HOME

Z oberży: Wariacki pomysł

Na początku wyjaśnię, jak trafiliśmy do ukrytej w Puszczy Piskiej wioski, liczącej zaledwie trzy domostwa i… dwie osoby mieszkające na stałe.

Wszystko zaczęło się w 1989 roku od kupna gazety we Wrocławiu. Nie zdążyłem jej przeczytać więc zabrałem do Berlina, wówczas jeszcze Zachodniego, gdzie mieszkałem z żoną Danusią. Tam, w mieszkaniu w dzielnicy Charlottenburg – należącej do brytyjskiej strefy okupacyjnej (podział na strefy okupacyjne był wtedy bardzo dobrze widoczny, a najbardziej wyróżniała się strefa radziecka, odgrodzona od pozostałych słynnym murem) -przeglądając gazetę zabraną z Polski natrafiłem na artykuł o mazurskim Popielnie i stacji Polskiej Akademii Nauk, o hodowanych tam jeleniach, o eksperymentach z porożami i problemach finansowych. Przeczytałem i… zapomniałem. Jednak ta lektura wydała po czasie nieoczekiwany plon.

Kadzidłowo, maj 1992

Kilka miesięcy później, w słoneczny majowy dzień, siedzieliśmy z Danusią i naszymi przyjaciółmi Romkiem i Andrzejem (znaliśmy się ze studiów we Wrocławiu) w ogródku przy Stuttgarter Platz przy piwie pszenicznym. Romek opowiadał, że na jakieś imprezie poznał Koreańczyków, którzy wypytywali go czy w Polsce, gdzie – jak słyszeli – jest dużo lasów, a w nich dużo jeleni, można kupić młode poroża, takie pokryte jeszcze skórą, czyli scypułem. Wypytywali, bo chcieli je kupić, ponieważ w Azji preparaty z poroży, wzmagające wszelkie siły witalne, przede wszystkim u mężczyzn, mają wysoką cenę.

To wtedy, zasiane podczas czytania gazety ziarenko wykiełkowało: opowiedziałem popijającemu piwo towarzystwu o Popielnie, jeleniach i naukowcach eksperymentujących z przeszczepami poroży. Postanowiliśmy jechać na Mazury – to się po niemiecku nazywa Schnapsidee, po polsku może to być choćby: „wariacki pomysł”.

W pierwszych dniach czerwca 1990 roku znaleźliśmy się we troje (Danusia, Romek i ja) w Puszczy Piskiej i położonym – jak nam się wtedy zdawało – na końcu świata Popielnie. Tam spotkaliśmy profesora Jaczewskiego, ten pojechał z nami do Kosewa Górnego, do stacji hodowli jeleni, gdzie poznaliśmy dr. Andrzeja Krzywińskiego, który planował utworzenie w Kadzidłowie pierwszego w Polsce prywatnego parku dzikich zwierząt. No i wówczas trafiliśmy do ukrytego w puszczy, maleńkiego Kadzidłowa.

Ten nasz pierwszy wyjazd na Mazury zakończył się finansowym sukcesem, bo dobrze sprzedaliśmy zakupione poroża i zaowocował jeszcze bardziej szalonym pomysłem założenia… fermy jeleni. Kupiliśmy ich prawie czterdzieści (żywych zwierząt!), do tego trzy kilometry specjalnej siatki oraz setki słupków dębowych, i w maju 1991 roku powstała w Kadzidłowie duża zagroda, a w niej chyba pierwsza w Polsce prywatna ferma jeleni. Nasza. Dość szybko okazało się jednak, że hodowcami jeleni z pewnością nie będziemy, straciliśmy zwierzęta (część z nich wybrała wolność i wróciła do lasu, część pozostała w Kosewie, reszta w parku dzikich zwierząt). No i z interesu nic nie wyszło.

Nim to jednak nastąpiło kilka razy w roku przyjeżdżaliśmy na Mazury, do Kadzidłowa. Zawsze poza sezonem więc mocno dokuczał nam brak miejsc noclegowych. Któregoś razu na jednym z trzech domów w Kadzidłowie zobaczyliśmy napis: „Na sprzedaż”. I także tym razem długo się nie zastanawialiśmy. Jesienią 1992 roku (dokładnie 14 września 1992 roku, a więc 30 lat temu!) zostaliśmy właścicielami zapuszczonego siedliska w Kadzidłowie. Hektara ziemi – a raczej ugoru z dwoma rachitycznymi drzewami, niewielkiego murowanego domku – w stanie zbliżającym się ku ruinie, rozpadającej się obórki, jakiejś okopconej ziemianki (później dowiedzieliśmy się, że to była „czarna bajnia” tradycyjna ruska łaźnia parowa, bez komina) oraz wielkiej, walącej się już pieczarkarni przypominającej wygrzebany w ziemi wielki schron. I taki był nasz mazurski początek…

Kadzidłowo, marzec 2017

Z tej pierwszej podróży do Puszczy Piskiej w 1990 roku utkwiły mi w pamięci: bezkresna knieja, labirynt leśnych dróg, duża liczba drewnianych chałup, ale także brak sklepów, restauracji i hoteli. Zapamiętałem biało-niebieską, drewnianą cerkiew w Wojnowie i klasztor na końcu tej wsi oraz malowniczy, niewielki cmentarz w Kadzidłowie, otoczony niskim, omszałym płotem ze sztachet, z kilkoma równie omszałymi krzyżami w typie prawosławnym. Nie znałem wtedy historii Mazur, niewiele wiedziałem o starowiercach, a raskolnicy kojarzyli mi się głównie z nazwiskiem głównego bohatera powieści Dostojewskiego. W tamtym czasie w księgarniach niewiele było publikacji regionalnych (niewiele można było też znaleźć w okolicznych bibliotekach). Ponieważ mieszkałem wówczas w Berlinie, a tam przy Potsdamer Straße mieści się wielka Staatsbibliothek zu Berlin, ze wspaniałymi zbiorami i świetnie wyposażoną czytelnią, więc to tam czytałem o Mazurach, o starowiercach vel filiponach, którzy zakładali na Mazurach swoją „kolonię”. Tam też „odkrywałem” historię Kadzidłowa…

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

Galeria jednej fotografii (21)

Do Erzsébetváros, czyli Miasta Elżbiety – jak potocznie nazywana jest VII Dzielnica Budapesztu, w kwietniu 2001, zaprowadziła mnie moja węgierska imienniczka, a nasza przyjaciółka – Erzsi. Zapuszczony ogród, do którego weszłyśmy, nazywała Strawberry Fields. Studenci Akademii Sztuk Pięknych mieli tam swoje warsztaty rzeźbiarskie.

„Głowa”, Budapeszt 2001, z cyklu: „Słownik fotograficzny”, © Elżbieta Lempp

8 maja 2022

ELŻBIETA LEMPP

„Bogowie” Zygmunta Mycielskiego

W grudniu 1959 roku w „Dialogu” ukazała się sztuka Zygmunta Mycielskiego Bogowie. Jest to właściwie rodzaj szopki, w której w sposób dość prześmiewczy autor ukazuje boski świat. Postaci Boga Ojca, Syna Bożego oraz całego zastępu aniołów (z których Stary Anioł jest „starym pierdołą”, a Archanioł Michał to „tępy żołdak”) pełne są przywar i zajmują się raczej knowaniem na niebieskim dworze niż sprawami ludzkości. Publikację dramatu Mycielski opatrzył następującą adnotacją: „Nie życzę sobie, żeby sztuka ta była grana u nas na scenie. Zdaję sobie sprawę z tego, że obraziłaby ona uczucia religijne osób, które są dalekie od sceptycyzmu i od beznamiętnego rozpatrywania losów boskich i ludzkich na ziemi. W XVIII wieku pisano już gorsze rzeczy na podobne tematy. Czy w porównaniu z tamtymi czasami zaszła tak wielka zmiana w tej dziedzinie? W każdym zakątku świata sytuacja ta przedstawia się inaczej. Uczucia religijne, patriotyczne i narodowe, żeby tylko te trzy wymienić, są u nas równie gorące jak lokalne uczucia – przynależności gminnej czy rodzinne. Niszczenie takich przywiązań jest, co najmniej, nieprzyzwoitością w stosunku do wrażliwości ludzkiej. Niech to sobie już każdy sam załatwia. Nie chcę udawać greka, i twierdzić, że moi Bogowie są niewinną igraszką słowną na temat uświęconych dogmatów i wierzeń. Nie uważam jednak, żeby ta sztuka była drwiną i szarganiem świętości. Bogowie czy Bóg – żyją w sercach ludzkich niezależnie od takich czy innych wyobrażeń konkretnych. Moja sztuczka nie mierzy w Bogów, ale właśnie w tę pustkę, którą ludzie na ziemi bez nich stworzyli”.

Pomysł Mycielskiego nie został jednak zrozumiany. Świat, w którym Bóg Ojciec spiera się z wyraźnie zazdrosnym Duchem Świętym, a aniołowie mówią o nim per „stary” i zastanawiają się, z kim lepiej trzymać, był najwyraźniej zbyt radykalny. Po publikacji sztuki w „Tygodniku Powszechnym” anonimowy recenzent pisał: „Zygmunt Mycielski wpadł w XX wieku na pomysł sztuki, w której Trójca Święta pełni rolę bogów greckiego Olimpu, bezradnych wobec tego, co się dzieje na świecie. Wszystkie osoby dramatu Mycielskiego zachowują się przy tym tak, jak zwykli się byli zachowywać owi greccy bogowie. […] Sądzimy, że pomysł autora rzeczywiście mierzy w pustkę”. („Tygodnik Powszechny” 1960 nr 2).

Ale nie tylko recenzenci stawiali mu zarzuty. W niepublikowanej wersji fragmentów z dziennika pod datą 22 stycznia 1960 roku Mycielski zapisał: „Dostaję list od kardynała Wyszyńskiego o mojej sztuce Bogowie. Dziwię się, że kardynał ryzykuje swoim autorytetem w takiej sprawie. Cierpi nad obrazą boską i nad tym, że dotykam podstawowego dogmatu Trójcy Świętej […]. U nas nie można już niczego napisać, bez ludzkiej, boskiej, narodowej czy partyjnej obrazy”.

Kardynał Wyszyński rzeczywiście wytykał autorowi jego postępek, a odnosząc się do zastrzeżenia wyrażonego przez niego we wstępie, zauważał: „Cóż pomoże życzenie Pana, żeby sztuka ta nie była grana u nas na scenie? Był Pan w mocy nie napisać, nie drukować. Ale nawet za życia swego nie będzie Pan mógł przeszkodzić wystawieniu jej na scenie. A cóż dopiero po Pańskiej śmierci? Wtedy z nazwiskiem Pana będzie się zawsze łączyło bluźnierstwo przeciwko największej Świętości Rodaków. I to w tak ciężkiej dla chrześcijaństwa sytuacji, w jakiej znajduje się Kościół Polski, gdy wszystko, co szlachetne, powstrzymuje się, aby nie pogłębiać tragizmu niemogącego się bronić Kościoła”. Mycielski w cytowanym wyżej wpisie komentował jeszcze te słowa: „Autor francuski wydałby taki list (kardynała!) na pierwszej stronie swojej sztuki. U nas wszystko jest tragiczne, bolesne i smutne, nie zrobię takiego świństwa kardynałowi, ani cierpiącemu i walczącemu Kościołowi w Polsce, w której, gdy w sklepach brakuje kiełbasy, to Matka Boska ukazuje się na wieży kościelnej w Warszawie”.

Mycielski spokojnie kardynałowi odpisał, tłumacząc swoje intencje, jednak owo napomnienie głowy polskiego Kościoła miało swoje reperkusje. I to także rodzinne. Mycielskiego nie zaproszono bowiem na ślub jego bratanka, Pawła Mycielskiego (młodszego z dwóch synów jego brata Jana), który w czerwcu 1960 roku poślubił w Tyńcu swoją dalszą kuzynkę, Marię Mycielską. Jej matka, Helena we wspomnieniach zapisała: „Mieliśmy […] ogromną przykrość, nie mogąc zaprosić na ślub brata Jasia Mycielskiego, Zygmunta, człowieka wybitnego pod każdym względem, z którym po kilku latach zaprzyjaźniliśmy się serdecznie. Przy swej wielkoduszności nie poczytał nam za złe ówczesnego naszego stanowiska wobec niego. Raczej uważał je za słuszne wobec błędu, który miał nieszczęście popełnić w stosunku do nadrzędnych wartości narodowych, za co został z bólem napomniany przez Prymasa. Wkrótce ten błąd naprawił z nadwyżką. Niemniej ciężko […] przeżywaliśmy jego nieobecność”.

Chyba jednak najbardziej poruszył Mycielskiego list Józefa Czapskiego, który 21 stycznia 1960 roku pisał: „Przysłałeś mi, zdaje się, «Dialog», gdzie występuje Anioł, Matka Boska, Pan Bóg i, zdaje się, nawet Pan Jezus. Jeden Anioł jest «Starym Pierdołą». Muszę powiedzieć, że te uczone dowcipy Pana Hrabiego (och, jaki śmiały, jaki XVIII-wieczny) tak mi się wydały… chamskie, że numer podarłem i wyrzuciłem do kosza”. Mycielski nie tyle nawet poczuł się zaskoczony tym, że jego sztuka rozzłościła przyjaciela. Oczywiste było, że on jej nie przeczytał (nie ma w Bogach wspomnianej przez niego w liście Matki Bożej). Zastanawiał go raczej całkowity brak zrozumienia przyjaciela dla jego pomysłu. Rozmyślając nad słowami Czapskiego, notował: „Więc Józio też nie może tego wytrzymać; wiem, że «te rzeczy» są dla ludzi święte, jak matka, ojczyzna, cierpienie, ofiary (prawdziwe!) itp. – ale jednak pomimo całego mego przywiązania do wszystkiego, co religia reprezentuje, do postaci Chrystusa itd., trudno pojąć, żeby i Józio!”. Nie zaważyło to oczywiście na ich przyjaźni, ale najwyraźniej dało Mycielskiemu wiele do myślenia.

I o ile wszyscy wkrótce o tym małym skandalu zapomnieli, to okazało się, że kardynał Wyszyński miał rację pisząc, że zastrzeżenie Mycielskiego, co do wystawienia sztuki nie będzie przestrzegane. Sześć lat później, w czerwcu 1965 roku Bogów pokazano w niewielkim szczecińskim teatrze „Krypta”, w reżyserii Zdzisława Krauze. Spektakl zamykał sezon teatralny, a szczeciński recenzent, Zbigniew Byliński, przypominając o zastrzeżeniach autora co do tematyki dzieła, zauważał: „Konwencja «niebiańska» jest w tej sztuce jedynie pretekstem do wypowiedzenia, w formie mocno aluzyjnej, spraw aktualnych, skarykaturyzowanych przejawów życia współczesnego” („Kurier Szczeciński” 1965 nr 136). Dostrzegł zatem właściwy przekaz dzieła.

A sam Mycielski, obecny na jednym z kolejnych przedstawień, pod datą 20 października 1965 notował w dzienniku: „Byłem aż zdziwiony, jak ten tekst brzmiał aktualnie – niezależnie od tego, że Duch Święty w swojej przemowie udawał trochę – w miarę możliwości – Gomułkę. Partia zezwoliła im tylko na sześć przedstawień, i to pod warunkiem, że z tym przedstawieniem nigdzie poza tą małą kryptą nie wystąpią. Za to zwróciła się do nich jakaś grupa księży, którzy chcieli to zobaczyć. Dosyć więc dziwaczna sytuacja. Mieli to grać i w Warszawie, ale wobec skandalu, jaki ten tekst wywołuje w Szczecinie, u partyjnych zwłaszcza, nie pójdzie to w Warszawie, co mi mówił dyrektor departamentu teatralnego w tutejszym Ministerstwie Kultury – Mirosław Dąbrowski”. Nie było już zatem mowy o obrazie uczuć religijnych. Wręcz przeciwnie, po kilku latach od napomnienia Kardynała okazało się, że tym razem sztuka uraża władze partyjne. To był już zresztą czas, kiedy władza coraz dokładniej przyglądała się działaniom Mycielskiego i coraz mniej jej się one podobały. Ale to już inna historia.

Bogowie nigdy już nie pojawili się na scenie i choć jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych Zygmunt Mycielski myślał o włączeniu ich do planowanego tryptyku scenicznych szopek (Krowy – szopka zwierzęca; Królowie – szopka ludzka i Bogowie – szopka boska), dziś pamiętają o tej sztuce chyba już tylko nieliczni.

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Miejsca i obrazy

Po wprowadzce mojej licznej rodziny na poddasze, gdzie kiedyś mieściło się archiwum, w salonie jest teraz skład pudeł, a w tych pudłach niezidentyfikowane rękopisy, maszynopisy, listy, fotografie, pamiątki, teczki, podpisywane w desperacji przez Patryka: „Kwity z pralni i inne”.

Na ogromnym jesionowym stole niedawno czarowały kobaltowe wazy, pełne kwiatów i owoców. Teraz piętrzą się tam góry tajemniczych przedmiotów. Uwagę gości przyciągają ortopedyczne pończochy, koloru beige, w nieotwartym opakowaniu, umieszczone starannie w srebrnym, secesyjnym koszyczku. Bardziej zaprzyjaźnieni nie kryją zażenowania – schowaj to gdzieś – szepczą. Dalsi udają że nie widzą, a ja widzę, że udają, ale nie mogę każdemu z osobna opowiadać tej historii.

Pończochy są wzruszającym dodatkiem do nagrody literackiej Premio Letterario Giuseppe Acerbi, którą dostałam 25 czerwca 2011 w Castel Goffredo. Co roku honorowano tak inny kraj za najlepszą książkę wydaną po włosku. Wtedy bohaterem była Polska. Za całokształ twórczości nagrodzono Julię Hartwig. Kandydatami do wyróżnienia byli: Marek Krajewski za Morte a Breslavia, Mariusz Szczygieł za Gottland i ja za Nel giardino della memoria, czyli W ogrodzie pamięci, w tłumaczeniu Silvano De Fanti.

To, jak mówią znawcy, najbardziej demokratyczna nagroda na świecie. We dwóch sąsiadujących ze sobą miasteczkach: Castel Goffredo i Mantui w Lombardii obraduje kapituła, w skład której wchodzą przedstawiciele wszystkich środowisk: lekarze, prawnicy, nauczyciele, kupcy, urzędnicy, rzemieślnicy, policjanci… Dwieście pięćdziesiąt osób obraduje jeszcze i wtedy, kiedy do starego ratusza zaczynają się schodzić zaproszeni goście: notable z całego regionu, dziennikarze, fotografowie no i przyszli laureaci. Do ostatniej chwili napływają meldunki ze szpitali, urzędów, szkół, więzień. Wynik ciągle się zmienia. Publiczość zasiada w staroświeckich ławach. Na przeciwległej ścianie widzi ogromny ekran, na którym wyświetlane są wyniki trwającego głosowania.

My – główni bohaterowie siedzimy tyłem do ekranu i nie wiemy, co się dzieje za naszymi plecami. Julia jest spokojna, bo wie o swojej nagrodzie. Zresztą nigdy nie okazuje publicznie uczuć. My – Mariusz Szczygieł i ja ( Marek Krajewski nie dojechał) – udajemy, że finał nic nas nie obchodzi. Ania Piotrowska i Kasia, siedzące w pierwszej ławie sygnalizują gestami i minami co się dzieje. Szala waha się. Nie mogę wytrzymać napięcia, więc półszeptem wdaję się w rozmowę z towarzyszącym mi wiernie Silvano.

– Skąd pan tak dobrze zna polski język? – pytam.

Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim historię.

– Jaki okres?

– XVII wiek.

Pisał pracę o Marynie Mniszech i jej małżeństwie z carem Dymitrem Samozwańcem.

– Ach – błyszczę – w listopadzie 1605, w Krakowie, w specjalnie na ten cel przebudowanych kamienicach przy ulicy Grodzkiej. Pan młody brał ślub per procura. Panna młoda w prezencie od niego dostała między innymi: „Obraz Przenajświętszej Trójce oprawny złotem i kamieńmi drogiemi, troje noszenia wielkie i kosztowne z kamieńmi, czarkę niemałą proportią smoka, z jaspisowego kamienia, w złocie oprawną, kubek złoty, proportią byka, czarę złotą okrągłą grubą, wewnątrz wszystka rubinami wysadzaną…”. Nie cytuję oczywiście autentycznego tekstu dosłownie, ale niektóre zdania, podszyte melodią tkwią mi w pamięci.

– Zegar niemały złocisty… – kontynuuje Silvano – pelikan niemały złoty i paw wielki z ogonem rozstrzępionym – z trudem wymawia to trudne słowo i śmieje się. Ja też śmieję się tak, że Julia patrzy na mnie karcąco.

–U Boga? Skąd pan to wie?

– Pisałem na ten temat pracę i czytałem wszystkie dostępne dokumenty. A pani?

– Robiłam teatralne widowisko o Ambrożym Grabowskim, krakowskim historyku i archiwiście, który te dokumenty odnalazł. Jego pamiętniki adaptowałam na operę, do której muzykę napisał sam Zygmunt Konieczny i wystawiliśmy ją z piwnicznymi aktorami.

Werdykt jury przerywa naszą surrealistyczną rozmowę. Wygrywam. Mariusz Szczygieł gratuluje mi jako pierwszy.

– To zaszczyt przegrać z panią – mówi.

– To samo powiedziałabym panu, gdyby to pan zwyciężył – odpowiadam, nie kłamiąc, bo bardzo cenię to, co pisze.

Joanna Olczak-Ronikier i Julia Hartwig, Werona, 2011. Fot. Anna Piotrowska

Potem były mowy laudacyjne i wręczanie statuetek uosabiających nagrodę: złoty globus na hebanowej podstawce (jej patron, Giuseppe Acerbi, pisarz, archeolog, przyrodnik, był także podróżnikiem). I mowy dziękczynne odznaczonych i przemówienia różnych osób oficjalnych i znowu podziękowania i występy artystyczne. I na koniec przekazane dyskretnie koperty z banknotami i mniej dyskretnie wręczone owe pończochy – reklama produktów dziewiarskich, produkowanych przez firmę, która była współfundatorem wydarzenia.

Julia swoich pozbyła się zapewne od razu. Ja swoje wyrzucę dopiero dziś. Opisane, będą dalej żyły w czyjejś pamięci. Lub nie. Zrobiłam dla nich wszystko co mogłam. Potem wspaniały bankiet do rana i następnego dnia znowu biesiady. Ale nie nagroda, którą do dziś czuję się zaszczycona, nie czułość i uwaga organizatorów, o której można by pisać godzinami, nie przyjażń z Mariuszem Szczygłem, która miała trwać wiecznie, są tematem tej opowiastki. Głównym bohaterem jest Julia, z którą spędziłam wtedy parę dni i do dziś czerpię z tego spotkania radość i bezcenną naukę: „Jak żyć”.

Nie zawsze mam dość hartu ducha, by z tej nauki korzystać, ale staram się i zawsze dobrze na tym wychodzę. Castel Goffredo – miasteczko w północnych Włoszech, w regionie administracyjnym Lombardia (prowincja Mantua) znane jest także, jak mówi przewodnik „pod przydomkiem „Miasto skarpet”, ze względu na obecność tutaj wielu zakładów, które produkują tego typu odzież”. I przy całym swoim uroku niewiele w nim do oglądania. Kalendarz wydarzeń przewidywał pobyt tam przez parę dni, bo wcześniej nie było samolotu do Mediolanu, gdzie czekały nas następne uroczystości, zorganizowane przez Wielkiego Maga – Jarka Mikołajewskiego, którego jeszcze nie znałam i z zazdrością słuchałam jak Ania rozmawia z Nim, przez telefon, jak gdyby nigdy nic.

Dla mnie – On – szef Instytutu Kulturalnego w Rzymie był wtedy Bogiem – Twórcą tej wyprawy. Ale w Castel Goffredo to Julia wzięła nasz los w swoje ręce. Nie pozwoliła gnuśnie czekać na termin odlotu. Wiedziała co chce obejrzeć w okolicy. A okolica była godna jej oczu: Mantua, Werona… kilkadziesiąt kilometrów odległości, no i co? Trzeba wziąć taksówkę, będzie kosztowała mniej niż cztery bilety kolejowe. Że gorąco jak w piekle? Że jedyne marzenie to leżeć w wannie pełnej lodowatej wody i pić mrożone napoje, a nie dreptać po zatłoczonych uliczkach włoskich miasteczek. O tym nie było mowy. Schodziłyśmy niemrawo z Kasią o ósmej rano do hallu małego hoteliku, gdzieśmy we czwórkę mieszkały. Tam już czekała, punktualna co do minuty, nieskazitelnie ubrana, starannie uczesana; delikatny makijaż i radość w oczach, bo zaczyna się nowa przygoda. Obok wierna Ania także pełna entuzjazmu. Jednak młodsza o dwa pokolenia. Mantua, Werona, muzea, pałace, kościoły, na plafonach putta bezwstydnie bezwstydne. Co gdzie? Miesza mi się w głowie. Ale pamiętam z fotograficzną dokładnością wszystkie chwile hedonizmu; kiedy to Julia, dając niewidzialny znak Ani znikała z nią w jakimś zatłoczonym domu towarowym i pojawiały się za chwilę, wymachując tryumfująco kolorowymi sweterkami. Albo kiedy z łapczywością dziecka kosztowała ohydnie zielonego semifreddo ze szklanicy Kasi i prosiła ulicznego sprzedawcę o podobny napój. Albo, a raczej przede wszystkim, kiedyśmy wreszcie w ulicznych restauracyjkach siadały, żeby coś zjeść.

O, nie siadałyśmy byle gdzie. Julia ze znawstwem doświadczonego podróżnika, wybierała knajpki najprostsze, niedrogie, ale zawsze urocze; najpierw padało najważniejsze zamówienie: wytrawne prosecco – przywracające siły. A potem już można było się zastanawiać nad menu. Różnorodnym, bo od razu stało się wiadomo, że jak w rodzinie, będziemy się wymieniać potrawami, podsuwać sobie co smaczniejsze kąski, sięgać, bez skrupułów do cudzych talerzy, komentować, smakować, porównywać. To rodzi więź mocniejszą niż najbardziej erudycyjne konwersacje. Więź fizyczną, powiedziałabym nieskromnie i mało odkrywczo.

Biesiada biesiad odbyła się ostatniego wieczoru. W Castel Goffredo zajmowałyśmy z Kasią malutki apartament na ostatnim piętrze. W Mantui, na placyku, gdzie piłyśmy kawę zapadło postanowienie, że pożegnamy nasze miasteczko „w domu”. Ania i Kasia pobiegły do mantuańskich sklepików (sprzedawane tam lokalne smakołyki podziwiałyśmy dotąd tylko przez szybę) i nakupiły po trochu wędlin, serów, pasztetów, sałatek, ciastek, owoców, wina… „pamiętajcie o karczochach” – wołała za nimi Julia. Już w taksówce zaczęło się, za jej przykładem, podjadanie. W hotelu, przez weneckie okno wychodziło się na dach, imitujący taras. Tam zostały wyniesione z wnętrza stoliki i krzesła, tam na papierowych talerzach rozlokowały się wiktuały, papierowe kubki napełniły się winem.

Będę pamiętała tę ucztę do śmierci, chociaż nie cierpię karczochów. Ale nigdy też nie zapomnę fresku Pisanella Święty Jerzy i księżniczka, w bazylice Świętej Anastazji w Weronie. Weszłyśmy tam na chwilę, zostałyśmy chyba godzinę. To urzekający gotycki komiks, który trudno rozszyfrować, bo wszystko dzieje się równocześnie. Jest i pogromca smoka (smoka nie ma) i piękna książniczka Trebizondy, i morze i statek i miasteczko, gdzie pilnuje się porządku o czym świadczą trzy szubienice z wisielcami. I dwórki i dworzanie i konie – ogromne końskie zady na pierwszym planie. Zawstydzona tymi zadami popatrzyłam w dół i zobaczyłam udręczone stopy Julii, które chłodziła na marmurowej posadzce. W swoim ostatnim tomie wierszy, Zapisane notowała:

Miejsca i obrazy czekają na swoje zaistnienie

Ja także, kiedy odejdę, może w ciemności zaświecę.

Dziękuję Julio za światło!

JOANNA OLCZAK-RONIKIER

Raz jeszcze o włoskich wątkach u Máraiego

Kiedy pisałam swój szkic Márai w Neapolu, łatwo mi przyszło uznać, że to miasto – pierwszy etap emigracji pisarza – okazało się w 1948 roku idealnym miejscem, zdolnym przyjąć wygnańca, ofiarować mu wielkodusznie dar zadomowienia. Teraz, kiedy przeczytałam Porwanie Europy, widzę wyraźnie, że spotkanie z powojennymi biednymi Włochami stanowiło już wcześniej, kiedy idea wyjazdu nie zdążyła się jeszcze skrystalizować, doświadczenie o zasadniczej wadze. Jak to się dzieje, że przestrzeń staje się dla nas miejscem, obcość zostaje oswojona? Wiele o tym napisano, nikt równie przenikliwie jak Hanna Buczyńska-Garewicz w Miejscach, stronach, okolicach, lecz dla Máraiego zdaje się to czymś oczywistym, nad czym nie ma potrzeby się zastanawiać, wystarczy powtarzanie tautologii: Włosi są Włochami, są wielcy, bo są Włochami.

Kanoniczny moment poprzedzający znalezienie się po dwudziestu siedmiu latach ponownie we Włoszech, Stendhalowskie „Więc ujrzę piękne Włochy!”, oznacza odruchowy powrót do dawnej bliskości: „Charakterystyczny włoski odblask, wszystko jest znajome. Wokół mnie ludzie mówią po włosku”. To na razie jeszcze włoska część Szwajcarii, ale już przekroczenie granicy i jazda pociągiem niwelują dystans czasowy, pisarz spogląda na wciąż te same nędzne Włochy, obdartych ludzi, zniszczone twarze, domy z wybitymi szybami. Włochy po klęsce, okupacji niemieckiej, gdzie stacjonują wojska alianckie, to ten sam kraj, który pojawia się w Skórze Malapartego, w doskonałej zbieżności czasowej (rok 1946). Ale Máraiemu daleko do apokaliptycznego tonu Malapartego, powszechna bieda i wszędzie widoczne zniszczenia nie naruszają podziwu dla ludzkiego żywiołu i to on będzie głównym przedmiotem zainteresowania (miłości?) pisarza. Pojawia się pojęcie daru, kluczowe dla notatek w Dzienniku, wizerunki Włochów – w odróżnieniu od dominującego stylu prozy podróżnej, gdzie dominują pejzaż, dzieła sztuki i duchy wielkich zmarłych – wysuwają się na plan pierwszy, sprawiając, że Włochy nie jawią się jako archeologiczny cmentarz, puste kulisy teatralne.

Czy mamy do czynienia ze swoistym orientalizmem, kiedy Márai pisze o Włochach, powtarzając niemal dosłownie sąd Goethego: „Lud jest skromny, wesoły, dziecinny i zdolny do radości, żyje w rodzinie i pod wiecznie błękitnym niebem”? Możliwe, że tak, lecz ważniejsze jest danie świadectwa, jak wielkiej lekcji wielkoduszności i solidarności udzieliły powojenne, zrujnowane Włochy. I to szczególnie w Neapolu uczy się Márai od jego mieszkańców tego, co w Dzienniku nazwie „zadaniem istnienia”: „A mimo wszystko, z jaką żarliwością wierzą w życie, nawet żebrząc, obdarci, głodni i drżący z zimna, w zaułkach, gdzie przed bramami ich domów zamarzają ścieki; żyć jednak, żyć!”. To obraz niedaleki od Skóry, lecz opatrzony przeciwstawnym znakiem; to, co u Malapartego było dowodem na wielką dziejową katastrofę, tu jest triumfem elementarnej żywiołowości, zwycięstwem bios nad historią i polityką.

W jednym z końcowych fragmentów Porwania Europy zawarł Márai nader cenną uwagę: „Prawdziwym sensem podróży istotnie nie jest przybycie dokądś, lecz to, co się w nas zrodzi pod wpływem lektury”. Jakie owoce przyniósł kontakt z Włochami, czy złagodził nieco wyniosłą surowość postawy i stylu pisarza, czy poszerzył sferę współodczuwania? Odpowiedzi pozostaje szukać na stronach Dziennika.

JOANNA UGNIEWSKA

Sándor Márai „Porwanie Europy”. Tłum. Irena Makarewicz. Warszawa, Czytelnik, 2022.

Albert Cohen – niedoczytany?

W roku 1930 ukazała się we Francji pierwsza powieść Cohena Solal. Krytyka zareagowała entuzjastycznie, co o tyle wydaje się ciekawe, iż główne czyli żydowskie tematy Cohena musiały być wówczas czytane inaczej niż dziś. Polskie tłumaczenie to już inny czas – wydaje Cohena, w roku 2007, Noir sur Blanc, lecz nasze spojrzenie na świat Cohena musiało ulec zmianie. Komentarzy nie ma zbyt wiele (choć oczywiście są), nade wszystko uwagę przyciąga w nich wyobraźnia i dykcja Cohena. Ale jego eksperymenty i koncepty językowe wydają się tracić na ważności, oczekujemy dziś więcej dramatyczności, mniej kunsztu. Czy słusznie?

Albert Cohen urodził się w roku 1895, na Korfu.

Grecka wyspa to pierwsze miejsce biograficzne Solala, bohatera pierwszej powieści. Korfu ma swoją wspaniałą historię literacką: to oczywiście bracia Durrellowie, Lawrence i Gerald. Ale to inny świat i inny zapis rodzinny. Ale dzięki nim Korfu zaczyna pociągać, jako potencjalne miejsce artystów i ludzi niebanalnych.

Życie Alberta Cohena potoczyło się innym torem – powiedzielibyśmy , iż był to tor urzędniczy. Ukończył studia w Marsylii, związał się, zawodowo, z dyplomacją. Jako dyplomata pracował w Londynie i Genewie. Podpisywał traktaty, prowadził negocjacje. Zmarł w Genewie w roku 1981.

Rok przed nim odchodzi (w Paryżu) inny pisarz-francuski dyplomata, naznaczony żydowskością, urodzony w miejscu jakby nieoczywistym dla tej profesji. Ale Romain Gary, chłopak z Wilna, to już inny rocznik, 1914. Różnica pokolenia czyni więc z tych dwóch odmiennych pisarzy, choć ich korzenie tkwią w tym samym pniu – obaj zresztą napisali książki o matce, i to dziedzictwo emocjonalne zbliża ich do siebie.

Historia Solala z pozoru jest prosta. Fabuła skupia się najpierw wokół romansu młodego mężczyzny ze starszą od niego mężatką. Mąż to zwierzchnik Solala, perypetie tego związku mogą się więc okazać dość banalne. Potem jednak Solal wkracza w inne uczucie, które poszerza jego biografię. A co się dzieje w materii literackiej?

Przodkowie młodszej linii Solalów, po wielu wędrówkach, przybyli na grecką wyspę Kefalinię i tam się osiedlili. Mówili ze sobą zawsze po francusku, choć ich język czasem śmieszył rodowitych Francuzów. Ale wciąż czytali Talmud, kultywując tym samym więź z religią poprzedników. Solal różni się jednak od nich nie tylko przynależnością religijną. Ma inny wygląd – to ciekawe, że Cohen odróżnia swojego bohatera nie tylko w sferze ducha, ale również ciała. Nieszczęśliwy Solal ma zbyt czarne włosy, i to wystarcza, aby koledzy szkolni wyśmiewali go. Koncept pisarski dość zaskakujący, jeśli zważyć, iż Solal wciąż znajduje się, fizycznie, na greckiej wyspie, gdzie śródziemnomorski typ urody nikogo nie powinien zaskakiwać. Solal jest więc obciążony fatalnym dziedzictwem. Jak może mu przeciwdziałać, skoro jego twarz świadczy przeciw niemu?

Przede wszystkim: szukając miejsca stabilizacji. Cohen-autor takie miejsce znajduje. Osiedla się w nim, pisze, urzęduje. Ale nie osiąga popularności, o jaką mu zapewne chodziło. Stabilizacja okazuje się marginalizacją, choć Genewa, piękne miasto na jeziorem, emanuje spokojem i pewnością. „Piękna i zacna Genewa. Szwajcaria. Drogi kraj, krzepki ciałem, zdrowy umysłem i czysty duszą. Jest wielkość w prostocie tych ludzi gór, ludzi, którym się nie spieszy. Prawe jest ich spojrzenie i pewne jest ich słowo”. Podobne duchowe oparcie nie jest dane narodowi wybranemu. Nawet jego istnienie poddaje się w wątpliwość. Sprzeczność pomiędzy porządkiem, nieosiągalnym i rozwichrzeniem egzystencjalnym napędza fabułę powieści. W tym konflikcie racji czytelnik oczekuje od narratora więcej opanowania.

Ale jest tak: „Dość już tych historyjek z narodem wybranym. Mam wybranego narodu po uszy. Ja nie mam czasu. […] Wmówiliście dobrym chrześcjanom, że jesteście narodem wyjątkowym, a oni w dobrej wierze i swej naiwności uwierzyli wam na słowo! Nuży mnie już samo imię Izraela…”. Przyjścia Mesjasza oczekiwać więc nie należy. Świat, za wstawiennictwem Żydów, nie zostanie zbawiony. Ten katastrofizm Cohena wydaje się dziś ponurą antycypacją losu, jaki spotka Żydów już niedługo.

Tak ustawione racje powieści mogły się wydawać – w latach jej powstania – pobudzające myślowo i buntownicze. Cohen nie znalazł się jednak w kanonie literatury o żydowskiej tożsamości. Uważa się go przede wszystkim za krewnego surrealistów i językowych eksperymentatorów. Zastanawiam się więc dalej, czy Cohen jest niedoczytany, czy też opiera się lekturze? Jak myśleć o tej książce w naszych czasach, tak wrażliwych na wszelkie mutacje literatury żydowskiej i o Żydach?

Powieść Cohena ukazuje się w tych samych latach, gdy Bruno Schulz pisze w Drohobyczu Sklepy cynamonowe. W Schulzowskim świecie postacią mityczną jest Ojciec, kobiety odgrywają w nim rolę szczególną, są raczej postrachem, a nie obiektem marzeń. Ale jest też Księga czyli fundament duchowy przodków.

Schulz poza Drohobyczem, czyli w Europie, znalazł się tylko raz, w Paryżu. Wędrował natomiast śladem swoich znaczków pocztowych. Solal to klasyczne wcielenie wiecznego tułacza, co Cohen cały czas podkreśla. Wyspy greckie, Paryż, Szwajcaria, wielka Francja czyli Marsylia i prowincjonalna Francja niewielkich miejscowości.

Dyplomacja, urzędy, stanowiska, intrygi są dniem codziennym Solala. Duchem jednak okazuje się wyobraźnia. Przebiera się, zmienia kostiumy, aby opuścić świat realny, i być kimś innym, nie tylko nieszczęśliwym Żydem. Nie wiemy jednak czy te maskarady zmieniają go naprawdę.

Dykcja Cohena jest jednak nie tylko surrealistyczna, ale również barokowa. Wszystkiego wydaje się w niej za dużo, za obficie. Słowa i obrazy służą jako komentarze, aluzje autobiograficzne przebijają się z trudem przez te fajerwerki. Zapewne dlatego czytelnik, skądinąd wielbiciel słowa, czuje się osaczony tym stylistycznym bogactwem. Chciałby zdjąć z Solala jego lśniący ozdobami kostium, co niezbyt się jednak udaje.

Powieść błyszczy i mieni się konceptami – tożsamość blednie i poddaje się inwencji pisarza. To zresztą przypadek rzadki, więc i dlatego warto spróbować przebić się przez strony Solala. Nie wiem, czy mi się to udało, może tylko w niewielkim stopniu. Co by znaczyło, iż Albert Cohen należy już do przeszłości żydowskiego tematu. Ale w literaturze lat 30-tych wciąż jest niespodziewaną gwiazdą.

 MARTA WYKA

Albert Cohen, „Solal”. Tłum. Andrzej Socha. Warszawa, Noir sur Blanc, 2007.

Rafał Augustyn „Dorota Kozińska, laureatka”

Właściwie powinienem zacząć od znanej formuły: gdyby Dorota Kozińska nie istniała, należałoby ją wymyślić. Tylko, że to zadanie wymagałoby nieprzeciętnej wyobraźni.

Gdyby Linneusz miał ją zaklasyfikować, pewnie napisałby – wziąwszy pod uwagę pola zainteresowań – że to species omnivora, gatunek wszystkożerny.

Linneusz jest nieprzypadkowy, bowiem o mały włos nie wylądowała na studiach biologicznych, a i dziś przyrodą „ożywioną” interesuje się ponadprzeciętnie, obserwując ptaki, hodując kolejne pokolenia kotów, a także jeżdżąc konno. Nie gardzi również stworzeniami najmniejszymi i pograniczem ożywionej natury; gdy wybuchła epidemia Covidu, zasypywała nas zbieranymi z różnych stron informacjami o życiu i twórczości mikrobów.

Nieprzypadkowa jest także łacina, bowiem Dorota Kozińska, porzuciwszy zamiar studiów przyrodniczych, trafiła na filologię klasyczną, pod skrzydła znakomitego latynisty Jerzego Axera.

Jednakże już doktorat miała pisać o Williamie Blake’u, który interesował ją od dawna – w nastoleciu przełożyła po swojemu, i arcyzgrabnie, słynnego Tygrysa. Twórczość Blake’a konsultowała z niebylejakim indywidualnym mentorem, znakomitym historykiem sztuki i literatury Wiesławem Juszczakiem.

Znów ciekawa zbieżność: literatura i sztuki plastyczne. Dorota Kozińska, de domo Urbańska, jest córką świetnego grafika i typografa, zwanego w rodzinie pieszczotliwie Łysym Leonem, profesora warszawskiej Akademii i autora grafiki książkowej oraz niezliczonych wysmakowanych akcydensów. Z młodości pamiętam wydawaną przez Ossolineum kolekcję literatury orientalnej, bodaj czy nie najpiękniejszą w ówczesnej Polsce serię poetycką. Nie wiem w jakim stopniu ta filiacja wpłynęła na fakt, że książki Kozińskiej, nawet jeśli należą do zaprojektowanej ogólnie serii, mają jakiś charakterystyczny rys spójności, elegancji i dowcipu zarazem.

Doktoratowi o Williamie Blake’u przeszkodziły problemy zdecydowanie nieakademickiej natury; jeden z serii cyklicznych pechów, które naszą bohaterkę będą nękać aż po czasy najnowsze.

Ale ja dzisiaj nie o pechach, tylko o osiągnięciach.

Uprawia przede wszystkim małe formy – co jest po trosze wynikiem życiowych okoliczności, ale także wrodzonej skłonności do zwięzłego pisania, jednakże nie bez stylistycznej wirtuozerii, by nie rzec – popisu. Cóż! Jak powiada Charles Rosen, mamy skłonność do deprecjonowania wirtuozerii dla niej samej; tylko że wirtuozerię dla niej samej chętnie uprawiała większość wybitnych artystów.

Ale styl to narzędzie; świetnym stylem można pisać głupoty. Zatem dwa słowa o zawartości.

Podkreśliłbym dwie rzeczy.

Pierwsza to temperatura. Te teksty „grzeją”, czasem się gotują. Dorota prywatnie lubi używać hiperbol i wielkich kwantyfikatorów, ale tu chodzi o rzecz inną. To są teksty pisane przez żywego człowieka dla żywych ludzi o żywych (choć czasem dawno nieżywych) ludziach i ich sprawach. Tu nie ma mumifikowania ani tematu, ani samego pisania.

Druga – powiązana – to kontekstowość. Muzyka, teatr, ich tworzenie i odbiór są częścią kulturowej całości, epoki, struktur społecznych. Nie są wyobcowane. Myślę, że w niebie, na odpowiedniej muzyczno-teatralnej chmurce, siedzą Peri i Caccini, Landi i Monteverdi, i oglądając pisanie Kozińskiej mówią: „No właśnie, o to nam chodziło, kiedy projektowaliśmy naszą Wielką Syntezę”.

Dorota – choć sama jako wokalistka uprawiała muzykę dawną – do pierwocin opery się nie zawęża. Mozart i Verdi, Britten, Berg i Janáček, po wielekroć Wagner. Ale także Aleksander Nowak i Paweł Mykietyn, Paweł Szymański i – nie da się ukryć – mówiący te słowa. No i niemogący się doczekać wydania panteon wybitnych, a zapomnianych, operowych śpiewaków.

Nagradzamy Dorotę Kozińską jako muzykologa, którym formalnie nie jest i uprawia gatunki popularne i eseistyczne. Ale – co akcentowałem przedstawiając jury jej kandydaturę – w tych tekstach znajdziemy niejedną myśl, która jest albo dobrze ugruntowanym faktem historycznym, albo płodnym impulsem – i poddana sprawdzaniu i obudowana „aparatem” mogłaby dać w efekcie pełnokrwiste naukowe opracowanie.

Teraz – Warszawa. Oto rodowita warszawianka, dla której miasto jest całością, ale „małą ojczyzną” jest Warszawa „niska” – najpierw Czerniaków, a od lat centralna Praga, tuż przy bazarze Różyckiego, niedaleko „śpiących”, zoo i nieistniejącego już niestety sklepu pod szczególną nazwą „Planet Alkoholi”, uważnie wsłuchuje się w splątane rytmy, polifonię ruchów i akcentów i znaczonych przez nie ludzkich istnień i losów.

Jesteśmy w Związku Kompozytorów Polskich. Nie byłem jedynym, który namawiał Dorotę do wstąpienia do naszego grona; bez skutku. „Nie należę nigdzie i mam to po swoim tacie” – odpowiadała. Przeczy temu wprawdzie pokutujące w niektórych biogramach członkostwo w pewnym stowarzyszeniu tłumaczy, ale to epizod, szybko zakończony. No cóż, nie należy i trudno.

Ale nienależenie nie oznacza nieprzynależenia. Mój przyjaciel Grzegorz Piechota, historyk sztuki ze Szczecina, ma w swoim telefonie Dorotę Kozińską zapisaną krótko jako „Kozę”. Wielu z nas ma prawo powiedzieć, zważywszy rozliczne osobiste kontakty i zażyłości, że jest to po prostu „Koza nostra”.

RAFAŁ AUGUSTYN

Laudacja wygłoszona 21 IX 2022 roku podczas uroczystości wręczenia Dorocie Kozińskiej dorocznej Nagrody Związku Kompozytorów Polskich.

Spina alba

Głogi, z tymi ich cierniami, które potrafią tak niespodziewanie i do żywego zakłuć, i z niezliczonymi – w maju – białymi kwiatkami, które choć ozdrowieńcze w krajobrazie, to z bliska cuchną nam rybą, mokrą ścierką czy niemytym psem, to były dla Rzymian, dla ich rolników, naturalistów i polihistorów – spinae albae, „białe ciernie”, i tak zwano je bez żadnej odmiany przez długie setki lat, bo jako „białe ciernie” są jeszcze u późnych uczniów Kolumelli i Pliniusza, ojców nowożytnej już botaniki, u Matthiolego, braci Bauhin czy Tourneforta. Określenie intrygujące, no bo te ciernie na gałęziach nie są przecież białe – takie są tylko drobne, okrągłe płatki kwiatów, ale okazuje się, jak najbardziej pasuje do rzeczywistości, gdy wziąć pod uwagę, że zrodziło się z zupełnie innego niż współczesny – ten każe nam zestawiać rośliny przez te wszystkie słupki, zalążnie czy pręciki lub, od niedawna, wedle genetycznych markerów – paradygmatu, podejścia do postrzegania rzeczy i istot, do prób ich klasyfikacji, no bo przecież oni, Grecy i Rzymianie, szukali w ziołach i drzewach wyłącznie łatwych do uchwycenia dla zmysłów podobieństw do innych roślin, do innych stworzeń, poszukiwali zasadniczej wspólnoty, jaka wyrażała się w jedności kształtu, koloru, zapachu, smaku, twardości czy sprężystości, i w podobieństwie zastosowań w kuchni, na paszę, jako lekarstwa, trucizny czy narzędzia. Stąd wszelkie spinae albae to były najrozmaitsze rośliny – tę ich różnorodność, która dla Rzymian często byłaby przecież rażąco sztuczna, odczuwamy tylko my, ludzie współcześni, którzy w ślad za botanikami naszych czasów lokujemy „białe ciernie” w zupełnie czasem odrębnych rodzinach, rodzajach i gatunkach – byleby tylko kłuły i byle miały w sobie coś wyraziście białego, na przykład białe kwiaty. Czyli często były to głogi.

Niejednoznaczne, nieostre i rozmyte – ale znowu tylko dla współczesnych uczonych – określenie dla przeróżnych ciernistych i kolczastych krzewów i drzew, przede wszystkim dla głogów i tarniny, pojawiło się na starym kontynencie raz jeszcze. To anglosaskie i średnioangielskie thorn, a niemieckie dorn, wszystko z prastarej runy Þ, która nosiła takie właśnie miano i była z początku ościstym wyrostkiem, z brzuszkiem zrazu niezaokrąglonym, niestępionym jeszcze przez wieki używania, a ostrym, trójkątnym. Owo „th” rozsiało się na zawsze po angielskojęzycznych tekstach – w miarę równomiernie obecne na wszystkich zapisanych i zadrukowanych kartach, nie za gęsto i nie za rzadko – właśnie tak jak głogi po otwartych równinach Europy, po bezleśnych, często ubogich, słonecznych przestrzeniach. Myśl, że cierniste, graficzne „th” tkwią w tekstach tak samo jak żywe krzewy głogów, ich kłujące imienniczki, tkwią w krajobrazie, że to jest po prostu to samo, tknęła mnie kiedyś, gdy czytywałem Dzienniki Henry’ego D. Thoreau, i tam nagle zobaczyłem tę koincydencję w ustępie o pustkowiach hrabstwa Nawshawtuct:

There are, apparently, two kinds of thorns close together on Nawshawtuct – one now and for some days in blossom, both bushes and the largest tree, – which are evidently varieties of the Crataegus coccinea, or scarlet-fruited thorn.

Na początku ogrodniczych robót w podlaskiej Wojnówce, przed dwudziestu laty, zamyśliłem sobie długi, wysoki żywopłot, taką ścianę od strony łęgu, o którą czochrałoby się niebo – właśnie z głogu, i jestem z efektu tej roboty niezmiennie rad. Od ładnych paru lat każdej wiosny, gdy palce ogrodnika, które rwą się już do wczesnych prac, drętwieją jeszcze od nawracających chłodów, u stóp tych głogów, w grubej, wilgotnej warstwie ich nigdy niegrabionych liści, w miejscu, w którym nornice, dżdżownice i ropuchy, wśród tych liści zbrązowiałych i rozkładających się całymi miesiącami pojawiają się dziesiątkami brązowawe stożki smardzów. Sadziłem tę setkę głogowych siewek nie byle jak, nie „w szparę”, tylko nieco rozchyloną w ziemi szpadlem, a porządnie, w wykopane zawczasu, okrągłe w zarysie miski, a posadziwszy, obdeptałem wszystko piętą buta – nie jego czubem, który narobiłby przecież więcej szkód niż pożytku, obrywając zbyt mocnym naciskiem korzonki sadzonek – jak nauczył mnie tego był przed laty, gdy terminowałem u niego w szkółkach w Piastowie i w Witanowie, mistrz w zawodzie, Tadeusz Szymanowski; podlałem wreszcie cały rząd tego głogowego drobiazgu strugą wody, która rozwijała się z blaskiem i szumem, radośnie, na fajrant, z blaszanej, cynowanej konewki, jakbym to ja był tym pochylonym nad zagonem i wpatrzonym weń spod szerokiego ronda kapelusza – ogrodnikiem ze znaku ogrodniczej firmy Ulrichów, figurą z teatru ogrodowych cieni.

JAKUB DOLATOWSKI

Fantazjano „Żona z ogłoszenia”

Szanowny Panie Redaktorze,

koniec świata, Eryk Rosołek (kulturysta) postanowił się ustatkować. Gdy w miniony wtorek odwiedziłem go w sali gimnastycznej (trudno inaczej określić jego mieszkanie), przeglądał właśnie anonse matrymonialne. Bardzo się ucieszył na mój widok, albowiem już od kilku godzin próbował złożyć trzy zdania własnego anonsu, co okazało się zadaniem trudniejszym niż podniesienie wagonu parówek, którego to wyczynu dokonał w zeszłym tygodniu, zdobywając mistrzostwo kraju.

Uradziliśmy wspólnie – choć, Panie Redaktorze, jestem ostatnim człowiekiem, który mógłby udzielać rad w tej materii – że na własny anons przyjdzie jeszcze czas, za to można przyjrzeć się bacznie ofertom dam, szczególnie że mój przyjaciel dokonał już wstępnej selekcji. Ogłoszenia, które wzbudziły jego zainteresowanie, zakreślił czerwonym flamastrem. Szybko dostrzegłem anons obwiedziony grubą, podwójną pętlą, zdradzającą wysoki stopień zaintrygowania dzielnego kulturysty. Ogłoszenie zamieściła pani „lubiąca średniowiecze, jaśmin i las”. Nigdy nie zauważyłem, by Eryk Rosołek przejawiał jakiekolwiek zainteresowanie którymś z wymienionych elementów, ale przecież nie mogę wykluczyć, że po ciężkim treningu mój zziajany przyjaciel siada pod krzakiem jaśminu i zagłębia się w lekturze Jesieni średniowiecza Johanna Huizingi.

Na wszelki jednak wypadek spróbowałem skierować uwagę Eryka na anonse, które – w moim mniemaniu – rokowały większe nadzieje na pomyślny finał. O dziwo, Eryk Rosołek nie wyraził ochoty zbudowania trwałego związku ani z „kobietą wierną i lubiącą ciche wieczory” ani – dla odmiany – ze „spontaniczną, szaloną dziewczyną lubiącą zabawy do białego rana”. Po tym, jak ze wzgardą odrzucił anons „atletycznej wuefistki, która najchętniej odpoczywa przy filmach Rambo i Rocky” – poddałem się.                                                    

Nie pojmuję, Panie Redaktorze, dlaczego Rosołek uparł się akurat przy wielbicielce średniowiecza. Gdy na twarzy mego przyjaciela pojawił się niecodzienny wyraz rozmarzenia, wzrok mój raz jeszcze padł na zakreślony flamastrem anons. W ostatnim zdaniu admiratorka wieków średnich informowała, iż „zawsze jest sobą”. W tym momencie, Panie Redaktorze, przeszyła mnie straszliwa myśl – bo przecież tylko Dr Jekyll i Mr Hyde mogą zgodnie z prawdą powiedzieć, że zawsze są sobą! Kiedy więc Rosołek z właściwą sobie werwą chwycił za słuchawkę, by zadzwonić do damy swego serca, wiedziałem już, że osoba po drugiej stronie okaże się zgoła kim innym niż to się wydaje poczciwemu kulturyście.

Doradca matrymonialny, FANTAZJANO

Śmierć Holendra

W pierwszym tomie florenckiego cyklu Magdalen Nabb stolica Toskanii tonęła w strugach grudniowego deszczu, a sierżant Salvatore Guarnaccia rozwiązywał zagadkę śmierci niesympatycznego Anglika, walcząc z paskudną grypą. Tym razem gorączka trawi samą Florencję, osłabioną letnim upałem, najazdem turystów i falą przestępstw, na których tle nagły zgon jubilera zwanego przez sąsiadów Holendrem nie wywołuje większych podejrzeń. Wyjątkiem jest Guarnaccia, któremu w pamięć zapadły ostatnie słowa domniemanego samobójcy oraz zeznania dwojga z pozoru całkiem niewiarygodnych świadków: niewidomego mężczyzny i skłonnej do mitomanii staruszki, która nie ogląda telewizji, bo szkoda oczu, a poza tym i tak nie stać jej na telewizor. „W Śmierci Anglika czuć było rękę mistrzyni – napisał Georges Simenon. – Śmierć Holendra to już arcydzieło”.

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek