HOME

„Portret Czapskiego” przez Wojciecha Karpińskiego

W rocznicę śmierci Bohdana Paczowskiego przypominamy jego szkic o „Portrecie Czapskiego” Wojciecha Karpińskiego.

W księgarni Zachęty zobaczyłem książkę Wojciecha Karpińskiego Portret Czapskiego, pięknie wznowioną przez Fundację „Zeszytów Literackich”. Na jej okładce Chłopak przed de Staëlem – „obraz w obrazie i obraz o patrzeniu, o malarstwie”. Ofiarował go Karpińskiemu Konstanty Jeleński i dzięki niemu „ciemne mieszkanie na ulicy Claude Lorrain 13 rozjaśniło się od słonecznych żółci”. Karpiński, młodszy od Czapskiego o pół wieku, ma w nim przewodnika, przyjaciela i towarzysza w odbieraniu sztuki, myśli i świata. Pisze, że „kto zaciągnął u niego dług, czuje potrzebę wyrażenia wdzięczności”. Portret Czapskiego wyraża tę wdzięczność nie w celebracjach i pochwałach, tylko w cierpliwym dociekaniu, kim był, jest i będzie Józef Czapski. Jego malarstwo, jak i malarstwo w ogóle, jest wielkim tematem ich wspólnych rozmów i własnych rozważań Karpińskiego, świadomego, jak dalece pisarz Czapski przesłania nieraz malarza i o ile bardziej podziwiano jego osobowość niż jego malarstwo. Wobec wszechstronności talentów przyjaciela zastanawia się, czy nie jest to swoista klątwa ciążąca na ludziach utalentowanych. Wierzy jednak nieugięcie w wyjątkowość jego sztuki. Ze wzruszeniem opisuje Dwie białe miseczki, które „wyrywają się ku istnieniu z chaosu, z ciemności, z niewidzenia”, obraz, którym Czapski, zapraszając „do patrzenia, do wejścia w jego świat”, składa najprostszy hołd malarstwu. To jego Du Holde Kunst. Do tych słów hołdu, jaki złożyli muzyce dwudziestoletni Schubert z o rok starszym przyjacielem i poetą Franzem von Schoberem, Czapski wciąż powracał i wypowiedział je cicho na dzień przed śmiercią, po wysłuchaniu taśmy z Chopinem, jaką puściła mu Jula Juryś, mówiąc: „Widzisz, Józiu, gdy już nic nie zostaje, zostaje jeszcze muzyka”.

 

Józef Czapski, „Chłopak przed de Staëlem” (Jeune homme devant de Staël) 1981, olej na płótnie, Paryż, kolekcja prywatna

 

Świadomy, że malarstwo Czapskiego jest wciąż niedoceniane i że trudno je obejrzeć, Karpiński dzieli z nim entuzjastycznie jourd’extase – otwarcie jego wielkiej wystawy blisko stu obrazów, grafik i rysunków, zorganizowanej przez Richarda Aeschlimanna w szwajcarskim Vevey z końcem czerwca 1990 roku. Porównując go do zajmującego kilka sąsiednich sal „hałaśliwego” Kokoschki, znajduje u niego „spokojną śmiałość, indywidualną dyscyplinę i swobodne skupienie” – sprzeczności na granicy oksymoronu. Dlatego tak trafnie oddają naturę nie tylko malarstwa, ale samego charakteru Czapskiego „wielości płaszczyzn, na jakich potrafi się poruszać”, i mistrzów, do których się odwołuje, tak różnych, jak Cézanne i Goya, Bonnard i de Staël, Soutine i Morandi.

Każde z tych dzieł „odsyła ku innym momentom, ku innym obrazom i rysunkom, ku dziełom literackim, ku rozmowie, ku innym twórcom widzianym przez niego, ku światu”. Każdą myśl o Czapskim, o chwilach z nim spędzonych, z jego obrazami czy ze słowem, prowadził Karpiński tak, by płynęła w górę rzeki, do jej źródeł. Tam odnajdywał ich wspólne uwielbienia i wspólne przyjaźnie, również z tymi, którzy dawno już odeszli. Jak w opowiadaniu Hofmannsthala o Raulu Richterze, „każdy wyczuwał w drugim tego, kto obdarza, i tego, kto dar przyjmuje”. Tak Karpiński dociera do korzeni siły duchowej Czapskiego – jego gwiazdy przewodniej – która w długoletniej życiowej żegludze pozwoliła mu zachować w sobie „płomień, co oświetla, powoduje, że widzimy, potrafimy rozróżnić i nazywać rzeczy, że rzucamy cień, że żyjemy”. Cytując jego Sen o poezji, pisze, że pojawiają się tam ,,słowa cudze […] budzą umysł, pamięć, wrażliwość”. Wyspiański, Traktat poetycki Miłosza, Herbert, strzępy Słowackiego, słowa Norwida, że „pozostanie tylko poezja i dobroć”, urywek Pierwszej elegii Rilkego o „pięknie jako przerażenia początku”, Lord Chandos Hofmannsthala, skrawek żółtego muru Prousta, starzec z Becketta i znów Wyspiański. To dla niego synteza prozy Czapskiego. Widzenie i lektury, teraźniejszość i przeszłość, fascynacja i przerażenie, to, co własne, i to, co cudze, tworzą tu uzupełniający się nawzajem i silnie zrośnięty, nośny splot, dzięki czemu z „cudzych skrzydeł” opada groźba „Ikarowego losu”, jaka zawisła nad bohaterem Wyspiańskiego. Stały się skrzydłami własnymi. Karpiński przypomina, że Czapski, któremu lektury były potrzebne „jak powietrze, jak jedzenie”, nie czytał „dla delektacji”. Przez czytane dzieło chciał spojrzeć na siebie, a na nie – przez pryzmat własnych doświadczeń. „W tym sensie był krytykiem. I to znakomitym. Przede wszystkim krytykiem siebie. A jednocześnie krytykiem sztuki i literatury”. Przed patosem i „antykwaryczną martwicą” strzegła go ironia i ostre spojrzenie skierowane ku sobie. Pisząc to, Karpiński cytuje jego zapis z dnia imienin w 1963 roku: „Po co żyć? Trzeba by mieć wtedy wyraźne poczucie celu życia: Służę. Ale ta świadomość i wysiłki zaraz się rozsypują i bierze górę uczucie, że wszystko jest kiwaniem palcem w bucie, pozór, żeby się samemu czuć na fali”.

 

Józef Czapski, „Dwie białe miseczki”(Deux bols blancs), 1987, olej na płótnie, Paryż, kolekcja prywatna

 

Szczególne miejsce w książce zajmuje jego spotkanie z Simone Weil, do której przekonywał innych. Poszerzając tę konfrontację o zmagania, jakie toczyli z nią Miłosz i Gombrowicz, Wojciech Karpiński ukazuje nieodpartą moc i wieloznaczność wyzwania rzuconego przez tę niezwykłą kobietę i do opisu tych zmagań dodaje równocześnie własny, piękny i celny jej obraz: ,,Była jak płomień, wspaniały, fascynujący, niebezpieczny, rzucający na nich światło dla nich samych odkrywcze, ale trzeba było umieć się nad tym płomieniem pochylić, by się w jego blasku ogrzać, zobaczyć w nim ją i siebie – i nie spłonąć od niezwykłej temperatury duchowej jej tekstów”.

Płomień to także jeden z rozdziałów książki, gdzie mowa o wierszu Hofmannsthala, którego tytuł Manche freilich wciąż powraca w myślach, rozmowach i notatkach Czapskiego. Młody, zaledwie dwudziestodwuletni Hofmannsthal w tym wierszu, podobnie jak w powstałym mniej więcej w tym samym czasie opowiadaniu Raul Richter, ma poczucie rozdarcia między przeciwstawnymi biegunami, które wyznaczają obszar ludzkiego istnienia. (Oba teksty olśniewają dziś polszczyzną dzięki przekładom Pawła Hertza). W Manche freilich istnienie to zamyka się między losem utrudzonych ciężarem życia a tymi, co „u steru, wysoko, widzą lot ptaków i gwiezdne kraje”. Ten znój i przywilej w bytowaniu, jego ciężar i lekkość, przykucie do ziemi Kalibana i lotność Ariela są ze sobą zrośnięte, jak z ziemią i powietrzem, ale życie tych, co na dole, rzuca cień „na żywoty siedzących wysoko”. Świadomość „utrudzenia zapomnianych ludów” i „milczenia spadających gwiazd” zajmuje większą część w losie poety niż ,,smukły płomień” własnego życia i jego „wąska lira”. Czapski, u którego ta świadomość przenika cale jego istnienie, zapisał, że „w tym wierszu jest drżenie i przerażenie wobec grozy istnienia, ani śladu ześlizgu w pusty estetyzm zarozumiałego kapłaństwa wybrańców”. Inne dwie skrajności to fromme Zufriedenheit i schweifende Sehnsucht – „spokojna radość” i „nieokreślona tęsknota” – ze wspomnienia Hofmannsthala o Raulu Richterze. Czapski wskazuje je jako „dwa bieguny, między którymi oscyluje jego życie wewnętrzne”. Dwudziestopięcioletni Richter na wieczornym spacerze z młodszym od siebie o zaledwie trzy lata Hofmannsthalem, wyczuwając, że jego wyobraźnia „szamoce się między nadmiarem i niedosytem”, mówi mu o tym, jak dojrzewając, „człowiek uczy się wyżej cenić pełnię niż zbytnią obfitość, spokojną radość niż nieokreśloną tęsknotę”. Dla Czapskiego nie była to kwestia wyboru między dwiema skrajnościami. Znał oba te uczucia i potrafił rozwijać w sobie jedno i drugie. Kiedy zobaczyłem go po raz ostatni, przeszło dziewięćdziesięcioletniego, siedzącego na ławce i ogarniającego pogodnym spojrzeniem domowy ogród w Maisons-Laffitte, zapytałem, jak się miewa. Odpowiedział: „Jestem szczęśliwy”. Karpiński opisuje w swojej książce także Czapskiego, który „miał ten rzadki dar, że do końca potrafił się uczyć, to znaczy próbował zobaczyć, zrozumieć, zapamiętać. Zrozumieć siebie, zrozumieć innych, otworzyć się na świat i nie zagubić własnej odrębności […]. Dochował wierności dziecku patrzącemu w świat, zachował przez lat ponad dziewięćdziesiąt jego ciekawość i otwartość, jego lęki i nadzieje, uczył się, dojrzewał, przemieniał, ale na zawsze pozostał trochę chłopcem znad książki o błyszczących marzeniem oczach”.

 

Wojciech Karpiński, początek lat 70.

 

Długie życie w burzliwym czasie, wśród wybitnych ludzi, pacyfizm, Virtuti Militari w wojnie bolszewickiej 1920 roku i czynny udział w kampanii wrześniowej, później obozy jenieckie w Starobielsku i Griazowcu, szukanie zaginionych towarzyszy broni, wejście na trop zbrodni katyńskiej i szlak wojenny z II Korpusem generała Andersa, po wojnie uczestnictwo w organizowaniu „Kultury” paryskiej, czynne zaangażowanie w sprawę Polski, ale nie nacjonalistycznej, zwalczanie antysemityzmu, wielojęzyczność i głębokie związki z kulturą francuską, rosyjską i niemiecką, wszystko to uczyniło z Czapskiego – pisze Jacek Woźniakowski – osobę złożoną z tak różnorodnych wątków, że prawie nierealną, a równocześnie tak jednolitą i tak intensywnie żywą, że „doprawdy mit, ale mit chodzący po tym świecie”. Z rozproszonych śladów tej wielowarstwowej osobowości – obrazów, tekstów i rozmów – śladów, które tworzą na pewno szkołę widzenia, ale są także wielką szkołą życia, Wojciech Karpiński umiał wyłonić całość postaci na kształt żywego drzewa, nie podcinając korzeni jałowym słowem idei ogólnych i nie tnąc gałęzi, tylko pozwalając rozrosnąć się szeroko ich gęstej koronie.

BOHDAN PACZOWSKI

Z tomu: „Ścieżki”. Biblioteka Mnemosyne pod red. Piotra Kłoczowskiego. Gdańsk, słowo / obraz terytoria, 2012.

„Pamiętniki” Stanisława Stempowskiego

Wydaje mi się ważne, by kontynuować tradycję Pana Ojca, że ciągle są Polacy bezinteresownie walczący o Ukrainę.

Jerzy Giedroyc do Jerzego Stempowskiego, 10 XII 1957

 

Ucieszyło mnie, co piszesz o Stanisławie Stempowskim, o Twojej pasji, jeżeli chodzi o tę dynastię.

Czesław Miłosz do Jerzego Giedroycia, 3 II 1972

Stempowscy. Quartiers de noblesse jagiellońskiego wzoru wolności. Od ostatniego komendanta garnizonu w Żwańcu nad Dniestrem, na granicy z osmańską Turcją, po ministra ostatniego rządu Atamana Petlury – Stanisława Stempowskiego. Timothy Snyder odno­tował wizyty młodego Jerzego Giedroycia i długie przesiadywanie u Stanisława Stempowskiego w latach 30. w Bibliotece Rolniczej w Warszawie. L’Éducation sentimentale sprawy ukraińskiej. W po­jałtańskiej Europie ten wzór wolności wróci nieoczekiwanie w myśli politycznej paryskiej „Kultury”. Pozostaje dla nas światłem w dzisiejszych mrocznych czasach.

Pamiętniki Stanisława Stempowskiego – w imponującej edycji Łukasza Mikołajewskiego – to trzytomowa genealogia, apokryf ro­dzinny tego ogniwa wolności. Wprowadzają nas w Ukrainę i Podole w dekadach przed wojną 1914 roku, w Warszawę inteligencji o orientacji pepeesowskiej początku wieku XX, w rodowody niepo­kornych, w kataklizm Wielkiej Wojny, w upadek caratu, w energię wybicia się na niepodległość Ukrainy, w jej samotną niezłomność wobec imperialnej, białej i czerwonej Rosji, w bolszewicką destrukcję politycznych, narodowych i obywatelskich aspiracji Ukrainy, klęskę roku 1919, w zdradę traktatu ryskiego. Wprowadzają, jakby mimo­wiednie, w uskok indywidualnej historii, jej czasu i miejsc. Przy­wracają ją przez niezwykle bogaty, zaskakujący raz po raz konkret, który ocaliła pamięć Stanisława Stempowskiego w pokoiku przy ulicy Polnej w Warszawie, w mieszkaniu dzielonym z towarzyszką życia Marią Dąbrowską, w mrocznych latach okupacji. Wielkość tej narracji i jej często niewidocznych wcześniej dla nas ograniczeń od­najdziemy w drobiazgowym opracowaniu Łukasza Mikołajewskiego, który rekonstruuje wszystko to, o czym napomyka albo przemilcza Stanisław Stempowski.

 

 

Przygotowanie tej edycji Pamiętników biegło równoległe do prac nad ich edycją ukraińską w tłumaczeniu Kateryny Novikovej i opra­cowaniu edytorskim młodego historyka Maksyma Potapenki z uni­wersytetu w Niżynie, blisko granicy z Rosją. Obie edycje zawdzięczają wiele zaangażowaniu naszego polsko‑ukraińskiego łącznika Jakuba Bera, znawcy map i Ukrainy. Ukraińskim wydawcą Pamiętników będzie prestiżowe wydawnictwo Duch i Litera z Kijowa, związane z Akademią Mohylańską. Lepiej nie można.

Niezawodnym wsparciem edycji ukraińskiej pozostaje poprzed­nia i obecna Dyrekcja Narodowego Instytutu Polskiego Dziedzic­twa Kulturowego za Granicą „Polonika”. Polska edycja zaś zawsze mogła liczyć na pomoc Fundacji Lanckorońskich. A całe przedsię­wzięcie nie mogłoby się udać bez udziału Instytutu Literackiego „Kultura” i Biblioteki Uniwersyteckiej w Warszawie.

Pamiętniki Stanisława Stempowskiego w obecnej, pełnej edycji pozostają historycznym ogniwem polsko‑ukraińskiego losu.

Warszawa, sierpień 2025 r.

PIOTR KŁOCZOWSKI

Nota wstępna do trzytomowej edycji „Pamiętników” Stanisława Stempowskiego (opracowanie, wstęp i przypisy Łukasz Mikołajewski. Warszawa, Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską-Wydawnictwo „Więź”, 2025, s. 544 + 490 + 470).

„Śmierć jakby narodziła się w Rzymie”

Niezliczeni podróżni wybierali się ze swoich północnych stron do Włoch, jadąc do krainy formy z krajów formy pozbawionych, jak miał się o Niemczech wyrazić Goethe. Niemal równie liczni są włoscy badacze tego prawdziwego gatunku literackiego, jakim jest podróż włoska, a wśród nich, dwaj najznakomitsi, Attilio Brilli i Cesare De Seta, którzy trafniej niż inni zdołali opisać ten fascynujący proces prowadzący od realnych Włoch do ponadczasowego mitu, od rzeczywistych mieszkańców do statystów w wiecznej Arkadii, czy wręcz do całkowitego ich ignorowania. Włochy są „ziemią umarłych” zadekretował Lamartine i ten żałobny pejzaż, noszący ślady dawnej wielkości, dominować będzie w romantycznej wizji tego kraju oraz Rzymu zajmującego wciąż szczególne miejsce w peregrynacjach romantyków. Najradykalniej z taką wizją Włoch rozprawi się Brilli, twierdząc, że przez trzy stulecia (XVI-XIX wiek) włoski krajobraz nie ulega zmianie, jest snem, kulturowym kłamstwem, projekcją pragnienia. W wypadku Rzymu, jego ucieleśnieniem staje się wizyta w Koloseum przy świetle księżyca, nokturn skupiający w sobie motyw ubi sunt, melancholię przemijania, urok ruin. „Przeznaczeniem Rzymu jest stanie się nową Niniwą” napisze Émile Zola w Voyage à Rome w roku 1894, kiedy Rzym zdążył już stać się stolicą niepodległego i zjednoczonego państwa, jakby na dowód, że mit włoskiego schyłku wykracza poza historię tego miasta, postrzeganego jako scena wciąż powtarzanego spektaklu, zbiór klasycznych i chrześcijańskich relikwii.

Romantyczne wizje Rzymu mieszczą się całkowicie w takiej artystyczno-duchowej wizji Włoch. Uderza zbieżność dat: Korynna pani de Staël ukazuje się w 1807, czwarta część Wędrówek Childe Harolda, poświęcona podróży do Szwajcarii i Włoch, w 1818, Stendhal opatruje datą 1816 pierwszą notatkę w Rzym, Neapol, Florencja, i wreszcie część Pamiętników zza grobu René de Chateaubrianda, opisująca siedem miesięcy jego ambasadorowania w Rzymie mówi o latach 1828-29.

 

 

Ale na początku była Podróż włoska Goethego. Istnieje silna pokusa, by potraktować ją jako prawdziwy tekst założycielski późniejszych relacji, chociaż to przecież w niej Goethe porzuca kostium Wertera i przybiera postać pilnego badacza starożytności, przyrody, pejzażu. Tu również daty są ważne: pierwszy i drugi tom ukazały się pod innym tytułem w 1816, ostateczna wersja w 1829, tyle że sama podróż rozpoczęła się w 1786 roku. Wyprawa do Włoch utożsamia się u Goethego z odnową duchową, odzyskaniem sił twórczych, a pragnienie „ponownych narodzin” osiąga swoje apogeum w Rzymie. „Spokój i jasność widzenia”, „poczucie wewnętrznego szczęścia”, życia „jak w młodzieńczym śnie” stają się w tym mieście udziałem pisarza podobnie jak pokora ucznia w obliczu cudów sztuki i natury. Postawa taka różni się zasadniczo od egotyzmu romantyków, dla których Włochy są przede wszystkim pożywką dla ich uczuć i myśli, projekcją ich stanów ducha. Pobyt w Rzymie to dla Goethego czas nauki, radość ze zdobywania wiedzy, ćwiczenie oka i ręki szkicującej rzymskie weduty, a również przekonania, że nic nie zdoła zastąpić bezpośredniego doświadczenia. Faustowskie „zielone drzewo życia (plan Fausta szkicuje pisarz w Rzymie) ważniejsze jest od wszelkich teorii i odnosi się to także do opisywania dzieł sztuki, co z takim uporem będą robili późniejsi podróżni: „Dzieła sztuki są po to, by je oglądać, a nie, by o nich mówić, chyba że ma się je przed oczami. Wstydzę się teraz tej paplaniny o sztuce, w której niegdyś brałem udział”.

Cesare De Seta przekonany jest, że Goethe raczej zamyka długą tradycję niż inicjuje nową, może bowiem po raz ostatni Włochy jawią się u niego jako kraj starożytnej cywilizacji zgodnie z nauką mistrza Winckelmanna, stąd również centralna pozycja Rzymu, nazywanego wielokrotnie „stolicą świata”. W podróżach romantycznych natomiast Włochy częściowo przynajmniej się „decentralizują”; Mediolan Stendhala, Wenecja Byrona zdają się dostarczać więcej estetycznych bodźców i duchowych przeżyć, dwa zaś pobyty Goethego w Rzymie skupiają w sobie całość doświadczenia, jakie stało się udziałem niemieckiego pisarza we Włoszech.

Są tam jednak też elementy stałe, które wejdą do romantycznego kanonu, a wśród nich jeden arcymotyw: rzymski nokturn, ruiny w świetle księżyca, pełni on jednak inne funkcje niż tradycyjne ubi sunt, wyzbyty jest żałobnej aury, smutku i melancholii. „Myśl o przemijaniu wielkości nie powinna nas smucić, wręcz przeciwnie, kiedy stwierdzamy, że przeszłość była wielka, powinno nas to pobudzić do tworzenia czegoś znaczącego, czegoś, co po latach, nawet jeśli będzie leżało w ruinach, zachęci z kolei potomność do szlachetnego wysiłku, jak to zawsze czynili poprzednicy”.

A zatem nokturny jako doświadczenie piękna; spinają one oba pobyty rzymskie. Pierwszy ukazuje Koloseum, światło i cień, wyłaniające się z ciemności potężne mury, druga weduta obejmuje Kapitol, pomnik Marka Aureliusza, Via Sacra, Koloseum, gdzie księżycowa poświata przenosi żegnającego się z miastem pisarza w „inny, prostszy i wspanialszy świat” i nasuwa myśl o innym wygnańcu z Rzymu, Owidiuszu.

Childe Harold i Korynna to, jak pisze Olga Płaszczewska, dwa główne źródła XIX-wiecznej wiecznej italomanii, romantycznego mitu Włoch, a także rodzaj przewodników, które można było zabrać ze sobą w podróż. Poemat Byrona doprowadza do skrajności postrzeganie Włoch jako krajobrazu ruin, wędrownej sceny, gdzie, jak pisze Attilio Brilli, wystawiany jest dramat zawieszony pomiędzy ekstazą i nostalgią. Bardziej niż Wenecja utwierdzająca poetę w przekonaniu o nieśmiertelności dzieł sztuki, to Rzym staje się symbolem schyłku, przemijania, żałobnego czaru śladów wielkiej przeszłości. Jeśli Włochy są dlań „ogrodem świata”, Rzym nazwany zostaje „Niobe ludów”, zamarłą w niemym cierpieniu. „Wielkość umarła”, „upadek”, „ruina wśród ruin”, „zgasła potęga” wszystko to ostatecznie komponuje się w pejzaż wewnętrzny, projekcję „ja” aż do słynnego utożsamienia z własną duchową ojczyzną: „Rzymie!, ojczyzno ma! Grodzie mej duszy! / Sieroce serca niech się k’ tobie garną, / Matko umarłych królestw!” (tłum. J. Kasprowicz).

 

 

O tym, że ów żałobny charakter Włoch zdążył stać się pewną konwencją literacką, nieobowiązującą w innych gatunkach, świadczą listy Byrona, w których mogło dojść do głosu po prostu olśnienie Rzymem: „Zachwycony jestem Rzymem – tak jakbym się zachwycił puzderkiem toaletowym, to znaczy, że pięknie wygląda, piękniej niż Grecja […]. Rzym jako całość, starożytny i nowożytny, bije Grecję, Konstantynopol, wszystko – przynajmniej wszystko, co ja kiedykolwiek widziałem” (tłum. Z. Kubiak).

Stendhal, jak sam pisał, spędził we Włoszech jedną trzecią życia, pełniąc rozmaite role – wojskowego, turysty, konsula – i na równi z Byronem przyczynił się do długotrwałego mitu Włoch, kraju silnych namiętności, urody kobiet, miłości i muzyki, przeciwieństwa w jego oczach Francji, uwięzionej w gorsecie konwenansów. Bardziej niż Rzym, Neapol, Florencja, Przechadzki po Rzymie przynoszą opowieść o jedynym w swoim rodzaju doświadczeniu, jakim jest pobyt w tym mieście. W Przedmowie nazywa swoją książkę dziennikiem, a więc będzie to forma pozwalająca uniknąć wszelkiego pedantyzmu, czemu sprzyjać ma jeszcze forma przechadzki po historycznym centrum. Wbrew jednak zasadzie nieskrępowanej swobody, autor ustala szczegółowy plan zwiedzania: ruiny starożytności, arcydzieła malarstwa i tak dalej, na samym zaś końcu: rząd i obyczaje.

Oczywista niechęć do Państwa Kościelnego, absolutnej władzy papieża, idzie w parze z zachwytem nad rzymskimi widokami. Z okien pokoju przy Piazza di Spagna, „najpiękniejszym ze wszystkich placów”, tradycyjnego miejsca pobytu cudzoziemców, Stendhal widzi kopułę św. Piotra o zachodzie słońca i notuje: „Tego nie można porównać z niczym na świecie. Duszę wypełnia tkliwość i wzniosłość, przenika na wskroś spokojne szczęście. Ale wydaje mi się, że aby się wznieść na wyżyny tych uczuć, trzeba od dawna kochać i znać Rzym. Młody człowiek, który nie zaznał nieszczęścia, nie mógłby ich zrozumieć” (tłum. F. Śniatecka-Wowerowa).

Kluczem do Rzymu jest tak jak dla wielu podróżnych Koloseum. Podróże jako gatunek dowodzą niezbicie, że bardziej niż o realnych miejscach, mowa jest w nich o literackich konwencjach, motywach powtarzanych wciąż na nowo i nie przeszkadza nikomu, że tylu autorów wykorzystało je już wcześniej. Najwyraźniej, lęk przed wpływem nie stanowi problemu dla niezliczonych rzesz italofilów. Upodobanie do ruin, budowle, piękniejsze, kiedy pozostają z nich szczątki, motyw vanitas, melancholii bez smutku, by użyć formuły Jeana Starobinskiego, wszystko to widok Koloseum ofiaruje aż w nadmiarze. „To najpiękniejsze ruiny: tu żyje cały majestat starożytnego Rzymu”. Żałobny charakter miasta, który z taką siłą powróci u Chateaubrianda, nie omija również Przechadzek Stendhala – Rzym jest miastem grobowców, „posępnego szczęścia namiętności”. Trzy czwarte Rzymu na wschód i południe, zauważa, jest „bezludne i ciche. Panuje tu febra i uprawia się winnice”.

Nie znam wspanialszego tekstu, którego autor zdołał na kilku stronach nakreślić nie tylko obraz Włoch u Stendhala, lecz i naturę włoskiego mitu. Mam na myśli szkic Nigdy nie udaje się mówić o tym, co się kocha z tomu Lektury Rolanda Barthesa. Włochy, pisze Barthes, to dla Stendhala fantazmat, obiekt przeniesienia, a przede wszystkim „oczarowanie różnicą, znudzenie Tym Samym, uniesienie Innym” (tłum. M. P. Markowski). Są domeną kobiet, „matczyzną”, w przeciwieństwie do francuskiej ojczyzny, przedmiotem miłości „rozproszonej”, zważywszy na „polifonie przyjemności”, „erotyczną mnogość”. Zgodnie jednak z tytułem szkicu, miłość do Włoch nie znajduje adekwatnego wyrazu w języku, Stendhal zaczyna śpiewać, powiada Barthes, nie troszcząc się o ich przedstawienie, powtarza tylko najbardziej płaski z przymiotników: piękne, najpiękniejsze. Jeśli więc Dziennik, Przechadzki, Rzym, Neapol, Florencja świadczą o swoistej afazji, „dialektyce skrajnej miłości i trudnej ekspresji”, niepowtarzalny głos przywraca Stendhalowi literatura. W Pustelni parmeńskiej, w nowelach, konkluduje Barthes, ma wreszcie miejsce „triumfalny wyraz jego włoskiej namiętności”.

René de Chateaubriand przebywał we Włoszech dwukrotnie, w 1802 jako sekretarz ambasady francuskiej i w 1828-29 jako ambasador i siedmiomiesięczny drugi pobyt pozostawił między innymi świadectwo w postaci długiego fragmentu Pamiętników zza grobu. Być może jest to skutek funkcji, jaką pełnił, ale Rzym Chateaubrianda zaludniają wreszcie Włosi. Stendhal odnotowywał niemal wyłącznie obecność pięknych kobiet, Goethe wyłącznie cudzoziemców, z którymi zwiedzał Włochy. Aby przywołać raz jeszcze Attillia Brillego, należy stwierdzić, że podróż artystyczna Włochów nie potrzebuje, jeśli autorzy zauważają ich obecność, czynią to z pewnym zniecierpliwieniem, chyba że chodzi o malownicze postaci z ludu, statystów w niezmiennej scenerii, będącej w dużej mierze fikcyjnym konstruktem. Wystarczy więc hałaśliwy tłum wypełniający ulice Neapolu, drobi przestępcy, grajkowie, ponieważ, jak pisał cytowany przez Brillego Somerset Maugham, Włochy to „kraj romantycznych zbójców i malowniczych ruin”.

U Chateaubrianda Włosi należą do różnych kategorii, przede wszystkim watykańskiej administracji; mamy sekretarza stanu i kardynała, papieża przyjmującego pisarza na prywatnej audiencji, są oczywiście damy z towarzystwa, wszyscy dość obojętnie odnotowani; znacznie ciekawszy jest portret arystokratycznej rodziny we wnętrzu, w opisie tym bowiem objawia się większość schyłkowych i widmowych motywów związanych z Rzymem: „Dziś szlachta rzymska, zrujnowana przez rewolucję, zamyka się w swoich pałacach, żyje skąpo i sama musi dbać o swoje interesy. Kiedy szczęściem (bardzo wyjątkowym) trafia się wieczorem do jej pałaców, mija się ogromne, puste i ledwie oświetlone sale, gdzie przetrwały antyczne posągi, białe w gęstym cieniu i podobne do widm czy wyjętych z grobu umarłych. Z tych sal obdarty lokaj prowadzi do rodzaju gineceum: wokół stołu siedzi tu kilka starych czy młodych źle ubranych kobiet, zajętych przy świetle lampy robótką ręczną. Od czasu do czasu wymieniają kilka słów z ojcem, bratem albo mężem wynurzającym się z mroku na swoim obszarpanym fotelu. A jednak jest coś pięknego, wyniosłego, rasowego w tym zgromadzeniu osób ukrytych za ciągiem arcydzieł” (tłum. J. Guze).

 

 

Ten nadzwyczajnie plastyczny obraz, gdzie wśród znaków biedy i opuszczenia, ledwo rysujące się w mroku twarze noszą ślady dawnej świetności, jest prawdziwie emblematyczny dla wizji Rzymu, jaką wyrobił sobie Chateaubriand w czasie pobytu w tym mieście. Podobnie jak w wypadku Stendhala, miłość do Rzymu idzie w parze z niechęcią do własnego kraju, a cudzoziemcy to w nim nędzni barbarzyńcy, niedorastający do „obyczajów panów świata, które przetrwały w tym mieście”. Żaden chyba podróżny nie postrzegał w takim stopniu Rzymu jako pejzażu ruin, bliski w tym Byronowi, którego, jak pisze, „gorzka wyobraźnia legła na ruinach niczym żałobny płaszcz”. Dopiero jednak w rozdziale pod znamiennym tytułem Przechadzki, pusty, cichy, melancholijny Rzym roztacza cały swój urok. „Smutne i piękne miasto” objawia żałobną naturę szczególnie na peryferiach; podczas samotnych spacerów Chateaubriand odpoczywa pod osypującymi się portykami Villa Madama, gdzie rezeda i anemon odcinają się od bieli ruin, obchodzi pieszo mury rzymskie, odkrywa w ich wnętrzu opustoszałe wille, ubogie domostwa na przedmieściach, idealny kontrapunkt wcześniejszego opisu pałacu, jak gdyby niszczący upływ czasu zrównywał wszystkie warstwy społeczne w jednej wspólnej kondycji pogrobowców. „Kto nie widział ulic i przedmieść rzymskich z ich pustymi przestrzeniami, z ogrodami pełnymi ruin, z drzewami i winnicami, z klasztorami, gdzie wznoszą się palmy i cyprysy, pierwsze podobne do kobiet ze Wschodu, drugie do żałobnych zakonnic, ten nie widział Rzymu. Wyniosłe, biedne i piękne rzymianki wychodzą ze swych ruder, by kupić owoce czy zaczerpnąć wody bijącej z akweduktów cesarzy i papieży. Pukam do drzwi samotnego domu […]. Wchodzę: w nagich pokojach jakiś robotnik przy pracy albo dumna zitella, która z kotem na kolanach robi na drutach; pozwala mi się rozglądać, nie ruszając się z miejsca”. Miasto grobów i ruin, inskrypcji i epitafiów, sugeruje Chateaubriandowi przedziwne zdanie: „Śmierć jakby narodziła się w Rzymie”, rozwinięte następnie w kolejnym żałobnym passusie: „W tym mieście jest więcej grobów niż umarłych. Wyobrażam sobie, że umarli, gdy nazbyt już im ciepło na ich marmurowych posłaniach, przenoszą się na inne, puste, jak chory z łóżka. Nocą usłyszałbyś odgłos szkieletów idących z trumny do trumny”.

Nie mogło się oczywiście obyć bez tradycyjnego nokturnu, przechadzka w świetle księżyca od Trinità dei Monti ukazuje pustynny Rzym, ulice, którymi nikt nie chodzi, wyludnione place, klasztory równie ciche jak Koloseum. Nie wiemy, jak dalece wizja taka jest projekcją stanu ducha pisarza, jego pragnienia zapomnienia i śmierci, o którym sam pisał, chociaż może to przecież być również jedynie konwencja. Jeśli nawet ówczesny Rzym prezentował się nieco inaczej i mniej bezludnie, taki obraz miasta „zarażający” ludzi swoją żałobną aurą („Rzymianie są jak szczątki ich miasta: życie przesuwa się u ich stóp”), skupiony na wszystkim, co obraca się w ruinę, pozostaje nadzwyczaj sugestywny.

Jean Starobinski nie wspomina wprawdzie o rzymskim doświadczeniu Chateaubrianda w Melancholii wśród ruin, rozdziale Wynalezienie wolności, książce opartej na materiale o wiek wcześniejszym, mógłby on jednak posłużyć jako klucz do zrozumienia, co stało się w tym mieście udziałem francuskiego pisarza. Ruiny, pisze Starobinski, pozwalają wyrazić nieobecność, „poetyka ruin to zawsze zaduma nad wszechogarniającym zapomnieniem” (tłum. M. Ochab). Ale zarazem obiera ona za przedmiot to, co częściowo przetrwało, zniszczenie wyraża stan opuszczenia, a jednocześnie przypomina o tym, co było: „Melancholia ruiny polega na tym, że stała się pomnikiem utraconego znaczenia. Dumać wśród ruin to czuć, że nasze istnienie przestaje do nas należeć, że już się gubi w przepastnym zapomnieniu”.

Czyż nie tym właśnie kierowali się podróżni z Północy przybywający ze swoich nowoczesnych miast i czy w ostateczności nie odkrywali w Rzymie popędu śmierci? Chateaubriand przecież notował: „Rzym to piękne miasto, żeby zapomnieć o wszystkim, wszystkim wzgardzić i umrzeć”.

JOANNA UGNIEWSKA

Z tomu: Joanna Ugniewska „Wenecja, Rzym, Sycylia”. Kraków, Austeria, 2025. Aby kupić proszę kliknąćtutaj

 

Łotewskie gry o tron

Na pożegnanie droga do Sabile pachnie ziemią po deszczu, ściętą trawą, obitymi jabłkami, które fermentują po rowach. W skarlałym sadzie bałtyckich baronów głęboki cień rzucają buki, dęby, graby i olchy. Oto sygnatura miejsc opuszczonych.

Na przystanku autobusowym za bary wodzą się dwaj pijaczkowie, łudząco do siebie podobni. Jeden ciska drugiego w krzaki, miele w zębach przekleństwa, po czym siada na wąskiej ławeczce, gdzie brak miejsca dla dwóch. Otrzepuje spodnie, spod pazuchy dobywa litr piwa Bauska, pociąga z butelki. Już dobrze. Tron zajęty, wróg odparty. Książę może rozejrzeć się po okolicy. Upadły pretendent jednak nie daje za wygraną. Sam sobie podając rękę, wydobywa się na świat z bukszpanowych chęchów. Niepewnie, bo niepewnie, ale stoi już na dwóch nogach. W ten sposób, obronnym harcapem, wychodził w opałów baron Münchhausen (1720–1797).

Posiadacz piwa znikającego w oczach odpędza kijem psa. Przypałętał się i czyni podchody. Dziwny to kundel, jakby w kożuchu. Mężczyzna robi zamachy kijem, próbuje przegonić natręta. Wstaje, tupie, odstrasza, unosząc wysoko zbrojne ramię. W końcu musi go uwiązać. Książę, co psy wiąże. Konkurent w tym czasie skrada się i – cup! – podsiada księcia. Ponieważ oglądam całą tę farsę z autobusu, nie dowiem się, jak się kończy. Z kierowcą i dwiema starszymi pasażerkami ruszamy do Talsi.

W Stende zarastają tory, ruch pasażerski wstrzymano lata temu. Przez okno widzę stacyjkę na uboczu, podobną do tej, na której w Łasce śmierci (1976) Volkera Schlöndorffa żołnierz Freikorpsu Eryk von Lhomond zastrzelił Sophie, hrabiankę de Reval. Dziewczyna z rozpaczy i żądzy zemsty na nim, niedoszłym kochanku, przeszła do bolszewików. Wyrok kazała mu wykonać osobiście, obarczając w ten sposób wyrzutami sumienia za odepchnięcie miłości. Nie wiedziała, że był gejem. W finałowej scenie żołnierze odjeżdżają, wracają do Niemiec. Na rampie leżą trupy, które wkrótce zostaną uprzątnięte. Kończy się jedna epoka, ale nie wiadomo, kiedy zacznie się kolejna. Trwa pauza dramatyczna, moment między ostatnim bodźcem a pierwszą reakcją. Zastyga twarz Europy. Co ciekawe, ani u Schlöndorffa, ani w powieściowym pierwowzorze (1939) Marguerite Yourcenar nie ma Łotyszy, mimo że rzecz rozgrywa się w Łotwie.

W drodze z Talsi doznaję iluminacji, oświecenia pod Damaszkiem, tyle że nie pod Damaszkiem, lecz pod Ventspilsem. „Cisza tu jak na dnie jeziora…”, myślę. No tak! Cisza jak na dnie jeziora, bo to było jezioro! Tysiące lat temu. Jezioro lodowe, wczesne stadium ewolucji Bałtyku. Tam po lewej wśród zbitych masywów leśnych miga jezioro Usma z wyspą Moricsala, nazwaną tak na pamiątkę księcia Kurlandii i Semigalii Maurycego Saskiego (1696–1750), mylonego zresztą z Münchhausenem ze względu na nieuleczalną mitomanię, jaka ich dręczyła, czyny, których dokonali za pomocą sprytu i fantazji, oraz legendę, jaką obrośli.

 

Maurycy Saski

 

Podobno pod Fontenoy (1745) Maurycy mimo choroby „kierował przez cały dzień ogniem z noszy, aby wieczorem podnieść się z nich”, a następnie „ze szpadą w ręku poprowadził brawurowy kontratak, który rozbił jednostki angielskie, i w konsekwencji zapewnił Francuzom zwycięstwo”. Oto próbka jego możliwości.

Ze słynnym baronem łączy go także smykałka do popadania w tarapaty i umiejętność wychodzenia z nich przy wsparciu szczęścia, przypadku, a może i magii czy sił nadprzyrodzonych. Bo jak inaczej wytłumaczyć epizod, kiedy baron sam uratował sobie życie, ciągnąc się nie tyle za czuprynę – choć i to byłoby niesamowite – ile za harcap przymocowany do włosów na słowo honoru.

W równie fantastyczny sposób ocalił się Maurycy Saski z rosyjskiego oblężenia właśnie na tej wyspie noszącej dziś jego imię. Żołnierze wroga byli już wszędzie, zwartym szpalerem zacieśniali pierścień wokół jeziora, on jednak z powodzeniem zbiegł. Salwował się brawurową ucieczką. Jak tego dokonał, nie wiadomo. Münchhausenowskim swędem.

Wspólna dla nich jest również Łotwa. Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen konfabulować zaczął podobno dopiero nad Dźwiną, z nudów. Stacjonując w rosyjskim regimencie w Rydze, nie bardzo miał co robić. Polował więc na kaczki i emablował damy podczas rautów urządzanych w majątku Dunte. I zmyślał na potęgę, tak nieznośnie, że tylko nabić w armatę i wystrzelić! Pofrunie, w locie przesiądzie się z jednej kuli na drugą, a wyląduje być może dopiero na dachu swojego muzeum (Minhauzena muzejs).

 

Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen

 

Czy ja próbuję właśnie wmówić sobie i światu, że ci dwaj pijaczkowie z Sabile to inkarnacje barona i księcia? Możliwe. Trochę to naginane, niemniej lubię wracać do dawnych czasów, na przykład do XVIII wieku. Dla mnie to okres beztroski. Jakież opadały mnie bowiem kłopoty w XVIII wieku? Żadne!

Przed Ventspilsem autobus zatrzymuje się jeszcze w Pope. Nikt nie wsiada, nikt nie wysiada. Niby zwykła dziura. Na pierwszy rzut oka, mówiąc memem: „Kiedyś to tu było, teraz to tu nie jest”. Ale grubo się mylę. Wszak to w Pope, goszcząc w 1857 roku u barona Karla von Behra, dwa łosie – nie w kij dmuchał! – ustrzelił sam Otto von Bismarck (1815–1898), ów nienasycony żarłok i miłośnik tytoniu, który palił z dwóch cybuchów naraz.

 

Cmentarz rodowy von Behrów w Pope

 

Jest tu dwór unikatowy na skalę kraju, bo jako jedyny w Łotwie nigdy nie uległ zniszczeniu. Nie spalono go, nie zdemolowano, „baron był dobry”, powie mi później miejscowa pani. Nawet rok 1905, zwany próbą generalną przed wielką rewolucją, oszczędził dwór i mieszkających w nim ludzi, w tym Karla von Behra (1836–1909).

Łatwo sobie wyobrazić, jak Schlöndorff lub inny melancholijny Niemiec filmuje tu któryś z kurlandzkich zeitromanów, Dumalę (1908) Eduarda von Keyserlinga, Lamparta (1958) Giuseppe Tomasiego di Lampedusa – niech nas nie zmylą sycylijskie dekoracje! – czy La Nuit de Blankenfeld (2015) Davida Gaillardona.

Ventspils na powitanie przywiewa znad portu słodką woń granulatu. Idę wzdłuż Venty aż do punktu, gdzie z przystani wbija się w wody Bałtyku długa ostroga falochronu, zwieńczona wieżyczką, na którą mamy po polsku dwa słowa: „stawa” lub „baka”. Bāka, tak z kolei Łotysze nazywają latarnię morską; polska baka jest jakby jej miniaturą. „Słówka – to już Czapski – czasami dają więcej niż cały tekst. Mój dziennik jest przede wszystkim tyle wart, że ja słówka cytuję, słówka, które mnie dają życie, które są esencją”.

1 września 2025, Pedvāle – Ventspils

MIŁOSZ WALIGÓRSKI

 

Spod powieki (P)

Niedziela, 14 grudnia

 

 

W Lesie Młochowskim kolejna wycinka drzew. Zatrzymujemy się przy pięknych, na pierwszy rzut oka zdrowych pniach, ułożonych w sągi. Wdychamy żywiczne zapachy. Na przekroju pnia jakby zarys rakiety. Przypomina mi wiersz Adama Zagajewskiego Jerzyki szturmujące kościół św. Katarzyny, w którym wymienione w tytule ptaki do takiego śladu rakiety zostały porównane: „Jerzyki […] nie umieją / poruszać się po ziemi, znają tylko jedno – lot, / tylko wieczne podniebne szybowanie, / potrzebują obserwatora, który byłby trochę trzeźwy / i trochę szalony, potrzeba im oka i serca; oko musi śledzić trajektorie ciemnych pocisków, / ślad rakiety kosmicznej rozbitej / na małe odłamki czarnej, nerwowej materii, / a serce powinno je wesprzeć tym, czego mu nigdy / nie może zabraknąć, entuzjazmem / i tak wspomożone, jerzyk i serce obserwatora łączą się na krótką chwilę / w nieprawdopodobnym sojuszu, w podziwie / dla świata, który w późnoczerwcowy wieczór postanowił, / zdawałoby się nonszalancko, odsłonić przed nami / jedną ze swoich gorliwie strzeżonych tajemnic […]” (podkr. JZ).

 

*

Pamiętam z dzieciństwa, że kilka razy w roku liturgicznym pojawiało się czytanie ewangelicznej przypowieści o talentach. Trudny to tekst, wymagający umiejętnej egzegezy. Zwłaszcza w niekapitalistycznej Polsce lat sześćdziesiątych księża musieli uważać, żeby pochwała przedsiębiorczości nie stała się wychwalaniem kapitalizmu (nie mówiąc już o takim grozę budzącym słowie jak lichwa). Dlatego chętnie sięgnąłem po tom, zawierający oryginał oraz komentowany przekład łacińskiej księgi XVI-wiecznego autora, Stanisława Grzepskiego, której polski tytuł brzmi O różnych rodzajach syklów i talentów hebrajskich. Sykl hebrajski był rodzajem monety i jednostką wagi o wartości 2 drachm, talent natomiast odpowiadał trzem tysiącom syklów, czyli 6 000 drachm (podaję tu najprostszy przelicznik, nie wchodząc w subtelności różnych odmian, które omawia Grzepski, żeby pokazać, jak wielką wartość miał ten biblijny talent).

O. Waldemar Linke, pasjonat (w podwójnym tego słowa znaczeniu), przypomina w przedmowie życiorys autora, cytując pochwalne słowa Kochanowskiego („[…] znane jest dzieło jego wybornie ułożone o monecie hebrajskiej. I wiele innych, ważniejszych i doskonalszych, wypracowałby, gdyby go, w połowie zmierzającego do celu, czarna melancholia nie przyprawiła o śmierć przedwczesną” [1]) oraz wskazując na udział ich obu – Grzebskiego i Kochanowskiego – w buncie krakowskich studentów w roku 1549, zakończonym opuszczeniem uczelni i przeniesieniem się do Wrocławia.

Sprawa, przypomnę, zaczęła się od konfliktu rozdokazywanych studentów z krakowskimi kobietami lekkich obyczajów, który to konflikt eskalował i doprowadził do zabicia jednego ze studentów. „Pogrzeb młodzieńca poprzedzony był pochodem uczniów przez miasto ze zwłokami ofiary. […] W dniu następnym uczniowie udali się na dziedziniec Zamku Wawelskiego i chcieli złożyć skargę królowi Zygmuntowi Augustowi […]” [2].

Podejrzewam, że te zdarzenia, w których jedną ze stron sporu był biskup krakowski Samuel Maciejowski (jego nieplanowane wystąpienie „spowodowało gniew studentów i decyzję o porzuceniu Krakowa […]”), mogły być jakby matrycą tego, do czego doszło w tym samym miejscu w roku 1574, ćwierć wieku później, kiedy to Katarzyna z Maciejowskich Wapowska (krewna biskupa) dostarczyła zwłoki swego męża, zamordowanego przez Zborowskiego, na Wawel, przed oblicze króla Henryka Walezego, domagając się sprawiedliwości.

Fascynujący jest sposób łączenia w świecie starotestamentowym poszczególnych miar i wartości. Oparł na nim swój system francuski poprzednik Grzepskiego, Budé, głoszący koncepcję humanizmu chrześcijańskiego. Uważał on filozofię za siostrę religii, przywiązywał dużą wagę do filologii. „Starał się wykazać, że Chrystusa możemy odkryć w postaci Merkurego czy jako bliźniaka Janusa. Zdaje się, że formułą kluczową jest jego stwierdzenie: Christus verus fuit Hercules” [3], pisze O. Linke, co przywodzi na myśl religioznawcze koncepcje Tadeusza Zielińskiego z lat dwudziestych XX wieku (Hellenizm i judaizm). Grzepski natomiast, przejmując najważniejsze ustalenia Budeusa, proponował poszerzenie obszaru porównawczego miar o barbarica, zarówno dawne, jak (sobie) współczesne. W tym duchu wprowadzał przeliczenia na jednostki monetarne, używane na ziemiach polskich, w tym nawet kolokwialne, jak słowo „piorunki”, którym określano półgroszówki. Nawiązywał też do dysput na tematy numizmatyczne, prowadzonych na dworach XVI-wiecznych magnatów (np. Jana Krzysztofa Tarnowskiego, starosty wojnickiego).

Najbardziej oryginalną częścią dzieła Grzepskiego są ponoć rozważania na temat powiązań między dużymi jednostkami objętości (jak corus, czyli korzec) i miarami czasu (rok) wraz z ich podziałem na części/miesiące. W ten sposób powracamy poniekąd do biblijnego rozumienia miar jako pewnego systemu wymiennego. Mówiąc najkrócej: skoro talent z przypowieści odpowiadał określonej (bardzo wysokiej) liczbie dniówek pracy zwykłego robotnika, a zarazem można go było przeliczyć na określoną liczbę jednostek srebra, mierzonych wagą, świat stawał się systemem, w którym wszystko się łączy w harmonijny sposób, a przejście od wartości materialnych do duchowych staje się naturalne. Zwraca w tym systemie uwagę wysoka cena talentu. Przesadziłem? Tylko trochę, gwoli dobitności.

O. Linke w zakończeniu swej przedmowy wskazuje, że Grzepski pokazał, „jak mądrze korzystać z tradycji i być w elicie intelektualnej swoich czasów, nie poświęcać prawdy, by być wśród najbardziej znaczących umysłów swej epoki” [4]. Cytuje też znamienną formułę filozofa Dariusza Karłowicza z jego książki Polska jako Jason Bourne (2017): „Żywa kultura […] to stałe wzywanie umarłych, rozmowa z umarłymi – z naszymi umarłymi. Człowiek kultury to guślarz, pośrednik […], który pośredniczy w tych rozmowach jako tłumacz, podwójny ambasador, a może podwójny agent. Guślarz nie zajmuje się naukowym badaniem duchów […], ale rozmową z duchami – i to rozmową dotyczącą spraw najważniejszych. A po co? Mówiąc najkrócej – by się dowiedzieć, «jak żyć, żeby się zbawić?». Jak żyć, by się nie pogubić? Jak żyć, żeby trafić do domu?” [5]. Z Grzepskim warto rozmawiać.

 

*

Wzmianka o kompozycji Zygmunta Mycielskiego z roku 1938 do wiersza Rilkego, zawarta w opublikowanym w „Księdze Przyjaciół” wyciągu z programu do płytowego wydania kompletu pieśni tego kompozytora zachęca do dalszych poszukiwań. Przede wszystkim sięgam po nagranie Joanny Freszel, od kilku dni obecne w sieci. (Stimme eines jungen Bruders na sopran i fortepian). Przejmujące. Potem od autorki, Beaty Bolesławskiej-Lewandowskiej, otrzymuję fragment jej biografii Mycielskiego [6]. Oto kilka wyimków:

„W końcu, 11 kwietnia 1938 roku pisał do matki już z Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie wynajął dom. Rok później skomponował tam swoją ostatnią przedwojenną pieśń, Stimme eines jungen Bruders na sopran i fortepian do słów Rainera Marii Rilkego. Pieśń zachowała się w rękopisie. Po latach, 2 grudnia 1954 roku, Mycielski pisał do Jarosława Iwaszkiewicza: «A może przetłumaczysz mi bardzo pięknie ten wiersz Rilkego, który mnie od 25 lat prześladuje: Ich verrinne, ich verrinne / wie Sand, der durch Finger rinnt. / Ich habe auf einmal so viele Sinne, // die alle anders durstig sind. / Ich fühle mich an hundert Stellen / schwellen und schmerzen. / Aber am meisten mitten im Herzen. // Ich möchte sterben. Lass mich allein. / Ich glaube, es wird mir gelingen, / so bange zu sein, / dass mir die Pulse zerspringen. Jaki to tytuł? Z czego to? Stunden-Buch – czy coś takiego? Nie mam Rilkego, tylko to odnalazłem przepisane. Czy dokładnie? W 1938 roku, gdy już wiedziałem – że to leci wszystko «do końca» – napisałem do tego pieśń, źle zrobioną, ale z dobrym rytmem (Larghetto – – «idące»), chciałbym to skończyć – dać może na kwintet, z Twoją Brzeziną»”.

Przekład Iwaszkiewicza w końcu nie powstał, czemu trudno się dziwić, tak wymagający jest od tłumacza ten wiersz o rozpadaniu się, rozsypywaniu, jak piasek, co się między palcami sypie, i o tym, że można mieć naraz mnóstwo zmysłów, z których każdy łaknie czego innego, aż człowiek w stu miejscach naraz puchnie i czuje ból, chciałby umrzeć, sam, i wierzy, że mu się uda tak się przestraszyć, że mu pękną żyły. Nie sposób tego „bardzo pięknie” przełożyć.

 

*

W ramach powtórek klasyki naszej młodości oglądamy film Easy Rider (1969). Reakcja M.: chyba niewiele się zmieniło społeczeństwo amerykańskie przez te lata, takie wrogie reakcje na odmienność łatwo sobie i dzisiaj wyobrazić. Mnie uderzyło podobieństwo głównej dwójki bohaterów, przemierzających na motocyklach południowo-zachodnią Amerykę, jednego bardziej uduchowionego, myślącego i rozmarzonego, drugiego bardziej przyziemnego, konkretnego i rubasznego do Don Kichota i Sancho Pansy. Oczywiście zaraz się zastrzegłem, że na pewno już ktoś o tym pisał, i rzeczywiście: na przykład David R. Castillo w artykule The Literary Classics in Today’s Classroom: „Don Quixotte” and Road Movies, będącym próbą uzasadnienia potrzeby sięgania w kształceniu do tekstów klasycznych – przez zestawianie ich z żywym utworami kultury współczesnej.

 

Poniedziałek, 15 grudnia

W południe angiografia oczu z kontrastem.

Wieczorem online w Rzeszowie na dwóch świetnych referatach o krytyce literackiej, Doroty Samborskej-Kukuć (o pierwszych recenzjach Ziemi obiecanej) i Christiana Zehndera (o lakonizmie w krytyce niemieckiej i szwajcarskiej około roku 2000, z pięknym ekskursem na temat Stempowskiego). W dyskusji mówię o bezosobowym traktowaniu krytyki literackiej jako pewnej ponadindywidualnej całości, o lakonizmie w odach Pindara i o pewnym liście Czapskiego do Pawła Hertza z roku 1974, by na koniec podzielić się wspomnieniem: „Przez wiele lat mieszkałem w Bernie. Jeździłem do miasta tramwajem linii 3 (potem 8), ruszałem od pętli Saali i po paru przystankach dojeżdżałem do rogu Thunstrasse i Brunnadernstrasse, gdzie na wysokości przystanku był warsztat stolarstwa artystycznego, którego właściciel co tydzień czy dwa, już nie pamiętam, zmieniał ekspozycję, ale jeden element był stały: krótki komunikat, przeważnie jedno słowo, które było zagadkowe i odnosiło się do bieżącej sytuacji – politycznej, społecznej, obyczajowej. Zawsze się nad tym lakonicznym przesłaniem zastanawiałem w drodze do dworca. Na tym samym przystanku stawał też tramwaj linii 5 (potem 7), którym od strony Ostringu dojeżdżał Christian Zehnder. Ale nie koniec na tym. Ulica Brunnadernstrasse prowadzi od ambasady polskiej, wcześniej poselstwa, w którym w czasie wojny, jak wiadomo, działał Stempowski. Otóż od tego budynku można do tamtego sklepu meblowego dojść ulicą Kalcheggweg, przy której w ostatnich latach życia, do samej śmierci, mieszkał Stempowski. Warto by sprawdzić, czy mógł takie wystawy widzieć”.

Sprawdziliśmy, Stempowski raczej nie. Ale myśmy te reklamy intensywnie kontemplowali. Claudio Caviezel założył swą firmę w roku 1980, przy Thunstrasse 103 istnieje ona od roku 1985 (Stempowski zmarł w 1969). Na stronie firmy jest rozdział, zatytułowany Nasza filozofia i historia, z którego wyjmuję zdanie o stosunku firmy do klienta: „Doradzamy Państwu fachowo, stawiając sobie za zadanie realizację Państwa żądań, nie lękając się przed urzeczywistnianiem najbardziej ekstrawaganckich, niekonwencjonalnych, a nawet nieco szalonych idei”. Takie właśnie były te lakoniczne hasła: ekstrawaganckie, niekonwencjonalne, nawet nieco szalone.

 

Wtorek, 16 grudnia

W Teatrze Polskim Rękopis znaleziony z Saragossie. Dziedzictwo Gomelezów wedle Potockiego w reżyserii Grzegorza Jarzyny (premiera 26 września). Wbrew obawom, wywołanym niektórymi recenzjami i generalnej ostrożności wobec scenicznych adaptacji powieści, oglądało się świetnie. Rozmach, swoboda, fantazja. Zręczne wykorzystanie możliwości technicznych tej stosunkowo niewielkiej, ale dobrze wyposażonej sceny. Aktorzy, łącznie z postaciami pierwszoplanowymi, występują na przemian w kilku rolach. Fabuła powieści Potockiego stała się pożywką gry komputerowej, w której bohater musi raz po raz podejmować decyzje, zmieniające jego dalsze losy.

Ja jednak bardziej niż z kawalerem van Wordenem identyfikuję się, zwłaszcza w obecnej sytuacji, z ojcem Hervasem, uczonym, który dokonał swego kompilatorskiego dzieła i teraz jest świadkiem, jak bezceremonialnie traktują je nowi (czy staro-nowi?) barbarzyńcy. Co zostaje po pracy badacza ksiąg? Przypis w kolejnej księdze? Cytat? Nazwisko? Najczęściej nic zgoła.

Uderzył mnie również powracający motyw sypiącego się przez palce piasku, jak w wierszu Rilkego.

Nie zabrakło też u Jarzyny biblijnej przypowieści o talentach; komentarz, że to wykładnia współczesnego kapitalizmu budzi entuzjazm widowni.

Ważny spektakl.

 

Czwartek, 18 grudnia

Opłatek na UKSW, podczas którego oficjalnie otrzymałem z rąk rektora status profesora emerytowanego. Na sali były dwie moje doctoressy, kilkoro byłych studentów, dawno niewidziani koledzy. Nowy tytuł ma też stronę praktyczną: nie muszę obawiać się utraty dostępu do poczty uniwersyteckiej po zakończeniu grantu, którym kieruję, mam możliwość dalszego korzystania z biblioteki.

A wieczorem w Filharmonii Concerti grossi na Boże Narodzenie, specjalny koncert muzyki dawnej w wykonaniu międzynarodowego (z silną komponentą panslawistyczną) zespołu Il Pomo d’Oro – nazwa zapożyczona od tytułu opery Antonia Cestiego, wykonanej po raz pierwszy w Wiedniu w roku 1668 z okazji siedemnastych urodzin cesarzowej Małgorzaty Teresy. W programie Corelli, Muffat, Avison, Händel, Alessandro Scarlatti, Locatelli i Sammartini. Precyzja, dynamika i radość (profesjonalnego) muzykowania.

 

Sobota, 20 grudnia 2025

Film Alice Troughton The Lesson (2023). Dobra kameralna obsada (Julie Delpy, Daryl McCormack, Richard E. Grant), mroczna akcja, osnuta wokół pisania, autorstwa, plagiatu. Inspiracje sięgające Henry’ego Jamesa, Philipa Rotha, z naszego podwórka przypomina się Kazimierz Brandys. Główni bohaterowie poboczni: bobry i rododendrony (te ostatnie awansują do tytułu powstającej na naszych oczach powieści). Delpy swym emploi w tej roli (ale nie charakterem bezwzględnej manipulatorki, którą gra) przypomina zmarłą parę dni temu Magdę Umer.

 

Poniedziałek, 22 grudnia

W południe tomografia komputerowa – angiografia głowy. Opis za 14 dni roboczych, co z powodu rozlicznych świąt przełomu roku przekłada się niestety na 19 stycznia, czyli równo cztery tygodnie. Dopiero wtedy będę mógł pokazać wynik neurologowi.

A wieczorem prywatna konsultacja u renomowanego profesora okulistyki. Wiązałem z nią wielkie nadzieje, tym większe rozczarowanie. Jedyne zalecenie: kapsulotomia, drobny zabieg laserowy, który „może trochę poprawi jakość widzenia”, ale który nie rozwiązuje sprawy tajemniczej niemożności czytania. Ponura perspektywa.

 

Czwartek, 25 grudnia

Artykułowi w świątecznym „Dwutygodniku” zawdzięczam przyjemność obejrzenia pełnometrażowego filmu – chciałoby się powiedzieć: fabularnego – który powstał przez umieszczenie kamery na froncie pociągu kolei retyckiej, przemierzającego zimą odcinek z Samedan do Chur w moim ulubionym kantonie: Gryzonii. Amatorom sytuacji granicznych polecam zwłaszcza przejazd przez pierwszy, długi a nieoświetlony, tunel alpejski. Ileż tam się dzieje! A jaka ulga dla zmęczonych oczu… Pociąg zatrzymuje się w Filisur, Tiefencasten, Thusis, Reichenau-Tamins, Chur. Cudne nazwy! Największe wrażenie robią: białe kozackie czapy na poprzecznych wysięgnikach słupów trakcyjnych, efekt rozmywania się torów, gdy mokre smugi gromadzą się na szybie, polana w kształcie białego serca za Thusis, pojawiająca się raz po prawej, raz po lewej stronie krętych torów, przejazd przez widmowe Cazis i dalsza jazda we mgle, aż do Rodels-Realta, następnie odcinkiem wzdłuż cudownie turkusowego Tylnego Renu.

 

*

Pisząc o zwiedzaniu (14 listopada) Muzeum Regionalnego w Łowiczu zapomniałem napisać o jego zbiorach, co niniejszym, przynajmniej częściowo, nadrabiam. Zatrzymałem się przed anonimowym Tryumfem Śmierci z przełomu XVII/XVII wieku, wpisującym się w kontekst ikonograficzny wiersza Karpińskiego, o którym pisałem obszernie w Magicznym Oświeceniu. Bardzo wiele ciekawych eksponatów pochodzi ze zbiorów XIX-wiecznego kolekcjonera Władysława Tarczyńskiego. Na wystawie, poświęconej osobie związanego z ziemią łowicką ministra skarbu i premiera Władysława Grabskiego warto zwrócić uwagę na obligacje Banku Gospodarstwa Krajowego, projektowane przez Zofię Stryjeńską, z charakterystycznymi dla niej motywami w ornamencie.

Najbardziej jednak zainteresował mnie kącik szwajcarski w jednej z dużych sal ekspozycji stałej. Jest tam na przykład „Goniec Obozowy”, wydawany w szwajcarskim Baden dla internowanych żołnierzy polskich, z jakże pasującym do tego kontekstu świetnym opowiadaniem Pruszyńskiego Człowiek z rokokowego kościoła, które nasuwa skojarzenia z Kornetem Rilkego i opowiadaniem Zygmunta Haupta o kornecie. Jest artykuł o polskiej szopce kukiełkowej, wędrującej po Szwajcarii w roku 1943 (inicjatywa Haliny Kenarowej). Jest kolosalny ołtarz polowy z napisem „Polska – to Wielka Rzecz”, wykonany przez artystę-samouka Józefa Flaka. Jest duży model statku „Batory”. Jest drewniana figura żołnierza, pijącego z menażki. Jest anonimowa karta pocztowa zuryskiego wydawnictwa Orell Füssli z ekspresjonistycznie namalowaną bryłą Muzeum Polskiego, z romantyczną parą, wychodzącą z bocznej bramy zamku.

Tu dygresja. Tydzień później Agnieszka Bielak przysłała mi zdjęcie plakatu, wykorzystującego tę samą grafikę, a pokazanego na wystawie Monachijczycy, otwartej w Muzeum Narodowym w Lublinie. W podpisie: „autor nieznany”. Tymczasem według katalogu szwajcarskich plakatów autorem tej oryginalnej grafiki jest Traugott Willi.

Skąd tyle szwajcarsko-polskich wątków? Otóż w roku 1953 łowickie muzeum otrzymało ponad 1000 obiektów z Rapperswilu (m.in.: „monety, grafiki, malarstwo, archiwalia, eksponaty etnograficzne, pamiątki po internowanych”). Może jest to materiał na osobną wystawę?

 

Piątek, 26 grudnia

Niestety, wygląda na to, że wzrok się stopniowo pogarsza. Nie mogę czytać podpisów na bardzo dużym ekranie telewizora.

Od rana słucham Buxtehudego. Koi. A wieczorem zaczynam szukać (trochę spod powieki) polskich wykonań wierszy Rilkego na YouTube.

Jest Organek, Rilke. Wiersz z Księgi godzin w przekładzie Hulewicza. A tam słowa: „Zgaś moje oczy”… Mocne. Jest Pieśń Abelone z Maltego, w recytacji Krzysztofa Kamińskiego. Słabe. Jest Sanah i wiersz Jacka Cygana Rozwijając Rilkego, a w nim słowa: „I zachwyt na siatkówce oka, Nietrwały w końcu zapis. Mój hymn dla twego dzieła, Panie”. Jest dawny dwugłos o samotności ze słowami Rilkego i Leśmiana, który w Piwnicy Pod Baranami śpiewali Demarczyk i Miki Obłoński (w sieci nagranie późniejsze, Kaliny Jędrusik). Mocne. Tę samą Samotność w przekładzie Jastruna śpiewa malarka Aneta Chruścińska. Nie wiem. Może? A w przekładzie Janiny Brzostowskiej – Marek Burski. Słabe. Jest Rilke w serii „Męskie Granie” (!) w wykonaniu Voo Voo i Leszka Możdżera. Mocne, ale słowa napisał Wojciech Waglewski. Pewnie coś przeoczyłem. Ale w sumie: mało. Tym bardziej warto słuchać tamtej pieśni Mycielskiego.

 

Sobota, 27 grudnia

Dziś już nawet wielkie cyfry na kafelkach naszego ulubionego Rumikuba są rozmazane. Coraz częściej przegrywam.

 

*

Wieczorem Doubt (2008), mądry amerykański film z Meryl Streep i Amy Adams w rolach zakonnic oraz Philipem Seymourem Hoffmanem w roli kapłana. Aktorski pojedynek pierwszej (w roli przełożonej przykościelnej szkoły) i trzeciego przyćmiewa cicha mimika rzekomej naiwności młodziutkiej siostry James. Perełka. Chętnie zobaczyłbym jeszcze raz Big Eyes z tą aktorką w roli malarki, której mąż chce odebrać jej dorobek (była podobna historia w otoczeniu Brunona Schulza, do dziś bodaj ostatecznie niewyjaśniona).

 

Niedziela, 28 grudnia

Po południu M. czyta mi wiersze z antologii Opowiedz zwierzę [7], ilustrowanej rysunkami zwierząt z albumów Norwida. Pierwszy wiersz – Wół wiosnowaty Leśmiana – o wole, który zemdlał na wiosnę i padł na ziemię – przypomina mi wiersz Jane Hirshfield, ogłoszony w „The New York Review of Books” z 9 października: Cows Lying Down. Wół Leśmana „Nigdy dotąd nie tracił ziemi pod kopytem…”. Krowy Hirshfield leżąc na ziemi budzą zadziwienie, czy uda się przywrócić tak dziwny kształt do pozycji stojącej („A Holstein cow lying down – / it would seem impossible / for such an awkward shape to return to standing”).

Podczas lektury onomatopeicznej Mowy ptaków Tuwima słyszymy jakiś piskliwy głos za oknem: to Tina chce, żeby ją wpuścić. Weszła, wskoczyła na mój fotel i po długich deliberacjach umościła się na mnie. Zdążyłem zapytać, czy nie ma tam jakiegoś wiersza o kocie, kiedy M. przeczytała tytuł skierowanego do Marii Podrazy-Kwiatkowskiej wiersza Miłosza Do Pani Profesor w obronie honoru kota i nie tylko

Spod powieki usłyszałem w wierszu Pawlikowskiej Najbiedniejsza z matek słowa, skierowane do cielątka: „Wiedz, że gdy pod nożem łzą zapłaczesz krwawą, / że twoja matka o ciężkich powiekach / bezradna była jak / Matka Człowieka…”. A w Żółwiu Miłosza: „Jego oczy przykryte wypukłą powieką / Patrzą tylko ku ziemi albo ku taflom posadzki […]” (podkr. JZ).

 

Poniedziałek, 29 grudnia 

I znów M. czyta mi wiersze o zwierzętach. Spod powieki odnotowuję: „Masz jeszcze oczy – dwa szepty do nikogo” (Erna Rosenstein, Pies łańcuchowy) oraz „Otwierają się spokojne oczy / Coraz bardziej w nich obłoki nieba” (Uśpiłam cię, tejże, dedykowane „Mojej suczce Wronie”). Po kilku wierszach Juliana Kawalca zza szyby odzywa się Tina, żeby ją wpuścić. Siada u mojej nogi i słuchamy następnego wiersza: Krzysztofa Kamila Baczyńskiego Kot

 

Wtorek, 30 grudnia

Mózg i palec. Ciekawe, czy diagnoza rozmiękczenia pierwszego, a następnie niezbędne procedury formalne, zdążą się sfinalizować, nim drugi pochopnie naciśnie guzik.

 

*

Podczas dzisiejszej porcji wierszy o zwierzętach Tina nie raczyła się pojawić na Kocie w pustym mieszkaniu Szymborskiej, jakby nie chciała ćwiczyć się w postępowaniu na wypadek śmierci ulubionego pana.

 

*

Danise Payne, Elbows in My Ears. Gold River, CA, Authority Publishing, 2022. Kupiłem tę książkę pół roku temu przez Amazon, bo zainteresowała mnie z kilku powodów: autorka jest córką jednego z The Tuskegee Airmen, złożonej z samych Murzynów eskadry pilotów amerykańskich w czasie II wojny (był o nich film Roberta Markowitza), która z potrzeby serca zdobyła wykształcenie jako clown i jeździła po Europie jako pierwsza czarnoskóra rozśmieszaczka cyrkowej widowni; po przejściu na emeryturę osiadła w Las Vegas, które, jak się okazuje, jest ulubionym miastem na jesień życia dla artystów cyrkowych. W czerwcu przeczytałem połowę, odłożyłem, a teraz już pewnie nie wrócę, choć rzecz jest sprawnie napisana i dziwnie wciągająca w prezentowany w niej świat. Chcę jednak, żeby znalazła miejsce w moim dzienniku. Tytuł bierze się z rozmiarów kabiny, jaką każdy cyrkowiec Ringling Bros. and Barnum & Bailey Circus miał do swej dyspozycji w kolejowym wagonie podczas nieustannych podróży. „Musiałam się nauczyć, jak spać z łokciami w uszach”, pisze Payne (s. 57), w innym miejscu podając wymiary kabiny: 3 stopy na 6 na 9 stóp (s. 73), czyli w przybliżeniu 1 metr szerokości na 1.80 wysokości na 2.75 m głębokości. Co chwila w innym mieście, ale zawsze w tej samej klitce. Sam pociąg cyrkowy autorka nazywa „srebrnym pomrowem” (a silver slug, s. 74).

Danise Payne jest pasjonatką cyrku, ale cyrk to nie wszystko. W swej karierze był też na przykład czas, gdy pracowała jako przewodniczka po nowojorskiej siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych. Umie opowiadać w taki sposób, że czytelnik ma wrażenie, jakby uczestniczył w opisywanych scenach. Sympatyczna książka autobiograficzna.

 

Środa, 31 grudnia

Wczesnym popołudniem zabieg laserowy prawego oka (kapsulotomia) w centrum medycznym we Włochach. Wracamy w koszmarną pogodę – już w Pruszkowie zdaję sobie sprawę, że mogę przeczytać tablice z nazwami ulic i najdrobniejsze informacje na szyldach i tablicach reklamowych. Podobnie wyraźne stały się znów wiadomości w telefonie. W domu bez trudu czytam teksty drukowane. Co za ulga po sześciu tygodniach męczarni!

 

*

Pod wieczór M. proponuje, że przeczyta kolejną porcję wierszy. Dalej Szymborska. Spod powieki wyłapuję (odpominam) w moim ulubionym Tarsjuszu, wierszu o kulturze, frazę: „zwierzątko małe, złożone z dwóch źrenic / i tylko bardzo już koniecznej reszty”. A wiersz Widziane z góry, słyszany dzisiaj, brzmi jak komentarz do wywołanej przez Jerzego Bralczyka ogólnonarodowej dyskusji, czy zwierzęta zdychają, czy umierają.

 

Czwartek, 1 stycznia 2026

W dziękczynnym nastroju wkraczamy w nowy rok. Oby jeszcze świat wokół się opamiętał.

 

*

Na regale naprzeciw biurka zawisł kalendarz Ośrodka Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską z rysunkami jednego z patronów roku 2026, Józefa Czapskiego. Na styczeń przypadł portret Aleksandra Wata z dedykacją dla Oli Watowej – dla mnie dobry omen. Czapski z właściwą sobie skromnością pisze: „Oli drogiej ta notatka z V 1967, która może jej zrobi przyjemność choć rysunek pośpieszny za mało wyraża Aleksandra – Józef”.

A ja wracam do tłumaczenia i komentowania pisemnych świadectw podróży braci Mniszech po górzystej części kantonu Neuchâtel, czyli do grantu, który powinienem i chciałbym w tym roku zakończyć.

 

Piątek, 2 stycznia

Trzy noce temu, zdenerwowany przed czekającym mnie zabiegiem, natrafiłem na stronie radia Chillizet na artykuł Julii Piecyk Jest noblistą i mistrzem literackiej psychologii. Niewielu wie, że ma polskie korzenie, a w nim na informację, że J. M. Coetzee „pochodzi z rodziny wieloetnicznej. Jego pradziadek ze strony matki Baltazar (lub Balcer) Dubiel był Polakiem, pochodził ze wsi Czarnylas w województwie wielkopolskim (powiat ostrowski)”. Nie bacząc na nocną porę posłałem artykuł zaprzyjaźnionemu dyrektorowi Muzeum Miasta Ostrowa Wielkopolskiego, Witoldowi Banachowi. Oczywiście wiedział o tej historii, co więcej w swej książce Kroniki literackie prowincji (Wydawnictwo Poznańskie 2016) zamieścił szkic Niespodziewana podróż J. M. Coetzee’go w głąb Czarnegolasu. Jest to barwnie opisana historia krótkiego spotkania z południowoafrykańskim pisarzem podczas jego wizyty w podostrowskim Odolanowie w roku 2006. Znawca dziejów powiatu ostrowskiego Banach wskazał na specyfikę miejscowości Czarnylas, gdzie w XIX wieku przez pewien czas mieszkali obok siebie wyznawcy siedmiu wyznań („ewangelicy, staroluteranie, katolicy, baptyści, metodyści, mormoni i żydzi”) i gdzie do dziś zachowały się cztery świątynie: poewangelicki kościół katolicki, kościół rzymskokatolicki z roku 1925, kościół ewangelicko-augsburski (dawnej staroluterański) i kaplica metodystów, w której dziś jest biblioteka. Banach pisze: „Przodek południowoafrykańskiego pisarza był z pochodzenia Polakiem wyznania ewangelickiego. Urodził się tutaj 1 sierpnia 1844 roku”. Autor Kronik… dotarł też do życiorysu, sporządzonego przez Baltazara Dubiela w roku 1868, w czasie, gdy starał się o przyjęcie do Nadreńskiego Towarzystwa Misyjnego. Cytując, zwraca uwagę na słowa „łaskawy Pan przywiódł mnie do Odolanowa do preparandy, w której musiałem się nauczyć języka niemieckiego”, w czym widzi potwierdzenie, że „Dubiel pochodził z polskiej rodziny”. Co ciekawsze, wysuwa też hipotezę, że wspomniane przez autora podania wypadki maltretowania go przez starszych braci mogły mieć związek z obecnym w prozie Coetzee’ego motywem wkręcania przez starszego brata ręki młodszego do prasy introligatorskiej albo do łuszczarki do kukurydzy.

Warto ponadto zajrzeć do artykułu krakowskiego anglisty i komparatysty Roberta Kuska, który jest brawurową prezentacją rozmaitych związków afrykańskiego pisarza z Polską i Polakami, z polską historią i kulturą, a zwłaszcza poezją. Dla zachęty powiem, że autor w cytacie, znalezionym w jednym z poniechanych rękopisów do autobiograficznej trylogii Scenes from Provincial Life: „Yaksha braksha watlmeyer, yaksha braksha marsh, yaksha braksha meva shonka, sar dou magwash” (są to słowa, które mówi do bohatera jego matka, „polska księżniczka”) rozpoznał tekst XIX-wiecznej polskiej pieśni Jak się macie Bartłomieju („Jak się macie Bartłomieju, / jak się bracie masz? / Jak się bracie miewa żonka, / cały domek wasz?” [8]. Chapeau bas.

 

*

Od mojej doktoressy (której książka o architekturze pieśni u Norwida ukaże się, mam nadzieję, w tym roku) dostałem z Sandomierza zdjęcie rysunku Norwida, umieszczonego wśród takich relikwii, jak: Listek z Róży tey, która była zbroczona krwią św. Oyca naszego Benedykta; Żembocin, z pnia lipy, którą miał sadzić św. Stanisław [9] albo Róża jerychońska (Zmartwychstanka). Róża pustynna o szczególnym przystosowaniu do suszy.

 

Witryna w Muzeum Diecezjalnym (Dom Długosza) w Sandomierzu. Fot. Agnieszka Nurzyńska

 

Sprawdzam. Muzealny opis wskazuje na przypuszczalną tożsamość postaci z autorem, bardziej jednak uwypukla „przedstawienie myśliciela, mędrca, symboliczne wyobrażenie samotności, melancholii, niewoli i opuszczenia”. Edyta Chlebowska w książce „Ipse ipsum”. O autoportretach Cypriana Norwida (Lublin 2004) zdecydowanie opowiedziała się za interpretacją autobiograficzną, a w piątym tomie swego monumentalnego Katalogu prac plastycznych Norwida (Lublin 2020) omawia rysunek z Sandomierza Więzień z klepsydrą, podkreślając takie szczegóły, jak: „Na szyi obręcz przytwierdzona do drugiego ogniwa przykutego do kamiennego muru na wysokości głowy” i „po prawej zarysy muru z regularnych kamiennych bloków”. Potężna metafora poety prześladowanego, jak Tasso czy sam przyszły autor Promethidiona w berlińskim więzieniu.

 

*

M. czyta dalej wiersze o zwierzętach. W dwóch pięknych erotykach Grochowiaka wychwytuję spod powieki: „Lecz ponad wszystko niech twe rzęsy świecą, / Kiedy zmożona układałaś szyję / W mych chciwych rękach – i gasła latarnia” (Koń) oraz: „Są jednorożce o ciężkich powiekach, / Wędrują białe po wiśniowych sadach, / Ich grzywy płaczą po leniwych rzekach…” (Po ciemku). A w wierszu Poświatowskiej *** (Widziałam ostatnią pszczołę…), który jest rozmową z pszczołą, taki fragment: „Czy dobrze jest robić miód? / o – dobrze / i tylko tyle? / tylko – spojrzała na mnie zielonym / pełnym zapachu okiem / wzruszyła ramionami / miód – to jest życie” (podkr. JZ).

A potem szok przy trójwersowym wierszu (bez tytułu) Piotra Matywieckiego: „w paśniku wymieszane z sianem / drobno potłuczone szkło / dla sarny żeby poraniła wnętrzności i padła”.

Kilka dni temu, sypiąc, jak co dzień, owies dla saren do stojącego dwa metry za płotem paśnika zauważyłem na śniegu kawałek przezroczystego szkła, wielkości karty do gry. Nie zdziwiłaby mnie pusta butelka – ktoś się napił i rzucił na ziemię. Ale płaskie szkło? Butem pchnąłem odłamek pod karmnik, żeby ktoś przez przypadek nie nadepnął. Teraz jednak zaczynam się zastanawiać – czyżby ktoś w ten sposób próbował upolować jedną z naszych sarenek, wiernie od lat wracających w to miejsce po owies? Zaiste, poezja otwiera horyzonty. Także na bezmiar ludzkiego okrucieństwa.

 

Niedziela, 4 stycznia

Wśród kolejnych wierszy o zwierzętach spod powieki wychwytuję u Józefa Barana zatroskaną kwokę: „i taką ją zastajemy / na progu dnia / gdy wykluwamy się z powiek nocy” (Nasza kwoka nasza matka poranna), a u Bronisława Maja wyznanie: „Patrzę w jego żółte oczy, / za ich szklistą granicą otwiera się / otchłań, z której wtedy / wyszliśmy, wychodzimy, wciąż pogrążeni” (***, Inc. Podobno widzi wszystko w odcieniach szarości…).

 

Poniedziałek, 5 stycznia

 

„Pukiel sierści, pozostawiony pod karmnikiem na pamiątkę przez sentymentalną sarenkę?”. Fot. Jan Zieliński, Opypy 2026

 

*

Czytam stukilkudziesięciostronicowy esej Henryka Wańka [10], wpatrując się zarazem w autorską replikę jego obrazu Śląsko-Silesia-Schlesien. Ale podróż! Z aktualnymi elementami osobistymi, czy to w Wambierzycach w Kotlinie Kłodzkiej („[…] miasteczko posiadało swą wcześniejszą legendę i duchową tradycję. Jest nią cud odzyskania wzroku przez niewidomego Pana Jana na początku XIII wieku”, s. 51), czy we Wrocławiu („Pouczająca jest historia lekarza wrocławskiego, do którego w 1337 roku odwołał się czeski król Jan, cierpiący na zaburzenia wzroku. Gdy leczenie się nie powiodło, król polecił wrzucić medyka do Odry w jej najgłębszym miejscu”, s. 67). Do tego dodać wypada wzmiankę o jednym z dzieł Witela: „Traktat De natura daemonum, który zaczął pisać w Italii, ale skończył na Śląsku, podważał istnienie upiorów i zjaw. Tłumaczył je zaburzeniami wzrokowymi” (s. 73).

Podroż Wańka nie jest jednak podróżą okulistyczną, tylko alchemiczną i mistyczną – w skróceniu alchemistyczną. Toczy się niespiesznie, ni to w tempie konika, ni to pieszego pielgrzyma, między Oświęcimiem, który jest miejscem urodzenia autora, a wcześniej XIII-wiecznego mnicha i lekarza Mikołaja z Oświęcimia, po Görlitz/Zgorzelec, w którym zakończył ziemską wędrówkę Jakob Böhme, a w którym, jak o tym świadczą pewne niedawne pisma, chciałby zapewne dokonać ziemskiego żywota (po najdłuższym życiu, jak mu rzecz jasna życzymy) szacowny autor opisu i obrazu.

Erudycja naszego alchemisty z łatwością i wdziękiem przekracza granice ziem śląskich i czas rozkwitu na nich barokowego mistycyzmu Böhmego czy Anioła Ślązaka. Najpiękniejsza dla mnie osobiście opowieść dotyczy robaczka zamira. Zgodnie z pewnym apokryfem Salomon, nie chcąc naruszać zakazu używania żelaza, polecił do formowania kamiennego budulca używać owych robaczków, zdolnych rozłupywać skały. Waniek pisze, że robaczkami tymi zachwycał się potem Apollinaire, pisząc: „Robak zamir, który bez narzędzi potrafił zbudować świątynię jerozolimską, cóż to za przejmujący obraz poety!”. Rzetelność i skromność każą Wańkowi podziękować Arturowi Międzyrzeckiemu za „zwrócenie uwagi na ów apokryf i jego refleks w twórczości Apollinaire’a” (s. 48).

Najważniejszą częścią książki jest wnikliwa interpretacja starego rękopiśmiennego cyklu ilustracji, zatytułowanego Sapientia veterum philosophorum…, którego podobiznę wydał drukiem Klossowski de Rola (w indeksie nazwany imieniem Pierre, ale nie jest to pisarz i malarz tego imienia, brat Balthusa, tylko tegoż Balthusa syn, ezoteryk i rockman, zaś P. przed nazwiskiem to skromny skrót przybranego tytułu Prince de Rola). Waniek omawia znaczenie i wewnętrzne powiązania czterdziestu iluminowanych rysunków, z których 22 wykorzystał w swoim śląskim obrazie. Stojąc przed nim podziwiam maestrię tego projektu ikonograficznego, który rozwijał się od dawnej mapy Śląska (widzianego z góry, od północy), sięgającej od Nysy Łużyckiej („dzielącej wschód od zachodu Europy”, s. 60) ze Zgorzelcem po prawej, z Wrocławiem w centrum, potem Brzegiem, Opolem, aż po znajdujący się na lewo, na samym skraju Rybnik (miasto rodzinne Marii…). XVII-wieczne rysunki alchemiczne są punktem wyjścia do własnej, niesłychanie barwnej opowieści o Ziemi Świętej Śląska, która widzowi pozwala na powolną wędrówkę zachwyconym wzrokiem po trzydziestu sześciu kwaterach. Warto przy tym obserwować, jak przesuwające się w ciągu dnia światło słoneczne wydobywa strukturalny podział obrazu na wnętrze (16 pól) i pas zewnętrzny (20 pól), jak ukośne promienie wychwytują grudki ziemi, wystające z tej żywej mapy i ślizgają się po połyskliwych płaszczyznach alchemistycznych symboli. To płótno żyje swoim własnym tajemniczym życiem. Nocami lekko pomrukuje.

 

Czwartek, 8 stycznia

W „Wyborczej” rozmowa z Alberto Manguelem, który pozbył się swojej wielkiej biblioteki, pozostawiając czterdziestkę książek, do których wraca, takich jak Boska Komedia, Don Kichot, Alicja w Krainie Czarów, Człowiek, który był Czwartkiem. Uzasadnienie? „Klasyka to książki, które przy każdej ponownej lekturze ujawniają przed nami nowe sensy, mówił Italo Calvino. Właśnie takie książki sobie zostawiłem”. Manguel przypomina też przy tej okazji legendę o perskim wezyrze, który przenosząc swoją bibliotekę „utworzył karawanę z trzydziestu wielbłądów. Każdy z nich dźwigał książki, których tytuły zaczynały się od innej litery. Karawana szła w porządku alfabetycznym”. Ładne. Choć niesprawiedliwe dla niektórych wielbłądów.

 

JAN ZIELIŃSKI

[1] Stanisława Grzepskiego (1524-1570) „De multiplici siclo et talento hebraico”: polska egzegeza renesansowa wobec nauk europejskiej. Wstęp. Tekst. Przekład. Komentarz. Red. Waldemar Linke. Tłum. Dominika Budzanowska-Weglenda. Warszawa, UKSW, 2023, s. VII.

[2] Tamże, s. XV.

[3] Tamże, s. XXXVII.

[4] Tamże, s. LIV.

[5] Tamże.

[6] Beata Bolesławska-Lewandowska, Zygmunt Mycielski. Między muzyką a polityką. Kraków, PWM, 2025.

[7] Opowiedz zwierzę. Poetki i poeci o zwierzętach. Oprac. Barbara Niedźwiedzka. Kraków, Universitas, 2025.

[8] Kusek podaje, że pierwsza spisana wersja pieśni ukazała się w roku 1882 w antologii Józefa Chociszewskiego Wybór pieśni narodowych i wiąże jej genezę z powstaniem styczniowym (a nawet spekuluje na temat możliwego udziału Balcera Dubiela w tym zrywie). Pieśń jest wcześniejsza, można ją znaleźć, pt. Śpiew chłopka z Królestwa Polskiego, w krakowskim piśmie „Prawda. Pismo poświęcone dla ludu” 1848 nr 1.

[9] Św. Stanisław ze Szczepanowa, biskup krakowski, był wcześniej plebanem w Żębocinie.

[10] Henryk Waniek, Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 1257-1957. Kraków, Znak, 1996.

Pamięci Wojciecha Guzickiego

Zastanawiałem się, dlaczego Wojtek chciał, żebym mówił na jego pogrzebie.

Pewnie chciał, żebym opisał ten moment, kiedy dwadzieścia lat temu staliśmy przed freskami Lukki Signorellego w Orvieto. Na ścianach namalowane są sceny końca świata. Na fresku przedstawiającym przyjście antychrysta jest autoportret Signorellego, który przygląda się scenie. Wojtek zwrócił mi na niego uwagę, odwrócił się i wskazał na fresk przedstawiający zbawionych, i powiedział, że to najlepsze, co zostało namalowane w historii (co tym trudniejsze, że sceny z raju są zazwyczaj nudne), i że to tam dałby swój autoportret, żeby móc na ten obraz patrzeć w nieskończoność. A potem spojrzał na sklepienie, malowane przez Fra Angelico, z przedstawieniem nieba, i powiedział: „Tam też nie byłoby źle” i jak zwykle pojawił się na jego twarzy ten chłopięcy uśmiech zachwytu.

Pewnie chciał, żebym powiedział, że miał zawsze rację. Bo miał. Czasem było to trudne do przyjęcia, ale przede wszystkim było to szalenie praktyczne – wiadomo było, gdzie się zgłosić po radę, gdy chciało się rozwiązać jakiś problem i gdzie się po nią nie zgłaszać, gdy chciało się, żeby problem trwał.

 

 

Wiedział też, że powiem, że był wspaniałym nauczycielem, choć nie zrobił ze mnie matematyka, i że z lekcji matematyki pamiętam przede wszystkim, jak pokazywał renesansowy obraz Carla Crivellego, z idealnie wyrysowaną perspektywą, gdzie linie zbiegają się na Duchu Świętym pod postacią gołębicy. Uczył nas myślenia. Uczył, że proste rozwiązanie, kilka czystych linijek, zawsze jest najpiękniejsze. Uczył też życia, bo ten pogromca głupoty i nudy zawsze służył radą, i jak mało kto rozumiał życiowe problemy i ich ciężar.

Uczył zachwytu. Zachwytu wspaniałym winem (oczywiście, jak już byliśmy dorośli), pejzażem, i wreszcie sztuką. Żeby spojrzeć na romański kapitel, szczególnie jeśli rzeźbił go mistrz z Cabestany, gotów był z Elżbietą jechać setki kilometrów w upale. A gotyckie maswerki stały się przedmiotem jego pogłębionych badań – dzielił się nimi z uczniami, którzy byli wielką pasją jego życia. Była w gotyku nie tylko geometria (którą przestudiował jak nikt wcześniej w historii sztuki), ale także szkoła patrzenia. Gdy pokazał mi bogactwo geometrii w witrażach Notre Dame, powiedział: „A widzisz ten niewielki kawałek maswerku? Nie ma żadnego geometrycznego uzasadnienia! Po prostu dorysował, ot tak sobie, nie wiem dlaczego. Po prostu piękne!” – i tu znowu pojawiał się uśmiech, ale jeszcze szerszy, promienisty – pełnia zachwytu, dostępna chyba tylko Wojtkowi.

W genealogii matematyków jako uczeń Andrzeja Mostowskiego, był potomkiem Immanuela Kanta. Jednym z ważnych elementów filozofii Kanta była próba odpowiedzi na pytanie, czym jest zachwyt. Wyszła z tego ważna, ale zarazem zawiła i mało pociągająca teoria. Jego naukowy pra-pra-wnuk, matematyk, a zarazem dziecko rodziny o tradycjach malarskich, przechytrzył Kanta – po prostu opanował sztukę zachwytu. I uczył jej innych. Takiego nauczyciela można mieć tylko jednego w życiu. Wojtku, będę Ci zawsze za to wdzięczny – wszyscy będziemy.

MIKOŁAJ NOWAK-ROGOZIŃSKI

Słowa wygłoszone na pogrzebie Wojciecha Guzickiego, Konstancin-Jeziorna, 13 I 2026

Biblioteka Pana Cogito

Tyle książek słowników

opasłe encyklopedie

ale nie ma kto poradzić [1]

W Prologu do wydanej w 2018 roku biografii Zbigniewa Herberta Andrzej Franaszek pisze: „Na środku pracowni […] stoi biurko, a właściwie ustawiony na koziołkach jasnobrązowy blat, podarunek od niemieckiej reżyserki filmów dokumentalnych, który przyjechał tu z Berlina pojemnym volkswagenem na początku lat siedemdziesiątych wraz z kartonami pełnymi książek. […] Dookoła biurka – biblioteka, która jest jak opowieść o życiu i duszy właściciela” [2].

Dziś, blisko trzy dekady od śmierci Herberta (zmarł 28 lipca 1998 roku), gabinet w mieszkaniu przy warszawskiej ulicy Promenada wygląda tak samo. Jakby w dniu śmierci poety zatrzymał się w nim czas…

Biblioteka Zbigniewa Herberta zajmuje całe mieszkanie i liczy ponad 7 tysięcy woluminów książek i czasopism, nie licząc wydań jego twórczości. Największa część została zgromadzona w gabinecie poety na specjalnie zaprojektowanych regałach, zajmujących dwie najdłuższe ściany od podłogi aż po sufit. Drewniane półki zawieszone na metalowej konstrukcji (według pomysłu inżyniera Łady) pozwalającej na regulowanie ich wysokości i zagospodarowanie każdego centymetra kwadratowego powierzchni, a na nich precyzyjnie ustawione tomy i tomiki w układzie tematycznym. Część woluminów została obłożona w papier, a na ich grzbietach znajdują się tytuły zapisane ręką gospodarza. Biblioteka Zbigniewa Herberta charakteryzuje się przemyślanym układem, zwłaszcza jej części znajdujące się w gabinecie i sąsiadującym z nim korytarzu. Kolejne regały i półki układają się w działy, niczym w bibliotece publicznej (obłożenie książek w papier wywołuje podobne skojarzenie). Dzięki temu układ jest przejrzysty również dla potencjalnego czytelnika z zewnątrz: tu historia i poezja starożytna, w innym miejscu albumy z malarstwem, katalogi zbiorów muzeów z całego świata, historia nowożytna, historia sztuki, biologia, dalej słowniki językowe i przewodniki turystyczne, mapy, półka poetów w sypialni, filozofowie w przedpokoju… Korzystanie z biblioteki obfituje w niespodzianki w postaci wypadających z książek archiwaliów: listów, notatek, rysunków, biletów kolejowych, biletów wstępu do muzeów. W wielu książkach znajdują się dedykacje dla Herberta. Większość egzemplarzy jest albo podpisana (często obok podpisu znajduje się data i notka opisująca okoliczności nabycia), albo ma odbitą pieczęć: „Ex Libris Zbigniewa Herberta”. Można wśród nich znaleźć książki pochodzące ze zbiorów ojca poety, oznaczone pieczęcią „Dr. Bolesław Herbert / Lwów, plac Smolki 4”.

 

 

Znaczenia tej biblioteki nie sposób przecenić. Dzisiaj wiemy, że stanowi ona bezcenne źródło wiedzy na równi z archiwum. Notki naniesione ręką poety wspomagały niejednokrotnie jego biografa w łączeniu miejsc, dat i ludzi. Stanowiły też źródło do kalendarium życia i twórczości poety, które przygotował Henryk Citko [3].

Biblioteka Zbigniewa Herberta stała się jednym z pierwszych wyzwań dla utworzonego w 2005 roku Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. W 2006 roku archiwum Herberta trafiło do Biblioteki Narodowej, księgozbiór poety pozostał zaś w domu przy ulicy Promenada, w pieczy żony – Katarzyny Dzieduszyckiej-Herbert i ustanowionej z jej inicjatywy Fundacji im. Zbigniewa Herberta. Piotr Kłoczowski, kurator Instytutu Dokumentacji, wporozumieniu i za aprobatą Katarzyny Herbertowej, podjął działania zmierzające do ocalenia wiedzy o bibliotece, a co za tym idzie – samej biblioteki. Pierwszym etapem prac podjętych przy ulicy Promenada było sporządzenie spisu księgozbioru w układzie topograficznym. W latach 2005–2013 wszystkie woluminy zostały spisane, a ich opisy bibliograficzne uzupełnione informacjami o dedykacjach, marginaliach oraz wszechobecnych notatkach i rysunkach poety. Biblioteka została utrwalona w porządku pozostawionym przez autora Barbarzyńcy w ogrodzie i prawie w tym samym porządku pozostała do dziś. Prawie, bo życie się nie zatrzymało, a miejscem jej przechowywania było mieszkanie, w którym przez dwadzieścia siedem lat wiodła codzienne życie wdowa, i w którym jednocześnie miała siedzibę powołana przez nią Fundacja.

Prace prowadzone przez Instytut Dokumentacji w latach 2022–2024, będące kontynuacją zamierzenia z lat 2005–2013, potwierdziły, że układ książek na półkach niewiele się zmienił. Odnotowano nieliczne braki w stosunku do pierwotnego spisu i niewielkie przemieszczenia pomiędzy półkami, a czasem pomieszczeniami. W 2024 roku prace dokumentacyjne w bibliotece Zbigniewa Herberta zostały zakończone.

Niespokojne życie poety, trudności materialne i mieszkaniowe, liczne przeprowadzki, długie podróże i pobyty za granicą nie sprzyjały powstaniu biblioteki rozumianej jako warsztat i miejsce pracy twórczej. Mimo to początki księgozbioru sięgają czasów lwowskich, potem sopockich. Do wynajętej w 1957 roku kawalerki przy ulicy Świerczewskiego (dziś Aleja „Solidarności”) Herbert już metodycznie zwoził i przesyłał książki zakupione podczas podróży. Ale dopiero zbudowane w połowie lat siedemdziesiątych w mieszkaniu przy ulicy Promenada regały stały się dla biblioteki domem, w którym mogła się rozrosnąć.

 

 

Książki, czasopisma, słowniki, albumy, przewodniki. Notatki, autografy, dedykacje. Ukryte lub zapomniane rysunki, bilety, liściki. Zaczytane strony. Książki nigdy nie otwarte, przykryte grubą warstwą kurzu jeszcze za życia właściciela. Co czytał, które egzemplarze miał zawsze pod ręką, jak pracował, gdzie szukał odpowiedzi pisząc obszerne studia, jak rodziły się i kształtowały zamysły esejów i wierszy? W czasach kulturowej amnezji zachowany księgozbiór będzie świadczył o zawiłościach życia i dzieła, o losie dwojga ludzi, którzy z nim żyli…

„– Eurydyko – cicho mówi Hermes – zdradzę Ci tajemnicę losu. Orfeusz zginie wkrótce w podejrzanych okolicznościach. Wtedy będziesz wolna. Weźmiesz sobie za męża zdrowego osiłka o ramionach jak konary dębu, młodzieńca bez polotu, ale na tyle mądrego, że nie pragnie rzeczy nieosiągalnych. Nie masz pojęcia, jakie to będzie krzepiące po życiu z utalentowanym mazgajem.

– Sądzę – mówi szybko Eurydyka – że moi rodacy prędzej mnie ukamienują, niż pozwolą na drugie zamążpójście. Będę dla nich reklamą wierności i poezji, czymś w rodzaju wdowy narodowej. Posadzą mnie na skale, abym plotła natchnione wyrocznie albo zamkną w świątyni, co na jedno wychodzi. A potem umrę po raz drugi”. [4]

Katarzyna Dzieduszycka-Herbert zmarła 15 lutego 2025 roku. Nie była wdową narodową. Była kobietą świadomą odpowiedzialności za jednego z najwybitniejszych poetów XX wieku, kobietą ciepłą i mądrą. Przez lata po śmierci Herberta dbała o jego niematerialną i materialną spuściznę. Dzięki niej możliwe było wykonanie mozolnej pracy dokumentującej zawartość i układ biblioteki Pana Cogito. Dzięki niej możemy stanąć pośrodku gabinetu, pomiędzy stołem a półkami inżyniera Łady i powtórzyć za poetą: Tyle książek słowników / opasłe encyklopedie / ale nie ma kto poradzić

 

 

Wprowadzenie metodyczne

Inwentarz jest drugim inwentarzem prywatnej biblioteki opracowanym w ramach prac dokumentacyjnych Instytutu Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską. W związku z tym przy jego opracowaniu starano się zachować zasady przyjęte przy pierwszej publikacji [5]. Różny status księgozbiorów wymógł jednak wprowadzenie pewnych zmian. […]

W księdze inwentarzowej dokumentującej stan zbiorów biblioteki podaje się podstawowe dane bibliograficzne. Są to: autor (twórca), tytuł, tom, rocznik, rok wydania, wydawca, sposób nabycia, wartość. Te dane jednoznacznie identyfikują daną pozycję i dokumentują stan posiadania. W Inwentarzu postawiono na kompromis pomiędzy szczegółowością wymaganą przez pola księgi inwentarzowej a danymi, które charakteryzują zainteresowania właściciela. W rezultacie w Inwentarzu poza podstawowymi danymi identyfikującymi publikacje, takimi jak: autor (też redaktor lub opracowujący), tytuł, podtytuł (dla dokładniejszej identyfikacji), wydawca, miejsce i rok wydania, znalazły się informacje dodatkowe. Podano nazwiska tłumaczy (jako ważne kryterium w bibliotece poety i pisarza) oraz innych współtwórców, jeśli byli autorami dedykacji lub autorami przedmów czy ilustracji. Starano się jednak zachowywać zwięzłość opisów, by rzecz się niepostrzeżenie nie przeobraziła w obszerny katalog księgozbioru, a opisy zachowały przejrzystość. Za najistotniejszy cel opracowujący uznali bowiem utrwalenie układu biblioteki i uchwycenie związków pomiędzy stojącymi na półkach tytułami.

Inwentarz ma układ topograficzny. Obejmuje kolejne pomieszczenia i regały rejestrując publikacje wydane do roku śmierci poety (1998) w kolejności ułożenia na półkach. Numeracja pozycji ma jednak charakter wyłącznie porządkowy i nie została na stałe powiązana z przypisanymi do niej materiałami. Spis nie obejmuje wszystkich materiałów stojących na półkach – pominięte zostały książki i numery czasopism wydane po 1998 roku oraz wydania twórczości Zbigniewa Herberta. Jeśli na półce nie było książek kwalifikujących się do uwzględnienia, została ona w spisie opuszczona. […]

Ważny element biblioteki i Inwentarza stanowią podpisy i notki właściciela oraz dedykacje. Ponad 4200 książek zawiera tego rodzaju wpisy, w tym ok. 400 – dedykacje. Dedykacje wyróżniono w uwagach wyrażeniem wprowadzającym: „ded.”, po którym, jeśli było to możliwe, podano: imię i nazwisko osoby dedykującej oraz informację, kto jest adresatem dedykacji (ZH lub Zbigniew i Katarzyna Herbertowie). Jeśli autor dedykacji podpisał się tylko imieniem, pełną formę imienia i nazwiska podano obok w nawiasie kwadratowym. W nawiasach kwadratowych podano także inne informacje pochodzące od opracowujących. Uwagę zwraca fakt, że w opisywanym zespole znajdują się książki należące do żony pisarza i zawierające dedykacje Herberta dla niej. Uwzględniono je w spisie kierując się przekonaniem, że dopełniają one obraz biblioteki poety. W spisie odnotowano także książki zawierające dedykacje Zbigniewa Herberta dla różnych osób. Zarejestrowano je dla utrwalenia tych dedykacji, choć przypadki te stanowią odstępstwo od zasady pomijania w spisie wydań utworów Herberta.

Materiał dodatkowo porządkują indeksy: tytułów książek i czasopism, autorów oraz autorów dedykacji. W indeksie autorów uwzględniono wszystkie formy danego nazwiska występujące w tekście i zebrano je pod formą właściwą. Dla nazwisk rosyjskich i ukraińskich przyjęto ich formę spolszczoną, podając je również w formie transliterowanej. Indeks tytułowy pozwolił na zebranie powtarzających się tytułów, ustawionych w bibliotece w różnych miejscach. Przy jednakowo brzmiących tytułach książek po ukośniku podano nazwisko autora lub nazwę wydawcy. Dotyczy to głównie dzieł zebranych, tytułów typu „wiersze”, „eseje” itp. oraz przewodników.

DOROTA FORTUNA

Fragment wstępu do tomu „Biblioteka Zbigniewa Herberta. Inwentarz”. Spis przygotowały Emilia Olechnowicz i Dorota Szczerba. Uzupełnił Henryk Citko. Opracowała Dorota Fortuna. Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, 2025.

[1] Z. Herbert, Pan Cogito szuka rady, w: 89 wierszy. Wybór i układ autora. Kraków, a5, 2008, s. 119.

[2] A. Franaszek, Herbert. Biografia. T. 1, Niepokój. Kraków, Znak, 2018, s. 11.

[3] H. Citko, Kalendarium życia i twórczości Zbigniewa Herberta. Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, Instytut Badań Literackich PAN, Fundacja Akademia Humanistyczna, 2025.

[4] Z. Herbert, H. E. O. W: Król mrówek. Prywatna mitologia, Kraków, a5, 2008, s. 12. Utwór dedykowany Katarzynie Herbertowej. Tom wydany po raz pierwszy w 2001 roku, zrekonstruowany i opracowany przez Ryszarda Krynickiego.

[5] Biblioteka Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Inwentarz. Oprac. Dorota Fortuna. Warszawa, Instytut Dokumentacji i Studiów nad Literaturą Polską, 2019.

Muzeum cz. 9 – O mazurskim szkolnictwie i kwestii językowej raz jeszcze

Na parterze w lewej (tej mniejszej) części chałupy odtworzyliśmy wiejską klasę szkolną, a w przylegającym do niej małym alkierzu skromne mieszkanko wiejskiego nauczyciela. Skąd pomysł na urządzenie jednoizbowej szkoły w wiejskiej chacie? Nie jest to nasza fantazja czy wydumana inscenizacja, lecz opowieść oparta na realiach i dokumentach sprzed ponad stu lat. Ale od początku…

Historia szkolnictwa na Mazurach sięga czasów państwa krzyżackiego, gdy w tzw. wsiach kościelnych funkcjonowały szkoły przykościelne, w których chłopców uczono elementów łaciny, śpiewu gregoriańskiego, podstaw czytania, pisania i rachowania. Były to jednak szkoły dla wybranych, dopiero na początku XVIII wieku wprowadzono powszechny obowiązek szkolny oraz zasady organizacyjne szkół powszechnych (Allgemeine Volksschulen). Król Fryderyk Wilhelm I powiadomiony, że w wielu miejscach, zwłaszcza we wsiach, dzieci i młodzież dorastają bez umiejętności czytania, pisania, liczenia i znajomości katechizmu, wydał 28 września 1717 roku edykt (Generaledikt No. XCVII: Verordnung, daß die Eltern ihre Kinder zur Schule, und die Prediger die Catechisationes, halten sollen; vom 28. Sept. 1717), w którym – pod groźbą kary, zobowiązywano rodziców do posyłania dzieci tam „gdzie szkoły są [wo die Schulen seien], codziennie zimą i co najmniej raz lub dwa razy w tygodniu latem, gdy rodzice potrzebują dzieci do gospodarstwa domowego”.

Obowiązek dotyczył wszystkich dzieci w wieku od pięciu do dwunastu lat, także dziewczynek, a tam gdzie szkół nie było – czyli w małych wioskach, należało nauczać w izbach lekcyjnych urządzanych w wiejskich chatach (in einer Bauerstube) wynajmowanych z reguły u bogatszych gospodarzy (bo mieli większe chałupy niż zwykli zagrodnicy). W szkołach tych czytano Biblię i katechizm oraz uczono podstaw pisania, a nauczaniem dziatwy zajmowała się nierzadko wioskowa „elita” – kościelni, rzemieślnicy (krawcy, szewcy, cieśle), wysłużeni żołnierze lub co bardziej rozwinięci umysłowo mieszkańcy wsi – wystarczyło, że posiadali jako takie umiejętności czytania, pisania i rachowania (do końca XIX wieku na Mazurach wykwalifikowanych nauczycieli było bardzo mało, zwłaszcza w małych wsiach). Poza tym zobowiązano księży do nauczania katechizmu w każdą niedzielę. Kolejnym ważnym dokumentem było królewskie rozporządzenie Principia regulativa z 30 lipca 1736 roku, zobowiązujące każdą parafię i społeczność wiejską do zakładani szkół. Z rozporządzenia wynikało jednak, że droga dziecka do szkoły nie powinna być dłuższa niż pół mili (nicht weiter als eine halbe Meile) czyli około 3,5 km. Wiele wiosek nie stać było na budowanie szkół, mimo że król zapewniał bezpłatne drewno na ich budowę, drewno opałowe na ogrzewanie, a nawet morgę ziemi sąsiadującej ze szkołą, którą mógł użytkować nauczyciel. Nadal istniały więc klasy szkolne urządzane w izbach wiejskich. Tak było choćby w starostwie piskim, o czym jeszcze ponad wiek później pisał specjalny wysłannik Friedrich Salomo Oldenberg: „Szkoły znajdują się tam tylko w większych wsiach. W wielu mniejszych zatrudnia się na zimę nauczyciela, bo inaczej dzieci mogłyby pobłądzić i zginąć na odległych drogach przez lasy i pustkowia. Takim nauczycielem angażowanym na zimę bywa jakiś gospodarz na dożywociu, który prowadzi szkołę w izbie chłopskiej i przez okres tej nauki chodzi stołować się od domu do domu”.

W tych małych wiejskich szkołach nauka odbywała się w systemie klas łączonych – dzieci w różnym wieku uczyły się w jednej izbie lekcyjnej. Dopiero pod koniec XIX wieku powstawały szkoły wieloklasowe, najczęściej dwu- i trzyklasowe, ale w nich także nie było rozdziału na poszczególne roczniki. W wioskach, gdzie były szkoły jednoklasowe, a liczba dzieci przekraczała liczbę miejsc w ławkach, funkcjonowały tzw. szkoły półdniowe: część dzieci miała lekcje do południa, druga część po południu. Taka szkoła jednoklasowa była choćby w Pieckach (pow. Mrągowski) jeszcze w 1884 roku, a naukę w niej pobierało 122 dzieci! W powiecie piskim w 1939 roku na 114 szkół wiejskich było jeszcze 58 szkół jednoklasowych, w których nauka odbywała się w systemie klas łączonych. No i właśnie taką jednoklasową szkołę wiejską odtworzyliśmy w izbie przeniesionej przez nas chałupy z Warnowa.

Jak wiele razy w naszej mazurskiej historii ważną rolę odegrał przypadek… Pewnego słonecznego majowego dnia 2001 roku, przejeżdżałem obok szkoły podstawowej w Ukcie (szkoła ta istnieje od około 1800 roku, od 1884 roku mieści się w murowanym budynku z czerwonej cegły). Jadąc powoli zauważyłem na placu za szkołą stos starych ławek szkolnych i dym z płonącego ogniska. Zatrzymałem się i ruszyłem w stronę ognia. Od krzątających się pracowników dowiedziałem się, że opróżniają dużą drewnianą szopę, magazyn, w którym trzymano stare, „poniemieckie” ławki, a znajdujące się tam „nikomu niepotrzebne rupiecie” mają spalić, potem rozbiorą szopę, bo w jej miejscu powstanie nowa sala gimnastyczna. Na szczęście oprócz robotników był jeszcze w szkole ktoś z kierownictwa, kto pozwolił mi zabrać część „rupieci” („będzie mniej do palenia”), a nawet zaoferował kilka innych zbędnych sprzętów, które od lat leżały na strychu. W ten sposób uratowałem od ognia czternaście ławek (po mazursku banki), drewniany trójnóg z dużą zieloną tablicą szkolną oraz oszkloną gablotkę. Od razu tego samego dnia wszystkie meble zostały przewiezione do Kadzidłowa, ale nie bardzo wiedzieliśmy, co z nimi dalej zrobić. Nie śniło nam się jeszcze przeniesienie chałupy z Warnowa. Ba, nie mieliśmy nawet miejsca na zmagazynowanie tych wszystkich „rupieci”, bo trwała przebudowa dawnej obórki. Ale była piękna pogoda, zbliżało się lato, więc póki co ustawiliśmy ławki… przed Oberżą, na łące! I w ten sposób powstała, traktując rzecz dosłownie, „zielona szkoła”, która okazała się atrakcją nie tylko dla dzieci…

 

Ławki szkolne prowizorycznie ustawione przed Oberżą stały się ulubionym miejsce także dla „dużych dzieci”. Na zdjęciu – w pierwszej ławce „prymuska” Zosia Góralczyk-Markuszewska, za nią Danusia i Kamila Drecka, a na końcu, w „oślej ławce” siedzą Jurek Markuszewski i Maciej Domański. Dwoje z nich odrobiło lekcję wpisując się do „Księgi Gości”: „W takim miejscu hedoniści i łasuch karmią swe wydelikacone żądze, a zarazem zaczynają rozumieć piękno prostoty w kuchni, w przyrodzie, ale przede wszystkim w serdeczności przyjęcia przez Gospodarzy, którzy już po chwili stają się nie tylko duchową Rodziną. Wielkie Dzięki…” – Kamila Drecka, Maciej Domański, 2 VI 2001.

 

Jesienią ławki przenieśliśmy z łąki do „galerii” – największego pomieszczenia w przebudowanej już obórce, ustawiliśmy też trójnóg z tablicą, na ścianie powiesiliśmy plansze szkolne i mapę Europy z 1917 roku – pomoce szkolne, które kilka lat wcześniej kupiłem na giełdzie staroci w Zielonej Górze. I tak powstała niemal kompletnie urządzona (choć początkowo skromnie) wiejska izba szkolna. Po kilku latach przenieśliśmy je do naszego muzeum, gdzie została wzbogacona o liczne szkolne pomoce i eksponaty, które udało nam się dokupić. Teraz nasza szkoła jest niczym przysłowiowa „wisienka na torcie” i wywołuje największe emocje zarówno wśród starszych, jak i u dzieci, dlatego zwykle tam kończymy oprowadzanie po muzeum. Starszym przypomina się w niej młodość, niektórym kojarzy się z Umarłą klasą Kantora, dzieciom kojarzy się z bajkami czy filmami, ale też próbują pisać piórem ze stalówką maczaną w kałamarzu z atramentem lub kredą na łupkowych tabliczkach. Niekiedy odwiedzają nas też byli uczniowie szkoły w Ukcie, którzy uczęszczali do niej przed 1945 rokiem i ze wzruszeniem robią sobie pamiątkowe zdjęcia w „swoich” ławach szkolnych, w których teraz z trudnością się już mieszczą. Wśród gości był dziennikarz Klaus Bednarz, jedna z najbardziej znanych osobowości niemieckiej telewizji, pierwszy korespondent ARD w Warszawie (w latach 1971–1977, potem korespondent w Moskwie), wieloletni szef działu reportażu, autor ciekawych i obiektywnych (a nie tendencyjnych – jak to w tamtych czasach bardzo często bywało!) filmów, reportaży i książek o Polsce, Mazurach i Prusach Wschodnich. Bardzo się ucieszył na widok klasy, a do naszej „Księgi Gości” wpisał: „Wspaniale, że tutaj jest odtworzony kawałek oryginalnych Mazur. Tutaj odkryłem szkolną ławkę mojego taty z Ukty […] Klaus Bednarz, 7 I 2003”. Jego dziadek i ojciec pochodzili bowiem z Ukty, uznał więc, że „z pewnością w tych ławkach siedział mój tata”.

 

Odtworzona w muzeum jednoizbowa szkoła wiejska: Dwanaście ławek ze szkoły w Ukcie, duża mapa szkolna Kreis Sensburg (dawnego powiatu mrągowskiego, w granicach którego znajdowało się wcześniej Kadzidłowo) oraz wiele rozmaitych przedmiotów i pomocy szkolnych.

 

Oczywiście dwanaście ławek szkolnych (dwie oddaliśmy w prezencie do zaprzyjaźnionych szkół: społecznej i eksternistycznej domowej), tablica, witryna i kilka pomocy szkolnych to za mało na wyposażenie całej klasy muzealnej. Latami trwało więc wyszukiwanie rozmaitych przedmiotów tematycznie związanych ze szkołą. Udało się dokupić tabliczki łupkowe, liczydła, tornistry – drewniane (znalezienie ich trwało najdłużej, ale mamy aż dwa, w tym jeden podarowany przez jednego z gości), tekturowe i skórzane, jest kolekcja drewnianych piórników, obsadek, kałamarzy, etc. Mamy też dawne pomoce szkolne: globus, rozmaite atlasy geograficzne i historyczne z XIX/XX wieku (najstarszy z 1875 roku), duże plansze przedstawiające m.in. słonia, niedźwiedzia czy mamuta, a także plansze o tematyce religijnej. Na ścianie wisi duża szkolna mapa Kreis Sensburg (Powiat Mrągowo; do tego powiatu należało wcześniej Kadzidłowo) opracowana ok. 1930 roku przez mrągowskiego radcę szkolnego (Schulrat) Georga von Hassela, który był także autorem Masursen FibelElementarz Mazurskiego z 1929 roku – w muzeum mamy podarowaną przez jego córkę kopię autorskiego egzemplarza (z pieczątką autora) oraz wydany niedawno reprint.

 

Globus z lat 1920/30, świadectwa szkolne z lat 1867-1900, „Elementarz Mazurski”, „Elementarz dla szkół w Prusach Wschodnich”, plan lekcji, pomoce dydaktyczne, etc.

 

Jak na szkołę elementarną przystało są też rozmaite elementarze niemieckie (Fiebel) z I połowy XX wieku, m.in.: Lernfreude. Deutsche Schreiblese-Fibel von Maximilian Schlegl z 1936 roku, Geschichten für kleine Leute. Fibel für das Ganzheitlesen mit Bilder… z 1941, Ostpreußenfibel z 1942 roku, a także kilkanaście podręczników szkolnych, które z reguły w tytule miały dopisek: für Ostpreußens Schulen – czyli były przeznaczone specjalnie dla szkół w Prusach Wschodnich (czy poza nazwą różniły się treścią od podręczników z innych prowincji?) jak np.: Arbeitsbuch zur deutschen Sprachlehre und Rechtschreibung für Ostpruessen z 1935 roku (do nauki pisania), Rechenfibeln für Ostpruessen z 1938 (do nauki liczenia), Musikbuch für Ostpreußens Schulen i Liederbuch für Volksschulen Ostpruessen (do nauki muzyki i zbiór piosenek), a nawet Religion für Ostpreußens Schulen z 1931 roku.

 

Świadectwo ukończenia w 1900 roku szkoły w Dąbrówce (Dombrowken – w pow. piskim lub węgorzewskim – są dwie wsie o tej samej nazwie) przez Amalię Ligmanowski, która „od 13 maja 1893 do 24 listopada 1900 roku regularnie do niej uczęszczała, a od 2 maja 1899 przeszła do wyższego stopnia, a dzięki pilności uzyskała następują wiedzę i umiejętności…”. Na świadectwie jest dziesięć przedmiotów i ocen oraz życzenie na przyszłość: „Niech Bóg Ciebie chroni i błogosławi na dalszej drodze życia” i fragment Psalmu 37 („Los złych i dobrych” wers 37): „Strzeż uczciwości, przypatruj się prawości, bo w końcu osiągnie [ten] człowiek pomyślność”.

Interesującymi eksponatami są ozdobne świadectwa ukończenia szkoły elementarnej (Schul-Entlasungs-Zeugnis) z 1889 i 1900 roku, a także trzy świadectwa z 1867/8 roku (1-3 trymestr) z królewskiego katolickiego gimnazjum dla ucznia (den Schüler) Władysław von Sikorski (zbieżność przypadkowa). Mamy też napisany dziecięcym, koślawym pismem po niemiecku, z błędami ortograficznymi, plan lekcji w mazurskiej szkole wiejskiej (prawdopodobnie w pobliskich Pieckach), w której nauka odbywała się sześć dni w tygodniu: (w poniedziałki i czwartki po cztery godziny lekcyjne od godziny 8 do 12, w pozostałe dni po trzy lekcje od 8 do 11), łącznie dwadzieścia godzin tygodniowo. Dzieci miały codziennie język niemiecki – Deutsch, pięć razy w tygodniu rachunki – Rechnen, po dwa razy tygodniowo: pisanie – Schreiben, naukę o ojczyźnie – Heimatkunde, gimnastkę Turnen, a po jednej godzinie: muzykę – Musik, rysunki – Zeichnen oraz religię – Religion.

Jak widać nauka języka niemieckiego była wówczas już najważniejsza, dlatego raz jeszcze wrócę do kwestii języka. Do 1873 roku lekcje w mazurskich szkołach odbywały się głównie w języku polskim, mimo, że już w 1831 władze prowincjonalne w Królewcu domagały się, by w każdej szkole przeznaczyć jedną godzinę, a gdzie to było możliwe dwie lub więcej, na zaznajamianie uczniów z językiem niemieckim. Problemem okazał się jednak brak nauczycieli języka niemieckiego w polskojęzycznych środowiskach mazurskich. Utworzenie w 1871 roku Rzeszy Niemieckiej, rozwój gospodarczy i modernizacja państwa sprawiły, że nasiliła się walka o język niemiecki, a raczej walka z językiem polskim. 24 lipca 1873 roku na polecenie Karla Wilhelma Georga von Horna, nadprezydenta Prus (1878-1882 r. Prus Wschodnich) ogłoszono dekret, w którym oznajmiono, że „we wszystkich przedmiotach nauczania językiem wykładowym jest niemiecki”. Wyjątkiem była religia, której do 1888 roku uczono jeszcze po polsku, choć w niektórych szkoła zaniechano tego już wcześniej, uznając, że „kto nie uczy po niemiecku także religii, ten nie jest przyjacielem ludu i ojczyzny, nie jest chrześcijaninem”.

Pomimo nacisków, rozporządzeń i zakazów język polski dominował jednak nadal w tzw. starostwach polskich na południu Mazur, m.in. w szczycieńskim, piskim i ełckim. Jak wykazał spis uczniów przeprowadzony w 1905 roku aż 83,4% uczniów powiatu piskiego podawało język polski jako rodzinny, bo w ich domach nadal tak mówiono. Nie tylko mówiono, ale dbano o jego nauczanie, czego świadectwem są znajdujące się w naszych zbiorach dwa polskie elementarze do użytku domowego, cenne, bo rzadkie eksponaty.

 

„Toruński elementarz Polski z obrazkami, zastósowany do potrzeb dzieci, uczących się w szkole tylko po niemiecku”, wydany przez Sylwestra Buszczyńskiego w Toruniu: jeden (widoczny także na dolnym zdjęciu) w 1901 roku, drugi ok. 1910. Obok podstawowe przybory szkolne.

 

Do klasy szkolnej przylega niewielka izba, w której urządziliśmy skromne mieszkanko wiejskiego nauczyciela – po mazursku rechtóra, rektóra. W filmowej adaptacji powieści Konopielka Redlińskiego w podobnej izdebce mieszkała „uczycielka”, jednak to nie powieść, czy późniejszy film, były dla nas inspiracją, ale archiwalne dokumenty i plany oraz opisy historyczne [1].

Wspierana przez państwo pruskie budowa szkół i organizowanie klas w chatach wiejskich nie rozwiązywały problemu edukacji na wsiach, zwłaszcza tych małych i biednych w Puszczy Piskiej. Wyzwaniem było ich utrzymanie. Koszty utrzymania szkół oraz nauczycieli w głównej mierze ponosiły gminy wiejskie, każda rodzina musiała płacić czesne, co często nie starczało na pokrycie wszystkich potrzeb. Poprawieniem stanu rzeczy miała być założona w 1736 roku przez Fryderyka Wilhelma fundacja „Mons pietatis” z kapitałem wynoszącym 50 tysięcy talarów przeznaczonych wprawdzie głównie na wspieranie budowy szkół w ubogich rejonach, ale odsetki z kapitału miały być przeznaczone na uposażenie nauczycieli. Aby ulżyć w niedostatkach posada nauczyciela wiejskiego związana była z różnego rodzaju przywilejami. Rechtór miał prawo do jednej chełmińskiej morgi ziemi ornej (ca. 0,56 ha), ogrodu warzywnego, drewna opałowego, a także zwyczajowo do świadczeń w naturze: otrzymywał m.in. zboże, sól, słoninę, a często obiad od gospodarza, u którego znajdowała się izba lekcyjna lub jego sąsiadów. Władze pruskie liczyły nie tylko po cichu, że znajdą sobie oni jakieś dodatkowe dochody: „Jeśli nauczyciel jest rzemieślnikiem, już może on się wyżywić, jeśli nie, zezwala się mu podczas żniw pracować przez sześć tygodni za dniówkę”.

Sytuacja materialna wiejskich szkół i nauczycieli często była jednak tragiczna, co poświadcza relacja, wizytującego Mazury pod koniec XVIII w. radcy konsystorza królewieckiego, G. E. S. Henniga: „w Szczytnie cała szkoła składała się z jednego pokoju […], gdzie musiało pomieścić się sto czterdzieścioro dzieci, a nauczyciele w Orzyszu i Białej Piskiej za swoje pensje ledwo mogli się wyżywić”.

Z archiwalnych dokumentów wiadomo, że w 1814 roku nauczyciel w mazurskiej Karpie oprócz niezbyt wysokiego wynagrodzenia pieniężnego za swoją pracę, mógł bezpłatnie mieszkać w budynku szkoły utrzymywanym przez miejscową społeczność (Schulhause, welche die Societät in Dach und Fach erhält), miał prawo użytkować morgę ziemi ornej oraz morgę ogrodu, otrzymywał bezpłatnie drewno na opał, zboże, furę siana i słomę. Miał prawo hodowania i wolnego wypasu dwóch krów, cielaka, czterech owiec i trzech świń – co wszystko zostało skrzętnie zapisane w kontrakcie. Kontrakt kontraktem, ale społeczność lokalna nie zawsze dbała o to, co było w nich zapisane, dlatego inny nauczyciel tej samej szkoły w 1835 roku notował [pisownia oryginalna]: „Skarge donosze iuż podrugi raz do Mości Pana Landtrata iako ża będący nauczyciel w Karpie natych upornych gospodarzow którzy nie chcą zboza iaki tez szkolnego kwartału [wynagrodzenia] wypłacic za rok 1834”.

 

Odtworzona skromna izdebka wiejskiego nauczyciela.

 

Urządzone przez nas mieszkanko wiejskiego nauczyciela „opowiada” o takiej właśnie historii: mała izba z małym oknem, a w niej łóżko, niewielki kredens, walizka i kufer podróżny, stolik z emaliowaną miską i dzbanem do mycia oraz liczne drobiazgi osobiste: ubrania, buty z cholewami, okulary, książki (z XIX i XX w.), flet, pakiet papierosów (Zigareten II Sorte), drewniana klatka na ptaszka, a na ścianie mapa Europy z 1917 roku oraz „luksus”: zegar szwarcwaldzki.

KRZYSZTOF A. WOROBIEC

[1] Więcej: Antoni Worobiec, Krzysztof A. Worobiec, Z dziejów szkolnictwa na ziemi piskiej, „Znad Pisy” 2004-2005 nr 13-14.

Nad Owidiuszem (14)

W Raju utraconym Adam i Ewa, „nasi pierwsi rodzice”, przyrównani zostają do pary potopowych ocaleńców:

 

Nie błahych spraw dotyczyła ich prośba,

Ni mniej doniosła była niż ta,

Z którą – jak głoszą baśnie, choć młodsze

Niż ta historia – Deukalion i Pyrra

Przed świętym przybytkiem Temidy stanęli,

Ród ludzki, zatopiony, pragnąc odnowić.

(tłumaczę roboczo; XI, 10-15)

 

John Milton, jeden z największych i najpilniejszych uczniów Owidiusza, odnalazł tę przypowieść grecką pośród genezyjskich partii Metamorfoz, w których ja – próbując przymierzyć świat współczesny do klasycznych miar (sic, Kubiak) – tkwię obecnie, czego dowodem te zapiski, czasem ściśle z tematem powiązane, kiedy indziej nie; gatunek jednak, którego początki nowożytne dał Michał z Montaigne, nie tylko takie praktyki usprawiedliwia, ale i do nich zachęca… Jak w przypadku Boskiej Komedii, także i tu trzeba carmen perpetuum zaliczać do głównych obok Biblii źródeł poetyckiej i myślowej inspiracji.

W ogóle Milton jest arcy-owidiański. W jego Raju na każdym nieomal kroku czuć obecność rzymskiego poety i w ogóle antycznej tradycji poetyckiej.

 

 

Nie po raz pierwszy i nie po raz ostatni usprawiedliwię się, że kiedy z taką lekkością tu czy w innych miejscach stawiam znak równości między Metamorfozami Owidiusza a antykiem, to nie dlatego, że mam na punkcie tego poematu obsesję, ale ponieważ – to nie tylko nośna retoryka! – był on rzeczywiście czymś na kształt „biblii pogan”. Dzieło to wchłonęło całość: od Homera i Hezjoda przez tragików, filozofów i dziejopisów aż po Wergiliusza, właściwie Owidiuszowi współczesnego, a zarazem napisane zostało w taki sposób, iż odnosi się wrażenie, że jego akcja rozgrywa się stale…

Poeta, o czym już pisałem (i nieraz jeszcze napiszę), stał się dla wieków późniejszych olbrzymem (jak o starożytnych miał mawiać Bernard z Chartres) do tego stopnia, że jego autorytet nieomal boski przyćmił rewerencję dla wszystkich innych starożytnych – czy to Cycerona, czy to Wergiliusza, czy to Greków, poznawanych często w przekładach – razem wziętych.

Pewien wybitny intelektualista, z entuzjazmem przyjmując mój skok na Metamorfozy, napisał – jakże trafnie w każdym słowie! – że Owidiusz to „ostatni chyba rzut na taśmę mityczną… requiem! I z niego potem wszyscy…”.

I Milton też. Włącznie z konstrukcją centralnej dla Raju postaci: protagonisty i, co w tym przypadku oznacza to samo, antagonisty.

Szatan, zbuntowany przeciwko tyrańskiej władzy Pana Niebios i za tę postawę surowo ukarany, to alter ego angielskiego poety niepogodzonego z restauracją monarchii Stuartów i dożywającego dni w odosobnieniu; i w piekielnych ciemnościach! (Milton wskutek wieloletniego ślęczenia w księgach stracił wzrok i Raj utracony podyktował w całości córkom).

Ale Szatan to także Likaon – król Arkadii sprzed Potopu, bohater jednej z pierwszych owidiuszowych przypowieści. W obu przypadkach mamy do czynienia z obrazoburcą, który podnosi rękę na najwyższe bóstwo (u Miltona ma ono więcej z Jowisza niż ze starotestamentowego Jahwe); w obu dziełach jesteśmy świadkami kary-przemiany (w węża i w wilka). (Na marginesie: pojedynek poetycki pod hasłem „kto umie naraz lepiej i więcej przemienić?!”, to osobny, cudowny temat…). I tam, i tu wreszcie – jak czujemy – poeta tego buntu w istocie nie potępia(!). A w każdy razie: stwarza przestrzeń dla… zrozumienia. Ilekroć mówi się w Metamorfozach czy Raju utraconym o „bezbożnym” czynie czy „haniebnym” występku, to odnosimy wrażenie, że słowa te wypowiadane są bez przekonania…

Stąd też prawdziwie olśniewające są te partie Raju, które poświęcone zostały Szatanowi właśnie, tj. pierwsze i ostatnie księgi, a nie Bogu, Synowi Bożemu, archaniołom czy Adamowi i Ewie – choć oczywiście cały poemat zasługuje na podziw. Jednak, o ile równie malownicze Piekło Dantego nie pozostawia złudzeń co do chrześcijańskiego światopoglądu autora, o tyle Milton – ojciec duchowy romantyków, mistyków, metafizyków i egzystencjalistów (i dlatego nie możemy o tej jego dwuznaczności zapominać) – ma do Szatana stosunek ambiwalentny. Nie chodzi wcale o litość; poeta rozumie postawę tego buntownika: czyż Bóg-Wróg (Foe) nie jest po prostu tyranem? (Sole reigning holds the Tyranny of Heav’n, I, 124). Niesłusznie jednak, myślę, uważa się Milton za krypto-satanistę. Nie trzeba też szukać w nim neopoganina, choć nie mam wątpliwości, że wielu pobożnych chrześcijan łapało się za głowy, czytając wersy, w których sprawy biblijne przeplecione zostały z grecko-rzymskimi w tak bezceremonialny sposób! I w których świat antycznych kontekstów służy wcale nie literackiemu zdobnictwu…

Ale Milton jest w pełni oryginalny. Jego Szatan jest figurą głęboko tragiczną (w tym sensie, jaki terminowi „tragizm” nadawali Ajschylos, Sofokles i Eurypides, potem Szekspir) i zapowiada już człowieka zupełnie nowoczesnego. I zupełnie nowoczesne pytanie: „Co, jeśli buntuję się tylko przeciwko nicości?”.

Milton idzie dalej niż Dante Alighieri – w sensie tak egzystencjalnym, jak i obcowania z surowcem grecko-rzymskim: nie stara się godzić antyku z chrześcijaństwem; w Raju utraconym jakby pęka ono w szwach i antyk wyłazi tam wszędzie na wierzch, i pulsuje, i daje znak, że żyje…

Światy Księgi Rodzaju i Metamorfoz zdają się tu koegzystować: Bóg i Olimpijczycy poruszają się jakby w tym samym wszechświecie, współtworzą go i współdefiniują, rządzą nimi te same prawa fizyki; aniołowie i pomniejsze bóstwa pogańskie krzątają się podobnie i w podobnych sprawach, Gabriel i Michał są tak samo „realni” jak Jutrzenka czy Ocean. Oczywiście, nasza uwaga kierowana jest tu na sprawy i postacie biblijne, ale jednak… Kiedy poeta mówi, że „Bóg i Natura chcą tego samego” (God and Nature bids the same; VI, 176), to puszcza oko do czytelników Owidiusza, którzy pamiętają z Metamorfoz, że „ten spór rozstrzygnęli bóg i potężniejsza natura” (Hanc deus et melior litem natura diremit, I, 21).

Cóż to wszystko znaczy?

Milton jakby mówi (co jest nieprawdą, ale uzasadnia dobrze poetykę dzieła): „Niestety, ale nie potrafię (a może nie chcę) opisać świata chrześcijańskich wyobrażeń bez odniesień do antyku pogan!”.

A może nie jest to nieprawdą? Może chrześcijaństwo, będące przecież niewątpliwe konglomeratem tego, co greckie, tego, co rzymskie, i tego, co żydowskie, nie jest bytem możliwym do pomyślenia, a co dopiero pochwycenia piórem, bez całej pogańskiej czarnej materii?

Cóż, wiele było powodów, dla których Kościół Katolicki uwzględnił Raj utracony w Indeksie Ksiąg Zakazanych.

Plątanina tradycji i plątanina przekazów.

Milton wchłania opowieści biblijne i pogańskie, i robi z nich własną. Tak samo działał przecież Owidiusz w Metamorfozach (a wcześniej Homer w Iliadzie i Odysei): jego podania o „początkach” (nie tylko) mają wszak wiele źródeł, tak rzymskich jak greckich (pośrednio także wschodnich), a te nieraz są ze sobą sprzeczne i jawnie się wykluczają. Jedynie kunszt poetycki autora, magiczny woal, który nad nami rozsnuwa, pozwala nam wierzyć, że owa opowieść prowadzona „od początku świata aż po nasze czasu” jest spójna i logiczna.

Nie jest. Ale też: czy cokolwiek na tym świecie – jest?

JACEK HAJDUK

 

Topolowa aleja

Obraz na widokówce sprzed kilkudziesięciu lat, wygrzebanej spośród wyrzucanych zawodowych szpargałów: aleja między Kazimierzem a Puławami. Fotografował, wedle klasycznych reguł kompozycji kadru, ustawienia brył, płaszczyzn i linii perspektywy, Stefan Zwoliński, i spojrzenie każdego, kto rzuci okiem na tę jego pracę, pobiegnie wzdłuż kolumnady pni, pod ciemnym sklepieniem koron, ku „silnemu” punktowi w oddali, temu samemu, ku któremu toczyły się – tu nieobecne – konne wozy czy auta, jeszcze nieliczne w czasach zdejmowania tej fotografii. Po bokach traktu sędziwe topole czarne, zwane też, bo to właśnie drzewo łęgów wielkich rzek na niżu – nadwiślańskimi (w tym miejscu do Wisły bliziutko, dzieli ją od traktu tylko wąski pas żyznej terasy, często zalewanej przez wezbraną rzekę; z młodości pamiętam stąd chmielniki i wygrzewające się w słońcu dynie, na które mawiano – a to pamiątka po ogrodnikach i kupcach z Podola i Besarabii – kawony). To bez wątpienia tego właśnie gatunku topole, bo pnie całe w charakterystycznych dla sokory (kolejna nazwa Populus nigra) pękach odrostów, gałęzi co wysterczają z bruzdowanej głęboko kory, pod którą ich zawiązki tkwią latami, w oczekiwaniu, że los drzewa z czasem obróci się przecież na gorsze. Drzewa stoją między traktem a rowem, jak to w zaborze rosyjskim.

 

 

Kiedyś, w poszukiwaniu informacji o – wymykającym się zresztą tym moim staraniom – Józefie Gerald-Wyżyckim (1792–1868), który gospodarował w Łatgalii, autorze Zielnika ekonomiczno-technicznego (nota bene to jedna z młodzieńczych, przyrodoznawczych lektur Miłosza), trafiłem w czasopiśmie z tamtych północnych stron, w „Rubonie” Kazimierza Bujnickiego, w czwartym zeszycie z 1843 roku (Rubon to dawna nazwa ogromnej, zimnej i ciemnej Dźwiny; kartkowałem to pismo, bo Wyżycki publikował tu na próbę niektóre rozdziały książki) na zupełnie zapomniany obraz tej podpuławskiej, książęcej alei, spisany przez Aleksandra Platera wkrótce po tym, jak jechał był tym gościńcem od Puław na południe: „Zajęła mnie okazałość topolowej ulicy, pod której cieniem posuwałem się ukryty od skwaru słońca […]. Topole te na przemian nadwiślańskie i piramidalne, okazałością swą nie ustępują topolom Poczdamu i Lipska, między niemi, dla przerwania jednostajności i ożywienia powietrza przyjemną wonią, przeplatanie rosną bzy wonne, łukozgięte róże i głogi. Z prawej strony spod ciemnych sklepień drzew przegląda przezroczyste zwierciadło Wisły”. Dawniejsze aleje, trakty, gościńce, „ganki” – często flankowano różnymi drzewami, czyniąc to niekiedy w ścisłym, rytmicznym układzie, splatając zarzucony na pobocze drogi drzewny warkocz z roślin kilku gatunków. Na fotografii Zwolińskiego to już któreś z rzędu wcielenie tej nadwiślańskiej alei (drogi i promenady, jak ogrody i parki, choć stale w jednym miejscu, odradzają się w coraz to nowych odsłonach, wedle sezonowych mód i upodobań ogrodniczych, a i technicznych potrzeb epoki) i nie ma już wrzecionowatych topól włoskich, nie ma też, rzecz jasna, żadnych krzewów, jakim przyglądano się z powozów i karet: konne wozy toczyły się na tyle powoli, że ich pasażerowie, niemal jak piesi wędrowcy, mogli rozważać szczegóły krajobrazu – linie strumyków spływających ku Wiśle, lot tamtejszych ptaków, zioła i przydrożne kwiaty czy mijane zagony jarzyn i zbóż. (Po latach podobnie reprezentacyjną sokorową aleję, królewską czy raczej – biskupią drogę z Warszawy do Skierniewic, a właściwie już tylko powojenne jej resztki, wspomni ze swych podwarszawskich okolic Jarosław Iwaszkiewicz w Podróżach do Polski).

Tej topolowej podpuławskiej alei, jak słyszę, już w ogóle nie ma. Pamiętam z niej do dziś jakieś jedno drzewo orzecha włoskiego, który wsiał się między topole i rósł tam gdzieś po stronie przeciwnej do wiślanej. W wygrzanych okolicach Kazimierza orzechów po ogrodach pełno i sieją się same z siebie; to drzewo stało, niezmiennie wśród topól samotne i pewno poobijane dla swych dorodnych owoców, jak Owidiuszowy „orzech, na zawsze przydrożny”, z wygnańczej elegii Nux: „nux ego iuncta viæ”.

JAKUB DOLATOWSKI

Cenimy państwa prywatność
Ustawienia ciastek
Do poprawnego działania naszej strony niezbędne są niektóre pliki cookies. Zachęcamy również do wyrażenia zgody na użycie plików cookie narzędzi analitycznych. Więcej informacji znajdą państwo w polityce prywatności.
Dostosuj Tylko wymagane Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek
Dostosuj zgody
„Niezbędne” pliki cookie są wymagane dla działania strony. Zgoda na pozostałe kategorie, pomoże nam ulepszać działanie serwisu. Firmy trzecie, np.: Google, również zapisują pliki cookie. Więcej informacji: użycie danych oraz prywatność. Pliki cookie Google dla zalogowanych użytkowników.
Niezbędne pliki cookies są konieczne do prawidłowego działania witryny.
Przechowują dane narzędzi analitycznych, np.: Google Analytics.
Przechowują dane związane z działaniem reklam.
Umożliwia wysyłanie do Google danych użytkownika związanych z reklamami.

Brak plików cookies.

Umożliwia wyświetlanie reklam spersonalizowanych.

Brak plików cookies.

Zapisz ustawienia Akceptuj wszystko
Ustawienia ciastek