Swietłana, jest Ukrainką, urodzoną na Białorusi i wykształconą, od przedszkola do uniwersytetu, w Rosji. Od wielu lat mieszka w Polsce. Mówi po polsku, ale inaczej niż mówiły ciotki mojej mamy. Swietłana mówi bez cienia akcentu. Natomiast choć obie ciotki były Polkami, wychowanymi po polsku, w od pokoleń polskich inteligenckich rodzinach, do końca życia mówiły z rosyjskim akcentem — tylko dlatego, że jako dziewczynki mieszkały kilka lat z rodzicami w Petersburgu, tuż przed bolszewicką rewolucją. Dzieci Swietłany urodziły się i wykształciły w Polsce. Ona wie, kto to był Słoń Trąbalski a nawet pamięta imiona żony i dzieci Słonia.

*

Moja Hipoteza na temat Słonia Trąbalskiego:

Jeśli ktoś wie, kim był Słoń Trąbalski, to dlatego, że albo jako małe dziecko wychowywał się po polsku w polskiej rodzinie (nieważne czy w Polsce, czy poza Polską), albo dlatego, że jego małe dzieci chodziły do polskiej szkoły (nieważne, czy sam jest Polakiem, czy nie).

Słoń Trąbalski jest zatem całkowicie godnym zaufania sprawdzianem polskości najbardziej swojskiej, najbardziej intymnej — kamieniem probierczym jej najgłębszej istoty.

MAREK ARTUR ABRAMOWICZ

Dziękuję Andrzejowi Stańczykowi, Annie Ceterze-Włodarczyk, Arkowi Orłowskiemu, Staszkowi Bajtlikowi, Mieczysławowi, Weronice i Tomaszowi Abramowiczom, Marii Elizie, Kazikowi Stępniowi, Jean Mouette, Jakubowi Bułatowi, Maciejowi Mikołajewskiemu oraz Robertowi Kleemannowi za pomoc w pisaniu tego eseju.

Już po jego napisaniu, Anna przysłała mi tłumaczenie całego „Słonia Trąbalskiego”, wykoncypowane przez sztuczną inteligencję (program Copilot, jeden z wielu już istniejących). Niżej cytuję pierwsze cztery linijki

 

Once there was an elephant named Tom,

Big as an elephant—oh, what a bomb!

Everything about him was truly grand,

Except for his memory—couldn’t understand.

 

Z takim komentarzem: „Nic już nie będzie takie samo, prawda?Human translation, jak golenie brzytwą, to ekskluzywna przyjemność!”.

PRZYPISY:

[1] Choć większość historii, które tu opowiadam, jest po prostu wiernym opisem tego, co się naprawdę zdarzyło, w kilku nieznacznie pomieszałem fakty, aby lepiej przystawały do mojej tezy (pardonne-moi, madame), a nawet zmieniłem imiona protagonistów. Zrobiłem to po to, aby zataić ich tożsamość. Gdyby jednak ktoś chciał ją odgadnąć, to „powiedzcie mu, niech próżno nie frasuje głowy, bo się w dziwny Labirynt i błąd wda takowy, skąd żadna Aryjadna, żadne kłębki tylne wywieść go móc nie będą, tak tam ścieżki mylne”.

[2] Andrzej Stańczyk proponuje Sir Elephant Trunkalsky. Rozumiem i pochwalam powody.

[3] Tak o sobie zawsze mówiła „sono astronoma”, przeciwnie niż moje polskie koleżanki, z których większość bardzo nie lubi gdy ktoś mówi o nich „astronomka” lub „profesorka”.

[4] Ja wyliczyłem, jakie planety i jakie znaki Zodiaku znajdują się w poszczególnych XII domach. To jest problem czysto astronomiczny, jak wyznaczenie momentu wschodu Księżyca danego dnia, w danej miejscowości. Natomiast opis, co oznacza, na przykład, obecność Słońca w Domu I, skomponowałem z astrologicznych almanachów. Ostatnie zdanie jest jednak moje.

[5] Zwykle gdy mówię „nauka” mam na myśli fizykę, a gdy mówię „religia” mam na myśli chrześcijaństwo.

[6] Hierarchie i klasy wyższe w sensie, rzecz jasna, hierarchii ducha (inteligencja, charyzma, empatia, wiedza), a nie w sensie stratyfikacji społecznej — bowiem nawet w Anglii, gdzie szacunek do klasowości urodzenia jest ciągle głęboko zakorzeniony, można się akcentu i manier nauczyć a majątek (dość łatwo) zdobyć.

[7] Tych „modnych bzdur” nie wymyśliliśmy w XXI wieku (porównaj: Jean Bricmont, Alan David Sokal, „Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów”, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2004). Przed wojną był to, na przykład, hmm… — użyję słowa zastępczego — spirytyzm, uprawiany przez pątniczki z „Kariery Nikodema Dyzmy” — pannę Sellę i jej arystokratyczne przyjaciółki. Terra est rotunda.

Etranżer

Warto rozważać żywoty tych, z którymi się przyjaźnimy, chociaż dawno pomarli.

Stanisław Stempowski etranżerem? Czy można nazwać obcym kogoś tak wielkodusznego w przyjaźni, hojnego w miłości, zainteresowanego bliźnim?

„Ktokolwiek się z nim zetknął przynajmniej raz w życiu – wspominała autorka Ludzi stamtąd – miał mu zawsze coś do zawdzięczenia, choćby tylko chwilę zachwytu dla ujmującego promiennego człowieka”.

Nie ma powodu o tym wątpić, a jednak życie nasze urabiane przez tyle relacji z bliźnimi, uwikłane w tyle zbiegów okoliczności, wieloma płynie niezależnymi od siebie nurtami. A zresztą poczucie, że tu, gdzie stoimy, jesteśmy obcy, rodzi się w nas nieustannie. Być może życie i obcość są ze sobą nierozłączne.

Stempowski urodził się w Hucie Czernielewieckiej na Podolu w roku 1870. Jego pradziad Kazimierz Stempowski przybył na Podole z województwa łęczyckiego w randze pułkownika pod hetmanem Franciszkiem Ksawerym Branickim. Spodobało się koroniarzowi na Ukrainie. Podolski less i czarnoziem uprawiane przez pańszczyźnianych niewolników dawały fantastyczne plony i zyski. Konsumowaniu bogactwa nic nie przeszkadzało. Rosyjskie zwycięstwa położyły kres ekspansji Turków otomańskich. Podbój tatarskiego Krymu i pacyfikacja buntu hajdamaków przez carycę Katarzynę zapewniły szlachcie polskiej na prawobrzeżnej Ukrainie bezpieczeństwo i warunki do bogacenia się. Pułkownik Stempowski nabył w roku 1789 od Stanisława Szczęsnego Potockiego, wojewody ruskiego, klucz strugski w województwie podolskim.

W lityńskim powiecie, gdzie rozrodzili się Stempowscy, Polacy nie byli zbyt liczni. Stanowili około 15% ludności. Żydów było z dziesięć procent, Rosjan znacznie mniej. Wszyscy żyli wśród żywiołu ukraińskiego. Dwór i wieś mówiły innymi językami, w innych świątyniach się modliły, ich dążenia społeczne były zasadniczo odmienne. Dwór wpisany był w porządek feudalny Cesarstwa, dopóki w Sankt-Petersburgu na tronie zasiadał car, szlachta mogła być pewna swoich folwarków i fortun. Carski rubel wydawał się najpewniejszą walutą świata, Cerkiew głosiła chwałę samodzierżawia, które miało trwać wiecznie. Ci, co zgłaszali zastrzeżenia, podróżowali na Syberię lub, jak Lew Tołstoj, byli ekskomunikowani. Aż do wieku XX Ochrana skutecznie tłumiła tlący się bunt. Wieś ukraińska milczała. Dla szlachcica polskiego był to dowód pogodzenia się z losem, dla urzędnika rosyjskiego przyzwolenie na rusyfikację.

Stempowski żył wśród Polaków, Ukraińców, Żydów, Niemców i Rosjan. Znał miasta, których gwar był wielojęzyczny. Mieszkał w Kamieńcu Podolskim, w Dorpacie, w Kijowie, w Warszawie. Był poddanym imperatora wszech Rosji, potem obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej, przeżył okupację niemiecką i powstanie warszawskie, umarł w roku 1952 w Polsce pod rządami komunistów. Cenił silne więzi, szukał przyjaciół i znajdował ich. W kamienieckim gimnazjum zgromadził wokół siebie krytycznie myślących rówieśników, jako student należał do konspiracji socjalistycznej, co zaprowadziło go do więzienia. W Warszawie wydawał intelektualne pismo lewicowe „Ogniwo”, któremu kres położyła cenzura i policja. Organizował na Podolu wybory do samorządu gubernialnego i Dumy, choć wynik był przesądzony, bo ordynacja wyborcza gwarantowała zwycięstwo rosyjskim reakcjonistom. Walczył wówczas na dwa fronty: z carską biurokracją i z polskimi nacjonalistami, którzy patetycznymi deklamacjami maskowali swój konformizm i lojalizm wobec władz zaborczych. Nie mógł współpracować z ludźmi, z którymi nie rozumiałby się w pół słowa. Nigdy nie należał do żadnej partii ani organizacji: „Zawsze chodziłem luzem – pisał – i współżyłem tylko z ludźmi, których sobie sam dobierałem – i to dopóty, dopóki łączyły mnie z nimi węzły sympatii i jednomyślności w sprawach zasadniczych. Toteż niestety często musiałem zrywać stosunki z ludźmi”.

Pamiętniki spisywał podczas okupacji niemieckiej, którą przeżył wraz z Marią Dąbrowską przy Polnej 40 w Warszawie. Imaginacyjny powrót do ludzi i miejsc, ujęcie tego, co zapamiętane w opowieść sprawiały, że wrogie oblicze świata na chwilę ustępowało. „Ach, żeby zapomnieć, zapomnieć dnia dzisiejszego!” – pisał w jednej z dygresji.

Poza Pamiętnikami pozostawił Stempowski obfitą korespondencję: z Marią Stempowską, z synami, z Marią Dąbrowską. Jego drugi autoportret wyłania się z listów. Te do autorki Nocy i dni wydała ostatnio Ewa Głębicka. Trzeci wizerunek Stempowskiego zawdzięczamy Dąbrowskiej. O ich wspólnym życiu przy Polnej opowiedziała Grażyna Borkowska w książce Maria Dąbrowska i Stanisław Stempowski.

Pamiętniki (1870-1914) ukazały się nakładem Ossolineum we Wrocławiu w roku 1953. Liczyły 36 arkuszy, wydrukowano cztery tysiące egzemplarzy. Wydanie takiej książki w stalinowskim państwie totalitarnym zakrawa na cud. Jego sprawczynią była Maria Dąbrowska, która mogła liczyć na sukurs niektórych intelektualistów komunistycznych (choćby Jana Kotta). O zabiegach wokół wydania dzieła Stempowskiego pisarka opowiedziała w swoich Dziennikach. Dąbrowska przygotowała Pamiętniki do druku, ingerując w tekst tam, gdzie skreślenie cenzorskie wydawało się nieuniknione. Usunęła trzy ostatnie rozdziały liczące 13 arkuszy: Wojna. Pogrom; Winnica; Ukraina (1919-1920), które były wówczas całkowicie niecenzuralne i ich ujawnienie mogło pogrzebać przedsięwzięcie. Ukazały się w „Zeszytach Historycznych” Jerzego Giedroycia (1972, z. 21; 1973, z. 23 i 24). Nowe pełne wydanie Pamiętników przez trzydzieści lat Polski niepodległej nie doszło do skutku. Dzieło Stempowskiego w postaci integralnej ukaże się niebawem staraniem Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską w opracowaniu edytorskim dr. Łukasza Mikołajewskiego. Równocześnie przygotowywane jest w Kijowie wydanie ukraińskie. W niniejszym eseju cytuję Pamiętniki według ustalonego przez edytora tekstu.

W zamożniejszych domach ziemiańskich nauka języków obcych, zwykle dwóch: francuskiego i niemieckiego, wyprzedzała edukację szkolną. Zatrudniano Francuzki czy Szwajcarki, które uczyły dzieci od wczesnych lat. Małego Stanisława oddano pod komendę mademoiselle Catherine Callamand, przezwanej Tila. Zaczęła się męczarnia, nie wolno było odezwać się po polsku. Potem przyszła Grammaire du Noël et Chapsal – gramatyka, którą musiał wkuwać na pamięć, chociaż nie znał jeszcze gramatyki polskiej. Lekcje geografii, katechizmu i mitologii były również po francusku. Ucząc się dopływów rzeki le Danube, Stanisław nie wiedział, że to jest ten sam Dunaj, o którym śpiewały ukraińskie dziewczęta:

 

Na Dunaju hlibokim roste teren wysokij,

A z pid toho terena wyjszła wdowa mołoda.

 

Wszystko to zniechęciłoby ucznia do francuskiego na zawsze, gdyby nie Antoine Cambarot z Bordeaux. W Hucie Czernielewieckiej znajdowała się huta szkła dzierżawiona przez żydowskich przedsiębiorców z Kijowa, którzy zatrudniali wykwalifikowanych hutników z Europy Zachodniej. Był wśród nich ów Cambarot, republikanin, członek syndykatów robotniczych, weteran wojny krymskiej i wojny francusko-pruskiej. Pracodawcy zagubili jego paszport, bez którego nie mógł opuścić Rosji. Zanim w odeskim konsulacie wystawiono mu nowy, stracił ochotę do powrotu. Ożenił się z miejscową panną, dostał od Stempowskich szmat ziemi i osiadł w Hucie. Z nim zaprzyjaźnił się Stanisław i rozmawiał na każdy temat. Od Cambarota nauczył się Marsylianki i Carmagnoli. A były to piosenki z biografią, szlachcicowi ich melodia i słowa nie przeszłyby przez gardło. O ile w ogóle nie były przez policję zakazane.

Nauczycielka nie tolerowała Cambarota, prowadziła z nim wojnę, przekonana, że ma monopol na nauczanie języka francuskiego. To Cambarot – wspominał Stempowski po kilkudziesięciu latach – „nauczył mnie ten język miłować i kochać Francję, którą dzięki niemu uważałem za swą drugą ojczyznę”. O Cambarocie napisał u schyłku życia: „Nie potrzebujesz jak inne mary narzucać się mej pamięci, wypatrywać szczeliny przypadkowych skojarzeń, by się do mej pamięci wcisnąć. Przebywasz we mnie. Płyniesz podspodnim nurtem moich wstrętów i upodobań”.

Dopiero w Dorpacie rozpoczął systematyczną pracę nad swoją polszczyzną. Sformułowanie dłuższej wypowiedzi pisemnej nastręczało Stempowskiemu niemałe trudności. Myślał bowiem naraz po francusku, po polsku i po ukraińsku, po rosyjsku i po niemiecku, stosownie do nasuwających się pojęć, które nabył w danym języku. Potoczne rzeczy miały nazwy polskie lub ukraińskie, duch i składnia były francuskie, pojęcia nabyte w gimnazjum, zwłaszcza matematyka, były rosyjskie, leksyka z takich dziedzin jak biologia czy chemia – niemiecka. Pisząc, starał się utrwalić bieg swych myśli, spisując je in crudo w jakimś pstrokatym volapüku. Następnie, uzbrojony w słownik Lindego, badał każde zdanie ze względu na prawidła frazeologii i składni polskiej i tłumaczył je na język polski.

Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XIX wieku Stempowski studiował w Instytucie Weterynaryjnym w Dorpacie. Uniwersytet był przed nim zamknięty, bo jako osobnik zdradzający pociąg do niezależnego myślenia nie został dopuszczony do matury. Władze szkolne w Kamieńcu Podolskim musiały przeczuwać, że mają do czynienia z duszą kontestującą. Niesłusznie skłonność do kontestacji utożsamiały z bzikiem apokaliptycznym, upodobaniem do destrukcji. Kamieniecki kurator oświaty nie mógł Stempowskiego zesłać na Sybir, ale niedopuszczenie do matury też utrudniało życie. Lata dorpackie były najważniejszym doświadczeniem młodego Stempowskiego. W Pamiętnikach znajdujemy malowniczy opis początków studiów: „Rozejrzawszy się w stosunkach dorpackich i po zapisaniu się do Instytutu postanowiłem przenieść się z obiadami do ogólnostudenckiej kuchni, gdzie ani korporantów, ani eleganckich paniczyków nie było na lekarstwo, a za to, w brudzie i szczęku naczyń, usługując sama sobie, huczała młoda międzynarodówka bez różnicy ras, stanów, wyznań, narodowości, z przewagą oczywiście Rosjan kudłatych, żujących głośno, w koszulach kosoworotkach przepasanych sznurkiem, w długich butach. Tam było taniej, nikt mnie nie indagował i nie oglądał z góry na dół. Nazywała się ta kuchnia Concordia”.

Salę zapełniali ludzie z natury dzicy, a z wychowania niekulturalni, ciamkali jedząc i czkali. Załatwiano tu wszelkie sprawy, porachunków osobistych nie wyłączając. Widok tej menażerii ludzkiej był odrażający, a jednak ciekawszy niż przedstawienie, jakie dawali wysztafirowani paniczykowie, prowadzący „towarzyskie” rozmówki w duchu układnych ciotek, doprawiając je tylko pornografią i witzami studenckimi. „Toteż wsiąkłem w Concordię – pisze Stempowski – gdyż była dla mnie na razie pożyteczna, spotykałem tam moich kolegów z Instytutu, od których dowiadywałem się różnych informacji o kursach, podręcznikach, robotach praktycznych itp. Czułem się jednak osamotniony. Do Polaków mnie nie ciągnęło – odpychała mnie w nich pycha, szablon szlachecki i głupota. Do hordy międzynarodowej – byli Kaukazczycy, Żydzi, Moskale, Sybiracy, Ukraińcy, Polacy, Białorusini, Estończycy, nawet «nieudani» Niemcy – też serce nie lgnęło, najwyżej lubowałem się ich malowniczością i wiecznym niepokojem”.

Szkoły wyższe w Cesarstwie były ośrodkami nielegalnej działalności wywrotowej zdominowanej przez nurty lewicowe. Różnica między środowiskiem studentów Polaków a kręgiem radykalnych Rosjan była uderzająca. Zdarzyło się, że student Kosmenko znieważył czynnie studenta Wyrzykowskiego. Zatarg ten sięgał w jakieś zadawnione animozje pomiędzy dwiema grupami studentów Rosjan, a mianowicie między radykalną i krzykliwą Concordią, a stowarzyszeniem Societas, składającym się przeważnie ze studentów weterynarii. W stołówce Concordii urządzono publiczny sąd nad Kosmenką, coś w rodzaju trybunału ludowego. Ciągnął się on kilka dni i każdy z obecnych mógł zabrać głos.

„Tak świetnych mów jeszcze nie słyszałem – pisze Stempowski. – Przyglądałem się tym porywającym postaciom trybunów. Sprawa Kosmenki odeszła właściwie w cień, mówiono o rzeczach ważniejszych – o rewolucji, o typach ludzkich, o strasznej nocy tołstojowskiej reakcji [hrabia Dymitr Tołstoj, minister oświaty chciał ze szkolnictwa zrobić narzędzie reakcyjnej indoktrynacji], o rozruchach studenckich, o konieczności walki itp. To było dla mnie nowe i porywające! Jakże bladziutko wyglądało kółko polskich ludowców, jak śmieszne były sprawy «honorowe» burszów polskich wobec tego trybunału płomiennych mówców, stawiających nikłą sprawę na szerokim podłożu walki o wolność i sprawiedliwość społeczną!”.

Cytuję Stempowskiego całymi akapitami również po to, aby dać próbki jego mistrzostwa narracyjnego. Zbliżając się do kresu, zaczynamy gubić się w domysłach, co właściwie nasze życie oznacza. Wreszcie godzimy się na jakąś zdawkową formułę, zależnie od przekonań mówimy o przygodzie życia, o zasłudze w niebie, o schedzie, jaką uszczęśliwiamy spadkobierców. Niektórzy nie chcą na tym poprzestać i spisują pamiętniki w nadziei, że z opowieści wyłoni się upragniony sens. Nie wyłania się, ale jego uporczywy brak wynagradza nam uroda opowieści. Sens życia pozostaje nieuchwytny, ale sama opowieść o nim zyskała autonomiczną wartość, którą docenią czytelnicy.

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

Fragment książki „Etranżer. Stanisław Stempowski w świetle swoich «Pamiętników»”, która ukaże się nakładem wydawnictwa Austeria.

Pod tlenem – 55 sonetów (XXI)

Sonet dwudziesty cyklu pierwszego: siwosz w galopie, przestrzeń, teraz

Sonet XX części pierwszej w orfickim cyklu Rilkego powstał – jak wiele innych – między 2 a 5 lutego 1922 roku w Muzot. Poeta, dodajmy – poeta orficki, próbuje w tym wierszu, po raz kolejny, wyjaśnić własną kondycję. Nie pierwszy też raz zwraca się, w apostrofie inicjalnej, do Orfeusza (bo to on jest wzywanym tu bóstwem), odwołując się jednym tchem do doświadczenia zwierzęcego (pamiętamy zwierzę patrzące w oczy śmierci z cyklu duinejskiego, muszkę owocówkę, istnienie jednodniowe – także tam, psa – z cyklu sonetowego). Tym razem przyzywa Rilke niegdysiejsze olśnienie, jakiego doznał podczas drugiej podróży rosyjskiej; obydwie wyprawy miały charakter quasi-religijnego przeżycia, a nawet przełomu – duchowość prawosławia wpłynęła na poezję autora Księgi godzin tak, iż zaczął postrzegać ją jako autonomiczną).

Na nadwołżańskiej łące poeta orficki doświadczył czegoś, co można śmiało nazwać epifanią i co go odmieniło: siwy koń w pełnym galopie wyskoczył przed oczy podróżnych. Wyobraźmy sobie: wielka, rozlewna rzeka, w jej dorzeczu – rozległe łąki, wolność i pełnia życia, uroda rozpędzonego rumaka w pejzażu postrzeganym jako kwintesencja przestrzeni. Po latach tamto przeżycie powróciło, stając się bodźcem do napisania bardzo pięknego i bardzo (podkreślam: bardzo) trudnego do przełożenia na inne języki – sonetu. Właściwie żadnemu z polskich tłumaczy do końca się to nie udało.

Już w oryginale rymy są karkołomne, często męskie (co dla niemczyzny jest normą, dla polszczyzny – nie). Każdy z tłumaczy próbował sobie poradzić z tym problemem inaczej. Żaden nie uniósł całego ciężaru sonetu, którego żywiołem pozostaje lekkość, wynikająca tyleż z dominanty semantycznej (koń w galopie), co z doskonałego poetyckiego wyważenia przez Rilkego środków ekspresji; punkt ciężkości (lekkości) objawia się tu na przecięciu linii człowieczego zachwytu (nagłego zatrzymania w drodze), intensywnie zwierzęcego, dynamicznego istnienia w TERAZ i metafizycznego odniesienia całej sytuacji do bóstwa poetyckiego.

Sonet skomponowano koliście – począwszy od apostrofy do Pana kształtującego słuch (nie może to być nikt inny niż Orfeusz) – aż do wygłosowego oddania temu bogu na własność, oddania w ofierze obrazu konia pędzącego przed siebie, w dal. Metafora, rozbudowana i poetycko kunsztowna (a przekładowo niebywale wymagająca), przebiega przez wszystkie wersy, prócz dwóch inicjalnych i ostatniego (czyli prócz tych, które współtworzą ramę kompozycyjną). Liryczne rusztowanie wiersza podtrzymują przedziwne konstrukcje współbrzmień.

Jak próbują przyswoić ten sonet polszczyźnie rodzimi tłumacze?

Jerzy Kamil Weintraub osłabia dość dowolną parafrazą – mocną semantykę ramy kompozycyjnej (wobec oryginału); właściwie ignoruje istniejącą (z punktu widzenia polskiej normy wersologicznej) nadreprezentację rymów męskich (choć zachowuje rym międzystroficzny w trzeciej / czwartej zwrotce), pojawiają się one jedynie sporadycznie:

 

Cokolwiek ci poświęcę, powiedz mi,

czy on to nowy dźwięk ku uszom naszym wznosi?

Wspominam jeden z owych wiosennych dni,

jakiś koń – jego zmierzch, wioska w Rosji…

 

Niedaleko od wsi koń przybiega siwy,

lśni w wędzidłach, kiedy noc już bliska,

i samotny pędzi przez pastwiska;

jak pulsuje strumień jego grzywy –

 

w dumnym takcie wokół szyi drży

i w galopu wstrzymywanym szale.

O, jak biją źródła jego krwi!

 

On to czuje przestrzenie i dale!

On to śpiewa i on słucha – twoje mity,

w nim był baśni twoich krąg ukryty.

 

Mieczysław Jastrun – w miejscach najtrudniejszych – stara się przynajmniej przełożyć karkołomne na równie karkołomne, z rymami męskimi włącznie (i chyba jemu powiodło się spolszczenie najlepiej, choć mowa tutaj o zbliżaniu się zaledwie do samoograniczeń oryginału, do jego surowej i płomiennej zarazem prostoty):

 

Lecz tobie, Panie, co poświęcić mam?

– Tyś ucho stworzeń kształcił w swych harmoniach –

To wspomnienie wiosennego dnia,

wiosennego zmierzchu w Rosji – konia…

 

Ze wsi pędząc siwosz tu się zbłąkał,

z palikiem plączącym się u nóg,

by noc spędzić samemu na łąkach;

jak kłąb jego szyi tłukł

 

o szyję w rytmie zuchwałych sił,

w galopie, co tępo hamowany był.

Jak tryskały źródła końskiej krwi!

 

On czuł w sobie przestrzeń najdalszą – i!

śpiewał i słuchał – w tętnie zwierzęcym

był krąg twoich legend.

                                              Ten obraz poświęcam.

 

U Bernarda Antochewicza współbrzmień można nawet nie dosłyszeć, wymykają się rytmowi, tak są nikłe, tak nic nie mają z końskiego galopu – albo znów  – przeciwnie: można ogłuchnąć od ich wyrazistości (w strofie drugiej); bardzo to spolszczenie niepodobne do oryginału:

 

Lecz tobie, Panie, cóż poświęcić mam tu,

któryś uszy stworzeniom otworzył?

Moje wspomnienia o wiosennym dniu,

jego zmierzchu, w Rosji – ,o koniu…

 

O siwku, co od wsi przypędził ochotnie,

mając nogi spętane kołkami,

aby noc na łąkach spędzić samotnie;

jakże miotał swej grzywy puklami

 

wokół szyi w takt swawolnych swych sił,

w tym galopie hamowanym wśród traw.

Jak tętniły źródła jego końskiej krwi!

 

Bo on czuł wszystkie dale, i jak!

I śpiewał i słuchał – bo zamknięta

w nim była twa baśń.

                                        Jego obraz: poświęcam.

 

Nadwyraziste są również rymy Adama Pomorskiego, choć w drugiej partii sonetu próbuje je nieco od siebie oddalić (metoda awangardowa); z tętentu tego wiersza czyni tłumacz opowieść (z amplifikacjami, niestety):

 

A jakiż ja, Panie, hołd tobie złożę,

któryś słuch ukształcił stworzeniu?

O dniu wiosennym przypomnę ci może:

Rosja, zmierzch, koń we wspomnieniu…

 

Z przednimi nogami spętanymi w pałąki

przyszedł samotnie koń siwy

ze wsi na noc samotną, na łąki;

jak on bił rozplotami swej grzywy

 

o kark do taktu ze swawolnym kopytem

w grubiańsko kiełznanym ferworze.

A jak to krew czysta grała w nim zdrojem!

 

Jak on w sobie czuł to przestworze!

Zaśpiewa i słucha – domykał mitem

twój cykl.

                    Jego obraz przyjm w hołdzie moim.

 

Czy translacje tego szczególnego sonetu na język o innej tradycji dominant rymowych – są z góry skazane na klęskę? Wydaje się, że tak. Można rozmiary owej klęski zmniejszać, jak czynią to wszyscy polscy tłumacze, zachowując pewien eksces wysokich emocji, wyrażony interpunkcją emotywną: wersy sąsiadujące stroficznie (ostatni trzeciej strofy, pierwszy – czwartej) – zakończone znakiem wykrzyknienia; jak czynią trzej spośród czterech, pozostawiając Rilkeański hemistych ofiarowania (wers ostatni wiersza) jako ani wers czwarty (co byłoby naruszeniem reguł budowy sonetu), ani dokończenie wersu trzeciego – jako byt osobny – wers przypisania, wers poświęcenia.

To jednak, owe gesty pomniejszania nieprzekładalności sonetu XX – mówiąc wciąż świeżą formułą Waltera Benjamina – „drobne rysy w ciągłej katastrofie”. Wszak koń z sonetu nie jest całkiem wolny, uwolnił się tylko, przednie nogi ma jeszcze spętane, ucieka przed niewolą zadaną mu przez oprawcę-człowieka; inny człowiek pisze o tym wiersz i święte wymykanie się spętaniu oddaje w słowach, bogu poetów, razem z pędzącym po wolność siwkiem (bardziej widzialnym o zmierzchu, nocą), oddaje temu, poświęca temu, kto ukształtował słuch zwierzęcia i współ-słuch poety…

KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY

Epoka psychologiczna

Zaglądając po latach do dziennika Gide’a, znajduję zapisane 5 stycznia 1902: „Każdy oszukuje jak może. Najważniejsze jest — wierzyć, że się jest ważnym”. Mam wrażenie popełnienia plagiatu w moim pierwszym tu, pisanym we wrześniu, felietonie! Albo to tylko zbieżność poglądu — bo każdy artysta musi tak myśleć i wierzyć, żeby zrobi „coś, co się liczy”?!

W artykule François Reissa, o biografii Gide’a napisanej przez Claude Martina, przytoczony jest wyjątek z listu Gide’a do żony, z 1894 roku: „Wydaje mi się, że każdy artysta, każdy człowiek, w ciągu całego życia, rysuje swoimi uczynkami i swoimi dziełami własny portret przed Bogiem i że — nic z jego życia nie może być ujęte, bo w obrazie tym powstanie dziura. Nie można życia oddzielać od dzieła — powtarzaj to sobie każdego wieczoru i ranka… Wszystko trzyma się razem. Twory ducha nie spadają jak meteoryty”.

Nie bez kozery pisał Gide do żony, że nie można oddzielać życia od dzieła. Dbał o każde zdanie, które napisał, a parę lat po tym liście, którego tylko brulion się zachował, odcierpiał srogo zniszczenie swoich listów do żony przez nią samą. Takie ustawianie wszystkiego, co się robi, pod kątem własnej, ważnej dla potomności osoby, może nas niecierpliwić i drażnić. Jest z pewnością przerostem „postawy romantycznej”, zarówno u artystów, jak i u tych, którzy się ich osobą i dziełem zajmują. Reiss pisze, że powstało już przeszło 300 książek o twórcy L’Immoraliste. Dbają Francuzi o swoich pisarzy! Ile książek napisano u nas o Iwaszkiewiczu? I ilu to mieliśmy artystów, którzy w osiemdziesiątym roku życia sypią wspaniałymi tekstami?

Komentatorzy! Należy odróżnić ich żerowanie — eksploatujące cudzą twórczość po to, żeby napisać jedną więcej książeczkę — od pracy tych, którzy badają twórczość i życie po to, aby im nadać sens. Taki sens, jaki nadaje historyk faktom i wydarzeniom, które wybiera i szereguje, żeby stworzyć koherentny obraz epoki, kraju, cywilizacji. Taki sens, jaki człowiek próbuje nadać swojemu życiu i temu, co go w życiu spotyka. Z faktem sztuki jest podobnie. Jego znaczenie nie jest obiektywne, ale takie, jakie potrafimy odkryć. Nie musimy więc pomiatać komentarzem w imię autonomicznego istnienia dzieł sztuki. Nie musimy powoływać się na to, że dawniej było więcej dzieł niż książek o dziełach. Wielką ilość „komentarzy”, które się dziś pojawiają, uważam za objaw wzmożonej dyskusji z tendencjami tych, którzy widzą powody powstawania dzieł w przypadku, a przyczyny działania ograniczają do intensywnej — w najlepszym wypadku — gry czy zabawy.

W miałkim potoku codzienności natrafiamy jednak na przedmioty spoiste, twory imaginacji jak bryły z jednego stopu odlane, mówiące nam o konstruktywnym pierwiastku, wskazujące na nurt, który przez całą historię cywilizacji przebiega. Nurtem tym jest walka z pierwiastkami własnej destrukcji, tak głęboko tkwiącymi w człowieku, że z miłości do nich chętnie poświęci własne, zorganizowane istnienie. Nigdy jeszcze nie zajmowano się tyle tym „destrukcyjnym pierwiastkiem” co teraz. Zwątpienie w sens istnienia zdaje się być logiczną konsekwencją naszego rozwoju. Odbiło się — rzecz jasna — na sztuce, na jej kształcie, na tkance imaginacyjnej artysty.

W książce o Chopinie pokazuje nam Iwaszkiewicz, że ten chłopiec z Warszawy nie był rezultatem przypadkowego układu, że nie spadł jak meteoryt, o którym pisze Gide. W żadnej książce o Chopinie nie jest to tak jasno i logicznie przedstawione. Iwaszkiewicz wskazuje na ciemne i niewyjaśnione miejsca w biografii Fryderyka, na rolę otoczenia, osób, które tak mało znamy, na „drogi porzucone” w jego twórczości, z Sonatą c-moll i Sonatą wiolonczelową na czele, na wszystko, czego Chopin słowami nie wyrażał, co z podświadomości wydobywał, a co stawało się jasne, gdy muzyką spełniał misję, zarówno dziejową jak muzyczną. W żadnej książce o Chopinie nie znajduję tych spraw z taką intuicją i plastyką przedstawionych. Jak niewiele pisze tu Iwaszkiewicz o psychologii Chopina, choć tak bardzo wiąże jego życie z dziełem, choć nie ogranicza sztuki do wybierania, zestawiania i wyrabiania jakiegoś kształtu tylko.

Jeżeli muzyka ma jakąś wyższość nad innymi sztukami w co wątpię! — to chyba tę jedną, że ekshibicjonizm rzuca się tu mniej w oczy niż w poezji i literaturze, w których tak znaczne zajął miejsce. Poznanie i działanie zdaje się tu czerpać z innych jakichś źródeł, wiązać się ściśle i dziwnie ze sobą w tej sztuce, która — zwrócona do uczucia — nic o uczuciu nie może powiedzieć.

„Olbrzymie wzmożenie ilości istot ludzkich — gotowe umożliwić powstanie nowych bóstw”, pisze Gombrowicz w swoim dzienniku. Umysłowa, artystyczna i religijna działalność człowieka jest związana z poszukiwaniem, gubieniem i znajdywaniem bóstw, których obecność czy nieobecność dyktuje i kieruje twórczością, a więc i dziejami kompozytorów, i historią języka muzycznego. Jeżeli „epoka psychologiczna” pojawiła się późno, jeżeli — jak twierdzi Jung — jeszcze Bach należał do „epoki niepsychologicznej”, to i portret człowieka, o którym pisze Gide, a z tym portretem i świadomość wagi uczynków i dzieł artysty bardzo późno się pojawiły. Niemniej proces ten jest już nieodwracalny — dokonał się w okresie, gdy artysta zajął się przede wszystkim sobą.

Może teraz „wzmożenie ilości istot ludzkich umożliwi powstanie nowych bóstw”. Bo czas psychologiczny zdaje się wyczerpywać. Jesteśmy coraz mniej zainteresowani mikroskopijnie badanym, nicowanym, drobnym zjawiskiem, dotyczącym pojedynczego człowieka, który tak dużo mówi o sobie.

W paru listach, które otrzymałem od czytelników, znajduję rezonans, świadczący o zainteresowaniu zagadnieniami, które tu poruszam. Czekam na głosy krytyczne, żeby na nie kiedyś odpowiedzieć!

17 III 1974

ZYGMUNT MYCIELSKI

Z tomu: Zygmunt Mycielski, Postludia, Kraków 1977, s. 53–56.

Rozmowa na wystawie

Obraz reprodukowany na afiszu stał się dla mnie jej emblematem, skrótem świata malarskiego, jaki Łukasz Korolkiewicz roztoczył przed widzami w salach warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych w październiku 2024 roku. Na obrazie zatytułowanym Eksperyment prof. K widzimy (po prawej) nachyloną do przodu postać, którą ci, którzy go znają, rozpoznają jako autora dzieła. Uzbrojony w optyczne narzędzie (pewnie aparat fotograficzny) wypatruje czegoś w dali. W nachylonych plecach jest czytelne takie napięcie, takie poczucie wagi tych obserwacji, jakby zależała od nich cała przekazywana nam rzeczywistość, cała stawka losu twórcy obrazu. To wychylenie ku przodowi, ku czemuś, co nie jest namalowane, co znajduje się poza obrębem płótna, ale od czego zależy stan świata, może posłużyć jako nić przewodnia po najnowszej wystawie malarza.

Ale to nie wszystko. Za plecami obserwatora dzieje się coś dziwnego. Lewą stronę obrazu zajmuje duży manekin spowity w czarny płaszcz. Tam, gdzie powinna być twarz, widzimy maskę w postaci białej czaszki, która wykrzywia się w grymasie. Do nas, widzów? Do wspólnika-podglądacza? Kto tu patrzy na kogo? To będzie stały problem na tej wystawie – już wcześniej obecny w twórczości Korolkiewicza. Stary problem malarstwa. Nakierowanie czaszki w stronę widza, wyłupiaste oko, rozpaczliwy i szyderczy rysunek ust-dziury w masce, odcięcie tej nieludzkiej postaci zarówno od tego, kto oddaje się czynności obserwowania, z której nic dla nikogo nie wynika – jak i od widzów zafascynowanych tym, co nie daje się ani zrozumieć, ani nazwać… Takie jest zaproszenie na wystawę, którą możemy odbierać jako swego rodzaju retrospektywę, pokazanie (w skrócie) drogi przebytej przez artystę. Najstarszy obraz nosi datę 1982, ostatni 2024. Wzdycham pod własnym adresem: przeszło czterdzieści lat życia.

Warto też potraktować poważnie płótno umieszczone w pierwszej kolejności w salach wystawowych. To kolejny skrót emblematyczny, autoprezentacja „problematyki” ekspozycji, jeśli do świata namalowanego wolno przyczepić to słowo. Na pierwszym planie siedząca naga postać (to znów autor) z oczami przesłoniętymi czymś w rodzaju ochronnej maski optycznej, która chwilowo czyni go ślepym. Siedzi przed lustrem, ale zamiast niego lustro odbija inną męską postać, stojącą – młodszą? Bardziej urodziwą?

Jesteśmy uprzedzeni: wchodzimy w szczególny świat, świat Łukasza Korolkiewicza (ostatniej maniery, jak to się kiedyś mówiło). Nie po raz pierwszy u niego, ale z trudną do określenia „wartością dodatkową”. Będzie to przestrzeń nagości, luster, masek. Zamknięcia – nigdy całkowitego, ponieważ wieloma oznakami przestrzeń ta jest nakierowana ku temu, co na zewnątrz, najczęściej w domyśle.

Świat budowany wedle osi przeciwstawiającej to, co na lewo i na prawo. Jasność i ciemność, dorosły i dziecko, rozbuchaną zieleń – i rzeczy-artefakty, wnętrza domowe, biurka zastawione dziwacznymi bibelotami, ściany z surowej cegły, desenie na deskach. Akcją obrazów, ich sekretną treścią będzie zderzenie z zielenią, w ogrodach, na podwórkach, w pokojach zastawionych donicami, z zielenią wszechobecną jako żywioł, jako element płótna, mobilizujący bogate malarskie środki. Inaczej mówiąc, będziemy zamknięci tam, gdzie z pozoru człowiek czuje się najbardziej chroniony – mieszkanie, podwórko, ogród, park. Ale to fałszywa ochrona, bo w tak zakreślonej przestrzeni, dającej się objąć wzrokiem, obecne są konflikty określające egzystencję artysty. Nie idzie o naiwne przeciwstawienie natury i uładzonego bytu przedmiotów stworzonych dla człowieka. Nic bardziej dzikiego jak rzeczy: bibeloty na biurkach, obce, dziwaczne w kształtach, bez zastosowania. Szklane wazony, z których wyrasta chorobliwy kwiat, zwierzęce maski, lalki żyjące własnym życiem i poddane jakiejś pasji niszczenia, bo widzimy tylko głowy, a czasem fragmenty ich ciała. Przyznam, że mam wieloletnią zaprawę w błądzeniu po świecie Łukasza Korolkiewicza, ale nie daje mi to żadnego przywileju w opanowaniu go. Najwyżej coś z oswojenia z kształtami i kolorami, które nauczyłam się przyjmować jako będące również jedną z przygód kolejnego widza-podglądacza; moją przygodą…

Obrazy są rozwieszone wedle zasady, której nie umiem odgadnąć. Albo bez zasady – ale ten, kto je wieszał, myślał o jakimś układzie, nawet gdy było to myślenie przekorne. Rezultat jest taki, że widz uznaje, iż mimo swej nieprzenikliwości dobrze się one czują jeden przy drugim. Jest to jak echo z płótna na płótno, mozaika epizodów, do których (odruchowo to czujemy) może się stosować niejasna logika wtajemniczenia.

Czy można posunąć się dalej i przyjąć, że te czterdzieści siedem obrazów-odsłon składa się na jedną albo kilka opowieści? Ale nie da się ich czytać tak, jak gdyby zaczynały się w jakimś punkcie i prowadziły do innego, w którym coś rozwiązuje się albo wybucha w ciszy, nieruchomieje w impasie, albo wraca do punktu wyjścia? Wiem jak niebezpieczne są podobne pokusy – pokusy trawestacji literackiej – wobec malarstwa tego typu: to znaczy zajmującego się rzeczywistością jaką rejestruje nasze oko; jaką zapisuje fotografia, służąca za podpórkę dla pamięci i jako początek transformacji (to wiem z rozmowy z autorem) sięgających niekiedy bardzo daleko.

Można skorzystać ze struktury „opowieściowej”, wydobywając z niej figurę „narratora”: wszechobecnego, czasem na pierwszym planie, czasem ukrytego w głębi. Zawsze określającego charakter sceny, ponieważ zależy on od pierwszej decyzji twórcy: jak zbudować obraz. Jeśli wydaje się nam, że jest nieobecny, należy jeszcze raz przeanalizować przedstawioną sytuację. To decyzja posługiwania się, jak powiedzielibyśmy w literaturze, pierwszą osobą liczby pojedynczej. Właśnie ta „pierwsza osoba” stwarza niepokojącą atmosferę, przeciwstawną zasadzie „rzeczowości”, na którą naprowadza zwodniczo to malarstwo. Natomiast trudno mówić o narracji w zwykłym sensie, jak w historii, która ma początek i koniec. Sztuka, przed którą stoję, nie wywołuje wrażenia ciągłości – może dało by się ją nazwać momentalną? Jest tak, że poszczególny obraz prezentuje w jednym mgnieniu stan związany z całą egzystencją, zwiera całe lata pracy autora. Mówiąc: lata pracy – wywołuję w pamięci te dziesięciolecia, kiedy zaznajamiałam się z malarstwem Korolkiewicza dzięki wystawom. Widziałam tylko niedużą część z tych, które się odbyły.

Wobec „eksperymentów” malarza, wobec ich wpisywania się w różne sytuacje dane nam do odcyfrowania, wysunę na pierwszy plan te płótna, które uderzyły mnie najbardziej. I które będą mi towarzyszyły potem w spacerach po Warszawie, w spacerach po Paryżu. Moje wybory są ściśle związane z moim życiem, moim zawodem, z podróżami, które ciągle, po tylu latach, traktuję jako wyraz potrzeby wolności. Wysuwam naprzód obrazy nowsze, widzę je pierwszy raz. Nawet ich daty zawierają jakąś wskazówkę. Umiem powiedzieć czym się charakteryzował dany rok. Tytuły są symboliczne, mogą być wymienne i dlatego nie jest łatwo  nakierować czytelnika na obrazy, o których chcę pisać. Bo skoro wystawa jest już zamknięta, marzymy o wielkim albumie, gdzie zostaną zgromadzone reprodukcje. Będą pod ręką i będziemy mogli przywoływać je w rozmowie między sobą.

Są takie płótna, które nazywam rozpoznaniem podstawowego losu ludzkiego. Wcielonego, naznaczonego nagością, uwrażliwioną na nagości inne, na magnetyzm pożądania, który nie da się oddzielić od kondycji ludzkiej. Zauważmy, że z racji samoprezentacji autora w aktach, obejmujących sporą część obrazów, będzie to doświadczenie, jak mówią logicy, samozwrotne. I w sensie zwrócenia się do własnego odbicia, i w sensie refleksji o sobie. Chodzi o refleksję człowieka dojrzałego i nie oznacza upodobania w jakimś późnym erotyzmie. Nagie ciało jest uchwycone we wnętrzach (nazywaliśmy je „mieszkaniami krakowskimi”) albo na granicy tego, co zamieszkałe i żywiołowej roślinności; często jest samotne. Ale może pojawić się drugi: dziecko, niedostępna psychika. Dorosły jest naznaczony stanem wewnętrznym, określanym w tytułach: Neuroza, Męczący sen, W klatce albo przez to straszne i obce w każdym rozumieniu słowo: Devastatio. To „autoportret” – w skosie ciało (ubrane tym razem) rzucone na tapczan, ekspresja duchowej zapaści.

Fot. Galeria Salon Akademii

W twarzach, w posturach jakie ciało przybiera rozpoznaję jeden z najbardziej głębokich mechanizmów psychiki: poczucie winy. Zaryzykuję: nie chodzi o winę określoną, o jakieś sprzeniewierzenie się uznawanym prawom czy zasadom wymaganym od samego siebie. Nie idzie o społeczne tabu. Chodzi o stan winy nieodstępnej od życia osobowego. Ciężar, pod którym ugina się nasza zdolność do utożsamienia ze sobą, zdolność do jakiejś elementarnej samoakceptacji. Jeśli po mojej pierwszej wizycie na październikowej wystawie czułam niepokój z powodu czegoś co mi się wymykało, z czym nie wiadomo co zrobić, to dlatego, że percepcja czysto malarska zagarnęła cały obszar mego przeżycia. Powtarzając wizyty, próbując oswoić się z tym, co w sumie nie nadaje się do oswojenia, zostałam uderzona przez tę konstatację, która krążenie po salach zmieniła w skomplikowane osobiste doświadczenie. Takie, gdzie siła barw, konstrukcja obrazu, zagadkowość scen, napięcie krążące między urzeczeniem i lękiem odezwały się echem w moim własnym bagażu życiowym. W przeżyciach z innymi ludźmi, w filozofii, we wspomnieniach z czytanych powieści. W refleksji ulubionego Paula Ricoeura, który próbował zbudować filozoficzną antropologię w cieniu mitu biblijnego. I nie chodzi o ciągnące się za nami religijne przeżytki, lecz o strukturę naszej obecności w świecie. Obecności nieoddzielnej od winy, jaka kryje się w utwierdzeniu każdego istnienia. Zauważmy, że genezę poczucia winy w człowieku równie dobrze daje się przypisać systemom religijnym (groźny Bóg!), jak i biologicznemu traktowaniu wszystkiego, co żyje (jesteśmy w końcu jednym z ogniw łańcucha metabolizmu, przypominają nam dziś ekologowie…)

W Okowach snu szykuje się morderstwo na lalce, skrada się do niej postać ukryta za zwierzęcą (lisią?) maską, z czymś w rodzaju miecza-Ekskalibura rozpalonego do białości; czy wydaje mi się tylko, że na ustach lalki już zapala się biały ogień? Na innym biegunie obrazowania, W klatce, jest sugerowana sytuacja całkowicie realistyczna, równie straszna, między dorosłym i dzieckiem, w atmosferze zupełnej obojętności. W kontrolowanym majaku jakim jest obraz pod tytułem Poświata dochodzi do aktu kojarzącego się z samozniszczeniem, bo osoba, która mu podlega wykazuje podobieństwo do intensywnie nam prezentowanej twarzy narratora. Obraz jest wysoki i wąski, biała zasłona wepchnięta do wnętrza przez wiatr pozwala zobaczyć tylko głowę obalonego na ziemię mężczyzny; już martwego? Czy była jakaś walka? Czy powaliło go zatrzymanie się ważnego organu, serca, mózgu? Między namalowaną sytuacją, a tytułem obrazu zachodzi niemal perwersyjna wymiana: rozświetlona firanka, oddana z niesłychaną finezją, staje się bohaterką dzieła, głowa powalonego ciała ma służyć do dramatyzacji nie sceny, lecz przezroczystości materii. Przyznam, że na wystawie ten obraz może wzbudzić najsilniejszy odruch lęku…

Kanikuła przyciągnęła mnie z powodu pewnego chwytu technicznego – dzień u szczytu lata pokazany przez zestawienie gorącego blasku przecedzonego przez gałęzie i nocnej głębi cienia. W strefie światła (na lewo) znowu ktoś z lisią maską, zwrócony ku widzowi, w czerni (na prawo) naga dziewczynka, plecami ku nam. Siłą tego wyobrażonego świata jest to, że odsłaniając z góry symbolikę psychoanalityczną sprowadza ją do poziomu gry, świadomego narzędzia swoich figuracji. Obrazy są tak zbudowane, że ich narrator jest malarskim nosicielem tego stanu rzeczy; jest tym, kto wie. Chodzenie po wystawie to również wystawienie się na splot podobnych zagadek.

W salach ASP znajdujemy również obrazy roztaczające atmosferę skupienia i oczarowania, nawet jeśli pozostaje w nich zawsze coś z metafizycznej niepewności. Myślę najpierw o tym, którego tytuł, Konewka lorda Chandosa, nawiązuje do tekstu Hofmannsthala List. Ogród z przestrzenią rozbiegającą się na wszystkie strony, gdzie triumfuje wieloraka magiczna zieleń, porzucony sprzęt ogrodniczy z jaskrawozieloną konewką zawieszoną na gałęzi; tą, której nieuchwytne, niewyrażalne istnienie wstrząsnęło Chandosem, do tego stopnia, że postanowił rzucić pisarstwo, jako dowód swej bezsiły… Po prawej, za ścianą drzew, w głębokim cieniu rysuje się siedząca sylwetka malarza, tutaj narratora niejako drugiego stopnia – zarazem świadka tej sceny i odwróconego od niej, jak ogarniętego odrętwieniem. Czy został jak Chandos, jak Hofmannsthal dotknięty oparami rzeczywistości, która go przekracza? W tekście austriackiego pisarza dochodzi do paradoksu, który bywa przywilejem sztuki interesującej się światem: otwarte wyznanie niemocy może okazać się potwierdzeniem daru ekspresji. Rozpamiętując, jak bohater noweli, jak malarz utopiony w zieleni, niedosiężne istnienie rzeczy, można zbudować jej odpowiedniki w formach literackich, malarskich, nawiązać z nią więź empatii, lub nawet konstatując jej wrogość – odnaleźć siebie. Na wystawie to dzieło wydaje mi się zawierać szczególną siłę i szczególne przesłanie.

Fot. Galeria Salon Akademii

W pewnym dystansie grawitują wokół niego jeszcze inne przesłania, gdzie narrator przesuwa atmosferę w kierunku fascynacji tym „co dalej” – „co obce”. Kilka tytułów: Cytrynek, widok śmietniska, skąd patrzy ku nam żółty piesek. Dom, na pół ruina z obnażoną cegłą, taras, gdzie siedzący chłopczyk podnosi krzywo głowę – napiętnowany chorobą? Czarne schody, groźne w swej masywności, po prawej kobieta patrząca ku górze szuka nas wzrokiem, zanim zacznie schodzić. Impresjonista, gdzie za oknem widzimy malarza, jak wrak okrętu w ogrodzie, od którego odgradzają nas szyby pokoju zawalonego dziwacznymi rekwizytami. Te obrazy są scenami spojrzenia, szukania wymiany spojrzenia. Prawda, w Konewce narrator wycofuje spojrzenie, które zdaje się przytłoczone nadmiarem. Na wystawie jest więcej obrazów „patrzących”, ale często narrator nie zwraca się do widza, pozwala mu patrzeć na siebie. Jest wystawiony na dramat wewnętrzny, na tajemnicę, jaką ma i do ukrycia, i do przekazania. Dlatego wzruszają sceny, kiedy jak gdyby sam wymyka się sobie.

Tym, którzy śledzą rozwój malarza, obrazy przypominają o poprzednich ekspozycjach. Sposób malowania, motywy. Wnętrza staroświeckich mieszkań, opuszczona dziewczynka, maski, niemożliwe przedmioty, coraz bardziej rozbuchana roślinność. Na wystawie w 2024 dzieje się coś nowego, co pobudza i niepokoi. Zachwyca nie tylko mistrzostwo, które Korolkiewicz osiągnął już dawno, chociaż tutaj doprowadzone zostało pod próg sugestywności, która onieśmiela. Lubimy w sobie tę rolę prostodusznego widza: jak to namalowane! Jest w tym również wymiar, który nazwałabym znieruchomieniem. Intuicja: więcej nic już się nie może zdarzyć. Kości zostały rzucone, decyzje podjęte, czas przestał się liczyć. Jest to przeciwieństwo egzaltowanej formuły: chwilo trwaj, jesteś piękna! W obrazach świat przybrał taki właśnie kształt, postawił osobę (autora/narratora) przed jej samopoznaniem, jej wrażliwością i wiedzą; zamknął go w przestrzeni, którą może nazwać własną. I która jest – ani na chwilę nie wolno nam zapominać! – nie tylko obszarem zjaw i fantazji, ale światem materii malarskiej, kolorów i kompozycji, budujących tę twórczość.

Powiedziałabym, że panuje tu reguła dopełnienia. Chodzi mi o kontrast między irracjonalnym światem malarskiej opowieści (zjawy i fantazmaty, groźna bądź szczęśliwa magia) i tym, co odczuwam jako racjonalny świat pracy i dokonania artystycznego. Można na tę wystawę patrzeć przez dwie soczewki: psychologiczno-egzystencjalną oraz konstrukcyjno-rozumową. Na nowo spotykam u Korolkiewicza to świadome prowadzenie pewnego projektu, który nie daje się zagarnąć głównemu nurtowi nowoczesności. Jest poszukiwaniem oddzielnym. Metaforą tego oddzielenia jest samotność, podkreślana (namiętnie) w jego obrazach. Nieśmiało domyślam się w jego malowaniu obcowania z tradycją malarską, od której uczył się w podróżach po Europie.

EWA BIEŃKOWSKA

Galeria jednej fotografii (52)

Plaże Holandii Albrecht znał dobrze. Przez lata spędzał tam wakacje z rodzicami i rodzeństwem. Stąd wybór, Zierikzee w Zelandii, w grudniu 1987, na kilka dni spokoju. Szerokie plaże. Raj dla wiatru, który niestrudzenie nanosi, przenosi i tworzy – na mokrym piasku – nietrwałe kompozycje z patyków, trawy i suchych ziaren. Patrzyłam na nie przez obiektyw. Obrazy te mam teraz na negatywach. I portrety Albrechta.

„Albrecht”, Zierikzee 1987, z cyklu: „Portrety”  © Elżbieta Lempp

12 września 2024

ELŻBIETA LEMPP

Spod powieki (C)

Czwartek, 17 października

Lubię książki, które przekraczają granice. Do takich należy dossier habilitacyjne Aliny Nowickiej-Jeżowej, wydane w roku 1988 na prawach rękopisu w trzech tomach przez Małą Poligrafię UW. Kupiłem kiedyś jeden tom w antykwariacie, teraz pożyczyłem inny z Biblioteki Uniwersyteckiej. Rzecz dotyczy eschatologii w literaturze staropolskiej, ale można w niej znaleźć na przykład wywód o staropolskich antecedencjach Norwida. Autorka wiąże dawne wzorce opisu śmierci i pogrzebu rycerza z poematami Norwida. Wskazuje, że „znakomity obraz poetycki” w Do obywatela Johna Brown przypomina podobną figurę stylistyczną, użytą przez Jana Gawińskiego w nagrobku Pod Pilawcami zabitemu, a przywołana tu przeze mnie niedawno wizja konduktu żałobnego w Bema pamięci żałobnym rapsodzie ma „antecedencje w poezji staropolskiej, kreującej obraz pochodu żałobnego, stylizowanego na modłę starożytną” [1].

Piątek, 18 października

Federico Faggin, rocznik 1941, wynalazca i pionier w dziedzinie mikroprocesorów (Bill Gates powiedział kiedyś, że przed nim Sillicon Valley była zwykłą doliną), opublikował książkę, w której zdaje sprawę ze swoich ekstremalnych doświadczeń w zakresie świadomości. Książka ukazała się na razie po włosku [2], ale dała redakcji „NZZ” pochop do przeprowadzenia rozmowy z autorem. Faggin w roku 1990 podczas zimowego wyjazdu na narty doznał mianowicie czegoś, co określa mianem „przebudzenia”. Leżąc w łóżku, w środku nocy, nagle ujrzał białą połyskliwą wiązkę światła. „Z mojego ciała – wspomina – wydobywała się potężna, prawdziwa energia. To nie było przywidzenie”. Następnie energetyczna wiązka wybuchła i rozwinęła się w przestrzeni pokoju. Świadomość Faggina czuła się świetnie w tym błyszczącym świetle, które było jakby potężną mieszanką „miłości, radości i pokoju”. Miał poczucie tego, co się dzieje w nim i zarazem poza nim: „Byłem równocześnie obserwatorem i przedmiotem obserwacji”. Czuł też, że to światło daje wyraz jego istocie. Więcej: „Zdałem sobie sprawę, że jest to ta substancja, z której zostało stworzone wszystko, co istnieje we Wszechświecie”. Krótko mówiąc: świadomość.

Marc Zollinger, który zdaje sprawę z lektury książki i ze swej rozmowy z Fagginem, zastrzega w tym miejscu, że takie wyznania mogłyby być podstawą do zdyskwalifikowania włoskiego uczonego jako ezoteryka i hochsztaplera. Proponowana przez Faggina interpretacja jego przeżycia zakłada bowiem inne od powszechnie przyjmowanego rozumienie rzeczywistości. Ciało jest zdaniem Faggina podporządkowane świadomości. Ma to określone konsekwencje. „Dla tego, czym naprawdę jesteśmy – powiada Faggin – śmierć jest tylko przebudzeniem w szerszej rzeczywistości. W rzeczywistości, w której byliśmy już wcześniej, od zawsze, i w której będziemy przebywać nadal po śmierci”.

Po „przebudzeniu” Faggin zajął się metodycznym badaniem swego życia wewnętrznego. Nauczył się medytować, czytać filozofów i mistyków (Kanta, Leibniza, Giordano Bruno, św. Pawła). W swojej książce proponuje odejście od klasycznego myślenia, które wiąże świadomość z mózgiem. Faggin uważa, że zarówno świadomość, jak wolna wola są od mózgu niezależne i musiały istnieć od początku – choćby dlatego, że nie da się ich w żaden sposób wyjaśnić.

Teoria Faggina pozostaje póki co do udowodnienia. Jej autor marzy o wykazaniu, że rośliny też posiadają świadomość. Nie zdradza jednak, jak zamierza tego dokonać.

Poniedziałek, 21 października

Dobre wieści z Wrocławia: Marzanna Bogumiła Kielar dostała Silesiusa za całokształt twórczości, a Jan Maria Kłoczowski nagrodę Ossolineum za przekład Ostatniej księgi Madrygałów Jaccotteta. A propos, czytam właśnie w przekładzie JMK z rękopisu korespondencję Stanisława Augusta z Bacciarellim. Ciekawa rzecz, obserwować, jak z jednej strony toczą się sprawy wagi państwowej (w jednym z listów król uskarża się, że już nie może – rozpisywać się bardziej szczegółowo – i uzasadnia: „Napisałem właśnie dwanaście stron urzędowych” [3]), a w inne dni monarcha pozwala sobie na zajęcie się tym, co go naprawdę przejmuje i napomina nadwornego malarza: „Jako że jutro jedziesz Pan do Ujazdowa, proszę spojrzeć, czy aby Smuglewicz nie popełnił jakiegoś sproposito [= błędu, niedorzeczności] przy umieszczaniu cienia. We fragmencie, nad którym obecnie pracuje, okno widnieje po prawej stronie, cień zatem powinien kłaść się po lewej. Nie pamiętam, czy zwyczajem właściwym malarzom nie namalował cienia po prawej. Jeśli błąd takowy popełnił, trzeba mu kazać koniecznie, aby go naprawił, dopóki dzieło nie jest ukończone. Po drugie, należy mu polecić i podpowiedzieć, jak zmienić nieco kompozycję prześwitu w dekoracji, który widać po przeciwnej stronie miejsca malowanego przezeń obecnie” [4].

Cudne. Jest rok 1766 albo 1767, dwa lata po objęciu tronu, ościenne mocarstwa próbują powstrzymać wprowadzane przez nowego władcę reformy, niedługo wybuchnie konfederacja barska, a Stanisław August troszczy się o kierunek padania namalowanego cienia i widok przez prześwit w dekoracji. Skąd wiedział, że i to i tamto jest ważne, że akceptacja źle namalowanego cienia może prowadzić do zawalenia się państwa?

*

Pod wieczór lot przez Paryż do Bordeaux. Zaczynamy kilkudniowy objazd Oksytanii i zachodniej Prowansji. Bywałem tutaj nieraz w latach siedemdziesiątych, choćby na winobraniach, ale dla Marii to terra incognita. Układając program trzeba było mocno redukować. Pierwszym motywem przewodnim były obrazy mojego ulubionego malarza barokowego, Trophime’a Bigota, którego Święta Irena pielęgnująca świętego Sebastiana, ujrzana kiedyś w muzeum watykańskim, towarzyszyła mi przez lata codziennie jako tło ekranu podołkowca. Punkt odniesienia stanowiły też zapisy kilku pisarzy, do których wciąż wracam, jak choćby Bobkowski, Herbert czy Rilke. Przeznaczony czas niemiłosiernie krótki: nie licząc dojazdu i powrotu zaledwie siedem dni.

Wtorek, 22 października

Chodzimy po Bordeaux.

Jedna z wizytówek miasta: la Grosse cloche, wieża zegarowa w bramie, zwanej Saint James, jako że tędy wychodziły pielgrzymki do Composteli. Zbudowana w XV wieku, dobrze pokazuje czas i dzień tygodnia (wtorek), tylko kalendarz jakoś się przesunął, JUIN zamiast OCTOBRE. Ale cóż to znaczy, kilka miesięcy, wobec kilku stuleci.

Potem – ze względu na planowaną niebawem podróż do Etiopii, odwiedzamy pomnik byłej czarnej niewolnicy. Stoi na nadbrzeżnej promenadzie, naprzeciw budynku dawnej Giełdy morskiej (Bourse maritime). Marthe Adélaïde Modeste Testas nazywała się właściwie (bardzo pieszczotliwie) Al Pouessi i została przywieziona do Bordeaux z Etiopii w XVIII wieku, gdzie kupili ją bracia Testas, właściciele plantacji cukru na Santo Domingo. Wyzwolona testamentem jednego ze swych panów, dożyła wieku 105 lat, a jej wnuk został nawet prezydentem Haiti. Pomnik postawiono w roku 2019 dla upamiętnienia ofiar niewolnictwa. Al Pouessi jest piękna i smutna, wielkości naturalnej. Kiedy próbuję zrobić optymalną fotografię pomnika, Maria ujmuje nas oboje z boku i rozsyła zdjęcie przyjaciółkom z komentarzem: „Janek chyba kupi tę niewolnicę”. Przypomina mi się Słowacki, który marzył o tym, by „kupić na rynku kairskim ładną Abisynkę” (piszę o tym szerzej w SzatAniele). Ale nie, dziękuję, nie kupiłem.

Z brzegów Garonny spacer ulicami starego miasta do katedry pod wezwaniem św. Andrzeja. Zbudowana w XI wieku na miejscu kościółka z III wieku. Tutaj w roku 1615 odbyły się podwójne królewskie zaślubiny, najpierw 18 października, per procura, Elżbiety, siostry króla Francji Ludwika XIII, z infantem hiszpańskim Filipem (tego samego dnia w Burgos Ludwik XIII ożenił się per procura z dziesięcioletnią Anną Austriaczką, infantką hiszpańską), a potem księżniczki zamieniono na rzece granicznej i pod koniec listopada Ludwik XIII w katedrze w Bordeaux osobiście potwierdził ślub z tąże Anną Austriaczką. Budowla imponuje długością (124 m) i wysokością (nawa 23, chór 29 m). Jest przy tym lekka, niemal ażurowa – wystarczy zajrzeć przez zwieńczone półrozetą wejście na chór, żeby poprzez ołtarz, nad którym wisi prosty krzyż grecki, przemierzyć wzrokiem kolejne arkady i móc podziwiać wielkie organy.

Z obrazów zwraca uwagę jeden, namalowany przez Mignarda, a przedstawiający N. M. Pannę, wręczającą szkaplerz pierwszemu generałowi zakonu karmelitów, angielskiemu mistykowi św. Szymonowi Stockowi: esowata lina, spływająca od skrzydła anioła przez szkaplerz ku krajowi jasnej szaty obdarowanego składa się na podwójny inicjał świętego.

*

Przebogate Musée d’Aquitaine. Nie tylko Wenus z Laussel sprzed dwudziestu paru tysięcy lat. Także liczne posągi boga, znanego wśród Pomorzan i Słowian jako Trzygław. Delikatny posąg nagrobny pogrążonej w lekturze Eleonory Akwitańskiej, matki Jana Bez Ziemi i Ryszarda Lwie Serce. Wzruszający kenotaf patrona eseistów, Montaigne’a (z 1593). Dziesiątki innych skarbów i ciekawostek.

*

Wracając pieszo do hotelu wstępujemy do sklepiku z odzieżą męską. W środku mężczyzna, przypominający aktora, który grał krawca w filmie Skrytka. Pytam, czy ma to i to, rozmiar 4XL. „Co mam nie mieć?”, odpowiada i zaprasza do środka. Pokazuje takie i inne marki, rozkłada, zachwala, ale okazuje się, że wszystkie są za małe. W końcu pyta, skąd jesteśmy. „Z Polski”. „A moja mamusia też, z miasta Łódź”. Pożegnaliśmy się wzajemnymi życzeniami Szalom.

Środa, 23 października

Pierwszy Bigot. Na trasie naszej podróży są trzy obrazy Bigota: jeden w Bordeaux, dwa w Arles. Miesiąc przed podróżą napisałem do dyrekcji tutejszego Musée des beaux-arts, że wybieram się 23 października, że chciałbym obejrzeć ten konkretny obraz (który tu wisi jako dzieło Maître de la Chandelle, hipotetycznego mistrza świecy) i czy to będzie tego dnia możliwe. Dostałem bardzo uprzejmą odpowiedź z potwierdzeniem daty, zaproszeniem oraz wskazaniem konkretnej sali, w której obraz wisi (malarzy z kręgu Caravaggia). Wszedłszy do muzeum biegnę prosto do tej sali, a tam na samym środku przyklejona przezroczystą taśmą duża kartka, informująca, że „mój” obraz w dniu 23 października jest „wyjątkowo niedostępny” (exceptionnellement indisponible) i że będzie tego dnia, od godz. 19.30 wystawiony w sali takiej a takiej z okazji koncertu barokowego, organizowanego przez muzeum wspólnie z Operą Narodową w Bordeaux. Nie będę ukrywał, że urządziłem małą awanturę Bogu ducha winnemu młodemu człowiekowi, który pilnował obrazów malarzy z kręgu Caravaggia. Zażądałem, żeby zaraz zadzwonił do dyrekcji, żeby poszukano jakiegoś rozwiązania. Poskutkowało. Za parę minut okazało się, że koncert ma się odbyć na miejscu, tylko w innym skrzydle muzeum, że obraz jest tam przeniesiony, i oto już po chwili stałem na drewnianym podium, przy którym wsiał Bigot i przez pół godziny mogłem studiować obraz, patrząc namalowanym postaciom twarzą w twarz i z bliska robiąc zdjęcia szczegółów. Na podium powoli rozstawiano pulpity i barokowe instrumenty (koncert zatytułowano Leçons de Tenèbres, czyli Lekcje Ciemnej Jutrzni), a ja przyglądałem się podwójnym złotym bordiurom na ciemnoniebieskiej sukni św. Ireny i wystającym jak rzeżucha białym postrzępionym krańcom jej gorsetu, bogatemu grzebieniowi i koralowej zapince w jej kunsztownej fryzurze, trójbarwnemu turbanowi kobiety, trzymającej światło, kroplom krwi, skapującym z wyjmowanej z boku świętego strzały na jego kremową przepaskę biodrową i sznurowi, opasującemu uniesiony ku prawemu górnemu rogowi obrazu przegub prawej ręki Sebastiana.

Potem oglądamy stałą kolekcję muzeum. Jest jeden znany Zuloaga (Portret panny Picard), jest kilka małych, ale zawsze cennych Odilonów Redonów (nic dziwnego, malarz pochodził z Bordeaux), jest pełna dramatyzmu martwa natura z różą i porozrzucanymi naczyniami (Jan Dawidsz. de Heem) oraz audiencja sułtana Achmeda III dla ambasadora Francji z roku 1724, na której tureccy urzędnicy w wysokich nakryciach głowy czujnie przypatrują się Europejczykom w perukach, jakby chcieli ich połknąć albo przynajmniej polizać.

Następnie odbieramy z wypożyczalni samochód. Elektryczny.

Odjeżdżając z Bordeaux do Tuluzy rozglądałem się po trawnikach i łąkach za czarną krową w kropki bordo. Daremnie.

Czwartek, 24 października

Rano w hoteliku w Tuluzie widok wprost na wieżę bazyliki Świętego Saturnina. Pierwszą świątynię wzniesiono tutaj w IV wieku, obecna pochodzi z XI. Jej rozmiary przypominają, że w XIII wieku Tuluza była, po Rzymie i Wenecji, trzecim miastem Europy. Z kolei wnętrze świadczy, że świątynia stanowiła istotne miejsce na szlaku pielgrzymek do Composteli. Że zaś każdy pielgrzym czuł się osobiście związany ze swoim patronem, pełno tu najrozmaitszych relikwii tudzież portretów świętych, pozwalających na obcowanie z nimi twarzą w twarz.

Święty Grzegorz, papież dialogu, jeden z czterech doktorów Kościoła, twórca chorału gregoriańskiego, gładko wygolony, wygląda na skromnego urzędnika ministerstwa kultury.

*

Przystanek w Carcassonne. Forteca albigensów. Stąd Andrzej Bobkowski rozpoczął w czerwcu 1940 roku podróż powrotną rowerem do Paryża, czego efektem są Szkice piórkiem. O Carcassonne napisał: „Miasteczko małe i urocze. Po drugiej stronie rzeki zamek, cały gród warowny, jak dekoracja w teatrze” [5]. Oglądamy zamek z mostu, potem na starym mieście warowną katedrę, zbudowaną w XIII w. z rozkazu króla Francji, św. Ludwika. Bobkowski wieczorem zapisał jeszcze: „Zamek, całe miasteczko wewnątrz opasane murami, stają się tajemnicze. Jak ilustracje do bajek” [6]. My, nie czekając wieczora, ruszamy dalej do Narbony. Najpierw zjeżdżamy na plażę (po drodze winnice o nazwie nieosobliwej, ale wartej, jak się okaże wieczorem, zapamiętania: La Clape). Pogoda w sam raz, żeby zamoczyć nogi i wracać do miasta.

Po kolacji spacer śladami Bobkowskiego, który pisał: „Miasta południa należy oglądać tylko pomiędzy zachodem słońca i nocą. Całe bogactwo przesłonecznionego dnia osiada pod wieczór, milknie, zastyga i nie rozprasza się w hałasie i gwarze rozhukanego światła. Błąkam się po wąskich uliczkach, tak wąskich, że trzeba się nimi prawie przepychać. […] W jakiejś okropnej uliczce odkryłem lokal masonów. Na brudnych drzwiach wspaniale złociły się emblematy loży. Kto tu do nich należy?” [7]. Rzeczywiście, w Narbonie i okolicy mieszka obecnie prawie tysiąc wolnomularzy, co daje proporcję 17 na 1000 mieszkańców, przy średniej krajowej: 2,5. Odnajdujemy dawną siedzibę loży, z imponującym portalem, przy 7, rue Charras.

Skąd Bobkowski wiedział, że w Narbonie ma zwrócić uwagę na masonów?

Piątek, 25 października

Rano zwiedzamy katedrę, pełną skarbów z dawnych wieków, chciałbym jednak wspomnieć umieszczony na alejce dziedzińca dwudziestowieczny wiersz niderlandzki. Tuin, czyli Ogród. Autor, Gerrit Kouwenaar, należał do ruchu Cobra, ale trzymał się na jego obrzeżach. Wiersz wykuto na okrągłej płycie kamiennej, do której przylega druga, z francuskim przekładem utworu, dziełem belgijskiego poety-wagabundy nazwiskiem Jan H. Mysjkin (jak z Dostojewskiego). Spod powieki próbuję przetłumaczyć, pomagając sobie wersją francuską, pierwszą strofkę: „Za okiem, które siedzi, otwarte / na wszystko, co się już wydarzyło, błysk / z jakim rzęsa zatrzaskuje książkę”. Ogród z tego wiersza jest ogrodem rajskim, rośnie w nim drzewo, z którego powoli zsuwa się wąż, aż zastygnie. Nogi przechodniów drobnym żwirem przysypują linijki wiersza.

Z Narbony do Béziers. To ostatni bastion albigensów, zdobyty w roku 1209. Rezygnujemy ze zwiedzania starych kościołów ze względu na pamięć o rozlanej w nich krwi (Herbert w Barbarzyńcy w ogrodzie: „Drzwi zostają wyważone i żołdactwo wpada do środka mordując wszystkich — niemowlęta, kobiety, kaleki, starców i księży odprawiających w tym czasie nabożeństwo”). Ale zatrzymujemy się pod miastem, przy Écluzes de Fonseranes, i przyglądamy się, jak statek przepływa przez 9 kolejnych śluz. Imponujące dzieło myśli inżynieryjnej XVII wieku.

Wreszcie Arles. Nocleg w samym środku starego miasta, w starej kamienicy. Nasza gospodyni nosi polskie nazwisko – jej ojciec urodził się w Gdańsku, zdążył przybyć do Francji przed wybuchem wojny. Chodzimy wieczorem po wąskich uliczkach. W katedrze św. Trofima młody ksiądz odprawia wieczorną mszę. Wrócimy tu jutro. Ale to właśnie z Arles pochodził Trophime Bigot – mieszkał przy placu, który w XVII wieku był Placem Rybaków (dziś Place Paul Doumer). Temu miastu zawdzięcza swe rzadkie imię. O obu Trofimach niewiele wiadomo. Święty zapewne żył w III wieku i został pierwszym biskupem Arles, a z czasem patronem tego miasta. I barokowego malarza.

Sobota, 26 października

Rano można się lepiej przyjrzeć portalowi katedry, o którym van Gogh napisał, że jest potworny jak chiński koszmar i w swej pompatyczności jakby z innego świata wzięty. Rzeczywiście, głowy potworów przypominają trochę okrutne bóstwa azteckie, a niektóre boczne scenki zdumiewają wyuzdaniem. Pokazano ważenie dusz i przede wszystkim niekończący się pochód smętnych potępieńców.

Drugi i trzeci Bigot. W Arles są dwa obrazy Bigota. Pierwszy, Wniebowzięcie Maryi, wisi właśnie tu, w katedrze, drugi, Święty Wawrzyniec skazany na męki, w kościele Świętego Cezarego (biskupa Arles z VI wieku i prymasa Galii) – tamten jednak kościół jest obecnie zamknięty z powodu spadających kamieni. Wiedząc o tym, zwróciłem się zawczasu do władz miasta, do działu dziedzictwa narodowego, z prośbą o umożliwienie obejrzenia obrazu. Zostałem potraktowany życzliwie, ale po długiej wymianie maili, smsów i rozmów telefonicznych okazało się, że z powodu jesiennych urlopów i cięć budżetowych nie uda się znaleźć pracownika, który mógłby otworzyć kościół w czasie naszego pobytu w Arles. Odesłano mnie do sekretariatu parafii katolickiej. To się okazało zbawiennym wyjściem, z dwóch powodów. Po pierwsze, kiedy stwierdziłem, że obraz w katedrze wisi tak wysoko, iż nie sposób mu się bliżej przyjrzeć, łatwiej uzyskałem zgodę księdza na wejście na krużganek na pierwszym piętrze. Idzie się tam zamykaną na klucz wąziutką krętą klatką schodową, pełną ptasich odchodów (zdarzają się też martwe gołębie) i grubych warstw tłustych pajęczyn. Kiedy zeszliśmy, wyglądałem jak włóczęga, oblepiony wapnem i pajęczynami. Ale warto było. Madonna w czerwonej sukni, owinięta błękitną peleryną, siedzi w niebie, podtrzymywana i otoczona przez kilkanaście zindywidualizowanych aniołków (niektóre tańczą, jeden gra, dwa śpiewają z nut). Z lewej strony wcześniej zmarła św. Anna, siwowłosa, w ciemnobordowej sukni i rudawym płaszczu, z otwartymi rękoma przyjmuje córkę. To na planie niebiańskim. Na planie ziemskim apostołowie patrzą ku górze i komentują wydarzenie, którego przed chwilą byli świadkami. Po lewej, obok wielkiego klucza św. Piotra, podpis: BIGOT INVENTOR PINXIT 1635.

W ciągu dnia zwiedzamy rzymski teatr oraz amfiteatr (który w średniowieczu był miniaturowym miasteczkiem, z domami, rynkiem i kaplicą). W amfiteatrze dwaj gladiatorzy przygotowują się do pokazowej walki.

A po południu mamy spotkanie z dwiema paniami z rady parafialnej, które otwarły dla nas kościół Świętego Cezarego w dzielnicy La Roquette (niedaleko od miejsca, gdzie Bigot mieszkał). Wysoka i wąska budowla rzeczywiście w nie najlepszym stanie. Nad głucho zamkniętym głównym portalem zamurowana przed wielu laty rozeta. Obraz Bigota wisi za głównym ołtarzem i jest imponujący. Kilkanaście postaci, wyrazistych, zindywidualizowanych. W centrum stoi Wawrzyniec w bogatej brokatowej sukni ze stułą, czerwonymi pasami i pomponami, w pozie, która przypomina św. Wawrzyńca El Greca. Wzrok unosi ku niebu, skąd sfruwający anioł ze współczuciem ociera mu czoło. Władca czy sędzia (w orientalnym turbanie) wygłasza wyrok, unosząc napominająco wskazujący palec. Skryba zapisuje każde słowo. Na niektórych twarzach widać współczucie dla skazanego. W lewym dolnym rogu kartusza z podpisem Bigota pilnuje pekińczyk jak z obrazów Veronese’a. Ze szczegółów warto zwrócić uwagę na wymyślne ozdoby sięgających do połowy łydki cholewek, wywiniętych i uformowanych w kształt ludzkich główek. W przypadku sędziego wygląda to, jakby miał w bucie ciekawskiego donosiciela.

*

W nocy zmiana czasu. Budzę się, kiedy na ekranie telefonu jest 2.36 i nie wiem, czy to pierwsza 2.36, czy też już czas doszedł do godziny trzeciej i zegary automatycznie przesunęły się na 2.00, a więc to dawna 3.36. Dawniej, przy zegarach mechanicznych, nie było takich niejednoznaczności. Przypomina mi się, jak w dzieciństwie, kiedy często chorowałem na zapalenia płuc, pewnego razu Ojciec chcąc mnie rozerwać napisał specjalnie dla mnie krótkie opowiadanie kryminalne na temat pradawnego testamentu, który został zdemaskowany jako fałszerstwo, ponieważ widniała pod nim data 10 października 1582 roku – a, jak wiadomo, wskutek reformy kalendarza, wprowadzonej przez papieża Grzegorza XIII po czwartku 4 października nastąpił piątek 15 X 1582. Dziś wiem, że wprowadzane nowego kalendarza nie odbyło się od razu w całej Europie, ale wtedy to opowiadanie zrobiło na mnie duże wrażenie.

Niedziela, 27 października

Kiedy 30 stycznia br. pisałem w tym dzienniku – w związku z Maltem Rilkego i jego Sonetami do Orfeusza – o cmentarzu Allyscamps pod Arles nie przypuszczałem, że po dziewięciu miesiącach sam tu zawitam. Herbert w Barbarzyńcy w ogrodzie cytuje wiersz En Arles francuskiego poety Tolleta (z roku 1915), zarzucając mu, że „rozminął się zupełnie z nastrojem opisywanego miejsca, gdzie doprawdy niepodobna wyśledzić żadnej słodyczy. Ten zbiór starych kamieni i drzew jest surowy i patetyczny jak zmarmurzony tom historii”. Bliższy mi jest tutaj Rilke, który w odrzuconych pokrywach grobów widział szeroko rozwarte powieki. Albo van Gogh. Jego obraz, namalowany na tym cmentarzu wisiał u Gauguina, a teraz jest w Holandii, w Kröller-Müller Museum, i nosi tytuł Spadające liście (Les Alyscamps). Malarz pisał o nim do brata, że wykadrował korony topoli i pozostawił tylko pnie, które stoją jak kolumny, podczas gdy na grubą warstwę pomarańczowych i żółtych liści wciąż spadają nowe.

*

Tym jesiennym akcentem zamykamy pobyt w Arles i ruszamy na chwilę do Awinionu. Program jest krótki i konkretny: zjeść lunch (naleśniki z kozim serem, miodem i orzechami), rzucić okiem na pałac papieski oraz choć chwilę zatańczyć na moście. Udało się zrealizować w całości.

Potem wzdłuż rzeki, której źródła (w Vaucluse) opiewał Petrarka, jedziemy do Marsylii. Tam zawozimy bagaż do hotelu (w świetnym miejscu, w samym Starym Porcie), a potem koło dworca oddajemy samochód. Po raz drugi i ostatni wzięliśmy elektryczny. Kiedyś, na Maderze, sprawdzał się świetnie: ładowany przez noc w hotelu, jeździł potem bez problemu, w dodatku był hybrydą i na stromych drogach wyspy co chwila się doładowywał. W tym wskaźnik zużycia baterii leciał na łeb na szyję, stacje ładowania są rzadkie i nieprzyjazne klientowi, słowem udręka. W dodatku okolica, w której oddaje się auta w Marsylii to jeden wielki slums, pełno bezdomnych narkomanów, którzy śpią w dzień pod przęsłami kolejowego wiaduktu. W planie na ten dzień mieliśmy jeszcze muzeum (bo zamknięte w poniedziałek), a mają zdaje się ciekawe zbiory malarzy marsylskich i prowansalskich; liczyłem zwłaszcza na Félixa Ziem (z rodziny ormiańskiej z Polski) i Adolphe’a Monticellego (którego obrazami zachwycił się Rilke na wystawie w Pradze, oglądanej w przededniu jazdy do Wrocławia w roku 1907). Rezygnujemy jednak i idziemy się czegoś napić, żeby odreagować stres, związany z oddawaniem auta.

Naprzeciwko dworca hotel z barem. Zamawiam gin z tonikiem i koniak z coca-colą. Kelner wyciąga z lodówki butelkę coli i otwiera, ale z resztą ma problem, jakby w życiu nie słyszał o koniaku. W końcu wzywa na pomoc starszego patrona, a ten oznajmia, że w jego lokalu nie podaje się alkoholu pod żadną postacią. Muzułmanie.

Idziemy do następnego lokalu – Hotel de Paris i Café de Paris. Przyglądam się barowi i widzę, że stoją różne butelki (w pierwszym też stały, ale pewnie to były kolorowe syropy). Pytam, czy sprzedają alkohol. „Gdybyśmy nie sprzedawali, musielibyśmy następnego dnia zamknąć interes”. „Niekoniecznie, mówię, ci obok jakoś funkcjonują”. Po koniak barman musiał zejść do piwnicy, ale zamówienie zostało zrealizowane. Maria czuła się trochę nieswojo – okazało się, że jest jedyną kobietą w całym lokalu.

Potem schodzimy do Starego Portu. Wąskie uliczki, pełno ludzi na ulicach – trochę Murzynów, ale zdecydowanie przeważają Arabowie. Nie pracują w niedzielę, zajmują całe chodniki i ulice. Kiedy wieczorem poszliśmy portowym nabrzeżem na spacer, zobaczyliśmy kobietę, siedzącą na jakiejś cienkiej kołdrze, na której spało dwoje małych dzieci. Mają budzić litość czy tak na co dzień mieszkają, tuż nad głęboką wodą?

Poniedziałek, 28 października

W nocy głośno pracowały pojazdy, ale rano ulice czyściutkie. Znikło też legowisko kobiety ze śpiącymi na nabrzeżu dziećmi – był to zatem spektakl, obliczony na wzbudzenie współczucia niedzielnych spacerowiczów.

Zwiedzanie zaczynamy od marsylskiej opery – pierwszej na prowincji Francji. Obecny budynek pochodzi sprzed stu lat, ma fryz Antoine’a Bourdelle’a (autora pomnika Mickiewicza w Paryżu). Napis nad fryzem głosi: SZTUKA ŁĄCZY PIĘKNO AFRODYTY, RYTM APOLLA I RÓWNOWAGĘ PALLAS ATENY, A DONIZOSOWI ZAWDZIĘCZA RUCH I ŻYCIE.

Na tyłach opery „święta ulica”, rue Sainte. Pod numerem 18 w małym pensjonacie mieszkał w latach 1874-78 młody Józef Korzeniowski, który z marsylskiego portu wypływał w rejsy, głównie do Ameryki Środkowej, zbierając doświadczenia jako przyszły pisarz angielski. Dziś stoi tu zaniedbana, brzydka kamienica, pobazgrana hasłami solidarności z Gazą i Bejrutem.

Świętą ulicą dochodzimy do założonej w roku 1903 drukarni, a następne do opactwa patrona miasta, św. Wiktora. Opactwo, założone w V wieku, wokół krypty ze szczątkami świętych męczenników i groty, w której ponoć po raz drugi skonał Łazarz. Obok wielu dawnych relikwii kanonicznie poświadczona błękitna taśma z ornatu św. Jean-Marie Vianney’a, proboszcza z Ars, który był inspiracją dla Bernanosa przy pisaniu Pod słońcem Szatana, powieści, tak świetnie przełożonej przez Aleksandra Wata.

A naprzeciwko opactwa, pod numerem 140, duży dom, hôtel particulier (z widokiem z góry na Stary Port), budynek o ciekawej historii. W czasie I wojny mieszkał tu tajemniczy alchemista Fulcanelli (jest taki utwór gitarowy Franka Zappy But Who Was Fulcanelli?; tytuł nadal aktualny), a w roku 1940 – poeta Paul Valéry. „Między kryptą a wodą” – pisał tajemniczo o tym miejscu. I niech tak zostanie.

Bobkowski złościł się w portowej dzielnicy Marsylii na kocie łby, chaotyczny ruch i zgiełk oraz wiejący mistral. Towarzysz jego rowerowej wyprawy, warszawiak, miał celne skojarzenie: „Jędruś, jak pragnę zdrowia, to Nalewki” [8].

Czytam artykuł o marsylskich Żydach i sprawy zaczynają się układać. W roku 1941 Marsylię nazywano „nową Jerozolimą Morza Śródziemnego”. Żydzi mieszkali główne między dworcem a Starym Portem. 22-24 stycznia 1943 roku, dwa lata po pobycie Bobkowskiego w tym mieście, odbyła się wspólna operacja sił policyjnych francuskich i niemieckich, zwana „obławą marsylską”. Wysiedlono 20 tysięcy osób, Żydów wywieziono przeważnie wprost do obozów zagłady. Całe dzielnice, w których warunki sanitarne były złe, zrównano z ziemią. Kamienice, które stoją obecnie w dzielnicy Starego Portu, to rekonstrukcja z lat pięćdziesiątych. Miejsce Żydów zajęli z czasem Arabowie. Czy będzie kolejna obława?

*

Na koniec wyprawy wycieczka stateczkiem na wyspy archipelagu Frioul. Przepływamy obok Château d’If, ponurej fortecy, wsławionej ucieczką hrabiego Monte Christo, którą oglądaliśmy niedawno na filmie według powieści Dumasa. Wysiadamy na wyspie Ratonneau, gdzie stoi dawny szpital Caroline, od XVIII wieku do roku 1941 służący jako miejsce kwarantanny dla przybyszów z Bliskiego Wschodu i Afryki. Przypominam sobie czytany paręnaście lat temu raport o możliwych ulepszeniach w funkcjonowaniu portu Marsylii i lazaretu Frioul, jaki w roku 1902 podpisał swym nazwiskiem inspektor sanitarny, prof. Adrien Proust (ojciec Marcela).

Środa, 30 października

Mila Wysokinska pisząc w „Guardianie” o inauguracji warszawskiego Muzeum Sztuki Nowoczesnej cytuje odpowiedź twórcy projektu, amerykańskiego architekta Thomasa Phifera, na pytanie, co było dla niego najważniejsze: „Światło. Światło to dla mnie oświecenie. To otwarcie się myśli. Na swój sposób – oczyszczenie. Zwłaszcza tutaj” – a słowom tym towarzyszy gest w stronę mrocznej sylwetki Pałacu Kultury.

*

W „Wyborczej” Piotr Cieśliński omawia przyznane przez Fundację na rzecz Nauki Polskiej nagrody. Jedną z nich otrzymał prof. Marcin Wodziński za niekonwencjonalne badania nad chasydyzmem. Za to, że zwrócił uwagę „na nieoczywiste związki między geografią a duchowością czy ekspansją terytorialną a polityką”, że „zajął się kwestiami płci, codzienności życia chasydzkiego, aktywności gospodarczej, politycznej czy kulturalnej […]”. Ciekawe.

*

Timothy Garton Ash we wcześniejszym artykule na temat Ukrainy (Ukraine in Our Future), ze stycznia 2023, na jaki natrafiłem przeglądając w sieci nowy „New York Review of Books”, pisze o wyspie koło północnych wybrzeży Morza Czarnego, którą na XVI-wiecznej mapie Orteliusa oznaczono jako „Achillis ins[ula]”. Dzisiaj to Wyspa Żmijowa, która zasłynęła „nieśmiertelnym hasłem oporu”, wywieszonym przez broniących jej żołnierzy ukraińskiego garnizonu. Nazywano ją wyspą Achillesa, bo wedle legendy tutaj trafił po śmierci duch największego greckiego wojownika [9]. Ash przypomina, że Ukraińcy swoich żołnierzy najczęściej nazywają wojownikami, a na hasło „Chwała Ukrainie!” odpowiadają „Bohaterom chwała!”. Taki drobiazg historyczno-mitologiczny.

*

Wieczorem w Laboratorium im. Profesora Richarda Pipesa panel dyskusyjny (online) wokół książki Jana Olaszka Opozycyjność naukowców. Studia z dziejów Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk w PRL (IPN, Warszawa 2024). Olaszek jest młodym historykiem, który pisze obecnie dwutomową biografię Romana Zimanda. Książkę – o ładnym tytule, milcząco implikującym przeciwieństwo „dyspozycyjności naukowców” – przeczytałem w samolocie do Paryża (nie jest długa, 200 stron). Dzieli się na trzy części: sylwetki dwóch iblowskich opozycjonistów, Michała Głowińskiego i Zimanda oraz krótszy rozdział o konferencji Literatura – źle obecna, zorganizowanej w roku 1981 przez Inkę Brodzką, Janusza Sławińskiego i Zimanda.

Przyglądając się nazwiskom prawie czterdzieściorga uczestników dzisiejszego spotkania stwierdziłem, że jestem jedynym, który był referentem na tamtej konferencji, sprzed dokładnie 43 lat. A zaglądając do pokonferencyjnego tomu, wydanego w Londynie w roku 1984, widzę, że z grona 18 autorów, których referaty tam zamieszczono, zostało nas już tylko 8. Fakt, że byłem jedynym doktorem, wypromowanym przez Romana Zimanda, a recenzentem mojej pracy był Michał Głowiński, drugi bohater książki Olaszka, dodatkowo tłumaczy zainteresowanie, z jakim czytałem książkę, napisaną przez autora, młodszego od moich synów. I przy całym swym krytycyzmie i skłonności do surowej lektury muszę powiedzieć – z oczywistym zastrzeżeniem, że występuję tu w roli nie tyle historyka, co świadka i współuczestnika tamtych wydarzeń – że nie znajduję w Opozycyjności naukowców żadnych przekłamań, żadnych odstępstw od prawdy historycznej.

Jan Olaszek sporo miejsca, zgodnie z przyjętą metodologią, poświęca roztrząsaniom teoretycznym i terminologicznym na temat samizdatu i „tamizdatu”, dysydenckości, rewizjonizmu, opozycyjności, różnych obiegów literatury itp. Zarazem jednak sięga obficie i trafnie do źródeł archiwalnych, publicznych i prywatnych, starając się zrekonstruować swoisty fenomen, jakim był w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych IBL PAN.

Jeżeli czegoś mi w tej pracy zabrakło, to systematycznego zbadania edytorskich dziejów referatów, które z czasem dopiero złożyły się na tom, wydany pt. Literatura, źle obecna (Rekonesans). Okazałoby się wówczas, że referat Lidii Roli Samoobrona czy walka o nową treść? O funkcjach „Zapisu” i „Pulsu” ukazał się w roku 1982 w drugoobiegowym „Wezwaniu” i był debiutem młodej i zbyt wcześnie zmarłej autorki, która później publikowała jako Lidia Burska. Z kolei mój tekst o Józefie Mackiewiczu, zatytułowany Rekontra, który doczekał się wielu przedruków w rozmaitych pismach bezdebitowych i nawet stał się bodaj inspiracją dla twórców pewnego warszawskiego wydawnictwa niezależnego do nadania mu nazwy „Rekontra” – ukazał się w roku 1983 w paryskich wówczas „Zeszytach Literackich”. W ten sposób historia „literatury źle obecnej” szła w ślady swego tematu, korzystając wymiennie z możliwości publikowania bądź w drugim obiegu bądź na emigracji.

Czwartek, 31 października

Odezwał się autor muralu na Dobrej, którego pytałem, czy to on sam zamalował słowo RELIGIA (Spod powieki B, zapis z 2 października). Twierdzi, że nie – i dodaje, że w innej jego pracy w tekście „JEDYNE POWSTANIE JAKIE SIĘ UDAŁO, TO POWSTANIE TEGO MIASTA Z GRUZÓW” ktoś zamalował: „JEDYNE POWSTANIE JAKIE SIĘ UDAŁO”. Ciekawe, dlaczego akurat to przeszkadzało? I czy to ta sama cenzura?

Piątek, Wszystkich Świętych

W „Guardianie” stosowny do okresu między Haloweenem a Zaduszkami artykuł o wystawie Gothic Modern, która w tej chwili (do 26 stycznia) jest do obejrzenia w Ateneum w Helsinkach, a którą od ostatniego dnia lutego do połowy czerwca można będzie widzieć w muzeum narodowym w Oslo, zaś od 19 września do 11 stycznia 2026 w wiedeńskiej Albertinie. Podaję te daty, bo chyba warto się wybrać. Idea jest prosta: pokazać, do jakiego stopnia w sztuce przełomu wieków obecna była mroczna tradycja gotyckiej sztuki średniowiecznej i z początku Odrodzenia: takich artystów, jak Dürer, Cranach Starszy czy Holbein. Zarazem organizatorzy wystawy liczą na młodą publiczność, która sama z siebie interesuje się tym, co dziwaczne, szokujące, straszne; mają nadzieję przyciągnąć młodych widzów do oglądania artystów sprzed ponad stulecia.

Obok znanych prac, takich jak Autoportret z grającą na skrzypcach śmiercią Böcklina, drzeworyt Muncha Przy łożu śmierci czy Czaszka z palącym się papierosem van Gogha (pamiętam tłumek dzieciaków, tłoczący się pod tym obrazem w jego muzeum w Amsterdamie) pokazano na wystawie sporo mniej znanych, a bardzo ciekawych obrazów modernistycznych artystów skandynawskich. Zainteresowały mnie szczególnie dwa obrazy. Ogród Śmierci, namalowany przez Fina, Hugona Simberga, przedstawia uśmiechnięte szkielety w czarnych płaszczach, które troskliwie pielęgnują kwiaty doniczkowe w jakimś mistycznym Jardin des Plantes (rzecz powstała w roku 1896 w Paryżu). Z kolei Madonna z Dzieciątkiem Marianne Stokes (z domu Preindlsberger), austriackiej malarki działającej w Paryżu i Londynie, to sielankowa scena macierzyńska, zakłócona przez suche badyle kopru włoskiego i kolczaste gałęzie (głogu? wilczomlecza? tarniny?), będące zapowiedzią Męki, podobnie jak spowijające Dzieciątko giezłeczko zapowiada śmiertelny Całun.

JAN ZIELIŃSKI

[1] Alina Nowicka-Jeżowa, Homo Vator – Mundus – Mors. Studia z dziejów eschatologii literatury staropolskiej. Warszawa 1988, t. III, s. 72-73 i 192. Paralele prowadzą do Janicjusza, Kochanowskiego, Grochowskiego i Chruścińskiego.

[2] Federico Faggin, Oltre l’invisibile. Dove scienza e spiritualità si uniscono. Milano, Mondadori, 2024.

[3] Stale obawiam się jakiejś katastrofy… Korespondencja Stanisława Augusta z Marcellem Bacciarellim, tłum. Jan Maria Kłoczowski, oprac. Konrad Niemira, Warszawa, Muzeum Łazienki Królewskie, 2023 s. 85.

[4] Tamże, s. 69.

[5] Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem. Warszawa, CiS, 1995, s. 37.

[6] Tamże, s. 39.

[7] Tamże, s. 52.

[8] Bobkowski, tamże, s. 79.

[9] Wedle innych przekazów Tetyda przywiozła tutaj spod Troi ciało Achillesa. Por. Dictionary of Greek and Roman Geography, London 1854, s.v. Achille’os dromos.

Jasny kadr – zapisane w drodze

Niełatwo uwierzyć, że w trudnych czasach – pośród wiadomości o zagrożeniach, chorobach, nagłych odejściach bliskich osób, niekończących się sporach i wojnach – zdarzyła się chwila wytchnienia – radość rodzinnego spotkania w hiszpańskiej kawiarni, gdy promienie przedpołudniowego słońca wpadają przez szybę i rozjaśniają twarze. Usiadłam z Moną na kanapie i wtedy Diego zrobił zdjęcie. Lekkość tamtej godziny ukołysała niepokoje. Mona projektuje, prowadzi własną firmę, tam w Madrycie toczy się od kilku lat jej życie, artystyczny rozwój, osobne ścieżki dnia powszedniego i fiesty.

Teresa Tomsia z córką Moniką (Moną Tomassi), Saragossa 2024 © Diego Hernandez

Przypomniały się dawne spotkania w poznańskim Klubie Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz” w Café Głos, gdzie przez kilka lat prowadziłam wieczory literacko-muzyczne pod egidą Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a córka dzielnie mi towarzyszyła, choć zapewne miała inne plany niż spędzanie czasu wśród pisarzy. Bywał tam z nami wiele razy przyjaciel domu, Marek Wittbrot, patrzył z uwagą, wsłuchiwał się w rozmowy, w słowa wierszy, piosenek i pieśni z oddalonego stolika, bo nie lubił być w świetle przy mikrofonie, choć i tak bywało. Aura literackiej kawiarni przyciągała – powracał, bo to było miejsce spotkań ludzi poszukujących sensu, debatowania o tym, dlaczego i co czytamy, jakie sprawy nas interesują. W tamtym czasie właśnie na początku 2000 roku założył portal www.recogito.pl jako przedłużenie tradycyjnego paryskiego miesięcznika „Nasza Rodzina”. Jednocześnie prowadził dla środowiska polonijnego stronę www.recogito.pologne.net i właśnie to redaktorskie dzieło – wprawdzie z przygodami i niezawinioną przez niego ani korespondentów około półtoraroczną przerwą – przetrwało z pomocą przyjaciół do dziś już pod adresem www.recogito.eu. U progu ćwierćwiecza tej naszej społecznej działalności, zanim zaczniemy jubileuszowe podsumowania, warto przypomnieć imiona współpracowników i autorów, nadesłać z przeszłości kilka pocztówek z pozdrowieniami, przywołać portrety we wnętrzu, przyjrzeć się sobie z perspektywy minionych lat, doświadczeń, publikacji, osiągnięć pisarskich – w cieniu listów i rękopisów, spełnionych planów i przyszłych zamierzeń.

Teresa Tomsia i Marek Wittbrot w Café Głos przed promocją tomiku „Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau” z grafiką Pawła Jocza, Poznań 2001 © Eugeniusz Toman

Mona, która była wtedy dziewczynką w ostatniej klasie podstawówki, pomagała nam przy stoliku przedstawiać książki zapraszanych autorów. Czytali wiersze i rozmawiali z nami: Witek Różański, Andrzej Ogrodowczyk, Zbigniew Dominiak, Julia Hartwig, Leszek Szaruga, Emilia Waśniowska, Ewa Najwer, Egon Naganowski, Tadeusz Żukowski, Rafał Grupiński, Bogusława Latawiec, Hanna Banaszak, Jerzy Grupiński, Mariusz Grzebalski i wielu innych. Z humorem napisał o tym w kronice Klubu Dariusz Sośnicki: „I niechby goście byli lepsi ode mnie…”. Zaprzyjaźnione polonistki przychodziły z młodzieżą na wieczory w kawiarni literackiej i do dziś wspominają dawne spotkania jako zaczyn przyszłych wyborów studiów humanistycznych przez swoich wychowanków. Marzenia kłębiły się w naszych głowach, zastanawialiśmy się, co jest możliwe do spełnienia, a co pozostanie jedynie marzeniem. Marek, eseista i fotograf, był od lat przyjacielem malarzy i poetów, a jako młodszy duchowy brat przywoził nam z Paryża książki i wiadomości ze świata, albumy i opowieści o miejscach, które zobaczyć trzeba, jeśli nie teraz to kiedyś, przynajmniej w wyobraźni. Część książek zostawiał u nas w Poznaniu, resztę wiózł dla warszawskich przyjaciół, zaglądał do redakcji „Zeszytów Literackich”, obowiązkowo szedł do Pawła Hertza. W podróży czuł się wolny, nieosiągalny, z buntowniczą miną i aparatem na ramieniu zdobywał dla siebie miejsce w świecie, którego nikt nie mógł mu odebrać, bo zatrzymywał w obiektywie sekundę, dzień i to wszystko, co okazywało się darem chwili. Wspólnie z nim i poetą Andrzejem Ogrodowczykiem prezentowaliśmy wiosną 2001 roku tomik Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau z grafiką Pawła Jocza na okładce, a to był jeden z ostatnich w tamtym miejscu wieczorów.

Pośród innych, często smutnych wiadomości – o zerwanych związkach, zlikwidowanych instytucjach i odwołanych przyrzeczeniach – jasne spojrzenie na minione dni i lata utwierdza mnie w przekonaniu, że nienadaremnie szukaliśmy własnej drogi. Kierując się intuicją, wrażliwością i przyjaźnią, wytrwaliśmy przy tej idei ponad dwadzieścia pięć lat. Powtórzę zatem – w zamyśleniu nad przebytą drogą i trudem wykonanej pracy – to, co napisała w wierszu Julia Hartwig, goszcząca wiele razy w domu przy rue Surcouf razem z mężem Arturem Międzyrzeckim: „Idę wciąż idę / kto mi to zabroni…”. Pewnego dnia, chyba to było w maju 2000 roku, gdy Marek w pokoju redakcyjnym zastawionym książkami rozmawiał z poetką o artystycznych nowinach ze świata, zadzwoniłam z wiadomością, że jej wiersz został wybrany do analizy w teście maturalnym – była wspólna radość, śmiech pani Julii dźwięczał w słuchawce telefonu i wybrzmiewała ponowiona obietnica spotkania w Poznaniu. Niech więc wiersz przejrzyściej i celniej wypowie to, co często wydaje nam się niewyrażalne, niemożliwe do wysłowienia, gdy wciąż jesteśmy w drodze pośród przeszkód i zdarzeń nieoczekiwanych (Podróżny):

 

Idę wciąż idę

kto mi to zabroni

wszystko mam do oddania

i o nic nie proszę

trochę poturbowało

trochę poraniło

co komu do tego

a teraz już odchodzę

nie powiem na jak długo

ani dokąd idę

 

Każdy twórca podąża osobną ścieżką lekturowych zachwytów, zadziwień zwrotami losu, a wszystkie dostępne mu doświadczenia składają się na przesłanie, którym dzieli się z czytelnikiem. Wystarczy zdobyć się na odwagę, by rozpocząć szczerą rozmowę także z sobą o tym, co było, co jest. Zależy mi na kontakcie z drugim człowiekiem, na ożywianiu języka nie tylko literaturoznawczo, na wskazaniu wartości, jakimi się kierujemy. Chodzi o szacunek dla wykonanej pracy, o godność trwania, z poczuciem współistnienia. Mówię o tym wierszami, bo przyjaźń jest zarówno tym, co możliwe, jak i tym, co wyobrażone, jest gestem wdzięczności, nadzieją zrozumienia, wspominaniem niepowtarzalnych chwil przeżytych w drodze: „Przyjaźń jest światłem, w głębię zapatrzeniem, / z ciemnicy wyprowadza, czuwa, ożywia nadzieję”;

„I nic na to nie poradzisz, / że przyjaźń zawiodła, ważne, aby pamiętać, / co było przed utratą – jak wiele z siebie dałeś, / by trwać przy niej tyle, ile było możliwe / i wyobrażone, ile potrafiłeś”.

TERESA TOMSIA

Jesień poezji

Zmienna wiosna, leniwe lato mniej usposabiają do refleksji niż poważna jesień, co poprzedza zawsze długą u nas zimę. Wincenty Pol pięknie opowiada o jesieni, że to „dziwnie mądra pora roku”, dojrzały czas po odprawionych już wielkich pracach, po burzach przebytych i bólach ukojonych. Ale kto by czytał Wincentego Pola! Poezja nowoczesna gardzi takimi rzeczami, zerwała więzy, które przytwierdzały ją do ziemi, zburzyła i pomieszała blaski, barwy, dźwięki i pojęcia, nie chce słyszeć nawet o refleksji, a między nią i jej czytelnikiem brak owego najważniejszego sprawdzianu, którym do niedawna jeszcze był dla obojga świat widzialny. Do niedawna też miano poeta oznaczało bardzo wiele, dziś przydaje się je dość machinalnie każdemu, kto składa wyrazy w sposób dowolny nie dla siebie może, lecz dla czytelników. Dawniej na oznaczenie takiego zajęcia istniało kilka określeń, używanych w zależności od wagi i znaczenia, które czytelnicy, a nie poeci przywiązywali do ogłoszonych utworów: byli więc grafomani, wierszokleci, wierszopisowie, poeci, bardowie, piewcy, a wreszcie wieszczowie. Dziś nikomu nawet na myśl nie przychodzi, aby skorzystać z bogactwa wyrazów w tym zakresie. Wydaje mi się, że raz tylko użyłem wyrażenia: grafoman. Zamierzano wydawać jakieś pismo literackie. Inicjatorem był między innymi ktoś, kto cieszył się sławą poety, lecz w moim głębokim przekonaniu wcale nim nie był, a w dodatku głosił teorie literackie najzupełniej dla mnie nie do przyjęcia. Zaproszony przez owego pisarza, powiedziałem mu, że nie widzę powodu, aby wydawać wspólnie pismo, skoro on mnie uważa za grafomana, a ja jego za głupca.

W minionym stuleciu pisano wierszem z równym zapałem, co w obecnym, tyle tylko, że zarówno piszący, jak czytający wiedzieli o istnieniu owej drabiny hierarchicznej, której stopni nikt przeskoczyć nie zdoła. Za naszych czasów drabinę usunięto, lecz istoty sprawy w niczym to nie zmieni. Układając mój Zbiór poetów polskich XIX wieku, lepiej pewno niż ktokolwiek zdaję sobie sprawę z chłamu wierszopisarskiego, który napełniał tamte książki i czasopisma. Ale każdy z owych najbardziej nawet nieudolnie napisanych utworów był w jakiś sposób sprawdzalny, przynosił lepiej czy gorzej odbity fragment świata myśli, wrażeń, uczuć, barw, dźwięków, woni rzeczywistych, dostępnych każdemu na równi z piszącym. Gdy więc utworu takiego nie można zaliczyć do poezji, zawsze w nim pozostaje dość elementów rzeczywistego życia czy świata, aby mógł służyć jako świadectwo swojego czasu i panującej w nim wrażliwości. Dziś, gdy te więzy zerwano, wszystko jest względne, niepewne i już nie poszczególne utwory, ale całość tego dziwnego zjawiska, jakim jest współczesne wierszopisarstwo, stanowi objaw określonego stanu duchowego znacznej części młodzieży wykształconej, z niej to bowiem, choć wykształcenie to bywa lepsze czy gorsze, rekrutuje się większość piszących.

Przyznam, że choć pisywałem do rymu, nigdy mi nie przyszło na myśl uważać się za poetę. Ten wyraz wydaje mi się w zestawieniu z tym, co na tym polu udało mi się osiągnąć, nader pretensjonalny, a na dobitkę nasuwa mi zawsze na pamięć szyderczy wzrok Witolda Gombrowicza i jego charakterystyczny głos, mówiący: „To jest, panie Paweł, poeta Rzeczyca”. Jakoś pośród młodych adeptów pióra, do których sam się zaliczałem, podobnie zresztą jak Gombrowicz, był również wierszopis o takim pseudonimie. Określenie: poeta, a nade wszystko: młody poeta przyprawiało mnie zawsze o rumieniec i do dziś tak pozostało, nigdy sam bym tak o sobie nie tylko nie powiedział, ale nawet nie pomyślał. Sam sobie wydaję się kimś, kto zapisuje własne myśli i uczucia, ale to nie jest i być nie może zawodem. Czasy sprawiły, że to zapisywanie dostarcza mi środki do życia, ale dzieje się tak nie dlatego, żem obrał taką profesję, lecz dlatego, że w świecie, w którym żyję, wszystko przelicza się na pieniądze. Jestem więc zawodowcem wbrew własnej naturze i przekonaniu. Tymczasem obserwuję nie bez zdziwienia, że taki stan właśnie stał się marzeniem wszystkich początkujących wierszopisów. Cały układ stosunków i sił panujących w naszym świecie, owe niezliczone konkursy, redakcje czasopism, urządzenia i instytucje do przekazywania głosów i obrazów, wszystko jeszcze owo marzenie podsyca, a częściowo dopomaga w jego spełnianiu. Istnieją nawet pisma poświęcone poezji, co zawsze wydaje mi się bez większego sensu, bo choć podział na gatunki jest bardzo użyteczny w historii literatury, znaczenie jego jest znikome, a odczytanie wszystkich utworów zgromadzonych w jednym numerze takiego czasopisma wydaje mi się męką niewypowiedzianą dla czytelnika, który sam wierszy nie pisze.

Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że my wszyscy, co wierszem piszemy, pasożytujemy właściwie na tym wysokim powołaniu, którym poezja niegdyś w Polsce była. A była nie dlatego, że mówiła wierszem, lecz dlatego, że mówiła rzeczy najważniejsze, które, odnosząc się do naszego życia zbiorowego, odnosiły się tym samym do spraw każdego, kto w tym życiu musiał uczestniczyć. Toteż szaleństwo Improwizacji czy Króla-Ducha jest tylko pozorne.

Najulubieńszym dziś określeniem poety jest jego młodość. Młody poeta… Taki miewa niekiedy nawet pod czterdziestkę. Słowacki w jego wieku przenosił się już na tamten świat i miał za sobą kilkanaście tomów. Wiersze młodziutkie Słowackiego są nikłe. Wiersze młodego Mickiewicza, choć silniejsze, wyrazistsze, żyją w aureoli dzieł wieku dojrzalszego. Młodość nie jest rozumną kategorią w ocenie poezji. Co innego młodzi poeci umarli. Albo poeci, co umilkli młodo. Na ich słowach trwa cień tajemnicy, która zawsze tkwi w śmierci, w milczeniu, a te słowa bywają ubogie, czytamy z nich całe to krótkie życie albo całą tę wielką ciszę, co się tuż za nimi rozciąga.

Myślę, że nie należy młodym poetom dawać jakichkolwiek rad czy wskazówek. Szkoły poezji to albo szaleństwo, albo maniactwo. Byli tacy, co powiadali adeptom: najmniej słów. A ci temu wierzyli, ufając owym magom, których największą troską było, jak powiada w swoim Traktacie poetyckim pewien mój zamorski przyjaciel, aby „w ruch puścić statyczne obrazy”. Trzeba, aby w wierszu było tyle słów, ile ich tam być powinno. Trzeba, idąc między krajobrazami świata, wiedzieć, że one pozostaną, kiedy nas już nie będzie i że to właśnie ich nieruchomość jest ostoją wszelkiej pamięci i wszelkiego ładu, czyli wszelkiej poezji. Inaczej nic się w wierszach nie ostoi, zgaśnie w nich światło, ulotni się woń, ścichnie dźwięk. Nastąpi prawdziwa jesień poezji, zmierzająca ku długiej zimie.

PAWEŁ HERTZ

Z tomu Miary i wagi. Warszawa, PIW, 1978.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek