W podstawówce miałem napisać wypracowanie o Giaurze Byrona. Nie widziałem jak się do tego zabrać. I wtedy ojciec powiedział: „Zacznij tak: Nie chcę Giaura oskarżać, nie wiem, jak go bronić, potrafię mu tylko współczuć”.
W tym zdaniu jest cały ojciec. Niechętny sądzeniu, niechętny wyrokowaniu. Człowiek pytań raczej niż odpowiedzi, człowiek, który obnosił się ze swoimi wątpliwościami, a nie wiedzą. Poszukiwacz wyjątków od reguł. Człowiek nie ze świata „tak – tak, nie – nie”, tylko ze świata – „to zależy”.
Postawa taka pozwala na łagodną ironię i czułość wobec świata. Utrudnia jednak zaangażowanie. Był ojciec człowiekiem towarzyskim, ale osobnym. Bez odruchu stadnego, bez plemiennych uwikłań. Nie chciał płynąć w ławicy, co kosztowało go w latach 90. sporo przykrości. Dystans i ironia uchroniły go przed frustracją.
Nie dziwne, że człowiek ze świata „to zależy” nie miał praktycznej wyobraźni i technicznej sprawności. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek wbił gwóźdź. Owszem, wbijał pewnie w Tatrach haki i spity. Ale w domu nie widziałem go nigdy z młotkiem, ze śrubokrętem. Opanował smsy, założył maila, ale by go otworzyć, potrzebował zawsze asystenta. Niedawno dopytywał się, co to jest algorytm. Bawiły go fantazje sztucznej inteligencji.

Myślę, że bawiłoby go to, co na jego temat mają do powiedzenia chatboty. ChatGPT 3 napisał, że ojciec umarł w wieku 58 lat i że był specjalistą w swojej dziedzinie. ChatGPT 4 wiedział już, że był ważny dla literatury, ale czemu podkreślał, wrażliwość ojca na piękno natury? Może pomylił go z moim bratem.
Jeśli chodzi o styl, był ojciec przedstawicielem anarchicznego eklektyzmu. Toczył zwycięskie wojny ze światem garnituru i krawatu. Znany był z odważnych i pionierskich zestawień. Koledzy z nart mogli podziwiać kalesony zawinięte wokół szyi, zamiast szalika albo czapki nakładane jedna na drugą. Dla mnie i dla brata nie był to powód do dumy. Czerwieniliśmy się od wstydu i od mrozu. Ale ojciec całkowicie pozbawiony był poczucia obciachu. Potrafił po goleniu zdezynfekować policzki damskimi perfumami. Na starość zaczął eksperymentować z zarostem. Przymierzał wariant z brodą. Myślę, że w Atenach mieszkałby w beczce.
Był skrzyżowaniem ascety z hedonistą. Zadawalał się kartoflem i twarogiem, ale życie chyba kochał bardziej od tych, co zajadają się ostrygami. Ostryg zresztą by nie tknął. Tak jak grzybów, krewetek i innych frykasów. Może nie tyle z ascezy, ile z obawy o zatrucie. Cieszył go widok liści na drzewach za oknem. Tęsknił za czasami, kiedy mógł podbiec do autobusu.
Był niesamowicie odporny. Jego czaszka mogłaby być ozdobą kolekcji z pól bitewnych średniowiecza – liczne upadki odcisnęły się w formie wgnieceń, rys, odkształceń. W mojej pamięci pozostanie pewien wieczór osiem lat temu, kiedy godzinę po rozbiciu głowy i utracie przytomności dowcipkował na SOR-ze. Pomyślałem wtedy, ze zgrozą, że nas wszystkich pochowa. Że jest nieśmiertelny.
W ostatnich czterech miesiącach, kiedy w zasadzie z dnia na dzień gasł, napisał tomik wierszy. Właściwie to można chyba o tym powiedzieć tak, że to życie uciekało w te wiersze i tam gdzieś w nich wciąż pulsuje.
Z wypracowania o Giaurze dostałem czwórkę. No cóż. Wiadomo, że bardziej opłaca się mieć wyraziste opinie. Po latach zrozumiałem, że zdanie: „Nie chcę Giaura oskarżać, nie wiem, jak go bronić, potrafię mu tylko współczuć”, to wariacja na temat pierwszego zdania z mowy pogrzebowej Marka Antoniusza w Juliuszu Cezarze Szekspira. Mówi on – „przychodzę chować Cezara, nie chwalić”.
Ojciec zmarł w Idy Marcowe.
MACIEJ ŁUBIEŃSKI
Więc Bóg jest Boga nie ma proszę następne pytanie
czy więcej wolno jeśli nie istnieje
jeden problem mniej złudzeń czy pretensji mniej
nigdy nikt Go nie widział ani też nie słyszał
przeszło dwa tysiąclecia chrześcijańskiej wiary
jedno jest pewne rzadko się uśmiecha
tylko po co wypuszcza na nas tyle zła
ale czasem przynajmniej miejmy tę nadzieję
pokazuje niebieski gest Kozakiewicza
faryzeuszom świętoszkom tartuffom
takim co się próbują zbytnio poufalić
modlić się politycznie do cesarskiej władzy
złotego cielca czy innych bałwanów
stworzył jednak dla ludzi Jana Sebastiana
Leonardo Wiliama i Jana-Baptystę
Amadeusza Michała Anioła
oraz Fiodora Adama i Lwa
Dantego Alighieri co wrócił z zaświatów
plus jeszcze setki równych wyżej wymienionym
wśród nich naszego półkrwi Fryderyka
dla mnie to są dowody że Pan Bóg istnieje
mecenas sztuki sam Wielki Artysta
uwierzmy że wymyśli coś na tamtym świecie
w najgorszym razie wieczny odpoczynek
TOMASZ ŁUBIEŃSKI
(Więc Bóg jest Boga nie ma z tomu Ulica Mazowiecka)
Niezbyt dawno jechałem taksówką i w pewnej chwili kierowca zapytał mnie: „Proszę księdza, jakie jest najważniejsze słowo ludzkiego języka?”. Trochę pytaniem zaskoczony, odpowiedziałem jednak bez wahania: „miłość”. Kierowca natychmiast uśmiechnął się, i to z widoczną radością. Proszę sobie wyobrazić, dodał, że większość osób, które o to pytałem, odpowiadała podobnie jak ksiądz. To zachwycające, stwierdził, doprawdy zachwycające. Tomasz Łubieński miał wyraźnie zbieżne zapatrywania. Przeżył bowiem w swoim życiu jedną z najmocniejszych prawd, tę mianowicie, że w miłości zawierają się wszystkie barwy istnienia, od wysoce ekstatycznych uniesień, aż po cierpienie i śmierć. Ale wiedział też, że nawet najbardziej zakochane oczy kryją w sobie coś jeszcze poza miłością, jakieś powiedziałbym cienie grzechu pierworodnego. Pojawiają się one w chwilach, kiedy nie potrafimy bezinteresownie otworzyć się na kogoś drugiego, bez pomijania ważności własnej osoby.
Niemniej jednak warto czynić wszystko co osiągalne, żeby nie ulegać takiej pokusie. Tomasz na pewno tego nie czynił, ponieważ zbytnio cenił autentyzm w ludzkim postępowaniu i samo poszukiwanie prawdy, zgodnie z poetycką intuicją Miłosza: „Kiedy księżyc i spacerują kobiety w kwiaciastych sukniach / Zdumiewają mnie ich oczy, rzęsy i całe urządzenie świata. / Wydaje mi się, że z tak wielkiej wzajemnej skłonności / Mogłaby wreszcie wyniknąć prawda ostateczna”. Pamiętając o tej „dialektyce miłości” i uświadamiając sobie panoramę egzystencjalną przez lata budowaną i doznawaną przez Tomasza, od razu spostrzegłem, że jej filarem był proces rozciągający się pomiędzy aktywnością a udręką.
Jak ten stan należy pojmować? Przywołajmy najpierw samego Jezusa. Przez kilka lat był niebywale aktywny: wygłaszał wiele mów, toczył batalie z faryzeuszami, leczył chorych na ciele i na duchu, wciąż w nasłuchiwaniu, otoczony wielkimi tłumami, w stałej wędrówce duszpasterskiej. Lecz nagle wszystko się zmieniło. Oto w Ogrodzie Getsemani padł na ziemię i modlił się, wbrew żydowskiemu zwyczajowi nakazującemu, żeby oddawać chwałę Bogu stojąc. Niemniej jednak Jezus w uniżeniu wołał o oddalenie kielicha-losu, który został Mu przydzielony, aż do wystąpienia krwawego potu. Zaraz potem został wydany tym, którzy nie znosili Jego i Jego słów. Od tej chwili nie podejmował już żadnej inicjatywy, jakby zastygł w bezradności. Dlaczego? Bo najgłębszy sekret własnego życia, tak zwany sekret mesjański, związał z misją, jaką przyjął, godząc się na to, co czynili Mu inni. Przyjął tedy aresztowanie, wyszydzenie, straszliwe ubiczowanie, by w rezultacie skonać w hańbie krzyża.
Dopóki więc nie zrozumiemy, że wszechmoc Boga jest wszechmocą rezygnacji z siebie, dopóki we własnej codzienności nie poznamy, że potrzeba o wiele większej miłości, aby się usunąć w cień, niż aby narzucać siebie – nie przybliżymy się ani na krok do tajemnicy Jezusowej Kalwarii. Jako że Krzyż to znak miłości do końca, odkrywający prawdziwą naturę Bożej Wszechmocy, która jest jedynie wszechpotęgą miłości. Baranek prowadzony na rzeź, wołał prorok Jeremiasz, wiedzie ku tajemnicy Boga oplutego i znieważonego, dźwigającego nasze ziemskie słabości, pychę i częsty bunt, dzięki czemu życie nabiera najgłębszego sensu, a drzewo krzyża staje się drzewem ocalenia.

Toteż my również – każdy w odmienny sposób – musimy przejść od aktywności do „pasji”, od sprawowania kontroli nad sobą, do bycia zależnym, po prostu: od życia do umierania. I chociaż ten zwrot wydaje się bolesny i prawie niewykonalny, w nim kryje się prawdziwe owocowanie. Tomasz takiego zwrotu doświadczył i przyjął go. Lata jego działania były na ogół czasami sukcesów i najróżniejszych dokonań. Wspomnę o przygodzie z końca lat 70. ubiegłego wieku, kiedy współtworzył z kolegami „Res Publikę”, pismo, które ówcześnie stanowiło miernik intelektualnej jakości.
A przedtem? Nieśmiały debiut poetycki w paryskiej „Kulturze”, pierwsze sztuki dramatyczne, wystawiane tu i tam na teatralnych scenach, zbiory opowiadań, powieści, słuchowisk radiowych, publicystyki literackiej i esejów przenikniętych polską historią i dręczącą, wręcz dramatyczną kwestią: jak powinniśmy się byli wybijać na niepodległość? Syn Tomasza Łubieńskiego Stanisław zwrócił moją uwagę na to, że jego tata miał ginący dar mówienia rzeczy niepopularnych i trudnych, wynikających ze szczerego namysłu. Starał się niczego nie kopiować, unikał taniego kunktatorstwa, żywił szczery szacunek dla rozmówców.
A jakże, kochał Polskę, w stylu wielkich romantyków, kochał jej dzieje, język, a więc to, co stanowi rdzeń polskiej tożsamości, choć bez przerwy wychylał się ku światu, jako obywatel tego świata. Trzeba nazwać go patriotą wszelkiego rodzaju gór, wzniesień, falistych krajobrazów i oczywiście ludzi gór. Do tego jeszcze kierowanie „Nowymi Książkami”, niemal adoracyjne uwielbienie teatru, muzyki, także światowej literatury, zwłaszcza tej spod znaku Dantego. Nie mogę tu pominąć również nart, tenisa, piłki nożnej. Pamiętam, jak co jakiś czas dzwonił do mnie z prośbą o podanie siglum biblijnego, potrzebnego bodaj do książki o Molierze. Wtedy zapędzaliśmy się w twarde rozmowy o Kościele, starając się przy tym nie przekraczać etosu szlachetnej ironii, przekory czy różnicy zdań. I na sam kres bycia na tej ziemi: autobiografia oraz zbiór poezji Ulica Mazowiecka. W taki oto sposób zamknął się jego życiowy cykl: od poezji do poezji, którą pojmował jako przeniknięty żywiołem piękna i dobra sposób bycia.

Z tego co napisałem, jasno wynika, że urok i wielkość czyjegoś życia poznajemy po tym: w ilu ludziach my mieszkamy i ilu ludzi mieszka w nas. Czyli potrzebujemy zakorzenienia w dobrych człowieczych czynach i dziełach. Toteż przez dom Tomasza przewijało się mnóstwo osób, panował, jak to określiła Anna Piwkowska, ciągły ruch niczym na Marszałkowskiej, a w tle zawsze muzyka z radia Chopin. Lecz nadszedł ostatni etap i trzeba było zapytać: co sięga dalej niż sukces i produktywność? Dalej sięga owocowanie, a przychodzi ono z boleścią na podobieństwo ziemi, która tylko wtedy wydaje plony, kiedy zaora ją pług. Taki właśnie pług choroby przeniknął ciało Tomasza, powodując utratę sprawność w rękach i nogach. Nie mógł chodzić ani pisać, co oznaczało ograniczenie komunikacji ze światem do pojedynczych słów, równoważników zdań. Niestety, nie były to ćwiczenia poetyckie ani nawet próba doskonalenia formy wypowiedzi, raczej codzienna walka o każdy łyk powietrza, strzęp rozmowy, błysk muzycznego pasażu czy gest bliskości. Niełatwo przyjąć, że taka droga wiedzie ku wiecznej radości. Pomimo to my, chrześcijanie, umieszczamy w swoich wnętrzach i umysłach owo niebywałe wydarzenie: Pasja jest Bożym sposobem w jaki zechciał On zbawić własne stworzenia. Mógł zapewne postąpić inaczej, ale nie zrobił tego, wybrał zbawcze ogołocenie, kenozę. Być może również ze względu na nas, żebyśmy mieli siłę na podjęcie własnego szlaku od aktywności do niemocy, od zastanawiania się, ile jeszcze możemy osiągnąć, do uczynienia swego życia darem dla innych.
Bez wiary w odkupieńczą moc Krzyża niniejsze rozważania mogą brzmieć dosyć sarkastycznie. Lecz przyjmując Jezusa, którego miłość doprowadziła do zmartwychwstania, zmieniamy ten sarkazm i sprzeczność w najbardziej uzdrawiający paradoks życia, który w osobie Chrystusa kładzie fundament naszego życia w niebie, wraz z całym kosmosem, wszak po śmierci nie jesteśmy wyłącznie zwłokami. Nie zostaniemy wchłonięci w jakiś kosmiczny wir ani unicestwieni, lecz przeniesieni na stronę zbawienia. Świat będzie taki, jaki wyszedł z ręki Stwórcy, przejrzysty i absolutnie doskonały. Czułość, intymność, nasze poszukiwania, błądzenia i radości, – dosłownie wszystko, co nie wypływało z egoizmu, będzie zachowane na zawsze. Przez „moment śmierci”, podkreślam raz jeszcze, będzie przeprowadzone całe nasze człowieczeństwo, gdyż Bóg miłuje ludzkie ciało, pełne mozołu, bezustannej tęsknoty pielgrzymowania, które pozostawiło wiele śladów w świecie, i dlatego świat stał się naszym światem; ciało, które syciło się obfitością wrażeń, raniło się chropowatością ziemi i pokrywało bliznami, a które mimo to w pogoni za czułością zwracało się ciągle ku Niemu.
Naturalnie, w tej sprawie jesteśmy skazani na korzystanie z obrazowania metaforycznego, szerzej poetyckiego oraz na moc nadziei. Nie dość tedy powtarzać, że pewność wiary nie wyklucza niepewności, w jakiej jesteśmy pogrążeni, co do natury samego życia po śmierci. Zawierzyliśmy Bogu i ufamy, że On otwiera przed nami niewyobrażalne perspektywy. W takim razie pamięć o zmarłych wcale nie oznacza potrzeby nieustannego opowiadania przyjaciołom o ich życiu, umieszczania zdjęć na biurku czy nawet ustawicznego o nich myślenia. Jest natomiast duchową zachętą, żeby włączać zmarłych w przyszłą pracę zbawienia, pozwalać, żeby rozpraszali w nas narastające ciemności i prowadzili bliżej do światła. Godząc się na odejście Tomasza Łubieńskiego musimy wiedzieć, że wcale żeśmy go ostatecznie nie stracili, lecz stał się on bliższy naszym sercom niż to było dotychczas. Rzeczywistości wszakże zaznać możemy tylko poprzez ducha, napisał w Godzinie owoców Béla Hamvas, co oznacza, że kurtyna życia wcale się nie zapadła, tylko odsłoniła swą boską głębię.
Warszawa, 25 marca 2024
ks. JAN SOCHOŃ
Kim był człowiek, któremu postawiono pomnik w Perugii, nie wiem. Z pewnością kimś ważnym; na jednej ręce nosił sygnet, drugą wskazywał kierunek lub błogosławił. Tyle, w czerwcowe południe 1987, zdążył przekazać mi pomnik i jego cień.

„Pomnik”, Perugia 1987, z cyklu: „Z życia cieni” © Elżbieta Lempp
1 marca 2023
ELŻBIETA LEMPP
Choć zamieszkaliśmy „w głuszy”, to nie ukrywaliśmy się tu przed całym światem – niczym sienkiewiczowscy Kiemlicze w chacie smolarza. Do oberży przyjeżdżało coraz więcej osób i to nie tylko po to, by zjeść, ale także, by z nami porozmawiać. Wiele spotkań zakończyło się wieloletnią znajomością, niekiedy przyjaźnią (o kilku z nich z pewnością napiszę). Przeprowadzka na odległe Mazury (dla nas, z zachodu Polski), nie oznaczała też zerwania starych znajomości i przyjaźni, więc regularnie odwiedzali nas tu przyjaciele z „poprzedniego okresu życia” we Wrocławiu czy Berlina – bo bez dwóch zdań tu zaczęliśmy zupełnie nowy, całkowicie odmienny (niż w mieście) etap życia.
Jeszcze zanim powstała Oberża corocznie spędzał u nas wakacje nasz przyjaciel Tomek Jabłoński z Wrocławia (śp. już niestety), z rodziną: żoną Misią oraz trzema małymi córkami. Bardzo miło spędzaliśmy tu wspólnie wiele tygodni w roku, ale też często robiliśmy wycieczki, razem poznawaliśmy bliższe i dalsze okolice. Pewnego dnia nie mogliśmy jechać z nimi, więc Jabłońscy pojechali sami, a po powrocie podekscytowany Tomek powiedział: „Musicie koniecznie pojechać do Warnowa. To przy drodze na Wierzbę. Tam jest piękna, stara i opuszczona chałupa, duża i ładniejsza od waszej! Coś dla was!”.
Jego entuzjazm jednak nam się wówczas nie udzielił. Bo przecież byliśmy już „dumnymi właścicielami” dwóch ładnych budynków (murowanego domku i Oberży), a trzeci właśnie remontowaliśmy, więc do szczęścia niczego więcej nie potrzebowaliśmy – taka mniej więcej była nasza odpowiedź. Co nie znaczy, że zlekceważyliśmy jego informację – tym bardziej że nie znaliśmy Warnowa, maleńkiej osady leśnej położonej między Wejsunami i Popielnem, nad brzegiem Jeziora Warnowskiego. Po jakimś czasie pojechaliśmy tam. Byliśmy ciekawi, co Tomek ciekawego „odkrył”.
Pojechaliśmy, zobaczyliśmy i … przyznaliśmy rację. Na placu, na środku osady leśnej (kilka domów, niewielki i brzydki blok mieszkalny dla pracowników pegeeru lub leśnych oraz mały cmentarzyk rodzinny), w cieniu potężnego dębu, zobaczyliśmy dużą, drewnianą mazurską chałupę, ze szczytami zdobionymi ładnymi „kolumnami” oraz „sterczynami” na dachu. Była zupełnie inna niż te, które znaliśmy, wyjątkowa w stylu, opuszczona i zaniedbana.

W Warnowie zobaczyliśmy piękną, dużą i wyjątkową, 200-letnią chałupę z podcieniami w obu szczytach, luty 2000
Była piękna, nawet bardzo, ale nie dla nas. Przez wiele lat remontowaliśmy murowany dom, kilka miesięcy temu ukończyliśmy budowę oberży, teraz zaczęliśmy przebudowę obórki (pomieszczenia wewnątrz nie były jeszcze wykończone), więc nie mieliśmy ani sił (energii), ani funduszy na kolejną inwestycję. Tym bardziej że chałupa była dwukrotnie większa (16,3 x 8,5 m) niż oberża, znacznie starsza, co zapowiadało bardzo kosztowne i skomplikowane przedsięwzięcie. Jednak zasiane ziarenko zaczęło z czasem kiełkować…
Gdy ktoś ze znajomych lub gości oberży szukał wzorów tradycyjnego budownictwa, bo chciał też – tak jak my, wybudować „coś mazurskiego, w stylu” (tutaj byliśmy „pionierami” w przenoszeniu drewnianych chałup, więc podobnych pytań było sporo), to wysyłaliśmy ich do Warnowa. Ale pewnego dnia ktoś stamtąd do nas wrócił i oznajmił: „Chałupa owszem, bardzo ładna, ale już długo nie postoi, bo zrobiła się dziura w dachu, woda ją niszczy, i już dach się zapada…”.
To była ta przysłowiowa kropla, która przepełniła czarę, lub kamyczek wywołujący lawinę.
Postanowiliśmy działać, by chałupę uratować, bo jak już ustaliliśmy, była to jedna z niewielu tzw. mazurskich chałup podcieniowych z początku XIX, a może nawet z końca XVIII wieku! Mając już doświadczenie, wiedzieliśmy, że przy niewielkim nakładzie pracy, można było ją wówczas nie tylko zabezpieczyć in situ, ale też przywrócić jej pierwotny blask. Tak się jednak nie stało… I tu zaczyna się długa, kilkuletnia historia!
Danusia usiłowała ustalić właściciela – bo przecież to on powinien zadbać o unikatowy zabytek budownictwa mazurskiego. Potem zaczęła pisać listy do konserwatora zabytków w Olsztynie, a ja systematycznie jeździłem – by sprawdzać i dokumentować stan budynku w Warnowie oraz szukałem informacji o tego typu chałupach. A co ustaliłem?

Chałupa (z częścią mieszkalną i gospodarczą pod jednym dachem) ze wsi Gązwa (gm. Mrągowo) z przełomu XVIII i XIX w., z typowym dla chałup mazurskich podcieniem szczytowym od strony drogi (obecnie w Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku), maj 2002
Słów kilka o mazurskim budownictwie podcieniowym
Przez stulecia podstawowy budulec na Mazurach stanowiły surowce lokalne, a wśród nich najważniejsze było drewno, materiał ogólnodostępny, często bezpłatny. Każdy gospodarz, sam lub z pomocą sąsiadów, budował dom zgodnie z miejscową tradycją, a wielkość i wygląd domu zależały nie tylko od zasobności sakiewki i ilości posiadanej ziemi, ale też od statusu społecznego. Do końca XVIII wieku stawiano proste chałupy-stajnie, w których część mieszkalna znajdowała się obok pomieszczeń dla zwierząt lub była oddzielona tylko sienią.
Kulminacja rozwoju sztuki budowlanej i drewnianego budownictwa wiejskiego na Mazurach nastąpiła w II połowie XVII wieku wraz z pojawieniem się w krajobrazie wsi chałup o bardzo ozdobnych szczytach, z charakterystycznym płytkim podcieniem wspartym na trzech słupach oraz masywną, pionową belką szczytową – tzw. pazdurem. Ten typ budownictwa został później nazwany mazurską chałupą podcieniową (niem. masurisches Laubenhaus). Nie były to zwykłe chałupy wiejskie, jaki mógł wybudować sobie każdy gospodarz, bo wymagały większego nakładu materiału, pracy no i pieniędzy, więc należały do wyjątków. Ignacy Tłoczek – architekt i historyk architektury krajobrazu w swojej pracy z 1980 roku pisał: „W sposób niespotykany gdzie indziej rozplanowane są domy podcieniowe grupy mazurskiej. Poddasze wysunięte o 40-60 cm przed lico ściany szczytowej i wsparte na trzech słupach osłania przyzbę. Utworzony w ten sposób podcień nad oknami izby głównej i alkierza nie spełnia roli przedproża, chroniącego wejście sieni przed opadami, tak jak to bywa we wszystkich innych podcieniowych domach. Mazurska odmiana szczytowego podcienia jest więc formą niejako zredukowaną, mającą znaczenie statyczne i dekoracyjne a mniej użytkowe”.
Z reguły dekoracyjny był tylko szczyt widoczny od strony drogi, rzadkością były chaty z podcieniami w obu szczytach. Niemiecki badacz Erich Schimanski w pracy Das Bauernhaus Masurens z 1936 roku zamieścił listę zachowanych w tamtych czasach 76 mazurskich chałup podcieniowych. Po II wojnie światowej, w 1960 roku Franciszek Klonowski – wybitny etnograf oraz autorytet w zakresie drewnianego budownictwa wiejskiego na Warmii i Mazurach, wymienia już tylko 31 chałup z podcieniem szczytowym, z tego 5 z podcieniami w obu szczytach. Co ciekawe: obaj autorzy nie dotarli do chałupy w Warnowie, więc ani oni – ani ich następcy w późniejszych pracach, nie uwzględnili jej w wykazach(!).

Chałupa ze wsi Nowa Różanka (gm. Kętrzyn) z 1. poł. XIX w., zbudowana z drewna dębowego w konstrukcji zrębowej, w obu ścianach szczytowych znajdują się wsparte na trzech słupach podcienie szczytowe (obecnie w Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku), maj 2002
W czasach PRL-u oraz po tzw. transformacji z krajobrazu wsi coraz szybciej znikały chałupy drewniane, także podcieniowe. Do naszych czasów zachowały się tylko trzy takie oryginalne 200-letnie mazurskie chałupy podcieniowe: jedna w Warnowie, a dwie – z Nowej Różanki i Gązwy po translokacji znajdują się w Muzeum Budownictwa Ludowego w Olsztynku. Chałupa z Nowej Różanki (koło Kętrzyna) z pocz. XIX w. ma dwa podcienia szczytowe, a słupy podcieniowe są proste, nie ma też ozdobnych pazdurów. Znacznie ładniejsza, choć mniejsza, jest chałupa z Gązwy (koło Mrągowa) z przełomu XVIII i XIX w. z bardzo dekoracyjnymi słupami podcieniowymi, ale tylko w szczycie od strony drogi. Oprócz nich była też chałupa z Woźnic koło Mrągowa, która w 1995 roku została rozebrana, przewieziona do skansenu w Węgorzewie, gdzie uległa zniszczeniu (później została tam odtworzona, więc jest to replika, a nie oryginał). W Lipowie (koło Piecek) zachowała się też niewielka XIX-wieczna chałupa ze szczątkowym podcieniem szczytowym.

We wsi Lipowo (gm. Piecki, powiat mrągowski), zachowała się XIX-wieczna (?) chałupa (prawdopodobnie pierwotnie z częścią mieszkalną i gospodarczą pod jednym dachem), lipiec 2003
Oprócz nich jest też kilka czy kilkanaście budynków z podcieniami szczytowymi, ale wznoszonych jakieś sto lat później, na początku XX wieku, gdyż podczas modernizacji i odbudowy Prus Wschodnich ze zniszczeń po I wojnie światowej w „poszukiwaniu autentyczności” i regionalizmu chętnie nawiązywano do charakterystycznych elementów budownictwa ludowego.
Spośród zachowanych do naszych czasów chałup podcieniowych pochodzących z końca XVIII lub początków XIX wieku chałupa z Warnowa wyróżnia się wielkością i ilością elementów dekoracyjnych. Koszty wybudowania tak dużego budynku, z dwoma podcieniami szczytowymi (badacze architektury ludowej są zgodni, że były jedynie ozdobą i nie miały znaczenia dla statyki budowli, a więc były swoistym kaprysem czy oznaką statusu społecznego) były znacznie wyższe niż postawienie zwykłej chałupy. Na taką budowę, z najwyższej jakości drewna – jak było w tym przypadku, w tak odludnym miejscu w puszczy, stać było państwo (wówczas króla pruskiego), jakąś rodzinę szlachecką, właściciela majątku lub wyjątkowo bogatego gospodarza (w sercu puszczy nie było warunków do rozwoju rolnictwa, więc trudno tu było zostać „gburem” – jak na Mazurach nazywano majętnego rolnika). Brak jest jednak dokładnych informacji kto i kiedy ją wybudował, kim byli pierwsi właściciele, etc.
Warnowo (Warnold, Warnold Gut)
Nazwa Warnowo (niem. Warnold) pojawia się już w 1785 roku, w „Vollständige Topographie des Königreichs Preussen”, w której zapisano: „Warnold, dobra szkatułkowe [Chatoulgut] na Jeziorem Śniardwy, 2 dymy, powiat ziemski [Landräthlicher Kreis] Szestno, okręg urzędowy Śmietki [Amtsbezirk Schnitken], parafia Mikołajki, pod patronatem króla”.

Na mapie von Schröttera – sporządzanej w latach 1796-1802, zaznaczone są dwie bezimienne podleśniczówki (U.F. = Unterförsterei) nad Jeziorem Warnowskim (Warnold See)
Choć osada Warnold jest wymieniana w spisie z 1785 roku, to nie ma jej na mapie von Schröttera z przełomu XVIII i XIX w. Na tej mapie pomiędzy drogą a Jeziorem Warnowskim (Warnold See), mniej więcej w obecnej lokalizacji (po późniejszej melioracji Mazur i budowie kanałów łączących mazurskie jeziora, obniżył się poziom jeziora, zmienił się jego brzeg i powstała wyspa) widnieją tylko dwie podleśniczówki, bez nazwy.
W rozległej i prawie odludnej wówczas Puszczy Piskiej, w takiej okazałej chacie w pobliżu drogi z Pisza i Wejsun, do istniejącego już wówczas promu na Jeziorze Bełdany (na mapie von Schröttera jest zaznaczony jako Fähre) i dalej do Mikołajek mogła być karczma z zajazdem, lub – co bardziej prawdopodobne, siedziba królewskiego objeżdżacza lasów (Königlicher Forstbereiter) lub królewskiego nadzorcy leśnego (Königlicher Forstaufseher) – jak wówczas nazywano (nad-)leśniczych. Potwierdzeniem tego może być informacja z 1823 roku (Neues Topographisch- Statistisch- Geographisches Wörterbuch des Preussischen Staats): „Warnold – podleśniczówka (Unterförsterei), powiat Mrągowo, okręg urzędowy Śmietki, parafia i poczta Mikołajki, 16 dusz”.
A w Słowniku geograficznym Królestwa Polskiego… z 1893 roku jest taka notka: „Warnold, osada rybacka i leśnictwo, powiat ządzborski, stacja, pocztowa Rudoczanny”. Od około 1874 osada jest nazywana Warnold Gut, czyli dobra (vel majątek), w którym w 1900 r. mieszkało 20 osób.

Majątek Warnold Gut widnieje na mapie z 1944 roku (Meßtischblatt, arkusz 92295 Biebern)
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
To była kiedyś cała sztuka: przed wyekspediowaniem ich w świat popakować drzewka, wykopane i zwiezione w jedno dogodne miejsce z kwater szkółek. Pakowało się w szopach czy specjalnie wybudowanych pakowniach, często w przyziemiu czy suterenie, bo tam było chłodno i w miarę wilgotno. Drzewka, ich korzenie, pieńki i gałęzie owijało się i owijało, tworząc mumiowate baloty z wielu warstw długiej, niemłóconej słomy, czasem grubo poprzekładanej mchem, który trzyma wilgoć, by – w długiej podróży, na przykład po dalekich guberniach rozległego imperium, a trafiali się klienci z Buchary czy Samarkandy lub Sachalinu czy Kamczatki – rośliny nie przeschły. Na koniec te kokony przypominały wielkie korzenie białej rzodkwi, często z wrzynającymi się w ich skórę konopnymi sznurkami, rozdęte z jednego końca, a zwężające się powoli w mniej lub bardziej ostry czubek, ku drugiemu końcowi. Wszystko jechało najpierw konnymi wozami, choć pakunek z reguły zmieniał się w kolejowy fracht.
Przeglądając dawne druki ogrodniczych cenników, katalogów i prejs-kurantów przepatrywałem nie tylko drzewa, krzewy, kwiaty i cebulki, narzędzia czy pęki rafii do obwiązywania miejsc szczepień i okulizacji, w każdym razie nie tylko samą ofertę, a raczej patrzyłem na sylwetki ludzi, których dla drukowanych tam reklamowych ilustracji pochwycił był fotograf – to na dziedzińcu firmy, to w polu, przy inspektach lub w szklarni czy przy kolejowej rampie. Wszyscy od dawna nie żyją, z reguły nic o nich nie wiem – to postaci „bez właściwości”, choć widzę ubrania, nakrycia głowy, narzędzia w rękach i tak się im przypatrując, dołączam do tej ciżby ogrodników i „bandosów”, faktorów i fornali.

Więc wozy z balotami drzew; baloty układano wysoko, „na waleta” – wozak siedział na szczycie, z ukosa, jak przy zwózce siana. Zdjęcia zdejmowali umówieni wcześniej renomowani fotografowie (aparat na trójnogu, ciężka i ciemna płachta, płyty szklane, atmosfera niecodzienności), te reprodukowano w wydawnictwach wielkich firm – tak to musiało być na podwórzu ogrodów na warszawskich Górcach, w słynnej firmie „Ulrich”, w 1904, ale, zwłaszcza na prowincji, robił to raczej fotograf z miasteczka czy, w późniejszych już czasach, ktoś, jakiś rzadki szczęściarz, kto miał aparat: tak pewno było pod Haliczem, na moście przez Dniestr, gdzie wozy z balotami ciągną ku leżącej za miastem stacji kolejowej na linii Lwów-Drohobycz (to dziedzictwo rosyjskiej myśli wojennej: dworce stawiano, gdy się tylko dało, sporo za miastami czy miasteczkami; linie kolejowe miały te miasta omijać) – tę fotografię wydrukowano tuż przed II wojną na marniutkim papierze i w cenniku tak niewielkim jak moje szkolne dzienniczki z podstawówki (przed II wojną władza w Haliczu pewno raczej z niechęcią spoglądała na duże ukraińskie ogrodnictwo); to oferta szkółek drzew owocowych w Załukwi pod Haliczem, firmy Andrija Terpyljaka – „Sadiwnyczo-ogorodnycze zawedennja w Załukwji-Galycz”.

Ostatnio musiałem przejrzeć spory zbiór starych cenników szkółkarskich, ale wyjątkowych, bo drukowanych cyrylicą, czyli ukraińskich i rosyjskich, trafił się i serbski. Szczególnie wnikliwie popatrywałem, z oczywistych teraz powodów, na druki firm z ziem ukrainnych, z Kijowa, Odessy, Krzemieńczuka, chutoru Piatigorsk z guberni charkowskiej, z Winnicy, Myrhorodu, i Krzyżopola, Chersonia, Charkowa i Sum itp.

Wśród nich był katalog dużych zakładów ogrodniczych z Symferopola, na rok 1905. Właścicielem firmy był Abram Isaakowicz Pastak, Karaim, o którym do tej pory ani słyszałem. W środku tego zeszytu, na całą stronę – piękne zdjęcie zrobione 16 lutego 1904, w trakcie wysyłki drzew owocowych. I tu, jak na fotografii z Ulrychowa – obie fotografie z tego samego sezonu ogrodniczych prac – wielkie baloty na wozach.
Abram Issakowicz urodził się na początku lat sześćdziesiątych XIX w. Kształcił się w podmoskiewskiej, „pietrowsko-razumowskiej” akademii rolniczo-leśnej; o tej carskiej szkole myślę, ilekroć idę w Warszawie wzdłuż torów tramwajowych na Rakowieckiej, bo tam – i w wielu innych miejscach u nas, przy ulicach, w parkach, ale i po wsiach – rosną topole, zwane carskimi, Populus × berolinensis ’Petrowskiana’, wyhodowane właśnie w Pietrowskoje, drzewa o walcowatych koronach; liście tych topól na wiosnę, na przykład po ciepłym, majowym deszczu, balsamicznie pachną. Potem, jak wielu młodych ogrodników ze środkowej czy wschodniej Europy, zanim wziął się do gospodarowania na swoim, wyjechał dla praktyki na zachód – wybrali się do Francji we dwu, Abram z bratem Sabbatajem. Rodzina Pastaków miała w mieście rozległe ogrody, sady, winnice i szkółki, a pod Symferopolem (w wiosce Sarajły-Kijat, po tatarsku – to przecież Krym – Saryli-Qiyat) ponad 1000 dziesięcin ziemi. Przed I wojną Abram Isaakowicz rozsyłał hodowane u siebie drzewka po Krymie i dalej, znany był w całej Rosji, eksportował i na zachód, do Francji, gdzie przecież poznał był ogrodników i kupców. W Symeferopolu i na Krymie było go wszędzie pełno – zakładał szkoły ogrodnicze, giełdę owocową i rolnicze towarzystwo wzajemnego kredytu, współfinansował symferopolską kenesę, i co tam jeszcze. Roznosiła go energia, działał, był tu powszechnie szanowany, wiodło się im.

W rewolucję stracili wszystko, nowa władza raz po raz przymykała Abrama Isaakowicza, ale jakoś w końcu udało mu się wywinąć. Od dawna dobrze go tutaj znali, poznawali więc i teraz, krążącego po ulicach Symferopola, gdzie zarabiał obwoźną sprzedażą domowych „karaimskich pierożków”. Nie było już przecież cudownych ogrodów i jego fach stał się zupełnie bezużyteczny. W latach dwudziestych skończył się dla nich i sam Symferopol – zesłano ich do Taszkientu i tam Abram Isaakowicz po kilku latach zmarł. Minie kolejne kilka lat i do łagru w tym mieście trafi inny wielki ogrodnik, Katriel Eizyk z Kutna.
W Trokach, w 2003, widziałem dokładnie takie same pierożki, jak te, których sprzedaż na ulicach Symferopola pozwalała Pastakom wiązać koniec z końcem: z bardzo gęstą, drobną w wykroju „falbanką” na ich klejonym brzegu – farsz z baraniny, prawdziwków, kapusty i cebuli; mówili tam na nie „kibinai”.
JAKUB DOLATOWSKI
Matwiej Wajsberg jest znanym kijowskim malarzem, grafikiem i ilustratorem. Jest wnukiem poety Matwieja Garcmana, jego babcia Berta Wajsberg była wielokrotną mistrzynią Ukrainy w szachach. Przed kilkoma laty Matwiej Wajsberg zaczął publikować w facebooku krótkie osobiste wspomnienia, a przed paroma miesiącami zbiór blisko siedmiuset notatek ukazał się w Charkowie po rosyjsku jako książka wspomnień.
Marek Radziwon

Wspomnienie 3
W Palandze na festiwalu szachowym doszło do spotkania kijowskiego mistrza Pipy i mistrza mołdawskiego Pupy. Cała plaża przyszła zobaczyć ten pojedynek. Ktoś powiedział, że to partia stulecia.
Wspomnienie 4
Moja babcia, kiedy wyjeżdżała na turniej szachowy, zostawiała tacie niedużą sumę na zakupy. Za radą przyjaciela taty Sieni Reznikowa za całe te pieniądze kupowało się konserwy „Wątroba dorsza” i „Mleko zgęszczone słodzone”. Wątrobę dorsza zjadał Sienia, skondensowane mleko – tata. Tata nie znosił tej wątróbki.
Wspomnienie 18
Moja mama miała 152 centymetry wzrostu. Ludzi niższych od siebie traktowała z wielką podejrzliwością.
Wspomnienie 58
Mój pradziad ze strony taty, Josif Bencjonowicz Grynberg był kupcem pierwszej gildii. Legenda rodzinna głosi, że w 1902 roku to on sfinansował słynną ucieczkę Litwinowa i Baumana z więzienia Łukianiwka w Kijowie. I na co mu to było?
Wspomnienie 271
Babcia mojego przyjaciela z dzieciństwa Lioszki Sapsaja, ukraińska pisarka Maria Arkadjewna Prigara, opowiadała wnukowi, że pewnego razu w ich domu zatrzymał się ze sztabem legendarny dowódca dywizji Mykoła Szczors, w efekcie czego z komody zginęły srebrne łyżeczki.
Wspomnienie 289
Moja babcia, Baba Nina, nie wierzyła, że wśród Żydów też zdarzają się pijacy. – Wprawdzie widziałam jednego – mówiła – no, ale to było w Moskwie.
Wspomnienie 306
Wiktor Sołowjow, krytyk sztuki z Moskwy był człowiekiem mądrym i złym. Pewnego razu jeden malarz pokazywał mu swoje prace i opowiadał przy tym coś o buddyzmie. – Ja się na buddyzmie nie znam – powiedział Witia – ja się znam na sztuce. Malarzem jest pan chujowym.
Wspomnienie 308
Reprezentacja Ukrainy w szachach niewidomych i niedowidzących, w której był mój tata, na mistrzostwach ZSRR regularnie ogrywała reprezentację Rosyjskiej Republiki Radzieckiej. Ale na mistrzostwa świata niewidomych i niedowidzących jako reprezentacja ZSRR jeździła kadra Rosyjskiej Republiki Radzieckiej.
Wspomnienie 355
Mój tata, kiedy chodził do szkoły, to za najlepsze miejsce na wagary uważał przychodnię lekarską. Siadał sobie na ławce w korytarzu, czytał książkę i nikt go nie pytał, co tam robi.
Wspomnienie 367
Zimą z 2013 na 2014 rok wszyscy przyzwoici ludzie w Kijowie pachnieli dymem.
Wspomnienie 506
Na pierwszym zdjęciu, jakie zrobiłem nowym aparatem Zenit E, który rodzice po znajomości kupili mi na raty za 77 rubli w Centralnym Domu Towarowym (w dziale fotograficznym pracowała tam rodzona siostra mojego kolegi z klasy Tolika Sadowego) był mój najlepszy przyjaciel Igor Tałałajewski sikający w parku obok Akademii Sztuk Pięknych im. Tarasa Szewczenki. Niestety nie zachowała się ta fotografia.
Wspomnienie 514
Że słowo „gówno” pisze się przez o z kreską, dowiedziałem się dzięki lekturze listu Władimira Ijlicza Lenina do Maksima Gorkiego z 15 września 1919 roku.
Wspomnienie 561
Mój kolega z wojska Alik Cypinow z Kabardyno-Bałkarii zapytał mnie kiedyś, czy znam hebrajski. – Nie – odpowiedziałem. – To co z ciebie za Żyd? – szczerze zdziwił się Alik.
Wspomnienie 619
Kapitan III rangi Rakowski zawsze chodził w mundurze oficera marynarki i był z tego powodu nazywany czarnym pułkownikiem. Facet pochodził z Odessy, ale z niejasnych przyczyn przyszło mu żyć we wsi Atamanowka wśród zabajkalskich pagórków i dolinek. Kiedy raz zeszło mu się na pogaduszki, powiedział do nas tak: „Gdybym był dowódcą waszej kompanii, to wziąłbym kulkę, obtoczył w gównie i strzelił sobie prosto w serce”.
Tłum. MAREK RADZIWON
Czy skończoność życia odbiera mu jego sens? Wiemy już, że wartości nie są wieczne. Rozpadają się gdy szukamy dla nich wieczności. Czy te „zrośnięte z osobą ludzką wygasają razem z nią”? Czy wartością w ogóle jest nasze człowieczeństwo? A jeśli jest, to skąd tyle mocy w „fenomenie obojętności świata”? Skąd tyle w nas źródeł cierpienia? „W bólu fizycznym zostaję porzucony przez ciało, którym jestem, przestaję nim być i staję się doświadczeniem tego ciała, tj. cierpieniem właśnie”. Tadeuszowi Bradeckiemu i to nie zostało oszczędzone…
Naprawdę płakałem, gdy przeczytałem o jego śmierci. Nie byłem w stanie mówić. Tylko płakałem… Tadeuszowi zawdzięczam, że zniosło mnie w stronę literatury. Siedziałem z nim w jednej ławce najpierw przez trzy końcowe lata szkoły podstawowej, potem przez pierwsze trzy liceum. Nudził się w szkole okropnie, więc zawsze przynosił książki odległe od kanonu lektur obowiązkowych. Czytał je pod ławką maskując torbą. A ponieważ ja też się nudziłem, to mu czasami te książki zabierałem. I też czytałem. Więc wkrótce zaczął przynosić dwie książki – jedną dla siebie, drugą dla mnie. Potem się wymienialiśmy. Przeczytałem w ten sposób mnóstwo literatury amerykańskiej, którą akurat przetłumaczono na polski. J. D. Salinger, Carson McCullers, Truman Capote, John Steinbeck, William Faulkner, James Baldwin, Kurt Vonnegut, Saul Bellow…

Wcześniej, jeszcze w podstawówce, najpierw spisywaliśmy wszystkie dostępne w radio listy przebojów, a potem prowadziliśmy listy własne, zapisując fonetycznie tytuły angielskich piosenek. Mam taki zeszyt do dzisiaj, zabawnie wyglądają niektóre tytuły, na więcej nie pozwalała nam ówczesna znajomość angielskiego. Cała zabawa skończyła się w roku 1969, gdy obaj dostaliśmy się do klasy sportowej zabrzańskiego Liceum im. Włodzimierza Iljicza Lenina. Ale gdy zaczynaliśmy dwa lata wcześniej, Beatlesi wprowadzali na listy przebojów swoje piosenki. Get back, Ob-La-Di, Ob-La-Da, Lady Madonna, I Am the Walrus, While My Guitar Gentle Weeps, Here Comes the Sun… Może dlatego płakałem…
Potem kilka razy nocowałem u niego w Krakowie, na początku moich studiów na reżyserii w Katowicach i jego w Krakowie. Był już sławnym aktorem Starego Teatru, zagrał kilka głównych ról w filmach Krzysztofów – Zanussiego i Kieślowskiego, miał mieszkanie w bloku „na Czyżynach”, jak się mówiło, rozpoczął studia na reżyserii teatralnej. Pomagał mi znaleźć aktorów do moich pierwszych prac studenckich, w adaptacji Stachury zagrał jego kolega Andrzej Hudziak (też już świętej pamięci), w adaptacji opowiadania Andrzejewskiego sam zagrał…
Potem szybko zaczął być wybitnym, coraz wybitniejszym reżyserem teatralnym… Po latach dość obcesowo potraktował mnie jako dyrektor Teatru Śląskiego, trochę było mi przykro i właściwie nasza rozmowa stała się dużo trudniejsza. Ale podczas ostatniego spotkania klasowego wróciła na dawne tory, podarowałem mu swoje pierwsze dwie książki. Nie wiem, czy do nich zajrzał… Z radia wiedziałem, że kilka lat temu robił w Warszawie Hamleta z młodymi ludźmi, czasami w różnych polskich serialach grywał starych, mądrych profesorów lub prawników walczących o praworządność…
Na wieść o jego śmierci zagrałem Requiem Brucknera, cudowna muzyka na smutny czas. Sándor Márai pisał w zakończeniu Księgi ziół: „Z ostatnim tchnieniem podziękuję losowi, że byłem człowiekiem i iskra rozumu świeciła także w mojej mrocznej duszy. Widziałem ziemię, niebo, pory roku. Poznałem miłość, ułamki prawdy, żądze i rozczarowania. Żyłem na ziemi i powoli nabierałem wewnętrznej pogody. Pewnego dnia umrę: i to także jest cudownie zwyczajne i proste! Czy mogło zdarzyć się ze mną coś innego, lepszego, doskonalszego? Nie mogło. Przeżyłem coś największego i najwspanialszego, los człowieka. Nie mogło mi się przydarzyć nic innego i nic lepszego”.
HENRYK URBANEK
Natura obdarzyła go nosem długim i ruchliwym, potrafił jego koniuszkiem dotknąć dolnej wargi albo bez pomocy palców wniknąć do najmniejszej tabakierki. Nos był najdokładniejszym narzędziem poznawania świata, czyniącym obecność innych części ciała nieomal zbyteczną, czego najwyraźniej doświadczał we Włoszech. „Kwiaty Włoch wypełniały go gwałtowną chęcią przemienienia się w Nos, pragnął być pozbawiony wszystkiego innego: oczu, rąk, nóg, stać się tylko ogromnym Nosem, «z nozdrzami wielkości porządnych wiader, żeby można było wciągnąć w siebie jak najwięcej woni i wiosny»” – pisze Vladimir Nabokov o Nikołaju Gogolu, a rozpoczyna swoją opowieść od sceny, gdy konającemu pisarzowi lekarze zaordynowali puszczanie krwi, przykładając mu do nosa pół tuzina tłustych pijawek (jemu! autorowi opowiadania Nos, prawdziwego hymnu ku czci tego narządu). Na próżno błagał, by je zabrano; kiedy sam próbował zrzucić wsuwające mu się do ust robaki, skrępowano mu ręce. Dramatyzmu tej scenie dodaje to, że przez całe życie miał awersję do wszystkiego, co śliskie, pełzające i skradające się, a co stanowiło dla niego synonim diabła.
Już pierwszy rozdział książki Nabokova, który zaczyna od tego, na czym zwykle biografie się kończą, czyli od śmierci bohatera, pokazuje, że nie mamy do czynienia ze zwykłą biografią. Istotnie, zdaniem nabokowisty Andrew Fielda – jak czytamy w posłowiu pióra Leszka Engelkinga, który książkę przełożył (wydawnictwo Muza ogłosiło ją w 2012 roku) – Nikołaj Gogol to rzadki przykład narracyjnej krytyki literackiej. A przywilejem wielkich krytyków, dodaje Engelking, jest „stwarzanie pisarzy, o których piszą. Co nie znaczy, że główne tezy książki nie są uzasadnione i, by tak rzec, «obiektywnie» prawdziwe”. Jak choćby teza, że Gogol nie był realistą (za jakiego uchodzi w powszechnym odbiorze), tylko twórcą wyimaginowanych światów. Nie czynił realiów materią swoich utworów, to raczej siła jego wyobraźni nadawała kształt rzeczywistości. Najlepszym tego przykładem jest Petersburg, który dopiero przefiltrowany przez spojrzenie Gogola – urodzonego w ukraińskich Soroczyńcach Wielkich – zyskał opinię osobliwego miasta. „Kiedy był uczniem – pisze o autorze Pamiętnika szaleńca Nabokov – z perwersyjnym uporem chodził niewłaściwą stroną ulicy, wkładał prawy but na lewą nogę, w środku nocy piał jak kogut, a meble w swoim pokoju ustawiał z logiką przypominającą Alicję po drugiej stronie lustra. Nic dziwnego, że Petersburg w pełni objawił swoją dziwność w czasie, kiedy najosobliwszy z Rosjan spacerował jego ulicami. Bo Petersburg jest właśnie czymś takim: odbiciem w zamglonym lustrze, niesamowitą mieszaniną przedmiotów używanych wbrew ich przeznaczeniu”. Zdawałoby się, że Gogol i Petersburg są dla siebie stworzeni, a jednak bardzo szybko pisarz rzucił się w wir zagranicznych wojaży, co Nabokov określa mianem „monstrualnej skłonności do podróży”, widząc w niej przejaw manii prześladowczej.

Gdy Nabokov pisze o podróżach Gogola, podejmowanych w celu leczenia niejasnej dolegliwości (cierpiał na ataki melancholii i lęku, który uśmierzała jedynie natychmiastowa zmiana otoczenia), mamy okazję przyjrzeć się jego warsztatowi. Otóż Nabokova nie interesuje relacjonowanie kolejnych etapów wędrówki jego bohatera: kiedy dojechał do Drezna, Salzburga, Monachium, Wenecji, Florencji, Rzymu, Werony, Karlsbadu, Pragi, Berlina, Bolonii, Nicei czy Paryża; gdzie się zatrzymywał; z kim widywał. Autor Lolity nie pełźnie po biografii Gogola jak ślimak po katedrze, od faktu do faktu, tylko obejmuje cały gmach jego życia jednym spojrzeniem; dopiero wtedy widzi, że ten zestaw miast „nie jest w gruncie rzeczy trasą podróży człowieka chcącego się podleczyć […], tylko po prostu linią kropkowaną, tworzącą pozbawione geograficznego znaczenia błędne koło. […] Europa Środkowa stanowiła dla niego tylko zjawisko optyczne i jedyną rzeczą, która naprawdę się liczyła, jedyną prawdziwą obsesją, jedyną prawdziwą tragedią było to, że jego siły twórcze nieustannie i beznadziejnie słabły. […] plany napisania książki życia zbiegły się akurat z początkiem jego pisarskiego uwiądu, swoje szczyty już wcześniej osiągnął, a były nimi Rewizor, Szynel i pierwsza część Martwych dusz”. Tą książką życia miała być druga część Martwych dusz, nad którą – owładnięty kaznodziejskim zapałem – pracował przez dziesięć lat i którą w ataku szału rzucił ostatecznie w ogień. I słusznie.
Nabokov w lipcu 1942 roku informował swego wydawcę: „Ta książka o Gogolu będzie czymś nowym od początku do końca”. Niecały rok później wysłał mu maszynopis (w zamierzeniu autora rzecz miała nosić tytuł Gogol po drugiej stronie lustra) wraz z listem, który kończył się słowami: „Jestem teraz bardzo słaby i słabo się uśmiecham, leżąc na swej prywatnej porodówce i oczekując bukietu róż”. Z pewnością mu się należał. Nie ma w tej nietypowej biografii streszczenia dzieł Gogola, a podstawowe dane chronologiczne znalazły się w kalendarium na końcu książki. Jest za to fascynująca, miejscami brawurowa interpretacja Rewizora, Szynela i Martwych dusz (z niezrównanym fragmentem, nieomal esejem, na temat znaczenia rosyjskiego słówka poszłost’, kongenialnie przełożonym przez Leszka Engelkinga), która pozwala dostrzec, że żaden z wymienionych utworów nie jest ani żartem, ani krytyką rosyjskiego społeczeństwa, ale ponurym koszmarem, który pod płaszczykiem śmiechu wdziera się do naszego świata, przypominając, że „różnica między komiczną stroną rzeczy i ich stroną kosmiczną zasadza się tylko na jednej spółgłosce syczącej”. „Wielka literatura dotyka krawędzi tego, co irracjonalne” – stwierdza Nabokov i prowadzi czytelnika ku tej krawędzi, która Gogolowi była aż nadto dobrze znana: „Rodacy, jest mi strasznie!” – wołał w Wybranych fragmentach korespondencji z przyjaciółmi. Ten strach podsycała w nim paranoiczna myśl, że zostanie pogrzebany żywcem. W testamencie, który ogłosił sześć lat przed śmiercią, stanowczo nakazał nie grzebać swojego ciała dopóty, dopóki nie pojawią się na nim widoczne oznaki rozkładu.
Czy taka postać istniała naprawdę? Nabokov daje słowo, że tak, i na dowód tego przywołuje – w ostatnim zdaniu swej opowieści – datę urodzin Gogola: 1 kwietnia 1809.
AGNIESZKA PAPIESKA
Przyzywam Cię,
bądź ze mną w swej
czułej tajemnicy.
Nie ukrywaj się
za szeregiem znaków
domagających się wiary.
Zmartwychwstałeś,
a odkupiony świat
jest Twoim dziełem.
Bez Ciebie w ogóle
nie mógłbym istnieć,
ani kochać, ani nawet
wpadać w pułapki grzechu.
Dlatego zdruzgotałeś śmierć,
dlatego grób jest pusty,
dlatego moje serce płonie.
Wielu ludzi ulega swego rodzaju paschalnej pokusie. Polega ona na tym, że ich zdaniem pusty grób sam przez się stanowi dowód zmartwychwstania, jak gdyby to, że Jezus ukazywał się po swoim zmartwychwstaniu, unieważnia sam akt wiary. Gdyby tak było, musielibyśmy przyjąć, że zmartwychwstanie podlega w pełni prawom zmysłów i historii, a Chrystus wyszedł z mogiły w obecności wiwatujących tłumów, trzymając chorągiew zwycięstwa nad śmiercią. Wówczas jednak mielibyśmy do czynienia zaledwie z mityczną cudownością. Co sądzić o wierze w zmarłego Boga, który by się odegrał na ludzkości, olśniewając i zmuszając ją do uległości, i nieustannie odnosił nad nią najróżniejsze zwycięstwa. Taki Bóg były Bogiem wykreowanym przez ziemskie marzenia, podszyte folklorem pogańskim. Powiadam więc jasno: zmartwychwstanie nie może być bajkowym wydarzeniem, widomym i pewnym dla naszych oczu, lecz musi pozostawać szeregiem znaków domagających się głębokiej wiary. To zarazem fakt historyczny i przedmiot ufności. Dziejowe jest świadectwo apostołów, którzy stwierdzili, że widzieli Zbawiciela żywego już po śmierci krzyżowej.
Co tam się wówczas stało? W kręgu najbliższych Chrystusa zdołano ustalić tylko dwie sprawy: istnienie pustego grobu i coś, czego nie sposób określić jako ukazanie się Zmartwychwstałego, lecz pojawienie się kogoś, kto stanął przed nimi i w którym nie dostrzegli jeszcze żywego Jezusa. Jeśliby Go natychmiast rozpoznali, natychmiast doszliby do wniosku, że mają do czynienia z przypadkiem ożywienia ciała zmarłego człowieka. Jakże wyobrazić sobie apostołów krzyczących: „Oj, więc wyszedłeś z grobu”. Umarłeś, a stoisz przed nami”. Wypada natomiast zasugerować, że stwierdzili oni najpierw czyjąś obecność, dla Magdaleny był to ogrodnik, dla pielgrzymów z Emaus – podróżny… i dopiero potem, w akcie wiary, ujrzeli w tym kimś tego, z którym wspólnie przeżyli trzy lata i którego byli uczniami. I w tym momencie nastąpiła rzecz niesłychanie ważna. On mianowicie zwrócił ich myśli ku przyszłości, powierzył ważne zadanie: mają – poddając się prowadzeniu Ducha Świętego – budować Kościół i rozszerzać Jego granice. Bo rozkwit i rozrastanie się wspólnoty eklezjalnej to o wiele większe i wyższe objawienie się Jezusa zmartwychwstałego aniżeli Jego epifanie.

Nie było łatwo dawniej, nie jest łatwo dzisiaj przyjmować wskazany fakt, ponieważ trzeba sporej pracy ducha, stałego czuwania, by mógł nastać Boży pokój, okupiony zresztą wieloma przeciwnościami. Musimy być religijnie aktywni tu i teraz, nie zaś wpatrywać się w jakąś utopijną przyszłość. Należy z miłości uczynić oręż jedności z Bogiem i z ludźmi. Tam, gdzie jej nie było, niebiańska miłość oddała siebie, siebie zasiała i z obumarłego ziarna zrodziła się miłość zbawcza. Jako że Mistrz z Nazaretu naprawdę umarł na krzyżu i został pogrzebany. Stał się bowiem człowiekiem, solidarny zarówno z żyjącymi, jak i z umarłymi. Zstąpił też do piekieł. Dotknął samego dna rozdarcia i nieszczęścia, jakie niesie śmierć, by w ten sposób zanieść owoce krzyża w otchłań zabójczego zagubienia i lamentu oraz ukazać chwałę zmartwychwstania.
Nie potrafimy pojąć, co to w istocie znaczy? Niektórzy przypuszczają, że niebo powinno się rozumieć na podobieństwo ziemskiego istnienia, ale pozbawionego zła, słabości czy niszczenia. Chcieliby w wieczności być blisko tych, których ukochali, móc okazywać im szczere uczucia i serdeczność. A do tego potrzebne jest ciało – to ono stanowi środek porozumiewania się. Także i z tej racji, my chrześcijanie wierzymy w „zmartwychwstanie ciała”. Jakie będzie to nowe ciało? Nikt do końca nie zgłębi owej tajemnicy, jednak św. Paweł przybliża nam ją: „zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało zmysłowe, powstanie też ciało duchowe. Nie było jednak wpierw tego, co duchowe, ale to, co ziemskie; duchowe było potem” (1 Kor 15,42-44,46). W takim razie chcąc uzyskać życie wieczne, powinniśmy najpierw zadbać o właściwe rozumienie i należyte traktowanie własnej cielesności – ona wszakże wiedzie do Boga, stanowiąc charakterystyczny teren zbawienia.
Nikt ze współczesnych nie wie, jak wyglądał Chrystus, jakie miał rysy twarzy, jak się poruszał i mówił. W fizycznym aspekcie przedstawia się Jego ciało raz jako ciało zmęczone, zanurzone w trudach kruchego bytowania, cierpiące i bolesne, innym razem jako „piękne”, „w glorii”. Na pewno ziemskie piękno jest niczym w porównaniu z pięknem Chrystusa, który przyobleczony po zmartwychwstaniu w „ciało duchowe” przyćmi swoim blaskiem wszechświat. Naturalnie Zmartwychwstały „nie ma ciała podobnego nam”, ale my otrzymamy takie samo – przemienione – ciało, gdy pożegnamy się z ziemską przygodnością i powstaniemy z martwych. Dlatego dzieło wcielenia i odkupienia spełnia się w „każdym ludzkim ciele”. A ono odzyska utraconą w raju niewinność i nagość, przy czym owa nagość nie będzie już przesłaniać sobą miłości, gdyż stanie się „przezroczysta”, nie zatrzymująca na sobie spojrzenia i spełniająca się w szczęściu nie własnym, lecz skierowanych w stronę kogoś drugiego. Ciało „odrodzone w niebie” zwiąże się najściślej, choć nieabsolutnie, z ciałem Chrystusa. Świadczą o tym symbole użyte do opisu Jego „drogocenności”: purpura – najpiękniejsza i najwytworniejsza barwa, uznana za symbol Boga, Jego piękna i godności, mirra – znak zbawczej śmierci Chrystusa, przez którą pojednał ludzi z Ojcem, kadzidło – symbol uwielbienia Boga, dążenia wzwyż, uduchowienia, modlitwy, kamień – oznaczający między innymi niepodważalność, trwałość, niezmienność oraz samego Chrystusa, który stał się kamieniem węgielnym pod ludzkie zmartwychwstanie i zbawienie.

By jednak było to możliwe, muszą zostać spełnione dwa zasadnicze warunki; po pierwsze, nie powinniśmy bezproblemowo rozgrzeszać się ze zła, które rozrasta się w nas jak rozłożyste drzewo. Brak świadomości grzechu, samozadowolenie ze swoich możliwości – to groźna duchowa pułapka; a po drugie, mamy uwierzyć, że to właśnie Jezus dysponuje mocą wyzwalania z grzechów i przyjmowania do grona swoich najbliższych. Przytaczam za Andrzejem Kijowskim pouczające świadectwo świętego Augustyna. Do rangi symbolu urosły nie tylko łzy jego matki Moniki, by syn wreszcie opamiętał się i wszedł na chrześcijańską ścieżkę życia, ale również łzy przyszłego autora Wyznań wylewane nad samym sobą, kiedy pisał, że „nie podoba mu się” to i tamto, z tego, co kiedyś relacjonował; przyznawał, że utrwalił wiele płochych deklaracji, mało poważnych wyznań, że często nie był zbyt rozważny.
Ale pewnego dnia przebywając w ogrodzie, nie mógł powstrzymać się od łez, prosząc Boga o rozstrzygające ocalenie. I wtedy usłyszał głos chłopca bądź dziewczynki: „Weź to, czytaj! Weź to, czytaj! (TOLLE LEGE, TOLLE LEGE)”. Szybko otarł łzy i otworzył Biblię na chybił trafił. Kiedy przeczytał, że nie w ucztach i pijaństwie, nie w rozpuście, zwadzie i zazdrości, lecz w Chrystusie otrzymujemy zbawienne szczęście, ogarnęła go nieznana rzewliwość i pewność: oto jestem już po stronie Boga, zdobyłem przewagę nad swoim „libido”, wygrałem. Umysłowość, serce i ciało Augustyna stały się dogłębnie chrześcijańskie. Heroizm jego nawrócenia, blisko spokrewnionego z powołaniem nie polegał na żadnym ryzyku, ale na konfrontacji z rozumem, dla którego wiara jest „głupstwem”. Wybierając prawdę Ewangelii i rzeczywistość Kościoła, Augustyn optował za pokojem, do którego tęskniło jego serce, ale przed którym wzdragał się rozum, i od którego odstręczała go jego własna kultura umysłowa. Chciał wiedzieć, co się z nim dzieje, zwłaszcza w dramatycznych momentach życia, gdy się przemienia, nawraca. Toteż starał się mówić nie tyle o sobie, bo to zawsze ustawia blisko pychy, ile raczej zwracał się do Boga, by Mu powiedzieć, jak został przez Niego obdarzony talentami, uratowany i skierowany ku Dobru.
To nieprzemijający przykład również i dla naszych dzisiejszych bojów, nawróceń, wciąż od nowa wybuchających religijnych sporów albo umacniającej się w szybkim tempie konfesyjnej obojętności. Próbujmy zatem wydobywać z gruzów, którymi sami się murujemy. Oddychajmy miłością i nadzieją nadchodzącego, jakby to określił Czesław Miłosz, na kocich łapkach imponującego zmartwychwstania świata i wszelkiego stworzenia.
Wasilków, 29 marca 2024
ks. JAN SOCHOŃ
Włamali się w nocy. Psy łańcuchowe spały, żaden kundel nie podskoczył do płotu ani jeden burek nie warknął; żeby któryś wyszczerzył kły – nic. Cała podwórzowa ferajna pchlarzy zeszła na psy. Bogumiła K. słyszała rumor, jakby dźwięk tłuczonego szkła.
– Sąsiad zasadza się na koty, bo mu skubią wędzonkę – pomyślała. Gertruda Z. widziała migające światła.
– Wielebny urządza dyskotekę – burknęła i wróciła do łóżka.
Złodzieje tymczasem rozpruli kasę pancerną, rozbili podwójne dno i przeszukali ukryte szuflady. Wieś szeptała, że proboszcz trzyma w sejfie skarb. I to sprzed wojny. Liczyli na diamenty, perły, pierścionki z topazami. I marzyła im się tiara wysadzana różowymi rubinami, ulubiony klejnot księżnej Matyldy z Carlsruhe (dzisiejszego Pokoju).
PRZEPLATKA
Matylda Wirtemberska była krucha i wiotka, przypominała figurkę z miśnieńskiej porcelany. Brwi czesała szylkretowym grzebyczkiem, a włosy spinała w ciasny kok, tak aby wymykały się z niego spirale. Pamiętała imiona ptaków, wiedziała, jak pachnie rosa, lubczyk i piołun. Zbierała do podołka kasztany i leczyła buki, gdy ich pnie pokryły się liszajem. W brzezinie rosnącej pomiędzy stawami projektowała japońską ptaszarnię. Na pałacowy gościniec podjeżdżały powozy ze skrzyniami ciężkimi od książek. Z Wiednia, Berlina i Paryża przychodziły do ukrytego w lesie Carlsruhe tomy o szogunach i maskach kabuki, historie o lisach, co budzą dusze ze snu, i o ceremoniach Dalekiego Wschodu. Pewnego dnia dostała prezent – purpurowe kimono wyszywane w smoki, wachlarze i kwiaty lotosu. Odtąd, podobna do motyla, snuła się po urojonych ścieżkach parku, przemykała pajęczynami alejek i drepcząc po cienkich kładkach, zaglądała do świątyni-rotundy, którą wzniesiono pośrodku jeziora, na pagórku otoczonym tatarakiem. Parzyła tam herbatę i urządzała przyjęcia dla łabędzi i posągu Apollona.
Mąż Matyldy, wychowany na dworze cara Pawła I w Petersburgu, lubił co prawda sztuki piękne (w Wigilię stroił nawet kontrabas), ale bardziej ciągnęło go do igraszek carskiej arystokracji. Celował do dzików i jeleni albo bawił się w tygrysa po ciemku: „Jeden uczestnik strzelał z rewolweru, inny z dzwoneczkiem czaił się jak tygrys uzbrojony w zatruty sztylet” – jak opisywał takie figle Bolesław Miciński. Do pałacu wracał książę nad ranem, zmęczony pogonią, upojony winem, zakradał się do sypialni. Poruszał się jak węszące zwierzę, ostrożnie stąpał po schodach, omijając skrzypiące deski, a Matylda kuliła się pod pierzyną drobna jak przeplatka – Melitaea phoebe.
Spotkali się na balu. Eugeniusz dobiegał do trzydziestki; odkąd w styczniu 1813 roku rozbił oddziały Napoleona pod Kulmem, matki markiz i hrabianek przyglądały mu się ciekawie. Nie miałyby nic przeciwko takiemu zięciowi. Panny zaś omijały go wzrokiem, bo nawet w mundurze generała carskiej armii konnej wyglądał pokracznie. Tamtej nocy muślinowa suknia Matyldy zaczepiła jego sprzączkę.
– Jestem zgubiony – wyjąkał.
– Pan wybaczy debiutantce, zaraz się wyplączę – powiedziała figlarnie.
– Już się pani nie wywinie.
– Zobaczymy.
Wymknęła się tylko na chwilę. Ledwie skończyła szesnaście lat, znów wystąpiła w bieli, tym razem w kościele. Podczas ślubowania jej diadem z różowymi rubinami osunął się na podłogę.
– To zły znak – wieszczyły siostry ponuro. Nie były one powabne, żadne z nich nimfy, rusałki czy gracje (te wystające brody i pękate nosy pokryte piegami). Odsłaniały przerwy w uśmiechu, nie lubiły pudrów ani zalotów. O cienkich kibiciach raczej nie marzyły, tym bardziej o wyznaniach pod lipą czy inną sosną wejmutką. To Matylda była księżniczką.
Kareta zaprzężona w oldenburgi wyruszyła o świcie. Arolsen żegnało nowożeńców słotą i kłębowiskiem rozczapierzonych chmur. Słońce dobijało się do nich, lecz chmury rozsiały się jak mlecz, zaperzyły niebo i nie wpuściły ani jednego promienia na ulice księstwa Waldeck-Pyrmont. Koła grzęzły w rozkisłym śniegu, konie się zapierały, toteż stangret musiał je popędzać batem. Jechali do pałacu Eugeniusza. Matylda ukryła twarz w kołnierzu peleryny podbitej futrem i słuchała mężowskich opowieści. Mówił jej o przodkach, o Karolu Krystianie Erdmannie, który w nieprzebytych lasach kazał wykarczować osiem krzyżujących się promieniście alei. Opowiadał jak to w gąszczu buków, wybujałych klonów i wściekłych jeżyn, wśród stawów pełnych ropuch i w plątaninie strumieni ze spiętrzoną wodą wyciął gwiazdę chaosu. W nadmiar przyrody wpisał talizman używany przez magów, że w dziczy umieścił siłę przenikającą kosmos, masońską różę wiatrów.
– A więc i tam dotarli różokrzyżowcy – zadumała się Matylda. Znała ich filozofię, przedziwny aliaż hermetyzmu, filantropii i blagi. Nie raz słyszała o spotkaniach weimarskiej loży „Pod Trzema Różami”. Członkowie stowarzyszenia grali z jej ojcem w bilard i celując kijami w kule, dyskutowali o wiedzy tajemnej. Nie ściszali głosu na jej widok, była przecież tylko panną na wydaniu.
Słuchając zastanawiała się, dokąd to Eugeniusz ją zabiera? W jakiej puszczy przyjdzie jej żyć? Czy ona, która bawiła się na dziedzińcach „Wersalu Hesji” (jak nazywano pałac książąt Waldeck-Pyrmont), przywyknie do dziczy?
– Znajdziesz tam amfiteatr, karuzelę i huśtawki – wymamrotał Eugeniusz, jakby czytał w jej myślach i rzucił stangretowi ostre: – Stój!
Dosiadł konia, spiął go ostrogami i ruszył galopem przed orszak.
– Tęskni za głuszą, polowaniami i gildią strzelecką – wytłumaczył ochmistrz, który właśnie zrównał się z powozem.
– Ocali mnie? – spytała młodziutka księżna. Mężczyzna zmarszczył brwi, szukając odpowiedzi.
Książę kochał Matyldę miłością bezwzględną, lecz niestałą (odwiedzał też rezolutną pannę Ferdynandę von Kulisch). Kiedy do pałacu w Carlsruhe przyjechały siostry, Matylda leżała już na katafalku. Umarła 13 kwietnia 1825 roku, w dniu swoich dwudziestych czwartych urodzin.
– Trudny połóg – tłumaczyły damy dworu, ale w folwarkach plotkowano, że poznała smak cykuty.
– W geburtstag odchodzą samobójcy – krakały baby wiedzące.
– Babom to się od razu marzy śmierć z miłości – psioczyli ogrodnicy.
– Wątła była – pochlipywał chłopiec stajenny.
– Nie wątła, tylko nadwątlona, zamęczył ją ten paskudnik – wykłócała się guwernantka (natychmiast ją odesłano, a dziećmi zajęła się córka Fryderyka Schillera).
Księżne podwiązały Matyldzie szczęki, obciążyły talarami powieki i zapłaciły artyście, aby zdjął maskę pośmiertną.
– Niedawno pozowała mi żywa – wycedził Karol Rothe przez zaciśnięte zęby.
Poprosiły też Eugeniusza o diadem z różowymi rubinami. Od pokoleń należał do ich rodu, może któraś z nich pójdzie jeszcze za mąż?
– Tiary nie ma – oburzył się wdowiec. – Wasza siostra zakopała ją w parku, utopiła w stawie albo położyła księdzu na tacę. Taka z niej była świętoszka. – burczał.
Przeszukał wszystkie szafy w dworku porośniętym bluszczem (księżna częściej bywała w tym skromnym domu niż w pałacowych komnatach), przeorał świątynię Apollona, zaglądał do dziur, grzebał przy fundamentach, kazał nawet przenieść rzeźbę boga (może miała jakiegoś wspólnika? – zachodził w głowę). Ale klejnotu nie znalazł. Przepadł. Co było robić, pod sklepieniem rotundy umieścił podobiznę Matyldy, ochrzcił jej imieniem zarośnięte tatarakiem jezioro i ożenił się z dziedziczką fortuny – Heleną von Hohenlohe-Langenburg.
ZNALEZISKO
W sejfie proboszcza nie było ani jednego diamentu. Złodzieje natknęli się tylko na jakieś rysunki i stare projekty.
– To ma być ta fortuna! – żachnął się szef bandy. Porzucili znalezisko i uciekli.
Pożółkłe kartki skrywały pomysły sprzed niemal stu lat. Były tam rzuty i przekroje, schematy nawy głównej i chóru, ciężkie kolumny i cokoły, wzory drzwi i okien, finezyjne rysunki klamek i plafonów przypominających plastry miodu. Pełno tam było zdobień i detali, łuków i podcieni; cała mapa świątyni, prawie pozbawiona kolorów. Gdzieniegdzie tylko prześwitywały wypłowiałe plamy czerwieni – zapowiedź odważnego wnętrza. Szkice przywiózł chyba sam projektant. Może podróżował pociągiem do Oppeln, po drodze przysłuchiwał się dziwnemu językowi, jakim posługiwali się podróżni? Słowa polskie mieszały się tam z niemieckimi. Mężczyzna wytężał słuch, bo chciał uchwycić wątek, lecz wymykał mu się sens, niezmiennie gubił początek lub koniec zdania.
– Muszę złapać trochę śląskiego – postanowił.
Na dworcu czekał na niego wolant. Powożący ukłonił się, podał mu futro – ciężkie, z kapturem – i okrył go baranicą. Długa to była droga, ze trzy mile po dudniących szlakach i wyboistych drożynach. Koła zapadały się w bajorach, grzęzły w kałużach, chybotały się w rowach. Końskie kopyta wyrzucały w górę grudy błota i gliniastej ziemi. Jechali polami, gdzie kostropate sosny ocierały się o gładką korę jodeł. Mijali ugory, mijali nakrapiane wysepkami jeziora aż wpadli do gęstego lasu. Zapachniało dziką zwierzyną.
– Już niedaleko – zawołał kuczer, osłaniając się przed chlaszczącymi po twarzy gałęziami.
– Na takim zagwiździu stanie moja budowla? – przestraszył się architekt. Powożący spochmurniał, ochrypł, słowa uwięzły mu w gardle, widać było, że z trudem łączy sylaby.
– To zagwiździe upodobał sobie król Fryderyk Wielki, zaglądali tu panowie Goethe i Weber – wydukał.
Pasażer zmieszał się, zarumienił i wypuścił z rąk teczkę z rysunkami. Zaczął przepraszać, chciał się wytłumaczyć, gdy usłyszał cichy i dobitny głos furmana. „W grudniu 1740 roku wojska pod wodzą króla Fryderyka II Hohenzollerna wkroczyły na Śląsk, zwycięska bitwa pod Małujowicami w kwietniu następnego roku przesądziła o przyłączeniu tej krainy do Prus. Krainy niekończących się lasów, leżących odłogiem pól i porośniętych perzem zagonów, gdzie chude krowy domagały się kiszonki, konie owsa, a buraki okopów. Chłopi w zgrzebnych płótnach siedzieli na przewróconych do góry dnem korytach, a baby darły pierze, ubijały masło i łajały dzieci. Monarcha zastanawiał się jak nakłoni Brandenburczyków do przeprowadzki na te nieoswojone ziemie. I wysłał na wschód poszukiwaczy bogactw naturalnych, potem z niecierpliwością czekał w Berlinie wieści. Kurierzy przybywali do zamku prawie codziennie i donosili o coraz to nowych odkryciach. W 1753 roku Johann Rehdanz, nadleśniczy z księstwa opolskiego, rozpisywał się o złożach rudy żelaza odnalezionych nad rzeką Segwitz.
– Natychmiast postawić tam huty, świeżarki i odlewnie – zarządził władca – potrzebuję kul, granatów, pocisków i moździerzy. Dyplomacja bez armat jest jak muzyka bez instrumentów.
Szerokim gestem rozdawał król Fryderyk ziemie kowalom i hutnikom, gwoździarzom i nożownikom, bednarzom i cieślom. Zachęcał do wyrębu lasów, do budowania krytych strzechą domów, wznoszenia obór i stodół; przez sześć lat fachowcy pracujący w śląskich fabrykach nie musieli oddawać ni talara do królewskiego skarbca ani żywić pod swoim dachem wojsk maszerujących na front, ani też opiekować się wojennymi rozbitkami. Przede wszystkim byli wolni, sami stanowili o swoim losie. Już w 1755 roku w Kluczborskiej Hucie rozpalono wysoki piec i wytopiono surówkę. W pobliskiej osadzie Friedrichsthal, tam, gdzie stanie budowla, zamieszkali czescy husyci, Saksończycy, przesiedleńcy z austriackiego Śląska i ciekawi nowości z pobliskich Budkowic. Każdej rodzinie przydzielono dom z ogrodem, łąką i trzema morgami roli. Mierniczy wyznaczył tam plac na cmentarz, kaplicę i boisko. Kiedy wybuchła wojna, w pobliskich lasach gwizdały bomby i huczały granaty. Pewnego dnia gruchnęło w samym środku huty, spłonęły odlewnie i magazyny, kobiety wyciągały spod rumowisk swoich mężów i braci, a potem gołymi rękami grzebały ich w ziemi. Z Afryki tymczasem przygnała gorączka, wyschły rzeki, przestały się kręcić koła wodne, ucichł cajnarski młot, stanęły dmuchawki, szlifierki i polerki, morowe powietrze truło i ludzi, i zwierzęta. Panowały głód i nędza, ale przetrwali. I odbudowali hutę”.
Zacinał śnieg. Poruszali coraz wolniej, czasem tylko stangret świsnął batem, konie szły wtedy długim kłusem, aby po chwili wrócić do stępa.
– Zawiozę pana do Carlsruhe. Zamieszka pan w dworku księżnej Matyldy Wirtemberskiej. Mówią, że się otruła – wyjawił kuczer konspiracyjnym szeptem.
Architekt przybył z Monachium. Nie wiadomo, czy studiował w tamtejszej Kunstgewerbeschule (Szkole Rzemiosła Artystycznego), kierowanej przez Richarda Riemerschmidta – sławę z epoki Jugendstilu, ale z pewnością miał talent i wyczucie. Zatroszczył się i o bryłę, i o szczegóły, wprowadził odważne kolory, nie bał się czerni i brązów, czerwień wenecką przeplatał burgundem, złoto kładł obok srebra i śmiało łączył zieleń z różem – jak to robili mistrzowie bizantyjscy. Wymyślił okrągłe okna ciągnące się wzdłuż nawy głównej. Kiedy spojrzeć na kościół z wysokości chóru, wygląda on jak okręt dryfujący na falach. Zanim światło wpadnie do środka, kręci się w bulajach ozdobionych witrażami pana Preckla z Kolonii, chwilę buszuje w ołtarzach bocznych, zdobi mozaiki i sylwetkę Józefa (święty przypomina śląskiego gbura albo zagrodnika). Dopiero po chwili rozprasza się w prezbiterium i przysiada w ławkach dla wiernych.
Projekty zamówił ksiądz Franciszek Ogorek i chronił jak skarb. Nie rozstawał się z kluczem do sejfu, a tuż przed śmiercią dobrze go schował. Czyżby wiedział, że gdy tylko zamknie oczy, jego kościół we Friedrichsthalu (przemianowanym po wojnie w Zagwiździe), zrobią na szaro? Znikną mocne czerwienie i brązy, pospadają złote wieńce, rozmyją się barwne kasetony i tylko pożółkłe kartki papieru będą świadczyć o budowli? Może ufał, że po latach ktoś zechce przywrócić świątyni jej koloryt i dotrze do planów?

ZAGUBIENI
Ścieżka ciągnęła się od ulicy pod las. Najpierw biegła cienką nitką wzdłuż płotu. Kiedy minęła łąkę i pastwisko, poszerzała się i układała w wachlarz. Jedna z odnóg prowadziła do pracowni malarskiej urządzonej w starej stolarni. Jej okna wychodziły na ogród. Rosły tam rododendrony i azalie, barwinek wylegiwał się na otoczakach przy stawie, a winobluszcz wił się po ścianach atelier, wchodził na okiennice, czepiał się rynien, dłużył, prostował i opuszczał przybudówkę, aby dojść do starego domu. Na werandzie siedziała Jolanta Golenia. W purpurowej sukni w motyle przypominała księżną. Skarciła wzrokiem wilczura, bo kręcił się w kółko i gestem zaprosiła mnie do środka. Salon na parterze wypełniły staroświeckie meble, lustra w złoconych ramach, kwadransiaki, pająkowate świeczniki i zasłony z adamaszku, zaś w pokoju na piętrze było jasno. Na dywanie drzemała pręgowana kotka, na ścianach wisiały zdjęcia, a w kącie czekali: Święci Pańscy! Chyba krzyknęłam, bo naraz kocica podniosła głowę i zamruczała.
Stłoczyli się wokół kozy – wysokiej, zrobionej jeszcze przed wojną ze starej armaty. Wyglądali, jakby przyszli z daleka, głodni i zmarznięci. Było ich dziesięcioro – świętych z drewna, zatrzymanych pomiędzy wczoraj i dziś, czekających, aż ktoś ich odczaruje, zdejmie klątwę, przywróci do życia, choćby pomnikowego. Jakiś kustosz z bożej łaski wysmarował ich farbą olejną. Święty Franciszek posmutniał, Alojzy mocno ścisnął dłoń chłopca, którym się opiekuje, Anna poprawiła pożółkły welon, Urban schylił się po ziarno pszenicy, bo spadło na podłogę. Barbara otarła łzę, Antoni złapał się krzyża, Agnieszka wygładziła włosy, Kanizjusz spuścił głowę, rozmarzyła się Gertruda. A Jadwiga położyła rękę na sercu.
– Każdemu świętemu czegoś brakuje – poskarżyła się malarka – Franciszek zgubił aureolę, Jadwiga koronę.
– Dziwne fatum krąży nad okolicą – pomyślałam – ledwie zjawi się tu jakaś księżna, zaraz gubi klejnoty.
Jolanta Golenia zastanawiała się jak naprawić rzeźby z drewna lipowego. Jakich użyć sztuczek: kwasów, botoksów, złotych nici czy laserów. A może wystarczy skalpel i sporo cierpliwości, by centymetr po centymetrze odsłaniać dawne piękno? Nie znała wszystkich tajemnic konserwatorów; odkąd ukończyła krakowską Akademię Sztuk Pięknych, maluje wiersze. Teraz musiała usunąć farbę olejną i pod grubymi warstwami cielistego beżu znaleźć ładnie wykrojone usta Jadwigi, figlarne dołki w policzkach Anny i piegi Franciszka. Nie spieszyła się. Niczym chirurg plastyk skalpelem wygładzała zmarszczki i nacierała drewno mieszaniną rozpuszczalników. Szukała zatraconych rysów. Aż wreszcie ożywiła woskowe postacie, by mogły zaludnić kościół.
Neobarokowy gmach świątyni powstał w ciągu roku. Budowała go całe Friedrichsthal; mieszkańcy zaczynali pracę wczesnym rankiem, kończyli o zmroku, toteż zimą 1921 roku Franz Ogorek mógł dekorować wnętrza. Nie rozglądał się po sąsiedzku: skoro architekta sprowadził sobie z Monachium, to witraże zamówił w Kolonii, a rzeźbiarza znalazł aż w Heidelbergu. Długo rozmyślał o osobach, które zaludnią budowlę. W Starym Testamencie wyszukał światłych proroków i odnalazł królów, słynących z mądrości Dawida i Salomona. Przypomniał też nieprzeciętne i odważne kobiety. Znalazły się tam Ruta prababka Dawida, i królowa Saby Sybilla, która już przed naszą erą zapowiedziała nieszczęścia XX wieku. Jest i Estera. Król Persji Kserkses upodobał ją sobie, wziął do haremu, a potem za żonę, kiedy zaś zawładnęła jego sercem, uczynił królową. To ona ocaliła Żydów przed okrutnym Hamanem. Postacie umieszczono wysoko, tuż pod kasetonowym sufitem. Kłaniają się, pochylają i gestykulują, odnosi się wrażenie, że zbliżają się do ołtarza, ciągną się powoli w tych swoich powłóczystych szatach, wyróżnione nimbami. Głowę Estery zdobi korona – identyczna jak diadem księżnej Matyldy Wirtemberskiej!
ARCHITEKT
Wychował się w słusznym niemieckim domu na przedmieściach Monachium (w pierwszych latach po wielkiej wojnie mieszkali tam artyści i podejrzani ludzie interesu). Jego matka prowadziła sklep z rękawiczkami. Zapinała koszulę na ostatni guzik, a w kołnierzyk wpinała odznakę z podobizną Lenina. Była schludna, ale nie rozrzutna, codziennie zmieniała garsonki: w dni parzyste nosiła zieloną, w nieparzyste brązową w prążki. Umiała cerować rękawy i przenicować ubranie, cienkie włosy strzygła na pazia, a usta malowała fioletową szminką. Wyglądała na wiecznie niezadowoloną z życia. Kłóciła się z praczką i psioczyła na sąsiadkę z parteru, bo sadziła pod balkonem nagietki.
– To kwiaty samobójców – szydziła.
Projektant miał dwóch braci. Rudolf, chłopak o szerokim czole i rozmiarze butów 45, rzadko pokazywał się w domu. Chciał być żołnierzem. Może to wygląd wyznaczył go na wojaka, może do koszarowego życia popchnęły go wygolona głowa, wysunięta żuchwa i odstające uszy – w sam raz pod furażerkę? A twarz Ulricha była konkretna jak dźwig na budowie, jak ciężka maszyna, która porusza się w górę i w dół, czasem tylko zrobi obrót wokół własnej osi. Dziewczyny lubiły jego niebieskie oczy, bladą cerę zaróżowioną od słońca i lekki zarost. Nie miałyby nic przeciwko randkom, ale on stronił od amorów, zaciskał usta i chodził naburmuszony, jakby szukał zaczepki albo planował zamach. Z trzech braci tylko architekt spotykał się z panną, jasnowłosą Sabiną o regularnych rysach, której brwi i rzęsy przybrały odcień bladej, niemalże przezroczystej cery. Nigdy ich nie czerniła, toteż odnosiło się wrażenie, że tęczówki wyłaniają się wprost ze skóry, są szarym akcentem policzków. Wszystko w niej wydawało się doskonałe: prosty nos, wąskie usta w kolorze wypłowiałej maliny, małe uszy i włosy zebrane w ciasny kucyk. A jednak czegoś jej brakowało.
Listy pisała długie, najeżone treścią jak psi ogon dziadami. Donosiła mu o gramofonie, który oddała do naprawy, o wymianie tapet, klejeniu krzesła i obrusie podartym na ścierki. Liczyła wydatki na światło, spisywała worki z węglem, zbierała rachunki za pralnię i wizyty u dentysty, wspominała też o świecach na tort urodzinowy. Niedługo skończę dwadzieścia pięć lat – przypomniał sobie. – Powinienem się ożenić.
Projektant nigdy nie widział fizjonomii tak różnorodnych, ruchliwych i ciekawych jak w Carlsruhe. Wydawało mu się, że się wyrwał z zakładu zamkniętego, z miejsca, gdzie żyli ludzie o twarzach wyblakłych i wypłowiałych albo przeciwnie – zaciętych i aroganckich. Miał wrażenie, że uciekł ze szpitala dla obłąkanych, gdzie personel nakazał pensjonariuszom nosić maski zrobione od jednego szablonu. Na wschodzie nie było kobiet o zamazanych rysach ani mężczyzn o rozbielonych obliczach i matowym spojrzeniu. Oczy Ślązaków – obramowane ciemnymi brwiami i ocienione mocnymi rzęsami – świeciły, policzki płonęły, nosy – każdy inny: z garbem i pękate, spore i zgrabne były jak akcent w muzyce. Rysom brakowało regularności, ale dzięki temu architekt potrafił sobie przypomnieć prawie każdą napotkaną postać.
Sofię zobaczył nad stawem. Oparta o platan paliła papierosa. Czy była piękna? Wyrazista, osobliwa, jakby zmieszana z różnych kultur, zdawało się, że na jej twarzy wschód odszukał zachód, a północ – południe. Próbowała zrobić nadąsaną minę, ale kąciki ust uniosły się i dotknęły dołków w policzkach. W sukience z frędzlami wyglądała jak czarny motyl –Pasyn lucylla.
– Jestem Sofia – przywitała się z udanym dworskim dygiem. – A pan musi być tym architektem.
Spotykali się wieczorami. Kiedy opowiadała mu o nenufarach, mówiła, że to znachorki, które spalono je na stosie jako czarownice. Udało im się wrócić. Unoszą się na powierzchni stawu, tańczą w swoich rozkloszowanych spódnicach. Woda próbuje im wynagrodzić śmierć w płomieniach, chłodzi płatki, zmywa popiół z ramion, studzi rozognione stopy. Sofia znała łacińskie nazwy żuków, koników polnych i much, dużo wiedziała o zwyczajach ważek, tarantul i karaluchów, odkrywała przed architektem tajemnice pająków, ważek i krabów, jakby miała za sobą lekturę dziesięciu tomów Souvenirs entomologiques Jean-Henri Fabre’a. Przyglądał się jej palcom, jak prostowały źdźbła traw albo zwijały w trąbki liście, uczył się splatać sznurki z tataraków, wiązać węzełki i kokardy. Pewnego dnia zaprowadziła go nad rwący potok szumiący pomiędzy omszałymi głazami. Pływały tam ryby w paski.
– Natura podzieliła je na dzwonka, przygotowała na talerz – wyszeptała niskim głosem.
– Żyją naznaczone śmiercią – zamyślił się.
– Jak Matylda.
– Myślisz, że się otruła?
– To ona ją zabiła.
– Kto?
– Ferdynanda. Wrzuciła ją do mrowiska – Sofia zaśmiała się nerwowo, chwyciła mężczyznę za rękę i pociągnęła w stronę pałacu. – Pokażę ci portret.
Do portretu księżna Matylda wybrała sukienkę z czerwonego adamaszku z haftami na rękawach. Deseń pogrubia materię, toteż sprawia ona wrażenie pofałdowanej, mięsistej jak skóra buldoga, natomiast naszyjnik z pereł zlewa się z szyją, całkiem białą, jakby rozjaśnioną sokiem z cytryny (a może pozbawioną krwi?). Z kolan zsuwa się czarny jedwabisty szal (szczęśliwa mężatka zasłania się kirem?). Obok Matyldy stoją dzieci, blade jak ona. Maria pozuje w przybrudzonym fiolecie, Eugeniusz wystroił się w garnitur o kolorze głębokiego granatu. Tło jest zielone, brązowe i grafitowe, zbudowane z drzew i nocy bez gwiazd. Karol Rothe namalował ten portret niedługo przed śmiercią księżnej.
– Przeniosę barwy z obrazu do mojego kościoła – postanowił architekt i pobiegł do księdza.
– Purpurowy kościół? – skrzywił się Franz Ogorek. – Pan oszalał. Co ja powiem wiernym? Że zainspirowały mnie domy schadzek? – złościł się.
– Wystarczy pretekst. A gdyby kościół otrzymał wezwanie Serca Pana Jezusa?
– Bazylika Sacré-Coeur jest biała.
– Widocznie francuskie serca są bezbarwne, nie to, co śląskie: ogniste i krwiste – wykłócał się młodzieniec. – Planuję też fiolety, brązy, granaty. I złoto. Ono wydobędzie blask z burgundów, ujarzmi je i zamknie w obramowaniu.
– W niedzielę wygłoszę kazanie o sercu Zbawiciela – skapitulował ksiądz i uśmiechnął się chytrze.
Babka malarki Jolanty Goleni, tej która budziła zapaćkane farbą olejną rzeźby, miała na imię Sofia. Urodziła się we Friedrichsthalu (dzisiejszym Zagwiździu) w 1902 roku. W latach dwudziestych, kiedy z Monachium przybył architekt, pracowała w pałacu w Carlsruhe. Czytała tam romanse starej, niedowidzącej księżnej Aleksandrze. Gawędziła o świetlikach i pszczołach ukrytych w dziuplach, o chrabąszczach, żukach i o rybach podzielonych paskami na dzwonka.
– Pamiętam bajki omy o perkozach i kaczeńcach – wspominała Jolanta Golenia – Niekiedy wracała myślami do pałacu, malowała słowami wnętrza, kolory i aurę tego miejsca. W kościele sadzała mnie na kolanach, ożywiała proroków i świętych, a pewnego dnia zdradziła, że Estera nosi diadem księżnej Matyldy Wirtemberskiej.
*
Zagwiździański Kościół Serca Jezusowego pochodzi z lat dwudziestych ubiegłego wieku; budowniczy Franz Ogorek pasjonował się sztuką. Cenił secesję, szczególnie tę późną, pozbawioną ckliwych motywów, skupioną na prostej, niemal geometrycznej formie, ożywioną wyrazistymi kolorami. Po śmierci księdza (powojnie przemieniło go we Franciszka Ogórka), w latach pięćdziesiątych zeszłego stulecia, zaledwie trzydzieści lat po ukończeniu wystroju budowli, kościół zeszpecono. Czerwień wenecką zrobiono na szaro, przemalowano twarze świętych i zapaćkano pozłacane świeczniki. Gzymsy pokryto szlagmetalem, zdarto pozłacane wieńce laurowe, zafarbowano postacie apostołów i proroków. Secesja zniknęła ze świątyni. Dopiero na początku XXI wieku któryś z księży proboszczów się obudził i zatrudnił do remontu miejscową malarkę, Jolantę Golenię. To ona poszukiwała oryginalnych barw, zaglądała pod lampiony, odsuwała ławki, szperała w niszach i wymiatała kąty. Pewnej nocy przyszli jej z pomocą złodzieje. Nocą wtargnęli na parafię i splądrowali kasę pancerną. Szukali diademu księżnej Matyldy, a natknęli się na pożółkłe szkice. Porzucili rysunki i uciekli. Malarka przyglądała się projektom i przywróciła wnętrze z początku ubiegłego wieku. Odnalazła klejnot.
AGNIESZKA KANIA