Robert Byron (1905-1941), absolwent Eton i Merton College w Oksfordzie uchodzi za ojca brytyjskiej literatury podróżniczej. Zginął w wieku niespełna 36 lat płynąc frachtowcem storpedowanym przez niemiecki okręt podwodny. Kochał sztukę, wino, książki i dalekie wędrówki. W pierwszą podróż, po Europie, wybrał się w 1924 roku automobilem – z dwójką przyjaciół, równie młodych i beztroskich jak on. Owocem tej wyprawy jest Europa w zwierciadle. Bez tej książki i tomów następnych – z arcydziełem, jakim jest The Road to Oxiana – nie byłoby prozy Bruce’a Chatwina, Colina Thubrona i innych współczesnych mistrzów gatunku.
It is enough, you are near —
The mountains are balanced,
The dandelion seeds stay half-submerged in the grass;
You and I together
We hold them proud and blithe
On our love.
They stand upright on our love,
Everything starts from us,
We are the source.
D. H. Lawrence, First Morning
Francis Dodd urodził się w 1874 roku w Walii jako syn pastora. Był malarzem, rysownikiem, akwaforcistą, zapamiętano go głównie jako portrecistę. Fachu uczył się w Glasgow. Jeszcze przed końcem wieku zdążył odbyć podróże po Francji, Włoszech i Hiszpanii. W 1904 osiadł w londyńskim Blackheath. Podczas I wojny światowej został mianowany „oficjalnym artystą wojennym”. Służąc na froncie zachodnim, stworzył wiele portretów upamiętniających ważnych wojskowych. Kultura armii. W 1917 roku wyszła nawet zgrabna książeczka: Generals of the British Navy. Portraits in Colours by Francis Dodd. A rok później analogiczna pozycja poświęcona admirałom. Nie wiem, co artysta przeżył podczas służby. Myślę, że wojna doświadczyła go okrutnie. Pozornie beznamiętne portrety kryły dławioną traumę. Mundury, odznaczenia, lampasy. Atrybuty czasu śmierci.
Po wojnie Dodd sporo wystawia, zyskuje renomę, karierę robią jego akwarele. Mnie najbardziej podobają się nieco roztarte rzeczy ołówkiem. W 1929 roku Tate Gallery czyni go swym powiernikiem. Stanowisko to będzie piastował przez sześć lat. W 1935 zostaje pełnoprawnym członkiem Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. Właściwie jest u szczytu. A jednak.
W 1942 roku maluje olej pod bezpretensjonalnym tytułem Rising Sun. Zimowy poranek, widok wschodu z okna w Blackheath. Silnie, być może nieco przesadnie pomarańczowe słońce, łyse gałęzie, przymrozek, który jeszcze nie puścił po nocy. Metafora przyszłości. Nadzieja na odejście mroku, na tryumf światła. Cóż. W 1949 słońce zachodzi na dobre. Dodd odbiera sobie życie. Ale to nie opowieść o nim. Czy też – nie tylko o nim.
W zbiorach Tate zachował się portret Edwarda Garnetta wykonany węglem przez Dodda najpewniej w połowie lat dwudziestych. Garnett, kilka lat starszy od portrecisty, w czasie powstania rysunku był już w Londynie wpływowym krytykiem i doradcą wydawców. Odkrył wiele talentów, niezliczona ilość pisarzy w początkach XX wieku skorzystała z jego pomocy. Garnett był pasjonatem książek i zawodowym czytelnikiem. Co ciekawe, wszedł na salony i do literackiego światka bez wykształcenia. Zakończył oficjalną edukację w wieku lat szesnastu. Po prostu czytał. I czytał. Oksford czy Eton nie były mu potrzebne. Szybko wiedział, co dobre. Chociaż zdarzały się wpadki. U Duckwortha odrzucił Portret artysty z czasów młodości Joyce’a. Pamiętna pomyłka. Przeważały jednak sukcesy. John Galsworthy nie bez kozery dedykował mu Sagę rodu Forsyte’ów. Garnett działał także na rzecz pisarzy amerykańskich. Między innymi z tego powodu dzieła Roberta Frosta publikowano początkowo w Anglii. Ale to nie historia Garnetta. A raczej – nie tylko jego.
„Jest fascynująca, to najwspanialsza kobieta, jaką kiedykolwiek w życiu spotkałem; koniecznie musisz ją poznać. Jest córką barona von Richthofen, potomka starej i znanej rodziny Richthofenów – ale jest wspaniała, wierz mi” – pisze do Garnetta w kwietniu 1912 roku jego przyjaciel, David Herbert Lawrence. I dalej: „Pani Weekley nie uznaje żadnych konwenansów, ale jest bardzo dobra, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Gotów jestem się założyć, że nigdy nie widziałeś takiej kobiety, nawet nie potrafisz sobie wyobrazić. Musisz ją poznać […] Taką kobietę spotyka się raz w życiu. Cieszę się, że znowu Cię zobaczę. Nie bądź zrzędą”.

Oczywiście były przeszkody. Wybranka Lawrence’a, Frieda, wówczas trzydziestotrzyletnia, miała już męża, Ernesta Weekleya, profesora University of Nottingham, a z nim trójkę dzieci. W swoim czasie Weekley uczył Lawrence’a francuskiego, znali się stosunkowo dobrze. Sytuacja między zadurzonymi błyskawicznie się jednak rozwijała. Już tydzień później pisarz donosi Garnettowi: „Ona ma mu dzisiaj powiedzieć. Weekley pochodzi z warstw średnich i ma maniery dżentelmena, ale może się w nim odezwać brutal. Ma czterdzieści sześć lat, w młodości był przystojny, jest pesymistą i cynikiem – zazwyczaj ironiczny… miły… i lubię go. Znienawidzi mnie, choć wiem, że ma dla mnie trochę skrytej sympatii. […] Nie odpowiada mu taka żona jak Frieda, która nie chce podporządkować się jego woli. Ale ją kocha zazdrosną, monogamiczną miłością. Jestem niespokojny, co jej powie”. Te zawirowania zyskają z czasem literacką postać – Lawrence w dość oczywisty sposób wykorzysta je w Kochanku Lady Chatterley.
Tymczasem Frieda ma wyjechać do Niemiec. Lawrence jest w prawdziwym miłosnym uniesieniu. Tuż przed jej odjazdem pisze rozemocjonowany list: „Na pewno przeżywasz straszną psychiczną rozterkę, od której mąci Ci się w głowie. A ja się czuję bezradny jak łódź bez steru… po prostu roztrzęsiony jak wariat. Na litość boską, powiedz coś i niech to będzie ostatnie słowo! Wszystko bym dla Ciebie zrobił […] Wydaje mi się, że nie będę mógł swobodnie oddychać, póki będziemy w Anglii”. Kolejny tydzień przynosi już zaś poważne deklaracje: „Kocham Cię, ale zawsze gryzę się w język, jak mam to powiedzieć. Wierz mi, to wyłącznie wina mojego angielskiego pochodzenia”.
Ostatecznie, w maju, oboje docierają do Niemiec. Zatrzymują się w Metz, rodzinnym mieście Friedy. Zbyt speszona, boi się w przedstawić Davida konserwatywnemu ojcu. Podniecony młody pisarz oczekuje jednak śmiałych gestów. Nieco rozczarowany, decyduje się czekać na ukochaną i na jej decyzje w pobliskich miastach, sytuacja między państwem Weekley musi się wyklarować. Godziny i dni dłużą się. „Nie mogę już dłużej wytrzymać, nie mogę tak żyć […] Spójrzmy odważnie prawdzie w oczy, zdecydujmy się na stanowczy krok, pogódźmy się z tym, co nas czeka. Ale tego czołgania się w błocie nie zniosę”. Któż by pomyślał, komiczny bohater romansu. Chwile spokoju Lawrence odnajduje w małym hotelu Rheinischer w Trewirze. Dobry wikt, miły gospodarz, w mieście stare pierzeje wysadzane drzewami, a nieopodal dolina pełna kwitnących jabłoni. Wokół także wzgórza wykorzystane pod uprawę winorośli. Lawrence jest już wówczas bacznym obserwatorem przyrody. „Nawołuje kukułka, rosną smukłe buki. Ich liście wybuchają gwałtownie na wiosnę, avec éclat”. To nie kokieteria. To listowne wprawki literackie.
David Herbert, syn górnika, powoli snobuje. „Mieszkając w tym hotelu, zaczynam się czuć jak światowy bywalec. Nic w tym dziwnego, bo mam nieczyste sumienie, czekając na cudzą żonę. Ale to naprawdę nieważne, w niebie nie pojmuje się żony i nie wychodzi się za mąż”. Nawiązuje korespondencję z mężem Friedy. Pojawiają się nadzieje na ich rozwód i koniec udręki. Całe to nagłe zamieszanie w przeciągu raptem kilku tygodniu. Z każdym dniem do swojej epistolograficznej narracji Lawrence wprowadza jednak coraz więcej racjonalnego rygoru. Myśli o pieniądzach, formalnościach, o przygotowaniu do nowej roli. Rozłąka zaczyna mu służyć, potrafi ją wykorzystać. Czuje się pewniej: „traktuję poważnie moją miłość… i nasze wspólne życie będzie wspaniałe, a na pewno dobre”.
Wkrótce zakochanym udaje się spotkać w Trewirze. Zaraz po tym Frieda wyjeżdża do Monachium, a David przeprowadza się do Waldbröl. Po drodze zatrzymuje się m.in. w Hennef, gdzie czuje już smak wieczności: „Only the twilight now, and the soft “Sh!” of the river / That will last forever” (Bei Hennef). Jego sytuacja finansowa jest jednak trudna. Nieustannie pracuje nad powieścią Paul Morel, którą czytelnicy poznają pod tytułem Synowie i kochankowie. W liście do Garnetta pisze w dwóch tonach: „Zawsze gdzieś znajdę jakąś kobietę, która mi ofiaruje dach nad głową i utrzymanie. Bogu niech będą dzięki za to, że stworzył kobietę. […] Frieda […] jest o setki mil ode mnie, a ja, siedząc w małym miasteczku, położonym w górach Nadrenii, usycham z tęsknoty i poprawiam swoją nieśmiertelną powieść […]”. O dalszym rozwoju spraw w Niemczech Lawrence informuje Sallie Hopkin, żonę swojego przyjaciela z młodości, księgarza Edwarda Hopkina. 2 czerwca 1912 pisze do niej list, poetyką zapowiadający już przyszłe eseje: „W zeszłym tygodniu wyjechałem z Nadrenii do Monachium i tam spotkałem się z Friedą. […] potem pojechaliśmy na osiem dni do Bauerbergu, który leży o czterdzieści kilometrów od Monachium, w górę Isery, u podnóża Alp, w Bawarskim Tyrolu. […] Śniadania jedliśmy pod rozłożystymi kasztanami, których białe i różowe kwiaty sypały się nam na głowy. Duży ogród leży na skalnym występie – wysoko na rzeką i śluzą, przez którą przepływają tratwy. Rzeka nazywa się Loisach, spływa z lodowców i jest jasnozielona jak jaspis […] Naprzeciwko naszej gospody, po drugiej stronie skweru, na którym rośnie mnóstwo kasztanowców, wznosi się kościół z klasztorem, pogrążony w ciszy i spokoju. Jego mury są olśniewająco białe, z wyjątkiem smukłej wieżyczki, nakrytej czarną kopułą”. To doniesienia z Icking, z domu profesora Alfreda Webera – byłego kochanka siostry Friedy – gdzie zakochani zajmowali górną część jednopiętrowej willi, z której Lawrence podziwiał nie tylko srebrne szczyty gór, ale także kobiety pracujące w polu pszenicy i harujące woły, ciągnące powoli wozy wzdłuż biegnącej u dołu drogi. Obrazy te zachowała jego poezja.
Poza granicami swojego kraju pisarz coraz częściej i mocniej narzeka na Anglię i Anglików, którzy „tak niemiłosiernie krępując naturalne instynkty, są przeklętymi głupcami”. Lista zarzutów i pretensji stale rośnie, niewybredne przytyki pod adresem krajanów pojawiają się niemal w każdym liście z tego czasu. Jednocześnie towarzystwo Friedy zaczyna wpływać na sposób pisania Lawrence’a. W Icking powstają trzy opowiadania, ale ich druk stoi pod znakiem zapytania: „nie jestem pewny – donosi Garnettowi – czy ich moralny ton będzie odpowiadał moim angielskim rodakom”.
W połowie sierpnia, z całym majątkiem 23 funtów, kochankowie opuszczają dolinę Izery i ruszają pieszo do austriackiego Mayrhofen, oddalonego o ponad sto kilometrów. Wędrują przez góry i przełęcze, posiłki gotują nad brzegami rzek, a śpią na łąkach. Dla przyzwyczajonej do wygód Friedy było to zapewne wyzwanie. Do niedawna nie potrafiła zaparzyć herbaty.
Uczucie krzepnie, dojrzewa, staje się rzeczywiste. „Daję i biorę – donosi pisarz już z Austrii pani Hopkin – a to oznacza wieczność. […] Umiemy być szczęśliwi”. Na miejscu zajmują ich głównie górskie spacery, kąpiele nago i zabawy z tubylcami. Ale to tylko przystanek.
Wkrótce ruszają dalej na południe. Przez Brenner – kolejne sześćdziesiąt kilometrów – docierają wreszcie do Rivy w północnej części jeziora Garda, należącej jeszcze wówczas do Austrii. Tu, jak można sądzić, sprawy zaczynają toczyć się innym torem. Krajobraz, par excellence włoski, daje wreszcie oddech. Daje szczęście.
Pierwsze dni spędzają w pałacowej willi Leonardi. Jest wrzesień. O tej porze roku woda w jeziorze jest szmaragdowozielona, a winogrona dojrzałe. Szukają miejsca na stałe. Nie znają włoskiego, zaczepiają przechodniów. „Prego… e…ee quartiere… d’affitare”. Znajdują lokum na zachodnim brzegu jeziora, jakieś trzydzieści kilometrów na południe, w Gargnano, do którego można się dostać jedynie parowcem. Włoska wieś, bez turystów. Figi i brzoskwinie są już w pełni dojrzałe. Stary i siwy Włoch, „bardzo dystyngowany, z wystającą psią szczęką”, na początku października wynajmuje parze mieszkanie na parterze willi Igea, oddzielonej od wody jedynie wąską drogą. W ogrodzie rosną małe bambusy. Z tyłu terenu pilnują skaliste góry.
Artur McLeod, przyjaciel Lawrence’a z czasu ich wspólnej pracy nauczycielskiej, dosyła uciekinierom angielskie książki. Zakochani już dawno nie czytali wyspiarskich pism. Reakcja Lawrence’a jest niemal alergiczna: „Mam teraz ochotę szybko wykąpać się, zmyć z siebie Anglię, jej zacofanie, niechlujstwo i beznadziejny pesymizm” – donosi po lekturze Anny z pięciu miast Arnolda Bennetta. Anglia staje się prawdziwym nieprzyjacielem pisarza.
Spokój willi Igea i widok leniwych żaglówek na Gardzie sprzyja twórczości. Lawrence wciąż jest bez grosza, ale zaczyna tu swoją pierwszą podróżniczą książkę, Twilight in Italy, w ciągu trzech dni pisze inspirowaną sytuacją Friedy komedię The Fight for Barbara, poza tym dramat Daughter-in-Law, przede wszystkim zaś kończy Synów i kochanków, dedykowanych Garnettowi, który na potrzebę publikacji zmienia i cenzuruje książkę bez konsultacji z autorem. Ale to nie jest ważne. Ważne jest życie, którego w szarym Londynie można zazdrościć: „Byłem dzisiaj na długim spacerze w górach i przyniosłem całe naręcze dzikich ciemierników. Włochy są jednym z najpiękniejszych krajów na świecie. Musisz do nas przyjechać” – czyta Garnett w liście z połowy listopada.
Świat, który Lawrence i Frieda zostawili za sobą, myśli o nich jak najgorzej. W swojej miłości są jednak zaskakująco dzielni. Pisarz sporządza listę przezwisk odnajdywanych w nieprzychylnych listach. „Plugawy pies” – to w ramach pozdrowień od wściekłego Weekleya. Równowagę zakochani odnajdują w prostym i smacznym życiu. Jest już grudzień. „Gotujemy na piecyku opalanym węglem (fornello), jemy makaron i Maggi, a ja ścieram na tarce całe funty sera. Przywożę drób z Brescii (trzy godziny drogi) i smażymy go na oliwie z oliwek. Delicje. Kupujemy przedziwne ryby, a biedne małe pokrzewki i drozdy przynoszą nam do domu, nawleczone na sznurek”. Od czasu do czasu Lawrence robi nawet szkice akwarelą. 29 grudnia 1912 wyznaje Garnettowi: „Sporo czasu zajmie mi przetrawienie tej całej historii. Ale jest już trochę lżej… jak gdyby się coś rozluźniło”.
W willi Igea para zostanie do końca marca 1913. Pół roku trudów w raju. Dziś upamiętnia ten okres tablica na elewacji budynku. Potem przyjdzie czas jeszcze wielu innych włoskich willi i odkryć. Wielu innych kłopotów. I kolejnych uderzeń szczęścia. Ślub odbędzie się rok później, 13 lipca 1914 roku. Frieda pozostanie żoną Davida do jego śmierci w roku 1930.
Poza wszystkim, ta miłosna opowieść jest dla mnie historią ukrytych konstelacji. Lawrence-Garnett-Dodd. Maluteńki fragment układanki. Anglia patetycznie uwieczniania i Anglia znielubiona. Drobny przyczynek do rekonstrukcji brytyjskiej kultury i obyczaju z początku minionego stulecia. Ale stawka tej gawędy jest inna.
Lawrence napisał kilka tysięcy listów. Jeden, na moje oko, zmienił jego życie na zawsze. Cytowana już epistoła do Edwarda Garnetta z 17 kwietnia 1912, w której przedstawia swoją wybrankę: „Jest córką barona von Richthofen, potomka starej i znanej rodziny Richthofenów – ale jest wspaniała, wierz mi”. Utwierdzające „ale”, niczym znak dzikiej walki z przeciwnościami. On już wszystko wiedział. Sytuacja jest, jaka jest, ale kocham ją. Ma inne pochodzenie – mezalians – „but she’s splendid, she is really”. Zupełnie inna niż arystokratki, które znasz. Ma rodzinę, ale ze mną będzie jej lepiej. Samozapewnienie. Nie powinienem – ale muszę. Widzę ją, widzę, kim jest. Nic o niej nie wiecie, ale ja wiem. Owo „ale” staje się tarczą Lawrence’a. Zaświadcza o jego lojalności. Chroni przed wątpliwością, przed oceną innych. Zapewne nie wiedział wówczas, że miała już kilku kochanków. Nie mógł przewidywać, że w trakcie ich ucieczki na południe zdradzi także jego, na znak swojej niezależności. Nic to. Przetrwali. „Ale” zaczęło nowe życie Lawrence’a. Życie z uwagą i odwagą miłości.
PAWEŁ BEM
Nie dalej jak wczoraj odwiedził mnie człowiek, który jak myślę, jest mi życzliwy, i to nie tylko dlatego, że pragnie abym go sportretował.
– Chcę, abyś mnie dobrze zrozumiał. Przyleciałem do ciebie ze świata z nadzieją, że pozwolisz mi przetrwać, że ktoś, kiedy mnie już nie będzie, przeczyta o mnie i może pokocha.
– Czyli tylko słucham?
– I budujesz mnie sobie w myślach. O takim Cheopsie wiemy cokolwiek tylko dlatego, że w porę pomyślał o wyrazistym nagrobku. Nie wymagam od ciebie tysięcy lat, ale będę wdzięczny, jeśli chociaż na chwilę przedłużysz moje istnienie. Czy dobrze widzę, boisz się straty czasu?
Myślałem akurat, gdzie go wziąć na obiad, lecz pokiwałem głową, że tak, może jest w tym trochę racji.
– Rozumiem, że podświadomie martwi cię możliwość rozsławienia mnie.
– Niby dlaczego? – Teraz dopiero mnie zaciekawił.
– To proste, musiałbyś choć trochę zadbać o swoją pozycję. Nawet nie wiesz, jak jesteś śmieszny w tej archaicznej wierze w dzieło sztuki. Nie zauważyłeś, że stoicka maksyma „ukrywaj swoje życie” ma się już nijak do tego, co za oknem. Jeśli znasz zdanie Flauberta „Nie ma nic bardziej niemoralnego niż stawianie w jednym szeregu arcydzieła i szmiry i wysławianie małych, a obniżanie wielkich…”, to chyba potrafisz sobie wyobrazić, co Gustaw powiedziałby dzisiaj, widząc świat, w którym ludzie rzucają się na najmniejszy wykwit umysłu idioty?
– Nawet jeśli jest to irytujące, to przecież powinno cieszyć, że po raz pierwszy w historii wszyscy wreszcie mogą mówić i pokazywać, co im tylko wpadnie do głowy.
– A więc jeśli się cieszysz, to zadbaj o miejsce wśród tych wszystkich. Pamiętaj, że abym miał z ciebie jakikolwiek pożytek, powinieneś być czytany, i to nie przez smakoszy, którzy na wymarciu, ale przez całe to nowe towarzystwo. Sam gdzieś powiedziałeś, że przedwojenna powieść dla kucharek, to dzisiaj rzecz dla dyrektorów departamentów, bo już ich żony mogą mieć większe wymagania.

Fot. Agata Koszczan
– I co w związku z tym? Miałbym im schlebiać?
– A gdzie twój demokratyczny szarm? W Rien ne va plus twój Patrycy mówi, że wolałby swoją książkę widzieć w rękach dziesięciu wesołych kucharek niż jednego ponurego mędrka. Widzisz, jak pamiętam? A żył w trudniejszych czasach, bo kucharki były biedniejsze. Jeśli tego nie przyjmiesz do wiadomości, umrzesz z głodu. Nie myśl, że zanim tu przyjechałem, nie zrobiłem rozeznania. Już nawet miałem machnąć ręką na ciebie.
– I co cię powstrzymało?
– Przyzwoitość, bo chcę ci pomóc. Jak się nie umie namalować Giocondy, trzeba chociaż umieć kopiować. W samolocie przeczytałem, że polska pisarka potrafiła dorównać światu w erotyzmie. Często powtarzam, nie potrafisz durniu stworzyć czegoś oryginalnego, to naśladuj lepszych. Dureń, to nie do ciebie oczywiście. Przestań być cholernym Bartem i dygnij przed światem. Nie patrz tak, wiem że prędzej byś się wysadził w powietrze niż dygnął, ale nie mów, że nie możesz choć mrugnąć. Nie umiałbyś trochę pokwękać, jak najważniejszy teraz Francuz? A może nie znasz się na częściach ciała? Jak chcesz, mogę ci je dokładnie opisać. Przyjrzyj się też mistrzowi, który dał światu w milionach egzemplarzy swoje wyobrażenie o złym Niemcu. Żaden tam nudny Eichmann, tylko esteta, który przy Beethovenie nawija na szpulkę jelita grube młodym pacholętom, a erekcję ma tylko przy partiach oboju. To jest coś! O takich Niemcach sam bym chciał przeczytać.
– Ale po co?
– Beethoven, stare ryciny, kolekcja stradivariusów, co z tego, że skradzionych Żydom. Mordercy z klasą, to zawsze jakaś pociecha dla ofiar.
– Obawiam się, że długi lot ci nie posłużył.
– Myślisz, że bredzę? W takim razie nie będę ustawał. Uważam, że to z fachmanami od takich książek powinieneś iść w zawody, a nie nudzić o Chaimie Rumkowskim. Jeśli chcesz, podpowiem ci parę kawałków do powieści, którą z moją pomocą napiszesz w dwa miesiące. Rozsławisz swoje imię i dopiero wtedy książka o mnie.
– Wybacz, ale na trzeźwo już tego nie wytrzymam, a jest jeszcze wcześnie.
– Poczekaj, za chwilę odurzysz się moim talentem. Podstawowy błąd jaki robisz, to doszukiwanie się w Rumkowskich człowieczeństwa. Teraz, mój drogi, trzeba tworzyć monstra, bo czytając o nich łajdak czuje się lepszy, a poczciwiec ma się nad czym zadziwić.
Danielowi tak spodobały się własne słowa, że wstał i zaczął chodzić po pokoju. Pocierał przy tym skronie, jakby w ten sposób pobudzał mózg do lepszej pracy.
– Wyobraź sobie, panie pisarzu, getto warszawskie albo nie, lepiej białostockie, bo im dalej na wschód, to wszystko bardziej wiarygodne. Miejscowy cadyk, to nie nudziarz, jak twój Rumkowski, to facet z fantazją. Otoczony jest młodymi pomocnikami, którzy szmuglując do getta żywność, specjalnie dla niego porywają z wózków chrześcijańskie dzieciątka. Nie patrz na mnie z takim politowaniem, wcale nie chodzi o macę. Cadyk najpierw maltretuje niemowlęta swoim obrzezańcem, potem zjada, a podroby zostawia szmuglerom. Wystarczy ładnie opisać jego błyszczącą pałę, a świat zgorszy się jeszcze ładniej. Dalej już nie można się posunąć w głupocie, więc staniesz się sławny, a za chwilę i ja z tobą.
Wpatrywałem się w niego z resztkami swojej przenikliwości. Mógł być żartownisiem lub pacjentem, jednak wszystko wskazywało na to, że był tym, kim akurat chciał być.
– I nie obraź się, ale jest jeszcze coś. Powinieneś się zmienić fizycznie. Jeśli wizerunek artysty jest teraz ważniejszy od dzieła, to trzeba czymś zadziwić. Wszyscy wstawiają w usta biele sedesowe, to na przekór światu wyrwij sobie dwa zęby przednie. Wiem, może boleć, ale przecież od czego jest znieczulenie. I co najważniejsze, orientacja seksualna. Żadnych kobiet albo nie daj boże mężczyzn. To każdy potrafi. Pamiętasz kucharza okrętowego u Sartre’a, który zażywał przyjemności z kaczkami zanim je podał do stołu?
– Znienawidzą mnie miłośnicy zwierząt, i ja sam siebie – Tu już nie mogłem się nie oburzyć.
– To był tylko przykład, abyś zrozumiał, że w twoim wieku nie czas na kompromisy. Może niech to będzie coś nieożywionego? Każdy szuka miękkiego ciepła, a ty znęcasz się erotycznie nad fortepianami na przykład. To nie łatwe, wiem. Wynajmę człowieka, który twojemu opisowi w sieci da tytuł: „Geniusz czy dewiant? Miłośnik fortepianów z Polski”. Ty zaprotestujesz, że owszem miałeś w młodości taki epizod, ale teraz, po pierwsze, trudno ci się na nie wspinać, a po wtóre, rozkochałeś się w instrumentach dętych. Zresztą to tylko przykład wymyślony jak sam widzisz na poczekaniu. Od czego jesteś pisarzem, sam też możesz coś wymyślić.
Kiedy wyszedł, długo się sobie przyglądałem. Na szczęście, nie patrzyłem w lustro.
ANDRZEJ BART
Palermo. Koniec XVIII wieku. Wśród towarzystwa arystokratów, strzegących zazdrośnie swoich lenn i przywilejów, i pięknych dam, strzegących mniej zazdrośnie swojej cnoty, pojawiają się osoby, które wyróżnia krytyczne, pełne ironii spojrzenie na otaczający świat. To oni odpowiadają za genialne oszustwo, księgę zagrażającą feudalnym przywilejom palermitańskich książąt i baronów, i za jakobiński spisek, którego celem jest przekształcenie Sycylii w republikę. Dwa wydarzenia, które mogły zmienić oblicze Wyspy. Pasjonująca karta historii Sycylii.
Pamięci Adama Wodnickiego
Jeanne Calment chętnie opowiadała tę historię: była dziewczynką, kiedy do sklepiku prowadzonego przez jej rodzinę przyszedł Vincent van Gogh. Zaopatrywał się tutaj w płótna, dotykał je i wybierał. Na dziewczynce zrobił jak najgorsze wrażenie: brzydki, grubiański, cuchnął alkoholem. „Mówiliśmy o nim: świrus”. W 1990 roku Calment powtórzyła swoje wspomnienie w kanadyjskim filmie dla dzieci Vincent i ja. Miała wówczas sto czternaście lat, a rozmówczyni wykrzykiwała pytania prosto do ucha. W jej wspomnieniach pojawiały się wariacje i nieścisłości. Twierdziła, że malarza obsługiwał jej tata. Tymczasem ojciec Calment nie był sklepikarzem, lecz budowniczym statków. Innym razem opowiadała, że to mąż wywołał ją z zaplecza, by jej przedstawić artystę. To niemożliwe, gdyż w 1890, roku śmierci van Gogha, Calment była jeszcze dzieckiem. Ale przecież nie takie pomyłki zdarzają się ludziom w pewnym wieku.
Jako dziewięćdziesięciolatka, Jeanne Calment sprzedała swoje mieszkanie na zasadzie „vente en viager”: otrzymywała comiesięczne raty, a nowy właściciel miał przejąć nieruchomość po jej śmierci. Ale kupiec nie doczekał zakończenia transakcji. Jeanne Calment zmarła w 1997 roku, w wieku stu dwudziestu dwóch lat. Cztery lata przedtem rzuciła palenie. Jako stulatka jeździła jeszcze na rowerze. Nosiła się modnie, lubiła zaskakiwać energicznie zrywając się z krzesła u fryzjera. W jedenastej dekadzie życia nadal mieszkała sama. Dopiero niewielki pożar, który wywołała, próbując odmrozić bojler, skłonił ją do przeprowadzki do domu opieki.
Jeanne Calment uchodzi za „nestorkę ludzkości” — najstarszą osobę, jaka kiedykolwiek żyła na ziemi. Ale pod koniec 2018 roku rosyjscy uczeni zakwestionowali jej prawa do tytułu. W wywiadzie dla „Komsomolskiej prawdy” geriatra Walerij Nowoselow stwierdził, że na zdjęciu rzekomo stu dziesięcioletniej Jeanne Calment widzi zażywną staruszkę, dobrze przed dziewięćdziesiątką. Sprawą zainteresował się matematyk, Nikołaj Zak. Ten trzydziestoparolatek, bez naukowego dorobku, pracował przy wytwarzaniu szkła laboratoryjnego. Dochodzenie rozpoczął od rachunku prawdopodobieństwa. Wyliczył, że szanse dożycia takiego wieku są minimalne. Większość przypadków „superstulatków” — osób, które przeżyły ponad sto dziesięć lat — to w gruncie rzeczy pomyłki, wynikające z zamieszania w metrykach albo celowych oszustw.

Zak wyłuskał też nieścisłości w biografii arlezjanki. Dziwne jest na przykład, że nigdy nie wspominała o epidemii cholery, która przetrzebiła jej rodzinne miasto w 1884 roku. Podejrzana wydaje się też prośba o spalenie osobistych pamiątek. Wnuk nazywał ją Manzane: to zbitka złożona ze słowa maman („mama”) i jej imienia. Badacz doszedł do wniosku, że w 1997 roku odeszła nie Jeanne Calment, lecz jej córka, Yvonne. Oficjalnie, juniorka zmarła w wieku trzydziestu sześciu lat na gruźlicze zapalenie opłucnej. Jak twierdzi Zak, było inaczej: Jeanne Calment zmarła w 1934 roku, a fizycznie podobna do niej córka przejęła jej tożsamość. Jak sugeruje Rosjanin, przyczyną fałszerstwa mogła być próba uniknięcia wysokiego podatku spadkowego.
Opublikowanie tych rewelacji wywołało burzę. Dziennik „Le Parisien” zawyrokował, że chodzi o typowy fake news. Natomiast lokalni obrońcy honoru Jeanne Calment zarzucali Zakowi, że nigdy nie był w Arles, nie grzebał w archiwach i nie zna miejscowych realiów. Czy to możliwe, że kobieta dokonała tak niezwykłej zamiany tożsamości i tę fikcję utrzymywała przez ponad sześćdziesiąt lat? Znaczyłoby to, że żyła ze swoim ojcem Fernandem, podając się za jego żonę, a zarazem zmusiła syna, Frédérica, aby przestał nazywać ją mamą. W całe przedsięwzięcie musiałaby zresztą wtajemniczyć więcej osób. Byłby to nie lada wyczyn w dwudziestotysięcznym Arles, gdzie wystarczyło wyjść na spacer, aby całe miasto komentowało nową sukienkę… Po archiwalnej kwerendzie, patriotyczni arlezjanie obalili też teorię finansowej motywacji zamiany. W latach trzydziestych podatki spadkowe w Arles nie były wysokie i zamożna rodzina Calment bez trudu mogła sobie z nimi poradzić. Obrońcy Jeanne wyciągali kolejne dowody jej prawdomówności: w wywiadach przeprowadzonych pod koniec życia prawidłowo wymieniała nazwiska niani, nauczycielki matematyki czy krawcowej. Czy córka mogła znać takie szczegóły? A może Yvonne została przygotowana do swojej roli, a nawet zaindukowana wspomnieniami przez ciekawskich, którzy ją przepytywali…
Zak wyciągnął dalsze niepokojące fakty. W dowodzie osobistym z lat trzydziestych wpisano oczy czarne, a jako staruszka Jeanne miała oczy szare. Poza tym, skoro w tymże dokumencie mierzyła sto pięćdziesiąt dwa centymetry, czy to możliwe, że w późnej starości prawie wcale nie zmalała? Dziwne też, że nie obchodziła hucznie setnych urodzin. Mer pragnął je uczcić, ale Calment stanowczo odmówiła. Czyżby się obawiała zdemaskowania? Dziesięć lat później zmieniła taktykę: grzała się w blasku fleszy, twierdziła, że ma zamiar rozkoszować się sławą, na którą czekała ponad sto lat. Można się wręcz zastanawiać, czy ta sława nie była nadużywana przez postronnych. Rok przed śmiercią, kiedy mówiła już z trudem, wzięła udział w nagraniu raperskiej płyty. Innym razem, siedzącą na wózku inwalidzkim staruszkę pocałował w usta japoński klaun.
Ale dlaczego Calment poprosiła miejskie archiwum o zniszczenie swoich dokumentów? W 2006 roku w jednej z gazet padła pogłoska, że ubezpieczyciel staruszki w latach dziewięćdziesiątych dowiedział się o zamianie tożsamości, ale jej nie zdradził, ponieważ była już zbyt sławna. Przypadek Jeanne Calment był niezwykły, a zarazem mocno ugruntowany. Ponieważ wyszła za kuzyna, przez całe życie nosiła to samo nazwisko. Zachował się jej certyfikat urodzenia i akt ślubu, udało się zrekonstruować drzewo genealogiczne do siódmego pokolenia. Dostępne były również dokumenty z trzydziestu spisów ludności. Niepokojąco wyglądał tylko jeden z nich: w 1931 roku Yvonne nie jest zameldowana w rodzinnym domu. Być może w tym czasie przebywała w sanatorium w szwajcarskiej miejscowości Leysin (jego archiwa się nie zachowały). A może żyła w odosobnieniu, w wiejskim domku w miejscowości Paradou. Zak twierdzi, że na gruźlicę chorowała Yvonne, a potem zaraziła nią Jeanne. Z tym, że córka wyzdrowiała. Pod nieobecność chorej matki posługiwała się jej dokumentami. Z niewielkiego nadużycia dla celów praktycznych nie mogła się już wyplątać.
W 2019 roku bitwa o Jeanne Calment rozszalała się na dobre i przybrała wymiar polityczny. Obrońcy sugerowali, że Rosjanin próbował zdyskredytować zachodnie metody badawcze. Może wręcz do dużej liczby czytelników jego artykułu przyczyniły się boty. Z drugiej strony Zak wystosował list otwarty do znanych gerontologów, dziennikarzy, a nawet polityków (m.in. Putina, Macrona i Johnsona), apelując o zbadanie DNA Jeanne Calment: podobno próbka jej krwi jest przechowywana w paryskim instytucie badawczym. Badanie genetyczne rozwiązałoby zagadkę, ponieważ Jeanne miała szesnaścioro pra-pra-dziadków, a ponieważ wyszła za kuzyna, jej córka Yvonne miała ich tylko dwanaścioro. Ale czy sekret długowieczności tkwi tylko w genach? Podobno całe życie używała dużo oliwy.
Od śmierci Jeanne Calment minęły dwie dekady. W międzyczasie jej rekord długowieczności nie został pobity. Naukowcy spierają się o to, czy Francuzka osiągnęła absolutny limit. Niektórzy wierzą, że takiej granicy nie ma. Amerykański gerontolog Roy Walford w latach osiemdziesiątych wysunął hipotezę „wydłużającej się” długości życia: obecnie maksimum to sto dwadzieścia, a może nawet sto pięćdziesiąt lat, ale kiedyś może dojść nawet do trzystu. Francuski profesor fizyki nuklearnej, Gabriel Simonoff w książce La nouvelle éternité (Nowa wieczność, 1993) stwierdził, że najbliższym celem powinno być sto dwadzieścia lat w pełnym zdrowiu. Prognozuje jednak, że w dłuższej perspektywie ludzie mogliby przeżywać nawet po kilka stuleci. Wówczas musiałyby się wydłużyć poszczególne etapy życia – nikt przecież nie marzy o setkach lat zgrzybiałej starości. Sprawą Jeanne Calment zainteresował się również biogerontolog Aubrey de Grey. Ten ekscentryczny brodacz jest przekonany, że już urodził się człowiek, który przeżyje tysiąc lat. Wierzy w rekord Calment i apeluje o udostępnienie próbki jej krwi do badania.
Biblijny Matuzalem żył 969 lat. Ale nawet ten wspaniały wiek to tylko odprysk wobec wieczności. Adam i Ewa zostali stworzeni na boże podobieństwo i mieli żyć wiecznie. Wygnani z raju, weszli we władanie śmierci. Ale biologiczny upadek postępował stopniowo: Adam żył 930 lat, jego syn Set 912…Wnuk Matuzalema, Noe, w chwili potopu miał sześćset lat, a potem pożył jeszcze trzy stulecia. Po potopie długość życia wyraźnie się skróciła: synowie Noego żyli już tylko około pięciu stuleci, a Abraham zaledwie 165 lat. W biblijnych i mitologicznych opowieściach skrócenie ludzkiego życia jest karą za grzechy. Wyjątkowo długim życiem nagradzane były jednak wybitne jednostki: mędrcy, święci lub królowie. Według Homera król Nestor przeżył trzy ludzkie żywoty (około trzysta lat).
„Sprawa Calment” pozostaje nierozstrzygnięta. Proponując teorię „zamiany tożsamości” Zak chyba się zagalopował. Ale „osiągnięcie” Jeanne Calment dla większości z nas również ociera się o sferę fantazji.
ANNA ARNO
Trafiłem na tę książkę przypadkiem, a więc najlepiej jak można, czytając Młodego Philby’ego. Robert Littell pisał, że Kim Philby przesyłał Rosjanom wiadomości, szyfrując je za pomocą głośnej książki Hiltona Zaginiony horyzont. „Wykorzystywał tę powieść, zarówno w wydaniu broszurowym, jak i w twardej oprawie, (numer strony, numer wiersza, numer litery), gdy komunikował się ze swoim radzieckim prowadzącym, londyńskim rezydentem, którego znał jako Ottona. Planował, że kiedy już dotrze do Moskwy, w taki sam sposób będzie się kontaktował z przyjaciółmi ojca z Londynu”. Bo, i to jest główna teza powieści Littella, Philby był tak naprawdę nie podwójnym, ale potrójnym agentem i przynajmniej od pewnego czasu znów działał na rzecz Anglików.
Mnie jednak w tym wszystkim zaciekawił głównie James Hilton. Przeczytałem więc jego Zaginiony horyzont, zobaczyłem obsypany nagrodami, a trudny dziś do oglądania bez uśmiechu film Franka Capry, czarno-białą wizję krainy Shangri-La, nakręcony na podstawie jego powieści, a przy okazji dowiedziałem się, że pod koniec lat pięćdziesiątych ukazała się po polsku także inna książka Hiltona: Żegnaj Chips z ilustracjami Mariana Stachurskiego.
James Hilton urodził się w 1900 roku w Leigh w Lancashire w Anglii. Studiował w Cambridge. Po ukończeniu szkoły pisywał do gazet. Na łamach prasy debiutował też jako powieściopisarz, drukując w odcinkach swoją pierwszą książkę Żegnaj Chips (1933). W latach 40., już w Stanach Zjednoczonych, pracował jako scenarzysta w Hollywood. Zmarł w Kalifornii w 1954 roku.
Żegnaj Chips to opowieść o wykładowcy jednej z typowych angielskich szkół w Brookfield, o samotniku z wyboru i przekonania, który pewnego dnia postanowił ożenić się z miłości. Niestety jego wybranka, kobieta energiczna, bezkompromisowa, o radykalnym temperamencie zmarła młodo, a Chips długo nie mógł pogodzić się z jej utratą. Jedyne co mu pozostało to szkoła, uczniowie, których nazwiska i twarze przesuwają się w pamięci. Był lubianym, dowcipnym profesorem, łatwo nawiązującym kontakty. Mimo dziwacznych przyzwyczajeń, a może właśnie dzięki nim, zyskał przychylność studentów. Jego obecność wpisała się w krajobraz uczelni i przynajmniej w pewnym momencie, gdy świat niebezpiecznie zawirował, stanowiła o jej wartości, zapewniała trwałość i ciągłość instytucji. Szkoła miała sens, bo był w niej Chips.
W tle tej opowieści, trochę jak w znakomitym Stonerze Johna Williamsa, jest I wojna światowa, która zdmuchnęła dawny porządek, ale Chips umiał się temu przeciwstawić. To on był gwarantem ładu i tradycji, pozostawał żywym znakim innej rzeczywistości, tej sprzed katastrofy. Jako wykładowca był właściwie zawsze taki sam, niezmienny, na ogół łagodny, wyrozumiały, kiedy trzeba wymagający. Był jak dawny świat, a właściwie jak świat, w którym długo żyła jego pamięć.
Nawet kiedy przestał już uczyć, robił właściwie to, co dawniej, czyli „uprawiał szeroko rozumianą gościnność. […] Zarzucano go pytaniami, jakby był połączeniem proroka z encyklopedią – a nawet czymś jeszcze więcej, gdyż chcieli, by jego odpowiedzi okraszone były dowcipem”. Stanowił wzorzec godnego życia, pozbawionego nagłych wzlotów i upadków, ale jednak życia wolnego od nudy, w którym umysł i ciało dobrze się uzupełniały, a w każdym razie okazywały sobie wzajemny szacunek. Odwiedzający Chipsa uczniowie chcieli, by ich własny los, choć odrobinę przypominał życie ich ulubionego wykładowcy, które „barwnym korowodem przesuwało się przed nim, gdy siedział przy kominku. Wszystko, cokolwiek zrobił i widział: Cambridge lat sześćdziesiątych, Great Gable w sierpniowy poranek, Brookfield o każdej porze roku przez tyle, tyle lat. […] Miał jednocześnie i więcej, i mniej doświadczenia niż najmłodszy nowicjusz w szkole. I to właśnie, ów paradoks młodości i sędziwego wieku, świat nazywał postępem”. Chips cenił sobie przede wszystko to, co przetrwało, a praca w szkole dawała mu poczucie zakorzenienia w rzeczach, które oparły się próbie czasu.
Pewnego dnia Chips prowadził lekcję łaciny w czasie nalotu bombowego wśród huku pocisków i wystrzałów. Jako jedyny w klasie był nadal spokojny. Mówił do swoich uczniów może jeszcze łagodniej niż zwykle, z nieskrywaną dumą i poczuciem misji: „Może ci się wydawać, Robertson, w tym szczególnym momencie historii świata, że poczynania Cezara w Galii dwa tysiące lat temu mają drugorzędne znaczenie, a już koniugacja nieprawidłowa czasownika tollo jest jeszcze mniej ważna. Ale możesz mi wierzyć, kochany Robertson, że w gruncie rzeczy tak nie jest […]. Nie należy sądzić o znaczeniu rzeczy z hałasu, jaki robią”.
Gdy po raz pierwszy przeczytałem te słowa pomyślałem, jak doskonale współbrzmią z wojenną wymianą myśli między Bolesławem Micińskim i Jerzym Stempowskim. Z ich korespondencji, będącej niewyczerpaną skarbnicą wiedzy o świecie i dyskretnie podanym katalogiem życiowych porad, lubię sobie przypominać choćby te zdania: „Niech się Pan nie troszczy o przyszłość kultury, kultura zawsze zwycięży, bo ludzkość nie może znaleźć szczęścia bez znajomości łacińskiej gramatyki”. I dalej Miciński rozwiją tę myśl: „Nietrwałe są dzieje wojen – trwała jest łacińska składnia”. Obaj ze Stempowskim byli zgodni, że czas szaleństwa musi kiedyś się skończyć, i że już dziś z pamięcią o przeszłości należy myśleć o tym, co dalej, przewidywać, jak ułoży się gra tego świata.
A Chips? Umiera we śnie z rozbrzmiewającą w uszach melodią nazwisk jego dawnych uczniów, „stanowiącą znany mu chór, wspanialszy i milszy niż kiedykolwiek i bardziej krzepiący”. „Brookfield nie zapomni czułości jego serca – mówił dyrektor szkoły przemawiając w auli. Co było niedorzecznością, gdyż wszystko w końcu idzie w zapomnienie. Może tylko Linford będzie pamiętał i powtarzał wszystkim: – Pożegnałem się z Chipsem wieczorem tego dnia, kiedy umarł”.
MAREK ZAGAŃCZYK

James Hilton, „Żegnaj Chips”. Tłum. Irena Tuwim. Warszawa, Czytelnik, 1957.
Maria Iwaszkiewicz była wyjątkowym świadkiem polskiej kultury. Miała długie życie. Zmarła w wieku 95 lat. Niemal zawsze pozostawała w centrum wydarzeń. Widziała i zapamiętała więcej niż inni. Bo dar pamięci miała wyjątkowy. Była depozytariuszem wiedzy niedostępnej później urodzonym. W naturalny sposób łączyła świat sprzed II wojny, postrzegany oczami córki Jarosława Iwaszkiewicza, wojenną rzeczywistość oglądaną na Stawisku, i długie lata po 1945 roku, z których wydobywała to, co najważniejsze, zawsze związane z ludźmi, których znała. A znała niemal wszystkich, których warto było poznać.
Od najmłodszych lat stykała się z najwybitniejszymi przedstawicielami polskiej kultury. Najczęściej myślała o nich z sympatią, wiedziała, że pamięć jest w jakiejś mierze jej naturalnym obowiązkiem, treścią jej życia. Pamiętała więc zarówno tych stojących w pierwszym szeregu, jak i tych, o których bez niej nikt by pewnie nie usłyszał. Każdemu ze swoich bohaterów przyglądała się po swojemu, z prywatnej perspektywy. Do monochromatycznego obrazu literatury, muzyki i sztuki potrafiła dodać właściwy kolor, ożywić postaci i zdarzenia tkwiące dotychczas nieruchomo w naszej kulturowej pamięci. W kilku zdaniach, w krótkiej migawce, rozpiętej między serio a buffo umiała uchwycić decydujący rys portretowanej postaci. Ciekawili ją niemal wszyscy, byle tylko coś ich wyróżniało. Najczęściej myślała o ludziach z sympatią, tak, jakby każdy z nich stanowił ważną część jej samej.
Mam w tej książce opowieści ulubione, czytam je i widzę, jak w życiu, jak w rozmowie w cztery oczy, postaci, które znałem i te, o których mogłem jedynie usłyszeć. Czasami śmieję się w głos, jak wtedy gdy czytam uwagi wypisane przez Marię Iwaszkiewicz na marginesie maszynopisu nieudanej książki Włodzimierza Sokorskiego, ale częściej dziękuję jej za obrazy i myśli zapisane na poważnie, choćby te z portretu Zofii Nałkowskiej. Najpierw wspólny kadr z Dąbrowską: „Z czasów okupacji pamiętam Nałkowską i Dąbrowską, jak siedzą obok siebie na półokrągłej kanapce u ojca w gabinecie, choć nie mogę już odtworzyć, z jakiej to było okazji. Bardzo ładnie razem wyglądały…”. A następnie dwa przytoczenia z Nałkowskiej, pierwsze chętnie powtarzane przez Jarosława Iwaszkiewicza: „Mąż pójdzie do roboty, syn poleci do kolei, ja wyjdę, popatrzę – i wesoło mnie”. I drugie, jak pisze Maria Iwaszkiewicz, będące dowodem wielkiej subtelności i inteligencji: „Rzeczywistość jest do wytrzymania, gdyż nie cała dana jest w doświadczeniu”.
Przez lata Maria Iwaszkiewicz opiekowała się spuścizną swego ojca, wszyscy komentatorzy jego twórczości zaciągnęli u niej dług nie do spłacenia. Ale jeszcze więcej mają jej do zawdzięczenia czytelnicy, bo to ona była u początku większości pomysłów wydawniczych, z rozwagą, smakiem, bez oglądania się na innych zabiegała, aby dzieła Iwaszkiewicza, także te skrywane za jego życia mogły się wreszcie ukazać. Wielu doświadczyło jej mądrości. I wielu marzyło, aby jej literackie portrety wreszcie ukazały się drukiem. Nie byłoby to możliwe bez Agnieszki Papieskiej, która latami słuchała, nagrywała i spisywała te wspomnienia, stając się niejako współautorką prezentowanego tomu.
Składa się na niego ponad sto sylwetek, tworzących wyjątkową galerię postaci decydujących o kształcie polskiej literatury, muzyki, filmu i teatru. Są wśród nich między innymi Mieczysław Grydzewski, Zbigniew Herbert, Paweł Hertz, Marek Hłasko, Wilam Horzyca, Tadeusz Konwicki, Witold Lutosławski, Zygmunt Mycielski, Antoni Słonimski, Julian Tuwim, Andrzej Wajda. To nie tylko skarbnica wiadomości gdzie indziej niedostępnych, ale także lekcja tego, jak opowiadać o przeszłości, aby oddać sprawiedliwość każdemu z portretowanych, aby wydobyć pojedynczy rys decydujący o istocie ich talentu. I wreszcie, co zrobić, aby bohaterami nieodległej historii zaciekawić tych, którzy nie mogli się z nimi zetknąć bezpośrednio. Ciekawe są też szkice nie związane wprost z żadną konkretną postacią, te opowiadające o okolicznościach dawnego życia, o ptakach na Stawisku, o podmiejskiej kolejce i smaku wedlowskich czekoladek. Nie znam innej książki, która byłaby równie barwnym świadectwem uczestnictwa w kulturze. Z oczywistych powodów wśród postaci portretowanych najwięcej jest osób związanych z literaturą. Książka Marii Iwaszkiewicz to właściwie wyjątkowy słownik pisarzy, w którym od samych dzieł ważniejsza jest postać autora.
Maria Iwaszkiewicz jak mało kto umiała opowiadać. Z prywatnego doświadczenia wydobywa to, co może być ważne także dla innych. Nie zadowala się anegdotą, zza szkicowanych przez nią sylwetek słychać zawsze głos żywy, wyjątkowy. Tak jakbyśmy byli tuż obok portretowanej postaci. Tego dzieła nie można było zmarnować, tej książki nie można było nie wydać. Bo niczego podobnego już nie otrzymamy. Jestem przekonany, że radość z lektury książki Marii Iwaszkiewicz będzie wspólnym doświadczeniem zarówno tych, co od lat zajmują się śledzeniem, tworzeniem i komentowaniem polskiej kultury, jak i tych, którzy dopiero od niedawna przyglądają się ważnym postaciom polskiego życia artystycznego, szukają osobnego, prywatnego ujęcia. W tej książce, będącej testamentem, ale testamentem radosnym, na mocy którego wszyscy jesteśmy obdarowani, przeszłość nie umiera, nie odchodzi w zapomnienie. Za sprawą Marii Iwaszkiewicz, z pomocą Agnieszki Papieskiej, teraźniejszość zyskuje konieczne tło, zachętę do myślenia o tym, co jest i co będzie, jak na tle czasów nieodległych, zapełnionych postaciami o wyrazistym charakterze i talencie nie do podrobienia wygląda świat dzisiejszy.
O sobie Maria Iwaszkiewicz pisze skromnie, bo tak naprawdę ciekawili ją inni, to z nimi chciała się dzielić tym, co stanowiło jej siłę. „Pamiętam bardzo dużo rzeczy, bardzo dużo ludzi i to uważam za zaletę, bo dzięki temu mogłam się swoimi wspomnieniami z Wami, drodzy Czytelnicy, podzielić. A jestem osobą, która chętnie dzieli się z ludźmi. Pooddawałam najrozmaitsze rzeczy, szykując się na najgorsze. To teraz powiem do Was tak: drodzy Czytelnicy, dziękuję Wam za czytanie moich opowieści. I – cytując Hamleta– powiem: dobranoc, moi drodzy, dobranoc”.
MAREK ZAGAŃCZYK

Maria Iwaszkiewicz, „Portrety”. Nagrała, opracowała i przygotowała do wydania Agnieszka Papieska. Warszawa, Sedno Wydawnictwo Akademickie, 2020.