Dorocie Fortunie
22 lutego 2023 roku Maria Iwaszkiewicz skończyłaby dziewięćdziesiąt dziewięć lat. Poszłabym do Niej z życzeniami i jadłybyśmy sernik, podesłany przez zaprzyjaźnionego z Jubilatką restauratora, i omawiały książki, które przysłali znajomi wydawcy. Zamiast tego wracam myślą do minionych spotkań – z wdzięcznością wobec losu, który obdarzył mnie przyjaźnią Marii Iwaszkiewicz.

Nauczyłam się od Niej, że:
1/ w ludziach jest więcej dobra niż przewrotności, toteż lepiej brać ludzi z dobrej strony;
2/ jeżeli jakieś zdarzenie można widzieć bądź dramatycznie, bądź na wesoło – lepiej wybrać drugi sposób;
3/ zazdrość jest małostkowa i nudna;
4/ nawet jeśli najwygodniej byłoby leżeć w łóżku cały dzień, to trzeba jednak wstać i zameldować się na swoim posterunku – choćby tym posterunkiem był fotel pod oknem, a głównym zadaniem otwieranie drzwi balkonowych kotu;
5/ telefon działa w dwie strony – więc jeśli ktoś, z kim chcemy pogawędzić, wciąż nie dzwoni – można zadzwonić do niego, nawet jeśli jest trzy razy młodszy;
6/ najważniejsze w życiu są przyjaźnie;
7/ ograniczenia, jakim podlega ciało wskutek upływu czasu, nie dotyczą ducha, i nawet będąc półślepym, półgłuchym i unieruchomionym, można jeszcze dodać otuchy drugiemu;
8/ należy wybaczać wszystko;
9/ kiedy życie przynosi nam coś w darze – choćby zaproszenie od nieznajomych na ucztę weselną, gdy jesteśmy w podróży i głodni – nie należy odmawiać;
10/ można nie mieć nic, nawet własnego okna i fotela, a ciągle jest się czym dzielić – dopóki życie trwa – ponieważ nie chodzi o to, co dajemy, tylko o to, by dać siebie.
AGNIESZKA PAPIESKA
Drogi Panie Redaktorze,
Kto upiekł pierwszą w historii blachę sernika, nie wiadomo. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby przepis na sernik Izyda powierzyła kapłanom w Tebach. Przez tysiąc lat karmili nim tylko faraonów. Tak sprawy się miały aż do podboju Egiptu przez króla perskiego Kambizesa. Dłużej przepisu w tajemnicy trzymać się nie dało. To chyba wtedy ludy zamieszkałe nad Morzem Śródziemnym poznały boski smak sernika. Z niewiadomych powodów milczy o tym Herodot. A może sernikowi poświęcona była osobna księga, jego Dziejów, która zaginęła? Czy można się dziwić Fantazjanowi, że nie oparł się pokusie zjedzenia kolejnych blach tego królewskiego ciasta?
Dziś jednak chciałbym Panu opowiedzieć swoją przygodę z innym cudem cukiernictwa. Za dziewięć lat smakosze i łakomczuchy Europy będą obchodzić dwusetną rocznicę narodzin tortu Sachera. Nie wyobrażam sobie, abyśmy nie uczcili tego święta. Mamy kilka lat na jego przygotowanie. Zgodzi się Pan chyba ze mną, że prezesem komitetu obchodów powinien zostać poeta Fantazjano.

Wróćmy do mojej przygody. Było tak. Po niespełna pół godzinie biegu dotarliśmy do Mariahilfe, miasteczka położonego w kotlinie. Dzień był słoneczny, skrzył śnieg. Biegłem co tchu za Felice Mirandola, nie mogąc od niej oderwać wzroku. W Mariahilfe bywałem rzadko – prawdę mówiąc, tylko w dzień przyjazdu w góry i w dzień odjazdu. Była to ostatnia stacja linii kolejowej, odnogi głównej trasy Innsbruck–Bolzano. Na stacji brało się fiakra lub sanie, zależnie od pory roku. Dwukonny fiakier wiózł nas do pensjonatu Skylla, sanie zaś do Charybdy. Konie parskając, biegły kłusem, pobrzękiwały dzwonki uprzęży. Po dziesięciu minutach zabudowania miasteczka kończyły się, a zaczynała puszcza jodłowa. Droga pięła się w górę, konie zwalniały, a ojciec wypowiadał zdanie:
– Ot i cała Mariahilfe. Na szczęście mieszkamy gdzie indziej.
Zdanie to przeszło do naszego języka domowego. Kiedy chciało się podkreślić skromność warunków nie do zaakceptowania, względnie czyjąś niemożność do stanięcia na wysokości zadania, mówiło się: „Ot i cała Mariahilfe. Mieszkamy na szczęście gdzie indziej”.
Miasteczka więc zupełnie nie znałem. Kiedy Felice rzuciła: „Do Tiroler Konditorei!”, nie wiedziałem, gdzie tej cukierni szukać. Mieściła się w ładnym pensjonacie, a okazały szyld – czerwony napis na białym tle – widoczny był z daleka.
– Mam nadzieję, że coś dla nas jeszcze zostało – powiedziała Felice, odpinając narty.
Pomyślałem, że mówi o likierze Limoncello i zdziwiłem się, że może go zabraknąć. Wystrój wnętrza Tiroler Konditorei nie dorównywał jadalni naszego pensjonatu. Usiedliśmy w kręgu promieniowania kominka, na którym płonęły grube bukowe polana. Felice w narciarskiej czapeczce wyglądała zachwycająco. Podeszła kelnerka i przywitała nas. Felice uśmiechnęła się do niej i powiedziała:
– To, co zawsze, Mario Tereso.
– Co zamówiłaś? – zapytałem, kiedy kelnerka odeszła.
– Tort Sachera – odpowiedziała od niechcenia, jakby chodziło o szklankę wody.
– Tort Sachera w Mariahilfe?
– Prosto z Wiednia.
Za chwilę podeszła Maria Teresa.
– Gâteau chocolat abricot de Vienne, monsieur – powiedziała, stawiając przed nami talerzyki z tortem i espresso.
– Dla mnie espresso doppio, Mario Tereso – powiedziałem.
– Oczywiście, proszę pana – odrzekła Maria Teresa i zabrała moją filiżankę. Zasyczała srebrna machina ekspresu i za chwilę dostałem swoje doppio.
– Sacher, prawdziwy Sacher – powiedziałem, zatapiając widelczyk w czekoladowej polewie. – Ileż wspomnień z dzieciństwa.
– Żadna czekolada nie smakuje jak ta z Sachera – powiedziała Felice. – Zawsze zaczynam od polewy, choć matka nigdy tego nie tolerowała i biła mnie po łapach. Teraz może się wypchać, prawda?
– Oczywiście, Felice, nie pozwolę cię więcej krzywdzić.
– Pozwolisz, że skosztuję również twojej polewy.
Nie czekając na moją zgodę (nie byłem w stanie niczego jej odmówić), oskubała z czekolady mój kawałek tortu. Myślałem, że na tym poprzestanie i morelowa marmolada zostanie dla mnie. Pochłonęła swój tort i wpiła we mnie wzrok.
– Marmolada morelowa należy do mnie – powiedziałem z naciskiem.
– Łakomczuch – odrzekła z pogardą i odwróciła się do okna. Prószył śnieg.
Pomyślałem, że Felice znowu wystawia mnie na próbę.
– Wczoraj ten samozwańczy fakir – powiedziałem cicho, żeby Maria Teresa nie usłyszała – a dziś zabór tortu Sachera. Voilá, Felice – podałem jej swój ogołocony z polewy tort.
– Mon Dieu – powiedziała głośno. W tej chwili zasyczał ekspres i do moich uszu dotarło „mon vieux” – twoja nieznajomość kobiet jest rozczulająca.
Po jej słowach para przy sąsiednim stoliku na chwilę zamilkła.
– Chodźmy stąd – powiedziałem. Przed nami było jeszcze całe popołudnie, z którym wiązałem tyle nadziei.
Pozdrawiam Pana serdecznie,
Przyjaciel i Czytelnik
Michaił Heller był nie tylko najważniejszym komentatorem spraw rosyjskich i sowieckich w „Kulturze”, ale też bliskim doradcą Jerzego Giedroycia. Urodzony w Moskwie, był więźniem Gułagu, pracownikiem Polskiej Agencji Prasowej, a w końcu profesorem Sorbony. W Wydawnictwie Naukowym UKSW ukazał się tom Jerzy Giedroyc, Michaił Heller „Listy 1969-1996” w opracowaniu Wojciecha Stanisławskiego. Jest to ostatni, dziesiąty tom wydany w ramach kierowanego przeze mnie projektu „Polsko-rosyjskie związki w kręgu «Kultury»” .
Piotr Mitzner

MICHAIŁ HELLER, JERZY GIEDROYC
14.V.[19]72
Drogi Panie Jerzy,
Dołożywszy pewnych starań, udało mi się zakończyć „Przegląd” na czas. Otrzymałem Pana list z „Apelem” Szamila. Nie mam pojęcia, kim jest autor – być może jest to jakiś potomek Szamila – niewątpliwie jednak wzywa on wszystkich [muzułmańskich] mieszkańców Kaukazu, by stanęli pod zielonym sztandarem Proroka, zeszli z gór i wycięli Rosjan co do jednego: „w nawałnicy rzezi i krwi, błyszczcie, szable raju” – i tak dalej, w podobnie histerycznym tonie. Wydaje mi się, że nie warto tego drukować. Można by o tym gdzieś wspomnieć, wówczas jednak warto wiedzieć, w czyim imieniu autor wzywa do rzezi. Sądzę, że jest to wynik opublikowania rosyjskiego numeru „Kultury” – wszystkie uciśnione narody ciągną teraz w Państwa stronę.
Bardzo chciałbym się spotkać z Panem oraz panem Gustawem. Czy dalibyście Panowie może radę zajrzeć do nas w czwartek 18go, wieczorem, około siódmej, siódmej trzydzieści? Jeśli pasuje Panom ten termin – proszę o wiadomość lub telefon.
Z wyrazami szacunku,
Michaił Heller
25 września 1972
Drogi Panie,
Ponieważ wrócił Pan zapewne z wakacji wypoczęty i świeży jak ogórczyk, więc z miejsca przystępuję z masą interesów.
Jest w tej chwili u nas Grudziński, który zostaje do pierwszych dni października. Bardzo bym się cieszył, gdybyśmy się mogli spotkać we trójkę. Ciągle mi chodzi po głowie sprawa islamu, którą Pan poruszył, i chciałbym bardzo Pana atakować o napisanie na ten temat.
Jest jeszcze sprawa Jesienina-Wolpina. Widział on w Rzymie wspólnych znajomych z Grudzińskim i z tego, co mi powtarzają, wynikałoby, że wie i interesuje się KULTURĄ. Przyszło mi na myśl, że może byłoby rzeczą dobrą, by pomyśleć o kolejnym numerze specjalnym KULTURY w języku rosyjskim przy współpracy jego i innych: nowych emigrantów. Myślę tu przede wszystkim o Brodskim, który mógłby dać przekłady wierszy Miłosza, czy nawet swój wiersz w języku polskim, bo to mi obiecywał. Ponieważ „Nowyj Kołokoł” wypadł dosyć żałośnie, więc kto wie, czy nie dałoby się stworzyć jakiegoś „bloku” polsko-rosyjskiego. W każdym razie sądzę, że warto popróbować i że mógłby to być ważny precedens. Jeśli Pan ze mną się zgadza, to bardzo będę wdzięczny, jeśli w tej sprawie zechce Pan do Wolpina napisać. Pisałem zresztą do Miłosza, by go zaprosił do Berkeley. Zrobił to już zresztą z Brodskim.
Załączam wykaz książek rosyjskich, które będę mógł (prawdopodobnie) zdobyć. Proszę zaznaczyć pozycje, które mogą Pana interesować. Tak samo, jeśli ma Pan ostatni katalog Neimanisa, to też proszę zaznaczyć pozycje Panu potrzebne. Z tym ostatnim jest bardzo trudno, ale zawsze będzie można spróbować.
Prosząc o telefon w wolnej chwili, łączę wiele serdeczności dla Obojga Państwa,
Jerzy Giedroyc
10 lipca [19]73
Drogi Panie,
Pana artykuł jest w tłumaczeniu na angielski i myślę, że nie później jak za dwa tygodnie będzie doręczony Libijczykom. Ciekaw jestem, czy zrobi wrażenie. Ponieważ trzeba być na wszystko przygotowanym, więc chciałem się Pana zapytać o parę spraw:
1. Czy w razie potrzeby mógłby Pan opracować wybór pism Sułtan Galijewa?
2. Czy uważa Pan, że wspólnym językiem muzułmanów sowieckich powinien być arabski, czy też trzeba przyjąć hegemonię języka rosyjskiego za fakt nieodwracalny? Jakim językiem powinna operować ew[entualna] radiostacja? Czy byłoby celowe wydanie kieszonkowych wydań na papier [sic!] bible Koranu i podręcznika języka arabskiego?
3. Gdyby Pan miał pomysły „propagandowe” do podsunięcia (w co nie wątpię), to bardzo o nie proszę.
Jest Pan niezmiernie cachotiere. Pisze mi mały Stypułkowski, że wydał Pana książkę w języku rosyjskim o grudniu. Czy zwrócił Pan uwagę, że w rosyjskim roczniku statystycznym zniknął zupełnie dział o zbożu, zbiorach, międzynarodowej wymianie zbożowej etc.? Np. jeszcze w przeszłym roku Polacy mogli się z niego dowiedzieć, ile zboża importowała Polska z ZSRR, a w tym roku pustka. We Wnieszniej Torgowli za 1972 god – Statist. Obzor, str. 46 pozycje 700-710 zniknęły w porównaniu z rokiem 1971.
Najlepsze pozdrowienia dla obojga Państwa
Jerzy Giedroyc
13.7.[19]73
Drogi Panie Jerzy,
Otrzymałem dziś od razu dwa Pańskie listy i postaram się od ręki odpowiedzieć na wszystkie pytania. Naiwnie sądziłem, że artykuł zamknie sprawę – widzę, że to dopiero początek. Ale – nie skarżę się.
Pomysł wydania rosyjskiego numeru Kultury, poświęconego zagadnieniom narodowościowym, wydaje mi się i ważny, i potrzebny. Z jednej strony – bez wątpienia będzie osobliwe, że taki „numer specjalny” wydają Polacy. Z drugiej strony jednak, bezstronność Polaków – tylko w bardzo niewielkim stopniu związanych z całym zagadnieniem bezpośrednio – stwarza możliwość wydania numeru naprawdę bezstronnego. Żeby tak się jednak stało, konieczne jest, by wypowiedzieli się nie tylko Rosjanie, lecz i sami [bohaterowie tematu], tj. przedstawiciele mniejszości narodowych. Oczywiście, nie mam nic przeciw autorom, których Pan wymienia: każdy z nich – Fiedosiejew, Kuzniecow, Jesienin, Biełocerkiewski – będą w stanie napisać w sposób zajmujący. Potrzebni są jednak – Ukraińcy, muzułmanie, przedstawiciele narodów nadbałtyckich. Najchętniej – nowoprzybyli, a może i stamtąd… Pytanie, jak do nich dotrzeć. Ukraińców najpewniej zna Lewicki lub Bohdan. Trzeba by też spytać Białocerkiewskiego… Ze Struvem porozmawiam – nie wiem, co odpowie, ale to człowiek otwarty, może kogoś zaproponuje. Jak na razie nic nie jestem w stanie zadeklarować w sprawie artykułu wstępnego, nic nie obiecuję. Proszę pamiętać, że nie zajmowałem się tym zagadnieniem na serio. Wróćmy do sprawy, gdy napłyną materiały. Jeśli uda się zgromadzić szeroki wachlarz opinii ludzi stamtąd (lub dopiero co przybyłych) – powstanie wydanie jedyne w swoim rodzaju, nic podobnego dotąd się nie ukazało. A może, przyszło mi to właśnie do głowy, wśród gruzińskich Żydów, którzy napływają obecnie do Izraela, znajdą się znawcy spraw kaukaskich?
Teraz w innych kwestiach: wątpię, by udało się sporządzić wybór prac Sułtana: istnieje tylko kilka jego artykułów w czasopiśmie „Woprosy nacionalnosti”, ale to nie to. Jego najpoważniejsze prace znajdują się najpewniej w archiwach NKWD, i znane są tylko z nielicznych cytatów w artykułach, w których go potępiano. Za wspólny język muzułmanów sowieckich uznać można właściwie każdy z grupy języków turkijskich, w pierwszej kolejności tatarski – jak również uzbecki [czy] azerbejdżański. Arabski – to język pisma, język literacki, język Koranu, a tym samym język inteligencji. Inna rzecz, że dziś i inteligencja [muzułmańska] go nie zna. Sądzę, że wydawanie na bardzo cienkim papierze podręczników języka arabskiego (podobnie jak Koranu) byłoby rzeczą szalenie pożyteczną. Niewykluczone, że z podręcznikiem i słownikiem [w ręku] ktoś zacząłby czytać. Radiostacja – wyłącznie w języku turkijskim, chociaż same sury Koranu należałoby nadawać po arabsku.
Jeśli idzie o „pomysły propagandowe” – pomyślę. Na pewno należy zapoznawać sowieckich muzułmanów z ideami „arabskiego socjalizmu”, być może z książkami (ideami, antologiami) Nasera i innych ideologów. W tej kwestii jednak nie jestem specjalistą.
Ikony w rosyjskich izbach znajdują się w lewym rogu, zwykle nazywanym „czerwonym kątem” [krasnyj ugołok]. A jeśli idzie o „książeczkę” o polskim Grudniu – pan Stypułkowski przesadza. Nie ma się czym szczególnie chwalić – wybrałem jedynie trochę materiałów i napisałem krótki wstęp.
W poniedziałek wyjeżdżamy z Sant-Clair. Na wszelki wypadek zostawiam Panu nasz nowy adres:
M. Heller, chez M-lle Doussau, Villa Teresite, Allee de Cedres, Anglet (Bernais).
Z wyrazami szacunku
Michaił Heller
20 października [19]81
Drogi Panie Michale,
Muszę się pochwalić: podpisałem umowę z NOWą, która jest największym niezależnym domem wydawniczym. Będą oni reprezentować nasze interesy. Ponadto został utworzony w Polsce „Fundusz paryskiej Kultury”. Wydają dwa znaczki, jeden „Kultury”, a drugi Nowej i „Kultury”, który będzie masowo rzucony do sprzedaży. Nowa jest pod opieką 8 największych zakładów przemysłowych w Polsce, montuje drukarnię na terenie Ursusa, która będzie pod opieką robotników.
Myślę, że są to rzeczy bez precedensu, jeśli idzie o blok wschodni. Umowa z Nową jest zaaprobowana przez szereg najważniejszych niezależnych oficyn wydawniczych. Ilość przedruków z Biblioteki K[ultury] na dzień dzisiejszy jest 54 książki.
14go bm. telewizja warszawska nadała półgodzinny program na mój temat, robiąc ze mnie demona, jednocześnie aferzystę jak i twórcę opozycji. Było to ilustrowane moimi spacerami po Paryżu, kawiarnią Dupont etc. Świadczy to, że zaczynają mi deptać po piętach. Na wszelki wypadek załączam przetłumaczony tekst umowy. Może to zainteresuje „Le Point” czy Pana znajomych. Cała ta akcja ilustrowana szeregiem artykułów etc. świadczy, że są oni zwolennikami spiskowej koncepcji historii i mam być straszakiem obok żydów, masonów i cyklistów. Jak się to Panu podoba?
Najlepsze pozdrowienia
Jerzy Giedroyc
30.X.[19]81
Drogi Panie Jerzy,
Ucieszył mnie Pan listem o umowie z NOWą. Gratuluję! Marzenia spełniają się rzadko: i oto, proszę, poczekał Pan jakichś 30 lat z okładem i marzenie się spełniło. I historycy nie mają już ruchu: będą musieli zarezerwować dla Pana miejsce w historii Polski XX w., gdy ta zostanie napisana.
Sądzę, że amerykański wydawca zapłaciłby miliony za reklamę, jaką robi Panu telewizja warszawska: wreszcie zobaczyli Pana na własne oczy wszyscy Polacy. A to, że od dawna używany jest Pan jako straszak, wiem przecież dobrze z ojczystych, sowieckich gazet.
Spróbuję zainteresować zawartą umową paryskich przyjaciół, trzeba im jednak wyjaśnić jej znaczenie – sami z siebie nie pojmą.
Jeszcze raz gratuluję Panu i Zosi. Tak się cieszę! Rad bym się spotkać, gdy tylko znajdzie Pan czas.
Pański
Michaił Heller
Od dłuższego czasu krążę po osiedlach mojego dzieciństwa na Mokotowie, pomiędzy niskimi, piaskowego koloru blokami, po siatce prostopadłych do siebie, jak i same bloki, chodników. Wczesnym rankiem jest tu cicho i aura przypomina lata sześćdziesiąte. W czasie tych spacerów, poza innymi wspomnieniami, stale wraca mi przed oczy postać Tadeusza Peipera, który mieszkał – tutaj, zgodnie z przedwojenną, PPS-owską tradycją osiedlano i robotników, i intelektualistów – na piątej kolonii, w „małym bloczku”, jak mówiły dzieci. Był to dom z kilkoma tylko malutkimi, jednopokojowymi mieszkaniami. To tu, na klatce schodowej czy za węgłem muru, kryliśmy się, bawiąc w chowanego czy w wojnę.

Tadeusz Peiper często wędrował chodnikami tutejszych osiedli, krążył wśród bloków. Przypominam tu tylko, nie znając jego pism i nie rozumiejąc jego poezji, sylwetkę pisarza – zgarbiona, drobna postać, jakaś asymetryczna, przez cały rok w tym samym odzieniu, w nisko na czoło nasuniętym kapeluszu, spod którego sterczały zupełnie siwe włosy, w znoszonym paltocie przewiązanym chyba rzemykiem, no i zawsze w mocno schodzonych trampkach. Chodził w milczeniu, choć widywałem, jak przystawał przy kiosku „Ruchu” na skrzyżowaniu Łowickiej i Dąbrowskiego – może chciał coś kupić, a może po prostu porozmawiać z kioskarką? Nas, dzieci, pytał czasem, gdy mijał bawiącą się czeredę, o godzinę, i to właśnie zapamiętałem wyraziście, kilka słów pisarza, to cicho wymawiane zapytanie – „która tam godzina?”.
Wiedziałem kto to, z okna naszej kuchni widać było trójdzielne, duże, szare, niemiłosiernie okurzone okno jego pomieszkania, a mama, z serdecznym szacunkiem dla Peipera, ze smutkiem, objaśniła mi kiedyś, kto to. Gdy spoglądam teraz na to zamknięte – nigdy nieotwierane, także za życia Peipera, martwe okno, nieodmiennie wspominam dziesiątki pustych okien zrujnowanego pałacu w Tulczynie, gdy kilkanaście lat temu wpatrywałem się w jego ściany i ich rozbite okna, z których jedno musiało przecież być, pod koniec pierwszego dziesięciolecia XIX wieku, szeroko otwarte, dla wlatujących i wylatujących wróbli, towarzyszy ostatnich lat innego maga poezji, Stanisława Trembeckiego, który – wysoka postać, w jakiejś sukmanie czy płaszczu, nie pamiętam już z lektur tego szczegółu – błąkał się po ścieżkach pałacowego ogrodu, idąc po rozległych łukach tych dróżek, wśród chmary ptaszków.
JAKUB DOLATOWSKI
Ktokolwiek chciał rozmawiać z Pawłem Joczem, musiał zajrzeć do jego pracowni w Boulogne-Billancourt, gdzie rzeźbiarz czuwał przez wiele lat pośród olbrzymów z brązu i kamienia niczym demiurg sprawujący opiekę nad dopiero co powstałym dziełem. Na lato wyjeżdżał do dworku w Cielcach pod Łodzią, tam też pracował i przyjmował gości. Gościnność miał we krwi, zawsze był gotów do biesiady i żywiołowej dysputy przy winie, nosił jednak w pamięci wojenną traumę wygnania ziemiańskiej rodziny z Wileńszczyzny – echa tragedii zniewolonych narodów otrzymywały głos w jego monumentalnych kompozycjach z kamienia i betonu (Solidarność ludów, Wielsbeke w Belgii). W przestrzeni publicznej na obrzeżach Paryża postawił rzeźby przeciwstawiające się rozedrganą, niepokojącą formą znormalizowanemu budownictwu (Elewacja oraz Chmura poety wykonane z brązu).
Paweł Jocz urodził się 6 maja 1943 roku w Szumsku pod Wilnem. Z Łodzi, gdzie spędził młodość, wyjechał do Warszawy na studia artystyczne w Akademii Sztuk Pięknych, a następnie, po uzyskaniu dyplomu na Wydziale Rzeźby, wyruszył do Szwecji, później do Paryża, gdzie w 1970 roku osiadł na stałe. Był jednym z najwybitniejszych artystów na emigracji. Zderzał się z przeszkodami, nieszczęśliwymi przypadkami, wyborami życiowymi, które okazywały się nie do uniesienia, a jednak nie poddawał się przeciwnościom i tworzył pokaźne rzeźby osadzone w miejskiej przestrzeni, a także kameralne popiersia wybitnych postaci kultury (Demostenes, Beethoven, Tansman, Rubinstein), kompozycje z brązu i kamienia (Jezus z Nazaretu i Autoportrety).

Paweł Jocz, „Beethoven”, fot. Artur Majka
Był artystą pełnym marzeń i pasji nie w pełni spełnionych. W jego dziełach tkwi głębokie przesłanie etycznej i estetycznej czujności, jakby wciąż działał wśród nas mentor strzegący najważniejszych wartości: wolności myślenia, odwagi w dążeniu do spełnienia śmiałych zamierzeń – przyjaciel idących własną drogą i posiadających mocne poczucie tożsamości. Romantyczny poszukiwacz prawdy wędrował ku ostatecznemu pięknu jako poeta z ducha, dziedzic tradycji i śmiały odkrywca. Jego prace ukazują czułość dla życia, a jednocześnie gniewny bunt przeciw przemijaniu. Rzeźbił obiekty o niepokojącej formie, nadając im potężną energię, z czego powstawała żywa, pulsująca bryła.
W zdeformowanych twarzach i ludzkich korpusach ukazywał w ekspresyjny sposób sprzeczne emocje działające w człowieku, gdy zanurzony w naturę: kamień, glinę, światło, wyrywa się ku absolutowi. Boski akt stworzenia świata powstającego z pierwotnych żywiołów ognia i wody był dla rzeźbiarza bodźcem i punktem odniesienia, nieustającą inspiracją, prowadził do artystycznego dialogu z przestrzenią. Narysowane tuszem ludzkie twarze zadziwiają brzydotą, ich wizerunki nakładają się na siebie, są bezbronne wobec patrzącego, poszukujące prawdy o sobie. Imponującą kolekcję „twarzy” zawiera album prac Jocza Wanted (Adi, Galeria Sztuki Art., Paryż 1999).
Pamięć staje się spoiwem i wspólnym mianownikiem naszych pragnień i niespełnień, a także emocji, które połączyły nas na zawsze. Wiele można by mówić o pomysłowości Pawła, o jego hojności, gdy ofiarowywał nam swoje grafiki. Wciąż mało przypominania jego barwnej osobowości i bogatych osiągnięć. Ciekawość świata towarzyszyła mu do końca i napędzała pomysły. Ciekawił go przede wszystkim człowiek współczesny i piętno, jakie epoka wyciska na osobowości poszczególnych jednostek, dając wolność wyboru, ale też narzucając ograniczenia, jakim muszą się przeciwstawiać i z jakimi chcą się mierzyć.
Paweł Jocz zmarł w Boulogne 21 października 2008 roku. W Polsce zbiory jego rzeźb zgromadzono w Miejskiej Galerii Sztuki w Łodzi. Grafiki w domach przyjaciół mówią o szaleńczej wprost wyobraźni rzeźbiarza, a także determinacji i twórczej mocy, jaką umiał się dzielić w poszukiwaniu bryły ukształtowanej na obraz i podobieństwo boskiego tchnienia. Pozostawił dzieła mówiące o niepokojach ludzi XX wieku, ukazujące źródła doświadczeń, z jakich powstawały. W rzeźbach i rysunkach tuszem odzwierciedlały się silne stany emocjonalnych napięć, podziw dla ruchu materii i niekończąca się duchowa praca człowieka w poznawaniu siebie i w łączności z naturą, której jest częścią.
TERESA TOMSIA
Wiosną 1914 roku Konstantin Balmont przyjechał do Kijowa z odczytem Poezja jako czarodziejstwo. Sala Resursy Kupieckiej wypełniła się szczelnie widzami, ciekawymi, co też ma do powiedzenia o czarowaniu słowem słynny symbolista. On zaś zaczął od czarowania obrazem: wdział ciemny surdut, w butonierkę wetknął skromny rumianek, a stolik kazał nakryć zieloną serwetą – i koniecznie miały płonąć dwa brązowe kandelabry. Najpierw mówił – przeciągle i śpiewnie, potem czytał wiersze – jeszcze śpiewniej. A gdy zabrzmiały oklaski, uniósł rękę i oznajmił, że na koniec odczyta Kruka Edgara Allana Poe, ale nim to uczyni, opowie dziwną historię.
Gdy Edgar Allan Poe zmarł, krewni poety położyli na jego grobie niezwykle ciężką kamienną płytę, w nadziei, że niepokorny duch pisarza nie sforsuje tej zapory i nie zakłóci ich spokoju. Kiedy płytę kładziono na grobie, pękła z niewiadomej przyczyny i leży tak do tej pory, a w jej szczelinach każdej wiosny rozkwitają bratki – tak zaś nazywał Poe swoją ukochaną, młodo zmarłą żonę Wirginię.
Ta historia z Balmontem i Poe przypomniała mi się, gdy oglądałem film Cry Macho: wąskie szparki oczu starego Clinta Eastwooda były jak szczeliny na płycie nagrobnej Edgara Allana Poe. W tym filmie niemal wszystko jest słabe – naiwna historyjka powrotu trzynastoletniego syna do ojca, niebudzący zaufania, niesympatyczny chłopak grający rolę syna, irytujący ze swoją nachalną symboliką kogut, zapyziałe meksykańskie mieściny, niemal wszystko, bo mocny jest Clint Eastwood, choć ledwo trzyma się na nogach i mówi tak cicho, że prawie go nie słychać. Każdy krok, każdy gest stanowią dla niego ogromny wysiłek, leciwemu ciału już nic się nie chce – nawet tańczyć z piękną kobietą. Czyni to dzięki sile serca, które sztywne stawy i ścięgna zmusza do pracy. W te niezdarne, powolne ruchy był wpisany nie tylko triumf ducha nad materią, ale też mądrość znużonego życiem ciała. W szczelnej skorupie starości tkwiły pęknięcia, przez które promieniowała niespożyta siła, oczy Eastwooda, tak samo młode, jak wtedy, gdy grał w westernach Sergia Leone.

Zmęczony głos aktora przywiódł mi na myśl płytę Johnny Casha The Man Comes Around, ostatnią wydaną za życia pieśniarza. Śpiewając piosenki Depeche Mode, The Beatles, Nine Inch Nails czy Simona i Garfunkela, Cash niemiłosiernie fałszuje, a mimo to śpiewa lepiej niż autorzy tych utworów. W zdartym, schorowanym, starym głosie Casha jest mądrość długiej udręki, której nie ma u młodych. Bo śpiewa człowiek, którego rodzice tyle już mieli dzieci, że nie umieli wymyślić dla niego żadnego imienia, więc go ochrzcili „JR” Cash – junior Cash. Imię Johnny nadano mu dopiero w wojsku. Opisze to potem w piosence A Boy Named Sue. Największą zbrodnią ojca nie było to, że odszedł, lecz to, że nazwał syna Zuzią. Wszyscy się śmiali z dziewczęcego imienia noszonego przez chłopca, więc musiał walczyć o szacunek i poprzysiągł zemstę na ojcu. Gdy go wreszcie spotkał i wyciągnął broń, ojciec rzekł, że dał mu to imię celowo, by się hartował pod biczem wstydu. A kiedy powiedział: „Jestem skurwielem, który nazwał cię Zuzią”, mężczyzna nazwał go tatą. Ta mądrość i ten ból są w półżywym głosie Casha.
I tak jak Eastwood mógłby przez cały film tylko na nas patrzeć – i nie mielibyśmy nic przeciwko temu, tak Cash mógłby do nas tylko mówić – i słuchalibyśmy z wdzięcznością.
Wiedziałem, że w życiu – tak jak w pękniętej płycie nagrobnej Edgara Allana Poe – są szczeliny, przez które przedostaje się coś z innego świata. Ale kto by pomyślał, że to może być starość?
ROBERT PAPIESKI
W marcu 2009 trafiłam, z niewielką grupą, nad jezioro Inle. Wczesnym rankiem, w dniu moich urodzin, wybrałam się łódką w głąb osady. Łódź prowadziły dwie kobiety, które odpychały nas drągami od dna. Po drodze były domki i świątynie na palach, miniaturowe ogródki usypane z mułu, drewniane mosty i pochylone słupy elektryczne.
Negatyw opisałam: jezioro Inle: urodzinowa przejażdżka po wąskich dopływach, Birma 2009.

„Osada”, Inle 2009, z cyklu „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
5 styczeń 2023
ELŻBIETA LEMPP
Mój ojciec, Zbigniew Mitzner zmarł kiedy miałem trzynaście lat. Później nieraz o nim pisałem, przede wszystkim o prowadzonej przez niego w latach 1943-1944 akcji, dzięki której udało się ocalić rękopisy polskich pisarzy i historyków. Publikowałem jego prozę, felietony i wspomnienia. W międzywojennej Polsce był młodym, radykalnym socjalistą, zdecydowanym przeciwnikiem sanacji. W czasie wojny należał do, założonej w Wilnie, a później przeniesionej do Warszawy organizacji socjalistycznej „Wolność”. Z komunistami nie sympatyzował.
W 1945 roku nowa władza postawiła mu ultimatum. Miał przyjąć ich zasady gry. I tak, aż do śmierci w 1968 roku stał się propagandystą, próbującym równocześnie przemycać to, co wartościowe, jako redaktor i wydawca. Czasami jako publicysta próbował pisać otwarcie, co myślał z perspektywy idealistycznego, przedwojennego socjalizmu. Nieraz cenzura zdejmowała mu teksty, usuwano go z redakcji, a w 1957 roku został wykluczony z partii i na trzy lata miał zakaz publikacji. Po tych szykanach wracał potulnie na linię frontu ideologicznego. Bywał odważny, bywał strachliwy.

Zbigniew Mitzner (po lewej) w drukarni „Robotnika”, 1945
W niektórych świadectwach, między innymi w Moim wieku Aleksandra Wata pojawiają się sugestie, że był związany bezpieką. Jakiś czas temu podjąłem więc własne śledztwo, ale w archiwach Zakładu Historii Partii i w Instytucie Pamięci Narodowej nie znalazłem śladów jego agenturalnej działalności.
Prawda wypłynęła teraz, kiedy historyk Paweł Rokicki zaczął głębsze badania nad organizacją „Wolność”.
Wszystko jasne. Mój ojciec, Zbigniew Mitzner był tajnym współpracownikiem UB.
W kartotece odnotowano daty 1955 i 1958, ale werbunek musiał nastąpić wcześniej, pewnie w 1945 roku. Zachowała się, datowana na rok 1952, charakterystyka przebywającego w Londynie współtowarzysza z „Wolności”, Wacława Zagórskiego, wystukana zapewne na dobrze mi znanej z domu, maszynie do pisania Triumph. Zagórski z ojcem był w ostrym konflikcie, i wszystkie zarzuty zamieścił w swoich wspomnieniach, wydanych w Londynie w 1971 roku, a więc już po śmierci ojca.
Co o tym wszystkim sądzę, to już moja sprawa, bardzo osobista. Upubliczniam to jako post scriptum dotychczasowych moich publikacji na temat ojca. Nigdy nie chciałem być hagiografem.
Kwestia współpracy ojca z UB ma też wymiary tragikomiczne. Podobno w 1945 roku pewnego dnia po powrocie do domu powiedział: „Podpisałem pakt z diabłem”. Ja myślę jednak, że to nie był diabeł, który nagle objawił się ateiście, tylko (być może uzbrojony) urzędnik aparatu przemocy. I nie był to pakt darujący wieczną młodość, mądrość i skarby, tylko swoiście rozumianą wolność („wolność to uświadomiona konieczność”).
Teraz drugi wymiar sprawy, tragikomiczny. Ojciec przyjął pseudonim „Kordian”. Był przecież fanatycznym wielbicielem Słowackiego. Dlaczego jednak, podpisując deklarację współpracy utożsamił się z Kordianem, nie mam pojęcia.
Dużo można by tu pisać o romantycznych truciznach, mącących świadomość i o efektownych gestach, do których ojciec miał skłonność. Oto przykład. Do siódmego roku życia nie byłem ochrzczony i dopiero wobec zbliżającej się pierwszej komunii rodzice postanowili, żebym wyrzekł się szatana. Ojciec załatwił wtedy by odbyło się to nie byle gdzie, tylko w, jakby nie było związanej z akcją Kordiana, warszawskiej Katedrze św. Jana.
Jak już, to już.
PIOTR MITZNER
To było na Krymie. Mickiewicz wędrował wzdłuż południowego wybrzeża, spoglądając na okolicę z wysoka, sponad urwisk. Patrzył to daleko, na morze, to znowu w dół – tu otwierała się przepastna stromizna i z ptasiej perspektywy widział, u podnóża ścian skalnych, tatarską wioskę Kikineis i brzeg morza. Zanotował to potem w brulionowej wersji jednego z sonetów (Album Moszyńskiego):
To jest morze – po wodzie krążą śnieżne plamy?
To obłoki, na które z wierzchu spoglądamy.
A owe mchy na brzegu – mchy? to są jawory
Te „jawory”, to były, jak byśmy je teraz nazwali, platany. W polszczyźnie – choć wcale nie tylko w naszym języku – „platan” i „jawor” grają od wieków nomenklatoryczne qui-pro-quo, uczestniczył w tym więc i Mickiewicz, zapalony naturalista amator. Gdy czytamy stare teksty, także i my bierzemy udział w tej językowej ciuciubabce, nie od razu zorientowani, o jakim drzewie mowa, co jest czym? Górskie z natury jawory, drzewa z szerszego botanicznego rodzaju klon czyli – Acer, i platany, drzewa nadbrzeżne, ciągnące smugami wzdłuż brzegów wód, z zupełnie innego rodzaju Platanus, były już w odczuciu starożytnych bardzo bliskie. Rośliny grupowano – a zatem i nazywano – wedle zupełnie innego paradygmatu niż w naszych czasach, biorąc pod uwagę zastosowania i rzucające się w oczy cechy wyglądu. Ani jedno ani drugie drzewo nie było drzewem owocowym, oba miały natomiast potężne korony, dłoniaste liście i mniej lub bardziej strzępiącą się korę. Na drzewa, które współcześnie nazywamy jaworami, drzewa, które rosły na północ od centrum imperium, mawiano w Rzymie „platanus Gallica”, dla Rzymian był więc jawor platanem, tylko takim kresowym, bo galijskim; na różnice ważne dla współczesnych botaników, na szczegóły budowy kwiatów czy owoców – nie zwracano uwagi. Do naszych czasów w nazwach zachowały się rudymenty spojrzenia sprzed wieków: jawor zwie się wśród przyrodników – Acer pseudoplatanus, zaś ten z gatunków platanów, jaki spotykamy u nas, przy ulicach czy w parkach, to platan klonolistny, bo właśnie jedna z jego nazw naukowych brzmi Platanus acerifolia.
Mickiewicz poszedł w swym spojrzeniu na platany znad Morza Czarnego za ks. Jakubem Wujkiem, w każdym bowiem z trzech miejsc w Biblii, gdzie mowa o platanach, w jego tłumaczeniu mamy „jawory”, jak i we wszystkich dawnych naszych rękopisach, glosach, słownikach i pracach botaników, gdzie zawsze jest „platan czyli iawor”, „platanus, yawor” czy „yaworowie – platani”. Platan, drzewo znad wód, obce naszej florze, trafiło, ale już tylko w postaci samej nazwy „jawor”, do rekwizytorni różnych piosenek, wierszy, sielanek. W mojej pamięci tkwi od dzieciństwa piosenka śpiewana przy zabawie w przepuszczanie i zatrzymywanie („jaworowe ludzie, co wy tu robicie, budujemy mosty dla pana starosty, tysiąc koni przepuszczamy, a jednego zatrzymamy”) – zabawa przedstawia most przez rzekę, życie nad tą rzeką i nadwodne drzewa, którymi jednak nie mogły być u nas prawdziwe platany, a nad „szerokim Bugiem”, gdzie osadziła tę piosnkę Hanna Januszewska w powojennym wydaniu Jawora, jawora, nie rosną też i klony-jawory, rodzime w zupełnie innych, podgórskich i górskich okolicach kraju.

Platan dawał głęboki cień, poszukiwany w skwarze południa. Owidiuszowy przydrożny orzech włoski, po wieczne czasy „zesłany” na pobocze wiejskiej drogi („nux ego iuncta viae”), z wygnańczego poematu Nux, przeciwstawia w litanii wyrzekań swój los owocorodnego drzewa obijanego przez wszystkich, co przechodząc obok niego starają się kamieniami strącać na ziemię orzechy – fortunnemu losowi, jaki przypada bezpłodnemu, w prostackim rozumieniu, platanowi, drzewu, którego jedynym, niewyszukanym i dwuwymiarowym tylko plonem, jaki zawdzięcza swym szerokim liściom (greckie platys to szeroki), jest cień – no i nikt kamieniami w to drzewo nie ciska, cień sam opadnie na ziemię, nie pożywny, choć przecież ze wszech miar – ożywczy.
Mój szkic ołówkiem, sprzed czterdziestu lat, ze wsi Malona na Rodos, to gałązka platana wschodniego, Platanus orientalis, z dopiero co zawiązanymi owocami. To ten sam gatunek platana, którego drzewa dawały cień mieszkańcom Kikineis, uczniom ateńskiego Liceum, czy Sokratesowi i Fajdrosowi w chwili odpoczynku podczas przechadzki po Atenach (jeszcze w tłumaczeniu Fajdrosa Witwickiego, sprzed stu lat, platan jest „jaworem”: „widzisz tamten jawor, ten wysoki […] tam cień jest i wiatru trochę i trawa, jest gdzie usiąść…”).
JAKUB DOLATOWSKI
Po rozebraniu chałupy z Dąbrów i „gajówki” spod Klonu mieliśmy zgromadzony budulec, sporządzone plany, wyjątkowo szybko uporaliśmy się z machiną biurokratyczną (choć niezupełnie po naszej myśli – o czym później) i już po dwóch miesiącach, na początku października rozpoczęliśmy budowę. Nie wiedzieliśmy tylko… jak ją sfinansujemy (bo wszystkie oszczędności już wydalaliśmy), no i brakowało nam… wiedzy jak „budować” zabytek liczący prawie sto lat.

Początek (od-)budowy przeniesionej chałupy: wykonany jest już fundament z kamieni polnych oraz postawiona pierwsza ściana. Z okna (teraz w pierwszej izby Oberży) wygląda Danusia, obok ś.p. Edek M. – majster, który podjął się budowy; 1 grudnia 1996
Dzisiaj o tym się już prawie nie pamięta, ale kilka lat po transformacji ustrojowej w sklepach był bardzo ograniczony wybór materiałów budowalnych, zwłaszcza specjalistycznych (np. do konserwacji zabytkowego drewna), a ich jakość nie była najlepsza. Podobnie jak umiejętności fachowców, kształconych, a raczej zepsutych (bo „czy się stoi, czy się leży, dwa tysiące się należy”), w czasach socjalistycznej gospodarki planowej. Można było wprawdzie znaleźć ekipy cieśli, ale do prostych prac z użyciem piły – najchętniej spalinowej, młotka i wielkich gwoździ. Gorzej, jeśli trzeba było stosować tradycyjne techniki – łączyć drewniane belki na zamki lub tzw. jaskółczy ogon (a nie gwoździami, śrubami czy metalowymi łącznikami – jak obecnie), robić wpusty czy wręby, wycinać siekierką ornamenty, uszczelniać belki mchem (a nie pianką czy wełną mineralną) czy kłaść tynki gliniane (a nie cementowe czy gipsowe). Nie mogliśmy liczyć na jakąkolwiek pomoc merytoryczną czy fachową (przenoszeniem zabytków zajmowały się wówczas tylko duże państwowe skanseny, prywatnie chyba wówczas nikt tego nie robił – nawet obecnie mało kto się tym zajmuje), ale na szczęście udało się znaleźć ekipę gotową podjąć trudne i nietuzinkowe zadnie. Remonty nie były dla nas nowością, ale samo przenoszenie było odkrywaniem nowego świata, który znaliśmy tylko ze zdjęć czy filmów. Dokładne oglądanie konstrukcji chaty w Dąbrowach i jej wszystkich dużych „kloców lego”, ich dokumentowanie i inwentaryzowanie, numerowanie belek przed rozbiórką etc., było pierwszym „bliskim spotkaniem” z tradycyjnym budownictwem ludowym.

Wyraźnie widoczny zarys budynku – na pierwszym planie kuchnia, piwnica, ganek, dalej komin i pierwsze ściany obu izb Oberży. Wokół rozłożone w elementach pozostałe ściany: sumiki (belki) i łątki (słupy), a w tle nasz domek i obórka. No i jak widać po horyzont brak drzew; 1 grudnia 1996
By poznać tajniki i techniki tradycyjnego budownictwa drewnianego odwiedzaliśmy skanseny w Olsztynku, Nowogrodzie i Ciechanowcu oraz wioski w dalszej i bliższej okolicy w poszukiwaniu dobrych przykładów (ale nie tylko). Odwiedzaliśmy biblioteki w poszukiwaniu literatury fachowej (tej było jak na lekarstwo). Zaglądaliśmy do księgarń w poszukiwaniu poradników, wydawnictw poświęconych budownictwu z drewna czy literatury regionalnej (wtedy odkryliśmy wydawnictwa olsztyńskiej „Borussii”). Pewnego razu w Mrągowie, na półce z tanią książką, między poradnikami dla rolników i wędkarzy, a przeterminowanymi kalendarzami, natrafiliśmy – znowu przypadkiem, na przecenioną książkę Siegfrieda Lenza – niemieckiego pisarza urodzonego w Ełku, zatytułowaną Muzeum ziemi ojczystej (Warszawa, Czytelnik, 1991), którą kupiliśmy za 20 tysięcy złotych, czyli całe 2 zł po denominacji. I tak, po wielu latach, Lenz przypomniał o sobie – bo jego książki czytałem w czasach studenckich (o tym czytaniu Lenza kiedyś napiszę więcej…).
Tak czy siak, Muzeum ziemi ojczystej – jedna z najważniejszych powieści mazurskich (obok Dzieci Jerominów Ernsta Wiecherta, który urodził się kilka kilometrów od naszego domu) w miękkim, tanim i nieco tandetnym wydaniu, pojechało z nami do Berlina, w którym zarabialiśmy na budowę naszego „nowego–starego” mazurskiego domu. Tam, snując plany o nowym życiu na Mazurach czytaliśmy Lenza, przypominając sobie, że wcześniej w niemieckiej telewizji oglądaliśmy trzyodcinkowy film, nakręcony na podstawie tejże powieści (ale wówczas była to dla nas odległa historia z nieznanych Prus Wschodnich). Lenz opowiada w niej w sposób barwny historię Mazur poprzez ukazanie losów mieszkańców literackiego Łukowca (czyli Ełku) od I do II wojny światowej. Narratorem powieści jest Zygmunt Rogalla – twórca prywatnego muzeum, gromadzący z pasją świadectwa historii swojej okolicy, bo – jak mówi: „Wiedza na temat stron ojczystych […] jest początkiem wiedzy o świecie”. I to wówczas, po przeczytaniu książki, zaczęło kiełkować kolejno ziarnko…
Już w czasach studenckich zbierałem starocie. Pierwszych, drobnych, stosownych do studenckiego portfela, zakupów dokonywałem na wrocławskim placu Klementa Gottwalda (wcześniej Am Markt, obecnie Józefa Piłsudskiego) lub w Hali Ludowej (wcześniej Jahrhuderthalle, obecnie Stulecia), gdzie raz w miesiącu odbywała się duża giełda, na którą zjeżdżali handlarze i kolekcjonerzy z całej Polski (często bywał tam Franciszek „Byk” Starowieyski). Niekiedy udawało mi się kupić jakiś drobiazg w zielonogórskiej lub wrocławskiej DESIE (w PRL-u państwowy monopolista trudniący się skupem i sprzedażą antyków), a gdy zamieszkałem w Berlinie na licznych tam Flohmarktach.

Pierwsze zakupione „zabytki”: dłubane w pniu niecka (kopońka) i skopek, żeliwne garnki, słomianka – pleciony kosz do przechowywania zboża, krzesło, łyżnik i ozdobne drzwi z motywem wschodzącego słońca…
Później, kiedy rozbieraliśmy kupioną w Dąbrowach chałupę, okoliczni mieszkańcy przychodzili, aby zobaczyć co robimy. Czasami przychodzili z propozycją sprzedaży „zabytków” – jak określali zbędne sprzęty walające się po strychach lub w szopach. I tak kupiłem pierwszą malowaną skrzynię posażną, jakiś kołowrotek, duże kamienne żarna. Odkrywałem świat wiejskich wyrobów z drewna, czasami nieporadnie dłubanych i koślawych, ale zawsze pełnych urody – na które wcześniej, na giełdach staroci czy Flohmarktach zupełnie nie zwracałem uwagi. Kupowałem więc rozmaite pojemniki na zboże, dłubane w jednym pniu niecki, maselnice, święte obrazki etc. oraz liczne wyroby i sprzęty „poniemieckie” wyszabrowane tuż po II wojnie światowej z opuszczonych mazurskich domostw. Opustoszałe w styczniu 1945 roku mazurskie wioski stały się bowiem łatwym łupem szabrowników. Grabiono meble, sprzęty domowe i gospodarcze, ale też rozbierano całe zagrody, traktując te opuszczone wioski jak bezpłatne składy materiałów budowlanych (pozyskany budulec wykorzystano do wznoszenia nowych domów lub remontów starych). Polak, były mieszkaniec powiatu kolneńskiego tak wspominał te czasy: „Później, jak weszli Ruscy, to Polacy mieszkający blisko granicy do Prus jeździli szabrować wszystko […]. Do takiej pustej wioski jak się pojechało, a tam w chałupie na stole wszystko… talerze, garnki”. Kilkunastoletnia dziewczyna, która jeździła „na barachło”, na pruską stronę – jak w jej stronach potocznie nazywano szaber, opowiadała, że to „lepiej jak wejść do skarbca, bo ze skarbca nic nie można brać, a tu się wchodzi i bierze, co się chce. Jak w bajce. Firanki wiszą? Bierzesz jak chcesz. Jak nie chcesz to nie. I idziesz dalej…”.
Nie znaliśmy wówczas tej przemilczanej raczej historii (wiele lat później, w książce Zagubione wioski Puszczy Piskiej wydanej w 2021 roku przez krakowską Austerię, opisałem obszernie ten proceder oraz jego skutki…), dlatego dziwił nas wówczas komentarz starszej kobiety – która chciała nam sprzedać jakiś mebel: „A to mój mąż przywiózł zza granicy”.

…i kolejne: krzesło i szlaban – na których teraz siedzą goście w Oberży, kołowrotki, komoda bez drzwiczek, żelazko – to tylko kilka przykładów
Skoro już (od-)budowywaliśmy zabytkową chałupę, uznaliśmy, że wyposażymy ją stosownie do jej charakteru i czasu powstania. To okazało się sporym wyzwaniem, ale też przyjemnością. Jeździłem po okolicznych wioskach szukając po stodołach i strychach starych mebli i sprzętów. Tak udało się zgromadzić odpowiednią liczbę „szlabanów” – ław służących w dzień do siedzenia w nocy do spania, stołów, krzeseł, kredensów, łyżników (półek do przechowywania łyżek), etc., etc. Z reguły były one w opłakanym stanie, najczęściej pomalowane farbą olejną na brązowo lub biało. Wszystko trzeba było oczyścić z przemalowań, naprawiać i zakonserwować, przydały się więc moje zdobyte w Berlinie umiejętności renowacji mebli i przywracania im pierwotnego blasku. Zebrało się naprawdę sporo rozmaitych „pamiątek przeszłości” i dlatego, także pod wpływem lektury Muzeum ziemi ojczystej, postanowiliśmy – niczym jej główny bohater Zygmunt Rogalla, pokazać „jak kiedyś żyliśmy”… i stworzyć prywatne muzeum!
KRZYSZTOF A. WOROBIEC