HOME

***

panie wiem że nie w twojej mocy odmienić nurt strumienia tym bardziej bieg życia kiedyś myślałem że czuwasz popychasz mnie lekko na rozstajach bym nie chybił właściwej drogi nie musiałem myśleć o sobie podziwiałem roztropnych i wielkodusznych powierzali mi swoje rękopisy abym zrobił z nich dobry użytek to znaczy podarował je czytelnikom latami rozważałem cudze sprawy służba weszła mi w krew wierzyłem że wszystkie drogi stoją przede mną otworem może i tak było ale żadną z nich nie poszedłem zadowalając się czytaniem drogowskazów aż zrobiło się późno każdy ranek zapowiadał zmierzch zrządzeniem losu a prawdę mówiąc dzięki protekcji basileus powierzył mi bibliotekę aleksandryjską pełną papirusów zdolnych spopielić glob dawno już na to zasłużył mówią w uniesieniu jedni dopóki możemy się doliczyć stu sprawiedliwych wart jest ocalenia mówią inni i z tymi sympatyzuję co komu po troi przemienionej w zgliszcza wieczorem widok nieba nad museionem chmura słów świeci jak latarnia na faros a morski wiatr rozsiewa je na dwanaście stron świata

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

 

 

19 kwietnia

To króciutka notatka, na szybko, bez większego ładu. Bo nosiło mnie dziś z kąta w kąt; tym razem nie ułożyło się i nie pojechałem do Warszawy. Zacząłem machinalnie grzebać przy czymś, co od dawna mnie męczyło, ale w czym do tej pory niczego nie umiałem znaleźć: pod ręką miałem tylko fotografie kilku handlowych ofert z przedwojennego Wilna, cenników nasion do ogrodu i na pola, firmy „F. Szyk i Synowie” (okładkę strojnego, wielokolorowego cennika, bo na czterdziestolecie firmy, litografował Jakub Najszul). Nic nie znajdowałem; w głowie miałem tylko znanego grafika tegoż nazwiska, no ale to był Łodzianin, z zupełnie innych sfer niż drobni wileńscy kupcy czasów kryzysu. A dziś, 19 kwietnia, od razu w kilku miejscach, w digitalizowanych drukach sprzed wojny – dwu wydaniach „Monitora Polskiego”, jakimś wileńskim druku urzędowym, i w wileńskim „Słowie”, natrafiłem na notki. Króciutkie, ale i czegóż by się spodziewać więcej. Do tej pory nie miałem nic – rozbijałem się nawet o nierozwikłany inicjał, o to „F.”. Teraz już wiem, że ten, kto w wileńskich Halach miał stoisko z nasionami dla ogrodu i na pole, z nawozami i ogrodniczymi narzędziami, ten, dla którego nie miałem nawet imienia (jak kiedyś, w podobnych poszukiwaniach, dla botanicznego słownikarza, Lejby Pawego, ofiary Zagłady) to był Fajwusz, czyli – Fajwel Szyk. Te cenniki wydawał już jako człowiek stary (jeden wydali już tylko synowie, pod dawnym szyldem), pod sam koniec życia – umarł dokładnie dwa lata przed wojną (firmę miał od 1898, po drodze jeszcze, zapewne chwytając się różnych rzeczy w najgorszych latach kryzysu, handlował i tytoniem, do spółki z Gercem Szabadem). Handel odziedziczyli synowie, teraz już wiem, że było ich trzech i znam ich imiona (to daje ulgę, choć to niby nic – no ale jednak są to Imiona!), to Ezechiel, Salomon i Samuel.

 

 

To z czasów tuż przed Zagładą, pewno nikt nie przeżył, wszystko starte i rozproszone. We czterech Szykowie handlowali też nasionami kilku gatunków drzew, na marginesie tego, co dawało zasadniczy dochód – obok nasion kwiatów, roślin okopowych i miododajnych czy obok nawozów. I właśnie te drzewa, których nasiona sto lat temu sypali klientom w kantorze na Zawalnej do papierowych torebek czy do płachty wyrwanej z gazety i zwiniętej w tutkę, któreś z tych drzew bez wątpienia, to jasne, rośnie do tej pory w Wilnie czy w okolicach.

JAKUB DOLATOWSKI

Lipowa 23

PSB to nie tylko Polski Słownik Biograficzny, ale też Podkowiański Słownik Biograficzny, który zacząłem układać jeszcze w czasach podziemnych, ostatnimi laty wzięła się za niego grupa lokalna, a i ja pisuję tam nowe hasła. Słownik jest dostępny na stronie Towarzystwa Przyjaciół Miasta-Ogrodu Podkowa Leśna. Końca roboty nie widać, bo w ciągu stu lat, jakie minęły ab urbe condita mieszało tu wiele osobistości, inne zaś przebywały na wilegiaturze. W końcu – a może przede wszystkim – trafiają do słownika zasłużeni dla społeczności lokalnej, na przykład nauczyciele i lekarze.

Przy ulicy Lipowej 23 w latach trzydziestych mieszkał Aleksander Hertz. Nieco bardziej na wschód miał swój dom jego kuzyn, poeta Benedykt Hertz (któremu lokalna legenda przypisuje nazwanie wszystkich ulic w Podkowie w strefach: drzew, kwiatów, zwierząt i ptaków), a opodal wynajmował mieszkanie jego brat, aktor Henryk Hertz-Barwiński. Wprawdzie założyciele miasta-ogrodu zastrzegli, że mogą tu nabywać ziemię tylko chrześcijanie, cóż jednak począć: Hertzowie byli ochrzczeni.

 

 

Usiadłem właśnie do pisania biogramu Aleksandra Hertza, przypominając sobie przedwojenne, a wznowione w 1994 roku Szkice o totalitaryzmie, a wśród nich tak aktualne i w naszym świecie, jak: Militaryzacja stronnictwa politycznego, Posłannictwo wodza i Drużyna wodza. Prawda, że tytuły zachęcające?

Hertz, powołując się na znaną bajkę Kiplinga, uważał się za kota chadzającego własnymi drogami. Z uniwersytetami było mu nie po drodze, ale wykładał na przykład w Państwowym Instytucie Sztuki Teatralnej i przy okazji stworzył taką dziedzinę wiedzy, jak socjologia teatru. Pisał dobitnie i klarownie.

W czasie wojny znalazł się w Nowym Jorku, gdzie założył antykwariat, który prowadził do końca życia, a przy tym, zachęcony przez Jerzego Giedroycia wrócił do pisania, tak powstała jego fundamentalna książka Żydzi w kulturze polskiej, ale też Amerykańskie stronnictwa polityczne.

Dla mnie w tej chwili najważniejsze są jego dwie książki autobiograficzne, przede wszystkim, wydane w 1979 roku Wyznania starego człowieka. Nie jest to pamiętnik sensu stricto, bo wprawdzie Hertz co i rusz ogląda się w przeszłość, ale (to jego formuła) idzie naprzód. Analizuje, przewiduje, a czasem wątpi w swoje przewidywania.

Wspomnienia to sylwetki bliskich mu ludzi, takich jak Rafał Marceli Blüth, Stanisław Vincenz, czy tylko oglądanych z bliska, jak Oskar Lange (przykład fatalnego połączenia uczoności z ambicjami politycznymi), Mieczysław Grydzewski, czy Janusz Korczak. I właśnie w sylwetce Korczaka pojawia się rodzaj szczerości, charakterystyczny dla Hertza. Szczerość wymaga przyznania się do błędów. A błędem jego zdaniem było to, że chciał wciągnąć Starego Doktora w analizę porównawczą systemów edukacyjnych. Czym byłaby taka dyskusja, od której Korczak zręcznie się wykręcił, wobec jego codziennych zajęć w Domu Sierot? W innym miejscu, w rozdziale o Zdzisławie Zmigryderze-Konopce Hertz ze szczegółami opowiada, jak odmówił mu odkonwojowania do granicy jeńca sowieckiego, „żeby po drodze nie spotkała go jakaś krzywda”. „Dotąd – dodaje stary człowiek – z uczuciem zawstydzenia myślę o całej tej sprawie”.

 

 

Druga książka autobiograficzna, to wydane wiele lat po śmierci Hertza (zmarł w 1983 roku) Późne listy z Ameryki, wysyłane do Hanny i Jana Garewiczów w latach 1976-1982, dające esencję jego spojrzenia na świat, jego obaw i minimalnego optymizmu – „hertzowskiego” – jak go nazywał.

Mieszkanie w Podkowie Leśnej przy ul. Lipowej 23 było nie tylko miejscem pracy pisarskiej. Tu regularnie odbywały się niezależne spotkania dyskusyjne. Gustaw Herling-Grudziński, tak wspominał seminarium z sierpnia 1939 roku z udziałem między innymi Ludwika Frydego i Rafała Marcelego Blütha: „W powietrzu wisiała wojna. […] Siedziałem jak trusia w kącie, usiłując nie uronić ani słowa z tego, co mówili znakomici goście Aleksandra Hertza. Nie rozmawiali o nadchodzącej wojnie, choć oczywiście przenikała wszystkie ich myśli. Tematem rozmowy była Historia Europy w XIX wieku Crocego. Gospodarz wyznaczył ten temat w zaproszeniach. Po tylu latach cóż mogę pamiętać z rozmowy w Podkowie Leśnej? Nikłe strzępy. Dwa głównie. Twierdzenie Crocego, że w XIX wieku zakwitła, dojrzała i zapuściła w Europie korzenie «religia wolności». Oraz jego głębokie przekonanie, że nie udadzą się próby jej wykorzenienia”.

Na spotkanie do Podkowy nie dotarli Jerzy Stempowski i Tymon Terlecki. Tym samym stracili możliwość wejścia do historii miasta-ogrodu.

PIOTR MITZNER

Nad Owidiuszem (16)

Do Wenecji jechałem z przekonaniem, że ten kilkudniowy pobyt uznać trzeba będzie za fiasko, o ile nie wrócę znad laguny z własnym egzemplarzem łacińsko-włoskich Metamorfoz.

Z Włoch staram się przywozić zawsze jakąś książkę po włosku. Było tak nawet wtedy, gdy jeszcze niewiele, albo prawie nic, w tym języku rozumiałem. Jedne z nich czytałem, inne tylko kartkowałem, jeszcze inne stoją na półce do dziś nietknięte. Wielki bibliofil naszych czasów, Umberto Eco, znany z posiadania wielu tysięcy książek i ciągłego powiększania swego księgozbioru, mawiał, że absurdem jest podejrzewać go o to, iż wszystko, co ma, czytał lub planuje przeczytać.

Książki określają horyzont. Mówią o stronach, z których się przybywa, i tych, w które się zmierza; opowiadają przygody przebyte i niebyłe, prawdziwe i zmyślone; zapoznają nas z postaciami o wiele prawdziwszymi aniżeli ludzie spotykani na ulicy, bo oparły się one – za sprawą kunsztu ich stwórców – niszczącej sile czasu; zdania, passusy, księgi są jak prawidła, jak zasady fizyki. Czytać to żyć. A życie bez literatury to życie bez kodeksu, bez nadziei, bez powietrza.

Książka, którą za tym wyjazdem zamierzałem kupić, nieraz już w którymś z oddziałów Feltrinelli czy Mondadori przechodziła przez moje ręce; tym razem nie mogło skończyć się na oglądaniu. Chodziło o te Metamorfozy, które przełożył Piero Bernardini Marzolla (niedawno zmarły), a przedmową opatrzył Italo Calvino. Rzecz, nakładem Einaudi, ukazała się dwujęzycznie (testo latino a fronte) w 1979 roku, potem w 1994, a wreszcie – i to wydanie upolowałem – dekadę temu, bo w 2015 roku.

 

 

Rynek wydawniczy włoski (jak brytyjski) niezmiennie mnie zachwyca i za każdym razem – zupełnie tak, jak gdyby to była moja pierwsza wizyta w zagranicznej księgarni – wprawia w osłupienie. Niezależnie od tego, czy chodzi o księgarenkę w zaułku rzadko odwiedzanej uliczki, czy o eksponowany punkt którejś z sieci ogólnokrajowych (gdzie siłą rzeczy sprzedaje się także tytuły modne, więc i jak moda przemijające) – wszystkie te miejsca powstały i trwają z myślą o czytelnikach-poszukiwaczach.

Nie pamiętam księgarni włoskiej – od Rzymu po małe miasteczka, w której nie znalazłby się choć regalik z dobrą serią poetycką, ambitną eseistyką humanistyczną czy zachwycającymi starociami, po które w Polsce trzeba pielgrzymować do wyspecjalizowanych antykwariatów. Rzadkością jest też brak we włoskich księgarniach działu z edycjami grecko- czy łacińsko-włoskimi, ale tu w ogóle nie ma o co kruszyć kopii, skoro u nas książek dwujęzycznych (oryginał z przekładem) prawie w ogóle się nie wydaje. Ba, słowo: „bilingwa” (tj. dwujęzyczna edycja książki) nie występuje w ogóle w słowniku polszczyzny.

(Problem, który tu podnoszę zupełnie przecież marginesowo, jest pokłosiem rugowania od dawna edukacji klasycznej – a proces ten jest starszy niż zwariowana transformacja lat 90. minionego stulecia czy nawet PRL, i, uważam, specyficznie nasz – i idącego za tym „upośledzenia humanistycznego”, nawet u osób posiadających dyplomy uczelni wyższych.

Seria dwujęzyczna Austerii – duży format, ascetyczna szata, tłumaczenie odbite w lustrze oryginału – jest ewenementem. Ma też jednak bardzo określony, kolekcjonersko-antykwaryczny charakter, co czyni ją inicjatywą z definicji niszową; publikacje takie zaspokajają nasze potrzeby nade wszystko estetyczne. Kiedy jednak uświadamiam sobie, że wydany tam Homer w tłumaczeniu Wittlina jest jedynym takim, tj. bilingwicznym wydaniem u nas… – czuję wstyd: nie za siebie w tym akurat przypadku, ale za całe pokolenia humanistów. Żadne z wielkich, renomowanych wydawnictw, na czele z Ossolineum, nie miało i nie ma w swojej bogatej ofercie serii klasyki literatury tak prezentowanej.

Ale nawet wielowiekowe istnienie literatury polskiej łacińskojęzycznej – na czele z Kochanowskim i Fryczem – zbywa się przecież w sali lekcyjnej jednym okrągłym komentarzem; o Janickim i Sarbiewskim nie mówi się chyba wcale. Polacy poszli za Rejem, bo przecież – nie gęsi!)

La Toletta (wedle tradycji nazwa pochodzi od słowa toleta, czyli mała deska, służąca za mostek do przejścia nad kanałem) to księgarnia obecna w tym samym miejscu i rękach tej samej rodziny od 1933 roku. Zaczynała jako punkt sprzedaży podręczników, by z czasem stać się schronieniem dla czytelników z prawdziwego zdarzenia. Dziś jest to miejsce niemal legendarne: nie tyle szuka się tu książek, ile pozwala się im odnaleźć siebie. La Toletta – tu Wenecja przemawia nie przez wodę i kamień, lecz przez papier i druk. I pamięć.

 

 

Egzemplarz Metamorfosi, który znalazłem na półce nie był w stanie idealnym: miał zagięcia i zabrudzenia. Być może ktoś odłożył go nieuważnie, a być może ucierpiał podczas transportu. Zabrałem go i spytałem właściciela, czy nie dysponuje egzemplarzem niezniszczonym. Oczywiście, dysponował. Poprosił tylko o kilka minut cierpliwości i rzucił pracownikowi, by przyniósł mu książkę z magazynu znajdującego się kilka ulic dalej. Podobną sytuację miałem przed laty w Salonikach, gdzie w ofercie pewnej maleńkiej oficyny (i tylko tam!) znalazłem rzadkie wydanie utworów prozą Konstandinosa Kawafisa – jako że egzemplarz mieli w magazynie, a magazyn w innej dzielnicy miasta, to podali mi kawę i przekąski. Za to, między innymi, przybysz z Północy kocha świat śródziemnomorski…

Calvino pokazuje Owidiusza jako autora, który dar narracji dziedziczy po opowiadaczach ze Wschodu, i – zarazem – którego świadomość słowa antycypuje tę naszą. Tak. Owidiusz wyrasta jakby z innych czasów niż te, do których go „przypisano”. Rzeczywistość w jego poezji jest płynna – jak u filozofów XX i XXI wieku; in statu nascendi znaczy tu tyle co in statu moriendi.

„Znajdujemy się w wszechświecie, w którym formy szczelnie wypełniają przestrzeń, nieustannie wymieniając się właściwościami i wymiarami, a nurt czasu wypełnia się nieprzerwanym rozrastaniem się opowieści i cykli opowieści. Formy i historie ziemskie powtarzają formy i historie niebiańskie, lecz jedne i drugie oplatają się nawzajem w podwójną spiralę. Bliskość bogów i ludzi – spokrewnionych z bogami i będących przedmiotem ich kompulsywnych namiętności – to jeden z głównych tematów Metamorfoz, ale stanowi on tylko szczególny przypadek bliskości wszystkich figur i form istnienia, antropomorficznych lub nie. Fauna, flora, królestwo minerałów, firmament – wszystko to wchłania w swoją wspólną substancję to, co zwykliśmy uważać za ludzkie: zespół cech cielesnych, psychicznych i moralnych”.

Czytanie Metamorfoz jako poetyckiej encyklopedii mitów jest ledwie muskaniem powierzchni wody, w głębinach której buzuje życie. Owszem, mitologia stanowi temat, ale to mitografia – brawurowa, poetycka zabawa w bogów – jest kluczem do zrozumienia samej istoty rzeczy.

Dla Stendhala literatura to lustro przechadzające się po gościńcu. Dla Owidiusza jest ona raczej – by użyć frazy Calvino – „płynnym lustrem” (liquido specchio), zwierciadłem zaklętym, w którym ukazuje się świat paradoksalnie może prawdziwszy, bo nieuchwytny, niejasny, niepojęty. Jak Wenecja, o której Krzysztof Pomian pisał w pięknym o niej eseju: „miasto zawieszone między niebem a morzem i podwojone niejako grą wodnych odblasków i odbić, które nakładają się na siebie, przepływają jedne w drugie, zmieniają zarysy i odcienie, rozpadają się i skupiają, tworząc łącznie, zwłaszcza w słoneczny dzień, ruchomy splot świetlistych plam barwnych, utrwalony, jak chyba nigdzie indziej, na płótnach Turnera”.

JACEK HAJDUK

 

Portret Juliusza Balickiego

W tym roku mija sto lat od wydania podręcznika Kraj‎ ‎lat‎ ‎dziecinnych. Pierwszy rok nauki języka polskiego w szkołach średnich ogólnokształcących (Lwów–Warszawa–Kraków 1926) z ilustracjami Edmunda Bartłomiejczyka (okładka i cztery całostronicowe tablice w kolorze), Zygmunta Kamińskiego i Władysława Skoczylasa. Tytuł i motto książki pochodziły oczywiście od wieszcza Adama. Przeznaczona była dla dzieci w wieku od 10 do 14 lat, tj. dla trzech najniższych klas ośmioletniego gimnazjum. Poza tekstami gwiazd polskiej literatury – jak Maria Dąbrowska, Piotr Choynowski, Ferdynand Goetel, Kazimiera Iłłakowiczówna, Juliusz Kaden-Bandrowski, Jan Kasprowicz, Zofia Kossak-Szczucka, Kornel Makuszyński, Zofia Nałkowska, Janina Porazińska, Wacław Sieroszewski, Kazimierz Wierzyński, Emil Zegadłowicz – zawierała przysłowia ludowe na każdy miesiąc roku szkolnego. Czytanki podzielono również na dziesięć cykli odpowiadających miesiącom nauki. Dodatkiem na końcu tomu był Skarbczyk poezji, czyli utwory klasyków: Ignacego bp. Krasickiego, Franciszka Karpińskiego, Aleksandra Fredry, Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Wincentego Pola, Władysława Syrokomli, Marii Konopnickiej, Stanisława Wyspiańskiego i Lucjana Rydla. Chociaż zbiór miał pozornie charakter wypisów z lektur, to składał się z tekstów oryginalnych, napisanych specjalnie do tego podręcznika, na zamówienie jego redaktorów i Wydawnictwa Ossolineum; dzięki temu nowatorskiemu rozwiązaniu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyki i grona pedagogicznego. Książka doczekała się kilku wydań – w 1927, 1930 i 1931 roku. Stała się zaczątkiem całej serii efektownych pomocy szkolnych, które w II Rzeczpospolitej zyskały status kultowych.

Kazimierz Króliński przewidywał, że „książka ta będzie stanowiła przełom w dziedzinie prac literackich dla dziecka, że przede wszystkim podręczniki szkolne oprą się na tych nowych zasadach” [1]. Mieczysław Opałek, lwowski historyk i poeta, współzałożyciel Towarzystwa Miłośników Książki, zachwycił się Krajem lat dziecinnych od pierwszego wejrzenia: „Choć szata zewnętrzna, żywy i pięknie stylizowany ornament okładki dają książce pozory wydawnictwa gwiazdkowego, to jednak jest to nic innego, jak tylko podręcznik szkolny, jeno zupełnie odmienny od dotychczasowych. […] wydawnictwo Zakładu Nar. im. Ossolińskich, nie szczędząc kosztów, wyposażyło książkę szczodrze, tak że jest ona nie tylko podręcznikiem szkolnym, ale i jak gdyby miłym podarkiem złożonym młodzieży. […] Radość, pogoda i umiłowanie życia, jakie tchną z kartek książki, to duże walory pedagogiczne. Żaden z autorów nie moralizuje, nie nudzi tyradami, ale wprost chwyta za serce i budzi w nim pożądany rezonans. Szczęśliwe prawdziwie pokolenie, któremu uczyć się wypadnie z takiej książki, […] pociąga krasą, pachnie świeżością, jak łąki w porankowej ukąpane rosie” [2].

 

 

Kraj lat dziecinnych – okazuje się – ma istotny związek z portretem niezidentyfikowanego mężczyzny, który kilka dni temu zauważyłem w ofercie warszawskiego domu aukcyjnego. Niepozorny obraz pędzla Stanisława Daczyńskiego (1856–1941), datowany około 1913 roku, opisany był lakonicznie: „olej, tektura; 67,5 x 50 cm; sygn. wraz z dedykacją p. g.: Kochanemu D… J… B… / od wujka 25/8 1913”. Zdziwiłem się, że tak niewiele udało się ustalić na temat dzieła – bądź co bądź – ucznia Jana Matejki, wziętego pejzażysty, twórcy polichromii i ceramiki, nagradzanego medalami na wystawach sztuki w Krakowie, a nawet na Wystawie Światowej w Paryżu w 1900 roku. Zagadka zdała mi się warta poszukiwawczego wysiłku.

Czy rzeczywiście ustalenie personaliów modela jest aż tak trudne – wszak mamy kilka tropów w inskrypcji w prawym górnym rogu. Jeśli był wujem portretowanego, mężczyzna mógł być synem siostry malarza. Na obrazie widoczne są nie tylko litery „D… J… B…” – z dużą dozą prawdopodobieństwa da się tam odczytać słowa „Drowi Julkowi Bal…”. Po kilku godzinach mozolnej kwerendy w bibliotekach cyfrowych i portalach genealogicznych znalazłem treść kluczowego dla śledztwa dokumentu – podania lustratora rady powiatowej, Jana Piekarza, zachowane na odwrotnej stronie jego listu wysłanego z Bochni 18 kwietnia 1915 roku, do jego powinowatego Stanisława Daczyńskiego, w sprawie działu spadku po Janie Sylwestrze Daczyńskim, emerytowanym c.k. starszym zarządcy podatkowym. Zarządca masy spadkowej poprosił „c.k. krajową Dyrekcję skarbu o wyasygnowanie przypadającego kwartału pośmiertnego na moje ręce, tak jak sobie tego życzą dzieci Zmarłego, a mianowicie Stanisław Daczyński i Janina Balicka z Kołomyi, obecnie w Wiedniu zamieszkali” [3].

Dzięki skrupulatności Piekarza wiemy, że w Kołomyi nad Prutem, na Pokuciu, mieszkała Janina (właśc. Joanna Teofila) z Daczyńskich Balicka (1866–1954). Należała do miejscowej elity, ponieważ jej mąż Karol kierował kasą oszczędności w Kołomyi i okręgiem Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, a w 1923 roku został mianowany komisarzem rządu w mieście [4]. Ich synami, a zatem siostrzeńcami Stanisława Daczyńskiego, byli Juliusz, Adam i Roman Baliccy.

Najstarszy z nich, Juliusz, urodził się 14 lutego ‎1890 roku w Kołomyi, był profesorem gimnazjalnym, metodykiem nauczania, urzędnikiem kuratorium lwowskiego. W 1913 – roku namalowania i podarowania obrazu – doktoryzował się na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Wiedeńskiego na podstawie rozprawy Fabian Sebastian Klonowic jako satyryk i sędzia swego czasu w świetle jego epoki [5]. Portret Juliusza Balickiego był więc prezentem od wuja-malarza z okazji obrony doktoratu.

 

 

Wieloletni szef Archiwum Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Henryk Barycz (1901–1994), napisał o Juliuszu Balickim: „Czołowy pedagog-polonista dwudziestolecia międzywojennego, publicysta, subtelny krytyk teatralny i muzyczny, na którego umysłowość, poglądy estetyczno-psychologiczne, kulturę filozoficzną i towarzyską w niemałym stopniu wpłynęła atmosfera ówczesnego Wiednia” [6]. Mimo to trudno znaleźć jego biogram w ogólnodostępnych źródłach, nie ma go do tej pory w Wikipedii.

Podczas I wojny światowej, wojen polsko-ukraińskiej i polsko-bolszewickiej Balicki mieszkał we Lwowie, gdzie wygłaszał odczyty o literaturze i muzyce ojczystej, brał udział w pracach jury konkursu na utwory chóralne skomponowane przez polską młodzież szkolną lub akademicką, a w klubie referentów muzycznych opracowywał postulaty sanacji opery lwowskiej. Od lipca 1919 roku kierował na Łyczakowie kursami naukowymi Polskiego Białego Krzyża, których celem było „uratowanie uczniom-żołnierzom i dzieciom uchodźców roku szkolnego” [7]. Uczniem Balickiego był m.in. profesor Marian Tyrowicz (1901–1989), historyk XIX wieku, autor 284 biogramów w Polskim Słowniku Biograficznym [8].

W latach 1922–1924 wraz z Lesławem Jaworskim, autorem bestsellerowego Przewodnika operowego (Balicki napisał przedmowę do nowego i uzup. wydania w 1921 roku), prowadził rubrykę Z sali koncertowej / Z opery / Z teatru na łamach „Gazety Porannej”, ilustrowanego dziennika wschodnich kresów. Chwalił maestrię seniora lwowskich skrzypków, Maurycego Wolfstala, wirtuozerię jego syna Bronisława (który niebawem został pierwszym dyrygentem wiedeńskiej Volksoper) [9], ale i dojrzewający dopiero talent 23-letniego pianisty Mieczysława Münza [10], pierwszego męża Neli Młynarskiej-Rubinstein.

Po zamachu majowym Balicki stał się jednym z najbardziej liczących się polonistów i redaktorów lwowskich. W 1926 roku przygotował wznowienie Dziejów literatury polskiej Konstantego Wojciechowskiego (I wyd. 1906), ze wstępem Ignacego Chrzanowskiego, a cztery lata później 1930 roku – z dodanym rozdziałem Zenona Alexandrowicza o Norwidzie. Wspólnie z Zygmuntem Szweykowskim i Juliuszem Zaleskim wydał z rękopisów Wojciechowskiego Przewrót w umysłowości i literaturze polskiej po roku 1863. Miłość w poezji polskiej. Ballady i romanse. Współzawodnik Sienkiewicza (1928). Z Maykowskim zredagował Zarys dziejów literatury polskiej Kleinera (1932 i 1933).

Do najbliższych przyjaciół Balickiego należał kierownik literacki Ossolineum i dziekan Wydziału Humanistycznego Uniwersytetu Jana Kazimierza, profesor Stanisław Łempicki, który po latach z rozrzewnieniem wróci do czasów ich wspólnej młodości. We wspomnieniach, wydanych tuż po II wojnie światowej, utrwalił – niemal sienkiewiczowską frazą – okoliczności powstania pierwszych podręczników polonistycznych w niepodległej Polsce: „Na‎ ‎pierwszym‎ ‎miejscu‎ ‎stawały‎ ‎podręczniki‎ ‎języka‎ ‎polskiego, tj.‎ ‎czytanki‎ ‎polskie.‎ ‎Czyż‎ ‎mogłem‎ ‎–‎ ‎wobec‎ ‎takich‎ ‎postulatów z‎ ‎góry‎ ‎–‎ ‎wymyśleć‎ ‎coś‎ ‎lepszego‎ ‎od‎ ‎złączenia‎ ‎Juliusza‎ ‎Balickiego z‎ ‎Stanisławem‎ ‎Maykowskim‎ ‎w‎ ‎jeden‎ ‎bezkonkurencyjny‎ ‎diumwirat i‎ ‎skłonienia‎ ‎ich‎ ‎do‎ ‎przygotowania‎ ‎takich‎ ‎polskich‎ ‎czy‎tanek,‎ ‎jakich jeszcze‎ ‎nie‎ ‎było?‎ ‎Stało‎ ‎się‎ ‎to‎ ‎jednego‎ ‎przedpołudnia‎ ‎przy‎ ‎pewnym stoliku‎ ‎w‎ Romie,‎ ‎a‎ ‎jeśli‎ ‎ten‎ ‎ich‎ ‎związek‎ ‎uchodzi‎ ‎do‎ ‎dzisiaj‎ ‎za‎ ‎nierozerwalny,‎ ‎to‎ ‎ja‎ ‎im‎ ‎dawałem‎ ‎ślub;‎ ‎nie‎ ‎kto‎ ‎inny‎ ‎też,‎ ‎tylko‎ ‎znowu‎ ‎ja trzymałem‎ ‎do‎ ‎chrztu‎ ‎ich‎ ‎dwa‎ ‎(czy‎ ‎trzy)‎ ‎pierwsze‎ ‎podręczniki‎ ‎dla gimnazjów‎.

Z‎ ‎Julkiem‎ ‎Balickim‎ ‎żyłem‎ ‎wówczas‎ ‎w‎ ‎najserdeczniejszej‎ ‎przyjaźni.‎ ‎Jeden‎ ‎bez‎ ‎drugiego‎ ‎nie‎ ‎potrafiliśmy‎ ‎zjeść‎ ‎kanapki‎ ‎czy‎ ‎ciastka ani‎ ‎wypić‎ ‎filiżanki‎ ‎czarnej‎ ‎kawy;‎ ‎jak‎ ‎w‎ ‎bajce‎ ‎mickiewiczowskiej, znaleziony‎ ‎orzeszek‎ ‎dzieliliśmy‎ ‎na‎ ‎dwoje.‎ ‎Do‎ ‎tej‎ ‎dwójki‎ ‎naszej,‎ ‎jako trzeci,‎ ‎przyłączył‎ ‎się‎ ‎wnet‎ ‎Kazimierz‎ ‎Kolbuszewski.‎ ‎Juliusza‎ ‎Balickiego‎ ‎ceniłem‎ ‎bardzo‎ ‎wysoko‎ ‎za‎ ‎jego‎ ‎rzadko‎ ‎spotykaną‎ ‎inteligencję,‎ ‎wszechstronne‎ ‎zdolności‎ ‎i‎ ‎wykształcenie,‎ ‎osobliwą,‎ ‎trochę‎ ‎tajemniczą‎ ‎filozofię‎ ‎życia,‎ ‎za‎ ‎dobre‎, ‎koleżeńskie‎ ‎serce‎ ‎(nie‎ ‎bez‎ ‎mocnej wkładki‎ ‎egoizmu),‎ ‎za‎ ‎dowcip‎ ‎i‎ ‎humor‎ ‎pomieszany‎ ‎z‎ ‎goryczą‎ ‎i‎ ‎jakimś romantycznym‎ ‎Weltschmerzem.‎ ‎Znałem‎ ‎wszystkie‎ ‎ujemne‎ ‎strony tego‎ ‎najbardziej‎ ‎chimerycznego‎ ‎człowieka‎ ‎na‎ ‎świecie,‎ ‎klasycznego neurastenika‎ ‎najlepszej‎ ‎sorty‎ ‎–‎ ‎i‎ ‎przywykłem‎ ‎do‎ ‎nich;‎ ‎tak‎ ‎samo i‎ ‎on‎ ‎przyzwyczaił‎ ‎się‎ ‎do‎ ‎wszystkich‎ ‎moich‎ ‎dziwactw‎ ‎i‎ ‎wad,‎ ‎i‎ ‎nieraz bawiliśmy‎ ‎się‎ ‎znakomicie,‎ ‎ułatwiając‎ ‎sobie‎ ‎wzajemnie‎ ‎takie‎ ‎samopoznanie.‎ ‎[…]‎ ‎Dla‎ ‎mnie‎ ‎wspomnienia‎ ‎lat,‎ ‎spędzonych‎ ‎w‎ ‎przyjaźni‎ ‎z‎ ‎nim na‎ ‎niezliczonych‎ ‎gawędach‎ ‎kawiarnianych‎ ‎czy‎ ‎kolacyjkach‎ ‎koleżeńskich‎ ‎w‎ ‎Hotelu‎ ‎Krakowskim,‎ ‎w‎ ‎domu‎ ‎czy‎ ‎na‎ ‎przechadzkach‎ ‎– zostały‎ ‎dotąd‎ ‎najmilszymi‎ ‎kartami‎ ‎lat‎ ‎minionych,‎ ‎wieku‎ ‎męskiego, „wieku‎ ‎klęski”.‎ ‎On‎ ‎sam,‎ ‎Juliusz‎ ‎Balicki,‎ ‎wydaje‎ ‎mi‎ ‎się‎ ‎–‎ ‎może‎ ‎dziś więcej‎ ‎niż‎ ‎dawniej‎ ‎–‎ ‎jednym‎ ‎z‎ ‎najciekawszych,‎ ‎ale‎ ‎może‎ ‎i‎ ‎najsmutniejszych‎ ‎ludzi,‎ ‎jakich‎ ‎spotkałem. […]

Sprząc‎ ‎takie‎ ‎dwa‎ ‎Pegazy‎ ‎pedagogiczne‎ ‎w‎ ‎jeden‎ ‎autorski‎ ‎rydwan dla‎ ‎celów‎ ‎podręcznikowych‎ –‎ ‎wydawało‎ ‎mi‎ ‎się‎ ‎osiągnięciem‎ ‎nie‎ ‎lada jakim.‎ ‎Wiedziałem,‎ ‎że‎ ‎Pegazy‎ ‎będą‎ ‎wierzgać,‎ ‎boczyć‎ ‎się‎ ‎na‎ ‎siebie, może‎ ‎i‎ ‎kąsać‎ ‎się‎ ‎nawzajem;‎ ‎lecz‎ ‎cóż‎ ‎znaczyć‎ ‎mogą‎ ‎przemijające‎ ‎nieporozumienia‎ ‎wobec‎ ‎silnego‎ ‎rytmu‎ ‎stałej‎ ‎współpracy‎ ‎takich‎ ‎talentów. Narodziny‎ ‎pierwszych‎ ‎dwóch‎ ‎tomów‎ ‎czytanek‎ ‎dla‎ ‎gimnazjów nie‎ ‎były‎ ‎łatwe.‎ ‎Przecież‎ ‎Wydawnictwo‎ ‎Ossolineum‎ ‎było‎ ‎pierwszą firmą‎ ‎wydawniczą‎ ‎na‎ ‎ziemiach‎ ‎naszych,‎ ‎która‎ ‎postanowiła‎ ‎dać‎ ‎w‎ ‎czytankach‎ ‎polskich‎ ‎ogromną‎ ‎większość‎ ‎ustępów‎ ‎nowych,‎ ‎wciągnąć do‎ ‎współpracy‎ ‎wszystkie‎ ‎najznakomitsze‎ ‎żyjące‎ ‎pióra‎ ‎polskie,‎ ‎nie szczędząc‎ ‎na‎ ‎to‎ ‎kosztów,‎ ‎wyposażyć‎ ‎książkę‎ ‎w‎ ‎najświetniej‎ ‎dobrany dział‎ ‎ilustracyjny‎ ‎i‎ ‎szatę‎ ‎typograficzną.‎ ‎Nie‎ ‎zliczyłbym‎ ‎codziennych niemal‎ ‎konferencji‎ [Alfreda] ‎Tęczarowskiego‎ ‎i‎ ‎moich‎ ‎z‎ ‎Balickim‎ ‎i‎ ‎Maykowskim,‎ ‎na‎ ‎których‎ ‎rozpatrywało‎ ‎się‎ ‎każdy‎ ‎prawie‎ ‎ustęp,‎ ‎każdy‎ ‎wątpliwy‎ ‎szczegół‎ ‎podręcznika.‎ ‎Twórcy‎ ‎książki‎ ‎rzucali‎ ‎garściami‎ ‎piękne, nowe‎ ‎pomysły,‎ ‎aż‎ ‎się‎ ‎skrzyło;‎ ‎układali‎ ‎plany‎ ‎książki,‎ ‎chcieli‎ ‎z‎ ‎niej zrobić‎ ‎naprawdę‎ ‎jakiś‎ ‎arcytwór,‎ ‎który‎ ‎by‎ ‎wszystko‎ ‎poprzednie‎ ‎zaćmił,‎ ‎a‎ ‎wszystkich‎ ‎zadziwił.‎ ‎Nie‎ ‎zarozumiałość‎ ‎kierowała‎ ‎nimi,‎ ‎ale entuzjazm.

[…] Było‎ ‎to‎ ‎naprawdę‎ ‎wielkie‎ ‎święto‎ ‎w‎ ‎Wydawnictwie,‎ ‎gdy‎ ‎otrzymaliśmy‎ ‎z‎ ‎drukarni‎ ‎pierwszy‎ ‎egzemplarz‎ ‎pierwszego‎ ‎tomu:‎ Kraj lat‎ ‎dziecinnych.‎ ‎Cieszyliśmy‎ ‎się‎ ‎nim,‎ ‎jak‎ ‎jakimś‎ ‎z‎ ‎miłością‎ ‎wypielęgnowanym‎ ‎kwiatem.‎ ‎Zbici‎ ‎w‎ ‎gromadkę,‎ ‎oglądaliśmy‎ ‎go‎ ‎z‎ ‎radością. Wszakże‎ ‎to‎ ‎pierwszy‎ ‎taki‎ ‎podręcznik‎ ‎w‎ ‎polskiej‎ ‎szkole,‎ ‎dla‎ ‎polskiego dziecka. ‎

[…]‎ ‎wielka impreza‎ ‎podręcznikowa‎ ‎„Balicki‎‎-‎Maykowski”‎ ‎(za‎ ‎naszych‎ ‎czasów nazywaliśmy‎ ‎ją‎ ‎skrótem‎ „Maj-Baj”‎ ‎lub‎ „Bal‎-‎‎May”)‎ ‎zatoczyła‎ ‎rozległe‎ ‎kręgi.‎ ‎Rozszerzyła‎ ‎się‎ ‎z‎ ‎gimnazjum‎ ‎na‎ ‎szkoły‎ powszechne,‎ ‎nawet‎ ‎na‎ ‎kupieckie;‎ ‎wciągnęła‎ ‎do‎ ‎współpracy‎ ‎szereg‎ ‎nowych‎ ‎ludzi ([Juliusz] Kleiner,‎ ‎[Aleksander] Brückner,‎ [Zenon] ‎Alexandrowicz),‎ ‎sięgając‎ ‎do‎ ‎liceów‎ ‎i‎ ‎do‎ ‎literatury.‎ ‎Doczekały‎ ‎się‎ ‎nawet‎ ‎te‎ ‎piękne,‎ ‎kolorowe‎ ‎a‎ ‎coraz‎ ‎grubsze książki‎ ‎osobnych‎ ‎komentatorów‎ ‎metodycznych‎ ‎jak‎ ‎Talmud.‎ ‎I‎ ‎dodatki‎ ‎różne‎ ‎przyszły,‎ ‎i‎ ‎teksty.‎ ‎Cała‎ ‎biblioteka. Podręczniki‎ ‎Balickiego‎ ‎i‎ ‎Maykowskiego‎ ‎–‎ ‎nikt‎ ‎temu‎ ‎nie‎ ‎zaprzeczy‎ ‎–‎ ‎stworzyły‎ ‎pewien‎ ‎przełom‎ ‎w‎ ‎literaturze‎ ‎czytanek‎ ‎polskich,‎ ‎a‎ ‎może‎ ‎i‎ ‎podręcznikowej‎ ‎w‎ ‎ogóle.‎ ‎Wprowadziły‎ ‎prąd‎ ‎świeżego‎ ‎powietrza‎ ‎w‎ ‎krainę‎ ‎starej‎ ‎mody.‎ ‎Metodę‎ ‎wycinanek‎ ‎i‎ ‎wciąż odgrzewanych‎ ‎„klasycznych‎”‎ ‎ustępów‎ ‎zastąpiły‎ ‎metodą‎ ‎nowych, świeżych,‎ ‎specjalnie‎ ‎dla‎ ‎książki‎ ‎pisanych‎ ‎utworów.‎ ‎[…] ‎ich‎ ‎dydaktyczne‎ ‎„podejścia‎”‎ ‎i‎ ‎„chwyty‎”‎ ‎oraz‎ ‎ich pełna‎ ‎nowości‎ ‎i‎ ‎uroku‎ ‎forma‎ ‎zewnętrzna‎ ‎stanowiły‎ ‎na‎ ‎tle‎ ‎dotychczasowości‎ ‎zjawisko‎ ‎niepowszednie. Próba‎ ‎nasza‎ ‎z‎ ‎cyklem‎ ‎Balickiego‎ ‎i‎ ‎Maykowskiego‎ ‎była‎ ‎czymś zupełnie‎ ‎specjalnym.‎ ‎Wydawnictwo‎ ‎Ossolineum‎ ‎zdawało‎ ‎sobie‎ ‎jednak sprawę,‎ ‎że‎ ‎akcję‎ ‎wydawania‎ ‎książek‎ ‎dla‎ ‎szkół‎ ‎średnich‎ ‎i‎ ‎powszechnych‎ ‎należy‎ ‎podjąć‎ ‎na‎ ‎większą‎ ‎miarę,‎ ‎aby‎ ‎nie‎ ‎zostać‎ ‎w‎ ‎tyle‎ ‎za ogólną‎ ‎ruchawką. […]

‎Głośno‎ ‎bywało‎ ‎wtedy i‎ ‎wesoło;‎ ‎zwłaszcza‎ ‎gdy‎ ‎odżywały‎ ‎niekończące‎ ‎się‎ ‎nigdy,‎ ‎a‎ ‎tylko przez‎ ‎półserio‎ ‎traktowane‎ ‎kontrowersje‎ ‎Julka‎ ‎Balickiego‎ ‎ze‎ ‎Stachem Maykowskim,‎ ‎do‎ ‎których‎ ‎ja ‎wtrącałem‎ ‎niekiedy‎ ‎moje‎ ‎podjudzające trzy‎ ‎grosze.‎ ‎Żywo‎ ‎tkwią‎ ‎mi‎ ‎w‎ ‎pamięci‎ ‎dyskusje‎ ‎nad‎ ‎pewnymi‎ ‎ustępami‎ ‎(któreśmy‎ ‎potem‎ ‎utrącali‎ ‎albo‎ ‎nie),‎ ‎dyskusje,‎ ‎w‎ ‎których‎ ‎dowcip ścigał‎ ‎dowcip,‎ ‎a‎ ‎ironiczny‎ ‎żart‎ ‎walczył‎ ‎o‎ ‎lepsze‎ ‎z‎ ‎osobistą‎ ‎aluzją. Ale‎ ‎podręczniki‎ ‎wychodziły‎ ‎z‎ ‎takich‎ ‎przyjacielskich‎ ‎starć‎ ‎coraz czystsze,‎ ‎coraz‎ ‎piękniejsze” [11].

