fbpx
HOME
Michał Szymański

Jerzy Pilch. Śmierć

Prawie trzy miesiące od jego śmierci, a ja nie mogę przestać o nim myśleć. W świecie bez Jerzego Pilcha nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Wiele jest niewiadomych w tym równaniu. Zmarł w Kielcach, dokąd przeprowadził się z żoną w grudniu 2019 roku po bezskutecznych próbach dostosowania drzwi i windy w warszawskiej kamienicy do rozmiarów wózka inwalidzkiego. Po skromnej uroczystości pogrzebowej w kościele ewangelicko-augsburskim prochy złożono na cmentarzu komunalnym w Kielcach. W ten sposób w jego biografię wdarło się miasto doskonale mu obojętne, miasto, któremu, jeśli się nie mylę, nie poświęcił ani linijki prozy, terra incognita, kilka ledwo zamieszkanych pokoi, w których spędził ostatnie miesiące życia, znów zamknięty, tym razem przez globalną pandemię. I już na zawsze trwał będzie ten absurdalny uścisk: Jerzy Pilch i Kielce, Kielce Jerzego Pilcha. Jakby jego duch przed odejściem postanowił jeszcze raz zdradzić, wymknąć się nacierającym schematom. Powinien przecież wrócić do wiślańskiej kolebki, leżeć tam ze swoimi, obok niezliczonych Pilchów i Kubiców, powinien spocząć w Krakowie, mieście młodzieńczych wzlotów, przyjaźni i upadków, albo chociażby wrócić do Warszawy, bliżej ulicy Hożej, z której przez prawie dwie dekady opisywał siebie i świat. Wybrał semantycznie puste Kielce, zatrzymał się poza regionami własnej mitologii. Co to znaczy? Czy to ma prawo coś znaczyć? Czy znaczenia tego typu nie są uroszczeniami żyjących wobec umarłych? Jemu chcesz pomóc, czy sobie? Jednak spróbuję.

Na czwartej półce od dołu stoją jego dzienniki, trzy tomy jak materialny dowód kurczenia się życia. Opasły Dziennik w lepiącej się do palców kremowej obwolucie, niebieski Drugi dziennik chudszy niemal o połowę, stalowoszary Trzeci dziennik, liczący zaledwie 181 stron. Tom pierwszy w porównaniu z pozostałymi jest ekstatyczny, ale zaczyna się żałobnie, zaczyna się na dobre takim pytaniem: „Jak odziać się do trumny? Rzecz jasna najstosowniejszy – jak kto ma taką możliwość – czarny jak węgiel mundur górniczy. Miał taką możliwość Jarosław Iwaszkiewicz, miał i mój ojciec. Pierwszy skorzystał, drugiemu nawet do głowy nie przyszła”. Następnie streszcza Pilch znaną historię pochówku Iwaszkiewicza w mundurze z szamerunkami i rzędami połyskujących guzików, który w 1978 roku podarowali Prezesowi przedstawiciele kopalni „Staszic”. Historię tę wielokrotnie prostowano, według potwierdzonej przez rodzinę wersji kierowca wysłany do Stawiska miał wyciągnąć mundur z szafy przez przypadek, nie przeszkadza to jednak Pilchowi podążać za swoją wizją, w której autor Brzeziny z premedytacją przywdział strój podziemnego bractwa na wieczną wędrówkę po krainie cieni: „Odziany w górniczy mundur Iwaszkiewicz kroczy przez podziemne tunele, zwalista jego postać cień rzuca, lampka górnicza ledwo ledwo krainę zmarłych oświetla…”.

Fot. Kuba Kamiński

Jakkolwiek było, mundur odbił się szerokim echem. Jeszcze podczas pogrzebu w Brwinowie plotka o ostatniej fanaberii zmarłego rozchodziła się między żałobnikami. Na kolejne miesiące, ba, lata, dyskusja o Iwaszkiewiczu utknęła na trumiennym okryciu. Koncepcje wysnuwano rozmaite, od najprostszych, że Prezes najzwyczajniej w świecie oszalał, przez polityczne – gest miał być wyrazem miłości do Gierka i klasy robotniczej, aż po symboliczne zrównywanie trudu pisarzy ryjących w słowie i ryjących w ziemi górników. Proza, poezja i polityczne postawy zeszły na dalszy plan, przysłonił je wywatowany mundur i czako z piórami. Za swego rodzaju zwieńczenie tych dyskusji uznać można obszerny esej Joanny Więckowskiej „Chcąc rozszyfrować przesłanie” – mundur górniczy Iwaszkiewicza na tle jego życia i twórczości (1996), z którego niezbicie wynika, że cała twórczość bohatera w swoich najgłębszych, archetypicznych wymiarach zapowiadała „czarny jak węgiel” mundur, jakikolwiek inny strój byłby nie na miejscu. Trumienna zagadka po szesnastu latach została naukowo rozwiązana.

„Tak czy tak, galowy mundur górniczy starego dalej wisi w wiślańskiej szafie i nie da się nawet powiedzieć, że czeka na okazję – na mnie. Nawet gdybym po śmierci w nie wiadomo jakie chucherko miał się obrócić – zdecydowanie za mały” – kończy Pilch swój zapis pod datą 1 stycznia 2010. A mnie, poza naturalnym pytaniem, mianowicie, co robiłem pierwszego dnia 2010 roku, nurtuje poważna jak esej Joanny Więckowskiej kwestia, czy wybór Kielc (o ile był to wybór) nie był powtórzeniem Iwaszkiewiczowskiego gestu (o ile był to gest). Daleki jestem od stwierdzenia, że środowisko literackie żyje tą sprawą, środowisko literackie od lat nie żyje żadną sprawą. Ale tak na trzeźwo, racjonalnie. Kielce nie pasują do układanki, grób w Kielcach przez swoją niewytłumaczalność miesza szyki autorom wspomnień i krytykom. Nie bardzo wiadomo, jak o tym mówić, co pisać, do jakich odwoływać się znaczeń, dzieło i życie Pilcha nie dostarcza tu żadnych uzasadnień. Można wywijać stylem, mnożyć anegdoty, wygadywać banały, na koniec i tak zostaje to puste i toporne zdanie: zmarł w Kielcach i tam został pochowany.

Taki więc był jego świadomy-nieświadomy zamysł? Pożegnalny gest-nie gest? Na koniec spróbować uciec z pola promieniowania własnej prozy, która stworzyła „Jerzego Pilcha”, pisarza, luteranina, pijaka, kobieciarza? U schyłku życia ten sam problem nie dawał spokoju Gombrowiczowi: „Odrzucić precz Gombrowicza, skompromitować go, zniszczyć, tak, to byłoby ożywiające… ale najtrudniej walczyć z własną skorupą”. Ich ostatnie miesiące niepokojąco równoległe: dużo młodsze żony, poruszanie się na wózku, problemy z mieszkaniem i windą, przeprowadzka, szybka śmierć.

Dojechawszy do tego miejsca, wyszedłem z domu, wsiadłem na rower i po raz pierwszy od kilku tygodni skręciłem z Marszałkowskiej w Hożą. Pedałowałem pod girlandami liści, omijałem tętniące życiem ogródki, z których pachniało śródziemnomorską kuchnią. Jeszcze raz potwierdzała się zasada, że świat niewiele sobie robi z naszych wyobrażeń. Mistrzowska fraza Brodskiego o ulicy „przechowującej wygląd lokatora” była jak zwykle bezużyteczna. Nie zatrzymałem się na dłużej przed zbyt wąskim wejściem, przy którym ktoś powiesił jego zdjęcie, bo nie ma nic głupszego niż wystawanie przed zamkniętymi drzwiami, niż cała ta metafizyka komunii z opuszczonym miejscem. Wyjechał stąd, bo musiał, wyjechał, tak chciał. Zawsze się dokądś wyjeżdża. Jechałem Hożą, wdychałem zapachy, to było pożegnanie. Do Kielc na pewno kiedyś pojadę, ale jeszcze nie teraz. Nie jestem gotowy na ten bezsens, a esej Kielce na tle życia i twórczości Jerzego Pilcha szybko nie powstanie.

MICHAŁ SZYMAŃSKI