Kiedy w 1967 roku w Argentynie ukazało się Sto lat samotności, już po dwóch tygodniach wyczerpał się cały ośmiotysięczny nakład. Był to początek spontanicznej recepcji dzieła, które niebawem stało się w Ameryce Łacińskiej narodowym eposem, porównywanym z Odyseją lub Eneidą, zaś autorowi przyniosło Nagrodę Nobla.
Piętnaście lat Gabriel García Márquez nosił się z zamiarem napisania tej powieści. Wypłynęła ona z najgłębszych pokładów jego pamięci, ze wspomnień z dzieciństwa, pełnego niesamowitych historii opowiadanych przez babkę w wielkim domu, w którym nocą duchy zmarłych wujów i ciotek toczyły swoje pośmiertne życie. Niejeden z bohaterów książki zawdzięcza swoje rysy realnie istniejącym osobom, wiele powieściowych zdarzeń miało historyczne odpowiedniki.
Tropikalne Macondo, w którym rozgrywa się akcja powieści, zapożyczyło nazwę od kolumbijskiej posiadłości, leżącej w pobliżu rodzinnej wsi pisarza, o brzmiącej niczym magiczne zaklęcie nazwie – Aracataka. Tu w roku 1927 (lub 1928 – pozostaje to kwestią sporną) przyszedł na świat Gabriel José García Márquez. „Jeśli czegoś nie zapomniałem i nigdy nie zapomnę – mówił – to tego, że jestem zaledwie jednym z sześciorga dzieci telegrafisty z Aracataki”. Jednak najważniejszą postacią w życiu młodego Gabito (tak zdrabniano imię pisarza) był dziadek, przywódca miejscowej partii liberalnej, światły patriarcha, pokazujący wnukowi cuda tego świata, wśród których najbardziej niezwykłym był lód. Zetknięcie się z lodem wywołuje u chłopca wrażenie, które przetrwa aż do chwili, gdy jako czterdziestoletni pisarz pochyli się nad kartką, by napisać pierwsze zdanie Stu lat samotności.

Dziadek Nicolás umarł, gdy Gabriel miał osiem lat. Dla chłopca był to cios tak silny, iż twierdził później, że od tego czasu już nic ważnego się w jego życiu nie wydarzyło. Działo się jednak wiele: studia prawnicze w Bogocie, pierwsze opowiadania, praca dziennikarska. I mnóstwo lektur: Dostojewski, Tołstoj, Dickens. Ale przełom stanowił Kafka. Dagmar Ploetz, autorka biografii Gabriel García Márquez, napisała: „Było to kluczowe przeżycie: gdy bowiem czytał, że Gregor Samsa jednego poranka budzi się jako olbrzymi owad, zrozumiał, że jeśli w literaturze można robić coś takiego, to literatura jest czymś dla niego”.
Nocami pisał swą pierwszą powieść Szarańcza, ale wydawnictwo, do którego posłał rękopis, odmówiło wydania, radząc młodemu autorowi, by zajął się czymś innym. Powieść była jednak kolejnym krokiem przybliżającym pisarza do Stu lat samotności, gdzie motywy z Szarańczy – zwłaszcza postać pułkownika Aureliano – ukażą się w pełnym blasku. Intrygującemu go od dzieciństwa pułkownikowi poświęcił Márquez jeszcze jedną powieść: Nie ma kto pisać do pułkownika. Powstała w czasie, gdy pisarz jako korespondent kolumbijskiego dziennika został wysłany do Paryża. Kiedy zamknięto gazetę, a jemu przysłano pieniądze na powrotny bilet lotniczy, postanowił wykorzystać je jako stypendium i dokończyć powieść. Była zima, gdy pieniądze się wyczerpały. Gabriel García zbierał puste butelki, by kupić za nie bułkę, spał na ławkach w parku, a ogrzewał się parą buchającą z szybów metra.
Po roku Nie ma kto pisać do pułkownika ukazało się w piśmie literackim w Bogocie, ale autor nie otrzymał honorarium. Również drugie wydanie nie przyniosło mu dochodu, co w pewnej mierze spowodowane było tym, iż sam Márquez do wydawania swoich książek nie przywiązywał dużej wagi. Tym, co go naprawdę obchodziło, było szukanie sposobu na uwolnienie się spod ciężaru arcydzieła, które domagało się zaistnienia. Rok 1965 przyniósł olśnienie. „Rzecz musiała być opowiedziana tak, jakby opowiadała ją moja babka, i rozpoczęta od tego popołudnia, gdy chłopiec zabrany zostaje przez swego ojca na poznawanie lodu” – mówił Márquez, a już w trakcie pisania Stu lat samotności dodawał: „Mam wrażenie, że stąpam po krawędzi. W ten sposób wszystko będzie na granicy wzniosłości i kiczu. Jak bolero. Albo wzniosę się tą książką do wysokiego lotu, albo skręcę kark”.
Baśniowy sposób opowiadania, w którym zacierają się granice między tym, co rzeczywiste, a tym, co fantastyczne, sprawia, że łatwo ulec czarowi tej powieści. Sto lat to czas, w którym spełnia się los siedmiu pokoleń rodziny Buendía, zbiegając się z historią wioski Macondo od jej założenia aż do upadku. Te zewnętrzne zdarzenia to jedna warstwa powieści, prawdziwy jednak dramat rozgrywa się w planie mitycznym, gdyż w nim dopiero możliwe jest zbliżenie się do istoty ludzkich spraw. W tym planie Sto lat samotności to opowieść o początku i końcu świata, ale także o miłości, samotności i śmierci, o wiecznej zagadce istnienia.

W chwili gdy rozpoczyna się opowieść o dziejach Macondo, „świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy, i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem”. Dlatego za każdym razem prawdziwą sensację wzbudza pojawienie się w wiosce Cyganów, którzy przynoszą wynalazki z dalekiego świata: magnez, lupę, dagerotyp – rzeczy magiczne w oczach mieszkańców Macondo, poruszające wyobraźnię ojca rodu, José Arcadia Buendía. Ten godny następca Fausta, owładnięty żądzą poznania, uparcie przedsiębierze wyprawy mające odkryć nowe lądy, niestrudzenie podejmuje eksperymenty alchemiczne, pragnie przeniknąć tajemnicę życia. W euforię wprawia go widok teleskopu, ale już unoszenie się ojca Nicanora nad ziemią czy zniknięcie kuglarza na oczach publiczności przyjmuje jak zjawiska najbardziej naturalne pod słońcem.
