Jest niedzielne popołudnie, 6 lutego 2022, słucham jednego z recitali szopenowskich Artura Rubinsteina w Carnegie Hall. I nagle przypominam sobie którąś z moich rozmów z Leonem na tematy polsko-żydowskie, a zwłaszcza ich jakże skomplikowanych zawęźleń… Krążymy wokół odwiecznie roztrząsanych prób definicji to jednego, to znów drugiego członu tej dychotomii. W pierwszym momencie milkniemy obaj, bośmy zderzyli się z jakąś mentalną ścianą. I raptownie olśnienie: muzyka! Więc mówię: „Nieraz, słysząc uczone a finezyjne rozważania na temat w rodzaju «czym jest polskość» nie wiem już, co to takiego… Ale rozumiem całą rzecz natychmiast, gdy słucham Rubinsteina grającego mazurki albo nokturny…
A Leon rozciąga szeroko usta w uśmiechu i, nic nie mówiąc, potakująco kiwa głową.
Rozmowy z nim były zawsze wielką przyjemnością, ale i wymagały niejakiej mobilizacji; przy Leonie nie można było sobie pozwolić na żadną myślową czy językową niedoróbkę. Gdy coś takiego jednak się zdarzało, chwilę milczał, a potem krótkim zdaniem, często zabarwionym ironią – nigdy nie raniącą rozmówcy – albo paradoksem rozładowywał atmosferę bądź stawiał kropkę nad „i”. Zwykle wolał słuchać niż mówić; jeśli mówił, to po gruntownym, spokojnym przemyśleniu wszelkich racji i ich zważeniu. Nigdy się nie unosił, wszelkie zacietrzewienie było mu obce. Był człowiekiem niebywale inteligentnym i błyskotliwym – lecz nigdy na pokaz, dla efektu. Ewentualny understatement dopełniał swoim niepowtarzalnym uśmiechem: jego twarz, zwykle poważna, skupiona, często smutna, rozjaśniała się wówczas, prawie nie do poznania.

Gdy po śmierci ukochanej żony Joli i przejściu na emeryturę powrócił do rodzinnego Krakowa, spotykaliśmy się dość często i systematycznie w Austerii, na Szerokiej. Spotykamy się tam nadal w gronie przyjaciół, od lat mniej więcej tych samych, już zresztą pokaźnie nadszczerobionym. I jest, jak zawsze, miło, nieraz nawet wesoło, nieraz nawet mądrze – ale miejsce zwykle zajmowane przez Leona, między dwoma nieodżałowanymi Adamami, Wodnickim i Zagajewskim, świeci pustką, prawie dotykalną. Milkniemy i patrzymy w to miejsce, i zdaje nam się, że Leon tylko na chwilę nas opuścił.
Niestety, nie na chwilę. Ale jest od nas niedaleko, na nowym cmentarzu żydowskim; w lipcu 2021 dołączył do obojga Rodziców.
Przez ostatnich kilka lat niedomagał coraz częściej i coraz poważniej. Myśleliśmy, że wśród nas, którzyśmy go kochali i z którymi było mu dobrze, jakoś się dźwignie i dojdzie, bodaj częściowo, do siebie po stracie Joli – ale cios okazał się zbyt silny. Z wielkim oddaniem opiekował się nim do końca nasz i jego przyjaciel, znakomity lekarz prof. Jurek Gąsowski.
Wszyscyśmy podziwiali wielki duchowy hart Leona i takież jego poczucie humoru (vide fantastyczne jego limeryki, zachwycała się nimi między innymi Wisława Szymborska, bardzo z nim zaprzyjaźniona), które nie opuszczało go do końca.
Poznałem go na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, w Oficynie Literackiej, gdzieśmy wydawali nasze książki – ja przekłady, on eseje literackie i także przekłady; tłumaczył ze szwedzkiego – znakomicie. To dzięki niemu zetknąłem się z wielką poezją Tomasa Tranströmera, z którym Leon się zresztą przyjaźnił. Podczas jednego z owych spotkań w Oficynie Leon zwierzył mi się z wielkiego planu – pełnej polskiej edycji twórczości Strindberga; zaproponował mi w tym przedsięwzięciu udział jako tłumacza. (Faktem jest, że wówczas od dawna intrygowała mnie Szwecja i jej kultura; nadal co pewien czas robię intelektualne „wycieczki” na Północ). Po krótkim wahaniu zgodziłem się. Leon miał dobrać grono tłumaczy i poszukać pieniędzy na całą imprezę. W końcu nic prawie z tego nie wyszło – nie pamiętam już, z jakiego powodu. Powiedziałem „prawie”, gdyż w 1993 znalazłem się, dzięki aktywności Leona, w Sztokholmie na krótkim pobycie studyjnym, a w rok później otrzymałem kilkutygodniowe stypendium w ośrodku dla tłumaczy i pisarzy w Visby na Gotlandii. Owocem tych moich obu podróży do Szwecji było wejście w posiadanie stosu książek (z których jedną, biografię Swedenborga pióra S. Toksvig, przetłumaczyłem), oraz nawiązanie kilku istotnych kontaktów literackich. We wszystkich tych działaniach Leon wydatnie mi pomógł, nieraz nawet sam je inicjował. Przy okazji pierwszego, sztokholmskiego pobytu, poznałem też Jolę, kobietę wszechstronnie uzdolnioną (między innymi malarsko), o niezwykłym uroku. Niestety, już wtedy zaczynała się jej choroba.
I tak jedna z moich – najważniejszych – przyjaźni dobiegła kresu. Materialnych śladów zostało mi po niej niewiele – raptem kilka fotografii. Jego ostatnie lata – te krakowskie, po powrocie ze Szwecji – pełne były co prawda cielesnych udręk, chorób, ale też intensywnej pracy literackiej, przekładowej i własnej, ba, nawet organizacyjnej: kilkakrotnie urządzał, w Krakowie i Katowicach, „Dni Tranströmerowskie” – pięknie pomyślane, ze świetnymi gośćmi, od razu zyskały rozgłos i renomę. Wydał między innymi przepyszny, finezyjny i dowcipny tom Wierutnych bajek dla dorosłych dzieci (jego świetny szwedzki przekład pióra Jurka Hirschberga ma się niedługo ukazać), w druku są jego przekłady wierszy Ekelöfa; ukazał się właśnie tom autobiograficzny Brokaty, oba w wydawnictwie Austeria.
Leonard Neuger był postacią wybitną. Zrobił bardzo wiele dla kultury, zarówno polskiej, jak i szwedzkiej. Był za to wielokrotnie nagradzany i odznaczany. Jego po galicyjsku huczny jubileusz siedemdziesięciolecia zgromadził wiele ważnych osobistości z obu krajów. Przy okazji przekonaliśmy się, jak szeroko był znany, ceniony i kochany.
Brakuje go nam bardzo.
IRENEUSZ KANIA
Szkic pochodzi z książki „Gry międzyludzkie Leona Neugera” (red. Aleksander Fiut, Elżbieta Jogałła, Elżbieta Tabakowska), która ukazała się nakładem wydawnictwa Austeria. Aby zamówić – kliknij tutaj
1. „Będzie to bez wątpienia coś, jak wyznanie wiary: wyznanie wiary profesora, który jak gdyby prosi was o przyzwolenie na bycie niewiernym, czy wręcz zdradzieckim względem swych przyzwyczajeń”.
Te intrygujące, może nawet zbójeckie zdania otwierają wykład, który Jacques Derrida wygłosił w roku 1998 na Uniwersytecie Stanforda w ramach cyklu Presidential Lectures. Rzecz dotyczyła wielostronnego namysłu nad sytuacją uniwersytetu i humanistyki, filozof podejmował więc zadanie – przyznać trzeba: nieproste – przed którym i ja teraz staję…
Nie jestem Francuzem, nie jestem dekonstrukcjonistą, nie nazywam się Derrida. Ale poza tym wszystko się zgadza. Chcę was więc prosić, już teraz, na wstępie, o wzięcie w nawias obiegowych, uchodzących zazwyczaj za trzeźwe przyzwyczajeń w myśleniu o naszych powinnościach uniwersyteckich, a także o udzielenie warunkowej zgody na zaproponowaną dalej nietrzeźwość. To, co mam wam do powiedzenia o uniwersyteckiej humanistyce nie mieści się raczej w standardowych rygorach obiektywizującego wykładu, przeciwnie: jest mocno, ostentacyjnie wręcz podszyte subiektywnością. Tak, w rzeczy samej: przedstawiona tu dalej propozycja myślenia o humanistyce, o jej zadaniach i sposobach jej uprawiania, jest, chce być, czymś w rodzaju wyznania wiary, nie dba więc szczególnie o powszechną obowiązywalność zgłoszonych uwag i w żadnym razie nie tęskni do tego, by nakreślony tu obraz podzielali wszyscy uczestnicy naszej konfraterni. Moja narracja mocno podszyta jest pierwszą osobą liczby pojedynczej i nie jest to okoliczność przypadkowa.
Zrąb mojej propozycji, owszem, tworzą myśli mądrzejszych, ale też świadomie naznaczam ją imieniem własnym, co oznacza, że cały czas formując jej kształt nie umiałem, a prawdę powiedziawszy, nawet nie chciałem wymazać z pamięci ponad trzydziestu już lat spędzonych przeze mnie na uniwersytecie w charakterze antropologa-humanisty. Nawiasem mówiąc – jeśli przysłuchać się uważnie obydwu rzeczownikom – to bez trudu pojmiemy, że w gruncie rzeczy znaczą one to samo. „Antropologia” ma co prawda w sobie grecki rdzeń anthropos, podczas gdy „humanistyka” wywodzi się od łacińskiego humanum, obydwie wszakże dziedziny odnoszą się w istocie do tego samego „obiektu”, mają za swój zasadniczy, niezbywalny cel i zadanie maksymalnie szeroki i wgłębny opis oraz zrozumienie tego dziwnego, zmiennego, wciąż wymykającego się poznaniu „przedmiotu badań”, jakimi jest człowiek.
2. Każdy, kto chce dziś rozprawiać dzisiaj o humanistyce doskonale wie, że czyni to z pozycji defensywnych. „Bronić humanistyki – pisała Barbara Skarga – to jakby bronić świata odchodzącego w przeszłość, nieco już anachronicznego”. Humanistyka nie ma dzisiaj dobrych notowań. Podejrzewa się ją pięknoduchostwo, wodolejstwo, estetyzm, nieskuteczność, brak pragmatycznego podejścia i inne świństwa… Jako wierzący i praktykujący humaniści jesteśmy dzisiaj na cenzurowanym, nieustannie czujemy na sobie ciężar – obojętnie: wyimaginowanych czy realnych – zarzutów kierowanych pod naszym adresem. I czujemy się w obowiązku, by dać odpór. Toteż formułowane przez humanistów wypowiedzi o naszym zawodzie (czy może: powołaniu, rzecz do dyskusji) przypominają najczęściej mowy obrończe, różne co do stopnia wyrafinowania i doboru argumentów. Zostaliśmy zepchnięci do narożnika i nieco histerycznie próbujemy z niego wyjść. Stąd bierze się melancholia przenikająca w mniejszym lub większym stopniu wszystko, co mówimy i piszemy. Stąd też czasem gwałtowność naszych reakcji i wysoka temperatura tyrad kierowanych w stronę atakujących.
Taka postawa nie przynosi raczej pożądanych skutków, przekonujemy zazwyczaj przekonanych, a ci do których kierujemy nasze słowa (np. przyrodoznawcy) traktują je zazwyczaj wzruszeniem ramion. Ukrytym, nie poddawanym wątpieniu, założeniem naszego stanowiska jest przekonanie o – mimo wszystko – dobrym stanie współczesnej humanistyki. Warto się jednak zastanowić, czy naprawdę mamy powody do permanentnego samozadowolenia? Rzeczywistość, jak to ona, jest brutalna i niestety raczej nie potwierdza naszych snów o potędze. Częściowy kryzys humanistyki, a w każdym razie jakiegoś jej modelu jest faktem, i nie ma powodu, by w imię pielęgnowania korporacyjnej solidarności udawać, że król nie jest nagi (a przynajmniej, że korona mu z głowy nie spadła). Racjonalnym wydaje się założenie, że precyzyjne i wiarygodne zdiagnozowanie choroby jest wstępnym warunkiem przepisania skutecznej kuracji.
Zależy mi na spojrzeniu ogólnym panoramicznym, dlatego nie uwzględniam w swoich uwagach bliskiego nam kontekstu lokalnego i kwestii związanych z naszą humanistyczną doraźnością. Nie zaliczam więc do poważnych schorzeń humanistyki np. demona parametryzacji, którym straszą nas od pewnego czasu kafkowscy geometrzy nauki. Nie idzie mi nawet o to, że ta idea najwyraźniej wylęgła się w głowie durnia, który zamiast mózgu ma kalkulator i już z tego tylko względu nie zasługuje na rozumny namysł, ale głównie o to, że sam pomysł kwantyfikacji niekwantyfikowalnego (czyli samego serca humanistyki!) jest tylko refrakcją innego, dużo bardziej podstawowego problemu. Jakiego – o tym za chwilę.
Listę słabości współczesnej humanistyki układa się na różne sposoby, odmiennie też rozkłada się akcenty. Dla mnie to, co najistotniejsze w tej materii sprowadza się do trzech głównie zjawisk. Pomówmy o nich krótko.
Pierwszemu schorzeniu na imię jest nadmiar. Już dawno, bo przed trzema dekadami, George Steiner zauważył nędzę sporych odłamów humanistyki i próbował nazwać choroby, które ją toczą. Pośród nich umieścił wyraźną, zauważalną nadprodukcję prac humanistycznych. Steiner jest u nas pisarzem niszowym, a jego prace nie należą do tego, co się obecnie „nosi”. To oczywiście dobrze, bo pozostanie on autorem elitarnym a dostęp do niego znajdą tylko ci, którzy wykażą się pewnym intelektualnym wysiłkiem, źle – bo jego weredyczne zazwyczaj obserwacje dotyczące humanistyki i uniwersytetu są zawsze intrygujące, nawet jeśli nie chcemy się z nimi zgodzić w pełni. Poza tym, warto Steinera słuchać. To nie jest trzeciorzędny nauczyciel akademicki z nic nie znaczącego uniwersytetu, autor dzieł mających lokalny ledwie zasięg. Odwrotnie: jego prace, jak choćby pomnikowe Antigones, szeroko dyskutowana After Babel, czy niezwykłe w pomysłach Grammars of Creation są czytelnym sygnałem, że obcujemy z myślicielem z górnej półki a lata spędzone przezeń na uniwersyteckich wykładach przydają tylko ciężaru jego diagnozom.

Jego znakomita książka, Real Presences (Rzeczywiste obecności), u nas prawie prześlepiona, jest w początkowej części napisaną furioso analizą ówczesnej sytuacji intelektualnej i duchowej. Dodam, że zachowuje ona do dzisiaj moc trafnego rozpoznania. Zarysowuje w swojej książce Steiner kontury „wtórnego miasta”, w którym żyjemy. „Wtórne miasto” oznacza świat zasypany tekstami, tekstami o tekstach i tekstami o tekstach o tekstach. Autor mnoży oskarżenia, a każde jest jak gwóźdź do zbijanej dla tego wtórnego świata trumny: „bękarci słowotok”, „wtórność i pasożytnictwo”, „artykuł klonuje artykuł”. Prawie nikt nie zostaje oszczędzony. Przedmiotem jego ataku jest i dziennikarski bełkot, i pretensjonalne popisy krytyków sztuki, ale przede wszystkim rozdęty bizantynizm produkcji akademickiej z jej scjentyficznym żargonem i pretensją do wyjaśnienia wszystkiego do końca: „Całe pojęcie badań we współczesnej literaturze jest okaleczone przez wyraźnie fałszywy postulat, iż dziesiątki tysięcy młodych ludzi będą miały do powiedzenia coś nowego i prawdziwego na temat Szekspira i Keatsa, czy Flauberta. W rzeczywistości większość doktorskich i akademickich «badań» a także publikacje będące ich odpryskami, są niczym więcej tylko burą mierzwą”. Uwagi dotyczą literatury, ale dają się w dużym stopniu odnieść do innych dyscyplin humanistycznych. Steiner przedstawia w swojej książce niemal apokaliptyczny obraz świata zasypanego górą nikomu niepotrzebnych tekstów, które w dodatku przyrastają lawinowo. (Ktoś, kto nigdy nie promował, albo nie był recenzentem pracy niewnoszącej niczego istotnego do istniejącego stanu wiedzy, boleśnie przyczynkarskiej – niech pierwszy rzuci kamieniem…) Spod tych zwałów słów już nie widać rzeczywistości, tytułowych „rzeczywistych obecności”. Efektem tego procesu jest ucieczka od spotkania z „żywą obecnością” i w konsekwencji postępujące roztajemniczenie świata. Brak słuchu na tajemnicę – w tym miejscu Steiner bierze wysokie „c” – prowadzi do, ni mniej, ni więcej, tylko „zaćmienia człowieczeństwa”. Jeśli nawet podzielić rewelacje Steiner przez pół to i tak jest się nad czym zadumać…
Drugim schorzeniem współczesnej humanistyki jest przyjęcie przez sporą część dyscyplin do niej należących modelu naukowego, dokładniej: modelu wzorowanego na przyrodoznawstwie. Powód był zasadniczy i nie należy go lekceważyć: chodziło, mówiąc pewnym skrótem, o unaukowienie humanistyki, o to, by w obszarze nauki pisanej przez wielkie „N” nie uchodziła już ona za mniej rozgarniętego kuzyna fizyki czy matematyki. Przebieg pracy analitycznej czy interpretacyjnej miał być sprawdzalny a wnioski miały podlegać intersubiektywnej kontroli. Chodziło o ukrócenie rzekomej impresyjności humanistyki i dowolności dostrzeganej w jej interpretacyjnych działaniach. Wszelka kontrabanda subiektywności miała być unieszkodliwiana w zarodku.

Efekty tej zmiany okazały się jednak odwrotne od zamierzonych. Ślepa imitacja przyrodoznawczego wzorca przyczyniła się raczej do słabości humanistyki a nie jej wzmocnienia. Szczególnie (i boleśnie) widać to w obszarze nauk o sztuce. Po czasie stało się oczywiste, choć wciąż nie dla wszystkich, że ścisłe metody nie mają zastosowania w badaniach nad sztuką, że kompletnie nie przystają do tak subtelnych rzeczywistości jak obraz malarski, wiersz czy kompozycja muzyczna. Nie ma takiego algorytmu, który zda nam w pełni sprawę z cudownego zawieszenia czasu w Widoku Delft Vermeera, tajemnej głębi Elegii duinejskich Rilkego, czy otchłannej geometrii Kunst der Fuge Bacha. To są całkiem inne obiekty niż przedmioty fizyczne, o których piszą biolodzy, czy liczbowe, o których rozprawiają matematycy. W „równaniach” humanistycznych prawa strona rzadko równa się lewej, opis i rozumienie może być tylko względnym – w zależności od wielkość dzieła – przybliżeniem. Nie ma maszyn, przy pomocy których można zweryfikować prawdziwy geniusz albo bez trudu wydestylować z morza obiektów zaliczanych do obszaru sztuki to, które zasługuje na miano arcydzieła. Tu trzeba czegoś więcej: ostentacyjnie subiektywnego doświadczenia, związanego z wewnętrznym poruszeniem, iskrą, która przebiega nam po krzyżu, poczucia stąpania po granicach poznawalnego (przyznacie chyba: jakże nienaukowe to sformułowania!). Żywy kontakt z dziełem i ryzyko, które pojawia się wraz z jego oceną, są dla badań humanistycznych tym, czym dla fizyków czy chemików laboratorium, w którym dochodzi się do weryfikowalnych wniosków. Tej subiektywnej domieszki humanistyki nie da się w żaden sposób zneutralizować. Pora przyjąć do wiadomości, że humanistyka nie jest i nie może być nauką uprawianą more geometrico, że nie da się jej przepisać na obiektywne i sprawdzalne – zawsze i dla każdego – formuły algorytmiczne. Bliska jest mi uwaga sformułowana pod koniec życia przez Ernsta Gombricha, według którego „subiektywna reakcja musi być i pozostanie duszą humanistycznej przygody”. Nie znaczy to przecież, że humanistyka subiectum podszyta, pozbawiona jest walorów poznawczych; oznacza to tylko tyle, że ma ona własne reguły usprawiedliwiania i oceny swoich wyników. Nie musi być w swoich największych dokonaniach zbiorem lirycznych wyznań bez pokrycia. Tutaj „metoda” dostosowana jest do przedmiotu rozumienia, który – ileż razy trzeba to powtarzać – jest szczególny. Ryszard Przybylski, chodzący własnymi drogami filolog i literaturoznawca, szydził wiele lat temu z humanistycznego scjentysty, który biega z ekierką po wielkim gmachu naszej kultury i obsesyjnie mierzy jego kąty: „Najczęściej zresztą tylko proste kąty, których w tym dziwnym pałacu jest akurat bardzo mało”.
Trzecim ważnym schorzeniem współczesnej humanistyki jest owczy pęd ku specjalizacji. Oczywiście, i to zjawisko jest w jakimś stopniu zrozumiałe i wytłumaczalne. Przyrost wiedzy humanistycznej stał się tak potężny, że nie sposób znać się na „wszystkim”. Szanujący się historyk filozofii starożytnej nie może już odpowiedzialnie powiedzieć, że w pełni ogarnia swój przedmiot, skoro tylko na temat Platona wychodzi rocznie kilkadziesiąt ważnych prac, a każda linijka z każdego dialogu platońskiego została prześwietlona dokładnie. To samo z literaturą angielską i Szekspirem, to samo z wiedzą o muzyce baroku, czy o malarstwie weneckim. Nie sposób znać się na „wszystkim”, więc logiczną drogą wydała się badaczom akademickim koncentracja na wybranym fragmencie wielkiego pola obrabianego przez humanistykę. Ale nic za darmo.
Co zyskaliśmy na kompetencji, rzetelności i klarowności naszych specjalistycznych studiów, straciliśmy na ogólnym poczuciu sensu. Humanistyczni „detaliści” tak bardzo pogrążeni w cyzelowaniu wniosków odnoszących się do coraz bardziej ograniczonych obszarów ich studiów stracili z oczu szerszą perspektywę i przestali widzieć opisywany szczegół jako funkcjonalną i obarczoną sensem część większej całości. Posługując się metaforycznym skrótem: widzimy pojedyncze drzewa (które opisujemy z coraz większą precyzją), ale w trakcie tych zajmujących działań zniknął nam z oczu las. W konkluzji nad nieuchronnym już chyba odwrotem „wielkiej humanistyki” z naszego myślenia i naszych uniwersytetów pisał melancholijnie Wiesław Juszczak, znakomity filozof sztuki: „Pogrążyliśmy się w specjalizacji i przeinformowaniu tak, że nie ogarniamy już żadnej całości. A nade wszystko nie ogarniamy samych siebie. Czasem odnoszę wrażenie, że popularność parapsychologii albo karykaturalnie upraszczanej psychoanalizy stanowi powierzchniowy objaw znacznie głębszego fenomenu: ukrycia się człowieka współczesnego przed samym sobą, i jego lęku przed własną tajemnicą. Wydaje nam się, że jesteśmy w stanie poznać wszystko. I jesteśmy nadto o tym nieustannie przekonywani. Nie możemy zatem znieść tajemnicy jako tajemnicy”. Wąskie specjalistyczne ujęcia tracą często z oczu to, co najważniejsze w humanistycznym poznaniu: sens, jaki kulturowe artefakty mają dla odpowiedzi na zasadnicze pytanie: kim jest człowiek, kim jest ów anthropos, którego ekspresje tak skrupulatnie badamy.
Ze specjalizacją łączy się ściśle widmo pozytywizmu, które z oddali rządzi pokaźną częścią produkcji humanistycznej. Tak, wbrew ogłaszanym z hukiem humanistycznym rewolucjom, twierdzę, że pokaźna część naszej humanistyki żyje wciąż w paradygmacie pozytywistycznym. Dowodów aż nadto. Same pytania o naukowość humanistyki, o obiektywizm humanistycznego dyskursu z tego przecież źródła płyną! I jak widać nie zmieniają tej sytuacji żadne dęte zaklęcia, ani organizowane niegdyś pasjami sesje na temat przełomu antypozytywistycznego. Odtrąbionego chyba przedwcześnie… Pozytywizm myślenia humanistycznego polega – w największym skrócie – z jednej strony, na próbach upodobnienia się humanistyki do modelu przyrodoznawczego, z drugiej, na obsesyjnym zajmowaniu się narzędziami poznania, przy śladowym zainteresowaniu jak naprawdę istnieje to, co istnieje. Na zamianie pytania ontologicznego w epistemologiczne. Na maniakalnym czyszczeniu szkieł (zauważalna hipertrofia rozważań metodologicznych), byle tylko niczego przez nie nie zobaczyć. Na odmowie zauważenia i uznania pewnego typu doświadczenia, które z braku lepszego słowa, nazwać by trzeba duchowym…

Fot. Piotr Sztajdel
Widać to szczególnie w akademickiej refleksji nad sztuką. Wspomniany Juszczak, który proponuje, by w refleksji nad sztuką, twardą jakoby opozycję subiektywne-obiektywne obchodzić z daleka szerokim łukiem, formułuje proste dyrektywy odnośnie interpretacji dzieła sztuki, a jego uwagi w tej kwestii można by uogólnić na inne obszary humanistycznego doświadczenia. Pytany o wiarygodne narzędzia analityczne służące do opisu i analizy dzieła sztuki, odpowiada dość zastanawiająco: „Nie trzeba żadnych narzędzi. Wystarczy poważny namysł i najprostsze środki mowy. Rzecz tylko w tym, że trzeba niejako w każdej chwili zaczynać od początku, od nowa. Nie pomoże w tym żadna tradycja, żadna kumulacja wiedzy, żaden – tym bardziej – postęp i «rozwój środków». Oczywiście doświadczenie liczy się, jest konieczne jako ćwiczenie wyobraźni, jako «wtajemniczenie». Ale ostatecznie najważniejsza staje się świeża, jakby nieuprzedzona, zawsze od najpierwotniejszego punktu się rozpoczynająca refleksja nad tym, że zostaliśmy postawieni – w dziele, które jest tylko śladem aktu twórczego – postawieni wobec jakiegoś odkrycia, że zostaliśmy zaskoczeni przez prawdę. To zdarza się niezależnie od czasów, zdarza się i może zdarzyć się zawsze”.
„To zdarza się niezależnie od czasów, zdarza się i może zdarzyć się zawsze”. To ostatnie zdanie, jeśli domyśleć je głęboko, wstrząsa akademickim myśleniem o powinnościach humanistyki. Pokazuje mianowicie, że w materii humanistycznego poznania, po pierwsze, żadne, najbardziej nawet wyrafinowane narzędzia poznania nie zastąpią pojedynczej wrażliwości, po drugie, że w każdym istotnym akcie poznawczym, zawsze jesteśmy jak gdyby u początku, że nie zostało powiedziane słowo ostatnie, że wciąż wszystko przed nami…
Schorzenia, o których wspomniałem są powierzchniowymi symptomami zjawiska. Ich korzenie tkwią jednak głębiej i nie pozwalają się już tak łatwo zdeszyfrować. Tworzą one system naczyń połączonych, składających się na coś, co zwykło się nazywać nieprecyzyjnie, ale zrozumiale „duchem czasu”. Pośród tych głębszych, „niewidzialnych” przyczyn jest jedna o fundamentalnej wadze. To kwestia, najogólniej rzecz ujmując, naszego stosunku do czasu. Twierdzę otóż, że nie tylko żyjemy w szczególnym czasie, którego główny parametr dobrze opisuje znana formuła Daniela Halévy’ego: acceleration d’histoire, ale także, że skrytym dogmatem naszego myślenia humanistycznego jest historyzm, to jest – mniejsza o ścisłe definicje – pogląd, który z czasowej zmienności uczynił niemal religijny fetysz i który mocno dowartościował aktualny moment historyczny. Warto wszakże pamiętać o tym, że „nasze przekonanie o historyczności człowieka «w ogóle» – jak pisał trzeźwo Hans Jonas – samo jest produktem historycznym”. Nie jest więc żadną dziejową koniecznością, z którą – na mocy dekretu – zgodzić się trzeba, przeciwnie: jest tezą mocno związaną z konkretnym czasem, nosi więc wszelkie cechy aksjomatu o wyraźnie historycznych korzeniach.
Tak czy inaczej, to z historystycznie rozumianej idei czasu biorą swój początek pączkujące w XX wieku w postępie wykładniczym nurty i prądy w sztuce, ale także mnożące się wciąż metodologiczne nowinki w humanistyce. Tak właśnie: jesteśmy zakładnikami czasu pojmowanego jako ustawiczna zmienność, nie dziw tedy, że sezonowe odkrycia podnosimy do rangi bytów absolutnych. Nawet ślepi na jedno oko widzą, że nie nadążamy już z odnotowywaniem kolejnych -izmów w sztuce, tak jak nie nadążamy korzystać z sensem z pojawiających się na scenie humanistycznej nowych języków i metodologii, bo to, co nosiło się wczoraj, dzisiaj uważane jest już za anachronizm. Metodologie humanistyczne boleśnie upodobniają się do sezonowych mód. Wystarczy tylko posłuchać młodych adeptów różnorakich dziedzin humanistycznych – ich teksty to wybitnie czułe sejsmografy tego, co się obecnie nosi i co się nosić opłaca. Po części rozumiem taką postawę, tyle, że to wszystko nie takie proste…
Kiedy o tym wspominam, to nie po to, by popaść zaraz w tandetną moralistykę starego zgreda, który jakoby całkowicie wolny jest od wpływów świata za oknem i właśnie sposobi się, by odegrać groteskową rolę jedynego sprawiedliwego w Sodomie. Mówię o tym zjawisku z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że dowodzi ono przekonująco prawdziwości zgłoszonej wcześniej tezy o historyzmie. Po drugie dlatego, by powiedzieć, że mam poważne podejrzenie, iż wysławiane dziś pod niebiosa wielkości sczezną dosyć prędko i stanie się z nimi to samo, co z niedawnymi gwiazdami tzw. nurtu postmodernistycznego. Postmodernizm, jeśli wierzyć jego żarliwym ministrantom, miał być na wieki, a jak widać ledwie dwudziestu lat nie przeżył. Takie porażki powinny dawać do myślenia…
3. Idźmy dalej. Dodajmy teraz do narysowanego tu szkicowo obrazu jeszcze jeden ważny tekst. Pracą, która zbiera niemal wszystko to, o czym tu mówiłem, ale – co dla nas ważne – dodaje do tej układanki jeszcze jeden ważny element, jest książka Lindsaya Watersa, Enemies of Promise: Publishing, Perishing, and the Eclipse of Scholarship. Autor jest redaktorem naczelnym działu humanistyki w wydawnictwie Harvard University. Umocowany w tak strategicznym miejscu ma więc wyjątkową sposobność obserwowania istotnych zmian zachodzących w humanistycznym myśleniu i praktyce, dlatego też jego uwagi o kłopotach humanistyki są tak wiarygodne i mają tak poważny ciężar. Zmierzch wiedzy to pisana w poetyce pamfletu (przechodzącego miejscami w lament) rozprawka o nędzy świata humanistycznego i negatywnych konsekwencjach tego stanu rzeczy. Tak dla uniwersytetu, jak i dla kultury samej.

Nie mam zamiaru detalicznie dyskutować z Watersem (a zaręczam, byłoby z czym), przywołuję jego książkę z jednego tylko, ale ważnego, powodu. Chcę mianowicie wydobyć z niej niezwykle, moim zdaniem, ważną myśl na temat duchowych powinności humanistyki. Tak właśnie: duchowych. Podkreślam ten fakt szczególnie, bowiem leksyka tej książki jest równie nie na czasie, jak pomieszczone w niej obserwacje i wnioski. Jest otóż rzeczą niezwykle symptomatyczną, że pisząc o zadaniach humanistyki współczesnej Waters używa raz po raz tak anachronicznych wyrażeń jak „pielęgnowanie duszy”, a pośród dywagacji o zabijaniu humanistyki przez demona nadprodukcji słowa drukowanego i zmorę kwantyfikacji (bliskie mi tematy), znienacka pojawia się umęczona albo zatruta dusza studenta wydziału humanistycznego.
Krótka introdukcja dobrze odsłania przestrzeń, w której Waters lokuje fundamentalne problemy, przed którymi stoją dziś humaniści: „Nasz kłopot polega na tym, że w swej istocie humanistyka – w czym niepodobna jest do nauk ścisłych, ani społecznych – koncentruje się na zdolności do wydawania sądów, na procesie, w którym wyobraźnia – jak pisze Kant w Krytyce władzy sądzenia – «wnika w samą siebie», a dusza «rozszerza się». Władza sądzenia stanowi fundament, na którym zbudowano humanistykę. W gruncie rzeczy funduje ją proces dążenia do autorefleksyjności, nadający istotom ludzkim wolność wydawania sądów, decydowania o tym, jak się rzeczy mają. […] Nowoczesna humanistyka wzięła swój początek z debat nad wartością malarstwa, architektury, rzeźby i literatury prowadzonych w miastach Półwyspu Apenińskiego od czasów Dantego aż po dzień dzisiejszy. Ocena opiera się na subtelnym działaniu, w którym opinia i uczucie liczy się tak samo jak wiedza”.
Waters dość otwarcie krytykuje model humanistyki jako twardej scjencji, podkreśla jej autonomię i swoistość. Zdaje się, że chętnie by wrócił do terminu Geisteswissenchaften i tym nazewniczym gestem proklamował zapoznaną tradycję nauki o duchu. Irytuje go potężniejący spektakl przyrostu wiedzy dla niej samej. Chce nas uwrażliwić na korzyści duchowej natury, które może przynieść uważne i poważne praktykowanie zadań humanistyki. W jego rozumieniu, nie jest to tylko gra w poznanie w jego wąsko dyskursywnej wykładni. Nie sposób wypreparować zeń emocji, a już całkiem jałowe i groźne jest odcięcie go od sfery żywej egzystencji. Taka konkluzja nie oznacza wszakże, że chce on widzieć humanistykę jako trywialnie pojętą działalność oświatową. W swoim rozumieniu humanistycznych powinności Waters cały czas balansuje między poznaniem czystym, zamkniętym w specjalistycznych zakładach, a doraźnym (społecznym, politycznym) zaangażowaniem. To prawda, podkreśla on, że dyscypliny humanistyczne powinny wyjść z czysto epistemologicznej studni, ale nie oznacza to od razu ich przesunięcia w obszar społecznej aktywności. Remedium na wąsko specjalistyczny przechył humanistyki nie jest na pewno humanistyka zaangażowana.
Nie sposób wszakże mieć wątpliwości, że podczas lektury towarzyszy nam cały czas świadomość, że wszędzie tam, gdzie mówi on o zadaniach humanistyki, idzie zawsze o sprawy pierwsze: „Humaniści studiują książki i artefakty po to, by odnaleźć ślady naszego wspólnego człowieczeństwa”. Cała reszta: zadrukowywanie papieru nikomu niepotrzebnymi tekstami, bolesna kakofonia głosów, którym nie chodzi o nic, przysłania tę prostą prawdę. „Głębia myśli nie zawsze ujawnia się w krzykach, ale czasami ujawnia się w szeptach”. Trzeba raz jeszcze przemyśleć związek, jaki zachodzi między wiedzą i ciszą…
To wszystko, zdaję sobie sprawę, nie brzmi najlepiej. Nazbyt może nobliwe słowa: wolność, człowieczeństwo, cisza, a gdzieś w tle dopiero codzienna i nieefektowna praktyka badawcza. Ale te pompatyczne czasem pasaże, histeryczny, z lekka nawet apokaliptyczny ton (coś nieodwołalnie pękło, coś się skończyło) to kwestie dla istoty sprawy bez znaczenia. Tak naprawdę idzie bowiem o imponderabilia.
Waters jest w swoim rozumieniu zadań humanistyki wyrazisty i uparty, a w tym uporze nieprzejednany. W książkach (mowa o literackiej klasyce), powiada, jest zdeponowane coś więcej niż wiedza, niż fakty, niż informacja: „Nazwijcie mnie zatem idolatrą. Wierzę, że książki mogą nas zmieniać, że najlepsze z nich mają w sobie zdolność wchodzenia z nami w interakcję w sposób, który wnosi do życia coś nowego. Ale musimy im pozwolić w nas działać. Dla pragmatystów słowa i książki są kitem – giętkimi narzędziami używanymi do wyższego celu, jakim ma być dominacja nad innymi ludźmi. Triumf żądzy dominacji to dla nich zasadniczy cel. […] Wbrew pragmatystom, z ich przekonaniem, że nic nowego nie pojawi się już w uniwersyteckich poszukiwaniach, przywołuję św. Augustyna, starożytnego chrześcijańskiego humanistę, którego mantrą była formuła: Tolle, lege – «Weź, czytaj». Św. Augustyn sprzeciwiał się działaniu tych współczesnych, którzy pozbawiają książkę jakiegokolwiek znaczenia lub treści, ponieważ wierzy, że przedmiot, książka, film, czy piosenka, pewien artefakt znajdujący się poza moim ciałem, może doprowadzić mnie do interakcji, zdolnej zmienić mnie duchowo (podkr. DC). Smutna to prawda, że zbyt wielu obecnych profesorów wierzy, iż dzieła sztuki najlepiej wykorzystać w nauczaniu moralności – że mogą posłużyć za tablice zawierające Dziesięć Przykazań – a nie wierzy przy tym, że są one w stanie zmienić nasze życie w sposób niemożliwy do przewidzenia, a nawet zainspirować jego nową postać”.
Jeśli nawet uznać, że książeczka Watersa ma pewne wady (nazbyt pospieszna i nierówna w argumentacji), to ożywiająca ją fundamentalna intuicja o duchowej zawartości ważnych tekstów i symetryczna do tego rozpoznania teza o duchowej naturze czytania, zdaje mi się konceptem, którego znaczenia przecenić nie sposób. Waters przekonująco wywodzi, że książki nie są (a na pewno nie powinny być) tylko – jak zwykliśmy mówić – „przedmiotami poznania”, że ufundowane na scjentyficznym modelu strategie poznawcze zabijają to, co w nich najcenniejsze. A mianowicie: istniejącą w nich in potentia zdolność wpływania na nasze życie. A nawet coś więcej: realną zdolność ingerowania – w mniejszym czy większym stopniu – w nasz sposób postrzegania rzeczywistości, a czasem radykalnego odmieniania go. Pogłos rilkeańskiego Torsu Apollina (pamiętamy wszyscy to imperatywne: „musisz swoje życie zmienić”) jest w takim pojmowaniu naszego spotkania z dziełem sztuki (książka jest tu, rzecz jasna, tylko jedną z możliwości) aż nazbyt wyraźny.
Autorowi chodzi, jak rozumiem, o to, by wyjąć dzieło spod władzy operacji tylko i wyłącznie poznawczych, w których idzie zazwyczaj o zyski erudycyjne albo potwierdzenie sprawności metody. A w to miejsce pojawia się propozycja lektury egzystencjalnej, w której główną stawką jest moje rozumienie. Mój respons i moje życie. Idzie o to, by interpretowane dzieło (np. czytaną książkę, oglądany film, słuchaną muzykę) wyprowadzić z antyseptycznych uniwersyteckich rewirów i mocniej związać z realnym życiem. Jeszcze inaczej: żeby zrozumieć, że w szeroko rozumianej lekturze tekstów kultury chodzi może najpierw i przede wszystkim o fundamentalny zysk poznawczy w postaci przemiany naszego wnętrza. Że chodzi nie o literę (mówiąc frywolniej: o litery!), ale o ducha właśnie. Musimy, pisze w podsumowaniu Waters, „pokazać, jak interakcja czytelników, oglądających oraz słuchaczy potrafi skumulować te rodzaje doświadczenia, które pozwalają naszej duszy rozkwitać momentalnym blaskiem”.
Mam rzecz jasna, pełną świadomość, że w dzisiejszym uniwersytecie – opanowanym przez rozmaite schorzenia, z punktozą i grantozą na czele – tego rodzaju propozycje muszą brzmieć dość egzotycznie, a może nawet zostaną potraktowane jak gruby nietakt.
4. Pora już chyba na konkluzje. Na koniec więc, obiecane na wstępie, dwa finalne wyznania wiary humanisty, profesora. Pierwsze odnosi się do uniwersytetu, drugie do humanistyki.
Wierzę w uniwersytet, który będzie konfraternią wolnych i twórczych duchów, ludzi, dla których bezinteresowne myślenie o zadaniach poznawczych stanie się celem nadrzędnym. Którzy w swoim myśleniu będą szli zawsze za głosem pasji i wewnętrznego przekonania o wadze „przedmiotu”, który studiują, bez względu na to, czy na realizacje ich projektu znajdą się pieniądze z grantu – tego św. Graala naszych młodych humanistów. Powie ktoś, że projektuję tu może szlachetną a kompletnie nierealną akademicką utopię. Czy naprawdę? Rzeczywistość bywa czasem bardziej zaskakująca niż nasze o niej myślenie. Choć świat, o którym myślę teraz jest trochę od Polski oddalony.
W powstałej niedawno Santa Fe Institute w Nowym Meksyku, uczelni bez dożywotnich etatów, bez pętających inwencję grantów i ogłupiającego szaleństwa punktozy, odnajduję coś z ducha zarysowanej tu grubą kreską wizji humanistyki i uniwersytetu. Oto jak o istocie tego projektu mówi David Krakauer, biolog ewolucyjny, eminentny badacz złożoności i dyrektor tej żywej utopii wcielonej: „Próbuję w Santa Fe tworzyć takie środowisko, w którym ja sam i moi przyjaciele chcielibyśmy przebywać. Zdecydowanie sprzeciwiam się ograniczeniom, wszelkiego rodzaju małostkowościom. Piszesz powieść, która chciałbyś przeczytać. Kręcisz film, który chciałbyś obejrzeć. Budujesz warunki, w których sam chciałbyś pracować. Chodzi o kulturę, która wspiera skłonność do eksperymentowania, obrazoburczość, sprzeciw wobec establishmentu, rygorystyczność, psotność, umiejętność współpracy. Trochę jak w klasztorze, tylko bez celibatu. […] To może mieć coś wspólnego z rodzajem idei generowanych na dużych wysokościach, w rozrzedzonym powietrzu. Poziom wolności i atmosfera spekulatywności wymagają osobistego zaangażowania w poszukiwania. Nauka stała się przemysłem, ciągiem procedur, cyklem produkcji i ludzie odwykli od swobody mentalnej”.
Dostrzegając ten niepokojący przechył w rutynie uniwersyteckiej Krakauer w swojej uczelni proponuje rozwiązania, które mają za zadanie rozmontować ten smutny i jałowy świat korporacyjnych powinności. Nie dziwi mnie zupełnie, gdzie biją źródła jego subwersywnego konceptu: „Inspiruje mnie świat artystyczny, świat powieści, kina, muzyki. Świat kultury indywidualizmu. Myślę często o bohaterach powieści, które uwielbiam, o Ulrichu z Człowieka bez właściwości Roberta Musila, o życiu jako niekończącym się procesie odkryć i rozczarowań. To mój model. Moim modelem nie jest udekorowany laureat. Mam to w dupie. Interesuje mnie humanistyczny aspekt życia naukowego”.
Powiedziałbym nieskromnie, że to dokładnie tak jak mnie. W gruncie rzeczy o niczym innym tu od pół godziny nie mówię. Z tym, że ja myśląc o kryzysie dzisiejszego uniwersytetu i tropiąc powody słabości humanistyki, niemal kompletnego wyprania jej z ducha bezinteresownego poszukiwania, z ducha przygody i ryzyka, zwracałbym się może bardziej w stronę Kastalii z Gry szklanych paciorków, tej fikcyjnej krainy umieszczonej przez Hermana Hessego gdzieś w Europie. Do tego niezwykłego, pogrążonego w klasztornej aurze bezczasu królestwa poszukiwania prawdy. Do żywej i owocnej poznawczo relacji mistrza z uczniami. Tutaj nikt nie mówi o pieniądzach, dużo natomiast mówi się o warunkach możliwości dochodzenia do prawdy. Znamienna jest scena, w której główny bohater, młody Knecht domaga się wiedzy pewnej i zostaje skarcony szybko przez Musikmeistra: „Marzy ci się koncepcja, która gwarantowałaby absolutną mądrość, ale taka doktryna nie istnieje […] Boskość jest w tobie, a nie w pojęciach czy książkach. Prawdę się przeżywa, nauczyć się jej niepodobna”.
Pojmuję dobrze, że dla współczesnego uniwersytetu to myśl wywrotowa i zupełnie niestrawna, obawiam się jednak, że tylko radykalne odejście od urzędniczego wzorca humanistyki dominującego w naszych uniwersytetach mogłoby ją jeszcze uratować. Podobnie jak docenienie wagi i powagi jednostkowego, żywego, egzystencjalnego doświadczenia w jej uprawianiu. I to zarówno po stronie nauczycieli jak i uczniów.
Nie mam wątpliwości, że musimy powrócić do zniesionej przez demokratyzujący powiew instytucji mistrzów. Przewodników, którzy nie tyle dostarczają „pozytywnej” wiedzy (oczywiście też), ile własnym przykładem uczą studentów wrażliwości i żarliwości w myśleniu o Istotnym, tego, że akt poznawczy jest czymś większym niż zwykła procedura algorytmiczna, że jeśli ma przebijać granice możliwego, musi angażować całe życie. O takich mistrzach pisał w innej swojej książce George Steiner, za wzór stawiając Nadię Boulanger, sławną francuską nauczycielkę kompozycji w paryskim konserwatorium, mistrzynię kilku pokoleń adeptów sztuki kompozycji: „Niezliczone są opowieści o jej mistrzostwie technicznym, wychwytywaniu nawet najmniejszej pomyłki czy błędu, furii, z jaką atakowała najmniejszą łatwiznę w kompozycji czy wykonaniu, niebywałej pamięci, można jednak podejrzewać, że geniusz jej na czym innym polegał i dałby o sobie znać w każdej innej dyscyplinie. Jej zaangażowanie w akt nauczania było absolutne, «totaln w sensie rzadko spotykanym. Jej niewzruszone przekonanie, że talent i kreatywność nie podlegają normom sprawiedliwości społecznej było wyrazem elitaryzmu, który nieobcy był także jej uczniom. Wierzyła, iż staną się tymi, którymi muszą się stać, a to najwyższy dar u Mistrza”.

W swoim myśleniu o uniwersytecie myślę podobnie; jestem w tej kwestii skrajnie, brutalnie wręcz antydemokratyczny. Jestem za uniwersytetem elitarnym, instytucją, która daje w pierwszym rzędzie szansę realizacji najzdolniejszym i najbardziej twórczym jednostkom. Rzecz jasna, nauka powinna być dostępna dla wszystkich, ale trudno nie zauważyć, że – podobnie jak sztuka – jest też nauka boleśnie niedemokratyczna, premiuje przede wszystkim tych, których zdolności i praca wynoszą ponad przeciętność. I nie ma powodu, żeby o tym zapominać. To głównie dla nich powinien być uniwersytet, dla tych, którzy mają ochotę tracić czas na pozbawione użytecznego wymiaru myślenie, którzy chcą oddawać się kompletnie niepraktycznej grze w szklane paciorki…
Wierzę w humanistykę, odchodzącą bodaj w przeszłość, o której mówiono niegdyś: „wielka humanistyka”. Bliski jest mi taki rodzaj humanistycznej refleksji, która z natury rzeczy nie ogranicza się do jednego wąskiego pola badawczego i która sama siebie rozpoznaje jako część wspomnianych Geisteswissenschaften, nauk o duchu. Mam na myśli humanistykę, która wie, że nie urodziła się wczoraj i ma świadomość, że stoją za nią wielkie duchy przeszłości. Humanistykę, która nie chce podlegać ideologicznym przechyłom i stara się zadawać pytania pierwsze, bo na drugie po prostu szkoda jej czasu. Humanistykę, która ceni znawstwo, ale ma zdrowy dystans do źle pojętej specjalizacji i źle rozumianego profesjonalizmu. Wreszcie, humanistykę, która zajmuje się steinerowskimi „rzeczywistymi obecnościami”, a nie tylko niekończącym się międleniem o językach, w które można by je schwytać.
Uspokajam: takie myślenie o genezie i powinnościach humanistyki nie jest żadnym desperackim atakiem na Naukę: nie twierdzę przecież, że lepiej nie wiedzieć niż wiedzieć, że lepiej nie myśleć niż myśleć. Jeśli już to jest to atak na jej ideologiczne odrośla, na jałowość twardych konstrukcji scjentyficznego pochodzenia, tych zwłaszcza, które w pragnieniu dotarcia do Prawdy, prześlepiają całe połacie istotnego, z tajemnicą na czele. Ta ostatnia nie ma wstępu na naukowe salony, bo – mimo ogłaszane przełomy – wciąż czujemy na sobie ciężki oddech pozytywistycznego paradygmatu. Obiektywizm i ścisłość wciąż straszy w dziedzinie nauk o duchu. Jeśli „duch” kojarzy się komuś tylko z seansem spirytystycznym albo z otępiającym zapachem kruchty, to mówmy może o humanistyce egzystencjalnej, o egzystencjalnym namyśle. W rozumieniu „egzystencji”, o której pisali Jaspers czy Szestow, a idąc dalej: Kierkegaard, Pascal, św. Augustyn i innych… To jest ta przez wieki idąca „wieczna” opowieść, która wciąż zwraca uwagę na to, co w kondycji ludzkiej stałe i niezbywalne: „Może nieprawdą jest – pisał wspomniany Hans Jonas – jakobyśmy dla zrozumienia siebie samych musieli znać całą naszą prehistorię, a do tego jeszcze historię całej reszty ludzkości. Ale jeśli to jest prawdą, to może nie jest prawdą, że musimy zrozumieć siebie, żeby być prawdziwymi ludźmi. Dla tego celu ważniejsza może okaże się wiedza o wiecznym niż rozumienie doczesnego, może istotniejsze okaże się widzenie siebie w świetle tej pierwszej niż objaśnianie siebie przez to drugie”.
Tak właśnie: doczesne przegląda się w wiecznym, bo w świecie ducha postępu nie ma i być nie może. Także i humanistyka podlega temu prawu. Pytając o człowieka, śledząc pozostawione przezeń świadectwa (od archeologicznych po współczesne) w gruncie rzeczy wciąż odpowiadamy na pytania postawione już przez naszych antenatów w odległej przeszłości, choć zapewne dziś odpowiadamy na nie inaczej. Jak zauważył Daniel Bell w The Cultural Contradictions of Capitalism (rok wydania 1976! – książka, do której warto dziś powrócić): „W kulturze nie ma kumulacji, mamy raczej ricorso do pierwotnych pytań, przed którymi stają wszyscy ludzie we wszystkich czasach i miejscach, a które wywodzą się ze skończoności kondycji ludzkiej i napięć biorących początek w trwałym pragnieniu, by wyjść poza nią. […] Odpowiedzi różnią się, ale pytania zawsze pozostają te same”.
W humanistyce, o której myślę i która mnie wciąż porywa, chodzi, mówiąc najprościej, o to, by utrzymywać te pierwotne pytania w grze; jeszcze inaczej: by podtrzymywać między nami ten ogień, który nie myśmy kiedyś rozpalili.
5. Napisał pięknie Steiner: „Dopóki ludzie boso wypuszczają się na poszukiwanie Mistrza (wątek częsty w chasydyzmie), bezpieczne jest życie ducha”. Rozumiem, że w tym zdaniu nie idzie Steinerowi o promocję wiejskiego trybu życia (bosi przeciwko obutym), bliskiego naturze. Chodzi może raczej o odwagę wyjścia poza system i – wbrew pozorom – intelektualną niepodległość. Mistrz nie jest tu bowiem figurą supremacji i tępej opresywności prowadzącej do zniszczenia naszej autonomii. Oznacza (via chasydzi) wciąż tlącą się żarliwość oraz niestygnącą chęć, by myśleć Niemożliwe. Bez tego fundamentalnego pragnienia wyjścia poza horyzont – pragnienia ze swej istoty nieziszczalnego, utopijnego – cała nasza humanistyka będzie co najwyżej antologią myśli martwo urodzonych a uniwersytet stanie się szkołą zawodową dla półinteligentów. A tego sobie i Państwu nie życzę.
DARIUSZ CZAJA
Wykład wygłoszony 26 IV 2018 roku na Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Łódzkiego.
O Tarasie Prochaśko – ukraińskim pisarzu, dziennikarzu i botaniku z wykształcenia – Jurij Andruchowycz mówi, że uprawia szeroko pojętą „karpatologię”. O Ukrainie Prochaśko mówi: „Ten kraj przypomina biesagi. Biesagi jakiegoś wiecznego tułacza, uciekiniera, wędrowcy, który cały dobytek nosi ze sobą, zabierając jeszcze po drodze, co się trafi, wrzucając w te właśnie biesagi”. I: „Ten kraj podobny jest do biesag również w tym, że słowa «biesagi» nie zna większość”. Zdjęcie zrobiłam 10 października 2008 podczas festiwalu literackiego Homines Urbani w Willi Decjusza.

Taras Prochaśko, Kraków 2008, z cyklu: „Portrety”, © Elżbieta Lempp
25 maja 2022
ELŻBIETA LEMPP
dla Ani Muszyńskiej
W tych dniach trzeba się szkolić w opisie. Nosić ze sobą zeszyt. Zadanie: jak opisać pustkę. Jak opowiedzieć, że nic się nie dzieje. Nie robić zdjęć. Tam od razu widać, że ulica jest pusta, że kanał płynie bez względu na to, czy coś po nim płynie. Łatwa robota. Chciałoby się chodzić po wodzie.
Niedzielne popołudnie na Zattere. Cisza zwielokrotniona przez pustkę. Duet, tercet, kwartet, orkiestra. Kołyszemy się. Pomost na łańcuchu ociera się o wodę, woda o łańcuchy, łańcuchy o pale związane łańcuchami w pęczki jak szparagi z Bassano, teraz w sezonie. R. mówi, że jadł kiedyś takie grube jak nadgarstki. Siadam na ławeczce z książką w ręku, ale nie będę czytać. Szkoda czasu. Patrzę na metalową drabinkę, obok niej czerwone koło ratunkowe zawieszone na poręczy. Jestem na basenie. Schodzę.

Zamykam oczy. Przez chwilę się boję, że ktoś wyskoczy mi zza pleców i wepchnie w ubraniu do wody. W ciemności łatwiej się bać. Gorsze są zbrodnie w biały dzień. Plusk nurkującego kormorana, kormoran suszący skrzydła, kormoran łopoczący skrzydłami, gdy zrywa się do lotu. Pies szczekający na Giudece. Mewa.
To jest duży pokój, w którym zapomniano zgasić światło. Wchodzisz tam nagle w środku nocy i zastajesz wszystko śpiące, pogrążone w sobie, doskonale widoczne, nagie, zaskoczone. Wyglądasz przez okno. Tam też jasno. Ktoś zdjął z nocy okrycie. Wychodzisz na nadbrzeże. Stajesz w pełnym świetle. Jesteś niewidzialna.
kwiecień 2020
EWA GÓRNIAK MORGAN
Czytałem książkę Ireny Grudzińskiej-Gross Miłosz i długi cień wojny (Pogranicze 2021), gdy cień ten był martwy, był cieniem niegroźnym już, cieniem oswojonym, cieniem zdarzeń tragicznych, ale zakończonych, bez kontynuacji. Tak, ten cień jest w naszym kraju przedmiotem manipulacji, korbą wyborczą, wymiarem sprawiedliwości. Niemniej, ciągle i niezmiennie był cieniem. Nagle ten cień ożył – 24 lutego 2022 roku – niczym zombie. Czytałem książkę niedawno ponownie, jakbym czytał ją po raz pierwszy, jakby to była już inna książka, którą autorka dedykuje swoim dzieciom „z nadzieją, że wojna, w której cieniu wyrośli, nie obudzi się na nowo”.
Nie obudziła się w naszym kraju, ale tuż obok, to nie my przeżywamy tragedię, niemniej naczynia są połączone, nikt z nas nie mógł spać przez pierwszy miesiąc, przynajmniej. Słyszałem głosy w zachodniej części Europy, że to było zaskoczenie. W zachodniej części Europy zombie się nie obudziło. Znamy je we wschodniej Europie, w tym zakątku geograficznym, którego psyche odkryli, jak chce amerykański historyk, badacz dziejów Europy Wschodniej Larry Wolf, XVIII-wieczni podróżnicy. Czy w tzw. Europie Środkowo-Wschodniej, jeśli ona rzeczywiście kiedykolwiek istniała, jak chciał Milan Kundera. W tej części Europy nikt nie był zaskoczony. Przerażony – tak, ale znamy książki Isaaka Babla, czytaliśmy Wasilija Grossmana. Nie potrzebowaliśmy więcej wyjaśnień. Ich słowa stanęły nam przed oczami.

4 maja 2022 Larry Wolf wspólnie z Małgorzatą Mazurek z Katedry Polskiej na Columbia University zorganizowali sympozjum poświęcone Miłoszowi. „The symposium will discuss Miłosz in relation to World War II in Europe, academic life in Berkeley, and contemporary poetry of the 21st century” – zapowiadali organizatorzy. Zaprosili do rozmowy Cynthię Haven, Irenę Grudzińską-Gross i Elisę Gonzales. Czytałem książkę Czesław Miłosz: A Californian Life (Heyday Books 2021) Cynthii Haven niemal równocześnie z książką Ireny Grudzińskiej-Gross, pozostając w mailowym kontakcie z Elisą Gonzales. Cynthia Haven to amerykańska slawistka i literaturoznawczyni. Ireny Grudzińskiej-Gross nie trzeba przedstawiać, ale zachowajmy równowagę i rzetelność, i przypomnijmy, że jest autorką m.in. książki Miłosz i Brodski. Pole magnetyczne czy napisanej wspólnie z Janem Tomaszem Grossem książki Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów. Elisa M. Gonzalez z kolei jest poetką i eseistką, stypendystką Fulbrighta w Warszawie. W czasie pandemii, w bezsenne noce, odkryłem podcast „New Yorkera”, w którym Gonzalez rozmawia z Kevinem Youngiem o wierszu Miłosza Zbieranie moreli. „Polish poetry is a particular love and obsession of mine”, mówi Gonzales we wstępie. Przyciągnął mnie do niej jej wrażliwy wgląd w poezję Miłosza, ale także jej własne wiersze.
Po dwóch latach pandemii oswoiliśmy się z zoomem, nie ma w tym nic dziwnego, że kilkanaście, kilkadziesiąt osób pojawia się w galerii obrazów na ekranie i przez półtorej godziny tworzymy tableau. Irena Grudzińska-Gross wita mnie, gdy pojawiam się trochę spóźniony, po czym zasłania mnie kilkakrotnie przechadzający się przed ekranem kot. Jak Grudzińska-Gross patrzy teraz, z perspektywy obecnej wojny, na swoją książkę? Nazywa swój dotychczasowy pacyfizm „nieszczerym”, dołożyła się do zbiórki na ukraińską armię i nie potrafiłaby dzisiaj powiedzieć, że Serhiej Żadan popełnia błąd pozostając na froncie w Charkowie. Sam Miłosz odżegnywał się od haseł poetów „Sztuki i Narodu” wzywających do walki. Kto przeżył, najpewniej nie walczył. Presja środowiska była silna. Miłosz nie operował nożycami tak-nie, Miłosz wybrał pióro, „oddał się prywatnym obowiązkom i dziś mamy mu za co być wdzięczni” pisze Grudzińska-Gross i przywołuje znane słowa Mirona Białoszewskiego: „historia narasta”. Historia nam narosła do niewyobrażalnych rozmiarów. Historia jest wszędzie. Autorka zauważa i wylicza: artykuły, gazety, sztuki, muzea, książki, filmy – wszędzie natrafiamy na historię. Hipertrofia historii wypełnia naszą przestrzeń. W naszym kraju opinia Benedetto Croce jest na miejscu: „Historia jest zawsze współczesna”. I króluje jedna słuszna narracja przeszłości – bohaterska, martyrologiczna. Miłosz nie wpisuje się w nią, a więc najpewniej jest zdrajcą, jak często mu zarzucano. Mógł wybrać jedną z dróg, o których pisze Robert Frost, w wierszu, który czytano z patosem. Wiemy jednak, dzięki „poetyckiemu” śledztwu Roberta Macfarlane’a, że Frost odniósł się ironicznie do niezdecydowanej natury przyjaciela – Edwarda Thomasa. Thomas jednak wziął wiersz na poważnie i wybrał drogę walki. Zginął na samym „wstępie” I wojny światowej. Podobnie jak Baczyński w powstaniu warszawskim.
Miłosz zaś ocalał. Tytuł tomu Ocalenie przekładano na dwa sposoby: „salvation” bądź „rescue”. Haven odnotowuje jeszcze trzecią możliwość: „deliverance” – biblijne słowo. Wszystkie oddają prawdę Miłoszowego „ocalenia”, ale z czasem sam Miłosz przyznał, jak zauważa autorka, że bliżej mu było do „rescue” – „ratunku”, niczym koła ratunkowego, niż „salvation” – metafizycznego, mającego zakorzenienie w chrześcijańskim pojęciu zbawienia. Kalifornia była jego drugim ocaleniem, prawdziwym kołem ratunkowym, po skąpych latach spędzonych we Francji, pod lupą komunistycznego systemu, rozdzieleniu z rodziną. Może też kalifornijski krajobraz, który bardzo wyraziście i magnetycznie opisuje Cynthia Haven, załagodził dawne rany. Autorka zauważa, że tom ten powstał z myślą o polskim czytelniku. Przekład dla amerykańskiej publiczności, po latach, nabrał innego wymiaru.

Czytałem książkę Haven w Norwegii, siedząc na półwyspie Nesodden, vis a vis Oslo. Moją codzienną rzeczywistością były skały, ocean, sosny, świerki. Dzikość, „wilderness” była za oknem, jelenie i sarny przychodziły do mojego ogrodu. Krajobraz jest dramatyczny. Historia Norwegii to w dużej mierze historia walki o przetrwanie – ropa i wealthy state przyszły dużo później, czyli bardzo niedawno. Opis Kalifornii rezonuje ze mną mocno. Fascynacja dziką przyrodą Miłosza – to Esse, to właśnie była Ameryka dla poety, z jej lasami, skunksami, oposami i jastrzębiami – w przeciwieństwie do Europy, która była terenem politycznych, kulturowych i historycznych zmian. Haven zastanawia się czy aby nie za płytko wszedł Miłosz w historię rdzennych mieszkańców Ameryki i przytacza lektury poety: książki Jamesa Fenimore Coopera czy Złoto. Cudowna historia generała Johanna Augusta Sutera Blaise’a Cendrarsa. Czuję, jakbym stał przed lustrem: czy i ja nie podchodzę do norweskiej Esse powierzchownie? Na ile dobrze znam historię rdzennych mieszkańców Północy – Saami? Niemniej Miłosz znał przebieg wojny z plemionami Rogue, wiedział o wyprawie grupy Donnera, której niektórzy członkowie przetrwali, zjadając ciała swoich towarzyszy. Wszystko jednak zdawało się tonąć w przedhistorycznej kalifornijskiej puszczy. Może dlatego pisał, że nikt nie jest tam świadkiem.
Miłosz czuł się zobowiązany do zaświadczenia historii XX wieku. Michel de Certeau, francuski historyk, uważał, że pisanie jest nagrobkiem stawianym śmierci – jednocześnie oddaje jej cześć i ją eliminuje. Szostakowicz nazywał swoje symfonie nagrobkami. Wiersze Miłosza są świadectwami, jednak wciąż żywymi, jak zauważa Grudzińska-Gross, bo wciąż kontestowanymi, jak słynna karuzela z wiersza Biedny chrześcijanin patrzy na getto. Do tej pory jest Miłosz rozliczany z karuzeli – „mit pożarł konkret” – konkluduje Maria Janion. Do tej pory nie ułożyliśmy się z naszą historią bądź, jak żartuje Agnieszka Holland: „chrześcijaństwo jednak nie przyjęło się w Polsce”. Autorka przytacza w książce zarzut Jacka Trznadla: Miłosz pisał o Zagładzie Żydów, a nie o własnym narodzie. Tak, to ciągłe rozliczanie nie ma końca. Ciągłe punktowanie. Nietzsche uważał (choć to oczywiście dość wczesny jego tekst, O pożytkach i szkodliwości historii dla życia), że potrzebujemy historii do życia i działania, a nie by zadowolić się unikaniem życia czy wybielania samolubnego życia, tchórzostwa, złych czynów. Stąd też historia historii ma być wyzwoleniem się od przeszłości, ma przestać być „ciężarem historii”, o którym mówił Hegel. Grudzińska-Gross przywołuje postawę Miłosza – raczej zdystansowaną, jednak niepozbawioną wrażliwości, „doza brutalizmu, cynizmu, by wyzwolić się z martwej ręki przeszłości”. Tak pisał – ocalony, nie do końca wyzwolony od przeszłości, ale też nie całkiem pod jej ciężarem.
Haven przytacza spotkanie z serbskim poetą Vasko Popą w domu Miłosza na Grizzly Peak. Przyszli studenci w białych opaskach. Miłosz zaintrygowany zapytał, co oznaczają. To symbol pokoju, tłumaczyli studenci, przeciw wojnie w Wietnamie. Co oni mogli wiedzieć o wojnie? Tak zapewne myślał rozsierdzony Miłosz. To było nieporozumienie historyczne. Przecież nie grozi im wywózka na Syberię za protest… Studentom w Moskwie nie musiałby tego dzisiaj tłumaczyć.
Jednocześnie Kalifornia była inspiracją, praprzyczyną, determinantą. Głosy Jeffersa, Whitmana, Ginsberga były odświeżające. Niekoniecznie zawsze były tym, czego szukał, ale miały w sobie coś z odwagi, były istotne. Haven przywołuje poetów młodszego pokolenia, z którymi łączyło Miłosza powinowactwo niesienia świadectwa, jak Carolyn Forché (jej ostatnia książka wpisuje się w tę linię: In the Lateness of the World) czy Mark Rudman, którego tom Rider zaczyna się od słów: „Got a letter yesterday from a / synagogue on the East Side asking / for money to keep my father’s name alive” (Dostałem wczoraj list z synagogi na East Side z prośbą o pieniądze, by imię ojca utrzymać przy życiu). Jak wiele w tym z Miłoszowej dykcji i etosu.
Właśnie mija piąty miesiąc odkąd wybuchła wojna w Ukrainie. Przewartościował się mój świat. Moich ukraińskich przyjaciół, znajomych, pytałem: „Co mogę zrobić? Dajcie mi zadanie”. I dostawałem zadanie. Kupowałem kamizelki kuloodporne, hełmy. Dołożyłem się niedawno do zbiórki na bayraktara, którą wymyślił Sławomir Sierakowski. Mój pacyfizm też stał się nieszczery. Jednocześnie jeżdżę po Europie, po rezydencjach, konferencjach. Na jednej z nich – o demokracji w Oslo, przyjaciele przytaczają anegdotę, jak to zaparkowali w pośpiechu na jedynym wolnym miejscu pod uniwersytetem w Stanach i strażnik zapytał: „Ale czy mają Państwo nagrodę?”. Ci zdezorientowani: „Jaką nagrodę?”. „Nagrodę Nobla” spokojnie wyjaśnił strażnik. Tak, to Miłosz jest twórcą precedensu, który znajdziemy w książce Haven obok innych anegdot – dostał miejsce parkingowe pod uniwersytetem w Berkeley. Myślę o przywilejach, jak bardzo ja sam jestem uprzywilejowany, mogąc sobie pozwolić na zanurzenie się w historii bez szwanku.
Może jednak symfonie, wiersze to nie tylko nagrobki. Język poetycki jest językiem rytuału, mówi Goznales i dodaje: „poems can function as ritual of a resurrection” (wiersze mogą pełnić funkcję rytuału zmartwychwstania). Mogą nas przywracać życiu, budzić nas do życia. To Spinoziański conatus, pęd do istnienia, tworzenia. Grudzińska-Gross powołuje się na termin „ramy” używany przez Judith Butler, by pokazać, jak ujęcie historii w nową ramę zmienia jej kontekst. Butler posługuje się tym pojęciem w książce Frames of War (Ramy wojny), by powiedzieć, że nie jest możliwe życie bez przemocy, państwo non-violence, to nie jest państwo pokoju, ale stworzona jest w nim przestrzeń, w której można wyrazić swoje emocje, swoją walkę przeciw przemocy. Z tego właśnie korzystali studenci Berkeley. Z tego ciągle mamy możliwość korzystać na ulicach Warszawy, Krakowa, Białegostoku, Poznania. Myślę jednak znowu o Ukrainie, o zombie historii. Hannah Arendt pisała, że historia wypycha nas naprzód. Mam wrażenie, że wojna w Ukrainie wypchnęła mnie w teraźniejszość.
ALICJA ROSÉ
Eleata zaprzeczył istnieniu ruchu, ale na kolei ruch wciąż trwa. Wieczór, wsiadam znowu do pociągu, bo dom mój ruchomy. Dzisiaj wcześniej niż zwykle. Jeżdżę tą drogą ponad dwadzieścia lat. W poniedziałek, rannym do Krakowa, i ostatnim, we wtorek, czasem we środę, do Warszawy. I tak w kółko, tydzień po tygodniu, z wyjątkiem wakacji. Mazowiecka równina nie oszałamia przesadnie, nie wprowadza wyobraźni w narkotyczny wir. Nic jednak na to nie poradzę: w tej podróży nie nudzę się ani przez chwilę.

Nie, nie to, że się przyzwyczaiłem. Inaczej: ta droga wciąż, za każdym razem, zdaje mi się inna. Dwieście dziewięćdziesiąt dwa kilometry zdziwienia. Niby wiemy: przestrzeń jest statyczna, parametry topograficzne nie co dzień się zmieniają. Ale jak się już przejechało tę trasę kilkaset razy, to trudno się nabrać na te fizyczne dogmaty. Doświadczenie uczy, że droga tam, ma się nijak do drogi z powrotem. Że andata, to jednak nie ritorno. Że droga latem, to nie jest droga w zimie. I że droga w jesiennych mgłach odurza najbardziej. Te przestrzenie żadną miarą nie chcą się na siebie nałożyć. Geometria kłamie.
Powidoki, setki ich. Kleją się do pamięci i nie chcą odejść.
Te dwa stawy przedzielone groblą, zaraz za Krakowem. Oszczędna kaligrafia wody i drzew. Jak niespodziewany w tym miejscu fragment japońskiego drzeworytu. Drzewa odbijają się w cynowej tafli, zawsze niepokojąco. Na brzegu nieruchomi wędkarze. Stoją i łowią.
Biały skład przy torach. I znajomy napis na ścianie, wypisane kulfonami: Łuczyce to miasto sexu i biznesu. Ale to przeszłość. Sex i biznes zostały z czasem pochłonięte przez zielsko. Teraz, ostatkiem sił, trwa już tylko samo miasto. Ale i jego koniec zdaje się bliski. Ono też niedługo porośnie trawą, zostaną badyle, blaszany dach, nicość.
Nieplanowany postój, jakieś szczere pole głównie. To po lewej. Bo po prawej z ciemności wyłania się wagon. Mieszkalny. Mężczyzna wychodzi na pomost, jak na przyzbę, zapala papierosa. Oddziela nas szyba, scena jest niema. W nieruchomym kadrze spokojnie tli się pomarańczowy żar. Patrzymy na siebie długą chwilę. Nisko, przy ziemi, atramentowe światło sygnalizacyjne wydobywa szyny z ciemności.
Cmentarz w Kozłowie, ten przy torach, co się wydaje, jak gdyby linia kolejowa biegła przez jego środek. Za dnia nie zwracające uwagi martwe, kamienne miasto. Wieczorem, ogień lampek przywraca je do życia. Kilka lat temu pobliska rzeka wylała i groby stały po krzyże w wodzie. Wyglądało to tak, jak gdyby umarli resztką sił próbowali utrzymać się jeszcze na powierzchni.
Nigdy nic nie dzieje się tutaj tak samo. I zawsze trzeba być gotowym na niespodziewane. Jak wtedy, styczniowym świtem, tuż za Warszawą. Miałem wtedy fantazję c-moll Mozarta ze Staierem na uszach. I za szybą pojawił się znienacka on. Lisek skaczący żwawo po wydmach ze śniegu. Błędny ognik w surowej bieli. I teraz nie umiem już inaczej słuchać fantazji, bo zawsze ten lisek wychyla się z nut. Ale czy to działa w dwie strony nie wiem, drugi raz go nie spotkałem. Czekam.
A dzisiaj jest jeszcze inaczej. Uroczyście jakoś. Słońce zmierza pod horyzont. Ale świat nie odszedł jeszcze od zmysłów i ciemności go nie ogarnęły. Kilkanaście kilometrów za Krakowem samotna latarnia na polnej drodze. Oświetla nic. Nic musi być tym zaszczycone. I to jest piękne, bo całkiem bezinteresowne.
Jest chwila po deszczu, powietrze przezroczyste. Nieliczne pagórki upodobniają się do szklanych gór. Zaorane pola przypominają monochromatyczne akwarele. Wystudiowane wariacje na temat brązu. Czasem tylko z tej połyskliwej, jednobarwnej powierzchni wybłyśnie znienacka inwazyjny fiolet. To kapusty wychylają swoje głowy z ziemi.
Owszem, czasem nachodzi mnie ta myśl. Przestać jeździć, rzucić w cholerę ten uniwersytet, zająć się wreszcie jakąś poważną robotą, żyć jak człowiek. Osiedlić się na przykład w Tunelu, niedaleko tunelu. Skrzyknąć kolegów. Urządzić tam gabinet strachu. Jakieś wydrążone dynie ze świeczką w środku, postacie w białych prześcieradłach. I straszyć posłów spożywających kiełbaski w warsie. Albo zrobić coś pożytecznego. Dla ludzkości, albo choćby dla polskiego parlamentaryzmu. Wciąż jednak nie jestem gotowy.
Ciemno już na polach, zmierzch zbija świat w jednolitą masę. Światła w domach upewniają, że w tej czerni życie wciąż trwa. Droga dobiega końca, szukam znajomych znaków. Za Milanówkiem pręży się ceglany komin. Nieoczekiwany cytat z Freuda w aseksualnym pejzażu Mazowsza. Zbieram rzeczy, za chwilę trzeba będzie wysiadać.
Wiem, że kiedyś przyjdę na dworzec. Ten albo tamten. I tory będzie porastała trawa. Tak właśnie będzie. I wtedy już nigdzie nie pojadę. Skasuję sobie bilet, usiądę na ławce i tak już będę siedział. Jakieś blade światło w oddali. I bezużyteczny semafor, który – wbrew nazwie, wbrew funkcji – żadnego znaku już nie da.
DARIUSZ CZAJA
Na początku października 1928 roku dwudziestojednoletni Zygmunt Mycielski znalazł się w Paryżu. Rozpoczynał studia w tamtejszej École Normale de Musique. Zaczął uczęszczać do klasy kompozycji Paula Dukasa. Ten ceniony francuski kompozytor, najbardziej znany jako twórca poematu symfonicznego Uczeń czarnoksiężnika, był jednocześnie uznanym pedagogiem. Jego doświadczenie było nie do przecenienia i nieraz młody Mycielski będzie z zachwytem pisał do matki o lekcjach u niego. Jednak to nie on, a Nadia Boulanger, która początkowo wykładała w École Normale de Musique przedmioty teoretyczne, stać się miała najważniejszym przewodnikiem w zakresie nauki kompozycji. O jej wpływie na kilka pokoleń kompozytorów europejskich i amerykańskich napisano już wiele. Także w odniesieniu do muzyki polskiej, bo i tutaj jej rola jest nie do przecenienia. Gorąco wielbiła muzykę Igora Strawińskiego, z którym się przyjaźniła. Studentom imponowała nie tylko wiedzą muzyczną, ale i nieprzeciętną erudycją. Jej najważniejszą umiejętnością stało się pokazywanie uczniom znaczenia muzyki i sztuki w świecie, ale także w życiu. Dopiero to dawało podstawy do odnalezienia własnego języka w twórczości. Jej erudycja w sprawach dotyczących muzyki, ale także literatury i sztuki była legendarna. Ze studentami potrafiła rozmawiać godzinami, wskazując lektury, wystawy i koncerty, na które warto zwrócić uwagę. Mycielskiemu takie podejście bardzo odpowiadało. Dlatego z Nadią Boulanger połączyła go od razu nić porozumienia, która z czasem przerodzić się miała w długoletnią przyjaźń. Pozostali w bliskich relacjach aż do jej śmierci w 1979 roku.

Do Paryża młody Zygmunt Mycielski dotarł rankiem 8 października 1928 roku. Jeszcze tego samego dnia wieczorem pisał do matki z zachwytem: „Ledwie żyję i głowa potwornie mnie boli. Zbyt dużo widziałem, zbyt mało spałem. Trochę mi się w głowie kręci. Mimo to, gdy rano szedłem na ten rekonesans, szedłem lekko i do siebie się śmiałem. Po raz pierwszy w życiu śmiałem się na ulicy sam do siebie! Z niczego!”.
Od razu notował też pierwsze wrażenia ze szkoły: „Poszedłem do École Normale de Musique – pisał. – Dyrektor Auguste Mangeot przyjął mnie bardzo mile. Powiedział mi, że mogę zacząć kursy najprędzej za 10 dni. «Czemu?». «Bo, skoro ktoś jest pierwszy raz w Paryżu, to musi najpierw oprzytomnieć, a potem brać się do roboty. Za dużo się tu widzi».” A jednak pierwsze zajęcia u Paula Dukasa odbyły się już za kilka dni, 11 października. Szczegółową relację zapisał znów w liście do matki.
Od tej pory na lekcje chodził regularnie. Do relacji z zajęć w klasie Dukasa szybko dołączyły także raporty dotyczące wykładów Nadii Boulanger. Już w październiku notował: „Nadia Boulanger nalega ciągle na to samo: gimnastyka słuchu i gimnastyka umysłu. Pisać szybko, czytać Republikę Platona, Pitagorasa, partytury, dzieła renesansu i współczesne”. A pod koniec listopada, coraz bardziej zafascynowany swą nauczycielką, zwierzał się: „Dukas jak Dukas. Chorały. Za to Boulanger coraz lepsza. – Tydzień temu był pierwszy z nią wykład historii muzyki. Dawała generalne rady uczniom. A więc przede wszystkim, ciągle to samo, lecture a vue, development de l’oreille, by nie teoretyzować, lecz słyszeć i pamiętać, a potem postawienie tematu na takim diapazonie! Dopiero ona mi pokazała jak pod każdym względem ten przedmiot cały, może dać system myślenia i porządek w głowie. – Przede wszystkim gimnastyka umysłu, od matematyki może nawet większa – a materiał do przerobienia obejmuje dzieła i dziedziny od Republiki Platona, Pitagorasa i starożytnych, poprzez średnie wieki, renesans do Maritaine’a. Są to wykłady, w których jest wszystko, a wszystko w systemie i porządku, w jasności i łatwości formy, na diapazonie, rutynie, pedagogii… [tu ołówkiem dopisek na marginesie: „nie myślałem by taka skromna kobietka mogła aż tyle i rozumu, i rutyny, i szerokości horyzontu w sobie znaleźć”].
Pobyt w Paryżu to jednak nie tylko lekcje. Młodzieniec żył również wydarzeniami o innym charakterze. I tak, 12 listopada 1928 roku, tym razem w liście do brata Jana, przyznawał: „Przedwczoraj nie oparłem się tentacji i poszedłem z naszym Słowakiem z pensji zobaczyć paradę na 11 XI na place de l’Étoile. Na trybunie widziałem Prezydenta [Doumergue’a Gastona], Brianda, Poincarego, mityczny rząd (którego nie było jeszcze), corps diplom. Zabawnie się złożyło. Stałem w tłumie i, by lepiej widzieć, stanąłem na stopniu auta, i okazało się, traf; wśród setek czy tysięcy automobili ten był właśnie pięknym autem ambasady naszej. Usłyszałem bowiem jak szofer do służącego mówił krakowskim akcentem: «Stary nas tak do piątej będzie chyba trzymał», a potem widziałem jak Chłapo [Alfred Chłapowski] odjeżdżał tą maszyną. Tak nigdy Polaków nie widzę, że ten szofer i auto mnie ucieszyło więcej prawie od Étoile i splendorów dla gawiedzi urządzonych”.
Dała tu niewątpliwie o sobie znać tęsknota za krajem. Polaków wówczas rzeczywiście nie widywał wielu. Skupiał się przede wszystkim na nauce. Narzekał nawet na ogrom obowiązków: „Żywot wiodę szkolny, a uczucie zaaferowania sprawia ogrom materiału do przerobienia, który ciągle wisi nade mną, a który jest …nie do wyczerpania!! Te ilości zadań, wprawek, ćwiczeń, teorii, książek, nut, orkiestr itd., które mnie czekają sprawiły, że mocno ogłupiałem. Nie wiem czasem od czego zacząć!”. I z rozrzewnieniem dodawał: „Dobre było to krakowskie studiowanie! Dwa razy na tydzień robota, przeplatane ciotkami i Hawełką”. Podobne chwile może nie tyle zwątpienia, co refleksji nad ogromem zadania, jakie postawił przed sobą, znajduję w liście do matki z grudnia 1928 roku, kiedy Mycielski pisze: „Muzyka staje mi się une science tak ogromną, rozległą, pełną pracy, że z trudem się gmeram. Nie znaczy to «nic złego», tylko po prostu w głowie trzeba to mieścić zwolna co niełatwe, myśli zabiera bardzo, wskutek tego mniej piszę”. W tym czasie rzeczywiście ciągle komponował. Większość jednak z jego ówczesnych prób pozostała w rękopisie. Światło dzienne miały ujrzeć, dzięki koncertom w Paryżu, dopiero: Triolet na sopran i fortepian do słów Emila Zegadłowicza (wykonany w 1931), Trio fortepianowe (wykonane w 1933) oraz Pięć pieśni weselnych do słów Brunona Jasieńskiego (wykonane w styczniu 1935).
W Paryżu Mycielski pozostać miał, z krótszymi i dłuższymi przerwami, do 1936 roku. Czas ten miał dla niego ogromne znaczenie. Odcisnął piętno nie tylko na poglądach muzycznych, ale i widzeniu roli kultury. To lata spędzone w Paryżu ustawiły tak naprawdę na całe dalsze życie jego myślenie w tym zakresie. Ukształtowały go jako kompozytora i jako człowieka kultury, głęboko zaciekawionego różnymi jej przejawami i spełniającego się w różnych działaniach: w muzyce, literaturze, publicystyce, a wreszcie w pracy społecznikowskiej. Stąd czerpał przez całe dorosłe życie. Także po II wojnie światowej, kiedy przyszło mu już pracować w zupełnie innych okolicznościach politycznych i życiowych.
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Od Żywca do Suchej Beskidzkiej trasa kolejowa ma 35 kilometrów. To z tych okolic pochodziła najpewniej Cukrowa Kowalczyk, która przez większość swojego życia przed czymś uciekała. W Stanach Zjednoczonych przyjęła pseudonim Sugar Kane. Tułała się po różnych orkiestrach, grając na ukulele, śpiewając i pijąc. Nie była pijaczką, mogła rzucić alkohol, kiedy chciała, ale nie chciała, szczególnie gdy było jej smutno. A smutno było jej często, bo od życia zawsze dostawała gorzki koniec lizaka.
Gorzki los był codziennością większości uciekinierów z galicyjskiej nędzy do wielkiego świata. Na północno-wschodnich rubieżach cesarstwa nie było im łatwo żyć, zagrażało im ubóstwo, choroby i nie raz śmierć głodowa. Stanisław Szczepanowski szacował około 1888 roku, że na choroby nagminne co roku w Galicji umierało 56 tysięcy ludzi, a średnia życia kobiety wynosiła tam 28,5 roku, co w porównaniu 42 latami w Anglii dawało różnicę cywilizacyjną. Dlatego mieszkańcy Galicji wybierali podróż na Zachód, w nieznane: lepszy rydz niż nic. Za oceanem trzeba było mieć jednak dużo szczęścia, aby wypłynąć na powierzchnię i osiągnąć sukces.

Sugar Kane pragnęła znaleźć bogatego męża, mając dość podstępnych saksofonistów, po których nad ranem zostawała tylko szczoteczka do zębów. Dlatego zapisała się w wieku 25 lat do żeńskiej orkiestry, jadącej na Florydę, liczyła, że tak pozna zamożnego, subtelnego i bezbronnego okularnika posiadającego jacht. Plan ten prawie udało się jej zrealizować, ale ostatecznie zakochała się w kolejnym saksofoniście, który, być może, w końcu okazał się tym jedynym. Tego nie wiemy, bo tu kończą się nam informacje na temat pięknej i umuzykalnionej Sugar Kane Kowalczyk. Wydaje się jednak, że w końcu dostała słodszy koniec lizaka.
Wielu galicyjskich uchodźców nie miało tego szczęścia: byli oszukiwani przez agentów emigracyjnych i naciągaczy, którzy zabierali im wszystkie pieniądze, inni ginęli w trakcie podróży, wielu nie radziło sobie na nowej ziemi, gdzie w kopalniach i hutach wydawali ostatnie tchnienie przy nieludzkiej pracy. Kobiety padały ofiarami stręczycieli. Tylko nieliczni z dziesiątek tysięcy wyjeżdżających rok w rok odnosiło względny sukces czy też mówiąc dokładniej: stan spokoju i dobrobytu.
Udało się to Samuelowi Wilderowi, który urodził się w 1906 roku w Suchej Beskidzkiej, gdzie jego rodzice prowadzili restaurację dworcową, kiedy jeszcze tamtędy kursowały pociągi Kolei Transwersalnej. Następnie rodzina przeprowadziła się do Wiednia. Tam też Samuel planował zdobyć solidne wykształcenie prawnicze, co z jego temperamentem i poczuciem humoru, okazało się trudnym zadaniem. Dlatego, jak wielu młodych ludzi, którzy pragnęli czegoś więcej, ale nie wiedzieli do końca czego, postanowił zostać pisarzem, co naturalnie w owych czasach skierowało go w stronę dziennikarstwa.
Ówczesny Wiedeń był w pewien sposób symbolem upadku starej Austrii, miastem pełnym przybyszów z odległych krain nieistniejącego imperium, powojennych kalek i pokryzysowych biedaków. Nikt nie poświęcił im tak pięknych zdań i pełnych litości stron, jak Joseph Roth, podobnie jak Samuel Wilder, Żyd z terenów pogranicznych, który szukał szczęścia w mieście, będącym kiedyś stolicą cesarstwa Franciszka Józefa, spoczywającego od kilku lat w Krypcie Kapucynów. Roth widział ulice pełne umierających ludzi, którzy z powodu biedy i szalejącej inflacji, nie mogli sobie pozwolić na choćby jeden posiłek dziennie. Pisał o mieszkańcach ulicy w felietonie z 26 maja 1919 roku: „Ludzie codziennie przechodzą obok nich, obojętni i bez współczucia, omijając, tak jak omija się rosnące na poboczu ulicy drzewo lub rynsztok, i zatrzymują się tylko wówczas, gdy taki mebel otworzy usta lub dłoń. Pomimo że ucieleśniają odwieczną niedoskonałość ludzi, a nawet społeczeństwa, to mają też dusze. Tak, także oni, te karykatury Boga, mają serca i mózgi oraz bagaż doświadczeń i przeżyć przekute na ich los. Warto więc wysłuchać, co mają do powiedzenia”.
Tak wyglądała stolica dawnego imperium, na które składała się niezliczona liczba narodów, a których przedstawiciele teraz zjeżdżali kolejami i szli na piechotę z najodleglejszych części nieistniejących Austro-Węgier. Świat bowiem, według słów poety, nie kończy się hukiem, ale skomleniem. Dlatego trzeba patrzeć i słuchać, jak pisał inny podróżnik po świecie bólu i strachu, gdzieś pomiędzy ostatnim kacem a Karaczowem, „należy uszanować tajniki ludzkich dusz i trzeba się w nie wpatrywać. Nawet jeśli w nich niczego nie ma, tylko sam śmieć. Wszystko jedno: patrzeć i szanować, patrzeć i nie spluwać…”. Na tej drodze, której kres wyznacza nicość, nie mamy innego wyjścia.

Samuel Wilder będąc we Wiedniu bez wątpienia słyszał historię Richarda Coudenhove-Kalergi, pochodzącego – jak samo nazwisko wskazuje – z rodziny szlacheckiej, której korzenie sięgają średniowiecznej Europy. Był pomysłodawcą ruchu paneuropejskiego i wzorem dla postaci Victora Laszlo, bohatera Casablanki. Zanim jednak do tego doszło, podobnie jak wielu Habsburgów, ukochał kobietę niższego stanu, ale w tym wypadku – mówiąc eufemistycznie – przesadził. Jego wybranką była bowiem Ida Roland, starsza od niego o trzynaście lat aktorka i Żydówka, czyli ujmując sprawę prosto: zapewne dama, ale pasująca do zasłużonej dla Austrii rodziny arystokratycznej jak ironia do literatury romantycznej. Richard, kiedy świat w 1915 kompletnie oszalał, postawił jednak na swoim. W końcu monarchia powoli się rozpadała, arystokracja zaś stawała się przeżytkiem.
Nie było to w jego rodzinie nic nowego. Jego ojciec, Heinrich, będąc dyplomatą w Tokio, pokochał nadzwyczajną kobietę pochodzącą z konserwatywnego japońskiego domu. Siedemnastoletnia Mitsuko Aoyama podniosła obcego sobie arystokratę, kiedy ten poślizgnął się bądź spadł z konia nieopodal jej domu. Reszta potoczyła się szybko, Heinrich musiał tylko przekonać swoją rodzinę, rodzinę Mitsuko i cesarza Japonii, aby mógł poślubić i zabrać do Wiednia swoją ukochaną, która już nigdy miała nie ujrzeć kraju swojego urodzenia. Zmarła w roku, kiedy cesarstwo japońskie szykowało się do ataku na Pearl Harbor. Warto jednak wspomnieć, że była największą przeciwniczką ślubu Richarda z Idą, która przeżyła swoją teściową tylko o dziesięć lat.
Richard po I wojnie światowej przyjął obywatelstwo Czechosłowackie. Realizował wtedy swoje pacyfistyczne i paneuropejskie plany, jednak wizje Hitlera na przyszłość były całkowicie odmienne, co skutkowało przymusową emigracją, ale po szaleństwach lat 1933-1945, powrócił na Stary Kontynent, który zaczął się jednoczyć. Przekazał wtedy też władzę nad Unią Paneuropejską Otto von Habsburgowi, wierzącemu w to, że Unia wraz z krajami wschodu może być namiastką Austro-Węgier. Ale nadal byli ludzie, dla których nacjonalizm, podziały i nienawiść są ważniejsze, wszystko bowiem działo się po staremu, chociaż w innych czasach. Dlatego trzeba było robić swoje, jak Richard i Ida Roland, która jeszcze długi czas po ślubie była aktorką.
Samuel Wilder, widząc Wiedeń po upadku monarchii habsburskiej, nie spodziewał się, że za kilkanaście lat przyjdzie mu współpracować z najlepszymi aktorkami na świecie, między innymi z Marylin Monroe czy Audrey Hepburn. Wpierw jednak zamienił dziennikarstwo na film, a Wiedeń na Berlin. Tam też poznał Petera Lorre, kolejnego Żyda z Austro-Węgier, który wsławił się rolami obślizgłych typów w Casablance czy Sokole Maltańskim. Obydwaj, uciekając przed Hitlerem trafili do Hollywood, gdzie ich kariery potoczyły się szybko. Samuel stał się Billym i zaczął pisać scenariusze. Kiedy w Europie zaczynała się wojna, a historia tutejszych Żydów powoli zapadała się w ciemność wraz z sercami Niemców, Wilder zdobył pierwszą nominację do Oscara.
Chciałbym z tej podróży uchwycić więcej, ale wydaje się to niemożliwe. W owym czasie przepadały całe państwa, miasta, miasteczka, grupy ludzi; wszystko to opisywano już wielokrotnie, ale niewiele z tych wydarzeń jesteśmy w stanie uchwycić i zrozumieć. Można bowiem pokazywać suche liczby, jak również doświadczenie indywidualnych jednostek, ale zanikają one w ciemności i wydają się wynikiem jakiegoś niezwykłego obłędu. Setki tysięcy Żydów uciekało przed śmiercią, ale przecież nie było gdzie; miliony ludzi przeróżnych nacji umierało w wyniku decyzji innych ludzi. Świat dążył do samozagłady lub urojonego celu, który był przeciwieństwem wspólnej Europy czy wielonarodowego państwa Habsburgów, bez żadnych mniejszości, bez wielokulturowości.
Jak mi się zdaje, to nie przypadek, że Billy Wilder w 1945 nakręcił film o człowieku, którego „barometr emocji wskazywał burzę”, więc dążył do całkowitej autodestrukcji pijąc i pijąc coraz większe ilości alkoholu. Ówczesny świat wydawał się być w podobnym ciągu, perwersyjnie krocząc do samozagłady. Gargantuiczne plany nazistów obejmowały wszystkie kontynenty, w swojej żądzy zadawania cierpienia byli nienasyceni. Namiętność bowiem zawsze jest wymówką dla braku uczuć, dlatego tak łatwo przychodziło im zabijanie. Wydaje się, że nie miało ono końca, podobnie jak alkoholik nie zna w piciu umiaru. Słusznie pisze Terry Eagleton: „Ile alkoholik chce wypić? Odpowiedź brzmi: nieskończenie wiele. Gdyby tylko nie stało mu na drodze śmiertelne ciało, piłby przez całą drogę stąd to nieskończoności. Jego pragnienie alkoholu przeraża, jest wiecznie niewyczerpane”.

Niewyczerpane pragnienie alkoholu przyświeca Donowi Birnamowi, który jest bohaterem Straconego weekendu. Za ten film w 1946 Billy Wilder dostał Oscara. Przejmujący obraz człowieka, który pragnął tylko jednego – morza alkoholu – został doceniony przez akademię filmową i zdobył uznanie widzów. Nie bez powodu, wydaje się bowiem, że film okazał się lepszy niż książka, na podstawie której powstał.
Wilder przez kolejne lata kina tworzył niezapomniane filmy: Bulwar zachodzącego słońca, Sabrinę z Bogartem, który w Casablance na pytanie jaka jest jego narodowość, odpowiada, że jest pijakiem, Pół żartem, pół serio, z rolą Marylin Monroe jako Sugar Kane Kowalczyk, czy oscarową Garsonierę. Chłopiec z Suchej przebył więc daleką drogę, pisząc scenariusze i kręcąc filmy, których główna zasada brzmiała, aby nigdy nie nudzić, a jeśli można, to również bawić. Tworzenie bowiem nie jest niszczeniem, podobnie jak miłość nie jest cierpieniem, chociaż oddziela je często niewyraźna granica. Naziści tego nie rozumieli, zmieniając ziemię w piekło i mordując matkę Samuela Billy’ego Wildera w Auschwitz.
W 1960 roku, kiedy Wilder dostał dwa Oscary za Garsonierę, Szymon Wiesenthal, inny obywatel Galicji, urodzony w Buczaczu na drugim końcu kolei Transwersalnej, doprowadził do złapania Adolfa Eichmanna, głównego koordynatora i logistyka ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej. Został on powieszony dwa lata później, chociaż do ostatnich dni przed wykonaniem wyroku twierdził, że jest niewinny, bo tylko wykonywał rozkazy.
Jeden z największych pijaków w dziejach ludzkości, kroczący bez skarpetek pomiędzy wulkanami, porażony meksykańskim słońcem, stwierdził w 1938 roku: „Mój Boże, gdyby nasza cywilizacja miała wytrzeźwieć na dwa dni, trzeciego umarłaby z wyrzutów sumienia…”.
DAWID SZKOŁA
Szanowny Panie Redaktorze,
wczoraj, przechodząc obok znanej mi dobrze knajpki, zauważyłem kulfoniasty napis reklamujący danie, którego nazwa brzmiała: „Domowa owsianka z susonymi orzechami”. Jako zagorzały entuzjasta owsianki już miałem wejść do środka, kiedy znieruchomiałem, uświadomiwszy sobie ortograficzną ekstrawagancję właściciela jadłodajni, Eustachego Filecika, którego koślawy charakter pisma natychmiast rozpoznałem. Nie zdziwiłbym się, gdyby było napisane: „z susonymi ozechami”, bo Eustachy Filecik, trzeba Panu wiedzieć, od czasu, kiedy stracił ostatni ząb, spożywając przyrządzony przez własnego kucharza makaron z kurkami, nieco sepleni (makaron, zgodnie z włoską modą, był al dente, znaczy: twardawy, ale widocznie – jak na polskie uzębienie – za bardzo). Rozważania nad stomatologią i ortografią tak mnie zajęły, że ani się obejrzałem, kiedy nadeszła pora obiadu i perspektywa spożycia owsianki nie była już tak kusząca. Postanowiłem zatem nabyć u Eustachego Filecika porcję pierogów z serem na wynos i tak zaopatrzony wróciłem do domu, kupiwszy po drodze gazetę.
Gdy godzinę później w domowym zaciszu przeglądałem dział ogłoszeń, nieoczekiwanie wciągnęła mnie lektura rubryki „Pies szuka pana”. Przy jednej dość sympatycznej mordce widniał taki oto opis: „Nienachlany pies, lubi dzieci”. Z początku pomyślałem, że to literówka i powinno być „nienachalny”, ale zaraz opadły mnie wątpliwości. Bo czy słyszał Pan, Panie Redaktorze, o „nienachalnym” (a choćby i „nachalnym”) psie? A jeśli to wcale nie literówka? Spożycie alkoholu w społeczeństwie wzrasta, coraz częściej słyszy się o matkach rodzących pijane dzieci, kto wie, może i psy zaczynają już popijać (a pamięta Pan, jak w telewizji mówili o pijanych niedźwiedziach?). W gruncie rzeczy – pomyślałem – to wielce prawdopodobnie, że w dzisiejszych czasach nienachlany pies jest rzadkim okazem.

Trochę mnie zmartwił ten wniosek, ale szybko zrozumiałem, że niesłusznie. Bo czy to nie jest wspaniała wiadomość, że zwierzątko jest trzeźwe? Dlatego, Panie Redaktorze, jeśli zamierza Pan przygarnąć pieska, to radziłbym szybko skorzystać z okazji. Szczególnie, że sformułowanie „nienachlany” nie określa stałej zalety tej miłej psiny, tylko stan, który bardzo łatwo może ulec zmianie.
FANTAZJANO, wielbiciel trzeźwych szczeniąt
Si è spento – kołaczą się po głowie te słowa. Zgasł, wypalił się płomień. Język omija tę sprawę. „Odszedł – he passed away”. Nie wypada powiedzieć, że umarł. W „domu trzeciego wieku”, by nie powiedzieć: hospicjum i domu starców. Nie byle gdzie, bo we Florencji. A Charles był historykiem sztuki. 16 czerwca skończył dziewięćdziesiąt lat. Z tej okazji zjadł lody i dwie czekoladki. A potem „zgasł” we śnie. Jakby postanowił doczekać tej chwili, chociaż od dawna mylił godziny, daty i dni tygodnia. I’m a little long in the tooth – mówił w poprzednie urodziny i to było ostatnie powiedzenie, które dzięki niemu poznałam. „Starzeję się” – mówił i rzeczywiście, od lat tracił pamięć, ale nie idiomy i bostoński akcent. Trudno o bardziej amerykańskiego Amerykanina: jego przodkowie zeszli z „Mayflower”. Podobno to byli prześladowani hugenoci, szukał nawet ich śladów w burgundzkiej wiosce Minot.
Obiecywał, że dociągnie do setki. Jak jego dziadek, który pamiętał wojnę secesyjną. Pragnienie życia zawsze wygrywa – ono jest egoistyczne, zdeterminowane. Kiedy wspomniał o setce, pomyślałam, że zakończył żałobę. Od śmierci Anki minęło kilka lat. Miał co robić: skończyć artykuł o Dürerze. Właściwie do zrobienia zostały przypisy, wybór ilustracji. Ale to ona znała hasło do komputera, musi je odszukać w jednym z jej notesów. Tak naprawdę od tamtej pory gasł. Zapamiętał się w żałobie, a potem zaczął zapominać – ją, siebie, ich wspólne życie. Jego płomień stawał się coraz wątlejszy. Błąkał się w przekornie zdrowym ciele.
Nie zaskoczyła mnie ta wiadomość. To było raczej potwierdzenie faktu. W ostatnich latach, kiedy dzwoniłam, pytał nieodmiennie: kiedy przyjedziesz do Paryża? A ja odpowiadałam: w Paryżu będę za tydzień, ale ty jesteś we Florencji. No tak, przyznawał i wydawało mi się, że widzę jego nieśmiały uśmiech. Miał go jeszcze na zdjęciu z domu dla Terza età: jak zwykle przepraszał, że robi kłopoty. Dlatego układało mu się z Anką: ciepłą, towarzyską, którą wielbił. On się o nią troszczył, koił jej nerwy. A ona układała i planowała, zapraszała ludzi i oddawała rzeczy do naprawy. Mówiła po francusku. Wściekała się też i obrażała: żeby życie było żywe. Kiedyś jechali razem do Włoch, zatrzymali się, żeby zatankować, ona weszła do toalety w Autogrillu. Szukali się przez wiele godzin, w rozpaczy. Nie zauważyła, że oszklonym korytarzem przeszła na drugą stronę autostrady, gdzie znajdowała się bliźniacza stacja. Przedtem akurat na niego krzyczała, ale nie wierzyła, że tym razem odjechał i ją zostawił. A potem naprawdę przeszła na drugą stronę autostrady.
Został sam i wszystko zaczęło się nawarstwiać: rachunki, abonamenty, prenumeraty. Hasła, PIN-y i kody do domofonu. Fiat Cinquecento, którym jeździli po Europie, odstawiony na podziemny parking i w końcu zezłomowany. Karne odsetki. Naganiacze, którzy przez telefon sprzedali mu komplet nierdzewnych garnków.
Miał dwóch synów z pierwszego małżeństwa. Alex przez kilkanaście lat pracował w sklepie Ewolucja w nowojorskim SoHo: sprzedawał skamieliny, kryształy, szkielety i amulety. Pasował do tego miejsca. Podobny do Charlesa, tylko w oczach miał więcej strachu. „Ojciec nigdy nie był zaradny – mówił mi w Caffè Reggio – chyba mam to po nim”. Alex zapomniał o naszym spotkaniu, obudził go mój telefon. Od kilku tygodni nie pracował w Ewolucji i zdrzemnął się popołudniu. Dużo teraz gra na perkusji, może z kumplem założą zespół, na razie nagrywają demo, dlatego przesiaduje po nocach. Trochę studiował w Cooper Union, ładnie rysował, nauczył się drukować ryciny. Ostatnio nawet coś sprzedał, z motywami kwiatów. Mógłby też robić biżuterię: zna przecież wszystkich na giełdach minerałów. Tłumaczył mi, ile kosztuje mieszkanie w Nowym Jorku, jak trudno wyżyć ze sztuki. A ja uparcie wracałam do tego, że Charles dwa razy zatrzasnął sobie drzwi do mieszkania, a kiedy indziej zostawił je otwarte na oścież. Na szczęście sąsiadka ma klucze. Raz długo nie odbierał telefonu i nie słyszał pukania. Wchodziłyśmy razem, w ciemności, gotowe na wszystko. Zasnął po południu, poduszką przyłożył ucho, na które jeszcze słyszał.
Zorientowałam się późno. Zaproponowałam wystawę w Musée Jacquemart-André. Spóźniał się pół godziny. Telefon odebrał zaskoczony: rzeczywiście, przepraszam, myślałem, że dziś poniedziałek. Od tej pory nie umawialiśmy się w mieście. Przychodziłam do niego, na Avenue Jean Moulin. Po drodze jest apteka z lustrem na zewnątrz. Dalej ośrodek dla niepełnosprawnych: przez kilka lat, codziennie po zmroku ten sam młody mężczyzna na wózku wypalał papierosa przed wejściem. Mijałam jeszcze zarośnięty zielenią wiadukt La Petite Ceinture – „małej przepaski” Paryża, dawnej kolei, w XIX wieku wypartej przez metro.
Lubiłam, kiedy kolejny raz pokazywał mi XV-wieczny klocek drzeworytniczy z dzieciątkiem Jezus: kartka bożonarodzeniowa sprzed pięciuset lat. Upolował go na pchlim targu i sam zrobił odbitki. Miał też XVI-wieczną miniaturkę Pasji Mistrza I.S. i monumentalną rycinę Piranesiego. I może najpiękniejszy, zawieszony w oknie witraż ze świętym Hieronimem w pracowni, według Dürera. Zapewne XVII-wieczny. Nie przeszkadzało mi, że znam te historie. Lubiłam dumę, z jaką pokazywał mi brązowych wojowników – płaskorzeźbę z Beninu. Wiedział, ile krąży podróbek, ale ta była akurat prawdziwa. Smutno zrobiło mi się dopiero, kiedy opowiedział mi o tym dwa razy tego samego wieczoru.
Kiedy przyszłam, miał włączony telewizor: koncert na Mezzo, ale bez głosu, bo dźwięk od paru dni nie działa. A potem telewizor już całkiem padł. Dzwonił do Funboxa, ale nic z tego, bo nie znał numeru abonenta. W przedpokoju leżały za to ulotki, kupony rabatowe, katalogi. Za dwanaście euro miesięcznie przysłali próbki kremów, prezent dla nowych subskrybentów. Na stole leżał zeszyt, w którym Anka spisywała hasła. Dwie komórki, dawno rozładowane. Klucze, których panicznie szukał i które zostawiał, kiedy wychodził po bagietkę. O ile akurat sobie przypomniał o jedzeniu.
Sąsiadka, France, załatwiła dla niego wizytę domową. Młody lekarz ostrożnie prowadzi wywiad po angielsku. Prosi, by Charles zapamiętał jakiś adres. Wypytuje o pogodę i nastrój, po czym każe sobie ten adres przypomnieć. Charles nie zdaje testu. Profesor Emeritus Uniwersytetu Pensylwanii nie zdał egzaminu. Parę dni wcześniej wybrał się do kardiologa. Stał pod bramą: jakąś bramą, przy jakiejś ulicy i była tam nawet tabliczka gabinetu. Wracał okrężną drogą, jakimś cudem nie wychodząc z czternastej dzielnicy.
Coraz mniej wychodzi, zbiera się, aż nastaje popołudnie, potem wieczór, już się zdarzało, że nie zdążył przed zamknięciem supermarketu. W nocy nie może spać, nie może włączyć komputera, nie może włączyć telewizora, radio jeszcze działa, Radio Nostalgie albo jakaś mała stacja, która gra stary amerykański jazz. Odbiornik stoi na stosie przewodników Petit Futé – Burgundia Południowa, Burgundia Północna, Bretania, Sabaudia, Sardynia – trasy wspólnych podróży.

Charles był uczniem Erwina Panofsky’ego i kolegą Jana Białostockiego. W dawnej tradycji cechowej, nauczyciela i ucznia łączyły rodzinne stosunki. Z dumą myślałam, że dzięki niemu zostałam „wnuczką Panofsky’ego”. Mówił, że „diabeł tkwi w detalach”. Pewnie dlatego Charles nie skończył artykułu: chciał go jeszcze cyzelować, wygładzać, sprawdzić coś w przypisach i bibliografii. Interesowała go słynna rycina Dürera. Przedstawia cztery czarownice, a może te dojrzałe nagie kobiety to jednak trzy Gracje, do których dokooptowana została Wenus. W takim wypadku byłaby to inna wersja Sądu Parysa. Gracje to wiara, nadzieja i miłosierdzie, ale też pożądanie, duma i skąpstwo. Kuszenie. Skulony w prawym dolnym rogu diabeł trzyma w ręce Klobe, pułapkę na ptaki: ludzkie dusze. To był detal, który Charles jako pierwszy zauważył. Dürer zabawił się z czterema wiedźmami o obfitych kształtach, które przypominają o dręczących człowieka pokusach. A dla grzesznych diabeł zawsze trzyma otwarte wnyki.
Pewnego razu, w łazience Charles doznał olśnienia: zobaczył swoje wychudzone ciało i zrozumiał, że swój pionierski akt-autoportret Dürer wymyślił w podobnej sytuacji: spojrzał na siebie, wychodzącego z kąpieli. „Był chudy, jak ja. Szczególnie po chorobie”.
Raz na miesiąc Charles chodził po emeryturę do Citibanku przy Champs-Élysées. Z niezrozumiałych powodów jego karta nie działała w innych bankomatach, sprawy nie dało się też załatwić w innym oddziale. Pieniądze wpływały w dolarach, wypłacał je w euro i tu powstawał jakiś nierozwiązywalny problem.
Zimową porą, na trzy tygodnie przyleciał Alex. Uruchomił komputer, odzyskał plik z artykułem o Dürerze, naładował telefony. Z bankiem, ubezpieczalnią, telewizją, nic nie załatwił, bo nie umiał się dogadać po francusku. Wracał na raty, bo za pierwszym razem pomylił dni tygodnia, za drugim był strajk metra, za trzecim jakimś cudem dotarł na Brooklyn.
I tak to trwało. Sąsiadka, której imię uosabiało Francję wyjmowała ze skrzynki rachunki, opłacała je gotówką z jego portfela, wydobywała klucze z kieszeni marynarki. Aż wreszcie pojawiła się Dana – deus ex machina. Szkolna przyjaciółka Anki. Jakoś na początku lat osiemdziesiątych Anka przyjechała do Paryża, ona do Florencji. Była pielęgniarką na oddziale dla umysłowo chorych. Zbierała ich sztukę, organizowała wystawy. Przez wiele lat opiekowała się mężem po wypadku, potem niedołężną matką. Matka niedawno umarła, a ona dowiedziała się o położeniu Charlesa. Wsiadła w swojego zabytkowego fiata i przyjechała. Kula energii, tylko trudno jej się przemieszczać, bo waży ponad sto kilo. Z laską jest w stanie przejść z fiacika do supermarketu i od progu swojego mieszkania do restauracji na rogu. Zrobiła porządek z GDF, EDF, Orange, Citibankiem, Crédit Agricole i bankiem pocztowym. I zabrała Charlesa do Florencji, do swojego mieszkania przy Via dei Pilastri. Pełnego książek, poskładanych w stosy ubrań i pościeli, rzeczy do uporządkowania. Na tylnym siedzeniu fiacika woziła przekąski. Przynajmniej miałam pewność, że nie umrze z głodu. Kiedy wychodzili, on ją wyprzedzał, a ona wymachując laską wołała za nim, żeby nie zbłądził.
Dwa kroki od florenckiego mieszkania Dany znajduje się kaplica – Santa Maddalena dei Pazzi. W budynku, w którym dziś mieści się liceum, znajduje się Ukrzyżowanie Perugina: szeroki, atmosferyczny krajobraz, zwiewne, teatralne błękity. Klasycznie wyważona scena, jakby prawdziwsza niż zwykle u Perugina, niewierzącego malarza dla pobożnych. Zapytałam Charlesa, czy już widział te freski. I zrozumiałam, jak bardzo nie na miejscu jest to pytanie. Perugino był dla niego jak daleki znajomy, którego imię zapomniał. Nie pytałam już, czy chodzi do Uffizi. Kiedy przyjechałam do Florencji, dokuśtykaliśmy do restauracji na rogu Via dei Pilastri. Opowiedział mi o tym, jak zaczynał studia. Miał szczęście, starszy rocznik wysłali jeszcze do Korei, on zaliczył tylko poligon, a potem wypłaty z GI Bill. Kiedy skończył i doszedł do puenty, zaczął tę historię od nowa, aż Dana zgrabnie zmieniła temat.
Drugi ważny detal Charles zauważył w rycinie Adam i Ewa – bodajże najsłynniejszym dziele graficznym wszystkich czasów. Prawą ręką Adam trzyma gałąź górskiego jesionu. Uczeni dotychczas zakładali, że na tej samej gałęzi siedzi papuga oraz wisi tabliczka z podpisem Dürera. Tymczasem – zauważa Charles – Adam trzyma inną gałąź, zwieńczoną kiścią owoców. Te dwie różne gałęzie są skrzyżowane, chociaż wyrastają z innych pni. Ale są bardzo blisko siebie i naprawdę łatwo się pomylić. Nasze złudzenie, że chodzi o jeden konar nie jest przypadkowe. U Dürera nic nie wychodziło przypadkiem. Miał trzydzieści trzy lata – wiek Chrystusowy – i w swojej buńczucznej pobożności identyfikował się ze Zbawicielem. Raz, podczas choroby pokazał się nawet półnago, palcem wskazując ranę. Być może w ten sposób narysował się dla doktora, który miał odgadnąć, co mu dolega. Ale nie ma wątpliwości, że znajdował w sobie cechy boskie. „Dürer znalazł niezwykły sposób, by wyrazić ten ideał w rycinie przedstawiającej upadek człowieka – pisze Charles – Adam trzyma gałąź pnia drzewa poznania dobra i zła, z którego wedle tradycji zrobiony został krzyż. Niczym skrzyżowane palce, dwa pnie przepowiadają swoją przyszłą rolę jako drewno krzyża”. Charles zauważył również górskiego koziorożca, który balansuje na stromej skale w tle ryciny. Jest symbolem niewiernych, a więc pasuje do pierwszych rodziców – pierwszych grzeszników. „Tymczasem koziorożec z wysokości swojej turni spogląda ku słonecznym zboczom Italii – w stronę Werony, Mantui i Wenecji. Być może Dürer antycypował już swoją własną podróż, która miała nastąpić krótko po publikacji tej ryciny”.
ANNA ARNO