Przed podróżą jest się spokojnym,
lecz się podejrzewa,
że człowiek mądry nie rusza się z miejsca,
a przyjemność powrotu kosztuje zbyt wiele.
Eugenio Montale (tłum. R. Wojdan)
Jak to zwykle bywa ze słynnymi maksymami, przeczą one sobie nawzajem; obok tej, która przedkłada żeglowanie ponad życie, wypowiedzianej wprawdzie w obliczu trudnych warunków na morzu, a więc niepretendującej do stania się uniwersalną zasadą, mamy inną, którą sformułował Horacy: „Caelum non animum mutant qui trans mare currunt” i która mówi nam, że daremnie byśmy przenosili się z miejsca na miejsce, pozostaniemy bowiem wciąż jedynie sobą. Nie da się zliczyć przykładów utożsamiania życia z podróżą: od Odyseusza i homo viator Augustyna, średniowiecznych kupców przemierzających handlowe szlaki, pielgrzymów udających się do miejsc świętych, studentów wybierających się po naukę w starych europejskich uniwersytetach aż do uczestników Grand Tour, pierwszych podróżnych z baedekerami w ręce i wreszcie dzisiejszych turystów. Zygmunt Bauman dostrzegł w postaci turysty jeden z wzorców postawy ponowoczesnej; opuszcza on dom – pisze – w poszukiwaniu wrażeń, nowych doświadczeń. Może to być oswojona egzotyka, lecz także kontakt ze sztuką, pozostaje nam się zatem upierać, że rozróżnienie turysty z aparatem fotograficznym i podróżnego z notesem w ręce ma wciąż jeszcze sens.
Bezlitosny wobec turystów okazać się miał Roberto Calasso; w swojej Nienazwanej teraźniejszości widzi on w turyście doskonałe wcielenie człowieka świeckiego, kategorii globalnej, niezróżnicowanej; ktoś taki aspiruje jednak do „podróżowania, nie będąc turystą”, „wstydzi się, że nim jest”. O turystach „zaliczających” zabytki dość już napisano krytycznych czy kąśliwych słów, poczynając od XIX wieku (o „hordzie dzikich Niemców” w Wenecji pisał w latach osiemdziesiątych XIX wieku Henry James), by pastwić się nad nimi dłużej.
Baudelaire, który wymyślił nowoczesność, jest też autorem najradykalniejszej krytyki „gorączki podróżowania”; w Paryskim spleenie pisał: „To życie jest szpitalem, gdzie wszystkich chorych opętało pragnienie, by zmienić łóżko. Ten chciałby cierpieć naprzeciwko pieca, ów sądzi, że wyzdrowiałby obok okna. Wydaje mi się zawsze, że dobrze byłoby mi tam, gdzie mnie nie ma” (tłum. J. Guze). Jest jeszcze choćby bohater Na wspak Huysmansa, rezygnujący z wyprawy do Londynu, bo wie, że nie znajdzie tam nic, czego nie przedstawi mu jego wyobraźnia: „Po kiego licha się ruszać, skoro można tak wspaniale wojażować na krześle!” (tłum. J. Rogoziński). Podróżnego zastępuje u Baudelaire’a spacerowicz mający znaleźć niezliczone wcielenia aż do naszych dni, kiedy spacer po mieście oznacza również czytanie miasta i własnej biografii. Współcześni spacerowicze, między innymi w polskiej literaturze (na przykład Michał Cichy, Marek Bieńczyk, Paweł Sołtys) mogliby mieć na uwadze książki Georges’a Pereca, nie tylko Człowieka, który śpi, lecz przede wszystkim Podzwyczajność; zamiast tego, co niezwykłe, znaczące, należałoby, powiada Perec, zgłębić ową podzwyczajność, stworzyć rodzaj dotyczącej nas antropologii: „Nie będzie to już egzotyczne, a wręcz przeciwnie: powszechne, normalne” (tłum. M. Ławniczak). I tego poszukuje na paryskich ulicach depresyjny narrator Człowieka, który śpi, zanurzony w anonimowym tłumie niczym Baudelaire’owski flâneur: „Niczego nie chcieć. Czekać, aby nie było już na co czekać. Włóczyć się, spać. Pozwalać, aby tłum cię unosił i aby unosiła cię ulica. Wędrować wzdłuż rynsztoków, ogrodzeń, kanałów, Iść nabrzeżem, skradać się pod ścianami. Tracić czas” (tłum. A. Wasilewska).

Konstandinos Kawafis i Ferdinando Pessoa to dwa lustrzane odbicia zamknięcia w miejskiej przestrzeni, w prawdziwej podzwyczajności ulic, marnych lokali, wynajętych pokoi, równoważonej nieskończonym światem wyobraźni. We wspaniałym szkicu poświęconym Kawafisowi, Marguerite Yourcenar pisała o egzystencji pozornie ograniczonej do „codziennej rutyny biura i kawiarni, ulicy i podejrzanej tawerny” (tłum. J. M. Kłoczowski, K. Dolatowska), lecz nadzwyczaj swobodnej na płaszczyźnie czasu. Pokój „tani i marny / ukryty nad podejrzaną tawerną”, uliczka „brudna i ciasna”, „dom złej sławy” (tłum. Z. Kubiak) to wymiar życia sprowadzony do samego sedna. Nawet słynny wiersz Itaka, rozumiany na ogół jako pochwała podróży, jest w istocie pochwałą powrotu do domu, a doświadczenie nabyte w drodze służy jedynie zrozumieniu Itaki.
Pessoa także wędruje ulicami swojego miasta, doświadcza w nim zadomowienia i spełnienia („Lizbono, mój domu!”), i on porusza się po „labiryncie o obwodzie zamkniętym”, by użyć raz jeszcze słów Yourcenar odnoszących się do Kawafisa. Melancholia potrzebuje krzesła, twierdził narrator jednego z opowiadań Antonia Tabucchiego. Ale on sam i współcześni melancholicy wędrują bezsenni ulicami wielkich metropolii, oni również poruszają się po labiryncie, melancholia bowiem, pisze Marek Bieńczyk w swojej niezrównanej książce pod tym samym tytułem, potrzebuje struktur kolistych. „Podróż po labiryncie – twierdzi – jest oksymoronem, podróżą bez postępu, ostatecznie powstrzymaną, unieruchomioną, prowadzącą donikąd, rządzoną zasadą powtórzenia”.
Nikt lepiej od Pessoi nie uosobił takiego przeciwieństwa podróży i wędrówki po mieście, po lizbońskiej dzielnicy Baixa, ulicy Douradores, gdzie mieściło się jego biuro, powrotnej drogi do „pospolitego pokoju” na czwartym piętrze. Paradoksalnie źródłem nudy są dlań nowe doświadczenia, nie zaś to, co powtarzalne, monotonne, a przede wszystkim to, co wyobrażone. „Co mogą mi dać Chiny – pytał – czego nie dała mi własna dusza?”. I dodawał: „Nie interesuje mnie żadna z czterech stron świata i żadnej z nich nie mogę naprawdę zobaczyć, zwiedzam piątą stronę świata i ta należy do mnie” (tłum. Michał Lipszyc). Znacznie później badacze fenomenu podróży odkryli monotonię nieustannej pogoni za nowością, tego, co Pessoa nazywa „starością wiecznie nowego”. Zostawmy więc podróże dla ludzi pozbawionych wyobraźni, konkludował: „Kiedy sobie wyobrażam, widzę. Cóż więcej robię, podróżując? Tylko skrajna słabość wyobraźni mogłaby usprawiedliwić potrzebę zmiany miejsca po to, by odczuwać”.
Pomysł uczynienia życia na tyle monotonnym, by najdrobniejszy szczegół urastał do wymiaru cudu, nie wydaje się zbyt atrakcyjny, skoro setki milionów ludzi przemieszczają się dziś z miejsca na miejsce, a nomadzi i bieguni stanowią kuszący życiowy wzorzec. Możemy jednak podejrzewać, że lektura Pereca, Pessoi, Kawafisa i innych przyniesie nam chwilę wytchnienia w powszechnym pędzie.
JOANNA UGNIEWSKA
Sonet szósty cyklu drugiego: „hundertmal Rose, jede einzelne“
Jerzemu, w połowie dystansu – nadziejnie
„Stukrotnie róża, każda pojedyncza”. Tak napisał Rilke w liście do Nanny Wunderly-Volkart, 19 grudnia 1919 roku. „Stukrotnie róża, każda osobna”. Mogłaby ta fraza streszczać wszelkie wiersze różane tego poety, a jest ich niemało, mogłaby streszczać jedyność królowej, wielość i bogactwo jej sukien. Prócz wszystkich najbardziej znanych Rilkeańskich wierszy różanych istnieją jeszcze dwa – znane odrobinę mniej: Wilder Rosenbusch i francuski wiersz Gente églantine. Fenomen róży tout court jest bowiem czymś odmiennym niż fenomen róży, zwanej eglantyną. W liście do hrabiny Sizzo z 15 lipca 1922 Rilke charakteryzował eglantynę jako rzadko spotykaną dziką różę, której rodowód wywodzono jeszcze z antyku i z Persji (jako miłośnik róż dowiedział się tego na wielkiej paryskiej wystawie różanej).
Sonet szósty cyklu drugiego powstał 15 lutego 1922 roku w Muzot, jako drugi chronologicznie sonet części drugiej. Róża – zdaje się mówić poeta o bohaterce wiersza – jest naga w swych wielu sukniach – istota królowej kwiatów unika strojności, wręcz jej zaprzecza. Taka jest nie każda róża, lecz właśnie eglantyna, szczycąca się starożytnym rodowodem, ta, co w swej prostocie bardziej się jawi jako prosty kielich niż jako stupłatkowy kwiat.

Zaczyna się ów sonet od rozbudowanej, dwuwersowej apostrofy do Róży królującej, ukoronowanej, koronowanej lub tronującej – to dylemat translatorski, który najpierw, już w pierwszym wersie pierwszej strofy, rozstrzygać musieli polscy tłumacze tego wiersza. Dylematów jest o wiele więcej, a sonet tak piękny, że spolszczano go wielokrotnie. To jeszcze jedna, jedna z wielu – co podkreślam – próba nazwania tego, co niewyrażalne: różaności, sedna bytu, jakim jest róża, tym razem w odwołaniu do różnicy między bliskim teraz a dalekim przedtem.
Leopold Lewin:
O, królująca różo, co przed tysiącleciem
kielichem byłaś o zwyczajnym brzegu.
Dziś dla nas jesteś pełnym nieprzebranym kwieciem,
niewyczerpaną rzeczą w dni obiegu!
Świecisz bogactwem – strój błyszczy na stroju,
na ciele, które jest tylko z poświaty;
lecz każdy płatek, pełen niepokoju,
jest unikaniem, zaprzeczeniem szaty.
Od wieków niesie nam Twój zapach świeży
najsłodszych imion swoich objawienie;
nagle jak sława na powietrzu leży.
Nie wiemy, jak ją nazwać w czas narodzin…
I znowu do niej powraca wspomnienie,
któreśmy wyprosili u dojrzałych godzin.
Mieczysław Jastrun:
Różo, ty królująca, dla tamtych w starożytności
byłaś kielichem o brzegu znanym –
dla nas kwiatem nieprzebranej obfitości
i przedmiotem niewyczerpanym.
Wydajesz się być kwitnącym wokół ubrania ubraniem
na ciele z niczego i z blasku, w strojności swojej;
lecz pojedynczy twój płatek zarazem jest unikaniem
i zaprzeczeniem wszelkiego stroju.
Od stuleci twoja woń nam przywiewała
swoje najsłodsze nazwania;
nagle leży na powietrzu jak chwała.
Lecz jej nazwać nie umiemy, przeczuwamy…
I wspomnienie, które ku niej się skłania,
u przywołanych godzin wypraszamy.
Bernard Antochewicz:
O, różo, królująca, tym w starożytności
byłaś kielichem o brzegu prostym.
Nam jesteś kwiatem, pełnią bujności,
niewyczerpanym przedmiotem.
W swoim bogactwie zdasz się być strojem, strojem odzianym
wokoło ciała jedynie z lśnienia;
lecz każdy twój listek jest też unikaniem
i zaprzeczeniem wszelkiego odzienia.
Od stuleci przywołuje nam twój zapach
swe najsłodsze określenia,
nagle trwa w powietrzu niby sława.
Nazwać jednak nie umiemy owej woni, –
zgadujemy… słane ku niej zaś wspomnienia,
uprosiliśmy u przywołanych godzin.
Adam Pomorski:
Różo, koronowana, dla tych w starożytności
byłaś kielichem, brzegiem nieozdobna:
dla nas – cała kwiatem niepoliczalnej ilości,
rzecz, której wyczerpać niepodobna.
W blasku swym jakbyś suknie wdziewała na suknie
strojąc ciało samego splendoru;
ale każdy z osobna twój płatek się umknie
w unik, w zaprzeczenie ubioru.
Od stuleci twój zapach nas nęci
najsłodszymi swoimi imiony,
aż w rozległą w powietrzu się chwałę przemienia.
A choć brak nam dla niego imienia,
powracamy doń przecież w pamięci
u nęcących nas chwil wyproszonej.
Andrzej Lam:
O, różo, tronująca, która starożytnym
byłaś kielichem z najprostszą krawędzią,
a dla nas jesteś różą najhojniejszą,
niewyczerpaną w ubiorze rozlicznym,
w swoim bogactwie jak suknia za suknią
na ciele, które jest samym jaśnieniem;
lecz każdy płatek jest też zaprzeczeniem,
wszelkiego stroju odmową cichutką.
Od wieków wzywa nas twój zapach miły
najpiękniejszymi słodkimi imiony;
wreszcie jak chwała w powietrzu się snuje.
Lecz nie umiemy go nazwać, myślimy…
I wnet wspomnienie się doń chyli czule,
u niezatartych godzin uproszone.
Co wynika z tego, że kiedyś dostrzegano przede wszystkim elegancję róży i jej prostotę, a w czasach, gdy pisze Rilke (nazwijmy te czasy nowoczesnością) – wielość płatków, przepych, królewskość? Można by odpowiedzieć, że w przeszłości, gdy istnieli prawdziwi królowie i rzeczywiste królowe, kwiat był w oczach nań patrzących analogonem kielicha, rekwizytu królowania. W teraźniejszości poety, owym modernistycznym bezkrólewiu, a także czasie marnym, ostatnich zgliszczach kultury po Wielkiej Wojnie – wyobraźnia zbiorowa skupia się paradoksalnie na tęsknocie za swoistym „nadmiarem” różanych płatków, czy też: widzi wszystkie suknie, nie widzi pięknej, królewskiej nagości. Chyba właśnie tak. W partii refleksyjnej sonetu Rilke wskazuje na naszą (jemu współczesną) nieumiejętność postrzegania, a co za tym idzie – nazywania.
Rodzaj wspólnoty doznań, nawet gdy okazuje się nienazywalna, niewyrażalna, próbuje jeszcze poeta ująć dokładniej i finezyjniej poprzez synestezję. Dzięki transpozycji wrażeń zmysłowych – ów zapach, rozpoznawalny dla większości z nas, nawet, gdy brak nam odpowiednich słów – podtrzymuje podobieństwo percepcji fenomenu, zwanego różą. Kiedy jednocześnie widzimy i wąchamy eglantynę, bo tę różę, nie wyhodowaną jako odmiana przed chwilą, lecz szczycącą się starożytnym rodem, wyróżnia poeta ponad inne, mamy poczucie głębokości i integralności takiego doświadczenia. Właśnie w sensualnej interferencji konstruuje się podobne, choć nie do końca przekazywalne werbalne, wspólnotowe (albo tylko uwspólnione) człowiecze doznanie róży, różaności.
Róża jest różą. Opisuje samą siebie. Poeta był we władzy owego, jedynego w swoim rodzaju, fenomenu królowania, był bardziej w orszaku tej Królowej niż gdzie indziej. Niż w jakimkolwiek innym miejscu.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
Mija miesiąc od zakończenia Konkursu Chopinowskiego. Nie milkną media, nie milkną komentarze, a ja wciąż uważam, że usłyszeliśmy mnóstwo wspaniałej muzyki, ciekawych interpretacji. Mnogość propozycji była tak wielka, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że nie ma jednej idealnej wersji Chopina. A jaki właściwie miałby być Chopin – ten piękny? Jedyny słuszny? Jedyny akceptowalny nad Wisłą?
Raz tylko napotkałam definicję piękna (przypisywaną św. Tomaszowi z Akwinu) w takiej postaci: „na piękno składa się poznanie, harmonia i blask”. I tak jak słowo „poznanie” oraz słowo „harmonia” były zrozumiałe i oczywiste, tak przy „blasku” musiałam się na chwilę zatrzymać. Rozprawiałam o tym z wieloma przyjaciółmi, muzykami, plastykami, pisarzami. Szukałam tłumaczeń w innych językach. Na pewno odrzucałam „blask” jako flesz, „blask” jako tanią błyskotkę. Chciałam raczej, żeby kojarzył mi się z czymś świetlistym, z charyzmą. Czy charyzmą może być obdarzony tylko ktoś kto nas porywa? A czy musi nas porywać? Czy poruszenie do głębi nie jest wartościowe? Czy na pewno wesoły Dzień Dziecka jest bardziej „wartościowy” niż Dzień Zaduszny? Tego porównać się nie da. To są dwa światy. Każdy z nich piękny; beztroski i bolesny. Jest jeszcze nastrój zwykłego jesiennego (a może wiosennego dnia) kiedy nad brzegiem wdychamy zapach morza, który przypomina nam jakieś zdarzenia lub pochylamy się nad pierwszymi krokusami. Nic się nie dzieje, a jednak zapamiętujemy te chwile jako momenty szczególne, choć właściwie są zwyczajne.
Pamiętam w 2010 roku spędziłam dłuższy czas w Tokio. Poszłam obejrzeć wystawę w Muzeum Sztuki Współczesnej. Pawilon sztuki wizualne, a tam prace słynnego plastyka, wśród nich scenografia do przedstawienia Don Kichota i dwie instalacje, o tytułach Dress 1 i Dress 2. Ta pierwsza zrobiona była z lisich futer, gdzie pyski kilku zwierząt spotykały się ze sobą tworząc ogromną głowę jakby jakiejś nieobecnej postaci. Ta praca budziła lęk, obrzydzenie, była pełna grozy, biło z niej zło. Ale ta druga, Suknia 2, jeszcze bardziej przykuła moja uwagę. Otóż suknia ta była zrobiona z bardzo długich naturalnych ludzkich włosów zaplecionych w cienkie warkoczyki… Pierwsze moje skojarzenie prowadziło oczywiście do zapamiętanych fotografii z czasów II wojny światowej… Najpierw odwróciłam się z impetem i przeszłam do innej sali, oburzona, wstrząśnięta! Po dłuższej chwili jednak wróciłam próbując odgadnąć zamysł autora tej pracy. Tamtego popołudnia jeszcze kilka razy stanęłam przed gablotą z Suknią 2. Byłam przejęta i poruszona. Tamten obraz pozostał ze mną.
Czy więc sztuka ma tylko bawić? Rozweselać? Porywać?
W Konkursach Chopinowskich jest zwykle zwycięzca i kontrzwycięzca (czasem nawet dwóch). Tym razem wiele osób (w tym media) odmawiają wszelkich zalet laureatowi Pierwszej nagrody. Podkreśla się jakoby umiejętność porwania publiczności była największą i najbardziej pożądaną cechą pianisty (pianistów ostatnio dzielę sama dla siebie na trzy kategorie – pianista, pianista-muzyk i pianista konkursowy). Absurdalnie zarzuca się Amerykaninowi dojrzały wiek, no bo przecież trwa moda na młodość… (co dziwne, zarzuca się też cudownej „gwiazdce” Chince, jej rzekomo zbyt młody wiek).
Miałam wśród tegorocznych uczestników finału Konkursu troje ulubieńców. Każde z nich dla mnie, mogłoby ten Konkurs wygrać. Tianyao Lyu, tryskająca młodzieńczą energią, dźwięcznym tonem, grą perlistą, gdzie trzeba miękką, taką „kocią”, pełną temperamentu, a jednocześnie nostalgiczną, a wszystko, co pokazała jako „nowe” było w dobrym guście.
Kolejną moją ulubienicą była Zitong Wang, którą zapamiętałam jeszcze z eliminacji po jej absolutnie fenomenalnym wykonaniu Scherza h-moll, które porównałam wtedy do rysunków Goyi – pełnych „złych duchów”, wewnętrznego rozedrgania. W październiku ogromne wrażenie zrobiła na mnie (nagrodzona) Sonata b-moll, z przejmującym i doskonałym finałem, ze wspaniałym „horyzontalnie” przeprowadzonym pierwszym tematem, gdzie pauzy – dobrze usłyszane – wydają się nawet ważniejsze od nut. Znakomicie zagrała też Zitong koncert – porywając orkiestrę! Jej piano pianissimo sprawiało, że wszyscy słuchali z zapartym tchem nigdy nie było to piano dla piana, nie była to „sztuczka”, a raczej służyło wyrażeniu bardzo specjalnego wyrazu.

Wreszcie Eric Lu – już w pierwszym etapie zwrócił moja uwagę wspaniałą interpretacją Ballady f-moll, która była w swym wyrazie mroczna, jednak pełna dźwiękowej fantazji i swobodnego czasu. W drugim etapie postawiłam mu 25 punktów (nieczęsto stawiam tę najwyższa punktację) za Sonatę b-moll. Poruszyła mnie tak bardzo, że łzy popłynęły po policzkach… Nie mogłam się uspokoić jeszcze przez dłuższy czas. W produkcjach Erica wszystko jest przemyślane jednak wydaje się, że pozostawia sobie artysta pole dla swobodnej improwizacji podczas występu, zostawiając również margines dla wyobraźni słuchacza. On nie mówi: „słuchajcie jak JA gram”, on nie mówi wprost. W Sonacie h-moll w trzecim etapie zdumiała mnie barwa fortepianu jaką potrafił uzyskać w trio trzeciej części, miękka, aksamitna, ciepła, brzmiało to tak jakby spokojnie szemrał strumień (i tak właśnie wyobrażam sobie to miejsce, takiego brzmienia szukam, gdy gram sama).
Podczas Konkursu korespondowałam z jednym ze swoich bliskich znajomych, który nie jest muzykiem, chyba nawet nie jest melomanem, ale słucha muzyki i czasem o nią pyta. Zastanawialiśmy się wspólnie nad określeniem „magia w muzyce” i nad tym, kiedy mamy z nią do czynienia. Opisałam to tak: „Słuchasz koncertu na żywo lub nagrania i nagle «odpływasz»… nie wiedząc z jakiego powodu”. Co znaczy „odpływasz”? Otóż to jest tak, że nagle z sali koncertowej przenosimy się w zupełnie inne miejsce, widzimy jakieś obrazy albo krajobrazy, zamykamy oczy, jesteśmy jakby nieobecni. Nie ma orkiestry, nie ma solisty, nie ma chóru jest… jakaś inna przestrzeń. Trochę mi to przypomina czytanie wiersza; chcemy poznać, zrozumieć jego treść (czy wiersze mają treść?) przesłanie, wyczuć oddech, poddać się rytmowi i nagle trafiamy na zderzenie dwóch słów, które sprawia, że doznajemy wzruszenia, musimy się zatrzymać, wsłuchać, wstrzymując oddech… I to właśnie jest magia. Magia tkwi w brzmieniu. To właśnie odczułam podczas półfinału kolejnego konkursu, w którym jestem w jury. Pewien młody Włoch wyczarował zupełnie niesamowitą aurę w finale Sonaty Schumanna. Niezależnie od tego jak daleko zajdzie w tym konkursie jestem mu wdzięczna, że zabrał mnie w swój (i Schumanna) baśniowy świat. Kolejny raz miarą piękna okazało się wzruszenie. Teraz, kiedy wysyłam ten tekst do Redakcji, jest już po ogłoszeniu wyników. Włoch zdobył drugą nagrodę. Pozostanie w mojej pamięci jako młody człowiek, pełen fantazji, temperamentu, który nie skupia się tylko na doskonałości, a raczej poszukuje muzyki.

© 2002 by Paramount Pictures
Takie magiczne momenty zdarzyły się również podczas ostatniego Konkursu Chopinowskiego za sprawą Williama Yanga. Artysta przedstawił nieczęsto grywane podczas konkursu Nokturny z opusu 32. Zaprosił słuchaczy do swojego intymnego, pięknego świata operując światłem i cieniem, grając z cudownym rozkołysaniem – tempo rubato. Zwłaszcza Nokturn As-dur (napisany w rytmie ukrytego walca) zabrzmiał tak, że wyobraziłam sobie scenę z filmu Wojna i pokój, w której Natasza tańczy z Księciem…
Nie wszyscy laureaci mnie przekonali do swoich interpretacji. Nie zainteresował mnie ktoś, kto tak dobrał swój program, aby móc wykazać się sprawnym warsztatem, bo moim zdaniem niewiele miał do powiedzenia w muzyce.
Nie podobał mi się również pianista, u którego dostrzegłam najpierw ogromne ego (nie mylić z osobowością), a jego Chopin był w moim odczuciu zbyt bohaterski, siłowy, agresywny, arogancki. Widać jednak po reakcjach publiczności, że i ci pianiści mieli swoich zwolenników.
W historii wykonawstwa muzyki Chopina jest wiele nazwisk, wielu pianistów, którzy tę muzykę rozumieją „po swojemu”. Mamy z jednej strony Richtera i Sokołowa, z drugiej Lipattiego i Dang Thai Sona, a w środku Benedettiego. Czy odmawiamy im „ich Chopina”. Z pewnością nie. Dajmy więc szanse młodym! Niech poszukują. Sama wybiorę się na pewno na koncerty laureatów Pierwszej, Trzeciej, Czwartej nagrody. Jestem pewna, że wszyscy nagrodzeni znajdą swoich słuchaczy. Wszystkim tego życzę.
EWA POBŁOCKA
10.11.2025
Drogi Jacku!
Przeczytałem … trzynaście wersów Odysei Homera.
Wiem, że to musi brzmieć dla Ciebie niemal jak policzek, Ciebie, który właśnie połknąłeś Chaucera, a wcześniej wyedytowałeś Wittlinową Odyseję, oczywiście w całości, wszystkie dwanaście tysięcy sto sześćdziesiąt wersów. Na swoją obronę mam to, że to nie byle jakie wersy i nie byle gdzie czytane. Są one bowiem zachowane na glinianej tablicy odkopanej ledwo co – w 2018 roku – niedaleko świątyni Zeusa w Olimpii. Pewnie słyszałeś, widziałeś i czytałeś, ale wybacz: muszę Ci o tym napisać.
Wiadomość o tym odkryciu przewaliła się przez wszystkie największe media światowe – od Reutersa przez New York Timesa po BBC – niestety, w polskich mediach żadnej wzmianki ani ja nie pamiętam, ani google nic znaleźć nie umie. Dwa tylko historyczne, specjalistyczne portale internetowe odnotowały („Historykon” i „Antyczna Hellada”) znalezisko – jeden krótką notką, drugi właściwie samym zdjęciem przeklejonym ze strony greckiego ministerstwa kultury i sportu (popatrz, jakie piękne, starożytne połączenie ministerstw! Idzie w poprzek powszechnemu chyba przekonaniu, że najbardziej adekwatne byłoby łączenie ministerstwa sportu albo z ministerstwem finansów, albo obrony narodowej). A szkoda, że taka u nas cisza, bo lektura to arcyciekawa i zmuszająca do myślenia nie mniej niż tzw. „nowa Safona”, która wprawdzie przykuła uwagę największych polskich filologów i największych gazet, ale po czasie okazała się najpewniej wyrafinowanym oszustwem (jeden Martin West konsekwentnie zachowywał sceptyczny dystans, a może po prostu nie lubił Dirka Obbinka, nomina non otiosa). 10 lipca minęło właśnie siedem lat od publikacji wiadomości o tym odkryciu na stronach greckiego ministerstwa, dotąd ukazał się jeden duży artykuł naukowy wydany przez Niemiecki Instytut Archeologiczny, a półtora miesiąca później sam stanąłem przed tym przedziwnym napisem w Olimpii. No i takim oto sposobem przeczytałem trzynaście wersów Odysei.
Ta gliniana tablica jest tak naprawdę cegłą i została znaleziona w towarzystwie – by nie rzec na kupie – innych takich samych cegieł. Miały one wszystkie boki długości dwudziestu dwóch centymetrów i grubość około czterech. Datowana jest z dużą pewnością na przełom II i III wieku naszej ery. Tekst został wydrapany rylcem na glinie już podeschniętej, ale jeszcze niewypalonej. Mamy starsze papirusy i jednowersowe cytaty, ale cegła z taką ilością Homera na raz spadła nam prosto na głowę pierwszy raz.
Jest to sam początek pieśni czternastej o spotkaniu z Eumajosem. Rozpoczyna się od ΑΥΤΑΡΟΕΓΛΙΜΕΝΟΣ (Αὐτὰρ ὁ ἐκ λιμένος z błędem w ἐκ), a kończy niespodziewanie na ΔΥΟΚΑΙΔΕΚΑΠΟΙΕΙ (δυοκαίδεκα ποίει), sam zresztą zobacz:

Fot. © Krzysztof Bielawski
Jak idzie o tekst, to jest to opowieść o tym, jak to Odyseusz po wylądowaniu na Itace w ślad za precyzyjnym rozkazem Ateny (z wersów 404-411 księgi XIII) idzie do siedziby Eumajosa, pasterza świń, który był i pozostał życzliwy swemu panu i najbardziej ze wszystkich troszczył się o jego dobra (βιότοιο μάλιστα / κήδετο, w. 3-4). Dalej następuje przedziwny opis zagrody Eumajosa, nie tyle nawet jego domostwa (ten, dość szczegółowo przedłożyła Odysowi Atena kilkadziesiąt wersów wcześniej – przy okazji odnotuj, proszę, że Martin West w swojej edycji Odysei nie rozdziela tekstu nagłówkami ksiąg, ale leci ciurkiem – no bo tak właśnie trzeba to czytać), ile chlewni (συφέους), co kończy się na tabliczce słowami jak od siekiery: „dwanaście wykonał”, tj. dwanaście chlewów pomieścił na dziedzińcu.
Popatrz, co to za przedziwne znalezisko: Homer jako taki w Olimpii nie dziwi, bo po pierwsze Homer nigdzie w Grecji nie dziwi, a po drugie niejeden z niego passus mógłby funkcjonować jako fundacyjny dla każdego rodzaju agonu – współzawodnictwa, także sportowego. Jednak Homer nabazgrany byle jak na miękkiej glinie z passusem o chlewniach znaleziony w pobliżu najsłynniejszej bodaj świątyni Zeusa w greckim świecie to jednak coś więcej niż zagadka. Tym większa, że glina została wypalona z tym napisem (inaczej by się nie zachowała). Mogła zostać wypalona lub „się” wypalić przez przypadek, na przykład w jakimś małym lub dużym pożarze czy ognisku. Mogła zostać wypalona celowo wraz z innymi materiałami budowlanymi – cegłami i płytami – a napisem w tym wypadku nikt się nie przejmował, ponieważ to on powstał „przypadkiem”, mogła też zostać wypalona jako semiofora, nośnik tekstu – nieprzypadkowa płyta z nieprzypadkowym napisem, nawet jeśli później innym zrządzeniem tego samego losy zupełnie banalnie trafiła do magazynu cegieł.
Innymi słowy, albo ta tablica wylepiona z mokrej gliny została wyłączona z użytku właściwego cegłom tylko po to, żeby po niej pisać i zapisaną utrwalić przez wypalenie. Albo też, jako że została zrobiona z tej mokrej gliny jako materiał budowlany, a napis pojawił się na niej przypadkiem, dla zabawy, to i dla zabawy również została utrwalona. Tertium non datur. Oczywiście, nigdy się nie dowiemy, który z tych wariantów miał miejsce.
Tak czy inaczej podczas lektury tekstu na tablicy – dziś w muzeum archeologicznym w Olimpii – widzimy Odyseusza kroczącego jakąś lichą ścieżką od morza do siedziby Eumajosa, któremu poświęcony jest jeden wers opisujący go jako domownika Odysa i troskliwego obrońcę jego majątku. Dowiadujemy się, że Odys znalazł świniopasa przed jego domem (? vide infra), przed którym był urządzony rodzaj dziedzińca czy tarasu widokowego, a sam dom (vide infra etiam) był ze wszystkich stron chroniony. Ten wers przyciąga moją uwagę z trzech powodów: 1) co to znaczy, że aule – ów taras widokowy – był „wysoki”, bo jak mógł być wysoki, skoro był „przed” domem; 2) co znaczy i skąd pochodzi słowo periskeptos i cały zwrot przyimkowy eni periskeptoi oikoi; 3) w jaki sposób ten podniesiony taras był „zbudowany”? Co do pierwszego, wyznaję, że nie wiem, a konieczność wysłania tego listu raczej prędzej niż później zniechęca mnie do zakopania się w raporty z wykopalisk i poszukiwania nie pałaców, ale domostw mykeńskiej biedoty. Co do drugiego – zależy to w jakimś sensie od odpowiedzi na pytanie pierwsze, ponieważ aleksandryjscy bibliotekarze uznali, że słowo pochodzi od periskepto i oznacza „widziany ze wszystkich stron”, ale najpewniej się mylili, bo pochodzi raczej od periskepo i oznacza „ze wszystkich stron chroniony” (wiem, że już się lękasz jakiegoś boże broń przypisu i zezujesz na dół strony, ale ponownie zwalczę pokusę i tylko zaproponuję zerknąć do słynnego a pięknego komentarza oksfordzkiego do tego miejsca). Łącząc jedno z drugim mielibyśmy nie tyle ławeczkę przed domem z pięknym widokiem na okolicę (tak chyba wyobrażali to sobie Parandowski i Siemieński w swoich przekładach), ale jakąś prostą konstrukcję warowną, w której aule oznaczałoby być może dość wysoki mur, dzięki któremu cały dom jest otoczony ochroną – mało kto tak tłumaczy, z czego wynika, że oksfordzkie komentarze są tyleż piękne, co bezużyteczne. W liście do Ciebie nie można nie odnotować, że jeden Twój Wittlin wspaniały za tym właściwym znaczeniem podążył tworząc wers abundantny, nowotworowy i niezwykły: „Dokoła szły przenadobne, ogromne okołokopy, / zamykające je zewsząd”. Na „okołokopy” zbaraniały i google, i sztuczna inteligencja, choć – jak mówił prof. Ulewicz – i garbaty to widzi, że to zwykłe okopy, tylko dookoła, a abundancja Wittlinowa kazała je wykopać nie tylko dookoła, ale i „zewsząd”. Nota bene ów taras widokowy to u Wittlina „podwórko na wysokości wzniesione”, który to przekład ucieka przed moim dylematem architektonicznym w stronę uznania po prostu, że dom Eumajosa musiał stać na wzgórzu. Tym sposobem Hajdukowy Wittlin odpowiedział na trzecie z pytań, które jednak wpisałem, żeby wrócić do trzynastu wersów, jakie przeczytałem w Olimpii. Otóż wers (nr 9 na tablicy glinianej i 6 wydaniach klasycznych), który w standardowych edycjach wygląda tak:
ὑψηλὴ δέδμητο, περισκέπτῳ ἐνὶ χώρῳ
w transkrypcji z tabliczki olimpijskiej wygląda inaczej:
ὑψηλὴ δέμνητο, περισκέπτῳ ἐνὶ οἴκῳ
Zresztą, sam zobacz – nie chce być inaczej.

Te mi i ni na siebie dziwnie nachodzą, jestem gotów dopuścić, że ten skryba, czy skrobek raczej, najpierw wyskrobał błędnie δέμνητο, a potem próbował poprawić na δέδμητο, z pierwszych dwóch kresek w mi robiąc deltę przez doskrobanie poziomej podstawy u dołu, ale szczerze mówiąc takie myślenie przypomina mi procedurę wyciągania dostatecznego z klasówki marnego ucznia, któremu nie poszło. Zostaje zatem uznać, że złapaliśmy tego Olimpijczyka na błędzie, bo takie słowo czy taka forma nie istnieją, jak sądzę. Druga zmiana w tym wersie jest innej natury – zamiast choros (ogólnie „miejsce”, „przestrzeń”) wydrapał on oikos („dom”). W znanej nam tradycji rękopiśmiennej wariant taki nie występuje, ale widać myśl naszego skryby wędrowała ścieżkami podobnymi do tych Jana Parandowskiego, który w tej scenie koniecznie świniopasa przed domem chciał widzieć.

Wiem, że jesteś cierpliwym słuchaczem i niejedną opowiadaczą ekstrawagancję z mojej strony dzielnie zniosłeś, nie znaczy to jednak, żeby wolno mi było cierpliwości tej nadużywać opowieściami o tej ważnej w moim życiu cegle – masz jakąś ważną w swoim życiu cegłę? No widzisz, a ja mam. No więc nie będę Cię nużył rozmyślaniami, kto i dlaczego mógł ten akurat tekst w takim akurat miejscu zapisać. Nie wiem, kto i dlaczego postanowił utrwalić w glinie homerowe wersy o chlewach w liczbie dwunastu, ale wiem, że skłonił mnie do takiej lektury Homera, jakiej wcześniej nie uprawiałem.
Umówiliśmy się, że naśladujemy Focjusza i zaczynamy nasze listy od „przeczytałem”, co sprawia, że czujemy się wproszeni na elitarną imprezę, ale z drugiej strony zupełnie rujnuje dobry obyczaj dziękowania za słowa z listu, na który przecież odpowiadamy. Nie czuję się dobrze z taką gburowatością, ale mam nadzieję, że odczuwasz podobnie i rozumiesz.
W każdym razie – dziękuję za miłe słowa. Tak jak Ty, znam kilka sprawnych figur retorycznych i potrafiłbym tym kluczem niejedną Twoją pochwałę zoperować, ale bez żalu się powstrzymam i chwilę ogrzeję. Inna rzecz, że mamy za sobą dość długą drogę i rzeczywiście jest za co być wdzięcznymi. Ja jestem bardzo wdzięczny za Twoją odpowiedź i przepraszam za moje przeinaczenia popełnione na marach. W odpowiedzi na pytanie o Chaucera uciekłeś się do argumentu najgorszego z możliwych, tzn. argumentu z autorytetu; kłopot w tym, że mogłem sobie te argumenty sam wygrzebać, a co Ty sam o tej lekturze tak naprawdę myślisz, to nadal nie wiem.
Wielkie to szczęście, że tak różnie myślimy o czytaniu. Z drugiej jednak strony skłoniłeś mnie do wyrażenia dwóch sprostowań i jednego separatum. Oczywiście, że zdarzyło mi się odłożyć książkę po kilku stronach, fakt, że zdarzało się to rzadko, ale bywa, że nie da się kontynuować rozpoczętej podróży i dochować kontraktu – otwarcie książki traktuję jak zawarcie umowy z wzajemnymi zobowiązaniami. Zawieramy takich umów wiele, nie zawsze o tym pamiętając – na przykład, kiedy kupujemy bilet w tramwaju, albo choćby gumę do żucia w Żabce. Osobiście nie potrafię wycenić moich wymagań i nie wiem, czy są wysokie i czy w ogóle mam jakąś windę (żeby cokolwiek windować). Z tego listu dowiedziałeś się, że moje wymagania na temat papieru nie mogą być wygórowane, skoro mogę czytać chropowatą cegłę. Po Twoim liście postanowiłem zadzwonić do wydawcy mojego Trójnogu z podziękowaniem za jako taki papier, bo dzięki temu być może tę książkę akurat przeczytałeś, ponieważ choćby wymagania celulozowe zostały spełnione. Nie wiem, co na to polonista i rzesze całe polonistów, ale wypowiedziałem ostatnio kontrakt – po dwudziestu stronach – Henry’emu Millerowi w Zwrotniku raka, do którego widać jeszcze nie dorosłem (sięgnąłem po niego z powodu pochwał Piotra Augustyniaka pod adresem Millerowego Kolosa z Maroussi, ale o tym kiedy indziej). Drugie sprostowanie dotyczy notowania – oczywiście, że znam to zatracenie w lekturze, które nie tylko nie zostawia miejsca na ołówek, ale wprost wyrywa z czasu i przestrzeni. Nie prowadziłem na sobie badań, ponieważ momenty takie nie są do zaplanowania, ale mam wrażenie, że zdarza się lektura maniczna, w szale zupełnym, w którym zaburzone zostają nasze więzi z czasem, to znaczy mam wrażenie, że o ile zwykle czytamy średnio z prędkością około trzydziestu stron na godzinę, to w lekturze manicznej nie jest to ani sześćdziesiąt ani sto dwadzieścia stron, ani w ogóle nie da się powiedzieć, ile, ponieważ dokonuje się ona właśnie poza czasem. Wybudzamy się z niej i najpierw musimy się uszczypnąć, sprawdzić godzinę i odzyskać sterowność. Zapytasz na pewno o listę moich manicznych tytułów, a ja odpowiem, że jest to raczej lista sekretna, ponieważ dotyczy relacji intymnych, ale ze względu na nasze wspólne doświadczenie w Pałacu Potockich wyznam Ci, że jest na niej na przykład Wężowe serce Radka Raka. Separatum? Zupełnie nie rozumiem Twojego – nawet jeśli to niezamierzone i niefortunne – przeciwstawienia skupienia pisaniu, które uroczo określasz gryzmoleniem. Gryzmolenie, niekiedy choćby jedno słowo na marginesie tekstu, zdecydowanie moje skupienie intensyfikuje, spaja mnie fizycznie z papierową semioforą i bywa, że odsłania cel, którego nawet nie pomyślałem. No i bardzo bym chciał, żeby moje relacje z literaturą – w obie, by tak rzec, strony – pozostały zawsze bezinteresowne, ale najpewniej tutaj czegoś w Twoim liście nie rozumiem, więc ratuj. Ach, no i wreszcie przypisy! W jednym się zgodzę – nie dotykam, nie czytam i odmawiam jakiejkolwiek współpracy z książkami, które mają przypisy na końcu, nawiązując do mych słów powyżej – jak kupa cegieł zwalona za miastem. Nawet jeśli wydawca wykosztował się na fikuśną tasiemkę. Ale w każdym innym wypadku – oczywiście książek, które muszą mieć przypisy z powodów genologicznych – przypisy są solą ziemi i światłem świata, to one sprawdzają, czy moje skupienie jest rzeczywiście takie, jak sobie wmawiam, że jest. Strona z przypisami to jest dzieło sztuki, i zamilczcie profani. Znam ja te dyskusje i z Tobą, i z Michałem Pawłem Markowskim – ileż to razy pomostowałem, a nawet pisałem mu o tym, że podczas lektury jego tekstów (niektórych!) czuję się jak burek, któremu pan rzucił kija na łące i muszę za nim lecieć do spisów, bibliotek, katalogów, tak jakby mnie testował, czy jestem poważnym czytelnikiem i w ogóle, czy warto mnie traktować poważnie. Ale we wszystkim tym najważniejsze w tej chwili jest to, że do Ciebie piszę i wiem, że zostanę usłyszany.
Zacząłem ten list od zupełnie innej lektury, Homer miał być tylko spełnieniem Twojej prośby o niezaniedbywanie Greków. Nie wiedziałem, że zawędruję aż tutaj i że tak długo będę dziś nudził, ale to oznacza tylko, że niebawem dostaniesz kolejną wiadomość. Bywaj.
***
11 XI 2025
Drogi Krzysztofie,
Przeczytałem… Twój drugi list! I bardzo, bardzo Ci za niego dziękuję! Znajduję w nim dwa zasadnicze wątki: literacki (z kilkoma odsłonami) i teoretycznoliteracki (genologia listu), do których odniosę się po kolej. Nie obiecuję Ci jednak, że zachowam harmonijne proporcie pomiędzy następującymi po sobie partiami.
A zatem: literatura, którą czytamy.
I najpierw, ma się rozumieć: Odyseja! Nie wiem co prawda, czy te ponad dwanaście tysięcy wersów (ba, coś około dwudziestu pięciu – mówimy o bilingwie!) czytane na papierze (nawet najświetniejszym!), mogą się równać Twemu obcowaniu, Twemu doświadczaniu, Twemu odkrywaniu w Olimpii. Co mówię bez cienia ironii: bo właśnie tę jakość obcowania najbardziej w Tobie podziwiam i cenię, a nawet Ci jej może trochę zazdroszczę. Kto wie, czy nie ona właśnie legła u fundamentów mojej amicitia z Bielawskim; w każdym razie z mojej strony. Chodzi tu przecież nie tylko o jakość obcowania z tekstem, ale ze wszystkim w ogóle: z człowiekiem i ludźmi, z otium i negotium, z fas i nefas, z sacrum i profanum, z materią i tym, co niematerialne. Ze wszystkim! W przeciwieństwie do mnie, Ty jesteś konstrukcją o głębokiej, bo głęboko zakorzenionej i głęboko zawsze przeżywanej duchowości. Bo przecież odczuwasz niewątpliwą potrzebę jakiejś religijności – nawet jeśli meandrującej gdzieś na zupełnych rubieżach jakichkolwiek religii. Ja tego zupełnie nie mam. Co wcale jeszcze, jak sądzę, nie czyni mnie materialistą. Wierzę, owszem, w fizykę i metafizykę, ale tej drugiej nie kojarzę z żadną istotą ani nawet żadną bez-istotową transcendencją; podobnie też ewidentnego wyczuwaniaw świecie materialnym obecności jakiejś nie-materii i obcowania z nią czy umysłowego, czy duchowego, czy nawet przejmująco mistycznego – nie łączę z niczym innym jak tylko z byciem człowiekiem. Mój kościół to jakiś „kościół międzyludzki”, a tam wszak przeżycie wszystkiego, więc i przeżycie lektury – choć niewątpliwie bardziej autentyczne i bardziej ludzkie – nie może być głębokie-aż-do-dna.
Ale do rzeczy: Homer! Drogi, Krzysztofie, powiem Ci tyle: musisz wiedzieć, że nie „jeden Twój Wittlin wspaniały za tym właściwym znaczeniem podążył”, ale wręcz – „każdy” z moich wspaniałych Wittlinów!
Jak wiesz, wydania jego Odysei są trzy, ale tylko dwa przedwojenne są nam „uświadomione”: pierwsze, lwowskie (1924), ale też za sprawą jubileuszowej reedycji w krakowskiej Austerii (2024); drugie, nieco tylko zmienione względem pierwotnego (Warszawa 1931) – bo było najpopularniejsze (wyszło w Warszawie w 1931 roku, miało niezłą promocję i otrzymało nawet nagrodę PEN Clubu). Trzecie natomiast wydanie ukazało się w Londynie w 1957 roku, kiedy Wittlin – zadeklarowany już emigrant-antykomunista osiadły w Nowym Jorku – był w PRL autorem niedrukowalnym. Książka była więc nieobecna w kraju, a i na emigracji radziła sobie kiepsko.
Owo trzecie wydanie – choć nie mniej poetyckie – jest już bardzo od tych przedwojennych swoich krewnych inne: na pewno bardziej powściągliwe. Na pewno też poeta daje dowód niebywałego wręcz słuchu: każde słowa sprawia wrażenie wstawionego z wielką rozwagą. Jest to jedno ze szczytowych osiągnięć poezji polskiej w całym XX wieku. Myślę, że interesujący Cię fragment, w tej, tj. trzeciej z kolei szacie Wittlinowej, spodoba Ci się równie, a może nawet bardziej niż ten, które przywołujesz za „cegłą” z 2024 roku. Oto te wersy (odczytaj je, proszę, na głos):
Wspina się Odys od morskiej zatoki kamienną ścieżyną,
W krainę wzgórz zalesionych podąża, bo Pallas Atene
Iść mu kazała, – gdzie mieszkał Eumajos, ów boski świniopas,
Który mu z wszystkiej czeladzi najwierniej pilnował dobytku.
I nalazł go, jako siedział przed domem na pięknym i wielkim
Dziedzińcu, skąd widok na całą rozciągał się okolicę.
Okólnik ten wybudował sam pasterz dla świń swego pana,
Co bawił z dala od domu. I ani pani królowa,
Ani staruszek Laertes nie byli mu przy tym pomocni:
Sam ciężkie głazy przydźwigał, otoczył nimi okólnik,
Dzikimi je upiększając gruszami. – Dookoła zaś gęsty
I mocny powbijał ostrokół z czarnych, ciosanych pni dębu.
W środku onego dziedzińca dwanaście kubów postawił,
Jeden przy drugim: w nich świnie miały na noc swoje leże.
Krzysztofie, jeśli znasz tłumaczenie bliższe w duchu i melodii duchowi i melodii Homera – odeślij mnie do takiej książki w następnym liście, proszę. Sądzę jednak, że nie znasz i nie znajdziesz. Wittlin był nie tylko wytrawnym filologiem, tzn. miłośnikiem i znawcą greki klasycznej, ale też – po prostu – wielkim poetą. (Notabene, czy Ty znasz fragmenty Iliadypióra Juliusza Słowackiego? Jeśli nie znasz lub nie pamiętasz, to koniecznie sięgnij: jest to bardzo piękne, niezrównane!).
Wielka to szkoda, że w autorskim projekcie Liwiusza Andronikusa ten akurat fragment nie zachował się (sprawdziłem, do ostatniej chwili mając nadzieję). Jak pamiętasz, początki literatury rzymskiej – tej młódki! – datuje się zwyczajowo na rok 240 p.n.e., tj. kiedy Andronikus wystawił po łacinie przeróbkę którejś z greckich sztuk. I tenże Andronikus – w tym samym mniej więcej czasie – dał przecież Rzymianom także Homerową Odyseję! Czy był to przekład czy parafraza – trudno powiedzieć, dysponujemy tylko garścią fragmentów, przeważnie nawet niepełnych wersów, które przechowali jakiś późniejsi pisarze, gramatycy itp. dla celów utylitarnych, dydaktycznych: „tak oto, drodzy studenci, mówiono w czasach bardzo archaicznych!”. Zresztą (moim zdaniem) najcenniejsze są te adaptacje, które sytuują się gdzieś w „szarej strefie” pomiędzy oryginałem a współzawodniczącym z nim w artyzmie tłumaczeniem. Nie wiem, jak rozumieć frazę „wierny przekład”. Każdy przekład jest przecież niewierny (traduttore – traditore!) – pytanie tylko, co ocala on z oryginału i jakimi środkami; ale to osobny temat.
Liwiusz Andronikus pisał tzw. wierszem saturnijskim, prastarą wierszową miarą italską. Do naszych czasów dotrwało tylko sto kilkadziesiąt takich wersów. Nie ma się temu co dziwić, skoro saturnin wypadł z łask jeszcze w czasach średnio-republikańskich i został zastąpiony przez poetów rzymskich począwszy od Enniusza heksametrem; i od wtedy datować trzeba uzależnienie się piśmiennictwa łacińskiego od Hellady. Myślę, że właśnie przejęcie miar wierszowych i gatunków literackich (bo tematy są akurat uniwersalne i wspólne całej ludzkości) – innymi słowy: niechęć Rzymian do poszukiwania dla siebie „formy bardziej pojemnej” i odpowiadającej własnemu doświadczeniu – było największym błędem rzymskich pisarzy. Na zawsze już uzależnili się od literatury greckiej, której – w jej greckości – prześcignąć przecież nie mogli! Horacy co prawda określił to metrum mianem horridus, ale upodobania się zmieniają – może akurat nam poezja rdzennie italska bardziej przypadłaby do gustu niż… Horacy… (Nb.: moja teoria dotycząca genezy rzymskiego imperializmu jest taka, że narodził się on z kompleksu niższości wobec Grecji i greckiej kultury). Trzeba im było zostać przy swoich miarach!
No więc Homerowe ἄνδρα μοι ἔννεπε, μοῦσα, πολύτροπον tenże Andronikus oddawał tak: Virum mihi Camena insece versutum (fragm. 1). Ale na tyle mało wiemy o tej prastarej metryce, że nawet nie mamy pewności co do tego, czy saturnin był wierszem sylabicznym, czy iloczasowym…
Tyle na teraz w tym temacie niewyczerpanym.
Co do Chaucera. Na Twoje słowa, jakobym uniknął odpowiedzi na mój stosunek do Opowieści kanterberyjskich, muszę odpowiedzieć następująco: wszak zapytałeś mnie – literalnie – „o to, kto i po co na boga dziś czytuje Chaucera”. Na to odpowiedziałem. Jeśli jednak pytanie to implikowało także i kolejne: „…i co o tej lekturze naprawdę myślisz”, musisz mi wybaczyć moją tam miejscu niedomyślność. Spieszę już z dopowiedzeniem: otóż Chaucer „wielkim poetą był!”.
Co mam na myśli?
Zacznę od tego, że argument „z autorytetu” nie jest bynajmniej – w moim oczywiście przekonaniu – najgorszym; jest, owszem, zły w dwóch tylko wypadkach: albo gdy autorytet jest niewiarygodny, albo gdy delikwent (w tym przypadku ja) jest niedojrzały do samodzielnego osądu. A tu sytuacja jest taka: po pierwsze, przywołałem nazwiska osób, których kompetencje w tym zakresie są wysokie; po drugie, przy całej mojej pokorze wobec czytelników naprawdę doświadczonych, czuję się – wcale nie od tak dawna, zresztą! – odbiorcą tekstu względnie pewnym. Tj.: rozumiem, co czytam, jak i po co, i wiem, dlaczego czegoś czytać nie chcę. Metodę tę czytania scharakteryzowałbym powiedzeniem Ronalda Reagana: „Ufaj, ale sprawdzaj!”.
Powiem nawet więcej: takie właśnie czytanie tworzy sieć – sieć autorytetów. A ta jest dla mnie jak stalowa konstrukcja. Myślę nawet teraz, że może ta sieć jest dla mnie tym, czym dla innych jest transcendencja… Kiedy szukam oparcia, to szukam jej właśnie wśród tych Wielkich Poetów. Moje myślenie jest proste: skoro te dzieła przetrwały tyle wieków, to musi w nich być to coś, czego się uchwycę. I te dzieła – jak mówię – tworzą skomplikowaną sieć powiązań, czasem oczywistych, a czasem nie. Czy mnie obchodzi, że bohaterowie Chaucera pielgrzymują do Canterbury? Nie. Jest mi absolutnie wszystko jedno, o czym Opowieści traktują – zachwyca mnie rozmach, zróżnicowanie (także językowe), bogactwo tematyki i nowatorskie rozwiązania narracyjne. Ale czytam, bo Chaucer „wielkim poetą był” i ja tej wielkości, po ludzku, potrzebuję.
Eo ipso: argument „z autorytetu” jest argumentem najlepszym z możliwych, bo przewodnikiem po świecie literatury jest ktoś, kogo się ma za Mistrza. (A bo to mało książek czytałem idąc za Twoją radą? Raz wrażenia lekturowe zgadzały się z Twoimi, kiedy indziej – nie: „ufaj, ale sprawdzaj!”).
Inna sprawa, że – co wiem niemal na pewno – do czego innego potrzebujemy literatury, ja i Ty, choć potrzebujemy jej równie mocno. Ale o tym są właśnie te listy, więc wątki te uważam za ledwie rozpoczęte…
Na koniec jeszcze krótko w sprawie formalnej: list.
Przypomniałeś mi, że jako początkujący wykładowca prowadziłem w naszym Instytucie zajęcia z kursu „Retoryka i epistolografia”. Czytaliśmy wtedy ze studentami głównie Cycerona i Pliniusza Młodszego jak dwóch najsłynniejszych epistolografów rzymskich (a najsłynniejszych, bo niemalże jedynych zachowanych w większych korpusach). Myślę dziś, nie bez wstydu, jak to zamiast zaczynać od solidnego omówienia „wyznaczników gatunkowych” itp., od razu rzucaliśmy się w „świat przedstawiony”. (Inna rzecz, że listy są niemal zawsze najlepszym źródłem dla poznania epoki i niewątpliwie z listów Pliniusza nieźle poznałem jego czasy). Pewnie to było złe; mam jednak nadzieję, że te kilka roczników uzupełniało tę wiedzę przy innych okazjach… Dlaczego o tym wspominam? Otóż chciałem odnieść się w kilku słowach do „kwestii formy” – czyli tego, co, ucząc, nierozważnie pomijałem.
List to wspaniały gatunek. Jest jakby połówką dialogu: można w nim powiedzieć wszystko i na każdy sposób – bo przecież owe formułki z początku i końca to jedyne właściwie wytyczne i ograniczenia! A jednak każdy list bez odpowiedzi to tylko „jedna strona prawdy”. Sytuacja nadawczo-odbiorcza jest w tym gatunku wyjątkowa: nie piszesz ani do siebie samego, ani do bliżej nieokreślonej – czyli de facto nie istniejącej – grupy czytelników; w obu tych przypadkach łatwo jest popaść w wyrachowanie. W liście jest tylko ten, który nadaje i ten, który odbiera. Korespondenci potrzebują się nawzajem: skoro piszą do siebie listy, to są sobie naprawdę bliscy; skoro są sobie bliscy, to piszą sobie prawdę… Epistolograf nie może być samolubem; a jeśli nim jest, to jego samolubstwo równoważone jest błyskawicznie przez samolubstwo „partnera w korespondencji”.
Formuła rozpoczynająca, którą zaproponowałeś („Przeczytałem…”), nie „odlistawia” bynajmniej naszych listów; tak samo jak otwierające tekst „Drogi…,” nie czyni go wcale mnie „katalogiem i wykazem przeczytanych przez nas książek”. Myślę, że czymkolwiek jest to, co piszemy, jest tym, czym być powinno; i że miałeś doskonałą intuicję, proponując ten dziwaczny tytuł… To tyle.
Pisz!
Tak jak przewidywałem: w sprawach czytelniczych rozpisałem się dalece bardziej aniżeli o teorii listu.
Pozdrawiam Cię
Jacek
P.S. Wybacz mi, proszę, że nie zacząłem żadnego z dotychczasowych listów łacińską formułką: SI VALES BENE EST EGO QUOQUE VALEO, tudzież skrótem: SVBEEQV. Nie planuję tego robić.
P.S.2. Twój Trójnóg przeczytałem kilkukrotnie. Zawsze z tym samym zachwytem!
P.S.3. Kiedy pisałem o tym, że „gryzmolenie” rozprasza podczas czytania, to miałem na myśli oczywiście to, że rozprasza mnie.
P.S.4. Kiedy pisałem o lekturze bezinteresownej miałem na myśli taką lekturę, która ma jeden jedyny cel: estetyczny.
P.S.5. Jeśli przypisy są solą, to chyba tylko – solą w oku!
Do katalogu:
Homer, Odysseja, Wydawnictwo Austeria, Kraków 2024; Remains of Old Latin, Volume II: Livius Andronicus, Naevius, Pacuvius, Accius, Cambridge 1936.
Schody, okna, drzwi, podwórka. Często je fotografowałam. Za bramą kamienicy przy Józefa, na Kazimierzu, oczami wyobraźni widziałam stare, drewniane, schody. I takież okna. I zapuszczone podwórko. Rzeczywistość dała mi znacznie więcej. Schodząc z górnych pięter klatki schodowej, w jednej z dwu dziewczynek, przy otwartym oknie, zobaczyłam siebie. Może, dziesięcio- jedenastoletnią. Ułamki sekundy, żeby ją zatrzymać. Żeby ta, którą spotkałam, 22 czerwca, została ze mną na dłużej. Przynajmniej, na negatywie.

„Dziewczynki na schodach”, Kraków 1993, z cyklu: „Grasz w zielone?” © Elżbieta Lempp
5 stycznia 2025
ELŻBIETA LEMPP
Niedziela, 12 października
Umarła Diane Keaton, która zaczynała karierę na Broadwayu w pierwszej obsadzie musicalu Hair (z czasem doszła do głównej roli Sheili). Z tej okazji obejrzeliśmy dziś z przyjemnością, acz nie po raz pierwszy, Something’s Gotta Give (2003) obserwując, jak nie tylko bohaterka filmu, ale i sama aktorka bawi się grą w duecie z Nicholsonem.
Piątek, 17 października
W taksówce lokalnej korporacji, największej w okolicy, ogłoszenie o poszukiwaniu kierowców, z dyskryminującym dopiskiem: „Tylko Polacy”. Nur für Polen?
*
Erich Unglaub, który z pomocą programu DeepL przeczytał praski odcinek Spod powieki, dodaje: „Nawiasem mówiąc: Rilke pisał zawsze ołówkami Koh-i-Noor”.
Właśnie, Rilke a ołówki. Jest oczywiście ta scena w Maltem, często (i bardzo rozmaicie) interpretowana, kiedy bohater, siedząc w Bibliothèque nationale, wspomina spotkania z dziwnymi ludźmi, jakie mu się ostatnio przydarzały, wśród nich z tą kobietą, która, stojąc u jego boku przed wystawą, pokazywała mu „stary, długi ołówek, wysuwający się nieskończenie powoli z jej zniszczonych, zaciśniętych rąk”, a on czuł, „że to był znak, znak dla wtajemniczonych, znak, który znają wyrzutki” (przekład Witolda Hulewicza). Są rysunki Rilkego, czasem połączone z wierszami, które trafiły ostatnio do obiegu publicznego po zakupie przez archiwum w Marbach zbiorów archiwum rodzinnego w Gernsbach (ukazał się w Aufbau Verlag tom, zwierający półtorej setki takich prac). I wreszcie są drobne zapiski ołówkiem, poczynione w przewodnikach i innych książkach użytkowych albo notatnikach. Jak słówko Thürwand, zapisane (ołówkiem) w notatniku wiosną roku 1910 podczas zwiedzania weneckiego kościoła Santa Maria Formosa (czyli Matki Boskiej Kształtnej), w którym poeta szukał epitafiów dwóch „młodo zmarłych” szesnastowiecznych Flamandów nazwiskiem Hellmann (Helman). Znalazłszy, przepisał inskrypcje. Śladem tego jest fragment pierwszej z Elegii Duinejskich: „Od owych młodych umarłych biegnie ku tobie jej szept. […] Lub jakiś napis narzucał ci się z powagą, / tak jak niedawno płyta w Santa Maria Formosa?” (przekład Mieczysława Jastruna). Kościół ten, wzniesiony w roku 1492, leży w zasięgu krótkiego spaceru od kościoła Świętego Bartłomieja, gdzie kilka lat później Dürer namaluje swój różańcowy obraz.
Helmanowie to katoliccy kupcy z Antwerpii, którzy działali w kilku miastach europejskich i w Stambule. Handlowali biżuterią i drogimi kamieniami, ale także cukrem i tkaninami. Antonio zmarł w 1582, a Guglielmo w 1593, a więc na kilka lat przed przeniesieniem obrazu Dürera do Pragi. W roku 1596 młodszy ich brat, Carlo, był w grupie kupców flamandzkich (nazione fiamminga), konsultowanych przez senat Wenecji w kwestii założenia nowego banku państwowego. Guglielmo już wcześniej otrzymał weneckie obywatelstwo; w roku 1583 zawiadamiał swego przedstawiciela w stolicy imperium otomańskiego, że nie udało mu się nabyć odpowiednich dla żony sułtana (skądinąd branki weneckiej) diamentowych kolczyków w Wenecji i będzie szukał czegoś odpowiedniego w Niderlandach. Takie problemy miewali w szesnastym wieku młodzi kupcy flamandzcy [1].
Niedziela, 19 października
Tina od rana śpi, zwinięta w kłębek, nie jak zwykle w swoim koszyku na moim biurku, tylko w prawie pustym pojemniku na drewno do kominka. Chce dać do zrozumienia, że wybiera kremację?
*
W „Wyborczej” rozmowa z prof. Tadeuszem Doboszem, genetykiem, który brał udział w oględzinach serc Sobieskiego, Kościuszki i Chopina. Z mnóstwa fascynujących szczegółów wyjmuję fragment z opisu niedoszłych oględzin. „Oglądałem ten nagrobek. Przykrywa go granitowy czy bazaltowy blok, który waży nawet 26 ton. W czasie wojny obok rozerwał się granat moździerzowy. Po uderzeniu odłamków płyta może być spękana, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Później miałem sen. Śniło mi się, że sprowadzam dźwig, który podnosi tę płytę. Nagle bryła pęka, fragmenty granitu spadają i miażdżą serce Piłsudskiego i trumnę jego matki. Mówią, sen mara – Bóg wiara, ale zrezygnowałem ze starań o odsłonięcie grobu”. Mowa o sercu, pochowanym w Wilnie.
Środa, 22 października
Jestem w Krakowie online na zainicjowanym przez Jacka Hajduka Seminarium Ovidianum. Ściągnęła mnie tu osobliwa książeczka, jaką wydał w XVI wieku włoski humanista Ercole Ciofano, a konkretnie drugie wydanie jego komentarzy do Fasti Owidiusza (Antwerpia, Plantin, 1581). Rzecz była dedykowana „Pawłowi Uchańskiemu, panu na Służewie, staroście drohobyckiemu”, posłowi króla Stefana Batorego, „za którego przybyciem do Miasta znaleziono podobiznę Owidiusza” i zawiera list Ciofano do tegoż Uchańskiego (z roku 1579) oraz poświęcony Polakowi epigramat, wiersze ku czci edytora, tudzież portret Owidiusza „z prastarego kamienia sulmońskiego, który Giulio Agapite ofiarował Ercole Ciofano”. Napis w otoku podkreśla pochodzenie Owidiusza z Sulmony.

Książka zaskakuje dysproporcją między niewielką objętością sześciu „ksiąg” komentarzy a rozbudowaną „obudową” edytorską. Komentarze liczą po kilka (5-9) stroniczek w ósemce, teksty towarzyszące wraz z ilustracją zajmują 10 stron. Zastanawiałem się, skąd ta dysproporcja. Główny gość krakowskiego seminarium, znawca średniowiecznych i renesansowych losów dzieł Owidiusza prof. Frank T. Coulson (dawniej Toronto, obecnie Ohio State University) potwierdził moją intuicję, że to wyjątkowy przypadek. Przypuszczam, że głównym celem wydania tego dziełka była promocja rodzinnego miasta Owidiusza i Ercole Ciofano – Sulmony.
Tu przypomnę, że Jerzy Stempowski był w Sulmonie na uroczystościach podwójnego tysiąclecia narodzin Owidiusza i napisał esej Sulmona – 1958, w którym wspomina także o staropolskich spekulacjach na temat pobytu wygnanego poety na terenach Sarmacji. Stempowski pisze: „W świetle legendy rozumiemy lepiej motywy, dla których Paweł Uchański, poseł Stefana Batorego w Rzymie, poznawszy tam humanistę z Sulmony, nazwiskiem Ercole Ciofano, pokrył koszty druku książki tego ostatniego o Owidiuszu. Sława poety rzucała wówczas pewien blask także na kraj, który Uchański reprezentował w Rzymie” [2].
Czwartek, 23 października
Znów jestem w Krakowie, dziś „na żywo”, na spotkaniu inauguracyjnym „Środkowoeuropejskich seminariów Jerzego Stempowskiego”. Na Gołębiej, w sali im. prof. Tomasza Weissa, którego dobrze pamiętam z konferencji o literaturze młodopolskiej we wczesnych latach osiemdziesiątych. Na suficie belka z wyrytą datą: 1747. To by się Stempowskiemu podobało.

A w ogóle, to dobrze być wśród ludzi, którzy są w Stempowskim zadomowieni, bez względu na to, skąd do Krakowa przybyli – z Warszawy, Poznania czy Berna i Bambergi. Rozmowa toczy się zarówno wokół źródeł myślenia i wrażliwości berneńskiego eseisty, jak i wokół jego oddziaływania, ze szczególny naciskiem na to, co dzieje się na styku myśli i krajobrazu. Temat mojego referatu – Rzeki i granie łańcuchów górskich u Jerzego Stempowskiego jako granice do przekraczania. Wśród prelegentów jest laureatka tegorocznej nagrody NIKE, Eliza Kącka.
Piątek, 24 października
Rano w strugach deszczu, brodząc wśród mokrych liści, podążam Plantami pod Wawel. Cel: dominikański kościółek Świętego Idziego, w którym chcę obejrzeć posąg fundatorki wystroju miejsca pamięci św. Jacka, Katarzyny Wapowskiej. (Po drodze mijam ławeczkę, na której Hugo Steinhaus ze Stefanem Banachem dyskutują nad jakimś problemem matematycznym, nie zważając na ściekające im z brody i palców krople deszczu.) Zdumiewające, jak blisko od tego kościółka, w którym jest jej posąg, do Wawelu, gdzie z ręki Zborowskiego zginął jej mąż, gdzie lamentowała nad jego zwłokami przed królem Francuzem, gdzie potem więziono w wieży zabójcę Wapowskiego i ścięto go na dziedzińcu (po drodze mijam tablicę, która głosi, że tutaj, w areszcie miejskim, latem roku 1903 przebywał oskarżony o włóczęgostwo przyszły autor Przygód dobrego wojaka Szwejka; w Krakowie łatwo o takie spotkania ponad epokami).
Święty Idzi w remoncie, więc idę (kłaniając się lekko po drodze osobliwemu pomnikowi Piotra Skargi), do klasztoru i głównego kościoła dominikanów, czyli do Świętej Trójcy. Tam nad głównym ołtarzem jest grób św. Jacka, tam w rozległych krużgankach znaleźć można np. płytę nagrobną Szymona Zimorowica, autora Roksolanek. A także wzruszający nagrobek renesansowej damy (nazwałem ją mateczką), która leży we wdzięcznej pozie, z prawą ręką pod głową, z książką w lewej, a nad nią wznoszą modły do Ukrzyżowanego dzieci: dwóch synów i pięć córek. Mateczka śpi.

Na innym nagrobku epitafium Anny Pisarskiej córki Achacego, morsztynowski wiersz z motywem rzeki: „Bystre Sreniawy nurty jak prędko płyniecie / Tak nagle tym kamieniem rozbite toniecie / […] / Stąd żal, stąd i łzy rosną, że bliskie nadzieje / Razem niebo odbiera, płonne kwiaty sieje / W lipcu samym, gdy kwitnie, wonna roza ginie / Łzami już, nie krzystałem tu Sreniawa płynie”.
Bardzo bogate w cenne eksponaty Muzeum Dominikańskie. Odnajduję tu dwa filuterne alabastrowe aniołki, jeden z klepsydrą, drugi z trupią czaszką, pochodzące z dawnego nagrobka św. Jacka. Są też dwa pełne tkliwości alabastrowe posągi Matki Boskiej Jackowej, krakowski i lwowski. Jest portret uczonego Abrahama Bzowskiego, krzewiciela idei bractw różańcowych. I odcisk pieczęci majestatycznej królowej Jadwigi Andegaweńskiej. Jest Koronacja Maryi, zapewne pędzla znakomitego środkowoeuropejskiego malarza Georga Pencza. Z ciekawostek: drzewo genealogiczne Guzmanów (rodziny św. Dominika), malowane w Krakowie, oraz wielka tablica różańcowa z Frankonii, z początku XVI wieku.
*
Po wyjściu od dominikanów wpadam na chwilę na Rynek do Międzynarodowego Centrum Kultury, żeby na wystawie Brâncuși. Rzeźbienie światłem zobaczyć jedno zdjęcie, wykonane w latach trzydziestych przez rumuńskiego rzeźbiarza. Rzecz nazywa się Krystalizacja w kąpieli fotograficznej i stanowi efekt eksperymentowania artysty z dokumentowaniem przebiegu różnych powolnych procesów chemicznych i biochemicznych. Z opisu: „Urządziwszy w pracowni ciemnię, Brâncuşi przeprowadzał alchemiczne wręcz eksperymenty z obrazem. Utrwalał zachodzące w kąpielach fotograficznych sekwencje krystalizacji chemicznej, kiedy indziej z substancji mineralnej czynił przedmiot wizualnej analizy, transformując je w opalizującym świetle. Fotografował też gałązki roślin – na czarnym tle i w warunkach słabego oświetlenia – a także kwiaty w wazonach, skupiające nikłe światła nocy”.
Chciałem zobaczyć żelatynowo-srebrową odbitkę tej właśnie fotografii ze względu na Marię Pawlikowską, autorkę tomu Krystalizacje, która w Szkicowniku poetyckim wspomina lekturę starego traktatu z opisem sztucznego wywoływania procesu palingenezy roślin. Źródło tego cytatu odszukała Sylwia Stolarczyk w pracy doktorskiej o Pawlikowskiej, zatytułowanej Poetka – szamanka: „Ojciec Kircher, starając się wytłumaczyć ów podziwu godzien fenomen, powiada, że moc twórcza każdej mieszanki skupia się w owych solach i że z chwilą, gdy gorąco wprawia je w ruch, natychmiast się podnoszą i krążą niczym wir w szklanym naczyniu. Sole te, w zawiesinie, która daje im swobodę przemieszczania, przybierają tę samą postawę i tworzą te same postaci, jakie nadała im pierwotnie natura: zachowując skłonność do stania się tym, czym były, wracają ku swemu pierwotnemu przeznaczeniu i układają się tak, jak były ułożone w żywej roślinie”. Te słowa przystają do tego, co widać na fotografii rumuńskiego artysty. A w dodatku autorka pracy odnalazła je, jak pisze, w osiemnastowiecznej księdze, opatrzonej na marmurkowej wyklejce ekslibrisem „z motywem wstającego z popiołów Feniksa i napisem: «Uratowana z ognia i wody podczas wielkiego pożaru Bawarskiej Biblioteki Państwowej w marcu roku wojny 1943»”. Oto piętrowy przykład niezatapialności niektórych, zdawałoby się, utopijnych, pomysłów: jak ożywić rośliny? Jak mimo wojen i pożarów wiązać nitki tradycji.
Sobota, 25 października
Nie lubię redundancji, unikam więc odwoływania się do tekstów ze strony internetowej, na której się ten dziennik już od ponad roku ukazuje. Tym razem jednak muszę zrobić dwa wyjątki.
Henryk Citko we wstępie do swego kalendarium życia i twórczości Zbigniewa Herberta projektuje pewien swój pomysł na osobny tekst: „Ciekawe byłoby bliższe przyjrzenie się podobnemu stylowi życia Herberta i na przykład Rainera Marii Rilkego, tak bliskiego autorowi Pana Cogito i cenionego przez niego. Pół wieku wcześniej niż Herbert ten poeta bez ojczyzny, urodzony w Pradze, również zmieniał miejsca pobytu: od Monachium, przez Berlin, Rzym, Paryż, włoskie Duino, po szwajcarskie Château de Muzot, gdzie osiadł w ostatnich latach życia. Nieustannie podróżował po Europie, mając, w innym czasie i w innych okolicznościach niż Herbert, więcej szczęścia do hojnych wielbicieli i wielbicielek jego talentu oraz protektorów, którzy użyczali mu swoich posiadłości. Herbert podróżował, zapożyczając się, wykorzystując liche honoraria krajowe, musiał liczyć na korzyści płynące z nagród zagranicznych oraz publikacji jego utworów na Zachodzie. Obaj mieli szczęście spotkać wydawców inwestujących w ich twórczość – Herbert Siegfrieda Unselda z Suhrkamp Verlag, Rilke Antona Kippenberga z Insel Verlag. Pasją obu była poezja. Obaj pieczołowicie dbali o swoje archiwum, dzięki czemu możliwe jest szczegółowe odtworzenie meandrów ich życia”. Chętnie przeczytam taki tekst, nie tylko dlatego, że interesuje mnie polska recepcja Rilkego, także dlatego, że intuicyjnie nie do końca mi ta paralela pasuje. Ale może dam się przekonać.
Spod powieki wypatrzyłem natomiast takie zdanie we wstępie Ewy Bieńkowskiej do jej Domu powrotów, złożonego z tekstów publikowanych na łamach „Zeszytów Literackich”: „Opracowując obecną książkę miałam poczucie, że daję do druku część osobistego dziennika, z dziennikową wielorakością, niespójnością – tak jakbym zapisując własne widzenie świata, musiała wziąć pod uwagę ruch, rozbieganie gałki ocznej”. To spostrzeżenie bardzo jest bliskie mojemu pojmowaniu dziennika osobistego czy intymnego.
*
Przeczytałem Dystychy Katona [3]. Małe, poręczne, dwujęzyczne wydanie łacińsko-polskie tekstu, który powstał u schyłku starożytności a popularność zyskał w wiekach średnich. Był tłumaczony (m. in. przez Szymona Klonowica), był komentowany (za najdoskonalsze uchodziły objaśnienia Erazma z Rotterdamu), służył wielu pokoleniom uczniów jako z jednej strony lekcja łaciny (krótkie sentencje łatwiej zrozumieć i przyswoić), z drugiej zaś naturalna lekcja życiowych mądrości.
Kiedy mickiewiczowski Tadeusz Soplica wraca do domu, do swego dziecinnego pokoju, widzi portrety polskich bohaterów. Najpierw Kościuszko. Potem Rejtan: „A przed nim leży Fedon i żywot Katona”. Mowa tu o dialogu Platona i o jednym z żywotów równoległych Plutarcha, który Katona Starszego zestawił z Arystydesem. Z Katonem od dystychów nie ma on, prócz imienia, wiele wspólnego. Ale skojarzenie z dystychami nie jest całkiem absurdalne – przecież mickiewiczowskie Zdania i uwagi też mają przeważnie budowę dwuwierszową i charakter sentencji etycznych.
Przejdźmy od Mickiewicza do (Józefa) Mackiewicza. Szesnasty tom jego dzieł zebranych nosi tytuł Nudis verbis. W Dystychach Katona czytamy: „Dziwisz się, że piszę wiersze prostymi wersami? / Ta zwięzłość sprawiła, że dwa sensy łączę” („Miraris verbis nudis me scribere versus? / Hec brevitas sensus fecit coniungere binos”, IV 49).
Nauki późnostarożytnego autora bywają zdumiewająco nowoczesne. Przykład: aż dwa dystychy są protestem przeciwko składaniu bogom ofiar ze zwierząt: „Głupotą jest upatrywać [swego] ocalenia w śmierci drugiego [stworzenia]” (V 14); „Nie sądź, że boga przebłagasz, gdy czcisz go krwawą ofiarą” (IV 38).
Dominika Budzanowska-Weglenda opatrzyła swój płynny przekład obszernym aparatem krytycznym. Książka nie stała się przez to ciężka i nieprzystępna. Warto mieć ze sobą w drodze ten tomik, który świetnie mieści się w kieszeni, nie obciąża jej wcale, a może się przydać w rozmaitych sytuacjach. Milknę jednak, jako że przecież przeczytałem: „Najbliższy bogu jest ten, co umie rozumnie milczeć” (I 3).
*
Obejrzeliśmy w tych dniach drugi sezon serialu The Diplomat (Netflix). Gorszy od pierwszego, ale może to znak czasów, które schodzą na psy. Czekam na trzeci sezon, przewidując, że na pierwszy plan wyjdzie postać, grana przez Allison Janney, która, póki co doszła do stanowiska prezydenta Stanów Zjednoczonych i ma poważne kłopoty, ale to chyba nie koniec jej możliwości.
Niedziela, 26 października
„The New York Review of Books” zachęca do lektury monografii Catherine Connybeare Augustine the African (Liveright 2025), która pokazuje afrykańskie aspekty biografii św. Augustyna, przypominając, że za jego czasów kościół chrześcijański był silniejszy w północnej Afryce (800 biskupów) niż w Italii (80 biskupów). Afrykańskość bywała argumentem w polemikach, jakie wiedli z Augustynem św. Hieronim czy pelagianin Julian. Sam Augustyn większość swego życia, od urodzenia w Tagaście do śmierci w Hipponie, spędził na niewielkim obszarze dzisiejszej północno-wschodniej Algierii, a przez dziesięć lat był manichejczykiem.
*
Wiadomość z Addis Abeby: jutro wraca tam z Czech pramatka Lucy (którą udało nam się obejrzeć we wrześniu w Pradze).
Poniedziałek, 27 października
„Najważniejsze jest pierwsze zdanie. Jeśli nie masz pierwszego zdania, nie pisz” (Wiesław Myśliwski).
„Przychodzi taki czas, kiedy nie wolno się już dłużej kryć”. Tak brzmi pierwsze zdanie książeczki Antonia Scuratiego, włoskiego komparatysty, stałego felietonisty „Corriere della sera” i autora pięciotomowej sagi o Mussolinim i włoskim faszyzmie. Tomik Faszyzm i populizm [4] to rozszerzony tekst wykładu, wygłoszonego we wrześniu 2022 roku podczas dorocznej konferencji Rencontres internationales w Genewie. Główne przesłanie kryje się w tytule i w stwierdzeniu, że wielu współczesnych liderów czerpie, czasem „nieświadomie i niebezpośrednio” z Mussoliniego, nawet jeśli się do tego dziedzictwa nie przyznają.
Scurati ma charakterystyczny dla urodzonego powieściopisarza dar malowania zapadających w pamięć scen. Oto Mussolini pod wpływem impulsu wskakuje na ciężarówkę wiozącą ardytów – elitarną jednostkę „psów wojny”, złożoną z gotowych na wszystko bandytów, którą w czasie pokoju chciano rozwiązać, a on tym jednym skokiem uczynił z nich swoich oddanych gwardzistów [5]. Albo po pierwszej porażce wyborczej faszystów Mussolini zarzeka się kochance, że zerwie z polityką i będzie szukał innego zajęcia: zacznie zarabiać na życie jako wędrowny skrzypek, napisze sztukę teatralną albo powieść (komentarz Scuratiego: „ciekawe, dlaczego każdy kto nie wie, co zrobić z życiem, myśli o pisaniu powieści”, s. 49). Ciekawe jest też inne spostrzeżenie, że Duce „jako pierwszy przywódca w dziejach, pokazywał się swemu ludowi bez ubrania, ulokował swe ciało w centrum sceny politycznej” (s. 83). Stało się tak dlatego, że Mussolini „zrozumiał, że w epoce mas komunikacja polityczna nie będzie przebiegała między umysłami, ale stanie się prawie fizyczną interakcją między ciałem przywódcy a ciałem wyborczym” (s. 84). Kończy tomik definicja demokracji jako winorośli, która „wymaga stałej opieki, mądrych zabiegów, miłości i oddania. […] To codzienna praca, praca, która trwa całe życie. Tylko w takich warunkach z owoców tej cudownej i delikatnej rośliny otrzymamy słodkie wino demokracji” (s. 96).
Wtorek, 28 października
Dzień pożegnania Mirka Chojeckiego. Msza w katedrze. Mnóstwo ludzi. Po mszy przemowy. W odczytanym liście urzędującej głowy państwa retoryka sparringowa: „Mocno trzymał gardę”. W wystąpieniach przedstawicieli kombatantów i działaczy opozycji demokratycznej krytyka aktualnego stanu prawnego, który sprawia, że zmarły, jedna z najważniejszych osób tej opozycji, formalnie nie miał prawa do statusu działacza (ktoś krzyczy: „skandal”). Po pogrzebie na Powązkach wojskowych, z honorami należnym kawalerowi Orderu Orła Białego, wielogodzinne spotkanie krewnych i znajomych królika. Sala kina „Kultura” wypełniona. Wspomnienia i wspominki. Przywołane są różne wcielenia Choja, od hippisa, przez podziemnego drukarza i wydawcę, działacza KORu, emigranta, po filmowca dokumentującego historię i kulturę polską. Fragmenty filmów dokumentalnych, świetne występy muzyczne – Jacka Kleyffa, Antoniny Krzysztoń, Mila Kurtisa, który pożegnał Mirka wzruszającą grecką melodią, graną na klarnecie. Całość na luzie, bez zadęcia, bez pretensji (w obu tego słowach znaczeniach). Z poczuciem, że odszedł ktoś wyjątkowy, kto jednoczył różnych ludzi.
Niedziela, 2 listopada
W wieczór zaduszny Franz Agnieszki Holland w Grodzisku. Szkoda, że nie grali tego we wrześniu w Pradze, poszlibyśmy do kina w pasażu Lucerna, tam jeszcze mocniej wybrzmiałaby ta cudownie płynna mieszanka języków – najwięcej niemieckiego, potem czeski, potem jidysz, parę słów po hebrajsku. Tam też mocniej odbierałoby się związek z tym magicznym miastem, z jego ulicami i uliczkami, bramami, podwórkami, schodami.
Piękny film o człowieku, który chciał latać jak ptak (jak kawka?), jak anioł. Który pisał jak ptak, albo jak anioł. Gimnastykował się jak anioł. Tańczył jak ptak. O jego prozie, równocześnie strasznej i śmiesznej. Także o całym przemyśle, jaki na jego sławie zbudowano. Pada tam zdanie, może trochę, ale chyba tylko trochę przesadzone, że stosunek stron zapisanych przez Kafkę do stron napisanych o nim wyraża się jak jeden do miliona. Zarazem jest to film o słowie, o jego wadze, o odpowiedzialności za słowo. Za każde słowo, słówko (znakomita scena z żebrakiem). I o tym, że jest związek (w sensie przeczucia, nie odpowiedzialności) między maszyną tortur, opisaną w Kolonii karnej (1914) a tym, co się w tej części Europy będzie działo trzydzieści lat po napisaniu opowiadania i dwadzieścia po śmierci autora. Ta scena była dla mnie najtrudniejsza do zniesienia, ale chyba niezbędna.
I jeszcze jedno: to film o potrzebie ciszy, o ciągłej inwazji jazgotu i zgiełku. O czym piszę w cichych Opypach, nocą, spoglądając na Tinę, która śpi na biurku w swoim koszyku. Błoga jesteś, ciszo, bądź pozdrowiona.
Wtorek, 4 listopada
14 maja zeszłego roku pisałem w Spod powieki: „29 kwietnia 1959 roku, nocą, szwajcarski artysta Kurt Fahrner odsłonił na bazylejskim placu Franciszkanów Bosych (Barfüsserplatz) swój nowy obraz, któremu nadał tytuł Obraz ukrzyżowanej kobiety naszych czasów”. Opisywałem też skandal, jaki to wywołało, prześladowanie dzieła i artysty. Wówczas okazją do przypomnienia tamtej prowokacji był zakup obrazu Fahrnera do zbiorów bazylejskiego Muzeum Historycznego. Obecnie w tym samym mieście pojawiła się oparta na podobnym pomyśle instalacja Anglika, Masona Storma, zatytułowana Saint or Sinner, która przedstawia odzianą w więzienny uniform figurę Donalda Trumpa, rozkrzyżowaną na noszach. Jest ona ustawiona pod kątem 45 stopni, bo, jak tłumaczy przedstawiciel galerii, gdyby leżała, wyglądałoby to na egzekucję, gdyby stała – na ukrzyżowanie, a tak tytułowa niepewność pozostaje. Nie można powiedzieć, że pies z kulawą nogą się tą instalacją nie zajął – owszem, niektórzy przechodnie przystają, robią zdjęcie. Ale skandalu nie ma.
Poniedziałek, 10 listopada
Czytam o katastrofie kolejowej pod Bratysławą, a konkretnie koło stacji Pezinok. Znajoma nazwa. Tam urodził się w roku 1666 jeden z najciekawszych barokowych malarzy środkowoeuropejskich (pisałem w dzienniku 8 sierpnia 2024 roku o pięciu jego obrazach, widzianych wówczas w Budapeszcie). Niedawno w Pradze kupiłem sobie małą monografię grafik, sporządzanych wedle jego obrazów [6]. Zwraca w niej uwagę opis albumu mezzotint Bernharda Vogla Ioannis Kupezky, incomparabilis artificis, imagines et picturæ (Norymberga 1745), z łacińskimi cytatami, które charakteryzują portretowaną osobę (portret Piotra Wielkiego ma motto z Owidiusza), formując zarazem alegoryczne, uniwersalne znaczenie obrazu. Poza tym cyklem, ale w jego duchu, powstała mezzotinta Vogla, przedstawiająca jego mistrza Eliasa Christopha Heissa, a zarazem będąca alegorią sztuki czarnej: pod portretem znalazł się kartusz z wizerunkiem czarnoskórej kobiety o obfitych kształtach, podpisany NIGRA ATTAMEN FORMOSA („jestem czarna, ale kształtna”), co się ładnie rymuje z nazwą weneckiej świątyni, w której Rilke będzie szukał nagrobków braci Helman…
Wtorek, 11 listopada
Recenzja Kathryn Murphy w „Literary Review” pod świadomie dwuznacznym tytułem A Devotion to Art, w którym oddanie sztuce łączy się z pobożnością – doprowadziła mnie do książki Vermeer: A Life Lost and Found, której autorem jest Andrew Graham-Dixon (Allen Lane, 2025).
Ta nowa biografia wielkiego malarza jest skupiona wokół spraw religijnych. Graham-Dixon podkreśla w niej rolę pary mecenasów Vermeera (Maria de Knuijt i Pieter Claesz van Ruijven), którzy mieszkali w Delft w Domu Pod Orłem i posiadali, a zapewne także zamówili 20 jego obrazów. A w szczególności Marii de Knuijt, bo to ona miała pieniądze i znała Vermeera od dziecka. Para ta należała do Bractwa Remonstrantów (przekonaniami bliskiego Braciom Polskim), którzy odrzucali doktrynę Kalwina o predestynacji. Graham-Dixon ustalił, że Dom Pod Orłem stał tuż obok tajnej świątyni remonstrantów. Główna teza książki sprowadza się do przekonania, że obrazy, malowane przez Vermeera dla Marii de Knuijt miały służyć jej współwyznawczyniom w codziennej kontemplacji modlitewnej. Więcej, autor ustalił, że pierwszy kupiec wystawionych po śmierci małżeństwa na aukcji obrazów też należał do Bractwa, a zatem rozumiał ich dewocyjny sens. Najważniejszy akapit brzmi: „Przypuszczenie, że większość obrazów Vermeera to obrazy pobożne, które miały towarzyszyć członkom Bractwa w ich pobożności potwierdza się znacznie dzięki odkryciu, że ktoś tak silnie związany z ruchem remonstrantów jest pierwszą udokumentowaną osobą, jaka nabyła jeden z tych obrazów w wolnym handlu. Issac Rooleeuw nie tylko jest pierwszym nabywcą płótna Vermeera na aukcji, zapewne jest też ostatnią osobą, jaka rozumiała, czym były te obrazy, co znaczyły i dlaczego stanowiły całość”. Książka Grahama-Dixona, napisana lekko i ze swadą, stanowi ciekawą próbę odbudowania zatartego sensu vermeerowskich wnętrz z kobietami, zatopionymi w prostych, ale znaczących czynnościach.
Są też w nowej biografii dwa małe polonica; pierwsze: w roku 1653 niderlandzcy reformowani protestanci zarzucali remonstrantom, że są skrytymi współwyznawcami przybyłych z Polski socynian (s. 136); drugie zostało powtórzone za artykułem, jaki Stephan Koja[7] zamieścił w katalogu wystawy drezdeńskiej Johannes Vermeer: On Reflection w roku 2021. Otóż „obraz w obrazie”, czyli kupidyn na ścianie pokoju Czytającej list został zamalowany nie przez samego Vermeera, tylko wiele lat po jego śmierci uczynił to Jean-Baptiste Slodtz, który ofiarował tak przerobiony obraz (jako rzekome dzieło Rembrandta!) królowi Polski Augustowi III, licząc na posadę nadzorcy kolekcji królewskiej w Dreźnie. Pod zdjętą warstwą przemalowania była gruba na jakieś 80 lat warstwa kurzu.
Książka ma się ukazać po polsku nakładem wydawnictwa Marginesy.
*
Wieczorem Volver Almodóvara (2006). Nie jestem pewien, czy kiedyś widziałem; oglądałem jak nowy. Dzisiejsze krajobrazy regionu La Mancha są tu pełne wysokich białych wiatraków prądotwórczych – to z nimi musiałby walczyć współczesny Don Kichot. Jak ci, co przecinali nitkę podwodnego gazociągu?
Środa, 12 listopada
W Podkowa Wine Depot. Przy kontuarze młody człowiek, który się przedstawił jako kucharz, wpisuje coś pilnie do grubego zeszytu. Coś mnie tknęło i zagaduję koleżeńsko: „A kolega powieść pisze”. On: „Nie, na razie robię kalkulację. Ale rzeczywiście mam zamiar napisać powieść. Studiowałem nawet polonistykę”. Ja: „Ja też. A gdzie?” On: „Na UW. Ale przetrwałem tylko dwa lata. Wykończyła mnie fonologia”. Obraca zeszyt do góry nogami, pokazując skomplikowane wykresy, dziesiątki dziwnych nazw i zadania w rodzaju: „Zapisz to zdanie fonologicznie”. Kto wie, może za parę lat przybędzie nam wybitny powieściopisarz?
*
Wieczorem Musik i mörker (Muzyka w mroku) Bergmana (1948), miejscami mroczny jak jego tytuł, ale przecież optymistyczny film o uważności, o miłości, silniejszej niekiedy od przesądów czy stereotypów, o potędze muzyki. Film jak klawiatura.
Piątek, 14 listopada
Wypad do Łowicza i Walewic.
Najpierw zwiedzanie podziemi katedry łowickiej i muzeum diecezjalnego z kompetentną i sympatyczną przewodniczką. Kilka lat temu wykonano olbrzymią pracę wydrążenia korytarzy dla zwiedzających i odpowiedniego przystosowania krypt. W katedrze pochowano 12 arcybiskupów gnieźnieńskich i prymasów Polski. Mnie najbardziej interesuje wykonany przez Jakuba Michałowicza z Urzędowa nagrobek prymasa Jakuba Uchańskiego (rodzonego stryja Pawła, posła Stefana Batorego w Watykanie, który sfinansował książkę o Owidiuszu). Miał też najciekawszą historię. Sama trumna znajduje się w podziemiach. O tym, jak wyglądał oryginalny nagrobek, przekonać się można w katedrze z planszy rekonstrukcji, dokonanej przez Witolda Kieszkowskiego w roku 1950, która wisi naprzeciw tego, co z pierwotnego nagrobka pozostało. Tu z kolei, w alabastrowej figurze śpiącego arcybiskupa, najciekawsze są dłonie, ozdobione na wierzchu krzyżami greckimi – lewa, z palcem wskazującym i pierścieniem, startymi do gładkości od pocałunków wiernych, spoczywająca na grubej księdze. Reszta nagrobka musiała ustąpić miejsca relikwiom św. Wiktorii. Później, w Muzeum Regionalnym, natrafimy na hermę z tego nagrobka („Depozyt Muzeum w Nieborowie i Arkadii”, tam bowiem trafiły usunięte z katedry części nagrobka).
Wśród portretów biskupów jest też nieszczęsny Kajetan Sołtyk (negatywny bohater Ksiąg Jakubowych) – bodaj kopia wizerunku wykonanego przez Bacciarellego, który wisi w Muzeum Narodowym we Wrocławiu. Z ciekawostek – skromny, ale bardzo rzadki kalendarz eucharystyczny, przypominający proboszczom o konieczności odświeżenia zapasu Najświętszego Sakramentu, znaleziony ponoć podczas wizytacji jednej z parafii na śmietniku.

Jeszcze jedno: pierwszy sarkofag, na jaki natknęliśmy się w podziemnym korytarzu krypt, zawiera szczątki osobistości, znanej mi ongiś osobiście. Podczas pielgrzymki papieża w roku 1983 pracowałem jako tłumacz amerykańskiej telewizji. Pod koniec męczącego dnia Alojzy Orszulik, który nie był jeszcze biskupem, tylko sekretarzem komitetu prasowego, dosiadł się do nas na ulicy (czekaliśmy z kolegą na krawężniku na koniec dnia zdjęciowego) i spontanicznie radził się w kwestii jakiegoś sformułowania angielskiej wersji komunikatu prasowego. Zapamiętałem tę jego otwartość.
Zwiedzanie muzeum daje też sposobność spojrzenia na nawę główną świątyni niejako zza pleców archanioła, wieńczącego organy. Ten widok zapiera dech.

Ponadto w łowickiej katedrze dwie rzeczy rzucają się w oczy. Prawie wszystkie postacie świętych na obrazach ołtarzowych ubrane są w srebrne, częściowo złote sukienki. A na ołtarzach leżą kolorowe łowickie pasiaki. Koloryt lokalny.
*
O łowickim Muzeum Guzików pisałem w tym dzienniku, nie widząc go jeszcze (może przez sentyment do motywu guzika w poezji?) 29 czerwca 2023. Teraz miałem możność konfrontacji z rzeczywistością. Chwaląc nadal inicjatywę powiem, że realizacja jest bardzo, bardzo skromna: kilka plansz, na których umocowano guziki, poniżej nazwiska tych, którzy je nosili. Reszta pozostawiona jest wiedzy i wyobraźni widza. Może inaczej to wygląda z przewodnikiem, ale przewodnika, choć zapowiadałem przyjazd, nie było.
*
Po południu zwiedzamy – jako jedyni – Muzeum Regionalne.
*
A gdybym był dzisiaj w Paryżu, poszedłbym, zaproszony przez Małgorzatę Grygielewicz, do Księgarni Polskiej na bulwarze Saint-Germain na wieczór promocyjny dwutomowej i dwujęzycznej edycji polskiego futuryzmu: Le futurisme polonais (1918-1924). Poésie – manifestes – déclarations, Brill 2025. Sześć lat pracy, poświęcone zbadaniu i prezentacji sześciu lat działania tej ważnej formacji, której jednym z przywódców i najlepszym poetą był niewątpliwie Aleksander Wat.
Sobota, 15 listopada
Przy śniadaniu w pałacowej jadalni oglądamy duży obraz, przedstawiający scenkę z udziałem długonogiego konia, eleganckiego mężczyzny, psa myśliwskiego i truchła zająca, aportowanego przez psa. Kręta linia od zająca, przez pysk psa, udo młodzieńca, jego rękę i głowę konia tworzy jakiś tajemniczy hieroglif. Podpis: Bruyère née Lebarbier. Sprawdzam, była taka malarka francuska na przełomie osiemnastego i dziewiętnastego wieku, na imię miała Élisabeth. Czytam artykuł Pawła Ignaczaka o malowanych przez nią portretach Polaków. Okazuje się, że na paryskich salonach wystawiała koło dziesięciu, może kilkanaście portretów osób, należących do wielkich rodów wielkopolskich, przede wszystkim Mielżyńskich. Nawiązuję kontakt z autorem, który nie wiedział o obrazie w Walewicach. Wszystko wskazuje na to, że jest to portret Melchiora Szczołdrskiego, pokazywany na salonie w roku 1802. Zaglądam do katalogu, jest: „Mme BRUYERE (née Lebarber). 37. Repos de chasse. Portrait en pied de Mr le comte Melkior Szoldrsky”. A zatem Odpoczynek na polowaniu.
Portretowany młodzieniec dożył sędziwego wieku, wierny swoim koniom. „Dnia 1 października tegoż roku [1866] zgasł w Jaszkowie pod Śremem jako 90-letni starzec Melchior Szołdrski, za czasów Kościuszkowskich towarzysz chorągwi pancernej, potem podróżnik, w r. 1809 adiutant generała Amilkara Kosińskiego. Wczesna głuchota zniewoliła go do usunięcia się od życia publicznego. Z zamiłowaniem oddawał się rolnictwu i hodowli koni i owiec” [8].
W południe zwiedzamy stajnie i park. Wieczorem urodzinowa kolacja.
Niedziela, 16 listopada
Rano do Walewic przyjeżdża z Warszawy Paweł Ignaczak, żeby osobiście obejrzeć znalezisko. My tymczasem wracamy – przez Arkadię, gdzie rzeczywiście znaleźć można wiele herm i innych fragmentów grobowca Uchańskiego, które musiały ustąpić rozbudowywanej kaplicy św. Wiktorii. Są też dwa wolno stojące sarkofagi, aż dziwne, że nie sprowadzono ich do katedry łowickiej w ramach rekonstrukcji podziemnego ciągu krypt biskupich. Sfinksowa zagadka.

A wizyta w Nieborowie ma dla mnie nutę sentymentalną. Byłem tu w październiku 1988 roku na seminarium metodologicznym Stowarzyszenia Historyków Polskich, z materiałów którego powstał potem tom Projekt – Szkic – Bozetto pod redakcją Marii Poprzęckiej. Miałem referat o Konradzie Krzyżanowskim; w pamięci zachowałem też atmosferę tego miejsca, inspirujące wieczorne rozmowy w starej bibliotece, nocleg w pałacu.
*
Przeczytałem książkę, która jeszcze nie wyszła – to wydruk próbny, w dwustu egzemplarzach. Rzecz nosi tytuł Schulz dzień po dniu. Rekonstrukcja biografii 1933-1934 i została przygotowana przez zespół gdańskich schulzologów pod wodzą Stanisława Rośka.
Sam pomysł nie jest nowy – podobnie postąpił niemiecki biograf Kafki, Rainer Stach, obok trzytomowej biografii pisarza wypuszczając drobiazgowe kalendarium – Fundacja Terytoria Książki niewątpliwie o tym wie, jako że Kafka dzień po dniu ukazuje się nakładem wydawnictwa Rośka; warto by może odnotować tę zbieżność w przedmowie?
Metoda sporządzania kalendarium jest mi bardzo bliska, sam przystępując do jakiegoś większego tematu zaczynam od budowania kalendarium, które pozwala ogarnąć całość materiału. Próbny tom przeczytałem z zadowoleniem. Jest ciekawy i bogato ilustrowany, często zupełnie dotąd nieznanymi materiałami.
W eseju Dwaj debiutanci (s. 66-69), poświęconym Schulzowi i wierszom psychologa Stefana Szumana, zabrakło mi odniesienia do wpływu na te wiersze Rilkego, poety bliskiego też Schulzowi. Lepiej pod tym względem wypada fragment o znajomości Schulza z tłumaczem Dehmela, Arnoldem Spaetem, z którego wyjmę fragment: „Schulz zdradza przy tej okazji swoje marzenie, którego nie ma odwagi zrealizować i które jest być może w ogóle nieosiągalne: przetłumaczenie poezji «uwielbianego» Rilkego” (s. 199). A jeszcze lepiej rozdział Wspólnicy (o znajomości z Jerzym Janischem i Rudolfem Ottenbreitem, dwoma wielbicielami Rilkego), w którym czytamy, że Schulz „proponuje, by na początek we wspólnej lekturze «przejść jego wszystkie dzieła razem». W projekcie nie chodzi jednak o «samego Rilkego», ale – jak podkreśla – «o sprawy między nim a nami, o wszystko to, co on zaniedbał napisać, a co my musimy uzupełnić»” (s. 257).
Schulz napisał co mógł, może jeszcze znajdzie się Mesjasz, może znajdą się zaginione listy. Póki co uzupełniajmy.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Por.: M. van Gelder, Trading Places: The Netherlandish Merchants Community in Venice, 1590-1650, Universitait van Amsterdam 2017, s. 120.
[2] Jerzy Stempowski, Od Berdyczowa do Rzymu. Paryż 1971, s. 303.
[3] Dystychy Katona. Tłum., wstęp i oprac. Dominika Budzanowska-Weglenda. Warszawa, Wydawnictwo Naukowe UKSW, 2023.
[4] Antonio Scurati, Faszyzm i populizm. Mussolini dzisiaj. Tłum. Alina Pawłowska-Zampino, Katowice, PostFactum Sonia Draga, 2025.
[5] Na s. 39 czytamy: „10 listopada 1918 roku, pod koniec pochodu zwycięstwa pod obeliskiem upamiętniającym Pięć Dni Mediolanu, Mussolini wsiada na rydwan ardytów. Kilka miesięcy później, 23 marca 1919 roku, następują oficjalne narodziny faszyzmu […]”, a na s. 50: „Odpowiedzi można szukać w opowiedzianej przeze mnie historii z marca 1919 roku, w dołączeniu Mussoliniego do ardytów siedzących na ciężarówce”. Nie jest to wina tłumaczki, ponieważ w oryginale również podane są rozbieżne daty tego gesto fondativo (por.: Scurati, Fascismo e populismo. Mussolini oggi, Firenze-Milano, Giunti Editore S.p.A., settima edizione: maggio 2024, s. 40 i 50).
[6] Petra Zelenková, Jan Kupecký a „černé umění” / Johann Kupezky and „the black art”, Národní galerie v Praze, 2016.
[7] Koja, nie Kocha, jak podano w książce (s. 266); mowa o ówczesnym dyrektorze galerii starych mistrzów w Dreźnie, obecnie szefie zbiorów książęcych Liechtenstein (Vaduz – Wiedeń).
[8] Stanisław Karwowski, Historia Wielkiego Księstwa Poznańskiego (1852-1889), Poznań 1920, informacja za Kroniką żałobną Rychlińskiego.
Matka Jarosława Iwaszkiewicza – jak opowiada córka pisarza – tak bardzo lubiła słowiki, „że zawsze starała się umieścić swój pokój tak, żeby gdzieś niedaleko był słowik, którego z przyjemnością słuchała”. Jakby słowik był punktem stałym w przestrzeni, a ludzka siedziba – żartobliwie nazywana „nieruchomością” – zmieniała położenie w zależności od lokalizacji słowika.
Maria, córka pisarza, który rozróżniał gatunki roślin i zwierząt i nie pisał „ptak” czy „drzewo”, ale „kos”, „kukułka”, „sójka”, „wierzba”, wzrastała w Podkowie Leśnej, gdzie ptaków było bez liku. Opowiedziała o nich pod koniec życia w gawędzie, która pod tytułem Ptaki na Stawisku ukazała się w „Zeszytach Literackich” nr 138. Po tej publikacji odebrała mnóstwo telefonów od przyjaciół zachwyconych jej ornitologiczną opowieścią.
Kilka dni po nagraniu pani Maria zadzwoniła do mnie i pełnym energii głosem powiedziała: „Ale nie opowiedziałam jeszcze o słowiku!”. Poszłam więc do niej z dyktafonem i jak poprzednio o ptakach na Stawisku, tak teraz nagrałam gawędę o słowiku. O obyczajach brązowego ptaszka pani Maria wiedziała dużo. Być może więcej niż Mały atlas ptaków, który miała w swojej biblioteczce, w zielonej płóciennej oprawie. O słowiku atlas z naukowym autorytetem powiada: „Cóż to za śpiewak! Nieraz śpiewa w dzień, ale najczęściej i najpiękniej wywodzi trele przed wschodem słońca albo po zapadnięciu zmroku. Kto raz taką pieśń usłyszy, nie zapomni jej nigdy”.
Opowieść Marii Iwaszkiewicz o słowiku była krótka i przejmująca; jako autonomiczny tekst weszła do książki Portrety i rozmowy. Nie będę jej tu przytaczać, bo zrobiła to najlepiej – naznaczając całą historię własną wrażliwością poetycką – Małgorzata Sokorska w wierszu Maria córka Anny i Jarosława z tomu o Iwaszkiewiczowskim tytule Lato 2022:

Słowiki pięknie śpiewają kiedy tracą słuch
Opowiadała Pani Maria
I wtedy łapią je koty
Tak było na Stawisku
Tak było u Ojca na Ukrainie
Opowiada dalej Pani Maria
W bloku na Ursynowie
Sama trochę głucha
Głaszcząc kota
Córka Anny z Lilpopów
Córka Jarosława
Zbiór wierszy Małgorzaty Sokorskiej Lato 2022, z ilustracjami Katarzyny Kalinowskiej, ukazał się nakładem wydawnictwa Austeria w 2024 roku.
AGNIESZKA PAPIESKA
Pod koniec września w Belgradzie słońce grzeje niczym w środku lata. Błądząc po otaczającym ruiny średniowiecznej fortecy parku, schylam się i podnoszę z ziemi dorodny kasztan. Przyglądam się mu z niedowierzaniem. Rozglądam się wokół i nagle dostrzegam na drzewach wyraźnie pożółkłe liście. Ze zdziwieniem uświadamiam sobie, że jest już jesień.
Kiedy przed laty sięgałam po raz pierwszy po dzienniki Zygmunta Mycielskiego, dziwiło mnie, jak wiele miejsca poświęcał w swoich wpisach wszelkim przejawom wiosny. Jak bardzo na nią czekał podczas zimowych miesięcy, spędzanych czy to w warszawskim mieszkaniu, czy w domach pracy twórczej w Nieborowie lub Konstancinie. Rok w rok z utęsknieniem wypatrywał wiosny i zachwycały go jej pierwsze oznaki – zielone liście na drzewach, nieśmiało pojawiające się kwiaty, cieplejsze promienie słońca. Zawsze mnie to zastanawiało.
Dziś coraz lepiej go rozumiem. Czekanie na ciepłe promienie słońca jest najwyraźniej wpisane w cykl człowieczego życia, odczuwany z wiekiem coraz mocniej. Im jesteśmy starsi, tym czas zdaje się kurczyć. Wśród nawału codziennych zajęć to wiosna i lato – tak podczas ciemnych i szarych zimowych dni wyczekiwane – mijają niemal niepostrzeżenie. I nagle, zupełnie niespodziewanie, okazuje się, że znów nadeszła jesień.
Kiedy w pierwszych dniach września spaceruję po ulicach Budapesztu, lato jest jeszcze w pełni. Żar daje się we znaki zwłaszcza podczas konferencyjnych obrad. W stylowej sali Akademii Muzycznej im. Franza Liszta ledwo daje się oddychać. Dobrze sprawdzają się rozdane w pakietach konferencyjnych wachlarze, promujące odbywający się właśnie Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Béli Bartóka. W przerwie z radością wymykam się do hotelu, by chwilę odpocząć w przyjemnie schłodzonym wnętrzu. Dopiero wieczór pozwala na cieszenie się widokami węgierskiej stolicy. Dołączam do międzynarodowego grona kolegów na kolacji serwowanej przez organizatorów podczas rejsu po Dunaju. Niby wiem, że to atrakcja dla turystów, a jednak trudno nie poddać się urokowi tej wycieczki. Szybko umykam od stołu na górny pokład, zajmuję jedno z nielicznych wolnych siedzeń na dziobie statku i wystawiam twarz na wieczorny wiatr. Patrzę na panoramę węgierskiej stolicy, próbując rozpoznać kolejne pojawiające się przed oczami budynki. Wzgórze Gellerta jeszcze rozświetla zachodzące słońce, podobnie jak okazały budynek budapesztańskiego zamku. Po drugiej stronie wzrok przykuwa przede wszystkim charakterystyczny budynek parlamentu Jakże piękne to jest miasto! Niedługo później, już w pierwszych ciemnościach nocy, rozmawiam z sympatyczną parą miejscowych artystów. Z wyraźną dumą opowiadają o Budapeszcie. Dopiero po jakimś czasie przyznają, że coraz poważniej zastanawiają się nad wyjazdem, trudno im żyć pod rządami, które nie sprzyjają niezależnej sztuce. Mówią o tym ostrożnie, właściwie ze smutkiem. Kiedy słyszą, że jestem z Polski, uśmiechają się: „O, to doskonale nas rozumiesz”.

Trudno nie myśleć tu o polityce, o podobieństwach i różnicach łączących naszą historię. Swoje wystąpienie konferencyjne poświęcam zresztą polskim kompozycjom powstałym w odpowiedzi na wydarzenia rewolucji węgierskiej w 1956 roku. Mówię o Hungarii 1956 Artura Malawskiego, Odzie Béla Bartók in memoriam Wojciecha Kilara i Muzyce żałobnej Witolda Lutosławskiego (który jednak odżegnywał się od tego rodzaju bezpośrednich konotacji). Węgrzy są wyraźnie wzruszeni. Dopytują o szczegóły, dziękują za przybliżenie im tych utworów. Obiecuję sobie, że kiedyś szerzej o tym napiszę.
Wracam do Warszawy i zaraz wyjeżdżam do Wilna. Pracujemy tu nad tematami dotyczącymi muzyki polskiej i litewskiej w jej emigracyjnych i krajowych odsłonach. Spacerując nad Wilią i przeszukując miejscowe archiwa, szukam śladów polskiego życia muzycznego przed wojną. Wciąż jednak natykam się na tropy literackie, po wielokroć już opisane – a jednak tak bliskie i wzruszające. Dom Mickiewicza, zaułek poetów z tabliczkami Miłosza i Gałczyńskiego, cela Konrada. Kościoły pełne polskich tablic. Kaplica Świętej Faustyny z obrazem Chrystusa Miłosiernego, a w końcu Ostra Brama. Miejsca niezwykłe, w których ożywają obrazy zapisane przed laty w wyobraźni, wyuczone w szkolnej ławie. „Panno, co w Ostrej świecisz bramie…” Do kaplicy ostrobramskiej wchodzę niedługo przed zamknięciem. Okna otwarte, a wewnątrz zupełnie pusto. Mogę chwilę przyklęknąć i skupić się na modlitwie. Niedługo potem w hotelowym barze sączę wino patrząc na dachy miasta, urokliwie łączącego to, co dawne z nowoczesnością. Wilno wydaje się przyjazne do życia, nie za duże i niezbyt spieszne. Ale może to tylko wrażenie przybysza? Dla mnie to czas wytchnienia, skupienia na pracy i sentymentalnych spacerów, w tym na daleką Rosę.
Wracam do Warszawy niemal wprost na inaugurację 68. Warszawskiej Jesieni. Najlepsze miasto świata Cezarego Duchnowskiego z librettem opartym na książce Grzegorza Piątka wzbudza ogromne zainteresowanie. Teatr Wielki pęka w szwach. Na scenie dwie wspaniałe śpiewaczki – gwiazdy muzyki najnowszej: Agata Zubel i Joanna Freszel. Jak cudownie widzieć je razem! Okazuje się, że spotkały się po raz pierwszy, bo dopiero Duchnowski wpadł na pomysł, by dwa tak podobne soprany połączyć w jednym utworze. Uwielbiam je obie! Z radością ściskam po spektaklu, gratuluję też kompozytorowi. To był udany wieczór, potwierdzający, że muzyka najnowsza potrafi opowiadać o sprawach ważnych i robi to w sposób trafiający do serc słuchaczy.
Podobne wrażenia mam podczas innych festiwalowych koncertów. Zachwycają mnie zwłaszcza utwory młodych polskich kompozytorek i kompozytorów: Marta Śniady, Paweł Malinowski, Jagoda Szmytka, Maciej Kabza, Ewa Trębacz, Wojtek Blecharz. Tylko tych udało mi się posłuchać – ale jakże to wspaniała reprezentacja!

Jeszcze przed końcem festiwalu lecę do Belgradu, by podczas spotkania przedstawicieli centrów muzycznych z całej Europy rozmawiać o promocji muzyki współczesnej, o jej problemach i znaczeniu. To znakomity czas. Świetni ludzie, którym leży na sercu dobro kultury. Wszyscy borykamy się z podobnymi kłopotami i cieszymy sukcesami. Padają pomysły wspólnych działań. Lubię ten międzynarodowy ferment, przepływ najlepszej energii.
Przed powrotem do Warszawy spaceruję po miejscowym parku. Schylam się i podnoszę jeden z leżących na ziemi kasztanów. Dorodny owoc jesieni. Jego lśniąca brązowa skóra aż prosi się o dotyk. Wkładam go do kieszeni i idę dalej. Z każdym muśnięciem palców kasztan przywołuje ciepłe promienie świecącego słońca. Zabieram go ze sobą do Warszawy. Liczę, że zaklęte w nim ciepło zostanie ze mną do wiosny.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Wspomnienie Stefana Szlachtycza o Mrożku ukazało się dotąd trzykrotnie. Najpierw w wersji skróconej (czy w zredagowanej, w prasowym znaczeniu tego terminu) pod koniec 2013 – roku śmierci pisarza, tekst wydrukowała „Gazeta Wyborcza”, dając tytuł Hipek i chłopcy z ferajny. Wyrażenie takie raczej nie obciąża autora, najpewniej gazetowi tytularze już z własnej inicjatywy naciągnęli Scorsesego na pożyczkę. Nadtytuł zaś – Suplement do portretu artysty czasu młodości – jak można sądzić na podstawie następnych publikacji, pochodził od Szlachtycza; nie on jeden pożyczał od Joyce’a. Pięć lat później, w 2018, światło dzienne ujrzała wcale opasła księga, w której zamieszczono szkic wspomnieniowy Hipek. Suplement do portretu artysty z czasu młodości i trochę później. A księgą tą jest dzieło zbiorowe Nowodworek z pamięci. Uczniowie, absolwenci i nauczyciele we wspomnieniach, biografiach i anegdotach. Publikacja jubileuszowa. Tom pierwszy (może nie ostatni), opracował Władysław Strokowski. Okładka informuje, że chodzi o „430 lat Szkół Nowodworskich (1588-2018)”. Pełny tytuł Ogrodu fraszek Potockiego jest wprawdzie dłuższy, ale i przy fetowaniu rocznic słowa się mnożą.
I wreszcie Szlachtyczowy tekst stał się białym krukiem, skoro strona redakcyjna głosi, iż jest to „Wydanie I (i jedyne) / Nakład w 20-tu, numerowanych ręcznie i z osobna, egzemplarzach”. Dalej zaś: „Ku pamięci bliskich i życzliwych osób / Słów kilka o Sławomirze Mrożku // Pomysł, projekt (w tym okładki), koncepcja / artystyczna i wykonanie: / Stefan Szlachtycz // Zrealizowanie myśli Twórcy / za jego łaskawą aprobatą: / Tamara i Jacek Żurakowscy // Z najszczerszymi życzeniami / urodzinowymi // Warszawa 01 lipca 2020 roku”. Jest jeszcze rzeczywiście odręczny numer egzemplarza, jednak nie wypada chyba go podawać. Ze znalezionego w książce listu wynika, że kończący dziewięćdziesiąt lat autor postanowił obdarować przyjaciół, i w ten sposób powstała książka. Cóż, we wdzięcznej pamięci zachowuję Tylko Beatrycze, ekranizację powieści wyreżyserowaną właśnie przez Szlachtycza, czy też jego film baletowy Nihil est, niemniej nigdy nie miałem z artystą bezpośredniej okazji. Hipka. Suplement do portretu artysty czasu młodości kupiłem za niewygórowaną cenę w tym roku w antykwariacie. Niewykluczone zatem, że kogoś spośród obdarowanych przycisnęła ekonomia lub przestrzeń domowej biblioteki, albo też osoba ta zmarła, a jej spadkobiercy upłynnili zbiory.

W każdym razie nie ma powodu zgłaszać wątpliwości co do Szlachtycza jako twórcy okładki. Kłopot w tym, że w koncepcji plastycznej pojawił się trzykrotnie portret Mrożka narysowany przez Józefa Szajnę – ten wykorzystywany w olśniewających projektach graficznych Tomasza Leca, znanych z obwolut tomów pisarza wydawanych przez Noir sur Blanc. Owszem, książka (ściślej: wydruk oprawiony) nie jest publikacją oficjalną, nie posiada ISBN-u (aczkolwiek rysunek, również bezimiennie, ozdobił tekst we wspomnianej zbiorówce…). Niech będzie: wszyscy przyjaciele Szlachtycza świetnie znają dzieło Szajny i natychmiast rozpoznali znakomitą kreskę. Co by jednak szkodziło podać w druku autora rysunku? Na ostatniej stronie okładki profil Mrożka zreprodukowany został zgodnie z pracą oryginalną, na pierwszej natomiast i na tytułowej widnieje obrócony o 90º w prawo: głowa pisarza jest teraz w pozycji leżącej. Domyślać się można powodu pozaplastycznego, jeśli na stronie tytułowej, między nazwiskiem autora tekstu a rysunkiem pojawił się odręczny dopisek: „Stefan S jeszcze w pionie”. A niech pionuje jak najdłużej, tylko czemu tak przewracać Mrożka (i Szajnę)?
Szlachtycz i Mrożek poznali się zwiedzając w warunkach tużpowojennych szkołę, do której wkrótce mieli uczęszczać. „Wysoki, chudy chłopiec […] już wypróbował, że […] drzwi nie są zamknięte, ale się wahał, w środku było ciemno. – Wchodzimy? – Musiałem okazać się odważniejszy i weszliśmy”. Na podłodze walały się „jakieś metalowe, płaskie przedmioty […] – Jezu, to są… – powiedział on, a ja dokończyłem: – Miny!”. Obaj się wystraszyli, ale to Szlachtycz okazuje się odważniejszy, sobie też zostawia odpowiedniego danie rzeczy słowa. Może naprawdę dobrze pamięta i do niego należała inicjatywa? W wielu przecież opowieściach o wydarzeniach sprzed lat, zwłaszcza gdy brał w nich udział ktoś istotniejszy, wspominający nieraz to i owo sobie dodaje, pomniejszając wspominanego. W przywołanym fragmencie takie podejście zyskało kształt jeszcze w miarę powściągliwy, bo w ogóle Szlachtycz sobie nie żałuje – nie tyle eksponując siebie, ile gnębiąc Mrożka.
Sięga tedy Szlachtycz do średniowiecznego jeszcze akronimu SALIGIA. Powstał on od pierwszych liter łacińskich nazw siedmiu grzechów głównych. Mrożek zaś, czyli „Hipek wspiął się na drabinę SALIGIA, na sam szczyt, po wszystkich jej szczeblach. […] Za najważniejszy z nich uchodzi pycha. Jej cechy to: egocentryzm, egoizm, skrajny indywidualizm”. Biedny Mrożek, duch jego już się chyba nie podniesie. Na szczęście Szlachtycz udziela konsolacji: „Grzechy główne nie są grzechami śmiertelnymi, nie ponosi się za nie kary wieczystego potępienia, karę czyśćca – zdaje się – zaledwie”. Autor nie zna dokładnie katechizmu, passons, grunt, że dostaje Mrożek rozgrzeszenie: „On już swój czyściec przebył, kiedy zachorował i utracił, co miał najcenniejsze – pamięć”.
SALIGIA stanowi więc nie tyle oś, ile drabinę konstrukcyjną Szlachtyczowego wspomnienia. Nie jest tylko dla mnie jasne, pod jaki grzech główny podpadałyby słabe zdolności taneczne Mrożka. On i autor mieli scenę tanga w świetnym filmie Janusza Majewskiego Rondo. „Hipek, jak się rzekło, nie był sprawny ruchowo, ja musiałem nauczyć się tańczyć jako kobieta”.

Szlachtycz ma zatem wiele do zarzucenia Mrożkowi. Także to, iż „odmówił [on] jakiegokolwiek kontaktu z kolegami ze szkoły, nie wziął udziału w jubilejnych [sic!] spotkaniach maturzystów, nawet nie odpowiedział na zaproszenia”. Doprawdy, słabo trzeba znać Mrożka, żeby się temu dziwić. Ktoś, kto słyszał choćby parę anegdot o nim, nie wyobraża go sobie przecież siedzącego wśród starych już kolegów, którzy się przekrzykują (hałas w sali, każdy chce coś powiedzieć, a i słuch już nie ten), opowiadając, jacy to świetni byli i jaka fajna była ichnia buda. A już nie mówię o czytelnikach arcydzielnego Dziennika Mrożka. Okazuje się zresztą, że Szlachtycz zna Mrożka tak bardziej nietęgo, a nie da rady: młodzieńcza zażyłość nie zastąpi uczciwej lektury. Tymczasem: „Kiedyś przerzuciłem książkę z jego korespondencją ze Stanisławem Lemem, zaskoczył mnie i zażenował kontredans kokieteryjnej minoderii, barokowego wdzięczenia…”. W innym zaś miejscu autor domyśla się, „dlaczego w kilka lat meksykańskiego przebywania [Mrożek] tak mało, prawie nic napisał”. Gadanie. Naprawdę jest co czytać, starczy wspomnieć Miłość na Krymie. Tak że tolle, lege, domine!
19 października 1963 Mrożek w liście do Błońskiego relacjonował weneckie wydarzenie. „Tam spotkałem nagle na Moście Westchnień […] kupę Polaków znajomych, z warszawskiego oddziału ZLP. […] Skłoniłem się z uprzejmym zdziwieniem, ale nie za dużym i powiedziałem «dzień dobry» i poszedłem dalej, zwiedzając miasto”. Grzech nieledwie śmiertelny, a już na pewno nielekki grzech zaniedbania. „Bo co powinni robić Polacy, nawet słabo znajomi, kiedy nagle zobaczą się na obczyźnie? Krzyczą «kogo widzę», otwierają sobie ramiona, padają w nie, a potem już tak się ciągnie […]”. Szlachtycz i tego nie czytał, gdyż w przeciwnym razie nie zapisałby z najpełniejszym zrozumieniem opowiadania znajomego, który ujrzał Mrożka co prawda na krakowskiej ulicy, ale po jego powrocie z obczyzny. Kolega ów, skrzypek Zbigniew Paleta, „nastawia się na: – co za spotkanie? Góra z górą… – Hipek mija go nie zwalniając, ale poznał, bo mówi: – Cześć! – I idzie dalej”.
Najlepiej nastawić się na Mrożka.
ADAM POPRAWA
Dygresja o rytmie.
Tłumaczę akurat owidiuszowy POTOP. W pewnym momencie tej malowniczej przypowieści – znanej nam w innym nieco wariancie z Księgi Rodzaju – Jowiszowi, który bezbożną ludzkość pragnie teraz doszczętnie wytracić, z posiłkami przybywa brat Neptun – bóg mórz i lądów, prawdziwy władca i świata, i wyobraźni, Ziemiotrząsca, a także (sic!) stwórca konia.
By scenę tej braterskiej odsieczy odmalować sugestywnie, wersy należy „rozbujać”, tzn. oddać falowanie – przedwieczny rytm, nieuchronny kataklizm – towarzyszące przybyciu Neptuna; muszą one… „galopować”.
Dlaczego?
Neptun, inaczej Posejdon, był kimś znacznie więcej niż bogiem morza – był jego istotą i naturą; ciałem i duchem: ten olbrzym z długą brodą i trójzębem w dłoni, który rydwanem zaprzężonym w pół-konie, pół-ryby rozpruwa głębiny i spienia fale, to wszak zarazem – sam w sobie żywioł!
Neptun uobecniał się w krzywiznach fal, w regule przypływów i w pamięci otchłani, w głuchocie tafli, w wezbraniu wód i w trzęsieniu ziemi. Starożytnym odgłosy wzburzonego morza przywodziły na myśl tętent galopujących koni…

Zadziwiająca jest zresztą nawet ta foniczna bliskość: „toń” i „koń”, aqua i equus, hypo i hippos – jakby języki, niezależnie od siebie nawzajem, splatały wodę z twardym lądem, przyboje z galopem; jakby koń – zwierzę lądu – przechowywał pamięć pradawnego nurtu, a toń – bezkształtna – niosła echo kopyt.
Gdzieżby indziej niż tu – w huku pian – na świat miało przyjść to zwierzę?
Z fali rodzi się galop, z galopu – rytm, z rytmu – poezja. A ta organicznie związana jest z językiem: błogość, strudzenie, gniew czy szaleństwa żywiołów inaczej wyrazi łacina, a inaczej polszczyzna.
Jak oddać falowanie? Galop? Nieuchronność zagłady? Wiersz, który jest do tego zdolny, to nasz dwunastozgłoskowiec amfibrachiczny, zwany także czterostopowcem amfibrachicznym akatalektycznym. Jest to metrum o długiej i pięknej w naszym języku tradycji. Stosowali je m.in. Mickiewicz i Wyspiański, użył Miłosz w Walcu, a Staff napisał nim Deszcz jesienny. Graficznie wygląda on tak (s oznacza sylabę nieakcentowaną, a S akcentowaną):
sSs sSs sSs sSs
Amfibrach – po grecku: amphibrachys, czyli: „z obu stron krótki” – to stopa metryczna, w której sylabę akcentowaną „oskrzydlają” dwie nieakcentowane; cztery takie stopy tworzą wers dwunastozgłoskowy; „akatalektyczny” oznacza, że wers ten nie ulega skróceniu o ostatnią sylabę nieakcentowaną. Jest miły dla ucha i melodyjny, dobrze trzymający rytm. Ale i podniosły.
Może bardziej oczywisty mógłby się wydawać anapest (gr. anapaiston – „odbity [w lustrze] daktyl):
ssS ssS ssS ssS
Owszem, ten aż dudni od uderzeń kopyt! Ale tu chodzi przecież o to, by unaocznić i galop, i falowanie, i nieuchronność…
Wybór metrum to wybór sposobu opowiadania świata.

Owidiusza Metamorfozy – o czym pisałem wcześniej – tłumaczę wierszem wolnym, chociaż z silną tendencją do toniczności. Po pierwsze oznacza to, że nie stosuję rymu, o którym Milton słusznie mówił, że jest „wymysłem barbarzyńskiego wieku dla pokrycia nędznej treści i kulawej miary”. Po drugie, że wiersz ten opiera się nie na określonej liczbie sylab czy regularnie rozmieszczonych akcentach, ale swobodnym rytmie mowy owszem poetyckiej, ale jednak zbliżonej do naturalnej. To, w których miejscach czytelnik postawi akcenty i ile ich będzie, zależy w zasadzie od jego słuchu. Niemniej jednak, dbam o to, aby każdy wers – niezależnie od liczby sylab czy słów – dało się przeczytać jako czteroakcentowy.
Na pytanie, dlaczego akurat takie rozwiązanie – nie potrafię odpowiedzieć inaczej, aniżeli zrzucając winę na intuicję i własny słuch. Wiersz sylabiczny zawsze ociera się o sztuczność (nawet jeśli wspaniałomyślnie oszczędzimy mu rymów), a prawdziwej toniczności polszczyzna, język bez iloczasu, nie zna; wiersz wolny daje natomiast możliwość oddania głosu poecie bez cięć (gdy nie mieścimy się ze słowami w zanadto ciasnym wersie) czy protez (gdy wers okazuje się zbyt długi jak na ilość słów, które powinniśmy w nim postawić); ponadto, brzmi dobrze dla współczesnego ucha. Nie ma jednak rozwiązań idealnych, ani nawet bardzo dobrych; są tylko takie, które względnie satysfakcjonują.
Epika z zasady ogranicza się do jednego metrum w obrębie danego utworu – w literaturze greckiej i łacińskiej jest to naturalnie heksametr, którego polski wariant testowali (każdy „po swojemu”) najlepsi w tym fachu: Słowacki i Norwid, Wittlin i Wieniewski. Bazując na akcencie wyrazowym i odpowiednio układając słowa, można czasami osiągnąć efekt quasi-toniczny. Częściej jednak rolę wiersza heroicznego powierza się trzynasto- bądź jedenastozgłoskowcom
(Regularnym trzynastozgłoskowcem, z rymami i średniówką po siódmej sylabie, przełożył Metamorfozy Bruno Kiciński. Jest to piękne i kunsztowne tłumaczenie, chociaż mocno już przestarzałe).
Oddanie całego poematu – i to o takiej objętości jak Metamorfozy – za pomocą dwunastozgłoskowca amfibrachicznego byłoby szaleństwem. To, co odpowiednio dawkowane, przyjemnie kołysze, gdy nadużyte – staje się, po prostu, nieznośnie monotonne.
Nie bez powodu najpiękniejsze nasze poezje – od Mickiewicza przez Wyspiańskiego po Miłosza – żonglują systemami metrycznymi i typami wiersza. Wsłuchajmy się w melodię Walca, gdzie poeta przeplata czterostopowce amfibrachiczne akatalektyczne z katalektycznymi:
Już lustra dźwięk walca powoli obraca
I świecznik kołując odpływa w głąb sal.
I patrz: sto świeczników we mgłach się zatacza,
Sto luster odbija snujący się bal.
Dwunastozgłoskowiec amfibrachiczny sprawdza się, moim zdaniem, doskonale, gdy włącza się go symbolicznie lub partiami w tok metamorficznej narracji. Jest wówczas jak motyw muzyczny w filmie – łatwo rozpoznawalny i wpadający w ucho, ale ledwie słyszalny gdzieś w tle – który nieustannie jest z nami i prowadzi nas dyskretnie przez meandry opowieści…
Oto przykład (I, 14-17):
Wszystko stanowiło jedno i to samo:
Powietrze i ziemia i morze i eter.
A ziemia była niestała, wody nie do przebycia,
Powietrze bez blasku. Nic nie miało kształtu.
Albo inny (I, 113-115):
Zesławszy Saturna w ciemności Tartaru,
Jowisz nastał, a z nim – wiek srebrny,
Od złotego marniejszy, ale lepszy od spiżowego.
Czy wreszcie (I, 172-174):
Otworem stoją komnaty nobilów
(Plebs boski żyje w rozproszeniu). Tutaj
Potężni i sławni mieszkają niebianie.
Wiersz to płynie, to załamuje się. Jak mowa, jak życie.
Jaką melodię wygrywa właściwie Owidiusz? Jak należy zaaranżować to dzieło, aby nam – żyjącym w gwałtownych, proteuszowych czasach – trafiło do przekonania? Nie jest to ani poemat o herosach, ani powieść; i nie jest to katalog mitów. Metamorfozy są przede wszystkim brawurową próbą opowiedzenia wszystkiego – „od początku świata aż po nasze czasy”: cały antyk grecko-rzymski zamknięty w zaczarowanej szkatułce. Są też przy tym misterną i piekielnie inteligentną grą – z językiem, z formą, z tradycją literacką, a i z polityką. Ale ja myślę o nich także jako o wielkim traktacie moralnym, poetyckim i metafizycznym w jednym – a taka poezja, wiemy dobrze, niestrudzenie poszukuje „formy bardziej pojemnej”.
Stąd decyzja, by fragmentowi, o którym piszę wcześniej (i nad przekładem którego wciąż jeszcze pracuję), nadać rytm bardziej regularny – niech zafaluje!… Niech konie puszczą się w galop…
Niech nadchodzi POTOP!
JACEK HAJDUK