Jeszcze jeden artykuł ojca z 1937 roku. W redagowanej przez siebie wówczas gazecie PPS, „Dzienniku Ludowym” zamieścił on latem cykl korespondencji „Dwa tygodnie w Paryżu” z Wystawy Światowej Expo 1937. Inne odcinki dotyczą wrażeń z pawilonów: niemieckiego, włoskiego i sowieckiego.
Piotr Mitzner

Zbigniew Mitzner
Czysta wyborowa
Paryż w sierpniu.
– O, pawilon polski jest ładny, bardzo ładny – powiedział do mnie referent prasowy wystawy, wręczając mi kartę wystawową.
Zachwyt ten zbyłem milczeniem. Sądziłem bowiem, iż słowa te dyktowała Francuzowi przesadna grzeczność, nic poza tym. Omyliłem się. Pawilon polski na wystawie paryskiej, o którym tyle złego naczytałem się i nasłuchałem w Warszawie, obcym na ogół podoba się. Wszystkie dosadne określenia, krążące nad Sekwaną i nad Wisłą, o polskim pisuarze, o mankiecie, o ścianie płaczu – mają swe źródło w paryskiej Polonii, która z pawilonu nie jest zadowolona.
Dlaczego?
W najbardziej reprezentacyjnej części wystawy, na lewym skrzydle Trocadéro, w cieniu niemieckiej wieży, w kępie drzew został ukryty polski pawilon. Jego część główna to okrągła wieża – kaplica, w której stoją posągi: Chrobrego, Jagiełły Kopernika, Mickiewicza, Kościuszki, Szopena i Piłsudskiego. Dalej kilka eksponatów, wykresów, pług i restauracja – oto wszystko.
Francuz wchodzący do polskiej wieży, staje się bardzo smutny.
– To widzisz – mówi do swego syna – ta biedna Polska, która przez tyle lat cierpiała w niewoli.
Mały Jean czy Pierre także się bardzo zasępia, ale wnet ciągnie ojca za marynarkę, by wychodzić i iść do lunaparku lub do pobliskiego akwarium. A mimo to pawilon polski Francuzom podoba się. Odpowiada bowiem ich – a częściowo i innych cudzoziemców – wyobrażeniu o Polsce. Polska jest to wieczny pays des martyrs – kraj męczenników. A więcej? Chyba nic więcej Francuz nie wie.
I dlatego samego pawilon nie podoba się Polakom. Boy pisał kiedyś, jak to go we Francji potraktowano tym męczeństwem, tą martyrologią. Nie wytrzymał wówczas i krzyknął:
– Czy ja naprawdę wyglądam na męczennika?!
Ale Polska z pawilonu wystawowego udrapowana jest w to męczeństwo od stóp do głów. Zwiedzającemu nie podsuwa się myśli, że i w Polsce coś się dzieje, że i Polska tworzy rzeczy piękne i praktyczne. Ale Polak nastrojony wystawowo-patriotycznie daremnie w pawilonie swego kraju będzie szukał eksponatu o Gdyni, na próżno będzie się rozglądał za modelem choćby zwycięskiej RWD [1] (nawet Czesi wystawili samolot), a przypominamy sobie, iż wystawa dotyczy techniki w życiu codziennym. Długo będzie szukał śladów naszego budownictwa, mieszkaniowo-żoliborskiego, gdyńskiego czy łódzkiego.
Polski żywej nie znajdzie.
Oczywiście, jeśli nie mówić o wódce. W polskim pawilonie bowiem sprzedaje się wódkę. Nie chcę być źle zrozumiany, nie myślę o restauracji, myślę o oficjalnej części pawilonu, o stoisku monopolu spirytusowego, w którym każdy może nabyć butelkę wódki. Na kontuarze stoi rodzima ćwiartówka wyborowej z wetkniętą ceną – 12 fr. 50.
Jak widać, idea pawilonu, który ma odpowiadać wszystkim pojęciom Francuza o Polsce została do końca przeprowadzona. Chodziło o to zapewne, by codzienne przysłowie tutejsze, tak nas upokarzające soul comme un Polonais – pijany jak Polak albo boire comme toute la Pologne – pić jak w Polsce, w pawilonie naszym znalazły swe usprawiedliwienie.
Nie oceniam architektury polskiego pawilonu, nie znam się na tym. Może naprawdę jest dobry, piękny i oryginalny. A można także wybaczyć, jeśli się nie udał. Ale dlaczego w polskim pawilonie musi się sprzedawać wódkę? Rozumiem, iż trudno dziś zburzyć wieżę i zbudować na tym miejscu piękny, prosty, szklany dom, taki, jaki każdy Polak chciałby widzieć na lewym skrzydle Trocadéro pod biało-czerwoną flagą. Tego już zrobić nie można. Ale wódki można nie sprzedawać. Wiele cierpi Polak, gdy zwiedza swój pawilon i widzi, jak każą mu wkładać na czoło cierniową koronę męczeństwa, podczas gdy on chce być normalnym, żywym człowiekiem. Ale niech chociaż tę wódkę zabiorą, niech nie każą nam reprezentować kraju pijaków.
Bo być męczennikiem, to ciężka rzecz, ale być jednocześnie męczennikiem i pijakiem – to więcej niż zdrowy człowiek może znieść.
„Dziennik Ludowy” 1937 nr 228
Podał do druku PIOTR MITZNER
[1] Polski lekki samolot sportowy.
Kraków, 5 I 2026
Drogi Jacku,
przeczytałem książkę, która wyprawiła mnie w kilka równocześnie dalekich podróży. Jest to biografia przedwojennych lat Tadeusza Sczanieckiego, znanego i zapamiętanego – przez wielu – ojcem Pawłem Sczanieckim, benedyktynem z Tyńca. No więc: przeczytałem książkę Juliusza Koli pod tytułem Droga do… Szkice o młodości Tadeusza Sczanieckiego (Toruń, Rideró, 2024).

Najpewniej Ci mówiłem, ale nie pamiętam, czy pisałem, że myśl o wymienianiu z Tobą listów o literaturze, albo może – mniej zadęcie – po prostu o tym, co czytamy (ponieważ znam przynajmniej kilku potencjalnych czytelników naszej korespondencji, którzy z pewnością mojego czytelniczego śmietnika literaturą nie pozwoliliby nazywać) przyszła do mnie przy małym biureczku w małym pokoiku z widokiem na Poniczankę w Szpitalu Kardiologicznym w Rabce. Mały stolik ledwo mieścił książki tam składowane, kiedy miesiąc złożony z dni identycznych jak krople wody, rozciągniętych między rehabilitacjami, badaniami, posiłkami i spacerkami, pozwalał na rozpasane czytanie i, co więcej, na doświadczanie i dotykanie miejsc oglądanych literaturą (tak, uważam, że można literaturą dotykać miejsc, które oglądamy).
Wiele by o tym pisać, ponieważ właśnie tamto zanurzenie książek w miejsca, to skrzyżowanie liter z topografią, popchnęło mnie do zaproszenia Cię do tej korespondencji; jest więc jeszcze przed nami cały ten stosik ze szpitalnego stoliczka: straszliwa wojenna historia Rabki z przemilczanymi i przemilczywanymi nadal grobami Żydów, o których nikt nie chce pamiętać, historia uzdrowiska wpisana w dzieje polskiej kultury i literatury, historia mojej własnej Rabki i spędzanego tam czasu, dzieje Rabki Ilgnera opisane w szalonej powieści, której lekturę zalecam wszystkim następnym po mnie mieszkańcom kardiologicznego szpitala.
No i jest na tym stosiku książka Juliusza Koli o Tadeuszu Sczanieckim, ponieważ od pierwszego dnia szpitalnych spacerów po Rabce wiedziałem, że chcę znaleźć ślady po benedyktynach, którzy są mi bliscy bo, cóż, sam żyłem w klasztorze na Tyńcu przez cztery pełne lata (nie powiem, że byłem benedyktynem, bo benedyktynem chyba właśnie się raczej jest, a nie bywa, jak mnie się zdarzyło), bo Paweł (Tadeusz) Sczaniecki był i pozostał jednym z najważniejszych ludzi w moim życiu i zawdzięczam mu więcej niż któremukolwiek z moich późniejszych mistrzów, bo to w bibliotece Pawła urodził się we mnie badacz, bo historia benedyktynów w XX wieku jest ważną częścią kultury naszego kraju, bo wreszcie czytałem książkę Pawła o Karolu van Oost jeszcze w rękopisie i godziny całe o nim rozmawiałem, a Rabka w tych rozmowach pobrzmiewała cały czas. Uff, nie wiem, czy nie wystraszyłem Cię przed dalszą lekturą i wyprawą w świat może nazbyt Ci odległy.
Nie wiem, czy wiesz – na pewno wiesz, ale sam sobie przypomnę, że niemal tysiącletnia obecność benedyktynów w Polsce miała swój ważny epizod w Rabce właśnie. Po kolei i telegraficznie to było tak: 8 września 1816 cesarz Franciszek I podpisał dekret o kasacji klasztoru w Tyńcu (jak i innych klasztorów w całym zaborze austriackim) i od tego czasu wszystkie budynki – poza samym kościołem i kawałkiem zabudowań zwanych opatówką – popadały stopniowo w ruinę. Pomysły na powrót zakonników do Tyńca pojawiły się już na początku XX wieku, ale plany pokrzyżowała I wojna światowa. W lipcu 1939 roku, na chwilę przed kolejną wojną, do klasztoru wrócili jednak ostatecznie mnisi. Nie spadli jednak nagle z drzewa, ten powrót był długo szykowany i wymagał determinacji, środków, umów i rozmów. To długa i osobna historia fascynujących życiorysów. W tej chwili ważne jedynie to, że w tym procesie powrotu benedyktynów do Tyńca odegrała swoją rolę Rabka, a także to, że te przedtynieckie losy przecięły się, na jakimś odległym zakręcie, z losami mojej rodziny.
Desant pierwszych mnichów na Polskę – to znaczy ten desant XX-wieczny, nie ten XI-wieczny (też ciekawy i jeszcze bardziej zagadkowy) – zaczął być kompletowany i szykowany w Belgii, w opactwie św. Andrzeja w Zevenkerken koło Brugii, przez Karola van Oosta, który powziął zamysł tynieckiej fundacji i ostatecznie dopiął swego. To tam wstępowali synowie polskich arystokratów, którzy ostatecznie – nie wiem, czy po swojej, czy też cudzej myśli – znaleźli się w polskim klasztorze. Desant ten jednak został rzucony nie od razu na Tyniec, miał swoją fazę przyczajoną – w Rabce właśnie. I to przyciągało moją uwagę – nie ze względu na Tyniec czy benedyktynów samych, bo to wszystko pozostawiłem daleko za sobą (z pełną wzajemnością), ale ze względu na niezwykłą przyjaźń, która ani mnie za sobą nie pozostawiła, ani też ze mnie nigdy wyszła.
Benedyktyni rabczańscy w przedtynieckim przyczajeniu poświęcili się edukacji i prowadzili szkołę z internatem, czy też raczej internat przy szkole, w której zdarzało im się nauczać, oczywiście wszystko po francusku i arystokratycznie. Szkoła ta mieściła się w willi „Jaworzyna”, od lat dwudziestych do dzisiaj jest to siedziba zacnego liceum (w 2024 roku ukazała się książka Poprzez przeszłość ku przyszłości: 100 lat liceum Romera w Rabce). No więc do rzeczy – co to wszystko ma wspólnego z książką, którą przeczytałem, co zakomunikowałem Ci dwie strony wcześniej?
Otóż to, że najpierw adeptem prestiżowej rabczańskiej jednostki edukacyjnej, a potem mniszym członkiem grupy desantowej był Jan Sczaniecki, a nieco później i do szkoły, i do Tyńca wstąpił jego starszy brat Tadeusz. Obydwaj pochodzili z Pomorza, z miejscowości Nawra położonej w połowie drogi między Chełmżą a Unisławiem, a szerzej – Bydgoszczą a Toruniem. Z Unisławia pochodzi moja mama – tam od dawna, lub od zawsze, żyła rodzina jej matki, mojej babci Rut (nie sięgamy w papierach i nagrobkach gdzieś za połowę XIX wieku, ale kto wie) i to tam znalazł w pewnym momencie pracę jej ojciec, mój dziadek, Michał Zakrzewski.
Dziadek pochodził z Kaszub, z okolic Czerska, dokładnie ze wsi Iwiczno. Skończył szkołę rachunkową i pracował w Wolnym Mieście Gdańsku i Starogardzie, skąd przyjechał do Unisławia. O Sczanieckich podobno zawsze opowiadał, mój brat o tym pamięta, ja – nie. Stało się o nich głośno w naszym domu dopiero wtedy, kiedy Maciej wylądował w Tyńcu w połowie maja 1982 roku. Wtedy okazało się (tzn. mi się okazało, bo Maciej wiedział o tym już wcześniej), że w klasztorze rezyduje ojciec Paweł, który w przedwojennych czasach był niesfornym Tadziem z majątku na Nawrze, gdzie z kolei nasz dziadek Michał bywał z ramienia jakiejś rolniczej jednostki nadzorczej, w której pracował. Paweł pamiętał dziadka z przedwojennych czasów, a i dziadek opowiadał o Nawrze jak o ziemiańskim niebie na ziemi (ożeszty, jak to brzmi!), w którym prym wiodła matka Pawła żyjąca za życia i po śmierci w opinii świętości ze względu na troskę, jaką okazywała wszystkim w swoim środowisku z naciskiem na „prosty lud” mieszkający i pracujący wokół zabytkowego pałacyku Sczanieckich. I tak zaczęła się wielka przyjaźń mojego brata, a potem – odważę się powiedzieć – i moja z Tadeuszem-Pawłem, benedyktynem na Tyńcu, historykiem i bibliofilem, świadkiem historii i świata, które bezpowrotnie przepadły, pisarzem i mnichem, który sam siebie ukształtował na wzór najznamienitszych intelektualnych tradycji monastycznych od Kasjodora do Maurynów.
W klasztorze był dziwakiem, reliktem tych intelektualnych tradycji i szlacheckich obyczajów, które z żalem codziennie żegnał w postawach swoich – co za brutalna ironia słów – współbraci, autsajderem tęskniącym za dysputami i literaturą w świecie prostackich klechów, codziennie jednak kultywującym zasady mniszego życia, w które wierzył i które kochał miłością szczerą i niewymuszoną, wstając o 4 rano do lektury i pracy intelektualnej, i spędzając życie przy wielkim, zawalonym papierami biurku.
To biurko to jest coś zasługującego na opis i pamięć. Jego ślady odnajduję z rozrzewnieniem na własnych biurkach, które nieustannie próbuję porządkować z pięknie nieskuteczną konsekwencją, w której tkwi desperackie pragnienie porządku; szczęśliwa chwilowość tego porządku daje nadzieję na szczęśliwe myślenie, wolne, zabałaganione, fantastycznie niekonsekwentne i powracające nieustannie do nieustannie przysypywanych i odkopywanych wątków. Paweł najpierw miał pracownię w starym skrzydle tzw. Opatówki, dawnego pałacu opatów tynieckich, która w odbudowanym klasztorze pełniła funkcję domu gościnnego klasztoru, w części oddzielonej od reszty klauzury bryłą kościoła. Okna jego pracowni wychodziły na drogę prowadzącą do klasztoru dokładnie nad główną bramą, która zagrała w niejednym filmie płaszcza i szpady, a na pewno w Czarnych chmurach. Trudno było o większy certyfikat autsajderstwa i wykluczenia z klasztornych struktur. Po zakończeniu kolejnego etapu odbudowy, który objął zabudowania na południe, czyli na prawo – stojąc przodem do fasady – od kościoła, gdzie dostał i celę, i pracownię przyklejoną bezpośrednio do ściany świątyni, z oknem nad kolejną bramą wejściową do zabudowań klasztornych. W tej pracowni biurko wykonał stolarz i ogrodnik, brat Abraham. Było ogromne, miało wielki blat, wielkie szuflady po obu stronach i jakby ścianę z niezliczonymi półeczkami wyrastającą z tego wielkiego blatu na jego drugim, wobec siedzącego brzegu. To była bardziej maszyna oblężnicza niż biurko, wehikuł czasu i myśli. Na wyrastającej z blatu na wprost oczu siedzącego przy biurku ścianie wisiały rozpisane na kartkach plany aktualnie pisanych książek, a w przepastnych szufladach z trudem mieściły się poupychane na siłę fiszki z notatkami, których pisarz produkował codziennie nowe setki i tysiące, w godzinach pracy przed świtem i jutrznią. Szuflada po prawej stronie biurka – stojącego bokiem do głównego okna nad bramą – była szczególna: po jej wysunięciu można było albo położyć na niej nogi na kształt Johna Wayne’a z wczesnych westernów, albo też usiąść na niej na czas dysputy z Pawłem, opierając prawy łokieć na skrawku zawalonego papierami blatu. Dobrze znają tę szufladę Pawłowi przyjaciele, dla których jest ona tajemnym kodem przynależności do wyjątkowego klubu. Siedzieli na niej profesorowie, ambasadorowie, opaci i przyjaciele z całego świata. Zaproszenie na szufladę stanowiło przywilej i było aktem inicjacyjnym w przystępowaniu do klubu. Pamięć o tym akcie działa nadal, 26 lat po śmierci Pawła, jak tajemny znak wtajemniczonych – ze Staszkiem Obirkiem mogę rozmawiać o czymkolwiek, ale wspomnienie szuflady natychmiast przekierowuje uwagę na Pawłowe tematy, Pawłowe w tym sensie, że podejmowane w trakcie tych rozmów i wyszukane z ciekawością i smakiem w zasobach literatury lub historycznych doświadczeń. No więc szuflada. Ale ciągle: gdzie ta przeczytana książka? Klasztorne lata Tadeusza Sczanieckiego, od wstąpienia w 1943 do śmierci w 1998 czekają na monografistę we wszystkich możliwych kierunkach, z których każdy ciekawszy od poprzedniego – w jego życiu przecinają się niezliczone wątki i krzyżują epoki, a tle wielka historia.
Książka Juliusza Koli jest monografią życia Tadeusza Sczanieckiego od narodzin do wstąpienia do klasztoru w samym środku wojennej zawieruchy. Opisuje miejsca jakoś mi znane i bliskie, jeśli nie z autopsji – jak Nawra, Bydgoszcz, Toruń, Grudziądz czy Rabka – to przynajmniej z opowieści słuchanych na szufladzie.
Nie wiem dokładnie, kim jest pan Juliusz Kola, wymieniłem z nim ledwie kilka zdawkowych wiadomości; wiem, że utrzymuje kontakty z moim bratem, który zresztą pojawia się na kartach książki często jako źródło informacji. Maciej twierdzi, że rodzina pana Juliusza pozostawała w jakimś związku z Nawrą Sczanieckich jeszcze w czasach, kiedy tam mieszkali. Pan Juliusz deklaruje w swoim tekście, że jego książka nie aspiruje bynajmniej do publikacji naukowej, ale przecież jest opracowana z naukową rzetelnością, akrybią i imponującym materiałem źródłowym – niezliczoną ilością cytatów przede wszystkim z niepublikowanych nigdzie listów, świadectw, metryk i innych opracowań, publikowanych lub nie; i rzeczywiście, jeśli czegoś mi w niej brakuje, to – no i tu się znowu żachniesz westchnieniem, które doleci na pewno aż do Chicago – przypisy… Jakiekolwiek i gdziekolwiek, u dołu czy na końcu – autor miał dostęp do rzadkich i niezwykłych źródeł informacji, które przywołuje i cytuje obficie, ale w sposób, który uniemożliwia śledzenie nie tylko myśli, ale też podróży, lektur i spotkań, które złożyły się na misterny kolaż miejsc, dat i postaci. Okazuje się na przykład, że przyszły wielki historyk Paweł Sczaniecki w szkole orłem nie był – przynajmniej, jeśli sądzić po ocenach – a jedyna pociecha w tym, że jeszcze mniej orłem był wielki Piotr Rostworowski, tylko skąd autor zna te oceny, skąd te dane? Skąd ta cudowna szczegółowość w opisie kolejnych lat i dni w kolejnych szkołach, kolejnych studiach, w szkoleniu wojskowym, przebiegu kampanii wrześniowej, pracy w majątkach w czasie wojennych dni? Książka nie jest esejem, autor z delikatnością i powściągliwością komentuje cytowane źródła, nie pozwala sobie na interpretacje i dywagacje, idzie posłusznie, krok za krokiem, za bezcennymi źródłami, jakie z przejmującą trafnością przywołuje. Najczęstszym komentarzem odautorskim są pytania pozostawione bez odpowiedzi, które zmuszają czytelnika do odwrócenia raz jeszcze właśnie przeczytanej strony i ponownej lektury przywołanego listu, by samodzielnie odkryć odpowiedzi.
Książka ma 165 stron i składa się z 10 rozdziałów poprzedzonych wstępem, zakończonych wskazówkami bibliograficznymi i aneksem, który zawiera trzy bezcenne listy Tadeusza-Pawła do jego rodziców i siostry. Jest tego typu biografią, w której format opisywanej postaci pozwala nie tylko spojrzeć na motywy, odczucia i relacje jednej osoby, ale też ujrzeć szeroką panoramę epoki w jej tragicznym nachyleniu ku wojnie i definitywnym końcu świata, z którego postać ta wyrosła.
Autor postawił sobie jasne cele: chciał dociec na stronach swojej książki, „jaki naprawdę był Paweł Sczaniecki? Jaki był jego niepowtarzalny dar? Co przyniósł z sobą do klasztoru, a co dopiero tam się narodziło?”
Moim zdaniem przyniósł ze sobą przede wszystkim wynikające z domowego wychowania wzorce przyjaźni, wspólnoty, szacunku, życzliwości, wykształcenia i rodzinnego życia, których rozpaczliwie szukał i domagał się od klasztornych relacji. Światowe obycie i piękny francuski. Ciekawość świata i miłość literatury, z których wyrastał dar opowiadania. Przyniósł też na pewno szczerą wiarę i pobożność ukształtowaną rodzinnymi rytuałami. Rytuał wstępowania do klasztoru oparty jest na retoryce „porzucania świata”, „świata” z Janowych listów. Mam wrażenie, że dużej części swojego świata Tadeusz nie tylko nie porzucił, ale przyniósł ze sobą, jakby świat poza murami i świat klasztoru wzajemnie się w nim dopełniały. Naturalnie, porzucił i pozostawił za sobą polowania, wojowanie i nieustanne flirty (co do tych ostatnich, nie jestem pewien – z dumą opowiadał, że w Szwajcarii, w czasie kilkugodzinnej operacji nogi w znieczuleniu miejscowym, prawił anastezjolożce komplementy po francusku i ani raz się nie powtórzył). Ale świat rodzinnych rytuałów opartych na kalendarzu liturgicznym i astronomicznych porach roku, świat hierarchii rodzinnej z pełnym miłości i oddania szacunkiem wobec rodziców znalazły swoje naturalne dopełnienie i kontynuację w zakonnej rodzinie – przynajmniej powinny były znaleźć, i jeśli życie Pawła naznaczone było tragizmem, to wynikał on głównie z rozczarowania zakonną rodziną, w której chrześcijańskie wartości zbyt łatwo ulegały wobec prostactwa, głupoty sankcjonowanej teologiczną manipulacją, zazdrości i rywalizacji, którym bliżej było do mafijnych porachunków niż do greckiego agonu i szlachetnego współzawodnictwa.
Także Tyniecka pracownia Pawła – jeden z najbardziej niezwykłych księgozbiorów w Polsce – była jedynie przedłużeniem archiwum i biblioteki w Nawrze. Były one przedmiotem zainteresowania i publikacji już przed wojną (pierwsza taka publikacja jest datowana na rok 1900), a po wojnie ciąg publikacji na ich temat rozpoczyna się w roku 1948 i trwa nieprzerwanie do dzisiaj. Myślę, że na taką samą uwagę zasługiwała także pracownia w Tyńcu – nie wiem, jaki jest jej dzisiejszy status i stan i na ile zmienił się od czasu, kiedy spędzałem w niej długie godziny, dni i noce.
Tadeusz Sczaniecki urodził się 26 maja 1917, a 12 listopada 1943 roku w klasztorze w Tyńcu odbyła się uroczystość jego obłóczyn. W ciągu tych 26 lat zdążył uczyć się w szkołach w Zakopanem, w Warszawie, Rabce i Poznaniu, rozpocząć studia prawnicze, odbyć szkolenie wojskowe i uczestniczyć w kampanii wrześniowej, a następnie wojenne lata przepracować w rodzinnym majątku swojej matki, towarzyszyć swemu młodszemu bratu w drodze do benedyktyńskiego nowicjatu, by w końcu w ślad za nim do klasztoru wstąpić. Wszystko to, całe to bogactwo doświadczenia, którym można by obdzielić kilka życiorysów, w książce Juliusza Koli widać jak na dłoni i odpowiedź na przywołane już wyżej pytania ze wstępu – co przyniósł ze sobą do klasztoru i jaki był jego wyjątkowy dar? – nie da się streścić w jeden akapit, ponieważ odpowiedzią tą jest cała książka i każda jej strona.
Przy okazji tej lektury zastanowiłem się, co ja sam zawdzięczam Pawłowi? Najpewniej w najbardziej ogólnym sensie zawdzięczam mu więcej niż jestem w stanie uchwycić i nazwać, ponieważ jego wpływ był długotrwały i obejmujący wiele płaszczyzn życia. Ale na pewno potrafię uchwycić, że zawdzięczam mu przekonanie, że rozmowa i dyskusja są sztuką taką samą jak malarstwo czy muzyka, które wymagają czasu, wysiłku i wiedzy, by dojrzeć do stanu, w którym ich kultywowanie staje się wszechogarniającą przyjemnością, która podwaja i zwielokrotnia nasze światy. Że snucie opowieści w relacji, która jest przyjaźnią, przyjaźń tę wzmacnia, nawet jeśli niekiedy zarazem wystawia ją na próbę, i że zawsze warto tę próbę podjąć. Że w rozmowie jest różnica między plotkarską ciekawością i wścibstwem, a zainteresowaniem, które jest wyrazem szacunku. Że słuchanie w sztuce dyskusji jest tej sztuki oddechem. Że książki zasługują na miłość. Że czytać trzeba od deski do deski, ponieważ każdemu autorowi należy się szacunek, a każda książka została napisana „po coś”. Że kupować, gromadzić, studiować i znać trzeba przede wszystkim źródła, ponieważ interpretacje zwykle mają krótki żywot poddany chwilowym modom i poszukiwaniu poklasku. Że bywają ludzie, którzy czynią nas gorszymi i że trzeba ich unikać, o ile to możliwe.

No tak. I tyle tej opowieści. Ani Ty, ani nikt inny książki Juliusza Koli niestety nie kupi, i wielka to przykrość. Nie wiem, jak to działa – książka ukazała się drukiem, ma numer ISBN, copyright i wydawcę z siedzibą w Toruniu, jednak jest to nowoczesny klasyczny samizdat, czyli po nowemu self-publishing, w trybie, który najwyraźniej zamówień u wydawcy nie uwzględnia. Może pan Juliusz jakoś temu zaradzi, gdybyś na przykład Ty zechciał książkę kupić? Już do niego napisałem, zobaczymy. Tak czy inaczej myślę i chciałbym, żebyś tę książkę przeczytał i powiedział mi, co myślisz. Czy jest to tylko książka dla tych, co Pawła znali i kolejny raz ogrzewają się w jego cieple, czy też słuszna jest moja intuicja, że w tym jednostkowym losie jest zapisany obraz poszukiwań, który swoją uniwersalnością wpisuje się w rytm każdej humanistycznej podróży.
Mam jeszcze dwa uzupełnienia – po pierwsze, dzięki pomocy Tadeusza Bartosia zdobyłem nie tylko fragment jego książki o Tomaszu z Akwinu, który zdenerwował zakonnych cenzorów, ale też korespondencję z wyjaśnieniami tego niebezpiecznego heretyka wobec trybunału zakapturzonych o srogich obliczach. Jedno i drugie jest arcyciekawe i z pewnością warto opatrzyć ich zacytowanie i omówienie Focjuszowym „przeczytałem”. Jeśli jesteś ciekaw i nie uznasz tego za pogwałcenie reguł naszej korespondencji, to chętnie teksty te przywołam, żeby nie zginęły. Nie wiem jednak, czy to może być dla Ciebie interesujące – pisz szczerze. Rzecz dotyczy koncepcji „prawa naturalnego” i próżnych wysiłków teologów katolickich, którzy chcieliby dowieść, że jest ono tożsame z postulatami katolickiej etyki, co na żaden sposób się nie da zrobić. Z dzisiejszej i mojej perspektywy wygląda to tak, że efekt argumentu siły stał się tej siły pośmiewiskiem i ostatecznie musiał ulec przed siłą argumentu – niestety poniewczasie, ale tej instytucji rzeczywiście absorbcja najbardziej oczywistych faktów zajmuje zwykle całe wieki, co jest zresztą nadal skutecznie sprzedawane jako wyraz wyjątkowej dojrzałości i rozsądku.
Druga wiadomość jest taka, że po ostatnim moim liście do Ciebie o czytaniu starej mapy odszukałem w piwnicy u mojej mamy karton z archiwum dokumentów moich przodków z obydwu stron. I nie wiem, czy to jest dobra wiadomość – skoro o jednej poszarpanej mapie zdołałem nudzić Cię na kilku stronach, to strach pomyśleć, co się stanie, jak otworzę to pudło z karteluszkami babci z obozu koncentracyjnego, listami deportacyjnymi taty z rodziną z Wilna, czy plikiem litewskich dokumentów, które trzeba najpierw posklejać i przetłumaczyć… Jest tego na oko z 5–7 kilogramów, więc: strach.
No i, dość niegrzecznie – ale taka stała się formuła naszych listów – odpowiedź na Twój ostatni list. Dziękuję za miłe słowa, na które nic więcej poza tym podziękowaniem odpowiedzieć nie potrafię i nie chcę. Natomiast co do Google Notebooka, podkastu i naszych dalszych losów, które już toczą się w przejmującym towarzystwie sztucznej inteligencji – zwolnij mnie, proszę, z odpowiedzi dzisiaj. Audycja, skomponowana przez AI na podstawie mojego tekstu, jaką mi przesłałeś, była dla mnie wstrząsem, na który nie byłem przygotowany i jeszcze nie wiem, co w związku z tym myślę i czuję. W pełni się zgadzam z Twoją diagnozą naszego status quo, w którym rewolucja digitalna już się dokonała. Wiesz dobrze, że ze wszystkich sił usiłuję kategorycznie odmawiać wstąpienia do tej profesorskiej rodziny Adamsów, która pędzi żywot na nieustannym narzekaniu, jak to jest źle i z każdym dniem gorzej, a jak to kiedyś było dobrze i w ogóle jacy to jesteśmy wspaniali na tle tego zidiociałego świata, który na naszych oczach jedynie się stacza, potwierdzając swoim upadkiem wszystko to, czym sami jesteśmy. Obrzydliwość. Jednakże to, co zrobiłeś z moim ostatnim listem we współpracy z AI, naprawdę mnie przejęło i muszę to przemyśleć i przeżyć. Myśl o tym, że moglibyśmy ze sobą korespondować za 500 lat, jest dla mnie jednak nie do przyjęcia. Mój świat skończy się definitywnie wraz ze mną i kategorycznie odmawiam zgody na jakiekolwiek jego przedłużanie czy rewitalizację. Oczywiście, nasi sztuczni czy też naturalni następcy zrobią, co uznają za słuszne, i nic mi do tego. Póki co jednak pozwól mi, proszę, pisać do Ciebie staroświecko i wierzyć, że jest to coś ważnego, z całkowitym lekceważeniem dla Googli, Chatów i botów. Preferuję drezynę. Zdecydowanie.
Co do subiektywizmu, punktacji, ewaluacji etc. – pełna zgoda, przypominam jednak, że Twoje książki były prześladowane w akademii z wielu powodów. Części z nich sztuczna inteligencja zapewne mogłaby zaradzić, np. produkując imponujące przypisy dla takich burków jak ja. Czy zdołałaby jednak odtworzyć Twój osobny styl i Twoją subiektywność? Chwycę się wiary, że jednak nie, i mam nadzieję, że nie dostarczysz mi w następnym liście dowodu, że bardzo się mylę i mój pociąg już jednak daleko odjechał.
Ściskam,
K.
Kraków, 11 I 2026/11 II 2026
Drogi Krzysztofie,
Przeczytałem Twój list datowany 5 stycznia, a więc pierwszy w nowym roku 2026. Odnajduję w nim kilka wątków – wszystkie uważam za fascynujące, ale tylko na niektóre odpowiem.
Twoja opowieść podwójna, bo autobiograficzna i biograficzna – o Twoim Mistrzu – jest piękna i nic do niej nie dodam, poza tym, że chciałbym przeczytać więcej. Przesyłaj kolejne odcinki!
Jedno tylko muszę dorzucić, a może „zrzucić” (z serca): przemilczana historia Żydów Rabczańskich, „o których nikt nie chce pamiętać” to inna odsłona przemilczanej historii Żydów Tarnowskich, „o których…”, i historii Krynickich Rusinów, „o których…”, i historii Kaszubów, „o których…”, i historii Polaków wcielanych siłą do wrogich wojsk, „o których…” itd. itd. itd. To jest ta straszna choroba, która trawi ten kraj: że co nie jest TAKIE, JAK MOJE, jest z definicji wrogie i zasługuje na WYMAZYWANIE (nb. przy najbliższej okazji przekażę Ci powieść T. Bernharda pod takim tytułem – jedna z najbardziej wstrząsających, moim zdaniem, proz o XX wieku); że co nie jest zgodne z linią oficjalną (z naszą opowieścią o triumfach), ma być przemilczane na lekcjach z historii i geografii, tj. wymazane z map i z pamięci. No nie! XXI wiek? Naprawdę?! Przez taką postawę historię Imperium Romanum opowiedzieli nam de facto tylko ci, którzy tę historię wytwarzali ku uciesze kolejnych cezarów… Są, oczywiście, w rzymskiej literaturze ślady, „raporty mniejszości”, ale tak nikłe, że tropienie ich sytuuje się na pograniczu epifanii i… spotkania ze ścianą!
Bardzo pomaga doświadczenie w czytaniu literatury polskiej doby cenzury, ale tak wiele nie rozumiemy z tamtych kontekstów i subtekstów, tak bardzo błądzimy (choć ufamy tej garstce zachowanych tekstów jak księgom objawionym), że jedyne, co można uchwycić, to jakieś zabawy ewidentnie antyaugustowskie (u Owidiusza) czy „wrzutki” u Tacyta i Pliniusza przeciwko Domicjanowi. Ale, ogólnie rzecz biorąc, opowiadanie historii Rzymu na podstawie tego, co mamy i wiemy, jest jak opisywanie topografii Księżyca na podstawie tego, co widzimy przez okno.
Piszesz o konsternacji, w jaką wpędziło Cię nagranie, które na podstawie poprzedniego Twego listu przygotował Notebook od Google’a. Zrozumiałe. Taki był mój zamiar: podzielić się nie tyle nowinką, ile głębokim niepokojem.
Temat AI jest nowy i nienowy. Przysłuchuję się różnym głosom – od bicia na alarm, przez zachwyty po rezerwę i zupełne bagatelizowanie. Jedni mówią, że to koniec ludzkości, inni, że AI realnie zmienia świat, jeszcze inni – że ludzie zachłysnęli się nowinką i że to tylko nieco doskonalsze narzędzia, nic ponadto, z dużej chmury mały deszcz. Znam Twoje zdanie i nie wiem jeszcze, na ile je podzielam: może w pełni, może jednak nie.
Co niepokoi mnie naprawdę, to że rewolucja cyfrowa zachodzi równolegle z rewolucją antyliberalną. A to istotnie już jest wielkie zagrożenie, bo – jak to powiedział, zdaje się, Joe Biden – „źli ludzie, gdy się boją, robią złe rzeczy”. A pęd cywilizacyjny budzi w człowieku nade wszystko potworny lęk… Chwilowo nie rozwijam tego wątku… Ale jest to chyba najstraszniejsze WIDMO nadchodzących dekad…
Jedno Twoje zdanie przytoczę, bo o ile nie zostało rzucone w emocjach, stanowi ważną deklarację: „Mój świat skończy się definitywnie wraz ze mną i kategorycznie odmawiam zgody na jakiekolwiek jego przedłużanie czy rewitalizację”. Jeśli dobrze rozumiem, należy je czytać tak, że Twoje inklinacje – trochę osobiste, trochę badawcze – w kierunku jakiejś transcendencji (podkreślę: jak najdalsze od instytucjonalnej religijności) – koniec końców – ustępują (wywieszają białą flagę?) wobec siły ROZUMU, czy siły AI, czy siły… nie wiem… TU i TERAZ?
Czy jesteś gotów ten wątek rozwinąć?
Takim cliffhangerem zakończę – wypatruję kolejnego listu!
Najserdeczniej pozdrawiam
Jacek
P.S. Co do „wychynąć”. Myślę tak: stanąć-stawać, wychynąć-*wychywać. Zatem: *wychywa, jeśli już.
P.S.2. Uzupełnienia nr 2 – doskonale wręcz! Kop w tych piwnicach, kop! Wgryzaj się w te sprawy, aż się przegryziesz – jak to Julian Tuwim miał z polszczyzną – na drugą stronę!
P.S.3. Data (podwójna) nie jest błędem. List ten jest trochę palimpsestowy. Sporo napisałem miesiąc temu, ale większość z tego usunąłem; to, co ocalało, uzupełniłem dziś, tj. 11 lutego, płynąc na fali listu Twojego z Oksfordu i na mojej odpowiedzi.
Do katalogu:
Thomas Bernhard, Wymazywanie. Rozpad. Tłum. S. Lisiecka, Warszawa 204 i późniejsze; Artur Ilgner, Szlifierz krzywych luster, Warszawa 2023; Juliusz Kola, Droga do… Szkice o młodości Tadeusza Sczanieckiego, Toruń 2024.
śmierć musi być blisko
nocą stąpa cicho
przepatruje kąty uśpionego mieszkania
o tych z którymi będzie miała do czynienia
lubi wiedzieć coś więcej
omiata spojrzeniem grzbiety książek
nazwiska znajome chociaż nie z lektury
kto by nadążył z czytaniem
to tylko papier i farba drukarska
ślęczą nad każdą linijką
jakby miała trwać wiecznie
ale ostatnie z nimi rozmowy
czasami całkiem ciekawe
z lodówki wyjmuje ser i jajo na twardo
kroi dwie kromki żytniego chleba
pożywia się przy kuchennym stole
nie wie czym jest apetyt
ale oni do posiłków przywiązują wagę
z półki nad kaloryferem
obserwuje ją kot mruczek
wyznawca epikura jak jego pobratymcy
dawniej ludzie więcej o niej myśleli
nie odwracali się do niej plecami
nie odgradzali jej od życia
dziś nawet na pogrzebach
nie wymawiają jej imienia
zmarłych odprowadza się na cmentarz
jak turystów na samolot
odlatują daleko i słuch o nich ginie
sporządza notatkę dla zwierzchności
sprząta po sobie
wychodzi z mieszkania przed świtem
kiedyś tu wróci ale jeszcze nie pora
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

Trudno nam dzisiaj wyobrazić sobie życie w dawnych czasach, na przykład sto lat temu, a tym bardziej jeszcze wcześniej, w „ciemnej epoce” przed epokowymi wynalazkami Edisona czy Łukasiewicza. W muzeum, na obszernym strychu, podzielonym drewnianymi przepierzeniami na trzy części, urządziliśmy ekspozycję związaną z życiem codziennym pod koniec XIX i na początku XX wieku. Tu najczęściej słyszymy westchnienia „jak dobrze, że nie żyjemy w tamtych czasach” czy „jak ciężko było kiedyś”. Wśród eksponatów jest wiele sprzętów lub urządzeń używanych w gospodarstwach domowych, ułatwiających życie codzienne, które… znamy i którymi posługujemy się nadal, choć już w wersji elektrycznej i automatycznej. Zanim opiszę kilka z nich — dygresja.
60 lat temu…
Obecnie nawet krótkie, kilkugodzinne awarie, a w konsekwencji brak prądu, wywołują w nas zaniepokojenie. Nie wiemy, co robić. Ale dobrze pamiętam czasy bez prądu i coroczne wakacje w dzieciństwie spędzane u babci, która w 1945 roku w ramach tzw. „repatriacji” została przesiedlona z Podola do wsi koło Pleszewa. Do łóżka chodziliśmy spać, gdy tylko zapadał zmrok, „z kurami”, z lampą naftową, którą, gdy tylko wleźliśmy pod puchowe pierzyny, ktoś ze starszych zabierał. Spaliśmy bowiem na siennikach wypchanych słomą, a ta, jak wiadomo, jest łatwopalna, więc do rana panowała całkowita ciemność. Na kuchni opalanej drewnem babcia czy ciotka gotowały nam proste i smaczne potrawy, niektóre z nich serwujemy w naszej Oberży i cieszą się dużym powodzeniem (choćby zupa z młodej kapusty podkiszanej przez kilka dni, młode ziemniaki duszone w śmietanie z szalotką, czy pierogi z czereśniami). Pamiętam pieczenie chleba w piecu chlebowym, ubijanie masła w drewnianej maślnicy, bo czasami my, dzieci, musieliśmy też to robić, a jeszcze gorsze było odwirowywanie w centryfudze śmietany od mleka. Rzecz jasna, niezbyt nam się to podobało, ale nagrodą była pajda świeżego, pachnącego chleba ze świeżym masłem! Pamiętam pranie na blaszanej tarze, prasowanie żelazkiem z żarzącymi się węgielkami, czy grzanie wody do kąpieli w dużej balii ustawianej w nasłonecznionym miejscu na podwórku (tak wtedy wykorzystano energię słoneczną!). W lecie zapasy spożywcze składano w zawsze zimnej piwnicy, podobno „za Niemca” była to Eiskeller, czyli lodownia. Babcia mieszkała w dużym „poniemieckim” gospodarstwie, w którym pozostały rozmaite udogodnienia jak ręczna pompa do pompowania ze studni źródlanej wody wprost do kuchni (i dalej do obory, do długich koryt do pojenia krów), młockarnia napędzana maszyną parową czy sieczkarnia „napędzana” przez konie w kieracie, który nam służył za karuzelę. Ale pamiętam równie dobrze wielkie poruszenie w domu i we wsi, gdy w latach 60. XX wieku pojawiła się ekipa „drucików” – jak powszechnie nazywano pracowników budujących linię energetyczną. Przyjechali, oglądali, mierzyli i odjechali, ale potem, wzdłuż drogi od strony Pleszewa, wyrósł szpaler drewnianych słupów, na których z czasem zawisła pajęczyna drutów. No i w końcu zaświeciła pierwsza we wsi żarówka. Dom mojej babci był na skraju wsi, więc jako pierwszy został podłączony do linii. Od tego czasu nie spaliśmy już w ciemnościach, których jednak trochę się baliśmy! Ze światłem przyszła nowoczesność – siermiężna, w PRL-owskim wydaniu, a „efektem ubocznym” pracy elektryków była zwiększona kilka miesięcy później ilość urodzeń w okolicy (ale to inna historia, którą wówczas się nie interesowałem…).

W 1755 roku szkocki profesor William Cullen przeprowadził eksperymenty sztucznego schładzania, ale nie stworzył maszyny do wykorzystania tego procesu, co nastąpiło w 1834 roku, gdy Amerykanin Jacob Perkins, nazwany też „ojcem lodówki”, opatentował pierwszy działający system chłodzenia sprężarkowego. W 1876 roku niemiecki inżynier Carl von Linde opracował proces skraplania gazów, co pozwoliło na stworzenie wydajnych lodówek wykorzystywanych w browarach. Wcześniej, w XIX i na początku XX wieku popularne były więc lodówki na lód – drewniane (później metalowe) szafki jedno- lub dwudrzwiowe, z dobrze izolowanymi ściankami (drewno, glina) i dwoma komorami wyłożonymi blachą. W większej z nich przechowywano produkty spożywcze chłodzone lodem trzymanym w mniejszej, szczelnej komorze. Wymagały regularnego uzupełniania lodu, który powoli topniał (dlatego w dolnej części lodówki był kranik, do wypuszczania roztopionej wody) dostarczanego z tzw. lodowni (ziemianek) i po I wojnie światowej zostały wyparte przez domowe lodówki elektryczne (Domestic Electric Refrigerator) zaprezentowane po raz pierwszy w 1913 roku przez Freda W. Wolfa.
… i znacznie wcześniej, bez wynalazków Łukasiewicza, Edisona i innych
A jak wcześniej, sto czy dwieście lat temu, radzono sobie i jak bez prądu wykonywano prace domowe? Wiele eksponatów zgromadzonych w naszym muzeum – głównie na strychu, a także w części mieszkalnej – sprzęty do produkcji masła i serów, do gotowania, prania i maglowania, kolekcja wag, gofrownic, pozwala snuć opowieści o tym, jak żyło się bez prądu.

W spiżarce, na XIX-wiecznej drewnianej lodówce „bez prądu”, stoi krajalnica do chleba z korbką, obok leżą trzy modele ręcznych „mikserów”. To proste, ale przydatne urządzenie wymyślił i pod nazwą Egg Beater opatentował w 1856 roku w Baltimore Ralph Collier, zawodowy kucharz, który chciał sobie i innym ułatwić i przyspieszyć proces ubijania jajek. Wkrótce, bo w 1885 roku, pojawiły się w sprzedaży miksery wyposażone w silniki elektryczne.
Dwa wieki temu, gdy budowano chałupę w Warnowie, nikomu nie śniły się ani żarówki elektryczne, ani nawet lampy naftowe, a oświetlenie izby nie było ani wystarczające ani łatwe, bo jedynie za pomocą żywicznego łuczywa lub ognia dającego słabe oświetlenie.
W przeszłości prano zazwyczaj w wodzie bieżącej – rzece, strumieniu, potoku, a u bogatszych gospodarzy w wielkich drewnianych baliach lub kamiennych basenach. Ale w jednym i drugim przypadku prano przy pomocy kijanki, czyli kija (stąd nazwa), wąskiej drewnianej deszczułki lub krótkiej, niekiedy zdobionej, łopatki z krótką rączką. Z czasem kijanki zostały wyparte przez tary do prania, po mazursku zwane rajbeskami (z niem. reiben – trzeć), wykonane z drewna, blachy lub szkła, ale niezależnie od materiału zawsze z falistą powierzchnią. W naszych zbiorach mamy kilkanaście egzemplarzy różnych rodzajów.

Na poddaszu eksponujemy m.in. kolekcję sprzętów i urządzeń do prania – kijanek, balii i kotłów do gotowania prania, są tu rozmaite pralki, wyżymaczki, różnego typu maglownice (magle) oraz żelazka – wszystkie, rzecz jasna, bez prądu i elektroniki.
Już w XVIII wieku w bogatych domach pojawiły się znacznie bardziej zaawansowane technicznie urządzenia: pralki w kształcie drewnianych, klepkowych kadzi lub balii, z drewnianymi wirnikami poruszanymi za pomocą ręcznego mechanizmu korbowego. W muzeum mamy też takie urządzenie, ale również znacznie bardziej zaawansowaną XIX-wieczną metalową pralkę… bębnową! Jest to Denckamann’s Dampf Wasch Maschine, pralka wykonana z blachy (od wewnątrz bielonej), ustawiana na płycie kuchennej, w której gotowanie oraz pranie odbywały się w wykonanym z metalowej siatki obrotowym bębnie z poziomą osią i zamykaną klapą do wkładania do niego brudów. Konstrukcyjnie i co do zasady działania (grzanie i gotowanie, ruch obrotowy i tarcie) przypomina współczesną „małogabarytową” pralkę automatyczną ładowaną od góry. Założyciel firmy Ferdinand Denckmann Hamburg opatentował w 1878 roku spinki do mankietów, a kilka lat później, 13 kwietnia 1884, wzór parowego, obrotowego „kotła do gotowania i prania” (Waschkochtopf) [1], który w gazetach z 1887 roku jako „wynalazca i jedyny producent”, reklamował jako „niezastąpiony” do prania „za pomocą pary, bez tarcia i dotykania”, co „pracowitej praczce zajmie około trzech godzin niezbyt ciężkiej pracy”.


XIX-wieczna pralka bębnowa, poprzedniczka pralki automatycznej, choć liczy około 140 lat, jest nadal sprawna i w razie potrzeby gotowa do użycia! Na zdjęciu obok: jej gazetowa reklama z 1887 roku.
Dawniej do wygładzania wypranej pościeli używano prostych magielnic ręcznych, zwanych też wałkownicami: składały się z karbowanej deski – szerokiej, grubej i dość ciężkiej (by nacisk był większy), za pomocą której wielokrotnie w tę i we w tę wałkowano pościel nawiniętą na gładki wałek. Czynność ta trwała długo, była powtarzana wielokrotnie, stąd słowo „maglowanie” weszło do języka potocznego jako działanie powtarzane do znudzenia i do uzyskania pożądanego efektu. Później ktoś wpadł na pomysł, aby umieścić dwa drewniane wałki w drewnianym stelażu i obracać je przy pomocy korbowego napędu ręcznego lub nożnego. Z czasem stelaż drewniany zastąpiono żeliwnym, ale wałki nadal były drewniane, z mechanizmem regulującym siłę nacisku, tak jak w stojącej w muzeum magielnicy znanej firmy Miele (założonej w 1899 roku przez Carla Miele i Reinharda Zinkanna, początkowo produkującej centryfugi – wirówki do śmietany, od 1910 roku pralki z silnikiem elektrycznym). Do większych sztuk pościeli czy obrusów używane były duże, ciężkie magle skrzyniowe (obciążone kamieniami, by siła nacisku była większa), poruszane ręcznie lub napędem korbowym. W latach trzydziestych XX wieku pojawiły się magle elektryczne, które z czasem udoskonalano, aż do takich, jakie są używane obecnie, co jednak nie znaczy, że starsze magielnice trafiły od razu do lamusa. W muzeum mamy najprostszą wałkownicę, czyli drewniany wałek i karbowaną deskę, na której wyryto datę: 1955. 30. III.

Kolekcja żelazek liczy kilkanaście modeli, różniących się kształtem, ozdobami i sposobem grzania. Na zdjęciu (od lewej): trzy żelazka ogrzewane żarem, dwa z „duszą” – jedna z nich widoczna – to szary kawał metalu, obok niewielkie i masywne żelazko rozgrzewane na płycie kuchennej oraz trzy z „kominkami” – na węgiel drzewny. Są też metalowe podstawki pod żelazka, a poniżej widoczne są cztery rodzaje magli – od lewej: prosta wałkownica ręczna, magle korbowe – drewniany, a obok metalowy firmy Miele oraz widoczny fragment dużego magla skrzyniowego (zamiast kamieni leżą w nim rozmaite wałkownice ręczne).
Maglowanie maglowaniem, ale niektóre rzeczy, zwłaszcza części garderoby, trzeba było wyprasować. Do tego już w XVIII wieku używano żelazek wykonanych z żelaza, stąd ich nazwa, z metalowymi lub drewnianymi rączkami, osadzonych często w ozdobnych uchwytach odlanych z metalu, np. w kształcie roślinnych ornamentów czy morskich potworów lub delfinów. Najczęściej żelazka rozgrzewano żarzącymi się węgielkami, dlatego niekiedy miały kominki do odprowadzania dymu, ale były też żelazka z tzw. duszą, czyli masywnym metalowym wkładem, żeliwną sztabką, rozgrzewaną prawie do czerwoności w ogniu, a następnie wyjmowaną pogrzebaczem z żaru i wkładaną do żelazka. Mniejsze od nich były żelazka odlane z pełnego metalu, które rozgrzewano wprost na płycie kuchennej. Pojawiały się też dziwne wynalazki, jak żelazko na gaz lub na naftę (oba były rzadko używane, jako niebezpieczne w użyciu, nie mamy ich w zbiorach). Przełom nastąpił, gdy Henry W. Seeley z Nowego Jorku wymyślił, a następnie 6 czerwca 1882 roku opatentował żelazko podgrzewane spiralą elektryczną, a już dziesięć lat później na rynku pojawiły się żelazka wykorzystujące opór elektryczny do regulacji temperatury, czyli żelazka z termostatem. Doskonale pamiętam, jak żelazkiem rozgrzewanym żarem wyjmowanym z pieca babcia lub ciotka prasowała w soboty ubranie na niedzielne wyjście do kościoła, a my dzieci czasami pilnowaliśmy, żeby węgielki nie wygasły i kręciliśmy nimi w powietrzu, tak jak ministranci rozpalają kadzielnice.
W tamtych czasach nasze ubranka często były szyte przez mamy, a w większości domów stały maszyny do szycia, oczywiście z napędem nożnym, nie elektrycznym. Najbardziej niezawodne i cenione były maszyny Singera, genialny i epokowy wynalazek amerykańskiego przedsiębiorcy i konstruktora Isaaca Merritta Singera (zm. w 1875). Co prawda to nie on pierwszy wymyślił mechaniczną maszynę do szycia, ale jego opatentowana 12 sierpnia 1851 roku maszyna okazała się najbardziej niezawodna, a założona w 1857 roku firma I. M. Singer & Co. produkowała je na masową skalę. Początkowo były to modele przemysłowe, potem do użytku domowego. Szybko okazało się jednak, że maszyna kosztująca sto dolarów za sztukę jest zbyt droga dla przeciętnej rodziny, dlatego Singer… zwiększył produkcję, co pozwoliło na drastyczne obniżenie ceny, a dodatkowo wprowadził sprzedaż ratalną na zasadzie podobnej do dzisiejszego leasingu. Dzięki temu jego wynalazek stał się jednym z pierwszych produktów globalnych, maszyny Singera były produkowane także w Ameryce Południowej, Europie i Azji, co otworzyło drogę do produkcji ubrań na masową skalę. Wszystkie maszyny posiadały innowacyjny na tamte czasy wybity numer seryjny (po 1900 roku z prefiksem literowym), pozwalający na określenie roku i miejsca produkcji, a nawet liczby wyprodukowanych sztuk: w muzeum mamy dwie maszyny Singera: jedna z 1877 roku, wyprodukowana w Elizabethport w New Jersey (USA), druga z 1898 roku powstała w Clydebank w Szkocji.
Do bardzo popularnych dań, a raczej deserów, należą także dzisiaj wafle, z francuskiego zwane goframi, robione w domach lub sprzedawane w wielu miejscach, zwłaszcza popularnych turystycznie. Gofry znane były już w Skandynawii od VII wieku, gdzie wafle uzyskiwano nad ogniem w metalowych formach. Używana obecnie nazwa „gofry” pojawiła się w XII-wiecznej Francji, a tak nazwane wafle szybko stały się popularnym przysmakiem sprzedawanym podczas ulicznych świąt i odpustów. Od tego czasu znane są również metalowe gofrownice, których wewnętrzną stronę ozdabiano w XIV wieku i później cytatami z Biblii, herbami rodowymi, symbolami czy scenkami rodzajowymi, które odbijały się na wypiekanych waflach, choć najpowszechniejsze miały charakterystyczny wzór plastra miodu lub kształt serduszek układających się w kwiatek. W 1869 roku w Stanach Zjednoczonych Cornelius Swartwout opatentował obrotowe „żelazko do gofrów” (Waffle-Irons) ułatwiające pieczenie wafli z obu stron. Urządzenie składało się z połączonych zawiasem dwóch okrągłych form, w których piekło się najpierw jedną stronę, a potem drugą, obracając urządzenie na zamocowanej osi. W 1911 roku firma General Electric opatentowała gofrownice zasilane prądem. Obecnie używa się niewielkich maszynek pokrytych kosmiczną technologią, czyli teflonem. W muzeum mamy kolekcję żeliwnych gofrownic do pieczenia na „żywym” ogniu. Wafle z nich miały charakterystyczną formę kraciastego serduszka z ciasta przygotowanego zgodnie z wytłoczoną na górnej części urządzenia recepturą (chyba dla dużej rodziny) z 1 kg mąki, 2½ l mleka, 6-8 jajek, 375 g masła oraz łyżki drożdży. Gofrownicę rozgrzewano na ogniu do odpowiedniej temperatury, wnętrze formy smarowano kawałkiem słoniny lub olejem, wlewano ciasto i pieczono przez czas odmawiania modlitwy Zdrowaś Mario do słów „błogosławiony owoc żywota Twojego, Jezus”, po czym odwracano formę i do zakończenia modlitwy pieczono drugą stronę. Wafle wypiekane na Warmii zgodnie z tą starą recepturą zostały 17 marca 2017 roku wpisane na listę polskich produktów tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi jako „gofry pruskie”, bo, jak uzasadniano: „wszakże kulinarna tradycja jest zlepkiem tradycji kulinarnych dwóch narodów: Niemców i Polaków”.

Część kolekcji „żelazek do gofrów”, czyli gofrownic. Różnią się one wielkością i wzorem. Oprócz „serduszek” jest też urządzenie do wypieku wafli prostokątnych.
Jak widać, w życiu codziennym i prowadzeniu gospodarstwa domowego używano już dawniej wielu sprzętów i urządzeń, znanych do dzisiaj. Są to wynalazki pochodzące sprzed stu lub więcej lat, obecnie zostały „tylko” unowocześnione, zelektryfikowane, zautomatyzowane, no i powstają z innych materiałów (nie zawsze trwalszych…)!
KRZYSZTOF A. WOROBIEC
[1] W Ameryce pierwszą parową pralkę bębnową opatentował w 1851 roku James King. Siedem lat później Hamilton Smith wynalazł pralkę z bębnem obrotowym. W 1899 roku pojawiły się pralki o napędzie elektrycznym, a w 1937 roku z automatami utrzymującymi temperaturę i programatorem. Amerykańskie pralki miały jednak inną konstrukcję i inaczej był w nich mocowany i obracany bęben.
Dla Marty najważniejsza była przyjaźń. Ogromnie ciekawił ją świat, związana była z wieloma krajami, w których mieszkała, oddana pracy intelektualnej i uczeniu, ale jej główną zasadą postępowania była troska o przyjaciół i lojalność wobec nich. A przyjaciół miała wielu, choć nie od razu zostawało się jej przyjacielem czy przyjaciółką. Niektórzy obecni na tej sali, znaleźli się może na liście osób, do których Marta wysyłała życzenia na Święto Dziękczynienia. Listę tę nazywała „My Preferred Holiday” i w ten sposób obchodziła ten dzień. Na liście było 108 nazwisk. Ten sam zestaw adresów mailowych tworzył listę urodzinową, zatytułowaną „My Annual Birthday”. 25 kwietnia każdego roku Marta składała sobie życzenia, wysyłając maila do grupy przyjaciół. Miałam szczęście dostawać oba te listy, zawsze mnie cieszyły. I rozśmieszały. Teraz oczywiście myślę o nich ze wzruszeniem. Nawet na odległość Marta była z nami, była z każdym z nas, ale także z nami jako grupą. W najszerszym tego słowa znaczeniu, grupą jako społecznością. Gdziekolwiek była, skupiała wokół siebie małą lub większą społeczność.

Bo jej przyjaźń miała społeczną naturę. Widać to było w jej zaangażowaniu politycznym, w tym, jak odnosiła się do swoich studentów, do ludzi, z którymi pracowała. Uwaga i życzliwość charakteryzowały jej sposób nauczania, bo to było częścią jej misji. Tę samą misję widać w jej książkach. Jej Latyfundium przełamało stereotypy dotyczące „kwestii Południa”, wzięło w obronę tę część Włoch, która miała być odpowiedzialna za zapóźnienie i moralne kłopoty całego kraju. Znaczący jest tu podtytuł: Ekonomia moralna i życie materialne XIX-wiecznego peryferium. To jest studium działania ogromnej własności ziemskiej kalabryjskiej rodziny Barracco. Książka ukazuje ekonomiczną sensowność tego rozwiązania i jego zakorzenienie w moralnych i kulturowych normach społecznych. Pracę tę Marta zadedykowała swojemu nauczycielowi na Uniwersytecie Warszawskim, profesorowi Witoldowi Kuli.
Jej inna książka: Irlandzki sen. Życie Konstancji Markiewiczowej – komendantki IRA (1868–1927) – też dotyczy peryferium, tym razem irlandzkiego, i wyjątkowej kobiety, która usiłowała wcielić w życie wizję otwartego nacjonalizmu. Tę książkę z kolei zadedykowała Jackowi Kuroniowi, najważniejszemu chyba mistrzowi Marty. We wstępie Marta pisze, że Kuroń przypomina Konstancję Markiewiczową „nie tylko kolejami życia, ale przede wszystkim tym, że zawsze stoi po stronie najsłabszych”. W innych publikacjach, także w niezrealizowanym niestety projekcie wielkiej książki o peryferiach Europy, Marta stale pochylała się nad tym, co słabe, nad tym, co wymagało ochrony. Takie były jej przekonania.
Ale była to także kwestia temperamentu. Już w szkole podstawowej należała do tak zwanego czerwonego harcerstwa, czyli walterowców, prowadzonych przez Jacka Kuronia. Był to niewątpliwie formatywny okres jej życia, w którym nauczyła się stawać w obronie słabszych, być członkiem wspólnoty i dać upust spontaniczności. Na letnich obozach polubiła wspólne śpiewy: znała słowa międzynarodowych pieśni, choć nie opanowała ich melodii. Ze swoją doskonałą pamięcią, odśpiewywała je z entuzjazmem do ostatniej zwrotki. We wczesnej młodości brała czynny udział w dyskusjach zbuntowanej młodzieży szkolnej, na uniwersytecie ta działalność była już poważniejsza. W roku 1968 uczestniczyła w proteście przeciw zdjęciu z afisza Dziadów Mickiewicza. Została za to zatrzymana i skazana na grzywnę. Przed dalszymi szykanami uchroniło ją złamanie nogi i pobyt w szpitalu. Ale i tak, w wyniku tych wydarzeń, poczuła się zmuszona do opuszczenia Polski. Uniwersytet Warszawski został oczyszczony ze zbuntowanych profesorów i studentów, szczególnie tych, którzy mieli żydowskie korzenie. Po marcu, gdy czas ruchu młodzieżowego przeminął, uniwersytet był nie do poznania.
Po śmierci Marty wysłuchałam jej wypowiedzi skierowanej do mieszkańców Rende w Kalabrii: jako radna od spraw kultury wygłaszała krótkie wykłady, zawsze świetnie skonstruowane, żywe i ciekawe. A także osobiste: przedstawiała się w nich jako polska Żydówka. To była tradycja, w której się odnalazła, jej ulubioną postacią była Róża Luksemburg. Gdy wyjechała z Polski, miała 22 lata i choć w roku 1968 zderzyła się z antysemityzmem, własnego żydostwa nauczyła się, żyjąc wśród ludzi o rozmaitym pochodzeniu i historii. Żyła i pracowała we Włoszech, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i krócej w wielu innych krajach. W przedmowach do swoich publikacji zawsze na końcu zapisywała miejsce i datę ich powstania, jak gdyby zostawiając ślady swojej wędrówki. Mam u siebie jej książki powstałe w Arcavacata, Princeton, Inowrocławiu, Binghamton. Ta mobilność nie wynikała tylko z losu, ale także z ciekawości, żywotności, z przyjacielskiego i życzliwego zainteresowania światem. Marta była wielojęzyczna, wszędzie czuła się dobrze. Ale wśród dedykacji na książkach, które od niej dostałam, jedna, napisana 32 lata temu, na oryginalnym wydaniu Latifondo, brzmi dość dramatycznie: „Irenko kochana, w nadziei, że sobie w końcu znajdziemy jakieś latyfundium, żeby tam wszyscy zamieszkać”. Podkreślam słowo „wszyscy”. Taka była natura przyjaźni, którą żyła Marta.
IRENA GRUDZIŃSKA-GROSS
Mowa wygłoszona w Ambasadzie Polskiej w Rzymie, 20 II 2026, na spotkaniu „Rzym: Ambasada Naukowców”.
Dzień rozpoczynałam od podlewania kwiatów. Najpierw pelargonie, w skrzynkach, za oknami. I zioła, w donicach, na dachu, pod oknem. To wtedy zjawiał się kot. Wracał ze swoich nocnych wypraw, do domu, naprzeciwko. Potem były rośliny na podwórku. Plus minus – pięćdziesiąt. W donicach: małe, średnie i wielkie jak drzewa. Te polewałam wężem. Rano i wieczorem. Przez cały lipiec.

„Powrót do domu”, Paryż 2016, z cyklu: „Słownik fotograficzny” © Elżbieta Lempp
28 października 2023
ELŻBIETA LEMPP
Notatniki wypełniają w znacznej mierze literackie projekty, lecz również podróże – szczególnie do Grecji i Włoch – mają w nich swój niebagatelny udział, stanowią niezmiennie doświadczenie wykraczające poza estetyczne doznania. Wydaje mi się, chociaż to całkiem subiektywna hipoteza, że doświadczenie Włoch usytuować można by pomiędzy dwoma zdaniami: pierwsze, zapisane jeszcze w Algierii, oddaje postawę Camusa wobec życia, która miała znaleźć we Włoszech swoje idealne ucieleśnienie: „Trzymam się świata każdym gestem, ludzi – całą wdzięcznością”; drugie, przeciwstawia milcząco Paryż temu, co oznaczało dla Camusa Południe, w geograficznym i kulturowym sensie: „Paryż, miasto, w którym słońce to luksus i trzeba mieć forsy jak lodu, by tu umrzeć; miasto, w którym nie uświadczysz drzewa bez konta w banku. Paryż, który chce dawać lekcje światu”. Zupełnie jakbyśmy czytali Stendhala, dla którego również Francja była sferą sztuczności, konwenansu, społecznego statusu.

Notatek, rozproszonych w całym tomie, nie dałoby się ułożyć w żadną tradycyjną podróż do Włoch, ich fragmentaryczność, nakładanie się na siebie w czasie, powtarzalność, tym lepiej oddają istotę tych pobytów, niemających na celu poznania kraju, jego historii i sztuki, które tak interesują zawsze podróżnych spieszących się, by przekuć je w mniej lub bardziej uczoną książkę.
Pierwsza podróż, w 1936 roku, to jednak tradycyjnie wyprawa do serca Włoch, do Toskanii: Piza, Florencja, freski Giotta, Gozzolego, nie wymagają studiowania ani wiedzy z dziedziny historii sztuki, równie ważne są „łagodne, subtelne światło nad Florencją”, cyprysy na Campo Santo w Pizie, zapach wawrzynu w Fiesole. To właśnie w Fiesole następuje prawdziwe objawienie własnej dalszej drogi, świadomość „życia o twarzy z łez i słońca, życia w soli i nagrzanym kamieniu”, sprowadzonego do samej istoty, obranej z wszelkich intelektualnych naleciałości. Fiesole zatem jako epifania: „Aż któregoś dnia ziemia uśmiecha się swoim pierwotnym, naiwnym uśmiechem. Ma się wtedy poczucie, jakby ktoś jednym ruchem wymazał życie i toczące się w nas boje. Miliony par oczu oglądały ten pejzaż, a dla mnie jest on niczym pierwszy uśmiech świata”.
Powrót do powojennych Włoch następuje w 1954 roku. Pierwsza notatka: „Od kilku dni radość, radość na myśl, że wracam do Włoch” powtarza niemal słynny okrzyk Stendhala: „Więc ujrzę piękne Włochy!”. Oczekiwanie, nadzieja, są takie same jak wszystkich sławnych podróżnych na „nowe siły i utracone światło”. Tym razem droga wiedzie od Turynu, Genui i Mediolanu do Neapolu i okolic, a więc obejmuje niemal cały obszar klasycznych „podróży” mających kształt odwróconego trójkąta, z szeroką podstawą na północy i czubkiem właśnie w Neapolu. Centralne miejsce zajmuje Rzym, którego „fontanny, ogrody i kopuły nosimy na sercu dziwnie szczęśliwi”. Piękno barokowych placów sprawia, że Camus zaczyna żałować „głupich i ponurych lat spędzonych w Paryżu”, a znalezienie się w Paestum stanowi kolejną po Fiesole epifanię: „Kiedy stajemy przy świątyni Posejdona, gawrony, szykujące się do snu, wzlatują znienacka w niebo […], przysiadają na chwilę w jej czterech narożnikach, jakby chciały uczcić tę cudowną chwilę, gdy naszym oczom ukazuje się istota wykuta z kamienia, ale żywa i niezapomniana. Wieczór, czarny lot gawronów, od czasu do czasu śpiew ptaków, przestrzeń między morzem a wzgórzami; chłoniemy każdym zmysłem te prawdziwe, precyzyjne cuda, a ja, zmęczony i podekscytowany, czuję, że jestem bliski płaczu. A potem niekończący się zachwyt, który każe milczeć”.

I jeszcze powrót w 1955, miasteczko San Leo, gdzie Włochy po raz kolejny udzielają lekcji życia, zredukowanego do minimum: „Ukochane Włochy, w których mógłbym w pełni ozdrowieć. W drodze powrotnej stary zapach zakurzonych ścieżek. Emilia Romania i białe woły o długich rogach ciągną skrzypiące wozy. Zapach siana i słońca”. Wszystkie elementy tego opisu składają się na pewien konstrukt, Włochy jako Arkadia poza czasem, obraz odporny na wszelkie zmiany zachodzące w tym kraju, przeciwwaga nowoczesnej Europy. Powojenne biedne Włochy ze zdjęć Capy, neorealistycznych filmów, neapolitańskich notatek Máraiego i z tylu innych świadectw trwale zapisały się w europejskiej wyobraźni jako utracona alternatywa, która trwa uparcie, ponieważ ma w sobie terapeutyczną moc.
Na koniec, najpiękniejszy chyba fragment, w którym uroda miejsca i charakter ludzi tworzą jedyną w swoim rodzaju całość: „Chciałbym, żeby na starość dane mi było wrócić na tę drogę do Sieny, jedną, jedyną na świecie, i umrzeć tam w rowie, otoczony jedynie życzliwością nieznanych mi, ukochanych Włochów”. Życzenie Camusa, tak jak większość naszych życzeń, nie miało się spełnić, „droga do Sieny” trafiła do tytułu książki Marka Zagańczyka, a hojne, szczodre Włochy, o których pisał Paweł Muratow, wciąż obdarzają swoim pięknem kolejnych przybyszów. W ubiegłym roku było ich wprawdzie 33 miliony, więc owo wyjątkowe doświadczenie zwane podróżą do Włoch musiało raczej stracić nieco ze swego uroku.
JOANNA UGNIEWSKA
Sobota, 10 stycznia
Anna Piwkowska wspomina nieborowskie spotkania z Tadeuszem Mazowieckim: „Nazywaliśmy go Naszym Smokiem, bo był powolny, charyzmatyczny i jak smok tajemniczy. A także baśniowy. Chodziło chyba o skrzydła, które wtedy ukrywał, stulone. Miał je rozwinąć 12 września 1989 roku, gdy powołano rząd Tadeusza Mazowieckiego”. Ciekawy koncept tych anielskich skrzydeł; ich nagłe rozprostowywanie, związany z tym wysiłek, może tłumaczyć zasłabnięcie świeżo mianowanego premiera na sejmowej trybunie.
*
W „NZZ” (z 6 stycznia) Jan Koneffke zachwyca się niemieckim przekładem powieści Zyty Rudzkiej Ten się śmieje, kto ma zęby, tajemnicy sukcesu tej książki dopatrując się przede wszystkim w barwnym, soczystym i dowcipnym języku narratorki. Umieszczony w tytule recenzji charakterystyczny cytat z powieści mówi sam za siebie: „Sie haben meinen Mann also gut gekannt? Marginal oder vaginal?”. Książka, w przekładzie Lisy Palmes, ukazała się nakładem Friedenauer Presse.
*
Wieczorem Pulp Fiction (1994) Quentina Tarantino. Dwa małe polonica: operatorem był Andrzej Sekuła z Wrocławia; w opowieści o wojnie w Wietnamie pojawia się żołnierz nazwiskiem Winocki – to hołd dla jednego z ulubionych reżyserów Tarantina, Howarda Hawksa, w którego Air Force (1943) występuje sierżant Joe Winocki.
Mamy wrażenie, że przez te trzydzieści lat film wcale się nie zestarzał. Maria narzeka, że przegadany, ale przecież dopiero w dialogach wychodzi na jaw cała siatka aluzji i skojarzeń kulturowych. Ja oglądałem, jakby to był pierwszy raz. Potem zacząłem sobie przypominać, czy mogłem go widzieć, i wyszło mi na to, że chyba rzeczywiście pierwszy. W 1994 byłem młodym dyplomatą w Bernie i nie chodziłem na takie filmy.
Poniedziałek, 12 stycznia
Już sam doczytuję antologię Opowiedz zwierzę. Spod powieki wyłapuję u Mirosława Welza (z zawodu docenta weterynarii) w wierszu Sarna: „Na poboczu drogi / W otwartych oczach / Znieruchomiały / Ciekawość i strach”. Jest też wiersz W oczach koni: „W oczach koni wiezionych na rzeź / Nie było strachu / Tylko ból obijanych zadów / Zranionych pęcin […]”. Zaś Bio Julii Fiedorczuk, o utożsamianiu się z rybą, kończy się takim obrazem: „Mam pokusę morza / W zielonych tęczówkach”.
Wtorek, 13 stycznia
Ostatnia lektura. W suwalskich „Kronikach” (2025 nr 4) z okazji sto piętnastej rocznicy śmierci Konopnickiej informacja o okolicznościach tego zdarzenia, oparta głównie na cytacie z Notatnika Marii Dulębianki: „«Daj mi te książki od Lewickiej [Anna Lewicka, autorka książek dla dzieci], będę czytać, a ty idź się połóż, posłuchaj mnie…». To były ostatnie jej słowa, do mnie zwrócone. Podałam jej obydwie książki: Chylewskiej Listy do p. Boga: [spowiedź grzecznej dziewczynki, Lwów 1908] i Pamiętnik pchły [i inne ucieszne historie, Brody 1908]. Wzięła tę drugą na kolana i zabrała się do czytania… A za małą chwilę usłyszałam jakieś niezrozumiałe słowa (żądała eteru) i prawie równocześnie krzyk (maserki [masażystki])”.
Miałem kiedyś pomysł, już go nie zrealizuję, zebrania i przeanalizowania ostatnich lektur – znanych ludzi, ale też zwykłych śmiertelników (myślałem o jakiejś ankiecie z udziałem przedsiębiorców pogrzebowych). Jaką książkę ludzie wybierają do czytania, szykując się na śmierć, albo jaka przypadkiem/nie przypadkiem wpada im w ręce. Mogę nawet sprecyzować, kiedy narodził się ten pomysł: gdy w niemieckim tygodniku (mieszkałem wtedy w Stuttgarcie) przeczytałem, jaka książka leżała przy łóżku niemieckiego polityka Uwego Barschela, którego zwłoki znaleziono w wannie w genewskim hotelu w październiku 1987 roku. Były to, o ile pamiętam, opowiadania Camusa; przyczyna śmierci (oficjalnie: samobójstwo) do dziś nie jest do końca przekonująco wyjaśniona.
Wracam do ostatniej lektury Konopnickiej. Sięgam do źródła, z którego zacytowano fragment notatnika Dulębianki (w opracowaniu Aleksandry Sikorskiej-Krystek). I za chwilę już czytam książkę, sygnowaną pseudonimem Klewe, której tytuł brzmi: Z pamiętnika pchły i inne ucieszne historie (Lwów 1908). Jest to zbiór humoresek Klemensa Weitza, humorysty i felietonisty lwowskiego „Słowa Polskiego”. Teksty bardzo nierówne, od żenująco głupich (cykl o służącej Magdzie) po ambitniejsze. Z punktu widzenia konstelacji Konopnicka – Dulębianka na uwagę zasługują humoreski Po wiecu kobiet oraz Wiec mężczyzn. Natomiast w ostatnim tekście tomu, w cyklu Listy reportera z podróży koleją po Galicji, warto zwrócić uwagę na zdanie: „Na wszystkich stacjach wsiadają nowi pasażerowie z tobołkami i koszami, bo letnicy tak straszne uciekają, jak publiczność premierowa Dobrodzieja złodziei” (s. 177). Dlaczego? Dlatego, że ten tekst, opatrzony datą powstania 27 sierpnia 1907, odnosi się do lwowskiej premiery (15 maja 1906) sztuki pod tym tytułem, której głównym autorem był Karol Irzykowski.
Innym powodem, dla którego warto zajrzeć do tego tomu, są humorystyczne winiety Kazimierza Sichulskiego. Nie wspomina o nich Danuta Muszanka w swej monografii Karykatury Kazimierza Sichulskiego (Wrocław, Ossolineum, 1970). Warto zwrócić uwagę zwłaszcza na portrecik mędrca z rozwichrzoną czupryną, siedzącego jak Diogenes obok butli, z której wylewa się struga atramentu – postać przypomina karykaturę Witkiewicza-ojca z cyklu III karykatur (u Muszanki il. 80).

Kazimierz Sichulski, Karykatura Stanisława Witkiewicza [?]
Klemens Weitz był lwowskim prawnikiem i literatem. Oprócz wspomnianego „pamiętnika pchły” wydał kilka zeszytów Monologów, z których na przypis w historii polskiego sonetu zasłuży może kiedyś humoreska Pan Sonetowicz (zeszyt szósty). Jest też autorem kilku sztuk, z których największym powodzeniem cieszyły się bodaj: niemiecka Die Befreier (o wkroczeniu Rosjan do Lwowa w czasie I wojny) oraz polska Złodziej milionów. W roku 1911 był jednym z założycieli lwowskiego kabaretu Ul, w którym prócz niego działali m.in. Jerzy Bandrowski, Kornel Makuszyński oraz Henryk Zbierzchowski (skądinąd autor Piosenki o teściowej i pchle) [1].
Ale miało być o ostatniej lekturze Konopnickiej. Otóż, wedle przyjaciółki, „za małą chwilę” po rozpoczęciu czytania zażądała ona eteru, a po otrzymaniu zastrzyku umarła. Można zatem domniemywać, że z całego tomu humoresek poetka zdążyła co najwyżej przeczytać pierwszą, zatytułowaną Z pamiętnika pchły (Na podstawie mozolnie zebranych materiałów). Narratorką jest tu tytułowa pchła, która opowiada swe wędrówki po ciałach kolejnych żywicieli, od pięknej hrabiny („usiadłam na bajecznej koronce koszuli lekko falującej w miarę jej oddechu i huśtałam się tak rozkosznie, że każdy mężczyzna na moim miejscu skonałby z zachwytu”), przez pokojówkę („Znowu prosta krew, choć zdrowa na żołądek”), synalka pani hrabiny („Krew nawet niezła, ale jakoś straszne głupia. Z niego będzie kiedyś tęgi dyplomata”), bonę dla dzieci hrabiów, starego hrabiego („krew wprawdzie niebieska, ale jakaś dziwna w smaku. Uczułam mdłości i jakby zatrucie jakimś metalem, coś jakby rtęcią”), córeczkę hrabiego („Z panną wszystko można robić, tylko trzeba wiedzieć kiedy. Gdy czytała romans lub wiersze, mogłam ją gryźć, ile chciałam”), młodego porucznika, wyperfumowaną panią, grubą masażystkę, roztargnionego profesora („Gdym go pierwszy raz ukąsiła, aby skosztować czy warto będzie zatrzymać się tu dłużej, zaczął do mnie rozmawiać jakimś uczonym językiem, którego nie rozumiałam”), posła do Rady Państwa, po kasjerkę z kawiarni, która wszakże wieczorem lądowała w separatce, gdzie różni panowie pomagali jej szukać pchły. Pchle było u kasjerki dobrze, dopóki krew dawczyni nie zaczęła się psuć. Skończyła się praca w kawiarni, kobieta trafiła do szpitala. Finał: „Moja pani wyglądała coraz gorzej, a ja chciałabym przedostać się z niej na innego człowieka, ale nie miałam już sił. Nogi mi zdrętwiały, cała jestem chora, jakby zatruta. Dlatego oczekuję tu śmierci ze spokojem i spisuję moje pamiętniki dla potomności. Nie jem i nie mam apetytu, przeklinam ludzkie plemię, które nie jest godne, aby żywiło swoją krwią paskudną, taką porządną, jak ja, pchłę”.
To były prawdopodobnie ostatnie słowa, jakie w swym życiu przeczytała Maria Konopnicka. Świat z punktu widzenia umierającej pchły. Był październik roku 1910. Pięć lat później ukaże się opowiadanie, którego bohater, Gregor Samsa, budzi się przeobrażony w wielkiego robala. Mniej więcej w tym samym czasie dokonuje się przemiana Jakuba (ojca narratora) w karakona, opisana w prozie Brunona Schulza (ojciec pisarza zmarł w roku 1915). Ostatnie lektury starego świata łączą się z pierwszymi obsesjami nowoczesności. Czy lepiej zasnąć jako pchła, czy obudzić się jako karaluch?
Piątek, 16 stycznia
„Wiesz – mówię do M. – Żydzi w Zurychu obwiązali sznurem siedem dzielnic na wysokości ponad czterech metrów i uznali, że to jest jedno podwórko, po którym można swobodnie się przemieszczać w szabas”. „Kiedy to było?”. „Jak to, kiedy?”. „W wiekach średnich?”. „Nie teraz, w tym tygodniu. Cała prasa szwajcarska o tym pisze, w tym duchu, że ortodoksyjni Żydzi w Zurychu zyskali więcej wolności. Dobrze to ujął «Tages-Anzeiger», pisząc: «Drut daje ortodoksyjnym Żydom swobodę ruchu». Talmud zawiera cały traktat (Eruw, czyli „zmieszania”), poświęcony sposobom omijania świątecznego zakazu. W przedwojennej Warszawie też był taki drut.
Czwartek, 22 stycznia
W „Wyborczej” wywiad z Jimem Jarmuschem, który dziś kończy 73 lata: „Półtora roku temu zdarzyła mi się dziwna rzecz. Zacząłem widzieć świat w jaśniejszych i wyrazistszych kolorach. Dosłownie, zero metafory, jakbym ciągle był na psylocybinie. Niegdyś najbardziej lubiłem różne odcienie niebieskiego. Teraz – czerwony. Poszedłem do okulisty, ale odesłał mnie do neurologa. Pewnie będę musiał odbyć tę wizytę. Ale póki co cieszę się tym zjawiskiem”.
Perspektywa widzenia świata w odcieniach czerwieni mniej mi się uśmiecha, ale póki mogę czytać, nie narzekam, tylko uważnie obserwuję (spod powieki) wszelkie zmiany. W poniedziałek kolejne badanie – pole widzenia.
Piątek, 23 stycznia
Książeczka Listy jako wyzwanie dla edytora (red. Janusz S. Gruchała, Kraków, Avalon, 2019). Dwa miejsca poruszyły mnie szczególnie. Justyna Wysocka w artykule o losach spuścizny Bednarczyków opisuje kolejne stacje–miejsca, w których Krystyna Bednarczykowa po śmierci męża próbowała umieścić w kraju archiwa londyńskiej Oficyny Poetów i Malarzy. Rozważano Lublin, Poznań, Toruń, Sandomierz, wreszcie Kraków, gdzie w końcu, w roku 2012, powstała Pracownia-Archiwum Oficyny Poetów i Malarzy. Omawiając tło tej decyzji autorka pisze:
„Dużą rolę odegrała również – jak można sądzić – historia budynku Wydziału Polonistyki, w którym mieściła się w XV wieku Drukarnia Łazarzowa” (s. 16).
Rzeczywiście, pamiętając pasję, z jaką Bednarczykowie podchodzili do swej pracy na ręcznej prasie drukarskiej w arkadzie wiaduktu koło stacji Waterloo, chętnie wierzę, że mógł to być decydujący argument: niech nasza prasa i nasz dorobek staną tam, gdzie w XVI wieku drukowano pierwsze zbiorowe wydanie poezji Kochanowskiego.
A drugie miejsce to fragment listu Zbigniewa Bieńkowskiego do Bednarczyków: „Słyszałem (od Wacka Iwaniuka), że zamierzacie się przenieść do Kanady? Sprawa Hiszpanii chyba nie jest realna, jak Pan myśli. Napiszę jeszcze do pana Floriana Śmiei. Hiszpania to takie niemożliwe marzenie. Teraz jest jedyna chwila w naszym życiu, by się przyśniła na jawie. Ale jak?” (s. 131). Ten list z kolei wiąże się z wcześniejszymi planami wyniesienia się z Anglii. Nie było jeszcze mowy o powrocie do Polski, rozważano różne koncepcje, od Kanady, przez Włochy (jakiś XVII-wieczny budynek poklasztorny między Florencją a Sieną), po Hiszpanię. Dodatkowego posmaku listowi Bieńkowskiego dodaje to, że powstał w marcu 1968 roku, w czasie nagłych wyjazdów wielu polskich intelektualistów (Bieńkowski był wówczas na stypendium na Zachodzie). Tak historia Oficyny Poetów i Malarzy splata się z wielką historią.
Niedziela, 25 stycznia
Chodząc po Lasach Młochowskich późną jesienią zwracam zawsze uwagę na galasówki na opadłych liściach dębu, trochę, ponieważ pięknie kontrastują barwą z otoczeniem, ale przede wszystkim dlatego, że dawniej wytwarzano z nich atrament. Dziś w „Wyborczej” czytam rozmowę z Małgosią Turzańską, która projektowała kostiumy do filmu Hamnet i otrzymała za to nominację do Oscara: „[…] William ma zawsze palce i strój pobrudzony atramentem. Udało mi się nawet znaleźć ten sam atrament, którego używał Szekspir! On go własnoręcznie wytwarzał, ale teraz można kupić repliki, robione na podstawie tej samej receptury. To mikstura robiona z narośli na dębie zmieszanych z zardzewiałymi gwoździami, z której powstaje ciemnoszary atrament. Szarości w stroju Willa są inspirowane właśnie tym konkretnym kolorem atramentu, tym, którego naprawdę używał”.
Poniedziałek, 26 stycznia
Dziś dzień okulistyczny. Najpierw perymetria, czyli badanie pola widzenia. Pytam o wynik: „Pan widzi inaczej”. (Jakoś mnie to nie dziwi). Specjalista ogląda wszystkie wyniki i stwierdza stanowczo: to nie jest sprawa okulistyczna, tylko neurologiczna; radzi przebadanie w szpitalu na Sobieskiego.
*
A tymczasem w Zurychu dzisiejszej nocy wielki pożar w Lindenhof, w siedzibie loży wolnomularskiej „Modesta cum Libertate”. Poszkodowani wiążą to zdarzenie z niedawną zagorzałą dyskusją wokół masonerii, wywołaną przez artykuł-wideo Rogera Köppela, redaktora naczelnego tygodnika „Weltwoche”, w której padały zarzuty uprawiania satanizmu; podejrzewają rozmyślne podpalenie. Podobno z siedziby loży zginęły ceremonialne laski i inne przedmioty.
Wtorek, 27 stycznia
Z okazji rocznicy wyzwolenia obozu w Auschwitz „Frankfurter Allgemeine Zeitung” publikuje dziś wstrząsające świadectwo – słowo „reportaż” jest tu zbyt prozaiczne – Józefa Mackiewicza Ponary – „Baza”. Ogłoszony w roku 1945 na emigracji, w „Orle Białym”, potem w tomie Fakty, przyroda, ludzie (Londyn 1984), tekst ten przedstawiony jest w komentarzu redakcyjnym jako opowiadanie, które w Polsce uchodzi „za najwyrazistszy literacki opis Zagłady”. Zgoda, co do oceny, dla mnie osobiście to jest jeden z najważniejszych tekstów Mackiewicza, aczkolwiek obawiam się, że w Polsce nie należy do rzeczy powszechnie znanych i czytanych. Przekład niemiecki ukazał się wcześniej w roku 1994 w specjalistycznym piśmie „Dachauer Hefte”, poświęconym tematyce Zagłady (nr 10, o sprawcach i ofiarach). Tłumaczył Gerhard Gnauck; dzisiejszy przedruk został przez niego ponownie przejrzany.
Zacząłem czytać wraz z oryginałem i tłumaczenie robi dobre wrażenie. Zatrzymałem się jednak przy wzmiance o Mickiewiczu: „Die Höhen von Ponary […] sind bekannt durch ein Gedicht von Mickiewicz […]”. W oryginale mowa o tym, że Góry Ponarskie znane są „z poematu Mickiewicza”. Słowa „durch ein Gedicht” znaczą raczej „z pewnego wiersza”. Owszem, „Gedicht” to i wiersz i poemat, ale przedimek nieokreślony wskazuje, że mowa tu o jakimś wierszu, jednym z wielu. Tymczasem Mackiewicz miał niewątpliwie na myśli Pana Tadeusza, ten fragment na początku czwartej księgi, gdzie mowa o Giedyminie, który „na Ponarskiej górze, / Przy ognisku myśliwskim, na niedźwiedziej skórze, / Leżał, słuchając pieśni mądrego Lizdejki”, a to przecież mit założycielski Wilna i całej Litwy. W przekładzie powinien zatem być przedimek określony i rzeczownik „Epos”. Drobny ten przykład pokazuje, jak gęsta jest proza Mackiewicza, wymownie świadczy o jej podskórnej intertekstualności.
*
A wieczorem, w tym dniu pamięci o ofiarach Holokaustu, film Quentina Tarantino Inglourious Basterds (Bękarty wojny, 2009). Nie sposób, oczywiście, rozumieć go wprost, jako rzeczy o II wojnie światowej. Raczej jako brawurowo (zwłaszcza przez Christopha Waltza) zagraną opowieść „meta”, film nakręcony na kanwie innych filmów, w opozycji do nich, narrację z drugiego albo trzeciego piętra filmowych opowieści. A przy tym – żeby nawiązać do tytułu numeru specjalnego „Dachauer Hefte” – jako film o spektakularnym odwróceniu ról ofiar i sprawców. Mam wrażenie, że Tarantino świadomie dotyka tu mitu założycielskiego państwa Izrael: do chęci pokazania światu, że Żydzi świetnie sobie radzą nie tylko w tradycyjnie wykonywanych zawodach, ale także jako, na przykład, rolnicy, a przede wszystkim jako żołnierze – u niego stający się wręcz mścicielami, zdolnymi do aktów okrucieństwa (skalpowanie trupów, wyrzynanie jeńcom swastyk na czole).
I jeszcze jedno: to jest też film o języku – jako znaku przynależności bądź obcości. Tu jeszcze raz trzeba wymienić nazwisko Christopha Waltza, podkreślić jego wirtuozerię w operowaniu różnymi językami – niemieckim, francuskim, angielskim i amerykańskim, włoskim – wręcz lubowanie się w tym narzędziu porozumienia i wykluczenia.
Czwartek, 29 stycznia
„W każdym śmiertelnym inaczej błyszczy oko przy atutowym asie, inaczej ściągają się usta przy sześciu atutach, czoło się rozjaśnia albo się zachmurza, stosownie, jak dostaje dobre lub złe karty. Są zaiste zręczni gracze, którzy twarz wesołą okazują właśnie wtedy, gdy złe karty mają, i na odwrót. Dla bystrego postrzegacza takie podstępy wojenne są jasną pochodnią. Przekonany, że oczy są zwierciadłem duszy, i że nerwy oczne, dla sąsiedztwa swego z mózgiem, przyjemnym lub nieprzyjemnym wrażeniom oprzeć się nie mogą, chwyta na twarzy gracza chwilowe pojawy uczuć wewnętrznych i po dwóch robrach zna już swego przeciwnika wybornie” [2].
Piątek, 30 stycznia
Trza w blank starym zygarze poprzeglōndać koła;
Gwichty i fedry bajtla krwiōm niych kery maźnie;
Niych wybijŏ godzny, dni, lata wyraźnie.
Prziniyście go, postŏwcie… I jak? wszysko działo?” [3]
To po śląsku. Słowa Szatana, opis starego zegara, który ma wybić ostatnią godzinę XVIII wieku w Przygotowaniu (Przirychtōnek) do pierwszego aktu Kordiana. Przypomnę oryginał Słowackiego:
Obejrzeć trzeba koła w wiekowym zegarze,
Krwią dziecięcia namaścić gwichty i sprężyny;
Niech nam bije wyraźnie lata, dnie, godziny.
Przynieście go, postawcie… Co? Czy nie zepsuty?
Ta zwrotka świetnie się nadaje, żeby pokazać, na czym polega translatorskie osiągnięcie Mirosława Synawy. Nie poszedł on pozornie łatwą ścieżką, często obieraną przez tłumaczy poezji w przypadku języków gramatycznie podobnych, pokrewnych. Nie dał się skusić złudnym niekiedy podobieństwem słów w pozycji rymowej, tylko wywraca strofę Słowackiego na nice, dobierając w pary zupełnie inne słowa.
Pozostaje czekać, aż jakiś śląski teatr zdecyduje się na wystawienie tego ześląszczonego Kordiana. Czekając na premierę – słucham, jak moja Rybniczanka czyta na głos poszczególne fragmenty, wybuchając raz po raz serdecznym śmiechem. „Jak ta Heksa mówi! «Z włosów czesanych / Iskry się sujōm». Świetne! A potem Szatan: «Ej, ty tam, hekso! już biyła godzina?». A ona pyta: «Kerō?». Kapitalne!”. Brawa dla tłumacza i dla wydawnictwa.
Sobota, 31 stycznia
W milanowskiej willi Waleria na wystawie rzeźb Antoniego Rząsy [4], które, widać, dobrze się tu czują, w otoczeniu prac starszego kolegi po dłucie, Jana Szczepkowskiego, choć przecież wiele obu artystów różni w technice, podejściu do materiału, tematyce. Obaj, acz w różnym czasie, przeszli przez Szkołę Przemysłu Drzewnego w Zakopanem.
Rzeźby Rząsy budziły i budzą kontrowersje – jednych razi „religianctwo”, inni dopatrują się bluźnierstwa. W moim odczuciu Antoni Rząsa – niezależnie od czynionych w różnych okresach własnych wyznań na temat wiary i stosunku do Kościoła katolickiego – uprawiał sztukę głęboko religijną. Miał dar syntetycznego skrótu, który przemawia do widza silniej od słownych deklaracji. Weźmy na przykład rzeźbę Chrystus – Dwa Serca (1963). Czyż zastąpienie dłoni gorejącymi sercami nie jest świetną poglądową ilustracją najważniejszego przesłania chrześcijaństwa o miłowaniu, przypomnieniem, że miłość należy czynić?

Jan Zieliński, „Ręce gorejące. Impresja z wystawy Rząsy”. Milanówek 2026
W jednym z wywiadów Rząsa wspominał, jak z początkiem wojny polski oficer zostawił w jego domu rodzinnym pięknie wydaną książkę Kim jesteśmy, skąd pochodzimy, dokąd dążymy?. To tetralogia (jest w niej jeszcze część pt. Gdzie jesteśmy?) pod łącznym tytułem Tajemnica bytu, wydana po polsku w roku 1925 przez Księgarnię Św. Wojciecha. Napisał ją ksiądz Théophile Moreux, matematyk astronom (zaprzyjaźniony z Flammarionem), zręczny popularyzator nauki. Mając w pamięci, że taka była lektura formująca Rząsy, innym okiem spojrzymy na rzeźbę Ziemita (1967). Intryguje androginiczność przedstawionej postaci. Wprawdzie w opisie w Galerii Antoniego Rząsy czytamy: „[…] widziałem tak piękną oryginalną kobietę, nie mogłem oczu oderwać, chyba niepokoił ją mój wzrok bez przerwy poprawiała sobie fryzurę przepasaną chustą, dużo bym dał abym mógł długo na nią patrzeć, była wysoka rysy twarzy rzeźbiarskie i tyle miały w sobie szlachetności powagi i jakiejś nieziemskiej kobiecości”, co więcej, rzeźba ma wyraźnie wypukły brzuch, jakby postać była w ciąży, ale przecież Chrystus u słupa Rząsy też ma wypięty brzuch. Tytuł rzeźby, przez skojarzenie ze słowem „kosmita”, prosi się o odmianę męską, „ten ziemita”, a długie włosy, smutne oczy i frasobliwe pochylenie twarzy przywodzą na myśl chrystusowe postacie tego artysty. Ziemita to jakby XX-wieczny komentarz plastyczny do średniowiecznych dyskusji o płci aniołów.
*
W „NZZ” na całą stronę artykuł Marty Kijowskiej o Stefanie Chwinie, zatytułowany Kontynent Gdańsk. Autorka przypomina znane w Niemczech dawniejsze powieści Chwina: Krótką historię pewnego żartu, Hanemanna (tu znanego pod tytułem Tod in Danzig), Esther (tu: Die Gouvernante), Złoty Pelikan, po czym omawia krótko późniejsze, dotąd nie przetłumaczone (Dolina Radości, Panna Ferbelin, Srebrzysko).
Marta Kijowska wskazuje na biograficzne komplikacje i ambiwalencje: pisze o katolickim dzieciństwie w komunistycznej Polsce, które przekornie wzbudziło w autorze zainteresowanie protestantyzmem, o młodości, krytycznej zarówno wobec komunizmu, jak i narodowo-katolickiej opozycji antykomunistycznej. Niemieckojęzycznych czytelników Chwina Kijowska informuje, że w Polsce jest on znany nie tylko jako prozaik, ale także jako historyk literatury i publicysta, a bywa także rysownikiem (ilustracje do napisanych wspólnie z żoną, poetką Krystyną Lars, powieści fantasy, wydanych pod pseudonimem Max Lars).
Najważniejsza część eseju Kijowskiej dotyczy ewolucji stosunku Chwina do niemieckości i kultury niemieckiej. Do początkowego dystansu do rodzinnego miasta, wynikającego z faktu, że rodzina pochodziła z Wilna (ojciec) i Warszawy (matka i babka), do rosnącego poczucia, że mieszka w mieście, które kiedyś należało do innej kultury, dochodziło ciągłe natykanie się na przedmioty opatrzone nazwami niemieckich firm. Z czasem negatywne emocje przerodziły się w ciekawość i empatię. Momentem przełomowym było natknięcie się w piwnicy na kolekcję niemieckich książek, czasopism i albumów ze zdjęciami. Było to jak odkrycie nowego, nieznanego kontynentu.
Niedziela, 1 lutego
Późnym popołudniem na oczku wodnym widzę dużą czaplę. Stoi nieruchomo, zrezygnowana. Zdaje się, że przy kilkunastu stopniach mrozu zamarzł całkowicie otwór, którym dostaje się tlen. Kiedy robię jej zdjęcie, odlatuje powoli na trawnik i stoi tam jak Szymon Słupnik. Czasem tylko spojrzy na mnie z wyrzutem. Dziś już za późno, ale jutro będę chyba musiał wyrąbać przerębel.
A wieczorem niespodziewanie dobry film hiszpański o powikłanych ścieżkach Pańskich (Los renglones torcidos de Dios, 2022). Powikłana, zaskakująca narracja o kobiecie, która trafia do szpitala psychiatrycznego, ale przekonująco dowodzi, że jest zdrowa na umyśle, tylko ma za zadanie wyjaśnić rzekome samobójstwo, do jakiego doszło w tym zakładzie. Rzecz, oparta na powieści Torcuato Luca de Tena pod tym samym tytułem z roku 1979, dzieje się w okresie rozliczeń po śmierci Franco, które objęły także psychiatrię. W sam raz do obejrzenia przed jutrzejszą wyprawą do szpitala neurologicznego i psychiatrycznego na Sobieskiego.
Poniedziałek, 2 lutego
Na Sobieskiego po przebadaniu uznano, że nie ma konieczności przyjęcia mnie w trybie nagłym, wystarczy przyjęcie planowe, czyli praktycznie zapewne w maju.
*
Afera teozofów Tomasza Kroka. Tę książkę przeczytałem jesienią, ale jakoś nie było okazji napisać, a rzecz jest godna uwagi z wielu powodów. To monografia, dotycząca siatki szpiegowskiej, zorganizowanej w powojennej Polsce przez przysłanego z Londynu majora Andrzeja Czaykowskiego, który zapłacił za to głową. Główna osobliwość tej sprawy wynika z tego, że Czaykowski, już przed wojną obracający się rodzinnie w kręgach teozoficznych, siatkę swą zbudował głównie dzięki kontaktom w tym środowisku. Nie była to przy tym prywata: taki kierunek działania miał aprobatę, wręcz, można powiedzieć, błogosławieństwo generała Michała Tokarzewskiego-Karaszkiewicza, wybitnego masona i teozofa, kapłana Liberalnego Kościoła Katolickiego.
Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że zamieszana w nią była zafascynowana teozofią Nina Andrycz, prywatnie żona Cyrankiewicza (natknąłem się na ten wątek, próbując zbadać biografię malarki Leny Cygańskiej-Walickiej, zaprzyjaźnionej z Andrycz od czasu okupacji). Andrycz uważała się za uczennicę „Mistrza z Komorowa”, astrologa i ezoteryka Roberta Waltera, który w latach pięćdziesiątych trafił na dwa lata do więzienia śledczego na Mokotowie. Co więcej, członkinią siatki szpiegowskiej była Wanda Rzeczycka – masażystka i powiernica Niny Andrycz. Tomasz Krok wiele pisze na ten temat, aczkolwiek jego relacja pozostawia niedosyt, wywołany, jak przypuszczam, zniszczeniem części akt, dotyczących Andrycz i Cyrankiewicza. Byłem natomiast mile zaskoczony, czytając biogram mrocznej postaci Borysa Smysłowskiego, „białego” Rosjanina, w którego warszawskim mieszkaniu w roku 1943 Andrycz poznała Waltera – napisany w oparciu o moje ustalenia w artykule Sprawy i sprawki Miasojedowów („Archiwum Emigracji” nr 5/6), artykule napisanym na marginesie badań nad twórczością Józefa Mackiewicza.
Trzeci moment, w którym monografia Tomasza Kroka przecina się z moimi tematami, to wątek polskiej recepcji Nikołaja Rericha, malarza i mistyka, promotora idei ochrony dóbr kultury. W Szkatułkach Newerlego jest rozdział Trzy kropki Rericha, poświęcony wątkowi tajemniczej broszury, opisanej zarówno w przedwojennym artykule Newerlego, jak i w Pamiątce z Celulozy. Newerly podaje jej tytuł jako Opamiętajcie się, kochani, do czego to prowadzi? Krok zwraca uwagę na postać zafascynowanego naukami Rericha i jego żony ezoteryka Błażeja Włodarza. Otóż w roku 1933 wydał on broszurę, zatytułowaną Przestańcie tworzyć sekty. Prośba o duchowe pojednanie. Myślę, że zbieżność tematyki i tytułowego przesłania jest co najmniej zastanawiająca.
Marginalnie przewija się też przez książkę Józef Czapski. Obaj należeli na Bliskim Wschodzie do nieformalnej grupy „Salus”, kierowanej przez rotmistrza Klimkowskiego. W kwietniu 1947 roku Czaykowski „przez dwa tygodnie pomieszkiwał w paryskich hotelach, utrzymując w tym czasie kontakt z Józefem Czapskim […]. Obracał się wówczas w środowisku Instytutu Literackiego, co potwierdza wywiad, którego udzielił Barbarze Toruńczyk w 1981 r. Jerzy Giedroyc” [5]. I wreszcie w styczniu roku 1949 generał Tokarzewski-Karaszewicz przekazał Czaykowskiemu pieniądze dla swej byłej kochanki: „Środki te Czaykowski wręczył Józefowi Zielickiemu, który wpłacił je na konto Józefa Czapskiego, ten z kolei przekazał je Dziewońskiej […]” [6]. A kto się interesuje Czapskim, ten wie, jaką rolę odegrał w jego życiu osobistym i zawodowym, zwłaszcza w okresie wojennym i tuż powojennym Józef Zielicki.
Z materiałowo bardzo bogatej książki Kroka chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden wątek, całkiem poboczny, a na swój sposób fascynujący. W jednym ze swych raportów szpiegowskich, przytoczonych w Aneksie, Czaykowski w części dotyczącej kolektywizacji opowiada o pewnej niewielkiej (12 gospodarstw) wsi poniemieckiej na Pomorzu, którą obsadzili ludzie z Wileńszczyzny („zespół zgrany, inteligentny”). Pod presją zgodzili się oni założyć kolektyw, ale wypatrzyli, że „ustawa przewiduje jakąkolwiek ingerencję w dobrowolną spółdzielnię produkcyjną tylko z tytułu dozoru inwestora inwestycji pobranych od państwa”, jak pisze Krok (s. 666), toteż postanowili obejść się bez pomocy inwestycyjnej państwa. Przez rok żyli sobie „szczęśliwi w chrześcijańskiej wspólnocie”, dopóki UB nie zainteresowało się, co to za kolektyw, który obywa się bez pomocy państwa. W raporcie nie ma nazwy wioski, ale myślę, że warto poszukać w archiwach i opisać dokładniej tę budującą historię.
Czwartek, 5 lutego

Wdzięczna czapla nad przeręblą
Środa, 11 lutego
W budynku Szwajcarskiej Biblioteki Narodowej w Bernie doszło dziś do niezwykłego spotkania dwóch dagerotypów. Oba przedstawiają głównodowodzącego wojsk szwajcarskich generała Dufoura i oba są dziełem polskiego fotografa, Jana Henryka Humnickiego. Dagerotypy, jak wiadomo, powstawały tylko w pojedynczych egzemplarzach. Tutaj mamy dwa. Jeden jest w zbiorach graficznych Biblioteki Narodowej, drugi został przywieziony w specjalnej klimatyzowanej skrzyni, z zachowaniem szczególnych środków ostrożności, z biblioteki genewskiej. Oba dagerotypy mają identyczne wymiary i przedstawiają portretowanego w dokładnie tym samym ujęciu. Gdyby oba były oryginałami, generał musiałby trwać jakimś nadludzkim wysiłkiem dokładnie w tej samej pozycji przez wiele minut.

„Spotkanie dagerotypów”. Fot. Martin Gasser
Po oczyszczeniu oba obiekty zostały szczegółowo porównane, zbadane pod mikroskopem oraz zdigitalizowane w bardzo wysokiej rozdzielczości. Okazało się, jak mnie informuje historyk fotografii Martin Gasser, że egzemplarz berneński jest ostrzejszy, bardziej skontrastowany, ma miększe odcienie szarości i wyraźnie mniej zadrapań oraz drobnych rys. W tej chwili najbardziej prawdopodobna jest hipoteza, że mamy do czynienia z dwiema kopiami zaginionego, może zniszczonego oryginału, jedną lepszą, drugą nieco gorszą. Być może analiza skanów przyniesie jeszcze jakieś ustalenia. W każdym razie dobrze, że dagerotyp, który 8 lipca zeszłego roku ukazał się na pierwszej stronie „NZZ” bez nazwiska autora (pisałem o tym w dzienniku), teraz stał się obiektem systematycznych badań.
*
Argentyński film La ira de Dios (2022). Właściwie powinien mi się podobać: oparty na powieści (autor: Guillermo Mártinez), opowiada o dwóch rywalizujących pisarzach, o procesie twórczym, o dyktowaniu powieści sekretarce, o wieczorach autorskich i wywiadach, o naciskach wydawnictwa na prasę. Ale ponury jak Boletus luridus, „borowik ponury” (który zresztą też gra w tym filmie pewną rolę). Jeśli nie żałuję obejrzenia, to dla wnętrza, w którym rozgrywa się kulminacyjna scena: El Ateneo Grand Splendid w Buenos Aires, zbudowany w roku 1919 jako teatr, potem rozgłośnia radiowa, kinoteatr, obecnie księgarnia, jedna z najpiękniejszych na świecie. A nazwą, jeśli się nie mylę, nawiązuje do starego madryckiego klubu intelektualistów „El Ateneo”, który penetrowaliśmy dwa lata temu w poszukiwaniu śladów jego członka, Tadeusza Peipera.
Czwartek, 12 lutego
W Muzeum Etnograficznym chyba trochę przereklamowana wystawa łemkowska. Owszem, w centrum jednej z sal kilka wspaniałych obrazów Nowosielskiego i mała kolekcja Nikifora, ale większość prac malarskich przeciętna, zawieszona między sztuką realistyczną a folklorem. Rozczarowuje też dział ostatni, zatytułowany „transpop”, który miał w intencji kuratora łączyć tradycję z nowoczesnością. Jako miłośnika znaczków zainteresował mnie tu najbardziej malutki zbiór filatelistyczny, dotyczący Warhola (który, jak wiadomo, był z pochodzenia Łemkiem) i jego rodaków: okazuje się, że znaczki z pracami Warhola wydawały najczęściej kraje afrykańskie.
Chciałbym natomiast wysunąć hipotezę, dotyczącą tematu jednej z najstarszych prac na tej wystawie, a mianowicie obrazu Jozefa Miklošíka z roku 1820, zatytułowanego Portret mężczyzny z książką w ręku. Przedstawia on starszego mężczyznę o wysokim czole i długich siwych włosach, spadających na plecy, którego prawa ręka spoczywa na stoliku, lewa zaś trzyma książkę otwartą na rozdziale o owocach (Obst). Na stoliku leży książka lub czasopismo podobnego formatu z widocznym tytułem: „Ceres”.
Jozef Zmij-Miklošík (1792-1841) urodził się na Spiszu; po kilku latach spędzonych w klasztorze udał się do Wiednia, gdzie został kantorem w grekokatolickiej cerkwi św. Barbary (choć miał słabe płuca, a głos szkaradny) i studiował malarstwo na akademii. Z czasem został malarzem diecezjalnym w Preszowie.
Tożsamość portretowanego można, jak sądzę, z dużym prawdopodobieństwem ustalić: to Demeter Görög (1760-1833), Rusin węgierski, polihistor (w szczególności kartograf i agronom). Był guwernerem w najznaczniejszych rodach węgierskich (m.in. książąt Esterházy), a z czasem został wychowawcą przyszłego ojca cesarza Franciszka Józefa. Jako agronom Görög zasłynął pracami na temat winorośli, był też propagatorem uprawy koniczyny.
Otóż wiadomo, że Miklošík podczas pobytu w Wiedniu namalował portret Göröga [7]. Görög, podobnie jak sportretowany mężczyzna, nosił długie włosy zaczesane do tyłu albo perukę z harcapem, miał wyraziste łuki brwi, wystające kości policzkowe i głębokie bruzdy po obu stronach ust. A tytuł leżącej na stoliku publikacji, odsyłając do zainteresowań rolniczych portretowanego, jest zarazem subtelnym identyfikatorem: łacińska Ceres to przecież grecka Demeter, jak jego grekokatolickie imię. C.b.d.u.
Obraz Miklošíka i inny portret Göröga można zobaczyć tu:


*
A po wystawie w Muzeum Etnograficznym wybraliśmy się na koncert blackmetalowego zespołu Gruzja. Przy wejściu do budynku porozkładano tektury z karykaturami Putina, zachęcając do wycierania w nie zabłoconych butów. Na ścianach korytarzy graffiti w stylu Banksy’ego i nasprayowane hasła w rodzaju WILL YOU DIE FOR SUWAŁKI albo CHRYSTUS MIAŁ CZAS TU PRZYJŚĆ. Świetna porcja mrocznej muzyki, siedząc w fotelu przez bite trzy godziny kiwałem się rytmicznie i dawałem się nieść równie mrocznym tekstom. Poszczególne utwory były poprzedzielane (a niektóre nawet ilustrowane na żywo) scenami z dziwacznej sztuki młodopolskiego poety. Tytuł koncertu: Termopile polskie.
Oczywiście przesadzam, ale tylko trochę. Jan Klata wyciągnął wniosek z tego, że polskie zespoły heavymetalowe od wielu lat wykorzystują teksty wierszy Tadeusza Micińskiego, autora Lucyfera i W mroku gwiazd, i zaprosił zespół Gruzja do współtworzenia tego spektaklu w Teatrze Narodowym.
Termopile polskie to sztuka osobliwa i rzadko grywana, jako że bardzo wiele wymaga od inscenizatorów i od widzów. Biorąc przykład z ekscentrycznego belgijskiego malarza Antoine’a Wiertza, autora tryptyku Myśli i wizje ucinanej głowy (1853), Miciński napisał długi dramat, którego akcja ma oddawać to, co działo się w głowie ks. Józefa Poniatowskiego w czasie jego finalnego skoku do Elstery.
Nie wchodząc w szczegóły, powiem, że Klata z zespołem dał spektakl porywający, bogaty problemowo, estetycznie i aktorsko (Oskar Hamerski!), a także zdumiewająco aktualny. Na osobne pochwały zasługuje program, oparty na szkielecie chronologicznie ułożonych ilustracji z dziejów Placu Marszałka Piłsudskiego [8], z tekstami, wydobywającymi różne nieoczywiste momenty, tłumaczącymi, dlaczego ta sztuka w tym teatrze (Michał Mizera, Teatr mrących głów), jaki ma związek z wolnomularstwem (Tadeusz Cegielski), a jaki z heavy metalem (Marcin Bajko). W sumie: odlotowy wieczór.
Sobota, 14 lutego
Od paru dni delektujemy się filmami Wesa Andersona (Netflix). Godzien polecenia jest też krótkometrażowy film The Singers, z fabułą opartą na opowiadaniu Turgieniewa Певцы, z akcją przeniesioną ze wsi w guberni orłowskiej do obskurnego baru na amerykańskim Południu. Uczta dla ucha.
JAN ZIELIŃSKI
[1] Por. Mariola Szydłowska, Gwiazdy i meteory lwowskiego „Ula”. W: Dorota Fox, Jacek Mikołajczyk (red.), Kabaret – poważna sprawa? Katowice, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, 2015, s. 39-49; Henryk Zbierzchowski, Nowe piosenki kabaretowe. Z tekstem muzycznym, Lwów 1919, s. 16-18.
[2] [Józef Sękowski], Filozofia wiska. „Dwutygodnik Literacki” 1845 s. 218. Tłum. z rosyjskiego. Pierwodruk ukazał się w roku 1837 w wydawanym przez Sękowskiego piśmie „Библиотека для чтения”.
[3] Juliusz Słowacki, Kordian. Ślōnski przekłŏd ôd Mirosława Syniawy. Posłowo ôd Mariusza Jochemczyka. Wydownictwa Sylezyjskij Bibliōtyki, Katowice 2025, s. 7.
[4] Antoni Rząsa – Dialogi. Milanówek, Willa Waleria. Obok rzeźb Rząsy i Szczepkowskiego pokazano fotografie Haliny Rząsy. Wystawie, która potrwa do końca lutego, towarzyszy niewielki, ale ładny katalog z tekstami Jana Krześniaka.
[5] Tomasz Krok, Afera teozofów. Siatka wywiadowcza mjr. Andrzeja Czaykowskego (1949-1951). Warszawa, IPN, 2025, s. 129-130.
[6] Tamże, s. 152.
[7] Jozef Markov, K životu a dielu Jozefa Miklošíka, „Ars” (Bratislava) 1970, s. 258. Autor powołuje się na węgierską monografię M. Beskida z roku 1914, zaznaczając, że Beskid nie wiedział, co się z tym obrazem stało.
[8] Pierwszy bodaj zrealizował taki koncept Aleksander Rzewuski, wydając w roku 2012 album pod wszystko mówiącym tytułem: Pamięć nieustająca: …jest takie miejsce w Warszawie: ilustrowana księga z ostatnich stu lat dziejów Polski, zaobserwowanych na jednym placu stolicy, nazywał się kolejno: Saski, Sachsenplatz, Саксонская площадь, Józefa Piłsudskiego, Adolf-Hitler-Platz, Zwycięstwa …i ponownie Piłsudskiego: zdarzenia, znane i nieznane postaci (Oficyna Literatów Rój).
Zanim jednak jej wystająca poza stół głowa uderzyła w kredens i zanim włożyła dłoń w usta, aby uwięzić krzyk w gardle, Wiktor odwiedził jej mieszkanie dwukrotnie. Pierwszy raz, aby pomóc przy układaniu książek.
Zaczęło się w dniu, w którym wrócił do służby po uroczystym obiedzie w Nieborowie, i od razu zaczęło się źle. Ledwie wszedł do gmachu, a już na trzecim piętrze zobaczył dwóch kolegów z pracy ciągnących zakrwawionego mężczyznę. Nie znał ich, lecz zwrotu koledzy z pracy nie mógłby się wyprzeć. Twarz pobitego człowieka była niewidoczna, bo głowa zwisała mu między ramionami, za które był ciągnięty. Pracownicy nie spojrzeli na Wiktora i minęli go z obojętnością motorniczych wąskotorówek. Nie zauważyli nawet, że mężczyźnie spadł z nogi but. Brązowy, prawie nowy. Wiktor dostrzegł też, że na pięcie ciągniętego mężczyzny nie ma skarpetki, a sama pięta przypomina fioletowo-czerwony balon.
Stalowym prętem, który służył do uzyskania tego efektu, pochwalił mu się przed tygodniem Józef Budroń. Tłumaczył, że dla osiągnięcia prawdziwego bólu, ale i według przepisów, narzędzie nie może mieć więcej niż centymetr średnicy. „Czyżby wszystko dopiero przede mną?”, pomyślał wtedy Wiktor, bo przecież musiał tak pomyśleć. Nie wiedział, czy krzyknąć, aby się zatrzymali i zabrali but, czy pobiec za nimi. Wątpliwości rozstrzygnęła młoda dziewczyna objuczona papierowymi teczkami, która nie wiadomo skąd pojawiła się na lśniącym czystością korytarzu. Piękna, mogła być młodszą siostrą kobiety z banknotu dwudziestozłotowego. Miała tak samo nieruchomą twarz. Nie spojrzała na leżący but i nie zainteresowali jej oprawcy odchodzący w dal. To ostatecznie przekonało Wiktora, że nie należy się wtrącać.

A jednak, jak to w życiu bywa, po złym początku, dzień skręcił w stronę śmieszności. Upiornej, ale zawsze. Kiedy Wiktor otworzył drzwi do pokoju z numerem 142, w którym zdobywa szlify w zawodzie, powitał go śpiew. Nie za głośny, nie za cichy, ot dziarskie podśpiewywanie ludzi pracy. Na dwa głosy jednak, co nie było całkiem zwyczajne. Śpiew przerywany był co jakiś czas zdaniami „Trzeba będzie go mocniej przycisnąć” czy „Zrób z tego raport”. Prowadził melodię, być może ze względu na dobrze ustawiony baryton, wspomniany przed chwilą Józef Budroń. Towarzyszył mu cieńszym głosem Sylwester Wasiak. Jestem Sylwek, przedstawił się przy poznaniu Wiktorowi, i niech tak zostanie, bo nic o nim nie wiadomo, poza tym, że był w Krynicy przy aresztowaniu Władysława Gomułki. Zresztą i samo aresztowanie słabo widział, bo prowadził tylko jeden z trzech samochodów.
Co innego Budroń. Ten już na drugi dzień zwierzył się Wiktorowi ze swojego życia. Być może w podzięce za radę Wiktora: „Zabandażuj szybko rękę, bo krew z paszczy wroga może zanieczyścić organizm”.
„Do bezpieczeństwa właśnie przez krew trafiłem – opowiadał – tyle że własną i gorącą, bo zapalczywy, jak skurwysyn jestem. Dziedzica nawet lubiłem, bo mojego bratolca do nauki na skrzypcach wyprawił. Ale jego córka, to już ciężka kurew była. Do wszystkiego się wpierdalała, a to żeby nie pluć przed domem, a to kiepów nie rzucać w trawę, a już najbardziej nie lubiła, jak mi się coś do rąk przylepiło. Dlatego, jak ich z dworu wyprowadzali, a franca się po coś schyliła, nie mogłem się opanować. Kopnąłem w dupę, aż pofrunęła, ale nie z całej siły, tak dla nauczki bardziej. Okazało się, że zaciążyła wcześniej i zaraz poronić jej się zachciało. Dziedzic poskarżył się władzom wojskowym i nawet ktoś mnie przesłuchiwał, ale na ucho przyznali, że racja po mojej stronie. Potem przyszło wezwanie do Warszawy i matka zaczęła chlipać, że może Mikołajczyk wygrał i szybko się nie zobaczymy. Przyznaję, miałem trochę stracha, ale rozmowa ludzka była, a na koniec pytanie, czy chcę ludowej ojczyźnie służyć. I służę najlepiej, jak umiem…”.
Tyle Wiktor wiedział o Budroniu. Człowiek o tym nazwisku, już będąc siwym panem w okularach, działał po latach w ważnej organizacji kombatanckiej. Może to być także zwykła zbieżność nazwisk. Teraz jednak śpiewał pierwszym głosem, a Sylwek, który nie chciał być tylko drugim, od czasu do czasu imitował językiem dźwięk bałałajki. Bałałajka akurat nie była niczym dziwnym, Wiktor znał jednego z mandolinistów z zespołu Edwarda Ciukszy, i wiedział, że podobne instrumenty zyskały na szacunku. Dziwne było to, że zamiast śpiewać o polskiej rzece nazywali Wołgę macią radnają.
„To było tak idiotyczne, mamo, że z trudem zapanowałem nad śmiechem. Ten rosyjski, bez potrzeby, w ustach mazowieckich kmieci…”. Tak mniej więcej Wiktor opowiadał o scenie, którą zobaczył. „Skąd wiesz, że mazowieckich, spytała Zofia, jak zwykle rozsądnie”.
Wiktorowi przyszły do głowy wszystkie rocznice i związane z nimi akademie, ale nic się nie szykowało. Zresztą kto by im pozwolił wyjść na scenę, pomyślał i otworzył teczkę, która na niego czekała. Wiedział, że na początek dają mu słabiznę. „Jadwiga Szymańska, urodzona w 1926 w Mławie, podejrzana o usilne i wielokrotne…”. Nauczycielka na lekcji historii wspomniała o koronie na orzełku w umundurowaniu przedwojennego wojska. Doniósł na nią ojciec ucznia, którego synek chciał dopytać o szczegóły.
Jeszcze raz spojrzał na śpiewającego Budronia. W jego oczach zauważył coś, czego do tej pory nie widział. Skupienie. Nie tylko na śpiewaniu, ale też na myśleniu, cokolwiek to u niego znaczyło. Pamiętał, że nie powinien się niczemu dziwić, a przecież ciekawość zwyciężyła. Z kieszonkowego kalendarzyka oderwał rożek wielkości znaczka pocztowego i ołówkiem nakreślił na nim znak zapytania. Wyczekał, aż Sylwek się odwrócił i podsunął karteczkę Budroniowi. Ten spojrzał i szybko coś narysował z drugiej strony. Nie oddał jednak, a tylko pokazał z daleka. Wiktor musiał się przysunąć z krzesłem, aby dojrzeć całkiem zgrabnie narysowane ucho. Józef zmiął w palcach papierek, włożył do ust i popił resztką herbaty w szklance. Przy tej czynności jego oczy patrzyły w górę, a tym samym jakby wskazały coś pod sufitem. Narysowane ucho i przekrzywiona kratka wywietrznika. Wniosek mógł być tylko jeden; w nocy założono im podsłuch. Wiktor mrugnięciem dał do zrozumienia, że popiera spontaniczny śpiew dla Rosjan, którzy na pewno przesłuchają taśmy. Pomyślał też, czy by nie przelicytować chłopaków, jednak do głowy przychodziła mu tylko piosenka z moskiewskiego podwórka… My krasnyje czekisty i pro nas pajut. Uznał, że byłaby za mocna dla podsłuchujących.
Wtedy też zadzwonił telefon. Prawo odbierania połączeń miał Budroń i właśnie on złapał za słuchawkę. Wysłuchał kilku słów i kiedy podawał ją Wiktorowi, drżała mu ręka. Drżenie mogło być spowodowane ważnością połączenia, ale też ciężkim przesłuchaniem, od którego ręka miała prawo być nadwerężona.
– Dzięki wysokiemu wstawiennictwu przywieźli mi ze Lwowa księgozbiór tatusia. Chciałabym, abyś, używając głowy, rozmieścił książki na półkach. Ja nie mam na to czasu. Oczywiście zapłacę, bo to nie jest polecenie służbowe – usłyszał w słuchawce.
Idąc ulicą Madalińskiego ze zdenerwowania wdał się w niezbyt mądre rozmyślania. „Wiadomo, każdy musi mieć ojca, ale skąd słowo tatuś u takich ludzi. Mieliby uczucia?”.
Wyłożona piaskowcem kamienica, do której doszedł, należała kiedyś do Stefana Bilskiego, prezesa czegoś ważnego, może nawet kilku cukrowni. Jego syn, Nikodem, po tajnej podchorążówce, był dla Wiktora wzorem mężczyzny. Zginął w źle przygotowanym ataku na Aleje Szucha, gdzie, jak się okazało, więcej było Niemców niż powstańców. Stefan Bilski przeżył wojnę, lecz został zamordowany niedługo po niej, być może w tym samym więzieniu, w którym Wiktor udawał aresztanta.
Wiktor nie miał dobrych przeczuć, kiedy wchodził do pięknej klatki schodowej, którą pan Stefan Bilski kazał wyłożyć marmurem. W podobnym miejscu usłyszał ryk nadlatujących sztukasów. Z odłamkiem w głowie obudził się potem w piwnicy, która udawała szpital.
Teraz niechby się ojciec pokazał, pomyślał. I niechby nawet rzucił grubym słowem. Dodałby tylko otuchy. Zamiast ojca, nie wiadomo skąd wychynął krępy mężczyzna w wytłuszczonym garniturze. Był bystry lub otrzymał dokładny rysopis, bo z uśmiechem odsłaniającym coś, co przypominało zęby, wskazał palcem na schody.
– Pierwsze piętro, panie kolego. Pani Stasia czeka…
Mimo ohydy, w której babrał się Wiktor, bycie nazwanym „panem kolegą” przez tego rodzaju osobnika, mogło osłabić i tak chorą głowę. Szczęśliwie pani Stanisława okazała się miłą starszą damą, która zaraz po „dzień dobry”, przymusiła go do spróbowania ciasta z wiśnią. Dowiedział się wtedy dużo o wojnie, którą przeżyła w Radomiu, ale najwięcej o tym, że jest wdową po nauczycielu i że na emeryturze prowadzi dom pani Renusi.
„Zapracowana biedactwo, jak mało kto. Mówię jej, po co się tak zaharowywać, całej pracy się nie przerobi. Ale gdzie tam, jak rano wyjdzie, to wieczorem wraca. A poczciwa do gruntu. Ze świecą takiej szukać”.
Kiedy wyszli z dużej, jasnej kuchni, pani Stanisława otworzyła przed nim dwuskrzydłowe drzwi, wypełnione kwadratami z matowego szkła. To, co zobaczył, już mu się kiedyś przyśniło. Ściany wypełnione pustymi półkami sięgającymi sufitu. Te wstawiono niedawno, bo w powietrzu unosił się jeszcze zapach pokostu. Nie półki jednak były ważne, a stos wielkich paczek na środku pokoju, w których były książki.
„Jestem w raju, w innym życiu na pewno mógłbym być księgarzem”. Dobrze świadczy o skromności Wiktora, że nie pomyślał wtedy o spędzeniu życia w pisarskim fachu.
– Lecę już. Herbata w termosie, nie słodzona, bo nie wiem, ile Pan słodzi. – Pani Stanisława była już w paltociku. – Wychodząc, wystarczy zatrzasnąć…
Ojciec pani Reny musiał być we Lwowie lekarzem, bo rzadkie książki medyczne zajmowały trzy duże paki. Po otwarciu każdej następnej Wiktor przekonywał się, że był także humanistą najwyższej próby. Dotykał starych wydań i właśnie książki niepochodzące z pałacu Radziwiłłów, lecz z gabinetu lekarza, uświadomiły mu własną marność. Kiedy zadzwonił telefon, nie zamierzał odbierać, jednak dzwonił długo i uporczywie. Krótka przerwa i potem znowu dziesięć długich sygnałów. Za którymś razem było ich nawet jedenaście. Zrozumiał, że może to być tylko pani Rena. Bez pośpiechu, co wyglądało na demonstrację odwagi, ruszył w poszukiwaniu telefonu. Pokój, z którego dobiegał dzwonek, był sypialnią. Wiktor już wcześniej dostrzegł, że wyposażenie mieszkania jest skromne w porównaniu z luksusem kamienicy. W sypialni było tylko metalowe łóżko przykryte kilimem, który mógł być huculskim, ale też łowickim dla kogoś, kto, jak i on, nie znał się na folklorze. Na ścianie podobny kilim, do którego przytwierdzono reprodukcję Delacroix, tę samą, którą tak lubiła mama. Telefon stał przy łóżku.
– Lekarskie książki tatusia umieściłem na półkach z lewej strony – powiedział do słuchawki bez żadnego halo czy słucham. – Teraz zastanawiam się nad Owidiuszem.
Zapadła cisza. Zaskoczona pani Rena wyraźnie nie wiedziała, co powiedzieć. Może po raz pierwszy w życiu.
– Dlaczego nie odbierałeś wcześniej? – To raczej próba odzyskania należnej jej przewagi.
– Nie miałem instrukcji, czy mogę to zrobić.
Znowu cisza, tym razem jednak nie dłuższa niż trzy sekundy.
– Skończysz dzisiaj?
– Obawiam się, że nie dam rady, bo przecież, jak rozumiem, nie chodzi o upychanie książek na półkach, ale o nadanie im jakichś sensów.
Był przekonany, że to niewinne zdanie stało się kamykiem, który mocno zarysował skałę. Skałą, co oczywiste, była pani Rena, znana z twardości zawodowej najwyższej próby.
Nazajutrz, godzinę po wyjściu gosposi, stał na drabinie i dyrygował poezją. Przekonany, że nie będzie czytana, wybrał dla niej półkę pod sufitem. Zaczął z lewej strony od serii Mortkowicza, a zamierzał skończyć Gebethnerem i Wolffem. I zrobiłby to szybko, gdyby nie nawyk wczytywania się. Wiersz, na który przypadkiem rzucił okiem, pierwszy raz przeczytał go po cichu, a potem jeszcze raz głośno:
Szli tędy ludzie biedni, prości –
Bez przeznaczenia, bez przyszłości.
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Szli niepotrzebni, nieprzytomni –
Kto ich zobaczy – ten zapomni.
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Szli ubogiego brzegiem cienia –
I nikt nie stwierdził ich istnienia.
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Śpiewali skargę byle jaką
I umierali jako tako…
Widziałem ich, słyszałem ich!…
Już ich nie widzę i nie słyszę –
Lubię trwającą po nich ciszę.
Widziałem ją, słyszałem ją!…
Próbował mówić głosem Mariana Wyrzykowskiego, aktora, którego podziwiał za łudzące podobieństwo do ojca. Czuł, że jest w tym śmieszny, lecz nie bał się śmieszności. Co nie znaczy, że nie potrafił się przestraszyć. Kiedy dostrzegł na suficie nieudolnie wydrapane słowo „obłęd”, zakręciło mu się w głowie, zachwiał się, a z nim i drabina. „Zwykły wariat, któremu lekarz z litości nie mówi prawdy. Szewczyk Dratewka chcący zabić smoka, głupiej już być nie może”. Objął głowę i zacisnął powieki. Trwał tak chwilę, a kiedy powoli otworzył oczy, słowo obłęd stało się niewidoczne. Odetchnął głęboko i zaraz pomyślał, że jest przy nim mama, a jej przecież nikt nie nazwałby szaloną.
Uspokojony wrócił do recytacji i choć niby nie bał się śmieszności, to nie przewidział śmieszności zwielokrotnionej. Nie usłyszał przekręcanego klucza w zamku ani otwieranych drzwi. Stał na drabinie i, jak to z czytaniem poezji bywa, mógł mieć mądrą minę. Wtedy też zobaczył panią Renę. W rozpiętym płaszczu, oparta o futrynę drzwi, wyglądała, jakby stała tu od tygodnia.
Trudno powiedzieć, co było detonatorem wywołującym zmysłowe oszołomienie. Wiersz Leśmiana, głos recytującego Wiktora, a może odwaga w ratowaniu życia rosyjskiego generała. Nie można też wykluczyć uroku osobistego. Talent? Nie powinno się lekceważyć tej przypadłości. Utalentowany był na pewno, bo na literaturze pani Rena znała się, jakmało kto. To przecież ona we lwowskich „Sygnałach” podsuwała Karolowi Kurylukowi pisarskie perły. Jej zachwyty nad Brunonem Schulzem stały się nawet powodem środowiskowych żartów.
Jaka by jednak była przyczyna gwałtownego polubienia Wiktora, to bardziej zagadkowe jest odkrycie przez Renę uroków cierpienia. Wyrywania paznokci i sadzania na nodze od krzesła nie pochwalała, ale też widziała w tym wyższą konieczność dziejową. Wiktorowi natomiast nie tylko pozwalała wymierzać sobie klapsy, ale nawet prosiła o nie, wczuwając się w rolę wroga klasowego. Wymyśliła nawet zabawę, którą dla dodania erotycznego powabu nazwała po francusku. Wiktor znał francuski z okresu dziecięctwa, lecz słowo l’interrogatoire było mu obce. Czym jest przesłuchanie oczywiście dobrze wiedział, wystarczyła mu krew na rękach kolegów z pracy. Dlatego używał paska, kiedy Renia, wypięta, pochylała się nad stołem.
– Nie dosłyszałem. Proszę mówić głośniej.
Kiedy wypowiadał to zdanie, wiadomo było, że za chwilę uda zdenerwowanie i posypią się razy. Aby to sprowokować, Rena zaczynała mówić ciszej. Uderzał wtedy mocno.
Nastąpił jednak dzień, w którym oboje znaleźli się w łóżku, tym samym, które pani Aniela przykrywała kilimem huculskim. Łóżko może nie dziwić po tym wszystkim, do czego im służył stół kuchenny, lecz wypada wspomnieć, że mężczyzna zagościł w nim po raz pierwszy. Miała w swoim życiu kochanków, czterech nawet potwierdzonych z nazwiska, jednak spotkania z nimi, co odnotowali zawistnicy, odbywały się w garsonierach na mieście. W ministerstwie mieszkania te nazywano konfesjonałami. Służyły bowiem wysłuchiwaniu spowiedzi obywateli, których należało chronić przed wszelkimi podejrzeniami o współpracę. Jej ulubionym miejscem był apartament przy Kredytowej, który, aby zrobić przyjemność najważniejszej koleżance w ministerstwie, nazwała Pax nobiscum. Człowiek, który w więzieniu NKWD zainteresował generała Sierowa, wielokrotnie spotykał się tam z Luną właśnie. Oboje szlifowali zręby i reguły prawne organizacji nazwanej PAX, która miała uzdrowić z reakcji kościół w Polsce. Rena nie miała przy Kredytowej spotkań tak doniosłych. Z urzędu było to kilku dygnitarzy przedwojennej Polski, którzy dyskretnie wspierali nowe porządki, i jeden biskup już do nich przekonany. Prywatnie widywała się z dyrektorem departamentu w Ministerstwie Hutnictwa. Potężny mężczyzna tak gruby w karku, że musiano mu szyć koszule, ale za to bez złotych zębów i z poczuciem humoru. To było dla niej dużo, zwłaszcza że miał żonę i był wierzący, co gwarantowało brak nachalności.
Wiktor był więc pierwszym mężczyzną, w ramionach którego zasnęła i kiedy się obudziła, nie mogła zaspokoić nieznanego jej wcześniej zachwytu. Jego twarz, gdy leżał półnagi z zamkniętymi oczami i lekko rozchylonymi wargami, była tak inna od wszystkich twarzy, które ją otaczały, że pierwszy raz w życiu poczuła w sobie coś, czego jeszcze nie znała. Zaraz też bolesne uświadomienie, że blisko półwieku przeżyła z bielmem na jednym oku. Na szczęście nie był tworem doskonałym, widziała jego neoficką gorliwość i przebłyski zbytniej nerwowości. Z czułością obserwowała, z jakim wysiłkiem opanowuje porywczość. Raz mu się nie udało i mogło go to drogo kosztować.
Siedzieli w kuchni, pochyleni nad opowiadaniami Wiktora, kiedy piętro wyżej niejaki Kraska zaczął krzyczeć na żonę. Rena znała Jadwigę, nie była ani mądra, ani głupia, a więc pasowali do siebie idealnie. Kiedy Mirek Kraska dostał rolnictwo, natychmiast ktoś z Poznania (wiedziała kto) napisał na ścianie klozetu: „Na rolnictwie Mirek, nie zobaczysz pyrek”. Zwykle, to Jadwiga podnosiła głos, on odpowiadał monosylabami lub milczał. Było powszechną tajemnicą, że pije więcej od innych, a wieczorami nawet bez potrzeby. Teraz jednak to on wpadł w szał, krzyczał, rzucił czymś ciężkim o podłogę (Roma pomyślała o żeliwnej patelni), a nawet straszył Jadwigę śmiercią. Słyszeli każde słowo i wtedy zobaczyła, że oczy Wiktora zbielały, a pięść zacisnęła się tak mocno, że knykcie poczerwieniały.
– Nie zwracaj uwagi. Pomyśl lepiej, czy w tych dwóch zdaniach następujących po sobie potrzebne jest powtórzenie imienia. Dwa razy Stanisław? Po co?
Było to akurat w chwili, kiedy wspólnie czytali opowiadania Wiktora. Jego fraza była inna od ukochanego Schulza, a przecież urzekała w jakiś sposób, i to nie tylko całkowitym przeciwieństwem. Prostymi słowami prowadził wyobraźnię czytającego w rejony, których ten nie mógł się spodziewać. Już wcześniej pomyślała, że nie znała nikogo, kto by bardziej pasował do zapisanych przez siebie słów. Bardzo chciała się popisać przy Wiktorze znajomością wszystkiego, czego we Lwowie nauczył ją profesor Kleiner. Nie miała jednak dużo uwag i była zadowolona, że znalazła podwójnego Stanisława. Dlatego karczemna awantura u człowieka, którego kadencję oceniała jeszcze co najwyżej na pół roku, nie mogła zdenerwować.
Wtedy jednak nastąpiło coś, co kazało jej pomyśleć, że nerwowość Wiktora ociera się o szaleństwo, bo kiedy Kraska jeszcze raz rzucił czymś o podłogę, wybiegł z kuchni. Po chwili wrócił i zanim zdążyła otworzyć usta, szczotką do zamiatania kilkakrotnie uderzył w sufit. Z wrażenia nie liczyła, ile razy, ale na górze natychmiast zapadła cisza.
– A gdyby to był twój przełożony? Mógłbyś stracić zdrowie… – zmusiła się do spokojnego tonu, choć serce zaczęło bić mocniej.
– Mój przełożony jest komunistą, a komunista nie traktuje tak żony. Ani żadnej kobiety.
Odpowiedź niby przytomna, ale po takich słowach już nie ocierał się o szaleństwo, po prostu był wariatem. Chyba że drwił, lecz nie poważyłby się na to. Jego opowiadania były precyzyjne, bez żadnych hołdów dla ustroju, któremu tak bardzo chciał służyć. Nie wiedziała, co o tym wszystkim sądzić.
Kiedy już poszedł, pomyślała, że niepotrzebnie wspomniała o utracie zdrowia. Było to niesmaczne, mimo że mogło być prawdą. Pamiętała, że piętro nad nią miał zająć jeden z dyrektorów departamentu, nazywany dobrotliwie Strasznym Dziaduniem, i to nie dlatego, że był najstarszy. Po prostu tak bardzo lubił bić osobiście, że prawie nie dopuszczał niższego personelu do tej prostej czynności. Zastanawiała się nawet, kogo biłby, gdyby nie sprzyjające okoliczności. Szczęśliwie jednak wybrał sobie na mieszkanie apartament w domu dawnej spółdzielni oficerskiej. „Mieszkając po sanacyjnych gadach, lepiej poczuję nasze zwycięstwo”. Też myślała wtedy, czy nie zamieszkać w Alei Szucha, bo miałaby bliżej do pracy, lecz zwyciężyła niechęć do niektórych lokatorów.
Walenie w sufit i przestraszenie głupca przeznaczonego do odstrzału nie miały żadnych konsekwencji. Bo to, że minister poprosił, aby została chwilę po tygodniowej naradzie, było jego zwyczajem. Zawsze prosił o to kogoś z obecnych i wypytywał o szczegóły raportów. Od Reny oczekiwał plotek i nie chodziło mu o miasto, a przede wszystkim o Gmach. Zawsze była na to przygotowana.
O swoim przełożonym wiedziała wszystko, o jego trzech klasach szkoły podstawowej w Polsce, szkole kominternu w Moskwie i pilnej nauce skomplikowanych słów. Szczegółami o nim, rzucanymi od niechcenia, raczył ją Jakub, który w randze wiceministra spraw zagranicznych wydawał się rządzić wszystkim, co się ruszało. Bycie szarą eminencją wyraźnie mu odpowiadało, a Rena długo nie mogła wyczuć, jakim cudem Moskwa mogła zaufać komuś, kto nie przypomina chociażby Mołotowa. Inteligentny, dobrze wykształcony Żyd z myślącą twarzą miałby być powiernikiem słów Stalina? Potem zrozumiała, że właśnie z powodu wyglądu nie mianowano go Bierutem. Raz w miesiącu spotykała się z Jakubem na mieście i zawsze, kiedy siedział naprzeciw niej, lekko odwracał głowę w lewo. Jak złośliwie mówiono w firmie: „Myśli, że z prawego profilu przypomina Cycerona”. Właśnie on powiedział kiedyś: „Trzymamy go, bo Stalin uważa, że pies zagrożony, gryzie mocniej”. Było to o jej ministrze, który przed wojną miał coś niewłaściwego podpisać na policji. Dobrze też świadczyło o jego wierności, że pogodził się z zabiciem przez NKWD swojego brata, także komunisty. Rena nie mogła sobie wyobrazić, co by myślała, gdyby Stalin nakazał zabicie jej siostry. Na szczęście nie miała rodzeństwa.
Tym razem minister był wyjątkowo wylewny, nakazał podać kawę w filiżance, chociaż sam trzymał się szklanki i dwukrotnie spytał, czy nie chce ciasta. Ciast, którymi częstował w przystępie dobrego humoru, raczej się wystrzegano. Aniela z sekretariatu, która się nimi chwaliła, powinna się chwalić czym innym.
– Leon nazwał nasze piwnice lochami Watykanu? To miało być dowcipne, Reniu?
Siedzieli przy okrągłym stoliku w rogu gabinetu, przy którym siadywał z doradcami radzieckimi. Tylko kilka osób w firmie wiedziało, że inkrustacja z kości słoniowej, która ozdabiała blat stolika, przedstawia boga Siwę, jednak nikt o tym nie wspomniał, a trzecie oko brano najczęściej za symbol bezpieczeństwa publicznego.
– Myślę, że był to przytyk do kościelnej reakcji. – wytłumaczyła słowa jednego z kierowników.
– Znałem szczerego komunistę z Przytyka. Siedzieliśmy razem w Grudziądzu. A co do kleru, to dobrze powiedziane. Lochy to na nich za mało… – zaśmiał się zadowolony. Jak zwykle śmiał się u niego dół twarzy. Oczy i czoło były nieruchome.
Zainteresował się jeszcze, co ludzie mówią o nowej konstytucji, odpowiedziała, że wrogowie się nie cieszą i była już przy drzwiach, kiedy zapytał:
– Co tam się stało z tym uspokajaniem Kraski? To nasz funkcjonariusz taki śmiały?
Rena nie należała do kobiet, które się boją, bo jak kiedyś powiedziała Jakubowi, kto przeżył Kazachstan, tego trudno przestraszyć. Od śmierci z głodu uratował ją wtedy telefonogram Wandy, nakazujący wracać do Moskwy. Teraz jednak poczuła na plecach dreszcz niewiadomego pochodzenia, bo nie wywołał go strach ani zimno. A jednak ten właśnie dreszcz, czego zresztą nie można być całkowicie pewnym, zmusił jej umysł do wypowiedzenia słów, których się nie spodziewała. Całe życie ważyła słowa i nie rzucała nimi od niechcenia, teraz jednak powiedziała coś, co nagle zmieniło życie, a już na pewno plany drugiego człowieka.
– Barski już nie jest naszym funkcjonariuszem. Kiedy się dowiedział, kto mieszka na górze, poprosił o zwolnienie ze służby. Wyraziłam zgodę.
– Wiedziałem, Renusiu, że jesteś twarda, ale że aż tak… Wiemy, że go lubisz.
– Lubię też rosół, panie generale. – Dobrze wiedziała, że nazywanie Stanisława generałem sprawia mu przyjemność.
– Dobra, żołnierska odpowiedź – uśmiechnął się drugi raz i tym razem wygięta w górę warga poruszyła prawym policzkiem.
– Kim on chce teraz być? Jest miejsce dla zaopatrzeniowca w Bristolu.
– Chce być pisarzem i wiem, że jest uzdolniony!
– Ha, bardzo dobrze! Potrzebni nam strachliwi literaci.
Ministrowi poruszyły się obydwa policzki. Nieznacznie, co prawda, ale Rena uznała to za sukces.
ANDRZEJ BART
Fragment większej całości.
Warto rozumieć to, co się mówi, a także to, co się śpiewa. Szczególnie to drugie, bo zręczna melodia potrafi zasłonić sens słów. Zwłaszcza, gdy wykonawcy mają kłopot z dykcją. Tak też jest z „nieoficjalnym”, jak się powiada, hymnem prawobrzeżnej Warszawy. To fokstrot, napisany około 1931 roku Chodź na Pragę Artura Golda do słów Tadeusza Stacha. W naszych czasach miały ją w repertuarze różne kapele: Praska, Z Targówka, Warszawska Staśka Wielanka i inne. Jej melodię wygrywa w południe zegar umieszczony na Liceum Władysława IV, a także rozbrzmiewa niekiedy podczas Święta Pragi.
Sens słów piosenki odkryła Aleksandra Stefaniak w najnowszym numerze varsavianistycznego czasopisma „Skarpa” (2026 nr 2) w ciekawym artykule Historia pewnego parku. Chodzi o Park Praski.
Na początku artykułu cytat z owego „nieoficjalnego” hymnu dzielnicy, stylizowanego na piosenkę z miejskiego folkloru:
Rzuć, bracie blagę i chodź na Pragie,
weź grubą lagę, melonik tyż!
zobaczysz w trawie dziewczynki nagie,
każda na wagę ma to, co wisz!
byle łamagie i babe Jagie
u nas się bierze pod żeberko i za kark.
więc podnieś flagie, weź na odwagie
i chodź na Pragie pod Luna Park.

Ilustracja z czasopisma „Le Tour du Monde”, 1865
Kiedy się lepiej wczytać w słowa, okazuje się, że zachwala się tu nie tylko tradycyjne męskie zaloty: „pod żeberko i za kark”. Jest coś jeszcze. „W trawie dziewczynki nagie” to, jak pisze autorka artykułu, „ludzkie ZOO”, w tym przypadku „senegalska wioska” urządzona w pobliżu Parku Praskiego. No i siłą rzeczy obok „zwierzęcego ZOO”. Była to wędrowna trupa Senegalczyków, pod władzą białego antreprenera, która przedstawiała swoje życie codzienne, tańce i rytuały. Szerzej pisał o tym Wojciech Szot (Afryka patrzy na was czarną facjatą, „Ale Historia” – dodatek do „Gazety Wyborczej” 17 X 2025). Kobiety nie były całkiem nagie, ale skąpo przysłonięte.
Kiedy powstawał fokstrot Chodź na Pragę w świecie białych ludzi na szczęście zamierała już moda na publiczne eksponowanie dzikich dla uciechy albo nauki. Podejście zoologiczne do człowieka miało się niebawem przejawić gdzie indziej i w straszliwszej postaci.
Zarazki potrafią jednak przetrwać, jak choćby w tej piosence. Jeśli nawet nie śpiewa się jej, a tylko nuci, warto pamiętać, jakie słowa czają się w tej melodii miłej dla ucha.
Mnie one nie dają spokoju, zwłaszcza kiedy mijam na ulicy przelotnych czarnoskórych mieszkańców Pragi Północ.
PIOTR MITZNER