Szlachta nie pracuje? To niepodległości nie będzie
Młody Melchior Wańkowicz opublikował polityczno-ideowy esej, w którym rozważał skrajne postawy wobec rzeczywistości społecznej, przeciwstawiając sobie postać fikcyjną, Budzisza z powieści Weyssenhoffa, i rzeczywistego bohatera, tajnego emisariusza na Litwie i Rusi, rozstrzelanego przez Rosjan Szymona Konarskiego [1] .
Konarski i Budzisz byli dla przyszłego pisarza figurami dwóch rywalizujących ze sobą w polskiej duszy żywiołów: szlacheckiego, który Wańkowicz postrzegał jako egoistyczny, i opozycyjnego, uznającego dziedzictwo kultury szlacheckiej za przeszkodę w dążeniu do niepodległej i silnej Polski. Tekst zaczynał się od bardzo współczesnego obrazoburstwa: odwołujesz się do tradycji husarzy? To przyjmij jako jej część nie tylko Wiedeń, ale i bratobójczą bitwę pod Guzowem.
Potrzeba chłopów, nie magnatów – pisał ów szlachecki syn – „pracowników skromnych”, nie wodzów. Może do kapitulacji bez walki pod Ujściem doszło dlatego, że Polacy wybierają łatwe, piękne słowa i hasła, zamiast wziąć się do prawdziwej pracy, skromnej i mało widocznej? Gombrowicz kilkadziesiąt lat później napisze, że Polacy wolą zapadać się w „wieczne błoto”, zamiast wybudować chodnik – ale Wańkowicz poczynił taką obserwację już w 1911 roku: „Budzisz, po dobrym obiadku, jedzie w celach agitacyjnych w sąsiedztwo. Powóz dziedzica co raz się zapada w jaki dół na drodze, polski dół, który ogląda pokolenie dziedziców za pokoleniem, ale pan delegat Budzisz nie zauważa tego, jest cały przejęty wielkimi politycznymi planami”.
Esej Wańkowicza z lat walk o niepodległość mógłby być lekturą podstawową na lekcjach patriotyzmu krytycznego – prawdziwie wstającego z kolan, bo uznającego wstydliwe karty narodowej historii. Wańkowicz, myśląc zapewne o dziejach własnej rodziny, pisał o przodkach, którzy jednocześnie „nurzali się w rozpuście i bezrządzie za Sasów i byli twórcami 3-go Maja, niweczyli go Targowicą i bronili w rozpaczliwym boju konfederatów”.
Tradycję trzeba przyjąć nie wybiórczo, lecz w całości – i na niej się uczyć, bo „wszyscyśmy potomkami przodków naszych: ich grzechy w dziedzictwie i na nas spadają, a ich cnoty i w naszych piersiach drzemią”. Krytyczne spojrzenie na historię własnego narodu było dla młodego Wańkowicza koniecznością, którą porównywał do troski o obumierające drzewo. Młode pokolenie Polaków przypominało zaszczepkę „na zmurszałym pniu starego dębu”. Młode ziele – jeszcze nie na kraterze.

„Równość równością, ale ty, chamie, pana znaj, rozumiej łaskę”
Ten młody polityczny ideolog, a wciąż gimnazjalista, za szczególnie niebezpieczną dla Polaków uznawał postawę Budzisza. Tym niebezpieczniejszą, że na pierwszy rzut oka pozytywną. Zalety tej postawy okazywały się jednak złudne, a rzekomo drobne wady podmywały same fundamenty. Najpoważniejszą z nich był zdaniem Wańkowicza brak innego niż czysto uczuciowy fundamentu dla patriotyzmu. Przyjdzie nowa emocja – i ten krzykliwy patriotyzm zgaśnie. Potrzebny był bowiem, poza emocjami, wysiłek intelektualny. Nie wystarczy – pisał przyszły reporter – „porwać za sztandar” i nieść go „w radosnym uniesieniu”, „krzepko wśród setek serc zgodnie bijących”.
Wańkowicz nie opisywał Marszu Niepodległości – ale dlaczego mam go teraz przed oczami? Krytykował postawę opartego na afekcie patriotyzmu, bo niepodległość nie była dla niego celem samym w sobie, tylko środkiem służącym wolności i równości wszystkich ludzi. Jako przykład podawał postać rzeczywistą, Konarskiego, który mówił: „Za Polskę z królem, chociażby Polakiem, nie poświęcę ani kropli krwi”. Cytował też słowa jednego z bohaterów dramatu Róża Stefana Żeromskiego, Zagozdy: „[…] nie chciałbym widzieć dyktatury sołdatów z białymi orłami na kaszkietach”. W wizji pisarza niepodległość Polski byłaby pełna tylko wtedy, gdyby wszyscy ludzie stali się wolni. I równi; bo Wańkowicz pisał wprost, że wolność pojmuje także w jej socjalnym wymiarze. Prawdziwym wrogiem niepodległości były dla niego dawne szlacheckie nawyki, które zresztą dostrzegał także w sobie, wspominając, jak to w trzeciej klasie przejął się ideami demokratyzmu i równości – ale tylko deklaratywnie i fasadowo. Ostrzegał przed taką wyższościową postawą na własnym przykładzie: „Nuż, wróciwszy na wakacje, chłopom rękę na powitanie dawać. Z jakimże zgorszeniem broniłem ręki od pocałowania, bolałem nad piętnem niewoli, które się w ludzie wyryło, zdejmowałem pierwszy czapkę przed starszymi wieśniakami! Aż kiedy się zdarzyło, że witając się ze mną, fornal nie wyjął fajki z gęby i wyciągnął rękę bez najmniejszych oznak uniżoności – dotknęło mnie to niemile, choć sam przecież tego chciałem. Uczucie, które mną owładnęło, da się wyrazić słowami: «Wszystko to dobrze, równość równością, ale ty, chamie, pana znaj, rozumiej łaskę»” [2].
W jego pierwszym programowym eseju widać psychologiczny cień postawy jego ojca, który powróciwszy z zesłania, zaangażował się w działalność obywatelską.
Paliwo na trudną drogę znaleźć w Słowackim
Wkrótce potem w jednej z powszechnych wówczas książek zbiorowych pisanych przez uczniów Wańkowicz opublikował obszerny esej światopoglądowo-filozoficzny „Ja” osobiste a społeczeństwo [3]. Tekst uzupełniał pomocniczy diagram ilustrujący przedstawioną przez autora koncepcję „barometru jaźni – drabiny intelektu” (później ten wizualny schemat pisarz odtworzy w jednej ze swoich książek) [4].
Trudny stylistycznie młodzieńczy esej Wańkowicza jest jednym z kluczy do jego wizji świata. Powstał w sytuacji, gdy młodzi niepodległościowi konspiratorzy czuli, że powtarzają historię poprzednich pokoleń, i spodziewali się, iż wkrótce będą musieli wyemigrować ze względów politycznych [5]. Ich tragedią była niemożność życia po prostu dla siebie [6]. To o tym, po odzyskaniu niepodległości, napisze Lechoń – widzieli Polskę, nie zauważając wiosny.
Esej Wańkowicza będący mieszanką Wyspiańskiego ze Słowackim i ekonomią czyta się dziś żmudnie, ale jego sens jest nadal czytelny. Autor twierdzi, że perspektywa tułaczki, porzucenia domu, nie powinna przygnębiać, o ile jest się człowiekiem wewnętrznie niepodległym. Chociaż nie bagatelizuje dramatu oddzielenia od ojczystej ziemi – przede wszystkim od ojczystego języka – wskazuje, że jednostkę unieszczęśliwia się, odbierając jej możliwość służenia idei, i rozwija własną koncepcję szczęścia, używając pojęć zaczerpniętych między innymi z Nietzschego, jednak rozumianych po swojemu (zaznacza, że… dotąd go nie czytał).
Wańkowicz już wtedy sformułował pogląd, że każdy naród odznacza się jakimś własnym talentem, który składa się na „ogólnoludzką skarbnicę”, podobnie jak odrębne talenty mają klasy społeczne. Dziś możemy taki pogląd ocenić jako stereotypizację, od której krok do ksenofobii, u Wańkowicza jednak były to echa mesjanizmu. Po doświadczeniach nazizmu i faszyzmu do takiego sposobu myślenia podchodzimy z nieufnością, tymczasem dla młodego gimnazjalisty był on ochroną przed niebezpieczeństwem formatowania młodych ludzi przez różne instytucje. To przeciw temu samemu mechanizmowi, który nazwie „ugębianiem”, w Ferdydurke zaprotestuje Gombrowicz.
Rozwój osobisty Wańkowicz pojmował jako nieustanną drogę pod górę meandrującą między „linią piękna” a „linią pożytku”, zakosami po gigantycznym zigguracie. Byle nie osiąść na laurach. Nie zatrzymywać się. Wciąż w ruchu i polemice – ze sobą i z innymi. Jako źródło siły w tej żmudnej wspinaczce wskazywał Słowackiego, nazywając go „wieszczem, którego panowanie jeszcze nie nadeszło”. Twórczość tego poety będzie istotnym punktem odniesienia dla pokolenia żołnierzy Legionów. Urzeczenie piłsudczyków Słowackim spowoduje później z kolei naturalną reakcję sprzeciwu w scenie lekcji polskiego z Ferdydurke. Uczeń Wańkowicz autorem Króla-Ducha był jednak w okresie przed I wojną światową autentycznie urzeczony.
W eseju wskazywał też na znaczenie… egoizmu. Zaprezentował oryginalną koncepcję samorozwoju, w którym raz ważniejszy jest egoizm, raz altruizm, a ta swoista dialektyka tworzy swego rodzaju schody, dając impuls do pięcia się wzwyż. Głos opinii publicznej przedstawiał jako ważniejszy od własnych poglądów – dlatego kluczową rolę w tym mechanizmie odgrywało dla niego wsłuchiwanie się w vox populi.
Tej młodzieńczej teorii pozostanie wierny. Dla Wańkowicza pisarza niezmiernie ważny będzie żywy kontakt z czytelnikami reagującymi na jego teksty. Kontakt z nimi będzie dla niego jak dotknięcie ziemi przywracające siły gigantowi z greckiej mitologii. To dlatego każde dłuższe oddalenie poza Polskę pisarz przypłaci bólem i cierpieniem.
ŁUKASZ GARBAL
Fragment książki Łukasza Garbala, „Wańkowicz. Życie na kraterze”, Warszawa, Czarne, 2025. Żeby zamówić, proszę kliknąć – tutaj.
[1] Tekst ma dwie wersje – drukowaną w czasopiśmie i w książce zbiorowej: J. Łużyc [M. Wańkowicz], Konarski a Budzisz, „Młodzież. Pismo młodzieży polskiej” 1911 nr 5, s. 12–23; W. [M. Wańkowicz], Budzisz. Najbliższy horyzont za naszemi „wrotami życia” [w:] U wrót życia, Warszawa 1911, s. 8–14 (z dopiskiem: „Fragment większej całości”).
[2] W. [MW], Budzisz. Najbliższy horyzont za naszemi „wrotami życia”, dz. cyt., s. 10, 11.
[3] M. Wańkowicz, „Ja” osobiste a społeczeństwo [w:] Bez przyłbicy, Warszawa 1912, s. 68–106.
[4] M. Wańkowicz, Zamiast przedmowy [w:] tegoż, Przez cztery klimaty, 1912–1972. Wyb. A. Garlicki, oprac. przypisów A. Chojnowski, A. Makowiecki, A. Notkowski, Warszawa 1972, s. 7.
[5] Przy rozstaniu [w:] Bez przyłbicy, dz. cyt., s. 3.
[6] Q. S. Żelewski, „My życiem głodni i za życiem zrozpaczeni” [w:] Bez przyłbicy, dz. cyt., s. 52, 58, 67.
W 1958 r. w Krakowie Henryk Jasieński zredagował ostateczną wersję pierwszej części swoich „Wspomnień”, ponownie sięgając pamięcią do lat 1894–1895. W rozdziałach 10. i 12. opisał przedświąteczną podróż z Warszawy do dziadków Łabęckich, którzy mieszkali w Lublinie. Była to dla niego wyprawa do zapachów, smaków, wielkanocnych zwyczajów i wzruszeń dawno już minionej epoki.
Przemysław Pawlak
HENRYK JASIEŃSKI „Wspomnienia”
Lublin i wiosna – Podróż i przyjazd – Biały stół pod kloszem sufitowej lampy –Kanapa z barokowo giętym oparciem.
Zimę spędzaliśmy z reguły w Warszawie. Wiosną, wczesną wiosną, jeszcze przed Wielkanocą jechaliśmy do Lublina, do dziadków Łabęckich i wyjeżdżaliśmy stamtąd dopiero po Zielonych Świętach, aby po krótkim pobycie w Warszawie, dla przepakowania się i porobienia sprawunków wyjechać na późniejsze lato do Osuchowa, do dziadków Jasieńskich.
Dlatego to wspomnienie ówczesnego Lublina łączy mi się najściślej z wyobrażeniem wiosny.
Lublin z tych czasów to dla mnie ostatnie w rowach topniejące, brudne kupy śniegu i pierwsze pączki i listki na drzewach, to kwitnące w wilgotnych rozdołach kępy żółtych kaczeńców, to moknące w garnuszkach wierzbowe fujarki, to dochodzące przez otwarte okna gwary, tupotania i turkotania, dalekie szczekania psów i piania kogutów, to wielkanocne jaja i pisanki, szynki i zwoje kiełbas, babki i mazurki, i pokręcone wiórki kropidła położonego na miseczce ze święconą wodą, to rozległe przestrzenie łąk za torem kolejowym, całkowicie różowe od kwitnących smółek, i pierwsze poziomki na stoku wysokiego nasypu kolejowego, spadającego od toru daleko w dół do lasu, za mostem nad Bystrzycą, koło Konopnicy, to podłogi mieszkania przy fabryce na Piaskach, posypane gorzko pachnącym tatarakiem o biało-różowych, sprężystych łodygach, a wreszcie wczesne maki i bławatki w zielonych jeszcze zbożach.

Przed 1915 – źródło: z kolekcji prywatnej Roberta Marcinkowskiego. www.warszawa1939.pl
*
Z Warszawy do Lublina jechało się wówczas chyba nie o wiele dłużej niż dzisiaj pociągiem osobowym. Była to już jednak, zwłaszcza jak na mój wiek, wcale długa podróż. Wyjechawszy z Warszawy po wczesnym obiedzie, czy może tylko obfitym drugim śniadaniu, przyjeżdżało się do Lublina dobrze już ciemnym wieczorem na opóźnioną umyślnie kolację.
Wyjeżdżało się z dworca Nadwiślańskiego, później po wojnie światowej nazwanego Gdańskim. Była to rozległa, parterowa, barakowego wyglądu, drewniana budowla, pomalowana na kolor musztardowy, do której jechało się dorożką daleko i długo przez rzadko poza tym oglądane, podejrzanie i jakoś śmierdząco się nazywające Nalewki.
Tragarz wnosił rzeczy do obszernej poczekalni o suficie wspartym na lanych, żelaznych słupach, tłumnej i huczącej gwarem, gdzie się czekało na kupno biletów przy ustawionych pod ścianą koszach i walizkach, wpośród gęsto rozwieszonych, różnokolorowych ogłoszeń, polskich, rosyjskich, także i francuskich…
Pamiętam, że mnie szczególnie intrygowało jakieś Anonimowe Towarzystwo Fabrykacji Superfosfatów, czy jak ja to uparcie czytałem, „Superfostafatów”. Ta tak demonstracyjnie zaznaczona anonimowość, w połączeniu z niezrozumiałą nazwą fabrykowanego produktu wydawała mi się podejrzana i nie całkiem bezpieczna. Musiałem już wówczas słyszeć, że anonimowo, bezimiennie ludzie robią tylko jakieś rzeczy, do których się nie chcą przyznać, a więc najczęściej jakieś brzydkie rzeczy. Jakieś więc brzydkie cele musiało mieć to towarzystwo. Tylko czy tak otwarcie przyznana anonimowość, i opatrzona adresem, jako pokrywka nieuczciwych machinacji, nie przestawała być skuteczna?
Zastanawiając się nad tymi trudnymi do rozwikłania sprzecznościami ustroju kapitalistycznego (które to określenie, wówczas mi zresztą nieznane, wyjątkowo tu właśnie trafnie charakteryzuje istotę frapującego mnie zjawiska), patrzyłem równocześnie przez wielkie okna, poprzez peron na liczne tory wielkiej stołecznej stacji, na których gdzieś daleko stały szeregi wagonów osobowych i towarowych, i po których przesuwały się niekiedy jakieś manewrujące lokomotywy albo zajeżdżały krótkie, lokalne pociągi.
Na koniec na któryś z bliższych torów zaczynano podstawiać także i nasz pociąg. Za oknami przesuwały się powoli, jeden za drugim, ogromne i wysokie wagony szerokotorowej linii, zależnie od klasy: granatowe, żółte i najliczniejsze zielone. Niekiedy mieszane I i II klasy, częściowo granatowe, a częściowo żółte.
Wśród publiczności budziło się większe ożywienie, na sali zjawili się tragarze, żeby zabrać pakunki, wreszcie otwierały się drzwi na peron, rozlegał się sakramentalny „pierwszy dzwonek” i stojący w drzwiach portier ogłaszał, łamanym zapewne rosyjskim językiem pociąg „pasażerski” odchodzący w kierunku Iwangorodu, Nowo-Aleksandrii, Lublina, Chołma i Kowla [1].
„Pasażerowie” opróżniali poczekalnię i „podążali” przez peron i tory w kierunku pociągu i lokowali się w wagonach. Wagony w tym czasie były wszystkie jednakowo trzyosiowe, z otwartymi balkonikami na końcach, o daszkach wspartych na bardzo ozdobnych, lanych, żelaznych konsolkach. Wnętrza były korytarzowe. Przedziały drugiej klasy były obszerne, szerokie i wysokie, głębokie wygodne kanapki zawsze obciągnięte czysto wypranymi pokrowcami białymi w niebieskie paski, pod którymi nawet się wówczas nie domyślałem „dzikiego” koloru pluszu w szare, brunatne i zielonkawe strzałki. Okienko jedno, dość wąskie i umieszczone wysoko nadawało wnętrzu charakter, jak niekiedy słyszałem więzienny, a jak ja uważałem – przytulny i bezpieczny.
Po trzecim dzwonku pociąg ruszał i przejechawszy przez most na Wiśle, mijał wolno, nie spiesząc się, podwarszawskie laski na piaseczkach, wraz z położonymi wśród nich letniskami, ustępujące stopniowo płaskim, rozległym polom i pastwiskom. Mijały drewniane stacyjki w szwajcarskim stylu pomalowane na kolor „bryczkowy”, czyli inaczej „musztardowy” i ozdobione wycinanymi z desek „ażurami”. W pewnej chwili zjawiał się konduktor z symboliczną latarką, ubrany w płytkie, długie buty, bufiaste hajdawery i kacapskiego kroju z boku zapinaną bluzę, grzecznie salutował do barankowej czapki i prosił po rosyjsku o pokazanie biletów. Trzeba było pewnego wysiłku wyobraźni, żeby się połapać, że spod tej tchnącej wschodnią grozą czapki patrzy uczciwa, wąsata gęba jakiegoś mazowieckiego Macieja, albo Bartłomieja, który zorientowawszy się, z kim ma do czynienia (i kto siedzi w sąsiednich przedziałach), wdawał się nieraz chętnie w prywatną rozmowę już nie w „urzędowym języku”.
Sporo czasu zabierało samo smakowanie rozkosznego uczucia, że się jedzie pociągiem, tak równo, powoli, statecznie i bez pośpiechu, że koła rytmicznie stukają, że się jedzie w takim przytulnym wnętrzu, że się można tak głęboko, wygodnie rozsiąść, że druty telegraficzne za oknem podnoszą się w górę i znowu opadają, punktowane zawsze w tym samym miejscu akcentem migających słupów, a zagony pól wachlarzowatym ruchem odwracają się wstecz.
W końcu jednak doznawanie tych wrażeń nasycało o tyle, że stawało się możliwe doznawanie na ich tle także i wrażeń innych. Po jakimś czasie przyjmowania do świadomości tak intensywnych przeżyć zaczynało się robić głodno i z pewnym zadowoleniem widziało się zdejmowany przez kogoś z siatki koszyk z prowiantami, z którego ukazywały się kurczęta na zimno, chleb z masłem i mleko w butelce z pływającymi w nim, na skutek, jak mi tłumaczono, potrząsania jadącego wagonu, kuleczkami tłuszczu, które mnie szczególnie zajmowały i wydawały mi się specjalnie smakowite.
*
Po trzech, czterech godzinach jazdy, mniej więcej na połowie drogi, pociąg zatrzymywał się na dłuższy postój na węzłowej stacji Iwangród, o której zwykle ktoś przypominał, że nazywa się właściwie po polsku Dęblin.
Tu pasażerowie wysypywali się tłumnie z wagonów i podążali do ogromnej sali restauracyjnej, gdzie przy czyściutko nakrytych, w szereg ustawionych stołach można było, zależnie od pory dnia, albo zjeść bez zbytniego pośpiechu obiad, albo jak w tej teraz podróży napić się na podwieczorek doskonałej kawy, na którą żołędzie zbierała własnoręcznie rodzina restauratora w pięknych okolicznych lasach dębowych, jak to kiedyś opowiadała ciotce Mumie dziewczyna, która tu przedtem była na służbie: „Takie to były przyjemne wycieczki z panią i starszą panią, i wszystkimi dziećmi, i piło się w lesie, i tańczyło się przy harmonii, i taka potem z tego była doskonała kawa!”. Zresztą kawa, choć żołędziowa, czy tylko, jak raczej przypuszczam, z domieszką żołędzi, była rzeczywiście doskonała i wypijałem ją z wielkim smakiem.
Niech też temu restauratorowi światłość wiekuista świeci, wraz z całą jego rodziną, bo tą swoją kawą nikogo nie struł, ani mu żadnej krzywdy nie zrobił.
*
W niedługi czas po odjeździe z Iwangrodu na malowanym na musztardowo budynku następnej większej stacji sylabizowałem rosyjski napis: Nowo Aleksandria. Ktoś przypominał, że to przecież Puławy, właśnie te same Puławy Czartoryskich, gdzie była świątynia Sybilli.
Powoli zaczynało się robić ciemno. Zjawiał się konduktor z zapaloną już teraz latarką. Wyciągał powoli z torby piękną, grubą, jeszcze nienadpaloną świecę stearynową, osadzał ją starannie w zmyślnej, sprężynowej tulejce latarni umieszczonej w prostokątnym wykroju ściany między korytarzem a przedziałem i zapalał. Było to oświetlenie nocne, pozwalające poruszać się po przedziale bez rozbijania sobie głowy, ale nieprzeszkadzające, zwłaszcza po zaciągnięciu brunatnej firaneczki, dokładnie spostrzegać to, co się działo za oknem… i wówczas rozpoczynało się nowe, tajemnicze i pasjonujące, dziś już niespotykane widowisko.
Za oknem przedziału, najpierw zaledwie i chwilami tylko widoczne na ciemnym tle jakiegoś mijanego lasu, potem, w miarę ściemniania się coraz bardziej, stale widoczne i coraz wyraźniejsze, w kierunku przeciwnym do biegu pociągu zaczynały przepływać najpierw pojedyncze iskry, a potem całe ich smugi, to rzednące, to znów kłębiące się gęściej, lekkim skosem opadające w dół i osiadające cicho na pochyłościach nasypów i na przytykających do toru polach i łąkach.
Pytałem, czemu tych iskier nie było, a teraz naraz są. Odpowiadano mi, że były ciągle, tylko ich za jasnego dnia nie było widać. Aż dopiero teraz, gdy się zrobiło ciemno. Wierzyłem w to, czy nie wierzyłem, fakt pozostawał faktem, że przedtem dla mnie iskier nie było, że nie odgrywały żadnej roli w zespole moich wrażeń, podczas gdy teraz wysuwały się coraz to bardziej na plan pierwszy, absorbowały całą moją uwagę i swoim nieustannym kłębieniem się i uciekaniem w tył na tle pogłębiającej się ciemności wprowadzały mnie w końcu, razem zapewne ze wzrastającym ku wieczorowi zmęczeniem, w jakiś stan na wpół hipnotyczny.

ze strony www.teatrnn.pl
*
Ze stanu tego wyrywał mnie wjazd na wielki lubelski dworzec towarowy, stukotanie kół na gęstych rozjazdach i bębnienie na obrotnicach, i liczne tuż ponad ziemią żółte, czerwone i zielone światła sygnałowe. Zrywałem się, żeby pomóc zbierać i zdejmować z siatek pakunki i paczki i całkiem już przytomnie przechodziłem przez oświetlone sale na plac przed dworcem, a raczej – jak się wówczas mówiło – stacją (jeśli nie „banhofem”, albo nawet „foksalem”), gdzie oczekiwał na nas z końmi Benedykt, żeby nas podwieźć niedaleko do tak samo jak dworzec na Piaskach położonej fabryki.
Tu, przejechawszy przez bramę, wysiadało się przed wejściem do „kantoru” i szerokimi, dobrze znanymi, trzy razy załamanymi schodami wychodziło się na piętro. Mieszkanie dziadków nad „kantorem” nie miało przedpokoju. Z szerokiego podestu schodów, o lakierowanej na brunatno podłodze, wchodziło się wprost do wielkiego pokoju jadalnego, na którego środku pod kloszem jasnej sufitowej lampy rozpościerała się biała, rozległa powierzchnia nakrytego do kolacji, szeroko rozsuniętego stołu.
Na marmurowym stoliku przystawionym do jego przeciwległego, zaokrąglonego końca stał wielki, lśniący, mosiężny samowar, przy którym w kłębach pary stała ciotka Muma i nalewała herbatę, której mocny, śliczny aromat wypełniał cały pokój jak gdyby uchwytny, materialny wyraz atmosfery spokoju, domowości i bezpieczeństwa rodzinnego.
Po przywitaniach i szybkim oporządzeniu się, a przede wszystkim umyciu rąk po całym dniu w wagonie, zasiadało się do stołu, na którym pojawiała się waza klusek lanych na mleku, albo może samego mleka do podanej osobno kaszy tatarczanej, jako podstawowa kolacyjna potrawa.
Naturalnie że była jeszcze potem herbata i różne rodzaje chlebów i bułek, i masło, i sery, i konfitury, i marmelady, i co tam jeszcze należy do normalnych kolacyjnych dodatków. Ja zamiast herbaty, której długo jeszcze (poza jej aromatem) nie nauczyłem się oceniać, przyrządzałem sobie raczej „kapłonka” z nadrobionego do filiżanki chleba, dobrze posolonego i z kawałkami masła, zalanego wrzącą wodą z samowara. Zresztą zaczynała mnie już ogarniać zrozumiała po tylu emocjach senność, więc mnie odprowadzano do pokoju Babuli, gdzie było dla mnie przygotowane posłanie na dobrze znanej, szczególnie wygodnej, wielkiej kanapie o barokowo giętym oparciu.
Prosiłem zwykle, żeby mi urządzono, albo pozwolono urządzić „karetę”, tj. rozpiąć nad posłaniem, na szkielecie z lasek i parasolów, i kijów od szczotek, daszek z wielkiego popielatego pledu z opadającymi na boki zasłonami. Ale na to godzono się nie bardzo chętnie, uważając, że spanie w takiej zewsząd zamkniętej budzie, niedopuszczającej swobodnego przewiewu, nie jest właściwe i zdrowe. […]
Spacery: nadtopniałe śniegi w rowach – Otwarta trójprzęsłowa szafa i pierwszy wycieczkowy ekwipunek – Święcone
Przyjazd z wielkiego miasta, z „kamiennej pustyni” Warszawy, do mniejszego i bardziej zazielenionego Lublina, gdzie bliżej było do rogatek, dawał sposobność do prowadzenia mnie na spacery za miasto. Ze sposobności tej starano się korzystać bez opóźnienia, nie czekając koniecznie na zupełne ocieplenie, jeśli się ono opóźniało, albo jeśli przyjazd do Lublina, zapewne w związku z datą Wielkanocy wypadał bardzo wcześnie.
Dlatego pamiętam spacery szosą ku Piaskom Luterskim, albo później za Saski Ogród w stronę Czechowa, wzdłuż rowów napełnionych jeszcze nadtopionym, zlodowaciałym, powygryzanym w koronkę, brudnym i powoli znikającym śniegiem.
Pamiętam raz idącą wzdłuż takiego rowu starą kobietę, może trochę podpitą w czasie targu w mieście, która zwracała się do śniegu jak do świadomej istoty, wygrażała mu pięścią, przemawiała do niego i przeklinała go, radując się, że już go diabli biorą, że już skończyło się jego panowanie i że już lada chwila znikną ostatnie jego ślady.
Opowiadałem o tym spotkaniu z wielkim ożywieniem po powrocie do domu. Ja też się cieszyłem, że się zima kończy i że ostatki śniegu znikają. I to, co mówiła do śniegu babina, wydawało mi się zrozumiałe i słuszne. Ale oczywiście nie mogłem wiedzieć, jak bardzo i o ile więcej niż mnie, zima z tym śniegiem musiała się dać we znaki babinie w jakiejś chałupinie, może niedogrzanej i ciemnej, w długie zimowe wieczory i późne poranki, z koniecznością kopania się przez zaspy daleko do szosy, a potem ślizgania się po ubitym śniegu, z ciężkim tobołem na plecach, daleko do miasta na targ. I o ile bardziej dla niej niż dla mnie zniknięcie śniegu i nastanie ciepła było ulgą, końcem udręki i wielką radością.
Te ostatki śniegu teraz już prędko znikały i niedługo potem w rowach, w zagłębieniach terenu, na miejscach wilgotniejszych zaczynały kwitnąć bujne i rozłożyste kępy złoto-żółtych kaczeńców o grubych, nalanych wodą łodygach i liściach, które przywykłem uważać za oznajmienie, a zarazem symbol na dobre już się zaczynającej wiosny.

Ze zbiorów Zbigniewa Lemiecha, strona www.teatrnn.pl
*
W mieszkaniu nad kantorem był to okres robienia wiosennych i przedświątecznych porządków. W pokoju jadalnym wielka, ciemna, trójprzęsłowa szafa stojąca pod ścianą od kuchni, bokiem do okna na podwórze fabryczne, była szeroko otwarta, a wyjęte z niej rzeczy rozłożone na ceracie wielkiego jadalnego stołu.
Przypominam sobie, jak wieszano do niej z powrotem, po ich wyczyszczeniu i wynaftalinowaniu podbite futrem „rotundy”, zapamiętane może głównie z racji ich „ciemno”, „głęboko” i uroczyście brzmiącej nazwy. Były to takie wąskie, ściśle dopasowane, nierzucające fałdów jak gdyby peleryny, które widocznie wtedy, albo nieco przedtem panie niekiedy nosiły w zimie.
Spomiędzy rzeczy rozłożonych na stole najbardziej mnie zaciekawiały różnych rozmiarów torby z grubego, szarego płótna, obszyte czerwoną tasiemką, porządnie pozapinane na sprzączki albo guziki i zaopatrzone w gurty do przewieszania przez ramię. Były one przeznaczone do noszenia drugich śniadań albo podwieczorków, „robótek” dla jakiejś towarzyszącej osoby starszej, a wreszcie jakichś zapasowych ciepłych rzeczy na dłuższe, wielogodzinne spacery i wycieczki. Możność składanego spakowania i niesienia takiego sprzętu wydawała mi się nieomal bardziej atrakcyjną jak sam spacer, a w każdym razie jakąś bardzo istotną częścią związanej ze spacerem przyjemności. Jak zresztą bywało jeszcze i znacznie później, a nawet pozostało do dzisiejszego dnia.
Było to, zdaje się, pierwsze moje zetknięcie z na wpół jeszcze improwizowanym ekwipunkiem wycieczkowym, którego obmyślenie, poprawianie, reformowanie, kompletowanie i udoskonalanie, i dostosowywanie do każdorazowych potrzeb tyle miało potem zająć miejsca w moich najbardziej własnych, często ponawianych i szeroko rozwijanych rozmyślaniach.
*
Niedługo potem pojawiały się podgrzewane nad świecą skorupki i blaszane pokrywki od pudełek z „szuwaksu” z roztopionym woskiem, w którym się maczało zapałki i rysowało nimi na skorupach jajek różne krzyżyki i jedlinki, drabinki i swastyki, przed zanurzeniem do wywaru z łupin cebulowych albo innych „naturalnych” (jak mówiono) barwików roślinnych (czy nie przypadkiem szpinakowe liście?). Pojawiały się i przyniesione z miasta torebki z kolorami, ale do tych odnoszono się nie bardzo chętnie i mówiono z wyraźnym odcieniem pogardy, że „to anilina”!
Było to przygotowywanie pisanek różnymi tradycyjnymi sposobami, do których musiano widocznie przywiązywać niejaką wagę, choć nie mam wrażenia, żeby je ktoś był umiał stosować w całkiem „klasyczny” sposób.
Któregoś dnia bardzo niedługo potem stół jadalny był zasłany białym obrusem i zastawiony wielką obfitością szynek wieprzowych i cielęcych, stosów jaj białych i brązowych, otoczonych wiankami kiełbasy, salaterek żółtego sosu tatarskiego z zielonymi kaparami, talerzyków ze skrobanym na wiórki chrzanem, wysokimi babami z garnków, równymi jak kolumny, o rozszerzonych i niekiedy na bok pochylonych czapkach, i niższymi, ale dołem szerzej rozsiadłymi ze stożkowatych foremek o karbowanych bokach, szerokimi, pękatymi jajecznikami, serowcami, na których wówczas jeszcze nie całkiem umiałem się poznać i wreszcie rzecz oczywista – mazurkami różnego rodzaju i koloru, a więc „piaskowymi” („ale w nich przecież nie ma naprawdę piasku!?”), czekoladowymi w kilku odmianach, bakaliowymi, cygańskimi z rodzynków i siekanych orzechów i migdałów rozmieszanych w pianie z bitych białek, i nie wiem jeszcze jakimi, których nazwy, wyglądy i smaki mniej mi utkwiły w pamięci. To wszystko ubrane bukszpanem i girlandami wilczego łyka i porozstawianymi doniczkami białych i różowych hiacyntów.

Ze strony muzhp.pl
Dla mnie było osobne miniaturowe, ale kompletne święcone ustawione na małym stoliczku przystawionym do ściany po prawej stronie drzwi do salonu, ozdobione ponadto moknącą w szklance wierzbową fujarką.
Mam wrażenie, że obok własnego naszego święconego były tu koszyki i półmiski z innych gospodarstw domowych, położonych w obrębie fabryki, a może i w jej sąsiedztwie, przyniesione tutaj jako na punkt centralny i zbiorczy, gdzie się miało odbywać święcenie.
Pamiętam przyjście księdza z kościelnym i że kościelny zdejmował z księdza palto, a narzucał na niego, zdaje się, kapę, i szeptaną modlitwę, i stojących w milczeniu widzów i uczestników obrzędu, i kilkakrotny okrągły ruch wzniesionego w górę kropidła i potem jakąś rozmowę w salonie, uprzejmą ale trochę pospieszną, bo ksiądz miał widocznie w sąsiedztwie parę jeszcze święceń do załatwienia.
Wybrał, z maszynopisów i rękopisów przepisał i opracował
PRZEMYSŁAW PAWLAK
[1] W okresie zaboru rosyjskiego: Iwangorod, Iwanogród – Dęblin, Nowo-Aleksandria, Nowa Aleksandria – Puławy, Chołm – Chełm. Kowel – niegdyś miasto królewskie Korony Królestwa Polskiego, obecnie na Ukrainie, w obwodzie wołyńskim.
Tegoroczną Wielkanoc znowu przeżywamy w aurze bolesnej i niezrozumiałej agresji Rosji na Ukrainę, wojny (prewencyjnej?) na Bliskim Wschodzie, rozszalałej rozgrywki wielkich mocarstw o panowanie nad światem, połączone z agresywną przemocą, która zdaje się zastępować sprawiedliwość. Przekonaliśmy się na własnej skórze, że pierwszą ofiarą działań wojennych jest zawsze prawda, zagruzowana przez oszczerstwa, kłamstwa i informacyjne fałsze. Jakby zapomniano o przestrodze Immanuela Kanta, że naruszenie prawa w jednym miejscu na ziemi odczuwane jest we wszystkich innych. Dlatego zastanawiamy się: czy współczesność wymusza jeszcze na nas konieczność odnajdowania trwałych punktów odniesienia natury moralnej, religijnej, społecznej? Jesteśmy w większości katolikami, o jaśniejącym w sercach płomyku wiary, raz silniejszym, innym razem niemal dogasającym, ale stale zamieszkującym naszą osobowość. Oznacza to, że każdy aspekt codzienności wiążemy z Bogiem, którego wtargnięcie w ziemską historię uczyniło z niej historię zbawienia. Mamy więc poniekąd obowiązek własne wybory egzystencjalne wiązać ze słowem Starego i Nowego Testamentu, które razem tworzą ramę antropologiczną rzeczywistości, w której żyjemy.
Chrześcijańska duchowość paschalna
Chrześcijaństwo zaproponowało światu odpowiedzi na pytania, które kultura przedewangeliczna wprawdzie postawiła, ale na które przekonująco nie odpowiedziała. Dopiero poprzez Wcielenie Bóg dał się poznać człowiekowi, przedstawiając się jako byt żywy, osobowy, któremu zależy na szczęściu swojego stworzenia i który w Chrystusie zapewnia mu szansę osiągnięcia zbawienia. Czyni to jednak w sposób przez samego siebie zaproponowany. Jezus wystąpił jako Mesjasz, który świadomie wybrał cierpienie i śmierć krzyżową – co stanie się wielkim zgorszeniem dla żydowskiego społeczeństwa (czy tylko dla niego?) – żeby w tajemnicy Zmartwychwstania ustanowić „nowe niebo i nową ziemię”, zatem Nowy Świat. Wyznawcy Mistrza z Nazaretu uznają to wydarzenie za najważniejszy moment w historii kosmosu, który niektórzy (Jean-Luc Marion) porównują do wybuchu bomby atomowej, pozostawiającej wypalone dziury i cienie na murach – wraz z nieznośnym promieniowaniem. Właśnie to „promieniowanie” pozostaje ważne.
Toteż o tych sprawach wypowiadamy się najpewniej w języku wiary, czyli w języku miłości, rozumiejąc, że zmartwychwstanie od strony osobowego i kochającego Boga nie tylko jest pełne sensu, ale pozostaje prostą konsekwencją Jego szczerej miłości. Słyszymy więc ponownie wielkosobotnie orędzie światła ze świadomością, że to, co się dzieje teraz ze światem, wpływa na nasz sposób myślenia, działania. Żyjemy już w innej rzeczywistości niż kilkadziesiąt lat temu. Może nawet niektórzy z nas odsłonili w sobie obszary dotąd nieodkryte, dzięki którym znika z ich oczu to, co jest błahostką, drobnym egoizmem, wygodą poprawności politycznej. Nie zważają na własne potrzeby czy zachcianki – uwagę kierują tam, gdzie oczekuje się wsparcia. Czynią tak, ponieważ nie chcą skazywać się na obecność poza mądrą i empatyczną wspólnotą.

W związku z powyższym, czy zmieniło się dzisiejsze doświadczenie Wielkiej Nocy? Przypuszczam, że tak. Zaczynamy coraz wyraźniej odczuwać pewną żywą warstwę, z której istnienia dotychczas nie zdawaliśmy sobie sprawy. To bardzo czuły stan naszego ducha, który nie daje zapomnieć, że rujnują nas odstępstwa od Bożych miar i Bożych przykazań, zwłaszcza wojny i niemal powszechna niezgoda, bez przerwy podszywana ideologiczną propagandą. Bywamy bezradni, zwłaszcza kiedy zjawiają się sytuacje graniczne. Wówczas zajmują się nami inni ludzie, w szpitalach, w domach opieki, podczas trudów choroby. Czy dźwigając na ramionach taki ciężar, potrafimy odczuć nowe życie? Czy umiemy dostrzec, że owe przeżycia są przygotowaniem do spotkania pełniejszej miłości? Ktoś natychmiast mi powie, że być może tak jest, ale nie wszyscy odkrywają powiew tej miłości, przytłoczeni utratą, żalem, cierpieniem nie do przebolenia, pustką po porzuconej ufności.
Przyjmuję tego rodzaju reakcję, ale równocześnie otwieram pole myślenia związanego z wyrazem „pascha”, który pochodzi od hebrajskiego rzeczownika pesach oznaczającego „przejść obok”, „przejść nad” lub „ominąć”. Księga Wyjścia opisuje chwilę, kiedy Bóg powiedział Mojżeszowi: „Gdy ujrzę krew, przejdę obok i nie będzie pośród was plagi niszczycielskiej, gdy będę karał ziemię egipską” (Wj 12,13). Przyznaję, niezbyt to jasne, choć w świetle Nowego Testamentu okazuje się godne rozważnej refleksji: krew baranków, którą Izraelici posłużyli się do naznaczenia swoich domów, była zapowiedzią Najświętszej Krwi Baranka Bożego – Jezusa Chrystusa – którego Krew na Krzyżu wybawiła ludzkość od śmierci wiecznej. W ten sposób słowo pesach, odnoszące się do historycznej celebracji (święta) żydowskiej paschy, w języku greckim stało się paschą dla określenia zbawczego wydarzenia, jakim jest śmierć Chrystusa i Jego zmartwychwstanie. Bóg Ojciec patrzy bowiem na każdego ze stworzeń poprzez pryzmat Najświętszej Krwi swojego umiłowanego Syna i w ten sposób omija ich śmierć wieczna spowodowana przez grzech. Rozumiemy więc, że to przejście (pesach) mieści w sobie zasłoniętą łaskę, dar niełatwy do należytego wysłowienia, możliwy jednak do duchowego uobecnienia. Dlatego nie mówmy: „A myśmy się spodziewali”.
W śmierci dokonuje się zmartwychwstanie
Świętujemy coś niesłychanego: Chrystus pokonał śmierć i wybawił ludzi z wiecznego nieszczęścia. W śmierci, bo jakże inaczej, dokonuje się zmartwychwstanie. Nie oznacza to, że ponownie uzyskamy od Boga swoje fizyczne ciało; raczej powiedziałbym, że w śmierci cały człowiek ze swym konkretnym doświadczeniem i historią otrzymuje od Boga nową przyszłość, niemożliwą zresztą do wyobrażenia, jako że znamy tylko parametry czasu, w którym żyjemy. Lecz, jak sugerował Tomasz z Akwinu, kto z ludzi szlachetniej kochał, ten znajdzie się w intensywniejszej bliskości z Umiłowanym. Wszak stan „jedności z Bogiem” nie niweczy ludzkiej natury. Pozostanie ona taka sama, choć udoskonalona. To będzie zmartwychwstanie całej historii, z wyjątkiem egoizmu i grzechu, które nie mieszczą się w miłości. Usiłujmy tę prawdę uczynić własną, to znaczy zobaczyć, jak w życiu każdego z nas przejawiają się Boże dary. Nie jest to łatwe, ponieważ obecne czasy nie sprzyjają tego rodzaju zamiarom. Wciąż ktoś nas poucza, proponuje zyski i łapówki, nie wyłączając namów literatury i sztuki, abyśmy jak najprędzej wyrzucili z własnej wrażliwości Jezusa Zmartwychwstałego.

Oczywiście, wszyscy tworzący Kościół są słabi, lecz właśnie czas Zmartwychwstania jest najstosowniejszy, by ujrzeć siebie we właściwym świetle. Kamień wszakże został odsunięty. W grobie nie ma Chrystusa. To zarazem fakt historyczny i przedmiot wiary. Dziejowe jest świadectwo apostołów, którzy stwierdzili, że widzieli Chrystusa żywego już po śmierci krzyżowej. Zapewne zdołali ustalić zaledwie dwie sprawy: pusty grób i coś, czego nie można określić jako ukazanie się Chrystusa zmartwychwstałego, lecz pojawienie się kogoś, kto stanął przed nimi i w którym nie dostrzegli jeszcze żywego Jezusa. Gdyby Go natychmiast rozeznali, mielibyśmy do czynienia z przypadkiem ożywienia ciała zmarłego człowieka. Tymczasem Apostołowie stwierdzili najpierw czyjąś obecność, dla Magdaleny był to ogrodnik, dla pielgrzymów z Emaus – podróżny… i dopiero potem, przez akt wiary, ujrzeli w tym kimś tego, z którym wspólnie przeżyli trzy lata i którego byli uczniami.
Wówczas stało się coś dającego wielce do myślenia. Bezspornie, ale nie dla wszystkich. Niektórzy bowiem przekonują, że znaki świadczące o tajemnicy Zmartwychwstania (pusty grób, ukazywanie się Chrystusa) są kruche, gdyż niewiara działa na znaki w taki sposób, że pozbawia je znaczenia. Wiara natomiast chce rozjaśniać ich logikę oraz spójność. Niewierzący będzie patrzył na wydarzenia wielkanocne, jak na wymyśloną przez ludzi opowieść, a pojawianie się Chrystusa po Zmartwychwstaniu, określi mianem autosugestii lub zbiorowej halucynacji. Jedno pozostaje w tej kwestii ważne: jeżeli nie uznamy sensu jakiegoś faktu, łatwo się on dla nas rozmywa; nieznajomość sensu prowadzi do zatarcia się samego wydarzenia.
Znaki domagające się wiary
Niemniej jednak i ludzie wierzący niekiedy przyjmują, że pusty grób sam przez się stanowi dowód Zmartwychwstania, jak gdyby to, że Jezus ukazywał się po swoim Zmartwychwstaniu, unieważnia sam akt wiary. Gdyby tak było, musielibyśmy przyjąć, że Jezusowe zwycięstwo nad śmiercią podlega w pełni prawom zmysłów i historii. Taki Bóg byłby Bogiem wykreowanym przez człowiecze marzenia, podszyte pogańskim folklorem. Powiedzmy więc wyraźnie: Zmartwychwstanie nie może być baśniowym wydarzeniem pewnym dla naszych oczu, lecz należy je pojmować jako szereg znaków domagających się głębokiej wiary. Nie warto też wiązać go z określonym „obrazem świata”, gdyż wówczas musielibyśmy w sposób konieczny włączyć działanie Boga w ramy ziemskich rzeczywistości, które uzyskałyby wymiar absolutny.
Kiedy apostołowie rozpoznali Jezusa, On zwrócił ich myśli ku przyszłości, powierzając im zadanie: mają budować wspólnoty wiernych i rozszerzać ich granice. Poddawać się prowadzeniu przez Ducha Świętego. Bo rozkwit i rozrastanie się Kościoła są o wiele większym objawieniem się Jezusa zmartwychwstałego aniżeli Jego ukazywania się. Żeby jednak „to wszystko” przyjąć, musieli przeżyć trudne dni poprzedzające Wielkanoc: Ostatnią Wieczerzę, wzruszające obmycie nóg, przeszyte Jezusowym przeczuciem straszliwej śmierci i splątaną z owym domysłem nadzieją, że dążenie ku kresowi życia jest wzrastaniem ku szczęściu nieba, zdradę Judasza, zaparcie się Piotra, strach i niepewność w Wieczerniku.
Podobną drogę przemierzamy i my, obecnie, rozumiejąc, że Jezus uczynił coś absolutnie łaskawego i uszczęśliwiającego. Pozostawił światu zobowiązujący testament: Eucharystię, będącą bezkrwawym sakramentalnym powtórzeniem Jego ofiary. W latach 30. ubiegłego wieku ksiądz Henryk Kazimierowicz, wierny przyjaciel Witkacego, duszpasterz, pisarz, religioznawca i propagator psychoanalizy, zamęczony przez nazistów w sierpniu 1942 roku w zamku Hartheim w Alkoven koło Linzu, spełniającym wtedy już tylko rolę „pieca dla KL Dachau”, kategorycznie zaznaczył, że bez Eucharystii nie ma katolicyzmu. Kościół egzystuje dla Ciała Chrystusowego, mistycznego (wierni) i rzeczywistego (Eucharystia), a katolicka teoria i praktyka Eucharystii wyzwala i zadowala lepiej pęd życiowy człowieka aniżeli wszystkie odłamy protestantyzmu. I dodawał, w aurze nieco poetyckiej, że Eucharystia to pocałowanie się Bożej mądrości z przedziwną Miłością, jako arcydzieło Bożego znawstwa psychoanalitycznego. Wskazywał, że katolicy kochają ten sakrament, ponieważ dostrzegają w cierpieniu i wyniszczeniu Chrystusa samych siebie i dzięki temu nie odczuwają tak tragicznie dramatu osamotnienia. Obecność Chrystusa pod postaciami chleba i wina, i to obecność wciąż dostępna, sprawia, że zdobywają głęboką świadomość własnej wartości, przeżywając dumę z tak nieoczekiwanego wyróżnienia.
Uczniom Jezusa – podobnie, jak wielu współczesnym – nie było łatwo zaakceptować tę prawdę. Trzeba było wielkiej pracy ich ducha, aby mogli przyjąć, że powinni stale czuwać, oczekując nastania Królestwa pokoju. Że zakosztują wielu przeciwności, aż dojdą do źródła osobistej mocy: Jezusa, który jest blisko i który wymaga aktywności tu i teraz, nie zaś wpatrywania się w jakąś utopijną przyszłość. Trzeba tedy z miłości uczynić oręż jedności z Bogiem i z ludźmi. Tam, gdzie nie było miłości, Jezusowa miłość oddała siebie, siebie zasiała i z obumarłego ziarna zrodziła się miłość zbawcza. Przedtem jednak musiały nastąpić wydanie Mistrza w Ogrójcu, uwięzienie, proces, biczowanie, Golgota i śmierć.

Sakrament nadziei
Widzimy pusty grób Chrystusa. Dlaczego pusty? W Nim bowiem wszystko było ofiarą, dziełem miłości, dobrowolnym darem z siebie. Nasze groby nie są opustoszałe, gdyż jesteśmy grzesznikami. A jednak istnieje w nas prawdziwe życie, bo byliśmy w stanie obdarzyć kogoś miłością, podejmowaliśmy wysiłki prowadzące ku dobru, umieliśmy przebaczać i prosić o przebaczenie – oto część nas, która zmartwychwstaje. Nie sugerujmy też, że po śmierci pozostają wyłącznie zwłoki. Gdyby rzeczywiście tak było, nastąpiłoby piekło, czyli niekończące się upodobanie we własnym „ja”. Tymczasem nie wchłania nas kosmiczne koło odwiecznego ruchu, wchodzimy natomiast w nowy stan bycia, mogąc już rozpoznawać Boga w Jego chwale, kochając tak, jak On kocha. Nie będziemy kimś innym, będziemy sobą, którzy stali się inni. Przebóstwieni zobaczymy Boga, bezgranicznie rozradowani tym imponującym aktem poznawczym, wzmocnionym łaską miłości – sakramentem ukrzyżowanej nadziei.
ks. JAN SOCHOŃ
Na ostatnim piętrze naszej kamienicy przy Dobrej, pod wieczór 22 czerwca, wybuchł pożar. Zawyły syreny. Nadjechały wozy strażackie. Z okna narożnego pokoju mam dwa ujęcia – ruch na skrzyżowaniu Dobrej/Jaracza. I – Ola w wykuszu tuli Filemona, obserwuje akcję na dole. Dwa następne są już z okna na półpiętrze klatki schodowej: drzewo na – wypełniającym się błyskawicznie, ciemnym i gęstym dymem – podwórku-studni. Zrobiłam je zbiegając z trzeciego piętra. Po ogłoszeniu ewakuacji ja złapałam torbę fotograficzną, Ola – Filemona, Albrecht – marynarkę i nasze dokumenty.

„Drzewo”, Warszawa 2011, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
21 listopada 2024
ELŻBIETA LEMPP
Po powrocie z sowieckich łagrów Jerzy Jaworowski „nie mógł się odnaleźć. Cierpiał z powodu depresji, dwa lata się leczył” [1]. Jego syn, Piotr Jaworowski, w swoich wspomnieniach dał wyraz przekonaniu, że po tym czasie ojcu udało się wyzwolić z łagrowego syndromu. Pytał: „Czy można odnaleźć w pracach Jerzego Jaworowskiego rys depresyjny, echa traumatycznych przeżyć obozowych?” – i niezwłocznie odpowiadał – „Chyba nie. […] Od łagrowych przeżyć odciął się w sposób zupełny i jednoznaczny” [2] . Sądzę jednak, że to nadmierny optymizm.
Jaworowski trafił do łagru jako młody chłopak i zapewne dlatego po powrocie do kraju, w ciągu kilku lat na wolności, jego wyniszczony organizm zdołał odzyskać siły. Przypuszczalnie pomogła mu nieopanowana radość życia i chęć czerpania z niego garściami, czego doświadczyło wielu więźniów po opuszczeniu obozu. W przypadku Jaworowskiego na pewno przyczynił się do tego nieoczekiwanie odkryty talent. Już pierwsze studenckie prace znalazły uznanie redaktorów graficznych szacownych oficyn wydawniczych – jako student czwartego roku warszawskiej ASP Jaworowski mógł się pochwalić kilkunastoma wydrukowanymi książkami z okładkami własnego projektu, a także kilkoma plakatami. Niemal wszystkie jego wczesne prace wyróżnia dojrzałość artystyczna i niebywała pewność ręki oraz delikatność rysunku – zdumiewające u byłego lesoruba.

Pierwsze lata dojrzałej twórczości Jaworowskiego zbiegły się szczęśliwie z październikowym przełomem w kraju. Estetyczna rewolucja, która w malarstwie objawiła się fascynacją taszyzmem, w grafice projektowej przyniosła ożywcze poszerzenie palety kolorów i zakresu technik warsztatowych (kolaż, fotografia), przede wszystkim zaś – adaptowanie artystycznych nowinek z Europy. Już w drugiej połowie lat 50. Jaworowski był autorem kilkunastu abstrakcyjnych kompozycji malarskich i graficznych, zdobiących okładki książek. Pracował bardzo intensywnie, spod jego ręki wychodziło kilkadziesiąt projektów rocznie. Zaskakuje rozmaitość stosowanych przez niego technik, narzędzi i języków graficznych, a realizacje z tego okresu często są barwne i bogate formalnie, niekiedy finezyjnie dekoracyjne. I nagle w połowie lat 60. nastąpiła głęboka przemiana. W tym czasie artysta z pasją i zaangażowaniem zaczął pracować nad rysunkami „porannymi” [3] . Powstawały one z wewnętrznej potrzeby i nie miały bezpośredniego związku z twórczością zawodową. Gdybym musiał wskazać jeden ich atrybut, ich differentia specifica, wybrałbym głęboki pesymizm. Utrzymane w mrocznym tonie, przesycone są smutkiem i melancholią. Dominują na nich ciemne, zduszone barwy, paleta często zawęża się do odcieni szarości, a niemal abstrakcyjne formy, będące tematem większości tych prac, nietrudno odczytać jako nieznacznie tylko zakamuflowane echo obozowej przeszłości.

Pojawiają się ciągi liter, niekiedy nawet całe alfabety, jednak całkowicie nieczytelne: „Prace artysty rekonstruują proces gubienia sensu. Kaligrafia, pismo, system znaków zostają pokazane w sytuacji przeciwnej ich powołaniu – zamiast przekazywać informację, oszukują łatwowierny umysł podobieństwem do liter i symboli niosących treść” [4] . Niektóre bezkształtne, literopodobne formy przywołują na myśl ciała skręcone w chorobie albo zesztywniałe na mrozie po śmierci. Stale powraca motyw niemej i pozbawionej zmysłów figury ludzkiej, często dramatycznie wygiętej, lub głowy, będącej ciemnym, organicznym kłębem, pozbawionej oczu, ust, nosa i uszu, martwej jak głowy manekinów.
W połowie lat 60. w twórczości projektowej Jaworowskiego nastąpił schyłek arkadyjskiego rysu, w którego miejsce pojawiły się przedstawienia zdeformowanych i zdegradowanych figur ludzkich. Krótki, niespełna dziesięcioletni okres do roku 1975 – roku śmierci artysty – wypełniają projekty okładek i obwolut zaludnione przez amorficzne kłęby mięsa albo budzące grozę profile zniekształconych po długim przebywaniu w masowym grobie głów, straszących ślepymi oczodołami i wyszczerbionym uzębieniem (Abe Kobo, Kobieta z wydm). Jestem przekonany, że Jerzemu Jaworowskiemu nie udało się wyprzeć z pamięci ośmioletniej podróży w głąb piekła, a jego późna twórczość jest tego niebudzącym wątpliwości dowodem. Kto widział dno otchłani, nigdy nie będzie już taki jak inni. Warłam Szałamow, wyjątkowo oszczędny w słowach autor Opowiadań kołymskich, pisał: „Istnieje świat i istnieją podziemia piekieł, skąd czasami ludzie wracają, nie ginąc w nich na zawsze. Ale po cóż wracają? Serca ich są napełnione wiecznym strachem, pełne grozy świata ciemności, który wcale nie jest poza grobem” [5]. Więźniowie łagrów przyglądali się obojętnie, jak umierali ich najbliżsi sąsiedzi – „od głodu, chłodu, wielogodzinnej pracy, bicia i chorób. Od razu oduczyli się bronić jeden drugiego i wzajemnie podtrzymywać. […] Dusze tych, co pozostali przy życiu, uległy pełnej deprawacji” [6]. W innym opowiadaniu Szałamow stwierdza z goryczą: „Dla człowieka nie ma nic przyjemniejszego niż świadomość, że ktoś jest jeszcze słabszy, w gorszym stanie. […] Jeżeli osłabłem, bije mnie każdy”. Pomimo upływu lat pisarz nie zapomniał pierwszego ciosu. „Pamiętam, kiedy uderzono mnie po raz pierwszy. Pierwszy z setek tysięcy razów otrzymanych w dzień i w nocy. Zapamiętać wszystkie razy to niemożliwe, ale pierwsze uderzenie pamiętam dobrze” [7]. Zbliżony zapis pozostawił Primo Levi, włoski intelektualista, który spędził rok w Oświęcimiu: „Zniewaga jest nieuleczalna, wciąż trwa w czasie, a Erynie […] kontynuują dzieło prześladowcy i nie chcą zostawić w spokoju prześladowanego. Słowa Jeana Améry’ego, austriackiego filozofa, […] wciąż napawają przerażeniem: «Ktoś raz torturowany, na zawsze pozostanie torturowanym. […] Kto doznał tortur, nie może się już zadomowić w świecie. Hańba unicestwienia nie da się już wymazać. Zaufania do świata, które wali się w gruzy po części już z chwilą otrzymania pierwszego ciosu, a całkowicie dopiero w trakcie tortur, nie da się już odzyskać». To była dla niego niekończąca się agonia” [8]. Améry, także więzień Oświęcimia, w 1987 roku odebrał sobie życie.


Pobyt w łagrze był dla Jaworowskiego torturą rozciągniętą na miesiące i lata. Jak zatem mógł się obronić przed zwątpieniem w humanistyczne ideały i nienaruszalność podstawowych norm etycznych? Twórczość rysunkową w latach 70. zdominowały zdeformowane ludzkie korpusy i katastroficzne pejzaże rodem z mrocznych snów. Obwoluty z serii PIW-u Proza Współczesna wypełniają apokaliptyczne cmentarzyska (Muriel Spark, Memento Mori), stosy porzuconych waliz, jak na ostatnim przystanku w Oświęcimiu-Brzezince (Aldo Palazzeschi, Doża), czy poskręcane ludzkie kadłuby (Boris Vian, Jesień w Pekinie; Herbert Rosendorfer, Budowniczy ruin). Wszystkie są przygnębiające, trudno jest wśród nich znaleźć choćby jeden przykład projektu tchnącego radością i optymizmem, które cechowały prace artysty z lat 50. i pierwszej połowy lat 60. Kiedy tematem jest sterylny świat szpitalnej sali zabiegowej (Gabrielle Wohmann, Poważna decyzja), brudna monochromatyczna technika monotypii nadaje jej odpychający wygląd izby łagrowego szpitala, w którym setkom dochodiagów (więźniów dogorywających) odmawiano hospitalizacji i wysyłano z powrotem do katorżniczej pracy. Kilka plam koloru to czerwień krwi w laboratoryjnych naczyniach i niebieskie światło żarówek. Powieść Wohmann wypełniają rozmyślania kobiety oczekującej w szpitalu na operację. Projekt Jaworowskiego tchnie bezbrzeżnym smutkiem i całkowitym brakiem nadziei.

Seria Proza Współczesna objęła co prawda poruszającą relację z bombardowanego Drezna w Rzeźni nr pięć Kurta Vonneguta czy wojenne moralitety Wasilija Bykowa, którego powieści wieńczy zazwyczaj tragiczny finał, ale znalazły się w niej także: arcydzieło magicznego realizmu (Sto lat samotności Gabriela Garcii Márqueza), opowieść o losach młodocianego uciekiniera z internatu (Dobre chwile – złe chwile Jamesa Kirkwooda) czy przedstawienie konformizmu intelektualistów i mechanizmów kariery w komunistycznej NRD (Stopka redakcyjna Hermanna Kanta). Niezrealizowana obwoluta Blaszanego bębenka Güntera Grassa przedstawia gdańskie kamieniczki w morzu płomieni, choć epizod bombardowania Gdańska przez wojska sowieckie w 1945 roku nie zajmuje centralnego miejsca w tej przesyconej groteską powieści. Tom Jurija Trifonowa Bilans wstępny. Długie pożegnania, zawierający subtelną analizę moralnych uwikłań inteligencji rosyjskiej w latach 60. xx wieku, ma monotypiczną obwolutę, na której kłębi się pozbawiona twarzy brudnoszara ludzka masa.

Najbardziej jaskrawym przykładem rozłamu między tonem prozy a tworzoną przez Jaworowskiego grafiką jest skierowana do młodzieży fantastycznonaukowa seria małych tomików Stało się Jutro. Jej okładki wypełnione są pejzażami zbudowanymi z pofalowanych groźnych struktur albo fantasmagoryczną dżunglą, w której kryją się resztki wymarłej cywilizacji. Na czarno-białych rysunkach w środkach książeczek wywołują lęk błyszczące białe czaszki wypchnięte w wyniku ruchów tektonicznych ziemi bądź niepokojący anatomiczny przekrój głowy oblepionej czujnikami i omotanej kablami. Science fiction to jądro popkultury, a projektowana przez Jaworowskiego seria, zamiast kusić młodych czytelników perypetiami kosmonautów w międzygwiezdnej przestrzeni, budzi przerażenie apokaliptycznym jutrem. Jej niekłamana groza wywodzi się wprost z katastroficznych wizji ukazanych w dziesiątkach rysunków porannych.


Więźniem tego samego zespołu łagrów, w których przetrzymywano Jaworowskiego, był Gustaw Herling-Grudziński. W szkicu Piętno. Ostatnie opowiadanie kołymskie pisał: „Co było istotą wielkiego instynktu życia? Nie zapominać. Nie po to, żeby pewnego dnia innym przekazać swoje wspomnienia, nie, skoro istnieją rzeczy, których człowiek, uniknąwszy pobytu w piekle, nie powinien wiedzieć. Istotą wielkiego instynktu życia była potrzeba przechowywania w duszy wszystkich zaznanych cierpień, przechowywania do ostatniego tchu, pod groźbą utraty własnej tożsamości” [9].
JANUSZ GÓRSKI
[1] P. Jaworowski, +++ [w:] P. Jaworowski, E. Pałasz, Jerzy Jaworowski. Na papierze, Gdańsk 2025, s. 37.
[2] Ibidem, s. 38.
[3] Od około 1965 roku aż do śmierci Jerzy Jaworowski pracował zgodnie ze stałym rytmem: popołudniami i wieczorami realizował zlecenia wydawnictw, a rankami rysował dla siebie. Dlatego syn, Piotr Jaworowski, nadał tym pracom nazwę rysunków porannych.
[4] E. Pałasz, Rysunki poranne [w:] P. Jaworowski, E. Pałasz, op. cit., s. 11.
[5] W. Szałamow, Ból [w:] idem, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. III, s. 8.
[6] W. Szałamow, Ostatni bój majora Pugaczowa [w:] idem, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. II, s. 214.
[7] W. Szałamow, Termometr Griszki Łoguna [w:] idem, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. I, s. 114–115.
[8] P. Levi, Czy to jest człowiek. Rozejm. Pogrążeni i ocaleni, Wołowiec 2024, s. 418–419.
[9] G. Herling-Grudziński, Piętno. Ostatnie opowiadanie kołymskie [w:] W. Szałamow, Opowiadania kołymskie, Gdańsk 1991, t. III, s. 272–273.
Sonet dziesiąty cyklu drugiego: maszyna naoliwiona, istnienie jednak – zaczarowane
Jerzemu, gdy wraca do życia – krok po kroku
Sonet powstał między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot. I jest świetnym sonetem na czasy sztucznej inteligencji (czy – jak mówi się po ukraińsku – „sztucznego intelektu”, i chyba to formuła bardziej precyzyjna, gdyż inteligencja zakłada jednak komponent wrażliwości kogoś, kto żyje i umiera). W pierwszych dekadach XX stulecia zmagano się w Europie z mechanizacją życia. Maszyna zaczynała zastępować człowieka, rozwinęły się wielkomiejskie aglomeracje, masa ludzka stała się jednym z tworzyw fabrycznych. „Miasto – masa – maszyna”: świetnie rozpoznajemy to hasło awangardy konstruktywistycznej. Rilke nie był awangardzistą, choć bywał, jako symbolista i prekursor wielu przemian nadchodzącego wieku (wszak to z symbolizmu wyłoniły się i awangardy, i surrealizm, czasem jako dzieci wyrodne), wyjątkowo mocno świadom wielu zjawisk. Poeta upomina się o meta-fizykę, to, co w porządku języka i myślenia idzie „za fizyką”; to, co w porządku bytu jednak ją wyprzedza: dlatego w trzeciej strofie mówi o zaczarowaniu istnienia, (a nie odczarowaniu, o którym już wtedy mówili inni), dlatego w strofie czwartej przywołuje muzykę, w domyśle: muzykę sfer – zasadę kosmosu. Nie demonizuje przy tym maszyny, jej bez-duszność, brak duszy – opisuje rzeczowo.
W liście do Dietera Bassermanna z 29 kwietnia 1926 roku poeta wykłada zasadniczą myśl czytanego tu sonetu, a definiując charakter wieku, w jakim przyszło mu żyć, pisze: „Die Maschine aus dem Bereich des Sensationellen und Anspruchsvollen fort, mehr und mehr in ein Gebiet zu rücken, wo sie, auf ihre so besondere Weise, dienlich und dienend wird, (eine Kontrolle viel mehr, als eine Darstellung–): das dürfte endliche Besinnung jenes «Fortschritts» sein, der jetzt, verwöhnt und unbesonnen, das ihm Konträste überwältigt”. Rilke marzył zatem i wyobrażał sobie, że poetyckim gestem da się przekierować maszynę – jako zjawisko, jako fenomen – ku służbie człowiekowi, że można nadać sens jej istnieniu służebnemu, że nie odmieni ona i nie zdominuje swego wynalazcy. Rilke miał nadzieję, że maszyna to tylko mechanizm – pomocny, specyficzny. Rilke próbował wstrzymać – poetyckim słowem, a co najważniejsze – takim właśnie namysłem, ciemną stronę procesu mechanizacji życia i umierania. (Co było dalej, wiemy, niestety, my mieszkańcy XX i XXI wieku…).
A oto polskie przekłady, do których chciałabym się odnieść:
Alfred Kowalkowski:
Wszystkiemu, co mamy, zagraża maszyna, gdy cała –
miast w posłuszeństwie – śmie w duszach istnieć wśród nas.
Aby już nie jaśniała dłoń pięknym wahaniem wspaniała,
do odważniejszych budowli twardszy przycina głaz.
Nigdy wyprzedzić się nie da, żebyśmy odeszli w zadumie,
żeby choć raz należała do siebie w cichej fabryce wśród krat.
Ona – to życie. I sądzi, że lepiej niż my je rozumie,
kiedy z tym samym uczuciem tworzy i niszczy ład.
Lecz byt jeszcze dla nas jest zaczarowany. W tysiącu
miejsc jest początkiem. Igraniem z czystymi siłami,
których nie ujmie nikt, kto w zdumieniu nie ukląkł milcząco.
Dla niewypowiedzialnych spraw jeszcze słów lekkich brak…
A muzyka, nowa bez przerwy, kamienie drżące na kamień
w nieużytecznej piętrzy przestrzeni, najwyższy budując gmach.

Mieczysław Jastrun:
Każdej zdobyczy zagraża maszyna, póki wciąż jeszcze
ośmiela się w duchu być, zamiast w posłuchu mieć trwanie.
By nie jaśniały już ręce w namyśle piękniejsze,
do surowszej budowy tępiej przycina kamień.
Nigdzie się nie opóźnia, nie uciec przed nią, ni skryć,
nie dość jej lśnić oliwą w cichej fabrycznej hali.
Sama jest życiem – i myśli, że najlepiej zna życie,
ona, co równie stanowczo rozrządza, tworzy, w gruz wali.
Ale jeszcze istnienie czaruje nas prawdziwie,
w stu miejscach jest jeszcze początek. Gra czystych sił się mieni,
których nie dotknie nikt, kto nie klęka w podziwie.
Jeszcze z niedowysłowienia najlżejszy ulatnia się ton…
I muzyka wiecznie nowa z rozdygotanych kamieni
Buduje w jałowej pustce swój ubóstwiony dom.
Bernard Antochewicz:
Wszelkiej zdobyczy zagraża maszyna, dopóki
śmie rządzić duchem, miast wejść w posłuszeństwa karby.
By nie jaśniało piękniej wahanie ręki wysmukłej,
dla planowanej budowy sztywniej przecina kamień.
Nigdzie też nie odstaje, byśmy choć raz jej uciekli,
by oliwiąc się w cichej fabryce, własne miała mury.
Ona jest życiem, – i sądzi, że sama umie najlepiej,
która jednako stanowczo dzieli, tworzy i burzy.
Lecz jeszcze nas oczarowuje przebieg naszego życia;
w stu miejscach jest jeszcze Początek. Gra czystych sił,
których nie dotknie nikt, kto nie klęczy i nie podziwia.
Jeszcze gasną cicho słowa przed Niewyrażalnym.
A muzyka, wciąż nowa, z dygocących kamiennych brył,
w miejscu bezużytecznym wznosi swój dom ubóstwiany.
Adam Pomorski:
Wszelki nasz tytuł podważa maszyna, co w duchu,
a nie w posłuchu dochodzić swego śmie na nas prawa.
Aby wahaniem swym piękna dłoń nie świetniała w bezruchu,
ona do prędkiej budowy drętwo kamienie przykrawa.
W cichej fabryce władna, namaszczona oliwą,
nie da się ubiec ni razu, żebyśmy się jej wymknęli.
Życia się sobie wydaje znawczynią wnikliwą,
równie więc prędko je w sobie niszczy i mnoży, i dzieli.
A dla nas bycie i dziś to praktyki, czary;
źródło, co tryska w stu miejscach. Gra sił widmowa,
w którą nie wnikną ci, co wprzód nie klękną, zdumieni.
Na to, co niewysłowne, kruche schodzą nam słowa…
Wciąż nowa muzyka z drżących podźwiga kamieni
swój przebóstwiony dom nad pustki płone [1] obszary.
Andrzej Lam:
Każdej zdobyczy zagraża maszyna, jak długo
waży się istnieć w duchu zamiast w posłuszeństwie.
By czuła ręka mistrza nie pyszniła się próżno,
do swej budowy przycina surowiej kamienie.
Nigdy się nie spóźnia, byśmy się jej nie wymknęli,
w fabryce się maści oliwą, z samolubstwa i pychy.
Sama jest życiem, – sądzi, że wszystko robi najlepiej,
z jednakową pewnością rozrządza, tworzy i niszczy.
Lecz jeszcze w nas istnieje byt zaczarowany;
w stu miejscach trwa początek. Gra czystych sił się mieści,
których nikt dotknąć nie śmie, kto nie klęknie zdumiony.
Wciąż płyną słowa, co czują świat niewyrażalny…
I ciągle nowa muzyka z kamieni drżących wznosi
swój przebóstwiony dom w bezużytecznej przestrzeni.
Jak czytają tłumacze? – bardzo różnie i jednocześnie zupełnie tak samo. Odwzorowanie istoty sonetu, zasadniczego poetyckiego przekazu, odbywa się identycznie: w pierwszej strofie mowa o maszynie, która wymyka się nadzorowi człowieka i która nie potrafi się (jak on) wahać; druga zwrotka to kwintesencja opowieści o trybach działania i bezduszności (braku, nieistnieniu duszy) u maszyny / machiny, która jednakowo „rozrządza, tworzy i niszczy” (tak u Lama) – po ośmiu wersach sonetu wiadomo, jak Rilke postrzega bohaterkę swego poetyckiego namysłu; w części refleksyjnej – strofa trzecia wprowadza myśl o bycie wciąż dla nas zaczarowanym i wciąż żywym źródle / początku, wciąż istniejącym potencjale świata (tu – przez podwójną negację, pisząc, że nie dozna tego nikt, kto nie uklęknie w zachwycie / zdumieniu – poeta wprowadza temat sacrum); wreszcie – czwarta zwrotka daje obraz wypowiedzianego, muzycznie harmonijnego domu, czy raczej jego archetypicznego, mitycznego wyobrażenia. Są też raczej polscy tłumacze zgodni w tym, co można by nazwać ośrodkiem semantycznym strofy: w strofie pierwszej, u wszystkich (prócz Pomorskiego, który wybiera nie od razu czytelną omownię „Wszelki nasz tytuł podważa maszyna”, co zresztą odbiera prostemu przekazowi oryginału pożądaną wyrazistość) maszyna „zagraża” człowiekowi; w drugiej strofie pojawiają się różne propozycje spolszczenia prostej i mocnej konstatacji, dotyczącej maszyny: „Sie ist das Leben” – „Ona – to życie” (Kowalkowski), „Sama jest życiem” (Jastrun, Lam), „Ona jest życiem” (Antochewicz) – jedynie Pomorski, który cały ten sonet potraktował w swym przekładzie (nie wiedzieć, dlaczego) peryfrastycznie, decyduje się na całowersową frazę amplifikowaną: „Życia się sobie wydaje znawczynią wnikliwą”; frazę, jaka otwiera trzecią zwrotkę (a jest to jedna z piękniejszych uwertur Rilkeańskich) – „Aber noch ist und das Dasein verzaubert” – tłumaczy Kowalkowski: „Lecz byt jeszcze dla nas jest zaczarowany” (w stronie biernej, właściwej dla niemczyzny, w polszczyźnie brzmiącej mniej naturalnie), lepiej – Jastrun: „Ale jeszcze istnienie czaruje nas prawdziwie”, nieco zbyt rozwlekle, z amplifikacjami (zapis oryginału ma prawie aforystyczną zwięzłość) – Antochewicz: „Lecz jeszcze nas oczarowuje przebieg naszego życia”, i z próbą własnej interpretacji – Lam: „Lecz jeszcze w nas istnieje byt zaczarowany” – i znów w zupełnie innej poetyce, odległej od oryginału – Pomorski: „A dla nas bycie i dziś to praktyki, czary”; w zwrotce ostatniej wyzwaniem translacyjnym staje się „vergöttlichtes Haus”, co Jastrun i Antochewicz spolszczają podobnie (odpowiednio jako: „ubóstwiony dom” i „dom ubóstwiany”), Pomorski i Lam – „przebóstwiony dom”, zaś Kowalkowski – „najwyższy […] gmach” (i to propozycja chyba najmniej udana).
Sonet jest czytelny, jego przesłania trudno nie pojąć, raczej niezależnie od przekładu. Gdy mowa jednak o urodzie wiersza w poszczególnych tłumaczeniach (wobec oryginału), widziałabym różnice. Uroda wiersza i nasilenie sensu idą wszak u Rilkego w parze – tak czytam jego zamysł w tym sonecie.
Rilke nie mówi (albo nie mówi tylko): „budować, mieszkać, myśleć”. Rilke powiada: „żyć, doznawać, doświadczać”. Upomina się o sacrum minimalne, o dawkę metafizycznego tlenu, koniecznego do istnienia, o łyk esencji, która zasili egzystencję. Ludzką – rzecz jasna, gdyż maszynie potrzeba jedynie dobrego naoliwienia.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] Tu użycie słowa dawnego – celne.
20 września 1981, Jackson Hole, Wyoming
Nie mogę narzekać na brak wrażeń. Kiedy przekroczyłem Góry Skaliste, dopadła mnie natura. […] Dotarłem do Denver. Stamtąd do Bozeman w Montanie. Dewiza stanu brzmi „Wielkie niebo”. Tak jest. Horyzont wydaje się ogromny. Słońce świeci mocno. Łagodne linie brązowych wzgórz otwierają dalekie perspektywy. Znalazłem się szybko w hotelu przywieziony przez gościnną opiekunkę, panią Bushing. Zaproponowała, abym wypoczął, popływał w basenie, jej mąż przyjedzie po mnie o szóstej. Czas spędziłem przed telewizorem. Była to pora wiadomości. Czekałem z niepokojem na informacje z Polski […].
U państwa Bushing pytano mnie o polską sytuację. Oprócz pana domu, wykładającego na tutejszym uniwersytecie problem „komunikacji w małżeństwie”, było jeszcze dwóch profesorów socjologii. Gospodarze wypowiadali się skrajnie krytycznie o polityce społecznej Reagana, prorokując bliską katastrofę ekonomiczną. Nazajutrz rano wyjechaliśmy do Yellowstone. Bozeman jest najbliższą miejscowością przy tym parku narodowym, dlatego chciałem tu przyjechać, nigdy przedtem o Bozeman nie słyszałem (i czułem się trochę jak odkrywca). Państwo Bushing kilkakrotnie wspominali, że Europejczycy nie wyobrażają sobie amerykańskich odległości i że trzeba się przygotować na dłuższą wycieczkę. Jako stary Amerykanin ze zrozumieniem kiwałem głową. Mnie to nie dotyczy. Pamiętam przecież naszą wyprawę z Teksasu do Kalifornii za pierwszym pobytem w Stanach. Codziennie robiliśmy odległości większe niż z Warszawy do Budapesztu. I tak przez kilkanaście dni. Nie zaimponują mi przejażdżką po parku.
Zaimponowali. Przemierzyliśmy tego dnia ponad 300 mil i zobaczyliśmy tylko fragment wielkiego rezerwatu przyrody. To pierwszy park narodowy na świecie. Zrazu nic nie zapowiadało sensacji. Wzgórza przypominające Karpaty, łagodne, zielone. Wkrótce niespodzianka. Stawy spowite parą. To źródła wrzącej wody. Ściekając tworzą wielobarwne wzory – fauna i flora wywołana niezwykłą temperaturą. Nagły powiew wiatru przykrył nas mgłą. Nie widziałem nic na krok. Po chwili odsłaniały się pstrokate, gwałtowne obrazy: rdzawe brązy, ciemnobutelkowe zielenie, farba kładziona grubo, szerokimi, śmiałymi maźnięciami. Jak u Fautriera.
Te obrazy bywają groźne. Wolno poruszać się tylko po drewnianych kładkach. Wrzące błoto potrafi wciągnąć zbyt ciekawych. Bardziej dramatyczny widok to Błotny Wulkan, buzująca ciemnoszara masa. Czasem dusiły ostre wyziewy siarki. Krajobraz piekielny. Znów zmiana dekoracji. Pastelowe nawarstwienia minerałów, wapienne tarasy tworzące wyszukaną arabeskę. Natura ożywała. Przyjmowała w siebie kolory, zapachy, dźwięki, atakowała zmysły. Nie dziwiłem się niczemu. Wszystko tu jest niezwykłe i wszystko naturalne. Jakim jeszcze doświadczeniom poddany zostanie dookolny świat? Nie zdziwiłbym się, gdyby między wulkanem a gejzerem pani Bushing uniosła się w powietrze tłumacząc, że to jedna z oryginalności Yellowstone.

Fot. James St. John, Newark, Ohio – Flickr, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org
Po kilku godzinach dotarliśmy do Wielkiego Kanionu. Tak, jest i tutaj. Bardziej kameralny niż kanion Colorado. Opatrzony dodatkowo imponującym wodospadem. Skały przebierały się w najróżniejsze kształty i barwy. Jest taki punkt po drodze (nazywa się Inspiration Point), z którego roztacza się widok w dwie strony: na wodospad, białą parę i ciemne skały z jednej, oraz z drugiej na zwaliska o wymyślnych żółciach i seledynach. Dlaczego natura czasem przynosi to dziwne uspokojenie i skoncentrowanie energii? Gdzie biją wówczas źródła jej mocy? Dobrze, przyjmijmy śmieszne wyzwanie: dlaczego i do czego rodzić się tu ma inspiracja? Gdzie? Na skałach pokrytych jakąś substancją? W moich reakcjach? W nastawieniu przygotowanym przez mody epoki? Jeżeli podróże są dla mnie ważne, to dlatego zapewne, że potrzebuję świata zewnętrznego jako odnowienia i umocnienia. Powinien zaskakiwać, ale nie za bardzo, przypominać, lecz nie natrętnie.
Powinien odnawiać widzenie. Czy takim widokiem jest najbardziej znany wybryk natury w Yellowstone, symbol parku Old Faithful (Stary Wiarus – tłumaczyłem nietrafnie)? Nie jest to największy gejzer, lecz najbardziej regularny. Wokół ławki dla widzów. Zbliża się wyznaczony czas. Woda wystrzeliwała do góry na parę metrów. To wszystko? Czyżby jednak Old Faithful zawiódł? Ludzie zaczęli się rozchodzić. Wtem wytrysnął wspaniały biały pióropusz. Na kilkadziesiąt metrów. Lekko się obniżył. Nowe sprężenie energii. Wystrzał jeszcze wyższy, jeszcze i jeszcze. Tak co godzina. Od odkrycia parku w zeszłym stuleciu. Jakie są tego przyczyny? Jakieś na pewno. Czytałem broszury. Oglądałem wykresy. Istnieją różne hipotezy. Nie pamiętam jakie. Dla mnie pozostał to widok niezwykły, tajemnica odradzającej się mocy. Woda fascynowała mnie zawsze. Co dopiero woda tak niezależna i tak podległa regułom.
Wieczorem jechaliśmy wzdłuż płaskiego krajobrazu. W lesie za nami pozostały ukryte dziwactwa natury. Za rzeką mignęło stado łosi. Byłem zmęczony wędrówką po wrażeniach. Za dużo. Za dużo? Przestałem czuć zmęczenie, gdy po którymś zakręcie na horyzoncie ukazał się majestatyczny łańcuch górski. Wyrastał prosto z płaskiego otoczenia, bez żadnego przygotowania, żadnych pagórków. Jakby w środku niziny mazowieckiej wystrzeliły nie Tatry nawet, lecz Alpy. Zapadał zmrok. Na szafirowym tle czarny masyw skalny rysował się ze szczególnym dostojeństwem. To była sama esencja gór. Gdzie indziej szczyty odsłaniają się powoli. Grand Teton wydaje się postawiony z nieba, bądź wyrzucony nagle z otchłani na świadectwo tellurycznych mocy. Wzdłuż naszej drogi przesuwała się panorama przywodząca splendorem na myśl Dolinę Śmierci. Ale otwarta. Nie czułem się schwytany przez skalne korony.

Fot. Brocken Inaglory, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org
Nocą dotarliśmy do Jackson Hole. Centrum sportowe. Schroniska i hotele. W czasie kolacji przebiegały mi przed oczyma kolory, formacje geologiczne, obrazy, obrazy, obrazy. Zasnąłem natychmiast. Rano wyjechałem kolejką linową na Szczyt Spotkań (Randez-Vous Peak), dobrze ponad trzy tysiące metrów. Brązowa ziemia i trochę kosodrzewiny. Widoki na kotlinę i dalsze szczyty. Powietrze lekkie, przejrzyste. Oddaliłem się od stacji. Byłem sam.
WOJCIECH KARPIŃSKI
Fragment szkicu Wojciecha Karpińskiego z tomu „Amerykańskie cienie”. Wrocław, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1997, s. 36-41.
Nie tak długo po zmianie ustrojowej zgorszył Mrożek czytelników tygodnika „Polityka”. Zbliżała się połowa lat dziewięćdziesiątych, periodyk rozesłał ankietę, w której zapytał wybranych adresatów, przebywających od dłuższego lub mniej długiego czasu za granicą, o ich ewentualny powrót do kraju. Mrożek wahał się, czy odpowiadać; zdecydowawszy się napisał istotny i piękny esej, wyjaśniając, dlaczego planuje pozostać w Meksyku. Pojawiła się tam – zbyt mało dotąd rozważana, jeśli w ogóle – kwestia emigracji pisarza z Europy. Wiadomo, że wkrótce sytuacja w Meksyku stała się na tyle groźna, że państwo Mrożkowie wrócili jednak na Stary Kontynent, przenosząc się najpierw do Krakowa, później do Nicei. Nie (by tak rzec) krytyczne porzucenie Europy zbulwersowało odbiorców, poczuli się natomiast dotknięci problematyką chama.
„Jego definicją jest arogancja, absolutna pewność, że mu się wszystko należy, a nic go nie obowiązuje, więc wszystko należy mu się za nic. Nie szanuje cudzej egzystencji, ponieważ uważa, że świat został stworzony tylko po to, żeby mógł zaistnieć on i żadnej zagadki bytu wobec tego nie ma. Cham wie wszystko, wie wszystko najlepiej i nie musi się dowiadywać niczego. […] Dopiero komunizm wyzwolił chama. Zniszczył społeczeństwo, które go kontrolowało i zastąpił je państwem, które nic nie miało przeciwko chamowi. […] Komunizm odszedł, cham pozostał. […] A dlaczego miałby odejść? Teraz dopiero nastał jego czas. Bo tymczasem wiele się na świecie zmieniło” („Polityka” 1994 nr 15, s. 14).
Pisarz wyraźnie przy tym podkreślił, iż nie uważa chama za synonim chłopa. Skąd zatem obruszenie czytającej publiczności? Nie przypominam sobie próby wyraźnej, konkretnej polemiki (będę wdzięczny za korektę luk pamięci), tylko takie pokątne, że nie wypada, że Mrożek przesadził, że nie powinien… Może niedokładna lektura powodowała, że odzywały się zastarzałe uprzedzenia odbiorców? A nie były to jeszcze czasy ani nowej fazy chłopomanii (nazywanej zwrotem ludowym), ani coraz pozytywniejszego obrazu Polski Ludowej (który z upływem lat nie przestaje się rozjaśniać).
W antropologicznych rozpoznaniach jest Mrożek konsekwentny. Cofnijmy się zrazu o dwie dekady od odpowiedzi na ankietę, później zaś dwukrotnie o jedno mniej więcej dziesięciolecie. Tak tedy w dziennikowym zapisie z 25 lipca 1973 zaniepokoiły Mrożka śmiechy na widowni, usłyszane w kinie i na przedstawieniu baletowym. „Wielki chichot niedorostków toczy się przez świat. […] Może drwi się tylko z tego, co martwe? Jeżeli niedorostki chichocą z kultury, a dorośli skwapliwie im basują, to może dlatego, że kultura rzeczywiście jest martwa?”. Owszem, odniósł się Mrożek do swojej dawniejszej roli parodysty czy prześmiewcy, uznając, że ani tamte jego ironie, ani współczesne (wtedy, w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych) przedsięwzięcia demistyfikacyjne nie posiadają blasfemicznej wagi. Odróżniłbym przecież dzieła pisarza i rysownika od uprawianych później przez wielu innych „parodii koncertu, belcanta, celebracji, kultury”, niemniej zostawiam to na inną okazję. Wracam do kategorii antropologicznej. Konstatuje Mrożek: „To wszystko ma charakter koszmaru. Najpierw wojna, skończyła się i już wierzyłem, że się skończyła. Potem Polska. Uciekłem i już wierzyłem, że uciekłem. Nieprawda. Dogoniło mnie. Wojna, Polska, tow. Lenin, dogonił mnie cham. O zemsto «dozorcy domowego». Łudziłem się, że uciekając z Polski, zostawię cię za sobą. Znalazłem się twarzą w twarz z chamem, gorzej tym razem, bo ten cham był umiejscowiony, określony. Tutaj cham wtargnął wszędzie, zamienił się we wszechobecną substancję i esencję obyczaju, stylu, języka, wszystkiego. Po co ja więc uciekłem? Co dalej? Co ja tam zrobię? Niewątpliwie, trzeba jakoś, jak to się mówi, ustosunkować się”.
W końcówce Mrożek ironizuje, przywołując w cudzym a potocznym stylu częsty model wysłowienia i mentalności, podporządkowujących jednostkę mniemaniom ogólnym. Ustosunkować się, czyli wyrobić sobie własny sąd. Bezokolicznik kryje jeszcze dodatkowe, i już zgoła niepożądane znaczenie: postarać się o odpowiednie stosunki w obiegu społecznym. Taki sens okazuje się już rozpaczliwym szyderstwem. Pozostańmy jeszcze przy pierwszym znaczeniu. Mieć więc własną opinię, nawet ją ogłosić – cóż z tego, gdy w nieustannym procesie chamiejącej równości uzna się ją za tyle wartą, co opinie innych. No i pozostanie wyłącznie w języku, bez wpływu na społeczną rzeczywistość. Przedstawiony w odpowiedzi dla „Polityki” problem chama uniwersalnego okazuje się wcześniejszy. I jeszcze wcześniejszy.
W długim liście z 18 kwietnia 1964 Jan Błoński pisał Mrożkowi o rozmowie na temat jego twórczości, mówił zaś z Jerzym Kwiatkowskim. „I on powiada tak: nigdy nie pisałem o Mrożku, bo nie chciałem kłamać, a widzę, że tak w gruncie rzeczy, to jest on nie tyle antyustrojowy, ile po prostu antyludowy, on nie cierpi ludu”. Czyżby Kwiatkowski zapomniał, że w 1957 ogłosił w „Życiu Literackim” znakomitą recenzję Słonia, w której, najprawdopodobniej jako pierwszy, porównał celnie Mrożka z Kafką? (A w ogóle Kwiatkowski zatroskany w 1964 o klasę ludową, z tego się robi jakaś wsteczna ironia historii, jeśli zważyć, jak modne jest to pojęcie dzisiaj). Mrożek, datując epicką epistolarną odpowiedź na 25 kwietnia – 7 maja tamtego roku, przyznał Kwiatkowskiemu rację, proponując bardziej złożone rozumienie pojęcia, którym posłużył się krytyk. A zatem „już lepiej będzie zamiast «lud» powiedzieć «masa», masa rozpętana, która nie uznaje żadnych obowiązków i domaga się wszystkich praw (to już oczywiście czysty Ortega y Gasset, ale co ja na to poradzę, ostre objawy nienawiści do masy odczułem jeszcze, zanim słyszałem o istnieniu Ortegi), rozpasana, ekspansywna, przekonana, że należy się jej wszystko za nic. Zjawisko ogólnoświatowe […]”.

W 1951 zatem reporter Mrożek najpewniej nie czytał jeszcze Buntu mas. Jako etatowy pracownik redakcji „Dziennika Polskiego”, publikował tam artykuły potwierdzające ówczesną ideologię (aczkolwiek da się w nich znaleźć miejsca, które można interpretować jako świadectwa niejednoznaczności autorskich intencji). Ale pisał też rzeczy krótsze, manifestujące właśnie intensywną niechęć do masy ludowej. Może i trochę dziwne, że takie teksty mogły się w socrealizmie ukazywać; chyba zwierzchnicy wraz z cenzorami uznawali, że ogólnie chodzi o wychowanie społeczeństwa socjalistycznego i piętnowanie międzywojennych pozostałości. A szczegółom zbytnio się nie przyglądali. I dobrze. W numerze z 17 stycznia, na ostatniej stronie gazety w rubryce „Szpilki” (tworzyli ją różni autorzy), ukazał się tekścik A który wypije – tego się nie bije, sygnowany Mroż, to jeden z kryptonimów używanych przez Mrożka. Przepisuję w całości (dwie następne publikacje również, zachowując oryginalną interpunkcję): „Jesteśmy narodem towarzyskim i miłującym bliźniego swego. Nie wszystkich jednak miłujemy jednakowo, niektórych bardziej. Oto przykład:
Czas akcji obojętny. Miejsce – wóz tramwajowy. Wsiada pasażer. Zresztą nie czyni tego po raz pierwszy, bo już uprzednio w-siadał wprost na trotuarze, czasem także leżał. Powodem było daleko idące obezwładnienie zmysłu równowagi przez nadużycie napojów wyskokowych.
Wesoły pan z miejsca staje na nodze drugiemu pasażerowi, następnie szarmanckim ruchem opiera się na kapeluszu jakiejś staruszki. Ponieważ staruszka właśnie nosi kapelusz na głowie, więc reaguje zrozumiałą uwagą, w grzecznych słowach podkreślającą niewłaściwość podobnego zachowania się w publicznym miejscu.
Chcecie usłyszeć teraz uwagi współpasażerów?
Proszę:
– Co z tego, że pijany, wolno mu! (Z zazdrością).
– Swój chłop. Każdemu się zdarzy. (Z uznaniem).
– Młodość musi się wyszumieć! (Filozoficzno-dowcipnie).
– Ta się odzywa, bo jej żal! (Dowcipnie).
W tramwaju wytworzyła się serdeczna wprost atmosfera. Popił, bo popił, ale jaki za to sympatyczny! Z takim trzeba pomalutku, z takim trzeba jak z ptaszyną…
Nieprawda! Z takim trzeba w myśl przepisów MKE zabraniających przewozu osób nietrzeźwych. Z takim trzeba w ramach akcji przeciwalkoholwej.
Dlaczego pijani do nieprzytomności cieszą się tkliwą sympatią niektórych przechodniów? Jak długo to jeszcze potrwa? O ile odpowiedź na pierwsze pytanie jest łatwiejsza, o tyle na drugie – bardziej istotna”.
Autor nie tyle krytykuje zachowanie pijaka (co oczywiste), ile zastanawia się nad przyzwalająca reakcją współpasażerów tramwajowych. Owszem, urzędowo odwołuje się do regulaminu, bardziej go jednak zajmuje społeczna mentalność. Tekst zgrabnie napisany, z ironicznym przywołaniem religijnego przykazania, z próbą neologizmu („w-siadał” – za pierwszym razem wsiadanie się nie udało, skończyło się lądowaniem na chodniku). Jasne, czytam ten drobiazg z perspektywy późniejszych dokonań pisarza, niemniej da się uznać takie publikacje Mrożka za nawiązanie do popularnych w XIX wieku szkiców fizjologicznych.

6 lutego 1951 Mroż. (tak, tym razem z kropką) napisał Jest wyjście!, rzecz o masie w domu handlowym: „Po kręconych, niezbyt szerokich schodach wije się tłum. Jedni wstępują, drudzy zstępują. Wszyscy zgodnie następują dobie nawzajem na nogi; tłoczą się. Wskutek przeciwnych kierunków tych wędrówek, powstaje ścisk i niekiedy nawoływania. Są to schody w PDT przy ul. Anny.
Drzewiej bywało, że przy schodach stał woźny, który uprzejmie zwracał uwagę: tędy jest wejście, a wyjście – tam!
Istotnie. Druga klatka schodowa (ta od ul. Anny) jest prawie pusta. Wychodzą tamtędy tylko wtajemniczeni lub wiedzeni instynktem. Bo trudno przypuścić, żeby ktoś, kto wie, którędy się wychodzi, znajdował przyjemność w przepychaniu się przez owe tragiczne schody. Chyba, że…
Chyba, że jest to człowiek, po którym można się wszystkiego spodziewać. Takich można spotkać w dniach wzmożonego ruchu przed kasą np. na II piętrze, gdzie czasem formuje się olbrzymia kolejka. (Wpłacanie należności trwa dokładnie 32 minuty). Tacy wzgardliwie pomijają kolejkę, dyskretnie doczepiają się do okienka. Bardzo trudno ich stamtąd odczepić. Dziwne. Niby nie ryją, niby nie chrząkają… a jednak – jakieś reminiscencje świata zwierzęcego”.
W Krakowie nie ma (nie było też wtedy, o ile wiem) ulicy Anny, tylko Świętej Anny. Dwukrotna dekanonizacja postaci jest niewątpliwie efektem motywowanej ideologicznie oficjalną antyreligijną i antykościelną obsesją. Zastanawia użycie przez Mrożka prościutkiego archaizmu „drzewiej” przy wspomnieniu uprzejmego woźnego – był on tam rzeczywiście w okresie po otwarciu krakowskiego PDT-u, czy też autor odsyła do (może wyobrażonych) przedwojennych czasów? Niedługo w Półpancerzach praktycznych pojawi się subiekt, też przecież niesocjalistyczny zawód.
A 10 marca 1951 ogłosił Mroż. Głąby w śródmieściu: „Mowa o głąbach kapuścianych. Gdy jesienią idziemy przez pola, widzimy całe zagony kapuścianych głów.
Jednak, aby zobaczyć taki zagon głąbów niepotrzebna jest koniecznie jesień ani pole. Wystarczy w sobotę po południu pójść do Klubu Międzynarodowej Książki i Prasy przy ul. Jagiellońskiej. Kogo tam spodziewamy się spotkać? Obywateli obojga płci i różnego wieku, którzy w skupieniu zajmują się lekturą.
Kogo spotykamy? Tak zwanych «facetów». W tych sobotnich i wieczornych godzinach Klub jest okupowany przez «facetów» o fryzurach «hydraulicznych» (ondulacja wodna), manierach nad wyraz swoistych, dających się wyrazić mottem: «Czy widzieliście kiedy takiego przystojnego Tarzana jak ja? I w ogóle zejdźcie mi z drogi, bo mogę wam napluć do kapelusza!»
Nie trzeba dodawać, że tych milordów nie interesuje lektura. Zachowują się – powiedzmy – żywo, zajmują większość stolików, czyniąc sobie z klubu bazę wypadową na pobliski deptak czy bekowisko, uniemożliwiając niejednokrotnie normalnym ludziom zajęcie miejsca i przeczytanie książki lub gazety, pomimo, że podobno w tym celu został tak pięknie i kosztownie wyposażony Klub Książki”.
Mrożek nie eufemizuje odrazy, bez większego ryzyka można założyć, iż natchnęła go raczej muza negatywna: takie właśnie emocje widoczne są w tekście upominającym się o funkcjonowanie publicznej instytucji zgodnie z jej przeznaczeniem. Zgoda, autor współczuł niewątpliwie czytelnikom, a raczej niedoszłym czytelnikom, którym lektura została praktycznie uniemożliwiona, wpierw jednak musiały go oburzyć plebejskie praktyki. Warto zauważyć, że Mrożek w 1951 skończył dwadzieścia jeden lat, lecz nie młodość dochodzi do głosu w przytoczonych szkicach fizjologicznych. Prawda, stały za dziennikarzem autorytet gazety, a także socrealistyczna pedagogika; po wielu latach najistotniejsza jednak w tych tekstach okazuje się dezolacja antropologa.
ADAM POPRAWA
Drogi Panie Redaktorze,
Jan Zieliński w swoim dzienniku Spod powieki (S) w zapisie z 20 lutego odnotowuje wydanie w ossolińskiej Bibliotece Narodowej tomu Opowieści chasydzkich i uwydatnia szczegół, na który być może nie każdy czytelnik zwróci uwagę: „Antologia nosi numer BN I 347. Oznacza to, że antologia opowiadań, tłumaczonych w znakomitej większości z hebrajskiego, ukazała się w serii pierwszej, obejmującej z założenia «wzorowe wydania najcelniejszych utworów literatury polskiej», a nie w serii drugiej, przeznaczonej dla takichż utworów literatury obcej. Jest to decyzja odważna, nieoczywista, tym bardziej godna podkreślenia”.
Przyszło mi na myśl, że mamy w naszej literaturze opowieści chasydzkie nie tylko po hebrajsku, ale i po polsku. Kilka napisał Stanisław Vincenz. Chciałbym przypomnieć jedną z nich, bo wiąże się z poczynionym przez Jana Zielińskiego spostrzeżeniem. W eseju pt. Qu’une larme dans l’océan nawiązującym do powieści Manèsa Sperbera pod takim tytułem Vincenz wspomina lata II wojny światowej i zawarte wówczas przyjaźnie: „W czasie uchodźczego pobytu na Węgrzech poznałem młodego chasyda rodem z Węgier i tam zamieszkałego, który spędził kilka lat w szkole rabinackiej w Polsce, u znanego rabina Rokacha w Bełzie. Widywaliśmy się w warunkach bardzo różnych, najpierw podczas dwukrotnego przekraczania granicy i znów, po kilku latach, podczas okupacji Węgier przez Niemców w roku 1944. Wówczas już mój znajomy nie miał domu, bo jego rodzinę w większości deportowano do Oświęcimia, a on ukrywał się w Budapeszcie i przetrwał Niemców jako polski uchodźca. Według nowej «aryjskiej» legitymacji nazywał się Stanisław Zięba. Zięba miał w sobie coś wspólnego z młodym poetą muzykiem z Sędziów Wyspiańskiego, zarówno w zewnętrznym wyglądzie, jako też w ruchach i reakcjach, tak mi się wówczas wydawało. Nie opuszczała go naiwna ufność w hierarchię duchową, że światem kierują siły duchowe i że «ci inni» dobrze o tym wiedzą. Wobec zarzutów, że ci inni mają przynajmniej na razie coś do gadania, twarz jego przybierała uśmiech dyskretnej ironii czy raczej zakłopotanej, a przebaczającej wiedzy. Był śliczny, jego szafirowe oczy gorzały życzliwością chętną i dzielną. Mimo lat z górą dwudziestu ruchy jego były chyże i zgrabne jak u wyrostka. Wyskakiwał i wskakiwał do pociągu i do tramwaju w biegu i może ta zgrabność, już przez wrażenie niewymuszonej swobody, ocaliła go od licznych obław policyjnych skuteczniej jeszcze niż legitymacja «aryjska». W czasie przymusowego pobytu w Budapeszcie «odkrył» piłkę nożną, miał z tego sporo uciechy. Mieszkaliśmy na wsi nad Dunajem, czterdzieści kilometrów od Budapesztu, i Zięba, mimo ówczesnych niemałych trudności komunikacyjnych, odwiedzał nas dość często. Mówił po węgiersku dobrze, po polsku chętnie, z niezbyt wielkim zasobem słów, lecz bez błędów. W towarzystwie Polaków czuł się widocznie dobrze, miał z Polski niezapomniane wspomnienia. Dotyczyły one zresztą wyłącznie rabina z Bełza i jego adeptów, których grono w opowiadaniach Zięby ukazywało się jako rodzaj entuzjastycznego zespołu klasztornego. Choć mistrz rzadko ukazywał się uczniom, przecież ilekroć oddalił się na krótko z Bełza, uczniowie, nie wiedząc nawet, że wyjechał, czuli, że oddalił się od nich, stawali się smutni, nie mogąc skupić się tak i modlić się, jak wtedy, kiedy czuli jego bliskość. Wbrew temu, co się czasem myśli o uczniach rabinackich, Zięba wcale nie był zamknięty przed dopływem obcych prądów duchowych i intelektualnych. Miał szczere zainteresowanie dla nieznanych mu postaw myślowych, dla obcych obyczajów, symbolów i dogmatów. Tylko pomysł, jakoby Ziemia obracała się dokoła Słońca, nie odpowiadał mu. Jego dziewczęce usta ściskały się ironicznie. Wiedział pozytywnie z Talmudu, jak sprawy się mają, przyrzekł zresztą, że wytłumaczy mi to jeszcze z religijnego punktu widzenia. Nie dopytując się więcej, przypomniałem sobie wędrówkę Dantego po sferach niebiańskich i uzmysłowiłem niebezpieczeństwo, gdyby tych sfer zbrakło.

Fot. ze strony https://stanislaw-vincenz.puno.ac.uk
Wojna przybliżyła się. Gdy Rosjanie osaczyli i wzięli szturmem Budapeszt, a przejście ze wsi do wsi stało się niemożliwe, straciliśmy kontakty. Dopiero znacznie później dowiedzieliśmy się, że Zięba przeżył zawieruchę wojenną, potem już nie wiedzieliśmy, co z nim się dzieje. Święta Bożego Narodzenia 1945 roku zastały nas w tej samej wsi nad Dunajem. Nie mogliśmy się ruszyć, nie był to czas wesoły, nie wiedzieliśmy, co się dzieje z naszymi najbliższymi rozsianymi po świecie; wobec ciągłego spadku waluty sytuacja pieniężna i żywnościowa stała się bardzo trudna. Dla nabycia w drodze wymiany kukurydzy, tłuszczu i opału trzeba było sięgać do zapasów garderoby uchodźczej. Dobrze przynajmniej, że na Wigilię dom nad Dunajem był jako tako ogrzany, że był barszcz z chlebem, kluski z makiem i choinka ze świeczkami. Wieczorem usłyszeliśmy pukanie do drzwi i nieoczekiwanie ukazał się w nich Zięba obładowany plecakiem. Zdążył w międzyczasie dotrzeć jakoś do granicy szwajcarskiej, a potem wrócić przez Austrię i Czechosłowację. Przywiózł nam na Wigilię zapasy żywnościowe i dawno niewidziane smakołyki w różnych konserwach. Nasza radość była podwójna, nawet potrójna. Ponieważ w tym roku Wigilia przypadła w sobotę, zapytałem Ziębę: «W sobotę koleją i z plecakiem? Taki chasyd z pana?».
Zięba uśmiechnął się: «Właśnie tak. Chasyd ma nie zapominać o przyjaciołach, ma ich cieszyć. Te drobiazgi po to, aby wam było weselej na święta». „Ależ pan krzywdzi rodzinę» – powiedziałem. «Rozdzieliłem równo między nich i was» – uspokajał Zięba. Był pierwszy raz na polskiej Wigilii, prócz niego przyszli jeszcze dwaj żołnierze Polacy z armii sowieckiej. Dopytywał o znaczenie drzewka, maku i kolędy, po czym opowiadał nam o swoich przeżyciach z ostatnich miesięcy. W tym okresie było wiele możliwości zarobku z czarnego rynku i znajomi wciągali Ziębę w interesy. «Ależ to nudne, wszystko na jedno kopyto» – mówił. Dowiedzieliśmy się w dalszym ciągu, że Zięba w czasie ukrywania się i podczas oblężenia Budapesztu namiętnie oddawał się lekturze. «Najwięcej mnie pociąga literatura rosyjska i literatura polska, rosyjska – Dostojewski i Tołstoj to sprawy ludzkie, a polska to sprawy religijne». «A któreż to dzieła z literatury polskiej?» – zapytałem. Zięba wyliczał bez zająknienia: «Wielki Magid, słowa samego Baal Szem Towa, Mendel z Witebska, Nachman z Bracławia i inni».
Wiedziałem znacznie mniej niż Zięba o tej gałęzi «polskiej» literatury, ale czułem, że to prawda. Już powierzchownie z nią obeznanego zastanawia nie tylko wpływ krajobrazu, przyrody, także przenikanie pieśni i melodii ludowych, interpretowanych symbolicznie, nie mówiąc o zasadniczej sytuacji dziejowej, że chasydyzm powstał i rozpowszechnił się na ziemiach Rzeczypospolitej w XVIII wieku. Osobiście wydaje mi się, że ta literatura jest jeszcze jakoś inaczej polska. Sytuacja jest taka, że opinia ta już nie zagraża ani «zażydzeniem» polskiej umysłowości, od dawna zresztą zażydzonej, ani też nieprawnym przywłaszczeniem sobie skarbu należącego do narodu żydowskiego. Mickiewicz i Norwid, a zapewne i inni proroczo zrozumieli potencjał wspólnoty między oboma grupami, wspólnoty, która nigdy nie obudziła się, nie dojrzała do uświadomienia. A Wyspiański nie mniej proroczo, choć realistycznie przedstawia nam w Sędziach stan faktyczny: dwie tragedie obok siebie, uwikłane jedna w drugą, a jedna drugiej obca”.
Dodajmy przypis filologiczny: Słowo „zażydzać” pochodzi ze słownika nacjonalistów polskich nieustannie bijących na alarm z powodu rzekomego zagrożenia Polski, w szczególności jej kultury i gospodarki, przez Żydów. Ponieważ dla Vincenza relacje z kulturą żydowską wzbogacały kulturę polską (i na odwrót), były one ze wszech miar pożądane. Zażydzenie traciło pod piórem autora Na wysokiej połoninie endecką konotację ujemną i zyskiwało zdecydowanie dodatnią.
Esej Qu’une larme dans l’océan wejdzie do trzytomowej edycji Esejów zebranych Stanisława Vincenza, która ukaże się w roku bieżącym.
Zechce Pan przyjąć, Panie Redaktorze, wyrazy szacunku,
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Pewnego dnia poszedłem do kina na Carmen Carlosa Saury. Był to ciężki, zły dzień, czułem się jak więzień, więzień moich własnych zmartwień i niepokojów. Schroniłem się w kinie, ponieważ liczyłem na to, że, być może, uda mi się – jak to się już czasem zdarzało – pewna operacja, dosyć skomplikowana. Ale nie chcę uprzedzać biegu wypadków.
W sztucznej ciemności, sztucznym zmierzchu sali kinowej odbywa się proces przemiany rzeczywistości. Naprzód, gdy gaśnie światło, rzeczywistość znika. Przez moment nie ma jej wcale – prawie wcale. Ciche rozmowy sąsiadów, szum wentylatora: przerwa, ciemna przerwa. Po chwili rzeczywistość powraca. Ale jaka zmieniona! Pojawia się na ekranie pozbawiona ciężaru, smaku, zapachu, bezwładności, drugiej strony, gęstości, lepkości, cienia. Przeobraża się w kolorowy schemat. O ileż staje się uboższa niż prawdziwa, bujna rzeczywistość, krzewiąca się wszędzie z taką oczywistą łatwością. A jednak ten schemat przykuwa moją uwagę, tak jakbym chciał odpocząć od zwyczajnej rzeczywistości.
Gaśnie więc światło i na ekranie pojawiają się postaci Saury. Antonio, tancerz flamenco i choreograf, przygotowujący balet osnuty na wątkach Carmen, poszukuje dziewczyny, wykonawczyni tytułowej roli. Same schematy. Anemiczna rzeczywistość niepewnie stawia pierwsze kroki na białym płótnie ekranu, przypomina rozespaną gospodynię, która o świcie wchodzi do kuchni i nie poznaje znajomych sprzętów. Prawie jej nie ma, a mimo to odważa się stanąć przed kamerą.
Pierwszy kwadrans filmu jest nieciekawy. Nic się nie dzieje. Przeszedłem kwarantannę ciemności, lecz nie uzyskałem żadnej nagrody ani rekompensaty.
Wreszcie Antonio znajduje swoją Carmen, młodziutką dziewczynę, która dopiero od niedawna bierze lekcje flamenco. Zaczynają się próby. Wszystko to dzieje się wewnątrz skromnego pawilonu, na parkiecie, w sali wyłożonej lustrami. Z taśmy magnetofonowej płynie muzyka Carmen, muzyka pełna namiętności. Zaczynam rozumieć, że właśnie namiętność będzie jednym z głównych bohaterów tego filmu. Kopytka flamenco będą tańczyły jak na rozżarzonej blasze. Namiętności nie brakuje ani operze Carmen, ani postaciom filmu Saury: Antonio zakochuje się w swej Carmen. Będzie o nią wściekle zazdrosny. Dodają się do siebie namiętności operowego libretta i uczucia postaci filmu.

Na początku filmu, jak już mówiłem, dzieje się niewiele. Ktoś jedzie samochodem, wysiada z samochodu. Ktoś rozmawia. Trwają narady. Kilka osób zastanawia się, jak przełożyć operę Bizeta na flamenco. Flamenco to bardzo stary taniec andaluzyjski, rytm andaluzyjski. Andaluzja była kiedyś we władaniu Arabów, była kwitnącym państwem arabskim, flamenco utrwaliło pewne elementy muzyki arabskiej. Ktoś jedzie samochodem. Ktoś wysiada z samochodu. Coraz wyraźniej daje o sobie znać namiętność, pasja. Zapisana jest w muzyce i rodzi się od nowa, pomiędzy bohaterami filmu. Szybki rytm flamenco, przyśpieszony oddech muzyki, szorstkie hiszpańskie słowa.
Tyle pasji jest w tym filmie. I prawie wcale jej nie ma, bo natychmiast przeradza się w taniec, w rytm, we flamenco. Ślepa, dzika namiętność, która zazwyczaj prowadzi do katastrofy, do zniszczenia, zaczyna nagle tańczyć, zamienia się we flamenco.
Jest w filmie Saury sławna aria toreadora; muzyka płynie z taśmy, towarzyszy jej żartobliwa pantomima, imitacja walki byków, dobroduszna zabawa. Lecz poprzez nią prześwituje pierwotna namiętność prawdziwej walki byków, bez niej gesty uczestników pantomimy pozostałyby niezrozumiałe.
Podobnie jest z tańcem, który jak koronkowe rusztowanie oplata się wokół namiętności. Namiętności pojawiają się w tym filmie co chwilę, jak fale morskie. Miłość, pożądanie i zazdrość, przede wszystkim zazdrość. Flamenco czyni cuda; niemą, niebezpieczną pasję, która do niczego dobrego nie może doprowadzić, w najlepszym razie zostałaby zaspokojona, czyli przestałaby istnieć, przekuwa w rytm. Bezkształtna namiętność staje się tańcem, czyli prawie kształtem. Kształt bardzo jej potrzebuje, sam bowiem byłby bezradny, martwy, leżałby na stole jak smutna ekierka, zapomniana linijka. Nie potrafiłby zatańczyć, gdyby nie porwała go wichura namiętności; podczas szkolnego balu stałby skromnie pod ścianą i rozwiązywałby w pamięci zadania z matematyki.
Flamenco staje się miejscem dziwnego spotkania bezkształtnej namiętności z beznamiętnym kształtem. Oczywiście, to mezalians, dla obu stron. Na wpół sparaliżowany hrabia żeni się z dziewczyną z ludu, i podczas wesela ona porywa go do tańca, następuje cudowne uzdrowienie.
Nie bez powodu mówię o weselu: spotkanie namiętności z kształtem wyzwala bowiem wielką radość. Flamenco pełne jest radości. Namiętność, nim połączy się z rytmem, nie jest ani smutna, ani wesoła, jest siłą, która się spełnia, sprężyną, która się rozprostowuje. Ani jej w głowie być smutną albo wesołą, jest namiętna, to dosyć. Przemiana, jaką oznacza w jej gorączkowej egzystencji sojusz z rytmem, prowadzi do bardzo poważnych przesunięć w kolorycie, nastroju. Kształtna namiętność – czyli taniec – odznacza się beztroską, bezinteresownością. Ta sama namiętność, która jeszcze przed chwilą chętnie by zabiła, porwała lub zadała miłosne cierpienie, teraz zapomina o wszystkim, złość wywietrzała jej z głowy, teraz chciałaby się tylko bawić, nagle ma szampański humor. Z pierwotnego składu chemicznego namiętności pozostaje energia, pęd, ale znikają gdzieś, szczęśliwie, mordercze motywy i zamiary, pojawiają się ulga, radość. To nie może trwać długo, ale jednak przez pewien czas siła zapomina o przyrodzonych jej zamiarach i powołaniach, staje się zabawą, płynną lekkością.
Patrzcie, jak oni tańczą. Ile energii w to wkładają. Oglądnijcie scenę, przedstawiającą pojedynek Antonia z wypuszczonym z więzienia mężem Carmen. Walka, walka – lecz przeciwnikom nic nie grozi, jedna ich rytm. Bawią się walką, cieszą się zabawą.
Oto kształt. Czym jest ten narzeczony namiętności? Skąd się bierze jego kojące działanie, jak to się dzieje, że potrafi uśmierzyć kilowaty złości, tkwiącej w pasji?
Kształt nie jest treserem lwów, poskromicielem tygrysów. Ponieważ tresera lwów możemy sobie całkiem dobrze wyobrazić poza cyrkiem; możemy go zobaczyć w gronie rodzinnym, gdy gładzi płowe główki dzieci i wcale nie tęskni do swoich zwierząt. Tymczasem kształt bez lwów istnieć nie może, jest jak skóra, w którą obleczono dzikie zwierzę.
Kształt – ten, który tożsamy jest ze sztuką, od flamenco do symfonii, od dziecinnego rysunku po obrazy mistrzów – chwyta namiętność za łokieć i wprowadza ją do lustrzanej sali, żeby się przejrzała w niezliczonych zwierciadłach. Dzięki kształtowi kilka kryształów ironii wpuszczonych zostaje do nieprzejrzystego żywiołu namiętności i odtąd powaga miesza się tu z grą, podobnie jak w skardze króla Leara. Słowa Leara mogą wycisnąć nam łzy z oczu, lecz są to przecież, by tak rzec, łzy nieruchome, bo nie zrywamy się wcale z teatralnego fotela i nie biegniemy na scenę, żeby udzielić pomocy nieszczęsnemu starcowi, nie, odczuwamy jednocześnie i ból, i radość, radosne podniecenie, wywołane przez poezję Szekspira.
Namiętność zamienia się w rytm. Oto metamorfoza, która mi imponuje. Jestem w kinie, stałem się widzem i słuchaczem, już dawno zapomniałem o tej rzeczywistości, która została za drzwiami kina, na ulicy. Nie wiem, jaka jest pora roku. Nie pamiętam, czy pada deszcz, czy śnieg, czy może świeci słońce. Nie zdaję sobie sprawy, w jakim mieście znajduje się to kino (Kraków? Paryż? Lwów?), to znaczy, nie wiem, w którym mieście zgaszono światło, żeby móc wyświetlić ten film. Stałem się świadkiem pewnej walki, która mogłaby się toczyć w każdym z tych miast. Świadkiem? Czyżbym nie brał w tej walce udziału? Nawet teraz, jako obserwator znajdujący się pod narkozą kinowej ciemności, nie tylko przyglądam się zaciekłej walce bezkształtu z kształtem, ale i biorę w niej udział, bardzo aktywnie. Zapomniałem powiedzieć, że władające mną bezkształtne troski i moce skapitulowały przed rytmem flamenco, poczułem wyzwolenie i radość; moje ciężkie, złe, bezwładne Ego ustąpiło miejsca lekkiemu, przyjaznemu światu i ludziom Ego.
Nie, nie całkiem zapomniałem o istnieniu ulicy i deszczu, i mojego ciężkiego Ego, i historii dwudziestego wieku. Lecz wiedziałem, że w ciemnej sali kina toczy się zasadnicza walka, podstawowa walka przeciwko barbarzyństwu, zazdrości, ciemnym pasjom, złym emocjom, w imię radosnej swobody, czyli kształtu, czyli sztuki. I nie musi to być muzeum Luwru ani nowojorska Metropolitan Opera, ani La Scala w Mediolanie, ani nawet Biblioteka Jagiellońska w Krakowie, wystarczy zwykłe kino w jakimś mieście czy wsi. I wystarczy, żeby we mnie toczyła się ta walka.
Carlos Saura w swojej Carmen ukazał tę walkę w sposób najbardziej elementarny, bo rytm jest najbardziej elementarnym kształtem, pierwszą organizacją bezczelnego chaosu. Jego film mógłby też nosić tytuł Narodziny tańca z ducha pasji i zazdrości. Kształt tańca, rytm flamenco przylega do namiętności jeszcze tak blisko i poufale, jakby to było jajko o cienkiej skorupce, pod którą wyczuwa się sklejone piórka pisklęcia.
Chodzi więc o kształt, lecz nie o kształt byle jaki, gdyż kształt nieudany jest kiczem albo nudą; złe moce, złośliwe namiętności bardzo są wtedy zadowolone, gdyż kształt nudny, konwencjonalny, nieudany wcale ich nie poskramia, nie czesze, nie zmusza do posłuszeństwa, jest jak widelec, którym ktoś chciałby zagrodzić drogę Missisipi.
Nie można powiedzieć, by stosunek sił był korzystny dla kształtu, nawet najbardziej udanego. Nie chcę być pesymistą, ale przecież tyle się pojawia złych, poronionych kształtów, tyle widelców, które udają, że są łyżkami. Kształt udany to pewnego rodzaju kompromis z chaosem. Kształt trzyma chaos w śmiertelnym uścisku, wszystkie mięśnie kształtu są boleśnie – ale i radośnie – napięte, i dzięki temu, tak, dzięki temu, kształt karmi się chaosem, powiększa się o odłamki chaosu, staje się silniejszy, odporniejszy, tak jakby został zaszczepiony przeciwko czarnej ospie. Flamenco na przykład karmi się namiętnością, i to jak! Czym byłoby bez niej – etnograficznym zapisem, muzealną ciekawostką.
Ale stosunek sił nie jest korzystny dla kształtu. Bo przecież biedna Carmen ginie, złe moce zwyciężają. We wszystkich salach kinowych Carmen ginie. We wszystkich wersjach i wariantach. U Mériméego, u Carlosa Saury, u Petera Brooka, w operze i w kinie, w noweli, wszędzie. W Mediolanie i w Paryżu, w Nowym Jorku i w Krakowie Carmen musi zginąć. Nie wystarczyło kształtu, by wchłonąć, związać złe siły. Niedużo brakowało, ale jednak nie wystarczyło kształtu. Kształtu jest zawsze za mało.
Antonio zabija Carmen, i to wcale nie w rytmie flamenco. W rytmie flamenco nie można zabić, można tylko udawać, igrać ze śmiercią i z życiem, i z zazdrością. Antonio zabija Carmen poza rytmem. Szkoda. Taki udany kształt, radosny rytm, a jednak nie zdołał okiełznać ciemnych mocy. Nieomal mu się to udało, przez długi czas złe moce trzymane były pod pantofelkiem flamenco, były zduszone, obezwładnione. Potem wymknęły się z uwięzi.
Lecz nie uciekły z ekranu i z sali kinowej, bo, mimo że oswobodziły się spod władzy flamenco, i tak pozostały w dalszym ciągu niewolnikami reżysera, i nawet zabijając, musiały stosować się do pewnego rytmu. Dlatego też moje lekkie Ego wcale się nie zmartwiło zabójstwem Carmen; zachowywało się tak, jakby nic złego się nie wydarzyło. Lekkie Ego jest lekkomyślne i dopiero z dużym opóźnieniem odzyskuje przytomność, zdaje sobie sprawę – gdy już jest za późno – że kształtu jest za mało i że to właśnie ono jest najbardziej zagrożone, bo jego ciężki brat, Kain, już się szykuje do powrotu, ostrzy sobie zęby, przygotowuje zemstę, zaraz tu będzie, bezkształtny jak rtęć.
Film się kończy. Carmen nie żyje. Rytm flamenco pulsuje jeszcze we mnie. Zapalają się żółtawe światła lamp; odsłaniają salę kinową z jej gipsowymi stiukami. Wynurzają się z ciemności pluszowe fotele. Na podłodze leży skręcony zwitek papieru, opakowanie cukierka. Garstka widzów, moich bliźnich, bladych i milczących, podnosi się z miejsc. Ktoś szuka parasola. Para poróżnionych kochanków zmierza ku wyjściu. Oboje mają tak mocno zaciśnięte usta, że będą milczeli jeszcze przez dwa lata. Jakiś młody chłopak wciąż siedzi w fotelu, z odrzuconą do tyłu głową. Nie wiem, czy śpi, czy marzy o flamenco. Na ekranie pojawiają się ostatnie napisy, nazwiska fryzjerów, dekoratorów, krawców i szewców, którzy pomagali Carlosowi Saurze. Sześćdziesięcioletni mężczyzna studiuje te napisy uważnie, jakby to, kto uszył buty, śmiertelne buty dla Carmen, było rzeczą najwyższej wagi. Wreszcie ciemnoczerwona kurtyna zasłania ekran i jednocześnie odzywa się inna muzyka, silny rytm rocka i szum wentylatora. Z góry sali zaczynają napływać nowi widzowie, ci, co chcą zobaczyć następny seans; jeszcze nie przemienieni, rozmawiają na obojętne tematy, przynoszą ze sobą gazety.
Znowu przerwa. Nitka rzeczywistości staje się tak cienka, że mogłoby ją przerwać każde gwałtowniejsze poruszenie. Przez labirynt schodów i długą, ciemną bramę wychodzę na ulicę. Jeszcze jest jasno, pada deszcz, samochody jak delfiny torują sobie drogę, wielkie armie przechodniów mijają się obojętnie, tasują się, spotykają się bez słowa, wracają z odległych pól bitewnych, spod Verdun, z biur, fabryk i restauracji.
Nic się nie zmieniło. Bo cóż znaczy dla świata przemiana chaosu we flamenco? Świat zajmuje się innymi rzeczami, ma tyle do zrobienia w szpitalach, na giełdach finansowych, w koszarach, na posiedzeniach rad ministrów i na wyścigach konnych, w obozach koncentracyjnych i na wernisażach; także, na swój sposób, prowadzi swoją skomplikowaną grę, w której chaos i kształt polują na siebie nawzajem, niestrudzenie, bez chwili odpoczynku i bez końca, zmęczone walką, nieprzejednane.
Jestem na ulicy. Zaczyna się wczesny jesienny zmierzch. Mój wzrok powoli przyzwyczaja się do dziennego światła – po wyjściu z jaskini jest się przez dłuższą chwilę nieco bezradnym, zagubionym. Zastanawiam się, co by się stało, gdyby naprawdę szeroko otworzyć drzwi percepcji, tak jak tego chciał Blake.
Myślę o kształcie: jest wyzwoleniem, a nie więzieniem, wyzwoleniem i radością. Nie rozumiem niechęci Gombrowicza do Formy, która, jego zdaniem, deformuje, kłamie, zniekształca. Moim zdaniem, kształt kształci i wyzwala. Tyle że trzeba go wciąż konfrontować z bezkształtem, namiętnością, niepokojem, lękiem; są to różne imiona chaosu, czyli nicości. Nicość bowiem, przynajmniej ta, którą znamy, nie jest wcale, wbrew pozorom, niczym, przeciwnie, pęka aż od nadmiaru bytu, substancji, tylko brak jej, biedaczce, kształtu. Pędzi po świecie jak trąba powietrzna i, w gruncie rzeczy, szuka kształtu, chciałaby się spotkać z kształtem – jak wiatr z żaglem. Ale ma wielkie wymagania: szuka kształtu na swoją miarę, dziarskiego, młodzieńczego, rytmu, który by ją ujarzmił, lecz i zachował coś z jej rozpędu, tak, żeby nie musiała prosto z pola, ze stepu wchodzić do muzeum, spokorniała, uszy po sobie. Nie, ona chce, tak jak w Carmen, albo w Królu Learze, zatrzymać coś ze swojej gwałtowności, owszem, ujarzmionej już i niegroźnej, lecz ciągle ładnej, ona chce się jeszcze podobać, boi się, że straci swój azjatycki wdzięk. Gotowa jest skapitulować, ale stawia swoje warunki, nie ma mowy, żeby zgodziła się na wszystko, co się jej proponuje. Przecież jest mocarstwem – co prawda ruchomym mocarstwem – trzeba bardzo serio podchodzić do jej żądań. Otacza nas, atakuje nas bez przerwy, wywiera na nas stałą presję, tak jak barbarzyńcy, którzy przez całe stulecia zagrażali Rzymowi. Tylko energiczna polityka i gotowość do mądrego kompromisu mogą nas ocalić. Kompromisem będą wciąż nowe kształty. Póki żyję, tworzę kształty. Moje myśli są kształtem. Moje wiersze to kształt.
Jestem po stronie Rzymu, przeciwko barbarzyńcom – chociaż niegdyś w moim kraju mieszkali barbarzyńcy. Chciałbym, żeby Rzym umiał się odnawiać, żeby nie kamieniał w tym samym wciąż geście obrony i żeby nie musiał potem oddawać barbarzyńcom cesarskiego tronu. Moim Rzymem są tylko wiersze i myśli. Moimi sojusznikami – sprzymierzeńcami, którzy tak często mnie zawodzą – są kształty już istniejące, drzemiące w cudzych wierszach, obrazach, powieściach.
Stoję na ulicy. Obok mnie idą generałowie, dyrektorzy, radcy ministerialni, gońcy, lichwiarze, policjanci, aptekarze, kobiety, feministki, uczennice gimnazjum. Kształtu nie tylko jest za mało, uświadamiam sobie nagle, kształt jest za mały. Żaden kształt, choćby najdoskonalszy, nie jest w stanie zaspokoić barbarzyńców. Namiętna nicość nie mieści się w żadnym więzieniu. Żaden sens nie może się stać sensem ostatecznym, ostatnim, nie potrafi wycisnąć swego piętna na całej materii, zawsze będą obfite resztki, zapasy, które pozostały na wolności i jeszcze dadzą o sobie znać, odrodzą się, pokażą się tam, gdzie ich nikt nie oczekiwał i przy wtórze bębnów znów ruszą na Rzym.
Jeśli otworzyć szeroko Blake’owskie drzwi percepcji, naszym oczom ukaże się bajecznie bogaty chaos, nieustająca wojna światów, lśniące liście olch, obłoki na wysokim niebie, pociągi stojące na małej stacji, zrujnowane fortece arabskie w Jemenie, cisza Antarktydy, marzenia pewnej młodej Chinki z Szanghaju, nienawiść i chytrość ludzi, podstępy władców, przepych roślin w czerwcu, szczątki okrętów żaglowych, spoczywające na dnie morza, bójki i zabójstwa wielkomiejskich nocy, płacz pokrzywdzonych, samoloty nad Atlantykiem, lot skowronka, laboratoria genetyczne, wróble obojętne na postępy historii, nasze Ego, okrutne i pełne przepychu. Gdyby szeroko otworzyć drzwi percepcji, i zostawić je tak, otwarte, musielibyśmy zaniemówić i trwać w nieustającym, niemym zdziwieniu. Na szczęście dysponujemy uprzedzeniami, ideami, ideologiami, religiami, które pozwalają nam uprościć to królewskie bogactwo. Pozwalają nam znieść widok wiecznej wojny istnienia, zaciekłej i dzikiej, wojny, która odsłania się tylko przed najbardziej pokojowym, spokojnym okiem kontemplacji.
Uprzedzenia, hierarchie, idee pozwalają nam pociąć rzeczywistość, uporządkować ją, to znaczy, pozbawić ją blasku, tysiąca odcieni, majestatycznej wspaniałości. Przychodzą smutni filozofowie, znajdują wieczne prawa i stałe prawidłowości, tną dżunglę ostrym mieczem schematu. Przychodzą doktrynerzy uzbrojeni w scyzoryki, profesorowie jednej idei, politycy trzech haseł. Gdyby szeroko otworzyć drzwi percepcji… Czasem otwierają się same i życie staje się nie do wytrzymania, niemożliwe, pełne gwałtów i okrucieństw. Dzieje się tak, gdy zaczynają się lub kończą wojny, realne, prawdziwe, historyczne wojny; drogami ciągną uciekinierzy lub uwolnieni z obozów jeńcy, granice nie są jeszcze ustalone, policja – najskrupulatniejszy filozof – nie podjęła jeszcze swych prac, szkoły i banki są zamknięte, noce niespokojne, krwawe zachody słońca, wciąż zdarzają się pożary i rabunki. Jeszcze nie wiadomo, jaką religię wyznaje nowy książę, tylko złoto i chleb mają wartość, i ciało kobiety. Potem nastaje nowy władca i uspokaja wzburzoną rzeczywistość, drukuje banknoty, aresztuje bandytów, wyznacza nowego Boga, mianuje profesorów, sędziów i redaktorów, tnie nadmiar chaosu, oświetla ulice, wprowadza dowody osobiste, patrole krążą po miastach i wsiach. Chaos cofa się głębiej, wycofuje się do pragnień, myśli, chowa się w lesie, jak partyzanci, ukrywa się w musującym soku roślin. W każdej chwili może znów pojawić się na powierzchni. Gdyby otworzyć drzwi percepcji, ukazałby się zaraz, niezmieniony, zły, niespokojny.
Systemy zamykają go w klatce, systemy polityczne, systemy myślenia i oglądania. Mamy tu do czynienia ze stałym rytmem zasłaniania i odsłaniania; są przyzwoici, dobrzy filozofowie, którzy starają się nieco zasłonić barbarzyńską rzeczywistość, podczas gdy inni, uczniowie Nietzschego, zdzierają wciąż firanki, zasłony, eufemizmy i ukazują wielość i dzikość świata.
Nie da się żyć w otwartych drzwiach percepcji, zbyt bogaty i jaskrawy jest świat, nie do zniesienia; nie można przecież być niemym, trzeba mówić, żyć, a do tego trzeba zapomnieć o tej pełni, która rośnie jak ciasto. Trzeba przyjąć hierarchię i nie jest obojętne, jaką; jedne, fałszywe, kaleczą bardziej rzeczywistość, inne są wierniejsze wobec niej, są prawdziwe. A jednocześnie trzeba czasem powrócić do pełni rozsadzającej kategorie. Nie można spać spokojnie, gdy tuż obok nas i w nas samych, kryje się niezbadane królestwo rzeczywistości. Dlatego wciąż potrzebny jest kształt i wciąż staje się niewystarczający.
Potrzebne są hierarchie i idee. I dzieła sztuki, które porządkują chaos świata w sposób może najbardziej bezinteresowny.
Pamiętam mój pobyt w Nowym Jorku, mieście będącym jednym ze współczesnych modeli świata, niezwykle trudnym do poznania, do ujęcia, zbyt bogatym w odcienie, aspekty, kolory, dzielnice, rasy, możliwości, energie. Przez cały dzień czułem niepokój, ponieważ nie potrafiłem w żaden sposób poradzić sobie z nadmiarem tego miasta, nie miałem metody, skrótu, żadna teoria nie wystarczała, żadna socjologia ani ekonomia, ani historia; byłem zdany na coraz to nowe wrażenia z ich arabeskowym przepływaniem, byłem zdany na łaskę swobodnego, otwartego poznania, które niczego nie chce porządkować, tylko zbiera i gromadzi, chciwe i nienasycone, nieskończone. Jest taki rodzaj percepcji, pęczniejącej od obrazów, do których doklejone są też emocje, namiętności, i nie układającej się w żaden wzór, pozbawionej racjonalnych kategorii. Nie można zbyt długo znieść tego stanu, gdyż po jakimś czasie dołącza się do niego także i lęk, tak jakby umysł, który także jest na zmianę poczciwym i okrutnym filozofem, obawiał się obłędu.
Trafiłem wtedy do muzeum, Frick Collection, i tam, przed obrazem Vermeera, Lekcja muzyki, poczułem, jak rzeczywistość, nagle, w jednym momencie, zatrzymała się, zastygła w harmonijnym bezruchu. Malarz żyjący kilkaset lat temu uspokoił Nowy Jork, zahamował jego drżenie, falowanie. Niebieski obrus, przykrywający stół – tuż obok dziewczynka, siedząca przy szpinecie, i nauczyciel muzyki – stał się naraz bardziej realny niż nazbyt realne, nierealne miasto, które dusiło się od nadmiaru właściwości i punktów widzenia, od szerokości i wysokości. Patrzyłem na krzesła, namalowane przez Vermeera, senne krzesła, oświetlone miękkimi promieniami tego światła, które pojawia się tylko w jego obrazach, i czułem radość, przyjemność istnienia – niebieską przyjemność istnienia. Obraz Vermeera także uprościł kosmos, ale inaczej: pomniejszył go, lecz go nie przekroił. Teraz wszystko wydawało się łatwe i możliwe, życie mogło rozpocząć się od nowa, weselsze i prostsze niż dotąd, o tyle łatwiejsze do zniesienia niż niezgrabne życie w naturalnych rozmiarach.
Coś się zatrzasnęło, zamknęło. Inaczej mówiąc: świat został ubrany, nałożył suknię – niebieską. Przedtem był nagi, wyzywający, niespokojny, wszystko było możliwe, wszystkie pytania były otwarte, nic nie było oczywiste ani pewne; ani ładne, ani brzydkie, tylko ogromne, rosnące, ruchome, bez ładu, Nowy Jork był, jeszcze przed chwilą, taki nowy, świeży, spuchnięty, nienazwany i niebezpieczny, jak korytarze jego kolejki podziemnej. I nagle jest zupełnie inaczej, nastąpił przełom. Przede mną dziewczynka bierze lekcję muzyki, spowita w niebieskie światło, miękkie światło, jak we wnętrzu niebieskiego oceanu. Nagle zapanował spokój, we mnie i w całym Nowym Jorku. Byłem szczęśliwy, tak jakbym miał wprowadzić się do Vermeerowskiego obrazu i zamieszkać w nim na zawsze, i nie odczuwać już nigdy ani lęku, ani ciężaru pytań bez odpowiedzi, nie przeżywać sztormu sprzeczności i niepewności. Pejzaż otwierał się przede mną, gładka ścieżka pośród oswojonych, ciepłych sprzętów. Miałem przed sobą inny świat: meble leżały na kamiennej posadzce spokojnie i ufnie jak kot, obdarzone były słodką, dobroduszną inteligencją. Nawet światło rozumiało. To nie było zwykłe, zewnętrzne światło, które zatrzymuje się na granicach przedmiotów, odbija się od nich i wraca, zgodnie z prawami fizyki, nie, to światło zdawało się płynąć zewsząd, nie dzieląc, nie izolując rzeczy, przeciwnie, było braterskie i rozumne.

Jak bardzo chciałbym zostać w tym obrazie. Zatrzymać się w kształcie. Ten obraz kończył w pewnym sensie historię – nie całą, ale jeden jej wątek. Który? Jak to, który, ten właśnie: dziewczynka przy szpinecie, łagodne światło, nauczyciel muzyki, komnata. Tego już nigdy nie będzie, to się nie powtórzy ani nie rozwinie. Nie ma o co pytać, wszystko jest widoczne jak na dłoni. I siła tego nieruchomego obrazu jest tak wielka, że na chwilę zatrzymuje rozpęd wielkiego miasta, które rośnie.
Zamieszkać tu, za wszelką cenę. Stać przed obrazem, jak długo się da. Portier już zaczyna przyglądać mi się podejrzliwie. Powinienem być niewidzialny i wśliznąć się do niebieskiej komnaty, trzymając w niewidzialnej dłoni bilet wstępu do Frick Collection.
Ale czy naprawdę mógłbym tu żyć, w czterech ramach? Czy jest dla mnie miejsce? Czyżbym miał się stać nauczycielem muzyki? Przecież on niczego nie uczy, dziewczynka umie wszystko, nie potrzebuje żadnych instrukcji, gdyby tylko chciała, zagrałaby nie tylko Scarlattiego, ale i Chopina czy Skriabina, z łatwością. Dziewczynka jest co prawda uczennicą, ale nie uczy się. Wszystko jest gotowe. Muzyka od dawna doskonała. Muzyka mogłaby być światłem, mogłaby się zamienić ze światłem. A nauczyciel mógłby usiąść przy instrumencie, jak uczeń. Dziewczynka powiedziałaby mu, jak ma grać. Lub światło powiedziałoby mu to samo. Musiałbym się bardzo zmienić, bym mógł dotrzymać towarzystwa tym doskonałym istotom. Czy nie zacząłbym po jakimś czasie tęsknić do mojego niepokoju? Piękno przerywa niepokój. Gdy jestem ścigany przez wielość Nowego Jorku, poszukuję przystanku i kształtu, ale czy nie brakowałoby mi chaosu? Czy nie pomyślałbym, że w zgiełku wielkiego miasta i w huku fal zawarty jest trudniejszy sens, sens, który dopiero czeka na mnie i chociaż mnie dręczy, tak samo jak innych, i mimo że jest moim przeciwnikiem, jest równocześnie miejscem nerwowego, trudnego życia. Jest pestką ukrytą pod bujnym ciałem owocu, lecz wyłuskany spod spódnic materii i wrażeń – czy nie schnie jak orzeszek zbyt długo przechowywany w spiżarni?

Nagle spostrzegam, że ani tu, ani tam nie mogę zostać na zawsze, na stałe; ani w chaotycznym wielkim mieście, ani w obrazie. Gdy jestem w jednym, tęsknię do drugiego. Muszę postępować jak mąż stanu, polityk małego kraju, leżącego między dwiema potęgami: jedynym ratunkiem są sojusze z jednym sąsiadem przeciw drugiemu, i z drugim przeciw pierwszemu, ze sztuką przeciw niespokojnej rzeczywistości, i z rzeczywistością przeciw doskonałej sztuce, z kształtem przeciw chaosowi, i z chaosem przeciw kształtowi. Muszę przenosić się z miejsca na miejsce, wciąż być w ruchu, w podróży, szukając kształtu, który jest wyzwoleniem, i potem bezkształtu, uwalniającego mnie także i z tego wyzwolenia. Muszę szukać kształtów, i próbować tworzyć własne, i wzmacniać stronnictwo kształtów, uważać się za jego zwolennika, i jednocześnie nie ufać zanadto kamiennemu spokojowi sztuki, i jeszcze mniej dowierzać chaosowi, który jest taki podstępny i nieszczery, i złośliwy.
Gdzie zamieszkać? Czy ciągle w hotelu, w pensjonacie, w małym mieście, gdzie już po paru dniach pokazuje się mnie palcem jako cudzoziemca? Każde miasteczko jest partyjne, należy albo do partii kształtu, albo do partii chaosu. Aktywiści obu ugrupowań są wobec mnie krytyczni, żądają, żebym się zdecydował nareszcie, zdeklarował, po czyjej jestem stronie. Odbywam z nimi niekończące się narady, niekiedy świt zastaje nas w oberży, nad pustymi szklankami. Butelki po winie, smukłe jak postacie El Greca, wznoszą się nad obrusem lub leżą na podłodze. Kim jesteś, pytają mnie wysłannicy kształtu. Widzieliśmy cię, jak wchodziłeś do świątyni chaosu. Bywasz w muzeach – atakują mnie działacze bezkształtu. Wracam do pensjonatu, pakuję się i jadę dalej. Z autobusu widzę gwiazdę poranną, blednącą w promieniach wschodzącego słońca. Na horyzoncie sine wzgórza Toskanii albo lasy Gór Świętokrzyskich. I znowu miasto, i znowu ulica, zmierzch, i tłum ludzi, którzy krążą jak wielkie gromady atomów. Mężczyźni niosą swoje bezcenne teczki, w których kryją się archiwa wojny trzydziestoletniej i bułka z kiełbasą, nadgryzione jabłko i widokówka przedstawiająca plac św. Piotra w Rzymie.
Nad wszystkimi miastami krążą jaskółki, zataczają wielkie koła, lecz tych kół nie widać na niebie, to jest naprawdę niewidzialna geometria, gdyby nie gwizd jaskółek, byłoby coś zupełnie nierzeczywistego w ich locie. Zaczyna padać deszcz, parasole rozkwitają jak kwiaty wiśni, znowu jest więcej chaosu niż kształtu, kontury miasta zacierają się w mżawce, we mgle, potem w śniegu, ulica znika, tylko czasem wyłaniają się czarne sylwetki kobiet w żałobie, ponieważ tylko kobiety wiedzą, czym jest żałoba i czym są narodziny dziecka, i płacz w nocy, gdy nikt nie słyszy, i wielki żal, którego nic nie ukoi, o którym można tylko zapomnieć. Ale wtedy trzeba zapomnieć także o sobie, trochę umrzeć, żeby ulżyć zbyt czujnej pamięci.
Potem znowu niebo się przejaśnia. Unoszę głowę i widzę obłoki ścigane przez wiatr. Wiatr bawi się nimi, wciąż je inaczej modeluje, zmienia ich formy, ciężkie i ponure chmury rozrywa, szarpie, wyciąga z nich długie, błyszczące wstążki, zwalnia, przyśpiesza, popycha, nakazuje im płynąć razem, jak na wycieczce szkolnej, potem rozdziela, jakby chciał z każdą z osobna porozmawiać, zmiata je, przez chwilę niebo jest całkiem czyste, ale to nie trwa długo, eskadra cumulusów pokazuje się nieśmiało i rośnie jak statek flagowy, zbliża się, słychać szum żagli, nawoływania marynarzy, świst lin. Wiem, że Bóg musiałby być jednocześnie i kształtem, i bezkształtem.
ADAM ZAGAJEWSKI