HOME

Zapiski ze stanu wojennego w szarym stukartkowym zeszycie (IV)

Zapiski w szarym 100-kartkowym zeszycie zaczęłam prowadzić, żeby rozładować kipiące we mnie emocje wywołane warunkami życia pierwszych dni stanu wojennego, zaradzić przymusowej bezczynności, zapanować nad niszczącym poczuciem bezsilności, zwalczyć bezradność. W ciągu jednej nocy została zamrożona wszelka działalność, urwane kontakty, zablokowany dostęp do informacji. Tym, których nie internowano, nie aresztowano, grożono represjami. Zapiski miały charakter osobisty, intymny i nie miałam zamiaru ich publikować. Dziś zdecydowałam się je ogłosić, bo tamte emocje zblakły, a dziennik czytany po czterdziestu latach nabiera wyrazistości, obserwacje i komentarze w nim zawarte, aktualności. Do oryginalnego tekstu włączyłam uzupełnienia, wyjaśnienia, rozwinięcia, które, jak sądzę, są potrzebne tym, którzy nie mogą pamiętać tamtego czasu.

P. S.

 

20 lutego (70) – sobota

We czwartek wiadomość w DTV, że w tramwaju linii 24, na ulicy Obozowej, w tłoku, nieznany sprawca strzelił do starszego sierżanta Zdzisława K. Starszy sierżant jechał na służbę. Sprawców nie złapano, milicjant jest ciężko ranny, walczy o życie po operacji. Rozmowy, które się wokół tego wydarzenia rozwijają są dość przerażające. Często pojawia się pytanie czy ofiara była przypadkowa, czy też st. sierżant zasłużył sobie czymś na swój los. Opinie, że rzecz wykonali fachowcy: „w czasie wojny tą metodą wykonywało się wyroki”. Dyskusje kwalifikujące zamach: wolno takie rzeczy robić czy nie wolno? Przecież chodzi o ludzkie życie. Ale gdyby to miało być życie żołnierza Wermachtu w czasie wojny, to zamach nie budziłby takich zastrzeżeń jak teraz gdy chodzi o życie podoficera MO. A więc zamach na Niemca lub Polaka czy zamach na okupanta? Wolałabym, żeby st. sierżant przeżył, jestem przeciwna odbieraniu ludziom życia, ale jednocześnie nie czuję nic przeciwko zamachowcom (nie wiem, dlaczego, ale jestem przekonana, że to musiało być kilka osób). Nie jestem w stanie zaakceptować dla siebie tej formy walki, ale czuję, że oni są po tej samej stronie co ja. Przeraża mnie perspektywa zamachów, podkładanych bomb i nawet partyzantki. Chociaż, do czego może doprowadzić filozofia, w której dziś jest jedyna nadzieja: im gorzej, tym lepiej. Sądzę, że wielu ludzi jest już tak naładowanych nienawiścią, że teraz może ona znaleźć ujście tylko w strzałach i wybuchach. I we mnie ona tkwi i zapewne dyktuje mi brak zdecydowanego sprzeciwu wobec sprawców zamachu. A generał ładuje nienawiścią coraz to nowe zastępy ludzi. Wygląda to tak, jakby mu zależało na rozlewie krwi, na wojnie domowej. Może też uważają, że „im gorzej, tym lepiej”. Tyle, że ich gorzej i lepiej są dokładnie przeciwne od naszych. Wczoraj w TV Urban już mówił na ten temat. Opór zbrojny nie ma szans. Mogą nas zgnieść. Może właśnie na tym zależy WRONie. Doprowadzić do zbrojnego oporu i zgnieść wszystko za jednym uderzeniem. W rozmowach o zamachu na st. sierżanta trafiają się też takie głosy, że to była jeszcze jedna WRONia prowokacja. Wczoraj na Nowym Świecie żołnierze znów pojawili się z długą bronią noszoną przed sobą z wystawionymi na przechodniów bagnetami. Na Bonifraterskiej patrol konny milicji. Ale wojska na ulicach mniej, przeważa ZOMO, znikają transportery ze skrzyżowań ulic.

Wiadomość od Małg. M. z jednego ze szpitali Poznania. Przywieziono tam dwie ofiary zajść. Jedna zmarła po przywiezieniu do szpitala (mężczyzna, lat 40, postrzał w głowę), druga – następnego dnia (ciężkie pobicie, stłuczenie pnia mózgu). Akcja ZOMO w Poznaniu polegała na tym, że otoczono szczelnie tłum zebrany pod pomnikiem na pl. Mickiewicza. Ogłaszano przez megafony, żeby ludzie się rozeszli, co uniemożliwiał kordon ZOMOwców, którzy następnie przystąpili do akcji.

 

 

22 lutego (72) – poniedziałek

Nie mam czasu na pisanie, bo kończę przepisywać Mirkową pracę. Siedzę dziś od rana. Wczoraj za to widzieliśmy się z Witkiem. Dostał urlop (20-27 lutego) na odwiedzenie Janki w szpitalu.

 

25 marca (103)! – czwartek

Nie pisałam przez miesiąc. Do niczego nie mogę się zmobilizować. Ogarnęła mnie jakaś straszliwa niemoc i niechęć. Wszystko wydaje mi się beznadziejne. Prawie wszyscy skarżą się na to.

Ale wczoraj nareszcie miły dzień. Mirek został magistrem. Mamy to w końcu za sobą. Zdał bardzo dobrze egzamin. Pracę też oceniona na piątkę. Poszłyśmy z Natalią [Woroszylską] na dworzec, żeby go odpowiednio przywitać. Pociąg opustoszał, a Mirka ani śladu. Dopiero zobaczyłyśmy, że drzwi wagonów na drugą stronę torów są pootwierane. Umknął nam i naszemu powitaniu wybierając się na skróty. Pognałyśmy na wiadukt na przystanek (to był Dworzec Gdański) i zdążyłyśmy zobaczyć jak wsiada do autobusu 122. My wsiadłyśmy w 116, biegłyśmy od przystanku przy Komedii, tak, że udało się nam złapać Mirka zanim wszedł na podwórko.

Zaczęła się wiosna. Jest ładnie, słonecznie. Chciałoby się gdzieś wyjechać. Michał wyjechał we wtorek do Zakopanego. Dostał wczasy (ponad 5 tys. za dwa tygodnie). Sąsiedzi byli na Bukowinie, prywatnie. Płacili po 130 za łóżko i żywili się sami, głównie weckami przywiezionymi z Warszawy. Zorganizowałabym sobie jakiś wyjazd z Julką, ale muszę pilnować interesów…

Tu kończą się zapiski. Miałam coraz mniej na nie czasu i zajęta byłam sprawami nienadającymi się do opisywania. Zeszyt został mi przez Mirka skonfiskowany i wraz z innym dokumentami ukryty w piwnicy sąsiadów, która służyła także kolportażowi podziemnych publikacji. Od tego czasu zeszyt przetrwał dwie przeprowadzki, orzeł odzyskał koronę, o którą upominał się w sejmie PRL poseł płk. Janusz Przymanowski, nastąpiła przemiana Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej w Rzeczpospolitą Polską, Ludowego Wojska Polskiego w Wojsko Polskie, Milicji Obywatelskiej w Policję. Minęło 40 lat, a mnie, gdy czytam te zapiski, zdumiewa i przygnębia aktualność wielu spostrzeżeń o dzisiejszym działaniu organów państwa, wojska i policji, o wzbudzanej w społeczeństwie nienawiści, o naszych dylematach, o tym jak krok po kroku zawęża się pole z trudem, przez lata odzyskiwanej wolności. Jeszcze nie całkiem wolność nam odebrano. Musimy jej bronić.

 

Co było dalej? 1982-1989

Niektórzy Czytelnicy moich zapisków mogą być zainteresowani tym, co było dalej. Postaram się krótko opisać to, czego już nie zapisałam po trzech kropkach sugerujących, że ciąg dalszy nastąpi.

Zeszyt został porzucony dlatego, że pochłonięta innymi zajęciami miałam na pisanie dziennika coraz mniej czasu. Przepisywałam na wysłużonej maszynie teksty dla podziemnej prasy. Daty zapisów są coraz rzadsze również dlatego, że coraz więcej treści musiało podlegać autocenzurze. Należało przewidywać, że treść zapisków mogłaby niezdrowo zainteresować niechcianych gości.

Bo któregoś dnia zjawili się z nakazem przeszukania. Zastanawialiśmy się czego szukali, bo bardzo skrupulatnie sprawdzali nasze mieszkanie, łącznie z papierami, dokumentami, książkami. Czteroletnia wtedy Julia, urażona, że omijają jej twórczość, chodziła za nimi ze swoim zeszytem i podtykała do sprawdzenia.

Nie było mnie w domu, bo pewnie wzorem Gajki nie byłabym dla panów z SB uprzejma. Przekonaliśmy się, że musiała im dopiec, kiedy Ewa Dobrowolska, siostra Gai, zabiegała u Kiszczaka o zwolnienie z internatu chorej już Gai. Generał argumentów wysłuchał uprzejmie i rzekomo ze zrozumieniem, i obiecał coś zrobić. Przy Ewie gdzieś zatelefonował i po krótkiej rozmowie z zafrasowaną miną powiedział do Ewy: „Mówią, że nie ma mowy, to wściekła wilczyca. Sama pani widzi, że nie mogę nic zrobić”. Jacek zaś był dla nich zawsze miły i proponował herbatę. Z tej „szkoły” był Mirek. Nie wiem o herbacie, ale moja złość nie miała granic, kiedy okazało się, że mój mąż dodał do zarekwirowanych rzeczy naszą walizkę, bo biedacy nie mieli ich w czym zabrać. To było już… [sprawdzić datę na protokole przeszukania].

PAULA SAWICKA

Tomasz Mann

Jakaś dobra dusza sprawiła, że przysłano mi nowo wydany przez niemieckiego edytora dzieł Tomasza Manna tom opowiadań zebranych autora Czarodziejskiej góry. Czytałem je już tyle razy, w oryginale i w tłumaczeniu, że ten nieoczekiwany dar przyjąłem bez entuzjazmu. Ale kiedyś pod wieczór otworzyłem przypadkiem tę książkę i raz jeszcze przeczytałem od początku do końca. Świt już wstawał, kiedy kończyłem zamykający ją nieznany mi dotychczas fragment o chłopcu Henochu, będący zapewne jakimś ułamkiem wielkiej powieści o Józefie.

Z tej nocnej lektury wyniosłem nie tyle poczucie odnowionego zaufania do najświetniejszego pewnie pisarza nowoczesnej Europy, co potwierdzenie wielu własnych rozmyślań o literaturze. W pewnym okresie życia czytamy bowiem już nie tylko po to, aby poznać rzeczy nowe, lecz i dlatego, żeby jeszcze dokładniej uściślić sobie własne myśli i przekonania, nie zawsze nawet bezpośrednio związane z tym, co czytamy. Jakkolwiek nowa lektura rzeczy znanych daje zawsze nową o nich wiedzę, wiedza ta nie płynie już tylko z tego, co mówi nam autor, ale przede wszystkim z tego, co myślimy sami, zestawiając nasze poprzednie i obecne reakcje na to, co autor mówi i jak wyraża to, co chce nam powiedzieć.

 

 

Lektura opowiadań Manna daje znakomity wgląd w istotę jego filozofii. I kto wie, czy pod tym względem właśnie opowiadania, które powstawały w ciągu całego życia tego pisarza, nie są bardziej pouczające niż jego powieści. Tu bowiem roztacza się przed nami perspektywa nie tylko artystyczna, ale i historyczna na tę zadziwiającą prozę, nietkniętą niemal przez dziwactwa, pokrętności i wynaturzenia, którymi jest przesycona cała niemal proza nowoczesna, od chwili gdy Tołstoj zamknął oczy na małej stacyjce kolei riazańsko-uralskiej. Powiada się zazwyczaj, że życie współczesne stało się zbyt zawiłe, a nasza wiedza o świecie zbyt bogata i różnorodna, aby proza powieściowa mogła wszystko to pomieścić, nie zmieniając swojego tradycyjnego kształtu. Ale mało kto pamięta, że życie dla żywych zawsze bywa tak samo współczesne i zawiłe, a stan wiedzy o świecie zawsze wydaje się niezwykle bogaty i różnorodny. Gdyby więc pisarz zawsze liczył się z tymi czynnikami, które tak usłużnie podsuwa mu dziś znaczna część krytyki, usprawiedliwiającej znudzenie piszących tradycyjnymi formami powieściowymi, wielka, klasyczna proza nigdy by nie powstała. Mann zwłaszcza jest przykładem takiego właśnie pisarza, który lepiej może niż wielu „nowoczesnych’’ zdając sobie sprawę z zawiłości świata, mniej niż ktokolwiek odstępuje od klasycznego wzorca. Jak się bowiem zdaje, rzecz nie polega na tym czy należy, czy też nie należy komplikować lub rozbijać formy dotychczasowe, lecz na tym, jak pojmuje się istotę sztuki, literatury. W tym względzie wszystkie pisma Tomasza Manna dostarczają obfitego materiału, opowiadania zaś najdokładniej określają ten stosunek wielkiego pisarza do literatury, do sztuki. Mann najwyraźniej nie ma zaufania do sztuki jako do ostatecznej instancji w życiu człowieka, nie traktuje jej jako sprawy — dla artysty właśnie — najważniejszej i o wszystkim rozstrzygającej. Sztuka utrwala życie, a po to, by je utrwalić, artysta musi je doskonale poznać, musi przeniknąć jego istotę, razem z miłością, chorobą, nieszczęściem, pięknem, przemijaniem i samą wreszcie sztuką. Mann więc, podobnie jak starzy pisarze Europy, podporządkowuje sztukę życiu, jej to, a nie jemu, każe układać się w wielkim łożysku czasu, a rzemiosło pisarskie traktuje tak właśnie, jak je zazwyczaj traktuje każdy wielki majster: powoduje nim, lecz nigdy nie pozwala, by to ono nim powodowało.

W większości tych opowiadań, pośrednio czy bezpośrednio, ów problem sztuki i życia, tak charakterystyczny dla czasu, w którym Tomasz Mann działał jako pisarz i człowiek, przewija się niby motyw naczelny. W krótkim, mistrzowskim zarysie pt. Das Wunderkind, gdzie pod pretekstem opisu koncertującego „cudownego dziecka” zawiera się wiele mądrości o sztuce, o sytuacji artysty, o stosunku ludzi postronnych do istoty sztuki i do osobowości artysty, Mann z lekką drwiną każe wypowiedzieć młodej dziewczynie o „artystycznych” aspiracjach tę tak niebezpieczną dla każdego artysty maksymę: „My, którzy tworzymy, wszyscy jesteśmy cudownymi dziećmi”, a jednocześnie, mimo pogardy, jaką owa dziewczyna czuje do „niewtajemniczonych w sztukę”, spoglądać z zazdrością na opisaną poprzednio trójkę arystokratycznego rodzeństwa, obecnego na owym koncercie. Można by powiedzieć, że cała twórczość Tomasza Manna jest jak gdyby przeniknięta pobłażaniem, politowaniem, a nawet i niechęcią do koncepcji artysty jako „cudownego dziecka”. Ta niechęć wynika oczywiście z hierarchii ustalonych w filozofii Mannowskiej, w której sztuka jest na usługach życia.

 

 

Myślę, że główny konflikt w sztuce w naszej epoce polega właśnie na odwróceniu owej hierarchii i że wszelkie problemy formalne tu właśnie mają swoje źródło. Kiedy mówiłem wyżej o pokrętności i wynaturzeniach w prozie nowoczesnej, miałem na myśli nie tylko formalne przemiany, które w niej nastąpiły. Myślałem przede wszystkim o przyczynie owych zmian, o odwróceniu hierarchii, która była kamieniem węgielnym całej wielkiej prozy europejskiej XIX stulecia. To ona właśnie sprawiła, że w owej prozie powstały arcydzieła. Jakże pokorni wobec życia wydają się Balzak, Tołstoj, Dostojewski czy Mann w porównaniu z tą plejadą pisarzy, która odmieniła zasadę dawnej hierarchii i życie podporządkowała sztuce i wymaganiom rzemiosła. I jak świetne artystycznie okazały się wyniki tej pokory, która nie jest przecież niczym innym niż świadomością, że utrwalenie życia w literaturze jest sztuką najwyższą, wymaga bowiem wielkiej mądrości i poczucia intelektualnego i moralnego ładu. Gdy ów ład jest w dziele nieobecny, wszystkie zdobycze formalne są pustą zabawą. I przeciwnie — gdy ów ład dziełu przewodzi, rzemiosło pisarza nabiera rzeczywistego znaczenia. Najwyraźniej widać to u Manna, jedynego może ze współczesnych, który ów ład nade wszystko cenił i o którym nie można powiedzieć, że był „cudownym dzieckiem” w literaturze. Udzielił nam swojej mądrości i poczucia ładu w sposób tak doskonały i środkami tak prostymi, jak to czynią tylko wielcy artyści. Wielcy artyści, dla których sztuka oddzielona od życia i świata jest zawsze rzeczą podejrzaną.

PAWEŁ HERTZ

Z tomu: Paweł Hertz „Pamięć i ład”. Warszawa, PIW, 2018. Aby zamówić, proszę kliknąć – tutaj

„Bez poezji nie ma żadnej sztuki”. O pieśniach Zygmunta Mycielskiego

W pisanym niedługo po wojnie pamiętniku Zygmunt Mycielski zanotował: „Bez poezji nie ma żadnej sztuki”. Zbiór skomponowanych przez niego pieśni potwierdza, że sięgał po wiersze najwyższej próby, starając się jak najlepiej dopełnić je muzyką. W liryce wokalnej stworzył świat własny i oryginalny, w którym odważnie odsłania cząstki swojej duszy, za sprawą poezji dotykając w muzyce spraw i uczuć najważniejszych. Jest to świat głęboko intymny, poruszający. Utwory zebrane w niniejszym albumie obejmują cały dojrzały dorobek pieśniarski Mycielskiego. Najwcześniejsze – Triolety do słów Emila Zegadłowicza – zaczął szkicować w 1928 roku, jeszcze przed wyjazdem na studia. Najpóźniejsze – Osiem pieśni do słów Zbigniewa Herberta – skomponował w 1984 roku, trzy lata przed śmiercią. Pomiędzy nimi rozpięte są pozostałe cykle i mniej liczne pieśni pojedyncze. Pisane zawsze z wewnętrznej potrzeby i głębokiego przejęcia słowem poezji.

Jesienią 1928 roku Zygmunt Mycielski rozpoczął studia kompozytorskie w Paryżu, a rok później ukończył cykl Trioletów do wierszy Zegadłowicza z tomu Imagines. Najbardziej rozbudowany jest triolet pierwszy – z długim, impresyjnym wstępem fortepianu. Mycielski odchodzi tu od prostych skojarzeń z tonalnością, a giętka linia sopranu na wyjątkowo gęstym tle mocno dysonansowej partii fortepianu stanowi nie lada wyzwanie dla śpiewaczki. Środkowy triolet ma miarowy, spokojniejszy rytm i mniej gęstą harmonikę, a trzeci jest żywy i wyrazisty, wręcz burzliwy w nastroju. […] 17 marca 1931 roku tylko jeden utwór cyklu (najprawdopodobniej drugi) zaprezentowała w Paryżu Maria Modrakowska, której przy fortepianie towarzyszyła Susanne Astruc – i był to kompozytorski debiut Mycielskiego.

W podobnej estetyce, bliskiej jeszcze wysublimowanej stylistyce Młodej Polski, mieszczą się kolejne chronologicznie pieśni: Litość do słów Cypriana Kamila Norwida, którą 7 maja 1931 roku wykonała w Paryżu Zofia Masalska z towarzyszeniem Mieczysława Mierzejewskiego przy fortepianie, oraz Gorzka zatoka do słów Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i Gdzieżeście?! do słów kompozytora, wykonane 17 listopada 1933 roku w Paryżu przez Marię Modrakowską i Leona Kartuna pod wspólnym tytułem Deux chansons. Ich główną cechą pozostaje intensywność wyrazu, wynikająca w dużej mierze z dość ostrej w brzmieniach harmoniki. […] Wszystkie trzy pieśni ukazują zdolność młodego kompozytora do kreowania zróżnicowanych nastrojowo treści w zwartej muzycznie formie.

Zasadniczą zmianę w języku muzycznym Mycielskiego przynosi skomponowany w 1934 roku w podwileńskich Ornianach cykl Pięciu pieśni weselnych do słów Brunona Jasieńskiego, pochodzących z jego rewolucyjnego poematu Słowo o Jakubie Szeli. Mycielski wybrał do muzycznego opracowania fragmenty odnoszące się do wesela i w rezultacie stworzył jeden ze swoich najlepszych i najbardziej rozpoznawalnych utworów. Cykl obejmuje pięć skontrastowanych wyrazowo obrazów, ujętych w ramy kompozycją Tańcowała izba, stół – która z finale przyjmuje wersję Tańcowała izba, sień. W Pięciu pieśniach weselnych jest ludowa z ducha żywiołowość (ogniwa skrajne), ale i pełen ciepła liryzm (Padał deszcz, płakał deszcz, coda A musiałażeś ty, Maryś). Mycielski pokazuje też znakomity zmysł kolorystyczny (choćby świetnie oddane brzmienie kropli padającego deszczu!), a także talent do tworzenia w ramach poszczególnych ogniw cyklu krótkich scenek dramatycznych. […] Docenili to krytycy, chwaląc Pieśni weselne już po prawykonaniu, które odbyło się 31 stycznia 1935 roku podczas koncertu zorganizowanego przez Stowarzyszenie Młodych Muzyków Polaków w Paryżu – śpiewała Maria Modrakowska z towarzyszeniem Nadii Boulanger przy fortepianie.

 

 

Rok po Pieśniach weselnych Zygmunt Mycielski skomponował Trzy pieśni do słów Petroniusza. Zachowany w rękopisie cykl dedykowany został przyjaciółce kompozytora z klasy Nadii Boulanger – Marcelle de Manziarly. Mycielski wybrał do umuzycznienia trzy z Fragmentów przypisywanych Petroniuszowi. Wykorzystał oryginalny tekst łaciński, zapisując w partyturze jedynie informacyjnie także francuskie tłumaczenia wierszy. Poezji rzymskiego klasyka nadał prostą, ascetyczną wręcz oprawę muzyczną. […] Trudno powiedzieć, dlaczego miniatury te nie znalazły wykonawców, bo choć są bardziej ascetyczne, spokojniejsze i mniej zróżnicowane w wyrazie niż brawurowe Pieśni weselne, prezentują podobnie wysoki poziom. Wydaje się, że na przeszkodzie stanęła decyzja kompozytora o powrocie z Francji do Polski i typowy dla niego brak dążenia do prezentacji własnych utworów. Na pewno jednak ten inspirowany starożytnym łacińskim tekstem cykl zasługuje na uwagę, bowiem ciekawie i w oryginalny sposób uzupełnia repertuar przedwojennej polskiej liryki wokalnej.

Pierwszy okres twórczości pieśniarskiej Zygmunta Mycielskiego zamyka pieśń Stimme eines jungen Bruders do słów Rainera Marii Rilkego, skomponowana w 1938 roku w Bukowinie Tatrzańskiej. Był to dla kompozytora czas kryzysu wewnętrznego i stąd prawdopodobnie zainteresowanie poezją Rilkego, do którego tak chętnie sięgali młodopolscy twórcy. […] W stosunku do obu wcześniejszych cykli Mycielskiego nastrój jest tu diametralnie odmienny. Obecny w utworze rys silnej ekspresji wydaje się bliższy wcześniejszym pieśniom kompozytora, jednak połączony z wątkiem osamotnienia i poczucia nieprzystawalności do świata zapowiada już jego dojrzałą, powojenną twórczość.

Najpóźniejszą pieśnią Mycielskiego na sopran i fortepian jest Brzezina do słów Jarosława Iwaszkiewicza, skomponowana w 1951 roku podczas gościny u poety w podwarszawskim Stawisku. Kompozytor sięgnął do słów piosenki, którą w opowiadaniu Iwaszkiewicza nuci wiejska dziewczyna, Malina. „A pierwsze zamknienie / to moje spojrzenie, / że ja ciebie nie chcę znać” – boleśnie zawodzi głos solowy. Trzykrotnie powtórzona ludowa lamentacja w muzycznej wersji Mycielskiego zyskuje wysoce artystyczny kształt. Porusza do głębi, zachwycając połączeniem ekspresyjnie meandrującej linii solowej z intensywnym harmonicznie akompaniamentem fortepianu. Sam kompozytor pod koniec życia przyznał: „Moja najlepsza pieśń to te trzy strofy Brzeziny […]. Ani jednej nuty nie można w tej pieśni dodać ani ująć. Wszystkie nuty tam mówią” (27 VII 1986).

Po 1945 roku świat liryki wokalnej Zygmunta Mycielskiego to już przede wszystkim twórczość przeznaczona na głos męski. Otwiera ją symbolicznie cykl Ocalenie do słów Czesława Miłosza. Mycielski wybrał do umuzycznienia otwierającą słynny tomik poety Przedmowę. Jej zwrotki składają się na pięć kolejnych ogniw utworu. Pieśni I, II, III i V napisane zostały na przełomie kwietnia i maja 1946 roku, podczas gdy najdłuższą część czwartą, Czym jest poezja, która nie ocala narodów ani ludzi?, Mycielski skomponował dopiero w 1948 roku. Całość nie została za życia twórcy wykonana, a nuty wydano dopiero w 1989 roku. Idąc za wskazaniem poety, kompozytor stworzył cykl będący poruszającym głosem artysty wobec tragicznych przeżyć wojennych oraz wyrazem bólu po stracie bliskich (szkice Mycielskiego odsłaniają osobistą dedykację, z której później zrezygnował). Ocalenie jest też zapisem wątpliwości co do roli sztuki wobec tragedii wojny – stąd centralne i dramaturgicznie najważniejsze miejsce pieśni czwartej. Ostatecznie poezja niesie jednak „wybawczy cel”, w którym można znaleźć ocalenie – co za poetą wyznaje też i kompozytor. Muzyka Ocalenia jest mocno skupiona, w partii głosu solowego dominuje melorecytacja, a większe skoki interwałowe podkreślają miejsca ważne ekspresyjnie. Równie oszczędny jest fortepianowy akompaniament, oparty na powtarzanych akordach, często z użyciem interwałów nony i septymy, co dodatkowo nadaje brzmieniu surowość. Całość jest poruszająca, niesłychanie intymna, przejmująca. Ocalenie należy do najlepszych osiągnięć kompozytorskich Mycielskiego, ukazując, jak w indywidualny sposób łączy on niezwykle skondensowany język dźwiękowy z intensywnością przekazu […].

W połowie lat sześćdziesiątych kompozytor sięgnął ponownie do poezji Jarosława Iwaszkiewicza. Z jego tomu Krągły rok wybrał do opracowania sześć liryków. Najpierw, w 1965 roku, umuzycznił trzy pieśni o łacińskich tytułach, a dwa lata później dodał kolejne trzy i połączył w całość. Jest to bodaj najbardziej wymagający – i dla wykonawców, i słuchaczy – cykl pieśniowy Mycielskiego. Język muzyczny utworu oparty jest na starannie wyselekcjonowanych dźwiękach, wybranych w ramach indywidualnie stosowanej przez kompozytora techniki zbliżonej do dodekafonii. Punktem wyjścia i cechą nadrzędną pozostaje tu jednak słowo poety. Wybrane przez Mycielskiego liryki mówią o „nieukojeniu” i „cierpieniu osobności” (Status creaturae), milczeniu, które jest odpowiedzią na krzyk bólu (Principium individuationis), o „doskonałości czasu”, w którym „przeszłe i przyszłe / razem dzisiaj zakwita” (Interminabilis vitae possessio), o starym wilku, który z daleka zazdrośnie przygląda się śpiewom i tańcom młodych (Wilk), a wreszcie o niemożności cierpienia i nieumiejętności kochania (Cierpieć – nie mogę). Na koniec, w pieśni Widzisz, że świta (L’Alba), wraz ze wschodem słońca pojawia się promyk nadziei. W muzycznej interpretacji wierszy najważniejsze dla kompozytora stało się podkreślenie znaczeń tekstu. Służy temu ograniczenie muzycznych środków przy maksymalnej koncentracji uwagi. […] Nie brak tu chwil zamyśleń i zawieszeń muzycznego toku, w zakończeniu pieśni Status creaturae i Wilk kompozytor wprowadza także ponadczasowy motyw b-a-c-h.

W 1972 roku Mycielski sięgnął ponownie do słów Czesława Miłosza, wybierając jeden z jego najbardziej znanych wierszy – Tak mało. Swej pieśni nadał tytuł Napisane wczesnym rankiem, co nawiązuje do tytułu rubryki, w której ogłaszano poezje Miłosza w paryskiej „Kulturze” (Zapisane wczesnym rankiem). Wiersz jest wyznaniem dojrzałego twórcy, niezadowolonego z własnych osiągnięć. „Tak mało powiedziałem” – wątpliwości wyrażone przez poetę mocno współgrały z odczuciami kompozytora, który wciąż borykał się z przekonaniem, że niewystarczająco dużo czasu poświęca własnej twórczości. Niewielkich rozmiarów pieśń ujmuje prostotą i wyrazistością. Zachowana w rękopisie, po raz pierwszy została wykonana 8 maja 2017 roku w Warszawie przez Jarosława Bręka z towarzyszeniem Mariusza Rutkowskiego.

Zamykający album cykl Ośmiu pieśni do słów Zbigniewa Herberta powstał w 1984 roku. Mycielski wybrał fragmenty wierszy poety pochodzące z dwóch tomów: Raport z oblężonego Miasta (pieśni I–IV) oraz Hermes, pies i gwiazda (pieśni V–VIII). Ułożył je w całość według własnej koncepcji. Po zakończeniu pracy pisał nawet zaniepokojony do Herberta, czy zgodzi się na takie „zmasakrowanie” swych wierszy, bo rzeczywiście wybrał z nich nieraz tylko pojedyncze wersy, omijając inne. Nie zgubił jednak oryginalnego przekazu (zgodę poety uzyskał), ale jeszcze go wzmocnił pełną wyrazu muzyką. W partii głosu solowego dominuje melorecytacja, a ważną rolę w budowie klimatu brzmieniowego pełni rozbudowana partia fortepianu. Język muzyczny oparty jest na mocno dysonansowej harmonice, wynikającej ze stosowanego przez kompozytora tablicowego systemu wyboru wysokości dźwięków. W rezultacie nastrój pieśni jest surowy, a jednocześnie nasycony ekspresją, co znakomicie oddaje przejmujące przesłanie poezji Herberta. Mycielski przekonująco buduje atmosferę pełną skupienia, niepokoju i smutku, ale niepozbawioną też momentów liryzmu i chwilowych przebłysków nadziei. Warto pamiętać, że utwór ten, podobnie jak i poezję Herberta, można wpisać w atmosferę polityczną lat stanu wojennego, choć ich przesłanie pozostaje czytelne i bez historycznych odniesień.

 BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Fragment szkicu zamieszczonego w książeczce do płyt CD: Zygmunt Mycielski „Complete Songs”. Wykonawcy: Joanna Freszel, Bartłomiej Kominek i Tomasz Konieczny, Lech Napierała. Seria „Anaklasis”, PWM 2025 (2 CD). Aby kupić płytę kliknij tutaj.

Muzeum cz. 8 – Historia tkwi w szczegółach – o religijności dawnych mieszkańców Mazur

Wiele eksponatów w części mieszkalnej muzeum „opowiada” nie tylko o kwestii językowej, ale również o religijności dawnych mieszkańców Mazur. Te sfery były ze sobą powiązane, na co zwrócił uwagę w 1921 roku Adolf Szymański: „Główne cechy charakterystyczne Mazurów to ich polskie pochodzenie i zwyczaje, niemiecka tradycja, polskie nazwiska i niemieckie imiona, polski język i niemieckie pismo, polskie przysłowia i niemieckie pieśni, słowiańska religijność i ewangelickie wyznanie”.

Wraz z sekularyzacją państwa krzyżackiego równo 500 lat temu, w roku 1525 oraz przejściem na luteranizm ostatniego wielkiego mistrza, księcia Albrechta Hohenzollerna – tego ze słynnego obrazu Jana Matejki Hołd pruski – zgodnie z panującą wówczas zasadą cuius regio, eius religio – czyja władza, tego religia – Prusy Książęce zostały pierwszym na świecie państwem protestanckim. I choć nazwa kraju i prowincji przez wieki się zmieniała, to aż do końca II wojny światowej i upadku Prus Wschodnich, było to nadal państwo protestanckie, co nie wykluczało obecności innych religii.

Aby ta nowa religia, przyjęta przez Albrechta, mogła dotrzeć do wszystkich mieszkańców, zwłaszcza do prostego ludu wiejskiego, ważne było zwiększenie liczby pastorów oraz zapewnienie literatury religijnej wiernym umiejącym czytać, aby mogli szerzyć ją dalej. Konieczne stało się przetłumaczenie dzieł Lutra i publikowanie ksiąg religijnych w języku polskim, używanym powszechnie w mazurskich kościołach aż do XIX wieku. W 1543 roku w Królewcu ukazały się Pieśni duchowne a nabożne nowo zebrane i wydane przez Jana Seklucjana. Było to pierwsze wydanie zbioru 33 pieśni i psalmów, częściowo tłumaczonych z języka niemieckiego. Kilka lat później Stanisław Murzynowski, na zlecenie księcia Albrechta, jako pierwszy przełożył na język polski Nowy Testament, wydany w drukarni Jana Seklucjana w latach 1551-1553. W XVI wieku w Królewcu wydawano wiele katechizmów, postylli i kancjonałów, w tym 297 w języku łacińskim, 183 w języku niemieckim i 90 polskim. Wiek XVII i XVIII obfitował nadal w liczne polskojęzyczne wydawnictwa religijne, a w 1741 roku ukazał się po raz pierwszy Nowo wydany Kancjonał Pruski zawierający w sobie Wybór Pieśni Starych i Nowych w ziemi Pruskich i Brandenburskich zwyczajnych…, najbardziej popularny zbiór pieśni religijnych i śpiewów liturgicznych. Od tej pory Kancjonał, zwany Mazurskim drukowany szwabachą, ale w języku polskim z tytułami pieśni w języku niemieckim (!) znajdował się praktycznie w każdym domu. W związku z tym był często wznawiany przez oficynę Jana Henryka Hardinga z Królewca: w latach 1782-1918 każdego roku, ponad 150 razy (!) a większość wydań liczyła 50 000 egzemplarzy (ostanie pochodzi z 1926 roku). Mimo tak wielkich nakładów do naszych czasów przetrwało niewiele egzemplarzy, bo często wraz ze zmarłym właścicielem były one wkładane do trumny.

 

Podstawą luterańskiej religijności była aktywność wiernych, którzy powinni w kręgu rodzinnym modlić się, śpiewać pieśni i czytać książki religijne. Strona tytułowa znajdującego się w naszych zbiorach „Kancjonału” wydanego w 1888 roku, z podpisem właściciela: Gustav Kostrzewa, geb. den 19/10 1877 [urodzony 19 X 1877] oraz „Religijna książeczka albo chrześcijańska nauka religii według dr Martina Luthera małego katechizmu…” wydana w 1900 roku w języku polskim przez drukarnię Hartunga w Królewcu.

 

Wśród ksiąg religijnych w naszym muzeum jest też Biblia to jest wszystko Pismo Święte Podług Edycyi Berlińskiey z Roku 1810 i Gdańskiey z Roku 1632 Dla Pożytku Zborów Polskich Ewangielickich Za przyczyną Głównego Towarzystwa Biblijnego Pruskiego Na nowo przedrukowane. 8 wydanie w Halli, Roku Pańskiego 1907 – w języku polskim, ale drukowana czcionką gotycką, charakterystyczną dla publikacji niemieckich.

Do połowy XIX w. nabożeństwa w mazurskich kościołach, zwłaszcza na terenach wiejskich, odbywały się głównie w języku polskim, rzadziej w niemieckim (to częściej w miastach). W II połowie XIX w., wraz z zaostrzeniem polityki językowej przez władze pruskie, także w kościołach zaczęto ograniczać używanie języka polskiego. W marcu 1862 roku wydano zarządzenie, zgodnie z którym, niezależnie od liczby Niemców w parafii, wprowadzono nabożeństwa niemieckie. Następnie próbowano odgórnie, poprzez kolejne zarządzenia, ograniczać do minimum używanie języka polskiego w kościołach, ale próby rugowania języka polskiego wywoływały protesty wiernych (wielu z nich nie znało niemieckiego). Wzbudziły one też obawy… władz kościelnych, które zastanawiały się, czy zbyt radykalne działania nie odsuną Mazurów do Kościoła, zwłaszcza że coraz bardziej popularny stawał się ruch gromadkarski, stanowiący swoistą odmianę biernego oporu ludności mazurskiej wobec germanizacji. Członkowie ruchu gromadkarskiego brali wprawdzie udział w nabożeństwach kościelnych, ale uczestniczyli również w nabożeństwach domowych, odprawianych w języku polskim przez osoby świeckie.

 

Rozmaite księgi i modlitewniki ewangelickie wydane w języku polskim i niemieckim z naszych zbiorów.

 

O ile kancjonały i księgi religijne znajdowały się często w chatach mazurskich, to mniej było w nich obrazów i rzeźb religijnych, co wynikało z odrzucenia rzymskokatolickiego kultu obrazów i relikwii. Luter choć piętnował kult sprzedawanych relikwii i tzw. „cudownych obrazów”, uznając je za przyczynę bałwochwalstwa, to jednak ich nie zakazywał, uważając, że usuwanie wizerunków Zbawiciela, Marii, a nawet świętych, mogłoby „słabych i maluczkich” zrazić do nowej religii. Akceptował wizerunek Chrystusa Ukrzyżowanego, także w otoczeniu arma christi oraz krucyfiks (i dlatego w kościele luterańskim powinien stać krzyż lub krucyfiks). Choć wielu radykałów (jak Kalwin i Karlstadt) było przeciwnego zdania, Luter uważał, że obrazy, choć dla wiary nieistotne i drugorzędne, mogą być przydatne w zwiastowaniu Ewangelii, dlatego nie wolno ich było nakazywać, ani zakazywać: „W odniesieniu do obrazów należy stwierdzić, że prawdą jest, iż nie są one konieczne, ale powinny pozostać kwestią wolnego wyboru”.

W chałupach na pograniczu Mazur i Mazowsza, gdzie silne były wpływy religii katolickiej, wieszano na ścianach obrazy religijne, zwłaszcza z cytatami z Ewangelii, sentencjami i napisami o treści religijnej, uznawanymi za przejaw protestantyzmu. W pierwszej izbie naszego muzeum nie ma typowego dla chałup zamieszkałych przez katolików tzw. świętego kąta (w prawosławiu był to ikonostas domowy), ale wisi obraz z napisem (nieco zmodyfikowana amatorska kopia litografii z 1924 r., której autorem był niemiecki malarz Georg Röder, 1867-1958). Jest to ilustracja historii Noego i potopu ze Starego Testamentu: „A po czterdziestu dniach Noe, otworzywszy okno arki, które przedtem uczynił, / wypuścił kruka; ale ten wylatywał i zaraz wracał, dopóki nie wyschła woda na ziemi. / Potem wypuścił z arki gołębicę, aby się przekonać, czy ustąpiły wody z powierzchni ziemi. / Gołębica, nie znalazłszy miejsca, gdzie by mogła usiąść, wróciła do arki, bo jeszcze była woda na całej powierzchni ziemi; Noe, wyciągnąwszy rękę, schwytał ją i zabrał do arki. / Przeczekawszy zaś jeszcze siedem dni, znów wypuścił z arki gołębicę / i ta wróciła do niego pod wieczór, niosąc w dziobie świeży listek z drzewa oliwnego. Poznał więc Noe, że woda na ziemi opadła”. [Biblia Tysiąclecia, Rdz 8,6-13.20-22].

 

Biały gołąb zwiastuje narodziny nowego życia, drugi początek świata, a gałązka oliwna symbolizuje pokój, radość i nadzieję.

 

W alkierzu – sypialni gospodarzy, na szafce stoi krucyfiks, drewniano-gipsowy, pokryty „złotą” farbą ozdobiony delikatnym ażurowym ornamentem (z tego powodu pierwotnie był chroniony w wysokim szklanym kloszu, którego obecnie brakuje). Obok, na ścianie wisi obraz, przestrzenny – takie „dawne 3D”, przedstawiający ukrzyżowanego Chrystusa i narzędzia męki, wykonane z pomalowanego na złoto gipsu, naklejonego na deskę pokrytą ciemnozielonym aksamitem. Obraz, który kupiłem tuż po studiach, prawie 50 lat temu, to Arma christi czyli symboliczne przestawienie Męki Pańskiej, wyjątkowe, bo może nie zawierać (choć zwykle zawiera) postaci ukrzyżowanego Chrystusa, ale narzędzia jego męki, uznawane za broń, którą zwyciężył śmierć. Oprócz krzyża i titulusa z napisem INRI są to zwykle korona cierniowa, kolumna biczowania i rózga (bicz), chusta świętej Weroniki, gwoździe, młotek i obcęgi, drabina, włócznia, tyczka z gąbką, dzban, miecz, szaty i kości, którymi o nie grano oraz kogut, który zapiał po tym jak Piotr trzy razy zaparł się swojego mistrza, a niekiedy także księżyc i słońce, które zostało przesłonięte w chwili śmierci Chrystusa.

 

Arma Christi i krucyfiks.

 

W Prusach Wschodnich do 1945 roku wierni kościoła ewangelicko-unijnego stanowili najliczniejszą grupę pośród wszystkich mieszkańców (w 1926 około 84%,) pozostałe 16% stanowili wyznawcy innych kościołów – tu najliczniejszą grupą byli katolicy. Znacznie mniej było katolików na Mazurach, np. w powiecie piskim w 1837 roku zaledwie 415 osób (1,3% mieszkańców), w mieście Pisz w 1849 było ich tylko 58, a liczba ta wzrosła do 293 (6% mieszkańców) w 1925 roku.

Położenie między katolickimi Mazowszem i Warmią, sprawiało, że protestancka ludność zamieszkała w mazurskich wsiach kultywowała wiele obrzędów i tradycji katolickich. Licznie i chętnie odwiedzano katolickie kościoły pielgrzymkowe wzniesione w miejscach cudownych objawień w Stoczku, Glotowie i Krośnie. Mazurzy szczególnie upodobali sobie Złotowo pod Lubawą, Białuty pod Działdowem oraz Świętą Lipkę, gdzie odbywały się odpusty i jarmarki. Tam nie tylko handlowano, ale „przy okazji”, jak pisał urodzony w Piszu Jerzy Krzysztof Pisański, dawano do poświęcenia wino i składano ofiarę, aby otrzymać odpust, ale kupowano zapewne także rozmaite dewocjonalia, a nawet ozdobne, drukowane błogosławieństwa domowi.

Z tego powodu najwyższe pruskie władze kościelne żywo interesowały się religijnością Mazurów, zwłaszcza z pogranicza mazursko-mazowieckiego, na którym tak intensywnie przenikały się kultury, języki oraz religie. Do zbadania tych wpływów wysłano nawet z Berlina Friedricha Salomo Oldenberga, który osobiście zaznajomił się z sytuacją i w grudniu 1865 złożył obszerne sprawozdanie, w którym pisał: „Pobożność Mazura jest przeważnie niedojrzała lub też zatrzymała się w początkowym stadium rozwoju. Składają się na nią raczej na pół prymitywne pojęcia i instynkty niż jasne doświadczenia […]. Jego prostota, nawet jeśli on o tym nie wie, czyni go spokrewnionym z katolicyzmem […]. Nie potrafi odróżnić wiary chrześcijańskiej od niechrześcijańskiej ani protestanckiej od katolickiej. Mieszając wszystkie te elementy, znajduje swoją kościelną egzystencję w formach protestantyzmu”.

Także Wojciech Kętrzyński wyraził swoje zaskoczenie zaobserwowanym na Mazurach przenikaniem się elementów obu głównych religii: „[…] co mię bardzo zadziwiło, jest to, że w niektórych okolicach dotąd się zachowuje czysto polski i katolicki obrzęd kolędy, choć Mazurowie już przed wiekami św. Kościół katolicki porzucili i do nauki Marcina Lutra się przyłączyli. Jak w Prusach Zachodnich, tak i tutaj odprawia się ten obrząd przez pastora i organistę w czasie od Nowego Roku do Wielkiej Nocy”.

 

Przetłumaczona przez Samuela Tschepiusa (1678-1750), proboszcza z Działdowa i Nidzicy i wydana przez jego syna Samuela Ernesta książka „O prawdziwym chrześcijaństwie” była niezwykle ceniona przez Mazurów.

 

Świadectwem przenikania religii jest znajdująca się w naszym muzeum ozdobnie oprawiona w czarną skórę i wydrukowana czcionką gotycką księga: Jana Arnta ś. pamięci generalnego księstwa Luneburskiego superintendanta Sześć Księgi o Prawdziwym Chrześciaństwie z niemieckiego na polski przetłumaczony przez X. Samuela Tscepiula arcypresbytera i proboscza Działdowskiego, Nidborskiego i Dąbrowieńskiego, w Królewcu 1905 druk i nakład Hartumgskiej drukarni. Choć autorem ksiąg był Johann Arndt (vel Arnd, 1555-1621), niemiecki teolog luterański, były one czytane nie tylko przez ewangelików, ale też przez katolików, a nawet prawosławnych. W muzeum zgromadziliśmy rozmaite przedmioty świadczące o obecności katolików na Mazurach. Na ścianach izby dziadków wiszą obrazy Matki Boskiej oraz świętych oraz wystawione w Warszawie w 1911 roku błogosławieństwo domowi, a także wydane pod koniec XIX lub na początku XX w. katolickie księgi i modlitewniki w języku niemieckim i polskim. Wiszą też dwa ozdobne świadectwa przyjęcia Pierwszej Komunii Świętej z 1924 i 1925 roku przez rodzeństwo Franza i Marię Bartnik z warmińskiego Lamkowa (Gr. Lemkendorf).

 

W naszych zbiorach (nie wszystkie są eksponowane w muzeum) mamy świadectwa związane ze starowiercami – druki, ikonę, sprzęty gospodarskie, a nawet drewniaki jednej z sióstr z klasztoru w Wojnowie.

 

Oprócz wyznawców dwóch głównych religii na obszarze Puszczy Piskiej żyli obok siebie również m.in. starowiercy (od 1830 roku), prawosławni, Żydzi, a nawet mormoni.

W 1922 r. do niewielkiej wsi Zełwągi (Selbongen) leżącej na północnym skraju Puszczy Piskiej powrócił kupiec Fritz Fischer, który w Berlinie został mormonem. Dzięki jego agitacji powstała tam wkrótce gmina Kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich i wybudowany został kościół. Liczba mormonów szybko rosła, choć wiązało się to m.in. z zakazem picia alkoholu, kawy, herbaty i palenia papierosów, dlatego w 1926 roku do pomocy Fischerowi oddelegowano na Mazury dwóch kaznodziejów z USA.

Znacznie wcześniej na terenie późniejszych Prus Wschodnich pojawili się Żydzi. W II połowie XIX wieku ich najliczniejsze grupy żyły na terenie powiatu piskiego w miastach (Piszu, Białej i Orzyszu), ale, jak wynika ze spisów członków gminy synagogalnej, pojedyncze rodziny mieszkały także w okolicznych wsiach. W 1900 roku w Prusach Wschodnich mieszkało ogółem 13 877 Żydów (czyli zaledwie 0,7% ludności prowincji), w grudniu 1905 roku 13 702 (0,67%), z czego w powiecie piskim tylko 374 osób (w 1910 roku liczba ta spadła do 260 osób). Pomimo niewielkiej liczby Żydzi w powiecie piskim przyczynili się do ożywienia gospodarczego, a w spisie członków piskiej gminy synagogalnej na początku XX wieku byli: właściciele nieruchomości, kupcy, handlarze, spedytorzy, rzemieślnicy (szewc, tracz, hydraulik), restauratorzy i karczmarze, dwóch producentów octu i dwóch lekarzy [1].

O obecności Żydów na tym terenie świadczą w naszym muzeum jedynie trzy niepozorne przedmioty, ale wokół nich można snuć „małą” opowieść. Tymi eksponatami są wiszące w alkierzu… drewniane wieszaki do ubrań, pochodzące z tego samego sklepu w pobliskiej Ukcie. Na wszystkich jest wypalona ta sama nazwa: Kaufhaus Alt-Ukta, ale różnią się nazwiskami jego właścicieli. Na jednym z nich jest: D. Schlochauer gegr. 1878, a na dwóch pozostałych dwa nazwiska: Natkowski & Gorontzi. Udało mi się częściowo odtworzyć tragiczne losy żydowskiej rodziny z Ukty.

 

Trzy firmowe wieszaki ze sklepu w Ukcie.

 

David Schlochauer (ur. ok. 1865) był członkiem mrągowskiej gminy synagogalnej, ale wraz z małżonką Johanną (z domu Joseph, ur. w 1863 w Mrągowie) przeniósł się z Mrągowa do Ukty, gdzie w roku 1878 założył wielobranżowy sklep (Kaufhaus) oraz „dom mody” (Modewaren). W Ukcie na świat przyszło ich pięcioro dzieci – jako pierwszy w 1886 roku syn Moritz (poległ w 1917 r. podczas I wojny światowej), dwa lata później, w 1888 roku córka Lena, potem syn Gustav (1889) i córki: Ella (1892) oraz Frieda (1895).

David Schlochauer, uwieczniony na wieszaku, zmarł w 1925 roku, a jego żona Johanna pozostała w Ukcie i dopiero w 1939 r. wyjechała do Berlina. Tam, do końca 1942, ukrywała się z córką Leną (noszącą po mężu nazwisko Davidson) przez krótki czas w dzielnicy Charlottenburg przy Mommsenstraße 4, potem Lenie udało się przetrwać wojnę w kryjówce przy Krummestraße (notabene: przez kilkanaście lat mieszkałem w bezpośrednim sąsiedztwie tych obu adresów), potem wyjechała do USA i dołączyła do męża (kupca Adolfa Davidsona) oraz trójki dzieci, którym szczęśliwie udało się uciec przed wojną. Lena zmarła dopiero w 1970, ale jej matka nie miała tyle szczęścia. Została aresztowana 29 stycznia 1943 i wywieziona transportem I/88 do getta w Theresienstadt, gdzie zmarła w październiku tego samego roku.

Sklep w Ukcie po śmierci ojca prowadziła córka Ella Schlochauer (Lena – jej starsza siostra wyemigrowała znacznie wcześniej) wraz z mężem Georgiem Schetzerem (w 1921 na świat przyszła tu ich córka Renate, a później syn Yoram). Przed prześladowaniami Ella z drugim mężem Walterem Kurtem Goldsteinem (pierwszy zmarł w 1930 i został pochowany na cmentarzu żydowskim w Mikołajkach) wyjechała w 1938 z Ukty do Holandii i schroniła się w Amsterdamie. Tam została aresztowana 12 stycznia 1944 (jej męża aresztowano dzień wcześniej, wywieziono do Theresienstadt, a zmarł w Schipkau 19 kwietnia 1945) i deportowana do obozu koncentracyjnego Bergen–Belsen, gdzie zmarła na tyfus 6 marca 1945. Razem z Ellą do obozu wywieziono również jej córkę Renate (zmarła 18 kwietnia 1945 r. w Torgau lub Schipkau). Holokaust przeżyli Gustav i Frieda – młodsze dzieci kupca Schlochauera, oraz Yoram (syn Elli), który w 1999 złożył oświadczenie w Yad Vashem, na podstawie którego możliwe było odtworzenie rodzinnej historii.

Po wyjeździe z Ukty, a raczej po ucieczce przed prześladowaniami, sklep rodziny Schlochauer przejęli w 1938 (wcześniej odkupili?) dwaj miejscowi kupcy Natkowski i Gorontzi. Niewiele o nich wiadomo, poza tym, że zamówili nowe, firmowane ich nazwiskami wieszaki do ubrań. Być może w przejęciu sklepu istotne było to, że członkowie rodzin Gorontzi (zniemczona i „poprawna politycznie” forma mazurskiego nazwiska Gorący) byli zagorzałymi zwolennikami i aktywnymi członkami partii narodowosocjalistycznej, a niektórzy z nich mieli wysoką rangę w Waffen-SS i Wehrmachcie. Jednym z nich był Richard Gorontzi, urodzony w 1920 roku w Ukcie, który jako osiemnastolatek (w 1938) ukończył cum laude elitarną szkołę z internatem dla dzieci prominentów, zwaną Napola (Nationalpolitische Erziehungsanstalten, Narodowo-Polityczne Zakłady Wychowawcze) przygotowującą kadry dla Wehrmachtu i Waffen-SS. Rok później został powołany do Infanterie-Regiment 43 w Insterburgu, gdzie szybko awansował (Fahnenjunker, Leutnant, Kompanienführer, Oberleutnant, Adiutant) aż do dowódcy batalionu (Bataillonskommendant). Zmarł 21 października 1943 w Królewcu (i tam został pochowany) wskutek ran odniesionych w bitwie.

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

[1] Więcej na ten temat: K. A. Worobiec, Niechciani obcy i inni – Żydzi i Cyganie, „Znad Pisy” 2018 nr 24, s. 184–209.

Sacały

Z historią Sacał związana jest postać Pawła Nikołajewicza Rybnikowa – wicegubernatora guberni kaliskiej w latach 1867–1885. Pojawił się w Kaliszu w roku 1866, a więc po klęsce powstania styczniowego. Paweł Rybnikow kupił na terenie Wielkopolski kilka majątków, w tym leśny folwark Sacały.

Z tablicy informacyjnej na miejscu folwarku w lesie sacalskim

 

1. Z Andrzejem Rybnikowem, prawnukiem wicegubernatora Kaliskiej guberni Priwislanskogo kraja, umówiłem się w Kaliszu na dworcu. Zamierzaliśmy wspólnie przejść się do mogiły jego pradziada Pawła Nikołajewicza Rybnikowa na prawosławnym cmentarzu przy ulicy Górnośląskiej, a potem pojechać do Sacał – letniej daczy wicegubernatora. To była moja trzecia wizyta w grodzie nad Prosną w ciągu niecałego roku.

Pierwszy raz przyjechałem do Kalisza ubiegłym latem, aby spotkać się z autorem pierwszej polskiej książki o Rybnikowie – profesorem Krzysztofem Walczakiem. Wyszła w ramach serii „Kaliszanie”. Niewielka, ledwie siedemdziesiąt stron, wydana przez Kaliskie Towarzystwo Przyjaciół Nauk, którego profesor Walczak jest prezesem. Podziękowałem panu Krzysztofowi za egzemplarz z dedykacją, obiecując, że jak przeczytam, to wrócę do Kalisza, aby porozmawiać. Profesor narysował mi, jak trafić na mogiłę Pawła Nikołajewicza Rybnikowa na cmentarzu prawosławnym. Cały dzień padał deszcz.

 

 

Cmentarz greko-prawosławny w Kaliszu leży naprzeciwko cmentarza katolickiego po drugiej stronie Górnośląskiej, nieco na uboczu, na niewielkim wzniesieniu za zmurszałym murem po schodach, jak gdyby od razu na tamten świat. Dzięki rysunkowi profesora Walczaka bez trudu znalazłem mogiłę Rybnikowa i położyłem na niej czerwoną różę w imieniu Polsko-Rosyjskiego Towarzystwa Przyjaciół Rybnikowa. Na cmentarzu oprócz mnie nie było żywej duszy, nie licząc ptaków i drzew, ścieżki zaledwie widne pod zeszłorocznymi liśćmi, mogiły zarośnięte chwastem i trawą, krzyże pokoszone, cyrylica nieczytelna… Mur dookolny dawał poczucie ujuta – bycia u siebie – choćby na tym skrawku ziemi, a zarazem miało się wrażenie wyrzucenia poza margines Kalisza realnego, który pozostał za murami. Tam miasto tętniło życiem, tutaj cisza wibrowała w gałązkach drzew.

 

 

2. Powtórnie przyjechałem do Kalisza po lekturze książki o Rybnikowie, aby porozmawiać z profesorem Walczakiem. Konkretniej niż za pierwszym razem. Profesor zrazu zwrócił uwagę, że zdjęcie z pogrzebu Rybnikowa w Kaliszu, które zamieścił w monografii, okazało się odkrytką z innego pogrzebu, co zdradziła drobiazgowa analiza wywieszek ulicznych. Na jednej widnieje nazwa firmy, która nie istniała w czasie pogrzebu rosyjskiego wicegubernatora.

Siedzibą Kaliskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk rządziły duchy, unosząc się nad książkami. Duch starożytności, którego pierwszy ślad w piśmiennictwie pod postacią Calissii utrwalił Ptolomeusz w II wieku naszej ery i duch wielkopolskiego grodu, który ulubili sobie najwięksi polscy królowie, Jagiełło i Kazimierz Wielki, duchy Napoleona i Aleksandra II, ale poczułem także zapaszek miasta, które nieraz przechodziło z rąk do rąk, zostawiających na nim odciski palców, dziedziczne choroby i zmiany w urzędowym języku. Z okien Towarzystwa widziałem okazałą bryłę Pałacu Komisji Wojewódzkiej Kaliskiej, gdzie wicegubernator Paweł Nikołajewicz urzędował i chciałoby się przez teatralną lornetę zajrzeć do okien dawnej Resursy (okna za kolumnadą), to znaczy do Klubu Rosyjskiego, założonego przez Rybnikowa z braku lepszego zajęcia. W Klubie organizowano doroczne bale, różne loterie na cele patriotyczne i inne dobroczynne zbiórki, czytano rosyjską prasę według pietrozawodskich wzorów. Ale przede wszystkim w Resursie regularnie grywano w wista. W tamtych latach wist był chorobą rosyjskiej elity, zwłaszcza na prowincji. Jeszcze na karelskim zesłaniu Rybnikow o tym pisał i przestrzegał w „Gubernskich Wiedomostiach”, lecz widać sam nie potrafił się oprzeć karcianemu zabolewaniu.

 

 

Zapytałem profesora Walczaka o majątki ziemskie, które Rybnikow wykupował od państwa rosyjskiego, zabezpieczając, jak sądził, przyszłość sześciorga dzieci. Było tego 47 dziesięcin pod Dębem i 70 dziesięcin w Tykadłowie w powiecie kaliskim, 462 dziesięciny w Osinach w powiecie kolskim i 1240 dziesięcin w Jaskrowie w powiecie częstochowskim piotrowskiej guberni. I raptem to wszystko stracił, a zaraz potem umarł! Co się stało? Toż nie mogli go polscy szulerzy oszukać, co sugerują niektóre źródła, bo miał władzę i żandarmów w razie czego, więc musiał to być dług honorowy. A na co umarł?

Profesor skierował mnie do Archiwum Państwowego w Łodzi i dalej snuł rozmaite wątki z dziejów miasta. Mógłbym go słuchać bez końca, zwłaszcza że przeszłość Wielkopolski znam słabo, a wątek Kalisza tym gorzej, ale do Rybnikowa niewiele z anegdot profesora się odnosiło, więc zluzowałem uwagę i tylko jeszcze zanotowałem familię ostatniego gubernatora Michaiła Daragana, pod którym Rybnikow służył i który bardzo pomógł wdowie po Pawle Nikołajewiczu.

Na moją prośbę profesor Walczak zadzwonił do Muzeum Okręgowego Ziemi Kaliskiej i poprosił, aby jeszcze nie zamykali, bo polski pisarz z Rosji chciałby sfotografować portret Daragana, znajdujący się w zbiorach muzealnych. Daragan zasłynął wśród czynowników rosyjskich swoją sympatią do Polaków, podobnie zresztą jak Rybnikow… Ostatni raz widziano Michaiła Daragana na dworcu w Wołogdzie w czasie wojny domowej w postaci bezdomnego dziada w poszarganym białogwardyjskim mundurze.

 

 

Prosto z Kalisza pojechaliśmy do Łodzi, gdzie w Archiwum Państwowym czekała na nas teczka osobowa Rybnikowa, a w niej ponad dwieście dokumentów… Wnikając w wyblakłą cyrylicę, można było wyczytać, że Paweł Nikołajewicz Rybnikow zmarł w wieku 53 lat na jazwę żołądka. Zjadł go wrzód, a żona została z długami.

 

3. Trzeci raz przyjechałem do grodu nad Prosną z Andrzejem Rybnikowem, prawnukiem Pawła Nikołajewicza. Odnalazłem go w Warszawie, gdzie mieszkają tylko z Marzeną, bo dzieci już dawno wyfrunęły z kraju. Andrzej urodził się w 1955 roku w Brudzewie, dokąd rodzina Rybnikowych przeniosła się z Sacał w 1945 roku po rozkułaczeniu. Andrzej ma domek w Brudzewie i lubi jeździć w rodzinne strony na wakacje.

Jadąc do Kalisza, zastanawiałem się, kto nam zrobi zdjęcie do archiwum Towarzystwa Przyjaciół Rybnikowa, wszak to nie byle fota: wnuk na grobie dziada, słynnego rosyjskiego filologa i w dodatku ze mną, autorem tej byli. Z poprzednich odwiedzin zapamiętałem cmentarz prawosławny w Kaliszu jako zupełnie pusty, ale tym razem był… zamieszkany! Pod kamienną wiatą zbiorowej mogiły znalazło sobie przystań dwóch bomżów, czyli po polsku: bezdomnych. Nie tylko wyrwali się do zrobienia zdjęcia, ale żywo zainteresowali się, kto tam leży? A jak dowiedzieli się, że to pradziad Andrzeja, to poprosili o fotkę z nim na pamiątkę i zobowiązali się za dwadzieścia zeta przez cały rok sprzątać mogiłę Rybnikowa. Tyle wynosi roczne utrzymanie domowiny słynnego filologa w Polszy!

Z Kalisza pojechaliśmy via Brudzew do Sacał, mijając po drodze wielohektarowe panele elektryczne. Nowobogacki nieciekawy landszaft, nie ma na czym wzroku zawiesić. Powszędy reklamy opon.

 

4. Dopiero po zjechaniu z głównej asfaltowej drogi na leśny sacalski trakt znaleźliśmy się znienacka w świecie dziadkowych opowieści. Oto leśna droga, dużo szersza niż dzisiaj, w kolasce wdowa po filologu, dziadek Andrzeja i żandarm z ochrony, ale las się nie zmienił…

 

 

…i zaraz kamień, tak to była brama do folwarku, a za nią pierwsze budowle gospodarcze, z których już nawet nie zostały ostatki fundamentów. To chyba obory albo stajnie, gdzieś tutaj ruiny znikają pod murawą, nieco dalej była stróżówka, w której zwykle kwaterowali żandarmi z ochrony pradziadka (dziesięciu żołnierzy), bo należy pamiętać, że dookoła rozciągały się tereny powstańcze. Co było potem? Andrzej nie bardzo pamięta, gdyż opowieści dziadkowe się rozjeżdżają w jego wspomnieniach na te, które zasłyszał i te, które potem zapisał.

 

 

Przeszliśmy przez folwark jak przez powidok dziadkowych opowieści, legend rodzinnych i snów, powidok drżący już tylko pod powiekami Andrzeja, jego córek to zupełnie nie interesuje, a Marzena w ogóle nie lubi tego miejsca.

– Ot, chyba gdzieś tutaj – Andrzej był niepewny.

 

 

Po kilkudziesięciu metrach przedzierania się przez zarośla stanęliśmy nad leśnym wykrotem. To tutaj stał dworek Pawła Rybnikowa, jego ostatnie pristaniszcze na ziemi… Tu przepadło całe rodzinne archiwum, korespondencja z Lwem Tołstojem i parę innych rarytasów, wdeptanych w ziemię butami sołdatów sowieckich w 1945 roku. Tu…

 

 

Wrocław, październik 2025

MARIUSZ WILK

Galeria jednej fotografii (69)

Lubię dziewczynkę, która wyczekuje lotki, żeby ta spadła na jej rakietę. I samą lotkę, która zawisła w powietrzu. Polubiłam zegar na ratuszu, w Bolesławcu, który na zdjęciu, z lipca, zawsze, pokazuje 10:36. Ostatnio polubiłam nowy szczegół. Jak w Dziewczynce przy falochronie, Westhove 2009, dopiero dokładne przestudiowanie fotografii ujawnia ukryty fragment rzeczywistości. W oknie stoi kobieta. W jasnym fartuchu. I uśmiecha się. Do nas? Do identycznie ubranych bliźniaczek, których grę śledziłam przez obiektyw? Tak sobie?

 

„Badminton”, Bolesławiec 1989, z cyklu: „Grasz w zielone?” © Elżbieta Lempp

22 listopad 2024

ELŻBIETA LEMPP

Nad Owidiuszem (13)

Jak miecz Damoklesa wisi nad naszym światem ów kosmiczny pożar (ekpyrosis) – zagłada, o której nikt z nas już nie zaświadczy, bo unicestwienie to będzie zupełne i wszechogarniające. Bywają też jednak katastrofy skromniejsze; takie, które mimo wszystko można przetrwać, ogarnąć myślą i utrwalić (ku przestrodze potomnych) w pamięci zbiorowej.

Neo-Rzymianin i neo-stoik, a także zadeklarowany owidioman – Niccolò Machiavelli – tak pisał w swoim najważniejszym traktacie: „Nie ulega wątpliwości, że owe klęski powodzi, moru i głodu co pewien czas się zdarzają, gdyż nader często wspominają o nich dziejopisarze i tłumaczą nam one, dlaczego popada w zapomnienie przeszłość. Ponadto klęski takie wydają się uzasadnione. Kiedy w prostym organizmie zbierze się nadmiar zbytecznej materii, natura sama przez się wielokrotnie ją porusza, wywołując przeczyszczenie, które przywraca zdrowie ciału; podobnie dzieje się w owym złożonym organizmie, którym jest świat ludzi. Kiedy wszystkie kraje są tak przeludnione, że ludzie nie mogą w nich wyżyć ani też przenieść się gdzie indziej, bo wszędzie jest nadmiar mieszkańców, i kiedy chytrość i złość ludzka osiągają swe ostateczne granice, staje się konieczne oczyszczenie świata przy użyciu jednego z trzech wymienionych sposobów; zdziesiątkowana i ciężko doświadczona ludzkość żyć będzie potem wygodniej i okaże się bardziej cnotliwa” (Rozważania nad pierwszym dziesięcioksięgiem historii Rzymu Liwiusza, Ks. II, R. V, tłum. K. Żaboklicki).

Przekonanie o wielkim, niszczącym wszystko (bądź prawie wszystko) kataklizmie dzielił Machiavelli nie tylko z rzymskimi stoikami. W każdym niemal zakątku świata przekazywano sobie mrożące krew w żyłach opowieści o pradawnej zagładzie – bądź spowodowanej przewinami, które należy „zmyć”, bądź niezawinionej. Podobnie jak Żydzi, także Grecy – których pisma Owidiusz znał przecież doskonale – potop przypisywali ludzkiemu zepsuciu.

Ale najpierw była opowieść. Dopiero potem – interpretacja.

Stary Testament czytał Machiavelli wybiórczo (i traktował utylitarnie), Greków – w przekładach, ekscerptach i wypisach, opowiadacza Owidiusza zaś – z wielkim namaszczeniem. I jako „swojego”.

Znał go i cenił nie tylko jako poetę miłości, przemian i wygnania, ale także jako kogoś, kto rozumiał, że świat – jak ciało ludzkie – czasem choruje, a wtedy potrzebna jest mu odpowiednia kuracja. W Rozważaniach słyszymy wyraźnie echo „Biblii pogan”: katastrofa jest koniecznym etapem wielkiego kosmicznego cyklu. A Kosmos i Chaos to jakby to samo Coś w dwu wcieleniach.

Ale tam, gdzie Florentczyk szuka mechanizmu, Owidiusz tworzy obraz; tam, gdzie Machiavelli tłumaczy, rzymski poeta uwodzi.

 

 

Potop w Metamorfozach jest więcej niż przypowieścią o „wielkiej wodzie” – sam jest tą falą, która unieważnia porządki, rozmywa granice, znosi różnice między lądem a wodą, człowiekiem a zwierzęciem, historią a mitem. To nie moralitet, lecz widowisko; nie metafora, lecz materia. Konkret.

„Wolność tkwi w rygorach” – miał mawiać Paul Valéry. Toteż wiersz wolny, jak bardzo by się nie zbliżał do mowy naturalnej, jest wciąż wierszem; a tu i teraz wierszem, który opowiada nam poeta tyleż prawdziwy, historycznie i nieomal cieleśnie uchwytny, co legendarny.

Metamorfozy tego tajemniczego wirtuoza słowa, tego Orfeusza łacińskiej tradycji poetyckiej, są przestrzenią wprost wymarzoną dla naszego rodzimego wiersza wolnego, a ten z kolei ma potencjał (w co wierzę i co próbuję pokazać), by mieścić w sobie całą przemienność nie tylko treści, ale i form. Tu, w epizodzie o potopie – wchłonie fale Neptuna, galop jego koni. (Gdzie indziej pojawia się np. zakamuflowany trzynastozgłoskowiec – o tym przy innej okazji).

Tam, gdzie wiersz – w celach ilustracyjno-fonicznych – przyjmuje formę regularnego sylabotonicznego czterostopowca amfibrachicznego, pogrubieniem oznaczam sylaby akcentowane; chodzi o efekt jak tu: faluje, faluje, faluje, faluje… (W polszczyźnie, inaczej niż w łacinie, akcent metrum musi pokryć się z wyrazowym, tj. naturalnym).

POTOP według Owidiusza:

 

Już miał rozrzucić pioruny po świecie,

Ale się zląkł – że święty eter płomieniem się zajmie

Od tylu pożarów i stanie w ogniu nieboskłon.

Przypomniał sobie: nadejdzie czas (jak zapisano),

Gdy morza i lądy, i zajęta stolica w niebie

Spłoną. A z masy osiadłej – nowy początek.

Odkłada gromy, dzieło rąk cyklopich.

Wybiera inną karę: przepadnie ludzkość

Pod wodą, gdy rozedrą się czarne chmury.

 

I już w grotach Eola więzi Akwilona

I inne wiatry, co chmury zbite rozpraszają.

Wypuszcza Notusa. Ten na skrzydłach ciężkich

Wzbija się. Twarz ma straszliwą, mroczną.

Broda leje się deszczem, siwymi strugami płyną włosy,

Czoło mgłą zachodzi, perlą się rosą pióra.

Gdzie Jowisz chmurę pochwyci i ściśnie,

Tam grzmot, tam – z niebios – rzęsista ulewa.

Posłanka Junony, Iris (pani tęczy),

Zbiera wodę i chmurom zanosi, by piły.

Zboża padają. Zrozpaczony rolnik

Porzuca nadzieję – na nic roczne trudy!

 

Lecz gniewu Jowisza nie koją niebiosa.

Na pomoc – z falami – przybywa brat z głębin

I rzeki zwołuje. Gdy stają przed królem,

On wi: „Nie czas to na długie zachęty.

Pokażcie swą siłę, wylejcie – tak trzeba!

Przełamcie zapory, rozbijcie przeszkody

I wodzę popuśćcie potokom – niech dzą!”.

Rozkazał. Ruszają, wzbierają u źródeł

I nurty – bezwzględnie – ku morzom prowadzą.

 

Uderzył trójbem. Zatrzęsła się ziemia

I kła. I wodą nabiegły szczeliny.

Wzbierają i łączą się rzeki, szale

Wśród pól, porywają zwierzęta i ludzi,

Konary, kolumny i rzeźby, i dachy.

Nieliczne budynki dotknięte nieszczęściem

Przetrwały; na krótko. Sklepienia znika

Pod falą straszniejszą, wierzchołki – w odtach.

 

Czy wody, czy dy – już nie ma różnicy:

Bo wszystko jest morzem, jest morzem bez granic.

Ktoś wzgórze zdobywa, do łódki ktoś wskoczył

I wiosłem pracuje, gdzie wcześniej szedł z pługiem.

Ten płynie nad polem, nad wsią zatopioną,

A tamten na szczycie siadł wiązu – i łowi.

Na łąkach zielonych zaległy kotwice.

Wśród winnic rozsiane osiadły kadłuby.

Gdzie kozy niedawno skubały murawę,

Tam teraz taplają się foki zwaliste.

 

Dziwią się gajom i domom, i miastom podwodnym

Nereidy. Po lasach delfiny igrają,

Wpadają w drzewa, o gałęzie się tłuką.

Wilk płynie wśród owiec, lwy płowe gna fala,

Gna fala tygrysy. Jeleń szybkonogi

I silny odyniec w głębinach się topią.

Długo wędrował, szukał skrawka ziemi

Błędny ptak. Moc traci i spada do morza.

Rozpasany przestwór pochłonął wzniesienia,

Grzbiety górskie przepadły w spiętrzeniu bałwanów.

Świat – fala zagarnia; których fala oszczędza,

Ci w długich katuszach umierają z głodu.

(Metamorfozy, Księga I, w. 253-312)

 

Zawsze – cztery zestroje akcentowe w wersie. To jedyna tu reguła niezmienna.

I znów ta myśl szalona: a gdyby tak kazać Owidiuszowi spotkać się (jeszcze w Rzymie) z jakimś uczonym w Piśmie Żydem? Albo Grekiem z Aleksandrii czy Antiochii, który zna Księgę Rodzaju? Gdyby usadzić ich przy jednym stole – przy dzbanie wina i misie owoców – i zachęcić do rozmowy o bogu i człowieku? O początkach. I o falach, które toczą się przez góry i doliny, i niszczą…

Odczytajmy fragment – rozdział VII, wersety od 17 do 22. Podaję w bardzo pięknym przekładzie Izaaka Cylkowa, o którym to dziele Miłosz pisał, że „trwa jako samotny monument na cmentarzysku polskich Żydów”: „Był tedy potop przez czterdzieści dni na ziemi, – i wezbrały wody i poniosły korab’, i uniósł się wysoko nad ziemią. / I wzmogły się wody, i wezbrały bardzo na ziemi; i pływał korab’ po powierzchni wody. / A wody wzmagały się coraz bardziej na ziemi; i pokryły się wszystkie góry wysokie, co pod całem niebem. / Piętnaście łokci wzwyż wzmogły się wody, i zakryte zostały góry. / I wyginęło wszelkie ciało, poruszające się po ziemi, – z ptactwa, i z bydła, i ze zwierząt, i z wszelkiego roju rojącego się na ziemi, i wszyscy ludzie. / Wszystko, w czyich nozdrzach tchnący dech żywota, ze wszystkiego, co na lądzie było, pomarło” (Tora, Kraków, Austeria, 2022).

Woda zabiera wszystko.

JACEK HAJDUK

„Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada” odczytane na nowo

Cóż za przedświąteczny prezent! Nakładem wydawnictwa słowo / obraz terytoria, w serii „Biblioteki Mnemosyne” pod redakcją Piotra Kłoczowskiego, ukazała się nowa edycja poematu Czesława Miłosza Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada. Jak czytamy, przygotowano ją „w dwudziestą rocznicę śmierci Poety i z okazji pięćdziesiątego jubileuszu publikacji poematu przez Instytut Literacki w Paryżu”, przypadające w 2024 roku. Rzecz, jak zawsze w tej serii, została wydana niezwykle starannie, pieczołowicie i z estetycznym wysmakowaniem. Na obwolucie książki umieszczono reprodukcję zrobionej w grudniu 1980 roku fotografii Wojciecha Smoczyńskiego, która przedstawia na pierwszym planie potężne stare dęby na cmentarzu w Świętobrości, na drugim – pomnik na grobie rodziny Miłosza ze strony jego matki. Na okładce przytoczone zostały dwa, wyjaśniające tytuł poematu wersy Psalmu 113 w przekładzie Franciszka Karpińskiego: „Gdzie wschodzi słońca i kędy zapada / Niechay Świat Boską chwałę opowiada”. Wewnętrzne strony okładki zajmują wyklejanki fragmentów dwóch niemieckich map sztabowych z 1915 roku, na których doskonale widać miejscowości w dolinie Niewiaży dobrze znane czytelnikom Miłosza, m.in. dwór i wieś Szetejnie, Opitołoki i Świętobrość oraz dalej położone Kiejdany i Wędziagołę. Na skrzydełkach obwoluty znalazły się wypowiedzi o Miłoszu pióra Tomasa Venclovy i Seamusa Heaneya. Wyrazy ich podziwu dla poety współbrzmią z cytowanymi dalej zachwytami, które, po publikacji w 1974 roku, wyrazili Konstanty A. Jeleński, Jan Błoński, Jarosław Iwaszkiewicz i Zdzisław Łapiński. Sam tekst poematu poprzedza autokomentarz Czesława Miłosza z marca 2004, kończy zaś przytoczony fragment rozmów poety z Renatą Gorczyńską oraz obszerny komentarz autora edycji, Pawła Bema „Przywracanie rzeczy minionych”. Prolegomena do historii i edycji poematu. Całość ozdabiają reprodukcje rękopisu początku Dzwonów w zimie, które pozwalają zajrzeć do poetyckiej retorty i śledzić jak wytapia się w niej z uporem szlachetny kruszec mowy wiązanej. Jednym słowem – wydawnicze cymelium!

 

 

Komentarz Pawła Bema zawiera kilka bardzo istotnych spostrzeżeń dotyczących czasu powstania poematu, jego poprzednich wydań, form edytorskich, polemiki towarzyszącej publikacji jednego z jego rozdziałów, a co szczególnie ważne – przypomnienie usuniętej przez autora w wydaniu książkowym ósmej części Nad miastami.

W obecnej edycji poematu, na co zwraca uwagę Bem, przywrócona została pierwotna wersja tekstu, uwolniona od nadmiernie modernizujących polszczyznę Miłosza zabiegów późniejszych wydawców, wliczając w to, niestety, kanoniczne Dzieła wszystkie. Z kolei przytoczona korespondencja pozwala skorygować błędne przekonanie autora, że poemat powstał w 1974 roku. Tymczasem Pamiętnik naturalisty Miłosz przesłał Jerzemu Giedroyciowi już w liście z grudnia 1971. Wzbudził zresztą prawdziwy zachwyt Redaktora, który pisał: „Myślę, że to jest jedna z najlepszych Twoich rzeczy i bardzo gratuluję. Bardzo często doprowadzasz mnie do cichej furii (jakże słusznej), ale takie poematy są związane z paruset latami odpustu”. Tekst ukazał się w styczniowo-lutowym numerze „Kultury” w 1972 roku. W liście ze stycznia 1972 Miłosz zaznacza, że „Pamiętnik stanowi drugą część większego utworu w tej mniej więcej formie, który mam nadzieję powoli napisać”. Dodaje, że waha się, czy posłać do druku część pierwszą, stwierdzając, że woli z tym zaczekać. Innymi słowy, poemat być może nie przyjął ostatecznie formy, jaką znamy z wersji publikowanej, ale w zamyśle był od razu pomyślany jako większą całość. Toteż dalsze jego fragmenty ukazywały się w „Kulturze” do listopada 1972 roku. Z wyjątkiem Laudy, której publikacja wywołała gorący spór pomiędzy Poetą i Redaktorem.

W liście z kwietnia 1972 Miłosz uprzedza Giedroycia, że napisał „coś większego i dzikiego”, a „rzecz ma nieco drastyczne aspekty”, obawia czy ją wysłać i sam nie wie, „co o tym sądzić”. Zakładając nawet, że tekst się redaktorowi spodoba, dodaje: „Tzn. nie sądzę, że jest nie do druku, ale możliwe, że inny jej wydźwięk [sic], kiedy ukaże się jako część większej całości. Jest to w moim zamierzeniu rozdział III tego, czego Pamiętnik naturalisty jest rozdziałem II-im”. Uwaga ważna podwójnie. Wpierw dlatego, że świadczy, iż pierwsze części poematu układały się w już uporządkowaną całość, a ich następstwo było dla autora wyraźnie określone. Po drugie, poeta nie tylko zakłada, że Lauda nabiera odmiennego znaczenia w sąsiedztwie innych części, ale obawia się również, że jej osobna publikacja prowadzić może do błędnej lektury. Giedroyc nalegał na druk z powodów, które Miłosz odgadł od razu – „patriotycznych”. Jak powiada: „No cóż, sam jestem patriotą tej przeszłości, jakbym nie był, to bym tego nie napisał. A może i jednym z bodźców była przekora wobec dzisiejszego polskiego nacjonalizmu”. Dodaje, że chciał się „opierać powtarzalności emigracyjnego losu”, jeśli zaś uda mu się „prowadzić w wierszach dalej to drążenie autobiograficzne, Lauda, czyli Litwa jeszcze raz przywołana, zmieni swój wydźwięk przez sąsiedztwo z inną tematyką”. Giedroyc poza sentymentem uznaje publikację Laudy za użyteczny argument w grze politycznej, zwłaszcza, że ówczesna Polska stawała się, jego zdaniem, coraz bardziej „piastowska” i „chłopska”. Miłosz tymczasem z całą stanowczością sprzeciwia się drukowi, nie godząc się na polityczną instrumentalizację swojego tekstu. Jak pisze: „Jest to utwór, który dla wielu czytelników byłby przykry, bolesny, a nie jest moją intencją naigrawać się z patriotycznych uczuć”. Obawia się „nacjonalistycznej hecy”. Argumentuje: „Miło mi, że chciałbyś drukować Laudę, ale nie zgadzam się z Tobą, bo to byłoby niewczesne i co dla mnie jest tylko historyczną perspektywą, zostałoby inaczej pojęte”.

Bez wątpienia, wyrwana z kontekstu Lauda mogłaby zostać odczytana przez polskich nacjonalistów jako prowokacja i wyparcie się przez autora przynależności do kultury narodowej. Co więcej, przypominanie o żmudzkich korzeniach Norwida i Gombrowicza mogłoby zostać uznane za pomniejszenie rangi polskiej literatury. Że te obawy nie były bezpodstawne świadczyć mogą ataki środowisk prawicowych na Miłosza, które trwały do końca jego życia: za krytyczny stosunek do Polaków i polskości oraz konsekwentne uchylanie się samoidentyfikacji w kategoriach etnicznych. Byłem świadkiem, jak podczas spotkania w Wilnie, ku wyraźnemu niezadowoleniu miejscowych słuchaczy, Miłosz stanowczo stwierdził: „Nie jestem litewskim poetą piszącym po polsku, lecz polskim poetą urodzonym na Litwie”.

Ostatecznie, ku zadowoleniu Giedroycia, Lauda znalazła się w przekazanym do druku poemacie Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada. Jednakże pominięta w nim została część ósma Nad miastami, którą zawierała jeszcze wersja tego rozdziału ogłoszona drukiem w listopadowym numerze „Kultury” w 1972 roku. Fakt ten umknął uwadze miłoszologów, mnie nie wyłączając, a przecież jest ważny i przynajmniej zastanawiający. Tym bardziej, że jak dowodzi przytoczony maszynopis, poeta do końca pracował nad tekstem. Dlaczego zatem tę część ostatecznie pominął? Przed próbą odpowiedzi na to pytanie warto ją przypomnieć, bo jest piękna i mało dotychczas znana:

 

Mgła tutaj opada późno i zbiera się wcześnie pod wieczór.

Najpierw chmurka, jedna i druga, nad miastami w dole przeciągnie,

Potem półwyspy i mosty zakrywa białość, jak w górach.

Wtedy my zaczynamy. On, z purytańskich pielgrzymów,

I ja, kowieński podsędek, jeżeli pamięć nie myli.

A sączymy brunatny trunek nie powiadając ni słowa.

Albowiem zyskuje się wiedzę, i tylko, a to niewiele.

Gdzieś wysoko słyszy się miechy gramatycznie kalikujące:

On przegrał. Ona przegrała. Wy przegraliście. Oni przegrali.

Albo ta, którą wołano panienko czy może Heluniu

Zatańczy chwilę w płomyku. Ale przeważnie sentencje

Co zawstydzają nicością, jeżeli głośno wymówić.

I z każdą szklanką mój podziw. Dla niego, za to że milczy

Bo sobie zabronił skargi na utrapiony krzyk ciała.

Dla siebie także, za upór, za lata i dni na przepadłe.

Jakiż płacz w porę zamknięty. Jaki protest niemy na zawsze:

Nieprawda że słusznie ginęło wszelkie osobne istnienie.

 

Według Bema amputacja tego fragmentu poematu to wyraz „siły imperatywu lapidarności”, która z czasem w twórczości Miłosza narasta. Czy na pewno?

 

 

Pierwsze wersy są precyzyjnym – co mogę potwierdzić z autopsji – opisem Zatoki San Francisco oglądanej z okien domu Miłosza przy Grizzly Peak. Wspomniane „miasta w dole” to położona poniżej domu, ulokowanego na wzgórzu, wielomilionowa aglomeracja, której częścią jest Berkeley, a która obejmuje pierścieniem całe wybrzeże Zatoki – od San Francisco z jednej, po Sausalito z drugiej strony. Te dwa miasta łączy most Golden Gate. Nie wiadomo, kim jest osoba „z purytańskich pielgrzymów”, natomiast „kowieński podsędek” to zapewne przodek Miłosza z strony matki, wspomniany w wierszu Pan Syruć „Szymon Syruć / sędzia kowieński, miecznik litewski, / z tytułem witebskiego kasztelana”.

Antytetyczne zestawienie aktualnych realiów amerykańskich z ewokacją dawnej Litwy stanowi konstrukcyjną zasadę całego poematu, powracającą zresztą w całej twórczości Miłosza. Nieodmiennie wspominana z sentymentem Litwa jest dla poety synonimem zadomowienia, poczucia wspólnoty, bliskości i swojskości, natomiast Ameryka to symbol wykorzenia, samotności, obcości i alienacji. Z tego zderzenia rodzi się również w Gdzie wschodzi słońce i kędy zapada refleksja m.in. o przemijaniu, dotkliwości i goryczy wygnania, potrzebie mężnego znoszenia ciężaru życia, nieraz tragicznego i wypełnionego cierpieniem wszystkich stworzeń, pozorności sławy, o doświadczeniu ulotności i przygodności wszelkich istnień, które domagają się utrwalenia choćby w kruchym słowie. Stąd zapadająca w pamięć formuła: „Albowiem zyskuje się wiedzę, i tylko, a to niewiele”. Podziw wobec pielgrzyma za to, że „zabronił skargi na utrapiony krzyk ciała” oraz dla siebie „za upór, za lata i dni na przepadłe”, wreszcie sprzeciw: „Nieprawda że słusznie ginęło wszelkie osobne istnienie”. Wszystkie te zdania doskonale rymują się z innymi podobnymi w całym poemacie. A jednak to nie wystarczyło. Autor, być może, nie zawsze jest najlepszym interpretatorem swoich utworów. Ale jeśli ma się do czynienia z twórcą tej miary i o takim stopniu samoświadomości może warto bardziej wsłuchać się w jego autokomentarz i jeszcze na nowo przeczytać cały poemat?

W marcu 2004 roku Miłosz wyjaśniał: „Utwór nie był planowany w formie, w jakiej się ukazał. Narodził się z prób ujęcia rzeczy przypomnianych, przede wszystkim mojego powiatu na Litwie. Nigdy jeszcze Litwa, tak różna od Kalifornii, nie wróciła do mnie z taką żywością i dlatego zapewne jest to utwór tak wyraziście zmysłowy. Zdarza się niekiedy, że tworzymy rzecz niezamierzenie gęstą i przez to ważną, tak też jest z tym poematem. Jest to zanurzenie się w przeszłość, bez chęci gonienia za tym, co aktualne, czyli wyłania się z tego obraz, nieco zmitologizowany, zarówno mojej biografii, jak moich okolic rodzinnych. Jest to zarazem operacja przywrócenia rzeczy minionych w ich postaci opierającej się przemijaniu, niejako oczyszczonej”.

Jak bardziej konkretnie wygląda owo „zanurzenie się w przeszłość”? Uderzające, że we wszystkich reminiscencjach, które w różnych ujęciach i przybliżeniach obejmują okres życia autora od lat najwcześniejszych (Posłuchanie, Pamiętnik naturalisty, Nad miastami) poprzez lata szkolne (Pamiętnik naturalisty, Mała pauza, Oskarżyciel), lata studenckie (Posłuchanie, Lauda, Dzwony w zimie) do okresu dojrzałości (Mała pauza) – persona Miłosza, w dużej mierze z poetą identyczna, występuje jako „ja” albo „on”, ale nigdy nie przywdziewa historycznego kostiumu! Nawet wówczas, gdy uczestniczy w imaginacyjnych dialogach z tajemniczym panem Hieronimem i Ludwikiem Adamem Jucewiczem albo patetycznie przemawia w zaświatach czy kreśli swój hipotetyczny życiorys szlacheckiego hreczkosieja. Może to pierwszy z powodów, dla których poeta ostatecznie zrezygnował w umieszczenia części ósmej? Może ten „podsędek kowieński” to za mało na ewokację zmysłowego przedstawienia „okolic rodzinnych” oraz „nieco zmitologizowanego” przywołania biografii autora?

Jest jeszcze jeden domniemany powód: kompozycyjny. Fraza: „Życie niemożliwe, ale było znoszone”, otwierająca część piątą Nad miastami, powraca z całą mocą na samym początku rozdziału Mała pauza. Co więcej: od kreślonego jako tło dialogu młodego człowieka z panem Hieronimem obrazu stron rodzinnych („Był widok na łąki, rzekę i całą dolinę/ Aż po wieże kościelne w miasteczku za borem”) jest w pewnością bliżej do obrazka ucznia, który w czasie pauzy „podjadając butersznyt z papierka” stoi „pod ścianą w pucułowatej zadumie” – niż do dialogu „purytańskiego pielgrzyma” z „kowieńskim podsędkiem” na tle Zatoki San Francisco.

To, oczywiście, jedynie przypuszczenia. Ważniejsze wydaje mi się to, że Miłosz z taką mocą podkreślał w słowie wstępnym znaczenie tematu litewskiego w całym utworze. Co więcej: „operacja przywrócenia rzeczy minionych w ich postaci opierającej się przemijaniu, niejako oczyszczonej” znajduje oparcie w wywiedzionej z pism Oskara Miłosza, nazwanego w poemacie „znamienitym alchemikiem” „pierwszej i najważniejszej z potrzeb naszego umysłu” czyli, jak to opisał autor Ziemi Ulro, w potrzebie umiejscowienia. Przy czym owo umiejscowienie uchyla podział na czas i przestrzeń zgodnie z poetycką wersją teorii względności wyznawaną przez autora Ars magna.

Pewnie dlatego na pytanie Renaty Gorczyńskiej o wiarę w ideę apokatastasis Miłosz odpowiada: „Ryzykowne to pojęcie, bardzo heretyckie. Ja nie twierdzę znowu, że tak wierzę w apokatastasis, bo można nadać temu rozmaite znaczenia. W każdym razie apokatastasis w tym poemacie spełnia swoją rolę o tyle, że oznacza nieprzepadanie szczegółów. Żadna chwila nie może przepaść. Ona jest gdzieś zmagazynowana i możliwe jest puszczenie tego kłębka czy filmu na nowo, odtworzenie jakiejś rzeczywistości, w której te wszystkie elementy będą przywrócone. […] Czyli apokatastasis nie oznacza dla mnie jakiejś formalnej wiary […] Raczej ma znaczenie przywrócenia wszystkich momentów w ich formie oczyszczonej”. Temu właśnie przede wszystkim, nie tylko w tym poemacie, ma według Czesława Miłosza służyć jego poezja. Winna poprzez pamięć i wyobraźnię przywracać ludzi, rzeczy i pojedyncze chwile „w ich formie oczyszczonej” z bólu i unicestwienia.

ALEKSANDER FIUT

Słowiarnia

Droga Księgo,

absolutnie zgadzam się, że trzeba studiować Greków. A więc z uwagą przeczytałem Epistolariusz biblioteczny Krzysztofa Bielawskiego z 23 listopada. Fascynująca historia odkrycia cegły z cytatem z Odysei. Dziękuję. Przy okazji pozwalam sobie na jedną uwagę. Autor uważa, że „okołokopy” w przekładzie Józefa Wittlina to ciekawy neologizm. Otóż, nie neologizm, a archaizm (może nawet dla Wittlina nie był jeszcze archaizmem!).

Kiedy napotykam, albo potykam się o takie „okołokopy”, czy rozmaite neologizmy u Leśmiana, zawsze sięgam do Słownika języka polskiego Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwiedzkiego (tak zwanego „warszawskiego”) z początku XX wieku. I tam często znajduję osobliwe słowa, które nawet już wówczas uważano za wyszłe z obiegu. Tak i w tym przypadku.

 

 

Cytuję (tom III, Warszawa 1904): „Okołokop – linia obronna zewnętrzna, która otacza warownię, zasłania przeznaczone do opasania jej obozy cząstkowe i która ma za cel wzbranianie, ażeby żaden oddział nie nie mógł wejść do twierdzy dla wzmocnienia załogi”. (Tu hasło odsyła do wcześniejszego „słownika wileńskiego”).

Słownik warszawski to pouczająca i wzruszająca lektura, a zasmucająca o tyle, że widać, ile słów w ciągu stu lat z okładem zgubiliśmy. Zresztą chodzi nie tylko o słowa, ale o subtelności świata doświadczanego.

Miejsce, gdzie powstawał ten słownik to była jeszcze przebogata słowiarnia. No tak, muszę wyjaśnić, że ówczesna „słowiarnia” (przez analogię ze „spiżarnią”) to po naszemu pracownia leksykograficzna.

Sztuczna inteligencja nie jest w stanie objąć takiego zasobu. Może nigdy nam go nie odbierze. I w tym cała nadzieja.

Z uszanowaniem

PIOTR MITZNER

Navigare necesse est?

Przed podróżą jest się spokojnym,

lecz się podejrzewa,

że człowiek mądry nie rusza się z miejsca,

a przyjemność powrotu kosztuje zbyt wiele.

Eugenio Montale (tłum. R. Wojdan)

 

Jak to zwykle bywa ze słynnymi maksymami, przeczą one sobie nawzajem; obok tej, która przedkłada żeglowanie ponad życie, wypowiedzianej wprawdzie w obliczu trudnych warunków na morzu, a więc niepretendującej do stania się uniwersalną zasadą, mamy inną, którą sformułował Horacy: „Caelum non animum mutant qui trans mare currunt” i która mówi nam, że daremnie byśmy przenosili się z miejsca na miejsce, pozostaniemy bowiem wciąż jedynie sobą. Nie da się zliczyć przykładów utożsamiania życia z podróżą: od Odyseusza i homo viator Augustyna, średniowiecznych kupców przemierzających handlowe szlaki, pielgrzymów udających się do miejsc świętych, studentów wybierających się po naukę w starych europejskich uniwersytetach aż do uczestników Grand Tour, pierwszych podróżnych z baedekerami w ręce i wreszcie dzisiejszych turystów. Zygmunt Bauman dostrzegł w postaci turysty jeden z wzorców postawy ponowoczesnej; opuszcza on dom – pisze – w poszukiwaniu wrażeń, nowych doświadczeń. Może to być oswojona egzotyka, lecz także kontakt ze sztuką, pozostaje nam się zatem upierać, że rozróżnienie turysty z aparatem fotograficznym i podróżnego z notesem w ręce ma wciąż jeszcze sens.

Bezlitosny wobec turystów okazać się miał Roberto Calasso; w swojej Nienazwanej teraźniejszości widzi on w turyście doskonałe wcielenie człowieka świeckiego, kategorii globalnej, niezróżnicowanej; ktoś taki aspiruje jednak do „podróżowania, nie będąc turystą”, „wstydzi się, że nim jest”. O turystach „zaliczających” zabytki dość już napisano krytycznych czy kąśliwych słów, poczynając od XIX wieku (o „hordzie dzikich Niemców” w Wenecji pisał w latach osiemdziesiątych XIX wieku Henry James), by pastwić się nad nimi dłużej.

Baudelaire, który wymyślił nowoczesność, jest też autorem najradykalniejszej krytyki „gorączki podróżowania”; w Paryskim spleenie pisał: „To życie jest szpitalem, gdzie wszystkich chorych opętało pragnienie, by zmienić łóżko. Ten chciałby cierpieć naprzeciwko pieca, ów sądzi, że wyzdrowiałby obok okna. Wydaje mi się zawsze, że dobrze byłoby mi tam, gdzie mnie nie ma” (tłum. J. Guze). Jest jeszcze choćby bohater Na wspak Huysmansa, rezygnujący z wyprawy do Londynu, bo wie, że nie znajdzie tam nic, czego nie przedstawi mu jego wyobraźnia: „Po kiego licha się ruszać, skoro można tak wspaniale wojażować na krześle!” (tłum. J. Rogoziński). Podróżnego zastępuje u Baudelaire’a spacerowicz mający znaleźć niezliczone wcielenia aż do naszych dni, kiedy spacer po mieście oznacza również czytanie miasta i własnej biografii. Współcześni spacerowicze, między innymi w polskiej literaturze (na przykład Michał Cichy, Marek Bieńczyk, Paweł Sołtys) mogliby mieć na uwadze książki Georges’a Pereca, nie tylko Człowieka, który śpi, lecz przede wszystkim Podzwyczajność; zamiast tego, co niezwykłe, znaczące, należałoby, powiada Perec, zgłębić ową podzwyczajność, stworzyć rodzaj dotyczącej nas antropologii: „Nie będzie to już egzotyczne, a wręcz przeciwnie: powszechne, normalne” (tłum. M. Ławniczak). I tego poszukuje na paryskich ulicach depresyjny narrator Człowieka, który śpi, zanurzony w anonimowym tłumie niczym Baudelaire’owski flâneur: „Niczego nie chcieć. Czekać, aby nie było już na co czekać. Włóczyć się, spać. Pozwalać, aby tłum cię unosił i aby unosiła cię ulica. Wędrować wzdłuż rynsztoków, ogrodzeń, kanałów, Iść nabrzeżem, skradać się pod ścianami. Tracić czas” (tłum. A. Wasilewska).

 

 

Konstandinos Kawafis i Ferdinando Pessoa to dwa lustrzane odbicia zamknięcia w miejskiej przestrzeni, w prawdziwej podzwyczajności ulic, marnych lokali, wynajętych pokoi, równoważonej nieskończonym światem wyobraźni. We wspaniałym szkicu poświęconym Kawafisowi, Marguerite Yourcenar pisała o egzystencji pozornie ograniczonej do „codziennej rutyny biura i kawiarni, ulicy i podejrzanej tawerny” (tłum. J. M. Kłoczowski, K. Dolatowska), lecz nadzwyczaj swobodnej na płaszczyźnie czasu. Pokój „tani i marny / ukryty nad podejrzaną tawerną”, uliczka „brudna i ciasna”, „dom złej sławy” (tłum. Z. Kubiak) to wymiar życia sprowadzony do samego sedna. Nawet słynny wiersz Itaka, rozumiany na ogół jako pochwała podróży, jest w istocie pochwałą powrotu do domu, a doświadczenie nabyte w drodze służy jedynie zrozumieniu Itaki.

Pessoa także wędruje ulicami swojego miasta, doświadcza w nim zadomowienia i spełnienia („Lizbono, mój domu!”), i on porusza się po „labiryncie o obwodzie zamkniętym”, by użyć raz jeszcze słów Yourcenar odnoszących się do Kawafisa. Melancholia potrzebuje krzesła, twierdził narrator jednego z opowiadań Antonia Tabucchiego. Ale on sam i współcześni melancholicy wędrują bezsenni ulicami wielkich metropolii, oni również poruszają się po labiryncie, melancholia bowiem, pisze Marek Bieńczyk w swojej niezrównanej książce pod tym samym tytułem, potrzebuje struktur kolistych. „Podróż po labiryncie – twierdzi – jest oksymoronem, podróżą bez postępu, ostatecznie powstrzymaną, unieruchomioną, prowadzącą donikąd, rządzoną zasadą powtórzenia”.

Nikt lepiej od Pessoi nie uosobił takiego przeciwieństwa podróży i wędrówki po mieście, po lizbońskiej dzielnicy Baixa, ulicy Douradores, gdzie mieściło się jego biuro, powrotnej drogi do „pospolitego pokoju” na czwartym piętrze. Paradoksalnie źródłem nudy są dlań nowe doświadczenia, nie zaś to, co powtarzalne, monotonne, a przede wszystkim to, co wyobrażone. „Co mogą mi dać Chiny – pytał – czego nie dała mi własna dusza?”. I dodawał: „Nie interesuje mnie żadna z czterech stron świata i żadnej z nich nie mogę naprawdę zobaczyć, zwiedzam piątą stronę świata i ta należy do mnie” (tłum. Michał Lipszyc). Znacznie później badacze fenomenu podróży odkryli monotonię nieustannej pogoni za nowością, tego, co Pessoa nazywa „starością wiecznie nowego”. Zostawmy więc podróże dla ludzi pozbawionych wyobraźni, konkludował: „Kiedy sobie wyobrażam, widzę. Cóż więcej robię, podróżując? Tylko skrajna słabość wyobraźni mogłaby usprawiedliwić potrzebę zmiany miejsca po to, by odczuwać”.

Pomysł uczynienia życia na tyle monotonnym, by najdrobniejszy szczegół urastał do wymiaru cudu, nie wydaje się zbyt atrakcyjny, skoro setki milionów ludzi przemieszczają się dziś z miejsca na miejsce, a nomadzi i bieguni stanowią kuszący życiowy wzorzec. Możemy jednak podejrzewać, że lektura Pereca, Pessoi, Kawafisa i innych przyniesie nam chwilę wytchnienia w powszechnym pędzie.

JOANNA UGNIEWSKA

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek