Kraków, 6.12.2025
Drogi Jacku,
Przeczytałem listę 65 nazwisk na pewnej mapie z roku 1930. Wiem, to jeszcze gorzej niż 13 wersów Odysei, ale nie mogę się powstrzymać przed napisaniem do Ciebie krótkiej notki, ponieważ obrazuje ona moją chomikowatość, o której pisaliśmy, a może dzięki temu rozpocznie się we mnie jakiś terapeutyczny proces dechomicyzacji lub choćby redukcji ze stanu superchomika do chomika zwykłego, niewynaturzonego.
Otóż od tygodni rozpaczliwie poszukuję kilku kartek w morzu zachomikowanych teczek i wycinków (nie znalazłem jeszcze) i przy okazji wpadłem na rozpadającą się teczkę z krzywym, podkreślonym napisem kapitalikami „MAPY”. Zupełnie nie pamiętam, skąd ją mam, jak trafiła tutaj na półkę, zupełnie nie pamiętam nawet, żebym ją kiedykolwiek oglądał. Jest to pokaźny zbiór głównie niemieckich map sprzed wojny, najpewniej wyrwanych – co za barbarzyństwo! – z niemieckiego Leksykonu, o czym mówią adnotacje w prawym dolnym rogu części z nich: „Meyers Konv. Lexikon, 5 Aufl.”, co musi odnosić się do piątego wydania największej niemieckiej encyklopedii Meyers Konversations-Lexicon, wydawanego w siedemnastu tomach w latach 1893-1897.

Tomy czwartej edycji „Meyers Konversations-Lexicon” (1885-1890), zdjęcie z domeny publicznej © Wikipedia.
Nie mam pojęcia, kto mógł te mapy z leksykonu brutalnie powyrywać, ale obawiam się, że jedyne tropy prowadzą do mojego taty… Są tam mapy wielu miast europejskich od Hamburga i Berlina po Ateny i Konstantynopol. Oprócz tego są w tej teczce przedwojenne mapy Bydgoszczy i okolic Bydgoszczy, zwłaszcza Chojnic i Człuchowa aż po Kaszuby – na jednej z nich widać nawet kawałek jeziora Skąpego w okolicy Wiela, jedynego jeziora, w którym niekiedy łowię ryby, ale ponieważ nazwa jeziora zdaje się jakoś zobowiązywać, zwykle sprowadza się to do stania godzinami w wodzie i zdumionego stuporu: czy to naprawdę możliwe, że jest jeszcze miejsce, gdzie nie ma pomostów, domków, plaż i grillowisk?

Osobną grupę tworzą w tej teczce mapy historyczne związane ze starożytnością i basenem Morza Śródziemnego – cesarstwo rzymskie na mapie z Książnicy-Atlasu z roku 1938, „die Reisen des Apostels Paulus” (bez daty, za to ze zdumiewającym dopiskiem na marginesie, chyba ręką taty, „Krzyżu św. nade wszystko”), czy mapa Palestyny z „der Zeit Luthers” z krzywym dopiskiem powyżej – na pewno nie ręka taty – „za czasów Lutra”.

No i jest tam również mapa Grecji starożytnej z epoki wojen perskich z roku 1930. Poszarpana, pozaginana i posklejana – w końcu za chwilę będzie już stulatką. No i na tej mapie, na jej szerokich marginesach znajdują się cztery kolumny nazwisk, wpisanych ołówkiem lub długopisem i ponumerowanych – jest tam na lewym marginesie kolumna nr II, a poniżej numer I, na prawym kolumny III i VII, a w środku jedna bez numeru, razem 65 ponumerowanych wersów z nazwiskami, z których część się powtarza. Między kolumną bez numeru, a kolumną VII widnieje pochylony napis „Cheroneja”. Przy części nazwisk w kolumnach na prawym marginesie dopisane są różne znaki: plusy, minusy, pytajniki lub cyfry od 2 do 4, a raz – przy Jankowskim albo „3x”, albo „3+”. Czy są to oceny? Niektóre nazwiska powtarzają się w dwóch kolumnach. W środkowej kolumnie prawego marginesu, tej bez numeru, można znaleźć nazwiska, które pojawiają się także w kolumnach III i VII (Wawrzon, Kuhn, Gierszewski), nazwisko Chałka otwiera kolumny III i VII, Mikołajski jest w I, III i tej bez numeru, Olkiewicz i Błaszak w I i nienumerowanej itd. Wszystkie nazwiska są męskie. No i pierwszą kolumnę na lewym marginesie otwiera nazwisko „Bielawski”. Jako żywo chyba musi chodzić o mojego tatę. I najpewniej cała teczka była skarbem z dzieciństwa strzeżonym przez naszego ojca i zapowiadającym jego historyczne zainteresowania, widoczne do dzisiaj w zachowanej – częściowo i chyba tylko dzięki mojej skłonności do chomikowania – bibliotece. Kim są osoby zgrupowane w pięciu kolumnach na marginesie mapy?
Dziwny ten spis. Czy może to być skład jednej męskiej szkolnej klasy? Może raczej uczestników jakiegoś koła zainteresowań historycznych? Czy ja wiem w ogóle, do jakiej szkoły zaraz po wojnie chodził nasz tata? Nie, nie wiem i nie pamiętam, ale szczęśliwie badał to i zapisał mój brat Maciej, który po śmierci taty porządkował i opisywał jego archiwum. Wynika z niego, że zaraz po wojnie, w maju 1946 roku ojciec znalazł się w Bydgoszczy, wysiadłszy z rodzicami i siostrą z wagonu z transportem wysiedleńców z Wilna przewożonych na zachód; z archiwalnych dokumentów zdaje się wynikać, że docelowo mieli być deportowani do Poznania – nie wiadomo dlaczego wysiedli w Bydgoszczy. Ojciec, urodzony 21 stycznia 1934 roku, wprawdzie rozpoczął naukę jeszcze w wojennym Wilnie w 1941, gdzie uczył się po litewsku jako Stepanos Bielauskas i uczył się marnie. Już w Bydgoszczy, tata chodził do Szkoły Podstawowej numer 5, imienia św. Jana na ulicy nomen omen Świętojańskiej. Nie wiadomo, jak się ta edukacja sumowała, ponieważ już po dwóch latach w polskiej podstawówce tata podjął naukę w Liceum Ogólnokształcącym numer I przy placu Wolności (1948-1952), tym samym, które prawie 30 lat później ukończył mój brat. Kiedy i po co ojciec zaczął zbierać te mapy? W podstawówce? Jeszcze w Wilnie? Czy dopiero w liceum? Gdziekolwiek by to było, pozostaje pytanie, skąd zdołał je pozyskać? Czy rzeczywiście osobiście wydzierał je z niemieckiego leksykonu? Jeśli tak, to gdzie miał do niego dostęp i to taki, który pozwoliłby na takie barbarzyńskie praktyki? W tej chwili musi to pozostać tajemnicą i zagadką, a w przyszłości może stać się kanwą jakiejś opowieści, kto wie.

Wracając do tej mapy z nazwiskami: na jej drugiej stronie jest jeszcze kilka dopisków: „Półbogowie greccy. Co wiem o każdym z nich” (niechybnie ręką taty), „sobota 5 lekcja zajęcia pratyczne” (bez „k”, ręką inną niż tatowa) oraz szkic trzech stylów kolumn greckich, co wygląda na pospiesznie czynione notatki podczas lekcji czy zaraz po nich.
No i tak właśnie wygląda moje chomikowanie.
Przyszło mi na myśl, że może powinienem poprawić pierwsze, focjuszowe, zdanie tego listu na: „Przeczytałem kilkadziesiąt map z archiwalnej teczki mojego taty oraz niedokończoną i niewydaną książkę mojego brata pt. Rodzinna Bydgoszcz (rozdział pierwszy)”. Może to brzmi lepiej? No i przecież mapy też się „czyta”, prawda?
Ściskam mocno,
K.
Drogi Krzysztofie,
Przeczytałem Twój list i listę nazwisk na jednej z dołączonych do niego fotografii – ja niestety swoich krewnych tam nie odnajduję…
Ta miniaturka to absolutnie wspaniała rzecz! I już teraz wyjawiam coś, co skrywam w sercu od lat: jeżeli kiedykolwiek napiszę jakiegoś swojego Stonera – to jest swoją powieść współczesną o intelektualiście-klasyku-akademiku – to pierwowzorem bohatera głównego będziesz Ty; na pewno nie ja sam. Twoje małe śledztwo po raz kolejny uświadamia mi nie tylko marność i nijakość moich kronik rodzinnych, ale też fenomenalną Twoją umiejętność introspekcji (może w ogóle moja książka o Tobie nigdy nie będzie potrzebna, bo z tych listów ułoży się Bielawski jeśli nie „pełny”, bo to nigdy nie jest możliwe, ale „bogaty” na tyle, że inne zbliżenia będą wtórne i niepotrzebne?…). Jakkolwiek nazwiemy ten proces: psychoanalizą, dechomikizacją czy autobiografią na cztery ręce, ryba wzięła! (Co piszę a propos także Twojej wzmianki o „kawałku jeziora Skąpego w okolicy Wiela, jedynego jeziora, w którym niekiedy łowię ryby”. No niech mnie! Nie dość że drwal, pszczelarz i góral… to jeszcze ryby łowi w Borach Tucholskich! Odsłaniaj się dalej, proszę!).
Ale wrócę do Bielawskiego-detektywa. Twoje poszukiwania całkiem na serio są frapujące, a ich efekt zachwyca. W dwojakim rozumieniu: raz, że – zdaje się – istotnie odnajdujesz jakieś wyrwane kartki z życia swego ojca (i brata przy okazji); dwa – bo pokazujesz „recepcję antyku” taką, jakiejś się domagam (a badacze tego zjawiska patrzą na mnie z dezorientacją)! To jest: tę W ŻYCIU, ŻYCIEM, DLA ŻYCIA. (Jak wiesz, moim największym sukcesem naukowym jest przepchnięcie jako książki habilitacyjnej opowieści o PRZEŻYWANIU Homera…). Wczytuj się tak w swoje dzieje i pisz mi o tym! To jest modelowa mikrohistoria, a przy tym świadectwo jakoś poruszające…
Nie tylko ja przeczytałem ten list, ale też… Google Notebook; narzędzie, które postanowiłem przetestować na tekście, nad którym akurat myślałem. Padło na Twój list o mapach. Nie wiem jeszcze, co o efekcie myśleć: jestem zdezorientowany. Notebook po kilku chwilach „generowania odpowiedzi” wypluł niespełna 20-minutowy odcinek podcastu, w którym dwie osoby (?!)… rozmawiają o Twoim liście!
Weszliśmy, oczywiście, w fazę, kiedy AI i to, co potrafi, nie może już dziwić, a jednak czuję się z tym niekomfortowo: rozmówcy brzmią jak żywi i rozmawiają… jak… ludzie. Nie „halucynują”, nie „zmyślają”, nie „dopowiadają”. Po prostu prowadzą sensowną, ciekawą i kompetentną rozmowę o tym, co do mnie napisałeś. I do tego – jak reklamowane jest to narzędzie – „językiem przystępnym”. Czy tak wyglądać będzie np. nauka do egzaminów z literatury? Myślę, że już tak wygląda – o ile tylko studenci mają PDF-y książek, a mają… „Po co czytać, skoro…?”.
Ten czas już nadszedł i walczyć z wiatrakami nie ma co. Zawsze więcej po ziemi chodziło takich, co wybierali skróty niż tych, co pchali się w chaszcze i utrudniali sobie drogę. Nie ma w tym zresztą nic złego: nikt dziś nie podróżuje drezyną, nie wysyła wiadomości telegrafem i ręcznie nie kopiuje książek…
Ale w zestawieniu z Twoim szperactwem, chomikowaniem (wyblakłych pewnie nieraz) notatek i szpargałów (które są świadkami spraw dawno minionych) to, czego świt niewątpliwie obserwujemy – przyznasz – jawi się wyjątkowo jaskrawo! Nie chodzi mi o to, że jesteś (ba, jesteśmy!) z epoki już minionej – to jasne. Jak pisał Schopenhauer: „Na korytarzu za drzwiami już słychać kroki tych, którzy będą nieśli twoją trumnę”. Myślę o tym, jak bardzo musi zmienić się humanistyka, by przetrwać jako humanistyka. Jak bardzo nieakademiccy musimy odtąd być w tym, co robimy! Jak bardzo inaczej musimy teraz myśleć, by nie zniknąć bez śladu w brzuszysku cyfrowego potwora!
Paradoksalnie: będzie to powrót do korzeni myślenia.
Jeszcze dekadę temu moje książki „objeżdżano” za ich „subiektywizm”; nie zdziwię się, jeśli za kolejną dekadę (albo szybciej!) – wszystkich „pracowników naukowych” obowiązywać będą wytyczne, jak subiektywizować pisanie, by zasłużyć na punkty. Jest też scenariusz czarny: akademia będzie brnęła dalej w fikcję „obiektywizmu”, „naukowości” i „akrybii” w humanistyce i tajemnicą poliszynela będzie, że „publikacje naukowe” piszą, tłumaczą, recenzują, czytają i przetwarzają już tylko boty AI.
Ale może ma ten czarny scenariusz swoje zalety także i dla nas – nie tylko nas-humanistów, ale konkretnie nas dwóch? Wyobraź sobie np., że Bielawski-bot i Hajduk-bot korespondować będą ze sobą spokojnie za sto i pięćset, i tysiąc lat… Miłe. Czy nie byłoby to jakimś pocieszeniem?
Pozdrawiam (póki co ja-realny) (póki co Ciebie-realnego)
J.
Do katalogu:
Philip K. Dick, Ubik. Tum. M. Ronikier, Poznań 1975 (i późniejsze).
Zażartował kiedyś Mrożek, że pisarz powinien mieć twarde siedzenie. Nie idzie bynajmniej o wytrzymałość sempiterny na ewentualne razy będące efektem rozpowszechniania dzieła, lecz o sam proces twórczy: nie wierząc w natchnienie, Mrożek siadał do biurka i czekał na pomysł; co czasem trwało. Patrzył najpewniej w kartkę leżącą na blacie lub wystającą z maszyny, później w ekran… Z kolei Białoszewski, opływając „Batorym” Europę, zatęsknił do swoich nocnych praktyk w domu matki w Garwolinie: „Stawałem w ciemnej kuchni w nocy, w zimie i wpatrywałem się w tą ślepą ścianę niedobudowanej willi sąsiadów. Stałem tak nieraz pół godziny, z godzinę. Za oknem nawet nie było śniegu, tylko szaro, sterczące badyle i ta ściana”. Mironolodzy lubią wracać do tego passusu, zwłaszcza ci rozważający duchowość autora Oho, jego transy, medytacje, odmienne stany. W każdym razie obaj panowie, jak widać, zwykli intensyfikować umysł przed pisaniem, Mrożek bezpośrednio przed, Białoszewski przed, za jakiś czas i w ogóle. Ale Mrożek też miałby być mistykiem? A metafizykiem przynajmniej?
W 2023 nakładem Noir sur Blanc ukazały się Zagadki bytu, pięknie wydana antologia Mrożkowskich opowiadań i stosownych rysunków. Z przyjemnością uchyliłbym kaszkietu przed autorem kolekcji (podejrzewam zresztą, że przed autorką), niestety, pod tym względem edycja pozostaje wierna tytułowi: zagadkowa. Na skrzydełku czytamy: „Wybór tekstów Sławomira Mrożka, w którym śmierć (cóż za niepraktyczna forma!), oniryczność i wątki metafizyczne splatają się w jeszcze jeden obraz Mrożkowego absurdu i przenikliwego spojrzenia na ludzką naturę”. Istotny i potrzebny zbiór, można by tylko – książka liczy nieco ponad dwieście stron dużego, przyjemnego druku, do tego sporo ilustracji – dorzucać kolejne teksty.

W 2014 wydawnictwo Homini ogłosiło Rekolekcje z opowiadaniami Sławomira Mrożka. Przedpola teologii absurdu, autorstwa Bernarda Sawickiego OSB. Wprawdzie w Małym słowniku teologicznym Karla Rahnera i Herberta Vorgrimlera nie ma hasła ABSURD (a powinno być zaraz po pierwszym, czyli po ABSOLUCIE; ach, figle alfabetu), skoro jednak poważni myśliciele rozprawiają o egzystencjalizmie chrześcijańskim, to dlaczego komuś żałować teologii absurdu. Zakonny pisarz nie usiłuje rechrystianizować Mrożka, w ogóle o Bogu w książeczce niewiele. Owszem, wolność, zgodnie z chrześcijańską wykładnią, jest rozumiana antytetycznie: „Trzeba tu zachować dyskrecję i pozostawić każdemu wolność. Jest to w pierwszym rzędzie wolność od świata. W drugim – wolność otwarcia na Absolut”. Ale zaraz w następnym zdaniu robi się zdecydowanie mniej oczywiście: „W tej przestrzeni wolności istnieją dokładnie określone obszary jej aktualizacji: kontestacja, ironia czy bunt”. Opowiadań Mrożka używa o. Bernard trochę w roli exemplów, w celach nie tyle umoralniających, ile refleksyjnych, może z dalszym tłem terapeutycznym. Tak, od czasu do czasu zabrzmi fraza trącąca pedagogiką, ale bo też autor rekolekcji jest zakonnikiem (ja zaś mrożkistą).
Pisze ksiądz Sawicki, iż miał kiedyś bezpośrednią okazję z Mrożkiem. „Powiedziałem mu, że zaintrygowało mnie formalne i stylistyczne pokrewieństwo jego opowiadań z apoftegmatami Ojców Pustyni i wynikające stąd duchowe implikacje, nieco się zadumał i powiedział tylko jedno słowo: «Ciekawe»”. Słowo cokolwiek dwuznaczne, a usłyszane z ust Mrożka już nieledwie aporetyczne, nie będę więc powtarzał tego przymiotnika w odniesieniu do książki, powiem tylko, że jest intrygująca. Po pierwsze zatem, Mrożek jako rekolekcyjne źródło zdecydowanie różni się od mielizn popularnego odbioru jego dzieła i potocznych komentarzy. Po drugie, benedyktyn przywołuje zazwyczaj mało znane teksty pisarza. Radzi czytelnikowi, by miał opowiadania pod ręką, na wszelki jednak wypadek każde z interpretowanych opowiadań jest przyzwoicie streszczone, co, wbrew pozorom, nie jest łatwą sztuką. Po trzecie, proponowane interpretacje są oryginalne i konsekwentne, odwołują się do złożonego rozumienia absurdu. To dobre prawo księdza Sawickiego, aczkolwiek nie sposób uniknąć różnic między podejściem teologa a filologicznym i wynikającej z tego odmiennej hierarchii znaczeń.

W opowiadaniu Rozwój bohater przygląda się poruszającym się po kuchennej podłodze karakonom. Na mgnienie oka (ludzkiego) robaki układają się w Ostatnią Wieczerzę, za czas niedługi w Śniadanie na trawie, następnie w obrazy impresjonistów, kubistów, surrealistów, Warhola – potem już główna postać nie dostrzega celowych przedstawień i dochodzi do wniosku, że to jej wina: „Oj, ja głupi, jakże coś zobaczyć mogę, kiedym się jeszcze nie rozwinął. One już pewnie w dwudziestym piątym wieku (bo po północy już było a szybko biegały), a ja wciąż pod koniec dwudziestego. Percepcja mi nie nadążyła, ot co”. Owady jako kolektyw i zgodnie z prawami ewolucji widać wyprzedziły jednostkowego bohatera. I właśnie ta teza o postępie, także w sztuce, w wyniku którego Warhol miałby być lepszy od Leonarda, jest obiektem szyderczej acz wymyślnej ironii Mrożka. Kpi on poza tym z postulatów, zgodnie z którymi sztuka i literatura muszą nadążać za życiem – rozwojem – społecznym. Tymczasem autor rekolekcji zaczyna: „Nasza percepcja zewnętrznego świata powinna brać pod uwagę także perspektywę czasową. Jak zauważa narrator, wszystko zmienia się i ewoluuje. To jeszcze bardziej komplikuje sprawę naszego zrozumienia innych światów”. Zgoda, wkrótce ksiądz Sawicki konstatuje, że „nie można jasno nawet ustawić perspektywy analizy”, uwaga ta świadczy o dystansie wobec własnych narzędzi badawczych. Nie zarzucę o. Bernardowi ani interpretacyjnej niekonsekwencji, ani braku poczucia humoru. Obawiam się przecież, iż jego metoda niekiedy luźniej przystaje do Mrożka, skutkiem czego wybitnie istotne jakości jego prozy umykają.
W opowiadaniu Szuler zaś tytułowy cudzoziemiec już na wstępie określa się takim mianem, mimo to bohaterowie, być może racjonalizując własny pociąg do hazardu, decydują się na karty z nim, talia idzie w ruch. Beyer, Nowosądecki i bohater-narrator przegrywają kilkakrotnie. W końcu przybysz wyjaśnia, dlaczego na początku przyznał się do szulerstwa: „Chciałem oczyścić i wypróbować waszą wiarę. Powinniście wierzyć w wygraną wbrew oczywistości, że nie możecie wygrać. Tylko taka wiara jest prawdziwa, a wszelka wiara, która szuka poparcia rozumu, nie jest prawdziwą wiarą”. Gdy Nowosądecki nalega na dalszą grę, cudzoziemiec oświadcza: „Pańska wiara przynosi panu zaszczyt”. Przecież to interteksty Ewangelii! „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” (Mt 14, 31) – pyta tonącego Piotra podający mu rękę Jezus, który stoi na powierzchni jeziora. Tomaszowi z kolei wyrzuca: „Uwierzyłeś, dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś? Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29). Uzdrowionemu trędowatemu rzecze: „Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła” (Łk 17, 19). Podobne słowa słyszą ślepiec pod Jerychem (Mk 10, 52; Łk 18, 42) czy kobieta cierpiąca na krwotok (Mt 9, 22; wszystkie cytaty według Tysiąclatki). Pierwszy z urywków z Mrożka o. Bernard cytuje, lecz do Biblii nie odsyła. Mało prawdopodobne, żeby nie pamiętał, czyżby, hmm, taktownie przemilczał, skoro o prawdziwej wierze mówi szuler? Niekoniecznie. Da się wprawdzie uznać wypowiedzi oszusta za parodystyczne aluzje do słów Jezusa, jednakże w tradycji chrześcijańskiej pamięta się też sławną parafrazę słów Tertuliana: „Credo, quia absurdum” (nomen omen… ale żeby o tym, przede wszystkim zaś o Ewangelii przypominał wielebnemu ateusz?). No i szuler z opowiadania „odchodził na przełaj przez pole, ale było już za ciemno, żeby stwierdzić, czy zostawiał ślady”. Bohaterowie mieszkają na pustkowiu, narrator zaznacza wcześniej, bez entuzjazmu, że mogą wychodzić na spacer, wyłącznie jednak po to, by po powrocie oglądać przez okno własne ślady na śniegu. A w przypadku szulera chodzi o stwierdzenie, czyli w ogóle o istnienie jego tropów, nie zaś o widzenie ich, uzależnione od światła. Sugeruje tedy narrator, że cudzoziemiec mógł śladów nie zostawiać – jak duch, istota skądinąd, w każdym razie nie jak każdy człowiek.
Dosyć ma dzień swojego utrapienia. Do Mrożka zatem.
ADAM POPRAWA
W filii nazistowskiego obozu koncentracyjnego Gross-Rosen w Cieplicach mieszkają ludzie i pustka po ludziach. Żywi korzystają z tego, co zostało po zabitych. Betonowe słupy ogrodzenia z drutu kolczastego służą jako paliki na sznury do suszenia prania, łaźnia obozowa przechowuje wózki dziecięce i rowery. Przy granitowym głazie, pomniku ofiar faszyzmu, walają się niedopałki i puste butelki po piwie, bo miejscowy element urządza tu zakrapiane „biby pod skałką”. Przy końcu wyasfaltowanej Lagerstrasse, przemianowanej na Wojewódzką, kleją się do siebie blaszaki. Nie dla wszystkich aut wystarcza miejsca, dlatego granatowe fordy z pordzewiałymi błotnikami i zakurzone merole na niemieckich blachach parkują na dawnym placu apelowym.

Powróćmy do 1945 roku, kiedy Bad Warmbrunn przepoczwarzało się w Cieplice Śląskie-Zdrój. Pierwsi przesiedleńcy zajmowali dostojne pensjonaty i wille z żabotami balkonów, logiami i galeryjkami. Oszałamiający bezlik kratek, zawijasów, liści, płatków i gruzełków wystrugali tutejsi snycerze, którzy bawili się w secesję na miarę górskiego kurortu. Krzesali z drewna płomienie, cyzelowali portale: tu kokarda, tam ogon, pozłacany grzebyczek, szlaczek, sprężyna, do tego pawie oko i muszla wciśnięta pomiędzy okiennice zamykane na haczyk.
Szybko ubywało domów z wykuszami, pensjonatów z pruskim murem i apartamentów z widokiem. Znikały mieszkania w familokach, pokoiki na poddaszach i sutereny, ale w do baraków przy Lagerstrasse nikt nie zaglądał. Nieotynkowane, osieciowane drutem kolczastym, mokły i butwiały. Wspominały czasy, kiedy mieszkali w nich więźniowie: trzystu zdolnych do pracy gnieździło się w czterech niewysokich, podługowatych blokach, pozostałych trzystu, tyle że chorych, upchano w rewirze, czyli obozowym szpitalu. Dusili się, leżąc jeden na drugim, jak chude brzózki przeznaczone do spalenia. Od reszty lagru dzieliły ich zasieki płotu cierniowego i esesmańskie mausery.
Dur miał się dopalać w szpitalu. Esesmani liczyli, że objęte kwarantanną wszy, pluskwy i pchły nie odważą się samowolnie przekroczyć najeżonej kolcami granicy. W rewirze więziono też lekarzy. W apteczce nie mieli jodyny ani zastrzyków, chyba że z fenolem. Dostali garść przeterminowanych leków nasercowych, przydatnych jak widły do nalewania zupy. Zdrowymi, jeśli tak można powiedzieć o zagłodzonych häftlingach, opiekował się dentysta. Jego terapia sprowadzała się do oględzin gardła. Podczas badania skrzętnie notował złote koronki i mostki, żeby je w odpowiednim czasie wydłubać. Musiał się uwijać z robotą, więźniowie masowo umierali: z głodu, zimna i tyfusu.
Bo zaraza miała się dobrze. Krnąbrne insekty przełaziły przez zasieki i czepiały się robotników, którzy rozkładali Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG na cząstki elementarne: rozwłókniacze, kolektory, taśmy, sita i cylindry, wstrząsarki i suszarki, kalandery, nawijarki, przewijarki, silniki, pompy i kompresory. Pochód pasiaków maszerował Reibnitzerstrasse (dzisiejszą Lubańską), mijał osiedle domów wielorodzinnych zaprojektowane przez uzdolnionego Kurta Langera i ocierał się o niskie, ażurowe płotki. Hausfrauen modliły się, żeby kolumny obszarpańców nie budziły psów podwórzowych, nie straszyły dzieci pałaszujących owsiankę, nie paskudziły wypucowanych chodników. O świcie przezornie zamykały okiennice. Po zmierzchu przemarsz tupał co prawda czółnami, ale już nie mącił swoim widokiem osiedlowego ordnungu.
Więźniowie musieli tyrać po trzynaście godzin dziennie. Toczyć, wiercić, piłować, odśrubowywać, ćwiartować, upychać w skrzyniach, pieczętować, dźwigać na rampę, a niemieccy brygadziści notowali, ile i czego, co z czym i w jakiej kolejności należy pakować. Przedsiębiorczy pan Dörris, właściciel fabryki maszyn do produkcji papieru, przygotował się na wojenne niespodzianki. W odpowiednim czasie, w niemieckim miasteczku Düren przy granicy z Francją, kupił sobie podupadły zakład. Po upadku III Rzeszy fabryczka rozkwitła i wypuszczała w świat maszyny do produkcji papieru; jota w jotę jak cieplickie wynalazki.
Wróćmy jednak do Cieplic. Kiedy zabrakło mieszkań na poddaszach, suteren i pokoików w familokach, urzędnicy Państwowego Urzędu Repatriacyjnego zaczęli myszkować po obrzeżach. Przypomnieli sobie Lagerstrasse.
– Całkiem do rzeczy te baraczki. Co myślicie, towarzyszko?
– Gdyby otynkować, będą niczego sobie. Czy odkazić obóz?
– Obywatelko, taka wesz długo nie pożyje. Kiedy wyszli więźniowie?
– Będą już dwa lata.
– Mendy się rozpełzły, a niedobitki wytnie wapno.
Obozowi przyglądała się też Fabryka Maszyn Papierniczych Fampa. W spadku po Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG przejęła ogołocone hale produkcyjne i puste magazyny. Obóz należał się jej niejako per continuum. Więźniowie pracowali przecież przy wywózce fabryki. Ktoś wpadł na pomysł hotelu robotniczego. Kampania ściągająca monterów, hydraulików, spawaczy, tokarzy i mechaników szła pełną parą. Kadrowe podróżowały po Polsce, żeby werbować. Zasadniczą Szkołę Zawodową w Gołdapi skusiły obietnicą: kto się zaciągnie do Fampy, nie musi zdawać egzaminów. Zgłosiło się dwudziestu chłopaków i zamieszkali w obozie koncentracyjnym.
Z okien widzieli plac apelowy. Niedawno zbierali się tu różnych rang esesmani, arcykaci i władcy obozowi, lagrowi, blokowi, schreiberzy, najmici, eltesterzy, czyli starszyzna i reszta szlachty obozowej, zgraja kulturvolków wśród nich rapportführerzy, blockführerzy, otoczeni czeredą sługusów, noszących na rękawach emblematy swojej nieograniczonej władzy. Tu pędzono zugangów, czyli nowo przybyłych. W listopadzie 1944 roku na plac apelowy przydreptał Leopold Rosenbaum, profesor filozofii.
Miał na sobie wełniany płaszcz w pepitkę z żółtą gwiazdą na sercu i szyte na miarę, dopasowane do wysoko podbitej stopy, wiedenki. Palce Rosenbauma zdrewniały na uchwycie skórzanej walizki zapiętej metalowymi klamrami i zaszyfrowanej. Na żądanie podkreślone uderzeniem kijem w kolano, zdradził sekwencję cyfr, w zamian otrzymał numer, który miał mu odtąd zastąpić imię i nazwisko. Na kolejny rozkaz, zdopingowany kopniakiem w brzuch, rozebrał się do naga, złożył w kostkę płaszcz i szary prążkowany garnitur, ustawił noskami do siebie buty z porządną przyszwą, grubą zapiętką i poszedł do łaźni. Wspólna kąpiel zugangów trwała na tyle krótko, że lodowata woda nie odcięła mu krążenia w nogach i zdołał się dowlec do fryzjera. Strzyżono go maszynką, wszędzie w kroczu i pod pachami. Ukoronowaniem tych zabiegów kosmetycznych było wygolenie na głowie szerokiego na trzy palce pasa od czoła aż po tył głowy. Dostał pasiak, drewniane czółna i – już nie jako filozof Leopold Rosenbaum lecz häftling o numerze 12468 – zamieszkał w baraku numer 4, na lewo od głównej bramy filii obozu Gross-Rosen, w kurorcie Bad Warmbrunn.
Tenże häftling tak cenił Niemca Immanuela Kanta, że nawet w lagrze opowiadał o nim współwięźniom: o tym, jak o piątej rano lokaj bezszelestnie uchylał drzwi sypialni i budził Kanta wyszeptanym „już czas”. Że punktualnie o siódmej ten sam kamerdyner podawał gorzką herbatę. Potem przetrząsał szafy, wyjmował szare pończochy, koszulę, frak z brunatnego sukna podszyty jedwabiem i złote spinki do mankietów. Że punktualnie o godzinie jedenastej wyrychtowany Kant kroczył na wykład, a tłumacząc świat, wpatrywał się w najbliższego studenta. Byłoby dobrze, gdyby ów żak skamieniał jak czerstwy bochenek chleba, bo każdy grymas twarzy, nowa zmarszczka czy tik nerwowy mogły rozdrażnić prelegenta. Brak guzika przy surducie był powodem do przerwania wykładu. Tak samo plątał Kant myśli, gdy student guzik przyszył: „Zechce pan odciąć guzik, od którego odwykłem”.
W obozie Leopold Rosenbaum odwykł od rzeczy ważnych i drobiazgów takich jak jedzenie, picie i spanie. Może umarł przy produkcji maszyn do zabijania ludzi albo przy rozbiórce maszyn do produkcji papieru. Nie wepchnięto go bowiem do ciężarówki z plandeką, która charczała i smrodziła, wspinając się pod górę wsi Gotschdorf (dzisiejszego Goduszyna). Za szkołą, za przysłupowymi domami tkaczy, za cmentarzem okolonym murem rozsiał się niewielki las: brzózki, dąb z przetrąconym kręgosłupem, buczyna o liściach skręconych w tutki. I sosny w barwach ochronnych jak moro żołnierzy piechoty.
Jeszcze wiele lat po wojnie studenci medycyny łazili po „żydowskim lasku”. Wystarczyło pogrzebać patykiem w liściach, by natknąć się na czaszkę. Jedna z nich przypominała księgę. Na sklepieniu i potylicy wyryto gwoździem nazwiska. Kulfoniaste słowa odsłoniły się po wygotowaniu kości w emaliowanym garze z garbatą przykrywką. Niełatwo było odszyfrować bazgroły. Leopold Rosenbaum nie znalazł się na tej wyjątkowej liście. Był na innej.
Pomysłowy pan Dörries miał głowę na karku i pasiaków pod dostatkiem. Liczył, co prawda, na więcej, w lagrze trzymano ośmiuset więźniów, a pracowało tylko trzystu.
–Tuczysz symulantów – beształ lagerführera Szakacsa. – Zagoń trutni do zakładu. Taśma ich wyleczy.
Kiedy jeszcze wojna szła pełną parą, Dörries przestawił produkcję na militaria. Specjalnością fabryki stały się ciężkie haubice schwere Feldhaubitze 18 (s.F.H.18) i lekkie koszulki odłamkowe dla granatów ręcznych. W skorupy z kurortu ubierały się granaty na łodydze (Stielhandgranate 24) i granaty jajowate (Eihandgranate 39 przezywane pieszczotliwie M39 od roku narodzin). W ceglanym budynku z żeliwnymi oknami budziły się setki, jeśli nie tysiące kotwic. Kotew życzyły sobie miny morskie. Wokół Europy było przecież tyle mórz do zaminowania, tyle statków wypełnionych młodymi marynarzami do rozerwania, tyle okrętów podwodnych do rozszarpania. Gdy losy zrobiły woltę, häftlingi musieli rozłożyć całą fabrykę na części i wpakować do pociągów jadących w głąb Rzeszy, aż pod francuską granicę.
Sześć dni w tygodniu pędzono więźniów z Lagerstrasse do Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG. Kominy dymiły, ciężarówki kopciły, nad uzdrowiskiem unosiła się bura kurzawa. Esesmani dopingowali maruderów kolbami karabinów, brygadziści pałkami, szajskapo kasował markę za wyjście do ubikacji. Natomiast majster pilnował, żeby nie podpierać ścian, tylko uwijać się przy tokarkach i szlifierkach. Księgowy płynął pomiędzy pasiakami i notował w rubrykach pierścienie i głowice, trzonki, klamry i pazury, czerepy, bębny i ciężarki, pręty, liny i przetyczki. Niczego nie mogło brakować. Każda część ważyła sporo reichsmarek. Skrupulatnie, jak przystało na niemieckiego buchaltera prowadził też swój osobisty spis ludzi. Sporządził opasły, dwutomowy inwentarz. Każdą z dwustu czterdziestu dwóch stron poszatkował tabelami. Każda tabela miała samoswoją grubość. Każdego więźnia przedstawił z imienia i nazwiska, każdemu przyporządkował numery (swój i obozowy), numerowi przymiot: „A”, czyli arbeitsfähig – zdolny do pracy, „L” langsam – opieszały, „K” krank – chory.
Księgowy z Dörries-Füllner Maschinenfabriken AG był solidny i akuratny, bo nazwać go pedantycznym byłoby lekką przesadą. Kaligrafował wpisy, błędną notę zaklejał przyciętą na wymiar karteczką. Śmierć pasiaka zmuszała go do wysiłku. Musiał sięgnąć po blok techniczny, przyciąć papier na wymiar, posmarować klejem biurowym, przyłożyć, docisnąć, odczekać aż klej stężeje. Psioczył, kiedy symbol „K” zaślepiał karteluszkiem z wielką literą „T”, co znaczyło martwy (tot). Syczał jak wąż, kiedy pochylał się nad häftlingiem Leopoldem Rosenbaumem o numerze 12468, który najpierw zasłużył na literę L – leniwy, zaklejoną kwadracikiem z grubym, czarnym T. Śmierć dopadła go 13 lutego 1945 roku.
Za niedługo więźniów z Lagerstrasse pognano na dworzec kolejowy. Przy rampie czekały już na nich węglarki typu Villach. Trzy osmolone wagony.
Pasiaki gramoliły się do środka, spadały z metalowych stopnic, esesman kopniakiem popędzał maruderów i rytmicznie sylabizował acht-und-zwan-zig, neun- und-zwan-zig, drei-zig. Na rozkaz gwizdka i ciętego: szlus! robotnicy obsiedli wagony niby tłuste muchy padlinę i przybili do ścian okorki, coś w rodzaju dachu. Przerobili węglarki w trumny. Na ostry gwizdek pociąg wyturlał się z kurortu Bad Warmbrunn.
Baraki przy Lagerstrasse przez kilka lat mokły i butwiały, zanim wprowadzili się do nich chłopcy z Gołdapi. Dziś w obozie mieszkają ludzie i pustka po ludziach. Żywi korzystają z tego, co zostało po zabitych.
AGNIESZKA KANIA
X
To była paschalna uczta tegoż roku,
wieczór pootwierał oczy gwiazdom,
mrok przejrzysty jak rzadka zasłona
zachęcał do spokoju, bośmy odeszli
z domu niewoli i stale wspominamy
synajskie przymierze, które istnieje,
choć może się kruszyć, może łamać.
Na okazały rożen jagnię nasadzamy,
jak na krzyż wysoki i wywyższający,
i pieczemy w ogniu, pierwszy kielich
wznosząc, jedząc liście ziół gorzkich
z chrzanem i tymiankiem, a kawałki
chleba w sosie maczamy z pachnącą
bazylią, następnie baranka bez skazy
spożywamy taktownie, kielich czasu
pomyślnego pijąc w serc wzruszeniu.
On, półleżąc, zgodnie ze zwyczajem,
nagle ogłasza, obniżając tembr głosu,
że już więcej nie będzie wraz z nami
wieczerzał ni pijał z płodów krzewu
winnicznego, aż przyjdzie obwołane
przez Niego wielkie Królestwo łaski.
Niewiele z tych słów mogliśmy pojąć,
patrząc w Jego oczy, podekscytowani,
bo Chleb – Ciało swe za nas poświęca,
Krew swą wylewa, byśmy żyć zaczęli,
prawą ofiarę niosąc w sercach swoich
i w marzeniach miłych, po czym nam
nogi schylony obmywa, bez ceregieli,
nie zważając na nic, Piotr na to grubo
się podnosi, aby w końcu przyjąć dar
umiłowania, Judasz odchodzi smutny,
grozą udręczony, by z samym życiem
zmierzyć się zdradliwym, które bodaj
na pozór ocala, na pozór mrok płoszy.
W 1984 roku, podczas diakońskich przygotowań do przyjęcia święceń kapłańskich, zapytywałem samego siebie: czego się najbardziej obawiasz w swej przyszłej posłudze? I wówczas, niemal odruchowo, odpowiadałem, że już na samą myśl o Mszy Świętej, o tym, że będę stał przy ołtarzu jako alter Christus („inny”, „drugi” Chrystus) zaczynały drżeć moje ręce, oddech prawie zanikał. Miałem wszak przewodniczyć liturgii w imieniu i z upoważnienia samego Chrystusa. Cóż za niewyobrażalne doświadczenie, jak mam mu podołać, nie popaść w zabójczą rutynę, spoglądać wciąż żywym i odświeżającym spojrzeniem na perykopy ewangeliczne? – zastanawiałem się z niepokojem.
Tamto przeżycie trwa właściwie do dzisiaj, a postawione wtedy pytanie nadal zalega pod sercem, trapi wolę i umysł. Oczywiście, wiele się od ubiegłego wieku zmieniło, ale Msza Święta nadal wpływa w zasadniczy sposób na styl mojej religijnej obecności, przenika ją i porządkuje. Nie chodzi tylko o to, żebym w jak najbardziej prawdziwy, żarliwy i pokorny sposób sprawował Eucharystię, choć to rzecz zasadnicza. Powinienem również rozważać to wszystko, co ona wyraża, z dnia na dzień umacniać, że postawa wierzącego łączy się z dziękczynieniem (etymologicznie „Eucharystia” oznacza przecież dziękczynienie). Stąd nieodzowność takiego profilowania codzienności, aby przez nią przejawiało się uwielbienie Boga. Sam Jezus pozostaje w tej sprawie – jak i w każdej innej – najważniejszym wzorem, kiedy spogląda w niebo, zanosi do Ojca prośbę i zarazem podziękowanie: „Ojcze, dziękuję Ci, żeś Mnie wysłuchał”. Rozdawanie siebie samego przez Jezusa to znak, że miłość Ojca bez reszty wydaje swego Syna na pokarm dla świata. Następnie Mistrz odmawia błogosławieństwo nad chlebem, po czym łamie go, co znaczy, że sam zostanie złamany cierpieniem, ale też wskazuje na zdolność nieskończonego pomnażania Jego daru, czego Duch Święty będzie dokonywał podczas każdej Mszy Świętej.

Jakże więc mógłbym rezygnować ze spotkań z Tym, kto ofiarowuje samego siebie za „życie świata”, kto mnie kocha. Codzienność przynosi wielkie zadowolenie dopiero wtedy, kiedy potrafię kogoś tak intensywnie ukochać, że zapominam o egoistycznych zachciankach i że inny człowiek jest w stanie objąć mnie w miłości. Takie przeżycia nadają zasadniczy sens teraźniejszości i przyszłości, ale uwaga: nigdy nie jestem w pełni nasycony, ciągle oczekuję na coś, co będzie mocniejsze, głębsze, co wykracza poza ziemski wymiar, chciałbym po prostu zdobyć wieczność, odnaleźć w osobie Jezusa Chrystusa zapowiedziane królestwo Boże. W tym chrześcijańskim trudzie niebagatelną rolę odegrał ksiądz Piotr Bożyk (1923-2023), powiernik duchowy błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, twórca modelu kultury przykościelnej na terenie archidiecezji białostockiej, kapłan, którego Bóg postawił na mojej drodze życia i który tę drogę kształtował, często z niemałym poświęceniem. Uczył mnie stawiać pierwsze kroki w przestrzeni kultury ministranckiej, zachęcał do korygowania osobistych niedociągnięć i młodzieńczych egoizmów, cierpliwie skłaniał do modlitwy i liturgicznego stylu bycia. Z roku na rok stawałem się sam dla siebie kimś zaskakującym, ale też świadomym osobistych braków intelektualnych i moralnych. Piotr nie zważał na nie, stale przypominał, że jeżeli coś nas bardziej zajmuje, aniżeli chęć naśladowania (we wszystkim, co robimy) chrześcijańskiego sposobu życia, wówczas rozumiemy, że oddalamy się od Chrystusa, z którym jesteśmy związani Ciałem i Krwią – ofiarą Mszy Świętej. Odtąd rozpoznałem, że bez mocy liturgii nie będę w stanie szlachetnie żyć ani podążać ścieżkami wiary.
Znaczącym wsparciem w ujęciu tajemniczego oddziaływania misterium eucharystycznego okazała się poezja i poetyckie widzenie świata. Tę wrażliwość wyniosłem z rodzinnego domu, z lirycznego serca mamy Franciszki oraz z ducha pobożności księdza Piotra. Wsłuchując się w teksty Mszału, ucząc się na pamięć łacińskiej ministrantury i nieco później tej w polskim tłumaczeniu, smakowałem cud eucharystyczny, ową niepojętą obecność Boga pod osłoną chleba i wina. Odczuwałem piękno Biblii, zwłaszcza Psalmów, Księgi Hioba, Pieśni nad pieśniami, czterech wersji Dobrej Nowiny, Listów św. Pawła i poruszającą hieratyczność liturgicznego słownictwa. Po raz pierwszy uświadomiłem sobie pojęcie tajemnicy jako czegoś nigdy do końca niezgłębionego, otulającego najbardziej istotne sfery istnienia ludzkiej kultury, szczególnie zaś odnoszącego się do Boga i tego, co święte. Co oznaczało, że w poszukiwaniu prawdy najważniejsze pozostają słowa Jezusa, będącego wiarygodnym świadkiem miłości Stwórcy, bez której prawdy nie sposób odnaleźć. A wypowiedzi Mistrza z Nazaretu miały posmak literacki, często zmetaforyzowane, podszyte obrazowością żydowskiej obyczajowości, odsyłające w zasadzie do niewypowiedzianego.
Skoro tak, musiałem podążyć wskazanym tropem, wejść w obszar promieniowania języka poetyckiego, ponieważ jedynie on potrafi uchylać rąbka tajemnicy, sugerować treści niemożliwe do narratywnego przedstawienia. Z tej intuicji wyrosła chęć zmierzenia się z wydarzeniem Eucharystii dzięki środkom, jakich może użyczyć poezja, znajdująca się u źródeł językowej ekspresji ludzkości. Tom Chleb i wino jest właśnie rezultatem tak wyrażonej nadziei. Czy udanym? – to już osądzą szanowni Czytelnicy. W każdym razie należy do rzadkich wyjątków, gdyż w polskiej poezji nurt eucharystyczny, choć obecny od czasów Adama Opatowczyka i Władysława z Gielniowa, nie bywał i wciąż nie bywa szeroko reprezentowany. Rozeznanie w tej kwestii przynoszą zbiory Przed tak wielkim sakramentem. Antologia polskiej poezji o Eucharystii, w wyborze Bożysława Walczaka (Poznań, Wydawnictwo Świętego Wojciecha, 1988); Otwarte niebo: literackie świadectwa przeżywania Eucharystii, pod redakcją Bożeny Chrząstowskiej (Poznań, W drodze, 1992), a zwłaszcza antologia Światło pszennego chleba. Eucharystia w poezji polskiej, w wyborze i opracowaniu Waldemara Smaszcza (Warszawa, PAX, 1996).
Moja propozycja jest całościowa. Starałem się wyrazić w poetyckiej dystynkcji fenomen Boga, który przyjął ludzkie ciało i realnie zamieszkał w rzeczywistości przez siebie stworzonej. Prowadziły mnie teksty Starego i Nowego Testamentu, Tradycja Kościoła oraz lektury teologiczne. Najistotniejszy okazał się jednak sam dukt poetycki, jego siła zakorzeniona w żywiole naturalnego ludzkiego języka, w oryginalnej postaci poetyckiego słowa. Ono bywa wszechpotężne, potrafi wznosić przygodne przeżycia do poziomu trudnego do wyobrażenia i przekazania. Trzeba tylko dysponować (nauczyć się tej sztuki chyba nie sposób) odpowiednią subtelnością serca i umysłu, odczuwać potrzebę współdziałania z poetycką formą, z duchem literackiej ewokacji. W liturgii dokonuje się wszak przeistoczenie chleba i wina, a więc również przeistoczenie człowieka i świata. Po każdej Mszy Świętej wzbogacamy się o cząstkę Bożej obecności, zyskujemy głębsze umocowanie w wieczności, widzimy podwyższenie Krzyża. Nie pochylamy się wtedy w pokornej uniżoności, lecz z czułością wpatrujmy się w biel lśniącej Hostii. To nasza odwaga wiary, widzenie przekraczające wzrok, przebłysk tajemny, świadomość, że dokonuje się zbawcza ofiara. Zbiór Chleb i wino zaprasza do medytacyjnego wejrzenia pod podszewkę tajemnicy, którą rozjaśnia miłość – caritas Trójjedynego Boga. Chce towarzyszyć tym, którzy są zdolni do bycia w orbicie wiary, jak i tym dopiero wstępującym na tę drogę, odpowiedzialnie oczekującym na transcendentne Światło.
ks. JAN SOCHOŃ
Posłowie do tomu poetyckiego „Chleb i wino” opublikowanego nakładem Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego (Bydgoszcz 2026).
Sonet ósmy cyklu drugiego: „Nic. Tylko piłki”
Tacie – w zaświatach
Jerzemu – w drodze
Kiedy piszę te słowa, 1 lutego 2026 roku, mój Tata, Lwowianin i dziennikarz sportowy, nie żyje od dwóch tygodni. Dwa ostatnie dni przeżył pod tlenem. Dźwięk koncentratora tlenu to najbardziej kojący dźwięk, jaki znam. Słuchaliśmy go jeszcze w domu długo po tym, jak Tata przestał widocznie oddychać, a pulsoksymetr pokazywał zanikające tętno. Przeżyliśmy, Tata i ja, razem, na tym niedoskonałym świecie, 55 lat. Kiedy układałam tytuł tego cyklu interpretacji, myślałam raczej o leżących pod tlenem w pandemii, myślałam o zmarłym w grudniu 2020 roku moim wspaniałym Profesorze i Przyjacielu, wybitnym mediewiście, historyku idei i antropologu literatury, Dariuszu Cezarym Maleszyńskim. Nie myślałam, że Pod tlenem – 55 sonetów tyle – i tak nagle – znaczy. I że sonetowi o piłce będę się przyglądać z sierocej perspektywy.
Suwerenna mądrość poezji, której jestem świadoma od wielu lat, i tym razem się ujawniła, olśniewająco.
Okazało się, że piszę słowa o sonecie, jaki Rilke opatrzył dodatkowym epigrafem: In memoriam Egon von Rilke. Cały cykl Sonetów do Orfeusza, w obydwu swoich częściach, jest poświęcony młodziutko zmarłej tancerce, ale ten jeden sonet, „wyrażający przemijalność” („das die Vergänglichkeit ausdrückt” [1]), postanowił poeta opatrzyć dodatkową dedykacją.
Kim był Egon von Rilke? Najpierw dzieckiem, które żyło zaledwie siedem lat (1873-1880), dalej synem Jaroslava von Rilke (1833-1892), radcy prawnego i notariusza w Pradze [2] – starszego brata ojca Rainera Marii. Zatem Egon to kuzyn, brat stryjeczny Rilkego, zmarły w dzieciństwie. Prócz upamiętnienia w omawianym tu sonecie, posłużył też poecie jako wzorzec postaci zmarłego dziecięco Erika Brahe w Maltem (1910), najprawdopodobniej o nim również mowa w Czwartej Elegii z Duino – „der Knabe […] mit dem braunen Schielaug”, co Stefan Napierski pięknie spolszcza jako „chłopaczek ów o ciemnym zezie” [3]. W przytaczanym liście do matki z 24 stycznia 1924 roku poeta pisze, że często myśli o postaci młodo zmarłego kuzyna, towarzysza zabaw dziecięcych i że wraca do niego pamięcią, zauważa, iż pozostaje dla niego Egon „nieopisywalnie wzruszający” („unbeschreiblich ergreifend”), jako ten, który uosabia smutek i bezradność kondycji dziecięcej („das Traurige und Hilflose des Kindseins”).

Sonet, zwany nierzadko sonetem o piłkach, powstał między 15 a 17 lutego 1922 roku w Muzot i dotyka królewskiego tematu Rilkego – dzieciństwa (a także opozycji: dziecko / dorosły) oraz kwestii zasadniczej dla szeroko pojętej nowoczesności – kwestii nieprawdziwej strony cywilizacji miejskiej, jej fałszywej tonacji: ogrody, gdzie grano w piłkę, byłyby wówczas oazami na wielkomiejskich pustyniach. Dzieci rzucające piłkę i czekające, aż któreś z nich ją złapie i znów – owym wspaniałym łukiem – odrzuci, są jak najbardziej prawdziwe, ich zabawa nie mieści się ani w regułach świata dorosłych, ani w domenie przyśpieszającej nowoczesności, życia w pędzie, życia nieuważnego. Dziecko to najdoskonalsze, bo bezwiedne, wcielenie formuły homo ludens. Przemijanie, przyspieszone nagle, a dotykające dziecka niejako w samym środku zabawy, jego łuk życia prędki jak lot rzuconej – i już za chwilę spadającej – piłki, przywołuje śmierć wszechobecną, śmierć-podszewkę tego, co beztroskie i ludyczne.
Wszyscy polscy tłumacze zachowali osobną dedykację poety dla Egona von Rilke, umieszczając ją – podobnie jak to jest w oryginale – pod tekstem sonetu i zachowując brzmienie pierwotne „In memoriam Egon von Rilke” (tak Mieczysław Jastrun, Adam Pomorski, Andrzej Lam – to chyba słuszniejsza decyzja) lub dając spolszczenie „Pamięci Egona von Rilke” (tak Bernard Antochewicz):
Jastrun:
Wy, nieliczni towarzysze zabaw dzieciństwa, tak odległego dzisiaj,
w ogrodach miasta porozpraszanych,
jak podobając się sobie i stroniąc odszukiwaliśmy się,
i jak z szepczącym liściem baranek
rozmawialiśmy milcząc. Naszej radości przygodnej
nie był nikt właścicielem. Czyją była w istocie?
I jak gubiło się wszystko pod krokami przechodni
w długiego roku trwodze i tęsknocie.
Wozy nas okrążały obco, głucho się oddalały,
domy nas otaczały twardo, lecz nieprawdziwie – żaden z nich wtedy
nie znał nas. Cóż więc istniało w końcu
we wszystkim? Nic. Tylko piłki. Ich łuki, ich lot wspaniały.
Nawet nie dzieci… Lecz jedno niekiedy,
ach, znikające, wchodziło pod piłkę spadającą.
Antochewicz:
O, dzieciństwa minionego nieliczni druhowie
w rozproszonych ogrodach miasta was widzę,
jak się znów odnajdując, spodobaliśmy się sobie
i, jak jagnię z mówiącym liściem
rozmawialiśmy milcząc. A gdy świat naszą radość budził,
do nikogo nie należała. Czyją więc była w końcu?
Jakże się rozpraszała wśród spieszących ludzi
i w trwodze długiego roku.
Wozy otaczały nas obco, mijając pośpiesznie,
domy osaczały nas ciasno, lecz nieprawdziwie, –
i żaden nas nie znał. Więc co było prawdziwe we wszechświecie?
Nic. Tylko piłki. Ich łuki wspaniałe, przedziwne.
Także nie dzieci…, lecz czasem jedno stawało szybko,
acz, odchodzące pod spadającą piłką.
Pomorski:
Garstko wspólników zabaw dziecięcych w ogrodzie,
w parkach śródmiejskich: pośród chowanek
wabiąc się wzajem, ale bocząc się w zgodzie,
jak ten z karteczką wymowną baranek
milczkiem mówiliśmy. To zaś, co radość budzi,
brało się znikąd. Nie z nas, skądś z boku.
I znów rozproszy się w tłumie spieszących się ludzi,
w niepokojach długiego roku.
Obce pojazdy sunęły zewsząd, o biada!
mur kamienic szedł na nas, twardy a nierealny, –
któryż z nas dom kiedy znał? We wszechświecie
cóż było prawdą? Nic. Lot. Łuk triumfalny
piłki. Nie dzieci nawet… Jedno z nich przecie,
ach, znikome, wybiega do piłki, co spada.
Lam:
O wy nieliczni już dzieciństwa towarzysze
w miejskich ogrodach rozrzuconych wkoło:
jak myśmy się znaleźli, poznali się bliżej,
i jak baranek ze wstęgą mówiącą,
mówili, milcząc. Gdyśmy się cieszyli,
radość była niczyja. Któż z nas miał ją?
Tak między ludźmi, którzy gdzieś spieszyli,
upływał w lęku każdy długi rok.
Wozy krążyły obco wokół nas, by zniknąć,
domy nas osaczały, nierealne, – żaden
nas nigdy nie znał. Co w tym świecie było?
Nic. Piłki tylko. Ich łuki wspaniałe.
I dzieci też nie było… Jedynie na chwilę
weszło jakieś czasem pod spadającą piłkę.
Sonet jest prosty jak zabawa dziecięca. Jak gra w piłkę. Ci tłumacze – Jastrun i Pomorski – którzy dodają od siebie przerzutnie, jakich nie ma w oryginale, naruszają reguły tej zabawy. Wers „Nic. Tylko piłki. Ich łuki wspaniałe” w wygłosowej strofie – najlepiej brzmi u Antochewicza i Lama – jest jak dobry rzut piłki, dobrze złapany. Jeden dodaje słowo „przedziwne”, drugi zmienia szyk z prostego „Tylko piłki” na inwersyjny „Piłki tylko” (dlaczego? – nie wiadomo), ale to drobiazgi wobec drastycznego naruszenia samej struktury wersu, jakie pojawia się u Jastruna i Pomorskiego – przez translacyjnie amplifikowaną przerzutnię. Pomorski robi coś jeszcze – kładzie na pierwszym planie semantycznym i akcentuje lot, a nie piłkę: „We wszechświecie // cóż było prawdą? Nic. Lot. Łuk triumfalny / piłki” – wprowadza zatem przerzutnię międzystroficzną, potem zmienia punkt ciężkości wersu z „piłki” samej na jej „lot”, i wreszcie – w kolejnej dodanej w przekładzie przerzutni międzywersowej – proponuje ryzykowną metaforę.
Co znaczy akcent na „piłkę”? Akcent na reguły gry dziecięcej? Taka prostota, bezprzerzutniowa właśnie (choć pamiętamy, że w innych sonetach są łamania wersów, nieraz bardzo finezyjne), bezpretensjonalna w szyku, jest strictedziecięca. I tylko mimochodem wspomina się tu o śmierci dziecka, jak o niechcianym spalonym, jak o piłce, która z miejsca zabaw wytoczyła się na ruchliwą ulicę (i dziecko po nią nieostrożnie wybiegło…). Ale przecież to temu dziecku, towarzyszowi najbardziej beztroskich chwil w życiu, Rilke przypisuje sonet.
Pamiętam lato 1982, gdy trwał Mundial w Hiszpanii, a my rozgrywaliśmy w wielkopolskim Sierakowie, codziennie przed południem mecze, jakie miały być po południu transmitowane w telewizji; graliśmy na wielkiej, pięknej łące – do jednej bramki, usytuowanej między dwiema brzózkami. Mieliśmy po dwanaście, trzynaście lat, ale pomysłodawcą tych rozgrywek był mój – wówczas ponad czterdziestoletni – Tata. Codziennie cała ekipa dziewczyn i chłopaków stukała do nas, do letniego domku, i zapraszała: „Panie Andrzeju, gramy?”. Sama lubiłam być na lewej obronie. Rok starszy ode mnie kolega świetnie piąstkował w bramce. A Tata – nie sędziował nawet. Grał z nami. Wszyscy wiedzieli, że kiedy jest na miejscu, trzeba grać fair. Był najmłodszy z nas duchem, mimo że o pokolenie starszy. Dziecięca radość jego gry w piłkę jawiła się jako – niekwestionowana.
KATARZYNA KUCZYŃSKA-KOSCHANY
[1] W liście do matki z 24 stycznia 1924 roku. Cyt. za: Ingeborg Schnack, Rainer Maria Rilke. Chronik seines Lebens und Werkes. 1875-1926. Register. Ergänzungen zu den Jahren 1878-1926, s. 892.
[2] W roku 1873 ojcu Egona nadano tytuł szlachecki („Ritter von Rüliken”).
[3] Rainer Maria Rilke, Elegie duinezyjskie. Przekład autoryzowany Stefana Napierskiego, przy współpracy Witolda Hulewicza, wstęp Marjanny Thalmann. Warszawa, Nakładem Księgarni F. Hoesicka, 1930, s. 19.
Obóz był każdego dnia właściwie inny, chociaż taki sam.
Zofia Posmysz, Wciąż słyszę orkiestrę obozową
W odniesieniu do eksterminacji ofiar nazistowskiego terroru II wojny światowej, słowo „teatr” używane bywa najczęściej w sformułowaniu „teatr Zagłady”, przede wszystkim w pracach Grzegorza Niziołka, dotyczących kwestii stosunków polsko-żydowskich w powojennym polskim teatrze i społecznym dyskursie wokół Shoah, a także w polemikach wokół jego książki Polski teatr Zagłady (Warszawa 2013). Sporadycznie opisuje się przedstawienia grane dla esesmanów w budynku teatru na terenie KL Auschwitz. Ze względu na wyjątkowy charakter zupełnie szczątkowych, materialnych śladów i skąpe relacje świadków, niewiele publikacji poświęcono działaniom teatralnym więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych, w tym KL Dachau, gett czy obozów jenieckich.
Odrębną kwestią, której tu nie omawiam, jest incydentalna, koordynowana odgórnie teatralizacja rzeczywistości w dniach wizytowania obozów – np. Theresienstadt, Auschwitz – przez przedstawicieli Międzynarodowego Komitetu Czerwonego Krzyża czy wysokich urzędników Rzeszy. Wówczas działalność kulturalna służyła jako alibi przysłaniające prawdziwy cel obozowych instytucji. O teatrze śmierci (najczęściej Tadeusza Kantora) i teatrze zagłady (np. w malarstwie Izaaka Celnikiera) pisze się w omówieniach twórczości teatralnej i plastycznej, będącej powojenną odpowiedzią artystów na koszmar obozów lub Holokaustu.
Tymczasem codzienność kacetu, reżyserowana zarówno przez członków załóg, jak i działaniem instynktu samozachowawczego uwięzionych, odznaczała się wysokim stopniem teatralizacji. Podobnie zresztą jak w ogóle życie publiczne, społeczno-polityczne nazistowskich Niemiec. Funkcjonowanie aparatu partyjno-militarnego w kategoriach teatralności analizował Bertolt Brecht w dialogu O teatralice faszyzmu. Machina propagandowa Josepha Goebbelsa – efektowne pochody, reżyserowane przemowy na wiecach, Parteitagi rozgrywane w monumentalnych dekoracjach, precyzyjnie zaprojektowanych kostiumach, pośród gry światła i dźwięku, z użyciem massmediów – miała za cel kondensację i przetworzenie w celach państwowych, zbiorowych emocji – w dużym stopniu w zastępstwie liturgiki marginalizowanego Kościoła – by ułudę przeobrazić w rzeczywistość, a obywateli w masę.
Już samo zestawienie – czy zderzenie – tych porządków: obozu koncentracyjnego i teatru naraża na zarzut nadużycia etycznego – banalizacji zła. Celem tej kategoryzacji zdecydowanie nie jest bagatelizacja skali, ani istoty nazistowskiego ludobójstwa poprzez jego estetyzację. Nie jest to próba ucieczki przed oceną moralną zbrodni. Dalsze rozważania mają ukazać zarówno ogrom cierpienia, jakie stało się udziałem księdza Henryka Kazimierowicza w ostatnich dziesięciu miesiącach życia, jak i najbardziej nieprawdopodobne, paradoksalne elementy obozowego inferna, które mogło być postrzegane jako najbardziej sadystyczna realizacja teorii Czystej Formy. Alternatywna rzeczywistość Dachau – czasoprzestrzeń rządząca się raz własnymi zasadami, raz ich zaprzeczeniem, a czasem transformowana mocą przypadku lub improwizacji, w każdym razie niekorespondująca w najmniejszym stopniu z regułami życia zewnętrznego – sprawiała wrażenie koszmarnego snu, paranoidalnego urojenia. W lagrowej twórczości poetyckiej i wspomnieniach byłych więźniów, a także w powojennej sztuce, będącej swoistą terapią i odpowiedzią na traumę poobozową, powtarzają się teatralne skojarzenia, porównania i metafory. Nie jesteśmy oczywiście w stanie stwierdzić, czy ksiądz zafascynowany teatrem rodem z dziwnego snu, dążący do ucieleśniania założeń teorii Czystej Formy, miał podobne skojarzenia. Obfitujący w trupy teatr Witkacego wręcz epatował nieuzasadnionym – ale tylko w kategoriach życia realnego, zewnętrznego – okrucieństwem i rzezią, co widać choćby w jego słynnym przepisie na czystoformalne stawanie się na scenie: „Wszyscy rzucają się na kolana i płaczą. Staruszek zmienia się z łagodnego człowieka w rozjuszonego «pochronia» i morduje małą dziewczynkę, która tylko co wpełzła z lewej strony. Na to wbiega piękny młodzieniec i dziękuje staruszkowi za to morderstwo, przy czym postacie czerwone śpiewają i tańczą. Po czym młodzieniec płacze nad trupem dziewczynki i mówi rzeczy niezmiernie wesołe, na co staruszek znów zmienia się w łagodnego i dobrego i śmieje się w kącie, wypowiadając zdania wzniosłe i przejrzyste. Ubrania mogą być zupełnie dowolne: stylowe lub fantastyczne — podczas niektórych części może być muzyka. A więc po prostu szpital wariatów? Raczej mózg wariata na scenie?” [1].
Podobieństwo rampy teatralnej i rampy bocznicy kolejowej, na której rozgrywały się jedne z najbardziej dramatycznych i najobrzydliwszych scen obozowego horroru – opisane dosadnie przez Tadeusza Borowskiego w Proszę państwa do gazu – dostrzegł już Tadeusz Różewicz w Pułapce – „gdy aktorzy, trzymając się za ręce, zbliżają się do rampy i kłaniają publiczności, w czasie, gdy ktoś wnosi dekoracyjny kosz kwiatów, rozsuwa się czarna ściana i wchodzą Oprawcy. Popędzani przez nich ludzie stają się ofiarami zapędzanymi do bydlęcych wagonów. Rampa teatralna przeistacza się w rampę obozową” [2].
Powszechnie znane są relacje więźniarek, które farbowały siwe włosy węglem, wywarem z łupin cebuli lub kory drzew, szczypały się po twarzach, różowały policzki burakami lub własną krwią, by uniknąć selekcji do komory gazowej [3]. Słaniający się na nogach więźniowie udawali krzepkich i w pełni sił, chorzy udawali zdrowych, choć z kolei – by dostać się do obozowego szpitala lub uniknąć bestialskich eksperymentów ginekologicznych – zdrowi grali chorych. Dzieci, by być uznanymi za zdatne do pracy, udawały starsze nastolatki, ale czasem nastolatki udawały młodsze dzieci, jeśli zdatność do pracy oznaczała np. wywózkę do kamieniołomu [4]; starzy więźniowie odejmowali sobie lat, prostowali się i uśmiechali w rozpaczliwych próbach uniknięcia „transportu inwalidów” lub skierowania wprost do komory gazowej. Selekcję najsłabszych określano przewrotnym mianem „apelu zdrowotnego”. Na porządku dziennym było podszywanie się pod majstrów rzemiosła, doświadczonych czeladników budowlanych, deklarowanie wyimaginowanych umiejętności, wykształcenia i zawodów, a także zaprzeczanie istnienia więzów pokrewieństwa między więźniami. Każdy komunikat kierowany do ofiar mógł się okazać fałszywy, dlatego doświadczeni więźniowie traktowali pisemne i ustne przekazy z dużą dozą nieufności, jako potencjalny wytwór propagandy lub narzędzie zbrodni.
„Wczoraj i dzisiaj cały dzień pracowaliśmy przy śniegu, jak zresztą większość księży. Nieznośne są tu porządki z oczyszczaniem izb i bloków. Szczotka do zębów musi być zawsze czyściutka, jakby dopiero co była kupiona; pomiędzy włosiem nie może pozostać żaden osad po proszku czy paście do zębów. Menażki i kubki muszą tak się świecić, jakby były ze srebra, a nie z lichego aluminium. Poleruje się je igłami, wełną stalową, watą i papierem […]. Ileż znałem takich, co za odrobinę proszku w szafce, za krople „kawy” w kubku otrzymali „mordobicie” ze strony blokowego, karę „słupka” lub noszenie kotłów z jedzeniem. […] Wstajemy o godz. 5.30 i zaraz wypędzają nas po kotły z kawą. Do kuchni mamy jakieś 500 m, a kotły są bardzo ciężkie i co kilka kroków trzeba odpoczywać i zmieniać rękę. Po przyniesieniu kotłów trzeba zaraz wyczyścić buty, posłać łóżko i [o] godz. 6.15 być już na dworze. […] Wszyscy księża pamiętają, jak szalona była nasza radość z powodu wypuszczenia nas z tego piekła, jakie panowało na blokach księżowskich 28 i 30, jak nam inni księża zazdrościli! […] Długi czas obawialiśmy się wprost panicznie powrotu na blok księżowski” [5].
Ofiarę nazywano pracownikiem, mimo że więzień od pierwszego dnia w obozie stawał się eksploatowanym tworzywem, materiałem transformowanym stopniowo w zysk Rzeszy. Pozbawiany prywatnej odzieży, otrzymywał pasiasty kostium, niespełniający funkcji ochrony przed chłodem i wilgocią. Ks. dr Gmachowski, który dwadzieścia lat wcześniej recenzował rozprawę Kazimierowicza o ekspresjonizmie, pracował na bloku 28 przy usuwaniu śniegu, aż do śmierci 7 marca 1942 roku. Czy nie razi swą umownością określenie „pracą” działania, w którym papieski szambelan, sprowadzony do roli zwierzęcia lub maszyny, umiera zaprzężony do pługa? Trudno się oprzeć wrażeniu, że sprawcy/oprawcy nie kierowali się w tym systemie jedynie sadyzmem, lecz chęcią kreacji zbrodniczego widowiska – esesmani, kapo i blokowi konkurowali perfidią wyreżyserowanych przez siebie tortur.
Aplikowany naszytymi symbolami literowymi lub geometrycznymi, tzw. winklami, uzupełniany stygmatyzującymi opaskami, pasiak był „kostiumem mówiącym” [6]. Informował współwięźniów i nadzorców o pozycji w hierarchii obozowej, determinował automatycznie formy zachowania wobec jego posiadacza. Przyspieszał wejście w rolę nie-człowieka. Stąd był już tylko krok do przeobrażenia percepcji ciała ofiar w percepcję woskowych lalek. Francuskiej działaczce komunistycznego ruchu oporu, Charlotte Delbo, przedwojennej asystentce reżysera Louisa Jouveta, dyrektora paryskiego Théâtre de l’Athénée, nagie i łyse zwłoki koleżanek w KL Birkenau, wydawały się „dziwaczne” i jednoznacznie kojarzyły się z manekinami w domu towarowym. Podobne porównanie zastosowała wobec samej siebie: „Z drugiej strony drogi znajduje się teren, gdzie esesmani trenują psy. Widać ich, gdy idą z psami na smyczy, uwiązanymi po dwa. Esesman na przedzie niesie manekina, wielką słomianą kukłę ubraną jak my, w wyblakły pasiak, brudny, ze zbyt długimi rękawami. Esesman trzyma go za jedno ramię. Ciągnie jego kończyny po kamieniach. Doczepili mu nawet drewniaki. Nie patrz. Nie patrz na tego manekina, którego ciągną po ziemi. Nie patrz na siebie” [7].

Tablica z oznaczeniami kategorii (winklami) więźniów obozów koncentracyjnych, po raz pierwszy wprowadzona w KL Dachau, Bundesarchiv Bild 146-1993-051-07, CC BY-SA 3.0 de.
Identyczne wrażenie odnotowała filolożka, badaczka twórczości Słowackiego, dr Urszula Wińska, wspominając przyjazd 13 września 1941 r. do Ravensbrück: „Kiedy po zgoleniu włosów odziano nas w dziwaczny strój, kiedy głowę owinięto papierowym bandażem, a na nogi włożyłyśmy drewniane chodaki, spadające przy każdym kroku, poczułyśmy się bezwolnymi, ogłupiałymi manekinami” [8].
Przymusowa charakteryzacja wstępna, obejmująca pozbawienie włosów i wytatuowany numer na przedramieniu, okazywała się użyteczna w performowaniu szacunku, sympatii, współczucia lub pogardy i agresji. Niski numer komunikował duże doświadczenie i umiejętność przetrwania w warunkach obozowej gry, budził respekt u więźniów dopiero uczących się kacetu. Twarze ogromnej większości więźniów – tych nieuprzywilejowanych – wraz z upływem każdego kolejnego dnia pobytu w obozie, przeistaczały się w szare maski, ciała – w szkielety powleczone skórą. Skojarzenie z lalką, manekinem, kukłą powtarza się w relacjach obozowych: „Kilkaset kobiet, ubranych jak i my w mundury po jeńcach radzieckich, z ogolonymi głowami, przedstawia widok straszny. To już nie ludzie, lecz jakieś apatyczne ludzkie kukły, bez życia i wyrazu” [9]; „procesje istot ludzkich, idących jak manekiny na śmierć” [10]. Zdarzało się, że granica między ludzkim ciałem i lalką zacierała się dosłownie, gdy więźniarki służyły za tworzywo do wyrobu zabawek – np. gdy na rozkaz nadzorujących je Niemek obcinały własne włosy, by dokleić je lalkom szytym dla dzieci esesmańskich w obozie w Inowrocławiu [11]. Działania te, opisane zaraz po wojnie przez Marię Czarnecką, Seweryna Szmaglewska porównała do upartego, gorączkowego snu, majaku: „Garstce aresztowanych nauczycieli stworzono klimat jak w gorączkowych majaczeniach” [12].
Uczennicę Kazimierza Twardowskiego, doktor filozofii Irenę Pannenkową, uderzała nieadekwatność jej wizerunku, cielesnej powłoki, przekształcającej się stopniowo, niejako przybieranej w trakcie ponadtrzyletniego uwięzienia na Pawiaku, w KL: Ravensbrück, Majdanek, Birkenau, do zapamiętanego dawnego odbicia w lustrze, wyobrażenia jej wewnętrznego „ja”, z którym mogłaby się utożsamić. Były jeniec i robotnik przymusowy, Emmanuel Lévinas to właśnie w niepowtarzalnej, wzywającej do konfrontacji twarzy (le visage) lokalizował rozpoznawalność człowieka, ale i szansę na dostrzeżenie Innego, którym mógłby być też Bóg. Odbieranie twarzy więźniom – poprzedzone odebraniem imion, które ustępowały liczbom – dezintegrowało ich etyczną podmiotowość i pozbawiało potencjału transcendentnego olśnienia. W wierszu Nad kałużą z listopada 1944 r. ujrzaną w odbiciu twarz Pannenkowa uznała za fantom:
Chłonę to odbicie przez spuszczone rzęsy –
Obca twarz przeraża tragicznym nonsensem
Znam dobrze te rysy i spojrzenie znam to –
Może to ja jestem ten wyklęty fantom?
Patrzę w tę kałużę jakbym była duchem
Świetlne oczy dawniej – są twarde i głuche [13]
Użycie porównania z duchem miało zapewne wzmocnić wymowę poprzedniego wersu, gdzie konsternację wywołał „wyklęty fantom” – zjawa, zwid. Jednak fantom – w warunkach obozowych, gdzie także przeprowadzano na ludziach eksperymenty medyczne lub pseudomedyczne – mógł nieść dodatkowy ładunek semantyczny: to model części ciała, używany do pokazowych zabiegów chirurgicznych, a także ból amputowanej części ciała.
Wyrafinowany, patologiczny sadyzm mógł w tej scenerii koszmarnego snu wykreować w każdej chwili rozkaz unieważniający nie tylko etyczną, ale również cielesną podmiotowość człowieka, transformujący je w materiał do produkcji rekwizytu, dekoracji wnętrza lub elementu kostiumu. SS-Oberaufseherin Ilse Koch, nazywana Wiedźmą z Buchenwaldu, żona komendanta obozu, wyszukiwała u więźniów „ciekawe” tatuaże, które zlecała wycinać, a z ornamentowanej skóry produkować oprawy albumów, rękawiczki, torebki i tego typu wyroby kaletnicze. Stół w jadalni Kochów ozdobiony był spreparowanymi czaszkami ludzkimi [14].
Właściwie wszyscy „aktorzy” antyświata obozu – zarówno oprawcy, jak i ofiary – udawali przestrzeganie nazistowskich regulaminów, rozkazów i ustaw. Więźniowie odgrywali uległych, posłusznych i pracujących z maksymalną możliwą wydajnością. Z drugiej strony Niemcy grali zarządców, będąc zwykłymi katami. Wymyślne tortury ubierano w kostium stosunku pracy, eksperymentu medycznego lub ciągle powtarzanych, wielogodzinnych apeli z liczeniem osadzonych. W oczach więźniów stawali się reżyserami zbrodniczego spektaklu: „W głównej sadzawce, tej cuchnącej, kapowie szaleli też «na sportowo»: oto pod reżyserią wesołego kapa Seppa odgrywali rolę instruktorów pływania. Wyciągali z gromady ludzkiej co słabszych muzułmanów i kazali im pływać, nurkować, wyskakiwać jak żaba z wody, to znów nurzać się w wodzie – dopóki ich nie potopili. A nie jest łatwo utopić człowieka w płytkiej wodzie” [15].
Odpadki lub bezwartościowe mieszaniny wody i łupin były rekwizytami grającymi posiłki. Większość uczestników życia obozowego codziennie udawała – sama przed sobą – że nie zauważa wiszących na szubienicach, płotach i drutach kolczastych, leżących lub palących się zwłok. Aby zapobiec dezintegracji osobowości, uwięzieni dążyli do poczucia wolności wewnętrznej, stwarzając na własny użytek inne światy – przyjaźni, ruchu oporu, konspiracyjnych praktyk religijnych i kulturalnych [16] – co pośrednio umacniało ich „aktorski” status w jawnych relacjach obozowych. WPogrążonych i ocalonych były więzień Primo Levi nazwał dłużej osadzonych „zamkniętymi w sobie monadami”, potęgującymi wrażenie dziwności i sztuczności u nowo przybyłych, a rytualne poniżanie i torturowanie więźniów uznał za „z całą pewnością zamierzone, a nie przypadkowe; gołym okiem widać było ich reżyserię” [17]. Obóz był w efekcie dantejsko fantastyczny, „zdumiewająco niezrozumiały. Żaden z wzorców świata zewnętrznego – intelektualnych, etycznych, praktycznych – do niego nie przystawał” [18].
Arkadiusz Morawiec zwrócił uwagę [19], że nierealność lagrowego położenia skłoniła Leviego, do użycia metaforyki teatralnej przede wszystkim w najwcześniejszej jego książce obozowej, Czy to jest człowiek, napisanej na przełomie 1945 i 1946 r. Współwięźniów postrzegał jak „automaty” i „marionetki”, egzekucje jak „inscenizacje” lub „ceremonie”; tworzył frazy i całe zdania świadczące o doświadczaniu rzeczywistości Auschwitz niczym spektaklu: „Następuje drugi akt”, „Wydaje nam się, że bierzemy udział w jakimś wariackim dramacie, w takim sztuczydle z czarownicami, Duchem Świętym i szatanem”, „Ostatni wagon przejechał i jak gdyby rozsunęła się kurtyna”, „Wszystko jest precyzyjnie zainscenizowane” [20]. Także z użyciem leksyki teatralnej kompozytor Szymon Laks, kapelmistrz obozowej orkiestry w Auschwitz, ocalony z Dachau, odnotował swe pierwsze zetknięcie z muzyką w obozie: „Niczym w teatrze lub kinie, następuje radykalna zmiana dekoracji. Do tego stopnia radykalna, że w pierwszej chwili nie wierzę własnym oczom… Tą samą centralną szosą, ale znacznie bliżej bramy wejściowej, sunie grupka więźniów odzianych jak my w pasiaki, objuczona dziwnymi sprzętami, których forma wydaje mi się dobrze znana, ale właśnie dlatego, że jest mi znana, nie dopuszczam nawet myśli, że sprzęty te są tym, za co je biorę. Czyżby…? Nie, to niemożliwe, to są chimery, majaczenia, graniczące z deformacją zawodową. A przecież… […] To są pulpity do nut!” [21].
Na apelach i w trakcie marszów do/z pracy kolumny więźniów – jak na paradach i defiladach – śpiewały urągające ich godności hymny, pieśni i przyśpiewki obozowe. W Dachau „urzędowa orkiestra”, licząca w 1942 r. już około pięćdziesięciu muzyków, w czasie największego głodu przygrywała więźniom podczas marszu, gdy ci ledwie powłóczyli nogami [22]. W Auschwitz zdarzało się, że orkiestra obozowa grała na specjalnie zbudowanym podium, gdy kolumny skazańców przechodziły za drutami do komór gazowych [23]. Komory zresztą też były zakamuflowane w swoistej scenografii imitującej łazienne wnętrza. Nieszczęśnicy znajdujący się w nich pod wylotem rur, nigdy nie byli pewni, jaka substancja tym razem się z nich wydobędzie – woda, czy trujący gaz. Magazyn, w którym składowano cyklon B i mienie ofiar, urządzono w budynku nazywanym Theatergebäude lub Starym Teatrem, tuż za ogrodzeniem obozu, na terenie przedwojennych koszar Wojska Polskiego [24].
Komanda robocze, czyli ci, którzy nie szli jeszcze do komór, przechodzili – w Dachau podobnie jak w Auschwitz I, Groß-Rosen, Sachsenhausen, Flossenbürgu i w getcie Theresienstadt – przez specjalnie wykuty element dekoracji: bramę z napisem-drwiną Arbeit macht frei („Praca czyni wolnym”), zaczerpniętym prawdopodobnie z tytułu powieści Lorenza Diefenbacha. W KL Buchenwald na bramie umieszczono równie szyderczą, i tak samo nieodzwierciedlającą rzeczywistości, maksymę Jedem das Seine (łac. Suum cuique – „Każdemu, co mu się należy”). Kształt zwieńczenia bramy w Auschwitz I, wykreślony butem na ziemi przez zbrodniarza, z zawodu konstruktora harmonii, SS-Unterscharführera Kurta Müllera, przywodzi skojarzenia z banderolami [25] umieszczanymi na teatralnych mansjonach, czy w średniowiecznym malarstwie tablicowym.
Język potoczny dostosowywał się do warunków gry – na trasie Dachau–Hartheim tak pozornie niewinny semantycznie komunikat: „Autobus jedzie”, oznaczał kolejny transport więźniów do gazu [26]. W Buchenwaldzie (w dosłownym tłumaczeniu: las bukowy), jednym z największych obozów działającym na terenie Niemiec w latach 1937–1945, w Ettersberg koło Weimaru, niewycięte drzewa, na których godzinami krzyczeli z bólu wieszani więźniowie, nazywano „śpiewającym lasem” (singender Wald), przy czym jedynym drzewem wolnym od wisielców był dąb Goethego, pod którym 170 lat wcześniej poeta spotykał się z Charlottą von Stein. To paradoksalnie o tym miejscu autor Nocnej pieśni wędrowca pisał: „Tu człowiek czuje się wielki i wolny, tak jak wielka natura, która roztacza się przed oczami, i taki, jakim zawsze być powinien”. Magdalena Sacha postawiła tezę, że lokalizacja KL Buchenwald nie była przypadkowa, wynikała z gęstej sieci zależności – także symbolicznych – miasta Weimaru z pobliskim obozem, a sama instytucja obozu koncentracyjnego była przejawem i owocem najszerzej pojmowanej, „wysokiej” kultury europejskiej. Posiłkując się m.in. opinią byłego więźnia Eugena Kogona, stwierdziła, że uformowanie odwróconego (względem porządku świata zewnętrznego) porządku obozu nie dowodziło przerwania, zawieszenia procesów kulturotwórczych, lecz było nowoczesnym zjawiskiem kulturowym, kontynuacją i uzupełnieniem niemieckiej kultury [27].
Załogi obozów traktowały publiczne egzekucje na placach apelowych jak widowiska zaspokajające potrzebę sadyzmu esesmanów. Kapo z Auschwitz, śląski Niemiec Bolesław Wierzbica, nazywał je cyrkiem [28]. Skazańcy bywali wyposażani w specjalnie przygotowane, błazeńskie akcesoria, np. kapelusze przybrane kolorową bibułą, bębny, a także tabliczki z wypisanymi „przewinieniami”, którymi mogło być choćby zjedzenie warzywa na polu, czy głośna modlitwa karana chłostą lub śmiercią [29]. Blokowi organizowali tak przygotowanym ofiarom przedśmiertne korowody po terenie obozu, łączone nieraz z działaniami antyreligijnymi, świętokradczymi, np. stylizowaniem na mękę Jezusa [30]. Uwięziony w obozie kapłan zanurzał się w takiej sytuacji w jednoczesnych rozważaniach mysterium iniquitatis – tajemnicy nieprawości – i mysterium Christi [31].
Wielokrotnie publikowano wspomnienia więźniów o wigilijnych drzewkach choinkowych, pod którymi esesmani lub kapo kazali układać trupy imitujące prezenty świąteczne. Trudno się oprzeć porównaniu tych działań z teatralizacją egzekucji u schyłku średniowiecza, gdy włoskie bractwa miłosierdzia wypracowały conforteria, będące oficjalnie rytuałem pocieszania skazańców, a de facto – w interesie władzy, nie sprawiedliwości bądź prawdy – uniemożliwiały kwestionowanie legalności wyroków i tortur: „Cel pokutny i humanizujący polegał na przekształceniu «brutalnego wydarzenia sądowego, egzekucji publicznej w zrytualizowaną i bardzo realną inscenizację śmierci Chrystusa lub jakiegoś męczennika». […] do zadań pocieszyciela należy bowiem m.in. odcinanie uwagi skazańca od otoczenia, aby nie zauważył nikogo bliskiego w tłumie lub aby nie słyszał sentencji wyroku, gdyż usłyszawszy jakiś niesłuszny zarzut mógłby poczuć gniew i krzyknąć na notariusza: „Łżesz jak pies” – „a to by spowodowało wielkie zgorszenie”. […] nie chodziło tylko o to, by ulżyć ludziom w ich ostatniej drodze, ale by wymiar prawa nie doznał uszczerbku na godności” [32].
Najpiękniejsze więźniarki, także Żydówki, zmuszano w obozach do wcielania się w role perwersyjnych fordanserek, po czym je zazwyczaj zabijano, nie okazując emocji naturalnych w rzeczywistym życiu poza obozem. Barbara Czarnecka zwróciła uwagę na „element dewiacyjnej teatralizacji, dansingowej kurtuazji wobec przyszłych ofiar. Wyreżyserowana przez niemieckich mężczyzn ewidentna gra w dżentelmenerię i dworność na moment zawieszała, unieważniała status Żydówek jako Untermenschen” [33]. W Dachau ludzi wrzucano czasem żywcem do pieców, by Engelbert Valentin Niedermeyer (1911–1946), od 1941 roku kierownik krematorium, mógł przez niewielkie okienko przyglądać się – jak to ujął obozowy tłumacz i zasłużony kronikarz Dachau, Teodor Musioł (1910–1995) – „straszliwemu widowisku” [34]. Określenie „widowisko” powtarza się we wspomnieniach obozowych w kontekście egzekucji, znęcania się i publicznego wymierzania kar cielesnych [35].
Otwory do oficjalnego obserwowania i podglądania znajdowały się również w drzwiach pomieszczeń domów publicznych, urządzonych w niektórych obozach, m.in. w Dachau [36], Ravensbrück, Auschwitz I i Auschwitz III-Monowitz. Choć raczej należałoby użyć synonimu adekwatniejszego do przewrotnego – wcale nie „publicznego”, bo dotyczącego znikomego odsetka więźniów – obozowego systemu motywacyjnego, kolokwialnie zwanego Frauen, Fressen, Freiheit (kobiety, żarcie, wolność), w ramach którego można było zostać de facto skazanym na wykorzystanie bonu na usługi zamtuzu, puffu [37]. Więźniarki Ravensbrück nie wiedziały, do jakiego komanda były selekcjonowane – przymusową prostytucję zwano pracą, jak prawie każdą torturę w obozie. Kaci mamili swe ofiary dodatkowymi porcjami chleba, prawem noszenia cywilnych ubrań i lżejszą pracą. Budynki mieszczące burdele nazywano enigmatycznie Sonderbau, budynkami specjalnego przeznaczenia. Sceny zbliżeń seksualnych więźniów w „domu lalek” [38] / „leśnej kawiarni” / „wesołym domku” były obserwowane przez hitlerowców strzegących rzekomo regulaminu, czyli czasu trwania i prawidłowości pozycji stosunków, higieny i czystości rasowej. Traumatyczne dla „zakrętów” / „Julii” / „dziewczynek” przedstawienie kończył widz-esesman naciśnięciem dzwonka [39]. Córka jednego z pipli, młodocianych więźniów usługujących kapo, dopiero po jego śmierci opowiedziała o obozowych „seansach dla szerszej publiczności”: „No więc ten mój przystojny, niebieskooki tata był pieprzony przez okrągłe dwa lata przez jednego skurwysyna, któremu się wydawało, że jest kimś. Ten skurwysyn urządzał przedstawienia dla innych funkcyjnych. W rolach głównych: on i mój tata. Organizowali też seanse dla szerszej publiczności. […] Mój tata go zabił niecałą godzinę po wyzwoleniu obozu. Po chwili jednak zorientował się, że świadkiem jego poniżania były tłumy ludzi. Więc spisał wszystkich, których zdołał zapamiętać. Schował się w domu i skreślał ich w kolejności umierania. Lista się skracała, ale żyć i tak się nie dawało” [40].
Ukrywająca przed Gestapo swe żydowskie pochodzenie Krystyna Żywulska (właśc. Sonia Landau, 1914–1992), w wierszu Apel poranny z września 1943 roku odnotowała z goryczą podobieństwo scenariusza apelu w Birkenau do filmu fabularnego, a nadzorczyń i komendanta do bohaterów kina akcji lub westernu.
A akcja toczy się pięknie dalej,
jak na filmowym seansie.
Tuż niedaleko, u zbiegu dwóch alej
zajeżdża ktoś w dyliżansie.
I zeskakują z gracją, powoli
błękitne aufseherki.
My zamieniamy się w słupy soli,
w nicość, w bezsens, w numerki. […]
Wolno się snuje film sensacyjny.
Achtung! – równać na przedzie!
i moment ultrakulminacyjny:
Lagerkomendant jedzie [41]. […]
O teatralizacji procedury selekcji więźniów przez funkcjonariuszy SS – kierownika obozu, zastępcy komendanta Auschwitz, Karla Fritzscha i Hauptscharführera Gerharda Palitzscha – wspominał także Władysław Lewkowicz, świadek dobrowolnego zgłoszenia się na śmierć o. Maksymiliana Kolbego w zamian za Franciszka Gajowniczka: „Lagerfuürer jak szedł, to szedł w towarzystwie Palicza. Szli według starszeństwa służbowego jak na jakieś teatralne widowisko, a dwóch esesmanów z tyłu. Jak szli to była taka cisza, że się czuło tętno pulsujące w skroniach. Frycz szedł i tylko palcem wskazywał. Raz młodych, raz starych brał. Jak chciał. On był panem życia i śmierci” [42].
Zbiorowym widzem tego lagrowego teatru śmierci były społeczeństwa okupowanej Polski i, w mniejszym stopniu, innych podbitych krajów [43]. Nazwy miejscowości, nieopodal których zbudowano obozy koncentracyjne, stały się szybko synonimem wyroku śmierci. Powszechnie znana stawała się apokaliptyczna wizja wegetacji w pasiakach za drutem kolczastym – zapośredniczona przez relacje nielicznych osób zwolnionych z różnych powodów do domu – mimo ogromnych trudności w opisie rzeczywistości obozu, zarówno psychologicznych, jak i językowych, spowodowanych szokiem pourazowym, syndromem KZ, niewyobrażalnością i niewypowiadalnością zjawisk. Docelowymi odbiorcami horroru obozowych widowisk byli mieszkańcy sterroryzowanych i eksploatowanych krajów, poddani totalitarnej tyranii, dla których obawa przed trafieniem do Auschwitz czy Dachau stała się jednym z najsilniejszych hamulców oporu, blokadą, najstraszniejszą sankcją za naruszenie nazistowskich norm [44]. W jednej ze swoich ostatnich rozpraw Kazimierowicz zaliczył do najważniejszych typów oręża wojennego właśnie przerażające signa militaria, maski i wszelkie inne obiekty wizualne budzące popłoch w szeregach wroga: „Nosiciel więc grymasu, podmiot maski budzącej przerażenie, zionie maną i w pewnym sensie jest nią samą, wyłania z siebie boski pierwiastek i sam jest tym bogiem. Inaczej mówiąc, mamy tu jedną z atrybucji many złoczynnej: wzbudzanie przerażenia, przechodzącą w samo bóstwo: boga-stracha” [45].
PRZEMYSŁAW PAWLAK
Fragment książki Przemysława Pawlaka, „Henryk Kazimierowicz. Ksiądz z nienapisanej sztuki Witkacego”, wydanej w serii Dysertacje doktorskie Instytutu Sztuki Polskiej Akademii Nauk pod red. Joanny M. Sosnowskiej, t. XV, Warszawa 2021. Aby kupić proszę kliknąć – tutaj
[1] S. I. Witkiewicz, Wstęp do teorii Czystej Formy w teatrze. W: tegoż, Teatr. Kraków 1923, s. 30.
[2] A. Krajewska, Dramat współczesny. Teoria i interpretacja. Poznań 2005, s. 113.
[3] Zob. B. Czarnecka, „Szansa pięknej dziewczyny”. Na ścieżce poszukiwania jeszcze jednej kategorii opisu doświadczenia lagrowego i Zagłady kobiet. „Konteksty Kultury” 2016 z. 4, s. 416–417.
[4] Bolesław Kryń, więzień Majdanka wspominał: „W czasie pobytu w obozie wielokrotnie cała rodzina stawała przed komisją, która kierowała do pracy do Niemiec. Więźniowie cicho podpowiadali, by starsze rodzeństwo brało na ręce młodsze i kurczyło się przechodząc przed komisją. Powyższe zachowanie miało przekonać komisję, że rodzina składa się z drobnych dzieci i nie nadaje się do pracy”. Ocalone we wspomnieniach. Wspomnienia byłych więźniów politycznych hitlerowskich więzień i obozów koncentracyjnych. Red. A. Marcinek-Drozdalska. Koszalin 2011, s. 45.
[5] Fragment wspomnień późniejszego kardynała, ks. Adama Kozłowieckiego (1911–2007), nr w Auschwitz: 1006, w Dachau: 22187, umieszczonego w bloku 30. Cyt. za: A. Jagodzińska, Kardynał Adam Kozłowiecki, jezuita – były więzień KL Dachau.
[6] Zdarzało się, że pracownie teatralne przygotowywały kostiumy, peruki i rekwizyty na potrzeby konspiratorów, np. podróbki obozowej odzieży, emblematów i dokumentów. Organizator ucieczek z Auschwitz, socjalistyczny działacz niepodległościowy Adam Rysiewicz (1918–1944) uzyskał z obozu kilka „kosmyków włosów więźniów, by dostosować odpowiednie peruki – wykonała je kostiumeria Teatru Miejskiego w Krakowie. Zażądał też nadesłania na wzór ciemnozielonej opaski z wybitym na niej czarno numerem i napisem «Zivil-Arbeiter», jaką nosili robotnicy zatrudnieni w firmach wykonujących prace dla obozu. I wreszcie – dowodu używanego przez robotników cywilnych, «Lager-ausweis». Istotnie otrzymał wszystko czego żądał i po pewnym czasie, ustalonym szlakiem łączności, przekazał do Oświęcimia peruki i klej, sfałszowane opaski i dowody osobiste oraz ubrania cywilne dla dwóch więźniów, Józefa Cyrankiewicza i Kazimierza Hałonia”. A. Ciołkosz, Tajemnice Oświęcimia, „Na Antenie” (RPRWE Monachium) 1964 nr 10 (19), s. V.
[7] C. Delbo, Żaden z nas nie powróci. Tłum. K. Malczewska-Giovanetti. Oświęcim 2002, s. 31–33, 143.
[8] U. Wińska, My się bronimy. W: Pamiętniki nauczycieli z obozów i więzień hitlerowskich 1939–1945. Wybór i red. K. Bidakowski, T. Wójcik, przedmowa S. Szmaglewska. Warszawa 1962, s. 484.
[9] Tak więzień Auschwitz, Józef Kret (1895–1982), nr 20020 opisał więźniarki w Birkenau. J. Kret, Ostatni krąg. Kraków 1973, s. 79.
[10] H. Langbein, Ludzie w Auschwitz. Tłum. J. Parcer, H. Jastrzębska. Oświęcim-Brzezinka 1994, s. 108.
[11] Zob. M. Czarnecka, Etapy. W: Pamiętniki nauczycieli z obozów, dz. cyt., s. 705.
[12] S. Szmaglewska, Wstęp. W: Więzienna krata. Kom. red. J. Z. Jakubowski i in., wybór, wstęp i przypisy S. Szmaglewska, seria: Antologia Pamięci 1939–1945, t. 3. Warszawa 1965, s. 12; tejże, Przedmowa, w: Pamiętniki nauczycieli z obozów, dz. cyt., s. 8.
[13] I. Pannenkowa, Nad kałużą. Cyt. za: J. Czopowicz, Obrazy przemocy. Współczesne przedstawienia „ikon zagłady”. Przejawy zjawiska powszechnej estetyzacji w kulturze XX/XXI w., praca magisterska obroniona na ASP w Warszawie. Warszawa 2012, Aneks „Chwile ostatnie…”, s. [8].
[14] Zob. E. Polak, Morituri, Warszawa 1968, s. 188; H. Sołga, Niemcy o Niemcach, Kraków 1999, s. 96.
[15] J. Kret, Ostatni krąg. W: Pamiętniki nauczycieli z obozów, dz. cyt., s. 467. Podobne tortury przedśmiertne w KL Mauthausen opisał, używając słów: „zabawa” i „teatr”, Stanisław Grzesiuk w Pięć lat kacetu.
[16] Zob. A. Kępiński, Refleksje oświęcimskie. Kraków 2005, s. 109. Zob. też: W. Chmielnik, Terapeutyczne funkcje muzyki w sytuacji granicznej na przykładzie przeżyć obozu koncentracyjnego. „Sztuka Leczenia” 2010 z. 3–4, s. 35–46.
[17] P. Levi, Pogrążeni i ocaleni. Tłum. S. Kasprzysiak. Kraków 2007, s. 40–42.
[18] P. Mirski, Rzeczywistość społeczna Auschwitz. W: tegoż, Boskie wahadło historii. Bliskość i oddalenie boskiego oblicza w żydowskiej myśli po Holokauście, rozprawa doktorska, promotor K. Kosior, Wydział Filozofii i Socjologii UMCS, obroniona 13 X 2016.
[19] Zob. A. Morawiec, Uniwersum koncentracyjne i uniwersum kultury według Prima Leviego. „Przegląd Humanistyczny” 2003 nr 6, s. 56–57.
[20] P. Levi, Czy to jest człowiek. Na podst. wyd. 2 tłum. H. Wiśniowska, przedmowa I. Gutman. Warszawa 1996, s. 25, 26, 48, 54, 56, 146, 162.
[21] S. Laks, Gry oświęcimskie, Oświęcim 1998, s. 28–29.
[22] Zob. F. Korszyński, Jasne promienie…. dz. cyt., s. 105.
[23] Zob. tamże, s. 60.
[24] Nieukończony obiekt z lat 1915–1917, pierwotnie giełda pracy osady wychodźczej robotników sezonowych. Zob. A. Cyra, Żwirownia obok Theatergebäude jako miejsce zbrodni w KL Auschwitz, Acta Universitatis Wratislaviensis, nr 3505, Studia nad Autorytaryzmem i Totalitaryzmem 34 nr 4. Wrocław 2012, s. 90.
[25] Określenie „banderola” w kontekście zwieńczenia bramy Auschwitz I. W: R. Ambelain, Los arcanos negros de Hitler. Trad. R. A. Dominguez Cruz, Barcelona 2005, s. 286; C. Zlotzisty, Dernière Porte suivi de 50 ans après, une journée à Auschwitz, Paris 2005, s. 36.
[26] Zob. W poszukiwaniu prawdy.
[27] Zob. M. I. Sacha, „Gdyście w obóz przybyć już raczyli…”. Obraz kultury lagrowej w świadectwach więźniów Buchenwaldu 1937–1945. Na podst. rozprawy doktorskiej z 2004 r. Bydgoszcz 2014, s. 14, 15, 37, 123.
[28] Zob. J. Dziopek, Walka o życie. W: Pamiętniki nauczycieli z obozów, dz. cyt., s. 337.
[29] Zob. W. Gortat, Zakładnicy z pierwszego miliona (wspomnienia) 1939–1945. Londyn 1975, s. 90–91, 151.
[30] „Żyd ten miał na głowie wsadzoną obręcz z blaszanego naczynia, w ręku trzymał stylisko od łopaty, a na plecach miał zarzucony koc. Domyśliłem się, że postać tego zmasakrowanego i jedynego przy życiu pozostałego Żyda ma symbolizować Chrystusa”. Akta procesu załogi Auschwitz, t. 52, k. 56, zeznanie b. więźnia Adama Stapfa, Archiwum PM Auschwitz-Birkenau. Wielokrotnie komentowanym utożsamieniem egzekucji obozowej z męką na Golgocie, jest scena publicznego powieszenia dwóch mężczyzn i chłopca (umierającego w konwulsjach ponad pół godziny), zawarta w opowiadaniu Noc Wiesela. Zob. E. Wiesel, Die Nacht zu begraben, Elischa. München–Eßlingen 1962, s. 70.
[31] Por. G. J. Grzmot-Bilski, Mysterium iniquitatis. Bierdiajew i Dostojewski. „Filo-Sofija” 2016, vol. XVI nr 3 (34), s. 199–218.
[32] A. Dąbrówka, Teatr i sacrum w średniowieczu. Religia – cywilizacja – estetyka. Toruń 2013, s. 421–422.
[33] B. Czarnecka, „Szansa pięknej dziewczyny”…, dz. cyt., s. 422.
[34] T. Musioł, Dachau 1933–1945, dz. cyt., s. 166.
[35] Irena Więckowska wspominała: „Na początku pracy w obozie zmuszono nas do udziału w strasznym widowisku, musiałyśmy asystować przy egzekucji przez powieszenie Rosjanki, młodej dziewczyny. Odbywało się to w nocy, przy świetle reflektorów i wyciu wiatru, wrażenie było nie do opisania”. Ocalone we wspomnieniach…, dz. cyt., s. 32.
[36] O powszechnym bojkocie domu rozpusty w Dachau zob. F. Korszyński, Jasne promienie…, dz. cyt., s. 58.
[37] Puffata i Teufel (diabeł) – tak mówili więźniowie o zbrodniarzu SS, Oswaldzie Kaduku (1906–1997), nadzorcy puffu w Auschwitz I.
[38] Zob. D. Lebović, Lalka z łóżka nr 21, Teatr Telewizji, 1971, reż. J. Kulczyński, obsada: H. Mikołajska, H. Borowski, S. Zaczyk, W. Press. Uważa się, że spektakl przed premierą zdjęła cenzura i został pokazany po raz pierwszy dopiero 19 marca 2019 r. Emisja w 1971 r. prawdopodobnie się jednak odbyła – takiego zdania jest badaczka problematyki prostytucji w obozach koncentracyjnych, Joanna Ostrowska. Obrazoburczym, utrzymanym w estetyce kampu przetworzeniem sztuki Lebovića był spektakl Puppenhaus. Kuracja autorstwa M. Fertacz, reż. J. Piaskowski, TR Warszawa, prem. 6 kwietnia 2017 roku.
[39] Były więzień Paweł Stolecki, nr 6964, zeznał: „Otwarcie domu publicznego (w Auschwitz III-Monowitz) odbyło się w dosyć tragiczno-komicznej sytuacji. Pierwszych 10 «wybrańców» wyznaczył osobiście sam Lagerführer [Vincenz] Schöttl. Tyle tylko, że prawdopodobnie zapomniał o nich, więc stali – czekając – na mrozie ponad godzinę”. A. Weseli, Puff w Auschwitz, „Polityka”, 4 listopada 2009. Najnowszy stan badań w: J. Ostrowska, Przemilczane. Seksualna praca przymusowa w czasie II wojny światowej, Warszawa 2018. Dziękuję Joannie Ostrowskiej za korespondencyjną konsultację udzieloną mi 20 marca 2019 r.
[40] M. Grynberg, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne. Wstęp A. Grupińska, Wołowiec 2014, s. 157.
[41] K. Żywulska, Apel poranny. Cyt. za: J. Czopowicz, Obrazy przemocy…, dz. cyt., s. 4. Por. I. Urbańska, Życie kulturalne więźniów w KL Auschwitz w świetle relacji i pamiętników. Toruń 2005, s. 191.
[42] W. Lewkowicz, Relacja. W: Głosy z Auschwitz. Świadkowie historii.
[43] Pułkownik rezerwy, Belg Georges Michotte, skazany 6 maja 1943 r. przez hitlerowski Sąd Specjalny w Essen na karę śmierci, w relacji z uwięzienia w KL Sonnenburg kilkakrotnie posłużył się słowem „spektakl”, by oddać atmosferę fizycznych i psychicznych tortur: „Byłem zaskoczony niezwykłym spektaklem i atmosferą panującą w tym miejscu. […] Dwaj więźniowie dźwigali nosze. Oddawaliśmy ostatni hołd zmarłemu koledze. Po zniknięciu noszy za budynkiem, ukazują się następne itd. […] prawie każdego dnia mogliśmy obserwować ten szczególny spektakl, który niczego dobrego nam nie wróżył. Odniosłem wrażenie, że szwaby (boches) — bo tak na nich mówiliśmy, specjalnie wybrali czas spaceru na wynoszenie zwłok. Wszystkie metody musiały im się wydawać dobre, aby nas zdemoralizować i dać nam do zrozumienia, że niedługo nastąpi nasza kolej”. P. Mnichowski, Obóz koncentracyjny i więzienie w Sonnenburgu (Słońsku) 1933–1945. Warszawa 1982, s. 143–144.
[44] Por. F. Piper, Funkcje KL Auschwitz. Eksterminacja, eksploatacja i dystrybucja siły roboczej. „Acta Universitatis Wratislaviensis” 2008, t. 3039: Studia nad Faszyzmem i Zbrodniami Hitlerowskimi XXX, s. 372.
[45] H. Kazimierowicz, [Miny i grymasy, fragm.], pierwodruk w: Powiernik Witkacego…, dz. cyt., s. 466–467.
Na tom składa się osiemnaście rozmów z wybitnymi intelektualistami i ludźmi sztuki, z którymi mogłam się spotkać i – odsuwając na bok inne sprawy tego świata – rozmawiać o literaturze, sztuce i życiu, co najczęściej stanowi jedność.
Rozmowy odbywały się w rozmaitych miejscach i w różnym czasie. Łączy je to, że ukazują wyjątkowych ludzi, którzy żyją tym, co robią, dzieląc się z innymi swoimi odkryciami, twórczymi dokonaniami – i pasją, która przedmiot badań zamienia w wyprawę w nieznane. Pretekstem do rozmowy najczęściej było nowe dzieło, ale do niego wiodły drogi z przeszłości – a od niego prowadzi droga w przyszłość. Dlatego wszystkie z zamieszczonych rozmów – choć sygnowane datą ich powstania – noszą stempel nieprzemijalności. Ponadczasowe są bowiem: faustyczna żądza poznania, ciekawość świata, pragnienie rozwikłania zagadek, z jakimi mierzy się umysł naukowca lub biografa, potrzeba nadania sensu egzystencji – niezależnie od tego, czy komponuje się opowieść o cudzym życiu, czy pisze każdego dnia własne.
Wszystkim Rozmówcom, którzy zechcieli spotkać się ze sobą w tym tomie, a także opatrzyć teksty notami biograficznymi, serdecznie dziękuję – mając we wdzięcznej pamięci każdą z rozmów. Każda była efektem ważnego spotkania.
Agnieszka Papieska

***
Tyle śmierci, ile życia
(z rozmowy ze Stanisławem Balbusem)
– Nie wiem, czy mogę się zgodzić z opinią, którą sformułował Pan w książce Świat ze wszystkich stron świata: „Kto by uważał Wisławę Szymborską za pesymistkę, wystawiłby sobie samemu świadectwo, że jej poezja pozostaje mu całkowicie obca”.
– Owszem, w poezji Szymborskiej jest dużo pesymizmu. Ale słowo „pesymizm” pochodzi od łacińskiego pessimus, czyli „najgorszy” – dlatego wolałbym mówić o jej sceptycyzmie niż o pesymizmie. Yeti, bohater wiersza Z nieodbytej wyprawy w Himalaje, uciekł z naszego okropnego świata, a poetka go przekonuje, że ten świat nie jest taki zły, „nie tylko zbrodnie są u nas możliwe”: „Szekspira mamy”, „na skrzypcach gramy”. Potrafi widzieć świat bez osłonek, jak w Obozie głodowym pod Jasłem, ale w innym wierszu, Niebo z tomu Koniec i początek, powiada: „Moje znaki szczególne / to zachwyt i rozpacz”. Zachwyt i rozpacz są u Wisławy nierozdzielne, to jakby jedno słowo, bo każda rzecz, jaka istnieje, ma swoje dno zła, nieszczęścia, bólu, i swój jasny szczyt. Nie ma takiego szczęścia, które nie byłoby podszyte bólem. W czasach PRL-u zarzucano Szymborskiej, że w jej wierszach brakuje radości, że „sieje defetyzm”. Ona nie jest naiwnie radosna, ale potrafi być pełna zachwytu. Prawie dziecięcego. Na przykład Urodziny – człowiek „na urodziny” dostaje w prezencie cały świat: „Tyle naraz świata ze wszystkich stron świata […] / jak ja to ustawię, gdzie ja to położę?”. Jest to także wiersz o przemijaniu: mamy jedno krótkie życie, a świata jest tak dużo. Więc z jednej strony – zachwyt, a z drugiej – smutek. Z jednej nadmiar, z drugiej niezaspokojenie. Chodzi właśnie o to, że nigdy pesymizm Wisławy nie staje się skrajnym pesymizmem, nigdy cierpienie nie przeradza się w obezwładniającą rozpacz. Kiedy w końcu lat siedemdziesiątych umarła moja mama, a potem odeszło dwóch bliskich przyjaciół, pomyślałem: za dużo w tym życiu śmierci. I nagle błysk: przecież śmierci jest dokładnie tyle, ile życia, ani odrobinę więcej. Jaka szkoda, że Szymborska nie napisała jeszcze wtedy wiersza O śmierci bez przesady.
– A gdyby poddać poezję Szymborskiej testowi Miłosza: „Czym jest poezja, która nie ocala”? Czy Pana zdaniem to jest poezja, która ocala?
– Miłosz był z innego państwa poetyckiego niż Szymborska. Wiedział, że to wybitna poetka, ale zrazu nie znał dobrze jej wierszy, choć jeszcze w 1965 roku przetłumaczył na angielski jeden jej utwór; ona od początku była zachwycona Miłoszem, ale miała świadomość, że nigdy Traktatu poetyckiego nie napisze. Powiedziała mi kiedyś, że gdy po raz pierwszy zobaczyła Miłosza w Krakowie w 1945 roku, było to dla niej takie przeżycie, jakby ujrzała „gniewnego cherubina”. Porozumienie, które potem zaistniało między nimi, przerodziło się w prawdziwą przyjaźń.
Przechodząc do pytania, myślę, że słowo „ocalenie” w kontekście historycznym, w którym padło, czyli w roku 1945, w Przedmowie do tomu Ocalenie, dla Miłosza znaczy coś innego, niż znaczyłoby dla Wisławy. Pisząc: „Czym jest poezja, która nie ocala / Narodów ani ludzi?”, Miłosz miał na myśli ocalenie uniwersalnych wartości etycznych i historiozoficznych – w obliczu wojny, zagłady narodu. Dla Wisławy słowo to mogłoby mieć znaczenie w perspektywie egzystencjalnej, niekoniecznie uniwersalnej – jako ocalenie każdego, najdrobniejszego istnienia: chmury, która przepływa nad Paryżem, maleńkiego bratka, żuczka z wiersza Nicość przenicowała się także i dla mnie… Wszystko jest ważne, bo z najmniejszym istnieniem ginie jakaś część kosmosu. Ona pojmuje ocalenie bardzo konkretnie i – pozornie – jakby „minimalistycznie”. Miłosz, gdy w utworze Świat (poema naiwne) mówi o kimś, kto zobaczy „Listek na wodzie albo kroplę rosy / I wie, że one są – bo są konieczne”, jest rzeczywiście bardzo bliski Wisławie. Ale w Ocaleniu powraca do romantycznej służebności, do Dziadów, do Mickiewiczowskiego: „Ja kocham cały naród!”. Miłosz nie miał patosu Mickiewicza, miał więcej ironii – był jej mistrzem, podobnie jak Wisława – ale o to samo co Mickiewiczowi mu chodziło. Zapytałem go kiedyś, jak to możliwe, że tak piękny, czysty, tak dziecięco zachwycający utwór jak Świat (poema naiwne) powstał w najgorszym koszmarze okupacyjnym. Odpowiedział: „To było potrzebne ludziom. Przecież nie mogłem pisać, że jest źle i będzie gorzej, że są komory gazowe”. Dla Wisławy najważniejsze jest poświadczenie bytu. Wszelkiego istnienia, nie tylko ludzkiego. Trzeba utrwalić każde, nawet najmniejsze – ale to nie jest ocalenie w znaczeniu utulania, konsolacji. Ona nie mówi światu: nie płacz, maleńki, łezki ci wyschną, a potem wyjrzy słoneczko. W jej poezji jest okrucieństwo świata – ale jest też potężne jego piękno. I jedno, i drugie zanurzone jest w prawdzie.
Wstęp do książki Agnieszki Papieskiej, „Ścieżki w nieznane. Rozmowy”. Kraków, Austeria, 2026. Aby kupić proszę kliknąć – tutaj.
Na dnie, uporządkowanego, jak mi się zdawało, archiwum domowego odnalazła się teczka z dziwną zawartością. Są w niej wybrane felietony i artykuły mojego ojca z lat 1936-1939 i to nie wycinki, ale teksty już po wojnie przepisane z gazet. Sądząc po zżółknięciu i kruchości papieru, musiało się to dokonać w latach pięćdziesiątych. Może ojciec chciał po prostu wydać swoje przedwojenne artykuły? Ale przecież wiele z nich jest zdecydowanie niecenzuralnych. Krótko mówiąc, jest to książka o trzech zarazach: hitlerowskiej, stalinowskiej i oenerowskiej. Po co się trudził? Nie szukając odpowiedzi na to pytanie, postanowiłem rzecz przygotować do druku. Tymczasem wydobywam jeden felieton lżejszego kalibru, niewątpliwie poświęcony Sztucznej Inteligencji.
Piotr Mitzner

Jan Szeląg (Zbigniew Mitzner)
7 dni chudych
Pan Dominik wracał do domu bardzo wzburzony. Codzienna partia bilardu i pół czarnej w cukierni Kwiatkowskiego nie dały mu zwykłego zadowolenia i spokoju, potrzebnego do wykonywania zawodu urzędnika państwowego w VIII-ym stopniu służbowym. A wszystko zaczęło się od zwykłego ogłoszenia w „Kurierze Nadwiślańskim”, które brzmiało tak: „Dyrekcja Telefonów zawiadamia P.T. Abonentów, iż poczynając od dnia jutrzejszego wprowadza wzorem zagranicy Biuro Zleceń i Rad, które otrzymuje numer 015. Cennik Biura zostanie P.T. Abonentom rozesłany oddzielnie”.
Ogłoszenie było bardzo lakoniczne i pan Dominik nie zrozumiał go zupełnie. Ponieważ jednak należał do P.T. Abonentów sieci telefonicznej, zapragnął poinformować się o celach i zadaniach Biura Zleceń i Rad.
Zwrócił się więc do siedzącego przy sąsiednim stoliku kolegi biurowego, referenta Klisza i wskazując na tajemnicze ogłoszenie spytał, czy nie wie on, co by miało oznaczać.
Pan Franciszek przeczytał i okazało się, iż wie, w czym rzecz.
– Taka instytucja w Paryżu nosi nazwę S.V.P. – wyjaśnił sumiennie jak w służbowym referacie – to jest s’il vous plaît. Po nakręceniu tych liter na tarczy telefonicznej zgłasza się biuro, które udziela abonentowi wszelkich informacji, a także spełnia wszystkie jego życzenia. Na zapytanie podaje on datę śmierci Napoleona, repertuar kin i teatrów, ważniejsze wydarzenia i depesze, tablicę pierwiastków chemicznych i adresy dobrych fryzjerów. W przeciągu krótkiego czasu na życzenie abonenta zostaje mu dostarczona do domu wykwintna kolacja, albo też zjawia się wytworny, dobrze wychowany pan jako czwarty partner do brydża. Biuro takie bardzo ułatwia życie. Utworzenie u nas takiego biura zbliża nas niewątpliwie do poziomu życia Zachodu, toteż – zakończył referent Klisz sakramentalną formułą służbowego referatu – jego powstanie należy powitać z wielkim zadowoleniem.
Jednak ani w cukierni, ani w drodze do domu pan Dominik nie umiał jakoś przychylić się do wniosków kolegi Franciszka, to jest nie mógł wykrzesać z siebie entuzjazmu z powodu utworzenia w Polsce telefonicznego biura Zleceń i Rad pomimo, iż powstało ono na wzór zagranicy. Wręcz przeciwnie S.V.P. budziło w duszy pana Dominika dziwne niepokoje. Szybko położył się do łóżka, chcąc wyraźnie uniknąć dalszego biegu myśli, które nie wiadomo gdzie mogły go ponieść.
Pan Dominik nie umiałby określić pory dnia, w której się obudził. Wiedział jednak na pewno, że to już nie jest noc. Narzucił szlafrok i wszedł do stołowego. Mały Jaś wisiał na poręczy bujaka i czynił niesamowite ewolucje.
Pan Dominik poczuł się ojcem i głową rodziny, zapytał więc Jasia groźnie:
– Dlaczego nie jesteś w szkole?
Nogi bujaka znajdowały się na wysokości serwantki, a Jaś krzyczał:
– Przecież już nie ma żadnej szkoły!
Pan Dominik poczuł się jeszcze bardziej obywatelem, odpowiedzialnym za wychowanie Jasia jako członka nowego pokolenia.
– Ale uczyć się zawsze trzeba – wyrzekł sentencjonalnie, jakby cytując słowa wieszcza.
Jaś zlazł z bujaka, rozkraczył się i bardzo zdziwił.
– Przecież ja wiem wszystko. Możesz mnie przeegzaminować.
Ojciec zgodził się na tę propozycję.
Po długim namyśle, zbierając resztki swej dawno nieużywanej wiedzy, zapytał:
– No powiedz mi, w którym roku była bitwa pod Zamą?
Była to jedyna data historyczna, którą pan Dominik w tej chwili mógł wydobyć z odmętu swej pamięci. Data zaś utkwiła mu w myślach dzięki słynnemu sposobowi mnemotechnicznemu.„Zama, o, Zama!” miał krzyknąć Hannibal albo Scypion. Z graficznego podobieństwa Z do 2 łatwo – zapamiętać datę tej batalii.
Jaś nie odpowiedział od razu na pytanie ojca! Podszedł do telefonu, zakręcił numer, powtórzył pytanie i za chwilę, wieszając słuchawkę krzyknął triumfalnie:
– 202! 202!
Pan Dominik zrozumiał od razu sytuację! Jego niejasne przeczucia wieczorne okazały się słuszne. Dzięki S.V.P. życie zmieniło swe oblicze. Pierwsze, oczywiście, zamknięto szkoły. Wszelkie lekcje, wszelkie domowe zadania straciły rację bytu od chwili gdy uczniowie 1-go oddziału przy pomocy S.V.P. rozwiązywali najtrudniejsze zadania różniczkowe. Pan Dominik ubrał się szybko i wyszedł z domu, by zobaczyć, jak wygląda świat pod władzą S.V.P. Po raz pierwszy od lat chyb trzydziestu opuścił dom, nie przejrzawszy rannych gazet, ale domyślił się, że i gazet już nie ma od chwili, gdy służbę informacyjną objęła S.V.P.
Ulice były puste. Wszystkie sklepy na Marszałkowskiej pozamykane. Na Świętokrzyskiej ani jednej pikiety. W pustych tramwajach, porzuconych na szynach, wróble uwiły sobie gniazda. Tylko jaskółki pozostały wierne swym dawnym obyczajom wysiadywania na drutach. Nowym Światem, Krakowskim Przedmieściem i Bednarską w dół – pan Dominik pędem niemal – biegł do biura, bojąc się, że jest bardzo późno.
Nie wiedział jednak, która jest dokładnie godzina. Dyrekcja S.V.P. przyznała bowiem dawnej Zegarynce (05) prawa totalnej wyłączności i monopol informowania o czasie. Zarządzeniu temu poddały się nawet zegary na Ratuszu i na Zamku. Jeden tylko Hejnał Mariacki, raz na dobę nadawany przez radio, przypomniał dawną epokę, gdy czas można było mierzyć za pomocą kieszonkowych indywidualnych przyrządów.
Ale pośpiech pana Dominika był zbyteczny. Biuro było nieczynne. Wymiar i egzekucję podatków objęło S.V.P. Wyłącznie aparatu opornemu podatnikowi lub obywatelowi, który nieprzychylnie wyrażał się o S.V.P., równało się wyrokowi głodowej śmierci. S.V.P. bowiem zmonopolizowało dostawę żywności. Wszelka kontraktacja zbiorowa była oczywiście niemożliwa, gdyż jedynym pośrednikiem między jednostkami było właśnie S.V.P.
Pan Dominik wrócił na górę Karową, minął gmach „Kuriera Warszawskiego”, który uzyskał przywilej raz dziennie wydania poświęconego wyłącznie nekrologom oraz felietonom Sęka i Aramisa, przeszedł opustoszały zupełnie plac Piłsudskiego i mimo woli Królewską skierował się w stronę Zielonej, gdzie mieściła się siedziba sztabu S.V.P.
Bramy Saskiego Ogrodu obstawione były strażnikami telefonicznymi, a wewnątrz falował olbrzymi tłum.
W biurach S.V.P. doszło do strajku. Była to akcja wyłącznie ekonomiczna. Matematycy, historycy, sekcja lekarzy, kucharze i szoferzy podjęli inicjatywę podwyżki płac. S.V.P. zostało unieruchomione, gdyż tylko sekcja brydżowa wyłamała się z solidarnej akcji.
Kierownictwo S.V.P. wyjaśniało co prawda, iż posiada na składzie przeszło półtora miliona odpowiedzi nagranych na płyty. Według obliczeń biura statycznego liczba ta wyczerpywać miała wszelkie ewentualne kombinacje. Odpowiedzi na płytach, odpowiedzi zmechanizowane bardziej nawet odpowiadały dyrekcji S.V.P. niż ewentualne odchylenia w informacjach żywych specjalistów, płyty jednak nie rozstrzygały spraw Usług i Zamówień, dostawy żywności i regulacji życia abonentów.
A abonentami telefonicznymi byli już wszyscy obywatele – od czasu wstawienia aparatów telefonicznych przymusowo do wszystkich mieszkań.
Nawiasem dodać należy, iż tą drogą S.V.P. doszło do uzyskania monopolu mieszkaniowego i otrzymało wyłączne prawo budowania nowych domów ze względu na konieczność uwzględnienia instalacji telefonicznych.
Strajk pracowników S.V.P. groził więc zagłodzeniem całego miasta, a tym samym buntem przeciwko S.V.P. całej ludności. Sytuacja stawała się poważna.
Pan Dominik wszedł na stopnie Giełdy.
Stąd widział wyraźnie jak tłum pracowników S.V.P. wyłamał kraty Saskiego Ogrodu i parł groźny i milczący w stronę ulicy Zielonej.
Na baszcie Cedergrenu pojawiły się lufy karabinów maszynowych…
*
Dzwonek budzika zadzwonił jak zwykle o wpół do siódmej. Pan Dominik zerwał się i w piżamie pobiegł do telefonu. Stacja nie odzywała się. Kalendarz, wiszący obok aparatu, wskazywał dwudziesty trzeci dzień miesiąca.
– Oczywiście, nie zapłaciłem abonamentu. I nie zapłacę. Należy energicznie przeciwdziałać zamierzonej dyktaturze S.V.P.
„Szpilki” 14 listopada 1937
Podał do druku PIOTR MITZNER
Stanisław Kołodziejczyk, którego Mycielski poznał krótko po powrocie z niemieckiej niewoli […], szybko stał się bliskim przyjacielem. Niemal od razu jego osoba pojawia się na kartach korespondencji Mycielskiego z Jarosławem Iwaszkiewiczem, który najprawdopodobniej poznał młodzieńca wcześniej niż Mycielski. W zachowanych przez Kołodziejczyka teczkach z listami od Zygmunta Mycielskiego znajduje się niedatowana kartka: „p. Stanisław Kołodziejczyk. Jarosław Iwaszkiewicz pisze mi, by się z Panem widzieć w sprawach, o których Pan do niego pisał. Wpadnę jutro, czwartek o 18-tej – w razie nieobecności proszę o wiadomość, kiedy mogę Pana zastać. Zygmunt Mycielski” [1]. Musiało to być długo przed 6 marca 1946 roku, kiedy to Mycielski pisał do Jarosława: „Staszek doniósł mi, że wróciłeś” [2]. A 25 marca zwierzał się: „Miło mi ze Staszkiem Kołodz[iejczykiem], on jest prawie za mądry, ale to dobrze właśnie obcować nie z artystą, ale z naukową «konstytucją mózgową» (znowu to, do czego tak tęsknił Karol!), jest coś ścisłego w nim, co daje uczucie gruntu pod nogami. Gdy to ma artysta, to jest dużym kalibrem. Nie tylko Balzac i Chopin, ale i inni duzi musieli to mieć. Staszek natomiast nie jest artystą. Gdyby nim był, to by od razu – etc. – Jego garnięcie się do sztuki jest równie beznadziejne, jak moje do «ścisłości». Spotykamy się na platformie ciągle pustej, i tak się lubimy, znajdując twardy grunt pod nogami w tej samej, takiej samej miłości, tego samego… [3]
Ich związek na początku miał charakter przyjacielski, nie erotyczny. Tak przynajmniej wynika z listu Mycielskiego do Kołodziejczyka, datowanego na 24 kwietnia 1946 roku, w którym czytamy: „Pamiętaj, że już Gide (czy Wilde? Ale zdaje się Gide) pisał, że jest bardzo trudno mieć w jednej osobie przyjaciela i kochanka. Ja wiem doskonale, że w tobie mam, że w tobie mam tylko przyjaciela. Rozumiem świetnie, że inaczej być nie może, z tej bardzo prostej przyczyny, że na nic innego nie masz ochoty” [4]. Od tego czasu wiele do siebie pisali, dużo też na pewno rozmawiali, towarzysząc sobie w życiowych sprawach, rozważając zawiłości własnych charakterów, ale i prowadząc bogate życie towarzyskie skoncentrowane wokół kontaktów homoerotycznych. Kręciło się wokół nich wielu chłopców, przedstawiali ich sobie nawzajem i często spędzali czas wspólnie, choć zazwyczaj było wiadomo, który „Janeczek” czyim jest kochankiem. Niekiedy prowadziło to zresztą do nieporozumień. Po wizycie jednego z chłopców Mycielski zostawił Kołodziejczykowi kartkę: „Gdyby nie było czasu omówić – to, po prostu – uważam za dziś nieładne i brzydkie dla mnie – z łóżka do łóżka (jego). I zanadto Cię on lubi. Nie byłem w stanie po południu go gościć. Bez kuszowania trudno, z kuszowaniem też – ostatecznie: zrozum ty, co masz – jego nie mieszajmy do tego – a ja cóż mam w tym wszystkim do roboty?! Podbierałem coś całe życie – dalej to robić, trudno. Tyle ci powiem – że mnie nigdy nikt tak nie kochał! Więc cóż” [5]. Wtedy jeszcze nie mieszkali razem, znali się jednak coraz lepiej i coraz wyraźniej rozpoznawali swoje potrzeby.

[…] Kiedy Mycielski przeniósł się do Warszawy, namówił Kołodziejczyka na przeprowadzkę. Już w 1947 roku zarekomendował go do pracy w biurze Związku Kompozytorów Polskich. W rezultacie Kołodziejczyk pracował tam jako dyrektor biura od 2 stycznia 1948 do 1 lipca 1951 roku. Mycielski miał w nim duże wsparcie, kiedy był najpierw wiceprezesem, a następnie prezesem Związku. Kołodziejczyk mieszkał wtedy osobno, najpierw w pokoiku w domu YMCA przy Konopnickiej, a później na Krakowskim Przedmieściu. Widywali się nie tylko w biurze. Odwiedzali się po pracy i pożyczali sobie nawzajem pieniądze. Odwiedzali też razem chłopców mieszkających w YMCA, najczęściej w celach towarzysko-erotycznych. W 1951 roku Mycielski dostał jednopokojowe mieszkanie na Żoliborzu. A w 1958 udało im się zamienić oba pokoje na wspólne dwupokojowe lokum przy ul. Rutkowskiego (Chmielna) 10 m 31. 23 marca 1958 roku Mycielski pisał do Andrzeja Panufnika: „Wkrótce mam zmienić mieszkanie, na mały pokój, ale z kuchenką. W drugim pokoju ma mieszkać Staś. Chcemy prowadzić wreszcie gospodarstwo z gosposią, może mi to trochę poprawi sytuację z czasem i energią. Jestem bowiem bardzo zdechły” [6]. Już 6 kwietnia, w Niedzielę Wielkanocną, donosił: „pisałem niedawno list do Ciebie, dziękując Ci między innymi za cudowną paczkę, która zasiliła nowe mieszkanie – teraz posyłam Ci adres tego nowego locum, to jest dawna Chmielna, która na odcinku między Nowym Światem, a Marszałkowską tak się nazywa. Mamy ze Stasiem dwa małe pokoiki z kuchenką i łazienką. Zapisz sobie ten nowy adres” [7]. Tam spędzili kolejne lata swojego życia.
Mycielski był pewien, że związanie własnego losu z Kołodziejczykiem to dobra decyzja. Pasowali do siebie. Kołodziejczyk był poważny i w podejściu do życia racjonalny, co podobało się mniej z natury poukładanemu Mycielskiemu. Był też wybitnie inteligentny. Od 1951 roku do emerytury pracował w wydawnictwie Czytelnik, w redakcji humanistycznej, której z czasem został kierownikiem. To dzięki niemu w oficynie tej opublikowano wiele przekładów dzieł literatury greckiej i rzymskiej: Plutarcha, Herodota, Ksenofonta czy Tacyta, a także monografie i studia dotyczące dziejów starożytnych, w tym cieszące się popularnością książki Aleksandra Krawczuka [8]. Sam był doskonałym tłumaczem z greki i łaciny, a także cenionym redaktorem. Mycielski znajdował w nim zatem pełnoprawnego partnera w rozmowie, a nieraz radził się co do brzmienia łacińskich bądź włoskich tytułów planowanych kompozycji. Wiedział też, że w każdej sprawie może mu w zaufać. Miał pewność, że obaj będą w stanie razem żyć, nie roszcząc wobec siebie pretensji, co do spraw cielesnych, erotycznych. Obaj oddzielali uczuciowe fascynacje od przyjaźni i lojalności względem siebie. Ich relacja była silna i wyjątkowa, na poziomie dużo głębszym niż czysto erotyczna fascynacja.
Już w 1952 roku w kreślonej wówczas wersji testamentu kompozytor powierzał swe papiery właśnie Kołodziejczykowi, z prośbą, by on przejrzał je i zdecydował, co wyrzucić. I choć ostatecznie, po wielu latach obdarzył tym zadaniem profesora Jana Stęszewskiego, kierując się zapewne jego muzykologicznym doświadczeniem, nie znaczy to, by stracił zaufanie do Kołodziejczyka. Ich przyjaźń pozostała niezachwiana. Obaj wiedzieli o sobie wszystko i niczego przed sobą nie ukrywali. Nawzajem też bardzo się o siebie troszczyli. Dobrze wyczuwali, co jest potrzebne drugiemu. Już w 1949 roku Mycielski zapisywał w dzienniku: „Bardzo mi dziwnie lecieć pojutrze do Paryża. […] Tak chętnie oddałbym tę jazdę komuś, co bardziej jej potrzebuje, na przykład Stasiowi K. – Niewyraźnie mu – że lecę, tak to się głupio rozkłada” [9]. A w sierpniu 1958 roku pisał do przyjaciela: „Powinieneś dążyć do podróży włoskiej – wybrać się na miesiąc do Włoch, w 1959 czy 1960 roku. To nie jest niemożliwe” [10]. Cieszył się, kiedy Staś wyjeżdżał na Zachód, bo widział, jak bardzo go to „odtyka”. Sam zresztą od 1957 roku podróżował regularnie. Nie wyjeżdżali jednak razem. Szanowali odmienność własnych spraw i zainteresowań zawodowych. I jeśli nawet spotkali się w Paryżu, jak w 1957 roku, Kołodziejczyk był tam na oddzielnym stypendium.

Staś dbał też o to, by organizować sprawy związane z pracą Mycielskiego: pomagał organizować mu wyjazdy do domów ZAiKSu, przekazywał mu najpilniejszą pocztę, prasę i pieniądze, dopytywał o postępy w komponowaniu i zapewniał, że ma się nie martwić tym, co w domu. W jakiejś mierze przejął w tym względzie rolę wcześniej pełnioną przez matkę Mycielskiego, jak ona nakłaniając go do pracy i niezachwianie wierząc w jego twórczość. Był pod tym względem wyjątkowo oddany. Miewał nawet niekiedy poczucie, że nie wypełnia dobrze swojej misji. W styczniu 1973 roku pisał do przebywającego w domu pracy twórczej przyjaciela: „Jeśli tylko tak możesz pisać względnie wydajnie, to oczywiście nie ma innego wyjścia, ale właśnie to, że nie umiałem – przy Twoim współdziałaniu – zapewnić Ci mn[iej] w[ięcej] zaiksowych warunków, takiej domowej organizacji, żebyś i w domu poza pisaniem listów mógł coś zrobić, gdybyś chciał – jest dla mnie jakąś, jeszcze jedną przegraną” [11]. Po śmierci przyjaciela, pisząc z podziękowaniem do opiekującej się nim w ostatniej chorobie doktor Haliny Szpilmanowej, notował: „[…] wolałbym już teraz nie żyć, byleby On mógł jeszcze parę lat pisać swoją muzykę […]” [12].
[…] Ich związek pozostał silny do końca. Sprawiał, że tym bardziej niemożliwe było ewentualne osiedlenie się Mycielskiego za granicą, na co przecież długo jeszcze liczyła choćby Marcelle de Manziarly. W 1963 roku Mycielski pisał: „Marcelle wynajęła domek gdzieś pod Paryżem. Pisze mi, że ma tam dla mnie pokój, fortepian. Tak, ale nie czuję się na siłach do zostawienia tu Stasia na pastwę wszystkiego, co go otacza czy nie otacza! Na pastwę, w gruncie rzeczy, jego izolacji, którą nazwałbym bezbronnością czy bezradnością, ale to ja nie potrafię przejść z sytuacji, w której mam wrażenie «opiekowania się» kimś, do sytuacji, w której ktoś się mną opiekuje. Chyba, że to jest sytuacja istotnie réciproque, wzajemna, taka właśnie, jaka się ustaliła pomiędzy Stasiem a mną” [13]. Owo poczucie wzajemności było podstawą ich egzystencji. Niezależni w sprawach erotycznych, emocjonalnie żyli razem i pozostawali dla siebie najbliższymi ludźmi.
Mycielski dobrze znał charakter swego przyjaciela. Nieraz – jeszcze w pierwszych latach znajomości – wytykał mu, że nie lubi ludzi i że odsuwając się od nich, niczego nie zyska. Wielokrotnie napominał go także, by czerpał radość z dawania, a także z pracy, dla której warto wiele poświęcić, o ile jest taką pasją, jak dla niego komponowanie. Z czasem cieszyła go pozycja Stasia w wydawnictwie, widział, że jego przyjaciel jest doceniany i – co ważniejsze – nie trwoni życia na marne. Widział w nim też wiele cech podobnych sobie. Już w 1958 roku pisał: „Mamy podobny brak energii, u Ciebie podbudowany racjonalistycznie, u mnie pochodzący z wrażeń i uczuć. Nie trzeba jednak ślęczeć nad zagadnieniem, czy się życie przegrało czy wygrało, straciło czy nie. Życie się przeżywa, takie jakie jest, jakie się ma, jakim się jest” [14]. Ich zażyłość z czasem była bliższa niż w niejednym małżeństwie. O panującej w ich małym domostwie atmosferze obrazowo pisał Iwaszkiewicz: „Parę dni temu złożyłem wizytę u Zygmunta M[ycielskiego] na Chmielnej. Jakże to wygląda! Zupełnie Karol w Bristolu czy nawet w Atmie, w szlafroku (podartym) o jedenastej w dzień, pracujący nad artykułem czy kompozycją, w zupełnej zresztą ascezie. Pokoik jakby był sto mil od Warszawy i piękny pies, grubas, i bardzo miły chłopczyk Stasia Kołodziejczyka, który mi dał herbaty, i rozmowa o starych i nowych sprawach, ale o ważnych sprawach, nie o bułkach i maśle i cenach na jajka, i nawet nie o Gierku i Fordzie. Bo są rzeczy ważniejsze. Chwilka w takiej atmosferze i już inaczej się żyje” [15].
BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA
Fragmenty rozdziału „Staś” z książki Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej „Zygmunt Mycielski. Między muzyką a polityką”, opublikowanej nakładem Polskiego Wydawnictwa Muzycznego w 2025 roku.
[1] Zygmunt Mycielski do Stanisława Kołodziejczyka, brak daty. Listy w posiadaniu autorki.
[2] Zygmunt Mycielski do Jarosława Iwaszkiewicza, Kraków 6 III 1946, w: Zygmunt Mycielski, Listy do Jarosława Iwaszkiewicza, oprac. Radosław Romaniuk, „Kamerton” 2014, s. 16.
[3] Zygmunt Mycielski do Jarosława Iwaszkiewicza, Kraków 25 III 1946, w: tamże, s. 21.
[4] Zygmunt Mycielski do Stanisława Kołodziejczyka, 24 IV 1946.
[5] Zygmunt Mycielski do Stanisława Kołodziejczyka, brak daty.
[6] Zygmunt Mycielski do Andrzeja Panufnika, Warszawa, 23 III 1958, w: Zygmunt Mycielski i Andrzej Panufnik. Korespondencja, cz. 1: Lata 1949–1969, oprac. Beata Bolesławska-Lewandowska. Warszawa, Instytut Sztuki PAN, 2016, s. 49.
[7] Zygmunt Mycielski do Andrzeja Panufnika, Warszawa, 6 IV 1958, w: tamże, s. 52.
[8] Zob. Alicja Podzielna, Stanisław Kołodziejczyk (1923–2001), „Zeszyty Literackie” 2001 nr 4 (76), s. 191–192.
[9] Zygmunt Mycielski, Zapiski diarystyczne. 1948–1949, rękopis. Archiwum Zygmunta Mycielskiego – część II, Biblioteka Narodowa, sygn. II 15089, zapis z 1 II 1949 [Warszawa], s. 29–31.
[10] Zygmunt Mycielski do Stanisława Kołodziejczyka, Sobieszów, 11 VIII 1958.
[11] Stanisław Kołodziejczyk do Zygmunta Mycielskiego, 20 I 1973. Archiwum Zygmunta Mycielskiego – część II, Biblioteka Narodowa, sygn. III 15109.
[12] Stanisław Kołodziejczyk do dr. Haliny Szpilmanowej, Warszawa, 24 VIII 1987. Archiwum Zygmunta Mycielskiego – część II, Biblioteka Narodowa, sygn. III 15095.
[13] Zygmunt Mycielski, Dziennik 1960–1969, Warszawa, Iskry, 2001, zapis z 6 I 1963 [Warszawa], s. 110.
[14] Zygmunt Mycielski do Stanisława Kołodziejczyka, Sobieszów, 11 VIII 1958.
[15] Jarosław Iwaszkiewicz, Dzienniki 1964–1980. Warszawa, Czytelnik, 2001, s. 414.
W domu, ubogim i próchniejącym, znajdowała się na prawo od wejścia biblioteka: i widok tych książek, pieczołowicie zebranych, ponumerowanych, pokatalogowanych, starannie odkurzonych, poukładanych na długich półkach aż po powałę – w tym domu, w którym nie było mebli, nie było opału, nie było nic – jeszcze zwiększał poczucie wyzwania światu, epoce, życiu, jeszcze pogłębiał wrażenie bezsensowności, jeszcze wyostrzał wrażenie zaczarowanego domostwa. Mieszkańcy domu „Kultury” odpowiadali ramom, w których się znaleźli. Żaden z nich nie był człowiekiem normalnym: wszyscy nigdy nie powinni byli znaleźć się pod jednym dachem, a znalazłszy się, nie powinni byli nigdy pod nim ze sobą wytrzymać. Jednych znałem dawno, innych wcale, sądziłem, że niektórych znałem dobrze, innych mniej. Złudzenia, złudzenia.
Wacław A. Zbyszewski, Zagubieni romantycy. Panegiryk – pamflet – próba nekrologu?
Drugi tom antologii* obejmuje eseistykę z lat 1959–2000. W pierwszej dekadzie tego okresu publikują wciąż autorzy, którzy drukowali w „Kulturze” od pierwszych jej numerów: Stempowski, Czapski, Mieroszewski, Bobkowski, Zbyszewski. Zasilają łamy pisma pisarze, którzy dołączyli do grona autorów miesięcznika Giedroycia w latach pięćdziesiątych: Miłosz, Jeleński, Osadczuk, Herling-Grudziński, Haupt. W latach sześćdziesiątych zamieszczają swoje teksty: Lednicki i Langnas. W kolejnej dekadziedołączają do grona autorów „Kultury” nowi emigranci: Kołakowski, Pomian, Karpiński, Skalmowski (Broński), Dobosz. Ukazują się teksty autorów krajowych: Michnika (Bartłomiej), Pomianowskiego. Po upadku komunizmu w Europie Giedroyc może liczyć na pióra polskich eseistów: Gorczyńskiej, Micińskiej, Mencwela, Kerskiego, Czyżewskiego, Wilka.
Są gleby, na których udaje się tylko owies, są gleby, na jakich rodzi się pszenica. Już przegląd autorów pierwszego i drugiego tomu Lafickiej szkoły eseju przekonuje nas, jak żyzne dla eseistyki polskiej stały się łamy paryskiego miesięcznika. Złożyło się na to wiele przyczyn. Jedna wydaje mi się szczególnie charakterystyczna: chociaż eseista manifestuje swoją autonomię, osobność, a nawet pewne osamotnienie (zob. np. Monsieur Chlewaski Stempowskiego czy Prywatna historia wolnościKarpińskiego) dąży on do nawiązania kontaktu, poznania cudzego punktu widzenia. Jego żywiołem jest rozmowa. O tradycji i współczesności nie potrafi wypowiadać się apodyktycznie, ton kaznodziei jest mu obcy. W przeciwieństwie do polityków i propagandystów nie wkłada ideologicznych okularów. Nawet w państwie totalitarnym nie traci wiary w dialogiczność kondycji człowieka, o czym świadczy twórczość Béli Hamvasa, węgierskiego eseisty, którego dwa tomy w przekładzie Teresy Worowskiej ukazały się ostatnio nakładem wydawnictwa Próby. Zresztą czy cała literatura nie jest domeną rozmowy? Różne są tylko języki, jakimi posługują się twórcy. Powieściopisarz nawiązuje kontakt z odbiorcą za pośrednictwem fabuły; czytelnik wiersza jest przekonany, że poeta zwraca się właśnie do niego; lektura eseju zakłada respektowanie wielogłosowości utworu. Jego autor żywi bowiem pokorę wobec bogactwa i głębi ludzkiego świata. Jesteśmy tu na antypodach postawy ideologicznej, której rzecznicy nigdy nie tracą wiary w moc zdawkowych formułek. Tak jakby zadaniem języka było upraszczanie rzeczywistości, a nie uświadamianie jej skomplikowania.

Ważnym wątkiem postawy eseistycznej jest hojność czy wręcz rozrzutność. Często cechy te ujawniają się również w sposobie, w jaki pisarz rozmawia. Odnotował to Wacław A. Zbyszewski w swoim eseju Zagubieni romantycy, charakteryzując styl Józefa Czapskiego: „można przyjechać do Lafitu, wyciągnąć Józia do kafejki na butelkę traminera, na jajeczniczkę fines herbes i słuchać jego improwizacji à bâtons rompus, tej perlącej się konwersacji bezinteresownej, wolnej od wszelkiej pozy, od wszelkiej kokieterii, od wszelkich względów osobistych, karierowych, interesownych. Taki wieczór z Czapskim orzeźwia, rozpogadza, każe znowu wierzyć w szlachetność duszy ludzkiej”. Ostatnie zdanie brzmi jak cytat ze szkolnej czytanki. Eseiści, mający w pamięci sceptyczny klimat Prób Montaigne’a, takich entuzjastycznych sformułowań jak „wiara w szlachetność duszy ludzkiej” na ogół unikają. Nie wykluczam, że Zbyszewski napisał to ironicznie.
Na epigraf niniejszego wstępu wybrałem fragment tekstu Zbyszewskiego z roku 1959. Tematem eseju jest „Kultura”, a przede wszystkim krąg ludzi, którym zawdzięcza ona swoje istnienie. Dziennikarzowi materia ta posłużyłaby do napisania artykułu czy reportażu, ale pod piórem Zbyszewskiego przemienia się w wielowątkowy esej o klimacie intelektualnym Europy w połowie XX wieku. Wybór, którego dokonali mieszkańcy domu przy avenue Corneille, podkreślony został przez kontrast między warunkami, w jakich żyją, a aspiracjami intelektualnymi. Materialnie powodzi im się bardzo skromnie, co jest ceną za wybór wzajemnie się dopełniających wartości: społecznych (wydawanie pisma będącego agorą polskiej emigracji) i duchowych, uniwersalnych, które symbolizuje zarówno biblioteka, jak i troska o nią, której nie szczędzą czytelnicy.
Zbyszewski wcześnie dostrzegł, że paryska „Kultura” już w latach pięćdziesiątych staje się wielkim mitem polskiej inteligencji drugiej połowy XX wieku. Oto kilka osób kierujących się rozmaitymi motywami, ale przekonanych co do wyboru kilku wspólnych wartości, zakłada w Rzymie wydawnictwo i pismo. Jałtańskie decyzje zwycięzców uczyniły ich przegranymi, od Polski odgradza ich żelazna kurtyna. Rzucają wyzwanie systemowi totalitarnemu, cenzurze, ideologii i propagandzie. Dysproporcja sił i środków nie pozostawia wątpliwości, kto wygra. A jednak pismo i wydawnictwo nie umierają śmiercią głodową z powodu braku tekstów, czytelników, pieniędzy na papier i druk. „Kultura” i Instytut Literacki uporczywie trwają, co więcej numery pisma i książki przenikają do Polski przez strzeżone kordony. Pierwszym czytelnikiem polskiego publicysty, polskiego poety i powieściopisarza nie musi być komunistyczny cenzor, ideologiczny nadzorca. Pierwszym czytelnikiem może być polski nauczyciel, student, literat. Jeżeli słowo polskie nie jest dożywotnio skazane na ideologiczną kuratelę, jeżeli potrafi uniknąć cenzorskiego przymusu, to i Polak może aspirować do wolności nie tylko w roli czytelnika zakazanych przez reżym książek. Z takim przesłaniem do kraju wystąpili mieszkańcy domu przy avenue Corneille: odważcie się być wolni na mocy własnej decyzji, nie oglądając się na mocarstwa zachodnie, na wyzwolicieli. Nawet jeżeli będzie was tylko garstka, nie bójcie się wystąpić. Dawid nie pokonałby Goliata, gdyby nie stanął z nim do pojedynku. Rzućcie wyzwanie Goliatowi! W powojennym Rzymie i na avenue Corneille w Maisons-Laffitte narodziła się strategia Dawida, którą w kraju podjęli młodzi rewizjoniści: Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, a następnie ich wychowankowie – komandosi, bohaterowie roku 1968. Kontynuowali tę strategię założyciele KOR-u w 1976 oraz inne grupy opozycji demokratycznej.
*
Czytelnik drugiego tomu antologii esejów z „Kultury” spostrzeże od razu obecność utworów, które mówią o innych eseistach: o Vincenzie, Stempowskim, Miłoszu, Czapskim, Kołakowskim, Gombrowiczu, Jeleńskim, Jeanne Hersch, Orwellu. Nie są to konwencjonalne nekrologi czy wspomnienia. Określiłbym je raczej jako ostatnie spotkania z przyjaciółmi, którzy przed chwilą odeszli. Bliski człowiek, niezależnie od tego, czy żyje, czy zmarł, pozostaje dla eseisty darem i zagadką. Kim naprawdę był, nie dowiemy się nigdy, ale nie należy zaniedbać świadectwa przyjaźni czy choćby znajomości. (Tu znów można by się odwołać do Montaigne’a i jego eseju poświęconego zmarłemu przyjacielowi Étienne de La Boétie).
Tak się złożyło, że niniejszy tom zamyka esej Czesława Miłosza poświęcony Jeanne Hersch, szwajcarskiej filozofce, z którą poeta przyjaźnił się niemal przez pięćdziesiąt lat. Jej postawę życiową nazwał pobożną. Nie utożsamiając się z żadną religijną ortodoksją, nihilizmowi swojej epoki przeciwstawiała „sacrum zawarte w samym istnieniu” [1]. Kilkanaście lat wcześniej Miłosz pisał o pobożności Konstantego Jeleńskiego: „Pobożność określiłbym jako szacunek dla istnienia i radość, że rzeczy nas otaczające są, bo przecież mogłoby ich nie być” (Konstanty: polskie tło, „Kultura” 1987 nr 7/478–8/479). Talent do zawierania przyjaźni z żywymi i zmarłymi wydaje się być trwałą cechą postawy eseistycznej.
Nagrodą antologisty jest czytanie wielu tekstów, jakie wcześniej uszły jego uwagi. Ich lektura bywa przeżyciem. Jednym z esejów, które przeczytałem dopiero teraz, był tekst Anny Micińskiej o Janie Ulatowskim i jego żonie Neli Micińskiej pt. …z wielką walizką rozpaczy. O Janie Ulatowskim. Należy go czytać po lekturze utworów Ulatowskiego zamieszczonych w tomie pierwszym Lafickiej szkoły eseju. Ukazują go one jako eseistę, krytyka, znawcę sztuki, czytelnika. Anna Micińska z właściwą sobie dyskrecją i empatią opowiada o życiu codziennym swoich wujostwa na emigracji we Francji i w Belgii, a zwłaszcza o ostatnich latach, które niezależnie od miejsca są zawsze trudne i samotne. Jak afirmować istnienie, które nieuchronnie zmierza ku cierpieniu, samotności, śmierci? Nie ma na to pytanie uniwersalnej odpowiedzi. Nie znajdziecie jej w żadnym eseju, w żadnym opowiadaniu, a nawet w wierszu. Ale bez tych świadectw egzystencji, bez opowieści o podróżach do miejsc bliskich, do miejsc najodleglejszych, bez zapisów rozmów we wszystkich językach świata, nawet zadanie pytania byłoby niemożliwe.
ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK
Wstęp do tomu: „Laficka szkoła eseju. Tom drugi 1947-1959”. Wybrał i wstępem opatrzył Andrzej Stanisław Kowalczyk. Lublin– Paryż, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, 2025. Aby kupić proszę kliknąć – tutaj
* Laficka szkoła eseju. Tom pierwszy 1959-2000. Wybrał i wstępem opatrzył Andrzej Stanisław Kowalczyk. Lublin– Paryż, Wydawnictwo Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, 2024.
[1] Trudno nie zacytować fragmentu wiersza Miłosza Czego nauczyłem się od Jeanne Hersch? korespondującego z esejem: „4. Że prawdomówność jest dowodem miłości, a po kłamstwie poznaje się niewolę. / 5. Że właściwą postawą wobec istnienia jest szacunek, należy więc unikać towarzystwa osób, które poniżają istnienie swoim sarkazmem i pochwalają nicość. / 6. Że choćby nas oskarżano o arogancję, w życiu umysłowym obowiązuje zasada ścisłej hierarchii. […] / 8. Że w hierarchii ludzkich czynności sztuka stoi wyżej niż filozofia, ale zła filozofia może zepsuć sztukę”.