1. Zaczyna się enigmatycznie i intrygująco: od obrazu góry. Niby nieruchomej, ale wciąż zmieniającej barwę i fakturę w zależności od pory dnia i roku. Najwyraźniej dobrze znanej i oswojonej. Ale – dla tego, który patrzy – zagadkowo obcej.
Przypomina ona nieco Mont Sainte-Victoire z obrazów Cézanne’a. Górę, którą, jak pamiętamy, malarz odwijał latami – konsekwentnie, z uporem – z pasm zwyczajności. W nadziei znalezienia formy odpornej na upływ czasu. W poszukiwaniu życia utajonego pod pozorami bezruchu i trwania.
Góra, o której mowa, też nie jest martwa. Nie jest wyłącznie wyniosłą częścią obojętnego pejzażu. Ona patrzy. Spod jej spojrzenia uciec nie sposób. Można je tylko odwzajemnić. I czekać. W uważnym czekaniu spełnia się sens.
Chwilę później następuje gwałtowne cięcie i jesteśmy już w domu opieki.

Zapiski z nocnych dyżurów Jacka Baczaka to osobliwa relacja z domu niewoli. Z zakładu zamkniętego. Z miejsca odosobnienia. Z ustronnej zony, o której istnieniu nie wiemy i zwykle wiedzieć nie chcemy, z miejsca, do którego niepowołani zaglądają rzadko. Książkę wypełniają głównie historie odchodzenia. To opowieści z ostatniego brzegu, pisane z przylądka ostatniej nadziei, z granicznej strefy tlącego się słabo życia. Życia, które chwyta się kurczowo wszystkiego, co jest w pobliżu: szafki, łóżka, spojrzenia, słowa, ręki, ramienia.
Autor jest malarzem, artystą, który z bliżej niewyjawionych powodów zatrudnia się jako pielęgniarz w domu dla nieuleczalnie chorych. W szpitalnym azylu. W umieralni. Zgodnie z mottem wziętym z Miłosza („Będziesz służył / nosząc, obmywając, sprzątając”), nosi, obmywa, sprząta, pomaga chorym w czynnościach, których nie są w stanie samodzielnie wykonać. Jest z nimi do końca. W chorobie, w umieraniu i po śmierci – kiedy porządkuje rzeczy po zmarłych, kiedy myje martwe ciała, a później szkicuje pospiesznie zastygłe twarze, utrwala w tuszu maski pośmiertne.
2. Książka Baczaka to może najpierw szczególna rozprawa o naszej cielesnej kondycji, widzianej z niedostępnego dla większości z nas punktu obserwacyjnego. Nie jest to, rzecz jasna, rozprawa naukowa. Przeciwnie: to rzecz z antypodów naukowości. To książka gatunkowo nieczysta: ni to reportaż, ni to diariusz; ni to proza, ni to dokument. A wszystkie te typy narracji, przenika subtelnie – spajając je w jeden organizm – nieskrywana przesadnie poetyka wyznania. Te skrypty naznaczone są wyraźną autorską sygnaturą.
Wbrew pewnym sugestiom formalnym (wyraźnie zaznaczona w tekście chronologia opowieści), nie mamy tu do czynienia z surowym zapisem dziennikowym. Nie dajmy się zwieść: to nie są przyłapane in statu nascendi rejestracje z miejsca zdarzenia. Baczak nie jest zwykłym dokumentalistą. Po pierwsze: historie, które opowiada, są rezultatem wyboru z większej całości: to cząstki osobliwe, czujnie wyłuskane z nudnej i powtarzalnej prozy szpitalnego życia. Po drugie (i może ważniejsze): to zapisy wyraźnie przemyślane, konsekwentnie zredagowane a następnie poddane rygorom formy literackiej.
Znać tu solidną pracę nad tekstem, to ona sprawia, że w Zapiskach nie ma śladu sentymentalizmu, ani fałszywego tonu. To nie jest „sztuka naiwna”. To proza świadomie oszczędna, skupiona, pozbawiona literackiej galanterii. Często słychać w niej ciszę.
Nie znaczy to, rzecz prosta, że zapisy te nie mają walorów poznawczych. Że są, jak ktoś by może powiedział, „tylko” literaturą. Przeciwnie: wchodzą one głęboko w miąższ rzeczywistości, mają wagę (ciężką wagę) świadectwa. Wyjątkowego i trudnego w odbiorze świadectwa. Są bowiem czułym i wiarygodnym zapisem inicjacji w umieranie, w śmierć. Z werystyczną dokładnością przybliżają nam ciało chore, umierające, martwe. Precyzyjnie obrysowują terytorium, na które piszący zapuszczają się rzadko. O ile w ogóle.
Zapis dokumentalny jest tu oczywiście ważny, niemniej w lekturze cały czas odnieść można wrażenie, że w książce gra idzie o coś jeszcze. O coś, co przekracza warstwę rejestracyjną i nadbudowuje się nad nią. Coś, co nie jest wskazane wprost, ale zasugerowane: modulacją głosu, oszczędnością słowa, przemilczeniem.
3. Niezwykłość i siła książki Baczaka bierze się w pierwszym rzędzie z egzotyczności miejsca, które opisuje, do którego zaprasza. Wprowadza nas mianowicie w obręb świata, który współczesność programowo usuwa z pola widzenia, którego się wstydzi, którego się brzydzi, którego nie zna i znać nie chce.
Pokazuje nam swoich niepięknych i już niedwudziestoletnich w ich mało atrakcyjnej, cierpiącej i umierającej cielesności. Z tym, co zazwyczaj chcemy ukryć przed wzrokiem innych: ze łzami, potem, krwią, wydalinami. Z tym, co w „normalnym” świecie wywołuje wstyd i zażenowanie. Od czego instynktownie się odwracamy.
Opisywani przez niego ludzie są już często poza słowem. Komunikują się ze światem przy pomocy szeptów, jęków, krzyków, złorzeczeń, ledwie zrozumiałych fraz, nieartykułowanej mowy. Są całkowicie wcieleni. Co trzeba tu rozumieć w sposób szczególny: są zamknięci w ciele, zamurowani w ciele, ograniczeni ciałem, skazani na ciało i jego słabości.
I tu następuje znamienna inwersja w stosunku do rutynowego spojrzenia: to właśnie słabe i rozpadające się ciała znajdą się w centrum uwagi autora. W tej strategii poznawczej tkwi głęboka poznawczo intuicja. Okazuje się bowiem, że ubywające stopniowo, dzień po dniu, odmawiające posłuszeństwa ciała są dla pensjonariuszy ostatnim fundamentem istnienia, kruchym świadectwem ich tożsamości. Wątłą gwarancją, że wciąż istnieją. Że utrzymują jeszcze jakieś związki ze światem. Że uczestniczą w nim na swój tragiczny, kaleki sposób.
To pewnie dlatego, czytając tę książkę pierwszy raz przed ćwierć wiekiem, widziałem Zapiski przede wszystkim w kontekście dokonującego się wówczas w humanistyce, solidnego zwrotu w stronę ciała i cielesności. Baczak i inni autorzy, bliscy jego wizji (wspomnijmy jedynie przejmujące intuicje somatyczne ze Szczelin istnienia Jolanty Brach-Czainy) kontestowali solidnie, pielęgnowany przez wieki, wydumany i całkowicie nierealny, wizerunek człowieka wspartego na eterycznych fundamentach, określanych zwyczajowo jako „umysł”, „rozum”, „świadomość”, czy archaicznie brzmiąca „dusza”.
Książka Baczaka przywraca równowagę. Wywraca na nice tę – ciągnącą się przez stulecia – gnostycką antropologię, w której umysł zawsze triumfował nad ciałem. I która sprowadzała ciało do drugorzędnego wehikułu dla obdarzonej iskrą (rzekomo boską) duszy. Pokazuje ona dobitnie i bez zasłon, że w „bycie człowiekiem” wpisane są inherentnie nie tylko przygody ducha, ale także przygody ciała. I tak, jak te pierwsze nie muszą być dla nas wyłącznie powodem do dumy, tak te drugie nie muszą być jedynie świadectwem hańby i zawstydzenia.
Zabrzmi to dziwnie w kontekście licznych opisów starczej niemocy, cielesności na skraju wyczerpania, ale w swojej książce Baczak naprawdę rehabilituje ciało. Pokazuje je nie tylko jako widomy obraz ludzkiej nędzy, ale także jako realną ekspresję ludzkiej godności. Tragicznej godności. Ta swoista, wsparta na solidnym gruncie empirycznym, „słaba antropologia” (w analogii do konceptu il pensiero debole Gianniego Vattimo) odwraca zwyczajowe hierarchie i każe bliżej przyjrzeć się cielesności, tak pogardzanej przez wieki w chrześcijańskim świecie. Pozwala wreszcie zobaczyć ją jako niezbywalny aspekt ludzkiego doświadczenia. I tym samym zwrócić ciało chrześcijaństwu, przypominając nieśmiało, że – było nie było – jest ono religią Wcielenia.
4. Dziś widzę tę książkę nieco inaczej. Owszem, dalej niezwykle ważny jest dla mnie, silnie w niej eksponowany, wątek cielesny. W kwestii zasadniczej nic się nie zmieniło: bohaterowie Baczaka w dalszym ciągu są do bólu cieleśni ani przez chwilę nie pozwalają o tym – ani jemu, ani nam – zapomnieć. Ta niezbyt ortodoksyjna lekcja anatomii tkwi wciąż mocno w mojej pamięci. Zmiana w dzisiejszym postrzeganiu Zapisków nie jest radykalna. Polegałaby może na nieco innym rozłożeniu akcentów.
Wiele lat temu, cielesność bohaterów książki skłonny byłem czytać przede wszystkim przez okulary filozoficzne: postrzegałem ją w optyce, odkrywczych wówczas, rozpoznań o ciele, które można było znaleźć – przykładowo – w pracach Foucault czy Levinasa. I to ich ogólne tezy bezwiednie narzucałem na somatyczne narracje autora. Rzecz jasna, taka lektura miała sens wtedy, ma go pewnie i dzisiaj. W dalszym ciągu jest (do pewnych granic) produktywna poznawczo. Teraz jednak widzę lepiej, że ten sposób czytania, choć uprawniony, jest dla książki nieco krzywdzący. Pomija bowiem wiele z tego, co w niej istotne, ale też mocno sprzeniewierza się, może nie literze, ale duchowi tekstu.
Nie chodzi mi tylko o to, że Baczak nie napisał traktatu medycznego (w istocie: to rzecz z antypodów filozoficznego dyskursu) i że z jego książki nie sposób wyciągnąć jakiejś uogólnionej pojęciowej esencji. Oczywiście, pewnie da się to jakoś zrobić, ale trzeba mieć przy tym świadomość, że to, co wówczas zostanie nam w rękach, to suche jak wiór, abstrakcyjne, chciałoby się powiedzieć: bez-cielesne tezy. Tymczasem Zapiski to książka mocno zaczepiona o ludzki konkret. Broni się przed aneksją ze strony filozoficznego dyskursu tym przede wszystkim, że w swoim rdzeniu to opowieść o pojedynczych żywotach. O ludziach z krwi, kości i wyczerpania. To katalog imion własnych. A to oznacza, że historii ludzi, którzy się za nimi kryją nie da się sprowadzić do wspólnego mianownika. Że przypadek każdego z nich jest osobny, idiomatyczny, jak życie każdego z nas.
W każdym z nich bycie człowiekiem załamuje się na swój niepowtarzalny, najczęściej kaleki sposób: Kasia o nieruchomych oczach, Stefan który „nie był już kimś”, Gienio ze sparaliżowaną połową ciała, Rózia, której zatrzymał się czas, Anielcia, co uporczywie szukała swoich cieląt, Greta, której resztki życia „powracały w splątaniu”…
Te żywoty, choćbyśmy bardzo chcieli, nie dają się sprowadzić do abstrakcyjnych tez humanistycznego dyskursu. W książce została utrwalona na wieki pamięć o nich. Z perspektywy lat, te zapisy upodobniają się to epitafiów nagrobnych.
5. I jeszcze coś. Książka Baczaka, choć ma ambicje rejestrowania świata nieprzedstawionego, penetrowania ciemnych rewirów ludzkiej intymności, przekracza wyraźnie gatunkowe ramy prozy dokumentalnej. Gdybym miał jedną formułą opisać jej istotę, powiedziałbym, że jest to czystej wody narracja inicjacyjna. To rozpisana na wiele etapów opowieść o wtajemniczeniu.
Wtajemniczeniu w co? Na proste pytania, jak wiemy, nie ma prostych odpowiedzi.
Jak powiedzieliśmy wcześniej, to może przede wszystkim opowieść u umieraniu, o przechodzeniu do „innego świata”. To subtelna próba podprowadzenia czytelnika na próg doświadczenia granicznego, na próg tego, o czym jeszcze opowiedzieć się da. Wtajemniczenie w doświadczenie śmiertelności. Im bardziej powszechne, tym mniej uchwytne. Zapieczętowane przed żyjącymi. Ale to nie jest wyczerpująca odpowiedź. W książce cały czas jest silnie obecne autorskie „ja”. I nie jest to okoliczność bez znaczenia. Odwrotnie, naznacza ona tę opowieść, sprawia, że w tym samym stopniu oglądamy rzeczywistość, o której mowa w tekście, co wchodzimy do wnętrza tego, który nam o tym opowiada. Autor zapuszcza sondę w głąb własnej świadomości i dopuszcza nas do konfidencji.
Oglądane z tej perspektywy Zapiski okazują się finalnie także książką o patrzeniu, o doznawaniu, o przeżywaniu. O wchodzeniu pod podszewkę widzialnego. Jak mantra powracają w niej frazy podobne do tej: „Wpatrywałem się uporczywie, uważnie w rzeczy otaczające mnie wokół”. Być może to właśnie dociekanie, zapis procesu poznawczego, jest drugim – obok śmiertelnego ciała – równie ważnym „tematem” tej książki.
Bo zauważmy: patrzący nieustannie przygląda się tu sobie, własnemu patrzeniu. Zapisuje to, co postrzega jego oko. Rejestruje najdrobniejsze poruszenia aparatu poznającego. I próbuje nazwać to, co zobaczone, znaleźć dla niego adekwatne słowo. To patrzenie jest nienasycone, nie zadowala się tym, co powierzchniowe, chce sięgnąć głębiej, chce zerwać zasłonę zwyczajności. Patrzący ma cały czas przeczucie, graniczące z pewnością, że to, co postrzega bezpośrednio nie jest c a ł ą rzeczywistością, że jest ona bardziej bogata niż dane wzrokowe.
Rozległą i skomplikowaną materię widzialnego – ludzi, rzeczy, krajobrazy – traktuje Baczak jak niejasny, zadany do odczytania hieroglif: „I patrzyłem teraz na inne ciała. Ciała, które stanowiły osobną księgę historii stworzenia. Osobną księgę doświadczania piękna. Ciała starcze, chylące się ku ziemi. Ciała słabe, blade, pokurczone, powykrzywiane, pełne blizn i zadrapań. Suchutkie, pokryte skórą w dotyku gładką jak papier, a pełną tysięcy zmarszczek i fałdek. Ciała najczęściej chude, kościste, o wyraźnych żyłkach, które pękały, gdy robiło się zastrzyk, czy pobierało krew. Zostawały wtedy ciemne, sine plamy.
Patrzyłem na ciała, które czasem przerażały swoim zniszczeniem i zdeformowaniem. Była we mnie odraza, która w miarę przyzwyczajania się i poznawania ich powoli gasła. Aż w końcu postrzegałem w nich zupełnie inne piękno. Piękno bezradności i nasycenia. Wyczerpania”.
6. To pragnienie jest tu przemożne: być okiem, zamienić się w oko, być patrzeniem, w pełni i bez reszty, bez podziału na świadomość i jej przedmiot. Być patrzeniem całym sobą, patrzeć, tak jak się oddycha. Unieważnić różnicę, stopić się ze światem w jedno.
Jeśli tak spojrzeć na tę książkę, to okaże się, że jest w niej coś z buddyjskiego spojrzenia, z poezji zen, opiewającej z tym samym entuzjazmem twarz, chmurę, kwiat, ptaka, poranną rosę. Poezji, która pragnie utożsamić się całkiem z obiektem opisu. Meandrycznie zmierzam do tego, by powiedzieć, że w swym zasadniczym rdzeniu, w tym, co w niej najistotniejsze, Zapiski Jacka Baczaka to książka religijna, choć ta „religijność” nie ma, zdaje się, nic wspólnego z tym, co potocznie się pod tym słowem rozumie.
To książka o cudzie uważności, którą Simone Weil nazwała kiedyś formą modlitwy. To rzadka w swojej wiarygodności pochwała postawy kontemplacyjnej. Zwłaszcza, jeśli pamiętać, że jej przedmiotem jest cały świat widzialny, obojętnie pod jaką postacią się pojawia. Z tego powodu nie powinno nas tak już dziwić, że góra z początku książki, w jej zakończeniu upodabnia się do twarzy. Że jej obraz zaskakująco nakłada się na obraz twarzy, niemal bez reszty. Że obydwie stają się Obliczem. Być może tego samego. Początek tajemnie łączy się z końcem. Domyślenie zagadki należy już do nas.
DARIUSZ CZAJA
Jacek Baczak „Zapiski z nocnych dyżurów”. Wyd. II. Lusowo, Wolno, 2021 – aby kupić proszę kliknąć – tutaj
Nie pamiętam, jak do tego doszło. Kto wpadł na pomysł, by Zbigniew Raszewski wygłosił wykład o Jerzym Stempowskim dla studentów i absolwentów Wydziału Wiedzy o Teatrze? Na pewno nie był ogłoszony i miał charakter nieoficjalny, nawet nieco konspiracyjny. Działo się to jeszcze przed sierpniem 1980 roku. Ponieważ akurat wtedy prowadziłem z kolegą małą drugoobiegową oficynkę poetycką, męczyłem profesora, by spisał wykład i mamiłem go publikacją poza cenzurą w oddzielnej broszurze. Niestety, nie dał się namówić. Zachowały się jednak bardzo uważne notatki Katarzyny Madoń.
Wydaje mi się, że wartość tego zapisu polega na tym, że jest to nie tyle obiektywny portret Stempowskiego, co pewien wyraz własnych poglądów profesora na sprawy według niego zasadnicze.
Piotr Mitzner
Zbigniew Raszewski
STEMPOWSKI
Wykład w PWST w Warszawie, 22 kwietnia 1980 roku
Notatki słuchaczki, Katarzyny Madoń
Piękno jego zdań. Niebywała celność i precyzja, co nie wydaje się dziś ambicją pisarzy. Wyrafinowana szata dźwiękowa, wolna od wszelkiej kokieterii. W niektórych kadencjach odznacza się doskonałością muzyczną.
Metafora jest rzadka u S., a jeśli jest, to zupełnie nowa, niezużyta.
Stałe nasycenie tej prozy obrazem.
S. uprawia esej. Pisze szkice z reguły poświęcone jakiejś myśli, często nie dającej się wyświetlić.

Stempowski szlifował swoje teksty. Nad jednym zdaniem potrafił pracować cały dzień. Przy tym pisał stosunkowo łatwo i dużo (wiele tysięcy listów, dotąd większość nieopublikowana. Każdy z tych listów jest arcydziełem pisarskim). Nie jest prawdą, że mu się pisało za trudno. Tylko stawiał sobie niesłychane wymagania, gdy przygotowywał coś do druku.
Obce mu były większe formy pisarskie (jedyna książka o Jowialskim to rzecz słaba). Po wojnie zamierzał napisać książkę o Owidiuszu, praojcu wszystkich emigrantów. Z tego pozostał tylko jeden szkic.
Z temperamentu miniaturzysta, co czyni go rzadką postacią w kulturze polskiej. Polakom obca jest miniatura.
Jest to autor doskonale zadomowiony w łacinie.
Studiował na kilku uniwersytetach. Po I wojnie osiadł w Warszawie. Miewał dobre posady. Cenił pracę wykładowcy w PIST. Wiele czasu spędzał na Zachodzie.
Formacja klasyczna. Życie z Europą. Trochę pisywał po francusku. Łacińska tradycja skłania do zaczynania zdań od podmiotu.
Radykalny sceptyk. Niewierzący. Wręcz typ niedowiarka. Interesuje się powstawaniem nowych teorii, korzysta z nich. No ogół jest jednak wobec każdej teorii nieufny. Rozstrzygające znaczenie przyznaje własnemu doświadczeniu życiowemu.
Interesuje się problemami metodologii. Niebywała pamięć. Ogromna kultura naukowa i filozoficzna. A jednak doświadczenie. Choć ceni metodyczne szkolenie, ale to niekoniecznie musi odbywać się na uniwersytecie.
Nieznużenie tropi związki między zjawiskami, często związki ukryte. Jest w tym mistrzem.
Połączył XVIII-wieczny sentymentalizm z brutalnością współczesnej prozy, zapoczątkowaną przez Hemingwaya – to sentymentalizm à rebours (przekleństwo w miejscu dawnych łez). I tu, i tu – nieumiar uczuć.
Nieodwracalna katastrofa cywilizacji europejskiej – to właściwie jedyny temat twórczości S.
– odrażająca cywilizacja przemysłowa
– pochwała cywilizacji pasterskiej
– odrażające właściwości państwa narodowego
Stempowski uważał się za Europejczyka, a za bliższą swoją ojczyznę uważał Dolinę Dniestru, gdzie mieszkali drzwi w drzwi Ukraińcy, Polacy, Żydzi, Rosjanie, dzicy ludzie jarowi, wszyscy w najlepszej zgodzie. Wszyscy ci ludzie mieli wysublimowane poczucie przynależności do jakiejś kultury.
Państwo narodowe to niebywałe zubożenie kultury.
Rozwój wypadków na tym polu śledzi S. z rosnącym przerażeniem (era hitleryzmu).
Czym jest wspólność języka wobec wspólnie znanej tajemnicy ziemi?
Po wojnie zalew barbarzyństwa. Pogarda dla historii i tradycji.
S. humanista głosi konsekwentnie wyższość wykształcenia humanistycznego.
Stary mason (syn znakomitego masona), przepowiada odrodzenie moralne Kościoła.
Świetnie uzdolniony pisarsko katastrofista – to nie jest rzadkość w XX-wiecznej Europie. Ale wszyscy katastrofiści to figury posępne, biorące odwet na czytelniku za własne rozgoryczenie. Nic z tego nie ma u S., żadnej goryczy. To go wyróżnia. Pod tym względem jest absolutnym unikatem. Nie ma złudzeń. Śledzi bieg rzeczy z reguły spokojnie, życzliwie. Aczkolwiek przypatruje się temu, co się dzieje z niesmakiem („łotrostwo bardzo podupadło”).
Wrażliwość stylistyczna S. niewiele ma równych. Był on poruszony debiutem Żukrowskiego. Pytał go w liście: po tak znakomitym debiucie, co dalej?
Stempowski od innych katastrofistów jest bardziej ludzki.
Do końca pozostaje wierny sobie. Ma wstręt do wielkich słów.
Zachować przytomność, zdolność do zachowania proporcji, być świadkiem.
Jest to pisarz głęboko niewspółczesny. Jest prawie nieznany w Polsce, cenzura zewsząd skreśla jego nazwisko, ale to nie jest jedyna przyczyna. Jest on w polemice z własnym czasem. Obcy Polakom.
Także jego stosunek do sztuki jest głęboko niewspółczesny. Ale śledzi z zainteresowaniem jej rozwój. Jest świadkiem narodzin awangardy, ruchu dadaistów. Analizuje nieznużenie. Jest do końca otwarty, pełen dobrej woli, ale w zasadniczej polemice.
Kwestia piękna. S. nie usuwa ze swego słownika pojęcia piękna. Jest to coś żywego, tajemniczego – to podwyższa jego wartość.
„Doznaję czasem krótkich, dziwnych i gwałtownych objawień piękna. Zachowuję te doznania dla siebie. Są one racją mojego bytu” – to zdanie Maupassanta podzielał Stempowski.
Sztuka czerpie swoją rację z tego, że usiłuje piękno wywołać, bądź pomnożyć. Piękno pozostaje tajemnicą. Inaczej ze sztuką, która jest wytworem ludzi, przejawia się w historii, można badać jej prawidłowości. Poddaje się analizie.
Fredro (bardzo lubił Fredrę, także jako krajana, wieszcza) i romantycy. Zasadnicza różnica. Tamci trzej znali Napoleona z legendy, Fredro był jego adiutantem.
Sztuka a życie. To jedna z pasji S. Luźne związki, literatura raz wyprzedza historię, raz spóźnia się. Jednej reguły nie sposób ustanowić.
Nie wierzył w ciągłość rozwoju idei. To nie jedna idea rodzi inną. Ludziom po prostu jakaś idea w końcu się przykrzy i wymyślają nową.
ZBIGNIEW RASZEWSKI
do druku podał: Piotr Mitzner
Into something rich and strange
Shakespeare
Piramida Cestiusza budzi zdziwienie: czyżby rzymski odpowiednik mody na starożytność? Czyżby świadomość historyczna już wówczas tak rozbudzona — zrozumienie granic, znikomości własnej formacji kulturalnej i chęć utrwalenia się we wzorach innych, bogatszych, dziwniejszych? Za piramidą rozciąga się cmentarz protestancki, jedno z najpiękniejszych miejsc Rzymu — czyli po prostu jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie zdarzyło mi się widzieć. Nie ma nic wspólnego z nastrojem włoskich cmentarzy, których wnętrze przypomina wielki skład marmurowych skrzyń, a mury — apteczne półki, gdzie w piętrzących się nad sobą szufladkach grzecznie leżą „drodzy nieobecni”. Nie jest to też, wbrew nazwie, tylko cmentarz protestancki — jest miejscem spoczynku dla wielu prawosławnych. Chowano tutaj cudzoziemców, obcych, różniących się religią. Rzym przyciągał ich zawsze, przeglądali się w jego odmienności, w jego różnorakich nawarstwieniach i urokach.
Do połowy XIX wieku chowano ich w nocy, przy blasku pochodni. Przyczyną nie była romantyczna moda, poszukiwanie nastrojowości, lecz nakazy władz i obawa przed fanatyzmem okolicznej ludności; ekscesy co pewien czas się zdarzały: zaświadczona w rzymskich budowlach wielość historycznych formacji nie dla wszystkich i nie zawsze stanowiła wystarczającą lekcję tolerancji. Przez dłuższy okres nie wolno było zdobić różnowierczych grobów znakiem krzyża. Znaczono więc miejsce ostatniego spoczynku marmurową kolumną, sarkofagiem, prostym blokiem kamienia, które bywały opatrzone jedynie nazwiskiem i datą. Z czasem grobów przybywało; cmentarz otoczony został murem i podzielony na dwie części. Pierwsza, w pobliżu piramidy, to „stary cmentarz”. Zamknięty już, mieszczący najdawniejsze groby, przypomina romantyczny park. A może ogród botaniczny? Przy mogiłach ciekawszych postaci, jak przy niezwykłych roślinach, umieszczono dyskretne tabliczki z objaśnieniami. Nie panuje tu ani smutek, ani melancholia, ani dramatyczne napięcie, raczej spokój, cisza, wytchnienie. Nawet przechadzające się po wspaniale utrzymanych trawnikach, wśród powojów i bluszczy koty, których w Rzymie pełno, tracą tu drapieżność i jakąś absolutną samoistność, obojętność wobec spraw świata, stąpają delikatnie, aby nie zbudzić tych, co śpią.

Cisza i zieleń. Pusto. Czasem tylko na ławce przy mogile Keatsa siedział ktoś pogrążony w książce. Pomnik-legenda, który w wyobraźni romantyków urósł do symbolu, nadal przyciąga ciekawych. Zgodnie z ostatnią wolą głęboko zranionego przez krytykę pisarza, umieszczono na kamieniu zamiast nazwiska wyznanie-oskarżenie: „Ten grób zawiera to, co było śmiertelne w młodym angielskim poecie, który na łożu śmierci zapragnął sercem rozgoryczonym przez złośliwość wrogów, aby te słowa wyryto na jego nagrobku: «Tu leży ten, którego imię pisane było na wodzie»”. Co za wiara w siłę opinii publicznej — i jeszcze głębsza, choć skrywana, wiara w moc literatury, w opinię przyszłych pokoleń, dla których przecież ten napis był przeznaczony! Jedno jest pewne: znalazł Keats uprzywilejowane miejsce spoczynku. Dzisiaj już tylko wybrani mogą tu zostać złożeni: opiekunowie cmentarza, którymi tradycyjnie są ambasadorowie państw protestanckich. Na murze dostrzegłem najnowszą — choć już otoczoną powojem — tablicę: „Francis d’Arcy, dwunasty i ostatni książę na Leeds, minister pełnomocny przy Stolicy Świętej, zmarły w Rzymie 20 marca 1964”.
Druga część cmentarza, choć bardziej przypomina zwykłe miejsce spoczynku, jest również piękna. Cała pogrążona w zieleni, wznosi się amfiteatralnie ku murom. Przechadzałem się po alejkach, szukając ciekawszych nazwisk, oglądając dziwniejsze napisy. Strzałki prowadzą do pomnika Shelleya, gdzie spoczywa serce poety. Na kamieniu napis, który powtarzałem sobie podczas tej przechadzki i w czasie innych rzymskich spacerów:
Nothing of him that doth fade
But doth suffer a sea-change
Into something rich and strange.
Nic tu nie ginie, lecz podlega żywiołowej przemianie w kształt dziwny i bogaty — taką moc ma zielona cisza protestanckiego cmentarza; taką cudowną moc mają fontanny Rzymu, jego pałace, ulice, ogrody, zaułki, mrok i przepych jego kościołów. Ta moc przyciąga cudzoziemców, którzy chcą skorzystać z jej promieniowania. Często pozostają w Rzymie na zawsze.

Blisko Shelleya znalazłem ukryty wśród krzewów kamień nagrobny Johna Addingtona Symondsa, wielbiciela Włoch i Rzymu. Ze wzruszeniem przeczytałem początek jego wiersza:
Lead thou me, God, Law, Reason, Motion, Life:
All names for thee alike are vain and hollow…
Dalszy ciąg w duchu bardziej już protestanckim niż rzymskim, jakby wiersz oddalał się od serca Shelleya, od Włoch, ku surowym brzegom Anglii. Rzędy grobów, kamienne symbole ludzi różnych zawodów, narodowości, światopoglądów. Na nich czasem tylko daty urodzin i śmierci, czasem krótki cytat z Pisma, czasem wreszcie długie, skierowane do zwiedzających pouczenie moralne. Reszta rozgrywa się w naszej wyobraźni. Może najsympatyczniejszy wydał mi się nagrobek dwudziestoletniego Szwajcara. Na pięknej płycie z granitu francuski napis: „Tu spoczywa w Panu Alfred Herzog, kucharz, ur. w Thoune 18 IX 1864, zmarł w Rzymie 30 IV 1885, Koledzy z Hotelu Kwirynalskiego”. Musiał być mistrzem gastronomii, jeżeli mimo młodego wieku pełnił za życia wysoką funkcję kucharza, a po śmierci spoczął wśród wielkich tego świata.
Blisko Alfreda Herzoga wiele mogił prawosławnych. Grecy, Bułgarzy, Rumuni; im dalej, tym więcej grobów rosyjskich. Egzotyka tytułów, wojskowych szarż, dworskich stanowisk. Powtarzają się nazwiska Wołkońskich, Golicynów, Tołstojów, Wranglów. Zaplątana wśród nich Angelica Bałabanow; piękny nagrobek Gramsciego, obok rodzina Druckich-Sokolnickich. Osamotnieni spotykają osamotnionych. Przychodzący tu nieraz młodzi entuzjaści włoskiego filozofa nie dostrzegają zapewne otoczenia: widziałem roześmianą parę, która przyniosła czerwoną różę, a potem zajęła się rozmową.
Coraz bardziej interesowała mnie socjologia (i historia) skryta w rzuconych na rzymski cmentarz mogiłach. Szukałem znanych nazwisk. Miałem nadzieję odnaleźć grób Wiaczesława Iwanowa, którego Rzymskie sonety (a zwłaszcza pierwszy z nich) chodziły mi stale po głowie; zapomniałem o głośnym kiedyś nawróceniu Iwanowa na katolicyzm — nie mógł być tu pochowany. I oto już przy samym murze, na skraju cmentarza, na małej mogiłce skromny krzyż, na nim napis: „Dorogiej naszej nianiczkie”… Nie chciało mi się wierzyć. Ależ tak, pamiętałem teraz dokładnie: literatura stawała się rzeczywistością, a rzeczywistość przybierała nagle „dziwny, bogaty kształt”. Do tego momentu nie uprzytomniłem sobie, że tu, na cmentarzu protestanckim, dzieje się ulubione przeze mnie opowiadanie Jarosława Iwaszkiewicza Voci di Roma. Czytywałem je wiele razy, doskonale wyobrażałem sobie jego scenerię, bliska była mi atmosfera tego krótkiego, doskonałego tekstu, rozumiałem jego przejmującą wymowę. A tu zapomnienie tym dziwniejsze, że lubię oglądać miejsca oswojone, przez różne skojarzenia obecne już przedtem w wyobraźni.
Nagle widziałem podwójnie: otaczający mnie cmentarz i tamten sprzed lat. I mogiłę tę samą co dawniej (choć ja dostrzegłem nazwisko oraz datę śmierci niani, czego wówczas nie było bądź narrator — autor — nie dojrzał). I narratora, który wraca myślą do wspomnień. I postać kobiety, którą zastał przy mogiłce następnego dnia. Uczucie odnalezionego nagle czasu, ale też utraconych nadziei, złudzeń, marzeń. Obydwoje wspominają ukraiński dwór, krewnych, przyjaciół, znajomych, z których nikt prawie nie ocalał z rewolucyjnego pogromu. I nianię, katolicką nianię, w Rzymie szukającą ratunku, wspomożenia, nadziei. I dawny świat, po którym pozostał cmentarz wspomnień. „Jak tak można, żeby nas odpędzić? Wszystkich? Cały naród odpędzić, odgrodzić! Przecież my wszyscy byliśmy Europejczykami. Co znaczył dla mnie mój pierwszy pobyt w Rzymie! […] Dlaczegośmy tutaj wszyscy przyjechali? To przez nianię! Ona nas bez przerwy parła w tym kierunku — w Odessie, w Konstantynopolu! Do Rzymu, do Rzymu… «Je-żeli nam papa rimskij nie pomoże, to nikt nam nie pomoże». Dopchała nas tutaj wszystkich. I czy pan uwierzy? Była na audiencji u papieża. […] Z jakąś tam pielgrzymką. Wróciła cicha — i nigdy już nie mówiła o papieżu. Ale mam wrażenie, iż zawsze wierzyła, że on nam może pomóc, tylko nie chce. Chodziła do cerkwi i do Świętego Piotra. Umarła ze straszliwym rozdwojeniem i rozpaczą w sercu. Czy pan to rozumie? Czy pan może to wytłumaczyć? Nie umiałem rozstrzygnąć tych pytań”.

Opowiadanie Iwaszkiewicza wydawało mi się przedtem delikatnym naszkicowaniem takich elementarnych pytań; przetworzonym obrazem kilku problemów, kilku leitmotivów, które towarzyszą w tutejszych wędrówkach; odbiciem pewnej atmosfery raczej niż konkretnym opisem faktów. A tu raptem cmentarz, krzyż, napis i powracający w pamięci fragment wiersza. Wszystko realne. Obecne na wyciągnięcie ręki, lecz sięgające w przeszłość na wiele pokoleń. Istnieje Rzym cudzoziemców, tych, którzy zafascynowani miastem przybyli tu z daleka. Kierowały nimi różne pragnienia i w różnym stopniu bywały zaspokajane. Brali z miasta i dawali w zamian. Rachunki były nieraz skomplikowane, ale miasto pozostaje nadal otwarte dla obcych. Właśnie to miasto. Co mogła z tego zrozumieć młoda włoska para pogrążona w rozmowie przy granitowym nagrobku filozofa?
„Pytasz, czym Rzym jest w istocie?” — pisał w połowie zeszłego stulecia Ferdynand Gregorovius. — „Odpowiem: jest śmiercią […]. Dostojny majestat miasta jest wszechwładny. Spojrzenie nań z Monte Pincio, gdzie mieszkam, czy z term Karakalli więcej ci powie o filozofii niż setki zimowych wieczorów spędzonych nad Arystotelesem”. Gregoriovius należy do tych cudzoziemców, którzy więcej może ofiarowali Rzymowi, niż otrzymali. Zresztą pierwszy by się oburzył przeciw ścisłym rachunkom. Przywrócił miastu jego historię, jego odbicie w dziejach — zajął się epoką najmniej znaną, między blaskiem starożytności a świetnością Odrodzenia. Ukazał zamieranie Rzymu i jego trwanie mimo wszystko, zmaganie zwycięskie. To oblicze Rzymu — wciąż powtarzana walka z tym, co przemijające, utrwalanie historii w sztuce — fascynuje cudzoziemców. Gregoriovius znał doskonale tę fascynację, kiedy pracę nad Historią miasta Rzymu w średniowieczu przyrównał do walki z de-monem: wyjdzie z niej zwycięsko, jeżeli zdoła połączyć ścisłość naukowej metody z artystycznym widzeniem przedmiotu — a tym przedmiotem, realnym, choć nie materialnym jedynie, był duch Rzymu, zawarta w dziejach atmosfera miasta.
Rzym cudzoziemców istnieje nie tylko na ulicach, lecz i na kartach książek, w tomach poezji, we wrażliwości i wyobraźni zwiedzających. Jest tak różny, jak różni są cudzoziemcy. A jednak pozostaje wspólny i zrozumiały dla tych, którzy przyznają się do wspólnej tradycji. Kiedy jestem na Kapitolińskim Wzgórzu, usiłuję czasem dojrzeć nie tylko konny pomnik Marka Aureliusza, nie tylko stworzoną przez Michała Anioła kompozycję placu, ale też Edwarda Gibbona poruszonego tym widokiem. „Było to w Rzymie 15 października 1764 roku, gdy siedziałem zamyślony wśród ruin Kapitolu, a bosonodzy mnisi śpiewali nieszpory w świątyni Jowisza. Wtedy po raz pierwszy pomysł opisania zmierzchu i upadku Cesarstwa zrodził się w mojej myśli”. Gibbona interesował rozkład i śmierć starożytnego Rzymu, ale pisząc swoje dzieło, włączał tę śmierć w krąg własnej tradycji, współtworzył żywe dziedzictwo.
Nie wszyscy cudzoziemcy poszukiwali w Rzymie jedynie pomników Rzymu, jego przeszłości; inni zwracali się ku własnej przeszłości i teraźniejszości, które w rzymskim powietrzu dostrzegali wyraźniej i szerzej. Gogol na via Felice (dzisiejsza via Sistrina) spędził swoje szczęśliwe lata. Opowiadał przyjacielowi, że w słońcu Włoch Rosja wydała mu się ponurym, zaśnieżonym snem; znikał Petersburg i car, i cenzura, i podłości. Zwiedzał z zapałem miasto, pokazywał je przyjezdnym, entuzjazmując się ich radością. Przede wszystkim pisał. Wspomina w liście, jak natchnienie spadło na niego w czasie wycieczki do Albano. W przydrożnej gospodzie kazał sobie podać papier, kałamarz i zabrał się do pracy z niezwykłą łatwością. Pisał bezustannie. I był świadomy wartości tego, co tworzy. A tworzył pod rzymskim słońcem przypowieść o rozpędzonej trojce, która gna przez rosyjską ziemię coraz dalej i dalej, po drogach, mostach, przysiółkach, nie zważając na nic, ciągle naprzód. A więc i tu, pod włoskim niebem, nawiedzał Gogola widmowy rewizor, otaczały ojczyste martwe dusze, tu na rzymskich brukach wsłuchiwał się w tętent gnającej trojki, wsłuchiwał się ze strachem, z fascynacją, z nadzieją.
Wróciwszy do Rzymu z podróży do ojczyzny, skarżył się, że nie może patrzeć normalnie na Koloseum, że utracił dawną radość. Codziennie oglądany Rzym wydał mu się daleki. O czym myślał, chodząc po via Felice, przystając na Schodach Hiszpańskich, patrząc na zatopioną łódź fontanny, przesiadując godzinami w Café Greco? Różnie przebiega oddziaływanie Rzymu; metamorfoza w „kształt dziwny i bogaty” różnym podlega prawom. Jedni, jak Byron, znajdują tu wyłączną ojczyznę, miasto duszy, schronienie dla bezdomnej wrażliwości. Dla innych Rzym staje się drugą ojczyzną, tłem i podstawowym punktem odniesienia rozważań nieraz bardzo partykularnych. Dla jeszcze innych Rzym jest egzotyczną dekoracją, pięknym zabytkiem kultury minionej, odległej, obcej. A dla Gogola? Czasem warto go sobie wyobrazić wśród zieleni Pincio, na tle czerwonych wież Trinità dei Monti, w eleganckim tłumie via Frattina czy via Condotti, a może właśnie przy Koloseum — wyobrazić sobie jego twarz z dziwnym uśmiechem i zamyślone oczy, które wśród piękna Rzymu dostrzegają Cziczikowa, amatora szybkiej jazdy, przeczuwają ostatnie karty Martwych dusz. „Któryż Rosjanin nie lubi szybkiej jazdy? Jakżeby jego dusza, dążąca do zapamiętania się, do zawirowania, nie powiedziała czasem: «Pal diabli wszystko!» Jakżeby jego dusza miała jej nie lubić? Jakże jej nie lubić, kiedy w niej jest coś wspaniałego i cudownego? […] Hej, trojko, ptaku-trojko! kto cię wymyślił? widać, że tylko w dzielnym narodzie mogłaś się zrodzić, na tej ziemi, która nie lubi żartować, tylko równo i gładko roztoczyła się na pół świata, idźże rachować wiorsty, dopóki ci się nie zaćmi w oczach”.
WOJCIECH KARPIŃSKI
W drugą rocznicę śmierci Wojciecha Karpińskiego przypominamy fragment jego książki „Pamięć Włoch”.
W lipcu 2011, kiedy byliśmy w Borzęcie pod Myślenicami, odwiedzili nas Frank i Cecilia – nasi przyjaciele z czasów studenckich. Wspólnie wybraliśmy się na zwiedzanie Fabryki Schindlera. W kalendarzyku zapisałam: Foto: „Zwiedzająca z dzieckiem”, na folii z negatywem: „Fabryka „Emalia” O. Schindlera w Krakowie – 14.7.2011”.

„Wystawa / Matka”, Kraków 2011, z cyklu: „Biały dom”, © Elżbieta Lempp
19 kwietnia 2022
ELŻBIETA LEMPP
Szanowny Panie Redaktorze,
Mój szkolny polonista miał dla nas, uczniów zainteresowanych czytaniem, pisaniem i życiem, jedną radę: staraj się czytać i pisać inaczej niż inni. O życiu wspominał rzadko, rozumieliśmy, że łączą je z literaturą specjalne więzi, których poznanie musi potrwać dłużej niż szkoła.
Nie wiem, jakiego polonistę miał Fantazjano, bo nie chodziłem z nim do jednej szkoły, ale po efektach widzę, że rady polonisty były podobne. Swój nonkonformizm poeta manifestuje również w zakresie kulinariów, a jego orientacja w warszawskiej gastronomii nie jest wcale pobieżna. Zachodzę w głowę, gdzie serwują domową owsiankę z susonymi orzechami? Nie żebym był amatorem domowej owsianki, tak daleko mój kulinarny nonkonformizm nie sięga. Wiosną potrafię się zadowolić szparagami pod beszamelem, a w zimie wystarcza mi kaczka w tempurze z kieliszkiem burgunda, no może z dwoma kieliszkami burgunda. Moje zainteresowanie budzi kucharz w zakładzie Eustachego Filecika. Jako amator tagliatele z sosem borowikowym (mój własny przepis, tak, tak) jestem pod wrażeniem makaronu al dente, który sieje spustoszenie w uzębieniu biesiadników. Wyzwanie nie lada!
Giuseppe Tomasi di Lampedusa pisał swego Geparda w palermitańskiej kawiarni. Ponieważ bardziej był znany jako lector niż jako scriptor, znajomi dopytywali go, co robi. „Dobrze się bawię” – odpowiadał. Czy da się to dictum przekuć w jakąś radę? Chyba tylko w taką: jedz, pisz, pij, czytaj, dopóki się dobrze bawisz. Unikam bliźnich, którzy z celebrowania nudy uczynili cnotę (niepokojące, z jak wielu rzeczy można ją zrobić). Celebrowanie nudy ma w sobie coś heroicznego, co powinno upoważniać do ubiegania się o specjalny dodatek do emerytury, bo ci, co się nudzą, żyją krócej.
Czytam teraz prozę kulinarną A. J. Lieblinga Między posiłkami. Apetyt na Paryż. To Brillat-Savarin XX wieku. Eustachy Filecik i jego kucharz na pewno znają dzieło Lieblinga na wyrywki, ja poznałem je dopiero teraz. Czy Fantazjano po nie sięgnie, wątpię. Ja w każdym razie nie będę go do tego namawiał. Poeta bywał w Paryżu, ale wtedy, kiedy les Parisiens zwykli zasiadać do obiadu albo kolacji, Fantazjano tkwił za stołem w Bibliotèque Nationale, gdzie bibliotekarze zaopatrywali go w strawę duchową i gdzie, niczym di Lampedusa, dobrze się bawił. Mam kilka jego listów z Paryża, czy raczej z Bibliotèque Nationale i z księgarń na Boul’Michu.

Liebling miał właściwie tylko jeden cel – poznać umiejętności każdego kucharza w Paryżu. Kucharze, podobnie jak inni ludzie, są dla nas tajemnicą. Nic nie wiemy o kucharzu, dopóki nie zjemy chateaubriand spod jego ręki. Fantazjano, który potrafi recytować Apollinaire’a całymi stronicami, wobec la carte jest bezradny. Taki na przykład entrecôte Bercy nic mu nie mówi. W Paryżu głodował kilka dni, zanim nie znalazł na rue de Rosiers żydowskiego handelku, gdzie wzbudzającym zaufanie gościom serwowano w salce na zapleczu pierogi z serem. Jest wykluczone, żeby Liebling tam trafił.
Wszyscy wiemy, jak wygląda Fantazjano, o wyglądzie Lieblinga dowiadujemy się od Anny Arno, której zawdzięczamy świetny przekład książki: „Niski, łysy, z platfusem, Liebling zajmował całą szerokość chodnika, ale przy tym miał wdzięk, umiał być zalotny”. Nie muszę dodawać, że restauratorzy za nim przepadali. Poeta nie jest ich ulubieńcem. Gdyby Fantazjano i Liebling spotkali się na Champs Élysées, „Gargantua” pomyślałby pierwszy; „Szymon Słupnik” pomyślałby drugi.
Czy to spotkanie mogłoby stać się początkiem przyjaźni? To bardzo możliwe. „Nie szukam spokoju – mówi jeden z bohaterów Doli człowieczej André Malraux – przeciwnie”. Otóż nie waham się, Panie Redaktorze, nazwać Fantazjana i Lieblinga niespokojnymi duchami. Czy w ogóle duch może być spokojny? Formą istnienia ducha jest niepokój. Aby pozwolić naszemu duchowi być niespokojnym, my sami powinniśmy zachować spokój.
Godna podkreślenia jest powściągliwość Lieblinga (cechująca zresztą i Fantazjana). W książce Amerykanina nie słyszymy ech współczesnej mu literatury francuskiej, którą z pewnością znał. Książki Malraux, Sartre’a, Camusa musiał podczytywać między daniami. Strach pomyśleć, że niejedno z nich mogło wystygnąć, gdy Liebling zamiast sięgnąć po nóż i widelec, przerzucał kartki La Nausée. Ale sam pisał inaczej. W przeciwieństwie do Prousta Liebling nie poszukuje straconego czasu, nie stawia sobie za cel odnalezienia jakiejś esencji życia. Nie trzeba jej szukać, zdaje się mówić Liebling, wejdź do najbliższej restauracji, przeczytaj menu i kartę win, zamów wybrane dania i zasiądź do uczty. Jeżeli uda ci się namówić piękną i błyskotliwą kobietę, aby ci towarzyszyła, twoja wygrana będzie stuprocentowa i możesz się uważać za króla życia.
O tym, że Liebling czytał wnikliwie Prousta, świadczy na przykład portret Angèle, młodej paryżanki, z którą zawarł bliską znajomość. Zmarła ona młodo – to też bardzo Proustowskie, nieprawdaż.
Nie bylibyśmy w wieku XX, gdyby w książce Lieblinga nie pojawiły się nuty katastroficzne. Jest to katastrofizm kulinarno-gastronomiczny. Po I wojnie światowej la cuisine française znalazła się w kryzysie. Ubywało restauracji, najlepsze obniżały poziom, średnie, mniej znane, walczyły o życie i często stawały się jadłodajniami. Przyczyn regresu było kilka: moda na zgrabną sylwetkę; przed rokiem 1918 szczupły przedsiębiorca nie budził zaufania, podejrzewano go, że nigdy nie je do syta. Obfite kształty u pań definitywnie wyszły z mody. Po I wojnie zaczęto poważnie traktować sport: pływalnia, rower, kort zwycięsko rywalizowały z najlepiej przyrządzonym krwistym contre-filet. Zdano sobie sprawę z wpływu diety na zdrowie. Wreszcie swoją rolę odegrało zubożenie warstw zamożnych w całej Europie, które przed wojną akceptowały niebotyczne ceny w najdroższych i najlepszych restauracjach. Jeden z aksjomatów Lieblinga brzmi: wielka kuchnia nie znosi oszczędności. Biedny poeta może napisać ołówkiem na skrawku papieru znakomity wiersz, ale kucharz, który musi oszczędzać na wiktuałach, znakomitego dania nie stworzy.
Dystans dzielący Fantazjana i Lieblinga nie jest tak wielki, jak mogłoby się wydawać. Obaj wiedzą, że duch jest smakoszem, ale temu, czym stół jest zastawiony, poświęca tylko chwilę, potem z uwagą przysłuchuje się rozmowie, jaka się przy stole toczy.
Pozdrawiam Pana serdecznie,
Czytelnik i Przyjaciel
Kiedy wydawnictwo Marginesy postanowiło opublikować wreszcie nieocenzurowany tekst „Książki moich wspomnień” Jarosława Iwaszkiewicza wróciłem do niej, a więc i do rozdziału „Europa”. Iwaszkiewicz pisze w nim między innymi o swoim wyjeździe w 1927 roku w składzie polskiej delegacji do Heidelbergu na zjazd Unii Intelektualnej, tego utopijnego tworu, który okazał się jeszcze mniej skuteczny niż Liga Narodów, którą chciał dopełniać. Podróż była stricte romantyczna, pełna zachwytów, namiętności i złudzeń. Jej świadectwem jest i wspomniany rozdział z książki Iwaszkiewicza, i wiersze, które weszły do tomu „Powrót do Europy”. Znalazłem w „Tygodniku Ilustrowanym” esej innego przedstawiciela polskiej kultury na zjeździe, Tadeusza Zielińskiego – relację z tej właśnie wyprawy do Heidelbergu, przylegającą idealnie do zapisów Iwaszkiewicza, który należał przy tym do kręgu admiratorów wielkiego filologa. Nie chcę tu sugerować, że poeta patrzył na Heidelberg oczami Zielińskiego. Myślę, że obaj dali się oczarować i był to czar, który nie ustępuje, nawet w pisanej pod okupacją niemiecką „Książce moich wspomnień”. To jest jakieś przesłanie dla tych, którzy zbyt pospiesznie odrzucają utopie i marzenia, rozświetlające „ciemną noc”.
Piotr Mitzner
Tadeusz Zieliński
HEIDELBERG
I. Ciemna noc. Wielotysięczny tłum wyległ na prawy brzeg Neckara i tłoczy się pod kasztanami, wypełniając całe długie wybrzeże po obu stronach Starego mostu; wszyscy patrzą z wytężeniem na przeciwny brzeg rzeki. Tam na dole płoną ognie miasta, wtulonego w wąski pas ziemi miedzy rzeką a podnóżem gór; na górze – miriady gwiazd, zalegających swym światłem głęboki granat letniego nieba; cały środek – jeśli nie liczyć niewielu oświetlonych punktów – tworzy jedną nieprzerwaną, ciemną ścianę. Ta ściana, to wznoszący się nad miastem łańcuch gór, i wprawny wzrok obywateli już sobie wyznaczył w niej miejsce, które będzie środkiem ogólnej uwagi. „Pan źle stanął, będzie panu przeszkadzało drzewo: lepiej niech pan odejdzie o kilka kroków i patrzy tam, na lewo od mostu. Czy widzi pan ową ciemną plamę, tuż pod tamtym światełkiem? Jest to właśnie Schlossberg”.
Lecz zdarzenie każe na siebie czekać, uwagę zaś pochłania rzeka i to, co się na niej dzieje. Cała ona roi się od łódek wszelkich możliwych kształtów i rozmiarów; jaskrawo oświetlone białymi lampionami, snują się one tam i z powrotem po rzece, pokonywają nie bez trudu jej bystry, gwałtowny prąd. Zresztą, nie widać ani wysiłku wioślarzy, ani białych ogni, otaczających ze wszystkich stron swą królową, wielką łódź, również obwieszoną lampionami. Na niej gra muzyka, rozlega się głośny śmiech i gwar, śpiewa się pieśni: O alte Burschenherrlichkeit, Sosst an! Heidelberg lebe!, Gaudeamus. Bez wątpienia, to studenci heidelberscy wyprawiają swą noc wenecką w oczekiwaniu obiecanego wypadku na górze Zamkowej. Przy świetle lampionów migocą ich białe czapki, rozwiewa się ich sztandar, biało-zielono-czarny; są to „Saksoborussowie”, najznaczniejsza korporacja w stolicy „wesołego Palatynatu”.
II. Lecz oto rozległ się wystrzał armatni. Natychmiast zapada głęboka cisza; zamilkła muzyka; zamilkł gwar, nie słychać nic, prócz płynącego Neckara, gniewnie gderzącego pod kamiennymi sklepieniami Starego mostu. I nagle ową ciemną plamę, na którą kazano nam patrzeć, rozjaśnia purpurowe światło. Przed naszymi oczyma zarysowuje się jak gdyby czerwone widmo wśród ciemnej nocy, cała majestatyczna ruina zamku, z na poły zburzonymi wieżami i wzorzystymi frontonami. Rozróżniamy wszystko, aż do najdrobniejszych szczegółów, nawet bluszcz oplatający okna pałacu palatyna Fryderyka, nawet krzaki, wyrosłe wśród szczelin „ośmiokątnej wieży”.
Jednocześnie ożywiła się i biała łódź na Nektarze: zagrzmiała muzyka, i podchwycona przez setkę młodych głosów – rozległa się ulubiona pieśń studentów heidelberskich, pieśń na cześć ich pięknej i gościnnej alma mater:
Alt Heidelberg, du feine
Du Stadt an Ehren reich
Am Neckar und Am Rheine
Kein andre komet dir gleich.
Stoimy wśród wielotysięcznego tłumu, na brzegu tego właśnie Neckara, słuchamy zlewających się z jego szmerem uroczystych i wesołych akordów pieśni studenckiej; w liściach kasztanów szumi wiatr nocny, przynoszący wonny chłód z leśnych wyżyn Świętej góry; a dalej, przed nami, wysoko nad rzeką, wysoko nad miastem, płonie i dymi w purpurowym blasku starożytny zamek, niby płonąca Walhalla ze Zmierzchu bogów.

III. „Jest to – powie ktoś – zabawa i nic więcej; pusta zabawa, bez żadnej istotnej, poważnej treści”.
Oczywiście. I, oczywiście, nie dla zabawy bawiłem w Heidelbergu koło miesiąca. Było to w 1900 roku. Pociągała mnie swymi skarbami biblioteka uniwersytetu heidelberskiego, słynna Palatina, równie często pustoszona, jak jej brat na górze zamkowej i, mimo wszystko, podobnie jak on, w swych bogactwach niewyczerpana i pouczająca; pociągała i przyjaźń z jednym z profesorów heidelberskich, Ottonem Crasiusem, byłym wiernym kolegą podczas studiów w Lipsku. Miałem niemało roboty, czas obliczony co do minuty, a jednak, choć starałem się wyzyskać każdą chwilę, „zabawa” prześladowała mnie wszędzie. Wychodzę pewnego razu na ulicę po zamknięciu biblioteki i widzę: na całej Hauptstrasse tłumy. Czekają widocznie na kogoś, lecz na kogo? Na cesarza?, wielkiego księcia?, szacha perskiego? Nie: ci sami „Saksborussowie” święcą jakąś swoją rocznicę… I rzeczywiście: biało-zielono-czarne sztandary zwieszają się masami z fasad domów na równi z żółto-czerwonymi badeńskimi i czarno-biało-czerwonymi cesarskimi. Wkrótce rozpoczyna się uroczysty wyjazd; na przedzie grupa studentów konno, w historycznych kostiumach, wśród nich chorąży, piękny, postawny młodzieniec; dalej ze dwudziestu muzykantów, przebranych za trębaczy XVIII w., również konno; dalej – nieskończony szereg powozów, w każdym po trzech: jeden z gospodarzy, dwu gości honorowych, czy to spośród byłych członków, czy też z przedstawicieli innych korporacji. Szczególnie miły widok przedstawiały powozy z tymi ostatnimi: dwie czapki czerwone i jedna biała, dwie żółte i jedna biała, dwie zielone i jedna biała itd. Nie brakowało również psów korporacyjnych (Corpshunde) poważnie siedzących w swej karecie pod dozorem dzielnego „fuksa”. Rozumie się samo przez się, że to wszystko jechało za miasto do jednej z licznych knajp podmiejskich, i że wieczór będzie spędzony dość hucznie; a potem po jednym czy paru dniach spotkamy te same białe, zielone i żółte czapki na dziedzińcu uniwersyteckim, wchodzące i wychodzące przez wąskie drzwi starożytnego mrocznego gmachu uniwersyteckiego. I przepełnione audytoria, częste egzaminy i promocje, gorliwe posiedzenia studenckich kół naukowych dowiodą, że młodzież uniwersytecka uczy się równie dobrze, jak bawi, że mimo wszystko, główną rolę gra tu praca, nie zaś zabawa.
IV. Zabawa, praca… Proszę pomieszkać z tydzień w Heidelbergu, a z pewnością zwątpisz, czytelniku, o słuszności tego rozgraniczenia. Zabawa przestaje być zabawą tam, gdzie otacza ona całe bytowanie człowieka swą odżywczą, pokrzepiającą atmosferą; tu staje się ona radością, pięknem. Jest wiele miast próżnej piękności: Nicea, Neapol, Jałta. Heidelberg nazwałbym miastem piękności pracującej. Tu człowiek wchłania piękno wśród pracy, podczas niezbędnych pauz, które powoduje przestrzeń, pora dnia lub umęczenie. Zamyśliłeś się nad książką; wzrok twój błądzi ponad gęstymi liśćmi kasztanów, zatrzymuje się na zielonej ścianie świętej góry, rozróżniasz wyraźnie dróżkę, wiodącą na jej szczyt, tak zwany Philozophenweg. Cóż to byli za filozofowie, którzy dali imię tej zachwycającej ścieżynie? Nie umiano mi tego w Heidelbergu powiedzieć, lecz jedno jest jasne: nie mogli być oni pesymistami. Nastąpiło południe, czas iść do domu na obiad… przypuśćmy, że ze względu na letnią porę zamieszkałeś za miastem, powiedzmy, przy tak zwanym „Źródle Wilczym” (Wolfsbrunnen), w przewiewnym wąwozie Königstuhl nad Neckarem. Po wyjściu z biblioteki, już po kilkunastu minutach znalazłeś się w głuszy leśnej, pod zielonymi sklepieniami buków, ocieniających górską ścieżynę Wolfsbrunnenweg. Idziesz dalej, wchłaniając wonny chłód lasu, a po lewej stronie, raz po raz, odsłaniają się widoki na dolinę Neckara i na Odenwald. Oto święta góra z samotnym kościółkiem na szczycie, oto nieco niżej, malowniczy klasztor Neuborg ze swymi białymi ścianami, efektownie zarysowanymi na zielonym tle góry, oto nieco dalej, niby na dłoni, cała romantyczna dolina Mansbachtal ze swymi polami i folwarkami, a jeszcze dalej – nieprzejrzane morze szczytów leśnych, wsławiony w sadze niemieckiej „Las Odyna” (Odenwald). Szybko mija czas; wkrótce znalazłeś się w domu, pod rozłożystymi lipami „Wilczego Źródła”, przynoszą ci obiad – smaczny, syty, tani – przynoszą też kubek chłodnego wina palatyńskiego. W niedzielę bywa tu dość głośno, lecz w dzień powszedni nikt cię nie niepokoi, jedynie ptaki z sąsiednich drzew zlatują się, by zbierać okruszyny z twego stołu… Nie wróble, jak u nas, lecz prawdziwe ptaszyny leśne: zięby, trznadle, piegże. To zaufanie ma swą specjalną przyczynę: W Heidelbergu istnieje „Towarzystwo ochrony ptaków”, a „Wilcze Źródło” jest jednym z założonych przezeń Futterstellen. I oto, wdzięczne wychowanki ze swej strony przyczyniają się do rozpowszechnienia radości i piękna, osładzając urokiem swego beztroskiego żywota południowy odpoczynek gościa, na równi z wiatrem górskim, szumiącym w liściach odwiecznych lip, na równi ze szmerem źródła, ściekającego z paszczy brązowego wilka do kamiennego basenu.
V. Przy sposobności parę słów o tym źródle: nie na próżno nazwano je „Wilczym”. Milcząca i poetyczna Grecja stworzyła moc mitów dla wytłumaczenia „przyczyny” jakiegoś obrządku, obyczaju, nazwy itd.; takie mity „przyczynowe” specjaliści nazywają „etiologicznymi”. Nasze „Wilcze źródło” również ma swój mit etiologiczny i to dość oryginalny.
Opowiadają, że w dawnych czasach, kiedy jeszcze nie było zamku na późniejszej górze Zamkowej, mieszkała piękna czarodziejka Jetta. Wszystkie dzikie zwierzęta Odenwaldu podbiła ona dzięki swym czarom; lecz te nie mogły jej ochronić przed potężniejszymi czarami miłości. Wyznaczyła ona ukochanemu spotkanie nad źródłem w dzikim jarze swej góry; spadł płaszcz czarodziejski z ramion dziewicy, opuściła ją cudotwórcza siła. Nagle olbrzymi wilk wybiegł z leśnej gęstwiny; młodzieniec ratował się ucieczką, lecz Jetta, nie wiedząc o utracie swej władzy, pozostała na miejscu, i zwierzę ją rozszarpało. I oto, na pamiątkę tego zdarzenia, źródło po dziś dzień nazywa się „Wilcze”.
Przytoczyłem to podanie raczej jako próbkę: cała atmosfera Heidelbergu jest przesycona, jeśli można się tak wyrazić, elementem sagi – i na tym, moim zdaniem, polega znaczna część uroku tego jedynego w swoim rodzaju miasta. Nie na próżno leży ono na starożytnym, historycznym gruncie, tam gdzie przecinała Neckar droga, zbudowana przez Rzymian, a łącząca Argentoratum (Strasburg) z Moguntiacum. Zetknięcie się z kulturą rzymską doprowadziło, że tak powiem, do krystalizacji sagi. Tak więc góry lesiste, otaczające Heidelberg, stały się „lasem Odyna”, teatrem zdarzeń, opiewanych w epopei starogermańskiej o Nibelungach; tu był zabity Zygfryd, losem wyznaczony zbawca państwa Odyna i jego bogów; tu stał zamek króla Huntera i pięknej Krymhildy. Co się zaś tyczy samego Odyna, on przy tym wszystkim nie zginął. Zmuszony do cofnięcia się przed chrześcijaństwem, ukrył się w swym lesie, gdzie żyje po dziś dzień pod nazwą „dzikiego strzelca”. Kiedy na wiosnę wiatr południowy, spadłszy z lodowców alpejskich, szaleje na wyżynach Odenwaldu, zrywając drzewa i zamulając potoki górskie – to dziki strzelec harcuje na czarnym koniu na czele swego wiernego orszaku.
VI. Ze swymi skarbami uroków przyrody i kultury, ze swą czarowną szatą podań, utkanych przez historię i sagę, ze swą nauką i swym winem, Heidelberg napraszał się od dawna pod pióro poety; i znalazł go w osobie zmarłego niezbyt dawno S. W. Scheffla. Imię Scheffla jest prawie nieznane poza Niemcami; zdziwisz się więc, czytelniku, dowiedziawszy się, że nie tylko postawiono mu pomnik w Heidelbergu (komu się ich nie stawia!), lecz, że istnieje Towarzystwo, które wydaje na jego cześć rocznik, poświęcony kultowi jego poezji i, że imię jego wielu wymawia z taką samą czcią – jeśli nie większą – jak imię Goethego.
Przyczyna tej różnej oceny kryje się w tym, że Scheffel jest poetą specjalnie niemieckim; humor, stanowiący główny urok jego poezji, jest niezrozumiały dla większości cudzoziemców, nawet swobodnie władających językiem niemieckim. Jest on godny uwagi ze względu nie tyle na rozległość, ile na siłę swego talentu, obrawszy sobie dziedzinę dość ciasną, i nawet, jeśli wola, niezbyt wzniosłą, on opracował ją tak oryginalnie i wdzięcznie, jak jeszcze nikt przed nim. Bez wątpienia ze wszystkich rysów składających się na fizjonomię Heidelbergu, pierwszą rolę u Scheffla gra ten, któremu wyznaczyłem na początku tego ustępu miejsce ostatnie – wino: z humorem zupełnie świadomym, i dlatego obezwładniającym krytyka, przełamuje on historię, mitologię, geologię, prawo, i w ogóle całą przyrodę i kulturę w kubku dobrego wina palatyńskiego.
Nie uniknął powszechnego losu groźny władca Odenwaldu. Już w wierzeniach ludowych „dziki strzelec” bywa utożsamiany to z tym, to z innym wielkim grzesznikiem, skazanym po śmierci na wieczną tułaczkę; Scheffel opiewa go, jako niespokojnego rycerza Rodensteina, niegdyś posiadacza trzech wsi w Odenwaldzie. Dwie z nich przepił on szczęśliwie; trzeciej już nie zdążył, umierając, przekazuje on swe pragnienie „panom-studentom”. Lecz świadomość nieskończonego dzieła nie daje mu spokoju nawet w grobie, i oto on jeździ po nocach ze swym orszakiem, pustosząc trafiające się po drodze piwnice.
Inną śmiercią umarł jego szczęśliwy rywal, karzełek Perkeo… zresztą dla wyjaśnienia tej postaci potrzebna jest mała dygresja. Chodzi o to, że w zamku heidelberskim przechowuje się po dziś dzień olbrzymia beczka, zbudowana w minionych czasach przez jakiegoś rozhulanego palatyna, konkretny symbol „wesołego Palatynatu” (fröhlich Pfalz); stoi tam również drewniany posążek nadwornego błazna, karzełka Perkeo, z pucharem wina w ręku. Rzeczą wyobraźni poety było złączenie tych dwóch przedmiotów w dramatyczny ze sobą związek: i oto co wyszło. Perkeo był od dawna czcicielem znanej zasady – In vino veritas; kiedy zaś olbrzymia beczka była napełniona winem, powołanie jego, jako poszukiwacza prawdy, stało się mu zupełnie jasnym: celem jego było odtąd wypicie jej aż do dna. Pracował on przez lat piętnaście, lecz w końcu dopiął swego: beczka została końcu opróżniona, i on umarł w dumnym przeświadczeniu, że, będąc mały, jak Dawid, zdołał zwyciężyć olbrzymiego Goliata – pragnienie.

VII. Było to, powtarzam, latem 1900 r. Minęło całe pokolenie – śród pokoju, wojny i znowu pokoju – zanim mi znowu wypadło odwiedzić nadneckarską krasawicę – w październiku 1927 roku. Teraz już nie nauka mnie do niej ciągnęła. Pojechałam jako członek naszej polskiej delegacji na międzynarodowy Zjazd „Federacji unij intelektualnych” – tej federacji, która obrała sobie piękny cel upominania ludzi, aby nie zrzekali się, pomimo wszystko, owego zdobytego przez przodków ideału, któremu na imię „humanitas”… przez jakich przodków? Otóż właśnie przez tych, którzy, ciągnąc z Argentoratu ku Moguncji, zbudowali pierwszy most na Neckarze, prastarego przodka niniejszego Starego mostu. Doprawdy, bardziej wymarzonej siedziby nasz Zjazd nie mógłby sobie obrać.
Piękny cel – no, i dobre środki; jesteśmy pełni otuchy, nadziei. A jednak … osobiście dla siebie nie mogę się pozbyć nut elegijnych. Wspomina się Tannhäuser: dekoracja pierwszego aktu powraca w ostatnim. Ale tamta była wiosenna; tu pożółkłe drzewa Zamkowej góry zobaczą wkrótce bohatera schylonego pod ciężarem zgryzoty. Ot i teraz widzę Zamek – heidelberski, jak tam Wartburg – na zboczu zadrzewionej góry; ale te drzewa są żółte – były one zielone, kiedy je widziałem w 1990 roku. „Jestem uczniem Ottona Crusiusa”, mówi do mnie kolega heidelberski, mąż w pełni sił, chociaż już z nieco siwiejącymi włosami i wiele on nam o nim opowiadał, jako o swoim najbliższym przyjacielu.
Precz, nastroju elegijny! jesteśmy tu przecie dla czynu. Stroną czynu – uniwersytet. Jego zewnętrzny, raczej klasztorny, ponury wygląd nie daje pojęcia o piękności jego wspaniałej auli i tu właśnie ma się odbyć posiedzenie. Ogólny temat wykładów – „Historia w świadomości narodów”. Przemówienia gospodarzy, przemówienia gości; oto kolej i na Polskę. Czuję bicie serca: przecie historia w świadomości narodu polskiego – to obraz Polski ukrzyżowanej, to mesjanizm polski; nie można tego ominąć – a jak o tym mówić, kiedy dokoła nas siedzą przedstawiciele państw, co nas ukrzyżowały? Ale naszym mówcą jest prof. O. Halecki, nie tylko wybitny uczony, ale i wytrawny dyplomata: wie o tym Genewa. Zaczyna mówić swobodnie, bez trudu: „Myśli, które obmyślałem po polsku i opracowałem po francusku, chciałbym tu wam przedstawić z waszą pomocą w języku tego gościnnego kraju”. Burza oklasków: nie spodziewano się chyba po mówcy polskim niemczyzny, i w dodatku takiej pięknej. Nie będę streszczał samej mowy: czytelnik znajdzie ją w lutowym zeszycie miesięcznika „Europäische Revue”. Jedno powiem: żadna z kwestii drażliwych nie została pominięta, ale wszystkie były traktowane tak, że musiały nam zjednać sympatię wszystkich słuchaczy. To też po ukończeniu oklaskom i powinszowaniom nie było końca i wszyscy zgodnie uznawali, że była to najlepsza mowa z dotąd usłyszanych.
VIII. Tak – to był czyn; czy nie pomyśleć i o „zabawie”? Czy nie powędrować wzdłuż tego Neckaru, pod złotymi łanami dębów i buków, aż hen do „Wilczego źródła”? Czas sprzyja, „dziki strzelec”” cicho siedzi w mateczniku swego Odenwaldu, słońce, choć blade, październikowe, wygląda jedna spoza chmur? – Gdzie tam! Posiedzenia i przyjęcia, przyjęcia i posiedzenia; ani jednej chwili wolnej.
Może i lepiej tak. Przecie spacerując po tych uroczych ścieżkach, teraz uścielonych kobiercami z opadłych liści, musiałbym wciąż myśleć o tym, z którym je tak często, tak wesoło odwiedzałem przed trzydziestu bez mała laty – i na którego samotny grób otaczające drzewa podobno tak samo ronią swe pożółkłe liście na zacisznym monachijskim Waldfriedhof. I również o innych zielonych nadziejach owego roku, związanych z tym samym „Wilczym źródłem” i spoczywających w jeszcze bardziej przedwczesnym grobie. I w szmerze każdego padającego liścia słyszałbym zarzut: co ty tu jeszcze robisz, śród żywych?
Nie, doprawdy, lepiej tak. Posiedzenia i przyjęcia – te ostatnie w obecnych warunkach też są areną czynu. Mowy i rozmowy, nic więcej; ale należy pamiętać, gdzie się przemawia, z kim się rozmawia. Przecie tu mamy kwiat umysłowy dumnej – i słusznie dumnej – ze swej umysłowości Germanii. Taki prof. W. Hellpach, były prezydent republiki badeńskiej, którego Warszawa wkrótce ma powitać, jako gościa; taki prof. A. Weber, potężny myśliciel, słynny socjolog, pisarz o jędrnym, barwnym stylu; teki prof. L. Curtius, archeolog, prezes Zjazdu o wiecznie żywej, wiecznie czuwającej, wiecznie reagującej duszy. Czy nie zdaje się nam, że słowa, posiane w takich umysłach, mogą z czasem – choć może nie dziś i nie jutro – zostać w wysokim stopniu plennymi?
Najwspanialszym z tych przyjęć było zapewne urządzone przez samo miasto na górskim tarasie tuż nad zamkiem – tak zwanej Molkenkar, wieczorem 20 października. Gości rozsadzono umiejętnie; jestem bardzo zadowolony ze swoich sąsiadów, moi towarzysze też; w całej sali panuje ów nieokreślony, a tak podniecający szmer zmieszanych rozmów, który Francuzi oznaczają swym dźwiękonaśladowczym słowem „brouhaha”. Wtem głos prezydenta: goście są proszeni na balkon. Wychodzimy. Noc ciemna i tuż pod nami – czarna plama; głębiej i dalej dwa pasma świateł, między którymi czarną taśmą płynie Nektar. Nagle niby wystrzał armatni; w mgnieniu oka plama rozjaśnia się różaną zorzą: to zamek! Patrzymy z góry, widzimy wszystko – nawet wnętrze, wesołe łuki pałacu Odona Henryka i bardziej surową fasadę Fryderyka – wszędzie przenikają promienie różowej zorzy. Jestem jej wdzięczny: dzięki jej nie widać smutnych barw zżółkniałych liści. Wspomnienia dalekiej młodości z nieprzepartą siłą opanowują duszę. Z rozkoszą patrzę na rozświetlony zamek, nie mogę i nie chcę oderwać oczu od niego: w jego różanym blasku znowu, jak niegdyś, goreje dla mnie słodkie, zwodnicze słowo: nadzieja…

IX. „ Zabawa” – powie znów ktoś – „próżna zabawa”.
– Tak, zabawa, lecz nie próżna. Proszę spojrzeć, jakim szacunkiem cieszy się w Heidelbergu pamięć Scheffla. O pomniku na jego cześć już wzmiankowałem. Stoi on na tarasie parku zamkowego i wyobraża poetę jako wędrowca w butach z cholewami i z torbą przez plecy, zgodnie z jego dewizą: „nicht rasten und nicht rosten”. Lecz ów pomnik jest tylko kamieniem węgielnym w triumfalnym łuku jego sławy. Nie jest również zbyt ważną ta okoliczność, że dwie najbardziej uczęszczane w Heidelbergu knajpy nazywają się, jedna „zum Rodensteiner”, druga „zum Perkeo”, a trzecia (gdzie jakoby miał również święcić swe triumfy niepoprawny hulaka odenwaldzki), jest nazwana Scheffelhaus, na cześć samego poety. Ważnym jest to, że każdy student niemiecki umie na pamięć jego lepsze wiersze; ułożone efektownie pod muzykę, weszły one w skład wszystkich śpiewników studenckich i są śpiewane na wszystkich pijatykach obok najpopularniejszych z pośród pieśni dawniejszych. Co się zaś tyczy owej pieśni na cześć Heidelberga, której pierwszą strofę przytoczyłem wyżej – zapomniałem dodać, że i ona jest utworem Scheffla – spotykamy się z nią Heidelbergu na każdym kroku: grają ją orkiestry, śpiewają studenci, gwiżdżą ulicznicy, drukuje się ją, rzeźbi, maluje niemal na wszystkich pamiątkach heidelberskich – jeżeli nie całą, to przynajmniej pierwszą strofę lub pierwszy wiersz. Taki jest wzajemny stosunek miasta i poety.
Czy ta popularność jest uzasadniona?
W tym względzie zdania są podzielone, i oczywiście, nie do współczesnych należy wyrok ostateczny. Lecz sądzę, że niezbyt oddalimy się od prawdy, proponując następujące rozwiązanie.
Scheffel jest przede wszystkim poetą studentów. Są to jego najgorętsi zwolennicy; po nich idą ci, którzy w dalszym życiu zachowali młode, studenckie serce, lub przynajmniej (co jest może jeszcze lepsze), zdolność wskrzeszania go w danym wypadku, w danych okolicznościach. A czas studencki (wiem, że daję jego idealne określenie), to czas pracy uskrzydlonej radością i pięknem. „Praca, radość i piękno” – oto zdrowy, potężny trójdźwięk, który jednakowo harmonizuje ze studentami, z ich ulubionym miastem i z ich ulubionym poetą.
Kiedyś, może psychologia wyjaśni nam znaczenie tego trójdźwięku dla osobistego życia człowieka; za nią pójdzie higiena, a potem, da Bóg, ekonomia polityczna rozsunie swe zbyt ciasne ramy i przyzna imię i znaczenie sił ekonomicznych tym „imponderabilia”, które, według jej formuły, nie powinny mieć wpływu na losy narodów, a mimo to, przeklęte, wywierają go na każdym kroku. Na razie trzeba się ograniczyć do przypuszczeń.
Przypuszczam więc, że Heidelberg, dzięki wszystkim warunkom, o których była mowa wyżej i które mogły się wydać małoznaczące „poważnemu” czytelnikowi, musi być uznany za jednego z największych dobroczyńców Niemiec – mówię Niemiec – gdyż, niestety, tylko o nich może być tu mowa. Sądzę, że student, uczący się w Heidelbergu, może łatwiej, niż każdy inny zabezpieczyć się od zgubnych wpływów dalszego życia, poświęconego tylko „pracy” – od nędznego zadowolenia z siebie, od zawistnej hipochondrii, od skłonności do negacji i narzekania. Nie na próżno w ciągu miesięcy między pracą wchłaniał on wszystkimi porami radość i piękno; gdy przyjdzie chwila krytyczna – stanie mu przed oczyma obraz góry Zamkowej, powieje wonny wietrzyk z Wilczego źródła, znudzi się wesoła melodia pieśni heidelberskiej – i serce jego, zamiast jęku, wyda ów potężny, uroczysty trójdźwięk, wzywający do dzielności i czynu.
Tego właśnie uczy nas Heidelberg.
TADEUSZ ZIELIŃSKI
„Tygodnik Ilustrowany” 1928 nr 16, 21 IV 1928
W szufladzie biurka natrafiam na zaproszenie od nieżyjącego już przyjaciela: „Mamy nadzieję, że niniejsza wiadomość będzie niczym smuga światła, która padając na godz. 19.30 w dniu 15 stycznia 2013 roku w Państwa terminarzu, przypomni o zdarzeniu sprzed lat, za sprawą którego, jak co roku, w połowie stycznia spotkamy się w namiocie ustawionym na terenie dawnego obozu jeńców wojennych Stalag VIIIa, w dzisiejszej dzielnicy Ujazd położonej we wschodniej części Europy – miasta Zgorzelec / Görlitz. 72 lata temu, 15 stycznia 1941 roku, w lodowato zimnym baraku teatralnym, jeniec wojenny Olivier Messiaen i jego trzej towarzysze niedoli wykonali po raz pierwszy, ukończone w obozie, opus magnum KWARTET NA KONIEC CZASU. Ich pierwszymi słuchaczami byli niemieccy strażnicy i koło 400 współwięźniów”.
Nadawcą zaproszenia był Albrecht Goetze, prawdziwie niezwykły człowiek, z którym wiele rozmawiałem o sztuce odczytywania popiołów. Los związał go z miejscem i historią jednego z najbardziej niezwykłych koncertów jakie wydarzyły się w XX wieku. Był czas, kiedy każdego roku o tej samej porze otrzymywałem zaproszenie i program Międzynarodowych Dni Messiaena Görlitz / Zgorzelec, zawsze kończący się mistrzowskim wykonaniem opus magnum. Po raz pierwszy koncert w namiocie odbył się w 2008 roku, w wykonaniu muzyków z Saksońskiej Orkiestry Państwowej z Drezna. Tym razem zadanie to powierzono Kwartetowi Lutosławskiego, a koncert miał się odbyć w niedawno wybudowanym na terenie dawnego stalagu Europejskim Centrum Pamięć, Edukacja, Kultura. Centrum było dziełem życia Albrechta, którego dokonał zaczynając od słabo ogrzewanego namiotu w środku siarczystej zimy. Potrafił do tego miejsca sprowadzić wybitnych muzyków z całego świata. Kiedy pierwszy raz tam dotarłem, w namiocie występował między innymi pianista Roger Muraro, grywający na cztery ręce ze swoją mistrzynią Yvonne Loriod, żoną Messiaena. Od tamtego czasu trudno mi było słuchać tego utworu z płyty czy w sali koncertowej. Czymże jednak jest doświadczenie wykonawców i nas słuchających muzyki w namiocie smaganym zimowym wiatrem w porównaniu z tym, co musiało wydarzyć się tutaj owej zimy 1941 roku.

Messiaen był w obozie już od maja 1940 roku, pojmany do niewoli pod Verdun. Przyjechał razem ze wspaniałym klarnecistą Henri Akoką, algierskim Żydem, który suszył mu głowę upartym naleganiem, że skoro jest tak głęboko wierzącym w chrześcijańskiego Boga, to powinien coś dla niego, a przy okazji i dla towarzyszy niedoli, skomponować. W obozie spotykają Karla-Alberta Brülla, belgijskiego strażnika, mówiącego po francusku równie dobrze jak po niemiecku, na dodatek antyfaszystę kochającego muzykę. Brüll pomaga im zdobyć papier i coś do pisania, instrumenty (poza klarnetem, z którym Akoka nigdy się nie rozstawał), a także odosobnione warunki do pracy. Dołączają do nich skrzypek Jean le Boulaire i wiolonczelista Étienne Pasquier. Początkowo powstaje kompozycja na trio, ale utwór w pełni zabrzmi dopiero po dodaniu partii fortepianu. Messiaen wykonuje ją na instrumencie, którego klawisze po wciśnięciu powracają z trudem, w zwolnionym tempie. Wiolonczela Pasquiera, pozyskana dzięki składkom więźniów, ma tylko trzy struny (tak to zapamiętał Messiaen, lecz we wspomnieniach Pasquier twierdził, że miał jednak wszystkie cztery). Grają w drewniakach i zielonych, podartych łachmanach, trzęsąc się z zimna.
U Messiaena potęguje się, zdiagnozowana już przed wojną synestezja i widzi muzykę poprzez kolory, nawiedzany chmurą przypominającą zorzę polarną. Nawiedza go też Apokalipsa św. Jana: „I widziałem innego mocnego anioła zstępującego z nieba, odzianego w obłok, tęcza na głowie jego, twarz jego jak słońce i nogi jego jak słupy ognia… I poprzysiągł, że czasu już nie będzie” (tłum. Czesław Miłosz).
Messiaen o koncercie 15 stycznia: „Pamiętam przeraźliwe zimno i głód. Byliśmy tak głodni, że nasze zmysły wyostrzyły się do granic możliwości”.
A publiczność, czy wiedziała, że słucha jednego z największych arcydzieł muzyki XX wieku? Messiaen: „Potem już nigdy nie byłem słuchany z tak wytężoną uwagą i zrozumieniem”.
Po koncercie Brüll, posługując się pieczątką zrobioną z kartofla, wyrabia im papiery umożliwiające ucieczkę. Akoka szybko zostaje rozpoznany jako Żyd i będzie jeszcze kilkakrotnie wyskakiwał z pociągu z klarnetem pod pachą, zanim – cudem ocalony – powróci do Paryża. Tymczasem Messiaen szybko dostaje posadę profesora harmonii w Konserwatorium Paryskim, w miejsce André Blocha, którego wyrzucono na mocy prawa obowiązującego za rządów Vichy, zakazującego Żydom piastowania stanowisk publicznych.
Po wojnie Brüll specjalnie przyjechał do Paryża by odwiedzić Messiaena, ale w odpowiedzi na pukanie do drzwi usłyszał, że meastro nie życzy sobie spotkania. Historię koncertu i powojennych losów jego bohaterów fascynująco opisała w książce For the End of Time: The Story of the Messiaen Quartet Rebecca Rischin, wybitna klarnecistka, której światowa kariera rozpoczęła się od zdobycia pierwszej nagrody w Międzynarodowym Konkursie Klarnetowym w Krakowie w 1994 roku.

Albrecht Goetze
Powracam do Albrechta Goetze. Skąd on się wziął w zarośniętym trawą i zapomnieniem stalagu VIIIa? Opowiadał mi o kryzysie duchowym, może najgłębszym w jego życiu, który o wszystkim przesądził. Mieszkał wtedy w Monachium. Miał sześćdziesiąt lat, gdy utracił grunt pod nogami i zawaliło mu się współżycie z innymi, dotąd bliskimi ludźmi. Wysłuchał wtedy – jak to się mówi by nie spłoszyć prawdy: „przez przypadek” – utworu Messiaena. Dociera do niego, że można przejść najgorsze koncentrując się na sile wewnętrznej i rzemiośle. Udaje mu się zdobyć partyturę Quatuor pour la fin du temps. W sąsiedztwie nut odczytuje miejsce powstania utworu. Decyduje się rzucić wszystko i dotrzeć do Zgorzelca.
W momencie podejmowania decyzji o życiowej zmianie, Albrecht wiele pozostawiał za sobą. Urodzony w Lipsku w 1942 roku, został docentem historii literatury niemieckiej, smakoszem poezji, z którym godzinami mogłem rozmawiać o Miłoszu i Hölderlinie. Przez krótki czas pracował w college’u pod Nowym Jorkiem, ale szybko wrócił do Europy, zajął się teatrem, reżyserował w Hamburgu, Londynie i Monachium, wykładał w Royal Shakespeare Company. Wiele podróżował po świecie. Aż przyszedł moment poetyckiego olśnienia, często idący w parze z życiową katastrofą, po raz pierwszy nakazujący mu rzucić wszystko. Został wówczas mechanikiem z dyplomem mistrza, który dla BMW projektował jakieś odkrywcze urządzenia… A potem zaczął komponować.
Dojechawszy pociągiem z Monachium do Zgorzelca, Albrecht pieszo ruszył do stalagu. W drodze powrotnej wiedział już, że tu jest jego miejsce na resztę życia. Z młodymi ludźmi z obu stron granicy założył stowarzyszenie Meetingpoint Music Messiaen. Był rok 2005 kiedy mieszkańcom polsko-niemieckiego pogranicza zaczął zawracać głowę wizją zbudowania w dawnym stalagu europejskiego centrum. Na szczęście nie wszyscy pukali się w czoło.
Jakbym go słyszał, czytając na znalezionym w biurku zaproszeniu sprzed lat słowa: „Słuchanie każdego koncertu jest pracą twórczą. Prosimy Państwa o kreatywną obecność poprzez swoją uwagę i wysłuchanie…”.
Tak Albrecht Goetze rozumiał tworzenie wspólnej Europy. I tak wsłuchiwał się, ucząc się przy okazji języków polskiego i czeskiego, w kultury sąsiadów, które z każdym rokiem stawały się dla niego bardziej swoje.
„Zrodziłem się na nowo z tej muzyki. Jestem człowiekiem na koniec czasu. Zostaną po mnie ptaki” – zdążył jeszcze powiedzieć, nim zniknął mi z oczu między omszałymi ruinami stalagu. Kwartet na koniec czasu otwiera Kryształowa liturgia – solo klarnetu imitującego śpiew kosa (potem skrzypce będą śpiewały jak słowik), w którym pobrzmiewa milczenie niebios. Tę część Messiaen poprzedził słowami: „Jest między czwartą a piątą rano, budzą się ptaki…”. Zaraz potem nadchodzi Anioł obwieszczający koniec i wprowadzający uważnego słuchacza w Otchłań ptaków (Abîme des oiseaux). Albrecht zanurzał się w niej wierząc głęboko, że droga życia nigdy się nie urywa, że spotka tam Wychodzącego-Nam-Naprzeciw.
KRZYSZTOF CZYŻEWSKI
Do starości trzeba mieć talent. Hermann Hesse posiadał go w większym stopniu niż ktokolwiek inny. Na fotografiach z końca lat pięćdziesiątych XX wieku, przedstawiających blisko osiemdziesięcioletniego pisarza, widać smukłego, wyprostowanego mężczyznę o pięknej i surowej, rzeźbionej bruzdami twarzy, na której maluje się pobłażliwość wobec świata. Niełatwo znaleźć drugi przykład starzenia się, które pod względem artystycznym, intelektualnym i duchowym byłoby odmłodnieniem czy raczej drugą – tym razem świadomą siebie – młodością. Utrwalony na zdjęciach proces przeobrażania się twarzy pisarza, nierozerwalnie związany z rozwojem ducha, ma swój literacki odpowiednik w felietonach, szkicach i wspomnieniach Hessego. Część z nich znalazła się w zbiorze Dzieciństwo czarodzieja, na który składają się przetłumaczone przez Ładę Jurasz-Dudzik i Wojciecha Dudzika krótkie utwory autobiograficzne z lat 1904–1956.

Porządek tekstów wyznaczają kolejne etapy życia pisarza, których cezurę stanowią przeprowadzki do nowych domów. Autor Demiana jawi się w tych szkicach jako uważny obserwator własnego losu. Próbuje zachować równowagę między zadowoleniem z rodzinnego życia na wsi a tęsknotą za wolnością wędrowca. Ów wahadłowy rytm nie pozwala mu znieruchomieć, burzy każdy obierany na stałe porządek egzystencji. Wymowny jest fakt, że najkrócej mieszkał Hesse w domu, który jako trzydziestoletni mężczyzna zbudował w Gaienhofen nad Jeziorem Bodeńskim, sądząc, że czyni to na wieczność. Tymczasem skrępowany rolą ojca, właściciela posiadłości, a nawet cenionego autora, zazdrościł włóczęgom – szczęśliwym posiadaczom pary zdartych butów i nieograniczonej swobody. To właśnie z tego domu, w miesiąc po przyjściu na świat trzeciego syna, wybrał się w kilkumiesięczną podróż do Indii.
Następnym przystankiem było Berno, gdzie przeżył lata I wojny światowej. Patrycjuszowski dom z ogrodem, przejęty po nagle zmarłych przyjaciołach, nie przyniósł mu nic dobrego. W tym czasie spadły na Hessego śmierć ojca, ciężka choroba dziecka, wreszcie choroba umysłowa żony, zakończona rozpadem małżeństwa. Nie dowiemy się wiele o tych zdarzeniach. W zamian zyskujemy możliwość wejrzenia w to, jak dojrzewała w pisarzu świadomość własnego przeznaczenia. Żegnając się z berneńskim domem, żegnał siebie samego, do którego nie było już powrotu: „Chciałem stać się tym, kim nie byłem. Chciałem być wprawdzie poetą – ale zarazem obywatelem; artystą i człowiekiem pełnym fantazji – ale obdarzonym przy tym cnotami i czerpiącym przyjemność z życia w rodzinnych stronach. Długo trwało, zanim pojąłem, że nie da się być obojgiem naraz i mieć wszystkiego, że jestem nomadą, a nie chłopem; poszukiwaczem, a nie stróżem”.
Jako czciciel zmienności i fantazji żywił Hesse zrozumiały brak poważania dla rzeczywistości. O rzeczywistość – powiadał – nie trzeba się troszczyć, uwagi wymagają tylko rzeczy piękne. To tłumaczy, dlaczego nigdy nie umiał urządzić się praktycznie i wygodnie, choć w jednej kwestii był nieustępliwy – była nią potrzeba mieszkania w pięknym otoczeniu. Najserdeczniejsze wspomnienie związało go z wynajętym domem we wsi Montagnola we włoskojęzycznej części Szwajcarii. Kiedy zaczął tam mieszkać, miał już czterdzieści dwa lata i zbliżał się do połowy swojego życia. Przyszły noblista był w tym czasie właścicielem zaledwie kilku książek i biurka, obdartusem bez grosza przy duszy, żywiącym się zbieranymi w lesie kasztanami. Jednak pod względem artystycznym ten etap okazał się najbardziej owocny, przede wszystkim zaś powiodła się próba życia wyłącznie pracą literacką (wtedy zaczął pisać Siddhartę).
Z wdzięczności dla tego domu Hesse malował i rysował go dziesiątki razy, budząc w miejscowych chłopach podejrzenia o pozbawione sensu trwonienie czasu. Ale natura artysty wyposażona jest w umiejętność próżnowania. Hesse wyznaje bez skruchy, że takie osobliwości jak szczury w spichlerzu, zalana piwnica czy zepsuty komin nie tylko go nie martwią, ale w ogóle ich nie dostrzega. Za to jako jedyny widzi pas wieczornej pozłoty w dolinie, walkę cieni na murze, kontur brzegów jeziora – zjawiska, które swe chwiejne istnienie zawdzięczają oku poety.
W szkicu Spotkanie z Niną Hesse odmalował portret swej liczącej siedemdziesiąt osiem lat przyjaciółki – królowej okopconej kuchni z sypiącymi się meblami i paleniskiem na posadzce, czyniącej jej właścicielkę podobną do czarownicy – albo do drapieżnego ptaka. „Wielka szkoda, Nino, że urodziłaś się o czterdzieści lat za wcześnie… Szkoda! Wprawdzie nie wszyscy uważają cię za piękność, niejeden widzi w tobie raczej starą wiedźmę o nieco przekrwionych oczach, brudnych palcach i z tabaką pod nosem. Ale cóż to za nos na pomarszczonym orlim obliczu! Cóż za postawa, gdy już wyprostowawszy się, staniesz wysoka i chuda. I jak mądrze, dumnie, pogardliwie, a przecież bez złości spoglądasz pięknie wykrojonymi oczyma, wolnym i nieustraszonym wzrokiem! Jaką piękną dziewczyną musiałaś być dawniej, stara Nino, jaką piękną, śmiałą, rasową kobietą!”. To ona dała mu przykład człowieka, który znosi swą starość, podagrę, ubóstwo i osamotnienie z wytrwałością, a nawet niejakim zadowoleniem; „który nie wyczynia błazeństw przed światem ani się przed nim nie korzy, lecz po prostu nań pluje i aż do ostatniej godziny nie zamierza korzystać z usług lekarza czy też księdza”. Czarna jak smoła kawa, przesycona zapachem dymu i pita z blaszanego garnka wspólnie z gospodynią, smakowała wilkowi stepowemu lepiej niż herbata na wieczorach literackich w kręgu znanych intelektualistów.
Hermann Hesse zmarł w Montagnoli sześćdziesiąt lat temu, 9 sierpnia 1962 roku. Tomasz Mann zaliczył jego twórczość do szczytowych i najczystszych dokonań naszej epoki.
AGNIESZKA PAPIESKA
Zajęcia z nim odbywały się we czwartki o godz. 15.00. Nosiły nazwę: Wprowadzenie do historii teatru i zaczynały się na III roku. Dla mojej grupy to było w roku akademickim 1988/89. Ciekawy czas, na naszych oczach działa się historia. Na te zajęcia o 15-tej biegliśmy do Szkoły Teatralnej na Miodową z pałacyku Akademii Sztuk Pięknych, gdzie od rana mieliśmy Studium Wojskowe. Byliśmy chyba ostatnim rocznikiem, który musiał je zaliczyć ze wszystkimi rygorami. Tak więc czwartki były wyjątkowymi dniami w programie naszych zajęć.
Nie mówiliśmy o nim inaczej jak Profesor. Innych wykładowców nazywaliśmy czasami pseudonimami, przekręcaliśmy nazwiska, czasami mówiliśmy po imieniu. Oficjalnie do wszystkich zwracaliśmy się pan/pani profesor (bez względu na rzeczywiste tytuły naukowe), bo taki był obyczaj Szkoły Teatralnej. Mieliśmy świetnych wykładowców, ale Profesorem był tylko on. Oczywiście niektóre osoby na moim roku drażnił ten rodzaj estymy, prowokował do przekory. Oni siadali zwykle w ostatnich ławkach i podśmiewali się nie z niego, ale z nas, którzy na zajęciach u Profesora zajmowaliśmy miejsca najbliżej.
Obraz Profesora we wspomnieniach kolejnych roczników chyba pozostaje niezmienny. Spokojna elegancja, zawsze marynarka (raczej w ciemnej tonacji), biała koszula, krawat, teczka. Okulary, siwizna na skroniach, przystrzyżony wąs, który ukrywał lekki uśmiech. Spokój był w całej jego sylwetce. Cichy głos, skupienie, gdy słuchał, czasami błysk w oku, gdy usłyszał coś, co go szczególnie zainteresowało. Pamiętam doskonale stały rytuał początku zajęć, gdy Profesor siadał, zdejmował zegarek, kładł go na biurku, z zawiązywanej tasiemką niewielkiej teczki wyjmował kartki, na których ręcznym pismem zanotowany miał temat. Nie sprawdzał listy obecności. Bez zbędnych wstępów przechodziliśmy do rzeczy.

Zbigniew Raszewski, maj 1992 © Tomasz Mościcki
Te zajęcia nie były wykładem. Może to dziwne, ale autor Krótkiej historii teatru polskiego i biografii Wojciecha Bogusławskiego nie prowadził na Wydziale Wiedzy o Teatrze swojego wykładu. Na trzecim roku już częściowo przerobiliśmy kurs historii teatru z innymi wykładowcami, a z nim mieliśmy mieć do niej: „wprowadzenie”. Przy czym to Profesor nas słuchał, a potem komentował nasze wypowiedzi. Nie pamiętam już dokładnie tematów referatów, które każdy student musiał przygotować. Oczywiście dotyczyły historii teatru polskiego, ale z różnych okresów. Były trudne i dość szczegółowe, z pewnością wymagały tzw. kwerendy (pisaliśmy te referaty w czasach przedinternetowych, więc kwerenda nie odbywała się poprzez Google. Trzeba było posiedzieć w bibliotekach i archiwach). Mój temat brzmiał: Warszawa i Wilno w inscenizacji „Dziadów” Leona Schillera. Nie wydał mi się specjalnie pasjonujący, ale wykonałem go dość starannie. Nawet może praca nad nim obudziła pewnego rodzaju detektywistyczną ciekawość: musiałem np. sprawdzić, czy słynne trzy krzyże ze scenografii Andrzeja Pronaszki rzeczywiście odwzorowywały te z Góry Trzykrzyskiej w Wilnie. Pisząc ten referat chyba nabrałem przeczucia, o co może chodzić w historii teatru, której uczył Profesor. Że składają się na nią szczegóły, z których każdy może okazać się istotny. Te szczegóły budują wiedzę. A wiedza pozwala zrozumieć szersze zjawiska. Nie przypadkiem to Profesor nadał nazwę naszemu wydziałowi: Wiedza o Teatrze, a nie: teatrologia. To nie była tylko kwestia nazewnicza. W niej krył się istotny sens.
Nie wiem, czy swoim referatem zrobiłem wrażenie na Profesorze. W swoich komentarzach był taktowny, prostował głupstwa tak, że student nie miał poczucia własnej ignorancji. Z tym swoim spokojem, czasem z lekką ironią wyprowadzał referenta, by tak rzec, na światło. Myślę, że Profesor bezbłędnie wyczuwał zdolności i orientował się, kto do czego się nadaje. Nikogo na siłę nie chciał uczynić historykiem teatru, ale potrafił delikatnie skierować ku swojej dziedzinie, jeśli tylko student wykazał nieco więcej zainteresowania. W niektórych osobach na pewno pokładał spore nadzieje. Ja nie marzyłem, aby być historykiem teatru, ale chciałem pisać u Profesora pracę magisterską. Nie byłem jednak pewien, czy zgodzi się przyjąć moją propozycję tematu.
Seminarium magisterskie odbywało się w następnym roku. To już była całkiem nowa rzeczywistość wokół. Kiedyś rozmawialiśmy z Profesorem o tym, co się dzieje, a on przywołał cytat z Wesela: „W całej naturze przemiana”. Choć jednocześnie nie był chyba entuzjastą politycznej umowy między „Solidarnością” a generałem Jaruzelskim, którego, jak można przeczytać w zapiskach Raptularza, szczerze nie cierpiał. Obrady Okrągłego Stołu i wybory 4 czerwca nie wywołały w Profesorze takiego podniecenia, jak w nas. Marek Zagańczyk wspominał, że Profesor kiedyś mu powiedział: „Wie pan, mnie to wszystko brzydzi”. Pamiętam jednak, że przyszedł na specjalne spotkanie, na które zaprosiliśmy go podczas strajku w maju 89 roku. Siedzieliśmy wtedy w Szkole przez 24 godziny, a chodziło o protest przeciwko odmowie rejestracji Niezależnego Zrzeszenia Studentów. O ile pamiętam opowiadał wtedy o teoriach historiozoficznych Arnolda Toynbee’ego, które były mu chyba bliskie również z powodu ich religijnego wymiaru.
Profesorowi zgłosiłem, że chcę pisać pracę o Konstantym Puzynie, który tamtego przełomowego lata 1989 roku zmarł. Szczerze mówiąc obawiałem się, że nie przyjmie tego tematu, ponieważ był zbyt świeży. A jednak zgodził się bez wahania i od razu zaproponował formę szkicu biograficznego. Pisałem zatem pracę o najwybitniejszym polskim krytyku teatralnym u najwybitniejszego historyka teatru. Profesor darzył Puzynę autentycznym szacunkiem, choć pod wieloma względami bardzo się różnili. I nie tylko tym, że jeden zajmował się przeszłością teatru, a drugi był żywo zaangażowany w jego kształt współczesny. Różnice dotyczyły kwestii światopoglądowych. Uświadomiłem to sobie później wyraźnie, gdy w jego Raptularzu z roku 68 przeczytałem zapis rozmowy, jaką odbył z Puzyną po spektaklu Dziadów Dejmka. Parę razy już ją przy różnych okazjach przywoływałem, ale jej sens wydaje mi się zasadniczy i wciąż istotny. Profesor oczywiście opisuje okoliczności towarzyszące: spotyka Puzynę w barze hotelu Europejski. „Jak ci się podobały Dziady?” – pyta. Puzyna odpowiada, że mu się podobały i „ze zwykłą u niego precyzją i plastyką zaczyna analizować przedstawienie”. Profesor przytacza argumenty krytyka, a potem: „za zgodą Keta zamawiam dwa duże piwa, pociągam z mojej szklanki i mówię z namysłem:
– Wiesz, zgadzam się z tobą, że to jest wybitne przedstawienie. Ale mało w nim czystego piękna.
Ket milknie z wrażenia. Wiara w istnienie czystego piękna jest wśród dzisiejszej inteligencji polskiej uważana za bardzo infantylny przesąd, niegodny człowieka z naszej sfery. Samo słowo stało się wstydliwe. Można dzisiaj w Warszawie powiedzieć: «piękny samochód» albo «piękna kobieta», ale nie można powiedzieć «piękno w sztuce» bez narażenia się na śmieszność. Ket, którego samodzielność intelektualną znam i cenię, dzieli w tej sprawie nastawienie ogółu, toteż patrzy w tej chwili na mnie z niesłychanym zakłopotaniem.
– Co to jest? – pyta wreszcie, odzyskując mowę.
Nie wiem, co to jest. Wiem tylko, po czym się to poznaje: budzi zachwyt. I na tym też pewno polega przeżycie estetyczne”.
I dalej następuje opis dyskusji, w której Puzyna twierdzi, że dla niego najważniejsze w sztuce jest „przeżycie prawdy” – może mu towarzyszyć przeżycie estetyczne, które jednak ma przede wszystkim właściwości poznawcze. A Profesor odpowiada: „Nie mogę się z tobą zgodzić, żeby w sztuce wyżej należało stawiać walory poznawcze od artyzmu, bo to jest stawianiem sprawy na głowie. Sztuka jest po to, żeby wywoływać piękno – w sposób godziwy, proszę bardzo – ale piękno, wartość zarazem ulotną i niezmiernie cenną. Zważ, że nie potrafiłbym powiedzieć, dlaczego zetknięcie z pięknem wydaje mi się takie cenne. Zdaje mi się po prostu, że ma to na naszą psychikę dobroczynny wpływ”.
I tak rozmawiali wybitny krytyk z wybitnym historykiem 12 lutego 1968 roku. A pretekstem do dyskusji stało się przedstawienie Dziadów w Teatrze Narodowym, które przeszło nie tylko do legendy teatralnej, ale przede wszystkim do historii politycznej kraju. Paradoks polegał również na tym, że Profesor był bardzo długo wielkim admiratorem twórczości i osoby Kazimierza Dejmka (relacje między nim to skądinąd ciekawy temat na osobną rozprawę), a Puzyna nigdy o przedstawieniach Dejmka nie pisał. Być może córka Profesora nie napisałaby tak świetnej biografii Dejmka, gdyby nie estyma ojca dla dyrektora Teatru Narodowego.
Profesor, kiedy zajmowałem się Puzyną pod jego okiem, nie formułował żadnych szczególnych uwag. Pamiętam, że dosyć ciekawiła go sprawa książęcego pochodzenia Puzyny, a przede wszystkim jego studia u Kazimierza Wyki na krakowskiej polonistyce. Zgłosił jedną wątpliwość, gdy zacytowałem fragment listu Swinarskiego do żony z lat 50., w którym opisuje spotkanie z Puzyną gdzieś w ruinach Starego Miasta i widzi w ręku krytyka butelkę wódki. Wydawało mi się, że to będzie taki tzw. smaczny drobiazg w portrecie mojego bohatera. A Profesor wtedy powiedział: „Proszę pana, Ket nie był pijakiem”.
W Raptularzu z 1991 roku pod datą 10 kwietnia Profesor odnotował mój egzamin magisterski. „Wojtek napisał pracę o Puzynie”. Recenzentem pracy był Jerzy Koenig. Pracę oceniono bardzo dobrze, ale egzamin poszedł mi słabo, na co delikatnie zwrócił uwagę ówczesny dziekan Andrzej Makowiecki.
Wzruszająca jest raptularzowa notatka mniej więcej o rok późniejsza, w której Profesor opisał egzamin Tomka Mościckiego i zakończył ją zdaniem: „Na korytarzu kilka osób z roku Tomka, między innymi Natalia Adaszyńska, Wojtek Majcherek. Myślę, że wszyscy oni zachowali dobre wspomnienie o tej Szkole i naszym Wydziale”.
To było 6 lutego 1992 roku. 7 sierpnia tamtego roku Profesor Raszewski zmarł. Pogrzeb odbył się na Starych Powązkach.
Parę miesięcy później Jerzy Koenig – ówczesny dyrektor Teatru Telewizji – zgodził się, abyśmy razem z Ireneuszem Dobrowolskim zrealizowali program wspomnieniowy poświęcony Zbigniewowi Raszewskiemu. Gustaw Holoubek przeczytał teksty Profesora, w tym opis roli Gustawa-Konrada z Dziadów w inscenizacji Dejmka, zaczerpnięty z Raptularza 1967/68. W filmie wystąpili przyjaciele, współpracownicy, studenci: Tadeusz Brukwicki, prof. Andrzej Ryszkiewicz, Marta Fik, Andrzej Wysiński, o. Wacław Oszajca, Wojciech Młynarski, Jerzy Koenig, Hanna Baltyn, Wanda Zwinogrodzka, Marek Zagańczyk. Opowiadali oni o doświadczeniach wojennych Profesora (aresztowaniu przez gestapo). O zamiłowaniu do miasta B. (Bydgoszczy, którą opisał w książce pt. Pamiętnik gapia). O studiach polonistycznych na uniwersytecie poznańskim (do mistrzów Raszewskiego należał prof. Zygmunt Szweykowski). O dokonaniach Profesora jako historyka teatru, pracy w Instytucie Sztuki i w redakcji „Pamiętnika Teatralnego”, która przez długie lata była jego nieformalną katedrą historii teatru. Absolwenci Wydziału Wiedzy o Teatrze wspominali rolę Zbigniewa Raszewskiego w kształceniu studentów. Wszyscy wskazywali na szlachetne cechy osobowości Profesora, jego postawę wobec PRL-owskiej rzeczywistości. „Był autorytetem” – to stwierdzenie powtarzało się najczęściej.
WOJCIECH MAJCHEREK
Był człowiekiem z innej epoki. Przyznawał się do bytowania w duchowej ojczyźnie, którą był dla niego wiek XIX. Swoją „niedzisiejszość” podkreślał jeszcze strojem – marynarkami w drobną kratkę albo delikatną jodełkę, siwym, starannie przystrzyżonym wąsem, spokojem i zdystansowaniem. Dziś ludzi powierzchowności profesora Zbigniewa Raszewskiego właściwie już nie ma.
Jego przedwczesna śmierć 7 sierpnia 1992 roku zamknęła bezpowrotnie nie tylko pewien rozdział polskiego teatru.
Jest autorem całej teatrologicznej biblioteki. Spod jego ręki wyszły najważniejsze zeszyty „Pamiętnika Teatralnego”, pisma bez którego trudno dziś wyobrazić sobie polską naukę o teatrze. Krótka historia teatru polskiego opublikowana po raz pierwszy w 1977 roku jest do dziś biblią kandydatów zdających na teatrologiczne studia. Staroświecczyzna i postęp czasu, szkice poświęcone teatrowi od Średniowiecza aż po teatr romantyczny, wspaniała biografia Wojciecha Bogusławskiego (poufale w prywatnych rozmowach nazywanego przez Raszewskiego „Wosiem”), szkice o Gabrieli Zapolskiej, edycja dramatów Rittnera, redakcja Słownika biograficznego teatru polskiego, historyczne miniatury poświęcone dziejom teatralnego biletu, pierwszemu stałemu budynkowi Teatru Narodowego, Trudny rebus i wydany tuż przed śmiercią Teatr w świecie widowisk – dwie książki poświęcone refleksji teoretycznej – to nie jest jeszcze pełna bibliografia. Pośmiertnie opublikowany w 1994 roku Pamiętnik gapia to powrót do wspomnień z dzieciństwa i wczesnej młodości spędzonej w „mieście B.” – jak nazywał rodzinna Bydgoszcz. Chęć ocalenia przeszłości przepełnia Mój światwydany w 1997 roku. Jest – last but not least – Raptularz, zapiski prowadzone przez Zbigniewa Raszewskiego przez niemal 40 lat, aż do ostatnich chwil życia. Książka dziwna, osobisty dziennik, swoista silva rerum czasów Polski Ludowej. Obok zapisów dnia codziennego ze starannie wklejanymi dokumentami epoki: odręcznymi szkicami, prasowymi wycinkami, fascynującymi i ważnymi dla autora obrazami, zapisy najważniejszych wydarzeń, którym Raszewski nie tylko świadkował, ale i w których uczestniczył. Wśród nich dokument bezcenny – precyzyjny opis Marca ’68, całej sprawy wystawienia i zdjęcia z afisza Dziadów Dejmka, rozmowy z Dejmkiem, świadectwa machinacji ludowej władzy, drobiazgowe i zdumiewające spostrzegawczością relacje manifestacji przed Teatrem Narodowym i później – przed Uniwersytetem Warszawskim. Spisywał je nie tylko naoczny świadek i uczestnik tych wydarzeń. Zanotowane tak drobiazgowo układają się w ciąg rozgrywających się przed nami scen. To nie tylko historyczny zapis, to żywa, uchwycona pismem rzeczywistość. Ma się wrażenie, że czyta się właściwie gotowy materiał na scenariusz filmu o tamtym czasie. Czy kiedyś znajdzie się artysta, który inspirując się Raszewskim podejmie to wyzwanie? W późniejszych latach tonacja Raptularza posępnieje, kartki wypełniają się notatkami o kolejnych operacjach, o wyścigu z nieubłaganą chorobą. Schyłek życia Raszewskiego to końcówka PRL i początek polskiej wolności. Patrzy na nią sceptycznie i choć przez całe życie zagorzały antykomunista – przygląda się nowej władzy bez entuzjazmu. Zapisane przez niego diagnozy polskiej rzeczywistości po 1989 roku, dziś, latem 2022 roku brzmią niestety wciąż aktualnie.
Ale w tej bogatej spuściźnie są także opublikowane po raz pierwszy w roku 1994 listy do Małgorzaty Musierowicz, literackie scherza, żartobliwe krytyczne rozbiory słynnej Jeżycjady, rozważania o muzyce, spostrzeżenia dotyczące świata. Korespondencja należąca – w dobie lakonicznego e-maila i esemesowego skrótu – dziś już do innego świata.

Zbigniew Raszewski, maj 1992. © Tomasz Mościcki
Wybitny polski krytyk Andrzej Hausbrandt zauważył kiedyś, że dorobek Raszewskiego ma nie tylko wartość czysto naukową. Kunsztowność języka przy jego ogromnej prostocie, zegarmistrzowska precyzja budowania zdania, klarowność myślenia, formalny rygor to coś więcej niż naukowa rozprawa. Jest to według niego prawdziwa, wysokiej próby literatura, której twórca nigdy nie przekroczył progu fikcji uznając za istotniejsze dawanie świadectwa czasom, które badał i tym, w których przyszło mu żyć.
Swoją wiedzę przekazywał kilku pokoleniom polskich humanistów. Przez 15 lat uczył w warszawskiej PWST (dziś Akademii Teatralnej) na wydziale Wiedzy o Teatrze. Ostatnie dwa lata, gdy oficjalnie rozstał się ze Szkołą Teatralną – w pracy tej nie przeszkodziły. Profesor powrócił do domowego, półprywatnego trybu przekazywania wiedzy, tak jak wtedy, gdy w latach 60. organizował pierwsze, nieoficjalne jeszcze seminaria doktoranckie. My, studenci Profesora – inaczej nigdy się go nie nazywało – zanim jeszcze dopuszczono nas do spotkania z nim (a było to na trzecim roku studiów, dwa pierwsze lata nasi nauczyciele traktowali jako swoistą introdukcję do zajęć z Raszewskim) – wiedzieliśmy, że czeka nas niezwykłe spotkanie, zetknięcie z uczonym, który o historii teatru wiedział wszystko. Była końcówka lat 80., Wiedza o Teatrze warszawskiej wówczas jeszcze PWST zgromadziła elitę polskiej nauki, naszymi nauczycielami – by wymienić tylko tych, którzy nie ma już między nami – byli profesorowie Julian Lewański, wielki mediewista, Zbigniew Wilski, Andrzej Wanat, wiecznie roztargniona, ale bezlitośnie uporządkowana w sprawach naukowych Marta Fik, i wielu innych – ale to Raszewski był najważniejszy. Jerzy Koenig, Ojciec Założyciel warszawskiej Wiedzy o Teatrze zwykł mawiać, że postać Profesora była gwoździem, na którym wisiał cały ten obraz, czyli jeden z najbardziej elitarnych wydziałów polskich szkół humanistycznych.
Gdy myślę o Zbigniewie Raszewskim – pierwszym skojarzeniem przychodzącym do głowy jest „kosmos”. Rozległy, kryjący w sobie tajemnice. Jednak nie kosmos zimny i nieczuły, lecz dobrotliwy i opiekuńczy, ale przy tym wszystkim pozwalający przystąpić do siebie tylko w wyznaczonych przez siebie regułach i granicach.
Moje pierwsze spotkanie z nim to była późna jesień 1987 roku. Zajęcia w PWST, Marek Piekut prowadzący ćwiczenia z historii teatru powszechnego przydzielił mi temat referatu Emplois w piece bien faite. Temat wprawił mnie w popłoch, nijak bowiem nie wiedziałem nie tylko jak ten problem rozgryźć, ale w ogóle jak go choćby nadgryźć, nie było bowiem żadnych gotowych materiałów, dostępność źródeł pozwalających na przygotowanie się była znikoma. Nieubłaganie zbliżał się czas wygłoszenia referatu, ja byłem w kropce. I wtedy młodzieńcza brawura napędzana desperacją podyktowała mi jedyne możliwe wyjście z sytuacji zdawało się bez wyjścia: błagać o pomoc profesora Zbigniewa Raszewskiego. Któregoś późnego popołudnia zaczaiłem się przy szkolnej szatni czekając aż Profesor skończy zajęcia, by udać się do domu. Profesor nadszedł, ja zachowując się jak stremowany sztubak sprzed wieku ukłoniłem się, przedstawiłem i jąkając się z tremy zreferowałem sprawę. Nie zdziwiłbym się gdybym został wtedy odprawiony z kwitkiem – ale stało się inaczej. Profesor spojrzał z ogromną życzliwością, pokiwał głową i poprosił, podkreślam poprosił bym zjawił się w tym samym miejscu za tydzień. I tak się stało. Rozmowa o emplois w piece bien faite odbyła się na ławce stojącej niedaleko szatni. Ile trwała – dziś już nie pamiętam. Na pewno długo. Profesor mówił, ja słuchałem czyniąc notatki. Musiano nas widzieć, bowiem Marek Zagańczyk powiedział mi potem, że mi tego spotkania bardzo zazdrości. Dziś myślę o tym z rozrzewnieniem, wtedy byłem przejęty i dumny. A potem my zazdrościliśmy Markowi Zagańczykowi – bowiem to jego profesor uczynił swoim asystentem. Już ostatnim.
To, co przekazał mi Profesor w czasie tego długiego spotkania, a raczej wykładu wystarczyło na cały referat. Ale oprócz pewnej ilość informacji dostałem coś więcej. Wielki człowiek dał temu młodemu naturalną lekcję dobroci i życzliwości. Podzielił się swoją wiedzą, poratował w potrzebie.
Na właściwe zajęcia z Profesorem wypadło nam czekać rok, do października 1988.
Do dziś pamiętam Profesora wchodzącego do Szkoły. Nasze szkolne woźne, proste wspaniałe panie przyzwyczajone przez całe lata do odbierania i wydawania okryć największych ludzi polskiego teatru i traktujące ich bez specjalnej czołobitności (czasem zresztą łatwo było poznać kogo szanowały, a kogo niemal lekceważyły, pamiętam naszą panią Gienię niedbale rzucającą kurteczkę rektorowi… chyba go nie lubiła…) Profesora Raszewskiego traktowały specjalnie. Jego okrycie odbierały i podawały zupełnie inaczej. Nigdy go nie rzucały, kładły je na szatnianej ladzie z najwyższym uszanowaniem. A gdy Profesor nieśpiesznie udawał się na pierwsze piętro – dosłownie wszyscy, studenci, wykładowcy rozstępowali się z szacunkiem. To robiło wielkie wrażenie. Milkli nawet niesforni koledzy aktorzy przygotowujący się do swoich zajęć. Takich entrées nie miały nawet największe gwiazdy. A przecież tymi schodami chodzili Aleksandra Śląska, Andrzej Szczepkowski, Jan Świderski i tylu innych.
Pierwsze zajęcia, pierwsze przywitanie. Profesor usiadł, bardzo metodycznie zdjął z nadgarstka zegarek, starannie ułożył go na stoliku i przedstawił się nam. Dwa usłyszane od niego zdania brzmią mi w uszach do dziś: „Nazywam się Zbigniew Raszewski i będę miał z państwem zajęcia z historii teatru. Na moich zajęciach można nie wiedzieć, bo ja sam wielu rzeczy nie wiem”. Powiedział to człowiek znający biegle kilka żywych i martwych języków, z wirtuozerską swobodą poruszający się po najskrytszych zakamarkach humanistycznej wiedzy. Kogo stać byłoby na taką – pozbawioną kokieterii – skromność?
Nasze zajęcia odbywały się we czwartki, i żeby było już zupełnie interesująco – po studium wojskowym. To zestawienie absurdu dogorywającego peerelu, tych zupaków o niskich czółkach bezskutecznie wbijających do głów bzdury o NATO, budowie karabinu, przez kilka bitych godzin usiłujących indoktrynować dorosłych już i krytycznie nastawionych do całej tej rzeczywistości ludzi – z zajęciami w szkole przy Miodowej do dziś wspominam jako coś niezwykłego, wejście w inny, lepszy świat. Po sześciu godzinach surrealizmu czy może głupoty w czystej postaci spotkanie z Profesorem było niczym ożywcza kąpiel. Na tych zajęciach przede wszystkim się myślało. To, co wiedział Profesor nie ograniczało się tylko do spraw teatru, bo Zbigniew Raszewski nigdy nie był typem zatabaczonego bibliotecznego mola, kompletnie oderwanego od świata i tego, co dzieje się poza biblioteką i archiwum. Jego miłością były choćby militaria, o wojskowości, uzbrojeniu i mundurze wiedział wszystko. Pilnie i ze znawstwem obserwował ptaki… Muzyczne wykształcenie zdobyte we wczesnej młodości pozwalało mu poruszać się pewnie w historii sztuki dźwięku – a to rzadkość w naszym środowisku, zazwyczaj głuchym jak pień. Interesowały go najnowsze odkrycia naukowe – kiedyś z przejęciem opowiadał nam o głośnych wówczas amerykańskich eksperymentach z syntezą wodoru w warunkach domowych. Wiedział zatem wszystko. I wiedział też, że my o tym wiemy. Ale nigdy nie dawał nam odczuć intelektualnej przewagi, choć jedna mordercza uwaga komentująca naszą ówczesną (a i dzisiejszą) niewiedzę okryłaby każdego z nas dożywotnią śmiesznością. Takie zdanie jednak nigdy nie padło. Z mniej lub bardziej udanych referatów wygłaszanych przez studentów umiał wyciągnąć to, co było w nich ciekawe i wartościowe. Sprawiał, że każdy miał poczucie stworzenia epokowego dzieła, choć były to przecież tylko preparacje ze zbadanych i dostępnych źródeł. Nie zniechęcał – uczył. Nade wszystko samym sobą. Te zajęcia otwierały przed nami nieznane światy, dawno miniony teatr ożywał, fascynował, stawał się częścią dzisiejszego doświadczenia.
Słowo „autorytet”, czy nawet zbitka „autorytet moralny” w czasach, gdy autorytety zniknęły – bo albo wymarły lub skutecznie je sponiewierano, brzmi dziś wyjątkowo pusto. Etyczna bezkompromisowość Raszewskiego, życiowa odwaga, opieka roztaczana nad studentami, szacunek który wzbudzał u wszystkich, którym dane było się z nim zetknąć – każą przypomnieć o tym zapomnianym słowie. On był prawdziwym autorytetem. A także człowiekiem – ta postawa jest dziś także nie w cenie, a słowo skompromitowane postawą jednego z najważniejszych ludzi w naszym państwie – niezłomnym. Młody żołnierz Szarych Szeregów, w stalinowskich latach szykanowany przez komunistyczną władzę i przygarnięty przez Leona Schillera, później pozbawiany katedr, pomijany w rozdawaniu zaszczytów i awansów – nigdy nie uprawiał kombatanctwa. Słynną książkę Sto przedstawień w opisach polskich autorów przygotowywał do druku w latach 70. Przez lata krążyła w spirytusowych odbitkach „do wąskiego rozpowszechniania”. Profesor nie zgodził się na pominięcie w niej tekstu Jana Kotta, cenzorskim zapisem skazanego w Polsce Ludowej na niebyt. PRL skazał więc tę książkę na nieistnienie. Ukazała się dopiero po jego śmierci.
Był człowiekiem głębokiej wiary, żarliwej, ale dyskretnej i przez to głębokiej, jakże dalekiej od krzykliwości tych, którzy dziś z robią z niej polityczne narzędzie do bicia po głowach przeciwników. Nie był typem surowego naukowca, studenci i współpracownicy Profesora wspominają go jako człowieka o ogromnym poczuciu humoru. Profesor daleki od ostentacji i lanserskiego ducha naszych czasów – ze swoją wielkością, wiedzą nigdy się nie narzucał. Wraz z Raszewskim odszedł świat, w którym szanowano wiedzę, przestrzegano nieprzekraczalnego kodeksu zachowań. Bo Profesor był kimś – i to bez moralizowania, „mentorzenia” – wytwarzającym wokół siebie przestrzeń, w której zwyczajnie nie można się było zachowywać niegodnie.
I dopiero dziś, gdy jesteśmy już ludźmi młodość mającymi już dawno za sobą – uświadamiamy sobie ilu rzeczy nie zdążyliśmy dowiedzieć się od niego, ile z nich bezpowrotnie zniknęło wraz z jego przedwczesnym odejściem.
Piszący te słowa miał zaszczyt być studentem ostatniego rocznika, który Zbigniew Raszewski doprowadził do egzaminów magisterskich. Ich ślady można odnaleźć w Raptularzu. Profesor zapisał w nim egzaminy Marka Zagańczyka, Wojciecha Majcherka – także mój (właśnie wtedy, 6 lutego 1992 roku po raz ostatni pojawił się w naszej Szkole). Myślę, że możemy uważać te wzmianki w Raptularzu za najwyższy zaszczyt… Pisałem u Profesora pracę o teatrzyku Qui pro Quo. Profesor – co też wzbudza mój podziw i zdumienie trafnością jego rozpoznań – szybko odkrył, że moją drogą życiową będzie podążanie po obrzeżach Wielkiej Historii Teatru, że ja nie od Schillera, tylko od wydeptywania ścieżek często na historycznych peryferiach – ale była w tym wielka mądrość. Raszewski rozumiał, że historię tworzą także te mniejsze, często pomijane czy traktowane po macoszemu fakty i zjawiska i że one są często równie ważne jak Dziady. Bo to one właśnie na równi z Dziadami tworzą epokę. Po 30 latach, w czasie gdy młodzi ludzie odkrywają dla siebie przedwojenną Warszawę, widać, że jego pomysł na pracę magisterską o literackim teatrzyku (przyznajmy – przyjmowany przez część kolegów a i chyba profesorów z przymrużeniem oka) był nieledwie awangardowy, że wyprzedził epokę o dobre dwie dekady. Ta moja magisterka pisana pod kierunkiem Profesora, uzupełniona po latach wedle jego dawnych wskazówek była moim książkowym debiutem. Nie mogę myśleć o tym bez wzruszenia i wdzięczności.
Dla kogo dziś, po 30 latach od jego śmierci ważna jest ta postać? Z pewnością dla garstki uczonych, dla nas, jego studentów. To the happy few… Myślę z żalem, że im dalej od jego odejścia tym coraz bardziej go brak. Co znaczy dziś Raszewski dla najmłodszego pokolenia? Obawiam się, że rozpaczliwie mało. On wierzył w piękno i logikę, jego praca była porządkowaniem chaosu świata. Ta postawa w świecie dzisiejszym rozkochanym w brzydocie, fałszu windowanym na piedestał prawdy, konformistycznie pławiącym się w chaosie i powiększaniu go w imię wygodnego intelektualnie ulegania szybko zmieniającym się „modnym głupstwom” wydaje się być anachronizmem. Ten anachronizm jednak ocala. Ale o tym dziś mało kto chce już wiedzieć.

Zbigniew Raszewski, Aleksander Bardini, Marek Zagańczyk, maj 1992 © Tomasz Mościcki
Życiowa postawa Profesora Raszewskiego ma też aspekt czysto praktyczny. Janusz Majcherek, wówczas student Wiedzy o Teatrze warszawskie PWST, wspomina często wizytę w mieszkaniu Profesora w pierwszych tygodniach stanu wojennego. Czas beznadziei i apatii, która udzieliła się niemal wszystkim. Strapiony student odwiedził mistrza w poszukiwaniu pociechy i rady co dalej. Profesor wysłuchał podobno uważnie, po czym miał powiedzieć: „A wie pan co ja teraz robię? Czytam – Kubusia Puchatka. Ale po łacinie, proszę pana, po łacinie!”. Ta zabawna w sumie anegdota w gruncie rzeczy kryje w sobie wielkie serio. To cenna rada: w czasach zamętu nie wolno mu się poddawać i trzeba znaleźć coś, co pozwoli stawić mu opór, co da wewnętrzną siłę. Każdy powinien mieć jakiegoś swojego „Kubusia Puchatka po łacinie”, bo on ratuje od rozpaczy.
Fotografie Profesora w towarzystwie Aleksandra Bardiniego i Marka Zagańczyka to zapis wieczoru w staromiejskim Klubie Księgarza 28 maja 1992 roku – przyznano mu wówczas Nagrodę Literackiej Premiery Miesiąca za Teatr w świecie widowisk. To smutne zdjęcia, co widać dopiero dziś. Raszewski patrzy wzrokiem człowieka spoglądającego już na tę drugą, nieznana stronę. Portret Profesora zamieszczony w tym tekście – to jego ostatnie zdjęcie. Wykonałem je dzień później, w jego pokoju w domu przy Długiej pod słynnym żaglowcem zawieszonym u sufitu. Następnego dnia Profesora czekał szpital. Wiedzieliśmy wszyscy, że wyścig z toczącą go chorobą jest już przegrany, lecz łudziliśmy się, że może jeszcze coś się stanie, jakiś cud, że może jeszcze kilka miesięcy. Nie traktowałem więc tej wizyty i rozmowy jako ostatniej. Zapytałem co należy badać w polskim teatrze. Odpowiedź Profesora okazała się swoistym testamentem: badać biografie aktorskie, przez nie bowiem da się powiedzieć wiele i o teatrze, i o epoce. Może uda się wreszcie zrealizować ten testament. Wobec miałkości współczesnego teatru jego historia jest wciąż żywa i fascynująca. To także nauka odebrana u profesora Zbigniewa Raszewskiego.
TOMASZ MOŚCICKI