Kiedy w 1972 roku Roman Palester zakończył pracę w Radiu Wolna Europa i wrócił na stałe do Paryża, skupił się na komponowaniu. Cyzelował wcześniejsze utwory i tworzył zupełnie nowe. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych powstały dwa duże cykle fortepianowe – Etiudy (1979–81) i II Sonata (1980). Oba doskonale wpisują się w widoczne od lat zainteresowania kompozytorskie twórcy: łączenie myślenia klasycznego (neoklasycznego) w stosunku do tradycyjnych modeli formalnych z jednej strony, a z drugiej – wypełnianie ich oryginalną treścią o nowoczesnym charakterze, dalekim od prostych nawiązań do muzycznej przeszłości. Przez lata te dwie tendencje stylistyczne – skłonność do zaawansowanych poszukiwań dźwiękowych, najczęściej podpartych dodekafonią oraz klasyczność w myśleniu o muzycznej formie – dawały o sobie znać w muzyce Palestra w różnych proporcjach. Twórca ten, jak większość kompozytorów swojego pokolenia, wyrósł przecież w kulcie tradycyjnych wartości, rozwijał się w okresie dominacji muzyki Igora Strawińskiego i Karola Szymanowskiego, a fascynacja dodekafonią Albana Berga miała dopiero nadejść. Zawsze dbał o konstrukcję formalną swych utworów, ale nieobca była mu też pogłębiona ekspresja. Z czasem zbliżył się do ekspresjonizmu będącego kontynuacją dokonań Berga: z indywidualnie traktowaną dodekafonią, wyraźnym rozluźnieniem rytmicznym, a niekiedy także obecnością zabiegów sonorystycznych, mających na celu poszerzenie warstwy brzmieniowej dzieła. W późnych latach życia te dwie tendencje zaczęły splatać się w jedno. Jak napisała Zofia Helman (cytowane słowa doskonale oddają także charakter obu prezentowanych tu fortepianowych cykli): „Dla twórczości Palestra z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych znamienna stała się synteza doświadczeń i osiągnięć twórczych, sytuująca jego styl między tradycją a awangardą. Kompozytor nie poszukiwał w tym czasie nowatorskich idei ani też nie zwracał się wyraźnie w kierunku przeszłości. Cechy języka muzycznego należące do powszechnego repertuaru środków łączą się z własnym idiomem kompozytorskim, zauważalnym tyleż w walorach kolorystyczno-brzmieniowych, co w muzycznym kształtowaniu, w procesualności, nieustannym przeobrażaniu wszystkich czynników dzieła. W utworach Palestra z ostatniego okresu uderza ustawiczna zmienność substancji dźwiękowej, bogactwo muzycznych idei, rozmaitość barw brzmieniowych, fluktuacja ruchu i tempa, falowanie ekspresji” (Z. Helman, Roman Palester. Twórca i dzieło, Kraków 1999).

Etiudy to zbiór dziesięciu wirtuozowskich miniatur. Rozpoczynając w końcu lat siedemdziesiątych pracę nad nimi, Palester wracał zapewne pamięcią do czasów wojny, kiedy to – w 1943 roku – napisał swój pierwszy poważny utwór na fortepian, Dwie etiudy (zob. płyta R. Palester, Muzyka kameralna i fortepianowa, Warner Music Poland 2016). Utrzymane w stylu nawiązującym do Beli Bartóka, najprawdopodobniej były wówczas wytchnieniem od grozy okupacji. Teraz, po niemal czterdziestu latach, kompozytor tworzył zupełnie inny świat. Swój cykl etiud ułożył naprzemiennie, budując całość z szybkich i wolnych temp, z nastrojów burzliwych i motorycznych oraz ze spokojnych zatrzymań i zamyśleń, z krótkich i ostrych współbrzmień oraz gestów delikatnych, długo wybrzmiewających, dających czas na oddech. Etiudy cechuje gęsta faktura i wielowarstwowość nakładających się na siebie dźwięków. Ale niektóre wręcz zaskakują lekkością i ulotnością krótkich dźwiękowych figur (nr 4). W innych muzyka stale pulsuje i pędzi do przodu, niemal na kształt perpetuum mobile zatrzymywanego na krótkie tylko chwile (nr 6 i 8). Etiudy spokojne to studia długich brzmień, niekiedy odzywające się wręcz melodyjną frazą (nr 5), częściej jednak znaczone gęstwiną akordów i figuracji, czy to rozbrzmiewających na wciśniętym pedale (nr 7, 9), czy zderzanych z ostrymi, staccatowymi „plamkami” (nr 9). Finał to zwieńczenie całości. W swobodnie płynącej muzyce czuć jakąś uporczywość i nieustępliwość. Pojawiające się od czasu do czasu trylowe figury, szerokie frazy czy rozsypane dźwięki to chwile odprężenia, po których gęstość narracji i intensywność ekspresji ponownie wzrastają.
Jak zauważył Lech Dzierżanowski: „W ostatniej etiudzie kończącej ten cykl Palester użył obok cytatu z I Sonaty cytatu z drugiej etiudy (chronologicznie wcześniejszej). Niewykluczone, że w ten symboliczny sposób chciał nawiązać do swojego pierwszego poważnego utworu na fortepian” (palester.polmic.pl). Ów gest nawiązania do etiudy sprzed lat staje się jeszcze bardziej wymowny, gdy wziąć pod uwagę, że Etiudy ukończone w 1981 roku to ostatni utwór kompozytora przeznaczony na fortepian. Czy przez ten cytat chciał Palester utworzyć symboliczną ramę? A może raczej dać sygnał, że nie tylko o tych wczesnych etiudach nie zapomniał, ale może właśnie dlatego, że dwie już przed laty napisał, teraz poprzestał tylko na dziesięciu? Razem tworzą bowiem tak ważny w pianistycznej tradycji cykl dwunastu etiud koncertowych – w muzyce polskiej po genialnych cyklach chopinowskich podjęty przez Karola Szymanowskiego (op. 33), a w 1947 także przez Andrzeja Panufnika (Krąg kwintowy, wyd. ang. Twelve Miniature Studies). Dziesięć późnych etiud Romana Palestra to propozycja nowoczesna, modernistyczna, dla wykonawcy – ale i dla słuchacza – niezwykle wymagająca. Muzyka zapisana jest bez kreski taktowej, o stale fluktuującym przebiegu, nieregularnych rytmach i nakładających się na siebie liniach głosów. Faktura jest tu gęsta, harmonika mocno dysonansowa, ekspresja intensywna. To zapewne spowodowało, że Etiudy dopiero dziś, w osobie Jakuba Tchorzewskiego, znalazły uważnego wykonawcę, który nie tylko z wielkim pietyzmem odczytał naszpikowaną trudnościami partyturę utworu, ale w jej interpretację włożył wiele serca i emocji, nadając jej ożywczego ducha.
Komponowana w tym samym czasie, w 1980 roku, II Sonata fortepianowa utrzymana została w bardzo zbliżonym do etiud języku. Przy czym tutaj Palester położył nacisk na skonstruowanie dużej formy cyklicznej – trzyczęściowej sonaty, o tytułach części: Assai moderato, Lento misterioso i Molto vivace. Sięgając po gatunek sonaty, nie odniósł się jednak wprost do tradycyjnego modelu. W części pierwszej brak wyraźniejszych nawiązań do dwutematyczności, choć pojawiają się, ulegające stałym przeobrażeniom, figury zarówno o spokojniejszym, jak i bardziej rytmicznym charakterze. Jednak archetypiczny dualizm formy rozgrywa się raczej na poziomie kontrastu wyrazowego, wprowadzonego między pierwszą a drugą częścią dzieła: wyraźnie wolniejszą, o nieco lżejszej fakturze i bardziej tajemniczym, niekiedy wręcz onirycznym nastroju. Całość podsumowuje finał, najbardziej z trzech części rozbudowany. Kompozytor w pierwszych taktach wprowadza tu nieobecny dotąd element repetytywności i żywej motoryki, przywołując w dalszym przebiegu także echa obu wcześniejszych części. A dzięki powracaniu do wyrazistego początkowego odcinka nawiązuje też do tradycyjnego modelu ronda, czyli formy zwykle w tradycyjnym układzie wieńczącej cykl sonatowy. Sonatowość jest tu zatem obecna na różnych poziomach, także w odniesieniu do makroformy, wyznaczanej podziałem na trzy części, z których każda pełni w cyklu ściśle określoną rolę. Przy czym zastosowany przez kompozytora, swobodnie odwołujący się do dodekafonii język muzyczny daleki jest od tradycyjnych odniesień. Ponadto, podobnie jak w Etiudach, Palester rezygnuje z kreski taktowej, pozwalając pianiście na plastyczne kształtowanie muzycznej narracji wewnątrz każdej z części.
Dopełniające płytę trzy Łatwe utwory na fortepian to zupełnie inny świat. Oznaczają powrót do beztroski dziecięcych lat. Kanon, Piosenka łowicka i Pociąg towarowy skomponowane zostały w 1935 roku i z miejsca opublikowane przez Towarzystwo Wydawnicze Muzyki Polskiej w serii Łatwe utwory na fortepian. Są to urokliwe miniatury oparte na ludowych pierwowzorach, zgrabnie opracowane przez kompozytora. Przeznaczone dla młodych wykonawców, posiadają niewątpliwe walory pedagogiczne i z pewnością mogłyby wzbogacić niejeden szkolny repertuar, stając w jednym rzędzie obok cenionych powojennych Bukolików Witolda Lutosławskiego.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
„Roman Palester. Muzyka fortepianowa 2”, CD, Fundacja Uniwersytetu Warszawskiego, RecArt 0050 2022.
Religijna nadzieja spotkania się w wieczności z tymi, których, tu na Ziemi, ukochaliśmy stanowi jedną warstwę naszego doświadczenia, drugą zaś jest przytłoczenie bólem i nasza własna kruchość. Toteż w tym żałobnym ogołoceniu trudno podnosi się głowę w Bożą stronę, ale myślę, że Stwórca nie ma o to do żadnego z ludzi najmniejszej kropli żalu. Sam Jezus przecież bolał nad swoim przyjacielem Łazarzem. I były to gorące, gęste łzy na policzkach i w oczach samego Boga. Wszakże wiedział On, że ma moc panowania nad śmiercią, a jednak zapłakał. I to nie raz w swoim krótkim, pod wieloma względami, gwałtownym życiu. Dlatego i my płaczemy wierząc w osobowe więzy, jakie nas z Nim łączą, jak również z najbliższymi, którzy weszli już w stan wiecznej obecności. Gdyby bowiem Bóg nie był przynajmniej tak rzeczywisty jak my sami, jeżeli nie bylibyśmy pewni tego, że ma w sobie przynajmniej tyle samo życia co każdy z nas – jakże moglibyśmy się do Niego modlić i mieć nadzieję na osiągnięcie zbawienia? Jeżeli Bóg nie może nas słuchać, to jesteśmy najzwyczajniej szaleńcami, mówiąc do Niego. Jeżeli natomiast znajdujemy się w takiej chwili życia, że dopiero Go poszukujemy, to módlmy się po to, by móc się modlić. Jeżeli brak nam łez, próbujmy tęsknić za łzami, czerpmy z własnych serc pewność, że owa tęsknota także pozostaje wysoką formą modlitwy. I nigdy nie zapominajmy, że w naszej egzystencji jest tylko jedna jedyna sytuacja, która przynosi ocalenie, a zdarza się wtedy, kiedy ktoś nas prawdziwie kocha. Bo dla tego kogoś jesteśmy kimś jedynym. W ten sposób miłość zyskuje królewski wymiar i wówczas sięga nawet poza śmierć.
A co to znaczy, pytał onegdaj Janusz St. Pasierb, kiedy ta osoba jest przybita do krzyża, kiedy to jest Jezus, bezbronny wobec świata, wymagający od nas, abyśmy umarli dla siebie, by żyć z Nim? To zmienia każde włókno naszego życia i rozumienia rzeczywistości. Chrystus bowiem kocha niesamolubną miłością, pozbawioną krzty egoizmu, a przez to umożliwia nam rozpoznanie istoty ludzkiej miłości. Bo w niej jest zawsze element dobrowolnej rezygnacji z własnej wolności, gdyż otwieramy się na inną osobę, z jej odrębnymi od naszych marzeniami czy potrzebami. Czegoś trzeba sobie odmówić, trzeba wybierać, kiedy się kocha. Takim właśnie człowiekiem był Władysław Zagańczyk, wspaniały, wyjątkowo dobry człowiek i Pan Bóg na pewno obdarzył już go swoim miłosiernym przygarnięciem. Miałem niekiedy szczęście i łaskę z nim rozmawiać, spojrzeć w jego troskliwe oczy, więc trudno wyobrazić sobie, żeby stało się inaczej.
Zajmował się sprawami inżynierskimi, książki nie stanowiły obszaru jego głównych zainteresowań, ale potrafił rozmawiać ze wszystkimi. Umiał słuchać i dzielić się dobrocią, jako że dobroć – zauważali to już neoplatońscy filozofowie – ze swej istoty chce się stale udzielać. Tutaj tkwi źródło jego życiowej postawy i codziennych wyborów. Przeszło dwadzieścia lat opiekował się swoją sparaliżowaną żoną. Oddał jej własne zdrowie, niejako w tym oddaniu całkowicie zapominając o sobie samym, nie uznając osobistych doświadczeń za warte szerszej uwagi, ponieważ ważni byli inni: żona Anna i jego syn, Marek, który własnemu ojcu zawdzięcza w stopniu najwyższym to, kim jest. Oczyszczał on pole życia swojego syna, żeby ten mógł spokojnie pracować, jeździć po świecie, współredagując „Zeszyty Literackie”, prowadzić intelektualnie wyrafinowane wydawnictwo, po prostu żyć bez kłopotów, na tyle, na ile jest to w ogóle możliwe. Bezwzględnie nie sposób być na tak szlachetną miarę, lecz przynajmniej wiadomo, ile nam żyjącym do tej normy brakuje i co należy zrobić, żeby spłacić, choćby w części wielki dar miłości, jakim promieniował Władysław Zagańczyk

Cóż zatem uczynimy? Spróbujmy włączyć w przestrzeń wyznaczającą nasze możliwości działania następujące rozeznanie. Otóż, Bóg posłał i wciąż posyła do każdego z nas ludzi, dzięki którym jesteśmy w stanie uwolnić się od tej części rzeczywistości, która dosyć często chwyta nas w niewolę. Musimy szczerze uwierzyć w ich miłość, a wówczas już nigdy nie będziemy przytłoczeni osamotnieniem. Nikt nie zrobi tego za nas. Naturalnie, umiemy dokonać tego sami, lecz tylko wtedy, gdy zyskamy świadomość, że bywamy otoczeni miłością przynoszącą bezpieczeństwo, która przenika również z drugiej strony ontologicznej kurtyny. W związku z tym sukces, sława, rozrywki, praca niosąca zadowolenie, zdrowie, a nawet duchowy postęp – to wszystko niekoniecznie musi być naszym udziałem. Zdaniem wielu przewodników duchowych, takich jak Thomas Merton czy Henri J. M. Nouwen, nie należy się tych „ziemskich wartości” uporczywie trzymać. Dopiero, gdy pozwolimy im zamilknąć, odkryjemy prawdziwą wolność, jakiej pragną nasze serca, co sugeruje, że umieranie to droga z tego życia do życia przyszłego. Musimy ją przebyć już teraz, a nie u własnego kresu. Trudno jest osiągnąć to w pojedynkę, ale dzięki miłości tych, którzy do każdego z nas zostali posłani, jesteśmy w stanie oddalić swój lęk i pozwolić się prowadzić do nowej krainy.
Dzięki Bogu, jeżeli doświadczyliśmy i obdarowaliśmy kogoś miłością, daliśmy samych siebie w wysiłku dobra, wtedy zachowujemy tę część nas, która zmartwychwstaje. Nie jesteśmy wyłącznie zwłokami. Gdybyśmy tylko nimi byli, nastąpiłoby piekło, czyli niekończące się nigdy niszczenie. Tymczasem – cóż za ulga – zostaniemy przemienieni. To właśnie ja, a nie kto inny, zobaczę Boga w Jego chwale i będę żyć Jego życiem, kochając tak, jak On kocha. Nie będę kimś innym, będę sobą, który stał się inny. Cały świat, wszelkie moje przeżycia, doznania, czułości pozbawione egoizmu, pozostaną ze mną. Świat będzie taki, jaki wyszedł z ręki Boga, przejrzysty i poprzez ten świat zobaczę Boga. Oto chrześcijańska nadzieja.
A zresztą!
Jest coś takiego, jak dobra śmierć. Sami, trudno ukryć, jesteśmy odpowiedzialni za to, jak umieramy. Musimy wybrać między kurczowym przywarciem do życia pociągającym za sobą myśl, że śmierć staje się zawsze przegraną, a opuszczeniem życia w wolności, tak, żebyśmy mogli zostać dani innym jako źródło nadziei. Jest to rozstrzygający wybór i musimy nad nim „pracować” dosłownie każdego dnia. Skoro największym ludzkim zadaniem jest rzeczywiście dawanie siebie innym, to możemy z naszej śmierci uczynić ostateczny dar. Ona nie pojawia się, kiedy przestajemy żyć, ale wówczas, kiedy przestajemy kochać, a życie wieczne to po prostu ludzkie życie przeżywane z Chrystusem.
Pochowaliśmy Władysława Zagańczyka na pięknym, pobudzającym do kontemplacji cmentarzu powązkowskim, mając w pamięci to, że z godnością znosił on cierpienie, nigdy na nic nie narzekał, czując się szczęśliwym w swoim domu. Nie wyobrażał sobie być gdzie indziej i na szczęście tam umarł. Ale nadal egzystuje w Chrystusie – Zwycięzcy śmierci, która już nie stanowi przeszkody do spotkania i zjednoczenia. Ci, którzy próbują Go ukochać na swoją skalę i z głębi głębokiego pragnienia, rozumieją, że akurat dlatego są bliżej zmarłych niż gdyby trzymali ich w objęciach.
Z tego co napisałem proszę odczytać ważne przesłanie. Odejście z ziemskich krajobrazów każdego człowieka dotyka wszystkich żyjących, nie tylko tych najbliższych osobie zmarłej. Jako że jest wyrwą w globalnym sensie istnienia. Zmusza do nieustannego przeorganizowywania stylu ludzkiego odnoszenia się do świata i jego mieszkańców, zgodnie ze znanymi strofami Rainera Marii Rilkego: „Musisz twoje życie zmienić”. Ten poetycki nakaz ma, jak wspomniałem, w zasadzie wymiar uniwersalny. Któż bowiem nie chciałby stawać się, z decyzji na decyzję, człowiekiem w rytmie dobrego, umocnionego łaską z nieba, serca.
Warszawa-Bielany, 12 stycznia 2023
ks. JAN SOCHOŃ
Było to wiosną 1987 roku. Końcówka komuny. Pełnia gospodarki niedoborów. Tata miał wyjść ze szpitala po kolejnym zawale, a ja dostałam plik recept. W aptece miła pani magister mówi:
– Jest prawie wszystko. Nie ma tylko mexitilu.
Ucieszyłam się, że tylko brakuje jednego leku, bo tak rzadko się to zdarza. Ale w drugiej aptece dowiedziałam się, że mexitilu nie ma w całej Warszawie od kilku tygodni. Zmartwiło mnie to trochę. Pomyślałam jednak: nie ma, ale cóż to kilka tygodni – to przecież dość krótka przerwa w dostawach. Znam to, bo coraz to nie ma jakiegoś leku, ale jeśli w ogóle bywa to w końcu go znajdę i dostanę. A na razie może można ten mexitil zastąpić czymś osiągalnym. Pojechałam do szpitala i odnalazłam profesora.
– No cóż – rzekł profesor – zastąpić nie bardzo jest czym, ale niech się Pani stara go dostać.
– Ale może na początek można by otrzymać ze szpitala.
– Nie możemy – na to profesor – niech Pani szuka w aptekach.
– A jakiej jest on produkcji – przechodzę do konkretów.
– RFN, firmy Boehringer.
Tak się szczęśliwie składa, że we wtorki otwarty jest punkt wydawania leków u Ojców Bonifratrów. Znam ten punkt dobrze. Już od trzech lat co najmniej raz w miesiącu stoję tam w kolejce po leki dla Ojca. Poprzednio potrzebne leki na ogół były. Może będzie i ten. Już przed dziewiątą ustawiam się w kolejce. Na liście braków nie ma mexitilu, jest więc szansa, że dostanę. Po dwóch godzinach dostaję mexitil, jedno opakowanie, 20 tabletek, ulotka po niemiecku, a ja nie znam niemieckiego. Jadę do szpitala.
– Dostała pani lek o przedłużonym działaniu, 2 tabletki dziennie – mówi doktor – Świetnie, znaczy, że mam lek na 10 dni.
Zaopatrzona w nową receptę ustawiam się znowu w kolejce do Ojców Bonifratrów.

– Nie wiem, czy jeszcze jest – mówi pani magister sprawdzająca recepty. – No cóż, skoro zniknął z aptek państwowych, to braki są i w kościelnych. To zrozumiałe. Po półtorej godzinie okazuje się, że nie ma. Trudno, na razie mam lek na 8 dni, a jutro spróbuję w Zarządzie Cmentarza Powązkowskiego, tam podobno mają więcej leków.
Zarząd Cmentarza, pokręcony ogonek, ale pod dachem. To dobrze, bo pada. Stoję i próbuję czytać. W kolejce słyszę, że mexitilu nie ma. Postanawiam sprawdzić. Informuję stojących, że nadal jestem w kolejce i tylko chcę się dowiedzieć, czy jest lek. Jest silniejszy, a nie ma zwykłego. Sprawdzam z ulotką, silniejszy to ten, który jest mi potrzebny. Wracam do kolejki i kończę czytać artykuł. Po godzinie wychodzę. Deszcz pada nadal, wiatr wieje, ale świat jest piękny. Dostałam, wprawdzie jedno opakowanie, ale łącznie z tym co mam w domu, starczy na 17 dni. Mam mnóstwo.
Nazajutrz telefonuję do Ministerstwa Zdrowia. Tak, mexitil jest zamówiony, ale transport na razie nie dotarł do Polski. Kiedy będzie, nie wiadomo. Skoro jest zamówiony, to znaczy, że będzie. Jakoś może dotrwamy. Na razie kolejne telefony. Ktoś próbuje dostać z zaprzyjaźnionego szpitala, inni radzą pogadać ze znajomym milicjantem, a jeszcze inni, aby zwrócić się do Jaruzelskiego. Wszystko piękne i może jakoś wykonalne, ale tylko doraźnie rozwiązuje sytuację. A mnie potrzeba stale, codziennie 2 pastylki o przedłużonym działaniu lub 4 pastylki zwykłego.
Jeszcze raz ustawiam się w kolejkach u Bonifratrów i na Cmentarzu. Nie ma. Codziennie pytam w aptekach. Nie ma. Już mam tylko na tydzień. Jest, jest z zaprzyjaźnionego szpitala 40 tabletek zwykłego. Starczy na 10 dni. Rozmawiam z lekarzem.
– Co z tego, że powiedzieli Pani w Ministerstwie, iż jest zamówiony. Niech Pani na to nie liczy. Oni mogą sprowadzić wszystko w czwartym kwartale. I co?
No właśnie, i co? Dokształciłam się i faktycznie, w tym wypadku nie ma tego leku czym zastąpić.
– Pisz za granicę – powiedział wuj, lekarz.
Ale to straszne pieniądze, a tata z zasady nie prosił znajomych z Zachodu o leki, bo to bardzo duże koszty.
– E tam – powiedział wuj. Sytuacja jest zbyt poważna, aby mieć skrupuły.
Napisałam. W tajemnicy przed tatą, oczywiście. Napisałam, że trzeci zawał, że dwa razy reanimacja po objawach śmierci klinicznej i że lek jest niezbędny. A u nas na razie nie ma ani w państwowych aptekach, ani w kościelnych. Pewno będzie, ale nie wiadomo kiedy, a ja mam zapas na 10 dni.
A później listonosz przyniósł paczkę express od Jurka i Myszy [Jerzy i Maria Niemojowscy]. W niej lekarstwo. A potem przyszły dalsze. Dzwonili też znajomi znajomych, że mają, że przyniosą. I tak dostawałam mexitil stale, przez pół roku do końca życia taty. Pieniędzy nie chcieli i to była dla mnie wielka ulga. Jedna tabletka – jeden dolar, 60 dolarów miesięcznie, po kursie czarnorynkowym (a innego dla ludności de facto nie było) 600 zł za dolara dawało 36 000 zł. To więcej niż ówczesna średnia krajowa (około 29 000 zł) i moja uczelniana pensja.
HONORATA SOSNOWSKA
Czas przed śniadaniem wykorzystywałam na wyjście z aparatem do miasta. Na skwerkach, uliczkach często spotykałam trzypokoleniowe rodziny – babcie/dziadków, córki i wnuczki. Starsi uprawiali poranną gimnastykę, mamy karmiły dzieci. Mężczyźni kontemplowali. Jezioro Zachodnie (wiet. Hồ Tây), kwiecień 2010.

„Mężczyzna na ławce”, Hanoi 2010, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
29 grudnia 2022
ELŻBIETA LEMPP
Ktokolwiek zetknął się z Józefem Czapskim, uderzony zostaje wielością jego wcieleń i jednością duchowej i fizycznej sylwetki. Malarz, pisarz, świadek epoki, żołnierz, kwestarz. Cały w pionie, o ostrych rysach, ekspresyjne gesty, czasem ujmująco niezgrabne, podkreślają tok opowieści. Wielki ptak zabłąkany przy stoliku kawiarni, na wystawowych salach, u siebie na górce w domu „Kultury”. Po chwili to otaczający świat wydaje się niezgrabny bądź znika z pola widzenia, a jego gesty i słowa stapiają się z treścią, z sylwetką, z wysoką tonacją głosu. Tworzą pełny portret raptownie zobaczonej (odsłoniętej) osobowości zarazem niezwykłej, naturalnej i uchwytnej.
Ta wielość w jedności fascynuje, ale nieraz utrudnia obiektywne spojrzenie na dzieło. Po zetknięciu z Czapskim, po kilku rozmowach z nim, gdy nagle zapala się i w błyskawicznym skrócie ukazuje wydarzenia, ludzi, obrazy, książki, po usłyszeniu jego głosu, dosłownie ożywczego, słyszymy przedłużenie tego głosu i tych gestów w jego artykułach, widzimy odbicie tej sylwetki na jego płótnach. Czy silnie obecna osobowość autora nie przesłania dzieła? Czy wolno mówić o pisarstwie Józefa Czapskiego jako o pewnej całości autonomicznej i czy zwłaszcza może się o niej wypowiadać ktoś, komu bliskie są również inne dziedziny jego twórczości, kto podlega promiennemu oddziaływaniu człowieka, pełnego człowieka? Jakkolwiek niebezpieczne i nudne są tego typu metodologiczne spekulacje, w tym konkretnym wypadku zmuszony jestem do szukania odpowiedzi twierdzącej.Czytałem bowiem jego eseje i usłyszałem w nich wyraźnie jego głos, zanim zobaczyłem jego obrazy, zanim go poznałem.
Nie potrafię określić dokładnej daty mego spotkania z pisarstwem Czapskiego. Dopiero po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że często myślę o sztuce jego językiem. Malarze, o których on wspominał, stali mi się szczególnie bliscy. Bonnard i Soutine, Cézanne i Morandi kojarzyli się z pewną postawą wobec sztuki, szerzej — z pewnym wyostrzeniem wrażliwości. Służyli mi za alfabet wyobraźni. Pozwalali myśleć o malarstwie, ponieważ zdołałem ich dostrzec przez pryzmat Czapskiego. Jego słowo okazało się pośrednikiem. Czy nie jest to podejście do sztuki skażone literackością? Jak można czerpać wiedzę o malarstwie z esejów kogoś, kto z całą namiętnością opowiada się za programem czystego malarstwa i piętnuje właśnie grzech literackości? Nie interesowały mnie te paradoksy albo też nie umiałem ich rozwikłać ogarnięty siłą perswazyjną tekstów Czapskiego.

Józef Czapski, „Autoportret” (strona z dziennika)
Współczesne i dawniejsze malarstwo europejskie oglądałem przez jego szkice. Śledziłem jego artykuły w „Kulturze”. Później zdobyłem Oko. Chłonąłem portrety malarzy. Szukałem w nich autoportretu Czapskiego, jego postaci i jego twórczości ukazanej przez odbicia w jego oczach cudzych dokonań artystycznych. Były to teksty osobiste, o tonacji łatwo rozpoznawalnej, mocno naznaczone osobowością autora, a jednocześnie o zadziwiającej władzy ewokacji. Potrafiły ożywić ludzi i obrazy. Nie myślałem, czytając, o technice pisarskiej, ulegałem jej. Miałem uczucie, że otwiera się przede mną nie świat technik i spekulacji, lecz rzeczywistość duchowa ukazana przez pryzmat temperamentu. Tego szukałem na oślep w lekturach: głosu, który mówiłby do mnie o sprawach realnych. Fikcyjność otaczającego słowa oficjalnego wyostrzyła moją wrażliwość na głos brzmiący autentycznie. Usłyszałem go u kilku pisarzy emigracyjnych. Wyraźnie dobiegał do mnie żywy głos Józefa Czapskiego.
Dziś mógłbym, parząc wstecz na jego pisarstwo, wyodrębnić fazy spojrzenia. Okres przedwojenny, malarskich programów, walki o czystość plastycznego widzenia (artykuły, monografia o Pankiewiczu); okres rosyjski, wizyjno‑kontemplacyjny (szkice o technice pracy twórczej, błyskawiczne zapisy krajobrazów), ale przede wszystkim aktywistyczny (Wspomnienia starobielskie i Na nieludzkiej ziemi); wreszcie drugi okres paryski, publicystyka, podróże, powrót do malarstwa, portrety bliskich mu twórców, oceny i rewizje ocen (Oko, Patrząc, Tumult i widma). To przecież tylko schematyczne podziały, nawet w odniesieniu do tematyki malarskiej nie oddają sprawiedliwości pisarskim umiejętnościom Czapskiego. Już w pierwszych szkicach potrafił ukazać sylwetkę malarza i zasugerować tonację jego dzieła. Zaskakujący punkt widzenia, błyskawiczny skrót, kilka linii, kontrast kolorów, umiejętność syntezy. Wydaje mi się, że jako pisarz wcześnie osiągnął to mistrzostwo i tę swobodę widzenia, które jako malarz wyrazi w pełni późniejszymi płótnami.
W malarstwie przywiązywał większą wagę do programów, czuł się związany dogmatami kapistów, bardziej dbał o czystość widzenia w sensie zgodności z tym, co uznawał za ortodoksję plastyczną. Pisarstwo traktował swobodniej. Pisał, jak mówił, jak oddychał. Może dlatego w słowie łatwiej przychodziło mu odważyć się na skok w nieznane. Nie obawiał się reguł rzemiosła. Szedł za rytmem wewnętrznego głosu, niespętany, wolny od doktryn. Nawet teoretyczne teksty Czapskiego dotykają konkretu, ożywiają wywód osobistym wyznaniem. Uczą patrzeć, dając przykład patrzenia. U kogo, jeśli nie u niego, mogłem się uczyć mówienia o sztuce? Już książka o Pankiewiczu i przedwojenne artykuły były sygnałem, że oto pojawił się najwybitniejszy polski krytyk sztuki. To określenie niewiele zresztą znaczy, bo z kim go zestawić, kto miałby być tym drugim? Trzeba by sięgnąć zapewne do Stanisława Witkiewicza ojca i jego książki o Gierymskim. Zostawmy zbędne parantele. Czapski stworzył własny gatunek. Choć w pisaniu o sztuce wyraża się chyba najpełniej, nie da się zamknąć w kategorie krytyka artystycznego ani tym mniej teoretyka sztuki. Jak określić jego miejsce? Sam przychodzi mi z pomocą, gdy trawestując Ciorana, wyznaje: „Trzeba by mówić, pisać o dziełach sztuki, jakby historia sztuki nie istniała, na wzór troglodyty olśnionego i przerażonego”. Ta butonada wyostrza stanowisko, sugeruje „antyteoretyczną teorię” tam, gdzie właśnie teorie stanowią niebezpieczeństwo. W swym pisarstwie Czapski nie zapomina o historii, posługuje się nią umiejętnie, a jednocześnie potrafi zdobyć się na spojrzenie „olśnionego troglodyty”. Jakby dostrzegał opisywaną scenę po raz pierwszy. Jakby obnażoną dłonią dotykał dzieł i ludzi.
Poszukiwanie olśnionego spojrzenia łączy się u Czapskiego ze zrozumieniem ograniczeń i zamąceń wizji. Chciałby, jak Proust, widzieć jasno w zachwyceniu. Nie ma jednak złudzeń, że będzie to droga łatwa i dająca gwarancję sukcesu. Duchowa energia musi się złączyć z przypadkiem — czyli wytrwałość z talentem. Recept na to złączenie nie ma. Przejmującym opisem tej sytuacji jest szkic Mój Londyn, pozbawiona patosu opowieść o początkach drogi twórczej. W tamtych latach paryskich wydawało się Czapskiemu, że stoi przed murem oddzielającym go od sztuki. Był dzień jego urodzin. Odwiedzili go bliscy przyjaciele, w których sąd wierzył. Pokazał im ostatnie płótna, owoc intensywnej pracy i, jak mniemał, znak pewnego postępu, jakby furtka w owym murze. „Widzisz, to argument na rzecz tego, o czym dyskutowaliśmy po drodze” — rzekł jeden z przyjaciół do drugiego. Zaczęli rozmawiać o innych sprawach. Po godzinie wrócili do dyskusji z tramwaju. Jeden z nich, Waliszewski, twierdził wówczas, że dla wielu świat malarstwa pozostaje na zawsze zamknięty mimo pracy i najlepszych chęci. Czapski nie dał poznać po sobie, że skojarzył fragmenty rozmowy. Był to cios. A jednocześnie zrozumiał, że nadal będzie usiłował przebijać ścianę ciemności, choćby miało mu się to nigdy nie udać. Poczuł, że jest na malarstwo skazany. Po tym wieczorze przyszły inne kryzysy i katastrofy. Zachorował na tyfus. Choroba przyniosła oderwanie od zmartwień. Na rekonwalescencję wyjechał do Anglii. Pewnego dnia, jeszcze osłabiony, wyruszył do londyńskiej National Gallery. Bez specjalnego wrażenia oglądał obrazy. W odległej sali dostrzegł płótno Corota. Doznał olśnienia. Jakby w ciemnym pokoju otworzyły się drzwi na światło. Mimo wytrwałych studiów i kurczowych wysiłków, by dotrzeć do widzenia, widział dotąd tak mało. Teraz skurcz go opuścił, zobaczył malarstwo.

szkic Józefa Czapskiego z obrazu Jean-Baptiste-Camille Corot „Pan Pivot na koniu” z National Gallery of Art w Londynie (strona z dziennika)
Mój Londyn zapisuje moment olśnienia, gdy rozluźnieniu ulegają mechanizmy kontroli, a uwaga staje się wyostrzona. Pióro łączy się z wrażliwością, widzi i pozwala innym widzieć. Świadectwem olśnienia, wizerunkiem swobodnym i trafnym, jest wiele naszkicowanych przez Czapskiego sylwetek. Błyskawiczny portret Crevela w Oku utrwala słowem chwilę zachwyconego spojrzenia. „Znałem Crevela i nie zapomnę spaceru z nim w Ogrodzie Luksemburskim. Zachowałem po nim wspomnienie wielkiego uroku i delikatności: ces feuilles sont comme des plumes — powiedział, głaszcząc młode liście kasztanów. Widzę jego rękę na tle zieleni w szary, jesienny, dżdżysty dzień”. I ja widzę tę rękę i ten dzień. Widzę Waliszewskiego, jakim go Czapski zobaczył w krakowskiej Akademii: „Szczupła postać, głowa, którą nerwowo zarzucał, odgarniając ciemne kosmyki długich włosów, blada twarz o zielonkawej cerze, prawie sinej, gdy mu było zimno — jeszcze ją pudrował dla «elegancji», oczy wielkie, szeroko rozwarte, ich wyraz, ciągła wibracja, gorączkowy blask. Te oczy były dla mnie pierwszym w życiu przykładem, jakim źródłem nieustających doznań i wrażeń mogą być one dla malarza. Jacek Malczewski spotkał kiedyś Waliszewskiego biegnącego po schodach gmachu Akademii — zatrzymał go, przyjrzał mu się uważnie i powiedział: «Ale oczy, braciszku, to malarza». By określić moje wrażenie wobec jego ówczesnych prac, nie znajduję innego słowa jak olśnienie”.
Czapski potrafi znaleźć inne słowa, wpisać w nurt czasu zatrzymaną chwilę. Ileż jego błyskawicznych portretów utkwiło na zawsze w mojej wyobraźni! Waliszewski w wytartym szarym palcie na wsi kieleckiej, w polu gdzieś za Kocmyrzowem, opowiada o Gauguinie i van Goghu, o tragicznym konflikcie w Arles. Prawie ślepy Vollard na pierwszej wystawie kapistów maca ręką obrazy, które mu się podobają, i zakupuje parę płócien. Młody Malraux w salonie Daniela Halévy mówi bez przerwy o nadchodzącej rewolucji, blada twarz anioła zagłady, nerwowy gest poprawianych włosów. Papieros w ustach. De Staël, wygnaniec, biedak miotający się po świecie, asceta abstrakcji i jej triumfator, nagłe uznanie dla jego malarstwa i śmiertelny skok z okna pracowni w Antibes. Remizow, zasłuchany w głos rosyjskiej mowy, kaligrafuje swoje opowieści w mieszkanku na rju Bualjo. Lechoń, spotkany w deszczowym Nowym Jorku na Madison Avenue, woła tubalnym głosem: „Co się pan zajmuje «Kulturą» — rzuć pan to, ja się takiemi sprawami zajmowałem i siedem metrów kiszki mi wycięto!”.
Wśród tych portretów trzeba wspomnieć jeden, powracający ze szczególną siłą, jakby wcielenie marzeń, pokus, niepokojów i najwyższych uniesień — portret Bonnarda. Czapski wyczuł w nim brata, artystę jak on wymykającego się szkołom i programom. Raj utracony, szkic napisany po śmierci Bonnarda, to jeden z najpiękniejszych znanych mi tekstów o sztuce. Tekst żywy, namiętny, stronniczy, rozdarty w konkluzjach: wojna stworzyła przepaść między rajem Bonnarda a rzeczywistością. Czapski później wracać będzie do tej problematyki i w sposób bardziej złożony ukaże relacje między słonecznością sztuki a bólem życia. Szkic o Bonnardzie jest przede wszystkim portretem malarza szczególnie bliskiego Czapskiemu, świadectwem olśnienia jego sztuką. Bonnard wpadał na moment przed wernisażem do galerii. Miał kieszenie pełne tubek z farbami i w ostatniej chwili poprawiał płótna. Kiedyś chciano go aresztować w Galerii Luksemburskiej: strażnik zobaczył mężczyznę, który podbiegł do jednego z obrazów i palcem rozmazywał farbę. To Bonnard po dwudziestu latach robił korektę swego dzieła. Jego żona nigdy nie mogła mieć pewności, czy nie wbiegnie nagle do łazienki i nie naszkicuje jej aktu. Z tych notatek powstawały najpiękniejsze płótna, nad którymi pracował latami. W jednym ze szkiców przytacza Czapski wizytę Pankiewicza i Bonnarda w Luwrze: „Stanęli przed Betsabe Rembrandta i nagle Bonnard wybucha śmiechem. «Czego się śmiejesz?» — pyta Pankiewicz. «Bo cóż można zrobić innego — odpowiada Bonnard — co można powiedzieć wobec takiego arcydzieła!»”. Pisarstwo Czapskiego stanowi dowód tego, że o chwilach olśnienia można mówić.
1985
WOJCIECH KARPIŃSKI
Józef Czapski do Wojciecha Karpińskiego
Maisons-Laffitte, 26 III 1985
Mój drogi Wojtku,
W dniach, kiedy jestem zupełnie zmęczony i rozklejony, jedyne lekarstwo, że leżę zupełnie nieruchomo, dosłownie mi trudno palcem ruszyć, i wtedy piszę listy w głowie, bez przesady chyba dziesięć do Ciebie. Niewątpliwie „genialne”, po których nie pozostaje nic. Chciałbym, żeby choć kawałeczek z tego został. Chciałem Ci powiedzieć, co mnie najwięcej wzruszyło w Twoim przemówieniu [1]. Uświadomiłem sobie dopiero teraz, że przecie mnie już czytałeś, kiedyśmy się w ogóle nie znali i kiedy to wszystko pisałem naprawdę na Babilon. Wzruszyło mnie najbardziej, że zauważyłeś te wzmianki, które w artykułach wcisnąłem, pisząc o ludziach mi drogich. Przede wszystkim, że wspomniałeś mojego ślepego „karła” z „rju Błajlo” [2]. Czasami mnie porywa świadomość, że ten cały świat widziany moimi oczami przepadnie ze mną bez śladu, a że to świat naprawdę bezcenny,gdzie ten starzec ślepy tuż przed śmiercią jeszcze dosłownie trząsł się z niecierpliwości, czekając na oddaną mu zupełnie sekretarkę, której opowiadał coraz to nowe teksty swoich bajek, chociażby te o Salomonie i o trzech diabłach, które jadłyeskałopy (czysto rosyjskie słowo zrobione z francuskiego). Całe to opowiadanie i pięćdziesiąt innych to był język odkrywczy, jego własny. Godziny spędzone u niego, rzadkie, w których lubił wspominać – „cedry nie ogrody rodzą, a pustynie”. Opowiadałem Ci już o tym, więc się powtarzam, ale ta grupa Moskali, szoferów taksówek, którzy go dosłownie utrzymywali, to była najarystokratyczniejsza grupa, którą w życiu znałem, [pełna] miłości i przyjaźni dla ślepego starca. To, że Ty, pisarz nadwiślański, potrafiłeś się przezwyciężyć i poczuć przerzadki urok rosyjski. I nie kpij ze mnie, że to piszę, bo tak samo jak Ty nienawidzę tej nawały rosyjsko-mongolskiej, która nad nami wisi i fizycznie czuję, że ona niesie zagładę. Już cały mój świat wileńsko-miński pochłonęła.
Gustaw [Herling-Grudziński] mi opowiadał, że trafił na wspomnienia Polaka [3], który razem z Dostojewskim siedział w „martwym domu” [4]. Dostojewski nieraz z nim rozmawiał, nie skrywając swojej nienawiści do Polaków. Nawrócony już wówczas zupełnie na rosyjski kult carów, opisywał długo Polakowi, jakie to będą wspaniałe przyjęcia, kiedy car zdobędzie Konstantynopol. Bezczelny Polak spytał go, czy już sobie zarezerwował bilet powrotny z Konstantynopola. Dostojewski wpadł wprost we wściekłość, na to mu Polak powiedział, że przecie jego nazwisko zdaje się wskazywać, że on pochodzi z Polaków, na to Dostojewski odpowiedział, że gdyby miał jedną kroplę polskiej krwi, to by ją rozpalonym żelazem wypalił. Przypomniało mi to spotkanie z młodym księdzem, który trzy lata temu był wyświęcony i który mi powtórzył swoją rozmowę z pułkownikiem sowieckim, który teraz jeszcze z zadziwiającą nienawiścią mówił o Polakach. Kiedy widziałem Halévy’ego [5] podczas jednej z ostatnich wizyt u niego, jeszcze siedział w głębokim fotelu, opowiedziałem to temu człowiekowi, który wydał całą masę wielkich talentów francuskich i który był znanym pisarzem, autorem monografii Nietzschego i świetnych książek historycznych (La République des ducs etc.). Halévy strasznie cierpiał nad wojną algierską, wtedy były te niezliczone pucze, ludzie łączyli się w pucze, choć przyznawali, że jeszcze dzień przedtem zabić chcieli tego generała, któremu się oddawali. Ja na to, że to wszystko przypomina mi Biesy Dostojewskiego. „Dostojewski? Je ne l’ai jamais lu” [6] – powiedział stary Halévy i popatrzył na mnie surowo. Ja aż przysiadłem: „Jak to możliwe?” „J’ai lu dans ma vie un discours de cet homme” [7]. (Chodziło naturalnie o sławną mowę Dostojewskiego, ostatnią, na jakiejś jubileuszowej puszkinowskiej akademii [8]. W tym przemówieniu Dostojewski powiedział, że tylko Rosjanin na świecie jest zdolny stać się wszechczłowiekiem). Halévy tylko mi powiedział wtedy: „Takiej pychy narodowej nie spotkałem nigdzie i powiedziałem sobie je ne le lirai plus jamais [9]”. Tej nienawiści Rosjan do Polaków nie doceniałem. Zdawało mi się, że tylko my umiemy nienawidzić Moskali.
Rozgadałem się, ale chciałem Ci to jeszcze wysypać i żebyś wiedział, jak mnie Twój tekst wzruszył, a co ważniejsze to że jest świetny, dla mnie tej samej klasy co Twoje studium o Gombrowiczu [10] i co Twój Central Park [11].
Twój
Józef

Józef Czapski i Wojciech Karpiński w pokoju Józefa Czapskiego w Maisons-Laffitte
Józef Czapski do Wojciecha Karpińskiego
Sailly, 16 VII 1985
Mój drogi Wojtku,
Piszę Ci list prędzej dla porządku niż w nadziei, że wyrazi to, co Ci chciałem wyrazić. Ze 40 listów Ci napisałem wyłącznie w głowie, które zdawały mi się bardzo ważne, ale nie miałem nikogo, komu mógłbym choć jeden z tych listów podyktować, a moje pisanie staje się un tour de force [12], który przeważnie ma w rezultacie porażkę, bo sam już liter nawet dużych pisanych przeze mnie nie mogę odczytać. A chodziło mi o coś dla mnie bardzo ważnego, to znaczy o mój stosunek do Ciebie i o moją wdzięczność. Więc przede wszystkim mój stosunek do Ciebie jakby się przesunął, zmienił i pogłębił od czasu Twojej choroby. Żebyś nie wiem jak to negował i lekceważył, takie przeżycia nie mogą nie wpłynąć istotnie na Ciebie i na mój stosunek do Ciebie, który po jakiemuś się pogłębił. Mój stosunek do Ciebie jako do pisarza jest zawsze taki sam, to jest moje ostatnie wielkie, intymne odkrycie, które mnie uszczęśliwia. Ale stosunek do człowieka ma dzisiaj inny wymiar, bo widzę Ciebie inaczej po tym, co przeżyłeś. Nie śmiej się ze mnie, że Ci to piszę, bo to dla mnie bardzo ważne. Druga sprawa jest trochę szersza, nie wiem, czy potrafię ją wyrazić. Zawsze byłem przekonany, że moja praca zależy tylko ode mnie, żeby powiedzieć wzniośle, jest absolutnie „sam na sam z Bogiem”. Przez tyle lat malowałem bez poczucia, że moje malarstwo może mieć jakieś działanie głębsze na ludzi, którzy na nie patrzą. Dlatego najprościej, że wydawało mi się ono zawsze dopiero jakąś obietnicą, a nie realizacją. Ty mi pomogłeś zaufać memu malarstwu więcej niż dotychczas. Mogę to tylko porównać z tym, co zawdzięczam Kotowi [Jeleńskiemu]. Już od lat pomagał mi swoją oceną i swoimi ze mną polemikami. Jest to żenujące, że teraz, kiedy robię rachunek sumienia mojej przeszłości, więcej durnej niż chmurnej, prawie ciągle miałem wrażenie nieustannych porażek wewnętrznych, porażek czy wprost niedociągnięć i kiedy czuję to wszystko bardzo silnie i negatywnie dzisiaj, biorę Twój tekst przemówienia u Pallotynów i to mi daje jakąś pomoc wewnętrzną. Teraz, kiedy już nie maluję i kiedy mogę o swojej przeszłości na tym odcinku myśleć całościowo. Tak bardzo pragnę, żebyś był już zupełnie zdrów i żebyś potrafił naprawdę o siebie zadbać, choć nie masz przy sobie Krzysia [13], do którego zresztą napisałem po ostatnim widzeniu z Tobą.
Co do mnie, od czasu jak wyjechałem do Sailly nie zrobiłem nic i chyba już nie potrafię nic zrobić. [14] Ale nic nie jest pewne. Nie wiem, czy Ci opowiadałem wiecznie tę samą historyjkę (słyszeliście? Więc posłuchajcie…) – opowiadanie Jerzego Stempowskiego o tej staruszce z mająteczkiem na Ukrainie, która coraz to decydowała się, że umiera. Wtedy posyłała konnego do różnych sąsiadów i krewnych (ewentualnych spadkobierców), wzywając ich na swoje modły przedśmiertne. Staruszka leżała na łóżku, gromnica była zapalona przy niej, a sama miała twarz przykrytą gazą, poprzez którą przecie uważnie przyglądała się, kto przyjechał, a kto nie. Po jakimś czasie modłów wysuwał się długi palec staruszki, który ściągał gazę z twarzy. Mówiła wówczas do wszystkich: „Jeszcze nie będę umierać, możecie się rozjeżdżać”. Ja, pisząc do Ciebie, mam troszkę wrażenie, że jestem tą staruszką. Nie żądam od Ciebie modłów, nie mam gromnicy przy sobie, ale coraz to mam wrażenie, że ten tekst jest ostatnim wyrazem mojego do Ciebie stosunku, tak bardzo serdecznego, tak bardzo pełnego nadziei, że jeszcze i jeszcze masz przed sobą wielką drogę w literaturze. Nie chcę wcale Cię z kimkolwiek porównywać, chodzi mi o to tylko, że każdy talent jak Twój nie daje się z niczym porównać, jest zawsze na nowo odkryciem jedynym. I że jeszcze takie odkrycie mogłem w moim wieku przeżyć jest dla mnie faktem zasadniczym.
Twój
Józef

Józef Czapski i Wojciech Karpiński w pokoju Józefa Czapskiego w Maisons-Laffitte
Wojciech Karpiński do Józefa Czapskiego
Paryż, 22 VII 1985
Kochany Józiu,
Bardzo wzruszyłem się Twoim listem i ciepłymi słowami. Opowieść o babci żegnającej się ze światem jest znakomita. Ciekaw więc jestem, co namalowałeś w tym okresie „niemalowania”. Mówiłem już Ci, ale jeszcze powtórzę, że dwa ostatnie zobaczone obrazy – z ostrymi czerwieniami – a zwłaszcza jeden z gwałtownie nakreślonym profilem z boku na pierwszym planie należą moim zdaniem do Twoich najwspanialszych osiągnięć. Ta swoboda widzenia i przenoszenia widzenia na płótno absolutnie fascynuje: rozumiem, że zapewne trzeba było zapłacić za nią poważną cenę, być może bez Twoich kłopotów ze wzrokiem nie odważyłbyś się na takie eksperymenty. Zostałeś do nich po jakiemuś zmuszony. Ale widz tego nie wie. Podziwia syntetyczność widzenia i odwagę kompozycji i plamy barwnej.
Z ostatniej „Kultury” wiem, co napisałeś w trakcie „niepisania” – ten szkic wokół Avery’ego [15] doskonale uzupełnia Twoją drogę malarską przedstawioną w Oku [16] i w Patrząc [17] – a że przy okazji lekko spostponowałeś mojego Balthusa, wybaczamy – ofiary muszą być, jak mówi Giedroyc.
Ja się oddaję lenistwu, ale już do tego przywykłem. Nie mając Twojej energii, nie mam też Twoich wymagań wobec siebie. Już Ci mówiłem, że my ślimaki patrzymy z osłupieniem na różne pędzące rumaki, które, gdy tylko trochę zwolnią, sądzą, że stoją w miejscu, a tymczasem gnają, jak opętane.
Na początku sierpnia wyjeżdżam nad morze. Przedtem zadzwonię do Ciebie, a po powrocie zapewne się z Kotem wybierzemy w odwiedziny.
Bardzo Cię serdecznie ściskam
Wojtek
podali do druku Julia Juryś i Mikołaj Nowak-Rogoziński
[1] 18 III 1985 w kościele Saint-Pierre du Gros Caillou w Paryżu u o. Pallotynów odbył się wieczór z okazji 90-lecia Czapskiego. Mowy wygłosili Gustaw Herling-Grudziński, Konstanty A. Jeleński i Wojciech Karpiński, którego odczyt został opublikowany pod tytułem Portrety i olśnienia („Kultura” 1985 nr 4), włączony później do książki Wojciecha Karpińskiego Książki zbójeckie (Londyn, Polonia Book Fund, 1988).
[2] Mowa o mieszkającym przy Rue Boileau w Paryżu Aleksieju Remizowie (1877–1957) pisarzu i poecie zaprzyjaźnionym z Józefem Czapskim, którym napisał o nim wspomnienie Cedr („Kultura” 1958 nr 1–2).
[3] Mowa o wspomnieniach Szymona Wincentego Tokarzewskiego (1823–1890), który był współwięźniem Fiodora Dostojewskiego.
[4] Mowa o więzieniu, które Fiodor Dostojewski opisał w tomie Wspomnienia z domu umarłych.
[5] Daniel Halévy (1872–1962), historyk, krytyk i wydawca, wybitna postać francuskiego życia intelektualnego lat 20. i 30. Czapski poznał go w tym czasie w Londynie u swojego wuja Aleksandra Meyendorffa. Czapski pisał o nim wielokrotnie, m.in. w szkicu Degas, Daniel i Daniel Halévy, (J. Czapski, Czytając, Kraków, Znak, 1990, korespondencja Czapskiego i Halévy’ego ukazała się w „Zeszytach Literackich” 1997 nr 3 / 59 w przekładzie Julii Juryś).
[6] Nigdy go nie czytałem (fr.)
[7] Przeczytałem w życiu jedną mowę tego człowieka (fr.)
[8] Tzw. Mowę o Puszkinie Dostojewski wygłosił w 1880 roku.
[9] Nigdy więcej czytać go nie będę (fr.)
[10] Wojciech Karpiński, Styl Gombrowicza, „Zeszyty Literackie” 1985 nr 9.
[11] Wojciech Karpiński, W Central Parku, Paryż, Libella, 1982.
[12] Herkulesowym trudem (fr.)
[13] Krzysztof Jung (1951–1998) malarz i perfomer, przyjaciel Wojciecha Karpińskiego.
[14] Mimo poczucia, że „nie potrafi już nic zrobić”, Józef Czapski malował i rysował do ostatnich dni życia.
[15] Józef Czapski, Wnioski niedomyślane, „Kultura” 1985 nr 7–8.
[16] Józef Czapski, Oko, Paryż, Instytut Literacki, 1960.
[17] Józefa Czapski, Patrząc, Kraków, Znak, 1983.
Pewnego lipcowego dnia 1996 roku, jadąc z Wrocławia czy z Warszawy na Mazury przez Dąbrowy (to duża wieś leżąca między kurpiowskim Myszyńcem a mazurskimi Rozogami), zauważyłem duży, opustoszały drewniany dom z tablicą „Na sprzedaż”. Ani się wówczas tam nie zatrzymałem, ani nawet nie przyjrzałem mu się dokładniej. Jechałem dalej, ale w drodze zaczął kiełkować pomysł…
Wróciłem do Kadzidłowa, powiedziałem o chałupie Danusi i szybko zapadła decyzja: kupimy ją, rozbierzemy, a uzyskany w ten sposób materiał wykorzystamy do rozbudowy naszej obórki! Dostawimy do niej zadaszony taras, parter przebudujemy na kawiarenkę z prawdziwego zdarzenia, a na poddaszu urządzimy jeden lub może dwa pokoiki gościnne do wynajęcia. Nazajutrz pojechałem z powrotem do Dąbrów, gdzie po krótkiej rozmowie z właścicielem chałupy, jej pobieżnym obejrzeniu i ustaleniu ceny, na wyrwanej z kalendarza kartce spisaliśmy i podpisaliśmy akt kupna-sprzedaży.

Chałupa in situ w Dąbrowach w dniu zakupu, 23 lipca 1996
Po transakcji, w sierpniu tego roku poznaliśmy nieco historię kupionej chałupy. Dowiedzieliśmy się, że wybudował ją bogaty gospodarz, który „powrócił z Ameryki” – zapewne dlatego była znacznie większa niż sąsiednie chałupy kurpiowskie, a jej pomieszczenia znacznie przestronniejsze i wyższe (zapewne przygotowane z myślą o prowadzeniu jakiejś działalności). Że ów właściciel zamieszkał w niej „przed wojną bolszewicką” (czyli przed 1920 rokiem), że „wynajmował pokoje polskim pogranicznikom” (chałupa stała w pobliżu komory celnej na ówczesnej granicy z Prusami Wschodnimi), po 1939 roku podobno „była w niej kantyna”, a tuż po zakończeniu wojny szkoła (budynek szkoły we wsi wybudowano kilka lat później), potem był jakiś sklep i poczta – z tego czasu na drzwiach wejściowych zachowała się emaliowana tabliczka z napisem „Znaczki pocztowe” (wisi na nich do tej pory), a na poddaszu działał fryzjer.
Po dokładnym obejrzeniu uznaliśmy, że szkoda takiej ładnej chałupy – choć była dość mocno zdewastowana, i z ciekawą historią – użyć tylko jako tani materiał budowlany. Podjęliśmy więc kolejną brzemienną w skutkach decyzję: rozbierzemy chałupę, przewieziemy w częściach do Kadzidłowa a tam … odtworzymy w pierwotnym kształcie!
To był kolejny wariacki pomysł (ale nie ostatni…), bo wówczas nie mieliśmy zielonego pojęcia jak takie coś się robi, jak i kto to potrafi, pomijając już, że na tak ambitne przedsięwzięcie nie mieliśmy pieniędzy, bo tych wystarczyło tylko na kupno chaty, jej rozbiórkę i opłacenie transportu…
Przyjaciel ze studiów, któremu pokazałem nasz „nowy nabytek” i opowiedziałem o naszych kolejnych planach (…bo jeszcze nie dokończyliśmy remontu naszego domu murowanego), powiedział kręcąc głową: „Ty chyba zwariowałeś…”.

Jedna z izb, 23 lipca 1996
Faktycznie mogło tak wyglądać, bo chałupa była rzeczywiście w opłakanym stanie, od lat niezamieszkana i dewastowana, pozbawiana ganku, podłóg, części okien, pieców oraz tynków (to akurat przy rozbiórce okazało się zaletą, bo nie trzeba było ich skuwać) i nakryta eternitem. Na strychu, tam, gdzie kiedyś był pokój, w którym strzygł włosy fryzjer, wyrosło dzikie wino – niczym w piosence Marka Grechuty:
Bo w mym domu rośnie pnącze
Okno z drzwiami mi się plącze
Bo w mym domu dzikie wino
Kto je tutaj siał?

Poddasze z pnączami dzikiego wina, 23 lipca 1996
Nie tylko dla laików stan techniczny chałupy wyglądał beznadziejnie, nas – choć wówczas też laików, jednak nie zniechęcił. Majster budowlany zajmujący się ciesiołką, którego zawiozłem do Dąbrów, nie był zachwycony tym, co zobaczył, ale nie przestraszył się wyzwania i kilka dni później kilkuosobowa ekipa pod jego kierunkiem przystąpiła do rozbiórki. Drewniane domy budowane metodami tradycyjnymi rozbiera się jak „klocki Lego” – tyle że bardzo duże: zdejmuje się belkę po belce, każdą z nich numeruje, by potem ułożyć w odpowiednim miejscu. Rozbiórkę poprzedzała wykonana przez wynajętego architekta inwentaryzacja budynku in situ (na jej podstawie został wykonany projekt niezbędny do uzyskania pozwolenia na budowę). W trakcie prac rozbiórkowych sporządzałem szczegółową dokumentację: spisywałem numery belek, robiłem szkice i zdjęcia (nie było wtedy fotografii cyfrowej, więc ich liczba była ograniczona).
Na koniec wyzwaniem okazało się załatwienie transportu do Kadzidłowa (oddalonego o 40 kilometrów), bo konieczny był specjalny samochód do przewozu ponadnormatywnej długości elementów (mniejsze części – takie jak okna, okiennice czy drzwi, woziłem sam naszym busem). Na szczęście na skraju Myszyńca, a więc zaledwie kilka kilometrów dalej, znalazłem firmę transportową dysponującą potrzebną ciężarówką i 7 września chałupa „pojechała” do Kadzidłowa.

Chałupa została załadowana na samochód i w całości (choć już w częściach) przewieziona do Kadzidłowa, gdzie dostała „drugie życie”, 7 września 1996
Nieco później, po jej przywiezieniu, ułożeniu i posortowaniu wszystkich elementów zgodnie z numeracją i układem ścian, okazało się, że część belek (dolnych i podwalin, tych ze ściany północnej oraz krokwi) nie nadaje się do ponownego wykorzystania. Do uzupełniania ubytków – by nie różniły się od reszty, musieliśmy więc poszukać, kupić i przewieźć… kolejną chałupę, wybudowaną z belek o podobnych parametrach, wieku, strukturze, kolorze. Szczęśliwie okazało się, że ten sam gospodarz, który sprzedał nam pierwszą chałupę, miał jeszcze jedną, której też chciał się pozbyć. „Gajówka” – jak ją nazywał, stała na odludziu, na skraju pól i lasu w pobliżu wsi Klon (około 17 kilometrów od Dąbrów), była znacznie mniejsza, ale – co najważniejsze w podobnym wieku, opuszczona i przeznaczona do rozbiórki. Tak więc 12 września 1996 roku też ją kupiliśmy i rozebraliśmy…

„Gajówka” w pobliżu wsi Klon została też rozebrania i przewieziona do Kadzidłowa (była o połowę mniejsza – od tej z Dąbrów, więc rozbiórka i transport okazały się łatwiejsze), 12 września 1996
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
Świąteczny czas sprzyja rozmowie o uczuciach, pragniemy je wyrazić prezentami, aurą uroczystego spotkania, wychyleniem ku drugiemu, czasem udaje nam się naprawić wcześniej popełnione błędy nowym spojrzeniem na siebie i otoczenie. Lektura bywa pomocna, gdy w odpowiednim czasie wpadnie nam w ręce. Pod moją choinkę trafiła proza Alfreda Hayesa Zakochany o utracie i zerwanych relacjach, o braku spełnienia w związku z ukochaną kobietą. Autor zadaje pytania, czym jest współodczuwanie, a czym samotność, jak zapełnić pustkę po rozstaniu… Czyni to w długim monologu, jaki zapewne każdy człowiek kiedyś wypowiadał wobec siebie, lecz niewielu zapisało swoje refleksje tak przejmująco jak on, tak dosadnie, a jednocześnie z czułością i tęsknotą, z gorzką samowiedzą. Mówi o unieruchomieniu wewnętrznym, jakie nas niekiedy dosięga i sugestywnie ukazuje czytelnikowi, jak bardzo ważne są w życiu uczucia, a jednocześnie przyznaje, że rozpoznawanie własnych pragnień oraz ich spełnienie jest niemal niemożliwe, że emocje pulsujące w żyłach i w wyobraźni przeważnie bywają złudą i nie prowadzą ku wyjaśnieniu czegokolwiek z rzeczy i spraw już poznanych.
Na przeszkodzie spełnienia stają różne okoliczności – sytuacja bytowa, zmiana nastroju lub pogody, nietrafne oczekiwania, nieporozumienia. Podstawową sprawą okazuje się rozpoznawanie lęków, jakie nie pozwalają, by poczuć się szczęśliwym, bo skoro bardzo kogoś czy czegoś pragniemy, tym trudniej znaleźć drogę do realizacji marzenia. Nie chodzi o to, że coś jest dla nas niemożliwe do osiągnięcia, raczej idzie o to, że cel starań jest niejasny, nie do końca określony, zdefiniowany, nie do uchwycenia. A to jest właśnie istota życia na bieżąco, bez kalkulowania, co się opłaci, co przyniesie trwałą pozycję towarzyską, społeczną, egzystencjalną: „Jedyne, czegośmy nie stracili, pomyślałem, to zdolność do cierpienia. W cierpieniu jesteśmy mistrzami. Ale ono jest bezgłośne”.

Alfred Hayes (1911-1985) urodził się w biednej żydowskiej rodzinie na londyńskim East Endzie, był kilkuletnim chłopcem, gdy rodzice zabrali go do Ameryki, tam zdobywał doświadczenie typowe od chłopaka na posyłki do scenarzysty filmowego. Pisze sugestywnie, wciągając czytelnika w opowieść emocjonalną, nasyconą zmaganiem się z sobą i ze światem w tak intensywny sposób, jakby każdego z nas brał na świadka kolejnego marzenia i nieuniknionej porażki, nie pozwalał odetchnąć, lecz wciąż mocniej ściskał za gardło intensywnością relacji i wzruszeń: „Wiem, że pragnęła czegoś, czego nie byłem gotowy jej dać: złudzenia, że jest bezpieczna, poczucia, że ją osłaniam”.
Spośród lektur otrzymanych pod choinkę wybrałam najpierw Zakochanego nie dlatego, że temat uczuć wydał mi się na tę okoliczność najbardziej odpowiedni, bohater opowieści zdobył moją sympatię sposobem, w jaki próbował zmierzyć się z utratą. Choć wiadomo, że był na pozycji straconej, rozpaczliwie sięgał po opis rzeczy, wnętrza pokoju, ulic, czegokolwiek, co mogłoby tłumaczyć jego nową, choć przewidywaną sytuację – intensywnością wrażeń podzielił się z czytelnikiem, a to jest sprawiedliwe (czego o losowych zdarzeniach powiedzieć nie można): „Spoglądałem na ciemniejące teraz, przezierające między dachami skrawki nieba, które w tej chwili nie wydawało się ani dalekie, ani bliskie. Albo znów wbijałem wzrok w zaplamiony winem czy sosem obrus. Miałem przy tym wrażenie, jakby coś zostało naruszone, gwałtownie przesunięte, bo w ciągu tych kilku chwil, odkąd dotarła do mnie właściwa treść tej wiadomości, wszystko ukazało mi się w innej perspektywie, bardziej wyraziste, a zarazem bardziej puste niż zapamiętałem. Wszystko nagle wydało mi się ostrzejsze niż przedtem, a jednocześnie wyblakłe, jakby ze świata, do którego przywykłem, nagle coś wyparowało”.
Dzielą nas i łączą przeciwieństwa, ciekawość niepoznanego, wyobrażenia o przeznaczeniu, o pełni. Są ludzie, których lubimy i nawet kochamy, najbardziej chodzi jednak o to – zauważa autor – żebyśmy zdobywali pewność, że to, co robimy, jest słuszne, istotne, konieczne i zdejmuje z nas ciężar samotności. Portret egzystencjalisty w środowisku jemu podobnych został naszkicowany sugestywne, bohater nie jest w stanie spotkać nikogo, kto stałby się dla niego lustrem, w kim mógłby się przejrzeć i odnaleźć sens istnienia, wspólne życie: „Z wiekiem zaczynamy myśleć albo dochodzimy do wniosku, że błędem było nasze pragnienie, tak intensywne, że nas zraniło. Pomyłką była nadzieja, po co było to czekanie, im bardziej czegoś pragniemy, tym trudniej to osiągnąć”.
TERESA TOMSIA
Alfred Hayes, Zakochany. Tłum. Anna Arno. Warszawa, Próby, 2021.
Wyobraźmy sobie (czysto hipotetycznie) młodego poetę i krytyka muzycznego, autora kilku tomików, które nie przeminęły bez echa (tu nominacja, tam nagroda), współautora kilku przewodników turystycznych, współpracownika portali i prasy internetowej, człowieka trzydziestoparoletniego, obdarzonego talentem i ambicją. Nasz (wyimaginowany) bohater wie, że jest dobrym poetą, ale dobrych poetów i poetek jest wiele. Czuje, że aby naprawdę zaistnieć musi stworzyć dzieło spektakularne, o którym będzie się mówić, coś wybitnego. Coś, co w konsekwencji przyniesie mu „Nike” albo Nagrodę Kościelskich. Ta pierwsza nagroda nie stawia barier wiekowych, zawsze można o nią powalczyć. Ale „Kościelscy” są przyznawani tylko do czterdziestki, trzeba więc się pospieszyć. Mógłby może napisać poemat w częściach, jak Dwanaście stacji, które w roku 2004 przyniosły poecie Tomaszowi Różyckiemu nagrodę, a potem członkostwo w jury Kościelskich. A może pójść za podszeptem ambicji i spróbować swych sił w zupełnie dla siebie nowym medium, w powieści?
Trudne to wyzwanie dla kogoś, kto nie ma w swym dorobku ani jednego zbioru opowiadań. Ale nasz poeta jest, jako się rzekło, ambitny. Skoro już wybór padł na powieść, pojawia się kwestia – o czym. Przyjrzyjmy się pod tym kątem jurorom nagrody Kościelskich. Nie ma wśród nich powieściopisarzy jako takich, ale jeden z członków rady i jury, wręcz wiceprezes Fundacji, choć zawodowo znany głównie jako teoretyk i historyk literatury, profesor Włodzimierz Bolecki, kilka lat temu niespodzianie zadebiutował także jako powieściopisarz. Jego Chack, gruba powieść opatrzona podtytułem Gracze. Opowieść o szulerach to mieszająca prawdę historyczną z fikcją literacką narracja o upadku Polski w końcu XVIII wieku, której tytułowa postać oparta jest na losach autentycznego ówczesnego awanturnika, szulera i kobieciarza Ignacego Chodźkiewicza.
Chodźkiewicz żył na przełomie XVIII i XIX wieku, wybierzmy zatem – cały czas rekonstruuję tu hipotetyczny przebieg rozumowania aspiranta do nagrody – wymyślmy kogoś, czyja biografia pozwoli przedstawić panoramę wieku XIX i w krzywym zwierciadle pokazać już nie, jak u Boleckiego, Oświecenie, tylko romantyzm i pozytywizm. Warto w tym celu sięgnąć do tradycji szlacheckiej gawędy i wprowadzić postać bohatera o niepewnej biografii, chełpliwego zawadiaki, który z niejednego jadł pieca i o niejedną się ocierał tajemnicę. Dać mu gadać, niech się chwali i puszy, niech opowiada. Właśnie jak w gawędzie, która, głównie za sprawą Rzewuskiego, otarła się o wszystkich wielkich romantyków, a i potem kwitła pokątnie podczas dominacji pozytywistycznego rozumu.
Wróćmy wszakże do jury nagrody Kościelskich, rozpatrywanego tu pod kątem hipotetycznego poety, przymierzającego się do napisania mającej to jury rozbroić i podbić powieści. Przyjrzyjmy się zatem osobie Anny Estreicher z Genewy. Z zawodu biochemiczka, jest ona kontynuatorką znakomitego rodu austriacko-krakowsko-szwajcarskiego. Córka muzykologa, profesora Zygmunta Estreichera, który był synem chemika, profesora Tadeusza Kazimierza Estreichera, ten z kolei synem krakowskiego bibliotekarza Karola Estreichera (starszego), twórcy monumentalnej Bibliografii Polskiej, dzieła, które kontynuowali: inny jego syn Stanisław oraz wnuk Karol (młodszy). To dobra okazja, żeby wpleść do planowanej powieści młodego poety epizod z roku 1873, kiedy to pradziadowi naszej jurorki powierzono ambitne zadanie zaprezentowania na wystawie wiedeńskiej obrazu „ruchu umysłowego i księgarskiego w Galicji z dwóch ostatnich lat”[1]. Jakby to mogło w powieści zabrzmieć? Posłuchajmy próbki: „Wiedeńczycy mogli obejrzeć polskie cuda, czyli wysoki na osiemnaście stóp ołtarz Edwarda Stehlika, blachy Jaremkiewicza, zboża Niegolewskiego, zapałki Dydackiego, Puntscherta, Platzera i Kanera, maszynę parową Petersejna, buciki Szczepańskiego, machiny rolnicze Dornwalda, fotografie Szuberta i portrety Trzemeskiego, skrzypce Sawickiego, kaftanik Góralskiego, krople na ból zębów Majewskiego, nagrodzone w Szwecji; piwo z Rybnika, wino Bagieńskiego, kwiaty Pachulskiej, kompas Jastrzębowskiego, bulion z dzikich zwierząt Kleczkowskiego, tekturę Sebery, krowy podolskie Romaszkana, posąg Jana III z cukru, zegar Knorka, wynalazki Drzewieckiego, pająki Wejgla, miskę z kubkiem z bożnicy brodzkiej, rzęd na konia, tarczę, biczyk, buzdygan i pasy słuckie pani Walewskiej, filiżankę Potockiego, obrazy Kossaka, Grottgera, Gierymskiego i Matejki, w którym niewola i srogie prześladowanie nie wysuszyły źródła natchnień i poświęceń, dał więc dowody, że sztuka polska zakwita najpiękniejszym kwiatem pomimo horyzontu zewsząd przesłonionego czarnymi chmurami, czy bibliografię Estreichera, który na życzenie komisji wystawowej podjął się ułożyć obraz ruchu umysłowego i księgarskiego w Galicji z dwóch ostatnich lat. Po rocznej prawie, wielce mozolnej pracy bibliograf złożył rękopis krakowskiej komisji wystawowej. Lecz komisja nie miała pieniędzy na druk i zaczęła się starać o nakładcę. Trzy miesiące trwały te starania. Nikt druku nie chciał sfinansować; nie znalazł się ani jeden zamożniejszy człowiek na tyle miłujący dobro publiczne, żeby był gotów wyłożyć kilka tysięcy reńskich dla okazania bogactwa myśli polskiej. W końcu autor musiał się zająć wydaniem dzieła na swój koszt. Nie tylko więc poświęcił rok pracy bez żadnej pretensji do wynagrodzenia, ale jeszcze, ażeby ta praca nie poszła na marne, wyłożyć musiał ze swojej szczupłej pensji znaczną sumę na druk”[2].

Skoro cytuję tak długi fragment, to znaczy, że wyimaginowana powieść faktycznie powstała. Jeśli więc nie udało się do końca utrzymać konwencji fikcji i spekulacji, przejdę śmiało do jednego jeszcze z grona jurorów Nagrody Kościelskich, a mianowicie do mówiącego te słowa. I powiem, że czytając w jednym z listów powieściowego bohatera – bo nasza powieść jest też częściowo powieścią epistolarną – taki oto fragment: „Hrabia Brunicki kopie na swojej ziemi w Kunowie, niejaki Zieliński szuka w Klęczanach, gdzie, już sprawdzałem, niewiele jest”, natychmiast sięgnął był on, czyli sięgnąłem, do Słownika geograficznego Królestwa Polskiego, by w tomie szóstym przeczytać o wsi Klęczany w powiecie sądeckim, w której „jak daleko pamięć ludzka sięgała, ukazywała się ropa na powierzchni” i o jej właścicielu, Eugeniuszu Zielińskim, który „w głębokości 10 metrów znalazł zbiornik nafty” i z wydobytym surowcem udał się do pewnego profesora w Wiedniu o niemiecko-polskim nazwisku, a ten, „rozebrawszy chemicznie naftę klęczańską oświadczył, że ta […] jest skarbem narodowym, który za jaką bądź cenę eksploatowanym być powinien”. Wprawdzie ojciec mówiącego te słowa, inżynier Edmund Zieliński, urodzony 16 października 1912 roku tu, w należącym wówczas do Kościelskich Miłosławiu, nie był synem Eugeniusza, tylko Bernarda, który przybył do Miłosławia z okolic Pelplina (a Estreicher w przywołanym dziele, napisanym na zamówienie komitetu wystawy wiedeńskiej, wymienia „Pełplin” na zaszczytnym trzynastym miejscu wśród miast wydających polskie dzieła: „Według liczby druków, Warszawa wydała 892 dzieł, Kraków 672, Lwów 559, Poznań 233, Paryż 43, Wiedeń 38, Bochnia 31, Wadowice 28, Rzeszów 26, Lipsk 24, Mikołów 22, Toruń 21, Pełplin 20”[3]). Inna to zatem gałąź Zielińskich, ale inicjalne zainteresowanie niejakim Zielińskim, co szuka w Klęczanach – pozostało, stowarzyszone z dodatkowym impulsem w postaci polskiej magdalenki. Tak się bowiem złożyło, że jakiś czas temu, najpierw na fryburskiej slawistyce, a potem na UKSW w Warszawie, miałem zajęcia o polskich motywach w Poszukiwaniu straconego czasu i w biografii Marcela Prousta. Opowiadałem wówczas studentom także i o ciastku, na które przepis dała Madeleine Paulmier, a które miał ochrzcić jej imieniem były król Polski Stanisław Leszczyński. W wersji powieściowej opowieść o genezie nazwy ciastka włożona jest w usta niejakiego Adama Mickiewicza: „Kończąc historię magdalenki, Mickiewicz sięgnął po jedno z ciastek, zanurzył je w herbacie, ukąsił i nagle odmienił się zupełnie: twarz mu pojaśniała, źrenice rozszerzyły się, a ciało przeszył widzialny dreszcz. Zdawało się, że poeta przeniósł się na krótki moment do innego wymiaru, że dusza uniosła się i popędziła nad litewskimi polami, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała, lecz natychmiast zawróciła, a Mickiewicz głosem zupełnie innym, spokojnym i rozmarzonym, lekką francuszczyzną obwieścił Panu Podedwornemu, zupełnie bez związku z obecną sytuacją świata i emigracji, niezależnie od układu bibelotów w otoczeniu i planet na niebie: «Przez długi czas kładłem się spać wcześnie»”[4].
Tak, może to ryzykowne wkładać w usta autora Pana Tadeusza pierwsze zdanie cyklu powieściowego Marcela Prousta. Ale czyniąc tak, autor naszej – już nie hipotetycznej, ale rzeczywistej i właśnie nagradzanej – powieści postępuje zgodnie z duchem czasu. 10 października 2022 roku, niespełna dwa tygodnie temu, paryska korespondentka „Guardiana” Kim Willsher pisząc o aktualnej, poświęconej Proustowi, wystawie we francuskiej bibliotece narodowej, zaczyna od motywu magdalenki, po czym streszcza historię pierwszego zdania cyklu – Longtemps, je me suis couché de bonne heure – powiadając, że było ono „pisane, przerabiane, skreślane i znów przywracane”[5]. Tak powstaje trwała literatura.
Nakreślona tutaj hipoteza o przebiegłych próbach dopasowywania tematyki powieści i poszczególnych jej wątków do jurorów nagrody jest oczywiście czystą fikcją literacką, którą sam autor za chwilę zapewne ostro zdementuje. Nie wycofuję się jednak z tego, co powiedziałem. Hipoteza ta, nawet jeśli merytorycznie błędna, jest bowiem faktycznym artystycznym zwycięstwem powieści Rzeszoti świadectwem, jak sugestywnie Bartosz Sadulski zbudował postać swego mitomana i łgarza, osławionego Pana Podedwornego, skoro nawet autora laudacji podpuścił do snucia niecnych domysłów i wydumanych dywagacji.
Na okładce Rzeszota wrocławskie wydawnictwo Książkowe Klimaty zamieściło tekst, napisany przez Małgorzatę Rejmer:
„Oto spalona ziemia, galicyjska lichota, paryskie salony, błotniste wertepy, wiedeńskie wystawy, czarne odmęty ropy. W brawurowej kawalkadzie stylów, metafor i znaczeń wirują obrazy, postaci, intrygi, żądze, tryumfy i klęski. Biografia Podedwornego, mitomana-łotrzyka, który pojawia się w różnych zakątkach Europy, wywołując kataklizmy i omdlenia, to opowieść erudycyjna i pieczołowita, sarkastyczna i samoświadoma, rozedrgana i gęsta. Uniwersalna, lecz do szpiku polska. Olśniewająca. Sadulski tworzy własne imaginarium postromantyczne, w którym prawda miesza się z fikcją literacką, patos z hucpą, groza z drwiną, brud z wykwintnością, sentymentalizm z okrucieństwem. Czegoś takiego jeszcze nie czytaliście”.
Zgadzając się w pełni z tym opisem (nawiasem mówiąc pióra laureatki nagrody Kościelskich za rok 2020) dodam, że powieść Bartosza Sadulskiego wpisuje się świetnie w tradycje europejskiej powieści łotrzykowskiej od Łazarza z Tormesu po Miodraga Bulatovicia. Rzeszot jest jednak przede wszystkim brawurową rozprawą zarówno z romantycznymi mitami i wmówieniami, jak i z pozytywistyczną tromtadracją. Wpisuje się też równie świetnie w krajową tradycję podważania narracji o przeszłości, której milowe kamienie stanowią powieści Stanisława Brzozowskiego i Trans-Atlantyk Gombrowicza.
Powieść Bartosza Sadulskiego zapewne długo nie trafi na listy szkolnych lektur. Ten powieściowy debiut młodego autora będzie jednak z pewnością, a może już jest, wdzięcznym tematem rozpraw polonistycznych. Można sobie łatwo wyobrazić ich tytuły: Cytat, kryptocytat i pastisz w „Rzeszocie”, Ironia postmodernistyczna w powieści Sadulskiego, Rzeszot przerzeszocony albo echa powieści Carlyle’a „Sartor Resartus” w literaturze polskiej XXI wieku, Galicyjski kolonializm w świetle prozy Georges’a Clemenceau, Brunona Schulza i Bartosza Sadulskiego.
Zarazem jednak, przy całym osadzeniu w tradycji literackiej, które sprawia, że lektura tej powieści jest rozkoszą dla historyka literatury, ma ona także inne, bardziej uniwersalne walory. Podejmując w drugiej części swej powieści temat początków przemysłu naftowego na Podkarpaciu w drugiej połowie XIX wieku autor nie tylko eksploruje galicyjski odpowiednik Dzikiego Zachodu, ale też wskazuje na zapalny punkt współczesności – wydarzenia ostatnich miesięcy pokazały wszystkim, jak ważnym tematem jest dziś energia i sposoby jej pozyskiwania. Bartoszowi Sadulskiemu udało się utrafić w nerw czasu.
Na koniec pozwolę sobie na uwagę osobistą. Obcując z twórczością dzisiejszego laureata Bartosza Sadulskiego miewam raz po raz poczucie déjà vu. Kiedy w jego eseju czytam: „nawet głupio kupiona i nieprzeczytana książka mówi coś o człowieku, który ją nabył, albo pozwala przypomnieć sobie o pierwszej randce we wrocławskim Czeskim Filmie, na którą wzięło się numer «Literatury na Świecie» o Ashberym […]”[6] od razu przypominam sobie wizytę Johna Ashbery’ego w Polsce, w której uczestniczyłem w gronie kilkorga tłumaczy, oraz numer „Literatury na Świecie” (1986 nr 7), w którym ukazały się też moje przekłady tego wielkiego poety amerykańskiego. Ale Bartosz Sadulski w mailu prostuje, dla niego to był kolejny „ashberowski” numer pisma (7-8/2006, tak zwany „niebieski”) i przypomina sobie: „W ogóle w ten sam dzień, kiedy byłem na randce w Czeskim Filmie, byłem też na spotkaniu Tomka Różyckiego w Biurze Literackim – rzeczywiście, wszystko zaczyna się zgadzać”[7]. A kiedy potem w redagowanym przez Sadulskiego kwartalniku „Herito” studiuję numer tematyczny, nomen omen, 44 (z roku 2021), poświęcony w całości Austrii (Sadulski dał tam esej o malarzu Gottfriedzie Helnweinie, jest też esej Weroniki Murek o wiedeńskich kawiarniach), przypominam sobie, jak w redakcji miesięcznika „Res Publica” robiliśmy numer austriacki (1/1989), do którego sporządziłem Kalendarium wiedeńskie 1848-1938. Wystarczy porównać daty ukazania się tych czasopism, żeby stwierdzić, że różni nas dwadzieścia – trzydzieści parę lat, czyli jedno pokolenie, ale łączą tematy i preferencje, łączą zainteresowania. Bartoszu, witaj w klubie.
JAN ZIELIŃSKI
* Laudacja, wygłoszona 22 października 2022 r. w Miłosławiu na uroczystości wręczenia Bartoszowi Sadulskiemu Nagrody Kościelskich.
[1] Agaton Giller, Polska na Wystawie Powszechnej w Wiedniu 1873 r. Listy…, Lwów 1873, s. 69.
[2] Bartosz Sadulski, Rzeszot. Wrocław, Książkowe Klimaty, 2021, s. 219-220.
[3] Giller, op. cit ., s. 72.
[4] Sadulski, op. cytować , s. 37-38.
[5] Kim Willsher, W poszukiwaniu zagubionego toastu: paryski show ujawnia pochodzenie magdalenek Prousta , „The Guardian”, 10 X 2022.
[6] Bartosz Sadulski, Ból samoistny. „Dwutygodnik” 2022 nr 4.
[7] List Bartosza Sadulskiego do Jana Zielińskiego, 13 IX 2022.
Negatywy często pozwalają mi odtworzyć topografie miasta. 16 kwietnia 2011, po drodze do „Aqua Alta” – nietypowej księgarni niedaleko Piazza San Marco w Wenecji, przechodziłam przez Campo Santi Giovanni e Paolo, przy którym znajduje się gotycka bazylika pod wezwaniem obu świętych.

„Po drodze”, Wenecja 2011, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
26 września 2022
ELŻBIETA LEMPP