 

 

‎‎Tandem „Bal‎-‎‎May”, zachęcony sukcesem Kraju lat dziecinnych, zabrał się do wytężonej pracy nad podręcznikami dla starszych klas szkół średnich, a następnie dla dzieci uczących się w gimnazjach i szkołach powszechnych; wydał w lwowskim Ossolineum następujące antologie:

Będziem‎ ‎Polakami. Drugi rok nauki języka polskiego w szkołach średnich ogólnokształcących, 1928 (kolejne wyd. 1931, 1932), okładka i rys. Edmund Bartłomiejczyk, teksty: Adam Mickiewicz, Julian Wołoszynowski, Stanisław Wasylewski, Zofia Kossak-Szczucka, Henryk Sienkiewicz, Juliusz Kaden-Bandrowski, Maria H. Szpyrkówna, Leonard Okołów-Podhorski, Aleksander Janowski;

Miej serce. Trzeci rok…, 1930, rys. Edmund Bartłomiejczyk;

Mówią wieki. Czwarty rok…, 1931 (1936);

Wypisy z literatury polskiej. T. 1, Od początków piśmiennictwa do końca rządów Stanisława Augusta, 1932;

Pieśń o ziemi naszej. Piąty rok…, 1933, ilustracje Edmund Bartłomiejczyk, Stanisław Matusiak;

Mówią wieki. Część I. Pierwszy rok nauki języka polskiego w gimnazjach, 1933; Część II. Drugi rok…, 1934; Część III. Trzeci rok…, 1935; Część IV. Czwarty rok…, 1936; Juliusz Kijas i Stefan Przyboś wydali do nich Przewodniki metodyczne (1938), skrytykowane m.in. przez Janinę Kulczycką-Saloni [12]; do Mówią wieki Bolesław Leśmian napisał specjalnie Dziwożonę.

Literatura polska dla klasy I liceów ogólnokształcących. Część I: Wypisy z literatury polskiej. T. 1: Od początków piśmiennictwa do powstania listopadowego i z literatur obcych, 1938; „Myśl Narodowa” ganiła wypisy za brak Żeńców Szymonowica, Listów literackich Niemcewicza, Cyganów Kniaźnina czy niektórych Sonetów krymskich Mickiewicza [13];

Mówią wieki. Podręcznik do nauki języka polskiego dla II klasy gimnazjalnej, 1939 (1958); chwalono jasno i przystępnie przedstawione zasady nowej pisowni, szczegółowo i przejrzyście ujęte zasady interpunkcji, liczne przykłady;

Okno na świat. Szósty rok…, 1934 (1937) – rys. Edmund Bartłomiejczyk, Stanisław Matusiak; prasa katolicka krytykowała: „Szerzy ten podręcznik obojętność religijną i lekceważenie praw kościelnych przez opowiadanie, jak dzieci polskie, a więc katolickie, chodziły na nabożeństwo z japońskimi do świątyni, oczywiście pogańskiej, gdyż to miało miejsce w Japonii, podczas gdy kościół surowo zakazuje uczestnictwa w nabożeństwach innowierczych (176). O Bogu w tym podręczniku jest zaledwie kilka wzmianek, mimochodem rzuconych. Tematami zaś wierszy religijnych – same legendy” [14].

Niesiemy plon. Siódmy rok…, 1935; katolickich recenzentów raził rzekomy filosemityzm: „Tutaj w złym świetle są przedstawione siostry miłosierdzia, szarytki, jak widać z ilustracji, z wyjątkiem jednej; natomiast z niezwykłą sympatią odnosi się autor omawianego opowiadania do żydów (173–180; 256–261). Słowa niektórych piosenek są nieodpowiednie dla dzieci (231–6, 432). Niekiedy w sposób zachęcający bywa przedstawiona zemsta (115, 236–242). Wreszcie za objaw nieznajomości liturgii rzymskokatolickiej należy uważać ustęp, gdzie przy opisie procesji mówi się, że «kapela przy podniesieniu grała». Przecież podniesienie nie zachodzi w procesji, lecz we Mszy św. (54)” [15].

Ponieważ były to najpopularniejsze zbiory czytanek w szkołach dwudziestolecia międzywojennego, stały się źródłem przedruków i wznowień po 1939 roku, we wszystkich miejscach, do których docierali Polacy. Mówią wiekipublikowała Armia Polska na Wschodzie w Jerozolimie (1943, 1946), Okno na świat – również delegatura Rządu RP na uchodźstwie w Meksyku (1945). Na tych podręcznikach wychowały się trzy pokolenia literackie: Kolumbów, pryszczatych i „Współczesności”, a zatem i Tadeusz Gajcy, i Wisława Szymborska, i Zbigniew Herbert.

W 1931 roku Balicki został naczelnikiem wydziału programowo-organizacyjnego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego [16], w czasie gdy wiceminister Kazimierz Pieracki przygotowywał tzw. jędrzejewiczowską reformę szkolnictwa. Balickiego okrzyknięto bojownikiem nowych wartości w polonistyce szkolnej. Dostrzegał problemy systemu oświaty, anachronizmy i uprzedzenia grona nauczycielskiego, dlatego postulował dostosowanie programu i form jego wdrażania do oczekiwań i usposobienia młodzieży: „W referacie pt. Jak uczyć czytać, mówić i pisać po polsku na stopniu średnim? […] stwierdził wymownie, że «Pan Tadeusz nie budzi zainteresowania wśród dzisiejszej młodzieży, staje się nudną, nieznośną, z lekcji na lekcję odkładaną, lekturą szkolną». Z poematu «ulatuje najczęściej woń poetycka, blaknie twórczość kolorytu, załamuje się konstrukcja i pozostaje strzęp nieinteresujący, od którego odwraca się umysł z niechęcią». Dzieło bowiem «zabija w sercach i mózgach naszych uczniów metoda, rozkawałkowująca je na cząstki i cząsteczki metodyczne, a następnie rozciągająca je na prokrustowym łożu drobiazgowej, nudnej analizy filologicznej». […] Także i «synteza końcowa zawodzi najczęściej. Uczeń, który pozna szczegóły i zgłębi szczegóły szczegółów, plącze się na końcu w zagadnieniach, które bez trudu uświadamia sobie zwykły śmiertelnik, czytający utwór bez pomocy analizującego nauczyciela»” [17].

W prelekcjach Humanistyka‎ ‎i‎ ‎wychowanie‎ ‎obywatelskie‎ ‎Balicki podkreślał‎ wagę‎ ‎‎doboru‎ ‎lektur. Miały roztaczać przed‎ ‎uczniami‎ ‎obraz mocarstwowej Polski‎,‎ ‎wzbudzać‎ ‎dumę‎ ‎z‎ ‎przynależności do‎ ‎‎państwa‎,‎ ‎zapał‎ ‎do‎ ‎pracy‎ ‎i‎ gotowość ‎poświęcenia‎ ‎się‎ ‎dla‎ ‎niego.‎ Poznanie dziejów literatury powinno jego zdaniem dać wyobrażenie o etapach ewolucji duszy narodu. W nauczaniu geografii Polski dopatrywał się budzenia miłości bliźniego i zmysłu sprawiedliwości. Postulował organizowanie licznych wycieczek krajoznawczych, by w latach podlegania obowiązkowi szkolnemu młodzież mogła zwiedzić całą Ojczyznę [18].

Środowiska katolickie postrzegały nowy program nauczania w jędrzejewiczowskiej szkole jako narzędzie socjalistycznej, antyreligijnej manipulacji młodzieżą w rękach piłsudczykowskich masonów. Dobór argumentów i epitetów w filipikach publicystów „Przeglądu Katolickiego” bywał brawurowy i w swym zacietrzewieniu aż porywający – dlatego zacytuję jedną recenzję w całości: „Najlepszym‎ ‎sprawdzianem‎ ‎laicyzacji‎ ‎wychowania‎ ‎u‎ ‎nas‎ ‎są podręczniki‎ ‎szkolne.‎ ‎Zwłaszcza‎ ‎czy‎‎tanki‎ ‎polskie,‎ ‎to‎ ‎istna‎ ‎kwintesencja‎ ‎zręcznego‎ ‎maskowania‎ ‎amoralności‎ ‎i‎ ‎ateizmu.‎ ‎Celują pod‎ ‎tym‎ ‎względem‎ ‎dwaj‎ ‎autorzy‎ ‎Juliusz‎ ‎Balicki‎ ‎i‎ ‎Stanisław Maykowski,‎ ‎których‎ ‎książki‎ ‎cieszą‎ ‎się‎ ‎specjalną‎ ‎protekcją‎ ‎nauczycielstwa‎ ‎z‎ ‎Z.‎ ‎N.‎ ‎P. Dobrali‎ ‎oni‎ ‎sobie‎ ‎do‎ ‎współpracy‎ ‎szereg‎ ‎piór,‎ ‎którym‎ ‎zapewne trudno‎ ‎by‎ ‎zarzucić‎ ‎niski‎ ‎poziom‎ ‎literacki,‎ ‎ale‎ ‎które‎ ‎nigdy‎ ‎nie wzniosły‎ ‎się‎ ‎do‎ ‎minimalnego‎ ‎nawet‎ ‎poziomu‎ ‎etycznego‎ ‎i‎ ‎religijnego.

Taka‎ ‎J.‎ ‎Wielopolska,‎ ‎autorka‎ ‎pamfletystycznych i‎ ‎«kontryfałowych‎ ‎lichtarzy»,‎ ‎Julian ‎Parandowski,‎ ‎wielbiciel‎ ‎homoseksualisty‎ ‎O.‎ ‎Wilde’a,‎ ‎Boy-Żeleński,‎ ‎piewca‎ ‎Dziewic‎ ‎konsystorskich,‎ ‎zapędy‎ ‎pedagogiczne‎ ‎ujawniający‎ ‎chyba‎ ‎w‎ ‎Dziecku pijanym‎ ‎we‎ ‎mgle‎ ‎i‎ ‎modlitwie‎ ‎Kazia‎ ‎z‎ ‎Zielonego‎ ‎balonika, dalej‎ ‎międzywyznaniowiec‎ ‎chrześcijański‎ ‎Hulka-Laskowski, plus‎ ‎inni,‎ ‎mniej‎ ‎może‎ ‎osławieni,‎ ‎ale‎ ‎niemniej‎ ‎zasłużeni‎ ‎w‎ ‎propagowaniu‎ ‎bezładu‎ ‎moralnego‎ ‎i‎ ‎religijnego,‎ ‎w‎ ‎poduszczaniu‎ ‎na kler‎ ‎i‎ ‎Kościół‎ ‎—‎ ‎oto‎ ‎godny‎ ‎zespół. Z‎ ‎takiego‎ ‎kompletu‎ ‎redakcyjnego‎ ‎zrodzony‎ ‎podręcznik‎ ‎czytankowy‎ ‎przypomina‎ ‎swymi‎ ‎tematami‎ ‎hordę‎ ‎zbójecką,‎ ‎zrodzoną‎ ‎z‎ ‎jaszczurczych‎ ‎zębów,‎ ‎które‎ ‎posinł‎ ‎Jazon. Od‎ ‎razu‎ ‎ujawniło‎ ‎się‎ ‎to‎ ‎w ‎pierwszym‎ ‎tomie‎ ‎czytanki‎ ‎Mówią‎ ‎wieki‎ ‎w‎ ‎rozdziale‎ ‎dotyczącym‎ ‎Egiptu.‎ ‎Poza‎ ‎mało‎ ‎mówiącym,‎ ‎a‎ ‎raczej‎ ‎materialistycznie‎ ‎wypowiadającym‎ ‎się‎ ‎hymnem do‎ ‎Nilu,‎ ‎mamy‎ ‎opowiadanie‎ ‎o‎ ‎włamaniu‎ ‎się‎ ‎do‎ ‎skarbca‎ ‎faraona.‎ ‎Cel‎ ‎pozornie‎ ‎szlachetny‎ ‎—‎ ‎rozdanie‎ ‎bogactw‎ ‎ubogim,‎ ‎lecz środek‎ ‎nikczemny.‎ ‎I‎ ‎po‎ ‎co‎ ‎było‎ ‎fabrykować‎ ‎to‎ ‎głupie‎ ‎opowiadanie,‎ ‎skoro‎ ‎istnieje‎ ‎znakomita‎ ‎przypowieść‎ ‎Prusa‎ ‎z‎ ‎Faraona,‎ ‎opisująca‎ ‎sprawiedliwość‎ ‎boga. Ten‎ ‎kryminalny‎ ‎kawałek,‎ ‎tak‎ ‎tymczasem‎ ‎animuje‎ ‎niektórych pedagogów,‎ ‎że‎ ‎każą‎ ‎sporządzać‎ ‎plan‎ ‎sytuacyjny‎ ‎włamania. Nawiasem‎ ‎mówiąc,‎ ‎te‎ ‎piany‎ ‎i‎ ‎wykresy,‎ ‎to‎ ‎istne‎ ‎przekleństwo głupoty,‎ ‎ciążące‎ ‎na‎ ‎metodyce‎ ‎nauczania.‎ ‎Istnym‎ ‎curiosum był‎ ‎w‎ ‎swoim‎ ‎czasie‎ ‎wykres‎ ‎miłości‎ ‎Wołodyjowskiego‎ ‎do‎ ‎Basi.

Jakiś‎ ‎gorliwy‎ ‎uczeń‎ ‎postawił‎ ‎w‎ ‎pewnym‎ ‎miejscu‎ ‎krzyżyk‎ ‎i‎ ‎dopisał‎ ‎:‎ ‎«tu‎ ‎ją‎ ‎pierwszy‎ ‎raz‎ ‎pocałował». Nie‎ ‎lepiej‎ ‎wyszła‎ ‎Asyria,‎ ‎której‎ ‎naczelną‎ ‎przedstawicielką ma‎ ‎być‎ ‎w‎ ‎opisie‎ ‎zaciekłej‎ ‎naszej‎ ‎feministki‎ ‎Wielopolskiej‎ ‎— Semiramida. Duch‎ ‎sensacji,‎ ‎ciążący‎ ‎nad‎ ‎doborem‎ ‎treści,‎ ‎kazał‎ ‎autorom kulturę‎ ‎Grecji‎ ‎zaprezentować‎ ‎sceną‎ ‎znęcania‎ ‎się‎ ‎Achillesa‎ ‎nad trupem‎ ‎Hektora‎ ‎i‎ ‎ludożerstwa‎ ‎Polifema. Rzym‎ ‎ma‎ ‎reprezentować‎ ‎Uczta‎ ‎Trymalchiona.‎ ‎«Cui‎ ‎bono?». Chyba ‎dla‎ ‎podgrzania‎ ‎klasowej‎ ‎nienawiści‎ ‎do‎ ‎pasożytniczych klas. Jak‎ ‎widzimy,‎ ‎z‎ ‎kultury‎ ‎antycznej‎ ‎bierze‎ ‎się‎ ‎wszystko,‎ ‎co‎ ‎może‎ ‎ją‎ ‎obrzydzić,‎ ‎ośmieszyć‎ ‎lub‎ ‎przedstawić‎ ‎w‎ ‎świetle‎ ‎niezdrowej‎ ‎sensacji,‎ ‎pomija‎ ‎się‎ ‎natomiast‎ ‎starannie‎ ‎wszystkie‎ ‎jej‎ ‎walory‎ ‎etyczno-religijne.

Podobne‎ ‎podejście‎ ‎stanowi‎ ‎też‎ ‎cechę‎ ‎traktowania‎ ‎chrześcijaństwa.‎ ‎Zamiast‎ ‎zobrazowania‎ ‎rozwoju‎ ‎pierwotnego‎ ‎Kościoła,‎ ‎wysiłków‎ ‎apostolskich‎ ‎wśród‎ ‎barbarzyńców,‎ ‎autorzy‎ ‎cały ciężar‎ ‎kwestii‎ ‎przenieśli‎ ‎na‎ ‎grunt‎ ‎ckliwo-sentymentalny.‎ ‎Dowodem‎ ‎tego‎ ‎jest‎ ‎legenda‎ ‎o‎ ‎dzbanku,‎ ‎rozbitym‎ ‎przez‎ ‎dzieci,‎ ‎który‎ ‎Chrystus‎ ‎cudownie‎ ‎zlepił. Nie‎‎wiele‎ ‎zasadniczego‎ ‎światła‎ ‎wnoszą‎ ‎tu‎ ‎czytanki‎ ‎pt.‎ ‎Kamieniołomy‎ ‎czy‎ ‎Perły‎ ‎św.‎ ‎Urszuli,‎ ‎a‎ ‎żywot‎ ‎Pawła‎ ‎Pustelnika‎ to‎ ‎właściwie‎ ‎karykatura‎ ‎ascezy‎ ‎i‎ ‎bogobojności,‎ ‎to‎ ‎portret jakiegoś‎ ‎dziwaka‎ ‎—‎ ‎odludka.

Polska‎ ‎bajeczna‎ ‎za‎ ‎to‎ ‎zobrazowana‎ ‎jest‎ ‎aż‎ ‎w‎ ‎13‎ ‎opowiadaniach,‎ ‎gdy‎ ‎średniowieczu‎ ‎poświęcono‎ ‎cokolwiek‎ ‎więcej‎ ‎miejsca. Oczywiście‎ ‎starannie‎ ‎zostały‎ ‎przemilczane‎ ‎zasługi‎ ‎Kościoła‎ ‎na polu‎ ‎kultury.‎ ‎Nie‎ ‎ma‎ ‎nic‎ ‎o‎ ‎pierwszym‎ ‎szkolnictwie‎ ‎polskim parafialnym,‎ ‎o‎ ‎Akademii‎ ‎Krakowskiej,‎ ‎o‎ ‎fundacji‎ ‎Królowej Jadwigi,‎ ‎a‎ ‎apostolstwie‎ ‎Litwy.‎ ‎Za‎ ‎to‎ ‎znów‎ ‎sypią‎ ‎się‎ ‎legendy i‎ ‎to‎ ‎nie‎ ‎polskie,‎ ‎jak‎ ‎np.‎ ‎o‎ ‎św.‎ ‎Aleksym,‎ ‎związanym‎ ‎z‎ ‎rzymskim cesarstwem. Wiek‎ ‎XVII,‎ ‎epoka‎ ‎odrodzenia‎ ‎katolicyzmu,‎ ‎scharakteryzowana‎ ‎jest‎ ‎kazaniem‎ ‎Skargi‎ ‎o‎ ‎niezgodzie.‎ ‎W‎ ‎rezultacie‎ ‎polski patriotyzm‎ ‎i‎ ‎polska‎ ‎rola‎ ‎awangardy‎ ‎została‎ ‎doprowadzona‎ ‎do rozmiarów‎ ‎nieprzytomnej‎ ‎donkiszoterii.

Po‎ ‎takich‎ ‎przygrywkach‎ ‎rewolucyjną‎ ‎farbą‎ ‎puszcza‎ ‎tom‎ ‎III już‎ ‎bez‎ ‎ogródek.‎ ‎A‎ ‎więc‎ ‎pochwała‎ ‎Diderota,‎ ‎cynika‎ ‎i‎ ‎pornografa,‎ ‎jako‎ ‎„niestrudzonego‎ ‎herolda‎ ‎wszystkich‎ ‎trosk‎ ‎i‎ ‎uniesień ‎ludzkości,‎ ‎dalej‎ ‎glossa‎ ‎na‎ ‎cześć‎ ‎Woltera,‎ ‎jako‎ ‎«monarchy myśli»,‎ ‎pióra‎ ‎Boya. Dla‎ ‎równowagi‎ ‎Policzek‎ ‎ks.‎ ‎Bodouin‎ ‎i‎ ‎Legenda‎ ‎trybunalska.‎ ‎Słowem‎ ‎znów‎ ‎ton‎ ‎płaksiwy. Za to‎ ‎nic‎ ‎o ‎konfederacji‎ ‎barskiej‎ ‎i‎ ‎sodalisach,‎ ‎ani‎ ‎cytatu z‎ ‎Naruszewicza,‎ ‎czy‎ ‎Woronicza.‎ ‎Znaleźli‎ ‎się‎ ‎oni‎ ‎na‎ ‎indeksie obok‎ ‎Krasińskiego‎ ‎czy‎ ‎Cieszkowskiego.

Nie‎ ‎zapomniano‎ ‎natomiast‎ ‎wykłuć‎ ‎oczu‎ ‎zepsuciem‎ ‎obyczajów,‎ ‎o‎ ‎czym‎ ‎mówią‎ ‎utwory‎ ‎Bankiety‎ ‎i‎ ‎stoły‎ ‎pańskie,‎ ‎Z‎ ‎dziejów‎ ‎peruki, ‎Do‎ ‎Jasia‎ ‎o‎ ‎fryzowaniu,‎ ‎Krynolina.‎ ‎Ani‎ ‎słówka‎ ‎o‎ ‎kontuszu‎ ‎i‎ ‎sarmackim‎ ‎wąsie. A‎ ‎zresztą‎ ‎po‎ ‎co‎ ‎w‎ ‎ogóle‎ ‎tyle‎ ‎tego‎ ‎fryzjerstwa‎ ‎i‎ ‎krawiectwa? Chyba,‎ ‎żeby‎ ‎tym‎ ‎głośniej‎ ‎zabrzmiały‎ ‎demagogiczne‎ ‎nuty Wesela‎ ‎Figara‎ ‎i‎ ‎rewolucyjny‎ ‎refren‎ ‎Marsylianki.‎ ‎Bo‎ ‎jej tekst‎ ‎«obowiązkowo» ‎musiał‎ ‎się‎ ‎znaleźć‎ ‎w‎ ‎czytance.‎ ‎Nie‎ ‎ma‎ ‎Woronicza‎ ‎czy‎ ‎Krasickiego‎ ‎wiersza‎ ‎do‎ ‎Ojczyzny,‎ ‎nie‎ ‎ma parady‎ ‎kontusza‎ ‎i‎ ‎poloneza,‎ ‎ale‎ ‎jest‎ ‎marsz sankiulotów,‎ ‎bezportkowców.‎ ‎Rozumiemy‎ ‎teraz, że‎ ‎cały‎ ‎ten‎ ‎podręcznik pisany‎ ‎jest‎ ‎na‎ ‎«benefis» «idącej»‎ ‎rewolucji.‎ ‎Kulawo,‎ ‎bo‎ ‎kulawo,‎ ‎ale‎ ‎naprzód” [19].

Juliusz Balicki zmarł 16 kwietnia 1963 roku. Profesor Jerzy Starnawski zaliczył go do pokolenia wielkich humanistów polskich [20]. Pochowany został wraz z matką na cmentarzu komunalnym w Tarnowie. W tym samym grobowcu sześć lat po jego śmierci spoczął także profesor Alfred Hodbod (1886–1969), filolog, dyrektor VIII gimnazjum we Lwowie, zapalony bibliofil i filatelista. Prywatne archiwum Balickiego, zawierające m.in. korespondencję z wybitnymi polskimi pisarzami, trafiło do zbiorów Ossolineum i tam czeka na swojego odkrywcę.

 

PRZEMYSŁAW PAWLAK

 

[1] K. Króliński, Polska literatura dla dzieci i młodzieży. Zarys historyczny z wypisami, Lwów 1927, s. 261.

[2] M. Opałek, Radosna książka, „Kurier Lwowski” 1926, nr 248 (25 X), s. 5.

[3] Cyt. za: K. Duda, Od Kołomyi do Krakowa. Przyczynek do biografii Stanisława Daczyńskiego (1856–1941), „Rocznik Filozoficzny Ignatianum” 2021, nr 2, s. 346.

[4] Kronika, „Prawda Pokucka” 1923, nr 37 (9 IX), s. 3; Pięćdziesiąt lat Polskiego T-wa Gimnastycznego „Sokół” w Kołomyi 1885–1935, Kołomyja 1936, s. 15.

[5] J. Balicki, Fabian Sebastian Klonowicz als Satiriker und Richter seiner Zeit im Lichte seiner Epoche, 138 k., rps, 1913, PN 3744, Vondrák-Rešetar D-14690. A. Wiśniewska, Dysertacje poświęcone tematyce polskiej, powstałe na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Wiedeńskiego w latach 1872–1937, „Biblioteka” 2010, nr 14, s. 74.

[6] H. Barycz, Z dziejów polskich wędrówek naukowych za granicę, Ossolineum 1969, s. 183.

[7] Polski Biały Krzyż, „Gazeta Lwowska” 1919, nr 221 (25 IX), s. 3.

[8] Zob. M. Tyrowicz, Juliusz Balicki (1890–1963). Wspomnienie w rocznicę zgonu, „Ruch Literacki” 1964, z. 5/6, s. 297–299. Por. W. Gałecki, Juliusz Balicki (1890–1963), „Przegląd Historyczno-Oświatowy” 1966, nr 1, s. 78–87.

[9] „Gazeta Poranna” 1924, nr 6960 (29 I), s. 2.

[10] „Gazeta Poranna” 1923, nr 6844 (29 IX), s. 4.

[11] S. Łempicki, Wspomnienia ossolińskie, Wrocław 1948, s. 136–140, 151.

[12] „Polonista” 1939, z. 1 (I–II), s. 29–33.

[13] St. J., Nowy podręcznik literatury, „Myśl Narodowa” 1938, nr 7 (13 II), s. 107.

[14] „Miesięcznik Katechetyczny i Wychowawczy”. Organ Związku Diecezjalnych Kół Księży Prefektów 1937, z. 9; przedruk w: „Przyjaciel Szkoły”. Dwutygodnik nauczycielstwa polskiego 1937, nr 18 (15 XI), s. 690.

[15] Tamże.

[16] Zmiany w Ministerstwie W. R. i O. P., „Kurier Polski” 1931, nr 10 (10 I), s. 3.

[17] R. Skulski, „Pan Tadeusz” jako książka szkolna, Lwów 1935, s. 50–51.

[18] Kurs‎ ‎pedagogiczny‎ ‎dla‎ ‎nauczycieli‎ ‎szkół‎ ‎średnich‎ ‎ogólnokształcących, „Dziennik Urzędowy Wydziału Oświecenia Publicznego Województwa Śląskiego” 1931, nr 2 (15 II), s. 40–41.

[19] Od włamania do „Skarbca faraonów” do „Marsylianki”, „Przegląd Katolicki” 1937, nr 7 (14 II), s. 108.

[20] J. Starnawski, Pokolenie wielkich humanistów polskich, „Analecta. Studia i Materiały z Dziejów Nauki” 1993, z. 2, s. 9.

Muzeum cz. 11 – Sprzęty z lamusa

Położenie z dala od cywilizacji, a co za tym idzie, ograniczona podaż (ale też ilość gotówki) sprawiały, że dawniej, jeszcze pod koniec XIX i na początku XX wieku, mieszkańcy mazurskich wsi (ale także innych regionów Polski) musieli być samowystarczalni. Dotyczyło to nie tylko produkcji żywności, ale również wyrobu odzieży oraz podstawowego sprzętu i narzędzi. W „ciemnej erze” bez prądu, w gospodarstwach domowych na Mazurach używano wielu „sprzętów AGD” , które z czasem stały się przestarzałe, wyszły z użycia, a obecnie zostały zapomniane, czyli trafiły do lamusa. Niekiedy w przenośni, a w naszym wypadku dosłownie – wiele z nich pokazujemy w muzeum, na strychu chaty warnowskiej i spichlerzyku.

Wśród nich jest centryfuga, wirówka służąca do oddzielania od mleka śmietany, z której później wyrabiano masło w maślnicy. Oba te sprzęty pamiętam z dzieciństwa, ba, nawet ich niekiedy używałem. Dawniej pełnotłuste mleko od krowy odstawiano w chłodne miejsce, czekano, aż śmietana zbierze się na jego powierzchni, i wówczas ją zbierano (tzw. metoda postojowa). Później w tym celu używano naczyń, które miały na dnie zamykany otwór. W 1864 roku Antoni Prandtl, niemiecki konstruktor, wykonał prototyp centryfugi — urządzenia, w którym wykorzystano różnicę w gęstości składników mleka, co znacznie ułatwiło i przyspieszyło ten proces. W 1879 roku podobne, ale doskonalsze urządzenie skonstruował szwedzki inżynier Karol de Laval i nazwał je separatorem.

 

W muzeum mamy różne typy separatorów, wśród nich jest centryfuga MILENA 130 DR Patent firmy Miele (lata 20–30. XX w.). Seria Milena obejmowała kilka modeli z numerami 45, 60, 90 oraz topowym 130. – liczba odnosiła się do wydajności urządzenia, wyrażonej w litrach mleka na godzinę pracy. Obok centryfugi stoi dzieża kadłubowa i klepkowa (o nich dalej) oraz metalowa bańka na mleko podpisana G. Drzewek, Czarnen [obecnie Czarne] oraz Molkerei Arys [Mleczarnia Orzysz].

Oddzieloną od mleka śmietanę ubijano w maślnicy (lub maselnicy, nie mylić z maselniczką) aż do oddzielenia się tłuszczu — masła — od maślanki. Tradycyjne i najbardziej popularne były smukłe, drewniane tłuczkowe maślnice klepkowe, składające się z wysokiej konwi i bijaka (tłuczka) z dziurkowanym krążkiem. Były też wirnikowe maślnice beczkowe (klepkowe) lub w formie skrzyneczki, z wirnikiem obracanym korbką. W naszych zbiorach mamy też maślnicę z korpusem wydrążonym w pniu drzewa i wirnikiem obracanym metalowym mechanizmem firmy Husqvarna – jednej z najstarszych działających do naszych czasów firm na świecie (została założona w 1689 roku, początkowo produkowała broń palną, później sprzęty gospodarstwa domowego: od 1872 roku maszyny do szycia, od 1882 roku maszynki do mielenia mięsa, a potem rowery, motocykle, kosiarki i piły łańcuchowe).

Do przetwórstwa ziaren zbóż i wyrobu mąki lub kaszy służyły żarna lub stępy. W żarnach rotacyjnych dwa kamienne kręgi (jeden nieruchomy – „leżak”, drugi obracany wokół osi – „biegun”) były osadzone w drewnianej obudowie wydłubanej z fragmentu pnia (żarna kłodowe lub kadłubowe) lub w skrzynce na czterech niewysokich nóżkach (żarna skrzynkowe). W zależności od ustawienia prześwitu pomiędzy kamieniami uzyskiwano mąkę (gdy kamienie przylegały do siebie) albo śrutę lub kaszę (gdy prześwit między kamieniami był większy). W muzeum mamy żarna kłodowe i skrzynkowe, a nawet fragment prymitywnego żarna nieckowatego (takie narzędzia stosowano już w neolicie), w którym ziarno rozcierano płaskim kamieniem („rozcieraczem”) w nieckowatym zagłębieniu wyrytym w płaskim kamieniu.

Kasza z żaren była w zasadzie rodzajem grubo roztartej śruty, a do wytwarzania drobniejszej kaszy służyły drewniane stępy, przypominające kształtem wysoki moździerz. Podobnie jak moździerz składały się z dwóch części: dolna, wydrążona w kawałku pnia, była pojemnikiem na ziarno, które było rozkruszane drewnianym „tłuczkiem” – stęporem, ciężkim i długim, dlatego zwykle trzymanym w obu rękach. W zależności od kształtu stępy dzielono na kielichowate – bo przypominały wielki drewniany kielich, kłodowe – były wydłubane w jednym klocu drewna, przysiadkowe – połączone z ławeczką, na której podczas pracy można było siedzieć, a także nożne – te były największe, a duży stępor był poruszany nogami. Na Mazurach, w okolicy Ukty, w wioskach założonych przez starowierców, można było zboczyć też stępy kielichowate z płytkim zagłębieniem i krótkim, jednoręcznym stęporem. Służyły one do przygotowywania „stulczyków” („stulcy”), jednego z ulubionych dań starowierskich, z gotowanych w łupinach ziemniaków, które po obraniu tłuczono na miazgę w stępie. Z powstałej masy formowano kluski, które jedzono na zimno, polane gorącym olejem z przesmażoną cebulą.

 

„AGD” sprzed lat, które wyszło z użycia: na pierwszym planie cztery stępy ze stęporami: trzy kielichowate i jedna kłodowa. Dwie z nich pochodzą z chałup starowierskich, ta z krótkim, jednoręcznym stęporem była używana do tłuczenia ziemniaków. Za nimi stoi pięć różnych maślnic do wyrobu masła, po lewej stronie zdjęcia widoczna jest okrągła, wyprodukowana przez firmę Husqvarna. Na skrzyni (na zdjęciu po prawej stronie) leżą gofrownice.

 

Do przygotowania ciasta, na przykład na chleb, służyły niecki („kopańki”, „kopanki”) lub dzieże. Dzieża to beczkowate, zwężające się ku górze naczynie klepkowe, najczęściej dębowe lub sosnowe, niekiedy z uchwytem i wiekiem. Tradycyjnie dzieże były używane do wyrabiania i fermentacji ciasta chlebowego. Niecka, jak sama nazwa wskazuje, była podłużnym, niezbyt głębokim naczyniem, półkolisto wydrążonym w kawałku drewna liściastego (lipy lub osiki). Były rozmaitej wielkości (niekiedy bardzo duże) i miały różne zastosowania: najmniejsze służyły jako miski do jedzenia (drewnianymi łyżkami), średnie do wyrabiania ciasta czy zbierania mąki podczas mielenia w żarnach, duże do sprawiania zaszlachtowanej świni i zasalania mięsa, ale także do prania, a nawet do… kąpania dzieci. Dawniej sprzęty domowe miały bowiem rozmaite zastosowanie, w zależności od bieżących potrzeb.

Do przechowywania wyprodukowanych produktów spożywczych – mąki, kaszy etc., ale także produktów płynnych i wyrobów z mleka lub do wyrobu ciasta – używane były większe lub mniejsze drewniane naczynia kadłubowe – wydrążone w jednym kawałku drewna – oraz klepkowe wyroby bednarskie. Te drugie dzieliły się na cebrzyki i szafliki (wykonane z klepek prostych i rozszerzających się ku górze), dzieże (z klepek zwężających się ku górze) oraz beczki (z klepek giętych, te używano do produktów płynnych, kiszenia kapusty czy ogórków). W muzeum eksponujemy wszystkie rodzaje takich naczyń, a także specjalistyczne narzędzia bednarskie służące do ich wyrobu – strugi, ośniki, ciosła, specjalne dłuta, etc.

 

Drewniane naczynia i pojemniki dłubane lub klepkowe, dawniej używane powszechnie w wiejskich domostwach: niecki, dzieże, cebrzyki, beczki, etc., zostały z czasem wyparte przez naczynia blaszane, a obecnie plastikowe.

 

W dawnych czasach powszechna była uprawa lnu: krótkowłóknistego o kwiatach niebieskich lub o kwiatach białych – z długimi, cienkimi włóknami. Po żniwach, jesienią i zimą, wszyscy mieszkańcy zajmowali się obróbką lnu, a kołowrotki i krosna stały w każdym domu (w dużych gospodarstwach nawet po kilka sztuk).

„Jeszcze podczas I wojny światowej niebiesko kwitnące pola lnu wokół wsi były typowym widokiem. Obróbka lnu, od siewu do tkania, wymagała dużo czasu, przygotowań i nakładu pracy. Przy tkaniu obowiązki miały także dzieci. Musiały pilnować, żeby pełne szpulki zawsze leżały w pobliżu krosna. Już od dziecka uczyliśmy się też obsługiwać kołowrotek. Podczas I wojny światowej, a także później, oprócz płótna lnianego, tkano również wełnę na ubrania. Wszyscy mężczyźni w naszym gospodarstwie, oprócz stałego wynagrodzenia, otrzymywali bowiem deputat ubraniowy: dwa farbowane na szaro kombinezony robocze z lnu lub półpłótna oraz wyjściowe, niedzielne ubranie z ciemnoniebieskiej wełny”  wspominała Käthe Sodeikat z nieistniejącej już „zagubionej wsi” Szast w Puszczy Piskiej [1].

Według oficjalnych danych z 1838 roku na Mazurach było 246 294 krosien (!), a prawie sto lat później, bo w 1934 roku, było jeszcze 234 410 (wg Polskie stroje ludowe E. Pisorz-Branekova). Ich konstrukcja pozwalała na łatwy montaż lub demontaż, więc na czas wiosenno-letni były rozbierane i składowane na poddaszach lub w lamusach. W muzeum, w jednej części strychu, zgromadziliśmy eksponaty pozwalające opowiedzieć o procesie obróbki lnu i konopi. Są więc sierpy, kosy oraz międlice i cierlice służące do łamania zdrewniałych części wysuszonych wcześniej łodyg i oddzielenia włókien od paździerzy (międlica posiadała jedną szczelinę, cierlica – dwie). Ta czynność tradycyjnie odbywała się w październiku, stąd nazwa tego miesiąca: „Październik, bo paździerze baba z lnu cierlicą bierze”. Są też klepadła (klepacze, mieczyki), służące do ubijania w celu usunięcia z włókien resztek paździerzy, oraz zgrzebła (szczotki) do wyczesania i zmiękczania już wyklepanych włókien. Włókna krótkie, czyli pakuły, które pozostawały na zgrzebłach, używano do wyrobu powrozów, grubych płacht lub zatykania szczelin i wypełniania dziur, natomiast z włókien długich i miękkich, późną jesienią i zimą, kobiety przędły na kołowrotkach przędzę, którą nawijano na niewielkie drewniane szpule. Kolejnym etapem było przewijanie przędzy na tzw. szpulowakach, odmianie kołowrotków służących do nawijania na większe, szersze drewniane szpule oraz motowidłach – służących do odmierzania i zwijania nici lub przędzy w motki. Ostatnim etapem było tkanie płótna na krosnach, czyli warsztatach tkackich.

 

W pomieszczeniu na strychu zgromadziliśmy sprzęty i narzędzia związane z obróbką lnu i tkactwem. W tej części eksponujemy również malowane skrzynie i kufry.

 

Na strychu oprócz tkalni „urządziliśmy” również prymitywny wiejski warsztat szewski (prawie wszystkie sprzęty i narzędzia pochodzą z jednego warsztatu!), w którym robiono buty z drewnianymi podeszwami i cholewkami ze skóry. Podeszwy były wycinane z drewna na tzw. koziołkach (kobyłkach) – rodzaju ławeczki z imadłem nożnym, w którym mocowano obrabiany klocek drewna. Na koziołkach z uchwytem zaciskowym była wykrawana skóra na cholewki (wierzch), robiono w niej dziurki, etc., zszywano, a na koniec wszystkie części łączono razem. Obok trzech rodzajów koziołków (do strugania podeszw, szycia skóry i ich łączenia), są rozmaite narzędzia szewskie, metalowe kopyta zwane czasem dreifus (trójnóg), komplet szydeł, nożyc, młotki, dratwa oraz dziegieć (smoła) i wosk do ich smarowania, drewniane kołeczki i gwoździe szewskie, „blaszki” do wzmacniania obcasów, drewniane kopyta, kawałki skóry i podeszw, etc. Oczywiście są wyroby końcowe, czyli buty z drewnianymi spodami i skórzanymi cholewkami, w tym chodaki zakonnicy z klasztoru starowierskiego w Wojnowie.

 

Jak na obrazie Tadeusza Makowskiego na ścianie naszego warsztatu wiejskiego szewca wiszą drewniane kopyta — zwane również prawidłami, na które była naciągana i kształtowana cholewka, by nadać obuwiu ostateczny kształt i profil.

 

Unikatowym zbiorem – zdaniem odwiedzającego nasze muzeum prof. Mariana Pokropka, wybitnego polskiego etnografa i niekwestionowanego autorytetu w tej dziedzinie – jest kolekcją szablonów malarskich do wykonywania wzorów i tzw. szlaczków na ścianach – takich malowanych tapet.

W środkowej części strychu, w której centralną część zajmuje wielki, piramidalny komin „opowiadamy” historię chałupy: „mówimy” o naszych zmaganiach o jej uratowanie, o procesie translokacji etc., ale też o dawnych, tradycyjnych technikach budowy z drewna. Jest więc bogata kolekcja narzędzi ciesielskich i stolarskich. Jest też ekspozycja poświęcona pszczelarstwu, z ulami słomianymi i skrzynkowymi oraz podstawowymi sprzętami używanymi przez pszczelarzy – jak miodarki, czyli wirówki do miodu. Są sprzęty służące do łowiectwa i kłusownictwa, w tym rohatyna i „żelaza” czyli wnyki na „grubego zwierza”, a od niedawna niewielka ekspozycja dotycząca istniejącej w XIX wieku w Puszczy Piskiej huty żelaza w Wądołku, wówczas największej w Prusach Wschodnich [2].

 

W spichlerzyku zgromadziliśmy pojemniki do magazynowania zboża i innych sypkich płodów rolnych wydłubane z pni drzew (głównie liściastych) lub plecione ze słomy; po prawej stoi żarno kłodowe.

 

W niewielkim spichlerzyku sąsiadującym z chałupą zgromadziliśmy głównie przedmioty związane z przechowywaniem zboża i płodów rolnych. Zboże lub mąkę przechowywano dawniej na strychach i w spichlerzach, w wielkich skrzyniach lub w wyplatanych ze słomy dużych koszach albo drewnianych kadłubach (tokach). Stojące lub leżące kadłuby, z dnem lub bez dna, niekiedy z klapą, były drążone z kłód drzew liściastych (lip, topoli), rzadziej sosny. Niekiedy miały duże rozmiary, nawet do 4 metrów długości i 2 metrów średnicy. W naszych zbiorach nie mamy tak dużych egzemplarzy, ale jest leżący kadłub o długości 2,3 m, a ze stojących najgrubszy ma 1,1 m wysokości i średnicę 0,7 m. Ziarno z kadłubów wyjmowano łopatami struganymi z drewna, z drewna były też inne sprzęty: widły do gnoju, brony lub sochy, w których tylko części najbardziej narażone na zniszczenie miały metalowe okucia.

 

Wszystkie eksponaty należy od czasu do czasu przejrzeć, odkurzyć, umyć, a niekiedy naprawić i zakonserwować – na zdjęciu część sprzętów ze spichlerzyka wystawionych do przeglądu (w tle Oberża i „galeria”).

 

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

[1] K. Sodeikat, Meine Erinnerungen an Schiast, „Johannisburgrer Heimatbrief” 1988, tłum. K. A. Worobiec.

[2] Poświęciłem jej najdłuższy rozdział (100 str.) w książce: K. A. Worobiec, Zagubione wioski Puszczy Piskiej, Kraków–Budapeszt–Syrakuzy 2021, t. 2.

 

Epistolariusz biblioteczny – listy do Hajduka (VII)

 

Kraków, 2 kwietnia 2026

Drogi Jacku,

w pierwszych słowach mojego listu donoszę, że mimo życiowych turbulencji mam się dobrze i przerwa w pisaniu do Ciebie wynika tylko z nadmiaru obowiązków, które nie są niemiłe, ale żarłocznie pochłaniają czas. Z samego grafiku organizowanych przez Ciebie konferencji, warsztatów i spotkań a także z tego, że pogubiłem się już zupełnie w cyklu Twoich publikacji i opinii wydawniczych, z którymi Ci zalegam, wnoszę, że i Ty masz się nie najgorzej. Pisanie bywa u mnie zawsze pierwszą ofiarą żarłocznego negotium, czytania nie potrafię się wyrzec niezależnie od tego, jak trudno negocjacje z negotium przebiegają, co skutkuje tym, że tematów listów niebezpiecznie przybywa, a przecież dawniejsze zaległości zaczynają powoli spadać mi z kupy na biurku. Wybacz.

Przeczytałem książkę Macieja Rychłego, Sztuka wymaga czułości. Rozmawia Tomasz Janas, Poznań, Wydawnictwo Miejskie Posnania, 2024. Nie planowałem tej lektury, ponieważ nie miałem pojęcia, że taka książka istnieje. Dotarła do mnie przekazana przez Matyldę Amat-Obryk od Autora z załączonym dyplomem o przyznaniu za nią Nagrody im. Józefa Łukaszewicza. Poznański prezydent Jaśkowiak całkiem słusznie nie zapytał mnie o opinię w tej sprawie, ale w pełni pochwalam jego decyzję, bo to książka niezwykła.

Najpierw chciałem napisać, że to mówiona historia polskiej muzyki, potem, że historia muzyki światowej, obejmująca też moment narodzin muzyki, trafnie opisany przez Andrzeja Poniedzielskiego w jednym z jego skeczów, w którym schodzący z drzewa nasz przodek-małoplud zaczął wybijać rytm dwoma patykami (drugim etapem w tym skeczu jest powstanie piosenki poetyckiej, która narodziła się z bólu po nietrafieniu w patyk i walnięciu się w paluch). W książce Maćka jest jednak pukanie nie tylko w patyki, ale i w kamloty, które – nie uwierzysz – nauczył się on stroić, jak stroi się gitarę. Nie wątpię, że na wyciecze do Doliny Chochołowskiej, po godzinie strojenia nad tą piękną odnogą Czarnego Dunajca, spokojnie zagrałby fugę d-mol Bacha. Wiesz, jak gra się na takim litofonie? „Wygląda prosto, ale to nie jest proste. Trzeba czuć materiał, jego gęstość, ilość wody, jaką zawiera. Jeżeli uderzysz w taką bułę narzędziem z żelaza, to ją rozbijesz. Jeżeli uderzysz dębową czy olchową pałką, to ona się złamie. Jeżeli kamieniem, to zepsujesz wszystko. Musisz uderzyć czymś, co jest odpowiednie! I okazuje się, że musisz uderzyć narzędziem zrobionym z rogu renifera, bo tylko on ma dobrą twardość, giętkość, elastyczność” (s. 151). Generalnie myślę, że Maciek zagrałby tę fugę na wszystkim, od patyków po odkurzacz. Dlatego książka ta jest czymś znacznie więcej – jest historią kultury, w której można „zagrać” (dosłownie) obraz flamandzkiego malarza, inskrypcję, papirus, i w której artystyczna wrażliwość i czułość to nie tylko Chopin pod wierzbą w Łazienkach, ale też muzyka oceanu na jakiejś zapomnianej przez boga wyspie, wyśpiewywana od niepamiętnych pokoleń przez jej mieszkańców w języku, którym już nikt nie mówi i na instrumentach, o których więcej wiedziałby ten małpolud niż jakikolwiek teoretyk i historyk sztuki. To jest zupełnie Homerowy nostos do początków wszystkiego, do Itaki dźwięków, w których zapisana jest istota naszej tożsamości. Wspólnie z Maćkiem uczestniczyliśmy kiedyś w projekcie zatytułowanym „Korzenie muzyki europejskiej” – w tamtym wypadku słusznie, ponieważ dotyczył starożytnej Grecji, jednak Maćkowe poszukiwanie nie dotyczy tylko korzenia, ale samej gleby, w którą wrósł, jej struktury, smaku, zapachu, pogrzebanych w niej kości, żyjących w niej stworzeń i stworzonek, dżdżownic i bakterii. Jest to więc też historia tytułowej czułości w takim trochę Tokarczukowym znaczeniu, ale nawet dalej, ponieważ jest to czułość, która nie operuje w psyche (z wykształcenia Maciej jest psychologiem), ale w materii, która ducha wyprzedza, w drganiach fal dźwiękowych, fakturze drewna i kamieni, rozkładzie dziur na wydrążonym kawałku gałęzi, która chwilę wcześniej była przecież pełnym soków Augustyniakowym życiem. To książka o dźwiękach, których nie słychać, a które świdrują naszą – no dobrze, niech będzie: duszę – i kształtują naszą wrażliwość, a także o ciszy, która nigdy ciszą nie jest – tak jak nie istnieje doskonała czerń. Michał Markowski – który chyba się na mnie pogniewał i któremu zupełnie niepotrzebnie sprawiłem przykrość (już nigdy nie napiszę o przypisach) – swoją książkę o humanistyce zatytułował Polityka wrażliwości. Książka Maćka także jest manifestem polityki wrażliwości i pochwałą czułości. Jest o sztuce, której nie da się odłączyć od życia, ponieważ nie jest jego produktem, ale treścią. U Michała lubię to miejsce, w którym pisze, że humanista jest jak augur, a jego działalność jest jak wyznaczanie temenosu pod świątynię (s. 113). Maćkowy temenosobejmuje cały świat i on też wypowiada „magiczne formuły”. W kolegium augurów zasiadłby on tuż obok Michała

Tak, znam Maćka. I tak, książka mnie ucieszyła i zdumiała. Im bardziej jest niszowa i nieobecna np. w księgarniach Krakowa, tym bardziej chciałbym, żebyś ją przeczytał.

 

 

Maciej Rychły jest muzykiem, liderem pierwszego ważnego zespołu muzycznego eksperymentującego z muzyką etno i folk – Kwartetu Jorgi, kompozytorem, performerem, teoretykiem muzyki, poszukiwaczem dźwięków, nauczycielem, psychologiem i trudno powiedzieć, kim jeszcze. Ostatnio nawet aktorem, występującym w topowym serialu Netflixa Wikingowie – to podczas jego gry (z książki dowiaduję się, że instrument nazywa się sierszeńki) i śpiewu Anny Marii Jopek ginie zamordowana przez swego syna legendarna Lagertha, żona Ragnara Lodbroka. Gdyby grał trochę ciszej na tym połączeniu pompki z fujarą, to może by przeżyła. Akurat passus o Wikingach przynosi wyjątkową próbkę języka, jakim Maciej mówi o muzyce – zobacz i posmakuj: „Dźwięk szerszeniek staje się raz chrobry, raz wiotki, czasem skrzywiony, jakby grymasił, raz możesz go otworzyć i znaleźć słodycz, ale zawsze jest to słodycz rozdzierającego krzyku. Dla mnie ważne jest to, że dźwięki mają różne konteksty, a nie tylko jeden” (s. 241). Umiałbyś tak mówić o czymkolwiek, co robisz? Ja nie. Takie zdania, taki język, przynosi każda strona. Użyłeś kiedyś w rozmowie przymiotnika „chrobry”? Albo czy pomyślałeś, że rozdzierający krzyk może mieć słodycz? Więcej o sierszeńkach, których „dźwięki są jak z grząskiej ziemi ulepione” możesz poczytać na stronach 107-110, gdzie dowiesz się także, że można „oddychać prywatnie”.

Czy w tej lekturze spotkasz antyk i naszą grekę, o którą się zawsze dopominasz? Ależ oczywiście, że tak.

Spotkałem Maćka gdzieś na początku tego tysiąclecia, kiedy wówczas jeszcze gardzienicka Orkiestra Antyczna pod wodzą Tomka Rodowicza (o nim i jego książce, kiedy indziej) zaprosiła mnie i Wydawnictwo Homini do projektu „Korzenie muzyki europejskiej”. Poza dyskusjami, konsultacjami, wykładami, konferencjami, warsztatami, projekt obejmował wydanie polskich przekładów dwóch monografii o muzyce antycznej: Johna Landelsa Muzyka starożytnej Grecji i Rzymu oraz Martina L. Westa Muzyka starożytnej Grecji. Do pierwszej z tych książek miała być – i była! – dołączona płyta CD (czy ktoś jeszcze pamięta, co to takiego) z nagraniami Maćkowych aranżacji wybranych fragmentów muzycznych starożytnej Grecji. Ma być o książce Macieja, a nie o muzyce greckiej, więc nie będę się o tym rozpisywał – nie jeden raz zresztą o tym już rozmawialiśmy. A książka jest niezwykła, niezwykły Autor i niezwykłe losy, które przedziwnie się plotą.

 

 

 

Miałem z Maćkiem swój spór, o którym on w książce taktownie nie wspomina [1], a o którym mogę publicznie napisać, ponieważ publicznie się toczył na łamach „Kontekstów”. Jawiłem mu się wtedy – zupełnie wbrew mej woli i moim intencjom – jako bezduszny przedstawiciel definitywnie martwej akademii, pozbawiony i wrażliwości, i czułości, co mnie bardzo dotknęło. Nie potraktował mnie lekko (Pterodaktyl w kompocie, „Konteksty” 2006 nr 2, s. 85-93), na co ja też dość nerwowo odpisałem (Artysta w kompocie. Odpowiedź Maciejowi Rychłemu, „Konteksty” 2007 nr 1, s. 186-187). No tak, ale jak miałem mu się jawić? To była rozmowa jastrzębia z kretem na temat ostrości widzenia, czy może raczej rozmowa głuchego z nietoperzem. Dlatego ta książka jest dla mnie taka ważna i dlatego tak bardzo jestem za nią wdzięczny. I dlatego mogę o tym wszystkim napisać tylko w liście do Ciebie, a nie mogę na jej temat napisać recenzji. Bo kogo obchodzi, że w końcu ktoś opowiedział przez megafon kretowi, co widzi jastrząb? I kogo obchodzi, że akademik – as dead as dodo – nagle usłyszał muzykę wiatru? Ta książka stała się na mnie praktykowaniem nekyi – na pewno nie udało się Maciejowi ożywić akademickiego dodo, ale sprawił, że przynajmniej można go wypchać i wystawić na publiczny widok jak w Pitt Rivers Muzeum w Oksfordzie, z trafną adnotacją, że wyginął, bo był przygłupi.

Wiele wielkich postaci polskiej i światowej muzyki, które się na tych stronach pojawiają, doskonale znasz i wiele o nich wiesz, ale nie wiesz, jak często i intensywnie towarzyszył im gdzieś obok Maciej Rychły, niewidzialny jak wiatr, którego muzykę gra i słyszy. Czesław Niemen, Mikis Theodorakis (ten od Zorby), Tomasz Stańko, Jacek Ostaszewski, Michał Urbaniak, Krzysztof Penderecki, Henryk Mikołaj Górecki, Maciej Kaziński, Marcin Bornus-Szczyciński, Anna Maria Jopek. Spór Macieja z filologami (nie byłem jedyny) podczas projektu greckiego zasadzał się na walce o słowa i sensy. Niejeden z nas nakłaniał go do nauki greckiego jak Pimko Gałkiewicza, końcówek i gramatyki, bezwiednie pchając go do takich wystąpień jak to w „Kontekstach”, gdzie zapędzony jak mysz do rogu stawał się lwem broniącym sensu własnych poszukiwań. Jemu słowa jedynie zasłaniały muzykę, a myśmy chcieli tylko muzyki do słów. „Natura istnieje bez nazw, które odgradzają, zasuszają nasz kontakt z naturą. Muzyka zasysa energie naturalne” (s. 102). Referując swoją współpracę z profesorem Jerzym Danielewiczem, tak, TYM Danielewiczem, konkluduje: „Zauważyłem, że rozmawiamy o tym samym, ale posługując się innymi określeniami” (s. 203). Ja zaś zauważyłem, że nie ma żadnej potrzeby zmuszać Maćka, żeby mówił moim językiem, co poniewczasie odnotowuję z przykrością i wyrzucam sobie mentalną ciasnotę. Wiemy – i Maciej też trochę tym opowiada – że w projekcie „Muzyka starożytnej Grecji” ważni byli akademicy: Stefan Hagel, Jerzy Danielewicz, Lech Trzcionkowski, Krzysztof Bielawski, ale tylko z tej książki dowiesz się, że Mikis Theodorakis, słynny kompozytor muzyki do Greka Zobry Cocoyannisa, polecił mu szukać tej muzyki nie w akademii, ale… w greckich tawernach (s. 211).

Jakkolwiek było – o czym warto poczytać w tej książce – z projektu zostały aranżacje, nagrania, płyty, pliki, książki, przyjaźnie, które przetrwały burze i próby czasu. Czego chcieć więcej? Czego chcieć więcej od sztuki, od życia? Niedawno te same aranżacje pokazywał podczas Boskiej Komedii w Krakowie w Teatrze Słowackiego Tomek Rodowicz z Eliną Tonevą, pracując w Łodzi z zupełnymi naturszczykami i było to wspaniałe przeżycie, powrót do przeszłości połączony ze zdziwieniem, dokąd to te nuty zawędrowały i jakie pozostają żywotne.

Oczywiście, na stronach tej książki jest też w całej krasie ten Maciek, z którym się spierał upierdliwy akademik w mojej osobie – inskrypcja w Delfach nie pochodzi ze 138 roku p.n.e., tylko ze 128 (s. 132), skarbiec Ateńczyków nie jest obłożony płytami z inskrypcjami, ponieważ zostały one przeniesione do budynku muzeum – nota bene płyty te na pewno były na skarbcu jeszcze w roku 1956, kiedy Stephanie West potknęła się w Delfach i o mało nie uszkodziła zabytku, o czym uroczo wspomina Martin West w Muzyce starożytnej Grecji (Kraków 2003, s. 13), wyznając, że mimo to postanowił się z nią ożenić; epitafium Seikilosa na pewno nie jest najstarszym zachowanym fragmentem muzycznym (s. 217). Metodę Macieja słychać też w jego opinii na temat – wybacz, że to przywołuję – Twojego (i mojego) umiłowanego Vincenza: „Dla mnie tomy Na wysokiej połoninie są nie do przejścia” (s. 250). Ale posłuchaj wyjaśnienia: „Zawsze wolałem wędrować po połoninach, niż o nich czytać” (tamże). Dziś już wiem, co jest, a co nie jest istotne oraz to, że metafizyczna uczciwość muzyka do wiedzy akademika ma się jak cień Platonowej jaskini do słońca za plecami niewolników.

W 1982 roku Maciej założył Kwartet Jorgi – pierwszy ważny (czy „pierwszy ważny” nie oznacza „najważniejszy”?) zespół folkowy poszukujący dźwięków najpierw w słowiańszczyźnie (Jorga), a potem we wszystkich niemal kulturach, które z braku laku nazywamy „ludowymi”, od Bałkanów i Celtów po Afrykę. Z książki dowiesz się, gdzie można koncertować – od Zakopanego po slumsy w Caracas oraz że niewiele jest miejsc, gdzie Jorgi nie słyszeli. Dowiesz się, jak działały Gardzienice i Pieśń Kozła, czym jest koncert, spotkanie i festiwal, a także jak zagrać muzykę uwiecznioną przez Hieronima Boscha na odsłoniętym zadku w Ogrodzie ziemskich rozkoszy.

Słynne pytanie mleczarza Tewjego ze Skrzypka na dachu: „Ptak może pokochać rybę, tylko gdzie oni zbudują dom?” w filmie znajduje odpowiedź: „w miłości”. Książka przynosi pokrzepiającą odpowiedź, że takim domem jest też sztuka.

Wybacz – cierpliwość Twoją wystawiłem na ciężką próbę. Skończę dziś tutaj, żeby nerwowo porządkować notatki do kolejnych zaczętych listów do Ciebie. Bywaj. K.

 

*

Londyn, 3 IV

Drogi Krzysztofie,

Dziękuję za list, którego szczerze mówiąc wypatrywałem przebierając nogami (no może trochę w tym retoryki, w każdym razie wiedz, że się cieszę), ale wiadomo – wszystko w swoim czasie i porządku. Nareszcie jest!

Było to tylko kwestią czasu (i tak całkiem długo wytrwałeś, bo do listu nr 7), że pojawi się ten temat, i to z jakim zaangażowaniem emocjonalnym – niegodnym nieomal uczonego! (Sic!…) Szczęśliwie zatem, że trafiłeś na książkę Macieja Rychłego, bo otworzyła ona jedną z ciekawszych Twoich szuflad – dzieje muzyki. Nie piszę celowo: „muzyka antyczna”, bo to się jednak rozlewa po epokach… Cieszę się z tego listu m.in. dlatego, że odnajduję w nim echa licznych spotkań i rozmów, prywatnych i oficjalnych, podczas których dawałeś i dajesz wyraz tej Twojej pasji, która – jak wiemy – jest czy też być powinna nierozerwalnie powiązana z tym, co zwiemy humanistyką w znaczeniu: „namysł nad tym, co czyni nas ludźmi”. („Dziś już wiem, co jest, a co nie jest istotne oraz to, że metafizyczna uczciwość muzyka do wiedzy akademika ma się jak cień Platonowej jaskini do słońca za plecami niewolników”, że powtórzę).

Nie mogę nie przywołać Maestro Kolucha, który nota bene, równolegle prawie z nadejściem Twego listu przesłał mi zaproszenie na (kolejną!) Jaskinię Platona – traktat o duszy, który to spektakl już miałem okazję podziwiać i przeżywać; cieszę się w każdym razie, że udało się mu/Wam zdobyć jakieś środki na kolejne przedstawienia! Sztuka ta jest wyśmienita, co mówię z pełnym przekonaniem o słuszności swoich słów; jako chwilowy rezydent w Londynie, więc i goniąc od teatru do teatr, mogę powiedzieć, że Mariusz, gdyby życie ułożyło się inaczej, zawojowałby West End; no, może jeszcze zawojuje…

Twój list przypomniał mi pewien wstydliwy (znów może trochę retoryka, ale może nie…) epizod z mojego życia.

Otóż kiedyś podczas wizyty u Ireneusza Kani, gdy nagrywałem z nim rozmowę o Kawafisie dla „Tygodnika Powszechnego”, zaczął on opowiadać o swojej fascynacji folklorem i ludowością Greków współczesnych, i mówił o tym, jak to tylko Grecy rodowici potrafią! W pewnym momencie zapytał mnie: „Pan jakiej muzyki lubi słuchać?”, a ja z miejsca poczułem się jak na egzaminie ustnym, do którego przygotowałem się po łepkach. Oczywiste było bowiem to, że nie mogłem udzielić takiej odpowiedzi, jaką rzuciłbym komukolwiek na tak postawione pytanie. Kania chciał wiedzieć, jakie nuty poruszają moją duszę… Moja odpowiedź była fatalna, niezborna, nic z niej nie wynikało ponad to, że jakaś cząstka mojej duszy jest upośledzona; p. Ireneusz oszczędził mnie i po prostu – frasując się autentycznie – wyraził głębokie współczucie: „To bardzo niedobrze, panie Jacku. To bardzo niedobrze…”.

To wszystko jest dziwne, bo mam na pewno dobrze „nastawiony” słuch muzyczny, poetycki, więc: warunki jak należy. Przecież sam to głoszę, że literatura to w jakimś sensie muzyka: słowo, wers, passus – to wszystko musi płynąć jak melodia. Harmonizować. Może po prostu jestem za mało śródziemnomorski? Nie zrywam się przy posiłku z arią, nie wystukuję palcami rytmu o blat biurka, nie tańczę na ulicy, nie nucę w żadnych właściwie okolicznościach… Tak, to nie jest ograniczenie techniczne, ale solidnie zawiązany gorset Środkowego Europejczyka… Kania tego nie miał. Vincenz tego także na pewno nie miał… Mnie uwiera.

Tyle o muzyce.

Owszem, zalegasz obecnie z jedną bardzo konkretną recenzją – a za jej brak (o ile nie nadrobisz) będziesz musiał tłumaczyć się przed samym Redaktorem Zagańczykiem! Ufam, że wygospodarujesz kilka chwil na kilka akapitów… Pamiętaj, że Twoje komentarze, glosy, recenzje, opinie i ekspertyzy nauczyłem się traktować jako cząstki integralne moich własnych tekstów…

Na koniec jeszcze dwie sprawy.

Mówisz: „Pisanie bywa u mnie zawsze pierwszą ofiarą żarłocznego negotium, czytania nie potrafię się wyrzec niezależnie od tego, jak trudno negocjacje z negotium przebiegają, co skutkuje tym, że tematów listów niebezpiecznie przybywa, a przecież dawniejsze zaległości zaczynają powoli spadać mi z kupy na biurku”. Ja jednak mam właśnie odwrotnie. Bywa, że zawalam lektury, odwlekam, rozwlekam, przekładam… Ale piszę zawsze. Nawet jak organizm odmawia już posłuszeństwa, daje znać na różne sposoby, że granica została dawno przekroczona… Wariują czerwone lampki, a ja nie przestaję… Toteż list ten do Ciebie napisałem tyleż z przyjemnością co z zesztywniałym karkiem! Nazywasz to, zdaje się, fazą manii…

Zupełnie już kończąc: Wikingów znam i cenię. Jeśli jednak mogę Ci coś zarekomendować (choć może znasz), to film The Northman z Alexanderem Skarsgårdem w reżyserii Roberta Eggersa, jednego z ciekawszych reżyserów ostatnich lat (jego Czarownica!). To jest jeszcze lepsze!

Pozdrawiam Cię serdecznie i pisz!

J

Do katalogu: Maciej Rychły, Sztuka wymaga czułości. Rozmawia Tomasz Janas; John G. Landels, Muzyka starożytnej Grecji i Rzymu; Martin L. West, Muzyka starożytnej Grecji.

[1] No dobrze: dalekie echo moich niemądrych uwag znalazło się w jednym pytaniu Tomasza Janasa: „Kto mi tu wpuścił Araba do delfickiego peanu” (s. 219). Nota bene w tym wypadku na pewno pajanu, a nie peanu! No i znów popadam w to akademickie jojczenie, niech mi Maciek wybaczy.

 

„Pecunia non olet” czyli kłopot nad zatoką Palma

Jankowi Zielińskiemu, tropicielowi

Pecunia non olet – powiada znana sentencja. Czyżby? Poczułem ten zapaszek, gdy wspólnie z An spacerowaliśmy jesienią po uliczkach starej Palmy. Początkowo nie umiałem odgadnąć, skąd dochodził ów smrodek, ten charakterystyczny zapach pieniędzy, o których nie wiadomo, skąd się wzięły. Kombinowałem niczym Parker Pyne, bohater opowiadania Agaty Christie pod enigmatycznym tytułem Kłopoty nad zatoką Pollensa, którego akcja toczy się na Majorce. W przeciwieństwie do Pyne’a, który narzekał, że „wszyscy… Anglicy, Amerykanie… przyjeżdżają zimą na Majorkę”, na stołecznych ulicach widziałem i słyszałem turystów z Niemiec, w sklepach najłatwiej można było się dogadać po niemiecku, dla Niemców bowiem, zwłaszcza tych na emeryturze, Majorka jest dzisiaj drugim domem. Kombinowałem zatem, ale na razie bez skutku. Na trop wpadłem, gdy po raz trzeci lub czwarty mijałem bank o nazwie Banca March. A kiedy trafiłem do muzeum, które prowadzi Fundación Juan March, byłem już pewien, że po powrocie do hotelu czekają mnie poszukiwania za pomocą znanej wyszukiwarki. I nie wykluczone, że będę musiał odwołać się nie tylko do własnej, ale i sztucznej inteligencji. Takie czasy! Zapaliłem się do tej inwestygacji tym bardziej, że gdy po obejrzeniu ciekawej, choć nie powalającej na kolana kolekcji obrazów współczesnych zgromadzonych w Museu Fundación Juan March, zwiedziliśmy wspólnie z An jeszcze jedno, tym razem niewielkie, choć urocze i pełne kolekcjonerskich skarbów muzeum w pobliżu katedry i pałacu królewskiego La Almudaina, i okazało się, że owe skarby zgromadził tu niejaki Bartolomé March, wiedziałem już, czego mam szukać. Czy nie za dużo tych Marchów, jak na jedno, cudowne skądinąd, popołudnie w starej Palmie?

 

 

*

Wystarczyło kilka kliknięć, by dowiedzieć się, że Juan March był w okresie międzywojennym, w czasie II wojny i po niej, najbogatszym człowiekiem w Hiszpanii. Nieco więcej czasu zajęło wytropienie źródeł jego bogactwa. Było ich wiele, zbyt wiele, by wymienić je tu wszystkie. Zatem po kolei, wybiórczo, choć zgodnie z chronologią, która ma tu swoje znaczenie, bo Juan March pomnażał swój majątek w czasach obfitujących w wojny (tak domowe, jak i światowe), zamachy stanu czy dyktatury.

Urodził się w 1880 roku w niewielkiej miejscowości na północy Majorki – Santa Margalida. Jego dziadek, ojciec i wujek prowadzili tu firmę March Hermanos i zajmowali się eksportem świń i czosnku. Handlowali również mąką, migdałami, figami i likierami, przy czym te ostatnie sprzedawali ponoć bez licencji. Młody March miał od kogo uczyć się fachu, którego dewizą było: kupuj tanio, sprzedawaj drogo. Juan nie zamierzał jednak poprzestać na świniach i czosnku. Marzył o poszerzeniu działalności March Hermanos i dlatego w 1902 roku przekonał ojca i wuja, że bardziej lukratywna jest kontrabanda. Przemyt miał na Majorce długą tradycję, a najczęściej przemycanym towarem był tytoń. Juan błyskawicznie zdobył niezbędną w tym biznesie wiedzę, którą dziś nazwalibyśmy know-how: nawiązał kontakty z aktywnymi przemytnikami, przestudiował obowiązujący wśród nich kodeks honorowy, dowiedział się, jak przekupywać strażników, i w których grotach przechowywać towar. A ten pochodził z francuskiej Algierii. Na przełomie XIX i XX wieku mieszkało tam więcej Hiszpanów niż Francuzów. Pochodzili głównie z Walencji i Balearów, zatem kierunki przemytu narzucały się same. Proceder wyglądał tak: zakupiony tanio tytoń ładowano w Oranie i Algierze na statki pływające pod banderą francuską, angielską lub innych krajów, które na papierze zmierzały na Maltę lub do Włoch. W nocy, na pełnym morzu, towar przerzucano na łodzie rybackie, a następnie statek wracał do portu, gdzie kapitan zgłaszał w urzędzie celnym, że stracił ładunek z powodu złej pogody. W 1904 roku Marcha stać już było na przejęcie fabryki tytoniu w Oranie, dzięki czemu zaczął konsekwentnie pozbywać się konkurencji. Pamiętał jednak, że źródeł dochodów winno być kilka. W tamtych czasach struktura agrarna na Majorce zdominowana była – podobnie jak na Sycylii (zajrzyjmy do Geparda…) – przez wielkie posiadłości ziemskie, tak zwane posesiones, czyli majątki obejmujące często całe doliny lub tereny górskie (szczególnie w paśmie Tramuntana). W skład posesioneswchodziły nie tylko pola uprawne, ale także lasy, pastwiska, gaje oliwne, budynki dworskie, tłocznie oliwy itd. Ich właściciele, mieszkający przeważnie w Palmie, (jak pamiętamy, książę Salina przebywał przez większą część roku w Palermo) tracili zwolna płynność finansową. Wtedy na scenę wkraczał – niczym don Calogero z Geparda – sam Juan March: pożyczał im pieniądze, a gdy nie byli w stanie spłacić pożyczki, przejmował ich ziemię. Następnie dzielił ją na małe działki i odsprzedawał chłopom. W ten sposób wzmacniał swój wizerunek dobrego biznesmena, który pomaga drobnym rolnikom na Majorce. Tę szemraną nieco działalność March poszerzył później na Estremadurę i Andaluzję. Wyczytałem, że do 1931 roku Krezus z Majorki miał ponoć podpisać ponad 40 000 takich umów sprzedaży nieruchomości, co stanowiło jeden z najsolidniejszych filarów jego fortuny.

W czasie I wojny światowej grał z powodzeniem na dwie strony, choć większe usługi oddał Niemcom. Dysponował znacznym kapitałem, kontaktami i wpływami wśród polityków, wojskowych i urzędników, posiadał sporą flotę, która służyła nie tylko do przemytu. To do Marcha zgłosił się o pomoc agent wywiadu niemieckiego, Wilhelm Canaris, który przez pewien czas prowadził swoje wywiadowcze działania w Hiszpanii i we Włoszech. March dostarczał więc broń i pieniądze Berberom, których do walki z władzami francuskimi i brytyjskimi podburzał w Maroku i Afryce Północnej Canaris. W kontrolowanym przez Marcha porcie na wyspie Cabrera niemieckie U-booty tankowały paliwo. A że flota Marcha transportowała między innymi prowiant, broń, części zamienne, lekarstwa, sprytny Majorkanin miał ofertę także dla Brytyjczyków. Działał niekonwencjonalnie. Kilka jego statków było zarejestrowanych w Gibraltarze i pływało pod banderą brytyjską. Niemcy uważali je za wrogie. Ich łodzie podwodne często je niszczyły, co teoretycznie mogło zaszkodzić interesom Marcha. Teoretycznie. March ubezpieczał je bowiem w brytyjskich towarzystwach ubezpieczeniowych, mógł więc liczyć na odszkodowanie. I sam informował Niemców, gdzie i co mają torpedować…

Kiedy kilka lat po I wojnie władzę w Hiszpanii przejął generał Primo de Rivera, biznes Marcha zachwiał się na chwilę w posadach. Dyktator postanowił ukrócić zapędy przemytnika, który zagrażał monopolowi publicznej spółki Compañía Arrendataria de Tabacos. Ale od czego były łapówki, wpływy, znajomości, groźby i wymuszenia… Szum wokół Marcha ucichł na tyle, że mógł on nadal, tym razem już z nieoficjalnym poparciem de Rivery, rozbudowywać swe imperium i powiększać majątek. Zadziałał, jak zwykle, prosty mechanizm „coś za coś”. Dzięki Marchowi hiszpański dyktator umacniał po cichu wpływy w Afryce Północnej, a zwłaszcza w Tangerze.

Wiedział odtąd March, że o bezpieczeństwo własnych interesów należy dbać także wśród polityków. Przejął zatem kontrolę nad mocną na Balearach Partido Liberal i z jej poparciem wylądował… w Kortezach. Odgrywał rolę nowoczesnego przedsiębiorcy, który dba o interes robotników. Takich przynajmniej argumentów miał użyć, gdy notable z Palmy zbuntowali się przeciwko budowie w Porto Pi (dzisiaj jest to dzielnica Palmy) fabryki nawozów i wnieśli sprawę do parlamentu. Mieli w Porto Pi swoje rezydencje… O tym, że poza fabryką March zbudował w zatoce port, przez który „płynęła” do Hiszpanii ropa z ZSRR, było już ciszej. A mowa o połowie lat dwudziestych XX wieku.

W 1926 roku March otworzył w Palmie pierwszy oddział Banca March, w którym mógł już spokojnie prać swoje brudne pieniądze. Inwestował w energię elektryczną i tramwaje na Majorce i Wyspach Kanaryjskich, starał się przejąć kontrolę nad dystrybucją paliw. Dwa lata później wykupił pas wybrzeża na północny wschód od Malagi. Obszar zwany El Tesorillo miał być przyczółkiem służącym do zintensyfikowania działalności handlowej, a zapewne i przemytniczej. Blisko było stąd do Gibraltaru i do Afryki. Tę dziką ziemię trzeba było jakoś zagospodarować. March zaproponował więc „interes życia” kilku doświadczonym rolnikom i ich rodzinom z gmin Campos i Ses Salinas z południa Majorki. Mieli przenieść się do El Tesorillo i zacząć pracę dla Marcha…

W 1931 roku powstała w Hiszpanii tak zwana Druga Republika, co oznaczało dla magnata z Majorki kolejne kłopoty. Ángel Galarza, prokurator generalny Republiki, próbował postawić mu zarzuty w związku z ciągnącą się od początku lat dwudziestych sprawą przemytu tytoniu. Jednak sędziowie, mianowani za czasów dyktatury Primo de Rivery, nie widzieli ku temu podstaw i zamknęli sprawę. Następnie premier Manuel Azaña powołał komisję, której zadaniem było naprawienie nieprawidłowości administracyjnych popełnionych za czasów dyktatury. March został pozbawiony immunitetu i w czerwcu 1932 roku trafił do madryckiego więzienia Modelo, oskarżony o finansowanie dyktatury, nakłanianie do nadużyć sądowych i przekupstwa oraz przemyt. Pozostał tam do 5 maja 1933 roku, kiedy to został przeniesiony do zakładu poprawczego w Alcalá.

W więzieniu Juan March przekupił wszystkich funkcjonariuszy. Miał kamerdynera, więźniowie sprzątali jego celę, która składała się z dwóch pokoi i była wyposażona w luksusowe meble; kelnerka codziennie przynosiła mu jedzenie z pobliskiej restauracji… Aż do 2 listopada 1933 roku, kiedy to March postanawił uciec. Wyjechał ponoć własnym rolls-roycem przez główną bramę. Przez Gibraltar uciekł do Paryża. Wrócił po roku, dzięki wstawiennictwu przewodniczącego ówczesnych Kortezów, Santiago Alby, który od dawna siedział mu w kieszeni.

Wraz ze zwycięstwem Frontu Ludowego w wyborach w 1936 roku Juan March ponownie uciekł za granicę i powrócił do Hiszpanii dopiero po II wojnie światowej, gdy u władzy był generał Franco. Ale wspierał finansowo Republikę, zyskując miano „bankiera” prawicowej opozycji.

Gdy wybuchła druga ze światowych wojen, March skorzystał z doświadczenia nabytego podczas tej pierwszej i ponownie grał na dwie strony. Tyle, że stawka w międzyczasie wzrosła, podobnie jak i wpływy kogoś, kto uchodził wówczas za siódmego na liście najbogatszych ludzi na świecie. Churchillowi zależało na tym, by Hiszpania pozostała neutralna. Należało zatem dotrzeć do kogoś, kto będzie umiał wpłynąć na bezpośrednie otoczenie Franco. Tym kimś był – jakże by inaczej – działający w cieniu Juan March. To on miał odegrać niepoślednią rolę w tajnej operacji brytyjskiego wywiadu o kryptonimie Bribes czyli Łapówki. I to March miał sfinansować w dużej mierze „Błękitną Dywizję”, wysłaną przez Franco na prośbę Berlina na front wschodni.

Po wojnie przyszła kolej na kolejne inwestycje, nie zawsze udane, choć zakrojone były na ogromną, międzynarodową wręcz skalę. Nie udały się one z wyjątkiem tej ostatniej, jaką było stworzenie w 1955 roku Fundacji Juana Marcha. Jej kapitał początkowy wynosił 300 milionów peset i 1 200 000 dolarów. W 1962 roku, tuż przed śmiercią (a zmarł wskutek komplikacji zdrowotnych po wypadku samochodowym), March powiększył ten kapitał do 2 miliardów dolarów. Na czym więc polegała ta inwestycja? Nietrudno się domyślić: chodziło o zbudowanie pozytywnego wizerunku publicznego. March nie chciał, by zapamiętano go jako „ostatniego z piratów na Morzu Śródziemnym”, przemytnika i łapówkarza. Działająca do dzisiaj Fundacja jego imienia organizuje wystawy, konferencje, koncerty i przyznaje nagrody naukowe, a jej siedziba znajduje się w Madrycie (z oddziałem muzealnym w Palmie, w budynku dawnej rezydencji Marcha). Fundacja Marcha prowadzi również Muzeum Sztuki Abstrakcyjnej w Cuenca. Na przełomie 2024 i 2025 roku w madryckiej siedzibie fundacji można było oglądać wielką wystawę rysunków Saula Steinberga. A w 1992 roku, w oddziale w Palmie, swoje obrazy wystawiał sam David Hockney. Nikt ze zwiedzających nie zawracał sobie zapewne głowy przeszłością Mecenasa…

March zapisał swój majątek wnukom pierworodnego syna Juana, urodzonego w 1906 roku i zmarłego w 1973. Ale był jeszcze drugi syn, niejaki Bartolomé March Servera, urodzony w 1917, a zmarły w 1998 roku. Obu poczęła Leonor Servera, którą początkujący przemytnik poślubił w 1906 roku. W 1916 roku Juan odkrył, że Leonor miała kochanka. Kilka miesięcy później niejaki Rafael Garau, został znaleziony martwy, z szesnastoma ranami kłutymi, przy torach kolejowych przy Camí del Grau w Walencji… Przez lata morderstwo przypisywano Juanowi Marchowi, ale dokumenty zebrane w ostatnich latach wskazują na jego żonę jako zleceniodawczynię tej zbrodni. Rafael ponoć miał kochankę… By tę smakowitą historię zakończyć tak szybko, jak się zaczęła, powtórzę za biografką Marcha, że wydarzenie to położyło się cieniem na małżeństwie, a skutek był taki, że Leonor zamieszkała osobno (nigdy jednak nie występując o rozwód) i zachowała przy sobie Bartolomé, Juana zaś przyuczał do fachu ojciec. Bartolomé nie chciał mieć nic wspólnego z działalnością ojca. By to podkreślić, używał drugiego nazwiska po matce. Wolał poświęcić się kolekcjonowaniu dzieł sztuki, starych książek i… szopek bożonarodzeniowych z Neapolu, których pokaźną kolekcję podziwialiśmy z An w Palau March.

No właśnie, jeszcze słówko o owym Palau. Pałac ten wybudował w 1939 roku jego ojciec, wykupując przez pośredników działkę położoną tuż przy katedrze, niemal naprzeciw pałacu królewskiego La Almudaina. Dwa plafony w pałacu pokrył przemyślnie farbami niejaki José María Sert, jeden z mężów „naszej” Misi, z domu Godebskiej. Było to ponoć jego ostatnie zlecenie… A sam pałac przejął po rodzinnych podziałach Bartolomé i to w nim ma siedzibę fundacja, którą założył w 1975 roku.

 

 

*

Po co opowiadam o tym wszystkim, wystawiając cierpliwość Czytelniczek i Czytelników na ciężką próbą? Mógłbym przecież, zamiast o Marchu, napisać o kilku uroczych, secesyjnych kamienicach w centrum starej Palmy, o niezwykłej instalacji, którą w bocznej kaplicy katedry wykonał przyjaciel Adama Zagajewskiego, Miquel Barceló, o zwiniętej korze platanów przy La Rambla, w której chowały się pierwsze jesienne liście, o dreszczu, który poczuliśmy razem z An, gdy z zalanej słońcem ulicy trafiliśmy do pustego kościoła świętej Klary i w jego pustym wnętrzu usłyszeliśmy modlące się w ciszy, zamknięte w klauzurze, zakonnice.

Ale piszę o Marchu dlatego, by wytłumaczyć się, skąd mój kłopot, o którym wspominam w tytule mego szkicu. Bo przecież w muzeum Fundacji Marcha, a przede wszystkim w Palau March, mogliśmy wspólnie z An obejrzeć kilka naprawdę dobrych obrazów i grafik, a także rzeźb, które zdobią dziedziniec pałacu. Henry’ego Moore’a czy Rodina nikomu rekomendować nie trzeba. A te XVIII-wieczne szopki neapolitańskie? Co za cudo! Patrzyłem na nie wzruszony, choć do Świąt było daleko. Z czym więc miałem kłopot?

 

 

Otóż obejrzawszy to wszystko i dowiedziawszy się co nieco o Marchu zastanawiałem się, czy wykorzystywanie dzieła sztuki do oczyszczania publicznego wizerunku jest po prostu uczciwe. Zarówno wobec twórców tych dzieł, jak i tych, którzy je oglądają. Zastanawiałem się, bo w tym konkretnym przypadku czułem smrodek. I byłem nieco zdziwiony faktem, że sam Hockney nie zadał sobie trudu, by dowiedzieć się czegoś więcej o pradziejach Fundacji, w której ponad 30 lat temu pokazał blisko 60 swoich obrazów…

Ale historię Juana Marcha opowiadam tu także – a może przede wszystkim – dlatego, że gdyby jego przemytniczą działalność opisać jeszcze bardziej szczegółowo, z dużo większą maestrią, mógłby to być przyczynek do kolejnego rozdziału Brewiarza śródziemnomorskiego, podarowanego nam przez Predraga Matvejevicia. Te szlaki przemierzane przez łodzie rybackie między grotami u wybrzeży Majorki a Algierem, między Marokiem a Gibraltarem, wykreślają przecież kolejną z map Mediteranée, tak cudownie opisanych przez autora Brewiarza.

I na koniec jeszcze jedna refleksja, dotycząca sentencji Pecunia non olet. Otóż przypisuje się jej autorstwo boskiemu Wespazjanowi. Cesarz ten zmarł 23 czerwca 79 roku w swojej posiadłości w Rzymie. Miesiąc po jego śmierci miała miejsce erupcja Wezuwiusza, podczas której zasypane zostały Pompeje, Herkulanum i Stabie. Może więc – nim nastąpi kolejny wybuch – dać sobie spokój ze smakiem i węchem?

Palma la Mallorca – Bogdany Wielkie, marzec 2026

JAN MARIA KŁOCZOWSKI

PS. Skąd czerpałem informacje? Na temat Juana Marcha znaleźć można w sieci wiele artykułów (poza krótką informacją w Wikipedii, nie są to teksty w języku polskim), choć nie zawsze należy je traktować jako źródła rzetelnej wiedzy. Tym, którzy znają hiszpański bądź kataloński, polecam biografię Marcha napisaną przez byłą minister edukacji w pierwszym rządzie José Luisa Zapatero, niejaką Mercedes Cabrera (Juan March (1880-1962), Marcial Pons Ediciones de Historia, Madryt 2011). O projekcie El Tesorillo piszą pochodzący z Majorki dziennikarze Honorat Bauça i Margalida Juan Taberner (EL Tesorillo. Mallorquins rere les passes de March, Roig Editors, Campos 2011). Jedno z rzadkich opracowań dotyczących tajnej operacji Bribes zleconej przez Churchila to Operation Bribes. How Winston Churchill and Juan March Bought Franco’s Generals autorstwa hiszpańskiego ekonomisty i historyka Ángela Viñasa (Routledge, Londyn 2024).

 

Wańkowicz o patriotyzmie krytycznym

 

Szlachta nie pracuje? To niepodległości nie będzie

Młody Melchior Wańkowicz opublikował polityczno-ideowy esej, w którym rozważał skrajne postawy wobec rzeczywistości społecznej, przeciwstawiając sobie postać fikcyjną, Budzisza z powieści Weyssenhoffa, i rzeczywistego bohatera, tajnego emisariusza na Litwie i Rusi, rozstrzelanego przez Rosjan Szymona Konarskiego [1] .

Konarski i Budzisz byli dla przyszłego pisarza figurami dwóch rywalizujących ze sobą w polskiej duszy żywiołów: szlacheckiego, który Wańkowicz postrzegał jako egoistyczny, i opozycyjnego, uznającego dziedzictwo kultury szlacheckiej za przeszkodę w dążeniu do niepodległej i silnej Polski. Tekst zaczynał się od bardzo współczesnego obrazoburstwa: odwołujesz się do tradycji husarzy? To przyjmij jako jej część nie tylko Wiedeń, ale i bratobójczą bitwę pod Guzowem.

Potrzeba chłopów, nie magnatów – pisał ów szlachecki syn – „pracowników skromnych”, nie wodzów. Może do kapitulacji bez walki pod Ujściem doszło dlatego, że Polacy wybierają łatwe, piękne słowa i hasła, zamiast wziąć się do prawdziwej pracy, skromnej i mało widocznej? Gombrowicz kilkadziesiąt lat później napisze, że Polacy wolą zapadać się w „wieczne błoto”, zamiast wybudować chodnik – ale Wańkowicz poczynił taką obserwację już w 1911 roku: „Budzisz, po dobrym obiadku, jedzie w celach agitacyjnych w sąsiedztwo. Powóz dziedzica co raz się zapada w jaki dół na drodze, polski dół, który ogląda pokolenie dziedziców za pokoleniem, ale pan delegat Budzisz nie zauważa tego, jest cały przejęty wielkimi politycznymi planami”.

Esej Wańkowicza z lat walk o niepodległość mógłby być lekturą podstawową na lekcjach patriotyzmu krytycznego – prawdziwie wstającego z kolan, bo uznającego wstydliwe karty narodowej historii. Wańkowicz, myśląc zapewne o dziejach własnej rodziny, pisał o przodkach, którzy jednocześnie „nurzali się w rozpuście i bezrządzie za Sasów i byli twórcami 3-go Maja, niweczyli go Targowicą i bronili w rozpaczliwym boju konfederatów”.

Tradycję trzeba przyjąć nie wybiórczo, lecz w całości – i na niej się uczyć, bo „wszyscyśmy potomkami przodków naszych: ich grzechy w dziedzictwie i na nas spadają, a ich cnoty i w naszych piersiach drzemią”. Krytyczne spojrzenie na historię własnego narodu było dla młodego Wańkowicza koniecznością, którą porównywał do troski o obumierające drzewo. Młode pokolenie Polaków przypominało zaszczepkę „na zmurszałym pniu starego dębu”. Młode ziele – jeszcze nie na kraterze.

 

 

„Równość równością, ale ty, chamie, pana znaj, rozumiej łaskę”

Ten młody polityczny ideolog, a wciąż gimnazjalista, za szczególnie niebezpieczną dla Polaków uznawał postawę Budzisza. Tym niebezpieczniejszą, że na pierwszy rzut oka pozytywną. Zalety tej postawy okazywały się jednak złudne, a rzekomo drobne wady podmywały same fundamenty. Najpoważniejszą z nich był zdaniem Wańkowicza brak innego niż czysto uczuciowy fundamentu dla patriotyzmu. Przyjdzie nowa emocja – i ten krzykliwy patriotyzm zgaśnie. Potrzebny był bowiem, poza emocjami, wysiłek intelektualny. Nie wystarczy – pisał przyszły reporter – „porwać za sztandar” i nieść go „w radosnym uniesieniu”, „krzepko wśród setek serc zgodnie bijących”.

Wańkowicz nie opisywał Marszu Niepodległości – ale dlaczego mam go teraz przed oczami? Krytykował postawę opartego na afekcie patriotyzmu, bo niepodległość nie była dla niego celem samym w sobie, tylko środkiem służącym wolności i równości wszystkich ludzi. Jako przykład podawał postać rzeczywistą, Konarskiego, który mówił: „Za Polskę z królem, chociażby Polakiem, nie poświęcę ani kropli krwi”. Cytował też słowa jednego z bohaterów dramatu Róża Stefana Żeromskiego, Zagozdy: „[…] nie chciałbym widzieć dyktatury sołdatów z białymi orłami na kaszkietach”. W wizji pisarza niepodległość Polski byłaby pełna tylko wtedy, gdyby wszyscy ludzie stali się wolni. I równi; bo Wańkowicz pisał wprost, że wolność pojmuje także w jej socjalnym wymiarze. Prawdziwym wrogiem niepodległości były dla niego dawne szlacheckie nawyki, które zresztą dostrzegał także w sobie, wspominając, jak to w trzeciej klasie przejął się ideami demokratyzmu i równości – ale tylko deklaratywnie i fasadowo. Ostrzegał przed taką wyższościową postawą na własnym przykładzie: „Nuż, wróciwszy na wakacje, chłopom rękę na powitanie dawać. Z jakimże zgorszeniem broniłem ręki od pocałowania, bolałem nad piętnem niewoli, które się w ludzie wyryło, zdejmowałem pierwszy czapkę przed starszymi wieśniakami! Aż kiedy się zdarzyło, że witając się ze mną, fornal nie wyjął fajki z gęby i wyciągnął rękę bez najmniejszych oznak uniżoności – dotknęło mnie to niemile, choć sam przecież tego chciałem. Uczucie, które mną owładnęło, da się wyrazić słowami: «Wszystko to dobrze, równość równością, ale ty, chamie, pana znaj, rozumiej łaskę»” [2].

W jego pierwszym programowym eseju widać psychologiczny cień postawy jego ojca, który powróciwszy z zesłania, zaangażował się w działalność obywatelską.

 

Paliwo na trudną drogę znaleźć w Słowackim

Wkrótce potem w jednej z powszechnych wówczas książek zbiorowych pisanych przez uczniów Wańkowicz opublikował obszerny esej światopoglądowo-filozoficzny „Ja” osobiste a społeczeństwo [3]. Tekst uzupełniał pomocniczy diagram ilustrujący przedstawioną przez autora koncepcję „barometru jaźni – drabiny intelektu” (później ten wizualny schemat pisarz odtworzy w jednej ze swoich książek) [4].

Trudny stylistycznie młodzieńczy esej Wańkowicza jest jednym z kluczy do jego wizji świata. Powstał w sytuacji, gdy młodzi niepodległościowi konspiratorzy czuli, że powtarzają historię poprzednich pokoleń, i spodziewali się, iż wkrótce będą musieli wyemigrować ze względów politycznych [5]. Ich tragedią była niemożność życia po prostu dla siebie [6]. To o tym, po odzyskaniu niepodległości, napisze Lechoń – widzieli Polskę, nie zauważając wiosny.

Esej Wańkowicza będący mieszanką Wyspiańskiego ze Słowackim i ekonomią czyta się dziś żmudnie, ale jego sens jest nadal czytelny. Autor twierdzi, że perspektywa tułaczki, porzucenia domu, nie powinna przygnębiać, o ile jest się człowiekiem wewnętrznie niepodległym. Chociaż nie bagatelizuje dramatu oddzielenia od ojczystej ziemi – przede wszystkim od ojczystego języka – wskazuje, że jednostkę unieszczęśliwia się, odbierając jej możliwość służenia idei, i rozwija własną koncepcję szczęścia, używając pojęć zaczerpniętych między innymi z Nietzschego, jednak rozumianych po swojemu (zaznacza, że… dotąd go nie czytał).

Wańkowicz już wtedy sformułował pogląd, że każdy naród odznacza się jakimś własnym talentem, który składa się na „ogólnoludzką skarbnicę”, podobnie jak odrębne talenty mają klasy społeczne. Dziś możemy taki pogląd ocenić jako stereotypizację, od której krok do ksenofobii, u Wańkowicza jednak były to echa mesjanizmu. Po doświadczeniach nazizmu i faszyzmu do takiego sposobu myślenia podchodzimy z nieufnością, tymczasem dla młodego gimnazjalisty był on ochroną przed niebezpieczeństwem formatowania młodych ludzi przez różne instytucje. To przeciw temu samemu mechanizmowi, który nazwie „ugębianiem”, w Ferdydurke zaprotestuje Gombrowicz.

Rozwój osobisty Wańkowicz pojmował jako nieustanną drogę pod górę meandrującą między „linią piękna” a „linią pożytku”, zakosami po gigantycznym zigguracie. Byle nie osiąść na laurach. Nie zatrzymywać się. Wciąż w ruchu i polemice – ze sobą i z innymi. Jako źródło siły w tej żmudnej wspinaczce wskazywał Słowackiego, nazywając go „wieszczem, którego panowanie jeszcze nie nadeszło”. Twórczość tego poety będzie istotnym punktem odniesienia dla pokolenia żołnierzy Legionów. Urzeczenie piłsudczyków Słowackim spowoduje później z kolei naturalną reakcję sprzeciwu w scenie lekcji polskiego z Ferdydurke. Uczeń Wańkowicz autorem Króla-Ducha był jednak w okresie przed I wojną światową autentycznie urzeczony.

W eseju wskazywał też na znaczenie… egoizmu. Zaprezentował oryginalną koncepcję samorozwoju, w którym raz ważniejszy jest egoizm, raz altruizm, a ta swoista dialektyka tworzy swego rodzaju schody, dając impuls do pięcia się wzwyż. Głos opinii publicznej przedstawiał jako ważniejszy od własnych poglądów – dlatego kluczową rolę w tym mechanizmie odgrywało dla niego wsłuchiwanie się w vox populi.

Tej młodzieńczej teorii pozostanie wierny. Dla Wańkowicza pisarza niezmiernie ważny będzie żywy kontakt z czytelnikami reagującymi na jego teksty. Kontakt z nimi będzie dla niego jak dotknięcie ziemi przywracające siły gigantowi z greckiej mitologii. To dlatego każde dłuższe oddalenie poza Polskę pisarz przypłaci bólem i cierpieniem.

ŁUKASZ GARBAL

 

Fragment książki Łukasza Garbala, „Wańkowicz. Życie na kraterze”, Warszawa, Czarne,  2025. Żeby zamówić, proszę kliknąćtutaj.

 

[1] Tekst ma dwie wersje – drukowaną w czasopiśmie i w książce zbiorowej: J. Łużyc [M. Wańkowicz], Konarski a Budzisz, „Młodzież. Pismo młodzieży polskiej” 1911 nr 5, s. 12–23; W. [M. Wańkowicz], Budzisz. Najbliższy horyzont za naszemi „wrotami życia” [w:] U wrót życia, Warszawa 1911, s. 8–14 (z dopiskiem: „Fragment większej całości”).

[2] W. [MW], Budzisz. Najbliższy horyzont za naszemi „wrotami życia”, dz. cyt., s. 10, 11.

[3] M. Wańkowicz, „Ja” osobiste a społeczeństwo [w:] Bez przyłbicy, Warszawa 1912, s. 68–106.

[4] M. Wańkowicz, Zamiast przedmowy [w:] tegoż, Przez cztery klimaty, 1912–1972. Wyb. A. Garlicki, oprac. przypisów A. Chojnowski, A. Makowiecki, A. Notkowski, Warszawa 1972, s. 7.

[5] Przy rozstaniu [w:] Bez przyłbicy, dz. cyt., s. 3.

[6] Q. S. Żelewski, „My życiem głodni i za życiem zrozpaczeni” [w:] Bez przyłbicy, dz. cyt., s. 52, 58, 67.

 

 

Wielkanoc Henryka Jasieńskiego

W 1958 r. w Krakowie Henryk Jasieński zredagował ostateczną wersję pierwszej części swoich „Wspomnień”, ponownie sięgając pamięcią do lat 1894–1895. W rozdziałach 10. i 12. opisał przedświąteczną podróż z Warszawy do dziadków Łabęckich, którzy mieszkali w Lublinie. Była to dla niego wyprawa do zapachów, smaków, wielkanocnych zwyczajów i wzruszeń dawno już minionej epoki.

Przemysław Pawlak

 

HENRYK JASIEŃSKI  „Wspomnienia”

 

Lublin i wiosna – Podróż i przyjazd – Biały stół pod kloszem sufitowej lampy –Kanapa z barokowo giętym oparciem.

Zimę spędzaliśmy z reguły w Warszawie. Wiosną, wczesną wiosną, jeszcze przed Wielkanocą jechaliśmy do Lublina, do dziadków Łabęckich i wyjeżdżaliśmy stamtąd dopiero po Zielonych Świętach, aby po krótkim pobycie w Warszawie, dla przepakowania się i porobienia sprawunków wyjechać na późniejsze lato do Osuchowa, do dziadków Jasieńskich.

Dlatego to wspomnienie ówczesnego Lublina łączy mi się najściślej z wyobrażeniem wiosny.

Lublin z tych czasów to dla mnie ostatnie w rowach topniejące, brudne kupy śniegu i pierwsze pączki i listki na drzewach, to kwitnące w wilgotnych rozdołach kępy żółtych kaczeńców, to moknące w garnuszkach wierzbowe fujarki, to dochodzące przez otwarte okna gwary, tupotania i turkotania, dalekie szczekania psów i piania kogutów, to wielkanocne jaja i pisanki, szynki i zwoje kiełbas, babki i mazurki, i pokręcone wiórki kropidła położonego na miseczce ze święconą wodą, to rozległe przestrzenie łąk za torem kolejowym, całkowicie różowe od kwitnących smółek, i pierwsze poziomki na stoku wysokiego nasypu kolejowego, spadającego od toru daleko w dół do lasu, za mostem nad Bystrzycą, koło Konopnicy, to podłogi mieszkania przy fabryce na Piaskach, posypane gorzko pachnącym tatarakiem o biało-różowych, sprężystych łodygach, a wreszcie wczesne maki i bławatki w zielonych jeszcze zbożach.

 

Przed 1915 – źródło: z kolekcji prywatnej Roberta Marcinkowskiego. www.warszawa1939.pl

 

*

Z Warszawy do Lublina jechało się wówczas chyba nie o wiele dłużej niż dzisiaj pociągiem osobowym. Była to już jednak, zwłaszcza jak na mój wiek, wcale długa podróż. Wyjechawszy z Warszawy po wczesnym obiedzie, czy może tylko obfitym drugim śniadaniu, przyjeżdżało się do Lublina dobrze już ciemnym wieczorem na opóźnioną umyślnie kolację.

Wyjeżdżało się z dworca Nadwiślańskiego, później po wojnie światowej nazwanego Gdańskim. Była to rozległa, parterowa, barakowego wyglądu, drewniana budowla, pomalowana na kolor musztardowy, do której jechało się dorożką daleko i długo przez rzadko poza tym oglądane, podejrzanie i jakoś śmierdząco się nazywające Nalewki.

Tragarz wnosił rzeczy do obszernej poczekalni o suficie wspartym na lanych, żelaznych słupach, tłumnej i huczącej gwarem, gdzie się czekało na kupno biletów przy ustawionych pod ścianą koszach i walizkach, wpośród gęsto rozwieszonych, różnokolorowych ogłoszeń, polskich, rosyjskich, także i francuskich…

Pamiętam, że mnie szczególnie intrygowało jakieś Anonimowe Towarzystwo Fabrykacji Superfosfatów, czy jak ja to uparcie czytałem, „Superfostafatów”. Ta tak demonstracyjnie zaznaczona anonimowość, w połączeniu z niezrozumiałą nazwą fabrykowanego produktu wydawała mi się podejrzana i nie całkiem bezpieczna. Musiałem już wówczas słyszeć, że anonimowo, bezimiennie ludzie robią tylko jakieś rzeczy, do których się nie chcą przyznać, a więc najczęściej jakieś brzydkie rzeczy. Jakieś więc brzydkie cele musiało mieć to towarzystwo. Tylko czy tak otwarcie przyznana anonimowość, i opatrzona adresem, jako pokrywka nieuczciwych machinacji, nie przestawała być skuteczna?

Zastanawiając się nad tymi trudnymi do rozwikłania sprzecznościami ustroju kapitalistycznego (które to określenie, wówczas mi zresztą nieznane, wyjątkowo tu właśnie trafnie charakteryzuje istotę frapującego mnie zjawiska), patrzyłem równocześnie przez wielkie okna, poprzez peron na liczne tory wielkiej stołecznej stacji, na których gdzieś daleko stały szeregi wagonów osobowych i towarowych, i po których przesuwały się niekiedy jakieś manewrujące lokomotywy albo zajeżdżały krótkie, lokalne pociągi.

Na koniec na któryś z bliższych torów zaczynano podstawiać także i nasz pociąg. Za oknami przesuwały się powoli, jeden za drugim, ogromne i wysokie wagony szerokotorowej linii, zależnie od klasy: granatowe, żółte i najliczniejsze zielone. Niekiedy mieszane I i II klasy, częściowo granatowe, a częściowo żółte.

Wśród publiczności budziło się większe ożywienie, na sali zjawili się tragarze, żeby zabrać pakunki, wreszcie otwierały się drzwi na peron, rozlegał się sakramentalny „pierwszy dzwonek” i stojący w drzwiach portier ogłaszał, łamanym zapewne rosyjskim językiem pociąg „pasażerski” odchodzący w kierunku Iwangorodu, Nowo-Aleksandrii, Lublina, Chołma i Kowla [1].

„Pasażerowie” opróżniali poczekalnię i „podążali” przez peron i tory w kierunku pociągu i lokowali się w wagonach. Wagony w tym czasie były wszystkie jednakowo trzyosiowe, z otwartymi balkonikami na końcach, o daszkach wspartych na bardzo ozdobnych, lanych, żelaznych konsolkach. Wnętrza były korytarzowe. Przedziały drugiej klasy były obszerne, szerokie i wysokie, głębokie wygodne kanapki zawsze obciągnięte czysto wypranymi pokrowcami białymi w niebieskie paski, pod którymi nawet się wówczas nie domyślałem „dzikiego” koloru pluszu w szare, brunatne i zielonkawe strzałki. Okienko jedno, dość wąskie i umieszczone wysoko nadawało wnętrzu charakter, jak niekiedy słyszałem więzienny, a jak ja uważałem – przytulny i bezpieczny.

Po trzecim dzwonku pociąg ruszał i przejechawszy przez most na Wiśle, mijał wolno, nie spiesząc się, podwarszawskie laski na piaseczkach, wraz z położonymi wśród nich letniskami, ustępujące stopniowo płaskim, rozległym polom i pastwiskom. Mijały drewniane stacyjki w szwajcarskim stylu pomalowane na kolor „bryczkowy”, czyli inaczej „musztardowy” i ozdobione wycinanymi z desek „ażurami”. W pewnej chwili zjawiał się konduktor z symboliczną latarką, ubrany w płytkie, długie buty, bufiaste hajdawery i kacapskiego kroju z boku zapinaną bluzę, grzecznie salutował do barankowej czapki i prosił po rosyjsku o pokazanie biletów. Trzeba było pewnego wysiłku wyobraźni, żeby się połapać, że spod tej tchnącej wschodnią grozą czapki patrzy uczciwa, wąsata gęba jakiegoś mazowieckiego Macieja, albo Bartłomieja, który zorientowawszy się, z kim ma do czynienia (i kto siedzi w sąsiednich przedziałach), wdawał się nieraz chętnie w prywatną rozmowę już nie w „urzędowym języku”.

Sporo czasu zabierało samo smakowanie rozkosznego uczucia, że się jedzie pociągiem, tak równo, powoli, statecznie i bez pośpiechu, że koła rytmicznie stukają, że się jedzie w takim przytulnym wnętrzu, że się można tak głęboko, wygodnie rozsiąść, że druty telegraficzne za oknem podnoszą się w górę i znowu opadają, punktowane zawsze w tym samym miejscu akcentem migających słupów, a zagony pól wachlarzowatym ruchem odwracają się wstecz.

W końcu jednak doznawanie tych wrażeń nasycało o tyle, że stawało się możliwe doznawanie na ich tle także i wrażeń innych. Po jakimś czasie przyjmowania do świadomości tak intensywnych przeżyć zaczynało się robić głodno i z pewnym zadowoleniem widziało się zdejmowany przez kogoś z siatki koszyk z prowiantami, z którego ukazywały się kurczęta na zimno, chleb z masłem i mleko w butelce z pływającymi w nim, na skutek, jak mi tłumaczono, potrząsania jadącego wagonu, kuleczkami tłuszczu, które mnie szczególnie zajmowały i wydawały mi się specjalnie smakowite.

 

*

Po trzech, czterech godzinach jazdy, mniej więcej na połowie drogi, pociąg zatrzymywał się na dłuższy postój na węzłowej stacji Iwangród, o której zwykle ktoś przypominał, że nazywa się właściwie po polsku Dęblin.

Tu pasażerowie wysypywali się tłumnie z wagonów i podążali do ogromnej sali restauracyjnej, gdzie przy czyściutko nakrytych, w szereg ustawionych stołach można było, zależnie od pory dnia, albo zjeść bez zbytniego pośpiechu obiad, albo jak w tej teraz podróży napić się na podwieczorek doskonałej kawy, na którą żołędzie zbierała własnoręcznie rodzina restauratora w pięknych okolicznych lasach dębowych, jak to kiedyś opowiadała ciotce Mumie dziewczyna, która tu przedtem była na służbie: „Takie to były przyjemne wycieczki z panią i starszą panią, i wszystkimi dziećmi, i piło się w lesie, i tańczyło się przy harmonii, i taka potem z tego była doskonała kawa!”. Zresztą kawa, choć żołędziowa, czy tylko, jak raczej przypuszczam, z domieszką żołędzi, była rzeczywiście doskonała i wypijałem ją z wielkim smakiem.

Niech też temu restauratorowi światłość wiekuista świeci, wraz z całą jego rodziną, bo tą swoją kawą nikogo nie struł, ani mu żadnej krzywdy nie zrobił.

 

*

W niedługi czas po odjeździe z Iwangrodu na malowanym na musztardowo budynku następnej większej stacji sylabizowałem rosyjski napis: Nowo Aleksandria. Ktoś przypominał, że to przecież Puławy, właśnie te same Puławy Czartoryskich, gdzie była świątynia Sybilli.

Powoli zaczynało się robić ciemno. Zjawiał się konduktor z zapaloną już teraz latarką. Wyciągał powoli z torby piękną, grubą, jeszcze nienadpaloną świecę stearynową, osadzał ją starannie w zmyślnej, sprężynowej tulejce latarni umieszczonej w prostokątnym wykroju ściany między korytarzem a przedziałem i zapalał. Było to oświetlenie nocne, pozwalające poruszać się po przedziale bez rozbijania sobie głowy, ale nieprzeszkadzające, zwłaszcza po zaciągnięciu brunatnej firaneczki, dokładnie spostrzegać to, co się działo za oknem… i wówczas rozpoczynało się nowe, tajemnicze i pasjonujące, dziś już niespotykane widowisko.

Za oknem przedziału, najpierw zaledwie i chwilami tylko widoczne na ciemnym tle jakiegoś mijanego lasu, potem, w miarę ściemniania się coraz bardziej, stale widoczne i coraz wyraźniejsze, w kierunku przeciwnym do biegu pociągu zaczynały przepływać najpierw pojedyncze iskry, a potem całe ich smugi, to rzednące, to znów kłębiące się gęściej, lekkim skosem opadające w dół i osiadające cicho na pochyłościach nasypów i na przytykających do toru polach i łąkach.

Pytałem, czemu tych iskier nie było, a teraz naraz są. Odpowiadano mi, że były ciągle, tylko ich za jasnego dnia nie było widać. Aż dopiero teraz, gdy się zrobiło ciemno. Wierzyłem w to, czy nie wierzyłem, fakt pozostawał faktem, że przedtem dla mnie iskier nie było, że nie odgrywały żadnej roli w zespole moich wrażeń, podczas gdy teraz wysuwały się coraz to bardziej na plan pierwszy, absorbowały całą moją uwagę i swoim nieustannym kłębieniem się i uciekaniem w tył na tle pogłębiającej się ciemności wprowadzały mnie w końcu, razem zapewne ze wzrastającym ku wieczorowi zmęczeniem, w jakiś stan na wpół hipnotyczny.

 

ze strony www.teatrnn.pl

 

*

Ze stanu tego wyrywał mnie wjazd na wielki lubelski dworzec towarowy, stukotanie kół na gęstych rozjazdach i bębnienie na obrotnicach, i liczne tuż ponad ziemią żółte, czerwone i zielone światła sygnałowe. Zrywałem się, żeby pomóc zbierać i zdejmować z siatek pakunki i paczki i całkiem już przytomnie przechodziłem przez oświetlone sale na plac przed dworcem, a raczej – jak się wówczas mówiło – stacją (jeśli nie „banhofem”, albo nawet „foksalem”), gdzie oczekiwał na nas z końmi Benedykt, żeby nas podwieźć niedaleko do tak samo jak dworzec na Piaskach położonej fabryki.

Tu, przejechawszy przez bramę, wysiadało się przed wejściem do „kantoru” i szerokimi, dobrze znanymi, trzy razy załamanymi schodami wychodziło się na piętro. Mieszkanie dziadków nad „kantorem” nie miało przedpokoju. Z szerokiego podestu schodów, o lakierowanej na brunatno podłodze, wchodziło się wprost do wielkiego pokoju jadalnego, na którego środku pod kloszem jasnej sufitowej lampy rozpościerała się biała, rozległa powierzchnia nakrytego do kolacji, szeroko rozsuniętego stołu.

Na marmurowym stoliku przystawionym do jego przeciwległego, zaokrąglonego końca stał wielki, lśniący, mosiężny samowar, przy którym w kłębach pary stała ciotka Muma i nalewała herbatę, której mocny, śliczny aromat wypełniał cały pokój jak gdyby uchwytny, materialny wyraz atmosfery spokoju, domowości i bezpieczeństwa rodzinnego.

Po przywitaniach i szybkim oporządzeniu się, a przede wszystkim umyciu rąk po całym dniu w wagonie, zasiadało się do stołu, na którym pojawiała się waza klusek lanych na mleku, albo może samego mleka do podanej osobno kaszy tatarczanej, jako podstawowa kolacyjna potrawa.

Naturalnie że była jeszcze potem herbata i różne rodzaje chlebów i bułek, i masło, i sery, i konfitury, i marmelady, i co tam jeszcze należy do normalnych kolacyjnych dodatków. Ja zamiast herbaty, której długo jeszcze (poza jej aromatem) nie nauczyłem się oceniać, przyrządzałem sobie raczej „kapłonka” z nadrobionego do filiżanki chleba, dobrze posolonego i z kawałkami masła, zalanego wrzącą wodą z samowara. Zresztą zaczynała mnie już ogarniać zrozumiała po tylu emocjach senność, więc mnie odprowadzano do pokoju Babuli, gdzie było dla mnie przygotowane posłanie na dobrze znanej, szczególnie wygodnej, wielkiej kanapie o barokowo giętym oparciu.

Prosiłem zwykle, żeby mi urządzono, albo pozwolono urządzić „karetę”, tj. rozpiąć nad posłaniem, na szkielecie z lasek i parasolów, i kijów od szczotek, daszek z wielkiego popielatego pledu z opadającymi na boki zasłonami. Ale na to godzono się nie bardzo chętnie, uważając, że spanie w takiej zewsząd zamkniętej budzie, niedopuszczającej swobodnego przewiewu, nie jest właściwe i zdrowe. […]

 

Spacery: nadtopniałe śniegi w rowach – Otwarta trójprzęsłowa szafa i pierwszy wycieczkowy ekwipunek – Święcone

Przyjazd z wielkiego miasta, z „kamiennej pustyni” Warszawy, do mniejszego i bardziej zazielenionego Lublina, gdzie bliżej było do rogatek, dawał sposobność do prowadzenia mnie na spacery za miasto. Ze sposobności tej starano się korzystać bez opóźnienia, nie czekając koniecznie na zupełne ocieplenie, jeśli się ono opóźniało, albo jeśli przyjazd do Lublina, zapewne w związku z datą Wielkanocy wypadał bardzo wcześnie.

Dlatego pamiętam spacery szosą ku Piaskom Luterskim, albo później za Saski Ogród w stronę Czechowa, wzdłuż rowów napełnionych jeszcze nadtopionym, zlodowaciałym, powygryzanym w koronkę, brudnym i powoli znikającym śniegiem.

Pamiętam raz idącą wzdłuż takiego rowu starą kobietę, może trochę podpitą w czasie targu w mieście, która zwracała się do śniegu jak do świadomej istoty, wygrażała mu pięścią, przemawiała do niego i przeklinała go, radując się, że już go diabli biorą, że już skończyło się jego panowanie i że już lada chwila znikną ostatnie jego ślady.

Opowiadałem o tym spotkaniu z wielkim ożywieniem po powrocie do domu. Ja też się cieszyłem, że się zima kończy i że ostatki śniegu znikają. I to, co mówiła do śniegu babina, wydawało mi się zrozumiałe i słuszne. Ale oczywiście nie mogłem wiedzieć, jak bardzo i o ile więcej niż mnie, zima z tym śniegiem musiała się dać we znaki babinie w jakiejś chałupinie, może niedogrzanej i ciemnej, w długie zimowe wieczory i późne poranki, z koniecznością kopania się przez zaspy daleko do szosy, a potem ślizgania się po ubitym śniegu, z ciężkim tobołem na plecach, daleko do miasta na targ. I o ile bardziej dla niej niż dla mnie zniknięcie śniegu i nastanie ciepła było ulgą, końcem udręki i wielką radością.

Te ostatki śniegu teraz już prędko znikały i niedługo potem w rowach, w zagłębieniach terenu, na miejscach wilgotniejszych zaczynały kwitnąć bujne i rozłożyste kępy złoto-żółtych kaczeńców o grubych, nalanych wodą łodygach i liściach, które przywykłem uważać za oznajmienie, a zarazem symbol na dobre już się zaczynającej wiosny.

 

Ze zbiorów Zbigniewa Lemiecha, strona www.teatrnn.pl

 

*

W mieszkaniu nad kantorem był to okres robienia wiosennych i przedświątecznych porządków. W pokoju jadalnym wielka, ciemna, trójprzęsłowa szafa stojąca pod ścianą od kuchni, bokiem do okna na podwórze fabryczne, była szeroko otwarta, a wyjęte z niej rzeczy rozłożone na ceracie wielkiego jadalnego stołu.

Przypominam sobie, jak wieszano do niej z powrotem, po ich wyczyszczeniu i wynaftalinowaniu podbite futrem „rotundy”, zapamiętane może głównie z racji ich „ciemno”, „głęboko” i uroczyście brzmiącej nazwy. Były to takie wąskie, ściśle dopasowane, nierzucające fałdów jak gdyby peleryny, które widocznie wtedy, albo nieco przedtem panie niekiedy nosiły w zimie.

Spomiędzy rzeczy rozłożonych na stole najbardziej mnie zaciekawiały różnych rozmiarów torby z grubego, szarego płótna, obszyte czerwoną tasiemką, porządnie pozapinane na sprzączki albo guziki i zaopatrzone w gurty do przewieszania przez ramię. Były one przeznaczone do noszenia drugich śniadań albo podwieczorków, „robótek” dla jakiejś towarzyszącej osoby starszej, a wreszcie jakichś zapasowych ciepłych rzeczy na dłuższe, wielogodzinne spacery i wycieczki. Możność składanego spakowania i niesienia takiego sprzętu wydawała mi się nieomal bardziej atrakcyjną jak sam spacer, a w każdym razie jakąś bardzo istotną częścią związanej ze spacerem przyjemności. Jak zresztą bywało jeszcze i znacznie później, a nawet pozostało do dzisiejszego dnia.

Było to, zdaje się, pierwsze moje zetknięcie z na wpół jeszcze improwizowanym ekwipunkiem wycieczkowym, którego obmyślenie, poprawianie, reformowanie, kompletowanie i udoskonalanie, i dostosowywanie do każdorazowych potrzeb tyle miało potem zająć miejsca w moich najbardziej własnych, często ponawianych i szeroko rozwijanych rozmyślaniach.

 

*

Niedługo potem pojawiały się podgrzewane nad świecą skorupki i blaszane pokrywki od pudełek z „szuwaksu” z roztopionym woskiem, w którym się maczało zapałki i rysowało nimi na skorupach jajek różne krzyżyki i jedlinki, drabinki i swastyki, przed zanurzeniem do wywaru z łupin cebulowych albo innych „naturalnych” (jak mówiono) barwików roślinnych (czy nie przypadkiem szpinakowe liście?). Pojawiały się i przyniesione z miasta torebki z kolorami, ale do tych odnoszono się nie bardzo chętnie i mówiono z wyraźnym odcieniem pogardy, że „to anilina”!

Było to przygotowywanie pisanek różnymi tradycyjnymi sposobami, do których musiano widocznie przywiązywać niejaką wagę, choć nie mam wrażenia, żeby je ktoś był umiał stosować w całkiem „klasyczny” sposób.

Któregoś dnia bardzo niedługo potem stół jadalny był zasłany białym obrusem i zastawiony wielką obfitością szynek wieprzowych i cielęcych, stosów jaj białych i brązowych, otoczonych wiankami kiełbasy, salaterek żółtego sosu tatarskiego z zielonymi kaparami, talerzyków ze skrobanym na wiórki chrzanem, wysokimi babami z garnków, równymi jak kolumny, o rozszerzonych i niekiedy na bok pochylonych czapkach, i niższymi, ale dołem szerzej rozsiadłymi ze stożkowatych foremek o karbowanych bokach, szerokimi, pękatymi jajecznikami, serowcami, na których wówczas jeszcze nie całkiem umiałem się poznać i wreszcie rzecz oczywista – mazurkami różnego rodzaju i koloru, a więc „piaskowymi” („ale w nich przecież nie ma naprawdę piasku!?”), czekoladowymi w kilku odmianach, bakaliowymi, cygańskimi z rodzynków i siekanych orzechów i migdałów rozmieszanych w pianie z bitych białek, i nie wiem jeszcze jakimi, których nazwy, wyglądy i smaki mniej mi utkwiły w pamięci. To wszystko ubrane bukszpanem i girlandami wilczego łyka i porozstawianymi doniczkami białych i różowych hiacyntów.

 

Ze strony muzhp.pl

 

Dla mnie było osobne miniaturowe, ale kompletne święcone ustawione na małym stoliczku przystawionym do ściany po prawej stronie drzwi do salonu, ozdobione ponadto moknącą w szklance wierzbową fujarką.

Mam wrażenie, że obok własnego naszego święconego były tu koszyki i półmiski z innych gospodarstw domowych, położonych w obrębie fabryki, a może i w jej sąsiedztwie, przyniesione tutaj jako na punkt centralny i zbiorczy, gdzie się miało odbywać święcenie.

Pamiętam przyjście księdza z kościelnym i że kościelny zdejmował z księdza palto, a narzucał na niego, zdaje się, kapę, i szeptaną modlitwę, i stojących w milczeniu widzów i uczestników obrzędu, i kilkakrotny okrągły ruch wzniesionego w górę kropidła i potem jakąś rozmowę w salonie, uprzejmą ale trochę pospieszną, bo ksiądz miał widocznie w sąsiedztwie parę jeszcze święceń do załatwienia.

 

Wybrał, z maszynopisów i rękopisów przepisał i opracował

PRZEMYSŁAW PAWLAK

 

[1] W okresie zaboru rosyjskiego: Iwangorod, Iwanogród – Dęblin, Nowo-Aleksandria, Nowa Aleksandria – Puławy, Chołm – Chełm. Kowel – niegdyś miasto królewskie Korony Królestwa Polskiego, obecnie na Ukrainie, w obwodzie wołyńskim.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek