HOME

Diagilew Lido 1929

Niełatwo powiedzieć, kim był Siergiej Diagilew. Przede wszystkim impresariem i założycielem grupy Les Ballets russes, której spektakle odmieniły oblicze XX-wiecznego baletu i w ogóle tańca. Diagilew nie mógłby tego dokonać, gdyby sam nie był artystą, kimś, kto na własną rękę i na własne ryzyko poszukuje piękna, aby je podarować innym.

 

Leon Bakst „Portret Diagilewa i jego niani”

 

diagilew lido 1929

 

szliśmy bezludną plażą

licząc piętra pustego grand hôtel des bains

na piątym w pokoju z widokiem na morze umarł diagilew

ostatnie miesiące były podobne do innych miesięcy

w paryskim théâtre sara bernhardt

zespół ballets russes wystawiał syna marnotrawnego

z lifarem w roli głównej który budził zachwyt publiczności

tylko stara bileterka rozpoznała śmierć

czającą się za kulisami

diagilew miał cukrzycę

jego ciało pokryte było ropiejącymi wrzodami

nie przyjmował choroby do wiadomości

planował sezon jesienny

po paryżu berlin cologne londyn

wydawało się że europa znów składa hołd sztuce

ale to była tylko garstka melomanów

których w jednej chwili zmiecie kryzys

w lipcu pojechał z igorem markiewiczem do baden-baden

spotkać się z hindemithem

i przypomnieć mu o balecie który obiecał

w monachium w prinz-regenten-theater słuchał tristana

nie potrafił powstrzymać łez

w roku 1889 po raz pierwszy widział tristana

z dimą fiłozofowem w teatrze maryjskim w petersburgu

rozeszły się ich drogi teraz dima był daleko w warszawie

pilnował wschodniej granicy europy

 

sierpień zaczął się dobrze

w salzburgu słuchali don giovanniego

diagilew był szczęśliwy i beztroski

rozśmieszał igora do łez

z salzburga do wenecji podróżował sam

wieczorem tego dnia przyjechał lifar

zastał przyjaciela w złym stanie

zaprowadził go do lekarza

potem na piazza san marco

słabł lekarze weneccy uważali że to reumatyzm

lifar karmił go lekarstwami

przenosił z łóżka na krzesło masował stopy

kiedy gorączka doszła do 39 stopni

diagilew kazał zadepeszować do borysa kochny

jestem chory przyjeżdżaj natychmiast

planowali wspólne wakacje

przyszły misia sert i coco chanel całe w bieli

zeszły z pokładu jachtu księcia westminsteru

to one miały zapłacić za panichidę i pogrzeb

na cimitero dell’isola di san michele

 

noc była bezsenna

rano posłano po pielęgniarkę

kiedy borys i lifar zeszli do restauracji

dostali od diagilewa kartkę

prosił żeby wrócili

w nocy gorączka rosła

umrze przed świtem powiedziała pielęgniarka

oddech stawał się coraz słabszy

wreszcie ustał

na nagrobku diagilewa

pod kamiennym baldachimem

znajdziecie jego zdjęcie w cylindrze

i parę baletek które napełniono piaskiem

żeby wiatr ich nie porwał

 

ANDRZEJ STANISŁAW KOWALCZYK

Galeria jednej fotografii (67)

„Dlaczego wszyscy pamiętają tylko mój Blaszany bębenek? Przecież zrobiłem tyle innych filmów”. Tak Volker Schlöndorff zareagował na moją uwagę, że bardzo lubię ten film. Spotkaliśmy się, 30 listopada, na umówionym – dzięki pracownicy Instytutu Goethego, pani Renacie, opiekującej się reżyserem w Warszawie – fototerminie. Miejsce znalazłam ja. Blisko. Przy placu Trzech Krzyży – na tyłach hotelu, w którym miał pokój. Ale już sam portret – wersja, którą wybrałam spośród dziesięciu ujęć – jest dziełem Volkera Schlöndorffa.

 

„Volker Schlöndorff”, Warszawa 2009, z cyklu: „Portrety” © Elżbieta Lempp

 

20 stycznia 2025

ELŻBIETA LEMPP 

Parę słów na wstępie „Domu powrotów”

Przedłużyć w książce życie utworów, które już raz się ukazały w czasopiśmie? Pragnienie zrozumiałe, choćby nawet wydawało się wstydliwe. Wiemy, że nie wszystkie utwory, nie zawsze się o to proszą. Sytuacja przypomina wydobycie z archiwów jakiegoś świadectwa, które ma coś nam przypomnieć, pewien moment historii, pojedynczej, zbiorowej. Co do niektórych tekstów można sobie wyobrazić, że – przywołane po upływie czasu – wejdą na nowo w porozumienie z czytelnikiem. Z konieczności porozumienie nowe, choć odwołujące się do rzeczy dawniej opowiedzianych. Do tego powinny być spełnione warunki po stronie utworu i po stronie czytelnika. Ten czytelnik, na którego liczę, nie kieruje swej uwagi wyłącznie ku najświeższej teraźniejszości, ku temu, co zawsze nowe i spięte ku przyszłości, z którą i tak nasza wyobraźnia nie potrafi wejść w kontakt. Jest to zakład z mojej strony: zakładam, że przeszłość może być ciągle interesująca – a nie jest to zawsze decyzja oczywista.

Nie tylko przeszłość dalsza, będąca moim – jako historyka – warsztatem. Również przeszłość na wyciągnięcie ręki. Kilka dziesięcioleci temu wspólnota kulturalna, zakreślona przez język, za pomocą którego zmagam się z rzeczywistością, przechodziła ważną przemianę. Po raz drugi w XX stuleciu odzyskała warunki wolności, rozwoju wolnego od zewnętrznych przymusów i ograniczeń, szansę przekroczenia barier, zaczerpnięcia z szerokiego dziedzictwa. Odzyskała możliwość wejścia w kulturalną dojrzałość, uczestnictwa w swojej epoce. Moja własna dorosłość przypadła na lata przełomów lat 80. i 90. XX wieku i mają one dla mnie wagę niezrównaną.

Te szkice, tak jak moje książki, są związane z podróżami, literaturą, krajobrazem, malarstwem – z przyjaźniami, które podtrzymują każdy mój krok. Biorą się z toku mojego życia poza Polską i w Polsce. Dzisiaj zdaję sobie sprawę, że należały do procesu samowychowawczego, uczenia się i formowania siebie, w nie zawsze jawnym, lecz wyczuwalnym związku z czasem i okolicznościami, w których się znajdowałam. O ile powstające w tych samych latach książki były pracami długotrwałymi, krzepnącymi z trudem, o tyle szkice, jak sądziłam, miały być spontaniczne, związane ze szczęściem chwili, tygodnia, miesiąca. Nie zawsze się to udawało, choć w szkicu jest coś osadzonego w przeżywanym dniu, który zabarwia swoją treścią, zarazem nie obciążając obawą, że zostanę na długo przykuta do stołu.

 

 

Wszystkie zostały napisane we Francji, łączą się z dwoma miejscami zamieszkania, które dla wielu ludzi mają coś niemal nieprawdziwego: są z historii, lecz i jakby z bajki, ze sztuki: To Awinion i Wersal. Rozciągają się od wczesnych lat 80. i sięgają pierwszego dziesięciolecia wieku XXI. Przede wszystkim są związane z tym mało prawdopodobnym zdarzeniem: powstaniem kwartalnika „Zeszyty Literackie”. W wyniku stanu wojennego w grudniu 1981 grupka rówieśników, pragnących swobodnie myśleć i pisać po polsku, znalazła się za granicą. Kilkoro z nas po prostu możność pisania i publikowania zawdzięczała osobie, która to pismo obmyśliła i pomysł oblekła w rzeczywistość: Barbarze Toruńczyk. Przytłaczająca większość moich utworów była pisana dla „Zeszytów”. W tym tomie dołączyłam do tej liczby dwa eseje, późniejsze, których tematy są mi szczególnie bliskie.

Układ książki zaznacza skoki w czasie, dotyczące tematów, które mnie interesowały, i sąsiadowanie ze sobą całkiem różnych dziedzin; następstwo tekstów dłuższych i krótszych. Opracowując obecną książkę miałam poczucie, że daję do druku część osobistego dziennika, z dziennikową wielorakością, niespójnością – tak jakbym zapisując własne widzenie świata, musiała wziąć pod uwagę ruch, rozbieganie gałki ocznej.

Nigdy, od czasów uczniowskich, nie nadawałam swoim zainteresowaniom jednego kierunku, obszary kultury mieniące się taką wielością były zbyt bogate. Ale wiem i czytelnik też zauważy bez trudu, gdzie jest serce tych szkiców, na jaki szlak one wskazują – dokładniejsze go nazwanie pozostawiam do następnej okazji. Droga do źródeł, w zachwycie malarstwem, w entuzjazmie wywołanym lekturą może stać się zwyczajnie podróżą w odwiedziny. Mogę powiedzieć, że stale się w takie podróże wybieram, albo już jestem w drodze.

Jesień 2024

EWA BIEŃKOWSKA

Wstęp do książki Ewy Bieńkowskiej „Dom powrotu”, która ukazała się nakładem Instytutu Badań Literackich. Aby kupić – proszę kliknąć tutaj.

Henryk Citko „Kalendarium Zbigniewa Herberta”

Zbigniew Herbert z lekką dezynwolturą podchodził do chronologii, zdarzało mu się w listach mylić dni, miesiące, a nawet błędnie zapisywać lata. I być może nie spodobałoby mu się to, że jego życie może być przedmiotem dokładnego rozpisania nie tyle na lata, ile na miesiące, a nawet dni, przedmiotem ustalenia dokładnego „tekstu życia”.

Kalendarium stara się być takim właśnie calendarium vitae, osadzającym „nagie fakty na ostrej jak brzytwa linii czasu”. Fakty na planach: osobistym, towarzyskim, światopoglądowym, twórczym; bez ich oceny i interpretacji.

Dotychczasowe prace nad biografią Herberta wyglądają skromnie w porównaniu z rozwijającą się od dziesięcioleci eseistyką literaturoznawczą o jego twórczości czy recepcji tejże. Najpoważniejszą z nich jest bez wątpienia dwutomowa biografia Andrzeja Franaszka oparta na materiałach źródłowych, wydana dwadzieścia lat po śmierci autora Pana Cogito. Książka miała zróżnicowany odbiór i recenzje. Nie wszystkie fakty z życia Herberta zostały spokojnie i ze zrozumieniem przyjęte przez osoby przyzwyczajone do jego stereotypowego obrazu wykreowanego w dużej mierze przez niego samego. W dwutomowej opowieści na ponad tysiącu ośmiuset stronach Andrzej Franaszek dał wnikliwy portret Herberta, chociaż chciałoby się, aby wiele wątków było bardziej rozwiniętych. Okazuje się też, że mimo dużej objętości książki setki faktów musiały zostać pominięte, niektóre z nich być może nie pasowały do narracji, do niektórych autorowi zapewne nie udało się dotrzeć. Nie jest to bynajmniej zarzut pod adresem tej pracy i jej autora, ale zwrócenie uwagi na specyfikę biografii jako gatunku literackiego i na jej odmienność od opracowań dokumentacyjnych zestawiających chronologicznie fakty z życia danej osoby, które przynależą do prac zwanych kalendariami (kronikami, kalendarzami) życia i twórczości pisarzy, artystów. […]

Trudno pokusić się o lepsze ujęcie problematyki odrębności biografii i kalendariów niż to Stanisława Rośka w artykule, w którym omówił założenia do Kalendarza życia, twórczości i recepcji Brunona Schulza. To również summa refleksji nad dotychczasowymi kalendariami, od ich pierwocin w latach pięćdziesiątych XX wieku w postaci pracy Juliana Krzyżanowskiego o życiu Henryka Sienkiewicza do pracy Zbigniewa Golińskiego o Ignacym Krasickim. Stanisław Rosiek, przypominając słowa autorek Kroniki życia i twórczości Mickiewicza: „W kalendarium chodzi o ustalenie porządku chronologicznego możliwie wszystkich wydarzeń z życia poety, nawet marginesowych, gdyż mogą one służyć do stwierdzeń istotnych”, celnie podkreślił: „Trudno się nie zgodzić z takim postawieniem sprawy. Wybór bowiem jest prawem (często stosowanym opacznie) i przywilejem (często nadużywanym) biografa, który tworzy dyskurs wedle własnej zasady, włączając w jego ramy zaledwie część znanych mu zdarzeń, inne skazując na banicję: marginalizację lub zapomnienie. Kronikarz nie korzysta z tego przywileju. Kronikarz jest zakładnikiem, a czasem nawet niewolnikiem źródeł. Jedyną zasadą selekcyjną jest ich wiarogodność. Waga, doniosłość, znaczenie zdarzeń, które dokumentują, w tej fazie pracy nad tekstem życia są poza wszelką dyskusją. Dla kronikarza wszystko jest (wszystko powinno być) równie ważne”.

 

 

Podobnie rozumiem rolę mojego Kalendarium. Pragnę wykorzystać wszystkie udokumentowane fakty, bez ich selekcji. Sprawia to, że niektóre okresy życia Herberta zostały wypełnione zapisami dzień po dniu, inne pozostały białymi plamami, co ma miejsce w dużym stopniu na przykład wtedy, kiedy dotyczy to dzieciństwa i młodości Herberta we Lwowie – to, co biograf opisał w grubym tomie, w Kalendarium zajmuje zaledwie kilka stron z powodu braku źródeł. […]

*

Źródłem dominującym w Kalendarium są listy Herberta (podobnie zresztą jak w innych znanych kalendariach). Wykorzystane są w nich jedynie cytaty dotyczące biografii i twórczości, pominięte zostały (z nielicznymi wyjątkami) zwroty grzecznościowe, pozdrowienia oraz mniej znaczące dla Kalendarium informacje, co nie oznacza, że nie mogą się przydać badaczom i interpretatorom twórczości poety. Zdecydowano się na krótkość cytatów także ze względu na i tak dosyć dużą objętość głównego korpusu. Być może doczekamy się jeszcze w przyszłości wielotomowej edycji krytycznej jego listów. Wydaje się jednak, że dopiero za kilkadziesiąt lat będzie można przeprowadzić kwerendę, której efektem będzie dotarcie do tych listów, do których nie udało się dotrzeć 25 lat po jego śmierci. Tak zatem obecny stan może zostać uzupełniony o znaczące świadectwa przyjaźni, na przykład z Adamem Zagajewskim czy Ryszardem Krynickim.

Posłużono się często cytatami, aby słowami Herberta opisać wydarzenia, w których brał udział, oddać charakterystykę spotkanych ludzi, opisać jego własne uczucia: cierpienie, radość, fascynację, a także proces twórczy. Listy wpisują się co prawda w opowieść Herberta o samym sobie, wydaje się jednak, że jest to opowieść znacznie bliższa faktom z jego życia opisywanego na bieżąco, niż opowieść o samym sobie zawarta w rozmowach, które niepozbawione są warstwy autokreacyjnej. Ten punkt widzenia każe nam uznać wiadomości zawarte w listach za wiarygodne, zwłaszcza że wielokrotna konfrontacja z innymi źródłami je potwierdzała.

Wykorzystano korespondencję wydaną już drukiem, a także tę jeszcze niewydaną i znajdującą się w zbiorach instytucji publicznych polskich i zagranicznych oraz w zbiorach prywatnych. Bez umniejszania rangi korespondencji z przyjaciółmi oraz w sprawach zawodowych (niejednokrotnie plan towarzyski nakładał się na plan zawodowy) najważniejszą korespondencją wydaje się wymiana listów z dwiema kobietami życia Herberta: najpierw z Haliną Misiołek, później z jego przyszłą żoną Katarzyną Herbert z d. Dzieduszycką. Edycja korespondencji z Haliną Misiołek z 2000 roku obarczona jest wieloma błędami, dlatego sięgnięto po oryginały listów znajdujących się w Bibliotece Narodowej. Nie są to niestety wszystkie listy Herberta do przyjaciółki. Część jest do tej pory niedostępna i znana jedynie z odpisów zawartych w pracy magisterskiej Marty Dejny przechowywanej w Archiwum Uniwersytetu Gdańskiego. Z odpisów tych również skorzystano. Korespondencja z Katarzyną Herbert jest największa ze wszystkich korespondencji – będzie w przyszłości opracowana i wydana, korzystano z oryginałów będących częścią Archiwum Zbigniewa Herberta w Bibliotece Narodowej. […]

Poza listami wykorzystano materiały znajdujące się w Archiwum Zbigniewa Herberta w Bibliotece Narodowej: notatniki z datowanymi zapisami utworów, inne datowane rękopisy, szkicowniki, a także materiały osobiste, w tym m.in.: dokumenty rodzinne, dokumenty osobiste, kalendarze, spotkania autorskie, dyplomy polskie i międzynarodowe. Nieliczne tylko rękopisy znajdują się w innych instytucjach, w tym m.in. w Ossolineum.

Dedykacje – przygotowana przez Herberta w 1956 roku lista osób, którym planował wysłać tom Struna światła, daje obraz, jak duża może być liczba dedykacji w przekazanych im egzemplarzach pozostałych tomów. Udało się dotrzeć do nielicznych, inne czekają jeszcze na odkrycie w zbiorach prywatnych, ale wiele pozostanie nieznanych po śmierci znajomych oraz przyjaciół i po likwidacji ich księgozbiorów.

Lektura listów kieruje do źródeł, do których dotarcie jest obowiązkiem kronikarza, tzn. do materiałów w archiwach uczelni, w których studiował, do archiwów instytucji, w których pracował lub z którymi współpracował, oraz tych, w których działał. Należy żałować, że nie wszystkie są kompletne, jak na przykład archiwum Związku Literatów Polskich, a niektóre po prostu uległy likwidacji, na przykład archiwum Spółdzielni Wydawniczej „Czytelnik”, która była głównym wydawcą utworów Herberta – bez nich pozostają nie do odtworzenia relacje poety z redaktorami, kłopoty z cenzurą (tylko nieliczne przypadki odnotowuje archiwum Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk w Warszawie, które znajduje się w Archiwum Akt Nowych).

 

 

Kolejnym cennym źródłem dla Kalendarium jest biblioteka Herberta. Liczy około siedmiu tysięcy tomów, zawiera książki począwszy od tych nielicznych, które zachowały się z biblioteki rodzinnej we Lwowie, aż po te, które Herbertowi czytała jego żona Katarzyna w roku śmierci. Początki tej biblioteki sięgają czasów sopockich, kiedy Herbertowi pomagał w gromadzeniu księgozbioru jego ojciec Bolesław. Książek przybywało z każdym rokiem, o początkach biblioteki można mówić od zamieszkania Herberta w 1957 roku w wynajmowanej kawalerce przy ul. Świerczewskiego w Warszawie, dokąd przewoził i przesyłał je ze swoich miejsc pobytu w Paryżu, Wiedniu, Pasadenie i w Berlinie, ze swoich podróży zagranicznych, m.in. do Włoch, Grecji, Anglii. W roku wydania tomu Pan Cogito państwo Herbertowie kupili swoje pierwsze i jedyne mieszkanie przy ul. Promenada w Warszawie, gdzie książki są do dzisiaj. Porządkowane przez poetę tematycznie, noszące ślady lektury, z drobnymi notatkami i podkreślaniami będą w przyszłości bazą badań literaturoznawczych. W wielu książkach Herbert dawał podpis własnościowy, w niektórych zaznaczał miejsce i datę zakupu – te ze względu na Kalendarium są najcenniejsze. Wykorzystano również książki podarowane Herbertowi i jemu dedykowane, o ile uznano, że były podarowane osobiście, a nie przesłane pocztą. Alfabetyczny spis tych druków uwzględniono w bibliografii. […]

Tuż po śmierci Herberta na łamach prasy zaczęły się ukazywać wspomnienia o nim. Emocjonalne, dotyczące spędzonych wspólnie dobrych chwil i relacji z poetą, w niektórych już wtedy zaczęto wykorzystywać fragmenty listów Herberta. Pierwszym zbiorem wspomnień była niewielka książka wydana w 2000 roku przez Wydawnictwo Dolnośląskie. W 2014 roku ukazał się obszerny tom wspomnień zebranych i opracowanych przez Annę Romaniuk – znalazły się tam wspomnienia wcześniej drukowane oraz zapisy rozmów edytorki książki z przyjaciółmi i znajomymi poety. Wspomnienia mają to do siebie, że zazwyczaj nie są pozbawione subiektywnego spojrzenia na przeszłość, są często mylnie lub nieprecyzyjnie usytuowane w czasie. Wykorzystano głównie te, które opierają się na dziennikach bądź listach, oraz te, które miały potwierdzenie w faktach z innych źródeł.

Dzienniki pisarzy potraktowano jako wiarygodne źródło – nie ma wątpliwości co do dokładnych zapisków dziennych takich twórców, jak: Jan Józef Szczepański, Wiktor Woroszylski, Andrzej Kijowski czy Jerzy Zawieyski (edycja jego Dzienników jest wyborem, korzystano także z pełniejszej wersji rękopiśmiennej), żeby wymienić najważniejsze wykorzystane w pracy. Również precyzyjny okazał się Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda. Potwierdziły to zapisy Herberta w jego kalendarzach. Z tych ostatnich starano się również uwzględnić te zapisy, dla których nie ma potwierdzenia w innych źródłach – niech pozostaną dalszym tropem dla badaczy. […]

Zmiany miejsc pobytu, podróżowanie jest charakterystyczne dla życia Herberta, ale również dla życia innych poetów. Ciekawe byłoby bliższe przyjrzenie się podobnemu stylowi życia Herberta i na przykład Rainera Marii Rilkego, tak bliskiego autorowi Pana Cogito i cenionego przez niego. Pół wieku wcześniej niż Herbert ten poeta bez ojczyzny, urodzony w Pradze, również zmieniał miejsca pobytu: od Monachium, przez Berlin, Rzym, Paryż, włoskie Duino, po szwajcarskie Château de Muzot, gdzie osiadł w ostatnich latach życia. Nieustannie podróżował po Europie, mając, w innym czasie i w innych okolicznościach niż Herbert, więcej szczęścia do hojnych wielbicieli i wielbicielek jego talentu oraz protektorów, którzy użyczali mu swoich posiadłości. Herbert podróżował, zapożyczając się, wykorzystując liche honoraria krajowe, musiał liczyć na korzyści płynące z nagród zagranicznych oraz publikacji jego utworów na Zachodzie. Obaj mieli szczęście spotkać wydawców inwestujących w ich twórczość – Herbert Siegfrieda Unselda z Suhrkamp Verlag, Rilke Antona Kippenberga z Insel Verlag. Pasją obu była poezja. Obaj pieczołowicie dbali o swoje archiwum, dzięki czemu możliwe jest szczegółowe odtworzenie meandrów ich życia.

Kalendarium traktuje podróże jedynie faktograficznie. Prowadzi po ważnych dla Herberta miejscach dłuższego pobytu, miejscach, w których szukał wypoczynku i spokoju do pracy twórczej, oraz po miejscach, w których mógł zaspokoić głód obcowania na żywo ze źródłami kultury europejskiej. Fakty, czas i miejsca nie mogą oczywiście oddać bogactwa, które kryje się za tym podróżowaniem, między innymi kilku tysięcy notatek-rysunków, inspiracji dla poezji i eseistyki Herberta.

W Kalendarium zdarzają się „białe plamy”, dłuższe okresy, dla których brak jakichkolwiek informacji potwierdzonych w źródłach. Miesięczne, a nawet dłuższe okresy, o których nie ma wiadomości, okresy niepisania, w tym niepisania listów, były często świadectwem chorób – tych rzeczywistych i tych wyimaginowanych, które były aż nadto wykorzystywane w listach, by usprawiedliwić się z opóźnień w napisaniu obiecanego tekstu czy z korespondencyjnego milczenia. Jeden z jego przyjaciół snuł refleksję na ten temat:W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych przyjeżdżał do Londynu gotów stawić czoło światu, a mimo to robił zagadkowe aluzje na temat raka, szpitali i operacji. Szpitale bynajmniej nie były fikcją, ale choroby stanowiły po części wytwór jego psychiki, nawiedzanej na przemian napadami depresji i manii. Jakby wysiłek wyprowadzenia poezji nieustępliwie zdrowej psychicznie i krystalicznie czystej z tworzywa strasznych czasów – i im na przekór – był ponad jego siły. Aby poezja zachowała duchowe zdrowie, trzeba ustąpić w jakimś innym miejscu”.

Dokumenty o zdrowiu poety zachowały się fragmentarycznie, również lekarze leczący Herberta odmawiali komentarzy na temat jego kuracji, tłumacząc się tajemnicą zawodową. Drażliwy temat pobytów w szpitalach, w tym psychiatrycznych, pojawia się jedynie tam, gdzie były ich potwierdzenia w dokumentach i listach.

W latach czterdziestych i pięćdziesiątych Herbert niekiedy zapisywał daty, rzadziej miejsca, w których tworzył. Dotyczy to głównie wierszy pisanych w niewielkich, początkowo przeważnie szkolnych zeszytach do słówek. Później, w czasie podróży zagranicznych, zapisywał je w innych już notatnikach niewielkich rozmiarów, oszczędnie podpisując datami. Chociaż, pisząc listy i kartki do znajomych, Herbert niejednokrotnie mylił dni, miesiące, a nawet lata, przyjęto, że daty zapisane pod utworami są poprawne i jako takie wykorzystano je w Kalendarium. […] Niektóre utwory powstawały przez wiele lat (na przykład dramat Jaskinia filozofów czy pisany później esej Lekcja łaciny). W takich przypadkach nie tworzono oczywiście dla utworu noty z różnymi datami, czytelnik daty te odnajdzie w różnych miejscach, a do ich zlokalizowania w tekście służy indeks utworów.

W notach poświęconych rękopisom wierszy zaznaczono pierwodruki, odsyłając do ich dat (tam znajduje się m.in. więcej informacji na temat przedruków).

Pominięto rękopisy niedatowanych utworów poetyckich, w tym nawet tych, które znajdują się w pobliżu datowanych. Dlatego nie ma w Kalendarium wszystkich wierszy zamieszczonych w tomikach oraz rozproszonych i ineditów, które zebrał i opracował Ryszard Krynicki w tomach Utwory rozproszone (Rekonesans) i Utwory rozproszone (Rekonesans 2). Znajdą się w Kalendarium niektóre z wierszy nigdy nieogłoszonych drukiem, o ile były przez Herberta datowane.

Uwzględniono także datowanie innych utworów – opowiadań i nielicznych zachowanych w rękopisach tekstów publicystycznych.

Publikowane utwory Herberta (pierwodruki, druk w tomach, przedruki, tłumaczenia utworów na języki obce) zostały już raz umieszczone na osi czasu w monografii bibliograficznej Pawła Kądzieli, która jest swoistym kalendarium twórczości drukowanej i jej recepcji. […]

Przy utworach poetyckich uwzględnionych w tomach podano miejsca i daty pierwodruków w czasopismach. Jeżeli zaś miejscem pierwodruku był dany tom, uwzględniono datę wydania tomu z informacją, które utwory drukowane są w nim po raz pierwszy.

Tworząc noty do utworów publicystycznych, eseistycznych i prozatorskich zamieszczanych w czasopismach, dla ułatwienia korzystania z nich podano ich przedruk w pierwszym wydaniu Węzła gordyjskiego lub w drugim wydaniu, większym o szesnaście pozycji, bez opisu zawartości tych tekstów. Podczas prac nad Kalendarium odnaleziono dalszych czterdzieści osiem tekstów publicystycznych oraz informację o szesnastu audycjach radiowych – zachowały się teksty pięciu z nich. Udało się również odnaleźć dwa teksty z początku 1950 roku w całości niedopuszczone do druku przez cenzurę.

Zasadniczo nie przytaczano w Kalendarium wszystkich pierwodruków przekładów utworów oraz wszystkich realizacji słuchowisk i przedstawień teatralnych, jak również recenzji tychże. Są one uwzględnione w monografii bibliograficznej Twórczość Zbigniewa Herberta Pawła Kądzieli, która, poza małymi wyjątkami, obejmuje całość twórczości i recepcji. Wyjątkami są te przekłady, słuchowiska, przedstawienia i recenzje obcojęzyczne, które mają związek z treścią Kalendarium pozyskaną ze źródeł, głównie z listów.

Mimo dużej objętości Kalendarium nie pretenduje do przedstawienia wszystkich faktów z życia Herberta. Zapewne pozostaną niewiadomą szczegóły jego licznych podróży, szczegóły przyjaźni, których część kulis udało się odsłonić dzięki listom. Herbert w liście do prof. Aleksandra Fiuta określił siebie jako „poetę masek”. To określenie wydaje się adekwatne nie tylko w odniesieniu do jego poezji, ale także do życia – na początku lat siedemdziesiątych ukuł dewizę, którą wielokrotnie później powtarzał: „[…] człowiek nie jest tym, czym jest w istocie – a któż z nas wie, kim jest – tylko tym, czym chciałby być”, uważając ją za swoje „podstawowe odkrycie z dziedziny psychologii”. Nie będzie odkrywcze stwierdzenie, że podobnie jak inni twórcy w swoich utworach przez słowa chciał oddać takiego siebie, jaki chciałby być, a jaki w rzeczywistości nie zawsze był. Czytelnicy Herberta oraz opracowań dotyczących tej twórczości i jego życia mają wybór, jak chcą go postrzegać. […]

Kalendaria wymagają wielu lat pracy, podczas której ich autorzy spotykają wiele osób mających pośredni czy bezpośredni w niej udział.

Przede wszystkim chciałbym podziękować za wsparcie finansowe, którego w ostatnich latach udzielili: Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego w formie dwóch stypendiów twórczych w 2019 i 2023 roku, a także pani Elżbieta Segerstrom. Bez ich pomocy trudno byłoby odbyć liczne kwerendy w bibliotekach i archiwach polskich i zagranicznych oraz opłacić koszty zamawianych kopii cyfrowych materiałów, głównie z zagranicy, a także, prozaicznie, bez większych trosk i przeszkód pracować poza obowiązkami zawodowymi.

Wykorzystanie listów Herberta w Kalendarium byłoby niemożliwe bez zgody pani Katarzyny Herbert, której zawdzięczam lata przyjaźni, rozmów i cierpliwego wyjaśniania wątpliwości, które rozwiać mogła tylko ona. Katarzyna Herbert zmarła 15 lutego 2025 roku.

Autorowi biografii Herberta, Andrzejowi Franaszkowi, dziękuję za lata dzielenia się materiałem źródłowym, za liczne rozmowy i przyjacielską pomoc, a także za jego wnikliwą lekturę pracy, która pozwoliła uniknąć przeoczeń i błędów. Za nie mniej dokładną lekturę Kalendarium oraz poczynione uwagi i uzupełnienia dziękuję również serdecznie prof. Marii Prussak.

W trudnych kwestiach, którymi są relacje Herberta z osobami niemieckojęzycznymi oraz świadectwa jego obecności na tamtejszym rynku wydawniczym, mogłem liczyć na bezinteresowną pomoc trzech germanistek. Szczególne wyrazy wdzięczności kieruję w stronę prof. Anny Wołkowicz, która podczas wyjazdów do Marbach (w ramach stypendium przyznanego przez Deutsches Literaturarchiv Marbach oraz mikrograntu przyznanego przez Uniwersytet Warszawski w ramach programu „Inicjatywa Doskonałości – Uczelnia Badawcza”) przeprowadziła szeroką kwerendę w archiwum Suhrkamp Verlag, wybrała z niego istotne dla Kalendarium materiały i przetłumaczyła je na język polski. Aleksandra Kujawa-Eberharter przetłumaczyła listy Herberta do jego młodej przyjaciółki Renate Vollmer. Prof. Katarzyna Sadkowska wzięła na siebie trud tłumaczeń listów Herberta do jego austriackich przyjaciół: Helli Bronold i Wolfganga Krausa, a także jego dzienników oraz bieżących konsultacji niemieckojęzycznych, służyła przyjacielskim wsparciem w ostatnich latach pracy nad Kalendarium. Cytując listy Herberta, starano się zachować jego oryginalną pisownię, nierzadko niewolną od błędów gramatycznych i ortograficznych.

Podczas kwerend spotkałem się z życzliwą pomocą pracowników bibliotek i archiwów. Moim koleżankom i kolegom z Zakładu Rękopisów Biblioteki Narodowej, szczególnie Annie Milewicz, Teresie Sieniateckiej i Sławomirowi Szyllerowi, serdecznie dziękuję za liczne konsultacje i podpowiedzi. Równie ciepłe słowa kieruję do następujących osób: prof. Anny Supruniuk, kierownika Archiwum UMK w Toruniu, Krystyny Świerkosz z Biblioteki Gdańskiej PAN, Jolanty Liskowackiej z Książnicy Pomorskiej w Szczecinie, Anetty Chachlowskiej, kierownika Archiwum Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, Grzegorza Kubackiego z Biblioteki Kórnickiej, Alicji Przybyszewskiej, kierownika Ośrodka Dokumentacji Wielkopolskiego Środowiska Literackiego w Poznaniu, Agnieszki Kosińskiej, kierownika Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie, Anny Bernhardt, prezes Stowarzyszenia Instytut Literacki „Kultura” w Maisons-Laffitte. Dziękuję również Dorocie Krawczyk-Janisch za wspaniały Berlin.

Słowa wdzięczności kieruję także do Piotra Kłoczowskiego i Doroty Fortuny z Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Oddziału Muzeum Literatury im. A. Mickiewicza w Warszawie, za wsparcie w doprowadzeniu mojej pracy do publikacji.

Nie mniej gorące podziękowania składam osobom, które pozwoliły mi wykorzystać swoje prywatne zbiory w mojej pracy oraz dzieliły się ze mną wspomnieniami o Herbercie. Ich długa lista znajduje się w bibliografii.

 HENRYK CITKO

Fragmenty wstępu do dwutomowej edycji „Kalendarium życia i twórczości Zbigniewa Herberta 1924-1998” autorstwa Henryka Citko, która ukazała się we wrześniu 2025 roku nakładem Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literatura Polską i Instytutu Badań Literackich.

Teresa Chylińska

Ze smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Teresy Chylińskiej, wybitnej polskiej muzykolog, członka honorowego Związku Kompozytorów Polskich.

Urodzona 20 czerwca 1931 roku w Wojciechowicach, od 1944 związana była z Krakowem. Ukończyła studia muzykologiczne na Uniwersytecie Jagiellońskim, a od 1954 roku pracowała w Polskim Wydawnictwie Muzycznym, gdzie przez ponad trzy dziesięciolecia wyznaczała najwyższe standardy polskiego edytorstwa tak w zakresie edycji nutowych, jak i publikacji książkowych. Jej praca redaktorska pozostaje wzorem dla kolejnych pokoleń badaczy, nie tylko z obszaru muzykologii.

W 2021 roku za swe zasługi na tym polu Teresa Chylińska została uhonorowana nagrodą Wielkiego Redaktora. […]

 

Fot. pwm.com.pl

 

Teresa Chylińska całe swoje życie zawodowe poświęciła badaniom nad życiem i twórczością Karola Szymanowskiego. Nie ma na świecie drugiej osoby, która oddałaby tak wielkie zasługi dla dokumentacji i udostępniania wiedzy o tym wybitnym twórcy. To pod jej redakcją ukazała się w Polskim Wydawnictwie Muzycznym wielotomowa edycja źródłowo-krytyczna dzieł Szymanowskiego, a także wielotomowe opracowanie jego korespondencji i pism. Jest też autorką trzytomowej monografii Karola Szymanowskiego oraz kilku innych publikacji książkowych poświęconych jego życiu i muzyce. Są to pozycje fundamentalne dla polskiej i światowej muzykologii, wyznaczające podstawy badań nad dorobkiem Karola Szymanowskiego i stanowiące bezcenny punkt odniesienia dla kolejnych pokoleń naukowców.

Teresa Chylińska angażowała się też w popularyzację wiedzy o Szymanowskim, przygotowując wielogodzinne serie audycji radiowych, wystawy, prelekcji i teksty publicystyczne. Aktywnie zajmowała się działalnością w życiu środowiskowym – w Towarzystwie Muzycznym im. Karola Szymanowskiego w Zakopanem, Polskim Towarzystwie Wydawców Książek, Związku Kompozytorów Polskich i Międzynarodowym Towarzystwie Muzykologicznym. Była również członkinią Rady Naukowej Towarzystwa im. Fryderyka Chopina oraz Zarządu Fundacji im. Karola Szymanowskiego i jury Nagrody jego imienia.

Pozycja Teresy Chylińskiej w polskiej kulturze, jej wybitny dorobek naukowy i popularyzatorski oraz wspaniała osobowość na trwałe zapisały się w historii muzyki naszego kraju. Pozostaną także żywe w naszej wdzięcznej pamięci.

BEATA BOLESŁAWSKA-LEWANDOWSKA

Fragment mowy wygłoszonej na uroczystościach pogrzebowych w Krakowie, 13 października 2025.

Spod powieki (M)

Środa, 10 września

Trzydziesty szósty tom Dzieł Józefa Mackiewicza (Londyn, „Kontra”, 2024): opracowana niezwykle sumiennie przez Ninę Karsov korespondencja polskiego pisarza z siedmioma osobami, Polakami i Rosjanami.

Najobszerniejsza i chyba najciekawsza jest wymiana listów z Siergiejem Wojciechowskim (1900-1984), rosyjskim publicystą i działaczem politycznym, ale także poetą, działającym w Warszawie od roku 1922, podczas okupacji prezesem komitetu, reprezentującego rosyjskich emigrantów wobec władz niemieckich. To on zorganizował ewakuację wszystkich chętnych do wyjazdu w roku 1944. Po wojnie osiadł w Stanach Zjednoczonych. Oprócz listów wydrukowano w tym tomie relację Wojciechowskiego o owej ewakuacji z Warszawy w lipcu 1944 roku: oryginalne spojrzenie z nieoczekiwanej strony. Kilka migawek: „Rynki były zawalone żywnością, dostarczaną przez szmuglerów i wieśniaków. Niewielkie, zaciszne restauracje kusiły długim spisem smacznych dań. Bajeczne ceny rosły pod deszczem papierowych banknotów. Podejrzani osobnicy, rozglądając się spode łba, handlowali na targu złotem i francuskim koniakiem. Proponowali też broń spod poły – belgijskie browningi i sowieckie automaty” (s. 223).

„Rozmowy z uchodźcami z Rostowa, Charkowa czy Kijowa […]. Urzeczeni obfitością polskich rynków, po głodującej Rosji, chcieli zatrzymać się na dłużej w Krakowie czy Warszawie i byli niezadowoleni, że nalegam, by natychmiast wyjeżdżali” (s. 224).

„Z prawej strony, nad Placem Trzech Krzyży, płynęła w powietrzu szara kopuła kościoła Świętego Aleksandra, nazwana tak, gdy go erygowano, ku czci rosyjskiego monarchy. Na lewo, ulica urywała się przy Szpitalu Ujazdowskim. W 1942 roku na jego podwórkach, sowieccy żołnierze, szukający ratunku w niewoli a skazani na bezlitosne wytępienie, umierali od ran, z głodu, na gruźlicę i tyfus. Garsteczka Rosjanek, pokonawszy z moją pomocą zakazy i przeszkody, poszła do tych baraków. Lekceważąc niebezpieczeństwo, karmiły głodnych, pomagały chorym, pocieszały umierających i dwie zapłaciły życiem za ten heroizm. W lipcu 1944 roku po zniszczonych barakach na brudnym pustkowiu zostały tylko zarosłe zielskiem kupy cegieł i desek” (s. 229).

„Gdy w poczekalni [komitetu] sporządzano spisy tych, co chcieli wyjechać z Warszawy […], w kancelarii rozpoczęło się spieszne pakowanie. Wyjęto z ram portrety cesarzy, otrzymane przed wojną przez Rosyjski Komitet Społeczny od polskiego Sądu Okręgowego w Warszawie, który ich oczywiście nie potrzebował” (s. 243).

Warto czytać takie spojrzenia z drugiej strony, odsłaniają inne przeploty i powiązania, o których może nigdy by się samemu nie pomyślało.

W tym samym tomie w biogramie Janusza Laskowskiego zwróciłem uwagę na wzmiankę: „W r. 1947-ym był w Niemczech założycielem i przez krótki czas redaktorem naczelnym «Przeglądu Literackiego» (Stuttgart)” (s. 379). Jakoś nie pamiętałem o istnieniu takiego periodyku emigracyjnego, choć Stuttgart bliski memu sercu (mieszkałem tam półtora roku, dojeżdżając do archiwum Rilkego w Marbach). W sieci można przeczytać zamieszczony w owym „Przeglądzie” esej Jana Bielatowicza Literatura na emigracji z taką obrazową formułą, dotyczącą funkcjonowania żelaznej kurtyny w kulturze: „Jakieś tylko wątłe promyki padają stąd przez szparę w kurtynie na karty pism krajowych. To zaś co się oficjalnie w kraju jako literaturę emigracji przedstawia, są to badyle i szypułki, z których odcięto kwiaty” [1].

A najserdeczniejsza w tym tomie jest wymiana listów między Mackiewiczem i Romanem Gulem, pisarzem rosyjskim, u którego mam dług wdzięczności, jako że to w jego przedwojennej książce o „czerwonych marszałkach” znalazłem opowieść o laseczce emira bucharskiego, co pomogło mi rozwiązać pseudonim „Igor Abugow” i wydobyć na jaw zupełnie nieznaną rosyjskojęzyczną twórczość Newerlego.

 

Czwartek, 11 września

Finalistka NIKE Eliza Kącka ujawnia w wywiadzie, dlaczego autystyczna córka nazywa ją Pingwinem: „Chodziłam z tajemnicą mojej «przezwy» w głowie, a ona cały trud, koncentrację, by przenieść ją przez życie bez kolizji przełożyła na obraz pingwina kroczącego niepewnie z jajem między palcami stóp. Nie szukała metafory. Zobaczyła to, wyczuła”. Chwiejna równowaga. Obraz, który zostaje.

*

Zainteresowanie Etiopią promieniuje też na kraje ościenne, kiedy więc wpadła mi w ręce książeczka Katarzyny Pernal-Wyderkiewicz Cienie Nairobi (Warszawa, NovaRes, 2025), zajrzałem i – przeczytałem jednym ciągiem. Intencja dobra. Fabuła naiwna i zupełnie nieprawdopodobna, choć problem (handlu organami, pobieranymi od biednych murzyńskich sierot) realny. Jeśli rzecz potraktować jako szlachetną bajeczkę, opowieść wciąga. Jeśli prawdziwa jest teza, że powieść powinna mieć wbudowany motyw zegara albo tkaniny, to tutaj mamy do czynienia z tym drugim wariantem: „Anna przesunęła palcami po materiale. Po życiu w buszu jej dotyk stał się bardziej świadomy – wyczuwała każde włókno, każde przeplecenie nici. Tkanina śpiewała pod jej palcami historię rąk, które ją stworzyły”. Ale niewiele więcej.

 

Piątek, 12 września

Tom pism Matki Elżbiety Czackiej O niewidomych. Stałe poczucie apostolstwa („Dzieło nasze ma na celu apostolstwo wśród niewidomych, a z niewidomymi apostolstwo wśród widzących” [2]). Apostolstwo przez książki („Listy dziękczynne, które często przychodzą do Biblioteki, ukazują dostatecznie, jak płodnym jest apostolstwo książek” [3]. Marginalne, bez ostentacji, wzmianki o kontaktach z ludźmi wybitnymi: „Stąd dyrektywa Ojca św. Piusa X, gdy był jeszcze Nuncjuszem w Warszawie dawał mi rady w sprawach zgromadzenia, kładł wielki nacisk na to, by niewidomi byli otoczeni ludźmi, którzy by potrafili zapełnić im umysł tym, co jest warte, by zajmowało umysł ludzki” [4]; „Są także i tacy […], którzy przychodzą, by się nauczyć cierpieć. By nauczyć się żyć dla Boga” [5]. Nazwisk nie ma, ale można się domyślać. Jerzy Liebert? Rafał Marceli Blüth? Potrzeba zwięzłości: „Braille mówił: «Nasze sposoby pisma i druku zajmują wiele miejsca na papierze; trzeba więc ścisnąć myśli w możliwie najmniejszej liczbie słów»” [6]. Powiem krótko: mądra książka.

 

Wtorek, 16 września

Nick Hayek Jr., szef Swatch Group, w proteście przeciwko podniesieniu amerykańskich ceł na towary szwajcarskie do wysokości 39% wypuścił na rynek limitowaną edycję zegarków pod nazwą „What if… tariffs?”, które różnią się od normalnych tym, że liczby, oznaczające godzinę trzecią i dziewiątą zostały zamienione i od lewej do prawej zamiast 93 czyta się: 39. Z tyłu, na pokrywie baterii, umieszczono znak %, a zegarek tej limitowanej serii, do kupienia tylko w Szwajcarii, kosztuje 139 franków. Szwajcarzy porównują ten protest do… buntu Wilhelma Tella.

 

Środa, 17 września

Manewry Zapad nie przerodziły się w powtórkę 17 września 1939 roku. Okęcie działało normalnie i w południe wylądowaliśmy w Pradze.

Wieczorem w osiemnastowiecznym pałacu Lobkowiczów, siedzibie ambasady niemieckiej, pamiętnej z jesieni 1989 roku – kiedy to koczowały tu tysiące uciekinierów z NRD – otwarcie konferencji Rilke-Gesellschaft. Świetne, improwizowane przemówienie nowego ambasadora, Petera Reussa, który opowiedział, jak z książkami Rilkego obcuje od dziecka, a doktoryzował się pracą o historyku sztuki Wilhelmie Hausensteinie (zaprzyjaźnionym z Rilkem – poeta był świadkiem na jego ślubie). Kulminacją wieczoru była uroczysta mowa, wygłoszona przez norweskiego prozaika Karla Ove Knausgårda. Kiedy czytałem pierwszą księgę Mojej walki, zaznaczałem sobie miejsca, wskazujące na dobrą znajomość Maltego. Tu, w Pradze, Knausgård kazał się słuchaczom przenieść z chwili obecnej w dzień poprzedni, kiedy w Londynie pisał swą mowę, i śledzić wraz z nim proces wyciągania z pamięci wszystkich etapów fundamentalnego przeżycia, jakim była dla niego lektura powieści Rilkego. Od wyglądu okładki, poprzez najmocniej przeżyte miejsca, takie jak śmierć ojca i w ogóle sceny umierania, po obsesję ciągłego porównywania: skoro to jest wzorzec, jakość, którą chciałbym osiągnąć, dlaczego ciągle jestem gorszy, dlaczego nie potrafię pisać tak jak on. Na koniec swego emocjonalnego wystąpienia Knausgård zdradził, że kilka dni temu skończył szósty tom swego nowego cyklu powieściowego. Nie powiedział wprost, ale chyba chciał dać do zrozumienia, że może wreszcie mu się udało.

 

Czwartek, 18 września

W lutym Maria chciała konieczne w Addis Abebie obejrzeć szkielet Lucy, istoty z gatunku Australophitecus afarensis, powiedziano nam jednak, że jest w podróży po Europie. Jakież było nasze zdumienie, kiedy okazało się, że szkielet ten stanowi obecnie główną atrakcję praskiego Muzeum Narodowego. Samo muzeum jest zresztą stanowczo warte odwiedzenia, ma bogate i ciekawie pokazane zbiory. Spośród mnóstwa godnych uwagi eksponatów wymienię tarczę strzelecką z roku 1746 z wyobrażeniem Turka kurzącego fajkę, dziwne alchemiczny wizerunek Maryi jako Mater inviolata, czeski przekład traktatu jezuity Manniego (Praga 1701), z rycinami przedstawiającymi ukazujące się grzesznikom zwidy i majaki (Trápenj Zraku), witraż ze sceną spalenia Jana Husa (przełom XVII/XVIII wieku), liczne serie ilustrowanych kart do gry. Osobna wystawa pokazuje skarby sztuki dalekowschodniej, wypożyczone z Tajwanu (udzielam tam nieoczekiwanie wywiadu, na prośbę pewnego tajwańskiego portalu internetowego).

*

Pasaż Lucerna, który zbudował inż. Vácslav Havel, dziadek przyszłego prezydenta. W środku secesyjna kawiarnia oraz kino, gdzie będą grać film Agnieszki Holland o Kafce. Szkoda, że dopiero za tydzień (w Polsce dopiero za miesiąc).

 

 

Kościół pod wezwaniem św. Henryka i św. Kunegundy (parafia węgierskojęzycznej wspólnoty katolickiej w Pradze). Szukamy tu pewnej płyty nagrobnej, o której Rilke napisał wiersz.

 

 

Wiersz, zatytułowany Bei St. Heinrich, kończy się pytaniem, czy rycerz, który za życia wysoko nosił swoją tarczę herbową i dbał, by zawsze błyszczała, wie, że teraz potykają się o nią stare baby w brudnych łapciach (Lebend hielt er hoch sein Wappen, / sorgte immer für sein Blinken; – weiß er, daß mit schmutzgen Schlappen / alte Weiber drüber hinken?).

A wieczorem w parku Karola przystajemy pod pomnikiem z popiersiem kobiety. To powieściopisarka Karolina Svètlá (1830-1899), która pojawia się na kartach Zostało z uczty bogów Newerelego jako patronka babki polskiego pisarza, zachęcająca ją do pisania.

 

Piątek, 19 września

Dziś i jutro obrady w praskim ośrodku Goethe Institut, który do zjednoczenia Niemiec był siedzibą ambasady NRD. Świetny referat Rüdigera Görnera o europejskim świadectwie Rilkego, które nie wyrażało się w deklaracjach politycznych, tylko w głębokim poczuciu europejskiej tożsamości. Po I wojnie Rilke ze Szwajcarii zwrócił się do Masaryka o udzielenie mu, jako urodzonemu w Pradze, obywatelstwa czechosłowackiego. Przy tej okazji Görner zwrócił uwagę na osobliwość języka niemieckiego, w którym słowo Ausweis (dowód osobisty) oznacza coś, czego trzeba dowieść, co trzeba wykazać, ale jak się wykazać nie może, można być ausgewiesen – wydalonym.

*

Na drugim brzegu Wełtawy wypatrzyłem spod oka wystawę, którą trudno mi pominąć: „Oko v umění”, czyli „Oko w sztuce”. Idziemy zatem mostem Karola na drugi brzeg, na wyspę Kampa. U wejścia na wyspę mała plenerowa wystawa planszowa, pokazująca ciekawe dokumenty z oficjalnej i półoficjalnej historii zagranicznych wizyt w Pradze. W roku 1965 był tu, na zaproszenie związku pisarzy, Allen Ginsberg, fetowany i obwołany „Królem Majowym” (král majálesu), a zaraz potem deportowany przez policję (w samolocie napisał o tym wiersz). Zachowały się klatki z amatorskiego filmu, na których widać zdziwienie na twarzy stojącego na trybunie pierwszego sekretarza partii, Novotnego, na widok kroczącego w pochodzie pierwszomajowym długowłosego poety amerykańskiego. Na innej planszy dobrze mi znana okładka The Prague Orgy Philipa Rotha – tłumaczyłem Praską orgię dla Nowej, wyszła w drugim obiegu, ale z punktu widzenia prawa autorskiego legalnie (Maria uzyskała bezpłatną zgodę autora na to wydanie). Na innej planszy zdjęcia terrorysty Carlosa z żoną, idących praską ulicą (rok 1979) i dokumenty, dotyczące kuracyjnego pobytu w Czechach Ernesto „Che” Guevary.

Wystawa Oko v umění trochę nierówna, ale znakomite prace wynagradzają czas, stracony na oglądaniu reszty. Należy do nich asamblaż Jaroslava Wožniaka Sv. František, w którym oblicze świętego zmontowano z sękatego kawałka drewna zamiast ust, dużych, jakby wolich gałek ocznych i ludowej figurki św. Krzysztofa niosącego młodego Chrystusa, zastępującej strzechę włosów. Głowa dziewczyny André Deraina. Splynutí (Fuzja) Rudolfa Adamka z roku 1913 (litografia przedstawiająca dwie przenikające się dusze). A także Dívka z patentkou (Miss KIN) Františka Kupki z roku 1920 – wizerunek dziewczyny z zatrzaskiem w lewym oku – motyw używany skutecznie jako reklama czeskiej firmy o światowym zasięgu, Koh-I-Noor.

*

A potem Národni galerie w pałacu Sternbergów. Świetna kolekcja dawnych mistrzów, w pięknych salach na kilku piętrach, którą można oglądać w absolutnym spokoju. Spędziliśmy tam bite trzy godziny i spotkaliśmy tylko dwoje zwiedzających: Japończyka, który fotografował z entuzjazmem prawie każdy obraz, i straszą panią, chyba Czeszkę.

Na tę chwilę czekałem od lat. Dość często zdarzało mi się opowiadać, na uczelni i w towarzystwie, historię obrazu, który Dürer namalował w Wenecji w roku 1506 i który był tak ceniony, że kiedy sto lat później zapragnął go kupić cesarz Rudolf, musiał zapłacić kolosalną sumę, a żeby obraz nie uległ uszkodzeniu w trakcie transportu do Pragi, gdzie cesarz urzędował (otoczony alchemikami), tragarze nieśli go na drągach. Z biegiem lat wszakże obraz ściemniał, podupadł i w końcu XVIII wieku sprzedano go za grosze. Dopiero w latach trzydziestych ubiegłego wieku Czesi zdali sobie sprawę, jaki mają skarb i obraz zakupiło państwo czeskie za rekordową podówczas sumę. Była to opowieść o zmiennych kolejach fortuny. Wiele lat temu wybrałem się do Wenecji, żeby zobaczyć kościół św. Bartłomieja w dawnej dzielnicy niemieckiej (Fondaco dei Tedeschi), tuż koło Rialto. Chciałem sobie wyobrazić, jak tam przez sto lat królował z ołtarza. Dziś miałem stanąć twarzą w twarz z oryginałem (nawet jeśli nieco nadwerężonym przez czas i nieudolną restaurację).

Obraz, zwany najczęściej Świętem różańcowym, przedstawia kilkanaście postaci. W centrum króluje Madonna z Dzieciątkiem, obok niej św. Dominik, na froncie najważniejsze postaci ówczesnej władzy kościelnej (papież) i świeckiej (król, późniejszy cesarz Maksymilian), wokół nich tłum notabli weneckich i przedstawicieli niemieckiej kolonii w tym mieście; z prawej Dürer z przyjacielem. Można przed nim stać długo, przyglądając się szczegółom i wyobrażając sobie inne, zatracone podczas restauracji, jak ową muchę na pieluszce Dzieciątka, której w katalogu świetny esej poświęcił Lubomir Konečný. A właśnie, jest w muzeum do kupienia okazały katalog, wydany w roku 2006 z okazji specjalnej wystawy, urządzonej w pięćsetlecie namalowana obrazu i w czterysta lat po przyniesieniu go do Pragi.

*

Po uroczystej kolacji na zakończenie obrad goście zaczynają krążyć po sali, żegnać się z tym i owym. Widzę, że młode germanistki i  germaniści wysuwają telefony, które dotykają się noskami, jak zwierzątka. Dawniej wymieniano wizytówki, dziś to komórki zapoznają się i żegnają eskimoskim pocałunkiem.

*

 

 

W hotelowej biblioteczce egzemplarz zupełnie nowej (styczeń 2025) książki Grumberga z odręczną dedykacją autora. Opowieść o wyciąganiu ze starzejącej się matki wspomnień o rodzinnej tułaczce, która wiodła z okolic Brodów do Paryża. Stacją w tej drodze była Praga. Matka zatrzymała się tam u kuzynki, która w podpraskiej wsi hodowała kury – jajka przemycano do miasta, pochowane po kieszeniach. Matka jest głucha i sklerotyczna – dwa powody do irytacji – ale nie utraciła jeszcze całkiem kontaktu z rzeczywistością. Domaga się na przykład od syna, żeby jej płacił tantiemy, skoro żyje z pisania sztuk i książek, w których opowiada jej historię. Zostawiam książkę w hotelu dla następnego podróżnego, który może o niej napisze w swoim dzienniku.

 

Sobota, 20 września

W drodze na konferencję: z bramy kamienicy wypadają dwaj młodzi ludzie z naręczami obrazów. Pytam, czy to ich, tak; czy mogę zrobić zdjęcie, tak; ledwie zdążyłem życzyć im powodzenia, już znikli w bocznej uliczce. Czuję się trochę, jakbym spotkał Hermesa z pomocnikiem.

 

 

*

Lucie Merhautová mówi o recepcji Rilkego w czeskiej poezji lat trzydziestych i czterdziestych. W poezji zaczęła się ona, co ciekawe, od przekładów francuskojęzycznych tomików wierszy, pisanych pod koniec życia (tomiki Růže / Oknaw roku 1937 oraz Sad w 1939, oba w przekładzie Vladimira Holana). Wcześniej, w roku 1933, poeta Jan Zahradníček ogłosił swój przekład Maltego. Pavel Eisner w przedmowie do przekładu Duineser Elegien (1930) napisał zdecydowanie: „Kiedy czytasz Elegie, czujesz jedność wewnętrznych losów, jaką daje wspólne niebo nad głowami i wspólna ziemia pod nogami; rozumiesz, żeśmy byli – bez rozróżniana narodowości – królami świata, skoro w jednym pokoleniu mieliśmy tych trzech: Otokara Březinę, Gustava Mahlera, Rainera Marię Rilkego. Przez tych trzech przemawiał, z różnym akcentem, różną intonacją, ale równie dogłębnie, święty głód i święte pragnienie mistycznych reguł życia jednego kraju, z taką siłą, że ten głos nie przemija”.

Ale nie stało się tak od razu. W roku 1922 Otokar Fischer ubolewał, że kiedy – przed laty – Ellen Key została zaproszona przez jedno z niemieckich stowarzyszeń w Pradze do wygłoszenia odczytu i uznała, że sprawi przyjemność organizatorom, mówiąc o Rilkem, okazało się, że nie jest on im znany, że czytają go raczej czescy poeci, widząc w nim rodaka, piszącego w obcym języku.

*

Spacer po Nowym Mieście. Na ratuszu wyrafinowany zegar z figurami, któremu Rilke poświęcił wiersz Die alte Uhr. Wiersz zapowiada kres pracy zegara, chwilę, kiedy skąpiec po raz ostatni uniesie głowę a śmierć z wybałuszonymi gałami po raz ostatni machnie stalową kosą. Ta chwila jeszcze nie nadeszła, o każdej pełnej godzinie przesuwają się figurki w zakratowanych okienkach, nie nadszedł jeszcze Sądny Dzień. Jutro wracamy.

A teraz jeszcze zorganizowany spacer po kilku miejscach, związanych z Rilkem. Niestety, w większości są to miejsca, w których stał budynek, w którym to i owo. Praga przez te sto lat bardzo się zmieniła. Z satysfakcją odsyłam uczestników wycieczki do kościoła św. Henryka i św. Kunegundy, niech obejrzą buty rycerza, deptane przez staruszki.

 

Wtorek, 23 września

Za kuchennym oknem wisi na gałęzi kula żeliwna, do której Maria sypie codziennie włoskie orzechy dla ptaków. O tej porze roku są to sikorki różnej maści, mazurki, kowaliki, dzięcioły. A na zewnętrznym parapecie, po lewej stronie okna, urzęduje zwykle, żebrząc o pokarm i wdzięcząc się do pani domu, Rudolf, rudy kocur sąsiadów. Rano, tuż przed wyjazdem do Częstochowy, zauważyłem, że Rudolf siedzi dziś na prawym parapecie, plecami do kuchni i czai się na coś na ziemi. Pogroziłem mu, żeby nie rozrabiał i poszedłem po aparat. Z wielkim trudem wypatrzyłem wśród liści, tuż pod kulą z orzechami, małą mysz polną.

Mamy zatem zamknięty krąg aprowizacyjny. Maria dokarmia ptaszki i Rudolfa, myszka żywi się spadłymi z kuli okruszkami, a Rudolf czatuje na myszkę, żeby ją pożreć. Zdążyłem zrobić niezbyt wyraźne zdjęcie, pogoniłem kota i pogoniłem na dworzec.

*

W Częstochowie na dwudniowej konferencji „Uprawianie kultury. Wokół dziedzictwa Pawła Hertza”. Otwiera Marek Zagańczyk, w którego pieczy znajduje się archiwum Hertza, bardzo osobistym tekstem, precyzującym miejsce jego mentora w dwudziestowiecznej kulturze polskiej. Punktem kulminacyjnym pierwszego dnia jest koncert w częstochowskiej Filharmonii w wykonaniu Zespołu Cieśni Nadgarstka, prowadzonego przez Adama Regiewicza, który po południu otwierał konferencję jako dyrektor Instytutu Literaturoznawstwa. Koncert powstał w ramach projektu „Alternatywa dla Awangardy” i składał się z nagranych wypowiedzi historyków literatury o wybranych poetach dwudziestolecia międzywojennego oraz piosenek z rockowym podkładem, śpiewanych przeważnie przez Regiewicza do muzyki rockowej, wzbogaconej o dźwięki klarnetu i trąbki. Adam Dziadek wygłosił z ekranu wprowadzenie do Wiersza ostatniego Aleksandra Wata. W trakcie tego utworu robiłem zdjęcia, które wysyłałem z sali koncertowej do Pierre’a Wata, wnuka poety. Zareagował od razu: C’est émouvant, merci!

 

Adam Regiewicz śpiewa Wiersz ostatni Wata.

 

Środa, 24 września

W ciągu tych dwóch dni twórczość bądź osoba Pawła Hertza przedstawiana była najczęściej w dialogu z innym pisarzami: z Herbertem (referat Agnieszki Czajkowskiej, dobrego ducha i gospodyni tej konferencji), Iwaszkiewiczem, Lechoniem, Stryjkowskim. Jeden referat dotyczył wpływu Hertza na pisarza żyjącego (Marka Zagańczyka). Poetka Teresa Tomsia dała świadectwo echa lektury Pawła Hertza we własnej poezji. Dwa referaty tyczyły związków Hertza z muzyką, dwa (w wykonaniu dwojga włoskich polonistów) – jego powiązań z Włochami i kulturą włoską. Ja mówiłem o roli czasu i zegarów w twórczości autora wiersza *** (Wplątani w wieczne koło zdarzeń…).

Wieczorem Częstochowa żegna mnie o zmroku trącącym dziewiętnastym wiekiem mrocznym domkiem tuż obok peronu pierwszego, skąd odjeżdża pociąg InterCity na „białej” trasie Bielsko-Biała – Białystok.

 

 

Piątek, 26 września

Tomasz Różycki (obok Elizy Kąckiej jeden z dwojga moich faworytów w tegorocznym finale NIKE), o niektórych pożytkach z poezji: „Był taki grecki poeta Symonides z Keos, którego zawołali po tym, jak się zawaliła chałupa, gdzie była impreza. I ponieważ on recytował wiersz dla biesiadników, pamiętał, w jakiej kolejności siedzieli za stołem. Więc po tym, jak oni zginęli, potrafił wskazać, jak się kto nazywał”. Przydałby się taki poeta w Pompei.

*

Skończyłem Genialnie zmyślone? Jakuba Kuzy (Kraków, Znak, 2025). Dziesięć opowieści, ułożonych nie „po bożemu”, na tematy tak różne jak mistyfikacja matki Makryny Mieczysławskiej, skarby Inków na zamku w Niedzicy, zamieszanie wokół zakopiańskiego pochówku szczątków Witkacego czy sprawa erotycznych listów Chopina do Delfiny Potockiej. Najbardziej zaintrygowała mnie hipoteza dwojga badaczy ukraińskich, że posąg Światowida, wydobyty w roku 1848 z granicznej podówczas rzeki Zbrucz, mógł być falsyfikatem, sporządzonym przez poetę romantycznego Tymona Zaborowskiego (bądź na jego zlecenie). Legitur, jak mawiali Rzymianie. Czyta się.

 

Środa, 1 października

W piątek kupiłem na Allegro książkę Renaty Gulczyńskiej Działalność zakonu jezuitów w Lublinie w latach 1582-1773(Warszawa, Stowarzyszenie Bibliotekarzy Polskich, 2001). Dziś przyszła. Jakież było moje zdumienie, kiedy otwierając tom przeczytałem: „Panu Profesorowi / z życzeniami miłej lektury / Autorka”. Rzeczywiście, jest to bliski mi sposób pisania o historii: bez abstrakcyjnego teoretyzowania, a z uwagą dla konkretu. Skomplikowane dzieje fundacji kolegium jezuickiego w Lublinie pod koniec XVI wieku zostały przedstawione poprzez dokładnie odtworzone wędrówki poszczególnych sprawców: dawców (Maciejowskiego, Wapowskiej, Zebrzydowskiego, króla Batorego), pośredników (przeważnie włoskich – nuncjusza, prowincjałów) oraz biorców (polskich jezuitów). A kiedy autorka natknęła się na materiały, dotyczące aptek jezuickich, prezentuje je z poczuciem humoru.

 

Piątek, 3 października

Niedawno cieszyłem się, kiedy udało nam się dolecieć do Pragi i z powrotem. Dziś wieczorem dwie wiadomości. Pierwsza: ktoś zadzwonił na praskie lotnisko, zapowiadając nalot dronów. Druga: polski rząd zamierza zaraz po czeskich wyborach wznowić kwestię zwrotu przez Czechy drobnej nadwyżki terytorialnej, jaka pozostała po korekcie granic w roku 1958. Złowroga koincydencja.

 

Sobota, 4 października

Wczoraj rano przyjęliśmy szczepionkę antycovidową. Wieczorem się zaczęło. Położyliśmy się koło jedenastej. Pierwszy raz musiałem wstać zaraz po północy, drugi parę minut po pierwszej, trzeci o 2.10, czwarty znów o 2.10. Czyżby minęła doba? Za tym czwartym razem obudziłem się z wielce osobliwego snu. Leżałem w nim ciężko chory, na plecach, na piasku pustynnym i żwirze przed olbrzymimi wrotami świątyni bogini słońca. Wrota były zbudowane z dziesięciu kamiennych płyt w kształcie rozszerzających się ku górze i zaokrąglonych na końcach płaszczyzn. Gdyby nie ich masywność, przypominałyby rozpostarty wachlarz. Moim zadaniem było otworzyć te wrota. Ale jak miałem to zrobić, leżąc na ziemi bez sił po przyjęciu dawki zarazków niemal śmiertelnej choroby? Natężałem się ze wszech sił, starałem się wypchnąć z serca jasną krew przez całą lewą rękę aż do otwartej dłoni. Pierwsza próba – nic; druga – również nic; wreszcie za trzecim razem z palców wytrysnęły promienie, które padły na czubki kamiennego wachlarza. Masywne wrota drgnęły, płyty runęły powoli na piasek i było światło.

Nielogiczny sen – przecież lewa ręka ma tylko pięć palców. Ale tak było. Mam karteczkę, na której ten sen w nocy zapisałem, oraz świadka: Maria obudziła się o 2.22 i wszystko jej opowiedziałem.

*

W ostatnich dniach obejrzeliśmy z przyjemnością serial House of Guinness. Trochę irlandzka wersja Ziemi obiecanej. Bardzo dobra obsada, także ról drugoplanowych, dobre tempo, udana scenografia. Ale największą siłą tego serialu, przynajmniej dla mnie, jest muzyka Ilana Eshkeriego, wykorzystująca irlandzkie piosenki ludowe i utwory punkowe – teksty jednych i drugich współgrają z akcją, budując złowieszczy nastrój. Ostatni, ósmy odcinek kończy się wystrzałem na wiecu wyborczym. Wiadomo, kto strzelał, ale nie wiadomo, kto został trafiony, co czyni otwarcie na drugi sezon. Oczekując, można sobie puszczać soundtrack.

 

Niedziela, 5 października

Wczoraj wcześnie rano umarł, urodzony w roku 1931 jako Ivan Kauders, zapalony grzybiarz, kolekcjoner starych druków i map, znany w literaturze jako czeski pisarz Ivan Klíma. W latach dziecięcych trzy i pół roku przesiedział w obozie w Terezinie. Po praskiej wiośnie przez rok pracował jako visiting professor literatury czeskiej w Ann Arbor; po powrocie do Czechosłowacji został objęty zakazem druku. Pracował jako geodeta, sanitariusz, zamiatacz ulic, goniec. Cały czas pisał, publikując w drugim obiegu i na Zachodzie (tu dopomógł mu w karierze Philip Roth, który kiedyś, nawiązując do zmierzwionej fryzury Klímy, obdarzył go etykietką „a much more intellectually evolved Ringo Starr”). Jego dwutomowe wspomnienia noszą tytuł, podobny skądinąd do wspomnień Wata i Grassa, ale wzbogacony o przymiotnik: Moje šílené století. Zaiste, zwariowany wiek.

*

„NZZ” dramatyzuje: „Szwajcaria ma za dużo mleka. Pierwsi chłopi przyprowadzają krowy do rzeźni”.

*

Nagrodę NIKE oraz nagrodę publiczności otrzymała Eliza Kącka. Brawo! Odebrawszy statuetkę zaprosiła na estradę swoją córkę, mówiąc, że oto bohaterka literacka pojawia się publicznie u boku autorki. I stały przez chwilę, objęte, jak Don Kichot z Cervantesem.

*

Przeczytałem Preteksty do wspomnień Krystyny Kolińskiej (Warszawa, Iskry, 2014). Tak zwany groch z kapustą, ale polecam, na przykład jeśli ktoś chciałby pisać biografię Gustawa Morcinka. Wiele tu o nim wspomnień, sporo listów, szczególnie zainteresował mnie wątek Eriki. Oto on:

„Jeszcze tej samej jesieni [1945 roku] Morcinek zabrał «swój majątek w sakwy, maszynę do pisania pod pachę» i z Francji wyruszył do Włoch” (s. 249).

Z listu Teresy Morcinek, rok 1955: „W naszym domu z piątku na sobotę byli złodzieje. Gustlik był w Warszawie. Ukradli całą Gustawową garderobę, maszynę do pisania, wieczne pióra” (s. 270).

List Morcinka, rok 1956: „Masz rację, postanowiłem siedzieć kamieniem przy maszynie i nie myśleć o niczym innym jak tylko o nowych rozdziałach Mata Kurta Krausa” (s. 270).

Inny list, 1958: „Niebo jest okrutnie szare i niebeskie, deszcz siąpi, szyby okienne płaczą bez przerwy, siny ziąb wciska się do pracowni i gryzie jak stado pcheł, a ja siedzę przy maszynie, piszę, martwię się, że nie mogę nadążyć na czas” (s. 272).

Rok 1962: „A potem usiadłem przy maszynie i zmajstrowałem powieść dla Iskier jeszcze bez tytułu” (s. 276).

„W grudniu [1963 roku] znalazł się w Klinice Chorób Wewnętrznych przy ulicy Kopernika, w sali numer 3. Nie chciał korzystać z luksusu separatki, mówił: – Tam kładą samych umrzyków. Weźcie mnie do domu, tu nie mam maszyny, a chcę jeszcze w tym miesiącu zacząć nową książkę” (s. 264).

Po śmierci pisarza w jego domu urządzono Izbę Pamięci. „Te same dębowe meble, stół nakryty koronkową serwetą, obrazy, biurko z maszyną do pisania «Erika», księgi w oszklonych szafach, rzeźby z węgla” (s. 255-6).

List, jaki autorka otrzymała w roku 1967 od doktora Brożka: „Warto byłoby zgromadzić listy, jakie wychodziły na świat z maszyny «Erika». Korespondencja takich ludzi jak G.M. to kapitalne źródło do ich biografii […]” (s. 260).

Zastanawiam się, czy to nie od tej maszyny do pisania otrzymała imię morska panna Erika w przezabawnej opowieści Gustawa Morcinka Siedem zegarków kopidoła Joachima Rybki?

 

9 października

O godzinie trzynastej jak co roku słuchamy transmisji radiowej ze Sztokholmu. Tym razem cisza przedłuża się, pełna napięcia, wreszcie pojawia się sekretarz szwedzkiej akademii i obwieszcza: László Krasznahorkai. Znów brawo!

W końcu lat dziewięćdziesiątych organizowałem w Zurychu lunch, do którego mieliśmy zasiąść we trójkę: szwajcarski dokumentalista filmowy Jean Rezzonico, dzisiejszy laureat i ja. A połączył nas wieloryb. Pamiętam do dziś z dzieciństwa dotyk fiszbinów tego olbrzyma, którego w roku 1963 do Hali Mirowskiej przywiózł właśnie Jean (poznałem go osobiście dużo później, już w Szwajcarii). Wieloryb miał potem awanturnicze dzieje, o ile pamiętam skradziono go właścicielowi gdzieś w Katalonii czy we Włoszech, Jean Rezzonico nakręcił film dokumentalny o jego dalszych losach. Sam miał z Polski dobre wspomnienie – znalazł tu żonę.

W tym samym mniej więcej czasie, chyba przed Warszawą, wieloryba pokazywano na Węgrzech, gdzie budził wielkie zainteresowanie. W małym miasteczku zobaczył go mały László (rocznik 1954) i tak zrodziła się jego fantastyczna powieść Melancholia sprzeciwu. Chciałem doprowadzić do spotkania tych dwóch, które miało być nagrywane z myślą o kolejnym filmie. Mieliśmy już uzgodniony lokal, ale Krasznahorkai w ostatniej chwili z powodu choroby odwołał przylot do Zurychu i sprawa upadła.

Po latach dowiedziałem się, że jest znajomy artysta, dla którego ten pokaz w Hali Mirowskiej był ważnym wydarzeniem formacyjnym. To Krzysztof M. Bednarski, rzeźbiarz i poniekąd artysta konceptualny (rocznik 1953), autor instalacji Moby Dick – 16 wycinków na nieskończoność (1987), który wspomina w wywiadzie dla „Dwutygodnika”: „Którejś niedzieli ojciec powiedział do mnie: «synku, pokażę ci dzisiaj wieloryba». W namiocie cyrkowym przy Hali Mirowskiej był pokazywany Goliath – leżało to gigantyczne cielsko na platformie, obłożone lodem, a wokół wąski podest. Staliśmy w długiej kolejce, żeby się tam dostać. A potem pamiętam tylko, jak mnie potwornie mdliło – wokół nogi i plecy, tłum ludzi i straszliwy fetor. A kiedy wyszliśmy na zewnątrz, to najzupełniej szczerze zapytałem ojca: «tatusiu, a gdzie wieloryb?». Ale to we mnie głęboko utkwiło i na to mi się nałożył obraz ojca w trumnie, a potem moja inicjacyjna podróż do Afryki równikowej […]”.

Na grzbiecie tego samego wieloryba László Krasznahorkai dopłynął ze śródlądowych Węgier do Sztokholmu. Niezła sztuczka!

Z wywiadu, jaki przeprowadził z węgierskim pisarzem Jacek Dobrowolski, wyjmuję jeden kawałek, wcale nie dlatego, że dotyczy Szwajcarii, a konkretnie wodospadu na Renie koło Szafuzy: „Stałem tam zachwycając się tą fantastyczną masą spadającej wody. […] Po jakimś czasie zacząłem szukać kropelek wody, bo ten wodospad był ruchomą zawiesiną i w tych miliardach trajektorii szukałem jednej kropli wody i nie mogłem znaleźć ani jednej kropli wody. W tym wodospadzie nie było ani jednej kropli wody. Ponieważ wodospad był całością i nie składał się z kropli”[7].

*

Wyszedłszy z domu, na zakręcie alejki prowadzącej do garażu zobaczyłem martwego szczura. Nie miał widocznych obrażeń, jakby umarł ze starości, od trucizny albo od zarazy. Od razu przypomniał mi się początek powieści innego noblisty, z roku 1957: „Rankiem 16 kwietnia doktor Bernard Rieux wyszedł ze swego gabinetu i pośrodku podestu zawadził nogą o martwego szczura”. To już?

 

Piątek, 10 października

Umarł Mirek Chojecki.

Znaliśmy się od ponad pół wieku. Tyle spotkań, w Warszawie, w Paryżu, w Bernie, znów w Warszawie i Konstancinie. Tyle przegadanych godzin. Mirek i jego pomysły – edytorskie, telewizyjne, filmowe. Mirek i jego żony. Mirek i jego dzieci. Osobny rozdział: Jola.

Spod powieki wyłania mi się moje pierwsze przyjście na Sarbiewskiego, gdzie ciągły młyn spraw nie cierpiących zwłoki, a wśród tego jakiś dziwny chłopak, który zjawił się nagle, nie wiadomo skąd, zasmarkany, ewidentnie pozbawiony piątej klepki, o wszystko się naiwnie dopytujący – bałem się, że może udaje, że to może prowokator, ale Mirek machnął ręką. Potem się przekonałem, że tak już miał: przyciągał i przygarniał odrzuconych.

Dalej: przyjazd do Warszawy grupy pisarzy amerykańskich; wśród nich Susan Sontag, która zaraz na lotnisku wyciąga wycinek z „New York Timesa” – zdjęcie dwóch uśmiechniętych podziemnych drukarzy – i stukając palcem mówi: z nim chcę się spotkać. Jej radość, kiedy słyszy „It’s our friend!”. I potem samo spotkanie, które zorganizowaliśmy u Blanki i Tomka Kuczborskich na Sędziowskiej; Mirek, z przechyloną na prawo głową, spokojnie wyjaśniający imponderabilia peerelowskiego życia kulturalnego.

Dalej: zwariowana jazda samochodem, we dwóch (on za kółkiem), z Warszawy do Berna, w paręnaście godzin – dziś nie byłby to wyczyn, ale wtedy były jeszcze kontrole i korki graniczne (tu pomogły literki CD przy numerze rejestracyjnym). Zdążyliśmy na kolację.

Nagrywanie dla archiwum „Kontaktu” mojej długiej rozmowy z Janem Pomianem (Bławdziewiczem) z Londynu – o Retingerze. Gdzie to było? Chyba w Warszawie, na werandzie. Mam nadzieję, że te taśmy nie przepadły.

Przymiarki do nowego cyklu telewizyjnego rozmów z pisarzami (na pierwszy ogień miała iść Julia Hartwig, na drugi – Józef Hen). Z tego pomysłu nic nie wyszło.

Mógłbym jeszcze dodać rozdziałek: Mirek i jego poparcia, jego wybory polityczne. Tu przypomnę tylko początek nazwy wydawnictwa, które jest jego najważniejszym tytułem do sławy: Niezależna Oficyna Wydawnicza. To on to słowo wprowadził do nazwy (zamiast: Nieocenzurowana). Niech, niezależny, spoczywa w pokoju.

 

Sobota, 11 października

Na Zamku Królewskim wystawa Niech nas widzą! Pomysł ryzykowny: pokazać obok siebie dzieła sztuki dawnej, dobrane ze względu na szczególną rolę, jaką w nich grają stroje przedstawionych osób, przeważnie z rodzin królewskich – oraz współczesne dzieła sztuki, które do tamtych nawiązują, bądź na swój sposób uwypuklają strój czy jego brak. Ta część chyba się kuratorom udała, zwłaszcza dzięki takim pracom jak tryptyk Natalii LL czy zaskakująca Adoracja ostatniego króla Hasiora. W części dawnej pokazano tak znakomite rzeczy, jak portret infantki, malowany przez Juana Martíneza Bautistę del Mazo, zięcia Velázqueza, jak Diderot w szlafroku (malował Louis-Michel van Loo) czy rembrandtowska w tonacji Toaleta damy Arenta de Geldera. Nie brak w tym dziale poczucia humoru – wykazał się nim Jacob Vessel, malując okrutnego Hieronima Floriana ks. Radziwiłła w płaszczu militarnym, narzuconym na ubranie, które przypomina piżamę w barwne kwiaty. Aż się prosiło, żeby obok tego płótna powiesić obecny też na tej wystawie, ale w innym dziale, obraz Ryszarda Woźniaka (rocznik 1956) Kandydat na prezydenta, na którym przeciętny mężczyzna w niebieskim wdzianku chwali się fioletowym kwieciem irysa z pręcikami, sterczącymi dumnie jak radziwiłłowskie trąby.

A między sztuką dawną a współczesną wiszą na wystawie takie perełki sztuki przełomu wieków jak Autoportret w zbroi ze skrzypeczkami Jacka Malczewskiego (na smyczku skrzypeczek przysiadł motylek…), czy sprowadzona z Kielc frywolnie zaciekawiona Dama z mufką Edwarda Okunia (tej dwa błękitne motyle przysiadły na włosach).

Najmniej przekonujące były dla mnie na tej wystawie obiekty, wytworzone w znanych światowych domach mody. Ale patrząc na suknię projektu Balenciagi przypomniałem sobie Skórę i śmierć, wiersz Wata dedykowany Lebensteinowi, który tak się zaczyna:

 

Szanujący się kościotrup

nigdy nie pokazuje się

nago.

Tkanka tłuszczowa jego

ubraniem. Także mięśnie. Skóra, cudna skóra.

Która z wiekiem mi flaczała. Ehe! skóra

sflaczała, ale kostium mam od Balenciagi.

 

I poczułem, że i ten dział wystawy ma swe uzasadnienie, a nazwiska wizjonerów mody weszły już dawno do kultury wysokiej.

JAN ZIELIŃSKI

[1] „Przegląd Literacki” (Stuttgart) 1947 nr 1. Jest to zresztą przedruk artykułu z paryskiej „Kultury”.

[2] Matka Elżbieta Czacka, O niewidomych. Opr. Magdalena Banaszek. Warszawa, UKSW, 2008, s. 12.

[3] Tamże, s. 150.

[4] Tamże, s. 83.

[5] Tamże, s. 68-69.

[6] Tamże, s. 121.

[7] Wywiad z László Krasznahorkaiem (Magazyn Rozwojowy „Taraka”)

Konkurs

Od wielu miesięcy radiowa Dwójka emituje audycje poświęcone historii Konkursów Chopinowskich (od 1927 roku). Dzięki podcastom udało mi się wysłuchać wielu z nich, znakomicie przygotowanych i poprowadzonych przez członków redakcji muzycznej.

Oprócz wywiadów z uczestnikami, cytatów z recenzji, wspomnień ówczesnych obserwatorów, licznych anegdot, prowadzący audycje przedstawiają wspaniałe, nieznane lub zapomniane nagrania. Wśród pianistów znaleźli się nie tylko ci, którzy Konkursy Chopinowskie wygrali, ale również ci, którzy otrzymali dalsze nagrody, lub których droga artystyczna jest (była) związana z Chopinem.

Szczególnie utkwiły mi w pamięci fantastyczne interpretacje Władimira Aszkenazego, Rozy Tamarkiny, Iriny Zarickiej, Andrzeja Czajkowskiego, Fou Ts’onga, Arthura Moreira Limy, Marthy Argerich, Mieczysława Horszowskiego, Nelsona Freire, Stefana Askenase, Vladimira de Pachmanna, Jakowa Zaka, Róży Etkin, Grigorija Ginzburga, Aleksandra Unińskiego. Prowadzący audycje nadali nawet wspólne określenie dla gry gigantów pierwszej połowy XX wieku, tworząc dla nich specjalny kącik „kosmitów”. Co odróżnia „kosmitów” od innych? Moim zdaniem jest to bardzo szczególne poczucie czasu, niezwykła dbałość o brzmienie fortepianu, słyszenie tego co jest między zapisanymi nutami. Jednym słowem – „magia”. Tamci pianiści niczego nie robią, oni po prostu słyszą. Słuchają i słyszą inaczej i posiadają tak wspaniałe umiejętności pianistyczne, że potrafią to przekazać.

Dzięki wysłuchanym audycjom mogłam ustalić sama dla siebie kryteria jakimi chcę się posługiwać oceniając trwający właśnie konkurs.

W jury zasiadam już czwarty raz, ale te „chopinowskie igrzyska” obserwuję od 1970 roku. Wtedy wygrał Garrick Ohlsson, który teraz jest przewodniczącym Jury. Zapamiętałam z jego wykonań wspaniałą Sonatę h-moll, wydaną tuż po konkursie na płycie, którą mam do dziś, zdartą do imentu. Wspaniała była w Sonacie b-moll Mitsuko Ushida, a Eugen Indjic zachwycał muzykalnością w mazurkach i balladach. Kolejny konkurs przyniósł ogromny sukces Krystiana Zimermana, jego gra była młodzieńcza, pełna blasku, porywająca, precyzyjna, miała też w sobie konieczną u Chopina melancholię. Z kolei zdobywczyni drugiej nagrody Dina Joffe emanowała nostalgią, jakimś „rozmarzeniem przy księżycu”. Rok 1980 to „mój” konkurs. Z laureatami spotkałam się dopiero podczas wręczania nagród na estradzie Filharmonii Narodowej. Ich konkursowych wykonań słuchałam dużo później. Jednak udało się wtedy nawiązać bliskie znajomości, a nawet przyjaźnie, które trwają do dziś. Wielu z nich spotykałam potem podczas kolejnych edycji Konkursu – przyjeżdżali do Warszawy posłuchać Chopina, ale także po to, aby pobyć w tej atmosferze. Wspólnie oklaskiwaliśmy młodszych kolegów, którzy dołączali do kręgu laureatów.

Najwyżej ocenionym pianistą w 1990 roku był Kevin Kenner, niezwykle muzykalny, którego wykonanie Ballady F-dur do dziś mnie inspiruje – cóż za giętka fraza, jaka energia w szybkich fragmentach, jaka dramaturgia w finale. Niestety to, że nie przyznano mu wtedy I nagrody miało wpływ na przebieg kariery tego wspaniałego muzyka.

 

Fot. Bartek Barczyk

 

Często gościłam w swoim warszawskim domu młodych pianistów, udostępniając im swoją pracownię i swój fortepian, aby mogli spokojnie ćwiczyć. Szczególny był czas w roku 1995, kiedy na prośbę Marthy Argerich wraz z mężem przyjęliśmy pod nasz dach Nelsona Goernera, pochodzącego podobnie jak ona z Argentyny. Najpierw przychodził na kilka godzin dziennie, żeby poćwiczyć, potem się do nas przeprowadził, po kilku dniach dołączyła narzeczona, a w końcu wieloletnia nauczycielka, która przyleciała wprost z Argentyny. Nelson grał świetnie, jednak nie wszedł do finału… Cóż to były za emocje… Żeby je jakoś tonować gotowałam polskie zupy.

Z roku 2000 szczególnie zapamiętałam Aleksandra Kobrina, który zdobył wówczas III nagrodę. Jego interpretacja Fantazji f-moll miała w sobie niezwykłą moc, a w wolnych fragmentach pełna była filozoficznego skupienia. Niedawno właśnie do niego do USA wysłałam na studia swoją bardzo utalentowaną uczennicę, Chinkę. Jest podobno bardzo wymagającym profesorem, imponuje wiedzą, doświadczeniem estradowym no i kontynuuje tradycje dawnej świetnej szkoły rosyjskiej.

Pierwszy raz zaproszono mnie do jury w 2005 roku. Miałam już doświadczenie z kilku międzynarodowych konkursów, ale i tak trema była wielka. To był czas Rafała Blechacza, który zachwycił między innymi Preludium A-dur op. 28 nr 7 rozpoczynając tym utworem swój występ w drugim etapie. A wykonał je bardzo poetycko, śpiewnym dźwiękiem. Prostota tego wykonania była wręcz przejmująca, sala słuchała jak zaczarowana. Bardzo młody wówczas pianista otrzymał wszystkie nagrody dodatkowe – za wykonanie Poloneza, Mazurków, Koncertu. Zwycięstwo otworzyło przed nim wielkie sale koncertowe całego świata.

Jesień 2010 i zimę 2011, a więc cały zimowy semestr spędziłam w Tokio, gdzie uczyłam na Uniwersytecie Geidai. Właśnie w Tokio miałam okazje usłyszeć laureatów kolejnego konkursu. Wspaniała Julianna Awdiejewa – pianistka poważna, z przemyślanymi interpretacjami, dbałością o śpiewność fortepianu ujęła mnie swoim wykonaniem Koncertu e-moll, a Daniel Trifonow fenomenalnymi Mazurkami, które grał tak, jakby je w tamtym momencie sam komponował. Niesłychanie kreatywny muzyk, poeta podszyty melancholią, ale nigdy nie sentymentalny!

Kolejny raz w jury byłam w 2015 roku. Wtedy zwyciężył Cho Seong-jin, a drugie miejsce zajął Charles Richard-Hamelin. Bardzo różni pianiści. Kanadyjczyka zapamiętałam wyraźniej z czasu eliminacji – był szczególnie wrażliwy i ujmował, melancholią, tęsknotą. Koreańczyk zdecydowanie bardziej stąpał po ziemi, budował formę, był przy tym perfekcyjny. Z przyjemnością słucham jego kolejnych nagrań płytowych, a repertuar ma coraz szerszy. Zupełnie zjawiskową pianistką była wtedy Kate Liu, przenosząc nas – słuchaczy w inne rejony. Grała delikatnie, dosłownie muskała palcami klawisze nadając utworom poetycki kształt. Ale miała w sobie również moc! Do dziś pamiętam jej Poloneza-fantazję – sposób w jaki napełniała dźwięki i pauzy treścią…

Konkurs z roku 2021, o rok przesunięty z powodu pandemii przyniósł triumf Bruce’a Liu , a tym samym jego wybitnego profesora Dang Thai Sona, który od 2015 przywozi naprawdę fantastycznych studentów. Pokaźna jest jego lista laureatów Konkursu Chopinowskiego. Przy tym uczy w taki sposób, że jego uczniowie są natychmiast rozpoznawalni.

Jesteśmy w trakcie przesłuchań. Zauważyłam trzy grupy pianistów – w pierwszej są ci, którzy świadomie wybrali ten konkurs, doskonale znając muzykę Chopina jej specyfikę i zdając sobie sprawę z tego jakie stawia wymagania. Druga grupa to świetni pianiści, dla których Konkurs Chopinowski jest jednym z wielu, w których biorą udział, są sprawni, czasem nawet muzykalni, ale ten kompozytor to nie jest ten najwspanialszy, najbardziej ukochany, z którym chciałoby się szeptać czule… Trzecia grupa to pianiści nie do końca jeszcze wykształceni, którzy opierają się na odczuwaniu, ewentualnie bazują na tak zwanej tradycji wykonawczej, niejednokrotnie bardzo zdolni co wystarcza do pewnego momentu. Niestety często jest tak, że ci młodzi ludzie nie są systematycznie uczeni rzemiosła, słyszenia, słuchania, są za to nieustannie przygotowywani do konkursów i konkursików, zdobywają nawet nagrody – do czasu. Sama miałam taki epizod w swoim życiu (na szczęście bardzo krótki), kiedy po wygranym konkursie w Vercelli w 1977 roku wydawało mi się, że teraz już mogę tylko koncertować. Zaczęłam powtarzać dawne utwory, zamiast uczyć się nowych. Ćwiczyłam z myślą o występie, a nie o tym, żeby dalej poszerzać zasób środków pianistycznych i rozwijać rozumienie muzyki. Na szczęście zadziałał mój instynkt i miałam wokół siebie osoby (męża), które wskazały mi dobrą drogę. Wróciłam do studiowania, dogłębnego, i tak pozostaje do dziś. Nie da się powtarzać sukcesów, każdy koncert i każdy konkurs (tym bardziej) to praca i poszukiwanie od nowa.

Na jakiego Chopina czekam w roku 2025? Otóż czekam na Chopina „kosmitów”, z ich giętką frazą, ze śpiewnym tonem, Chopina świetlistego, roztańczonego, czekam na „żal”, który ma w sobie cień rozpaczy, na szlachetną melancholię, na magię. Na chwile, kiedy przeniosę się w inny wymiar i nie będzie pomiędzy kompozytorem, wykonawcą, a słuchaczem żadnej materii. Tylko duch! I dziś między etapami mogę napisać, że kilka takich momentów już się zdarzyło. Jestem wdzięczna już teraz, między etapami, za chwile wzruszenia i chwile niekłamanego zachwytu dla maestrii młodych pianistek i pianistów. Czekam na dalsze przesłuchania z nadzieją również na to, że „muzyka łagodzi obyczaje”.

EWA POBŁOCKA

Rok 2025 – dwie włoskie rocznice

Okrągłe rocznice służą na ogół przypomnieniu autorów, którzy trafili do literackiego czyśćca, lecz w wypadku czterdziestolecia śmierci Italo Calvina i pięćdziesięciolecia śmierci Pier Paola Pasoliniego operacja taka nie jest konieczna – nie brakuje konferencji, wystaw, książek na ich temat – obaj bowiem pozostali w żywej pamięci odbiorców. Obaj wywodzili się z pokolenia urodzonego w latach dwudziestych, zdążyli poznać wojnę i ruch oporu, powojenne „ukąszenie heglowskie”, porzucili komunistyczną wiarę w nowe lepsze jutro, poznali mechanizmy kultury masowej, a jednak trudno sobie wyobrazić dwóch bardziej różnych twórców. Calvino nieuznający autobiografizmu w literaturze, uprawiający najrozmaitsze gatunki, wciąż nowe formy, zainteresowany cybernetyką i informatyką, ciekaw, co przyniesie przyszłość, i Pasolini mówiący o sobie, że jest „siłą przeszłości”, tęskniący za przednowoczesnymi Włochami, unicestwionymi przez pospieszną industrializację i masowe wzorce. Z jednej strony dystans, ironia, ostrożny racjonalizm Calvina, z drugiej, hipertrofia „ja” Pasoliniego, upodobanie do skandalu, prowokacji, hiperboli, skrajnie negatywny sąd o współczesności. Trudno jednak nie dostrzec, że ich pozycja we włoskiej kulturze jest czymś, co nie miało się już więcej powtórzyć, tak jak nieporównywalna – z wyjątkiem Umberta Eco – jest ich sława poza granicami Włoch.

Pasolini otwarcie aspirował do bycia nie tylko pisarzem i reżyserem, lecz również komentatorem przemian swojego kraju, Calvino formułował sądy mniej otwarcie, pozornie zajęty sferą własnych kompetencji pisarza, lecz przecież pozostawał głęboko zakorzeniony w dylematach moralnych swojej epoki, wrażliwy na jej kryzysy, niepozbawiony jednak ostrożnej wiary w możliwość ich przezwyciężenia, pomny metafory, której użyje w Wykładach amerykańskich: tak jak Perseusz może pokonać Meduzę, patrząc jedynie na jej odbicie w tarczy, podobnie pisarz powinien mówić o rzeczywistości jedynie pośrednio. Najbardziej pośrednio, a i być może najtrafniej, mówił Calvino o rzeczywistym świecie w ostatniej fazie swojej twórczości, która uczyniła zeń jednego z mistrzów postmodernizmu, czyli w Niewidzialnych miastach i Jeśli zimową nocą podróżny. Pierwsza książka umieszcza w opowieści ramowej, rozmowach Kubłaj-chana i Marco Polo, opisy miast jego imperium; składają się one na obraz świata jako wielkiej sieci pozbawionej centrum, hybrydyczną całość, metanarracyjną grę nieznającą hierarchii ani jednoznacznego sensu. Głównym wątkiem jest jednak być może konfrontacja dwóch postaw, dwóch wizji świata, przyjmijmy, że modernistycznej i postmodernistycznej; władca Tatarów reprezentuje wiarę w istnienie modelu rzeczywistości i poznawalność prawdy, dla Marco Polo składa się ona jedynie z wyjątków, fragmentów, sprzeczności, jest nieprzejrzysta i niekompletna, mówi o tym metafora mostu: dla Kubłaj-chana ważny jest jego łuk, dla Marco Polo poszczególne kamienie.

 

 

Jeśli zimową porą podróżny stanowi wręcz podręcznikową ilustrację techniki postmodernistycznej, jest kolażem początków dziesięciu gatunków prozy narracyjnej wyczerpujących niemal całość jej możliwości; sieć cytatów, kryptocytatów, upodobanie do pastiszu, dezorientowania odbiorcy miały znaleźć naśladowców na obu półkulach. Podobnie jak uprzywilejowanie znaczenia czytelnika kosztem roli autora, który, zgodnie z teorią „śmierci pisarza” mógłby spokojnie zniknąć. „Jak dobrze potrafiłbym pisać – twierdzi jedna z postaci, pisarz Flannery – gdyby mnie nie było! Gdyby pomiędzy białą kartką papieru a wrzeniem słów i opowieści […] nie istniała ta krępująca przesłona, jaką jest moja osoba” (tłum. A. Wasilewska).

O zniknięciu nie marzył z pewnością Pier Paolo Pasolini, tak intensywnie obecny we włoskim życiu politycznym i kulturalnym; w wypadku jego „rozpaczliwej witalności”, jak sam miał określić swoją postawę życiową, w grę wchodzi obecność fizyczna, cielesna, wzmocniona zarówno jego licznymi fotografiami, czyniącymi zeń prawdziwą ikoną pop, jak i straszliwą śmiercią na plaży w Ostii, niewyjaśnioną, choć zdążyło minąć pół wieku. Na tych fotografiach – zaciśnięte wąskie usta, napięte mięśnie, ani śladu uśmiechu – mieliśmy widzieć twarz proroka, tego, kto, jak sam pisał, „wie”. Czy wiedział o machinacjach klasy politycznej?, czy zgubiła go namiętność do chłopców poznawanych przypadkowo na dworcu?, odpowiedź nie ma większego znaczenia, na mocy bowiem paktu o absolutnej szczerości, odbiorcy obdarzali go zaufaniem, wiedząc, że bardziej niż z diagnozą mają do czynienia z mitem, konstruktem, ważnym i nie do zastąpienia, bo wybitnie osobistym. „Nie mam za sobą żadnego autorytetu, jedyny mój autorytet wypływa z tego, że nigdy go nie miałem, i nie chciałem mieć, że znajduję się w sytuacji, w której nie mam nic do stracenia, nie muszę być wierny żadnemu paktowi, jeśli nie umowie z czytelnikiem, którego uważam za godnego moich najbardziej skandalicznych poszukiwań”.

 

 

Nie przeszkadzało im, że był ucieleśnieniem sprzeczności: bezwzględnym krytykiem mediów i kultury masowej, stale obecnym w programach telewizyjnych, marksistą wyrzuconym z partii komunistycznej, wrogiem cywilizacji konsumpcji jeżdżącym alfa romeo, krytykiem Kościoła wrażliwym na sacrum, reżyserem Ewangelii według Mateusza. Liczył się jedynie ton, dramatyczny, przesadny, hiperboliczny, jakim mówił o tym, co nazywał ludobójstwem lub, łagodniej, „mutacją antropologiczną”, czyli o zniknięciu zróżnicowanego świata klas, dialektów, mikrohistorii na rzecz jednolitego, spłaszczonego świata konsumentów. Przekonanie, że liberalizm jest gorszy od faszyzmu, krytyka wielkich batalii obywatelskich o rozwody i aborcję, zadecydowały o jego osamotnieniu; miał wprawdzie poparcie pisarzy i artystów w czasie trzydziestu trzech procesów, jakie mu wytoczono, głównie o obrazę moralności, lecz wchodził w polemikę z najznakomitszymi spośród nich, na przykład z Umberto Eco i właśnie Calvinem.

Wszystko to nie wydarzyło się bardzo dawno temu, są jeszcze ci, co pamiętają temperaturę ówczesnego życia kulturalnego we Włoszech, a także jakość tamtych tekstów. Co powiedzieliby dziś obaj, biorąc do ręki niezliczone powieści o nieszczęśliwym dzieciństwie, sekretach rodzinnych, miłosnych komplikacjach, napisane płaskim stylem, lepiej pasującym do scenariuszy niż prozy narracyjnej? Mimo wszystkich różnic jedno z pewnością ich łączyło: przekonanie, że literatura jest językiem, ten zaś musi być radykalnie różny od operującego kalkami języka codziennej komunikacji.

JOANNA UGNIEWSKA

Odsłonić, co zakryte. Malarstwo Aldony Mickiewicz

Aldona Mickiewicz ukończyła krakowską Akademię Sztuk Pięknych, studiując w latach 1979-84 pod opieką Tadeusza Brzozowskiego, później Stanisława Rodzińskiego i Zbyluta Grzywacza. W tamtych latach należała do licznego grona niezależnych twórców, którzy pod patronatem Kościoła starali się budować przestrzeń artystycznej wolności, nieskrępowanej postulatami płynącymi ze strony oficjalnej władzy. Tę wewnętrzną swobodę wypowiedzi malarskiej, nie wyłączając rysunków i pracach monumentalnych (chodzi o obrazy ołtarzowe namalowane wraz z Tadeuszem Borutą w byłym klasztorze benedyktynek w Monte San Savino we Włoszech), Mickiewicz zawdzięcza wspomnianej aurze kultury drugiego obiegu, jak też własnej wrażliwości religijnej i teologiczno-filozoficznej. Jako artystka doceniana i wyróżniana, prezentowała swoje obrazy na ponad czterdziestu wystawach indywidualnych w Polsce, Niemczech, Szwajcarii i we Włoszech, brała również udział w ponad 160. ekspozycjach zbiorowych.

Jej osobny, rozpoznawalny styl malarskiej ekspresji, pobudza do twórczego spojrzenia na świat i samego człowieka, w bezpośrednim nawiązaniu do tradycji europejskiego realizmu, przełamywanego barokową dbałością o fakturę i detale, gdzie przedmiotem i polem artystycznej wizualizacji pozostaje życie, chciałoby się powiedzieć, wewnętrzne życie przedmiotów między innymi tworzących rozpoznawalną rzeczywistość sacrum, czyli tego, co święte i na ogół przynależne do przestrzeni liturgicznej.

Mickiewicz patrzy z czułością na otaczające ją przedmioty, na cielesność i materialność tkanki świata i dostrzega, że pod jej warstwą zewnętrzną rozgrywa się żywy dramat istnienia. Oznacza to, że obrazy tak zwanej martwej natury, która od wieków intrygowała artystów, choć rzeczywiście w pewnych przypadkach przedstawiają momenty rozkładu, kruszenia, wręcz zaniku, wcale nie są martwe, bo w swej wewnętrznej strukturze, w szczegółach, kolorystyce, nasyceniu światłem bądź szarością odsłaniają prawdziwego ducha życia, ducha pamięci, indywidualnych i zbiorowych doświadczeń, które rozbłyskują pod skórą artefaktów, szat, poduszek, stół czy cynowych wanien.

Tak oto dochodzi do niecodziennego ocalenia w dziele „niby w prywatnym relikwiarzu” godności rzeczy, ich zmysłowej powagi i zarazem powabu. Mickiewicz poświęca wiele wysiłku, żeby utworzone przez nią przedmioty zyskiwały niepowtarzalną wyjątkowość, indywidualny stan bycia, nie tracąc przy tym swej fakturalności, czyli znaczeniowej treści. W przeciwieństwie chociażby do Leona Wyczółkowskiego, który w cyklu pastelowych martwych natur Skarbiec wawelski (1907), prezentujących ponad trzydzieści zabytków zgromadzonych w krakowskiej katedrze, nie zwracał większej uwagi na detale przedstawianych przedmiotów, próbując raczej ukazać ich przejrzystość, syntezę światła i koloru, Mickiewicz skupia swój wysiłek na cząstkach, ogniwach, fragmentach.

 

„Ablucje II”, olej na płótnie

 

Nie stara się po prawdzie wznosić materii na swoiście wysublimowany poziom duchowy, ale przekształca namalowane obiekty w symbole, a dokładniej nazywając, w symboliczny konkret, jako że odcieleśnienie zawsze wysącza ze znaczeń. Chce, żeby jej przedstawienia, niosąc określone idee, nigdy nie osadzały się w porządku pojęć ogólnych, lecz w ramach realnych własności rzeczy, które widzimy i mamy szansę kontemplować. Chce żebyśmy uchwycili te momenty „życia” materii w najprzeróżniejszych jej zmianach, w fałdach, w zmarszczeniach czy zgnieceniach, w ruchu będącym oznaką istnienia, choćby ledwie się tlącego. Mniej chodzi tutaj o nagłe wewnętrzne poruszenie, zachwyt nad doskonałością na przykład materiału dawnych ornatów jeszcze z przedsoborowej epoki, ale o krok po tym następujący, mianowicie o jak najsilniejsze skupienie uwagi (w procesie malowania bądź patrzenia) na to, co się maluje albo ogląda, co uderza w świadomość tak intensywnie, że tracimy poczucie czasu i przestrzeni, i niejako w nagłym błysku stajemy się „samym widzeniem”, przenikając pod podszewkę świata.

Są to jednak rzadkie doznania, najczęściej okupione trudem pokonywania własnych niedomagać, twórczych ograniczeń, zwątpień i rezygnacji. Rzadkie, choć niebywale mocne, otulone tajemną życzliwością, dlatego docierające aż do wnętrza człowieczej istoty, często prowadzące do niepohamowanego wybuchu emocji. Mimo to nie powinniśmy mieszać porządku mistycznego z artystycznym, choć znamy mistyków tworzących dzieła sztuki. Pisał Merton: „Święty Jan od Krzyża zdołał zanotować w poezji coś ze swego doświadczenia Boga w modlitwie. […] Nigdy by go nie skusiło, aby przypuszczać, że układanie wiersza jest aktem kontemplacji”. Wiesław Juszczak odwołując się do tej myśli dodawał, że „nie można z wierzchołków Parnasu zobaczyć góry Karmel. A na szczycie Karmelu nie widzi się nic”. Otóż właśnie. Terminologiczna nieostrość takich pojęć, jak „metafizyczny”, „mistyczny”, „duchowe widzenie” prowadzi do wielu nieporozumień, a mimo to stało się już oczywistością roztrząsanie kwestii metafizycznych w poezji, w malarstwie czy określanie późnych dramatów Słowackiego jako mistycznych.

Aldona Mickiewicz jest świadoma tych trudności. Jej obrazy podprowadzają jedynie pod sam próg doznań nazywanych przez nią „wejściem w jakąś Wielką Ciszę”, oczywiście w szczęśliwych sytuacjach odbioru, kiedy wrażliwość oglądających nakłada się na twórczą wrażliwość malarki, kiedy przedstawione piękno wzbudza upodobanie i tęsknotę za Pięknem Najwyższym, w języku religijnym nazywanym Bogiem. Pisze we wstępie do katalogu wystawy: „Malarz jest wyrobnikiem, a nie mistykiem. Chwile kontemplacji – wytchnienia w owej Wielkiej Ciszy, okupione są przecież latami przekopywania się przez zwały farby, walki z niedoskonałością ręki i słabnącego oka, pokonywaniem własnego lęku i zwątpienia”.

 

„Ornaty” z cyklu „Paramenty”, olej na płótnie

 

Mickiewicz włączą własną twórczość w dzieje europejskiej sztuki zafascynowanej materialnością i duchowością, starając się z całą mocą przezwyciężać to przeciwieństwo. Rozumienie samych siebie i rzeczywistości jest w każdym przypadku zapośredniczone, nie potrafimy, jak aniołowie przekazywać myśli w błysku nagiego poznania.

To ograniczenie wynikające z przygodnego charakteru naszego istnienia wyzwala w człowieku, szczególnie jeśli dysponuje wrażliwością artystyczną, siły zdolne wykraczać poza determinizmy czasu, ciała i przestrzeni, zatrzymując się wszelako na granicy niewypowiedzialnego. Jedyne co trzeba wobec powyższego uczynić to – zwiększając intensywność twórczej intuicji oraz techniki malarskiej – doprowadzić dzieło do poziomu, dzięki któremu widz wchłania we własną osobowość i doświadczenie to, co przedstawione, co nie jest żadną „martwą naturą”, ale realną cząstką życia. Oto punkt wyjścia wielu decyzji artystycznych Aldony Mickiewicz.

Artystka, tak zaaranżowała wystawę w warszawskim Muzeum Archidiecezji, żeby uwypuklić ważność dwóch tematycznych zestawów spiętych nazwą „Paramenty” oraz „Arma Christi”. Na pierwszy z nich składają się wybrane akcesoria kościelne (stuły, ornaty, bursy, welony, dekoracyjne tkaniny, blaszki wotywne) ujęte realistycznie, z podkreśleniem najdrobniejszych detali, zgrubień, pofałdowań, w różnokolorowych odcieniach, gdzie ruch przenika się ze światłem, a szarość, rzadziej ciemność, z czerwienią i żółcią. Są to przedmioty graniczne, bazujące na przecięciu tego, co materialne i tego, co duchowe, toteż nie dziwimy się, że zadomowiły się w porządku liturgicznym i paraliturgicznym. Jako paramenty (z łac. paramentum – ozdoba, przygotowanie) używa się ich w celach kultycznych. Wywołują one niepowtarzalne wrażenia sakralne, pobudzają do religijnego namysłu i odpowiednich zachowań, bo mieszczą w sobie symboliczną – często przybierającą wymiar alegoryczny – dwustopniową treść. Ich zewnętrzny wygląd (znaczenia pierwsze) sugeruje sensy przynależne już do świata transcendentnego, przekraczającego w bytowaniu i poznaniu wszystkie ludzkie możliwości (znaczenia drugie, dostępne w głębiach ducha, w czystych stanach wewnętrznego skupienia).

 

„Stuła” z cyklu „Paramenty”, olej na płótnie

 

Natomiast „Arma Christi” [łac.] to „broń Chrystusa” albo narzędzia Jego męki, których użyto podczas Golgoty: krzyż, kolumna biczowania, korona cierniowa, gwoździe, włócznia, sznury, młot, drabina, chusta Weroniki i inne. W ikonografii chrześcijańskiej stale rozszerza się paleta owych „atrybutów” drogi krzyżowej, nie wyłączając tradycji budowanych przez twórców regionalnych. Giotto di Bondone (ok. 1267–1337) w cyklu fresków znajdujących się w Kaplicy Scrovegnich w Padwie dyskretnie umieścił niektóre narzędzia Męki, wzmacniając tym samym ładunek emocjonalny, psychologiczny i narracyjny całości. Później w dziełach Hieronima Boscha, Hansa Memlinga, Albrechta Dürera czy Bernarda van Orleya motyw stał się już czymś zasadniczym, również jako wzorzec popularnych tendencji dewocyjnych. Tak bywa, chociaż niezbyt często, również w malarstwie nowożytnym i współczesnym.

U Mickiewicz nawiązania do „Arma Christi” są wyraźne. Ukazuje ona przedmioty Męki (suknia Jezusa, o którą rzucono kości, korona cierniowa, chusta Weroniki) w sposób niebywale werystyczny, precyzyjnie oddaje „napięcia” między nimi, chcąc podkreślić niewyobrażalne cierpienie Boga-człowieka, ale też bolesną czułość materii, współuczestniczącej poniekąd w zbawieniu ludzkości. Patrząc na te obrazy możemy z nimi „rozmawiać”, podobnie jak rozmawiamy nieustannie z samymi sobą. Przymuszają do rozpoczęcia takiego właśnie solilokwium. Możemy przeto wejrzeć w historie ewangeliczne, zapytać o własne ich rozumienie albo – jeżeli przyznajemy się do praktyk chrześcijańskich – postawić pytania natury egzystencjalno-moralnej: w jaki sposób realizujemy Boże ideały w osobistej codzienności, albo wreszcie zobaczyć coś po prostu intrygującego w samej warstwie formalno-estetycznej, coś dotąd nieoczywistego, zaskakującego, może wywołującego niepokój.

Dzięki obrazom, rysunkom, a nawet drobnym szkicom Mickiewicz nie tracimy z oczu, jakby to powiedział papież Franciszek, „ciała” Jezusa Chrystusa: ciała złożonego z pasji, emocji, uczuć, rąk, które dotykają i uzdrawiają, dodają odwagi, gościnności, przebaczenia, męstwa, jednym słowem miłości, jak również zauważamy świat rzeczy otaczających Mistrza z Nazaretu odzwierciedlających Jego stosunek do tradycji religijnych, ludzi, wiary. W tych malarskich dokonaniach „duchowe” i „materialne” zbliżają się do siebie na prawie niedostrzegalną bliskość. A jeżeli nawet w niektórych realizacjach artystki powyższy horyzont nieco się zaciera, liczą się przecież jej najwybitniejsze dzieła, wyrosłe nie tylko z mistrzowskiej klasy, ale i z podszeptów religijnego życia oraz pokory wobec tajemnicy.

Wasilków, wrzesień 2025

ks. JAN SOCHOŃ

„Aldona Mickiewicz. Zakryty. Wystawa malarstwa i rysunku”. Muzeum Archidiecezji Warszawskiej, 22 VII-28 IX 2025. Kurator: Eliza Bernatowicz.

Mój Nieborów

Nikt nie przysyła pocztówek

Kiedy rozmawialiśmy o śmierci, Ojciec zawsze żartował, że nikt Stamtąd nie przysyła pocztówek. Mówiłam: Tato, ale pamiętaj, żebyś dawał mi znaki. Czy je otrzymuję? Trudno powiedzieć. Czasami, kiedy idę na spacer aleją w nieborowskim parku, jakiś ptak woła mnie i prowadzi w chaszcze. Idę za nim, bo wiem, że „inne echa mieszkają w tym ogrodzie i trzeba iść za nimi”. Bywa, że ptak przysiada na drzewie zasadzonym przez Ojca. Czasami kaczki ślizgają się jak zawodowi łyżwiarze na tafli kanału przykuwając piruetami moją uwagę, właśnie w tym miejscu, gdzie najbardziej lubił siadać i patrzeć na park. Na ławce pod kamiennym lewkiem. Tam rozpościera się widok na cały kanał, oddzielający część francuską ogrodu od tej dzikiej, angielskiej. To Ojciec w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku wytyczył tam ścieżki, poodsłaniał oczka wodne, w których zaczęły rozkwitać lilie, nareperował mostki. Miał wizjonerski dar, a swoje wizje zawsze konsekwentnie realizował. Gdy przyjechałam do Nieborowa po raz pierwszy w roku 1970, gdy profesor Stanisław Lorentz mianował mojego Ojca kuratorem tego miejsca, miałam siedem lat, a park angielski to była zaniedbana dżungla nie do przebycia. Pamiętam ten pierwszy raz wyraźnie, zapisany w wyobraźni i pamięci dziecka.

 

 

Czerwień

Moje spotkanie z Nieborowem miało kolor czerwonych i oranżowych liści klonów, złotych i pomarańczowych liści lip i platanów. Płonęły w koronach drzew. Te, które opadły, jeszcze zanim zdążyły zupełnie umrzeć, pokrywały trawniki gąszczem złotej, płonącej czerwieni. Śmiertelny brąz liści wplatał się w ten gobelin jesieni dyskretnie, było ich na trawnikach tak mało, że nie tłumiły płomiennej orgii w parku. No cóż, miałam siedem lat i trudno się dziwić, że gdy tak wędrowałam za rękę z Ojcem przez park, a z każdej strony można było dostrzec fragment pałacu, czerwonego dachu, pokrytej zieloną śniedzią pałacowej wieży, miałam wrażenie, że jestem bohaterką którejś ze swoich ulubionych książek. Czułam się jednocześnie jak Mary z Tajemniczego Ogrodu, Alicja w krainie czarów, ale co tu dużo mówić, także jak Oliver Twist i Huckelberry Fin. Bo to miejsce miało w sobie coś z tajemnicy i ucieczki. A także wolności. Wiewiórki wspinały się na drzewa, piaskowo niebieskie sójki przysiadały na gałęziach, ptaki śpiewały różnorodnie i dźwięcznie.

Z tej pierwszej wędrówki z Ojcem po nieborowskim parku wyrwał nas gong. Dźwięk niósł się aż do końca głównej, lipowej alei. Zawsze potem wiedziałam, że go tam usłyszę i dobiegnę na kolację tylko trochę spóźniona. Gdy weszliśmy do wielkiej Sali Weneckiej zobaczyłam wysokie okna, przez które dane mi było patrzeć podczas niezliczonych śniadań, obiadów, kolacji, świąt i wielu pracowitych pobytów w Nieborowie na ogród, przez kolejne pół wieku. Przy stole siedziało wielu poważnych ludzi. Niektórzy z nich niebawem zostali moimi prawdziwymi przyjaciółmi. Na ścianach widniały obrazy Wenecji. Wówczas było to dla mnie jakieś nieznane miasto, w którym domy i pałace odbijały się jak w lustrze w ciemnozielonej tafli wody podwajając rzeczywistość. W jadalni kelnerzy wnosili na półmiskach dania. Tego pierwszego wieczoru nie zauważyłam, że te dania, to była tylko zwyczajna, ale jakże słynna nieborowska zapiekanka z makaronu, kiełbasy, jajek, pieczarek i sera. Na stole stał chleb, masło i białe miseczki ze szkarłatnym, lśniącym i słodkim dżemem porzeczkowym. Ale moje oczy przykuła postać kobiety w czerwonym szalu i z ciemną grzywą poskręcanych włosów. Ta straszna i tajemnicza postać wpatrywała się we mnie intensywnie i chyba trochę się uśmiechała. Jeszcze tego wieczoru miałam się dowiedzieć, że była to poetka Flora Bieńkowska. To była pierwsza poetka w życiu jaką zobaczyłam. I kiedy zafascynowana niosłam do ust kropelkę słodkiego czerwonego dżemu, który drżał na końcu noża, zerwała się od stołu i teatralnie krzyknęła: „Dziecko, nie nożem! Skaleczysz się w język!”. Przestraszyłam się bardzo. Od tej pory w moim umyśle te pojęcia mocno się ze sobą splotły: poetka, czerwień, słodycz, język i nóż.

Przez wiele kolejnych lat Flora, która obdarzyła mnie swoją przyjaźnią, będzie zabierała mnie na swoje ulubione spektakle: zachody słońca w Nieborowie. Latem, w czerwcu i w lipcu, zapadało późno, koło dziewiątej, w środek stawu, przy wyspie miłości.

 

Przed pałacem w Nieborowie, druga połowa lat 70. Fot. Włodzimierz Piwkowski. Archiwum rodzinne. Stoją od lewej: Teresa Bilczewska, Flora Bieńkowska, Anna Piwkowska z psami Daganem i Benitą oraz Jan Prokopowicz.

 

Reflektory

Na ten mój początek nałożyły się później w pamięci inne początki (były równie prawdziwe) i inne zakończenia.

Mama ten pierwszy raz zapamiętała inaczej. Podobno padał deszcz ze śniegiem, w parku nie było już liści. Do Bednar, na pociąg, wyjechał po nas bryczką zaprzężoną w konie Władysław Nowicki, który służył jeszcze u ostatniego właściciela Nieborowa, księcia Janusza Radziwiłła. Niebawem także zostaniemy przyjaciółmi i usłyszę od niego, często w stajni (bo pozwalał mi, bezbrzeżnie z tego powodu szczęśliwej czesać konie i karmić je suchym chlebem z solą), a czasami w kuchni przy czyszczeniu sreber, niezwykłe opowieści o Nieborowie.

Ale wracając do pamięci i pocztówek. Pamięć, szczególnie pamięć dziecka, a może także dorosłego człowieka widzi wybiórczo, nie chronologicznie. Jakby ktoś zapuszczał reflektory w ciemność i odsłaniał wysepki i wyspy pamięci. Nigdy już się nie dowiemy czy proustowska żółta ściana była bardziej cytrynowa czy raczej w kolorze stopionego masła. I która to była ściana, na obrazie, w krajobrazie Delft? Czy może stworzona w wyobraźni pisarza, a obraz był tylko drobnym impulsem?

A więc ja pamiętam pomarańczowo-złoty park w promieniach zachodzącego, październikowego słońca. To ten obraz noszę pod powiekami pamięci jako pierwszą światłoczułą fotografię Nieborowa. A co do pocztówek, to owszem, Oni je przysyłają, tylko czasami tak trudno nam je odczytać. Bo w ogóle nie umiemy czytać znaków. Po śmierci Julii Hartwig, którą pamiętam, jak z Arturem Międzyrzeckim idzie przez nieborowski park w niebieskim lnianym kostiumie i prochowcu do kolan, Janek natknął się w warszawskim antykwariacie na książkę Mój Puszkin Anny Achmatowej. W środku była dedykacja i pocztówka. Oto ta dedykacja: „Dla Julii i Artura z serdecznościami Ryszard”.

Oczywiście Ryszard Przybylski, który stał się i dla mnie kimś bliskim. Połączyła nas Anna Achmatowa i jego esej Mityczna przestrzeń naszych uczuć. Ta nieduża książeczka towarzyszyła mi przez wiele lat w Nieborowie, gdy pisałam swoje kolejne opowieści o Annie Achmatowej.

A wracając do pocztówki znalezionej w książce, to widniał na niej zachód słońca nad jakimś mazurskim zapewne jeziorem. Po drugiej stronie słowa: „Pani Julii Hartwig, ilustrację do Jej wiersza To tylko zachód – z podziwem dla jego piękna – Stanisław Szczęsny.

Gdy zaczynałam pisać książkę o „moim Nieborowie”, Janek, który ma najwyraźniej jakiś detektywistyczny radar, wszedł do księgarni, gdzie leżały wydane w 2020 roku dwa pierwsze tomy Dzienników Władysława Tatarkiewicza. Zajrzał i sprawdził zapiski z końca lata 1974 roku. I przysłał mi SMS-em fotografię zapisu z Dziennika wielkiego filozofa.

Zeszyt trzydziesty czwarty. Styczeń – grudzień 1973 roku: „Trochę porządkuję w papierach. Umarła Halina z Żelechowskich Sosnowska. Ten pobyt w Nieborowie trafia na cudowną pogodę, ale już nie jestem zdolny z tego korzystać.

Niedziela 9 września. W parku, niewiele co robię, obmyślam wierszyk do albumu Ani Piwkowskiej. Ciężki nacisk na głowę. Po micorenie zmniejsza się, idziemy na gumno, ale ledwie wlokę nogi. O wpół do szóstej wracam do pokoju położyć się i czuję się „moribundus”. – Po kolacji kominek.

Poniedziałek 10 września. Noc zła, szum w uszach. Cały dzień źle chodzę. Od dziesiątej do pierwszej: Łowicz: kolegiata, rynek, kawiarnia. Otwarcie wystawy Marianny Sut na które szczęśliwie trafiliśmy. Duże oziębienie, wieczorem tylko dziesięć stopni; po obiedzie duży spacer po parku; chmury piękne, ale jesienne, o szóstej trzeba wracać do pokoju”.

Ze wzruszeniem sięgam do mojego sztambucha w bordowej oprawie, który Tata podarował mi na dziesiąte urodziny, zachęcając onieśmieloną dziewczynkę z niebieskimi kokardami w warkoczach, aby prosiła wielkich gości o drobne wpisy do sztambucha. Starszy elegancki pan, z którym dziewczynka chodziła na spacery karmić łabędzie, wpisał jej taki oto wierszyk:

 

Stary Profesor i miła Ania

Kiedyś spotkali się w Nieborowie

O dniu przepięknym tego spotkania

Niech wiersz ten powie.

 

Była pogoda, cały dzień Boży

Nie było jednej chmurki w błękicie

Niech się tak samo pięknie ułoży

Dla Ani życie.

 

Profesor wierszy pisać nie umie

Lecz wiersz dla Ani i Nieborowa

Niech Miła Ania jednak przechowa

W swoim albumie.

                                 Władysław Tatarkiewicz

 

 

Nasze wspólne spacery zawsze biegły tą samą trasą, sprzed pałacu w lewo, koło rozłożystego platana, pod którym profesor lubił siadać i rozmyślać, schodkami w dół nad kanał. Łabędzie widząc wyprostowaną szczupłą sylwetkę pruły taflę wody i podpływały do brzegu, chwytając kawałki chleba ze śniadania wielkiego filozofa. Jak pisze starszy ode mnie o kilkanaście lat Piotr Parandowski, profesor Tatarkiewicz wyjątkowo pasował do Nieborowa, gdyż zarówno on sam jak i pałac stanowili kwintesencję wykwintu i prostoty. Autor Historii filozofii i rozpraw O doskonałości i O szczęściunazywany był w Nieborowie przez panie arbiter elegantiae. Ale to określenie odnosiło się nie tylko do wyglądu profesora, określało przede wszystkim jego harmonijną, filozoficzną osobowość.

Sztambuch prowadziłam półtora roku: od lata 1973 do zimy 1975. Potem zakochałam się w Krzysiu Lorentzu, porzuciłam sztambuch, zaczęłam czytać Faulknera i pisać pierwsze, nieudolne wiersze, nad którymi goście nieborowscy pochylali się z godnym lepszej sprawy zainteresowaniem. Ale zdążyłam zgromadzić w tym bezcennym sztambuchu wiele bezcennych wpisów. Chcę kilka przypomnieć.

Flora Bieńkowska wpisała mi taki oto wiersz w czerwcu 1974 roku.

 

Dzień czerwcowy i czysta tarcza słońca

Staw zielony a niebo niebieskie.

I fenomen letniej błyskawicy

Sznury deszczu, szklane dzwoneczki,

Daleko ma do brzegu płynący zaskroniec.

Taka chwila mogła zwiastować

Narodziny Pastoralnej w obłędzie,

Beatrycze mogła się narodzić,

Lub Tristana olśnienie, że miłość,

Tylko w śmierci będzie nieśmiertelna.

Dzień czerwcowy i czysta tarcza słońca

Staw zielony a niebo niebieskie

I fenomen letniej błyskawicy,

Sznury deszczu, szklane dzwoneczki

Już dopłynął do brzegu zaskroniec…

 

                         A księżyc taki piękny i jest noc…

                         24 czerwca 1974 roku

 

Kazimierz Brandys wpisał się prozą: „Ani z Zielonych Łąk Nieborowskich wpisuję się serdecznie i proszę, żeby zawsze się tak ślicznie uśmiechała”.

Profesor Stefan Żółkiewski ułożył limeryk:

 

Ruszył wąsem na portrecie Radziwiłł.

Miłą Anię aż rozgniewał, zadziwił.

Opuść wąsy, co za dąsy, wstyd szepnęła –

I posłuchał Radziwiłł.

 

Profesor Stanisław Lorentz wkleił pocztówkę z projektem odbudowywanego Zamku Królewskiego a pod nią napisał swoje życzenie: „Kochaną Anię niedługo już zaproszę na Zamek Królewski w Warszawie. Proszę, by na pierwszą wizytę na Zamku włożyła czerwoną sukienkę i wplotła we włosy białe kokardy, zaś na następną wizytę na Zamku kokardy niebieskie”.

 

 

Władysław Kopaliński w Palarni nieborowskiej, w sekundę i od niechcenia rzucił na cienki, sztambuchowy papier:

 

To tylko co dwóch wiedzą, sekretem się zowie,

Jako nas dawne naucza przysłowie,

Między trzema zapewne sekret się nie mieści,

Cóż dopiero, gdy jest ich więcej niż czterdzieści.

Dlatego bez sekretów, jawnie i otwarcie,

Wpisuję Ci się Aniu w Albumie na karcie.

 

Ostatni wpis, który zamyka mój dziecinny sztambuch, to ten od profesora Aleksandra Gieysztora:

 

Wracaj dzielna Wojowniczko

Do dzieciństwa swej Arkadii

Z samych piątek naręczami

Dziś ze szkoły, jutro z życia.

                                  Jeszcze jeden profesor, Aleksander Gieysztor

 

ANNA PIWKOWSKA

Fragment książki „Mój Nieborów”przygotowywanej dla Państwowego Instytutu Wydawniczego.

 

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek