HOME

Jednonogi spadochroniarz

Smętną końcówkę minionego roku jeszcze bardziej przyćmiła wiadomość o śmierci Andrew Kennedy’ego, który zmarł 8 grudnia [1988] w Monachium w wieku 76 lat.

Oczywiście nie był Szkotem, tylko Polakiem, i nie nazywał się „Andrew Kennedy”, tylko Andrzej Kowerski, a jego pseudonim złączył się na zawsze z kryptonimem „Christine Granville”, która przyszła na świat jako hrabianka Krystyna Skarbek, urodzona z matki Żydówki.

Zarówno ona, jak i Andrew wywodzili się z ziemiańskiej szlachty – z jej płynną francuszczyzną i rozległą plątaniną rodzinnych koneksji; SS wymordowało większość rodziny Andrew długo po jego ucieczce z Polski w 1941 roku. Jego matka, wuj i najbliżsi krewni, wraz z ośmioletnią dziewczynką, zostali zabici na weselu w Zbydniowie w Galicji, zapewne w odwecie za jego służbę u wroga nazistów. Zamiast jednej z nóg miał metalową protezę, po przedwojennym wypadku na polowaniu; nie przeszkodziło mu to jednak w uzyskaniu orderu Virtuti Militari, najwyższego odznaczenia za męstwo – w uznaniu zasług bojowych w jedynym zmotoryzowanym oddziale Wojska Polskiego po napaści Niemiec na Polskę w 1939 roku.

Andrew i Christine, jak będziemy ich tutaj nazywać – on miał wówczas 28 lat, ona była nieco młodsza – wydostali się z kraju i niezależnie od siebie trafili na wciąż jeszcze neutralne Węgry, gdzie dołączyli do służb specjalnych i wkrótce stworzyli dwuosobowy odpowiednik Scarlet Pimpernela, zajmując się tajnym przerzutem polskich uchodźców, później zaś zestrzelonych nad Polską i nieodzownych w dalszej walce brytyjskich pilotów. Christine, poruszając się wzdłuż szlaków przygranicznych, które eksplorowała przed wojną jako zapalona przemytniczka, prowadziła ich na nartach, wśród śnieżnej zamieci, przez karpackie pasmo Tatr Wysokich; Andrew przerzucał ich przez serbską granicę w małym samochodzie, tuż pod nosem coraz liczniejszej grupy agentów Gestapo. Zostali kochankami i choć nigdy się nie pobrali ani nie przysięgli sobie wierności, do końca życia łączyła ich nierozerwalna więź. Aresztowani przez słowackich żandarmów, wyszli z opresji dzięki dobrze wyćwiczonej, zmyślonej opowieści, ale Niemców nie zdołali już przechytrzyć. Z wyprawy na ratunek matce Christiny musieli niestety zrezygnować. Uciekli w ostatniej chwili, Andrew za kierownicą swojego opla, Christine ukryta w bagażniku samochodu brytyjskiego ambasadora. (To właśnie Sir Owen O’Malley załatwił im paszporty potwierdzające ich nową tożsamość: odtąd już zawsze byli znani jako Christine i Andrew – lub Andy).

Krystyna Skarbek i Andrzej Kowerski

Bezpiecznie przekroczywszy granicę z Jugosławią, przejechali przez Bułgarię i w samą porę dotarli do Turcji. W Konstantynopolu przekazali Aidanowi Crawleyowi, attaché lotniczemu, mikrofilmy ze zdjęciami zgrupowania niemieckich wojsk przy granicy ze Związkiem Radzieckim. Następnie ruszyli dalej do Syrii, Palestyny i Kairu. Przejściowo uwikłali się w rywalizację między frakcjami polskich emigrantów; zaczęliśmy to wszystko sobie uświadamiać właśnie tam, w Rustem Buildings, na wyspie Gezira i w willi Tara.

Było w nich coś niezwykłego, a zarazem inspirującego. Uroda Christine (której zawdzięczała miejsce w finale przedwojennego konkursu Miss Polonia) była delikatna i nieoczywista; jej urok brał się z wewnętrznego spokoju; główną siłą napędową jej talentu i odwagi były patriotyzm i współczucie, poparte miłością do przygód. Rozmach i styl Andrew, jego mocna sylwetka, żywe niebieskie oczy i dobrze postawiony głos, przez który każda wypowiedź zdawała się padać z jego ust ze zdwojoną siłą, zwracały na siebie powszechną uwagę; bijąca od niego radość życia, poczucie humoru i dar rozśmieszania rozmówców czyniły zeń idealnego kompana. Uwielbiał jeść, pić i prowadzić konwersacje do późna w nocy. Po angielsku mówił płynnie, nigdy się jednak nie wyzbył polskich i francuskich naleciałości. „Studiował ja na krakowskim Uniwersytecie przez trzech lat i nie zdobył dyplomu, żył tylko na wódce i surowym mięsie”.

Kiedy wszystko się wyjaśniło, wstąpił do armii brytyjskiej i został pierwszym jednonogim spadochroniarzem w agencji wywiadu SOE; z powodu kalectwa, ku własnej wściekłości, nie mógł j brać udziału w zrzutach „w terenie”. Wojna zagnała oboje na zachód, do Włoch, gdzie Andrew szkolił swoich rodaków do tajnych misji w Polsce. Niedługo potem Christine została zrzucona na spadochronie do francuskich oddziałów maquis w masywie Vercors; na wieść, że Niemcy ujęli Francisa Cammaertsa i Xana Fieldinga, pomaszerowała wprost do więzienia w Digne, i uciekając się do przekupstwa, gróźb szybkich postępów wojsk alianckich w dolinie Rodanu oraz zapewnień, że jest siostrzenicą Montgomery’ego, zdołała przekonać strażnika, by wypuścił więźniów na dzień przed planowanym rozstrzelaniem, po czym wyprowadziła ich na wolność.

W tygodniach poprzedzających lądowanie w Normandii służyłem wraz z Andym (który dostał dyspensę od zakazu skoków ze spadochronem) i mniej więcej trzydziestką innych oficerów w dość dziwnej jednostce: agenci, stacjonujący w pogotowiu przy polu golfowym w Sunningdale, mieli być zrzucani w niewielkich grupach na obozy jenieckie w Niemczech. Chodziło o to, by udaremnić transporty zakładników do jakichś bawarskich albo tyrolskich kazamatów, zanim nacierające wojska aliantów zdołają ich oswobodzić. Nie był to plan zbyt praktyczny; dzięki Bogu sprawy potoczyły się szybciej, niż się spodziewano, samoloty wysadziły nas po prostu na Pustaci Lüneburskiej, i tak oto razem zakończyliśmy wojnę w Europie, włócząc się od Hamburga przez Flensburg i Kilonię, aż wreszcie, pijani ze szczęścia, dotarliśmy do wyzwolonej Danii.

Po wojnie Andrew kursował między Anglią i Niemcami, gdzie z czasem założył kilka przedsiębiorstw. W 1952 roku doszło jednak do tragedii, przez którą jego życie legło w gruzach. Christine – z konieczności, pragnienia niezależności i potrzeby coraz to nowych wrażeń, ale też w rozterce, której nikt nie potrafił zaradzić – odpłynęła z dość pochopnie wybranej ojczyzny, znalazłszy tymczasowe zajęcie jako stewardesa na statkach transatlantyckich. Jej fatalny dar wzbudzania miłości pociągnął za sobą pewnego zazdrosnego, odrzuconego stewarda, który zszedł za nią na ląd i śledził ją aż do hotelu w Londynie, gdzie zadźgał ją na śmierć. (Został osądzony za morderstwo i skazany na powieszenie). To był miażdżący cios dla jej partnera. Dwa tygodnie temu doszła nas wieść, że Andy poprosił o złożenie swoich prochów w grobie Christine na cmentarzu w północnym Londynie.

Dwa lata temu odwiedziliśmy go z Xanem w Monachium. Nie zmienił się ani na jotę. Na naszą prośbę opowiedział barwną historię z bitwy po napaści Niemiec na Polskę.

„Kiedy to niemieckie żelastwo odjechało w cholerę ze szczękiem – podsumował – został ja z tą blaszaną nogą pod rozbitym czołgiem. Ktoś krzyknął «dawajcie tu lekarza!», a ja na to: «na co mi lekarz, ty tumanie sakramencki!»”. Głos Andy’ego na samo wspomnienie odbił się echem od ścian Weinstube: „Kowala mię trzeba!”.

„Spectator” 1 I 1989

PATRICK LEIGH FERMOR

Tłum. Dorota Kozińska

Korespondencja z Krystyną Marek (8)

JERZY STEMPOWSKI DO KRYSTYNY MAREK

Muri près Berne, 9 VII 1942

Thunstr. 15

Droga Pani Krystyno,

Najserdeczniej dziękuję, że Pani o mnie nie zapomina i przysłała mi list z 17 czerwca. Zanim mój list dojdzie Pani rąk, zapewne już wróci Pani z urlopu żwawa i rumiana. Ja właściwie jestem już od kilku lat na rodzaju urlopu, ale to jest nieistotne, jak długo nie ma urlopu od atmosfery kontynentalnej, szarpiącej i gniotącej kilkaset milionów osób stłoczonych na tej nieszczęśliwej części świata.

W końcu czerwca byłem przez dwa tygodnie we Francji, w Dauphiné [1], jak chory, który zmienia łóżko i czuje się przez pewien czas dużo lepiej. Francja po 1940 jest bardzo niezwykłym i przejmującym zjawiskiem, czymś w rodzaju kraju-widma. Podczas mego pobytu wszyscy dzień po dniu rozpamiętywali wypadki sprzed dwóch lat, nie znajdując wciąż żadnego rozumnego objaśnienia dla tego, co się wówczas stało [2], mówiąc łagodnym szeptem, jak przystało widmom i duchom. Zresztą w Delfinacie nie ma głodu, mieszkańcy małych miast i wsi odżywiają się nie gorzej niż Szwajcarzy, ale całkowicie anarchicznie. Obcy muszą w restauracjach przedstawiać swe karty żywnościowe, z których coś się pro forma wycina, ale ilość jedzenia nie zależy od kartek, ale od ceny obiadu. Tylko win brak, bo rekwirują je Niemcy dla przeróbki na alkohol, i traktory ich jeżdżą na spirytusie z chambertina i pommarda [3]. Dotkliwszy jest brak butów i ubrań. Brak pończoch i nawet nici do ich cerowania. Wszystkie kobiety chodzą boso w różnego rodzaju sandałach i są bardzo fripées [4]. Nawet na ulicach Berna kobiety wydają się w porównaniu z Francją bardzo eleganckie. Myślę, że Francuzki muszą głęboko cierpieć z tego powodu.

Trafiłem właśnie na wielki kryzys kolaboracjonizmu. Wszyscy zrozumieli, że tym razem Niemcy nie chcą żadnej współpracy i że to im nie jest potrzebne. Rekrutację robotników tłumaczono w ten sposób, że robotnicy francuscy są lepiej odżywieni od niemieckich i przez pół roku będą lepiej pracować, zanim zejdą do niemieckiego poziomu. Nikt też nie spieszył się jechać. W ciągu dwóch tygodni w Delfinacie zgłosiło się 19 robotników. Dwóch Polaków i kilku komunistów wyrzucono za drzwi jako przypuszczalnych sabotażystów.

Jeżdżący do Niemiec kolaboracjoniści przywieźli stamtąd osobliwe objaśnienie konkursów uprzejmości w urzędach, tygodni grzeczności i innych dziwów berlińskich. Mówią, że z powodu powszechnego niedożywienia i awitaminozy wystąpiło w Niemczech u wszystkich osłabienie ośrodków otamowujących i stan zbliżony do delirium. O byle co wpadają tam w nieprzytomny gniew, na ulicach widać histeryczne sceny, nastąpienie na nogę prowadzi zaraz do bójki. Stan ten przeszkadza pracy w urzędach i fabrykach i właśnie starają się zaradzić temu przez konkursy uprzejmości. Niemcy nie obliczyli wszystkich kosztów wojny totalnej. Coraz więcej ich ma uczucie, że walka dziś toczy się już o nagą egzystencję lub nawet o jeszcze mniej: o rodzaj upiornej półegzystencji, której czepiają się w braku siły i czasu, potrzebnych do zastanowienia się, czy to warte zachodu. Stąd ich powszechna skłonność do Greueltaten [5], do obojętnego okrucieństwa i metod walki, które dawniej wyobraźnia dopuszczała tylko w wypadku bezładnej i nieotamowanej żadnym poczuciem honoru walki o nagą egzystencję. Przyjezdny z Niemiec, włoski faszysta, opowiadał, że w przemyśle wojennym robotnicy pracują 83 godziny tygodniowo i całą niedzielę śpią z wyczerpania. Questa gente non sanno vivere [6], zakończył z ubolewaniem.

Z tego szczegółu może Pani wnosić, jak teraz wygląda kontynent, jak sobie jego mieszkańcy urządzili życie i dlaczego nawet ci, którzy nie zamierzają stawać do walki w obronie takiej egzystencji, są tak nerwowi i smutni.

We Francji spotykałem się wszędzie z wielką życzliwością władz i ludności. Granica jest cała pilnowana przez Gestapo i dla różnych względów musiałem przekraczać ją tajnie, prowadzony przez porozumiewawcze znaki i gesty sympatii żandarmów, celników i komisarzy granicznych francuskich. Życzliwy stosunek obejmuje tam wszystkich polskich uchodźców. Jeżeli stosunki te nie układają się zawsze pomyślnie, wynika to częściowo z autorytatywnej anarchii, jaka panuje w Vichy, częściowo zaś stąd, że wielu Polaków ożywia wciąż jeszcze pamięć ozonowej krzepy [7] i nie rozumieją, o co chodzi. Zresztą na dnie tych stosunków tkwi jeszcze i to, że Francuzi wyczuwają w nas braci attentistów [8], zmuszonych przez sytuację do czekania na poruszenie się wody [9].

Zupełnie mylny wydał mi się pogląd, jakoby reżim z Vichy był tworem niemieckim, narzuconym Francji i skazanym na zagładę w dniu klęski Niemiec. Vichy jest autentycznym tworem francuskim i dlatego Niemcy są zeń równie zadowoleni, jak Francuzi. Dla stworzenia Vichy zjednoczyły się wszystkie czynniki antyrepublikańskie: mafia wojskowa, les cagoulards [10] i Action Française, przemysłowcy, byli komuniści i wielka liczba lotnego hultajstwa. Wszyscy ci nienawistnicy republiki zarżeli z radości na widok klęski wojskowej, bo ona jedna mogła ich wynieść do władzy. Po dwóch latach okazało się, że 1) nowi władcy nie znaleźli nic do powiedzenia i proponują dziś swym obywatelom to samo, co przez 10 ostatnich lat proponowała Trzecia Republika: attendre [11]; 2) Francuzi znoszą to wszystko z rezygnacją, bez słowa protestu, bez gestu zniecierpliwienia, z rodzajem gorzkiej słodyczy. Na przygodnego obserwatora jak ja, ten ostatni fakt robi największe, omal że nie imponujące wrażenie: 40 milionów ludzi pogrążonych w cierpliwym oczekiwaniu, milczących, łagodnych i wymijających, odmawiających czytania jakiejkolwiek gazety, zachowujących niemal płynną bierność jak woda, przybierająca kształt naczynia.

Patrząc na tę postawę, trzeba sobie postawić pytanie, czy nie jest to postawa kontynentalna par excellence, postawa cywilizacji zachodniej w jej obecnej fazie, postawa, do której różnymi drogami prowadził bieg historii, polityka mocarstw, rozwój przemysłu i państwowości, wzrost zamożności, nowe warunki pracy itd. Pytanie to zadaje sobie wielu i nikomu nie robi się wesoło i przyjemnie. Coraz trudniej wyobrazić sobie Europę powojenną. Do obrazu tego wchodzi coraz więcej czynników nowych i niewiadomych.

Bolesław Miciński, Anna Micińska i Jerzy Stempowski

Przez 10 dni mieszkałem we Francji, pod Grenoble u młodego przyjaciela na wsi [12], gdzie teraz ukrywa się tzw. życie umysłowe. Stary dom z wielkimi pokojami i meblami sprzed stu lat stał na zboczu góry Saint-Eynard i z okien było widać już z bliska pionowe ściany góry, mającej z tej strony kształt głowy cukru. Różni tam przyjeżdżali i przychodzili i wszystkie ranki i wieczory spędzaliśmy na konwersacjach. Dziwnie zmalała w tłoku wypadków cała literatura i wszystkie tzw. sprawy umysłowe. Nie darmo już od 20 lat zgromadzenia literatów i profesorów były najnudniejszym miejscem na świecie. Dziś o tym wszystkim trudno nawet mówić, bo szukamy zaledwie języka dla opisania tego rodzaju zjawisk, z jakimi mamy do czynienia. Jak w czasach Renesansu, najżywszy wydaje się język muzyki, kosmiczny w swej naturze. Dlatego może muzycy jeszcze czernią papier, gdy literaci porzucili pióra. Przywiozłem z Francji trochę kompozycji w rękopisach, bo tu jest jeszcze możność ich wykonania. Na próżno natomiast szukałem rękopisu dla Słonimskiego. Chyba że sam coś dla niego napiszę. Bardzo chciałbym zobaczyć choć jeden numer tej jego „Nowej Polski”. Na kontynencie nikt sobie (na emigracji oczywiście) żadnej nowej Polski nie wyobraża. Wszyscy widzą ją w kategoriach ONR [13] i Ozonu, i trudno to sobie nawet objaśnić, że tylu ludzi liczy na jakieś pogrobowe zwycięstwo Mein Kampf i to właśnie w Polsce.

Pyta mnie Pani, czy przyjmuje zakład o powrót do kraju na Boże Narodzenie, nie wiem jednak, czy Pani sama ten zakład jeszcze podtrzymuje, bo list Pani jest z 17 VI, dziś zaś od Bożego Narodzenia dzieli nas już mniej niż pół roku, a powrót wydaje się dalszy niż przedtem [14]. Wiem tylko tyle, że system hitlerowski nie da się żadną miarą utrzymać i największe zwycięstwa nic mu nie pomogą. System ten liczący wciąż tylu czynnych, a jeszcze więcej biernych zwolenników, jest tylko objawem samobójczego obłędu kontynentu. Stąd jednak nie wynika, że my wrócimy na najbliższe czy nawet następne Boże Narodzenie. Być może kontynent wytrwa w swym szale samobójczym i zmieni się w pustynię zamieszkałą przez małpy z karabinami maszynowymi. Hitleryzm utrzymać się nie może, ale czy zginie przez powrót kontynentu do cywilizacji, czy też przez jego zagładę, tego na razie nie widać.

Bardzo się cieszę, że Pani jest zaprzyjaźniona z p. Henrykiem T. [15] Myślę, że on słusznie psychologizuje. Jak bowiem wytłumaczyć w kategoriach ekonomicznych obecny pęd Europejczyków do zniszczenia, ubóstwa i zagłady? To da się opowiedzieć tylko w terminach konwencyj społecznych lub w terminach psychopatologii. Dostałem od autora egzemplarz Roli ekonomicznej Europy S-W [16] i uważam, że jest to pierwsza ważna książka napisana na emigracji. Pisałem mu o tym, ale znam tylko jego dość dawny adres (20 Chesham Pl., S.W. 1) i nie wiem, czy mój list go doszedł. Proszę go łaskawie najserdeczniej ode mnie pozdrowić i powiedzieć, że często o nim myślę z uczuciem szczerej przyjaźni.

Takie długie listy na pewno nie podobają się cenzurze, ale tak rzadko do siebie piszemy, że może nam to wybaczy. INNOCUOS CENSURA POTEST PERMITTERE LUSUS [17], jak pisał Martialis do cesarza. Zresztą o sprawach kontynentalnych zwięźle pisać nie można, bo nie mieszczą się dobrze w naszym słowniku tradycyjnym.

Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła zawsze szczerze oddany

Jerzy Stempowski

 

KRYSTYNA MAREK DO JERZEGO STEMPOWSKIEGO

472, Chelsea Cloisters,

Sloane Avenue,

London, S.W.3.

3 VII 43

Drogi i Kochany Panie Jerzy,

zaiste nie wiem, jak zacząć tę haniebnie spóźnioną epistołę, nad którą czuję się zgoła jak syn marnotrawny. Liczę na to, że mnie Pan mimo wszystko jeszcze nie zapomniał i nie wykreślił z grona ludzi, z którymi w ogóle warto utrzymywać stosunki. Niech mi będzie wolno powiedzieć na własną obronę, że wbrew wszelkim pozorom byłoby to nie całkiem sprawiedliwe. Myślę o Panu częściej i serdeczniej, niż można by to wnosić z rocznego milczenia. Gros naszych rozmów z p. Henrykiem [Tennenbaumem] obraca się około Pana osoby i robimy się wtedy oboje strasznie sentymentalni.

Niech Pan tego nie weźmie za chęć usprawiedliwiania się z grzechów, które w prawie karnym podpadłyby pod kategorię przestępstw z zaniechania – delicta per omissionem [18]. Naprawdę i szczerze chciałabym znowu o Panu posłyszeć, chciałabym wiedzieć, co z Panem się dzieje, jak zdrowie, jak nastrój, a najważniejsze – jak Pan znosi czasy apokaliptyczne? Co do mnie nie próbuję już nawet załatwiać tego problemu jakąkolwiek formułą czy strzępem światopoglądu. Epoka nadaje się dla karłów albo olbrzymów, jeśli chodzi o moment przetrzymania. Ponieważ niestety nie jestem ani jednym, ani drugim – przeto z całą moją przeciętnością i niezmiennie funkcjonującym instynktem samozachowawczym uciekam czasem od przerażenia na słońce, do książek z epoki przedapokaliptycznej, do problemów dnia powszedniego – i na godzinę, czy na dzień, nie wiem, nie chcę wiedzieć, nie przyjmuję do wiadomości. Z drugiej strony działa przytępienie wrażliwości, spowodowane nadmiarem wrażeń. On se débrouille, comme on peut [19]. W gruncie rzeczy człowiek się miota między przerażeniem, zdrętwieniem, poczuciem związania z nieszczęściem, krzywdą, upodleniem, śmiercią – a jakimś potwornym, zbuntowanym egoizmem, chęcią ucieczki (myślą, nigdy czynem), instynktem strusim, czy też może instynktem życia po prostu. Nie wiem, nie chciałabym wejść na równię pochyłą filozofii, że „przecież nikomu nic nie pomoże, jeśli nawet włożę włosiennicę, że przecież trzeba żyć, że właściwie tym bardziej trzeba żyć i że w efekcie wszystko wolno”. Niech Pan napisze, jak się Pan zapatruje na ten problème de conscience [20]. Chciałabym znać Pana zdanie. Tylko, na miły Bóg, niech Pan nie pomyśli, że i ja się już zdemoralizowałam emigracyjnie. Po prostu u mnie Haarspalterei [21] zaczyna się dość wcześnie.

Ot i wyrwała mi się przydługa dygresja osobista w liście, którego pierwszym i istotnym celem jest dowiedzenie się o Panu. Myślę, że okaże Pan wielkoduszność i odpisze od razu, nie stosując retorsji. Jak się teraz przedstawia modus vivendi [22]? Czy zawsze jeszcze szalet? I muzyka? Koniecznie chcę wiedzieć o Pana stanie zdrowia; przypuszczam, że Szwajcaria ma swoje dobre strony pod tym względem – nie mówiąc o tym, że niezależnie od starego, szkolnego sentymentu, stale myślę o tym kraju jak o wyspie Utopii. Gdyby tak móc choć na parę dni odwiedzić Pana w szalecie où que ça soit [23]!

De publicis [24] na razie nie piszę. Przypuszczam zresztą, że jest Pan znakomicie poinformowany. Jeżeli chodzi o atmosferę tutaj – nie do pozazdroszczenia, aczkolwiek nie jest znowu aż tak źle, jak twierdzą histerycy. Jeśli idzie o sytuację w ogóle – mój Boże, nil desperandum [25]. Jak Pan widzi, za wszelką cenę usiłuję utrzymać zmysł proporcji jako najważniejszą z cnót intelektualnych.

Ja sama nadal robię rzeczy, których realnego znaczenia i portée [26] nie umiem dobrze ocenić. Wolałabym budować baraki. W każdym razie widziałabym wieczorem, ile przybyło od rana. Wszystko byłoby znakomicie wymierne i niewątpliwe.

Czuję, że powinna bym skończyć tę gadaninę, ale nie wiem, kiedy znowu zdarzy mi się taki cichy, spokojny i „własny” wieczór i jakoś nie mogę rozstać się z tym listem do Pana. Rzecz w tym, że jestem na kilkudniowym urlopie na wsi pod Londynem. Spokój, cisza, bardzo typowa angielska countryside [27], łagodna, kojąca, rozpachniona masą kwiatów. Defektem jest brak maszyny do pisania (niestety, zmęczy to Pana bardziej niż mnie) – plusem to, że wreszcie raz w roku należy się do siebie. Londyn i nasz londyński tryb życia zabija. Mój typ roboty w szczególności się nie kończy. Tak zwane „biuro” trwa nierzadko w różnych formach do późnej nocy, zabijając wszelką privacy [28]. Wreszcie o którejś godzinie człowiek zostaje sam, z wysuszonym mózgiem i poczuciem wielkiego braku higieny umysłowej.

Mimo to, a może właśnie dlatego, staram się znaleźć chwilę czasu na „luksusowe” rozrywki. Między innymi wróciłam znowu z wielką pasją do Rilkego. Ostatnio przebijałam się przez Duino Elegien [29], przyznaję, że z pewnym trudem. Il paraît, que ça me dépasse [30] – wolałabym to czytać z Panem.

Drogi Panie Jerzy, raz jeszcze proszę o prędki list. A może przecież – ryzykuję znowu, mimo fiaska wszystkich moich dotychczasowych nadziei – zobaczymy się prędzej, niż myślimy?

Na razie wszystkie moje najlepsze myśli i życzenia Panu przesyłam

Krystyna

 

Listy przepisali i przypisami opatrzyli Agnieszka Papieska i Andrzej Stanisław Kowalczyk

[1] Dauphiné, pol. Delfinat – region historyczny w południowo-wschodniej Francji, położony pomiędzy Rodanem a Alpami. Stolicą Delfinatu jest Grenoble.

[2] Tematem rozmów Francuzów była klęska armii francuskiej w walce z III Rzeszą w czerwcu 1940 roku, ustanowienie nacjonalistycznego reżymu autorytarnego z marszałkiem Petainem na czele, a następnie narzucony przez III Rzeszę podział państwa na część okupowaną i nieokupowaną ze stolicą w Vichy, zależną od Niemiec.

[3] chambertin, pommard – wysoko cenione francuskie czerwone wina z Burgundii.

[4] Tu: zaniedbane (fr.).

[5] Okrucieństwo (niem.).

[6] Ci ludzie nie wiedzą, jak żyć (wł.).

[7] Obóz Zjednoczenia Narodowego (potocznie: Ozon) – organizacja polityczna tworzona na rozkaz marszałka Rydza-Śmigłego od połowy 1936 roku. Jej powstanie ogłoszono w deklaracji ideowo-politycznej opublikowanej w lutym 1937. Organizacja miała skonsolidować naród wokół obozu rządzącego, coraz bardziej skłóconego, a także wzmocnić obronność państwa w obliczu zagrożenia agresją ościennych mocarstw. Program OZN był wyrazem sympatii grupy rządzącej z Rydzem-Śmigłym na czele dla nacjonalizmu i totalitaryzmu. Agresywna propaganda rządowa ukazywała Polskę jako państwo militarnie i gospodarczo silne, zdolne się bronić i atakować swoich wrogów zewnętrznych i wewnętrznych (mniejszości narodowe, opozycję socjalistyczną i chłopską, komunistów). Fałsz tych mocarstwowych haseł był oczywisty, ale wielu w nie wierzyło. Stempowski do nich nie należał.

[8] attentyści – zwolennicy czekania na podjęcie czynnej akcji w dogodnym strategicznie momencie. Postawa taka była zalecana poszczególnym ruchom oporu przez Wielką Brytanię i rządy emigracyjne.

[9] Nawiązanie do jerozolimskiej sadzawki Betesda. W czasach Jezusa gromadziły się tam osoby kalekie, oczekujące uzdrowienia. Wierzono, że co jakiś czas anioł zstępuje i porusza wodę, dając jej moc uzdrawiania. Uzdrowienie miało być dostępne dla każdego, kto jako pierwszy wszedł do sadzawki po tym, jak anioł poruszył wodę (Ewangelia św. Jana 5, 2–4 i nast.).

[10] Les Cagoulards (pol. Kagulardzi) – członkowie Organisation secrète d’action révolutionnaire nationale, tajnej, skrajnie prawicowej francuskiej organizacji politycznej działającej w drugiej połowie lat trzydziestych XX wieku. Nazwa La Cagoule (kaptur) została wprowadzona przez Charles’a Maurrasa, przywódcę Action Française, któremu konspiratorzy skojarzyli się z członkami amerykańskiego Ku Klux Klanu. Organizacja działała w sposób wojskowy. Jej głównym celem było zniszczenie III Republiki Francuskiej rządzonej przez lewicowy Front Ludowy. Kagulardzi nawoływali do działań terrorystycznych, organizowali też zabójstwa działaczy komunistycznych lub skrajnie lewicowych. W listopadzie 1937 roku policja rozbiła organizację. Podczas II wojny światowej część byłych kagulardów podjęła kolaborację z okupantami, część przystąpiła do antyhitlerowskiego ruchu oporu (resistance).

[11] Czekać (fr.).

[12] W drugiej połowie maja 1942 roku Stempowski odwiedził w Bouquéron pod Grenoble Bolesława i Halinę Micińskich oraz ich córeczkę Dunkę, Annę Micińską (1939–2001), późniejszą edytorkę i badaczkę twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza. Bolesław Miciński (1911–1943), eseista, poeta, filozof, krytyk literacki, epistolograf. Wydał m.in. tom wierszy Chleb z Gietsemane (1933) i esej Podróże do piekieł (1937). Po wojnie nakładem Instytutu Literackiego w Rzymie wyszła jego książka Portret Kanta i trzy esseje o wojnie (1947). Halina Micińska-Kenarowa (1915–1998), pedagog, memuarystka. Od roku 1947 dyrektorka Państwowego Liceum Technik Plastycznych w Zakopanem. W Grenoble przebywała również Aniela (Nela) Micińska (1908–1992), romanistka i tłumaczka, siostra Bolesława. Po latach Halina Micińska-Kenarowa w swoim wspomnieniu zatytułowanym O Jerzym Stempowskim pisała: „W maju 1942 roku pan Jerzy wybrał się do niego [i.e. Bolesława] specjalnie na dziesięć dni w odwiedziny i spotkanie to było wielkim przeżyciem dla nas wszystkich. Żywo mam w pamięci ogromny, nieużywany pokój – bibliotekę gospodarzy domu – gdzie za specjalnym ich zezwoleniem mogliśmy umieścić naszego gościa. Zajęta dzieckiem, praniem, sprzątaniem i trudną aprowizacją nie mogłam brać udziału w spacerach i niekończących się rozmowach, które wiedli obaj panowie. Miciński dał do czytania panu Jerzemu świeżo napisany Portret Kanta […]. Po kilku jednak dniach sielanka się popsuła: pan Jerzy przeziębił się w nieogrzewanym od lat, północnym pokoju i położył się do łóżka. Sądzę dziś, że po prostu odchorował wysiłek podróży i wzruszenie spotkania z nami. Któregoś południa […] stanął w drzwiach dziwnie zmieszany mój mąż i powiedział zmienionym głosem: «Coś się stało, pan Jerzy płacze… Może powiedziałem mu coś przykrego, ale opowiadałem mu tylko mojego Juliana…». Wbiegłam do ogromnego pokoju, gdzie «góra mądrości i wiedzy» leżała na tapczanie z twarzą osłoniętą obiema dłońmi […]. Uspokoił się po chwili i powiedział: «Przepraszam, nerwy mam na nitce. Poruszył mnie temat rozmowy z panem Bolkiem, bo nagle zdałem sobie sprawę, że gdyby mój ojciec nie podsunął mi pism Juliana Apostaty, kiedy miałem trzynaście lat, moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej…»” (Bolesław Miciński, Jerzy Stempowski, Listy, oprac. Anna Micińska, Jarosław Klejnocki, Andrzej Stanisław Kowalczyk, wprowadzenie Halina Micińska-Kenarowa, Konstanty Régamey, LNB, Warszawa 1995, s. 21–22). W liście z 12 lipca 1942 roku Bolesław pisał do Stempowskiego: „Podobnie jak nie umiałem uwierzyć w Pana przyjazd, podobnie nie mogę uwierzyć dziś, że Pana już – od tak dawna – nie ma w Bouquéron. Jestem trochę jak Dunka, która co rano wpada do Pana pokoju i pyta z niezmiennym zdumieniem: «A gdzie jest pan Stempowski?». Odpowiadam: «Nie ma», ale nie bardzo w to wierzę. Nie umiem Panu powiedzieć, jak bardzo do Pana tęsknię»” (tamże, s. 219). Stempowski opisał swoją eskapadę do Delfinatu w napisanych po francusku Notes d’un voyage dans la Dauphiné (ogłoszone przez Jana Zielińskiego, z przedmową Wojciecha Karpińskiego w tomie Notes pour une ombre suivi de Notes d’un voyage dans la Dauphiné (Les Éditions Noir Sur Blanc, 2004). Wydawnictwo opublikowało również polski przekład pióra Jana Zielińskiego pt. Zapiski dla zjawy.

[13] Obóz Narodowo-Radykalny (ONR) – polska partia faszystowska założona przez nacjonalistów w roku 1934 i wkrótce rozwiązana przez władze; następnie działająca konspiracyjnie. ONR Falanga pod przewodnictwem Bolesława Piaseckiego zapowiadała m.in. rewolucję narodową, likwidację instytucji ustroju demokratycznego, ustanowienie dyktatury i usunięcie z Polski Żydów.

[14] W istocie wiosną i latem 1942 roku alianci nie poczynili żadnych poważnych postępów w zmaganiach z państwami osi Rzym–Berlin–Tokio. Przeciwnie sytuacja się pogorszyła. W czerwcu 1942 Niemcy odzyskali inicjatywę na froncie wschodnim, rozpoczynając ofensywę ku Wołdze i Stalingradowi z zamiarem opanowania bakijskich pól naftowych. Na początku lipca zajęli Sewastopol i Woroneż, a wkrótce Rostów nad Donem. W Afryce Północnej wojska niemieckie i włoskie okrążyły twierdzę w Tobruku i zdobyły ją. Maszerowały na wschód i w końcu czerwca przekroczyły granicę kontrolowanego przez Anglików Egiptu. Lepiej powodziło się Amerykanom na Pacyfiku w walkach z Japończykami. Przerwana została ich zwycięska passa. Na początku czerwca flota cesarska poniosła ciężkie straty w bitwie powietrzno-morskiej pod Midway. Nie było to jednak zwycięstwo na miarę przełomu.

[15] Tennenbaumem.

[16] Mowa o książce Henryka Tennenbauma Europa Środkowo-Wschodnia w gospodarstwie światowym, która ukazała się nakładem wydawnictwa M.I. Kolin w Londynie w 1942 roku.

[17] Urząd cenzora może zezwolić na nieszkodliwe żarty (Marcjalis, epigram I 4, wers 7; epigram adresowany był do cesarza Domicjana, który w ramach uzdrowienia obyczajów kazał niszczyć utwory uznane za oszczercze, a ich autorów piętnować) (łac.).

[18] Przestępstwo przez zaniechanie (łac).

[19] Radzimy sobie, jak potrafimy (fr.).

[20] Problem sumienia (fr.).

[21] Dzielenie włosa na czworo (niem.).

[22] Sposób życia (łac.).

[23] Gdziekolwiek to jest (fr.).

[24] O sprawach publicznych (łac.).

[25] Nie należy rozpaczać (łac.).

[26] Zasięg, zakres (fr.).

[27] Wieś, wiejska okolica (ang).

[28] Prywatność (ang.).

[29] Właśc. oryg. Duineser Elegien lub w przekładzie na język angielski: Duino ElegiesElegie duinejskie – jedno z najważniejszych dzieł Rainera Marii Rilkego (1875–1926), ogłoszone w 1923 roku (wyd. pol. 1930). Krystyna Marek mogła mieć jedno z dwóch wydań: Duineser Elegien. Elegies from the Castle of Duino, translated by Vita Sackville West, Hogarth Press, London 1931 lub Rainer Maria Rilke: Duino Elegies, translated by J. B. Leishman and Stephen Spender, The Hogarth Press, London 1939.

[30] Wygląda na to, że to mnie przerasta (fr.).

Na marginesie lektur Lektora (1)

Aryjczycy

W „Tygodniku Powszechnym” napisałem jako Lektor o książce Ewy Mańkowskiej Hanna i Dorota. Książka świetna, odkrywcza, chwilami wstrząsająca, mogę ją tylko raz jeszcze polecić. Tytułowe bohaterki to malarki z grupy kapistów, przyjaciółki: Hanna Rudzka-Cybisowa i Dorota Berlinerblau-Seydenmanowa. Rubryka Lektora ma 2400 znaków, muszę się streszczać. Tu jedno z odkryć, na które zabrakło już miejsca. W papierach Rudzkiej-Cybisowej zachowała się teczka z wycinkami prasowymi, a wśród nich taki oto.

Sierpień 1937, dziennikarz „Ilustrowanego Kuriera Codziennego” rozmawia w Juracie z Wojciechem Kossakiem. Mistrz malowania koni narzeka na współczesną sztukę. „A co pan sądzi o uzdrowieńczej akcji Hitlera wobec sztuki niemieckiej?” (w lipcu 1937 w Monachium otwarto wystawę „Entartete Kunst”, czyli „Sztuki zdegenerowanej”, z dziełami wielu klasyków współczesności). Kossak: „Mogę tylko temu przyklasnąć, posunięcie Hitlera na tym polu ogromnie mi się podoba. Uderzenie pięści jest może zbyt brutalne, bo ostatecznie skazywać impresjonistów aż na sterylizację – to może kara zbyt duża, nie trzeba jednak zapominać, że tzw. l’art juif [sztuka żydowska] wyszedł właśnie z Berlina przed 50 laty. […] Należy bezwzględnie położyć kres cofaniu naszej sztuki aryjskiej do nieudolnych, ale za to szczerych prób i wysiłków naszych pra-praszczurów”…

A ja się zdumiewałem, czytając inną z wydanych ostatnio świetnych książek, Beaty Chomątowskiej Miasto dzieci świata (o Rabce), zacytowanym tam wściekle antysemickim felietonem Magdaleny Samozwaniec, czyli córki Wojciecha, z roku 1935. Samozwaniec przybyła do Rabki zażyć kąpieli solankowej, ale „zażydzenie” uzdrowiska nią wstrząsnęło. No bo jakże: „Żyd «klapuje» świetnie z kocimi łbami małego miasteczka, z kałużą płynącą czekoladową strugą wzdłuż drogi i z małymi śmierdzącymi sklepikami. Ale Żyd w górach, rozwalony na mchowym dywanie lasu, Żyd wśród poziomek, borówek, grzybów, to jest coś contre-nature, coś, przed czym się dusza aryjska wzdryga”.

Teraz się już nie zdumiewam – jak to było z jabłkiem i jabłonią? Mam tylko nadzieję, że w szykowanym właśnie muzeum w krakowskiej Kossakówce znajdzie się informacja, że jej gospodarze byli stuprocentowymi i świadomymi aryjczykami…

TOMASZ FIAŁKOWSKI

Eulogium

Nie. Śmierć już nie istnieje, kiedy się ją spotka.

Antoine de Saint-Exupéry [1]

Gdy nadchodzi wieść o śmierci bliskiej osoby…

Czujesz gwałtowne uderzenie serca. A zaraz potem krew, ciało, myśl zaczynają pulsować w innym rytmie. Łzy cisną się do oczu. Albo nie. Nie jest tak jak wtedy, gdy przeszywa cię fizyczny ból lub współczucie. Kruszy się twoja mowa. Milczy krzyk, tym mocniej, im bardziej podskórnie narasta. I oto widzisz inaczej. Widzisz twarz bliskiej osoby w poświacie śmierci. I nie masz na to słów.

Rzeka życia, dotąd leniwie płynąca doliną współistnienia, przerywa tamę. Spadasz wodospadem. I ciebie mogłoby już nie być. I przez chwilę cię nie ma. To cud, że utrzymujesz się na powierzchni. Czujesz, jak skrada się ku tobie przerażenie pustką. Rwie twój oddech, potykający się teraz o wyrwę po istnieniu. Czym ono było? I skąd nagle czas przeszły, ocierający się o coś tak namacalnego, tak z tobą zabliźnionego, tak nie do zaprzeczenia. Skąd w korycie żył, do których serce pompuje krew, by czółno duszy nie osiadło na mieliźnie, ta katarakta osierocenia?

Czujesz, że się oddalasz. Od siebie, od innych, od świata, od wszystkiego, co zdołałeś oswoić. Masz ochotę odejść na bok. Niezależnie od tego, gdzie jesteś, czy pośród innych ludzi, czy w drodze, czy w pracy, czy w domu. Coś sprawia, że chcesz zatrzymać się, wysiąść, odwrócić albo zniknąć. Podchodzisz do okna. W samochodzie otwierasz szybę. Nawet wtedy, gdy wewnętrzny szloch rzuci cię w ramiona drugiej osoby albo drzewa, nie siebie widzisz ani nikogo z żywych. Zamykasz oczy, przechodzisz dalej, niż sięga twoja świadomość. Kot kładzie ci się na kolanach, grzeje bardziej niż zwykle.

Gdy nadchodzi wieść o śmierci bliskiej osoby…

Czujesz obecność. Równolegle z dojmującą pustką, ktoś zjawia się u ciebie, inaczej widzialny. Ktoś, kogo na innym planie śmierć właśnie wyprowadza z twojego królestwa. Jedno krzesło za stołem traci użyteczność. Telefon nie odpowiada. Sięgasz po książkę z półki tylko po to, by przeczytać dedykację. Nigdy wcześniej tego nie robiłeś. Nigdy wcześniej nie przeglądałeś archiwum zdjęć po to, by odnaleźć ślad życia, nie wspomnienie. Przybliżasz fotografię do oczu i widzisz coś, czego wcześniej nie dostrzegałeś. Niby wszystko wokół pozostaje niezmienne, a jednak jest nie to samo. Choć rozmowy zdają się niedokończone, a potrzeba wyrażenia wdzięczności albo zwierzenia prawdy przerwana w pół słowa, to rzeczy osobiste w szafie trwają, jak trwały, a bliskość zdaje się jeszcze bliższa. Nie jesteś już w tym samym miejscu. Wyczuwana obecność wyprowadza cię na most. I choć wiesz, że nie przejdziesz nim na drugą stronę, na swój brzeg powracasz, będąc już kimś innym.

Czujesz, jak inne światło przenika do wnętrza. Nie odmawiasz gościny. Nie wypierasz niemożliwego. Gdziekolwiek pójdziesz, czymkolwiek się zajmiesz, ono będzie z tobą. Inny czas się budzi i biec zaczyna poza następstwem godzin, wolny od rygoru daty. Potęgują go rytuały pożegnań, konduktu pogrzebowego, złożenia w ziemi albo spopielenia ciała, wspominek, stypy, mszy za duszę. Lecz nie koniec na tym. Czas gościny wciska się w szczelinę życia. Napełniasz się obcowaniem. Po świecie zaczyna cię nosić wewnętrzna rozmowa. I tak, jak dotychczas w modlitwie szukałeś wyciszenia, tak teraz ciszą jest czyjaś obecność, obcowanie od słowa do słowa milczenia.

Nie możesz zasnąć. Siadasz do pisania. Do świtu, do kolejnej nocy. Różnie to może potrwać. Czekasz podpowiedzi. Czasem z mroku wyłaniają się same dłonie; chwytasz je pamięcią i czujesz, jak ich niepowtarzalność wymyka się śmierci. Słyszysz melodię mowy zmarłej osoby, rytm kroków, z którego da się wydobyć zarys sylwetki. Oczyszczasz widzenie do samej twarzy. Masz w pamięci malarza z Fajum, biegłego w technice enkaustycznej. Starannie polerował dębową deskę, a potem kauterionem przypominającym łyżeczkę z żelaza, sprawnie by uprzedzić zastyganie, rozprowadzał farbę błonnym spoiwem złączoną z gorącym woskiem. Stworzony przez niego obraz niby okienko umieszczano na piersi, wciskając je między bandaże owijające zmumifikowane ciało. Myślisz o tym, że mimo upływu czasu, a to już dwa tysiące lat z okładem, portret spod ich ręki zachował świetlistość. Podobnie jak oni, odcinasz przygodność i marginalia. Kładziesz drobiazg na szali przemijania. Wiesz, że na trop prawdziwego rysu twarzy naprowadzić cię może okruch pozostawiony na stole wspólnego życia.

Na nic zdaje ci się pękaty od zdobyczy i honorów życiorys. Warstwa po warstwie odsłaniasz świetlistość. Próbujesz wyczuć, gdzie zbierała się esencja. Pisząc, zostawiasz za sobą literaturę, sytą od wgłębiania się w mrok i ludzką słabość. Wiesz o tym, znasz się na niedoskonałościach osoby, z którą teraz obcujesz. Również ona nie ma już nic do ukrycia. Może nawet łatwiej przychodziłoby ci pisać nagą prawdę ciemnych zakamarków. Słowa pisane z bolesnej pamięci same układają się w zdania. I zagadują nas na co dzień, rosną w książkach, sprzyja im pogoda na polowanie. Lecz ty w pustą noc chcesz być inaczej wiarygodny.

Gdy nadchodzi wieść o śmierci bliskiej osoby…

Podchodzisz do okna. Podajesz się na podmuch opowieści. Trzymasz kocie ciepło na kolanach. Sen odkładasz na później, by zdążyć przed zamknięciem mostu. I nasłuchujesz dobrego słowa – na wyjawienie twarzy, na wypowiedzenie imienia, na uwolnienie światła. Wyczekujesz słowa na dalszą drogę. Dobrego słowa na śmierć.

KRZYSZTOF CZYŻEWSKI

[1] Antoine de Saint-Exupéry, Co trwa dłużej niż ludzie. Wrocław 1997, s. 42.

Wstęp do książki „Dobre słowo na śmierć”, która ukaże się nakładem wydawnictwa Austeria.

List do Agnieszki Papieskiej

Doprawdy wielką mi Pani radość uczyniła swoim książkowym darem opatrzonym grawiurą dedykacji, po którym powinienem skreślić odręczny list. Jednakże zawstydziwszy się tym, jak „wyprostowanie” i czytelnie stawia Pani swoje pismo, postanowiłem wybrać łatwiejszą drogę, którą wytyczyły nam nowoczesne komunikatory. W każdym razie, kiedy przeczytałem Pani dedykację, to od razu pomyślałem – SĄ. Może inaczej: JEST. Jest czytelnik moich Listów do niepoznanego poety. I to kto, i to jaki. Chociaż, a muszę to w tym miejscu przyznać, są inni: Joanna Chachuła i Marek Zagańczyk.

A i Pani, która rozmową z Ireneuszem Kanią Wchodzimy w tajemnicę jak w kałużę staje się piękną częścią „Austeryjnej Kanionady” wszak, to już chyba piąta książeczka, jaka ukazała się od śmierci tłumacza w mecenaturze Wojciecha Ornata. Piszę książeczka, ale jej waga duchowa, mimo przepiórczej lekkości, cięższa bywa niż opasłe beletrystyczne tomiszcza. Wszystkie ogniwa „Kanionady” przeczytałem. I wzbogaciły mnie.

Przeprowadzoną przez Panią rozmowę z Ireneuszem Kanią, a musiał to być – rzecz odczytuję z Pani wstępu – człowiek fascynujący, pochłonąłem jako jeszcze jeden deser dnia. Jako deser bowiem seria ta została pomyślana. Pochłonąłem, lecz nie żarłocznie, a z namysłem degustując literę Pani rozmowy o dwóch wspaniałych i okazałych „kolumnach” naszej poezji, jakimi niewątpliwie są Nobliści – Szymborska i Miłosz. Rozmowa wnosi do rozumienia ich cenny pierwiastek myśli przekazanej, jak to Pani zauważyła „z właściwą jemu (Ireneuszowi Kani – przyp. mój) pasją, ożywiającą wszystko, czym się zajmował”. A dalej jeszcze dodaje Pani „szybki puls” jego narracji, oryginalność myśli i odwagę w jej podawaniu. W ten sposób, chcąc nie chcąc, przekazała nam Pani triadę najważniejszych wyróżników rozmowy „ja” do „ty”: jej puls i dynamikę, potok żywej myśli oraz odwagę ich głoszenia.

Wysoko cenię sobie cztery, nawet pięć form wypowiedzi: poezję, esej, a także notatniki, dzienniki, zapiski, glosy, a więc te wypowiedzi, które dotąd uznawane były za podgatunki literackie, marginesy literatury oraz wędrujące od antyku listy i dialogi (w tym rozmowy). W niektórych z nich Pani celuje, także w esejach, które od kilku lat śledzę, czytając z wielkim zadowoleniem, choćby ostatnio ogłoszone, jak Ślepiec przed lustrem – rzecz m.in. o figurze trickstera w twórczości Eliasa Canettiego. Rozważania, których prologiem jest jedna z kart tarota przedstawiająca wisielca, porwały mnie na tyle, że w tym porwaniu zatraciłem się, zakreślając całe ustępy i akapity, a potem wracałem do nich o różnych, nieokreślonych porach. A kiedy rok później oddałem się lekturze Arlekina Béli Hamvasa, eseju pomieszczonego w tomie Godzina owoców, dopełniłem obraz tej towarzyszącej nam od zarania figury. Ale i zobaczyłem Was razem, może nie tyle w okolicznościach domowych, jak to było w przypadku Pani wizyty u Marii i Ireneusza Kaniów, co w jakimś parku Austro-Węgier, których obywatelami byli i Hamvas, i Canetti. W polskiej poezji tricksterem był również miłościwie nam panujący w Praniu, mój anielski chlebodawca Konstanty I. Gałczyński.

Raz jeszcze proszę mi wybaczyć, że nie odwdzięczyłem się za Pani dar odręcznie zapisanym listem, zwłaszcza że listów przecież dotyczy Pani dedykacja, niektórzy wszak piszą pazurem, gdyż zmarnowali czas na „pazurzenie”. Należę do nich, czego żałuję, podniesiony Pani rękopiśmiennym znakiem.

WOJCIECH KASS

Znaki nieba i ziemi

Przy grobie księdza Piotra Bożyka w Wasilkowie

 

Całuję twoją rzeźbę cmentarną

niczym dziecko tulące się do ojca,

tuż zaraz po modlitwie wieczornej,

kiedy światło za oknem traci moc.

 

Wiem, że żyjesz, choć umarłeś,

i twoje zwłoki kruszą się bez żadnych

świadków w bezradnej ciszy, mimo

że kocham cię i w tej miłości jest Bóg.

 

Pytam więc: jak przyjęło cię niebo,

czy jesteś szczęśliwy i uspokojony.

Czy twoje kości oblekły się ciałem,

czy zajaśniały twoje wszystkie zmysły?

 

A gdybyś pytał, jak teraz sobie radzę,

to – przyznaję – nie najlepiej, choć

każdy dzień przygrywa mi do tańca,

przemienia wodę w wino, żebym się

poczuł jak starosta weselny, nieświadom

cudów, które kiełkują za horyzontem.

 

Ilekroć zbliża się uroczystość Wszystkich Świętych spleciona z Zaduszkami (czas modlitw za dusze zmarłych, stąd „za-duszki”), doświadczam przedziwnego optymizmu. Wiąże się on z intensyfikacją przekonania, że lęk przed śmiercią, choć naturalny, w tych dniach właśnie traci nad nami wszechpotężną władzę, a poetycki sposób bycia staje się poniekąd naszym codziennym obowiązkiem. Poezja podprowadza wszak pod próg tajemnic religijnych, ujawnia zakątki, do których przywołuje każdego z nas nasza duchowość. Oswaja z egzystencjalnym kresem, podtrzymując moc pamięci i często zapomniane dzisiaj rytuały żałoby. Przydaje też nadziei, bez której nie sposób egzystować z poczuciem ładu i wewnętrznego porządku, w chwilach gorączkowych pytań o sens życia, sens śmierci, niebo i piekło, obcowanie świętych i życie wieczne.

Spieszymy więc na cmentarze – przestrzenie pamięci, wspólnoty żywych i umarłych. Pozostają miejscami nienaruszalnymi, świętymi, ziemią poświęconą, a wszystko to, co znajduje się w ich obrębie należy do zmarłych, dlatego zabezpieczane bywa ogrodzeniem, stanowiącym symboliczną strefę między sacrum, czyli obszarem przynależnym tylko Bogu, a profanum, czyli sferą pozbawioną Boga i Jego oddziaływania. Brama natomiast w najszerszym sensie unaocznia otwarcie lub zamknięcie. W Biblii czytamy o bramach królestwa umarłych i o nieuchronności śmierci: „W połowie dni moich mam przekroczyć bramy krainy umarłych, pozbawiony reszty moich lat (Iz 38,10). Najgłębsza wszakże i najświętsza symbolika bramy kryje się w słowach Jezusa: „Ja jestem bramą. Jeżeli ktoś ją przekroczy, uzyska zbawienie” (J 10, 9).

Na cmentarzu w Wasilkowie, miasteczku leżącym w głębokiej dolinie supraskiej, tuż obok Białegostoku, uwagę przykuwają aleje otoczone smukłymi drzewami, które „sięgają aż do Nieba” łącząc przez to ziemię z tym, co święte, jak też przedstawienia monumentalnych aniołów. W tradycji chrześcijańskiej anioł zawsze oznaczał wysłannika, posłańca Bożego, zaś w sztuce funeralnej wskazywał i akcentował śmierć, przynależną życiu, jak miłość. To bardzo charakterystyczne miejsce, tak pod względem duchowym, jak i estetycznym. Jego projektodawcą był ksiądz Wacław Rabczyński (1902–1969), wyjątkowo zasłużony kapłan, i od 1951 roku proboszcz wasilkowskiej parafii. W trudnych latach sowieckiego zniewolenia zamierzał stworzyć tradycyjną Kalwarię w nieodległej Świętej Wodzie na wzór Kalwarii Wileńskiej.

Ówczesne władze uniemożliwiły realizację tego zamiaru. Ksiądz Rabczyński powziął przeto zamysł, by na cmentarzu parafialnym zbudować Drogę Krzyżową. Nawiązując do klasycystycznych tendencji dwudziestolecia międzywojennego zaprojektował ogromne betonowe figury ewangelicznych postaci, w tym aniołów, scalających całość przedsięwzięcia w swoisty „teologiczny tekst”. Umieścił je pośród dekoracji, tworzonych przez zręcznie wkomponowane w drzewa łuki, sklepienia i wazy. W ten sposób cmentarz zmienił swoją tradycyjną postać, stając się przestrzenią mieszczącą w sobie nie tylko groby zmarłych, ale i uobecniając ważne wydarzenia z historii zbawienia. Poprzez wydobycie ekspresywnych walorów betonu, cementu, kamienia polnego, granitu, wkomponowanych w naturalne ukształtowanie terenu, ksiądz Rabczyński uzyskał możliwość oddziaływania na religijną postawę nawiedzających to miejsce wiecznego spoczynku.

Przekraczając bramę wejściową, od razu spotykamy rzeźbę anioła opierającego się jedną dłonią o ścianę z arkadowym przejściem i schodami. Ma on na sobie pofałdowaną, długą, przepasaną szatę, trzyma w lewej ręce wieniec laurowy. Rysy jego twarzy zdają się być przejrzyste, zdecydowane, skrzydła zaś wzniesione ku górze z wyraźnie wycieniowanymi piórami. Na murze stanowiącym z aniołem architektoniczną całość wyryto nieznacznie przekształcony fragment z 2 Listu do Tymoteusza, w tłumaczeniu księdza Jakuba Wujka. Dalej, przy głównej alei widzimy kolejną rzeźbę z betonu i granitu, mianowicie anioła Sądu Ostatecznego dmącego w trąbę, ustawionego na cokole, na którego bokach wyżłobione zostały napisy, odnoszące się do zapowiedzianego sądu Boga nad ludźmi. Ubrany w peplos, czyli długą szatę bez rękawów, spiętą w ramionach, noszoną przez kobiety w starożytnej Grecji, ogłasza realizację Boskich zapowiedzi.

Największe wszelako wrażenie robi zespół rzeźbiarski, znajdujący się w północno-wschodniej części wasilkowskiej nekropolii, przedstawiający Judasza po wydaniu na śmierć Jezusa. Nad całością góruje figura anioła, stojąca na cokole, niczym na głowicy jońskiej, a tuż pod nim ksiądz Rabczyński umieścił zrozpaczonego Judasza, trzymającego bezradnie w lewej ręce sakiewkę z trzydziestoma srebrnikami. Anioł w sposób charakterystyczny dotyka prawą ręką czoła, lewą zaś wykonuje odpychający gest, skierowany w stronę węża z otwartą paszczą, kuszącego pierwszych rodziców, Ewę i Adama. Kompozycję otacza z jednej strony hałda z głazów, z drugiej – balustrada z umieszczoną na niej wazą. Ilekroć staję przed tą zwartą rzeźbą mam nieodparte wrażenie, że uczestniczę w misterium, które i mnie dotyczy, zmusza do korekty pewnych życiowych zapatrywań. Wprowadza w wewnętrzną więź z aniołem, którego nazywam aniołem troski i dogmatycznej wiarygodności.

Pamiętając o tym wszystkim najczęściej zatrzymuję się przy grobie księdza Piotra Bożyka (1923-2023) mojego mistrza duchowego, który pracował w wasilkowskiej parafii od 1964 roku, pod czujnym okiem wspomnianego proboszcza Rabczyńskiego, czyniąc z niej ważną część kultury przykościelnej, a więc takiej, która ówczesnej młodzieży proponowała odmienną od tej narzuconej przez sowieckich włodarzy i ich polskich popleczników wizję świata i rozumienie człowieka, zachowywała świadomość trwałości wielowiekowej jedności państwa polskiego, wyrosłego na zasadach ewangelicznych. Kiedy rzymska oliwka zakwitła na naszych ówczesnych terenach, dopiero wówczas zaczęła się cementować polska tożsamość narodowa i chrześcijański styl życia. Ksiądz Piotr czynił wszystko, żebym nie został wchłonięty w  kołowrót ateizmu i bezbożności, umacniał poczucie duchowej wolności, wskazywał, że miłość, wiara i odpowiedzialność muszą stawać się miarą podejmowanych przeze mnie decyzji. Grób z fascynującą rzeźbą księdza Piotra autorstwa Gracjana Kaji niejako podpowiada, że wszyscy jesteśmy włączeni w ruch wszechświata i odzwierciedlamy jego wzniosłość, a zarazem chłodną niedostępność. W tej sytuacji ważne pozostaje, żeby nie utracić więzi z kruchym światem, z rytmem własnej krwi, z tymi, którzy już odeszli poza widzialną przestrzeń, gdyż wszyscy tworzymy wspólny kosmos, który na pewien czas zamieszkujemy i próbujemy obłaskawić. Ważne jest owo „wspólny”, ponieważ zmarli pozostają z nami w realnym powiązaniu, wstawiają się za nami i nami się opiekują.

Na kartach Starego Testamentu dostrzegamy zaledwie nikłe zaczątki wiary w życie wieczne. Izraelici cieszyli się bliskością i życzliwością Jahwe, ale niekoniecznie przyjmowali idee wiecznej z Nim obecności. Może to sugerować, że „młoda” idea zmartwychwstania nie tyle została „wymyślona” przez ludzi, ile objawił ją sam Bóg. Należy bowiem do tych prawd koniecznych do zbawienia, które jako revelata musiały zostać ujawnione przez samego Stwórcę. Oczywiście, my osoby budujące kulturę i w niej się rozpoznające, dodajemy do tej Bożej aktywności swoje własne wyobrażenia, pragnienia i emocje. Niemniej jednak rozumiemy, że tamten świat nie może być niczym innym, niż tym, co Bóg na ten temat myśli; być może nie jest niczym innym niż On sam. Ktoś rewelacyjnie stwierdził, że tamten świat będzie darem, który Bóg składa człowiekowi z samego siebie na nowym etapie jego życia, co oczywiście nie oznacza zerwania z naszym ziemskim trwaniem. W każdym razie śmierć nie jest jednoznacznym i ostatecznym kresem wszystkiego, co istnieje. Jeżeli z całą egzystencjalną mocą angażujemy się w teraźniejsze sprawy, Duch Boży działa, tworząc za ich pośrednictwem obiecaną przez siebie przyszłość. Oto przejaw chrześcijańskiej radykalnej nadziei, która właściwie odnosi się do śmierci, którą – powiedzmy wyraźnie – można przezwyciężyć.

Dla starożytnych Greków zasada pokonująca śmierć tkwiła w mocy poszczególnej i nieśmiertelnej duszy, natomiast dla chrześcijanina znajduje się ona poza człowiekiem, we wskrzeszającej energii Bożej. Śmierć krzyżowa Chrystusa ukazuje powagę śmierci, ale i jej kruchość, gdyż zostaje ona unicestwiona Bożą miłością. Chrześcijanin przyjmuje, że w śmierci dokonuje się zmartwychwstanie człowieka-osoby, zachowujące to wszystko, czego doświadczył w życiu i historii. Otrzymane w ten sposób nowe życie nie oznacza akceptacji modnej w wielu środowiskach teorii reinkarnacji. Rzeczywisty pozostaje przecież tylko ten oto konkretny człowiek, który cały jest duszą i cały jest ciałem. Żeby to zrozumieć wystarczy codzienne doświadczenie i pytanie: dlaczego jestem tym, kim jestem?; dlaczego jestem taki, jaki jestem? Bo mam takich a takich rodziców, przeszedłem określony szlak edukacyjny, kulturowy i religijny. Wszystko to przynależy do mojej tożsamości. Tymczasem reinkarnacja rozrywa tę jedność człowieka i pozbawia go łączności z Bogiem, dawcą życia wiecznego.

A niebo? Zaczyna się już w ziemskich krajobrazach, kiedy ludzie są sobie nawzajem przychylni w miłości. Ma ono swoją historię. Obecnie jest jeszcze w fazie stawania się, aż do czasu, gdy Bóg będzie „wszystkim we wszystkich” (1 Kor. 15, 28). Nie nastanie jednak wiekuisty spokój. Niebo zawsze będzie przypominało ocean, nieustannie poruszany nowymi przeżyciami, nową jakością istnienia. Nasza pasja poznawania Boga nigdy się nie zakończy, i zakończyć się nie może, jako że Bóg wiecznie będzie odsłaniał barwy i głębię swej miłości. Współczesna refleksja teologiczna w całej rozciągłości potwierdza tego rodzaju opis. Uznaje też, że piekło nie jest karą, obmyśloną przez Boga, pragnącego „wyładować się” na grzeszniku, ale to raczej negatywne zwieńczenie ludzkiej egzystencji, całkowite rozminięcie się z Bogiem. Ono, podobnie jak niebo, dojrzewa w naszym życiu i już teraz może się „rozpętać”. Kiedy poddajemy się perswazjom zła, nie potrafimy wyzwolić się z egoizmu, kiedy jesteśmy niesprawiedliwi i podsycamy społeczny niepokój, wtedy przyczyniamy się do rozwoju czegoś, co tradycyjnie nazwano „piekłem”.

Ten stan zamknięcia się na Boga ma swój początek w ludzkim wnętrzu, które jest zaczynem aktywności wolnej woli, gdzie tkwi źródło wszelkich ludzkich decyzji. Dlatego Bóg szanuje wolność i nie może zmuszać człowieka, aby Go kochał. Sam nigdy nie przestanie kochać człowieka, choć wie, że człowiek może odrzucić tę Bożą sympatię. Traktując poważnie Boga i traktując poważnie człowieka musimy zaakceptować fakt możliwości istnienia piekła. Jest ona strukturalnym elementem ludzkiej wolności. Nie chodzi tutaj o wiarę w piekło. Byłoby to nonsensowne. Przypuszczamy jedynie, że piekło jest prawdopodobne, a dokładniej mówiąc, wierzymy w Boga, którego miłość, jak lubię powtarzać za Varillonem, jest bezradna wobec ewentualności zaistnienia piekła.

Bóg jest „Bogiem dla ludzi” i chce ich zbawienia, choć pozwala na wszelkie akty ludzkiej wolności, nie wyłączając postaw ateistycznych bądź obojętnych na religię. Wie, że ziemska miłość jest miłością na ludzką miarę, a taka miłość to za mało, by osiągnąć stan niebiańskiej pełni. Z tej racji pojawia się myśl o czyśćcu, sformułowana przez Kościół na Soborze Florenckim i na Soborze Trydenckim. Nigdy bowiem nie jesteśmy w stanie wyplenić z siebie egoizmu, a uczestnictwo w życiu Boga właśnie wymaga takiego rodzaju działania. To sens czyśćca. Musimy nauczyć się rezygnować z tej skłonności skupiania uwagi na sobie, z tego, że nie uczyniliśmy wszystkiego, do czego zostaliśmy powołani, że zmarnowaliśmy wiele sposobności do pomnażania dobra, że sporo szlachetnych spraw zaniechaliśmy. Dlatego spotkanie z Bogiem w śmierci to trawiący ogień, przynoszący zbawienne i dobrowolne cierpienie. Dzięki niemu jesteśmy zdolni do prawdziwej, niesamolubnej i dojrzałej miłości. Żarliwie modlimy się za zmarłych, ufając, że oczyszczenie czyśćcowe następuje i przynosi błogosławione owoce.

Uznajemy zatem, że istnieje wzajemny, nadprzyrodzony wpływ świętych znajdujących się w niebie, czyśćcu i na ziemi, dzięki któremu uczestniczą oni w Bożych dobrach tworzonych w Chrystusie i przez Niego; łączność ta słusznie nazywa się wspólnotą świętych. Dlatego z taką gorliwością stajemy nad grobami bliskich, nie wątpimy bowiem, że tak właśnie jest. Przyjmujemy również, że nastąpi koniec świata. Wówczas spełnią się odwieczne zamysły Boga. Chrystus ponownie przyjdzie i ukaże rzeczywiste relacje każdego człowieka ze Stwórcą. Kiedy to nastąpi – nie wiemy, choć na pewno roztoczą się przed nami zawrotne perspektywy. Okaże się w całkowitym wymiarze, co znaczy być człowiekiem i zrealizuje się jednia rodzaju ludzkiego, zamierzona przed Boga, który utworzy wspólnotę odkupionych. Grzech i cierpienie stracą moc, egoizm przepadnie. Wieczność okaże się źródłem radości, pokoju i wzajemnej komunii.

Nawiedzając groby najbliższych, miejmy te myśli w swoich sercach. Kto wie: może będzie nam łatwiej radować się nadchodzącym, imponującym w Bogu, szczęściem. A jeżeli brak nam wiary, to przynajmniej umacniajmy się tym, że ci których ukochaliśmy właściwie nigdy nie umierają, zamieszkują w nas żywych, gdyż miłość buduje ścieżkę, po której biegną do siebie ciała, myśli, wiersze…

ks. JAN SOCHOŃ

Galeria jednej fotografii (51)

To, co zostawiamy po sobie i, co po nas zostaje, fotografowałam już wcześniej. Podobny fragment „ogłoszeniowego nieistnienia” mam z Krakowa, z okolic Wiślnej, kiedy, na przełomie wieków, odwiedzałam redakcję „Tygodnika Powszechnego”. Sztokholmskie ślady ogłoszeń są z sierpnia 2011, kiedy, po rozbiciu namiotu na campingu, ruszyłyśmy z Olą do miasta.

„Ogłoszenia”, Sztokholm 2011, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp

29 września 2023

ELŻBIETA LEMPP

Słowa po dawnych owocach

Tych jabłek od dawna nie ma, nikt nie wie jak wyglądały i smakowały. Nazwy – tylko niektórych – trwają, ale przecież nieżywe, bo nie u przekupek, na targu czy w ogrodzie, tych imion już nikt nigdzie nie wypowie z pytaniem – „po ile?”, to jabłka z ogrodniczych i botanicznych Zaduszek. Zostawiły ślad w miejscach nieprzystających do ich istoty, do bytowania na gałęziach i w koszach, i w zimowych pieleszach ze słomy i trocin po strychach i komorach, bo jedynie w rękopisach i drukach, w graficznych znakach liter, które przecież nie wypełnią ręki owocową krągłością, obietnicą wyczekiwanego, dobrze znanego smaku. Same tylko imiona, w zapiskach klasztornych braci-ogrodników, sylwach, w kuchennych przepisach, jakby te imiona były najważniejsze, no bo jedynie one, właśnie one, okazały się trwałe? Nie wiadomo jak te owoce wyglądały, zostały po nich puste, bezczynne nazwy – same skórki, tak jak czasem mami nasz wzrok piękne na pozór jabłko, wśród liści pod drzewem, a gdy wziąć je w rękę – to to jest niespodziewanie lekka mumia, jakby owocowa wylinka, którą odrzucamy z przestrachem, bo pozbawiły ją ciężaru i treści osy i szerszenie, jeszcze tam może skryte gdzieś w środku? Dawne nieznane jabłka, jak Salomee, Hiacynci, Józefiny, Medardzi, Onufrowie lub Łucje, imiona z alejek Powązek, Rossy czy Łyczakowa, które tak przykuwają wzrok – właśnie same tylko imiona.

Dwieście lat temu przepowiadał sobie te jabłka Łukasz Gołębiowski (Domy i dwory, 1830), te „winniczki, windyczki, balsamki, jestonki, cyganki, wierzbówki, maryjki, pierzgnięta, rzepne, mucyany, lautule, sorby, borsztówki, wanatki, cytrynki i nieskończone mnóstwo innych”. Po tym niezliczonym mnóstwie owocowych bytów, zostały – po zapadłych posiółkach i ogrodach kontynentu – już tylko plecione koszyki, w formie niezmiennej od stuleci, w których te jabłka i gruszki czekały kupca na targowiskach, i zostały jeszcze wysokie a wąskie, plecione z korzeni sosny czy jałowca, kosze do zbierania jabłek i gruszek, wysokie dlatego, by się zbieraczowi (ten na drabinie czy wprost wśród konarów) owoc nie usypał, gdy przytrafi się mocniej zachwiać, a tu i ówdzie – „zbieraczki” do tych dużych owoców, wiszących gdzieś wysoko na gałęziach, robione z rozszczepionej na czworo, na grubszym końcu, długiej świerkowej tyczki, z ostrymi krawędziami do wewnątrz: trzeba ująwszy tymi drewnianymi palcami owoc, szybko i zdecydowanie go „skręcić”, by się wraz z szypułką – oderwał.

JAKUB DOLATOWSKI

Planeta Urbino (I)

1. Kiedy przyjechałem do Urbino, była już późna noc. Przez ciemne szyby niewiele mogłem zobaczyć, jednak dobrze wiedziałem, że kiedy autobus zaczyna wspinać się po krętej drodze, nad nami góruje już Miasto Idealne. Czułem jego obecność […].

W Urbino pałac i miasto są jednym: zaanektowały wzgórze, jakby nie było żadnego „poza”. Nie przypadkiem nazwa miasta nie oznacza wcale „miasteczka”, lecz wywodzi się od łacińskiego urvum, które oznacza słupicę, czyli rączkę prowadzącą pług. Jeśli spojrzeć na Miasto Idealne z lotu ptaka, zobaczymy ostry lemiesz rozcinający falujące aż po horyzont wzgórza Marche. Z profilu całość przypomina wycyzelowaną przez złotnika koronę wieńczącą dostojną, wyniesioną ponad okoliczne wzgórza głowę władcy, którego sama obecność wystarcza, aby na granicy horyzontu powstrzymać napór tego, co niepewne i nieokreślone, atak, który prędzej czy później musi nastąpić. A może nikt jeszcze nie zauważył wroga stojącego u bram?

W istocie Urbino, któremu kształt nadano w drugiej połowie XV wieku za rządów Federica da Montefeltro, będąc miastem idealnym, odzwierciedla przymioty doskonałego władcy, którego Castiglione w swojej książce o dworzaninie nazwał „światłem Italii”. Ten waleczny kondotier i humanista nie tylko prowadził zwycięskie podboje, ale dbał też, aby w jego otoczeniu nie zabrakło nauczycieli gramatyki i filozofii, malarzy i architektów. Nic więc dziwnego, że po dziś dzień w mieście na każdym niemal kroku widnieje książęcy orzeł, a hasło „il Duca” stało się znakiem firmowym Urbino […]. Dzisiaj – przynajmniej dla mnie – miasto jest teatrem pamięci wyzwolonym spod władzy jednostki, palimpsestem, którego warstwy żyją własnym życiem w nieprzeniknionym porządku, raz pulsując światłem, kiedy indziej przygasając. Nie przypadkiem więc mojemu pobytowi w Urbino patronował Paolo Uccello.

2. Paolo di Dono dociera do Urbino mając 70 lat. Czy tylko potrzeba zarobku zmusiła go do podjęcia długiej podróży z Florencji w tak podeszłym wieku? Wprawdzie przybywa do Urbino otoczony nimbem sławy mistrza perspektywy, jednak nie będzie tu aktorem pierwszego planu – Miasto Idealne i Palazzo Ducale wymagają już tylko szlifów. Kilka lat wcześniej na dworze zjawił się Piero della Francesca i to on postrzegany był jako najważniejszy artysta w otoczeniu Księcia, był zresztą twórcą słynnego portretu Federica da Montefeltro i jego ukochanej żony, Battisty Sforzy.

Uccello otrzymał zlecenie wykonania obrazów do ołtarza w kościele należącym do bractwa Corpus Domini, otaczającego szczególnym kultem Eucharystię i wspomagającego ubogich; malarz ukończy w latach 1467-68 jedynie predellę przedstawiającą legendę o sprofanowanej hostii. Historycy sztuki próbują jakoś usprawiedliwiać tak długi i bezproduktywny pobyt w mieście, przypisując malarzowi kolejne dzieła: być może to tutaj powstał jego ostatni znany obraz, Polowanie w lesie; może to Uccello jest autorem jednego z wizerunków miasta idealnego (który obecnie znajduje się w Berlinie), o czym decydować mogłaby ciemna kolorystyka obrazu; pojawiają się nawet sugestie, że to Uccello jest autorem fresków w Sali Bohaterów w Palazzo Ducale. Mimo to nie sposób odgadnąć, dlaczego mistrz w ciągu całego pobytu zrobił tak niewiele. Chorował, był zniechęcony, a może zajmowało go coś innego? A jeżeli naprawdę powodem miały być pieniądze – jak najczęściej się to tłumaczy – dlaczego po prostu wcześniej nie zerwał kontraktu?

Na pozór pobyt Uccella w Urbino doskonale wpisuje się w stworzoną przez Vasariego legendę samotnika obrysowującego za pomocą współrzędnych dostarczanych przez jego oderwany od rzeczywistości umysł rubieże renesansowego kosmosu. W Żywotach malarz przedstawiony został jako aspołeczny maniak opętany studiami nad perspektywą, „samotny, dziwaczny, melancholijny i ubogi”. Nieumiarkowany formalizm miał rzekomo podporządkować jego dzieła „niedobrej manierze, bardziej wzbudzającej litość niż podziw”, która nadawała im „pustkę i suchość”.

Wątek ten podchwycił Marcel Schwob, którego „żywot urojony” jest częściowo upoetyzowaną wizją Vasariego, częściowo zaś projekcją dokonaną przez artystę XX-wiecznego. Oto dzieło pośmiertne malarza okazuje się jedynie zaciśniętym w jego pięści „małym krążkiem pergaminowym, zarysowanym pękami linij, biegnących od środka ku obwodowi i wracających od obwodu do środka”. Również Gustaw Herling-Grudziński powtórzył ten wizerunek: „Starzał się i nikomu już nie przemawiały do wyobraźni jego obrazy, plątanina kresek i znaczków, w której nie rozróżniało się więcej ani ziemi, ani nieba, ani ludzi, ani zwierząt, ani roślin”. Miał pozostawić po sobie jedynie skrzynie wypełnione bezwartościowymi rysunkami. Nie są znani jego uczniowie, a dzieci – Donato, który towarzyszył mu w wyprawie do Urbino i córka Antonia, która wstąpiła do zakonu – choć poszły w jego ślady, zostały przemilczane w annałach historii sztuki (wiemy jedynie, że Antonia to pierwsza wspomniana w historii pittoressa). Jego ostatnie, zachowane we florenckich archiwach słowa, zdają się potwierdzać wizerunek przegranego, złamanego przez życie samotnika: „Jestem stary, bez środków do życia, nie mogę malować, a moja żona jest chora” – ta sama, dużo młodsza od malarza żona, która w relacji Vasariego nie może doprosić się, aby Uccello, pochłonięty studiami nad „słodką perspektywą”, udał się wreszcie do sypialni.

Wydawać by się mogło, że pobyt w Urbino – ostatnie duże zamówienie wykonywane przez malarza – nie dość, że nie osłodził mu u schyłku życia goryczy porażki, to dodatkowo pogrążył w zniechęceniu. Często zwraca się uwagę na zapisy w księgach Corpus Domini, które obejmują skąpe wydatki na rzecz malarza: owoce, chleb, wiązka siana do łóżka w gospodzie (gdzie obecnie mieści się sklep samoobsługowy). Pozwala to przypuszczać, że malarz żył w Urbino skromnie, zbyt skromnie jak na osobę tej rangi. […]

Ważniejsze jest jednak to, że Uccello nie był pierwszym wyborem bractwa. Początkowo ołtarz miał malować niejaki Fra Carnevale, miejscowy malarz, pełniący funkcje proboszcza i książęcego doradcy, o którym niewiele więcej wiadomo. Ten jednak nie podjął pracy i musiał zwrócić zadatek. […]

Wydawać by się mogło, że Uccello jest zaledwie przecinkiem w gęstej narracji bogato iluminowanej księgi urbiniańskiej sztuki, ginie w bogactwie miasta, w którym skumulowały się wszystkie najważniejsze prądy myślowe epoki, niejako zamyka się w sobie. Dla mnie ten przecinek jest jednak prawdziwą „gmatwaniną linii” […].

3. Nic więc dziwnego, że wszystkie linie zbiegu prowadziły mnie zawsze prosto przez kolejne uliczki, a potem przez kolejne sale Palazzo Ducale wprost do jedynego urbiniańskiego dzieła mistrza.

Pięć lat wcześniej znaleźliśmy predellę za grubą szybą, jakby oddzieloną od reszty zbiorów. Nie sposób było walczyć z refleksami układającymi się na całej długości szklanej tafli, która skutecznie utrudniała zamknięcie w jednym spojrzeniu całości, nawet poszczególne sceny były niemożliwe do przeniknięcia wzrokiem. Aby dobrze przyjrzeć się kolejnym fragmentom historii, trzeba było krążyć wokół pięciometrowej deski, szukać prześwitów, a i tak całość widoczna była dopiero z daleka, kiedy zanikały szczegóły.

Paradoksalnie, ten dyskomfort dobrze odzwierciedla zagadkową istotę dzieła Uccella – zarówno treść, jak i forma wymuszają na nas interpretacyjny ruch, który nie jest zwykłą „grą skojarzeń”, lecz zasadniczym warunkiem podtrzymania kontaktu z obrazem. Podobnie jak w przypadku tworzenia i odtwarzania perspektywy, trzeba być blisko i daleko zarazem – we wszystkich miejscach naraz, w zupełnie innej przestrzeni. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że Uccello napisał scholastyczny traktat na temat różnic czasu, pomiędzy wiecznością a wiekuistością, pomiędzy ludzką historią a obejmującym ją boskim bezczasem. Jednak to, co w zamierzeniu mistrza miało być metafizyczną całością, dzisiaj kawałkowane jest przez kolejne interpretacje zmierzające „pod światło” i „ze światłem”, które większą uwagę poświęcają zagadnieniu refleksów i odbić, ukazujących niewiele poza nami samymi.

I choć po latach okazało się, że pancernej szyby już nie ma, a co więcej, predellę pokazano jak należy – razem z obrazem nastawy ołtarzowej – w moich wspomnieniach szyba pozostała […].

Kolejne sceny rozdzielone zostały wystylizowanymi kolumnami, ale historia zachowuje ciągłość dzięki przepływającej przez nie przestrzeni krajobrazu. Predella przypomina swego rodzaju skrzynię lub gablotę, w której złożono kolejne akty historii o sprofanowanej hostii, tak, aby zachowując dystans, móc im się dokładnie przyglądać […].

Zatem przemieszczamy się pomiędzy kolejnymi przegródkami predelli, które przechowują rozmnożony czas i przestrzeń. Najpierw znikają ściany lombardu, w którym chrześcijanka płaci żydowskiemu lichwiarzowi hostią. Potem w plątaninie linii na szachownicy posadzki pojawia się strużka krwi wypływająca z hostii położonej na patelni, potwierdzając obecność prawdziwego Ciała Chrystusa. W strużce krwi otwiera się przepaść, rzucając wyzwanie podzielonemu światu. Wnętrze i zewnętrze, boskie i ludzkie, jednostkowe i absolutne zmierzają do nieuniknionej konfrontacji: zbrojni za chwilę wyważą drzwi. Procesja odwraca się do ich szyku plecami po to, aby złożyć na ołtarzu zranioną hostię, ale światło opowiada własną historię w pogrążającym się w zmroku traktacie krajobrazu, płynąc przez kolejne sceny. Pojawia się anioł, który obwieszcza przebaczenie, choć chrześcijance założono już na szyję sznur. Oparta o pień drabina prowadzi ku koronie drzewa, jakby owocowało – na razie dopiero kwitnie. Ten sam ogień, który odkrył cud hostii, pochłania żydowską rodzinę; między lustrami powtórzeń kroczymy na krawędzi czyśćca. Tam, gdzie zwykliśmy mówić o końcu, pojawia się wiatyk i ołtarz. W ostatniej scenie ktoś próbował dosłownie wydrapać diabły walczące z aniołami o duszę chrześcijanki, jakby już sama ta historia nie była próbą egzorcyzmowania demonów. W punkcie zbiegu musimy zmienić to, co pewne, na to, co niepewne – choć właśnie za to zganił Uccella jego przyjaciel Donatello.

Idealna malarska forma w dojmujący sposób odsłania i uwydatnia bezmiar okrucieństwa rozpisanego na etapy i skondensowanego w kolejnych „przegródkach”. Przerażenie dzieci, krzyki palonych żywcem na stosie, zaślepienie tłumu: nie dziwi stwierdzenie Herlinga-Grudzińskiego, że spotkaniu z tym niewątpliwym arcydziełem towarzyszyć musi „martwa zgroza”. Pisarz widzi tu „manowce, zwyrodnienie i śmiertelne choroby” chrześcijaństwa i za wszelką cenę próbuje usprawiedliwić malarza: a to sugeruje, że Uccello namalował tę historię w miniaturze, bo się jej wstydził, gdzie indziej twierdzi, że malarz oskarża Kościół, umieszczając diabły w ostatniej scenie po stronie ołtarza. Pojawia się też wiele mniej subtelnych interpretacji, których autorzy redukują dzieło do dowodu na nieprzemijający antysemityzm Europy. Joanna Tokarska-Bakir (która zresztą Herlingowi-Grudzińskiemu zarzuca obłudę), dokonuje bezpośredniej paraleli między renesansowym dziełem a Holokaustem […].

Niewątpliwie Uccello, szukając punktu wspólnego między legendą a historią, między cudem a rozumem, poddaje się emocjom, wystarczy przyjrzeć się, w jaki sposób przedstawił los dzieci i ich ciężarnej matki, których śmierć nie jest podyktowana logiką żadnego znanego nam wariantu opowieści. Nie musimy jednak bronić malarza, domyślając się jego „prawdziwych” intencji, zresztą nigdy zapewne nie dowiemy się, jak dookreślił szczegóły i formę zamówienia zleceniodawca i kto zdecydował o tym, że oprawcy żydowskiej rodziny niosą rzymski sztandar oprawców Chrystusa. Wielu badaczy wyraża zdziwienie drastycznością obrazu, którego treść nie przystaje do ówczesnej rzeczywistości: w Mieście Idealnym stosunki z Żydami były poprawne, stanowili oni w Urbino siłę nie tylko ekonomiczną, z którą trzeba się było liczyć. Dość powiedzieć, że gdy predella powstała, oburzeni przedstawiciele gminy poskarżyli się Księciu, a ten, by ich obłaskawić, nie zawahał się ufundować piękną arkę na Torę do miejscowej synagogi, zresztą najstarszą, jaka zachowała się do naszych czasów. Nie można też oczywiście zapominać, co jest głównym tematem: tajemnica transsubstancjacji, ustanowienie święta Bożego Ciała kończące długi spór teologiczny na ten temat, pojawienie się bractwa Corpus Domini. To, co widzimy na predelli, można uznać za rodzaj przeistoczenia dokonującego się na styku ludzkiej i nadprzyrodzonej rzeczywistości, spotkanie między dosłownością życia a symboliką określających je tajemnic. Z pewnością obraz ufundowany przez (lub dla) Corpus Domini był elementem złożonej gry etyczno-światopoglądowej i miał piętnować żydowską lichwę w momencie, gdy zaczęły się pojawiać w tej części Włoch inne „kasy zapomogowo-pożyczkowe” Monte di Pietà. Toczyła się tu zapewne również gra polityczna z nastawionym antysemicko papiestwem, dla którego Urbino było łakomym kąskiem: aneksja księstwa przez Państwo Kościelne w XVI w. doprowadziła do zamknięcia getta i zmarginalizowania znaczenia Miasta. Rację ma pewnie Dana Katz, pisząc o przemocy symbolicznej i swoistym ostrzeżeniu skierowanym do żydowskiej społeczności. Wydaje mi się jednak, że trzeba dostrzec „coś więcej”. Jeżeli predella nie jest ani świadectwem, ani zapowiedzią prześladowań, tak samo nie jest też czczym i niewinnym popisem estetycznej formy. Jednak czy wystarczy przyjąć, że spotyka się w niej nadprzyrodzony dogmat z nieprzejednaną siłą ludzkiego świata? Malarz z pewnością chciał, jak to określa Herling, być „eksploratorem przepaści dzielącej upadłego człowieka od Boga”, najważniejszy pozostawał jednak dla niego całościowy obraz rzeczywistości, który można w ten sposób odnaleźć. Według Herlinga również „prześladowania i wiara w ich słuszność musiały się z czegoś wziąć, z czegoś, co należy do historii chrześcijaństwa”, a Uccello jest „wewnątrz tej walki”, która toczy się wśród ludzi o interpretację symboliki chrześcijańskiej, „wchodzi w konkretną historię Kościoła”.

Nie jestem zwolennikiem umieszczania predelli na jednym ze skrajnych biegunów chrześcijaństwa, jednak w pełni zgadzam się z Herlingiem-Grudzińskim, kiedy próbuje odnaleźć w dziele Uccella zupełnie inną perspektywę: „Chodziło mu o przedstawienie wszechświata jako odbicia w oku Boga”. Widziałbym to dążenie w szaleństwie studiów nad perspektywą, ale również w predelli, gdzie perspektywa jest narzędziem służącym mediacji pomiędzy boską a ludzką rzeczywistością. Nie chcę Uccella ani usprawiedliwiać, ani oskarżać. Po prostu uważam, że w swych poszukiwaniach miejsca, z którego mógłby objąć cały świat, zaszedł tak daleko, że świat stał mu się całkiem obcy. Malarz próbuje przedstawić absolutną kosmiczną całość w skali jeden do jednego, niczego nie pomijając, zestawiając to, co jest, z tym, co dopiero możliwe. Wszystko to zamyka się w jednym słowie, które można wywieść ze sporu o Eucharystię jako „realny symbol” poprzedzającego i projektującego temat predelli: obecność. Ten świat łączy w sobie to, co ludzkie i nieludzkie. Siłą, która spaja to wszystko na predelli, jest krajobraz swobodnie przepływający przez kolejne sceny – i właśnie po ten krajobraz wróciłem do Urbino.

MAREK PACUKIEWICZ

Fragment książki „Rozmowy zamiejscowe” (w przygotowaniu).

Mistrzowie czy oszuści?

Przypis do eseju „Labirynt nad morzem”

Zbigniewowi Herbertowi w setną rocznicę urodzin

Kilka majowych dni spędziliśmy razem z An na Krecie. Dla An był to sentymentalny powrót na wyspę, którą odwiedzała od lat wspólnie ze zmarłym niedawno T. Ł., dla mnie zaś – okazja do tropienia kolejnych wątków mitu śródziemnomorskiego. Ale tutaj, w Heraklionie, znalazłem się tego deszczowego dnia sam, choć może nie całkiem sam, skoro towarzyszył mi Cień… W kawiarni noszącej stosowną nazwę „Kirkor”, na placyku przy fontannie Morosiniego, znaleźliśmy wolny stolik.

Zamówiwszy kieliszek wina i wyrabianą na miejscu bougatsę z nadzieniem serowym, zapaliłem papierosa i próbowałem uporządkować myśli. Cień zaś – jak to cień – milczał znacząco. Był ciekaw moich wrażeń po wizycie w Knossos i w Muzeum Archeologicznym w Heraklionie. Pamiętałem, co pisał w Labiryncie nad morzem: „Otóż malowidła ścienne, jakie ukazały się oczom archeologów odkopujących pałac w Knossos, znajdowały się w bardzo złym stanie, pokryte warstwą popiołu, i za byle dotknięciem rozsypywały się w proch. Leonard Cottrell w książce Byk Minosa mówi, że Sir Arthur Evans, odkrywca Knossos, «słusznie zaangażował znakomitego szwajcarskiego artystę, pana Gilliéron, który posiadał nadzwyczajne uzdolnienia do cierpliwego zbierania razem drobnych, ocalałych fragmentów, wrażliwego i ścisłego odtwarzania tego, co zaginęło, a potem wykonania dokładnej reprodukcji, która była umieszczana na ścianie w miejscu, gdzie znajdował się oryginał». Nie udało mi się nigdzie natknąć na własne prace mistrza Gilliérona czy choćby na wzmianki o tym artyście, ale podejrzewam, że Evans zaangażował go nie z powodu rzekomych talentów, które wychwala Cottrell, ale dlatego, że był posłuszny wizji odkrywcy. Nie bardzo rozumiem, dlaczego fantazje Szwajcara na temat kreteńskich fresków figurują w podręcznikach historii sztuki jako oryginały”.

Cóż, ja też nie rozumiałem, skąd te zachwyty na widok Księcia wśród lilii, skoro z oryginalnego fresku odkrytego przez Evansa zachowały się tylko łydka, część uda, fragment klatki piersiowej ze zgiętą w łokciu prawą ręką i niewielka część bicepsa lewej ręki.

Niczym Gałkiewicz z Ferdydurke nie umiałem pojąć, „jak zachwyca, jeśli nie zachwyca”. Cień nie spuszczał ze mnie oka, licząc na to, że nie poprzestanę na cytowaniu jego własnej książki. Nie zawiodłem go, bo odrobiwszy wcześniej zadaną mi przez niego lectio, „pogrzebałem w literaturze przedmiotu”, by dowiedzieć się czegoś więcej o niejakim Émile’u Gilliéronie. Gdyby Cień miał pod ręką narzędzie w postaci internetu, nie zawracałbym dzisiaj głowy ani jemu, ani Czytelnikom „Księgi Przyjaciół”… Ale nie miał, zatem pora na garść informacji.

Urodzony w 1850 roku w Villeneuve w Szwajcarii, Gilliéron chodził do szkoły w Bazylei, studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Monachium, gdzie mógł mijać się na korytarzu z Wojciechem Kossakiem, w latach 1875-1876 terminował w pracowni niejakiego Isidore’a Pilsa w Paryżu, który miał wówczas swoje pięć minut jako wykonawca kilku fresków sufitowych w Opéra Garnier. W 1876 roku Gilliéron wyjechał do Grecji, gdzie przez blisko dwadzieścia lat pracował jako rysownik dla Heinricha Schliemanna i innych archeologów. W 1896 roku zaprojektował serię znaczków pocztowych upamiętniających pierwsze nowożytne igrzyska olimpijskie w Atenach. Uczył rysunku dzieci greckiej rodziny królewskiej i młodego Giorgio de Chirico. W kwietniu 1900 roku zatrudnił go Arthur Evans, który zanotował wówczas w swoim dzienniku, że gdy tylko Gilliéron przybył do Knossos, „natychmiast zaczął układać fragmenty fresków jak puzzle”. Efekty tych układanek oglądać możemy dzisiaj w Muzeum Archeologicznym w Heraklionie, ale na tabliczkach z informacjami o danym fresku nie sposób dopatrzyć się choćby najkrótszej wzmianki o tym, że nie są to oryginalne dzieła wykonane przez Minojczyków…

W 1908 roku do Émile’a Gillierona dołączył jego syn, również Émile, urodzony w 1885 roku w Atenach, świeżo po studiach w paryskiej Académie des Beaux Arts. Co dwie głowy (i para rąk), to nie jedna, układanie puzzli szło więc teraz pełną parą. Ku zadowoleniu Evansa, który w ruinach pałacu w Knossos zaczynał już dostrzegać jego dawnych rezydentów i rezydentki. W jednym ze sprawozdań ze swoich prac, które publikował między innymi londyński „Times”, Evans bez zawstydzenia puszczał wodze wyobraźni: „[…] jak na miniaturowych freskach z Sali Północnej Pałacu, zdawało się nam, że widzimy [we seem to see… (sic! JMK)] damy dworu w ich wspaniałych nowoczesnych strojach ściągniętych w talii i z bufiastymi rękawami, siedzące w grupach i wymieniające spojrzenia z eleganckimi młodzieńcami na dziedzińcu poniżej – czarnookimi, o ciemnych, opadających lokach, o nagich, muskularnych ramionach, z metalowym bogato zdobionym pasem lub haftowaną przepaską na biodrach”.

Jako główni rysownicy i rekonstruktorzy w otoczeniu Evansa, Gilliéronowie byli odpowiedzialni, być może bardziej niż ktokolwiek inny poza samym archeologiem, za mocno podkolorowaną wizję społeczeństwa minojskiego. Z garstki puzzli stworzyli obraz, który odpowiadał współczesnym gustom, a te kształtowała wówczas art nouveau. W autobiografii wydanej w 1974 roku Kenneth Clark stwierdzał uderzające podobieństwo fresków z Knossos do style dix neuf cent [1]. A dużo wcześniej Evelyn Waugh, który odwiedził Knossos i Heraklion pod koniec lat dwudziestych XX wieku, podejrzewał wprost, że rekonstruktorzy fresków musieli naoglądać się okładek „Vogue’a” [2]… Nieco mniej ironicznie, choć równie przekonująco ujmowała to Ludwika Press, zmarła w 2006 roku badaczka antyku i archeolożka, autorka znanej zapewne Cieniowi książki Życie codzienne na Krecie w państwie króla Minosa (PIW 1972): „Malarstwo ścienne na Krecie bardziej przemawia do dzisiejszego człowieka niż inne formy sztuki. Ale między dzisiejszym widzem a oryginalnym dziełem z I tysiąclecia staje niekiedy artysta-konserwator, który z zachowanych fragmentów tworzy nowe jakości” [3].

Z rekonstruowania dzieł sztuki starożytnej na potrzeby archeologów Gilliéronowie – ojciec i syn – uczynili lukratywny interes. Ich pracownia pod nazwą E. Gilliéron et fils działająca w Atenach przy ulicy Skoufa 43 sprzedawała kopie fresków i artefaktów z epoki brązu wykonywanych w modnej wówczas technice galwanoplastyki. Przedsiębiorczy Gilliéronowie współpracowali z Württembergische Metallwarenfabrik (WMF), wiodącym producentem niklowanej zastawy stołowej w Geislingen w Niemczech. Katalog wyrobów ojca i syna, zatytułowany Galwanoplastyczne kopie starożytności mykeńskich i kreteńskich (minojskich) doczekał się dwóch wydań, a poważnym wstępem opatrzył go dr Paul Wolters, dyrektor monachijskiej Gliptoteki i były sekretarz Cesarskiego Niemieckiego Instytutu Archeologicznego w Atenach…

© The Fund for Mediterranean Archaeology/Equinox Publishing Ltd., 2005

Przed wybuchem I wojny światowej pozłacane kopie mykeńskiego pucharu z Vaphio można było kupić po 75 marek za sztukę. Repliki mieczy mykeńskich firma E. Gilliéron et fils oferowała w cenie 160 marek, ale najdroższymi przedmiotami były głowy byków z Myken. Chętnych nie brakowało. Podróbki trafiały do tak szacownych instytucji, jak South Kensington Museum (obecnie Victoria and Albert Museum), Metropolitan Museum of Art, University College Dublin, Winckelmann Institute, Harvard University, uniwersytet w Montpellier, Ashmolean Museum, Fitzwilliam Museum z Cambridge i do wielu innych.

Cień nadal milczał, choć po jego minie poznałem, że czeka na jeszcze jeden cytat z jego Labiryntu nad morzem, zapewne dlatego, bym pamiętał o proporcjach, bym nie ulegał łatwej pokusie oceniania innych, nawet tych, co kopie biorą za oryginał. Zapaliłem papierosa, sięgnąłem po książkę wydaną w 2000 roku przez Zeszyty Literackie i na stronie 55 przeczytałem: „Nie ma innej drogi do świata, jak tylko droga współczucia”…

Powoli opuszczała mnie złość na Gilliérona i jemu podobnych. Deszcz przestał padać i nad placykiem przy fontannie Morosiniego pokazało się słońce.

Kreta-Bogdany Wielkie, maj-październik 2024

JAN MARIA KŁOCZOWSKI

PS. Szukając informacji o Gilliéronie, korzystałem m.in. z eseju Mary Beard, Knossos: Fakes, Facts, and Mystery, „The New York Review of Books”, 13 sierpnia 2009 oraz z iście detektywistycznej książki Kennetha Lapatina – Mysteries Of The Snake Goddess: Art, Desire, And The Forging Of History, Da Capo Press, Boston 2002.

[1] Por. K. Clark, Another Part of the Wood: A Self Portrait, Londyn, J. Murray, 1974, s. 107.

[2] E. Waugh pisze o tym w swoim dzienniku śródziemnomorskim wydanym w 1930 roku pod znaczącym tytułem Labels [etykiety, naklejki].

[3] Ludwika Press, Z rozważań nad twórcami kultury minojskiej. W: „Studia i materiały archeologiczne” 1995 nr 8, s. 35.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek