Przyzywam Cię,
bądź ze mną w swej
czułej tajemnicy.
Nie ukrywaj się
za szeregiem znaków
domagających się wiary.
Zmartwychwstałeś,
a odkupiony świat
jest Twoim dziełem.
Bez Ciebie w ogóle
nie mógłbym istnieć,
ani kochać, ani nawet
wpadać w pułapki grzechu.
Dlatego zdruzgotałeś śmierć,
dlatego grób jest pusty,
dlatego moje serce płonie.
Wielu ludzi ulega swego rodzaju paschalnej pokusie. Polega ona na tym, że ich zdaniem pusty grób sam przez się stanowi dowód zmartwychwstania, jak gdyby to, że Jezus ukazywał się po swoim zmartwychwstaniu, unieważnia sam akt wiary. Gdyby tak było, musielibyśmy przyjąć, że zmartwychwstanie podlega w pełni prawom zmysłów i historii, a Chrystus wyszedł z mogiły w obecności wiwatujących tłumów, trzymając chorągiew zwycięstwa nad śmiercią. Wówczas jednak mielibyśmy do czynienia zaledwie z mityczną cudownością. Co sądzić o wierze w zmarłego Boga, który by się odegrał na ludzkości, olśniewając i zmuszając ją do uległości, i nieustannie odnosił nad nią najróżniejsze zwycięstwa. Taki Bóg były Bogiem wykreowanym przez ziemskie marzenia, podszyte folklorem pogańskim. Powiadam więc jasno: zmartwychwstanie nie może być bajkowym wydarzeniem, widomym i pewnym dla naszych oczu, lecz musi pozostawać szeregiem znaków domagających się głębokiej wiary. To zarazem fakt historyczny i przedmiot ufności. Dziejowe jest świadectwo apostołów, którzy stwierdzili, że widzieli Zbawiciela żywego już po śmierci krzyżowej.
Co tam się wówczas stało? W kręgu najbliższych Chrystusa zdołano ustalić tylko dwie sprawy: istnienie pustego grobu i coś, czego nie sposób określić jako ukazanie się Zmartwychwstałego, lecz pojawienie się kogoś, kto stanął przed nimi i w którym nie dostrzegli jeszcze żywego Jezusa. Jeśliby Go natychmiast rozpoznali, natychmiast doszliby do wniosku, że mają do czynienia z przypadkiem ożywienia ciała zmarłego człowieka. Jakże wyobrazić sobie apostołów krzyczących: „Oj, więc wyszedłeś z grobu”. Umarłeś, a stoisz przed nami”. Wypada natomiast zasugerować, że stwierdzili oni najpierw czyjąś obecność, dla Magdaleny był to ogrodnik, dla pielgrzymów z Emaus – podróżny… i dopiero potem, w akcie wiary, ujrzeli w tym kimś tego, z którym wspólnie przeżyli trzy lata i którego byli uczniami. I w tym momencie nastąpiła rzecz niesłychanie ważna. On mianowicie zwrócił ich myśli ku przyszłości, powierzył ważne zadanie: mają – poddając się prowadzeniu Ducha Świętego – budować Kościół i rozszerzać Jego granice. Bo rozkwit i rozrastanie się wspólnoty eklezjalnej to o wiele większe i wyższe objawienie się Jezusa zmartwychwstałego aniżeli Jego epifanie.

Nie było łatwo dawniej, nie jest łatwo dzisiaj przyjmować wskazany fakt, ponieważ trzeba sporej pracy ducha, stałego czuwania, by mógł nastać Boży pokój, okupiony zresztą wieloma przeciwnościami. Musimy być religijnie aktywni tu i teraz, nie zaś wpatrywać się w jakąś utopijną przyszłość. Należy z miłości uczynić oręż jedności z Bogiem i z ludźmi. Tam, gdzie jej nie było, niebiańska miłość oddała siebie, siebie zasiała i z obumarłego ziarna zrodziła się miłość zbawcza. Jako że Mistrz z Nazaretu naprawdę umarł na krzyżu i został pogrzebany. Stał się bowiem człowiekiem, solidarny zarówno z żyjącymi, jak i z umarłymi. Zstąpił też do piekieł. Dotknął samego dna rozdarcia i nieszczęścia, jakie niesie śmierć, by w ten sposób zanieść owoce krzyża w otchłań zabójczego zagubienia i lamentu oraz ukazać chwałę zmartwychwstania.
Nie potrafimy pojąć, co to w istocie znaczy? Niektórzy przypuszczają, że niebo powinno się rozumieć na podobieństwo ziemskiego istnienia, ale pozbawionego zła, słabości czy niszczenia. Chcieliby w wieczności być blisko tych, których ukochali, móc okazywać im szczere uczucia i serdeczność. A do tego potrzebne jest ciało – to ono stanowi środek porozumiewania się. Także i z tej racji, my chrześcijanie wierzymy w „zmartwychwstanie ciała”. Jakie będzie to nowe ciało? Nikt do końca nie zgłębi owej tajemnicy, jednak św. Paweł przybliża nam ją: „zasiewa się zniszczalne – powstaje zaś niezniszczalne; sieje się niechwalebne – powstaje chwalebne; sieje się słabe – powstaje mocne; zasiewa się ciało zmysłowe – powstaje ciało duchowe. Jeżeli jest ciało zmysłowe, powstanie też ciało duchowe. Nie było jednak wpierw tego, co duchowe, ale to, co ziemskie; duchowe było potem” (1 Kor 15,42-44,46). W takim razie chcąc uzyskać życie wieczne, powinniśmy najpierw zadbać o właściwe rozumienie i należyte traktowanie własnej cielesności – ona wszakże wiedzie do Boga, stanowiąc charakterystyczny teren zbawienia.
Nikt ze współczesnych nie wie, jak wyglądał Chrystus, jakie miał rysy twarzy, jak się poruszał i mówił. W fizycznym aspekcie przedstawia się Jego ciało raz jako ciało zmęczone, zanurzone w trudach kruchego bytowania, cierpiące i bolesne, innym razem jako „piękne”, „w glorii”. Na pewno ziemskie piękno jest niczym w porównaniu z pięknem Chrystusa, który przyobleczony po zmartwychwstaniu w „ciało duchowe” przyćmi swoim blaskiem wszechświat. Naturalnie Zmartwychwstały „nie ma ciała podobnego nam”, ale my otrzymamy takie samo – przemienione – ciało, gdy pożegnamy się z ziemską przygodnością i powstaniemy z martwych. Dlatego dzieło wcielenia i odkupienia spełnia się w „każdym ludzkim ciele”. A ono odzyska utraconą w raju niewinność i nagość, przy czym owa nagość nie będzie już przesłaniać sobą miłości, gdyż stanie się „przezroczysta”, nie zatrzymująca na sobie spojrzenia i spełniająca się w szczęściu nie własnym, lecz skierowanych w stronę kogoś drugiego. Ciało „odrodzone w niebie” zwiąże się najściślej, choć nieabsolutnie, z ciałem Chrystusa. Świadczą o tym symbole użyte do opisu Jego „drogocenności”: purpura – najpiękniejsza i najwytworniejsza barwa, uznana za symbol Boga, Jego piękna i godności, mirra – znak zbawczej śmierci Chrystusa, przez którą pojednał ludzi z Ojcem, kadzidło – symbol uwielbienia Boga, dążenia wzwyż, uduchowienia, modlitwy, kamień – oznaczający między innymi niepodważalność, trwałość, niezmienność oraz samego Chrystusa, który stał się kamieniem węgielnym pod ludzkie zmartwychwstanie i zbawienie.

By jednak było to możliwe, muszą zostać spełnione dwa zasadnicze warunki; po pierwsze, nie powinniśmy bezproblemowo rozgrzeszać się ze zła, które rozrasta się w nas jak rozłożyste drzewo. Brak świadomości grzechu, samozadowolenie ze swoich możliwości – to groźna duchowa pułapka; a po drugie, mamy uwierzyć, że to właśnie Jezus dysponuje mocą wyzwalania z grzechów i przyjmowania do grona swoich najbliższych. Przytaczam za Andrzejem Kijowskim pouczające świadectwo świętego Augustyna. Do rangi symbolu urosły nie tylko łzy jego matki Moniki, by syn wreszcie opamiętał się i wszedł na chrześcijańską ścieżkę życia, ale również łzy przyszłego autora Wyznań wylewane nad samym sobą, kiedy pisał, że „nie podoba mu się” to i tamto, z tego, co kiedyś relacjonował; przyznawał, że utrwalił wiele płochych deklaracji, mało poważnych wyznań, że często nie był zbyt rozważny.
Ale pewnego dnia przebywając w ogrodzie, nie mógł powstrzymać się od łez, prosząc Boga o rozstrzygające ocalenie. I wtedy usłyszał głos chłopca bądź dziewczynki: „Weź to, czytaj! Weź to, czytaj! (TOLLE LEGE, TOLLE LEGE)”. Szybko otarł łzy i otworzył Biblię na chybił trafił. Kiedy przeczytał, że nie w ucztach i pijaństwie, nie w rozpuście, zwadzie i zazdrości, lecz w Chrystusie otrzymujemy zbawienne szczęście, ogarnęła go nieznana rzewliwość i pewność: oto jestem już po stronie Boga, zdobyłem przewagę nad swoim „libido”, wygrałem. Umysłowość, serce i ciało Augustyna stały się dogłębnie chrześcijańskie. Heroizm jego nawrócenia, blisko spokrewnionego z powołaniem nie polegał na żadnym ryzyku, ale na konfrontacji z rozumem, dla którego wiara jest „głupstwem”. Wybierając prawdę Ewangelii i rzeczywistość Kościoła, Augustyn optował za pokojem, do którego tęskniło jego serce, ale przed którym wzdragał się rozum, i od którego odstręczała go jego własna kultura umysłowa. Chciał wiedzieć, co się z nim dzieje, zwłaszcza w dramatycznych momentach życia, gdy się przemienia, nawraca. Toteż starał się mówić nie tyle o sobie, bo to zawsze ustawia blisko pychy, ile raczej zwracał się do Boga, by Mu powiedzieć, jak został przez Niego obdarzony talentami, uratowany i skierowany ku Dobru.
To nieprzemijający przykład również i dla naszych dzisiejszych bojów, nawróceń, wciąż od nowa wybuchających religijnych sporów albo umacniającej się w szybkim tempie konfesyjnej obojętności. Próbujmy zatem wydobywać z gruzów, którymi sami się murujemy. Oddychajmy miłością i nadzieją nadchodzącego, jakby to określił Czesław Miłosz, na kocich łapkach imponującego zmartwychwstania świata i wszelkiego stworzenia.
Wasilków, 29 marca 2024
ks. JAN SOCHOŃ
Włamali się w nocy. Psy łańcuchowe spały, żaden kundel nie podskoczył do płotu ani jeden burek nie warknął; żeby któryś wyszczerzył kły – nic. Cała podwórzowa ferajna pchlarzy zeszła na psy. Bogumiła K. słyszała rumor, jakby dźwięk tłuczonego szkła.
– Sąsiad zasadza się na koty, bo mu skubią wędzonkę – pomyślała. Gertruda Z. widziała migające światła.
– Wielebny urządza dyskotekę – burknęła i wróciła do łóżka.
Złodzieje tymczasem rozpruli kasę pancerną, rozbili podwójne dno i przeszukali ukryte szuflady. Wieś szeptała, że proboszcz trzyma w sejfie skarb. I to sprzed wojny. Liczyli na diamenty, perły, pierścionki z topazami. I marzyła im się tiara wysadzana różowymi rubinami, ulubiony klejnot księżnej Matyldy z Carlsruhe (dzisiejszego Pokoju).
PRZEPLATKA
Matylda Wirtemberska była krucha i wiotka, przypominała figurkę z miśnieńskiej porcelany. Brwi czesała szylkretowym grzebyczkiem, a włosy spinała w ciasny kok, tak aby wymykały się z niego spirale. Pamiętała imiona ptaków, wiedziała, jak pachnie rosa, lubczyk i piołun. Zbierała do podołka kasztany i leczyła buki, gdy ich pnie pokryły się liszajem. W brzezinie rosnącej pomiędzy stawami projektowała japońską ptaszarnię. Na pałacowy gościniec podjeżdżały powozy ze skrzyniami ciężkimi od książek. Z Wiednia, Berlina i Paryża przychodziły do ukrytego w lesie Carlsruhe tomy o szogunach i maskach kabuki, historie o lisach, co budzą dusze ze snu, i o ceremoniach Dalekiego Wschodu. Pewnego dnia dostała prezent – purpurowe kimono wyszywane w smoki, wachlarze i kwiaty lotosu. Odtąd, podobna do motyla, snuła się po urojonych ścieżkach parku, przemykała pajęczynami alejek i drepcząc po cienkich kładkach, zaglądała do świątyni-rotundy, którą wzniesiono pośrodku jeziora, na pagórku otoczonym tatarakiem. Parzyła tam herbatę i urządzała przyjęcia dla łabędzi i posągu Apollona.
Mąż Matyldy, wychowany na dworze cara Pawła I w Petersburgu, lubił co prawda sztuki piękne (w Wigilię stroił nawet kontrabas), ale bardziej ciągnęło go do igraszek carskiej arystokracji. Celował do dzików i jeleni albo bawił się w tygrysa po ciemku: „Jeden uczestnik strzelał z rewolweru, inny z dzwoneczkiem czaił się jak tygrys uzbrojony w zatruty sztylet” – jak opisywał takie figle Bolesław Miciński. Do pałacu wracał książę nad ranem, zmęczony pogonią, upojony winem, zakradał się do sypialni. Poruszał się jak węszące zwierzę, ostrożnie stąpał po schodach, omijając skrzypiące deski, a Matylda kuliła się pod pierzyną drobna jak przeplatka – Melitaea phoebe.
Spotkali się na balu. Eugeniusz dobiegał do trzydziestki; odkąd w styczniu 1813 roku rozbił oddziały Napoleona pod Kulmem, matki markiz i hrabianek przyglądały mu się ciekawie. Nie miałyby nic przeciwko takiemu zięciowi. Panny zaś omijały go wzrokiem, bo nawet w mundurze generała carskiej armii konnej wyglądał pokracznie. Tamtej nocy muślinowa suknia Matyldy zaczepiła jego sprzączkę.
– Jestem zgubiony – wyjąkał.
– Pan wybaczy debiutantce, zaraz się wyplączę – powiedziała figlarnie.
– Już się pani nie wywinie.
– Zobaczymy.
Wymknęła się tylko na chwilę. Ledwie skończyła szesnaście lat, znów wystąpiła w bieli, tym razem w kościele. Podczas ślubowania jej diadem z różowymi rubinami osunął się na podłogę.
– To zły znak – wieszczyły siostry ponuro. Nie były one powabne, żadne z nich nimfy, rusałki czy gracje (te wystające brody i pękate nosy pokryte piegami). Odsłaniały przerwy w uśmiechu, nie lubiły pudrów ani zalotów. O cienkich kibiciach raczej nie marzyły, tym bardziej o wyznaniach pod lipą czy inną sosną wejmutką. To Matylda była księżniczką.
Kareta zaprzężona w oldenburgi wyruszyła o świcie. Arolsen żegnało nowożeńców słotą i kłębowiskiem rozczapierzonych chmur. Słońce dobijało się do nich, lecz chmury rozsiały się jak mlecz, zaperzyły niebo i nie wpuściły ani jednego promienia na ulice księstwa Waldeck-Pyrmont. Koła grzęzły w rozkisłym śniegu, konie się zapierały, toteż stangret musiał je popędzać batem. Jechali do pałacu Eugeniusza. Matylda ukryła twarz w kołnierzu peleryny podbitej futrem i słuchała mężowskich opowieści. Mówił jej o przodkach, o Karolu Krystianie Erdmannie, który w nieprzebytych lasach kazał wykarczować osiem krzyżujących się promieniście alei. Opowiadał jak to w gąszczu buków, wybujałych klonów i wściekłych jeżyn, wśród stawów pełnych ropuch i w plątaninie strumieni ze spiętrzoną wodą wyciął gwiazdę chaosu. W nadmiar przyrody wpisał talizman używany przez magów, że w dziczy umieścił siłę przenikającą kosmos, masońską różę wiatrów.
– A więc i tam dotarli różokrzyżowcy – zadumała się Matylda. Znała ich filozofię, przedziwny aliaż hermetyzmu, filantropii i blagi. Nie raz słyszała o spotkaniach weimarskiej loży „Pod Trzema Różami”. Członkowie stowarzyszenia grali z jej ojcem w bilard i celując kijami w kule, dyskutowali o wiedzy tajemnej. Nie ściszali głosu na jej widok, była przecież tylko panną na wydaniu.
Słuchając zastanawiała się, dokąd to Eugeniusz ją zabiera? W jakiej puszczy przyjdzie jej żyć? Czy ona, która bawiła się na dziedzińcach „Wersalu Hesji” (jak nazywano pałac książąt Waldeck-Pyrmont), przywyknie do dziczy?
– Znajdziesz tam amfiteatr, karuzelę i huśtawki – wymamrotał Eugeniusz, jakby czytał w jej myślach i rzucił stangretowi ostre: – Stój!
Dosiadł konia, spiął go ostrogami i ruszył galopem przed orszak.
– Tęskni za głuszą, polowaniami i gildią strzelecką – wytłumaczył ochmistrz, który właśnie zrównał się z powozem.
– Ocali mnie? – spytała młodziutka księżna. Mężczyzna zmarszczył brwi, szukając odpowiedzi.
Książę kochał Matyldę miłością bezwzględną, lecz niestałą (odwiedzał też rezolutną pannę Ferdynandę von Kulisch). Kiedy do pałacu w Carlsruhe przyjechały siostry, Matylda leżała już na katafalku. Umarła 13 kwietnia 1825 roku, w dniu swoich dwudziestych czwartych urodzin.
– Trudny połóg – tłumaczyły damy dworu, ale w folwarkach plotkowano, że poznała smak cykuty.
– W geburtstag odchodzą samobójcy – krakały baby wiedzące.
– Babom to się od razu marzy śmierć z miłości – psioczyli ogrodnicy.
– Wątła była – pochlipywał chłopiec stajenny.
– Nie wątła, tylko nadwątlona, zamęczył ją ten paskudnik – wykłócała się guwernantka (natychmiast ją odesłano, a dziećmi zajęła się córka Fryderyka Schillera).
Księżne podwiązały Matyldzie szczęki, obciążyły talarami powieki i zapłaciły artyście, aby zdjął maskę pośmiertną.
– Niedawno pozowała mi żywa – wycedził Karol Rothe przez zaciśnięte zęby.
Poprosiły też Eugeniusza o diadem z różowymi rubinami. Od pokoleń należał do ich rodu, może któraś z nich pójdzie jeszcze za mąż?
– Tiary nie ma – oburzył się wdowiec. – Wasza siostra zakopała ją w parku, utopiła w stawie albo położyła księdzu na tacę. Taka z niej była świętoszka. – burczał.
Przeszukał wszystkie szafy w dworku porośniętym bluszczem (księżna częściej bywała w tym skromnym domu niż w pałacowych komnatach), przeorał świątynię Apollona, zaglądał do dziur, grzebał przy fundamentach, kazał nawet przenieść rzeźbę boga (może miała jakiegoś wspólnika? – zachodził w głowę). Ale klejnotu nie znalazł. Przepadł. Co było robić, pod sklepieniem rotundy umieścił podobiznę Matyldy, ochrzcił jej imieniem zarośnięte tatarakiem jezioro i ożenił się z dziedziczką fortuny – Heleną von Hohenlohe-Langenburg.
ZNALEZISKO
W sejfie proboszcza nie było ani jednego diamentu. Złodzieje natknęli się tylko na jakieś rysunki i stare projekty.
– To ma być ta fortuna! – żachnął się szef bandy. Porzucili znalezisko i uciekli.
Pożółkłe kartki skrywały pomysły sprzed niemal stu lat. Były tam rzuty i przekroje, schematy nawy głównej i chóru, ciężkie kolumny i cokoły, wzory drzwi i okien, finezyjne rysunki klamek i plafonów przypominających plastry miodu. Pełno tam było zdobień i detali, łuków i podcieni; cała mapa świątyni, prawie pozbawiona kolorów. Gdzieniegdzie tylko prześwitywały wypłowiałe plamy czerwieni – zapowiedź odważnego wnętrza. Szkice przywiózł chyba sam projektant. Może podróżował pociągiem do Oppeln, po drodze przysłuchiwał się dziwnemu językowi, jakim posługiwali się podróżni? Słowa polskie mieszały się tam z niemieckimi. Mężczyzna wytężał słuch, bo chciał uchwycić wątek, lecz wymykał mu się sens, niezmiennie gubił początek lub koniec zdania.
– Muszę złapać trochę śląskiego – postanowił.
Na dworcu czekał na niego wolant. Powożący ukłonił się, podał mu futro – ciężkie, z kapturem – i okrył go baranicą. Długa to była droga, ze trzy mile po dudniących szlakach i wyboistych drożynach. Koła zapadały się w bajorach, grzęzły w kałużach, chybotały się w rowach. Końskie kopyta wyrzucały w górę grudy błota i gliniastej ziemi. Jechali polami, gdzie kostropate sosny ocierały się o gładką korę jodeł. Mijali ugory, mijali nakrapiane wysepkami jeziora aż wpadli do gęstego lasu. Zapachniało dziką zwierzyną.
– Już niedaleko – zawołał kuczer, osłaniając się przed chlaszczącymi po twarzy gałęziami.
– Na takim zagwiździu stanie moja budowla? – przestraszył się architekt. Powożący spochmurniał, ochrypł, słowa uwięzły mu w gardle, widać było, że z trudem łączy sylaby.
– To zagwiździe upodobał sobie król Fryderyk Wielki, zaglądali tu panowie Goethe i Weber – wydukał.
Pasażer zmieszał się, zarumienił i wypuścił z rąk teczkę z rysunkami. Zaczął przepraszać, chciał się wytłumaczyć, gdy usłyszał cichy i dobitny głos furmana. „W grudniu 1740 roku wojska pod wodzą króla Fryderyka II Hohenzollerna wkroczyły na Śląsk, zwycięska bitwa pod Małujowicami w kwietniu następnego roku przesądziła o przyłączeniu tej krainy do Prus. Krainy niekończących się lasów, leżących odłogiem pól i porośniętych perzem zagonów, gdzie chude krowy domagały się kiszonki, konie owsa, a buraki okopów. Chłopi w zgrzebnych płótnach siedzieli na przewróconych do góry dnem korytach, a baby darły pierze, ubijały masło i łajały dzieci. Monarcha zastanawiał się jak nakłoni Brandenburczyków do przeprowadzki na te nieoswojone ziemie. I wysłał na wschód poszukiwaczy bogactw naturalnych, potem z niecierpliwością czekał w Berlinie wieści. Kurierzy przybywali do zamku prawie codziennie i donosili o coraz to nowych odkryciach. W 1753 roku Johann Rehdanz, nadleśniczy z księstwa opolskiego, rozpisywał się o złożach rudy żelaza odnalezionych nad rzeką Segwitz.
– Natychmiast postawić tam huty, świeżarki i odlewnie – zarządził władca – potrzebuję kul, granatów, pocisków i moździerzy. Dyplomacja bez armat jest jak muzyka bez instrumentów.
Szerokim gestem rozdawał król Fryderyk ziemie kowalom i hutnikom, gwoździarzom i nożownikom, bednarzom i cieślom. Zachęcał do wyrębu lasów, do budowania krytych strzechą domów, wznoszenia obór i stodół; przez sześć lat fachowcy pracujący w śląskich fabrykach nie musieli oddawać ni talara do królewskiego skarbca ani żywić pod swoim dachem wojsk maszerujących na front, ani też opiekować się wojennymi rozbitkami. Przede wszystkim byli wolni, sami stanowili o swoim losie. Już w 1755 roku w Kluczborskiej Hucie rozpalono wysoki piec i wytopiono surówkę. W pobliskiej osadzie Friedrichsthal, tam, gdzie stanie budowla, zamieszkali czescy husyci, Saksończycy, przesiedleńcy z austriackiego Śląska i ciekawi nowości z pobliskich Budkowic. Każdej rodzinie przydzielono dom z ogrodem, łąką i trzema morgami roli. Mierniczy wyznaczył tam plac na cmentarz, kaplicę i boisko. Kiedy wybuchła wojna, w pobliskich lasach gwizdały bomby i huczały granaty. Pewnego dnia gruchnęło w samym środku huty, spłonęły odlewnie i magazyny, kobiety wyciągały spod rumowisk swoich mężów i braci, a potem gołymi rękami grzebały ich w ziemi. Z Afryki tymczasem przygnała gorączka, wyschły rzeki, przestały się kręcić koła wodne, ucichł cajnarski młot, stanęły dmuchawki, szlifierki i polerki, morowe powietrze truło i ludzi, i zwierzęta. Panowały głód i nędza, ale przetrwali. I odbudowali hutę”.
Zacinał śnieg. Poruszali coraz wolniej, czasem tylko stangret świsnął batem, konie szły wtedy długim kłusem, aby po chwili wrócić do stępa.
– Zawiozę pana do Carlsruhe. Zamieszka pan w dworku księżnej Matyldy Wirtemberskiej. Mówią, że się otruła – wyjawił kuczer konspiracyjnym szeptem.
Architekt przybył z Monachium. Nie wiadomo, czy studiował w tamtejszej Kunstgewerbeschule (Szkole Rzemiosła Artystycznego), kierowanej przez Richarda Riemerschmidta – sławę z epoki Jugendstilu, ale z pewnością miał talent i wyczucie. Zatroszczył się i o bryłę, i o szczegóły, wprowadził odważne kolory, nie bał się czerni i brązów, czerwień wenecką przeplatał burgundem, złoto kładł obok srebra i śmiało łączył zieleń z różem – jak to robili mistrzowie bizantyjscy. Wymyślił okrągłe okna ciągnące się wzdłuż nawy głównej. Kiedy spojrzeć na kościół z wysokości chóru, wygląda on jak okręt dryfujący na falach. Zanim światło wpadnie do środka, kręci się w bulajach ozdobionych witrażami pana Preckla z Kolonii, chwilę buszuje w ołtarzach bocznych, zdobi mozaiki i sylwetkę Józefa (święty przypomina śląskiego gbura albo zagrodnika). Dopiero po chwili rozprasza się w prezbiterium i przysiada w ławkach dla wiernych.
Projekty zamówił ksiądz Franciszek Ogorek i chronił jak skarb. Nie rozstawał się z kluczem do sejfu, a tuż przed śmiercią dobrze go schował. Czyżby wiedział, że gdy tylko zamknie oczy, jego kościół we Friedrichsthalu (przemianowanym po wojnie w Zagwiździe), zrobią na szaro? Znikną mocne czerwienie i brązy, pospadają złote wieńce, rozmyją się barwne kasetony i tylko pożółkłe kartki papieru będą świadczyć o budowli? Może ufał, że po latach ktoś zechce przywrócić świątyni jej koloryt i dotrze do planów?

ZAGUBIENI
Ścieżka ciągnęła się od ulicy pod las. Najpierw biegła cienką nitką wzdłuż płotu. Kiedy minęła łąkę i pastwisko, poszerzała się i układała w wachlarz. Jedna z odnóg prowadziła do pracowni malarskiej urządzonej w starej stolarni. Jej okna wychodziły na ogród. Rosły tam rododendrony i azalie, barwinek wylegiwał się na otoczakach przy stawie, a winobluszcz wił się po ścianach atelier, wchodził na okiennice, czepiał się rynien, dłużył, prostował i opuszczał przybudówkę, aby dojść do starego domu. Na werandzie siedziała Jolanta Golenia. W purpurowej sukni w motyle przypominała księżną. Skarciła wzrokiem wilczura, bo kręcił się w kółko i gestem zaprosiła mnie do środka. Salon na parterze wypełniły staroświeckie meble, lustra w złoconych ramach, kwadransiaki, pająkowate świeczniki i zasłony z adamaszku, zaś w pokoju na piętrze było jasno. Na dywanie drzemała pręgowana kotka, na ścianach wisiały zdjęcia, a w kącie czekali: Święci Pańscy! Chyba krzyknęłam, bo naraz kocica podniosła głowę i zamruczała.
Stłoczyli się wokół kozy – wysokiej, zrobionej jeszcze przed wojną ze starej armaty. Wyglądali, jakby przyszli z daleka, głodni i zmarznięci. Było ich dziesięcioro – świętych z drewna, zatrzymanych pomiędzy wczoraj i dziś, czekających, aż ktoś ich odczaruje, zdejmie klątwę, przywróci do życia, choćby pomnikowego. Jakiś kustosz z bożej łaski wysmarował ich farbą olejną. Święty Franciszek posmutniał, Alojzy mocno ścisnął dłoń chłopca, którym się opiekuje, Anna poprawiła pożółkły welon, Urban schylił się po ziarno pszenicy, bo spadło na podłogę. Barbara otarła łzę, Antoni złapał się krzyża, Agnieszka wygładziła włosy, Kanizjusz spuścił głowę, rozmarzyła się Gertruda. A Jadwiga położyła rękę na sercu.
– Każdemu świętemu czegoś brakuje – poskarżyła się malarka – Franciszek zgubił aureolę, Jadwiga koronę.
– Dziwne fatum krąży nad okolicą – pomyślałam – ledwie zjawi się tu jakaś księżna, zaraz gubi klejnoty.
Jolanta Golenia zastanawiała się jak naprawić rzeźby z drewna lipowego. Jakich użyć sztuczek: kwasów, botoksów, złotych nici czy laserów. A może wystarczy skalpel i sporo cierpliwości, by centymetr po centymetrze odsłaniać dawne piękno? Nie znała wszystkich tajemnic konserwatorów; odkąd ukończyła krakowską Akademię Sztuk Pięknych, maluje wiersze. Teraz musiała usunąć farbę olejną i pod grubymi warstwami cielistego beżu znaleźć ładnie wykrojone usta Jadwigi, figlarne dołki w policzkach Anny i piegi Franciszka. Nie spieszyła się. Niczym chirurg plastyk skalpelem wygładzała zmarszczki i nacierała drewno mieszaniną rozpuszczalników. Szukała zatraconych rysów. Aż wreszcie ożywiła woskowe postacie, by mogły zaludnić kościół.
Neobarokowy gmach świątyni powstał w ciągu roku. Budowała go całe Friedrichsthal; mieszkańcy zaczynali pracę wczesnym rankiem, kończyli o zmroku, toteż zimą 1921 roku Franz Ogorek mógł dekorować wnętrza. Nie rozglądał się po sąsiedzku: skoro architekta sprowadził sobie z Monachium, to witraże zamówił w Kolonii, a rzeźbiarza znalazł aż w Heidelbergu. Długo rozmyślał o osobach, które zaludnią budowlę. W Starym Testamencie wyszukał światłych proroków i odnalazł królów, słynących z mądrości Dawida i Salomona. Przypomniał też nieprzeciętne i odważne kobiety. Znalazły się tam Ruta prababka Dawida, i królowa Saby Sybilla, która już przed naszą erą zapowiedziała nieszczęścia XX wieku. Jest i Estera. Król Persji Kserkses upodobał ją sobie, wziął do haremu, a potem za żonę, kiedy zaś zawładnęła jego sercem, uczynił królową. To ona ocaliła Żydów przed okrutnym Hamanem. Postacie umieszczono wysoko, tuż pod kasetonowym sufitem. Kłaniają się, pochylają i gestykulują, odnosi się wrażenie, że zbliżają się do ołtarza, ciągną się powoli w tych swoich powłóczystych szatach, wyróżnione nimbami. Głowę Estery zdobi korona – identyczna jak diadem księżnej Matyldy Wirtemberskiej!
ARCHITEKT
Wychował się w słusznym niemieckim domu na przedmieściach Monachium (w pierwszych latach po wielkiej wojnie mieszkali tam artyści i podejrzani ludzie interesu). Jego matka prowadziła sklep z rękawiczkami. Zapinała koszulę na ostatni guzik, a w kołnierzyk wpinała odznakę z podobizną Lenina. Była schludna, ale nie rozrzutna, codziennie zmieniała garsonki: w dni parzyste nosiła zieloną, w nieparzyste brązową w prążki. Umiała cerować rękawy i przenicować ubranie, cienkie włosy strzygła na pazia, a usta malowała fioletową szminką. Wyglądała na wiecznie niezadowoloną z życia. Kłóciła się z praczką i psioczyła na sąsiadkę z parteru, bo sadziła pod balkonem nagietki.
– To kwiaty samobójców – szydziła.
Projektant miał dwóch braci. Rudolf, chłopak o szerokim czole i rozmiarze butów 45, rzadko pokazywał się w domu. Chciał być żołnierzem. Może to wygląd wyznaczył go na wojaka, może do koszarowego życia popchnęły go wygolona głowa, wysunięta żuchwa i odstające uszy – w sam raz pod furażerkę? A twarz Ulricha była konkretna jak dźwig na budowie, jak ciężka maszyna, która porusza się w górę i w dół, czasem tylko zrobi obrót wokół własnej osi. Dziewczyny lubiły jego niebieskie oczy, bladą cerę zaróżowioną od słońca i lekki zarost. Nie miałyby nic przeciwko randkom, ale on stronił od amorów, zaciskał usta i chodził naburmuszony, jakby szukał zaczepki albo planował zamach. Z trzech braci tylko architekt spotykał się z panną, jasnowłosą Sabiną o regularnych rysach, której brwi i rzęsy przybrały odcień bladej, niemalże przezroczystej cery. Nigdy ich nie czerniła, toteż odnosiło się wrażenie, że tęczówki wyłaniają się wprost ze skóry, są szarym akcentem policzków. Wszystko w niej wydawało się doskonałe: prosty nos, wąskie usta w kolorze wypłowiałej maliny, małe uszy i włosy zebrane w ciasny kucyk. A jednak czegoś jej brakowało.
Listy pisała długie, najeżone treścią jak psi ogon dziadami. Donosiła mu o gramofonie, który oddała do naprawy, o wymianie tapet, klejeniu krzesła i obrusie podartym na ścierki. Liczyła wydatki na światło, spisywała worki z węglem, zbierała rachunki za pralnię i wizyty u dentysty, wspominała też o świecach na tort urodzinowy. Niedługo skończę dwadzieścia pięć lat – przypomniał sobie. – Powinienem się ożenić.
Projektant nigdy nie widział fizjonomii tak różnorodnych, ruchliwych i ciekawych jak w Carlsruhe. Wydawało mu się, że się wyrwał z zakładu zamkniętego, z miejsca, gdzie żyli ludzie o twarzach wyblakłych i wypłowiałych albo przeciwnie – zaciętych i aroganckich. Miał wrażenie, że uciekł ze szpitala dla obłąkanych, gdzie personel nakazał pensjonariuszom nosić maski zrobione od jednego szablonu. Na wschodzie nie było kobiet o zamazanych rysach ani mężczyzn o rozbielonych obliczach i matowym spojrzeniu. Oczy Ślązaków – obramowane ciemnymi brwiami i ocienione mocnymi rzęsami – świeciły, policzki płonęły, nosy – każdy inny: z garbem i pękate, spore i zgrabne były jak akcent w muzyce. Rysom brakowało regularności, ale dzięki temu architekt potrafił sobie przypomnieć prawie każdą napotkaną postać.
Sofię zobaczył nad stawem. Oparta o platan paliła papierosa. Czy była piękna? Wyrazista, osobliwa, jakby zmieszana z różnych kultur, zdawało się, że na jej twarzy wschód odszukał zachód, a północ – południe. Próbowała zrobić nadąsaną minę, ale kąciki ust uniosły się i dotknęły dołków w policzkach. W sukience z frędzlami wyglądała jak czarny motyl –Pasyn lucylla.
– Jestem Sofia – przywitała się z udanym dworskim dygiem. – A pan musi być tym architektem.
Spotykali się wieczorami. Kiedy opowiadała mu o nenufarach, mówiła, że to znachorki, które spalono je na stosie jako czarownice. Udało im się wrócić. Unoszą się na powierzchni stawu, tańczą w swoich rozkloszowanych spódnicach. Woda próbuje im wynagrodzić śmierć w płomieniach, chłodzi płatki, zmywa popiół z ramion, studzi rozognione stopy. Sofia znała łacińskie nazwy żuków, koników polnych i much, dużo wiedziała o zwyczajach ważek, tarantul i karaluchów, odkrywała przed architektem tajemnice pająków, ważek i krabów, jakby miała za sobą lekturę dziesięciu tomów Souvenirs entomologiques Jean-Henri Fabre’a. Przyglądał się jej palcom, jak prostowały źdźbła traw albo zwijały w trąbki liście, uczył się splatać sznurki z tataraków, wiązać węzełki i kokardy. Pewnego dnia zaprowadziła go nad rwący potok szumiący pomiędzy omszałymi głazami. Pływały tam ryby w paski.
– Natura podzieliła je na dzwonka, przygotowała na talerz – wyszeptała niskim głosem.
– Żyją naznaczone śmiercią – zamyślił się.
– Jak Matylda.
– Myślisz, że się otruła?
– To ona ją zabiła.
– Kto?
– Ferdynanda. Wrzuciła ją do mrowiska – Sofia zaśmiała się nerwowo, chwyciła mężczyznę za rękę i pociągnęła w stronę pałacu. – Pokażę ci portret.
Do portretu księżna Matylda wybrała sukienkę z czerwonego adamaszku z haftami na rękawach. Deseń pogrubia materię, toteż sprawia ona wrażenie pofałdowanej, mięsistej jak skóra buldoga, natomiast naszyjnik z pereł zlewa się z szyją, całkiem białą, jakby rozjaśnioną sokiem z cytryny (a może pozbawioną krwi?). Z kolan zsuwa się czarny jedwabisty szal (szczęśliwa mężatka zasłania się kirem?). Obok Matyldy stoją dzieci, blade jak ona. Maria pozuje w przybrudzonym fiolecie, Eugeniusz wystroił się w garnitur o kolorze głębokiego granatu. Tło jest zielone, brązowe i grafitowe, zbudowane z drzew i nocy bez gwiazd. Karol Rothe namalował ten portret niedługo przed śmiercią księżnej.
– Przeniosę barwy z obrazu do mojego kościoła – postanowił architekt i pobiegł do księdza.
– Purpurowy kościół? – skrzywił się Franz Ogorek. – Pan oszalał. Co ja powiem wiernym? Że zainspirowały mnie domy schadzek? – złościł się.
– Wystarczy pretekst. A gdyby kościół otrzymał wezwanie Serca Pana Jezusa?
– Bazylika Sacré-Coeur jest biała.
– Widocznie francuskie serca są bezbarwne, nie to, co śląskie: ogniste i krwiste – wykłócał się młodzieniec. – Planuję też fiolety, brązy, granaty. I złoto. Ono wydobędzie blask z burgundów, ujarzmi je i zamknie w obramowaniu.
– W niedzielę wygłoszę kazanie o sercu Zbawiciela – skapitulował ksiądz i uśmiechnął się chytrze.
Babka malarki Jolanty Goleni, tej która budziła zapaćkane farbą olejną rzeźby, miała na imię Sofia. Urodziła się we Friedrichsthalu (dzisiejszym Zagwiździu) w 1902 roku. W latach dwudziestych, kiedy z Monachium przybył architekt, pracowała w pałacu w Carlsruhe. Czytała tam romanse starej, niedowidzącej księżnej Aleksandrze. Gawędziła o świetlikach i pszczołach ukrytych w dziuplach, o chrabąszczach, żukach i o rybach podzielonych paskami na dzwonka.
– Pamiętam bajki omy o perkozach i kaczeńcach – wspominała Jolanta Golenia – Niekiedy wracała myślami do pałacu, malowała słowami wnętrza, kolory i aurę tego miejsca. W kościele sadzała mnie na kolanach, ożywiała proroków i świętych, a pewnego dnia zdradziła, że Estera nosi diadem księżnej Matyldy Wirtemberskiej.
*
Zagwiździański Kościół Serca Jezusowego pochodzi z lat dwudziestych ubiegłego wieku; budowniczy Franz Ogorek pasjonował się sztuką. Cenił secesję, szczególnie tę późną, pozbawioną ckliwych motywów, skupioną na prostej, niemal geometrycznej formie, ożywioną wyrazistymi kolorami. Po śmierci księdza (powojnie przemieniło go we Franciszka Ogórka), w latach pięćdziesiątych zeszłego stulecia, zaledwie trzydzieści lat po ukończeniu wystroju budowli, kościół zeszpecono. Czerwień wenecką zrobiono na szaro, przemalowano twarze świętych i zapaćkano pozłacane świeczniki. Gzymsy pokryto szlagmetalem, zdarto pozłacane wieńce laurowe, zafarbowano postacie apostołów i proroków. Secesja zniknęła ze świątyni. Dopiero na początku XXI wieku któryś z księży proboszczów się obudził i zatrudnił do remontu miejscową malarkę, Jolantę Golenię. To ona poszukiwała oryginalnych barw, zaglądała pod lampiony, odsuwała ławki, szperała w niszach i wymiatała kąty. Pewnej nocy przyszli jej z pomocą złodzieje. Nocą wtargnęli na parafię i splądrowali kasę pancerną. Szukali diademu księżnej Matyldy, a natknęli się na pożółkłe szkice. Porzucili rysunki i uciekli. Malarka przyglądała się projektom i przywróciła wnętrze z początku ubiegłego wieku. Odnalazła klejnot.
AGNIESZKA KANIA
Drogi Panie Redaktorze,
Czy i Panu znikł z oczu nasz Fantazjano? Pewnie trudząc się w swojej samotni nad kolejnym dziełem, nie zauważył, że przyszła Wiosna. Jego list do Pana sprzed kilku miesięcy dał mi do myślenia i pomógł wydobyć z pamięci rodzinną anegdotę. Wielkanoc niezależnie od tego, czy przypada w marcu czy w kwietniu, każe nam zaplanować wizyty u krewnych. No więc u ciotki w Milanówku śniadanie, u stryjostwa w Podkowie obiad, u siostry w Brwinowie podwieczorek. Śniadanko trwa do wieczora, obiad do zmroku, a podwieczorek w ogóle nie ma żadnych granic i potrafi przeciągnąć się do następnego dnia.
Mąż ciotki, Francuz z Sabaudii, zanim nie przeniósł się na cmentarz, wznosił świąteczny toast: Joyeuse Fête de Pâques! U młodych, którzy w mojej rodzinie są ksenofobami, wywoływał drwiące uśmieszki, ale wybaczano mu nieuctwo, bo szampan podawał zawsze prawdziwy.
– Wpadacie jak po ogień – mawiała ciotka, kiedy w piątej godzinie śniadanie w Milanówku traciło impet. – Może zrobię Wigilię w tym roku – dodawała mimochodem. – Mój Boże, jak ten czas leci.
Od kilku lat nie podawała już na porcelanie, tylko na zastawie z plastiku, którą nazywaliśmy piknikową. Nikt nie pytał o porcelanę, bo ostatecznie nikogo to nie interesowało. Młode pokolenie, które miało dziedziczyć, zdradzało upodobania paramilitarne i porcelanę traktowało z pogardą. Jej zniknięcie przyjęło z obojętnością. Po kruchych i pięknych filiżankach, spodkach i paterach zniknęły stare meble, na których miejscu pojawiły się sprzęty z Ikei. Taka szafa gdańska, choć XIX-wieczna podróbka, miała swoją wartość i można było za nią kupić kilkuletniego volkswagena. Nikogo to jednak nie interesowało, bo młode pokolenie wolało się przemieszczać motocyklami z demobilu pamiętającymi lądowanie aliantów w Normandii.
Po meblach przyszła kolej na część domu ciotki, którą zajęli obcy ludzie. Młode pokolenie o upodobaniach konserwatywno-paramilitarnych od dawna sarkało, że secesyjna willa trąci kosmopolityzmem i namawiało ciotkę na jej przebudowę na dworek w stylu soplicowskim. Pojawienie się obcych ludzi na piętrze młodzież przyjęła jako zapowiedź tych zmian.
Domyśla się Pan zapewne, że w następną Wielkanoc śniadanie spożywaliśmy w brezentowej altanie ustawionej w ogrodzie, którego części ciotka była wciąż właścicielką. Młodzież wielbiąca narodową glebę nie posiadała się z radości. Willa była już niemal do fundamentów rozebrana.
W starszym pokoleniu obudziła się wreszcie nostalgia za starą porcelaną, meblami i samym domem. Pojawił się pomysł, żeby ciotkę ubezwłasnowolnić, ale został on storpedowany przez młode pokolenie, dla którego, jak się okazało, ciotka była od kilku lat wielkim autorytetem moralnym.
W tej sytuacji nietrudno było przewidzieć, co się wydarzy w kolejną Wielkanoc. Ci, którzy o jedenastej rano przyjechali do Milanówka, zastali bramę zamkniętą. Nie było brezentowej altany ani drzew. Ogród został zamieniony w trawnik imitujący pole golfowe. Na jego środku młody człowiek w stosownym stroju wymachiwał kijem golfowym. Nikt nic nie powiedział. Po kwadransie rozeszliśmy się w milczeniu. Niektórych nurtowało pytanie: Ale gdzie właściwie podziała się ciotka? Odpowiedź nadeszła po kilku miesiącach. Jakiś internetowy włoski tabloid zamieścił zdjęcie surferów trzeciego wieku w szkółce na Sardynii. W jednej z zawodniczek rozpoznaliśmy ciotkę. Uśmiechała się. Część rodziny uważała, że to do nas.
Po namyśle, Panie Redaktorze, przyszedłem do przekonania, że Fantazjano ma rację. Nie tylko my sami blokujemy nasz rozwój, ale również rzeczy, którymi się otaczamy. Wydaje nam się, że jesteśmy ich właścicielami, tymczasem jest odwrotnie. Ale wystarczy się ich pozbyć, a wzlatujemy nad ziemię lub wodę niczym Hermes. Nawiedziła mnie myśl, że pani Pulcheria Palecina, ochłonąwszy po wizycie Fantazjana, zadzwoniła do biura podróży i wykupiła rejs po Morzu Śródziemnym statkiem o cudownej nazwie Primavera.
Wesołych Świąt życzy Panu
Przyjaciel i czytelnik „Księgi”
Dwugłos epistolarny Krystyny Marek (1914-1993), profesor prawa międzynarodowego Uniwersytetu Genewskiego i Jerzego Stempowskiego publikowany jest z rękopisów przechowywanych w Muzeum Polskim w Rapperswilu w Szwajcarii. Edycję korespondencji obojga przyjaciół ma w swoich planach Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddział Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie.
Listy przepisali i przypisami opatrzyli
Agnieszka Papieska i Andrzej Stanisław Kowalczyk

KRYSTYNA MAREK DO JERZEGO STEMPOWSKIEGO
Fǎlticeni, 5 lutego 1940
Drogi Panie Jerzy,
trudno mi wyrazić, jak wielka jest moja radość, że wreszcie udało mi się Pana odnaleźć – że jest Pan wolny i poza Reststaatem [1]. Myślałam o Panu dużo w tych ciężkich dniach – w tej myśli też pisałam do Warszawy. Szczęśliwa jestem, że mój message miał sukces podwójny – bo i trafił do Pana, i nie zastał Pana w Warszawie. Zmartwił mnie tylko szczerze stan Pana zdrowia i odnośne przejścia – ale mam głęboką nadzieję, że ten list zastanie Pana już w stadium najlepszej rekonwalescencji.
Pyta Pan o mnie. Mój Boże, ogromnie trudno zmieścić odpowiedź w ramach najobszerniejszego nawet listu. Nie umiem powiedzieć, jak bardzo chciałabym z Panem mówić. Może to Pana ubawi, ale wśród różnych okoliczności wojennych, nie wyłączając bombardowań, kiedy usiłowałam sprawdzać normalne funkcjonowanie mego intelektu, brałam po prostu Pana za kryterium absolutne. Oczywiście z zastrzeżeniem si magna cum parvis… [2] – zresztą proszę mi wybaczyć.
Jakoś tedy ostał się mój intelekt i „światopogląd” wobec wojny, grozy, bomb i innych dystrakcyj. Gorzej znacznie zrobiło się po wojnie, po polskiej wojnie, wobec tego, co się dzieje z krajem i w kraju. Szukałam równowagi i oparcia w faktach historycznych, w słowie i myśli ludzkiej. Zdaje się, że nie znalazłam. W historii nie znalazłam precedensu, słowa największe bladły w momentach rozpaczy. „Aequam memento…” [3], jeśli już mowa o Horacym. Zawodziło w chwilach rozpaczy wszystko, co dotąd bywało kanonem – zaczynało się coś zupełnie nowego, coś, co było albo aberracją myślową, albo zgoła czym innym. Przypomniałam sobie autentyczny epizod, dotyczący bardzo wybitnego i niezwykłego człowieka, który na dnie własnej beznadziejności i nieszczęścia, dans un moment suprême [4], powiedział do otoczenia: „Przyślijcie mi mądrego księdza”. To, że powiedział „mądrego”, było ostatnim przebłyskiem samowystarczalności intelektu. A potem myślałam o hinduskim opowiadaniu o czterech stopniach wtajemniczenia, które opowiadał mi Pan kiedyś w Rabce – pamięta Pan?
Zdaję sobie sprawę, że piszę rzeczy na granicy zupełnego bezwstydu. Nie jest to zresztą moim zwyczajem – proszę mi tym razem wybaczyć. I nadal zresztą nie uprawiam ekshibicjonizmu moralnego. Po prostu, odnalazłszy Pana, je me suis laissée aller [5] i otóż potraktowałam Pana jako „mądrego księdza”. Jeśli zachował Pan swoją zwykłą olimpijskość rebus in arduis – proszę posłać mi myśl czy słowo, o które mogłabym się oprzeć. Trochę próżność, a trochę poczucie prawdy każe mi jednakowoż sprostować złe wrażenie, jakie powyższe enuncjacje mogą i powinny na Panu wywrzeć. Otóż zastrzegam się, że żadną miarą nie popadłam w zewnętrzną manierę egzaltowaną czy zgoła histeryczną. Przeszłam wszystkie moje tarapaty w absolutnym spokoju i opanowaniu, które na ogół zachowuję do dnia dzisiejszego. Krótko mówiąc, trzymam się bardzo dobrze i żadną miarą nie uważam się za straconą pozycję w wojnie nerwów. To tylko się tak kłębi na użytek ściśle prywatny.
Moje przygody? Ścisły szablon tysięcy innych, takich samych. Wyjazd z Krakowa, w myśli przysłużenia się jeszcze Polsce walczącej, trochę bomb, koszmarne jazdy nocne, niemożność realizacji planów pracy, w końcu exodus przez granicę rumuńską i wielomiesięczna, pusta egzystencja w Fǎlticeni. Stały lęk o bliskich, wydanych na łup bandy zwyrodnialców. Dzięki Bogu, dotąd cudem ocaleli, marzeniem moim jest wydostać ich stamtąd. Robię starania, czy się uda – nie wiem.
Moje plany? Od pierwszej chwili szukam jakiejś wiadomej pracy. Jak dotąd, wszystko zawiodło. Odmówiono mi wizy szwajcarskiej, wbrew wszelkim rozsądnym przewidywaniom i ogromnemu poparciu. Nasi nowi dygnitarze, wśród których liczę wielu przyjaciół, nie chcieli czy nie mogli znaleźć dla mnie zastosowania na Zachodzie, motywując to potrzebą li tylko specjalistów, zaś nadmiarem ludzi pracy mojego typu – i przyrzekając tylko pamięć na wypadek gdyby. Ostatnio więc, po wielu zawodach, zgłosiłam się ochotniczo, wbrew własnym kwalifikacjom, zamiłowaniom i talentom, do sanitariatu armii i znowu czekam na wynik. Przypuszczam, że gdybym par force [6] znalazła się na miejscu, wywalczyłabym dla siebie jakieś zajęcie. Ale pomijając ogromne trudności takiego indywidualnego wyjazdu, jest to impreza, która absolutnie przekracza moje możliwości finansowe. Bezczynność gnębi mnie niesłychanie – spisuję więc morze atramentu do różnych ludzi z różnymi propozycjami – i czekam.
Fǎlticeni jest nędzną mieściną rumuńską, nieco na południowy Zachód od Czerniowiec. Można by tu wpaść w melancholię i bez wojny i nieszczęść. Sytuację ratują idealne stosunki z Rumunami, których gościnność i serdeczność przekracza wszelkie oczekiwania. Poza tym jest tu niewielka kolonia polskich uchodźców, sympatyczna i idealnie nieciekawa. Samotność duchowa wielka – ratuję się korespondencją z przyjaciółmi, których garstka szczęśliwie ocalała. Książek mało. Przywiozłam z sobą Pana Tadeusza, którego czytałam w aucie, przekraczając rumuński punkt kontrolny – i Iliadę w przekładzie Dmochowskiego [7]. Czytałam Iliadę z myślą o Wyspiańskim. „Skamander lśni wiślaną falą” [8] – pamięta Pan? Poza tym czytam wiersze francuskie, pełne niepotrzebnego uroku i brednie Tołstoja o niesprzeciwianiu się złu [9]. To byłoby mniej więcej wszystko na temat mojego duchowego wyżycia. Jak Pan widzi, skromnie.
Pana Łączkowskiego nie znam, ale postaram się o jego adres. Czy nie wie Pan natomiast o losach Janiny Askenazy [10]? Bardzo chciałabym wiedzieć, co się z nią stało.
Bardzo pragnę znowu paru słów od Pana. Może jednak uda nam się odnaleźć na Zachodzie? A kiedy wrócimy do domu?
Łączę serdeczny uścisk dłoni i najlepsze życzenia zdrowia.
Krystyna Marek

JERZY STEMPOWSKI DO KRYSTYNY MAREK
Bern, 11 maja 1940
Droga Panno Krystyno,
bardzo dziękuję za miłą kartkę z 3-go. Widocznie nasze drogi wciąż się krzyżują, bo i ja mieszkałem kiedyś w tym samym Hôtel d’Isly [11] w narożnym pokoju na pierwszym piętrze, gdzie tyle hałasu z ulicy. Było to podczas jednej z moich nieszczęśliwych ekspedycyj, zdaje się w 1919, zakończonej powrotem na poprzednie pozycje [12].
Mój przyjazd odkłada się wciąż. Muszę czekać jeszcze na wizę, a raczej na pozwolenie naszych władz w Angers [13] na złożenie podania o wizę do władz francuskich, które, mam nadzieję, okażą więcej decyzji. W każdym razie przed upływem 2-3 tygodni nie będę mógł stąd wyjechać.
Tu było tak cicho, kiedy przyjechałem, że „słyszałbym głos z Litwy”. W braku wrażeń z zewnątrz zacząłem nawet myśleć o pisaniu wspomnień, co dotąd odkładałem zawsze na okres pogodnej starości. Od wczoraj jednak i tu zrobiło się niespokojnie [14]. Dużo osób wyjeżdża w góry. Inni przyglądają się znakom na przelatujących samolotach, zwłaszcza w rannych godzinach, w których wręczają memoranda od Brauchitscha [15] i Blaskowitza [16].
W tutejszej bibliotece austriaca są bardzo liczne i jest prawie wszystko, czego potrzeba do studiowania federalizmu austro-węgierskiego. Sam jednak temat jest niezmiernie rozległy przy bliższym zapoznaniu się z nim. Oprócz form ustalonych oficjalnie, poszczególne zagadnienia federalizmu były regulowane okólnikami, jak niegdyś u nas, trudnymi do znalezienia. Komisje porozumiewawcze działały przez 50 lat, tworząc całe góry projektów pośrednich między status quo i życzeniami zainteresowanych. Każdy więc przepis prawa ma jeszcze kilkanaście wariantów, które nie weszły w życie przeważnie przypadkiem i cały system ususów, których umyślnie nie spisywano na papierze. Lektury więc mam dość na dłuższy nawet czas.
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyłam, szczerze oddany,
J. S.
Bern, 5 listopada 1940
Droga Panno Krystyno,
Wczoraj z wielką radością dostałem Pani list z 22. X. Trudno powiedzieć mi, jak bardzo mnie ten list ucieszył. Od exodu szukałem Pani wszędzie po trosze: i w Lourdes, i w Tuluzie, i w Nicei, i Grenoble, i w Londynie, i w Szkocji, i w Portugalii, i w Barcelonie, wszędzie słowem, gdzie byli rozbitkowie z francuskiego okrętu i wszędzie, gdzie znalazłem korespondentów. Wnoszę jednak, że zamiast iść z falą emigracji polskiej przez Pointe de Graves i Saint-Jean de Luz, gdzie miały się rozegrać, jak mi pisano, dantejskie sceny [17], poszła Pani z falą emigracji francuskiej do Afryki [18]. Może tak właśnie najlepiej. O ile wiem, wszyscy, którzy w porę zeszli na boczne drogi, na tym wygrali. Ja też w ostatniej chwili zatrzymałem się nad granicą, bo 20 maja właśnie otrzymałem wizę francuską i byłem już w drodze do Angers. Gdybym się nie był zatrzymał, trafiłbym zamiast do Angers od razu do Libourne [19], a może byłbym teraz z Panią w Tangerze. Tutejsi eksperci wojskowi jeszcze w kwietniu ostrzegli mnie, że to się źle skończy, tak że wypadki czerwcowe nie były dla mnie niespodzianką. Teraz zostałem tu niby na wyspie otoczonej morzem osi. Powodzi mi się tu stosunkowo dobrze, jak dotąd przynajmniej. Odbyłem tu już jedną taką kwarantannę podczas wojny 1914/18; najwidoczniej przyjeżdżam tu tylko na takie czasy. Tym razem jednak tu jest zupełnie inaczej niż przed 25 laty. Wówczas Szwajcaria była t.z. plaque tournante de l’Europe [20]. Bern był pełen cudzoziemców i widać stąd było obie strony wojujące. Teraz stąd nic nie widać, cudzoziemców nie ma, uchodźców brak niemal zupełnie, Szwajcaria jest odległą prowincją, niby Lichtenstein lub Périgueux [21] lub Agen [22]. Zresztą cały kontynent europejski przybrał dziś charakter prowincjonalny. W stolicach ustalają skalę wartości bieżących na najbliższy sezon, decydują o tym, kto będzie sławny, jakie książki należy czytać i jakie kapelusze będą modne. Po kapitulacji kontynentu wszyscy oczekują wyroków z Berchtesgaden [23], i nikt nie czuje się na siłach decydować nawet o kapeluszach. Przez długi czas łudzono się nadzieją, że stare stolice zachowają swą dawną potestas clavium [24] w rzeczach spirytualnych, ale to było złudzeniem. Kto przybrał postawę kapitulacyjną, tym samym już wyrzekł się potestas clavium nawet w odniesieniu do kapeluszy. Ponieważ mocarstwa zwycięskie też nigdy do właściwej stołeczności nie pretendowały i nie mają do tego zresztą żadnych danych, cała Europa – niegdyś stolica dla globu – stała się małą, odległą prowincją, czymś w rodzaju Buczacza, Kołomyi albo Kiszyniowa najlepszym wypadku. To zdaje się jest już koniec Europy. Sami autorzy kapitulacjonizmu europejskiego nie przewidywali zapewne skutków swojej decyzji. Zwłaszcza Francuzom bardzo trudno było pogodzić się z tą nagłą zmianą ich sytuacji.
Wypadki biegną teraz tak szybko, że za kilka lat nie będziemy mogli poznać starej Europy. Wiele rzeczy charakterystycznych dla tej części świata zniknie zapewne zupełnie. W tej chwili np. odbywa się likwidacja nacjonalizmu. Zaczęło się to w Czechach, gdzie dla Háchy [25] i Chvalkowskiego [26] Benesz [27] był tylko masonem i przedstawicielem międzynarodowego kapitalizmu i socjalizmu. Oni tylko mieli patent na patriotyzm. Pierwszym ich krokiem była kapitulacja. Drugi rozdział tejże książki przedstawia Słowację: i tam Hlinka [28] i Tiso [29] reprezentowali nacjonalizm integralny z efektem kapitulacyjnym. Potem przyszła Francja, gdzie również partia kapitulacji stworzona została z nacjonalistów i patriotów najgłośniejszych, b. czytelników „Gringoire’a” [30] i „Action Française” [31]. To samo miało miejsce w Rumunii, gdzie żelaźni nacjonaliści nie zdążyli jeszcze zjeść i wypić, kiedy już kapitulowali i sprowadzili wojska cudzoziemskie do okupowania kraju [32]. Nawet Paleckis [33] w „sejmie ludowym” litewskim, poddając pod głosowanie wniosek o przyłączenie Litwy do Rosji, mówił, że tego wymaga litewski patriotyzm. Nacjonaliści nie mogą już ani chwili znieść niepodległości swego kraju i ścigają swą nienawiścią wszystkich, kto by chciał jeszcze bronić tej niepodległości. Najwidoczniej samo zjawisko nacjonalizmu zbliża się już szybko do swego końca, bo jeżeli tak, to i po cóż?
Z Londynem mamy bardzo niepewne i rzadkie komunikacje pocztowe, ale czasami stamtąd przyjeżdżają. Mimo znacznego zniszczenia miasta tam jeszcze bronią się, jeszcze żyją, kiedy my na kontynencie podobni jesteśmy do królestwa cieni. Londyn broni się jak miasta starożytne, cała ludność bierze udział w walce. Wszyscy mówią, że to imponujące wrażenie.
Z kraju mamy sporo wiadomości, ale niewesołych. Nawet najwięksi pesymiści nie wyobrażali sobie, że to tak może być. W wielu miastach są już prawdziwe ghetta, zamknięte murami, które widziałem autentycznie na fotografiach [34]. Nikomu nie wolno wchodzić ani wychodzić. Mówią, że tam nawet wewnątrz jest lepiej, bo i policja rzadko tam wkracza. Gminy żydowskie mają swoją autonomię [35], dostarczają drużyn robotniczych według własnego wyboru. Kraków uznany za stare miasto hanzeatyckie, urdeutsch [36]. Z 54 000 wysiedlono, przeważnie do Warszawy, 35 000. Rynek nazywa się Adolf-Hitler-Platz. Najgorzej jest w Łodzi, zwanej Litzmannstadt, gdzie ghetto liczy 320 000 [37]. Nie wolno im posiadać pieniędzy oprócz specjalnych znaków obiegowych ghetta, tzw. Judengeld. Listy przychodzą stamtąd za pośrednictwem gminy. Ostatnio widziałem jeden z takich listów, pisany przez 50-letnią kobietę. „Ważę już tylko 50 kg i jestem tak szczupła, jak wtedy, gdy miałam 14 lat. Mój mąż waży 52 kg”.
W ciągu sierpnia i września aresztowano w Warszawie przeszło 50 000 osób. Większość ich odbywa t.z. przymus pracy obowiązujący wszystką ludność polską od 18 do 60 roku życia. Jeden przyjezdny cudzoziemiec opowiadał, że widział pod Warszawą na szosie 30 głodomorów zaprzężonych do wielkiego walca drogowego i poganianych batem przez umundurowanego Niemca. Aresztowanych z kategorii inteligencji odstawiają do obozów koncentracyjnych. Wszystkie mowy i deklaracje zawierają pogróżki pod adresem tej inteligencji, która miała być tak przywiązana do przesądów demokratycznych i kultury francuskiej i angielskiej, że Niemcy musieli wobec niej uciec się do skrajnych środków represji. Tak mówi i pisze gubernator Frank, doktor honoris causa uniwersytetu rzymskiego [38].
Do Polski teraz pisać prawie nie można, oprócz na wyraźne zaproszenie tamtejszych korespondentów. Moi korespondenci jak dotąd wszyscy zdrowi. Naród jest milczący i zawzięty. W Gubernatorstwie wychodzi pięć pism nielegalnych, za których posiadanie grozi kara śmierci. Tą ostatnią szafuje się tak hojnie, że stała się zjawiskiem najpospolitszym. W więzieniu umarł Rataj, w ogóle dużo ludzi umiera w więzieniach i „podczas przesłuchania”.
Gmina żydowska w Krakowie i Warszawie wydaje od sierpnia własne pismo pt. „Gazeta Żydowska” [39]. Jest to jedyne mniej więcej autonomiczne pismo, redagowane świetną polszczyzną. Zawiera dodatek literacki przynoszący opowiadania ze Starego Testamentu o wyjściu z Egiptu, wyjątki z Jeremiasza. Sam już ton zwarty i tragiczny, mówi więcej niż cenzuralna treść. Jest to niby biuletyn sądu ostatecznego. Kiedy się tę gazetę porówna z gazetami wychodzącymi w Francji nieokupowanej, przychodzą najdziwniejsze refleksje. Nie wiem, w jaki sposób zostanie nawiązany kontakt między Europą wschodnią i zachodnią, bo teraz wydaje się zerwany zupełnie. Europejczycy wschodni będą do tego zbyt biedni i zbyt pogardliwi.
Mimo tego straszliwego obrazu ogólnego, życie płynie w Polsce nadal. Ludzie z trudem zarabiają na życie. Kawiarnie są otwarte, jakkolwiek Niemcy oburzeni są na tę „lekkomyślną egzystencję” Polaków i chcieliby nakłonić ich do jakiejś pokuty. Nikt jednak w Polsce nie wierzy, aby stan obecny miał w Polsce trwać długo.
Zacząłem tu pisać wspomnienia w trzech częściach: Europa Wschodnia przed 1914, okres Ligi Narodów i ponowne odkrycie Europy Wschodniej. Zdaje mi się, że niedługo nikt już tych czasów nie będzie pamiętał i staram się zanotować je na wszelki wypadek. Tu też jest dość niepewnie, bo w razie przedłużania się wojny państwa osi będą zapewne starały się wziąć mocno cały kontynent w swoje ręce i mało ludów ujdzie losu Generalnego Gubernatorstwa.
Piszę Pani w streszczeniu wszystko, co wiem, bo niepewność komunikacji może nas znów na długo rozdzielić. Jeżeli jednak poczta Pani ten list przyniesie, bardzo proszę o wiadomości. Będę Pani pisał regularnie z wiadomościami z kraju i z Europy. Proszę mnie nie zapominać. Może i ja stąd będę musiał wyjechać dalej na zachód. Teraz jest to bardzo trudna droga i mało ją szczęśliwie przebył w ostatnich czasach, ale w braku lepszego wyboru trzeba się imać też rzeczy trudnych.
Najserdeczniejsze pozdrowienia przesyła szczerze oddany
J. S.
PRZYPISY:
[1] Reststaat (niem.) – państwo szczątkowe, mowa o Generalnym Gubernatorstwie, tworze administracyjnym utworzonym przez Niemców w październiku 1939 roku. W skład GG weszły: część województwa warszawskiego z Warszawą, część województwa łódzkiego, województwo kieleckie, lubelskie, część województwa krakowskiego oraz część województwa lwowskiego. GG liczyło 96 tys. km² z 12 mln ludności. Po agresji Niemiec na Związek Sowiecki obszar GG powiększył się o Zachodnią Ukrainę (Distrikt Galizien).
[2] si magna cum parvis comparare licet (łac.) – jeśli godzi się porównywać rzeczy wielkie z małymi.
[3] „Aequam memento rebus in arduis / servare mentem” – „Pomnij zachować umysł niezachwiany / Pośród złych przygód” (Horacy, Pieśni, II, 3, tłum. Adam Asnyk).
[4] dans un moment suprême (fr.) – w najważniejszym momencie.
[5] je me suis laissée aller (fr.) – pofolgowałam sobie.
[6] par force (fr.) – siłą.
[7] Franciszek Ksawery Dmochowski (1762–1808), poeta, krytyk literacki, działacz polityczny, wydawca i tłumacz. Autor pierwszego polskiego przekładu Iliady Homera (t. 1–3, Warszawa, Drukarnia Pijarów, 1800–1801).
[8] „Skamander połyska, / wiślaną świetląc się falą” (Stanisław Wyspiański, Akropolis, akt II, w. 9–10).
[9] Lew Tołstoj (1828–1910) głosił ideę „niesprzeciwiania się złu przemocą”; miała ona wpływ m.in. na poglądy Mahatmy Gandhiego, który korespondował z rosyjskim pisarzem.
[10] Janina Askenazy – córka Szymona Askenazego (1865–1935), historyka i dyplomaty pochodzenia żydowskiego; działaczka konspiracyjnej organizacji „Wolność”, znana z odwagi i bezkompromisowości; ukrywała się po aryjskiej stronie, korzystając z pomocy sióstr urszulanek oraz księdza Jana Ziei. Wydał ją w ręce gestapo były uczeń jej ojca w ostatnim roku wojny. Została zamordowana przez Niemców w al. Szucha (zob. Ten jest z ojczyzny mojej. Polacy z pomocą Żydom 1939–1945, opracowali Władysław Bartoszewski, Zofia Lewinówna, Stowarzyszenie ŻIH, Warszawa, Świat Książki, 2007, s. 584 i s. 591).
[11] Adres hotelu: 29, rue Jacob, Paryż.
[12] Stempowski pracował w 1919 roku w polskiej placówce dyplomatycznej w Bernie. Mowa więc zapewne o podróży służbowej do Paryża. W roku 1919 pisarz wrócił do Polski.
[13] Angers, miasto w Andegawenii (zachodnia Francja). Od listopada 1939 do 14 czerwca 1940 roku było siedzibą rządu polskiego na uchodźstwie. Rezydował tam również prezydent Rzeczypospolitej Polskiej.
[14] Po zajęciu Danii i po zwycięskiej kampanii norweskiej 10 maja 1940 roku wojska niemieckie zaatakowały Holandię, Belgię i Luksemburg. Ich celem była Francja pozostająca w stanie wojny z III Rzeszą od 3 września 1939 roku.
[15] Walther von Brauchitsch (1881-1948), niemiecki feldmarszałek, naczelny dowódca niemieckich wojsk lądowych w okresie 1938–1942. Dowodził wojskami niemieckimi podczas agresji na Polskę w 1939 roku, podbojami na Bałkanach i atakiem na ZSSR w 1941 roku. Po odwrocie spod Moskwy zdymisjonowany. Zeznawał podczas procesu w Norymberdze, własnego procesu nie doczekał, zmarł śmiercią naturalną.
[16] Johannes Blaskowitz (1883-1948), niemiecki generał. Dowodził jedną z armii podczas agresji Niemiec na Polskę w 1939 roku. Po wojnie obarczony odpowiedzialnością za zbrodnie na ludności cywilnej w Wielkopolsce i za bestialskie bombardowanie Warszawy podczas oblężenia. Niemniej Blaskowitz nakazał ściganie zbrodniarzy, którzy trafiali przed sądy polowe. Na wniosek Hansa Franka wyroki skazujące uchylono. Blaskowitz został oskarżony w procesie przeciw Naczelnemu Dowództwu Wehrmachtu w Norymberdze. W roku 1948 popełnił samobójstwo.
[17] Klęska Francji i francusko-niemieckie zawieszenie broni wywołały wśród Polaków osłupienie i przerażenie. W rządzie i w Radzie Narodowej (emigracyjny substytut Sejmu) panował zamęt, pojawiły się pomysły (konserwatysta Stanisław Cat-Mackiewicz i przywódca Stronnictwa Narodowego Tadeusz Bielecki) nawiązania rozmów z Niemcami bezpośrednio bądź za pośrednictwem Włochów. Pomysły te odrzucono. Do Libourne, nowej siedziby władz polskich, docierały bezradne i przerażone tysiące uchodźców cywilów. Anglicy, którzy kontynuowali walkę z III Rzeszą, podjęli się ewakuacji wojska polskiego i władz do Wielkiej Brytanii. Ewakuacja trwała od 20 do 25 czerwca.
[18] Tzn. do francuskiego Maroka, a zwłaszcza do Tangeru i Casablanki.
[19] Libourne, niewielkie miasto w departamencie Żyrondy, nieopodal Bordeaux. Była to nowa siedziba władz RP.
[20] plaque tournante de l’Europe (fr.) – dosłownie: obrotnica kolejowa Europy; metaforycznie: miejsce spotkań, kontaktów, handlu.
[21] Périgueux – miejscowość i gmina we Francji, w regionie Nowa Akwitania, w departamencie Dordogne, położona w krainie historycznej Périgord.
[22] Agen – miejscowość i gmina we Francji, w regionie Nowa Akwitania, w departamencie Lot i Garonna.
[23] Berchtesgaden, miasteczko w Alpach Salzburskich w Bawarii. W latach 1934–1945 mieściła się tu rezydencja Hitlera, który spotykał się tu z politykami europejskimi. Zapadły tu m.in. decyzje o przyłączeniu Austrii do III Rzeszy czy oderwaniu Sudetów od Czechosłowacji.
[24] Potestas clavium (łac.) – władza kluczy (do królestwa niebieskiego). Według doktryny katolicyzmu władzą tą dysponuje Kościół.
[25] Emil Hácha (1872-1945), czeski polityk konserwatywny, prawnik, od roku 1938 prezydent Czecho-Słowacji, a następnie utworzonego przez Niemców w 1939 roku Protektoratu Czech i Moraw. Pod przymusem podpisał w Berlinie w marcu 1939 roku zgodę na inkorporację Czech i Moraw do Rzeszy. Porozumiewał się sekretnie z rządem czechosłowackim na emigracji. Starał się powstrzymywać hitlerowskie represje, germanizację i rabunek czeskiej gospodarki. Odmówił też udziału Czechów w agresji przeciw ZSSR. Po wojnie aresztowany pod zarzutem kolaboracji, zmarł w więzieniu.
[26] František Chvalkovský (1885-1945), czechosłowacki polityk i dyplomata, minister spraw zagranicznych II Republiki (1938–1939) po rozbiorze kraju w wyniku układu monachijskiego. W 1939 wraz z prezydentem Háchą podpisał w Berlinie zgodę na inkorporację Czech i Moraw do Rzeszy.
[27] Edvard Beneš (1884-1948), czeski polityk, prezydent w latach 1935–1938. Po układzie monachijskim emigrował i rozwinął działalność polityczną na Zachodzie, gdzie powołał Czechosłowacki Komitet Narodowy, a następnie rząd emigracyjny. Wrócił do Czechosłowacji i sprawował urząd prezydenta w latach 1945–1948. Po zamachu stanu nie podpisał ułożonej przez komunistów nowej konstytucji, złożył urząd i wycofał się z życia publicznego.
[28] Andrej Hlinka (1864-1938), słowacki polityk o orientacji narodowo-klerykalnej, publicysta, ksiądz katolicki, zwolennik związku państwowego z Czechami. Był współzałożycielem i wieloletnim przywódcą Słowackiej Partii Ludowej, która w latach trzydziestych głosiła idee antydemokratyczne i autorytarne. Wzorem dla Hlinki stał się reżym Salazara w Portugalii i Dolfussa w Austrii. W 1938 żądał od Pragi autonomii Słowacji.
[29] Jozef Tiso (1887-1947), słowacki polityk, ksiądz katolicki, i przywódca Słowackiej Partii Ludowej. W roku 1938 ogłosił niepodległość Słowacji, a następnie przekształcił ją w państwo totalitarne. Jako prezydent republiki w latach 1939–1945 blisko współpracował z III Rzeszą. Jest współodpowiedzialny za deportację 60 tys. słowackich Żydów do niemieckich obozów koncentracyjnych. Po wybuchu powstania narodowego w 1944 wezwał wojska niemieckie do jego stłumienia. W wyniku bezwzględnej pacyfikacji zostało zniszczonych kilkadziesiąt wsi i miasteczek, tysiące ludzi zginęło, kilkanaście tysięcy deportowano do obozów i na roboty. Po zakończeniu II wojny światowej ks. Tiso został skazany przez sąd czechosłowacki za zdradę i udział w zbrodniach wojennych na śmierć.
[30] „Gringoire”, prawicowy tygodnik francuski założony w roku 1928. Jakkolwiek najwięcej miejsca na łamach pisma zajmowały sprawy polityczne, wiele uwagi poświęcano literaturze, mocną stroną była felietonistyka i reportaże (np. Pierre Drieu La Rochelle, Francis Carco). Od połowy lat trzydziestych „Gringoire” sympatyzował z reżymami totalitarnymi, ujawniał wrogość wobec liberalizmu, lewicy, manifestował anglofobię, opowiadał się przeciw imigracji Żydów z Europy Wschodniej. W roku 1940 poparł marszałka Pétaine’a i prawicową „rewolucję narodową”. „Gringoire” przestał wychodzić w 1944.
[31] L’Action française (Akcja Francuska), ruch ideowo-polityczny o charakterze skrajnie prawicowym, nacjonalistycznym i monarchistycznym założona w roku 1899. Działacze Action française hartowali się w klimacie sprawy Dreyfusa, która spolaryzowała Francję na przełomie XIX i XX wieku. Za rewizją procesu niesłusznie skazanego za zdradę na rzecz Niemiec kapitana Alfreda Dreyfusa opowiedziały się środowiska republikańskie, laickie i lewicowe, utrzymania dożywotniego wyroku żądali prawicowcy, monarchiści i klerykałowie. Action française domagała się likwidacji republiki, wprowadzenia rządów autorytarnych i przywrócenia monarchii. Stempowski ma na myśli najważniejsze pismo ruchu, i.e. dziennik „L’Action française, organe du nationalisme intégral” założony w roku 1908 i zlikwidowany w sierpniu 1944. Pismo zwalczało komunizm, demaskowało poczynania światowego żydostwa, gromiło masonerię.
[32] Mowa o Żelaznej Gwardii, rumuńskiej organizacji faszystowskiej działającej w latach 1927–1941. W roku 1937 organizacja liczyła około 270 000 członków i była trzecim co do wielkości ruchem faszystowskim w Europie. Wymuszone przez Niemcy i Włochy w sierpniu 1940 roku scedowanie części terytorium Rumunii (ponad 40 tys. km2) na rzecz Węgier spowodowało kryzys polityczny, w wyniku którego do władzy doszedł proniemiecki totalitarny reżym generała Iona Antonescu, w skład którego weszła Żelazna Gwardia. W styczniu 1941 roku wybuchł konflikt między Żelazną Gwardią a juntą Antonescu. Obydwie strony liczyły na poparcie Niemiec, których wojska stacjonowały w kraju, ale Hitler poparł Antonescu. Żelazna Gwardia została zdelegalizowana, a jej przywódcy zamordowani.
[33] Justas Paleckis (1899-1980), litewski polityk, tłumacz i dziennikarz. W roku 1940 był jednocześnie premierem i prezydentem Litwy. W sierpniu 1940 należał do litewskiej delegacji, która poprosiła władze sowieckie o włączenie Litwy w skład ZSSR jako republiki związkowej. Paleckis wstąpił do Komunistycznej Partii Litwy. W latach 1940–1967 był przewodniczącym Prezydium Rady Najwyższej Litewskiej Socjalistycznej Republiki Sowieckiej.
[34] Pierwsze getto na okupowanych przez Niemcy ziemiach polskich powstało już 8 października 1939 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Utworzenie getta w Warszawie oficjalnie ogłoszono w październiku 1940 roku, ale mury wzniesione zostały między kwietniem a czerwcem tego roku. W warszawskiej „dzielnicy żydowskiej” zamkniętej 16 listopada 1940 roku uwięziono prawie 400 tys. ludzi.
[35] Gminami zarządzały powołane przez Niemców Judenraty (Rady Żydowskie), które odpowiadały za sprawy finansowe, gospodarcze i społeczne. Judenraty zajmowały się rozdziałem żywności, opieką zdrowotną i socjalną. Dysponowały jednak środkami zupełnie niewspółmiernymi do potrzeb. Obowiązkiem Judenratów było egzekwowanie zarządzeń władz okupacyjnych. Prowadziły ewidencję ludności, organizowały przesiedlenia do gett, egzekwowały konfiskaty i kontrybucje, które Niemcy nakładali na ludność, organizowały policję żydowską, dostarczały żądanych przez okupantów kontyngentów robotników przymusowych. Część historyków (w tym Hannah Arendt) oskarża Judenraty o kolaborację z nazistami.
[36] Urdeutsch (niem.) – praniemieckie.
[37] Getto łódzkie, Ghetto Litzmannstadt, utworzone zostało przez niemieckich okupantów w lutym 1940 roku, odizolowane zostało od reszty miasta w końcu kwietnia tego roku. Istniało do sierpnia 1944 roku. Na początku więziono w nim 140 tys. Żydów, ale w kolejnych latach kierowano do getta transporty Żydów z województwa łódzkiego i Wielkopolski, z Czech, z okupowanych państw Europy Zachodniej, z Rzeszy. Przewinęło się przez getto około 200 tys. ludzi.
[38] Hans Frank (1900-1946), działacz NSDAP, prawnik, jeden z autorów przekształcenia Niemiec w państwo totalitarne. W latach 1939-1945 generalny gubernator części okupowanych przez III Rzeszę ziem polskich, z których utworzono tzw. Generalne Gubernatorstwo. Rezydował na Wawelu w Krakowie. Frank zafascynowany był Mussolinim i państwem faszystowskim. W roku 1936 w Rzymie wygłosił wykład na temat prawodawstwa nazistowskiego. Jesienią tego roku przywiózł Mussoliniemu zaproszenie od Hitlera. Wiadomości nt. doktoratu honoris causa nie udało się zweryfikować. Na procesie zbrodniarzy hitlerowskich w Norymberdze Frank został skazany na śmierć.
[39] Pierwszy numer „Gazety Żydowskiej” ukazał się 23 lipca 1940 roku, ostatni numer pisma nosi datę 30 sierpnia 1942 roku. Gazeta była narzędziem propagandy nazistowskiej, niemniej przynosiła wiele informacji o życiu codziennym Żydów pod okupacją. Redakcja mieściła się w Krakowie, oddziały znajdowały się w Warszawie, Lublinie, Częstochowie, Radomiu i Kielcach. Nazwisk członków redakcji nie ujawniono, a artykuły podpisane były zazwyczaj inicjałami bądź pseudonimami. Gazeta miała staranną szatę graficzną, objętość wahała się od 4 do 6 kolumn.
Zaczyna Pan swój list: „mówią mi przyjaciele, których głos …”. Pamięta Pan wiersz Adama Mickiewicza Żeglarz? Poeta żegna się w nim ze swoimi przyjaciółmi, zostawiając ich na brzegu, samemu udając się w podróż w nieznane, przez morze, a więc żywioł najbardziej niebezpieczny, jak twierdzili starożytni Grecy. Jedynie on pośród pozostałych na brzegu przyjaciół filareckiej i filomackiej konfraterni posiadał w sobie kruszec odwagi, a może i szaleństwa, aby zaryzykować i wybrać się w podróż, wsparty jedynie o maszt, któremu na imię poezja. Maszt, ratujący z katastrof niejednego rozbitka. Giuseppe Ungaretti w przejmującym wierszu Radość rozbitków (na który często powoływał się „późny” Krzysztof Karasek, poeta dla mnie ważny) zapisał: „Znowu podejmiesz podróż / jak po rozbiciu statku / ocalały / wilk morski”.
Wracając do listu i przytoczonego incipitu, otóż jest błędem, z gruntu założycielskim, nasłuchiwanie, co mówią inni o stawianym przez nas znaku. A to dlatego, że powinien Pan wziąć pod uwagę głębokie i kondycjonalne uzależnienie ludzi od swojego odbicia w duszy bliźnich oraz odbicia w zwierciadłach kulturowych i socjalnych, a także założyć rzecz elementarną, to znaczy towarzyskie kłamstwo. A na marginesie, to zastanawiające, czy przypadkiem tak zwany ład kulturowo-społeczny nie opiera się na kłamstwie, czy to przypadkiem nie kłamstwo jednoczy ludzi, nawet jeśli jest to umowa w dobrej wierze, to jest ona przecież przeciwko innej umowie. Czyż i chaos nie jest dalece przez nas niezrozumiałą umową? Proszę mi wybaczyć te dygresje, ale mój umysł jest jak drzewo i często z głównej myśli / pnia zakwita myślami pobocznymi – konarami / gałęziami, gałązkami / pączkami. Nie należy więc przywiązywać się do rąk, które poklepują po plecach i po ramieniu. Gdy ręce zakłada się do tyłu, to lepiej się myśli, te wyciągnięte przed siebie, przed oczy, a już na pewno te wymachujące ręce, proces myśli zakłócają jak nadajniki. Ręce znajomych, krytyków, instruktorów, krewnych i innych, to na nic. Rozumiem w wielu z nas wrodzoną potrzebę mistrza, nauczyciela, nawigatora, autorytetu, jak również imprimatur. Czytając stosy poezji przekonałem się, że niektórzy autorzy sięgali po pieczęć zgody na druk majestatu Kościoła. To bardzo ciekawe, gdyż nie należeli do księżowskiego stanu, co nie oznacza, że byli od wielu przedstawicieli tego stanu bardziej bogobojni. Odnoszę wrażenie, że kilku księży wydających obecnie wiersze, silniej stoi na gruncie laicyzacji niż nieliczni „imprimaturowcy”, nie użyli oni w przypadku ostatnich swoich tomów skrótu ks. przed imieniem i nazwiskiem. I proszę – znów mój umysł / drzewo wypuszcza nie te gałęzie, które winne być nakierowane na treść Pańskiego listu. Słowem: mistrzowie w naszym życiu są niezbędni, z drugiej strony, to, co w literze musi się wyjawić i oddać na świat, na pewno zostanie dostrzeżone i przez świat podjęte.

Wiesław Szumiński (rysunek tuszem)
W chwili, kiedy zdecydował się Pan na postawienie litery, już Pan jest sam. Jest Pan sam nawet wtedy, gdy ta litera nie jest własna, o czym zdaje się już pisałem. Sam na sam z pustynią kartki (najlepsze są te bez jakichkolwiek linii i znaków wodnych). A to dlatego, że wstąpił Pan na drogę ścigania celu i pozostawiania ściegu tego pościgu dla ogółu zupełnie niezrozumiałego, więcej – w pewnym sensie nieprzetłumaczalnego. Moja kochana, nieżyjąca matka zadawała mi pytanie: po co ty to piszesz? I nie zadowolona odpowiedzią, zadawała to samo pytanie sąsiadom i znajomym. Z drugiej strony, co światlejszą sąsiadkę upraszała, aby ta czytała moją pisaninę na głos i tłumaczyła jej wers po wersie. Nie mogę do dziś rozstrzygnąć, czy wynikało to z troski o mój psychiczny status, ludzkiej ciekawości, czy też może z braku zaufania do zajęcia, jakiemu się oddaję. Załóżmy, że ktoś z nudów pyta w pociągu, czym Pan się zajmuje? Przytaczam tę okoliczność teoretycznie, gdyż obecnie ludzie w pociągach z sobą nie rozmawiają, w ogóle – rzadziej niż kiedyś rozmawiają, gdyż ludzkie gadanie przejęły na siebie telewizyjne cyborgi oraz internetowi kowboje i sykofanci. Do rzeczy. Gwarantuję Panu, że żadne wytłumaczenia zajęcia, jakim jest pisanie wierszy nie spotka się z zadowoleniem. Ani te rilkeańskie, że „śpiew jest istnieniem”, ani te, że chodzi o wyższy stan przeżycia tego, co tu i teraz, ani te, że litera dąży ku poznaniu samej siebie, a przez to i rzeczywistości. Co najwyżej usłyszy Pan, że ów ktoś, kto zagadał kiedyś też coś sam pisywał albo pytanie, czy da się z tego wyżyć? Może Pan nadal tłumaczyć, że pieniądze stanowią kwestię drugo lub nawet trzeciorzędną, że w ogóle nadmierne posiadanie czegokolwiek umartwia istnienie posiadającego, że dla poety największym kapitałem są słowa i to te tylko, które są darowane, a więc mają siłę wskrzeszania, gdyż jak powiada Leopardi „rzeczy marnieją, gdy rozum rośnie w siłę”, te rzeczy, stanowiące naturalny inwentarz planety i te, będące na wyposażeniu kulturowym i cywilizacyjnym. Spotka się Pan co najwyżej z nutką wyższości w słowie lub geście albo konstatacją typu: nic nie jest darowane, wszystko trzeba wyszarpać własnymi rękami.
A zatem niech Pan uda się w pustosz, która jest bezludną puszczą lub na pustynię, która jest bezdrzewną pustoszą i tam, w tę jedną, drugą, trzecią noc głęboką jak wiertnia zajrzy w siebie i zapyta: czy ja pisania potrzebuję, czy bez niego grozi mi rozpadnięcie do poziomu komórek? Czy ono jest tak ważne jak oddychanie, fizjologiczne konieczności i wszelkie inne doznania życia, te przyjmujące postać cierpienia oraz te, przewracające się na stronę rozkoszy i przyjemności? Słowem: czy Pan musi dziergać znak, czy Pan musi wytatuować literę na ciele życia? Jeśli Pan nie musi, jeśli to sprawa chcenia – więcej jest dzisiaj Chciców niż Niechciców – to radzę żyć i zbroić godność swojej wolności, która bardziej jest zagadnieniem człowieka wewnętrznego niż zewnętrznego. Gdybyż jednak ta biała kartka Pana pociągała, no cóż, proszę pamiętać, że to nie zwyczajna kartka, a stromy, niebezpieczny i skalisty stok, którego „wieczne” pokonywanie jest sprawą na całe życie. Może raz, drugi, a nawet trzeci cień czegoś większego, czegoś głębszego niż moje i Pańskie życie przejdzie przez to mniejsze, którym jest gramatyczny spichlerz wszystkich języków świata.
Nikt tej wyprawy za Pana nie może zrobić i nikt za Pana nie może powiedzieć: „pisz”. A jedną z tkanin swojego umysłu proszę obramować ściegiem pochodzącym ze Zdań i uwag Adama Mickiewicza:
W słowach tylko chęć widzim, w działaniu potęgę:
Trudniej dzień dobrze przeżyć niż napisać księgę.
Pisanie wierszy po to tylko, aby zostać docenionym, poklepanym po plecach, wywyższonym przez splendory i apanaże, aby być zaproszonym do machine życia literackiego, do cechu piszących w gminie lub powiecie, by brać udział, jak chce Czesław Miłosz, w „turniejach garbusów”, takich motywów sięgania po pióro zdecydowanie odradzam. Najlepiej, to zbić wszystkie lustra, nawet te naszego umysłu, w których mogłaby odbić się lub rezonować litera, wytrząsnąć z siebie myślenie i myśli, gdyż jak podaje Péter Esterházy „myśl w literaturze jest zbyt podejrzana”, a już poezja, ta w ogóle buduje (się) na języku, a nie na myśli i raczej dopiero ją tworzy, gdzieś w pół drogi między podawcą litery, a odbiorcą. Dlatego zaufaj oku i uchu, tym najbardziej elementarnym narzędziom poznania i odbioru. Kiedy się budzisz, to wpierw wyłania się zobaczone i usłyszane.
Krzysztof Karasek w jednym z wierszy podał|: „Musi zostać połknięte oczami / co ma zostać strawione sercem”. Zbić zatem lustra, posłać do diabła wszystkie bożki, żadnego bowiem „nie będziesz miał przed sobą” i tych cholernych autocenzorów, którzy podczas pisania obsiadają ci plecy niczym małe biesy oraz jakiekolwiek głupkowate pragnienia, co do losu wiersza, czy tylko tekstu. Zakładaj, że piszesz bez celu i bezinteresownie, co najwyżej ad gloriam Dei, a jeśli już Twoja wyobraźnia, a nerwem każdej jest jakaś lokacja w przestrzeni, potrzebuje oparcia, to załóż jeden punkt, imaginowanego lub konkretnego odbiorcy listów w butelce, jakimi dla wielu jest poezja. Ja Pana również w jakimś sensie sobie założyłem.
Zapoznałem się z Pańskimi wierszami, no cóż – proszę próbować dalej, ćwiczenia dozowane w umiarze jeszcze nikomu nie zaszkodziły, a prędzej czy później zawsze prowadzą do osiągniecia, na ten przykład: wyniku. Dużo czytać i duszę swoją rozciągać jak miech harmonii, a tym samym lingwistyczny ikonostas, być może wpadnie weń kiedyś i wzbogaci go któryś z Pańskich obrazów, tylko Pańskich, nie przynależnych, choćby w części, do któregoś z poprzedników. Jak również proszę nie bać się oddalać od siebie słów, na ile się da, tych, które zwarła ze sobą, wydawałoby się po wieczność, tradycja. Po to, aby związać je, a może i nie związać w inny, dotąd nieznany, ale sensowny horyzont i po to, żeby oddalone zbliżyć do siebie jeszcze bardziej. Te zamachy jednak muszą przekładać się na projekt istnieniowy, w przeciwnym razie pozostaną co najwyższej gramatyczną gimnastyką. Psujów języka mamy dzisiaj na pęczki, co nie wynika koniecznie z braku talentów, lecz poważnych ubytków w czytaniu i pisaniu. Są jak dzieci, rozkładają zabawkę, ale złożyć z powrotem (niekoniecznie tak samo), to już nie potrafią. Jeden z największych obrazoburców Artur Rimbaud wołał: „Zanim zaczniecie obalać pomniki, zaliczcie przedmioty humanistyczne”.
Przede wszystkim jednak niech Pan żyje po same trzewia, po ból i po rozkosz. Wpierw należy „dzień dobrze przeżyć”, a dopiero potem zapisać, kto wie, czy nie w najdalszej kolejności, kiedy to już ciśnienia litery nie wytrzymałby cały zastęp aniołów lub diabłów. W najdalszej kolejności. Przed Panem już padły całe korpusy na froncie języka, stając się w swojej drodze „martwcami” i wielu do dziś się nimi staje, brocząc czarną żółcią i więdnąc, podlewając się kwasami goryczy. Mój ty Boże, dać się nabrać na to, że ścieżki wiersza można wychodzić nie w swoich butach lub butach za małych albo za dużych, doprawdy smutny to los. Trzeba uważać na ukrytą w losie języka ironię, miał bowiem zawieźć mnie do najcudowniejszej „patrii” lecz zawiódł i wrzucił mnie w jakąś „patię” (bez „r”), psychopatię charakteru, socjopatię starzenia się, manii – mitomanii, megalomanii. Wrzucił w niepewność, w jakiś brak, który jest jak piekło.
Sprzeczność języka: miał zawieźć ku czemuś, a zawiódł.
Chciałby Pan ode mnie rozumowych wykładni, gotowych wzorów. Nie dam ich Panu, bo sam ich nie mam. Przeczytałem setki przypisów definiujących poezję, sam takich podałem co niemiara, ale przepis? Wyłożenie przepisu, koń by się uśmiał, a los by wyśmiał. Musi to wybrzmieć w tym liście wyraźnie: jest los człowieczy, ale i język ma swój los. Jego nawigatorem, a nie uzurpatorem jest poeta. Nie ma żadnego przepisu, a źródła poezji są niedocieczone i wciąż przepastne. Poeta, zanim poda słowo, wpierw zanurza się w rejon, gdzie panuje niewiadome lub nie panuje wiadome, gdzie kategorie – wiem albo nie wiem nie podległy żadnym ustaleniom. Zanurza się mimo woli, wbrew sobie.
Zapisy tych rejonów są na ogół bezwiedne. Wola, zwłaszcza w sprawie poezji niewiele potrafi wskórać. W jej przypadku jest ona zabobonem. Osobiście nie chce mi się już pisać wierszy teoretycznych, interesują mnie tylko te podpowiedziane, a podpowiedzi nie należą do mnie.
Ponieważ podpowiedzi są niejako spoza nas, nos Szanowny Panie trzeba spuścić na kwintę, co oznacza ni mniej, ni więcej: nie grzeszyć pychą. Jak można pysznić się czymś, co nie nasze. Pysznią się tylko ci, którzy są częścią przemysłu kulturowego, myślą, że tworzą, że to, co podają nam do pożucia jest wyłącznie ich, tymczasem oni najwyżej realizują produkt, przetwarzając to, co kiedyś ktoś pierwszy podsunął nam jako podpowiedziane.
I to byłoby tyle. Teraz udaję się na drzemkę, a po niej być może pobudzi mnie do życia któryś z „prefaktów”, świętych, bo nie ustalonych.
WOJCIECH KASS
Sonet dwunasty cyklu pierwszego: obdarowani
Sonet powstał między 2 a 5 lutego 1922 roku w Muzot. Pierwszy raz ujrzał światło dzienne w lipskim zeszycie „Das Inselschiff”, w sierpniu tego samego roku. Łączy się z poprzednikiem w cyklu sonetowym poprzez odwołanie do żywej relacji mikro- i makrokosmosu. Nazwałabym go sonetem dużych rozpiętości: Ziemia i Niebo, ziemia i niebo, rolnik / chłop i duch, wreszcie: odwieczność i nowoczesność. Rilke jest poetą wysokiego modernizmu (to wszyscy wiemy), lecz także progu nowoczesności – raz drażniącej i groźnej (tak w cyklu duinejskim), kiedy indziej inspirującej i zadziwiającej. Czasem nowoczesność jednocześnie drażni i inspiruje – poetę.
Słowo ośrodkowe dla pierwszego wersu i nadające ton całej pierwszej strofie – „der Geist” (duch) – nie jest zbyt częste u Rilkego, lecz, jak podpowiadają współcześni wydawcy, pojawia się w późnym wierszu z sierpnia 1926 roku (czyli napisanym kilka miesięcy przed śmiercią poety), zatytułowanym dedykacyjnie Geschrieben für Karl Grafen Lanckoroński.

„Duch czasu” (niem. Zeitgeist), „duch opowieści” u Manna – to skojarzenia z kręgu literackiej niemczyzny. U Rilkego jednak pojawia się wyraźna, wręcz quasi-konfesyjna, religijna w tonacji, pochwała ducha, który ustanawia wspólnotę. Nagłos sonetu „Heil [1] dem Geist, der uns verbinden mag” lepiej, moim zdaniem, oddaje po polsku Jastrun – „Chwała duchowi, co nas złączyć ma”, niż Pomorski – „Pochwalony duch, co nas kojarzy” i Antochewicz – „Cześć duchowi, który nas złączyć ma”. Jastrun najmniej laicyzuje tę – nomen omen – „z ducha” metafizyczną wspólnotę. To duch, który unosi się nad wodami, to duch, który zstępuje, czyli zapewnia harmonię makro- i mikrokosmosu. Odniesienia kosmiczne lepiej jednak spolszcza – o paradoksy przekładu – Pomorski, który słyszy, iż wers drugi sonetu „denn wir leben wahrhaft in Figuren” to raczej właśnie „w konstelacjach całe nasze życie” (choć słowo „całe” jest już amplifikacją tłumacza) niż rozgadane i nieścisłe „bo naprawdę figury wyznaczają nam miary” (tak Jastrun) albo „bo zaiste żyjemy figurami” (u Antochewicza). W pierwszej strofie tego wiersza Rilke konfrontuje bowiem nasze, ludzkie, kruche i ulotne bycie sublunarne, naziemne z naszą świadomością długiego trwania (z dziejami ziemi, z tradycją, kulturą, z „uprawą” świata, ze spojrzeniem w niebo z poprzedniego sonetu – ową odwieczną tęsknotą za wiecznością). Czyni to w dwuwersie, zamykającym pierwszą strofę sonetu: „Und mit kleinen Schriften gehn die Uhren / neben unserm eigentlichen Tag” (Jastrun: „I małym krokiem idą zegary / obok naszego prawdziwego dnia”; Pomorski: „Drobnym kroczkiem zegar biegnie skrycie, / przy prawdziwym naszym dniu na straży”; Antochewicz: „A zegary biegną małymi krokami / obok naszego właściwego dnia” – przekłady pierwszy i ostatni są prawidłowe, środkowy – amplifikacyjnie „przedobrzony”).
W strofie drugiej pojawia się nagle – w tym świecie, który najpierw był wykreowany podług wyobraźni przednowoczesnej (strofa pierwsza) – nowoczesność. Polscy tłumacze sygnalizują ją w różnym stopniu (gdyż należą do różnych pokoleń [2], gdyż preferują różne poetyki).
Jastrun:
Nie znając naszych właściwych rozmieszczeń
wśród rzeczywistej działamy sceny.
Anteny wyczuwają anteny,
i pusta zrodziła przestrzeń…
Antochewicz:
Swych miejsc prawdziwych nie będąc pewni,
działamy siłą prawdziwych odniesień.
Zaś anteny czują anteny,
a pusta przestrzeń niesie…
Pomorski:
Nieświadomi swoich miejsc na scenie,
rzeczywisty zadzierzgniemy związek.
Już antena sygnał śle antenie,
z próżni rodzi się zawiązek.
Co ważne – nowoczesność jest konfrontowana z kondycją ludzką, z naszą, człowieczą niepewnością co do nas samych i co do świata. Nie jesteśmy antenami, nie jesteśmy sejsmografami (stąd topika świata jako teatru i człowieka jako aktora w opozycji do mechanizmu, co jednak ciekawe, Rilke tę opozycję osłabia i niejako splątuje – anteny „czują”, a my, ludzie – „działamy” / „handeln”).
Co inspirujące interpretacyjnie – cząstka ośmiowersowa, a więc narracyjna, sonetu kończy się wielokropkiem. A zaraz potem nowoczesność – i to taka ze szkoły futurystów, czy też awangardy konstruktywistycznej – wkracza z impetem, chciałoby się rzec (choć to pierwsze wrażenie się potem falsyfikuje) – w bezrefleksyjnym zachwycie:
Reine Spannung. O Musik der Kräfte!
Najstarszy z polskich tłumaczy, urodzony na początku XX wieku, proponuje: „Czyste napięcie. O muzyko siły!”, ten urodzony już w latach trzydziestych: „Czyste napięcie! O, muzyko sił” (podwaja wykrzyknienie); najmłodszy: „O, gro sił! O, czystych napięć pole! (nie pojmuję decyzji o uwypukleniu symetrii – dwa przecinki, dwa wykrzykniki – i omownej symetryzacji hemistychów, nie wydaje się ona funkcjonalną).
Ta brawura – ten fenomen zostają jednak natychmiast nadwątlone dwuwersowym zdaniem pytajnym – w oryginale bez znaku interpunkcyjnego na granicy wersu, zatem z lekką sugestią przerzutni (inaczej Rilke nie byłby sobą, czyli poetą progu nowoczesności – jego życie rozpoławia się na XIX i XX stulecie: w jednym przeżył 25, a w drugim – 26 lat). Zatem Jastrun nieco narusza domniemaną intencję wypowiedzianego jednym tchem pytania: „Czy nie prace pojednawcze sprawiły, / że nic twej harmonii nie podważa?” Lepiej Antochewicz: „Czyż nie pojednawczy gest i czyn / każdą przeszkodę od ciebie kieruje?” (chyba najlepiej). Podobnie dobrze, ale z nadda stylizacją archaizującą zderzoną (po-przerzutniowo) z leksyką nowoczesną – Pomorski: „Alboż to w śmiertelnym się mozole / z drogi twej usuwa zakłócenia?”.
W strofie ostatniej przednowoczesność – nieomal sielankowa – powraca. Ton poważnej konstatacji wskazuje na mądrość (równowagę) człowieka związanego z ziemią, ufającego ziemi, na to, co można by nazwać „błogosławieństwem ziemi” [3] (dla tych, którzy nie zadają jej gwałtu) i tajemnicą jej płodności. To riposta na tamto rozchwianie, na szaleństwo nowoczesności. Polscy tłumacze tak widzą brzmienie wygłosowej strofy.
Jastrun:
Nawet chłop wśród trosk i utrudzenia,
gdzie się zasiew w lato zamienia,
tam nie sięga nigdy. Ziemia obdarza.
Antochewicz:
Nawet gdy chłop się troszczy, pracuje,
lecz gdzie zasiew się w lato przeobraża,
nie dosięgnie nigdy. Ziemia obdarza.
Pomorski:
Nawet chłop, co dba i gospodarzy,
tam gdzie lato w zasiew się przemienia,
nigdy sięgnąć nie śmie [4]. Ziemia darzy.
Wszyscy tłumacze respektują Rilkeańską kursywę w ostatnim słowie sonetu. To, jak ziemia jest darem, jak rodzi, pozostaje w najprostszym zdaniu twierdzącym (podmiot i orzeczenie) – niedocieczone. Ziemia nie zna kategorii: roli, sceny, gry. Rilke czyni najprostsze – ostatnie – zdanie sonetu: najważniejszym. Człowiek działa, by coś powstało; ziemia – rodzi.
W oryginale czasownik „handeln” pojawia się w tym sonecie dwukrotnie: w strofie drugiej – w odniesieniu do człowieka jako aktora na scenie świata („handeln wir” – działamy); w strofie czwartej – w odniesieniu do człowieka bliskiego ziemi – chłopa (który „sorgt und handelt” – najtrafniej spolszczył tę frazę Pomorski – „dba i gospodarzy”). Nie widać owej analogii w żadnym polskim przekładzie, niestety. A analogia ta buduje fundamentalną różnicę w diapazonie kondycji ludzkiej: człowieka na scenie świata (metaforyka teatralna, kulturowa) i człowieka wobec ziemi (dosłowność rodzenia, przyroda). To zasadnicze napięcie pomiędzy przednowoczesnością i nowoczesnością.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Tak, to to samo „Heil”, które za chwilę zostanie sponiewierane w języku III Rzeszy. Warto pamiętać, że Rilke, który sympatyzował z faszyzmem włoskim, nazywał Mussoliniego „kowalem włoskiej woli”, o czym zaświadczają Lettres Milanaises („listy mediolańskie”, korespondencja z Aurelią Galaratti-Scotti-Citadella). Zob. Rainer Maria Rilke, Lettres Milanaises 1921-1926. Hrsg. von Renée Lang. Librairie Plon, Paris 1956. Nomen omen – Rilke poleca metody Mussoliniego jako „Heilmittel” – środek leczniczy – w polityce. Na ten temat: Egon Schwarz, Rainer Maria Rilke unter dem Nationalismus. In: Rilke heute: Beziehungen und Wirkungen. Hrsg. von Ingeborg H. Solbrig und Joachim W. Storck. Frankfurt am Main 1975, s. 308.
[2] Mieczysław Jastrun urodził się w roku 1903, Bernard Antochewicz – w 1931, Adam Pomorski – w 1956.
[3] Książka Knuta Hamsuna pod takim tytułem wyszła w roku 1917, trzy lata później uhonorowano go literacką Nagrodą Nobla. Sonet Rilkego powstaje pięć lat po wydaniu książki Hamsuna, dwa lata – po Noblu dla skandynawskiego pisarza.
[4] Nie chodzi o naruszenie tabu, świętości ziemi jako żywicielki przez człowieka ją „uprawiającego”. Mowa o niemożności docieczenia tajemnicy – tego, jak ziemia jest szczodra.
Od pewnego czasu przygotowywał nas na swoje odejście, zapowiadając, że nastąpi to niebawem. Przyjmowaliśmy te słowa z rezerwą, wiedząc, że lubi narzekać i zawsze utyskiwał na kłopoty ze zdrowiem. A jednak rozmowy telefoniczne (nie przyjmował już wizyt) miały inny niż zazwyczaj przebieg. Kończyły się po kilku minutach wyznaniem, iż nie może mówić, bo trudno mu utrzymać słuchawkę. Ostatnia, którą odbyliśmy na początku marca, trwała nieco dłużej. Kolejny raz przypomniał, że mam gotową mowę pożegnalną i nie muszę przygotowywać nowej. Jak zwykle zaprotestowałem, ale przerwał rozmowę.
A było tak: z okazji jego siedemdziesiątej piątej rocznicy urodzin napisałem mowę jubileuszową, lecz nie zdołałem jej wygłosić. Uroczystość odbyła się 18 października 2008 w Domu Literatury. Przyszło mnóstwo ludzi, panował ścisk i gwar. Piotr Kłoczowski skrócił część oficjalną. Składając Jerzemu życzenia, wręczyłem mu tekst. Zatelefonował nazajutrz i wtedy po raz pierwszy powiedział, że mogę go przeczytać na pogrzebie. Przyjąłem to jako żart. Okazało się jednak, że nie żartował. Podczas uroczystości osiemdziesięciolecia, która odbyła się 9 września 2013 w Instytucie Teatralnym, mówiłem o jego zasługach dla witkacologii. Podziękował mi za to w liście, dodając, iż ceni sobie wszystko, co na ten temat zawarłem w mowie jubileuszowej i jeśli będę go żegnał, mam ją wygłosić.

O tym, że odszedł 24 marca 2015, dowiedzieliśmy się już po pogrzebie, w którym zgodnie z jego ostatnim postanowieniem udział wzięli tylko najbliżsi krewni. Redaktor Jacek Sieradzki przekonał mnie, że w tej sytuacji powinienem tę mowę opublikować.
Mowa jubileuszowa, czyli Timoszewicz zdemaskowany
Kochany Jubilacie,
Czterdzieści lat temu, dokładnie 13 września 1968, otrzymałem Twój pierwszy list. Oto jego fragment:
Szanowny Panie,
Dziękuję bardzo za list i cieszę się z nawiązania kontaktu. Nie skomunikowałem się z Panem wcześniej, gdyż sprawa, którą chcę Panu przedstawić nie była latem ostatecznie skrystalizowana. Chciałbym mianowicie w przyszłym roku zmontować zeszyt (lub część zeszytu) „Pamiętnika Teatralnego” o Witkacym. Przyrzekł już swą współpracę Puzyna, z którym nasza redakcja jest zaprzyjaźniona od lat. Proponuję Panu udział w tej imprezie. Myślę, że szczegóły trzeba odłożyć do bezpośredniej rozmowy. Wybieram się do Wrocławia w ciągu najbliższych tygodni, więc jeśli Pana rzecz interesuje, proponuję spotkanie. Jedną tylko sprawę widzę dziś konkretnie: druk w tym numerze całości ineditów o krytyce teatralnej (fragment ogłosił Pan w „Pracach Literackich” [1]). Jeśli więc nie „sprzedał” Pan tego dotąd gdzie indziej – to proszę zarezerwować dla nas.
Interesowałaby nas także współpraca w dziedzinie recenzji teatraliów. Konkretna propozycja – recenzja monografii Wandurskiego Karwackiej (ok. 10-12 s. maszynopisu, termin do końca roku). Oczywiście nacisk na problematykę teatralną książki [2].
Wspomina Pan o przygotowywaniu zbioru teatralnych artykułów Witkacego. Nie wiem czy Panu wiadomo, że tego rodzaju książkę już dawno ma w planach („zaklepane” w Ministerstwie) WAiF. Ma ją robić Puzyna, który prosi Pana o porozumienie się z nim. Myślę, że uda się wszystko ułożyć korzystnie dla obu stron [3].
Z prac Pana znam obie rozprawy o Wyspiańskim i o Persy Zwierżontkowskiej. Rzecz o inscenizacji Dziadów wydała mi się przekonywająca, czemu zresztą dałem krótko wyraz w druku (jeszcze się zresztą nie ukazało). Niesłychanie podobała mi się praca o Witkacym. Przede wszystkim z uwagi na umiejętność właściwego wykorzystania recenzji teatralnych. Tak u nas bowiem często spotykane prace o „dziejach scenicznych” stanowią zazwyczaj bezkrytyczny i mechaniczny zlepek cytatów z recenzji. Nikt prawie nie uwzględnia innych źródeł, nikt nie rozważa intencji, okoliczności, różnych powiązań i podtekstów tego, co – często na wyrost – nazywa się polską krytyką teatralną. Po przeczytaniu artykułu o Persy zaraz zadzwoniłem do Puzyny, by mu zwrócić uwagę na tę publikację. Znał ją już i także bardzo wysoko oceniał. Z zaciekawieniem i uzasadnioną nadzieją oczekujemy teraz dalszego ciągu i całości monografii. Spodziewam się, że jakaś jej część trafi także do „Pamiętnika” […].
Raz jeszcze dziękuję za nawiązanie kontaktu (mam nadzieję, że okaże się trwały), łączę wyrazy szacunku i najlepsze pozdrowienia.
Następnego dnia przyszła pocztówka:
Szanowny Panie,
Niech mi Pan wybaczy fatalną gaffę w moim wczorajszym liście (cóż za potknięcie, i to w pierwszym liście!). Ja doprawdy do dziś (do południa) byłem pewny, że jest Pan autorem rozpraw o „piśmie teatralnym” Wyspiańskiego [4] i o jego inscenizacji Dziadów (Księga ku czci Szweykowskiego [5]). Przekonałem się dziś o 24 godz. (za późno), że tylko połowa jest prawdą, bo tę drugą napisał Wanat [6]. Wstydzę się bardzo, nie wiem, dlaczego tak to sobie wbiłem do głowy, bo na profesorskie roztargnienie to i za wcześnie i ranga za niska. Proszę nie mieć mi tego za złe.

Zbigniew Raszewski, Jerzy Timoszewicz
Ta zabawna pomyłka, skądinąd miła, bo Wanata dobrze znałem i ceniłem jako krytyka, była z ducha Witkacego, u którego postaci często zamieniają się rolami, a nawet tożsamościami, jak właśnie w owej Persy Zwierżontkowskiej. Odtąd zaczęła się nasza korespondencja, trwająca nieprzerwanie przez czterdzieści lat. Urosły dwa wielkie zbiory listów, które trafią do Ossolineum i być może kiedyś zainteresują historyka. Znajdzie w nich sporo ciekawych informacji o dawnych czasach. Cytowany list miał brzemienne następstwa. Pod redakcją Jurka przygotowany został monograficzny zeszyt „Pamiętnika Teatralnego” (1968/3), poświęcony Witkacemu dla uczczenia trzydziestej rocznicy jego śmierci. Odegrał on niezwykle ważną rolę w rozwoju witkacologii. I tak:
Po pierwsze przyczynił się do powstania i integracji środowiska witkacologicznego. Jedną z pierwszych decyzji redaktora Timoszewicza było wysłanie mnie do Zakopanego, abym poszukał materiałów związanych z Teatrem Formistycznym, który pod kierunkiem Witkacego przygotował trzy premiery jego sztuk w latach 1925-1926[7]. Materiałów nie znalazłem, bo ich w Muzeum Tatrzańskim nie było, ale poznałem Annę Micińską. Wkrótce potem w redakcji „Pamiętnika” spotkałem Lecha Sokoła oraz Daniela Geroulda, wykładającego wtedy na Uniwersytecie Warszawskim, który – jak wiadomo – nauczył się po polsku, aby tłumaczyć i pisać o Witkacym. Z kolei w mieszkaniu Duni Micińskiej przy ul. Stępińskiej poznałem belgijskiego slawistę Alaina van Crugtena, który na francuski przetłumaczył większość dramatów Witkacego. W ten sposób na początku lat siedemdziesiątych zawiązało się grono osób, które wkrótce stało się międzynarodówką witkacologiczną, bo rozszerzyło swą działalność na cały świat pod hasłem „Witkacolodzy wszystkich krajów łączcie się!”. O tym, że Witkacy istotnie łączy świadczy kilka międzynarodowych sesji witkacologicznych, m.in. w Jeleniej Górze, Brukseli, Pizie, Freiburgu, Warszawie, Petersburgu. Wielu uważa nas – nie bez powodów – za mafię.
Dzisiejsza uroczystość jest dobrą okazją, aby w końcu ujawnić prawdę: ojcem chrzestnym międzynarodowej mafii Witkacowskiej jest Jerzy Timoszewicz! To on nas połączył i wyznaczył kierunki działalności. Świadczy o tym choćby list z 17 kwietnia 1970:
Drogi Panie,
Na jednym z zebrań Klubu Witkacowskiego, którego jest Pan Członkiem Korespondentem a Gerould – zagranicznym, uchwaliliśmy założyć u Pana Centralne Archiwum Witkacego. Niech się Pan na to moralnie (i metrażowo) przygotuje, a także uprzedzi Małżonkę, że „zwały papieru” rosnąć będą – przynajmniej – w postępie arytmetycznym.
Te zwały rosną do dziś i chyba niebawem trzeba będzie je upaństwowić.
Po drugie: „Pamiętnik Teatralny” odegrał przełomową rolę w badaniach nad Witkacym – wytyczył kilka ważnych kierunków. Rozprawa Krzysztofa Pomiana Filozofia Witkacego. Wstępny przegląd problematyki była pierwszą, poważną i wnikliwą próbą interpretacji systemu filozoficznego Witkiewicza, ukazując także jej związki z twórczością literacką. Będą do niej nawiązywać wszyscy piszący o jego filozofii. Niezwykle ważne znaczenie miał artykuł Konstantego Puzyny Na przełęczach bezsensu, w którym poddał on bezlitosnej krytyce sposoby grania sztuk Witkacego („im dziwniej, tym lepiej”), ujawniając pustkę myślową większości przedstawień i brak zrozumienia istotnej problematyki jego dramaturgii. Rzucił hasło odłożenia na półkę teorii Czystej Formy, powrót do historiozofii i „grania po Bożemu”, co wywarło duży wpływ na dalszą recepcję teatralną Witkacego. Opublikowana z ossolińskiego rękopisu Polemika z krytykami była pierwszym tekstem Witkacego opracowanym przeze mnie zgodnie z regułami krytycznej edycji tekstu. Przy pracy nad nim Jurek udzielił mi pierwszej lekcji tej sztuki. Od Polemiki z krytykami wiedzie prosta droga do kilku tomów Dzieł zebranych i edycji Listów do żony.

Po trzecie: doceniając pozytywną rolę „Pamiętnika”, nie można pominąć tego, co potem stało się dla nas udręką. Zeszyt Witkacowski ukazał się z opóźnieniem. Jurek odebrał go z drukarni w dniu urodzin Witkacego – 24 lutego 1970. Z egzemplarzem sygnalnym pojechał do domu, gdzie postanowił wziąć prysznic. Żona znalazła go nieprzytomnego w łazience. Obudził się w szpitalu. Na pytanie lekarzy, czy pamięta, co się z nim stało, konsekwentnie odpowiadał: „Rąbnął mnie w głowę duch Witkiewicza”. Lekarze uspokajali Mariannę, że to tylko szok, który minie i na pewno nie pozostawi głębszych śladów w psychice. Właśnie wtedy duch Witkacego po raz pierwszy się ujawnił. W różny sposób będzie mścił się na osobach, którym coś zawdzięczał. Mnie ukradł aktówkę pełną materiałów do przygotowanego tomu pism krytycznych i publicystycznych Bez kompromisu, co opóźniło wydanie o dwa lata. Podpalił w nocy mieszkanie w Sopocie, w którym Dunka robiła korektę 622 upadków Bunga. Michalskiego walnął w głowę, gdy prowadził samochód i tylko cud sprawił, że nie spowodował wypadku. Lista różnych „objawień” ducha Witkacego jest długa (mam ich kartotekę). Zamyka ją największy jego szpryngiel, jaki wywinął ekipie partyjno-rządowej, która w kwietniu 1988 pojechała do Jezior po jego doczesne szczątki, a przywiozła do Zakopanego młodą Ukrainkę. Od tego czasu zaprzestał robić kawały, ale wcale nie możemy być pewni, że za chwilę nie zakłóci naszej uroczystości. Miejmy się na baczności…
Kochany Jerzy, dziękuję Ci za te czterdzieści lat serdecznej przyjaźni. Dzięki za wszystkie wieczory na Nabielaka i za najwspanialszą na świecie nalewkę wiśniową.
***

Jerzy Timoszewicz należy do pokolenia, które przyszło na świat około 1930 roku i tak się je przeważnie określa: pokolenie rocznik 1930. To generacja, która wraz poprzednim pokoleniem zadecydowała o rozwoju i obliczu naszej kultury, nauki i sztuki drugiej połowy XX wieku. W roku 1929 urodzili się Jerzy Jarocki, Konrad Swinarski, Kazimierz Kutz, rok później – Zygmunt Hübner, Sławomir Mrożek. Rówieśnikami Jerzego (1933 r.) byli m.in. Jerzy Grotowski, Jerzy Kosiński, Krystyna Meissner, Andrzej Jarecki, Witold Leszczyński, Władysław Terlecki, a Zbigniew Zapasiewicz, Marek Hłasko i Stanisław Grochowiak byli młodsi o rok. Można by jeszcze długo wymieniać nazwiska znanych uczonych, malarzy, muzyków, krytyków.
Historia kilka razy była korektorką ich życia, nie skąpiąc trudnych doświadczeń. Dorastali w okresie wojny i przeżyli dramatyczne wydarzenia wspólne wielu Polakom ze starszych pokoleń (w wypadku Jerzego, urodzonego w Warszawie, był to upadek powstania, exodus z Warszawy, obóz w Pruszkowie). W dorosłe życie wchodzili w latach stalinowskich, ale z ukąszenia heglowskiego szybko się wyleczyli. Październik 1956 stał się dla nich przeżyciem pokoleniowym, które zadecydowało o postawach ideowych, wyborach etycznych, pojmowaniu sztuki i jej roli w społeczeństwie.
W tym właśnie roku Jerzy Timoszewicz ukończył studia polonistyczne i został pracownikiem Instytutu Sztuki PAN. Rok później wszedł do redakcji „Pamiętnika Teatralnego” i pozostał w niej przez trzydzieści pięć lat. Nie ma potrzeby przypominać roli, jaką „Pamiętnik” odegrał w dziejach polskiej nauki o teatrze. Wypełniając imponujący program zadań nakreślony w 1952 roku przez Leona Schillera, stanowił przez wiele lat, zanim na kilku uniwersytetach powstały katedry teatrologiczne, główny ośrodek badań nad teatrem. Kolejnymi zeszytami nadawał im kierunek, odkrywał wiele nieznanych kart historii, systematycznie likwidował białe plamy, co nieraz wymagało odwagi, jak w przypadku drażliwej sprawy działalności jawnych teatrów w czasie okupacji[8]. Fundamentalne znaczenie miały zeszyty monograficzne. Jerzy Timoszewicz przygotował ich kilka, m.in. poświęcony Andrzejowi Pronaszce, Jerzemu Kosińskiemu, Leonowi Schillerowi, teatrom wileńskim oraz wspomniany zeszyt Witkiewiczowski z 1969 roku, od którego zaczęła się nasza znajomość. Wkrótce zmieniła się ona w serdeczną przyjaźń, niczym niezakłóconą przez czterdzieści siedem lat, a jej świadectwem jest ogromny zbiór korespondencji. Pisaliśmy do siebie regularnie. Każdy jego list był arcydziełkiem sztuki epistolarnej. Nie znam nikogo, kto by mu w niej dorównał. Nigdy nie były to listy pisane naprędce, o czym świadczył charakterystyczny, niemal kaligraficzny dukt pisma oraz zachowane wszystkie tradycyjne wyznaczniki kompozycji listu. Rok temu przekazał mi pudło ze wszystkimi moimi listami. Zgodnie z jego życzeniem cała nasza korespondencja znajdzie się w Ossolineum i na pewno kiedyś zainteresuje historyka. Zawiera wiele ciekawych informacji o dawnych czasach, które wcale nie były takie złe, zwłaszcza dla teatru.
Był znakomitym edytorem, wytrawnym i dociekliwym. Wydał m.in. cztery tomy pism Leona Schillera (każdy poprzedzony kroniką życia i twórczości) i poświęcony mu tom wspomnień Ostatni romantyk sceny polskiej (1990), wybór recenzji Edwarda Csató (1979), Zapiski scenografa Andrzeja Pronaszki (1976), Spacerek w labiryncie – zebrane teksty Zbigniewa Raszewskiego o teatrze polskim po roku 1958 (2007) oraz kilka edycji szkiców, esejów, recenzji i felietonów Jerzego Stempowskiego, który był jego wielką miłością. Za najbardziej wyrazisty, charakterystyczny portret jego pisarstwa uważał Notatnik niespiesznego przechodnia. W listopadzie 2012 przysłał mi dwutomowe wydanieNotatnika z dedykacją przypominającą rocznicę naszej przyjaźni („a imię jej 44 lata”), w dołączonym liściku pisał: Drogi Januszu, to moja o s t a t n i a k s i ą ż k a (okazuje się, że 25!) w życiu, do której przyłożyłem ręki.
Wkrótce okazało się, że nie była to ostatnia książka, bo w grudniu 2014 Paweł Kądziela wydał przygotowany wspólnie z Timoszewiczem kolejny tom Stempowskiego „Bez tytułu” oraz inne publikacje nieznane i zapomniane 1925-1939.
Liczbę dwudziestu pięciu książek, do których Jerzy „przyłożył rękę”, trzeba uzupełnić o wydaną w roku 1995 broszurę „Pamiętnik Teatralny” XL 1952-1992. Za pomocą starannie dobranych cytatów z recenzji, omówień, polemik oraz dokumentów przedstawił w niej czterdzieści lat dziejów pisma. Fascynująca lektura! Poczynając od imponującego spisu autorów i ostatniego opublikowanego wywiadu Zbigniewa Raszewskiego a kończąc na dwudziestu trzech dokumentach, wśród których są różnego rodzaju zarządzenia (niektóre zabawne, ale oddające ducha czasu), pisma urzędu cenzury (m.in. pełny wykaz ingerencji) i zaświadczenia (np. o odbyciu przez Jacka Sieradzkiego praktyki w lipcu 1978). Raszewski, mówiąc o roli „Pamiętnika”, porównał go do chorągwi lekkiego znaku, wyprzedzającej huf walny w dawnym wojsku polskim. „Takie chorągwie nie wygrywały bitew. Ale żaden doświadczony wódz nie szedł na wojnę bez nich” [9].
To porównanie wskazuje na jeszcze inną rolę „Pamiętnika Teatralnego” – jako reprezentanta istotnych wartości i postaw etycznych. Każdy z jego redaktorów mógł być wzorem zachowania i postępowania w trudnych czasach, które często wymagały ustępstw. Przekonanie, że są granice kompromisu, których przekroczyć nie można, było dla naszego środowiska naukowego źródłem autorytetu „Pamiętnika Teatralnego”.
O Jerzym Timoszewiczu mówiło się, że ma trudny charakter. Przeważnie taką opinię formułujemy o osobach, które stawiają sobie duże wymagania i tego samego oczekują od innych. Jerzy właśnie wedle tej miary nas oceniał. Znany był z surowych sądów. Krążyły o tym barwne opowieści, ale nikt nie mógł mu zarzucić, że jest powierzchowny lub niesprawiedliwy. Liczyliśmy się z jego zdaniem i czekaliśmy na nie z pewnym niepokojem, przyjmując z ulgą zarówno słowa aprobaty jak i uwagi krytyczne. Po każdym tomie Dzieł zebranych Witkacego otrzymywałem pocztówkę lub list, w których dzielił się wrażeniami z lektury. Pamiętam, jaką radość mi sprawił, gdy notę edytorską i przypisy do tomu „Teatr” i inne pisma o teatrze nazwał „balladą edytorską”.
Żegnając Jerzego Timoszewicza można powiedzieć krótko: przeszedł przez życie czyniąc dobro. Korzystaliśmy z jego niebywałej erudycji, wskazówek, porad i opinii. Przeważnie są to długi wdzięczności trudne do spłacenia. Dobrze byłoby kiedyś sporządzić spis książek, których autorzy dziękują mu za pomoc. Na pewno byłby to długi wykaz. On zaś skromnie, nieraz z dozą ironii, określał swoją rolę i zasługi jako „szarej eminencji”, bardziej istotną niż cały dorobek edytorski.
Po śmierci Marianny niemal całkowicie wycofał się z życia publicznego. Przestał bywać w teatrze, który coraz bardziej go irytował i dosadnie dawał temu wyraz (do łagodniejszych należało określenie czworga młodych reżyserów jako Jeźdźców Apokalipsy). Unikał wszelkich uroczystości, obchodów rocznicowych etc. Odwołując się do pseudonimu swego przyjaciela Andrzeja Dobosza, nazywał siebie Pustelnikiem z Ulicy Nabielaka. Z trudem udało się go z tej pustelni wywabić i doprowadzić na spotkanie zorganizowane przez grono przyjaciół z okazji osiemdziesiątych urodzin. Nie były to jednak kaprysy, ale wyraz stosunku do świata. Przejmująco brzmi kasandryczny ton jego listów z ostatnich lat:
Mój Drogi, od paru lat głoszę zagładę naszej cywilizacji judeo-grecko-łacińskiej i chrześcijańskiej. Co więc pozostaje? Moje dwa – od lat – ulubione cytaty z Eliota:
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
I tak się właśnie kończy świat
Nie hukiem ale skomleniem.
Wobec tego:
Więc okrążajmy kaktus nasz
Kaktus nasz kaktus nasz
Więc okrążajmy kaktus nasz
O piątej godzinie rano…[10]
JANUSZ DEGLER
W rocznicę śmierci Jerzego Timoszewicza przypominamy szkic Janusza Deglera, którego pierwodruk ukazał się w „Dialogu” 2015 nr 6.
[1] J. Degler, „Persy Zwierżontkowskaja” Stanisława Ignacego Witkiewicza, „Prace Literackie” 1967 t. IX, s. 163-192. W Aneksie polemika Witkacego z łódzkimi recenzentami, będąca fragmentem Polemiki z krytykami.
[2] Zob. „Pamiętnik Teatralny” 1969 z. 1/2, s. 222-228 (rec.: H. Karwacka, Witold Wandurski, Łódź 1968).
[3] S. I. Witkiewicz, Czysta Forma w teatrze. Wybór, wstęp i noty J. Degler, Warszawa 1977. „Teorie współczesnego teatru” pod redakcją Konstantego Puzyny.
[4] J. Degler, „Pismo teatralne” Stanisława Wyspiańskiego, w: Dramat i teatr. Piąta konferencja teoretycznoliteracka w Świętej Katarzynie. Redakcja J. Trzynadlowski, Wrocław1967, s. 61-82.
[5] Prace o literaturze i teatrze ofiarowane Zygmuntowi Szweykowskiemu, Wrocław-Warszawa-Kraków 1966; tu rozprawa Andrzeja Wanata, Na przedpolu „Wyzwolenia”(Uwagi o Stanisława Wyspiańskiego preparacji „Dziadów”), s. 562-581.
[6] Andrzej Wanat (5 VI 1941-20 VII 1996) – krytyk teatralny, wykładowca, dyrektor teatru (w Kaliszu), reżyser, kierownik literacki, dramaturg, tłumacz. Zob. A. Wanat, Pochwała teatru. Przedmowa J. Majcherek, Warszawa 1997.
[7] Zob. J. Degler, Witkacy w teatrze międzywojennym, Warszawa 1973.
[8] Zob. „Pamiętnik Teatralny” 1963 z. 1-4.
[9] Z. Raszewski, Lekki znak. Rozmawiała J. Hernik Spalińska, „Goniec Teatralny” 1992 nr 22-23; przedruk w: Pamiętnik Teatralny XL 1952-1992. Opracował J. Timoszewicz, Warszawa 1995, s. 32-41.
[10] T. S. Eliot, Wydrążeni ludzie. Tłum. C. Miłosz, w: T. S. Eliot, Poezje wybrane, Warszawa 1988.
PIW opublikował świetną książkę węgierskiego autora Frigyesa Karinthyego Podróż wokół mojej czaszki. Rzecz, napisana w roku 1936, jest osnuta wokół traumatycznego doznania, jakim była dla autora diagnoza guza mózgu – na co nakłada się metafora faszyzmu jako raka, zżerającego Europę lat trzydziestych. Dla mnie Podróż… Karinthyego jest też modelowym przypadkiem częstej po roku 1910 choroby, którą na własny użytek oznaczam paramedycznym mianem maltosis. Polega ona na silnym przejęciu się lekturą wydanej w owym roku powieści Rilkego o Maltem.
Kilka przykładów. Nie są to nawiązania wprost, cytaty, tylko miejsca, świadczące o intensywnym wchłonięciu, przyswojeniu sobie materii prozy Rilkego. Na samym początku książki Karinthyego narrator siedzi w budapeszteńskiej kawiarni na placu Uniwersyteckim i patrzy: „[…] z jednej strony widać bibliotekę, z drugiej budynek, w którym mieści się filia banku, zaopatrzony w szyld z napisem wielkimi literami: INSTYTUT MATKI. Wiele razy zastanawiałem się, czy naiwny przechodzień, zwłaszcza jeśli porusza się w ściśle rodzinnym kręgu pojęciowym, nie zrozumie tego napisu opatrznie i nie pomyli Instytutu z jakąś szkółką dobroczynną, gdzie dziewczęta z ludu sposobi się do pełnienia ich najświętszego obowiązku – macierzyństwa”[1].

Pierwsza strona Maltego (w przekładzie Witolda Hulewicza, w nawiasie strony wydania z roku 1927): „Widziałem brzemienną kobietę. Sunęła ciężko wzdłuż wysokiego, ciepłego muru, którego czepiała się niekiedy, jakby chcąc się przekonać, czy jeszcze istnieje. Tam, mur stał jeszcze. A za nim? Poszukałem w planie: Maison d’accouchement. Zgoda. Pomogą jej rodzić – potrafią” (s. 9).
Karinthy: „Przed południem, idąc spacerkiem w stronę śródmieścia, widzę zbiegowisko. Na ziemi podryguje chory na epilepsję robotnik. Jednym rzutem oka ustalam, że nie symuluje, na ustach ma pianę, oczy wychodzą mu z orbit. Padaczka Jacksona, stwierdzam, odchodząc: już potrafią tę chorobę rozpoznać”[2]. „Wysilając się i sapiąc, próbował parodiować naszego kolegę, który wyszedł pół godziny wcześniej. Ten nasz kolega miał tik nerwowy i biedny Gyula Havas starał się go naśladować, robiąc dziwne grymasy. Potem zobaczyłem go już na katafalku […]”[3].
Zestawiłem te dwa fragmenty, ponieważ oba nawiązują, w inny sposób, do pięknej, długiej sceny z powieści Rilkego, w której Malte idzie za mężczyzną, nękanym dziwnymi tikami i stara się naśladować jego dziwaczne ruchy, nie, żeby się z niego wyśmiewać, tylko, przeciwnie, żeby zatuszować ich dziwaczność – scena kończy się atakiem epileptycznym owego mężczyzny na ulicy.
Karinthy: „Ale wszystko, łącznie ze mną, straciło pewność własnego istnienia. Stoły stoją, przez salę idą dwaj mężczyźni, przede mną stoi dzbanek z wodą i leży pudełko zapałek. Ale wszystko to stało się nagle upiornie przypadkowe, jakby było tam, gdzie jest, tylko przez przypadek i równie dobrze mogłoby się znajdować gdzie indziej. Wprost niewiarygodne, co gorsza nie mam pewności, czy jestem tutaj ani, czy ten, kto tu jest, to ja – całkiem możliwe, że na kanapie siedzi dzbanek z wodą, a ja stoję na tacy”[4].
Rilke: „Tak, on wiedział, że teraz oddala się od wszystkiego, nie tylko od ludzi. Jedna chwila jeszcze, a wszystko straci sens – a ten stół i filiżanka i stołek ten, którego się ręce czepiają, wszystko codzienne i najbliższe stanie się niezrozumiałe, obce i ciężkie” (s. 47).
Inne przykłady to opis ubicia cielaka u Karinthyego (ważny dla niego jako prefiguracja własnego losu) a przytoczenie przez Maltego w jego zapiskach fragmentu z Baudelaire’a, opisu psiej padliny (martwy pies też się zresztą u Węgra pod koniec pojawi). Albo taki fragment o odwiedzających Karinthyego w szpitalu gościach, który można wiązać z rozważaniami Maltego o różnych rodzajach noszonych przez ludzi twarzy-masek: „Po nowo przybyłych widzę już całkiem wyraźnie, że zanim weszli, musieli odczekać chwilę pod drzwiami, żeby przybrać maski: rozciągnąć usta w uśmiechu, skorygować spojrzenia, żeby poweselały, chrząkaniem nastroić struny głosowe”[5].
Steve Finbow w Notes From the Sick Room (Repeater Books, London 2017) sporo miejsca poświęca węgierskiej powieści, zestawiając ją z późniejszą szwajcarską książką o kryzysie egzystencjalnym związanym z zachorowaniem na raka, z Marsem, wydanym w roku 1976 pod pseudonimem Fritz Zorn. Wspólnym mianownikiem jest tu życie z guzem, które oznacza przetasowanie naszej wiedzy o własnym ciele. Rak komplikuje dualizm duszy i ciała, staje się trzecią płaszczyzną, jest „faszystą w nas samych”. Anektuje przestrzeń ciała i wdziera się do myślenia. Obaj pisarze – Karinthy z guzem mózgu, Zorn (który naprawdę nazywał się Angst; oba miana znaczące, jakby pan „Strach” przezwał się „Gniew”) ze złośliwym rakiem węzłów chłonnych, plasują się w przeciwnych kategoriach: Węgier jest optymistą, pozytywistą, Szwajcar pesymistą, egzystencjalistą. Finbow pisze: „Obaj są rozdarci wskutek analizowania cielesnych i psychologicznych efektów guza, przy czym Karinthy wybiera życie, a Zorn jest – jak mu się wydaje – wybrany przez śmierć. W Przestrzeni literackiej (1955) Blanchot, pisząc o białaczce Rilkego w odniesieniu do jego poezji, pozwala nam zrozumieć, jak optymizm Karinthyego i jego przemożna chęć znalezienia skutecznej kuracji jest zarazem formą uznania dla śmierci i jak Zorn, przyjmując śmierć jako rodzaj zemsty na życiu, widzi w raku formę życia”. Tu następuje dłuższy cytat z Blanchota o rozumieniu przez Rilkego śmierci jako formy egzystencji i o tym, że nie umiera się na jakąś tam chorobę, umiera się własną śmiercią.
Ciekawe, że Steve Finbow, poza tym jednym przywołaniem, z drugiej ręki, koncepcji Rilkego o umieraniu własną śmiercią, zupełnie pomija jego powieść, w której ta koncepcja została wyeksplikowana, imię Maltego nie pojawia się w jego książce ani razu… Ale na przykład sporo uwagi poświęca Chatwinowi.

Powieść Karinthyego – autor twierdzi wręcz, że to powieść fantastyczna, „ponieważ rzeczywistość Europy dwudziestego wieku uważam za awanturę przekraczającą granice wszelkiej wyobraźni”[6] – może być dla polskiego czytelnika interesująca z innego względu. Otóż Karinthy został w roku 1936 staraniem przyjaciół wysłany do Sztokholmu, gdzie słynny neurochirurg, profesor Herbert Olivecrona usunął mu niezłośliwego guza mózgu, przedłużając życie o dwa lata. Druga część książki zawiera fenomenalny opis tej operacji z punktu widzenia świadomego (!) pacjenta. Otóż do tego samego Olivecrony osiemnaście lat później polskie Ministerstwo Zdrowia wyśle cierpiącego na chorobę bólową poetę Aleksandra Wata. Ola Watowa w książce Wszystko co najważniejsze… wspomina, że w Sztokholmie odwiedził wówczas chorego Wiktor Hartwig (brat poetki) i powiedział mu brutalnie: „Z takimi bólami wychodzi się przez okno”[7]. Watowi słowa te przyniosły swoistą ulgę. „A wielki Olivecrone, do którego zjeżdżano się z całego świata, po bardzo bolesnych badaniach oświadczył, że wszelka interwencja może przynieść katastrofalne rezultaty. […] Operacja mogła grozić ślepotą, głuchotą, paraliżem, niemotą, a i obniżeniem funkcji intelektualnych”[8].
W przechowywanych w Beinecke Rare Books Library w Yale papierach Aleksandra Wata zachował się polski przekład raportu doktora Signorellego (dopisek ołówkiem: „Klinika prof. Olivecrony, Serafimerlasarettet, Stockholm”, ten sam adres, co u Karinthyego), uwierzytelniony przez konsula PRL, Stanisława Frątczaka. Chropowata polszczyzna tłumaczenia opisu choroby („Sprawa rozpoczęła się szumem w uszach, wymiotów [!] i podwójnym widzeniem”) nie przeszkadza stwierdzić dużej zbieżności z opisami objawów bohatera Podróży wokół mojej czaszki. Jest też w tych papierach zaświadczenie, wystawione po niemiecku przez innego profesora, Nilsa Antoniego z Karolinska Institutet (skądinąd członka komitetu noblowskiego i późniejszego autora książki o Goethem jako „człowieku o wielu twarzach”, 1963). W którym czytamy: „Trudno dać lepszą radę dla wyleczenia tego ciężkiego, poważnie ograniczającego możliwość pracy chorego, stanu neurologicznego jak zaoferowanie mu możliwości wypoczywania przez czas dłuższy w ciepłym klimacie południowej Europy Zachodniej”. Trzeba przyznać, że Wat taką możliwość otrzymał i wyjechał do południowej Francji i do Włoch, ale też potwierdził trafność opinii szwedzkiego profesora niezwykłym przypływem weny poetyckiej, czego świadectwem są tomy Wiersze (1957) i Wiersze śródziemnomorskie (1962).
Powieść Karinthy’ego ożywia postać Herberta Olivecrony. Autor zaczyna od spekulacji na temat nazwiska: „Dziwne nazwisko, ale piękne. Może oznaczać wieniec oliwny albo koronę oliwną albo koronę drzewa oliwnego, a może gałązkę oliwną. Podoba mi się, jest patetyczne, właśnie dlatego. Wyobrażam go sobie jako wysokiego mężczyznę o greckim profilu”[9]. Potem, już w sztokholmskim szpitalu, pojawia się „wysoki, barczysty stuprocentowy mężczyzna północy, o jasnej twarzy i jasnych włosach. Profesor”[10]. Po pierwszym spotkaniu dziennikarz stara się pozbierać opinie o człowieku, „w którego ręce trafiło moje życie”: „Słyszałem od miejscowych, że prowadzi w stu procentach praktyczne życie: od siódmej do trzeciej, czasem dłużej, wykonuje trepanacje czaszki w klinice, którą kieruje. Potem wraca do swojej pięknej willi (jest zamożny), do rodziny: ma żonę i trzech synów. Podobno po mistrzowsku gra w golfa i brydża, które są jego jedyną rozrywką. Naturalne jest też autorem wybitnych książek naukowych, ale wówczas jeszcze nie znałem żadnej z nich. Swoje sukcesy zawdzięcza niebywałej precyzji w operowaniu, ale podobnie jak jego mistrz, doktor Cushing z Bostonu, wprowadza także nowe, oryginalne pomysły i metody”[11].
W drugim rozdziale powieści Karinthy’ego, zatytułowanym Film amatorski, pojawia się opis filmu, nakręconego w Bostonie przez amatora, podczas operacji na mózgu pacjenta, cierpiącego na padaczkę Jacksona. Dowiadujemy się, że operację przeprowadził profesor Cushing, widzimy, jak profesor „z gracją zdejmuje skalp”, jak dużym wiertłem nawierca wokół czaszkę, jak zdejmuje jej górną część „jak czapeczkę”, jak potem „uprzejmie staje z boku, żeby kamerzysta mógł swobodne pracować”, jak „uśmiecha się do kamery”[12]. To oczywiście przygrywka, przedsmak tego, co czeka narratora w Sztokholmie. Ale nie tylko.
W roku 1931 w Bernie odbył się pierwszy w okresie międzywojennym światowy kongres neurochirurgiczny. Wśród prominentnych gości był Harvey Cushing (H. C.), który w początkach wieku odbył był w Bernie praktykę. W opisie tego kongresu czytamy: „Bogata rodzina z Węgier odbyła pielgrzymkę z dzieckiem o głowie dziwnego kształtu. Koczowali na progu jego pokoju, żeby nie mógł ich nie zauważyć. Dziecko było synem i dziedzicem fortuny, toteż matka nie spuszczała go z oka. H. C. od razu zorientował się w sytuacji i powiedział: «Nie musicie jechać do Bostonu; wystarczy, jeśli pozwolicie chłopcu pobiec i bawić się z innymi dziećmi». Po czym zaprowadził chłopca do hotelowego holu i kazał mu biegać za piłką. Matka, siostry, kuzyni ciotki stali z wybałuszonymi oczyma, a wówczas grzeczny infant zaskoczył ich wszystkich głośnym «Hurra!». W pięć minut H. C. uzdrowił dziecko i całą rodzinę. Zaskoczony, ale niewątpliwie uradowany, ojciec zapytał o wysokość honorarium; H. C. powiedział, że nie chce honorarium, na co ojciec nalegał. «Wiecie, kto to Jeremiah Smith?». Ich twarze rozpromieniały. Świetnie wiedzieli. «To jeden z moich najbliższych przyjaciół», powiedział H. C. «Podzielam jego uczucia do Węgier»[13].
A Jeremiah Smith Jr., dodajmy, prawnik z Bostonu, był doradcą finansowym amerykańskiej delegacji na rozmowy pokojowe w Wersalu, a następnie komisarzem Ligi Narodów do spraw odbudowy Węgier. Swoje wynagrodzenie z racji tej funkcji przekazał na stypendia dla Węgrów, przyjeżdżających na studia do Stanów Zjednoczonych. O jego emocjonalnym stosunku do Węgier świadczy fakt, że kiedy w roku 1926 opuszczał ten kraj po udanym wykonaniu misji, poprosił o przywilej obejrzenia korony św. Stefana.
Pod wpływem impulsu tej chwili Cushing wydał następnego dnia uroczysty bankiet, na który zaprosił 28 obecnych na kongresie swoich uczniów, by poznali jego mistrzów z okresu berneńskiego. Wśród zaproszonych był prof. Herbert Olivecrona ze Sztokholmu, którego poznał (i docenił) przed dwoma laty.
Karinthy – Rilke – Cushing – Jeremiah Smith Jr. – Olivecrona – Wat. W roku śmierci Wata (1967) amerykański psycholog Stanley Milgram przeprowadził eksperyment pod nazwą „świat jest mały”, w którym wykazał, że wszyscy jesteśmy jakoś powiązani i że dla dotarcia do dowolnej osoby najczęściej wystarczy „sześć stopni oddalenia”. Teoria ta, przyjęta w socjologii, opiera się… na opowiadaniu A láncszemek (Ogniwa łańcucha) z roku 1929, którego autorem jest oczywiście Frigyes Karinthy. C. b. d. o.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Frigyes Karinthy, Podróż wokół mojej czaszki. Tłum. Anna Górecka. Warszawa, PIW, 2024, s. 12. Książka dostępna na stronie wydawnictwa. Aby kupić kliknij – tutaj
[2] Tamże, s. 78.
[3] Tamże, s. 102.
[4] Tamże, s. 36.
[5] Tamże, s. 91.
[6] Karinthy, s. 186.
[7] Ola Watowa, Wszystko co najważniejsze… Warszawa 2000, s. 184.
[8] Tamże, s. 184-5.
[9] Karinthy, s. 141.
[10] Tamże, s. 196.
[11] Tamże, s. 201.
[12] Tamże, s. 24.
[13] J. F. Fulton, Arnold Klebs and Harvey Cushing at the 1st International Neurological Congress at Berne in 1931, “Bulletin of the History of Medicine” 1940 nr 3, s. 340.
Kiedy jakiś czas temu przeczytałam w „Księdze Przyjaciół” wpis Piotra Mitznera poświęcony poematowi Sorrowful Songs francuskiej poetki Déborah Heissler, wydanemu właśnie przez PIW w tłumaczeniu Jana Marii Kłoczowskiego, zwróciło moją uwagę przede wszystkim nawiązanie do tytułu jednego z najbliższym mi utworów muzycznych – Symfonii pieśni żałosnych Henryka Mikołaja Góreckiego. Znam to dzieło od dawna, a jego niezwykłą moc oddziaływania na dalsze, ale i najbliższe mi osoby miałam niejednokrotnie okazję obserwować. Symfonia powstała w 1976 roku, napisana przez kompozytora należącego do czołówki twórców związanych z najważniejszym w historii muzyki polskiej okresem powojennej (a właściwie poodwilżowej) awangardy. W świecie nowej muzyki Górecki był od lat jednym z najważniejszych nazwisk. Jego III Symfonia nazwana Symfonią pieśni żałosnych (nie żałobnych, jak często błędnie się spotyka) wywołała tuż po premierze duże zamieszanie, by nie rzecz – zdziwienie. Trzy wolne i bardzo proste w swej budowie pieśni, muzyka o ludowo-modalnym zabarwieniu, niezwykle oszczędna w wyrazie, odarta z jakichkolwiek ozdobników czy elementów stylistycznego wyrafinowania (może poza rozbudowanym kanonem w części pierwszej), do tego wymiar religijny, otwarcie modlitewny. To było coś dotąd niespotykanego w nowej muzyce. Trudno się dziwić, że zarówno podczas prawykonania we francuskim Royan w kwietniu 1977 roku, jak i kilka miesięcy później na Warszawskiej Jesieni, krytycy i publiczność byli co najmniej zaskoczeni. Tylko niewielkie grono z miejsca odczuło wielkość tego dzieła. Sam Górecki przyznawał, że to właśnie ta symfonia była „najbardziej awangardowym dziełem”, jakie kiedykolwiek stworzył. Przedstawił bowiem światu kompozycję, której nikt się wtedy nie spodziewał. Czas III Symfonii nadszedł dopiero w latach dziewięćdziesiątych. Londyńskie nagranie utworu, opublikowane w 1992 roku przez amerykańską wytwórnię Elektra Nonesuch, dosłownie zawojowało świat. Słuchali go wszyscy i wszędzie, a Górecki zyskał międzynarodową rozpoznawalność. Od tego czasu Symfonia pieśni żałosnych stała się własnością świata.

Nie wiem, kiedy symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego usłyszała Déborah Heissler, ale to pod wpływem tego dzieła postanowiła napisać własne Sorrowful Songs. Urodziła się w 1976 roku, tym samym, w którym powstał utwór Góreckiego. To jeden z wątków łączących muzyczną inspirację jej poetyckiej prozy ze znaczeniami, którymi na własny sposób wypełniła stworzony przez siebie poemat. O literackiej wadze tomiku Heissler pisali już zarówno wspomniany Piotr Mitzner, jak i – w „Polityce” – Krzysztof Siwczyk. Mogę tylko podpisać się pod ich zachwytami, sama od pierwszych słów mocno poruszona każdym wersem i każdym słowem tej prozą pisanej poezji, tak doskonale brzmiącej w polskim przekładzie Jana Marii Kłoczowskiego.
Tym jednak, co uderzyło mnie w poemacie Heissler najbardziej jest jego niezwykłe, porażająco doskonałe wręcz uchwycenie istoty symfonii Góreckiego – i to zarówno w zakresie budowy, jak i znaczeń. Heissler, podobnie jak Górecki, dzieli swój utwór na trzy części. Także i ona nigdzie się w swojej opowieści nie śpieszy. Krótkie wersy, pojedyncze słowa, kropki i pauzy – z wolna budują przejmujący zapis uczuć mężczyzny żegnającego dopiero co zmarłą żonę („Blanche nie żyje. Umarła wczoraj wieczorem”). Wszystko ma tu czas, by w pełni wybrzmieć. Podobnie jest i w spowolnionej narracji symfonii Góreckiego. W muzyce kompozytora, jak i w słowach poetki dominuje prostota wypowiedzi. Obojgu twórcom nie potrzeba kunsztownych konstrukcji stylistycznych, by wyrazić, to, co w ich utworach najważniejsze – a istotą obu dzieł pozostaje utrata ukochanej osoby. I choć zarówno w symfonii Góreckiego, jak i w poemacie Heissler każdą z części można określić mianem żałobnej lamentacji, nie mają one nic wspólnego z bezdenną rozpaczą czy gniewem wobec losu. Są prostym i żarliwym wyrazem żalu, wspomnieniem miłości oraz wyrazem tęsknoty i nadziei na złączenie w innym, pozaziemskim wymiarze. Dlatego w tytule symfonii Góreckiego nie są to pieśni żałobne – ale właśnie żałosne. Rozróżnienie istotne i na wielu poziomach znaczące.

Kompozytorowi nie tyle bowiem chodziło o żałobę, ale właśnie o żałość, żal, czy ową tytułową żałosność – która nie jesttożsama z przytłaczającą rozpaczą i pogrzebaną nadzieją. W jego symfonii jest owszem obecny przeszywający ból po stracie dziecka, są żal i tęsknota, ale całość przenika zawierzenie wyrokom losu oraz pełne pokory poddanie się im, a zarazem szukanie pocieszenia i ukojenia w modlitewnej kontemplacji. Skromniejsza, ale zarazem bardziej czuła w wyrazie żałosność ważna jest tutaj także na poziomie strukturalnym – wyjaśnia nawiązania do muzyki tradycyjnej (kościelnej i ludowej) oraz prostotę zastosowanego języka muzycznego, połączonych jednocześnie z intensywnością wypowiedzi. Stąd symfoniczne pieśni Góreckiego to nie pełne przepychu i wyrafinowania lamentacje żałobne (jak choćby arie w Requiem Mozarta czy Verdiego), ale proste, z serca płynące żałosne zaśpiewy – szczere i żarliwe w swym żalu, ale i godzące się z wyrokami losowi. Stąd bierze się też przejście na poziom transcendencji. U religijnego Góreckiego jest to wymiar wiary chrześcijańskiej, bo całość znaczeniowa symfonii wpisana zostaje w śmierć Chrystusa na Krzyżu (w części pierwszej), co niesie też nadzieję na zbawienie. Ale przecież i niewierzący bez trudu odczują w tej muzyce duchowe ukojenie.
W wersji angielskiej tytuł symfonii Góreckiego to Symphony of Sorrowful Songs – zatem nie „mourning”, ale właśnie „sorrowful”. Tytuł ten, jak sądzę, nie bez powodu przyjęła dla swego po francusku przecież pisanego poematu Déborah Heissler (słusznie zachowano go także w wersji polskiej). Poetka doskonale bowiem uchwyciła w poetyckiej prozie wszystko, co zawarł w swojej symfonii Górecki. Jej poemat tworzy niejako kolejną odsłonę tej samej historii. Otwierająca ją część pierwsza (Ona spoczywa w ogrodzie) wprowadza postać dopiero co zmarłej Blanche i żegnającego się z nią męża. Heissler poszerza tym samym pole znaczeń nakreślone w tekstach wybranych przez Góreckiego: u niego punktem centralnym jest strata dziecka i ból matki – u niej śmierć ukochanej żony i cierpienie męża. Nadal obecne są żal i tęsknota, ale pojawiają się też wspomnienia żarliwej miłości, dotyku i wspólnego życia – zwłaszcza w części środkowej (Nic, tylko otwarte niebo), która jest zapisem wspomnień miłosnych uniesień małżonków. „Ty – bijące między uderzeniami serca, język naszych żądz dotknięty amnezją. Splecione ciała, zamknięte powieki. […] Zduszony głos w miłosnym uścisku; pośrodku świata nic, tylko otwarte niebo”. W pierwszej chwili ten erotyczny rys w zestawieniu z tematyką drugiej części symfonii Góreckiego działa zaskakująco (w symfonii mamy tu skierowane do matki słowa żegnającej się z życiem więźniarki gestapowskiej katowni, dopełnione modlitwą „Zdrowaś Mario”). A jednak w muzyce tej części kompozytor stworzył rodzaj żaru, który – po odsunięciu na bok przesłania tekstu – znakomicie daje się powiązać z miłosnym oddaniem ukochanej osobie. W części ostatniej poematu (Pokój utraty) nie brak z kolei rytmu dziecinnej piosenki, znakomicie przystającej do kołysankowego, uporczywie powtarzanego ruchu prostej zwrotkowej pieśni, użytej w tym miejscu przez kompozytora.
Prostota języka Heissler odpowiada prostocie muzyki Góreckiego. A przy tym jej poemat wnosi dodatkowy wymiar miłości – małżonków, czy oddanych sobie kochanków. Prosta lamentacja, która u Góreckiego ma źródła w ludowości, u poetki związana jest raczej z językiem codziennym, w pewnym sensie zwyczajnym. Czym innym jest bowiem przeżycie straty małżonka, wiernego towarzysza życia? Jak u każdego, jest to przeżycie zarazem zwyczajne, bo każdy się z nim styka – a jednocześnie jedyne i wyjątkowe, bo dotykające tylko jego i przez niego najgłębiej przeżywane. W poezji Heissler cisza i chłód opustoszałego domu mieszają się ze wspomnieniami wspólnej przeszłości i przebłyskami nagłej, postarzałej samotności, rozjaśnianej jedynie odczuciem obecności ukochanej w drzewach w ogrodzie czy w zarysie cieni. Wszystkie te emocje są bliskie każdemu, kto stracił kogoś najbliższego. Perspektywa zarówno poetki, jak i kompozytora pozostaje zatem głęboko osobista. A jednocześnie właśnie to sprawia, że staje się tym lepiej zrozumiała dla innych.
Słuchając Symfonii pieśni żałosnych Góreckiego zawsze uderzało mnie odczucie owej prywatności przeżycia oraz intymności modlitwy kierowanej do Stwórcy w chwili największego bólu. Utwór ten odbieram jako z głębi serca płynące przesłanie kompozytora, który w muzyce zawarł to, co było w jego życiu najboleśniejszą stratą (śmierć matki). Zarazem udało mu się przenieść ów osobisty wymiar na taki poziom, że trafia z podobną siłą do każdego słuchacza, niezależnie od języka tekstu, który przecież wszędzie śpiewany jest po polsku. Nie wiem, na ile Déborah Heissler wnikała w strukturę i znaczenia niesione przez symfonię Henryka Mikołaja Góreckiego, a na ile swoją poetycką wrażliwością genialnie odczuła to wszystko, o czym piszę. Wiem jednak, że nawet jeśli w jej strofach pojawiają się nazwiska Bacha czy Debussy’ego jako twórców, których muzyka zapewne rozbrzmiewała w domu Blanche i opłakującego ją męża, to najważniejszym dla jej poematu punktem muzycznych odniesień pozostaje pod każdym względem wskazana w tytule symfonia polskiego kompozytora. Stworzone przez Heissler Sorrowful Songs z równą mocą poruszają uczucia odbiorcy, nie pozostawiając miejsca na obojętność.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
I. Nota na stronie wydawnictwa Austeria określa Dawida Szkołę, autora książki Rubieże, urodzonego w Rzeszowie w roku 1985, jako Galicjanina. Również bohater opowieści deklaruje swoje przywiązanie do krajobrazu byłej Galicji. Ja nie nazwałbym nigdy regionu Polski rozciągającego się między Górnym Śląskiem a Bieszczadami – Galicją. Dla mnie to najwyżej część byłej Galicji, kraju ochrzczonego tak przez urzędników wiedeńskich w XVIII wieku, aby zamaskować grabież cudzego terytorium. Ale ja jestem starszy od Dawida Szkoły o jedno pokolenie i zostałem wychowany w XX-wiecznym kulcie jedności: jednolite scentralizowane państwo (niezależnie od tego, czy autorytarne czy demokratyczne), jeden język, jedna religia, jeden naród. Efekty tej wiary w ujednolicenie widać na każdym kroku. Różnorodność i pluralizm są u nas podejrzane i nawet zwalczane przez państwo, które jest jednym ze strażników jednolitości. Młodszy ode mnie Dawid Szkoła nazywa siebie Galicjaninem, podkreślając odrębność regionalną. Jest mi to sympatyczne, bo każde państwo jest molochem nastawionym na ogłupianie i eksploatację obywateli, którymi funkcjonariusze państwa gardzą. Scentralizowane państwo jest nieudolne, kosztowne, korupcjogenne. Chciałbym, żeby Polska stała się federacją wolnych kantonów jak Szwajcaria. Ale wróćmy do Rubieży, bo jest to książka wielowątkowa i pobudzająca do myślenia.

II. Pierwsze zdanie Rubieży jest cytatem i brzmi: „Podróżuję z powodu umarłych”. Zaskakujące zdanie. Ja też od czasu do czasu podróżuję, ale nigdy z powodu umarłych. Dawid Szkoła powołuje się również na antropologię apofatyczną, która uzasadnia poszukiwanie śladów nieobecności innych ludzi. „To, czego nie ma – pisze autor Rubieży – okazuje się o wiele bardziej interesujące od tego, co jest”. I dalej: „Puste przestrzenie, ślady znikania, cienie po zmarłych mają w sobie moc przyciągania i znajdują się wszędzie. Mijam je idąc rano po bułki, wracając tramwajem do domu, siedząc przed wejściem na dworzec. Pozostałości po tych ludziach, miejsca bez nich i wyobrażenie sobie ich cieni niewątpliwie mówią nam […] coś ważnego, ale nie potrafimy tej mowy rozszyfrować, dźwięki z «drugiej strony» okazują się niezrozumiałe”.
Oczywiście, tylko bardzo niewielka cząstka świata jest nam dostępna. Nowi ludzie zastępują tych, którzy umarli. Moje mieszkanie, które po przebudzeniu o 5.30 zastaję w tym samym kształcie, w jakim je zostawiłem wieczorem, zmieni się nie do poznania, kiedy zniknę. Rozmawiam z wieloma osobami, już na ziemi nieobecnymi. Napisałem „zmarłymi”, ale skreśliłem to słowo. Skoro z nimi rozmawiam, nie są umarli, a nieobecni są tylko ciałem. Mają kłopot z fizyczną obecnością, cieleśnie zaistnieć im się nie udaje, ale oddziałują na nasze życie intensywniej niż tylu żywych. Więc jak to jest z tą nieobecnością? Zdaje się, że ci, których pokochaliśmy, żywi czy nie, nigdy nie są dla nas nieobecni.
Dla większości (prawie wszystkich) ludzi przeszłość jest obcym krajem, który omijają. Nietrudno zgadnąć dlaczego. Przeszłość przegrywa z przyszłością. Literatura, jak wszelka aktywność duchowa, jest również zwrócona ku przyszłości. Z myślą o niej Dawid Szkoła napisał swoją książkę. Literatura jednak ma przywilej upominania się o sprawy poniechane, stracone, znikające. Bo nie podlega ona ujednoliceniu – żyje bowiem ekscesem, paradoksem, kaprysem. Każda prawdziwa książka kwestionuje dogmat jedności.

III. Gdybym miał określić gatunek literacki, w jakim się wypowiada Dawid Szkoła, byłbym w kłopocie. Najbezpieczniej powiedzieć, że Rubieże to hybryda, dowód lekceważenia przez pisarza przepisów i definicji, do których tak przywiązani są badacze literatury. Ale ostatecznie kundle to najsympatyczniejsze psy pod słońcem. To, co ma żyć, musi czerpać zewsząd. Bo antropologia antropologią, ale książka Szkoły to literacka apoteoza życia. Życia wśród żywych i zmarłych. Apoteozę życia budują w Rubieżach takie składniki jak podróż w przestrzeni i w czasie, marzenie, jak u Jana Jakuba Rousseau, przeciwstawione obcości, głuchocie świata, wreszcie samo pisanie, w esencji będące niczym innym jak afirmacją istnienia.
IV. „Wszystkie granice – pisze pięknie Dawid Szkoła – związane są z zapominaniem i pomijaniem przeszłości, wypieraniem tego, co było. Nie są zbudowane z zasieków, ogrodzeń i strażnicówek, ich siłą jest ciemność padająca na żywoty bezimiennych ofiar rzezi, wypierająca inne istnienia i prawdę o ich istnieniu. Każde pytanie zawiera w sobie oskarżenie”.
Autor nie ma zamiaru dopisywać ani jednego zdania do XIX-wiecznego humanizmu i jego wersji wcześniejszych. Ten rozdział samowiedzy człowieka wydaje się definitywnie zamknięty. Żadne próby reanimowania humanizmu, zdaje się przestrzegać Szkoła, nie powiodą się. Każdy powinien to sobie codziennie powtarzać. Nie ma ludzkości, nie ma człowieczeństwa, każdy z osobna, każdy sam niesie brzemię winy i odpowiedzialności. Zagłada nie zaczęła się w roku 1933 i nie skończyła się w 1945, choć pewnie Żydzi już nigdy nie pozwolą się bezkarnie zabijać. Jednak narody opanowały technikę i retorykę ludobójstwa i śmiało po nie sięgają. Człowiek upodobał sobie bestialstwo. Jednym z zadań literatury, czy w ogóle sztuki, jest sondowanie dna, jakie wspólnym wysiłkiem osiągnęła ludzkość w minionym stuleciu. Sondującemu nie wolno przymierzać togi sędziego ani prokuratora.

V. Galicja jest dla Dawida Szkoły czymś w rodzaju tratwy ratunkowej, która chroni go od pogrążenia się w topieli chaosu, jaki nas otacza. Straciliśmy zaufanie do starych, kolektywnych sposobów radzenia sobie z poczuciem zagrożenia. Chociaż może należałoby powiedzieć inaczej: Niektórzy z nas nie pokładają już nadziei w obietnicach, niezależnie od tego, kto je wypowiada. Zło nie zostanie hurtem unieważnione, dobro nie zatryumfuje w wymiarze kosmicznym, bo pojawia się tylko wtedy, kiedy ty albo ja zrobimy coś dobrego. Ludzkie rachunki krzywd zostawmy samym ludziom. Źle napisałem na początku tego akapitu. Nie ma dla nas tratwy ratunkowej. Nie ma dla nas tratwy ratunkowej innej niż sumienie każdego z nas.
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Dawid Szkoła, „Rubieże”. Kraków, Austeria, 2022, s. 280. Aby zamówić kliknij – tutaj.