Do najpiękniejszych zdarzeń w powieści należy to, kiedy po śmierci José Arcadia Buendía przez całą noc padały z nieba maleńkie żółte kwiaty, tak że rankiem ulice były wyściełane nimi niczym grubym dywanem, albo gdy Piękna Remedios wznosi się na prześcieradłach do nieba. Sposób narracji polegający na tym, że autor opowiada o pełnej cudów rzeczywistości, ani na chwilę nie podając w wątpliwość prawdziwości najbardziej niewiarygodnych zdarzeń, mieści się w formule realizmu magicznego. Ale u Márqueza jest coś więcej. Kolumbijski pisarz twierdzi, że wszystko, co pisze, nawiązuje do osobistych doświadczeń i nie zawiera zmyślenia. Przedstawia jako realne to, co dzieje się w świadomości ludzi, mówiąc: „Gdy ci to opowiedzieli, nie miałeś wątpliwości, że tak było naprawdę”.
W świecie, w którym trudno ustalić granice między wyobraźnią a rzeczywistością, dwaj synowie José Arcadia na próżno szukają szczęścia, tak jak nadaremnie będą go szukać późniejsi potomkowie założyciela rodu i jego żony Urszuli, wszyscy o imionach José Arcadio lub Aureliano. Imię determinuje losy jego posiadacza i zgodnie z tą zasadą kolejni José Arcadiowie są impulsywni, przedsiębiorczy i naznaczeni piętnem tragedii, zaś Aurelianowie, skryci i trzeźwi, noszą cechy pierwszego tragarza tego imienia, którym był pułkownik Aureliano Buendía. „Pułkownik Aureliano Buendía zorganizował trzydzieści dwa zbrojne powstania i wszystkie przegrał. Miał siedemnastu synów z siedemnastoma kobietami i wszyscy, jeden po drugim, zginęli w ciągu jednej nocy”.
Na przestrzeni stu lat nikomu z rodu Buendía nie zostało oszczędzone doświadczenie smutku i melancholii. Wszyscy, pokolenie po pokoleniu, przychodzili na świat z nieusuwalnym piętnem samotności, która w świecie Márqueza jest dotkliwa jak ciężka choroba i nieuleczalna nawet po śmierci. Wtedy zdaje się nawet trudniejsza do zniesienia niż za życia, o czym świadczy los Cygana Melquíadesa, który z krainy umarłych powrócił do Macondo, nie mogąc już dłużej znieść samotności.
Wspaniałe i wstrząsające stronice poświęcił Márquez starości. Z wielką przenikliwością pisze, że „sekretem dobrej starości jest nie co innego, tylko szczery pakt z samotnością”. Podpisanie cyrografu z diabłem samotności skazuje na izolację i zapomnienie, ale pozwala zachować resztki godności w niedołężnym ciele, co wydaje się stokroć lepsze niż starość niepokojona fałszywymi słowami miłosierdzia. Zapomnienie bywa jednak tak zupełne, że nie do odróżnienia od śmierci. Kiedy Aureliano Smutny zaczął szukać domu dla swojej rodziny, zaszedł do rozpadającego się ze starości domostwa, w którym mieszkała niegdyś samotna wdowa, żywiąc się ziemią i wapnem ze ścian. Drzwi zarosłe były pajęczyną, okna wypaczone przez wilgoć, a w szparach podłogi mnożyły się jaszczurki i robaki. Aureliano Smutny, przekonany, że od co najmniej pół wieku nie było tu ludzkiej istoty, popchnął drzwi, które – spróchniałe i przeżarte przez termity – runęły na ziemię. „Pozostał na progu czekając, aż kurz opadnie, i wtedy zobaczył pośrodku salonu staruszkę ubraną w suknię z ubiegłego wieku, ze strączkami zżółkłych włosów na łysiejącej czaszce, z olbrzymimi pięknymi jeszcze oczyma, w których zgasły ostatnie gwiazdy nadziei, i skórą twarzy pooraną przez pustynną suszę samotności”.
To była Rebeka. Żyła. Dom jej stał się podobny do trumny, ale uniknęła losu najstarszej z rodu, Urszuli, która – ślepa na starość – stała się zabawką w rękach dzieci, a w oczach domowników – bredzącą wariatką. A jednak to ona, Urszula, dzięki nieprzeniknionej samotności, zrozumiała los swoich bliskich, dopiero przed śmiercią znalazła odpowiedź na najtrudniejsze z pytań: dlaczego?
Objawienie dane było również przedostatniemu z rodu, noszącemu imię Aureliano Babilonia, który poświęcił się odcyfrowaniu starych pergaminów Malquíadesa. Wcześniej nikomu nie udało się odczytać owych zapisów, gdyż powiedziane było, iż nikt nie może poznać ich treści przed upływem stu lat. Kiedy Aureliano Babilonia i jego ciotka Amaranta Urszula płodzą dziecko ze świńskim ogonkiem, co jest karą za złamanie zakazu kazirodztwa, wypełnia się przepowiednia. Wówczas Aureliano domyśla się, iż manuskrypty Melquíadesa zawierają dzieje rodziny z najdrobniejszymi szczegółami, opowiedziane na sto lat przedtem. Zafascynowany odkryciem, zasiada do czytania, chcąc poznać datę i okoliczności swej śmierci. W trakcie czytania historii rodu dochodzi do czasu teraźniejszego, w którym apokaliptyczna burza zmiata całe Macondo. „Ale nim doszedł do ostatniego wiersza, zrozumiał już, że nigdy nie wyjdzie z tego pokoju, gdyż powiedziane było, że miasto zwierciadeł (lub zwierciadlanych miraży) zmiecione będzie przez wiatr i wygnane z pamięci ludzi w chwili, kiedy Aureliano Babilonia skończy odcyfrowywać pergaminy, i że wszystko, co w nich spisano, niepowtarzalne jest od wieków i na wieki, bo plemiona skazane na sto lat samotności nie mają już drugiej szansy na ziemi”.
Zamknęło się magiczne koło. Czas opowieści spotkał się z czasem narracji. Jednak wbrew słowom powieści nie jest to historia niepowtarzalna. Sekret kryje się w słowach „miasto zwierciadeł”, bowiem w Macondo, jak w zwierciadle, odbijają się dzieje ludzkości.
AGNIESZKA PAPIESKA
Dla Albrechta kontakty osobiste z pisarzami były ważne. W długi weekend, 1 listopada 2001, pojechaliśmy z naszą Olą w Beskid Niski do Andrzeja Stasiuka. Następnego dnia, po śniadaniu, Andrzej i Monika pokazali nam okolicę. Odwiedziliśmy cmentarz łemkowski.

„Śniadanie”, Wołowiec 2001, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
1 października 2022
ELŻBIETA LEMPP
Pamięci doktor Janiny Kujawskiej-Tenner (1928-2020)
Ciotką była dla mnie umownie, ponieważ nie byłyśmy spokrewnione. W ostatnich latach, kiedy ją odwiedzałam, zachęcała mnie do buszowania w biblioteczce. Prosiła, bym brała, ile zdołam unieść: kto wie, co będzie potem. Książki miała uporządkowane tematycznie i alfabetycznie, z naklejonymi na półkach literami. Swoje sprawy zamknęła kilka lat wcześniej. Spaliła listy i większość fotografii, aby to, co miało pozostać w tajemnicy, nią pozostało. Żeby rodzina (siostrzeńcy, dzieci nie miała), nie musiała grzebać w pamiątkach. Wydała szczegółowe rozporządzenia, ale od czasu do czasu coś pedantycznie poprawiała, precyzowała. Martwiła się o los czarnych mebli, tak zwanych „gebelsów” – biblioteczka, stół, cztery krzesła – wszystko przedwojenne, ale czarne, ciężkawe, nie na współczesny gust. Życzyła sobie, żeby pozostały w komplecie, bo zachowały się z rodzinnego domu. Martwiła się też o książki – chciała je podzielić między bliskich. Zapewniałam, że zajmę się resztą – tymi, których nikt nie zechce. „Tylko weź moich Żydów” – mówiła półżartem. Miała na myśli trzy półki pod oknem – Żydzi też mieli zostać razem.
Dwa lata po śmierci ciotki po raz ostatni weszłam do jej mieszkania, w wieżowcu przy ulicy Zakątek w Krakowie. Książki, „prawdziwe istoty” stały na swoich miejscach, choć, jak mnie uprzedzono, księgozbiór został lekko przetrzebiony. Przede mną był tu antykwariusz. Na szczęście zabrał tylko najświeższe pozycje. Ciotka nie raz się zarzekała, że lektur wystarczy jej do końca i nie potrzebuje nowości. Nie umiała się jednak powstrzymać, kiedy ukazywały się nowy Snyder, nowa Applebaum albo Kobiety z Ravensbrück. Przynosiłam je przy kolejnych wizytach, ale nie mogła się doczekać i nauczyła się korzystać z księgarni internetowych.
Wśród książek, które zostały w mieszkaniu, był tom w zielonej, płóciennej oprawie. Ciotka sama mi go kiedyś pokazała. Mówiła, że ta książka jest dla niej cenna – prosiła, bym szczególnie o nią zadbała, ale tymczasem postanowiła ją zachować. Never Call Retreat, by Joseph Freeman. Powieść wydana w Nowym Jorku w 1943 roku. Na wyklejce wpisane czerwoną kredką: For Hanna, J.F. W środku, do okładki przyklejona taśmą nota, wypisana na maszynie, również obwiedziona czerwoną kredką: „Dla Hanny ze wspomnieniem szczęśliwego i inspirującego spotkania w Nowym Jorku, pełen podziwu dla jej pięknej książki o Korczaku i w nadziei, że wkrótce znów się spotkamy. Serdecznie i z najlepszymi życzeniami – Joe Freeman. New York City, 7 listopada 1961”. Freemanowi zależało, by Hanna doceniła jego powieść. Wkleił również dwie kartki z notami o książce. Najwyraźniej autor skrupulatnie zbierał wzmianki o swojej powieści i przepisał je dla Hanny. Nie są to byle jakie recenzje. „New York Times”, „TIME Magazine”, „The Nation”. Z podkreśleniami i obwódkami, narysowanymi miękką, czerwoną kredką. Są tu fragmenty recenzji, ale także słowa zachwytu, które dziś określilibyśmy pewnie jako „blurbs”. Najważniejsza była chyba nota Thomasa Manna: „Zadziwiająca powieść, oryginalna również w swojej poetyckiej kompozycji –– namiętnie wypełniona doświadczeniami naszych czasów. Zadziwiająca panorama naszej epoki. Po lekturze Never Call Retreat nie zapomnę nazwiska Josepha Freemana”. Autor musiał być z tych uwag na tyle dumny, że przepisał je dla Hanny osiemnaście lat od publikacji książki.

Na tylnej wyklejce również znalazłam przyklejoną taśmą kartkę – bielszą, wypisaną na komputerze i wydrukowaną. Tę notatkę ciotka przygotowała zapewne po mojej wizycie.
„Hanna Mortkowicz-Olczakowa 1905-1968. Pochodziła z zasłużonej rodziny księgarzy – wydawców. Rozwiedziona (przed wybuchem II wojny), córka Joanna. W czasie wojny uratowała swoją matkę i córkę. Była moją pacjentką od 1966(?) do śmierci w styczniu 1968 roku. Od zakończenia II wojny do zgonu mieszkała w Krakowie w Domu Literatów przy ul. Krupniczej, niedaleko Instytutu Onkologii, gdzie ja pracowałam. Jej choroby nowotworowej nie umieliśmy wyleczyć, była samotna, często, po wyjściu z pracy odwiedzałam ją i rozmawiałyśmy. Dużo wiedziała i dużo przeżyła. Hanna opowiedziała mi, między innymi, o spotkaniu w Nowym Jorku (udało się jej tam na krótko wyjechać we wczesnych latach 60-tych) starego pisarza, niemieckiego Żyda, któremu udało się opuścić Berlin tuż przed II wojną. Spędzili noc na rozmowie i przy rozstaniu pisarz ofiarował jej swoją książkę (jedyną? wydaną w USA). Jakiś czas po śmierci Hanny znalazłam w antykwariacie tę książkę, oczywiście kupiłam ją i przeczytałam. Teraz znowu wpadła mi do ręki. Proszę, zachowajcie ją i przekażcie dalej – to mój sentymentalizm. Ale też wierzę, że Habent sua fata libelli. Ciotka. Janina Kujawska-Tenner, Czerwiec 2018”.
W notatce ciotki są nieścisłości. Joseph Freeman nie był Żydem niemieckim. Urodził się w Pyriatynie, w obwodzie Połtawskim w 1897 roku. Zaledwie osiem lat starszy od Hanny Mortkowicz-Olczakowej, zapewne nie był dla niej „starym Żydem”. Powieść, którą jej ofiarował, nie była jego jedyną. Nie wiem nic więcej o okolicznościach spotkania Hanny Mortkowicz-Olczakowej i Josepha Freemana. Kto ich skontaktował i czy wymieniali potem listy? Nie wiem też nic o losach książki, która leży na moim biurku. Po śmierci adresatki dedykacji jej córka, Joanna Olczak-Ronikier, likwidowała mieszkanie w Domu Literatów przy Krupniczej. „Cennych rzeczy nie było wiele – wspominała po latach – Ale ze wszystkich szuflad jesionowej komody i sekretarzyka wysypywały się niezliczone listy, kartki pocztowe, zawiadomienia o ślubach, rysunki dziecięce, fotografie, wycinki z gazet dotyczące rodziny”. Jak przyznaje pisarka, wówczas nie miała jeszcze siły zmierzyć się z dziedzictwem wspomnień: „Kupiłam dwa wielkie wiklinowe kosze i wpakowałam do nich wszystko, nie segregując, nie przeglądając. Mój dom umierał po raz drugi. Nie mogłam roztkliwiać się nad starymi szpargałami”. Trzy dekady później szpargały z koszy zaowocowały wspaniałym W ogrodzie pamięci.
Tymczasem książka w zielonej oprawie zapewne wówczas trafiła do antykwariatu, gdzie natknęła się na nią ciotka. Ponad pół wieku później powieść Josepha Freemana z dedykacją dla Hanny Mortkowicz-Olczakowej nie zainteresowała antykwariusza. Leży na moim biurku. Nie tylko książki mają swój los, ale także towarzyszą naszym losom, a nawet je współtworzą. Joseph Freeman to pisarz nieomal całkowicie zapomniany. Jego książki wypożyczam w wirtualnej bibliotece archive.org. Idę po jego śladach, zaczynając od zdawkowych, nieścisłych notek w internetowych encyklopediach („urodził się w Polsce”). Moje spotkanie z Freemanem jest przypadkowe. A jednak pozwalam się prowadzić. Poruszyła mnie troska, z jaką ciotka traktowała tę książkę. Grubą, dawno nieczytaną powieść. Wzruszyła mnie także żółknąca, odklejająca się taśma i podkreślenia czerwoną kredką. Czy ta czerwień ma jakieś szczególne znaczenie? Czy kojarzy się z „czerwonym” zaangażowaniem Freemana?
ANNA ARNO
Mieszkał w hotelach i jadał w bistrach, uciekał całe swoje dorosłe życie i nigdy nie miał własnego kąta. Friedrich Gubler, redaktor „Frankfurter Zeitung”, mawiał: „Roth, musi być Pan smutniejszy. Im smutniejszy Pan jest, tym lepiej Pan pisze”. Dwa razy nie trzeba było mu powtarzać, pijacy wszystko rozumieją w mig.
Każdy rozsądny człowiek wie, że najlepiej urodzić się w południowo-zachodnich regionach Europy, gdzie wiecznie świeci słońce i los jest łaskawy dla wszystkich. Joseph Roth na świat przyszedł w Brodach, czyli na północno-wschodnich rubieżach cesarstwa Franciszka Józefa, na drugim końcu kontynentu, o rzut kamieniem do carskiej Rosji. Ojca nigdy nie poznał, ten wyjechał w interesach i nie wrócił, bo zwariował. Trud jego wychowania przejęła matka, która śpiewała ukraińskie piosenki, ale nie były one wesołe. W tych stronach bowiem śpiewa się z braku radości. Istniało nawet powiedzenie „przepadł w Brodach”, które oznaczało, że ktoś znalazł się w takim miejscu – oddalonym od cywilizacji, wśród mokradeł i lasów – z którego nie ma ucieczki.
Na północy Brodów znajduje się ogromny kirkut, a na południu jest dworzec, z którego pisarz urodzony w 1894 roku wyjechał tuż przed I wojną światową na studia do Wiednia. Poza biedą niewiele przywiózł do stolicy ówczesnego mocarstwa, które w niedalekiej przyszłości miało zniknąć z map. Po cesarstwie pozostał jedynie mit, tym silniejszy, im dłużej ono nie istniało. A im dłużej nie istniało, tym było gorzej ze światem.
Czarno-żółta, saturniczna i elegancka, flaga Austrii znikła z masztów z dnia na dzień. Idea symbiozy wielu narodów, ewenement na skalę świata, nagle stała się jedynie historią. Różnorodna pod względem etnicznym, kulturowym i religijnym monarchia runęła pod ciężarem zgody w rozbieżnościach. Rotha zajmowały wówczas inne sprawy: zaczynał pisać, jak twierdził, swoje bzdury do gazet. Owymi bzdurami były felietony, zyskujące z czasem na popularności, jak sam ich autor, który stał się jednym z najlepiej opłacanych współpracowników niemieckojęzycznych gazet. Wtedy też euforycznie pisał: „Kocham kobiety w oknach, a już szczególnie blondynki”.

W 1922 roku poślubił czarnowłosą Friederike Reichler, której urodę sportretował kilka lat później w powieści Hiob. Dla ubogiego chłopca z odległych Brodów nagle zaświeciło słońce, a los stał się łaskawy. Osiągnął sukces literacki i finansowy, miał piękną żonę i świetlaną przyszłość. Gazety wysyłały go na długie miesiące do Moskwy i Paryża, aby stamtąd słał felietony, książki jego zaś sprzedawały się wyjątkowo dobrze i powoli ich autor zapisywał się w historii literatury światowej.
Jednak ludziom urodzonym pod czarno-żółtym słońcem dane jest wyłącznie – powołując się na Musila – poczucie ewentualności i niepewność. Nic nie jest stałe, nic nie jest trwałe, jak nietrwała była monarchia Franciszka Józefa i Galicja, jak wątpliwe jest ludzkie życie. Dziś nie ma śladu po kraju koronnym Królestwa Galicji i Lodomerii, zwanym potocznie Głodomerią, ani po jego mieszkańcach. Ta wielokulturowa mieszanka padła ofiarą szaleństwa ludzi i historii, jednostek i narodów.
Friedl z czasem coraz gorzej znosiła podróże męża i długotrwałe rozstania. Wspólne życie też nie należało do najłatwiejszych: brak stałego miejsca zamieszkania, godziny spędzone w samotności, kiedy mąż pisał albo przesiadywał z kieliszkiem wśród znajomych w knajpie. Schizofrenia została u niej zdiagnozowana w 1928 roku. Z czasem choroba się pogłębiła i Friedl musiała zostać zamknięta na stałe w szpitalu psychiatrycznym. Naziści zamordowali ją w 1940 roku.
Roth czuł się odpowiedzialny za chorobę żony, ale wiązał ją też – na swój dziwny sposób – z szaleństwem, które wydarzało się w sercu Europy: powolnym zdobywaniem władzy przez nazistów. Wtedy też zaczął się jego najlepszy etap w pisarstwie: stworzył Hioba i Marsz Radetzky’ego, pogrążał się w alkoholizmie, smutku i ciemności, szukał schronienia w lojalizmie habsburskim. Pił i nienawidził siebie oraz nazistów. Stefan Zweig, jego wieloletni przyjaciel, twierdził: „Joseph Roth pił – proszę mi wierzyć! – z nienawiści, gniewu, niemocy i oburzenia”.
Autor Hioba w zasadzie już nie trzeźwiał i coraz mocniej pogrążał się w marzeniu o przywróceniu cesarstwa. Powoli, jak jego żona i ojciec, oddalał się od ludzi. Krążył wśród widm i ruin. Kiedy życie wokół niego zaczęło się rozpadać, a jego kariera literacka jaśniała najmocniej, on patrzył jak cały świat pogrąża się w szaleństwie. Na nowo odnalazł wtedy swój kraj dzieciństwa – szlachetne piękno porażki – rezygnację, która w jego wypadku chwilowo przybrała nazwę monarchii Austro-Węgierskiej.
W ten sposób autor Hioba stał się najwierniejszym sługą kraju, który nie istniał od dekady. Walczył o przywrócenie Habsburgów na tron, a Otto von Habsburg, dziedzic tronu, próbował namówić go do abstynencji. Jedno i drugie działanie było podobnie pozbawione sensu. Pod czarno-żółtą flagą można było jedynie zdobyć ordery z niespełnienia i smutku, gorzkiego życia, które zawsze rozwija się inaczej niż byśmy tego pragnęli.
Historia zastaje nas nieprzygotowanych. Gdyby nasza cywilizacja – jak twierdził inny pijak – miała wytrzeźwieć w dwa dni, trzeciego umarłaby z wyrzutów sumienia. Roth wlewał w siebie kolejne sznapsy, aby do tego stanu nie doprowadzić. Został stronnikiem Habsburgów, bo ujrzał głupotę, zło i szaleństwo ówczesnego świata, który dążył do samozagłady. Roth postanowił działać w ten sam sposób. Schronienie dawała mu jedynie literatura i myśl o powrocie wieloetnicznej, wyidealizowanej monarchii Franciszka Józefa. Z tego połączenia powstało jego opus magnum – Marsz Radetzky’ego, epitafium dla kraju, w którym się urodził.
Wszystko na nic. Naziści palili jego książki i zakazali udziału w niemieckojęzycznej kulturze. Ten żydowski chłopiec, wieczny tułacz, który przeszedł daleką drogę z Brodów, trochę Rosjanin, trochę Polak, trochę Żyd, trochę Rusin, obywatel C. K., kakanier, powoli pogrążał się w ciemności, podobnie jak znikało w odmętach historii jego państwo, którego obywatelem pragnął pozostać.
Zapił się na śmierć w maju 1939 roku, niedługo po Anszlusie, a tuż przed wybuchem wojny, kiedy świat wschodnioeuropejskich Żydów, którego na swój sposób był kronikarzem, miał przestać istnieć. „Galicyjski Żyd, austriacki pisarz i katolicki pijak Roth […] kochał ludzi prostych – szczególnie tych ze Wschodu, buntowników, ludzi wiary, świętych, pokonanych i mieszkańców królestwa, którego słońce już zaszło” – pisał Jörg Fauser. Zmarł w samotności z przepicia, w rubryce zawód sans profession. Jego ostatnie opowiadanie nosiło tytuł Legenda o świętym pijaku, a kończyło się zdaniem: „Daj, Panie, nam wszystkim, nam pijakom, tak lekką i tak piękną śmierć!”.
André Heller zapytał ojca o zawód Josepha Rotha, kiedy zobaczył jego zdjęcie w albumie rodzinnym. W odpowiedzi usłyszał: „Od piętnastu lat już zamieszkuje niebo pijaków jako szames bajek i kalif chmur, ale wcześniej, na ziemi, był biednym Żydem i największym pisarzem wśród ludzi przyzwoitych”.
DAWID SZKOŁA
Wierzę, że w Zaświatach będzie tak, jakbym chciała. Myślę o tej krainie często, zaglądam tam i sprawdzam, czy wszystko w porządku. Moi najbliżsi: matka i babka czekają na mnie. Ale nie popędzają. Wieczność nauczyła je cierpliwości. Choć, kiedy czują moją niewidzialną obecność, odrywają się od najbardziej pasjonującej rozmowy z panią Żeromską, o Stefanie, naturalnie, albo z Marią Paczowską o Gombrowiczu i zaczynają się o mnie martwić.
– Może ma depresję. Nic nie robi całymi dniami. Czyta w kółko Noce i dnie albo Dzienniki Nałkowskiej.
– Jaka depresja – złości się babka. – Brak rygorów. Lenistwo. Wykapany Obłomow. Zawsze to mówiłam.
– Mamo – łagodzi moja mama. – Źle się czuje. Martwi się sytuacją. No i przecież ma swoje lata…
– Nie zawracaj głowy Haniu – przerywa jej babka. – Sytuacja zawsze była taka jaka była. Przypomnij sobie cośmy przeżyły. Bez opuszczania rąk. Wojna. Powojenne czasy. Ja w jej wieku…
– Wybacz, mamo, ale Ty w jej wieku dawno już nie żyłaś – przeciwstawia się moja mama. – A ja umarłam, kiedy byłam od niej znacznie młodsza.
– To też nie masz nic do gadania – podnosi głos babka.
Wycofuję się na palcach.

Moje Zaświaty to kraj po drugiej stronie imaginacyjnej kurtyny. Przedwieczna, czerwona, aksamitna, usiana dziurkami po molach dzieli Tu od Tam. Tam nie panuje żaden ustalony ład. Nie ma rzędów, nie ma foteli, ani numerków na oparciach. Wolna okolica. Zielono. Pogodnie. Rajski ogród jak z obrazów naiwnych malarzy. Białe stoliki, białe krzesełka, gięte ławeczki, podobne do tych starych na Plantach.
Umarli, kiedy ich nie podglądam istnieją własnym, niejasnym dla mnie bytem. Mogę sobie tylko wyobrażać, że kontynuują stare znajomości albo zawierają nowe; „Guten Tag, Herr Mann”, „Bon soir Monsieur Chopin”. Kiedy czują, że znowu zakradłam się do dziurki w kurtynie, porzucają swoje sprawy i zaczynają się martwić o mnie.
Chcę im tego oszczędzić, więc podglądam jak najrzadziej. Ale ostatnio zaczęłam bywać tam częściej. Może sprawił to wiek, może istotnie sytuacja, może czytanie pseudomistycznych tekstów w internecie, które zapewniają, że Oni naprawdę myślą o nas, chcą nam wskazać drogę, wysłać znak.
I oto nagle z Nowego Yorku odzywa się Eli. Eli Osnos White. Jego dziadkiem był Robert Osnos, mój ukochany kuzyn, prawie brat. Spędziłam z Robertem ostatnie lato wolności, w Skolimowie. W 1940 zdążył z rodziną uciec z Polski i po długich, dramatycznych perypetiach znalazł się w N. Y. Został lekarzem – psychiatrą, ożenił się z Naomi, miał dwie córki, wnuki. Kiedy tylko stało się to możliwe zaczął przyjeżdżać do Polski. Póki żył, pozostawaliśmy sobie bliscy jak prawdziwe rodzeństwo. Wnuk Roberta – Eli, po pierwszej wizycie w Krakowie także przylgnął całym sercem do nas, odnalezionych krewniaków.
Czyżby to Eli był posłańcem? Głosem? Parę dni temu, przeglądając rodzinne papiery znalazł rysunek zrobiony przez moją matkę, podczas którejś z jej wizyt u amerykańskiej rodziny i starannie jak widać, przechowywany. Portrecik chmurnej dziewczynki przedstawia mnie sprzed wielu, wielu lat. I oto wysłany elektronicznie wraca jako dowód, że naprawdę „Przeszłość jest i dziś, i te dziś daléj…”. Widzę moją matkę, skupioną na jak najkorzystniejszym odtwarzaniu mojego wizerunku. I słyszę tubalny głos babki:
– Smutna? Niech nie myśli tyle o sobie. Niech zrobi coś pożytecznego. Posprząta w szafie. Joasiu! weź się się w garść.
JOANNA OLCZAK-RONIKIER
Rzadko się zdarza, by jakiś kraj tak bardzo podlegał stereotypizacji jak Włochy, czy to, kiedy literatura popularna przedstawia je jako miejsce, gdzie kocha się jedzenie, wino i piłkę nożną, czy to, kiedy wyrafinowana eseistyka widzi w nich piękne kulisy teatralne, wśród których krążą duchy wielkich zmarłych (samych zresztą cudzoziemców). Tendencja taka nasila się nadzwyczajnie w przypadku Neapolu z jego malowniczością, biedą, pogodą ducha mieszkańców. Od Goethego do Jamesa, od Malapartego do Máraiego to wciąż ten sam tłum wypełnia neapolitańskie uliczki, żywiołowy, ubogi, udzielający przybyszowi nieocenionej lekcji życia. Kultura masowa dorzuca zaś jeszcze camorrę i Maradonę, pizzę i piosenki w dialekcie…

A co na to neapolitańczyk? W ciągu swojego długiego życia (dziewięćdziesięciodziewięcioletni pisarz zmarł w tym roku), Raffaele La Capria stał się prawdziwym klasykiem, który z namysłu nad neapolitańskością uczynił główny wątek swojej twórczości, czy to powieściowej, czy eseistycznej. W Polsce ukazała się tylko jedna jego książka, autobiograficzna powieść Śmiertelnie ranny (PIW 1964, tłum. Jerzy Popiel), więc można uznać, że jest praktycznie nieznany, chociaż na poznanie z pewnością zasługuje. Eseje La Caprii, zebrane w tomie Napoli (Mondadori 2009), uderzają bogactwem odniesień, połączeniem perspektywy autobiograficznej – kogoś, kto opuścił Neapol w 1950 roku, lecz czyje doświadczenie życiowe pozostało zakorzenione w dzieciństwie i młodości spędzonych nad morzem, w świetlistym kręgu śródziemnomorskim – z historyczną i antropologiczną. Neapol to dla pisarza również wielka tradycja filozoficzna Vica i Crocego, przeszłość potężnej niegdyś metropolii, której rozwój, podobnie jak zdarzyło się to Wenecji, Aleksandrii, Palermo, został w pewnym momencie zablokowany, a nowoczesność zepchnęła ją na peryferie historii, lecz także wymiar mitu, ponadnarodowej cywilizacji Śródziemnomorza zamieszkałego przez bogów. To tam doświadczenie autobiograficzne i doświadczenie miasta splatają się w jedno, a ich idealnym wyrazem jest formuła „pięknego dnia”, prymarny obraz na dnie pamięci, tkwiący tam niczym zatopiony statek. „Piękny dzień” to nie tylko ciąg zmysłowych doznań – kąpiele w morzu, wyprawy na Capri i Ischię, łowienie ryb, smaki i zapachy – lecz i niezmienny punkt odniesienia, miara wszystkiego, nietzscheańskie Wielkie Południe zawieszające czas.
Wierność pamięci, która pozostaje zakorzeniona w przestrzeni dzieciństwa, pamięć-domatorka, jak powiadał Proust, nie ma nic wspólnego z ciasnym i wykluczającym pojęciem małej ojczyzny, nie żywi się lękiem przed światem, lecz wyposaża w świadomość tego, czym się jest. Co innego, powiada La Capria, jest być neapolitańczykiem, a co innego „robić za neapolitańczyka”, z całym nieznośnym sztafażem póz, zachowań, resentymentów, jaki znamy z niektórych filmów i pospiesznych świadectw turystów.
Na odwieczne pytanie Monteskiusza, zadawane w opisywanych przez niego paryskich salonach: „Jak można być Persem?” – a pod Persa podstawić można dowolną identyfikację, aby tylko peryferyjną i nienadążającą za nowoczesnością – La Capria odpowiada w następujący sposób: „Czy prawdą jest, jak utrzymuje mój przyjaciel, że można kochać gorąco jakieś miejsca, nie przemieniając ich w topos naszej egzystencji? Niewykluczone, że ma rację, lecz przecież każdy człowiek mający poczucie własnej tożsamości, jakże mógłby się obyć, nie mówię bez miejsca, lecz bez tego, co miejsce to wywołało w jego duszy i zmysłach, jakże mógłby się obyć bez owego prymarnego obrazu, spoczywającego nieruchomo na dnie świadomości niczym nie wiedzieć kiedy zatopiony statek? Gdyby ów człowiek miałby być tego wszystkiego pozbawiony, czułby się jak Peter Schlemihl bez własnego cienia; opowieść Chamissa mówi właśnie o czymś takim”.
JOANNA UGNIEWSKA

© Elżbieta Lempp
19 listopada 2022 roku mija 10. rocznica śmierci Albrechta Lemppa. Jerzy Pilch pisał w listopadzie 2012: „Był czas, że znaliśmy się dobrze. Zarazem jednak był to schyłek moich możliwości – nie bójmy się przesady – podróżniczych. Paru wspólnym trasom podołaliśmy, ale powoli się wykruszałem. Powoli, a jak szybciej, to w ostatniej chwili. Kiedyś czekał na mnie na lotnisku w Moskwie, gdy zatelefonowałem, że nie ma mnie w samolocie właśnie podchodzącym do lądowania na Szeremietiewie, zaczął krzyczeć głośno, ale niewprawnie. Jego głos najwyraźniej nie znał takich stanów, krzyczał – jeśli można tak powiedzieć – na oślep. Debiutował w dziedzinie wrzasku. Chyba coś go zdenerwowało. Na pewno nie ja. Moje wyjaśnienie było nieodparte: nie dolatywałem do Moskwy, albowiem byłem w Warszawie. Trudno o dobitniejszy brak kontrowersji. Kolegować się z Albrechtem bez podróżowania było trudno, by nie rzec – wykluczone. Ja nieruchomiałem, on fruwał. Pewnie pora przestać się dziwić, że ludzie umierają, ale Albrecht na wieki nieruchomy? Raz pojechaliśmy do Wiednia. Czytał własny, dobrze mu znany i niedawno uczyniony przekład. I nagle zauważył w tekście jakiś efekt nowy, dotąd niezauważony, niewyeksponowany czy jak? I nagle z chłopięcym wdziękiem – tak jakby czytał tę rzecz pierwszy raz w życiu – wybuchnął niepohamowanym śmiechem i śmiał się dziko, i nie mógł przestać, i położył i spalił cały wiedeński wieczorek literacki. Czyż muszę dodawać, iż była to jedna z najradośniejszych chwil w moim pełnym grozy życiu?”. („Tygodnik Powszechny”, 20-23 XI 2012. Także w: Album Albrechta. Publicystyka. Wspomnienia. Żarty, Warszawa, Biblioteka „Więzi”, 2018).

KRZYSZTOF LISOWSKI
Kronhold
Gdzieś kiedyś
Daleko w czasie
Całkiem blisko nieprawdy
Siedzi moja córeczka z poetą Kronholdem
Przebywają na zdjęciu całkiem sami
Istnieje prawdopodobnie jeszcze niewidzialny fotograf Zdarzenia
W salce kawiarni pod portretem cesarzowej Sissi
Czekają na kawę i torcik Sachera
Jerzy ma siwe bokobrody jak Franciszek Józef
I taka suta czerwień tej światłociemności
Kaffee Mayer
Bratysława
2005
A potem
Transmutacja
16 XI 2022
KRZYSZTOF LISOWSKI
Kilka lat temu szukałem po książkach i stronach internetowych, a wziąłem się do tego zupełnie niespodziewanie, informacji o Słowniku botanicznym polsko-łacińsko-hebrajskim L. Pawego, szczególnie chciałem się dowiedzieć czegoś o samym autorze. Ta książeczka po prostu wpadła mi w ręce, nieprzygotowanemu i nieświadomemu, jak dar nad wyraz celny, po prostu zadziwiający w swej trafności. Jest to rzecz – po Zagładzie – tragicznie rzadka, choć wydrukowana w 1933 roku, z myślą o potrzebach szkół, a zwłaszcza o nauczycielach przyrody, w nakładzie tysiąca egzemplarzy. Gdy zacząłem poszukiwania, znalazłem ten słownik tylko w katalogu jerozolimskiej Biblioteki Narodowej i w dwóch bibliotekach warszawskich, Narodowej (tu po pewnym czasie trafił na platformę Polona) i Publicznej przy Koszykowej (tu w cymeliach i też z czasem zdigitalizowany). Zapewne to właśnie któryś z warszawskich egzemplarzy musiał mieć przed laty w ręku Piotr Grzegorczyk, figuruje bowiem – pozycja 1341 – w jego Index lexicorum Poloniae. Może mają ten słownik jakieś biblioteki białoruskie czy ukraińskie, tego nie wiem.

Kim był Pawe, postać całkowicie nieznana naszym botanikom ani nawet historykom botaniki, choć opracował przecież ten świetny i, przed II wojną, tak bardzo jeszcze wówczas potrzebny słownik?
Jedyne, do czego udało się mi dojść, to to, że poznałem, jakie imię kryje się za inicjałem „L.” ze strony tytułowej i okładki; inicjał powtarzany w katalogach bibliotek. Imię ocalało więc z Zagłady. Muszę tu od razu pokazać i tytuł hebrajski tej książeczki (oprawna w brązowawy karton – taki, jaki brano niegdyś na bruliony, skoroszyty i różne inne biurowe papierowe utensylia), bo słownik opracowano z myślą o czytelnikach władających i polskim, i hebrajskim, ale jednak tylko na stronach drukowanych po hebrajsku znajdziemy wstęp, wykaz skrótów i spis rzeczy, a zatem, jak chciał autor i wydawcy, zasadnicza pozostaje wersja kartkowana i studiowana od prawej do lewej, hebrajska.
Słownik wydało Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe „Tarbut” (Kultura), które, zwłaszcza na Polesiu, Wileńszczyźnie i Wołyniu, utrzymywało sieć znakomitych szkół świeckich, od powszechnych (teraz to „podstawówki”) po gimnazja i szkoły rolnicze. Szkoły Tarbutu przygotowywały młodych Żydów do wyjazdu do ha-arec, ziemi ojców, do realiów życia i pracy w Palestynie. Nauczycielom i uczniom boleśnie brakowało na lekcjach przyrody „pomostu” między dobrze znanymi, choćby ze słyszenia, polskimi nazwami roślin, a ich hebrajskimi odpowiednikami (łacina była tu tylko naukową odskocznią lub poratowaniem w przypadku wątpliwości). Pawe ułożył ten słownik, podręczną pomoc w szkole i w polu, ogrodzie czy lesie, wyjątkowo profesjonalnie.

Kim zatem był autor? Ze wstępu do słownika można być pewnym jedynie tego, że uczył przyrody w jednej z szkół Tarbutu, w Świsłoczy. Nie ma go w wykazach studentów czy absolwentów naszych przedwojennych uniwersytetów. Zacząłem szukać w Księgach Pamięci, w zasobach Jad-wa-Szem, i wykrystalizowała się myśl, że mógłby to być Lejb Pawe, który wedle świadectwa zdeponowanego w 1971 roku w Jad-wa-Szem przez Lejbę Bera Opoczyńskiego, urodził się w roku 1899 lub 1900 w Świsłoczy, a zginął, zamordowany w 1942 wraz z żoną, córką i synem, w Radziwiłłowie koło Brodów. Szperałem dalej i potwierdzenie moich domysłów znalazłem w miejscu zgoła nieoczekiwanym – bo sięgnąłem i tam – mianowicie w wykazach właścicieli kont oszczędnościowych w Pocztowej Kasie Oszczędności, które wydawano u nas przed wojną. W tych wykazach znajdziemy notkę, wedle której konto w PKO miał w roku 1934 Lejb Pawe ze Świsłoczy (mieszkał wtedy przy Warszawskiej 8), który po kilku latach nadal był klientem PKO, ale już jako mieszkaniec Radziwiłłowa. Radziwiłłowska Księga pamięci wspomina z kolei kierownika miejscowej szkoły Tarbutu, którym od 1936 roku był nauczyciel nazwiskiem Pawe. Układa się to w spójną, choć jakże nikłą całość, rysuje zaledwie cień po ofierze Zagłady.
Lejb Pawe korzystał, w kwestii polskich nazw roślin, z wydanych kilka lat wcześniej, przełomowych dla popularyzacji botaniki u nas – Roślin polskich, pracy botaników początkujących, ale już wybitnych, Stanisława Kulczyńskiego, Bogumiła Pawłowskiego i Władysława Szafera. Wszyscy czterej, pasjonaci botaniki, urodzili się pod koniec XIX wieku, byli z jednego pokolenia. Autorzy Roślin polskich przeżyli II wojnę, a gdyby nawet zginęli, pamięć o nich byłaby z pewnością zasobna w szczegóły, pielęgnowana i trwała. Po Lejbie Pawem i jego rodzinie, po ich domu, pracy, przyjaźniach, codzienności, po tym wszystkim – nie zostało nic, bo to właśnie jest Zagłada. To, co udało mi się odszukać, dałem ostatnio do Słownika botaników polskich, jaki lada chwila wyda Polska Akademia Umiejętności, ale przecież, niestety, o wiele więcej w tym słownikowym haśle informacji o samej książce niż o jej autorze. Jedyne, czego możemy być jako tako pewni, to imię Pawego: Lejb czyli Lew, zrazu zatarte przez trzebicieli ludów, ale odzyskane, „a to, co posiada imię własne, nie jest zdolne zniknąć bez reszty” (Franz Rosenzweig, tłum. T. Gadacz).
JAKUB DOLATOWSKI
Rano spacer do alimentari po mleko, bułki, ser, czekoladę. Słońce nie wspięło się jeszcze ponad dachy domów, ulice pławiły się w cieniu. Szedłem od strony Piazza Dante, a sklep był po drugiej stronie, trzeba więc było przekroczyć Via Toledo. Staję na brzegu rwącego strumienia, badam stopą, czy wir mnie nie porwie. Ostrożnie wstępuję na pasy, wyczekuję chwili, kiedy ruch na moment osłabnie. Nie ma mowy o pierwszeństwie. Chcesz mieć pierwszeństwo, kup sobie samochód albo motocykl, nawet na skuterze jesteś zawsze górą. Jeżdżą z zimną krwią, na szczęście dość wolno.
Oglądam XIX-wieczne kamienice wzorowane na miejskich pałacach arystokracji, wspominam wczorajszy wieczór na Via Partenope, w obliczu św. Wezuwiusza, nad którym wisiał obłok ciemny jak chmura popiołu. Przed nami szła grupa turystów. Nie spacerowali jednak na modłę turystyczną, bezinteresownie, sycąc wzrok miękkim światłem wieczoru, napawając się przyjemnym wiatrem znad zatoki, wartym co najmniej dziesięć euro od osoby. Wydawali się lekceważyć te wszystkie atrakcje, do których będą tęsknić w listopadzie u siebie na Północy. Szli krok w krok za dwiema młodymi neapolitankami w szortach z wysokim stanem, z których jedna była tak zgrabna, że gdyby stanęła do konkursu piękności z posągami Afrodyty w tutejszym Museo Archeologico Nazionale Napoli, to by wygrała.

Bogiem a prawdą, uroda Afrodyt przestała robić wrażenie na ludziach, którzy w prostej linii wywodzili się od barbarzyńców. Nie robiła takiego wrażenia, jakie powinna robić, bo choć nasi artyści z Północy niejedno muzeum zapełnili swoimi dziełami, to prymat urody śródziemnomorskiej przedawnieniu nie podlegał.
No więc ci turyści, co szli przed nami, a właściwie z nami, byli już na pewno w Museo Archeologico i widzieli Afrodytę Kalypygos (tę z piękną pupą) oraz inne Afrodyty, równie nagie i równie boskie, ale teraz na Via Partenope nie mogli oderwać wzroku od tych dwóch neapolitanek, które unieważniały nie tylko kolekcję Farnese, ale – horribile dictu – całą starożytność od Homera po cesarza Konstantyna. Dwie neapolitanki sobie szły, niczego nieświadome, rozmawiając, bynajmniej nie o Ksenofoncie czy Prokopiosie, ani nawet o Ksantypie, lecz pewnie o nowym narzeczonym ich przyjaciółki, który jest wyższy od poprzedniego i ma lepsze auto, nie mówiąc już o innych zaletach. Skandal wisiał w powietrzu, wcale nie dusznym, chłodzonym przez zefirek znad zatoki, wart opłaty klimatycznej co najmniej dziesięć euro od turysty. Skandal, bo w końcu Neapol założyli Hellenowie dwa i pół tysiąca lat temu, a i roli Rzymian nie należy bagatelizować. Skandalu nikt nie chciał, ale dwie neapolitanki uporczywie szły sobie promenadą, a my wszyscy szliśmy za nimi, świadomi konfliktu, jaki wisiał nad nami jak ciemna chmura nad Wezuwiuszem. Bo była jeszcze ta góra o dwóch wierzchołkach, nie ciesząca się najlepszą opinią ani dawniej, ani teraz.
I wówczas, kiedy więdła nadzieja na uratowanie hierarchii, autorytet marniał w oczach, akcje Museo Archeologico spadały na łeb, na szyję, pani, która szła z nami, powiedziała do kogoś, ale tak, aby wszyscy słyszeli, aby usłyszał każdy, kto był świadomy wiszącej nad nami katastrofy: schöne Beine. Tak właśnie: schöne Beine, piękne nogi.
Ośmielam się twierdzić, że te dwa słowa zapobiegły nieszczęściu, uratowały sezon, przywróciły ład, na którego straży stało Museo Archeologico. Nie były to przypadkowe wyrazy, lecz te konieczne, niemal zaklęcie przemieniające żabę w księcia czy też odwrotnie. Nikt zresztą nie chciał zamieniać młodych neapolitanek w cokolwiek, bo to, kim były, pozwoliło im być w stopniu doskonałym i nawet budzącym euforię.
Dwie piękne neapolitanki wciąż szły przed nami, ale dynamitem być przestały, bo schöne Beine, jakkolwiek alarmujące, dynamitem nie bywają. Barbarzyńcy z przyzwyczajenia nie mogli oderwać wzroku od szortów z wysokim stanem, ale w erotycznej atmosferze dała się słyszeć nuta, którą nazywam krawiecką.
– Te szorty – powiedział jeden z turystów pisujący felietony o modzie w tygodniku „Stern”, a może nam się zdawało, że powiedział – są doskonale skrojone.
Niejednemu przemknęło przez głowę straszne słówko „Kapitulacja”, ale nikt nie zawołał w obliczu Wezuwiusza: A talia, biodra, pupa! Harmonia tych żywiołów! Obyś nigdy nie wylazł spod wulkanicznego popiołu.
Dwie neapolitanki prowadziły ożywioną rozmowę swoimi ładnymi głosami, ale, Bogiem a prawdą, nikogo już nie obchodził ani timbre ich głosów, ani temat rozmowy. Porządek został uratowany, a ja nazajutrz mogłem pójść rano do mojego ulubionego alimentari przy Via Toledo po mleko, ser i bułki. Dziś uświadomiłem sobie, że był to nie tylko sklep, ale placówka, gdzie każdy przedmiot znał swoje miejsce na półce, a każdy pracownik swoje obowiązki. I już nie śmieszyły mnie słowa pani kasjerki, która podając mi paragon, mówiła: Grazie mille, dottore (bo skąd ona mogła wiedzieć), ale pani kasjerce chodziło o coś więcej. Na Via Partenope zostałem zaprzysiężony do europejskiej konspiracji. Klamka zapadła. Ja – konspirator? Niezbyt dobrze czułem się w tej roli, ale wyboru mi nie pozostawiono.
PROKOPIOS